635: Muzułmanie podbijają chrześcijańskie miasta Damaszek i Antiochię (636)
637: Muzułmanie podbijają Ziemię Świętą.
639: Muzułmanie podbijają pierwsze chrześcijańskie państwo – Armenię.
641: Muzułmanie podbijają Egipt, chrześcijańskie państwo koptyjskie.
650: Armie muzułmańskie docierają do południowych Włoch i na Cypr, czyniąc tysiące Włochów i Cypryjczyków niewolnikami, a kobiety – niewolnicami seksualnymi.
711: Muzułmanie najeżdżają Hiszpanię i do 715 r. zajmują jej znaczną część.
717: Muzułmanie oblegają Konstantynopol, ale zostają odparci.
730: Muzułmanie najeżdżają Francję, ale zostają powstrzymani przez Karola Młota w bitwie pod Tours.
792: Władca Al-Andalus wzywa do inwazji na Francję i zbierane są armie muzułmańskie, by ponownie zaatakować ten kraj, ale zostają odparte.
827: Muzułmanie najeżdżają Sycylię i południowe Włochy, prześladując zakonników. Sycylia pozostaje pod panowaniem islamskim aż do 1092 roku.
846: Muzułmanie najeżdżają Rzym i zmuszają papieża do płacenia daniny.
848: Ma miejsce trzecia inwazja na Francję, a najeźdźcy zostają po raz trzeci odparci.
909: Muzułmanie zajmują Sardynię.
937: Muzułmanie podpalają Bazylikę Grobu Świętego, niszcząc również inne kościoły w Jerozolimie.
1009: Zniszczenie Bazyliki Zmartwychwstania Pańskiego w Jerozolimie.
1012: Początek represyjnych dekretów al-Hakima skierowanych przeciwko chrześcijanom.
1071: Tureccy muzułmanie atakują Bizancjum i zajmują znaczną część Anatolii.
1094: Cesarz bizantyjski Aleksej I Komnen, zwraca się do zachodniego świata chrześcijańskiego o pomoc w obliczu najazdów muzułmańskich Turków.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 19 lipca 2026
Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.
Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.
Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.
Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.
Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.
Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Ambasada Ukrainy w Polsce opublikowała poradnik skierowany do obywateli Ukrainy przebywających na terytorium Polski, zawierający wskazówki dotyczące postępowania w przypadku konfliktów i przejawów dyskryminacji. Dokument zaleca m.in. zachowanie spokoju, wezwanie policji w razie zagrożenia, zapisanie danych świadków oraz – jeśli jest to bezpieczne – nagrywanie przebiegu zdarzenia telefonem komórkowym w celu zabezpieczenia materiału dowodowego. W poradniku wskazano również numery alarmowe oraz kontakty do placówek dyplomatycznych Ukrainy i organizacji udzielających pomocy prawnej.
Decyzja Ambasady Ukrainy wywołała zrozumiałe kontrowersje. Choć oficjalnym celem dokumentu ma być ochrona praw tzw. „uchodźców wojennych” z Ukrainy oraz pomoc w dokumentowaniu przypadków agresji, trudno nie postawić pytania, czy taka forma komunikacji nie przyniesie skutków odwrotnych od deklarowanych.
Dyplomacja powinna przede wszystkim łagodzić napięcia między społeczeństwami. Tymczasem publikowanie instrukcji dotyczących rejestrowania konfrontacji z Polakami w teoretycznie naszym kraju została oczywiście odebrana jako sygnał, że należy przygotowywać się na konflikty i ukraińskie prowokacje. W obecnej sytuacji, gdy emocje wokół relacji polsko-ukraińskich są wysokie, każda inicjatywa wymagająca szczególnej ostrożności powinna być przedstawiana w sposób jednoznacznie nastawiony na deeskalację.
Można zrozumieć potrzebę zabezpieczania dowodów w przypadku przestępstw czy aktów przemocy. Takie rozwiązania funkcjonują w wielu państwach. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy przekaz koncentruje się na dokumentowaniu konfliktów, zamiast przede wszystkim zachęcać do ich unikania, uspokajania sytuacji oraz niezwłocznego wezwania odpowiednich służb.
Rolą ambasadora normalnego kraju jest budowanie dobrych relacji między narodami. Dlatego można krytycznie ocenić fakt, że ambasada nie położyła znacznie większego nacisku na apel o niewchodzenie w spory, unikanie prowokacji oraz poszanowanie polskich zwyczajów i prawa. Taki przekaz mógłby skuteczniej ograniczać napięcia niż instrukcje dotyczące rejestrowania przebiegu konfliktów, co oczywiście przełoży się na sporą liczbę zaplanowanych prowokacji.
Wyrwane z kontekstu nagrania mogą być wykorzystywane w mediach społecznościowych do wzajemnego podsycania niechęci. W dobie krótkich filmów publikowanych na platformach internetowych nawet kilkunastosekundowy materiał może wywołać lawinę emocjonalnych komentarzy, zanim ktokolwiek pozna pełny przebieg zdarzenia. To właśnie do tego zachęca ambasador Ukrainy w Polsce.
Polska od początku wojny udzieliła Ukrainie ogromnej pomocy humanitarnej, militarnej i społecznej. Zamiast podziękowań i załatwienia kilku kluczowych z polskiego punktu widzenia spraw przez Ukrainę, spotykamy się z nienawiścią, kultem morderców Polaków i zapowiedzią masowych prowokacji na terytorium Polski.
Moim zdaniem w najbliższym czasie czeka nas lawina informacji w mediach tradycyjnych i internetowych dotyczących różnorakich konfliktów z udziałem Ukraińców i Polaków. Będą to zapewne sprawy realne, jak i urojone. W znacznej części zdarzenia te będą przejaskrawione i pokazane w jednostronny sposób sugerujący powszechne prześladowanie Ukraińców w naszym kraju. Ambasada Ukrainy w Polsce już opublikowała ukraińskojęzyczną instrukcję dla swoich obywateli, dającą między innymi wskazówki dotyczące nagrywania konfrontacji w Polsce. Jednocześnie będziemy obserwować liczne próby umniejszania problemów związanych z przestępstwami popełnianymi przez Ukraińców w Polsce.
Warto zachować spokój i nie pozwolić się prowokować. Pamiętajmy, że głównonurtowe media w znacznym stopniu są w rękach ludzi sorosowskiego chowu. Ludzie ci mają interes w tym by wykreować Ukraińców jako prześladowaną w Polsce zbiorowość. Nie ma szans w mediach głównego nurtu na to, by uczciwe przedstawić sprawy i realne wyjaśnić zaistniałe sytuacje. W całym kraju działają liczne organizacje lobbujące na rzecz współczesnej Ukrainy.
Ambasador Wasyl Bodnar poinformował, że strona ukraińska współpracuje w tej sprawie z instytucjami wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Podkreślił, że tworzenie wyspecjalizowanych komórek w prokuraturach zajmujących się przestępstwami z nienawiści jest adekwatną odpowiedzią na obserwowane w Polsce zjawiska.
Należy zachować więc nie tylko szczególną ostrożność w kontaktach interpersonalnych, ale również dystans do podawanych w mediach informacji dotyczących stosunków polsko-ukraińskich i zdarzeń, które mają dotykać Ukraińców przebywających w naszym kraju.
Bezrozumna proukraińska narracja zupełnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Zmieniają się radykalnie nastroje a społeczeństwo staje się bardziej krytyczne. Powoli, ale idzie normalność, która pozwala odejść od szaleńczej polityki bycia „sługą narodu ukraińskiego”. Ukraińca należy traktować dokładnie tak samo jak każdego innego obcokrajowca. Ani lepiej, ani gorzej.
Grzegorz Braun, po wysłuchaniu mojego nagrania na kanale „Wbrew Cenzurze” zaproponował przyznanie Orderu Orła Białego nieodżałowanej pamięci księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu. To niesamowite gdzie zabrnęło państwo polskie, które uhonorowało miłośnika UPA, a zapomniało o niestrudzonym bojowniku o pamięć rzezi wołyńskiej.
Dodać tu muszę, że nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich w Polsce”, a raczej eskalacja lekceważącej polską pamięć i wrażliwość bezczelności na Ukrainie – i stosowna reakcja narodu, mającego dość aberracyjnej charytatywności rządów KO i PiS (pytanie: „a co ma z tego Polska?” wywołuje furię – najpewniej z uwagi na swoją celność). „Antyukraińskość”, jak wiele podobnych kategorii, zakłada aprioryczność, a ta ostatnia – irracjonalność. Bojkotuje związki przyczynowo-skutkowe i realne źródła ludzkich postaw. Kategoryzuje jako „fobię” postawy, które są reakcją na fakty, czasem niewątpliwie adekwatną.
„Lepiej wykształceni” i „bardziej racjonalni” dostali opętańczego szału na wieść o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Oczywistość tej decyzji nie stwarzała przestrzeni do merytorycznych argumentów. Jakakolwiek logika musiałaby opierać się o „opłacalność godności”. Z jednej strony mamy ostatnio książkę Zbigniewa Parafianowicza, gloryfikowanie UPA przez Ukraińców, wsparte bezczelnym komentarzem, że „nikt nam nie będzie wybierał bohaterów”, ostentacyjne bojkotowanie Polski w międzynarodowych rozmowach dyplomatycznych, korupcję na olbrzymią skalę na Ukrainie, ekspansję wschodnich grup przestępczych do Polski, olbrzymie kłopoty rolników konkurujących z ukraińskimi oligarchami dostarczającymi nie sprawdzaną żywność – i dużo, dużo innych problemów, wiążących się z określoną szkodą konkretnych ludzi. Z drugiej strony, mamy terror emocjonalny, oparty o wspominanie o „ginących ludziach” (zalecający w gruncie rzeczy o taką emocje oprzeć stosunki dyplomatyczne), histeryczne, a zarazem manipulanckie ostrzeżenia przed „rosyjskim atakiem”, dalsze tropienie „ruskich onuc” i slogany skuteczne, z uwagi na monopol medialny ich kolporterów, tak długo, że ci ostatni przestali się troszczyć o ich jakąkolwiek weryfikowalność. Liberalny mainstream porzucił fascynację koncepcją Jerzego Giedroyca, prowadzącą do imperatywu pomagania Ukrainie – on po prostu wyraża interes ukraiński.
Wyobraźmy sobie co spotkało by Żyda, który pochwaliłby w Izraelu niemieckiego polityka, chcącego nadać jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów SS”. Więzienie? Czy tylko anatema? W Polsce obrońcy decyzji Włodymyra Zełenskiego nie mają jakiegokolwiek problemu z sięganiem po coraz bardziej kuriozalne racjonalizacje swojej postawy.
Każdy powód jest dobry, by zapomnieć o rzezi wołyńskiej. Teraz tłumaczy się to wojną – tak, jakby trwała ona od ponad 80 lat. “Retoryczne ustępstwo na rzecz prawdy” sprawia, że przedstawiciele mainstreamu powiedzą: „Oczywiście, o ofiarach trzeba pamiętać” tudzież wyrzucą z siebie inny pusty slogan, jednocześnie konsekwentnie robiąc wszystko, by temat rzezi nie miał jakiejkolwiek rangi i znaczenia.
Mainstream nagle przypomniał sobie o istnieniu „interesu narodowego”, dowodząc sprzeczności odebrania odznaczenia Zełenskiemu z tym interesem. Interesujące jest to, że mainstream, tak krytyczny wobec Kościoła katolickiego i nacjonalizmów sięgnął po narrację odwołującą się do „przebaczenia” i „interesu narodowego”, gdy przestraszył się, że wszystko co mówili jego przedstawiciele na temat banderyzmu i relacji polsko-ukraińskich jest brutalnie weryfikowane przez rzeczywistość. Nie ma “interesu”, jeśli nie ma narodu. Nie ma narodu, jeśli nie ma godności. Nie ma godności, jeśli honoruje się tych, którzy gloryfikują naszych katów. Czasem abecadło jest zbyt trudne.
Brytyjski filozof Roger Scruton pisał, że rozmaici rewolucjoniści krytykują cywilizację zachodnią, jednak będąc niezdolnymi do zaproponowania jakiejkolwiek alternatywy, poprzestają na nihilizmie, objawiającym się destrukcją. Liberalny mainstream wykazał się takim właśnie nihilizmem po odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy: zwyzywał od „ruskich” i „nacjonalistów” (polskich, więc tych złych) prezydenta Karola Nawrockiego – jak codziennie, “na Kremlu otworzyły się butelki od szampana”. Jednocześnie przedstawiciele tego mainstreamu często domagają się, by “nie zawłaszczać patriotyzmu”, tak jakby chcieli zaproponować swój własny model tegoż. Ich „patriotyzm”, jak się wydaje, zatrzymał się w fazie dekonstrukcji wszystkiego co polskie. Podchodząc krytycznie do istnienia narodów jako wspólnot nieokreślonych i abstrakcyjnych, przedstawiciele mainstreamu występują w imieniu „ludzkości” – nieporównywalnie bardziej niedookreślonej i abstrakcyjnej. Co ciekawe, nawet z punktu widzenia „świata bez narodów” (bez pamięci historycznej, tożsamości, bohaterów, katów), czyli z perspektywy mainstreamu bezwarunkowe wspieranie Ukrainy jest szkodliwe dla „ludności, która żyje na tym obszarze”. Nie miałaby się ona jak bronić, skoro tak dużo oddała sprzętu „ludności, która żyje na tamtym obszarze” (ciekawe, że straszenie „wojną z Rosją” nie przeszkadza mainstreamowi w postulowaniu nieograniczonego rozbrajania Polski celem pomocy Ukrainie).
„UPA to są ich bohaterowie” – tłumaczą ukrainofile, jakby jakieś fatum zesłało niczego nieświadomemu narodowi bohaterów, których ten naród musi czcić, tak jakby bezosobowe siły sprzysięgły się przeciwko poczciwcom i kazały im gloryfikować zwyrodnialców, sadystów cierpiących dziką rozkosz z mordowania. Tak jakby to „ruska propaganda” wymyśliła ludzi rozrywanych przez konie, kobiety gwałcone na oczach mężów, dzieci nabijane na widły. Podkreślmy tu, że ci „ich bohaterowie” zamordowali dużo więcej polskich kobiet i dzieci niż sowietów. Tak jakby ci bohaterowie nie byli dla nich tak bardzo ważni, że ryzykując utratę wszelkich szans na akces do organizacji międzynarodowych wysławiają ich ulicami, pomnikami, nazwami jednostek wojskowych. Tak jakby inne narody nie miały problemu z kolaborantami nazistowskimi i nie rozliczyły się z przeszłością (Strzałokrzyżowcy na Węgrzech, Żelazna Gwardia w Rumunii). Tak jakby siepacze UPA nie robili dokładnie tego co aktualnie ukrainofile sugerują przeciwnikom – występowali przeciwko sąsiadom, gdy ci walczyli ze śmiertelnym zagrożeniem. Każdy fakt, każdy konkret, każda analiza są tak ciężkie do podważenia, że ukrainofile muszą zasłaniać się insynuowaniem „ruskiej narracji”. Wskutek wiary we własną nieomylność i zatrzymania w czasie nie widzą kuriozalności tego powtarzanego z gorliwością i bezmyślnością chat-bota sloganu. Albo myślą, że inni nie widzą. A gdyby Niemcy postawili pomnik Adolfowi Hitlerowi w centrum Berlina? Przecież oni też „mają swoją perspektywę” – może i z punktu widzenia Polaków czy Żydów był zbrodniarzem, ale z perspektywy niemieckiej spowodował wzrost gospodarczy. Wyobrażamy sobie przyjęcie takiej logiki?
Ukrainofile dokonali „makdonaldyzacji przebaczenia”, „makdonaldyzacji pojednania” – sięgnęli po doniosłe pojęcia, by uzasadnić nimi całkowicie nie doniosłe zamiary. To gorsze niż infantylizacja „faszyzmu” czy „stalinizmu” przez nagminne używanie tych pojęć do opisu spraw współczesnych. Siła duchowa, umiejętność wzniesienia się ponad odruch zemsty, zdolność udźwignięcia swoich krzywd – to wszystko sprawia, że przebaczenie to trudny, a zarazem piękny proces. Im szlachetniejsza jest jakaś inicjatywa, tym gorsze jest instrumentalizowanie stojących za nią wartości. „Zaiste nie w twojej mocy wybaczać w imię tych, których zdradzono o świcie” – pisał Zbigniew Herbert w „Przesłaniu Pana Cogito”. Ukrainofile, którzy przez wiele lat robili wszystko, by zamilczeć rzeź wołyńską, gdy okazało się, że narodu nie da się zmanipulować użyli „zastępczej formy zamilczenia”, czyli w tym przypadku wołania o przebaczenie i pojednanie. Nie bardzo tylko wiadomo kto i komu miałby przebaczać – ukrainofile Ukraińcom? Ci, którzy o rzezi nie chcieli słyszeć tym, którzy podobno nie mają nic wspólnego z banderowcami („to tylko historia”)? Proces pojednania miałby prawo zacząć choćby wspomniany ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który krzywdy narodu polskiego poniesione ze strony Ukraińców przeżył najgłębiej jak się da (tak jak Ali Agcy mógł wybaczyć Jan Paweł II) – nie wydaje się jednak, by przy obecnym stosunku Ukraińców do rzeźników z UPA ksiądz wykazałby taką chęć.
„Polska straci na odebraniu Orderu Orła Białego” prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu” – mówią ukrainofile, z przedziwną troską o polski interes. Co to znaczy, że „Polska na tym straci”? Teza, że „Ukraińcy walczą za nas” jest jednym z najbardziej absolutyzowanych przekonań ukrainofili, uzasadnieniem wszelkich świadczeń na rzecz Ukraińców, usprawiedliwieniem skrajnie asymetrycznej polityki. A jak rozumieć opinię (wyrażoną choćby przez Normana Daviesa), że „Polska na tym straci”? Ukraińcy stwierdzą, że skoro my nie chcemy honorować osób gloryfikujących naszych katów to oni nie będą się stawiać tej Rosji i „walczyć za nas”? Jeśli przestaniemy Ukrainie pomagać to skapituluje przed Rosjanami, bo „nie będzie bronić Polaków”? Jakie ma mieć przełożenie teza ukrainofili na realne stosunki polsko-ukraińskie (jeśli nie ma mieć jakiegokolwiek, stanowi jedynie szantaż emocjonalny)? Alternatywnym wobec stanięcia w obronie naszych przodków wyborem byłoby działanie akceptujące zbrodniczy, antypolski banderyzm. Skoro godzimy się na takie „wszystko za nic”, może dorzucimy Ukrainie Przemyśl? W imię dobrych relacji chyba powinniśmy to zrobić… Godność nie musi się opłacać i dziwne, że pamięć pomordowanych Polaków znaczy dla ukrainofili tak niewiele, że gotowi są nią handlować. Dla ukrainofili nie tyle wartości nic nie znaczą, bo w imię swoich wartości gotowi są uprawiać ukrainofilski mesjanizm. Raczej obawiają się tego, że „rozpamiętywanie”, „grzebanie w historii” (takiej terminologii używają, nie uznając przeżyć i traum rodzin bestialsko zamordowanych Polaków) może spowodować „wzrost nastrojów nacjonalistycznych”, czytaj – większą świadomość narodową Polaków.
Jednym z najbardziej zamiennych przejawów stosunku strony ukraińskiej do „pojednania” jest fakt, że Ukraińcy zgodzili się na ekshumacje na wielką skalę żołnierzy Wehrmachtu (ponad 100 tysięcy ciał przeniesiono na specjalne cmentarze wojskowe), a ekshumacje Polaków są prowadzone w kilkunastu miejscach z kilkunastu tysięcy.
Narracja o pojednaniu niesie ze sobą fałszywe wyobrażenie o symetrii krzywd wyrządzonych sobie przez obydwa narody.
Nikt nie mówił, by „Żydzi i Niemcy wybaczyli sobie wzajemne krzywdy”. Porównuje się polskich nacjonalistów, których dość skrajny przedstawiciel Jan Mosdorf z ONR pomagał Żydom w Auschwitz i tam zginął z szaleńczymi ludobójcami z UPA, w „Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty” wyzywającymi do likwidacji wrogów, sprawcami rzezi i pogromów na masową skalę
Porównuje się kolaborantów nazistowskich, seryjnych morderców z UPA z Żołnierzami Niezłomnymi, którzy z kolaborantami walczyli i ginęli w imię niepodległej Polski.
Trump kontynuuje swoją neokonserwatywną „wieczną wojnę” z Iranem, nie mając żadnego planu ani widocznego końca. Najnowsze doniesienia wskazują na jego zamiar eskalacji ataków na irańską infrastrukturę cywilną, taką jak elektrownie i inne obiekty, w nadchodzących tygodniach.
Bardziej niepokojące doniesienia twierdzą, że Trump nadal planuje jakiś rodzaj ataku lądowego. Zastrzeżenie jest takie, że prawdopodobnie będzie on dotyczył wysp, a nie wojsk amerykańskich – a przynajmniej nie z amerykańskimi żołnierzami na czele ataku.
Sam Trump to zasugerował, sugerując, że inne kraje Zatoki Perskiej powinny dostarczyć wojska lądowe.
„Mamy innych ludzi, którzy przeprowadziliby dla nas kampanię naziemną”.
W rzeczywistości w zamieszczonym powyżej fragmencie wywiadu Trump ujawnia kilka bardzo wymownych rzeczy.
Po pierwsze, zwróćcie uwagę na to, co mówi o nieuderzaniu w terminale naftowe na wyspie Kharg. Twierdzi, że stanowią one znaczną część światowej gospodarki, co potwierdza to, o czym mówimy od miesięcy – że Trump jest w pewnym sensie w pułapce, ponieważ pomimo całego swojego rozgłosu, strzeliłby sobie w stopę, niszcząc irańską infrastrukturę naftową, ponieważ zrujnowałoby to jego własną gospodarkę, a także światową.
Ale bardziej znacząca strategicznie była jego wypowiedź: „Jeśli cofniemy ich wystarczająco daleko i głęboko, to [zajmę wyspę Kharg]”.
Tutaj wyraźnie przyznaje się do dwóch rzeczy:
Stany Zjednoczone nie mają obecnie możliwości zajęcia wyspy Kharg, ponieważ jest ona zbyt niebezpieczna . Irańskie siły zbrojne są nadal obecne, co spowodowałoby spustoszenie i ofiary wśród żołnierzy amerykańskich.
Wygląda na to, że plan Trumpa zakłada długotrwałe bombardowanie regionu przybrzeżnego w celu osłabienia irańskiej zdolności uderzeniowej i odrzucenia jej „na tyle głęboko”, by zapewnić wystarczająco bezpieczny korytarz, którym wojska mogłyby wylądować na wyspie Kharg.
