Orkiestra, jak na Titanicu

Orkiestra, jak na Titanicu

Stanisław Michalkiewicz 12 kwietnia 2023 jak na Titanicu

Stefan Kisielewski przedstawił kiedyś różnicę między pielęgniarką polską i żydowską. Polska pielęgniarka rankiem zdaje przybyłem właśnie do szpitala doktorowi sprawozdanie, jak chorzy spędzili noc, czy wydarzyło się coś godnego odnotowania, czy też – jak to się mówi we francuskim wojsku – rien a signaler – bo w polskim wojsku za komuny w takich sytuacjach meldowało się, że „nic ważnego nie zaszło”. Tymczasem pielęgniarka żydowska wybiega naprzeciw doktora i woła: „panie doktorze, co JA przeżyłam!” Więc za pielęgniarką żydowską możemy i my dzisiaj zakrzyknać: co myśmy przeżyli!

Mam tu oczywiście na myśli wizytę ukraińskiego prezydenta Włodzimierza Zełeńskiego w raz z małżonką w Warszawie. Pan prezydent Zełeński pojawił się w swoim zwykłym kostiumie, stylizowanym na polowy mundur, co miało zrobić na nas wrażenie w związku z toczącą się na Ukrainie wojną, w której USA z sojusznikami wojują z Rosją do ostatniego Ukraińca. Pan prezydent Duda, jako cywil, wystąpił w garniturze i pod krawatem, co z kolei – a w każdym razie ja tak odczytałem tę aluzję – miało świadczyć, że jest przywódcą miłującym pokój. To pierwsze wrażenie zostało potem niestety zatarte, bo przemawiając pod Arkadami Kubickiego, pan prezydent Duda wygłosił bardzo bojowe przemówienie, robiąc przy tym miny bardzo podobne do tych prezentowanych przez Benito Mussoliniego.

Ta scena znakomicie potwierdza spostrzeżenie Konrada Lorenza, że zwierzęta wyposażone przez naturę w śmiercionośne narzędzia, rzadko kiedy walczą między sobą na śmierć i życie, bo przeważnie jeden z walczących, czując się słabszym, ratuje się ucieczką, a zwycięzca nawet go nie goni, kontentując się tą kapitulacją. Tymczasem – powiada Lorenz – zwierzęta nie wyposażone przez naturę w śmiercionośną broń, na przykład – synogarlice – nie przerywają walki aż jedna drugą zadziobie na śmierć. Pan prezydent Duda do spółki z panem premierem Morawieckim, zdążyli już przekazać Ukrainie całą posiadaną przez Polskę broń, w związku z czym nie jest w stanie skrzywdzić nawet muchy, a w tej sytuacji – w odróżnieniu od prezydenta Zełeńskiego – musi nadrabiać buńczuczną retoryką i mimiką.

Zwraca uwagę okoliczność, że wizyta prezydenta Zełeńskiego była dość nieoczekiwana, a jej powód – dosyć zagadkowy. Oficjalnym powodem było pragnienie podziękowania Polsce i Polakom, że wspierają Ukrainę wprost bez opamiętania. To jednak można było zrobić przez telefon, bez narażania prezydenta Zełeńskiego na groźbę zamachu ze strony Putina, więc możliwe, że prawdziwy powód wizyty był całkiem inny. Pewne światło rzuca na tę sprawę artykuł ogłoszony kilka dni przez wizytą w prestiżowym amerykańskim piśmie poświęconym polityce międzynarodowej „Foreign Policy”, którego autor stwierdza, że „Polska powinna jak najszybciej utworzyć z Ukrainą jedno wspólne państwo”. Uzasadnia taką konieczność pragnieniem zrealizowania koncepcji „Międzymorza”. Jednak pierwotna koncepcja „Międzymorza” była inna i nie zakładała udziału Ukrainy w tym przedsięwzięciu. W tamtej, pierwotnej koncepcji, chodziło o to, żeby państwa Europy Środkowej przeciwstawiły się w ten sposób niemieckiej hegemonii, której brzemię Polska odczuwa coraz dotkliwiej. Był to pomysł nawiązania do zapomnianej już dzisiaj koncepcji „Heksagonale” – ale uzupełnionej i poprawionej – ze Stanami Zjednoczonymi, jako protektorem. Jak pamiętamy, reakcją Niemiec na deklarację prezydenta Trumpa, że ta koncepcja bardzo mu się podoba i że USA będą ją wspierały, był niemiecki akces do „Międzymorza”, zgodny z indiańskim przysłowiem, że jak nie możesz ich pokonać, to przyłącz się do nich. Jak pamiętamy, jedynym europejskim politykiem, który z tego powodu wyraził radość, był pan prezydent Andrzej Duda.

Trudno zrozumieć, co mu się stało, ale to nieważne, bo nowa koncepcja „Międzymorza” zmierza do wciągnięcia Polski do wojny z Rosją na wypadek, gdy ostatniego Ukraińca zabraknie. Słowem – okazuje się, że pan ambasador Rościszewski już wcześniej wiedział to, czego my jeszcze nie wiedzieliśmy – że jeśli na Ukrainie coś pójdzie nie tak, to Polska „nie będzie miała innego wyjścia”, jak „włączyć się do wojny”. Nie ma przypadków, są tylko znaki – jak mawiał ś. p. ksiądz Bronisław Bozowski – więc nieomylny to znak, że Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie obmyślił dla nas świetlaną przyszłość, w postaci rezerwuaru mięsa armatniego w amerykańsko-rosyjskiej wojnie. Z punktu widzenia USA to byłby prawdziwy dar Niebios, bo w tej sytuacji wcale nie jest pewne, czy przewidziane w art. 5 traktatu waszyngtońskiego procedury musiałyby zostać uruchomione. Rzecz w tym, że ten artykuł wyraźnie stwierdza, że są one uruchamiane tylko w przypadku „zbrojnej napaści” na której z państw członkowskich NATO. Jeśli natomiast państwo członkowskie samo na kogoś napadnie, albo włączy się z własnej inicjatywy do konfliktu, który już się toczy, to nie będzie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści”, a zatem taka sytuacja nie rodzi dla USA, ani – tym bardziej – dla NATO, żadnych zobowiązań. Toteż rzecznik Rady Bezpieczeństwa Białego Domu John Kirby, po wizycie prezydenta Zełeńskiego w Warszawie oświadczył, że USA zrobią „wszystko co możliwe”, żeby zapewnić prezydentowi Zełeńskiemu „najlepszą pozycję negocjacyjną”, gdy „przyjdzie czas na negocjacje” w sprawie zakończenia wojny. O tym, kiedy ten czas „przyjdzie” nie będzie jednak decydował ani pan prezydent Duda, ani prezydent Zełeński, tylko oczywiście – Waszyngton – bo bez amerykańskiej pomocy Ukraina nie będzie w stanie wojny kontynuować.

W tej sytuacji zaniepokojenie budzi obietnica nowych dostaw na Ukrainę „Krabów” i innego uzbrojenia, które Ukraina – jak twierdzi polski rząd – „zakupiła”. Ale jak dotąd Ukraina żadnego uzbrojenia, ani w ogóle niczego w Polsce nie „kupowała”, tylko dostawała „nieodpłatnie” – zgodnie z umową zawartą przez polski rząd z rządem ukraińskim 2 grudnia 2016 roku, która cały czas obowiązuje.

Budzi to podejrzenia, że rząd okłamuje opinię publiczną, podobnie jak okłamywał ją i nadal okłamuje w sprawie wtrynionego Polsce ukraińskiego zboża, asekurując się tylko opowieściami, że chociaż za te dostawy Ukraina nie zapłaci, „bo zapłacą USA i Unia Europejska”. Ciekawe, czy w USA i w Unii Europejskiej o tym w ogóle wiedzą, nie mówiąc już o tym, czy w ogóle w tej sprawie zapadły jakieś uzgodnienia. Jak pamiętamy, Unia Europejska miała zapłacić również za zboże, a tymczasem całkiem niedawno państwa graniczące z Ukrainą na lądzie albo przez morze – z wyjątkiem Turcji, która nie dała się tak wykorzystać – właśnie wystąpiły z supliką do Unii Europejskiej, dopraszając się łaski, by chociaż częściowo zrekompensowała poniesione przez nie straty. Jeszcze bardziej zagadkowo brzmią deklaracje o „wspólnym” produkowaniu amunicji – oczywiście dl, jaka potrzeb Ukrainy. Taka wspólnota mogłaby być pierwszym krokiem na drodze do „zlania się” Polski z Ukrainą w jedno państwo – o czym 3 maja ubiegłego roku wspominał pan prezydent Duda, dopóki ktoś starszy i mądrzejszy nie przestrzegł go, by nie wychodził przed orkiestrę.

Ale teraz orkiestra właśnie zagrała.

Urząd Trzaskowskiego ma 130 samochodów służbowych – rząd brytyjski miał 17…

Na co Trzaskowski i jego urzędnicy wydaje nasze pieniądze:

„WARSZAWA: 10 MILIARDÓW ZŁOTYCH DŁUGU DO KOŃCA ROKU”

Urząd Trzaskowskiego ma 130 (sto trzydzieści) samochodów służbowych i ponad 70 kierowców samochodów osobowych na etatach – rząd brytyjski miał 17 (siedemnaście) samochodów do dyspozycji w 2009 roku …

Ciekawa jestem kiedy Trzaskowski zatrudni w urzędzie drugie 10 000 pracowników, którzy łącznie z rodzinami i znajomymi zapewnią mu kolejną kadencję, a Platformie Obywatelskiej dozgonne okupowanie stolicy Polski i życie na koszt warszawiaków.

Od Centralnego Portu Komunikacyjnego do Kolei Dużych Prędkości. Gdzieś pomiędzy jest człowiek…, o którym zapomniano

Od CPK do KDP. Gdzieś pomiędzy jest człowiek…, o którym zapomniano

od-cpk-do-kdp

Koncepcja Centralnego Portu Komunikacyjnego i Kolei Dużych Prędkości posiada zarówno grono zwolenników, jak i sceptyków. Dotychczas powiedziano i napisano bardzo dużo.

Jednak w wielu opracowaniach zapomina się o najważniejszym aspekcie. Na styku tych dwóch przeciwstawnych frakcji – monumentalnego zachwytu i mitomanii – jest człowiek. Człowiek zmagający się z nieprzejednanym aparatem państwowym, z codzienną walką o swój dobrostan i  co niejednokrotnie lepiej przemilczeć… z depresją.

Wyobraźmy sobie przejażdżkę rollercoasterem. Szybka jazda, adrenalina, duża dynamika zmian. Z czasem osie przegrzewają się, wypadają poszczególne tryby. Brak jest serwisu, gwarancji i pieniędzy na zakup nowych części. Jednorazowa przejażdżka ? Nie, w tym rollercoasterze wiele osób tkwi już od paru lat, a urządzenie z wyglądu obecnie przypominające drezynę, nieustannie krążąc po torze gubi pozostałe części.

To… po kolei…

Wykup terenów nieopodal Kielc z zamiarem budowy lotniska. Teren kupiony, lotniska nie ma i nie będzie, ludziom nikt ziemi zwrócić nie chceto dobry teren inwestycyjny.

Kolejny pas startowy z mega-lotniskiem podobno powstanie tym razem z inicjatywy CPK, ale w zupełnie innej lokalizacji. Jaktorów, Baranów i okoliczne miejscowości – to tam ma nastąpić desant.

Potrzeba jeszcze infrastruktury kolejowej, ale to najmniejszy kłopot, bo można puścić obecną linią W17, a przy okazji rozpisać jeszcze z dwa warianty.

Tor działań nieustannie się zmienia. Funkcjonujące obecnie połączenie to jednak zbyt mało i można je właściwie pominąć. Należy wybudować nową siatkę połączeń, część zostanie puszczona przez środek  miast i wsi. Niech zatrzęsą się w posadach domy i bloki mieszkalne.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Ile było zmian w przebiegu proponowanego projektu, chyba nie wie nikt. Przestrzeń inwestycji rozciąga się jak guma, elastyczny jest grunt, ale działa to tylko w jedną stronę.

W niektórych rejonach było to bezpieczne szacowanie terenu przeznaczonego na projekt. Niestety z miesiąca na miesiąc koncepcja ulegała zmianie. W zgłaszanych wnioskach projektowych do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) bezpieczne zmienia się na rozległe.

Na zakręcie…

W tym wszystkim osadzony jest człowiek. Niekiedy na planie lotniska, torowiska, pomiędzy dwoma torowiskami a autostradą. Przedmiotowo traktowany, a wręcz tratowany, dotychczas znosił to z pokorą.

Pokojowe demonstrowanie jego niezadowolenia odbywa się w różnych miejscach Polski. Konstruktywna krytyka, pomysły ewentualnych zmian nie trafiają na podatny grunt.

Podkreślanie niedorzeczności planowanego przedsięwzięcia przywodzi na myśl tylko klasyka:

Po co jest ten Miś ? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest Miś na skalę naszych możliwości. (…) My otwieramy tym Misiem oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić (…) Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach” [1].

Z perspektywy mniej prześmiewczej – nikt nie lubi przyznawać się do błędów. Nawet kosmetyczna zmiana nie przystoi, a gdzież bić się w pierś w przededniu wyborów parlamentarnych.

Tylko co ma powiedzieć człowiek postawiony przed faktem dokonanym. On stoi pod ścianą, jeszcze bez opaski na oczach, ale widmo wywłaszczeniowe już nad nim wisi.

Inwestycja wyciszana przez wiele lat nabiera tempa dopiero teraz. Najwidoczniej czas wyborów przyspiesza decyzyjność.

No dobrze, ale o co cały ten krzyk. Przecież państwo zapewnia, że otrzymasz maksymalnie nawet 140% wartości swojej nieruchomości. Tak, tylko już słowem nie wspomina się, z jakiego rozdzielnika i jak wyliczane.

Kupując ubezpieczenie nieruchomości zawsze zastawiam się, w jaki sposób szacowane są wskaźniki wartości. Dla przykładu dom, który posiadasz, ma według ubezpieczyciela wartość 500 tys. złotych. Przeglądając oferty rynkowe nieruchomości na sprzedaż w okolicy, o podobnej lub nawet mniejszej kubaturze budynku, trzeba do ceny sugerowanej przez ubezpieczyciela dorzucić 100%, a skąd wziąć pieniądze na potencjalny remont?

Najczęściej budowałeś, dostosowywałeś m.in. gabarytowo wszystkie pomieszczenia według własnych potrzeb. Wiesz, co masz w ścianach, jak zabezpieczona jest elewacja, dach. Masz iść do niewiadomego, najczęściej mniejszego i gorzej usytuowanego, miejsca ? Ustępstwa owszem, ale jakim kosztem?

Jeżeli chcesz budować od zera, potrzebujesz czasu. Musisz gdzieś mieszkać. Wynajęcie domu, pomieszczeń gospodarczych to też wydatek. Kto zwróci pieniądze za to przedsięwzięcie?

A jeżeli dom nie jest już pierwszej młodości? Dostaniesz niewiele i przy obecnym niewiarygodnym tempie zmian cen nieruchomości pozostaje bezdomność.

Bezdomność i widmo spłaty kredytu również w przypadku hipoteki. Proponowane 140% może nawet nie pokryć zobowiązania kredytowego.

Był jeszcze jeden kontrowersyjny pomysł, związany z likwidacją tzw. zasady korzyści. Wprowadzenie zmiany w życie miało spowodować, że właściciele np. gruntów zajętych pod inwestycje publiczne dostaną odszkodowanie wyliczone na gorszych niż dziś zasadach. Na szczęście nie udało się tego przeforsować i wyciszono sprawę przed zbliżającymi się wyborami.

Jeżeli ktoś przychodzi, wkłada nogę w drzwi i mówi: „Kupuję to od ciebie”, to  on musi zaakceptować twoją cenę, a nie ty jego.

