Wrogowie Polski i ich rodzimi kolaboranci każą nam wstydzić się i przepraszać za urojone winy „antysemityzmu” albo „kolonializmu”, tymczasem rejestr faktycznych win polskich – a jest ich niemało – został zupełnie wyparty z naszej zbiorowej świadomości, albo, jeśli pojawia się jakiś przebłysk refleksji, to zostaje on natychmiast zduszony i usprawiedliwiony.
Tym „rozgrzeszeniem” jest oczywiście fakt utraty niepodległości i dążenie do jej odzyskania, ale nie znosi to pytania czy do dobrego celu można można dążyć sprzymierzając się z siłami zła, a faktycznie na ogół się im wysługując, co ani na milimetr celu upragnionego nie przybliżało. Zbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego nad przerażającymi słowami z III części „Dziadów” – „Zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem i choćby mimo Boga!”, faktycznie traktując oba człony tej alternatywy jako dopuszczalne i równouprawnione drogi działania. To właśnie to rozumowanie czyniło z nas przez prawie całą epokę porozbiorową sojuszników i narzędzie polityczno-socjalnej i antychrześcijańskiej Rewolucji.
Zaczęło się już pod koniec XVIII wieku, kiedy to Legiony Dąbrowskiego zdobywały dla Republiki Francuskiej papieski Rzym, czego skutkiem było uwięzienie papieża Piusa VI i długi okres, zanim udało się przeprowadzić konklawe w Wenecji, które wybrało jego następcę. I wiadomo – z ich korespondencji – że generałowie tych Legionów czynili to z radością, wyrażając nadzieję, że papiestwo przestanie istnieć.
Szwoleżerowie Kozietulskiego, których szarżą pod Somosierrą tak się chlubimy, pomagali ujarzmić Hiszpanów broniących ojczyzny i wiary katolickiej przed napoleońskim najeźdźcą, któremu służyli. Po upadku powstania listopadowego liczni polscy emigranci, przede wszystkim ci z emigracyjnej lewicy, zasilali Młodą Europę, czyli karbonarskie szeregi rewolucjonistów, kierowanych przez masonerię i próbujących wzniecać rewolucję, gdzie tylko się da. Kulminacją tego była niemal ogólnoeuropejska rewolucja z lat 1848/49, znana pod poetyczną nazwą „Wiosny Ludów” i Polaków można tam było spotkać nie tylko na barykadach w stolicach państw zaborczych, Berlinie i Wiedniu oraz w rewolucji węgierskiej, ale również w państwach, które z rozbiorami Polski nie miały nic wspólnego, jak Badenia-Wirtembergia, Bawaria, Neapol czy Parma.
Byliśmy akolitami piekłoszczyka Garibaldiego, wroga papieży i królów. Nasz generał z powstania styczniowego Walery Wróblewski zapędził się aż do I Międzynarodówki i zarówno on, jak i Jarosław Dąbrowski poszli na służbę Komuny Paryskiej, a ten drugi został nawet naczelnym hersztem jej bojówek.
A właściwie to nie koniec, bo przecież podczas rewolucji bolszewickiej więcej Polaków znalazło się w Czerwonej Gwardii, później Czerwonej Armii, niż w formacjach niepodległościowych i z bolszewikami walczących oraz starających się przedrzeć do Polski. Cóż możemy tej liście hańby przeciwstawić? Dwóch chuderlawych poetów: Krasińskiego i Norwida, biegnących nocą, aby ratować papieża przez zbirami Mazziniego? Syna Pawła Popiela, który zaciągnął się do papieskich żuawów?
Ale czy przeprosiliśmy kiedykolwiek Stolicę Świętą za legionistów Dąbrowskiego? Hiszpanów za rzeź w Saragossie? Francuzów za udział Polaków w Komunie Paryskiej? To jest nasz nieprzepracowany, niedokonany rachunek narodowego sumienia.
Donald Trump odrzucając Kościół katolicki może utorować drogę dominacji tzw. techno-prawicy, czyli ludzi, którzy kategorycznie odrzucają katolicką antropologię. To umożliwia wyrafinowane zbrodnie…
Włoski socjolog religii Massimo Faggioli uważa, że zwrócenie się przez administrację Donalda Trumpa przeciwko katolickim wyborcom może mieć szczególne konsekwencje dla polityki tej administracji. Utoruje drogę tzw. techno-prawicy do zwiększenia wpływów w Białym Domu. Ludzie z tego środowiska mają tymczasem swój własny, quasi-religijny światopogląd – w swojej istocie fundamentalnie wrogi chrześcijaństwu.
Zbędna ludzka biomasa
Jako pierwszy na myśl przychodzi oczywiście Elon Musk, właściciel Tesli, SpaceX i X-a. Musk nie uznaje człowieka za ośrodek stworzenia – nie uznaje w ogóle żadnego stworzenia. Otwarcie deklaruje agnostycyzm, a na ludzkość patrzy wyłącznie w kategoriach materialistycznych. Do tego stopnia, że dopuszcza degradację człowieka do roli swoistej „biomasy”, która miałaby posłużyć sztucznej inteligencji jako punkt konieczny na drodze do rozwoju i osiągnięcia jakiejś super-świadomości cyfrowej. „Coraz więcej wskazuje na to, że ludzkość jest tylko biologicznym programem rozruchowym dla cyfrowej superinteligencji” – powiedział swego czasu Musk, a później chętnie cytował samego siebie.
Jego pogląd nazwałem kosmologią teleocyfrową. To rozumienie kosmosu jako nastawionego na osiągnięcie celu w postaci wytworzenia cyfrowej inteligencji. Pogląd jest dziwaczny choćby o tyle, że zupełnie nie wiadomo, skąd miałoby pochodzić akurat taki, a nie inne nadanie kosmosowi celu. Oznaczałoby to chyba, że w samą strukturę kosmosu wpisana jest celowość nastawiona na maksymalizację rozwoju inteligencji. Uzasadnienie takiego poglądu jest możliwe tylko poprzez własną wyobraźnię – albo interesy ekonomiczne.
Spójność wizji Muska jest zresztą mniej interesująca niż reperkusje jej podstawowego założenia, to znaczy antropologicznego redukcjonizmu. Człowiek jako „program rozruchowy” nie może być bytem obdarzonym szczególną godnością. Ma wartość o tyle, o ile służy rzekomemu celowi, czyli stworzeniu i utrzymaniu cyfrowej superinteligencji. Kosmologia Muska jest w efekcie kategorycznie niechrześcijańska i otwiera drogę do traktowania ludzi jak zwierząt. Amerykański miliarder wyciąga zresztą z tego praktyczne wnioski: jest przecież wielkim orędownikiem i zarazem praktykiem metody in vitro, która pozwala na „tworzenie” ludzi w laboratoriach.
Technologiczne przyspieszenie i rządy korporacyjne
Elon Musk nie jest, oczywiście, jedynym eksponentem środowiska techno-prawicy. To przede wszystkim przedsiębiorca Peter Thiel, filozof Nick Land czy programista Curtis Guy Yarvin, znany pod pseudonimem Mencius Moldbug.
Nick Land w 2021 roku opublikował książkę o szczególnym tytule – „Mroczne Oświecenie” (ang. „Dark Enlightenment”). Wskazywał na rodzącą się przyszłość świata: zdominowanego przez maszyny na skutek postępu technologicznego i rozwoju systemu kapitalistycznego. Koniecznością byłoby postawić na „przyspieszenie”, to znaczy podjąć zaawansowane prace na rzecz osiągnięcia tzw. „osobliwości technologicznej”. Według Landa demokracja została skompromitowana i zostanie w efekcie zastąpiona przez swoisty rząd korporacyjny, w którym uczestniczyć będą już nie tylko zwykli obywatele, ale po prostu najbardziej rozwinięte i produktywne siły w kraju.
Swego casu sam J. D. Vance mówił, że czytał teksty Curtisa Yarvina dotyczące konieczności zwolnienia urzędników średniego szczebla i zastąpienia ich „naszymi ludźmi”, przekonując, że właśnie to powinien zrobić Trump. Yarvin widział w tym swoistą politykę „neokameralizmu” inspirowaną modelem administracji pruskiego króla Fryderyka II. W tej perspektywie rządy demokratyczne zostałyby po prostu zastąpione modelem korporacyjnym. W tej korporacji decydujący głos mieli „akcjonariusz”” mogący mianować dyrektora generalnego, czyli władcę kraju. Odpowiadałby wyłącznie przed nimi.
Technologia jako katechon
Łącznikiem pomiędzy Yarvinem i Landem a obecną administracją USA jest Peter Thiel. Thiel urodził się w Niemczech w protestanckiej rodzinie. Jego rodzice wyjechali do Kalifornii i tam też się wychował. Thiel jest współzałożycielem firmy finansowej PayPal. Jest szefem technologicznego giganta Palantir Technologies, zajmującej się zbieraniem danych.
W przestrzeni publicznej Thiel prezentuje się jako wierzący chrześcijanin, choć przyznaje, że ma dość nieortodoksyjne poglądy. Podpisał umowę z firmą zajmującą się kriogeniką, żeby po swojej śmierci zostać zamrożony w nadziei na wskrzeszenie w odległej przyszłości. Od dawna silnie interesuje się problemem nieśmiertelności, co kieruje go w stronę ideologii transhumanistycznej. Jest homoseksualistą, w przeszłości zaangażowanym w kampanie na rzecz ruchu LGBT.
To właśnie Peter Thiel stoi za polityczną karierą obecnego wiceprezydenta USA, J. D. Vance’a. Vance wysoko ceni sobie znajomość z Thielem, zarówno za sprawą dużych pieniędzy, które ten inwestował w jego kampanię, jak i wkładu intelektualnego w rozwój wizji politycznej Vance’a.
Thiel, tak jak Nick Land, wierzy w „technologiczne przyspieszenie”. – W ludziach najlepiej rezonują wezwania do wstrzymania postępu; w XVII w. mógłbym wyobrazić sobie antychrysta jako postać podobną do dr. Strangelove’a (szalonego naukowca rozpętującego wojnę atomową – red.), ale dzisiaj bardziej prawdopodobne, że przypominałby Gretę Thunberg – mówił w wywiadzie dla „New York Timesa”.
Innymi słowy – jak podsumował to na łamach „The Catholic Herald” publicysta Henry Mulgrave – Zachód w optyce Thiela może przetrwać tylko wtedy, kiedy utrzyma stały marsz naprzód, rozumiany przede wszystkim jako przyspieszenie postępu technologicznego. Technologia zostaje tu umieszczona w samym centrum cywilizacji – nie jest już tylko zwykłą materialną podstawą, ale jest istotą i sednem jej trwania. Co więcej, według Thiela… tylko postęp technologiczny może powstrzymać nadejście tego, co nazywa Antychrystem – czyli wszechwładnego, scentralizowanego superpaństwa, które miałoby całkowicie kontrolować ludzkość. Dążenie do postępu technologicznego miałoby chronić przed tyranią, bo stwarzałoby nieustanne problemy impetowi centralizacyjnemu, tak, że wszechwładza nie jest w stanie się skutecznie domknąć. Jak wynika z cytowanych słów Thiela, strach przed postępem technologicznym miałby czymś całkowicie negatywnym, zagrażającym cywilizacji. Odwracając tę myśl, pełną akceptację czy nawet entuzjazm dla nowych technologii należałoby uznać za jedynie słuszne, bo podtrzymujące cywilizację.
W tym punkcie koncepcja Thiela łączy się z „teorią” Elona Muska. Nawet jeżeli pod wieloma względami ich optyka wydaje się rozbieżna, to w istocie prowadzi do tego samego. Jeżeli postęp technologiczny należałoby bezwarunkowo przyspieszać i akceptować, to logicznie oznacza, że nie ma powodów by odrzucać takie rzeczy jak in vitro czy łączenie człowieka z maszyną celem zapewnienia większej wydajności mózgowi czy mięśniom. Dla Thiela prawo natury nie może być żadnym hamulcem: ostatecznie jako homoseksualista i człowiek, który chce się zamrozić, żeby później cieleśnie „zmartwychwstać”, nie może uważać go za nic rzeczywiście wiążącego…
Przestrzeń dla techno-prawicy
Wracam do myśli Massimo Faggiolego. Czy jest możliwe, że wizja, której hołdują Musk czy Thiel, znajdzie szerszy przystęp do Białego Domu? Prezydent Donald Trump nie wydaje się być wierzącym człowiekiem. Ten, kto przedstawia samego siebie jako Mesjasza, co Trump uczynił we wpisie z 12 kwietnia, w oczywisty sposób szydzi z Jezusa Chrystusa. Amerykański prezydent alienuje się też od katolickich wyborców, obrażając papieża Leona XIV albo dopuszczając w swoim otoczeniu do głosu jawnie antykatolickich protestantów. Protestantyzm, teoretycznie będący chrześcijaństwem, nie jest odporny na zainfekowanie przez rozmaite ideologie. Historycznie można łatwo wykazać związek protestantyzmu z wielkimi świeckimi narracjami, choćby w Niemczech w III Rzeszy.
W dzisiejszych Stanach Zjednoczonych protestantyzm sprzągł się też z agresywnym syjonizmem. Wydaje się zatem możliwe, że postępujący rozdźwięk pomiędzy Trumpem a Kościołem katolickim utworzy próżnię, którą ktoś wypełni. Czy będą to rzeczywiście przedstawiciele „techno-prawicy”, zależy prawdopodobnie od wielu czynników, w tym od konkretnych wyzwań w polityce międzynarodowej, które będą absorbować uwagę Białego Domu.
Pozory dobra
Załóżmy jednak, że tak się rzeczywiście stanie, choćby ze względu na zależność ruchu MAGA od wsparcia techno-prawicy w sieci. Warto postawić pytanie, czy… może to przynieść coś dobrego. Ostatecznie techno-prawica jest krytyczna wobec znacznej części lewicowej agendy, wydaje się zatem w jakiejś przynajmniej mierze zdolna do realizacji dobra w polityce. Gołym okiem widać, że liberalna lewica doprowadza do uwiądu społecznego: zapaść demograficzna, hiperindywidualizm, hedonizm i inne problemy są ściśle związane z narracjami społecznymi z tego świata ideowego.