„Idealnym” świętym Graalem Trumpa jest oczywiście przejęcie irańskich instalacji naftowych na wyspie Kharg i tym samym kradzież ropy – co byłoby dla niego prawdziwym ciosem łaski. Jednak prawdopodobieństwo, że się to powiedzie, jest bardzo małe.
WSJ potwierdza, że podobne plany wciąż pojawiają się w umysłach oszukanych przywódców USA:
Próba zajęcia wyspy Kharg, głównego irańskiego centrum eksportu ropy naftowej, zaszkodziłaby krajowemu przemysłowi naftowemu, ale jednocześnie naraziłaby siły amerykańskie na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Amerykańscy urzędnicy i analitycy twierdzą, że wojska byłyby łatwym celem dla irańskich pocisków rakietowych i dronów.
Emerytowany generał piechoty morskiej Frank McKenzie powiedział, że Stany Zjednoczone nadal powinny rozważyć operację na wyspie Kharg. „Powinniśmy o tym pomyśleć, ponieważ posiadanie irańskich ziem będzie istotnym czynnikiem w przyszłych negocjacjach z Iranem” – powiedział w niedzielę w programie „Face the Nation” w CBS News.
W skrajnym przypadku Trump ma możliwość przeprowadzenia dużej i kosztownej operacji lądowej, mającej na celu przejęcie terytorium wokół szlaku wodnego, którego skaliste brzegi stwarzają wyjątkowe wyzwania. Wymagałoby to zaangażowania tysięcy żołnierzy w operację, która prawdopodobnie trwałaby miesiące.
Iran przygotowywał się na ewentualną inwazję już przed wojną. Paramilitarny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej liczy 190 000 żołnierzy, wraz z regularną armią kraju, i specjalizuje się w walkach z lepiej uzbrojonymi przeciwnikami.
Operacja lądowa na irańskim wybrzeżu naraziłaby wojska amerykańskie na ogromne ryzyko ataków z tyłu kraju, powiedział David Des Roches, były urzędnik ds. obronności USA zajmujący się Zatoką Perską.
Niektórzy zaś uważają, że Stany Zjednoczone przygotowują teraz grunt i „kształtują pole bitwy” na taką właśnie możliwość:
Jak wspomniano powyżej, wczoraj Stany Zjednoczone faktycznie uderzyły w kilka kluczowych mostów łączących nadmorski region Bandar-Abbas z sąsiednimi zachodnimi regionami Larestan i Szyraz:
Przypomnijmy, że izraelski plan zakładał wysłanie wojsk kurdyjskich przez granicę iracką do Iranu, a niedawno Stany Zjednoczone wszczęły w Iraku swoisty antyirański zamach stanu. Spekuluje się, że miały one na celu przygotowanie gruntu pod atak lądowy na Iran, poprzez osłabienie irańskich sojuszników w Iraku.
Trump może naiwnie liczyć, że inne kraje Zatoki Perskiej staną na wysokości zadania i zaoferują podobne wsparcie, co jest raczej mało prawdopodobne.
Trump jest karmiony dezinformacją na temat Iranu przez swoje skorumpowane przez Mossad rury. Na przykład, spójrzcie na poniższą wymianę zdań, w której Trump demonstruje całkowity brak wiedzy – a nawet troski – o to, ile siły bojowej pozostało Irańczykom:
Zatem: „Nikt nie wie”, ile rakiet ma Iran, nawet Trump czy Stany Zjednoczone. Ale bez obaw, Iran „wkrótce zostanie pokonany”, zauważa nonszalancko chełpliwy prezydent USA:
Could not load video.
Jeśli chodzi o Hormuz, CENTCOM nadal udaje, że jest w pełni „otwarty”, podczas gdy nawet neutralni przewoźnicy morscy śmieją się USA w twarz:
Przeczytaj poniższą wymianę zdań, o której donosi WSJ, a będziesz się śmiać do rozpuku:
Z drugiej strony Trump wydaje się uważać, że „ropa płynie jak nigdy dotąd”, co potwierdza kolejny szalony wywód:
Niektórzy eksperci sugerują obecnie, że Iran może „przesadzać” ze swoją pozycją w Hormuzie, ponieważ kraje Zatoki Perskiej powoli przekierowują ropę naftową rurociągami śródlądowymi, do tego stopnia, że teoretycznie Hormuz nie miałby już dla Iranu żadnych wpływów.
Problem z tą tezą polega na tym, że nie rozumie ona istoty całej wojny. Hormuz stał się dogodnym punktem odniesienia dla administracji USA, po części dlatego, że po przegranej wojnie z Iranem, Trump uważa, że wyzwolenie Hormuz może posłużyć jako szybki sposób na ucieczkę i kontrolę szkód, aby uratować twarz.
W rzeczywistości Ormuz nie ma nic wspólnego z niezdolnością USA do pokonania Iranu, obalenia jego przywódców i przekształcenia kraju w podzielone państwo klienckie i republikę bananową w jednym.
Ormuz nie miał nic wspólnego z niezdolnością USA do obrony swoich baz przed atakami irańskimi, które uszkodziły lub zniszczyły znaczną część najważniejszych amerykańskich aktywów regionalnych. Usunięcie Ormuz z równania nie zmieniłoby faktu, że bezcelowa kampania bombardowań USA nie jest w stanie sparaliżować państwa irańskiego do punktu, z którego nie ma już odwrotu.
Krótko mówiąc: Iran skutecznie obronił się przed zmasowanym atakiem ze strony Izraela i USA, wykorzystując własne środki militarne, które mają niewiele wspólnego z Ormuz i niewiele się od niego zależą.
Oczywiście, cieśnina nakłada na USA pewien rodzaj presji, ponieważ ożywienie gospodarcze powoli się wyczerpuje, a ceny ropy rosną. Ale nawet gdyby to odjąć, wciąż pozostają inne ważne „czynniki”, takie jak kurczące się zapasy broni w USA, słabnący krajowy kapitał polityczny itp.
Nie wspominając już o tym, że Iran mógłby zaatakować nowo proponowane rurociągi i infrastrukturę, co w zasadzie całkowicie przekreśliłoby cały projekt.
Najnowsze zdjęcia satelitarne pokazują, że najnowsze ataki Iranu ponownie zniszczyły większą część baz USA i ich sojuszników.
Nadal nie odnotowano żadnych ofiar, a po irańskich atakach ponownie zauważono dużą liczbę samolotów C-17 przystosowanych do ewakuacji medycznej opuszczających region.
Iran przeprowadza zmasowane ataki na kluczowe obiekty USA i sojuszników
▪️Zdjęcia satelitarne pokazują rezultaty ataków Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na amerykańską stację radarową nadzoru morskiego na skałach Salam, a także na radar obrony powietrznej w rejonie Ghanam w Omanie. ▪️Iran ogłosił również ataki na trzy budynki w kompleksie wojskowym Zaid w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz na bazę króla Faisala w Jordanii.
Flota samolotów MQ-9 Reaper również była dalej masakrowana, kolejny samolot został zestrzelony przez siły irańskie:
Could not load video.
Kolejny amerykański bezzałogowy samolot rozpoznawczo-szturmowy MQ-9A Reaper zestrzelony przez irańską obronę przeciwlotniczą został odnaleziony w górach okręgu Dehloran, w południowej części prowincji Ilam, graniczącej z Irakiem.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) informował wcześniej, że jeden z jego systemów obrony przeciwlotniczej zestrzelił MQ-9A gdzieś w pobliżu Andimeshk, na północy prowincji Chuzestan. Musi to być ten sam dron, ponieważ okręgi Andimeshk i Dehloran graniczą bezpośrednio ze sobą.
Stany Zjednoczone ponownie rozpoczęły masowy transport lotniczy z Europy na Bliski Wschód, w tym wysyłanie większej liczby myśliwców, co może oznaczać kolejne rundy ataków:
Biorąc pod uwagę ostatnią aktywność amerykańskiej floty transportowej w regionie, wydaje się, że Amerykanie ponownie gromadzą zasoby na potrzeby ataków na Iran. Most powietrzny działa z niemal taką samą intensywnością, jak przed rozpoczęciem operacji „Epic Fury”.
Wybitny irański naukowiec Seyed Marandi twierdzi, że Trump z całą pewnością planuje pewnego rodzaju inwazję lądową, we współpracy z sojusznikami z Zatoki Perskiej:
Wszystko zależy od tego, czy Trump uważa, że irański odstraszacz został „dostatecznie cofnięty” w głąb lądu, jak zasugerował na samym początku. Gdyby jego doradcy poinformowali go, że obszar jest bezpieczny, mógłby podjąć jakąś próbę, ale wszystko wskazuje na to, że potrzeba by było dużo czasu na dalsze bombardowanie i degradację irańskich aktywów, aby w ogóle zbliżyć się do takiego punktu.
Iran z drugiej strony nadal grozi zamknięciem Bab Al-Mandab, traktując to jako ostateczną dźwignię eskalacji, gdyby USA przystąpiły do bombardowania irańskich elektrowni i innych kluczowych obiektów infrastruktury cywilnej.
Na pożegnanie, w materiale filmowym, ukazującym bezsilność USA w walce z Iranem w Ormuz, można usłyszeć łamiący się głos Rubia, który histerycznie zachowuje się jak „Karen”, grożąc jednocześnie kontaktem z departamentem „HR” ONZ w sprawie Iranu:
Could not load video.
Jaki jest cel ONZ? – pyta – skoro organizacja ta odmawia podjęcia działań w sprawie dominacji Iranu nad Ormuzem.
No cóż, zobaczmy, Marco: Hormuz był całkowicie otwarty, zanim rozpocząłeś niesprowokowaną wojnę agresywną z Iranem. Teraz twój urzędujący prezydent nie tylko wysadza statki w cieśninie – tak jak robi to Iran – ale, niczym w lustrzanym odbiciu, planuje nawet zacząć pobierać opłaty od krajów tranzytowych.
NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)
Taki scenariusz zapowiada Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Izby Lekarskiej. Na taki scenariusz wskazują też ujawniane obecnie liczby dotyczące różnych współczynników oraz zadłużenia szpitali, które rośnie w naprawdę szokującym tempie.
Tak zwane wymagalne zadłużenie szpitali (wymagające natychmiastowej spłaty, termin płatności już minął) już w tej chwili wynosi 5 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 800 mln zł. Kolejki na różne zabiegi, do specjalistów i do szpitali pęcznieją, a rośnie właściwie tylko jedno: koszty funkcjonowania systemu.
Pensje lekarzy osiągają jakieś zupełnie niebotyczne rozmiary. Innymi słowy, mamy sytuację, w której przeciętny Polak jest zdojony z pieniędzy na służbę zdrowia, nie dostaje usługi, ale za to lekarze – i pielęgniarki zresztą też – są wyjątkowo wysoko opłacani. Można wręcz powiedzieć, że dla lekarzy i pielęgniarek pacjent jest dziś w tym systemie elementem zbędnym, jeśli chodzi o leczenie, natomiast niezbędnym, jeśli chodzi o płacenie.
Doszło do paradoksalnej sytuacji: wyjątkowo wysokie ceny dotyczą usług, których po prostu nie ma. Owszem, są one dostępne dla pewnej grupy szybko i sprawnie, ale ta grupa to pacjenci VIP-owscy, ludzie mający jakieś powiązania z lekarzami.
W Polsce jest w tej chwili 142 tys. lekarzy. Do tego dochodzą pielęgniarki. Można szacować, że mniej więcej milion osób jest w bezpośrednim, rodzinnym związku ze służbą zdrowia i rzeczywiście ma dostęp do usług. Problem polega na tym, że w Polsce mieszka nie jeden milion lekarzy i ich rodzin, ale 38 milionów ludzi. Cała reszta ma już z tą służbą zdrowia, z dostępem do niej i z zabiegami bardzo duży problem. Podkreślmy, że sumy wydawane na ten system są rekordowe. W tym roku będzie to w granicach 250 miliardów złotych plus 70–80 miliardów w systemie prywatnym.
Wydaje się, że czas na prawdziwą ocenę tej sytuacji i na prawdziwą rewolucję. Dlatego chciałbym Państwu krótko opowiedzieć, jaki jest obecny stan rzeczy, jak do niego doszło i co można zrobić, żeby z tym absurdem skończyć.
Akcje nacisku na zwiększenie płac
Pierwszy mechanizm tego kryzysu polega na tym, że pieniądze w systemie zaczęły coraz słabiej wiązać się z realnym leczeniem pacjentów, a coraz mocniej z pozycją zawodową i polityczną grup, które potrafiły wymusić dla siebie uprzywilejowane warunki.
Po pierwsze mamy do czynienia z oderwaniem zarobków od jakichkolwiek zabiegów i jakiejkolwiek realnej pracy lekarskiej. W jaki sposób lekarze tego dokonali? Dokonali tego zadziwiającego dzieła poprzez trwającą dekadę akcję nacisku na zwiększanie płac.
Te naciski były prowadzone naprawdę na każdy możliwy sposób. Czytelnicy pamiętają zapewne miasteczka namiotowe, pamiętają zbieranie podpisów – w swoim czasie lekarze zebrali ich około 250 tysięcy – po to żeby ich płace zostały podwyższone. Jest dosyć łatwo takie podpisy zebrać, ponieważ lekarzy jest bardzo dużo. Wystarczy, że podpisze się lekarz, podpisze się żona i 300 tysięcy podpisów jest.
To jest bardzo duża, wpływowa grupa. Oprócz tego swoją rolę odegrały poszczególne związki zawodowe i poszczególne frakcje lekarzy – pamiętają Państwo choćby rezydentów. W ogóle kwestia rezydentów jest dla mnie jednym z największych i najgrubszych skandali, ponieważ jeżeli ktoś rzeczywiście chce być lekarzem, to musi tę rezydenturę odbyć. Jeżeli jest na takiej rezydenturze, to jest tak naprawdę na praktyce. No trudno, taki sobie zawód wybrał. Ta praktyka nie powinna być tak naprawdę płatna.
Ta praktyka powinna być darmowa, bo to przecież lekarzowi rezydentowi zależy na tym, żeby jeszcze czegoś się nauczyć. To jest zawód jak każdy inny. Oczywiście tworzy on pewną sytuację psychologiczną i roztacza wokół siebie aurę jakiejś szczególności, bo przecież bardzo często chodzi tu o życie człowieka, o operacje na jego ciele. Można więc powiedzieć, że pacjent nabiera wobec lekarza niemal mistycznego podejścia. Ale jeżeli rozebrać relację pacjent–lekarz z tej całej psychologii, z tego całego sacrum – zwłaszcza że sami lekarze dawno już zdjęli ze swojego zawodu owo sacrum i traktują pacjenta raczej jak skórę czy mięso – to wtedy mamy do czynienia po prostu z pewnymi usługami. Te usługi wymagają kwalifikacji, ale też nie przesadzajmy, że wszyscy lekarze są geniuszami albo osobami o jakichś szczególnych możliwościach intelektualnych. Tak niestety nie jest.
Ten zawód trzeba odmitologizować. To są ludzie jak wszyscy inni, którzy wykonują pewne rzemiosło i za to rzemiosło powinni otrzymywać wynagrodzenie proporcjonalne do wykonywanej pracy. Ale tak jak powiedziałem, z uwagi na ich strategiczne usytuowanie oraz na trwające dekadami naciski – często brutalne, często przybierające formę szantażu wobec polityków – doszło do tego, że te płace wystrzeliły.
Powiązanie zarobków ze współczynnikami gospodarczymi
Zaczęło się oczywiście od postulatów, żeby wiązać płace lekarskie z określonymi współczynnikami gospodarczymi – oczywiście w taki sposób, by znajdowały się powyżej tych wskaźników. Chodziło na przykład o to, aby wynagrodzenie lekarza było dwukrotnością średniej krajowej. I tam trwały dyskusje, czy ma to być 1.3, 1.7, 1.6 itp. średniej.
Innymi słowy, siadali sobie przedstawiciele tych zawodów i mówili: lekarz musi – nie wiadomo dlaczego – zarabiać 1,7 średniej krajowej. A wtedy ktoś liczył, liczył, liczył i wychodziło mu: nie, nie, nie, to jednak trochę za dużo pieniędzy, dajmy 1,62.
A ci mówili: nie, nie, nie, dajmy 1,67. I tak te dyskusje trwały w nieskończoność. Oprócz tego wymyślono jeszcze współczynniki związujące wydatki na opiekę zdrowotną z PKB.
Wydatki na opiekę zdrowotną miały być więc powiązane z PKB. I oczywiście koniecznie musiały osiągnąć 7 proc. Dlaczego akurat 7? Dlatego że ktoś sobie zerknął, jak to wygląda w innych krajach i wyszło mu, że w niektórych państwach jest to nawet 9–10 proc., na przykład w Stanach Zjednoczonych. W innych oczywiście jest mniej, ale na to już nie zwracamy uwagi. Zwracamy uwagę tylko na to, gdzie jest więcej. W związku z tym żądano, aby zwiększać wszystkie te wydatki właśnie do takiego poziomu.
Więc z jednej strony mieliśmy multiplikację średniej krajowej, z drugiej – stosunek wydatków do PKB, a oprócz tego jeszcze współczynniki związane z inflacją, naciski i zmiany urzędników w państwie. W pewnym momencie nikt już tak naprawdę nad tym wszystkim nie panował. Nikt nie wiedział, ile ci lekarze rzeczywiście zarabiają.
Tajemnica wokół zarobków
Proszę sobie wyobrazić, że od trzech miesięcy polski rząd stara się ustalić, ile zarabiają lekarze i nie jest w stanie tego zrobić. Dlaczego? Otóż oprócz tych współczynników, to rząd wstawił w wykonywanie zawodu lekarza, też poprzez presję samych lekarzy, a konkretnie pewnej szlachty lekarskiej, szereg różnych barier, który to szereg różnych barier sprawiał, że pewne dosyć wąskie grupy miały monopol na wykonywanie określonych czynności, a te czynności musiały być wykonywane we wszystkich szpitalach.
Zasób ludzi dopuszczonych do tych czynności był ograniczony. Dotyczyło to choćby anestezjologów, a później także różnych chirurgów, kardiologów czy ortopedów.
Doprowadzono do tego poprzez stawianie różnych ograniczeń: zaczęło brakować ludzi, ponieważ do pewnych czynności dopuszczeni byli tylko ci, którzy sami wcześniej zadbali o to, by dostęp do tych czynności był zamknięty dla osób bez określonych uprawnień. Potem mówili: skoro znaleźliśmy się w takiej sytuacji, możemy oczywiście robić – albo fingować robienie tych rzeczy w dziesięciu szpitalach. Będziemy tam obecni, ktoś tak naprawdę wykona za nas zabiegi, ale my będziemy je żyrowali, bo mamy administracyjne możliwości, żeby je wykonywać. Dzięki temu że podpiszemy się pod udziałem w danej czynności, a ktoś inny wykona ją za nas, wszystko będzie formalnie legalne. I nagle okazało się, że pojawiła się kwestia kontraktów.
Innymi słowy, tych ludzi nie ma na etatach w poszczególnych jednostkach służby zdrowia, ale podpisują kontrakty. Potem w zasadzie ich tam nie ma: pojawiają się na chwilę, są pod telefonem albo przyjeżdżają wtedy, gdy trzeba. Mają w jednym szpitalu kontrakt na 50 tysięcy, w drugim na 50 tysięcy, w trzecim na 50 tysięcy, w czwartym etat, do tego przychodnię, funkcję w izbie lekarskiej – i nagle okazuje się, że zarabiają 4 miliony rocznie. Ja cały czas czekam na rekordzistę, bo skoro wiemy o kardiologu z Olsztyna, który w jednym miesiącu zarobił milion złotych – podobno w innych miesiącach mniej – to skłania mnie to do konstatacji, że jeśli dobrze poszukamy, okaże się, iż są lekarze zarabiający 10 milionów złotych rocznie.
Milionerzy jako radni
Co to tak naprawdę znaczy? Mamy oczywiście w Polsce około dwudziestu miliarderów. Mamy ludzi, którzy posiadają setki czy dziesiątki milionów złotych, ale to są z reguły osoby prowadzące jakiś biznes, działalność gospodarczą, która z jakiejś przyczyny okazała się zyskowna. Często pracują na te firmy przez całe lata, czasem przez pokolenia.
A tu nagle pojawiają się ludzie tacy jak domniemany dziesięciomilionowiec – przy czym cztero- i pięciomilionowców mamy już stwierdzonych – którzy przez dziesięć lat zarabiają 100 milionów złotych albo 50 milionów złotych, czyli tyle, ile właściciele wielopokoleniowych firm przez dekady.
Proszę sobie wyobrazić, że lekarz, który zarabia 5 milionów złotych rocznie, przez 30 lat zgromadzi 150 milionów złotych. Łatwo to przeliczyć. I wszystko to pochodzi wyłącznie z kieszeni podatnika.
Przecież dobrze wiadomo, że bodźcowanie pracowników pieniędzmi działa tylko do pewnego momentu. Mamy elastyczność popytu, mamy elastyczność podaży, ale mamy też elastyczność przychodów. Innymi słowy, każda następna złotówka jest dla danej osoby mniej warta. Dlatego dla biednych każdy grosz się liczy, a dla bogatych tysiące można wydawać i nie robi to żadnego wrażenia na tym bogatym. No bo jeżeli zarobi milion, to co to jest dla niego tysiąc? Jeżeli zarobi 10 milionów, to co to jest dla niego pół miliona?
W pewnym momencie takiego lekarza nie interesuje już leczenie. Jeśli chodzi o pieniądze, interesuje go co najwyżej utrzymanie status quo. Skupia się na tym, żeby mieć dostęp do tych pieniędzy – zwłaszcza jeśli dochodzi do tego jeszcze czynnik stabilizujący w postaci polityki. I stąd największymi milionerami w systemie leczniczym są radni – lekarze.
Dlaczego bycie radnym jest dla nich takim elementem stabilizującym karierę? Dlatego że szpitale – w tym idiotycznie skonstruowanym systemie – finansowane są ze wspólnego garnka jednej organizacji, czyli Narodowego Funduszu Zdrowia, ale formalnie ich własność jest z reguły samorządowa. Może to być samorząd na poziomie powiatowym, ale może być też inny poziom – w zależności od rodzaju placówki. Innymi słowy, jeżeli jesteś radnym w danym rejonie, to po pierwsze dobrze wiesz, dokąd płyną pieniądze, bo w ramach wykonywania obowiązków radnego takie informacje do ciebie docierają. Wiesz więc, gdzie się zahaczyć, żeby mieć odpowiedni dopływ pieniędzy. Co więcej, jeżeli jesteś radnym i jeszcze z układu, który w tym miejscu rządzi, to przecież nikt nie odmówi ci tych wszystkich posad, bo jesteś panem radnym. To ty decydujesz tak naprawdę o tych szpitalach, o ich losie i funkcjonowaniu.