Z dziada, pradziada tu stał nasz dom…

Niestety tylko w powiedzeniu starych drzew się nie przesadza. Jeżeli tylko twoja nieruchomość usytuowana jest w granicach naszego przedsięwzięcia, to przeprowadzimy wywłaszczenie. Po to zresztą wskazywany jest publiczny cel inwestycji zgodny z polityką i strategią rządu. Załatwimy wszystko od ręki. Jeżeli nie zgodzisz się na zaproponowaną cenę, to przecież zawsze pozostaje Ci prawo do odwoływania się przed sądem. Sprawy toczą się latami, a Ty pozostaniesz bez grosza przy duszy.

Państwo jest gwarantem ochrony jednostki, ale… niezwłocznie przyjedziemy z policją usunąć Cię z posesji.

Tak nie traktuje się nawet bydła. Abstrahując od tego, co mają zrobić ludzie ze zwierzętami gospodarczymi, parkiem maszynowym, ze zmagazynowanymi produktami i samym dobytkiem. Prowadzących działalność rolną, farmę zastaje ta sama sytuacja.

Część osób nie chce ponownie szukać siedliska i rozpoczynać wszystkiego od początku. Całe rodziny mieszkają w niedalekim sąsiedztwie. Przy wywłaszczeniu całego klanu nawet nie będą miały się gdzie podziać. Przypominać chyba również nie trzeba, że życia nie da się kupić za pieniądze.

Spółka CPK prowadzi konsultacje społeczne…

Bezduszność, chamstwo i buta, czyli postawy nieobce pełnomocnikowi spółki CPK panu Marcinowi Horale. Przyrównywanie ludzi biorących udział w debacie publicznej do diabłów. Niewybredne docinki, opuszczanie z uśmiechem na ustach spotkań z tymi, którzy chcą rozmawiać i szukać wyjścia z beznadziejnej sytuacji. To tylko niektóre z prezentowanych antyspołecznych postaw.

Ale czego można wymagać od osoby, która gwałt i aborcję pakuje w panierkę kotletów schabowych? Na pewno więcej… empatii i ludzkiego podejścia do sprawy. Tylko z tego tytułu państwo powinno ponieść dodatkowy koszt, żeby przykryć bezczelność i bezkarność wypowiedzi jego przedstawiciela. Obecnie nie ma miejsca na takie zachowania. Upokarzanie ludzi walczących o swój byt, traktowanie jako zła koniecznego – to nie konsultacje społeczne, tylko szara brudna rzeczywistość.

Depresja…

Osoba stojąca gdzieś z boku, czytająca tylko artykuły opłacane przez CPK/KDP w ogólnopolskich periodykach, może nabrać przekonania, że wszystko jest w porządku. „Obywatel jest zaopiekowany”.  Niestety człowiek po drugiej stronie barykady wyraża zgoła odmienną opinię. Pozostawiono go samemu sobie, niepokój i stres towarzyszą mu na co dzień. Ciężko to odchorowuje.

Państwo ma działać jak dobrze prosperująca firma. Nieźle zarządzana nie doprowadza do sytuacji, w której pracownicy się skarżą. Powtarzające uciążliwości piętnuje się jako mobbing. Niestety w tym przypadku brak jest reakcji na niedozwolone praktyki. Kolejne „sytuacje” występują nagminnie, a wycieńczony psychicznie pracownik nie otrzymuje pomocy. Jego głos nie jest słyszalny.

Niestety z tej firmy nie możemy się zwolnić, musimy tu tkwić i liczyć, że jednak sytuacja ulegnie zdecydowanej poprawie.

Rząd…

Planowane wydatki państwa są niebagatelne. Sam projekt mega-lotniska to ok. 1 M

LD PLN. Paręset  miliardów złotych to wskazywany przez ekspertów koszt całego przedsięwzięcia. Lekką ręką można było wydać ok. 500 MLN PLN na utrzymywanie przez lata sztabu pracowników CPK, w praktycznie nie funkcjonującym biznesie.

Jeszcze nie zadbano o swoich obywateli, a Kolej Dużych Prędkości już gna na Wschód. Rząd w swoich mocarstwowych planach zamierza i tam budować sieć połączeń.

Są najwidoczniej na to wszystko pieniądze.

Nie pozostawiajcie zatem ludzi samych sobie, sięgnijcie głębiej do kieszeni lub przemyślcie zasadność inwestycji, zanim jeszcze nie jest za późno.

Gdzieś pomiędzy jest człowiek… tkwi w tym od dawna i jego jedynym marzeniem jest po prostu zaznanie w końcu świętego spokoju.


Przypisy i dodatkowe informacje:

[1] Cytat z filmu „Miś” w reż. Stanisława Barei
Wysiedleni pod CPK: Tu poleje się krew! Reportaż Igora Nazaruka – rozmowy z mieszkańcami, rolnikami z terenów, które mają być zajęte przez CPK. Zobaczcie koniecznie!
Skreśleni przez CPK – profil na FB

Zboże z Ukrainy sprzedawano jako „made in Poland”. Wjeżdżało jako techniczne, a szło na mąkę.

Zboże z Ukrainy sprzedawano jako „made in Poland”. Wjeżdżało jako techniczne, a szło na mąkę.

opracował Eryk Kielak zboze-z-ukrainy-sprzedawano-jako-made-in-poland

Trzy wielkie polskie młynarnie kupowały „polskie” zboże, które w rzeczywistości pochodziło z Ukrainy. W sumie miały one zostać oszukane na 1,5 mln zł. Prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo – pisze „Rzeczpospolita”.

Ukraińskie zboże wjeżdżało do Polski jako techniczne, czyli przeznaczone do spalenia lub na pellet, a było sprzedawane jako polskie, z przeznaczeniem na produkcję mąki.Zboże „techniczne” nie musi spełniać żadnych jakościowych parametrów.

Prokuratura Okręgowa w Zamościu po zawiadomieniu Wojewódzkiego Inspektoratu Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych w Lublinie wszczęła w tej sprawie śledztwo. Pokrzywdzone mają być trzy firmy z grupy największych krajowych młynarni. O oszustwo oskarża się firmę pod Hrubieszowem, ale prokuratura na razie nie podaje jej nazwy. Od września do listopada 2022 r. firmy miały kupić aż 1025 ton pszenicy, nie wiedząc, że pochodzi z Ukrainy.  

Zboże z Ukrainy sprzedawano jako „made in Poland”

– Postępowanie zostało wszczęte w sprawie doprowadzenia trzech podmiotów do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej o wartości 1,5 mln zł. Nastąpiło to poprzez wprowadzenie w błąd osób ze spółek zbożowych co do kraju pochodzenia pszenicy – tłumaczy w rozmowie z „Rzeczpospolitą” prok. Anna Rębacz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Zamościu. Jedna z pokrzywdzonych firm informuje, że kupiła aż 12 dostaw tego rodzaju zboża. Cały towar był składowany w młynie i nie został przerobiony na mąkę. Co ciekawe, został jednak przebadany i jak się okazało – spełnił normy. Mimo to producent nie ma zamiaru go używać. Jedna z pokrzywdzonych firm, wykorzystała dostarczone zboże. – Kupujemy wyłącznie polską pszenicę lub niewielką ilość od producentów z UE. Takie też zboże kupiliśmy jesienią ubiegłego roku od dwóch firm. Okazało się, że pochodzi z Ukrainy. Zostaliśmy oszukani, zażądaliśmy od sprzedającego wymiany na polską pszenicę. Czekamy. Firmy zgodziły się ją wymienić, ale zobaczymy, jak to się skończy – tłumaczy jeden z producentów. 

Kryzys zbożowy trwa w najlepsze

Informacje te pojawiają się w środku kryzysu zbożowego w Polsce. Rolnicy od kilku tygodni skarżą się na niekontrolowany napływ do Polski płodów rolnych z Ukrainy – ogromnych ilości zboża, ziemniaków, ale także mięsa, co spowodowało, że obecne ich ceny w skupie są bardzo niskie, a co za tym idzie – nieopłacalne dla rolników. Z sytuacją nie mógł poradzić sobie były już minister rolnictwa Henryk Kowalczyk, który wcześniej obiecywał m.in. przywrócenie cła na zboże, a który w ubiegłym tygodniu złożył rezygnację. Problem zboża będzie teraz rozwiązywał nowy minister rolnictwa Robert Telus. Rolnicy zapowiedzieli już, że w środę zablokują na trzy dni przejście w Dorohusku. – Tą blokadą chcemy pokazać, jacy jesteśmy zdeterminowani.

Najważniejsze, żeby to zboże, które już jest w Polsce, jak najszybciej wyjechało… ..Na razie dzieje się to na mocy „porozumienia ustnego z Ukrainą”.

Najważniejsze, żeby to zboże, które już jest w Polsce, jak najszybciej wyjechało”

„Trzeba opróżnić magazyny zboża”. Nowy minister rolnictwa przedstawia priorytety

…na razie dzieje się to na mocy porozumienia ustnego z Ukrainą.
2023-04-11 oproznic-magazyny

Najważniejsze jest, by zboże, które jest w Polsce jak najszybciej wyjechało – przekonuje nowy minister rolnictwa Robert Telus po spotkaniu z przedstawicielami organizacji rolniczych w Rakołupach. Tym bardziej, ze nieuchronnie zbliża się nowy sezon. 

Podczas briefingu w Rakołupach minister podkreślił też, że ceny zboża są niskie w całej Europie, nie tylko w państwach graniczących z Ukrainą, a jedną z przyczyn tego stanu jest to, że do Europy cały czas trafia zboże z Rosji.

Jak zaznaczył, jeszcze we wtorek odbędzie się spotkanie sztabu kryzysowego ministrów, poświęcone sytuacji ze zbożem. „Najważniejsze, żeby to zboże, które już jest w Polsce, jak najszybciej wyjechało” – oświadczył Telus.

Zapytany o to, kiedy wspomniane dokumenty zostaną wysłane do Unii Europejskiej podkreślił, że zależy mu na tym, aby to było wspólne stanowisko krajów uczestniczących we wtorkowym spotkaniu. „Jeżeli moi odpowiednicy z innych krajów (…) nie będą chcieli z różnych racji, to ja sam na pewno wystąpię w najbliższych dniach” – poinformował Telus.

Odnosząc się do sprawy monitorowania tranzytu zboża z Ukrainy przez Polskę podkreślił, że na razie dzieje się to na mocy porozumienia ustnego z Ukrainą. „Mam nadzieję, że w piątek będzie podpisane porozumienie ze stroną ukraińską. Monitorować będziemy razem, ale to Ukraina będzie kontrolować i udzielać licencji na wywóz zboża tym firmom, które będą wywozić tylko tranzytem” – uzupełnił minister rolnictwa.

Porośnięte zboże

—————————

NBP: W IV kwartale notowano wysoki import towarów rolnych, głównie z Ukrainy

„Na wysokim poziomie utrzymała się dynamika importu produktów rolnych. Ich wartość w porównaniu z rokiem poprzednim zwiększyła się o 30,6 proc.” – podał NBP.

„Duży wpływ miał na to wzrost przywozu z Ukrainy. Jego wartość w końcu 2022 r. zwiększyła się do blisko 5 mld zł, tzn. była ponad trzykrotnie większa w porównaniu z rokiem poprzednim” – dodał.

NBP podaje, że największe wzrosty nastąpiły w imporcie rzepaku, kukurydzy, cukru, pszenicy oraz oleju słonecznikowego. 

————————-

Telus: Zwrócę się do UE, żeby zrewidowała sprawę ceł — od czerwca

Podczas briefingu w Rakołupach minister zaznaczył, że „nie może być tak, że w tej sprawie pomagają tylko niektóre kraje, które są najbliżej, ponoszą koszty tej pomocy, a inne kraje nie ponoszą kosztów tej pomocy”.

„Dlatego (…) po tym spotkaniu zwrócę się do moich odpowiedników z tych krajów, żebyśmy wspólnie wystąpili do UE, żeby bardzo mocno zrewidowała sprawę ceł od czerwca, bo to jest najważniejsza rzecz, żebyśmy to wspólnie zrobili w ten sposób, żeby ta alokacja tych produktów była równomiernie rozłożona po Europie” – powiedział Telus.

Minister Telus – jak wskazał resort rolnictwa we wtorkowym wpisie na Twitterze, ma w środę wystąpić do swoich odpowiedników, by spotkanie nastąpiło „jak najszybciej”. „Chociażby online. Chciałbym, abyśmy czuli wzajemnie swoje poparcie” – wskazał Telus, cytowany we wtorkowym wpisie na Twitterze MRiRW.

AgroUnia: To puste obietnice

Przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” Tomasz Obszański podkreślił, że [—- pieprzył; usuwam więc. md]

Hałdy zgniłego ziarna na przygranicznych polach. To przyjeżdża do Polski wagonami z Ukrainy.

Hałdy zgniłego ziarna na przygranicznych polach. To przyjeżdża do Polski wagonami z Ukrainy

7 kwietnia 2023 agroprofil.pl/haldy-zgnilego-ziarna

Na przygranicznych polach na granicy z Ukrainą leżą hałdy zgniłego ziarna, głównie kukurydzy i pszenicy. To wierzchnia warstwa zbutwiałego zboża, jakie transportowane jest z Ukrainy wagonami kolejowymi, tzw. węglarkami.

Porośnięte kożuchem zgniłe ziarno na wagonach węglowych

O problemie jakości importowanego do Polski zboża z Ukrainy wielokrotnie alarmowali protestujący rolnicy z okolic Hrubieszowa i Zamościa, którzy na co dzień obserwują ten proceder. Mimo protestów, władze utrzymują, że „transportowane z Ukrainy zboże jest plombowane i badane jakościowo w miejscu docelowym”.

Wagony węglowe, którym transportowane jest zboże często nie mają żadnej okrywy, co powoduje zamoknięcie wiezionego zboża. Na powierzchni takiego transportu tworzy się kilkunasto-centymetrowy kożuch typowy dla zbutwiałego, gnijącego ziarna. Ta wierzchnia warstwa jest zbierana i wywożona na hałdy. Trzeba podkreślić, że świadczy to o procesach gnilnych zachodzących w całym transporcie ziarna, nie tylko tym, które znajduje się na wierzchu.

Ta fatalna jakość sprowadzanego zboża urąga polskim rolnikom, którzy nie mogą sprzedać swoich zdrowych płodów, które zalegają w magazynach – komentują sytuację protestujący rolnicy. Brakuje również mechanizmów śledzenia ukraińskiego zboża wjeżdżającego na teren Unii Europejskiej.

Butwienie ziarna i rozwój pleśni drastycznie zwiększa ryzyko zatrucia mykotoksynami, które są substancjami toksycznymi i kancerogennymi, wytwarzanymi przez niektóre grzyby pleśniowe.

Jak już informowaliśmy, szacuje się, że ponad 3 miliony ton zboża z Ukrainy nie zostało poddane żadnej kontroli sanitarnej.

Rekordowy import z Ukrainy do krajów UE

Warto w tym miejscu przypomnieć, że od początku sezonu 2022/23 (lipiec 2022) do 26. marca, kraje Unii Europejskiej sprowadziły 7,93 mln ton pszenicy w porównaniu do 3,28 mln ton analogicznym okresie przed rokiem. 

Olbrzymi wzrost importu dotyczy pszenicy miękkiej i wynika z liberalizacji handlu z dotkniętą wojną Ukrainą.

W tym samym czasie import kukurydzy wzrósł o ponad 70%. Kraje UE sprowadziły 20,3 mln ton kukurydzy (12,4 mln ton w analogicznym okresie przed rokiem). Głównym dostawcą wymienianych zbóż jest Ukraina. Odpowiada za ponad 60% importowanej pszenicy i ponad 50% importowanej kukurydzy.

Afera ukraińskiego zboża w Polsce. Rząd wspólnikiem aferzystów. Co robi CBA w tej sprawie?

Afera ukraińskiego zboża w Polsce. Co robi CBA w tej sprawie?

Stanisław Michalkiewicz rzad-bezczelnie-oklamal

W serii Q&A na antenie TV ASME Stanisław Michalkiewicz został zapytany o sprawę ukraińskiego zboża w Polsce. W ocenie publicysty, powstaje pytanie, „co robi CBA w tej sprawie?”.

