Politycy poza kontrolą

Politycy bez odpowiedzialności

8 września 2026 r. swissvox/politiker-ohne-haftung

W Bernie i innych stolicach europejskich obowiązuje niepisane prawo: ci, którzy trwonią pieniądze podatników, negocjują umowy za plecami ludzi lub zagrażają dostawom energii, rzadko ponoszą osobiste konsekwencje. Rzemieślnik ponosi osobistą odpowiedzialność za niedbałą pracę. Właściciel MŚP stoi w obliczu ruiny po złej decyzji. Polityk z długim stażem, w najgorszym przypadku, rezygnuje z pracy i przechodzi na dożywotnią emeryturę. Często po tym następuje awans do organizacji międzynarodowej lub pozarządowej.

Właśnie ten rozdźwięk opisał w niedawnym wystąpieniu prawnik z Zurychu i były radny kantonu SVP, Valentin Landmann. Twierdzi on, że nie chodzi już o dobrobyt obywateli ani o ich budżety, ale o utrzymanie władzy, pielęgnowanie przyjaźni i zachowanie przywilejów. Elita polityczna żyje w hermetycznej bańce. W przypadkach rażącego nadużycia władzy lub kolosalnych błędów planistycznych nie ma mowy o zbiorowym sprzeciwie, lecz o całokształt działań tuszujących.

Podatnik zawsze płaci rachunek.

Wojna jako odwrócenie uwagi

Ten schemat staje się szczególnie niebezpieczny, gdy kryzysy zewnętrzne i agresywna retoryka służą jako tarcza moralna. Dopóki podsycany jest strach i utrzymywany scenariusz ciągłego zagrożenia, mało kto zadaje niewygodne pytania o miliardy dolarów wypłaconych za granicę, rosnące koszty azylu czy erozję neutralności. Krytyka jest moralnie zniesławiana, uciszana lub etykietowana jako opowiadanie się po którejś ze stron w wojnie.

Pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego lub europejskiego można egzekwować stan wyjątkowy, ograniczać prawa podstawowe i piętnować krytyków jako wrogów państwa. Konflikty zewnętrzne umacniają władzę w kraju. Podczas gdy społeczeństwo zmaga się ze stresem, wygórowanymi czynszami i malejącą siłą nabywczą, elity kreują się na arenie międzynarodowej na zbawców świata.

Landmann postrzega to jako fundamentalne zagrożenie dla demokracji bezpośredniej. Szwajcaria i Europa nie potrzebują polityków, którzy zabiegają o względy obcych państw lub kryją się za wojennymi hasłami, by ukryć własne niepowodzenia. Potrzebne są mechanizmy, które skutecznie sankcjonują złe decyzje i nadużycia władzy. Państwo nie może paść ofiarą oderwanych od rzeczywistości elit.

Neutralność jako ochrona – czy jako obciążenie

Odnosząc się do neutralności, Landmann wskazuje na prosty fakt historyczny. Przez ponad 100, a właściwie 200 lat Szwajcaria dobrze żyła z neutralnością zbrojną. Uznały ją nawet państwa, które dziś często oskarża się o brak uznania – jak Rosja. Dopóki Szwajcaria działa zgodnie z Konwencją o Neutralności, jest ona uważana za terytorium nietykalne.

Jeśli przestanie być neutralne, stanie się stroną wojującą. Wtedy bomba równie dobrze mogłaby spaść na Berno lub Zurych.

To ostrzeżenie pojawia się w momencie, gdy parlament odrzuca inicjatywę neutralności, a Rada Federalna uznaje obecną praktykę za wystarczającą. Inicjatywa ma na celu wyraźniejsze zapisanie w konstytucji zasady trwałej i zbrojnej neutralności. Przeciwnicy postrzegają to jako ograniczenie zakresu działania Szwajcarii. Zwolennicy widzą w tym gwarancję demokracji bezpośredniej i bezpieczeństwa.

Fakt pozostaje faktem: w Szwajcarii nikt tak naprawdę nie pociąga polityka do odpowiedzialności. Najgorsze, co może się zdarzyć, to przedwczesne odsunięcie od władzy. Nawet to zdarza się rzadko. Ci, którzy wyrządzają szkody, często deklarują je jako nieodzowną europejską konieczność. I wielu łatwo ulega wpływom.

Politycy muszą na nowo uświadomić sobie, przed kim odpowiadają: przed własnym narodem i przed nikim innym. To nie kwestia nastrojów społecznych, ale fakt konstytucyjny. O tym, czy będzie to miało konsekwencje, decyduje nie biurokratyczna bańka w Bernie, ale wyborcy.

80. rocznica poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi, którego dokonał prymas Hlond

80. rocznica poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi, którego dokonał prymas Hlond

Paweł Kubala 8 września 2026, prawy/80-lat-temu-prymas-august-hlond-zawierzenie-jasna-gora

prymas August Hlond

80. rocznica niezwykłego zawierzenia, którego dokonał prymas Hlond

08.09.2026 Paweł Kubala

8 września 2026 roku mija 80 lat od jednego z najbardziej masowych aktów religijnych w powojennej historii Polski. Tego dnia w 1946 roku prymas August Hlond, na czele całego episkopatu, dokonał na Jasnej Górze poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi.

W uroczystości wzięło udział – według relacji z epoki – około miliona wiernych. Rocznica zbiega się w tym roku z jubileuszem 200-lecia Żywego Różańca, co Kościół w Polsce świętuje wspólnie właśnie dziś na Jasnej Górze.

Kraj zniszczony i zagrożony. Prymas Hlond podejmuje odważną decyzję

Akt z 1946 roku nie był gestem odosobnionym ani przypadkowym. Zapadł w konkretnym momencie historycznym: Polska wychodziła z wojennych zniszczeń, a jednocześnie władzę w kraju systematycznie przejmowali komuniści. Decyzję o dokonaniu zawierzenia biskupi podjęli już 3–4 października 1945 roku, podczas swojej pierwszej powojennej konferencji na Jasnej Górze. Ze względu na postępującą sowietyzację kraju przygotowania prowadzono początkowo w konspiracji – oficjalna informacja pojawiła się dopiero w liście pasterskim episkopatu na Wielki Post 1946 roku, podpisanym przez kard. Hlonda.

Samo przygotowanie miało charakter trójstopniowy i objęło praktycznie cały naród: akt poświęcenia wypowiadano najpierw w parafiach i rodzinach (7 lipca), potem na szczeblu diecezjalnym (15 sierpnia), następnie we wspólnotach zakonnych (19 sierpnia), by ostatecznie zamknąć całość ogólnopolską uroczystością na Jasnej Górze 8 września. Władze komunistyczne ostrzegały, że udział w obchodach będzie traktowany jako wystąpienie przeciw nowej władzy – mimo to na Jasną Górę przybyły tłumy.

Doniosły akt na Jasnej Górze

W niedzielę 8 września 1946 roku Mszę świętą na Szczycie Jasnogórskim celebrował krakowski kardynał Adam Sapieha. Sam Hlond odczytał tekst Aktu poświęcenia narodu, powtarzany przez zgromadzonych wiernych. Padły w nim m.in. słowa: „Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, naród cały i wskrzeszoną Rzeczpospolitą”.

Geneza aktu sięga wojennych doświadczeń samego kardynała Hlonda. Na emigracji we Francji, w okolicach Lourdes, prymas zetknął się na przełomie lat 1941–1942 z pamiętnikami ojca Augustyna Kordeckiego o obronie Jasnej Góry, a rozmowy z Piusem XII po powrocie do kraju utwierdziły go w przekonaniu o konieczności poświęcenia ojczyzny Niepokalanemu Sercu Maryi.

W tle pozostawało przesłanie fatimskie z 1917 roku, w którym – według katolickiej tradycji objawień – mowa była o poświęceniu Rosji Niepokalanemu Sercu i o groźbie rozprzestrzenienia się „błędnych nauk” w razie zlekceważenia wezwania. W 1942 roku Pius XII dokonał pierwszego poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi, zachęcając poszczególne episkopaty do podobnych aktów narodowych – prymas Hlond wpisał Polskę w ten szerszy, ogólnokościelny ruch.

To nie było jednorazowe wydarzenie

Dzieło zapoczątkowane przez prymasa Hlonda kontynuował kard. Stefan Wyszyński, który ułożył Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego (1956) i zainicjował Wielką Nowennę przygotowującą Polaków do obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku. Akt zawierzenia został formalnie odnowiony przez polski episkopat 6 czerwca 2017 roku w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem – w setną rocznicę objawień fatimskich.

Także dziś na Jasnej Górze wierni zebrali się, aby odnowić zawierzenie dokonane przez prymasa Hlonda. Ogólnopolskie spotkanie modlitewne odbyło się zgodnie z zapowiedzianym programem: o 9.30 na placu jasnogórskim rozpoczęła się rejestracja grup pielgrzymkowych i odbiór aktów zawierzenia, o 10.00 miały miejsce powitanie, konferencja i wspólna modlitwa różańcowa, a o 11.00 rozpoczęła się Msza święta odpustowa, sprawowana z udziałem częstochowskiej Kapituły Archikatedralnej, która tego dnia obchodziła zarazem własne święto patronalne i 75-lecie powołania kapituły. Po Eucharystii odnowiono Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi – wydarzenie to stanowiło jednocześnie drugą diecezjalną stację jubileuszu 200-lecia Żywego Różańca, założonego przez błogosławioną Paulinę Jaricot.

Mszy przewodniczył metropolita częstochowski abp Wacław Depo. W homilii przypomniał okoliczności aktu z 1946 roku, dokonanego – jak podkreślił – w warunkach narastającego reżimu komunistycznego, i zastrzegł, że ani tamto zawierzenie kard. Hlonda, ani późniejsze akty prymasa Wyszyńskiego i Jana Pawła II nie powinny być odczytywane jedynie jako zapis przeszłości. Zdaniem metropolity zawierzenie musi pozostawać „żywym, osobowym” aktem każdego wiernego i całego narodu, a jego owocem powinny być konkretne praktyki: codzienny różaniec, spowiedź i Komunia święta oraz nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Abp Depo mówił też o postępującej sekularyzacji, określając ją mianem „przyspieszonego kursu pełzającej apostazji”.

Przeor Jasnej Góry o. Grzegorz Prus w słowie powitania nawiązał do 80. rocznicy aktu Hlonda i pobłogosławił ziarno na zasiew, zgodnie z tradycją związaną z przypadającym tego dnia świętem Matki Bożej Siewnej. Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach, ks. dr Krzysztof Czapla SAC, komentując znaczenie rocznicy jeszcze przed uroczystościami, zwracał uwagę na kontekst historyczny aktu z 1946 roku: „Fatima rodzi się w Polsce, gdy nasza Ojczyzna jest bezbronna, zniszczona, ograbiona, bezsilna militarnie”. W tym samym duchu formułował też ocenę, że przesłanie fatimskie – jego zdaniem – wciąż nie jest w Polsce w pełni zrealizowane.

Wojna ma trwać latami – a Stany Zjednoczone wciąż są [i będą] w nią zaangażowane

depositphotos.com

Niedawne spotkanie NATO 8 września ujawniło: Wojna trwa latami – a Stany Zjednoczone wciąż są w nią zaangażowane (wideo)

Podczas gdy wysłannicy Trumpa Witkoff i Kushner prowadzą mediacje między Moskwą a Kijowem, spotkanie Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy 8 września ujawniło inną rzeczywistość: Waszyngton nadal jest zaangażowany militarnie, oczekuje się, że Europa zbierze miliardy, a zachodni ministrowie obrony przygotowują się na wojnę, która może trwać latami.

Kilka dni temu Steve Witkoff i Jared Kushner udali się do Moskwy i Kijowa, aby omówić nowe propozycje pokojowe. Nie osiągnięto przełomu. We wtorek odbyło się 36. spotkanie Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy – a jego tematem nie było rozwiązanie polityczne, lecz dodatkowa broń, nowe moce produkcyjne i finansowanie wsparcia wojskowego na kolejne lata.

Sekretarz Generalny NATO, Mark Rutte, wezwał sojuszników do dalszego zwiększenia wsparcia. 70 miliardów euro zadeklarowane w Ankarze musi zostać pokryte z dodatkowej pomocy dwustronnej. „Narody muszą pójść jeszcze dalej. Nie mamy wyboru” – oświadczył. Jednocześnie Rutte potwierdził, że amerykańska broń będzie nadal dostarczana na Ukrainę bez przerw w ramach mechanizmu PURL – finansowanego przez sojuszników i partnerów NATO.

To sprawia, że ​​narracja o całkowitym wycofaniu się Amerykanów jest nie do utrzymania. Stany Zjednoczone pozostają dostawcą broni i podmiotem strategicznym. Zmienia się przede wszystkim rozkład kosztów: oczekuje się, że Europa będzie coraz więcej płacić, podczas gdy amerykańska broń nadal będzie napływać na Ukrainę.

Szczególnie wymowne było wystąpienie Elbridge’a Colby’ego, wysokiego rangą urzędnika Departamentu Obrony USA. Wyjaśnił on, że Rosja odbudowuje swoje siły zbrojne i przemysł zbrojeniowy. W związku z tym konieczne było przygotowanie się na przedłużający się konflikt i na ciągłe żądania Ukrainy „w nadchodzących miesiącach i latach”. Należało również rozważyć inne możliwe scenariusze.

To nie jest przypadkowa uwaga.

Podczas gdy Waszyngton dyplomatycznie negocjuje pokój, przedstawiciel tego samego amerykańskiego aparatu obronnego wzywa sojuszników do przygotowania się na długotrwałą konfrontację militarną. Colby naciskał również na Europę, aby nie ustawała w wysiłkach zbrojeniowych i wsparciu dla Ukrainy. Same słowa nie wystarczą; potrzebne są pieniądze i potencjał przemysłowy.

Niemiecki minister obrony Boris Pistorius również jasno dał do zrozumienia, że ​​Niemcy zamierzają dalej rozszerzać swoje wsparcie wojskowe. Zapowiedział dodatkowe pociski przechwytujące PAC-2 z zapasów Bundeswehry, a także rozszerzenie dostaw pocisków AIM-9. Kontynuowane będą dostawy systemów IRIS-T i pocisków kierowanych. Ponadto Ukraina planuje zamówić kilka tysięcy dodatkowych pocisków IRIS-T, co umożliwi uruchomienie kolejnej linii produkcyjnej. Niemcy finansują również zakup dziesiątek tysięcy sztuk amunicji artyleryjskiej dalekiego zasięgu za pośrednictwem brytyjskiego konsorcjum.

Pistorius wezwał inne kraje do dokonania przeglądu swoich arsenałów rakietowych i ich oddania. Jego apel brzmiał: „Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, wybierzcie Ukrainę”. Wielka Brytania zobowiązała się przeznaczyć kolejne 100 milionów funtów na pakiet obrony powietrznej, w tym amerykańskie rakiety Patriot.

Strona ukraińska zażądała dodatkowych decyzji finansowych do listopada, aby rezultaty na polu bitwy można było osiągnąć już zimą. Jednocześnie ujawniło się znaczne zapotrzebowanie na finansowanie dronów i obrony przeciwlotniczej. Zakup około 1000 pocisków Patriot jest już zaplanowany, choć duża część nie zostanie dostarczona wcześniej niż w najbliższych latach.

Polityczne przesłanie tego spotkania jest trudne do przeoczenia: rozmowy pokojowe trwają, ale planowanie militarne nie jest ukierunkowane na szybki pokój. Jest ukierunkowane na długą wojnę.

Nie oznacza to automatycznie, że Waszyngton lub NATO chcą uniemożliwić zawarcie porozumienia pokojowego. Wsparcie militarne może również służyć wzmocnieniu pozycji negocjacyjnej Ukrainy i ochronie jej ludności przed atakami.

Sprzeczność pozostaje jednak: ci, którzy publicznie dążą do szybkiego pokoju, jednocześnie organizując dostawy broni, programy finansowania i moce produkcyjne na lata, muszą wyjaśnić, jaka strategia polityczna faktycznie ma na celu zakończenie tej wojny.

Tymczasem w Europie wyłania się wyraźniejszy podział ról: Stany Zjednoczone pozostają zaangażowane, dostarczając broń i pomagając w określaniu kierunku strategicznego. Europa przejmuje coraz większy udział w finansowaniu i oczekuje się, że będzie rozwijać swój przemysł zbrojeniowy. Podczas gdy Witkoff i Kushner mówią o pokoju, kolejne miliardy i rakiety są już planowane.

Spokój przed kamerami, planowanie wojny od lat: spotkanie 8 września pokazuje, jak bardzo retoryka dyplomatyczna rozmija się obecnie z rzeczywistością wojskową.

Źródło: Sekretarz generalny NATO uczestniczy w wirtualnym spotkaniu Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy

Francja rezygnuje z systemu kaucyjnego. Miasta i gminy mają mieć wolność wyboru

Francja rezygnuje z systemu kaucyjnego.

Miasta i gminy mają mieć wolność wyboru

Joanna Kędzierska 09.09.2026 zielonagospodarka/francja-rezygnuje-z-systemu-kaucyjnego-miasta-i-gminy-maja-miec-wolnosc-wyboru

Francja rezygnuje z systemu kaucyjnego. Miasta i gminy mają mieć wolność wyboru - ZielonaGospodarka.pl

Francja rezygnuje z planów wprowadzenia obowiązkowego systemu kaucyjnego dla butelek plastikowych, proponując zamiast tego, by miasta i gminy tworzyły systemy dobrowolne.

Decyzja o odstąpieniu od wymogu stosowania kaucji za butelki plastikowe jest wynikiem trwających trzy miesiące konsultacji z władzami miast, producentami butelek oraz firmami zajmującymi się recyklingiem. W Unii Europejskiej przyjęto przepisy mające na celu ograniczenie negatywnego wpływu opakowań na środowisko, które zakładają, że od 2030 roku zakazane będą opakowania z tworzyw sztucznych jednorazowego użytku dla większości świeżych owoców i warzyw w partiach o wadze poniżej 1,5 kg. Regulacje te nakazują również, aby do 2030 roku 10% większości napojów było sprzedawanych w opakowaniach wielokrotnego użytku. Wiele państw członkowskich UE, takie jak m.in. Portugalia, Polska, Dania, Szwecja, Finlandia, Litwa, Niemcy czy Holandia wprowadziły już obowiązkowe systemy kaucyjne dla butelek plastikowych. 

Władze lokalne we Francji argumentowały, że nowy, odrębny system kaucyjny zakłóciłby i skomplikowałby istniejącą infrastrukturę odbioru odpadów komunalnych oraz recyklingu. Krytycy ostrzegali też , że budowa nowej infrastruktury i obsługa administracyjna systemów kaucyjnych zwiększyłyby koszty ponoszone przez gminy, nie gwarantując przy tym lepszych rezultatów w porównaniu z obecnymi rozwiązaniami. Przeciwnicy wskazywali, że obywatele już płacą lokalne podatki za wywóz odpadów, przez co system kaucyjny mógłby być postrzegany jako dodatkowe obciążenie finansowe.

Liberalni syjoniści to źli gnojkowie. Czemu ???

Liberalni syjoniści to źli gnojkowie

Podczas niedawnego wystąpienia w Hampton Institute Hillary Clinton stwierdziła, że ​​„pierwszym i najważniejszym” przewinieniem Benjamina Netanjahu jest szkoda, jaką wyrządził Izraelowi i jego reputacji.

Caitlin Johnstone 6 września 2026 r. caitlinjohnstone-au/liberal-zionists-are-evil-shitbags

===========================================

Podczas niedawnego wystąpienia w Hampton Institute Hillary Clinton stwierdziła , że ​​„pierwszym i najważniejszym” przewinieniem Benjamina Netanjahu jest szkoda, jaką wyrządził Izraelowi i jego reputacji.