Dlatego radni-lekarze, lekarze-radni natychmiast sytuują się we wszystkich możliwych placówkach. I mamy ludzi, którzy najwyraźniej posiadają zdolność bilokacji: jak teraz wiemy, zarabiają przeciętnie milion osiemset, milion siedemset, milion pięćset, dwa miliony, a rekordzista – cztery miliony. Ten rekordzista wzbogacił jeszcze szpitalny repertuar o własną przychodnię i załatwił dla niej kontrakciki. Bo proszę Państwa, w Polsce system działa tak, że przychodnie dostają pieniądze niezależnie od tego, czy ktoś się tam pojawi, czy nie – per capita. Wystarczy, że ktoś się do niej zapisze, a każdy człowiek: pan, pani, ja, jest do jakiejś przychodni zapisany. Gdy już jest zapisany, co miesiąc płyną tam pieniądze. Dlaczego te pieniądze nie płyną na moje konto – na moje konto pacjenta – żeby zbierał się tam kapitał pacjenta? Wtedy po pewnym czasie miałbym własny kapitał pacjenta i sam decydowałbym, gdzie te pieniądze wydam: w jakiej przychodni, w jakim szpitalu i tak dalej.
Może wtedy na SOR-ze, jeżeli przyjechałbym z tym moim kapitałem i powiedział: halo, halo, ja tu mam 100 tysięcy złotych, mogę u was wydać 20 tysięcy na SOR-ze, to wtedy nie usłyszałbym: „proszę czekać”, tylko: „ma pan 20 tysięcy, proszę natychmiast tutaj, szybka ścieżka, triaż pana nie obejmuje i pan wjeżdża”. System rynkowy, w którym pieniądze idą za pacjentem, został odwrócony. Pieniądze idą za radnym, za profesorem, za lekarzem, za pielęgniarką, za dopuszczonym do żłobu w określonej dziedzinie, a pacjent ma tylko płacić.
Szpitale na skraju przepaści
Nic więc dziwnego, że mamy dziś taką sytuację. Zacytuję Państwu jednego człowieka, który jest członkiem Rady Nadzorczej NFZ-u i od czasu do czasu pokazuje różne dane. Krótko mówiąc, jest świadkiem tego, co dzieje się w tym systemie, a te dane są naprawdę zupełnie szokujące. Pokazują, że król jest totalnie nagi. Weźmy przykład: od 1 stycznia 2026 roku rząd obniżył stawkę na wyżywienie pacjentów w szpitalach z 25 złotych 62 groszy do 20 złotych 90 groszy dziennie. I w szpitalu, w którym koordynator zarabia bimbaliony, podaje się takie śniadanko. To oczywiście symbol, ale przytoczę Państwu szokujące dane od Łukasza Kozłowskiego.
Łukasz Kozłowski to właśnie członek Rady NFZ-u, a oprócz tego członek Rady Nadzorczej ZUS-u i główny ekonomista Federacji Przedsiębiorstw Polskich. Obserwuję jego media społecznościowe od dłuższego czasu i widzę, że na liczbach się zna. Lekarze zarabiają bimbaliony, w lipcu dostali szokującą podwyżkę, a tymczasem początek tego roku przyniósł gwałtowny wzrost zaległości płatniczych publicznych szpitali.
W samym pierwszym kwartale 2026 roku, czyli w ciągu trzech miesięcy, zaległości płatnicze wzrosły o 830 mln zł. To 19,6 proc. kwartał do kwartału, a w ujęciu kwotowym najwyższy wzrost od 2003 roku, odkąd gromadzone są dane. Jeszcze całkiem niedawno te zaległości utrzymywały się na poziomie 2 mld zł, spadały nawet do 1,8–1,9 mld zł, ale od 2023 roku – nie bez powodu właśnie od tego momentu – zaczęły dynamicznie rosnąć. Teraz rosną już w sposób po prostu szokujący.
Dokładnie tak samo jak rosną pensje lekarzy. Całe to zadłużenie, cały wzrost pieniędzy wrzucanych do NFZ-u nie idzie na pacjentów, tylko na te nieszczęsne pensje lekarzy.
W momencie kiedy pikują zarobki lekarzy, podwyżki, kontrakty i nie wiadomo, co jeszcze, o 53 tysiące wzrosła liczba oczekujących w kolejce do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. To wzrost o 6,8 proc. w jednym kwartale. O 15 800 pacjentów zwiększyła się też kolejka w leczeniu szpitalnym, czyli – mówiąc potocznie – kolejka do szpitala.
W jednym kwartale wzrosła ona o 13,9 proc. A jeśli chodzi o wybrane świadczenia specjalistyczne – czyli dostęp do okulisty, ortopedy i innych specjalistów – liczba pacjentów w kolejce zwiększyła się o 140 300 osób. To aż 18,1 proc. w jednym tylko kwartale.
Mamy szokujący wzrost uposażeń lekarzy i jednocześnie szokujący spadek dostępności świadczeń. Im więcej pieniędzy w systemie, tym gorsza dostępność świadczeń. Pamiętają może Państwo występy Nitrasa z Arłukowiczem, kiedy mówili, że nie będzie żadnych kolejek, żadnych limitów, że będzie tak, jak mówił z kolei Hołownia: to lekarz będzie do Państwa dzwonił i pytał, jak się czujecie, oraz zapraszał do specjalisty, na zabieg czy na cokolwiek innego.
Nic takiego się nie stało. Stało się coś dokładnie odwrotnego. Jedynymi, którzy zyskali przez ostatnie trzy lata w służbie zdrowia, są lekarze. Tusk nie zlikwidował ustawy, która indeksuje pensje lekarzy na poziomie przekraczającym inflację o jakieś zupełnie niestworzone liczby. A za pensjami idą kontrakty, bo pensje są częścią koszyka świadczeń.
Mamy wyceny poszczególnych zabiegów i kiedy rośnie pensja, to oczywiście musi wzrosnąć także wycena. Pani, która jest teraz ministrem zdrowia, sama jest wychowanicą tego systemu. Sama była dyrektorką szpitala. To ona jest jedną z tych partyjniaczek, które na tym systemie zarabiają.
Jakie jest wyjście?
Państwowej służby zdrowia nie da się oczywiście uleczyć. Dlaczego się nie da? Dlatego że świadczenie zdrowotne jest czymś, czego popytu nie da się w pełni zaspokoić. Każdy może przecież znaleźć u siebie jakiś problem medyczny. Jeśli nie poważny, typu onkologiczny czy sercowy, to przynajmniej kosmetyczny. Jeśli mamy w konstytucji zapisane, że służba zdrowia jest rzekomo za darmo, czyli że państwo ma to jakoś załatwić, to musiałoby to oznaczać, że nie 7 proc. PKB, nie 8 proc. PKB, nie 10 proc. PKB, tylko 100 proc. PKB powinno być przeznaczone na służbę zdrowia.
A tak naprawdę i tak by tych pieniędzy nie wystarczyło. To oczywiście absurd. Krótko mówiąc, trzeba zacząć ten system powoli prywatyzować.
Trzeba zacząć od drobnych kroków: pieniądze muszą iść za pacjentem, a nie za lekarzem. Pieniądze muszą iść za chorym, a nie za pielęgniarką. Pieniądze muszą iść za tym, kto idzie po świadczenie, a nie za kolejnym papierkiem, który stanowi barierę administracyjną i tworzy grupy uprzywilejowanych lekarzy z dostępem do systemu, bo ten papierek w jakiś sposób sobie załatwili.
Co więcej, pacjent musi dostawać te pieniądze w zależności od tego, ile płaci. Nie może być tak, że niektórzy mają łatwiejsze ścieżki za te same pieniądze, bo są krewnymi, radnymi albo znajomymi królika. Pełne świadczenia dotyczące najpoważniejszych schorzeń – takich jak choroby onkologiczne czy kardiologiczne – powinny być dostępne na zasadach pełnej transparentności i pełnej równości dostępu.
Innymi słowy, musi skończyć się faworyzowanie lekarzy, ich rodzin i polityków. Oczywiście te pierwsze kroki można wykonać szybko i stosunkowo łatwo, ale to jest tylko coś w rodzaju aspiryny na przeziębienie. Żeby naprawdę wyjść z tego przeziębienia, musi zmienić się wszystko – przede wszystkim ekspozycja na czynniki, które to przeziębienie powodują.
A głównym czynnikiem, który tę chorobę powoduje, jest oczywiście to, że służba zdrowia jest państwowa. Musi więc dojść do prywatyzacji systemu i prywatyzacji składek. Dopiero w takim systemie, w którym pacjent jest w centrum, ponieważ to są jego pieniądze i za te pieniądze ktoś go leczy, cokolwiek może się uzdrowić.
Ale tak jak mówię, z uwagi na różne okoliczności tego systemu nie da się go sprywatyzować jednym strzałem. Te resztki systemu trzeba jednak uzdrowić poprzez radykalne zmniejszenie pensji lekarzy, radykalne ograniczenie różnego rodzaju układów nepotystycznych – czyli wyrzucenie wszystkich partyjniaków z zarządów szpitali, stopniowe przechodzenie na wykonywanie usług przez podmioty zewnętrzne działające na rynku, a na końcu doprowadzenie do zasadniczej reformy polegającej na tym, że pacjenci płacą sami za siebie.
Szkoła Ameryk (Escuela de las Américas) jest niezwykłym przejawem zinstytucjonalizowanej manipulacji politycznej oraz terroru. Szkoła ta powstała z inicjatywy Waszyngtonu i miała (i ma nadal) za zadanie utrzymanie amerykańskiej kontroli nad latynoamerykańskimi państwami poprzez zapewnienie sobie wpływu na armie i policje tych krajów.
Szkoła ta, pomimo że jej motto brzmi: „Wolność, Pokój, Braterstwo”, jest w Ameryce Łacińskiej powszechnie znienawidzona z powodu aktywności, jaką prowadzi w krajach rozciągających się na południe od Rio Grande. Od 2001 roku występuje ona pod nazwą hiszpańską Instituto del Hemisferio Occidental para la Cooperación en Seguridad (Instytut Współpracy w dziedzinie Bezpieczeństwa Półkuli Zachodniej) lub angielską The Western Hemisphere Institute for Security Cooperation. Nazwa hiszpańska jest częściej stosowana, gdyż językiem wykładowym szkoły jest język hiszpański. Starsze określenie szkoły, Escuela de las Américas, jednak się utrwaliło i potocznie do dziś jest stosowane. Szkoła mieści się w Fort Benning (obecnie przemianowanym na Fort Moore) w stanie Georgia, USA. Obecnym szefem szkoły jest pułkownik Michael P. Rogowski.
Szkoła została założona w 1946 roku w zachodniej części strefy Kanału Panamskiego, znajdującej się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. Szkoła wówczas nazywała się Centro de Entrenamiento Latinoamericano. División de Tierra (Centrum Szkolenia Latynoamerykańskich Sił Lądowych), a jej siedzibą był Fort Amador. Już w 1949 roku szkołę przeniesiono do Fort Gulick w innej części strefy kanałowej, zmieniając jednocześnie jej nazwę na Escuela del Caribe de Ejército de EE. UU. (Szkoła Amerykańskiego Wojska w Rejonie Karaibów). W 1963 roku otrzymała nową nazwę – Escuela de las Américas (lub School of the Americas – SOA), ale wśród nacji latynoskich jest określana najczęściej mianem Academia de Asesinos (Akademia Morderców).
Przed jej gmachami w Panamie odbywały się nieustanne demonstracje domagające się zamknięcia szkoły. Jako że wszystkie te protesty odbywały się w atmosferze niechęci do Stanów Zjednoczonych, Ronald Reagan przeniósł szkołę do Fort Benning, gdzie funkcjonuje do dziś. W szkole kształcą się żołnierze i oficerowie latynoscy, często osiągający dzięki temu awanse na wysokie szarże. Zadaniem oficjalnym szkoły było poprawianie kwalifikacji żołnierzy z krajów latynoskich w dziedzinie ćwiczeń artyleryjskich, reperacji pojazdów wojskowych, zajęć z działań piechoty, poprawiania ogólnej sprawności fizycznej, a nawet kuchni wojskowej. W istocie rzeczy uczniowie szkoły od początku przechodzą intensywny kurs ideologiczny Bezpieczeństwa Narodowego, oparty na amerykańskiej doktrynie wojennej. Utrzymanie stabilizacji danego państwa jest podstawą tej narracji. Nie bierze się pod uwagę, że system wyzysku i ograbiania miejscowych gospodarek przez amerykańskie koncerny siłą rzeczy zaburza tę właśnie stabilność.
Wychowankowie
Szkoła Ameryk w czasie swego długiego istnienia wyedukowała ponad 60 000 żołnierzy latynoskich, w tej liczbie 10 prezydentów, 38 ministrów obrony i 70 różnego rodzaju komendantów wojskowych. Jej absolwenci stanowili dość homogeniczny zestaw ludzi, który tworzyli głównie żołnierze i policjanci. Dzięki poparciu szkoły, a tym samym rządu Stanów Zjednoczonych, wielu z nich awansowało na wysokie rangi oficerskie. Wśród nich wymienić można takich wojskowych jak: gen. Jorge Rafael Videla, gen. Roberto Eduardo Viola, gen. Leopoldo Galtieri określający się jako „pupilek Waszyngtonu” (przywódcy faszystowskiej junty rządzącej Argentyną w latach 1976–1983), gen. Hugo Banzer (dyktator Boliwii w latach 1971–1978 oraz 1997–2001, odpowiedzialny za 4000 zaginionych i zabitych), gen. Manuel Contreras (szef osławionej tajnej policji DINA, zwanej powszechnie „gestapo Pinocheta”), gen. Hernán José Guzmán Rodríguez (Kolumbia, współpracujący z faszyzującymi bojówkami narkotykowymi Muerte a Secuestradores), Raoul Cédras (dyktator Haiti w latach 1991–1994), Guillermo Rodríguez (dyktator Ekwadoru w latach 1972–1976), kapitan Juan Oreldo Urbine (Urugwaj), Vladimiro Montesinos (Peru, szef wywiadu wojskowego w rządzie dyktatora Alberto Fujimoriego), gen. Efraín Ríos Montt (dyktator Gwatemali w latach 1982–1983), gen. Gustavo Adolfo Álvarez Martínez (dowódca szwadronów śmierci w Hondurasie w latach 1981–1984) etc.
Przez Akademię Morderców przewinęło się mnóstwo ludzi różnego autoramentu. Jednym z ciekawszych przypadków był Luis Arce Gómez, boliwijski gangster narkotykowy. Poprzez matkę był blisko spokrewniony z „królem kokainy” Roberto Suárezem Gómezem. W 1980 roku „król kokainy” sfinansował prawicowy, wojskowy zamach stanu w Boliwii, który przeprowadził generał Luis García Meza. W zamian za wsparcie narkomafia została wynagrodzona teką ministra spraw wewnętrznych, którą otrzymał Luis Arce Gómez. Zamach stanu wspomógł także żyjący jeszcze wtedy „kat Lyonu”, Klaus Barbie, który zwerbował dla generała Mezy kilkuset faszystów z Europy Zachodniej. Generał Meza i Arce Gómez rządzili około półtora roku. Przez ten czas wysłali na tamten świat ponad 500 osób, a 4000 umieścili w więzieniach.
Nie wszystkim swoim wychowankom Szkoła Ameryk zdołała jednak zepsuć psychikę. Peruwiański generał Juan Velasco Alvarado, wychowanek Akademii Morderców, w 1968 roku przeprowadził w Peru zamach stanu w interesie Indian i rolników. Przeprowadził reformę rolną, wywłaszczył za odszkodowaniem niektóre amerykańskie koncerny. Uczynił język keczua (quechua) językiem równoprawnym obok hiszpańskiego. Jego pogrzeb w 1975 roku był wielką manifestacją poparcia społecznego i żalu z powodu śmierci generała. W pogrzebie wzięło udział około milion osób. Trochę podobnym przykładem był prezydent Panamy, Manuel Noriega, zwany „Ananasem”. Początkowo współpracował z CIA, ale później odrzucił żądania Reagana, by renegocjować warunki użytkowania Kanału Panamskiego. W odpowiedzi w 1989 roku doczekał się amerykańskiej inwazji. Został pojmany i w Miami skazany na 40 lat więzienia za handel narkotykami (media amerykańskie zarzucały mu także oglądanie pornografii, skłonności homoseksualne, noszenie czerwonych kalesonów etc.).
Zupełnie odmiennym przypadkiem jest sprawa sławetnego Augusto Pinocheta. Był on wychowankiem Akademii Morderców, o czym wzmiankuje wiele publikacji, ale ostatnio pojawił się trend negowania jego związków z tą szkołą. Sztuczna Inteligencja twierdzi, że Pinochet nie studiował w Escuela de las Américas, mimo że wszystkie jego posunięcia bezdyskusyjnie wskazują, że w tej szkole odebrał odpowiednie nauki. Wydaje się, że obecnie Szkoła Ameryk pragnie się odciąć od tego „gwiazdora”, którego wyczyny są doskonale znane międzynarodowej opinii publicznej.
Metody działania
Szkoła przeżyła wstrząs ideologiczny i mentalny po zwycięstwie rewolucji na Kubie. Waszyngton uznał, że jego strefa wpływów, doskonale wyrażona przez doktrynę Monroe, może zostać zagrożona. W efekcie kursy ideologiczne stały się prawdziwym praniem mózgów. Uczono tam nienawiści do lewicowości we wszystkich przejawach, do związków zawodowych i do autochtonów, którzy zostali uznani za element niepewny. Czynniki decyzyjne w Waszyngtonie uznały, że muszą zastosować bardziej bezwzględne i okrutne metody, by utrzymać wpływy i dominację w Ameryce Łacińskiej.
W 1963 roku pod patronatem Jamesa J. Angletona, członka mrocznej organizacji Skull & Bones i pracownika Uniwersytetu Yale, CIA stworzyła podręcznik tortur zwany „Kubark Counterintelligence Interrogation”. W 1983 roku CIA wydała następne tego typu dzieło pt. „Human Resource Exploitation Training Manual”. Nazwa Kubark była zaszyfrowanym skrótem odnoszącym się do samej CIA. Kubark był dokumentem ściśle tajnym i przez około 30 lat nikt nie wiedział o jego istnieniu. Był jednym z podstawowych podręczników, na bazie którego szkolono tysiące adeptów Szkoły Ameryk. Agenci CIA określali Kubark mianem „inteligentnego przesłuchania”.
Wstępne metody postępowania związanego z przesłuchaniem obejmowały psychiczne zastraszanie, wyznaczanie nagrody pieniężnej za głowę poszukiwanego, zmuszanie do przyjmowania narkotyków i różnych innych substancji psychoaktywnych, takich jak temazepam, etanol, hioscyna, tiopental etc. By szantażować przesłuchiwanego, zalecane było porywanie członków jego rodziny i ewentualne pastwienie się nad nimi. Fizyczne znęcanie się nad pochwyconym obejmowało m.in.: bicie, kopanie, wieszanie ze związanymi na plecach rękami, trzymanie głowy przesłuchiwanego przez pewien czas w mocno nasolonej wodzie, kłucie, przypalanie prądem elektrycznym szczególnie unerwionych miejsc, głodzenie, nieustanne wybudzanie ze snu.
Nauczycielami byli często członkowie amerykańskich, elitarnych jednostek specjalnych, np. Zielonych Beretów. Pewien żołnierz salwadorski wspominał, jak pewnego dnia Zielone Berety przyprowadziły do jego garnizonu 16-letniego chłopca, oskarżonego o przynależność do partyzantki, i kazały miejscowym żołnierzom wbijać mu bagnety w palce i wyrywać paznokcie. Chłopca poddano także innym torturom, w skutek których zmarł.
Wszyscy pochwyceni musieli zostać rozebrani do naga i byli często przetrzymywani z kapturem na głowie, z założonymi kajdanami na rękach i nogach. Schwytanych umieszczano w ukrytych, zaimprowizowanych obozach koncentracyjnych. Obozy te lokowano najczęściej w niepozornych miejscach, na peryferiach miast albo w buszu, z daleka od siedzib ludzkich. W Chile, w okresie dyktatury Pinocheta, jednym z większych i bardziej znanych obozów koncentracyjnych była Villa Grimaldi w Santiago, przy Avenida José Arrieta 8200. „Gościła” w swoich murach ponad 4500 osób. Zwano ją także Cuartel Terranova i wsławiła się wyjątkowo okrutnymi torturami. Szefem Villa Grimaldi był brygadier Miguel Krasnoff, Chilijczyk pochodzący z rodziny Kozaków dońskich, urodzony w Austrii. Był dowódcą Brygady Caupolicán, znanej z licznych potajemnych porwań ludzi, zabójstw i stosowania tortur. Miguel Krasnoff był wychowankiem Szkoły Ameryk i był odpowiedzialny za śmierć około 70 osób, w tym za zabójstwo generała Carlosa Pratsa, przeciwnika spisku Pinocheta w 1973 roku.
W Argentynie, w okresie rządów prawicowej junty (1976–1983) szefem policji w prowincji Buenos Aires był generał Ramón Camps, wychowanek Escuela de las Américas. Zarządzał on siecią 29 obozów koncentracyjnych rozsianych na terenie tej prowincji. Ramón Camps miał na sumieniu 32 zabójstwa, 120 przypadków torturowania schwytanych, 2 gwałty, 2 porody sprowokowane torturami, 18 przypadków okradania więźniów, 214 porwań etc. Proces, jaki prowadzono przeciwko niemu, nie przyniósł jednak sprawiedliwości, gdyż w 1990 roku neoliberalny prezydent Carlos Menem udzielił mu ułaskawienia.