– Jak Pan się odniesie do tej całej sytuacji związanej z ukraińskim zbożem? Czy rzeczywiście Konfederacja ma rację rozdzierając szaty nad tą sprawą? – pytał jeden z widzów.

– Trochę mi to zalatuje protekcjonizmem gospodarczym, co nie przystoi partii wolnorynkowej. Może jednak dobrze, że tanie zboże zalewa nasz rynek, bo będziemy mieli przynajmniej obniżkę cen pieczywa – dodał pytający.

– Okazuje się, że pan się myli. Mimo tego, że to zboże jest tanie, tańsze w każdym razie od polskiego, ale żadnej obniżki cen pieczywa nie mamy, dlatego, że to zboże nie nadaje się do konsumpcji wskazał Michalkiewicz.

– Ja się na tym nie znam, ale jest taka powszechna opinia fachowców (…) mają wątpliwości czy to zboże nadaje się nawet na paszę. No to rzeczywiście musi być wyjątkowo g******e – skwitował, zaznaczając, że „to jest jedna rzecz”.

– Druga sprawa jest taka, że rząd opinię publiczną polską okłamał, bezczelnie okłamał (…), bo przecież to zboże wcale nie miało zalegać w polskich magazynach, tylko miało trafić do Polski, żeby tranzytem przez Polskę przejechać do bałtyckich portów, gdzie miało być załadowane na statki i przetransportowane w siną dal –przypomniał.

Jak mówił Michalkiewicz, „tak na początku tej całej dziwnej wojny na Ukrainie byliśmy informowani”. – Okazuje się, że to nieprawda, że to zboże wyeksportowane z Ukrainy, ten szajs, przez ukraińskich oligarchów, bo trzeba i to nam wiedzieć, jakie są stosunki własnościowe w rolnictwie ukraińskim. Tam dominują latyfundia, ponad pół miliona hektarów liczące sobie, które nie są własnością biednych ukraińskich rolników, chliborobów, tylko są własnością oligarchów, m.in. jakichś spółek amerykańskich – powiedział.

W ocenie Michalkiewicza, „to by wyjaśniało potulność naszego rządu”. Jak zaznaczył, „teraz jest pytanie: kto w Polsce to zboże kupił?”. – Bo jeżeli ono zalega w polskich magazynach i nie jest dalej przewożone, tzn. że ktoś to zboże kupił – wskazał.

Publicysta zadał też pytanie „co robi CBA w tej sprawie?”. – To jest afera gospodarcza, korupcyjna. Kto się tu skorumpował, kto kogo skorumpował itd.? – pytał.

Jaka jest przyszłość Bractwa św. Piusa X w Polsce? Kiedy powstanie u nas tradycyjne seminarium? 80 minut

80 minut link https://youtu.be/H8KMTa_0CiU

Kiedy powstanie tradycyjne seminarium w Polsce? Rozmowa z ks. Karolem Stehlinem

Czy ks. Karol Stehlin nie miał wątpliwości w czasie konsekracji biskupich w 1988? Jaki był abp Lefebvre osobiście? Jaka jest przyszłość Bractwa św. Piusa X w Polsce? Czy powstanie u nas seminarium Bractwa?

Z ks. Karolem Stehlinem rozmawia ks. Szymon Bańka

Złocą nam rogi

Stanisław Michalkiewicz Złocą nam rogi „Goniec” (Toronto)  •  9 kwietnia 2023

No proszę! Z okazji Świąt Wielkanocnych Nasz Najważniejszy Sojusznik pomyślał o prezencie dla nas. W ostatnią niedzielę w piśmie „Foreign Policy” ukazał się publikacja, w jaki sposób przychylić nieba nie tylko Ukraińcom, ale również nam, to znaczy – Polsce. Przybrała ona postać tego, co przed kilkunastoma laty Aleksander Smolar na łamach żydowskiej gazety wyborczej dla Polaków nazwał „postajegiellońskimi mrzonkami”. Konkretnie chodzi o to, by Polska utworzyła wspólne państwo z Ukrainą. Kiedyś ziemie ukrainne wchodziły w skład Rzeczypospolitej, ale – jak pamiętamy – skończyło się to antypolskim powstaniem Chmielnickiego, w następstwie którego, po niebywałym spustoszeniu tych terenów przez Kozaków i Tatarów, tereny leżące na wchód od Dniepru zostały przez Bohdana Chmielnickiego w Perejasławiu podarowane Rosji. Potem Rosja wzięła sobie również wiele dalszych części Rzeczypospolitej, dzieląc się nią z Prusami i Austrią, co pewien wykładowca Szkoły Morskiej w Tczewie skomentował następująco: „Otczizna nasza została podielona na tri czensti. Jedną wzięli Giermańcy, drugą – Awstryjcy, a trzecią – my!

Po I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej, część utworzonej podczas wojny przez Niemców i Austriaków Ukrainy znalazła się w granicach Rzeczypospolitej Polskiej. Skończyło się to tzw. rzezią wołyńską, to znaczy – okrutnym wymordowaniem przez UPA około 200 tysięcy Polaków, żeby w ten sposób na tych terenach zapewnić Lebensraum Ukraińcom. Jak widzimy, nie są to doświadczenia zachęcające do ponawiania takich eksperymentów.

Oczywiście amerykański redaktor naczelny niekoniecznie musi o tym wiedzieć. Jemu wystarczy wiedza o Polsce, że to „kraj bałkański, co miał króla Kościuszkę, co wynalazł kluski i że Wiedeń wyzwolił pianista Pedriuski” – żeby mógł myśleć o tym, jak najlepiej nas urządzić, to znaczy – jaką suwerenną decyzję w tej sprawie powinniśmy podjąć.

Potem z takich pomysłów biorą się wielkie nieszczęścia, ale Amerykanom wcale to nie przeszkadza pławić się w pierwotnej niewinności, że przecież chcieli jak najlepiej, jak ten niedźwiedź, co to na czole zaprzyjaźnionego zająca zabił gryzącą go muchę, ale jednocześnie roztrzaskał mu łeb. W kręgach w Polsce, które onanizują się myślą o „rozczłonkowaniu” Rosji, ten artykuł wzbudził ogromne podniecenie tym bardziej, że 5 kwietnia w naszym bantustanie zapowiedział gospodarską wizytę ukraiński prezydent Zełeński, który ma przemówić do nas, jak ma być.

Jestem pewien, że pan prezydent Duda w żadnej sprawie nie ośmieli mu się sprzeciwić, więc tak zwane „rozmowy” będą miały charakter raczej jednostronny. Prezydent Zełeński, podobnie zresztą jak inni politycy ukraińscy, podczas zagranicznych wizyt prezentuje bowiem radykalną postawę roszczeniową. Oto niedawno Polska podarowała Ukrainie za darmo wszystkie swoje samoloty marki MiG-29 – a już na Ukrainie podnoszą się głosy, że to maszyny przestarzałe i w ogóle Scheiss, więc tak naprawdę Polska powinna podarować Ukrainie swoje samoloty F-16 – oczywiście za darmo, no bo jakże inaczej? Myślę, że pan prezydent Duda to mu też obieca, w przekonaniu, że to przecież wszystko jedno, czy te samoloty ma Ukraina, czy Polska, bo 3 maja ubiegłego roku sam przecież głosił potrzebę utworzenia unii Polski z Ukrainą. Potem co prawda ktoś starszy i mądrzejszy musiał go zreflektować, bo mówił tylko, że granica Polsko-ukraińska powinna „łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli nawet miałaby „łączyć” – cokolwiek by to miało znaczyć, to przede wszystkim musi istnieć, Skoro jednak Amerykanie puszczają takie śmierdzące dmuchy w „Foreign Policy”, to tylko patrzeć, jak podejmiemy suwerenną decyzję o jej zlikwidowaniu – być może jeszcze przed Świętami Wielkanocnymi, żeby udelektować prezydenta Zełeńskiego?

Tak naprawdę jednak Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi chodzi o co innego. Jak wiadomo, prowadzi on na Ukrainie wojnę z Rosją do ostatniego Ukraińca. Podobno na Ukrainie Ukraińców jest jeszcze całkiem sporo, zwłaszcza żołnierzy, którzy wcale nie giną, bo jeśli ktoś tam ginie, to tylko cywile, a zwłaszcza dzieci, na które Putin z jakiegoś zagadkowego powodu jest szczególnie zawzięty, podobnie jak zawzięty na dzieci, tyle, że koreańskie, był prezydent Truman, którego z tego powodu Wanda Odolska na „Fali 49” Polskiego Radia z upodobaniem nazywała „mordercą koreańskich dzieci”.

Dzisiaj tę chlubną tradycję w telewizji rządowej podtrzymuje pani red. Danuta Holecka, a w telewizji nierządnej – pani red. Anita Werner. Wyobrażam sobie, jak Wanda Odolska musi się w zaświatach radować z tej podwójnej reinkarnacji! Ale mniejsza już z tymi gwiazdami dziennikarstwa, bo tu idzie o życie. Chodzi o to, że tak naprawdę, to nie wiemy ilu jeszcze Ukraińców na Ukrainie zostało. Amerykanie jednak mogą wiedzieć lepiej, bo w końcu coś tam muszą wiedzieć – i dlatego właśnie z „Foreign Policy” wyszły wspomniane śmierdzące dmuchy na temat wspólnego, polsko- ukraińskiego państwa. Nawiasem mówiąc, jak przypuszczałem, ambasador Polski we Francji musiał chyba na ten temat coś już wiedzieć, skoro powiedział, że jeśli Ukraina nie zdoła obronić swojej niepodległości, to Polska nie będzie miała innego wyjścia, jak włączyć się do tego konfliktu. A cóż bardziej ułatwiłoby wkręcenie Polski w maszynkę do mięsa, jeśli nie ogłoszenie unii polsko-ukraińskiej?

Popatrzmy: Polska włącza się do konfliktu, chociaż nie była obiektem zbrojnej napaści – a tylko zbrojna napaść uruchamia procedury przewidziane w art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Jeśli natomiast państwo członkowskie Sojuszu, z własnej inicjatywy włączy się do konfliktu formalnie toczonego przez państwa nie będące w Sojuszu Północnoatlantyckim, to żadne procedury przewidziane w art. 5 nie muszą być uruchamiane, dzięki czemu Stany Zjednoczone nadal mogłyby pławić się w pierwotnej niewinności i najwyżej współczuć nam w nieszczęściu na antenie „Głosu Ameryki” albo czegoś podobnego. Co tu ukrywać; nieźle to sobie Nasz Najważniejszy Sojusznik wykombinował, najwyraźniej licząc, że jak przy pomocy słowackiego „eksperta” podbije nam bębenka, to będzie mógł z nami zrobić wszystko i w każdą formę ulepić. Czy nie przypadkiem dlatego wspomniana publikacja ukazała się w Niedzielę Palmową, kiedy było już wiadomo, że prezydent Zełeński zaszczyci nas swoją obecnością i swoimi słowami powie nam, co i jak ma być?

Kiedy w starożytnym Rzymie kapłani już wytypowali byka na ofiarę dla Jowisza Najlepszego i Największego, to zanim go zaszlachtowali, najpierw złocili mu rogi. Kto wie, czy byk nie był z tego powodu szalenie dumny i wiele sobie po tych złotych rogach nie obiecywał – ale wszystkie te ceremonie kończyły się dekapitacją byka i jego holokaustowaniem na ołtarzu.

Nasz Najważniejszy Sojusznik najwyraźniej próbuje tej samej sztuczki z nami.

Nie tylko zboże. Wkrótce może załamać się rynek drobiu i jaj. Import z Ukrainy bez norm jakościowych i „dobrostanu”.

Nie tylko zboże. Wkrótce może załamać się rynek drobiu i jaj. Import z Ukrainy bez norm jakościowych i „dobrostanu”

zboze-kury- z-ukrainy/ 7 kwietnia 2023

Nie tylko zboże: rolnicy wkrótce mogą mieć bardzo poważne kłopoty w innej sferze produkcji. Chodzi o drób z Ukrainy, który za\lewa polski rynek. Eksperci obawiają się prawdziwej katastrofy. Import od naszego wschodniego sąsiada rośnie, a konkurencja jest nierówna.

Według wyliczeń organizacji AVEC, która reprezentuje drobiarstwo w UE, także w 2024 roku import drobiu z Ukrainy ma być utrzymany na wysokim poziomie. Tymczasem w pierwszych ośmiu tygodniach 2023 roku import z tego kraju wzrósł o 94 proc. w skali rok do roku. Według prezesa Krajowej Federacji Hodowców Drobiu i Producentów Jaj, konkurencja z Ukraińcami jest bardzo nierówna.

W czerwcu Unia Europejska zniosła kontyngenty na mięso i jaja z Ukrainy. W efekcie nasz rynek został dosłownie zalany mięsem drobiowym i jajami produkowanym za wschodnią granicą. Tam nie muszą przestrzegać norm jakościowych i „dobrostanu” zwierząt nałożonych na producentów unijnych. W efekcie mogą produkować żywność zdecydowanie taniej niż my powiedział.

Problemy mogą mieć także rolnicy z innych państw, jak Węgry, Hiszpania, Holandia, Niemcy czy Francja.

Według prezesa Krajowej Rady Drobiarstwa, Dariusza Goszczyńskiego, możliwym rozwiązaniem byłoby przekierowanie drobiu z Ukrainy na przykład do Afryki.

Przed możliwym wielkim kryzysem w branży drobiarskiej przestrzega też były minister rolnictwa Jan K. Ardanowski.

Źródła: Money.pl, PCh24.pl

Lech, Czech i Rus czy Lech, Żyd i Ukr?

Lech, Czech i Rus czy Lech, Żyd i Ukr?

CzarnaLimuzyna Bielmo na polskich oczach

Czasy określane mianem słusznie minionych powracają.

Żyją jeszcze w Polsce ludzie pamiętający coś, co w żargonie politycznym nazywało się umacnianiem i pogłębianiem, coś co u normalnych osób wywoływało odruch obrzydzenia i skojarzenia z drugim najstarszym zawodem świata. W owych czasach pogłębianie stosunków pomiędzy „Polską” a „Związkiem Zdradzieckim” należało do rytuałów dnia codziennego.

Dziś media z takim samym bezwstydem relacjonują podobne pogłębianie: z posteuropejską Unią lub Stanami Zjednoczonymi i tu nikt normalny nie ma wątpliwości kto kogo bardziej … i w jaki sposób. Ostatnio na topie propagandowym są stosunki z banderowską Ukrainą, która walczy z postsowiecką Rosją nie tylko we własnym, ale także w imieniu słusznych interesów narodów wybranych na przewodnie. Polska na tym odcinku spełnia jakże ważną rolę płatnika i pojemnika (na ukraińskie produkty jakości „technicznej”). Jest to stara, 80 letnia tradycja nieprzerwana techniczną zmianą, gdy insygnia realnej władzy czyli „kijek i marchewka” opuściły Moskwę i zostały wywiezione, ku uciesze gawiedzi, na zachód. Od tamtej pory ten sam kijek i ta sama marchewka wciąż pełnią swoją pogłębiającą i umacniającą, tradycyjną rolę.

Order, listy i całuski

Zdjęcie: Twitter/Kancelaria Prezydenta

Zacznę od listu trybuna chłopskiego, Kołodziejczaka, który skrobnął parę zdań do prezydenta kraju zwanego ukraińskim, którego mieszkańcy, wedle najnowszych odkryć, wynaleźli koło i założyli Kraków. List dotyczy produktów ukraińskich jakości „technicznej”, które zablokowały polskie magazyny powodując milionowe straty u polskich rolników. Pana Kołodziejczaka odsyłam tu: Przemyt Plus. Myślę, że po przeczytaniu będzie musiał zmienić adresata listu, ale samą treść może zostawić. Innych listów i westchnień nie będę cytować.

