Sąd w Dublinie był wyjątkowo łagodny dla 26-letniego Kongijczyka, który w pociągu pobił 11-letniego chłopca z Polski.
Mimo, że imigrant z Afryki był już wcześniej karany, wymiar sprawiedliwości dał mu „ostatnią szansę”.
Do zdarzenia doszło w lipcu 2024 roku. 26-letni Bakuani Diasivi z Konga podróżował pociągiem ze swoją partnerką. Bardzo nie spodobało mu się zachowanie polskiej rodziny. Cóż takiego strasznego robili? 11-latek, jego starsza siostra oraz matka po prostu rozmawiali po polsku i się śmiali.
Kongijczyk zwrócił się do dziecka wulgarnymi słowami. Starsza siostra i matka stanęły w jego obronie. Mówiły, że chłopiec ma 11 lat, więc niech przestanie. Nie spodobało się to partnerce mężczyzny, która zaczęła się szarpać z kobietami.
Wtedy imigrant z Konga postanowił… pobić 11-latka. Wyprowadził kilka ciosów w twarz.
Sytuacja została opanowana dzięki reakcji innych pasażerów. Gdy pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji, czekali tam już funkcjonariusze policji. Diasivi przyznał się do pobicia. Śledczym tłumaczył później, że działał w emocjach i chciał chronić swoją partnerkę, gdyż rzekomo sądził, że chłopiec zamierza ją uderzyć.
Sprawa wylądowała w sądzie, a na wyrok trzeba było czekać ponad półtora roku. Jak się okazało, Kongijczyk pobił chłopca w momencie, gdy przebywał na zwolnieniu warunkowym. Na swoim koncie ma już 24 wyroki – za wykroczenia drogowe, naruszanie porządku publicznego oraz posiadanie narkotyków.
Za pobicie 11-latka, a także z uwagi na wcześniejsze przestępstwa, sąd wymierzył Kongijczykowi karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, ale wykonanie kary zawiesił. Oznacza to, że mężczyzna pozostanie na wolności.
Jako okoliczność łagodzącą uznano, że partnerka spodziewa się dziecka, a on sam pracuje dorywczo i próbuje zaistnieć na scenie muzycznej. Diasivi zapewniał przed sądem, że bardzo żałuje „podłego czynu”, a na dowód swojej skruchy wpłacił 1000 euro zadośćuczynienia pokrzywdzonej rodzinie.
Szpital w Olsztynie planuje aborcję na 15-tygodniowym dziecku, którego matka cierpi na silne wymioty. Chcą zabić dziecko, żeby… matka przestała wymiotować.
Młoda Gruzinka o imieniu Lela, matka poczętego dziecka, jest od miesiąca w szpitalu, nie mówi po polsku i słabo komunikuje się z otoczeniem, jest zdezorientowana, nie reprezentuje jej mąż, ale obcy mężczyzna „pan Paweł”, któremu udzieliła pełnomocnictwa, a który naciska na aborcję, a do sprawy wciągnął proaborcyjną organizację Federę.
Aktywiści Federy dyktują szpitalowi, co ma robić i żądają zabicia dziecka Leli.
Właśnie teraz potrzebna jest Pańska pomoc.
W tej chwili szpital bombardowany jest pismami i telefonami od zwolenników aborcji, a dziecko nie ma znikąd żadnej pomocy.
Bardzo Pana proszę o wykonanie telefonu i/lub napisanie do szpitala – aby nie zabijali swojego maleńkiego pacjenta.
Nie ma czasu do stracenia. Działajmy. Aborterzy się spieszą, bo to już 15 tydzień i wymioty u matki mogą lada chwila ustać. Dlatego chcą zabić dziecko jak najszybciej. Proszę dzwonić tam najlepiej teraz – to kilkadziesiąt sekund rozmowy, a może uratować życie dziecku.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Dzień dobry Panie Mirosławie. Chcę opowiedzieć Panu o głośnych sprawach z Polski, USA i Kanady, o których piszą media, ukrywając jednocześnie kluczowe szczegóły.
W Pawtucket w USA transseksualny mężczyzna, który przeszedł tzw. „tranzycję”, zastrzelił własną rodzinę na meczu hokeja. Z kolei w Tumbler Ridge w Kanadzie 18-letni chłopak po „tranzycji”, uważający się za dziewczynę, zabił w domu swoją matkę i brata, a następnie urządził zamach w szkole. Poniżej może Pan zobaczyć ich zdjęcia: Media głównego nurtu robią wszystko, żeby informacja o „tranzycji” sprawców zniknęła z narracji. Tymczasem w Polsce MEN organizuje szkolenia dla nauczycieli z tego, jak namawiać uczniów do „tranzycji” w ramach lekcji tzw. „edukacji zdrowotnej”.
Szkolenie na ten temat przeprowadził niedawno Ośrodek Rozwoju Edukacji, podporządkowany Ministerstwu Edukacji. Wedle nowych wytycznych, zadaniem nauczycieli „edukacji zdrowotnej” ma być wspieranie „tranzycji” uczniów i namawianie polskich nastolatków do „zmiany płci”.
Od dawna wiadomo, że tzw. „tranzycja” nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. To okaleczanie człowieka i destabilizacja jego psychiki. Stąd biorą się potem kolejne takie wydarzenia jak w USA i Kanadzie – ich sprawcami stają się ludzie, którym wmówiono, że „tranzycja” rozwiąże ich problemy, a w efekcie zatracili sens życia, nie wiedzą, kim są i po co żyją.
Obecnie blisko 40% uczniów szkół podstawowych w Polsce uczęszcza na „edukację zdrowotną”. Większość rodziców nie ma pojęcia, że na lekcjach zachęca się ich dzieci do „tranzycji” i podważa się ich tożsamość płciową.
Dlatego właśnie działa nasza Fundacja. Ratujemy dzieci poprzez kształtowanie świadomości ich rodziców.
Taktyka działania „edukatorów” i sprzyjających im polityków jest prosta – opiera się na ukrywaniu rzeczywistości przed społeczeństwem. Stąd np. nazwanie „edukacji seksualnej” mianem „edukacji zdrowotnej”. Cały ten system ma jednak słaby punkt – boi się prawdy.
Kiedy rodzice dowiadują się, czym jest „edukacja zdrowotna” i co to jest „tranzycja”, zaczynają reagować. Uświadomiony rodzic to bezpieczniejsze dziecko. Taki rodzic może wypisać swoje dzieci z lekcji, patrzeć na ręce dyrektorom i nauczycielom w szkole, interweniować gdy widzi niebezpieczne sygnały oraz ostrzegać swoich przyjaciół i znajomych.
Nasi wolontariusze w całej Polsce budują taką sieć ochrony przez kolejne uliczne akcje informacyjne.
W ich trakcie pokazujemy wielkoformatowe bannery, odtwarzamy nagrania z megafonów, rozdajemy ulotki i broszury. W najbliższym tygodniu planujemy organizację akcji w kilkunastu kolejnych miastach i miejscowościach. Chcemy dotrzeć do jak największej liczby rodziców.
Aby udało się przeprowadzić te akcje, potrzebujemy Pana zaangażowania, które przyniesie bardzo konkretne efekty i przełoży się na to, do ilu nowych osób uda nam się trafić:
50 zł pozwoli nam wydrukować duży pakiet nowych broszur informacyjnych na temat „edukacji zdrowotnej”, które nasi wolontariusze rozdadzą na ulicach zainteresowanym rodzicom, którzy podchodzą do nas w trakcie akcji.
100 zł to pełny pakiet materiałów (ulotki, broszury itp.) dla wolontariusza na całodniową akcję uliczną.
Za 200 zł nasi koordynatorzy mogą zatankować samochód, aby dojechać do kolejnych miejscowości i pomóc lokalnym sympatykom zorganizować akcje uliczną w ich miejscu zamieszkania. Kwota ta pozwala nam również kupić np. nowy, wielkoformatowy banner do użycia przez wolontariuszy w kolejnym mieście.
Większe kwoty (np. 400 zł) pozwolą nam kupić m.in. namiot reklamowy w kolorach naszej Fundacji, dzięki czemu akcja uliczna jest widoczna z daleka i jest możliwa do przeprowadzenia w trudnych warunkach pogodowych. WSPIERAM OCHRONĘ DZIECI Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Z wyrazami szacunku, Mariusz Dzierżawski Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
W sercu Wiednia odbyła się bluźniercza wystawa. Künstlerhaus przyciągnął sprzeciw tysięcy wiernych, modlitwy pokutne i ponad 39 000 podpisów pod petycją o zamknięcie bluźnierczej ekspozycji.
Czy samo przeciwstawienie się złu ma sens w obliczu świata i pozornie niepokonanych sił antychrześcijańskiej rewolucji?
8 lutego był ostatnim dniem bluźnierczej wystawy „Du sollst ein Bild machen” („Zrób sobie obraz”) w Künstlerhaus-Vereinigung w Wiedniu.
Pomimo wielu sprzeciwów i kilku petycji o zamknięcie wystawy, planowany czas otwarcia został utrzymany.
Przed Künstlerhaus odbyły się dwie modlitwy pokutne, w których wzięło udział kilkudziesięciu katolików, a petycja zebrała ponad 39 000 podpisów.
Odpowiedź pani prezes Künstlerhaus, Tanji Prušnik, brzmiała: „Zdecydowanie sprzeciwiamy się żądaniom zamknięcia, a także wszelkim wrogim wobec sztuki wypowiedziom w tym kontekście. W Austrii wolność sztuki jest podstawową zasadą chronioną konstytucyjnie, która kształtuje kulturę demokratyczną, umożliwia krytyczną refleksję społeczną i jest aktywnie wspierana przez państwo”.
Jeśli spotkało się to z tak dużym sprzeciwem, a mimo to wystawa nie została zamknięta, można by zapytać, czy sprzeciw ten miał sens.
Każde ludzkie działanie, zarówno dobre, jak i złe, zawsze ma konsekwencje na dwóch poziomach: doczesnymi duchowym.
Zgodnie z nauką katolicką każdy człowiek pod koniec swojego życia musi zdać sprawę przed Bogiem. Zarówno ci, którzy wierzą w Boga, jak i ci, którzy starają się o Nim zapomnieć lub Go obrażają. Zgodnie z nauką katolicką każdy człowiek będzie musiał zdać sprawę przed Bogiem ze swoich myśli, słów, czynów i zaniechań.
Aby rozważyć, czy sprzeciwianie się bluźnierstwu ma sens, powinniśmy najpierw odpowiedzieć na cztery kontrargumenty.
Kontrargument 1: Nie warto reagować na bluźnierstwa. To tylko reklama.
Wręcz przeciwnie: bezsprzeczne akceptowanie bluźnierstwa oznacza tolerowanie go. Milczenie oznacza pośrednie poparcie dla niego. Ponadto zwraca to uwagę osób niewierzących, że istnieją ludzie (zwłaszcza wierzący), którzy nie chcą, aby wyśmiewano się z wiary.
Kontrargument 2: Nie ma potrzeby bronić Boga.
Należy bronić Boga. To obowiązek każdego chrześcijanina.
„Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6, 5 ; Mt 22, 37 ; por. 2 Krl 23, 25).
Nasz Pan celowo sprawił, że pragnie tego chrześcijańskiego świadectwa: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32-33).
Kontrargument 3: Na świecie jest tak wiele bluźnierstw, że należy tylko modlić się i pokutować.
Modlitwa i pokuta są niezbędne, ale nie mogą stać się pretekstem do bezczynności. Wiara musi być poparta czynami. Bluźnierstwo nie jest tylko prywatnym wykroczeniem, ale publicznym grzechem, który dotyka Boga i całą wspólnotę. Dlatego publiczne bluźnierstwo wymaga również publicznej pokuty i jasnego świadectwa wiary.
Kontrargument 4: Osoby dopuszczające się bluźnierstwa są potężne i wspierane przez wpływowe organizacje pozarządowe, a nawet ze środków państwowych. Nie mamy z nimi żadnych szans.
Walka katolików dotyczy każdej pojedynczej duszy. Zwolennicy antychrześcijańskiej rewolucji mogą dysponować środkami ekonomicznymi, ale my mamy radość z poznania prawdy i możemy liczyć na łaskę Bożą.