„Nikt nie powinien mieć wątpliwości, jak poważnie Netanjahu zaszkodził, przede wszystkim, Izraelowi” – ​​powiedziała Clinton. „A po drugie, postrzeganiu Izraela przez ludzi nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie, i to musi zostać naprawione”.

Szczególnie mocno naciskała na tę część „najważniejszego” podczas mówienia. Naprawdę mocno w nią włożyła jajniki.

To jest liberalny syjonizm w pigułce. Problemem nie jest Izrael niszczący życie Palestyńczyków, ale Benjamin Netanjahu niszczący wizerunek publiczny Izraela. Problemem nie jest samo ludobójstwo, ale to, że ludobójstwo szkodzi izraelskim interesom wizerunkowym.

Nie obchodzi ich ludzkie cierpienie. Nie interesują ich prawa człowieka. Zależy im tylko na kontrolowaniu narracji.

Widzieliśmy to zilustrowane kilka lat temu w tyradzie ówczesnego sekretarza stanu Antony’ego Blinkena, który narzekał na to, jak krążące w internecie filmy z izraelskimi okrucieństwami „zdominowały narrację” i mają „bardzo, bardzo trudny wpływ na narrację”.

Problemem nie jest to, co się dzieje, ale HISTORIA ludzi na temat tego, co się dzieje. Całe to ludobójstwo, czystki etniczne, apartheid i nadużycia byłyby w porządku, gdyby syjoniści mogli kontrolować narrację, jaką ludzie na ten temat opowiadają. Benjamin Netanjahu jest nielubiany nie dlatego, że jest ludobójczym potworem, ale dlatego, że jego ludobójcza potworność utrudnia skuteczne administrowanie propagandą imperialną.

[filmik w oryg. md]

Pośród okrucieństwa administracji Trumpa łatwo zapomnieć, że lwia część zabójstw w Strefie Gazy miała miejsce za rządów Joe Bidena. Łatwo zapomnieć o kłamstwach Bidena o zdjęciach ściętych niemowląt i jego fałszywych twierdzeniach , że dane Ministerstwa Zdrowia Gazy dotyczące zgonów są niewiarygodne. Łatwo zapomnieć o tym, jak rzecznik Departamentu Stanu Matthew Miller zawsze wykręcał się od pytań na galerii prasowej o ludobójstwo z ohydnym uśmieszkiem na twarzy . Łatwo zapomnieć o wszystkich uczestnikach DNC, którzy zasłaniali uszy , gdy demonstranci przeciwko ludobójstwu wymieniali nazwiska palestyńskich dzieci zamordowanych przez Bidena w Strefie Gazy.

W pełni zaakceptowali ludobójstwo Izraela. Rozkoszowali się nim.

A teraz, tuż przed wyborami uzupełniającymi, byli wysocy rangą urzędnicy Bidena powiedzieli prasie , że żałują, iż nie zrobili więcej, aby powstrzymać masową rzeź militarną Netanjahu. 

Taki był plan od zawsze. Zawsze wiedzieli, że mogą po prostu dać Izraelowi wszystko, czego zapragnie, a potem krzyknąć: „Ups! Popełniliśmy błąd!”, żeby ukryć swoje dziedzictwo po popełnieniu zbrodni. I teraz właśnie to robią. Zaplanowali to, gdy bomby były już wysyłane.

Dzieje się tak, gdy Demokraci z Izby Reprezentantów pomagają Republikanom uchwalić dwupartyjny projekt ustawy , który w istocie zmusza amerykańskie uniwersytety do partnerstwa z państwem Izrael, pozbawiając je funduszy federalnych, jeśli podejmą decyzję o wycofaniu inwestycji z tworu syjonistycznego. 

A teraz czołowi izraelscy urzędnicy otwarcie mówią, że nadszedł czas na dokończenie czystek etnicznych w Strefie Gazy, a minister obrony Israel Katz i minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gvir promują w ostatnich dniach plan masowej czystki. Wszystko to stało się możliwe dzięki celowemu zniszczeniu Strefy Gazy przy pełnym poparciu Partii Demokratycznej.

Tacy właśnie są. Nigdy nie pozwól im o tym zapomnieć.

Liberalni syjoniści to po prostu zwolennicy Izraela, którzy chcą, by cieszył się on większym poparciem społecznym. Pragną atrakcyjnego, czarującego Izraela w stylu Obamy, który dyskretnie morduje i znęca się nad Palestyńczykami, jednocześnie propagując mit „rozwiązania dwupaństwowego” i wygłaszając kwieciste hasła o równości i pokoju. Nie znoszą dzisiejszego Izraela w stylu Trumpa, który nie stara się ukryć swojej sadystycznej natury.

[filmiki opuszczam md]

Niestety dla nich, dzisiejszy Izrael jest jedynym Izraelem w menu. Okazuje się, że nie da się stworzyć rasistowskiego państwa opartego na rasistowskiej ideologii bez zdominowania go przez jawnych i głośnych rasistów. Izrael w stylu Trumpa, który dał początek Netanjahu, Ben Gwirowi i Smotriczowi, jest naturalnym ukoronowaniem wszystkiego, czym Izrael jest i zawsze był.

Nie ma powrotu. Twoja liberalna maska ​​miłego faceta nigdy więcej nie zakryje twarzy Izraela. Świat na zawsze zobaczy projekt syjonistyczny takim, jakim jest. Ta pasta do zębów nigdy nie wróci do tubki.

Teraz wystarczy, że świat zjednoczy się, by zlikwidować ludobójcze państwo apartheidu. Bo wszyscy wiemy, że to trzeba zrobić.

Meandry demokracji…

by opolczykpl opolczykpl/meandry-demokracji

Meandry demokracji…

.


.
Biorąc na zdrowy rozum, demokracja powinna być najlepszym i najsprawiedliwszym systemem społeczno-politycznym. Ale już w starożytnej Helladzie miała wrogów i to wśród najwybitniejszych filozofów: Platona i Arystotelesa. Sokrates nie był jej z założenia przeciwny, choć dostrzegał widoczne w niej zagrożenie: tyranię bezmyślnej i głupiej większości. Przypisuje się mu zdanie: Demokracja jest tylko tak dobra, jak edukacja, która ją otacza. I tu widać, jeśli to rzeczywiście powiedział, przebłysk jego geniuszu.

Demokracja, nawet w wydaniu parlamentarnym, w którym posłowie reprezentują wyborców, aby była systemem rzeczywiście dobrym, musi spełniać dwa warunki:

– Większość wyborców musi być roztropna, rozsądna, zdolna do krytycznego i samodzielnego myślenia, mająca pojęcie o otaczającej nas rzeczywistości, odporna na psychomanipulacje medialne, poczuwająca się do współodpowiedzialności za państwo i losy społeczeństwa.

– Media, nazywane niekiedy czwartą władzą, a w ogłupianiu społeczeństw mające w zachodnich fasadowych demokracjach parlamentarnych pierwszorzędne znaczenie, musiały by być mediami neutralnymi, obiektywnymi, niezależnymi od biznesu i polityki.

Rzeczywistość na zachodzie niestety jest taka, że ogromna większość społeczeństw, czy to w Niemczech, Francji, Anglii, Polsce czy usraelu, jest zbieraniną ignorantów sterowanych medialną propagandą, a media głównego ścieku kłamią, zmyślają, mataczą, ogłupiają i tworzą fikcyjny obraz rzeczywistości, prawdziwy matriks. I stąd od lat widzimy, że wciąż w kolejnych farsach wyborczych wygrywają skompromitowane mafie polityczne służące interesom finansowych elit kolektywnego zachodu. A tam, gdzie są one w wyborach zagrożone, to albo unieważniają przegrane wybory, albo delegalizują partie mogące korporacyjnej mafii partyjnej zagrozić, bądź groźnym kandydatom uniemożliwiają udział w wyborach wyrokami sądowymi. A ogromna większość zachodnich społeczeństw śpi, nie dostrzega manipulacji i nadal wierzy w zachodnią demokrację.

Wczoraj znajoma, Niemka, powiedziała w rozmowie ze mną, że dobrze by było, gdyby w Niemczech wprowadzono referenda. Spytałem ją – wierzysz naprawdę, że przy tak ogromnym odurnieniu większości Niemców referanda coś dadzą? Spojrzała na mnie i powiedziała – no tak, masz rację, to nic nie da.

Polską scenę polityczną znam mniej niż niemiecką, przez co zajmę się głównie tą drugą. To, co tu, w Niemczech, wyrabia się pod płaszczykiem „obrony demokracji”, musi przerażać każdego rzecznika demokracji. Fundamentem demokracji musi być wolność słowa i równouprawnienie wszystkich politycznych partii. Rzeczywistość jest taka, że za byle słówko można zostać okrzyczany ruską wtyką, w łże-mediach jakakolwiek wyważona wypowiedź o Rosji jest niedopuszczalna, a jedna z partii politycznych jest wściekle zwalczana, choć Ustawa Zasadnicza (zastępująca tu konstytucję)  gwarantuje wszystkim partiom politycznym równe prawa. „Obrońcy demokracji” depczą własną Ustawę Zasadniczą, budują system faszystowski, faszystoidalną dyktaturę, będąc przy tym święcie i głęboko przekonanymi, że bronią demokracji i wolności.

.

Sami sobie nakładają kajdany i chcą je nałożyć wszystkim.

Jak funkcjonuje fasadowa zachodnia demokracja w Niemczech, dobrze obrazuje sytuacja po wyborach do Landtagu w Saksonii Anhalt. Zwalczana medialnie i politycznie  ogniowym murem (Brandmauer) partia AFD zdobyła najwięcej głosów – 43,8 %. Dotychczas rządząca CDU straciła prawie 20 % i osiągnęła ledwo 17,2 % i drugie miejsce. Inne agenturalne partie politycznego kartelu (zaliczam do nich i „Lewicę” – Die Linke) osiągnęły: SPD – 9,3 %, Zieloni – 8,9%, (pseudo) Lewica (Die Linke) – 8,6 %. oraz nieomal tak samo jak AFD zwalczany Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) – 5,3 proc. FDP, przez dziesięciolecia będąca w Berlinie etatowym koalicjantem zarówno CDU jak i SPD, została „zatopiona” i nie weszła do kolejnego już Landtagu z wynikiem 2,6 %.  W obliczu tak ogromnej  przewagi AFD nad kartelem politycznym (CDU, SPD, Zieloni, Die Linke, FDP) tylko i wyłącznie AFD zasługuje na demokratyczny mandat tworzenia rządu krajowego. A jednak kartel polityczny, mimo totalnej politycznej klęski, chce utworzyć własny rząd, choć pod względem ilości krzeseł w Landtagu sama AFD ma tyle samo miejsc (39), co cztery agenturalne partie politycznego kartelu razem wzięte: CDU, SPD, Zieloni i Die Linke (15+8+8+8=39). Języczkiem u wagi będzie więc także znienawidzona partia „stalinówki” Wagenknecht – BSW. Niemniej – powtarzam, gdyby zasady demokracji miały jakiekolwiek znaczenie w Niemczech, tylko i wyłącznie AFD powinna mieć prawo do tworzenia rządu. Ale kto tam patrzy na demokrację – ruskich onuc do władzy dopuścić nie można.

W obecnej wykładni w Niemczech demokratą jest ten, kto popiera partie rządzące w Berlinie. Kto jest innego zdania, jest wrogiem demokracji, prawicowym ekstremistą, neonazistą i czym tam jeszcze, naturalnie i „antysemitą”.

A w sumie, biorąc na „zdrowy rozum”, właśnie w Landach wschodnich, na terenie byłej NRD, AFD powinna mieć najmniejsze poparcie. Jest wszak za normalizacją stosunków z Rosją. A to w NRD stacjonowało prawie pół miliona Czerwonoarmistów. I tam rusofobia powinna być silniejsza. Widocznie jednak pamięć o tamtej „sowieckiej okupacji” nie aż tak straszna jest – i nie jest tak eksploatowana medialnie jak w Polsce. Ale decydujący wpływ na stosunek wschodnich Niemców do AFD i politycznego kartelu miała picdemia i jej zamordystyczna dyktatura, jak i zamordyzm w sprawie Rosji oraz niszczenie gospodarki w imię zielonej szajby w czasach rządów w Berlinie koalicji SPD-Zieloni-FDP. W byłej NRD co najmniej połowa ludności pamięta dyktaturę Honeckera, bo była to dyktatura. I stąd protesty anty-kowidowe były tam znacznie silniejsze niż w „starych” Landach, w byłych Niemczech Zachodnich. Oni po prostu lepiej niż zachodni „rodacy” dostrzegali kowidowy totalitaryzm, gorszy niż honeckeryzm i bardziej zdecydowanie i masowo przeciwko niemu protestowali. Nadal też trwają tam protesty i demonstracje przeciwko budowanej dyktaturze. I przeciwko niszczeniu gospodarki. Niemcy wschodni, mniej zdemoralizowani i rozleniwieni dobrobytem, są bardziej  czuli na swobody obywatelskie, oraz bardziej odpowiedzialni w sprawach dotyczących państwa. No i dlatego w poprawie stosunków z Rosją widzą ratunek dla upadającej gospodarki.

Mnie osobiście ucieszyło tak miażdżące zwycięstwo AFD, ale tylko na zasadzie Schadenfreude – radości z powodu katastrofalnej politycznej porażki politycznego kartelu, będącego na łańcuchu elit finansowych. Zasłużył na to rzeczywiście.

Ale to zwycięstwo AFD powinno być dla Polski ostrym sygnałem ostrzegawczym. Nie mam tu nawet na myśli ciągotek rewizjonistycznych, widocznych w szeregach AFD. Rozmawiałem z wieloma sympatykami, odwołującymi się do tradycji kajzerowskich Niemiec. Chcą granic z roku 1914:

.

.

Obwodu Kaliningradzkiego naturalnie Rosji nie odbiorą – ale co z resztą? Breslau, Stettin, Danzing, Posen, Kattowitz, Oppeln – to może być w ich zasięgu. Jeśli AFD stanie się główną partią rządzącą w Berlinie, a do tego może dojść szybciej, niż się spodziewamy i zabiegać będzie o dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, Moskwa z powodów taktycznych i strategicznych pójdzie na to. Dla Moskwy „nawrócenie” się Berlina na pro-rosyjskość będzie śmiertelnym ciosem dla zachodniej, wściekle antyrosyjskiej polityki. Bruksela bez Berlina okaże się bezsilna. Londyn ma na Kremlu przechlapane na zawsze, Paryż prawdopodobnie też. Ale Berlin ma dla Kremla znaczenie symboliczne, taktyczne i strategiczne – i na żarliwe prośby AFD o wybaczenie zareaguje pozytywnie. A wtedy Polska, rządzona przez kreatury typu Tuski, Kaczyńskie, Nawrockie, Sikorskie i reszta tego ukropolińskiego barachła znajdzie się w niemiecko-rosyjskich kleszczach.

Dla Niemiec Polska zawsze była przeszkodą w ekspansji na Wschód – już od czasów pierwszych Piastów. ZSRR była wiarygodnym gwarantem naszych Ziem Zachodnich, Ziem Odzyskanych. Ale czy obecnie Moskwa, widząc rządców Ukropolinu z pianą na pyskach, żądnych mordowania Rosjan, chcących Rosję wdeptywać w ziemię, będzie się troszczyła o nasze Ziemie Zachodnie, okupione krwią setek tysięcy Czerwonoarmistów, skoro w Niemczech jeszcze nie burzy się pomników Armii Czerwonej, a w Polsce tak. Pod niemieckim zarządem łatwiej będzie Rosji opiekować się cmentarzami Czerwonoarmistów na Ziemiach niegdyś Odzyskanych. A pamięć o poległych w Wojnie Ojczyźnianej jest w Rosji święta.

Czeka nas jeszcze też kolejna masowa, wielomilionowa emigracja z Ukrainy, być może już tej zimy. Szacunki mówią o 5-7 milionach nowych uchodźców. Sytuacja polityczna, gospodarcza, finansowa i militarna kijowskiej junty jest katastrofalna. Ostatnio, według doniesień, w Kijowie doszło nawet do strzelaniny pomiędzy rywalizującymi tajnymi służbami cywilnymi i wojskowymi. Atak dronem na siedzibę SBU był dziełem ukraińskiego HUR, odpowiednika rosyjskiego GRU, a nie Rosji.

.

.

Tam, w tym neobanderowskim kotle, brakuje jeszcze wojny służb o władzę i wpływy.

Z dużym prawdopodobieństwem tej zimy kijowska junta nie przetrwa. Stąd kijowski ćpun apeluje o zakończenie wojny jeszcze przed zimą. Pat i Pataszon (Witkoff i Kushner) nie osiągnęli w Moskwie nic. Rosja na polu walki zamierza osiągnąć wyznaczone cele. I osiągnie.

Nad Polską zbierają się naprawdę czarne chmury. Wprawdzie nastroje ślepo pro-ukraińskie w Polsce maleją, ale wrogość wobec Rosji nie. Większości Polaków brakuje instynktu pro-państwowego – kierowania się racją stanu, dobrem państwa, troską o gospodarkę. Zwyciężają rozbudzane i utrwalane od wieków nastroje wrogości do wschodniego, potężnego sąsiada.

Dotychczas w naszej historii bywało już, że gdy Niemcy i Rosja podawały sobie, ponad głowami Polaków, ręce, kończyło się to dla Polski i Polaków źle. Nie mówię, że AFD jutro dojdzie do władzy, ale może to jednak nastąpić dosyć szybko. Rzecz w tym, żeby Polska wyprzedziła Niemcy i pierwsza zadbała o naprawę stosunków z Rosją. Czy ktokolwiek w warszawce, w sprzedajnych elitach jednak o tym pomyśli? Wątpię. I to napawa mnie obawą.

Większość Polaków jak lunatycy, lub ludzie z zawiązanymi oczami daje się prowadzić w przepaść rusofobii.

.

.

Nie ma niestety w Polsce partii, która – jak AFD w Niemczech – chciałaby naprawy stosunków z Rosją, i która zdobyłaby w jednym województwie tak oszałamiające zwycięstwo. Konfederacji Grzegorza Brauna daleko jeszcze do AFD.

Gdybym był Niemcem, skakałbym do góry z radości po wyborach w Saksonii Anhalt. Ale jestem Polakiem i wynik tych wyborów napawa mnie obawą. Niemcy prędzej czy później zwrócą się z przeprosinami w stronę Rosji, a Polska znajdzie się w strefie zgniotu między tymi państwami. Co z niej wtedy zostanie, aż boję się myśleć…

opolczyk

.

Izrael niszczy dowody ludobójstwa w Strefie Gazy

Caitlin Johnstone

Izrael niszczy dowody ludobójstwa w Strefie Gazy

Państwo Izrael powinno mieć na swojej fladze buldożer Caterpillar D9

==================================================

Caitlin Johnstone 7 września 2026 r. caitlinjohnstone-au/israel-is-destroying-evidence-of-genocide-in-gaza

==================================================

Pamiętacie, jak ciągle słyszeliśmy, że oficjalna liczba ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy jest zaniżona, bo tysiące ciał jest uwięzionych pod gruzami?

Cóż, wygląda na to, że Izrael przemieszał te szczątki wraz z gruzami, niszcząc w ten sposób dowody ludobójstwa.

Drop Site News informuje :

Palestyńskie Centrum ds. Osób Zaginionych i Przymusowo Zaginionych oskarżyło Izrael o niszczenie dowodów, które mogłyby umożliwić identyfikację tysięcy Palestyńczyków pochowanych pod gruzami Gazy lub ujawnić los osób przymusowo zaginionych.

