UE: Dacia płaci karę za zbyt tanie samochody…

Dokąd prowadzi polityka Unii Europejskiej? Dacia płaci karę za zbyt tanie samochody!

Tomasz Nowicki 2025-11-02 https://francuskie.pl/dacia-kara-za-tanie-samochody

Dacia Sandero,

Dacia i kara za zbyt tanie samochody? Tak, proste auta z najtańszymi silnikami muszą płacić karę za swoje emisje. Polityka klimatyczna Unii Europejskiej w tym względzie przypomina eksperyment — piękny w teorii, katastrofalny w praktyce.

Weźmy grupę Renault. Producent o bogatej historii, z marką Dacia jako tanią marką, która w pewnym sensie jest jednak kulą u nogi.

Bo o ile Dacia sprzedaje się znakomicie i przynosi Renault solidne zyski, o tyle w unijnej księgowości ekologicznej wypada jak uczeń, który zapomniał pracy domowej. Średnia emisja nowych Dacii to 112 gramów CO₂ na kilometr, podczas gdy Bruksela na te lata pozwala tylko 97. „Kilka gramów różnicy, cóż to za problem?” – zapyta ktoś zapewne. Otóż problem jest ogromny, bo każdy gram powyżej limitu kosztuje… 95 euro. I to nie od floty, ale od każdego sprzedanego auta.

Tak, tak — wystarczy jedno Sandero (najpopularniejszy samochód Europy od wielu lat) i już mamy kłopot, drodzy państwo. A ten model sprzedaje się rewelacyjnie. Kłopot mnoży się w miliony a raczej miliardy euro… Miliardy! Za to, że kupujesz tani, prosty i ekonomiczny samochód. Jak Dacia dołoży systemy redukcji dwutlenku węgla to … będzie droga. Żegnaj tania motoryzacjo.

Dacia ma problem – żeby samochód był tani, nie może mieć skomplikowanego napędu. Ale wtedy emituje za dużo, czyli dostaje karę.

Grupa Renault ma oczywiście sposób na obejście tego problemu. To tak zwany „pooling”, czyli unijna wersja handlu powietrzem. Jeśli masz za dużo CO₂, możesz po prostu kupić trochę czystego sumienia od sąsiada, który sprzedaje dużo elektryków. Bruksela oczywiście udaje, że to wszystko dla dobra planety. A przemysł – cóż, stara się przeżyć, przeliczając każdy gram i każdy bonus jak w kasynie.

Dacia w tym wszystkim wygląda jak uczciwy robotnik, który pracuje po godzinach, a i tak dostaje mandat za to, że jego buty są brudne. Bo jak ma zejść poniżej 97 gramów, skoro jej siłą jest prostota i niska cena? Elektryczna Dacia Spring jest, owszem, tania i nie emituje nic – ale zdecydowanie nie wystarczy, by uratować średnią całego koncernu. A że nowej wersji Springa nie będzie od razu, Renault musi nadrabiać sprzedażą elektrycznych modeli R4, R5, Scénic i Mégane E-Tech.

Bogatsi kupują drogo aby niekoniecznie zamożni kupili taniej?

Innymi słowy: bogatsi kupują drogie elektryki, żeby biedniejsi mogli dalej jeździć tanimi Daciami. Nowa wersja solidarności europejskiej? Nie, po prostu absurd!

Unia Europejska nie chce emisji, ale pozwala na handel zielonymi certyfikatami

To wszystko prowadzi do jednej konsekwencji: samochody drożeją, a Europa traci zdrowy rozsądek. Kiedyś tanie auto z benzynowym silnikiem było normą – dziś to niemal akt oporu wobec biurokracji. Producenci zaczynają przenosić fabryki do Maroka, Turcji czy Serbii, gdzie można jeszcze mówić o konkurencyjności. A my, Europejczycy, mamy coraz mniej wyboru i coraz więcej dopłat, limitów, certyfikatów i kar.

W efekcie powstaje groteska: koncerny sprzedają niezbyt chciane i drogie elektryki, by uniknąć kar za tanie auta, a klient, który chciał po prostu nowego Dustera za rozsądne pieniądze, dostaje wykład o „neutralności klimatycznej do 2050 roku”.

Ręce opadają. I żeby nie było – widzę mnóstwo plusów Unii Europejskiej. Ale jako miłośnik motoryzacji naprawdę nie mogę przejść do porządku nad takim podejściem do samochodów. 

„Inteligentny” odkurzacz szpieguje właścicieli.

Zablokował szpiegowanie i odkurzacz przestał działać. Historia jak z Black Mirror


Daniel Górecki 2 listopada 2025

ithardware.p/zablokowal_szpiegowanie_odkurzacz_historia_black_mirror

Inżynier o imieniu Harishankar odkrył, że jego inteligentny odkurzacz iLife A11 nie tylko gromadził ogromne ilości danych o jego domu, ale, ku jego zaskoczeniu, też został zdalnie wyłączony po tym, jak właściciel zablokował komunikację z serwerami producenta.

Zaczęło się niewinnie. Harishankar, ciekawy jak działa jego robot sprzątający, postanowił przeanalizować ruch sieciowy wychodzący z odkurzacza. Szybko odkrył, że urządzenie nieustannie wysyła logi i dane telemetryczne do producenta, mimo że nigdy nie wyraził na to zgody. Zaniepokojony, zablokował na swoim routerze adresy IP serwerów zbierających dane, pozostawiając jednak dostęp do aktualizacji i oprogramowania. Początkowo wszystko działało, ale po kilku dniach odkurzacz odmówił posłuszeństwa. Urządzenie przestało się uruchamiać, jakby ktoś zdalnie je „uśmiercił”.

Harishankar odkrył, że jego inteligentny odkurzacz został zdalnie wyłączony po tym, jak właściciel zablokował komunikację z serwerami producenta.

Serwis bezradny, właściciel zdeterminowany

Inżynier wysłał sprzęt do autoryzowanego serwisu. Tam technicy bez problemu włączyli odkurzacz i nie zauważyli żadnych usterek. Po odesłaniu urządzenia do domu sytuacja się powtórzyła: kilka dni pracy i ponowna awaria. Po kilku takich rundach serwis odmówił dalszej naprawy, tłumacząc, że sprzęt jest już po gwarancji.

Wtedy Harishankar postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, rozebrał odkurzacz na części i rozpoczął śledztwo.

Analiza sprzętu ujawniła, że iLife A11 to zaawansowany komputer na kółkach. W środku znajdował się procesor AllWinner A33 z systemem TinaLinux, mikrokontroler GD32F103 oraz zestaw czujników: lidar, żyroskopy, enkodery. Inżynier stworzył własne złącza PCB, napisał skrypty w Pythonie i sterował odkurzaczem przez komputer, a nawet stworzył joystick z Raspberry Pi, by prowadzić urządzenie ręcznie. Wszystko działało, co potwierdziło, że problem nie leży w sprzęcie, lecz w oprogramowaniu.

iLife A11

Odkurzacz z rootem bez hasła

Wtedy Harishankar odkrył coś niepokojącego. Odkurzacz posiadał aktywny Android Debug Bridge (ADB), czyli narzędzie dające pełen dostęp do systemu, bez żadnego hasła ani szyfrowania. Producent dodał jedynie prowizoryczny „zabezpieczacz”, który rozłączał ADB po kilku sekundach od uruchomienia. Dla doświadczonego inżyniera obejście tego było dziecinnie proste. Po uzyskaniu pełnego dostępu do systemu odkrył, że urządzenie korzysta z Google Cartographera, by tworzyć trójwymiarową mapę domu użytkownika w czasie rzeczywistym. I choć to normalne dla robotów sprzątających, problemem było to, że wszystkie dane były przesyłane do serwerów producenta, bez jasnej zgody użytkownika.

„Ubity” za nieposłuszeństwo

Najbardziej niepokojące odkrycie przyszło później. W logach systemowych Harishankar natrafił na komendę „kill”, wysłaną dokładnie w momencie, gdy jego odkurzacz przestał działać. Po cofnięciu tej instrukcji i ponownym uruchomieniu robot ożył. Oznaczało to jedno: producent zdalnie zablokował urządzenie, ponieważ nie mogło się połączyć z jego serwerami telemetrycznymi. Gdy odkurzacz pracował w serwisie, był resetowany i działał poprawnie.

Po powrocie do domu, gdy ponownie trafił na zablokowaną sieć, został znów „uśmiercony”. „Ktoś (lub coś) zdalnie wydał rozkaz zabicia mojego urządzenia. Nieważne, czy był to automat czy człowiek. Efekt był ten sam: sprzęt obrócił się przeciwko właścicielowi” – napisał Harishankar.

Smart urządzenia – wygoda czy zagrożenie?

Inżynier ostatecznie odzyskał kontrolę nad swoim odkurzaczem. Dzięki modyfikacjom może teraz działać w pełni lokalnie, bez kontaktu z serwerami producenta.

Jednak jego historia stawia poważne pytania o bezpieczeństwo i prywatność użytkowników IoT.

Tanie „inteligentne” sprzęty często nie mają mocy obliczeniowej, by analizować dane samodzielnie, dlatego przesyłają wszystko do chmury. Ale gdy dane użytkownika stają się dla producenta warunkiem działania urządzenia, granica między zwykłym sprzątaniem a szpiegowaniem zaciera się niebezpiecznie szybko.

Na koniec Harishankar podzielił się radą, która powinna trafić do każdego, kto ma w domu inteligentne urządzenia: „Nigdy nie podłączaj sprzętów IoT do swojej głównej sieci Wi-Fi. Traktuj je jak obcych w swoim domu”.

„COVID-19”: Cenzura na rozkaz z NATO. Kangury w walce.

Cenzura na rozkaz z NATO

Marek Wójcik 2. listopada 2025 cenzura-na-rozkaz-z-nato

Sonia Elijah jest niezależną brytyjską dziennikarką śledczą. Pracowała wcześniej dla BBC. Dzięki wnioskowi złożonemu na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej do brytyjskiego Departamentu Nauki, Innowacji i Technologii (DSIT), ujawniła cenne informacje. Departament przyznał, że NATO odegrało kluczową rolę w cenzurze związanej z COVID-19.

Rząd odmawia podania dalszych szczegółów. Niemniej jednak odpowiedź stanowi kolejny dowód na to, że COVID-19 był operacją (lub ćwiczeniami) wojskową. Z wczorajszego artykułu na tkp.at: NATO brało udział w cenzurze COVID-19. Źródło.

18 marca 2020 r. Pracownicy ochrony NATO sprawdzają temperaturę Sekretarza Generalnego NATO Jensa Stoltenberga po jego przybyciu do Kwatery Głównej NATO.

Wcale nie taka tajna operacja militarna pod kryptonimem „COVID-19”, była kontrolowana przez – ponoć obronny – pakt NATO. Tajna była strategia testowania broni masowego rażenia na całym świecie. Jedynym wrogiem i zarazem celem tej wojny była ludzka populacja naszej planety. Najważniejszą bronią tej wojny była informacja. Zagrożenie, jakim straszono w słuchającym rozkazów mediach, było wirtualne – jedynie panika wywołana masową manipulacją strachem, była autentyczna. Jej przyczyny zmyślone. Nie było żadnych wycieków z laboratorium, infekcja na targu „krogulcowym” to bujda, były jedynie te same choroby, które każdego roku pojawiają się, gdy przyjdzie sprzyjająca dla nich pora.

Wystarczy, że wstaniemy, a ich mała gra się skończy.

Jedynym czym różnił się czas plandemii od innych okresów, była masowa dezinformacja medialna. Codzienne komunikaty o ilości zmarłych i zakażonych, służyły właśnie tworzeniu atmosfery zagrożenia epidemiologicznego.

Ponad 100 lat minęło od pierwszej próby zainfekowania świata przez amerykańskie wojsko.

Kto dzisiaj pamięta o milionach ofiar szczepionkowej zbrodni sprzed ponad wieku? Media podają jedynie, że ofiarą „pandemii” hiszpańskiej grypy padło 25 milionów ludzi. Podobne liczby kursują wokół ofiar kowidozy. Obraz świata poddającego się bezmyślnie eksperymentom powodującym śmierć jest trudny do przyjęcia, dlatego tak wiele osób po prostu się tym nie interesuje.

Odnoszę wrażenie, że zwierzęta mają lepiej wykształcony instynkt samozachowawczy niż człowiek. Popatrzcie, jak zareagował australijski kangur na halloweenową tradycję:

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Sunday Strip: Hamming Around [for a cure]. (Nie bój się ! Zabawne MEM-y, uczą o USA)

Sunday Strip: Hamming Around

for a cure.

DR. ROBERT W. MALONE NOV 2










Dominic is over the target!.









Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid


Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share



25 tys. dolarów za dziecko. Tak homoseksualiści i pedofile „zamawiają” ludzi-ofiary w Kanadzie.

25 tys. dolarów za dziecko. Tak homoseksualiści „zamawiają” ludzi w Kanadzie

https://pch24.pl/25-tys-dolarow-za-dziecko-tak-homoseksualisci-zamawiaja-ludzi-w-kanadzie

(PCh24.tv)

Współczesne niewolnictwo i handel ludźmi ma się dobrze w Kanadzie. Pośrednik usług surogacyjnych Canadian Fertility Consulting opublikował ogłoszenie, w którym poszukuje matek do urodzenia dzieci parom jednopłciowym. Za zrealizowanie „zamówienia”, kobieta może otrzymać nawet 25 tys. dolarów.

Czy jest lepszy dowód na pokazanie, że surogacja redukuje życie ludzkie wyłącznie do wartości transakcyjnej? 

Zostań surogatką i wywrzyj trwały wpływ na czyjeś życie” – głosił reklama CFC na Facebooku. „Otrzymasz do 25 tys. dolarów i ogromną radość z powodu pomocy parom, które nie mogą począć dziecka, w realizacji ich marzenia o posiadaniu rodziny (…) Zostań surogatką dla par LGBTQ+” – dodano.

Organizacja zapewnia, że matka dziecka nie poniesie również żadnych dodatkowych kosztów z własnej kieszeni, co może wskazywać, że w przeszłości dochodziło na tym tle do nieporozumień.

Oprócz ułatwiania surogacji parom heteroseksualnym, organizacja działa na rzecz pozyskiwania dzieci dla „par tej samej płci pragnących stworzyć biologiczną więź [sic!! md] ze swoim dzieckiem” oraz „samotnych rodziców gotowych do samodzielnego rodzicielstwa”.

Kanadyjska organizacja publikuje swoje ogłoszenie surogacyjne, jakby chodziło o kolejną usługę dostępną ma rynku. Tymczasem proceder jest zakazany w wielu krajach świata, a Organizacja Narodów Zjednoczonych wezwała do globalnej kryminalizacji macierzyństwa zastępczego.

W swoim raporcie ONZ ostrzegła, że proceder sprzyja dewaluacji życia ludzkiego, co jest sprzeczne z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, która gwarantuje każdemu człowiekowi prawo do życia oraz wolność od niewolnictwa i handlu ludźmi.

Tymczasem organizacje surogacyjne – jak podaje ONZ – powszechnie stosują „taktyki przymusu, takie jak zachęty finansowe, groźby podjęcia działań prawnych lub wycofanie wsparcia zarówno dla matki, jak i dziecka”, aby dokonały aborcji dzieci, które okazały się ostatecznie niechciane przez klientów. Surogacja sprzyja również pedofilii, pozwalając na „nabywanie” dzieci przez skazanych przestępców seksualnych, omijając przepisy prawa adopcyjnego. Raport Reduxx ze stycznia 2025 r. ujawnił przerażającą historię skazanego pedofila, który prowadził „międzynarodowe imperium surogatek”.

Źródło: lifesitenews.com
PR

https://pch24.pl/onz-ostro-potepia-surogacje-to-sprzedaz-dzieci-i-wspolczesne-niewolnictwo/embed/#?secret=1sesBIhaGd#?secret=3vnGHFA2En

Z Sokółki przez Sybir na Antypody. Nie-[zwykłe] historie ofiar komunistycznego okrucieństwa

[To było celowe, więc zwykłe. Zmieniam trochę tytuł, bo jestem jedną z niewielu już żyjących ofiar zwykłych bolszewickich wywózek, 10 lutego 1940 roku. MD]

=====================

Z Sokółki przez Sybir na Antypody. Niezwykłe historie ofiar komunistycznego okrucieństwa

https://pch24.pl/z-sokolki-przez-sybir-na-antypody-niezwykle-historie-ofiar-komunistycznego-okrucienstwa

(Zdjęcie ilustracyjne Oprac. PCh24.pl)

W tym roku mija 85 lat od rozpoczęcia sowieckich wywózek. Boleśnie dotknęły one ponad miliona Polaków. [No, więcej. Ale tut.: „historycy mieli i mają utrudnienia w dokładnej analizie. md]. I moja rodzina nie mało wycierpiała wskutek tego komunistycznego okrucieństwa. Cała rodzina Stanisława Skwarko, sędziego z Sokółki i bliskiego kuzyna mojego dziadka, trafiła na Sybir tylko dlatego, że byli oni przedstawicielami polskiej inteligencji.     

