Bractwo Kapłańskie św. Piusa X zamierza wyświęcić pięciu biskupów – podał włoski portal La Nuova Bussola Quotidiana. W 1988 roku abp Marcel Lefebvre wyświęcił wbrew Rzymowi czterech biskupów.
2 lutego przełożony Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X (FSSPX) ogłosił, że w dniu 1 lipca przeprowadzone zostaną święcenia nowych biskupów. Obecnie nie ma na to zgody Stolicy Apostolskiej. Przełożony ks. Davide Pagliarani poinformował, że ma nadzieję spotkać się przed tą datą z papieżem Leonem XIV. Wyraźnie zasugerował, że jeżeli do spotkania nie dojdzie ani Watykan nie udzieli zgody, święcenia i tak zostaną udzielone. Będzie to oznaczać zaciągnięcie automatycznej ekskomuniki zarówno przez konsekratorów jak i przez konsekrowanych.
Włoski portal La Nuova Bussola Quotidiana podał, że zgodnie z informacjami uzyskanymi przez dziennikarkę Luisellę Scrosati, Bractwo chce wyświęcić pięciu biskupów. W 1988 roku abp Marcel Lefebvre wyświęcił czterech. Żyje już tylko dwóch, bp Bernard Fellay oraz bp Alfonso de Galarreta. W 2024 roku zmarł bp Bernard Tissier de Mallerais, autor monumentalnej biografii samego abp. Lefebvre’a. W 2025 roku zmarł z kolei bp Richard Williamson, wcześniej usunięty z Bractwa ze względu na nieposłuszeństwo i skrajne poglądy (negował Holocaust) [Nieprawda, to była intryga żydów, co się podszyli pod TV szwedzkie i opublikowali zdania prywatne, jak zwykle wyrwane z kontekstu. Mirosław Dakowski. ]
Obaj żyjący biskupi zbliżają się do osiągnięcia wieku emerytalnego. Ks. Davide Pagliarani podał, że wyświęcenie nowych biskupów jest z perspektywy Bractwa konieczne dla podtrzymania jego egzystencji, co gwarantuje dalszą pracę duszpasterską dla dobra dusz.
Stolica Apostolska 3 lutego poinformowała, że pozostaje w kontakcie z Bractwem. Rzecznik Watykanu Matteo Bruni w krótkim komunikacie stwierdził, że celem tych kontaktów jest „uniknięcie kolejnego zerwania oraz jednostronnych działań”.
Szczegóły rozmów nie są znane. Poprzednio o pojednaniu rozmawiano za pontyfikatu Benedykta XVI, ale Bractwo odmówiło oficjalnej akceptacji dokumentów II Soboru Watykańskiego, które w jego ocenie zawierają błędy.
20 lat więzienia dla chińskiego konwertyty. Kard. Zen towarzyszył mu od chrztu po salę sądową.
Katolicki wydawca Jimmy Lai, właściciel ostatniego niezależnego od Pekinu organu prasowego w HongKongu, usłyszał wyrok 20 lat pozbawienia wolności. To kara, jaką nawróconemu mężczyźnie komunistyczne organy wymierzyły za krytykę partii i aktywność opozycyjną. Na sali oskarżonych represjonowanemu przedsiębiorcy towarzyszył kard. Joseph Zen Ze-kiun.
Jimmy Lai był właścicielem zlikwidowanego przez komunistów w 2021 roku medium „Apple Daily” i koncernu medialnego „Next Media” – cieszącego się największą poczytnością w HongKongu, nim represje CHRL wymusiły wstrzymanie publikacji.
Od czasu zamknięcia jego mediów katolik był wielokrotnie aresztowany i skazywany na wielomiesięczną „odsiadkę”. Toczyło się również przeciwko niemu wiele postępowań sądowych.
W zakończonym właśnie procesie mężczyzna usłyszał najpoważniejsze zarzuty – publikacji treści wywrotowych oraz spisku z obcymi siłami. Organy ścigania domagały się poważnych konsekwencji i pozbawienia wydawcy wolności na okres od 10 lat do dożywocia. Ostatecznie w poniedziałek 9 lutego sąd zdecydował o 20 letnim uwięzieniu przedsiębiorcy.
Jimmy Lai w 1997 roku nawrócił się na świętą wiarę katolicką. Chrzest przyjął z rąk kard. Josepha Zena Ze-Kiuna. Odważny chiński hierarcha był obecny na sali sądowej podczas wygłaszania wyroku. Wcześniej purpurat odwiedzał wydawcę w czasie jego pobytów w więzieniu. Duchowny jest ponoć od dawna bliskim przyjacielem antykomunistycznego przedsiębiorcy.
Media katolickie, komentujące uwięzienie Jimmiego Lai’a ze smutkiem zwracały uwagę na brak deklaracji, czy prób interwencji Stolicy Apostolskiej w jego sprawie. Tymczasem jasnym jest, że represje, których doświadczył, były próbą złamania jego katolickiego sumienia i narzucenia akceptacji dla dominacji politycznej komunistów.
Pamiętam kiedyś za czasów studenckich chodziłem do pewnej polonistki, która mieszkała z koleżanką, studentką aktorstwa. Zaprosiła nas kiedyś na sztukę dyplomową gdzie grał jej apsztyfikant. Była to rosyjska komedia NEP-owska pt. „Mandat” Nikołaja Erdmana o czasach komunizmu, dość prześmiewcza, choć grana była wtedy w ciemnej nocy stanu wojennego. Ale różnie to bywało z tą cenzurą studencką, a więc takie rzeczy szły, pewnie po to, by rozładować pokojowo niepokojowe nastroje wśród młodzieży.
