Abraham a Izrael. Całe potomstwo Abrahama już otrzymało ziemię „od rzeki egipskiej aż do wielkiej rzeki Eufrat”, Izrael chce ją odebrać !

Abraham a Żydzi. To potomstwo Abrahama otrzymało ziemię „od rzeki egipskiej aż do wielkiej rzeki Eufrat”

====================================

MD: Ta prosta analiza wybija obecnie broń – argumenty m. inn. z dusz 60 milionów „chrześcijańskich syjonistów” w USA. I oczywiście z ust notorycznych kłamców – propagandzistów Izraela.

Dlatego umieszczam ją jeszcze raz, z prośbą gorąca, by moi czytelnicy tę analizę publikowali w innych portalach.

—————————

Domaganie się przez potomków jednej linii rodowej Abrahama

całej ziemi od Nilu do Eufratu, jest zupełnie bezpodstawne

=====================================================================

 Juliusz Franciszek Susak

Historia Abrahama zajmuje w Biblii miejsce szczególne, ponieważ od jego potomstwa wywodzi się znaczna część ludów zamieszkujących Bliski Wschód. Według biblijnego przekazu Abraham miał ośmiu synów z trzema kobietami, a ich potomkowie dali początek licznym narodom i plemionom regionu. Najstarszym z synów był Izmael, urodzony z niewolnicy Hagar w czasie, gdy żona Abrahama, Sara, pozostawała jeszcze bezdzietna. Później, w bardzo podeszłym wieku Abrahama i Sary, narodził się Izaak – syn uznawany w tradycji biblijnej za dziecko szczególnej obietnicy.

Po śmierci Sary Abraham związał się jeszcze z Keturą, która urodziła mu sześciu kolejnych synów: Zimrana, Jokszana, Medana, Midiana, Jiszbaka i Szuacha. W ten sposób rodowód Abrahama rozgałęził się na kilka linii, które z czasem zaczęły zamieszkiwać różne części rozległego obszaru Bliskiego Wschodu.

Potomstwo poszczególnych synów odegrało znaczącą rolę w kształtowaniu etnicznej mapy regionu. Od Izaaka, poprzez jego synów Jakuba i Ezawa, wywodzą się odpowiednio Izraelici oraz Edomici. Z kolei Izmael w tradycji biblijnej i islamskiej uważany jest za przodka wielu ludów arabskich, które rozprzestrzeniły się na Półwyspie Arabskim i w sąsiednich krainach. Synowie Ketury natomiast zostali według przekazu odesłani „na wschód” i dali początek różnym ludom pustynnym i koczowniczym. Szczególnie znani byli Madianici, wywodzący się od Midiana, z którymi Izraelici wielokrotnie wchodzili w relacje handlowe i polityczne. W ten sposób potomkowie Abrahama stopniowo zasiedlili ogromny obszar rozciągający się między Egiptem a Mezopotamią.

W Biblii pojawia się również obietnica, że potomstwo Abrahama otrzyma ziemię „od rzeki egipskiej aż do wielkiej rzeki Eufrat” [Księga Rodzaju, 15,18]. Gdy zestawi się ten opis z dzisiejszą mapą polityczną, okazuje się, że obejmuje on region, w którym znajdują się współcześnie takie państwa jak Izrael, Palestyna, Jordania, Liban, Syria, Irak oraz części Egiptu i Arabii Saudyjskiej.

W sensie historycznym i demograficznym obszar ten od tysiącleci zamieszkują ludy, które tradycja wywodzi właśnie od synów Abrahama. Arabowie, Żydzi oraz inne narody semickie regionu są więc w szerokim znaczeniu potomkami tej samej postaci biblijnej.

Jednocześnie Biblia podkreśla pewien szczególny aspekt dziedzictwa Abrahama. Choć miał on wielu synów, głównym spadkobiercą jego majątku oraz przymierza z Bogiem został Izaak. Pozostali synowie otrzymali dary i zostali wysłani w inne strony, gdzie zakładali własne rody i wspólnoty. Ten motyw stał się później ważny dla tradycji religijnej judaizmu i chrześcijaństwa, które akcentują linię Izaaka i jego potomków.

Z drugiej strony tradycja islamska przywiązuje dużą wagę do osoby Izmaela jako przodka Arabów. W efekcie różne religie i kultury regionu odwołują się do Abrahama, ale podkreślają inne elementy jego dziedzictwa.

Patrząc szerzej, postać Abrahama stała się symbolem wspólnego pochodzenia wielu narodów Bliskiego Wschodu. Choć historia tych ludów naznaczona jest konfliktami i rywalizacją, ich tradycje religijne i genealogiczne wskazują na wspólny punkt wyjścia. W tym sensie Abraham pozostaje nie tylko bohaterem starożytnego przekazu biblijnego, lecz także symbolicznym przodkiem ogromnej rodziny narodów, których losy przez tysiąclecia splatały się na przestrzeni między Nilem a Eufratem.

Reasumując:

Jeśli spojrzeć na biblijną historię Abrahama w szerokiej, historycznej perspektywie, można dojść do wniosku, że obietnica dana mu przez Boga rzeczywiście znalazła swoje spełnienie. W Księdze Rodzaju pojawia się zapowiedź, że Abraham stanie się „ojcem wielu narodów”, a jego potomstwo będzie liczne i rozprzestrzeni się na rozległych ziemiach. Z biegiem czasu właśnie tak się stało.

Jak już wiemy Abraham miał ośmiu synów z trzech kobiet: Izmaela z Hagar, Izaaka z żony Sary oraz sześciu synów z Ketury – Zimrana, Jokszana, Medana, Midiana, Jiszbaka i Szuacha. Każda z tych linii rodowych rozwinęła się w osobne wspólnoty i plemiona, które stopniowo zasiedlały coraz większe obszary Bliskiego Wschodu.

Potomkowie Izaaka stworzyli naród izraelski, którego historia jest szeroko opisana w Biblii. Z kolei od Izmaela wywodzą się liczne plemiona arabskie, które rozprzestrzeniły się na Półwyspie Arabskim oraz w sąsiednich krainach. Synowie Ketury dali początek kolejnym ludom pustynnym, które zamieszkiwały tereny na wschód od Kanaanu, w rejonach dzisiejszej Arabii i Jordanii. W rezultacie potomstwo Abrahama zaczęło wypełniać niemal całą przestrzeń między Egiptem a Mezopotamią.

Biblijna obietnica mówiła również o ziemi rozciągającej się „od rzeki egipskiej aż do wielkiej rzeki Eufrat”. Gdy zestawi się ten opis z dzisiejszą mapą, obejmuje on region, w którym znajdują się współcześnie takie kraje jak Izrael, Palestyna, Jordania, Liban, Syria, Irak oraz części Egiptu i Arabii Saudyjskiej.

Właśnie na tych terenach od tysięcy lat żyją narody wywodzące się – w tradycji biblijnej i historycznej – z różnych linii potomstwa Abrahama. Żydzi, Arabowie i inne ludy semickie regionu należą w szerokim sensie do tej samej genealogicznej rodziny.

Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że zapowiedź o licznych narodach i o zasiedleniu wielkiego obszaru rzeczywiście już się wypełniła.

Potomkowie Abrahama nie tylko przetrwali przez tysiąclecia, ale także stali się główną ludnością ogromnego regionu świata. Choć późniejsze interpretacje religijne koncentrowały się często na roli jednej linii rodowej, sama rzeczywistość historyczna pokazuje, że cała przestrzeń między Nilem a Eufratem została już zamieszkana przez różne gałęzie tej samej abrahamowej rodziny.

W tym sensie Abraham pozostaje symbolem wspólnego początku wielu narodów Bliskiego Wschodu. Historia jego synów pokazuje, jak z jednego rodu powstała rozległa sieć ludów, kultur i tradycji, które do dziś kształtują oblicze tego regionu. Dlatego można powiedzieć, że biblijna obietnica o licznych potomkach i wielkiej ziemi znalazła swoje spełnienie w historii i geografii świata.

Warto wspomnieć, że jakby „ojciec” Izraelitów nie wziął za żonę kobiety ze swojej linii rodowej i nie miał z tym problemu. Teściem Mojżesza był Jetro, kapłan i przywódca plemienia Madianitów. Mojżesz poślubił jego córkę Seforę, gdy przebywał na wygnaniu w ziemi Madian.

Mojżesz uciekł z Egiptu po tym, jak zabił Egipcjanina bijącego Hebrajczyka. Wtedy schronił się w kraju Madianitów, gdzie spotkał córki Jetry przy studni i pomógł im napoić trzodę. Gdy wróciły do domu i opowiedziały ojcu o nieznajomym, Jetro zaprosił Mojżesza do swojego domu. Z czasem Mojżesz zamieszkał u niego i poślubił jego córkę Seforę.

Madianici byli ludem wywodzącym się od Midiana, jednego z synów Abrahama i Ketury. Oznacza to, że teść Mojżesza pochodził z linii potomków Abrahama, choć z innej gałęzi niż Izraelici.

Oznacza to, że choć Madianici nie należeli do Izraelitów, byli w tradycji biblijnej dalszą gałęzią tej samej rodziny wywodzącej się od Abrahama. W tym sensie Mojżesz nie wchodził w relację z całkowicie obcym ludem.

Relacja Mojżesza z Jetrem przedstawiona jest wręcz bardzo pozytywnie. Gdy Mojżesz uciekł z Egiptu i znalazł się w ziemi Madian, Jetro przyjął go do swojego domu i oddał mu za żonę swoją córkę Seforę. Mojżesz przez wiele lat mieszkał w jego rodzinie i pracował jako pasterz jego stad. Właśnie podczas tego pobytu, według Księgi Wyjścia, Mojżesz doświadczył objawienia Boga przy gorejącym krzewie, które zapoczątkowało jego misję wyprowadzenia Izraelitów z Egiptu.

Co więcej, gdy później Izraelici wyszli z Egiptu, Jetro odwiedził Mojżesza na pustyni. Biblia opisuje ich spotkanie jako serdeczne i pełne wzajemnego szacunku. Z biblijnego punktu widzenia nie ma więc śladu konfliktu czy napięcia z powodu pochodzenia teścia Mojżesza. Przeciwnie – przedstawiony jest on jako mądry doradca i człowiek, który uznaje Boga Izraela. Pokazuje to, że w najstarszych opowieściach biblijnych relacje między różnymi gałęziami potomków Abrahama mogły być nie tylko pokojowe, ale także oparte na współpracy i wzajemnym szacunku.

Zatem domaganie się przez potomków jednej linii rodowej Abrahama

całej ziemi od Nilu do Eufratu, jest bezpodstawne.

OD NILU PO EUFRAT? JAK NAPRAWDĘ WYGLĄDAŁA BIBLIJNA ZIEMIA OBIECANA

OD NILU PO EUFRAT?

JAK NAPRAWDĘ WYGLĄDAŁA

BIBLIJNA ZIEMIA OBIECANA

Franciszek Susak

OD NILU PO EUFRAT? JAK NAPRAWDĘ WYGLĄDAŁA BIBLIJNA ZIEMIA OBIECANA

Biblijne opisy granic Kanaanu należą do najstarszych „map” świata zapisanych w formie tekstu. Analizując fragmenty z Księga Liczb (rozdział 34) oraz Księga Jozuego (rozdział 13), możemy odtworzyć obraz regionu, który dziś obejmuje tereny takich krajów jak Izrael, terytoria palestyńskie, Liban, Syria i Jordania.

Według biblijnego opisu Kanaan miał mieć wyraźnie wyznaczone granice naturalne. Na zachodzie jego kres wyznaczało „Wielkie Morze”, czyli dzisiejsze Morze Śródziemne.

Granica południowa zaczynała się przy Morzu Martwym, biegła przez pustynię Negew w okolicach Kadesz-Barnea i kończyła się przy tzw. Potoku Egipskim, który utożsamia się z Wadi al-Arisz na Synaju, a nie nie z Nilem, jak się nam usiłuje wmówić. W praktyce oznaczało to, że całe południowe wybrzeże – włącznie z obszarem dzisiejszej Strefy Gazy – wchodziłoby w skład Kanaanu.

Na północy granica ciągnęła się od morza w kierunku gór Libanu, aż do tzw. „Wejścia do Chamat”, które identyfikuje się z Przełęczą Hims w zachodniej Syrii – naturalnym korytarzem między górami a wybrzeżem.

Z kolei granica wschodnia prowadziła przez okolice dzisiejszego Hims, następnie wzdłuż Jeziora Galilejskiego i dalej z biegiem rzeki Jordan aż z powrotem do Morza Martwego.

Choć ta wizja wygląda spójnie, Księga Jozuego pokazuje bardziej realistyczny obraz. Chociaż i ona wymienia tereny, które formalnie należały do Ziemi Obiecanej, ale nigdy nie zostały opanowane przez Izraelitów.

Najważniejszym przykładem była Filistea – pas wybrzeża zdominowany przez pięć warownych miast: Gaza, Aszkelon, Aszdod, Gat i Ekron. Były to niezależne ośrodki polityczne, które skutecznie opierały się izraelskiemu podbojowi.

Podobna sytuacja panowała na północy. Choć teoria sięgała daleko w głąb Syrii, w praktyce wpływy Izraelitów kończyły się w pobliżu fenickich miast – Sydonu i Byblos. Region ten pozostał pod kontrolą Fenicjan.

Szczególnym przypadkiem były tereny na wschód od Jordanu, zasiedlone przez pokolenia Rubena, Gada i połowę Manassesa – czyli obszary dzisiejszej Jordanii oraz Wzgórza Golan.

Do kluczowych punktów należały: Wadi al-Mudżib (biblijny Arnon) – naturalna granica w postaci głębokiego kanionu, Baszan i Gilead – żyzne wyżyny znane z hodowli bydła i Góra Hermon – dominujący punkt orientacyjny regionu.

Gdy porównamy biblijny opis z nowoczesną mapą, okaże się, że Kanaan w dużej mierze pokrywa się z obszarem znanym dziś jako Lewant. Największe różnice dotyczą wybrzeża: choć formalnie należało ono do Kanaanu, pozostawało w rękach Filistynów i Fenicjan.

To pokazuje ciekawą rzecz: biblijna „mapa” była bardziej wizją niż rzeczywistością polityczną. Izraelici funkcjonowali w świecie, w którym musieli współistnieć z innymi silnymi kulturami – na wąskim pasie ziemi między pustynią a morzem.

Utrata biblijnej Ziemi Obiecanej nie była jednym wydarzeniem, ale długim procesem, który rozciąga się na całe stulecia i ma kilka wyraźnych etapów. Pierwszy z nich wiąże się z dramatem północnego królestwa, królestwa Izraela. W VIII wieku p.n.e. potęga Asyrii zaczęła dominować region, a w 722 roku p.n.e. zdobyła stolicę Izraela – Samarię. Znaczna część ludności została deportowana w głąb imperium, zgodnie z asyryjską polityką przesiedleń. W tradycji biblijnej i późniejszej pamięci utrwaliło się to jako zaginięcie „dziesięciu plemion Izraela” – społeczności, które rozpłynęły się wśród innych ludów i przestały istnieć jako odrębna całość.

Od tego momentu historia Izraela przestaje być historią jednego narodu żyjącego na swojej ziemi. Pozostaje jednak jeszcze południowe królestwo Judy, z centrum w Jerozolima, ale i ono nie uniknie podobnego losu. W VI wieku p.n.e. zostaje podbite przez Babilonię, a elity trafiają na wygnanie. Choć część ludności wraca później i wznawia kult oraz odbudowuje świątynię, doświadczenie utraty ziemi i życia poza nią staje się trwałym elementem tożsamości.

Kolejny przełom następuje już w czasach rzymskich. W 70 roku n.e., po żydowskim powstaniu przeciwko Cesarstwu Rzymskiemu, dochodzi do oblężenie Jerozolimy (70 n.e.) i zburzenia Drugiej Świątyni w Jerozolimie. To wydarzenie ma znaczenie trudne do przecenienia. Świątynia była nie tylko miejscem kultu, ale centrum życia religijnego i symbolem obecności Boga pośród ludu. Jej zniszczenie oznaczało nie tylko polityczną klęskę, ale głęboki wstrząs duchowy. W kolejnych dziesięcioleciach i stuleciach coraz więcej Żydów żyje poza Judeą, a diaspora staje się dominującą formą istnienia narodu.

W tym kontekście szczególnie interesujące jest spojrzenie św. Pawła Apostoła, znanego przed nawróceniem jako Szaweł z Tarsu. Żyje on jeszcze przed zburzeniem Świątyni, ale już w świecie, w którym wielu Żydów funkcjonuje poza swoją ziemią. W swoich listach apostolskich podejmuje temat przynależności do ludu Bożego w sposób, który znacząco przesuwa akcenty. Dla Pawła kluczowe przestaje być terytorium czy pochodzenie etniczne, a zaczyna być nim wiara i relacja z Bogiem. W Liście do Rzymian pisze o Izraelu już nie tylko jako wspólnocie krwi i ziemi, ale przede wszystkim jako rzeczywistości duchowej, do której mogą należeć także poganie. Obietnica, która kiedyś była związana z konkretnym miejscem, i konkretną linią rodową, zostaje – w jego interpretacji – rozszerzona na cały świat.

Co więc ze współczesnymi roszczeniami?

Po zburzeniu Drugiej Świątyni w 70 r. n.e. diaspora żydowska uległa znacznemu rozproszeniu, choć jej początki sięgają już wcześniejszych deportacji, m.in. po niewoli babilońskiej. Tradycyjny podział na dwanaście plemion Izraela z czasem utracił znaczenie społeczne i polityczne; w źródłach historycznych okresu rzymskiego dominują odniesienia do Judejczyków, a nie do poszczególnych plemion.

W związku z tym współczesne roszczenia odnoszące się do ziem historycznej Judei nie mogą być wywodzone z przynależności do konkretnych plemion ani traktowane w kategoriach „mienia bezspadkowego”.

=======================================

[md: Tak wygląda propaganda: ]

=======================================

A tak – historyczna rzeczywistość… :


—————————————————-

———————————–


Czego może nas nauczyć „zajęcie tankowca” przez Iran – o „rzeczywistości” głównych mediów?

Czego „zajęcie tankowca” przez Iran może nas nauczyć o „rzeczywistości” głównych mediów?

Czego może nas nauczyć „zajęcie tankowca” przez Iran – o „rzeczywistości” głównych mediów?

Kit Knightly

Dziś rano irańskie państwowe kanały medialne opublikowały nagranie wideo, na którym widać komandosów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej przejmujących kontenerowiec w Cieśninie Ormuz.

Myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać. To może nas wiele nauczyć.

Tylko spójrz:

==========================

Agencja Reuters opisuje to w następujący sposób…

Irańska telewizja państwowa wyemitowała nagranie wideo przedstawiające przejmowanie kontenerowców przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.

Ale to nie do końca prawda. Bardziej precyzyjne stwierdzenie byłoby takie, że irańska telewizja państwowa wyemitowała nagranie z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, na którym udawali, że przechwytują kontenerowce.

Ponieważ materiał filmowy musi być w pewnym stopniu sfałszowany.

Najbardziej realistyczne wyjaśnienie jest takie, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej faktycznie przejął statek, następnie poinformował o tym fakcie kontynent drogą radiową, wysłał drona z kamerą i ekipę filmową, a następnie odtworzył przejęcie na potrzeby kamer.

W środku strefy wojny.

To najwyższy poziom wyobrażalnej rzeczywistości. Całkiem możliwe, że jest jeszcze mniej realny.

Zwróćcie uwagę na kąty kamery. Policzyłem – jest ich co najmniej cztery.

  1. Ujęcie z drona na początku, szerokie.
  2. Zbliżenie na żołnierzy wchodzących po drabinie.
  3. Nagrania z przenośnej kamery pokazują żołnierzy zabezpieczających narożniki i przeszukujących pokład.
  4. Szerokokątne ujęcia na poziomie wody zostały wykonane z łodzi.

To nie jest rzeczywistość. To kinematografia.

Nagrania z drona to „ujęcie wprowadzające”. Zbliżenia umieszczają nas w samym środku akcji. Kamera ręczna, która śledzi żołnierzy, nadaje ujęciom dynamiki. To podstawa produkcji filmowej.