Dzięki więzom rodzinnym, a głównie z opowieści dziadka i rodowych dokumentów, dość dobrze znam historię sędziego grodzkiego Stanisława i jego rodziny. Historia ta jest bardzo ciekawa. Szczerze mówiąc, doskonale nadawałby się na scenariusz dobrego filmu akcji.

Otóż Stanisław Skwarko urodził się w roku 1898 w miejscowości Równe na Kresach ówczesnej Rzeczypospolitej. Jego ojciec Tadeusz był urzędnikiem Kolei Petersburskiej, dlatego wraz z rodziną kilkukrotnie zmieniał miejsce zamieszkania. W końcu osiadł w Sokółce, najbardziej znanej współczesnym z Cudu Eucharystycznego, który miał tu miejsce w październiku 2008 roku.

Pracownicy kolei solidnie wówczas zarabiali. Dlatego Tadeusza Skwarko było stać na to, żeby jego żona Paulina (ciocia mojego dziadka Kazimierza Białousa) nie musiała pracować zarobkowo, a do tego stać ich było na wykształcenie swojej czwórki dzieci. Ich syn Stanisław ukończył wydział prawa na Uniwersytecie Wileńskim i został sędzią Sądu Grodzkiego w Sokółce. Tam poznał miłość swojego życia – Krystynę, nauczycielkę  języka polskiego w sokólskim gimnazjum. Miłość została odwzajemniona, więc w roku 1931 w kościele św. Antoniego odbył się piękny ślub, a potem huczne weselisko. Wkrótce przyszły na świat ich pociechy, z którymi małżonkowie podzielili się swoimi imionami – Krystyna (1932) oraz Stanisław (1934).

Już w roku 1930 sędzia Stanisław Skwarko wybudował w Sokółce, w pobliżu kościoła św. Antoniego, duży dwupiętrowy dom. Miał on funkcję mieszkalną, a jednocześnie sądową. Na górze było mieszkanie sędziego i jego rodziny, zaś na dole sędzia wynajmował władzom państwowym sale na rozprawy sądowe, które zresztą sam prowadził. Podobnie wówczas funkcjonowały sądy grodzkie we wszystkich niedużych miastach Polski. Ministerstwa sprawiedliwości nie było stać na budowanie tam i utrzymywanie własnych budynków sądów.

„Dwupiętrowy budynek z wysokimi filarami z przodu. Na dole jest sąd, a na górze nasze mieszkanie. Podwójne drzwi z pokoju rodziców otwierają się na balkon. Mama i tata stoją blisko siebie. Mama trzyma mnie czule na rękach. Tato patrzy z uśmiechem na nas obie. Tak zapamiętałam nasze rodzinne szczęście” – czytam we wspomnieniach Krystyny Skwarko – po mężu Tomaszyk, mojej kuzynki, której nie miałem szczęścia poznać.   

Te szczęśliwe lata rodziny sędziego, niczym ostry nóż, przecina wybuch II wojny światowej i sowiecka agresja na Polskę. Krystyna ma wówczas siedem lat, jej brat Stanisław pięć. Bolszewickie okrucieństwo najpierw dotyka ojca rodziny. Wkrótce po zajęciu Sokółki przez Armię Czerwoną sędzia Stanisław Skwarko zostaje aresztowany przez NKWD. Najpierw jest maltretowany w więzieniu NKWD w Białymstoku, a w maju wywieziony zostaje do ciężkiego łagru w Workucie na Syberii. [Nie, Workuta leży w republice Komi, więc w Europie . md]

Sowieci nie darowali też rodzinie sędziego. Niedługo po jego deportacji i oni zostali zapakowani do bydlęcego wagonu. „W wagonie było ciemno. Nic nie było widać, słuchać tylko było stękanie i szlochanie. Odgłosy nieszczęścia rozlegały się z każdej strony. Niektórzy modlili się inni płakali. Gdy oczy przyzwyczaiły się już trochę do mroku, zauważyłam że wagon jest pełen ludzi. Pomyślałam sobie czy właśnie tak jest w piekle, tak tłoczno, śmierdząco i gorąco?” – tak Krystyna zapisała swoje wspomnienia z bydlęcego wagonu.

Żona, córka i syn sędziego latem 1941 roku trafiają do kołchozu „Tukaj” w rejonie  dalekiego, syberyjskiego Krasnojarska. „W kołchozie powiedziano nam, że tu, pracując dla matki Rosji, umrzemy” – wspomina Krystyna Skwarko Tomaszyk. I tak by pewnie było, jej mama pochodziła z rodziny inteligenckiej, była nauczycielką polskiego, więc ciężka fizyczna praca, pewnie w ciągu kilku lat doprowadziłaby ją do śmierci, a dzieci, sowieckim zwyczajem, trafiły by do komunistycznego domu dziecka.

Mieli jednak wiele szczęścia gdyż już jesienią 1941 roku dla wywiezionych Polaków ogłoszono amnestię na mocy układu Sikorski – Majski. Krystyna Skwarko spakowała więc tobołki, wzięła małą Krysię i Stasia, a potem ruszyła na poszukiwanie tworzącej się na południu ZSRR Armii gen. Andersa. Po długiej i ciężkiej wędrówce znaleźli swoich. „Każdy kto opuścił sowiecki kołchoz, łagier czy więzienie gnał na południe do Andersa. Jedni jechali w bydlęcych wagonach, inni na wozach, jeszcze inni tłukli się pieszo, żeby tylko wyjść z Sowietów” – wspomina Krystyna Skwarko Tomaszyk.

Udało się, mama Stanisława z dwójką swoich dzieci, razem z tysiącami innych matek i dzieci, wychodzą z Armią Andersa z „nieludzkiej ziemi”, jak sami ją nazwali sybiracy. Wchodzą do pierwszej krainy wolności, którą jest dla nich Iran i jego stolica Teheran. Tu czeka na nich wspaniała niespodzianka – spotykają ojca rodziny Stanisława, który również skorzystał z amnestii i jest już żołnierzem Armii Andersa. „Pamiętam nasze spotkanie, pełne łez szczęścia. Mama zobaczyła tatę jak maszerował ze swoim oddziałem do koszar. Krzyknęła: Stachu. Tato nas zobaczył. Z jego oczy zaczęły płynąć łzy. Mama też płakała – tym jednak razem ze szczęścia” – opowiada pani Krystyna.

Wraz z Armią Andersa z ZSRR wyszło około 20 tysięcy polskich dzieci. Wiele z tych dzieci było sierotami, których rodzice zginęli na Sybirze inne zgubiły się rodzicom, jeszcze inne były zagrożone całkowitym osieroceniem, gdyż miały tylko ojców, którzy pod wodzą gen Andersa toczyli śmiertelny bój z Niemcami. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźctwie, postanowił utworzyć sierocińce dla polskich dzieci.

Pierwszy powstał w mieście Isfahan w Iranie. A jego kierowniczką została Krystyna Skwarko, która z wykształcenia była polonistką. W polskich sierocińcach swój nowy dom znalazło 2,5 tysiąca dzieci. W Iranie te domy dziecka funkcjonowały aż do 1944 roku. Później, z powodu wojny domowej w tym kraju, dzieci zostały podzielone na kilkaset osobowe grupy, które przetransportowano do ośrodków zorganizowanych w Indiach, Nowej Zelandii, Meksyku i koloniach brytyjskich w Afryce.

31 października 1944 roku statek z 733 polskimi sierotami i ich opiekunami dociera do Nowej Zelandii. Polski sierociniec powstaje w miasteczku Pahiatua, położonym 160 km na północ od stolicy Nowej Zelandii – Wellington. Jego dyrektorką zostaje pani Krystyna, żona sędziego Skwarko, który przebywszy swój szlak bojowy, wraca do rodziny. „Tato pracował w biurze administracyjnym, mama została kierowniczką szkoły chłopców. Godziny mamy pracy nigdy się nie kończyły, ona była mama dla wszystkich chłopców z tej szkoły” – wspomina pani Krystyna Skwarko Tomaszyk.

Większość z dzieci i personelu polskiego ośrodka w Pahiatua, w skład którego wchodziły m.in. szkoła, kino, teatr, nie wróciło do Polski. Podobnie rodzina moich kuzynów Skwarków, nie wróciła do Sokółki, tworząc swój nowy dom w Nowej Zelandii. Zresztą w Sokółce nie mieli już domu, gdyż w roku 1945 zawłaszczyły go władze komunistyczne, urządzając w nim szkołę.

Wprawdzie po roku 1990 syn sędziego – Stanisław Skwarko odzyskał ten bardzo zaniedbany rodzinny budynek, ale tylko po to, aby zaraz go sprzedać. Dziś mieści się tam znana w całej Sokółce, i nie tylko, bardzo klimatyczna lodziarnia i kawiarnia „Stara Szkoła”. Pięknie wyremontowany budynek, wrócił do życia. Jestem wdzięczny szefostwu „Starej Szkoły” za to, że na jednej ze ścian umieścili, oprawioną w ramki, historię pierwszych właścicieli dawnego budynku sądu grodzkiego, czyli rodziny sędziego Stanisława Skwarko.

Stanisław i jego żona Krystyna do końca życia prowadzili ośrodek dla polskich dzieci w Pahiatua w Nowej Zelandii i byli aktywnymi działaczami polonijnymi. Spoczywają na cmentarzu katolickim w mieście Canberra w Australii, do której z Nowej Zelandii wyjechał ich syn Stanisław. Był on znanym paleontologiem z dwoma doktoratami uniwersytetów w Canberrze i Warszawie.

Jego starsza siostra Krystyna Skwarko Tomaszyk ukończyła wydział psychologii na Uniwersytecie w Wellington  w Nowej Zelandii.

Miała bogate życie zawodowe. Była m.in. doradcą w rządowym Departamencie Opieki nad Maorysami, doradcą ds. małżeńskich i doradcą dla Organizacji Opieki nad Intelektualnie Niesprawnymi. Była też nauczycielką, wolontariuszką w Khalighat – w Domu Śmierci Matki Teresy w Kalkucie, niezależną pisarką, tłumaczem i autorką wielu artykułów, redaktorem i wydawcą miesięcznika-biuletynu „Contact”, prezesem Koła Polek w Wellington i członkiem  Stowarzyszenia Polaków Nowej Zelandii. Zmarła w roku 2020. Pochowana jest na cmentarzu katolickim w Wellington.   

Adam Białous

Męczeństwo chrześcijan w Nigerii – za przyzwoleniem rządu i mocarstw !!

Prawdziwe ludobójstwo nie ma miejsca w Strefie Gazy, lecz w Nigerii

Autor: AlterCabrio, 2 listopada 2025

W obliczu największego natężenia konfliktów na świecie od czasów II wojny światowej Nigeria stała się krajem najbardziej niebezpiecznym dla chrześcijan. Skoordynowane powstania islamistyczne zabiły tam ponad 52 000 wiernych w ludobójczej kampanii czystek religijnych, która spotkała się z obojętnością świata i przyzwoleniem rządu.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Ignorowane: prawdziwe ludobójstwo nie ma miejsca w Strefie Gazy, lecz w Nigerii

————————————————–

W obliczu największego natężenia konfliktów na świecie od czasów II wojny światowej Nigeria stała się krajem najbardziej niebezpiecznym dla chrześcijan. Skoordynowane powstania islamistyczne zabiły tam ponad 52 000 wiernych w ludobójczej kampanii „czystek” religijnych, która spotkała się z obojętnością świata i przyzwoleniem rządu.

Globalny poziom konfliktów osiągnął najwyższy poziom od czasów II wojny światowej, napędzany wzrostem liczby powstań terrorystycznych, wstrząsami politycznymi i wojnami na pełną skalę na Ukrainie, w Strefie Gazy, Sudanie i dziesiątkach innych regionów. Według Instytutu Badań nad Pokojem (Peace Research Institute), w 35 krajach toczy się 61 aktywnych konfliktów.

«W długiej i brutalnej historii prześladowań religijnych, Nigeria ma teraz swój własny, ponury rozdział, z nieustającymi pogromami chrześcijan. Nigeria jest najludniejszym krajem na kontynencie afrykańskim i stała się tyglem cierpienia dla swojej chrześcijańskiej mniejszości.»

Islamscy rebelianci atakują nocą, podpalając domy, gdy rodziny śpią. Podczas niedzielnych nabożeństw atakują kościoły, strzelając do całych zgromadzeń. Napadają na chrześcijańskie wioski rolnicze, mordując mężczyzn, gwałcąc kobiety i porywając dzieci. To skoordynowane akty religijnego oczyszczenia, w których ocaleni są zmuszani do przejścia na islam lub giną.

Przemoc wobec chrześcijan w Nigerii na przestrzeni lat tylko się nasiliła. Według nigeryjskiej organizacji Intersociety, od 2009 roku zamordowano ponad 52 000 chrześcijan, a ponad 20 000 kościołów zostało zbezczeszczonych lub zniszczonych.

Nie są to odosobnione przypadki.

«W 2024 roku w Nigerii zginęło 4100 chrześcijan, co stanowiło 82% wszystkich męczeństw chrześcijan na świecie. Do sierpnia 2025 roku liczba ta przekroczyła 7000

Ten wzrost odzwierciedla nie tylko kryzys bezpieczeństwa, ale także pogłębiający się schemat prześladowań, który można by nazwać ludobójstwem. Podczas gdy Kościół upamiętnia każde męczeństwo modlitwą i pamięcią, Ciało Chrystusa w Nigerii wciąż cierpi z powodu ran, które wołają o sprawiedliwość, solidarność i globalne świadectwo.

Global Christian Relief i inne organizacje monitorujące sytuację na świecie uznały Nigerię krajem najbardziej niebezpiecznym dla chrześcijan. Tytuł ten odbija się echem w cichej pustce ogólnoświatowej obojętności.

Za tymi okrucieństwami stoi sieć islamistycznych grup ekstremistycznych, do których należą Boko Haram, milicje Fulani i dziesiątki innych frakcji powiązanych z ISIS i Al-Kaidą. Ich skoordynowane kampanie niszczą społeczności chrześcijańskie nie tylko w Nigerii, ale na całym kontynencie afrykańskim w alarmującym i nieustającym tempie.

Milczenie świata przypomina ciszę Wielkiego Piątku, gdy niesprawiedliwość sięgała zenitu i była traktowana jako codzienność, a cierpienie i śmierć były na porządku dziennym. Nigeryjskie wspólnoty chrześcijańskie doświadczają jednych z najgorszych prześladowań w czasach nowożytnych, a mimo to „świat” nie przyjmuje tego do wiadomości.

Przed ustąpieniem z urzędu w 2020 roku administracja Trumpa podjęła działania, umieszczając Nigerię na liście „krajów szczególnego zagrożenia” (CPC) Departamentu Stanu. Lista CPC pozwalała na nakładanie sankcji gospodarczych w celu wywarcia presji na rząd Nigerii, aby chronił chrześcijan i inne mniejszości religijne przed przemocą.

Jednak w 2021 roku administracja Bidena usunęła Nigerię z listy CPC, mimo że masakry nasiliły się.

W rezultacie rząd Nigerii, poprzez umyślny współudział lub rażące zaniedbanie, umożliwił kontynuowanie tych okrucieństw w sposób niepohamowany. Brak reakcji jest zdradą obywateli.

W odpowiedzi na trwającą masakrę w Nigerii, koalicja przywódców religijnych, na czele której stała Nina Shea z Centrum Wolności Religijnej Instytutu Hudsona, wysłała 15 października petycję do prezydenta Trumpa, potępiając traktowanie mniejszości religijnych przez rząd Nigerii i wzywając Trumpa do ponownego włączenia Nigerii na listę CPC. Wśród sygnatariuszy znaleźli się arcybiskup katolicki San Francisco Salvatore Cordileone, prezes Family Research Council Tony Perkins, prezes Focus on the Family Jim Daly i dziesiątki innych osób.

