Wejście do nowej szkoły opartej na klasycznym modelu edukacji
Fundacja Szkoły św. Jana Bosko uzyskała oficjalny wpis do ewidencji szkół i placówek oświatowych. Niepubliczna Szkoła Podstawowa Mała Szkoła św. Jana Bosko w Gdyni przyjmie pierwszych uczniów już 1 września 2026 r.
Inicjatywa wyszła od rodziców poszukujących dla swoich dzieci przestrzeni wolnej od współczesnych eksperymentów ideologicznych i zakorzenionej w dziedzictwie tradycji katolickiej oraz klasycznym modelu wychowania.
Klasyczna formacja intelektualna i duchowa
Mała Szkoła św. Jana Bosko opiera się na dwóch filarach: edukacji klasycznej oraz tradycyjnej formacji katolickiej. W ramach nauczania klasycznego stawiamy na poszukiwanie prawdy, dobra i piękna, logiczne myślenie, kulturę słowa oraz szacunek do źródeł cywilizacji łacińskiej. Z kolei formacja duchowa opiera się na niezmiennych zasadach wiary, kształtowaniu cnót, budowaniu charakteru i na systemie prewencyjnym św. Jana Bosko. Opiekę duszpasterską nad uczniami i kadrą Małej Szkoły sprawować będą kapłani z gdyńskiego przeoratu Bractwa św. Piusa X. Celem, który przyświeca organizatorom jest to, aby dzięki Małej Szkole uczniowie i absolwenci stawali się ambitnymi młodymi ludźmi, pełnymi pasji i siły charakteru, mogącymi w przyszłości spełniać ważne życiowe role, zgodnie z Bożym powołaniem.
Wstawiennictwo św. Jana Bosko
W uwieńczonych sukcesem staraniach o rejestrację Małej Szkoły św. Jana Bosko, organizatorzy dopatrują się wyraźnego wstawiennictwa jej Patrona. W dniu wyjazdu do Ecône i Turynu (w celu nawiedzenia grobu św. Jana Bosko) otrzymali wiadomość, która w praktyce przekreślała szanse na otwarcie placówki. Zaledwie minutę po modlitwie przy relikwiach Świętego nastąpił, w cudowny sposób, przełom: wciąż jeszcze przebywając na terenie turyńskiego Oratorium, organizatorzy otrzymali telefonicznie informację o niespodziewanej ofercie wsparcia, które okazało się kluczowe dla uzyskania wpisu do ewidencji szkół.
Poza szkołą fundacja prowadzi od stycznia 2026 r. Oratorium Edukacji Domowej, czyli cotygodniowe, stacjonarne zajęcia wychowawczo-edukacyjne dla rodzin prowadzących edukację domową. Działalność ta będzie kontynuowana również w nadchodzącym roku szkolnym.
Przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego
Inicjatywę powierzamy dalszej modlitwie wszystkich wiernych! Przed Małą Szkołą bowiem stoją kolejne wyzwania, czyli adaptacja lokalu oraz czteromiesięczne funkcjonowanie bez dotacji oświatowej, która przyznawana jest od stycznia.
Poza stałymi kosztami funkcjonowania uwzględniającymi m.in. najem lokalu i wynagrodzenia kadry (szacowanymi w sumie na ok. 70 tys. zł miesięcznie), fundacja prowadzi zbiórkę na pokrycie koniecznych wydatków:
sfinansowanie pilnego remontu klimatyzacji i wentylacji (koszt to ok. 26 tys. zł);
zakup mebli szkolnych (ergonomiczne ławki i krzesła oraz szafki dla uczniów);
wyposażenie dydaktyczne sal (pomoce naukowe, tablice, materiały edukacyjne);
wyposażenie zaplecza socjalnego i sanitarnego (dostosowanie i wyposażenie pokoju nauczycielskiego, jadalni i toalet;
zakup sprzętu biurowego (urządzenie wielofunkcyjne lub drukarka na potrzeby sekretariatu i nauczycieli).
Wszystkie koszty w 2026 r. wyniosą ok. 357 tys. zł. Do stycznia 2027 r. Mała Szkoła nie otrzyma ani złotówki z budżetu państwa. Oznacza to, że całość kosztów za rok 2026 fundacja musi pokryć ze środków własnych i darowizn.
Twórcy dzieła zwracają się do czytelników Wiadomości Tradycji Katolickiej z prośbą o wsparcie modlitewne i materialne. Każda wpłata stanowi dar umożliwiający przygotowanie klas na 1 września.
Wsparcie finansowe można przekazać za pośrednictwem dedykowanej zbiórki internetowej: https://zrzutka.pl/małaszkoła lub przelewem bezpośrednio na numer konta fundacji:
Nr konta: 24 1020 4900 0000 8302 3852 0941 PKO Bank Polski Tytuł: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE Odbiorca: FUNDACJA SZKOŁY ŚW. JANA BOSKO
Osoby pragnące wesprzeć Małą Szkołę w sposób szczególny, mogą zostać jej mecenasami, fundując czesne dla uczniów z rodzin znajdujących się w sytuacji materialnej, niepozwalającej im na opłacanie czesnego w pełnej wysokości.
Bezpośredni kontakt z Fundacją Szkoły św. Jana Bosko: szkola@bosko.edu.pl
„Gdzie jest mądrość, którą utraciliśmy w wiedzy? Gdzie jest wiedza, którą utraciliśmy w informacji?” – pytał w 1934 roku T.S. Eliot.
1 września 2026 roku pierwsi uczniowie zaczęli się uczyć według nowej podstawy programowej. Czy jednak wyjdą ze szkoły mądrzejsi – albo choćby bardziej wykształceni?
„Reforma26. Kompas Jutra” obejmie klasy I i IV szkoły podstawowej, a w następnych latach – kolejne roczniki.
Nowa podstawa mocno akcentuje kompetencje językowe, matematyczne i cyfrowe, a także krytyczne myślenie, kreatywność i sprawczość. Wyodrębnia sześć interdyscyplinarnych modułów: bezpieczeństwo i obronę, media, filozofię, ekonomię i finanse, klimat oraz kulturę. W szkołach ma być również więcej projektów i doświadczeń edukacyjnych.
Zróbmy to razem!
25 zł
50 zł
100 zł
200 zł
500 zł
Zmiany te nie są jednak tak niewinne, jak mogłyby się z pozoru wydawać. Wystarczy tylko spojrzeć nieco głębiej.
Przykładem jest choćby uchwalona w maju 2026 roku ustawa o prawach i obowiązkach ucznia. Wcześniejsze zasady oceny zachowania odwoływały się do dobra społeczności szkolnej, honoru i tradycji szkoły, piękna mowy ojczystej, godnego zachowania czy szacunku dla innych. W ustawie znacznie większy nacisk położono choćby na przestrzeganie procedur i „ogólnie przyjętych norm społecznych”. Krytycy mówili w tym kontekście o „próżni aksjologicznej”. I trudno odmówić im słuszności.
Ustawa rozszerzała katalog praw ucznia i tworzyła system rzeczników praw uczniowskich na kilku szczeblach. Ostatecznie 2 lipca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki ją zawetował, wskazując między innymi na groźbę dalszej biurokratyzacji szkoły.
I dobrze, że tak się stało. Sam fakt uchwalenia podobnych rozwiązań pokazuje jednak, dokąd zmierza myślenie o szkole. Wychowanie ustępuje prawom, procedurom i skargom. Nauczyciel coraz mniej przypomina mistrza i wychowawcę, a coraz bardziej funkcjonariusza pilnującego regulaminu. Nietrudno dostrzec w tym drogę do dyktatu uczniowskich roszczeń i ich lewackich rzeczników. Drogę do świata, w którym już samo podjęcie kwestii wychowania może być traktowane z podejrzliwością.
Postępowe rozmiękczanie szkoły
Krytycy reformy oświaty słusznie zauważają więc, że nie chodzi tylko o kolejne przemeblowanie podstawy programowej. Spór dotyczy samego sensu szkoły.
W dokumentach reformy często przewijają się takie słowa jak sprawczość, dobrostan, inkluzja, kreatywność, współpraca, kompetencje przyszłości, uczenie się przez działanie. I właśnie to słownictwo wiele mówi o kierunku zmian. Coraz częściej pyta się o to, co uczeń powinien umieć zrobić, a coraz rzadziej — co powinien wiedzieć i rozumieć.
Problem rozmiękczania edukacji nie dotyczy tylko podstawówki. Widać go także w szkołach średnich i na uczelniach. W świecie, w którym rzetelne nauczanie i wychowywanie stają się passé, jedynie biurokracja trzyma system w ryzach. Szkoła jutra coraz bardziej przypomina dobrze naoliwioną maszynę: nauczyciele-trybiki stosują właściwe procedury w przepełnionych klasach, relacja mistrz–uczeń zanika, a po zajęciach pedagodzy toną w gąszczu coraz to nowych przepisów.
Do tego dochodzi zachwyt reformatorów nad „uczeniem przez działanie”. Projekty, praca zespołowa i praktyczne zadania mogą oczywiście mieć sens. Gorzej, jeśli zastępują mozolne zdobywanie wiedzy. Wtedy edukacja zaczyna przypominać szkolenie przyszłego pracownika: znajdź informację, rozwiąż problem, pokaż wynik, dogadaj się z zespołem.
Tyle że człowieka nie da się sprowadzić do zestawu kompetencji. Nie istnieje krytyczne myślenie bez wiedzy. Bez niej łatwo zamienia się ono w próżne mędrkowanie i pychę intelektualną – przekonanie, że gładką mową można przykryć nieznajomość rzeczy. Grecy dobrze znali niebezpieczeństwo takiego przekraczania własnej miary. Nazywali je hybris.
Szczególnie złudne jest hasło, że szkołę trzeba nieustannie dostosowywać do „świata przyszłości”. Brzmi efektownie. Tyle że przyszłości nie znamy. Wiemy natomiast, że przez stulecia człowiek potrzebował umiejętności jasnego wyrażania myśli, dobrej pamięci, dyscypliny, charakteru i znajomości własnej kultury. Będzie ich potrzebował również wtedy, gdy dzisiejsze kompetencje przyszłości staną się czymś przestarzałym.
Na tym polega paradoks całej tej reformacyjnej gorączki. Szkoła, obsesyjnie przygotowująca ucznia do przyszłości, może odebrać mu właśnie to, co pozwoliłoby mu zachować niezależność.
Humanistyczne antidotum na kryzys edukacji
Wobec kultu praktyczności i odchodzenia od tradycyjnego kanonu lektur warto zaproponować zupełnie inny ideał. Oparty na humanistyce — rozumianej nie jako kilka przedmiotów dla przyszłych filologów, lecz jako całościowe kształcenie i wychowywanie człowieka przez literaturę, filozofię, historię, języki, muzykę i sztukę.
Ale samo pokazanie alternatywy nie wystarczy, aby odciągnąć ucznia od TikToka. Trzeba dać mu coś więcej. Coś, przy czym TikTok okaże się po prostu mały.
Oto jak mógłby wyglądać taki projekt w idealnej, inspirującej postaci.
Wzorem mogłyby być programy oparte na idei Great Books of the Western World, oczywiście poszerzone o polską klasykę i dopasowane do wieku uczniów. Nie chodzi oczywiście o to, by dziesięciolatek czytał Kanta albo przedzierał się przez tysiąc stron Dostojewskiego. Ale warto go stopniowo w ten świat wdrażać.
W podstawówce można więc zacząć od dobrze opowiedzianych mitów greckich, opowieści biblijnych jako jednego z podstawowych kodów naszej kultury, a także legend, baśni, klasycznej literatury dziecięcej i historii. Potem przyszedłby czas na Homera, tragedię grecką, Szekspira czy polskich klasyków. W szkole średniej można by sięgać po trudniejsze teksty filozoficzne, polityczne i religijne. Studia zaś powinny ten proces rozwijać, a nie zaczynać go od zera.
I nie chodzi przy tym o kolejną listę książek do „przerobienia”. Chodzi o stopniowe zapoznawanie młodego człowieka z najważniejszymi dla naszej cywilizacji dziełami. A warto, bo lektura wielkich powieści pozwala zanurzyć się w innych światach i przeżyć życie bohaterów — często ciekawsze i zawsze inne od naszego. Trudno o lepszą naukę patrzenia na rzeczywistość cudzymi oczami.
Nie są to czcze słowa. Badanie Davida Kidda i Emanuele Castano z 2013 roku wykazało, że po lekturze ambitnej literatury pięknej badani lepiej radzili sobie z zadaniami wymagającymi rozpoznawania stanów psychicznych innych ludzi. Z kolei metaanaliza opublikowana w 2024 roku w „Journal of Experimental Psychology: General” wykazała niewielki, ale istotny pozytywny wpływ czytania fikcji na empatię i zdolność rozumienia stanów psychicznych innych ludzi.
Historia magistra vitae est
To samo dotyczy historii — zwłaszcza dziś. Nauka historii leczy nas z jednej z najczęstszych chorób współczesności: przekonania, że wszystko zaczęło się wczoraj. A przecież propaganda, wojny ideologiczne, kryzysy państw, konflikty pokoleń czy lęk przed zmianami technologicznymi pojawiały się już wcześniej, choć pod innymi nazwami.
Nauka historii Polski zakorzenia nas we wspólnocie narodowej i kształtuje świadomych obywateli. Nauka historii świata pozwala poznać inne perspektywy, ludzi z innych miejsc, epok i cywilizacji. Trudno o lepszą lekcję pokory.
Chcemy, by szkoła uczyła życia? Odsyłajmy uczniów do jego nauczycielki.
Czy piękno zbawi świat? Na pewno edukację
Pamiętajmy też, że homo sapiens to nie AI. Nie tylko myśli, lecz jest też istotą o bogatym życiu emocjonalnym i zmysłowym. Nie lekceważmy tego. A o to także powinna dbać szkoła – od najmłodszych lat.
Jak bowiem pisał C.S. Lewis, „zadaniem współczesnego wychowawcy nie jest wycinać dżungle, lecz nawadniać pustynie”. Dobra szkoła nie powinna więc jedynie ograniczać złych nawyków czy chronić ucznia przed kolejnymi zagrożeniami. Powinna przede wszystkim rozbudzać w nim to, co wartościowe: ciekawość, smak, wyobraźnię, zdolność zachwytu nad tym, co piękne oraz pragnienie poznawania rzeczy większych od niego samego.
Człowiek, który tak naprawdę nigdy nie słuchał Bacha, Mozarta czy Chopina ani nie zatrzymał się przed Rembrandtem, Caravaggiem czy Matejką, traci coś więcej niż kilka nazwisk z historii kultury. Traci okazję do kształtowania uwagi, wrażliwości i smaku.
Sztuka wymaga od nas czasu. Symfonii nie da się przewinąć jak trzydziestosekundowej rolki, jeśli chce się ją naprawdę usłyszeć. Obrazowi należy się przyjrzeć, a nie tylko rzucić na niego okiem. Powieść wymaga od nas wejścia w świat kogoś innego i pozostania w nim przez wiele godzin.
W tym sensie klasyczna kultura jest niemal idealnym przeciwieństwem TikToka. Uczy skupienia zamiast rozproszenia, cierpliwości zamiast natychmiastowej gratyfikacji, hierarchii zamiast strumienia równorzędnych bodźców.
W końcu naszym celem nie jest chyba wychowanie pokolenia cyborgów, sprawnie posługujących się internetem i AI, lecz ludzi zdolnych do empatii, samodzielnego myślenia, rozumienia świata i dokonywania własnych wyborów.
Przywróćmy zatem sztuce należne jej miejsce w edukacji!
A krytyczne myślenie? Uczmy dzieci i młodzież filozofii! To prawdziwa królowa nauk, która przecież od dwóch i pół tysiąca lat uczy pytać, odróżniać argumenty od sloganów, dostrzegać sprzeczności i sprawdzać, co naprawdę wynika z przyjętych założeń. Jeśli chcemy wychować ludzi odpornych na manipulację, Platon może się okazać skuteczniejszy niż niejeden kurs rozpoznawania fake newsów.
Kształtowanie człowieka – prawdziwe zadanie szkoły
Szkoły podstawowe, średnie i uczelnie nie nadążą za każdą zmianą na rynku pracy. I może nawet nie powinny próbować. Mogą za to dać coś znacznie trwalszego: wychować osobę wolną, rozumną i cnotliwą w najlepszym, klasycznym znaczeniu tych słów.
Technologie nadal będą się zmieniać. Jedne zawody znikną, inne powstaną. Dzisiejsze modne umiejętności ustąpią miejsca kolejnym. Pozostanie jednak pytanie, czy człowiek jeszcze potrafi myśleć, odróżniać rzeczy ważne od błahych, rozpoznawać dobro i zło, zachować własny osąd i nie zdawać się tylko na algorytm.
To właśnie taki rozwój człowieka jest najcenniejszą rzeczą, jaką może dać szkoła.
Od 1 września szkolne stołówki mają ograniczać mięso, a jednym z powodów podanych przez resort są zmiany klimatyczne. W sześćdziesięcio-stronicowym uzasadnieniu nie ma jednak ani jednej liczby o emisjach. Klimat ma ratować siedmiolatek przy obiedzie, a nikt nie powiedział, ile z tego wyniknie.