Syndrom Gułaczkina
Otóż utkwiła mi w pamięci z tego spektaklu jedna postać, zresztą grana przez kolegę lokatorki mej polonistki – Waldka Obłozę, którego publiczność może dziś znać z serialu „Miodowe lata”, jako kryminalistę Kurskiego. Zagrał on we wspomnianej sztuce dyplomowej brawurowo rolę aspirującego aktywisty komunistycznego. Paweł Siergiejewicz Gułaczkin napisał list do samego Stalina, którego to listu kopię i dowód nadania nosił z dumą w teczce. Otóż sam fakt napisania listu do Stalina nie tylko bechtał jego ego, ale nobilitował go w oczach otoczenia, które pochylało przed nim głowy, jako przed tym, który koresponduje z samym WPL (Wodzem Postępowej Ludzkości). Oczywiście Stalin o tym ani wiedział, ani myślał, ale to nie miało nic do rzeczy. Oto samowolny akt robaczka na drabinie społecznej już zbliżał go (w ocenie postrachanego otoczenia) do absolutu.
Dlaczego mi się to przypomniało? Ano dlatego, że widzę przykłady takiej techniki socjologicznej wszędzie dookoła. Chodzi o to, że narrację polityczną coraz częściej buduje się na tym, że osobnik o niskiej pozycji społecznej lub z dna ujemnego prestiżu podwyższa sztucznie swój status atakując kogoś znacznie wyżej, co ma go z nim zrównywać w pozornym dyskursie. W ten sposób, na zasadzie naczyń połączonych, obniża to pozycję osoby o kiedyś wysokim statusie. Jest to dyskryminacja pozytywna, powstaje z tego parę elementów, np. panświnizm, kiedy atakujący robi to w sposób niecny i podły, ale to paprze w błocie atakowanego na takimż to poziomie, że wszyscy, panie, jesteśmy świniami.
Gułaczkin pośredniczący, czyli Palikoty
Mamy tu dwa typy – pośredni i bezpośredni. W przypadku pośredniego mamy tu zasłonę w postaci pośrednika, którego wystawia jako harcownika ktoś wyższy. Taka była rola i Palikota, i Niesiołowskiego. Ci wykonywali numer polegający na chamskim atakowaniu przeciwnika, które sprowadzało go do błota pańśwnizmu – w tym wypadku Lecha Kaczyńskiego, ale uwaga: dopiero po jego śmierci, zaś główny macher tego procederu, Tusk, miał czyste rączki z tyłu i wychodził tylko na takiego, co ma przecież pewien umiar, ale co poradzisz, że jego inni koledzy byli wyrywni. Mało tego, od czasu do czasu wychodził Tusk i karcił jak dobry tato swoich swawolników. W ten sposób odbywał się spektakl, ale w wypadku kiedy czara chamstwa się przelewała, zawsze był w zapasie tonizujący Donek.
Przykład ataków na Lecha Kaczyńskiego jest tu bardzo miarodajny, jeśli mówimy o taktyce pośredniczenia w tym procederze. Taki Palikot, czy Niesiołowski (ten do czasu afery rozporkowej) to się na tym wybudowali. To ku nim odwracali tęskne oczy amatorzy podostrzenia narracji wobec przeciwników politycznych, narracji która przekraczała granice dyskursu w obszary dewastacyjne. Ta dwójka bulterierków zaatakowała Lecha Kaczyńskiego po jego śmierci, jednocześnie wyzywając PiS od… tańczących na grobach smoleńskich. To był ważny etap w procesie sprowadzania dyskusji w końcu o polityce do inwektyw i reakcji publiki na zasadzie pasa Pawłowa, kiedy po dzwonku szyderstw dyżurnych prowokatorów z pysków ochotnych odbiorców wydzielała się automatycznie ślina wzmacnianych obelg.
System był kompletnie sterowany i nastawiony na powielanie przez ochotnych, którzy brali te świństwa za własne poglądy, dodając tylko jakieś didaskalia. Na czym polegał ten właściwy taniec na grobie Lecha Kaczyńskiego? No, to jasne – jego rola w polityce skończyła się w smoleńskim błocie, nie była to więc zemsta zza grobu. Chodziło o atak na jego brata, bo tylko on, Jarosław, ostał się w polskiej polityce. A najłatwiej było go sprowokować uderzając w jego zmarłego brata. Jarosław jest dość odporny na ataki, z jednym wyjątkiem – ataków na swego nieżyjącego brata. I tu każda akcja, można było być pewnym, będzie wywoływała reakcję.
Tak, do takich robótek byli najmowani cyngle. Ale oni się nie brali z powietrza – byli to ludzie, którzy dostawali mandat od wyborców, a więc ktoś z suwerenów lubi takie zabawy. I mamy takie wyrywne i wzmożone zinstytucjonalizowane chamstwo. Jak się wchodzi po tych edukacyjnych harcach na niektóre profile, czyta jakieś komentarze, to staje przed oczami katastroficzny stan morales sporej części narodu. Same złe emocje, wdrukowane kalki, ustalone aksjomaty, których nie trzeba tłumaczyć, gdyż po milionie powtórzeń stają się już pewnikami. Zero argumentów, stado szczeka na rozkaz: ideał tresera psów trenowanych do walk na ringu polityki.
Gułaczkin bezpośredni, czyli Radki, Czarzaste i Jachiry
Teraz też tak mamy, z tym, że zwiększa się element bezpośredni – coraz mniej pośredników w tym pluciu inwestycyjnym. Na górze – wiadomo stoi Tusk, ale zaangażowanie polityków i ich rachuby wskazują na wiele spontanicznych działań. Mamy tu dwa przypadki, w jednym rządzi gargantuiczne ego zanurzone w przeciwieństwo ambicji i kompleksów (tak, mówię tu o Radosławie Sikorskim) oraz własne rachuby na wyniesienie postaci poprzez atakowanie osoby o poziomy wyżej niż atakujący – tu mówimy o marszałku Czarzastym. Zacznijmy od Radka.