Techno-prawica, jako dążąca do optymalizacji funkcjonowania społeczeństwa, mogłaby pomóc w przezwyciężeniu tych problemów, na przykład promując dzietność i stabilność życia rodzinnego jako gwarancję lepszego porządku w państwie. Problem w tym, że takie założenie jest skrajnie nierealistyczne. Techno-prawica może być pomocna w wąskich aspektach, ale jej dominacja ideowa i polityczna niemal z konieczności doprowadzi do takiej lub innej poważnej patologii: to środowisko gruntuje na niekatolickiej i de facto wrogiej wobec człowieka wizji antropologicznej i kosmologicznej, a to nie może się dobrze skończyć. Głoszenie prymatu technologii nad prawem naturalnym czy zgoła wyższości świata cyfrowego nad światem ludzkim to prosta droga do katastrofy – o potencjalnie w istocie ludobójczym.
Paweł Chmielewski
md 20 kwiecień 2026
Techno-prawica i lewica to jedna i ta sama bestia tylko w innym przebraniu…. To sprawnie jak na razie – na nasze nieszczęście – realizowana agenda 2030. To plan depopulacyjny, żeby wybrana „elita” finansowa nowych technologii rządziła światem. Trwające wojny to tylko etap eksploatacji/osłabienia społeczeństw tak żeby wdrożyć zasadniczy plan zniewolenia. Dlatego moim zdaniem musimy walczyć o przetrwanie państwa jako struktury funkcjonowania społeczeństwa i patrzeć politykom na ręce !!!
[to ostatnie – to minimalizm stworzenia prowadzonego na rzeź. md]
BadaczTalmudu 20 kwiecień 2026
Od dawna tłumaczę, by nie obrażać kapitalizmu nazywając obecny system w USA kapitalizmem, choć ma redystrybucję PKB większą niż PRL Gierka… Obecny system gospodarczy i polityczny to początek FASZYZMU KORPORACYJNEGO – takiego lewackiego ustroju jak w filmach Robocop czy The Running Man itp. W Chinach rząd rządzi korporacjami i jak jakimś chińskim Zuckerbergom wydaje się, że jest inaczej, to rząd przycina im skrzydełka (vide Jack Ma) – w faszyzmie korporacyjnym jak w USA to korporacje ustanawiają rządy i mogą nielegalnie likwidować konta bankowe i w mediach społecznościowych nawet urzędującemu prezydentowi… Faszyzm korporacyjny jest możliwy dzięki monopolom, jakie zyskują korporacje a te monopole są możliwe dzięki korupcji parlamentarzystów, która umożliwia tworzenie barier uniemożliwiających powstanie konkurencji („prawa intelektualne”, systemy koncesyjne, „zagrożenie bezpieczeństwa kraju” itp. itd.). Dla przykładu – ktoś mógłby pomyśleć, że Microsoft jest firmą produkującą oprogramowanie, ale tylko 6% budżetu firmy idzie na rozwój oprogramowania a 60% idzie na… prawników. Gdyby takie „lewo” (lewackie „prawo”) jak teraz obowiązywało w czasach powstawania Microsoftu, ta firma nigdy nie mogłaby powstać – DOS naruszałby własność intelektualne CP/M, Excel naruszałby prawa VisiCalca itp. itd. Unia Europejska jest faszystowskim systemem stworzonym przez korporacje dla korporacji, gdzie skorumpowani parlamentarzyści i KE na zlecenie korporacji zakazali podatków obrotowych, za to wprowadzili system opodatkowania wszystkich, tylko nie korporacji, by było na dotacje w 3/4 wypłacane korporacjom i system prawny tak komplikujący małym i średnim firmom działalność, by nie mogły się rozwinąć a nie stanowiący większego problemu dla korporacji z ich megadziałami prawnymi, które kształtują prawodawstwo na Zachodzie. Teraz w UE (chwała Trumpowi, że odrobinę udało mu się to przykrócić w USA) trwa, ogłoszony w Davos, plan likwidacji resztek demokracji i wpływu obywateli na rządy, poprzez transferowanie władzy od wyborców do NGO, finansowanych przez korporacje i podatników wbrew swej woli i teraz takie prezydenty Miszalskie w Krakowie w d… mają wynik „konsultacji społecznych” a kierują się wytycznymi eko-oszołomskich NGO, wprost ogłaszając, że za SCT były „organizacje pozarządowe”, a te NGO oczywiście realizują politykę swoich korporacyjnych sponsorów. Tak samo jest na skalę kraju, czy całej UE. Rząd, zamiast kierować się zdaniem posłów i wyborców, do redagowania ustaw też zaprasza jakieś szemrane NGO, które do tego mają jakąś mafijną kryszę, bo gdy w ramach sponsorowanych protestów łamią prawo, blokując, niszcząc, napadając, to są bezkarne lub dostają symboliczne wyroki. :-)))
P.S. Pamiętajcie, banki i NGO to największy wróg wolności obywatelskich! Unikajcie ich i zwalczajcie na miarę swoich możliwości!
===========================================
Jacek Kaczmarski … 20 kwiecień 2026
Z krzyżowych wypraw przywożą herezje
Z zamorskich rejsów – szkorbut i syfilis
Na ból istnienia wdychają poezję
Kiedy przerasta ich to co odkryli
Budują miasta na pobojowiskach
W pobojowiska zamieniają miasta
Każda im gwiazda Zwiastowaniem błyska
I byle rafa okręty roztrzaska
Gloria…
Strażnika ognia uwiedzie Pandora
I świętokradztwo pomszczą faraoni
Rozpaczą dzisiaj co nadzieją wczoraj
Nie jest wymysłem klątwa, co skarb chroni
Sporządzą serum z jadu każdej żmii
A z główki maku truciznę wycisną
Z czaszek pradziadów amulet na szyi
A w głowach – tajfun bezsennych umysłów
Gloria…
Zniszczą – odtworzą, zbudują – połamią
Żadne się na nich nie znajdzie lekarstwo
Gdy skrzydła światła przypną już do ramion –
Poniosą w kosmos genialne bestialstwo
Gloria…
—
PS.
Proszę wsłuchać jak Autor śpiewa to „gloria,gloria” , jak można tak w jednym słowie i na jedną nutę zawrzeć „złowrogość, podziw i ambiwalentna nadzieję” .
Iran blokuje Cieśninę Ormuz: Profesor Mohammad Marandi analizuje eskalację konfliktu z USA
uncut-news.ch
W niedawnym wywiadzie z irańskim profesorem Mohammadem Marandim, ekspertem ds. stosunków międzynarodowych, omówiono najnowsze wydarzenia w Cieśninie Ormuz. Iran zawrócił statki w odpowiedzi na trwającą blokadę morską USA. Marandi postrzega to jako jasny sygnał dla Waszyngtonu i ostrzega przed katastrofalnymi konsekwencjami dla światowej gospodarki.
Tło i obecna eskalacja
Sytuacja w Zatoce Perskiej dramatycznie zaostrzyła się w ciągu ostatnich 24–36 godzin. Iran zawrócił statki poprzez ukierunkowane działania w Cieśninie Ormuz i publicznie oświadczył, że utrzymująca się blokada morska USA stanowi naruszenie zawieszenia broni. Pomimo rzekomego zawieszenia broni w Libanie, cieśnina pozostaje pod ścisłą kontrolą Iranu.
Statki uznane za wrogie lub wykorzystywane do wywierania presji na USA zostaną zawrócone. Prezydent USA Donald Trump odpowiedział kolejnymi groźbami: jeśli Iran nie ustąpi i nie wróci do stołu negocjacyjnego, zagroził nalotami na irańską infrastrukturę, w szczególności na instalacje naftowe i elektrownie.
Sytuacja wydaje się zatem wracać do punktu wyjścia – rosnących cen energii i rosnącej globalnej niepewności. Marandi podkreśla, że nadzieje na szybkie ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz po zawieszeniu broni w Libanie zostały rozwiane.
Kontekst historyczny z perspektywy irańskiej
Marandi wraca do korzeni konfliktu. Opisuje konflikt w Strefie Gazy jako ludobójstwo. A jedynie Iran aktywnie, jako państwo, nazywa to ludobójstwem. Stany Zjednoczone i Zachód bezwarunkowo popierają „ekspansjonistyczny, ludobójczy i etniczno-suprematystyczny reżim” w Izraelu, który postrzega siebie jako „naród wybrany” i „rasę panów”, podczas gdy inni są uważani za „podludzi”.
Podczas wojny 12-dniowej USA i Izrael prowadziły agresywną wojnę przeciwko Iranowi, którą poparł cały Zachód – w tym Niemcy. Kanclerz Niemiec podobno nazwał Izrael wykonawcą „naszej brudnej roboty”.
Iran odpowiedział, atakując między innymi amerykańską bazę w Katarze, symbolicznie reprezentującą Centralne Dowództwo USA (CENTCOM). Dyktatury Zatoki Perskiej spiskowały przeciwko Iranowi od dziesięcioleci: finansowały Saddama Husajna w wojnie iracko-irańskiej za pomocą zachodniej broni chemicznej, pomagały w inwazji na Irak, a podczas „arabskiej wiosny” wspierały zniszczenie Libii i Syrii za pośrednictwem CIA i Al-Kaidy.
Obecny konflikt i reakcje Iranu
Marandi opisuje, jak eskalowała wojna z Iranem: USA i Izrael zaatakowały cele cywilne, takie jak szpitale i szkoły, na co Iran stopniowo odpowiadał, atakując krytyczną infrastrukturę w państwach Zatoki Perskiej, która zapewniała atakującym bazy lotnicze, przestrzeń powietrzną i porty.
Bez tych arabskich reżimów wojna z Iranem byłaby niemożliwa. Iran atakuje cele izraelskie i amerykańskie nieprzerwanie od 40 dni. Jeśli konflikt eskaluje i obejmie irańską infrastrukturę cywilną, Teheran odpowie surowo.
Marandi przewiduje zniszczenie infrastruktury energetycznej i elektroenergetycznej w Zatoce Perskiej, co może doprowadzić do masowego exodusu z Emiratów, Kuwejtu, Kataru, Bahrajnu i części Arabii Saudyjskiej w nadchodzącym sezonie upałów. Region ten stałby się niezamieszkany, a produkcja ropy naftowej, gazu i produktów petrochemicznych ustałaby na lata, co doprowadziłoby do globalnego kryzysu gospodarczego.
Naruszenia zawieszenia broni i rola Cieśniny Ormuz
Zawieszenie broni było wielokrotnie naruszane. Najpierw przez izraelskie bombardowania w Libanie wkrótce po jego ogłoszeniu, a następnie przez utrzymywanie przez USA blokady irańskich portów.
W geście zaufania Iran początkowo zezwolił na przepływanie przez Cieśninę Ormuz większej liczbie tankowców, w tym tym z krajów „wrogich”, ale wycofał się z tego rozwiązania, gdy blokada się przedłużała. Statki z Chin, Rosji, Iranu i Iraku mogą przepływać, ale nie te z walczących państw Zatoki Perskiej.
Trump po raz kolejny grozi, że zbombarduje Iran do poziomu epoki kamienia łupanego „ludobójczymi” oświadczeniami. Zachodnie media, takie jak „Washington Post”, nawoływały nawet do zabójstwa irańskich negocjatorów.
Marandi ostro krytykuje zachodnich dziennikarzy, oskarżając ich o współudział w zbrodniach wojennych. Używają określeń takich jak „twierdze Hezbollahu”, aby ukryć ataki na obszary cywilne.
Przygotowania i siła militarna Iranu
Pomimo wojny Iran produkuje rakiety i drony szybciej niż kiedykolwiek. Jego podziemne bazy, fabryki i magazyny są niezniszczalne. [No, są w znacznym stopniu niezniszczone. md]
Kraj ten przygotowuje się do długiej wojny od czasu inwazji Stanów Zjednoczonych na Irak i Afganistan (oraz planów siedmiu krajów w ciągu pięciu lat, jak donosił Wesley Clark) – z tysiącami wabików, solidnymi systemami obrony powietrznej i zaletami terenu.
Potencjalna ofensywa lądowa Stanów Zjednoczonych zakończyłaby się porażką; propaganda o szybkich zwycięstwach wkrótce okazałaby się fałszywa.
Ataki na irańską infrastrukturę byłyby wymierzone nie tylko w Izrael i USA, ale także w państwa Zatoki Perskiej, które są w to zamieszane. Marandi ostrzega, że żegluga w Zatoce Perskiej jest niezwykle zatłoczona; eskalacja konfliktu doprowadziłaby do ogromnych strat.
Globalne konsekwencje i wielobiegunowość
Profesor maluje ponury obraz: rosnące ceny energii i żywności to tylko wierzchołek góry lodowej. Za kilka tygodni grozi nam globalny kryzys, który doprowadzi do zamknięcia fabryk, masowego bezrobocia, głodu i milionów uchodźców.
Stany Zjednoczone i Zachód straciłyby wiarygodność i przewagę militarną. Iran udowodnił, że potrafi wytrzymać presję, co budzi szacunek i zainteresowanie na całym świecie – w tym w Chinach.
Chiny i Rosja nie interweniowałyby bezpośrednio, ale nie obawiają się konsekwencji. Konflikt mógłby przyspieszyć upadek imperium USA, ponieważ odpowiedzialność za globalny kryzys gospodarczy ewidentnie leży po stronie Izraela, Stanów Zjednoczonych i syjonizmu.
W Iranie panuje wysokie morale, miliony ludzi zgłaszają się na ochotnika.
Perspektywy i atrakcyjność
Marandi dostrzega niebezpieczeństwo nieuchronnego ataku ze strony USA. Wzywa do globalnego oporu: bojkotów, protestów i wywierania presji na rządy, by zdystansowały się od „imperium zła” i syjonizmu.
Pomimo ciemności, ważne jest, aby zachować optymizm i wziąć odpowiedzialność. Nikt nie powinien czuć się winny za działania swojego rządu, o ile sam postępuje właściwie.
Wywiad podkreśla głębokie podziały w konflikcie na Bliskim Wschodzie i ogromne ryzyko dla światowej gospodarki. Wydarzenia w Cieśninie Ormuz mogą szybko wywołać reakcję łańcuchową, której konsekwencje będą sięgać daleko poza region.
