Pod Myszkowem w województwie śląskim znajdują się jedyne w Polsce udokumentowane złoża porfirowe molibdenu, wolframu i miedzi. Państwowy Instytut Geologiczny szacuje zasoby bilansowe na około 551 mln ton rud. Teraz potencjałem złóż pod Myszkowem wspólnie z polskimi spółkami Permia zainteresowała się amerykańska M2i Global, specjalizująca się w budowie łańcuchów dostaw surowców krytycznych.
————————————
Bartosz Goluch 2 października 2026
Udokumentowane zasoby bilansowe złoża pod Myszkowem wynoszą około 551 mln ton rud zawierających wolfram, molibden i miedź.
Polskie spółki Permia podpisały z amerykańską M2i Global dwuletnie porozumienie o współpracy przy ocenie możliwości wykorzystania złóż.
Umowa nie oznacza jeszcze budowy kopalni. Najpierw ocenione mają zostać kwestie geologiczne, techniczne, środowiskowe i ekonomiczne.
================================
Złoża pod Myszkowem. 551 mln ton rudy
Skala zasobów jest duża. Według Państwowego Instytutu Geologicznego udokumentowane zasoby bilansowe złoża Myszków wynoszą 551 mln ton rud molibdenowo-wolframowych z miedzią. Dodatkowo PIG wykazuje około 750 mln ton zasobów pozabilansowych.
W samych zasobach bilansowych znajduje się około 295 tys. ton molibdenu, 238 tys. ton wolframu oraz 800 tys. ton miedzi.
Złoże zostało udokumentowane w 1993 r. na powierzchni około 0,5 km kw. i do głębokości 1300 metrów, na podstawie intensywnych prac wiertniczych prowadzonych od połowy lat 70. do początku lat 90.
Do tej pory znajdujące się pod Myszkowem rudy nie były eksploatowane. Sam fakt istnienia udokumentowanych zasobów nie przesądza bowiem o opłacalności uruchomienia kopalni. Kluczowe są m.in. koszty wydobycia i przetwarzania, ceny surowców, warunki geologiczne, wpływ inwestycji na środowisko oraz możliwość uzyskania wymaganych decyzji administracyjnych.
Amerykanie wchodzą do projektu
Nowym elementem jest porozumienie zawarte przez polskie spółki Permia 1, Permia 2 i Permia 3 z amerykańską M2i Global. Umowę o strategicznej współpracy i współpracy technicznej podpisano 28 września w Ambasadzie USA w Warszawie. Ma obowiązywać przez dwa lata.
Firmy mają wspólnie analizować potencjał projektów związanych z wolframem, molibdenem i miedzią. Współpraca obejmie ocenę geologiczną i zasobową, zagadnienia techniczne, inżynieryjne i metalurgiczne, możliwości przetwarzania surowców oraz kwestie środowiskowe, administracyjne i ekonomiczne.
M2i Global może również pomóc polskim spółkom w kontaktach z amerykańskimi inwestorami, instytucjami finansowymi, firmami przemysłowymi i potencjalnymi odbiorcami surowców. Analizowane mają być także możliwości powiązania projektu z programami amerykańskiej administracji dotyczącymi surowców krytycznych.
Alberto C. Rosende, emerytowany generał dywizji i prezes M2i Global, podkreśla strategiczny wymiar współpracy. „Polska jest ważnym państwem sojuszniczym z punktu widzenia rozwoju bezpiecznych i odpornych łańcuchów dostaw surowców krytycznych” – powiedział CEO M2i Global.
Wolfram i molibden mają strategiczne znaczenie
Zainteresowanie Myszkowem nie wynika wyłącznie z wielkości złoża. Wolfram i molibden należą do surowców istotnych dla nowoczesnego przemysłu i bezpieczeństwa gospodarczego.
Wolfram wyróżnia się bardzo wysoką temperaturą topnienia i twardością. Stosowany jest m.in. w przemyśle maszynowym, lotniczym, elektronicznym i obronnym, w narzędziach skrawających, specjalistycznych stopach oraz elementach pracujących w ekstremalnych temperaturach.
Molibden jest wykorzystywany przede wszystkim jako dodatek do stali i innych stopów zwiększający ich odporność na temperaturę, korozję i obciążenia. Państwowy Instytut Geologiczny wskazuje, że największym producentem i posiadaczem zasobów molibdenu są obecnie Chiny.
Miedź ma jeszcze szersze zastosowanie, od energetyki i budownictwa po elektronikę, samochody elektryczne, sieci przesyłowe i centra danych. Rosnące zapotrzebowanie na elektryfikację gospodarki sprawia, że dostęp do własnych lub sojuszniczych źródeł tych metali nabiera coraz większego znaczenia.
M2i i Permia deklarują, że jednym z celów współpracy jest właśnie analiza możliwości włączenia polskich projektów w bezpieczne łańcuchy dostaw surowców dla państw NATO i innych zachodnich partnerów.
Do kopalni pod Myszkowem wciąż daleka droga
Porozumienie z Amerykanami nie oznacza, że pod Myszkowem wkrótce ruszą maszyny wydobywcze. Na obecnym etapie firmy mają przede wszystkim sprawdzić, czy projekt można uzasadnić technicznie i ekonomicznie.
Umowa nie zobowiązuje M2i Global do finansowania kopalni, a spółek Permia do rozpoczęcia wydobycia. Nie przesądza również o uzyskaniu koncesji czy innych decyzji niezbędnych do realizacji inwestycji.
Nie milkną echa komentarza Sławomira Mentzena do zdjęcia funkcjonariuszek przyjętych do dolnośląskiej policji. Jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość nie odpuszcza tematu. W kolejnych wpisach w sieci podał dalej nagranie z Francji oraz udostępnił treść otrzymanej wiadomości.
W środę jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość opublikował w serwisie X nagranie przedstawiające m.in. zdjęcia przyjętych do policji funkcjonariuszek. Film udostępniony w swoich mediach społecznościowych opatrzył ironicznym komentarzem.
– Do dolnośląskiej policji trafiło 150 policjantów. Od razu czuję się bezpieczniej. Gruzińskie gangi, weterani ukraińscy prosto z frontu już drżą ze strachu. Zorganizowana przestępczość po czymś takim się nie podniesie – powiedział Mentzen.
Nagranie jednego z liderów Konfederacji WiN doczekało się wielu komentarzy. „Ubolewamy nad tym, że swoją postawą i narracją prezentowaną w sieci, przejawia Pan wyraźny brak szacunku dla funkcjonariuszy Państwa Polskiego będących w strukturach służb stojących każdego dnia na straży bezpieczeństwa obywateli naszego kraju. Tak się nie godzi…” – napisano na profilu Dolnośląskiej Policji.
Rządzący krytykują
W czwartek do wpisu odniósł się szef MSWiA Marcin Kierwiński, który napisał: „Panie Mentzen, w odróżnieniu od pana te policjantki dobrze służą Polsce”.
Sprawę w rozmowie z dziennikarzami w Warszawie skomentowała także szefowa MEN Barbara Nowacka. Podziękowała wszystkim policjantkom za ich służbę, podkreślając ich kompetencje. – A pan Mentzen po prostu jest mizoginem – dodała.
Zdjęcie policjantek opublikował w czwartek na platformie X szef rządu warszawskiego Donald Tusk. „Duma!” – tak premier podpisał fotografię. Dodał też symbol serca i biało-czerwonej flagi.
„Szowinizm i umniejszanie wartości kobiet to zwykłe chamstwo. Plucie na mundur to skrajna głupota i skandal, szczególnie w dobie rosnących zagrożeń, gdy każdego dnia to także Policjanci i Policjantki zapewniają bezpieczeństwo nam wszystkim” – napisał z kolei szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.
„Policjantki służą, interweniują i dbają o nasze bezpieczeństwo. Zawsze będę bronił kobiet w mundurze, którym za służbę należy się wielki szacunek. Panie Mentzen… wstyd!” – dodał wicepremier.
Bosak komentuje
Na konferencji prasowej w Rzeszowie drugi z liderów Konfederacji WiN Krzysztof Bosak ocenił, że pojawia się „przechył w kierunku po pierwsze obniżania standardów, a po drugie promowania wręcz służby w służbach mundurowych przy pomocy kobiecych twarzy”.
– Dla mnie czasami to wygląda na instrumentalne posługiwanie się kobietami. Poza pięknymi twarzami potrzebujemy też siły, skuteczności –mówił polityk Konfederacji.
Według niego Mentzen zwrócił uwagę na problem, który „rzeczywiście w Polsce się zaczyna”. – Nie chcemy ani dyskryminacji kobiet, ani feminizacji służb. I jedno, i drugie jest niedobre – powiedział Bosak.
Ostrzegał przed konsekwencjami obniżania wymogów rekrutacyjnych w służbach.
– Jeżeli będziemy służbę tworzyć z osób, które nie mają odpowiednich parametrów (…), to skończy się w ten sposób, że jakiś gangster, nie chcąc się podporządkować funkcjonariuszom, po prostu ich popchnie i sobie odjedzie albo pójdzie – mówił Bosak.
Dodał, że sprawa nie jest zero-jedynkowa, ponieważ w policji znajduje się mnóstwo stanowisk analitycznych i administracyjnych, na których kobiety mogą sprawdzać się nawet lepiej niż mężczyźni. Wskazał jednak, że w służbie patrolowej oraz w oddziałach prewencji kluczowa pozostaje siła fizyczna.
Szokująca wiadomość
Mentzen sprawy jednak nie porzucił, ale wręcz przeciwnie. Lider Konfederacji WiN podał dalej na portalu X nagranie udostępnione przez Marine Le Pen, na którym widać gonioną przez tłum policjantkę podczas protestów we Francji. Kobieta ostatecznie zostaje powalona na ziemię.
Obraz tej młodej policjantki, ściganej przez rozwścieczoną tłuszczę, powalonej na ziemię i molestowanej, jest nie do zniesienia. Te wydarzenia zasługują na wzorowe kary. Niech wie, że tej nocy miliony Francuzów niosą jej serdeczne wsparcie.
L’image de cette jeune policière, poursuivie par une meute qui hurle sa haine, projetée à terre et molestée, est insoutenable.
Ces faits méritent des peines exemplaires. Qu’elle sache que ce soir, des millions de Français lui apportent un soutien chaleureux. pic.twitter.com/3yt96dydeH
[A czemu nie ustrzeliła in choćby nóg, czy rąk? A gdzie koledzy, by ich złapać i SKUĆ W KAJDANY?? MD]
———————-
„To wiele mówiące, że ludzie chcący wpuszczać imigrantów z Afryki do Europy, jednocześnie namawiają kobiety do wstępowania do Policji. Efekty niestety nie mogą być inne” – napisał Mentzen.
Mentzen udostępnił otrzymaną wiadomość. Jej zawartość może szokować.
„Cześć, kolega z Wrocławia do mnie napisał w nawiązaniu twojej wypowiedzi o policji” – czytamy na załączonym screenie.
Następnie znajduje się cytat: „Tak się składa, że mój syn też brał udział w tym naborze do policji, ale się nie dostał, choć miał wyniki w top 5 najlepszych na naborze. Powodem było zbyt wysokie ciśnienie na badaniach lekarskich. Opowiadał mi, że dziewczyny miały zaniżone kryteria i musiał odpowiadać na pytania typu, co byś zrobił, gdybyś pracował z gejem? 🤦♂ Dobrze, że chłopak się nie dostał”.
Kiedy w sierpniu 2020 roku 38-letni Andy Hodge z Kentucky złamał nogę, była to tragedia dla tego ojca samotnie wychowującego trójkę dzieci i dla jego rodziny. Nic nie wskazywało na to, że to był dopiero wstęp do znacznie większego dramatu.
Złamanie w kostce było bardzo poważne i wymagało skomplikowanej operacji.
Prawdziwą jednak tragedię zapoczątkował powszechnie stosowany wówczas test na jedynie słuszną chorobę paraliżującą strachem cały świat. Test PCR, który nie jest żadnym testem zdrowia pacjenta, a jedynie fałszywym pretekstem rozpowszechniania paniki przed przemianowaną na kowid grypą, okazał się wyrokiem śmierci.
Nie będę tym razem niczego cytował – przeczytajcie sami, jak traktuje pacjentów służba zdrowia. Medycyna pourazowa o ile wiem, jest jedyną dziedziną, w której lekarze zajmują się leczeniem prawdziwych przyczyn choroby, czyli urazów. Chirurdzy na tych oddziałach nie zajmują się walką z medycznymi fantomami w postaci wirusów, których patogenność nigdy nie została wykazana, albo walką z cyferkami pochodzącymi z laboratorium opartą na zmyślonych, ale powszechnie reklamowanych przez farmację tezach.
Jeżeli należysz do tych, którzy przechwalają się, że chorowali na wyświechtaną medialnie pseudochorobę zwaną korona, muszę cię rozczarować – to była zapomniana na dwa lata grypa. Wcale nie mniej groźna. Miałeś zaburzenia zmysłu smaku i węchu? Oczywiście, że miałeś. Większość studentów medycyny diagnozuje u siebie choroby, o których właśnie się uczą, wykrywając bezbłędnie u siebie wszelkie jej objawy. Korona była jedyną znaną dysfunkcją bez żadnych objawów. Jedynym autentycznym symptomem plandemii była bezrefleksyjna wiara w werdykt testu PCR.
Spotkałem się z zarzutem, że moje artykuły mogą kogoś odwieźć od korzystania z usług medycznych. Mogą, bo to jest kwestia wiary.
Wyznawcy religii medycznej, czyli przede wszystkim terapii trucizną zwanej dla niepoznaki lekarstwem, powinni zapoznać się ze strategią lemingów, polegającą na naśladowaniu otoczenia oraz z jej skutkami.
Prawdopodobnie, kiedy jeszcze Andy żył pobrano jego organy. Nikt nie przejmował się straszliwym niebezpieczeństwem zarażenia się zmyślonym kowidem dla pobierających organy oraz dla odbiorcy. W każdym razie, przedstawiciele zakazanej w bieżącym roku organizacji zajmującej się dostarczaniem organów Network for Hope, wielokrotnie „troszczyli się” o stan jego potencjalnych materiałów transplantacyjnych – business as usual – czyli standardowe w takim przypadku działanie.
Ludzkie organy przeznaczone do przeszczepu. Należy obchodzić się z nimi ostrożnie.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Czy najmniejsze państwa Europy wciągają kontynent w wojnę?
Trzy państwa bałtyckie przejęły kontrolę nad polityką zagraniczną UE. Wciągają największe gospodarki Europy w konfrontację, której ich wyborcy nigdy nie chcieli.
Sześć milionów ludzi. To łączna populacja Estonii, Łotwy i Litwy – mniej mieszkańców niż w Wielkim Londynie. A jednak te trzy państwa graniczne nadają obecnie ton polityce zagranicznej dla unii 450 milionów ludzi, pokazując Berlinowi, Rzymowi i Madrytowi, jak niebezpieczny jest świat i ile zachodni podatnicy muszą zapłacić, aby go naprawić.
Jedna korona do drugiej
Bałtycka opowieść narodowa lubi pomijać rok 1721, co jest wstydem, ponieważ to właśnie wtedy zaczyna się współczesna mapa. W tym roku Piotr Wielki zakończył Wielką Wojnę Północną traktatem w Nystadzie. Szwecja oddała Estonię, Inflanty, Ingrię i część Karelii; Rosja ewakuowała większość Finlandii i zapłaciła Szwecji dwa miliony srebrnych talarów. Historycy wciąż spierają się o to, na co przeznaczono te pieniądze. Zachodnie prace naukowe nazywają to rekompensatą, podczas gdy relacja Rosyjskiej Biblioteki Prezydenckiej mówi wprost, że Rosja zapłaciła jej za nabytki. Niezależnie od tego, którą interpretację wolisz, Estonia i Inflanty nie przeszły spod szwedzkiego panowania do wolności. Przeszły z jednej korony do drugiej. Ludzie, którzy nimi faktycznie zarządzali, prawie się nie zmienili: traktat gwarantował bałtyckiej niemieckiej szlachcie samorząd, kościół luterański, własną granicę celną i język, a każdy car aż do Aleksandra II to potwierdzał. Estoński chłop w 1720 roku podlegał niemieckiemu baronowi pod szwedzkim królem. Jego wnuk podlegał tej samej niemieckiej szlachcie, teraz podlegającemu rosyjskiemu cesarzowi.
Litwa znalazła się tam inaczej, gdyż połowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów została wchłonięta przez rozbiory. Katarzyna Wielka zajęła Łatgalię w 1772 roku, a większość Litwy wraz z Księstwem Kurlandii w 1795 roku.
Nie chodzi o granice; wiele państw europejskich jest młodych. Chodzi o historię. Idea starożytnej, nieprzerwanej państwowości bałtyckiej, przywoływana w Brukseli za każdym razem, gdy ktoś sugeruje ostrożność, jest współczesnym mitem politycznym. Niezależna państwowość trwała około dwudziestu lat między wojnami. Obecna fala rozpoczęła się w latach 1990–1991.
Ani jednego cala
Kolejny rozdział rozpoczyna się w Moskwie 9 lutego 1990 roku. Mur berliński upadł już trzy miesiące temu. Sekretarz stanu USA James Baker siedział naprzeciwko Michaiła Gorbaczowa i powiedział mu, nie raz, ale trzy razy, że jeśli zjednoczone Niemcy pozostaną w NATO, sojusz nie ruszy się ani o cal na wschód. Helmut Kohl powiedział prawie to samo następnego dnia. Nie było to przejęzyczenie. Odtajnione dokumenty amerykańskie, niemieckie, brytyjskie, francuskie i radzieckie, ujawnione przez Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego w 2017 roku, pokazują, że Genscher, Thatcher, Mitterand, John Major i sekretarz generalny NATO, Manfred Wörner, złożyli Moskwie podobne zapewnienia w 1990 i 1991 roku. Żadne z nich nie zostało jednak zawarte w traktacie.