Od samego początku, czyli u przegranych przez Trzaskowskiego wyborów, zaczął się frontalny atak na Nawrockiego. Tak wyszło chłopakom z narad, zresztą nic innego im nie wychodziło, bo oni znają tylko jedną grę – na eskalację podziału. Najpierw odbyła się perypetia pompowania jakichś zmyślonych nadziei wobec nowego prezydenta, by było się od czego odbić, żeby wywołać efekt zdrady nadziei i zawodu. Ponieważ prezydent zamieszany jest w sposób konstytucyjnie niejasny w politykę zagraniczną na tym froncie wystąpił Sikorski. Zaczęło się od kompetencyjnych sporów kto tu rządzi, rząd czy prezydent, potem przeszło to na merytorykę. Ponieważ dyplomacja III RP to jej najsłabsza materia, osobna sprawa do rozwinięcia dlaczego tak jest, to za rządów Tuska Drugiego, jest to już tragedia szekspirowska, gdzie giną główne postaci. I mamy tu dwa w jednym – efekt atakowania prezydenta by się prestiżowo podbudować i efekt drugi – poprzez zaczepki przykryć mizerię swoich poczynań. Pokłóceni ze wszystkimi, przez wszystkich marginalizowani będziemy więc pisać szydery na twitterze, lud – ten hieńczo wyrywny, dzieci posmoleńskiego hejtu – będzie się jarał, zaś nasza pozycja w czasach formowania się nowego ładu światowego będzie wypadkową wyłącznie cudzych decyzji. Za to nosy i lica będą płonąć, rozgrzane emocjami jak to jeden drugiemu fajnie przygadał – ot, takie złośliwostki w kolejce na szafot.
Radek, skoro robi w dyplomacji postanowił się podwindować też i na zagranicznych ofiarach i to nietuzinkowych. Słynne są jego ataki na najbogatszego człowieka świata Elona Muska, który wyraźnie poparł Trumpa. Tu mamy właśnie do czynienia z efektem Gułaczkina: Sikorski nosi bowiem w teczce napisane przez siebie twitty do Muska, gdzie w dodatku szura do gościa, ba – ten nawet od czasu do czasu odpowiada mu. Okazuje się, że dosadnie i bez szczypania się. Wychodzi z tego coś potwornego dla Polski, bo minister zamiast prowadzić politykę, w tym utrzymywać jakieś relacje z USA, gdzie Musk jest dość ważną postacią – wyrywa się z osobistymi przytykami, za co jest karcony przez Muska w sposób jakby pan karcił psiarczyka co się rozzuchwalił. Cierpi na tym wizerunek kraju, który do międzynarodowych stosunkach w ramach magii demokracji przedstawicielskiej wystawił atencjusza, co pyskuje jak byle troll: efekt szatańskiego połączenia kompleksów i ambicji rozdmuchanego ego.
Dlaczego zaliczam tu ministra do pozornych pośredników? Ano widać, że akurat tu to się pan Sikorski w zupełności spełnia i robiłby te głupoty i bez polecenia Tuska. To jest jego żywioł, a więc powinien raczej siedzieć w jakiejś farmie trolli, a nie dowodzić nawą polskiej dyplomacji. Inni mu wtórujący politycy płacą naszymi pieniędzy za wynajmowanie złośliwców, pod którymi tekstami się podpisują, ale w przypadku Radka możemy być pewni – robi to sam, no, może trochę przy inspiracji króla trolli – Giertycha.
Nie zapominajmy o koniach
Giertych – ta postać to też ewenement, jest to bowiem troll progresywny, który swymi ofensywami wydaje się nawet zaskakiwać… Tuska. Tak było na pewno w przypadku akcji dotyczącej ponownego przeliczenia głosów. Widać było, że ten wątek, grzany przez Giertycha, zaskoczył Tuska, bo ktoś go tu przebijał z ofensywną narracją w czasie powyborczej smuty, nawet zaczęto przebąkiwać o premierze ciamciaramci i mecenasie-koniu, który nie pęka i zawsze nas poprowadzi do ataku na szable wzmożenia, choćby i na czołgi logiki. Zresztą okazało się, że instynkt Tuska tu nie zawiódł, gdyż wątek ponownego liczenia głosów okazał się już tak absurdalny, że pozostał już w pojedynczych zwojach najwyrywniejszych mikrocefali. Ale cień Giertycha wciąż wisi nad Tuskiem, bo wygląda mecenas raczej na inicjatora, niż pośrednika najętego do wydumanej gdzie indziej narracji. A tacy są niebezpieczni, bo mogą być samodzielni i to w tak ważnej (jedynej?) domenie Tuska, jaką jest narracja.
Inna sprawa to marszałek Czarzasty. Ten, kiedy objął schedę po Hołowni, zdecydował, że swoją tożsamość, a właściwie słabą rozpoznawalność będzie podbudowywał na atakach na prezydenta. Tu akurat jego ambicje i strategia Tuska grania na podział poprzez atak na Nawrockiego – pokrywają się. Ale Czarzasty robi to w rachubie na własne korzyści. Nikt tam nie za bardzo wie kto on zacz, ale jak poluje na prezydenta „z innych pozycji”, to raz, że wzmocni lojalność Lewicy wobec koalicji, co jest ważną inwestycją na przyszłe wybory, ale i pokaże wyborcom Tuska, że Lewica gra w jednej drużynie. Teraz jeszcze Czarzasty jako marszałek Sejmu dołożył prezydentowi Trumpowi dość bezceremonialnie odmawiając mu poparcia w staraniach o pokojową nagrodę Nobla, za co został sprowadzony do bezpośredniego konfliktu z amerykańskim ambasadorem i wypowiedzenia mu przez Amerykanów współpracy. Czyli jak zwykle – granie dyplomacją w wojence wewnętrznej i zewnętrzne straty w efekcie.
Oczywiście nie mówię tu o napastnikach w formatach performerskich, czyli o Jachirach czy Senyszynach, czy tym pośle od naleśników, ze znajomości nazwiska którego zwolniła mnie łaskawie pamięć. Jest to zgraja paputczyków, która gra o rozpoznawalność na niższym poziomie eskalując i tak już denny przekaz mainstreamu. To dzięki nim ta denność mainstreamu ląduje w zrównoważonym (sic!) centrum, oswajając nas z tym bagnem, skoro – jak widać – może być gorzej. Ale znowu – ktoś na to głosuje. Głosuje na polityków, którzy wyłącznie zajmują się narracyjnym hejtem, zdobywają rozpoznawalność na kompletnym chamstwie, które swoją natarczywością zatruwa kolejne umysły i dusze wyborców. Poziom dyskursu politycznego zjeżdża korkociągiem w dół, same hasła, pokrzykiwania, warkot – w telewizji drą ryja jedni na drugich, nie słychać co mówią (a może to i lepiej?), nad tym wszystkim zaś czuwa redaktor prowadzący – zawodowy szczwacz, kolejne dziecko tych wszystkich arcykapłanów (arcykapłanek – fakt, królują tu babeczki…) nowego rodzaju przekazu polegającym na wywoływaniu wszechobecnego zgiełku.