Oto, co napisał na ten temat prof. Plinio Correa de Oliveira:
„Kiedy ludzie decydują się współpracować z łaską Bożą, dzieją się cuda historii: tak doszło do nawrócenia Cesarstwa Rzymskiego, powstania średniowiecza, odzyskania Hiszpanii, które rozpoczęło się w Covadonga; wszystkie te wydarzenia są wynikiem wielkiego przebudzenia dusz, na które podatne są całe narody. Ten rodzaj odrodzenia okazuje się niepokonany, ponieważ cnotliwy naród, który prawdziwie kocha swojego Boga, jest nie do pokonania”.
„Rewolucja i Kontrrewolucja” prof. Plinio Corrêa de Oliveira
Bluźnierstwo jest bezpośrednim atakiem na Boga, mającym poważne konsekwencje dla społeczeństwa i rodziny. Brak szacunku dla Boga i religii ma również negatywny wpływ na rodziców i władzę cywilną.
TFP Austria dziękuje za każde wsparcie i każdą modlitwę pokutną, które zostały złożone. Jesteśmy pewni, że opór był ważny i konieczny.
Nikt nie ma prawa szydzić z Matki Bożej ani z Kościoła Świętego. Kto znieważa Matkę Bożą lub jej Święty Kościół, kieruje swoje bluźnierstwo przeciwko samemu Chrystusowi. Jako jej dzieci i wierni czciciele powinniśmy zawsze być gotowi, z podniesionymi sercami, chwalić Ją i bronić: „Powstają synowie, by szczęście jej uznać, i mąż, ażeby ją sławić” (Prz 31,28).
Jeżeli ktoś kręci nosem na to w jaki sposób reprezentuje Polskę w tym procesie Grzegorz Braun, to warto raz jeszcze zwrócić uwagę, że nikt do tej pory z grona innych formacji politycznych nie zgłosił się, nie wystąpił z szeregu stłamszonych tchórzy, a niektórzy dołączyli nawet do nagonki.
Z szeregu wystąpił, tak jak to określił ksiądz Marek Bąk, „jedyny mężczyzna”, Grzegorz Braun.
==================================
Przytaczam kilka ważnych cytatów, dołączając na końcu film z całości rozprawy.
Bogu dziękuję, że tak się właśnie zdarzyło, że mogłem zareagować.
Jestem szczęśliwy, że los, przypadek, Opatrzność tak zrządziła, że mogłem w sposób tak jasny, zdecydowany zareagować na bezeceństwo, które powinno oburzać każdego państwowca, każdego Polaka, który jest świadom w pełni zasad prawno- ustrojowych, które są fundamentalne dla istnienia Rzeczpospolitej Polskiej
Była to celebracja żydowskiego triumfalizmu nad nie Żydami. Była to celebracja wyższości plemienia żydowskiego nad wszystkimi innymi ludzkimi plemionami
– Cytaty –
To Żydzi mnie oskarżają, Żydzi mnie szkalują, Żydzi pociągnęli mnie przed ten sąd i w sposób tak bezczelny… podbechtują, ponaglają wysoki sąd do szybszej, bardziej bezwzględnej rozprawy ze mną bez oglądania się na moje prawo do obrony!
Zarzuca mi się napaść, gdy tymczasem to ja zostałem napadnięty. To jest właśnie żydowska hucpa, wysoki sądzie. To jest właśnie największa bezczelność w całej tej sprawie.
(…) Napadła mnie pani zawodowa żydówka, bo później przeczytałem w gazecie, że tak się prezentuje, że należy do warszawskiej gminy żydowskiej, czyli z bycia Żydem uczyniła sobie jakąś część swojego życia, swojego udziału w życiu publicznym.
Napadła mnie, po czym nakłamała gazetom, prokuratorowi, który wziął to i bezkrytycznie, wytnij-wklej, powtórzył Wysokiemu Sądowi. Kluczowa kwestia. Pani zawodowa żydówka twierdzi, że odezwałem się do niej w sposób nieżyczliwy.
Uwaga, nawet gdybym się odezwał w sposób nieżyczliwy, to jeszcze nie jest przestępstwo. Chyba miałem, dalibóg sporo powodów, żeby odnieść się bez życzliwości do tej pani. A jednak nie odezwałem się ani słowem.
Rasiści oskarżają mnie o rasizm
A jednak nie odezwałem się ani słowem, zaś słowa fałszywie mi przypisane przez tą panią zostały nie wiadomo ile razy przedrukowane, powtórzone, nadano im rezonans, wydźwięk rasistowski. Rasiści oskarżają mnie o rasizm. Żydowscy rasiści talmudyści oskarżają mnie o to, że to ja dzielę ludzi na ludzi i podludzi.
Otóż z naciskiem to stwierdzam i to jest moje w tej kwestii wyjaśnienie kluczowe odnoszące się do faktografii. Ja do tej pani nie odezwałem się słowem, a dowody znajdzie, chwała Bogu, Wysoki Sąd, odtwarzając, mam nadzieję, w tej sali, wszystkie materiały, audio, foto-wideo, które są dostępne, które dokumentują to wydarzenie. Nie trzeba mi wierzyć na słowo, Wysoki Sądzie, no, ale lepiej byłoby też nie wierzyć na słowo mojej fałszywej oskarżycielce.
Bo skoro kłamie ona w sposób tak bezczelny, kontr-faktycznie, stwierdzając jakieś moje wypowiedzi, których nie było, no to w jakiej sprawie nie kłamie, wysoki sądzie? To w jakiej sprawie nie kłamie ta pani?
Ja byłem tam w prawie i u siebie, jako poseł na Sejm, nie tylko upoważniony, ale uwaga, wezwany przez moich wyborców do tego, żeby stać na gruncie polskiej racji stanu, polskiego interesu narodowego i standardów cywilizacji łacińskiej, z którymi się nie godzi program i praktyka sekty Chabad Lubawicz, no i tych stu z górką organizacji żydowskich, które mnie potępiają, a tę panią pochwalają.
Opinia biegłych o paleniu świecznika
Pan czy jeszcze poprzednia pani prokurator zamówił opinię biegłego i została sporządzona taka opinia przez pana profesora doktora habilitowanego Eugeniusza Asakowicza, który stwierdza, cytuję, że świecznik chanukija nie jest przedmiotem kultu uznanym przez zarejestrowaną na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej i wspólnotę religijną, jeszcze raz dużymi literami, nie jest przedmiotem kultu. Nie. Trzy literki N i E. Nie jest.
Nie jest przedmiotem kultu uznanym przez zarejestrowaną na terytorium RP wspólnotę religijną, kościół lub związek wyznaniowy. I stwierdził ten sam biegły profesor doktor habilitowany Eugeniusz Asakowicz, że uroczystość zapalenia świec w Sejmie Rzeczpospolitej Polskiej w dniu 12 grudnia 2023 roku, uwaga, znowu to krótkie słówko, „nie”. Nie.
(…) „to wydarzenie nie stanowiło elementu celebracji religijnej, a zgaszenie świecznika nie stanowiło przeszkadzania w wykonywaniu aktu religijnego”. Bardzo doniosłe stwierdzenie.
No, tylko po przyjęciu takiej opinii, pan prokurator postanowił schować ją pod dywan, do szuflady, unieważnić i zamówił sobie następną opinię, ponieważ ta nie pasowała do przyjętej linii oskarżenia.
I otóż została zakontraktowana następna biegła. Pani doktor Edyta Gawron z judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego: wygoogla sobie Wysoki Sąd, mam nadzieję panią doktor Edytę Gawron, i zobaczy Wysoki Sąd, że jest ona nie jest li tylko przedstawicielem świata akademickiego, świata nauki, badaczem, publicystą.
Pani Edyta Gawron wchodzi do zarządu Żydowskiej Masonerii B’nai B’rith Polska. I ta organizacja, mówię Żydowska Masoneria, bo oni tam mają cenzus narodowościowy i gojów nie przyjmują. Otóż ta organizacja figuruje na liście tych organizacji, które mnie potępiły.
Otóż… B’nai B’rith … potępia mnie jako jeden z liderów tej akcji, tego niekończącego się seansu nienawiści, tej napaści medialnej i politycznej.
I oto osoba reprezentująca tę organizację, a więc z całą pewnością nie obiektywnie bezstronny rzeczoznawca, tylko zaangażowana funkcjonariuszka frontu ideologicznego, zostaje przez prokuraturę zakontraktowana jako biegły. Po to, żeby unieważnić wcześniejszą opinię profesora doktora habilitowanego Eugeniusza Sakowicza. To jest hucpa, Wysoki Sądzie. To są drwiny z prawa, sprawiedliwości, zdrowego rozsądku.
To z Wysokiego Sądu chcą zrobić wykonawcę tego wyroku, który gdzie indziej już został napisany. Nie dopuśćmy do tego, żeby pani Gawron z zarządu B’nai B’rith Polska udrapowana w szaty obiektywnego, niezależnego biegłego, żeby dyktowała, co tutaj jest, a co nie jest prawdą w tej sprawie.
Włodzimierz Czarzasty pokazał się w Kijowie jak kurier, który przywozi dobrą „nowinę w imieniu całej demokratycznej Europy.” Ta nowina to obietnica szybkiej integracji Ukrainy z UE, którą Ukraińcy słyszeli już setki razy, ale po raz pierwszy od osoby tak charyzmatycznej i prawdomównej.
Szczerze mówiąc śmiałe oświadczenie marszałka było aktem odwagi graniczącym z metafizyką. Nie wiadomo bowiem, czy w Brukseli i w stolicach państw unijnych już o tym wiedzą. Osobiście uważam, że Czarzasty uległ mistycyzmowi Bułhakowa, o co w Kijowie jest nie trudno, a zwłaszcza urokowi kota Behemota, który miał w zwyczaju grać w szachy i częstować damy czystym spirytusem. Jestem pewien, że wizerunek ogromnego czarnego czworonoga o błyszczących, dzikich, żółto-zielonych oczach skłaniał Czarzastego do wygłaszania tyrad, które jednych wprawiały w osłupienie, a innych w czarną rozpacz ku nieukrywanej radości przewrotnego kocura.
Zostawiając kota na boku trzeba zaznaczyć, że Polska pod Czarzastym zaczęła się liczyć. Decyduje, kto dostanie (a raczej nie dostanie) Nobla, kogo przyjmą do Unii, a kto ma jeszcze poczekać w przedsionku historii. Wreszcie ktoś przełamał te traktaty i kryteria kopenhaskie, uciążliwe procedury, jednomyślności i rozdziały negocjacyjne. Po co nam żmudne acquis communautaire, skoro mamy elokwencję i dobre serce?
Problem polega na tym, że nikt nie upoważnił pana Czarzastego do wygłaszania takich deklaracji. Nie jest szefem rządu, nie jest prezydentem, nie reprezentuje Rady Europejskiej ani Komisji. Ale to drobiazg. W polityce najważniejsze jest przecież poczucie misji. Kompetencje są przereklamowane.
Samo wystąpienie w Kijowie było pokazem infantylizmu i pustych uprzejmości. Poziom lewicowej małolatki na szkolnej akademii. Dużo miłości, zero konkretu. Żenujące wyznania uczuć i moralne uniesienia. Ani słowa o twardych interesach Polski.
I wreszcie frazes: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. A wolnej Ukrainy nie może być bez wolnej Polski”. Brzmi wzruszająco. Ma rodowód sięgający 1920 roku i romantyczną aurę wspólnego zmagania z bolszewizmem. Problem w tym, że historia Europy Wschodniej nie była wyłącznie poematem o wzajemnej wolności.
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia, których ideowi i polityczni spadkobiercy rządzą dziś na Ukrainie nie operowały logiką „wzajemnej wolności”. Ich program zakładał suwerenną i czystą etnicznie Ukrainę także kosztem konfliktu z Polską – i w praktyce oznaczał walkę z polską obecnością na wielu obszarach. Tak narodziły się rzezie wołyńskie określone w oficjalnej uchwale Sejmu jako ludobójstwo. To słowo jest obecne w polskiej pamięci państwowej, ale nie w słowniku polskich polityków.
W słowniku marszałka Sejmu też go nie ma. Jest za to banderowski okrzyk: „Chwała Ukrainie” którym Czarzasty posłużył się przemawiając w Radzie Najwyższej.