Żadnych granic

W przyszłości między naszymi narodami nie będzie żadnych granic: politycznych, ekonomicznych i, co bardzo ważne, historycznych. – napisał prezydent Ukrainy na swoim koncie.

Jak można to skomentować? „Pan każe sługa musi” z zaznaczeniem, że ten jest panem, kto dzierży kijek i marchewkę czyli akurat nie prezydent Zelensky. Natomiast rola sługi jest obsadzona w sposób niezmienny od 1943 roku aż do dziś. I to jest przyczyną, dla jednych, dumy, dla innych, upokorzenia.

Głos dumnych i upokorzonych

Głos dumnych i upokorzonych rozbrzmiewał wczoraj na Twitterze tuż pod udekorowaniu najwyższym polskim odznaczeniem Orderem Orła Białego prezydenta bratniego kraju za wyżej opisane pogłębianie. Ubolewali głównie ci, którym żal, że nie mają już własnego państwa tylko atrapę oraz narzekający na nagły upadek prestiżu polskiego odznaczenia. Niesłusznie. Można przecież sięgnąć po pierwsze z brzegu przykłady: Adama Michnika syna Ozjasza Szechtera, członka komunistycznej partii Zachodniej Ukrainy notabene uznanego przez Sąd II RP za przestępcę, można także dorzucić do kompletu Szewacha Weissa.

Czarę słodyczy dopełnił niezawodny w takich sytuacjach Duda, który w porywającej recytacji wydobył z ostrego cienia mgły hymn polsko-ukraiński.

Lech, Czech i Rus czy Lech, Żyd i Ukr?

Nowa historyczna legenda, którą się raczy w mediach ogłupiałe społeczeństwo przypomina do złudzenia starą ględę o odwiecznej i gorącej przyjaźni z Rosją Carską, a potem ze Związkiem Zdradzieckim (ZSRR).

Mamy jak najlepsze wspomnienia, powinniśmy mieć we współpracy z Ukraińcami. Tworzyliśmy jedno państwo, mamy wspólną tożsamość (…) Te groby powinny nas łączyć, a nie dzielić.

zobacz, Q…, sam…

Jak prosto się rabuje, gdy się jest w grupie „wiedzących” i pewnych bezkarności.. „Brazilian Swap”.

Och, jak prosto się rabuje, gdy się jest w grupie „wiedzących” i pewnych bezkarności.. Brazilian Swap”.

Mirosław Dakowski, 5 kwiecień 2023

Aneks I.

W czasie trudnego ujawniania rabunku poprzez foz pracowałem w centralnym urzędzie planowania. Był to naturalne następca PKPG, czyli państwowej komisji planowania gospodarczego. Wezwał mnie minister Ejsymont . Poszedłem z dużym plikiem dokumentów FOZZ, o które – i o wyjaśnienia niektórych punktów – prosił.

Potem minister Ejsymont zapytał „czy znam pana Majmana”. Powiedziałem że pierwsze słyszę.

Powiedział mi wtedy, że jest to człowiek, który z ramienia Mossadu podjął się tajnej wymiany zobowiązań PRL-u na podobne zobowiązania Brazylii. Był to tak zwany Brazilian Swap”. Chodzi o to, że formalnie Państwo nie może handlować na rynkach wtórnych, nielegalnych – własnymi długami.

Majman zaproponował więc, by nielegalnie wymienić się długami PRL-u i Brazylii – i wtedy można będzie łatwiej nimi handlować, spekulować. Po stronie polskiej sprawą dyrygował wiceminister finansów Janusz Sawicki. [Przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów, major [wtedy] GrupaY, kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”].

Dogadali się [GrupaY i „Finansista”] , że Majman za załatwienie tej sprawy dostanie prowizję, chyba 2.4, procenta.

Kwota tej nielegalnej wymiany to było ok. 4 miliardy dolarów.

Nic dziwnego więc że gdy jakiś nadgorliwy pułkownik z UOP aresztował wiceministra Sawickiego w świetle jupiterów i kamer TV, Majman był niepocieszony i jak mówił minister, dosłownie płakał w jego marynarkę.

Nic dziwnego, bo gdy się pomnoży 4 miliardy przez te procenty prowizji to wychodzi niezła suma.

A tak mocodawcy pana Majmana musieli się zająć innym sposobem zwiększania swoich dochodów.

To jeden z ciekawszych przykładów „pomysłów”.

========================

Aneks II.

Mówi ostatnio w TVP któryś z ekspertów, celebrytów powołanych przez redaktor Kanię, że sprawa FOZZ jest „najtrudniejszą przez niego badaną”. A „bada” ją podobno już kilka dziesięcioleci.

Tymczasem w istocie swojej jest to sprawa niezwykle prosta. Nie znajduję lepszego porównania, niż trywialne, że jest tak prosta jak budowa cepa.

Podam obrazek to wyjaśniający:

Jeśli ktoś nie zorientowany widzi tysiące mróweczek, które wyszarpują i wynoszą kawałki mięsa z powalonego bawołu w różnych kierunkach, i różnymi ścieżkami, to czuje się, jako naiwny obserwator, zdezorientowany. Tymczasem te mróweczki wiedzą, gdzie leży łup, i wszystkie niosą je wreszcie do swojego mrowiska.

W przypadku omawianego rabunku Polski miejscem, do którego różne, nie znające się mróweczki muszą swój łup zanieść, jest siedziba Międzynarodowego Finansisty. A On już wie i decyduje, jaką część tego łupu chce dać swoim wykonawcom.

To On, wiedząc, ściślej nakazując, by w Polsce była hiperinflacja, uruchomił potężnej mocy pompę ssąco-tłoczącą, która przy każdym swoim kolejnym ruchu zamieniała 5% na 80%, przy następnym ruchu [na przykład] te stałe 5% [to jest oprocentowanie dolara] zamieniała na 65%, [to była inflacja w Polsce, ściślej oficjalna stopa procentowa w danym miesiącu].

—————————-

Oto naukowe wyjaśnienie tego mechanizmu: [To skrót, adres całości już obecnie tylko za jakieś dewizy. Mamy jednak kopie tego artykułu. MD]

—————————————

Violation of interest-rate parity: a Polish example

Physica A 285 (2000) 220-226 www.elsevier.com/locate/physa

Jerzy Przystawa a Marek Wolf,b

a) Institute of Theoretical Physics, University of Wrocław, Pl. Maksa Borna 9, 50-204 Wrocław, Poland

b) School of Management and Finance. ul. Pabianicka 2, 53-339 Wrocław, Poland

Abstract

The mechanism of the so-called „Bagsik Oscillator” is presented and discussed. In essence, it is a repeated exploitation of arbitrage opportunities that resulted from a marked departure from the interest-rate parity relationship between the local Polish currency and the western currencies.

[Podaję tylko wynik rachunków, zakładając nieznajomość sum i całek u Czytelnika. Chętnych odsyłam do literatury cytowanej.

Istotna jest liczba “93” na dole Tabeli jako “przebicie” łatwo uzyskiwalne przez „wtajemniczonych”. I tylko przez nich.

Nawet w roku 2000, roku uspokojenia się oszustw finansowych, można było „wyciągnąć” zysk 91% (sic!!) MD]

Table l

Efficiency of the oscillator (4.4) for T = 1 year

NYear 1990; rf = 0.8,Year 2000; rf= 0.14
r = 0.1r = 0.04
11.01380.1052
21.85770.1618
33.05520.2214
44.75460.2840
57.16620.3499
611.8070.4191
715.4450.4918
822.3360.5683
932.1150.6487
1045.9930.7333
1165.6860.8221
1293.0200.9155

========================

Jeśli takich kolejnych ruchów machiny ssąco-tłoczącej było pięć, piętnaście, a może więcej, to można było osiągnąć dowolne, astronomiczne, tak zwane „przebicie”.

Ile miliardów dolarów tym sposobem wytransferowano z Polski, my amatorzy nie wiemy. A przeznaczone do tego służby państwa mają założone nie końskie okulary [które uniemożliwiają widzenie tego co się dzieje z boku], ale po prostu – czarne okulary ślepca.

I to jest, proszę państwa, proszę rządzących, aktualna sytuacja Polski.

Wojskowe tajemnice FOZZ

Wojskowe tajemnice FOZZ

[Umieszczam 5 kwietnia 2023, jako skromne przeciwstawienie fali dezinformacji w TVP. Mirosław Dakowski]

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.4550_55.php

Adam Chmielecki  politolog, 16.10.2011.

Opisując III Rzeczpospolitą, historyk Robert Kuraszkiewicz na marginesie swojej książki „Polityka nowoczesnego patriotyzmu” o aferze FOZZ wspomniał krótko, ale jednocześnie niezwykle celnie: „Majstersztykiem propagandowym postkomunistów było określenie FOZZ mianem „największej afery III Rzeczypospolitej”, co sugerowało, że zrodziła się ona już w nowej, „solidarnościowej” Polsce. (…) Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego był instytucją wymyśloną i zorganizowaną przez środowisko byłych i aktualnych agentów i oficerów PRL-owskich służb specjalnych. Interes państwa był klasyczną „przykrywką” dla licznych oszustw”.

I rzeczywiście, działalność Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, a następnie nieudolne polityczne i prawne próby wyjaśnienia związanych z tą działalnością nieprawidłowości nazywano mocnymi określeniami: „FOZZ-gate”, „matka wszystkich afer”, „matka transformacyjnych afer”, „afera pięćdziesięciolecia”, czy właśnie nawiązującym już do nowej rzeczywistości hasłem „afera założycielska III RP”.

Jednakże, pomimo że Kuraszkiewicz ma rację, iż źródła FOZZ tkwią głęboko w zdegenerowanych ostatnich latach PRL, to FOZZ ukazał również patologie III RP, a zwłaszcza to, co Jadwiga Staniszkis (a po niej wielu innych) nazwała postkomunizmem. W aferze FOZZ znajdziemy wszystkie elementy tego zjawiska, a więc uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury na państwowym majątku, wpływy funkcjonariuszy i tajnych współpracowników służb specjalnych PRL, niemoc instytucji państwowych, sprzeciw części dawnej opozycji solidarnościowej do rozliczenia poprzedniego systemu, wreszcie walkę z nielicznymi, którzy dążyli do prawdy.

Dług publiczny, zyski sprywatyzowane
Działalność FOZZ, wbrew obiegowej opinii, została całkiem dobrze udokumentowana i opisana, jednak jedynie na podstawowym poziomie, zarówno jeśli chodzi o formę (raczej dziennikarsko-publicystyczną niż naukową), jak i treść (kwestie finansowe i prawne – proces i wyrok – nie zaś agenturalne i związane z działalnością służb specjalnych tło całej sprawy). Ostatnio w szerszej i źródłowej formie problematykę tę podjął dr Sławomir Cenckiewicz w swojej książce „Długie ramię Moskwy”.
Dla porządku zbierzmy jednak pewne fakty. Ustawę o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego Sejm PRL uchwalił 15 lutego 1989 roku. 24 lutego 1989 r. zarządzeniem ministra finansów FOZZ otrzymał statut i osobowość prawną. FOZZ nie powstał jednak ad hoc, już od 1986 r. funkcjonował jako fundusz celowy w ramach Ministerstwa Finansów. Trzy lata później otrzymał po prostu pełną i odrębną osobowość prawną. Pytanie, czy taka zmiana instytucjonalna miała na celu jedynie poprawę efektywności zarządzania i spłaty polskiego długu, czy też już w założeniach jej inicjatorów miała ułatwić proces wyprowadzania i prywatyzowania pieniędzy publicznych. „Nowy” FOZZ miał gromadzić środki finansowe na „obsługę” polskiego zadłużenia i dysponować nimi. To enigmatyczne sformułowanie oznaczało de facto wykupywanie własnego długu przez PRL, z wykorzystaniem podstawionych spółek i instytucji, a więc praktykę nielegalną wg prawa międzynarodowego, ale stosowaną już wcześniej przez kraje rozwijające się lub państwa Trzeciego Świata. I tu zaczął się problem. Jeszcze większy pojawia się, gdy zobaczymy, skąd miały pochodzić środki na działalność FOZZ – z budżetu państwa (w różnej formie: dotacji, obligacji, dochodów z zagranicznych pożyczek), ale także z działalności Banku Handlowego, Narodowego Banku Polskiego oraz tzw. czarnych pieniędzy central handlu zagranicznego, czyli nielegalnych środków dewizowych, które państwowe przedsiębiorstwa posiadały m.in. z łapówek, ustawionych przetargów, operacji służb etc.
Pomimo dysponowania znacznym budżetem (nawet kilka miliardów USD) FOZZ wykupił, wg szacunków, jedynie ok. 2,8 bln starych złotych polskiego długu. Kompetencje Funduszu były nieprecyzyjne, mógł on prowadzić właściwie wszystkie, nawet najbardziej ryzykowne operacje finansowe, a kontrola ze strony Ministerstwa Finansów i rządu, choć do przedstawicieli tych instytucji bardzo szybko zaczęły docierać sygnały o nieprawidłowościach, praktycznie nie istniała. Obficie korzystali z tego szef Funduszu Grzegorz Żemek oraz jego zastępcy – Janina Chim i Marek Gadomski. Przykładowo: kierownictwo FOZZ niemal do perfekcji opanowało działanie w ramach tzw. łańcuszka.
Większość operacji FOZZ prowadził przez spółki pośredniczące, z których gros było zarejestrowanych w tzw. rajach podatkowych. Bardzo często we władzach tych spółek zasiadali właśnie Żemek i Chim oraz współpracujący z nimi biznesmeni i bankierzy. Tworzono „łańcuszek” pośredników, którzy obracali otrzymanymi z Funduszu środkami. W przypadku powodzenia operacji większość zysku trafiała do owych pośredników oraz władz FOZZ, w przypadku strat pośrednicy pozostawali bez konsekwencji. Większość operacji nie była księgowana lub robiono to nieprawidłowo, a wiele „zleceń” realizowano na ustne i telefoniczne (a przecież mówimy tu o milionowych kwotach) polecenia dyrektora Funduszu i jego zastępczyni. Prowadziło to w skrajnych przypadkach do absurdalnych sytuacji, w których dłużnicy FOZZ określali się jego wierzycielami i żądali zwrotu pieniędzy! Według oficjalnych danych działalność FOZZ przyniosła straty w wysokości ok. 350 mln dolarów, ale to z pewnością zaniżone dane. Prosta różnica pomiędzy kwotą, jaką dysponował FOZZ, a kwotą wykupionego długu przynosi znacznie większą „dziurę”.
Pierwszy akt oskarżenia w tej sprawie skierowano już w 1993 r., kolejny 5 lat później. Wyrok w najgłośniejszej aferze III RP zapadł w 2005 roku. Na kary grzywny oraz pozbawienia wolności skazano 6 osób, w tym Grzegorza Żemka (9 lat i 720 tys. zł), Janinę Chim (6 lat i 500 tys. zł) i Dariusza Przywieczerskiego (3,5 roku oraz 380 tys. zł). Ten ostatni wciąż nie odbył kary. Uniknęły jej, jak się wydaje, również inne osoby, które znalazłyby się na ławie oskarżonych, gdyby wyjaśnieniem afery państwo zajęło się na poważnie na początku lat 90. Wówczas z pewnością udałoby się zebrać więcej dowodów oraz uniknąć przedawnienia części zarzutów.