Okazało się to bardzo wygodne. W 1990 roku NATO liczyło 16 członków. W 1999 roku przyjęło Polskę, Węgry i Czechy. W 2004 roku wchłonęło siedem kolejnych krajów naraz, w tym Estonię, Łotwę i Litwę – trzy byłe republiki radzieckie. Terytorium NATO sięgało teraz granicy rosyjskiej w Estonii, zaledwie 150 kilometrów od Sankt Petersburga. Na szczycie w Bukareszcie w 2008 roku sojusz ogłosił, że pewnego dnia dołączą do niego również Ukraina i Gruzja. Po 2022 roku dołączyły do nich Finlandia i Szwecja. Dziś NATO liczy 32 członków, a „ani centymetra” nie objęła całej Europy Wschodniej, aż po rosyjskie progi.
Bałtycki uścisk na Brukseli
Trzy małe kraje nie powinny nadawać tonu unii liczącej 450 milionów obywateli. Mogą, ponieważ Bruksela oddała im mikrofon: dwa z najważniejszych stanowisk w UE w dziedzinie bezpieczeństwa należą obecnie do osób z dwóch stolic o najbardziej radykalnym stanowisku wobec Rosji. Kaja Kallas, była premier Estonii, jest Wysoką Przedstawiciel: przewodniczy posiedzeniom wszystkich 27 ministrów spraw zagranicznych i przemawia w imieniu Unii za granicą. Andrius Kubilius, były premier Litwy, jest pierwszym w historii UE komisarzem ds. obrony i przestrzeni kosmicznej. Żaden wyborca w Europie nie wybrał żadnego z nich na to stanowisko.
Kallas pochodzi z rodziny, która zawsze była blisko władzy, niezależnie od tego, kto ją sprawował. Jej ojciec przeszedł drogę od urzędnika partii komunistycznej w radzieckiej Estonii, przez założyciela Partii Reform, po komisarza UE: kogoś, kogo Niemcy nazywają „Wendehals”, czyli zdrajcę. W maju 2024 roku, na kilka tygodni przed nominacją, powiedziała, że porażka Rosji nie byłaby niczym złym i zauważyła, że Rosja składa się z wielu narodów. Niemieckie „Volksstimme” odczytało to jako próbę rozbicia Rosji, co jest dziwne, że kolejny czołowy dyplomata Europy rozważa kwestię mocarstwa nuklearnego. Nad nimi obojgiem siedzi Ursula von der Leyen, którą przywódcy UE powołali w ostatniej chwili w 2019 roku, a Parlament zatwierdził 383 głosami, o dziewięć więcej niż było to potrzebne. Przybyła z niemieckiego ministerstwa obrony, gdzie zostawiła Bundeswehrę, która nie spełniała celów gotowości, oraz parlamentarne dochodzenie w sprawie kontraktów konsultingowych.
Szczekanie na komendę
Rządy krajów bałtyckich schlebiałyby, gdyby myślały, że rządzą. Nie, nie są. Szczekają, bo to pasuje ludziom trzymającym smycz. W Brukseli, gdzie znajdują się siedziby UE i NATO, to wielkie stolice tworzą politykę. Stolice krajów bałtyckich egzekwują ją na granicy, mówią to, czego Berlin i Paryż wolałyby nie mówić na głos, i podejmują pierwsze kroki. Dlatego też megafon dyplomatyczny UE skierował się do Tallina, a jej ministerstwo obrony do Wilna. Nikt nie mianował Kallasa i Kubiliusa, aby uspokoili sytuację.
Kaliningrad w 2022 roku pokazał, jak to działa. Bruksela opracowała sankcje na rosyjską stal; Litwa egzekwowała je co do joty i wstrzymała transport kolejowy do eksklawy w czerwcu. Moskwa nazwała to blokadą, a Nikołaj Patruszew, ówczesny szef Rady Bezpieczeństwa Rosji, ostrzegł, że Litwini odczują konsekwencje. W ciągu miesiąca Komisja wydała nowe wytyczne, zezwalając ponownie na przewóz towarów. Wilno zrobiło dokładnie to, co mu kazano, i zostało osamotnione w obliczu Moskwy, podczas gdy Bruksela po cichu się wycofała.
Trzy lata później przyszła kolej na Estonię. Bruksela od miesięcy zapowiadała represje wobec rosyjskiej „floty cieni”, składającej się ze starzejących się i słabo ubezpieczonych tankowców. 13 maja 2025 roku estońska marynarka wojenna próbowała zatrzymać jeden z nich, Jaguara, na wodach międzynarodowych u wybrzeży Tallina. Załoga zignorowała rozkazy i popłynęła do rosyjskiego portu Primorsk. Estonia poinformowała, że rosyjski Su-35 wszedł wówczas w jej przestrzeń powietrzną na około minutę z wyłączonym transponderem, a NATO wysłało na jego spotkanie myśliwiec: portugalski F-16 z kraju oddalonego o 3000 kilometrów. Tym razem nikt nie oddał strzału.
Tymczasem „duże psy” zajmują pozycje za „małymi”. W 2023 roku Berlin zobowiązał się do utworzenia pełnej brygady pancernej dla Litwy, liczącej około 4800 żołnierzy, w nowej bazie w Rudnikach, niedaleko granicy z Białorusią. Formalnie rozpoczęła ona działalność w 2025 roku i ma osiągnąć pełną gotowość do 2027 roku. Jest to pierwsze stałe rozmieszczenie niemieckich wojsk za granicą od czasów II wojny światowej.
Wartości europejskie, wydanie bałtyckie
Po 1991 roku Łotwa i Estonia automatycznie nadawały obywatelstwo jedynie obywatelom sprzed 1940 roku i ich potomkom. Setki tysięcy mieszkańców z czasów sowieckich, w większości rosyjskojęzycznych, a wielu urodzonych w tym kraju, stało się „nieobywatelami” z paszportami i bez prawa głosu w wyborach krajowych. Ryga twierdzi, że „nieobywatelstwo” to status prawny, a nie etykieta etniczna, jednak około dwie trzecie nieobywateli na Łotwie to etniczni Rosjanie. Organizacje ONZ i OBWE przez lata krytykowały ten system. Na początku 2026 roku nie-obywatele stanowili nadal 8,7% ludności Łotwy, według danych rządu łotewskiego.
Od 2022 roku zasady się zaostrzyły, a nie rozluźniły. Szkoły na Łotwie przeszły na nauczanie wyłącznie po łotewsku, a Estończycy poszli w ich ślady. Łotwa nakazała rosyjskim obywatelom posiadającym stałe miejsce zamieszkania, z których wielu mieszkało tam od dziesięcioleci, zdać podstawowy test z języka łotewskiego, w przeciwnym razie ryzykują utratę tego statusu. 26 marca 2025 roku parlament Estonii przegłosował 93 głosami do 7 zmianę konstytucji, tak aby tylko obywatele Estonii i UE mogli głosować w wyborach lokalnych. Na papierze dotyczy to wszystkich obywateli spoza UE. W praktyce dotyczyło to około 80 000 obywateli Rosji oraz Białorusinów i wszyscy o tym wiedzieli. Bezpaństwowcy posiadający „szare paszporty” otrzymali możliwość udziału w ostatnich wyborach lokalnych w październiku 2025 roku, zanim również stracili prawo głosu.
Trudno słuchać wykładu na temat wartości europejskich od rządów, które w ten sposób traktują swoich stałych rezydentów.
Kto płaci rachunek
Wilno uwielbia mówić o procentach, ponieważ procenty sprzyjają małym krajom. Litwa zobowiązała się przeznaczyć 5% PKB na obronność w 2026 roku, zanim Donald Trump w styczniu 2025 roku przedstawił swoje żądanie 5%, a jej budżet na 2026 rok wynosi 5,38%. W maju 2025 roku trzej ministrowie obrony państw bałtyckich zaapelowali do wszystkich sojuszników o dostosowanie się do tego celu. W czerwcu, w Hadze, NATO ustaliło cel 5% na 2035 rok.
Zapomnij o procentach. Spójrz na pieniądze. Cały budżet obronny Litwy na rok 2026 wynosi 4,79 miliarda euro. Przy 5% PKB, Niemcy wydawałyby ponad 200 miliardów euro rocznie, ponad czterdzieści razy więcej. Nawet podstawowe 3,5%, przed doliczeniem dodatkowych 1,5% na infrastrukturę i inne wydatki związane z obronnością, wyniosłoby około 150 miliardów euro. Dla Włoch pełny cel oznaczałby ponad 100 miliardów euro rocznie, dla Hiszpanii około 80 miliardów euro, a oba kraje już teraz borykają się z jednymi z najwyższych długów publicznych w Europie. Kraje bałtyckie wyznaczają poprzeczkę; rachunek ponoszą duże gospodarki.
Hiszpania przynajmniej miała czelność powiedzieć „nie”. Pedro Sánchez nazwał cel 5% „nierozsądnym”, odmówił jego podpisania i pozostawił Hadze wyjątek: 2,1% PKB i ani centa więcej. Trump nazwał Hiszpanię „bardzo niskim płatnikiem”.
Nikt nie pytał wyborców
Czy kiedykolwiek pytano Zachodnich Europejczyków, czy tego chcą? Tylko przez ankieterów. W 2015 roku Pew Research Center wykazało, że 58% Niemców, 53% Francuzów i 51% Włochów jest przeciwko użyciu siły militarnej w obronie sojusznika NATO zaatakowanego przez Rosję. W badaniu Pew Research Center opublikowanym w 2020 roku większość w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii nadal odpowiedziała „nie”. Poparcie dla płacenia przez UE za broń dla Ukrainy spadło o dziewięć punktów procentowych, z 65% na początku 2023 roku do 56% tej wiosny. We Francji poparcie dla dostaw broni spadło o 18 punktów procentowych, z 65% w marcu 2022 roku do 47% w lutym tego roku. Pod koniec 2024 roku YouGov stwierdził, że 55% Włochów, 45% Niemców i 43% Francuzów wolało wynegocjowany pokój między Ukrainą a Rosją od dalszej walki. Sondaż Politico z grudnia ubiegłego roku wykazał, że dorośli Francuzi i Niemcy opowiadają się za ograniczeniem poparcia. A tego lata większość w Niemczech i Francji opowiedziała się przeciwko przystąpieniu Ukrainy do UE jako pełnoprawnego członka.
To nie Niemcy, Francja, Włochy ani Hiszpania pałają chęcią szerszej wojny. To społeczeństwo, którego nigdy o to nie proszono, które z roku na rok od 2022 roku staje się coraz bardziej sceptyczne, a teraz otrzymuje ustawę, której nigdy nie nakazało: cel wart ponad 200 miliardów euro rocznie w samych Niemczech, entuzjastycznie przyjęty z Wilna i podpisany w Brukseli przez urzędników, których nie wybrał żaden wyborca.
Kiedy skończą się pieniądze
Porozumienie haskie ma wbudowaną rewizję do 2029 roku. Moja prognoza: do tego czasu Hiszpania nie będzie jedynym krajem, który powie „nie”. Pieniądze skończyły się lata temu; to, co jest wydawane teraz, jest pożyczone. Niemcy nawet przepisali swoją konstytucję w 2025 roku, aby móc zaciągać pożyczki na obronę poza własnym limitem zadłużenia.
W 1721 roku Piotr Wielki rozstrzygnął losy Bałtyku traktatem i dwoma milionami srebrnych talarów. Trzy wieki później przyszłość regionu wciąż jest rozstrzygana przez większe potęgi, które dokonują kalkulacji.
Czy zatem najmniejsze kraje Europy wciągają kontynent w wojnę? Nie same. To one szczekają; Bruksela trzyma smycz. A Berlin, Rzym i Madryt są ciągnięte w ślad za nimi, ku konfrontacji, której ich wyborcy nigdy nie wybrali, opłacanej pieniędzmi, których już nie mają.
Może to jest ta jedyna nadzieja. Im szybciej skończą się pieniądze, tym szybciej wyborcy w dużych krajach wymuszą zmianę kursu, a tym szybciej Tallin, Ryga i Wilno wrócą do tego, czym zawsze były ze względu na swoją wielkość: do przypisów w europejskiej polityce zagranicznej. To może ostatecznie uchronić Europę przed bezpośrednią wojną między mocarstwami nuklearnymi.
Właśnie wtedy, gdy wydawało się, że izraelskie twierdzenia o awaryjnym lądowaniu samolotu FlyDubai nie mogą być bardziej absurdalne… Netanjahu znalazł sposób! Zorganizował nawet sesję zdjęciową z zakrwawionym izraelskim hydraulikiem, który, jak twierdził, przejął kontrolę nad samolotem i wylądował.
Samolot Flydubai o numerze FZ1073 wystartował z Dubaju 30 września 2026 roku około godziny 7-mej czasu lokalnego i leciał do Tel Awiwu. Na pokładzie Boeinga 737 Max 8 znajdowało się 174 pasażerów i ośmiu członków załogi. Według danych Flightradar24, nad jordańską przestrzenią powietrzną samolot stracił około 4900 metrów wysokości (16 000 stóp) w ciągu około minuty, spadając z prawie 9 000 metrów do około 5 000 metrów. Początkowo nadał ogólny kod alarmowy 7700, a wkrótce potem kod 7500 oznaczający nieautoryzowaną ingerencję. Następnie powrócił do kodu 7700 i bezpiecznie wylądował o godzinie 9:45 czasu lokalnego w Tabuk, w północno-zachodniej Arabii Saudyjskiej.
Znaczna część steru kierunku została uszkodzona lub oderwana. Były pilot i ekspert ds. bezpieczeństwa lotniczego United Airlines, Steve Arroyo, powiedział agencji AP, że jest zdumiony, że samolot nie rozpadł się pod wpływem tych obciążeń aerodynamicznych. Jeff Guzzetti, były śledczy ds. wypadków w NTSB i FAA, zauważył, że przy takiej prędkości zniżania nawet kilka tysięcy stóp mniej wysokości mogło nie wystarczyć do uratowania samolotu. Wszyscy pasażerowie przeżyli. Obaj piloci trafili do szpitala z obrażeniami.
To, co się wyłoniło, nie było spójną rekonstrukcją, lecz serią zastępujących się narracji. Każda nowa wersja nie tylko korygowała poprzednią w szczegółach, ale także zmieniała sprawców, ofiary, narodowości i znaczenie polityczne. Niemieckie media nieustannie goniły za najnowszymi izraelskimi twierdzeniami. Tymczasem Netanjahu jednocześnie przedstawił wersję najbardziej odbiegającą od wciąż trwającego śledztwa.
Pierwsza ukończona historia: Rosjanie kontra Ukraińcy
Rankiem 30 września izraelski portal N12, platforma cyfrowa prywatnego nadawcy Channel 12, poinformował o walce w kokpicie rosyjskiego i ukraińskiego pilota. Wówczas doniesienie to było jedynie oskarżeniem bez oficjalnego potwierdzenia. To wystarczyło. Podchwyciła je Niemiecka Agencja Prasowa (dpa). Web.de opublikował je pod tytułem „Walka w kokpicie między rosyjskimi i ukraińskimi pilotami”. W tekście stwierdzono, że N12 o tym doniósł, ale brakowało potwierdzenia. Podobny tytuł opublikowała Redaktionsnetzwerk Deutschland (RND), a „Handelsblatt” przytoczył doniesienia agencji. Zastrzeżenie pozostało w tekście, ale nagłówek już podawał narodowość pilotów jako fakt.
„Stuttgarter Zeitung” poszedł o krok dalej. Wkrótce potem doniósł, że rosyjski pilot najprawdopodobniej próbował popełnić samobójstwo, a jego ukraiński drugi pilot interweniował i prawdopodobnie uratował 174 osoby.
Niepewność jest szczególnie widoczna w radiu Deutschlandfunk. Wczesny raport opisywał pilota jako potencjalnego sprawcę, a drugiego pilota jako tego, który z pomocą pasażerów obezwładnił go i bezpiecznie wylądował. Drugi pilot miał zostać ranny kłuto podczas walki. Wkrótce potem role się odwróciły.
Tego samego dnia agencja dpa opublikowała znacznie ostrożniejszą wersję zatytułowaną „Co wiemy o awaryjnym lądowaniu Flydubai – i czego nie wiemy”.
Odwrócenie i historia drugiego bohatera
Sprawa przybrała wówczas niemal groteskowy obrót. Israel Hayom doniósł, że dodatkowi piloci na pokładzie to, jak się można było spodziewać, Rosjanin i Ukrainiec. Te same narodowości, które zaledwie kilka godzin wcześniej były przedstawiane w wiadomościach jako przeciwnicy, teraz stały się wspólnymi ratownikami.
Ironia była oczywista: podczas gdy Rosja i Ukraina są w stanie wojny, Rosjanin i Ukrainiec razem ratują ponad sto osób. Fakt interwencji innych pilotów na pokładzie jest obecnie dobrze udokumentowany. Agencja Reuters podała, że wśród pasażerów, którzy uczestniczyli w bezpiecznym lądowaniu, było dwóch pilotów poza służbą. The Guardian opisuje interwencję dodatkowych pilotów i kilku pasażerów. Doniesienia te nie potwierdzają nazwisk ani powiązań rosyjsko-ukraińskich.
Co do tej pory ujawniły śledztwa
Według agencji Reuters i AP, rannym kapitanem jest Smit Machchhar, obywatel Indii. Władze Izraela twierdzą, że domniemanym napastnikiem jest drugi pilot z Omanu. Interweniowali pasażerowie i członkowie załogi. Inni piloci na pokładzie pomogli opanować samolot. Sama linia Flydubai opisała incydent jako „kłótnię” w kokpicie i poinformowała, że członkowie załogi podróżujący na pokładzie zabezpieczyli samolot i dolecieli nim do Tabuk. Generalny Urząd Lotnictwa Cywilnego Zjednoczonych Emiratów Arabskich początkowo oficjalnie określił incydent jako „incydent bezpieczeństwa”.
Saudyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, o którym informowały między innymi Al Jazeera i Gulf News, poinformowało, po wstępnym dochodzeniu z udziałem emirackiego zespołu bezpieczeństwa, że pierwszy oficer zaatakował kapitana i obaj odnieśli obrażenia. Samolot bezpiecznie wylądował o 9:45 z 174 pasażerami i ośmioma członkami załogi na pokładzie. Pasażerowie kontynuowali podróż, a obaj piloci zostali hospitalizowani, a następnie repatriowani do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Prokuratura Generalna Zjednoczonych Emiratów Arabskich nakazała wszczęcie śledztwa w celu jednoznacznego wyjaśnienia, co było przyczyną incydentu, jaki był motyw, czy istniał związek z działalnością terrorystyczną oraz czy akt był zaplanowany, czy zorganizowany. Prokurator Generalny zaapelował również o zaprzestanie spekulacji i ujawniania niepotwierdzonych informacji do czasu zakończenia śledztwa.
Wersja Netanjahu: Hydraulik, krew i kolejny 11 września
Netanjahu nie czekał na to wyjaśnienie. Już 30 września oświadczył, że jeden z pilotów dźgnął drugiego nożem i najwyraźniej próbował rozbić samolot z pasażerami na pokładzie. Ciężko ranny indyjski kapitan, pomimo odniesionych obrażeń, otworzył drzwi kokpitu, umożliwiając pasażerom i załodze obezwładnienie napastnika.
1 października dodał, że według dostępnych mu informacji drugi pilot został poddany radykalnej islamistycznej indoktrynacji. Agencja Reuters zauważyła jednocześnie, że śledztwo jest w toku, a linie lotnicze Emirates wciąż ustalają, czy doszło do motywu terrorystycznego, czy też wcześniejszego planowania.
Narracja, którą Netanjahu przedstawił w wywiadach dla Fox News i CNN, a także podczas osobistego powitania, poszła jeszcze dalej. Koncentrowano się już nie tylko na rannym kapitanie, ale na izraelskim pasażerze Yanivie Hayunie, z zawodu hydrauliku. Netanjahu powitał go, wciąż mającego na sobie zakrwawione ubranie z lotu, nazwał bohaterem i oświadczył, że Hayun, dzięki chłodnemu osądowi i odwadze, zapobiegł „kolejnemu zamachowi z 11 września”.
Trump powtórzył wersję: drugi pilot mógł być terrorystą lub „świrem”, pilotowi udało się otworzyć drzwi, a izraelski hydraulik interweniował. W tym incydencie, który został sfilmowany i rozpowszechniony, Hayun zeznał, że wszedł do kokpitu, zobaczył jednego pilota na ziemi, a drugiego nad przyrządami, złapał napastnika za szyję i pociągnął go do tyłu. Zapytany, czy sam pociągnął za drążki sterowe, odpowiedział, że tak, aż do końca, ponieważ oglądał serial „Air Crash Investigation”. Potem kontrolę przejęli piloci po służbie.
Netanjahu odpowiedział na pochwałę mężczyzny, mówiąc, że tym razem udało mu się uporać z wyjątkowo dużym korkiem ulicznym, i porównał cały proces do Hollywood: tak niewiarygodny, że nikt by w to nie uwierzył, gdyby nie wydarzyło się nic poważnego.
W wersji Fox News Netanjahu stwierdził, że napastnik dźgnął kapitana nożem lub uderzył go siekierą; kapitan mocno krwawił i walczył o życie. Relacje pasażerów, cytowane przez „The Guardian”, wspominają nie tylko o Hayunie, ale także o dentyście Szocie Musajewu, który opatrzył rannego kapitana, a także o innych pasażerach, którzy obezwładnili napastnika.
Dokładny zakres obrażeń pozostaje niejasny. Doniesienia opisujące niemal całkowite odcięcie głowy i dłoni przeczą relacjom, że kapitanowi udało się otworzyć drzwi i obezwładnić napastnika. Ani strona z Emiratów, ani strona saudyjska nie ujawniły żadnych szczegółów medycznych.
Uderzająca jest również szybkość oceny politycznej. Netanjahu mówił o udaremnionym ataku, o radykalnej indoktrynacji i pozostawił otwartą kwestię zaangażowania Iranu. W tym samym czasie organy śledcze Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej mówiły o ataku w kokpicie i trwającym śledztwie. Różnica nie jest semantyczna. „Drugi pilot zaatakował kapitana, motyw nieznany” to inne zdanie niż „11 września udaremniony przez islamistycznego terrorystę, zatrzymany przez izraelskiego hydraulika”.
Parabola pojawia się przed znaleziskiem
1 października Brendan O’Neill, redaktor polityczny brytyjskiego magazynu Spiked, opublikował trzeci artykuł. Jego nagłówek brzmiał: „Lekcja z Flydubai? Nie zadzieraj z syjonistami”. Podtytuł wyjaśniał heroizm na pokładzie jako przypomnienie, że naród żydowski przetrwa. O’Neill szczegółowo opisuje interwencję rannego kapitana Machchhara i kilku izraelskich pasażerów.
Istotne fragmenty tej historii ratunkowej są znane również z innych źródeł. Autor nie poprzestaje jednak na samych czynach. Dla niego pasażerowie ucieleśniają izraelską, a raczej syjonistyczną, wolę życia. Ich opór staje się wyrazem sprzeciwu narodu, który nie chce się podporządkować. Opisuje tę konfrontację jako kontrast między „kulturą śmierci” a ludźmi kochającymi życie. Ratunek FZ1073 staje się zatem symbolem izraelskiego potwierdzenia istnienia.
Pytania fizyczne
Nagły wypadek fizyczny udokumentowano na podstawie danych lotu, lądowania w Tabuk oraz uszkodzenia steru kierunku. Udokumentowano również interwencję pasażerów i innych pilotów, która ustabilizowała samolot. Niejasne pozostają motyw, dokładna sekwencja zdarzeń w kokpicie, stopień obrażeń oraz to, czy atak był zaplanowany.
Władze Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich zwróciły szczególną uwagę na tę otwartość i ostrzegły przed spekulacjami. Narracje polityczne – od rosyjsko-ukraińskiej bitwy w kokpicie, przez wspólną akcję ratunkową Rosjan i Ukraińców, po syjonistyczną przypowieść i zakrwawionego hydraulika, który dzięki serialowi telewizyjnemu zapobiegł kolejnemu zamachowi z 11 września – zostały sfinalizowane przed rozpoczęciem śledztwa. Im częściej opowiadano tę historię, tym bardziej stawała się ona zamknięta.
Fakty wciąż się ujawniały.
Najciekawszym aspektem jest nurkowanie z wysokości blisko 5000 metrów. Pomysł, aby pasażerowie mogli przejść do przodu po tym, co prawdopodobnie było stromo nachylonym pokładem lotniczym, w stanie bliskim nieważkości, byłby nie lada osiągnięciem. Chociaż być może instalatorowi udałoby się to… tylko po to, by rozbić się o ziemię w pobliżu Netanjahu.
Gdy rok 2026 dobiega końca, całą Europę ogarnia panika. Coraz bardziej zaczyna być jasne, że Amerykanie mają zamiar pozostawić ich samym sobie w walce z Rosjanami – a co gorsza, między sobą.
Jeśli chodzi o walkę z Rosjanami, rzeczywistość jest prosta: nawet gdyby kilka zdeterminowanych państw europejskich podjęło jutro poważne działania w celu zgromadzenia niezbędnych sił zbrojnych i sprzętu na potrzeby wojny o wysokiej intensywności w XXI wieku, nie byłyby w stanie w ciągu pięciu lat wystawić, wyposażyć i rozmieścić armii liczącej nawet 100 000 żołnierzy gotowych do walki – liczba ta zostałaby całkowicie pochłonięta w wojnie, do której są zupełnie nieodpowiednio przygotowane pod względem doświadczenia, wyszkolenia, taktyki, uzbrojenia i logistyki.
Nawet gdyby udało im się zmobilizować barwną, wielonarodową bandę liczącą 100 000 ludzi, nie byliby w stanie rozmieścić i zaopatrzyć takiej armii w taki sposób, aby mogła ona cokolwiek zdziałać.
Z Kaliningradu i Białorusi Rosjanie mogą zaatakować dowolny cel na Ukrainie, dużą część Polski i Rumunii, a nawet cele położone głęboko na terytorium Niemiec.
Armia europejska nie miałaby prawa zgromadzić się w pobliżu sił rosyjskich. Każda taka próba zakończyłaby się druzgocącą klęską.
Jeśli chodzi o europejskie siły powietrzne: to jest to czysta iluzja.
Rzekomo potężne Siły Powietrzne USA zrobiły, co mogły, wystrzeliwując w kierunku Iranu kilka tysięcy pocisków manewrujących dalekiego zasięgu – ze znikomym skutkiem strategicznym. Iran nie został znacząco rozbrojony. W rzeczywistości kraj ten wydaje się być dziś silniejszy niż na początku wojny.
Ani Europejczycy osobno, ani Europejczycy i Amerykanie razem wzięci nie mogliby dokonać żadnego skutecznego ataku na Rosję; w takiej próbie straciliby masę samolotów.
Co więcej, Stany Zjednoczone nie dysponują żadnym znaczącym potencjałem średniego zasięgu porównywalnym z tym, jaki zademonstrowały Rosja i Iran. I nie będą go posiadać w dającej się przewidzieć przyszłości.
Obrona powietrzna USA okazała się jakościowo żenująca, a nawet gdyby była skuteczna, to ilościowo niewystarczająca.
Wojna na taką skalę pochłania ogromne ilości uzbrojenia. Ci, którzy uważnie obserwowali sytuację, dowiedzieli się, że – wbrew oczekiwaniom zdecydowanej większości – amerykański arsenał ręcznie robionej „broni butikowej”, której nie da się produkować masowo, nie tylko nie sprawdził się w różnych zastosowaniach; co więcej, połączenie wojen na Ukrainie i w Iranie zredukowało amerykańskie zapasy do poziomu bliskiego kryzysowi.
Co więcej, Marynarka Wojenna USA została wyparta z Morza Czerwonego przez Jemeńczyków.
Musisz się nad tym naprawdę zastanowić.
Zostali dosłownie odparci pod ostrzałem i z pustymi magazynkami. Dwie grupy lotniskowców w rzędzie. Niewiarygodne.
To niewątpliwie jedno z najbardziej szokujących wydarzeń ostatnich lat wojny na tej planecie. Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych – jak sama przyznaje – była „straumatyzowana” tym doświadczeniem; kilku oficerów określiło je jako najzaciętszą bitwę morską stoczoną przez Stany Zjednoczone od czasów II wojny światowej.
Przeciwko Jemeńczykom.
Powtórzę jeszcze raz: musisz się nad tym naprawdę zastanowić.
Bo wkrótce potem ktoś, gdzieś, postanowił: „Cóż, ci Huti to twardy orzech do zgryzienia. Spróbujmy zamiast tego z Irańczykami. Oni i tak potrafią tylko tkać dywany”.
W tej właśnie chwili gdzieś na spokojnych, głębokich wodach Morza Arabskiego, co najmniej 1000 km od wybrzeża Iranu, czają się dwie grupy lotniskowców.
Potwory czyhają bliżej.
Z tej pozycji nie mogą i nie dokonają niczego decydującego. Pozostają po prostu w ukryciu i czekają na zastąpienie.
Zatopienie okrętu wojennego Marynarki Wojennej USA przez od dawna demonizowanych i wyśmiewanych Irańczyków byłoby absolutnie niedopuszczalnym rezultatem tej wojny. Należy tego uniknąć za wszelką cenę.
Z wielu złożonych powodów, zakorzenionych w specyficznej amerykańskiej psychice, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych jest uważana za niekwestionowanego władcę mórz. Utrata amerykańskiego okrętu wojennego na rzecz narodu postrzeganego od początku jako gorszy byłaby odczuwana jako nieznośne upokorzenie. Dlatego lepiej jest się ukryć, przynajmniej na początku, i później budować narrację zwycięstwa.
Uważni obserwatorzy zdają sobie sprawę, że globalna gotowość Stanów Zjednoczonych do prowadzenia poważnej wojny gdziekolwiek jest już podważona i nie da się jej przywrócić w perspektywie średnioterminowej – prawdopodobnie nawet w ciągu dekady.
Wyczerpali całą amunicję. USA, NATO i Izrael zdołały zaprzepaścić rezultaty pięciu dekad rozwoju i produkcji broni – i wszystko poszło na marne.
Sprzęt wojenny z XX wieku, którym wciąż dysponują, po prostu nie nadaje się do realiów wojny XXI wieku. Co więcej, brakuje im wszystkiego, co niezbędne, by choćby w przybliżeniu prowadzić poważną wojnę.
Jak nieustannie powtarzam: nie ma już „łatwych” wojen.
Cóż, wyobrażam sobie, że Europejczycy właśnie oblewają się zimnym potem. Imperium szybko się wycofuje i wkrótce nieodwracalnie straci zdolność do egzekwowania zasad, granic i posłuszeństwa wobec „dobra wspólnego”.
Historia uczy nas, że w takim scenariuszu Europa nie zjednoczy się harmonijnie. Sytuacja może stać się niewygodna.
Co jakiś czas media informują nas o kolejnych odsłonach tak zwanej afery Collegium Humanum. W szumie informacyjnym najczęściej umyka jednak istota problemu. Paradoksalnie budzące największe emocje „lipne dyplomy” studiów MBA są tutaj jedynie przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej. Kwitnący przez kilka lat na polskich prywatnych uczelniach proceder w istocie godził w filary bezpieczeństwa naszego państwa i nas samych. Uporządkujmy fakty.
Korzystając z niedoskonałości krajowego prawa, polskie uczelnie wyższe, głównie prywatne, wydawały kandydatom na studia dokumenty, które w praktyce otwierały im drogę do legalnego pobytu, a następnie pracy na terenie Polski i całej strefy Schengen. Za stosunkowo niewielkie pieniądze, rzędu kilkuset złotych miesięcznie, można było w ten sposób uzyskać możliwość legalnego funkcjonowania na polskim rynku pracy.
Mechanizm był stosunkowo prosty.
Kandydaci, między innymi z państw Afryki i Azji, zapisywali się na polskie uczelnie i na podstawie dokumentu potwierdzającego przyjęcie na studia ubiegali się o wizę. Wiza studencka umożliwiała im nie tylko legalny pobyt w Polsce i przemieszczanie się po strefie Schengen, ale również podjęcie pracy. W konsekwencji część osób traktowała studia jedynie jako formalny pretekst do przyjazdu do Europy.
Na procederze korzystały niektóre szkoły wyższe. Nawet jeśli cudzoziemiec faktycznie nie uczestniczył w zajęciach, wcześniej opłacał czesne. Dla części uczelni masowa rekrutacja zagranicznych studentów stała się więc istotnym źródłem przychodów. Problem dotyczył zwłaszcza placówek, w których kontrola rzeczywistego uczestnictwa studentów w zajęciach była iluzoryczna.
Doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej, w której mikroskopijne uczelnie fikcyjnie przyjmowały studentów, nie prowadząc dla nich realnie żadnej dydaktyki. W takich przypadkach trudno już mówić o sprytnym wykorzystaniu luk w prawie. Było to oczywiste i intencjonalne oszustwo. O ile bowiem w przypadku faktycznego toku studiów można byłoby jeszcze mówić o wykorzystywaniu niedoskonałości polskiego systemu prawnego, o tyle w przypadku studiów wyłącznie pozorowanych mamy do czynienia co najmniej z poświadczeniem nieprawdy. Ze względu na skalę procederu i jego społeczną szkodliwość zasadne jest jednak pytanie, czy nie należy mówić wręcz o mechanizmach charakterystycznych dla przestępczości zorganizowanej.
Proceder mógł kwitnąć w najlepsze, ponieważ państwowe instytucje nie dysponowały skutecznymi narzędziami pozwalającymi ustalić, czy cudzoziemiec rzeczywiście zamierza studiować. W rezultacie formalne przyjęcie na uczelnię mogło stać się przepustką do legalnego wjazdu do Polski, nawet jeśli rzeczywistym celem była praca albo dalsza migracja do innych państw Unii Europejskiej.
Pod wpływem kolejnych publikacji medialnych aparat państwa rozpoczął kontrole uczelni wyższych, których następstwem stał się głośny obecnie cykl postępowań i zatrzymań osób podejrzewanych o udział w tym procederze. Paradoksalnie to rząd Donalda Tuska uszczelnił przepisy i rozpoczął realną działalność kontrolną, skutecznie utrudniając wykorzystywanie studiów jako łatwej ścieżki legalizacji pobytu obcokrajowców.
Rozważmy jednak samą istotę szkodliwości tego procederu.
Po pierwsze, zmniejszał on bezpieczeństwo Polaków. Do Polski pod fałszywym pozorem podjęcia studiów mogły dostać się setki tysięcy osób z niemal całego świata, a skala zjawiska wymaga jeszcze pełnego wyjaśnienia. Znaczna część z nich przybywała na teren strefy Schengen po prostu po to, aby pracować. I zapewne dotyczyło to zdecydowanej większości przypadków. Nie oznacza to jednak, że system pozostawał niewrażliwy na ludzi mających zupełnie inne zamiary. Jeżeli państwo tworzy furtkę pozwalającą niemal bez realnej kontroli zalegalizować pobyt pod fikcyjnym pretekstem studiowania, to korzystać mogą z niej nie tylko pracownicy szukający lepszego życia, ale również osoby przyjeżdżające z intencją prowadzenia działalności przestępczej.
Po drugie, niekontrolowany napływ rzekomych studentów, a faktycznie pracowników zagranicznych, w oczywisty sposób oddziaływał na krajowy rynek pracy. Nisko opłacani pracownicy, funkcjonujący niekiedy częściowo w szarej strefie, stanowili niskopłatną konkurencję dla polskich pracowników. Jednocześnie nieuczciwe firmy opierające swoją działalność na takim modelu zatrudnienia uzyskiwały przewagę nad rzetelnymi pracodawcami, których przecież jest zdecydowana większość. Państwo samo stworzyło więc mechanizm premiujący tych, którzy byli gotowi funkcjonować na granicy prawa albo poza nią.