Redakcja HOTNEWS.pl 1 września,
Stołówka w porze obiadowej w Szkole Podstawowej nr 12 w Tomaszowie Mazowieckim. Obiady w stołówkach je około 1,1 mln uczniów podstawówek. Fot. WrS.tm.pl / Wikimedia Commons, CC0
Od dziś obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia z 16 lutego 2026 r. (Dz. U. z 2026 r. poz. 197), a szkolna kuchnia dostała w nim zadanie, którego wcześniej nie miała. Mięso ma się pojawiać na obiad dwa razy w tygodniu, raz w tygodniu obowiązkowe jest danie ze strączków bez żadnego produktu odzwierzęcego, a każdą porcję mięsa, ryby i nabiału wolno wymienić na roślinną, jeśli rodzic tak zadeklaruje.
Powody podano dwa. Pierwszy jest zdrowotny i o nim mówi się głośno. Drugim są zmiany klimatyczne i to właśnie ta część zasługuje na osobną rozmowę, bo oznacza, że jednym z narzędzi polityki klimatycznej państwa stał się obiad siedmiolatka.
Sześćdziesiąt stron uzasadnienia bez jednej liczby o emisjach
Na gov.pl resort opublikował obszerny materiał „Podstawy założeń do nowego rozporządzenia”, liczący sześćdziesiąt stron opisu przyczyn, celów i tła zmiany. Przy diecie planetarnej pada w nim zdanie, że „projektodawca wskazuje w tym kontekście na zmiany klimatyczne, zasoby wody, koszty zagospodarowania odpadów i aspekty zdrowotne”.
Przeszukaliśmy ten dokument w całości. Wyrażenie „ślad węglowy” nie pada w nim ani razu, słowo „emisje” również nie występuje. Nie ma tam żadnej tony, żadnego procentu i żadnego wyniku, jest za to kierunek, powołanie się na unijną strategię „Od pola do stołu” z 2020 r. oraz na wytyczne WHO ogłoszone 27 stycznia 2026 r.
W samym rozporządzeniu nie ma nawet tyle. Tekst prawny mówi o wywarach warzywnych, oleju rzepakowym i porcjach mleka, a o klimacie nie wspomina w ogóle. W komunikacie prasowym Ministerstwa Zdrowia „dieta planetarna” pojawia się dwukrotnie, „ślad węglowy” i „klimat” — ani razu.
Prawodawca powołał się więc na zmiany klimatyczne, ale nigdzie nie napisał, o ile ta zmiana je ograniczy.
Nie chodzi o niedopatrzenie redakcyjne. Polityka publiczna, która nie potrafi podać własnego efektu, nie jest polityką, tylko deklaracją światopoglądową — i akurat tę wpisano do przepisu obowiązującego 36 tys. placówek.
Kotlet schabowy z ziemniakami i surówką na talerzu stołówkowym. Porcja mięsa ma się pojawiać dwa razy w tygodniu i musi pochodzić z mięsa świeżego. Fot. Marycha80 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Skąd wziął się ślad węglowy na dziecięcym talerzu
Pomysł nie urodził się w Warszawie. Nazwa „dieta planetarna” pochodzi z prac komisji EAT-Lancet, wspólnego przedsięwzięcia norweskiej fundacji EAT i tygodnika „The Lancet”, którego druga odsłona ukazała się 3 października 2025 r. Proponowany tam wzorzec żywienia dopuszcza 15 g czerwonego mięsa dziennie, czyli mniej więcej jedną porcję tygodniowo, podczas gdy dzisiejsze średnie spożycie wynosi około 52 g. Cel jest otwarcie środowiskowy, bo autorzy liczą na ograniczenie produkcji mięsa przeżuwaczy o 33 proc. i spadek emisji rolnictwa o 15 proc.
Ten sam tygodnik wydał osobny zestaw prac poświęconych wyłącznie posiłkom szkolnym. Wynika z nich, że gdyby do 2030 r. każde dziecko na świecie dostawało w szkole posiłek „zdrowy i zrównoważony”, środowiskowy wpływ żywności zmalałby o połowę. To w tym miejscu szkolny obiad przestaje być obiadem, a zaczyna być narzędziem polityki klimatycznej.
Trzecim elementem układanki jest unijna strategia „Od pola do stołu”, przyjęta w 2020 r. jako część Zielonego Ładu, na którą materiał resortu powołuje się wprost. Czwartym są organizacje, które o polski przepis zabiegały i po jego ogłoszeniu ogłosiły sukces, z fundacją ProVeg na czele.
Wszystkie te dokumenty operują na modelu całego świata. Do rozporządzenia obowiązującego w polskich szkołach trafiła z nich sama konkluzja, bez przełożenia na krajowe realia i bez pytania, czy stołówka jest właściwym miejscem, żeby taki model wdrażać.
Klimatu nie ratuje się na szkolnym talerzu
Warto zestawić skalę zjawisk. Krajowa inwentaryzacja KOBiZE za 2022 r. mówi o 380,51 mln ton CO2e wyemitowanych w Polsce w ciągu roku. Sama Elektrownia Bełchatów wypuszcza do atmosfery około 100 tys. ton dwutlenku węgla na dobę i w 2023 r. wyemitowała 37,6 mln ton, najwięcej ze wszystkich elektrowni w Europie.
To tam, w energetyce, transporcie i przemyśle, rozstrzyga się polski bilans emisji. Decyzje w tych sektorach są trudne, drogie i politycznie kosztowne, bo dotyczą kopalń, elektrowni, cen prądu i miejsc pracy. Zmiana jadłospisu w stołówce nie kosztuje rządzących nic. Nie wymaga inwestycji, nie wywoła strajku i nie pojawi się w rachunku za energię. Wymaga tylko, żeby ktoś inny — w tym wypadku dziecko, jego rodzice i intendentka — zrobił coś inaczej.
Na tym polega problem z tym sposobem walki o klimat. Jest tani dla tego, kto go ogłasza, i uciążliwy dla tego, kogo dotyczy. Daje poczucie działania bez konieczności zmierzenia się z sektorami, które faktycznie emitują. A ponieważ efektu nikt nie policzył, nie da się nawet sprawdzić, czy było warto.
Danie z soczewicy. Co najmniej raz w tygodniu obiad ma być przygotowany na bazie nasion roślin strączkowych, bez dodatku produktów odzwierzęcych. Fot. Whoisjohngalt / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Trzy powody, dla których nawet ten gest może nie zadziałać
Pierwszym jest kosz. Z badań Green Rev Institute i koalicji Future Food 4 Climate wynika, że około połowa jedzenia z polskich stołówek trafia do śmieci, a jedna trzecia uczniów nie zjada całej porcji. Przeciętny uczeń zostawia dziennie 25 g jedzenia, w skali roku ponad osiem kilogramów, najczęściej ziemniaki, pieczywo, owoce i warzywa. Wyrzucony obiad obciąża środowisko dokładnie tak samo jak zjedzony, tylko nikomu się nie przydał. Jeśli danie ze strączków będzie lądowało w koszu częściej niż kotlet, cała rzecz obróci się przeciwko własnemu celowi.
Drugim powodem jest kolacja. Dziecko, które nie zjadło obiadu w szkole, zje coś w domu, a jeśli będą to parówki, nic nie zostało ograniczone, tylko przesunięte ze stołówki do domowej kuchni. Model globalny tego nie widzi, bo zakłada, że posiłek szkolny zastępuje inny posiłek, podczas gdy w praktyce często go tylko poprzedza.
Trzeci powód jest najbardziej prozaiczny. W Systemie Informacji Oświatowej posiadania stołówki nie wykazało 8371 szkół podstawowych, czyli 58 proc. wszystkich, oraz 10 686 szkół ponadpodstawowych, czyli 97 proc. Przepis reguluje środowiskowy wymiar posiłku w placówkach, z których większość żadnego posiłku nie gotuje.
Po drugiej stronie rachunku stoi dziecko
Gdyby ta regulacja nic nie kosztowała, można by ją potraktować jako nieszkodliwy gest. Rzecz w tym, że kosztuje, i to nie tego, kto ją ogłosił.
W sierpniu 2025 r. Komitet Żywienia ESPGHAN, europejskiego towarzystwa gastroenterologii i żywienia dzieci, ogłosił stanowisko oparte na systematycznym przeglądzie piśmiennictwa, obejmujące dane o mniej więcej 1500 dzieciach na diecie wegańskiej („Journal of Pediatric Gastroenterology and Nutrition”, t. 81, nr 5). W podsumowaniu nowych ustaleń znalazło się zdanie, którego trudno nie zauważyć:
Nie ma udowodnionych korzyści zdrowotnych diety wegańskiej w dzieciństwie.
Wcześniejsze stanowisko tego samego komitetu z 2017 r. mówiło wprost, że dziecko rozszerzające dietę powinno dostawać produkty bogate w żelazo, w tym mięso.
Uczciwość każe dodać, że ESPGHAN stwierdza również brak istotnych różnic we wzroście i BMI w większości badań, a całość dowodów uznaje za niekonkluzywne. Za to warunki, jakie stawia, są bardzo konkretne i obejmują stały nadzór pediatry, regularne konsultacje dietetyka, suplementację witaminy B12 oraz monitorowanie żelaza, wapnia i witaminy D.
Polskie dane pochodzą z badania Małgorzaty Desmond i współpracowników, opublikowanego w „American Journal of Clinical Nutrition”, które objęło 187 dzieci w wieku od pięciu do dziesięciu lat: 52 wegan, 63 wegetarian i 72 dopasowanych rówieśników jedzących mięso. U dzieci wegańskich wyczerpane zapasy żelaza stwierdzono w 30,2 proc. przypadków wobec 12,8 proc. w grupie porównawczej, łagodną niedokrwistość u 6 proc. wobec zera, a prawdopodobny niedobór witaminy B12 u 13 proc. wobec 3 proc. Zawartość mineralna kości w odcinku lędźwiowym była u nich niższa o 5,6 proc. Czeskie badanie z tej samej serii wykazało niedobór jodu u 41,9 proc. dzieci wegańskich wobec 19,6 proc. jedzących wszystko.
Obraz nie jest jednostronny. Metaanaliza z 2025 r. w „Critical Reviews in Food Science and Nutrition”, która objęła 59 badań i 48 626 uczestników, pokazuje u dzieci na dietach roślinnych lepszy profil lipidowy i mniej tkanki tłuszczowej, ale zarazem niższą masę kostną, częstsze niedobory żelaza i witaminy B12 oraz niższy wzrost w grupie wegan.
Sedno sporu leży w przyswajalności. Żelazo hemowe z mięsa wchłania się wielokrotnie lepiej niż żelazo z fasoli, a obecne w daniach strączkowych fityniany i polifenole dodatkowo to wchłanianie blokują. Witamina B12 nie występuje w roślinach w formie przyswajalnej dla człowieka, a DHA, z którego zbudowane są błony neuronów i siatkówki, pochodzi z ryb i produktów zwierzęcych. Podobnie jest z jodem, wapniem, selenem i witaminą A.
Fasolka po bretońsku. Strączki mają być podstawą obowiązkowego dania bezmięsnego oraz alternatywą dla porcji mięsa i ryby. Fot. Abraham / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Czego rozporządzenie nie dołożyło
Jedno zabezpieczenie w przepisie jest i trzeba to odnotować. Napoje roślinne dopuszczone do szkół muszą być wzbogacone co najmniej w wapń i witaminę B12, co wynika z § 1 ust. 1 pkt 7.
Poza tym nie ma nic. Rozporządzenie nie wymaga suplementacji, nie nakazuje monitorowania stanu odżywienia dziecka, dla którego rodzic zamówił wyłącznie warianty roślinne, i nie przewiduje żadnego kontaktu z dietetykiem. Żelazo, jod, DHA i witamina A zostają poza systemem, a więc dokładnie te składniki, których pilnowania wymaga ESPGHAN.
Powstaje z tego wymiana, której nikt nigdzie nie zapisał. Po jednej stronie jest wymierne ryzyko żywieniowe dziecka, po drugiej korzyść środowiskowa, której rozmiaru nie podał żaden dokument.
Szklanka mleka. Obie dzienne porcje mleka lub produktów mlecznych wolno zastąpić napojami roślinnymi, jeśli są wzbogacone w wapń i witaminę B12. Fot. PotatoCow25 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Część rodziców po prostu zrezygnuje
Obiad w szkolnej stołówce nie jest obowiązkowy. To usługa, za którą rodzic płaci od kilku do kilkunastu złotych dziennie i z której rezygnuje się przez niezapłacenie za kolejny miesiąc, bez wniosku, protestu i podawania powodów.
Nastroje już to zapowiadają. W badaniu Food Research Institute wprowadzenie co najmniej jednego posiłku roślinnego w tygodniu ocenia pozytywnie 38 proc. ogółu badanych, ale wśród samych rodziców już tylko 30 proc. Osiem punktów procentowych różnicy to nie szum statystyczny, tylko sygnał od grupy, która płaci rachunek. Dyrektorka jednej z małopolskich szkół podstawowych podsumowała rzecz w rozmowie z „Do Rzeczy” jednym zdaniem: „Nie wróżę nowym zasadom powodzenia”. Jej argument nie jest światopoglądowy, lecz obserwacyjny, bo dzieci wybierają drób i pierogi, a warzywa oddają.
I to jest prawdziwy koszt tej regulacji. Nie taki, że dzieci zachorują na krzywicę, tylko taki, że stołówka straci część rodzin. A szkolna stołówka bywa w polskich warunkach jedynym miejscem, w którym dziecko z domu, gdzie nikt nie gotuje, dostaje ciepły posiłek z warzywami. Jeśli reforma ogłoszona w imię klimatu wypchnie z niej choćby kilka procent rodzin, przegra na obu polach naraz.
Bo klimat wygrywa się na kopalniach, w elektrowniach i w transporcie, a nie na talerzu dziecka, które ma przed sobą piętnaście minut przerwy obiadowej. Przesuwanie tego ciężaru na siedmiolatka jest wygodne dla urzędu i trudne do obrony wobec rodzica. Zwłaszcza gdy nikt nie potrafi powiedzieć, ile z tego wyniknie.
Barbara Nowacka kontynuuje realizację unijnego planu objęcia wszystkich polskich uczniów ideologiczną propagandą w obszarze seksualności. Jej wielkim sojusznikiem jest nowe „osiągnięcie” rządu Donalda Tuska, czyli transkrypcja pseudo-małżeństw jednopłciowych.
Od 1 września obowiązkowym przedmiotem w polskiej szkole stała się edukacja zdrowotna. Wynalazek Barbary Nowackiej został tym razem rozbity na dwie części. Przymusowa dla wszystkich jest partia większościowa, która obejmuje szeroko pojętą tematykę zdrowotną czy związaną z bezpieczeństwem.
Teoretycznie dobrowolna jest partia mniejsza, dotycząca seksualności. To efekt naprawdę znaczącego oporu społecznego, który wybuchł w 2025 roku. Początkowo Barbara Nowacka chciała wprowadzić do szkół jednolitą, obowiązkową edukację zdrowotną. Przeciwko temu zaprotestowało wiele środowisk – przede wszystkim rodzice, wsparci jednak również przez biskupów, licznych nauczycieli i część polityków. Powód tego oporu był bardzo prosty.
Propaganda antropologicznej rozpusty
Edukacja zdrowotna w tych miejscach, w których opowiada o związkach między ludźmi oraz o seksualności, odwołuje się do antropologii progresywnej. Nie ma tu miejsca dla Boga; małżeństwo nie jest uprzywilejowane; poczęcie nie jest naturalnym elementem aktu seksualnego. Związki i seksualność zostają sprowadzone do roli funkcjonalnego narzędzia, stają się sposobem maksymalizacji przyjemności i zadowolenia z życia. W tej perspektywie możliwa staje się aprobata rozwodów, wolnych związków, antykoncepcji, homoseksualizmu czy nawet aborcji.
Narracja, którą zamieszczono w edukacji zdrowotnej, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową – stanowi raczej świadome odcięcie się od antropologii katolickiej na rzecz antropologii świeckiej i liberalnej.
Właśnie dlatego tylu ludzi protestowało przeciwko koncepcji narzucenia edukacji zdrowotnej wszystkim, bez możliwości rezygnacji z zajęć. Barbara Nowacka zrobiła krok wstecz. W ubiegłym roku szkolnym edukacja zdrowotna pojawiła się w szkołach i domyślnie zostali nią objęci wszyscy uczniowie. Można było jednak wypisać się z zajęć, składając specjalną deklarację.
Skuteczna taktyka Nowackiej
W ten sposób Nowacka zrealizowała swój pierwotny cel, wprowadzając do szkół edukację zdrowotną z komponentem liberalnej seksualności, uspokajając zarazem protesty. W tym roku następuje intensyfikacja ministerialnego nacisku na uczniów. Niestety, taktyka Nowackiej okazała się skuteczna, bo reakcje krytyczne ograniczyły się tym razem do dość nielicznych manifestacji czy dyskusji w mediach. Zabrakło większego poruszenia społecznego, które pozwoliło zatrzymać plany rządowe poprzednim razem.
Na czym polega sukces Nowackiej? Po pierwsze, edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem groźnym wyłącznie w swoim komponencie stricte seksualnym, a więc tym, który jest dziś nieobowiązkowy. Elementy progresywnego światopoglądu w odniesieniu do związków i seksualności są rozsiane również w innych partiach tego przedmiotu. Sztandarowym przykładem jest zagadnienie depresji, które proponuje się ilustrować… depresję poporodową. Analogicznych zabiegów jest więcej. Uczeń, o ile tylko natrafi na liberalnego nauczyciela, może zostać skonfrontowany z ideologicznymi treściami nawet wtedy, jeżeli decyzją rodziców zostanie wypisany z części nieobowiązkowej.