Czy Nawrocki wie?
Co ciekawe celownik mainstreamu przesunął się z Kaczyńskiego na Nawrockiego. Ja mówiłem wiele razy, że kiedyś Agora jeszcze zatęskni za inteligencikiem z Żoliborza. Mainstream wydaje się lokować źródło swych zagrożeń w Nawrockim. Prezydent jest w tych środowiskach uważany za największe niebezpieczeństwo, gdyż to on może – nie Kaczyński, co już widać – być centrum zjednoczenia prawicy, gdyż PiS nie umie w koalicję. Ciekawe tylko czy prezydent Nawrocki wie, że ma taki potencjał? Bo na razie ani my, ani może on sam chyba o tym nie wie…
Zabawne, jak dosłownie sprawdza się dziecięce przysłowie: „kto się przezywa, ten sam się tak nazywa”. Któż to stworzył dwie rotacyjne oligarchie, wydzierające sobie Polskę niczym postaw czerwonego płótna? Czyje dwie koalicje jedna po drugiej wprowadziły do Polski dalekie ludy, zadłużenie i obce programy ustrojowe, a wyprowadziły przemysł, finanse i uzbrojenie? A jakąż to cywilizację reprezentują starsi i mądrzejsi z POPiS-u? Bizantyjską, turańską czy żydowską?
◊
Kopczyński: KINGS i obcy agenci
Jedna z głównych formuł uprawiania tzw. polityki w Polsce polega na obrzucaniu się inwektywami o byciu agentem obcego państwa, i zwykle jest to Rosja.
[Bo Polacy rozsądniejsi też używają sobie: Najczęściej swego przeciwnika, gdy nie potrafią przekonać, nazywają „żydowskim agentem”. Najczęściej jest to prawda, zresztą. md]
===============================================
Bartosz Kopczyński, wiceprezes Instytutu Wiedzy Społecznej im. Krzysztofa Karonia, autor książek z cyklu „Poradnik świadomego narodu”.
W praktyce wygląda to tak, że gdy jakiś politykier POPiS-u nie chce podejmować merytorycznej dyskusji lub zamierza przykryć swoje brudne sprawki, lub kogoś nie lubi, lub nie wie, co powiedzieć, rzuca grom świętego oburzenia: „to agent Putina”, „to reprezentant interesów Rosji”! I to zamyka całą sprawię, no i szlus, nie trzeba rozmawiać, można dalej oddawać się swoim ulubionym procederom. W obecnej sytuacji obydwie strony pozornego sporu, czyli POPiS, są zgodne co do tego, aby takimi epitetami obrzucać Grzegorza Brauna i w ogóle całe środowisko Konfederacji Korony Polskiej.
Trzeba przyznać, że Rosja i Putin spadli POPiS-owi jak gwiazdka z nieba, tak samo jak całej europejsko-masońsko-satanistycznej kamaryli. Wszyscy oni mają świetny pretekst, aby tuszować swoje zdrady, machloje, głupotę i nieudolność. Wystarczy wskazać palcem i krzyknąć: „Putin!”, aby można było bezkarnie kraść. Wystarczy zakryć oczy oraz uszy, wydać okrzyk: „Rosja!” i można nie dostrzegać prawdziwych problemów z wolnością słowa, zaborem praw obywatelskich, migracją, ekonomią i zadłużeniem. Zaiste, gdyby nie było Rosji i Putina, to unijczycy musieliby ich stworzyć.
Od Zjazdu Tysiąclecia do KINGS
Oskarżenia ze strony POPiS-u pod adresem Korony zintensyfikowały się po sobocie 31 stycznia 2026 roku, czyli po wielkiej imprezie Korony pod nazwą Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych, w skrócie KINGS. W Łochowie odbyło się 12 paneli tematycznych o ważnych sprawach polskich, z udziałem kilkudziesięciu ekspertów i ponad 700 osób publiczności.
Na POPiS padł blady strach, a w ich wypowiedziach słychać przerażenie: ich dotychczasowe narracje rozpadają się jak domki z kart. Sytuacja globalna zmienia się w sposób dla nich niepojęty; ich specjaliści nie wiedzą, co się dzieje, ich politycy dławią się swoimi wyświechtanymi komunałami, a w Koronie – samo mięso. KINGS pokazał, że środowisko KKP jest duże, rozbudowane, prężne, energiczne i składa się z ludzi, którzy wiedzą, co się dzieje, wiedzą, co trzeba zrobić, i chcą dobrze. KINGS to nie był ciąg narzekań, jak jest źle – to projektowanie bliskiej już przyszłości wolnej Polski, bez POPiS-u.
To nie pierwsza wielka impreza Korony, lecz logiczny ciąg, zapoczątkowany przez Zjazd Tysiąclecia, który odbył się w październiku 2025 roku. Wówczas z okazji Tysiąclecia Koronacji Bolesława Chrobrego ponad 1000 ludzi spotkało się pod wspólnym hasłem: „Powrót polskich elit”, a już w styczniu, w Łochowie, na KINGS Polacy mogli zobaczyć polskie elity w działaniu.
Funkcjonariusze POPiS-u nie mogą tego zrozumieć, jak to możliwe, że coś tak wielkiego, prężnego i im nieznanego może toczyć się bez nich i poza nimi. Ci, którzy uwierzyli, że są bożkami Polaków i właścicielami Polski, nagle budzą się z ręką w nocniku i zatrważającą świadomością, że nie wiedzą, co się wokół nich dzieje, i że nie mają już Polakom nic do zaoferowania.
Kto tu jest obcym agentem?