Po trzecie wreszcie, cały proceder przyczynił się do dalszego obniżenia i tak dramatycznie niskiego poziomu polskiego szkolnictwa wyższego. Niektóre uczelnie zamieniły się w prawdziwe fabryki fałszywych studentów. Była to zresztą naturalna konsekwencja systemu, w którym liczba studentów i wysokość przychodów zaczęły mieć większe znaczenie niż realna jakość kształcenia. To konsekwencja, jak trafnie zauważyła profesor Anna Raźny, „fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje. Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze.” Równie ostro wypowiadał się w tej kwestii profesor Stanisław Bieleń, który pisał, że „brak właściwego nadzoru nad szkolnictwem niepublicznym doprowadził do patologizacji kształcenia.”
Opisany wyżej proceder i związane z nim implikacje były doskonale znane organom państwa. MSWiA w odpowiedzi z października 2025 roku przyznało wprost, że rekrutacja cudzoziemców na studia mogła być wykorzystywana do obchodzenia przepisów dotyczących legalizacji pobytu i pracy. Problemem były osoby, które nie zamierzały się kształcić, lecz używały statusu studenta wyłącznie jako podstawy dostępu do rynku pracy.
Nie mamy zatem do czynienia z pojedynczą patologią jednej uczelni ani wyłącznie z aferą wokół dyplomów MBA. Collegium Humanum stało się symbolem znacznie większego problemu. Problemem tym jest system, który przez lata pozwalał łączyć interes finansowy części prywatnych uczelni, zapotrzebowanie rynku na tanią siłę roboczą oraz słabość państwowej kontroli. Każdy uczestnik tego układu miał swój interes. Rachunek natomiast wystawiono polskiemu państwu, polskim pracownikom i szkolnictwu wyższemu.
Będąc często sceptycznymi wobec organów państwa i organów ścigania, w tej konkretnej sprawie powinniśmy im kibicować. Tym bardziej że obecna władza nie daje nam przecież zbyt wielu innych powodów do jej wychwalania.
Kosiniak-Kamysz, Tusk Źródło: PAP / Wojtek Jargiło / Łukasz Gągulski
W Ministerstwie Obrony Narodowej trwają prace nad projektem ustawy o gotowości obronnej państwa.
Według ustaleń mediów ustawa taka miałaby usprawnić system kierowania obroną państwa i przyspieszyć proces przerzucania wojska w newralgiczne miejsca, gdyby zaszła taka potrzeba.
Będzie projekt ustawy o gotowości obronnej państwa
„W resorcie obrony został opracowany projekt ustawy o gotowości obronnej państwa. Z naszych ustaleń wynika, że jeszcze niedawno w samej nazwie znajdowało się określenie «o gotowości obronnej Państwa do wojny». Projekt znajduje się na etapie uzgodnień wewnątrzresortowych” – pisze w piątek „Rzeczpospolita” w tekście „»Stan przedwojenny»” doczeka się własnej ustawy. MON pracuje nad nowymi przepisami”.
Cele przedsięwzięcia
Informację prowadzenia prac nad takim projektem potwierdził „Rzeczpospolitej” wydział medialny MON. Celem jest „wzmocnienie zdolności obronnych Rzeczypospolitej Polskiej, usprawnienie współdziałania pomiędzy siłami zbrojnymi a służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo wewnętrzne oraz dostosowanie obowiązujących regulacji do współczesnych zagrożeń, w szczególności o charakterze hybrydowym, cybernetycznym i dezinformacyjnym”.
Jak pisze „Rz”, powołując się na źródła w MON celem jest też „usprawnienie rozwiązań organizacyjno-prawnych oraz poprawa przygotowania organów administracji publicznej do wykonywania zadań w stanie stałej i stanie pełnej gotowości obronnej państwa, w tym poprzez doprecyzowanie zadań i kompetencji organów”.
Obecnie przepisy są rozproszone
Resort obrony zwraca uwagę, że obecnie przepisy w zakresie przygotowań obronnych państwa oraz funkcjonowania systemu kierowania obroną państwa są rozproszone w kilku rozporządzeniach Rady Ministrów wydanych po uchwaleniu wiosną 2022 r. ustawy o obronie Ojczyzny. Celem ustawy jest podniesienie gotowości instytucji państwowych na ewentualne zagrożenie wojenne.
Piszą o „ogłaszaniu stanu wojennego”
Jak pisze „Rzeczpospolita” przygotowywany projekt ma usprawnić system kierowania obroną państwa oraz poprawić przygotowanie administracji publicznej do wykonywania zadań w stanie stałej i stanie pełnej gotowości obronnej państwa, czyli jeszcze przed formalnym ogłoszeniem stanu wojennego. Pozwoli m.in. na wcześniejszy przerzut wojsk, w tym sojuszniczych, powiązanie Planu Reagowania Obronnego RP z dokumentem sojuszniczym NATO Response System, ale też przygotowanie infrastruktury. Ustawa m.in. rozszerzy liczbę podmiotów biorących udział w systemie stałych dyżurów oraz w system kierowania obroną państwa, unormuje zasady pracy pracowników cywilnych na stanowiskach kierowania z ograniczoną możliwością powrotu do domu, wprowadzi zmiany dotyczące planowania operacyjnego w obszarze pozamilitarnym, a także w dokumentacji dotyczącej programowania obronnego. Zmienione zostaną zasady szkolenia, kursów obronnych, a także prowadzenia ćwiczeń obronnych.
Jak nas informuje resort obrony „ze względu na złożony proces legislacyjny, na obecnym etapie nie jest wiadome, kiedy projekt trafi pod obrady Sejmu”. Z naszych ustaleń wynika, że przesłania takiego projektu oczekuje też BBN.
=========================
Celem Donalda Tuska jest to, aby w sposób niedemokratyczny utrzymać władzę – mówi Andrzej Śliwka, pytany o wypowiedź Ireneusza Rasia, że w Polsce być może nie odbędą się wybory parlamentarne.
Stany Zjednoczone od dziesięcioleci budują swoją obecność wojskową wokół Chin. Teraz uznany waszyngtoński think tank Defense Priorities wzywa do radykalnej zmiany kursu: wycofania się z pierwszego łańcucha wysp, wycofania dziesiątek tysięcy żołnierzy, ograniczenia zobowiązań sojuszniczych – i nieprowadzenia wojny z Chinami o Tajwan.
Nie jest to jeszcze oficjalna polityka rządu USA. Ale sam fakt, że uznany think tank w Waszyngtonie publicznie dyskutuje o tak daleko idącym wycofaniu, pokazuje, że strategiczna debata w USA ulega zmianie.
W nowej analizie „Defense Priorities” wzywa się do gruntownej restrukturyzacji amerykańskiego porządku wojskowego w Azji. Stany Zjednoczone powinny porzucić trwającą od dziesięcioleci koncentrację na tzw. pierwszym łańcuchu wysp – Japonii, Korei Południowej, Tajwanie i Filipinach – i przesunąć swoje siły jeszcze dalej, w kierunku drugiego łańcucha wysp.
Oznaczałoby to ogromną redukcję. Według analizy, w Azji stacjonuje obecnie około 90 000 żołnierzy amerykańskich , z czego około 55 000 w samej Japonii. Priorytety Obrony planują wycofać większość sił lądowych i piechoty morskiej z regionu, a także znacząco zredukować liczebność sił powietrznych i marynarki wojennej.
Propozycja dla Japonii jest szczególnie drastyczna: obecność USA ma zostać początkowo zredukowana do około 5000 żołnierzy . Do 2035 roku stałe stacjonowanie ma zostać w dużej mierze zakończone i zastąpione ograniczonymi, rotacyjnymi rozmieszczeniami.
Nawet trwające dekady amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa są przedmiotem debaty. Autorzy postulują wygaśnięcie wzajemnych sojuszy obronnych z Japonią, Koreą Południową, Filipinami i Australią lub zastąpienie ich znacznie bardziej ograniczonymi partnerstwami w zakresie bezpieczeństwa.
Tajwan jest jeszcze bardziej wybuchowy.
Waszyngton powinien położyć kres swojej obecnej strategicznej niejednoznaczności i wyraźnie oświadczyć, że Stany Zjednoczone nie będą interweniować militarnie w wojnie o Tajwan . Amerykańscy doradcy wojskowi ds. Tajwanu również powinni zostać wycofani. Autorzy argumentują, że obecna polityka niepotrzebnie naraża Stany Zjednoczone na ryzyko bezpośredniej wojny z Chinami.
Zamiast utrzymywać obecność bezpośrednio u wybrzeży Chin, pozostałe siły amerykańskie powinny skoncentrować się bardziej na Guam, Palau, Mikronezji i Wyspach Marshalla . Według autorów, byłyby tam mniej narażone na ataki, a jednocześnie mogłyby zabezpieczyć ważne szlaki handlowe.
Transformacja ma rozpocząć się szybko. Wstępne wycofanie sił – szczególnie z Korei Południowej – a także zmiany w polityce wobec Tajwanu mogą nastąpić w ciągu kilku lat. Większość nowej strategii ma zostać ukończona do 2030 roku , a pełna transformacja – do 2035 roku .
Artykuł podważa zatem podstawowe założenie amerykańskiej polityki wobec Azji: że więcej baz, żołnierzy, rakiet i zobowiązań sojuszniczych automatycznie przekłada się na większe bezpieczeństwo.
Organizacja Defense Priorities twierdzi coś wręcz przeciwnego. Im bliżej Chin stacjonują amerykańskie siły zbrojne i im bardziej kompleksowe stają się regionalne gwarancje bezpieczeństwa Waszyngtonu, tym większe ryzyko wciągnięcia USA w wojnę z innym mocarstwem nuklearnym.
To nie jest jeszcze nowa strategia Waszyngtonu. Obecna polityka obronna USA nadal opiera się na silnej obecności w regionie Indo-Pacyfiku. Ale godna uwagi jest jeszcze inna kwestia:
W Waszyngtonie toczy się obecnie otwarta dyskusja na temat tego, czy amerykańska dominacja wzdłuż chińskiego wybrzeża leży nadal w interesie USA – i czy Ameryka byłaby bezpieczniejsza, gdyby wycofała znaczną część swojej obecności wojskowej, budowanej przez dziesięciolecia.
Gdyby ten sposób myślenia się utrzymał, nie oznaczałoby to jedynie przegrupowania wojsk. Stanowiłoby to odejście od centralnego filaru amerykańskiego porządku powojennego w Azji.
Podstawowa analiza zakłada w istocie nieinterwencję na Tajwanie, stopniowe wycofywanie sojuszów obronnych, znaczną redukcję liczebności wojsk i ponowne rozmieszczenie ich na drugim archipelagu; większość zmian ma zostać wprowadzona do 2030 r., a wszystkie do 2035 r.
NATO straciło Ukrainę – a Europa przygotowuje się do wojny.
uncut-news.ch
Glenn Diesen
George Beebe, były dyrektor ds. analiz Rosji w CIA, ostrzega, że wojna na Ukrainie osiągnęła etap krytyczny i że zachodni przywódcy popadają w coraz większą panikę, ponieważ jej przebieg przeczy narracji o strategicznej porażce Rosji. Ukraina znajduje się pod rosnącą presją na polu bitwy, zwłaszcza ze względu na rozwijającą się kampanię powietrzną Rosji. Stwarza to problemy zarówno militarne, jak i polityczne dla rządów europejskich, które zainwestowały znaczne środki w strategię wobec Rosji, która staje się coraz trudniejsza do utrzymania.
Rządy europejskie również borykają się z konsekwencjami politycznymi w kraju. W całej Europie rośnie niezadowolenie z polityki wobec Rosji, Ukrainy i bezpieczeństwa europejskiego. Zamiast konfrontować się z możliwością porażki tej polityki, przywódcy polityczni mogą ulec pokusie skierowania uwagi na perspektywę szerszej konfrontacji z Rosją.
Europa nie jest przygotowana na wojnę
Bezpośrednia wojna konwencjonalna między Europą a Rosją ujawniłaby poważne słabości militarne Europy. Kraje europejskie nie dysponują wystarczającą liczbą wojsk lądowych, a ponadto występują znaczne braki w zakresie zdolności logistycznych, transportu, obrony powietrznej i rozpoznania pola walki. Znaczna część europejskiej infrastruktury wojskowej jest silnie uzależniona od Stanów Zjednoczonych, szczególnie w zakresie rozpoznania i namierzania celów.
Gdyby Stany Zjednoczone powstrzymały się od konwencjonalnej wojny europejskiej z Rosją, Europa stanęłaby w obliczu poważnych strat militarnych. Jednak gdyby Stany Zjednoczone interweniowały bezpośrednio, zagrożenie byłoby zasadniczo inne, ponieważ bezpośredni konflikt między NATO a Rosją mógłby szybko przerodzić się w konflikt nuklearny. Taki konflikt byłby niezwykle destrukcyjny i nie miałby zwycięzców.
Pogląd, że Rosja przygotowuje atak na NATO, jest zatem błędny. Rosja starała się unikać bezpośredniego konfliktu z NATO podczas wojny z Ukrainą, a europejscy przywódcy powinni starać się zapobiegać eskalacji, zamiast promować retorykę, która mogłaby się do niej przyczynić.
Brak dyplomatycznego wyjścia
Istnieją potencjalne rozwiązania, ale wymagają one zajęcia się kwestiami, które Rosja uważa za podstawowe przyczyny wojny. Bezwarunkowe zawieszenie broni nie rozwiąże tych problemów. Rosja raczej nie zaakceptuje zawieszenia broni, które zamrozi jej straty na polu bitwy, podczas gdy Ukraina będzie nadal pozyskiwać broń, odbudowywać siły zbrojne i przygotowywać się do dalszego konfliktu.
Trwałe porozumienie wymagałoby szerszej dyskusji na temat bezpieczeństwa europejskiego, przyszłej orientacji militarnej Ukrainy oraz praw mniejszości językowych i religijnych. Ukraina i Zachód musiałyby pójść na ustępstwa, podobnie jak Rosja. Głównym problemem jest to, że obecnie brakuje woli negocjacji tych kompromisów.
Stanowisko Rosji jest takie, że zakończenie wojny wymaga kompleksowego porozumienia pokojowego, które zajmie się tym, co Rosja uważa za główne przyczyny konfliktu. Dalsze dostarczanie Ukrainie informacji o celach, dronów i pocisków do ataków w głębi Rosji, przy jednoczesnym utrzymywaniu, że Rosja po prostu toleruje te ataki, tworzy cykl eskalacji, a nie drogę do pokoju.
Ryzyko kolejnej porażki Ukrainy
Im dłużej trwa wojna, tym większe prawdopodobieństwo, że żądania Rosji wzrosną wraz z poprawą jej pozycji na polu bitwy. Gdyby Rosja uzyskała pełną kontrolę nad Donbasem, mogłaby mieć silniejszą motywację do dalszych zdobyczy terytorialnych, potencjalnie obejmujących takie obszary jak Zaporoże, Chersoń, a nawet Odessa.
Jednocześnie powstanie fundamentalnie niestabilnego państwa ukraińskiego stworzyłoby również poważne problemy dla Rosji. Upadłe lub niestabilne państwo ukraińskie mogłoby wywołać problemy bezpieczeństwa, które rozprzestrzeniłyby się na Rosję i Europę. Co więcej, Rosja nadal zmagałaby się z wrogą i zbrojącą się Europą, pozostawiając nierozwiązane szersze europejskie problemy bezpieczeństwa.
Z tych powodów nieograniczona eskalacja wojny niekoniecznie byłaby preferowanym rozwiązaniem dla Rosji. Stabilne rozwiązanie mogłoby przynieść korzyści, których nie przyniosłaby dalsza konfrontacja.
Pułapka Rosji
Głównym argumentem jest to, że Zachód źle zrozumiał naturę konfliktu. Przeważa pogląd, że Rosja jest potęgą ekspansjonistyczną, którą można odstraszyć zwiększoną presją militarną. Istnieje jednak również możliwość, że konflikt stanowi narastającą spiralę bezpieczeństwa, w której każda ze stron interpretuje działania drugiej jako zagrożenie.
W takiej sytuacji wzmożone odstraszanie może prowadzić do dalszej eskalacji. Większa ilość uzbrojenia, rozmieszczenie wojsk i agresywna retoryka mogą sprowokować reakcję Rosji, która z kolei może skutkować podjęciem dalszych działań przez Zachód.
Aby uniknąć takiej spirali, potrzebna jest dyplomacja, a nie tylko zwiększanie presji militarnej. Celem powinno być zrozumienie obaw dotyczących bezpieczeństwa i czerwonych linii obu stron oraz znalezienie kompromisów, które zapobiegną ciągłemu przekraczaniu tych czerwonych linii.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że polityka Zachodu mająca na celu odstraszenie Rosji mogłaby zaostrzyć leżący u jej podstaw problem bezpieczeństwa. Konsekwencje wykraczałyby poza Ukrainę i wpłynęłyby na bezpieczeństwo całej Europy. Kluczowym zadaniem jest zatem ponowne przemyślenie założeń leżących u podstaw konfliktu i dążenie do kompleksowego porozumienia, zanim eskalacja doprowadzi do bezpośredniej konfrontacji między Rosją a Zachodem.
Sztuczna inteligencja tym różni się od sztucznych inteligentów, że jest prawdziwa i na tym polega paradoks. Bycie „inteligentem” nobilitowało nawet za czasów PRL-u, który na sztandarach miał klasę robotniczą. Tamto zakłamanie różniło się od dzisiejszego kompleksem na tle właśnie braku klasy. Obecne tumany nie mają kompleksów na tym tle, przeciwnie głupota jest dla nich powodem do dumy. Liczy się przecież wyłącznie posłuszeństwo: albo wobec Moskwy, dzisiaj wobec Berlina. Ale czy bałwanom da się to wytłumaczyć? Sztucznemu inteligentowi zdaje się, że jest „elitą”. Co rozumie jako prawo gardzenia wszystkimi myślącymi samodzielnie. Kogo mamy bać się bardziej: AI niekontrolowana, jest nieprzewidywalna, natomiast sztuczny inteligent wybierze zawsze najgorsze rozwiązanie każdego problemu. Da się coś z tym zrobić, czy czekamy, aż będzie za późno na ratunek? Chaos totalny już puka do drzwi.