Żemek – „widoczny znak wojskówki”
Jak wspomniano, tło afery FOZZ stanowią takie instytucje, jak: Ministerstwo Finansów, spółki polonijne (Przedsiębiorstwa Polonijno-Zagraniczne), Bank Handlowy, bank PKO i centrale handlu zagranicznego. Były to podmioty, które w ramach PRL posiadały przywilej koncesjonowanego dostępu do Zachodu, wolnego rynku, kapitału, wiedzy na temat funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej, a jako takie były w sposób szczególny zinfiltrowane przez służby specjalne, zarówno cywilne (Departamenty III i V, ale przede wszystkim Departament I), jak i wojskowe. I właśnie to te ostatnie odegrały decydującą rolę. Nieprzypadkowo tak wielu ekonomistów i dyplomatów ma w swoich dossier tak nietypowe dla przedstawicieli takich zawodów odznaki „Za zasługi dla obronności kraju”.
Zainteresowanie na większą skalę sprawami gospodarczymi ze strony „wojskówki” (mowa o Zarządzie II Sztabu Generalnego, a przede wszystkim Oddziale „Y”, z którego wywodziła się późniejsza czołówka Wojskowych Służb Informacyjnych) datuje się na połowę lat 80. XX wieku. Wówczas służby wojskowe zaczęły plasować w podmiotach sektora gospodarczego zarówno agentów (np. wykorzystując ich jako łączników lub kurierów), jak i funkcjonariuszy, często przejmując w ten sposób np. poszczególne spółki polonijne. Z samej swej natury mogły one doskonale służyć jako „przykrycie” nielegalnej działalności lub po prostu stanowić źródło zysków na działalność operacyjną (w nomenklaturze służb wojskowych nazywało się to „środkami pozabudżetowymi”).
Jednocześnie służby wojskowe interesowały się sprawami gospodarczymi w skali makro, będąc najprawdopodobniej środowiskiem najlepiej zorientowanym w realnej sytuacji państwa w latach 80. I to właśnie one jako pierwsze zdały sobie sprawę, że lawinowo rosnące zadłużenie PRL (w skrócie, w czasie dekady rządów gen. Wojciecha Jaruzelskiego wzrosło ono z ok. 20 do ponad 40 mld złotych!) stanowi nie tylko problem gospodarczy, ale może zagrozić samemu istnieniu komunistycznego reżimu w Polsce. Już w sporządzonym w maju 1984 r. tzw. raporcie Kiszczaka możemy przeczytać: „Znacznie bardziej niż wysokość długu, w coraz większym stopniu doprowadza nas do zależności od państw zachodnich brak możliwości terminowego wypełniania zobowiązań płatniczych, skutkując zagrożeniem bezpieczeństwa państwa”.
Służby monitorowały również sytuację gospodarczą i modele walczenia z zadłużeniem innych państw bloku komunistycznego. Przykładem może być tu działalność kontaktu operacyjnego o ps. „Darg”. Pod tym pseudonimem zarejestrowany był – wg dostępnych dokumentów – Sławomir Nieckarz, były zastępca prezesa NBP i minister finansów. Pełniąc od 1987 r. funkcję radcy ds. handlowych Ambasady PRL w Budapeszcie, jednocześnie informował on swoich oficerów prowadzących o zadłużeniu zagranicznym Węgier i uzgodnieniach kredytowych tego kraju z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym. „Obsługa zadłużenia w 1988 r. jest zadaniem ponad możliwości gospodarki węgierskiej” – pisał w grudniu 1987 r. KO ps. „Darg”, uzupełniając tę informację szczegółowymi danymi. W ten sposób polskie służby zdobywały swoiste „know-how”, mogące posłużyć im później do wypracowania modelu obsługi podobnego zadłużenia Polski.

Dodajmy, nie tylko obsługi. Skoro jakaś grupa zdawała sobie sprawę z nieuchronności pewnych przemian społeczno-gospodarczych, mogła wykorzystać swoją uprzywilejowaną pozycję do zapewnienia sobie „miękkiego lądowania”. Tak było w przypadku służb wojskowych.
Nie dziwi zatem, że dyrektorem generalnym FOZZ został Grzegorz Żemek, absolwent „kuźni” agentów bezpieki – Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, były pracownik ambasady PRL w Belgii i wieloletni dyrektor Banku Handlowego oraz jego spółki zależnej w Luksemburgu – Banku Handlowego Internationale, od 1972 r. jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Zarządu II Sztabu Generalnego o ps. „Dik”.

Po latach, podczas procesu w sprawie Funduszu, Żemek przyznał wprost: „FOZZ powstał m.in. po to, abym mógł kontynuować zadania zlecone mi przez wojskowe służby specjalne”. Co ciekawe i paradoksalne, Grzegorz Żemek był prawdopodobnie również jednym z przypadkowych, ale jednak, inicjatorów końca działalności FOZZ i ujawnienia nieprawidłowości w jego działalności.

Wszystko wskazuje na to, że ujawnienie afery FOZZ stało się możliwe dzięki konfliktowi pomiędzy cywilnymi a wojskowymi służbami PRL. W przypadku FOZZ długo współdziałały one, przynajmniej pozornie, w przyjaznej kooperacji. O ile Żemek był agentem służb wojskowych, o tyle większość osób zaangażowanych w FOZZ w dokumentacji SB występuje jako związane ze służbami cywilnymi.

Na przykład jako osobowe źródła informacji wymieniani są niemal wszyscy członkowie Rady Nadzorczej Funduszu: Grzegorz Wójtowicz (jednocześnie wiceprezes NBP) jako kontakt operacyjny (najwyższa forma agenta w wywiadzie cywilnym) Departamentu I MSW o ps. „Camelo” i „Camel”; Dariusz Rosati (ówczesny doradca premiera PRL) również jako KO Departamentu I o ps. „Buyer”; Wojciech Misiąg (wiceminister finansów) jako TW Departamentu II (kontrwywiad) o ps. „Jacek”; Jan Boniuk (dyrektor w Ministerstwie Finansów) jako kontakt służbowy Departamentu V (wywiad gospodarczy) o ps. „Bon” oraz jako KO Departamentu I ps. „Donek”; Zdzisław Sadowski (były wicepremier PRL) jako TW Departamentu III (zajmującego się walką z opozycją) o ps. „Robert”; Jan Wołoszyn (doradca prezesa Wójtowicza) jako KO Departamentu I ps. „Okal”; wreszcie przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów jako kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”.
Jednak Grzegorz Żemek już w pierwszej połowie lat 80., podczas pobytu w Luksemburgu, częściowo się zdekonspirował i popadł w konflikt z innym pracownikiem Banku Handlowego w Beneluksie Stanisławem Zdzitowieckim. Zdzitowiecki był rejestrowany jako kontakt operacyjny Departamentu I MSW o kryptonimie „Ursus”. Podczas pobytu w Luksemburgu miał wykryć nieprawidłowości Żemka przy udzielaniu kredytów, czy raczej tzw. akredytyw, firmom bez sprawdzania ich realnej zdolności kredytowej. Stało się to później obiektem dochodzenia resortu spraw wewnętrznych w sprawie operacyjnego sprawdzenia „Fluxy”. Według dokumentów z tej sprawy Żemek już jako dyrektor FOZZ miał z pieniędzy Funduszu „łatać dziury” w budżecie luksemburskiej filii Banku Handlowego powstałe w okresie, gdy był jej dyrektorem. Ta pozornie odległa od działalności FOZZ sprawa miała swoje reperkusje m.in. w postaci podobnej sprawy z niejakim Josephem Tkaczickiem, niemieckim bankierem robiącym interesy z FOZZ, powiązanym z przedstawicielami wywiadu cywilnego. Skończyło się to zakończeniem współpracy Zarządu II SG z TW ps. „Dik” w czerwcu 1990 roku.
Oczywiście Żemek był tylko jednym z wielu. Odpowiednie przykłady znajdą się w przygotowywanej przeze mnie (wspólnie ze Sławomirem Cenckiewiczem) książce „Tajne pieniądze. Wywiad wojskowy PRL w labiryncie biznesowych gier”, tu podajmy jeszcze jeden, łączący w sobie wszystkie ww. podmioty z pogranicza działalności państwa, gospodarki i służb specjalnych. Jako tajny współpracownik Zarządu II Sztabu Generalnego o pseudonimie „Witeź” zarejestrowany był Waldemar Głodek (ur. 1941 r.), pracownik m.in. centrali handlu zagranicznego Agromet-Motoimport, a w latach 1973-1978 pracownik Biura Radcy Handlowego PRL w Nowym Jorku. W dokumentach na temat Głodka znajdujemy m.in. informację o podpisaniu przez niego zobowiązania do współpracy z wywiadem wojskowym PRL, które przyjął kmdr ppor. Stanisław Terlecki. Z TW ps. „Witeź” spotykali się także m.in. płk Marian Moraczewski i jeden z późniejszych szefów Wojskowych Służb Informacyjnych kpt. marynarki Kazimierz Głowacki. Głodek, którego prowadził rezydent Zarządu II o pseudonimie „Sztygar”, za współpracę był m.in. wynagradzany finansowo. TW ps. „Witeź” współpracował ze służbami wojskowymi także w latach 80., podczas pracy w PHZ „Unitra” oraz w Biurze Radcy Handlowego PRL w Kanadzie. Źródeł podobnych do TW „Witeź” było więcej, a wiele z nierozszyfrowanych pseudonimów do dziś stanowi kolejną tajemnicę tła, na którym wyrósł FOZZ.

Tajemnice pracowników NIK
O maczaniu palców w aferze FOZZ przez przedstawicieli służb wojskowych, nie tylko PRL-owskich, przekonany był także inspektor Najwyższej Izby Kontroli Michał Falzmann, który w październiku 1989 r., jeszcze jako komisarz Izby Skarbowej w Warszawie, badając dokumenty księgowe wspomnianej już spółki Universal, wykrył nielegalną działalność państwowego funduszu i powiadomił o niej najwyższe władze. W swoim dzienniku napisał później po prostu, że „FOZZ to KGB/GRU”. Ponieważ Falzmann bezskutecznie pukał do drzwi gabinetów najważniejszych osób w państwie, swoje ustalenia przedstawiał na łamach niskonakładowej prasy. W jednym z kilku artykułów pisał: „Decydent moskiewski każe łączyć pieniądze z Polski ze swoimi i płacić na odpowiednie konta. Każe dokonywać operacji polegających na ukryciu transakcji Funduszu poprzez innych kontrahentów. I tak prezes Funduszu, pan Żemek, podpisuje umowę z panem Przywieczerskim, dyrektorem przedsiębiorstwa Universal, o tym, że nie będą dokonywali wymaganej prawem dokumentacji umów na piśmie. Następnie Fundusz udziela pożyczek, udziela gwarancji, udziela poręczeń, a Universal zaciąga długi, płaci zobowiązania i ekspediuje pieniądze (…) na prywatne konta poza granicą Polski. Proceder ten jest ukryty za parawanem tajemnicy państwowej, a faktycznie jest co najmniej pomaganiem złodziejowi w kradzieży państwowego mienia. (…) Galimatias pogłębia działanie ówczesnego monopolisty, jakim był Bank Handlowy SA: gubienie części (…) dokumentów, zwroty, pomyłki, korekty przelewów”. W oficjalnych notatkach służbowych, już jako inspektor NIK, dodawał: „Osoby odpowiedzialne z Banku Handlowego, NBP, Ministerstwa Finansów stale przemieszczają się pomiędzy tymi instytucjami”, „Co najmniej od dwóch dziesięcioleci polskimi finansami zarządza ta sama grupa ludzi. Panowie ci (…) zmieniają tylko biurka i gabinety”.
Falzmann zmarł nagle „na zawał” 18 lipca 1991 roku. Nigdy wcześniej nie miał problemów z sercem. Jego sylwetkę i okoliczności śmierci opisał szczegółowo reżyser i dokumentalista Jerzy Zalewski w jednym z lipcowych numerów „Naszego Dziennika” (wcześniej przedstawił historię Falzmanna w filmie dokumentalnym pt. „Oszołom”). W tym miejscu przypominam krótko Michała Falzmanna, ponieważ jego śmierć, nigdy niewyjaśniona, wygląda jeszcze bardziej tajemniczo w zestawieniu z podobną tragedią, która stała się udziałem innej związanej z ujawnieniem afery FOZZ.
Oto całkiem niedawno, 7 października, minęła dwudziesta rocznica śmierci prof. Waleriana Pańki, prezesa NIK, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym pod Piotrkowem Trybunalskim na dwa dni przed terminem wystąpienia w Sejmie z informacją na temat działalności FOZZ… W ciągu kilku lat od wypadku zmarł zarówno kierowca urzędowego samochodu [doświadczony ochroniarz z BOR-u] , którym jechał Pańko, jak i dwaj policjanci, którzy jako pierwsi pojawili się na miejscu wypadku. Wydarzenia te mogły oczywiście być dziełem przypadku, zbiegiem nieprzyjemnych okoliczności.

Pole do ewentualnych hipotez i sugestii daje jednak proste porównanie efektów, jakie przyniosła w sprawie FOZZ kilkumiesięczna praca jednego inspektora NIK, a jakie kilkuletnia praca całego aparatu państwowego – Falzmann, Pańko oraz Anatol Lawina, dyrektor Zespołu Analiz Systemowych NIK, 14 czerwca 1991 r. spotkali się z ówczesnym premierem Janem Krzysztofem Bieleckim oraz wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem. Pracownicy NIK mieli wg relacji przedstawić szefom rządu sytuację związaną zarówno z działalnością FOZZ, jak i całym systemem spłaty polskiego zadłużenia zagranicznego. Władze już nie PRL, ale III RP, miały więc informację, na podstawie której mogły szybko i skutecznie działać w sprawie FOZZ. Dlaczego tak się nie stało? To jest dopiero tajemnica…

Autor jest politologiem i niezależnym publicystą, byłym pracownikiem IPN oraz Komisji ds. Likwidacji WSI. Ostatnio wydał książkę pt. „Wokół Solidarności”.

Mateusz Morawiecki: Falzmann, Pańko i Przystawa niestrudzenie walczyli o prawdę o FOZZ

Mateusz Morawiecki: Falzmann, Pańko i Przystawa niestrudzenie walczyli o prawdę o FOZZ
md, koal 20.07.2021 https://www.tvp.info/54922820/morawiecki-falzmann-panko-i-przystawa-niestrudzenie-walczyli-o-prawde-o-fozz
Wspominam dziś Michała Falzmanna, Waleriana Pańkę i Jerzego Przystawę, niestrudzenie walczących o prawdę o FOZZ i oddaję im hołd, jako niezłomnym urzędnikom i państwowcom, stanowiących wzór godny naśladowania – napisał na facebooku premier Mateusz Morawiecki. [Mateuszku słodki, Przystawa był przeciwnością „ urzędnika”. Czy dlatego tę sprawę – i zbrodnię – teraz wspominasz, że już się wszystko „przedawniło”? MD]
Premier Mateusz Morawiecki poświęcił wpis na facebooku byłemu urzędnikowi NIK Michałowi Falzmannowi i prezesowi NIK Walerianowi Pańce (obaj zmarli w 1991 roku), a także zmarłemu w 2012 roku wrocławskiemu fizykowi i dziennikarzowi Jerzemu Przystawie, który zajmował się badaniem afery FOZZ.
„Kontrowersyjne okoliczności śmierci młodego urzędnika NIK Michała Falzmanna 30 lat temu legły cieniem na rodzącą się III RP. To Michał Falzmann odkrył olbrzymie nieprawidłowości w działalności Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, obsadzonego przez funkcjonariuszy służb PRL. Skala tych nieprawidłowości była tak duża, że nazwano ją »matką afer III RP«. Raport NIK wskazywał odpowiedzialnych za dopuszczenie tych nieprawidłowości wśród polityków pełniących odpowiedzialne stanowiska na początku lat 90. Kluczową rolę w ujawnieniu nieprawidłowości odegrał prezes NIK Walerian Pańko, który trzy miesiące później zginął w wypadku samochodowym. Także i te okoliczności śmierci stanowią wielką niewiadomą. Dawni działacze PRL w III RP odnaleźli dla siebie sprzyjający klimat i funkcjonowali nie gorzej niż w poprzednim systemie” – napisał Morawiecki.