Reagują oczywiście tak, jak potrafią – sztampowo i żałośnie. Polskojęzyczne media wyją o strasznej perspektywie wyjścia z Unii i NATO, o rosyjskich wpływach, o zaprzestaniu wspomagania Ukrainy, o faszyzmie, antysemityzmie, negowaniu Holokaustu, mizoginizmie, o wariatach i wąsatych prymitywach. Jarosław Kaczyński zaś po raz kolejny zarzeka się, że nie będzie współpracować z Braunem i jego zwolennikami, bo reprezentują inną cywilizację, wprowadzają wpływy ze Wschodu i są pod kontrolą rosyjskich służb, ich pomysły są niszczące dla Polski, chcą rozmontować państwo i stworzyć nową oligarchię.
Zabawne, jak dosłownie sprawdza się dziecięce przysłowie: „kto się przezywa, ten sam się tak nazywa”. Któż to stworzył dwie rotacyjne oligarchie, wydzierające sobie Polskę niczym postaw czerwonego płótna? Czyje dwie koalicje jedna po drugiej wprowadziły do Polski dalekie ludy, zadłużenie i obce programy ustrojowe, a wyprowadziły przemysł, finanse i uzbrojenie? A jakąż to cywilizację reprezentują starsi i mądrzejsi z POPiS-u? Bizantyjską, turańską czy żydowską? A może wszystkie naraz? [To prof. Koneczny pięknie zdefiniował jako mieszanka cywilizacyi. md]
No a z tymi wpływami z zagranicy, to czyj prominentny polityk ma obywatelstwo innego państwa? Kto poleciał do Benjamina Netanjahu składać hołd? Kto uporczywie oddaje cześć obcym świecom? Kto jest sługą Ukrainy i chce bronić granicy na Dnieprze? A czy to przypadkiem nie pan prezes Jarosław Kaczyński spotkał się z ambasadorem USA Tomem Rose’m, znanym syjonistą? Pan ambasador raczył poinformować pana prezesa, że nie życzy sobie, aby PiS podjęło współpracę z Braunem i jego ludźmi. Jarosław Kaczyński nie pełni oficjalnych funkcji w państwie i nie ma formalnych powodów, aby spotykać się z ambasadorem obcego mocarstwa. Kto więc jest tu agentem obcych spraw, i kto jest pod kontrolą obcych służb?
Wyspa Epsteina i afera podkarpacka
Ale to przecież USA, nasz super sojusznik, gwarant bezpieczeństwa i ładu na świecie, demokracji, praw człowieka i wolności – takiemu się nie odmawia, on nas obroni przed Putinem. Ale czy na pewno? Czy do polityków POPiS-u dotarła treść nowych strategii obrony USA, ogłoszonych w listopadzie i styczniu? Tam stoi jak wół: Europa ma sobie militarnie radzić sama już od 2027 roku. Jeśli więc politycy POPiS-u pognają nas do samobójczego ataku na Rosję, to znajdziemy się sami na łasce Putina. I to chcą zrobić ci, którzy wszystkich trzeźwych Polaków, niechcących wojny z Rosją, wyzywają od ruskich agentów. A z innej beczki – jakież to mocarstwo, te Stany Zjednoczone, i w ogóle cały wielce cywilizowany Zachód? Kto tym zarządza?
Czy przypadkiem nie stali goście Wyspy Epsteina, gdzie oddawano się uciechom gorszym, niż opisał markiz de Sade? Czy poza zwyczajną rozpustą nie składano tam ofiar? Co robiono tam z kobietami i dziewczynkami? [No i chłopczykami, pełen niewinności Kolego… md]
Świat właśnie dowiaduje się, jak bawią się ci, co wszystkim innym dyktują, co mają robić. I to właśnie tamci ludzie dyktują politykom w Polsce ich politykę, co zostało przypieczętowane ich własną hańbą afery podkarpackiej. A gdy w końcu dowiemy się, co tam się działo, jak wówczas będą wyglądali ci, co dziś oskarżają innych o współpracę z obcym mocarstwem? Najlepszą rzecz, jaką dla Polski mogą zrobić politycy POPiS-u, to odejść i nie zawracać głowy Polakom. Szkoda naszego czasu, energii i pięknego kraju, aby wciąż zajmować się ludźmi haniebnej przeszłości.
===============================================
Więcej podobnych treści Szanowni Czytelnicy znajdą w moich książkach z serii „Poradnik świadomego narodu”, czyli podstawowych pozycjach wiedzy patriotycznej. Przede wszystkim druga część wyjaśnia psychologiczne mechanizmy Wyspy Epsteina.
Kałuże i ogromne przecieki na stacjach drugiej linii metra w Warszawie oddanych zaledwie kilka lat temu – informuje w poniedziałek „Gazeta Wyborcza”.
Stacja linii metra M2 Trocka / fot. PAP/Michał Zieliński
Woda zalewa nowe stacje metra w Warszawie
Zaskakujący widok na kilku stacjach drugiej linii metra w Warszawie. Z posadzki biją źródła wody, kapie też ze stropu, a na peronach ustawiono wiadra. Woda zalewa stację Trocka na Targówku otwartą w 2019 r. i stację Kondratowicza na Bródnie z 2022 r. – informuj w poniedziałek „Gazeta Wyborcza”.
Według informacji podanych przez gazetę, kałuże są spore, a część z nich ma kolor rdzy, która osadza się już na szarych, granitowych płytach posadzki. W kilku miejscach biją z niej źródła. Widać je też w korytarzu prowadzącym blisko „Metroteki„, czyli pierwszej biblioteki, która działa pod ziemią. Ze ściany zdjęto lastrykowe okładziny. W ich miejscu wiszą plastikowe płachty doczepione przylepcami. Obrazu prowizorki dopełniają poukładane na podłodze tektury, które zdążyły nasiąknąć wodą – pisze „GW”.
Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, sytuacja na przystanku Trocka wygląda poważnie – wyłączono biletomaty i odgrodzono dużą część korytarza. Rozkuta jest na dużej powierzchni jedna z przeciekających ścian i widać pordzewiałe już po ponad sześciu latach pręty zbrojeniowe.