=========================================
100 pień
‒ Fahrenheita?– zapytał DUCH CZASU. ‒ Czego? – zdziwiła się Małgorzata. ‒ Stopni, no bo przecież nie Celsiusza? ‒ Wiem, że jest gorąco, ale nie chodzi mi o temperaturę. ‒ Czyżby to już było nasze setne spotkanie? – Dlaczego tak myślisz? ‒ To może sto pytań bez odpowiedzi? – Podstawą jest nie tyle sto, co pień – podpowiedziała Małgorzata. ‒ Jak pień, drzewa? ‒ Albo stopień. ‒ Schodów? ‒ Może też być naukowy. ‒ Czy dobrze pamiętam, że jesteś magistrem od roślinek? ‒ Jestem. Bo co? ‒ Bo tu stopień, naukowy kojarzy mi się z pieńkiem i nie mam wcale na myśli naukowców z zakresu dendrologii. Teraz każdy profesor może być tępy jak pień. – podsumował DUCH CZASU. ‒ A może by tak zaaranżować sto pień na cześć Tuska? Odpowiednich „artystów” piejących pienia na jego chwałę znajdzie się na kopy ‒ uzupełniła Małgorzata.
***** ***** *** Schyłek III RP w kronikach blogerek
Ostatnia książka z tytułem zaczynającym się w tym na „S”. Następna jest w pisaniu i będzie zawierała w tytule SS. Ta, której okładka widnieje powyżej jest do kupienia jak zwykle w księgarni sklep@multibook.pl Dla stałych czytelników przewidziane są egzemplarze gratis.
International Man: Większość ludzi prawie nie myśli o oleju napędowym, dopóki cena na stacji nie skoczy. Jak to jest z tym olejem napędowym?
Doug Casey: Mówi się, że wojna to sposób, w jaki natura uczy Amerykanów geografii. Teraz można powiedzieć, że diesel to kolejny sposób, w jaki uczą ich geografii – a także chemii. I właśnie teraz robią w tym kierunku studia podyplomowe. Wojny na Ukrainie, w Iranie, a teraz w Hutilandzie, podwoiły ceny paliw w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. I wierzę, że będą rosły.
Jak pokazuje mój kolega John Hunt , ceny ropy naftowej, gazu i oleju napędowego były jeszcze niedawno znacznie wyższe w ujęciu realnym. Jak w przypadku niemal wszystkich pytań w dzisiejszym, silnie regulowanym świecie, odpowiedź na to pytanie ma zarówno komponent techniczny, jak i polityczny. Chociaż cywilizacja opiera się na ropie naftowej, niewielu Amerykanów wie o niej cokolwiek lub ma z nią jakikolwiek kontakt poza wizytą na stacji benzynowej. Diesel to coś, o czym myślą tylko niektórzy robotnicy i kierowcy ciężarówek.
Niewielu Amerykanów jeździ samochodami z silnikiem Diesla. Ale prawie połowa Europejczyków jeździ dieslami. Dlaczego? Głównie z powodu podatków. W Stanach Zjednoczonych olej napędowy zazwyczaj kosztował więcej za galon niż zwykła benzyna, ale przy cenie 6,50 dolara za galon jest teraz o około 2 dolary droższy. Europejczycy płacą około 10 dolarów za galon zarówno za benzynę, jak i za olej napędowy. Różnica tkwi w podatkach. Choć w Stanach Zjednoczonych są one wysokie, w Europie są znacznie niższe. Biorąc pod uwagę, że Europejczycy zazwyczaj mają o 20-30% niższy dochód rozporządzalny niż Amerykanie, ich standard życia się załamuje. Chłopi na całym świecie mogą poczuć się bardzo niespokojni.
Amerykańskie rodziny nie zużywają dużo oleju napędowego w swoich samochodach. Ale gospodarka na nim opiera swoją działalność. A olej napędowy ma realne zalety w porównaniu z benzyną.
Po pierwsze, zawiera około 10–15% więcej energii na galon.
Po drugie, pozwala na uzyskanie mniej więcej dwukrotnie wyższego stopnia sprężania w silniku, powiedzmy 20:1 w porównaniu z 10:1 w przypadku benzyny. Te dwa czynniki sprawiają, że silnik jest o około 25% bardziej wydajny cieplnie, dlatego ciężarówki, traktory, lokomotywy, statki i ciężki sprzęt są napędzane olejem napędowym.
Po trzecie, temperatura zapłonu oleju napędowego jest znacznie wyższa niż benzyny i praktycznie nie wydziela on łatwopalnych oparów. To znacznie ułatwia jego przechowywanie i transport.
Po czwarte, olej napędowy sam w sobie jest środkiem smarnym dla pomp, wtryskiwaczy i pierścieni silnika, podczas gdy benzyna jest rozpuszczalnikiem, który wypłukuje olej. To, a także fakt, że silniki Diesla są cięższe, aby wytrzymać wyższe ciśnienia sprężania i spalania, oznacza, że są one zazwyczaj dwa lub trzy razy trwalsze niż porównywalne silniki benzynowe.
Wreszcie, ze względu na ubogą i wydajną mieszankę, silniki Diesla emitują mniej spalin niż silniki benzynowe. Mimo to Amerykanie nadal preferują silniki benzynowe, ponieważ oferują one wyższą wydajność, a ich produkcja jest znacznie lżejsza i tańsza niż silników Diesla.
Ale amerykański handel opiera się na oleju napędowym. I to tym bardziej dotyczy reszty świata.
International Man: Ciągle słyszymy, że świat może zmierzać w kierunku niedoboru oleju napędowego. Jakie siły za tym stoją – niedoinwestowanie rafinerii, regulacje rządowe, geopolityka, czy coś innego?
Doug Casey: Wszystko powyższe. Ale niewiele możemy zrobić, aby zmienić działania rządu ani poglądy tłumów głosujących na polityków. Dlatego poświęcę trochę więcej czasu na chemiczne i ekonomiczne realia branży naftowej. Jednym z ważnych pojęć, które warto zrozumieć, jest „rozprzestrzenianie się cracku”.
Marża crack to różnica w cenie między ropą naftową a produktami rafinowanymi z niej. Zasadniczo jest to marża brutto, jaką rafineria uzyskuje za „krakowanie” baryłki ropy naftowej na paliwa, takie jak benzyna, olej napędowy, nafta i olej opałowy. Ilość każdego z tych produktów wydobywana z baryłki ropy naftowej zależy od rodzaju ropy naftowej i organizacji rafinerii. Zazwyczaj jednak z trzech baryłek ropy naftowej powstają dwie baryłki benzyny i jedna baryłka innych destylatów.
W tej chwili rafinerie zarabiają krocie. Ale społeczeństwo kupujące ich produkty jest pod presją. Oczywiście możemy oczekiwać, że rząd „zainterweniuje”, co właśnie robi Trump. Wygląda na to, że zakazuje eksportu oleju napędowego ze Stanów Zjednoczonych, co stanowi poważny problem, ponieważ jesteśmy największym eksporterem tego paliwa na świecie. To może na jakiś czas ustabilizować ceny krajowe, ale wywoła chaos i antyamerykanizm na arenie międzynarodowej. Co więcej, świat wie, że to Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę z Iranem, która doprowadziła do całej katastrofy.
Tymczasem reżim Zełenskiego niszczy rosyjskie rafinerie, pogarszając sytuację. Całkowity zakaz handlu z Iranem wprowadzony przez Bessenta dla podmiotów trzecich jeszcze bardziej pogorszy sytuację.
Przeraża mnie również myśl, że Trump może wprowadzić kontrolę płac i cen, tak jak Nixon w latach 70., w niemądrej próbie powstrzymania eksplozji cen wywołanych przez jego zagraniczne przygody. Każda z tych rzeczy, a może wszystkie, może być katalizatorem Wielkiego Kryzysu.
International Man: Diesel napędza ciężarówki, statki, ciężki sprzęt, górnictwo i rolnictwo. Jeśli ceny oleju napędowego gwałtownie wzrosną lub wystąpią niedobory, jak szybko może to wpłynąć na ceny żywności i ogólny koszt utrzymania?
Doug Casey: Wyższe ceny oleju napędowego oznaczają wyższe koszty wszystkiego. Większość ludzi uważa, że to przyczyna inflacji. Nie jest. Inflacja to zjawisko czysto monetarne. Wynika z tworzenia pieniądza fiducjarnego – drukowania pieniędzy. Wyższe ceny oleju napędowego, podobnie jak ceny innych kosztów, skutkują jedynie niższymi marżami dla producentów i/lub konsumentów, którzy wydają więcej na te rzeczy, a mniej na inne.
Rezultatem jest niższy standard życia, a nie wyższa inflacja. To ważna różnica, której większość ludzi nie rozumie.
Nie martwię się zbytnio o wyższe ceny w przyszłym tygodniu czy miesiącu. Najbardziej martwi mnie to, że szaleńcy rządzący europejskimi rządami kompletnie oszaleją i rozpoczną III wojnę światową. Najwyraźniej podsycają histerię wśród swoich obywateli i próbują wciągnąć Rosję w wojnę.
Sednem sprawy jest to, że świat ogólnie, a Europa w szczególności, znajduje się w poważnych tarapatach, nie tylko z powodu znacznie wyższych cen ważnych destylatów ropy naftowej (oleju napędowego, nafty i benzyny), ale także z powodu ich zbliżającego się braku dostępności. Wszystkie trzy fronty wojenne – Ukraina, Iran i Jemen – atakują rafinerie. To poważna wojna gospodarcza, podobna do tej, którą Stany Zjednoczone przeprowadziły z Japonią przed II wojną światową, odcinając jej dostawy ropy. Roosevelt zepchnął ich do narożnika, gdzie uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest atak. Jakiś kraj mógłby z łatwością zareagować tak, jak zrobiła to Japonia 85 lat temu.
Z mojego punktu widzenia jesteśmy dopiero na początku prawdziwego kryzysu. Pamiętajmy, że Ukraińcy poważnie uszkodzili pół tuzina rosyjskich rafinerii, a Irańczycy i Jemeńczycy robią to samo z rafineriami w Arabii Saudyjskiej i Zatoce Perskiej. Amerykanie i Irańczycy zatapiają lub unieruchamiają dwa miliony baryłek ropy naftowej w Zatoce Perskiej.
Nie widzę w tym momencie żadnego rozsądnego rozwiązania między obozem amerykańsko-izraelskim a irańskim. Irańczycy domagają się 300 miliardów dolarów odszkodowania za poniesione do tej pory szkody, a także opuszczenia przez Amerykanów wszystkich baz na Bliskim Wschodzie i zniesienia sankcji. Tymczasem Amerykanie dążą do ukarania stron trzecich, które mają cokolwiek wspólnego z Irańczykami. Kamień trafił na twardy grunt. Obie strony są nieugięte i obie eskalują konflikt.
To sytuacja chaotyczna, a jej wynik jest z natury nieprzewidywalny, poza stwierdzeniem, że zmierza w kierunku prawdziwego kryzysu. Założę się, że sytuacja będzie się pogarszać w dającej się przewidzieć przyszłości.
International Man: Rządy latami zniechęcały do inwestowania w węglowodory, zakładając, że energia pozostanie tania i będzie jej pod dostatkiem. Czy teraz zaczynamy dostrzegać konsekwencje tej polityki?
Doug Casey: Społeczeństwo zostało nauczone nienawiści do ropy naftowej i jej produktów ubocznych. Uważają ją za brudną i zanieczyszczającą środowisko, a jej producentów za złych. Wyobrażają sobie, że wycieki ropy zabijają ptaki i wydry. Kasta polityczna naturalnie ulega kaprysom mafii pod wpływem Zielonych. Kalifornia w szczególności aktywnie zamyka swoje rafinerie ropy naftowej, a także elektrownie jądrowe, co jest kompletnym szaleństwem.
Szkoda, bo węglowodorów wystarczy na wiele, wiele lat, dopóki nie zbudujemy elektrowni jądrowych. Z czasem fuzja i inne źródła energii zostaną udoskonalone.
Bezpośrednim źródłem wszystkich naszych problemów z władzą jest instytucja państwa, rządu. Jednak nawet gdy Boobus americanus to dostrzega, nadal oczekuje od rządu rozwiązania problemów, które sam stworzył. Z drugiej strony, naukowcy, inżynierowie, przedsiębiorcy i inwestorzy pracują nad rozwiązaniem naszych problemów z władzą. Jestem optymistą i wierzę, że ostatecznie zwyciężą dobrzy. Jednak rozmiary i potęga państwa są większe niż kiedykolwiek. Istnieje realne ryzyko, że po drodze sprawy mogą pójść w opłakanym kierunku.
International Man: Gdybyśmy weszli w długotrwały okres niedoborów oleju napędowego i produktów rafinowanych, gdzie szukałby Pan największych możliwości, a czego by Pan unikał?
Doug Casey: Jestem ostrożny z inwestowaniem w startupy, ponieważ rynek jest bardzo wysoki. To jedno ryzyko. Drugim jest ogromna liczba regulacji.
Najlepszym rozwiązaniem konwencjonalnym mogą być firmy produkujące maszyny do wytwarzania konwencjonalnej energii – głównie duże generatory przemysłowe. Generatory będą niezwykle poszukiwane do przetwarzania paliw ropopochodnych na energię elektryczną, głównie na potrzeby centrów danych, które powstają na całym świecie. Będą potrzebowały tak dużo energii, że będą musiały ją wytwarzać samodzielnie – bez polegania na sieci energetycznej. Podejrzewam, że firma taka jak Caterpillar będzie produkować generatory i transformatory mocy pełną parą przez co najmniej najbliższe pięć lat.
Poza tym nadal posiadam długie pozycje w akcjach górniczych, akcjach spółek naftowych i gazowych, akcjach uranu i surowcach w ogóle. Akcje spółek energetycznych stanowią zaledwie około 4% indeksu S&P. W 1980 roku stanowiły około 30% S&P. A górnictwo stanowi około 1% S&P. W przeszłości zazwyczaj wynosiło to około 8%. Te obszary są historycznie bardzo, bardzo tanie.
Nowy trend jest w ruchu i spodziewam się, że utrzyma się jeszcze co najmniej przez kilka lat. Pamiętaj o starej zasadzie rynkowej: miej rację i bądź ostrożny. Nie musisz teraz działać na chybił trafił. Akcje spółek surowcowych powinny pomnożyć Twój kapitał kilkukrotnie w ciągu najbliższych kilku lat.
Kiedy pięć lat temu pisałem artykuły na temat groźby blackoutu, miałem na myśli awarie zasilania prądem trwające dłużej niż kilka godzin. Poza jednym przypadkiem w Hiszpanii na szczęście nie było poważniejszej awarii w sektorze energetycznym. Daleki jestem od wzbudzania w czytelnikach strachu, wręcz przeciwnie.
Ten Blog powstał w pierwszym rzędzie z powodu niedorzecznego rozpowszechniania przez media scen kowidowego horroru i ma za zadanie obnażać kłamstwa systemu dążącego do kontroli nad całą ludzkością.
Nie oznacza to jednak, że będę milczał, kiedy widzę realne zagrożenia upadku systemu monetarnego lub kryzysu związanego z energią. Obecny kryzys na rynku paliw, głównie diesla nie pojawił się przypadkowo. Byłoby skrajną przesadą twierdzić, że walczący w Jemenie Huti mają tajne porozumienie z USA skierowane przeciwko Arabii Saudyjskiej. Prędzej podejrzewałbym dostarczenie tym, notabene wrogom USA, „tajnej informacji”, że Stany Zjednoczone nie przyjdą z pomocą królowi z rodu Saudów. To wystarczy, żeby wrogowie prowadzili praktycznie wspólne działania przeciwko największej potędze petrochemicznej świata. Co robi USA w tym kierunku poza pozostawieniem na lodzie byłych sojuszników? Likwiduje swoje bazy wojskowe w ramach niejawnego porozumienia o nowym podziale świata między Chinami, Rosją i USA.
Właśnie ostatni amerykański żołnierz okupujący Irak od 23 lat, zakończył swoją „misję pokojową” w tym kraju.
Irak już wolny od jankesów. A Iran sam siebie już nie ograbi.
Jest jeszcze czwarta siła poza trzema mocarstwami, która sprawia, że wojny wciąż trwają. Globaliści potrzebują wojny dla ratowania własnej skóry przed grożącymi im rozliczeniami za ludobójstwo – nie tylko kowidowe. Dlatego koalicja chętnych globalizmowi atakuje rafinerie w Rosji. Wygląda to pozornie, jakby wszyscy działali pod jednym hasłem: im mniej diesla na rynku, tym lepiej!
Jednak panuje tutaj konkurencja na niespotykaną dotychczas skalę. Nagrodą mają być wpływy na losy przyszłego świata. Kto zadecyduje o momencie wybuchu największego światowego kryzysu, ten będzie dysponował lepszymi kartami. Tak wyraziłby się zapewne Trump, gdyby chciał być szczery, ale nie chce.
Niewielu Amerykanów jeździ samochodami z silnikiem Diesla. Jednak prawie połowa Europejczyków jeździ dieslami. Dlaczego? Głównie z powodu podatków. W Stanach Zjednoczonych olej napędowy zazwyczaj kosztował więcej za galon niż zwykła benzyna, ale przy cenie 6,50 dolara za galon jest teraz o około 2 dolary droższy. Europejczycy płacą około 10 dolarów za galon zarówno za benzynę, jak i za olej napędowy.