„Dzisiaj wspominam Michała Falzmanna i Waleriana Pańkę, a także mojego starszego kolegę, jeśli mogę tak napisać, śp. Jerzego Przystawę, [„Oraliśmy” – powiedział giez siedzący na grzbiecie konia. M. Dakowski] niestrudzenie walczącego o prawdę o FOZZ i oddaję im hołd, jako niezłomnym urzędnikom i państwowcom, stanowiących wzór godny naśladowania” – dodał premier.
Michał Falzmann, który jako pierwszy trafił na ślad afery FOZZ [łobuzy ! Badał i ujawnił md] , zmarł na serce [sic !! MD] 18 lipca 1991 roku. Prezes NIK Walerian Pańko zginął w wypadku samochodowym w okolicach Mszczonowa 7 października 1991 roku. [winnych nie tylko nie skazano, ale nawet nie szukano. MD]
Zmieniony ( 20.07.2021. )

Ukraina – problemy z logiką. Dwie tezy całkowicie ze sobą sprzeczne.

Ukraina – problemy z logiką. Dwie tezy całkowicie ze sobą sprzeczne.

ukraina-problemy-z-logika

Profesor Witold Modzelewski, Członek rady programowej partii Prawo i Sprawiedliwość
Członek Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

Powiem o dwóch wątkach w tej sprawie, takich wewnętrznych zaprzeczeń:

– Z jednej strony, słyszymy że podtrzymanie tej wojny jest w naszym interesie, że ta wojna to jest obrona Polski, że ci ludzie, którzy tam giną, jeżeli przestaną tam ginąć w obronie Ukrainy, to ta wojna przeleje się na nasze terytorium, czyli w istocie jest to jedyny front chroniący nas przed rosyjską agresją. To jest nieuchronne; dopóki oni walczą, agresji nie ma, nie ma tych przysłowiowych rosyjskich „tanków pod Warszawą”.

Z drugiej strony, ci sami ludzie mówią, że jesteśmy całkowicie bezpieczni, ponieważ chroni nasz sojusz północnoatlantycki artykuł 5; „jeden za wszystkich wszyscy za jednego”, że możemy być spokojni, bo właśnie chroni nas NATO.

Te dwie tezy są całkowicie ze sobą sprzeczne.
Bo jeżeli prawdziwa jest druga, to pierwsza jest nieprawdziwa, ponieważ niezależnie od wyniku tej wojny chroni nas sojusz.
Jeżeli pierwsza jest prawdziwa, to znaczy że ci, którzy to mówią kompletnie nie wierzą w tenże sojusz i uważają go za całkowitą fikcję.

========================

No i teraz jeszcze druga niekonsekwencja, która tutaj się pojawia w naszej obowiązującej narracji to jest właśnie to, że „Rosja jest dla nas zagrożeniem, że my powinniśmy się cały czas bać”.

Z tezą miałem wielokrotnie polemizowałem:

Że „teraz ta Rosja jest taka groźna, że ona czyha na naszą niepodległość, a z drugiej strony ci sami ludzie mówią, że to jest w ogóle fałszywe mocarstwo, kolos na glinianych nogach, który przegrywa wojnę z Ukraińcami, z państwem dużo słabszym, kolos który się rozpadnie, który się skompromitował, który w ogóle jest przecenionym byłym mocarstwem, które schodzi ze sceny i ten schodzący ze sceny jest jednocześnie takim śmiertelnym zagrożeniem”.
No albo jedno albo drugie.

„Polityka covidowa była racjonalna’ – słowa ministra „zdrowia”. Oburzające! Braun: „Panie Niedzielski… Pan już wie co…”

Polityka covidowa była racjonalna’ słowa ministra zdrowia. Oburzające! Braun: „Panie Niedzielski… Pan już wie co…”

braun-panie-niedzielski-pan-juz-wie-co

Szokujące słowa „ministra pandemii” Adama Niedzielskiego w Radiu Plus na temat polityki covidowej rządu warszawskiego. Wymowne komentarze Grzegorza Brauna i Janusza Korwin-Mikkego.

– Nasza polityka covidowa była racjonalna, podejmowaliśmy optymalne decyzje – twierdził Niedzielski w rozmowie z Radiem Plus.

Słowa te wywołały oburzenie m.in. wśród polityków Konfederacji.

„Panie Niedzielski… Pan już wie co…” – skomentował Grzegorz Braun.

„Będziesz Pan siedział!” – napisał Janusz Korwin-Mikke.

„Nie, wbrew zapowiedziom WCzc.Grzegorza Brauna nie da się JE Adama Niedzielskiego powiesić.
1. Powoła się na to, że (tfu!) Większość tego chciała, Sejm (poza Konfą) za tym głosował, większość państw d***kratycznych robiła podobnie.

Cherchez la femme!

Cherchez la femme!

[Od tych jeremiad, czyli RACJONALNYCH ARGUMENTÓW, upłynęło już 14 lat – a absurd „proporcjonalności” ciągle nam szkodzi. MDakowski]

Jerzy Przystawa 31.08.2009. https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1361_45.php

Bardzo dobrze się stało, że polskie sufrażystki tak dzielnie wystąpiły o specjalne prawa wyborcze dla pań, albowiem dzięki temu polscy inteligenci zaczynają powoli odkrywać rolę i znaczenie ordynacji wyborczej, a w szczególności, jak się ma do zasad demokracji, sformułowanych w Konstytucji RP, obowiązujący w Polsce od 20 lat system list partyjnych, nazywany, w ramach obowiązującej dialektyki, systemem „proporcjonalnym”.

Po upływie niecałych dwu dekad nasze bystre i aktywne politycznie panie zauważyły, że w Sejmie i Senacie RP nie sposób się doliczyć proporcjonalnej reprezentacji dam, które, według obowiązujących spisów wyborców, stanowią nieco ponad połowę populacji Polaków i Polek. Tymczasem Konstytucja, w art. 96 ust. 2 wymaga, żeby wybory do Sejmu były „proporcjonalne. Twórcy Konstytucji, z jakiegoś powodu, takiego wymogu nie postawili wyborom do Senatu, więc sprawę tę możemy chwilowo odłożyć na później, bo w tym przypadku zagwarantowanie odpowiedniej reprezentacji Pań wymagałoby zmiany ustawy zasadniczej.

Ordynacja wyborcza do Sejmu, jak powszechnie wiadomo, szczególnie leży na sercu naszemu Premierowi, który już wielokrotnie publicznie deklarował zdecydowaną wolę jej reformy, a nawet posunął się w tym roku do zapewnienia, że „nie spocznie dopóki nie wprowadzi w wyborach do Sejmu jednomandatowych okręgów wyborczych” (JOW). Jest to jak najbardziej spójne z jego wcześniejszymi deklaracjami, że przypomnę tylko wypowiedź podczas Sesji w dniu 9 stycznia 2003, kiedy występując z pozycji wicemarszałka powiedział: „Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie – i to przekonanie narasta – że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne”.

Platforma Obywatelska – która kilka lat temu zebrała ponad 750 tysięcy podpisów obywatelskich pod wnioskiem o referendum, w którym jednym z pytań byłoby pytanie o JOW w wyborach do Sejmu – przygotowuje obecnie projekt ordynacji wyborczej, w którym sformułowany jest wymóg:  „Liczba kobiet na liście okręgowej nie może być mniejsza niż liczba mężczyzn”. Sam Premier, nie czekając na procedury legislacyjne, od razu oświadczył, iż korzystając ze swoich uprawnień lidera partii, zapewni kobietom połowę pierwszych miejsc na okręgowych listach wyborczych! Domyślać się więc wolno, że te „kobiece jedynki” (zgodnie z logiką: jeden = jeden) stanowić mają jakiś dialektyczny zamiennik jednomandatowych okręgów wyborczych.

Wszystkie te pomysły i propozycje wywołują dyskusje, którym wypada tylko przyklasnąć, gdyż taka dyskusja może polskiemu inteligentowi pomóc w zrozumieniu znaczenia zapisu konstytucyjnego głoszącego, że „wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne”, a także dlaczego np. wybory do Senatu już ani równe, ani proporcjonalne być nie potrzebują.

Dziennik „Rzeczpospolita” z 28 sierpnia 2009 zamieścił duży tekst, autorstwa dwu Panów Raciborskich, Filipa i Jacka, zatytułowany „Kobiety w roli paprotek”.Obaj uczeni panowie usiłują wierzgać przeciwko ościeniowi i postawić tamę nieubłaganemu rozwojowi postępu i sprawiedliwości społecznej co, na obecnym etapie, przejawia się w propozycji ustalenia obowiązujących kwot partycypacji kobiet w życiu politycznym i parlamentarnym. Barwnie wyjaśniają, dlaczego ich zdaniem wdrożenie zaprojektowanej ustawy nie przyczyni się wcale do politycznej aktywizacji kobiet w życiu politycznym lecz, przeciwnie, będzie „realizacją scenariusza ujmującego kobiety w roli paprotek” i zamiast poprawy jakości naszej klasy politycznej spowoduje inflację osób drugorzędnej jakości i jeszcze bardziej wzmocni rolę partyjnych liderów.

„Kwoty” sprzeczne z zasadą równości

Za najważniejsze w całej argumentacji Raciborskich uważam wykazanie, że wprowadzenie obowiązkowych kwot występowania kobiet na listach wyborczych jest ciosem w konstytucyjną zasadę równości wyborów do Sejmu, albowiem każde uprzywilejowanie jakiejś części społeczeństwa jest de facto dyskryminacją innych.

Równość obywateli wobec prawa jest fundamentalnym wymogiem demokracji i nie ma wymogu bardziej zasadniczego. Obywatele mogą wprowadzić różne ograniczenia tej równości i ustanowić przywileje różnym swoim przedstawicielom czy nawet całym grupom. Te odstępstwa od zasady równości muszą jednak być zawarte w konstytucji, którą ogół obywateli akceptuje na drodze referendum. W ten sposób, przykładowo, Konstytucja RP znosi zasadę równości w wyborach do Senatu. Inaczej jednak jest rozwiązana sprawa wyborów do Sejmu i Konstytucja nie przewiduje żadnych odstępstw od zasady ich równości. Ustalenie kwotowego udziału kobiet będzie oczywistym złamaniem tej zasady.

Jest rzeczą ciekawą, że tego naruszenia zasady równości wyborów do Sejmu nie dostrzegają uczeni konstytucjonaliści, jak tego dowodzi fakt, że propozycję „damskich kwot” poparł znany warszawski profesor prawa konstytucyjnego Piotr Winczorek, a jak znam życie, znajdą się i inni. Odnieść można wrażenie, że większość polskich konstytucjonalistów zawęża zasadę równości w wyborach do Sejmu do tego, że każdy obywatel ma jeden głos. Być może jest to wynikiem faktu, że „polski konstytucjonalizm” jest stosunkowo młody i odziedziczony w spadku po niedawnej epoce, której konstytucja też zapewniała równość w wyborach do Sejmu (art. 80 Konstytucji PRL). W gruncie rzeczy komuniści bardzo dbali, żeby na listach wyborczych do Sejmu była odpowiednia liczba kobiet, robotników, chłopów itd., itp. Dlatego z wielkim uznaniem powitać należy, że wybitni przedstawiciele nauk społecznych (Jacek Raciborski jest profesorem w Instytucie Socjologii UW) zauważają, że zasada równości obywatelskiej powinna być rozumiana wprost, tak jak i inne zasady konstytucyjne, a nie podlegać jakiejś talmudycznej egzegezie, a więc, że nie należy „odstępować od prostego rozumienia równości obywatelstwa na rzecz daleko bardziej abstrakcyjnych i arbitralnych koncepcji”.

Ordynacje wyborcze do Sejmu od 1989 roku naruszają konstytucyjną zasadę równości

Witając z uznaniem głos warszawskich socjologów wypada żałować, że nie chcieli oni zauważyć, iż zasada równości wyborów do Sejmu jest gwałcona przez obowiązującą ordynację wyborczą do Sejmu, a de facto i przez wszystkie poprzednie ordynacje od 1989 roku.

Wg Bronisława Banaszaka („Prawo Konstytucyjne”, wyd. C.H. Beck, Warszawa 1999):Konstytucja ustanawiając zasadę równości w wyborach sejmowych, prezydenckich i samorządowych nie precyzuje jej bliżej. Oznacza to jej szerokie rozumienie, nie ograniczone tylko do równości praw wyborców w akcie głosowania, ale równości w całym procesie wyborczym”.

Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od wielu lat w swoich publikacjach podnosi fakt naruszania tej zasady w kolejnych wyborach, wykazując, w szczególności: (1) przywileje ustawowe dla mniejszości narodowych; (2) różne wymogi rejestracji list okręgowych dla komitetów partii politycznych i dla komitetów społecznych; (3) przywileje finansowe dla partii politycznych; a nade wszystko (4) nieformalne, ale faktyczne uprzywilejowanie liderów partii politycznych, wynikające z charakteru ordynacji wyborczej, które powoduje, że wybory odbywają się de facto w dwu turach: pierwsza tura, ważniejsza, do której zwykli wyborcy nie mają dostępu, to układanie list wyborczych; druga to głosowanie.

Jak dotąd klasa polityczna pozostawała głucha na wszystkie te argumenty, artykuły, książki, konferencje, protesty i skargi. Ignorują je posłowie, senatorowie, prezydenci, kolejni rzecznicy praw obywatelskich. Może działanie naszych dzielnych sufrażystek, głośno domagających się przywilejów wyborczych dla kobiet, zwróci wreszcie większą uwagę na konstytucyjne wady naszego systemu wyborczego i pozwoli nam wyrwać się z pęt partiokracji i całego jej inwentarza.

Wrocław, 30 sierpnia 2009

Co wymusza mechanizmy wewnętrznej konkurencji w partiach. Do Parlamentu powinni wchodzić tylko zdobywcy pierwszych miejsc, nie zaś ulubieńcy Prezesa.

Co wymusza mechanizmy wewnętrznej konkurencji w partiach.

Do Parlamentu powinni wchodzić tylko zdobywcy złotych medali.

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.26270_45.php

 Tekst wystąpienia prof. Tomasza J. Kaźmierskiego na III Debacie Konstytucyjnej Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego w Zamku Królewskim w Warszawie, 19 października 2019

Panie Przewodniczący,

Otrzymaliśmy od organizatora debaty, pana Michała Kwileckiego, Kanclerza Senatu Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego, precyzyjną instrukcję. Debata ma przedstawić różnice między poszczególnymi rodzajami ordynacji wyborczych w celu wykazania, która z nich daje obywatelom największą kontrolę nad politykami wybranymi do parlamentu.

Mamy więc porównywać ordynacje wyborcze według fundamentalnego dla jakości demokracji kryterium: w jakim stopniu realizowana jest w danym systemie konstytucyjnym zasada suwerenności narodu?

Najpierw przedstawię krótko podstawowe cechy wyborów jednomandatowych First-Past-The-Post, czyli Pierwszy na Mecie, to jest wyborów w małych okręgach, przy pełnej łatwości kandydowania, z głosowaniem w jednej turze, gdzie o wyniku decyduje zwykła większość głosów. Potem rozwinę te cechy w aspekcie realizacji zasady podmiotowości wyborców, mechanizmów oddolnej kontroli, czyli tych elementów JOW, które są istotne dla realizacji zasady suwerenności narodu.

JOW-y to system prosty, sprawdzony i przetestowany w wielowiekowej, historycznej praktyce.

W Wielkiej Brytanii do wyborów zgłasza się swoją kandydaturę indywidualnie w małym okręgu, a kandydować można mając poparcie zaledwie 10 mieszkańców. Kandydaci niezależni i członkowie partii mają w ten sposób jednakowe szanse, co zmusza partie polityczne do ciągłego szukania jak najlepszych kandydatów, zdolnych przyciągnąć jak najwięcej głosów.

Co więcej, mandat otrzymany w systemie jednomandatowym jest bardzo silny. Trzeba przecież być najlepszym, Pierwszym na Mecie. Posługując się analogią sportową można powiedzieć, że do Parlamentu wchodzą tylko zdobywcy złotych medali. Nagrodzeni srebrnymi, czy brązowymi medalami, nie mówiąc już o tych, co zajęli piąte, czy dziesiąte miejsce, nie wchodzą. Na przykład w wyborach powszechnych w Wielkiej Brytanii w 2010 r. Margaret Curran została wybrana w okręgu wyborczym Glasgow East, zdobywając 61,6% głosów. Osoby znane wyborcom ze złej strony, lub osoby wyborcom nieznane, nie zdobywają w JOW-ach mandatów.