To jest wyreżyserowane. Musiało być wyreżyserowane – a jednak nikt tego nie mówi.

Przypomina to radosne dni 2015 roku, gdy ISIS, w jakiś sposób i z nieznanych przyczyn, sfilmowało konwoje nieskazitelnych, identycznych pickupów Toyot jadących przez pustynię o złotej godzinie, a następnie umieściło nagranie w mediach społecznościowych.

Nagranie IRGC jest dokładnie takie samo – to produkt oczywistej sztuczności, którą mamy ignorować.

=============================================================

Czy to oznacza, że ​​statki nie istnieją? Czy też, że tak naprawdę nie zostały przejęte? A może, że wojna jest całkowicie sfabrykowana?

Nie. Przynajmniej niekoniecznie – i nie o to tu chodzi.

Chodzi o coś więcej niż tylko o ten film, te statki i wojnę w ogóle.

Chodzi o to, że media głównego nurtu warunkują odbiór treści audiowizualnych. Uczą nas oglądać film całkowicie poza kontekstem jego powstania, mentalnie izolując operatora kamery, oświetlenie, oprogramowanie do montażu i wszystkie inne etapy między wydarzeniem a pojawieniem się filmu w mediach społecznościowych.

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do oglądania filmów i telewizji, że akceptujemy te same techniki montażu narracji w naszych „wiadomościach”. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do kamer wszędzie, które wszystko nagrywają, że zapomnieliśmy, że ktoś musi je tam umieścić i włączyć.

Obejrzyj jeszcze raz film IRGC. Kiedy ten aktor i/lub żołnierz wspina się po burcie statku w kierunku kamery, wie, że nie ma zagrożenia, ponieważ na pokładzie jest już „przyjazna” osoba, która go filmuje. Jego energia i agresja to spektakl.

Co więcej, mężczyzna na szczycie drabiny ma co najmniej jedną kamerę. Być może nawet oświetlenie lub mikrofon. Prawdopodobnie mówi aktorowi, jak szybko ma się wspinać i upewnić się, że jego twarz pozostanie w kadrze.

To nie jest rzeczywistość.

Życie nie jest automatycznie filmowane z różnych kątów, po to, by można je było zmontować w ekscytujący montaż.

Zapamiętaj ten klip…

To doskonale zwięzłe przypomnienie, że przytłaczająca, PRZEWAŻAJĄCA większość „prawdziwych”, „wirusowych” i „spontanicznych” materiałów filmowych nie jest tym, czym jest.

Jak ktoś w odpowiedziach zauważył: Ludzie po prostu muszą „myśleć o jeden poziom wyżej”.

Za każdym razem, gdy oglądasz film, ktoś gdzieś świadomie zdecydował się go nagrać. Za każdym razem, gdy widzisz zmianę perspektywy, ktoś nagrał go z wielu ujęć, a następnie zmontował.

Fałsz jest wszechobecny na rynku medialnym, a ty jesteś nauczony tego nie zauważać.

Pamiętaj więc, aby zawsze zadać sobie pytanie, kto trzyma kamerę, jak ta osoba się tam znalazła – i dlaczego.

Źródło: Czego „zajęcie tankowca” przez Iran może nas nauczyć o „rzeczywistości” MSM.

Jeszcze intryga, czy już potknięcie?

Jeszcze intryga, czy już potknięcie?

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  24 kwietnia 2026 michalkiewicz

Byłby to przypadek rzadki – a czy w ogóle są przypadki?” – zastanawia się poeta. Rzeczywiście – czy Mateusz Morawiecki musiał czekać, aż wyjaśni się sytuacja polityczna na Węgrzech, by zainaugurować swój ruch „Rozwój Plus”? Może nie musiał, może musiał, a może wolał? Jeśli nie musiał, to znaczy, że nawet w ramach rozmaitych zależności, cieszy się pewnym zakresem samodzielności, no bo jeśli musiał, to by znaczyło, że się nie cieszy. Wreszcie jeśli wolał, to znaczy, że chciał postawić Naczelnika Państwa przed dodatkowym faktem dokonanym.

Jeśli się nad tym zastanawiamy, to dlatego, że droga Mateusza Morawieckiego do stanowiska premiera rządu „dobrej zmiany” z nadania Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, była zagadkowa. Poprzednio bowiem Mateusz Morawiecki był doradcą doskonałym obywatela Tuska Donalda i to w okresie, gdy dostosowywał on nasz nieszczęśliwy kraj do strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego. Co się stało, że po takiej zaprawie, po przejściu naszego nieszczęśliwego kraju w roku 2015 pod kuratelę amerykańską, został w korcu maku wyszperany przez Naczelnika Państwa i postawiony na stanowisku wicepremiera przy pani Beacie Szydło?

Musiała to być jakaś piekielnie skomplikowana intryga ze strony Naczelnika, którego od co najmniej trzech dekad uważam wprawdzie za wirtuoza intrygi – ale takiego, który na końcu z reguły potyka się o własne nogi. Tymczasem ta nominacja okazała się dla Mateusza Morawieckiego trampoliną do dalszej kariery.

Po felonii jakiej wobec swego wynalazcy Jarosława Kaczyńskiego dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina, wetując pakiet ustaw sądowych, wskutek czego do dzisiaj mamy straszliwe zgryzoty, Naczelnik Państwa pod koniec roku 2017 przeprowadził „głęboką rekonstrukcję rządu” dobrej zmiany, spuszczając z wodą do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi” w Parlamencie Europejskim panią premier Beatę Szydło, dymisjonując złowrogiego Antoniego Macierewicza i pana ministra Szyszkę, a na miejsce pani Beaty awansując na stanowisko premiera właśnie Mateusza Morawieckiego.

Jakież mogły być powody tego awansu? Pewnej wskazówki dostarcza spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza. Był on ministrem obrony narodowej a więc osobistością ważną – ale z hipoteką obciążoną poważnymi zaszłościami, które – być może – skłoniły Naczelnika Państwa do pójścia na kompromis. Warto przypomnieć że Antoni Macierewicz, którego znam od czasów konspiracji w latach 70-tych, był jednym z założycieli KOR, którego ojcostwo z zagadkowych przyczyn przypisano potem Michnikuremkowi. Już samo to by wystarczyło, by stare kiejkuty zagięły na Macierewicza parol. A tu jeszcze wlecze się za nim lustracja z 4 czerwca 1992 roku, kiedy to całemu stadu autorytetów moralnych, na oczach całej Polski, ściągnięto ineksprymable i każdy mógł zobaczyć tzw. „wstydliwe zakątki”.

Jakby tego było mało, w 2006 roku odegrał ważną rolę w rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, z których wypączkowała Służba Wywiadu Wojskowego i Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która rękami i nogami próbuje nie dopuścić prof. Sławomira Cenckiewicza, który w rozwiązywaniu WSI też maczał palce, do „informacji niejawnych”, to znaczy – spraw, jakie stare kiejkuty chciałyby zachować w ścisłej tajemnicy. Wreszcie Macierewicz anulował kontrakt na dostawę francuskich helikopterów „Caracall”, wskutek czego mnóstwo sławnych ludzi budziło się w środku nocy zlanych zimnym potem i już do rana nie mogło zasnąć – bo na dobry porządek trzeba by w tej sytuacji oddać wszystkie „bonusy” – ale jakże tu oddać, kiedy się już je wydało?

I wisienka na torcie w postaci kuracji przeczyszczającej w naszej niezwyciężonej armii. Każdy przyzna, że nazbierało się tego sporo – ale czy to nie jest wskazówka, z kim konkretnie, po felonii Andrzeja Dudy, musiał pójść na głęboki kompromis Naczelnik Państwa? Zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, Naczelnik Państwa reprezentuje Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, podczas gdy reprezentantem Stronnictwa Pruskiego jest przewodniczący Volksdeutsche Partei obywatel Tusk Donald. Wprawdzie w roku 2015 Amerykanie wciągnęli nasze ubeckie dynastie na listę „naszych sukinsynów” – ale Niemcy też zapuścili u nas swoje korzonki – więc premier Morawiecki – jak powszechnie wiadomo – podpisywał wszystko, co mu tam Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podsunęła – chociaż, być może na gorącą prośbę Naczelnika Państwa, maskował tę uległość patriotyczną, tromtadracką retoryką.

No a teraz, kiedy – po wyborach w Polsce i w Rumunii, Niemcy mało jaja nie znieśli z radości na widok ponownego sprowadzenia „do Europy” również Węgier, Mateusz Morawiecki mógł dojść do wniosku, że nie ma co się dłużej namyślać i zainaugurował swoje stowarzyszenie „Rozwój Plus”. Mamy w związku z tym dwie możliwości.

Albo Mateusz Morawiecki finalizuje właśnie swoje trzecie zadanie w postaci neutralizowania PiS – bo do stowarzyszenia przystało podobno ponad 30 posłów tego ugrupowania. To by się trzymało kupy, bo skoro po ponownym wciągnięciu Węgier „do Europy” Niemcy rozciągają swoją kuratelę nad Europą Środkową, to może rzeczywiście żadne tam listki figowe w Polsce nie są im już potrzebne? Zwróćmy uwagę, że vaginet obywatela Tuska Donalda wyłazi ze skóry, żeby przed wyborami w roku 2027 wsadzić do kryminału znienawidzonego Grzegorza Brauna i zdelegalizować jego Konfederację Korony Polskiej – i właśnie z tego powodu kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego już nie mogli czekać ani chwili dłużej, tylko złożyli ślubowanie wobec Wielce Czcigodnego Włodzimierza Czarzastego – bo to właśnie TK delegalizuje partie, a to, jak orzeknie, zależy przecież od właściwie dobranego składu nienawistnych sędziów.

Być może zresztą na Konfederacji Korony Polskiej się nie skończy, bo tylko patrzeć, jak vagineciarze zabiorą się i za tę drugą Konfederację pod pretekstem demonstracji w wykonaniu Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza, co to pokazał w Sejmie plakat na którym flaga Izraela została zamiast w Gwiazdę Dawida zaopatrzona w swastykę i to zaraz po tym, jak w chwilowo nieczynnym obozie w Auszwicu kotłowali się uczestnicy „Marszu Żywych”.

Druga możliwość jest taka, że Mateusz Morawiecki uruchomił swoje stowarzyszenie na rozkaz Naczelnika Państwa, żeby zwabić tam „konserwatystów” i w ten sposób zneutralizować Konfederację. Jako wirtuoz intrygi Naczelnik Państwa zrobił wszystko, by gawiedź myślała, że to samowolka Mateusza Morawieckiego – ale wbrew kategorycznym deklaracjom z PiS go nie wyrzuca. Nie trzyma się to wszystko kupy, ta druga możliwość – ale intryga Naczelnika z roku 2007 przeciwko Andrzejowi Lepperowi też nie trzymała się kupy, a doprowadziła do sytuacji, gdy Naczelnik potknął się o własne nogi, otwierając drogę do rządów naszym nieszczęśliwym krajem obywatelu Tusku Donaldu

Stanisław Michalkiewicz

Rzeź Ormian, z Polską w tle. 10 faktów, o których nie wolno zapomnieć

Rzeź Ormian, z Polską w tle.

10 faktów, o których nie wolno zapomnieć

pch24.pl/rzez-ormian-z-polska-w-tle-10-faktow-o-ktorych-nie-wolno-zapomniec


24 kwietnia 1915 roku władze tureckie przeprowadziły masowe aresztowania przedstawicieli ormiańskich elit. Uwięzionych w większości wymordowano. Był to ledwie początek prawdziwego koszmaru, który Ormianie nazwą później Mec Jeghern – Wielkim Nieszczęściem.

  1. Wyznawcy Wernyhory

Niejeden rodak zżyma się na przypominanie wielkiej masakry sprzed przeszło wieku.

Nie tak dawno znaleźli się u nas inicjatorzy i obrońcy idei wzniesienia w Krakowie pomnika ku czci żołnierzy tureckich z czasów I wojny światowej. Pomysłodawcy tej akcji nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że na polskiej ziemi stanąłby monument upamiętniający armię splamioną udziałem w ludobójstwie. Ktoś podsumował to gorzko, że nie może być inaczej, skoro niemała część populacji czerpie wiedzę o przeszłości z… tureckich seriali telewizyjnych. Jednak sympatia okazywana bisurmanom znad Bosforu ma u nas dość długą tradycję.

Niby pamiętamy o Warneńczyku, Chodkiewiczu i Sobieskim, ale przecież było to tak dawno…. Ostatnią wojnę z Turcją Sarmaci stoczyli pod koniec XVII stulecia, potem osłabiona Porta przestała ich przerażać. Kiedy zaś przyszedł czas rozbiorów, pokaźna część naszych działaczy niepodległościowych zaczęła upatrywać sojusznika w państwie osmańskim, od wieków prowadzącym śmiertelny bój z Rosją i Austrią.

Krzepiące mity kazały wierzyć w dobrych sułtanów rzekomo nieuznających rozbiorów Rzeczypospolitej, jakoby z utęsknieniem wyczekujących na dawno niewidzianego posła z Lechistanu. Skwapliwie propagowano bajdurzenia egzaltowanych umysłów, w rodzaju „proroctwa ukraińskiego wieszcza Wernyhory”, zapowiadającego zmartwychwstanie Polski za sprawą naszych wiernych sprzymierzeńców, w tym Turków („Anglik sypnie złotem, Francuz wesprze, Muzułmanin konia napoi w Horyniu”).

Jest prawdą, że nad Bosforem znaleźli schronienie liczni nasi emigranci. Niejeden zrobił karierę na dworze sułtana bądź w jego wojsku, zwłaszcza jeśli zdecydował się na porzucenie wiary przodków i konwersję na islam. Uchodźcy z Lechistanu pisali o Turcji przeważnie ciepło, nawet w superlatywach.

Zastanawiające, jak wielu propagatorów walki „za wolność naszą i waszą” (!) nie dostrzegało, bądź udawało że nie dostrzega dramatu chrześcijańskich poddanych sułtana. A przecież całkowicie odmienną perspektywę od naszej mieli Serbowie, Bułgarzy, Grecy, Asyryjczycy, Ormianie – podobnie jak gdzie indziej Wandejczycy opierający się jakobińskiemu reżimowi, albo Hiszpanie broniący swej ojczyzny przed zastępami Napoleona.

To tragiczny paradoks, że w okresie zaborów tak liczni polscy rycerze wolności uznali za wzorzec i bastion swobody dwie najkrwawsze, najbardziej opresyjne satrapie europejskie – rewolucyjną Francję oraz muzułmańską Turcję.

  1. Wydani pod miecz

Na szczęście większości Polaków łatwo przychodzi zrozumienie cudzego cierpienia.

Wszak sami moglibyśmy wystawić obszerne rachunki krzywd za czas zaborów.

Z bólem wspominamy 7000 cywilów i jeńców zamordowanych podczas rzezi Pragi, albo z górą tysiąc ofiar rabacji galicyjskiej, czy też 670 straconych powstańców styczniowych. Do tego tysiące zesłanych w otchłań Sybiru bądź na katorgę, więzionych w cytadelach, wcielonych w szeregi armii zaborczych. I jeszcze zamykane kościoły i klasztory, męczeństwo unitów, rusyfikację, germanizację, rugi pruskie, dzieci katowane za polski pacierz…

A przecież czujemy niekłamaną zgrozę dowiadując się, co działo się w tym samym czasie w Turcji. Jeszcze przed ludobójstwem Ormian, przez cały XIX wiek chrześcijańskie narody w tym kraju spływały krwią. Kiedy w latach 20. tamtego stulecia Grecy poderwali się do walki o niepodległość, Turcy zareagowali masowymi rzeziami. Wycinano w pień albo sprzedawano w niewolę skupiska ludności liczące niekiedy dziesiątki tysięcy osób. Tylko w jednym miejscu, na wyspie Chios społeczność chrześcijan skurczyła się ze 120.000 do ledwie 2000 głów!

Pół wieku później oniemiały z przerażenia świat obserwował masowe masakry Bułgarów. Świadek historii Januarius Aloysius MacGahan słał raporty z Rodopów – o dzieciach wbijanych na ostrza bagnetów, o brzemiennych niewiastach, którym wydzierano z brzuchów płody, o ludzkich czaszkach pękających w paszczękach zdziczałych psów.

W ostatniej dekadzie tamtego strasznego stulecia, za rządów sułtana Abdülhamida zwanego Krwawym, można mówić o pierwszej próbie ludobójstwa tureckich Ormian – zabito ich wtedy od dwustu do trzystu tysięcy, to jest ponad 10 proc. ich społeczności.

Wypada dziękować Bogu, że Polacy pod zaborami nie doświadczyli tak wielkich cierpień, o tak potwornej skali. Nie piszę tego, aby lekceważyć nasze polskie tragedie, ani by chwalić domniemaną powściągliwość zaborców. Chcę tylko przypomnieć, jaka naprawdę bywała ówczesna Turcja, którą idealizowało tak wielu naszych rodaków.

  1. Jakobini nad Bosforem

W 1908 roku w Konstantynopolu doszło do przewrotu wojskowego. Władzę objął młodoturecki Komitet Jedności i Postępu.

Młodoturcy, powiązani z masonerią, mieli ambicję przekształcić Turcję w nowoczesne państwo oparte na wzorach zachodnioeuropejskich. Rzeczywiście byli zapatrzeni w Europę, ale niestety, w pewne dość szczególne wzorce. Zagraniczni dziennikarze i dyplomaci donosili zdumieni (a czasem zachwyceni), że w Konstantynopolu podczas defilad obnoszone jest na sztandarach hasło: Wolność – Równość – Braterstwo; że orkiestry wojskowe przy każdej okazji grają Marsyliankę. Młodoturcy byli entuzjastami rewolucji francuskiej.

W tym momencie ludzie co nieco obeznani z historią powinni poczuć niepokój. Bo rewolucja francuska to nie tylko wzniosłe, chwytliwe hasła. To również gilotyny i terror. To obozy koncentracyjne w Gujanie. To upośledzone dzieci z kościelnych przytułków wymordowane podczas masakr wrześniowych. To masowe topienie więźniów stłoczonych w barkach rzecznych. To eksperymenty z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu do produkcji mydła i świec, zaś ludzkiej skóry do produkcji odzieży. Rewolucja francuska to wreszcie ludobójstwo w Wandei, to „kolumny piekielne” przemierzające „kraj kontrrewolucjonistów” i zabijające każdą napotkaną żywą istotę.

Skoro więc w Turcji w 1908 roku zdobyli władzę ludzie zafascynowani rewolucyjnym barbarzyństwem, masowy rozlew krwi był kwestią czasu.

  1. Sojusz fanatyków

Młodoturcy chcieli stworzyć nowoczesny naród. Zadanie wydawało się karkołomne, jako że kraj zamieszkiwały niezliczone nacje i ludy, w dodatku wyznające różne religie.

Młodotureckie elity trudno byłoby określić mianem islamistów. Wielu liderów ruchu marzyło o państwie laickim. Wszelako na tym etapie uznawali rolę islamu jako spoiwa imperium. Stąd ich hasłem było: „Turkizacja – islamizacja – modernizacja”.

Rządzący uznali, że wspólnoty chrześcijańskie nie pasują do wizji wyśnionego narodu tureckiego. Postanowiono więc je unicestwić – poprzez przymusową islamizację, deportację bądź też dokonując ich eksterminacji. Przewidziano użycie instrumentów państwowych – armii, policji, sądów, obozów koncentracyjnych, jak również ochotniczych bojówek muzułmańskich, kierujących się nienawiścią wyznaniową.

Nadchodzące ludobójstwo było więc efektem fuzji dwóch fanatyzmów – rewolucyjnego, laickiego jakobinizmu miażdżącego opornych stojących na drodze Postępu, jak również wojującego islamizmu wiernego tradycji wyrzynania giaurów.

  1. Pomruki burzy

Zwiastunem nadchodzącego kataklizmu była rzeź 30.000 Ormian w Adanie w 1909 roku.