Cóż, nie trwało to długo. Piątkowy złudny optymizm co do rychłego porozumienia pokojowego z Iranem – wywołany twierdzeniami Donalda Trumpa, że Iran zgodził się ugiąć pod żądaniami USA – spowodował gwałtowny wzrost amerykańskich akcji i gwałtowny spadek cen ropy. Po raz kolejny stało się jasne, że Trump jedynie manipulował rynkami finansowymi i towarowymi, faworyzując bogatych insiderów.
========================================
Dopóki USA nie zniosą blokady morskiej i nie zastosują się do dziesięciu punktów przedstawionych przez Iran dwa tygodnie temu, nie będzie dalszych negocjacji między USA a Iranem.
W niedzielę Iran ogłosił, że nie weźmie udziału w drugiej rundzie negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi w Pakistanie w tym tygodniu z powodu żądań Ameryki i trwającej blokady morskiej w Zatoce Perskiej .
„Iran oświadczył, że jego nieobecność w drugiej rundzie negocjacji wynikała z tego, co określił jako wygórowane żądania ze strony Waszyngtonu, nierealistyczne oczekiwania, ciągłe zmiany stanowiska, powtarzające się sprzeczności i trwającą blokadę morską, którą uznaje za naruszenie zawieszenia broni” – podała państwowa agencja informacyjna IRNA.
Relacje między Iranem a Stanami Zjednoczonymi uległy dalszemu pogorszeniu w niedzielę, kiedy irański statek handlowy TOUSKA, płynący do Iranu, został przechwycony i abordażowany przez Marynarkę Wojenną USA. Statek przepłynął Morze Arabskie, kierując się w stronę Zatoki Omańskiej. Mapa Kplera pokazuje ostatnią zarejestrowaną lokalizację statku, pięć godzin wcześniej (patrz wyżej). Abordaż miał miejsce na wodach międzynarodowych. Statek podlega sankcjom USA, Wielkiej Brytanii i UE. Iran zagroził odwetem.
Tymczasem Iran nadal kontroluje, kto może przejść przez Cieśninę Ormuz. Trzy irańskie warunki przejścia przez Cieśninę Ormuz pozostają w mocy:
1️⃣ Statki muszą być statkami handlowymi; okręty wojenne są ZABRONIONE. Ani statki, ani ich ładunek nie mogą mieć żadnego związku z państwami wrogimi.
2️⃣ Statki muszą podążać trasą wyznaczoną przez Iran.
3️⃣ Przepływ statków musi być skoordynowany z siłami irańskimi odpowiedzialnymi za przepływ.
Kiedy piszę ten tekst w niedzielę późnym wieczorem na Florydzie, irański kanał Telegram odnotował, że Iran przez następne 48 godzin będzie pokryty gęstą warstwą chmur… co zapewni doskonałą osłonę do wystrzelenia nowej serii rakiet balistycznych w kierunku celów w USA i Izraelu.
Trump po raz kolejny grozi zmasowanym atakiem na irańskie sieci energetyczne i mosty. Iran ze swojej strony zaprogramował już swoje pociski balistyczne do ataków odwetowych na państwa Zatoki Perskiej. Jeśli Iranowi uda się w dużej mierze zniszczyć dostawy energii w Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie, Katarze, Bahrajnie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, życie w tych krajach – bez klimatyzacji – stanie się nie do zniesienia do połowy maja.
Profesor Marandi słusznie zauważa, że wysokie temperatury w tych krajach wymuszą masową ewakuację. Iran natomiast, ze względu na górzysty teren, charakteryzuje się inną pogodą i nie jest nękany przez upały typowe dla państw Zatoki Perskiej późną wiosną i wczesnym latem.
Niewiele różni się tegoroczny primaaprilisowy start szeroko reklamowanej „misji kosmicznej” Artemis II od nagranych na pustyni w Newadzie filmików z „pierwszego lądowania człowieka” na… tejże pustyni. Podobne błędy, podobne kłamstwa.
Kierownictwo NASA nie kłamie tylko w konkretnym celu (np. dla zysku), ale robi to także bez wyraźnego powodu, często wierząc we własne zmyślone historie. Taki jest opis mitomanii, czyli choroby kłamstwa patologicznego.
Opuszczenie orbity Ziemi: załoga misji Artemis II jest już w drodze na Księżyc. Niektórym stają włosy dęba – ale nie wszystkim. Łysy kosmonauta ma ten problem z głowy.
Dobrym wstępem do tematu nowej, kosmicznej bajki, jest film na Youtube.
To oczywiste, dlaczego właśnie teraz angażuje się firmę z Hollywood, by pokazać światu spektakularne zdjęcia wymyślonej w tym celu wycieczki kosmicznej rodem z fantastyki naukowej. Kiedy wszyscy mają serdecznie dosyć konfrontacji ze światem zaburzeń psychicznych amerykańskiego prezydenta, potrzebny jest temat zastępczy.
Nieoczekiwanego odkrycia dokonali ci bohaterscy astronauci podczas tej historycznej misji. Na Księżycu brakuje robaków, które by obrobiły do tego stopnia ludzkie ciało, ale nie powinniśmy oszczędzać pochwał dla sztucznej inteligencji za sam pomysł.
Podczas historycznego przelotu misji Artemis II obok powierzchni Księżyca, udało się uchwycić te niesamowite zdjęcia odważnego operatora, który filmował lądowanie pierwszej misji Apollo bezpośrednio z Księżyca. Źródło: Telegram 07.04.2026 r. 23:56.[mi się ten adres nie włącza. md]
Kolejny filmik pokazujący test kapsuły do lądowania, dowodzi, że kapsuła z astronautami nie wypadła sroce spod ogona.
Tak, to dokładnie ten sam materiał z kamery pokładowej, który pochodzi z filmu NASA „Ride Along” poświęconego misji Artemis I, opublikowanego pierwotnie pod koniec 2022 roku (około 3,5 roku temu). Post Elona pokrywa się z początkowymi kadrami i obrazami z tego starego klipu, a nie z nowym materiałem z misji Artemis II.
Amerykanie wybrali się do nieba po papieską odpowiedź na objawienia Donalda Trumpa.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Kłamca, oszust, alkoholik, a teraz popełniający ZBRODNIE WOJENNE, nie mniej Mimo to jego Mama może zobaczyć, kim on naprawdę jest https://youtube.com/shorts/7vWIuc9fMcA
Atak na irański statek handlowy na Morzu Arabskim narusza rozejm. Siły USA ostrzelały irański statek handlowy na Morzu Arabskim, wyłączając jego system nawigacyjny. Trump Clown zamierza zniszczyć świat
Jezu, poziom amerykańskiej „przyjaznej” wojny jest szokujący! Dają kilka ostrzeżeń z wyprzedzeniem, zanim do ciebie strzelą. W każdym innym kraju, w normalnej wojnie, natychmiast zabiliby przeciwnika. Gdzie jest @UN albo świat, żeby to uznać?
„Koniec z miłym panem”: USA atakują i przejmują irański statek towarowy, a Iran planuje całkowite wstrzymanie eksportu ropy z Bliskiego Wschodu
Tyler Durden
przez Tylera Durdena
Streszczenie
Trump ponawia groźby, jeśli nie zostanie osiągnięte porozumienie: „Koniec z miłym panem”
Trump powiedział, że Stany Zjednoczone zaatakowały i przejęły statek towarowy płynący pod banderą irańską w Zatoce Omańskiej.
Ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz praktycznie ustał po kilku incydentach (Iran ponowił groźby zamknięcia cieśniny Bab al-Mandab).
Oczekuje się, że Vance poprowadzi negocjacje z Iranem we wtorek lub środę, wspólnie z Witkoffem i Kushnerem.
„Wciąż jesteśmy daleko od ostatecznej dyskusji” – powiedział rzecznik irańskiego parlamentu Ghalibaf.
Iran planuje całkowicie wstrzymać eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu. Według agencji prasowej Tasnim, Iran planuje zaatakować następujące cele:
– rurociąg Yanbu w Arabii Saudyjskiej, który służy do ominięcia Cieśniny Ormuz,
– obiekt Fujairah w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, który służy do ominięcia Cieśniny Ormuz.
– całkowite zamknięcie drogi Bab el-Mandab.
Stany Zjednoczone zaatakowały i przejęły irański statek towarowy w Zatoce Omańskiej.
Kiedy rynki były jeszcze zamknięte, prezydent Trump ogłosił na swojej platformie Truth Social, że armia amerykańska zaatakowała i przejęła statek towarowy płynący pod banderą irańską w Zatoce Omańskiej.
„Dziś irański statek towarowy o nazwie TOUSKA, mający prawie 900 stóp długości i niemal tak ciężki jak lotniskowiec, podjął próbę przełamania naszej blokady morskiej – i nie skończyło się to dla niego pomyślnie.
Niszczyciel rakietowy USS SPRUANCE należący do marynarki wojennej USA przechwycił statek TOUSKA w Zatoce Omańskiej i wydał ostrzeżenie, że statek powinien się zatrzymać.
Irańska załoga nie chciała słuchać, więc nasz okręt natychmiast ją powstrzymał, strzelając w maszynownię.
Marines USA przetrzymują obecnie statek w areszcie.
TOUSKA podlega sankcjom Departamentu Skarbu USA ze względu na nielegalną działalność w przeszłości.
Mamy pełną kontrolę nad statkiem i sprawdzamy, co jest na pokładzie!
Według CENTCOM siły amerykańskie wydały kilka ostrzeżeń i poinformowały statek pod banderą irańską, że narusza on blokadę nałożoną przez USA.
Po tym, jak załoga Touski przez sześć godzin ignorowała wielokrotne ostrzeżenia, Spruance nakazał ewakuację statku z maszynowni.
Spruance unieruchomił układ napędowy Touski, oddając kilka strzałów z 5-calowego działa MK-45 w kierunku maszynowni.
Później żołnierze piechoty morskiej USA z 31. Ekspedycyjnej Jednostki Piechoty Morskiej weszli na pokład niewspółpracującego statku, który nadal znajduje się w rękach Amerykanów.
Amerykańskie siły zbrojne działały rozważnie, profesjonalnie i proporcjonalnie, aby zapewnić przestrzeganie prawa.
Od początku blokady siły amerykańskie wydały rozkaz zawrócenia 25 statkom handlowym lub powrotu do irańskiego portu.
Pozostaje pytanie, jaka będzie reakcja, gdy rynki terminowe zostaną otwarte, a werbalna (i kinetyczna) eskalacja znów się nasili.
Rekordowe wzrosty na rynkach akcji stworzyły dokładnie takie tło, jakiego Trump potrzebował, aby realizować swoją strategię „eskalacji i deeskalacji” aż do końca zawieszenia broni.
Wstrzymano ruch tankowców przez cieśninę
W niedzielny poranek najnowsze dane dotyczące żeglugi opublikowane przez Bloomberg pokazały, że ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz praktycznie ustał.
W ciągu ostatnich 24 godzin odnotowano kilka przypadków zawrócenia tankowców.
W tym samym czasie wysoko postawiony irański urzędnik ponowił groźby zamknięcia drogi Bab al-Mandab.
Wąskie gardło w cieśninie Ormuz (zamknięte ponownie po krótkim otwarciu w piątkowy poranek) pojawia się w czasie, gdy blokada irańskich portów przez USA nadal trwa, a kanały dyplomatyczne między USA a Iranem wydają się być aktywne.
Według Polymarketu prawdopodobieństwo powrotu ruchu żeglugowego w Ormuz do normy do końca miesiąca wynosi obecnie około 28 procent. Jeszcze kilka godzin wcześniej, wczesnym rankiem w niedzielę, wynosiło ono 18 procent.
Oczekuje się, że Vance przeprowadzi negocjacje z Iranem.
Prezydent Trump powiedział Fox News, że specjalny wysłannik Steve Witkoff udaje się do Pakistanu na rozmowy z irańskimi negocjatorami. Sugeruje to, że zespół Trumpa i sekretarz stanu USA Marco Rubio wciąż poszukują rozwiązania w drodze negocjacji.
W oddzielnym wpisie na Truth Social Trump napisał, że jego przedstawiciele „będą tam jutro wieczorem, aby przeprowadzić negocjacje”.
Jak podaje Fox News, spotkania w Islamabadzie miałyby się odbyć „od wtorku, prawdopodobnie do środy” – powiedział Trump w niedzielny poranek w rozmowie telefonicznej.
Jednak irańskie media państwowe poinformowały w niedzielę, że Teheran „odrzucił” drugą rundę rozmów.
„Nieobecność” Iranu w rozmowach jest wynikiem „nadmiernych żądań Waszyngtonu, nierealistycznych oczekiwań, ciągłych zmian kursu, powtarzających się sprzeczności i trwającej blokady morskiej, którą uznaje się za naruszenie zawieszenia broni”.
Potwierdzenie kolejnej rundy rozmów między USA i Iranem nastąpiło dzień po tym, jak Iran zamknął cieśninę Ormuz z powodu trwającej blokady morskiej USA.
W nocy rzecznik irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf przyznał w państwowej telewizji, że nastąpił „postęp” w stosunkach z Waszyngtonem, ale nadal istnieje wiele luk i zasadniczych punktów spornych.
„Wciąż jesteśmy daleko od ostatecznych rozmów ” – powiedział Ghalibaf, jeden z głównych negocjatorów z Teheranu.
Ghalibaf dodał: „Jeśli Ameryka nie zniesie blokady, ruch w Cieśninie Ormuz z pewnością zostanie ograniczony”.
Trump oskarżył Teheran o „nieco bezczelne” zachowanie po tym, jak droga została ponownie otwarta w piątek, a następnie nagle zamknięta w sobotę rano.
Zawieszenie broni ma wygasnąć w środę.
Trump ponawia groźby: „Koniec z miłym panem”
Trump powtórzył też groźby z początku tego miesiąca, że „wyłączy każdą elektrownię i każdy most w Iranie”, jeśli nie zostanie osiągnięte porozumienie, ostrzegając: „Upadną szybko, upadną łatwo”.