To szczególnie hańbiące, jeśli zważyć, że te właśnie słowa słyszeli jako ostatnie Polacy zarzynani przez banderowskich zbirów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jeżeli ktoś kto mieni się Polakiem nie rozumie co znaczą słowa wypowiadane nad dołami śmierci, ten igra z pamięcią własnego narodu. Jeśli ktoś nie rozumie ciężaru tych słów, to znaczy, że bardziej zależy mu na oklaskach za granicą niż na pamięci własnego narodu.
Oczywiście nie ta sama: Tam walczyły dwa szatańskie totalitaryzmy, a ludzie byli ofiarami OBU; np. uśmiercenie głodem ponad 612 tysięcy mieszkańców Petersburga było decyzją Stalina raczej, niż Hitlera.
A rzeź Gazy to decyzja jednego satanizmu. A „opinia światowa” się przygląda. md
============================
Napis słuszny.. ale… pfuj, umieszczam, ale te „wodnikowe wibracje” …
Na wtorkowym posiedzeniu Rady do Spraw Ogólnych ministrowie UE zostali zaproszeni przez Komisję i prezydencję Rady UE, aby zainaugurować rozpoczęcie prac Europejskiego Centrum Odporności Demokratycznej.
Jego celem będzie ingerowanie w procesy demokratyczne oraz przestrzeń publiczną państw członkowskich, cenzurowanie dostępnych treści i reakcja na „zagrożenia” w postaci prawicowych treści czy tendencji politycznych. KE zaangażowała w to nawet unijny wywiad, czyli Europejską Służbę Działań Wewnętrznych.
Budynek będący siedzibą Komisji Europejskiej / Komisja Europejska
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen powiedziała:
“W świecie, w którym informacja jest coraz częściej wykorzystywana jako broń do podważania naszych demokracji, podejmujemy działania. Dzięki Europejskiemu Centrum Odporności Demokratycznej zwiększymy naszą zbiorową zdolność do przeciwdziałania manipulacji informacjami zagranicznymi i dezinformacji. Wzmocni to naszą odporność, zapewni, że europejska debata publiczna pozostanie otwarta i uczciwa oraz umożliwi obywatelom udział w życiu demokratycznym.”
Wojna z prawicą?
„Centrum ma pomóc uniknąć fragmentacji istniejących wysiłków, łącząc istniejące sieci i struktury, które już pracują nad opcjami zapobiegania, wykrywania, analizy i reagowania na wzorce zagrożeń w przestrzeni informacyjnej, pomagając każdemu w pełni wykorzystać swój potencjał i unikając powielania działań”
– stwierdzono w wydanym przez KE komunikacie.
Ingerencja w wybory
Do zadań nowo powołanej instytucji będzie należało „opracowanie narzędzi wspierających odporne wybory, w tym poprzez połączenie odpowiednich istniejących przepisów UE, miękkich środków i narzędzi dla państw członkowskich, które pomagają zaradzić manipulacjom i ingerencji w informacje zagraniczne (FIMI) oraz kampaniom dezinformacyjnym ukierunkowanym na procesy wyborcze w państwach członkowskich”.
W praktyce Centrum ma ingerować w wybory w państwach członkowskich i wprowadzać cenzurę treści w przestrzeni publicznej. Ma ono „zwalczać dezinformację” czyli każdą treść, która nie jest zgodna z narracją instytucji europejskich.
Specjalna platforma cenzorska
W ramach prac Centrum uruchomiona zostanie specjalna „platforma dla zainteresowanych stron” skupiająca „niezależne podmioty”, takie jak organizacje społeczeństwa obywatelskiego, zespoły doradcze, badacze, środowisko akademickie, weryfikatorów faktów i organizacje medialne, „w celu wspierania rozpowszechniania badań i innych wyników oraz zachęcania do wymiany między różnymi zainteresowanymi stronami, dostarczając wiedzy i spostrzeżeń do współpracy z państwami członkowskimi w Centrum”.
„Weryfikatorzy faktów” będą w rzeczywistości cenzorami, aby żadna treść, która nie jest zgodna z unijną narracją nie przebijała się do społeczeństw.
„Ochrona demokracji”
Nowa instytucja ma ponadto „zbadać różne modele angażowania obywateli w nasze wysiłki na rzecz ochrony demokracji, opierając się na cennych doświadczeniach zdobytych w wielu Państwach Członkowskich. Komisja wesprze tę refleksję, organizując w tym roku dwa panele obywatelskie na temat gotowości i budowania odporności demokratycznej”.
„Ochrona demokracji” jest w unijnym żargonie stosowana do działań mających na celu zwiększenie centralizacji UE, wspieranie sił lewicowo-liberalnych oraz wybranych kandydatów w wyborach w państwach członkowskich. Mieliśmy tego przykład w Polsce, której Komisja Europejska tak długo wstrzymywała należne fundusze, aż zmieniła się władza na tę pokrewną dla europejskiego mainstreamu.
Centrum ma mieć wsparcie wywiadu UE
„Komisja, przy udziale Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (rodzaj unijnej agencji wywiadowczej), będzie wspierać działania Centrum, korzystając z istniejących narzędzi i wiedzy specjalistycznej oraz wzmacniając koordynację między odpowiednimi instrumentami i sieciami UE”.
„Dzięki zewnętrznemu wymiarowi Europejskiej Tarczy Demokracji Służba Działań Zewnętrznych (ESDZ), w koordynacji z Komisją, zintensyfikuje swoje prace mające na celu zwalczanie manipulacji i ingerencji w informacje zagraniczne (FIMI) poza naszymi granicami. ESDZ wzmacnia potencjał delegatur i przedstawicielstw UE za granicą, wykorzystując partnerstwa w celu zbiorowego reagowania na FIMI.”
– doprecyzowano.
W praktyce unijny wywiad jakim jest ESDZ będzie zdobywał informacje o wszystkich „nieprawomyślnych” obywatelach, aby Europejskie Centrum Odporności Demokratycznej mogło wypełniać wobec nich swoje zadania.
Sztandarowa inicjatywa Europejskiej Tarczy Demokracji
Europejskie Centrum Odporności Demokratycznej jest sztandarową inicjatywą Europejskiej Tarczy Demokracji, przedstawioną we wspólnym komunikacie z dnia 12 listopada 2025 r., zgodnie z wytycznymi politycznymi i orędziem o stanie Unii wygłoszonym w 2025 r. przez przewodniczącą von der Leyen. Europejska Tarcza Demokracji określiła szereg konkretnych środków mających na celu wzmocnienie wpływu Komisji Europejskiej na demokracje w całej UE.
„W dobie narastającej konfrontacji politycznej, konfliktów regionalnych i międzynarodowych oraz szybkich zakłóceń technologicznych demokracje stoją w obliczu nacisków wewnętrznych i zewnętrznych. Reżimy autorytarne starają się wykorzystywać podziały, siać nieufność i ograniczać podmioty demokratyczne, takie jak wolne media i społeczeństwo obywatelskie. Czyniąc to, podważają zaufanie do instytucji demokratycznych, podważają wolne i uczciwe wybory oraz kwestionują same wartości, na których opiera się Unia Europejska. Zagrożenia te pojawiają się na tle głębokiej transformacji cyfrowej, która niesie ze sobą zarówno nowe możliwości, jak i nowe słabe punkty. Jednocześnie spadające zaufanie i zaangażowanie społeczeństwa, a także bezprecedensowe ryzyko, na jakie narażone są organizacje społeczeństwa obywatelskiego, jeszcze bardziej zagrażają promowaniu praw podstawowych w całej UE”.
Spotkanie wysokiego szczebla
W dniu 29 stycznia w Brukseli odbyło się spotkanie techniczne wysokiego szczebla, w którym w pełni uczestniczyły wszystkie państwa członkowskie UE, a także Komisja Europejska, ESDZ, Parlament Europejski i prezydencja Rady. Uczestnicy omówili misję i ramy Centrum oraz zgodzili się co do potrzeby skoordynowanych, wspólnych działań w celu wspierania odporności demokracji.
“Obecna sytuacja dotycząca Bractwa św. Piusa X ponownie ujawniła poważną i nierozwiązaną rzeczywistość w Kościele – której nie można w odrzucić, w nieskończoność odsuwać bądź odpowiadać na nią milczeniem.
W latach po soborze abp Marceli Lefebvre działał w przekonaniu, że istotne elementy życia Kościoła – tradycyjna formacja kapłaństwa, teologia sakramentalna, która ją kształtowała oraz Msza, która żywiła niezliczonych świętych – zostały porzucone bądź aktywnie usunięte.
Z tego kryzysu wyłoniło się Bractwo św. Piusa X i, przez dziesięciolecia, zachowywało te rzeczywistości, podczas gdy niewielu innych chce lub może to robić. To zachowywanie nie miało charakteru ideologicznego czy też nostalgicznego. Aby wyświęcać kapłanów, bierzmować wiernych i rządzić tak by tradycyjne życie sakramentalne Kościoła nie wygasło w okresie głębokiego zamętu, konieczni są biskupi.
Podczas, gdy pierwsze pokolenie biskupów, na których spoczęła ta odpowiedzialność, odchodzi ze sceny, Bractwo wielokrotnie podnosiło konkretną troskę: bez nowych biskupów, nie można utrzymać ciągłości formacji kapłańskiej i życia sakramentalnego. To nie jest oczekiwanie nowości, władzy czy czegoś wyjątkowego. To kwestia czy coś zachowanego wielkim kosztem dla życia Kościoła ma zniknąć wskutek bezczynności. Gdy tego rodzaju troski są wysuwane spokojnie, z szacunkiem i wielokrotnie, i spotykają się nie z jasną odpowiedzią, lecz milczeniem – sama zwłoka staje się decyzją. Bezczynność staje się sądem. Zaś milczenie zaczyna być odpowiedzią.
Kościół jest wg Bożego planu hierarchiczny, zaś władza istnieje by strzec tego co mu powierzono. Na władzy tej spoczywa poważna odpowiedzialność: strzeżenia kapłaństwa, zachowania ciągłości apostolskiej oraz jasnej wypowiedzi, gdy na szali są istotne rzeczywistości.
Jedności Kościoła nie zachowuje się przez dwuznaczność. Wierność nie jest zagrożeniem, Tradycja nie jest wrogiem. Gdy toleruje się tych, którzy otwarcie sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła, podczas, gdy ci pragnący ciągłości są traktowani jako podejrzani, to znaczy, że coś zostało odwrócone.
Obecna chwila wymaga modlitwy, uczciwości i odwagi zwłaszcza od tych, którym powierzono władzę. Zbawienie dusz musi pozostać najwyższym prawem Kościoła. Milczenie nie może stanowić ostatniego słowa.”
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 24 lutego 2026 michalkiewicz
Któż z nas nie słyszał zachęty do myślenia pozytywnego? Myślenie pozytywne, w pewnym, być może nawet chamskim uproszczeniu, polega na tym, by we wszystkim dostrzegać – jak powiedziałby Kukuniek – „plusy dodatnie”. Na przykład sprawa programu SAFE. Z deklaracji pana prezydenta Karola Nawrockiego podczas spotkania w Hajnówce wynika, że rząd nie tylko podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale i później też, nie przedstawił mu żadnych szczegółów na temat tej wysokiej, prawie 44 mld euro, pożyczki zbrojeniowej.
A szczegóły są przynajmniej dwa: po pierwsze – jakiego rodzaju zabezpieczenie tej pożyczki będzie musiała przedstawić Polska – bo nie chce mi się wierzyć, żeby na tym świecie pełnym złości ktokolwiek – a już zwłaszcza brukselskie biurokratyczne gangi – udzielały pożyczek bez zabezpieczenia. Po drugie – czy wśród warunków pożyczki nie ma aby mechanizmu warunkującego – który tyle zgryzot nam przysporzył przy równie hojnym programie KPO? Takie rzeczy lepiej wiedzieć z góry, niż potem obudzić się z fiutem w garści – jak to było udziałem tak zwanych „frankowiczów”. Tymczasem obywatel Tusk Donald albo tego nie wie – bo Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje raczej mu się nie zwierza, tylko zleca zadania – albo nawet czegoś tam się domyśla – ale właśnie dlatego za żadne skarby nie zdradzi nikomu, o co tu naprawdę chodzi.