Ta ostra selekcja kandydatów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych wymusza mechanizmy wewnętrznej konkurencji w partiach oparte na oddolnych procedurach demokratycznych. Polacy mojego pokolenia znają tylko jeden przykład tak działającej organizacji. Był to powstały latem 1980 roku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Samorzutnie i w sposób naturalny powstałe wtedy procedury wybierania delegatów na Zjazd Krajowy „Solidarności” były bardzo zbliżone do wewnętrznych mechanizmów demokratycznych w brytyjskich, amerykańskich, australijskich czy kanadyjskich partiach politycznych.

Są jeszcze inne, korzystne cechy tego sposobu wybierania.

JOW-y sprzyjają integracji grup politycznych i nagradzają działania i programy umiarkowane. Tworzy to stabilne rządy. Innymi słowy, JOW-y zapobiegają fragmentacji i tłumią grupy ekstremalne. Wybór tylko jednego reprezentanta danego małego okręgu wyborczego oznacza, że istnieje bezpośredni związek między posłem a okręgiem wyborczym, co przekłada się na codzienny i bliski kontakt z wyborcami.

Aby lapidarnie zilustrować rolę posłów wybranych w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych, można posłużyć się testem tzw. Pięciu Pytań autorstwa charyzmatycznego brytyjskiego polityka lat 70. i 80. Tony’ego Benna, członka Partii Pracy.

Pytania te są następujące:
1. „Jaką masz władzę?”
2. „Skąd ją masz?”
3. „W czyim interesie ją sprawujesz?”
4. „Przed kim odpowiadasz?”
5. „Jak się możemy ciebie pozbyć?”

Tony Benn powtarzał, że w prawdziwej demokracji udział obywateli w codziennym życiu politycznym jest masowy. Obywatele są aktorami życia politycznego, a nie obserwatorami. Podkreślając tę masowość mówił o sobie, że jest demokratą przez małe „d”. Zadawał swoje pięć pytań wszędzie, gdzie był. Pisał je na tablicach szkolnych i sal wykładowych. Powtarzał je na wiecach, protestach i marszach. Jego ulubionym pytaniem było pytanie ostatnie: „Jak się możemy ciebie pozbyć?”.

Tony Benn twierdził, że „każdy, kto nie może odpowiedzieć na ostatnie z tych pytań, nie żyje w systemie demokratycznym”.

Mechanizmy oddolnej kontroli nad klasą polityczną najlepiej badać porównując JOW-y z innymi systemami. Jak będę pokazywał dalej, głównym mechanizmem kontroli jest łatwość usunięcia każdego niechcianego polityka. Ta łatwość jest przez wielu uważana za najważniejszą cechę jednomandatowości.

Zacytuję w tym miejscu słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta, autora jednej z najbardziej wpływowych książek ubiegłego stulecia pt. „Rewolta mas” napisanej w 1930 r.

Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne”.

Ortega y Gasset napisał powyższe słowa obserwując polityczną kulturę zachodniej Europy po pierwszej wojnie światowej, która wtedy zmierzała ku coraz głębszemu chaosowi. Były to lata masowej implementacji w kontynentalnej Europie różnych, nowych form ordynacji wyborczych, tzw. proporcjonalnych, opartych na wielomandatowych okręgach wyborczych i listach partyjnych. Tę formę wybierania członków parlamentu przyjęła wtedy między innymi Republika Weimarska, Austria, Trzecia Republika Francuska, Belgia, a także Druga Rzeczpospolita Polska.

Ekonomista i filozof Joseph Schumpeter w książce „Kapitalizm, socjalizm, demokracja” napisanej w 1942 roku zwracał uwagę, że odejście od wyborów większościowych, to błędny kierunek. Nie jest możliwa, pisał, realizacja postulatu, by parlamenty stawały się matematycznie precyzyjną miniaturą społeczeństwa. Obywatele powinni za to mieć do dyspozycji mechanizmy łatwego usuwania niechcianych polityków. To jest, według niego, najważniejsza funkcja ordynacji wyborczej. Inny myśliciel tego okresu Max Weber, krytyk konstytucji Republiki Weimarskiej, uważał, że w proporcjonalnych, wielomandatowych wyborach trudno jest wyłonić autentycznych, demokratycznych liderów. Obywatele tracą kontrolę nad życiem publicznym i przechodzi ona w ręce aparatów partyjnych.

Wybitny brytyjski filozof austriackiego pochodzenia Karl Popper, w swej napisanej w latach II wojny światowej książce „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie”, głosił całkiem podobne tezy. Tzw. test demokracji Poppera polega na badaniu łatwości usuwania polityków w drodze pokojowej. Kiedy w latach 80. w Wielkiej Brytanii rozgorzała debata publiczna nad postulatem, aby porzucić system Pierwszy na Mecie i przyjąć reprezentację proporcjonalną, Popper zdecydowanie bronił systemu Pierwszy na Mecie i sprzeciwiał się próbie psucia brytyjskiego systemu konstytucyjnego. Pisał wtedy, że ordynacja proporcjonalna odziera posła z osobistej odpowiedzialności i

czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka”.

Popper argumentował, że nie ma skuteczniejszego sposobu realizacji władzy wyborców nad politykami niż jednomandatowe okręgi wyborcze. Dzięki jednomandatowości, każdy polityk jest rozliczany indywidualnie w następnych wyborach. Dzięki jednej turze i zasadzie zwykłej większości w systemie Pierwszy na Mecie (First-Past-The-Post), liderzy partyjni nie mogą w żaden sposób wpłynąć na zachowania wyborców ani zniekształcić ich woli. Dzień wyborów w systemie jednomandatowym, to według Poppera, „dzień sądu”. Łatwość usuwania niechcianych polityków jest,według niego, znacznie ważniejszą cechą JOW-ów, niż tendencja JOW do tworzenia dobrych rządów.

Na sam koniec pozwolę sobie na krótką dygresję. W kontekście debaty o ordynacji wyborczej, nie sposób nie przywołać dorobku konstytucyjnego pierwszej Rzeczypospolitej. Znajdujemy się tuż obok warszawskiego Zamku Królewskiego, gdzie przez ponad 200 lat zbierały się sejmy walne Rzeczypospolitej, w tym chwalebny Sejm Wielki, którego potomkowie zorganizowali niniejszą debatę. Posłowie wysyłani przez sejmiki ziemskie na sejmy walne byli wybierani w wolnych, większościowych wyborach w sposób bardzo zbliżony do ordynacji JOW. Jest wiele dowodów na to, że taki sposób wybierania posłów przez wieki chronił wolności. System ten czynił z posłów ludzi myślących niezależnie, czujących i odpowiedzialnych, przez co budował cnoty obywatelskie i hartował charaktery. System JOW, to nie jest obcy nam system. To jest również nasz rodzimy sposób wyłaniania reprezentantów, część naszej własnej tradycji i kultury.

Dobrze znany jest przykład bohaterskiej postawy grupy posłów czasu Sejmu Rozbiorowego z 1773 roku, którzy z narażeniem życia i mienia sprzeciwiali się nielegalnej ratyfikacji przez ówczesny Sejm pierwszego rozbioru Polski. Z honorem zachowali się też posłowie na Sejm Królestwa Polskiego z 1831, który trwał i obradował mimo upadku Powstania Listopadowego. Klęski militarne i kapitulacja Warszawy nie przerwały pracy posłów, którzy zebrali się w Płocku w ostatnich dniach września 1831 r., czyniąc w ten sposób z Płocka tymczasową stolicę Polski. Posłowie, między innymi Maurycy Mochnacki, Joachim Lelewel i marszałek Sejmu Władysław Ostrowski dodawali tym trwaniem Sejmu otuchy zgnębionym kapitulacją Warszawy rodakom i pokazywali, że Rzeczpospolita istnieje, bo istnieje Jej Sejm.

Głównym zadaniem tej debaty jest ocena ordynacji wyborczych z punktu widzenia kontroli nad wybranymi posłami. Powyższe argumenty wskazują, że mechanizmy kontrolne są realizowane najlepiej w systemie JOW Pierwszy na Mecie. Taka jest teza mojego wystąpienia.

Ale chciałbym też, abyśmy też respektowali te skutki oddolnych mechanizmów kontrolnych, które pokazuje nam zarówno nasza własna historia, jak i współczesne przykłady państw takich, jak Wielka Brytania, USA, Kanada czy Australia. Skuteczna, oddolna kontrola jest mechanizmem pozytywnej selekcji. Aktywizuje wielkie masy społeczeństwa, sprzyja kształtowaniu cnót obywatelskich, wyłania charyzmatycznych, kompetentnych liderów, zdolnych pracować dla dobra wielu, a nie tylko w interesie własnym czy w interesie małych grup.

Cóż ci lewacy u władzy wyrabiają w Polsce, w Warszawie… To tylko mały promil z kretynizmów, które nam gotują od lat.

Cóż ci lewacy u władzy wyrabiają w Polsce, w Warszawie…

Zbigniew Dworakowski

To tylko mały promil z kretynizmów, które nam gotują od lat.

Nielogiczne, lewackie wręcz bolszewickie pomysły na bezprawie:

Pod płaszczykiem postępu, nowoczesności i tzw. „bardziej ludzkiego prawa” pomysłodawcy bolszewickiego i totalitarnego pomysłu na urządzanie nam naszego wolnego świata wprowadzają nam kolejne przepisy prawa i zasady funkcjonowania naszych społeczności. W efekcie coraz bardziej ograniczając nam nasze podstawowe wolności, często doprowadzają ludzi myślących po prostu do tzw. szewskiej pasji z powodu zatrważającego braku logiki w tych „postępackich” pomysłach. Zatrważające jest jednak to, że jako zbiorowość: społeczność lokalna czy cały naród na to pozwalamy i się na te oczywiste kretynizmy godzimy. A oto jak dla mnie, przerażające przykłady pokazujące jak bardzo ta „żaba jest bliska ugotowania”:

  1. Na początek sławetne „prawo RODOdendronów”. Zostało celowo wprowadzone tylko po to, aby nas zatomizować i podzielić. Żebyś człowieku, jednostko nie znał imienia i nazwiska swojego sąsiada, ale także sąsiada w kolejce do lekarza czy urzędnika … bo to dla Twojego dobra … Takiego!!! Tylko, dlatego, że jakiś potencjalny przestępca, pospolity cwaniak (który może jednak przydarzyć się np. 1 na 100 000 przypadków) pozbywamy się naszego podstawowego prawa do poznania drugiego człowieka. W normalnym świecie … o ile jeszcze go pamiętamy znaliśmy swoich sąsiadów, czy ludzi często spotykanych w urzędach, u lekarza itp. z imienia i nazwiska … i to było normalne, dzisiaj nie, to może być … karalne. Ludzie czy widzicie, co daliśmy sobie zrobić ? Jak tylko zaczęli ten kretynizm nam wszystkim wprowadzać, to mój sąsiad pyta mnie któregoś dnia, czy chcę, aby moje imię i nazwisko znalazło się na liście lokatorów wiszącej od lat na klatce schodowej przy samym wejściu. Odpowiedziałem, że to oczywiste, że tak, bo to normalne, a on chcąc być chyba takim „nowoczesnym” mówi mi, że on tego nie chce. Był trochę zdziwiony, gdy mu odpowiedziałem, że dla potencjalnego np. złodzieja czy bandyty jest lepszym klientem ode mnie z oczywistych chyba względów. W efekcie tymi naszymi danymi w oczywisty sposób się handluje … typowy geszeft. Jak były powszechnie dostępne np. w książce telefonicznej, czy dowolnym urzędzie to geszeftu nie było. Proste jak budowa cepa. A jak kilka razy w roku odwiedzałem rodzinę na urodziny czy imieniny to nie musiałem pamiętać nr mieszkania, wchodziło się na klatkę schodową i wiedziałem gdzie mam pukać lub dzwonić. Dzisiaj to nawet nie wejdę na klatkę schodową, bo jest zamknięta, to samo jest z wejściem do zsypu, żeby wyrzucić śmieci muszę mieć 2 klucze, to jest chore, bo potencjalny intruz wejdzie ? A co z chrześcijańskimi uczynkami miłosiernymi wobec ciała: „głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć …”. Kiedyś, kiedy jeszcze klatki schodowe były otwarte zdarzało się, szczególnie jak było mocno zimno, że na moim ostatnim X piętrze nocowali bezdomni, bo było najcieplej (gorący baniak od co) i najmniejszy ruch. I to było normalne, jak mocno cuchnęli to się ich wypraszało, by się odświeżyli w schronisku. Dzisiaj nie do pomyślenia, zaraz jakaś k .. wa zadzwoni na SM lub Policję => to ja mam swoje niezbywalne wygody i z nich nie zrezygnuję, nawet jakby ten bezdomny miał zamarznąć – taki jestem nowoczesny, jprd gdzie my żyjemy. Kiedyś jak jeszcze były zsypy otwarte, a był mróz, to mój syn po wyrzuceniu śmieci przychodzi i mówi, że w zsypie na kartonach śpi parka bezdomnych. Mówię, idź do nich i powiedz, by przyszli na górę, bo tam zamarzną. Nie chcieli, bo bali się, że właśnie jakaś k… zadzwoni na SM lub Policję. W końcu zaniósł im jakieś kanapki i gorącą herbatę.
  2. W tym obłędzie zamykania klatek schodowych, zsypów na śmieci, geszefciarze poszli dalej, postawili szlabany i wszelkiej maści ogrodzenia oraz płoty nawet na osiedlach mieszkaniowych … też dla naszej wygody i dla naszego dobra. A geszeftów od tych płotów, słupków i szlabanów mnóstwo. Z Warszawy zrobiła się wieś, wszędzie płoty, żerdzie i słupki. Kiedyś by przejść z ulicy na ulicę mogłem na tzw. skrót. Dzisiaj nie, bo każdy nowoczesny mieszkaniec musi mieć swój wymarzony „bloczuś” ogrodzony. A jak paniusia lub paniuś z tegoż „bloczusia” z pieskiem wychodzi to jak najszybciej na sąsiedni trawniczek nie na swój, cyrk jak … … . Nawet ujęcia wody oligoceńskiej zamykają na noc, bo a nuż jakiś bezdomny się prześpi, no i na pewno zapaskudzi. Kiedyś takiej odźwiernej tuż przed zamknięciem mówię, że to nienormalne by ludziom zamykać dostęp do wody, a ona, że nie będzie sprzątać po bezdomnych. To ją zapytałem, czy jej płacą tylko za otwieranie i zamykanie, bo powinni także za sprzątanie. I znowu kłania się ten bolszewicko lewacki kretynizm. Tylko dlatego, że potencjalnie nocą może się znaleźć np. jeden brudas czy wandal na 1000 innych, normalnych – to utrudnimy życie pozostałym. To jest po prostu nielogiczne i w efekcie irytujące, bo coraz powszechniejsze. Głupota ludzka chyba jest jednak nieograniczona. Jednak nie tylko o głupotę tutaj chodzi, tylko o naszą wolność i prawo do normalnego funkcjonowania. Może kretynom te prawa jednak nie powinny przynależeć ?
  3. No i czyste szaleństwo, lewacko – bolszewickie w zakresie przepisów ruchu drogowego.