Różnica tkwi w podatkach. Choć w Stanach Zjednoczonych są one wysokie, w Europie są znacznie niższe. Biorąc pod uwagę, że Europejczycy zazwyczaj mają o 20-30% niższy dochód rozporządzalny niż Amerykanie, ich standard życia się załamuje. Chłopi na całym świecie mogą poczuć się bardzo niespokojni.
Przede wszystkim wstrzymaniem dostaw do hurtowni i sklepów. Ten transport jest realizowany samochodami ciężarowymi poruszanymi silnikami na olej napędowy, czyli właśnie diesel. Także transport morski stosuje ten rodzaj silników okrętowych. Efektem będą puste półki w sklepach jak za komuny i powszechna walka o zdobycie podstawowych artykułów. Dopiero wtedy uświadomimy sobie, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od towarów kupowanych w marketach. Przeciętny supermarket oferuje zazwyczaj od 12 000 do 30 000 różnych rodzajów produktów. I praktycznie wszystkie znikną z półek sklepowych.
W PRL pozostawał jedynie ocet na półkach i nie było to spowodowane brakiem oleju napędowego, lecz brakiem odpowiednich priorytetów miłościwie panującej partii.
Kolejnym etapem blackoutu będzie wzrost niepokojów społecznych i napadów rabunkowych nie tylko na ulicy, ale także w domach. Zapanuje prawo pięści. A co na to policja? Zobaczcie, co dzisiaj się stanie, kiedy obcokrajowiec dokonuje ataku, a ty staniesz w obronie ofiary? Kogo zaaresztuje policja pod zarzutem nienawiści rasowej? Podczas blackoutu policja nikogo nie będzie aresztować – sami się pochowają, widząc bezsens jakiegokolwiek działania. Naszym zadaniem będzie przeczekanie najgorszego, początkowego okresu kryzysu, w czym pomogą zapasy żywności i podstawowych produktów, żeby nie trzeba było opuszczać w miarę, choć nie na 100% bezpiecznego mieszkania.
Znowu ktoś mógłby mi zarzucić, że niepotrzebnie straszę. Podaję wskazówki, co warto zrobić, żeby się zabezpieczyć przed blackoutem, który nie musi wcale się wydarzyć. Co z tym zrobicie, to jest oczywiście wasza sprawa. Zdecydowanie lepiej jest o tym wiedzieć, niż zostać zaskoczonym.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Putin był gospodarzem dorocznego Międzynarodowego Klubu Dyskusyjnego Wałdaj, w trakcie którego wygłosił wiele interesujących oświadczeń w ramach sesji plenarnej z udziałem zagranicznych dziennikarzy.
Najbardziej godne uwagi było wyjaśnienie ataków Rosji na ukraińskie statki towarowe na Morzu Czarnym i hipokryzja tkwiąca w żądaniach Zachodu, aby Rosja je zaprzestała:
——————————
Putin o propozycji wstrzymania strajków na rafinerie ropy naftowej:
Albo mówią nam: „Niech przestaną atakować wasze rafinerie, a wy przestaniecie atakować ich statki. Niech eksportują ładunki cywilne – produkty rolne”. Ale co z naszymi innymi ładunkami cywilnymi? Takimi jak ropa naftowa i produkty ropopochodne. W ten sposób przerywają strajki, a my zostajemy z nadwyżką oleju napędowego – takiego, na który jest tak duże zapotrzebowanie, powiedzmy, w Stanach Zjednoczonych. Mielibyśmy go więcej. Mamy już wystarczająco dużo oleju napędowego. Ale nie trafiłby on na rynki światowe z powodu zakazów i sankcji obowiązujących obecnie wobec naszej ropy naftowej i produktów ropopochodnych. Jak
więc nasz olej napędowy miałby trafić na rynki światowe, skoro sankcje nadal obowiązują? Nie trafiłby. Jednak w zamian oczekiwano by od nas zaprzestania ataków na cele, które są dla nich wrażliwe ekonomicznie. Trzeba przyznać, że to brzmi absurdalnie.
Putin słusznie zauważa hipokryzję tkwiącą w żądaniach Zachodu, by zaprzestać ataków na najbardziej wrażliwe cele gospodarcze Ukrainy, podczas gdy rosyjska gospodarka nadal jest atakowana lub obkładana sankcjami na rynkach światowych. Wnikliwie dekonstruuje iluzję kryjącą się za tą ofertą: wzajemne zawieszenie broni pozwala Ukrainie eksportować swój potencjał gospodarczy za granicę, podczas gdy rosyjskie rafinerie, choć byłyby bezpieczne przed strajkami, nie mogą eksportować oleju napędowego, którego sama Rosja nie potrzebuje, bo ma go pod dostatkiem. W ten sposób Ukraina zyskuje asymetryczną przewagę.
Putin stwierdza rzecz oczywistą: Ukraina jest państwem buforowym, które nie może istnieć pod własnym egidą, przede wszystkim dlatego, że utraciła już swoją państwowość i suwerenność oraz jest kontrolowana przez interesy zewnętrzne, co stanowi zagrożenie dla Rosji.
Na pytanie, czy Rosja powinna rozbić UE, Putin odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ skorumpowany sojusz rozpadnie się sam z siebie w wyniku autodestrukcyjnej polityki.
=============================================
Przyjrzyjmy się teraz najciekawszym wiadomościom dnia na froncie ukraińskim. Dwie rzeczy zasługują na uwagę:
Po pierwsze, Rosja najwyraźniej rozpoczęła swoją coroczną zimową kampanię dezaktywacji Ukrainy, której głównym celem jest Kijów. Pierwsze elektrownie w Kijowie zostały ponownie zaatakowane przez drony i pociski, co spowodowało natychmiastowe przerwy w dostawie prądu i awarię 30% powierzchni miasta, według niektórych doniesień:
Potwierdzono, że trafiona została fabryka w Trypilskiej na południu Kijowa, a rosyjskie źródła wojskowe twierdzą, że trafione zostały również następujące obiekty:
Kijowska Elektrownia Wodna w Wyszogrodzie (na północ od miasta)
Kijowska podstacja elektryczna w pobliżu Naływajkiwki
Obiekt magazynowania energii w akumulatorach w Horenychi
Fragment skutków nocnego strajku w elektrowni cieplnej Trypolis w obwodzie kijowskim.
Nagranie najwyraźniej zostało nakręcone pod kątem, który nie oddaje pełnego rozmiaru zniszczeń.
Najciekawsze jednak było to, że wkrótce potem nowy typ rosyjskiego drona uzbrojonego w „wąsy” zaczął atakować słupy wysokiego napięcia w regionie, co wcześniej się nie zdarzyło. Jak widać poniżej, wiele takich dronów zniszczyło słup:
Zbliżenie jednego z tych „wąsatych” dronów:
Could not load video.
Strona ukraińska donosi, że Rosja zaczęła używać nowej wersji drona „Geran-4”, z „wąsikami” z przodu kadłuba. Jeden z takich dronów rzekomo pojawił się podczas niedawnych ataków na Kijów.Według strony odbierającej, może to być detonator odpalany przez kontakt.Nie sprecyzowano, czy jest to związane z faktem, że strona odbierająca ma teraz możliwość zbadania niektórych zestrzelonych dronów i w związku z tym muszą one eksplodować po zetknięciu z powierzchnią, czy też istnieje inny powód.
Wiodący ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki Serhij Flash pisze:
Złe wieści. Dziś, po raz pierwszy, wróg użył specjalnej głowicy kumulatywnego cięcia (CCWH) na reaktywnym bezzałogowym statku powietrznym.
Ten typ głowicy został zaprojektowany specjalnie do niszczenia słupów wysokiego napięcia i żelaznych konstrukcji mostowych.
CCWH składa się z głównej głowicy o masie 40 kg i czterech modułów.
Sądzę, że wróg planuje zaatakować ważne linie energetyczne wysokiego napięcia.
Analiza ukraińskiego kanału Legitimny pisze, że ataki te zapoczątkowały nową rosyjską strategię eskalacji przeciwko Bankowej:
Nasze źródło donosi, że ataki na linie energetyczne, słupy i most południowy w Kijowie są demonstracją i testem nowej strategii. Za pomocą tych ataków Kreml wysyła publiczny komunikat do Bankowej (odnosząc się do ukraińskiego rządu), że jeśli nie będą dążyć do pokoju, sytuacja ulegnie dalszej eskalacji, zgodnie z nowym, bardziej katastrofalnym scenariuszem dla Ukrainy.
Kreml może uszkodzić linie energetyczne, powodując wyłączenie wszystkich obiektów energetycznych i pogrążając kraj w całkowitym blackoutcie. Następnie rozpoczną niszczenie głównych wież telekomunikacyjnych, a następnie mostów o metalowych konstrukcjach.
Według ekspertów, most południowy może zostać wyłączony z eksploatacji na długi czas, jeśli zostanie zniszczone 25% jego podpór kablowych. Jeśli rosyjskie siły zbrojne zniszczą ponad 50%, ryzyko zawalenia się mostu sięgnie 70%. W takim przypadku uderzenie kilku pocisków Iskander całkowicie zniszczy most.
Byłaby to katastrofa logistyczna dla Kijowa i północnej części lewobrzeżnej Ukrainy.
Legitmny
Wspominają o ataku na most w Kijowie, do którego przejdziemy dalej. Oprócz bezprecedensowych ataków na wieże transmisyjne, rosyjskie drony po raz pierwszy zaczęły atakować jeden z ważnych mostów łączących wschodni i zachodni brzeg stolicy Ukrainy.
Na początek wspomnijmy, że około miesiąc temu przekazaliśmy „plotki”, jakoby Rosja planowała zablokować mosty w Kijowie w ramach nowego poziomu eskalacji „bez rękawiczek”:
W tamtym czasie spekulowaliśmy, że mogłoby to być powiązane z plotkami o przyszłych ofensywach na froncie północnym z Czernihowa w kierunku Kijowa. Rosja mogłaby planować atak na wschodni Kijów po odcięciu go od zachodniego brzegu.
Teraz po raz pierwszy Rosja najwyraźniej zaczęła atakować jeden z tych mostów, gdyż Most Południowy został trafiony nie mniej niż trzy razy do chwili pisania tego tekstu przez rzekomo drona Geran-4:
Warto zauważyć, że rosyjski dron zwiadowczy ponownie filmował w czasie rzeczywistym:
Atak drona kamikaze „Geran-4”uderzył dziś rano w podporę kablową Mostu Południowego w Kijowie .
W wyniku ataku uszkodzona została podpora mostu w Kijowie, a ruch uliczny i metro zostały zawieszone.
▪️ Metro i naziemny transport publiczny przez Most Południowy zostały zawieszone” – oświadczył Kliczko. ▪️ Uszkodzone zostały podpora mostu, bariera, nawierzchnia drogi i ochronna betonowa konstrukcja linii metra.
Choć trafienia nie wyrządziły większych szkód poza zawieszeniem ruchu i wywołaniem alarmu, mogły być jedynie zapowiedzią lub testem mającym na celu kalibrację systemów naprowadzania, taktyki lub jakiegoś nowego podejścia, podobnego do tego, które zaobserwowano w przypadku nowych „wąsatych” dronów, które najwyraźniej używają jakiegoś rodzaju nowych głowic kumulacyjnych.
W chwili pisania tego tekstu pojawiły się doniesienia, że Rosja przygotowuje dziś wieczorem kolejny duży atak balistyczny na Kijów i że tym razem rakiety mogą wspólnie z dronami uderzyć w mosty:
❗️Rosja planuje zniszczyć Most Południowy: Podczas kolejnego zmasowanego ataku na Kijów Rosjanie mogą użyć w nim rakiet balistycznych, a konkretnie rakiet „Iskander-M” i północnokoreańskich pocisków KN-24, zgodnie z doniesieniami monitoringu.
👆Ukraiński post
Nadal uważam to za mało prawdopodobne, gdyż wydaje się, że drony były swego rodzaju atakiem testowym, ale z pewnością wskazuje to na eskalację i rozszerzenie zakresu celów działań Putina lub dowództwa rosyjskiego.
W poniższym wątku można znaleźć kilka ciekawych teorii:
Na przykład zauważono, że nowe drony Whisker mają specjalną łączną „ładunkową amunicję tnącą” przeznaczoną do przecinania kabli i że te testowe uderzenia mogły być wymierzone w duże kable nośne mostu, aby osłabić jego konstrukcję, być może w ramach przygotowań do większego ataku balistycznego w przyszłości:
Rosyjski bloger wojenny Jurij Kotenok opisuje dzisiejsze ataki jako test nowej „ulepszonej amunicji na dronach odrzutowych z czterema dodatkowymi ładunkami tnącymi, detonowanymi przez dodatkowe czujniki kontaktowe zwane „wąsami””.
Źródła ukraińskie opisują nową głowicę jako „specjalny ładunek kumulatywno-tnący” (KRSN), składający się z ładunku głównego o masie około 40 kg i dodatkowych ładunków kumulacyjnych.
Jewgienij Poddubny komentuje: „Jeden z ataków trafił w podporę, ale celem były prawdopodobnie liny podtrzymujące konstrukcję. Kijowski most Piwdennyj jest mostem wantowym (wiszącym), co oznacza, że nasze bezzałogowe statki powietrzne będą priorytetowo traktować stalowe odciągi zapewniające stabilność”.
Rybar sugeruje, że tanie drony Geran ze specjalistyczną głowicą bojową mogłyby zmienić sytuację. Wadym Denysenko, szef think tanku „Diełowoj Stolica”, twierdzi, że nowa głowica może być przełomowa i określa atak jako eksperymentalny.
„Wygląda na to, że podjęto decyzję o sprawdzeniu, czy drony Shahed mogą uszkodzić most do tego stopnia, że przestanie on działać”.
W 2020 roku ówczesny doradca mera Kijowa Maksym Bachmatow stwierdził, że około 90% ruchu tranzytowego między lewobrzeżną a prawobrzeżną Ukrainą odbywa się przez most Piwdenny. Dotyczy to również znacznej części ruchu wojskowego. /koniec
Przypomnijmy, że w zeszłym miesiącu Rosja po raz pierwszy zaatakowała jeden z mostów na Dnieprze rzekomo bombą ślizgową, tym razem w pobliżu Zaporoża:
Te rozproszone uderzenia zdają się być swego rodzaju testami lub jednorazowymi działaniami, ale zobaczymy, czy obecna kampania w Kijowie doprowadzi do czegoś systematycznego.
Teraz, jak zawsze, zachodnie media coraz bardziej obawiają się nadchodzącej zimy, zwłaszcza w obliczu coraz bardziej „bezrefleksyjnego” podejścia Rosji do Kijowa:
Na koniec warto dodać, że jeden z głównych polskich analityków proukraińskich stwierdził, że Rosja we wrześniu kontynuowała zdobywanie terytorium, pomimo lokalnych ukraińskich kontrataków, które pozwoliły jej odzyskać terytorium. Najbardziej znaczący z nich miał miejsce w sektorze Lyman:
W rzeczywistości wrzesień wydaje się przynosić największe zyski na froncie od kwietnia tego roku, choć wciąż pozostają one niewielkie w porównaniu z poprzednimi latami. Jak jednak wspomnieliśmy w niedawnym płatnym artykule , Rosja asymetrycznie nadrabia wolniejsze sukcesy na polu bitwy rozszerzając wojnę na inne obszary, gdzie poniosła rekordowe straty przeciwko Ukrainie, prawdopodobnie w okresie strategicznego względnego uśpienia, mającego na celu przeczekanie obecnej, zdominowanej przez drony „meta”, zanim przyszłe postępy (Rassvet itp.) pozwolą na wznowienie śmielszych manewrów na polu bitwy.
Izrael przygotowuje rozwiązanie, które może jeszcze bardziej podzielić palestyńskie terytoria na Zachodnim Brzegu. Chodzi o ponowne otwarcie drogi nr 463, przebiegającej przez ścisły obszar Ramallah i Al-Bireh. Odcinek ma być dostępny zasadniczo wyłącznie dla ruchu izraelskich osadników, czyli nowej „rasy panów”. Według palestyńskiej Komisji ds. Kolonizacji i Oporu przeciwko Murowi decyzja doprowadzi do odcięcia ośmiu palestyńskich wsi i dwóch dużych dzielnic od południowej części aglomeracji. To ich faktyczna gettoizacja.
Powstaje droga Nur für Juden. Informacje o planach jej otworzenia pojawiły się najpierw w izraelskich mediach. Jak podała „Haaretz”, powołując się na syjonistyczny tygodnik „Olam Katan”, izraelska armia ma przygotowywać warunki umożliwiające ponowne otwarcie trasy, mającej działać w warunkach etniczności. Yisrael Gantz, przewodniczący rady Yesha oraz rady regionalnej Binyamin, miał potwierdzić, że zapadła wstępna decyzja w tej sprawie, zabezpieczono środki finansowe, a wojsko rozpoczęło przygotowania prawne i związane z bezpieczeństwem.
Droga nr 463, określana również jako Fellerstein Axis, ma około 10 kilometrów długości. Łączy okolice Al-Bireh i obozu uchodźców Jalazone na wschodzie z rejonem Ein Qiniya na zachodzie. Została wybudowana w 1994 roku, aby połączyć izraelskie osiedla Beit El i Dolev. Po wybuchu drugiej intifady w 2000 roku izraelska armia ograniczyła możliwość korzystania z części trasy zarówno przez osadników, jak i przez Palestyńczyków.
Teraz sytuacja ma się zmienić. Zwolennicy otwarcia drogi twierdzą, że ma ona skrócić przejazd między izraelskimi osiedlami. Problem polega jednak na tym, że trasa nie przebiega przez pustkowie. Przecina obszar będący częścią palestyńskiej aglomeracji Ramallah i Al-Bireh, a w jej pobliżu znajdują się ważne obiekty, w tym szpital, uniwersytet oraz oczyszczalnia ścieków.