W praktyce wobec osób uznawanych za zakłócające stabilizację oprawcy stosowali zarówno tortury zalecone w podręcznikach Kubark, jak i wykazywali się inwencją własną. Doskonałą ilustracją takiej inwencji jest sprawa amerykańskiej siostry zakonnej, urszulanki, Dianny Ortiz. W 1989 roku przebywała ona w Gwatemali z misją edukacyjną i dobroczynną wśród Majów z grupy Ixil. Pewnego dnia została porwana przez żołnierzy gwatemalskich i zaciągnięta do obozu ukrytego w posterunku policji. Tam poddano ją brutalnym przesłuchaniom trwającym 24 godziny. Przesłuchania były przerywane biciem, kopaniem i zbiorowymi gwałtami. Po powrocie na wolność lekarze naliczyli na jej ciele ponad 111 ran spowodowanych tym, że oprawcy gasili na jej plecach płonące papierosy. Gdy Dianna była już półżywa, przesłuchujący wrzucili ją do dołu, w którym leżały trupy razem z żywymi ludźmi, dogorywającymi po torturach. Przypuszczalnie zakończyłaby wtedy życie, ale wśród przesłuchujących był rodowity Amerykanin, którego rozpoznała po angielskim akcencie, z jakim mówił po hiszpańsku. Kumple zwracali się do niego Alejandro. Otóż tenże Alejandro zaproponował, by jej jeszcze nie dobijać. Dzięki temu przeżyła. W stolicy Gwatemali domagała się zadośćuczynienia u ministra obrony Gwatemali, generała Héctora Gramajo – człowieka bezpośrednio odpowiedzialnego za represje, jakich doznała. Gramajo był wychowankiem Escuela de las Américas i ściśle współpracował ze służbami amerykańskimi. Oczywiście nie podjął on tematu i dalej działał zgodnie z dotychczasowym kursem. Wobec tego siostra Dianna przedstawiła swój przypadek w USA, domagając się sprawiedliwości. Rząd Ronalda Reagana odpowiedział jej ustami Thomasa Stroocka, amerykańskiego ambasadora w Gwatemali. Oświadczył on, że Stany Zjednoczone nie mają nic wspólnego z podobnymi okrucieństwami i nie partycypują w nich…
Walka o prawdę i uchylenie rąbka tajemnicy
Prezydent Jimmy Carter, który poważnie traktował pojęcie praw człowieka, zawiesił działalność szkoły. Ronald Reagan po objęciu prezydentury ponownie ją jednak otworzył i udzielił jej szerokiego poparcia. Praktyki wychowanków Akademii Morderców przez długie dziesięciolecia pozostawały w ukryciu. Nikt też nie wiedział o istnieniu podręczników tortur. W 1990 roku amerykański ksiądz Roy Bourgeois stworzył organizację SOA-Watch, która miała uważnie śledzić działalność Escuela de las Américas. Inicjował też protesty przed siedzibą szkoły w Fort Benning. Za taką działalność ksiądz Bourgeois i inni aktywiści zostali aresztowani i skazani wyrokiem sądu na cztery lub więcej lat więzienia.
Działalność Escuela de las Américas była nawet dla niektórych kongresmenów podejrzana. W 1993 roku deputowani Partii Demokratycznej – Marty Meehan, Joseph Kennedy i Joseph Moakley – wystąpili z wnioskiem o zamknięcie szkoły albo przynajmniej o zmniejszenie jej finansowania. W 1996 roku, za prezydentury Billa Clintona, zdecydowano się odtajnić podręczniki stosowane przez nauczycieli z Akademii Morderców. Były to m.in.: „Terrorismo y guerrilla urbana”, „Estudio de Interrogación”, „Inteligencia de Combate”, „Manual de Estudios Contra-Inteligencia” etc. Mimo odsłonięcia rąbka tajemnicy, różni politycy amerykańscy nadal podważali wyczyny wychowanków szkoły. Dick Cheney utrzymywał, że były to tylko nieautoryzowane błędy.
Niektóre wyczyny
Pierwszy szef junty argentyńskiej, generał Jorge Rafael Videla (1976–1981), stanął w 2010 roku przed sądem za popełnione zbrodnie w 1256 przypadkach. Zarzucano mu m.in. bezpośrednią odpowiedzialność za zabicie 29 osób, poddanie torturom 32 osób, zagrabienie mienia 35 osobom etc. Został skazany na dożywocie. Zmarł w 2013 roku.
Do historii przeszły wyczyny faszystowskiego batalionu Atlacatl. Dowódcą był pułkownik Domingo Monterrosa, wychowanek Akademii Morderców. Duża część żołnierzy batalionu również przeszła szkolenie w tej akademii. W grudniu 1981 roku batalion Atlacatl napadł na miejscowość El Mozote. Jego ludzie zabili tam 978 osób – kobiet, mężczyzn i dzieci. Mężczyźni przed śmiercią zostali poddani torturom w miejscowym kościele. Najmłodsze dzieci miały po kilka miesięcy lub lat. Monterrosa zarzucał mieszkańcom El Mozote, że byli sympatykami lewicowej partyzantki. W 1982 roku żołnierze z Atlacatl zamordowali w miejscowości El Calabazo ponad 200 osób płci obojga. Jednym z głośniejszych mordów było zabójstwo arcybiskupa Óscara Arnulfo Romero, wielkiego obrońcy pokoju i praw człowieka. 23 marca 1980 roku wygłosił on pamiętną homilię, w której w imię chrześcijańskich wartości apelował do żołnierzy salwadorskich, by nie wykonywali rozkazów strzelania do ludzi. Dzień później został zabity przez członków szwadronów śmierci. Zleceniodawcą wymienionych zbrodni był czołowy polityk salwadorskiej prawicy, major Roberto d’Aubuisson – wychowanek Akademii Morderców.
W Kolumbii 18 000 żołnierzy przeszło trening w Escuela de las Américas. Jednym z bardziej „zasłużonych” wychowanków szkoły był generał Agustín Ardila Uribe, komendant 4. Dywizji armii kolumbijskiej. W 1984 roku przeszedł on trening w Escuela de las Américas. W 1992 roku napadł na miejscowość Mapiripán w departamencie Meta. Jego oddziały ściśle współpracowały z faszystowskimi i narkotykowymi bojówkami Autodefensas Unidas de Colombia. W Mapiripán żołnierze i bojówkarze zamordowali ponad 77 wieśniaków płci obojga, ścinając im głowy, podrzynając gardła i wypruwając wnętrzności. Armia i bojówkarze zarzucali mieszkańcom Mapiripán, że sympatyzowali z lewicową partyzantką.
Escuela de las Américas do dziś wykazuje się wielką aktywnością w obronie amerykańskiego i zachodnioeuropejskiego kapitału. W 2018 roku boliwijscy oligarchowie z prowincji Santa Cruz i amerykańskie służby postanowiły pozbyć się demokratycznie wybranego prezydenta Evo Moralesa, któremu prawica zarzucała, że chce być dożywotnim dyktatorem. Bunt w Santa Cruz mógł być łatwo stłumiony, gdyż nie miał szerokiego poparcia w społeczeństwie, ale naczelny dowódca armii boliwijskiej, generał Williams Kaliman, i szef policji, Vladimir Yuri Calderón, opowiedzieli się za oligarchami i zażądali dymisji prezydenta. Evo Morales musiał się ukrywać, a prawicowa bojówka przeszukiwała jego mieszkanie. Przypuszczalnie Morales zostałby wówczas zabity, ale prezydent Meksyku, Andrés Manuel López Obrador, wysłał do Boliwii meksykański samolot wojskowy, który zdołał odnaleźć Moralesa i zabrać go bezpiecznie do Meksyku. Zarówno Kaliman, jak i Calderón byli wychowankami Escuela de las Américas. Oprócz nich w armii boliwijskiej działali wówczas tacy wychowankowie szkoły jak: burmistrz miasta Cochabamba, kapitan Manfred Reyes Villa (mózg tego zamachu), pułkownik Remberto Siles Vázquez, pułkownik Teobaldo Cardozo Guevara, pułkownik Julio César Maldonado Leoni, pułkownik Oscar Aguirre etc.
W obecnej, po-chavezowskiej Wenezueli tymczasowa prezydent Delcy Rodríguez, w ramach wymiany kadr wojskowych, postawiła na czele armii generała Gustavo Gonzáleza Lópeza – znanego z brutalności adepta Akademii Morderców. Rząd Delcy Rodríguez ściśle współpracuje z Waszyngtonem, zajmując się powolną likwidacją reform Cháveza oraz Maduro i przygotowaniem gruntu pod powrót neoliberalizmu. W takich warunkach możliwe będą wybuchy społecznego niezadowolenia. Wychowanek Akademii Morderców jako wódz armii wenezuelskiej może być w tych warunkach bardzo przydatny.
Warto na koniec zastanowić się, ilu ludzi straciło życie na skutek długotrwałej aktywności Szkoły Ameryk. Autor tego tekstu wyznaje, że nie natrafił na żadną wiarygodną i wyczerpującą statystykę. Biorąc pod uwagę duży zasięg czasoprzestrzenny działania szkoły, wydaje się, że ofiar było bardzo dużo – może nawet setki tysięcy. Czas pokaże, czy liczba ludzi, którzy zostali zamordowani lub ponieśli ciężki uszczerbek na zdrowiu skutkiem działalności Szkoły Ameryk, kiedykolwiek zostanie w pełni ujawniona.
Na naszej „działce numer jeden na globusie”, jak Polskę określa Grzegorz Braun, lato trochę fiksuje. Termometr w cieniu podskoczy prawie pod czterdziestkę, pomęczy parę dni, a potem, jakby się przestraszył, spada do 15°C w dzień, a w nocy do 10°C.
Lipcowym żeglarzom z pierwszej połowy miesiąca na Mazurach „ocieplający się klimat” dał nieźle „w kość”: szalały zimne szkwały, chłostał zimny deszcz i rejsy nie były samą przyjemnością, ale raczej „niedźwiedzim mięsem”.
A jak to bywało niegdyś?
Amantine Lucille Aurore Dupin, urodzona 1 lipca 1804 roku w Paryżu, opisuje upalne lato 1870 roku we Francji. Zapewne nie byłaby zbyt dobrze znana polskiemu czytelnikowi, gdyby nie to, że była kochanką Fryderyka Chopina w latach 1838–1847. Znamy ją pod pseudonimem George Sand.
W 1870 roku miała 66 lat, mieszkała wówczas w Nohant, Chopin nie żył od ponad dwudziestu lat. Oto jak opisuje lato 1870 roku George Sand: „45°C w Nohant w lipcu 1870 roku. Ogromne zmęczenie, zaległości w pracy, rozpaczliwe próby powrotu do zajęć pośród lata, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, lata, którego nie uważałam za możliwe w naszym umiarkowanym klimacie: dni, gdy termometr w cieniu wskazywał 45 stopni, gdy na dzień 1 lipca nie ostało się ani źdźbło trawy, ani kwiat, drzewa żółkły i gubiły liście, a spieczona ziemia pękała, jakby chciała nas pochłonąć żywcem; lęk, że z dnia na dzień zabraknie wody; strach przed chorobą i nędzą dotykającymi tych wszystkich biednych ludzi – zniechęconych daremnym błaganiem ziemi o plony, których ta uparcie odmawiała ich trudom – rozpacz z powodu zbiorów siana, które praktycznie nie istniały, rozpacz z powodu nędznych zbiorów zboża, fatalnych w tym afrykańskim skwarze, który sprawiał wrażenie końca świata! A do tego plagi, o których nauka sądziła, że je wyeliminowała, a wobec których teraz okazywała się bezsilna: zjadliwa, przerażająca ospa prawdziwa; pożary w okolicznych lasach wznoszące swe złowieszcze słupy ognia na horyzoncie; przerażone wilki szukające schronienia w naszych domach o zmierzchu! A potem gwałtowne burze niszczące wszystko, i zabójczy grad dopełniający dzieła suszy!” [1].
Czytając ten opis, łatwiej znieść tegoroczne upały, ale również budzi się inna refleksja: gdyby tak jakiś przewrotny i inteligentny geszefciarz już wtedy wpadł na to, by ludzie „działali na rzecz klimatu” – mielibyśmy już półtora wieku prac w celu ochłodzenia klimatu! Jak wspaniale mógłby ewoluować taki Zielony Ład, ileż to pieniędzy można by zgarnąć przez ten czas za wydzielany przez mieszkańców Europy dwutlenek węgla! Ile kopalń zamknąć, ilu ludziom zlikwidować miejsca pracy, piece i kominki… Łza się w oku kręci.
Europejczycy w tamtych czasach nie byli jeszcze całkiem „zbetryzowani” [2] i jak ktoś im wchodził w szkodę, potrafili intruza stosownie potraktować czym kto miał pod ręką: z fuzji, szpadą albo widłami. Może dlatego byłoby trudniej lub wręcz niemożliwe taki przekręt przeprowadzić. Dzisiaj namnożyło się różnych „działaczy”, „uzdrawiaczy klimatu”, „ochroniarzy korników w puszczy”, „kontrolerów dobrostanu trzody chlewnej i długości psiego łańcucha” i wszelkiego rodzaju innych pasożytów po jakichś „gas cooking high school” (chodzi o „wyższą szkołę gaztronomii”? – przypis admin WM), niepotrafiących robić niczego pożytecznego, tylko uprzykrzać życie ludziom. Ludzie zaś, obawiając się „służb osłonowych” opłacanych przez polskiego podatnika, zamiast pogonić intruza ze swojego terenu, kulą ogony pod siebie i poddają się jak niewolnicy.
Złodzieje ludzkich pieniędzy, wspomagani przez rządzących, wyciągają z nas rozliczne, coraz cięższe do uniesienia podatki i opłaty. Podpisanie Zielonego Ładu przez Morawieckiego (z akceptacją Kaczyńskiego) spowodowało okradanie Polaków w majestacie unijnych dyrektyw. Kto nie wierzy, niech sprawdzi swoje opłaty za prąd sprzed np. dwóch lat i dzisiaj. U mnie pięcioletnie zestawienie (dla dwóch osób w domu) wygląda tak: 2021 – 1405 PLN; 2022 – 1483 PLN; 2023 – 1421 PLN; 2024 – 1470 PLN; 2025 – 2180 PLN; 2026 – 3271 PLN. Zgadniecie, w którym roku spadł na nas Zielony Ład? Liczba zużytych kWh jest corocznie na rachunku w przybliżeniu ta sama, oprócz tego siedzimy cztery miesiące w roku na działce, gdzie za elektryczność płacimy oddzielnie.
Wiecie teraz, dlaczego (m.in.) nie życzę dobrze ani Naczelnikowi, ani Pinokiowi, mimo że głosowałem na nich przez kolejne lata? Dla mnie to są oszuści, którzy teraz odwrócili marynarki podszewką do góry i udają patriotów – bez Zełenskiego, którego przedwczoraj obcałowywali i obściskiwali. O reszcie p.o. Polaków polityków pod wodzą Oskara nie wspominam, szczególnie z grupy, dla której „polskość to nienormalność”. Żadnego z nich nie było w swoim czasie w Domostawie na odsłonięciu Pomnika Ludobójstwa Wołyńskiego, żaden nie pomógł wspaniałemu rzeźbiarzowi – patriocie Andrzejowi Pityńskiemu, by stworzony przez niego pomnik stanął na należnym mu miejscu w Warszawie lub którymś z większych miast. Teraz, kiedy ktoś przełożył „wajchę” i Zełenski wchodzi w ześlizg po równi pochyłej, pojawiają się w Domostawie ci i owi, by przykleić się do patriotów i uchronić przed utratą swojego miejsca przy żłobie z konfiturami.
Upały upałami, a tymczasem „dyrektywy unijne” przyjmowane przez polityków PO-PiS-u coraz głębiej niszczą polską gospodarkę. Szczególnie dotkliwym stało się przyjęcie przez Polskę w ramach Zielonego Ładu (Naczelnik i Morawiecki!) tak zwanego ETS. Angielskie Emissions Trading System to wprowadzony przez Unię system handlu uprawnieniami do emisji CO2 czyli podatek dla fabryk i elektrowni za to,, że wydzielają dwutlenek węgla. Wynosił on w latach 2017-2018 około 5 USD za tonę CO2 – niewiele, na zachętę. Potem uruchomiono geszeft: „niech cenę 1 tony CO2 określa giełda”.
No i poszło: geszefciarze handlują prawem do tego, ile podatku mają zapłacić kopalnie, fabryki, elektrownie za wydzielony dwutlenek węgla, bez którego nie byłoby na świecie życia. W 2020 roku cena poszła sześciokrotnie w górę, do około 30 USD za tonę. W latach 2021–2022 nastąpił skokowy wzrost z około 30 USD do ponad 80 USD za tonę. Obecnie, w 2026 roku, ceny wahają się w przedziale 60–90 USD za tonę, w zależności od aktualnych przetargów na giełdach. W ten sposób narzucono krajom eurokołchozu podatek od wszystkiego – bo energia potrzebna jest do każdej produkcji – od ziarna zboża i ziemniaka po długopis, samochód pancerny i działo bezodrzutowe. Ten złodziejski haracz to ponad 60% ceny energii, czyli ponad połowa, co powoduje drożyznę wszystkiego.
Równocześnie Unia zawarła umowę „Merkosur” z krajami Ameryki Łacińskiej, gdzie żadne unijne normy nie obowiązują i ETS nie działa. Energia nieopodatkowana tym haraczem pozwala na tańsze wyprodukowanie wszystkiego, szczególnie w rolnictwie, czego umowa dotyczy. Co prawda produkty Mercosuru nie są obciążone restrykcyjnymi normami sanitarno-higienicznymi: żadnymi tam zakazami nastrzykiwania antybiotyków do wołowiny czy innymi eurokołchozowymi wymysłami.
Czy konsumowanie merkosurowych produktów wyjdzie nam na zdrowie, okaże się za jakiś czas. Na pewno na początek zadławią nasze rolnictwo i Polska stanie się zależna od dostaw żywności z zagranicy. Hodowcy przestaną hodować bydło i trzodę chlewną, rolnicy obsiewać pola – bo ich produkty, jako za drogie, nie będą miały zbytu. Żeby zlikwidować hodowlę i rolnictwo, wystarczy rok czy dwa, i zostaniemy na własnej (jeszcze) ziemi bez własnej żywności. A potem, żeby nas zmusić do przejścia w stan kompletnego zniewolenia, wystarczy wstrzymać dostawy.
Słyszeliście o Wielkim Głodzie na Ukrainie? Hołodomor (ukr. „Голодомор”, czyli „głodobójstwo”) wywołały sztucznie komunistyczne władze w latach 1932–1933. Ukraińcy sprzeciwili się kolektywizacji rolnictwa, władze ich ukarały głodem. Różne źródła podają, że liczba ofiar na Ukrainie wynosiła od ponad 3 do 10 milionów ludzi. Przykład dla władz unijnych jest. Polacy to znani w świecie buntownicy, podskoczą – nie dostarczy im się produktów z Merkosuru, swoich nie mają – weźmiemy ich głodem. Trochę wyzdycha („dusza goja pochodzi od zwierzęcia”), część wyjedzie, opustoszeje wieś, grunty będą tak tanie, że tylko brać i wybierać. Tak może skończyć swoje istnienie kraj o ponad tysiącletniej historii zwany Polską, zasiedlą go inni.
Dlatego liczę na Koronę z Braunem, że otrzymawszy stosowną ilość głosów w wyborach, pogoni kłamców u władzy i odbierze Polskę eurokołchozowym komisarzom, którzy wbrew jakiejkolwiek demokracji dokooptowują się na euro-unijne stołki i prowadzą Europę do zagłady, a Polskę skazali na sługusa Ukrainy.
Liczę na Koronę z Braunem, że popierany przez Naród potrafi wyrzucić Unię z Polski i odzyskamy niepodległość. Dzieło i odpowiedzialność wielka, ale stawka to „być albo nie być”. Można spekulować, że ten Braun, ach ten Braun, taki bezczelny, taki kontrowersyjny, taki nie wiadomo co. Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Przyjmując, że jest prawdziwym prorokiem, a nie matrioszką jak różni chodzący dziś w sławie „nasi” politycy, nie ryzykujemy nic, a Polska może wiele zyskać, zawracając z drogi do przepaści. Urszula „Wodęleje” oznajmiła, że Europa oparta jest na wartościach „Talmudu”. Warto zajrzeć, co „Talmud” ma do zaproponowania gojom i co nas czeka [3].
Jasnowidzami posiłkowali się przywódcy większości krajów, królowie i dyktatorzy. Mieli swoich jasnowidzów: Hitler, Stalin, Churchill.
Uwierzmy i my Stefanowi Ossowieckiemu, że: „Najpierw będą władali Polską komuniści, a potem szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz”. O tyle łatwiej uwierzyć, że pierwsze dwa człony przepowiedni z 1939 roku już sprawdziły się.
Uwierzmy ojcu Klimuszce, skromnemu franciszkaninowi, zwanemu jasnowidzem z Elbląga: „Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie. Będzie jakaś wojna w Europie, ale to nie przejdzie przez teren Polski. Polsce będą się kłaniać narody Europy… Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym” [4].
Podziękowania dla Kevina Wamsleya z Inside China Business . Jego niedawny film o znaczeniu chińskiego systemu nawigacji satelitarnej Beidou dostarcza kluczowych informacji na temat obecnych sukcesów irańskich ataków rakietowych na cele w USA i Izraelu. To przełom.
Oto film:
Podsumujmy treść.
Podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 roku irańskie rakiety i drony napotkały znaczne trudności w starciu z zaawansowanymi systemami walki elektronicznej Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wielokrotne zakłócanie i fałszowanie sygnałów GPS zakłócało ich systemy naprowadzania i poważnie ograniczało ich skuteczność podczas intensywnego konfliktu.
Jednak na początku 2026 roku sytuacja na polu bitwy uległa zasadniczej zmianie. Irańskie precyzyjne uderzenia nagle przebiły nowoczesne systemy obrony powietrznej i z zaskakującą celnością uderzyły w ważne cele w całym Zatoce Perskiej. Analitycy wywiadu przypisywali ten rozwój sytuacji jednemu kluczowemu czynnikowi: Iran porzucił system GPS i przeszedł na chiński system nawigacji satelitarnej Beidou .
Ironią losu jest to, że to Stany Zjednoczone, nieświadomie, dały Chinom impuls do rozwoju Beidou.
Historia zaczyna się w 1993 roku. W tym czasie chiński kontenerowiec Yinhe płynął do Iranu. CIA oskarżyła statek o transport chemikaliów do produkcji broni. Pod naciskiem USA porty na Bliskim Wschodzie odmówiły wjazdu statkowi, pozostawiając go na Oceanie Indyjskim. USA nie tylko wywierały presję na swoich sojuszników, ale rzekomo odcięły statkowi dostęp do systemu GPS, zmuszając go do pozostania na kotwicy przez tygodnie. Dopiero po inspekcji w Arabii Saudyjskiej statek został całkowicie oczyszczony z zarzutów. Chiny nie otrzymały jednak ani przeprosin, ani odszkodowania.
To upokorzenie – utrata nawigacji na środku oceanu z powodu uzależnienia od systemu kontrolowanego przez zagranicę – stało się dla Pekinu kluczową lekcją. Przyspieszyło to rozwój własnego systemu nawigacji satelitarnej: Beidou (BDS) .