Władze oficjalnie jeszcze wykręcały się od odpowiedzialności, przypisując winę lokalnym mahometańskim radykałom, bądź… samym Ormianom. Jednak na wiosnę 1913 roku rząd rozpoczął powszechną akcję wysiedlania i deportacji tysięcy chrześcijan greckich i bułgarskich. Zdarzały się przy tym masowe mordy, jak zabójstwo 50 bezbronnych Greków – mężczyzn, kobiet i dzieci – w Fokaji. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Latem 1914 roku wybuchła Wielka Wojna. W owym czasie ziemie historycznej Armenii znajdowały się w granicach Turcji i Rosji. Oba te państwa znalazły się w przeciwnych obozach. Przez teren Armenii przebiegał jeden z odcinków frontu turecko-rosyjskiego. Ormianie, podobnie jak Polacy, walczyli po obu stronach, w obcych mundurach.

Na samym początku wojny dowództwo rosyjskie wezwało tureckich Ormian do zachowania spokoju, by nie dać wrogowi pretekstu do represji. Istotnie, w następnych miesiącach rząd młodoturecki wielokrotnie dziękował ormiańskim obywatelom za lojalną postawę. Żołnierze osmańscy narodowości ormiańskiej byli wyróżniani medalami za męstwo. Zadaje to kłam późniejszym wystąpieniom propagandystów, którzy próbowali usprawiedliwić akcję ludobójczą rzekomą masową kolaboracją rodzimych Ormian z Rosjanami.

  1. Mec Jeghern

Młodoturcy uruchomili machinę terroru w kwietniu 1915 roku. Przeprowadzono wówczas aresztowania inteligencji ormiańskiej w Konstantynopolu. Potem represje rozlały się na cały kraj.

Prześladowania nie były niczym nowym w historii ludów chrześcijańskich imperium. Nowością była skala represji i stopień ich organizacji. Dawne chaotyczne pogromy zastąpiła przemyślana w szczegółach, przeprowadzana na zimno akcja eksterminacyjna, w której dążono do zlikwidowania całej populacji wyznawców Chrystusa.

Zabijało tureckie wojsko, policja, bojówki muzułmańskie. Zabijali Turcy, Kurdowie, Arabowie, Czerkiesi, Czeczeni. Bombardowaniem ormiańskiej dzielnicy Urfy kierował niemiecki oficer. Berlin wspierał też młodoturków logistycznie, materialnie, propagandowo.

Część ofiar uśmiercano na miejscu, inne deportowano do obozów koncentracyjnych usytuowanych na bezwodnych terenach pustynnych. Tam ludzie ginęli masowo z pragnienia, głodu, padali ofiarą chorób i bestialstwa strażników.

Pierwsza fala terroru, która trwała do 1917 roku, uśmierciła od 1,2 mln do 1,5 mln tureckich Ormian (na ich ogólną liczbę 2,1 mln). Prócz tego zamordowano setki tysięcy chrześcijan innych narodowości, głównie Greków i Asyryjczyków.

Ginęli przede wszystkim przedstawiciele obrządków wschodnich, szczególnie Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Ale również katolicy, którzy ponieśli proporcjonalnie największe straty. Spośród 70 tysięcy ormiańskich katolików zabito aż 57 tysięcy.

Sporo ludzi mimo wszystko przeżyło. Zdołali uciec, kryjąc się w górach lub na pustyniach. Duże skupiska Ormian zostały uratowane i obronione przez armię rosyjską. Rzec można, że tych niedobitków ocaliła wojna. Niestety, w 1917 roku Rosję ogarnął rewolucyjny chaos; jej wojska zaczęły wycofywać się z Zakaukazia. Ormianie znów zostali sami.

  1. Milczenie Zachodu

W 1918 roku dobiegła końca wojna światowa. Państwa centralne, w tym Turcja poniosły klęskę.

Reżim młodoturecki upadł, przywódcy zbiegli za granicę. Zapanował chaos, z którego po jakimś czasie wyłonił się nowy rząd w Ankarze, z generałem Mustafą Kemalem na czele. Otrzymał on pomoc od bolszewickiej Rosji, ale też od swoich niedawnych wrogów – Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii. Ceną były układy polityczne i handlowe korzystne dla mocarstw. Jak skomentował po latach Winston Churchill: „Ropa Mosulu okazała się być droższa od krwi Ormian”.

Dramat wyznawców Chrystusa nie ustał, rzeź trwała aż do 1923 roku, kiedy to niedobitki zostały wypędzone. Trwają spory, ilu chrześcijan – Ormian, Greków, Asyryjczyków i innych – zginęło ogółem w Turcji w dziesięcioleciu 1913 – 1923. Wielu badaczy skłania się ku liczbie trzech milionów zamordowanych. Rzesze innych wypędzono, albo poddano islamizacji. Na początku XX wieku wyznawcy Chrystusa stanowili 20% obywateli Turcji; dziś – ledwie 0,2 proc.

Po II wojnie światowej Turcja stała się jednym z najważniejszych bastionów NATO. Obrońcy liberalnej demokracji zyskali dodatkowy argument,  by nie niepokoić rządu w Ankarze pytaniami o takie drobiazgi z przeszłości, jak kilka milionów trupów chrześcijan.

  1. Samotność ginących

We wrześniu 1922 roku w Smyrnie, portowym mieście nad Morzem Egejskim, założonym przez jońskich żeglarzy w X wieku przed Chrystusem, Turcy wyrzynali dzielnice ormiańską i grecką.

W porcie stacjonowała potężna eskadra Ententy – dwadzieścia kilka okrętów liniowych, krążowników i kontrtorpedowców brytyjskich, francuskich, włoskich i amerykańskich. Dosłownie na oczach marynarzy dzielnice chrześcijan były palone do fundamentów. Trzydzieści wieków historii ulatywało z dymem pożarów, najmniej trzydzieści tysięcy ludzi zostało zaszlachtowanych jak zwierzęta w rzeźni, jeszcze więcej popędzono w niewolę – a z okrętów alianckich nie padł ani jeden strzał w stronę tureckiej hordy. Zamiast tego na pokładach zaczęła grać orkiestra, by zagłuszyć dochodzący z brzegu krzyk mordowanych.

Niech więc nas już nie dziwi, że kiedy w roku 1939 zastępy Hitlera i Stalina ruszyły na Polskę, nasi – pożal się Boże! – sojusznicy z Zachodu „nie chcieli umierać za Gdańsk”. Że później Francuzi umykający z Algierii wydali na rzeź swych tubylczych sprzymierzeńców – harkisów. Że Amerykanie zdradzili i porzucili swoich przyjaciół w Indochinach. Że współcześnie oenzetowskie „błękitne hełmy” w Bośni, Rwandzie i gdzie indziej bezczynnie przyglądały się masakrom.

Wcześniej była Smyrna. To wtedy Zachód ostatecznie porzucił rycerskie, krucjatowe ideały, swą gotowość do walki w obronie słabych i bezbronnych. Bo przecież, żeby powstrzymać rzeź, należałoby strzelać do morderców. A dzisiejsi ludzie Zachodu boją się strzelać; tak ich wychowano. Ów amoralny pacyfizm przetestowano na chrześcijanach Turcji.

  1. Amnezja i sukcesorzy

Świat szybko zapomniał o ludobójstwie Ormian, by potem zapłacić za to straszną cenę.

Gdy Niemcy przygotowywały inwazję na Polskę, Adolf Hitler miał zwrócić się do swych generałów słowami:

„Posłałem moje oddziały z trupią główką na Wschód, wydawszy im rozkaz bezlitosnego zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci należących do polskiej rasy lub mówiących polskim językiem. […] W końcu któż mówi dziś o wyniszczeniu Ormian?”

Kanclerz III Rzeszy czuł się ośmielony i zachęcony ową zbiorową amnezją. Skoro bowiem ludzie szybko zapomnieli rzeź Ormian, a jej sprawców nie ukarano – to czemu w jego przypadku miałoby być inaczej?

Jednakże obecnie, co jakiś czas prawda przebija się przez mroki niepamięci. Kolejne państwa uznają masakrę Ormian za ludobójstwo, wywołując wściekłość Ankary. W samej Turcji niejeden strażnik pamięci o tej zbrodni spędził w więzieniu długie lata, albo padł ofiarą „gniewu wzburzonych obywateli” (vide Ormianin Hrant Dink, zastrzelony w Konstantynopolu w styczniu 2007 roku).

Ówczesny premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan zdobył się na coś w rodzaju ostrożnego i warunkowego współczucia. Przesłał Ormianom „kondolencje”, mówił dużo o dawnych „cierpieniach”, o „trudnym i bolesnym okresie”, o „wspólnym bólu nas wszystkich”, zarazem ostrzegając przed „oszczerstwami i prowokacjami” oraz „próbami siania wrogości wobec Turcji”.

Jako żywo przypominało to „wyważony” bełkot pewnych polityków polskich i ukraińskich w sprawie tzw. „tragicznych wydarzeń” na Wołyniu…

  1. Niemy krzyk

Ta historia toczy się wciąż, bez końca. Dziś oglądamy zagładę wspólnot chrześcijan w Syrii i Iraku.

Warto pamiętać, że przed przeszło wiekiem Syria i Irak nie były niepodległymi państwami, że te ziemie wchodziły w skład imperium tureckiego i że na ich obszarze również prowadzono akcję ludobójczą. Tu historia zazębia się z teraźniejszością. Dzisiejsze zbrodnie fanatyków islamskich stanowią kontynuację holokaustu sprzed ponad stu lat.

***

Francuski historyk Yves Ternon, który badał przebieg zagłady Ormian, przytoczył relacje z jądra ciemności, jakim był młodoturecki obóz koncentracyjny Dejr ez-Zor (dziś terytorium Syrii), grób być może nawet czterystu tysięcy ofiar. Urzędnicy tureccy kierowali tam kolumny uchodźców, niedobitków z pogromów. Obiecywali nieszczęsnym, że w obozie znajdą bezpieczne schronienie. W rzeczywistości Ormianie spotykali tam przeważnie śmierć.

Ci nieliczni, którzy ocaleli zapamiętali postać małego ormiańskiego chłopca, może dziesięciolatka, ukrywającego się w okolicy. Jego bliscy zostali zamordowani, a on sam poddany torturom. Oprawcy wyrwali mu język i porzucili okaleczonego dzieciaka na pustyni, na pewną, jak się zdawało, zgubę. A on jakimś cudem przeżył. Zamieszkał w jamie wygrzebanej w piachu, zaraz obok drogi wiodącej do obozu.

Zawsze, kiedy widział kolejną kolumnę uchodźców, wybiegał na jej spotkanie. Próbował coś powiedzieć, ostrzec – ale przecież wydarto mu język, nie mógł mówić! – więc tylko bełkotał, charczał, machał rękami. Drobnym dziecięcym ciałem starał się zatarasować szlak prowadzący do miejsca zagłady. Niestety, ludzie nie rozumieli go. Mijali malca, szli dalej w stronę obozu, ku własnej śmierci.

——————————————————————————-

Yves Ternon napisał: „Armenia jest jak tamto dziecko. Od dziesięcioleci ostrzega, woła do całego świata. A świat nie chce jej wysłuchać”.

Andrzej Solak

Sztuka sztuczności

Małgorzata Todd        www.mtodd.pl

Sztuka sztuczności 17/2026(771)

Jeśli w tym samym studio, przed kamerą znajdzie się dwoje ludzi, to niezależnie jakiej są orientacji, przekonań zbieżnych, czy rozbieżnych, muszą mówić jednocześnie. Kto tej „sztuki” nie posiadł, nie kwalifikuje się do wystąpień przed szeroką publicznością. To zresztą gwarancja tego, żeby nie było wiadomo, o czym mowa.

Wyjątek stanowią filmy fabularne, gdzie taka jednoczesna „narracja” nie jest jeszcze powszechna. Wystarczy, żeby aktor robił głupie miny i każde słowo akcentował gestem rąk, a można go okrzyknąć „artystą”.

Internauci są ponoć oburzeni filmem, w którym zagrał nieżyjący już aktor. AI nadała mu nowe, fikcyjne życie, jak to w filmach bywa. Widzowie nie są skłonni wyrażać opinii o nowych filmach, które oczywiście muszą być marne, na ile to tylko możliwe. Nie czują się upoważnieni do dyskutowania z twórcami „artystami”, no chyba, że prawo do bycia „artystą” uzurpuje sobie AI, bo a nuż zrobi dobry film, budzący uznanie i co wtedy? Szpetni aktorzy kreujący role głupków, mogliby tracić intratne zajęcia, a do tego dopuścić nie wolno.

Jeszcze jedna ciekawostka. Obroną filmu stworzonego z nieżyjącym aktorem zajął się dziwny człowiek. Do machania rękoma, dla zaznaczenia każdego wypowiadanego słowa, już przywykłam, ale nie widziałam, żeby komuś wcześniej udawało się aż tak kręcić głową i oczami! To jest dopiero sztuka!

Masowe skanowanie twarzy. Uczciwi mają się czego obawiać !!!

Sąd zaakceptował

masowe skanowanie twarzy.

„Uczciwi nie mają się czego obawiać”

ithardware/inwigilacja_sad_skanowanie_twarzy


Sąd zaakceptował masowe skanowanie twarzy.

Paweł Czajkowski 23 kwietnia 2026

Mieszkańcy Londynu mogą już niebawem przyzwyczaić się do nowej codzienności. Spacer po jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta może oznaczać, że twarz przechodnia zostanie zeskanowana, przetworzona i porównana z policyjną bazą danych w ciągu ułamka sekundy. Właśnie taki scenariusz zyskał mocne wsparcie po wyroku Wysokiego Trybunału w Wielkiej Brytanii, który uznał, że policja może nadal korzystać z technologii rozpoznawania twarzy na żywo.

System używany przez londyńską policję działa błyskawicznie. Kamera rejestruje twarz osoby przechodzącej ulicą, a specjalne oprogramowanie tworzy cyfrowy wzorzec biometryczny. Ten wzorzec trafia do natychmiastowego porównania z listą osób poszukiwanych lub objętych nadzorem.

Jeżeli algorytm wykryje zgodność, funkcjonariusze mogą podjąć interwencję. Jeżeli nie znajdzie dopasowania, policja zapewnia, że dane są usuwane. Krytycy zwracają jednak uwagę na sam fakt przetwarzania twarzy przypadkowych osób, które nie mają żadnego związku z przestępstwem.

W praktyce oznacza to, że zwykłe wyjście do sklepu czy przejazd przez centrum miasta może stać się kontaktem z systemem biometrycznym, o którym wielu mieszkańców nawet nie będzie wiedzieć.

 „Cieszę się z dzisiejszego orzeczenia, ponieważ nie ma prawdziwej wolności, gdy ludzie żyją w strachu przed przestępczością w swoich społecznościach” – powiedziała posłanka Sarah Jones. „Rozpoznawanie twarzy na żywo pozwala zlokalizować tylko osoby poszukiwane. Przestrzegający prawa obywatele nie mają się czego obawiać. Ta technologia wsadza za kratki niebezpiecznych gwałcicieli i morderców, i kwestionuję każdą grupę, która nazywa to nieobyczajnym. Wdrażamy rozpoznawanie twarzy w całym kraju, inwestując w to rekordowe kwoty, aby zapewnić bezpieczeństwo społecznościom”.

 „Pytanie nie brzmi już, czy powinniśmy korzystać z rozpoznawania twarzy na żywo, ale dlaczego mielibyśmy tego nie robić” – stwierdził komisarz metropolitalny Sir Mark Rowley.

Miliony twarzy trafiają do systemu

Skala działania tej technologii robi ogromne wrażenie. W ciągu ostatniego roku policja metropolitalna wykorzystała system setki razy. Według danych przedstawionych w sądzie przez algorytmy przewinęło się około czterech milionów twarzy.

Podczas jednej akcji na Oxford Circus kamery przeanalizowały ponad 50 tysięcy osób w ciągu kilku godzin. To liczby, które jeszcze kilka lat temu wydawały się możliwe wyłącznie w futurystycznych ponurych wizjach „inteligentnych” miast.

Po ogłoszeniu wyroku brytyjski rząd zapowiedział, że technologia ma zostać wdrożona szerzej na terenie całego kraju. Londyn staje się testowym laboratorium dla rozwiązań, które mogą trafić do innych brytyjskich miast.

Jeden błąd komputera wystarczył

Najgłośniejsza była w tym wszystkim historia Shauna Thompsona, jednego z uczestników sprawy przeciwko policji. Mężczyzna został zatrzymany po tym, jak system błędnie uznał go za osobę z policyjnej listy obserwacyjnej.

Funkcjonariusze mieli zażądać dokumentów i ostrzec go przed możliwością dalszych działań. Thompson przekonywał później, że nie zrobił niczego, co mogłoby uzasadniać zainteresowanie policji. Jego przypadek stał się symbolem obaw dotyczących tego, jak bardzo można zaufać algorytmom w sytuacjach dotyczących obywatelskich praw.

Choć sąd uznał, że obecne procedury są zgodne z prawem, przeciwnicy systemu jasno wskazują, że nawet pojedyncza pomyłka może oznaczać poważne konsekwencje dla osoby, która znalazła się w niewłaściwym miejscu.

Rząd mówi o bezpieczeństwie, aktywiści o prywatności

Brytyjskie władze nie kryją zadowolenia z wyroku. Minister odpowiedzialna za policję Sarah Jones podkreśliła, że narzędzie ma pomagać w wykrywaniu groźnych przestępców i poprawie bezpieczeństwa mieszkańców.

Słowa o tym, że osoby przestrzegające prawa nie mają powodów do obaw, natychmiast wywołały ostrą reakcję organizacji zajmujących się ochroną prywatności. Aktywiści przypominają, że technologia nie rozróżnia na pierwszy rzut oka przestępcy od zwykłego przechodnia. Najpierw skanuje wszystkich, a dopiero później decyduje, kto wzbudził zainteresowanie systemu.

Postęp: Brytyjskie sklepy z narkotykami na głównych ulicach

Brytyjskie sklepy z narkotykami na głównych ulicach

Tymoteusz Bojczuk


salon24/tymoteuszbojczuk/brytyjskie-sklepy-z-narkotykami-na-glownych-ulicach

Nie ma miłości na tym świecie. Ale są łatwo dostępne substancje twarde i miękkie. Ekstazyjne i tajemnicujące. Jest nawet gaz rozweselający, który może uszkadzać mózg. W pełni rozwinięty kapitalizm, prowadzony przez wybitnie uzdolnioną ludność kolorową. Reportaż autorstwa lewicowego BBC — BBC, które już porzuciło złudzenia.

„”

Z pozoru to zwykłe osiedlowe mini-markety oferujące gazowane napoje, słodycze i artykuły pierwszej potrzeby. W rzeczywistości – prężnie działające punkty dystrybucji narkotyków kontrolowane przez zorganizowane grupy przestępcze. Najnowsze dziennikarskie śledztwo brytyjskiego nadawcy z użyciem ukrytej kamery obnaża brutalną prawdę o upadku tamtejszych ulic handlowych (High Streets), gdzie kokaina, marihuana i leki na receptę są sprzedawane równie łatwo jak puszka coli.

Dziennikarze BBC przeprowadzili prowokację w czterech sąsiadujących ze sobą miasteczkach w regionie West Midlands. To, co odkryli, przypomina sceny z gangsterskich filmów, a jedno z anonimowych źródeł w organach ścigania opisało sytuację na tamtejszych ulicach krótko: „bezprawie”. Legitymujący się uczciwi przedsiębiorcy skarżą się na zastraszanie przez gangi i bycie świadkami przemocy z użyciem noży i broni palnej.

Problem nie jest jednak lokalny.

Według National Crime Agency (NCA) oraz brytyjskiej inspekcji handlowej (CTSI), zorganizowane grupy przestępcze w całym kraju przejmują witryny sklepowe, by zyskać przyczółek do handlu nielegalnymi substancjami. Od Bideford w hrabstwie Devon, przez Great Yarmouth w Norfolk, aż po Belfast w Irlandii Północnej – powiązano już ponad 70 sklepów z handlem m.in. heroiną i metamfetaminą.

„Mam zioło, koks, wszystko. Cokolwiek zechcesz”

W Cradley Heath, po doniesieniach sygnalisty o tym, że gangi narkotykowe wymknęły się spod kontroli na 300-metrowym odcinku głównej ulicy, dziennikarze pod przykrywką odwiedzili sklep o nazwie Cradley Market. Wystarczyło zaledwie kilka sekund, by mężczyzna za ladą sprzedał badaczowi 3,5 grama marihuany za 30 funtów. Transakcja odbyła się na zapleczu, tuż za półkami z pieluchami i napojami.