Centrum informuje, że siły izraelskie codziennie usuwają setki ton gruzu ze zniszczonych dzielnic w zamkniętych strefach wojskowych. Jego rozkruszenie i usunięcie mogłoby doprowadzić do rozdrobnienia ludzkich szczątków, zmieszania ich z gruzem i odpadami, zatarcia lokalizacji miejsc pochówku oraz zniszczenia DNA i innych dowodów kryminalistycznych.

Około 7000 Palestyńczyków nadal uznaje się za zaginionych w Strefie Gazy, w tym około 4000–5000 osób jest prawdopodobnie uwięzionych pod ruinami.

„Te miejsca to nie tylko odpady budowlane” – ostrzegło centrum. Zaapelowało o pilną interwencję ONZ i Czerwonego Krzyża, dostęp dla ekip ratowniczych i kryminalistycznych oraz niezależny nadzór nad usuwaniem gruzu w przyszłości.

W zeszłym miesiącu raport Euro-Med Human Rights Monitor oszacował, że „co najmniej 10 milionów ton gruzu zostało usuniętych, skruszonych lub przeniesionych z ich pierwotnych miejsc na obszarach znajdujących się pod bezprawną kontrolą wojskową Izraela”.

„W ostatnich tygodniach Euro-Med Monitor śledził codziennie prawie 100 izraelskich ciężarówek opuszczających Strefę Gazy z gruzami” – czytamy w raporcie. „Ciężarówki te przewożą gruz do nieujawnionych miejsc w Izraelu i dalej na południe od okupowanego Zachodniego Brzegu. Władze Izraela nie podały szczegółów dotyczących ilości usuwanego materiału, tras, miejsc docelowych ani sposobu jego wykorzystania. Nie zezwoliły również na niezależny nadzór nad sortowaniem, ważeniem ani procesem transportu. Ten brak przejrzystości znacznie utrudnia śledzenie transportowanego materiału, identyfikację dowodów lub odzyskanie ewentualnych szczątków ludzkich”.

Euro-Med Monitor zauważa, że ​​usunięcie to nastąpiło w czasie, gdy Izrael jest wciąż objęty dochodzeniem Międzynarodowego Trybunału Karnego w sprawie zbrodni ludobójstwa, dodając, że Statut Rzymski uznaje „niszczenie, manipulowanie lub utrudnianie gromadzenia dowodów” za czyny przestępcze, które utrudniają wymierzanie sprawiedliwości przez MTK, jeśli są dokonywane umyślnie.

W sprawie ludobójstwa RPA przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości sąd orzekł , że „Państwo Izrael podejmie skuteczne środki w celu zapobieżenia zniszczeniu i zapewnienia zachowania dowodów związanych z zarzutami dotyczącymi czynów objętych zakresem artykułu II i artykułu III Konwencji o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa przeciwko członkom grupy palestyńskiej w Strefie Gazy”.

Zobowiązania te są ewidentnie ignorowane, gdyż Izrael stara się ukryć dowody swoich zbrodni.

[nie kopiuję filmików. Są w oryginale. md]

W niedzielę Palestyńczycy w Strefie Gazy zorganizowali masowy pogrzeb około 100 osób, w tym 60 dzieci. Osoby te nie zostały zabite niedawno; masowy pogrzeb odbył się, ponieważ ich ciała odnaleziono spod gruzów zniszczonych budynków w dzielnicy Zeitoun w Strefie Gazy.

Właśnie tego typu wydarzeniom stara się zapobiec Izrael, oczyszczając kraj ze zniszczeń będących pozostałością po ludobójczym ataku.

Zazwyczaj nie myśli się o sprzęcie budowlanym jako o narzędziu ludobójstwa, ale w okupowanej Palestynie właśnie do tego służy ten sprzęt. Używają go do burzenia domów. Do grzebania ofiar. Do ukrywania dowodów.

Państwo Izrael powinno mieć na swojej fladze buldożer Caterpillar D9.

Przyznają: Ukraina przegrywa wojnę, a strategia Europy zawiodła

Getty Images za pośrednictwem Spectator

Przyznają: Ukraina przegrywa wojnę, a strategia Europy zawiodła.

Przez lata zachodnie stolice donosiły, że Rosja jest osłabiana sankcjami, Ukraina wzmacniana dostawami broni, a zwycięstwo militarne Kijowa jest tylko kwestią czasu. Teraz, spośród wszystkich publikacji, brytyjski „ Spectator” wyciąga druzgocący wniosek . „Ukraina przegrywa wojnę” – pisze Owen Matthews, zastępca redaktora naczelnego magazynu i autor książki o wojnie Putina. Jego analiza nie jest rosyjską historią sukcesu, lecz rozliczeniem z polityką Zachodu.

Obietnice Zachodu spotykają się z rzeczywistością.

Matthews dostrzega trzy trzeźwiące wnioski z niedawnych rozmów Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera w Moskwie i Kijowie: Putin nie porzucił swoich celów wojennych, Trump nie ma nowego planu pokojowego poza porozumieniem na warunkach rosyjskich, a Kijowowi kończą się pieniądze, żołnierze i amunicja przeciwlotnicza.

Inicjatywa dyplomatyczna nie przyniosła przełomu. Podczas gdy Waszyngton mówi o korzyściach ekonomicznych płynących z zakończenia wojny, Zełenski określa walkę o Donbas jako wojnę o przetrwanie.

Szczególnie niepokojące są wydarzenia w wojsku. Rosja coraz częściej rozmieszcza szybsze i bardziej precyzyjne drony szturmowe, opracowuje ekonomiczne systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych. Ukraiński doradca ds. technologii obronnych, Serhij Bieskrestnow, ostrzega, że ​​ataki stały się silniejsze niż obrona. Nie oczekuje się, że Ukraina otrzyma tej zimy wystarczającą liczbę pocisków, aby w pełni chronić swoje miasta.

Sankcje, broń, dyplomacja: potrójna porażka

Prawdziwą bombą artykułu jest jednak krytyka Europy przez Matthewsa. Mówi on o potrójnej porażce: Sankcje ogłoszono z wielką pompą, podczas gdy rosyjskie zakupy energii były kontynuowane; ważne systemy uzbrojenia zostały wstrzymane z obawy przed eskalacją lub ze względu na własne interesy obronne Europy; a przede wszystkim Europa odmówiła poważnego rozważenia negocjacji z Moskwą, jednocześnie nieustannie zachęcając Ukrainę do walki.

Matthews podważa w ten sposób centralną strategię wojenną Zachodu. Powtarzane obietnice wspierania Kijowa „tak długo, jak będzie to konieczne” i „z wszelkimi niezbędnymi środkami” określa jako zasadniczo mylące. Zachód, jak twierdzi, wzbudził oczekiwania, których nie był w stanie spełnić. Jednocześnie nie zdołał sparaliżować gospodarczo Rosji i nie wypracował żadnej alternatywy dyplomatycznej.

Oto zasadnicza sprzeczność: Europa obiecała Ukrainie długą wojnę, aż do zwycięstwa, nie przedstawiając jednak środków umożliwiających osiągnięcie tego zwycięstwa – i nie przedstawiając przekonującego planu na wypadek niepowodzenia tej strategii.

Kijowowi grozi przedstawienie rachunku.

Matthews spodziewa się, że wyczerpanie sił zbrojnych wkrótce pogłębi kryzys finansowy. Wskazuje na zbliżający się deficyt budżetowy w wysokości 26 miliardów euro, pomimo że UE udzieliła już pożyczki w wysokości 90 miliardów euro. Do tego dochodzą niedobory kadrowe, niedobór amunicji przeciwlotniczej i ostra zima. Przytoczone w artykule kwoty budżetowe pochodzą od autora; ich dokładne kwoty wymagałyby weryfikacji w aktualnych ukraińskich dokumentach budżetowych.

W kraju również opisuje rząd pod rosnącą presją. Skandale korupcyjne, śledztwa przeciwko wysoko postawionym urzędnikom, konflikty między służbami bezpieczeństwa i spadające zaufanie do Zełenskiego zaostrzyły sytuację. Matthews powołuje się na śledztwo „New York Timesa” , które wykazało, że w 2024 roku stracono około 1,2 miliarda dolarów z powodu zawyżonych cen i korupcyjnych kontraktów wojskowych.

Niewygodne pytanie: O co nadal walczymy?

„ The Spectator” stawia zatem pytanie, które od dawna uznawane jest za niepożądane w polityce europejskiej: jaki jest realistyczny cel kontynuowania tej wojny, jeśli nie przewiduje się ani zwycięstwa militarnego, ani załamania gospodarczego Rosji?

Matthews twierdzi, że każda nowa oferta pokojowa dla Kijowa była gorsza od poprzedniej. Obawia się, że Rosja jeszcze bardziej wzmocni swoją pozycję militarną, zmuszając Ukrainę do negocjacji na jeszcze bardziej niekorzystnych warunkach. Europa wciąż mówi o wsparciu, ale brakuje jej konkretnego planu, jak uratować Ukrainę, znacząco osłabić rosyjską gospodarkę lub złamać wolę wojny Putina.

Nie oznacza to, że całkowity upadek Ukrainy jest nieuchronny ani że Rosja osiągnie wszystkie swoje cele wojenne. Moskwa ponosi również ogromne koszty, a dalszy rozwój wydarzeń pozostaje niepewny. Analiza Matthewsa jasno jednak pokazuje, że dotychczasowa strategia Zachodu nie spełniła własnych obietnic.

Polityczne straty są druzgocące: wydano miliardy, setki tysięcy ludzi zginęło lub zostało rannych, całe regiony zostały zniszczone – a teraz czołowy brytyjski magazyn przyznaje, że Ukraina przegrywa wojnę.

Pytanie nie brzmi już tylko, jak długo Kijów wytrzyma. Pytanie brzmi również, jak długo europejskie rządy zamierzają trzymać się strategii, której porażki same coraz częściej przyznają.

Źródło: Ukraina przegrywa wojnę

Jak przestałem być „ruskim agentem”

Andrzej Solak: Jak przestałem być „ruskim agentem”

8 września 2026 Andrzej Solak pch24/andrzej-solak-jak-przestalem-byc-ruskim-agentem

Solak-Zelenski-Putin.jpg
Oprac. PCh24.pl

Minęło już nieco czasu od „afery” z odbieraniem Wołodymyrowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Mimo tego wciąż nie potrafię wyjść ze stanu zadziwienia.

Pamiętam, jak przecierałem wtedy oczy widząc, którzy to nadwiślańscy politycy dumnie naprężają swe wątłe muskuły. Którzy to, niespodziewanie ukazują surowe, wręcz srogie oblicza. Którzy zaczynają wygłaszać bezkompromisowe, patriotyczne przemowy.

Owi wybrańcy polskiego narodu nagle (w Roku Pańskim 2026!!!) odkryli, że na Ukrainie forsowany jest oficjalny kult zbrodniarzy z UPA! Dlatego teraz rzucili w stronę wielbicieli morderców twarde, proletariackie No pasaran! Nie będzie Zełeński pluł im w twarz! Zaś wierny elektorat z uwielbieniem oklaskiwał ów niespodziewany heroizm swoich ulubieńców…

Ja, agent. Ruski agent

Jest nadzieja, że oto właśnie dobiegła końca moja wieloletnia mniemana kariera agenta i szkodnika na żołdzie Moskwy.

Bo do tej pory, owszem, od czasu do czasu miewałem zaszczyt być zaliczany do tak zwanych ruskich agentów. Rozumiecie Państwo, do tych nienawistników wynajętych przez Kreml, co to „uprawiali dezinformację” szkalując niewinną jak lilija bratnią Ukrainę.

Byłem, wiecie, jedną z tych zapatrzonych w przeszłość ruskich onuc, które bliżej nieokreśloną „tragedię na Wołyniu” ośmielały się nazywać zbrodnią i ludobójstwem, nie bacząc na „nie ten czas” ani na nasze strategiczne sojusze. A wszystko to „za moskiewskie rubelki”, ktoś śmie wątpić?

Srogie są moje winy i długi ich rejestr. Zaliczałem się do „trolli Putina”, którzy „powtarzali rosyjską narrację” o pomnikach Bandery, Szuchewycza i SS-Galizien, jakoby wznoszonych z błogosławieństwem Kijowa. Do prowokatorów, którzy mianem „bandytów” określali „uznanych bohaterów walki o wolność Ukrainy”. I dalej, wytrwale rozpowszechniałem pogłoski o banderowsko-naziolskich tradycjach we współczesnych siłach zbrojnych Naszego Umiłowanego Sojusznika i Obrońcy. I jeszcze zadawałem prowokacyjne pytania o milczenie nadwiślańskich oficjeli wobec „pewnych zdarzeń” w Odessie i Donbasie, a także wobec „nieszczęśliwego wypadku” w Przewodowie.

Byłem więc jednym z tych, którzy swą nieodpowiedzialną pisaniną i gadaniem sprawiali, że „na Kremlu strzelały korki od szampana” (by zacytować ulubioną frazę mejnstrimowych mediotów). Teraz zaś doczekałem się naszego zbiorowego amnestionowania. A nawet więcej, czegoś w rodzaju mimowolnej rehabilitacji, chwalić Boga – wcale nie pośmiertnej.

– Nu, skończą się rubelki od Władimira… – powinienem westchnąć markotnie.

Jak Polak z Polakiem

Niechaj mi wybaczą żartobliwy ton wszystkie osoby, które w minionych latach dotknęła okrutnie około-ukraińska histeria. Którym władze wielce demokratycznej Trzeciej Erpe niszczyły kariery i życiorysy, w imię iście stalinowskiej „walki z wrogą dywersją”.

Dajmy na to owa pani profesor, powszechnie szanowana za dogłębną znajomość literatury i kultury rosyjskiej. Wystarczyło, że w sprawie Ukrainy ośmieliła się mieć poglądy inne niż oficjalnie zalecone. Myślałby kto, że uniwersytet jest z definicji miejscem dyskusji, polemik i wymiany argumentów, ale zarazem wspólnotą. Tymczasem niektórzy utytułowani „koledzy” pani profesor jęli składać w „Gazecie Wyborczej” i podobnych mediach sążniste donosy na „antyludzkie i faszystowskie poglądy” wielbicielki Dostojewskiego, odcinając się od nich skwapliwie. Donosiki chyba trafiły, gdzie trzeba, bo po jakimś czasie niewiasta znalazła się pod lupą ABW.

Przypominało to klimatem dawanie odporu „wichrzycielom i dywersantom” w minionej (?) epoce. Tak myślę, że rozgrzanym miłością do Ukrainy denuncjatorom z tytułami naukowymi wypadałoby wręczyć po metrze grubego kabla elektrycznego – za komuny narzędzia sprawdzonego podczas bicia „warchołów”. Niechby wyglądali całkiem jak gomułkowski „aktyw robotniczy”.

Wspomnijmy jeszcze tego młodziana, który na Fejsie wyraził radość z powodu rozgromienia przez Rosjan ukraińskiego pułku „Azow” w Mariupolu. Potem nieborak tłumaczył się przed sądem, wskazując na banderowsko-naziolskie inklinacje tej jednostki. Pan prokurator przyznał młodzieńcowi prawo do oceny „określonych formacji wojskowych” naszego drogocennego sojusznika; jednakowoż radowanie się z powodu spuszczenia im łomotu zakwalifikował jako „pochwałę wojny napastniczej”. Sąd wycenił wzmiankowaną zbrodnię na 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz dozór kuratora.

Pomysł ścigania „pochwały wojny napastniczej” wydał mi się wielce paradny. Oznacza bowiem, że już niedługo większa część naszego narodu wyląduje w kryminale, bądź będzie miała w papierach zapis: „karany”. Wspomnijmy, ilu rodaków radowało się i okazywało dumę przy okazji rocznicowych obchodów wyprawy Żółkiewskiego na Moskwę, albo podbojów Chrobrego, bądź po prostu śpiewało wers: „dał nam przykład Bonaparte”. Zdaje się, że w naszym kraju mogą spać spokojnie tylko wielbiciele czynów orężnych Trumpa i Netanyachu…

Sabat nienawiści

Była jeszcze jedna kategoria ofiar polityki nadwiślańskich rządów i medialnych koncernów – a imię jej Legion. To ludzie, których mózgi zainfekowano wydzielinami partyjnych i ponadpartyjnych szczujni. Zaprogramowani wirusem pogardy, posłusznie nienawidzą tych, których media kazały im nienawidzić.

Pamiętam, jak kiedyś jeden z większych portali zakomunikował, że ukraiński dron uderzył w budynek mieszkalny pod Moskwą. Chałupa spłonęła, a wraz z nią 69-letnia kobieta wraz z siedmioletnim wnuczkiem. Od pewnego czasu mejnstrimowym mediom wolno już było zamieszczać takie wstawki – bo przecież wcześniej długo obowiązywała zasada, że każdego zabitego cywila zapisywano na konto Rosjan, i to musowo jako ofiarę zbrodni wojennej (czyli czynu zamierzonego).

Nie zamierzam tutaj oceniać ukraińskich droniarzy, wszak nie znam kulisów owego konkretnego incydentu. Na wojnie zdarzają się celowe ataki na cywilów (a więc zbrodnie), ale bywają także przypadkowe dramaty wynikłe z błędów obsługi, awarii sprzętu czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, jak każda wojna, generował zarówno zbrodnie, jak i nieumyślne zdarzenia, po obu stronach.

Jednakże poraził mnie oddźwięk ze strony internautów. Pod artykulikiem pojawiło się mnóstwo radosnych reakcji w stylu: „Lubię to!”, „Super!”, „Hahaha”. Co trzeba mieć w łepetynie, żeby radować się z usmażenia żywcem jakiejś babuszki i jej małego rebionka? Przecież śmierć rosyjskiego malucha to taka sama tragedia jak zgon dziecka ukraińskiego, palestyńskiego czy jakiegokolwiek innego! Takie same są krew i ból; identyczna rozpacz bliskich. Ale u nas niektórzy dzielą krew dzieci na lepszą i gorszą.

To tylko jeden przykład z wielu podobnych. Miałem nieszczęście słuchać lub czytać komentarze, które normalnego człowieka przyprawiały o mdłości; łącznie z epatowaniem fotografiami spalonych bądź okaleczonych zwłok (nazywanych „pieczonym ruskim robactwem”, „ruską padliną” bądź „ruskim ścierwem”). Patrzyłem na to i myślałem o tubylczych politykach i dziennikarzach, którym udało się zmienić niektórych moich rodaków w krwiożerczy motłoch; w ciemną, fanatyczną tłuszczę, gotową wojować nawet z pierogami ruskimi, albo z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Medialna tresura okazała się skuteczna.

Miałem nadzieję, że może jaki hierarcha mojego Kościoła powie w końcu głośno, że takie medialne seanse pogardy, takie odgórne zaszczepianie wścieklizny maluczkim jest zwyczajnie niegodziwe. Że bardziej pasuje to do plemienia dzikich kanibali, albo sabatu satanistów, niż do wspólnoty przyznającej się do dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Że prędzej czy później doprowadzi to do dramatów, może do zbrodni.

Niestety, nasi hierarchowie byli przez te lata pochłonięci ważniejszymi dla nich problemami. Przecież głośno wyrażali troskę o ekosystem naszej planety, albo o przyjazne powitanie tzw. „imigrantów”, bądź o bezpieczeństwo świec chanukowych w Sejmie. Cóż, każdy ma swoje priorytety…

Demokraci i rezuni

Okazywanie atencji współczesnym banderowcom i nazistom przez niektóre środowiska w Polsce nie ograniczało się do obszaru samej tylko Ukrainy.