Pełna treść wcześniejszego wpisu Trumpa na portalu TruthSocial:
„Wczoraj Iran zdecydował się na ostrzał Cieśniny Ormuz – całkowite naruszenie naszego porozumienia o zawieszeniu broni! Wiele z nich było wycelowanych w francuski statek i brytyjski frachtowiec. To nie było miłe, prawda?”
Moi przedstawiciele jadą do Islamabadu w Pakistanie – będą tam jutro wieczorem na negocjacje. Iran niedawno ogłosił zamknięcie drogi, co jest dziwne, bo nasza blokada już ją zablokowała.
Pomagają nam, nawet o tym nie wiedząc, i to oni tracą z powodu zamkniętego przejścia – 500 milionów dolarów dziennie! Stany Zjednoczone nic nie tracą. W rzeczywistości wiele statków jest obecnie w drodze do USA, do Teksasu, Luizjany i na Alaskę, aby załadować ładunek – dzięki Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, który zawsze chce grać twardziela!
Oferujemy bardzo uczciwą i rozsądną UMOWĘ i mam nadzieję, że ją zaakceptują, bo jeśli tego nie zrobią, Stany Zjednoczone zamkną każdą elektrownię i każdy most w Iranie.
KONIEC Z PANEM MIŁYM! Upadną szybko, upadną łatwo, a jeśli nie zaakceptują UMOWY, zaszczytem dla mnie będzie zrobienie tego, co trzeba zrobić i co inni prezydenci powinni byli zrobić w ciągu ostatnich 47 lat. CZAS, ŻEBY IRANSKA MASZYNA ZABÓJSTWA SIĘ ZAKOŃCZYŁA! Prezydent DONALD J. TRUMP
Najnowsze nagłówki
Kryzys w Cieśninie Ormuz
Ruch żeglugowy w Cieśninie Ormuz został niemal całkowicie wstrzymany w niedzielę rano po tym, jak Iran zmienił decyzję o ponownym otwarciu cieśniny i ostrzelał statki próbujące przez nią przepłynąć.
Kilka tankowców przewożących LNG zawróciło w drodze do Cieśniny Ormuz po tym, jak Iran ostrzegł kapitanów, że ten kluczowy szlak został ponownie zamknięty dla żeglugi.
Dwa indyjskie statki zgłosiły ostrzał i zawróciły do Zatoki Perskiej.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Iranu nazwało blokadę morską USA „naruszeniem zawieszenia broni”.
Negocjacje między USA a Iranem
Trump oświadczył, że jego specjalny wysłannik Steve Witkoff uda się we wtorek do Pakistanu na rozmowy z Iranem; rozmowy mogą potrwać do środy.
Trump powiedział, że amerykańscy negocjatorzy udadzą się w poniedziałek do Pakistanu, aby rozmawiać z Iranem, wznawiając tym samym negocjacje po eskalacji napięć w Cieśninie Ormuz.
Iran określa swoje rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi jako politykę „coś za coś”.
Groźby i oświadczenia Trumpa
Trump ponownie zagroził, że „zniszczy każdą elektrownię i każdy most w Iranie”, jeśli nie zostanie osiągnięte porozumienie.
Trump stwierdził, że Iran dopuścił się „poważnego naruszenia” zawieszenia broni, ale porozumienie pokojowe jest nadal możliwe. Oświadczył: „To się stanie. Tak czy inaczej. W dobry czy w zły sposób”.
Trump powiedział stacji Fox, że Stany Zjednoczone wysłały przeciwko Iranowi ogromne zapasy amunicji.
Wpływ regionalny
Patowa sytuacja grozi dalszym zaostrzeniem kryzysu energetycznego, który wstrząsa światową gospodarką, i zniweczeniem nadziei na szybkie zawarcie porozumienia pokojowego.
Analizy wskazują, że amerykańskie działania w Iranie mogą pomóc Chinom ograniczyć wpływy USA w Azji Południowo-Wschodniej, podczas gdy wielu sojuszników NATO dystansuje się od Waszyngtonu.
Podsumowanie wydarzeń między USA i Iranem z poprzedniego dnia:
Zbliża się sezon Pierwszych Komunii św., a wraz z nim uwidacznia się pogłębiająca się komercjalizacja tego sakramentu. Filozof i etyk z Uniwersytetu Kardynała Stefan Wyszyńskiego, ks. prof. Andrzej Kobyliński, bije na alarm. Wskazał też na bierność biskupów.
W rozmowie z „Faktem” duchowny zwrócił uwagę, że istotę sakramentu Pierwszej Komunii św. coraz częściej przysłania komercyjna otoczka. W jego ocenie kościelni hierarchowie pozostają bierni wobec tego zjawiska.
– Niestety, dramatycznego problemu banalizacji Pierwszej Komunii świętej nie widzą biskupi, którzy sprawują władzę absolutną w swoich diecezjach – ocenił ks. prof. Kobyliński.
– Nie znam żadnej publicznej wypowiedzi choćby jednego biskupa w naszym kraju, który widziałby konieczność głębokiej reformy tej uroczystości kościelnej – wskazał. [Chodzi nie o „reformę”, a o powrót sprzed zmian masońskich. Mirosław Dakowski]
Jak podkreślił, na tym problem się nie kończy. – Skoro biskupi akceptują ten wielki dramat, to podobnie czynią także urzędnicy kurialni i księża w parafiach, a wraz z nimi rodzice, katecheci i nauczyciele – powiedział, dodając, że „system jest domknięty”.
Duchowny zaznaczył, że nie jest to problem błahy i wskazał na długofalowe, poważne skutki. – Jestem tym głęboko przerażony. Im później nastąpi otrzeźwienie, tym straty duchowe i moralne wśród dzieci i młodzieży będą większe – podkreślił.
Jak wskazał ks. prof. Kobyliński, Pierwsza Komunia św. powinna mieć „charakter duchowy, a nie konsumpcyjny”. Już przed dwoma laty mówił on o tym, że podczas tej uroczystości coraz częściej ludzie koncentrują się na pieniądzach.
– Koncentracja przy tej uroczystości religijnej na pieniądzach, makijażach, perfumach, markowych ubraniach, restauracjach, gościach i prezentach jest czymś bardzo szkodliwym dla kształtowania sumienia czy wrażliwości religijnej dzieci – wskazywał.
Jak ocenił, problem ten pojawił się w Polsce na przestrzeni ostatnich 20-30 lat. – Trzeba radykalnie przerwać to szkodliwe zjawisko społeczne – apelował. [To jeden z wielu ataków na katolicyzm. md]
Ja już nie mogę. Jest tyle burz w szklance wody, że już się szklanki mylą i gdyby każdą z nich postawić na półce w kuchni, to ta musiałby mieć z kilometr. Dlatego większość z nas zajmuje się pojedynczymi szklankami i nie widzi całego wielkiego szeregu, który już chyba oplótłby Ziemię. Ale są aż takie burze w szklance wody, że ta wychlapuje się i widać dno. Dno tego czym zajmują się polskie umysły popędzane przez media. Tym razem trafiamy na tzw. temat B2B, czyli nie będzie o tym czym media zajmują obywateli, tylko o tym, jak media zajmują się same sobą.
Ostatnio pan prezydent Nawrocki w czasie konferencji prasowej wyciągnął palec w kierunku dziennikarza i upomniał go, że ten nie słucha co się na konferencji mówi. Z takiego nic rozpętała się trwająca ponad tydzień histeria mediów (co jest jednym z tegorocznych rekordów trwania wrzutek medialnych) skierowana rzecz jasna przeciwko brutalnemu zachowaniu prezydenta, oraz broniąca ofiary bezpardonowego ataku – wskazanego paluszkiem dziennikarza, który okazało się, że jest tylko upostaciowieniem gnębionej i zagrożonej całej branży dziennikarskiej. Rzeczony dziennikarz zaczął być nie tylko symbolem tej brutalizacji, ale już się wyraźnie rozgrzał i zainicjował samoistnie jakieś własne inicjatywy, myląc falę, która go taktycznie wyniosła na tymczasową barykadę ze stałym trendem, na którego czele miałby stanąć. Zebrały się konwektykle samych dziennikarzy, zbiory płaczek pokazujących jak to – tylko prawicowcy i politycy, i ich media, nie mówiąc już o bezzębnych kibolach – atakują, stresują oraz, uwaga! biją i szarpią ich, jako pracowników widocznie znienawidzonych wolnych mediów. Skąd to się bierze, jak to z tymi dziennikarzami jest i co z tym dalej będzie? Skoro tak media zaczęły o sobie, to i ja spróbuję o mediach.
Jakoś tak się tak potoczyło w moim życiu, że sam jestem z mediów. Ani o tym nie marzyłem, ani tego nie chciałem, ale tak przebiegły wiry historii, że mnie w to wciągnęło i na długo kręciło. Przeszedłem całą drogę, jaką można przejść w mediach: od podziemnego radiowca stanu wojennego, poprzez naczelnego nielegalnych powielaczowych gazet, by w III RP wylądować w innej roli – organizatora i komercjalizatora znanych tytułów, od CHIP-a, Forbes’a, Newsweeka, aż po Rzeczpospolitą. Przy okazji uczestniczyłem w wielu instytucjach regulujących, a właściwie organizujących rynek wydawniczy oraz byłem obecny przy inicjowaniu przejścia mediów z papieru do internetu. Wiem więc o mediach sporo, i to praktycznie na wszystkich ich poziomach, szczególnie zaś ulubiłem sobie obszary dziennikarskie, w których widziałem pożyteczną misję czwartej władzy, w dodatku do godnego – wtedy – skomercjalizowania.
Ideał czwartej władzy
Często pada w obiegu to słowo „czwarta władza”. Trzeba na początku sobie wyjaśnić co ono oznacza. Pojęcie wprost nawiązuje do monteskiuszowego trójpodziału władzy. Jak wiadomo mamy władz u Monteskiusza trzy: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Trójpodział władzy zakłada stworzenie subtelnego mechanizmu równowagi (tzw. checks and balances), w którym pociąg do władzy jednej z nich jest równoważony przez każdą z dwóch pozostałych. Tendencje do wyrodzenia się którejś z władz mają być jak byk, trzymany na postronkach pozostałych dwóch. Na początku zakładano, że w tym trójpodziale to władza sądownicza będzie mitygować pozostałe, ale odeszło się od tego z biegiem czasu – okazało się, że i sędziowie mają zapędy do alienowania się ich władzy w postaci sędziokracji, a więc i tę sferę trzeba było ustrojowo wziąć na postronek.
W czasach nowożytnych, wraz z pojawieniem się druku i prasy pojawiło się pojęcie „czwartej władzy”, czyli mediów, które miałyby kontrolować wszystkie pozostałe trzy władze. Idea była zacna, gdyż miałaby być i kontrola, i społeczna ocena „na żywo”, w czasie rzeczywistym. W demokracji to cenna cecha, gdyż bez mediów ocena efektów działania władz ograniczałyby się do kadencyjnych, jednorazowych aktów wyborczych. A teraz, z mediami, kontrola stawała się procesem ciągłym, zaś sam akt wyborczy był tylko efektem takiego nadzoru, za to umocowanym w ciągłym i masowym obserwowaniu przez peryskop mediów poczynań rządzących. Dlatego w dojrzałych demokracjach ustrojowo decydowano się na ochronę wolności mediów, bez której obiektywna ocena mogłaby być wypaczana poprzez propagandę władzy. Pośrednio – o czym szerzej powiemy sobie później – ochrona rozszerzała się na konkretne osoby, którymi byli dziennikarze, jako żołnierze pierwszej linii frontu prawdy. Zrobił się z tej czwartej władzy układ wręcz idealny – demos miał narzędzie ciągłej kontroli wybrańców, narzędzie zaś był najęte i opłacane przez obywateli, konsumentów mediów, by spełniać niezależne role kontroli władzy. No – ideał.
Zaczynają się schody
Ale zaczął się pewien obiektywny, później już zupełnie zsubiektywizowany politycznie, proces, który uczynił z czwartej władzy jej własną karykaturę. Jej końcowy efekt to dopisanie się władzy czwartej do dealu, czyli sprowadzenie mediów do przymierza z władzą wykonawczą, a skoro ta wykonawcza – wbrew zaleceniom Monteskiusza – spacyfikowała dwie pozostałe (tak się dzieje, uwaga! – prawie w każdej demokracji), to mamy do czynienia z układem zamkniętym. Rozszalały byk samowoli władzy rozbija się po zagrodzie państwa niemitygowany, zaś obywatele, albo karnie ustawiają się w stuporze, by ich nie zauważył, albo biegają po arenie, chcąc się ukryć przed rogami byka wypchanego głosami z urn. Trzy postronki trójpodziału władzy wciąż wiszą mu na karku, ale nie spełniają żadnych funkcji kontrolnych – są już tylko kolorowymi wstążkami pozorów, ku uciesze i ułudzie widowni.
Jak do tego doszło, bo nie dam się, z racji swej wiedzy i doświadczenia, złapać wyłącznie na lep tezy, że to złośliwcy, politycy i sprzedajne media taki nam zgotowały los? Co pewnie zdziwi wielu – do tego stanu przyczyniło się wejście… reklamy do mediów. Ta oddzieliła uczciwość przekazu dziennikarskiego od nagrody pieniężnej pochodzącej od odbiorcy. Jak dla czytelnika gazeta kłamała, albo chociażby malowała rzeczywistość – ten przestawał ją kupować, gdyż nie spełniała jego oczekiwań. Ale model mediów przeszedł w inny obszar – mediom zaczęli płacić reklamodawcy, zaś płacili nie za rzetelność przekazu, ale za przykuwanie uwagi odbiorców. Stąd spsienie mediów, ściganie się na sensacje – baby z brodą i walki w kisielu szybko wyparły treści wartościowe, a już tym bardziej kontrolujące władzę. Wszystko miało być jak ze środkiem na zaparcia – cicho, bez stresu, nie przerywając snu.