Gdy dziennikarz zapytał o kokainę, sprzedawca (przedstawiający się jako Akwa) wykonał jeden telefon. Kilka godzin później gram kokainy został dostarczony do sklepu i sprzedany za 95 funtów. Na tym jednak nie koniec – sprzedawca pokazał na telefonie zdjęcia dostępnych leków na receptę, w tym pregabaliny (leku stosowanego w leczeniu stanów lękowych i padaczki, którego nadużywanie prowadzi w UK do gwałtownego wzrostu zgonów), zachęcając do robienia zdjęć i polecania towaru znajomym.

Sklepy pod okiem „czujek” i gaz rozweselający dla dzieci

Sytuacja wygląda równie dramatycznie w sąsiednim Dudley. Kuldeep Maan, szef lokalnej inspekcji handlowej, przyznaje, że skala problemu jest najgorsza od 20 lat. W ciągu zaledwie 12 miesięcy zamknięto tam 39 sklepów za sprzedaż nielegalnych papierosów, ale podczas nalotów rutynowo znajdowano w nich marihuanę, kokainę, podrobione leki i podtlenek azotu (gaz rozweselający).

Zorganizowane grupy nie działają w próżni. Przed sklepami stoją tzw. „czujki” (spotters), wypatrujące ewentualnych nalotów policji. Ekipa BBC była nawet śledzona i fotografowana przez pracowników sklepów na Dudley High Street.

Dziennikarze obnażyli również przerażający proceder sprzedaży gazu rozweselającego, który jest niezwykle popularny wśród brytyjskiej młodzieży, a jego rekreacyjne wdychanie jest nielegalne i może powodować uszkodzenia mózgu. W centrum Dudley, w sklepie Dawood Grocery, dziennikarz poprosił o butle z gazem. Otrzymał reklamówkę z balonami (służącymi do wdychania) i polecenie, by poczekać na rogu ulicy. Kilka minut później zakapturzony mężczyzna bez słowa wymienił kanister z gazem na 25 funtów w gotówce. Okoliczni przedsiębiorcy potwierdzają, że regularnie widzą osoby wdychające gaz kupiony w tym właśnie miejscu.

W innym mieście, Brierley Hill, obsługa sklepu skierowała kupujących bezpośrednio do mieszkania na piętrze, gdzie z powodzeniem zakupiono marihuanę. Ekipa BBC musiała jednak w pewnym momencie wycofać się ze względów bezpieczeństwa, gdy w mieszkaniu pojawiły się dwa duże psy w typie pitbulla bez obroży i smyczy.

Co na to władze?

Kiedy sprawa wyszła na jaw (część nagranych sprzedawców po fakcie wszystkiemu zaprzeczyła), politycy zaczęli bić na alarm. Liam Byrne, poseł Partii Pracy i przewodniczący Komisji Biznesu i Handlu, wezwał rząd do pilnego działania. „Nie odbudujemy naszych High Streets, dopóki nie wytniemy tego raka, jakim jest zorganizowana przestępczość” – stwierdził stanowczo.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Home Office) oraz lokalna policja w West Midlands zapowiedziały podjęcie „najsurowszych możliwych działań”. Pytanie jednak, czy walka z przestępczością, która zdążyła już wrosnąć w tkankę miejską i ukryć się za witrynami sklepów spożywczych, nie została podjęta o kilka lat za późno. Brytyjskie ulice handlowe, niegdyś wizytówka tętniących życiem miast, dziś w wielu miejscach stają się strefami zdominowanymi przez gangi, w których kupno twardych narkotyków jest równie proste, co poranne wyjście po bułki i mleko.

bbc.com/news/articles

Rozmowy Tusk-Macron. Niebezpieczny krok w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją. 

Ryszard Kulczyński

Planowane wspólne ćwiczenia wojskowe Francji i Polski, zawierające elementy odstraszania nuklearnego, są niebezpiecznym krokiem w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją. 

Działania te nie mogą być postrzegane wyłącznie jako odstraszanie, ale jako ruchy prowokacyjne, ponieważ jako jedyne państwo nuklearne w Unii Europejskiej Francja stara się pozycjonować jako wiodąca potęga militarna bloku i – w oparciu o swój status nuklearny – działa jako równy partner w dialogu z Rosją.

Prezydent Francji omówił ten pomysł z premierem Polski podczas negocjacji w Gdańsku 20 kwietnia, kiedy zaplanowali możliwość ściślejszej współpracy w dziedzinie handlu, inwestycji i obrony.

„Wśród opcji, które rozważamy, są wymiana informacji, wspólne ćwiczenia i możliwe rozmieszczenie sił” – powiedział Macron na wspólnej konferencji prasowej, zapytany o współpracę w dziedzinie energii jądrowej.

Tusk powiedział, że dyskusje na temat współpracy w zakresie bezpieczeństwa jądrowego odbywają się dyskretnie, dodając, że Polska dołączyła do „ekskluzywnej grupy, która rozumie potrzebę europejskiej solidarności i suwerenności”, przyjmując zaproszenie Francji.

W latach 60., Charles de Gaulle, opowiadał się za strategiczną niezależnością Francji, ponieważ nie chciał poddawać jego broni jądrowej kontroli zagranicznej. Uważał Stany Zjednoczone za bliższego sojusznika Francji niż Związek Radziecki, ale ostrzegł, że interesy Waszyngtonu nie zawsze pokrywają się z interesami Paryża i mogą się różnić w przyszłości. Polityka ta dała początek koncepcji francuskiego suwerennego odstraszania nuklearnego.

Macron ogłosił w zeszłym miesiącu, że Francja wzmocni swój arsenał nuklearny i włączy „wymiar europejski” do swojej pozycji odstraszającej, a zainteresowanie wyraziły Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Holandia, Belgia, Grecja, Finlandia i Dania. Rozważa rozszerzenie francuskiego parasola nuklearnego na resztę Europy w obliczu niepewności co do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.

Rozmowy między Paryżem a Warszawą były mniej lub bardziej udane i w związku z tym przygotowywane są ćwiczenia wojskowe mające na celu wyszkolenie polskiej armii do działania w warunkach użycia taktycznej broni jądrowej.

W przypadku wojny rozmieszczenie francuskiej broni jądrowej w Polsce można interpretować jako prowokacyjne posunięcie, ponieważ stanowiłoby naruszenie Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Chociaż istnieją międzynarodowe ramy prawne, często nie są one w pełni przestrzegane w praktyce, co dodatkowo kwestionuje ich skuteczność i wdrażanie.

Możliwą odpowiedzią Moskwy na takie posunięcia byłoby wzmocnienie obecności wojskowej w Obwodzie Kaliningradzkim, rosyjskiej eksklawie na Morzu Bałtyckim, zaklinowanej między Polską a Litwą. Jednym z kluczowych środków byłoby rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej w regionie. Systemy takie jak Iskander są rozmieszczone na Białorusi, wraz z rosyjską taktyczną bronią jądrową, w ramach szerszej reakcji na zagrożenia bezpieczeństwa.

Co więcej, Ukraina zaczęła otwarcie zagrażać Białorusi i teraz gromadzi wojska na granicy, co stanowi zagrożenie, na które Moskwa musi odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że Rosja i Białoruś tworzą jedno państwo federalne, a Rosja zobowiązała się do ochrony Białorusi.

Ryzyko przypadkowej eskalacji podczas ćwiczeń jądrowych jest minimalne, ponieważ w takich manewrach rzadko używa się ostrej amunicji [czyli aktywnych bomb jądrowych… md] . Jednak już sam fakt, że polska armia zostanie przeszkolona do prowadzenia działań bojowych w konflikcie nuklearnym, sugeruje, że Francja i Polska nie wykluczają możliwości trzeciej wojny światowej z użyciem broni jądrowej.

Polska od dawna domagała się rozmieszczenia zachodniej broni jądrowej na jej terytorium. Wcześniej dążyła do uzyskania amerykańskiej broni jądrowej, aby dołączyć do programu „Nuclear Sharing”, porozumienia w ramach NATO, w którym USA utrzymują broń jądrową w krajach sojuszniczych w Europie, ale zachowują pełną kontrolę nad jej użyciem.

O bazach USA, które Iran zlikwiduje, jeśli wojna powróci. A urojenia propagandy.

Bazy USA, które Iran zlikwiduje,

jeśli wojna powróci,

i inne urojenia Sy Hersha

Larry C. Johnson

Większość amerykańskich baz i obiektów wojskowych w Zatoce Perskiej (wymienionych poniżej) została zaatakowana przez Iran w ciągu pierwszych pięciu tygodni wojny. Wiele z nich nie funkcjonuje lub zostało praktycznie zniszczonych. Amerykańska baza morska w Bahrajnie nie funkcjonuje i nie może obsługiwać amerykańskich okrętów. Jednym z postulatów Iranu zawartych w 10-punktowym planie, przedstawionym Stanom Zjednoczonym ponad dwa tygodnie temu, jest zamknięcie tych obiektów dla armii USA.

Oto przejrzyste, aktualne zestawienie (stan na kwiecień 2026 r.) głównych baz i obiektów wojskowych USA w Zatoce Perskiej. Większość z nich to wspólne obiekty zarządzane przez państwo-gospodarza, a nie wyłącznie bazy należące do USA. Wiele z nich zostało poważnie uszkodzonych w wyniku ataków irańskich podczas wojny iracko-irańskiej w 2026 r., a część personelu została ewakuowana lub przez pewien czas pracowała zdalnie. Łącznie jest ich 15:

Bahrajn

Baza Wsparcia Marynarki Wojennej Bahrajn (znana również jako NSA Bahrain lub Baza Marynarki Wojennej Juffair) w Manamie jest siedzibą Piątej Floty Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Nadzoruje operacje morskie w Zatoce Perskiej, Morzu Czerwonym, Morzu Arabskim i części Oceanu Indyjskiego. Jest to najważniejszy ośrodek marynarki wojennej USA w regionie.

Katar

Baza Lotnicza Al Udeid (niedaleko Dohy) – największa amerykańska baza wojskowa na Bliskim Wschodzie. Służy jako wysunięta kwatera główna Centralnego Dowództwa Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) i Centralnego Dowództwa Sił Powietrznych USA, stacjonuje tam około 8000–10 000 żołnierzy amerykańskich (plus siły koalicji). Wspiera główne operacje powietrzne, rozpoznanie i funkcje dowodzenia. Była głównym celem ostatnich konfliktów.

Kuwejt (mieści się tu większość baz USA w regionie)

Camp Arifjan — wysunięta kwatera główna Centralnej Dywizji Armii Stanów Zjednoczonych (ARCENT), ważny węzeł logistyczny i zaopatrzeniowy.

Camp Buehring (dawniej Camp Udairi) — miejsce rozmieszczenia jednostek armii amerykańskiej przerzucanych do Iraku, Syrii i innych regionów.

Baza lotnicza Ali Al Salem — baza sił powietrznych służąca do transportu, przeładunku i operacji ekspedycyjnych (często nazywana „Skałą”).

Baza lotnicza Ahmad al-Jaber — wspólna baza sił powietrznych Kuwejtu i USA, zapewniająca wsparcie operacji powietrznych.

Inne mniejsze obiekty to Camp Patriot (współdzielony z bazą morską w Kuwejcie).

Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA)

Baza Lotnicza Al Dhafra (na południe od Abu Zabi) – kluczowa amerykańska baza lotnicza, współdzielona z Siłami Powietrznymi Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Mieści się w niej 380. Ekspedycyjne Skrzydło Lotnicze i obsługuje samoloty bojowe (w tym F-22, F-35 i F-15), rozpoznanie (U-2 i RQ-4 Global Hawk), dowództwo powietrzne (E-3 Sentry) oraz operacje tankowania. Była szeroko wykorzystywana w misjach regionalnych.

Port Dżabal Ali (Dubaj) – Nie jest to formalna baza, ale jest to najbardziej ruchliwy port morski USA na Bliskim Wschodzie. Regularnie zawijają do niego lotniskowce oraz duże okręty zaopatrzeniowe i konserwacyjne.

Baza morska w Fudżajrze (poza Cieśniną Ormuz) – zapewnia wsparcie logistyczne i bezpieczny punkt dostępu.

Arabia Saudyjska

Baza Lotnicza Prince Sultan (PSAB, około 60–100 km na południe od Rijadu) – główny węzeł obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej obsługujący systemy Patriot i THAAD, operacje myśliwskie i samoloty-cysterny. W ostatnich latach została reaktywowana na potrzeby obrony regionalnej i zwiększyła się jej liczba personelu.

Wioska Eskan (w pobliżu Rijadu) — ośrodek zakwaterowania i wsparcia, głównie dla personelu Misji Szkoleniowej Wojsk USA i innych doradców (nie jest to baza bojowa).

Baza Lotnicza Króla Fahda (Taif) – Położona niedaleko Taif w zachodniej Arabii Saudyjskiej (około 85 km od Mekki). W marcu 2026 roku Arabia Saudyjska przyznała Stanom Zjednoczonym rozszerzony lub nowy dostęp do tej bazy, specjalnie na potrzeby operacji związanych z konfliktem z Iranem. Oferuje ona strategicznie użyteczne położenie na zachodzie (bliżej Morza Czerwonego) w porównaniu z bardziej centralno-wschodnią bazą lotniczą Prince Sultan. Według doniesień jest ona otwarta na amerykańskie operacje powietrzne, logistykę lub wsparcie przeciwko Iranowi. Było to znaczące wydarzenie, ponieważ Arabia Saudyjska wcześniej ostrożnie podchodziła do zezwalania na ofensywne wykorzystanie swojego terytorium.

Baza lotnicza Króla Abdulaziza (Prowincja Wschodnia / obszar Dhahranu) — w przeszłości sporadycznie odwiedzana przez Amerykanów, głównie w celach szkoleniowych i logistycznych. W ostatnich latach nie była głównym węzłem komunikacyjnym.

Międzynarodowy Port Lotniczy im. Króla Fahda (okolice Dammam) lub powiązane z nim jednostki wojskowe – czasami wykorzystywane do przemieszczania się logistycznego, a nie jako dedykowana baza bojowa. Baza Lotnicza w Rijadzie (wojskowa część Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Króla Chalida) – ograniczone funkcje wsparcia.

=====================================================

Jednym ze sposobów, aby Iran miał pewność, że Stany Zjednoczone nie zaatakują go ponownie, jeśli zostanie osiągnięte porozumienie w drodze negocjacji, jest zakazanie wszelkiej obecności wojsk USA w tych bazach. Jeśli administracja Trumpa chce osiągnąć dyplomatyczne rozwiązanie obecnie zawieszonej wojny, musi zgodzić się na wycofanie się z tych baz i obiektów. Iran może wymusić faktyczne wycofanie sił USA, niszcząc te miejsca i czyniąc je niezdatnymi do zamieszkania.

Kiedy Trump ogłosił przedłużenie zawieszenia broni w „Taco Tuesday”, napisał:

„…proszono nas o zawieszenie działań militarnych przeciwko Iranowi do czasu, aż jego przywódcy i przedstawiciele przedstawią spójną propozycję”.

Przepraszam, panie Trump, ale Iran rzeczywiście przedstawił spójną propozycję.

Oto ona:

  • Zniesienie wszystkich sankcji pierwotnych i wtórnych nałożonych na Iran, w tym wyznaczenie banków, firm i instytucji.
  • Uwolnienie zamrożonych irańskich aktywów za granicą (np. na terenie jurysdykcji sojuszniczych z Zachodem).
  • Formalna gwarancja USA na wypadek przyszłej agresji militarnej przeciwko Iranowi i jego sojusznikom.
  • Zakończenie wszystkich ataków USA na Iran i jego regionalnych sojuszników, w tym ataków na infrastrukturę, milicje i siły zastępcze.
  • Wycofanie wojsk USA z Bliskiego Wschodu lub co najmniej znaczące zmniejszenie ich obecności.
  • Uznanie irańskiej kontroli nad Cieśniną Ormuz, co skutecznie potwierdza dominującą rolę Teheranu w regulowaniu ruchu przez ten szlak wodny.
  • Zobowiązanie do nieingerowania w wewnętrzne sprawy Iranu, w tym w sprawy polityczne i bezpieczeństwa.
  • Uznanie „niezbywalnego prawa” Iranu do wzbogacania uranu na potrzeby cywilnej energetyki jądrowej, bez określenia górnego limitu poziomów wzbogacania.
  • Zapewnienie reparacji i rekompensat za szkody poniesione w trakcie operacji prowadzonych przez Stany Zjednoczone i wojny, w tym szkody w infrastrukturze i eksporcie ropy naftowej.
  • Osadzenie porozumienia w wiążących ramach międzynarodowych popieranych przez ONZ (np. rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ lub umowie wielostronnej), aby zapobiec jednostronnemu przywróceniu sankcji lub wznowieniu działań wojennych przez Stany Zjednoczone.

Nie wierzę, że Iran zmieni swoje stanowisko… To jego „spójna propozycja”. Toczy się złowroga, równoległa kampania propagandowa przeciwko Iranowi, wykazująca te same cechy, co kampania propagandowa przeciwko Rosji. Kampania przeciwko Iranowi utrzymuje, że w irańskim rządzie panują poważne podziały, nastawiające cywilnych przywódców, takich jak minister spraw zagranicznych Araghchi, przeciwko przywódcom Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. To nieprawda. Oświadczenia Araghchiego i Mohammada Baghera Ghalibafa (tj. przewodniczącego irańskiego parlamentu) są w pełni zgodne z oświadczeniami Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.

Problem z tym kłamstwem polega na tym, że wydaje się, iż większość, o ile nie wszyscy, doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego w nie wierzą. Jak wspomniano powyżej, zaobserwowaliśmy to samo zjawisko w przypadku Rosjan. Władimir Putin był bardzo precyzyjny, kiedy przedstawił rosyjskie warunki wstępne negocjacji w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie 14 czerwca 2024 roku. Rosja nie wycofała się z nich.

Najnowszy artykuł Sy Hersha to kolejny przykład tego, jak administracja Trumpa okłamuje samą siebie. To zdumiewający kawałek bzdury. Oto dwa najbardziej absurdalne akapity w artykule:

„A teraz, jak mi powiedziano, wojna, którą Rosja zdawała się wygrywać, przerodziła się w koszmar ekonomiczny i militarny dla Putina i rosyjskiej armii pod dowództwem generała Walerija Gierasimowa, zaprawionego w bojach dowódcy, który jest jednym z trzech ludzi w Rosji mających dostęp do kodów nuklearnych kraju…”

„Ekspert powiedział mi, że rezultatem korupcji i intensywnego ukraińskiego nadzoru dronami jest to, że armia rosyjska „nie jest dalej w inwazji niż dwa lata temu. Nie mogą się ruszyć – nie mają zdolności ofensywnych”.

Nie wiem, co powiedzieć. Ten artykuł to plama na karierze niegdyś legendarnego dziennikarza. Chociaż relacjonuje to, co mówią mu amerykańscy urzędnicy zaangażowani w wywiad i sprawy wojskowe, nie próbuje kwestionować bzdur, którymi go karmią.

Kilka tygodni temu rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło, że siły rosyjskie zakończyły pełne zajęcie całej Ługańskiej Republiki Ludowej. Obecnie Rosja jest w trakcie okrążania dwóch pozostałych ukraińskich bastionów w Donieckiej Republice Ludowej – Słowiańsk i Kramatorsk. Rosja posuwa się również w kierunku Sumy na północy i Zaporoża na południu.

Sy powtarza absurdalny argument, że rosyjskie wojsko jest niekompetentne, ponieważ nie pokonało Ukrainy – państwa wspieranego i finansowanego przez NATO – w czasie, w którym Sowieci pokonali nazistów. Dobrze, przyjmijmy to za uczciwy punkt odniesienia… Co to mówi o fakcie, że wojsko amerykańskie nie pokonało talibów w Afganistanie po 20 latach? Powolne tempo postępów Rosji w porównaniu z II wojną światową odzwierciedla strategię minimalizacji ofiar wśród żołnierzy i cywilów. Według generała Walerija Gierasimowa na niedawnej konferencji prasowej, Rosja podbiła około 1700 km² między 1 stycznia a 31 marca 2026 roku. Dla porównania, Rosja podbiła więcej terytoriów w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2026 roku niż w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2025 roku. Tyle w kwestii absurdalnego twierdzenia, że ​​armia rosyjska „nie ma zdolności ofensywnych”.