Pamiętacie rok 2022, kiedy nasz kraj upstrzono niebiesko-żółtymi flagami? W moim rodzinnym mieście nieznane mi osoby powiesiły wielki baner, zdobny we wspomniane barwy, z napisem: „STAŃMY RAZEM, JAK WE WRZEŚNIU 1939 ROKU”. Patrzyłem na owo dzieło rąk ludzkich w zadumie, próbując dociec, do kogo adresowane jest wezwanie. No bo przecie we wrześniu 1939 roku pod niebiesko-żółtymi barwami wystąpił Legion Ukraiński Wehrmachtu oraz bojówkarze OUN!

Przez wiele lat patrzyłem zrezygnowany, jak polscy korespondenci w Rosji oraz tak zwani „eksperci od spraw wschodnich”, pokazując naszej publice antyputinowskie demonstracje nacjonal-bolszewików oraz komunistów od Ziuganowa, przedstawiali je jako „protesty opozycji demokratycznej”. Ale raz, pamiętam, aż poderwała mnie wieść, że manifestująca przeciw Putinowi „młodzież” zaraz po wiecu udała się na koncert grupy Kołowrat. Owóż Kołowrat reprezentował wielce specyficzny odłam tamtejszego rocka, scenę spod znaku „odin, czetyrie / wosiem, wosiem”. Krótko mówiąc – to kapela neonazistowska. To rzetelni pogrobowcy towarzysza Adolfa. Nietrudno domyślić się, jakie poglądy reprezentowała „antyputinowska młodzież”, co to ją obdarzył ciepłym słowem polski mediota.

Potem, już podczas wojny na Ukrainie, doświadczyłem swoistego deja vu, kiedy „nasze” media tudzież nieocenieni „eksperci” usilnie lansowali walczącą na żołdzie Kijowa grupę, występującą pod szumną nazwą: Rosyjski Korpus Ochotniczy (RDK). Chciałbym poinformować, że wódz oraz ideolog rzeczonego Korpusu, pan Denis Kapustin (ksywa Biały Król) był neonaziolem o długim stażu (w czym nie przeszkadzało mu żydowskie pochodzenie), z zakazem wjazdu do wszystkich krajów strefy Schengen. Dopiero od paru lat jął on wykrętnie dystansować się od niektórych aspektów polityki III Rzeszy.

W takich momentach zachodzę w głowę, czy entuzjastycznie nastawieni do takich i podobnych inicjatyw polscy korespondenci i „eksperci”są naprawdę aż takimi durniami? Czy też może doskonale wiedzą, jakich to przyjemniaczków lansują jako „siły opozycji antyputinowskiej”? Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Byłaby logicznym uzupełnieniem kocopałów o  „skomplikowanym Banderze” oraz o „trudnych wyborach ochotników SS-Galizien”. Pasowałaby do jakże częstych u nas prób przedstawiania ukraińskiego rezuna jako postaci tragicznej i skrzywdzonej przez los – i to wcale nie dlatego, że w trakcie rezania Lachów złamały mu się widły.

Wpływy obce

Nasze państwo niszczono odgórnie z zapałem godnym lepszej sprawy. Oto rządy PiS i PO powołały komisje „do spraw badania wpływów rosyjskich”. Ich głównym zadaniem okazało się poszukiwanie „haków” na konkurentów politycznych.

Ja zaś zapytam: dlaczego nie bada się po prostu obcych wpływów? Toż zamiast licytować się, kto podczas oficjalnych wizyt dłużej i goręcej ściskał dłoń Putinowi, moglibyśmy poznać sprawy naprawdę istotne dla naszego umęczonego kraju – od smakowitych kulisów podpisywania kontraktów zbrojeniowych i paliwowych, poprzez przepływy zagranicznych grantów dla tutejszych propagandowych szczujni, aż po skład klienteli podkarpackich przybytków braci Rysicz.

Kiedyś poseł Jarosław Kaczyński raczył z trybuny sejmowej nazwać świeżo upieczonego premiera Donalda Tuska „niemieckim agentem”. W cywilizowanym, zdrowo zarządzanym kraju ową wypowiedzią natychmiast zajęłyby się odpowiednie służby i zależnie od wyniku dochodzenia co najmniej jeden z tych panów wylądowałby w więzieniu – albo za oszczerstwo, albo za zdradę. Piszę „co najmniej jeden”, bo w razie uprawdopodobnienia agenturalności podejrzanego Donalda T., należałoby zapytać jego adwersarza – czemu to, posiadając taką wiedzę, nie zawiadomił prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszak mogącego ściągnąć na nasz kraj ogromne niebezpieczeństwo?

Oczywiście nic takiego się nie stało, nadwiślańskie państwo po raz kolejny potwierdziło kartonowo-styropianowy budulec swych fundamentów. Doczekaliśmy czasów, w których słowo „agent” uznaje się za wyświechtaną, niewiele znaczącą obelgę. Myślę, że prawdziwa obca agentura wielce raduje się takim stanem rzeczy.

Czy to wszystko oznacza, że możemy lekceważyć zagrożenie dla Polski ze strony rosyjskiej propagandy i działań służb Kremla? Oczywiście, że nie! Czy w naszym kraju działają prawdziwi rosyjscy agenci? Zdziwiłbym się, gdyby ich nie było. Rosja to kraj poważny, to znaczy dbający o swoje interesy. Działalność szpiegowska to naturalne przedłużenie dyplomacji. Zwalczanie obcego szpiegostwa oraz wspieranie własnego jest zwyczajną praktyką państw poważnych. Użalanie się na ten stan rzeczy, histeryczne „moralizowanie” w obliczu afer wywiadowczych to oznaka słabości.
Wiele lat temu, podczas wizyty Władimira Putina w Polsce, jakiś polski dziennikarzyna zarzucił mu, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze stara się przeforsować interes Rosji. W reakcji napisałem wtedy (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”), że bardzo chciałbym, aby taki zarzut stawiano polskim politykom – że gdziekolwiek się stawią, tam będą próbowali realizować interesy własnego kraju, a nie jakiejś Ukrainy, Tybetu, Czeczenii czy innej Gruzji. Pamiętam, że reakcją na moją pisaninę było zwyczajowe środowiskowe „oburzanko” i okrzyknięcie mnie (chyba po raz pierwszy) „zwolennikiem Putina”. Jak zwykle ktoś czegoś  nie zrozumiał.

Państwo polskie winno strzec swoich spraw, tak przed wrogami, jak i mniemanymi aliantami. Tymczasem przeczytałem niedawno (w „Rzeczpospolitej”) o bezkarnej działalności w naszym kraju służb ukraińskich. „Jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy” – próbują wyjaśnić taki stan rzeczy przedstawiciele naszych władz.

– Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam – westchnął kiedyś kardynał Richelieu.

Strumień łaski

Pan Wołodymyr Zełeński, pełniący obowiązki prezydenta kraju sąsiedzkiego, ma prawo być zdziwiony obecną gniewną reakcją części polskojęzycznych polityków i dziennikarzy, na jego kolejny akt probanderowskiej adoracji.

Toż przecie od lat nie robił nic innego. Nawet jak przyjmował Order Orła Białego, to miał na sobie bluzę z symboliką OUN (tryzub z mieczem), a w obecności tubylczych sług wykrzykiwał raz po raz banderowskie hasło: „Sława Ukrainie – Herojom sława!”. Zresztą zaprzańcom, pełniącym obowiązki Polaków, również zdarzało się, tu i ówdzie, owo zawołanie inicjować. Nieprawdaż?

Chyba powinniśmy radować się owym strumieniem łaski, co to nagle oświecił przynajmniej niektórych sprawujących rządy oraz dominujących w ławach opozycji. Jednakowoż sceptyczną część mej duszy korci wątpliwość – czy to szczera przemiana, czy tylko nowe wytyczne? Nie było aby (jak niegdyś, choćby w sprawie Przewodowa) SMS-owych instrukcji z ambasady Wielkiego Brata?

Dla mnie największym problemem wcale nie byli i nie są politycy z Kijowa, tylko ich warszawscy koledzy po fachu. A ściślej nie koledzy, tylko słudzy, przecie sami raczyli tak się określić. Przyznajmy, że na tak szczerą deklarację, taki publiczny akt hołdowniczo-służalczy nie poważył się w naszej historii bodaj żaden kolaborant, nawet szefostwo Goralenvolk. Zaprawdę była to historyczna chwila.

To właśnie tubylcza „klasa polityczna” sprawiła, że straciłem wiarę w polski (w znaczeniu: suwerenny) charakter państwa nad Wisłą. Dziś zaś obserwuję cudowne nawrócenie plenipotentów obcych ambasad, któremu nie towarzyszy żaden rachunek sumienia ani akt skruchy, że już nie wspomnę o zadośćuczynieniu Panu Bogu i ludziom. Przeciwnie, słudzy mówią teraz, że nigdy sługami nie byli. Że nigdy nie poważali Zełeńskiego. Że zawsze sprzeciwiali się banderyzacji Ukrainy. Że oni zawsze byli dzielni. Oni zawsze się starali. Oni nigdy nie kłamali, z ich ust spływały potoki prawdy. Oni przecie kochali Polskę. I jeszcze zawsze byli za uczczeniem polskich ofiar z zadeptanych wołyńskich dołów śmierci.

Tak, zawsze. A ja to wszystko przeoczyłem.

Dziękuję, Panowie!

Minione lata były bardzo trudne dla Polaków poruszających temat „okołowołyński” czy też „ukraiński”. Odpowiadają za to konkretni ludzie oraz konkretne formacje polityczne.

Ogromna większość mediów poddała się barbarzyńskiej presji. Wygodniej było wtedy milczeć, a jeszcze większe profity zapewniało przyłączenie się do banderowskiego chóru. Tylko nieliczne redakcje postąpiły inaczej, przeciwstawiając się dyktatowi lub przynajmniej dopuszczając możliwość zaprezentowania odmiennych poglądów.

Dzięki uprzejmości różnych środowisk, wśród nich zespołów redakcyjnych Portalu PCh24 oraz dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, miałem możność pisania o tym, co mnie szczególnie bolało, w tym o tematach określanych mianem „ukraińskich”. Robiłem to w charakterze „wolnego strzelca”, ale przecież ludzie udostępniający swoje łamy dla mojej pisaniny brali za nią pełną odpowiedzialność. A późniejsze gromy, te kubły pomyj od jawnych i anonimowych „oburzonych komentatorów”, spadały na te media między innymi za moją przyczyną.

Nie wspominam o tym, by się przechwalać, ani by uprawiać swoiste kombatanctwo. Inni działali w tej sprawie bez porównania więcej i lepiej ode mnie. Jednak to dobra okazja do złożenia podziękowań. Nie tak dawno życie pokazało mi, że mogę nie zdążyć wypowiedzieć wszystkich zamiarowanych słów. Nie wolno nam odkładać ważnych rzeczy na później.

Chciałbym więc serdecznie podziękować Redakcjom PCh24 oraz „Polonii  Christiana”, tudzież wszystkim innym wspólnotom, które w latach ukraińskiej histerii ratowały honor polskiego dziennikarstwa. Zaś tych, którzy mnie czytają, proszę z myślą o wzmiankowanych środowiskach:

– Panie i Panowie! Czapki z głów!

Postscriptum

W tytule, informującym o zakończeniu mej kariery ruskiego agenta, powinienem chyba wstawić pytajnik. Bo prawda jest taka, że Polacy mający swoje zdanie w kwestiach „okołowołyńskich”, niebawem znów mogą zostać ogłoszeni wrogami publicznymi, zagrażającymi bratnim sojuszom i owocnym przyjaźniom.

Nie miejmy złudzeń, polskojęzyczni ważniacy wczoraj ściskali się z Zełeńskim, dziś obsobaczają go ile wlezie, a jutro mogą ogłosić, że niedawne drobne nieporozumienia właśnie przezwyciężyła troska o wspólne dobro i świetlaną przyszłość. Toż wystarczy tylko telefon z tej czy innej ambasady… Osobnicy pozbawieni zasad, zapatrzeni tylko w słupki wyborcze, w pocie czoła odgrywają swój teatrzyk, pilnie bacząc, aby nadążyć za kolejną prawdą etapu.

Zaiste, niełatwe jest życie sługi.

Andrzej Solak

Otwarta wojna NATO z Rosją jest już do pomyślenia. Pole bitwy Europa.

Pole bitwy Europa

Otwarta wojna NATO z Rosją jest już do pomyślenia. Pozostaje tylko pytanie, kiedy się odbędzie – i kto ją przetrwa. Właśnie tu leży prawdziwa, niewypowiedziana strategia: polem bitwy ma być Europa. Stany Zjednoczone mają wyjść z niej możliwie nietknięte.

Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji. Na celowniku jest ostatnio zwłaszcza Tuapse

Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji

Ukraińskie ataki na cele w głębi Rosji, prowadzone z Wiesbaden, zwiększają prawdopodobieństwo rosyjskiego kontrataku na terytorium NATO. Jednocześnie Stany Zjednoczone w dużej mierze się wycofały. To nie jest ucieczka. To przemyślany ruch. Ograniczona wojna nuklearna na terytorium Europy nie jest już wykluczona w Waszyngtonie. Europa ma ponieść koszty, Ameryka zachowa pozycję strategiczną. To nie jest teoria spiskowa. To logiczna kontynuacja polityki, przed którą najbystrzejsi amerykańscy stratedzy ostrzegali od dziesięcioleci.

Zignorowane ostrzeżenia

Już w 2008 roku William Burns, ówczesny ambasador w Moskwie, a później dyrektor CIA, napisał w telegramie zatytułowanym „Niet znaczy Niet”: „Przystąpienie Ukrainy do NATO byłoby „najwyraźniejszą czerwoną linią dla rosyjskich elit – nie tylko dla Putina”.

George Kennan, architekt polityki powstrzymywania, nazwał ekspansję NATO na wschód „najbardziej fatalnym błędem polityki amerykańskiej od czasów zimnej wojny”. John Mearsheimer i Stephen Cohen przewidywali to samo: ktokolwiek wepchnie Ukrainę do NATO, zmusi Rosję do reakcji militarnej. Ostrzeżenia były jasne, powtarzane, ale ignorowane. Polityka ekspansji była kontynuowana. Dziś jesteśmy świadkami jej konsekwencji.

Teza, zwięźle podsumowana przez szwedzkiego analityka Mattiasa Forsgrena, brzmi następująco: Europa jest ukrainizowana. Gdy zabraknie Ukraińców, Europejczycy mają wypełnić luki. Aby to osiągnąć, konieczne jest zwiększenie gotowości militarnej, a rosyjski atak musi zostać sprowokowany lub sfabrykowany. Rosja będzie zmuszona do wyboru: strategiczne wycofanie się albo zniszczenie Europy – w tym lokalna wojna nuklearna, w której Ameryka pozostanie nietknięta.

Siergiej Karaganow, jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli rosyjskich elit bezpieczeństwa, od lat nawołuje do ograniczonych ataków nuklearnych na cele europejskie. Nie po to, by unicestwić Europę, ale by zaszczepić strach przed bronią jądrową wśród europejskich elit i społeczeństw oraz zmusić je do wycofania poparcia Kijowa. Amerykańscy stratedzy zamierzają wykorzystać właśnie ten dylemat.

Wiesbaden: Kwatera Główna Tajnej Wojny

Kanibalizacja wasali

Przez dekady Europa i Ameryka tworzyły imperialną jednostkę. Historyczne jądro pozostało kulturowo europejskie, podczas gdy struktura dowodzenia wojskowego i finansowego przeniosła się do Waszyngtonu. Ameryka odgrywała rolę silniejszego partnera, broniącego europejskiej cywilizacji. To status quo się rozpadło. Europa nie jest już traktowana jako równorzędny partner, lecz jako zasób: wyczerpana gospodarczo, politycznie podporządkowana i militarnie przygotowana jako arena, na której poniesione zostaną koszty upadku imperium.

Zniszczenie Nord Streamu, przymusowe odłączenie od rosyjskiej energii, deindustrializacja Niemiec – szczególnie widoczna w przemyśle chemicznym i motoryzacyjnym – gwałtowne wzrosty cen energii i spadające płace realne – tworzą te same warunki materialne, które Ukraina już zna: ubóstwo, beznadzieję i zagrożenie egzystencjalne. Jednocześnie trwa czystka informacyjna. Rosyjskie media są blokowane. Głosy wzywające do negocjacji są traktowane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa. Dehumanizacja przeciwnika przebiega według tego samego schematu, co na Ukrainie.

Gdy tylko wystarczająca liczba Europejczyków doświadczy tej samej kombinacji rozpaczy ekonomicznej, izolacji informacyjnej i sztucznego zagrożenia zewnętrznego, polityczny próg, który pozwoli na wysłanie Europejczyków do maszynki do mięsa, spadnie.

Dlaczego europejskie elity działają wbrew własnym interesom

Prawie wszyscy obserwatorzy spoza głównego nurtu są zdumieni tym samym zjawiskiem: europejscy politycy zachowują się tak, jakby ich kraje nie miały żadnych własnych interesów. A Rosja jest nie tylko konwencjonalną potęgą militarną, ale także potęgą nuklearną pierwszego rzędu. Długoterminowe bezpieczeństwo i gospodarcze przetrwanie Europy zależą od dostępu do rosyjskiej energii i surowców. Niemieccy przemysłowcy i bardziej rozsądni politycy zawsze to rozumieli.

Warszawa w 1945 roku

Istnieją powody, dla których dzisiejsze władze ignorują tę fundamentalną rzeczywistość. Zachodnie elity potrzebują trwającego konfliktu dla swojego politycznego przetrwania. Przyznanie się do porażki oznaczałoby utratę władzy. Jednocześnie wpływ Ameryki na europejskie procesy decyzyjne jest głębszy, niż skłonne są przyznać powierzchowne dyskusje.

Pułkownik Lawrence Wilkerson, były szef sztabu Colina Powella, opisuje, jak Waszyngton systematycznie szkolił i awansował uległych przywódców po zimnej wojnie. Dysydenci byli eliminowani poprzez kolorowe rewolucje, sieci kontaktów i politykę personalną. Długa historia odrzucania prawdziwej neutralności europejskiej mówi sama za siebie.

Szwajcaria jako papierek lakmusowy

Dla Szwajcarii pytanie to jest szczególnie dotkliwe. Neutralność nigdy nie była naiwna. Chodziło o zrozumienie, że małe państwo między supermocarstwami może przetrwać tylko wtedy, gdy nie pozwoli, by stało się polem bitwy. Każdy, kto dziś wierzy, że można stanąć po ‚właściwej’  stronie historii poprzez werbalną solidarność i sankcje bez ponoszenia kosztów, powtarza ten sam błąd, który popełniają europejskie elity od 2008 roku.

Ograniczona wojna nuklearna na terytorium Europy nie byłaby rozstrzygana w Waszyngtonie. Byłaby rozstrzygana w Wiesbaden, Ramstein i stolicach państw, które już zrzekły się swojej suwerenności.

Europa stoi przed wyborem, który nie oferuje dobrego rozwiązania. Albo zaakceptuje rolę frontalnego pola bitwy, albo zacznie redefiniować własne interesy. Wymaga to przede wszystkim umiejętności beznamiętnego opisu własnej sytuacji. Bez moralizatorstwa. Bez tabu. Bez iluzji, że wciąż jest się równorzędnym partnerem.

Bomby nigdy nie spadają na Waszyngton, spadają na europejskie miasta. To zawsze był problem Europy. Nie musi to pozostać jej losem.

swissvox.substack.com/schlachtfeld-europa

Opracował: Zygmunt Białas

Niedziela. Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

13.09.26 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

08/09/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

====================================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Msza Święta nie jest ucztą!