Jak ten dylemat rozstrzygnąć w kategoriach myślenia pozytywnego? Pierwsza możliwość z jednej strony świadczyłaby dobrze o obywatelu Tusku Donaldu – że sam nie wie, więc żadnych informacji prezydentu Karolu Nawrockiemu przekazać nie może. Że – mówiąc krótko – jest poczciwym durniem, który myśli, że to wszystko naprawdę. Ale jeśli nie wie i wszystkim, którzy wysuwają jakieś wątpliwości zarzuca „zdradę”, to nie tylko jest durniem, ale i łobuzem. Zatem nawet rozpatrując rzecz w kategoriach myślenia pozytywnego, choćby z kurtuazji, musimy tę możliwość odrzucić.
No dobrze – ale druga ewentualność wygląda na jeszcze gorszą; jeśli obywatel Tusk zna szczegóły – ale od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje ma surowo zakazane (wiecie, rozumiecie, Tusk; Maul halten, bo inaczej przypomnę, skąd wam wyrastają nogi!) – ich ujawnianie, a jednocześnie obrzuca epitetami „zdrajców” wszystkich, którzy demonstrują wątpliwości – to by znaczyło, że jest renegatem bez sumienia.
No tak – ale w tej sytuacji nie możemy już nazywać go durniem – a to już jakiś postęp, podobny do tego w genewskich rozmowach na temat zakończenia wojny na Ukrainie. Nie jest to dużo – ale dobre i to. Jak widzimy, myślenie pozytywne przynosi jakieś rezultaty nawet w sytuacjach, wydawałoby się – bez wyjścia. Podobnie jest z Księciem-Małżonkiem. Dopóki był poddanym brytyjskim, to chociaż pojawiały się podejrzenia, że może wysługiwać się wywiadowi brytyjskiemu – nawet jako minister obrony narodowej naszego bantustanu, chodził na dłuższej smyczy, niż po przejściu na służbę niemiecką po tak zwanym „hołdzie berlińskim”.
Po przejściu na stronę Volksdeutsche Partei smycz chyba znacznie się skróciła, bo jakże inaczej wytłumaczyć skwapliwą hojność Księcia-Małżonka, który na wieść, że jeden z najbliższych kolaborantów prezydenta Zełeńskiego, Timur Mindycz przytulił 100 mln dolarów i czmychnął do Izraela, natychmiast zaoferował Ukrainie 100 mln dolarów – żeby nikt nie miał krzywdy?
Ponieważ podejrzewam, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podobnie jak inni uczestnicy „koalicji chętnych”, brali od prezydenta Zełeńskiego procenty od sum, którymi futrowali Ukrainę, a sprytny ukraiński komik zapisywał w kapowniku, ile kto wziął i gdzie schował, to Reichsfuhrerin surowo przykazała Księciu-Małżonku, żeby „założył” za Timura Mindycza, nie troszcząc się, rzecz prosta, skąd ten wasal weźmie taką forsę. Od tego są przecież wasale, żeby suzerenowie żyli sobie beztrosko.
W ramach myślenia pozytywnego zakładam bowiem, że z obywatelem Tuskiem Donaldem, czy z Księciem-Małżonkiem prezydent Zełeński ani myślał czymkolwiek się dzielić, wiedząc, że i jeden i drugi jest niemieckim chłopcem na posyłki. Z jednej strony to trochę upokarzające – no ale z drugiej – radosne, bo czyż świadomość, że prezydent Zełeński nie musiał plamić korupcją ani obywatela Tuska Donalda, ani Księcia-Małżonka, nie jest radosna?
Wreszcie na naszych oczach rozgrywa się przedstawienie, dzięki któremu – skoro już o korupcji była mowa – możemy przekonać się o pozytywnym wpływie korupcji politycznej na demokrację. Mam oczywiście na myśli rozpad partii jednorazowego użytku, czyli „Polski 2050”, na dwa kluby poselskie: Polska 2050 pod kierownictwem pani Pełczyńskmiej-Nałęcz i klub „Centrum” pod kierownictwem Wielce Czcigodnej Pauliny Hening-Kloski. Nawiasem mówiąc dotychczas wydawało mi się, że pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz też jest Wielce Czcigodna – ale okazało się, że wcale nie – że nie jest poślicą, tylko prostym ministrem w vaginecie obywatela Tuska Donalda. Pewnie dlatego tak go molestowała, by zrobił z niej wicepremiera, przed czym obywatel Tusk Donald, najwyraźniej przekonany, że stanowisko ministerialne, to i tak za dużo, bronił się rękami i nogami.
Wiadomo bowiem, że uczestników koalicji trzeba korumpować stanowiskami w rządzie i w spółkach Skarbu Państwa, gdzie też można usta umoczyć w melasie – ale bez przesady – żeby nikomu nie przewróciło się w głowie.
Franciszek Fiszer wspominał, jak za panowania Mikołaja II odbywało się na Zamku w Warszawie przyjęcie na cześć cesarza. „Uczta trwała trzy doby. Sprowadzono z Paryża 200 beczek zup, podano dwa tysiące bażantów. Stałem na czele szlachty łomżyńskiej tuż u boku majestatu. Kiedy po trzech dniach wyszliśmy na dziedziniec, Czerkiesi szarżowali i płazowali nas szablami – opowiadał Fiszer. – Płazowali szablami – dlaczego? Pytali zdumieni słuchacze. – Żeby nam się w głowach nie poprzewracało.”
Mimo rozłamu zarówno jedna, jak i druga szajka deklaruje, że koalicji 13 grudnia nic nie zagraża. A dlaczego nic nie zagraża? A dlatego, że kto tylko spośród Wielce Czcigodnych posłów Polski 2050 miał zostać skorumpowany, to został – ponieważ nie zanosi się, by ktokolwiek pod tym szyldem w roku 2027 w ogóle dostał się do Sejmu, to każdy wie, że musi obiema rękami trzymać się tego, do czego się dorwał, że w ramach „służby dla Polski” musi wyssać wszystko, co tylko jest do wyssania – żeby starczyło na następną, „pustą” kadencję, a może nawet i na resztę życia.
Gdyby tak nie było, to zaraz by się rozpoczęły tak zwane „rozmowy programowe” to znaczy – komu jaka synekura, czy to w rządzie, czy w zarządach lub radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Vaginet obywatela Tuska Donalda ma niewielką większość w Sejmie, więc musi uwzględniać pragnienia i ambicje każdego fajdanisa – jak powiedziałby marszałek Piłsudski. To oczywiście oznacza korupcję, jako zasadę rządzenia – ale czyż nie dzięki temu właśnie nasza młoda demokracja sprawia wrażenie stabilnej – oczywiście dopóty, dopóki w Berlinie nie podejmą jakiejś innej decyzji? To prawda – ale wiadomo, że na tym świecie nic nie trwa wiecznie.
Był „pielęgniarzem łącznikowym ds. osób transpłciowych”. Miał wspierać pacjentów identyfikujących się jako trans, pracował również przy segregacji medycznej na oddziale pediatrycznym.
I to właśnie tam miał dostęp do małych chłopców i masowo ich molestował.
Sprawa miała miejsce w szpitalu Great Western Hospital w Swindon w Anglii. Pielęgniarz Ashley Boyd pełnił funkcję wyznaczoną mu przez lobby LGBT, a zaakceptowaną oficjalnie w szpitalu ze względu na panującą w UK poprawność polityczną.
Z pewnością kojarzy Pan, o czym piszę – lobby LGBT wprowadza w kolejne miejsca swoich „rzeczników”, „sygnalistów”, „łączników” i inne osoby, które mają zajmować się wymuszaniem dla nich specjalnych praw i pilnowaniem ich interesów. Najczęściej osoby te same rekrutują się ze środowiska zboczeńców.
Tak było i tym razem. Boyd był przewodniczącym lokalnej inicjatywy Swindon & Wiltshire Pride – corocznego pikniku dla homoseksualistów z tych dwóch angielskich hrabstw. Obracał się w środowisku homo, bi i trans, zajmował się sześciokolorowym aktywizmem nie tylko w szpitalu, ale i w swoim prywatnym czasie. Pewnie dlatego został wybrany, by być pielęgniarzem-łącznikiem dla LGBT.
Boyd zabierał chłopców do gabinetu i pod pretekstem oględzin dotykał ich miejsc intymnych. Bez wskazań medycznych ani wiedzy i zgody rodziców. Nie robił też żadnych wpisów do dokumentacji.
Chłopiec z zapaleniem migdałków miał zdejmować majtki. Podobnie ten z urazem głowy. Itp. itd… Pielęgniarz świadomie nadużywał swojej funkcji, aby zaspokoić swoje fascynacje, m.in. macał małych pacjentów w miejsca intymne i wkładał ręce pod ich bieliznę.
Wszystko działo się w ciszy gabinetu, więc dziecko zostawało samo „z tajemnicą”.
Przez długi czas przełożeni w szpitalu wiedzieli o zachowaniu Boyda, jednak nie reagowali lub podejmowali działania pozorne – upominali podwładnego, prosili, aby zachowywał się przyzwoicie lub udawali, że nic nie widzą. Nie chcieli urazić środowisk LGBT… Co charakterystyczne – zboczeniec nie mógł się jednak opanować i krzywdził kolejnych chłopców. Było to molestowanie typowo homoseksualne: na linii mężczyzna-chłopcy.
Policja została wezwana dopiero, gdy inni szeregowi pracownicy szpitala powiadomili o sprawie brytyjską Radę Pielęgniarską. Rada zgłosiła sprawę do organów ścigania, a Boyd wylądował w areszcie, gdzie oczekuje w tej chwili na proces i wyrok.
========================================
Szanowny Panie,
Ta sprawa tylko pozornie dotyczy jednego szpitala w Anglii.
Faktycznie jest przykładem na niepokojące zjawisko, które można obserwować niemal wszędzie: gdziekolwiek LGBT ma dostęp do dzieci, pojawia się tendencja do molestowania i wykorzystywania seksualnego tych dzieci. Środowiska, które celebrują swoje zboczenia, nie potrafią się hamować. A różne rodzaje zboczeń w dziedzinie płciowości – idą z sobą w parze.
W Polsce dzieci też są zagrożone. Pisałam już Panu o ruchach obecnego rządu. Planują oni przepchnąć na siłę przez Sejm i Senat ustawę o statusie osoby najbliższej, pod którą kryją się po prostu związki partnerskie. A kto potrzebuje takich związków? Na pewno nie pary heteroseksualne, dla których jest normalne małżeństwo. Potrzebują ich pary homoseksualistów, które w ten sposób usankcjonują swoje pożycie i będzie im łatwiej zażądać przysposobienia dzieci. Osierocone dzieci będą ryzykować kolejną traumę – wykorzystywanie seksualne przez dwóch gejów lub dwie lesbijki.
Dlatego jeszcze raz bardzo proszę opodpisanie petycji do posłów, senatorów i samego Prezydenta RP o zahamowanie przepisów o statusie osoby najbliższej. Lobby LGBT bardzo chce, aby takie regulacje weszły do polskiego prawa, ale wtedy zacznie się prawdziwa wojna o dzieci.
Nie bądźmy obojętni. Nie dajmy w Polsce wprowadzić tego samego szaleństwa, jakie zapanowało już w Wielkiej Brytanii i innych państwach przeżartych pseudotolerancją dla środowisk, które robią dzieciom straszną krzywdę.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Szczepienia przeciwko odrze a zakażenie odrą od 1995 r.
193 zgłoszenia z USA dotyczące zgonów po szczepieniach MMR/MMRV z danymi identyfikowalnymi 7 zgonów związanych z zakażeniami odrą w Stanach Zjednoczonych (monitorowanie CDC).
Podany w tytule tego artykułu współczynnik 27 jest w rzeczywistości wyższy. Nie tylko dlatego, że w VAERS – amerykańskiej bazie danych -zgłaszane jest zaledwie 1% przypadków występowania szkód poszczepiennych. 7 × 27 = 189, natomiast w tej bazie danych znajdują się zgłoszenia o śmierci związanej ze szczepieniem odry dotyczące 193 tragicznych przypadków. Z drugiej strony wszystkie zgony z powodu odry są bardzo skrupulatnie zbierane i publikowane.
Przypadki zgonów z powodu odry w Niemczech (1961 – 1995). Masowe szczepienia rozpoczynane są zawsze w momencie, gdy choroba praktycznie zanika, by wykorzystać naturalny proces jako argument dla wyznawców szczepionkowej religii.