Źródło: Bazy USA, które Iran zlikwiduje, jeśli wojna powróci i więcej urojeniowych bzdur Sy Hersha

Wojna jako prekursor wielobiegunowego Nowego Porządku Świata?

Wojna jako prekursor wielobiegunowego Nowego Porządku Świata? Rozmowa z Jamesem Corbettem.

  • uncut-news.ch
  • ================================
  • Zbiorowy opór działa tylko na poziomie indywidualnym. Gdyby wszyscy jednogłośnie powiedzieli „nie” podczas pandemii COVID-19, system załamałby się w ciągu kilku dni.
  • ==============================================================

W specjalnym wydaniu „Daily Pulse” prowadząca Maria Z. rozmawia z uznanym niezależnym dziennikarzem Jamesem Corbettem (The Corbett Report) o prawdziwej naturze obecnych geopolitycznych wstrząsów.

Corbett, który od prawie 20 lat przygląda się kulisom władzy, maluje ponury obraz: pozorna walka między różnymi globalnymi potęgami to nic innego jak sfałszowana gra, która nieuchronnie doprowadzi do powstania technokratycznego rządu światowego – niezależnie od tego, czy będzie on sprawował władzę pod flagą jednobiegunową, czy wielobiegunową.

Film można odsłuchać w języku niemieckim w ustawieniach YouTube.

Wprowadzenie: Iluzja „grzecznego chłopca”

Prowadzący rozpoczyna program prowokacyjną tezą: Podczas gdy wiele osób postrzega obecne konflikty jako walkę „dobra” ze „złem” – na przykład USA i ich sojusznicy przeciwko Rosji, Chinom czy Iranowi – aktorzy po obu stronach to często ci sami, którzy już wcześniej działali za kulisami w Lidze Narodów, Organizacji Narodów Zjednoczonych, na Konferencji Bilderberg czy w Komisji Trójstronnej. James Corbett, jak wyjaśnia Maria Z., uważa, że ​​nie będzie „dobrego”, który by nas uratował. Niezależnie od wyniku obecnych konfliktów, droga ta prowadzi wprost do technokracji, na którą musimy się przygotować.

James Corbett: Życie niezależnego dziennikarza

James Corbett krótko się przedstawia: W 2007 roku uruchomił „Raport Corbetta”, jako jeden z pierwszych podcasterów, często wyśmiewany za czerpanie informacji „z internetu”. Prawie 20 lat później internet jest głównym źródłem informacji dla większości ludzi – co jest satysfakcjonującym rezultatem jego pracy. Ostrzega jednak: establishment wyciągnął wnioski. Teraz infiltruje przestrzeń internetową fałszywymi, „quasi-niezależnymi” głosami, jak w ruchu „QAnon”. Wcześniej ludzie byli wyśmiewani; dziś są aktywnie wprowadzani w błąd.

„Walka” o opinię publiczną stała się trudniejsza, ale antidotum pozostaje to samo: krytyczna analiza wszystkich informacji, praca nad źródłami i odmowa ślepego zaufania jakiejkolwiek osobie lub „marce”.

Wielka iluzja: wielobiegunowa linia życia

Sednem dyskusji jest koncepcja „świata wielobiegunowego”. Wielu przedstawicieli ruchu antyestablishmentowego postrzega kraje takie jak Rosja, Chiny i Iran jako naturalnych sojuszników w walce z imperialnym porządkiem pod przewodnictwem USA. Putin, zgodnie z powszechną narracją, jest zbawcą zachodniej cywilizacji. Dla Corbetta to niebezpieczny miraż.

Jego fundamentalna teza: „Nie jesteśmy przeciwni konkretnemu państwu narodowemu. Jesteśmy przede wszystkim przeciwni ideologii”. Ideologia ta, jak argumentuje, to przekonanie o prawie niektórych ludzi do rządzenia innymi. Dyktatury w Chinach, Rosji i „dyktatury” na Zachodzie (USA, Wielka Brytania) są dla niego wyrazem tej samej, fundamentalnie błędnej ideologii politycznej. Nie jest to walka między wyzwoleniem a uciskiem, lecz walka o władzę w obrębie klasy rządzącej.

Idea świata wielobiegunowego, w którym wszystkie narody mają swój kawałek tortu, to nic innego jak rebranding Nowego Porządku Świata – ładnie brzmiącego hasła ONZ, maskującego wizję rządu światowego kontrolowanego przez oligarchów. Jedyną realną różnicą między frakcjami jest to, kto znajdzie się na szczycie rządzącej kliki.

Koordynacja czy „polityka mafijna”?

Zapytany o koordynację za kulisami obecnej wojny z Iranem, Corbett ostrzega przed uproszczonym rozumieniem spisku. Nie chodzi o scenariusz rozpowszechniany przez tajemniczą grupę. Zamiast tego sugeruje analogię do mafii :

Rodziny mafijne mogą być zaciekłymi wrogami i walczyć między sobą. Ale gdy zagrożone jest samo istnienie zorganizowanej przestępczości, jednoczą się. To samo dotyczy polityki globalnej. Różne mocarstwa przy stole mogą się nienawidzić, ale działają razem, gdy chodzi o ratowanie systemu jako całości.

Wydarzenia takie jak zamach na JFK, 11 września czy pandemia COVID-19 nie były jednoosobowymi działaniami, ale przyniosły korzyści tak wielu wpływowym postaciom, że zrodziła się współpraca – celowa lub po prostu naśladowcza.

COVID był „ogromnym, pięknym darem od bogów” dla każdej władzy, który zapoczątkował kolejny etap ludzkiej kontroli: technokrację . Kopiowali się nawzajem – Chiny zamykają swoich obywateli, Zachód krzyczy: „Dobry pomysł, zróbmy to samo”.

Wojna w Iranie: środek do celu

Corbett analizuje wojnę w Iranie, stosując metodę: „Celem systemu jest to, co on robi”. Pomijając retorykę, jaki jest dotychczasowy rezultat tej wojny? Przerwanie przepływu ropy przez Cieśninę Ormuz . Celem wojny jest zakłócenie tego swobodnego przepływu ropy – poprzez blokadę lub nałożenie opłaty drogowej.

To tutaj spotykają się sprzeczne interesy:

  • Wizja wielobiegunowa : Iran demonstruje swoją kontrolę nad cieśniną, ustalając fakty na miejscu za opłatę, być może w lokalnych walutach, co zmienia kształt światowego handlu ropą naftową.
  • Odpowiedź jednobiegunowa : Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa odpowiedziały blokadą blokady, aby samodzielnie decydować, kto ma prawo transportować ropę – umacniając w ten sposób swoją dominację.

Dla przeciętnego obywatela, argumentuje Corbett, oznacza to tylko jedno: rosnące ceny benzyny, gorszą sytuację gospodarczą i większą zależność od państwa. „Niewolnicze wybory” odbywające się co kilka lat nie zmieniają tego fundamentalnego porządku.

Agenda 2030 i technokratyczna przyszłość

Maria Z. dodaje, że konsekwencje zakłóceń w handlu wykraczają daleko poza ropę naftową: przemysł chemiczny, nawozy, globalne dostawy żywności – wszystko jest dotknięte. Międzynarodowa Agencja Energii już ostrzega przed niedoborem paliwa lotniczego w Europie w ciągu kilku tygodni. Niezależnie od tego, czy było to zamierzone, czy nie, konsekwencje te przyspieszają realizację Agendy 2030 – scenariusza Światowego Forum Ekonomicznego „nie mieć nic, być szczęśliwym”.

Corbett zgadza się: Każde wydarzenie, zarówno rzeczywiste, jak i inscenizowane, jest obecnie wykorzystywane jako pretekst do realizacji tej wizji. Podczas gdy COVID przyniósł cyfrowe dowody osobiste i paszporty szczepionkowe, wojna w Iranie stanowi uzasadnienie dla dalszego racjonowania, kontroli i upadku potencjału przemysłowego – rzekomo „dobrego dla środowiska”.

Koń trojański powszechnego dochodu podstawowego (UBI)

Niedawnym przykładem tego technokratycznego nacisku jest debata wokół „Powszechnego Wysokiego Dochodu” (UHI), podsycana tweetem Elona Muska. Maria Z. donosi o agresywnej kampanii internetowej, która przedstawia krytyków jako głupich.

Corbett nazywa Muska „marionetką na arenie międzynarodowej” i wskazuje na historię jego rodziny (jego dziadek był zaangażowany w ruch technokracji). Z ekonomicznego punktu widzenia, UHI to nonsens, ponieważ doprowadziłby do ogromnej inflacji. Co ważniejsze, taki system nigdy nie byłby bezwarunkowy. Waluta cyfrowa, w której byłby wypłacany, jest programowalna. MFW otwarcie rozważał już możliwość zakazania niektórych zakupów (np. amunicji czy mięsa). Powszechny Wysoki Dochód to nic innego jak przynęta, mająca na celu przywiązanie obywateli do państwa cyfrową smyczą.

Dystopijny finał

Rozmowa kulminuje w ponurej wizji technologicznego przełomu. Stoimy u progu bezprecedensowego dobrobytu dla wszystkich. Jednak psychopaci u władzy nie chcą rozkwitającej ludzkości, lecz kontroli nad zasobami i ludźmi. Wraz z postępującą automatyzacją, pracująca populacja stanie się zbędna.

Corbett cytuje dystopijną wizję Aldousa Huxleya (lub „Wehikułu czasu” H.G. Wellsa): Niewielka, technologicznie udoskonalona elita będzie rządzić zamieszkującą jaskinie, podporządkowaną klasą robotniczą – lub po prostu ją zredukuje (depopulacja).

Antidotum: indywidualizm i „linie na piasku”.

Corbett nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, jak uciec od plemiennictwa i mentalności „meczu sportowego” w polityce. Jeśli ludzie są z natury zaprogramowani na ciągłą potrzebę gry zespołowej, gatunek jest skazany na zagładę.

Jego praktyczna rada: Zapisz swoje „granice” (czerwone linie)! Każdy powinien być świadomy tego, czego nigdy by nie zaakceptował – inżynierii genetycznej, chipów mózgowych, cyfrowych identyfikatorów. Ci, którzy wcześniej sami sobie to określili, będą mieli większą odwagę, by powiedzieć „nie” w kluczowym momencie.

Jako przykład podaje zwolenników MAGA: gdyby wcześniej zapisali, że nie poprą Trumpa, gdyby rozpoczął wojnę na Bliskim Wschodzie, mogliby być teraz mniej skłonni do porzucenia swoich zasad.

Maria Z. dodaje: Musimy również opracować plany awaryjne . Jak poradzimy sobie bez cyfrowych dowodów tożsamości? Jak możemy się teraz przygotować na osobiste usługi?

Zbiorowy opór działa tylko na poziomie indywidualnym. Gdyby wszyscy jednogłośnie powiedzieli „nie” podczas pandemii COVID-19, system załamałby się w ciągu kilku dni.

Wniosek

Odcinek kończy się pilnym apelem: Czas ucieka. Technologiczne „ulepszenia” (manipulacja genomem, sztuczna inteligencja, cyfrowe waluty banków centralnych) nie są już tylko wizją przyszłości, ale są już wdrażane. Każdy, kto teraz nie użyje krytycznego osądu, nie wyznaczy czerwonych linii i nie zorganizuje się lokalnie, spędzi następne kilka lat jako zwykły obserwator globalnego spektaklu – aż będzie za późno.

PROTEST! Zofia Kossak, 1942. Co za genialna zdolność przewidywania i wnioskowania.

PROTEST!

W getcie warszawskim, za murem odcinającym od świata, kilkaset tysięcy skazańców czeka na śmierć. Nie istnieje dla nich nadzieja ratunku, nie nadchodzi znikąd pomoc. Ulicami przebiegają oprawcy, strzelając do każdego, kto się ośmieli wyjść z domu. Strzelają podobnie do każdego, kto stanie w oknie. Na jezdni walają się nie pogrzebane trupy.

Dzienna przepisowa liczba ofiar wynosi 8-10 tysięcy. Policjanci żydowscy obowiązani są dostarczyć je do rąk katów niemieckich. Jeżeli tego nie uczynią, zginą sami. Dzieci nie mogące iść o własnych siłach są ładowane na wozy. Ładowanie odbywa się w sposób tak brutalny, że mało które żywe dojeżdża do rampy. Matki patrzące na to dostają obłędu. Liczba obłąkanych z rozpaczy i grozy równa się liczbie zastrzelonych.

Na rampie czekają wagony kolejowe. Kaci upychają w nich skazańców po 150 osób w jednym. Na podłodze leży gruba warstwa wapna i chloru polana wodą. Drzwi wagonu zostają zaplombowane. Czasem pociąg rusza zaraz po załadowaniu, czasem stoi na bocznym torze dobę, dwie… To nie ma już dla nikogo żadnego znaczenia. Z ludzi stłoczonych tak ciasno, że umarli nie mogą upaść i stoją nadal ramię w ramię z żyjącymi, z ludzi konających z wolna w oparach wapna i chloru, pozbawionych powietrza, kropli wody, pożywienia – i tak nikt nie pozostanie przy życiu. Gdziekolwiek, kiedykolwiek dojadą śmiertelne pociągi – zawierać będą tylko trupy…Wobec tej męki wyzwoleniem stałby się rychły zgon. Oprawcy to przewidzieli. Wszystkie apteki na terenie getta zostały zamknięte, by nie dostarczyły trucizny. Broni nie ma. Jedyne co pozostaje, to rzucenie się z okna na bruk. Toteż bardzo wielu skazańców wymyka się katom w ten sposób.

To samo, co w getcie warszawskim, odbywa się od pół roku w stu mniejszych i większych miasteczkach i miastach polskich. Ogólna liczba zabitych Żydów przenosi już milion, a liczba ta powiększa się z każdym dniem. Giną wszyscy. Bogacze i ubodzy, starcy, kobiety, mężczyźni, młodzież, niemowlęta, katolicy umierający z Imieniem Jezusa i Maryi, równie jak starozakonni. Wszyscy zawinili tym, że się urodzili w narodzie żydowskim, skazanym na zagładę przez Hitlera.Świat patrzy na tę zbrodnię, straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje, i – milczy. Rzeź milionów bezbronnych ludzi dokonywa się wśród powszechnego, złowrogiego milczenia. Milczą kaci, nie chełpią się tym, co czynią.

Nie zabierają głosu Anglia ani Ameryka, milczy nawet wpływowe międzynarodowe żydostwo, tak dawniej przeczulone na każdą krzywdę swoich. Milczą i Polacy. Polscy polityczni przyjaciele Żydów ograniczają się do notatek dziennikarskich, polscy przeciwnicy Żydów objawiają brak zainteresowania dla sprawy im obcej. Ginący Żydzi otoczeni są przez samych umywających ręce Piłatów.

Tego milczenia dłużej tolerować nie można. Jakiekolwiek są jego pobudki – jest ono nikczemne. Wobec zbrodni nie wolno pozostawać biernym. Kto milczy w obliczu mordu – staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia – ten przyzwala.

Zabieramy przeto głos my, katolicy Polacy. Uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy uważać ich za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie – to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym. Świadomość tych uczuć jednak nie zwalnia nas z obowiązku potępienia zbrodni.

Nie chcemy być Piłatami. Nie mamy możności czynnie przeciwdziałać morderstwom niemieckim, nie możemy nic poradzić, nikogo uratować – lecz protestujemy z głębi serc przejętych litością, oburzeniem i grozą. Protestu tego domaga się od nas Bóg, Bóg, który nie pozwolił zabijać. Domaga się sumienie chrześcijańskie. Każda istota, zwąca się człowiekiem, ma prawo do miłości bliźniego. Krew bezbronnych woła o pomstę do nieba. Kto z nami tego protestu nie popiera – nie jest katolikiem.Protestujemy równocześnie jako Polacy. Nie wierzymy, by Polska odnieść mogła korzyść z okrucieństw niemieckich. Przeciwnie. W upartym milczeniu międzynarodowego żydostwa, w zabiegach propagandy niemieckiej usiłującej już teraz zrzucić odium za rzeź Żydów na Litwinów i… Polaków, wyczuwamy planowanie wrogiej dla nas akcji. Wiemy również, jak trujący bywa posiew zbrodni. Przymusowe uczestnictwo narodu polskiego w krwawym widowisku spełniającym się na ziemiach polskich może snadnie wyhodować zobojętnienie na krzywdę, sadyzm i ponad wszystko groźne przekonanie, że wolno mordować bliźnich bezkarnie.Kto tego nie rozumie, kto dumną, wolną przyszłość Polski śmiałby łączyć z nikczemną radością z nieszczęścia bliźniego – nie jest przeto ani katolikiem, ani Polakiem!

FRONT ODRODZENIA POLSKI

———————————————————————-
Tekst ten został napisany w reakcji na wielką akcję deportacyjną z getta warszawskiego do Treblinki (lipiec–wrzesień 1942).

==========================

RW:

„milczy nawet wpływowe międzynarodowe żydostwo, tak dawniej przeczulone 
na każdą krzywdę swoich”

„W upartym milczeniu międzynarodowego żydostwa, w zabiegach propagandy 
niemieckiej usiłującej już teraz zrzucić odium za rzeź Żydów na Litwinów 
i… Polaków, wyczuwamy planowanie wrogiej dla nas akcji.”

Co za genialna zdolność przewidywania i wnioskowania.

Kolejna faza chyba przyniesie większą wojnę

Rynki mogą świętować przedwcześnie, ale kolejna faza prawdopodobnie przyniesie jeszcze większą wojnę.

Przez Alastair Crooke

Z perspektywy czasu wojna handlowa Trumpa wydawać się będzie drobnostką w porównaniu z groźbą ciosu dla chińskich linii dostaw.

Wkraczamy w nową fazę tej wojny z Iranem. Może ona potoczyć się inaczej, niż wielu się spodziewa (zwłaszcza na rynkach finansowych). Wczoraj Trump powiedział między innymi, że Cieśnina Ormuz jest otwarta i że Iran zgodził się nigdy jej nie zamykać; że Iran, z pomocą USA, usunął lub jest w trakcie usuwania wszystkich swoich min morskich; oraz że USA i Iran będą współpracować w celu pozyskania irańskiego wysoko wzbogaconego uranu (HEU). Trump napisał:

„Zajmiemy się tym razem. Będziemy działać razem z Iranem, w spokojnym tempie, i pojedziemy tam, żeby rozpocząć wykopaliska dużymi maszynami… Wkrótce przewieziemy to z powrotem do Stanów Zjednoczonych”.

Prezydent powiedział wcześniej w piątek, że Iran zgodził się przekazać swoje zapasy wzbogaconego uranu.

Żadne z tych twierdzeń nie było prawdziwe. Albo Trump fantazjował (trzymał się fantazji, mimo że wierzył w ich prawdziwość), albo manipulował rynkami. Jeśli to drugie jest prawdą, to odniósł sukces. Cena ropy spadła, a rynki gwałtownie wzrosły. Podobno 20 minut przed twierdzeniem, że Cieśnina Ormuz jest otwarta i nigdy nie zostanie zamknięta, zajęto krótką pozycję na ropie o wartości 760 milionów dolarów… Ktoś zbił fortunę.

Całe to zamieszanie było ogromne. Trump zapowiedział również, że nowa runda negocjacji i prawdopodobne porozumienie z Iranem nastąpią już wkrótce – nawet w ten weekend. Prawdopodobieństwo negocjacji jest znikome. Irańska agencja informacyjna Tasnim donosi, że „strona amerykańska została poinformowana przez pakistańskiego mediatora, że ​​my [Iran] nie zgadzamy się na drugą rundę [negocjacji]”.

Od samego początku wynegocjowanego przez Pakistan zawieszenia broni, Iran miał zezwalać na przepływanie ograniczonej liczby statków dziennie. Jednak zawsze zależało to od irańskich warunków przewozu.