BDS-1 (lata 2000) początkowo oferował zasięg regionalny.
BDS-2 znacząco rozszerzył możliwości.
Dzięki BDS-3 (zakończonemu około 2020 r.) Beidou stał się globalnym systemem obejmującym dziesiątki satelitów, znacznie więcej stacji naziemnych – zwłaszcza na globalnym Południu – oraz wyższą dokładność niż GPS w wielu regionach.
Obecnie Beidou przewyższa GPS pod względem zasięgu i precyzji w około 165 krajach . Oferuje solidną alternatywę, której państwa zachodnie nie mogą jednostronnie zakłócić ani zmanipulować.
Po tym, jak konflikt w 2025 roku ujawnił słabości systemów uzbrojenia opartych na GPS, Iran podjął zdecydowane działania. Pod koniec 2025 i na początku 2026 roku Teheran włączył Beidou do swojego arsenału rakietowego i dronów. Raporty z marca 2026 roku wskazywały już na znaczną poprawę: irańska broń precyzyjna była w stanie pokonać elektroniczne środki przeciwdziałania, które zaledwie kilka miesięcy wcześniej okazały się skuteczne.
Do najważniejszych zalet Beidou dla Iranu należą:
Wysoka odporność na zagłuszanie i spoofing GPS dzięki nowoczesnym technologiom przeskakiwania częstotliwości i przeciwdziałania zakłóceniom.
Zwiększona celność z prawdopodobieństwem błędu okręgu mniejszym niż pięć metrów w kluczowych obszarach operacyjnych, co umożliwia bardziej precyzyjne ataki przy użyciu mniejszej ilości amunicji.
Sterowanie w czasie rzeczywistym za pomocą bezpiecznego systemu wiadomości, który umożliwia korektę kursu podczas lotu, nawet na długich dystansach.
Ta modernizacja technologiczna znacząco przyczyniła się do zdolności Iranu do pokonywania amerykańskich systemów obronnych w państwach Zatoki Perskiej i znacznie skuteczniejszego atakowania kluczowych celów. Jednocześnie jednak znacznie osłabiła zaufanie do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w regionie Zatoki Perskiej.
Decyzja USA o wykorzystaniu GPS jako narzędzia geopolitycznego, podjęta już w 1993 roku, okazała się zatem spektakularnym ciosem. Próba upokorzenia Chin ostatecznie zapoczątkowała skok technologiczny, który obecnie daje Chinom i ich sojusznikom strategiczną przewagę nad Stanami Zjednoczonymi.
Wyobraź sobie, że idziesz do mechanika, bo twój samochód wydaje podejrzany, grzechoczący dźwięk. Mechanik mierzy grubość lakieru, stwierdza, że jest za cienka i sprzedaje ci drogą powłokę. Nie obchodzi go, że oś jest złamana – liczy się tylko to, że lakier jest wystarczająco gruby. Dokładnie tak działa konwencjonalne leczenie osteoporozy. Nie wzmacnia kości. Sprawia, że stają się bardziej kruche. Źródło.
… z danych medycznych wynika obecnie, że dwie trzecie złamań dotyczy osób, które nie cierpią na osteoporozę, co oznacza, że liczba, wokół której zbudowaliśmy całą tę branżę, nie jest liczbą osób, u których faktycznie dochodzi do złamań.
Ależ to przecież jest nieetyczne! Czyżby? Dla współczesnej medycyny etyczne jest wszystko, co przynosi zyski. Ta zasada została opisana i udokumentowana w dwóch artykułach sprzed czterech lat na midwesterndoctor.com:
Tych artykułów nie tłumaczę, ponieważ osoby tak dociekliwe, żeby to czytać wiedzą, jak sobie z tym problemem poradzić.
Leki hamujące resorpcję kości (w tym bisfosfoniany), stosowane w leczeniu osteoporozy, zniekształcają wyniki badania gęstości kości, zatrzymując martwą tkankę kostną w macierzy kostnej. W normalnych warunkach martwa tkanka kostna powinna zostać usunięta przez ogromny system kanalizacyjny organizmu, czyli układ limfatyczny, jednak leki te spowalniają naturalny proces degradacji kości w organizmie, zmuszając obumierające i martwe komórki kostne do pozostania na swoim miejscu. Osłabia to kości, które ostatecznie zamieniają się w pył, co najczęściej ma miejsce w obrębie biodra lub szczęki.
Ta strategia medyczna nie jest wynikiem pomyłki w wyborze koncepcji. Jest to celowe działanie stosowane od ponad 100 lat. Wystarczy wymienić antybiotyki, leki na zgagę, leki przeciwdepresyjne, beta-blokery (na wysokie ciśnienie krwi), statyny (na cholesterol), tabletki antykoncepcyjne czy leki przeciwbólowe.
Wszystkie te chemiczne trucizny mają wspólną cechę: wytwarzają nowe choroby, niejednokrotnie powodując pogorszenie stanu tych chorób, które ponoć mają leczyć.
To, że od przemysłu farmaceutycznego niekoniecznie możemy oczekiwać samych dobrych rzeczy, nie jest w zasadzie żadnym nowym odkryciem. Jednak skandaliczna i pogardliwa wobec ludzi rola producentów szczepionek w inscenizacji pandemii koronawirusa ogromnie wzmocniła u wielu ludzi krytyczną świadomość wobec „Big Pharma”: i słusznie, jeśli weźmie się pod uwagę na przykład skandal związany z opioidami w Stanach Zjednoczonych: Chciwość koncernów farmaceutycznych doprowadziła setki tysięcy ludzi do uzależnienia od narkotyków poprzez podawanie im opioidów. Wcześniej lek ten był agresywnie reklamowany jako rzekomo nieszkodliwy „panaceum”, mimo że było wiadomo, iż opioidy mają ogromny potencjał uzależniający.
Sokratesowi przypisuje się następujące słowa: „Istnieje medycyna dla wolnych ludzi; tam leczymy za pomocą ducha. Jesteśmy zmaterializowanym duchem. Każda część ciała reaguje na to, do czego służy w całym moim organizmie”. Najważniejsze jest to, że mogę zdiagnozować każdego człowieka wyłącznie indywidualnie, ponieważ każdy ma swoją własną duszę. Nie ma zdrowia fizycznego poza duszą, a wszystko, co przeżywa dusza, objawia się w ciele.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Zawieszenie broni w Zatoce Perskiej powróci, o ile Prezydent Izraela dogada się z prezydentem USA w tej właśnie sprawie. Jeśli się nie dogadają, to też będziemy mieli do czynienia z wielką mową Trumpa, w której ogłosi, że Iran błaga go o koniec działań wojennych, a on się zlituje ze względów humanitarnych.
Dlaczego? Ponieważ za trzy i pół miesiąca odbędą się w USA wybory do obu izb parlamentu zwane połówkowymi. Wcześniej, bo 27 października, odbędą się w Izraelu wybory prezydenckie.
Wiem, wielu z was uważa, że gdyby wybory cokolwiek zmieniały, byłyby zakazane. Zgodzę się z twierdzeniem, że wybory są teatrzykiem wykorzystującym niskie pobudki wyborców łasych na „kiełbasę”, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że wybór Trumpa bardzo dużo zmienił na świecie.
Powiecie jasne – zaatakował Iran, dozbraja ciągle Ukrainę, rozpętał cyrk z cłami i kłamie, jakby sam w te brednie wierzył. Kłamie, bo jest politykiem – to chyba wyjaśnia jego zachowanie, chociaż mógłbym wymienić sporo polityków, którzy kłamią bardziej inteligentnie.
Ruch na drodze Bandar Abbas–Rudan w południowym Iranie został wznowiony po tym, jak wczesnym rankiem stała się ona celem amerykańskiego ataku wojskowego. Źródło: Telegram 18.07.2026 r. 11:02.
Irańska armia poinformowała, że w piętnastej fazie operacji jej celem były schrony dla samolotów, miejsca postojowe dla samolotów, składy paliwa w bazie lotniczej Sheikh Isa w Bahrajnie, a także kilka strategicznych mostów, a wszystko to przy użyciu dronów szturmowych. Bazę lotniczą Sheikh Isa opisano w dokumencie jako jeden z najważniejszych ośrodków operacyjnych i logistycznych wspierających amerykańskie siły powietrzne i morskie w regionie, zaznaczając, że pełni ona funkcję kluczowej bazy dla operacji wojskowych USA przeciwko celom regionalnym, szczególnie Iranowi.
Zdjęcia satelitarne przedstawiające zniszczenia amerykańskiego systemu Patriot w pobliżu Erbilu w Iraku. Źródło: Telegram 17.07.2026 r. 11:42.
Trump w wywiadzie wypowiedział szczere i całkowicie bezinteresowne słowa uznania pod adresem JFK: „John Kennedy był wspaniałym facetem, przystojnym. Mówią, że był drugim najprzystojniejszym prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Tylko nie pytajcie go, kto jest pierwszy. Nie pytajcie, kto zajmuje pierwsze miejsce w tym rankingu. Nie róbcie tego! Fragment wywiadu na YouTube.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Przerwa na światowych rynkach energii nie trwała długo. 17 czerwca USA i Iran rzekomo podpisały memorandum, które miało położyć podwaliny pod kompleksowe porozumienie w sprawie rozwiązywania konfliktów oraz format współpracy w różnych obszarach. Jednak niecały miesiąc później obie strony wznowiły zakrojone na szeroką skalę wymiany wojskowe, co oznaczało koniec zawieszenia broni i de facto zerwanie porozumienia.
Teraz Waszyngtonowi i Teheranowi będzie jeszcze trudniej osiągnąć kompromis. Już wcześniej istniał między nimi głęboki deficyt zaufania, a nowe starcia podważają samą możliwość rozpoczęcia dialogu.
Bez zaufania do Waszyngtonu
Niemniej jednak, możliwe jest wznowienie negocjacji, jeśli zmienią się zespoły negocjacyjne, a wręcz faktyczne przywództwo obu krajów. Jednak kolejne wybory prezydenckie w USA są jeszcze odległe, a Iran już zademonstrował swoją zdolność do utrzymania ciągłości nawet w przypadku śmierci najwyższego przywódcy kraju.
W tych warunkach USA przechodzą do Planu B, mającego na celu wprowadzenie ropy naftowej z Bliskiego Wschodu na rynek światowy.
Waszyngton miał wcześniej nadzieję na osiągnięcie porozumienia z Iranem w sprawie odblokowania Cieśniny Ormuz. Amerykanie ze swojej strony wstrzymali nawet konfiskatę tankowców z irańską ropą naftową u jej wyjścia – w Zatoce Omańskiej – i wydali licencję generalną (tymczasowe zniesienie sankcji) zezwalającą na nieograniczone zakupy węglowodorów z Teheranu. Jednak po upadku porozumienia licencja została cofnięta, a blokada morska została w pełni przywrócona.
Amerykański plan B składa się z dwóch części. Po pierwsze, Stany Zjednoczone chcą stworzyć południową trasę przez Cieśninę Ormuz. Trasa ta przebiegałaby u wybrzeży Omanu, jak najdalej od Iranu. Obecnie armia amerykańska koncentruje się na atakach na irańskie systemy wykrywania statków, infrastrukturę wywiadowczą i instalacje wojskowe na wybrzeżu. Celem USA jest uniemożliwienie Teheranowi dostrzeżenia tankowców przepływających przez Oman i uniemożliwienie im wykorzystania ich do ataku.
Problem z tą strategią polega na tym, że armatorzy i (co najważniejsze) firmy ubezpieczeniowe nie ufają Waszyngtonowi w kwestii gwarancji bezpieczeństwa. W konsekwencji, pełnoprawna żegluga południowym szlakiem w Cieśninie Ormuz będzie niemożliwa, dopóki istnieje choćby niewielkie ryzyko ataku na tankowce. Tymczasem Iran regularnie atakuje statki próbujące przepłynąć przez cieśninę nieskoordynowanymi korytarzami.
Drugą częścią amerykańskiego planu jest utworzenie i rozbudowa omijających lądowych rurociągów naftowych z krajów regionu.
Arabia Saudyjska
Największym lądowym szlakiem omijającym Cieśninę Ormuz do eksportu ropy naftowej jest saudyjski rurociąg Wschód-Zachód. Transportuje on ropę z głównych złóż królestwa do portu Janbu nad Morzem Czerwonym. Przepustowość rurociągu została niedawno zwiększona do 7 milionów baryłek dziennie, co pozwala już na eksport większości saudyjskiej ropy naftowej (choć produkty naftowe pozostają uwięzione w Zatoce Perskiej).
Oczekuje się, że Rijad w najbliższej przyszłości rozpocznie budowę nowego ropociągu do Morza Czerwonego lub dalszą rozbudowę istniejącej infrastruktury. Całkowita przepustowość tego systemu powinna docelowo w pełni odpowiadać maksymalnej technicznie możliwej wielkości produkcji kraju. Polityka OPEC+ również jest z tym zgodna: kwoty koncesyjne sojuszu stale rosną i w perspektywie średnioterminowej powinny osiągnąć poziom, który nie będzie już stanowił ograniczenia dla państw członkowskich.
Możliwa jest również budowa dedykowanego rurociągu na produkty naftowe. Rijad będzie musiał wówczas wybrać paliwo, które będzie eksportowane jako główne źródło. Olej napędowy będzie prawdopodobnie preferowanym wyborem, ponieważ cieszy się dużym popytem na rynku globalnym, szczególnie w Europie. Pozostałe produkty naftowe, w razie potrzeby, mogłyby być dostarczane mniej efektywnymi środkami transportu (kolejowym lub drogowym)
Głównym zagrożeniem dla saudyjskich terminali nad Morzem Czerwonym pozostaje ostrzał z Jemenu. Iran również okresowo atakował port Janbu wiosną 2026 roku, choć znaczna odległość uniemożliwiała wyrządzenie regularnych i poważnych szkód: działalność węzła została przerwana jedynie na krótko w celu jego odbudowy po atakach. Jednocześnie, jeśli jemeńscy Huti zaangażują się w konflikt w pełni, znacznie łatwiej będzie im zaatakować porty królestwa nad Morzem Czerwonym, co stanowi bezpośrednie zagrożenie dla nieprzerwanego funkcjonowania ropociągu Wschód-Zachód.
ZEA
Zjednoczone Emiraty Arabskie obsługują strategiczny rurociąg naftowy Abu Zabi (ADCOP) z głównych złóż lądowych w Abu Zabi do portu Fudżajra w Zatoce Omańskiej. Stanowi on bezpośrednią alternatywę dla Cieśniny Ormuz, ale jego przepustowość wynosi zaledwie 1,8 miliona baryłek dziennie. W obliczu narastających napięć, Zjednoczone Emiraty Arabskie przyspieszają budowę nowego rurociągu o przepustowości 1,5 miliona baryłek dziennie, którego uruchomienie planowane jest na 2027 rok. Kraj może również rozpocząć dalszą rozbudowę swojej infrastruktury eksportowej.
Po oficjalnym wystąpieniu Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC i OPEC+ 1 maja 2026 r., Abu Zabi nie jest już związane kwotami sojuszu. Państwowa Narodowa Spółka Naftowa Abu Zabi (ADNOC) planuje zwiększyć produkcję ropy do 4,85 mln baryłek dziennie, co będzie wymagało dodatkowych 1–2 mln baryłek dziennie w zakresie zdolności eksportowych.
Głównym problemem Zjednoczonych Emiratów Arabskich pozostaje słabe bezpieczeństwo portu w Fudżajrze. Wiosną, w szczytowym momencie konfliktu zbrojnego z USA, Iran aktywnie atakował terminale tego węzła, próbując całkowicie wstrzymać eksport ropy naftowej. Teheran dążył do maksymalnego niedoboru surowców i podniesienia cen światowych, aby wywrzeć presję na gospodarki zachodnie. Irańskie ataki sparaliżowały działalność portu, ponieważ firmy ewakuowały personel z niebezpiecznego obiektu.
Wszelkie terminale eksportowe ZEA w Zatoce Omańskiej są położone zbyt blisko wybrzeża Iranu, aby zagwarantować ich absolutne bezpieczeństwo. Co więcej, sam fakt, że Emiraty nadal inwestują i budują rurociąg naftowy do Fudżajry, wskazuje na ich niechęć do negocjacji z Arabią Saudyjską w sprawie tranzytu ropy naftowej przez terytorium Arabii Saudyjskiej do Morza Czerwonego. Rywalizacja geopolityczna między dwoma przywódcami Zatoki Perskiej jeszcze się nasiliła po demarche Abu Zabi i wycofaniu się tego kraju z porozumienia OPEC+.
Irak
Irak zamierza również zdywersyfikować swoje szlaki eksportowe. Chociaż Bagdad wielokrotnie negocjował z Teheranem możliwość przepływu tankowców podczas zamknięcia Cieśniny Ormuz, kraj ten nadal potrzebuje niezawodnych szlaków dostaw. Irak od dawna korzysta z rurociągu Kirkuk-Ceyhan, który umożliwia załadunek tankowców w tureckim porcie śródziemnomorskim. Jednak jego przepustowość, wynosząca 1,6 miliona baryłek dziennie, jest niewystarczająca, aby w pełni zastąpić Cieśninę Ormuz w transporcie irackiej ropy naftowej. Co więcej, rurociąg ten historycznie był ukierunkowany na eksport ropy naftowej z irackiego Kurdystanu, tj. ze złóż naftowych na północy kraju.
Bagdad rozważa rozbudowę rurociągu do Ceyhan, ale wymagałoby to modernizacji całego krajowego systemu transportu ropy naftowej w celu przekierowania przepływu z południowych złóż na północ. Pozytywnym czynnikiem dla Iraku jest spadek produkcji w Azerbejdżanie, który jest obecnie głównym źródłem zaopatrzenia dla terminalu eksportowego Ceyhan. Wolumeny przesyłu w systemie Baku-Tbilisi-Ceyhan maleją z roku na rok. Ponieważ Turcja ma żywotny interes w utrzymaniu przepustowości Ceyhan, znacząco poprawia to pozycję negocjacyjną Iraku w zakresie tranzytu i przeładunku węglowodorów ropopochodnych.
Jednak ostatnio pojawił się alternatywny projekt, aktywnie promowany przez Stany Zjednoczone. Zakłada on przekierowanie irackiej ropy do portów syryjskich. W lipcu 2026 roku, Specjalny Wysłannik USA ds. Syrii i Iraku, Thomas Barrack, odbył serię rozmów z urzędnikami obu krajów, a także z kierownictwem Chevronu i kilku innych korporacji. Strony omawiają ponowne otwarcie od dawna zamkniętego, 800-kilometrowego rurociągu Kirkuk-Banijas, biegnącego z Iraku do zachodniego wybrzeża Syrii. Zbudowany w 1952 roku, rurociąg ten został zamknięty podczas wojny iracko-irańskiej (1980–1988), a po inwazji USA na Irak w 2003 roku uległ poważnym uszkodzeniom i od tamtej pory pozostaje nieczynny. Wznowienie projektu będzie wymagało ogromnych inwestycji, ponieważ wiele obiektów technologicznych i całe odcinki rurociągu będą musiały zostać przebudowane.
Jednocześnie firmy komercyjne będą ostrożnie podchodzić do inwestowania w odbudowę rurociągu z dwóch kluczowych powodów. Po pierwsze, Syria jest nadal postrzegana przez inwestorów jako region wysoce niestabilny. Po drugie, jeśli żegluga w Cieśninie Ormuz zostanie w pełni wznowiona, firmy naftowe mogą powrócić do swoich dotychczasowych schematów logistycznych, co spowoduje niewykorzystanie nowych mocy przerobowych i zmarnowanie inwestycji.
Wniosek
W związku z powtarzającym się zamknięciem Cieśniny Ormuz, kraje Zatoki Perskiej nieuchronnie przyspieszą budowę alternatywnych szlaków lądowych i rurociągów naftowych. Stanowi to dla nich znaczne obciążenie finansowe, ponieważ istnieje znaczne ryzyko niedostatecznego wykorzystania tych nowych mocy w przypadku przywrócenia bezpiecznej żeglugi. Niemniej jednak eksporterzy nie mogą dłużej tolerować uzależnienia od jednego, wrażliwego korytarza morskiego.
Jednak na obecnym etapie żadne nowe projekty rurociągów naftowych nie są w stanie szybko rozwiązać problemu niedoboru. Pierwsze dodatkowe moce produkcyjne pojawią się na rynku dopiero w 2027 roku. Oznacza to, że obecne zamknięcie Cieśniny Ormuz ponownie doprowadzi do wzrostu światowych cen ropy.
Ofensywa Ankary wobec Interpolu: Co stanie się z Netanjahu, który znajduje się na liście osób poszukiwanych?
Aleksiej Martynow o tym, dlaczego Turcja dąży do geopolitycznej izolacji Izraela
Aleksiej Martynow , politolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Finansowego przy Rządzie Federacji Rosyjskiej, dyrektor Instytutu Państw Nowoczesnych
Jedenasty Sąd Karny w Stambule wydał nakaz wydania przez Interpol czerwonej noty przeciwko premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu. Decyzja ta wpisuje się w systematyczną strategię Ankary, mającą na celu delegitymizację Izraela za pomocą środków sądowych, dyplomatycznych, wojskowych i ekonomicznych. Ankara próbuje wykluczyć Jerozolimę z regionalnych korytarzy, wykorzystując rzekomą osłonę dyplomatyczną Waszyngtonu (choć może to brzmieć dziwnie) i własne wzmocnienie militarne w ramach NATO.
Flotylla Global Sumud jako wyzwalacz
Obecna eskalacja została wywołana wydarzeniami w drugiej połowie 2025 roku. Pod koniec sierpnia Global Sumud Flotilla (GSF) – konwój ponad 40 statków przewożących blisko 500 propalestyńskich aktywistów – wypłynął z portów w Hiszpanii i Włoszech, aby dostarczyć pomoc humanitarną do Strefy Gazy. W dniach 1-2 października izraelska marynarka wojenna przechwyciła flotyllę na Morzu Śródziemnym, po czym aktywiści zostali deportowani do Europy.
Tureckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych natychmiast uznało przechwycenie za „akt terroryzmu na wodach międzynarodowych”. Obecność kilku obywateli Turcji we flotylli dała Ankarze formalną podstawę prawną do wszczęcia postępowania karnego.
Już w listopadzie prokuratura w Stambule wydała nakaz aresztowania Netanjahu i 36 izraelskich urzędników pod zarzutem „ludobójstwa i zbrodni przeciwko ludzkości”. W kwietniu 2026 roku sąd w Stambule zatwierdził akt oskarżenia, domagając się dożywotniego pozbawienia wolności dla premiera Izraela i 34 obywateli Izraela. Ostatnim krokiem była decyzja Wysokiego Sądu Karnego w Stambule z 14 lipca o zwróceniu się do Interpolu o wydanie wspomnianego „czerwonego alertu” w celu natychmiastowego aresztowania Netanjahu.