Drugi problem polega na kształcie tej nieobowiązkowości. Tak jak w poprzednim roku szkolnym, z komponentu dotyczącego edukacji seksualnej trzeba się aktywnie wypisać – domyślnie każdy uczeń jest objęty tym komponentem, jako normalną częścią całości edukacji zdrowotnej. Można zakładać, że pewna część rodziców nie zachowa wystarczającej czujności i nie złoży formularza, co zwiększy zasięg oddziaływania propagandy progresywnej krzewionej przez rząd. Brak większych protestów sprawił, że ministerstwo nie czuło się zobowiązane by w jakiś sposób ułatwić wypisanie się z przedmiotu. Jest bardzo możliwe, że w ubiegłym roku wielu uczniów chciało rezygnować z edukacji zdrowotnej, bo zyskiwali wtedy godzinę wolną. Teraz wypisanie się już nic im nie da – nie otrzymają wolnego czasu.
Lewacki unijny taran idzie dalej
Prawdopodobny wzrost liczby uczniów uczestniczących w całości edukacji zdrowotnej i przyzwyczajenie społeczeństwa do obecności tego przedmiotu ma swój oczywisty skutek: jeżeli tylko obecna koalicja rządząca zachowa władzę, to będzie próbowała objąć wszystkich uczniów obowiązkiem uczestnictwa w całym przedmiocie – i może jej się to udać. Nawet jeżeli w kraju wybuchną spore protesty, to można zakładać, że z powodu przyzwyczajenia do nowego przedmiotu nie będą mieć już takiej siły, by faktycznie zmusić rządu do zmiany decyzji. Dlatego jedynym możliwym scenariuszem przeciwdziałania planom Nowackiej, obok protestów prowadzonych ze świadomością granic ich skuteczności, jest działanie na rzecz odsunięcia lewicowego rządu od władzy i naprawa systemu edukacji po osiągnięciu takiego rezultatu.
Barbara Nowacka dąży konsekwentnie do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, bo w ten sposób realizuje unijne wytyczne. Unia Europejska rozwija wspólny projekt edukacyjny, znany jako Europejski Obszar Gospodarczy. Jego celem jest częściowe ujednolicenie sposobu nauczania dzieci we wszystkich państwach członkowskich, co zakłada głęboką ideologizację szkoły – również w aspekcie seksualności. Oficjalny światopogląd unijny jest przecież skrajnie sekularystyczny – nie zna Boga ani prawa naturalnego. Z perspektywy wiodących socjotechników brukselskich, ludzkie związki można rozumieć wyłącznie hedonistycznie, a takie metody jak antykoncepcja czy nawet zabijanie dzieci poczętych są zupełnie zwykłą formą regulacji poczęć, ba, więcej – są „prawem” człowieka. Obecny lewicowy rząd Polski przyjmuje wyższość unijnego prawa, dlatego jest gotów pogwałcić konstytucyjne gwarancje dotyczące swobody rodziców w wychowywaniu dzieci. Polska ustawa zasadnicza uchodzi za drugorzędny dokument wobec woli przywódców Unii Europejskiej.
Homozwiązki jako prezent dla Nowackiej
Tak samo dzieje się w przypadku transkrypcji aktów „małżeńskich” zwieranych przez pary jednopłciowe poza granicami Polski. W listopadzie 2025 roku Trybunał „Sprawiedliwości” Unii Europejskiej orzekł, że wszystkie kraje członkowskie mają obowiązek wpisywać do swojego systemu prawnego takie akty. W marcu tego roku za wiążący uznał ten werdykt Naczelny Sąd Administracyjny. Już w maju w Warszawie dokonano pierwszej transkrypcji takiego aktu. Symbolicznie: chodziło o związek zawarty przez dwóch mężczyzn w Berlinie. Rafał Trzaskowski, autoryzując ich homoseksualne „małżeństwo”, w oczywisty sposób pogwałcił polską konstytucję, przyjmując nadrzędność de facto niemieckiego prawa.
Później analogicznych transkrypcji dokonano także w wielu innych urzędach stanu cywilnego w różnych miejscach kraju. Od niedzieli 23 sierpnia funkcjonuje jako legalne rozporządzenie ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, które przewiduje nową formułę transkrypcji; rząd oczekuje, że wszystkie samorządy będą dokonywać takich aktów, jak Trzaskowski. Jeszcze w sierpniu zrobiono to między innymi w Gdańsku. W ten sposób w polskim systemie prawnym, wbrew konstytucji, pojawiły się homozwiązki.
To ma swoje znaczenie również dla systemu edukacji. Przecież w ramach edukacji zdrowotnej uczy się dzieci o tym, jak wyglądają związki intymne między ludźmi. Jeszcze do niedawna od strony formalnej takie związki były tylko jednego rodzaju: małżeństwo między mężczyzną a kobietą. W roku szkolnym 2026/2027 sytuacja jest już inna. Nauczyciel może poinformować dzieci, że nad Wisłą żyją i współżyją ze sobą również pary jednopłciowe, ciesząc się prawną ochroną rządu Donalda Tuska; a co za tym idzie, że homoseksualność jest rzeczą zupełnie normalną, a może nawet godną pochwały. Nie wiem, czy koordynacja działań Nowackiej i Gawkowskiego jest przypadkowa, czy celowa – ale w każdym przypadku skutki są dokładnie te same. Wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej w progresywnym ujęciu, wespół z pseudo-legalizacją zawartych za granicą homozwiązków, konstytuuje potężny wyłom w ciągłości cywilizacyjnej Polski. Po tysiącu lat już nie doktryna chrześcijańska, ale rewolucyjna ideologia dyktuje rozumienie małżeństwa i seksualności. Nawet jeżeli żyjemy dziś w wolnym kraju, to pod względem poszanowania dla prawa naturalnego w tym obszarze sytuacja jest gorsza niż w okresie okupacji sowieckiej. Nie jest to zaskakujące, jako że unijna ideologia, której hołduje Barbara Nowacka, wyrasta z rewolucyjnego ducha, który zrodził również marksizm; niemniej rozpoznanie tego stanu rzeczy powinno mobilizować Polaków do intensywnego przeciwdziałania.
Potrzeba słusznego gniewu
To, co można zrobić w rozpoczynającym się roku szkolnym, to przede wszystkim bardzo konsekwentne wypisywanie dzieci z komponentu seksualnego edukacji zdrowotnej. Kto tylko może, niech informuje o tym innych rodziców i zachęca ich do podjęcia odpowiednich kroków. Potrzebne są też nowe protesty, wyraziste i szeroko zakrojone, podobne do tych, które przeszły przez Polskę w 2025 roku. Nie chodzi nawet o to, by „pokazać Nowackiej”, co myślą o niej konserwatywni Polacy, bo przecież Nowacka dobrze to wie; chodzi o to, by uświadomić bliźnim skalę problemu i zmaksymalizować słuszny gniew, tak, by wyborcza odpowiedź na haniebne postępowanie obecnej władzy była w 2027 roku jeszcze silniejsza, torując drogę do władzy prawicowym formacjom. Czy te formacje będą skłonne do wypalenia gorącym żelazem ideologicznego zepsucia prawa, które wprowadził obecny rząd – to już problem osobny, zależny w dużej mierze od konkretnego składu takiego hipotetycznego rządu.
Więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, mniej mięsa — od 1 września w szkołach i przedszkolach będzie obowiązywać tzw. rozporządzenie sklepikowe. — Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, skusi się na pizzę, coś na słodko, ale nie na warzywa — żali się w rozmowie z Medonetem jego mama Ala.
Dieta planetarna zawita od 1 września do szkolnych stołówek.
Nowe przepisy zakładają m.in. ograniczenie częstotliwości podawania w ramach obiadu potraw mięsnych do dwóch razy w tygodniu, przygotowywanie zup na wywarach warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu, uwzględnianie w obiedzie co najmniej raz w tygodniu potrawy na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych oraz — jeśli to możliwe — wykorzystywanie produktów pochodzenia lokalnego lub ekologicznego.
Nowe rozporządzenie wskazuje również jednoznacznie pełnoziarniste produkty zbożowe jako pożądane składniki przedszkolnych i szkolnych posiłków.
Dieta planetarna. O co tu chodzi?
Nowe przepisy kładą większy nacisk na realizację w żywieniu przedszkolnym i w stołówce szkolnej zasad tzw. diety planetarnej, modelu żywienia łączącego troskę o zdrowie i środowisko.
Podkreślają większy udział w tym żywieniu produktów pochodzenia roślinnego — warzyw, owoców, nasion roślin strączkowych, pełnoziarnistych produktów zbożowych, a także roślinnych alternatyw dla wyrobów mlecznych, wzbogaconych co najmniej w wapń i witaminę B12 oraz spełniających określone kryteria dotyczące zawartości cukrów, tłuszczu i soli.
Dyrektor szkoły: muszę kupić więcej pojemników na odpadki
— Doskonałe pomysły ma nasz resort zdrowia — kwituje dyrektor jednej z małopolskich gminnych szkół podstawowych, chcący zachować anonimowość. Na gwałt wysyła kucharki i intendentkę na szkolenia. — To chyba my w szkołach najlepiej wiemy, jak żywić dzieci w stołówkach, bo robimy to od lat. Nie wróżę nowym zasadom powodzenia, a sam muszę kupić więcej pojemników na odpadki, bo dzieci będą wyrzucać jeszcze więcej jedzenia — dodaje.
Jego zdaniem dzieci korzystające ze stołówki są wybredne — to raczej „niejadki”. Zupy wylewają do podstawionych pojemników, chyba że to rosół albo pieczarkowa. Grochowa nie ma szans na zjedzenie, podobnie kapuśniak.
Drugie dania? Mimo że nauczycielka albo opiekun świetlicy pilnują, maluchy potrafią zakopać surówkę pod ziemniakami i też ją wyrzucić. Z chęcią jedzą tylko drób (w różnych postaciach, choć najbardziej w formie kotletów), pierogi z mięsem albo owocami, naleśniki. Tarta marchew? Ogórek kiszony? Sałatka typu „coleslaw”? Do wiadra.
— W naszej szkole staramy się, aby posiłki były dostosowane do preferencji dzieciaków, żeby zjadały cały dwudaniowy obiad. Jeśli ktoś mięsa nie je, jest na coś uczulony albo choruje i wymaga innego żywienia, ma przygotowaną stosowną dietę. Wszystko jest obliczane — gramatura, kaloryczność, udział procentowy białka, tłuszczy; cyklicznie bada to też nasz sanepid. Nie wiem i nie rozumiem, po co to jeszcze bardziej regulować. Te dzieci, którym przepisy mają pomóc zdrowiej się odżywiać, zeszczupleć, i tak po szkole idą do sklepu, kupują pączki i colę — uważa dyrektor.
„Muszę sprawdzać, na co wydaje kieszonkowe”
Potwierdza to Magda Wróbel z Katowic, która ma 10-letnią córkę z nadwagą. Akurat ona jest entuzjastką zmian. — Bardzo się cieszę, że będą zmiany w szkolnych stołówkach i sklepikach jedzenie będzie zdrowsze, mniej tłuste i mniej słodsze. — To kolejny punkt na mojej drodze wyprowadzania córki z nadwagi — mówi Medonetowi Magda.
Jak dodaje, w domu może kontrolować to, co córka je, poza domem już nie do końca. — Zostaje mi kwestia sprawdzania, na co wydała kieszonkowe, a skoro w sklepiku nie kupi już croissanta z czekoladą ani słodzonego napoju, to tym lepiej. No i jeszcze będzie edukacja zdrowotna. Może w trakcie zajęć córka w końcu nauczy się, co jest dla niej niezdrowe.
Co będzie można kupić w sklepiku szkolnym?
Nowe przepisy, które wejdą w życie 1 września 2026 r., obejmą przedszkola, szkoły i inne jednostki systemu oświaty prowadzące żywienie dzieci i młodzieży oraz sprzedaż żywności na swoim terenie.
Dzieci nadal będą mogły korzystać ze sklepików szkolnych i stołówek. Zmiany dotyczą oferty dostępnej na terenie szkoły lub przedszkola. Zmieni się asortyment oferowany uczniom.
W katalogu znajdują się m.in.: pieczywo, pieczywo pół-cukiernicze i cukiernicze, kanapki, sałatki i surówki, mleko i produkty mleczne, napoje roślinne i alternatywy produktów mlecznych, produkty zbożowe (w tym śniadaniowe), warzywa, owoce, suszone warzywa i owoce, orzechy i nasiona bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, soki, przeciery i musy bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, koktajle na bazie mleka lub napojów roślinnych bez dodatku cukrów i substancji słodzących, naturalna woda mineralna, woda źródlana i stołowa, napoje przygotowywane na miejscu z ograniczoną ilością cukrów dodanych, inne napoje bez dodatku cukrów i substancji słodzących, bezcukrowe gumy do żucia, gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao. Wśród zaleceń jest też nieodpłatne udostępnienie wody do picia.
— Takie dystrybutory z wodą mamy od kilku lat na każdym z pięter szkoły, bo wiosną i przed wakacjami bywa gorąco — dopowiada cytowany wcześniej dyrektor.
Nieco inaczej do tematu podchodzi Ala, mieszkanka Wojnarowic. Do podstawówki uczęszcza jej 12-letni syn Kuba. W poprzednich latach korzystał ze stołówki.
— Doskonale znam nawyki żywieniowe własnego dziecka. A teraz się dowiaduję o tym, że na szkolnej stołówce posiłki będą według jakiejś roślinnej diety. Nie wiem, co mam robić, bo Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, pokusi się na pizzę, coś na słodko — owszem, pierogi, kopytka, spaghetti, a nie znosi fasolki, grochu, ogórków, warzywa to nie jest jego bajka, niestety. Ale tak ma chyba większość dzieci w jego wieku. Pracuję, nie mogę gotować w domu i dlatego nie jestem w stanie zrezygnować ze stołówki. A teraz takie zaskoczenie. Mam nadzieję, że nie będzie chodził głodny — żali się Medonetowi.
Rodzice nie wiedzą, pozytywna ocena od 30 proc.
Choć zapisy rozporządzenia konsultowano już od miesięcy i weszły w życie w lutym br., nadal wielu rodziców nie wie, że zmiany wejdą już 1 września (szkoły dostały trochę czasu na wdrożenie nowych zasad).
Potwierdza to badanie, zrealizowane przez Food Research Institute w ramach Barometru Rolniczego — wspólnej inicjatywy Food Research Institute oraz Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna: tylko 39 proc. Polaków wie o zmianach w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które zakładają zapewnienie co najmniej raz w tygodniu pełnowartościowego posiłku przygotowanego wyłącznie z produktów roślinnych. Wśród rodziców dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym świadomość zmian jest wyższa — wie o nich 55 proc. badanych. To wciąż mało.
Ponadto rodzice są mniej entuzjastycznie nastawieni do posiłków roślinnych niż ogół badanych. Wprowadzenie co najmniej jednego takiego posiłku tygodniowo jako zdecydowanie pozytywne ocenia 38 proc. wszystkich respondentów, natomiast wśród rodziców odsetek ten jest o osiem pkt proc. niższy i wynosi 30 proc.
Co pokazało badanie opinii publicznej?
Niemal połowa rodziców uważa, że w pełni roślinne posiłki powinny pojawiać się w szkołach i przedszkolach tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Pokazuje to, że choć sama idea jest akceptowana, większy udział posiłków roślinnych w jadłospisie może spotkać się z mniejszym poparciem.
Tylko 52 proc. rodziców wskazuje sposób żywienia jako główny element kształtujący zdrowie dziecka. W całej badanej populacji uważa tak 56 proc. respondentów. Oznacza to, że niemal połowa rodziców nie wskazuje żywienia jako jednego z podstawowych czynników zdrowego rozwoju dziecka.
Wyniki wskazują, że sama zmiana jadłospisów w placówkach może nie wystarczyć do trwałej zmiany nawyków żywieniowych dzieci. Kluczowe znaczenie może mieć spójność między tym, czego dzieci uczą się i co jedzą w szkole lub przedszkolu, a sposobem żywienia w domu. (Źródło: Food Research Institute / Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna).
— Jeżeli stworzymy dzieciom takie środowisko, w którym zdrowy wybór będzie łatwiejszy, to zyskamy większą szansę, że po niego sięgną — mówi cytowana przez Agencję Newseria dr n. med. Anna Liber, pediatra, gastroenterolog, kierownik Zakładu Żywienia w Instytucie Matki i Dziecka.
„Pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze”
— Dla mnie nowe zasady żywienia w szkole nie mają większego znaczenia. Kuchnia w szkole mojego syna jest tak koszmarna, że od razu nastawiam się na to, że będzie jadł drugi (a właściwie pierwszy) obiad w domu. Jeśli zje coś w szkole — super, ale wolę być przygotowana i mieć pewność, że dostanie pełnowartościowy i lubiany przez siebie posiłek — przyznaje w rozmowie z Medonetem Dorota z Krakowa, mama 7-letniego Antosia, który zaczyna właśnie nowy rozdział o nazwie „szkoła”.
Będzie uczęszczał do szkolnej stołówki, którą Dorota zna z opowieści innych rodziców z okolicy.
— Jestem całym sercem za wprowadzeniem do szkolnych kuchni większej ilości warzyw i potraw roślinnych, ale to nie produkty są problemem, a sposób ich przyrządzenia i podania. Niestety, w naszej szkole nawet uwielbiane zwykle przez dzieci pierogi ruskie czy naleśniki z serem są niezjadliwe; trudno więc oczekiwać, że danie roślinne i pełnoziarniste zyska aprobatę wybrednego małego podniebienia. Krótko mówiąc: pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze — podsumowuje.
Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej
Kaszotto z zieloną soczewicą, pieczarkami i marchewką (przepis na 10 porcji)
Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej, przepis na 10 porcji.
Składniki:
kasza jęczmienna perłowa, sucha — 300 g
zielona soczewica, sucha — 200 g
brokuły — 300 g
pieczarki — 300 g
marchew — 200 g
przecier pomidorowy — 100 g
nasiona słonecznika — 50 g
oliwa z oliwek lub olej rzepakowy — 50 g
przyprawy: pieprz mielony, zioła prowansalskie — wedle uznania, sól w ilości ograniczonej do niezbędnego minimum
natka pietruszki — 50 g
Sposób przygotowania: [—- md]
Najważniejsze zmiany w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które wypunktowała Państwowa Inspekcja Sanitarna, to m.in.:
zwiększony udział warzyw, owoców i produktów pochodzenia roślinnego w codziennych posiłkach;
Promowanie zasad diety planetarnej
ograniczenie ilości dodawanych cukrów w napojach przygotowywanych na miejscu;
wprowadzenie obowiązkowej potrawy roślinnej w ramach obiadu raz w tygodniu;
uwzględnianie potrzeb osób, które nie spożywają produktów odzwierzęcych;
przygotowywanie zup na bazie wywarów warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu;
preferowanie wody jako podstawowego napoju podawanego dzieciom i młodzieży;
zachęcanie do wykorzystywania produktów lokalnych lub ekologicznych, jeśli jest to możliwe.
Nowe zasady mają promować zdrowsze i bardziej zrównoważone żywienie dzieci. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy szkolne jadłospisy zmienią codzienne wybory uczniów, jeśli ich preferencje i nawyki kształtują się przede wszystkim w domu? To właśnie od tej spójności, jak wskazują eksperci, zależy powodzenie reformy.
Źródło:Medonet
============================
mail:
Dzieci w szkołach docelowo maja być żywione bezmięsnie !!!???
Raytheonsponsoruje organizację Girl Scouts of America.BAESystems czyta waszym maluchom ich ulubione bajki. A Lockheed Martin finansuje konkursy matematyczne oraz te poświęcone naukom ścisłym i technicznym (tzw. STEM – Science, Technology, Engineering, Mathematics) dla dzieci. Odbywa się to z wielką pompą, rzekomo po to, by zmotywować dzieci i zainspirować je do rozwijania pasji do nauki. W rzeczywistości jednak firmy te próbują wyczyścić swój wizerunek i zwerbować kolejne pokolenie, by stało się trybikami w kompleksie militarno-przemysłowym.
Tymczasem produkty tych instytucji są wykorzystywane na całym świecie przez Stany Zjednoczone i Izrael dopopełniania zbrodni wojennych – w Iranie, Jemenie, Palestynie i nie tylko – wymierzonych w dzieci.
MintPress zgłębia mroczny świat firm zbrojeniowych, które uczą dzieci, jak bombardować inne dzieci.
NORMALIZACJA WOJNY WŚRÓD DZIECI
Kiedy wielu Amerykanów myśli o firmie Raytheon (obecnie oficjalnie działającej pod nazwą RTX Corporation), nie wyobrażają sobie rakiet ani pocisków manewrujących; myślą o matematyce. Od dziesięcioleci ten drugi co do wielkości producent broni na świecie finansuje szerokie grono organizacji, których celem jest rozbudzanie zainteresowania dzieci przedmiotami z zakresu STEM.
Od 2009 roku Raytheon jest głównym sponsorem MATHCOUNTS, organizacji non-profit, która oferuje ciekawie zaprojektowane programy matematyczne dla uczniów szkół gimnazjalnych we wszystkich stanach USA, a także organizuje konkursy matematyczne mające na celu wyłonienie najzdolniejszych dzieci w Ameryce.
W roku 2005, firma Raytheon uruchomiła program MathMovesU, którego celem, jak sama twierdzi, jest „zainspirowanie uczniów szkół średnich do zainteresowania się matematyką i naukami ścisłymi”. Oprócz dostarczanych materiałów firma przeznaczyła również miliony na stypendia, dotacje i nagrody dla tysięcy uczniów, nauczycieli i wolontariuszy.
Z kolei jej objazdowa wystawa „MathAlive!” obiecuje – w dość przestarzałym stylu marketingowym – przenieść matematykę do świata ekstremalnych wrażeń(„2theXtreme”).Wystawa„MathAlive!”odwiedziła również kilka krajów Azji Zachodniej, w tym Katar, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabię Saudyjską – wszystkie te państwa należą do największych nabywców technologii zbrojeniowej firmy Raytheon.
Firma od dawna współpracuje również z organizacją Girl Scouts of the United States of America (GSUSA). Na przykład w 2017 roku uruchomiła pierwszy ogólnokrajowy program informatyczny GSUSA oraz konkurs cyberbezpieczeństwa dla dziewcząt ze szkół średnich i liceów.
„Należy przyspieszyć postępy w zakresie dywersyfikacji kadry pracowniczej w dziedzinie STEM… W czasach, gdy technologia zmienia sposób, w jaki żyjemy i pracujemy, możemy – i powinniśmy – wskazać młodym kobietom jasną ścieżkę do odgrywania aktywnej roli w tej transformacji” – powiedział Thomas A. Kennedy, ówczesny dyrektor generalny Raytheon; „Dzięki wspólnym działaniom Raytheon i Girl Scouts pomogą dziewczętom zbudować pewność siebie, aby mogły postrzegać siebie jako inżynierki robotyki, analityczki danych i specjalistki ds. cyberbezpieczeństwa, które stworzą lepszą przyszłość”.
Firma Raytheon stała się również liderem projektu GSUSA pod nazwą „Think Like a Programmer” („Myśl jak programista”), który zachęca dziewczęta do zgłębiania świata sztucznej inteligencji i cyberbezpieczeństwa; opracowała też wiele odznak dotyczących programowania dostępnych dla harcerek.
GSUSA wydaje się być dumna z tej współpracy. Na swojej stronie internetowej przedstawia sylwetkę jednej z byłych harcerek, która obecnie pracuje w firmie Raytheon, jako przykład sukcesu i wzór do naśladowania. Artykuł zawiera przewodnik krok po kroku oraz listę wskazówek dla tych, którzy chcą pójść w jej ślady.
Nie jest zaskoczeniem, że firma Raytheon ściśle współpracuje w tych kwestiach również z amerykańskimi siłami zbrojnymi, tworząc cztery nowe „centra innowacji” w dziedzinie STEM we współpracy z organizacją Boys & Girls Clubs of America w stanach Michigan, Oklahoma, Kolorado oraz w Waszyngtonie – wszystkie w pobliżu baz wojskowych.
Chociaż niektórych może zaskakiwać bliskość relacji między organizacją dziecięcą a producentem broni, warto pamiętać, że ruch skautowski został pierwotnie założony przez generała porucznika Roberta Baden-Powella jako pomostprowadzący chłopców do służby wojskowej. Baden-Powell był głęboko zaniepokojony tym, że angielscy chłopcy nie będą wystarczająco sprawni fizycznie, by walczyć za swój kraj w ewentualnych przyszłych wojnach, i stworzył organizację, która miała ich do tego przygotować zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Kirsten Bayes z organizacji „Campaign Against the Arms Trade” pozostała jednak sceptyczna wobec prób firmy Raytheon mających na celu poprawę jej wizerunku oraz szkolenie kolejnego pokolenia producentów broni. „Uważamy, że dla firm zbrojeniowych nie powinno być miejsca w szkołach ani na uczelniach, a już na pewno nie powinny one współpracować z organizacjami charytatywnymi zajmującymi się edukacją dzieci” – powiedziała w rozmowie z MintPress, dodając:
„Szkoły i inne placówki edukacyjne powinny być miejscami, w których dzieci mogą się uczyć, dorastać i w pełni rozwijać swój potencjał. Nie powinny one służyć jako pole rekrutacyjne, pozwalające firmom zbrojeniowym na wybielanie ich działalności”.
LOCKHEED MARTIN
Raytheon bynajmniej nie jest jedynym gigantem zbrojeniowym, który bezpośrednio kieruje swoją ofertę do amerykańskiej młodzieży. Lockheed Martin organizuje CYBERQUEST – coroczny konkurs dla uczniów szkół średnich, który zachęca młodzież do wyboru kariery w dziedzinie wywiadu i cyberbezpieczeństwa. W roku 2026, konkurs odbył się w 11 lokalizacjach w całym kraju, a także w formie wirtualnej na całym świecie. Ten gigant zbrojeniowy oferuje programy stażowe dla uczniów szkół średnich, mające na celu przyspieszenie wejścia najzdolniejszych młodych umysłów w Ameryce na ścieżki kariery w sektorze obronnym. Każdego roku Lockheed Martin zatrudnia tysiące młodych stażystów i twierdzi, że 60% z tych kandydatów otrzymuje następnie zatrudnienie w firmie.
Sponsoruje również dni „młodych umysłów w akcji”, organizując praktyczne eksperymenty, w których dzieci mogą się bawić, w tym eksperymenty z tzw. rakietami butelkowymi i nie tylko.
Uniwersytety stanowią kluczowe źródło rekrutacji. Korporacja przeznacza ogromne kwoty na przyciąganie najlepszych talentów, m.in. organizując „Lockheed Martin Day” w kilkunastu uczelniach w całym kraju, gdzie rekruterzy firmy mają wstęp na kampusy, by zachwycić studentów pokazami wirtualnej rzeczywistości, symulatorami lotu, a nawet lądowaniem helikopterów bezpośrednio na trawnikach uczelni.
Lockheed Martin nawiązał współpracę partnerską z kilkoma czołowymi uczelniami. Na przykład darowizna w wysokości 1,5 miliona dolarów przekazana Uniwersytetowi Teksańskiemu w Arlington zaowocowała zmianą nazwy jednego z budynków na „Lockheed Martin Career Development Center”.
Firma podkreśla swoją reputację jako bezpiecznego miejsca dla kobiet i pracowników LGBT i regularnie plasuje się na listach najlepszych pracodawców jak chodzi o tzw. inkluzywność. Jedną z kobiet, której profil przedstawia sama firma, jest Haley, która jako dziewczynka marzyła o zostaniu wynalazczynią. „Jako dziecko” – piszą – „Haley nie rozstawała się z notesem, w którym szkicowała swoje pomysły i wynalazki. Na okładce napisała: »Sposób Haley na lepsze życie«. Jej najlepszy pomysł? – Samoskładająca się choinka bożonarodzeniowa, sprytnie nazwana »Merry, Bright and Boxed«, która miała usprawnić sprzątanie po świętach”. Dziś, ta dziewczynka, która marzyła o uczynieniu świata lepszym miejscem, jest inżynierem ds. pocisków oraz systemów kierowania ogniem w firmie Lockheed Martin – opracowującym broń, która pozwala sprawnie zabijać ludzi na całej planecie.
PROGRAMY KIEROWANE DO MAŁYCH DZIECI
Również firma Boeing opracowała szereg projektów skierowanych do małych dzieci. Jej program „Engineering is Elementary” jest przeznaczony dla dzieci w wieku przedszkolnym oraz uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych i – podobnie jak programy firm Raytheon i Lockheed Martin – ma na celu nakierowanie młodych umysłów na karierę w branży produkcji broni. „Boeing realizuje strategiczną inicjatywę społeczną mającą na celu zwiększenie skuteczności nauczycieli w nauczaniu matematyki i przedmiotów ścisłych oraz zachęcenie większej liczby uczniów do wyboru kariery związanej z dziedzinami STEM” – powiedział przedstawiciel firmy, dodając:
„Program »Engineering is Elementary« zapewnia nauczycielom i uczniom lepsze zrozumienie inżynierii, a wszystko to odbywa się w zabawny, interaktywny sposób. Naszym celem jest wzbudzenie zainteresowania uczniów inżynierią już w młodym wieku oraz zwiększenie liczby naukowców i inżynierów”.
Producent sprzętu lotniczego i kosmicznego BAE Systems poszedł jednak o krok dalej. Ten londyński gigant, produkujący samoloty odrzutowe, pociski, haubice i okręty wojenne, opublikował serię niezwykłych filmów, w których zarówno pracownicy firmy, jak i członkowie brytyjskich sił zbrojnych czytają dzieciom klasyczne bajki. Wśród nich znalazły się: „Roszpunka”, „Jack i magiczna fasola”, „Złotowłosa i trzy misie”, „Kopciuszek” oraz „Jaś i Małgosia”. Do filmów dołączono arkusze ćwiczeń, które mają pomóc najmłodszym dzieciom w rozwijaniu umiejętności rozwiązywania problemów.
Czytanie bajek na dobranoc maluchom to tylko część szerszej strategii realizowanej przez BAE Systems, mającej na celu, jak sami twierdzą, „poprawę reputacji firmy zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym”. Inne inicjatywy obejmują organizację objazdowych pokazów w szkołach, festiwali robotyki, obozów naukowych oraz programów pomocy lokalnej społeczności – wszystkie skierowane do dzieci. Podczas pandemii COVID-19,firma wkroczyła również do akcji, dostarczając szkołom markowe materiały edukacyjne dla dzieci już od piątego roku życia.
Cytowana wcześniej Bayes, zbulwersowana działaniami firmy, stwierdziła:
“Jest nam wiadomo, że firma BAE Systems twierdzi, iż wydaje aż 100 mln funtów [134 mln dolarów amerykańskich] rocznie na działania edukacyjne. Twierdzi ona, że kieruje się motywami społecznymi, ale naszym zdaniem jest to część jej strategii rekrutacyjnej: dążenie do wywarcia wpływu na młodych ludzi bez przedstawiania pełnego obrazu tego, czym jest firma zbrojeniowa i jakie są konsekwencje pracy w takiej firmie”.
BAJKI I KOSZMARY
Choć firmy te starają się przedstawiać siebie w neutralny sposób jako podmioty o charakterze naukowym, w rzeczywistości ich główna działalność skupia się na produkcji sprzętu i uzbrojenia, które Stany Zjednoczone wykorzystują do dominacji nad światem.
Tylko w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, Stany Zjednoczone zbombardowały siedem krajów: Iran, Irak, Nigerię, Somalię, Syrię, Wenezuelę i Jemen. To właśnie firmy takie jak Raytheon i Lockheed Martin umożliwiają tego rodzaju niezwykłą przemoc na skalę globalną.
Na przykład 28 lutego, Stany Zjednoczone przeprowadziły atak na szkołę dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh w Minab w Iranie. Pocisk manewrujący Tomahawk – jedna z najprecyzyjniejszych broni kierowanych na świecie – został wystrzelony z pobliskiego okrętu wojennego i uderzył w budynek, powodując jego zawalenie się. Wkrótce potem, drugi pocisk uderzył w dziedziniec szkoły, gdzie gromadzili się zdesperowani ocalali.
Atak został zaplanowany tak, by wyrządzić jak największe szkody: nastąpił o godz. 10:45 rano w dzień szkolny. Zginęło co najmniej 156 osób, z których większość stanowili uczniowie tej szkoły, która nie służyła żadnym celom wojskowym ani nie znajdowała się w pobliżu żadnego celu wojskowego. Ponad 100 osób odniosło rany.
Wydarzenie to natychmiast potępiono jako poważną zbrodnię wojenną. Jednak sekretarz ds. wojny Pete Hegseth zbył sprawę, a później stwierdził: „Jedynymi, którzy powinni się teraz martwić, są Irańczycy, którzy myślą, że przeżyją”.
Pocisk manewrujący Tomahawk jest produkowany przez firmę Raytheon, zaś podsystemy wykorzystane w tej operacji zostały wyprodukowane przez spółkę zależną BAE Systems.
Waszyngton wykorzystuje również swoją przewagę w dziedzinie uzbrojenia do utrzymania władzy swoich sojuszników. Arabia Saudyjska jest zdecydowanie największym odbiorcą broni ze Stanów Zjednoczonych, kupując za setki miliardów dolarów zaawansowaną technologicznie broń, którą natychmiast wykorzystuje przeciwko Jemenowi oraz do tłumienia wewnętrznych ruchów opozycyjnych.
Rijad prowadził ludobójczą kampanię przeciwko infrastrukturze cywilnej w Jemenie, w tym przeciwko gospodarstwom rolnym, sieciom kanalizacyjnym i obiektom wodociągowym, co spowodowało śmierć setek tysięcy cywilów. W sierpniu 2018 roku zrzucił bombę o masie 227 kg (500 funtów) kierowaną laserowo na autobus szkolny w Dhahyan w północnym Jemenie. Fragmenty znalezione na miejscu zdarzenia pozwoliły zidentyfikować bombę jako wyprodukowaną przez firmę Lockheed Martin. W wyniku ataku zginęło czterdzieści dzieci – co nie jest bynajmniej rzadkością podczas prowadzonej przez Arabię Saudyjską kampanii mającej na celu obalenie rządów Ansar Allah.
O ile Arabia Saudyjska jest największym klientem Waszyngtonu, to Izrael jest głównym odbiorcą pomocy. Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet Browna wykazało, że w ciągu dwóch lat po ataku z 7 października 2023 r. Stany Zjednoczone wydały 21,7 mld dolarów na pomoc wojskową dla Izraela, w tym na samoloty, pociski i wszelkiego rodzaju amunicję do broni ręcznej.