Sergiusz Muszyński magnapolonia/msza-swieta-nie-jest-uczta

Msza Święta nie jest ucztą!

Czy Msza Święta jest Ofiarą przebłagalną, czy też – jak często twierdzi współczesna teologia – „Ofiarą i ucztą”?

Dyskusja na ten temat rozgorzała pod niedawnym wpisem na facebookowym profilu wydawnictwa Magna Polonia, gdzie zacytowano wybitnego teologa i kanonistę, jakim był ks. dr Gregorius Hesse. Jego wypowiedź, z której wynika, że Msza Święta jest Ofiarą, nie zaś „Ofiarą i ucztą”, wzbudziła silny opór części komentujących.

Nie ma się co dziwić, jako że takie właśnie przekonanie wielu wiernych wynosi ze współczesnej katechezy. O ile posoborowa teologia zasadniczo nie zaprzecza wprost ofiarniczemu charakterowi Mszy Świętej, bardzo często przedstawia ją jako „Ofiarę i ucztę”, odwołując się do przyjmowania Komunii Świętej przez wiernych. W praktyce taki sposób przedstawiania Mszy prowadzi do przesunięcia akcentu z jej aspektu ofiarnego na wymiar „wspólnotowy”, jak gdyby był on co najmniej równorzędny Ofierze. Konsekwencją definiowania Mszy Świętej jako „Ofiary i uczty” jest zatarcie zasadniczej różnicy między samą Ofiarą a Komunią Świętą jako dopełnieniem i uczestnictwem w tej Ofierze.

W samym posoborowym Katechizmie Kościoła Katolickiego odnajdujemy takie oto stwierdzenie – „Msza Święta jest równocześnie i nierozdzielnie pamiątką ofiarną, w której przedłuża się ofiara Krzyża, i świętą ucztą Komunii w Ciele i Krwi Pana. Sprawowanie Ofiary eucharystycznej jest nastawione na wewnętrzne zjednoczenie wiernych z Chrystusem przez Komunię” (KKK 1382). W przytoczonej definicji czytamy, jakoby Msza Święta była równocześnie „pamiątką ofiarną”, jak i „świętą ucztą Komunii w Ciele i Krwi Pana”. Co więcej, oba te aspekty przedstawiono jako „nierozdzielne”, co może sugerować, że Komunia wiernych należy do istoty Mszy Świętej. Z kolei w drugim zdaniu stwierdza się, że odprawienie Mszy Świętej „jest nastawione”, czyli mówiąc inaczej, skoncentrowane na przyjęcie Komunii przez wiernych. Takie sformułowanie może więc prowadzić do wniosku, że przyjęcie Komunii Świętej przez lud stanowi szczyt i właściwy cel celebracji eucharystycznej.

W świetle tradycyjnej nauki Kościoła takie zdefiniowanie Mszy Świętej jest jednak w sposób oczywisty błędne. Niemniej ten pogląd przylgnął tak silnie do posoborowej narracji, że znalazł swoje miejsce nawet w Katechizmie firmowanym przez Stolicę Apostolską. Powtarzają go współcześnie katecheci, teolodzy i liturgiści. Sprzyja mu permanentne używanie słowa „Eucharystia” zamiennie ze zwrotem „Msza Święta”, bez rozróżnienia między Najświętszą Ofiarą Mszy a samą Komunią Świętą. W odniesieniu do Novus Ordo Missae regularnie słyszymy, że kapłan „przewodniczy Eucharystii”. Powyższe sugeruje nie tylko, jak w przypadku nieszczęsnego zapisu z Katechizmu, że szczytem i istotą Mszy Świętej jest przyjęcie Komunii przez wiernych, ale również jakoby rola kapłana była zredukowana zasadniczo do roli „przewodniczącego zgromadzenia”.

Sprzyja temu również niemal całkowity zanik tzw. prywatnych Mszy Świętych. Nie twierdzę, że w Kościele soborowym się ich w ogóle nie odprawia, należą one jednak do rzadkości. O ile dawniej zasadniczo codziennie każdy kapłan odprawiał własną Mszę Świętą, dzisiaj do standardu należy jej wspólne koncelebrowanie z innymi księżmi w obecności ludu. Boczne ołtarze w starych kościołach, na których to niegdyś codziennie odprawiano Msze Święte, w zasadzie przestały być użytkowane. Z kolei w nowych kościołach przeważnie buduje się już tylko jeden ołtarz w formie posoborowego stołu.

Omawiany błąd wywodzi się z zatrutego źródła zwyrodniałej części Ruchu Liturgicznego. Mowa o liturgistach, którzy jeszcze przed Soborem dążyli do „zreformowania” Mszy Świętej poprzez jej „dostosowanie do współczesnego człowieka” a zarazem archeologiczny powrót do mitycznej starożytności. Wspomniana grupa była siłą prekursorską względem fałszywych idei stojących za zniszczeniem Mszy Świętej w okresie pontyfikatu Pawła VI.

To wypaczenie zdrowej doktryny, uznające Mszę za „Ofiarę i ucztę”, zostało odrzucone przez papieża Piusa XII w encyklice Mediator Dei (1947 r.), którą przywołamy w dalszej części naszych rozważań.

Aż do II Soboru Watykańskiego, skutkiem którego była protestantyzacja kultu katolickiego, Kościół nie definiował Mszy Świętej jako „Ofiary i uczty”. Zamiast tego, ściśle rozróżniał między Mszą Świętą, która jest Najświętszą Ofiarą, a Komunią Świętą wiernych, będącą uczestnictwem w Ofierze, sakramentem oraz owocem tej Ofiary. Powyższe odnajdziemy, m. in. w Katechizmie Pietro kard. Gasparriego, który wyraźnie oddziela Mszę Świętą (będącą Ofiarą) od Eucharystii pojmowanej jako sakrament. We wskazanym Katechizmie napotkamy pytanie „Czym się różni sakrament Eucharystii od Ofiary?”, na które Autor odpowiada m.in. w ten sposób – „sakrament dokonuje się przez konsekrację i trwa, Ofiara zaś wyczerpuje się i kończy z chwilą dokonania aktu ofiarowania”[1]. Wskazany przez Kardynała „akt ofiarowania” odnosi się do Ofiary Mszy Świętej, której dokonanie nie jest uzależnione od przyjęcia Komunii przez wiernych. Podobnie wybitny polski dogmatyk ks. prof. Maciej Sieniatycki w swoim „Zarysie dogmatyki katolickiej” wyraźnie odróżnia Mszę Świętą, czyli „Eucharystię jako Ofiarę” od Komunii Świętej, tj. „Eucharystii jako sakrament”. Stwierdza, że różnią się one od siebie zarówno przez wzgląd cel, jak i przez wzgląd na sposób działania. Jak stwierdza, „Eucharystja jako Ofiara jest przeznaczona ku czci Boga, jako Sakrament dla uświęcenia człowieka”[2]. Aby Ofiara doszła do skutku, nie jest niezbędne, aby wierni przyjęli Komunię Świętą. Co więcej, niekonieczna jest nawet ich obecność.

Stąd też Sobór Trydencki w nauce o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej przedstawia ją konsekwentnie jako Ofiarę, nie zaś jako „ucztę”. Piętnuje jednocześnie pogląd, jakoby Msze Święte bez ludu miały być w jakikolwiek sposób mniej wartościowe (sesja XXII, Nauka o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej). Jako, że do sedna Mszy Świętej nie należy obecność ludu ani przyjmowanie przezeń Komunii Świętej, Sobór „nie potępia jako prywatnych i niedozwolonych takich Mszy, w których sam tylko kapłan komunikuje sakramentalnie, lecz je zatwierdza a nawet zaleca”. O ile więc do przyjmowania Komunii przez wiernych wolno używać określenia „uczta”, to nie wolno w ten sposób definiować samej Mszy Świętej, jako że komunikowanie przez lud nie należy do jej istoty. Można powiedzieć, że Komunia Święta wiernych jest dopełnieniem Najświętszej Ofiary Mszy, jednak niedopuszczalne jest uznawanie jej za coś Mszę konstytuującego.

Z tego powodu w tradycyjnych katechizmach i podręcznikach Msza Święta zawsze jest definiowana jako Najświętsza Ofiara, a nigdy jako „Ofiara i uczta”. Dla przykładu, księża W. Kalinowski i J. Rychlicki w swojej „Dogmatyce katolickiej” podają następującą definicję Mszy Świętej: „Msza Św. jest nieustającą bezkrwawą Ofiarą Nowego Zakonu, w której Jezus Chrystus ofiaruje się Ojcu Swemu Niebieskiemu przez ręce kapłana na ołtarzu pod postaciami chleba i wina”[3]. Pierwszy z wymienionych Autorów w innym dziele („Dogmatyka w oświetleniu apologetycznem”) objaśnia – „Msza Św. jest nieustającą ofiarą bezkrwawą Nowego Zakonu, w której Jezus Chrystus ofiaruje się Ojcu Swemu niebieskiemu przez ręce kapłana na ołtarzu pod postaciami chleba i wina”[4].

Analogicznie w znanej XIX-wiecznej „Dogmatyce katolickiej” autorstwa ks. J. Tylki – „Ofiarą Mszy Świętej jest bezkrwawe ofiarowanie ciała i krwi Zbawiciela, ustanowione od samego Chrystusa Pana, a sprawowane przez ręce kapłanów na pamiątkę przedstawienia ofiary krzyżowej”[5]. Z kolei ks. W. Jachimowski w swoim podręczniku pisze – „Msza Św. jest to nieustanna, bezkrwawa ofiara nowego zakonu, w której Jezus Chrystus ofiaruje Ojcu niebieskiemu Samego siebie przez ręce kapłana pod postaciami chleba i wina”[6]. Podobnie Katechizm św. Piusa X stwierdza, że „Msza Święta jest ofiarą Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa sprawowaną na naszych ołtarzach pod postaciami chleba i wina dla upamiętnienia ofiary krzyżowej”[7].

Przykładów z dawnych katechizmów lub podręczników można byłoby przytaczać bez końca. W tradycyjnej dogmatyce katolickiej nie definiowano Mszy Świętej w taki sposób, jak czyni to współczesna teologia wraz z Katechizmem Kościoła Katolickiego. Nie pisano o „Ofierze i uczcie”, jak gdyby o równoważnych aspektach Mszy Świętej, a jedynie o samej Ofierze, podkreślając jej charakter przebłagalny. Co więcej, Autorzy przeważnie omawiają Komunię Świętą jako przyjmowany przez wiernych sakrament w odrębnym rozdziale, niż samą Mszę Świętą. Wynika to z faktu, że Komunia Święta ludu (a więc uczta eucharystyczna) nie należy do istoty Mszy Świętej. O ile jest ona wiernym silnie zalecana, to nie jest niezbędna dla odprawienia Najświętszej Ofiary. Stąd nie może być elementem ją definiującym. Gdyby Msza Święta była, jak twierdzi posoborowy Katechizm Kościoła Katolickiego, „równocześnie i nierozdzielnie” Ofiarą oraz ucztą, żadna z przytoczonych przeze mnie definicji sprzed II Soboru Watykańskiego nie mogłaby się ostać. Wszystkie byłyby co najmniej niekompletne, o ile nie błędne, skoro pomijają konstytutywny element Mszy Świętej, zaś ów „nierozłączny” aspekt omawiają w odrębnych częściach podręczników.

Jednoznacznie tę kwestię opisuje ks. prof. Maciej Sieniatycki, wskazując wprost, że Komunia wiernych w uczcie Pańskiej nie należy do istoty Mszy Świętej. Jak pisze – „Wprawdzie Chrystus ustanowił eucharystję wobec uczniów swoich i podał im do spożycia, lecz z tego nie wynika, że ta okoliczność jest istotną i przez Chrystusa przepisaną. Eucharystja nie jest pamiątką ostatniej wieczerzy, lecz pamiątką śmierci krzyżowej Chrystusa”[8]. Dalej stwierdza – „tylko sama konsekracja istotę Mszy Św. stanowi”[9]. Zdaniem księdza Sieniatyckiego, Komunia kapłana, choć jest obowiązkowa, to również nie należy do istoty Mszy Świętej[10].

Po zobrazowaniu, że tradycyjna teologia katolicka definiowała Mszę Świętą jednoznacznie jako bezkrwawą Ofiarę przebłagalną, nie zaś „Ofiarę i ucztę”, należy odnieść się do twierdzeń niektórych komentujących, którzy w swojej argumentacji powoływali się na Ojców Kościoła. Część z przywoływanych fragmentów odnosi się jednoznacznie, tylko i wyłącznie do przyjmowania przez wiernych Komunii Świętej, stąd niezrozumiałym jest argumentowanie przy ich pomocy, że Msza Święta miałaby być „ucztą”. Z kolei w innych fragmentach Ojcowie mówili łącznie o Mszy Świętej, czyli Ofierze, jak i jej owocu, czyli komunikowaniu przez wiernych i to do niego odnosili aspekt uczty. Jest to jasne, jeśli czyta się Ojców prawidłowo, czyli również w kontekście późniejszych ścisłych zapisów Soboru Trydenckiego oraz definicji zakorzenionych w teologii scholastycznej.

Należy przypomnieć, że jakkolwiek Objawienie Boże zamknęło się wraz ze śmiercią ostatniego Apostoła, używany przez teologów język – broniąc stale tej samej wiary katolickiej – ulegał coraz większemu doprecyzowaniu, m.in. w odpowiedzi na pojawiające się herezje. U pisarzy wczesnochrześcijańskich nie znajdziemy tak precyzyjnych definicji niektórych zagadnień, jak w późniejszych podręcznikach ugruntowanych w teologii scholastycznej.

Wyjaśnia to Louis kard. Billot SI w pracy „Tradycja kontra modernizm”, gdzie stwierdza, że Ojcowie „posługiwali się niekiedy sformułowaniami, które same w sobie są wieloznaczne, nieostrożne czy nazbyt śmiałe”[11], patrząc na ich pisma z naszej perspektywy. Wynika to z faktu, że Ojcowie mierzyli się z innymi herezjami, niż Kościół w późniejszych wiekach. Stąd też kard. Billot zauważa, że nie czyniąc niekiedy tak szczegółowych i precyzyjnych rozróżnień, Ojcowie „byli jednak przy tym przekonani, że ich słuchacze będą je pojmować zgodnie z ich katolickim rozumieniem”[12].

W tym kontekście należy przypomnieć, m.in. że w czasach Ojców Kościoła nie istniał jeszcze protestantyzm, który podważał ofiarniczy charakter Mszy Świętej, usiłując uczynić z niej „ucztę”. Ojcowie nie mieli zatem potrzeby dokonywania tak ścisłych dystynkcji w teologii Mszy Świętej, jak to miało miejsce w epoce potrydenckiej. Nie zmienia to jednak faktu, że czytanie ich w sposób uczciwy i uważny nie prowadzi do definiowania Mszy Świętej w inny sposób, niż przedstawiają to cytowane wyżej podręczniki. Z kolei wyrywanie z kontekstu fragmentów pism wczesnochrześcijańskich, tak aby fałszywie przeciwstawić je późniejszej praktyce i nauczaniu, było zwodniczym zwyczajem protestantów i modernistów. Prawdziwy rozwój teologii polega na doprecyzowaniu pojęć, co czyni się również (choć nie tylko) w odpowiedzi na pojawiające się błędy doktrynalne. Z kolei to, z czym mamy do czynienia po II Soborze Watykańskim, także w kontekście Mszy Świętej, stanowi co najmniej ich rozmywanie i poddanie wieloznaczności, co sprzyja szerzeniu się herezji. Jest to więc regres teologiczny, a niekiedy wprost głoszenie już napiętnowanych błędów. Za przykład może służyć wspomniane na wstępie permanentne używanie słowa „Eucharystia” bez precyzowania, czy mówimy o Mszy Świętej czy Komunii Świętej.

Na zakończenie, wróćmy do wspomnianej na wstępie encykliki Piusa XII – Mediator Dei, poświęconej katolickiej liturgii. Jak zauważa papież, zgubny błąd określania Mszy Świętej jako „Ofiary i uczty” prowadzi do uznania, że szczytem Mszy jest przyjęcie przez wiernych Komunii. We wspomnianym dokumencie czytamy:

„(…) jeszcze więcej błądzą ci, którzy dla udowodnienia bezwzględnej konieczności uczestnictwa wiernych wraz z kapłanem w biesiadzie eucharystycznej, twierdzą zwodniczo, że idzie tu nie o samą Ofiarę tylko, ale o Ofiarę i ucztę braterskiej wspólnoty, i ze wspólnie przyjętej Komunii świętej czynią punkt szczytowy całej celebry.”

Jak widzimy, Pius XII odrzuca nazywanie Mszy Świętej mianem „Ofiary i uczty”, uznając takie twierdzenie za zwodnicze. Potępia również płynącą z takiego rozumowania konkluzję, że wspólnie przyjęta Komunia Święta jest punktem szczytowym całej celebracji liturgicznej. Jeśli jednak Msza Święta miałaby być „ucztą”, to nie mogłoby być inaczej. Wspólnie przyjęta Komunia Święta musiałaby stanowić samą istotę Mszy, a jak wiemy, tak nie jest. Aby nie pozostawić żadnych wątpliwości, papież stwierdza dalej:

Otóż raz jeszcze z naciskiem trzeba zwrócić uwagę, że Ofiara Eucharystyczna z natury swojej jest bezkrwawym ofiarowaniem Bożej żertwy, widocznym w sposób mistyczny w rozdzieleniu świętych postaci i w złożeniu ich w daninie Ojcu Przedwiecznemu. Natomiast Komunia św. należy do dopełnienia Ofiary i do uczestnictwa w niej przez wspólnotę Najświętszego Sakramentu. Podczas gdy jest wprost nieodzowna dla celebrującego kapłana, to wiernym tylko usilnie ją się zaleca.

Zatem, jak uczy Pius XII, podkreślając to dobitnie poprzez zwrot „z naciskiem”, Msza Święta „jest bezkrwawym ofiarowaniem Bożej żertwy”. Z kolei Komunia Święta „należy do dopełnienia Ofiary”. Stanowi jej owoc, który to „wiernym tylko usilnie (…) się zaleca”, należy do uczestnictwa w Ofierze. W dalszej części papież stwierdza, że jeśli są ku temu powody (a występują one, jak pisze Pius XII, „i to nie rzadko”), Komunii Świętej można udzielić wiernym także przed lub po Mszy Świętej.

Podsumowując, stwierdzenie że Msza Święta miałaby być „Ofiarą i ucztą” jest błędne na gruncie katolickiej dogmatyki.

Takie przekonanie w sposób oczywisty implikuje, jakoby istotą Mszy Świętej na równi z Ofiarą przebłagalną było przyjęcie Komunii przez wiernych w uczcie Pańskiej. Tymczasem Msza Święta jest Ofiarą, zaś przyjęcie przez zgromadzony lud Komunii Świętej jej owocem. Nie należy ono do istoty Mszy Świętej, stanowiąc aspekt uczestnictwa wiernego w Ofierze. Mimo, że wiernym zawsze usilnie zalecano korzystać z tego owocu Ofiary, przyjęcie Komunii przez lud nie jest obowiązkowym elementem samej Mszy. Jej istotę, a więc to, poprzez co dane zjawisko definiujemy, stanowi Ofiara, dokonująca się poprzez rozdzielenie prawdziwego Ciała i Krwi Pana Jezusa pod postaciami chleba i wina.

Sergiusz Muszyński

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    8 września 2026 michalkiewicz

—————————————————————————

Z flintą nos w pole wytknął,

Rycerskim więc instynktom

Dziś ujście daje rad.