Warto zauważyć, że ani państwo żydowskie, ani Stany Zjednoczone nie dokonują ekstradycji osób na wniosek Interpolu. Obecnie nie istnieje dwustronne porozumienie między Turcją a Izraelem w sprawie wzajemnej koordynacji w sprawach karnych i egzekwowania orzeczeń sądowych.
Tureccy sędziowie nie szczędzą najostrzejszego języka, podsycanego już i tak nadszarpniętymi stosunkami między oboma krajami. Mamy tu „zbrodnie przeciwko ludzkości”, „ludobójstwo”, „nielegalne uwięzienie”, „okrutne traktowanie więźniów”, „umyślne uszkodzenie zdrowia”, „rabunek” i „piractwo z ograniczeniem swobody przemieszczania się”.
Tymczasem, równolegle z presją sądową i medialną, rozpoczęła się druga fala misji „Global Sumud Flotilla” . Zgodnie z przewidywaniami, została ona przechwycona przez izraelską marynarkę wojenną. Pod koniec kwietnia rozpoczęła się wiosenna misja – 2026 GSF. Konwój składał się z około 60 statków przewożących aktywistów z ponad 44 krajów. Tym razem organizatorem była również turecka organizacja IHH. Flotylla wypłynęła z Marmaris, a 30 kwietnia izraelska marynarka wojenna dokonała abordażu 22 statków u wybrzeży Krety – wcale nie blisko izraelskich wód terytorialnych, ale około 600 mil morskich od Strefy Gazy. W wyniku operacji 175 zatrzymanych aktywistów zostało przekazanych Grecji, a statki z ich ładunkiem zostały zajęte.
14 maja z Marmaris wypłynęły kolejne 54 statki. Kilka dni później zostały przechwycone około 70 mil na zachód od Cypru i 250 mil od Strefy Gazy. Prawie 430 aktywistów z 39 krajów zatrzymanych przez izraelskie wojsko zostało przewiezionych do portu w Aszdodzie.
Później aktywiści deportowani do swoich miejsc zamieszkania zarzucali im łamanie praw, a Włochy i Niemcy przekazały Izraelowi noty protestacyjne. Skandal wybuchł wówczas po nagraniach nagranych przez izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben-Gvira w obiektach przetrzymywania flotylli. Na nagraniach tych izraelski urzędnik otwarcie wyraża zadowolenie z tego, co zobaczył, pokazując skutych kajdankami, klęczących aktywistów. Trzeba przyznać, że Netanjahu publicznie potępił działania swojego ministra, choć sam pochwalał przechwycenie konwoju humanitarnego. Według organizatorów, „sympozjum prawne” odbyło się bezpośrednio na pokładzie statków: aktywiści udokumentowali dowody na pozwy przeciwko Izraelowi w ponad 30 jurysdykcjach, w tym przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym (MTK) w Hadze.
Ogólnie rzecz biorąc, ta forma nacisku medialnego i prawnego nie została wybrana przypadkowo. Moim zdaniem jesteśmy świadkami wyraźnie zaplanowanej kampanii przeciwko Izraelowi w kontekście eskalującego konfliktu regionalnego.
Wojna prawna jako część systemowej konfrontacji
Należy zauważyć, że medialne i prawne wojny wokół Bliskiego Wschodu toczą się z nie mniejszą zaciekłością, jak te osadzone w Starym Testamencie, niż rzeczywiste konflikty zbrojne w tym regionie, gdzie impas trwa od prawie 80 lat. Ankara nigdy nie zapomniała, że niemal całe terytorium współczesnego Izraela było niegdyś częścią Imperium Osmańskiego i dopiero po wojnach światowych obecność Turków w Ziemi Świętej (tymczasowo) została zastąpiona mandatami Wielkiej Brytanii i Francji.
Przez lata stosunki dwustronne były diametralnie różne, ale neoosmanizm Erdogana zawsze implikował roszczenia do wpływów w państwie żydowskim i wyłącznej kontroli nad regionem. Oczywiście strona izraelska również nie słynie z pokojowego nastawienia. Ostateczny rozłam między oboma przywódcami nastąpił w kwestii syryjskiej. W rezultacie, w ostatnich latach stosunki turecko-izraelskie pogorszyły się z impasu politycznego i prawnego do balansowania na krawędzi konfliktu zbrojnego.
W ramach kampanii medialnej i prawnej wykorzystywanych jest równocześnie kilka instrumentów.
Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) orzekł, że Turcja od sierpnia 2024 r. aktywnie uczestniczy w sprawie o ludobójstwo, wszczętej przez Republikę Południowej Afryki przeciwko Izraelowi.
MTK: Ankara przekazuje materiały i publicznie popiera przyspieszenie postępowania, pomimo faktu, że sama Turcja nie podpisała Statutu Rzymskiego.
Sądy krajowe: Ankara powołuje się na zasadę jurysdykcji uniwersalnej i międzynarodowe prawo morskie, wszczynając postępowania przeciwko izraelskim urzędnikom.
NATO: Turcja systematycznie blokuje wszelkie formy partnerstwa między sojuszem a Izraelem.
Stosowane są również środki ekonomiczne. W maju 2024 roku Turcja nałożyła embargo handlowe na partnerów izraelskich. W listopadzie tego roku stosunki dyplomatyczne zostały skutecznie zerwane, a w sierpniu 2025 roku przestrzeń powietrzna została ograniczona, a ruch lotniczy zawieszony.
Według Tureckiego Instytutu Statystycznego turecki eksport do Izraela spadł z 3,5 miliarda dolarów w 2024 roku do około 520 milionów dolarów w pierwszych siedmiu miesiącach 2025 roku. Oczekuje się, że do 2026 roku wartość ta spadnie do zera.
Front syryjski
W rzeczywistości rozwój konfliktu między Turcją a Izraelem pod wieloma względami przypomina sytuację w Syrii sprzed dekady. Erdogan nazwał kiedyś Baszara al-Asada bratem, ale nie powstrzymało ich to przed przekształceniem się w nieprzejednanych wrogów w pierwszej połowie lat 2010., w trakcie wojny domowej w Syrii i walki o wpływy regionalne (o podział szlaków naftowych do Europy).
Po upadku rządu Asada w grudniu 2024 roku Syria stała się główną areną bezpośredniej konfrontacji między Turcją a Izraelem. Już w styczniu 2025 roku Komitet Nagela przedstawił Knesetowi raport na temat zagrożenia ze strony sił sunnickich w Damaszku. Wyjaśniono w nim, że jeśli Syria stanie się faktycznym sojusznikiem Turcji, „może okazać się większym zagrożeniem niż zagrożenie ze strony Iranu”. Innymi słowy, Erdoğan został w rzeczywistości wyzwany.
Od sierpnia 2025 roku Izrael systematycznie atakuje protureckie cele w Syrii, a jednocześnie narasta impas między służbami wywiadowczymi. Po izraelskich atakach na cele wojskowe i Sztab Generalny w Damaszku, Erdoğan publicznie nazwał Izrael „państwem terrorystycznym”, oskarżając go o wykorzystywanie ochrony społeczności druzyjskiej jako pretekstu do ekspansji w Syrii.
Eskalacja osiągnęła punkt krytyczny. Turecki minister spraw zagranicznych Hakan Fidan oświadczył, że kraj „czuje się coraz bardziej okrążony” przez izraelskich sojuszników – Grecję i Cypr. 9 czerwca, przemawiając w parlamencie, Erdoğan stwierdził, że izraelskie ataki na Liban i Syrię „osiągnęły punkt, który bezpośrednio zagraża” bezpieczeństwu Turcji. Prezydent obiecał „bardzo jasną i zdecydowaną odpowiedź” na wszelkie naruszenia praw Ankary we wschodniej części Morza Śródziemnego, nazywając małe państwa podążające za Izraelem „podwykonawcami syjonizmu”.
Na początku lipca, na wspólnej konferencji prasowej z premierem Pakistanu Szahbazem Szarifem w Stambule, Erdoğan niemal wypowiedział wojnę Izraelowi. Oświadczył, że „żądne wojny izraelskie władze ponownie wypełniają region zapachem prochu i krwi” i wezwał społeczność międzynarodową do powstrzymania „syjonistycznego oddziału zabójców”.
Prezydent USA Donald Trump również podkreślił powagę sytuacji na niedawnym szczycie NATO w Ankarze, zauważając mimochodem, że gdyby nie on, „Turcja już byłaby w stanie wojny z Izraelem”.
Co Netanjahu dostanie od Interpolu?
Wracając do prawnego aspektu sprawy, warto zauważyć, że „czerwona nota” Interpolu, o którą wnioskował turecki sąd, nie jest międzynarodowym nakazem aresztowania. Jest to jedynie wniosek skierowany do 196 państw członkowskich tej organizacji o poszukiwanie i tymczasowe zatrzymanie osoby. Jej rzeczywista moc prawna zależy wyłącznie od ustawodawstwa krajowego i sytuacji osoby otrzymującej notę.
W tym kontekście kilka postanowień Karty Interpolu sprawia, że spełnienie prośby Turcji jest mało prawdopodobne. Artykuł 3 Karty Interpolu, na przykład, wyraźnie zakazuje jakiejkolwiek ingerencji lub działań o charakterze politycznym lub militarnym – to właśnie na ten zapis powołuje się Izrael. Co więcej, MTK wydał własny nakaz aresztowania Netanjahu w listopadzie 2024 roku, który nie został jeszcze wykonany przez żadne państwo. I oczywiście nie zostanie wykonany (chyba że premier Izraela zrzeknie się swojego statusu i uda się do jurysdykcji, która zgodzi się go zatrzymać, na przykład jako turysta w Antalyi). Wreszcie, jak już wspomniałem, nie istnieje dwustronny traktat ekstradycyjny między Izraelem a Turcją.
Państwo żydowskie oczywiście zareagowało natychmiast. Minister spraw zagranicznych Gideon Saar nazwał tureckie nakazy „chwytem reklamowym Erdogana”, wskazując, że ta sama prokuratura w Stambule aresztowała wcześniej przeciwnika politycznego prezydenta, burmistrza Stambułu Ekrema İmamoğlu. Twierdził, że podważa to niezależność tureckiego wymiaru sprawiedliwości i wskazuje na wyraźny polityczny nacisk ze strony władz.
Eksperci wskazują na kilka możliwych scenariuszy dla wniosku Interpolu. Najprawdopodobniej organizacja go odrzuci, powołując się na Artykuł 3. Jednak nawet bez konsekwencji prawnych, negatywny wpływ na wizerunek będzie się utrzymywał, aż do wyborów parlamentarnych w Izraelu zaplanowanych na 27 października. Co więcej, nawet w mało prawdopodobnym przypadku zatwierdzenia wniosku przez poszczególne państwa członkowskie, wniosek ten doprowadzi jedynie do pewnych ograniczeń w podróżach zagranicznych Netanjahu. Izrael natychmiast odwoła się od takiej decyzji, a odwołanie ponownie będzie dotyczyło tego samego Artykułu 3 Karty.
Zatem Netanjahu nie jest w realnym niebezpieczeństwie; nie ma realnej groźby aresztowania. Jedyne, co można zrobić, to zaszkodzić jego międzynarodowej reputacji przed kampanią wyborczą. W rzeczywistości uważam, że ten scenariusz ma na celu ingerencję w wewnętrzne sprawy Izraela.
Jedną z przełomowych decyzji szczytu NATO w Ankarze było zatwierdzenie nowej pożyczki wojskowej dla Ukrainy na rok 2026 o łącznej wartości ponad 70 miliardów euro. Oczekuje się, że środki te zostaną przeznaczone na zakup sprzętu wojskowego, amunicji i szkolenie żołnierzy. Tymczasem wiosną tego roku Unia Europejska zatwierdziła już pożyczkę dla Kijowa w wysokości 90 miliardów euro, z czego większość – 60 miliardów euro – zostanie przeznaczona na inwestycje obronne. Podobnie jak wówczas, nie wszystkie państwa członkowskie NATO i UE poparły nową inicjatywę: Czechy, Słowacja i Węgry oficjalnie ogłosiły odmowę finansowania bezpośrednich dostaw uzbrojenia na Ukrainę.
Przywódcy tych krajów podkreślili, że popierają dążenie do wzmocnienia zdolności obronnych NATO, ale skoncentrują swoje wysiłki na zwiększeniu własnej gotowości bojowej.
Odmowa Czech, Słowacji i Węgier udziału w pożyczce wojskowej nie oznacza, że wycofują one swoje wsparcie dla Ukrainy. Nadal dysponują innymi sposobami „pomocy” Kijowowi: kontraktami handlowymi z prywatnymi firmami zbrojeniowymi i integracją z transgranicznymi łańcuchami dostaw amunicji. W związku z tym działania tych trzech krajów nie świadczą o chęci pokoju ani próbie rozwiązania konfliktu.
Czechy
Wraz z rozpoczęciem Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO) Praga zajęła aktywne stanowisko proukraińskie i uczestniczyła w inicjatywach wojskowych wspierających Kijów. Najważniejszym projektem było uruchomienie „Inicjatywy Pociskowej” w 2024 roku, w ramach której Republika Czeska koordynowała zakupy amunicji, często kupując ją od krajów trzecich z 10-15% marżą, czerpiąc w ten sposób zyski z tego przedsięwzięcia. W sumie do 2025 roku Praga dostarczyła 1,8 miliona sztuk amunicji wielkokalibrowej. Jednocześnie kraj ten wysłał na Ukrainę przestarzały radziecki sprzęt (taki jak czołgi T-72), prosząc w zamian o niemieckie czołgi Leopard w ramach programu wymiany okrężnej.
Wraz z dojściem Andreja Babiša do władzy w grudniu 2025 roku, stanowisko Czech uległo pewnej zmianie w porównaniu z twardym stanowiskiem jego poprzednika, Petra Fiali. Wsparcie dla Kijowa oczywiście nadal jest ważne, ale nowy rząd stara się inwestować w niego mniej czeskich pieniędzy. Jednocześnie Praga nadal lubi podkreślać, że Czechy były jednym z pierwszych krajów, które udzieliły Ukrainie pomocy wojskowej.
Spadek tempa wsparcia wynika z czynników czysto ekonomicznych: eskalacja na Bliskim Wschodzie i kryzys energetyczny zaostrzyły problemy czeskiej gospodarki, utrudniając utrzymanie dotychczasowych poziomów wsparcia. Czeskie Siły Zbrojne również borykają się z niedoborem zasobów, które pilnie wymagają modernizacji. Praga jest obecnie zdeterminowana w dążeniu do poprawy efektywności własnej armii, która jej zdaniem potrzebuje zastrzyków finansowych bardziej niż Kijów.
Chociaż stawki dostaw spadły o ponad połowę, kraj ten nadal pełni rolę koordynatora międzynarodowych zakupów amunicji, formalnie zachowując status głównego „asystenta” reżimu kijowskiego. W związku z tym Republika Czeska nie jest szczególnie chętna do zaciągania nowych kredytów finansowych, biorąc pod uwagę, że – jak sama uważa – zapewnia już wystarczające środki.
Słowacja
Stanowisko Słowacji w sprawie kryzysu ukraińskiego od początku było niejednoznaczne. Premier Robert Fico konsekwentnie deklarował, że Bratysława nie wyśle broni i amunicji do Kijowa. Nie uniemożliwia to jednak Republice Czeskiej komercyjnego eksportu sprzętu wojskowego.
Słowacja ma dobrze rozwinięty przemysł obronny. Według Urzędu Statystycznego Słowacji, eksport uzbrojenia osiągnął rekordową wartość 2,4 mld euro w 2025 roku i ma osiągnąć 7,6 mld euro w 2026 roku. Głównym motorem tego wzrostu jest Grupa Czechosłowacka (CSG), największa czesko-słowacka spółka holdingowa. Podczas gdy Czechy, poprzez swoją „inicjatywę pociskową”, zaopatrywały ukraińskie siły zbrojne głównie w amunicję z czasów ZSRR, słowackie fabryki koncentrują się na produkcji pocisków kalibru NATO, zaspokajając potrzeby Kijowa.
Oprócz amunicji, pod koniec 2025 roku zintensyfikowano również produkcję pojazdów opancerzonych: zakłady STV Machinery w Dubnicy nad Wagiem rozpoczęły produkcję kadłubów pancernych do radzieckiego BMP-1. Oczywiste jest, że powrót do starych konstrukcji nie wynika z nostalgii, lecz z czysto praktycznego celu – zaopatrywania Ukrainy w deficytowe komponenty.
Tymczasem oficjalne stanowisko Słowacji pozostaje niezmienne: wyklucza ona dostawy za pośrednictwem Ministerstwa Obrony Narodowej, a także udział w zbiorowych pożyczkach wojskowych NATO. „Jeśli firma chce produkować broń i gdzieś ją dostarczać, to oczywiście nikt nie będzie jej przeszkadzał” – oświadczył Fico w listopadzie 2023 roku, zaledwie kilka dni po objęciu urzędu premiera Słowacji.
Obecna odmowa Bratysławy udziału w nowej transzy finansowej NATO wynika z tych samych problemów gospodarczych, co w przypadku Czech. Słowackie władze również deklarują potrzebę skoncentrowania środków na wzmocnieniu własnego potencjału obronnego. Wypowiedzi prezydenta Petera Pellegriniego po szczycie NATO w Ankarze, tłumaczące odmowę ograniczeniami budżetowymi, potwierdzają to podejście, choć nie są pozbawione pewnej dozy nieszczerości. Rzeczywistą strategię można podsumować następująco: państwo oszczędza środki budżetowe w kraju, rozwijając własny przemysł zbrojeniowy, podczas gdy dostawy amunicji na Ukrainę są realizowane komercyjnie, formalnie niezwiązane z rządem.
Warto zauważyć, że Słowacja z powodzeniem radzi sobie w obecnej sytuacji geopolitycznej: odmawia udzielenia Ukrainie pożyczek, jednocześnie utrzymując dialog z Rosją. Tymczasem republika czerpie zyski ze sprzedaży amunicji, co od dawna pozostaje tajemnicą poliszynela.
Węgry
Stanowisko Węgier jest bardziej przewidywalne. Jednym z niewielu wspólnych mianowników polityki Viktora Orbána i jego następcy, Pétera Magyara, jest odmowa dostarczania broni i amunicji Ukrainie. Tak jak Czechy szczycą się wysyłaniem amunicji do Kijowa, tak Węgry szczycą się tym, że nigdy tego nie zrobiły od początku konfliktu. Władze węgierskie uzasadniają swoje stanowisko obawami o bezpieczeństwo mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu, której prawa pozostają przedmiotem przedłużającego się sporu politycznego między Budapesztem a Kijowem.
Zakaz finansowania i dostarczania broni – a konkretnie jej śmiercionośnych komponentów – dotyczy również jej transportu przez terytorium Węgier. Co więcej, to właśnie to doprecyzowanie dotyczące „śmiercionośnych komponentów” pozwala Budapesztowi twierdzić, że korytarz powietrzny NATO przebiegający nad krajem służy do transportu ładunków wyłącznie nieśmiercionośnych.
Lotnisko wojskowe w Szolnok służy jako węzeł przeładunkowy dla ładunków transportowanych do Rzeszowa w Polsce, a stamtąd do Lwowa. Do tych celów służą zarówno europejskie samoloty transportowe Airbus, jak i węgierskie Embraery C-390 Millennium. Co więcej, niepotwierdzone doniesienia o konwojach wojskowych przejeżdżających przez węgierskie autostrady M70 i M7 ze Słowenii w 2024 roku były szeroko komentowane w mediach i za kulisami. Pojawiają się również zarzuty o tajną sprzedaż radzieckich pocisków kalibru 152 mm i 155 mm ze starych węgierskich magazynów za pośrednictwem sieci państw trzecich i prywatnych pośredników. Hipoteza ta opiera się na prawdopodobnych apelach Pragi do Budapesztu, na przykład w ramach „inicjatywy pociskowej”, powołując się na duże zapasy wycofanej z użytku broni i pocisków z czasów radzieckich.
Jeśli chodzi o węgierski narodowy kompleks wojskowo-przemysłowy i teoretycznie możliwe dostawy komercyjne, w przeciwieństwie do słowackiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, nie jest on jeszcze w stanie produkować wymaganych i znaczących ilości. Co więcej, węgierski przemysł – zakłady Rheinmetall w Zalaegerszeg, Várpalota i Gödöllő – koncentruje się obecnie na kontraktach obronnych dla armii węgierskiej, produkując komponenty i amunicję do bojowych wozów piechoty Lynx i czołgów Leopard.
W każdym razie Budapeszt pozostaje nieugięty na szczeblu oficjalnym. Pomimo ocieplenia stosunków z Kijowem i postępów w rozwiązaniu kwestii zakarpackiej, Węgry wykluczają ustępstwa w sprawie dostaw wojskowych. Jednak ostre weto w sprawie zatwierdzenia nowej pożyczki wojskowej NATO, a także wiosenne spory o 90-miliardową transzę UE, mogą negatywnie wpłynąć na poparcie premiera wśród europejskich przywódców. Pozycja Węgier jest nadal krucha, co może doprowadzić do uciekania się Brukseli do presji i szantażu, zwłaszcza jeśli opinia Budapesztu w sprawie nowej pożyczki dla Ukrainy stanie się decydująca.
Całkowity
Wracamy zatem do naszej pierwotnej tezy: odmowa Czech, Słowacji i Węgier w kwestii udzielenia Ukrainie nowej pożyczki wojskowej wcale nie świadczy o chęci przyczynienia się tych krajów do zakończenia konfliktu. Górnolotne słowa „zakończmy wojnę i rozpocznijmy negocjacje” skrywają typową niezdolność gospodarek tych krajów do udźwignięcia dodatkowych zobowiązań dłużnych, a także nadzieję na znacznie większe zyski z komercyjnej sprzedaży broni.
Węgry pozostają wyjątkiem wśród tych trzech. Jednak ich przywódcy, nawet biorąc pod uwagę niezwykle trudną sytuację gospodarczą na Węgrzech, mogą okazać się znacznie bardziej skłonni do przyjęcia pożyczki.
Musimy więc zwrócić uwagę nie na to, że państwa Europy Środkowej zaprzestały werbalnych apeli o kontynuowanie działań wojennych, lecz na to, że nadal dostarczają amunicję, przedłużając w ten sposób konflikt.