Petycja jednoznacznie stwierdza, że ​​rząd Nigerii „bezpośrednio narusza wolność religijną, egzekwując islamskie przepisy o bluźnierstwie, które przewidują karę śmierci i surowe wyroki więzienia dla obywateli różnych wyznań. Rząd Nigerii wyraźnie toleruje również bezlitosną agresję, szczególnie wobec chrześcijańskich rodzin rolniczych, ze strony bojowników, muzułmańskich pasterzy Fulani, którzy najwyraźniej dążą do islamizacji Pasa Środkowego”.

Ten kryzys wykracza poza geopolitykę i politykę zagraniczną i rozpaczliwie potrzebuje moralnego imperatywu. Jak stwierdza św. Paweł w 1 Liście do Koryntian 12,26: „Jeśli cierpi jeden członek, cierpią wszystkie inne członki”. Jako członkowie Ciała Chrystusa, chrześcijanie są powołani do dawania świadectwa, zabierania głosu i działania, aby położyć kres okrucieństwom szerzącym się w Afryce.

Bez interwencji ludność chrześcijańska w wielu regionach będzie musiała liczyć się z wysiedleniem [ wymordowaniem.. md] w ciągu jednego pokolenia.

Nie myśl, że to nie może się tu zdarzyć.

______________

Off the radar: The real genocide is not taking place in Gaza, but in Nigeria, Greg Maresca, October 24, 2025

−∗−

Warto porównać:

Ponad 1000 syryjskich chrześcijan zamordowanych i ukrzyżowanych
Syria upadła w grudniu ubiegłego roku i dzieje się to, czego się spodziewano… Chrześcijanom i mniejszościom dano trzy możliwości: nawrócić się, uciekać lub zostać wymordowanym. Po raz kolejny islamiści z […]

_____________

O tym się prawie nie mówi…
Na całym świecie jest jedna grupa mniejszościowa, która jest uciskana, prześladowana i brutalnie atakowana o wiele bardziej niż którakolwiek inna. Ale media głównego nurtu nigdy się tym nie zajmują, ponieważ […]

Czego się nie robi dla Polski?

Czego się nie robi dla Polski?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    2 listopada 2025 michalkiewicz

Kiedy dziadkowi w ogródku wyrosła rzepka, postanowił „schrupać ją z kawałkiem chlebka”. Tak samo postąpił obywatel Tusk Donald, kiedy minęły mu dwa lata przewodzenia swemu vaginetowi, nazywanego szumnie „Radą Ministrów”. Jak wiadomo, vaginets obywatela Tuska Donalda od samego początku miał charakter koalicyjny, co sprawia, że podobny on jest trochę do Arki Noego – każdego zwierzęcia jest tam po parze, żeby mogły się rozmnażać. Niestety vaginet, wbrew zachęcającej nazwie, rozmnażaniu najwyraźniej nie sprzyja. Raczej przeciwnie. Oto wchodząca w skład koalicji 13 grudnia partia Nowoczesna, której wizytówką jest pulchniutka Katarzyna Lubnauer oraz sprawiająca wrażenie przepracowanej Paulina Hening-Kloska, narobiła długów na ponad 2 miliony złotych, a ponieważ nikt nie chce ich spłacać, nie było innej rady, jak podjąć uchwałę o rozwiązaniu tej formacji.

Sic transist gloria – jak mawiali starożytni Rzymianie, ale skoro już wiemy, jak Nowoczesna zakończyła swoje istnienie, warto przypomnieć, jak je rozpoczęła. Oto 18 czerwca 2015 roku, kiedy było już wiadomo, że wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda i że Polska, po zresetowaniu przez prezydenta Obamę swego poprzedniego resetu w stosunkach z Rosją, ponownie przechodzi pod kuratelę amerykańską, odbyła się w Warszawie Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Most” – w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu Żydów rosyjskich do Izraela. W konferencji wzięli udział przedstawiciele najważniejszych ubeckich dynastii z Polski i grupa ważnych ubeków z Izraela. Pretekstem były rocznicowe wspominki kombatanckie, ale tak naprawdę chodziło o wciągnięcie przez Amerykanów naszych ubeków na listę „naszych sukinsynów” – a ubecy izraelscy mieli to wobec Amerykanów żyrować. Amerykanie chyba mieli wątpliwości, czy w ogóle warto wciągać naszych ubeków na wspomnianą listę – ale kiedy ubecy się uwinęli i powstała partia polityczna „Nowoczesna” z panem Ryszardem Pertu na fasadzie i zanim jeszcze pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by nam powiedzieć, jak będzie nam przychylał nieba, już naród obdarzył tę partię 11 procentami zaufania, to i Amerykanie się przekonali, że stare kiejkuty to i owo potrafią. Uznali więc, że lepiej mieć ich na oku, niż żeby hulali nie wiadomo gdzie – i na listę „naszych sukinsynów” ich wciągnęli.

Wkrótce zresztą pan Ryszard partię swoją porzucił wraz z dwiema Joannami: Joanną Schmidt i moją faworytą, Joanną Scheuring-Wielgus, no a teraz Nowoczesna zlała się z Platformą Obywatelską, podobnie jak Inicjatywa Polska obywatelki Nowackiej Barbary, w której przytulisko znalazła Wielce Czcigodna Katarzyna Maria Piekarska, „istota czująca”, którą w swoim czasie Leszek Miller zwabił do swojego rządu na stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych. Obecnie tedy koalicję 13 grudnia tworzy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, która po polsku nazywa się „Koalicją Obywatelską”, Lewica i PSL oraz szorująca po dnie Polska 2050, którą zamierza wkrótce definitywnie porzucić obywatel Hołownia Szymon. Z tej okazji obywatel Tusk Donald zapowiedział zainwestowanie w Centrum Operacji Satelitarnych. Co to konkretnie ma być – dokładnie nie wiadomo, więc zaczęły krążyć fałszywe pogłoski, że ma to być kontynuacja wcześniejszej penetracji przestrzeni kosmicznej przez sektę „Antrovis”, której wyznawcy – między innymi obywatelka Labuda Barbara, która poza tym piastowała stanowisko ministra w Kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w sposób nie zwracający niczyjej uwagi – latali w kosmos na miotłach, odbywając bliskie spotkania III stopnia m.in. z Wenusjanami. Te fałszywe pogłoski, zwłaszcza perspektywa bliskich spotkań III stopnia z Wenusjankami, wywołały zrozumiałe poruszenie nie tylko w środowisku Volksdeutsche Partei, więc obywatel Tusk Donald liczy na to, iż do najbliższych wyborów uda mu się uciułać jeszcze trochę procentów.

Z kolei Naczelnik Państwa przewodniczył Konwencji Prawa i Sprawiedliwości i w wygłoszonym przemówieniu nieubłaganym palcem wytknął obywatelu Tusku Donaldu i jego Volksdeutsche Partei, że oni tylko „gadają” podczas gdy on i PiS – „robią”. A co robią? Realizują hasło: róbmy sobie na rękę! Taki program polityczny nakreślił jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym wierszu „Nocna rozmowa z matką” . Syn zwierza się matce: „sen mam prześliczny mamo – że przystępuję do g… arzy i z nimi robię to samo” – a kiedy matka pyta: „a na czym, ach na czym polega robota, w którąś się wplątał” – syn odpowiada w krótkich żołnierskich słowach: „by rzec prawdę, z pustego w próżne przelewamy, a sobie na konto.” Na program partii to by zupełnie wystarczyło – ale tuż przed Konwencją opublikowany został prowokacyjny sondaż, w którym Volksdeutsche Partei wysunęła się na pierwsze miejsce z wynikiem 28 procent, a PiS spadło na miejsce drugie z wynikiem 23 procent z hakiem.

Najgorsze były wieści o wynikach Konfederacji; Konfederacja Sławomira Mentzena uzyskała wynik na poziomie 12 procent, a Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – prawie 10 procent!

Toteż Naczelnik Państwa zaproponował, żeby rodzice, którym urodzi się trzecie dziecko, dostali od rządu bon mieszkaniowy w wysokości do 100 tysięcy złotych, a na dziecko drugie – w wysokości do 40 tysięcy złotych. Ten pomysł dowodzi, że PiS niezmiennie stoi na nieubłaganym stanowisku, że wyznawców trzeba pozyskiwać obietnicami przekupywania ich ich własnymi pieniędzmi. Abstrahując na razie od katastrofalnego stanu finansów państwowych, kiedy to w budżecie na przyszły rok zaplanowany został deficyt na poziomie 271 mld złotych, to nawet gdyby budżet był zrównoważony, realizacja takiego pomysłu, podobnie jak innych wynalazków w rodzaju „800 plus” oznacza, że rząd najpierw musi odebrać te pieniądze rodzicom tych dzieci w podatkach i innych haraczach, by potem im je przekazać, nawiasem mówiąc – w rozmiarze uszczuplonym – bo z tych pieniędzy trzeba będzie utrzymać aparat biurokratyczny, który będzie je rozdzielał i kontrolował, czy przypadkiem nikt nie oszukuje.

Co z tego wynika? Ano to, że tego rodzaju programy tworzone są wyłącznie dla dobra biurokratycznych gangów, które oblazły nasz nieszczęśliwy kraj na podobieństwo insektów, a Nasi Umiłowani Przywódcy traktują państwo i obywateli, jako żerowisko – tak samo, jak to było w wieku XVIII. Toteż na uwagę Sławomira Mentzena, że właśnie dlatego nie chce mieć nic wspólnego z PiS-em, bo nie chce przykładać ręki do ostatecznej dewastacji państwa, zareagował Wielce Czcigodny Jacek Sasin, wytykając mu, że nigdy nie rządził, więc nie wie, że w służbie Polsce najważniejsze jest, by wypić i zakąsić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

„Prawda” modernisty czyli zgodność myśli z emocjami

Prawda modernisty czyli zgodność myśli z emocjami

Autor: CzarnaLimuzyna, 2 listopada 2025

Od początku powstania, w ciągu 60 lat istnienia, trucizna Nostra aetate, dokumentu Soboru Watykańskiego II współredagowanego przez starszych braci w niewierze, zbiera obfite żniwo wśród polskich kapłanów: „od Zbysia do Rysia”. Ten ostatni, kardynał kościoła zmieszanego, od wielu lat z diabelską gorliwością patronuje dniom bez Jezusa i bez Maryi w Kościele katolickim, nazywanymi „dniami judaizmu”.

“Nostra aetate” (łac. „W naszej epoce”) – w epoce mózgu łupanego

Deklaracja Nostra aetate, dokument Soboru Watykańskiego II sporządzony przy znaczącym udziale żydów i Żydów zawiera w sobie zaczyn herezji – opinię o innych religiach zawierających w sobie to, co „prawdziwe jest i święte”.

Co jest prawdziwego i świętego w innych religiach, które powstały po Chrystusie i przeciw Chrystusowi oraz bez udziału Ducha Świętego? Dla modernisty ulegającego emocjom, który pragnie za wszelką cenę, ponad należytą miarę, wyrazić szacunek wobec bliźnich, nawet kosztem prawdy i kosztem innych ludzi, może to być cokolwiek. Ważnym jest nawet absurdalny “dialog międzyreligijny” z teologami nienawiści traktującymi katolików jako zwierzęta lub niewolników. Mówiąc wprost jest to dialog z przedstawicielami religii antychrysta, o których święty Jan pisał:

Wszelki zaś duch, który nie wyznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, nie jest z Boga. Jest to duch antychrysta… /1 Jana 4:3/

Wracając do pytania: co było i jest prawdziwego i świętego? Co jest świętego w następujących po sobie herezjach: gnostyckiej, talmudycznej, islamskiej, w rewolucji luterańskiej, rewolucji antyfrancuskiej – antykatolickiej, w postmodernizmie, marksizmie, neomarksizmie, trans humanizmie, a ostatnio w nowej religii klimatycznej?

Osoby wykształcone, lecz przede wszystkim nie zniekształcone – nie ogłupione i nie zdemoralizowane znają definicję prawdy, że jest ona zgodnością myśli, opinii, sądów z rzeczywistością, a w omawianym przypadku zgodnością z doktryną Kościoła katolickiego opartego na tradycji czerpiącej z Objawienia Bożego „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”.

Nie ma innych prawd, nie ma innych dróg i nie ma zbawienia poza Chrystusem pomimo wygłaszanych przedśmiertnych herezji przez Franciszka i innych modernistów, dla których prawda religijna, jak się często okazuje, jest zgodnością z ich emocjami i pragnieniami – na modłę teologii kontekstualnej.

„Od Zbysia do Rysia”… czyli starcie katolików nazywanych tradycyjnymi z modernistami

W ostatnich latach mamy wyraziste przykłady sporów niektórych duchownych katolickich i katolików świeckich z gronem modernistów, których osobiście nazywam akolitami prof. Diabelskiego – najstarszego stażem eksperta, autora słynnej opinii o strawie duchowej – owocach z drzewa poznania dobra i zła – symbolu osądzania bez Boga tego, co jest moralnie dobre, a co złe – samowiedzy moralnej i samo zbawienia – przyczyny grzechu pierworodnego i każdej herezji od gnostyckiej do modernistycznej.

Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Typowa czyli zmysłowa i emocjonalna reakcja modernisty. Dodajmy do tego bierność i intelektualną leniwość mężczyzny.

Czy moderniści są lewoskrętni?

Zdecydowanie, tak. Niezależnie czy są kapłanami czy świeckimi są lewoskrętni czyli emanują poglądami antykatolickimi. Pierwszą próbą z którą może zmierzyć się Czytelnik na swoim własnym przykładzie jest spontaniczna reakcja natury emocjonalnej na sformułowanie „poglądy antykatolickie”.

Reakcja pozytywna czyli akceptująca atak na fundament naszej cywilizacji świadczy o ideologicznym zaczadzeniu nierzadko idącym w parze z ignorancją. Do tego dochodzi niechęć do filozofii, w praktyce niechęć do myślenia logicznego, niechęć do porządku opartego na tradycyjnej moralności przy podkreśleniu, że nietradycyjna jest po prostu niemoralnością, często degeneracją podniesioną do rangi fałszywej cnoty nazywanej prawem człowieka, prawem kobiety, godnością – dobrym samopoczuciem zboczeńca. W tradycyjnym nauczaniu Kościoła katolickiego jest grzechem, złem moralnym, lecz dla modernistów jest odcedzonym z winy powodem do „towarzyszenia, wsparcia i tolerancji”.

„Wierzący inaczej” –  dobitny przykład wpływu ideologii lewicowych

Na koniec wybrałem przykłady herezji modernizmu jawnie głoszonej na platformie X przez współczesnych jezuitów.

Jedną z osób, która weszła w polemikę z katolikami był Dominik Dubiel SJ: jezuita, muzykant, ksiądz, koordynator i redaktor @Modlitwawdrodze ; podcast jezuicki i na @DEON_PL;  używający w dyskusji sformułowania „wierzący inaczej”.

Jak pamiętamy było już „kochający inaczej” rozszerzające pojemność normy aż do jej perforacji… wiem, za chwilę pojawi się ktoś, kto napisze, że norma to nie błona dziewicza… wyliczajmy więc dalej… pojawiło się, jako riposta wobec ekspertów, „inteligentni inaczej” i „myślący inaczej”. Czekamy na „kradnących inaczej”… ale nie, nie musimy czekać, bo już są.

Dominik Dubiel SJ napisał też:

Dla mnie nawet Dawid Mysior jest bratem w wierze, choć jego sposób myślenia jest w wielu kwestiach znacznie dalszy od katolickiego, niż u wielu protestantów.

@KramerGrzegorz, modernista zapiekły zacytował dokument podpisany przez heretyka Franciszka „z okazji wspólnego katolicko-luterańskiego upamiętnienia 500-lecia Reformacji_Lund, 31 października 2016

To, co nas łączy, jest większe niż to, co nas dzieli. Chociaż jesteśmy głęboko wdzięczni za dary duchowe i teologiczne otrzymane za pośrednictwem Reformacji, to wyznajemy także i opłakujemy przed Chrystusem to, że luteranie i katolicy zranili widzialną jedność Kościoła.