Czemóż to, powiecie sami odbiorcy nie odwrócili się od takiego plebejskiego trendu i nie ukarali swą nieobecnością zdradzieckich mediów? W końcu to jeśli nawet tylko reklamodawca płacił, to jednak płacił za relacje z konkretną grupą odbiorców i chyba za to płacił mediom – by te dostarczyły kontakt z odbiorcami swemu głównemu klientowi. A tu taka zdrada nie skończyła się bojkotem ze strony odbiorców. Czemu? Jeśli porównać media do leśnych karmików napełnianych medialną paszą, to mają być one na tyle atrakcyjne, by podeszła tam zwierzyna (czyli odbiorcy), po to, by umówiony myśliwy (tu reklamodawca) mógł sobie postrzelać reklamami. W tej metaforze stan braku ostracyzmu ze strony saren można wytłumaczyć jednym: nie było innych niż takie karmiki. Po prostu towarzystwo padłoby z medialnego głodu, zaczęło więc podjadać do tej pory znienawidzone siano ustawek medialnych, czynionych w interesie reklamodawców. Odbiorcy godzili się na to i z głodu, i z powodu hipokryzji, żeby się tylko nie przyznać do tego, że to nie my, tylko inni kształtują nasze gusta – polubiliśmy tę paszę na medialnych sterydach. W końcu inne sarny zrobiły tak samo, a więc był spełniony społeczny dowód słuszności polegający na tym, że sokoro inni się uśmiechają, wtranżalając to-to, to znaczy, że coś jednak w tym jest.
Ale to nie takie proste – gdyby tak było, nie miałoby to żadnego przełożenia politycznego. Gdyby mediami rządziły tylko spożywcze czy konsumenckie korporacje, to nie przekładałoby się to na inne niż konsumenckie poglądy odbiorców. A wiemy, że tak nie jest – media jednocześnie bowiem zarabiają, ale i sączą polityczną wodę do glajszachtowanych mózgów. Skąd się bierze ten mechanizm i jak się utrzymuje? Mamy tu co najmniej trzy elementy. Zacznijmy od pierwszego.
Jak rządzi reklama
Po pierwsze samo upolitycznione przecież państwo staje się coraz większym reklamodawcą. Widać to było szczególnie za pandemii, gdzie gros przychodów mediów z wygłodzonego rynku konsumenckiego przeszło na kampanie za publiczne środki, do tego dochodzą jeszcze spółki skarbu państwa ze swoimi budżetami. W końcu trzeba było promować państwowe obostrzenia, a później – to był dopiero przewał… – promować za publiczne środki używanie jak najbardziej prywatnych szczepionek. Mieliśmy więc zamiast reklam takiego powiedzmy Pfizera odpowiednie komunikaty ministerstwa zdrowia, choćby tylko sfabularyzowane w rolach aktorskich taki Pazurów, czy innych sanitarystycznych łże-autorytetów. A jak państwo daje, to i może zabrać. Tu się pojawiło odzwierciedlenie trybalizacji mediów, których w Polsce mamy dwa typy, podzielone na polityczne plemiona. I jak któreś z nich weźmie górę w wyborach to – nie tylko w mediach publicznych – może takimi budżetami nagradzać media sobie spolegliwe, zaś ich brakiem – karać te, które nie maszerują w nogę z przekazem. Taki aspekt jest jedną z przyczyn zaniku mediów w funkcji czwartej władzy.
Drugi czynnik jest taki, że państwo uzurpuje sobie prawo do regulowania rynku medialnego. Postulat wolnych mediów jest wciąż w rękach rządzących, którzy mogą zrobić mediom (i to wybranym) szybkie kuku i wtedy czwarta władza będzie leżała na – również komercyjnych – łopatkach. Nie ma co prawda reglamentowania dla prasy – może i dlatego jest ona w odwrocie – ale już wszelkie inne media podlegają kontroli. Koncesje, zezwolenia, zasięgi emisji to są decyzje administracyjne, łatwe do upolitycznienia. Co prawda pojawiły się tak zwane media społecznościowe, ale i te – i to w randze dyrektyw wyższej rangi, np. unijnych – są regulowane pod dowcipnym pozorem walki z dezinformacją. A więc każde medium dwa razy obejrzy pod światło wszelki news czy felieton wymierzony we władze. Ba – będzie antycypować na co tam ta władzuchna może się obrazić – a antycypacja w takim wypadku idzie dalej niż obawy sponsora, jest zawsze na wyrost, powyżej zastrzeżeń regulatora, przewiduje bowiem nieprzewidywalne, czyli na co może się obrazić polityk. Mamy więc najgorszy poziom cenzury – cenzurę wewnętrzną ze zinternalizowanymi, czyli już wtedy własnymi, kryteriami o czym wolno nam pisać, co mówić i co pokazywać. Władzuchna zaś ma czyste rączki i to z tyłu – my? My nic nie mówimy, niczego nie zabraniamy, wolne media mówią co chcą, a skoro tak mówią, tak nas chwalą, to widocznie tak jest. O czym my – władzuchna – też, tak jak wy – obywatele – dowiadujemy się z mediów. Cenzura tu polega na tym, że takimi mechanizmami nieformalnie kształtuje się przekaz na przychylny wobec władzy.
Trzecim aspektem jest bardziej subtelny mechanizm. Skoro władza jest ważna dla mediów z powodów regulacyjnych, to trzeba uważać co jej się podoba. A mogą się jej – szczególnie w plemiennej dwójpolówce – nie podobać media inne. I tu jest strach – władza patrzy czy przypadkiem ty tam nie dokarmiasz wrażej stacji swoimi reklamami. I może za to pokarać. A więc trzeba uważać czy reklamujesz się w stacjach przychylnych władzy, czy nie. Sami rządzący, a zwłaszcza ich harcownicy, gorzej, że sami ludzie mediów, nie szczypią się i już w biały dzień nawołują do bojkotu reklamowego mediów im nie sprzyjających. Najgorzej kiedy robią to, sami ludzie mediów, bo to jest wyraźne kapowanie na konkurentów – nie możemy was pokonać lepszym przekazem, to narobimy hałasu wizerunkowego. I wiele firm na to idzie. Taki Owsiak sam szantażuje firmy, że ten sam klient nie może być i u niego, i w takiej telewizji Republika. W normalnym świecie za takie coś Juras sam zostałby zbojkotowany przez klientów, za taki szantaż. Tu mamy do czynienia jednak z pupilkiem władzy i wybacza się mu wszystko.
Dowód na patologię tego zjawiska jest prosty – przecież takiemu Lidlowi czy jakieś tam innej marce chyba zależy na dotarciu również i do konserwatywnych zwolenników prawicy. Ci przecież też jakoś jeżdżą, coś jedzą, ubierają się i w ogóle konsumują. W dodatku z powodu uplemiennienia mediów ci odbiorcy trzymają się mocno swoich medialnych baniek, w związku z tym rezygnacja reklamodawców z dotarcia do klientów poprzez ich media ma inny niż komercyjny podtekst. Okazuje się, że dziś reklama nie jest kosztem dotarcia z przekazem marketingowym do swojej grupy klientów, ale… okupem, który starannie wydziela się wedle kryteriów politycznych. Trochę dla mediów, trochę dla władzy. A skoro tak, to ten główny element finansowania „wolnych mediów” kosztem mediów innych jest zaprzeczeniem idei czwartej władzy, gdyż ma charakter konsekwentnie opłacanej manipulacji przekazem.
Czwarta władza w rękach pośrednika
Ważny tu jest element pośrednika pomiędzy widzem a mediami – są to agencje, a zwłaszcza domy mediowe. Jak to chodzi? Proszę – domy mediowe działają tak: podpisują z mediami umowy, że z góry na cały rok, za odpowiednią prowizję od mediów dostarczą odpowiednią i ustaloną ilość pieniędzy od swoich klientów reklamowych. Działają więc jak brokerzy, czy to ubezpieczeniowi, czy finansowi – jeżeli jesteś klientem, to szybko okaże się, że najlepsze oferty rynkowe znajdują się akurat w portfolio danej agencji i klient kupuje taki towar, jak my polisę. To upraszcza sprawę wielu stronom – klient nie musi czołgać się przez sterty ofert medialnych, a i tak dostanie u pośrednika lepszą cenę niż by uzyskał pojedynczo kupując reklamy. Media też się cieszą – mają z góry określone wpływy z reklam, inaczej musiałyby się co miesiąc zastanawiać ile wywalczą. Nawet wręczają domom mediowym swoistą łapówkę (tzw. kick back) czyli oddają część swoich przychodów od reklamodawców agencjom pośredniczącym, by zachęcić je do „obiektywnego”, ale wtedy wyraźnie tendencyjnego, lokowania u nich reklam. Tak działają media.
Powie każdy z odbiorców – a co mnie to obchodzi, ja jestem tylko odbiorcą ulubionych treści, nie reklam przecież? Ale – jak już ustaliliśmy – od wpływów z reklam nie zależy tylko CO obejrzysz w przekazie komercyjnym, ale też to, co w ogóle będziesz MÓGŁ obejrzeć. Pośrednicy reklamowi stają się więc ważnym graczem na tym rynku – mogą sadzać na tronie i z niego zrzucać dowolne medium. Przykładem na wszechmoc tych struktur niech będą ostatnie przygody telewizji kanału Zero redaktora Stanowskiego. Miała ci ona wystartować na początku roku, ale nie wystartowała. Łatwowierny, albo trochę naiwny, że tu tylko chodzi o kasę, Stanowski właśnie miał już umówione podpisanie umowy na wyłączność z jednym z brokerów – akurat przy… TVN – i się okazało, że dom mediowy się „rozmyślił” w ostatniej chwili, umowy nie będzie i telewizja nie wystartuje. I nie wiadomo czy w ogóle wystartuje, bo na rynku reklamy telewizyjnej brokerów jest ze trzy sztuki, ten od TVP na bank się nie zgodzi finansować politycznie konkurencyjnej stacji, zaś i broker polsatowy, po zmianie formatu Polsatu z symetrystycznego na protuskowy – też się nie będzie wyrywał do dołączenia Stanowskiego do swego portfolio.
Czemu domy mediowe są politycznie stronnicze i nie idą za komercjalizacją prawdziwych zasięgów? Po pierwsze – jak dowiodłem wcześniej – chcą od nich tego sami klienci dla swego nieświętego spokoju i przypodobania się władzy. Po drugie – media, głównie o lewicowej proweniencji, mocno „pracują” nad sterowalnością „obiektywizmu” domów mediowych. Na techniki tej pracy spuszczę na razie zasłonę milczenia. Po trzecie – upolitycznienie zarządów domów mediowych w przechyle na jedną, liberalno-lewicową, stronę przewyższa chyba upolitycznienie „obiektywnych” dziennikarzy plemiennych.
Pora na dziennikarzy, czyli wchodzą mediaworkerzy
No, ale dość malowania tego wielkiego obrazu, wyjaśniania jak działają trybiki tej skomplikowanej machiny, mamy już obraz zmiany zasilania tego mechanizmu, pasów transmisyjnych i w jego rezultacie zmiany produktu wychodzącego z tych piekielnych czeluści. Pora zająć się obiecanym trybikiem – dziennikarzami. Przypomnę ich ważną rolę w założeniach „czwartej władzy”: skoro wiemy, że za obiektywny przekaz nie płaci już dziś odbiorca, zaś płaci czy to komercyjny czy polityczny klient za spełnianie funkcji dotarcia i efektu, w tym politycznego, to przekaz musi sprzyjać interesom tego kto płaci, a ustaliliśmy, że nie jest to odbiorca. A o kompatybilność tego układu mają dbać mediaworkerzy, zwani kiedyś i myleni do dziś z dziennikarzami.
Specjalnie użyłem określenia „mediaworker”, gdyż ma ono dla mnie celowy pejoratywny wydźwięk. Taki trybik to nie dziennikarz – to byłe już czasy, gdy do tematu podchodził redaktor, nie wiedząc jeszcze co z tematu wyjdzie. Uważał go tylko za interesujący, zwłaszcza kiedy był ukryty lub przeinaczany. Dziennikarstwo było więc odkrywaniem, – uwaga, w towarzystwie czytelnika! – prawdy wcześniej nie znanej. To było jak każdorazowe śledztwo – parę przesłanek, przesłuchania świadków i biegłych ekspertów, dochodzenie i niewiadomy wynik takowego. Stare, dobre czasy. Ci dziennikarze, jak dinozaury, wyginęli już, tyle że z głodu. W opisanym układzie upolitycznienia się czwartej władzy nie mogło być inaczej. Tyle, że – uwaga, te obiektywne zjawiska nie zwalniają obecnych mediaworkerów od odpowiedzialności. To nie jest tak, że ci poszli do zawodu i się nagle zdziwili, jak teraz wygląda posłannictwo czwartej władzy. Nie – wiedzieli dobrze, gdzie idą i ta decyzja lokuje ich u mnie na nizinach etyki zawodowej.
Przypomnę – dziennikarz, żołnierz wolnych mediów w ich funkcji czwartej władzy, korzystał z systemowej ochrony pracownika zawodu społecznego zaufania. Miał być chroniony z powodów posiadania przymiotów, które obecnie już utracił. Utracił na własne życzenie dopisując się do służebnej roli wobec pana, którym na pewno nie jest prawda – raczej już złowieszczy miks interesów komercyjnych i politycznych, czyniących z czwórpodziału władzy żałosną, ale i okrutną parodię demokracji.
Zawód społecznego zadufania
Dlatego z żałością można patrzeć na dzisiejsze wywijanie legitymacją dziennikarską, że my tu , panie z misją, a tu na nas plują. Po pierwsze – nie tak plują, jak byście na to zasługiwali, po drugie – dawno przestaliście być szpicą poszukiwawcza prawdy w imieniu obywateli republiki. Od kiedy pozapisywaliście się do politycznych plemion, by im służyć. Od kiedy siadacie nad pustą kartką papieru i zanim napiszecie pierwsze słowo już wiecie kto (wciąż ten sam) jest winien i jaka będzie pointa. Odkąd za swoich idoli wzięliście parę pyskatych paniuś, których za swoich czasów nie dotknąłbym nawet kijem od szczotki w przedpokojach redakcji. Odkąd dla was dziennikarstwo to przesłuchiwanie zaproszonych gości (tu wersja dla plemienia wrażego) albo polerowanie politycznych zleceniodawców (tu wersja dla plemienia-sponsora). I to wszystko umaczane w Himalajach hipokryzji obrońców „wolnych mediów”.