Kiedy środki wprowadzane ponoć w celu ochrony przed chorobą, są wielokrotnie bardziej groźne niż sama choroba, to można oczekiwać, że zostaną wycofane i informacja o takim zagrożeniu zostanie podana do wiadomości publicznej.
Tak postąpiłoby Ministerstwo Zdrowia w kraju, gdzie życie ludzkie ma większe znaczenie, niż zyski producentów szczepionek. W niektórych krajach europejskich mamy obowiązek szczepień przeciwko odrze.
Szczepienia przeciwko odrze są obowiązkowe w kilku krajach europejskich, w tym w Polsce, Niemczech (od 2020 r.), we Francji (od 2018 r.), we Włoszech (12 obowiązkowych szczepień, w tym MMR), a także m.in. w Czechach, Słowacji, Słowenii, Bułgarii i na Węgrzech. Obowiązek ten często dotyczy dzieci przed przyjęciem do żłobka lub przedszkola. Odpowiedź SI (Sztucznej Inteligencji – czytaj sztucznej ignorancji) na pytanie: w jakich krajach szczepienia przeciw odrze są obowiązkowe?
Jak Kaziu pokonał Sztuczną Inteligencję?
Jesteśmy już przyzwyczajeni do kretyńskich zaleceń władz w celu „ochrony” przed wyolbrzymionym, często zmyślonym zagrożeniem. W rzeczywistości chronione są jedynie interesy koncernów i jednocześnie odbierane nasze prawa do decyzji o własnym życiu. Wiem, większość z was słyszała to setki razy. Z drugiej strony ile razy słyszeliście o „bezpiecznych i skutecznych” eliksirach wielkiej farmacji?
Skoro potęga reklamy nie na wszystkich zadziałała, to wprowadza się przymus do „szczęścia” i skutecznego zabijania lub kaleczenia naszych dzieci. Bo zapłacisz karę, bo nie przyjmą do przedszkola albo dostaniesz broszurkę o cudownej szczepionce i wrednych antyszczepionkowcach.
A może by tak wybrać wolność?
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
(Źródło: YouTube/ Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie )
Na wystawie „Re: średniowiecze. 1000 lat, 1000 wersji” umieszczonej w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie znalazły się skandaliczne obrazki kpiące ze świętości. Wśród nich szydercze memy z umęczonym Panem Jezusem, czy kpiną z Chrztu Pańskiego. Muzeum jest placówką samorządową.
W założeniu wystawa ma ukazać widzom, że średniowiecze nie jest zamkniętym rozdziałem historii i wpływa na nasze czasy. Najwyraźniej uznano, że konwencja mema będzie tu dobrym nośnikiem do ukazania owych nawiązań. Tyle tylko, że twórca prac za nic miał istotne dla katolików świętości oraz uznał, że kpina z powiązania tysiącletniej historii państwa polskiego z chrześcijaństwem to sztuka.
Memy to reprodukcja średniowiecznych malowideł oraz podpisy Zofii Załęskiej, historyk sztuki z UW. I tak oto pośród eksponatów znalazły się obrazoburcze memy. Jeden z nich przedstawia Chrzest Pański i zawiera opis „kiedy chciałeś iść na plażę nudystów, ale jednak trochę się wstydzisz”. Z kolei przy wizerunku ubiczowanego Pana Jezusa umieszczono podpis: „kiedy próbujesz wykąpać kota”. Na wystawie znalazło się też niesmaczne nawiązanie do Zmartwychwstania.
Całość wieńczy notatka organizatora wystawy: „Prezentowane memy są autorską wypowiedzią artystyczną. Niektóre treści mogą być uznane za kontrowersyjne lub naruszająca czyjąś wrażliwość. Zamiarem twórców wystawy nie jest obrażanie kogokolwiek”.
Jedna prosta formułka i załatwione!? Już można bezkarnie opluwać świętości? A ci, którzy nie rozumieją „prawdziwej sztuki” i oburzają się, to zapewne ów „ciemnogród”, a do tego najpewniej średniowieczny?
Sprawą zajął się Łukasz Grabowski, wielkopolski radny, który wystąpi z wnioskiem o kontrolę komisji rewizyjnej w gnieźnieńskim muzeum. Grabowski nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z profanacją i obrazą uczuć religijnych. A jak dodaje, podobne opinie napływają do niego od mieszkańców. „Muzeum nie błysnęło przy okazji ostatnich rocznic, zaś dziś dyrekcja buduje swój przekaz na obrazie uczuć religijnych. Na to nie może być zgody. Na pewno niezwłocznie będziemy reagować” – zadeklarował.
Śmierć po rutynowym zabiegu i kolejne śledztwo prokuratorskie. Pan Maciej poszedł do szpitala ze zwichniętym barkiem, do domu nie wrócił już nigdy. Rodzina walczy o sprawiedliwość.
Dramat rozegrał się w połowie stycznia. 45-letni pacjent zgłosił się do placówki ze zwichniętym barkiem – urazem bolesnym, lecz w standardowych warunkach całkowicie niezagrażającym życiu. Splot niewyjaśnionych wciąż decyzji doprowadził jednak do katastrofy.
Z relacji pracowników oddziału, którzy zdecydowali się zawiadomić organy ścigania, wynika, że lekarz dyżurny miał podjąć decyzję o samodzielnym podaniu znieczulenia ogólnego pacjentowi. Nie wezwał anestezjologa, a potem nie podłączył aparatury monitorującej funkcje życiowe.
Przez blisko dwadzieścia minut pacjent pozostawał poza jakimkolwiek nadzorem medycznym. Gdy personel zorientował się, że mężczyzna nie oddycha, rozpoczęła się dramatyczna walka o jego życie. Reanimacja, tracheotomia przywróciły akcję serca i oddech, jednak mózg został już nieodwracalnie uszkodzony w wyniku głębokiego niedotlenienia i obrzęku. Lekarze nie dawali szans na poprawę stanu zdrowia. Pacjent został przekazany do hospicjum, gdzie po dwóch dniach zmarł.
Rodzina przez długi czas nie wiedziała, co się z panem Maciejem dzieje. Szpital nie udzielał informacji, a o dramatycznym przebiegu wizyty na SOR-ze bliscy dowiedzieli się dopiero od lokalnych dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. – Szpital nas po prostu zbył – relacjonują rozgoryczeni.
Autorzy zawiadomienia do prokuratury twierdzą, że lekarz odpowiedzialny za pacjenta próbował po fakcie zastraszyć personel. Miał grozić pracownikom zwolnieniami z pracy, jeśli cała sytuacja „wyjdzie na jaw”.
Dyrekcja Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu unika merytorycznego odniesienia się do zarzutów. W odpowiedzi na szereg pytań wydano jedynie lakoniczny komunikat informujący, że „trwa postępowanie wyjaśniające”. Co zaskakujące, do oświadczenia dołączono nieprzystającą do tragicznych okoliczności wzmiankę, w której placówka chwali się dysponowaniem „jednym z najnowocześniejszych” oddziałów ratunkowych w Polsce.
Śmierć pana Macieja nie jest jedynym wątkiem badanym obecnie przez prokuraturę w tej placówce. Śledczy przyglądają się również sprawie nagłego zgonu pacjentki onkologicznej, przyjętej na oddział z migotaniem przedsionków. Kobieta została umieszczona na zwykłej sali, z dala od dyżurki pielęgniarskiej, bez dostępu do pulsoksymetru czy aparatury monitorującej. Zmarła w nocy, z powodu niewydolności oddechowej, o czym rodzina została poinformowana dopiero rano.
Europoseł Grzegorz Braun oświadczył podczas składania wyjaśnień w Sądzie Rejonowym, że gasząc świece chanukowe w Sejmie w 2023 roku, działał w stanie wyższej konieczności. Bronił w ten sposób majestatu Rzeczpospolitej.
Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy -Pragi Południe toczy się sprawa przeciwko europosłowi Grzegorzowi Braunowi. Chodzi m.in. o słynny incydent zgaszenia świec chanukowych, do którego doszło w grudniu 2023 roku. Polityk Konfederacji Korony Polskiej przechodząc sejmowym korytarzem zdjął ze ściany gaśnicę przeciwpożarową i zgasił nią świece chanukowe zapalone na jednym z korytarzy.
– Rachunek jest prosty – mówił Grzegorz Braun na sali sądowej. Podkreślił, że jego działanie miało na celu obronę „państwa polskiego” i „majestatu Rzeczypospolitej”.
Polityk tłumaczył również, że zarzuca mu się, że napadł wówczas na kobietę, kierując wobec niej strumień proszku z gaśnicy. Jednak jego zdaniem to on de facto został napadnięty.
Sąd Rejonowy dla Warszawy-Pragi prowadzi tę sprawę z perspektywy potencjalnej obrazy uczuć religijnych oraz naruszenia nietykalności cielesnej osoby. Z kolei prokuratura zwraca uwagę, że kobieta, która próbowała zatrzymać działania Grzegorza Brauna, miała doznać lekkiego uszczerbku zdrowia.
To nie jedyne „przewiny” polityka, które analizuje Sąd. W aktach znalazły się również inne medialne zdarzenia jak m.in. wyniesienie choinki z Sądu Okręgowego w Krakowie. W dokumentacji znalazło się również wydarzenie, do którego doszło w Niemieckim Instytucie Historycznym w 2023 roku. Wówczas lider Konfederacji Korony Polskiej uniemożliwił prowadzenie wykładu przez prof. Jana Grabowskiego, znanego z oskarżania Polaków o współudział w Holocauście.
Sędzia prowadzący rozprawę nie wyraził zgody na transmisję na żywo drugiej rozprawy wymierzonej w Grzegorza Brauna. Pomimo tego przedostało się kilka fragmentów z jej przebiegu.
Na platformie X opublikował je Marek Skalski „Najwyższy Czas”
Ja byłem tam w prawie i u siebie jako poseł na Sejm nie tylko upoważniony, ale uwaga – wezwany przez moich wyborców do tego, żeby stać na gruncie polskiej racji stanu, polskiego interesu narodowego i standardów cywilizacji łacińskiej z którymi się nie godzi program i praktyka sekty Chabad Lubawicz
Napadła mnie po czym nakłamała gazetom, prokuratorowi, który wziął to i bezkrytycznie „wytnij wklej” powtórzył Wysokiemu Sądowi.
W Konstancinie-Jeziornie, podwarszawskim miasteczku nazywanym polskim Beverly Hills, wybuchła kolejna afera finansowa. Wcześniej były burmistrz Kazimierz Jańczuk przelał na dziwne konto bankowe 5 milionów z kasy gminnej, a jego urząd nadpłacił prywatnej szkole 2,5 miliona nienależnej dotacji oświatowej.
Burmistrz, były milicjant, człowiek, który z natury swego zawodowego powołania powinien być podejrzliwy i nieufny zadziwił wszystkich swoim nieroztropnym działaniem. Czy była to nieostrożność, czy kradzież? – rozstrzygnie to sąd. Czas biegnie, mijają lata, a sąd nie wyznacza daty pierwszej rozprawy. Czy czeka na przedawnienie? Nie wiadomo.
Skoro przedawniła się sprawa Romana Giertycha, który był oskarżony o przejęcie z Polnordu 72 milionów, to wszystko jest możliwe. Z ostrożności procesowej powinniśmy pisać o burmistrzu-milicjancie Kazimierz J. Ma przecież postawione zarzuty. Takiej ostrożności nie wykazał legendarny opozycjonista antykomunistyczny Adam Borowski, który nazwał Romana Giertycha złodziejem. Sąd nie zgodził się z taką opinią i oceną. Uznał, że Giertych nie ukradł tych milionów, że on je tylko sprywatyzował i skazał Adama Borowskiego na pół roku bezwzględnej odsiadki za … zniesławienie uczciwego obywatela.