Huczy strzałów muzyka.

Zając wszak zdrów umyka,

Obławnik dostał w zad.

Wprawdzie, gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondakrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro. Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondakrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei?

To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko – że prezes Zondakrypto, albo w ostateczności – jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń.

Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i – czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka.

W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim, decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie; czy to z grona minę obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral? Czy jest on narodowości prawniczej – na co wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada.

Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela, pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondakrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe. Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania.

A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie, jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w która wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, która potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni, czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea.

Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią zwłaszcza w sytuacji, gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda, podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Giertycha Romana może zachodzić konflikt interesów , bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana, Wielce Czcigodny Sławomir Nitras, co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek uważa, że Wielce Czcigodny mec. Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”. Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”.

Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państw”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały.

Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

A tam biegnie sarna,

sarna towarzyszu mój.

Spuszczaj charta ze smyczy,

niech sarenkę uchwyci,

towarzyszu mój

– śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie, ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi

magnapolonia/ukraina-szykuje-roszczenia-do-polskiej-ziemi

29 lipca 2025 roku Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nadającą szczególny status Ukraińcom przesiedlonym z terenów należących do Polski w latach 1944–1951. Przepisy weszły w życie 30 stycznia 2026 roku. Dokument nie jest wyłącznie ustawą socjalną. Wprowadza do ukraińskiego porządku prawnego kategorię osób deportowanych z powojennej Polski, a jednocześnie odwołuje się do utraty przez nie domów i majątku. To wstęp do roszczeń majątkowych wobec III RP. Tymczasem Warszawa śpi, zarówno wobec roszczeń ukraińskich jak i własnych obywateli co do majątków utraconych na Kresach.

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi. Ustawa z 2025 roku definiuje jako deportację przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów dawnej Polski do Ukraińskiej SRR, a także późniejszą akcję „Wisła”. Ustawa wskazuje przy tym na „wywłaszczenie mienia” oraz inne ograniczenia praw osób przesiedlonych. W marcu 2026 roku ukraińskie władze przyjęły kolejny akt prawny z tym związany – rozporządzenie -procedurę przyznawania jednorazowej pomocy finansowej osobom objętym ustawą. Na to jak widać pieniądze są, mimo wojny.

Nie oznacza to, że Ukraina uzyskała w ten sposób podstawę prawną do przejmowania polskich nieruchomości. Ustawa nie przyznaje Ukraińcom prawa własności do konkretnych działek czy domów znajdujących się obecnie w Polsce i nie nakłada na Warszawę obowiązku wypłaty odszkodowań. Znaczenie ustawy może być jednak szersze. Państwo ukraińskie tworzy bowiem formalny system potwierdzania statusu osób wysiedlonych, ich pochodzenia oraz utraconego majątku. Tego rodzaju dokumentacja ma znaczenie, jeśli w przyszłości pojawią się polityczne próby wysuwania wobec Polski roszczeń dotyczących mienia.

Szczególne znaczenie ma język stosowany przez ukraińskie władze. W dokumentach i wystąpieniach parlamentarzystów mowa jest nie tylko o przesiedleniach, ale o „deportacji”, „wywłaszczeniu”, „zbrodni reżimu komunistycznego” oraz „zbrodni państwa polskiego”. W ukraińskiej narracji pojawia się również pojęcie prawa do powrotu na tereny określane jako „Zakerzonia”.

Istotna jest także kwestia liczb. Na podstawie umowy między polskojęzycznymi komunistami oraz Stalinem, około 482 tys. osób przesiedlono w latach 1944–1946 z Polski do Ukraińskiej SRR. Około 140–150 tys. Ukraińców wysiedlono natomiast w 1947 r. podczas akcji „Wisła”. W ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się jednak liczby sięgające 700–750 tys. deportowanych. Różnica wynika częściowo z uwzględniania różnych operacji i okresów, jednak większa liczba osób objętych państwową narracją oznacza również większy potencjalny krąg osób mogących powoływać się na status deportowanych.

W zakresie sztucznego zawyżania przesiedlonych, Ukraińcy uczą się od najlepszych – liczba Żydów „ocalałych z holokaustu” również rosła wraz z czasem.

W każdym razie, w związku z działania ukraińskich władz rodzi sie pytanie, czy tworzenie państwowego systemu dokumentowania deportacji i utraconego mienia nie będzie w przyszłości wykorzystywane jako argument w sporach majątkowych. Co więcej, kwestia ta nie jest wyłącznie jednostronna.

Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich również pozostawili tam domy, gospodarstwa, ziemię i inne nieruchomości. Państwo polskie stworzyło wprawdzie system rekompensat za mienie pozostawione poza obecnymi granicami RP, ale problem historycznej własności kresowej nigdy nie został rozwiązany w sposób odpowiadający oczekiwaniom wszystkich środowisk kresowych.

Dodatkowo, polskie majątki były znacznie bogatsze od ukraińskich i łemkowskich. Z ziemi i nieruchomości wypędzeni zostali nie tylko polscy chłopi ale także fabrykanci oraz szlachta, posiadająca zamki i pałace. Same zagrabione i znacjonalizowane polskie zamki i inne dobra kultury na Kresach są warte miliardy, podczas gdy Ukraińcy na obecnym terytorium RP mieli jedynie drewniane chaty kryte strzechą, wozy drabiniaste na drewnianych kołach i kupę biedy.

Wobec działań Kijowa niezbędna jest zdecydowana i symetryczna reakcja polskiego rządu. Jeżeli Ukraina tworzy państwowy system rejestracji osób wysiedlonych, dokumentowania utraconego mienia i prawnego potwierdzania krzywd doznanych przez Ukraińców po 1944 r., Polska powinna stworzyć analogiczny mechanizm dokumentowania polskich majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich.

Nie powinno się przy tym ograniczać sprawy do symbolicznych uchwał czy obchodów rocznicowych. Konieczne jest rozpoczęcie systematycznego procesu zmierzającego do restytucji polskiego mienia na Kresach. Tam, gdzie zwrot nieruchomości jest niemożliwy, należy dążyć do uzyskania realnych rekompensat. Państwo polskie powinno zgromadzić i zabezpieczyć dokumentację dotyczącą domów, gospodarstw, gruntów, przedsiębiorstw i innych nieruchomości pozostawionych przez Polaków w wyniku przymusowych wysiedleń.

Jeżeli państwo ukraińskie uznaje prawa swoich obywateli i ich potomków do pamięci o utraconym majątku, dokumentuje ich straty i nadaje wysiedlonym określony status prawny, państwo polskie powinno z taką samą determinacją występować w obronie praw Polaków wypędzonych z Kresów. Szybko okazałoby się, że polskiego majątku zagrabionego przez Ukraińców i Rosjan jest znacznie więcej, niż ukraińskiego w Polsce.

======================================================

NASZ KOMENTARZ:

Bądźmy szczerzy – Ukraina skrzętnie gromadzi dokumentację swoich strat (prawdziwych i urojonych) i przygotowuje podstawę do przyszłych roszczeń. Niestety, strona polska pozostaje wyłącznie przy deklaracjach i wspomnieniach. Taka asymetria jest dla Polski politycznie i historycznie niekorzystna, a wręcz groźna. Jedynie słuszną reakcją na ukraińskie roszczenia, są nasze własne, dzięki czemu będziemy szachować antypolski, banderowski reżim.

Ukraina ostatnio gromadziła dowody, aby domagać się od Polski reparacji i ziemi

Ukraina przez ostatni rok gromadziła dowody, aby domagać się od Polski reparacji i ziemi

Andrzej Korybko, 7 września 2026 r.

korybko/ukraine-has-spent-the-past-year-building

Patriotyczni polscy aktywiści dopiero teraz odkryli, co po cichu robi Ukraina.

Niezależny dziennikarz Konrad Rękas pod koniec sierpnia zwrócił uwagę na ustawę, którą Ukraina po cichu uchwaliła w lipcu 2025 roku, dotyczącą komunistycznej „ Akcji Wisła ”. Doprowadziła ona do deportacji Słowian Wschodnich identyfikujących się jako Ukraińcy [lub siłą za takich uznanych.. Znam osobiście takich. M. Dakowski] do odrodzonej Republiki Sowieckiej oraz przymusowego przesiedlenia pozostałych na byłe tereny kontrolowane przez Niemcy, które Polska nazywa Ziemiami Odzyskanymi. Ustawa uznaje tę operację za przestępstwo i zobowiązuje państwo do przywrócenia „praw” swoim obywatelom.

Niedługo potem polski dziennikarz Radosław Patlewicz udostępnił artykuł ze swojej strony Magna Polonia o tym, jak „ Ukraina przygotowuje roszczenia do ziem polskich ”, co odzwierciedlało obawy Rękasa. Nowo odkryta świadomość ubiegłorocznego prawa uwiarygodnia scenariusz, w którym powojenna Ukraina albo formalnie zgłasza roszczenia do południowo-wschodniej Polski, albo nieoficjalnie wspiera ultranacjonalistów – w tym traumatyzowanych weteranów , zarówno w Polsce, jak i za granicą – którzy mogliby działać na własną rękę, aby te roszczenia wysuwać.

W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania ma na celu zrównanie „Operacji Wisła” z ludobójstwem wołyńskim , a jej celem jest wpojenie Polsce poczucia winy i skłonienie jej do normalizacji stosunków z Ukrainą po tym, jak niedawna gloryfikacja sprawców tego ludobójstwa, OUN-UPA, przez Zełenskiego na szczeblu państwowym , pogorszyła ich sytuację. W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania może doprowadzić do wspomnianego scenariusza powojennej ukraińskiej wojny hybrydowej z Polską. Oto dziesięć informacji, które w różnym stopniu poruszają tę wiarygodną możliwość:

* 6 sierpnia 2023 r.: „ Prognoza Kijowa dotycząca rywalizacji z Polską po konflikcie źle wróży stosunkom dwustronnym

* 4 czerwca 2024 r.: „ Czy Polska obawia się, że Ukraina pewnego dnia wystosuje wobec niej irredentystyczne roszczenia?

* 31 października 2024 r.: „ Mapa Polski w formie shitpostu sprowokowała szefa OUN do ostrzeżenia, że ​​„Polacy igrają z ogniem”

* 20 września 2025 r.: „ Ambasador Ukrainy w Polsce przyznał, że jego współwyznawcy nie chcą się asymilować

* 7 października 2025: „ Wkrótce w polskim Sejmie może powstać ukraińskie lobby etniczne

* 24 października 2025 r.: „ Podżeganie do terroryzmu przez Osamę bin Sikorskiego grozi Polsce odwrotnym skutkiem

* 1 stycznia 2026: „ Nic dziwnego, że popularny ukraiński portal ubolewa nad utratą „Zakerzonii” na rzecz Polski

* 18 maja 2026 r.: „ Projekt Trident ma na celu powstrzymanie fali przestępczości ukraińskiej w Polsce po konflikcie

* 25 czerwca 2026: „ Przemysław Piasta ma rację: Ukraina po konflikcie będzie stanowić poważne zagrożenie dla Polski

* 29 czerwca 2026 r.: „ Starszy sierżant ukraiński groził Polsce atakami dronów na jej miasta

Wybitny polski ekspert ostrzegał, że Ukraina może obarczyć Polskę winą za straty poniesione przez Rosję ” na początku tego lata, więc nie można wykluczyć, że wywołana przez państwo wściekłość Ukraińców na Polskę może być skierowana przeciwko tej irredentystycznej sprawie, mającej na celu odwrócenie uwagi od niepowodzeń ich rządu i Zachodu.

Mogłaby również utwierdzić ludzi w przekonaniu, że mogliby zrekompensować straty terytorialne poniesione przez Rosję, odzyskując ziemie z dzisiejszej Polski, do których rościło sobie prawa ich krótkotrwałe państwo po I wojnie światowej.

Nawet jeśli nie dojdzie do wojny, cicha prawno-polityczna kampania Ukrainy przeciwko Polsce może nadal zostać wykorzystana do wymuszenia ustępstw społeczno-ekonomicznych, takich jak przywrócenie programów przyznających Ukraińcom w Polsce prawa równoważne Polakom i/lub reparacje.

Chodzi o to, że ta kampania nie została rozpoczęta bez powodu i niemal na pewno stanie się głośną sprawą w okresie powojennym, niezależnie od tego, czy Polska pokona wspieraną przez Niemcy Ukrainę w walce o przywództwo w regionie .

Polska mogłaby zapobiec temu scenariuszowi poprzez masowe deportacje Ukraińców, a jednocześnie wzmocnić obronę przeciwdronową i rozszerzyć swoją „ Tarczę Wschodnią ” na granicę z Ukrainą.

Prawdopodobnie jednak tego nie zrobi, ponieważ państwo wciąż „nie zdaje sobie sprawy” z zagrożenia terytorialnego ze strony Ukrainy. Z tego powodu obowiązkiem patriotycznych Polaków jest dalsze podnoszenie świadomości na ten temat, co może doprowadzić do tego, że jedna z partii opozycyjnych potraktuje to poważnie i przynajmniej poinformuje o tym sojuszniczego prezydenta Karola Nawrockiego.

Zmarł ks. Stanisław Małkowski

Zmarł ks. Stanisław Małkowski 

8 września 2026

W nocy 7 września 2026 roku w wieku 82 lat zmarł ks. Stanisław Małkowski, działacz opozycji demokratycznej i kapelan “Solidarności”. Szczegóły pogrzebu zostaną podane w późniejszym terminie

Ks. Stanisław Małkowski był działaczem opozycji demokratycznej, kapelanem “Solidarności”, ale też socjologiem i publicystą. Urodził się 29 lipca 1944 roku w Woli Korytnickiej koło Węgrowa. Był absolwentem Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie wstąpił w 1970 roku, a święcenia kapłańskie otrzymał cztery lata później, 22 grudnia 1974 roku, z rąk biskupa pomocniczego warszawskiego Zbigniewa Kraszewskiego. 

Jako wikariusz i rezydent posługiwał w parafiach warszawskich i pozawarszawskich m.in. w parafii Bożego Ciała na Kamionku, w Skierniewicach, Ząbkach, w parafii św. Jozafata w Warszawie i parafii Matki Bożej Królowej Świata w Warszawie. W połowie lat siedemdziesiątych wstąpił do nowicjatu w Zakonie Kaznodziejskim (Dominikanie), ale po roku powrócił do posługi kapłana diecezjalnego. 

Od lat 60. XX wieku był zaangażowany w działalność opozycyjną, za którą Służba Bezpieczeństwa wielokrotnie go zatrzymywała i przesłuchiwała. 

W seminarium poznał ks. Jerzego Popiełuszkę, z którym się zaprzyjaźnił, a później został jego współpracownikiem. Od 1982 roku wraz z ks. Popiełuszką odprawiał słynne Msze Święte w intencji Ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.  

11 listopada 2021 roku ks. Stanisław Małkowski został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Najwyższe odznaczenie państwowe duchowny otrzymał „w uznaniu znamienitych zasług w pracy duszpasterskiej, za bohaterską postawę kapelana „Solidarności” wspierającego słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, stojącego po stronie dobra i prawdy w obronie niezbywalnych praw człowieka”.  

Od lipca 2022 roku jako emeryt zamieszkał w domu rodzinnym na terenie Diecezji Warszawsko-Praskiej.  [Nie, od „zawsze” mieszkał w swoim domu na Saskiej Kępie… MD]

=============================

To dane Archidiecezji Warszawskiej.

Muszę więc dodać ukryte przez nich:

Na liście SB „do odstrzału” w latach 80-tych był pierwszy, przed ks. Jerzym Popiełuszką. Ale jakoś im „nie wyszło”. Szybko i daleko odszedł od „michniko-kuroni”. Był bardzo źle widziany przez urzędników kurii za swe odważne, bardzo pobożne, patriotyczne kazania, tak przed, jak i po 1989-tym. . No i bardzo nie lubił, unikał „novusa„. Nie dawali Mu parafii. Usunięto go z pracy w parafii św. Patryka na Gocławiu, gdzie był księdzem wspomagającym. W diecezji warszawsko-praskiej, na terenie której mieszka, decyzją kurii odebrano mu prawo głoszenia kazań, prawo spowiadania oraz przyzwolono mu jedynie na odprawianie mszy świętych koncelebrowanych w parafii na Saskiej Kępie.

M. inn. był „zesłany” jako pomocnik księży na cmentarz „Wólka Węglowa”, gdzie przez tamtejszych był brutalnie pomiatany. Żartował: „poznaję tyle nowych twarzy”… Czasem był zmuszany do dodatkowej, wielogodzinnej pracy, gdy szefowie mieli, nie kryjąc się, wielogodzinny bibki pederastyczne.

Wręczałem Kanclerzowi Metropolii Warszawskiej pokorne [bardzo] pismo wiernych, by przewrócić Księdza do którejś z parafii Starego Miasta, czy Śródmieścia. Gdy usłyszał, o kogo chodzi, zobaczyłem „stalowy” błysk w oczach dostojnika – i usłyszeliśmy natychmiastową odmowę.

=============================================

W tym czasie świeccy pracownicy tego cmentarza donosili z przerażeniem o pederastycznych orgiach tam się zdarzających. Relacje te zostały przekazane do Kurii Metropolitalnej, bez SKUTKU.

========================================

Był kapelanem Gaudium Vitae, organizacji opiekującej się samotnymi, porzuconymi i bezradnymi matkami.

Był kapelanem Ruchu Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Ofiarnym kapelanem więźniów, wysyłał im mnóstwo czasopism [widziałem u Niego w domu, jak godzinami pakował]. Wysyłał złodziejom, mordercom, gwałcicielom. „Ale tylko tym, którzy mnie o to proszą” – wyjaśniał. – Łapownikom, defraudantom też? – pytałem żartobliwie. Pomyślał: – a tak, dyrektorom też..,” MD

Współzałożyciel i kapłan Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę.

==========================

Od 1982 roku wraz z ks. Popiełuszką odprawiał słynne Msze Święte w intencji Ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

Złożenie wieńca przy włocławskiej tamie, gdzie 30 października 1984 roku wyłowiono z zalewu na Wiśle ciało ks. Jerzego Popiełuszki, fot. PAP/Jerzy Kośnik

=====================================

W 2006 roku prezydent Lech Kaczyński uhonorował go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

11 listopada 2021 roku ks. Stanisław Małkowski został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Najwyższe odznaczenie państwowe duchowny otrzymał „w uznaniu znamienitych zasług w pracy duszpasterskiej, za bohaterską postawę kapelana „Solidarności” wspierającego słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, stojącego po stronie dobra i prawdy w obronie niezbywalnych praw człowieka”.

Protest głodowy: W Obronie Polskich Dzieci przed Demoralizacją i Wynarodowieniem

Protest głodowy:

W Obronie Polskich Dzieci

Przed Demoralizacją

i Wynarodowieniem

Autor: Józef Wieczorek , 8 września 2026

Protest głodowy  “W Obronie Polskich Dzieci Przed Demoralizacją i Wynarodowieniem”

We wtorek 8.09. 2026 r. Jan Karandziej, członek Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, od 1980 r. Komitetu Założycielskiego WZZW wraz ze Stanisławem Oroniem, przewodniczącym Organizacji Terenowej NSZZ „Solidarność” Emerytów i Rencistów Kolejowych w Lublinie, rozpoczęli w siedzibie NSZZ Solidarność w Częstochowie

PROTEST GŁODOWY W OBRONIE POLSKICH DZIECI

PRZED DEMORALIZACJĄ I WYNARODOWIENIEM

Jan Karandziej

Urodzony 15.05.1955 r. w Waczy w Karelii.