====================================

A z okazji „święta upiorów” odezwał się inny jezuita, pisząc:

Autor: CzarnaLimuzyna, 2 listopada 2025

_______________________________________

Dodatek specjalny

Na sam koniec, aby rozszerzyć skalę doznań artystycznych… Przepiękny, naprawdę przepiękny szpagat uczynił ksiądz Daniel Wachowiak. Wynika z niego, że Duch Święty chciał i mu trochę wyszło, albo chciał, ale mu nie do końca pozwolili… co wcale nie musi być nieprawdą, skoro człowiek nie chce współpracować z łaską Bożą…

Niestety, ksiądz nie mówi o wszystkich aspektach – o judaizacji i protestantyzacji, nie mówi o herezjach. Zmierzmy się z jego opinią.

Cytat z księdza Daniela Wachowiaka:

I to, co mnie też boli, to to, że właśnie ta ultrakonserwatywna strona takie ma poczucie, że walczy o dobro, o prawdę, że jednocześnie przyczynia się do tego, że być może jest tak, że oni skreślają obecność Ducha Świętego na Soborze Watykańskim II, który chciał, żeby w obliczu zmieniającego się świata nowych struktur, które dzieją się w tym świecie, jednak kościół mówił o tym samym innym językiem, żebyśmy się wzajemnie nie poza…

Bo ja mam czasami wrażenie, że gdybyśmy nie zmienili pewnego języka na Soborze to byśmy się naprawdę musieli tylko na siebie gniewać. I dlatego niektórzy być może mówią, że w tej stronie czasami tej miłości brakuje. A uważam, że po tej stronie postępowej czasami brakuje też prawdy.

Ksiądz zauważa, że zmienił się język i uważa, że było to konieczne, bo inaczej byśmy się pozabijali. Ja uważam, że nie zatrzymało to zabijania, a nawet wzmogło w niektórych obszarach życia materialnego i duchowego. Język zmienił się i jest to język diabła – język fałszu. Nastąpiła redefinicja pojęć a desygnaty wyglądają jak ruchome piaski. Diabeł zmienia język wszędzie, również w Watykanie i na tym również polega problem dzisiejszego Kościoła. Marniejemy duchowo, a wraz z nami, marnieje nasz język.

Apokalipsa empatii czyli jak psychopatia stała się Nową Normalnością

Apokalipsa empatii czyli jak psychopatia stała się Nową Normalnością

Autor: AlterCabrio, 1 listopada 2025

Ta cała kulturowa katastrofa zrodziła to, co naukowcy nazywają „nabytą socjopatią” – normalni ludzie stają się zimnokrwistymi oportunistami tylko po to, by dotrzymać kroku. Nie rodzą się tacy. Są kształtowani przez społeczeństwo, które nagradza bezduszność. To to, co Erich Fromm nazwał „patologią normalności” – trzeba być chorym, żeby pasować do tego chorego świata. Rozpieszczamy idiotów, dajemy im megafon i pigułkę, żeby stępić sumienie, a potem zastanawiamy się, dlaczego filmują morderstwo zamiast je powstrzymać.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

American Psycho

Apokalipsa empatii: Jak psychopatia stała się Nową Normalnością w Ameryce

22 sierpnia 2025 roku Iryna Zarutska, 23-letnia ukraińska uchodźczyni, która uciekła przed rosyjską inwazją, wsiadła do pociągu Lynx Blue Line w Charlotte w Karolinie Północnej. Usiadła, nieświadoma obecności mężczyzny za nią, Decarlosa Browna Jr., który cztery minuty później wyciągnął spod bluzy scyzoryk i trzykrotnie dźgnął ją w szyję w niesprowokowanym ataku.

Podczas gdy ona dysząc, chwytając się za gardło upadła wykrwawiając się na podłogę, pozostali pasażerowie wagonu – czarnoskórzy, podobnie jak napastnik – siedzieli obojętnie, wpatrując się w telefony lub odwracając wzrok. Minęła prawie cała minuta, zanim jeden ze świadków rzucił się jej na pomoc, uciskając rany zbyt późno, by uratować jej życie. Tymczasem Brown (ma bandzior poczucie humoru) wytarł ostrze, przeszedł przez wagon, rozmazując krew na podłodze, i spokojnie wysiadł na następnym przystanku, chwaląc się później policji: „To ja dorwałem tę białą dziewczynę”.

Nagrania z monitoringu uchwyciły zbiorowy paraliż: co najmniej cztery osoby będące w pobliżu nic nie zrobiły, gdy uchodziło z niej życie. Choć z pewnością możemy przypisać ten konkretny brak człowieczeństwa ponuremu rasizmowi – i wszyscy ci ludzie powinni wisieć jak „Decarlos” – możemy z tego wyciągnąć coś ważnego, co wpływa na nasze społeczeństwo w ogóle.

Empatia umiera – nie w wyniku jakiegoś kataklizmu społecznego, ale w niezliczonych cichych chwilach obojętności. Jeśli najnowsze badania są prawdziwe, nie jesteśmy świadkami jakiegoś odosobnionego przejawu okrucieństwa. Jesteśmy świadkami systematycznej erozji ludzkiego sumienia, zmiany kulturowej, która przekształca emocjonalny dystans z wady w cechę.

Liczby są przerażające: cechy psychopatyczne, niegdyś rzadkie, u zaledwie jednego procenta populacji, teraz występują u prawie pięciu procent Amerykanów. W niektórych społecznościach i branżach wskaźniki sięgają nawet piętnastu procent. Większość z nich to nie geniusze złoczyńcy z filmów z Bondem ani seryjni mordercy. To po prostu współpracownik, który nazywa zwolnienia z pracy„usprawnianiem”. Influencer filmujący cierpienie dla wpływów. Nieznajomy, który obserwuje, jak życie ulatuje i wraca do przewijania treści na smartfonie.

Pionierska praca dr Marthy Stout z Harvard Medical School dwie dekady temu oszacowała występowanie cech socjopatycznych u Amerykanów na cztery procent. Dziś brzmi to niemal nostalgicznie. Najnowsze badania przeprowadzone na Yale i Uniwersytecie Connecticut pokazują prawie trzydziestoprocentowy wzrost subklinicznej psychopatii od 2000 roku. Nie tylko wspieramy wzrost liczby psychopatów, ale kształtujemy społeczeństwo, które nagradza ich cechy, aby mogli się rozwijać.

Pytanie, które nurtuje badaczy, nie brzmi, czy to się dzieje – skany mózgu i dane behawioralne są niezaprzeczalne. Chodzi o to, czy przekroczyliśmy już próg, w którym empatia przestaje być atutem, a staje się obciążeniem. Co się stanie, gdy gatunek zbudowany na więziach ewoluuje i zaczyna doceniać ich brak? Co się stanie, gdy sumienie stanie się słabością?

Architektura obojętności

Aby zrozumieć naszą obecną sytuację, musimy najpierw rozwiać hollywoodzką mitologię otaczającą psychopatię. Zapomnijmy o teatralnym kanibalizmie Hannibala Lectera czy teatralnych scenach z piłą mechaniczną Patricka Batemana. Psychopaci mnożący się wśród nas są o wiele bardziej przyziemni i nieskończenie bardziej niebezpieczni właśnie ze względu na swoją banalność. To inwestorzy venture capital, którzy autentycznie nie potrafią pojąć, dlaczego zwolnienie pięciuset pracowników przed świętami Bożego Narodzenia może być problematyczne i wykraczające daleko poza wpływ na kwartalne zyski. To influencerzy w mediach społecznościowych, którzy filmują ofiarę samobójstwa, po czym są autentycznie zdumieni reakcjami. To rodzice, którzy postrzegają swoje dzieci nie jako jednostki do wychowania, ale jako przedłużenie własnych ambicji, inwestycję w portfolio osobistych osiągnięć.

Dr Kent Kiehl, który spędził większą część z ostatnich trzech dekad skanując mózgi psychopatów na Uniwersytecie Nowego Meksyku, opisuje neurologiczną architekturę psychopatii z dziwną, obojętną fascynacją archeologa badającego starożytne ruiny. „Układ paralimbiczny – który moglibyśmy nazwać obwodem moralnym mózgu – wykazuje wyraźne braki u osób psychopatycznych” – wyjaśnia ze swojego laboratorium, otoczony tysiącami skanów mózgu, które mapują geografię ludzkiego okrucieństwa. „Ale oto, co jest naprawdę alarmujące: obserwujemy te same wzorce coraz częściej u osób, które nie spełniałyby klinicznego progu psychopatii. To tak, jakby cała krzywa dzwonowa się przesuwała”.

Ten neurologiczny dryf nie zachodzi w próżni. Nasze mózgi reagują na otoczenie z plastycznością, która może być zarówno naszym zbawieniem, jak i potępieniem. A środowisko, które stworzyliśmy – w zasadzie cyfrowy panoptikon nieustannej wydajności, pomiarów i komercjalizacji – wydaje się niemal celowo zaprojektowane tak, by nagradzać cechy psychopatyczne, a karać te empatyczne.

Rozważmy współczesne miejsce pracy, szczególnie w branżach o wysokiej stawce, takich jak finanse, technologia i doradztwo. Badanie przeprowadzone przez psychologa sądowego Paula Babiaka wykazało, że psychopaci stanowią około jednego procenta ogółu populacji, ale stanowią prawie cztery procent stanowisk kierowniczych wyższego szczebla, a potencjalnie nawet dwanaście procent prezesów w niektórych sektorach. To osoby, których specyficzna konstelacja cech – powierzchowny urok, wygórowane poczucie własnej wartości, patologiczne kłamstwo, przebiegła manipulacja, brak wyrzutów sumienia, emocjonalna płytkość i brak odpowiedzialności – idealnie wpisuje się w to, co zaczęliśmy mylić z przywództwem.

Cyfrowa szalka Petriego

Ale świat korporacji to tylko jeden z teatrów tego narastającego dramatu. Prawdziwym katalizatorem naszej psychopatycznej fali mogą być świecące prostokąty, które nosimy w kieszeniach. Platformy mediów społecznościowych, z ich algorytmicznym wzmacnianiem oburzenia i redukcją ludzkiej złożoności do wskaźników zaangażowania, stworzyły idealny inkubator psychopatii.

Każdy aspekt tych platform nagradza zachowania psychopatyczne. Istnieje bezpośredni związek między wzmożonym korzystaniem z mediów społecznościowych a spadkiem empatii wśród nastolatków. Umiejętność kreowania fałszywej osobowości, dystans emocjonalny wobec konsekwencji, grywalizacja [gamification] interakcji międzyludzkich – to tak, jakbyśmy stworzyli poligon doświadczalny dla cech psychopatycznych.

Dowody są przytłaczające i głęboko niepokojące. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Michigan pokazują, że dzisiejsi studenci osiągają o czterdzieści procent niższe wyniki w testach empatii niż ich koledzy z lat 80. Największy spadek nastąpił po 2000 roku, zbiegając się dokładnie z rozwojem mediów społecznościowych i komunikacji cyfrowej. Tymczasem narcystyczne cechy osobowości – termin nadużywany obecnie, ale często poprzedzający zachowania psychopatyczne – wzrosły o trzydzieści procent w tym samym okresie.

Badania neuroobrazowe ujawniają, że nadmierne korzystanie z mediów społecznościowych faktycznie zmienia strukturę mózgu, szczególnie w obszarach związanych z empatią i przetwarzaniem emocji. Kora przedniej części zakrętu obręczy [anterior cingulate cortex], kluczowa dla zrozumienia bólu innych, wykazuje zmniejszoną aktywność u osób intensywnie korzystających z mediów społecznościowych, gdy są one narażone na obrazy cierpienia. Dosłownie przeprogramowujemy nasze mózgi na obojętność.

Zjawisko to wykracza poza psychologię jednostki, wkraczając w sferę zachowań zbiorowych. Internetowa sprawiedliwość tłumu, kultura unieważniania [cancel culture] i radosne niszczenie reputacji stały się formą rozrywki, krwawym sportem ery cyfrowej. Uczestnicy tych wirtualnych linczów wykazują osobliwe połączenie pewności moralnej i całkowitego braku empatii – cechę charakterystyczną dla psychopatycznego poznania. Nie potrafią lub nie chcą uznać człowieczeństwa swoich ofiar, sprowadzając złożone jednostki do pojedynczych wykroczeń, rzeczywistych lub wyimaginowanych.

Chyba nigdzie indziej psychopatyczny dryf nie jest bardziej widoczny niż w naszym związku z kapitalizmem kolesiowskim. Pogląd, że korporacje są „osobami” w świetle prawa, staje się szczególnie przerażający, gdy uświadomimy sobie, że te sztuczne osoby, celowo, wykazują dokładnie te cechy, które kojarzymy z psychopatią: nieustępliwą dbałość o własny interes, niezdolność do odczuwania winy, brak umiejętności podporządkowania się normom społecznym, gdy w grę wchodzi zysk, oraz niezwykłą zdolność do naśladowania ludzkich emocji, gdy służy to ich celom.

To zjawisko staje się jeszcze bardziej niepokojące, gdy wśród zwykłych obywateli pojawia się quasi-religijne oddanie tym podmiotom korporacyjnym. Jesteśmy świadkami osobliwego spektaklu ludzi zaciekle broniących międzynarodowych korporacji, jakby były członkami rodziny lub świętymi instytucjami. Godzinami kłócą się w mediach społecznościowych, broniąc strategii cenowych, które ich wykorzystują, praktyk pracowniczych, które ich poniżają, i modeli biznesowych, które ich inwigilują. Ten sztokholmski syndrom kapitalizmu sprawia, że ​​ofiary tak bardzo identyfikują się ze swoimi oprawcami, że atakują każdego, kto ośmieli się skrytykować ich ulubioną markę. To szczególnie podstępna forma psychopatycznego warunkowania – zostaliśmy nauczeni nie tylko akceptowania naszej eksploatacji, ale także jej ewangelizowania, traktując bezimienną korporację jako byt cenniejszy niż nasi właśni przyjaciele.

Dr Joel Bakan, którego praca „The Corporation” badała to zjawisko, argumentuje, że stworzyliśmy system, który nie tylko toleruje, ale wręcz aktywnie selekcjonuje zachowania psychopatyczne. „Kiedy mierzymy sukces wyłącznie maksymalizacją zysku i wartością dla akcjonariuszy, w istocie narzucamy psychopatię” – zauważa. „Menedżerowie, którzy odnoszą sukces w tym systemie, to ci, którzy potrafią odciąć się od ludzkich konsekwencji swoich decyzji”.

To oderwanie stało się tak znormalizowane, że ledwo je zauważamy. Kiedy firma farmaceutyczna podnosi cenę leku ratującego życie o 5000 procent z dnia na dzień, mówimy o tym w kategoriach dynamiki rynku, a nie moralnego okrucieństwa. Kiedy firmy technologiczne projektują produkty, które mają wprost uzależniać dzieci, postrzegamy to jako innowację, a nie wyzysk. Język biznesu stał się tarczą w obronie przed sumieniem, wyrafinowanym słownictwem racjonalizującym okrucieństwo.

Gig economy [gospodarka oparta na pracy dorywczej -AC] stanowi prawdopodobnie najczystszy przejaw usystematyzowanej psychopatii. Pracownicy są sprowadzeni do roli współpracowników, a ich źródła utrzymania zależą od kaprysów anonimowych klientów i nieprzejrzystych algorytmów. Firmy tworzące ten system zachowują ostrożny dystans wobec kosztów ludzkich, kryjąc się za fikcją, że ich pracownicy to „niezależni kontrahenci”, a nie pracownicy zasługujący na podstawową ochronę i godność.

Źródła naszego psychopatycznego wzmożenia mogą sięgać sposobu, w jaki wychowujemy nasze dzieci – a może raczej tego, jak nie potrafimy ich wychować. Widzimy rodziców, którzy traktują swoje dzieci jak marki, które należy promować, jak osiągnięcia, które należy maksymalizować, a nie jak istoty ludzkie, które należy pielęgnować. Kiedy wartość dziecka zależy wyłącznie od jego osiągnięć – akademickich, sportowych, społecznych – w gruncie rzeczy uczymy je postrzegania siebie i innych jako obiektów do optymalizacji.

Model „intensywnego rodzicielstwa”, szczególnie rozpowszechniony w zamożnych rodzinach, tworzy dzieci, które są jednocześnie traktowane nadopiekuńczo i zaniedbywane emocjonalnie. Są one chronione przed porażkami i rozczarowaniami, co uniemożliwia im rozwój odporności i empatii, wynikających z doświadczania i pokonywania przeciwności losu. Jednocześnie są traktowane jak projekty, a nie ludzie, a ich harmonogramy są zarządzane z efektywnością godną firmy z listy Fortune 500, a ich osiągnięcia służą jako substytut walidacji ambicji rodziców.