Izrael wykorzystał tę broń do systematycznego atakowania dzieci w Strefie Gazy i poza nią. Uderzono w co najmniej 97% szkół na tym gęsto zaludnionym obszarze. Jednym z bardziej znanych przykładów była szkoła dla dziewcząt im. Khadiji w Deir al-Balah, która stała się celem ataku 27 lipca 2024 roku. Dochodzenie przeprowadzone przez organizację Human Rights Watch wykazało, że Izrael zrzucił na szkołę co najmniej dwie bomby typu GBU-39– amunicję wyprodukowaną w Stanach Zjednoczonych przez firmę Boeing.
Tak więc, podczas gdy producenci broni czytają zachodnim dzieciom bajki, dzieci na całym świecie są zmuszone przeżywać prawdziwy koszmar, w dużej mierze za sprawą właśnie tych firm.
Niezależnie jednak od tego, czy mieszkają w Stanach Zjednoczonych, czy też w jednym z krajów znajdujących się pod ich jarzmem, dzieci na całym świecie stają się celem tychże firm zbrojeniowych, choć na różne sposoby. W Stanach Zjednoczonych firmy takie jak Raytheon, Lockheed Martin, Boeing i inne wkroczyły do akcji, by wesprzeć borykające się z problemami finansowymi departamenty edukacji. Chociaż w swojej retoryce kładą nacisk na umożliwianie dzieciom – zwłaszcza dziewczynkom – realizacji marzeń związanych z naukami ścisłymi, ich prawdziwym zamiarem jest oczyszczenie swojej reputacji jako handlarzy śmiercią oraz wyszkolenie kolejnego pokolenia Amerykanów, by stali się chętnymi członkami amerykańskiej machiny wojennej.
Dzieci po drugiej stronie globu nie mają jednak tego rodzaju złudzeń i muszą żyć w ciągłym strachu, że staną się kolejnymi ofiarami tych firm. Wizerunek ten nie jest tym, jaki firmy takie jak Raytheon chciałyby nam wmówić, gdy myślimy o ich produktach, dlatego wydają miliony, próbując odwrócić naszą uwagę opowieściami o emancypacji i odkrywaniu świata. Tak wygląda świat, w którym żyjemy, gdzie firmy zbrojeniowe uczą dzieci, jak bombardować inne dzieci.
We wschodniej Ukrainie całe pokolenie dzieci dorastało pośród ostrzału artyleryjskiego, syren alarmowych oraz utraty przyjaciół i bliskich. Książka dokumentuje ich losy – i ujawnia obrazy i historie, które w zachodnich mediach są pomijane.
Książka, która na Zachodzie pozostaje w dużej mierze niezauważona
Niemiecka dziennikarka Alina Lipp, która od lat relacjonuje wydarzenia w Donbasie, rozmawiała z Anną Soroką, byłą wiceminister spraw zagranicznych samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej. Soroka wręczyła jej książkę dokumentującą losy dzieci, które, według jej relacji, zginęły w Donbasie w wyniku wojny.
Lipp opublikował fragment rozmowy w mediach społecznościowych i napisał, że to właśnie te dzieci były powodem rozpoczęcia przez Rosję operacji wojskowej.
Książka składa się z dwóch rozdziałów. Pierwszy upamiętnia dzieci, które zginęły w wyniku tego, co Soroka nazywa „straszliwą, niewypowiedzianą wojną”. Drugi koncentruje się na dzieciach, które przez ostatnie dwanaście lat żyły bezpośrednio na linii frontu. Przeżyły, ale ich dzieciństwo naznaczone było wojną.
Nie potrzeba rakiet, żeby zniszczyć pokolenie.
Soroka zwraca uwagę na aspekt, który jej zdaniem jest często pomijany w debacie na temat wojny i ludobójstwa. Ludobójstwa nie należy oceniać wyłącznie na podstawie liczby ofiar. Odwołuje się do definicji, które obejmują również poważne szkody psychiczne, a także warunki życia, które mogą zniszczyć lub zdemoralizować daną grupę populacyjną w dłuższej perspektywie.
Pogląd ten stoi w jaskrawej sprzeczności z dominującym wizerunkiem w wielu zachodnich mediach, które przedstawiają Rosję jako jedynego agresora. Według rozmówców, wydarzenia w Donbasie między 2014 rokiem a rozpoczęciem rosyjskiej operacji wojskowej w 2022 roku były w dużej mierze ignorowane lub jedynie poruszane.
Soroka obrazowo opisuje losy dziewczynki urodzonej w 2014 roku – roku wybuchu konfliktu w Donbasie. Dla niej wojna nie jest wyjątkiem, ale codziennością. Jej zabawkami były zużyte naboje i odłamki. Potrafiła rozpoznać ostrzał po odgłosie uderzeń, wiedziała, z której strony padają strzały i jak zachowywać się podczas ataków w szkole.
Niezależnie od klasyfikacji politycznej, takie raporty pokazują głębokie konsekwencje wieloletnich konfliktów zbrojnych dla dzieci, które musiały spędzić całe dzieciństwo w warunkach wojennych.
Dziennikarze tacy jak Alina Lipp, którzy relacjonują wydarzenia w strefach konfliktu i udzielają głosu postaciom takim jak Anna Soroka, są przez krytyków określani mianem prorosyjskich lub propagandzistów. Jej treści są czasami ograniczane na niektórych platformach, znajduje się na listach sankcji, a według jej własnych oświadczeń, jej metody płatności zostały zablokowane.
Losy udokumentowane w książce pozostają jednak niezmienione. Jednocześnie jednak nasuwa się pytanie: dlaczego cierpienie ludności cywilnej, a zwłaszcza dzieci, w Donbasie przez wiele lat było stosunkowo mało dyskutowane na arenie międzynarodowej, podczas gdy wojna od 2022 roku cieszy się ogromnym zainteresowaniem na całym świecie?
Pamięć jako obowiązek
Alina Lipp apeluje, aby historie tych dzieci nie poszły w zapomnienie. W czasach, gdy debaty publiczne są coraz częściej kształtowane przez algorytmy, platformy i duże firmy medialne, jest to ważniejsze niż kiedykolwiek.
Książka przedstawia dzieci Donbasu: imiona, twarze i biografie. Niezależnie od politycznej oceny konfliktu, przypomina, że wojny zawsze dotykają tych, którzy mają najmniejszy wpływ na ich przebieg.
Otwartym pytaniem pozostaje, czy międzynarodowa opinia publiczna jest gotowa zapoznać się z tymi historiami.
Fakty o antyzdrowotnej antyedukacji od 1 września 2026.
Rozporządzenia minister Barbary Nowackiej dotyczące obowiązkowej edukacji zdrowotnej w polskich szkołach od 1 września 2026 r. – podpisane. Jak było do przewidzenia, w środku wakacji, w dniach 15 i 17 lipca w Dzienniku Ustaw opublikowano rozporządzenia, których szkodliwość trudno wprost przewidzieć.
MEN liczy na to, że „Zmora szkoły” [cyt. za B. Nowacka, minister edukacji], czyli rodzice, którzy w ponad 70% wypisali dzieci z zajęć edukacji zdrowotnej w roku szkolnym 2025/26, a ostatnio w liczbie 200 tysięcy wypowiedzieli się w petycjach odrzucających pomysły MEN, nie będą mieli nic do powiedzenia.
Ale od determinacji społecznej zależy bardzo wiele i niech B. Nowacka nie liczy na bezczynność polskich rodziców! Dość mają jej deform i chaosu w szkołach nauczyciele, dość siłowego wpychania dzieci w seksualizującą edukację zdrowotną – rodzice.
Przedmiot edukacja zdrowotna dla niepoznaki podzielono na 2 części, zgodnie z ostatnim konceptem lewackiej ekipy w MEN, by koniecznie wprowadzić konia trojańskiego do wnętrza polskiej szkoły, ukrywając ostrze rażenia. Edukacją zdrowotną obowiązkowo objętych zostanie ponad 4 miliony polskich uczniów, od klasy 4 począwszy. Przedmiot zawiera wiele zdradliwie ukrytych i niebezpiecznych treści, a całość jest skrajnie antyrodzinna, promuje moralny relatywizm i sieje chaos w kwestii tożsamości. Nie pozostawia złudzeń kierunek szkoleń i studiów dla nauczycieli – to pochwała genderyzmu bez hamulców.
W podręczniku dla nauczycieli przeznaczonym m.in. na studia podyplomowe i sfinansowanym przez MEN „różnorodność” to słowo kluczowe. W rozdziale zdrowie seksualne występuje aż 10 razy, m.in.: różnorodność tożsamości płciowych, różnorodność zachowań i relacji seksualnych człowieka, różnorodności orientacji seksualnych etc.
Nadchodzi „nowa normalność”, o której pisze się w dokumentach unijnych dotyczących edukacji. Jednorodność, stabilność, pewność, zakotwiczenie mają zostać unieważnione przez nadchodzącą erę różnorodności.
Edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne ma być realizowana nieobowiązkowo w wymiarze 1 godziny w klasach 4-6, 2 godzin w klasach 7-8 oraz 3 godzin w szkołach ponadpodstawowych. Nadal nie ma podręczników dla uczniów, poza jednym. Ale i on nie uwzględnia podziału na części obowiązkową i nieobowiązkową, jak więc rodzic ma podjąć świadomie decyzję o udziale swojego dziecka w lekcjach? Otwartym też pozostaje pytanie, czy podręcznik będzie JEDEN, co grozi zetknięciem się ze szkodliwymi treściami uczniów formalnie wypisanych z zajęć?
Zdrowie seksualne jako genderowa „nowa normalność”
Czym jest w istocie „zdrowie seksualne”? To „jeden z pięciu kluczowych aspektów strategii opracowanej przez WHO dotyczącej zdrowia reprodukcyjnego zaakceptowanej przez Światowe Zgromadzenie Zdrowia (World Health Assembly) w 2004 roku”. Zdrowie reprodukcyjne WHO to fałszywe pojęcie – zasłona dymna, które kryje we wszystkich kluczowych zapisach przede wszystkim dostęp do antykoncepcji i aborcji, zwanych „usługami wspierającymi swobodę wyboru w zakresie reprodukcji”.
Jak czytamy w Standardach WHO, czyli zaleceniach dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, obecnie tak definiuje się „zdrowie seksualne”:
„Zdrowie seksualne jest dobrostanem fizycznym, emocjonalnym i społecznym w odniesieniu do seksualności; nie jest jedynie brakiem choroby, zaburzeń funkcji bądź ułomności. Zdrowie seksualne wymaga pozytywnego i pełnego szacunku podejścia do seksualności oraz związków seksualnych, jak również do możliwości posiadania dających przyjemność i bezpiecznych doświadczeń seksualnych, powinno być wolne od przymusu, dyskryminacji i przemocy. Aby osiągnąć i utrzymać zdrowie seksualne, stereotypy płciowe”. Zaproponowana definicja nie tylko podkreśla konieczność pozytywnego podejścia do istotnego aspektu, jakim jest przyjemność, ale także to, że zdrowie seksualne obejmuje nie tylko fizyczne, lecz również emocjonalne, psychiczne oraz społeczne aspekty.
[cyt. Standardy edukacji seksualnej w Europie – Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, 2012 r.]
Zdrowie seksualne – to nie przypadek, że nazwano najpierw rozdział edukacji zdrowotnej, a teraz przedmiot tak właśnie! Dosięgły nas „standardy”, które zmieniają myślenie o człowieku, jego biologicznym wyposażeniu i rolach społecznych. Przyjemność i bezpieczeństwo [czyli unikanie niechcianej ciąży!] doświadczeń seksualnych, a nie odpowiedzialność i założenie pełnej zdrowej rodziny – to model, jaki ma realizować polska szkoła, wychowując dobrostanowych sobków i depresyjnych singli uzależnionych od seksu.
SEX-alfabet dla uczniów podstawówek
Z dobrowolnych zajęć „zdrowia seksualnego” można się wypisać bezterminowo, a na miesiąc przed realizacją zajęć dyrektor szkoły jest zobowiązany zorganizować spotkanie informacyjne dla rodziców. Kiedy – nie wiadomo. Tak rozmiękczony, celowo niekonkretny sposób wprowadzenia edukacji zdrowotnej – zdrowie seksualne ma zdemobilizować rodziców i zniechęcić do szybkiej i jednoznacznej rezygnacji z dobrowolnych zajęć, wszak to tylko jedna godzina, jeszcze nie wiadomo, kiedy, i nie wiadomo, o czym…
O czym – jednak dobrze wiadomo! I po lekturze podstawy programowej nie ma w tym względzie wątpliwości. To obowiązkowy zestaw genderowych terminów i haseł, z których ideologicznym i toksycznym charakterem od lat zmaga się zdrowy rozsądek każdego normalnego człowieka.
Oto SEX-alfabet, którego Nowacka – w ramach realizacji celów WHO, ONZ i UE – chce nauczyć polskich uczniów już w szkole podstawowej:
„zdrowie seksualne” i „jego wpływ na harmonijny rozwój człowieka przez całe życie [kl.4], „stereotypy płciowe” [kl.5],
„pojęcie seksualności oraz znaczenie wiedzy na jej temat na różnych etapach życia” [kl.7],
„świadoma zgoda”, „pojęcie orientacji psychoseksualnej i tożsamości płciowej”[kl.8]. =======================================================
Każdemu z tych ideologicznych pseudo-pojęć można przeciwstawić dziesiątki polemicznych wypowiedzi opartych na dowodach naukowych. Przywołajmy jedno, dotyczące następującego zapisu podstawy programowej: Uczeń wymienia stereotypy płciowe, które są najczęstsze w jego otoczeniu, oraz wyjaśnia ich możliwy wpływ na funkcjonowanie człowieka. – zakres kl.5
„Stereotypy płciowe” nie brzmią tak groźnie? A jednak już w 2020 r. Instytut Ordo Iuris poświęcił tej kwestii osobne stanowisko, którego fragment warto przytoczyć:
„Pojęcie gender ma zatem swoje korzenie w konstrukcjonizmie i marksizmie. Po pierwsze, definiuje ono płeć jako konstrukcję społeczną, ignorując jej biologiczny wymiar. Po drugie sięga do dialektycznych koncepcji, szczególnie widocznych w doktrynie marksizmu. Różnicą jest zmiana środka ciężkości z walki klas na „odwieczną” walkę płci, którą zakończyć może jedynie zniesienie różnic między płciami. Należy podkreślić, że pojęcie płci społeczno-kulturowej jest naturalną konsekwencją doktryny indywidualistycznej, zgodnie z którą człowiek prawdziwie wolny może być wyłącznie wówczas, gdy zostanie wyzwolony z wszelkich narzuconych mu społecznych norm. W myśl doktryny feministycznej, jedną z tych norm społecznych, jest właśnie pojęcie płci i związanych z nią ról, a nierówne stosunki w dziedzinie reprodukcji mają być jedną z głównych przyczyn strukturalnej dyskryminacji kobiet, jaka ma miejsce od wielu stuleci” – za: https://ordoiuris.pl/analiza/stanowisko-instytutu-ordo-iuris-na-temat-pojec-gender-i-gender-equality/
Taki oto przedmiot po wielu latach walki z seksualizacją polskich uczniów i młodzieży wprowadza do szkół od 1 września ekipa Tuska.
Rodzice zbudują mur obronny
Z takiego szkodliwego „zdrowia seksualnego” wypisujmy jak najszybciej nasze dzieci i zachęcajmy do tego innych rodziców.
Temu będą służyć oświadczenia rodzicielskie o odmowie uczestnictwa w seksualizujących lekcjach „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”.
Niezależne od tego brońmy praw rodzicielskich w każdy dostępny sposób.
Warto składać w szkołach oświadczenia obejmujące wykaz treści, które MEN zakwalifikował jako obowiązkowe, ale których rodzic nie dopuszcza dla swego dziecka na lekcjach, gdyż wchodzą w obszar wychowania zarezerwowany dla rodziców. Łamanie praw rodziców do wychowania dzieci – zagwarantowane w Konstytucji RP w art.48 i art. 53 – nigdy nie będzie normą w polskich szkołach!
Niebagatelna jest także rola Rad Rodziców w formowaniu statutów szkół. Może ona uwzględniać wprowadzenie do statutów zapisów chroniących uczniów przed demoralizacją i deprawacją oraz zachętę do wychowania prorodzinnego i wolnego od ideologii. Taka aktywność pojedynczych rodziców, ale również zaangażowanie Trójek klasowych i Rad Rodziców ma szansę zbudować mur obronny wokół polskich szkół przed falą lewackiego tsunami. Pamiętajmy, że nikt nie wzniesie go za nas!
Politycy opozycji, którzy rozumieją, że szkoła to nie poletko naiwnej propagandy lub niewygodny „gorący kartofel”, a pole walki o przyszłe pokolenia Polaków i… wyborców, powinni już dziś współtworzyć wraz ze stroną społeczną podwaliny Polskiego Obszaru Edukacji.
Nadal jednak można odnieść wrażenie, że lewicowi promotorzy różnorodności lepiej wiedzą, jak skutecznie kreować „nową normalność”, niż prawica – jak bronić tego, co naprawdę jest normalne, i jak konsekwentnie tworzyć suwerenny polski model.