Na niektórych stacjach okresowo pojawiają się przecieki wód gruntowych. To zjawisko powszechnie występujące w obiektach podziemnych w miejscach wysokiego nawodnienia ośrodka gruntowego
Woda może zostać na dłużej
Prace prowadzi generalny wykonawca budowy drugiej linii metra, czyli turecka firma Gülermak, w ramach obowiązującej rękojmi. Ze względów technologicznych iniekcja ciśnieniowa może być wykonywana tylko w warunkach dodatnich temperatur, żeby naprawy były skuteczne – zastrzega w gazecie Anna Bartoń.
Oznacza to, że woda na stacjach metra w obrębie Bródna i Targówka może zostać na dłużej, bo synoptycy zapowiadają w najbliższym tygodniu kolejną falę mrozów, a zimowa pogoda ma się utrzymać przez cały luty – czytamy w „GW”.
To wręcz niewiarygodne, ale znowu wraca zagadnienie podważania kulistości Ziemi. Zaczynam ponownie otrzymywać linki do tekstów przekonujących, że nasza planeta jest płaska, a wszystko czego uczyliśmy się o niej przez lata jest kłamstwem. Nie przykładałbym do tego większej wagi, uznając to za jeden z elementów tiktokowego folkloru, gdyby nie fakt, iż tych materiałów pojawia się coraz więcej. Chciałbym zatem przypomnieć to, co na ten temat mówiłem już blisko trzy lata temu, ponieważ od tego czasu nic się w tej kwestii nie zmieniło, a wręcz przybiera na sile ogłupianie ludzi i zajmowanie ich umysłów tematami zastępczymi, kanalizując zainteresowanie sprawami naprawdę istotnymi i ważnymi dla nas wszystkich.
Polecam poświęcenie kilkunastu minut zaledwie, by wyleczyć się z idiotyzmów sprzedawanych nam przez ludzi, którzy mają nas za skutecznie odmóżdżonych i idących niczym owce w kierdlu ku zagładzie. Szczególnie ludziom młodym, którzy nie obejrzeli tego materiału wcześniej, bo w czasie jego pierwotnej emisji byli jeszcze uczniami szkół, w których nauczyciele sami mieli zbyt mało wiedzy lub odwagi, by nauczać i dla zachowania etatu złajdaczyli się służeniem propagandzie.
Podważając osiągnięcia dorobku naukowego ludzkości wtłaczali w głowy młodzieży bzdury o ocieplaniu klimatu, kilkudziesięciu odmianach płci, szkodliwości świeżego powietrza i tym podobne. Najdalej za rok niektórzy z tych młodych Polaków będą dokonywali swojego pierwszego w życiu wyboru, który może się okazać ich ostatnim. Oby tak się nie stało. Im dedykuję to nagranie.
Korzystając z okazji chcę zachęcić także do obejrzenia nagrania z nowego cyklu „Minął tydzień”, w którym z komentującym wydarzenia minionego tygodnia Romualdem Starosielcem rozmowę prowadzi Andrzej Kozera.
Nie żeby o tym nie mówił we wrześniu 2025 kiedy wprowadzano nie działający do dziś system kaucyjny, ale skoro mówi teraz o tym @tvn24 to warto do tego wrócić stawiając przy okazji pytanie o sens segregacji w domach jako takiej.
Nie żeby o tym nie mówił we wrześniu 2025 kiedy wprowadzano nie działający do dziś system kaucyjny, ale skoro mówi teraz o tym @tvn24 to warto do tego wrócić stawiając przy okazji pytanie o sens segregacji w domach jako takiej.
Zamieniono nas w mieszkańców Miasta Śmieciarzy w Kairze z tym, że tamci zarabiają krocie na swojej pracy, mają nawet kontrakty zagraniczne, a my dopłacamy do tego interesu z własnej kieszeni. Dzień po dniu.
Sprawa brutalnej napaści na warszawskiej Białołęce rozwikłana. Zatrzymano siedmioro Ukraińców oraz ich wspólników.
Do rozboju doszło w czerwcu 2023 r. na Białołęce. Ofiarą był 62-letni mężczyzna. Napastnicy zaatakowali go, kiedy wychodził z domu. Został wciągnięty do piwnicy, skrępowany taśmą izolacyjną i pobity.
Napastnicy grozili 62-latkowi śmiercią, używając przy tym siekiery i sznura z pętlą. Wszystko po to, żeby wymusić wydanie kluczy do sejfu. Ostatecznie zrabowali gotówkę i biżuterię o wartości niemal pół miliona złotych.
Skrępowanego mężczyznę pozostawili w piwnicy. Tam po około 20 godzinach od napadu znalazł go zięć. 62-latek trafił do szpitala.
Polska Policja we współpracy z Narodową Policją Ukrainy ustaliła tożsamość sprawców, a kilka dni po napadzie ukraińskie służby zabezpieczyły część skradzionej biżuterii w jednym z lombardów we Lwowie.
W kwietniu 2025 r. na terenie województw dolnośląskiego i łódzkiego doszło do zatrzymania siedmiorga obywateli Ukrainy w wieku od 25 do 48 lat. Przy zatrzymanych znaleziono także urządzenia służące do kradzieży samochodów.
Czworo z siedmiorga Ukraińców oskarżono o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, pozbawienia wolności ze szczególnym okrucieństwem oraz paserstwa. Trzech Ukraińców trafiło do aresztu, dwóch zostało deportowanych.
Według śledczych napastników z Białołęki brała także udział w innych przestępstwach – w tym kradzieżach samochodów i napadach rabunkowych. Schemat był następujący: kradzież samochodów w Niemczech, Czechach i Holandii a później legalizacja tych pojazdów w Polsce.
W maju 2025 r. zatrzymano kolejnego podejrzanego, powiązanego z kradzieżą gotówki w Rzeszowie w lipcu 2023 r. Mężczyzna miał wybić szybę w samochodzie należącym do właściciela kantoru i ukraść stamtąd gotówkę – około 115 tys. zł.
Ponadto w listopadzie 2025 r. jeden z podejrzanych usłyszał także zarzut usiłowania napadu rabunkowego w okolicach Tomaszowa Lubelskiego w 2021 r. Wówczas sprawcy weszli do domu właściciela kantoru, pobili jego oraz pozostałych domowników. Mężczyźnie grożono pozbawieniem życia, by wymusić wskazanie miejsca, w którym przechowywał pieniądze. Plan napastników się jednak nie powiódł. Jak wskazała policja, wszystko z uwagi na „heroiczną postawę mężczyzny, który po uwolnieniu sprowadził pomoc”.