Końcowym rezultatem manipulacji Trumpa było to, że Iran potwierdził dotychczasowe warunki dotyczące Ormuzu, zapasów wzbogaconego uranu i „prawa do wzbogacania” w ramach bardziej rygorystycznej, mniej elastycznej definicji.

Rozmowy w Islamabadzie pokazały już Iranowi, że jego 10-punktowy plan – pierwotnie poparty przez Trumpa jako „praktyczna podstawa” do rozpoczęcia bezpośrednich negocjacji z Iranem – jest czymś zupełnie innym. Irański plan został odsunięty na boczny tor pod koniec dnia , gdy Stany Zjednoczone powróciły do ​​kluczowych punktów planowanego triumfalnego marszu: stałego zobowiązania Iranu do wyrzeczenia się wzbogacania uranu; przekazania USA 430 kg uranu wzbogaconego do 60%; oraz otwarcia Cieśniny Ormuz – bez opłat drogowych.

Krótko mówiąc, stanowisko USA było po prostu kontynuacją długoletnich żądań Izraela. To dodatkowe doświadczenie oszustwa ze strony USA jedynie wzmocni przekonanie Iranu, że musi zawsze zachować czujność i postrzegać sztucznie wywołane zamieszanie jako potencjalną próbę odwrócenia uwagi od planowanej eskalacji militarnej USA.

Odrzucając te kluczowe żądania, Iran doprowadził do nagłego, ostatecznego wycofania się Stanów Zjednoczonych z Islamabadu, wyjaśniając w ten sposób kluczowy powód amerykańskiego strajku: Netanjahu był sfrustrowany. Bardzo sfrustrowany. „Jak twierdzi [Netanjahu], »media«, ten wygodny, uniwersalny »złoczyńca«, zdołały utrwalić narrację, że Izrael przegrał wojnę [z Iranem] ” – napisał Ravit Hecht w »Haarec« .

„Niewielu ludzi rozumie siłę krótkich, zwięzłych i jednoznacznych komunikatów lepiej niż Netanjahu… Z uciekającym czasem i słabnącą pozycją na arenie międzynarodowej Netanjahu desperacko pragnie odnieść choć jeden wyraźny sukces w ambitnych celach, które ogłosił w pierwszym tygodniu wojny – kiedy pycha i adrenalina wciąż napędzały każdą konferencję prasową rządu”.

Zmiana reżimu w Teheranie? To już nie podlega dyskusji. Niejasny cel stworzenia „warunków” do takiej zmiany rozwiał się. Zakończenie irańskiego programu rakiet balistycznych wydaje się teraz całkowicie nierealne; nawet ministrowie Netanjahu to przyznają. Jeśli chodzi o sieć regionalnych pełnomocników Iranu, jej wpływy mogą stać się bardziej subtelne, ale niewielu wierzy, że uda się ją całkowicie zdemontować.

„W tej grze pozostaje jedna karta: uran”.

„Wewnętrzne otoczenie Netanjahu ma nadzieję, że podobnie jak w poprzednich kryzysach, rosnąca presja może zmusić Iran do eksportu zapasów wzbogaconego uranu. Netanjahu stawia wszystko na ten wynik – lub na możliwość, że kolejna wojna może jeszcze bardziej zdestabilizować reżim”.

Z tego powodu wiceprezydent Vance – który otrzymywał instrukcje z Białego Domu lub Tel Awiwu niemal co godzinę – przedwcześnie zakończył rozmowy. Krótkie, zwięzłe orędzie zwycięstwa , od którego zależy przyszłość Netanjahu, najwyraźniej nie pojawiło się w planach podczas dyskusji.

Amerykański prawnik konstytucyjny Robert Barnes (przyjaciel Vance’a) w wywiadzie relacjonuje:

„Trump wykazywał pierwsze oznaki początkowej demencji we wrześniu 2025 roku… Często bełkocze, regularnie traci panowanie nad sobą i wybucha krzykiem, a do tego nie potrafi myśleć krytycznie.

I – według Barnesa – w tym stanie Trump szczerze wierzy, że USA pokonały Iran i nie zdaje sobie sprawy z ogromnych szkód gospodarczych, jakie zamknięcie Cieśniny Ormuz wyrządza światowej gospodarce”.

Krótko mówiąc, Barnes twierdzi, że urojenie Trumpa, iż Iran stoi na krawędzi kapitulacji, odzwierciedla jego upośledzony stan psychiczny – upośledzenie jego rozumienia „rzeczywistości” (interpretacja panglossowska, którą sekretarz Pete Hegseth stara się jak może wspierać).

Podobnie jak Netanjahu, Trump prawdopodobnie wierzy, że naciski, a nawet jeszcze większa presja na Iran mogą przynieść triumfalne zwycięstwo, w którym (mówiąc w przenośni) 430 kg wzbogaconego uranu mogłoby zostać wydobyte wysoko – albo zmuszone do poddania się pod wpływem nacisków ekonomicznych, albo w dramatyczny sposób przejęte na miejscu przez siły amerykańskie.

W obliczu kryzysu w Białym Domu wiceprezydent Vance (ponownie według Barnesa) gorączkowo pracował za kulisami, aby zorganizować nowe spotkanie z Iranem w Islamabadzie – mimo że proces polityczny był celowo utrudniany przez zmasowane izraelskie ataki powietrzne i naziemne w Libanie, w których zginęło i zostało rannych nawet 1000 osób (prawie wyłącznie cywilów) podczas negocjacji w sprawie zawieszenia broni, a także przez trwające ataki od czasu rzekomego „zakazu” Izraela atakowania Libanu przez Trumpa na początku libańskiego zawieszenia broni dwa dni temu.

Po wielu rozmowach z Pakistanem i licznych komunikatach płynących w różnych kierunkach, „irański urzędnik wojskowy powiedział wczoraj wieczorem, że Teheran postawił Stanom Zjednoczonym ostateczne ultimatum, stwierdzając, że Iran jest zaledwie godzinę od rozpoczęcia operacji wojskowej i ataków rakietowych na siły izraelskie atakujące Liban, co [ostatecznie] zmusiło Trumpa do ogłoszenia zawieszenia broni w Libanie”, aczkolwiek spotkało się to z ogromnym oburzeniem Izraela. Izraelscy urzędnicy byli wściekli i narzekali, że zostali poinformowani dopiero po fakcie .

Nie jest wcale jasne, czy Izrael będzie się do niego stosował (już złamał zawieszenie broni). Netanjahu, wszyscy izraelscy liderzy opozycji i zdecydowana większość społeczeństwa izraelskiego jednomyślnie pragną kontynuować wojnę.

Rozmowy w Islamabadzie zakończyły się fiaskiem, po pierwsze dlatego, że podziały między obiema stronami były nie do pokonania podczas jednej sesji; a po drugie, ponieważ strony miały odmienne i sprzeczne postrzeganie sytuacji na miejscu. Stany Zjednoczone najwyraźniej działały w oparciu o „hipotezę”, że druga strona jest już zdewastowana militarnie i zdesperowana.

Iran z kolei przystąpił do rozmów przekonany, że wyszedł z 12-dniowej wojny wzmocniony. W jego ocenie oznaczało to, że wpływ kontroli nad Ormuzem i Morzem Czerwonym nie osiągnął jeszcze takiego poziomu, by można było stwierdzić, że równowaga sił jest zdecydowanie na korzyść Iranu – a już na pewno nie takiego, który uzasadniałby znaczące ustępstwa ze strony Iranu.

Jaka będzie prawdopodobnie następna faza? Cóż – kolejna wojna . Większa wojna konwencjonalna, której głównym celem prawdopodobnie będzie kolejna zmasowana seria ataków rakietowych, wymierzonych głównie w irańską infrastrukturę cywilną (ponieważ izraelsko-amerykańska lista celów nigdy nie została zaprojektowana tak, aby wytrzymać ataki trwające dłużej niż kilka dni).

14 kwietnia Rada Bezpieczeństwa Rosji ostrzegła, że ​​„negocjacje w sprawie zawieszenia broni mogą zostać wykorzystane przez Waszyngton jako pretekst do przygotowań do wojny lądowej… Stany Zjednoczone i Izrael mogą wykorzystać rozmowy pokojowe do przygotowania operacji lądowej przeciwko Iranowi, podczas gdy Pentagon będzie nadal zwiększał liczbę wojsk amerykańskich w regionie”.

Trump dodał teraz nowy front, którego celem jest maksymalizacja presji gospodarczej na Iran poprzez sankcje i blokady. Głównym celem są Chiny, które, jak twierdzi sekretarz skarbu Scott Bessent, są największym nabywcą ropy naftowej z Iranu po obniżonych cenach. Bessent opisuje ten nowy wymiar jako finansowy odpowiednik wcześniejszych kinetycznych (militarnych) ataków USA i Izraela na Iran. Nazwał to częścią „Operacji Ekonomicznej Furii” – mającej na celu odcięcie Iranu od źródeł dochodów, w szczególności z nielegalnej sprzedaży ropy i sieci przemytniczych.

Bessent powiedział również, że Stany Zjednoczone nałożą sankcje wtórne na każdy kraj, firmę lub instytucję finansową, która nadal będzie kupować irańską ropę naftową lub pozwoli irańskim pieniądzom przepływać przez swoje konta. Określił to jako „bardzo surowe posunięcie”. Bessent wyraźnie ostrzegł, że Stany Zjednoczone nałożą sankcje wtórne, jeśli zostanie wykryte, że irańskie fundusze przepływają przez konta bankowe.

Jeśli to oświadczenie ma na celu wywarcie presji na Iran, by ten skapitulował przed Izraelem i Stanami Zjednoczonymi, to stanowi ono rażącą pomyłkę w ocenie sytuacji zarówno w Iranie, jak i w Chinach. Prawdopodobnie obróci się to przeciwko Trumpowi.

Stworzy to kolejny front ekonomiczny w tej wojnie i rozszerzy wojnę ekonomiczną na poziom globalny.

Jest prawdopodobne, że Chiny i Rosja zinterpretują to oświadczenie jako kolejną próbę USA (po blokadzie Wenezueli) ograniczenia chińskich szlaków dostaw energii. Kanał Ormuz pozostaje otwarty dla chińskich statków. Próba blokady przez Trumpa była pierwszym przejawem nacisku – a teraz grozi on sankcjami wobec chińskich banków i chińskiego handlu.

Z perspektywy czasu wojna handlowa Trumpa będzie postrzegana jako nic nieznacząca w porównaniu z groźbą ataku na chińskie szlaki dostawcze.

Źródło: Rynki mogą przedwcześnie świętować, ale następna faza prawdopodobnie będzie oznaczać więcej i większą wojnę

Igrzyska, Żydowie i banderowcy

Igrzyska, Żydowie i banderowcy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  23 kwietnia 2026 michalkiewicz

Po wyborach parlamentarnych na Węgrzech (ciekawe, że Węgrzy nie obrażają się za to „na Węgrzech” podczas gdy nasi panowie-banderowcy z Ukrainy nakazali polskim „sługom narodu ukraińskiego” używanie zwrotu „w Ukrainie” do czego wszystkie sługi, włączając w to twardzieli z naszej niezwyciężonej armii, w podskokach posłusznie się zastosowały, podobnie zresztą, jak do innych nakazów) w vaginecie obywatela Tuska Donalda zapanował nastrój euforii w nadziei, że obywatelu Żurku Waldemaru uda się ciupasem sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju Zbigniewa Ziobrę i Marcina Romanowskiego, którymi wszyscy będą chcieli się nacieszyć – od prostego prokuratorskiego ciury, poprzez nienawistnych sędziów, którzy – jestem tego pewien – będą jeden przez drugiego dobijać się, żeby to ich wylosowano do oprawienia znienawidzonych delikwentów, zaś najważniejsi vagineciarze już obmyślają rozmaite igrzyska dla gawiedzi, którymi wypełnią czas w wiosennym sezonie politycznym, a może z przedłużeniem na sezon letni – bo sezon jesienno-zimowy będzie wypełniony igrzyskami związanymi z pakowaniem do kryminału znienawidzonego Grzegorza Brauna i delegalizowaniu jego Konfederacji Korony Polskiej, a może też tej drugiej Konfederacji – żeby przed wyborami w roku 2027 scena polityczna naszego bantustanu została przygotowana dla europejsów obydwu obrządków, to znaczy – zarówno dla Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, jak i Prawa i Sprawiedliwości, które w europejsizmie dotrzymuje kroku folksdojczom, pokrywając swoją uległość wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i Niemców, patriotyczną, tromtadracką retoryką. Przy takim przygotowaniu wybory tak czy owak będą wygrane, zgodnie z wytycznymi klasyka demokracji Józefa Stalina, który kładł nacisk na przygotowanie suwerenom prawidłowej alternatywy. A jakaż alternatywa z punktu widzenia europejsów może być lepsza o tej? Od tej żadnej lepszej alternatywy nie ma, więc z tego możemy wnosić, że zarówno BND, jak i nasze stare kiejkuty zrobią wszystko, co będzie trzeba, żeby było gites-tenteges, ku zadowoleniu warszawskiego Judenratu i Jego Ekscelencji pana ambasadora Róży Tomasza, który już zawczasu przedstawił brzegowe warunki dla naszej młodej demokracji.

Nie ma bowiem takich poświęceń, jakich nie można byłoby dokonać dla demokracji – a poza tym właśnie wydarzyło się coś, „jak zgrzyt żelaza po szkle”, w postaci wyroku NSA, który potwierdził uprawnienia pana prof. Sławomira Cenckiewicza do wglądu w tak zwane „informacje niejawne”. Co prawda Służba Kontrwywiadu Wojskowego, co to wypączkowała ze starych kiejkutów po roku 2006, podobno olewa wyroki tych wszystkich nienawistnych sądów ciepłym moczem, w związku z czym pan prof. Cenckiewicz „domaga się” dymisji pana generała Stróżyka, który cieszy się zaufaniem obywatela Tuska Donalda i jego niemieckich mocodawców, jako specjalista do wykrywania pod każdym krzakiem ruskich i białoruskich agentów. Któż go w tej sytuacji jest w stanie zdymisjonować, kiedy gołym okiem widać, że on żadnej władzy tubylczej nie podlega? Podobny status wyrobił sobie Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman, któremu jakieś Schweine medialne przypisują inkasowanie milionowych przelewów. Wprawdzie media, które te fałszywe pogłoski kolportują uchodzą za neutralne, niemniej jednak obywatel Żurek Waldemar, zapytany przez jakichś dociekliwców o te miliony, asekurancko odpowiedział, że on „o niczym” nie wie, chociaż niezależne media trąbią o tym już od jakiegoś czasu. Od razu tedy widać, że Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman obywatelu Żurku Waldemaru nie podlega, a w związku z tym może on mu – jak to mówią „skoczyć”.

Tak było z kierowcą Zdenka Mlynarza, który – razem z innymi dygnitarzami Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej – został w sierpniu 1968 roku umieszczony w jakiejś sali zamku na Hradczanach pod strażą sowieckiej dywizji tamańskiej. Aliści w pewnym momencie zobaczył, że jego kierowca przechodzi jakby-nigdy-nic przez wszystkie posterunki, a kiedy już dotarł do niego, zapytał go, jak to możliwe. – To proste – odparł kierowca. – Jak próbowali mnie zatrzymywać, to ja im mówiłem: ja wam nie podlegam – a oni się rozstępowali i mnie przepuszczali.

Więc igrzyska, jakimi ma się ekscytować nasz nieszczęśliwy kraj, zostały już zaplanowane zarówno na sezon wiosenno-letni, jak i jesienno-zimowy, a gdyby przypadkiem nienawistne sądy się pośpieszyły, to pojawił się właśnie dodatkowy wątek w postaci sprawy Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza, który pojawił się w Sejmie z flagą bezcennego Izraela – ale zmodyfikowaną w ten sposób, że zamiast Gwiazdy Dawida w środku umieszczona była swastyka. „Co to się działo, co się działo uzdrowiska pół….” – to znaczy – jakiego tam znowu „uzdrowiska”! Nie żadne tam „uzdrowisko”, tylko obydwie ambasady: izraelska i amerykańska podniosły gewałt na cały regulator, a słysząc ten klangor Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz musiał przypomnieć sobie czasy socjalistycznej młodości w PZPR, bo – jak utrzymują osoby dobrze poinformowane – w odruchu warunkowym, splamił mundur od środka i zawiadomił prokuraturę, by wobec Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” tym bardziej, że dopuścił się on tej myślozbrodni zaraz potem, jak w chwilowo nieczynnym obozie w Auszwicu kotłowali się uczestnicy tak zwanego „Marszu Żywych”.

Co tam zaordynuje Konradu Berkowiczu Prokurator Dariusz Korneluk, co to myśli, że jest Prokuratorem Krajowym – to znaczy – jakie męki mu zada w ramach igrzysk – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy. Żeby tedy dodać Wielce Czcigodnemu Konradowi Berkowiczowi otuchy, przypominam co mawiał król Stanisław August, kiedy udało mu się uzyskać pożyczkę od jakiegoś lichwiarza – że mianowicie „zbawienie przychodzi od Żydów”. Oto madame Maja Golan, sprawująca w rządzie jedności narodowej bezcennego Izraela funkcję ministra do spraw równości i od kobiet, chlapnęła, co następuje: „Jestem osobiście dumna z holokaustu w Gazie i wiem, że za 80 lat będą opowiadać wnukom, co zrobili Żydzi”. Wszystko to być może, bo przecież na podstawie takich traumatycznych przeżyć budują swoją pozycję polityczną i moralną Żydowie „ocaleni z holokaustu”.

Różnica może być taka, że mieszkańcom Gazy nikt nie będzie z tego tytułu wypłacał dywidend, podczas gdy Żydowie – ach – szkoda każdego słowa! Nawiasem mówiąc, niektórzy Czytelnicy zapytują, czemu słowo „holokaust” piszę z małej litery. Wojciech Dzieduszycki na podobne pytanie odpowiedział, że znał jegomościa, który, dorobiwszy się na handlu wołami, odtąd słowo „wół” pisał zawsze z dużej litery. I na koniec wszystkich, którzy wątpią, by w ramach „sprawiedliwego pokoju” Ukraina dostała jako rekompensatę „Zakierzoński Kraj”, uprzejmie informuję, że chociaż jeszcze nikt niczego nie podpisał, to Ukraińcy na tym terenie już wprowadzają banderowskie prawo szariatu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Tucker Carlson odcina się od Trumpa. Publicznie przeprosił za to, że go popierał.

Tucker Carlson odcina się od Trumpa.

Publicznie przeprosił za to, że go popierał!

pch24.pl/tucker-carlson-odcina-sie-od-trumpa-publicznie-przeprosil-za-to-ze-go-popieral

Jeden z najpopularniejszych amerykańskich komentatorów prawicowych, Tucker Carlson, oficjalnie przeprosił za popieranie Donalda Trumpa. Jak ogłosił, wprowadzał ludzi w błąd, stawiając na tego właśnie kandydata w wyborach prezydenckich.

Tucker Carlson nagrał rozmowę ze swoim bratem, Buckleyem, który był jednym ze współautorów wystąpień Trumpa w 2015 roku. Komentator nie krył wielkiego rozżalenia obecną polityką amerykańskiego prezydenta. – Ty i ja, wszyscy, którzy go wspieraliśmy – jesteśmy w to zamieszani. Nie wystarczy powiedzieć: „zmieniłem zdanie” – stwierdził.

[Może] w niewielkim stopniu, ale my i miliony takich, jak my, jesteśmy przyczyną tego, co się dziś dzieje – dodał. – Trzeba się z tym zmierzyć we własnym sumieniu. Będę się z tym zmagać przez długi czas. Dlatego chcę powiedzieć: przepraszam za to, że wprowadzałem ludzi w błąd. Nie robiłem tego celowo – ogłosił.

Wcześniej Donald Trump skonfliktował się również z innymi popularnymi prawicowymi publicystami, którzy zaczęli krytykować jego politykę, zwłaszcza międzynarodową.

Trump w jednym z wpisów na „Truth Social” w odpowiedzi po prostu ich zwyzywał, zarzucając im nieudolność, głupotę i inne przywary. Chodziło między innymi o Candace Owens, Megyn Kelly czy Alexa Jonesa. Trump bardzo ostro krytykował też samego Tuckera Carlsona.