Hanna Dobrowolska
Ekspert oświatowy
Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły/Ruch Ochrony Szkoły
Aborcjonistka Leah Torres przyznała, że nie słyszy krzyku zabijanych dzieci, bo przecina im struny głosowe. Potem pokrętnie tłumaczyła, że chodziło jej o przecinanie pępowiny, jednak w pierwszej wypowiedzi wyraźnie mówiła o strunach i krtani.
Jej wypowiedź pokazuje skalę sadyzmu, jakiego dopuszczają się sprawcy aborcji. A przy okazji poziom znieczulicy, jaką osiągają – bo przecież nikt normalny nie pochwaliłby się takim okrucieństwem publicznie.
O brutalnych praktykach dr Torres piszemy w jednym z ostatnich artykułów na portalu „Ratuj Życie”.
Przesyłamy wybór tekstów, a w nich także o eutanazji Hiszpanki Noelii Castillo Ramos, konflikcie wokół in vitro w sądzie w Radomiu, edukacji pseudo-zdrowotnej oraz związkach homoseksualnych, których polska konstytucja nie przewiduje, ale lewicowi aktywiści koniecznie chcą wprowadzić do naszej praktyki.
Zapraszamy do lektury.
===================================
Aborcjonistka: dzieci nie płaczą, bo przecinam im struny głosowe!
Tweet z 2018 roku opublikowany przez Leah Torres, amerykańską aborcjonistkę, wywołał burzę w mediach społecznościowych. Tak dużą, że nawet Planned Parenthood, największy dostawca aborcji w Stanach Zjednoczonych, zdecydował się rozwiązać z nią kontrakt. Wszystko z powodu kilku słów prawdy zamieszczonych przez aborterkę w Internecie. Na pytanie, czy w snach nie słyszy krzyków pozabijanych przez siebie dzieci, kobieta odparowała ze złością, że nie, bo przecież nie mogą one krzyczeć. Na wszelki wypadek podcina im bowiem struny głosowe.Czytaj dalej >
Matka bez praw, dziecko w zamrażarce. Sąd w Radomiu zakazuje urodzenia dziecka pozostałego z in vitro
Sąd Okręgowy w Radomiu orzekł, że kobieta, która po rozwodzie chciała urodzić dziecko poczęte wcześniej metodą in vitro i przebywające w zamrażarce, nie może zrobić transferu i donosić ciąży do porodu. A to ze względu na sprzeciw byłego męża – ojca tego dziecka. Maluch pozostanie więc zamrożony w ciekłym azocie. Sąd podjął taką decyzję powołując się na… „dobro dziecka”. Ponoć po urodzeniu miałoby nie mieć odpowiednich warunków z powodu rozpadu małżeństwa rodziców. Jednocześnie sąd nie okazał litości wobec dziecka, które przebywa od lat w ciekłym azocie.Czytaj dalej >
Aktywistka aborcyjna w szoku po własnej aborcji. Opublikowała zdjęcie zabitego dziecka
Jedna z użytkowniczek forum proaborcyjnego zamieściła w sieci fotografię przedstawiającą jej własne abortowane dziecko. Internautka spodziewała się, że jej ciało opuści zaledwie „tkanka pozbawiona ludzkich cech”, jak napisano na jednym z lewicowych portali. Tymczasem zobaczyła maleńkie, ale już doskonale uformowane ludzkie ciało z oczami, kończynami i wykształconymi paluszkami. Rozmówczynie zgodziły się z kobietą, że informacje na temat wyglądu płodu na wczesnym etapie ciąży krążące w środowiskach proaborcyjnych bywają bardzo mylące.Czytaj dalej >
Hiszpania: eutanazja 25-latki. Noelia Castillo Ramos nie żyje
W szpitalu koło Barcelony przeprowadzono eutanazję na 25-letniej Noelii Castillo Ramos. Lekarze zabili ją zastrzykiem, który doprowadził do zatrzymania oddychania. Młoda kobieta została kilka lat temu brutalnie, grupowo zgwałcona, prawdopodobnie przez imigrantów z krajów muzułmańskich. Po tym zdarzeniu zmagała się z ciężką depresją i podjęła próbę samobójczą, która spowodowała u niej częściowy paraliż. Następnie rozpoczęły się starania o jej eutanazję.Czytaj dalej >
Przemyśl: martwe dziecko w śmietniku. Tak jak uczą aborcjonistki
W okolicach Przemyśla odnaleziono ciało chłopca urodzonego w siódmym lub ósmym miesiącu ciąży. Maluszek został owinięty warstwą ręczników papierowych i wrzucony do kosza na odpadki. Wstępne wyniki sekcji zwłok nie przesądzają, czy doszło do przedwczesnego porodu z przyczyn naturalnych, czy też do aborcji lub zabicia dziecka tuż po urodzeniu. Jedno wiadomo na pewno: ciało chłopczyka zostało wrzucone do kosza na śmieci, tak jak radzi Aborcyjny Dream Team i inne organizacje proaborcyjne. Jak widać, ich zbrodnicza nauka nie idzie w las… Ile dzieci musi jeszcze zginąć, by aborcjonistki poniosły wreszcie odpowiedzialność?Czytaj dalej >
Gizela Jagielska odbiera nagrodę „Wysokich Obcasów”. I sprzęt do mordowania ludzi
Wypromowana przez „Gazetę Wyborczą” aborterka Gizela Jagielska została Superbohaterką Wysokich Obcasów za rok 2025. Dostała też 10 000 zł nagrody. Dodatkowo podczas samej gali Aborcyjny Dream Team wręczył jej pompy do aborcji próżniowej – czyli maszyny do mordowania ludzi, i to wyjątkowo sadystyczną metodą.Czytaj dalej >
Szpital w Łodzi ukarany za odmowę zabicia małego Felka
Szpital kliniczny w Łodzi otrzymał karę za niewykonanie aborcji na małym Felku. Chodzi o dziecko, które ostatecznie zostało zabite chlorkiem potasu w Oleśnicy. Medycy zatrudnieni w łódzkiej placówce proponowali pani Anicie cesarskie cięcie i otoczenie malucha opieką. Ta odmówiła jednak wszelkiej pomocy i udała się do aborterki Gizeli Jagielskiej, która wykonała śmiertelny zastrzyk dziecku w 36. tygodniu życia płodowego.Czytaj dalej >
————————————-
Geje drwią z dziecka, które płacze za mamą. „Jest tata i tata”
Świat obiegło nagranie, w którym dwaj amerykańscy homoseksualiści wyśmiewają płaczącego za mamą chłopca, którego adoptowali. Wideo to, choć nagrane przez pozbawionych empatii pseudo-rodziców w zupełnie innym celu, stało się doskonałą ilustracją krzywdy, jaką ponoszą dzieci adoptowane przez homoseksualistów. Zabrane od biologicznej matki i pozbawione jej bliskości, a oddane w ręce dwóch obcych mężczyzn, żyjących w dodatku w patologicznym związku!Czytaj dalej >
Zbigniew Izdebski: kim jest i dlaczego promuje demoralizację dzieci?
Zespołowi ds. edukacji zdrowotnej, tworzącemu program przedmiotu wprowadzonego od roku szkolnego 2025/2026 do polskich placówek edukacyjnych, przewodniczył Zbigniew Izdebski. Warto wiedzieć, że ten seksuolog i pedagog, traktowany przez lewicowe media jako autorytet, jest postacią o szemranych powiązaniach. Głoszone przez niego hasła wzbudzają sprzeciw rodziców zatroskanych o normalny, zdrowy rozwój swoich dzieci. Podobnie jak treści, które mają być według niego serwowane najmłodszym w szkole. To właśnie z powodu tych treści zdecydowana większość Polaków zdecydowała się złożyć w szkołach rezygnację z edukacji zdrowotnej.Czytaj dalej >
Bardzo prosimy o złożenie podpisu pod petycją o wycofanie ze szkół edukacji zdrowotnej – w całości. Ostatnie deklaracje Ministerstwa Edukacji Narodowej są takie, że przedmiot ten ma stać się obowiązkowy dla wszystkich uczniów od klasy 4 szkoły podstawowej aż do szkoły średniej włącznie. Jedynie komponent zawierający instruktaż seksualny miałby być dla chętnych. Takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Dzieci i tak będą mieć kontakt z niewłaściwymi treściami. Ponadto wiele innych komponentów tego przedmiotu opiera się na niezdrowej ideologii, przed którą należy dziecko chronić, a nie z nią oswajać.
Podpisujmy petycję w poniższym linku:
NIE dla edukacji „zdrowotnej” w szkołach!
Edukacja (pseudo)zdrowotna przymusowo dla wszystkich uczniów – to nowy pomysł Ministerstwa Edukacji. MEN twierdzi, że komponent związany z instruktażem seksualnym miałby być tylko dla chętnych, jednak po cichu przyznaje, że gdy zmusi dzieci do EZ, będzie wprowadzać treści seksualne stopniowo.Czytaj dalej >
Czy podoba się Panu to, co robimy? Jeśli tak, to zapraszamy do korzystania z tekstów na portalu www.RatujZycie.pl i do śledzenia na bieżąco zamieszczanych tam treści.
Prosimy także o wsparcie modlitewne i finansowe. Prowadzenie serwisu z wiadomościami, które inni chcą przemilczeć, to znaczne koszty. Pańska pomoc pozwala nam docierać do ludzi z prawdą i aktywnie stawiać czoła złu.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Nawet bez obowiązkowej edukacji seksualnej, edukacja zdrowotna nadal pozostaje niebezpieczna dla dzieci i stanowi poważne zagrożenie dla władzy rodzicielskiej. Ostatecznie zaś, jest marnotrawieniem środków publicznych, wszak nie da się „nauczyć” zdrowego stylu życia, za to można skutecznie namieszać dzieciom w głowach zideologizowanym przekazem.
Minister edukacji Barbara Nowacka podjęła kolejną próbę wprowadzenia obowiązkowych zajęć z edukacji zdrowotnej, tym razem bez zawierającego edukację seksualną komponentu, uznawanego za najbardziej kontrowersyjny i budzącego niechęć wśród wielu rodziców. Ta zmiana wcale jednak nie oznacza, że edukacja zdrowotna przestała być projektem ideologicznym. Jest nim nadal i z tego powodu nadal pozostaje bardzo niebezpieczna.
Kwestia seksualności to tylko jeden z wielu niedopuszczalnych zakresów tematycznych, wpisanych w ten program. Jeśli zatem ktoś przekonuje Państwa – a takich ludzi nie brakuje również wśród konserwatywnych i katolickich publicystów – że edukacja zdrowotna to ważny przedmiot, który pozbawiony tzw. kontrowersyjnych zapisów, staje się istotnym dla zdrowia i przyszłości naszych dzieci, ten po prostu wprowadza Was w błąd. Tak, edukacja zdrowotna to poważne zagrożenie dla tego, w co wasze dzieci będą wierzyć i jaki system wartości wyznawać. Dlaczego?
Zdecyduje światopogląd nauczyciela
Po pierwsze, edukacja zdrowotna obejmuje programem szereg treści aksjologicznych. Wbrew temu, co sądzą jej zwolennicy, jest on pełen zagadnień dających nauczycielowi szerokie pole interpretacji, a co za tym idzie – przedstawienia ich w oparciu o własny światopogląd. O tym, że nauczyciele nie są maszynami klepiącymi wyuczone formułki, wie naprawdę wielu rodziców, którzy napotykali na różne problemy związane z ideologiczną edukacją ich dzieci. Przedstawianie średniowiecza jako wieków ciemnych, w którym nie zajmowano się niczym poza powtarzaniem w kółko „memento mori”, lub historii Polski jako dziejów warcholstwa, rozpasania szlachty i zgubnego liberum veto – to właściwie klasyki ze szkolnego nauczania. A mówimy o treściach jawiących się zazwyczaj jako „neutralne światopoglądowo”. Ale i tutaj światopogląd nauczyciela ma znaczenie i wpływ na sposób myślenia naszych dzieci.
Możemy sobie zatem tylko wyobrazić, jakie pole do popisu dostanie nauczyciel, jeśli przyjdzie mu opowiadać o różnorodności płciowej czy formach dyskryminacji. Wszystkie te terminy są nieokreślone i niezdefiniowane, a ich stosowanie jest silnie modelowane przez światopogląd osoby, która terminy te stosuje. Dyskryminacją może być rasizm – i to jest naganne – ale może nią być też na przykład sprzeciw wobec jednopłciowych pseudo-małżeństw. Co takiego w szkole usłyszą o tym dzieci? Na dwoje babka wróżyła.
Podobnie jest w przypadku tak prozaicznego tematu, jak zdrowa dieta. Mówimy o czymś, co w zasadzie nie powinno budzić większych kontrowersji. Musimy jednak pamiętać, że nie żyjemy w czasach, w których istnieją jakieś stałe punkty odniesienia. Możemy sobie wyobrazić zatem nauczyciela, który opowie dzieciom, że jedzenie mięsa jest szkodliwe i nieetyczne, a nadzieją dla świata pozostaje wegetarianizm.
Edukacja zdrowotna takich pułapek ma zaszytych mnóstwo. Spójrzmy chociażby na kwestię dezinformacji w mediach. Jak wiadomo, za dezinformację uznawane są dzisiaj treści stające chociażby w sprzeczności z tzw. konsensusem społecznym czy naukowym. Swoisty szczyt „walki z dezinformacją” obserwowaliśmy chociażby w czasie pandemii COVID-19, kiedy za bezsprzeczny dowód naukowy uznawano skuteczność maseczki w powstrzymywaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Na ustalenia naukowców powoływano się też zamykając lasy czy cmentarze, wszak to podobno osławiona rada medyczna rekomendowała lockdowny.
Niektórzy z czytelników mogą też pamiętać aferę, jaka rozpętała się po wywiadzie udzielonym Bogdanowi Rymanowskiemu przez prof. Grażynę Cichosz, która proponowała zmianę piramidy żywienia i rezygnację z diety opartej na węglowodanach. W jej opinii, za choroby serca odpowiadają zgoła inne czynniki niż dieta tłuszczowa. Program został ostro skrytykowany i uznany za rodzaj dezinformacji. Tymczasem niedługo potem okazało się, że w Stanach Zjednoczonych zmieniono zalecenia zdrowej diety, dążąc do obniżenia spożycia węglowodanów.
Jakie informacje odnośnie zdrowego żywienia przekaże naszym dzieciom nauczyciel? Czy będzie w stanie ocenić, czym jest dezinformacja i na jakich danych warto się opierać np. w kwestii zaleceń żywieniowych? W jaki sposób przedstawi inny sporny problem, jakim jest globalne ocieplenie i wpływ człowieka na ten proces? Możemy spekulować, a na pewno dowiemy się tego od naszych dzieci, które część tych opinii mogą potraktować poważnie.
Rodzic nic nie znaczy?
Wreszcie edukacja zdrowotna bagatelizuje wiele problemów, które wcale nie są tak proste jak pozornie mogą się wydawać. Mowa chociażby o transplantologii, uznanej przez ogromną część środowiska medycznego za wielkie osiągnięcie współczesnej medycyny. To prawda, że transplantacje uratowały wiele ludzkich istnień, ale całej procedurze towarzyszy też spór o szacunek dla życia potencjalnego dawcy. Istnieją przecież naukowcy kwestionujący, czy faktycznie stwierdzenie śmierci pnia mózgu jest wystarczające, by uznać ciało człowieka za martwe. Nie są to wcale teorie wariatów. Czy nauczyciel w trakcie edukacji zdrowotnej opowie o nich uczniom, przedstawiając sprawę jako realny problem, który warto zgłębiać?
Kolejna sprawa dotyczy obowiązkowych szczepień. Tu również opinie nie są jednoznaczne, a sam problem nie jest aksjologicznie zerojedynkowy. Mówimy przecież o procedurze medycznej, co do której istnieją spory. Nakłada się na nie lobbing firm farmaceutycznych, którego doświadczyliśmy chociażby w trakcie pandemii COVID-19. Czy zatem nauczyciel ma prawo jednoznacznie opowiadać się za przymusem szczepień? Jak takie twierdzenia pogodzić z prawem rodziców do wychowania dziecka i kształtowania jego światopoglądu? Dlaczego to akurat nauczyciel ma decydować o tym, co dziecko sądzi o przymusie szczepień, ale też innych kwestiach, które wcale nie są moralnie jednoznaczne, jak chociażby wspomniane już globalne ocieplenie?
Trudno mieć zatem wątpliwości, że edukacja zdrowotna to po prostu kolejny obszar, w którym państwo rości sobie prawo do oddziaływania na obywateli. Tym razem chodzi o kształtowanie opinii dzieci w bardzo konkretnych obszarach. Edukacja zdrowotna jest zatem przedmiotem zideologizowanym i jako taka nie powinna w ogóle pojawić się w szkole, nie mówiąc już o nadaniu jej rangi przedmiotu obowiązkowego.
Nawet jeśli część z tych spraw wydaje nam się jedynie nieszkodliwymi nadużyciami, to pamiętajmy, że jeśli w drobnych sprawach zgodzimy się na ograniczenia naszej władzy rodzicielskiej, za pewien czas zorientujemy się, że tracimy ją w znacznie większym stopniu i bezpowrotnie. Weźmy to pod uwagę, także wówczas, gdy w pewnych kwestiach zgodzimy się z założeniami edukacji zdrowotnej. To zrozumiałe, że część czytelników może być na przykład zwolennikami przymusu szczepień, jednak nie o to toczy się spór. Spór dotyczy prawa do wychowania naszych dzieci w zgodzie z wartościami, w które wierzymy. Dlatego, jeśli chcemy sami to prawo zachować, musimy go zdecydowanie bronić również wtedy, gdy nie zgadzamy się z opiniami, w których obronie występujemy. Trzeba bowiem strzec nienaruszalności samej zasady, nie zaś koncentrować się na przedmiocie sporu.