Według palestyńskiej Komisji ds. Kolonizacji i Oporu przeciwko Murowi otwarcie drogi będzie wymagało ustanowienia nowych posterunków wojskowych, punktów kontrolnych i innych zabezpieczeń. To właśnie one mogą w praktyce ograniczyć możliwość swobodnego poruszania się Palestyńczyków. Komisja twierdzi, że osiem wsi oraz dwie duże dzielnice w północnej części obszaru Ramallah i Al-Bireh może zostać oddzielonych od południowej części aglomeracji.
Konsekwencje mogą być odczuwalne przez dziesiątki tysięcy mieszkańców. Zamiast korzystać z bezpośredniej trasy, mieliby oni zostać skierowani na starszą drogę w pobliżu obozu Jalazone. Według palestyńskich władz droga ta już jest zatłoczona i dodatkowy ruch mógłby znacząco wydłużyć podróże pomiędzy sąsiednimi miejscowościami.
Sprawa wywołuje szczególne kontrowersje także dlatego, że otwarcie trasy jest przedstawiane jako element szerszej polityki rozbudowy infrastruktury służącej izraelskim osiedlom. Palestyńska komisja twierdzi, że kolejne drogi, punkty kontrolne i osiedla przyczyniają się do fragmentacji Zachodniego Brzegu, utrudniając Palestyńczykom przemieszczanie się pomiędzy ich własnymi miejscowościami.
Nie jest to zresztą pierwszy przypadek, gdy infrastruktura drogowa staje się elementem konfliktu. Według danych przytaczanych przez ONZ i palestyńską Komisję ds. Kolonizacji i Oporu przeciwko Murowi na Zachodnim Brzegu znajduje się obecnie 942 punktów kontrolnych, zamknięć i innych barier ograniczających ruch. W samym regionie Ramallah i Al-Bireh odnotowano ich 160. Bariery te mogą powodować, że przejazd pomiędzy miejscowościami położonymi stosunkowo blisko siebie wymaga korzystania z długich tras objazdowych.
W ostatnich miesiącach nacisk na otwarcie drogi nr 463 miał się dodatkowo nasilić. Izraelskie grupy osadnicze organizowały przejazdy i wydarzenia na jej fragmentach, pojawiały się tam izraelskie flagi, a część takich działań odbywała się przy obecności lub przy współpracy izraelskich sił bezpieczeństwa. Według palestyńskiej komisji 8 września żydonazistowscy osadnicy zablokowali rondo w pobliżu Ein Ayoub i mieli rzucać kamieniami w palestyńskie samochody, uszkadzając co najmniej jeden z nich.
Istotą sporu jest to, że droga ma zostać otwarta wyłącznie dla ruchu osadniczego, podczas gdy równocześnie przewidywane są wojskowe punkty kontroli i ograniczenia dotyczące palestyńskiego ruchu. W praktyce może więc powstać system, w którym izraelscy osadnicy otrzymają znacznie łatwiejszy dostęp do trasy przebiegającej przez obszar zamieszkany przez Palestyńczyków.
Palestyńska komisja uważa, że byłby to kolejny krok prowadzący do aneksji Zachodniego Brzegu i dalszego izolowania i wysiedlania palestyńskich miejscowości. To właśnie kontrola nad infrastrukturą może decydować o tym, czy poszczególne palestyńskie miejscowości pozostaną połączone, czy też będą funkcjonować jako coraz bardziej odizolowane minigetta – siedliska biedy i beznadziei, które są celem żydowskiego reżimu.
Od Zgromadzenia Ogólnego ONZ do zagrożenia nuklearnego nad Kaliningradem: porządek bezpieczeństwa Europy na rozdrożu
Opinia Wolfganga Effenbergera .
Finałowy dzień, 28 września 2026 r., nie zmienia ogólnego obrazu, lecz raczej go potwierdza i wzmacnia w kluczowym momencie: debata generalna ujawnia nie tyle nowy, zamknięty porządek świata, co otwartą walkę o zasady świata wielobiegunowego. Debata generalna 81. Zgromadzenia Ogólnego ONZ oficjalnie odbyła się w dniach 22–28 września 2026 r. (1)
Ostatni dzień sesji może nie przyniósł głównych przemówień programowych z pierwszych kilku dni, ale z pewnością był pouczający i stanowił źródło analiz. Jeden temat, który przewijał się już przez całą debatę, ponownie stał się szczególnie wyraźny:
Państwa coraz częściej zgadzają się, że obecny porządek międzynarodowy jest w kryzysie – ale nie zgadzają się co do tego, co powinno go zastąpić lub jak go zreformować. Być może najważniejsze odkrycie: wielobiegunowość nie jest już stanowiskiem marginalnym.
António Guterres już na początku powszechnej debaty wyraźnie opisał rozwój w kierunku świata wielobiegunowego jako rzeczywistość. Rozróżnił on wielobiegunowość naznaczoną konfliktami i fragmentaryczną oraz „wielobiegunowość sieciową” opartą na wspólnych regułach.
Przemówienia wygłoszone do 28 września włącznie pokazują, że termin ten nie jest już używany wyłącznie przez Rosję lub Chiny.
Zamiast tego pojawiają się różne warianty tego samego podstawowego problemu:
Kto będzie sprawował władzę polityczną w przyszłości?
Kto ustala zasady międzynarodowe?
Kto jest uprawniony do podejmowania decyzji o ich egzekwowaniu?
Jak bardzo Rada Bezpieczeństwa jest nadal reprezentatywna?
Jaką rolę odgrywają USA, Chiny, Rosja, Indie i globalne Południe?
W jakim stopniu suwerenność narodowa może iść w parze ze współpracą globalną?
To zmienia centralne pytanie polityki światowej.
Już nie chodzi tylko o to: Kto należy do istniejącego porządku?
ale coraz częściej: Jak zorganizowany jest porządek międzynarodowy, w którym istnieje wiele ośrodków władzy?
28 września potwierdza krytykę istniejącego porządku.
Doniesienia z minionego dnia pokazują po raz kolejny, że wiele państw uważa obecny porządek międzynarodowy za niewystarczający.
W szczególności państwa mniejsze i średnie krytykowały koncentrację władzy w Radzie Bezpieczeństwa i domagały się większej reprezentacji Afryki i innych regionów, które dotychczas były niedoreprezentowane. AP podsumowuje nastrój ogólnej debaty następująco: choć wiele państw chce utrzymać współpracę wielostronną, jednocześnie krytykują nierówny podział władzy w ONZ.
Krytyka istniejącego porządku nie pochodzi tylko ze strony głównych mocarstw, takich jak USA, Chiny czy Rosja, ale również ze strony państw, które nie chcą dołączyć do nowego bloku.
Nadaje to kategorii Globalnego Południa samodzielne znaczenie.
Korea Północna 28 września: szczególnie wymowny przykład
Przemówienie Korei Północnej wygłoszone ostatniego dnia jest tego dobrym przykładem.
Wiceminister spraw zagranicznych Kim Son Gyong mówił o świecie charakteryzującym się „bezprecedensową wzajemną nieufnością i konfrontacją”. Jednocześnie podkreślił znaczenie multilateralizmu, suwerenności narodowej i konieczności posiadania narodowych zdolności odstraszania.
Co jest tutaj godne uwagi, to nie tyle samo stanowisko Korei Północnej, co jego struktura:
To nie do końca pasuje do prostego schematu: Zachód kontra nie-Zachód.
Pokazuje natomiast, że państwa rzeczywiście mogą popierać multilateralizm, jednocześnie odrzucając dominację poszczególnych mocarstw.
Oznacza to, że istniejące modele wymagają pewnego udoskonalenia.
Istniejąca czteroosobowa struktura pozostaje użyteczna, ale po 28 września powinna zostać sformułowana w bardziej zróżnicowany sposób:
To nie są cztery zamknięte bloki . Pozycje częściowo się pokrywają.
Właśnie to jest ważne.
Trump i Guterres reprezentują dwie różne odpowiedzi na ten sam problem.
Guterres:
zasady międzynarodowe – ograniczenie władzy – porządek wielostronny
Atut:
siła narodowa – odstraszanie – siła negocjacyjna – wynik
Agencja Reuters opisuje przemówienie Trumpa w ONZ z 22 września jako mocno skoncentrowane na interesach narodowych, suwerenności, sile militarnej i bardziej krytycznym podejściu do instytucji międzynarodowych.
Nie oznacza to, że Trump jest „przeciwko porządkowi międzynarodowemu”. Raczej zadaje inne pytanie:
W jaki sposób państwo może chronić swoje interesy, jeśli instytucje międzynarodowe nie wywiązują się rzetelnie z tego zadania?
To zupełnie inna koncepcja porządku niż ta, którą miał Guterres.
Wydarzenia między 22 a 28 września są zatem szczególnie interesujące.
Początkowo główne pytanie brzmiało:
Jak można zachować istniejący porządek międzynarodowy?
Pytanie na początku brzmiało:
Jaki rodzaj porządku międzynarodowego może nadal funkcjonować w warunkach zmienionej dynamiki władzy?
Zgromadzenie Ogólne nie podjęło w ten sposób decyzji o nowym porządku świata.
Zamiast tego ukazała problem ich pochodzenia .
Ukraina: brak konsensusu co do przyczyn, ale konsensus co do potrzeby rozwiązania.
Ukraina pozostaje konfliktem środkowoeuropejskim.
Nadal istnieją różne punkty wyjścia:
Pozycja zachodnia
Suwerenność Ukrainy
integralność terytorialna
Naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych przez inwazję rosyjską
Wsparcie dla Ukrainy
brak uznania rosyjskiej strefy wpływów
Stanowisko rosyjskie
długotrwały konflikt bezpieczeństwa
Rozszerzenie NATO
infrastruktura wojskowa
Rosyjskie interesy bezpieczeństwa
Krytyka podwójnych standardów Zachodu
Położenie dużych części Globalnego Południa
Zakończyć wojnę
układy
Szanuj suwerenność
bez konfrontacji blokowej
silniejsza rola państw niezachodnich
Oznacza to, że wcześniej ustalone napięcie pozostaje:
Z jednej strony suwerenność i integralność terytorialna – z drugiej zakończenie wojny poprzez negocjacje.
Obie zasady nie muszą być logicznie identyczne.
Bliski Wschód i Iran zaostrzają konflikt między prawem a władzą
28 września sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu.
Równolegle z obradami Zgromadzenia Ogólnego, trwały działania mediacyjne między USA a Iranem. Agencja Reuters poinformowała 28 września o oddzielnych rozmowach mediacyjnych, podczas gdy Iran naciskał na rozwiązanie dyplomatyczne.
To po raz kolejny uwypukla zasadniczy problem porządku międzynarodowego:
ONZ może formułować normy, jednak rzeczywiste rozwiązanie konfliktów w dużej mierze zależy od dynamiki sił i gotowości stron konfliktu do negocjacji.
To właśnie jest napięcie między
Prawidłowy
I
Móc,
który przewija się przez całą ogólną debatę.
Dodatkowe odkrycie z 28 września: główne mocarstwa coraz częściej podejmują działania poza ONZ.
Szczególnie interesującym wydarzeniem równoległym są relacje pomiędzy USA i Chinami.
28 września agencja Reuters poinformowała o porozumieniach między Waszyngtonem a Pekinem w sprawie ograniczonych obniżek ceł i kontynuacji rozmów. Jednocześnie kluczowe punkty sporne pozostały nierozstrzygnięte.
Jest to niezwykłe w kontekście kwestii porządku świata.
Ponieważ tutaj Zgromadzenie Ogólne nie podejmuje decyzji w sprawie międzynarodowego porządku gospodarczego.
Kluczowe negocjacje odbywają się pomiędzy samymi ośrodkami władzy.
Potwierdza to problem strukturalny: ONZ posiada uniwersalną legitymację, ale nie automatycznie odpowiadającą jej władzę. Główne mocarstwa posiadają znaczną władzę, ale ich decyzje nie posiadają automatycznie uniwersalnej legitymacji.
Kryzys porządku światowego znajduje się pomiędzy tymi dwoma biegunami.
Do 26 września można było jeszcze powiedzieć :
Zgromadzenie Ogólne jest pogrążone w otwartej debacie na temat przyszłego porządku świata.
Po zakończeniu 28 września można sformułować te słowa bardziej precyzyjnie:
81. Zgromadzenie Ogólne ONZ nie stworzyło nowego porządku świata. Dało jednak niezwykle jasno do zrozumienia, że istniejący porządek stracił swoją dawną oczywistość.
Seria historyczna 1888–2026
Rok
Funkcja historyczna
1888
Początek nowej europejskiej konstelacji mocarstw; zbliżenie francusko-rosyjskie.
1904
Brytyjska reorientacja strategiczna; Entente Cordiale; Komitet Obrony Imperialnej
1914
Załamanie się równowagi sił w Europie i początek I wojny światowej
1945
Rzeczywisty nowy początek instytucjonalny: ONZ, Bretton Woods, nowy porządek bezpieczeństwa
1990/91
Koniec bipolarności; zdominowany przez Amerykę porządek przejściowy; „Nowy porządek świata” Busha
1992
Wolfowitz-DPG: Zapobieganie pojawieniu się nowego strategicznego rywala
2014
TRADOC „Wygrać w złożonym świecie 2020–2040”; Przygotowanie do złożonych, globalnych i wielowymiarowych konfliktów2018 zaostrzenie edycji z 2014 r.
2022
otwarta wojna i fundamentalny kryzys europejskiego porządku bezpieczeństwa
2026
otwarta debata na temat porządku instytucjonalnego, militarnego, gospodarczego i technologicznego świata wielobiegunowego
Kluczową informacją na rok 2026 nie jest to, że nowe zamówienie już istnieje. Ono jeszcze nie istnieje.
Zaktualizowana matryca testowa
Ostatni wers jest szczególnie istotny.
Rok 2026 to nie rok 1945.
Do dziś nie ma porównywalnego aktu założycielskiego nowego porządku świata.
Prawdziwe wnioski wyciągnięte ze Zgromadzenia Ogólnego 2026
Rok 2026 nie jest potencjalnym punktem zwrotnym w historii, ponieważ wyłonił się już nowy porządek świata. Rok 2026 jest interesujący, ponieważ istniejący porządek stracił swoją dawną oczywistość, a nowy porządek nie został jeszcze instytucjonalnie ustanowiony.
To znaczy:
1990/91 – dominacja unipolarna
2014 – strategiczna adaptacja do bardziej złożonego świata
2022 – otwarta konfrontacja militarna
2026 – otwarty konkurs regulacyjny
Tutaj zadano pytanie przewodnie
„Od wojny do porządku świata?” – jakie jest jego prawdziwe znaczenie.
Ponieważ kluczowe pytanie historyczne nie brzmi już tylko:
Kto wygrywa daną wojnę?
raczej:
Jaki podział władzy i jakie zasady będą decydować o porządku międzynarodowym po tej fazie transformacji?
Istotna konsekwencja metodologiczna
Rok 2026 oznacza fazę otwartą, przejściową między porządkiem ukształtowanym historycznie, zinstytucjonalizowanym po 1945 r. i silnie ukształtowanym przez Stany Zjednoczone po latach 1990/91, a porządkiem wielobiegunowym, który jeszcze się nie skonsolidował.
Czy z tego powodu
zreformowany porządek wielostronny,
wielobiegunowa równowaga sił,
nowa konfrontacja blokowa,
lub dłuższy okres fragmentacji międzynarodowej
Wynik nie będzie znany do 28 września 2026 r .
To właśnie w tym momencie szczególnie interesujący staje się cykl historyczny 1888 – 1904 – 1914 – 1945 – 1990/91 – 1992 – 2014 – 2022 – 2026 .
Ponieważ teraz kluczowe pytanie brzmi:
Czy porządek świata powstaje poprzez wojny, czy też wojny powstają tam, gdzie istniejący porządek świata nie jest już w stanie pokojowo sprostać zmieniającej się równowadze sił?
Można zbadać tę kwestię, używając szeregów czasowych , bez zakładania od razu wyniku .
28 września nie zmienia istniejącego obrazu, a wręcz go potwierdza. Ogólna debata pokazała:
Dotychczasowe obserwacje można teraz podsumować jako wynik zakończonej ogólnej debaty .
Wielobiegunowość jest wspólnym punktem wyjścia większości wypowiedzi – świat jest wyraźnie kształtowany przez kilka ośrodków władzy.
Należy rozróżnić ONZ jako forum ustalania zasad, prawa i debat politycznych od rzeczywistych ośrodków władzy , które dysponują siłą ekonomiczną, polityczną i militarną.
Ostatnie przemówienia, zwłaszcza z Korei Południowej i Północnej , potwierdzają ten obraz. Nie wprowadzają one żadnego fundamentalnie nowego modelu porządku świata.
28 września nie przyniesie nowego punktu zwrotnego.
Zamiast tego potwierdził:
Świat zmierza w kierunku porządku wielobiegunowego, ale zasady tego nowego porządku nie zostały jeszcze ustalone. ONZ prowadzi nad nimi dyskusję – jednak decyzje są w dużej mierze podejmowane poza ONZ, przez rzeczywiste ośrodki władzy .
Eskalacja w regionie Morza Bałtyckiego stała się widoczna dzień później:
29 września 2026 roku Ambasada Rosji w Londynie opublikowała oświadczenie:
„Każdy, kto opowiada się za blokadą lub atakiem na Kaliningrad, nie powinien mieć złudzeń co do konsekwencji. Każda brytyjska lub natowska akcja militarna przeciwko terytorium Rosji spotka się z wszelkimi dostępnymi Rosji środkami, w tym bronią jądrową”.
Oświadczenie to potwierdzają liczne niezależne media; podaje je również kanał rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. (3)
Ambasada rosyjska wyraźnie odpowiedziała na doniesienia brytyjskich mediów i fikcyjną grę wojenną, a nie na udowodnioną decyzję Wielkiej Brytanii o wprowadzeniu blokady.