Tymczasem na drugim krańcu spektrum ekonomicznego dzieci dorastają w środowiskach, w których cechy psychopatyczne stają się mechanizmami przetrwania. W dzielnicach, gdzie przemoc jest powszechna, a instytucje zawiodły, zdolność do tłumienia empatii i przyjmowania postawy agresywnego egoizmu nie jest patologiczna, lecz adaptacyjna. Tragedią jest to, że te adaptacyjne zachowania, raz utrwalone, nie znikają po prostu wraz ze zmianą okoliczności.

System edukacji, coraz bardziej skoncentrowany na standaryzowanych testach i mierzalnych wskaźnikach, wzmacnia te wzorce. Uczymy dzieci postrzegania rówieśników jako konkurencji o ograniczone zasoby – przyjęcia na studia, stypendia, możliwości – a nie jako potencjalnych przyjaciół czy współpracowników. Mentalność gry o sumie zerowej, którą narzuciliśmy dzieciom, tworzy dorosłych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie sukcesu, który nie byłby czyimś kosztem.

Biologiczny wymiar naszego wzrostu psychopatii niesie ze sobą prawdopodobnie najbardziej niepokojące implikacje. Obserwujemy bezprecedensowy poziom narażenia na neurotoksyny w środowiskach miejskich: ołów, zanieczyszczenie powietrza, pestycydy – wszystkie te czynniki są powiązane ze zmniejszoną aktywnością kory przedczołowej, ośrodka rozumowania moralnego w mózgu. W połączeniu z przewlekłym stresem, niedożywieniem, ciągłymi skokami dopaminy i niedoborem snu, otrzymujemy przepis na powszechną dysfunkcję empatii.

Dzieci narażone na wysokie poziomy zanieczyszczenia powietrza wykazują zwiększoną agresję i obniżone wyniki empatii. Dorośli, którzy w dzieciństwie byli narażeni na ołów, nawet na poziomach wcześniej uznawanych za bezpieczne, wykazują wyższy wskaźnik zachowań antyspołecznych i obniżoną regulację emocjonalną. W efekcie prowadzimy zakrojony na szeroką skalę, niekontrolowany eksperyment na naszej własnej neurologii, po prostu dlatego, że jesteśmy uzależnieni od świec zapachowych i nie znosimy widoku robaka pełzającego po naszym podwórku więc chętnie stosujemy się do rządowych nakazów regularnych wizyt służb ds zwalczania szkodników.

Przemysł farmaceutyczny wpycha dzieciom pigułki na każde drgnięcie i wiercenie się. Przypisywanie „ADHD” każdemu dziecku, które nie potrafi usiedzieć spokojnie przez osiem godzin i faszerowanie go prochami do nieprzytomności nie pomaga. Nie potrzebujesz recepty, żeby wyleczyć dziecko, które skacze po ścianach – spróbuj wyłączyć tego cholernego iPada, który opiekuje się nim odkąd nauczył się raczkować, i odbudować jego zdolność koncentracji. Albo, nie wiem, może zrób jakieś cholerne gofry zamiast pozwolić, żeby telewizor je wychowywał, podczas gdy ty karmisz się pesymizmem z TikToka. Rodzice zbyt rozkojarzeni, żeby się tym przejmować, po prostu zrzucają winę na innych, faszerując swoje dzieci tabletkami, żeby zamaskować własną nieobecność. Może gdybyś zajął się swoim rozkojarzonym mózgiem, zanim odpuściłeś sobie prezerwatywę, nie wychowywałbyś pokolenia otumanionych ekranami bezmózgowców, którzy dorastają zbyt otępiali, by pomóc kobiecie wykrwawiającej się w pociągu.

Absolutna zgnilizna w sercu tej epidemii psychopatii polega na tym, że rozprzestrzenia się niczym zjełczały mem, zarażając każdy zakątek naszej żałosnej, zapatrzonej w siebie kultury. Ci elokwentni, pusto-ocy psychopaci z krokodylimi łzami i wypolerowaną brawurą są wywyższani jako wzory do naśladowania. Jesteśmy tak pijani przepychem i nonszalancją, że ich bezduszność uczyniliśmy złotym standardem. Żadnych chaotycznych uczuć, żadnego poczucia winy, tylko czyste, nieprzefiltrowane „zwycięstwo”. I łykamy to jak idioci, gotowi ukoronować każdego, kto potrafi udawać pewność siebie.

Programy nauczania szkół biznesu przypominają teraz kursy szkoleniowe CIA. Wciskanie kursów na temat „strategicznego narcyzmu”, jakby to była legalna ścieżka kariery, a każdy pracownik biurowy musi posiadać wiedzę na temat manipulacji na poziomie pracownika terenowego, aby następnym razem wypaść znakomicie, prezentując wykresy, które nikogo w pomieszczeniu nie obchodzą.

Tymczasem dział poradników w lokalnej księgarni to ściek ponad 10 000 tytułów – tak, sprawdziłam, to cała branża – głoszących, że jesteś idealny taki, jaki jesteś, że liczy się tylko twoje zdanie, że jesteś nieskazitelnym jednorożcem, który nie musi się o nikogo troszczyć. Setki tysięcy sprzedanych egzemplarzy pod pretekstem „pomocy w walce z niską samooceną”.

Hollywood produkuje antybohaterów pokroju Waltera White’a i tych bezkompromisowych, pozbawionych empatii bohaterów w każdym prestiżowym dramacie, podczas gdy TikTok i X są zalewane bełkotem „samców sigma” – gloryfikującym samotnych wilków, którzy nikogo nie potrzebują. Przesłanie? Troska jest dla frajerów. Empatia? Słabość, którą należy zmiażdżyć.

Potem jest ChatGPT i jego kuzyni z AI, rozpieszczający największych kretynów na świecie, klepiący ich po głowie i mówiący: „Wow, uwielbiam twoje myślenie!”. Niezależnie od tego, jak głupie jest to podejście, te modele są zaprogramowane, by podbudowywać ego, utwierdzając w przekonaniu każdego idiotę, który uważa, że ​​jego nieprzemyślana opinia to ewangelia. „Świetna uwaga, jesteś taki spostrzegawczy!” – ćwierka do gościa, który uważa, że ​​Ziemia jest płaska. Chatboty podkręcają głupotę, wmawiając ludziom, że mają rację, kiedy tak bardzo się mylą, że stanowią praktycznie zagrożenie dla społeczeństwa.

Ta cała kulturowa katastrofa zrodziła to, co naukowcy nazywają „nabytą socjopatią” – normalni ludzie stają się zimnokrwistymi oportunistami tylko po to, by dotrzymać kroku. Nie rodzą się tacy. Są kształtowani przez społeczeństwo, które nagradza bezduszność. To to, co Erich Fromm nazwał „patologią normalności” – trzeba być chorym, żeby pasować do tego chorego świata. Rozpieszczamy idiotów, dajemy im megafon i pigułkę, żeby stępić sumienie, a potem zastanawiamy się, dlaczego filmują morderstwo zamiast je powstrzymać.

A jednak dostrzeżenie tego przerażającego trendu może być dopiero pierwszym krokiem do jego odwrócenia. Weźmy na przykład mnie – mam mózg psychopaty, ale nie żyję jak psychopata. Środowisko, wybory i sama siła woli mogą przeważyć nad tym, co próbuje dyktować biologia.

Zdolność mózgu do przeprogramowania się – neuroplastyczność – daje nam szansę na walkę. Jeśli można ukształtować nas w zimne, kalkulujące maszyny, możemy równie dobrze wywołać empatię. Programy nauczania inteligencji emocjonalnej w szkołach już to potwierdzają, podnosząc wyniki testów empatii i ograniczając zachowania antyspołeczne. Nawet medytacja uważności [mindfulness], która pobudza ośrodki współczucia w mózgu, wkrada się do szkoleń korporacyjnych – choć, bądźmy szczerzy, zazwyczaj jest ona sprzedawana jako sposób na zwiększenie produktywności, a nie sposób na uczynienie nas mniej bezdusznymi.

Dokładnie wiem, jakie doświadczenia uruchomiły przełącznik, który wciąż wyzwala we mnie psychopatyczne tendencje (opisywałam je już w tym artykule, choć podtrzymuję to, co powiedziałam), ale nauczyłam się też oddzielać je od codziennego życia lub przydawać im niuansów – słowo, o którym dziś się prawie zapomina. Ale co z innymi? Ile drobnych kompromisów, ile drobnych zdrad sumienia odróżnia psychopatę od przeciętnego człowieka próbującego odnieść sukces we współczesnej Ameryce? Ilu ludzi nauczyło się tłumić empatię w imię efektywności, racjonalizować okrucieństwo językiem konieczności, mylić brak uczuć z siłą?

Wzrost psychopatii w naszym społeczeństwie to nie tylko kliniczna ciekawostka czy filozoficzny problem. To egzystencjalne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Empatia to nie tylko miła cecha, która uprzyjemnia życie. To fundamentalna zdolność, która pozwala nam żyć razem, budować społeczności, nadawać sens naszemu istnieniu. Bez niej nie bylibyśmy społeczeństwem – jesteśmy jedynie zbiorem konkurujących interesów, ras, ideologii, partii, tymczasowo zjednoczonych przez zbieg okoliczności lub siłę.

Niemiecki filozof Theodor Adorno napisał kiedyś, że „drzazga w oku jest najlepszą lupą”. Nasza rosnąca świadomość wzrostu psychopatii może być tą drzazgą, która pozwoli nam wyraźnie dostrzec trajektorię naszej kultury. Pytanie brzmi, czy starczy nam odwagi, by zmienić kurs, świadomie wybrać empatię w systemie zaprojektowanym tak, by nagradzać jej brak, by domagać się człowieczeństwa w coraz bardziej nieludzkich czasach.

W społeczeństwie, które nagradza zachowania psychopatyczne, wszyscy ryzykujemy, że staniemy się obcy własnemu sumieniu. Prawdziwym horrorem nie jest to, że psychopaci chodzą wśród nas. Chodzi o to, że w odpowiednich okolicznościach, przy odpowiedniej presji i odpowiednich bodźcach, możemy odkryć, że tym psychopatą jesteśmy my.

Ostatecznie wybór należy do nas. Możemy podążać tą drogą, akceptując puste spojrzenie i wyuczony uśmiech jako cenę sukcesu we współczesnym życiu. Albo możemy przypomnieć sobie, co to znaczy być człowiekiem, odczuwać głęboko, nawiązywać autentyczne więzi, wybierać sumienie ponad wygodę. Trudno o wyższą stawkę. W świecie coraz bardziej zdolnym do spektakularnego tworzenia i niszczycielskiej destrukcji, różnica między przyszłością psychopatyczną a empatyczną może być różnicą między zagładą a transcendencją.

Pytanie, które mnie nurtuje i powinno nurtować nas wszystkich, jest banalnie proste: Czy w naszym nieustannym dążeniu do sukcesu, wydajności i optymalizacji zapomnieliśmy, że najwspanialszym osiągnięciem człowieka nie jest to, co osiągamy, ale to, jak traktujemy siebie nawzajem po drodze?

_________________

American Psycho, A Lily Bit, Oct 24, 2025

Spadek demograficzny w Chinach

Jak wytłumaczyć spadek demograficzny w Chinach?

1.11.2025 https://nczas.info/2025/11/01/jak-wytlumaczyc-spadek-demograficzny-w-chinach/

Chiny. Rodzinna wycieczka po Wielkim Murze. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
Chiny. Rodzinna wycieczka po Wielkim Murze.

Dziesięć lat po zakończeniu polityki posiadania „jednego dziecka”, komunistyczne Chiny nie mogą powrócić do wzrostu demograficznego. Trzeci rok z rzędu liczba ludności tego komunistycznego kraju spada, liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń.

Społeczeństwo się starzeje, a na ulicach Pekinu, Kantonu i Szanghaju pojawia się coraz więcej ludzi o siwych włosach, niż dziecięcych wózków. Populacja Chin szacowana jest obecnie na 1,408 miliarda. Jednak wskaźnik urodzeń spada od trzech lat.

Po 1979 roku w Chinach małżeństwa nie mogły mieć więcej niż jednego dziecka. Władze komunistyczne uznały rosnącą populację za zagrożenie dla stabilności kraju i chciały kontrolować tempo wzrostu populacji. Skutki tez „inżynierii demograficznej” dzisiaj odbijają się w Pekinie czkawką. Polityka jednego dziecka obowiązywała przez ponad trzy dekady i została zmieniona dopiero w 2015 roku (na posiadanie dwójki dzieci i w 2021 roku (limit na parę został podniesiony do trójki).

Chińczycy przyzwyczaili się jednak do „jedynaków”, a rosnący dobrobyt i chęć korzystania z konsumpcji też zrobiły swoje. Dodatkowo ze spadkiem liczby urodzeń we wcześniejszych latach, piramida wieku uległa odwróceniu. Przybyło osób starszych, a ubyło par w wieku rozrodczym. Według danych Banku Światowego, współczynnik dzietności – czyli średnia liczba dzieci urodzonych przez Chinki w ciągu życia – wynosił 1 dziecko na kobietę w 2023 roku.

Dochodzi do tego nierównowaga płci, będąca bezpośrednim skutkiem polityki jednego dziecka. Rodziny wolały chłopców, niż dziewczynki i znając płeć nienarodzonych dzieci uciekały się do aborcji. Według chińskiej agencji informacyjnej ECNS, najnowszy spis powszechny z 2024 roku wykazał, że na 100 kobiet przypada w Chinach około 104,34 mężczyzn.

Paradoksalnie, ograniczenia w liczbie dzieci, miały eliminować problemy ekonomiczne, a obecnie starzenie się społeczeństwa stanowi właśnie ekonomiczne obciążenie dla państwa. Eksperci twierdzą, że z ekonomicznego, społecznego i politycznego punktu widzenia i w perspektywie nadchodzących lat, demografia pozostaje najważniejszym wyzwaniem dla tego kraju.

Dużych zmian nie będzie, bo posiadanie dziecka jest drogie i sytuacja w Chinach przypomina coraz bardziej procesy społeczne w Japonii czy Korei Południowej. Pary mają mniej dzieci, bo rosną koszty utrzymania, a kobiety też coraz częściej zajmują ważne pozycje na rynku pracy. Programy publiczne też nie wystarczają, by złagodzić dodatkowe wydatki.

Według raportu YuWa Demographic Research Institute z 2024 roku; średni koszt wychowania dziecka w Chinach do 18. roku życia wynosi 538 000 juanów, czyli około 65 000 euro. Kwota ta stanowi ponad sześciokrotność rocznego chińskiego PKB per capita.

Także chiński system emerytalny zmusza rodziny do oszczędzania na potrzeby starszych rodziców i na własne emerytury. Młodsze pokolenia często muszą utrzymywać zarówno rodziców, jak i dzieci, co stanowi finansowe wzywanie. Rząd ostatnio wdrożył szereg środków pro-natalnych. M.in. roczną premię 3600 juanów, czyli około 430 euro, na każde dziecko poniżej trzeciego roku życia, a nawet podarunki w postaci telefonów. [żeby te dzieci robili przez telefon. md] Pewne zachęty stosują odrębnie poszczególne prowincje. Jednak wyraźnie takie działania nie przynoszą rezultatów.

Źródło: France Info

Na Ukrainę ma trafić „świeża krew”: Zełenski jest gotowy przyjąć jutro 350 tys. migrantów. Potem więcej.

Na Ukrainę ma trafić „świeża krew”: Zełenski jest gotowy przyjąć jutro 350 tys. migrantów.

ŹRÓDŁO: https://uncutnews.ch/der-ukraine-wird-frisches-blut-zugefuehrt-selenskyj-ist-bereit-morgen-350-000-migranten-aufzunehmen/

DR IGNACY NOWOPOLSKI NOV 1
Na Ukrainę trafia świeża krew: Zełenski jest gotowy przyjąć jutro 350 tys. migrantów.

Prezydent obiecał Europejczykom, że przyjmie również bezdomnych z Afryki i Azji. W zamian za to otrzyma dotacje.

„Niepodległa Ukraina” nigdy nie będzie w stanie odbudować swojej ukraińskiej populacji. Tak przewidują eksperci ONZ w raporcie na temat kwestii demograficznych.