Za „starych, dobrych”, bo normalnych czasów prawie wszędzie na skrzyżowaniach były umieszczone na stałe zielone strzałki umożliwiające skręt w prawo, jeżeli była taka bezpieczna możliwość. Każdy kierowca mógł ten manewr wykonać na własną odpowiedzialność. Ta totalitarna i post bolszewicka hołota, która próbuje nami rządzić wymyśliła, że ponieważ jakiś 1 tzw. „kierowca bombowca” na 100 000 normalnych kierowców potrąci przechodnia lub spowoduje kolizję przy takim manewrze, to zabronimy wszystkim skrętu w prawo na osobistą odpowiedzialność. No i teraz wpatrujemy się w sygnalizator świetlny z pytaniem, kiedy w końcu ta zielona strzałka się zaświeci, a świeci się w zaiste dziwacznych sytuacjach, ewidentnie powodując blokadę płynnego ruchu. Bo mamy być pełni uznania dla ich „projektantów” – na pewno przewidzieli wszystkie potencjalne zagrożenia – gó .. o prawda, jak były tak są, np. ten „kierowca bombowca”. Po za tym tego typu rozwiązania w ewidentny sposób próbują eliminować logiczne myślenie i koncentrację u kierowców. Właśnie w myśl tych totalitarnych, lewackich, bolszewickich zasad: „my wiemy lepiej, co dla was jest dobre”, „nie będziecie mieć nic, ale będziecie szczęśliwi”, „my wam wszystko damy, tylko bądźcie naszymi posłusznymi niewolnikami”, tresura trwa, a zaczyna się w szkole i to na poważnie. W sieci WWW funkcjonują szokujące filmy o poziomie intelektualnym byłych gimnazjalistów i obecnych maturzystów.

Kolejne oczywiste kuriozum. W normalnym świecie, który odszedł do lamusa jezdnia była dla samochodów, a pieszy nawet przed wkroczeniem na przejście dla pieszych musiał spojrzeć w lewo, później w prawo, znowu w lewo i stwierdziwszy, że nic mu nie zagraża przekroczyć jezdnię. Było normalnie. Już w latach 80 ubiegłego wieku widziałem ten czysto lewacki kretynizm polegający na bezwzględnym pierwszeństwie pieszego na pasach w UK. Szwagier zwracał mi tam ciągle uwagę: nie stój blisko przejścia dla pieszych, bo kierowcy się zatrzymują myśląc, że chcesz przekroczyć jezdnię. Tylko wtedy mieli chyba 3 rodzaje takich przejść dla pieszych i tylko w przypadku jednego rodzaju obowiązywało to kuriozalne bezwzględne pierwszeństwo. Dzisiaj każdy „baran” wchodzi na przejście dla pieszych nie oglądając się na jadące samochody powodując jak w przypadku tych w/w zielonych strzałek blokadę płynnego ruchu samochodów. Ledwo wspomnę o masowym instalowaniu sygnalizacji świetlnej przy przejściach dla pieszych – geszeft musi trwać. Dodatkowo w wyniku tzw. plandemii zablokowali sygnalizatory na przycisk, no i nikt nie przechodzi przez przejście dla pieszych, a dziesiątki samochodów zatrzymuje się na czerwonym dla nich świetle, bo działa automat czasowy, np. co 3 min. Trzeba tutaj wspomnieć o wręcz „zapamiętałej dbałości” tegoż „postępactwa” o ekologię. A tu ileż zbędnego paliwa jest zużywane wskutek takiego porąbanego prawa ? Ale nie ma co żądać logicznego myślenia od intelektualnych inwalidów, bo z takimi właśnie mamy tutaj masowo do czynienia i to na najwyższych szczeblach. Im który głupszy tym lepiej nadaje się do wykonywania i wymyślania tych kretynizmów.

No i te garby poprzeczne stawiane już nawet na głównych osiedlowych ulicach, a głównych, bo jeżdżą po nich przecież autobusy. Znowu tylko dlatego, że jakiś 1 „kierowca bombowca” na 100 000 innych normalnych, przekraczając bezpieczną prędkość spowoduje wypadek drogowy, to wszystkim innym będziemy niszczyć zawieszenie i inne mechanizmy w ich samochodach, a wspomnę o zbędnym, dodatkowym zużyciu paliwa przy takiej jeździe. A skąd ten kolejny kretynizm do nas przywędrował ? Oczywiście z UK i USA, tam jest źródło tej porąbanej, alogicznej, światowej rewolucji komunistycznej, w swej szczytowej formie obecnie dotykającej tragicznie miliardy ludzi.

Nagminne ograniczenia prędkości, nawet do 20, 30 km/h. Za w/w dobrych, normalnych czasów, kiedy samochody nie posiadały tych wszystkich zaawansowanych systemów ułatwiających prowadzenie pojazdów i zwiększających znakomicie bezpieczeństwo podróżowania, prędkość w obszarze zabudowanym wynosiła 50, nawet 60 km/h. A w przypadku, kiedy droga tzw. przelotowa (niewiele było dróg szybkiego ruchu i autostrad) prowadziła przez miejscowość, ograniczenie to wynosiło 70 km/h. Wszystko po to, by nie zużywać zbędnie paliwa i by nadmiernie nie utrudniać ruchu pojazdów, bo jak powszechnie wiadomo jezdnia jest dla pojazdów. Dzisiaj mimo udoskonaleń mechanicznych i elektronicznych w terenie zabudowanym mamy nadal nominalnie ograniczenie do 50 km/h, a coraz częściej ograniczenia te wynoszą 40 czy 30 km/h.

No i gdzie tylko można, stosowany jest geszeft z fotoradarami emitującymi oślepiający i deprymujący każdego kierowcę błysk. To nie ma nic wspólnego ze zwiększaniem bezpieczeństwa na drodze – ma na celu tylko łupienie kierowców z pieniędzy i tak mocno obciążonych różnorakimi opłatami i podatkami.

Uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych wydawane są po ułomnych egzaminach, na których zwraca się uwagę głównie na umiejętność parkowania, bezbłędnego odczytywania dziesiątek, jeśli nie setek zbędnych znaków drogowych, na które normalny kierowca już nie jest w stanie poprawnie reagować, bo tyle ich jest – geszeft musi trwać, k … wa mać. Nikt nie kontroluje przyszłych kandydatów na kierowców pod kątem refleksu, umiejętności oceny odległości i szybkości innych pojazdów oraz umiejętności koncentracji, a także szybkiej, logicznej, bezpiecznej reakcji w sytuacjach niebezpiecznych na drodze, np. jak wyjść z prostego poślizgu. Nie wspomnę już o takich prostych zasadach kulturalnego zachowania na drodze, by niepotrzebnie nie świecić kierowcom z tyłu światłami stop (stosowne używanie hamulca ręcznego) czy też wystarczająco wczesnego używania kierunkowskazów. Nagminnym jest używanie kierunkowskazu w momencie manewru skrętu lub tuż przed nim. Wtedy, to „kierowco bombowca” możesz sobie wsadzić ten swój kierunkowskaz; a może oszczędzasz żarówki ? To typowe dla lewactwa.

A co do łupienia kierowców z pieniędzy (bo to najliczniejsza grupa docelowa – target) to szczytem jest ustanawianie stref płatnego parkowania nawet na małych osiedlowych uliczkach. Kłamliwie wciska się informację, że dla mieszkańców są to minimalne opłaty. W tym geszefcie różnorakich firm (warto by sprawdzać cały proces koncesyjny) bierze udział w bezczelny sposób Straż Miejska. Powołani zostali głównie do tego, by pomagać mieszkańcom, a biorą udział w tym bezczelnym geszefcie polegającym na łupieniu mieszkańców z pieniędzy, także biednych emerytów, których tam nie brakuje. Widziałem to codziennie z okien Instytutu, w którym pracowałem. Wokoło wiele instytucji: szpital, przychodnia, instytuty, uniwersytet, itp., a miejsc parkingowych jak na lekarstwo, stąd ludzie parkowali gdzie się dało z konieczności. A ta „hołota” ze SM masowo powodowała odholowywanie lub wlepianie mandatów. Żadnemu nie przyszedł do łba taki oto wniosek racjonalizatorski, by wystąpić do stosownych władz o zwiększenie ilości miejsc parkingowych. Kiedy ich mijałem to skandowałem „darmozjady, darmozjady, darmozjady”. Czasami życzyli mi miłego dnia, ale rzadko. Kiedyś w okolicach Arkad Kubickiego (targi książki) dłużej rozmawiałem ze strażnikiem SM, który jak się okazało miał podobne poglądy do moich, ale za to wdrukowane takie oto medialne kłamstwo, że gdyby nie SM to W-wa przestałaby funkcjonować. Zakomunikowałem mu, że jest wiele miast na świecie i to znacznie większych, które funkcjonują skutecznie bez takich formacji i jak nic się nie zmieni to SM zostanie z hukiem rozwiązana.

Wnioski:

  1. To tylko mały promil z kretynizmów, które nam gotują od lat.
  2. Masz siedzieć niewolniku w domu, zapomnij o podróżowaniu, to dla twojego dobra i bezpieczeństwa.
  3. Jesteśmy w mocy wariatów i to globalnie. Ratuj się, kto może. Póki jeszcze jest czas.
  4. Jak damy sobie odebrać wolność w imię bezpieczeństwa, złudnego jak widać bezpieczeństwa, to nie będziemy mieli ani jednego, ani drugiego.

Autor: mgr inż. Zbigniew Dworakowski; Warszawa 2023.02.07

Immunoterapia swoista.  Jak kształtują „nowego człowieka”.

Immunoterapia swoista

Izabela Brodacka

Znaną metodą leczenia alergii jest odczulanie, czyli immunoterapia swoista polegająca na podawaniu systematycznie rosnącej dawki alergenów, na które pacjent jest uczulony.

Podam prosty przykład. Po wypowiedziach Spurek, Jachiry i Nitrasa przeciętny obywatel przestaje reagować oburzeniem na propagowany „zielony ład”. Myśli, że światowi projektanci „zielonego ładu” to takie samo żałosne panopticum jak część naszego Sejmu.

Tymczasem „zielony ład” jest równie groźny dla ludzkości jak marksizm czy hitleryzm, a jego twórcy, na przykład Bill Gates, równie niebezpieczni jak Hitler, Stalin, Mao czy Pol Pot.

Alergia nie jest czystą fanaberią organizmu. Wystąpienie wysypki jest dowodem, że organizm broni się przed substancją, która jest dla niego szkodliwa. Leczenie objawowe alergii jakim było kiedyś podawanie dzieciom przy każdej okazji dipherganu było bez sensu. Dziecko przestawało kaszleć albo kichać, lecz choroba wirusowa rozwijała się nadal. Rodzice uspokojeni brakiem objawów wtórnych tracili z oczu zasadniczą dolegliwość.

Odczulanie społeczeństwa na znieważanie religii katolickiej i wspólnoty wiernych rozpoczęło się już dawno. Jakiś dureń podarł publicznie Biblię. [To jest nie tylko”dureń”, ale i satanista. MD] Uznano to za nic nie znaczący gest. Jakaś idiotka parafrazowała w obraźliwy sposób hasło „Bóg honor i ojczyzna”. Matce Boskiej domalowano tęczową aureolę. Przez cały kraj przetoczyła się fala dewastacji budynków kościelnych i zakłócania porządku nabożeństw. 

Epatowanie społeczeństwa obrzydliwymi utworami literackimi spowodowało powszechne znieczulenie na turpizm, na brzydotę. Powieści składające się z niecenzuralnych słów i opisujące obscena przedstawiano publiczności jako „twórczy eksperyment”. Jednym z takich eksperymentów miała być sztuka „Klątwa” wystawiana  w 2017 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Reżyserem przedstawienia opartego na motywach dramatu Stanisława Wyspiańskiego pod tym samym tytułem był Chorwat Oliver Frljić

W trakcie spektaklu w ramach immunoterapii swoistej pokazano seks oralny aktorki z figurą Jana Pawła II oraz scenę podcierania się flagą Watykanu. Inna aktorka zastanawiała się głośno, co by się wydarzyło, gdyby zorganizowano zbiórkę pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, a w trakcie jej kwestii krzyż stojący na scenie był ścinany piłą mechaniczną.

To nie był żaden eksperyment artystyczny, to oczywista „подготовка” do obecnego frontalnego ataku na Jana Pawła II i propozycji opiłowywania katolików. To próba odczulenia społeczeństwa, przyzwyczajenia ludzi do braku reakcji na obrażanie ich uczuć religijnych, na ewidentne świętokradztwo. Wrogowie katolicyzmu jednak się trochę przeliczyli. Kolejny, najnowszy atak na Jana Pawła II wywołał wstrząs anafilaktyczny. To wyjątkowo silna, wręcz paradoksalna, reakcja organizmu na bodźce, które odbiera on jako istotne zagrożenie. Tym razem odczulanie się nie udało.

 Afera wybuchła po reportażu TVN24 „Franciszkańska 3” którego autorem był Marcin Gutowski oraz książce holenderskiego dziennikarza Ekke Overbeeka pod tytułem: „Maxima culpa”. Obaj twierdzą, że Jan Paweł II w czasach, gdy jako Karol Wojtyła kierował archidiecezją krakowską (1964–1978) ukrywał przestępstwa seksualne duchownych wobec osób małoletnich. W oczach większości osób publikowane materiały są niewiarygodne i nie zaszkodziły wizerunkowi Papieża.

 Pouczająca jest jednak historia Piusa XII. Nagonkę na Papieża rozpoczęła inscenizacja  sztuki zachodnioniemieckiego dziennikarza Rolfa Hochhutha pt. „Namiestnik” („Der Stellvertreter”), którą wystawiono w Teatrze Narodowym w Warszawie w 1966 roku. Jej prapremiera odbyła się trzy lata wcześniej w zachodnioberlińskim Volksbühne w inscenizacji oraz reżyserii Erwina Piscatora. Autor oskarżył Piusa XII, o zbrodnię milczenia wobec masowych mordów hitlerowskich w Europie. Choć mit ten skutecznie obalają w książce „Tajne Archiwum Watykańskie. Nieznane karty z historii Kościoła” Grzegorz Górny i Janusz Rosikoń, którzy dotarli do przechowywanych w Tajnym Archiwum Watykańskim dokumentów, zła opinia przylgnęła do Piusa XII w Polsce na długo.
Udało się uniewrażliwić społeczeństwo na bardzo wiele innych negatywnych aspektów życia społecznego. Czego uczą nas na przykład programy typu „Wyspa miłości”?  Nie nazwalibyśmy chyba tego programu „Szkołą żon” (L’école des femmes to komedia satyryczna Moliera z 1662), a nawet szkołą gejsz, lecz raczej szkołą pań do towarzystwa w najgorszym rozumieniu tego słowa. „Gazeta Wyborcza” idąc za ciosem stwierdziła, że prostytucja to „praca jak każda inna”. „Wyspa miłości” działa czy działała podobnie jak słynny program „Big brothel” (tytuł sparafrazowany celowo) oswajający z ekshibicjonizmem psychicznym i nie tylko psychicznym. Spółkowanie pod prysznicem na oczach wielomilionowej widowni trudno uznać za normę postępowania cywilizowanych ludzi. Nie widziałam tego, ale wierzę moim „sygnalizatorom”. Zadekretowano takie nazywanie donosicieli, a w szkołach odbyły się nawet obowiązkowe szkolenia mające nakłonić nauczycieli do donoszenia na swoich uczniów. Donosiciel ma odtąd stać się postacią pozytywną, człowiekiem zatroskanym o losy świata. Donoszenie na sąsiada, który pali drewnem, na sąsiadkę która zostawiła na chodniku psią kupę czy na  nauczycielkę, która nie chce Zosi nazywać Wojtkiem – ma być szlachetne. W ten sposób chce się zlikwidować tak zwaną „mentalność porozbiorową”, w dekalogu której donoszenie na bliźniego było i nadal jest najcięższym grzechem.

Eksponowanie starej wariatki plującej na policjantów, innej wariatki nakłuwającej igłą zdjęcie nielubianego polityka czy ekshibicjonisty klepiącego się publicznie po genitaliach, a także komentowanie z aprobatą tych ekscesów ma za zadanie zlikwidowanie alergii ludzi na ordynarne zachowania zasługujące na potraktowanie policyjną pałką. Przyzwyczaja ludzi do chamstwa traktowanego jako norma.

To też forma immunoterapii, odczulania społeczeństwa, likwidowania jego wrażliwości wrodzonej lub wyuczonej przez tradycję i właściwe wychowanie.

 Tak kształtuje się „nowego człowieka”.