Źródło: wp.pl

Pełzający zamach stanu. Zamach do ciosu stanikiem?

Pełzający zamach stanu

Izabela BRODACKA

Czym jest zamach stanu? Jest to zakwestionowanie i obalenie obowiązującego porządku prawnego. Często w sposób nagły, brutalny, przy użyciu przemocy. Zatem, co się stało? Otóż marszałek Sejmu, ignorując konstytucyjną rolę prezydenta, zorganizował zaprzysiężenie nowo wybranych przez parlament sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wbrew temu co stanowi, w Art. 4, p. 1 ustawa o statusie sędziów TK. A zapis w niej mówi jasno, że sędziowie składają przysięgę wobec prezydenta. Czyli przysięgają przed i w obecności prezydenta.

Tymczasem 9 kwietnia 2026 roku doszło do czegoś, co bardzo trudno określić. Czy była to parodia zaprzysiężenia przed nieobecnym prezydentem? Czy farsa? A może było to „и страшно и смешно”, czyli wydarzenie o charakterze trochę śmiesznym, a trochę strasznym? Czyli tragifarsa. Bowiem w miejscu tej imprezy, w Sali Kolumnowej naszego parlamentu pana prezydenta Karola Nawrockiego nie było. Wbrew temu faktowi sędziowie czytając swoje przyrzeczenia używali sformułowania „ślubuję przed prezydentem”. Nieobecnym?

Igor Zalewski w programie robiącego zawrotną medialną karierę Kanału Zero porównał ten sejmowy spektakl do sceny ze słynnego filmu Stanisława Barei „Miś”. Władza ludowa chcąc nadać urzędowemu wydarzeniu wręczenia obywatelowi dowodu osobistego nadzwyczaj uroczysty charakter, organizowała żenujący i komiczny spektakl, w którym dwa karły w strojach ludowych tańczyły krakowiaka, do muzyki puszczanej w kulminacji z taśmy urzędniczego magnetofonu. Skojarzenie to tyleż anegdotyczne, co trafne, w sytuacji gdy sejmowe zaprzysiężenie organizował postkomunista Włodzimierz Czarzasty i zapewne szef jego kancelarii towarzysz Marek Siwiec, ten który w obecności ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego kpił, po przylocie helikopterem do Kalisza, z gestu całowania polskiej ziemi przez papieża Jana Pawła II.

Posłanka Ewa Zajączkowska nazwała to co się wydarzyło w sejmie pajacowaniem. Rzeczywiście, nie przysporzyło to powagi tym, którzy zdecydowali się na spostponowanie uprawnień i majestatu głowy państwa w tak żenujący sposób.

Trybunał Konstytucyjny bowiem jednoznacznie i kategorycznie zinterpretował zapisy prawa istniejące zarówno w konstytucji, jak i we właściwej ustawie, wydając 12 czerwca 2012 roku następujące postanowienie: Powołanie sędziów jest suwerenną prerogatywą Prezydenta RP i nie podlega kontroli sądowej ani ponownemu rozpoznaniu, ani weryfikacji przez inne organy państwa”.

Dokument jest sygnowany SK 37/08. Jakie zatem były motywacje organizatorów tej sejmowej hucpy? Czy marszałek Czarzasty uznał, że może zastępować prezydenta w sprawach, w których prezydent nie realizuje jego oczekiwań? Wprost zapowiedział to podczas swojej konferencji prasowej. A może rozpoczęła się realizacja sugerowanego przez rządzącą koalicję 13 grudnia planu obalenia prezydenta Karola Nawrockiego? Niestety, wiele na to wskazuje. A dawna deklaracja premiera Tuska, że „będą stosować prawo tak jak je rozumieją”, dzisiaj brzmi szczególnie groźnie. W sytuacjach poprzedzających dramatyczne, albo wręcz tragiczne wydarzenia mają znaczenie symboliczne drobiazgi. Uczy mnie tego moje długie doświadczenie życiowe. W opisywanej sprawie, moim zdaniem, bardzo niepokojącym faktem, z pozoru tylko błahym, jest fakt, iż dwoje sędziów, którzy złożyli już ślubowanie przed panem prezydentem Nawrockim, ponowili je przed Czarzastym. Czyżby się obawiali skutków braku uległości wobec sił, które reprezentuje marszałek. Czyżby wiedzieli o czymś o czym my nie wiemy? Czyżby mieli wiedzę o planowanym planie obalenia głowy państwa polskiego, prezydenta RP? Sędziowie są dorosłymi, wykształconymi i doświadczonymi ludźmi, dlaczego więc zdecydowali się złożyć identyczną przysięgę, którą wcześnie już złożyli? Przecież takie ich postępowanie jest nielogiczne.

Przedstawiciel prezydenta, minister Zbigniew Bogucki jednoznacznie i dobitnie ocenił zachowanie sędziów w Sali Kolumnowej Sejmu. Nazwał je hucpą, łamaniem prawa, zamachem na konstytucję i ustawę. Nazwał to wydarzenie kuriozalną farsą. Zagroził sędziom odpowiedzialnością karną. Podobnie wypowiedział się prominentny poseł Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak, którego wypowiedzi, nie bez racji, uważa się za zbieżne z poglądami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Rzeczywiście, jeśli sędziowie, którzy są powołani do stania na straży prawa i praworządności sami gwałcą prawo, to jest to sytuacja kuriozalna.

Paradoksem w całej sprawie jest fakt, iż organizatorem tej nieszczęsnej próby zignorowania niezastępowalnej roli prezydenta jest Włodzimierz Czarzasty, członek, do jej końca, doszczętnie skompromitowanej i zbrodniczej partii komunistycznej PZPR. Marszałek sejmu musi działać zgodnie z prawem i w zakresie prawa. Nade wszystko zgodnie z konstytucją i ustawami. A mamy do czynienia z sytuacja, w której on działa bezprawnie i wyznacza własne, nielegalne standardy postępowania. Komunista uczy demokratów czym jest demokracja i praworządność.

Żeby uwiarygodnić tę imprezę i przedstawić ją społeczeństwu jako zgodną z prawem, świadkiem zdarzenia uczyniono notariusza. Okazało się po raz kolejny, że bez trudu można znaleźć takich chętnych do współpracy notariuszy. Znajdowali je wcześniej czyściciele warszawskich kamienic. Znajdowali ich także chcący bezprawnie kupić Konstancińskie Łąki Oborskie. Jak mówią dowcipne dzieci: „Pekunia, to nie jest omlet”. Pan notariusz nazywa się Dariusz Kramarz. Już mi się z czymś skojarzyło nazwisko pana notariusza … I w porę nie tyle ugryzłam się w język, co w palec, którym stukam w klawiaturę komputera. Nie, nie. Nie wolno kpić z nazwisk. To nie przystoi. A z imion można? Imiona to co innego, one są powszechne. Można je wyjaśniać. Imiona często coś znaczą. W tym przypadku wszystko się zgadza. Otóż imię Dariusz oznacza tego kto posiada jakiś cenny dar. Pan Dariusz Kramarz został więc obdarowany. Pozostaje tylko pytanie czym i przez kogo?

Natomiast to co się dzieje w Polsce od 13 grudnia 23 roku można określić jako pełzający zamach stanu.

Czym różni się „Danzig” od „Polin” ?

Czym różni się „Danzig” od „Polin” ?

Autor: CzarnaLimuzyna, 23 kwietnia 2026

W trakcie wizyty w Gdańsku francuskiego funkcjonariusza globalistów, uszy politruków z PiS wychwyciły, że Donald Tusk zamiast wymówić słowo „Gdańsk” powiedział „Danzig”.

Nihil novi sub sole. A co miał powiedzieć przedstawiciel mniejszości etnicznej, którego credem politycznym jest „polskość to nienormalność”? Słowa te napisał w odpowiedzi na pytanie czym jest polskość, stwierdzając, że polskość wywołuje w nim odruch buntu.

Tusk przeciwstawił normalność rzekomej nienormalności, którą określił jako „ Bóg, Honor i Ojczyzna”. Samą polskość określił jako „nienormalność” , „niechciany temat”, „uciążliwe dziedzictwo” i „brzemię”, którego nie ma ochoty dźwigać.

Od 40 lat lewicowi propagandyści starają się tłumaczyć gawiedzi, że autor czyli Tusk miał na myśli coś innego. Podkreślić należy, że w 1987 roku politycy lekkich obyczajów nie mieli jeszcze na tyle odwagi, aby przyznawać się do zrywania z polskością. W przeciwieństwie do czasów obecnych atmosfera była dyktowana nastrojem walki o wolność – gorąca i antykomunistyczna.

Asekurując się, Tusk kończy słowami: „Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie, że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem”.

Przedtem jednak napisał:

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy”. /Donald Tusk, „Polak rozłamany”, „Znak”, 1987./

” Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością…”?

Jednak najbardziej wymownym, wpisującym się w brak polskiej tożsamości, jest typowe, charakterystyczne dla wtórnych analfabetów z lewicy, fałszywe przeciwstawienie kultury i cywilizacji – Bogu i Ojczyźnie. Dziś już wiemy, że nie o kulturę i cywilizację, lecz o antykulturę, depopulację, zrównoważony rozbój – o  cywilizację śmierci im chodzi.

Andrzej Duda „To jest Polin”

A czym różni się „Danzig” Donalda Tuska od „Polin” Andrzeja Dudy?

Niczym. Zmienia się tylko akcent z niemieckiego na żydowski, zachowując swój antypolski charakter.

==============================

M D: SKALĄ. Polin jest większe. a Ukropolin jeszcze większe.

NA ŻYWO Z TEHERANU: Dlaczego Iran nie spotyka się z marionetkami Netanjahu

NA ŻYWO Z TEHERANU: Prof. Mohammad Marandi wyjaśnia: Dlaczego Iran nie spotyka się z marionetkami Netanjahu

W niezwykle aktualnym wywiadzie na żywo z amerykańskim sędzią Andrew Napolitano w jego programie Judging Freedom irański profesor Mohammad Marandi – jeden z najbardziej znanych irańskich analityków politycznych i wieloletni obserwator stosunków amerykańsko-irańskich – otwarcie i szczegółowo mówił o obecnej sytuacji w Teheranie, nieudanych negocjacjach w Islamabadzie i powodach, dla których Republika Islamska nie chce prowadzić dalszych rozmów z delegacją USA pod przewodnictwem wiceprezydenta J.D. Vance’a.

Marandi, który przeprowadził wywiad ze swojego mieszkania w stolicy Iranu, przekazał nam obraz odporności, siły kulturowej i strategicznej jasności – daleki od narracji zachodnich.

Życie codzienne w Teheranie podczas zawieszenia broni

Profesor Marandi opisał sytuację w Teheranie jako w dużej mierze normalną, choć napiętą. Miasto znów było pełne ludzi, a sklepy i restauracje tętniły życiem. Niemniej jednak nie było jasne, czy zakupy osiągnęły już poziom sprzed wojny.

W poprzednich dniach wielu mieszkańców ponownie opuściło miasto, obawiając się, że zawieszenie broni się załamie i prezydent USA Trump może wznowić bombardowania. Sam Marandi zauważył jednak w ostatnich nocach utrzymującą się wysoką gęstość zaludnienia.

„Liczba osób, które opuściły miasto, jest prawdopodobnie mniejsza niż w czasie wojny”.

Napolitano zapytał o typowo irańskie zjawisko: podczas gdy obywatele Izraela szukali schronienia podczas irańskich ataków rakietowych na Tel Awiw, mieszkańcy Teheranu wychodzili na ulice, niosąc flagi, gdy USA bombardowały miasto.

Marandi wyjaśnił to, wskazując na głębokie korzenie w kulturze szyickiej i historię imama Husajna, wnuka proroka Mahometa.

„Sprzeciwił się uciskowi i tyranii – to nadal kształtuje irańskie społeczeństwo: sprawiedliwość, opór przeciwko ciemiężycielom i sprawiedliwość społeczna”.

Podczas nocnych zgromadzeń, mimo eksplozji, ludzie nie krzyczeli ani nie wpadali w panikę, lecz kontynuowali śpiewanie i zajmowali swoje pozycje.

„To niezwykłe uczucie być wśród nich”.

Zgromadzenia publiczne i obecność wojska

Sędzia pokazał agencji Reuters nagranie ogromnych tłumów na placu Taj w Teheranie – od około 20-tej do po północy, z ciągłym przepływem ludzi. Dodał, że rakiety były tam nawet wystawione na widok publiczny.

Marandi potwierdził, że tego typu spotkania odbywały się w kilku miejscach i odzwierciedlały emocjonalną więź ludności z obroną kraju.

Jednocześnie odniósł się do incydentu z udziałem dwóch statków w Zatoce Ormuz, które rzekomo zostały zatrzymane przez siły irańskie.

Podejrzewał, że była to bezpośrednia reakcja na atak USA na irański statek, na pokładzie którego znajdowali się marynarze i ich rodziny.

„Irańczycy weszli na pokład statków i prawdopodobnie doprowadzili je do swojego wybrzeża – w ramach odwetu”.

Negocjacje w Islamabadzie

Kluczowym punktem rozmowy były bezpośrednie negocjacje, które odbyły się tydzień wcześniej w Islamabadzie, w których uczestniczył Marandi.

Delegacja irańska pod przewodnictwem przewodniczącego parlamentu dr Bali – mając pełne upoważnienie ajatollaha Chameneiego – miała prawo podjąć decyzję.

Według Marandiego, wiceprezydent Vance, Steve Witkoff i Jared Kushner byli po stronie USA.

Marandi opisał, jak Vance wykonał kilka telefonów, m.in. do Netanjahu, który później publicznie oświadczył, że wysoko postawieni urzędnicy amerykańscy codziennie składali mu raporty.

„Bardzo dziwne zdanie.”

Było oczywiste, że strona amerykańska nie miała ostatecznych uprawnień decyzyjnych.

Pod koniec dnia Amerykanie stali się bardziej agresywni i niespodziewanie odwołali rozmowy zaplanowane na następny poranek.

„Nie wydawało się to poważne.”

Od tego czasu komunikacja odbywała się wyłącznie za pośrednictwem pośredników.

Marandi stanowczo odrzucił twierdzenia zachodnich mediów, jakoby irański rząd nie mówił jednym głosem.

„Dr Arakchi ma pełną władzę. Akta są w jego rękach. Nie ma żadnych rozbieżności.”

Spór o Cieśninę Ormuz

Marandi szczegółowo wyjaśnił związek z Cieśniną Ormuz.

W ramach zawieszenia broni Iran zgodził się na przepływ większej liczby statków – w tym tych z państw Zatoki Perskiej, takich jak Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska, które wsparły USA w wojnie.

Jednakże Izrael złamał zawieszenie broni, przeprowadzając masowe bombardowania w Libanie.

Po dziesięciu dniach Izrael został zmuszony do zawarcia zawieszenia broni, a Iran chciał nadal przestrzegać porozumienia.

Trump z kolei utrzymywał blokadę portów irańskich i Zatoki Perskiej.

„To było oczywiste naruszenie”.

Następnie Iran powrócił do swojej poprzedniej polityki.

„To nie Iran zmienił decyzję, ale Trump naruszył zawieszenie broni”.

Blokada gospodarcza i globalne konsekwencje

Marandi wydał surowe ostrzeżenie dotyczące konsekwencji blokady ze strony USA.

Dotyka to nie tylko Iran, ale całą gospodarkę światową. Niedobór ropy naftowej, skroplonego gazu ziemnego, nawozów, helu i produktów petrochemicznych pogłębia się z minuty na minutę.

Ceny żywności i paliwa już wzrosły.

„To tylko wierzchołek góry lodowej”.

Gdyby Trump zatrzymał irański tankowiec przewożący dwa miliony baryłek ropy przeznaczone dla Chin, Iran zareagowałby przejęciem tankowców z Arabii Saudyjskiej, Emiratów Arabskich, Kuwejtu, Bahrajnu i Kataru.

„Bez ich współpracy Stany Zjednoczone nie mogłyby prowadzić tej wojny”.

Strategiczne powściągliwość Iranu

Pomimo 3400 ofiar śmiertelnych po stronie Irańczyków, Iran zaatakował cele wojskowe i obiekty USA, unikając w dużej mierze ofiar cywilnych po drugiej stronie – w przeciwieństwie do masowych ataków izraelskich.

„Nikt w Iranie nie chce, żeby ludzie ginęli po drugiej stronie Zatoki Perskiej. Chcemy normalizacji i otwarcia Cieśniny Ormuz pod irańską kontrolą”.

Dlaczego nie ma dalszych spotkań?

W końcu Marandi dotarł do sedna sprawy.

Iran nadal był skłonny do rozmów, ale USA naruszyły zawieszenie broni, kontynuując blokadę.

„Jak możemy mówić o nowych zobowiązaniach, jeśli nie honorujemy starych?”

Kontynuowanie negocjacji mogłoby jedynie zachęcić USA do zerwania porozumień w przyszłości.

W Iranie panuje przekonanie, że Netanjahu ma większy wpływ na Trumpa niż Trump – za pośrednictwem lobby syjonistycznego i potencjalnie kompromitujących materiałów.

Uwagi końcowe

Marandi zakończył, polecając książkę Going to Tehran , która wiele lat temu ostrzegała przed niebezpieczeństwami konfrontacji z Iranem.

Sędzia Napolitano zakończył rozmowę pochwałami:

„Mohammadzie Marandi, mój drogi przyjacielu, jesteś tak intelektualnie uczciwy i osobiście odważny. Dziękuję Ci bardzo.”

Wywiad oferuje rzadki, bezpośredni wgląd w irańską perspektywę – trzeźwą, opartą na faktach i napędzaną głębokimi przekonaniami kulturowymi.

Pokazuje to, dlaczego Teheran obecnie nie chce prowadzić dalszych negocjacji z delegacją USA, która z perspektywy Iranu ostatecznie musi skonsultować się z Tel Awiwem. Z punktu widzenia Teheranu zawieszenie broni zostało już zerwane przez USA, a prawdziwa dyplomacja wymaga czegoś innego niż polityka marionetkowa.

Dlaczego edukacja zdrowotna nadal jest niebezpieczna i… pozbawiona sensu?

Dlaczego edukacja zdrowotna nadal jest niebezpieczna i… pozbawiona sensu?

Tomasz Figura pch24/dlaczego-edukacja-zdrowotna-nadal-jest-niebezpieczna-i-pozbawiona-sensu

Nawet bez obowiązkowej edukacji seksualnej, edukacja zdrowotna nadal pozostaje niebezpieczna dla dzieci i stanowi poważne zagrożenie dla władzy rodzicielskiej. Ostatecznie zaś, jest marnotrawieniem środków publicznych, wszak nie da się „nauczyć” zdrowego stylu życia, za to można skutecznie namieszać dzieciom w głowach zideologizowanym przekazem.

Minister edukacji Barbara Nowacka podjęła kolejną próbę wprowadzenia obowiązkowych zajęć z edukacji zdrowotnej, tym razem bez zawierającego edukację seksualną komponentu, uznawanego za najbardziej kontrowersyjny i budzącego niechęć wśród wielu rodziców. Ta zmiana wcale jednak nie oznacza, że edukacja zdrowotna przestała być projektem ideologicznym. Jest nim nadal i z tego powodu nadal pozostaje bardzo niebezpieczna.

Kwestia seksualności to tylko jeden z wielu niedopuszczalnych zakresów tematycznych, wpisanych w ten program. Jeśli zatem ktoś przekonuje Państwa – a takich ludzi nie brakuje również wśród konserwatywnych i katolickich publicystów – że edukacja zdrowotna to ważny przedmiot, który pozbawiony tzw. kontrowersyjnych zapisów, staje się istotnym dla zdrowia i przyszłości naszych dzieci, ten po prostu wprowadza Was w błąd. Tak, edukacja zdrowotna to poważne zagrożenie dla tego, w co wasze dzieci będą wierzyć i jaki system wartości wyznawać. Dlaczego?