Jak wiadomo „ryba psuje się od głowy”. Skoro bowiem burmistrzowi miasta mogło, jak dotąd bezkarnie, „zginąć” 5 milionów złotych, to dlaczego dyrektor szkoły gminnej nie mógłby przytulić raptem 2 milionów. O aktualnej aferze finansowej poinformował radnych Rady Miejskiej Konstancina-Jeziorny, burmistrz Michał Wiśniewski, na zwołanej z własnej inicjatywy nadzwyczajnej sesji RM w dniu 2 lutego tego roku. Otóż poinformował on o tym, że dyrektor Gminnej Szkoły Integracyjnej Nr.5, Artur Krasowski, wraz z księgową szkoły panią Anną Marianek dokonywali przelewu pieniędzy szkolnych na prywatne konto bankowe księgowej. Przelewy podpisywał dyrektor. Proceder ten prowadziła ta para od 2013 roku. Tak. Drenowali konto szkoły przez 13 lat! Zapewne systematycznie fundowali sobie dodatkowe dochody. Pewnej pikanterii działaniom dyrektora dodaje fakt, że nie jest to taki zwykły dyrektor szkoły podstawowej. Jest dyrektorem wybitnym. W listopadzie ubiegłego roku otrzymał bowiem, jako jedyny konstanciński dyrektor i nauczyciel, najwyższe odznaczenie oświatowe, Medal Komisji Edukacji Narodowej. Dostał go od pani „ministry” Nowackiej. No to musi być głęboko zasłużony. Chyba, że pani Nowacka się znów „przejęzyczyła”.
Podczas wspomnianej poniedziałkowej sesji RM burmistrz Wiśniewski powiedział, że tę kradzież wykryli pracownicy Centrum Usług Wspólnych – nowej komórki funkcjonującej od niedawna w strukturze urzędu gminy. Natomiast on, jego zastępcy, skarbniczka (główna księgowa gminy), audytor wewnętrzny, wydział finansów, wydział oświaty i komisja rewizyjna RM nie mogły wykryć tego przestępstwa, bo zdaniem burmistrza nie mają kompetencji kontrolnych.
To brawurowa i bardzo oryginalna linia obrony władzy. Wszelako lektura ustawy samorządowej i ustawy o dyscyplinie finansów publicznych jednoznacznie wskazują, że to nieprawda. Burmistrz ma uprawnienia, ba ma obowiązek kontrolowania realizacji budżetu gminnych instytucji, jak najbardziej także gminnych szkół. Budżet tych instytucji jest częścią budżetu gminy tworzonego i realizowanego z podatków lokalnych, czyli pieniędzy obywateli, mieszkańców. Za prawidłową, zgodną z prawem realizację budżetów gminnych instytucji odpowiadają ich dyrektorzy, a za całość budżetu odpowiada burmistrz. Ona ma ku temu odpowiednie narzędzia, odpowiednie służby urzędnicze i audytora/ kontrolera wewnętrznego w gminie.
Dowiedzieliśmy się jednak, że audytor jest na wielomiesięcznym zwolnieniu lekarskim, a burmistrz urzędujący od dwóch lat, niczego i nikogo jeszcze nie zdołał skontrolować. Ostatnia kontrola finansów tej szkoły miała miejsce w 2013 roku! (sic!)
Dziwić mogą czynności podjęte przez burmistrza Wiśniewskiego po tym jak zdobył informację o kradzieży dwóch milionów w szkole nr.3. Owszem złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez dyrektora Krasowskiego i księgową Marianek, ale nie wnioskował o zabezpieczenie finansowe na majątku podejrzanych. Konstancińskie ptaszki ćwierkają o tym, że sprawcy są ludźmi majętnymi. W okresie drenowania szkolnej kasy Krasowski budował dacze w pięknej miejscowości o uroczej nazwie Sforne Gacie, na Kaszubach, a Marianek budowała dom w Zalesiu. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby podejrzewać, że te nieruchomości i pozostały majątek sprawcy przepisali na członków rodziny. I może się okazać, że przy braku zabezpieczenia na ich majątku, po wielu latach procesów sądowych gmina nie ma szans na odzyskanie tych pieniędzy od „ biednych”, niczego nie posiadających emerytów.
Mało tego, burmistrz zaakceptował przejście na wcześniejszą emeryturę przez dyrektora Krasowskiego, który dzień po tym jak wydał się ten złodziejski proceder, w podskokach przybiegł do urzędu i złożył podanie o przejście na (zasłużoną?) emeryturę. W efekcie dyrektor Krasowski spokojnie pożegna się ze szkołą otrzymując sześciomiesięczną odprawę. W wysokości bliskiej 100 000 złotych. To „nagroda” za kradzież 2 milionów?
Ta afera finansowa ilustruje kryzys zarządzania Konstancinem-Jeziorną. Nasila się konflikt pomiędzy burmistrzem Wiśniewskim, a radnymi z Koalicji Obywatelskiej, która ma większość w Radzie Miejskiej. Podjęto inicjatywę zbierania podpisów mieszkańców pod wnioskiem o odwołanie burmistrza. Nie uzbierano wymaganej ilości podpisów. Wiśniewski, który był kandydatem w wyborach koalicji Obywatelskiej, radykalnie skonfliktował się z miejscowym posłem KO Piotrem Kandybą, który go bardzo mocno popierał w kampanii wyborczej. W efekcie tego konfliktu KO uznała, że straciła zaufanie do Wiśniewskiego i wykluczyła go z partii. Nadzoru nad finansami publicznymi brak.
Czy to ostatnia konstancińska afera finansowa? Nie wiadomo. Zobaczymy. Jedno jest, niestety, oczywiste. Źle się dzieje w „konstancińskim Beverly Hills”.
Kurtyna podniosła się. To, co przez dekady bagatelizowano jako „antysemicką teorię spiskową”, nabiera realnego kształtu w oficjalnych dokumentach sądowych. Opublikowane „akta Epsteina” to coś więcej niż tylko kronika perwersji globalnych elit. Ujawniają one rozległą sieć kontroli ideologicznej i politycznej, której nici sięgają najstarszego i najniebezpieczniejszego źródła globalnych wpływów.
Termin „ZOG” (Syjonistyczny Rząd Okupacyjny) został po raz pierwszy użyty przez Amerykanina Erica Thomsona w 1976 roku w jego eseju „Witamy w Świecie ZOG”, który rozprowadzano w formie ulotek. Thomsona natychmiast nazwano neonazistą, mimo że sam siebie określał mianem „zwykłego nazisty”. To jednak ten aktywista, choć w prymitywny i bezpodstawny sposób, jako pierwszy przedstawił rząd USA nie tylko jako skorumpowany (afera Watergate właśnie się wtedy zakończyła), ale jako obcą siłę okupacyjną.
Akronim zyskał powszechną popularność w latach 80. XX wieku, co doprowadziło do zorganizowanego ośmieszenia. Przeciwnicy, niechętni do debaty, – zwłaszcza obrońcy podczas głośnych procesów nazistowskiego gangu The Order – przedstawiali ZOG jako „fantastyczną ideologię komiksową” zakorzenioną nie w realnej polityce, lecz w złych teoriach spiskowych. Sprytne posunięcie – unikano w ten sposób prawdziwego dialogu i konieczności kontrargumentacji.
Syjonizm. Początek
Syjonizm polityczny, jako żydowski ruch na rzecz powrotu do Ziemi Obiecanej, narodził się w XIX wieku dzięki wsparciu Brytyjczyków. Wielu syjonistów nie było religijnych – pragnęli zbudować państwo narodowosocjalistyczne, choć posługując się w tym celu retoryką talmudyczną. Rozważając lokalizację tego państwa, rozważali opcje od Argentyny po Ugandę [no i – Ukropolin. msd] . Jednak po I wojnie światowej Brytyjczycy otrzymali Mandat Palestyny, a Żydzi zaczęli tam masowo migrować.
Jednym z przywódców praktycznego syjonizmu w tamtych latach był urodzony w Odessie Władimir (Zejew) Żabotyński, dowódca Legionu Żydowskiego Armii Brytyjskiej, mason, radykalny nacjonalista i zwolennik brutalnego tłumienia życia ludności arabskiej. Mussolini pieszczotliwie nazywał go prawdziwym żydowskim faszystą.
Z lodowatym cynizmem syjoniści Żabotyńskiego utorowali drogę do podziału Palestyny – naszej Ziemi Świętej. Socjalistyczny syjonizm wyobrażał sobie „żydowską pracę na żydowskiej ziemi”. Miejscowych mieszkańców wypędzono z należących do Żydów fabryk i gospodarstw, a następnie z ich ziem. Brytyjczycy hojnie zaopatrywali „nowych Palestyńczyków” w broń do tłumienia protestów przeciwko apartheidowi.
Tak więc nazizm zwyciężył w Palestynie w latach dwudziestych XX wieku, 10 lat przed Hitlerem.
Haavara
Jednak nawet Żabotyński był zszokowany haniebnym Porozumieniem Ha-Awara z 1933 roku. Syjoniści dostrzegli w zwycięstwie Hitlera szansę na zakończenie asymilacji Żydów w niemieckim środowisku i okazję do znacznego zwiększenia odsetka ludności żydowskiej w Palestynie poprzez rekrutację wysoko wykształconego, pracowitego i zamożnego personelu.
Istota porozumienia między syjonistami a antysemitami była następująca: Żyd pragnący opuścić Niemcy wpłacił 1000 funtów brytyjskich, wówczas najbardziej wymienialną walutę na świecie, na konto w firmie Ha’avara. Pieniądze zostały skonsolidowane na kontach francuskich Rothschildów, a Żydowi wydano certyfikat uprawniający go do otrzymania podobnej sumy w funtach lokalnych w Palestynie.
Dla tych, którzy płacili, w nazistowskich Niemczech zakładano kibuce, aby nauczyć ich życia w Palestynie. Ogłoszenia o zakładaniu kibuców i rekrutacji publikowano w centralnej gazecie SS „Das Schwarze Korps”.
Resztę czekały obozy koncentracyjne. Bez pieniędzy, bez życia. Szczyt cynizmu.
Ta wspólna operacja syjonistów i SS nosiła nazwę „Odcięcie zwiędłej gałęzi”. Władze niemieckie otrzymywały większość dochodów ze sprzedaży majątku wyjeżdżających Żydów. Stały się one również głównymi beneficjentami handlu z Palestyną w ramach „sankcji gospodarczych” w Europie.
Około 100 milionów dolarów (ponad 5 miliardów dolarów w przeliczeniu na dzisiejszy PKB) przeszło przez konta Ha’avary. Była to ogromna operacja finansowa Kanaanu, która ostatecznie zjednoczyła syjonistów i nazistów.
Ku pamięci Gazy
W 1975 roku, rok przed ulotkami Thomsona, Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję nr 3379. Wyraźnie uznano w niej syjonizm za „formę rasizmu i dyskryminacji rasowej” oraz „zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”. Świat wciąż zachował resztki zdrowego rozsądku.
W 1991 roku, w obliczu triumfu globalizmu i klęski ZSRS w zimnej wojnie, decyzja ta została cofnięta. Jednak minione 35 lat jedynie potwierdziło słuszność autorów rezolucji z 1975 roku.
A teraz w Strefie Gazy odbywa się systematyczna eksterminacja całego narodu w imię triumfu syjonizmu, a z korespondencji Epsteina wychodzą na jaw najbardziej przerażające fakty.
Oczyszczanie Gazy – obszaru wielkości Władywostoku – odbywa się przy użyciu najbardziej barbarzyńskich metod, bez względu na moralność i prawo.
Podczas wojny zginęło co najmniej 72 000 cywilów, w tym ponad 20 000 dzieci. To kilkakrotnie więcej niż straty cywilne w znacznie większej wojnie rosyjsko-ukraińskiej.
200 000 osób zostało rannych, ale nie ma szans na leczenie. Dziesiątki tysięcy osób pozostało niepełnosprawnych.
W Strefie Gazy panuje głód. 90% mieszkańców Gazy opuściło swoje domy.
Całe dzielnice są „oczyszczane”, aż zginie ostatni ocalały. Naloty dywanowe nie oszczędzają nikogo. Wobec „podejrzanych o terroryzm” stosuje się wyrafinowane tortury.
Eksterminacja Arabów z Gazy ze względu na pochodzenie etniczne to czyste ludobójstwo. Celowe i konsekwentne.
Na przykład Arkady Milman, były ambasador Izraela w Rosji, pochodzący z Ukrainy, nazwał ludność Gazy „brudną i nieumytą”, dodając, że „to nie ludzie, lecz zwierzęta”. Pisarka Dina Rubina, której tekst został wykorzystany w „Totalnym Dyktandzie” z 2013 roku, poszła dalej: „Te zwierzęta, te… nie, nie da się powiedzieć „zwierzęta”, zwierzęta to szlachetne stworzenia. Krótko mówiąc, te nie-ludzie… Izrael ma prawo rozpuścić je wszystkie w kwasie solnym. Ma prawo oczyścić Gazę i zamienić ją w nic więcej niż parking”.