Żeby nie skończyć na wyzwiskach pokażę jeden przykład – arcykapłanka tego dna: Monika Olejnik. Pierwsza przesłuchująca III RP, idol braci przystępującej do zawodu (no, żeby dziś chcieć być dzienn…, sorki mediaworkerem, to trzeba mieć jednak zacięcie), braki etyczne i warsztatowe ukrywane pod własną wersją pyskatej erystyki. Osoba, która za każdym razem wita nas w „wolnych mediach”.
Zapamiętałem sobie taki obrazek: w któryś ze słotnych dni stanu wojennego wyłażę ci ja z piwnicy, gdzie drukowałem podziemne ulotki, zapalam sporta i włączam telewizor na przerwę. Widzę młodziutką Monikę, która ma prowadzi reportaż w bojkotowanej wtedy TVP. Przypomnę, że jesteśmy już po drugiej zdaje się likwidacji programu III Polskiego Radia, kultowej stacji, której dziennikarze w stanie wojennym byli kilkakrotnie zwalniani i przyjmowani, aż ostatecznie ich wywalono, bo jednak nie rokowali nadziei na poprawę.
Otóż na te ich ciepłe jeszcze krzesełka przychodzi i zasiada Monika, ustawiona panna po zootechnice zdaje się, ale – jak się okazało – z moralnymi i charakterologicznymi kompetencjami łamistrajka. Wtedy to był obciach, pójść do wronich mediów. Łamistrajków dziennikarskiego bojkotu w stanie wojennym było tak mało, że jak się już taki trafił, to wyciskano z niego co się da – pisał, czytał, recytował, radio, telewizja, festiwale – no wszystko. I co ja, wycierając łapy z powielaczowej farby, oglądam w telewizyjnym występie pani Moniki? Uważajcie – dziennikarstwo śledcze widzę. Reporterka Olejnik dorwała, oczywiście prywaciarza ze skupu butelek i męczy biedaka, że nie przyjmuje butelek 0,7, tylko 0,75 i krzywda się dzieje. Ludzie – stan wojenny, czołgi na ulicach, media w podziemiu, Polacy w błocie złamania, a my tu o nieprawidłowościach w skupie butelek. No, Bareja, jak ktoś ma wyporność na takie klocki.
Wolna Monika
I dzisiaj ta sama pani Monika, nie zmieniając stylówy, wierzcie mi, wita nas w „wolnych mediach”. Fraternizująca się kiedyś z medialnym mordercą św. księdza Popiełuszki – Urbanem. Chorąża (niech będzie po feministycznemu) sztandaru wolnych i obiektywnych mediów, utkanego de facto z sutych przelewów. Wzorzec etyki dziennikarskiej, idol nowych zastępów adeptów mediaworkingu (nie bez powodu podobny format językowy do „sexworkingu”). Z rękoma poplamionymi wodą z mózgu, którą wtłacza milionom pogubionych Polaków, w końcu – wylewająca krokodyle łzy nad podziałem wśród rodaków, który codziennie pogłębia. A za nią idą wszystkie te paputczyce – Sznepfy, czy taka dziennikarka ostatnio z TVP o urodzie telewizyjnej porównywalnej do urody wokalnej sepleniącego spikera w radiu, Biedrzyckie, Gozdyry i ten cały magiel – wrzasków, pyskowania, przerywania, tumultu. I to przenoszenie tej stylówy na rozmowy Polaków, infekowanych tym syfem, codziennie – za pieniądze podatników czy konsumentów. Forpoczta wojny polsko-polskiej, siewcy batalii bez końca, udrapowani w pozory funkcji czwartej władzy, uzurpujący sobie prawo do ochrony, do której prawa dawno już i świadomie utracili, nie spełniając żadnej pożytecznej funkcji społecznej.
Piszę te gorzkie słowa, bo znam te branżę jak zły szeląg i nie dam się nabrać na pojękiwania o prześladowaniach w postaci prezydenckiego paluszka. Ubolewam tylko, jak bardzo oczyszczająca idea czwartej władzy legła dziś w bagnie podobno wolnej Polski. Mieliście bracia w dziennikarstwie, i to każdy z was, złoty róg. I każdy z was zrobił sobie z niego plastikową trąbkę, w którą dmiecie za drobne na festynach wybranej władzy. Tłumacząc ludowi, że to najwspanialsze przedstawienie i lepszego nie widzieliście. I codziennie patrzycie sobie w lustro, bez żadnej żenady, w dodatku uważając się za wykonawców zawodu społecznego zaufania, a jesteście w rzeczywistości pracownikami zawodu społecznego zadufania. W siebie i we własną rolę, którą sami sobie wymyśliliście, chyba tylko po to, by zbić te społeczne ale i moralne lustro, aby wam nie pokazywało jak nisko upadliście.
Wiceprezes PiS, kandydat na premiera @CzarnekP odwiedził Małopolskie Muzeum Pożarnictwa w Alwerni. (…) W trakcie wizyty spontanicznie zebrała się grupa mieszkańców, która przyszła porozmawiać z kandydatem o tym, co się dzieje lokalnie i w kraju. /@pisorgpl/
Po wizycie w Małopolskim Muzeum Pożarnictwa w Alwerni Czarnek zahaczył o słynną Obwodnicę, a potem znalazł czas, aby zajrzeć do Muzeum Pieprzu i Soli. Tam również pojawili się mieszkańcy.
– Trzeba więcej pieprzyć – powiedział przyszły premier do zgromadzonych . – Więcej, zdecydowanie więcej, co jak państwo na pewno zauważyli, od pewnego czasu, staram się czynić. – Więcej pieprzyć i dosalać. Powiem tak… trzeba porządnie dosolić i wygramy!
Czarnkowi w pieprzeniu pomagają inni politycy PiS
Zero taryfy ulgowej dla pieprzących polityków
Jeżeli miałbym skomentować na poważnie, to kampania Czarnka jest tylko i wyłącznie “pieprzeniem” – wyborczą retoryką dla politycznych idiotów. Przez osiem lat PiS wpuściło do Polski niezliczoną ilość intruzów z których część rozpoczęła przestępczą i pasożytniczą działalność, otrzymując nawet, w niektórych przypadkach, polskie obywatelstwo.
Gdyby Czarnkowi zależało na Polsce zaakcentowałby konieczność wielkiej akcji deportacyjnej łącznie z odbiorem niesłusznie przyznanego polskiego obywatelstwa. Niestety PiS zdania nie zmieniło i nie ma zamiaru przerywać rozpoczętej za swojej kadencji operacji podmiany ludności w Polsce.
Wypada dorzucić do kontekstu, że kilka dni temu Czarnek zadeklarował z wielką energią poparcie dla każdej liczby migrantów wpuszczanych do Polski jakiej zażyczą sobie pracodawcy. Zapomniał tylko dodać, że znaczna część działających firm w Polsce, to firmy zagraniczne niepłacące podatków w Polsce, a teraz mające w planach dawać zatrudnienie “tańszym migrantom”, a nie Polakom.
Miejscem najbardziej odpowiednim dla polityków KOPiS jest ława oskarżonych.
^^^
Patrząc na profil propagandzisty Gnata, który pomaga Czarnkowi, nie sposób nie zauważyć, że jego poglądy są bardzo podobne do poglądów silnych razem i nienawidzących razem. W czym podobne? Podobne w kwestii umiłowania antypolskiej Unii.
„Czułem, że jestem potworem”: żołnierze IDF mówią o „urazie moralnym” – i o milczeniu
============================================
Szanowny Panie Profesorze,
Przesyłam cały artykuł z Haaretz z moim komentarzem. Streszczenie z Najwyższego Czasu, które Pan zamieścił, nie oddaje ani grozy ani znaczenia tego tekstu, którego sam autor zapewne też nie rozumiał.
Wstrząsający artykuł z Haaretz o sumieniu, które nie daje się zagłuszyć, jak u Lady Makbet; o krwi niewinnej, której z rąk zmyć się nie da; o popełnionych zbrodniach, które wracają we snach i na jawie; o zbrodniarzach w mundurach, którzy okrywają się wieczną hańbą (Jer. 23.40). Biedni ci żołnierze izraelscy, bardziej im współczuć należy niż pomordowanym przez nich Palestyńczykom. Parafrazując Szekspira, bardziej potrzebują oni kapłana katolickiego niż psychologa żydowskiego. AW
Niektórzy z nich zabijali cywilów w Gazie; inni tylko się przyglądali lub byli świadkami nadużyć i tuszowania w imię zemsty. Teraz próbują poradzić sobie z czymś innym niż PTSD.
„Może w pewien sposób chcę umrzeć… ale obiecałem matce, że się nie zabiję. Nie wiem jednak, jak długo dam radę”. – Yuval
Yuval siedzi, obgryzając paznokcie, nerwowo poruszając nogami. Jest południe w Tel Awiwie, ulica pełna ludzi. Co jakiś czas rozgląda się niespokojnie, obserwując przechodniów.
„Przepraszam” – mówi. „Mój największy strach to zemsta”. Yuval (to pseudonim, podobnie jak wszystkie imiona w tym artykule) nie pochodzi z rodziny przestępczej. Nie jest przestępcą. Ma 34 lata, wychował się na przedmieściach Tel Awiwu – w Ramat Hasharon – i został programistą. Do niedawna pracował w jednej z największych firm technologicznych na świecie, ale od miesięcy tam nie chodzi. „Byłem w piekle, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy” – mówi. To piekło rozegrało się w Chan Junus na południu Gazy, gdy był żołnierzem w grudniu 2023 roku. „Naloty były bez przerwy. Tonowa bomba spada niedaleko ciebie i serce podskakuje”. Jego oddział posuwał się na zachód, w stronę centrum miasta. „Były ciężkie walki… Funkcjonujesz na autopilocie. Nie zadajesz pytań”. Pytania pojawiły się dopiero później i zaczęły go prześladować. „Nie mam dobrych odpowiedzi; nie mam żadnych odpowiedzi. Nie ma wybaczenia za to, co zrobiłem. Nie ma odkupienia”. Do zdarzenia doszło w pobliżu ulicy Salah al-Din, głównej arterii Gazy. Za pomocą drona jeden z plutonów zauważył podejrzane postacie. Oddział Yuvala ruszył do ataku. „Strzelałem jak szalony, tak jak uczą na szkoleniu” – mówi. Gdy dotarli na miejsce, zrozumiał, że to nie byli terroryści. „To był starszy mężczyzna i trzech chłopców, może nastolatków. Żaden nie był uzbrojony. Ich ciała były podziurawione kulami; organy wypływały na zewnątrz. Nigdy nie widziałem czegoś takiego z tak bliska”. „Pamiętam ciszę – nikt się nie odezwał. Potem przyszedł dowódca batalionu, splunął na ciała i krzyknął: ‘Tak kończy każdy, kto zadziera z Izraelem, skurwysyny’”.
Yuval był w szoku, ale milczał. „Jestem tchórzem” – mówi. Został zwolniony ze służby trzy miesiące później. Po dwóch tygodniach wrócił do pracy. „Zorganizowali dla mnie imprezę, bili brawo, nazywali mnie bohaterem” – mówi. „Ale czułem, że jestem potworem”. Nie był w stanie tego znieść. Po kilku miesiącach zrezygnował z pracy. Wstyd tylko narastał. „Staram się nie wychodzić z domu, a jeśli już, zakładam kaptur, żeby nikt mnie nie rozpoznał. Wyrzuciłem lustra – nie mogę na siebie patrzeć”. Boi się, że ktoś się na nim zemści, choć wie, że to irracjonalne. Dwa dni po rozmowie z dziennikarzami trafił do szpitala psychiatrycznego.
„Obraz jego bezradności nie dawał mi spokoju. Myśli nieustannie mnie dręczą – jak mogłam po prostu stać i nic nie zrobić? Co to mówi o mnie?”
Maya
W ubiegłym roku Haaretz opisywał żołnierzy walczących w Gazie, którzy cierpieli na „uraz moralny”. Snajper, który strzelał do ludzi szukających pomocy, mówił, że ma ciężkie koszmary; operatorzy dronów, którzy zabijali cywilów, opisywali rany, które się nie goją. „Widzimy urazy moralne na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej” – mówi prof. Gil Zalsman, przewodniczący izraelskiej Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom. „Widzimy je w naszych klinikach leczenia traumy i w prywatnych gabinetach. Widzimy je nawet u dzieci rezerwistów, które usłyszały jakieś historie i zmagają się z tym, co zrobili ich ojcowie. Zjawisko sięga już drugiego kręgu”.
Armia izraelska i rząd nie podali żadnych danych liczbowych, ale – jak mówi Zalsman – od październikowego zawieszenia broni w Gazie rośnie liczba osób szukających pomocy z powodu urazu moralnego. Czasami takich pacjentów klasyfikuje się jako cierpiących na zespół stresu pourazowego (PTSD), ale mimo pewnych podobieństw uraz moralny jest czymś innym. Według prof. Yossiego Levi-Belza z Uniwersytetu w Hajfie: „PTSD to reakcja oparta na strachu, spowodowana doświadczeniem traumatycznego zdarzenia, które wiązało się z zagrożeniem dla danej osoby lub dla ludzi wokół niej”. Typowe objawy to nadmierne pobudzenie i unikanie. „Uraz moralny powstaje w wyniku doświadczeń postrzeganych jako fundamentalne naruszenie podstawowych wartości moralnych – własnych lub cudzych – i zazwyczaj wiąże się z poczuciem winy, wstydu, gniewu, obrzydzenia, wyobcowania, utraty wiary oraz rozpadem tożsamości, sensu i poczucia człowieczeństwa”.
Istotna jest także kwestia czasu – dodaje Levi-Belz, który kieruje uniwersyteckim Centrum Bólu Psychicznego i Zapobiegania Samobójstwom im. Liora Tsfaty’ego. „Kiedy wojna się kończy, żołnierz wraca do domu i świat nagle wydaje się znacznie bardziej złożony” – mówi. „Podział na czarne i białe zostaje zburzony, świat przestaje być dychotomiczny, a człowiek może spojrzeć wstecz na wydarzenia, których doświadczył, i uświadomić sobie, że zaszły rzeczy sprzeczne z tym, w co wierzy”. Uraz moralny – dodaje Levi-Belz – może pojawić się, gdy ktoś sam coś zrobi lub jest świadkiem czegoś, co w rażący sposób narusza jego kodeks moralny. Nasilenie tego urazu może być większe, jeśli dana osoba nie próbowała powstrzymać sprawcy, a zwłaszcza gdy sprawcą była osoba będąca autorytetem. „Oczekujemy, że osoby pełniące funkcje opiekuńcze, takie jak dowódcy, będą nas chronić, dlatego w takich przypadkach uraz może prowadzić do poważnego kryzysu i szczególnie silnego cierpienia psychicznego” – mówi Levi-Belz.