To jednak nie wyczerpuje jeszcze argumentów, dla których powinniśmy jak najszybciej pozbyć się edukacji zdrowotnej z polskiej szkoły.
Płód chorej wyobraźni
Wprowadzany przez Barbarę Nowacką przedmiot stanowi kompleksowy zbiór zaleceń, formatujący określony styl życia. Obejmuje on naukę budowania relacji społecznych, unikania przemocy, model kształtowania życia rodzinnego, dietę, prowadzenie zdrowego trybu życia, opis badań, jakie powinniśmy wykonywać u lekarza, praktykowanie ćwiczeń fizycznych itd.
W ten sposób szkoła, która każdego roku ponosi porażkę w podstawowych obszarach edukacyjnych – np. w kwestii czytelnictwa – wkracza w obszar de facto formowania młodego człowieka. Mamy zatem sytuację, gdy szkoła abdykuje stopniowo ze swojej podstawowej kompetencji, jaką jest przekazywanie wiedzy, za to dokonuje ekspansji w kierunku formacyjnym, starając się wpływać na sposób myślenia uczniów, w dodatku bez zgody niemałej części rodziców.
Jeśli zatem rodzice delegują na szkołę kompetencje wychowawcze, to – pomijając już fakt rosnącej impotencji szkoły w obszarze edukacyjnym – resort edukacji powinien uzyskać wyraźną zgodę rodziców na wprowadzanie tak kompleksowego programu wychowawczego. Tej zgody jednak nie ma. A zatem edukacja zdrowotna nie powinna nigdy pojawić się w polskiej szkole.
Osobna sprawa dotyczy skuteczności takiego modelu wychowawczego. Wiele z tematów opisanych w programie edukacji zdrowotnej – styl życia, podejście do drugiego człowieka, stosunek do nowych technologii, uprawienie sportu – kształtuje się w relacji z drugim człowiekiem oraz na podstawie ludzkich doświadczeń. Nie można nikogo „nauczyć” miłości do sportu czy przestrzegania zdrowej diety. Nawyki te opierają się na swoistej „pamięci mięśniowej” naszego organizmu i umysłu, którą wypracowujemy latami.
Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego szkoła ma marnotrawić publiczne pieniądze i instytucjonalne zasoby na „uczenie” czegoś, czego nauczyć się nie da. To podobnie jak z patriotyzmem. Nie można kogoś nauczyć patriotyzmu na kilku lekcjach, nawet z wykorzystaniem podręcznika napisanego przez wybitnego historyka. Patriotyzm jest postawą wypracowywaną dzięki wzorcom, poznawaniu historii, konkretnym doświadczeniom wspólnotowym itd.
Założenie, że uczeń nie jest w stanie przeczytać „Pana Tadeusza”, ale na pewno nauczy się odróżniać informację od dezinformacji, bo pani w szkole na jednej lekcji opowie mu, jak to robić, musiał poczynić jakiś kompletny idiota albo zideologizowany oszołom nieświadomy tego, czym jest w istocie proces wychowawczy. Znacznie lepiej bowiem takiemu uczniowi zrobiłoby rozszerzenie listy lektur, a jeśli już koniecznie mielibyśmy dodawać jakiś przedmiot, to świetnie byłoby rozwijać właśnie kształcenie klasyczne poprzez naukę filozofii czy łaciny. W ten sposób uczeń, poznając kulturę swojego kręgu cywilizacyjnego, gromadząc mądrość pokoleniową, potrafiłby znacznie lepiej zmierzyć się z problemami współczesności, niż po doświadczeniu najmądrzej nawet wygłoszonego wykładu na temat szkodliwości smartfonów.
Jeśli naprawdę czegoś możemy nauczyć nasze dzieci, to nie tego, by nie dotykały tej konkretnej trucizny, lecz by potrafiły zrozumieć, czym ta trucizna jest w takiej lub innej postaci.
W MEN trwają prace nad szczegółami przymusu uczestnictwa dzieci w lekcjach tzw. „edukacji zdrowotnej” od 1 września 2026 r.
Wie Pan kto ustala, jakie konkretnie treści będą już za kilka miesięcy obowiązkowe dla wszystkich uczniów? To m.in.:
Seksuolog Zbigniew Izdebski – powiązany z instytucjami uwikłanymi w przeszłości w afery pedofilskie i uczeń seksuologa Andrzeja Jaczewskiego, który publicznie popierał legalizację współżycia dorosłych z dziećmi. Izdebski przeprowadzał też seksuologiczne eksperymenty na uczniach, w trakcie których bez wiedzy i zgody rodziców pytał uczniów m.in. o to, czy już się kiedyś masturbowali.
Antonina Kopyt – „edukatorka seksualna”, która jako pierwsza zaproponowała wprowadzenie w Polsce obowiązkowej „edukacji seksualnej” mającej ukrywać się dla zmylenia rodziców pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Kopyt publicznie sugerowała, że prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami powinno podlegać ograniczeniom ze strony państwa oraz instytucji międzynarodowych. Współpracuje z organizacjami promującymi aborcję, LGBT i sex-shopy.
Te same osoby były współodpowiedzialne za stworzenie całej podstawy programowej do „edukacji zdrowotnej” – przedmiotu, który należy odrzucić w całości, gdyż zawarta w nim wizja „zdrowia”, człowieka i relacji międzyludzkich to ideologia opracowana w gabinetach niemieckich ideologów i aktywistów.
„Edukacja zdrowotna” już za niecałe pół roku ma być przymusowa we wszystkich szkołach. Większość rodziców albo w ogóle nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, albo to zagrożenie banalizuje.
Dzisiaj, gdy lekcje nie są jeszcze obowiązkowe, chodzi na nie ok. 30-40% uczniów, zwłaszcza w szkołach podstawowych. Bierność doprowadzi do tego, że w Polsce dojdzie do katastrofy tak jak na Zachodzie. Niedawno udostępnialiśmy poruszające świadectwo naszej młodej wolontariuszki Zuzi, która gdy miała 12 lat uczyła się w katolickiej szkole w Anglii. W szkole na lekcjach religii, prowadzonych przez nauczycielkę, która była lesbijką i ateistką (!), zachęcano Zuzię do homoseksualizmu i kwestionowano jej tożsamość płciową. Niewiele brakowało, a nieświadoma wtedy dziewczyna uległaby tym namowom.
Pamiętając swoje doświadczenia z Anglii Zuzia to samo widzi już dzisiaj w Polsce. Dlatego wraz z innymi wolontariuszami naszej Fundacji bierze udział w kolejnych publicznych akcjach i kształtuje świadomość rodziców.Tylko w nadchodzącym tygodniu (18-25 kwietnia) chcemy zorganizować uliczne akcje informacyjne i publiczne różańce w 23 miastach Polski.
Nasi wolontariusze są gotowi do wyjścia na ulice, rozstawienia dużych plakatów, włączenia megafonów, rozdawania ulotek i broszur oraz modlitwy na różańcu, a przy tym do odpierania ataków, zaczepek i procesów sądowych wytaczanych nam nieustannie przez zwolenników deprawacji dzieci.
Żeby zrealizować ten plan, nasi wolontariusze potrzebują Pana pomocy. Pana wsparcie umożliwi nam m.in.: – zatankowanie aut i dojazd do kolejnych miejscowości na terenie całego kraju,- zakup nowych transparentów i bannerów,- wydruk ulotek, broszur, gazet i materiałów informacyjnych dla przechodniów,- kupno nowych kamer, głośników, megafonów i innego sprzętu używanego podczas akcji,- dalsze funkcjonowanie centrum prawnego naszej Fundacji, które ochrania wolontariuszy przed procesami, przesłuchaniami i prześladowaniami sądowo-policyjnymi (aktualnie przeciwko nam toczy się ponad 80 rozpraw w całej Polsce). Liczymy na Pana zaangażowanie. WPŁACAM Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku,
Mariusz Dzierżawski Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Uśrednione IQ od czasu rozpoczęcia pomiarów ponad stulecie temu, w kolejnych pokoleniach stawało się coraz wyższe. Postęp był satysfakcjonujący i wydawał się trwały. Młodzież dzięki ofercie edukacyjnej – tej systemowej i tej kulturowej – stawała się bystrzejsza. Niestety, „stawała się”. Wygląda na to, że (podobnie jak w medycynie, tak przynajmniej twierdzą eksperci WHO – sic!) – lepiej to już było, mili Państwo.
Sytuacja zaczęła się zmieniać około roku 2010. Telewizory istniały dużo wcześniej. Gry komputerowe i Playstation również. Satelitarna papka i byle jakie kreskówki meblowały dziecięce głowy od kilku dziesięcioleci. Nie da się tego wyjaśnić również produkcjami z gatunku reality show czy paradokumentami typu Szkoła, na które narzekaliśmy naście lat temu. Doktor Jared Cooney Horvard, przemawiając w jednej z rad Senatu USA, przekonywał, że zmianą, która wówczas zaszła, jest szerokie wprowadzenie do szkół technologii cyfrowych. Po zachłyśnięciu się najnowocześniejszym sprzętem niczym wujek w amoku na giełdzie komputerowej, zaczęliśmy zauważać, że pomiędzy dziećmi uczonymi za pomocą zaawansowanych technologii a tymi korzystającymi z konwencjonalnych narzędzi istnieje ogromna różnica w zakresie jakości procesów myślowych, pamięci, a zwłaszcza koncentracji. Potężny spadek opiera się nie tylko na omawianym wielokrotnie nadużywaniu smartfonów, ale i na używaniu technologii, które protezują pracę mózgu.
Bodaj pierwsi zaczęli to zauważać specjaliści od neurologopedii i wczesnej interwencji, jak profesor Cieszyńska. Od kiedy małe dzieci zaczęły być zanurzane w „programach edukacyjnych”, znacznie wzrosła liczba fałszywych rozpoznań autyzmu (bo obraz funkcjonowania był podobny, a przyczyną – nie neuroatypowość, tylko… zaniedbanie cyfrowe i brak odpowiedniej społeczno-emocjonalnej stymulacji). Nastąpiła też swoista epidemia opóźnień rozwoju mowy. Po początkowym zachwycie kraje skandynawskie odeszły od upowszechniania technologii podczas lekcji, zauważając regres uczniów. Dlaczego tak się dzieje?
Wesprzyj nas już teraz!
25 zł
50 zł
100 zł
Dzieciakom mózgi gniją
Użytkowanie ekranów nawet do nauki opiera się na innym modelu: dezaktywującym umysł, sprawiającym, że jest on jedynie biernym odbiorcą – i tyle godzin, ile wcześniej musiał się aktywować (uprośćmy to: polować), teraz może pozostawać w bierności (niczym pierwotny myśliwy karmiony bez wychodzenia z jaskini). A przecież od nastu lat zindywidualizowane ekrany nosimy w każdej kieszeni…
Miliony uczniów i studentów na całym świecie już doświadczają, że tracą kontrolę nad funkcjonowaniem swojego umysłu – nie mogą się skupić, jeśli coś ich nie skupia. Tym czymś jest ruch na ekranie. Oznacza to, że nie są w stanie efektywnie skorzystać z nieruchomego tekstu… Czują się przykuci do telefonów, po które wielokrotnie sięgają bezwiednie. Scrollują przez wiele godzin dziennie. I to właśnie ten zestaw objawów, wraz z tak zwaną „uwagą złotej rybki” (zainteresowaniem tylko na krótką chwilę), nazwano brainrotem. Dosłownie gnijącym mózgiem, mózgozgniłkiem. To walki z takim „schorzeniem” dotyczą bardzo liczne materiały o detoksie dopaminowym, odwyku od smartfona, odzyskaniu kontroli. Ale jest i inne znaczenie tego wyrazu. Chodzi w nim nie tylko o sam gadżet, o narzędzie, ale o treść przekazywaną za jego pośrednictwem.
Pokoleniowym doświadczeniem generacji Alpha, czyli urodzonych po roku 2010–2015, jest codzienne wystawienie na brainroty. Zjawisko bynajmniej nie jest niszowe ani subkulturowe. To kluczowa część kultury popularnej postpandemicznego świata, niestety – szczególnie adresowana do dzieci. Im starszy odbiorca, tym większą czuje odrazę w kontakcie z brainrotem.
Brainroty to bowiem również memy (w pierwotnym znaczeniu Dawkinsowskim: bity informacji kulturowej – obrazki, filmy, motywy, znane i powtarzalne teksty, melodie czy dowolne dźwięki), mające charakter… destrukcji depozytu kulturowego. Przeróbki, komentarze do komentarzy, cytaty, symulakra… Popkultura XX wieku zrodziła poczwarę: zbiór przypadkowo sklejonych, przerysowanych elementów, zwracających uwagę swoją bezsensownością, dosadnością, głośnością. Spożywa się je prędko, jeden za drugim, przez długi czas. Nie ma tu miejsca na spójność, proces, głębszą myśl, a nawet w ogóle na sens.
To, co jeszcze niedawno mogło być kąśliwym komentarzem, ilustracją, puszczeniem oka do odbiorcy, w ogóle działaniem na marginesie, objęło w młodym pokoleniu całą specyficzną dla ich czasów kulturę popularną. Bardzo wiele brainrotów jest, co tu dużo mówić, niesmacznych, śliskich, dosłownie zboczonych, pełnych śmieci, dziwactw budzących przerażenie i zmieszanie – ogólnie nieodpowiednich. Mnóstwo z nich rozwija tematykę popularnych gier, jak Minecraft, Fortnite czy Five Nights of Freddy (z którego pochodzi słynny jumpscare). Nie ma takiej treści popularnej wśród dzieci i młodzieży, dla których nie powstałaby cała masa przeróbek o charakterze brainrotów.
Cwaniakom portfele tyją
Ta gałąź „kultury” to prawdziwa kopalnia złota. Popyt rozkręcił podaż… W końcu brainroty konsumuje się w ogromnym tempie, po kilka sekund na jeden element. Wielu ich twórców stało się potwornie bogatymi ludźmi – ten rodzaj treści generuje bowiem miliony i miliardy wyświetleń. Cocomelon (kanał od popularnej piosenki Baby Shark), charakteryzujący się przesyconymi kolorami, rzekomo dla maluchów, przy przerzutności scen od 1–3 sekund, powoduje realne opóźnienia poznawcze u oglądających go dzieci.
Popularny wśród starszych Skibiditoilet (ludzkie głowy wystające z toalet) zarabia 23 mln dolarów rocznie. Poppy Playtime (ze słynnym zębatym Huggie Wuggie, które można było kupić dwa sezony temu na każdym straganie), Digital Circus – wszelkie popularne motywy są natychmiast rozpowszechniane w setkach wersji przez swoiste farmy treści. I tak dalej – proszę spróbować wpisać w YouTube the best of brainrot compilation. Można spróbować też zapoznać się z dziecięcymi odzywkami wzorowanymi na filmach i postaciach – tak zwanym „językiem brainrotowym”. Alphy to prawdopodobnie najmniej rozmawiające pokolenie w dziejach ludzkości, jednocześnie przez znaczną część interakcji tylko wymieniające się tekstami typu:
– Skibidi.
TikTok jest użytkowany dokładnie w ten sposób: krótki kontent, nieustanne scrollowanie, zbliżone najbardziej do wielogodzinnego przerzucania się z kanału na kanał, po kilka sekund na każdym. Specyficzną odmianą treści „psujących mózg” jest gałąź komentatorów. Obserwujemy w tych filmach cudze reakcje na jakiś materiał – i na tym opiera się ich popularność. Smutna namiastka kontaktu z drugim człowiekiem.
Tymczasem do gry weszło AI i łatwo dostępne aplikacje pozwalające w kilka minut stwarzać kolejne viralowe brainroty, na przykład w formie filmików czy gifów. Sklejone w ten sposób z przypadkowych elementów postacie weszły już do dziecięcego kanonu: jak Brr Brr Patapim, Cappuchino Assasino, Tung Tung Tung Sahur, Karkerkar KurKur i inne. Gorylo-banan, rekino-człowiek i im podobne. Nie ma to żadnego sensu, ale wygenerowanych czy stworzonych specjalnie z tymi postaciami piosenek (na przykład gałąź brainrot rap czy brainrot lullaby) znajdą Państwo w internecie tyle, że moglibyście tego słuchać do końca życia. Wiele dzieci – i ich rodziców – przyjmuje postawę, jakby właśnie taki był ich ostateczny cel.
Dzień dobry Panie Mirosławie. Piszę dzisiaj do Pana, ponieważ chciałbym, aby zobaczył Pan poruszającą rolkę video nagraną przez naszą młodą wolontariuszkę Zuzię. 18-letnia Zuzia zdecydowała się mówić przed kamerą o tym, co spotkało ją, gdy jako 12-latka chodziła do szkoły w Anglii. Od najmłodszych lat zmuszano ją do rozwiązłości i homoseksualnego stylu życia, a jej nauczycielka religii w katolickiej szkole była… ateistką i lesbijką. Zuzia odważyła się nagrać tę krótką rolkę, aby ostrzec rodziców w Polsce, że to wszystko już dzieje się w naszych szkołach. Proszę zobaczyć:
Zuzia, mimo młodego wieku, nie boi się wychodzić na ulice i brać udziału w kolejnych akcjach informacyjnych. Może Pan umocnić ją w działaniu i dodać jej odwagi poprzez wsparcie naszej Fundacji oraz udostępnienie dalej tej rolki swoim znajomym. Z wyrazami szacunku, Mariusz Dzierżawski Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
W drugiej części tej wiadomości przekażę najnowsze informacje o Leli, pacjentce szpitala w Olsztynie, gdzie chcą zabić jej 15-tygodniowe dziecko. Sprawa ma swoją kontynuację – spieszę przekazać Panu, co udało mi się ustalić.