Katakumbowe życie chrześcijan – praktykujących religię w ukryciu przed wrogim światem – kojarzy nam się z zamierzchłą starożytnością. A jednak katolicka wiara musiała przetrwać w konspiracji w znacznie bliższych nam czasach. Rewolucja francuska zmusiła duchownych do potajemnej katechizacji i sprawowania sakramentów w sekrecie przed bezbożną władzą. Kluczem do ich powodzenia była pomoc wiernych świeckich, którzy nie szczędzili ofiar, by religia objawiona przetrwała. Historia odwagi niepokornych kapłanów i laikatu w czasach dechrystianizacji to świadectwo miłości do Chrystusa; miłości, która przerasta strach przed państwem. Ludzie ci dowiedli, że siła wiary nie bierze się ani z okoliczności kulturowych, ani z jej społecznego znaczenia. Być może to za sprawą tego poruszającego testamentu Napoleon Bonaparte w skrusze wyznał swoje grzechy i wrócił do Kościoła.
Krwawa dechrystianizacja Francji była jednym ze znaków rozpoznawczych rewolucji francuskiej. W końcu nienawiścią do chrześcijaństwa zdecydowanie epatował Wolter i inni ideologowie, którzy nazywając się filozofami – rozsiewali agendę buntu wobec tradycyjnego porządku w XVIII-wiecznej Europie.
Walka z Kościołem katolickim rozgorzała na dobre jeszcze przed ostatecznym zniesieniem monarchii i morderstwem Ludwika XVI. Wyrazem tego było uchwalenie Konstytucji Cywilnej Kleru przez rewolucyjną Konstytuantę. Dokument miał stać się ustrojową zasadą regulującą status Kościoła we Francji. Wprowadzał przy tym rozstrzygnięcia zgoła niedopuszczalne, m.in. zasadę wybieralności duchownych przez świeckie społeczeństwo. Samowolnie zmieniał też strukturę diecezji, a ostatecznie zmuszał duchowieństwo do wierności raczej władzy państwowej niż duchownej.
Zróbmy to razem!
25 zł
50 zł
100 zł
200 zł
500 zł
Papież Pius VI zaprotestował zdecydowanie przeciwko Konstytucji i działaniom francuskiego Zgromadzenia Narodowego. Po konsultacji z kardynałami i biskupami Francji zadeklarował w bulli Charitas, że nie tylko biskupowi i księżom, ale żadnemu nawet katolikowi nie przystoi zgodzić się na podobne założenia – z natury błędne i schizmatyckie.
To nie jedyny raz, kiedy Ojciec Święty stanął w obronie Kościoła przeciw rewolucyjnej uzurpacji. Miesiąc wcześniej w ważnym breve Quod Aliquantum Pius VI potępił błędne zasady rewolucjonistów z ich liberalnymi antychrześcijańskimi ideami oraz atakiem na wolność Kościoła.
Postawione wobec takiej rzeczywistości duchowieństwo Francji musiało dokonać jednoznacznego wyboru – stanąć po stronie papieża lub ulec antyklerykalnym wizjom, napędzającym rewolucyjną ideologię. Położenie to wymagało również odwagi od świeckich – szukających szansy na korzystanie z posługi księży, którzy odmówili złożenia sprzecznej z wiarą przysięgi.
Jak doskonale wiadomo, miłość do Kościoła Bożego była w czasach rewolucji okupiona przez wielu najwyższą ceną. Wobec tego ryzyka wybory kleru okazały się poważnie podzielone. W licznych regionach ponad połowa księży odrzuciła konstytucję cywilną. W innych większość złożyła przysięgę – odpadając od zasad wiary i jedności z następcą świętego Piotra – czy to z powodu moralnego zepsucia, czy strachu przed prześladowaniami, czy wreszcie wyznając błędne poglądy, których wcale wśród duchownych Francji tamtego czasu nie brakowało.
Kapłani, którzy nie ugięli się wobec rewolucjonistów, wkrótce otrzymali status „przestępców”. W 1792 roku – gdy rewolucja w pełni okazała swoje diaboliczne oblicze, każdy z nich otrzymał nakaz opuszczenia kraju w ciągu 14 dni…
Tysiące księży szukało bezpiecznego schronienia i szansy na kontynuację posługi w pobliskich krajach. Wielu jednak mimo groźby śmierci zostało w ojczyźnie – ta zaś przybrała oblicze antychrześcijańskiej republiki. W dawnych kościołach sprawowano bałwochwalczy „kult Rozumu”.
Tajna posługa
Jedną z chwalebnych postaci w tamtym czasie okazał się ksiądz Louis Joseph Colmar – późniejszy biskup i przeciwnik promocji liberalnych błędów wśród kleru jego diecezji.
Ks. Colmar przyjął święcenia kapłańskie na kilka lat przed tym, jak rewolucyjne wrzenie na dobre zmieniło oblicze Francji. Od 1783 roku jako duchowny prowadził gorliwą pracę duszpasterską, poświęcając się licznym rodzajom posługi. Antychrześcijańska rewolucja na trwałe zmieniła jego pracę, wymuszając przejście do konspiracji. Dzięki odrobinie sprytu i odwagi oraz przyjaźni z ofiarnymi świeckimi, kapłan przez lata sprawował sakramenty i nauczał w historycznym sercu Alzacji. Nigdy nie został ujęty przez prześladowców.
Od 1792 roku duchowny przemierzał miasto w najróżniejszych przebraniach, sięgając po stroje czasem piekarza, czasem węglarza, czasem sługi. Szansę na kontynuację posługi zapewniła mu sieć bliskich wiernych, w których posiadłościach znajdował ukrycie oraz miejsce do instruowania wiernych, potajemnego sprawowania sakramentów i ofiary Mszy świętej.
Kluczową rolę w otoczeniu duchownego odgrywały dwie kobiety, które kapłan poznał w ramach prowadzonej przez siebie działalności charytatywnej. Domostwo jednej z nich, Marie Therese Brek, stało się w latach rewolucyjnego terroru prawdziwym centrum życia religijnego. O. Colmar sprawował w nim potajemnie Msze święte, prowadził spotkania z wiernymi, a zaufanej młodzieży udzielano tam katechezy i przygotowywano do sakramentów świętych.
Obok pani domu kluczową rolę we wsparciu posługi O. Colmara odegrała Marie Madeleine Louise Humann – będąca również jego córką duchową. Wobec trudnej sytuacji rodzinnej pani Brek, dysponująca rzadkim jak na swoją płeć wykształceniem druga z kobiet dbała o edukację jej dzieci.
Z czasem ksiądz Colmar zadzierzgnął z obiema kobietami szczerą przyjaźń, dzięki której w czasach prześladowań mógł pełnić zbawienną posługę.
Po latach ukrytej działalności w 1797 roku cała trójka zawiązała nawet szczególnego rodzaju porozumienie, znane jako Pakt z Turkenstein – od zamku, w którym doszło do ślubowania.
Tę podupadłą nieruchomość Therese Brek przez krótki okres dzierżawiła. W zaciszu warowni konspiratorzy znaleźli okazję do chwili wytchnienia i życia przepełnionego modlitewnym spokojem. Tam poprzysięgli wspierać się w dziełach miłosierdzia i edukacji religijnej młodzieży, chcąc zachować chrześcijańskie świadectwo wiary i naukę religii w realiach zlaicyzowanej i antychrześcijańskiej Francji.
Jednak czas wrogiej tyranii nie trwał od tamtej chwili długo. Po dojściu do władzy Napoleona i odejściu dyrektoriatu sytuacja księdza Colmara zmieniła się diametralnie. Jako postać zasłużona dla utrzymania wiary w Strasbourgu został on mianowany biskupem Moguncji.
Louise Humann pozostała znaną i cenioną mieszczanką. Odegrała też kluczową rolę w głośnym nawróceniu na katolicyzm Theodora Ratisbonne, który właśnie za jej wsparciem, w tajemnicy przed gminą żydowską pobierał nauki podstaw katolickiej wiary. Z jej też rąk – ze względu na sekretny charakter ceremonii – otrzymał sakrament chrztu.
Biskup Colmar z kolei gorliwie pracował na rzecz odbudowy zdewastowanej przez rewolucję diecezji. Doświadczony w oporze przeciw antychrześcijańskiej rewolcie pasterz pozostał zdeterminowanym przeciwnikiem oświeceniowych błędów religijnych, zwalczając ich ekspansję wśród kleru.
O ile ksiądz Colmar z powodzeniem utrzymał sakramentalną praktykę i naukę wiary wśród wiernych Strasburga, o tyle inny duchowny – ks. Jacques Linsolas – stanął w Lyonie na czele całej konspiracyjnej sieci kościelnej, działającej na brawurową wręcz skalę. Doprowadził tajną samoorganizację katolików do perfekcji, umożliwiając przetrwanie wiary po pacyfikacji miasta przez rewolucjonistów. Struktury tego „spisku” wyrosły z obecnych już tam wcześniej stowarzyszeń religijnych oraz grup młodzieży męskiej i żeńskiej, nad którymi opiekę ks. Linsolas sprawował jeszcze przed rewolucją. Skupiona wokół kapłana formacja nie tylko konspiracyjnie utrzymywała kult. Kolportowała też wśród duchownych i wiernych ortodoksyjne broszury. Ukrywała i wspierała finansowo wyjętych spod prawa prawowiernych duchownych.
Tak szeroka działalność była możliwa dzięki przemyślanej strukturze organizacyjnej. Zgodnie z zamysłem księdza Linsolasa, członkowie ruchu oporu wcale nie znali się między sobą, poza najbliższymi współpracownikami. Nie byli też wtajemniczeni w całość działania organizacji. Procedury rekrutacji były tajne. Skutecznie ograniczało to ryzyko masowej dekonspiracji.
Kluczowym ośrodkiem ruchu była księgarnia wdowy Rusand, gdzie Linsolas prowadził tajne konferencje dla kleru. Pod nosem rewolucjonistów sieć rozprowadzała również za pomocą „poczty pantoflowej” krytyczne wobec rewolucji papieskie breve. Te i inne pisma sprzedawano za niewielką sumę. Zgromadzone zyski zasilały kasę, z której opłacano działalność niepokornych duchownych.
By zapewnić ciągłość życia sakramentalnego, członkowie konspiracji Linsolasa zbudowali prawdziwy podziemny system religijny. Opierał się on na sprawowaniu sakramentów w zaciszu domostw wiernych oraz organizowaniu bezpiecznych kryjówek dla duchownych. Co chyba najbardziej imponujące, lyońskim katolikom udało się dzięki dyscyplinie zachować nawet trening seminaryjny kandydatów do kapłaństwa na zasadach utajnionego uniwersytetu latającego.
Ojciec Linsolas nie tylko dzielnie ocalał wiarę w realiach rewolucyjnego terroru. Po jego ustaniu aktywnie sprzeciwiał się również powrotowi do posługi w Kościele tych duchownych, którzy w czasach rewolucji złożyli przysięgę. Jako postać niewygodna został aresztowany przez Napoleona. Przez dwa lata pozostawał więźniem, by potem zostać wydalonym z kraju.
Więźniowie, którzy nawrócili Napoleona?
Dzieje katolickiej konspiracji w czasach rewolucyjnej Francji to poruszający testament miłości do Chrystusa i Jego Kościoła mimo nienawiści świata. To świadectwo pokazuje, jak błędna jest myśl, że źródłem znaczenia religii jest jej rola społeczna oraz związek z doczesną władzą. Chrześcijaństwo potrafi trwać i z dala od tronu i wbrew niemu – bo to nie świeckie panowanie ani nawet nie okoliczności kulturowe są źródłem jego siły – ale miłość Syna Bożego. Przekonał się o tym… Napoleon Bonaparte.
Przez lata francuski cesarz próbował wszak podporządkować sobie Kościół, instrumentalnie obchodząc się z religią. Wyrazem tego faktu było m.in uwięzienie księdza Jacquesa Linsolasa czy pojmanie samego Ojca Świętego. A jednak po latach, przed śmiercią, wielki francuski cesarz uklęknął u konfesjonału i pojednał się z Kościołem.
Nawrócenie przeżyć miał na Wyspie Świętej Heleny. Wydarzenie to w sposób arcyciekawy opisał św. Józef Sebastian Pelczar. Według wybitnego polskiego pasterza, Napoleon miał wyznać: „Jezus Chrystus żąda miłości ludzkiej, a więc tego, co najtrudniej można osiągnąć. On tego wymaga i to otrzymuje. Z tego wnioskuję, że jest Bogiem (…) On rozpala ogień miłości, od której umiera miłość własna, górująca nad każdą inną miłością… Często o tym myślałem i to jest właśnie to, co podziwiam i co jest dla mnie absolutnym dowodem bóstwa Chrystusowego. (…) Jakaż przepaść mojej nędzy i królestwa Jezusa Chrystusa, przepowiadanego, miłowanego, wielbionego i żyjącego na całym świecie”.
Jak wymowne to słowa w ustach okrytego sławą generała, cesarza, a jednak przecież ostatecznie po ludzku przegranego i opuszczonego. W czym innym Bonaparte mógł odczytać dystans między miłością Francuzów ku niemu, a oddaniem katolików Chrystusowi jeśli nie w tych, którzy mimo prześladowań do końca trwali przy Zbawicielu – jak w więzionym papieżu Piusie VII czy księdzu Linsolasie?
Strona ukraińska poinformowała, że chce otworzyć archiwa służb dotyczące „zbrodni wołyńskiej” i zezwolić na ekshumacje na terenie Ukrainy. W moim dzieciństwie było popularne określenie sytuacji, które ma wyglądać poważnie, ale w rzeczywistości jest bez znaczenia – pic na wodę, fotomontaż. I właśnie z taką sytuacją moim zdaniem mamy do czynienia.
Budzi mój sprzeciw już samo mówienie przez stronę ukraińską o „zbrodni wołyńskiej”. Czy to kraina historyczna w dorzeczu górnego Bugu dokonała jakiejś zbrodni? Czy ma to sugerować, że równoważnych zbrodni na tym terenie dokonywali wszyscy jego mieszkańcy? Mówmy wprost, że idzie o ukraińskie mordy – często z szczególnym okrucieństwem – na ludności polskiej, rosyjskiej, czeskiej, węgierskiej, ormiańskiej itd. Mówimy przecież o niemieckich zbrodniach popełnionych na Polakach w Wielkopolsce, a nie „zbrodni wielkopolskiej”.
Nowe otwarcie z Polską?
Przywódca Ukrainy Wołodymyr Zełenski zapowiedział nowe otwarcie z Polską. Stało się to po naradzie dotyczącej ukraińskiej polityki wobec Polski. Ma być zdecydowanie mniej konfrontacyjnie. W spotkaniu dotyczącym Polski uczestniczył szef jego gabinetu Kyryło Budanow, szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha, oraz dyrektor Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej i obrońca banderyzmu Ołeksandr Ałfiorow. Wielu publicystów widzi w tym wyciągniętą rękę Kijowa w stronę Warszawy. Ja mam inne zdanie.
Stosunki polsko-ukraińskie od nasilenia działań wojennych na Ukrainie w 2022 roku nie były nigdy tak złe jak są dzisiaj. Polskie społeczeństwo w swojej większości ma dosyć butnej polityki historycznej Kijowa, która heroizuje zbrodniarzy z OUN i UPA. Liczni Polacy zbulwersowali się bezczelnym zachowaniem przywódcy Ukrainy i jego otoczenia względem polskiego prezydenta Karola Nawrockiego. Społeczeństwo jest mocno zmęczone ciągłym dofinansowywaniem ukraińskiego budżetu. Nie do zniesienia dla znacznej części narodu jest roszczeniowa postawa Ukraińców przebywających w Polsce. To zmęczenie wydaje się naturalne biorąc pod uwagę dosyć długi czas wzmożonego konfliktu militarnego miedzy Rosją a Ukrainą wspieraną przez liczne państwa NATO.
Zdziwienie strony ukraińskiej
Rządzący Polską centralnie i lokalnie do tej pory działali zgodnie z zasadą rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych w rządzie PiS Łukasza Jasiny czyli bycia „sługą narodu ukraińskiego, jego próśb”. Rządzący, którzy bez wątpienia w dalszym ciągu popierają atlantycką i proukraińską orientację polityczną muszą się jednak liczyć z głosem społeczeństwa. Wybory się zbliżają. Przeciętny Kowalski ma naprawdę dosyć traktowania dobrostanu Ukrainy jako punktu odniesienia dla spraw polskich. Dzisiaj już wydaje się zupełnie nieaktualny dowcip z 2023 roku: „Gdy dziennikarz pyta kreatora mody – co nosi się najchętniej w tym sezonie nosi w Polsce? Ten odpowiada: ukraińskich aktywistów i polityków na rękach”.
Władze ukraińskie zupełnie nie wyczuły nastrojów polskiej ulicy. Władze w Kijowie zdawały sobie sprawę, że nadanie jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” czy odesłanie kurierem do prezydenta Polski Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego spowoduje pogorszenie stosunków z Polską.
Jednak w najczarniejszym śnie nie spodziewali się tak radykalnej zmiany. To postawa władz ukraińskich spowodowała, że uroczystości poświęcone Polakom wymordowanym przez Ukraińców w tym roku odbywały się w całym kraju i dotarły do najmniejszych miejscowości. Nie czczono już tylko polskich ofiar, ale również sprzeciwiano się nieakceptowalnej w Polsce polityce historycznej Ukrainy.
Szary polski obywatel ma dosyć krzykliwych aktywistów w rodzaju Natalii Panczenko i proukraińskich lobbystów w rodzaju Pawła Kowala. Polacy mają serdecznie dosyć tych, którzy jawnie bronią banderyzmu, próbują relatywizować zbrodnie Ukraińców lub atakują w mediach społecznościowych ludzi organizujących uroczystości poświęcone Polakom pomordowanym przez Ukraińców w latach 1939-1947. Ogół Polaków dosyć rosnącej liczby przestępstw popełnianych przez obywateli Ukrainy. Przeciętny Polak widzi rażącą niewdzięczność za ogrom pomocy udzielonej Ukrainie w latach 2022-2026.
Trudna sytuacja Ukrainy
Sytuacja Ukrainy nie jest w tej chwili łatwa, a prawdę pisząc jest bardzo trudna. Co nie oznacza oczywiście tego, że ta rosyjska jest godna pozazdroszczenia. Bo również długotrwała wojna dała w kość władzom w Rosji. Jednak to na ulice Kijowa, Winnicy, Łucka, Odessy, Lwowa i innych miast wyszły tłumy protestujące przeciwko odwołaniu przez Wołodymyra Zełenskiego dotychczasowego ministra obrony Mychajło Fedorowa.
Po ukraińskich miastach krążą nieoznakowane wojskowe busy, z których nagle wyskakują żołnierze i porywają młodych mężczyzn. Ukraińcy są zatrzymywani na ulicy i siłą wcielani do armii. W efekcie liczni mężczyźni unikają wychodzenia z domu, nawet w celu wykonania codziennych czynności, takich jak praca, zakupy czy odwiedziny rodziców. Do Kijowa właśnie trafiło kolejne 501 ciał, które według strony rosyjskiej należą do poległych ukraińskich wojskowych. Portale i gazety opisują coraz to nowe gorszące skandale korupcyjne. Kijów dowiaduje się, że kolejne kraje Unii Europejskiej nie mają już ochoty uczestniczyć w finansowaniu wojny prowadzonej z Federacją Rosyjską.
W Polsce w siłę rosną stronnictwa w powszechnej świadomości ukrainosceptyczne jak Konfederacja Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz Korona Grzegorza Bruna. Do tej poru skrajnie ukrainofilskie Prawo i Sprawiedliwość ze względów taktycznych zmienia wbrew swojemu liderowi Jarosławowi Kaczyńskiemu przekaz dotyczący polityki Kijowa. Rekordy popularności bije twarda wobec Ukrainy europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik i był premier Leszek Miller. Obóz prezydencki jest głęboko zbulwersowany zamieszczeniem na powiązanej z ukraińską bezpieką liście Myrotworec, określanej jako „lista wrogów Ukrainy” szefa Kancelarii prezydenta RP Zbigniewa Boguckiego. Najbardziej widoczna jest zmiana w mediach społecznościowych, gdzie nawet liczni dotychczasowi stronnicy racji ukraińskich zmienili zdanie w tej sprawie. Władze Ukrainy zmuszone były do zmiany retoryki względem naszego kraju.
Mit ekshumacji
Premier Donald Tusk stwierdził: „Z satysfakcją i nadzieją przyjmuję słowa i decyzje Wołodymyra Zełenskiego, dotyczące relacji między naszymi państwami, które muszą być oparte na wzajemnym szacunku i prawdzie”. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Dokładnie przewidziałem zachowanie władz ukraińskich w swoich tekstach na łamach „Myśli Polskiej” dwa, a nawet trzy lata temu [chodzi między innymi o teksty: „Mit ekshumacji” i „Zabawa w kotka i myszkę”]. To co obserwujemy, jest tanim gestem pod publiczkę.
Mit ekshumacji jest potrzebny nie tylko Ukrainie, ale również rządzącym stronnikom polityki proukraińskiej w Polsce, by mogli społeczeństwu mydlić oczy rzekomo realnymi możliwościami godnego pochowania Polaków. Po tym triumfalnym komunikacie całkiem cicho przeszła informacja, że ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar stwierdził, że Ukraina złożyła do polskiego IPN wnioski o przeprowadzenie w Polsce prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych, miedzy innymi w Łaskowie koło Sahrynia. Idzie o miejsce, gdzie odziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich wiosną 1944 roku dokonały odwetu za niewyobrażalnie okrutne zbrodnie banderowskie.
IPN, zapytane przez PAP o wnioski strony ukraińskiej, przekazał, że w ubiegłym roku strona ukraińska przesłała pisma dotyczące trzech miejscowości w związku z planowanymi poszukiwaniami w Sahryniu, Łaskowie i Przemyślu. Karol Starowicz z IPN powiedział: „Jako Instytut udzieliliśmy wsparcia proceduralnego w sprawie Łaskowa, natomiast w odniesieniu do pozostałych dwóch miejscowości zwróciliśmy się o uzupełnienie wniosków. Do tej pory nie wpłynęły żadne nowe dokumenty ani uzupełnienia w tej sprawie”
Usłyszeliśmy głośno o możliwościach przeprowadzenia ekshumacji na Ukrainie, zaś po cichu puszczono informacje o ekshumacji, które odbędą się w Polsce. Taki system wzajemności jest nie do przyjęcia. Jest tym samym co zgoda na pochowanie ofiar niemieckiego ludobójstwa, w zamian za zgodę na pochowanie na przykład SS-manów. Ja nie jestem temu, by pochować jakiekolwiek szczątki. Jestem za to przeciwny symetryzacji w tej sprawie. Jeśli ekshumacji nie udało się przeprowadzić w czasie pokoju, czy ktoś naprawdę wierzy, że będzie to można rzetelnie zrobić w czasie wojny?