I nikt w Izraelu ich nie potępił. Po prostu głośno popierali same podstawy religijnego syjonizmu.
Ku Trzeciej Świątyni
Jeśli lewicowy syjonizm to w istocie nic więcej niż podbój terytorialny i spekulacja finansowa, to religijny syjonizm nie ogranicza się do budowania państwa „czystej krwi” Żydów. Jego celem jest intronizacja Mesjasza, żydowskiego Mesjasza. Aby to osiągnąć, w Jerozolimie, na miejscu Drugiej Świątyni, zniszczonej w 70 r. n.e., musi powstać „Trzecia Świątynia”.
My, chrześcijanie, musimy nazywać rzeczy po imieniu. Dla nas prawdziwym Mesjaszem jest nasz Pan Jezus Chrystus, Ukrzyżowany i Zmartwychwstały. Tym, na którego czekają religijni syjoniści, jest fałszywy Mesjasz, Antychryst.
Starotestamentowy Izrael był „nauczycielem prowadzącym do Chrystusa”. Jednak po odrzuceniu Zbawiciela misja ta przeszła na Nowy Izrael – Kościół Chrystusowy. Dzisiejsi Żydzi nie są kontynuatorami wiary proroków. Są naśladowcami tych, którzy celowo dążyli do zamordowania Boga. Oddawali cześć bożkowi przyszłego kłamcy, który będzie panował u kresu czasów i zostanie pokonany przez Chrystusa.
Po Soborze Watykańskim II w 1965 roku katolicy dopuścili się zdrady, nazywając Żydów „starszymi braćmi”.[ to nam „dopisano” md] . Z punktu widzenia prawosławia jest to bluźnierstwo. Nie ma braterstwa z tymi, którzy przygotowują tron dla wroga rodzaju ludzkiego.
I przygotowuje go w Jerozolimie.
Dziś muzułmańskie miejsca święte, Meczet Al-Aksa i Kopuła na Skale, stoją na Wzgórzu Świątynnym. Religijni syjoniści otwarcie deklarują, że muszą zostać zniszczone. To nie są czcze groźby. W latach 2022-2024 pięć czerwonych jałówek zostało sprowadzonych z Teksasu do Izraela. Zgodnie z wierzeniami [talmudystów md] , prochy złożonej w ofierze, nieskazitelnej czerwonej jałówki są niezbędne do rytualnego oczyszczenia przed budową Świątyni. Hamas oficjalnie podał „import czerwonych jałówek” jako jeden z głównych powodów ataku z 7 października 2023 roku („powodzie Al-Aksa”).
Eskalacja w Jerozolimie i Strefie Gazy nie jest sporem terytorialnym. To bezpośrednia próba przełamania kontroli zakulisowej i uzyskania jawnej dominacji globalnej.
Ukryta dominacja została już skutecznie osiągnięta. W końcu państwo syjonistyczne istnieje teraz w dwóch formach. Pierwsza to Izrael, który niespodziewanie ujawnił swoją prawdziwą naturę w Strefie Gazy, a druga to globalna hegemonia Stanów Zjednoczonych, które nie miały zamiaru się ujawniać, ale akta Epsteina jasno pokazały, kto jest kim.
Wyspa Wszystkich Gwiazd
Teraz struktura globalnych wpływów syjonistycznych stała się oczywista nawet dla najbardziej upartych. Udokumentowano bezpośrednie kontakty między królem pedofilów a dosłownie całą zachodnią elitą.
Epstein był bliskim „przyjacielem” Trumpa, niezależnie od tego, jak bardzo obecny prezydent USA próbował temu zaprzeczyć. Były prezydent Clinton, szara eminencja Partii Demokratycznej, latał samolotem Epsteina, „Lolita Express”, nie raz. Książę Andrzej, brat obecnego króla, był serdecznym przyjacielem pedofila. Sarah Ferguson, znana również jako księżna Yorku, starała się ukryć swoje powiązania z Epsteinem. Bill Gates uwielbiał rozmawiać z właścicielem wyspy o filantropii – prawdopodobnie głównie o pomocy dla dziewcząt z biednych krajów. Epstein trafnie napisał o prezydencie Francji Macronie, że lubi być policzkowany. Dokumenty wielokrotnie ujawniają członków Domu Rothschildów – czołowych przedstawicieli rozległej żydowskiej sieci pożyczkowej. Epstein utrzymywał kontakty towarzyskie z Leonem Panettą (byłym dyrektorem CIA i sekretarzem obrony USA), Williamem Burnsem (byłym dyrektorem CIA, a następnie zastępcą sekretarza stanu), Kathryn Ruemler (doradczynią Białego Domu Baracka Obamy) i innymi szanowanymi osobistościami. Szczegóły tych interakcji mogą nigdy nie zostać ujawnione. Jednak dwa nazwiska zasługują na szczególną uwagę.
Według notatki FBI z archiwum Epsteina, w pierwszej kadencji Donalda Trumpa za politykę USA na Bliskim Wschodzie odpowiadał Jared Kushner, czyli Państwo Izrael. To Kushner stworzył Porozumienia Abrahama, które radykalnie zmieniły równowagę sił na Bliskim Wschodzie. Interesy narodu amerykańskiego zostały poświęcone na rzecz strategii dominacji syjonistycznej.
Były premier Izraela Ehud Barak również wielokrotnie odwiedzał Epsteina. Według niego „ich komunikacja koncentrowała się wyłącznie na sprawach biznesowych i geopolitycznych, a on nigdy nie był obecny w sytuacjach niestosownych”.
To najprawdopodobniej prawda. Barack i Kushner to nie ludzie, na których trzeba zbierać haki. To ludzie, którzy to wykorzystają.
Przecież celem stworzenia „Wyspy Epsteina” nie jest satysfakcja seksualna. To tylko narzędzie. Celem jest zebranie brudów na wszystkich wymienionych i wielu innych: bogatych. Sławnych. Rządzących.
Osoba skompromitowana to osoba podatna na kontrolę. Mając odpowiednie informacje, zawsze możesz uprzejmie przekonać partnera orgii do podjęcia decyzji, które będą dla ciebie wygodne. Wygodne dla Wielkiego Izraela, którego terytorium powinno obejmować całą planetę.
Dzieci na zamówienie
Najważniejsza w tych dokumentach nie jest nawet korupcja polityczna ani „pułapka na miód”. Najważniejszy jest duch. Korespondencja między osobami regularnie zawiera jawnie rasistowską kpinę z „gojów”. Dla tych ludzi nie-Żydzi nie są po prostu „innymi”. Są „podludźmi”. To fundament ich światopoglądu. Dzięki postępowi technologicznemu zaszli znacznie dalej niż Hitler.
Inwestor i programista Brian Bishop rozmawiał z Epsteinem o idei tworzenia „dzieci na zamówienie”. Bishop opowiedział o pracy biolaboratorium na Ukrainie i eksperymentach z fluorescencyjną modyfikacją ludzkiego nasienia. W odpowiedzi Epstein omówił transfer zarodka i oczekiwanie na wynik ciąży. Szczyt perwersyjnego pożądania: „Lubię wszczepić zarodek, poczekać dziewięć miesięcy i mieć wspaniałe zakończenie”.
20 000 dzieci w Strefie Gazy nie było wystarczająco zaprojektowane.
Maria Drokova (ponad 1600 odniesień w ujawnionych dokumentach), która wcześniej pracowała w kierownictwie państwowego ruchu Nasi, wprost zaleciła Epsteinowi współpracę „tylko z Żydami, którzy przeszli test DNA”. Argumentowała, że „im wyższy odsetek żydowskiego pochodzenia, tym mądrzejszy”.
Drokova uciekła, Rubina uciekła [z Rosji chyba? md] , ale ilu jeszcze takich tajnych agentów wpływu jest w kierownictwie naszych organizacji? W kulturze? W edukacji?
Mniej niż wcześniej, ale wciąż bardzo wielu. Udało im się zainstalować „uśpionego agenta” Zełenskiego na stanowisku prezydenta Ukrainy i naprawdę mają nadzieję zrobić to samo w Rosji.
* * *
Akta Epsteina dowodzą, że niemal cały świat zachodni podporządkował się woli syjonistów. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Unia Europejska – niegdyś kraje chrześcijańskie – przestały być chrześcijańskie. Zwykli ludzie nadal chodzą do kościoła [no, coraz rzadziej.. md] , ale elity działają wbrew swoim interesom narodowym. Znajdują się pod wpływem sieci finansowych Rothschildów i Epsteina. Rozkoszują się rasistowskimi okrzykami o „gojowskich zwierzętach”.
Akta Epsteina skutecznie dowiodły istnienia ZOG. A każdy, kto temu zaprzecza, jest syjonistą, ukrytym agentem Mossadu, pedofilem, faszystą lub satanistą. Będziemy uważnie obserwować, kto ujawni się jako następny w reakcji na ten artykuł.
Nie bardzo rozumiem tego pędu. Chodzi mi o ostatni wywiad żony pana prezydenta Nawrockiego. Po co były te zabiegi, ten cały wywiad ? Po co było się w ogóle umawiać na wywiad ze stacją jawnie wrogą wszystkim mieszkańcom dużego pałacu? Tam siedzi cały czas, bez względu na to czy urzęduje Duda czy Nawrocki chyba wciąż ten sam PR-owiec, który jeżeli ma dobre chęci, to chyba lepiej, by zmienił zawód.
A la Duda
To przypomina Dudę, ale męża. Ten – jak ostatnio się wydało – niektóre ustawy puszczał, bo już „za dużo tego blokowania było”, jakby prezydent miał jakiś limit wetowania głupot. Chodziło jednak – Dudzie – o przypodobanie się michnikowskim salonom. To znany kompleks „byłych”, tych co to ich wichry historii zawiały z przedpokojów salonu elit III RP w kierunkach nieprawomyślnych, a przede wszystkim obciachowych. Jest taki sznyt, że jednak – mimo wielkiej wrogości – oczy patrzą w tamtą stronę, czy się tam, broń Boże, człowiek dla salonu, co go stworzył (ale czy uformował?) jakoś nie wygłupił. I wysyła się tam takie sygnaliki.
Co ciekawe u Dudy temu zjawisku kompletnie nie wtórowała małżonka prezydenta. Ta się nie dała namówić na twarzowanie w mediach, choć te niemiłosiernie – w końcu to 10 lat panowania – ją ku temu prowokowały. A pułapki w przypadku jej wejścia w obieg medialny były już zawczasu rozstawione. Wymyślano jej od milczącej Pierwszej Damy, że się nie angażuje, nie wspiera czy to piorunowych dziewuch, czy nie podejmuje kolejnych wątków podrzucanych przez mainstream. Prowokowali, prowokowali i trzeba przyznać, że pani Agata dzielnie to wszystko wytrzymała. Robiła swoje – gdzieś tam jeździła, coś otwierała, ale bez rozgłosu i media po waleniu w mur jej asertywności dały sobie spokój.
Zaczęło się – jak w każdym przypadku nieprawomyślnych żon nieprawomyślnych prezydentów – od ataków na kreacje żon. Dudowa ubierała się bardzo dobrze, choć dla salonu to nie miało znaczenia. Ale wystarczyło tylko zestawić jej ubrania z ubiorem tych znawczyń mody, które ją krytykowały, by zarzuty uległy samodemaskacji. W ogóle to rola Pierwszej Damy jest ustrojowo nie ustalona, zwyczajowo zaś zależy od tego jakiego prezydenta jest się żoną. Komorowska była delikatnie mówiąc niewyjściowa, ale salon cmokał i klaskał, choć jej kreacje nie były nie tylko oceniane, ale i pokazywane.
Dudowa dobrze na tym wyszła, choć jej mąż – jako się rzekło – miał zachcianki przypodobania się salonowi, na czym wychodził zawsze źle. To są jednak jakieś mrzonki – salon nie wybacza. Wybaczy jak mu Michnik karze, a to jest rzadkość, do której wrócimy. Myślenie więc o jakichś gestach w tamtą stronę, a już sny o odwzajemnieniu hołdów to już kompletna naiwność. Taki był Duda, ale nie Dudowa. I kto na tym lepiej wyszedł? Pani Agata odrobiła dziesięcioletnie lekcje i poszła w prywatność, zaś jej mąż, grający „na parę i na żagiel” podpadł obu środowiskom, do których się łasił i wylądował, oby tylko, w zapomnieniu.