Ale najpierw ważna wiadomość: koledzy polskich aborterek zostali aresztowani w Czechach. Tamtejsza policja rozbiła szajkę, która zajmowała się zabijaniem polskich dzieci – gdy matki przyjeżdżały do Czech na aborcję. Zatrzymanym grozi do 8 lat pozbawienia wolności.
Czeska policja i prokuratura prowadzą postępowanie dotyczące działalności placówki aborcyjnej w miejscowości Bílovec. Pracownicy kliniki, w tym 62-letni ginekolog, robili aborcje ze złamaniem nawet czeskiego – fatalnego – prawa. Tworzyli grupę, która za nic miała jakiekolwiek regulacje i nie dość że masowo mordowała polskie dzieci, to jeszcze działała jak mafia. Jedna z zatrzymanych osób usłyszała m.in. zarzut wprowadzania w błąd oraz zatajenia istotnych informacji w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Natomiast główny zarzut to przekraczanie terminu wykonywania aborcji (12 tygodni na życzenie i 24 tygodnie z przesłanki eugenicznej), a także niedopełnianie obowiązków informacyjnych i łamanie procedur.
To właśnie prawdziwa natura morderców. Oficjalnie utrzymują oni, że ratują kobiety, pomagają matkom i niosą ulgę w trudnych sytuacjach. W rzeczywistości zabijają maleńkie dzieci, są chciwi i nie istnieje dla nich żaden system wartości. Nie trzymają się żadnego prawa, nawet najbardziej permisywnego. Zawsze chcą zabić więcej i bez limitów.
Do czeskich klinik regularnie wysyła PolkiAborcyjny Dream Team, grupa polskojęzycznych feministek, które prowadzą także ośrodek Abotak na ul. Wiejskiej w Warszawie. Reklamują wyjazdy, pomagają je organizować i kontaktują z klinikami po drugiej stronie granicy. Klinika w Bilovcu miała stronę internetową w języku polskim, chwaliła się także, że część personelu porozumiewa się po polsku, więc może przyjmować matki z naszego kraju. I mordować ich dzieci.
Obecnie w rękach czeskich organów ścigania znajduje się dokumentacja dotycząca aborcji wielu pacjentek z Polski. Niektóre z nich mogą się spodziewać wezwań na przesłuchanie – na mocy przepisów, które umożliwiają współpracę organów ścigania w różnych państwach Unii Europejskiej (w tym wypadku pomiędzy Polską a Czechami).
Jak Pan myśli, jak zachowa się Aborcyjny Dream Team, gdy kobiety zaczną dostawać wezwania na przesłuchania? Czy zapewni im pomoc prawną, czy raczej umyje ręce i będzie udawać, że nie ma ze sprawą nic wspólnego? Twoje ciało, twoja sprawa – twój wyjazd, twoja sprawa. My przecież do niczego cię nie namawiałyśmy… Prawda…?
Szanowny Panie,
Zdajemy sobie sprawę, że polskojęzyczni aborterzy są częścią większej grupy, która działa na terenie wielu państw – z pominięciem prawa, obchodząc przepisy lub otwarcie je łamiąc. Już od blisko roku Fundacja Życie i Rodzina regularnie pikietuje ich ośrodek, gdzie próbują prowadzić swoją odrażającą działalność. Pokazujemy prawdę o aborcji, odstraszamy kobiety, które chcą wejść do środka i zabić dziecko tabletkami, prowadzimy publiczne modlitwy przed wejściem i nie pozwalamy zabijać dzieci w ciszy. Gdy państwo zamyka oczy na aborcyjne bezprawie, działaniami obywatelskimi zastępujemy niewydolne instytucje. Jesteśmy na pierwszej linii.
Tymczasem Aborcyjny Dream Team próbuje dotrzeć do szpitala w Olsztynie, bo chce zabić tabletkami dziecko Leli, Gruzinki, o której pisałam w poprzedniej mojej wiadomości do Pana. Dziecko Leli ma już 15 tygodni – nawet proaborcyjni ginekolodzy odradzają robienie samodzielnej aborcji na tak zaawansowanym etapie, jednak dla Natalii Broniarczyk i spółki to żaden problem.
Całkiem na poważnie, aborterki chcą przedostać się na oddział i przekazać tabletki z nielegalnego źródła, aby Gruzinka mogła samodzielnie je zażyć. Taka aborcja zabije dziecko i sprawi, że Lela też może umrzeć.
Ważna informacja: w chwili obecnej Lela NIE znajduje się w stanie zagrożenia życia. Jest w dalszym ciągu hospitalizowana i poddawana presji, aby zabić swoje dziecko.
Chciałabym także, aby wiedział Pan, że do Fundacji Życie i Rodzina zgłosili się pierwsi świadkowie wydarzeń w szpitalu w Olsztynie. Osoby te w poufnej rozmowie przekazały, że o tym, jak wygląda sytuacja Leli, huczy cały oddział. I jest to sytuacja zupełnie inna niż opisywana przez lewicowe media i organizacje. Dysponuję w tej chwili kontaktami do tych osób. Jeśli dojdzie do tej aborcji, natychmiast złożymy zawiadomienie do Prokuratury, a osoby te zgłosimy jako świadków, aby zeznali, co widzieli i słyszeli na oddziale.
PS – Jak sam Pan widzi, Fundacja Życie i Rodzina mierzy się obecnie z potężnymi wyzwaniami. Możemy być silni, gdy otrzymujemy Pańskie wsparcie – modlitewne i finansowe. W tym wymagającym czasie – z serca za nie dziękuję.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Był „pielęgniarzem łącznikowym ds. osób transpłciowych”. Miał wspierać pacjentów identyfikujących się jako trans, pracował również przy segregacji medycznej na oddziale pediatrycznym.
I to właśnie tam miał dostęp do małych chłopców i masowo ich molestował.
Sprawa miała miejsce w szpitalu Great Western Hospital w Swindon w Anglii. Pielęgniarz Ashley Boyd pełnił funkcję wyznaczoną mu przez lobby LGBT, a zaakceptowaną oficjalnie w szpitalu ze względu na panującą w UK poprawność polityczną.
Z pewnością kojarzy Pan, o czym piszę – lobby LGBT wprowadza w kolejne miejsca swoich „rzeczników”, „sygnalistów”, „łączników” i inne osoby, które mają zajmować się wymuszaniem dla nich specjalnych praw i pilnowaniem ich interesów. Najczęściej osoby te same rekrutują się ze środowiska zboczeńców.
Tak było i tym razem. Boyd był przewodniczącym lokalnej inicjatywy Swindon & Wiltshire Pride – corocznego pikniku dla homoseksualistów z tych dwóch angielskich hrabstw. Obracał się w środowisku homo, bi i trans, zajmował się sześciokolorowym aktywizmem nie tylko w szpitalu, ale i w swoim prywatnym czasie. Pewnie dlatego został wybrany, by być pielęgniarzem-łącznikiem dla LGBT.
Boyd zabierał chłopców do gabinetu i pod pretekstem oględzin dotykał ich miejsc intymnych. Bez wskazań medycznych ani wiedzy i zgody rodziców. Nie robił też żadnych wpisów do dokumentacji.
Chłopiec z zapaleniem migdałków miał zdejmować majtki. Podobnie ten z urazem głowy. Itp. itd… Pielęgniarz świadomie nadużywał swojej funkcji, aby zaspokoić swoje fascynacje, m.in. macał małych pacjentów w miejsca intymne i wkładał ręce pod ich bieliznę.
Wszystko działo się w ciszy gabinetu, więc dziecko zostawało samo „z tajemnicą”.
Przez długi czas przełożeni w szpitalu wiedzieli o zachowaniu Boyda, jednak nie reagowali lub podejmowali działania pozorne – upominali podwładnego, prosili, aby zachowywał się przyzwoicie lub udawali, że nic nie widzą. Nie chcieli urazić środowisk LGBT… Co charakterystyczne – zboczeniec nie mógł się jednak opanować i krzywdził kolejnych chłopców. Było to molestowanie typowo homoseksualne: na linii mężczyzna-chłopcy.
Policja została wezwana dopiero, gdy inni szeregowi pracownicy szpitala powiadomili o sprawie brytyjską Radę Pielęgniarską. Rada zgłosiła sprawę do organów ścigania, a Boyd wylądował w areszcie, gdzie oczekuje w tej chwili na proces i wyrok.
========================================
Szanowny Panie,
Ta sprawa tylko pozornie dotyczy jednego szpitala w Anglii.
Faktycznie jest przykładem na niepokojące zjawisko, które można obserwować niemal wszędzie: gdziekolwiek LGBT ma dostęp do dzieci, pojawia się tendencja do molestowania i wykorzystywania seksualnego tych dzieci. Środowiska, które celebrują swoje zboczenia, nie potrafią się hamować. A różne rodzaje zboczeń w dziedzinie płciowości – idą z sobą w parze.
W Polsce dzieci też są zagrożone. Pisałam już Panu o ruchach obecnego rządu. Planują oni przepchnąć na siłę przez Sejm i Senat ustawę o statusie osoby najbliższej, pod którą kryją się po prostu związki partnerskie. A kto potrzebuje takich związków? Na pewno nie pary heteroseksualne, dla których jest normalne małżeństwo. Potrzebują ich pary homoseksualistów, które w ten sposób usankcjonują swoje pożycie i będzie im łatwiej zażądać przysposobienia dzieci. Osierocone dzieci będą ryzykować kolejną traumę – wykorzystywanie seksualne przez dwóch gejów lub dwie lesbijki.
Dlatego jeszcze raz bardzo proszę opodpisanie petycji do posłów, senatorów i samego Prezydenta RP o zahamowanie przepisów o statusie osoby najbliższej. Lobby LGBT bardzo chce, aby takie regulacje weszły do polskiego prawa, ale wtedy zacznie się prawdziwa wojna o dzieci.
Nie bądźmy obojętni. Nie dajmy w Polsce wprowadzić tego samego szaleństwa, jakie zapanowało już w Wielkiej Brytanii i innych państwach przeżartych pseudotolerancją dla środowisk, które robią dzieciom straszną krzywdę.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Niedawno natrafiłem na poruszające świadectwo rodziców Blanki, które swego czasu wyemitowała Telewizja Trwam i pomyślałem, że warto, aby Państwo także je poznali. Świadectwo to bardzo dobrze ilustruje, jak istotną rolę pełnią hospicja perinatalne i jak bardzo potrzeba, aby lekarze informowali rodziców dzieci z wadami letalnymi o ich funkcjonowaniu.
Bardzo prosimy o udostępnienie tej petycji, a tych, którzy jeszcze jej nie podpisali – o nadrobienie tego.
==============================
Świadectwo rodziców Blanki:
„Podczas badania USG lekarz poinformował nas, że dziecko ma rozległy rozszczep podniebienia i wargi oraz prawdopodobnie wadę serca polegającą na jego nieprawidłowym położeniu w klatce piersiowej. Powiedział, że musi skierować nas do kolejnego ośrodka. Jednocześnie mieliśmy w tej sytuacji ogromne szczęście, ponieważ pan doktor polecił nam konkretną osobę — panią docent Dangel, która pracuje w przychodni USG na Agatowej. Okazało się, że jest to przychodnia działająca przy hospicjum perinatalnym. Nie mieliśmy pojęcia, czym jest hospicjum — do tej pory kojarzyliśmy je wyłącznie z dziećmi chorymi na raka.
Pani docent potwierdziła nieprawidłowości, które wcześniej stwierdził lekarz i zaproponowała przeprowadzenie badań prenatalnych.
Kiedy wykonaliśmy badania prenatalne i okazało się, że nasza córeczka ma nieuleczalną wadę genetyczną, lekarze genetycy poinformowali nas, że musimy podjąć decyzję, czy chcemy przerwać ciążę, czy ją kontynuować. Był to dla nas ogromny szok.
Dodatkowo byliśmy ponaglani, ponieważ był to już dwudziesty tydzień ciąży i na podjęcie decyzji pozostawało bardzo niewiele czasu.
Nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że nie rozważaliśmy takiej możliwości, mimo że jesteśmy wierzącymi katolikami. Przez kilka dni żyliśmy w ogromnej rozterce, zwłaszcza że genetycy nas ponaglali — dla nich sprawa była oczywista: wada letalna, taką ciążę należy zakończyć.
Bardzo pomogło nam wtedy hospicjum. Szczególnie poruszyły mnie słowa, które pani docent Dangel wypowiedziała podczas badania USG: że nie wszystkie te dzieci umierają natychmiast po porodzie, bo są to dzieci, które również potrzebują szansy. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak poważne jest to schorzenie. Nawet jeśli wiemy, że wada jest nieuleczalna, nie wiemy, w jakiej kondycji dziecko się urodzi ani jak długo będzie żyło. To dało mi bardzo dużo do myślenia.
W tym czasie pojechaliśmy do naszych rodziców na uroczystości Bożego Ciała. Uczestniczyliśmy w procesji i nieustannie zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma sens. W drodze powrotnej do domu byliśmy świadkami zdarzenia drogowego i pomogliśmy wezwać karetkę. Dwóch chłopców przewróciło się na motorowerze. Wtedy pojawiła się myśl, że ratujemy komuś życie, a sami chcemy odebrać życie własnemu dziecku… Jechaliśmy prosto do szpitala, aby podjąć tę decyzję. Zadzwoniliśmy do hospicjum, a gdy usłyszeli, że jedziemy położyć się na oddziale, poprosili, abyśmy natychmiast przyjechali do nich.
Psycholog z hospicjum usiadła z nami, rozmawiała, opowiadała o rodzinach, którymi się opiekują, o tym, jak wygląda ich praca. Wyjaśniła, że troszczą się nie tylko o chore dziecko, lecz także o całą rodzinę — każdego jej członka. Potrzebowaliśmy takiej iskry, która wyrwie nas z tego zamkniętego kręgu — nadziei, że istnieje miejsce i ludzie, którzy nam pomogą i że nie zostaniemy sami. Po spotkaniu z panią psycholog przestaliśmy myśleć o przerwaniu ciąży.
(…)
Bałam się, jak zareaguję w chwili narodzin mojej córeczki, kiedy ją zobaczę — z wszystkimi wadami, które miała, a rozszczep był znaczny. Ciąża była bardzo trudna emocjonalnie, pozbawiona radości i zachwytu.
Obawiałam się, jaka będzie moja reakcja, czy pokocham to dziecko, czy je przyjmę. Wszystkie obawy zniknęły jednak natychmiast w chwili, gdy ją przytuliłam.
Moment porodu był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Byłam bardzo zaskoczona, ponieważ przeżyłam go równie wspaniale jak poród mojego syna. To był niezwykle wzniosły moment. A uczucie, kiedy położono mi ją na brzuchu, było czymś najpiękniejszym, co można sobie wyobrazić. To było moje dziecko.
Blanka przebywała w szpitalu nieco ponad dwa tygodnie. Po miesiącu w domu pojawiły się problemy z oddychaniem i jedzeniem — były to już symptomy świadczące o tym, że w jej organizmie dzieje się coś niedobrego.
Blanka żyła tylko trzy miesiące. Rozpoznaliśmy moment, w którym zdecydowała się odejść. Odeszła w atmosferze bliskości i spokoju. Byliśmy przy niej, była pogodna, zasnęła na moich rękach.
Dla mnie, jako matki, najważniejsze było to, że to było moje dziecko. Niezależnie od tego, jak bardzo było chore, dałam mu szansę poczuć moją miłość. Dałam mu szansę przyjść na świat. Nie odebrałam mu tej szansy. Zdarza się przecież, że o chorobie dziecka dowiadujemy się nie w trakcie ciąży, lecz później. Czym to się więc różni? W zasadzie tylko tym, że nadejdzie moment porodu. Dziecko już żyje we mnie, dlatego nie mam prawa pozbawić go życia.”
— mówiła mama Blanki w reportażu Telewizji Trwam.
Historia ta dobitnie ukazuje z jak skrajnie odmiennymi postawami można spotkać się w środowisku medycznym oraz jak istotne jest skierowanie do miejsca, w którym można uzyskać pomoc. Dlatego jeszcze raz zachęcam do podpisania i udostępnienia apelu do Minister Zdrowia o zobligowanie lekarzy do informowania matek dzieci z rozpoznaną wadą letalną o możliwości skorzystania z pomocy hospicjum perinatalnego oraz do wystawiania skierowań do takich placówek. \Pozdrawiam serdecznie Zbigniew Kaliszuk Fundacja Grupa Proelio proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo
Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.
ShutterStock
„Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności.
Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.
– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”.
Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.
– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.
Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.
Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.
Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.
– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.
„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.
Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.
Jaka jest kondycja dzieci i młodzieży w Polsce?
Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7.
O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.
– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistyczno-społecznego w Sopocie.
Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.
Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie.
Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.
Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.
Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.
Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.
Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę.
Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa.
Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.
Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.
– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.
– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.
Być to być widzianym
Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.
Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.
Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące „naukowych” prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.
Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.
Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.
Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.
Jak pokonać bezradność?
Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.
– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.
Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność.
– Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle.
Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.
Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.