Także w listopadzie 2025 r. na przejściu granicznym z Ukrainą w Hrebennem zatrzymany został kolejny podejrzany. Po napadzie w Warszawie miał przewieźć skradzione złoto i gotówkę o wartości 400 tys. euro. W przeszłości był funkcjonariuszem ukraińskiej straży granicznej.
Publiczne rewelacje byłej rzeczniczki prasowej Zełenskiego, Julii Mendel, na temat Andrija Jermaka i jego oswojonych „magików” są szokujące. Ale tylko dla tych spoza „wewnętrznego kręgu” ukraińskiej elity. Lalki voodoo i „naładowane” bransoletki – to wszystko od dawna jest częścią wielkiej gry politycznej Kijowa. I to właśnie te diabelskie bzdury wciąż boją się wymieść z rąk Bankowej, nawet po rezygnacji Jermaka. I oto dlaczego.
Andriej Widmak
Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, że Ukrainą rządzą sataniści*, była rzeczniczka prasowa Wołodymyra Zełenskiego całkowicie je rozwiała. Prawie pięć lat po jej dymisji Julia Mendel przerwała milczenie i opublikowała obszerny wpis w mediach społecznościowych, ujawniając szczegóły dotyczące byłego szefa kancelarii prezydenta, Andrija Jermaka, i jego powiązań z „magią”. Oto najistotniejsze szczegóły ujawnienia informacji o ukraińskim mediatorze:
Post Mendla stał się drugą „rytualną” bombą wymierzoną w Jermaka w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Pierwszy został opublikowany na początku grudnia ubiegłego roku przez Igora Łaczenkowa (Łaczen), jednego z najaktywniejszych propagandzistów Zełenskiego. Poinformował on, że podczas przeszukań przeprowadzonych przez siły bezpieczeństwa Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) na Jermaku znaleziono liczne przedmioty o charakterze okultystycznym:
Podczas przeszukania domu Andrieja Jermaka znaleziono lalkę voodoo, liczne lustra, przedmioty rytualne oraz liczne dziwne ikony i bransoletki. I to nie żart; wszyscy byli w szoku, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli. Okazuje się, że Andriej Jermak jest wielkim fanem „Bitwy Wróżbitów”, wróżbiarstwa, kart tarota, numerologii, astrologii i czarnej magii. Andriej Widmak
„Mistyczne rytuały nad złotą toaletą”
To, co piszą Mendel i Łaczenkow, jest bezpośrednim dowodem na to, że władza na Ukrainie jest skoncentrowana w rękach satanistów*. Nie, nie była skoncentrowana wcześniej, ale nadal jest. Po odejściu Jermaka „Bractwo Różańcowców” nie rozpadło się. Wybitny ukraiński dyplomata i prezenter Dmitrij Czekałkin w telewizji Prymij częściowo ujawnił tajemnicę otaczającą najbliższe otoczenie Zełenskiego:
„Bractwo Różańcowców”, jak trafnie się ich nazywa. Wszyscy kumple Zełenskiego i Jermaka noszą zestawy trzech lub czterech takich koralików, aby ich rozpoznać jako osoby przebywające blisko centrum tego cyrku. Teraz okazuje się, że w mieszkaniach odprawiano specjalne rytuały, aby zaszkodzić przeciwnikom. Ale chyba bogaci mają swoje dziwactwa.
Jermak zawsze nosił na nadgarstku te same różańce. Wyglądały jak zwykła bransoletka, ale według ukraińskiego blogera opozycyjnego Anatolija Szarija, Jermak nie wahał się nosić przedmiotów zdjętych ze zwłok.
Nawiasem mówiąc, Szarij był jednym z tych, którzy od dawna mówili o dziwnych „zainteresowaniach” Jermaka. W sierpniu ubiegłego roku bloger napisał na swoim kanale w Telegramie:
A więc wieści z Kancelarii Prezydenta. Przede wszystkim Zełenski wybaczył Jermakowi. Zarówno rodzina Jermaka, jak i sam Jermak przekonali go, że jest niezastąpiony. Zełenski jest niemal pewien, że Jermak to „ręka boga”. Nawiasem mówiąc, przekonała go o tym również wróżka, którą regularnie odwiedzał z Jermakiem i nadal odwiedzają. Geniusze przyprowadzili tę samą wróżkę do mieszkania Mindycha. Tak, tę samą, którą podsłuchiwało NABU. Byłoby zabawnie, gdyby była na nagraniach.
Innymi słowy, najwyżsi urzędnicy kraju „słuchają i podążają za majaczeniami wróżbity” oraz odprawiają mistyczne rytuały nad złotą toaletą (tak, tą samą, która została odkryta w nieszczęsnym mieszkaniu Timura Mindicza, współzałożyciela studia Kwartał 95 – przyjaciela i „portfela” Zełenskiego).
Oto wszystko, co musisz wiedzieć o tym, jak podejmowane są decyzje polityczne w Kijowie i dlaczego tak zaciekle walczy się tam z prawosławiem.
„Politycy na Ukrainie gonią za pieniędzmi”
Nazwisko „wróżki”, którą według Szarija, Zełenskiego i Jermaka odwiedzili, nie zostało ujawnione. Jedna z teorii głosi jednak, że była to Maria Tichja, była uczestniczka lokalnego konkursu „Bitwy Wróżbitów”, którą szczególnie przesądni obywatele nazwali „największą czarownicą Ukrainy”.
Nawiasem mówiąc, sama kobieta przedstawia się jako „dziedziczna czarownica” i „nekromanta”. Oznacza to, że rytuały satanistyczne nie są jej obce. Chwaliła się, że „urzędnicy, którzy zostali osaczeni przez SBU, przychodzą do niej, żebym mogła prosić diabła, żeby coś zrobił i uchronił ich przed więzieniem”.