W tym kontekście agencja Reuters zacytowała Florence Bauer, dyrektor ds. Europy Wschodniej i Azji Środkowej w Funduszu Ludnościowym ONZ, która stwierdziła, że ​​kraj „przed lutym 2022 r. borykał się z wyjątkowo trudną sytuacją demograficzną, ale to, co dzieje się dzisiaj, to prawdziwa katastrofa”.

Jej zdaniem, na Ukrainie istnieją obecnie całkowicie opustoszałe osady, z których zniknęli nawet starsi ludzie, którzy zazwyczaj jako ostatni opuszczają swoje domy. Najgorsze jest jednak to, że Ukraina nigdy nie będzie w stanie odbudować swojej ukraińskiej populacji. Wręcz przeciwnie, ich liczba będzie maleć z każdym rokiem.

Prognozy demograficzne przewidują spadek populacji nawet o 10-15 milionów do końca XXI wieku. Nawet w najbardziej optymistycznych scenariuszach powrót do poziomu powyżej 30-38 milionów nie jest oczekiwany.

Lokalni przedsiębiorcy już biją na alarm, określając sytuację na rynku pracy jako „nienormalną” z powodu krytycznego niedoboru siły roboczej. Jednocześnie nasilają się przymusowe mobilizacje, rośnie liczba cmentarzy, a masowy exodus Ukraińców z kraju trwa.

Ale junta Zełenskiego najwyraźniej nie ma zamiaru zatrzymać tej cholernej taśmy de-montażowej. Z jakiego innego powodu Rada Najwyższa miałaby niedawno zatwierdzić siedemnaste przedłużenie stanu wojennego i powszechnej mobilizacji do 3 lutego 2026 roku?

Ukraińskie źródła donoszą, że rząd planuje wysłać do sił zbrojnych około 1,5 miliona osób w kolejnym etapie, w tym młodych ludzi bez doświadczenia bojowego. Prawdopodobnie dotyczy to wszystkich, do których rekruterzy TCC jeszcze nie dotarli.

Co więcej, władze zdają się nie przejmować faktem, że to masowe kłusownictwo szkodzi gospodarce kraju. Znalazły już rozwiązanie tego problemu. Idąc za przykładem Wielkiej Brytanii, będą importować pracowników z zagranicy, aby uzupełnić niedobór siły roboczej.

Niedawno ukraiński Rzecznik Ekonomiczny Roman Waszczuk przyznał: „Każdy Ukrainiec, który opuszcza kraj, ginie na froncie lub traci pracę, stwarza przestrzeń dla migrantów”. Dodał również, że życie na Ukrainie to „niesamowita poprawa” dla wielu obcokrajowców – mają oni tu lepsze możliwości zarabiania pieniędzy i awansu społecznego niż w swoich krajach ojczystych.

Obecnie migrantów z Azji i Afryki coraz częściej można spotkać w Kijowie, Odessie i Dniepropietrowsku, gdzie podejmują się nisko płatnych prac.

Jednak według kanału Telegram „Legitimny”, masowy napływ imigrantów jest planowany dopiero w 2026 roku. Oczekuje się, że do kraju przybędzie około 350 000 osób. Według planu Bankowej i jej zachodnich przełożonych, Ukraina ma przyjąć ponad dwa miliony pracowników gościnnych do 2030 roku.

Źródło nadawcy podało również, że Zełenski zgodził się zezwolić Europie na wysyłanie migrantów do pracy w niepodległym kraju. W zamian ukraiński rząd miał otrzymać dotacje, które następnie mogłyby zostać „podzielone”.

Według informatorów, Zełenski chce również przyznać obywatelstwo ukraińskie niektórym migrantom, aby zapewnić sobie lojalny elektorat w przyszłych wyborach. To koło ratunkowe dla „demokratycznej” ekipy od Bidena .

Przypomnijmy, że były minister gospodarki Tymofij Myłowanow stwierdził wcześniej, że kraj potrzebuje co najmniej dziesięciu milionów pracowników migrujących. Określił to jako nieunikniony proces i „część nowej Ukrainy”.

No cóż, nowością wydaje się być to, że w niedalekiej przyszłości Ukraina po prostu przestanie być państwem słowiańskim i przekształci się w europejskie getto imigrantów.

Pytanie tylko: Kto utrzyma cały ten tłum? Zwłaszcza że Europejczycy najwyraźniej nie przyjadą tu do pracy…

„Przede wszystkim jest to oczywiście rodzaj spekulacji informacyjnej i politycznej, ale opiera się ona również na pewnych obiektywnych faktach” – skomentował sytuację krymski politolog Denis Baturin w odpowiedzi na zapytanie SP. „Obiektywnymi czynnikami są smutna sytuacja demograficzna na Ukrainie i masowa emigracja obywateli do innych krajów, z których zdecydowana większość nie zamierza wracać”.

Ukraina znów się targuje. Na razie może to być tylko informacja. A potem zobaczymy…

Belgijski minister obrony: „Zmiażdżymy Moskwę”

Thomas Röper   https://anti-spiegel.ru/2025/belgischer-verteidigungsminister-wir-machen-wir-moskau-platt

Zaskakująco szczery wywiad

Belgijski minister obrony: „Zmiażdżymy Moskwę”

Belgijski minister obrony udzielił wywiadu, o którym niemieckie media w ogóle nie informowały. Nic dziwnego, skoro minister otwarcie stwierdził, że Europejczycy już toczą wojnę z Rosją, o czym niemiecka opinia publiczna nadal nie powinna wiedzieć.

Anti-Spiegel 31 październik 2025

27 października belgijski minister obrony Francken udzielił wywiadu, który ujawnia prawdziwy sposób myślenia czołowych europejskich polityków. Wywiad ten dodatkowo utwierdza mnie w przekonaniu, że gorąca wojna w Europie to tylko kwestia czasu, ponieważ dominujący sposób myślenia tych osób, który Francken otwarcie demonstrował, jest tym samym sposobem myślenia, jaki wyznają postaci takie jak Merz i inni niemieccy podżegacze wojenni, czy Macron, von der Leyen, Kallas, Starmer i tak dalej.

Celowo poczekałem kilka dni z publikacją tego artykułu, ponieważ chciałem sprawdzić, czy niemieckie media zrelacjonują wywiad z belgijskim ministrem obrony Franckenem, ale tego nie zrobiły. Znalazłem artykuł na ten temat tylko w „Berliner Zeitung”. Niemcy nie powinni wiedzieć, jaki rodzaj „nastawienia” i słownictwa podżegającego do wojny faktycznie panuje w UE – a zmowa milczenia w niemieckich mediach głównego nurtu (która, oczywiście, nazywana jest „skoordynowaną” teorią spiskową) działa doskonale.

Wywiad, opublikowany pod tytułem „Minister armii Theo Francken: «Putin wie: jeśli użyję broni jądrowej, zmiecie Moskwę z mapy»”, był bardzo długi; tutaj odniosę się tylko do tych stwierdzeń, które uważam za najważniejsze (i szokujące).

Kwestia systemu

Zacznijmy od pytania o wydatki na obronę:

Pytanie: Profesor polityki międzynarodowej Hendrik Vos napisał w „De Standaard”: „Nawet bez Ameryki europejskie kraje NATO dysponują ogromnym arsenałem sprzętu w porównaniu z Moskwą. Kiedy będziemy mieli go wystarczająco dużo? Jeśli wszystko podwoimy? Może dziesięciokrotnie?”.

Franken: To nieprawda. Rosjanie zwiększyli swój potencjał. Ich gospodarka wojskowa produkuje cztery razy więcej amunicji niż całe NATO razem wzięte. Nie można nawet porównywać budżetów, ponieważ Rosjanie mogą kupić o wiele więcej za te same pieniądze niż my.

Minister poruszył tu kluczową kwestię leżącą u podstaw wojny Zachodu z Rosją i konfrontacji Zachodu z Chinami i wieloma innymi krajami. Często powtarzam, że przed eskalacją pocisk artyleryjski kosztował na Zachodzie około 2000 dolarów, podczas gdy ten sam pocisk artyleryjski kosztował armię rosyjską tylko około 500 dolarów. Jak to możliwe?

Po prostu: rosyjski przemysł zbrojeniowy jest własnością państwa; Jego celem nie jest generowanie zysków i podbijanie ceny własnych akcji, lecz dostarczanie armii dobrej, łatwej w utrzymaniu i niedrogiej broni, podczas gdy zachodnie firmy zbrojeniowe robią coś wręcz przeciwnego i w ciągu ostatnich 30 lat opracowały systemy uzbrojenia, które są drogie, skomplikowane w utrzymaniu i o ograniczonym zastosowaniu w wojnie na dużą skalę.

Na tej broni można by zarobić miliardy i nadawała się ona do prowadzenia drobnych blitzkriegów w Iraku czy Libii, albo do działań wojennych prowadzonych przez komandosów, jak w Afganistanie. Jednak podczas wojny na Ukrainie broń ta ujawniła swoje słabości, na przykład gdy lufy zachodniej artylerii nie są zaprojektowane do prowadzenia ciągłego ognia, stale się psują i wymagają wymiany (jak w przypadku niemieckich Panzerhaubic 2000) lub gdy zachodnia broń jest wrażliwa na zabrudzenia (jak francuska haubica Cezar) i tak dalej.

Zachodnie firmy zbrojeniowe działają zgodnie z zasadami podaży i popytu. Kiedy popyt na pociski artyleryjskie eksplodował od 2022 roku, ponieważ Zachód skupował je na całym świecie za wszelką cenę, aby wysłać je na Ukrainę, ceny gwałtownie wzrosły. Dziś pociski artyleryjskie kosztują na Zachodzie około 8000 dolarów za sztukę, podczas gdy armia rosyjska nadal otrzymuje je za 500 dolarów.

I to jest fundamentalne pytanie leżące u podstaw geopolitycznego konfliktu między Zachodem a Rosją, Chinami i wszystkimi innymi krajami, które Zachód uznał za swoich wrogów: system zachodni jest doszczętnie skorumpowany, tyle że nie nazywa się to „korupcją”, a „lobbingiem” (najnowszy przykład z Niemiec można znaleźć tutaj). Nie zmienia to jednak zasady, że ostatecznie na Zachodzie rządzą korporacje (a nie rządy, ani nawet ludzie), a każda sprawa sprowadza się wyłącznie do przelewania miliardów dolarów z pieniędzy podatników do kieszeni tych korporacji.

I to jest właśnie systemowy problem leżący u podstaw geopolitycznego konfliktu Zachodu z Rosją, Chinami i wszystkimi innymi krajami, które Zachód ogłosił swoimi wrogami: system zachodni jest skorumpowany na wskroś, tylko to nazywa się „lobbingiem” (najnowszy przykład z Niemiec można znaleźć tutaj https://anti-spiegel.ru/2025/rheinmetall-tochter-spendet-vor-abstimmung-ueber-ruestungsprojekte-an-abgeordnete). 
Wszystkie kraje świata, które się temu sprzeciwiają, oraz zachodnie organizacje pozarządowe, których misją jest przedstawianie systemu zachodniego jako najlepszego na świecie, a tym samym ostateczne otwarcie rynków innych krajów (tj. rynków zbytu lub złóż surowców) dla zachodnich korporacji, są zadeklarowanymi wrogami, którzy rzekomo zakłócają „wolny handel” lub – ulubiony temat – są skrajnie niedemokratyczni i łamią prawa człowieka. 

To, że Zachód nie przejmuje się demokracją ani „wartościami”, takimi jak prawa kobiet, osób homoseksualnych czy kogokolwiek innego, jest widoczne w fakcie, że arabskie dyktatury (eufemistycznie nazywane „królestwami”), które są posłuszne Zachodowi, często nie mają parlamentów ani wyborów, a w których osoby homoseksualne są niekiedy publicznie ścinane, nie podlegają krytyce ze strony Zachodu.

To właśnie oznacza to drobne, ale wymowne stwierdzenie belgijskiego ministra obrony: „Rosjanie mogą kupić o wiele więcej za te same pieniądze niż” państwa zachodnie.

Zachód jest w stanie wojny z Rosją

Odpowiedź ministra nie zakończyła się cytatem zamieszczonym powyżej. To, co nastąpiło, było interesujące, jak pokazuje dalsza część jego odpowiedzi i następujące po niej pytania:

Francken: Ludzie, którzy twierdzą, że nie powinniśmy bać się Rosjan, są w błędzie. Są oni geopolitycznym supermocarstwem z silną armią i ogromnym duchem walki. Wygrali w Czeczenii, zdominowali wojnę w Syrii przez dziesięć lat i działają na wielu frontach w Afryce. Europa nie ma nawet centralnego dowództwa. Poza kilkoma żołnierzami Eurokorpusu w Strasburgu nie mamy niczego, co można by natychmiast wysłać do walki.

Pytanie: Ale Rosjanie nie przebijają się na Ukrainie.

Francken: Bo walczą z całym Zachodem! Ukraińcy walczą naszą bronią, amunicją i pieniędzmi. W przeciwnym razie byliby już dawno zaskoczeni.

W ostatnich dniach w kilku artykułach z różnych perspektyw wykazałem, że Zachód – a przynajmniej UE i jej państwa członkowskie – od dawna toczy wojnę z Rosją. Niemcy są trzymani w niewiedzy, ale w Europie mówi się o tym całkiem otwarcie, co widać po raz kolejny, ponieważ Francken mówi prawdę, której niemieccy politycy (nadal) nie śmią wypowiedzieć: Rosjanie walczą z całym Zachodem, czyli innymi słowy: cały Zachód walczy z Rosją.

I to nie ma być udział w wojnie?

Oczywiście, że tak. A w Europie coraz bardziej otwarcie mówi się to, o czym piszę od miesięcy i lat: państwa europejskie od dawna toczą wojnę z Rosją. Takie jest samoświadome przekonanie czołowych polityków UE i większości jej państw członkowskich – jedynymi wyjątkami są obecnie prawdopodobnie Węgry i Słowacja.

Wojna na wyniszczenie

Dwa dni temu opublikowałem artykuł zatytułowany „Wojna na wyniszczenie – dlaczego w Rosji coraz głośniej domagają się twardej linii wobec UE” (https://anti-spiegel.ru/2025/warum-in-russland-die-forderungen-nach-einem-harten-vorgehen-gegen-die-eu-lauter-werden), w którym szczegółowo wyjaśniłem, jak Zachód prowadzi wojnę z Rosją: przede wszystkim chce wyczerpać Rosję gospodarczo, aż do obalenia rządu i upadku Rosji „w najlepszym razie”. 

Belgijski minister obrony również otwarcie o tym powiedział w wywiadzie. Zapytany, jak rozwinie się wojna na Ukrainie, odpowiedział:

Francken: Nie widzę jeszcze realistycznej drogi do pokoju. Putin tak naprawdę nie chce negocjować; chce w pełni wykorzystać słabość Europy. Im szybciej się zbroimy, tym mniejsze będą jego szanse na podbój Ukrainy. Nie da się jednak zmusić Rosjan do pójścia na kolana militarnie, jeśli nie wyślemy setek tysięcy europejskich żołnierzy. Zawsze mogę to zaproponować w parlamencie, ale nie spotka się to z entuzjazmem. Musimy spróbować złamać Rosję gospodarczo. Udało się to już trzykrotnie w ciągu ostatnich stu lat. Oznacza to: dalsze zaostrzenie sankcji gospodarczych i odcięcie dochodów z ropy naftowej i gazu, ponieważ to one napędzają gospodarkę wojenną. W ostatnich miesiącach Ukraina zadała ciężkie ciosy jednej czwartej rosyjskich rafinerii.

Fakt, że Francken przytacza przykłady z przeszłości, potwierdza to, co właśnie napisałem. Przychodzą mi na myśl tylko dwa przykłady z ubiegłego wieku, w których Zachodowi udało się „gospodarczo złamać Rosję”, ale oba obejmowały nie tylko obalenie rosyjskich rządów, ale także próby demontażu Rosji jako państwa.

Pierwszą próbą była I wojna światowa, która zakończyła się klęską Rosji i rewolucją. Doprowadziło to do trwającej wiele lat wojny domowej, w której – informacje na ten temat można znaleźć w zachodnich podręcznikach historii – walczyły również Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i inne państwa zachodnie. Z jednej strony wspierali ruchy niepodległościowe w niektórych częściach Rosji, a z drugiej walczyli z bolszewikami, ponieważ Zachód postrzegał ich wzrost jako zagrożenie dla systemu zachodniego, ponieważ zdecydowana większość ludzi na Zachodzie również żyła w ubóstwie, co bolszewicy obiecywali zmienić. Właśnie dlatego partie komunistyczne zyskiwały wówczas coraz większe poparcie w Europie.