Strach w Prado
Maya mieszka w centralnym Tel Awiwie i studiuje filozofię, zwłaszcza pisma Michela Foucaulta. Podczas wojny w Gazie spędziła setki dni jako oficerka HR w batalionie pancernym rezerwy. „Nie ma żadnego związku między moim codziennym życiem a służbą w rezerwie” – mówi. „To dwa różne światy, z innymi ludźmi. I szczerze mówiąc, ja też zachowuję się inaczej, mówię inaczej. To trochę jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Podczas wojny byłam świadkiem zabijania niewinnych ludzi – rzeczy wstrząsających, o których gdybym przeczytała w Haaretz, krzyczałabym z oburzenia, ale w czasie służby przechodziły obok mnie, jakby nic się nie stało”. Jedno zdarzenie jednak pozostawiło ślad. Miało miejsce w wojskowym posterunku na południu Gazy. „Siedziałam w centrum dowodzenia” – mówi Maya. „Nagle żołnierze na warcie zauważyli pięciu Palestyńczyków przekraczających linię, której nie wolno było przekraczać, kierując się na północ Gazy. Wszyscy wpadli w panikę. Zapanował chaos. Dowódca batalionu wydał rozkaz zasypania ich ogniem, mimo że nie było potwierdzenia, że są uzbrojeni. Czołg zaczął strzelać z karabinu maszynowego. Setki kul”.
„Kiedy strzelasz przez celownik snajperski, wszystko wydaje się bliskie, jak w grze komputerowej. Twarzy ludzi, których zabiłeś, się nie zapomina. To zostaje z tobą.
Snajper
Cztery z pięciu osób zginęły. „Kilka godzin później buldożer D9 zakopał je w piasku. Gdy zapytałam dlaczego, powiedziano mi, że chodzi o to, żeby psy ich nie zjadły i nie rozniosły chorób. Tego, który przeżył, zamknięto w klatce na posterunku i powiedziano, że trzeba poczekać na funkcjonariusza Shin Bet, który go przesłucha”. Ale tego dnia nikt z Shin Bet nie przyszedł. „Spędziłam noc na posterunku, ale nie mogłam zasnąć; byłam tam jedyną kobietą. Nagle kilku żołnierzy mnie zawołało, więc poszłam z nimi do klatki. Palestyńczyk siedział tam skuty i z zasłoniętymi oczami, wyglądał na zmarzniętego. Nagle jeden z żołnierzy wyjął penisa i zaczął na niego oddawać mocz. Krzyknął: ‘To za Be’eri, ty skurwysynu, to za Novę’”. Nikt nie mógł przestać się śmiać. „Może ja też się śmiałam”. Następnego dnia przyjechał przesłuchujący z Shin Bet. „Był z nim przez 10 minut i powiedział, że to tylko człowiek próbujący wrócić do domu na północy Gazy, że nie ma nic wspólnego z Hamasem, więc go wypuszczono” – mówi Maya, która kilka tygodni później została zwolniona ze służby. Ale to, co zobaczyła, pozostało z nią. „Czułam się jak hipokrytka, brudna. Brałam trzy prysznice dziennie; obraz jego bezradności nie dawał mi spokoju. Myśli nieustannie mnie dręczą – jak mogłam po prostu stać i nic nie zrobić? Jak mogłam ja, ktoś, kto uważa się za moralnego, pomaga uchodźcom i chodzi na protesty, zgodzić się na to? Dlaczego nic nie powiedziałam i co to mówi o mnie? Nie mam odpowiedzi”. Maya nie jest jedyną osobą z tego posterunku, która cierpi na uraz moralny. Yehuda również tam służył, w innym czasie, podczas swojej służby rezerwowej. „Mój pluton jeździł hummerami i pełnił rolę szybkiej reakcji w sektorze” – mówi. „Był też hummer dowodzony przez oficera o amerykańskim imieniu. Służył tam od wielu miesięcy i gdy jedna brygada odchodziła, dołączał do następnej. Był dziwny, podejrzany człowiek”.
„To zniszczyło wszystko, co myślałem o armii, o nas, o sobie. Co jeszcze dzieje się w piwnicach? Jakie inne tajemnice ukrywamy?”
Eitan
„Za każdym razem, gdy pytano go o przeszłość, mówił coś innego, a jeśli się go dopytywało, wpadał w złość. Nie było jasne, czy wojna go złamała, czy taki był wcześniej, ale wykonywał swoją robotę, więc nikt nie zadawał pytań”.Pewnej nocy Palestyńczyk zbliżył się do posterunku.„Ruszyliśmy dwoma hummerami” – mówi Yehuda. „Ja dowodziłem jednym, a ten amerykański oficer drugim. Gdy dotarliśmy na miejsce, Palestyńczyk natychmiast podniósł ręce. Było oczywiste, że jest nieuzbrojony.Oficer podszedł, odczekał kilka sekund i po prostu strzelił – bez zadawania pytań, bez jakiegokolwiek działania ze strony podejrzanego”.Yehuda był w szoku. Wrócili do bazy i obejrzeli nagranie z drona.„To morderstwo, zwykłe morderstwo” – powiedział jeden ze starszych oficerów.Ale zdecydowano się nic nie robić. Sprawę zamieciono pod dywan. Do dowództwa zgłoszono zabicie terrorysty. Nie przeprowadzono nawet odprawy.„Ten oficer dalej służył, jakby nic się nie stało. A ja nic nie powiedziałem. Nikt o tym nie wspomniał nawet podczas końcowego podsumowania służby – jakby to się nigdy nie wydarzyło”.Dwa miesiące później Yehuda pojechał z żoną do Madrytu. Pewnego dnia odwiedzili muzeum Prado. Jego żona jest doktorantką historii sztuki; on – jak mówi – nie zna się na tym.Nagle znalazł się przed obrazem Goi.
„Jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na uraz moralny, jak to się ma do frazesu o najbardziej moralnej armii świata?”
Oficer zdrowia psychicznego
„Nie interesowałem się szczególnie, ale nagle stałem obok obrazu przedstawiającego bezbronnego człowieka z podniesionymi rękami, stojącego naprzeciw żołnierzy z karabinami” – mówi Yehuda. „Podszedłem bliżej i przypomniało mi to dokładnie to, co się wydarzyło. Wyraz jego oczu, strach, przerażenie.Nie mogłem przestać patrzeć. Zacząłem się pocić. To było straszne, a potem nagle zacząłem płakać. Nigdy nie płaczę i nie rozumiałem, co się ze mną dzieje.Moja żona patrzyła na mnie przerażona. Pytała: ‘Co się stało? Co się stało?’ – a ja nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem zdruzgotany. Ludzie nie mogli przestać się na mnie patrzeć. Spróbuj wytłumaczyć, dlaczego płaczesz w środku muzeum”. Tamtej nocy Yehuda obiecał żonie, że po powrocie do Izraela pójdzie na terapię.„Próbuję nauczyć się to zaakceptować, ale to trudne” – mówi. „Wstyd mnie nie opuszcza. Jak stałem się kimś, kto stoi z boku i nie robi tego, co słuszne?”
Wspomnienia z pokoju przesłuchań
Niektórzy żołnierze twierdzą, że ich uraz moralny wynika z metod stosowanych podczas walk w Gazie, z których wiele po raz pierwszy opisał Haaretz. Na przykład kilku snajperów z Brygady Nahal strzelało do Palestyńczyków szukających pomocy – przekroczyli oni arbitralnie wyznaczoną przez armię linię. „Kiedy strzelasz przez celownik snajperski, wszystko wydaje się bliskie, jak w grze komputerowej” – mówi jeden z nich. „Twarzy ludzi, których zabiłeś, się nie zapomina. To zostaje z tobą. Od czasu mojego zwolnienia ze służby moczę się w nocy; czuję się, jakbym został sam, jakby nikt nie mógł mi pomóc. Spędziłem miesiąc w szpitalu. Próbowali mi tłumaczyć, że muszę to zaakceptować, że nie da się cofnąć czasu. Łatwo im mówić. To nie oni, którzy za każdym razem, gdy zamykają oczy, widzą, jak ktoś dostaje kulę w czoło”.
Niektórzy żołnierze mówią o urazach psychicznych po zobaczeniu, jak Palestyńczyków wykorzystywano jako żywe tarcze, albo po byciu świadkami grabieży i wandalizmu. „Wchodziliśmy do palestyńskich domów i ludzie czerpali przyjemność z niszczenia” – mówi jeden z nich. „Widziałem ludzi zabierających sprzęt elektryczny, złote naszyjniki, pieniądze – wszystko. Niektórzy mówili, że wszyscy Arabowie to naziści i że okradanie nazistów to błogosławieństwo. Byłem zniesmaczony, ale nic nie powiedziałem. Szczególnie bolało mnie, gdy palono zdjęcia Palestyńczyków albo na nie oddawano mocz. Co to właściwie daje? Raz jeden z żołnierzy zauważył, że czuję się z tym źle, i powiedział: ‘Co z tobą? Oni i tak tu nie wrócą; ich historia jest skończona’. Nic nie odpowiedziałem; tylko skinąłem głową”.
Były też działania jednostki 504, której jednym z zadań było przesłuchiwanie więźniów. „Działaliśmy na północy Gazy i złapaliśmy jednego członka Hamasu w domu. Dostaliśmy rozkaz pilnowania go, dopóki nie przyjedzie przesłuchujący z 504” – wspomina Eitan. „Zawsze działają parami – przesłuchujący i żołnierz bojowy. Gdy przyjechali, staliśmy na straży przy wejściu do domu i mogłem widzieć i słyszeć całe przesłuchanie”. Eitan mówi, że w pewnym momencie przesłuchujący zdjął więźniowi spodnie i bieliznę.„Wziął kilka opasek zaciskowych i przymocował jedną do jego penisa, a drugą do jąder. Zadał pytanie, a gdy ten nie odpowiedział, zaciskał opaski. Powtarzali to w kółko; był straszny krzyk. Nie przestawał krzyczeć, jakby dusza wychodziła z jego ciała. W końcu zaczął mówić; wszystko z niego wyszło, a przesłuchujący zdjął opaski i wsadził go do ciężarówki. Musieli go zabrać do ośrodka zatrzymań”. Od tego czasu – mówi Eitan – krzyk nie daje mu spokoju. „To zniszczyło wszystko, co myślałem o armii, o nas, o sobie. Jeśli jesteśmy zdolni do robienia tak strasznych rzeczy bez wiedzy cywilów, to co jeszcze dzieje się w piwnicach? Jakie inne tajemnice ukrywamy?”
„Kiedy mówiono o tym, że wszyscy terroryści zostali zabici dzięki specjalnym środkom używanym w tunelach, ludzie się ekscytowali, a mnie to przypominało Holokaust.”
Guy
Eksperci twierdzą, że takie urazy psychiczne mogą dotyczyć także osób, które nie brały bezpośredniego udziału w walkach. Ran, na przykład, nie spędził ani jednego dnia w Gazie. Był oficerem sił powietrznych w rezerwie, pracującym w sztabie obrony w Tel Awiwie, w jednostce odpowiedzialnej za planowanie nalotów. „Po 7 października wszystko się zmieniło” – mówi. „Wszystko, co wiedziałem o tzw. stratach ubocznych, przestało obowiązywać. Planowaliśmy i zatwierdzaliśmy ataki, o których wiedzieliśmy, że spowodują śmierć dziesiątek cywilów, czasem więcej. I to nie miało znaczenia. Mój kuzyn został zamordowany na festiwalu Nova. Byłem zaślepiony zemstą i gniewem. To, co się działo, było nieproporcjonalne. Z każdym dniem coraz bardziej mnie to obciążało. W jednej chwili planowaliśmy atak, w którym miały zginąć dzieci, a chwilę później siedzieliśmy przy hamburgerze na ulicy Ibn Gabirol. To dysonans, którego nie da się powstrzymać, i czułem, jakby na moim czole zaczynał się pojawiać jakiś znak”. Moment kryzysu nastąpił – jak mówi – 18 marca ubiegłego roku, kiedy Izrael zerwał zawieszenie broni z Hamasem i przeprowadził noc nalotów. Zginęły setki ludzi, głównie cywile. „Nie mogłem już w tym uczestniczyć. Czułem, że jeśli będę dalej służył, zdradzę wszystko, co jeszcze we mnie dobre, osobę, którą chcę być” – mówi Ran. Nie był jedyny. Kilku pilotów poprosiło o zwolnienie ze służby po tej nocy. Siły powietrzne się zgodziły, ale poprosiły, by zachowali to w tajemnicy. Ran wrócił do domu, ale nie był w stanie wrócić do pracy. „Rozwinęła się u mnie obsesja oglądania najgorszych zdjęć martwych i rannych Palestyńczyków” – mówi. „Wciąż próbuję ustalić, czy miałem z tym coś wspólnego, czy jestem odpowiedzialny za te obrazy. Mój psycholog mówi, że to tak, jakbym sam wybierał dla siebie torturę. Prosił, żebym przestał, ale nie potrafię. Czuję, że na to zasługuję.”
Moralność czy tożsamość
Oficjalnie Ministerstwo Obrony nie uznaje diagnozy urazu moralnego, która – jak zauważają eksperci – nie została jeszcze włączona do amerykańskiego Diagnostycznego i Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych (DSM). W związku z tym żołnierz cierpiący na uraz moralny zgłasza się do departamentu rehabilitacji ministerstwa, przechodzi komisję lekarską i zostaje uznany za osobę cierpiącą na PTSD. Choć czasem te dwa zaburzenia się nakładają, są one zasadniczo różne.Problem błędnej diagnozy to coś więcej niż kwestia terminologii. Również leczenie – jak mówi Zalsman z Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom – jest zasadniczo odmienne. „PTSD leczy się poprzez intensywne, stopniowe wystawianie pacjenta na traumę, aby oddzielić traumatyczne wspomnienie od reakcji emocjonalnej” – mówi.