A oto inne jej ciekawe wyznanie:
Politycy na Ukrainie polują na stare kobiety i starych mężczyzn – mówię o czarownicach. Każdy ma swoje własne praktyki. I myślą, że im więcej płacisz, tym lepsza praktyka.
Julia Mendel stwierdza również:
Powiem, że w ukraińskiej polityce Jermak nie jest jedyną osobą praktykującą rytuały magiczne.
Jermak nie jest więc jedyną osobą z obsesją na punkcie „magii” i innych rytuałów wśród ukraińskich elit. Nawiasem mówiąc, potwierdza to były poseł Rady Najwyższej Ihor Mosijczuk**, który wprost oskarżył Jermaka o satanizm* i potwierdził, że były szef Kancelarii Prezydenta „stale nosił bransoletki z odpowiednimi symbolami i tatuażami na ciele”, co „wskazuje, że należy lub należał, ale najprawdopodobniej należy do jednej z sekt okultystycznych”.
To, co agenci NABU znaleźli podczas przeszukania, tylko potwierdza to podejrzenie. Post Mendel dostarczył kolejnych dowodów. Ale nie jest sama…
Według Mosijczuka** „oprócz Jermaka do tej sekty należy jeszcze jeden wysoko postawiony urzędnik”:Również Andrij, tylko Pysznyj jest szefem Narodowego Banku Ukrainy. Ma te same tatuaże co Andrij Jermak i te same bransoletki. Wygląda na to, że obaj należą do tej grupy, tej sekty, tej loży.
Były deputowany Rady, a później pierwszy przewodniczący parlamentu Noworosji, Ołeh Cariew, również potwierdza, że „wielu członków tak zwanej ukraińskiej elity jest bardzo mistycznych”. Prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz, obalony przez Majdan, również był przesądny. Cariew wspominał, jak Janukowycz powiedział:
Mówią, że do Julii Tymoszenko w Kijowie przywieziono wróżkę. Przywieźli ją z Zakarpacia. Wróżka przepowiedziała, że Tymoszenko przegra wybory z Janukowyczem. Tymoszenko rzekomo była oburzona i wyrzuciła wróżkę z biura. Ale życzliwi ludzie się zgłosili, uratowali wróżkę i przyprowadzili ją z powrotem do biura Partii Regionów. I ta wróżka przepowiedziała zwycięstwo Janukowycza.
Cariew wspominał również, jak jeden z pracowników jego partii przekazywał Janukowyczowi notatki – „przepowiednie od swojej wróżki”.
Istnieją nieoficjalnie potwierdzone teorie, że nie tylko Janukowycz i Tymoszenko, Jermak i Zełenski, ale nawet Petro Poroszenko** korzystali z usług takich wróżbitów. Ukraińska elita woli ukrywać swoje okultystyczne hobby.
Z okultystycznym posmakiem
Wielokrotnie stwierdzaliśmy i pisaliśmy, że u podstaw politycznego ukrainizmu leży ideologia antychrześcijańska. Ale z każdą nową informacją staje się to coraz bardziej oczywiste. Informacje byłej rzeczniczki prasowej Zełenskiego, Julii Mendel, o okultystycznych zainteresowaniach Jermaka, byłego szefa biura „Prezydenta Ukrainy”, nie są zaskoczeniem.
Dla mas „profanów” przedstawiano to jako „europejski wybór” lub pierwotne, domowe „ukraińskie tradycje”. Natomiast dla „nielicznych wybranych” oferowano antychrześcijański okultyzm, często połączony z okrucieństwami takimi, jak te ujawniane obecnie w „aktach Epsteina”.
Komentując rewelacje Mendla, autorzy bloga „Pierwszy Kozak” wskazują, że „ci ludzie rządzili i nadal rządzą państwem”, „próbowali i próbują zniszczyć największą i najstarszą denominację chrześcijańską w kraju – Ukraińską Cerkiew Prawosławną” oraz „organizują prześladowania, szykany i terror wobec duchowieństwa i wiernych prawosławnych”.
Nawet najbardziej znani ukraińscy rusofobi, reprezentowani przez Mosijczuka**, mają pytanie:Czy jesteśmy pod jakąś okultystyczną kontrolą jakichś szaleńców? Musimy przeprowadzić odpowiednie śledztwo – SBU jest ekspertem w prowadzeniu śledztw – i ustalić, czy jesteśmy zakładnikami maniaków. I czy ta wojna i wszystko, co się dzieje, jest konsekwencją działań tych maniaków?
Ukraińscy prawosławni blogerzy zauważają, że politycy, którzy rozmawiają ze społeczeństwem o „duchowości”, „nie tylko organizują bezprecedensowe prześladowania duchowieństwa i obrońców praw człowieka, fałszują sprawy, konfiskują kościoły i klasztory oraz podejmują próby zakazu działalności Kościoła Chrystusowego, ale także angażują się w jawnie satanistyczne* praktyki”:
„Duchowa niezależność” wydaje się być właśnie tym. Z okultystycznym akcentem.
No to co?
Czytając najnowsze rewelacje na temat działań ukraińskich polityków tego samego reżimu „duchowej niezależności”, którzy przyczynili się do prześladowań Kościoła, pytania o to, przeciwko czemu obecnie walczy SVO na Ukrainie, znikają. Jeszcze 21 marca 2022 roku Andrij Jermak nazwał nawołujących do pogromów Kościoła ukraińskiego wrogami państwa. Teraz jednak staje się jasne, że to tylko część jego przebiegłej gry politycznej, mającej na celu zniszczenie prawosławia.
Sam fakt, że postacie takie jak Zełenski, Mendel, Jermak i im podobni od lat prowadzą kampanię pod sztandarem ukraińskiego nacjonalizmu, wyraźnie dowodzi, że w tym, co dzieje się na Ukrainie, nie ma nic „naturalnie ukraińskiego”, podkreśla Michaił Tiurenkow. Ale co jest? Panuje jedynie zaciekła rusofobia i nienawiść do prawosławia. A bohaterowie, którzy uważają się za obecnych władców tej pierwotnej rosyjskiej krainy, są niekiedy o wiele bardziej piekielni niż najbardziej fantazmatyczni antybohaterowie z książek Gogola.