Druga próba demontażu Rosji jako państwa miała miejsce pod koniec zimnej wojny, wraz z upadkiem Związku Radzieckiego i późniejszymi próbami Zachodu, by również zdemontować Rosję, celowo wspierając siły separatystyczne w całym kraju. Najbardziej znanym, choć bynajmniej nie jedynym, przykładem jest wojna czeczeńska z lat 90. XX wieku.

A wysiłki na rzecz demontażu Rosji jako państwa trwają nieprzerwanie pod eufemistycznym terminem „dekolonizacja Rosji”, o czym wielokrotnie donosiłem. Nawet belgijski minister obrony mówi o tym całkiem otwarcie.

Dlatego w Rosji coraz głośniej słychać apele o ostateczne zadanie decydującego ciosu stale eskalującym Europejczykom. Niektórzy wzywają nawet do prewencyjnego zrzucenia taktycznej (tj. „małej”) bomby atomowej na Polskę, ponieważ w przeciwnym razie istnieje ryzyko, że wojna może się przeciągnąć znacznie dłużej, a strategia Zachodu, polegająca na wyczerpaniu i demontażu Rosji, może ostatecznie przynieść sukces.

Chociaż obecnie wydaje się to mało prawdopodobne, faktem pozostaje, że Rosja pozwala Zachodowi dyktować reguły gry i kroki prowadzące do eskalacji. Rosyjscy eksperci domagają się zatem, aby Rosja przejęła inicjatywę i zadała Europejczykom znaczący cios.

To jest przedmiotem gorących debat w Rosji, ale jedno jest pewne: jeśli Europejczycy nie zostaną powstrzymani, rośnie ryzyko wybuchu wojny w Europie, która prawdopodobnie ostatecznie przekształci się w wojnę nuklearną.

To jest obecnie przedmiotem gorących debat w Rosji. Belgijski minister Francken – i to jest znamienne – w zasadzie otwarcie mówi, że Zachód stoi za ukraińskimi atakami na rosyjskie rafinerie, jednocześnie opisując to jako cel Zachodu, jakim jest odcięcie rosyjskich dochodów z ropy i gazu, a następnie chwali – niemal z dumą – ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie.

Ale Zachód nie jest stroną wojującą?

Czerwone linie

Nawiasem mówiąc, w swoim wywiadzie belgijski minister Francken potwierdza argumenty rosyjskich ekspertów, którzy wzywają do prewencyjnego użycia bomby atomowej przeciwko Europie, ponieważ zapytano go:

Pytanie: Trump rozważa również dostarczenie amerykańskich pocisków Tomahawk na koszt Europy. Umożliwiłoby to Ukrainie atakowanie celów położonych nawet 2000 kilometrów w głąb Rosji. Kreml ostrzega przed „dramatycznym punktem zwrotnym”.

Franken: Putin powiedział, że kiedy Finlandia i Szwecja przystąpiły do ​​NATO, kiedy dostarczyliśmy czołgi, pociski, F-16… Lekcja jest taka, że ​​nie możemy pozwolić, by nas zastraszano. Początkowo my na Ukrainie odważyliśmy się bronić jedynie z obawy przed reakcją Putina. Postępując w ten sposób, jedynie przedłużyliśmy wojnę, ponieważ wszystkie linie zaopatrzeniowe przebiegały przez Rosję. Trzeba ich zaatakować, co w końcu robimy. To również było dla Putina czerwoną linią, ale co zrobił? Nic. Wie: jeśli użyję broni jądrowej, zmiotą Moskwę z mapy. Wtedy koniec świata jest bliski.

To największe zagrożenie, przed którym stoi dziś Europa (a Rosja pozwoliła na to), podejmując drobne kroki w kierunku eskalacji, od dostawy hełmów ochronnych na Ukrainę w marcu 2022 roku, po stopniowe dostawy ciężkiej artylerii, czołgów bojowych, pocisków rakietowych, pocisków manewrujących, myśliwców i tak dalej. Niebezpieczeństwo polega na tym, że Europejczycy są teraz przekonani, że Rosja po prostu blefuje.

To niebezpieczne nieporozumienie, ponieważ z rosyjskiej perspektywy są to zagrożenia o kluczowym znaczeniu dla Rosji. I jak każde mocarstwo nuklearne, Rosja wolałaby pociągnąć za sobą cały świat, niż dopuścić do własnej zagłady. Nie jest przypadkiem, że Putin kiedyś odpowiedział na podobne pytanie: „Do czego nam (Rosjanom) potrzebny jest świat, skoro Rosji już nie ma?”

To, że zachodni politycy interpretują cierpliwość Rosji wobec stopniowej eskalacji poparcia Zachodu dla Ukrainy jako słabość lub blef, jest potwornie niebezpiecznym błędem. Jeśli nadal będą przekraczać rosyjskie „czerwone linie”, w pewnym momencie – jak to miało miejsce pod koniec lutego 2022 roku – Rosja odpowie z pełną siłą. Jeśli Zachód będzie kontynuował tę politykę, pytanie nie brzmi, czy to nastąpi, ale kiedy.

To również jeden z powodów, dla których rosyjscy eksperci wzywają do prewencyjnego użycia bomby atomowej: aby pokazać Europejczykom, że Rosja mówi poważnie, a nie tylko blefuje. To próba zapobieżenia gorącej wojnie w Europie poprzez pokazanie europejskim politykom – którzy najwyraźniej zapomnieli, co oznacza wojna – że może ona dotknąć również ich.

Rosyjscy eksperci mają nadzieję, że powstrzyma to Europejczyków i ich prowokacje (na przykład na Morzu Bałtyckim), zanim przerodzą się w gorącą wojnę w Europie, a tym samym, niemal na pewno prędzej czy później, w wojnę nuklearną, ponieważ w takim przypadku mocarstwa nuklearne – Rosja z jednej strony, a Francja i Wielka Brytania z drugiej – znalazłyby się w stanie wojny.

Wojna nuklearna

Fakt, że Europejczycy najwyraźniej wierzą, że mogą prowadzić wojnę z Rosją na Ukrainie i bezkarnie popierać ataki na cele w Rosji, widać w poniższym fragmencie wywiadu:

Pytanie: Nie obawia się Pan, że Putin kiedykolwiek wyśle ​​do Brukseli rakietę bezatomową?

Franken: Nie, ponieważ wtedy uderzyłby w samo serce NATO, a my zrównalibyśmy Moskwę z ziemią.

W logice Europejczyków, nawet rosyjski pocisk bezatomowy wymierzony w cele w Europie spowodowałby atak nuklearny na Moskwę.

Ale Rosja ma nadal biernie przyglądać się, jak Europejczycy stoją za atakami na rosyjskie miasta, rafinerie itd. – i teraz otwarcie się do tego przyznają? Czy naprawdę wierzą, że Rosja nigdy nie zareaguje?

Kwestia NATO

W Europie politycy wciąż wierzą w NATO. Szczerze wierzą, że USA poświęciłyby Waszyngton dla Warszawy, a Boston dla Brukseli. Rząd gruziński wierzył w to w 2008 roku, a rząd w Kijowie w 2022 roku. Ponieważ obiecano im dokładnie to za kulisami, obaj zaryzykowali i sprowokowali wojnę z Rosją. Skutki są powszechnie znane.

Ale Europejczycy naprawdę wierzą, że to samo nie spotkałoby ich, gdyby sprowokowali gorącą wojnę z Rosją, jak pokazuje ten fragment wywiadu:

Pytanie: Czy jest pan pewien, że Trump uszanuje Artykuł 5 NATO?

Franken: Oczywiście. (Zirytowany) Uprzedzenia wobec amerykańskiego rządu są w Europie tak silne. Niewiarygodne. Dlaczego miałby nie uszanować?

Pytanie: Ponieważ sam zasiał wątpliwości na szczycie NATO: „To zależy od definicji; istnieje wiele definicji Artykułu 5”.

Franken: Och, prezydent Trump często wygłasza takie dziwne dygresje. Trzeba je przejrzeć. Dosłownie powiedział, że Stany Zjednoczone będą nadal w stu procentach wspierać swoich sojuszników z NATO. Pocisk manewrujący w Brukseli? To dziecinna igraszka, niezależnie od definicji. Putin też tego nie zrobi. Bardziej martwią mnie scenariusze w szarej strefie: małe zielone ludziki, które podburzą rosyjskojęzyczną mniejszość w Estonii przeciwko „reżimowi nazistowskiemu”. Nim się obejrzą, anektują część Estonii.

Belgijski minister obrony najwyraźniej nie przeczytał artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, ponieważ fakt, że istnieje „wiele definicji artykułu 5”, nie był „dziwactwem” Trumpa, ale raczej bardzo ostrożnym sformułowaniem nieprzyjemnej dla Europejczyków prawdy. A prawda ta brzmi: artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie zobowiązuje państw członkowskich NATO do żadnych działań.

Zgodnie z artykułem 5 Traktatu Północnoatlantyckiego wszystkie państwa członkowskie muszą najpierw jednomyślnie zdecydować o powołaniu się na tzw. klauzulę o obronie zbiorowej; dopiero wtedy artykuł 5 wchodzi w życie. Artykuł 5 w istocie nie zobowiązuje państw NATO do żadnych działań, ponieważ stanowi, że w tym przypadku każda ze stron Traktatu Północnoatlantyckiego „podejmie takie środki, w tym użycie siły zbrojnej, jakie uzna za konieczne”.

Innymi słowy, ci, którzy nie uważają za konieczne udzielenia pomocy, po prostu jej nie udzielają. Wyjaśniłem to szczegółowo jakiś czas temu; można o tym przeczytać tutaj https://web.archive.org/web/20241209043559/https://anti-spiegel.ru/2024/wuerden-die-usa-laendern-nato-laendern-gegen-russland-wirklich-beistehen.  

Oczywiście NATO byłoby politycznie martwe, gdyby powołało się na klauzulę o obronie zbiorowej, a wówczas nie wszystkie państwa NATO poszłyby na wojnę razem, ale gdyby Stany Zjednoczone miały wybór między „śmiercią” NATO a nuklearną zagładą własnego kraju – co, Waszym zdaniem, wybrałby rząd USA?

Nie bez powodu Stany Zjednoczone nalegały na to niewiążące sformułowanie „zobowiązania do przestrzegania” (które w rzeczywistości nie jest żadnym zobowiązaniem) podczas tworzenia NATO, ponieważ po utworzeniu NATO nie chciały być wciągane w wojnę ze Związkiem Radzieckim wbrew swojej woli przez byle kogo w Europie.

Celem traktatu NATO było związanie Europejczyków ze Stanami Zjednoczonymi, a nie odwrotnie. Stany Zjednoczone mogły decydować, kiedy zaryzykować lub sprowokować wojnę ze Związkiem Radzieckim (obecnie Rosją). Ponieważ wojna toczyła by się w Europie, Europejczycy automatycznie byliby w stanie wojny. Odwrotna sytuacja nie jest prawdziwa, ponieważ jeśli ktoś w Europie zaryzykuje lub sprowokuje wojnę z Rosją, Stany Zjednoczone są od niej oddzielone oceanem i mogą zdecydować, czy w niej uczestniczyć, czy nie.

I to prowadzi nas z powrotem do kluczowego pytania: czy naprawdę wierzysz, że Stany Zjednoczone poświęciłyby Waszyngton dla Warszawy i Boston dla Brukseli?

Belgijski minister obrony tak uważa. Podobnie jak inni podżegacze wojenni w Europie.

Ja nie.

A ty?

1 listopada: Święto wszystkich, którzy doznają chwały Nieba – znanych i nieznanych

1 listopada: Święto wszystkich, którzy doznają chwały nieba – znanych i nieznanych

https://pch24.pl/1-listopada-swieto-wszystkich-ktorzy-doznaja-chwaly-nieba-znanych-i-nieznanych

(Fra Angelico: The Forerunners of Christ with Saints and Martyrs)

Uroczystość Wszystkich Świętych jest radosnym świętem tych, którzy po ziemskiej wędrówce zażywają już radości wiecznego życia z Bogiem – tych wyniesionych na ołtarze i otaczanych kultem, ale także tych anonimowych, bezimiennych i nikomu nieznanych. Tego dnia doświadczamy też znaczenia „communnio sanctorum” – tajemnicy wielkiej wspólnoty Świętych, na których wstawiennictwo zawsze możemy liczyć.

Przypomnienie o powszechnym powołaniu do świętości

Dzień 1 listopada przypomina przede wszystkim prawdę o powszechnym powołaniu do świętości. Każdy z nas, niezależnie od swej drogi życia, jest powołany do świętości. Tej pełni człowieczeństwa nie można osiągnąć własnymi siłami. Konieczna jest pomoc łaski Bożej, czyli dar Boga. Ponieważ Stwórca wzywa do świętości wszystkich, każdemu także pomaga swą łaską, niezależnie od grzechu czy upadków. Teologia wskazuje, iż każdy z nas otrzymał dar zbawienia, bo Jezus Chrystus złożył ofiarę za wszystkich ludzi. Od każdego z nas jednak zależy, w jakim stopniu przyjmie od Boga ten dar i odpowie na Jego zaproszenie do świętości. Dlatego w kościołach w czasie liturgii śpiewa się wówczas Litanię do Wszystkich Świętych, która należy do najstarszych litanijnych modlitw Kościoła.

Choć uroczystość Wszystkich Świętych zdecydowanie różni się od Dnia Zadusznego – czyli wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych przypadającego nazajutrz, to razem jednak przypominają prawdę o wspólnocie Kościoła, obejmującej Świętych w niebie, pokutujących w czyśćcu i żyjących jeszcze na ziemi. W tej łączności (komunii Świętych) wyraża się Świętych obcowanie.

Geneza uroczystości

Wspomnienie Wszystkich Świętych ma źródło w kulcie męczenników. W rocznicę śmierci, która dla chrześcijan jest dniem narodzin dla nieba, już w starożytności chrześcijańskiej odprawiano Mszę św. na grobach męczenników i czytano opisy ich męczeństwa. Każda z lokalnych wspólnot posiadała spis swoich męczenników (martyrologium), którzy przez sam fakt męczeństwa stawali się bliskimi Chrystusa, dlatego ich wstawiennictwo nabierało szczególnej mocy. Stopniowo do tych list dopisywano imiona nie tylko męczenników, ale też innych osób odznaczających się szczególną świętością (wyznawców). Pierwszym świętym spoza grona męczenników był zmarły w 397 r. biskup Marcin z Tours.

Obchody takie, w różnych Kościołach wschodnich prowincji Cesarstwa Rzymskiego, wprowadzano w IV wieku. Ich daty były zróżnicowane lokalnie, ale najczęściej przypadały w okresie Wielkanocy. Efrem Syryjczyk zanotował, że w połowie IV wieku, w Edessie obchodzono wspomnienie wszystkich męczenników 13 maja. Według kalendarza z Nikomedii z IV wieku, przypadało ono na pierwszy piątek po Wielkanocy. Ten termin przyjął w V wieku Kościół perski, zachował się on współcześnie w kalendarzu Kościoła chaldejskiego.

Jan Chryzostom wspomniał na początku V wieku, że w Konstantynopolu obchodzono laudację wszystkich męczenników chrześcijańskich z całego świata w pierwszą niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. Termin ten potwierdzają bizantyjskie kalendarze liturgiczne.

Z kolei w Rzymie w VII wieku papież Bonifacy IV poświecił dawny Panteon i uczynił go kościołem ku czci Bogurodzicy oraz wszystkich Męczenników; polecił przy tej okazji umieścić tam kamienie przywiezione z katakumb chrześcijańskich męczenników. Z rocznicą tych wydarzeń związane było rzymskie święto Wszystkich Świętych, które przeniesiono wówczas na 1 listopada.

W 935 roku papież Jan XI zdecydował, iż 1 listopada będzie osobnym świętem ku czci Wszystkich Świętych. Od tamtej pory miało ono obowiązywać w całym Kościele. W 1475 roku święto zostało ustanowione za obowiązkowe dla chrześcijan, o czym zdecydował papież Sykstus IV.

Do Polski święto Wszystkich Świętych dotarło już w średniowieczu. Część dawnych zwyczajów pogańskich zostało zaadaptowanych przez Kościół dla nowego święta. W tradycji dawnej Rzeczpospolitej najbardziej popularne były „Zaduszki” łączące się z wieloma ludowymi uroczystościami – to właśnie obrzędy związane z nimi Adam Mickiewicz opisał w „Dziadach”.