Działacz Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, które swoją działalnością doprowadziły do strajków w Gdańsku w 1980 r. i w końcu do powstania “Solidarności.”

W 2018 r. mówił o tym prezes IPN Jarosław Szarek: – Nie byłoby wolności i Solidarności bez was, bez waszej odwagi i wysiłku.

Uczestnik wielu akcji i manifestacji protestacyjnych przeciw władzom komunistycznym. Wielokrotnie aresztowany i zwalniany z pracy za swoją działalność antykomunistyczną.

Uczestnik głodówki o zwolnienie więźniów politycznych – maj 1980 r. w Podkowie Leśnej.

Od maja 1980 r. członek Komitetu Założycielskiego WZZW, kierownictwa tej organizacji (Razem z Andrzejem Gwiazdą, dwaj ostatni).

Współtwórca apelu wzywającego do obrony Anny Walentynowicz, zwolnionej ze stoczni. Współorganizator strajku w Jej obronie.

W sierpniu 1980 przywódca strajku w Gdańskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych. Po strajkach drukarz w drukarni Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego (MKZ) NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przywrócony do pracy w stoczni pod koniec 1980 r.

W 1981 r powrócił do pracy w drukarni “S” we Wrzeszczu, następnie podjął pracę w drukarni “S” Portu Gdańskiego. Tam zastał go stan wojenny. Załoga gdańskiego portu strajkowała najdłużej spośród trójmiejskich przedsiębiorstw. Drukarnia pracowała do końca strajku.

Ukrywał się do 30 grudnia. Namierzony i aresztowany, ostatecznie został internowany w Strzebielinku. Zwolniony 24.07.1982 r.

W marcu 1983 r. emigrował do Berlina Zach., a jesienią 1984 r. do Kalifornii. W czasie pobytu w Kalifornii, wraz z żoną, założył i prowadził bibliotekę polską. Był współzałożycielem i redaktorem biuletynu informacyjnego ‘Wiadomości”. Uczestniczył w fundacji zbierającej pieniądze na pomoc dla prześladowanych w Polsce działaczy niepodległościowych.

Do Polski powrócił 1989 r.

Uczestnik protestu głodowego o przywrócenie nauczania historii w szkołach – kwiecień 2012 r. w Częstochowie. W 2024 – inicjator i uczestnik protestu głodowego przeciw przetrzymywaniu w areszcie ks. Olszewskiego, p. Urszuli i p. Karoliny – urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości.

Wciąż aktywny w działaniach na rzecz niepodległości Polski.

Odznaczenia: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (2017), medal “Pro Patria”, “Medal Komisji Edukacji Narodowej”, Krzyż Wolności i Solidarności (2018).

Stanisław Oroń

Urodzony w Nałęczowie w 1957 r., uczestnik i członek Komitetu Strajkowego w Lokomotywowni i Węźle PKP Lublin w dniach 16-19.07.1980 r.  a od 18.08 tego roku – skarbnik nowo wybranej Rady Zakładowej Związków Zawodowych Pracowników Kolejowych Lokomotywowni PKP Lublin. 2.09. 1980 r. uczestniczył Oroń w delegacji tejże Rady Zakładowej do Komitetu Strajkowego w Gdańsku, która przekazała strajkującym dobrowolne składki od załogi Lokomotywowni w kwocie 70 tys zł. W listopadzie 1980 r., po przekształceniu się Rady Zakładowej w Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”, wszedł w skład Prezydium Komitetu z zachowaniem funkcji skarbnika. 25.11. 1980 r. brał udział w Strajku Ostrzegawczym zorganizowanym w Lokomotywowni PKP. Po wprowadzeniu stanu wojennego, aktywnie uczestniczył w pracach nielegalnej wtedy Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Węzła PKP.  Rozpowszechniał wśród załogi podziemne wydawnictwa. Brał udział w manifestacjach i uroczystościach patriotyczno-religijnych w Lublinie, Warszawie-Żoliborzu i na Jasnej Górze. Do udziału w nich przekonywał też innych kolejarzy. 30.05. 1983 r., przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski, odnowił znajdujący się na terenie Lokomotywowni Pomnik-Krzyż, upamiętniający strajki kolejarskie w lipcu 1980 r. Z tego powodu wszczęte zostało przeciw niemu postępowanie służbowe. Mimo to, wspólnie z innymi, dbał o to miejsce pamięci. W ramach represji za podejmowane działania, pod koniec grudnia 1984 r., został zwolniony z pracy w Lokomotywowni PKP Lublin.

Od 12 lat należy Stanisław Oroń do Organizacji Terenowej NSZZ „Solidarność” Emerytów i Rencistów Kolejowych W Lublinie, w której dużą grupę stanowią uczestnicy strajku z 1980 r. W bieżącym roku został jej przewodniczącym a od 10 lat jest sztandarowym. Należy również do Stowarzyszenia Represjonowanych w Stanie Wojennym, oddział w Lublinie. Uczestniczy jako przedstawiciel obu organizacji, w uroczystościach państwowych i religijnych.

Odpowiadając tym, którzy nadal wierzą, że „covid” istnieje…

Odpowiadając tym, którzy nadal wierzą, że „covid” istnieje…

Spróbujmy sobie przypomnieć, jak smakował zdrowy rozsądek, gdy był czymś oczywistym, a nie tylko miłą niespodzianką. Przypomnijmy sobie, że ludzie chorowali na grypę przed covid-19, przed laboratoriami biologicznymi, przed Faucim, zanim jeszcze narodziła się cywilizacja. I niektórzy z nich przeszli ją naprawdę ciężko. I przypomnijmy sobie – i dr Nass – że gdyby ten sam tydzień przydarzył się jej w 2018 roku, określenie tego mianem wojny biologicznej lub wirusa genetycznie zmodyfikowanego byłoby uznane za kompletnie szalone.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org 8 września 2026

Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

Odpowiadając tym, którzy nadal wierzą, że „covid” istnieje…

Oficjalne stanowisko OffGuardian w sprawie tzw. „pandemii” covid – uzasadnione i udokumentowane w naszym cyklu „40 faktów” – jest takie, że nie istniała żadna nowa ani odrębna choroba, a wszystkie choroby oznaczone jako „covid” były wynikiem reklasyfikacji regularnych chorób endemicznych, zbiorczo znanych jako „choroby grypopodobne” (ILI).

Bez ponownego rozpatrywania sprawy w całości, można stwierdzić, że objawy „covid” są klinicznie nieodróżnialne od choroby grypopodobnej, współczynnik zgonów na „covid” jest podobny do współczynnika choroby grypopodobnej, a poza tym wystąpił całkowity statystyczny zanik grypy sezonowej podczas tzw. „pandemii”.

W ciągu ostatnich kilku dni doszło do konfliktu między nami a niektórymi sceptykami covid-19, którzy twierdzą, że covid-19 istnieje i – co więcej – został najprawdopodobniej stworzony w laboratorium.

Mówiąc dokładniej, starliśmy się z ludźmi, którzy twierdzili, że zostali zarażeni covid-19 i że to „coś więcej niż tylko grypa” – lub jakąś odmianą tych słów oznaczającą mniej więcej to samo.

Ale dlaczego? Na czym polega konflikt? I jak możemy pogodzić te dwa stanowiska?

Najpierw może powinniśmy zająć się słowami „tylko grypa”. Co oznacza „tylko grypa”? Grypa może być bardzo poważna. Można umrzeć na „tylko grypę”. Zabija ona setki tysięcy, a nawet miliony ludzi każdego roku.

Przepraszam, powinienem wyjaśnić – każdego roku z wyjątkiem lat 2020-2022.

Co roku (z wyjątkiem lat 2020–2022) ponad MILIARD ludzi zapada na przeziębienie, grypę lub jakąś odmianę sezonowej infekcji układu oddechowego, zbiorczo zwaną „chorobą grypopodobną”.

Nawet najzdrowszy dorosły z pewnością zachoruje w ten sposób kilka razy w swoim życiu.

Każdego roku jakaś część tych miliardów ludzi będzie „chorować tak ciężko jak nigdy przedtem”, będzie miała nietypowe objawy lub będzie cierpieć na długotrwałe zmęczenie po przebytym wirusie.

To są fakty znane od lat, a nawet od dziesięcioleci.

Każdy powinien porównać te fakty z własnym doświadczeniem bycia poważnie chorym.

Najgorsze, co mnie spotkało, to nagła, bardzo wysoka temperatura, całkowita utrata głosu (nie chrypka, po prostu nie mogłem w ogóle wydawać dźwięków i powrót do normy zajął mi kilka tygodni) i zmęczenie, które utrzymywało się przez wiele miesięcy.

Ponieważ przydarzyło mi się to w 2017 roku, to była jedna z tych rzeczy, które się po prostu zdarzają. Miałem grypę, która dała mi się we znaki w dziwny sposób. Każdy ma taką historię.

Gdyby przydarzyło mi się to w 2020 roku, prawdopodobnie pomyślałbym, że to jakaś nowa, szczególna choroba.

Ale to nie byłby dowód, tylko moja osobista anegdota, czasowo pokrywająca się z propagandą, podczas gdy miliardy podobnych anegdot już nie.

Kiedy opublikowałem to na X, zostałem rzucony na głęboką wodę następującymi słowami:

Czy naprawdę sugerujesz, że covid był oszustwem?

Generalnie nie przepadam za słowem „oszustwo”. Ale mówiąc najogólniej, covid BYŁ oszustwem. Wiemy, że fałszowali, pytanie brzmi, jak bardzo.

Wiemy, że fałszowali liczbę zgonów, zmieniając definicje,

wiemy, że fałszowali przypadki za pomocą wadliwych testów,

wiemy, że przesadzili z liczbą pacjentów w szpitalach, zmniejszając liczbę łóżek,

wiemy, że osadzili w mediach społecznościowych nieistniejące osoby, opowiadające anegdoty, które nigdy nie miały miejsca.

Każdy sceptyk przyznaje, że zjawisko covid-19 zawierało fałszywe elementy. Debata dotyczy jedynie ich ilości i intensywności.

Moim zdaniem twierdzenie, że zgony były fałszywe, przypadki były fałszywe, testy nie działały, ale choroba była prawdziwa, jest wysoce nielogiczne.

Wzmocnienie tego argumentu stwierdzeniem „Miałem covid-19, po prostu czułem się inaczej” staje się nieracjonalne.

W świecie medycyny młodych lekarzy uczy się, że „gdy słyszysz tętent kopyt, myśl o koniach, nie o zebrach”.

Oznacza to, że najczęstsze wyjaśnienie jest zazwyczaj prawidłowe, bez egzotycznych dowodów, nie zakładaj egzotycznych odpowiedzi. Medyczna brzytwa Ockhama.

A jednak jesteśmy otoczeni przez już wcześniej sceptycznie nastawionych ludzi, którzy upierają się, że nie tylko odgłos kopyt NA PEWNO NALEŻY do zebr, ale jednocześnie do zebr, które akurat nie różnią się od koni.

A wszystkie konie zniknęły.

„To nie była grypa, to była broń biologiczna stworzona metodą inżynierii genetycznej, która dawała takie same objawy i była tak samo śmiertelna jak grypa”.

„To nie koń, to duża brązowa zebra bez pasów.”

Włączając się do debaty, znana lekarka dr Meryl Nass opublikowała na SubStack artykuł zatytułowany:

Milczałam – chyba przez ostatni tydzień miałem tegoroczną wersję covid-19. Zamierzam to opisać, zwłaszcza dla tych, którzy nie wierzą, że on istnieje.

W którym szczegółowo opisuje swoją 7-dniową walkę z „covidem” i jego objawy…

  • Katar
  • (ostry) ból gardła
  • zmęczenie
  • gorączka
  • dreszcze
  • nudności i utrata apetytu
  • dezorientacja i mgła mózgowa

…te objawy oczywiście nie są charakterystyczne tylko dla covid-19. Nie są charakterystyczne dla CZEGOKOLWIEK. Każdy z nas miał jeden lub wszystkie z nich wielokrotnie.

To kiepski tydzień. Silne przeziębienie albo dość łagodna grypa. Sama dr Nass przyznaje, że to niekoniecznie był „covid”…

Jasne, może to nie był covid… Może to nie był koronawirus, a coś innego.

Cóż. Tak, rzeczywiście – być może, ale to tylko być może, była to jedna z ponad 200 rzekomo zidentyfikowanych infekcji wirusowych, które mogą wywołać silne przeziębienie.

Gdyby się tego trzymała, nie byłoby to aż tak dziwne.

Ale tego nie zrobiła. Nie. Ta rzekomo sceptyczna lekarka kończy swoją relację z tygodniowej choroby (podkreślenie nasze)…

…teraz nie ma powodu, żeby nie pytać, czy (również) został on zaprojektowany. Czy wirus, który mnie zaatakował, był naturalną mutacją wirusa covid? A może naturalną mutacją jakiegoś innego wirusa? A może nie? W jakim stopniu dżin broni biologicznej opuścił butelkę? Powinniśmy zadać to pytanie.

Na co jedyną rozsądną odpowiedzią jest – nie, Meryl, naprawdę nie powinniśmy w tych paranoicznych czasach i na podstawie absolutnie zerowych dowodów wszczepiać ludziom do głów idei, że ich zwykłe przeziębienia mogą być bronią biologiczną.

Jaki jest tego ostateczny cel? Bezkształtny strach dla samego strachu?

Czyż nie tego właśnie chcieli autorzy narracji o „pandemii”? Ludności żyjącej w strachu?

Spróbujmy sobie przypomnieć, jak smakował zdrowy rozsądek, gdy był czymś oczywistym, a nie tylko miłą niespodzianką. Przypomnijmy sobie, że ludzie chorowali na grypę przed covid-19, przed laboratoriami biologicznymi, przed Faucim, zanim jeszcze narodziła się cywilizacja. I niektórzy z nich przeszli ją naprawdę ciężko. I przypomnijmy sobie – i dr Nass – że gdyby ten sam tydzień przydarzył się jej w 2018 roku, określenie tego mianem wojny biologicznej lub wirusa genetycznie zmodyfikowanego byłoby uznane za kompletnie szalone.

Oszustwo związane z covid-19 opierało się na prostym algorytmie: weź zwyczajny sezon grypy i kłam na jego temat, aż stanie się przerażający.

Używanie tego jako podstawy do reinterpretacji przeciętnych doświadczeń życiowych jako nowych i groźnych tylko dlatego, że „masz jakieś przeczucie” na ich temat, oznacza uleganie tym kłamstwom i uleganie planom, z którymi walczymy od sześciu lat.

_______________

Replying to those who still believe “Covid” exists…, Kit Knightly, Sep 7, 2026

Więcej: C-19

Dron „zestrzelony” gołymi rękami. Pod fałszywą flagą? – ukraiński dziennikarz podważa oskarżenia Berlina wobec Rosji.

Obraz symbolu za pośrednictwem depositphotos.com

Pod fałszywą flagą? – ukraiński dziennikarz podważa oskarżenia Berlina wobec Rosji, przedstawiając szokujące zeznania.

Rząd niemiecki obarcza Rosję odpowiedzialnością za próbę zamachu bombowego na lotnisku Lipsk/Halle i podejmuje działania dyplomatyczne. Jednak ukraiński dziennikarz, powołując się na pracownika lotniska, opisał ciąg zdarzeń, który podważa publicznie przedstawioną wersję wydarzeń. Jeśli ta wersja wydarzeń okaże się prawdziwa, cały łańcuch dowodowy związany z tym incydentem będzie musiał zostać ujawniony i ponownie oceniony.

1 września rząd niemiecki oświadczył, że Rosja stoi za próbą ataku dronów na lotnisko Lipsk/Halle w sierpniu. W odpowiedzi Berlin ogłosił między innymi zamknięcie rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie. Moskwa zaprzecza tym oskarżeniom. To, co zaczęło się jako śledztwo, które nie było jeszcze w pełni transparentne dla opinii publicznej, przerodziło się w kryzys polityki zagranicznej.

Ukraiński dziennikarz Anatolij Szarij podważa tę wersję wydarzeń. W artykule opublikowanym 6 września cytuje anonimowego pracownika lotniska, który twierdzi, że był naocznym świadkiem incydentu. Relacja tego pracownika różni się w kluczowych punktach od narracji prezentowanej dotychczas przez polityków i media.

Według doniesień dron został „zestrzelony” gołymi rękami.

Według źródła, do zdarzenia doszło w nocy podczas załadunku i rozładunku samolotu transportowego na płycie postojowej nr 2. Obsługiwane są tam m.in. samoloty DHL; na terenie lotniska stacjonują również samoloty Antonow.

Pracownicy lotniska wielokrotnie obserwowali drony w tym rejonie, szczególnie w pobliżu drogi S8a, biegnącej wzdłuż terenu lotniska. Znajduje się tam wyjście awaryjne oraz obszar z widokiem na pas startowy, gdzie obserwatorzy samolotów okazjonalnie robią zdjęcia w nocy.

Tym razem mały dron przeleciał nietypowo blisko samolotu transportowego podczas operacji załadunku, a następnie znalazł się na odległość pozwalającą dotknąć pracownika. Nikt z obecnych nie widział dokładnie, skąd dron się wziął. Pracownik następnie zmusił urządzenie do opadnięcia na ziemię i przytrzymał je, uszkadzając przy tym śmigła. Następnie zgłosił przez radio, że dron jest na ziemi.

Gdyby ta sekwencja zdarzeń się potwierdziła, byłby to niezwykły szczegół: pracownik rzekomo zabezpieczył urządzenie, później opisane jako dron wybuchowy, gołymi rękami.

Nie dowodzi to jednak, że nie było tam ładunku wybuchowego. Kluczowe pytanie brzmi, co pracownik faktycznie mógł zobaczyć i co ujawniła późniejsza analiza kryminalistyczna.

Dlaczego policja, specjaliści i ekipy telewizyjne tak szybko pojawiły się na miejscu zdarzenia?

Źródło było szczególnie zaskoczone tym, co wydarzyło się bezpośrednio po nadaniu komunikatu radiowego. W ciągu kilku minut na miejscu zdarzenia pojawili się policjanci, specjaliści od rozbrajania ładunków wybuchowych, strażacy, ekipy telewizyjne i specjalistyczny sprzęt, w tym robot.

Pracownik uważa tę prędkość za nietypową. Lotnisko znajduje się około 20 kilometrów od Lipska; dostęp do strefy bezpieczeństwa jest kontrolowany i wymaga odpowiedniego upoważnienia. Jego zdaniem samo zorganizowanie dostępu dla personelu zewnętrznego powinno zająć trochę czasu.

Nasuwa się zatem uzasadnione pytanie: kiedy tak naprawdę powiadomiono służby ratunkowe, gdzie wówczas się one znajdowały i dlaczego przedstawiciele mediów tak szybko pojawili się na miejscu zdarzenia?

Szybka reakcja sama w sobie nie jest dowodem na zaaranżowane zdarzenie. Policja i straż pożarna mogły już być obecne na terenie lotniska lub w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Mogły również pojawić się wcześniejsze zgłoszenia dotyczące dronów, które wywołały alarm. Z tego właśnie powodu rejestry zdarzeń, godziny alarmów i dane dostępowe byłyby kluczowe dla odtworzenia przebiegu zdarzeń.

Skąd pochodzą domniemane materiały wybuchowe?

Najpoważniejsza rozbieżność dotyczy domniemanego ładunku wybuchowego. Źródło Sharij zaprzecza, jakoby pracownik, który zestrzelił drona, widział na nim detonator lub materiał wybuchowy. Według niej, opublikowane później zdjęcia, które rzekomo przedstawiają ładunki wybuchowe obok urządzenia, nie odpowiadają jego pierwotnemu stanowi w momencie znalezienia.