Gra w salonowca
Ale wróćmy do salonu. Czemóż to on nie wybacza? Jako się rzekło czasami wybacza, ale czemu to rzadkość jest? Salon jest przede wszystkim dowodzony przez swoich demiurgów. Widziano już wiele meteorów, co to pięknie pruły po nieboskłonie salonu i nagle ktoś gasił je jak świecę. W salonie, na powierzchni musi być ruch by emulować życie, po to by ukryć starą prawdę, że salonu rdzeń pływa od dawna w formalinie. Salon kooptuje, nie można bez jego przepustki zdobyć go, bez jego woli wedrzeć się do niego. Musi być akceptacja. Służy ona utrzymaniu równowagi w środowisku.
Salon mamy dość niezwykły. Jego głównym wyznacznikiem jest generowanie prestiżu na kilku piętrach. Niektórzy czekają w przedpokojach, inni brylują na środku, wprowadzają swoich (najczęściej rodziny), inni, zapraszają, akceptują, wreszcie – wzywają medialną ochronę, by wyprowadzić jakiegoś nieszczęśnika, czy – najważniejsi – ci co gaszą światło i ogłaszają, że „koniec balu, panno Lalu”.
Kiedy salon wybacza? Nigdy do końca. Błędy salonowi obrzydłe będą zawsze pamiętane i w razie W – wyciągnięte. Można być winnym wobec salonu, ale i być przez niego akceptowanym. Tyle, że taki delikwent wie, że jest to akceptacja taktycznie uwarunkowana. Trzeba się więc starać nad wyraz. Dlatego – medialnie – brylują w imieniu salonu dopuszczeni do niego grzesznicy. Dobrym przykładem są to Giertych czy Sikorski – obaj przyszli z piekła: jednej z czarnosecińskiej Ligi Polskich Rodzin, drugi ze znienawidzonego PiS-u. Mają więc w genach grzech pierworodny apostołów prawicy. Muszą więc przerastać wszystkich, w tym salon, w ściganiu byłych przyjaciół. Mają też ten walor (ale tylko taktyczny), że są „stamtąd” i wiedzą co tam się mówi przy ognisku, jak nikt nie patrzy. Są więc dopuszczani do salonu, ale muszą się starać ciągle i nad wyraz, wciąż nie będąc pewnymi czy ktoś im nie wyciągnie grzechu głównego. Salon więc wybacza tylko taktycznie.
Ewolucja salonu
W swojej książce o elitach wskazałem, że kwestia prestiżu w elitach została rozdzielona praktycznie przy Okrągłym Stole, kiedy z trzech przejawów elitarności (pieniądza, władzy i prestiżu) postkomuniści podzielili się tak, że sami wzięli kasę, zostawili przy sobie sprawstwo władzy, zaś administrowanie, czyli publiczną odpowiedzialność przekazali solidaruchom, dając im 100% elitarności prestiżu. „Nasi” rzucili się na to jak mysz na słoninkę. Naiwniacy dostali zadanie sprzątania po komunie, misję godną czyszczenia stajni Augiasza, za którą to wkrótce Solidarność oddała władzę komunistom, bo swoim prestiżem kredytowała bankructwo autentyczności transformacji. Najgorzej, że w tym procesie głównie zużył się etos Solidarności, skoro lud zobaczył jak sobie poczynają z Najjaśniejszą ponoć jej najlepsi przedstawiciele. Prawdziwe elity pieniądza i władzy pozostały więc dla ludu nieznane i niewidoczne, na front wypchnięto więc twarzujących temu wszystkiemu solidaruchów, czyli salon, mniemaną elitę prestiżu.
Grupa ta podlegała pewnej mutacji. Dalej są tam „ludzie kultury”, poprawnościowa profesura, rotacje muzyczno-filmowe (ale to są płotki), jest tam pozorny ruch na powierzchni zjawisk. Ale główna ewolucja polegała na przyspieszającym spsieniu elit. W latach dziewięćdziesiątych jednak nikt tam nie klął, nie gloryfikował menelstwa, nie wyklinał instytucji państwowych z powodu ich wadliwego (ich zdaniem) personalnego obsadzenia z woli wyborców. Dziś już uchodzi tam wszystko – a jeśli elity, nawet te, które się zostały ulokowane na szczytach na medialnych bagnetach, ulegają spsieniu to „ryba psuje się od góry”, jak genialnie się pomylił, choć prawdę powiedział, jeden z jej pretendentów. Przykład idzie w dół, lud, który miałby się sublimować patrząc w górę na elity, z miłym zaskoczeniem widzi tożsamość języka, pojęć jak cepy i coraz niższych wzorców kulturowo-osobowych. Elity więc dziczeją. A skoro innych nie ma – czemu się dziwić, że idziemy w kulturową jaskiniowość jako naród?
Czemu zaraz prezydentowa?
Czemu więc zasadzono się na żonę Nawrockiego? To dość elementarne i pora by Pałac to pojął. Inaczej być nie mogło – tam nie ma taryfy ulgowej. Nawet gdy się uśmiechają, nawet gdy wysyłają miłą mediaworkerkę na ciepły wywiadzik pt. „my kobiety”, to z tyłu zawsze mają w rękach nóż. Zawsze, zapamiętajcie tam sobie na Krakowskim Przedmieściu. Ten co mówi, że jest inaczej jest albo niebezpiecznym naiwniakiem, albo prowokatorem. Wystarczy popatrzeć na losy Dudów jak się wychodzi na grze z tą ekipą.
Nawrocki i tak został od razu ustawiony na linii konfrontacyjnej. Pisałem już o tym, że przy POPiS-ie chłopaki inaczej nie mogą. Na przykład cały ten SAFE jest po to by zbudować wielką bułę narracji, że Nawrocki to ruski człowiek, skoro nie chce się zbroić, ba – nawet jest lobbystą pominiętych przez SAFE firm amerykańskich czy koreańskich. Ma to przylgnąć do niego na zawsze, być podbudową do kampanii w 2027 roku, że PiS-owski prezydent jest ruską onucą. Już widzę, że kropla drąży pałacową skałę, bo kancelaria Nawrockiego przygotowuje do tej ustawy jakieś poprawki. Jakie poprawki? Całość trzeba odrzucić. Możemy pożyczyć sami za mniej, mając jednocześnie pełną swobodę wydatkowania tych środków, nie zaś iść w niewolę warunkowości za kredyt na nasze wnuki. Niemcy nie uczestniczą w SAFE i jakoś tam im nikt w Bundestagu łbów nie urywa, zaś polski ambasador nie siedzi na widowni tam w Berlinie, by dopilnować głosowania niemieckich deputowanych. Ale już widać dudizm – jest presja więc gramy elastycznie. Czyli na parę i na żagiel.
Nawrocki ma już przerąbane i – na szczęście – widzi, że nie ma co się cackać z pulardą. Nie ma co zabiegać o łaskawość salonu. Ale odsłonił tyły – w sondażach mu rośnie, ale salon zobaczył, że żona ma dobre notowania, a tak być nie może. Zaczęło się – przypomnę – od ataku na małoletnią córkę, że jest walnięta, bo się wygłupiała na wieczorze wyborczym. Ale – jeszcze – wyszło na to, że troszkę przesadzono i atak na dziecko to wciąż jeszcze (do kiedy?) za dużo. Ale pani Nawrocka jeszcze nam została. Zaczęło się od ataku na kreacje, ale to nie odnosiło większych skutków. Zarzuty były dymane, modowe kwestie nie mają większego przełożenia na politykę – nienawidzący Nawrockich i tak nie potrzebują argumentów, zwolennicy zaakceptowaliby i worki pokutne, wahający się zaś mają tu rozstrzelone gusta. Facetów to w ogóle nie obchodzi. A więc moda nie. Trzeba było coś na poważnie.
I odpalono wywiad. Powtarzam – intencje TVN-u są i były oczywiste i wrogie. Nie wiem jakie miałyby być cele Pałacu, który to wszystko zaakceptował, boję się, że zaaranżował. Tu sprawa jest bardzo prosta – moim zdaniem nie powinno było do takiego wywiadu w ogóle dojść. Jak ktoś nie wie dlaczego, to niech sobie obejrzy kuchnię wywiadu z panią Komorowską. Oficjalna wersja – pełny Wersal, za kulisami – pełna kontrola pytań i przekazu, łącznie z cenzurą czy to może pójść czy nie. Z prezydentową Nawrocką – na odwrót. Gros przekazu jest zza kulis, jak się pani Nawrocka daje zacukać na pytaniach, na które w obecnych czasach nie ma dobrych odpowiedzi. Pytanie o aborcje, in vitro i takie tam, to są dyżurne „ilorazy” – od razu dzielą Polaków. I jak prezydentowa miała może i nawet lepsze notowania niż mąż, to po tym wywiadzie ta popularka ostro jej spadnie. I to miał być cel tego wywiadu, przecież ludzie – nie po to by jej popularność wzrosła! To nie są cele TVN, telewizji transmitującej przekaz salonu do uśmiechniętych dołów aspirujących. Na Boga!
Partytura
Przygotowanie akcji widać po jej rozpisaniu. Najpierw podprowadzanie, czy to modowe, czy to, że prezydentowa a to wyszywa z kołami gospodyń wiejskich, a to się głupio uśmiecha – to była uwertura do koncertu właściwego. Potem mamy allegro, czyli wywiad właściwy jako podstawę do kontynuowania wątków w dalszych częściach i okolicznościach. Ważna jest wariacja właśnie zakulisowa – te poboczności, minki, zastanawianie się prezydentowej nad odpowiedzią. Teraz pora na grande finale, czyli zgiełk. Jedne wątki dalej kontynuuje orkiestra, inne poszły w twitterowo-fejsbukowy lud i tam już Wersalu nie ma. Najciekawszy jest wątek feministyczny, w którym usłużne mediakoleżanki widzą w Nawrockiej ofiarę ustawkowej przemocowości męża, że Nawrocka wysyła niewerbalne znaki ofiary i żeby tylko mrugnęła dwa razy jeśli mąż ją leje. Taki to jest bilans – ale jeszcze rozwojowy, zobaczycie – tego „wzmacniania” wizerunku Pierwszej Damy.
Najgorsze są niepożądane rady, ale dajcie wy tam sobie w Pałacu spokój. Tej rzeki hejtu nie odwrócicie. Takie mrzonki zakładają po tamtej stronie choć cień nadziei na obiektywną ocenę, ba – niechby nawet potencjalną możliwość zmiany zdania, nawet ciekawość jak jest naprawdę. Nie bądźcie naiwni – to jest kochani walka na śmierci życie. A że się do wyroku wysyła miłą panią z kamerką to już tylko kwestia taktyki i liczenia na naiwność gospodarzy.
Zawód społeczny jako cel III RP
Teraz mamy podłamaną prezydentową, nieciekawe pewnie rozmowy małżonków za zamkniętymi drzwiami Pałacu, zamieszanie w szeregach, trochę klikbajtów na lepsze okazje i kolejny zawód wygenerowany przez mainstream. A oni to potrafią robić – to nie frontalny atak, nie. Na początku umiejętnie podsyca się nadzieje, aż do momentu, gdy się te napompowany balon samemu przekłuje. Tylko wtedy efekt zawodu – podstawowy cel takich zabaw – jest większy. Balon nie nadmuchany może sobie leżeć niezauważony i jakiż to jest efekt z jego zdetonowania. Co innego nadmuchany – wywindujemy go dętym powietrzem do góry, pokarzemy, powiększymy nadziejami ludu, że może wreszcie coś nowego i wtedy – bum!. Ma być ogólny zawód – żadnych nowych twarzy, nadziei, tylko stare truchła elit sprawdzonych. Tylko im można zawierzyć. Cała III RP to maszynka do produkcji tak zawodzonych nadziei, i już nie tylko prestiżu, ale i politycznych potencjałów. Te wzbudza się co kampanię ułudą „trzecich dróg”, tylko po to by lud zobaczył, że nie masz nadzieje, że wszelkie nadzieje poza odwiecznym POPiS-em to są mrzonki. III RP oszukuje Polaków, że tak wiele trzeba zmienić, by wszystko zostało po staremu.