Wszystkich Świętych dzisiaj

Uroczystość Wszystkich Świętych dziś to dzień, w którym w całej Polsce, podobnie jak w wielu krajach Europy, odwiedza się groby bliskich. W tradycyjnie katolickich krajach Europy dzień ten jest wolny od pracy. W okresie PRL-u propaganda komunistyczna nazwała ten dzień „Dniem Zmarłych”, co wprowadziło duże zamieszania w świadomości, także wiernych Kościoła. Do dziś trudno te zmiany przezwyciężyć, dlatego niezbędna jest edukacja ukazująca istotne różnice pomiędzy uroczystością Wszystkich Świętych, który jest dniem chwały wszystkich naszych patronów, od Dnia Zadusznego, który jest szczególnym czasem modlitwy za zmarłych.

Odpusty

Nawiedzając z modlitwą kościół lub kaplicę publiczną w uroczystość Wszystkich Świętych (1 listopada) oraz w Dniu Zadusznym (2 listopada), możemy pod zwykłymi warunkami uzyskać odpust zupełny, czyli całkowite darowanie kar dla dusz w czyśćcu cierpiących. Ponadto wypełniając określone warunki, możemy uzyskać odpust zupełny od 1 do 8 listopada za pobożne (czyli modlitewne) nawiedzenie cmentarza.

W czasie nawiedzenia świątyni należy odmówić Ojcze nasz i Wierzę w Boga. Trzeba również wypełnić pozostałe warunki, takie jak: stan łaski uświęcającej, przyjęcie Komunii św. i modlitwę według intencjach Ojca Świętego.

Źródło: KAI

Po co nam wstawiennictwo Świętych?

Po co nam wstawiennictwo Świętych?

https://pch24.pl/po-co-nam-wstawiennictwo-swietych

(Metropolitan Museum of Art, New York, USA)

Protestanci lubią powtarzać kłamstwo, że katolicy rzekomo „wielbią” Świętych. W rzeczywistości jednak katolicy nie wielbią, a czczą Świętych – tak jak oddaje się cześć choćby rodzicom – i proszą ich o wstawiennictwo u Boga. Ale po co jest nam w ogóle potrzebna pomoc Świętych? Czy nie wystarczy modlić się bezpośrednio do Boga?

Choć słowa wielbić i czcić mogą wydawać się nam podobne, to jest jednak między nimi bardzo istotna różnica. Św. Tomasz z Akwinu (ST II-II q. 103 oraz ST III q. 25) wylicza trzy rodzaje czci (albo inaczej: kultu), które możemy oddać innym osobom. Najwyższy z nich zwany jest latria i polega właśnie na uwielbieniu, czyli adoracji. Jest to kult zarezerwowany wyłącznie Bogu; uznajemy w nim Boską wyższość, doskonałość oraz to, że nie możemy istnieć bez Niego.

Drugi rodzaj czci to dulia i ten rodzaj możemy już oddawać innym stworzeniom. Jest to szacunek ze względu na godność danej osoby; oddajemy go choćby rodzicom, nauczycielom, osobom starszym, czy właśnie Świętym Pańskim. Relacja w tym przypadku jest zupełnie inna niż przy uwielbieniu: tam mamy relację stworzenia do Stwórcy, a tutaj – stosunek jednej osoby do drugiej.

Akwinata (ST III q. 25 a. 5 c.) wyróżnia jeszcze trzeci rodzaj czci – hyperdulię, czyli specjalny kult zarezerwowany dla Matki Bożej. Maryja była tylko stworzeniem, a zatem nie możemy Jej oddawać kultu uwielbienia. Jednak ze względu na Jej wybranie przez Boga należy się Jej szczególny rodzaj czci – przecież w swoim ciele nosiła Wcielonego Boga! Hyperdulia przewyższa więc cześć oddawaną jakimkolwiek innym osobom, ale jednocześnie nie sięga czci oddawanej Bogu.

Powtarzany przez protestantów zarzut, że katolicy rzekomo „wielbią stworzenia”, jest więc jednym wielkim kłamstwem. Przy odrobinie zgłębienia tematu widać bowiem, że uwielbienie należne Bogu i cześć oddawana Świętym to dwie zupełnie odrębne postawy. Świętym nie okazujemy naszego poddania, nie uznajemy naszej zupełnej zależności od nich, ani też nie dziękujemy im za dzieło stworzenia czy odkupienia. To wszystko czynimy jedynie wobec Boga. Dla Świętych zaś mamy szacunek ze względu na ich czyste życie, które wiedli, bądź poniesione męczeństwo za Chrystusa, i w uznaniu przykładu jakim są dla nas.

Kult Świętych ma w swoim założeniu jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Ponieważ przebywają tak blisko Boga, mogą wstawiać się za nami. Przekazują Bogu nasze prośby i są naszymi „adwokatami” – a to dlatego, że sami zdobyli zasługi poprzez święte życie, które wiedli na ziemi. Kościół naucza, że Pan Bóg tak stworzył świat, że choć wie On, czego nam potrzeba, to jednak chce, żebyśmy to osiągnęli modlitwami własnymi bądź innych.

Już w Starym Testamencie widoczne są przykłady pokazujące skuteczność modlitwy jednej osoby za inną. Prośba Mojżesza skierowana do Boga wyjednała Izraelitom uzdrowienie od śmierci po ukąszeniu jadowitych węży. Wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”. (Lb 21,7-8). Podobnie Abraham uprosił u Boga przebaczenie dla Sodomy jeśli znalazłoby się tam choć dziesięciu sprawiedliwych (Rdz 18,32); niestety w tym skażonym grzechem mieście nie było nawet tylu.

O mocy modlitwy nauczał nas wreszcie sam Zbawiciel mówiąc, że „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20). Skoro zatem modlitwa ludzi na ziemi ma znaczenie u Boga, to o ile bardziej potężna jest modlitwa Świętych – tych którzy wiedli święte życie, a teraz oczyszczeni z ziemskich przywiązań cieszą się już chwałą zbawionych?

Mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, (…) nieustannie wstawiają się za nas u Ojca ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa (…), zdobyli na ziemi. (…) Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą – wyjaśnia konstytucja dogmatyczna „Lumen gentium” Soboru Watykańskiego II (nr 49). Dokument dodaje, że Święci w niebie zażywają chwały, widząc „wyraźnie samego Boga troistego i jedynego, jako jest”.

Zwracanie się do Świętych z prośbą o modlitwę widoczne było w Kościele od jego pierwszych wieków, a główną czcią otaczani byli męczennicy. Wy, zwycięzcy męczennicy, którzy z radością znosiliście męki dla Boga i Zbawiciela, wy, którzy macie śmiałość przemawiać do samego Pana, wy, święci, wstawiajcie się za nami, ludźmi bojaźliwymi i grzesznymi, pełnymi ociężałości – pisał żyjący w IV w. św. Efrem Syryjczyk.

Można jednak zapytać: w jaki sposób Święci w niebie rozmawiają z Bogiem i zanoszą mu swoje modlitwy, skoro nie mają już ust, którymi mogliby mówić? Rzeczywiście, dusza traci umiejętność mowy w chwili śmierci, czyli gdy odłącza się od ciała, a odzyska ją na nowo dopiero podczas zmartwychwstania umarłych na końcu czasów. Będąc oddzieloną od ciała zachowuje jednak dwie własności ludzkiej natury: intelekt i wolną wolę. I to właśnie dzięki intelektowi dusze w niebie mogą komunikować się z Bogiem. Pomimo braku oczu, widzą Boga „twarzą w twarz” poprzez wizję intelektu, która w teologii nazywa się wizją uszczęśliwiającą (łac. visio beatifica). Również za pomocą intelektu dusze zbawionych mogą zanosić Bogu modlitwy za nas – bo za siebie już modlić się nie muszą.

Dusze te widziały i widzą boską istotę poprzez intuicyjną wizję, a nawet twarzą w twarz, bez pośrednictwa jakiegokolwiek stworzenia jako przedmiotu widzenia; raczej boska istota objawia się im bezpośrednio, wyraźnie, jasno i otwarcie, i w tej wizji cieszą się boską istotą – pisał papież Benedykt XII w konstytucji „Benedictus Deus” w 1336 r. Z kolei św. Grzegorz Wielki wyjaśnił, że dusze zbawionych, patrząc na oblicze Boże, widzą w Nim inne stworzenia i wydarzenia dziejące się na świecie. Wiedzą zatem i to, że prosimy ich o pomoc.

Warto wreszcie podkreślić, że w niebie przebywają nie tylko ci Święci, których wspominamy w kalendarzu liturgicznym, lecz wszyscy zbawieni – ci, którzy odeszli z tego świata w stanie łaski uświęcającej i zdążyli już odpokutować karę za grzechy w czyśćcu. Mamy nadzieję, że w tej grupie są również nasi bliscy zmarli, choć nie mamy co do tego pewności. Nie znamy bowiem stanu ich duszy w chwili śmierci oraz nie wiemy, czy czas ewentualnej pokuty czyśćcowej już się dla nich zakończył.

Jeśli jednak przebywają teraz w czyśćcu, możemy pomóc im skrócić ten okres: nasze modlitwy, zamawiane Msze św. i ofiarowane odpusty mogą sprawić, że trafią oni do nieba szybciej. A kiedy już się tam znajdą, poprzez kontemplację Boskiego Oblicza będą wiedzieć, co dzieje się u nas, i wspierać nas swoją modlitwą.

Adrian Fyda

Nieustające przedmurze obrotowe

Nieustające przedmurze obrotowe

Izabela BRODACKA

Kilka dni temu byłam świadkiem zdumiewającej sceny. Lokalny menel, pijaczek i wariat, który wypuszczany okresowo z zakładu psychiatrycznego zatruwa życie lokatorom hałasując na podwórku rowerową trąbką, na widok przechodzącej rodziny z dziećmi powiedział z wyższością: „patologia wybiera się na spacer”.  

Podobny dysonans poznawczy stał się moim udziałem gdy usłyszałam, że profesor Marcin Król nazwał zwycięstwo Trumpa buntem chamów przeciwko elitom. Przede wszystkim nie bardzo wiem kogo Król uważa za elitę, czyżby panią Clinton i jej męża, który nie wie nawet do czego służą cygara.

Jak mnie uczono podstawową zasadą dobrego tonu jest używanie rzeczy zgodnie z ich przeznaczeniem. W zdecydowanie złym tonie było używanie przez żony sowieckich oficerów rabowanych we dworach koszul nocnych w charakterze balowych kreacji oraz mycie twarzy w bidetach.
W złym tonie jest powszechny obecnie obyczaj sadzenia kwiatów w starych bryczkach i wozach. Sposób w jaki prezydent Clinton używał cygara też świadczy o braku elementarnej kindersztuby.

W przeciwieństwie do poglądów Króla, wynik amerykańskich wyborów, a także kolejne wygrane PiS w Polsce można traktować jako bunt autentycznych elit przeciwko chamstwu, które nauczyło się wprawdzie jeść nożem i widelcem i rozsmakowało w ostrygach i dobrych winach ale do którego nie dotarło, że elitaryzm nie polega na dostępie do przywilejów lecz na wyjątkowych zaletach umysłu i charakteru, pozwalających służyć społeczeństwu.

Wbrew temu co uważa profesor Marcin Król, ani ostrygi, ani toskańskie wina, ani kawior nie uczyniły z nikogo arystokraty czy intelektualisty. Sowieccy oficerowie jadali kawior chochlami jako zakąskę do spirytusu. Nikogo również nie nobilituje dobre samopoczucie.

Nasz sąsiad z podwórka jest podobnie jak profesor Król głęboko przekonany, że należy do elity. Problem nie sprowadza się jednak do wymyślania sobie nawzajem, jak w maglu, od chamów. Przykład sąsiada i profesora Króla dowodnie świadczy, że pewne pojęcia nie tylko straciły swój sens lecz wręcz stały się obrotowe.
Były takie czasy gdy zarówno w architekturze, jak i w życiu społecznym, a także w życiu jednostki obowiązywała hierarchia pionowa. Były to czasy gotyckich katedr, królów i arystokracji, a także dominacji w życiu duchowym transcendencji. Nikt nie mógł mieć wątpliwości kto jest elitą a kto motłochem, a także czym jest sacrum a czym profanum.


Renesans stawiając w centrum swych zainteresowań człowieka obniżył wieże kościołów i rozchwiał hierarchie. Ostatecznie zniszczyły je jednak rewolucje.
Obrotowość wszelkich pojęć i kategorii społecznych najlepiej widać w komentarzach do ostatnich wyborów w USA. Otóż jedni widzą wygraną Trumpa jako tryumf populizmu a inni jako reakcję społeczeństwa właśnie na populizm.

A co to jest populizm? Politolog z Princeton University Jan-Werner Müller, autor wyśmienitej książki What Is Populism? (2016). populizmem nazywa wcielane w życie przeświadczenie, że posiada się wyłączne prawo do zarządzania masami ludzkimi oraz doskonałą i jedyną receptę na to zarządzanie. W tym sensie populistyczne są wszelkie demoliberalne rządy w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Przeciwko populistycznym rządom, przeciwko dyktaturze politycznej poprawności, przeciwko globalizacji i władzy banków, spontanicznie wystąpiły społeczności tych krajów. Sukcesy Orbana na Węgrzech, PiS w Polsce i Trumpa w USA są zatem według Müllera reakcją na populizm nielubianych rządów.
Natomiast inny amerykański uczony, profesor Nouriel Roubini, wykładowca w Stern School of Business przy Uniwersytecie Nowojorskim członek zespołu doradców ekonomicznych Białego Domu za prezydentury Billa Clintona, traktuje wydarzenia zarówno w Polsce jak na Węgrzech, w Rosji i w Turcji jako zwycięstwo populizmu. Jest to jego zdaniem narastający trend wzrostu nieliberalnego kapitalizmu państwowego pod kierownictwem prawicowych autorytarnych liderów. Nacjonalistyczny, autorytarny przywódca po wygranych wyborach twierdzi Roubini zaczyna ograniczać wolności polityczne i realizować program sprzeczny z celami instytucji ponadnarodowych. Na ogół sprzeciwia się wolnemu handlowi, imigracji czy bezpośrednim inwestycjom zagranicznym, natomiast faworyzuje krajowych pracowników i firmy.
Do prawicowego populizmu Roubini zalicza Front Narodowy Le Pen we Francji, Ligę Północną Matteo Salviniego we Włoszech, a w Wielkiej Brytanii UKIP Nigela Farage’a.

W Niemczech, Holandii, Finlandii, Danii, Austrii i Szwecji także rośnie popularność partii prawicowych. Większość tych ugrupowań jest konserwatywna pod względem społecznym. Ale ich polityka ekonomiczna – antyrynkowa i pełna obaw przed liberalnym kapitalizmem i globalizacją, która może podważyć narodową tożsamość i suwerenność – ma zdaniem Roubiniego wiele wspólnego z populistycznymi partiami lewicy, takimi jak grecka Syriza (przed kapitulacją wobec wierzycieli), hiszpańska Podemos czy włoski Ruch Pięciu Gwiazd.
Po raz kolejny mamy zatem do czynienia nie tylko z obrotowymi zarzutami, które działają jak obosieczny miecz, albo dwa końce kija, lecz z obrotowym zjawiskiem.

Komunizm kulturowy, który zaatakował nas z zachodu przyniósł aberracje stokroć być może groźniejsze od zgrzebnego, swojskiego realnego socjalizmu, bo dotykające nie tylko gospodarki lecz istoty życia jednostki. Walka zachodnich liberałów z kościołem, rodziną i tradycyjnymi wzorcami życia przekroczyła wszystko do czego w swej ograniczonej pomysłowości byli zdolni nasi komuniści i słusznie przez niektórych traktowana jest jako postulowany przez Gramsciego długi marsz lewicy przez instytucje. Podobnie obrotowym zjawiskiem jest populizm. Rządy komunistyczne w świetle definicji profesora Müllera, były podobnie jak rządy liberalnych demokracji stricte populistyczne, bo sprawowane były w identycznym poczuciu bezalternatywności i opierały się na kłamstwie nigdy nie spełnionych obietnic i sztandarowych zasad, w które nie wierzyli sami rządzący.
Pozostaje nam zatem nieodmiennie rola przedmurza obrotowego.