Wzmianka o czeskim Semtexie wzbudziła podejrzenia. Źródło opisuje drona jako małe, niedrogie urządzenie konsumenckie przeznaczone głównie do nagrywania filmów i zdjęć, i wątpi, czy mógł on przenosić jakikolwiek dodatkowy, znaczący ładunek.

To jest sedno całej sprawy. Kiedy odkryto ładunek wybuchowy? Czy był widoczny podczas pierwszego nalotu? Czy został odkryty dopiero w toku późniejszego śledztwa? I czy opublikowane zdjęcia dokumentują pierwotny stan dowodów, czy też ich późniejsze ułożenie?

Na te pytania nie można odpowiedzieć za pomocą oświadczeń politycznych, a jedynie weryfikowalną dokumentacją przejęcia i śledztwa. Ocena nośności drona dokonana przez pracownika nie zastępuje raportu technicznego. Podobnie, brak widocznego detonatora nie dowodzi, że na lub w urządzeniu nie znajdował się ładunek wybuchowy.

Incydent bezpieczeństwa prowadzi do eskalacji polityki zagranicznej.

Sprawa zyskuje na znaczeniu ze względu na swoje reperkusje polityczne. Rząd niemiecki publicznie pociągnął Rosję do odpowiedzialności i zapowiedział sankcje dyplomatyczne. Oznacza to, że nie chodzi już tylko o potencjalny incydent bezpieczeństwa na lotnisku, ale o oskarżenie mające poważne konsekwencje dla relacji między oboma państwami.

Właśnie z tego powodu standardy muszą być szczególnie wysokie. Jeśli rząd oskarża inne państwo o próbę zamachu bombowego, opinia publiczna powinna przynajmniej być w stanie zrozumieć istotę tego oskarżenia. Obejmuje to rodzaj materiału wybuchowego, parametry techniczne drona, zabezpieczone dowody oraz sposób, w jaki na ich podstawie ustalono powiązanie z Rosją.

Wyniki wywiadu nie zawsze mogą zostać w pełni opublikowane. Nie zwalnia to jednak rządu z obowiązku przedstawienia weryfikowalnych uzasadnień swoich wniosków, w miarę możliwości.

Wcześniejsze naruszenie ogrodzenia ujawniło kolejny problem bezpieczeństwa.

Sharij nawiązuje również do incydentu z 1 sierpnia 2024 roku, kiedy siedmiu aktywistów z „Ostatniego Pokolenia” wdarło się na teren lotniska Lipsk/Halle. W kilku miejscach przecięli zewnętrzne ogrodzenie bezpieczeństwa; pięciu z nich przykleiło się do dróg kołowania, a dwóch zostało wcześniej aresztowanych.

Poprzedni incydent dowodzi, że w przeszłości mogło dojść do naruszenia granic bezpieczeństwa lotniska. Nie oznacza to, że obecny incydent z udziałem drona miał miejsce w ten sam sposób. Podkreśla to jednak potrzebę dokładnego zbadania lokalnych luk w zabezpieczeniach i innych potencjalnych mechanizmów, zanim będzie można ostatecznie ustalić zaangażowanie państwa.

Brak udowodnionego zainscenizowanego wydarzenia – ale istnieje wyraźna potrzeba wyjaśnienia.

Sam Sharij twierdzi, że jego relacja nie stanowi dowodu na celową prowokację. To istotne rozróżnienie. Jak dotąd jedyną publicznie dostępną informacją jest oświadczenie anonimowego źródła. Jego tożsamości, dokładnej roli w incydencie i jego spostrzeżeń nie da się niezależnie zweryfikować.

Niemniej jednak, odrzucenie tej relacji wyłącznie na tej podstawie byłoby błędem. Zawiera ona konkretne, weryfikowalne szczegóły: miejsce zdarzenia, przebieg akcji ratunkowej, rzekomo niezwykle szybkie przybycie służb ratunkowych oraz rzekomą różnicę między pierwotnym stanem przedmiotu a zdjęciami opublikowanymi później.

Rząd niemiecki musi zatem nie tylko wyjaśnić, dlaczego obarcza Rosję odpowiedzialnością. Musi również wykazać, w jaki sposób zabezpieczono drona, kiedy odkryto ładunki wybuchowe i jakie dowody potwierdzają przypisanie tego faktu rządowi.

Gdyby oświadczenia pracownika lotniska się potwierdziły, obecny stan wiedzy publicznej byłby niepełny, przynajmniej w kluczowych aspektach. Jeśli okażą się fałszywe, można by to również wyjaśnić poprzez transparentną rekonstrukcję.

Niedopuszczalna byłaby sytuacja, w której wyciągane byłyby dalekosiężne konsekwencje w polityce zagranicznej, podczas gdy kluczowe pytania dotyczące łańcucha dowodowego pozostawałyby bez odpowiedzi.

Każdy, kto oskarża inne państwo o zamach bombowy, musi przedstawić coś więcej niż tylko polityczne wyjaśnienie. Musi przedstawić dowody.

Odkryto niemieckie finansowanie osiedli syjonistycznych. Powstają one tam, gdzie Palestyńczyków pozbawiono WODY.

Żołnierze Izraela strzegą żydowskiego osadnika, który rzuca kamieniami w Palestyńczyków zgromadzonych na zbiorze oliwek, Zachodni Brzeg, październik 2025r.

Odkryto niemieckie finansowanie osiedli syjonistycznych

Przez Kit Klarenberg

Pod przykrywką instytucji akademickich, rząd niemiecki potajemnie przekazywał miliony euro w latach 2017-2021 na wysoce dyskryminacyjny projekt, który ułatwiał rozbudowę osiedli syjonistycznych na okupowanym Zachodnim Brzegu. Pod jego auspicjami, fundusze publiczne i wyniki badań naukowych zostały wykorzystane na zasadniczo nielegalne i niemoralne przedsięwzięcie, stanowiące rażące naruszenie międzynarodowych zobowiązań Berlina, a także krajowych ograniczeń dotyczących badań naukowych. Ten wcześniej nieznany skandal to tylko jeden z aspektów otwartego i ukrytego wspierania przez Niemcy rozbudowy osiedli syjonistycznych i całkowitej zagłady Palestyny.

Oto szokujące wyniki wspólnego śledztwa trzech niemieckich organizacji studenckich działających na rzecz Palestyny, w tym „Not In Our Name”, „Academic Opposition” i „Academic Boycott Campaign Germany”. Ich raport to przełomowe dzieło, które krytycznie analizuje badania nad wodą finansowane przez państwo niemieckie we współpracy z instytucjami akademickimi syjonistycznego tworu. Ujawnia on cichy spisek o ogromnych rozmiarach, w który zaangażowanych jest kilka państwowych i quasi-państwowych instytucji w Berlinie i Tel Awiwie, finansujących badania naukowe na pozornie nieszkodliwych obszarach, ale które bezpośrednio sprzyjają syjonistycznym czystkom etnicznym i wywłaszczaniu ziemi w całej Palestynie.

Śledztwo koncentruje się na pojedynczym projekcie znanym jako „MedWater”, który powstał w wyniku tajnego sojuszu między niemieckim a izraelskim środowiskiem akademickim. Przez cztery lata Berlin finansował konsorcjum koordynowane przez Politechnikę Berlińską oraz uniwersytety w Getyndze i Würzburgu kwotą 1 818 348 euro. Cel został pomyślnie osiągnięty – opracowanie narzędzia do modelowania symulującego skutki dodawania lub usuwania wody ze studni. Funkcjonalność ta została zdefiniowana w bezpośrednich konsultacjach z izraelskimi władzami wodnymi, a gotowy produkt został dostarczony do krajowego przedsiębiorstwa wodociągowego w Tel Awiwie.

Syjoniści mają na oku starożytny zbiornik wodny w Dolinie Jordanu na Zachodnim Brzegu.

Narzędzie identyfikuje idealne lokalizacje do budowy nowych studni na obszarze, gdzie palestyńskie źródła wody są systematycznie niszczone, a Palestyńczykom odmawia się pozwoleń na wiercenie nowych studni. Jednolita część wód podziemnych znany jako Zachodni Górski Zbiornik jest największym i najbardziej produktywnym zbiornikiem wspólnym dla Izraela i okupowanego Zachodniego Brzegu. Palestyńczycy byli całkowicie nieobecni na sesjach roboczych projektu MedWater, które odbyły się w nielegalnie okupowanej Jerozolimie, i nie ma żadnych dostrzegalnych sposobów, w jakie Palestyńczycy mogliby lub mogliby skorzystać z tego projektu.

I to pomimo faktu, że konsorcjum otwarcie oświadczyło w wnioskach składanych niemieckim ministerstwom, że jego narzędzie ma na celu realizację szóstego Celu Zrównoważonego Rozwoju ONZ: „Osiągnięcie powszechnego i równego dostępu do bezpiecznej i niedrogiej wody pitnej dla wszystkich do 2030 roku”. Ukończony system MedWater został zaprezentowany na konferencji w Berlinie w październiku 2020 roku. Podczas publicznej demonstracji obliczono między innymi wpływ budowy czterech nowych studni w prowincji Hebron na Zachodnim Brzegu. Tylko osadnicy syjonistyczni mogli urzeczywistnić tę wizję w praktyce – o czym konsorcjum doskonale wiedziało.

Jeszcze bardziej obciążający jest fakt, że po zakończeniu projektu narzędzie zostało przekazane izraelskiej państwowej spółce wodociągowej Mekorot, która zarządza studniami w osiedlach syjonistycznych na Zachodnim Brzegu. Z kolei Palestyński Urząd Wodociągów, początkowo wymieniony jako partner MedWater, nie otrzymał żadnego kontraktu na podwykonawstwo i nie jest dziś publicznie wymieniony wśród beneficjentów. Nieujawnione wówczas i milcząco ukrywane od tamtej pory, to tylko jeden z niewytłumaczalnych sposobów, w jaki Niemcy wspierają syjonistyczne przedsięwzięcie, rozpoczęte już w 1967 roku, nastawione na ludobójstwo.

„Prawie niemożliwe”

W swojej opinii doradczej z lipca 2024 r. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jednoznacznie orzekł, że wszystkie państwa mają obowiązek „dokonywać rozróżnienia między terytorium Izraela a terytorium okupowanym od 1967 r. w stosunkach z Izraelem i nie udzielać żadnej pomocy ani wsparcia w celu utrzymania tej sytuacji”. Dekadę wcześniej Berlin najwyraźniej skodyfikował zobowiązanie do przestrzegania tej zasady w swoich relacjach z instytucjami akademickimi tworu syjonistycznego. Zgodnie z klauzulą ​​terytorialną, Niemcy teoretycznie nie będą finansować żadnych projektów badawczych poza granicami tego tworu sprzed 1967 r., a Tel Awiw nie będzie ubiegał się o takie projekty.

Zapytane, w jakim stopniu umowa Mekorot z MedWater jest choćby w przybliżeniu zgodna z klauzulą, berlińskie Ministerstwo Badań Naukowych argumentowało, że jej postanowienia jedynie ograniczają lokalizację siedziby partnerów badawczych. Ponieważ Mekorot ma siedzibę w Tel Awiwie, nie istniały żadne przeszkody prawne, regulacyjne ani pozornie etyczne dla niemieckiego rządu w finansowaniu projektu, pomimo dobrze udokumentowanej działalności przestępczej firmy na Zachodnim Brzegu od 1982 roku. W tym czasie syjonistyczne siły okupacyjne przekazały Mekorot zarządzanie całą lokalną infrastrukturą wodną, ​​którą kontrolowały na tym obszarze.

Klauzula terytorialna ewidentnie zawiera liczne, rażące luki, które zostały bezczelnie wykorzystane do umożliwienia całkowicie nielegalnej ekspansji osiedli syjonistycznych przy wsparciu państwa niemieckiego z daleka. Uderzające jest, że ta niejednoznaczność sama w sobie przeczy opinii doradczej Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Trybunał jednoznacznie wskazał, że zagrażające życiu ograniczenie dostępu Palestyńczyków do wody na terytoriach okupowanych przez podmiot syjonistyczny jest niezgodne z zobowiązaniami Tel Awiwu wynikającymi z prawa międzynarodowego. To może wyjaśniać, dlaczego MedWater, choć formalnie jawny, przez tak długi czas pozostawał praktycznie tajny.

Aby dotrzeć do sedna projektu, śledczy oparli się na szerokim zakresie informacji. Obejmowały one raporty MedWater złożone w niemieckim Ministerstwie Badań Naukowych – niektóre z nich nie były przeznaczone do publicznej publikacji i zostały opublikowane w formie ocenzurowanej – materiały prezentacyjne z licznych konferencji projektowych z fazy rozwoju, usunięte strony internetowe oraz recenzowane publikacje niemieckich i izraelskich uczestników. Do tej pory żadne z głównych mediów nie donosiło nie tylko o projekcie MedWater, ale także o nielegalnych inwestycjach państwa niemieckiego w akademickie projekty badawcze, które promują ekspansję osiedli syjonistycznych.

Inicjatywa mająca na celu poprawę zarządzania zasobami wodnymi mogłaby wydawać się nieszkodliwa gdziekolwiek na świecie. Jednak MedWater zrodził się w kontekście systematycznego, długotrwałego, syjonistycznego uniemożliwiania Palestyńczykom dostępu do wody, a także segregacyjnego systemu prawnego, który bezpośrednio wspiera osiedla żydowskie, szczególnie w odniesieniu do kluczowych zasobów naturalnych. W sierpniu 1967 roku, dwa miesiące po rozpoczęciu okupacji Zachodniego Brzegu, syjonistyczne siły okupacyjne wydały rozkaz wojskowy nr 92, przejmując tym samym pełną kontrolę nad zasobami wodnymi na nielegalnie kontrolowanym terytorium.

Trzy miesiące później, rozkaz wojskowy nr 158 ponownie zakazał Palestyńczykom na całym Zachodnim Brzegu budowy nowych urządzeń wodnych i/lub powiązanej infrastruktury bez uprzedniego uzyskania zgody syjonistycznych sił okupacyjnych (ZOF). Amnesty International uważa, że ​​uzyskanie takich zezwoleń jest „praktycznie niemożliwe”. Syjoniści, których celem jest pozbawienie Palestyńczyków wody, naturalnie nie podlegają takim ograniczeniom. Jednocześnie, przez ostatnie cztery i pół dekady, Mekorot systematycznie sabotował palestyńskie studnie, jednocześnie wykorzystując źródła wody na okupowanym Zachodnim Brzegu do zaopatrywania firmy i przestępczych osadników żydowskich.

Już samo to prowadzi do swoistego apartheidu w zakresie dziennego zużycia wody. Syjoniści, w tym osadnicy, zużywają średnio 247 litrów wody na osobę dziennie – trzy razy więcej niż Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu, którzy zużywają 82,4 litra. W społecznościach niepodłączonych do lokalnej sieci wodociągowej, palestyńskie zużycie wody spada średnio do zaledwie 26 litrów na osobę dziennie. Jest to zużycie porównywalne z tym obserwowanym na obszarach dotkniętych klęskami żywiołowymi. Co więcej, Mekorot regularnie odcina dopływ wody do społeczności palestyńskich, gdy zapasy się wyczerpują, na przykład latem.

„Europejskie DNA”

Strategia syjonistyczna jest przerażająco prosta: zneutralizować palestyńską kontrolę nad zasobami wodnymi Zachodniego Brzegu i stopniowo ograniczać im do nich dostęp, tworząc środowisko, w którym obszar ten staje się praktycznie niezamieszkany, a Palestyńczycy są zmuszeni do opuszczenia go. Badanie opublikowane wspólnie przez Organizację Narodów Zjednoczonych i Niemiecki Federalny Instytut Nauk o Ziemi i Zasobach Naturalnych pokazuje, że 212 milionów metrów sześciennych wody przepływa rocznie z Zachodniego Brzegu do Izraela. W raporcie zauważono również, że od 1967 roku Palestyńczykom „nie zezwolono na wywiercenie nawet jednej studni na ziemi”.

Od samego początku dyskryminacyjne przepisy i stale rosnąca grabież ziemi przez osadników coraz bardziej pozbawiały Palestyńczyków dostępu do innych podstawowych potrzeb. Stale rozrastająca się sieć punktów kontrolnych i blokad drogowych ZOF, w połączeniu z dyskryminacyjnymi, arbitralnymi ograniczeniami w przemieszczaniu się, wandalizmem, niszczeniem maszyn rolniczych, szklarni i dróg, a także brutalną przemocą ze strony sił okupacyjnych i osadników, sprawia, że ​​uprawa pól i hodowla zwierząt staje się dla rolników coraz bardziej niebezpieczna, jeśli nie wręcz niemożliwa. Palestyńskie rolnictwo zostało praktycznie zdziesiątkowane, a syjoniści dosłownie zbierają żniwo tych niszczycielskich konsekwencji.

Fakt, że te ludobójcze machinacje mogły trwać bez kontroli przez dziesięciolecia, świadczy o całkowitej bezkarności, z jaką Izrael działa dzięki swoim międzynarodowym sponsorom – a Niemcy są szczególnie przewrotnym przykładem. Są dumni z tego, że są jedynym krajem, który uczynił publiczne upamiętnienie swojej zbrodniczej przeszłości kamieniem węgielnym swojej zbiorowej tożsamości narodowej. Jednak tak wychwalana „kultura pamięci” Berlina niezmiennie oznacza odpokutowanie za historyczne grzechy poprzez promowanie i wspieranie podobnych współczesnych zbrodni – o ile są one popełniane przez syjonistyczny byt.

WaterMed to niewielka część znacznie szerszej, niewypowiedzianej infrastruktury sponsorowanego przez państwo ucisku i zagłady Palestyńczyków w Niemczech, utrzymywanej dzięki mało znanym partnerstwom i wspólnym projektom badawczym z uniwersytetami i instytucjami syjonistycznego tworu. Nowa inicjatywa „Academic Complicity” ujawnia, jak dziesiątki niemieckich instytucji szkolnictwa wyższego przez wiele lat prowadziły wysoce wątpliwe projekty – zarówno duże, jak i małe – które w taki czy inny sposób uzasadniały i wspierały nieustanną ekspansję osiedli. Można mieć nadzieję, że biorąc pod uwagę jasne krajowe i międzynarodowe zobowiązania prawne Berlina, doprowadzi to do pociągnięcia sprawców do odpowiedzialności i wyciągnięcia konsekwencji.

Więzy między Niemcami a bytem syjonistycznym są jednak tak głębokie i silne, że wykraczają poza trywialne rozważania prawne czy etyczne. W październiku 2025 roku były szef Mossadu Tamir Pardo wygłosił serię niezwykle wymownych oświadczeń, w których opisał, jak jego osobiste i zawodowe doświadczenia przekonały go, że „Niemcy mają dług wdzięczności wobec Izraela”. Wyjaśnił: „Nasze DNA jest znacznie bliższe europejskiemu niż amerykańskiemu”, ponieważ „większość Żydów, którzy osiedlili się w Izraelu, pochodziła z Europy… a nie z Ameryki Północnej”.

„Historia Europy jest częścią naszej tożsamości – w kontekście więzi rodzinnych, kultury, a nawet polityki. Granice Europy, wyznaczone przez wojny, nieustannie się przesuwały, a Europejczycy migrowali po całym kontynencie, osiedlając się w jednym miejscu, zanim przenieśli się do następnego. W tym sensie, a także pod względem głębi, dyskursu i historii, wszystko to jest nam bardzo bliskie i widoczne w każdej interakcji z niemieckimi partnerami”.

Źródło: Ujawniono niemieckie sponsorowanie osiedli syjonistycznych