Zdecyduje światopogląd nauczyciela

Po pierwsze, edukacja zdrowotna obejmuje programem szereg treści aksjologicznych. Wbrew temu, co sądzą jej zwolennicy, jest on pełen zagadnień dających nauczycielowi szerokie pole interpretacji, a co za tym idzie – przedstawienia ich w oparciu o własny światopogląd. O tym, że nauczyciele nie są maszynami klepiącymi wyuczone formułki, wie naprawdę wielu rodziców, którzy napotykali na różne problemy związane z ideologiczną edukacją ich dzieci. Przedstawianie średniowiecza jako wieków ciemnych, w którym nie zajmowano się niczym poza powtarzaniem w kółko „memento mori”, lub historii Polski jako dziejów warcholstwa, rozpasania szlachty i zgubnego liberum veto – to właściwie klasyki ze szkolnego nauczania. A mówimy o treściach jawiących się zazwyczaj jako „neutralne światopoglądowo”. Ale i tutaj światopogląd nauczyciela ma znaczenie i wpływ na sposób myślenia naszych dzieci.

Możemy sobie zatem tylko wyobrazić, jakie pole do popisu dostanie nauczyciel, jeśli przyjdzie mu opowiadać o różnorodności płciowej czy formach dyskryminacji. Wszystkie te terminy są nieokreślone i niezdefiniowane, a ich stosowanie jest silnie modelowane przez światopogląd osoby, która terminy te stosuje. Dyskryminacją może być rasizm – i to jest naganne – ale może nią być też na przykład sprzeciw wobec jednopłciowych pseudo-małżeństw. Co takiego w szkole usłyszą o tym dzieci? Na dwoje babka wróżyła.

Podobnie jest w przypadku tak prozaicznego tematu, jak zdrowa dieta. Mówimy o czymś, co w zasadzie nie powinno budzić większych kontrowersji. Musimy jednak pamiętać, że nie żyjemy w czasach, w których istnieją jakieś stałe punkty odniesienia. Możemy sobie wyobrazić zatem nauczyciela, który opowie dzieciom, że jedzenie mięsa jest szkodliwe i nieetyczne, a nadzieją dla świata pozostaje wegetarianizm.  

Edukacja zdrowotna takich pułapek ma zaszytych mnóstwo. Spójrzmy chociażby na kwestię dezinformacji w mediach. Jak wiadomo, za dezinformację uznawane są dzisiaj treści stające chociażby w sprzeczności z tzw. konsensusem społecznym czy naukowym. Swoisty szczyt „walki z dezinformacją” obserwowaliśmy chociażby w czasie pandemii COVID-19, kiedy za bezsprzeczny dowód naukowy uznawano skuteczność maseczki w powstrzymywaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Na ustalenia naukowców powoływano się też zamykając lasy czy cmentarze, wszak to podobno osławiona rada medyczna rekomendowała lockdowny.

Niektórzy z czytelników mogą też pamiętać aferę, jaka rozpętała się po wywiadzie udzielonym Bogdanowi Rymanowskiemu przez prof. Grażynę Cichosz, która proponowała zmianę piramidy żywienia i rezygnację z diety opartej na węglowodanach. W jej opinii, za choroby serca odpowiadają zgoła inne czynniki niż dieta tłuszczowa. Program został ostro skrytykowany i uznany za rodzaj dezinformacji. Tymczasem niedługo potem okazało się, że w Stanach Zjednoczonych zmieniono zalecenia zdrowej diety, dążąc do obniżenia spożycia węglowodanów.  

Jakie informacje odnośnie zdrowego żywienia przekaże naszym dzieciom nauczyciel? Czy będzie w stanie ocenić, czym jest dezinformacja i na jakich danych warto się opierać np. w kwestii zaleceń żywieniowych? W jaki sposób przedstawi inny sporny problem, jakim jest globalne ocieplenie i wpływ człowieka na ten proces? Możemy spekulować, a na pewno dowiemy się tego od naszych dzieci, które część tych opinii mogą potraktować poważnie.

Rodzic nic nie znaczy?

Wreszcie edukacja zdrowotna bagatelizuje wiele problemów, które wcale nie są tak proste jak pozornie mogą się wydawać. Mowa chociażby o transplantologii, uznanej przez ogromną część środowiska medycznego za wielkie osiągnięcie współczesnej medycyny. To prawda, że transplantacje uratowały wiele ludzkich istnień, ale całej procedurze towarzyszy też spór o szacunek dla życia potencjalnego dawcy. Istnieją przecież naukowcy kwestionujący, czy faktycznie stwierdzenie śmierci pnia mózgu jest wystarczające, by uznać ciało człowieka za martwe. Nie są to wcale teorie wariatów. Czy nauczyciel w trakcie edukacji zdrowotnej opowie o nich uczniom, przedstawiając sprawę jako realny problem, który warto zgłębiać?

Kolejna sprawa dotyczy obowiązkowych szczepień. Tu również opinie nie są jednoznaczne, a sam problem nie jest aksjologicznie zerojedynkowy. Mówimy przecież o procedurze medycznej, co do której istnieją spory. Nakłada się na nie lobbing firm farmaceutycznych, którego doświadczyliśmy chociażby w trakcie pandemii COVID-19. Czy zatem nauczyciel ma prawo jednoznacznie opowiadać się za przymusem szczepień? Jak takie twierdzenia pogodzić z prawem rodziców do wychowania dziecka i kształtowania jego światopoglądu? Dlaczego to akurat nauczyciel ma decydować o tym, co dziecko sądzi o przymusie szczepień, ale też innych kwestiach, które wcale nie są moralnie jednoznaczne, jak chociażby wspomniane już globalne ocieplenie?

Trudno mieć zatem wątpliwości, że edukacja zdrowotna to po prostu kolejny obszar, w którym państwo rości sobie prawo do oddziaływania na obywateli. Tym razem chodzi o kształtowanie opinii dzieci w bardzo konkretnych obszarach. Edukacja zdrowotna jest zatem przedmiotem zideologizowanym i jako taka nie powinna w ogóle pojawić się w szkole, nie mówiąc już o nadaniu jej rangi przedmiotu obowiązkowego.

Nawet jeśli część z tych spraw wydaje nam się jedynie nieszkodliwymi nadużyciami, to pamiętajmy, że jeśli w drobnych sprawach zgodzimy się na ograniczenia naszej władzy rodzicielskiej, za pewien czas zorientujemy się, że tracimy ją w znacznie większym stopniu i bezpowrotnie. Weźmy to pod uwagę, także wówczas, gdy w pewnych kwestiach zgodzimy się z założeniami edukacji zdrowotnej. To zrozumiałe, że część czytelników może być na przykład zwolennikami przymusu szczepień, jednak nie o to toczy się spór. Spór dotyczy prawa do wychowania naszych dzieci w zgodzie z wartościami, w które wierzymy. Dlatego, jeśli chcemy sami to prawo zachować, musimy go zdecydowanie bronić również wtedy, gdy nie zgadzamy się z opiniami, w których obronie występujemy. Trzeba bowiem strzec nienaruszalności samej zasady, nie zaś koncentrować się na przedmiocie sporu.

To jednak nie wyczerpuje jeszcze argumentów, dla których powinniśmy jak najszybciej pozbyć się edukacji zdrowotnej z polskiej szkoły. 

Płód chorej wyobraźni

Wprowadzany przez Barbarę Nowacką przedmiot stanowi kompleksowy zbiór zaleceń, formatujący określony styl życia. Obejmuje on naukę budowania relacji społecznych, unikania przemocy, model kształtowania życia rodzinnego, dietę, prowadzenie zdrowego trybu życia, opis badań, jakie powinniśmy wykonywać u lekarza, praktykowanie ćwiczeń fizycznych itd.

W ten sposób szkoła, która każdego roku ponosi porażkę w podstawowych obszarach edukacyjnych – np. w kwestii czytelnictwa – wkracza w obszar de facto formowania młodego człowieka. Mamy zatem sytuację, gdy szkoła abdykuje stopniowo ze swojej podstawowej kompetencji, jaką jest przekazywanie wiedzy, za to dokonuje ekspansji w kierunku formacyjnym, starając się wpływać na sposób myślenia uczniów, w dodatku bez zgody niemałej części rodziców.

Jeśli zatem rodzice delegują na szkołę kompetencje wychowawcze, to – pomijając już fakt rosnącej impotencji szkoły w obszarze edukacyjnym – resort edukacji powinien uzyskać wyraźną zgodę rodziców na wprowadzanie tak kompleksowego programu wychowawczego. Tej zgody jednak nie ma. A zatem edukacja zdrowotna nie powinna nigdy pojawić się w polskiej szkole.

Osobna sprawa dotyczy skuteczności takiego modelu wychowawczego. Wiele z tematów opisanych w programie edukacji zdrowotnej – styl życia, podejście do drugiego człowieka, stosunek do nowych technologii, uprawienie sportu – kształtuje się w relacji z drugim człowiekiem oraz na podstawie ludzkich doświadczeń. Nie można nikogo „nauczyć” miłości do sportu czy przestrzegania zdrowej diety. Nawyki te opierają się na swoistej „pamięci mięśniowej” naszego organizmu i umysłu, którą wypracowujemy latami.  

Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego szkoła ma marnotrawić publiczne pieniądze i instytucjonalne zasoby na „uczenie” czegoś, czego nauczyć się nie da. To podobnie jak z patriotyzmem. Nie można kogoś nauczyć patriotyzmu na kilku lekcjach, nawet z wykorzystaniem podręcznika napisanego przez wybitnego historyka. Patriotyzm jest postawą wypracowywaną dzięki wzorcom, poznawaniu historii, konkretnym doświadczeniom wspólnotowym itd.

Założenie, że uczeń nie jest w stanie przeczytać „Pana Tadeusza”, ale na pewno nauczy się odróżniać informację od dezinformacji, bo pani w szkole na jednej lekcji opowie mu, jak to robić, musiał poczynić jakiś kompletny idiota albo zideologizowany oszołom nieświadomy tego, czym jest w istocie proces wychowawczy. Znacznie lepiej bowiem takiemu uczniowi zrobiłoby rozszerzenie listy lektur, a jeśli już koniecznie mielibyśmy dodawać jakiś przedmiot, to świetnie byłoby rozwijać właśnie kształcenie klasyczne poprzez naukę filozofii czy łaciny. W ten sposób uczeń, poznając kulturę swojego kręgu cywilizacyjnego, gromadząc mądrość pokoleniową, potrafiłby znacznie lepiej zmierzyć się z problemami współczesności, niż po doświadczeniu najmądrzej nawet wygłoszonego wykładu na temat szkodliwości smartfonów.

Jeśli naprawdę czegoś możemy nauczyć nasze dzieci, to nie tego, by nie dotykały tej konkretnej trucizny, lecz by potrafiły zrozumieć, czym ta trucizna jest w takiej lub innej postaci.

Tomasz Figura

Iran-USA: Załamanie się strategicznego zawieszenia

Iran-USA: Załamanie się strategicznego zawieszenia

Pepe Escobar

Blokada staje się globalna. Następnym przystankiem jest Cieśnina Malakka.

Żadna poważna analiza nie może wziąć pod uwagę umysłowo upośledzonych ludzi wygadujących bzdury o syndykacie Epsteina na temat tego, co dzieje się w korytarzach władzy w Teheranie.

Jakby mieli jakąkolwiek wiedzę.

Nic nie jest „podzielone” (poza być może psychiką pawiana z Barbarii). Istnieją oczywiście różne podejścia koncepcyjne i ożywiona debata publiczna w kraju. Jednak na wysokich szczeblach decyzyjnych cały system jest silnie zjednoczony.

Przede wszystkim, w Iranie to zupełnie nowy system władzy, który przechodzi całkowitą transformację. W jego centrum znajduje się wyłaniający się kwartet skoncentrowany na bezpieczeństwie: szef Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Ahmad Vahidi; przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf; sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Mohammad Zolghadr; oraz sekretarz Rady Doraźnej Mohsen Rezaee.

Ten skoncentrowany na bezpieczeństwie nakaz współistnieje z poprzednim hybrydowym porządkiem, ucieleśnianym przez „reformatorów”, w tym prezydenta Masuda Pezeshkiana i ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego.

Spośród 13 członków Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego tylko dwóch jest „reformatorami”.

A ponad tym wszystkim góruje zdecydowany autorytet przywódcy ajatollaha Modżtaby Chameneiego – tradycyjnie bardzo blisko związanego z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej.

Wszystko to jest niezrozumiałe dla propagandystów z syndykatu Epsteina lub jakiegokolwiek taniego saudyjskiego „eksperta”, który snuje fantazje o „rewolucyjnym zamachu stanu”, za pomocą którego IRGC rzekomo umieściło Ghalibafa, Pezeshkiana i Araghchiego w areszcie domowym.

Zarówno na froncie dyplomatycznym, jak i militarnym, Teheran konsekwentnie i jasno wyrażał swoje stanowisko. Żadnych negocjacji z imperium piractwa w ramach blokady morskiej – co jest w istocie aktem wojny. Żadnych negocjacji, dopóki ich okręty są atakowane – co jest w istocie naruszeniem zawieszenia broni.

Minister spraw zagranicznych Araghchi od razu przeszedł do konkretów. A zatem, raz jeszcze: bez zniesienia blokady morskiej, bez negocjacji.

Iran nie mrugnie okiem. Za wszelką cenę. Odpowiedzialność za zniszczenie światowej gospodarki spoczywa całkowicie na barbarzyńcach.

Nielegalna blokada i koncepcja „nieszkodliwego przepływu”

Strategia negocjacyjna Pawiana Barbarzyńców – zżerana demencją i nienawiścią – opiera się na trzech prymitywnych zasadach: maksymalnej presji; niekończących się terminach; i nieustannych, głośnych groźbach zniszczenia irańskiej infrastruktury.

Przewidując potencjalny atak na Islamabad 2, Teheran zdecydował się zatem na strategiczne milczenie. Teheran całkowicie zignorował barbarzyńskiego pawiana. Całkowicie zdezorientowany, pawian wyraźnie mrugał oczami. Teraz nie wyznacza już żadnych dodatkowych terminów. Nie grozi już zniszczeniem infrastruktury cywilnej. Najważniejsze pytanie brzmi, co stanie się z blokadą morską.

Artykuł 3(c) Rezolucji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych nr 3314 (Definicja agresji) określa to wprost: „Blokada portów lub wybrzeży jednego państwa przez siły zbrojne innego państwa” jest uważana za akt agresji.

Jest to zatem wyraźne naruszenie zawieszenia broni.

Zupełnie inną historią jest to, co robi Iran, przepływając przez Cieśninę Ormuz.

Iran nie zablokował żadnych portów zagranicznych ani nie nałożył całkowitej blokady. Nałożył jednak opłatę za przepływanie wrogich statków przez cieśninę przebiegającą przez jego wody terytorialne.

Jest to całkowicie legalne w ramach prawa do samoobrony – jako reakcja na jednostronną, nielegalną zbrojną błyskawiczną wojnę przeprowadzoną przez imperialne supermocarstwo.

Co więcej, zgodnie z Konwencją genewską o morzu terytorialnym i strefie przyległej z 1958 r. oraz własnymi przepisami krajowymi (Ustawa o obszarach morskich Islamskiej Republiki Iranu z 1993 r.) Iran konsekwentnie podkreśla, że ​​prawo „nieszkodliwego przepływu” nie dotyczy statków, które zagrażają jego bezpieczeństwu.

Ormuz to definicja strategicznego punktu krytycznego. Przebiega przez irańskie wody terytorialne. Dlatego Teheran ma naturalne, suwerenne prawo do regulowania przepływu statków, które nie są niewinne.

Naturalnie, to imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa ignoruje wszelką legalność. Zwłaszcza, że ​​de facto globalna blokada morska już obowiązuje – nałożona na Iran, Rosję, Chiny, a prędzej czy później na każdy inny kraj Globalnego Południa.

Amerykańska blokada niszczy światową gospodarkę

Wojna z Iranem, a teraz blokada morska, to bezwzględny atak na globalną gospodarkę. Globalne zapasy energii spadły już o oszałamiające 60 procent – ​​w niecałe dwa miesiące. Nadchodzące koszmary obejmują zarówno lockdowny i niezliczone odwołania lotów z powodu braku nafty, jak i niedobory żywności przyszłego lata z powodu eksplozji cen nawozów; potencjalne zamieszki żywnościowe; a nawet ewentualne wprowadzenie CBDC w celu racjonowania żywności.

Rocky Horror Show z minuty na minutę nabiera rozpędu. Tankowce dosłownie przestały przepływać przez Cieśninę Ormuz; na dodatek pirackie imperium ostrzeliwuje irańskie okręty 5-calowymi pociskami rakietowymi. Składki ubezpieczeniowe dla tankowców w Zatoce Perskiej wzrosły o oszałamiające 400 procent w ciągu zaledwie jednego tygodnia.

Wygląda na to, że Iran nigdy nie zaakceptuje trwałej blokady morskiej. W związku z tym nastąpi odwet. Niezależnie od tego, co się stanie, cena ropy Brent prawdopodobnie przekroczy 120 dolarów za baryłkę. Podaż nafty znacznie się zmniejszy do końca przyszłego tygodnia. Ceny oleju napędowego i benzyny wzrosną w ciągu dwóch tygodni.

Jesteśmy świadkami tego, jak globalny rynek energii zastyga. Właśnie gdy Iran złagodził system opłat drogowych w cieśninie Ormuz w ramach zawieszenia broni, Barbaria rozpoczęła blokadę morską.

Tak więc to Barbaria jest w trakcie niszczenia światowej gospodarki, ponieważ popyt na sztuczną inteligencję, naftę, olej napędowy, transport morski – wszystkie te sektory są poważnie dotknięte przez unieruchomione tsunami ropy naftowej.

Rozwiązaniem – na chwilę obecną – jest przekierowanie ruchu przez cieśninę Bab al-Mandab, która odpowiada za 12 procent światowego handlu i 10 procent globalnego handlu ropą: jest to jedyne połączenie między Azją, Afryką i Europą przez Kanał Sueski.

Jeśli Ansarallah zamknie Bab al-Mandab w Jemenie, jedyną pozostałą trasą będzie Przylądek Dobrej Nadziei: nawet dwa dodatkowe tygodnie na morzu, do tego dochodzą rosnące koszty transportu.

Wszystkie główne szlaki morskie działają na granicy przepustowości. Blokada morska Barbarii obejmuje już INDOPACOM. Nawet ta hollywoodzka produkcja nie wystarczy, by odciąć irański eksport. Barbaria musiałaby śledzić każdy tankowiec w tajnej flocie, w tym te z Iraku, i nałożyć dodatkowe, surowe sankcje na Malezję i Chiny.

Pekin jak dotąd milczał. Nie zajęto oficjalnego stanowiska, poza ogólnymi apelami o otwarcie Cieśniny Ormuz. Ale prędzej czy później smok mógłby przeskoczyć przez płot i interweniować w konflikcie, być może wysyłając grupę operacyjną do Azji Zachodniej.

Wenezuela. Iran. Blokada staje się globalna. Następnym przystankiem jest Cieśnina Malakka.

Ta strategiczna niepewność nie może trwać wiecznie. Gra Barbarii sprowadza się do powrotu do status quo sprzed wojny: Iran pod maksymalną presją ekonomiczną i ciągłym zagrożeniem powrotu wojny.

Powtórzmy: nawet gdy Teheran zadał Waszyngtonowi druzgocącą strategiczną klęskę, wbrew wszelkim oczekiwaniom, konsekwentnie domagał się całkowitego zakończenia wojny, a nie tej zamrożonej, zawieszonej w czasie sytuacji.

Cała planeta zobaczyła na własne oczy, jak suwerenny opór potrafi przeciwstawić się imperium po 47 latach niszczycielskich sankcji i za straszliwą cenę.

Niezwykle kruche zawieszenie broni nie utrzyma się. Krok w kierunku przełamania blokady Barbarii jest niemal nieunikniony – na przykład, jeśli zostanie zajęty zbyt wiele irańskich statków. Lista celów została już ogłoszona: rurociąg Janbu w Arabii Saudyjskiej, który omija cieśninę Ormuz; terminal w Fudżajrze w Zjednoczonych Emiratach Arabskich; oraz zamknięcie cieśniny Bab al-Mandab. To natychmiast zmniejszyłoby ponad 32 procent światowych dostaw ropy naftowej.

A za to wszystko będzie odpowiadać imperium piractwa.

Źródło: Iran-USA: Strategiczny kryzys