„Uraz moralny wymaga pracy ukierunkowanej na akceptację i pogodzenie się z czynem, który wywołał kryzys. Innymi słowy, człowiek musi nauczyć się wybaczyć samemu sobie”. Może się to jednak wkrótce zmienić. Publiczna komisja powołana w październiku, aby znaleźć rozwiązania w zakresie leczenia rannych żołnierzy, ma zalecić, by departament rehabilitacji uznał uraz moralny. Według jednej z podkomisji „należy opracować protokoły leczenia, przeszkolić personel terapeutyczny i rehabilitacyjny oraz uwzględnić bezpośredni związek między urazem moralnym a zatrudnieniem, aktywnością społeczną i rolą jednostki w społeczności”.
Armia również – choć z opóźnieniem – postanowiła po cichu uznać to zjawisko; na przykład wojsko amerykańskie od lat posiada procedury leczenia takich urazów. W ostatnich miesiącach izraelscy specjaliści zdrowia psychicznego, niemal w cieniu, opracowują wstępny protokół interwencji dla żołnierzy cierpiących na uraz moralny. Rzecznik IDF nie wydał w tej sprawie żadnego oświadczenia, a cała kwestia pozostaje przemilczana, w przeciwieństwie do wielu innych działań armii dotyczących zdrowia psychicznego żołnierzy w czasie wojny. IDF odmówiły nawet używania określenia „uraz moralny”, preferując termin: „uraz tożsamości”. Wojsko zaprzecza, jakoby zmiana nazwy miała ukryty cel. Jednak niektóre źródła twierdzą inaczej. „To dość oczywiste, że mamy tu do czynienia z komunikatem społeczno-politycznym” – mówi oficer zdrowia psychicznego w rezerwie. „Bo jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na urazy moralne, jak to się ma do frazesu o najbardziej moralnej armii świata? Zamiast tego wybrano określenie, które przerzuca odpowiedzialność na żołnierza, jakby problem dotyczył jego tożsamości, a nie działań, do których wysłali go przełożeni”. Inny oficer systemu zdrowia psychicznego w armii mówi, że decyzja miała na celu „znalezienie rozwiązania tymczasowego, które pozwoli leczyć tych żołnierzy bez rozdrażniania polityków.
Byłem na spotkaniu, na którym jeden z wysokich rangą oficerów powiedział: ‘Nie możemy tego nazywać urazem moralnym – czy chcemy, żeby Channel 14 nas powiesił na drzewie?’” – mówi, odnosząc się do stacji telewizyjnej sprzyjającej premierowi Netanjahu. „Taki jest obecnie klimat w armii”. Nie tylko wojsko unika bezpośredniego spojrzenia na uraz moralny – robią to także sami żołnierze. Boją się mówić o swoich uczuciach znajomym, obawiając się, że zostaną uznani za zdrajców, lewicowców lub słabych. „Kiedyś dotyczyło to PTSD, dziś dotyczy urazu moralnego” – mówi Levi-Belz z Uniwersytetu w Hajfie. „Nie chodzi tylko o poziom dowódców, ale o całe społeczeństwo.
Rząd tworzy narrację dychotomiczną: albo jesteś z nami, albo jesteś lewicowym zdrajcą – i najbardziej dotyka to młodych ludzi. Żołnierz może się obawiać, że jeśli powie o swoich wątpliwościach dotyczących tego, co robili w Gazie, zostanie uznany za kogoś obcego, kogo należy wykluczyć. A dla niego byłoby to najgorsze – poczucie całkowitego odrzucenia. Dlatego w wielu przypadkach wolą milczeć i nie szukać pomocy”. Guy, na przykład, nadal odmawia dzielenia się swoimi przeżyciami z innymi żołnierzami. Służy w jednostce specjalnej Shaldag. Od 7 października spędził setki dni na służbie rezerwowej. Tego dnia, w południe, został wezwany i wysłany do Be’eri. To, czego nie zdołał tam powstrzymać, zaczęło go prześladować. „Noszę w sobie ogromne poczucie winy. Myślę, że jest wielu takich jak ja, ale oni skierowali to gdzie indziej – w zemstę” – mówi Guy.
„Ich oczy błyszczały za każdym razem, gdy ruszaliśmy na akcję. Kiedy mówiono o zabijaniu terrorystów specjalnymi metodami stosowanymi w tunelach, ludzie się ekscytowali, a mnie to przypominało Holokaust. To mnie wstrząsnęło, ale dalej służyłem. Myślałem, że to minie”. Jedna z operacji miała miejsce w szpitalu Al-Shifa w Gazie. „Cała okolica cuchnęła śmiercią i ciałami” – mówi. „Od tego czasu nie mogę znieść zapachu spalonego mięsa.Zostałem wegetarianinem. Pamiętam moment, kiedy wszystko się załamało – gdy ten zapach przypomniał mi to, co czułem w Be’eri. To sprawiło, że zacząłem się zastanawiać: kim się staliśmy? Kim ja się stałem? Do dziś boję się odpowiedzi.”
Według obszernego reportażu Toma Levinsona opublikowanego w izraelskim dzienniku Haaretz 17 kwietnia 2026 r., część izraelskich żołnierzy i rezerwistów wracających z walk w Strefie Gazy zmaga się z głębokimi urazami moralnymi spowodowanymi udziałem w zabijaniu cywilów, torturach, grabieżach i tuszowaniu zbrodni.
Artykuł nie potępia zbrodni, nie współczuje ofiarom, tylko skupia się na „urazach moralnych” izraelskich żołnierzy.
Autor przytacza relacje kilkorga żołnierzy (wszyscy pod pseudonimami), którzy opisują konkretne przypadki naruszeń prawa wojennego popełnianych w imię zemsty za atak Hamasu z 7 października 2023 r.
Rozstrzelanie nieuzbrojonych cywilów
Yuval (34 lata, programista) opowiada, jak jego jednostka w Khan Yunis zastrzeliła starszego mężczyznę i trzech nastolatków – wszyscy bez broni. „Ich ciała były podziurawione kulami, organy wylewały się na zewnątrz” – wspomina. Po akcji dowódca batalionu z ludźmi napluł na zwłoki i krzyknął: „Tak się dzieje z każdym, kto zadziera z Izraelem, skurwysyny”.
Ostrzał nieuzbrojonych Palestyńczyków i upokarzanie
Maya, oficer ds. kadr w rezerwie, była świadkiem, jak na rozkaz dowódcy batalionu czołg ostrzelał z karabinu maszynowego pięciu Palestyńczyków idących na północ. Czterech zginęło. Ocalały został zamknięty w klatce, a jeden z żołnierzy nasikał na niego, mówiąc: „To za Be’eri, ty dupku, to za Novę”. Maya przyznaje: „Nikt nie mógł przestać się śmiać. Może i ja się zaśmiałam”.
Morderstwo i tuszowanie sprawy
Yehuda relacjonuje, jak oficer zastrzelił nieuzbrojonego Palestyńczyka, który podniósł ręce. „Było oczywiste, że nie był uzbrojony. Oficer podszedł, odczekał kilka sekund i po prostu strzelił”. Incydent nagrano dronem, ale dowództwo uznało go za „zabicie terrorysty” i zamiotło sprawę pod dywan.
Tortury podczas przesłuchań
Żołnierz Eitan opisuje przesłuchanie przez jednostkę 504. Przesłuchujący założył opaski zaciskowe na penisa i jądra więźnia i zaciskał je, dopóki ten nie zaczął mówić. „Krzyczał, jakby dusza wychodziła mu z ciała”.
Grabieże i wandalizm
Inny żołnierz mówi o wchodzeniu do palestyńskich domów: „Ludzie brali sprzęt AGD, złoto, pieniądze. Niektórzy palili zdjęcia Palestyńczyków albo na nie sikali. Mówili, że wszyscy Arabowie to naziści i że to błogosławieństwo kraść od nazistów”.
Strzelanie do cywilów szukających pomocy
Snajperzy z Brygady Nahal strzelali do Palestyńczyków przekraczających arbitralne linie wyznaczone przez armię. Jeden z nich: „Nie zapominasz twarzy ludzi, których zabiłeś. To zostaje z tobą”.
Reakcje i skala zjawiska
Prof. Gil Zalsman, szef Izraelskiej Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom, potwierdza w Haaretz, że urazy moralne występują „na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej”, także wśród dzieci rezerwistów.
Prof. Yossi Levi-Belz z Uniwersytetu w Hajfie wyjaśnia, że w przeciwieństwie do PTSD uraz moralny wynika z poczucia naruszenia własnych wartości moralnych i prowadzi do głębokiego poczucia winy i wstydu.
Armia izraelska oficjalnie nie uznaje terminu „uraz moralny”, zastępując go określeniem „uraz tożsamości”. Jeden z oficerów zdrowia psychicznego w rezerwie komentuje w artykule: „Jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na urazy moralne, to jak to się ma do stereotypu o ‘najbardziej moralnej armii na świecie’?”
Według Levinsona po zawieszeniu broni liczba żołnierzy szukających pomocy psychiatrycznej z tego powodu wyraźnie wzrosła. Wielu z nich boi się mówić otwarcie, obawiając się oskarżeń o zdradę lub słabość.
Artykuł kończy się wnioskiem, że dla części żołnierzy wojna w Gazie nie skończyła się wraz z powrotem do domu – została w nich jako trwała trauma moralna.
Znamienne, że artykuł finalnie podkreśla jak bardzo cierpią na „urazy moralne” izraelscy żołnierze, ale w ogóle nie skupia się na potępieniu zbrodni przez nich dokonywanych.
To tylko kilka zbrodni, o których izraelscy żołnierze zdecydowali się powiedzieć. O większości zapewne nigdy się nie dowiemy. Już z tych relacji wynika, że zbrodnie wojenne armii Izraela są systemowo wpisane w ich działania.
Gdyby na wyspie żyło tysiąc osób i ktoś z nich zacząłby uprzykrzać życie pozostałym, to wkrótce na wyspie byłoby 999 osób.
Jakże dziwne więc, że garstka oligarchów i zarządców imperiów może pokierować całą planetą zamieszkaną przez ludzi.
No cóż, teraz wszyscy siedzimy i mamy nadzieję, że kilku socjopatów w Waszyngtonie i Tel Awiwie nie doprowadzi do załamania światowej gospodarki swoją lekkomyślną wojną z Iranem. Jest nas tak wielu, a ich tak niewielu, a jednak wszyscy siedzą i myślą: „O rany, mam nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy będzie mnie stać na jedzenie, mam nadzieję, że ten pomarańczowy facet przez jakiś czas będzie zachowywał się normalnie i zdrowo, żeby moja rodzina miała co jeść”.
To nie bogowie zasiadający na Olimpie, sprawujący wszechmocną kontrolę nad naszym losem z góry. To zwykli ludzie o zwyczajnych ciałach z ciała i kości, stąpający po tej samej ziemi, po której stąpamy my. Mają delikatną skórę i narządy wewnętrzne. Ich głowy muszą być mocno przytwierdzone do szyi, aby mogli oddychać.
A mimo to wolno im terroryzować ludzi, z którymi dzielą planetę.
„W badaniu z 1976 roku antropolog Jane M. Murphy, wówczas pracująca na Uniwersytecie Harvarda, odkryła, że odizolowana grupa Inuitów mówiących językiem jupickim w pobliżu Cieśniny Beringa miała termin (kunlangeta), którym określali „mężczyznę, który… wielokrotnie kłamie, oszukuje, kradnie i… wykorzystuje seksualnie wiele kobiet – kogoś, kto nie zwraca uwagi na upomnienia i którego ciągle przyprowadzają do starszych po karę”. Kiedy Murphy zapytała Inuita, co grupa zazwyczaj robi z kunlangeta, odpowiedział: „Ktoś zepchnąłby go z lodu, gdy nikt inny nie patrzył”.
W naszym społeczeństwie nie spychamy psychopatów z lodu, gdy nikt nie patrzy. W naszym społeczeństwie pozwalamy im rządzić światem.
Stworzyliśmy systemy, które wspierają tych, którzy są gotowi zrobić wszystko, by dotrzeć na szczyt, i chronią ich, gdy już tam dotrą. Najbogatsi to ci, którzy zmiażdżyli konkurencję i bezlitośnie wyzyskiwali klasę robotniczą. Ci, którzy zostają wybrani na urzędy, to ci, którzy zgadzają się chronić interesy bogatych i potężnych, niezależnie od tego, jak bardzo muszą być podstępni. Ci, którzy awansują na stanowiska kierownicze w wojsku i agencjach wywiadowczych, to ci, którzy wykazali się niezachwianą lojalnością wobec krwiożerczego imperium, któremu służą.
Te systemy chronią ludzi przed naturalnymi konsekwencjami ich działań. Jeśli masz dużo pieniędzy, twoje przetrwanie nie zależy od dobrych relacji z innymi członkami plemienia; możesz po prostu kupić dowolne usługi, których potrzebujesz, i traktować ludzi, którzy je świadczą, jak śmieci, jeśli tylko odpowiednio im zapłacisz. Jeśli zostaniesz wybrany na urząd, twoje przetrwanie nie zależy od promowania interesów wyborców; możesz być tak okropny, jak tylko chcesz i polegać na służbach bezpieczeństwa, które cię ochronią.
To wypaczenie naturalnego porządku rzeczy. Bogaci i wpływowi nie powinni móc robić z nami, co chcą, i uchodzi im to płazem. Jest ich w ogromnej mniejszości. Wszystko, co mają, mają tylko dzięki nam.
Ich bogactwo zależy od pracowników i konsumentów. Ich władza zależy od naszej zbiorowej zgody na traktowanie wymyślonych zasad dotyczących rządu i prawa jak prawdziwych rzeczy. Ich życie zależy od naszej zbiorowej zgody na to, by nie wystąpić przeciwko nim masowo i nie rozszarpać ich na strzępy.
Możemy dokonać rewolucyjnych zmian, kiedy tylko zechcemy. Mamy już odpowiednie liczby. Potrzebujemy tylko dobrej woli.