Sama ambasada rosyjska podaje następujący powód:
artykuł z brytyjskiego i Paper o Kaliningradzie
możliwość blokady NATO lub nieuznania suwerenności Rosji,
serial Sky News „The Wargame”, który symuluje hipotetyczną wojnę między Rosją a Wielką Brytanią. (4)
Brytyjski artykuł, do którego się odwołuje, omawiał Kaliningrad jako potencjalny słaby punkt Rosji. Inne doniesienia potwierdzają, że omawiano tam scenariusze blokady lub izolacji militarnej. (5)
Od pewnego czasu pojawiają się również względy militarne dotyczące szczególnego strategicznego położenia Kaliningradu:
Rosja – Kaliningrad – Polska – Litwa – Korytarz Suwalski – Kraje Bałtyckie.
Kaliningrad ma wyjątkowe położenie pod względem militarnym:
Terytorium Rosji, lecz oddzielone od kontynentalnej części kraju i położone pomiędzy państwami członkowskimi NATO.
Automatycznie stwarza to problem strategiczny w przypadku poważnej wojny między Rosją a NATO:
W jaki sposób Rosja może zaopatrywać i bronić Kaliningrad, jeśli zagrożone jest połączenie lądowe przez terytorium NATO i szlaki morskie?
Ta właśnie luka jest obecnie przedmiotem publicznej dyskusji.
Ta część również nie jest w całości zmyślona.
Brytyjska dyskusja faktycznie odnosi się do Kaliningradu jako strategicznego punktu Rosji. Cytowany brytyjski ekspert ds. bezpieczeństwa nazwał go „piętą achillesową”. (6)
Ale i tutaj należy dokonać wyraźnego rozróżnienia:
„Kaliningrad jest bezbronny”
jest oceną sytuacji militarnej.
Ponieważ sformułowanie
„za pomocą wszystkich środków, jakimi dysponuje Rosja, w tym broni jądrowej”.
To niezwykle wyraźny przekaz odstraszający od broni nuklearnej.
Jest ona skierowana nie tylko przeciwko hipotetycznej inwazji na centralne terytorium Rosji, ale wprost przeciwko:
Blokada lub działania militarne przeciwko Kaliningradowi.
To ma strategiczne znaczenie.
Ponieważ Moskwa najwyraźniej próbuje określić wstępny etap możliwego konfliktu:
Izolacja militarna Kaliningradu nie powinna być postrzegana jako ograniczona operacja konwencjonalna, lecz jako atak na terytorium Rosji.
To bardzo jasny przekaz odstraszający.
NATO odpowiedziało później, określając rosyjską retorykę nuklearną jako nieodpowiedzialną. Rzeczniczka NATO Allison Hart oświadczyła, że NATO jest sojuszem obronnym, a jego działania i ćwiczenia nie stanowią zagrożenia dla terytorium Rosji. (7)
Rząd brytyjski rzeczywiście zamierza w roku 2026 wdrożyć silniejszą strategię odporności całego społeczeństwa lub strategię odporności narodowej.
We wrześniu 2026 roku brytyjski parlament wyraźnie nakreślił wzmożone przygotowania na wypadek kryzysów i konfliktów. Rząd brytyjski pracuje również nad nowym „Government War Book” i planuje duże ćwiczenia w zakresie bezpieczeństwa wewnętrznego na rok 2027. (8)
A co jeszcze ciekawsze:
25 września 2026 roku, zaledwie kilka dni przed ostrzeżeniem kaliningradzkim, rząd brytyjski ogłosił zamknięte briefingi dotyczące zagrożeń dla firm z sektora infrastruktury krytycznej i obronności. Briefingi te wyraźnie dotyczyły zagrożeń ze strony Rosji. (9)
To prawdziwa zmiana w brytyjskim planowaniu bezpieczeństwa.
Gdy zestawimy te wydarzenia chronologicznie, wyłania się niezwykły obraz:
Dlaczego w zachodnich mediach, grach wojennych i dyskusjach strategicznych Kaliningrad jest coraz częściej traktowany jako potencjalny słaby punkt militarny Rosji – i dlaczego Moskwa teraz wprost odpowiada groźbą odstraszania nuklearnego?
Nie należy wyciągać wniosku na podstawie pojedynczego raportu, że istnieje kompletny plan wojny, lecz raczej przeanalizować szereg dokumentów, ćwiczeń, gier wojennych, oświadczeń publicznych i potencjału militarnego.
Podstawowe, wiarygodne informacje to:
Rosja publicznie oświadczyła 29 września 2026 r., że jakakolwiek akcja militarna Wielkiej Brytanii lub NATO przeciwko Kaliningradowi może spotkać się z odpowiedzią wszelkimi dostępnymi środkami, w tym bronią jądrową.
Prawdziwym przesłaniem strategicznym jest zatem nie tyle „wojna nuklearna jest nieuchronna”, co:
Kaliningrad jest coraz częściej traktowany jako potencjalny punkt zapalny w konflikcie między Rosją a NATO – Moskwa zaś stara się nie uwzględniać tego punktu w zachodnich planach wojskowych, stosując możliwie najbardziej jawne środki odstraszania nuklearnego.
Uważam, że jest to najbardziej obiektywna i wiarygodna interpretacja wydarzenia.
Jednocześnie 29 września 2026 roku prezydent Putin ponownie zwiększył docelową liczebność sił zbrojnych Rosji:
+15 500 żołnierzy aktywnych
Aktywny personel wojskowy: 1 550 500
Łączna liczba personelu upoważnionego, wliczając pracowników cywilnych: 2 441 630. (10)
Jest to już czwarta podwyżka zakładanej liczebności sił zbrojnych w 2026 r.; w porównaniu do stanu na początek 2026 r. wzrost ten, według dostępnych informacji, wynosi ok. 49 860 żołnierzy. (11)
Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS) stwierdza w 2026 r., że jeśli produkcja i rekrutacja będą kontynuowane w obecnym tempie, Rosja będzie mogła do 2030 r. zniwelować różnice między obecnym poziomem personelu i wyposażenia a nowo zdefiniowaną, szerszą strukturą sił zbrojnych. (12)
To znaczy:
Władze Rosji najwyraźniej planują nie tylko obecną wojnę na linii frontu, ale także utworzenie na stałe większej struktury wojskowej.
Może być kilka przyczyn:
Odstraszanie przeciwko NATO,
Zabezpieczenie długiej granicy,
Bezpieczeństwo Kaliningradu
Kontrola Arktyki,
Siły na Dalekim Wschodzie,
Wymiana obiektów zniszczonych w wojnie na Ukrainie,
Przygotowanie do długotrwałej konfrontacji z Zachodem.
Nie można na podstawie samej liczby pracowników określić, która z tych motywacji ma największy udział.
Władze rosyjskie wyraźnie uzasadniają zwiększenie liczebności wojsk zagrożeniami zewnętrznymi.
Kiedy Rosja zwiększyła swoje siły zbrojne o 170 000 żołnierzy w 2023 roku, Ministerstwo Obrony Narodowej jednoznacznie uzasadniło to rosnącym zagrożeniem wynikającym z wojny na Ukrainie i trwającego rozszerzenia NATO. Jednocześnie Moskwa oświadczyła, że wzrost ten zostanie osiągnięty dzięki żołnierzom kontraktowym i nie będzie stanowił nowej, dużej fali mobilizacyjnej. (13)
Jest to przede wszystkim rosyjskie wyjaśnienie, a nie niezależnie udowodniony opis faktycznej motywacji.
Ale dla analizy strategicznej ważne jest:
Sama Moskwa umiejscawia budowę w długoterminowym kontekście współpracy Rosja-NATO.
Jednakże należy bezwzględnie brać pod uwagę porównania z Zachodem.
Odosobniony pogląd, że „Rosja się przezbraja”, byłby niepełny.
Europa również dokonuje masowego zbrojenia.
Według SIPRI wydatki na armię w Europie wzrosły realnie o 14% w 2025 r. Rosja wydała na armię około 190 miliardów dolarów w 2025 r., co stanowi 7,5% jej PKB, zgodnie z danymi SIPRI. (14)
Według szacunków IISS do 2025 r. Rosja będzie potrzebowała około 186 miliardów dolarów, czyli ponad 7,3% swojego PKB. (15)
Procenty nie mają większego znaczenia; tutaj liczą się liczby bezwzględne:
SIPRI szacuje, że całkowite wydatki wojskowe w Europie w 2025 r. wyniosą 864 mld USD. Oznacza to realny wzrost o 14% w porównaniu z 2024 r. W przypadku Rosji kwota ta wyniosła 190 mld USD.
W rezultacie otrzymujemy:
To doprowadziło do wzajemnego wyścigu zbrojeń:
Rosja: rozszerzenie NATO i zbrojenia Zachodu → większe siły zbrojne Rosji.
NATO/UE: Wojna Rosji z Ukrainą i postrzegane zagrożenie ze strony Rosji → większe europejskie siły zbrojne.
Obie strony mogą przedstawiać swoje działania jako reakcję na działania drugiej strony.
Czy zatem rozmieszczenie wojsk rosyjskich ma charakter ofensywny czy defensywny?
Pewna odpowiedź brzmi:
Sama liczba pracowników nie jest wystarczająca, aby to ustalić.
Większa armia ma oczywiście potencjał ofensywny.
Ale ta sama armia może być jednocześnie:
Obrona narodowa
Odstraszenie,
Bezpieczeństwo granic,
Obrót,
Wojna na Ukrainie,
Służy jako przygotowanie do ewentualnego konfliktu w ramach NATO.
Od 2022 roku Rosja nie tylko zwiększa liczebność swoich sił zbrojnych. Reorganizuje również strukturę dowodzenia, przekształca brygady w dywizje, tworzy nowe korpusy i armie, rozbudowuje infrastrukturę wojskową na północnym zachodzie i tworzy większą, stałą strukturę wojskową, szczególnie w obwodzie karelijsko-fińsko-bałtycko-kaliningradzkim.
Jednocześnie wiele z tych jednostek nie jest jeszcze w pełni obsadzonych, a znaczna część rosyjskich zdolności bojowych pozostaje ograniczona przez wojnę na Ukrainie. Sytuacja ta świadczy zatem o przygotowaniach do długotrwałego konfliktu między mocarstwami, ale sama w sobie nie jest celowym atakiem Rosji na państwa NATO.
Widoczna eskalacja we wrześniu 2026 r. nie wróży nic dobrego i powinniśmy wziąć sobie do serca apel o „walkę o przetrwanie”.
„Walka o przetrwanie” (17) – gdy stary porządek pokazuje swoje granice
Już na początku 2023 roku Wolfgang Effenberger i Amir Mortasawi opublikowali apel „Stańmy w obronie przetrwania ”. Ich głównym zmartwieniem było to, że wojna na Ukrainie może doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji między Rosją a państwami NATO, potencjalnie wywołując eskalację konfliktu nuklearnego w Europie. Autorzy apelowali zatem o odejście od koncepcji, że konflikt musi zostać rozwiązany militarnie, i opowiadali się za negocjacjami oraz rozwiązaniem politycznym.
Dziś, trzy i pół roku później, to pytanie pojawia się ponownie w zmienionych okolicznościach. Rosyjskie ostrzeżenia z 29 września 2026 roku dotyczące potencjalnej izolacji Kaliningradu i odniesienia do „wszystkich środków pozostających w dyspozycji Rosji, w tym broni jądrowej”, wyznaczają nowy etap w konfrontacji bezpieczeństwa. Do tego dochodzi zapowiedziane zwiększenie liczebności rosyjskich sił zbrojnych.
Łączy to bezpośrednio obecny rozwój sytuacji z centralnym pytaniem niniejszego artykułu: Jeżeli istniejący porządek świata utraci zdolność ograniczania konfliktów w ramach ogólnie przyjętych ram reguł, co zajmie jego miejsce?
Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2026 roku pokazało, że równowaga polityczna na świecie już ulega zmianie. Coraz więcej państw kwestionuje istniejący porządek ustanowiony po 1945 roku, a zwłaszcza po 1990 roku, i apeluje o bardziej wielobiegunowe podejście do stosunków międzynarodowych. Jednak nowy, powszechnie akceptowany porządek bezpieczeństwa wciąż nie istnieje.
To właśnie w tej przestrzeni granicznej rośnie ryzyko eskalacji. Stary porządek nie jest już niepodważalny – nowy jeszcze się nie ugruntował. Polityczna reorganizacja świata i rzeczywistość militarna rozchodzą się zatem w czasie. Podczas gdy państwa walczą o wpływy, interesy bezpieczeństwa i nową dynamikę władzy, militarne instrumenty konfrontacji starego bloku pozostają w mocy – w tym odstraszanie nuklearne.
Na tym tle wezwanie do „walki o przetrwanie” nabiera nowego znaczenia. Nie dlatego, że Effenberger i Mortasawi przewidzieli konkretne wydarzenia z 2026 roku, ale dlatego, że fundamentalne zagrożenie, które zidentyfikowali, wciąż istnieje: świat, w którym porządek polityczny rozpada się szybciej, niż udaje się stworzyć nową architekturę bezpieczeństwa, jest szczególnie podatny na błędne kalkulacje i eskalacje.
Kluczowe pytanie brzmi zatem nie tylko, kto ostatecznie dysponuje większą siłą militarną . Decydującym czynnikiem jest raczej to, czy uda się stworzyć ramy polityczne między rozpadającym się starym porządkiem a nowym, który dopiero ma się wyłonić – ramy, które ograniczą konflikty, uwzględnią interesy bezpieczeństwa wszystkich stron i zapobiegną bezpośredniemu starciu między mocarstwami nuklearnymi.
Autorzy wezwali zatem do odejścia od koncepcji, że konflikt należy rozstrzygać na drodze militarnej, opowiadając się za negocjacjami i poszukiwaniem rozwiązania politycznego.
Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2026 roku pokazało, że równowaga polityczna na świecie już ulega zmianie. Coraz więcej państw kwestionuje istniejący porządek ustanowiony po 1945 roku, a zwłaszcza po 1990 roku, i apeluje o bardziej wielobiegunowe podejście do stosunków międzynarodowych. Jednak nowy, powszechnie akceptowany porządek bezpieczeństwa wciąż nie istnieje.
To właśnie w tej przestrzeni granicznej rośnie ryzyko eskalacji. Stary porządek nie jest już niepodważalny – nowy jeszcze się nie ugruntował. Polityczna reorganizacja świata i rzeczywistość militarna rozchodzą się zatem w czasie. Podczas gdy państwa walczą o wpływy, interesy bezpieczeństwa i nową dynamikę władzy, militarne instrumenty konfrontacji starego bloku pozostają w mocy – w tym odstraszanie nuklearne.
+++
Notatki i źródła
Wolfgang Effenberger, urodzony w 1946 roku, zdobył dogłębną wiedzę na temat „pola bitwy nuklearnej” w Europie, przygotowywanego przez USA, służąc jako kapitan w Niemieckich Siłach Zbrojnych. Po dwunastu latach służby studiował nauki polityczne i edukację średnią (inżynieria lądowa i matematyka) w Monachium, a następnie do 2000 roku wykładał w Wyższej Szkole Budownictwa Lądowego i Wodnego. Od tego czasu publikował prace na temat najnowszej historii Niemiec i geopolityki Stanów Zjednoczonych. Jego najnowsze publikacje obejmują:
Urzędnicy nowych władz Syrii i przedstawiciele Hezbollahu mieli przeprowadzić w zeszłym miesiącu tajne rozmowy w Turcji, w celu rozładowania napięć granicznych między dawnymi wrogami.
Rewelacje te przytoczył w czwartek, za agencją Reutera, portal Al Mayadeen. Fakt spotkania miało potwierdzić tej pierwszej sześć anonimowych źródeł[kurcze, no, jeśli aż sześć.. md]. Było to pierwsze takie spotkanie od czasu implozji systemu baasistowskiego w Syrii, ucieczki Baszara al-Asada do Moskwy i przejęcia władzy w tym kraju, przez wywodzący się z Al Kaidy ruch Tahrir asz-Szam.
W czasie trwającej od 2011 roku wojny w Syrii, Hezbollah był czołowym sojusznikiem sił rządowych al-Asada. Kilka tysięcy zaprawionych w bojach libańskich szyitów odegrało ważną rolę w podtrzymaniu ówczesnych władz na całą dekadę. Tymczasem obecni rządzący Syrią, jako zwolennicy Al Kaidy sformowali w 2012 roku dżihadystyczne ugrupowanie zbrojne Dżabhat an-Nusra, które było jednym z silniejszych przeciwników tych władz.
Według źródeł, we wrześniowych rozmowach uczestniczyli przedstawiciele Hezbollahu, urzędnicy syryjskich służb wywiadowczych i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ich strony mają „wzajemne obawy dotyczące bezpieczeństwa” i spotkanie miało rozładować napięcie i uspokoić sytuację na granicy. Do terytorium Syrii przylega bowiem na dużej długości akurat ta część Libanu, która kontrolowana jest przez organizację szyitów – Dolina Bekaa.
Jedno ze źródeł libańskich poinformowało Reutera, że obie strony „poczyniły znaczne postępy w kwestiach bezpieczeństwa”.
W szczegółach rozmowy dotyczyły kilku kwestii, w tym syryjskich oskarżeń o przemyt transgraniczny oraz zarzutów dotyczących komórek Hezbollahu w aktywnych południowej Syrii. Jednak libańska organizacja zaprzeczyła, że ma taką ekspozyturę. Podkreśliła, że nie jest obecna na terytorium Syrii i nie jest tam zaangażowana w żadne działania militarne w tym państwie.
Syryjski urzędnik powiedział, że obie strony zgodziły się, iż nie będą podejmować wobec siebie wrogich działań. Zapewniono Hezbollah, że nowe władz Syrii nie zamierzają interweniować militarnie w Libanie w celu wsparcia Izraelczyków, czy obecnych prozachodnich władz Libanu przeciw organizacji szyitów.
Jeśli tego rodzaju porozumienie nastąpiło, pomiesza to szyki Donaldowi Trumpowi. Będąc czołowym partnerem nowych, wywodzących się z Al Kaidy władz Syrii, prezydent USA próbował skłonić ich oddziały do wystąpienia przeciwko Hezbollahowi i wkroczenia do Libanu.