Mit otwarcia archiwów
Kilka dni temu rosyjska agencja TASS oraz Russia Today zaprezentowały odtajnione dokumenty rosyjskiej FSB na temat ukraińskiego zbrodniarza Dmytro Klaczkiwskiego pseudonim Kłyma Sawura. Najpierw media w Polsce powołując się na komunikat ukraińskiego rządowego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji (CPD) podawały, że Rosja chce upublicznić jakieś fałszywki w celu skłócenia Warszawy z Kijowem. Po publikacji zaś ogłoszono, że dokumenty nie są żadną nowością i nie maja fundamentalnego znaczenia.
Moim zdaniem strona ukraińska boi się tego, że Rosjanie mogą ujawnią zapewne liczne zalegające w ich archiwach dokumenty dotyczące zbrodni ukraińskich na Polakach. Ukraińcy obawiają się, że zmieniłoby to w znacznym stopniu postrzeganie nie tylko Ukrainy, ale również Rosji przez Polaków. Z tego powodu zapowiedzieli nieskrepowany dostęp do swoich archiwów dla polskich historyków.
Mam wielkie wątpliwości trojakiej natury. Po pierwsze nie wierzę w ten dostęp, ponieważ trwająca wojna rosyjsko-ukraińska jest znakomitym pratekstem, by ze względów bezpieczeństwa odmawiać dostępu do interesujących dokumentów.
Po drugie uważam, że polski Instytut Pamięci Narodowej jest narzędziem w rękach polityków służącym do kreowania nastrojów w Polsce. Pamiętam dokładnie obrzydliwości dotyczące kwestii dekomunizacyjnych polegających na podważaniu bohaterstwa żołnierzy i funkcjonariuszy walczących z banderowcami lub kwestionowaniu słuszności Operacji Wisła. Jeśli robił to w warunkach pokoju polski IPN, to tym bardziej w aktualnie niesprzyjających okolicznościach wojennych zapewne robi to ukraiński IPN.
Po trzecie w przeszłości na antenie telewizji „Trwam” wybitny historyk z Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej, zajmujący się problematyką polsko-ukraińską prof. Czesław Partacz ujawnił, że już w latach 90-tych były niszczone archiwalne dokumenty dotyczące kwestii ukraińskiej. Profesor ujawnił, że w tamtym okresie archiwistka ukraińskiego pochodzenia zniszczyła takie dokumenty w katowickim oddziale Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Jeśli takie rzeczy miały miejsce w Polsce, to moim zdaniem niezwykle prawdopodobne jest to, że również na Ukrainie.
Mit pojednania
Na dzień dzisiejszy, moim zdaniem nie ma możliwości szczerego pojednania między Polską a Ukrainą. Dzisiejsze państwo ukraińskie ciągle neguje ludobójstwo dokonane na narodzie polskim i nie tylko polskim. Fałszuje historię mówiąc o jakimś wzajemnym konflikcie, wojnie domowej, sowieckiej inspiracji i zestawia ofiary po obu stronach. Nowe otwarcie w stosunkach polsko-ukraińskich powinno być poprzedzone rachunkiem sumienia, wyznaniem win i naprawieniem szkody.
Polska powinna oczekiwać potępienia przez władze na Ukrainie banderyzmu, delegalizacji organizacji neobanderowskich, likwidacji pomników i nazw sławiących zbrodniarzy i kolaborantów III Rzeszy na Ukrainie. Polacy powinni oczekiwać budowy pomnika i muzeum polskich ofiar ukraińskiego szowinizmu w Kijowie i Lwowie. Domagać się również zobowiązania do przyszłościowych realnych odszkodowań dla potomków pomordowanych przez Ukraińców. Tego wszystkiego nie da się moim zdaniem zrobić w warunkach wojennych.
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X informuje, że w odpowiedzi na dekret opublikowany 2 lipca 2026 r. przez Dykasterię Nauki Wiary złożyło 11 lipca do tej samej Dykasterii rekurs wstępny (tj. odwołanie administracyjne), zgodnie z kanonami 1734 i nast. Kodeksu Prawa Kanonicznego.
Krok ten, stanowiący warunek wstępny przed ewentualnym wniesieniem rekursu hierarchicznego, skutkuje zawieszeniem wykonania dekretu zgodnie z kan. 1353 Kodeksu Prawa Kanonicznego.
Poprzez to odwołanie Bractwo zamierza skorzystać z prawa, które Kościół przyznaje każdej osobie uważającej się za poszkodowaną przez akt administracyjny, do wnioskowania o jego sprostowanie, w duchu poszanowania władzy kościelnej oraz wiernego przywiązania do sprawiedliwości, prawdy i dobra Kościoła.
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X składa ten wniosek na ręce kompetentnych władz i poleca tę sprawę modlitwie wszystkich wiernych.
W czasach mojej młodości, czyli w latach 60-tych minionego stu- i tysiąclecia (ale to brzmi!), modne było powiedzonko „myślenie ma przyszłość”. Zawsze, gdy przypominam sobie ówczesne wyobrażenia tego, jak wyglądać będzie nasz świat w roku 2000, to śmiech mnie ogarnia! Ale gdy przypomniałem sobie to powiedzonko o myśleniu i rozejrzałem się wokół siebie, to przeszła mi ochota do śmiechu.
To może wydać się dziwne, ale każdy pobyt w szpitalu jest dla mnie inspirujący. Niestety ostatnio byłem zmuszony spędzić tam sporo czasu. Człek najczęściej leży w wyrku i poza myśleniem nie ma nic lepszego do roboty. Można też obserwować otoczenie. W pokoju był telewizor. Ja sam właściwie telewizji nie oglądam, więc była to okazja do zapoznania się z programem. Ale przede wszystkim była to okazja do obserwacji i oceny tego, co najczęściej jest oglądane. I to był to szok! Nie spodziewałem się żadnych wyżyn intelektualnych, ale to, co zobaczyłem, określić można jedynie jednym słowem: prymitywizm!
Ale prawdziwe przerażenie przyszło po próbach wyjaśnienia ludziom co właściwie oglądają. Równie dobrze mogłem mówić do telewizora! Te wszystkie doświadczenia zainspirowały mnie do napisania poniższego tekstu. Przyznaję, nie wszystko to moje obserwacje i przemyślenia. Bo taki mądry to ja już nie jestem! To zlepek wielu przeczytanych i „przetrawionych” tekstów, cytatów filozofów (z twórczością niektórych nie zawsze się zgadzam) oraz własnych obserwacji i przemyśleń, które częściowo wziąłem z moich napisanych już wcześniej tekstów.
Nieraz pisałem już o przerażającej głupocie obecnych elit politycznych. Nawet Tucker Carlson pytał Putina, czy mu to nie przeszkadza w rozmowach z nimi. Ale nie lepiej jest z ogółem społeczeństw. Czy jest to proces sterowany? Niektórzy mówią, że tak i jest to efekt postmodernizmu. Osobiście sądzę, że jest to proces spontaniczny, który powstał samoistnie, ale jest korzystny dla prawdziwych kręgów rządzących, więc nikt mu nie przeciwdziała. Poza tym jest wygodny dla społeczeństwa i dlatego jest powszechnie i nieświadomie akceptowany. Ale jest to także proces cywilizacyjny.
W historii każdej cywilizacji istnieje konkretny moment, w którym krytyczne myślenie przestaje być cenione i zamiast tego traktowane jest jako patologia społeczna. Nie jest to głośny upadek. Jest to proces cichy, stopniowy i akceptowany jako postęp. Współczesne społeczeństwo przechodzi właśnie przez ten moment, ale z jedną szczególną brutalną cechą. Po raz pierwszy w historii ludzkości głupota nie jest wynikiem braku dostępu do wiedzy, ale bezpośrednim skutkiem jej nadmiaru. Żyjemy w epoce, w której miliardy ludzi noszą w kieszeniach całe biblioteki, a mimo to wybierają intelektualną przeciętność jako sposób na życie. To nie jest przypadek, to architektura. Schopenhauer ostrzegał, że zadaniem człowieka myślącego jest nie tyle dostrzeganie tego, czego nikt nie widział, ile myślenie o tym co widzą wszyscy w sposób, w jaki jeszcze nikt o tym nie pomyślał. Obecnym problemem jest to, że nikt już o niczym nie myśli. Konsumuje się, powtarza i rozpływa się w jednolitej masie gotowych opinii.
Śmierć krytycznego myślenia nie była morderstwem. Było to zbiorowe samobójstwo, zamaskowane jako demokratyzacja wiedzy. Krytyczne myślenie nie zniknęło z powodu starzenia się. Zostało systematycznie wyeliminowane, ponieważ stanowi największe zagrożenie dla każdej struktury opartej na przewidywalności zachowań. Kwestionowanie, analizowanie i wstrzymywanie się z natychmiastową oceną to umiejętności, które sprawiają, że dana osoba nie nadaje się do systemów funkcjonujących w oparciu o powtarzalność i konformizm. Prawdziwa inteligencja powoduje tarcia, opóźnienia i opór w mechanizmach społecznych, które zostały zaprojektowane z myślą o ciągłym płynnym działaniu i automatycznych reakcjach.
Spójrzcie na współczesny System nauczania. Dominujący model nie uczy myślenia, ale udzielania odpowiedzi. Istnieje ogromna różnica między tymi dwoma procesami umysłowymi. Myślenie wymaga wątpliwości, wewnętrznej analizy i samodzielnego przemyślenia. Odpowiadanie wymaga jedynie rozpoznawania wzorców i odtwarzania wcześniej ustalonych treści. Masowy system edukacyjny produkuje kompetentnych dawców odpowiedzi, a nie samodzielnych myślicieli. Nie jest to błąd, lecz zamierzony efekt.
Przekształcenie myślenia w zagrożenie ma miejsce na wielu poziomach społecznych. W środowisku biznesowym osoby kwestionujące ustalone procesy są postrzegane jako problematyczne, a nie innowacyjne. W sferze politycznej osoba analizująca sprzeczności w oficjalnych narracjach jest klasyfikowana jako intrygant, a nie analityk. W sferze społecznej osoba, która odmawia natychmiastowego przyłączenia się do zbiorowych spraw, jest postrzegana jako nieczuła, a nie jako rozważna. Społeczna kara za krytykę jest skuteczniejsza niż jakakolwiek formalna cenzura. Nietzsche uznał, że przekonania są więzieniami. Dzisiejsze społeczeństwo zbudowało największy kompleks więzienny w historii ludzkości. Jednak kraty są niewidoczne, ponieważ składają się z niepodważalnych zbiorowych pewników. Kto próbuje uciec, nie jest ścigany siłą, ale wykluczeniem. Ostracyzm społeczny stał się ostatecznym narzędziem neutralizowania krytycznego myślenia.
Podstawowym pytaniem nie jest to, czy ludzie stracili zdolność krytycznego myślenia, ale czy dobrowolnie z niej zrezygnowali w zamian za akceptację i poczucie przynależności. Odpowiedź jest niepokojąca. Zdecydowana większość przedłożyła komfort zbiorowej pewności nad strach przed indywidualną analizą. A to zmienia wszystko w naszym rozumieniu współczesnego upadku intelektualnego. Głupota dominuje nie dlatego, że jest zaraźliwa, ale dlatego, że jest operacyjnie lepsza w złożonych systemach. Społeczeństwo, które nie kwestionuje, nie powoduje tarć. Nie domaga się uzasadnień. Nie wymaga przejrzystości. Nie identyfikuje sprzeczności. Z administracyjnego punktu widzenia brak krytycznego myślenia jest idealnym „smarem” dla funkcjonowania każdej struktury władzy.
Istnieje zasadnicza różnica pojęciowa między ignorancją a głupotą. Ignorancja to brak wiedzy, który można naprawić poprzez edukację. Głupota to aktywna odmowa przetwarzania dostępnych informacji, która nie tylko opiera się korekcie, ale wręcz ją wzmacnia. Dietrich Bonhöfer zidentyfikował to, stwierdzając, że głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż zło. [Oczywiście to głupota, taki pogląd… md] Zauważył, że racjonalne argumenty są bezużyteczne w walce z głupotą, ponieważ głupi nie są otwarci na rozum, ale chronieni przed nim. Funkcjonalność głupoty przejawia się w określonych wzorcach zachowań. Ludzie bez krytycznego myślenia nie doświadczają dysonansu poznawczego, ponieważ nie dostrzegają sprzeczności. Mogą bronić wzajemnie wykluczających się stanowisk, nie dostrzegając żadnej niespójności.
Paradoksalnie ta elastyczność umysłowa sprawia, że są bardziej przystosowani do szybkich zmian narracji. Podążają za nurtem bez oporu i zmieniają zdanie nie poprzez refleksję, ale poprzez aktualizację zbiorowej, narzuconej struktury myślenia. Współczesny system nie potrzebuje błyskotliwych umysłów. Potrzebuje wydajnych procesorów do fragmentarycznych zadań. Ekstremalny podział pracy w sferze intelektualnej stworzył środowisko, w którym nikt nie musi rozumieć całości, a jedynie precyzyjnie wykonywać swoją część. Myślenie o całym systemie jest zbędne, a nawet szkodliwe. Funkcjonalna głupota to taka, która doskonale wykonuje zadanie, nie rozumiejąc jego celu. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że współczesna głupota jest często dobrze poinformowana. Ludzie gromadzą dane, cytują badania, powtarzają statystyki, ale nie potrafią przeprowadzić integracyjnej analizy. Można być jednocześnie dobrze poinformowanym i intelektualnie leniwym. Współczesna głupota nie jest pusta. Jest nasycona nieprzetworzoną treścią.
Nasuwa się pytanie: jeśli głupota jest tak funkcjonalna i korzystna dla utrzymania złożonych systemów, to czy istnieje rzeczywista motywacja, aby z nią walczyć? A może mamy do czynienia z konfiguracją społeczną, w której przeciętność intelektualna jest w rzeczywistości pożądanym stanem równowagi? Prawdziwe myślenie jest żmudne. Wymaga gromadzenia danych, analizy kontekstu, identyfikacji założeń, oceny dowodów, konfrontacji sprzeczności i wstępnej syntezy, która zawsze podlega weryfikacji. Jest to powolny, niewygodny proces, który często kończy się niepewnością. Gotowe opinie oferują coś przeciwnego: natychmiastowe wnioski, bezpośrednią pewność i całkowite uwolnienie od wysiłku poznawczego.
Zastąpienie myślenia gotowymi opiniami nie było wynikiem izolowanego lenistwa intelektualnego. Było ono wynikiem strukturalnej transformacji sposobu dystrybucji i konsumpcji informacji. Platformy cyfrowe nie sprzedają informacji, sprzedają pozycjonowanie. Każdy złożony temat jest sprowadzany do dwóch lub trzech jasno określonych, antagonistycznych stanowisk. Użytkownik nie musi zastanawiać się nad tematem, a jedynie wybrać swoją drużynę. Ten plemienny model opinii eliminuje najważniejszy obszar krytycznego myślenia, jakim jest niejednoznaczność. Złożone kwestie mają wiele warstw i niuansów. Sprowadzanie ich do uproszczonych systemów binarnych niweczy możliwość prawdziwego zrozumienia.
Jednak prawdziwe zrozumienie nie jest celem. Celem jest szybka identyfikacja grupy. Opinie działają jak mundury. Służą one do identyfikacji, kto należy do jakiej grupy, a nie do odzwierciedlenia prawdziwego zrozumienia rzeczywistości. Schopenhauer zauważył, że im bardziej ograniczona jest wiedza człowieka, tym silniejsze są jego przekonania. Współczesne społeczeństwo potwierdza to na skalę przemysłową. Ludzie posiadający powierzchowną wiedzę na każdy temat wykazują się pewnością, która jest odwrotnie proporcjonalna do ich rzeczywistego stanu wiedzy. Dynamika ta tworzy środowisko, w którym głośne wypowiedzi zastępują dobre argumenty, a powtarzanie zastępuje dowody.
Najbardziej znamiennym zjawiskiem jest szybkość, z jaką kształtują się opinie. W ciągu kilku sekund po wydarzeniu miliony ludzi zajmują już zdecydowane stanowisko. Brak czasu na odpowiednią analizę pokazuje, że opinie nie są kształtowane, lecz rozpoznawane. Osoba identyfikuje kategorię plemienną, do której pasuje dane wydarzenie, i automatycznie przyjmuje kompletny pakiet stanowisk związanych z tą grupą. Wynikająca z tego architektura umysłu jest brutalnie uboga. Jednostki tracą zdolność do niezależnego myślenia, ponieważ każda opinia jest nieodłącznie związana z całym pakietem. Zajęcie stanowiska A w konkretnej sprawie automatycznie wymusza zajęcie stanowiska B, C i D w zupełnie innych sprawach. Myślenie przestaje być indywidualne i staje się jedynie operacją wyboru spośród gotowych katalogów światopoglądów.
Pozostaje pytanie: czy możliwe jest odzyskanie zdolności prawdziwego myślenia w strukturze społecznej, która nagradza natychmiastową zgodę i karze opóźnioną refleksję? A może zdolność ta stała się ewolucyjnie niekorzystna we współczesnym środowisku informacyjnym? Założenie oświecenia było proste: wiedza wyzwala. Im więcej informacji byłoby dostępnych, tym bardziej oświecona byłaby ludność. Współczesna rzeczywistość całkowicie obaliła tę tezę. Nigdy wcześniej nie było tak łatwego dostępu do tak dużej ilości informacji, a jednocześnie nigdy wcześniej krytyczne myślenie nie było tak rzadkie. Problemem nie był brak informacji. Problemem był i nadal jest brak umiejętności odpowiedniego ich przetwarzania. Nadmiar informacji powoduje specyficzne zjawisko. Paraliż analityczny, po którym następuje mentalna kapitulacja. W obliczu niemożliwej do ogarnięcia ilości sprzecznych danych na każdy temat umysł nie jest w stanie przetworzyć, ocenić i zsyntetyzować informacji. Naturalną reakcją nie jest intensyfikacja wysiłków analitycznych, ale całkowite zaniechanie ich. Osoba wybiera źródło, które rezonuje emocjonalnie, i przekazuje mu całą funkcję krytyczną. Outsourcing myślenia pod pozorem badań.
Rozdrobnienie informacji jest jeszcze bardziej destrukcyjne niż jej ilość. Informacje docierają do nas w niepowiązanych fragmentach, bez kontekstu, bez logicznego porządku, bez hierarchii znaczenia. Każdy fragment z równą intensywnością walczy o uwagę. Ludzki mózg nie został stworzony do przetwarzania tego rodzaju strumienia informacji. W rezultacie informacje przestają być surowcem dla wiedzy, a stają się jedynie ciągłym szumem w tle.
Istnieje zasadnicza różnica między dostępem do informacji a umiejętnością przekształcenia ich w wiedzę. Wiedza wymaga integracji, a nie gromadzenia. Wymaga konfrontacji nowych danych z istniejącymi strukturami koncepcyjnymi, identyfikacji i rozwiązywania sprzeczności oraz rozpoznawania wzorców poprzez izolowane przypadki. Proces ten nie przebiega automatycznie. Bez aktywnego krytycznego myślenia informacje pozostają w stanie surowym.
Najniebezpieczniejszym współczesnym złudzeniem jest mylenie znajomości tematu z jego zrozumieniem. Ludzie, którzy wielokrotnie mają kontakt z określonymi tematami, rozwijają poczucie wiedzy, nie analizując ich nigdy dogłębnie. Widzieli ten temat dziesiątki razy, brali udział w powierzchownych dyskusjach, dzielili się powiązanymi treściami. To tworzy fałszywe poczucie wiedzy eksperckiej. Mylą ekspozycję z nauką. Najbardziej niepokojące jest to, że nadmiar informacji nie tylko nie kształtuje, ale aktywnie deformuje. Ciągła ekspozycja na fragmentaryczne treści trenuje umysł do coraz bardziej powierzchownego przetwarzania informacji. Zdolność do długotrwałej koncentracji zanika, a tolerancja dla złożonych argumentacji znika. Pozostaje umysł, który jest wyszkolony do konsumowania nieskończonej liczby fragmentarycznych treści, ale całkowicie niezdolny do przetwarzania skomplikowanego tekstu.
Prawdziwym pytaniem nie jest to, jak radzić sobie z nadmiarem informacji, ale czy nadal istnieje zbiorowa zdolność umysłowa do odróżniania istotnych informacji od szumu, wiarygodnych danych od manipulacji, dogłębnej analizy od powierzchownych opinii. A jeśli ta zdolność została utracona, co to oznacza dla możliwości powstania prawdziwie świadomego społeczeństwa? Najpotężniejszą siłą kształtującą ludzkie zachowania nie jest poszukiwanie prawdy, ale potrzeba przynależności. Ludzie są zwierzętami społecznymi, a ostracyzm stanowi dla nich głębokie zagrożenie egzystencjalne. Dynamika ta wywiera stałą presję na konformizm, a krytyczne myślenie jest naturalnym wrogiem konformizmu, ponieważ powoduje odmienność. Krytyczne myślenie o każdej złożonej kwestii nieuchronnie prowadzi do wniosków odbiegających od ustalonych stanowisk grupowych. Stawia to jednostkę przed brutalnym wyborem: albo podtrzymać wynik swojej analizy i ryzykować wykluczenie społeczne, albo zrezygnować z własnych wniosków i przyjąć stanowisko grupy. Zdecydowana większość wybiera przynależność zamiast intelektualnej uczciwości i robi to nieświadomie, racjonalizując później konformizm jako wynik własnej analizy. Nagroda za powtarzanie jest natychmiastowa i namacalna. Kto powiela dominujące opinie grupy, otrzymuje natychmiastowe potwierdzenie, uznanie społeczne, szacunek, przyjęcie do kręgów wpływowych. Nagrodą za krytyczne myślenie jest często coś przeciwnego: kwestionowanie, nieufność, stygmatyzacja i wykluczenie. Z emocjonalnego punktu widzenia wyboru kosztów i korzyści wybór jest oczywisty.
Problem polega na tym, że ten powtarzany miliony razy wybór tworzy intelektualnie jałowe społeczeństwo. Istnieje specyficzne zjawisko, które przyspiesza ten proces. Efekt kaskady popularności. Kiedy dana idea zyskuje początkowo popularność w grupie, staje się coraz bardziej obecna w dyskusjach. Ta zwiększona obecność tworzy iluzję konsensusu. Skłania to poszczególnych członków do zajęcia stanowiska, nawet bez własnej analizy. Proces ten napędza się sam, aż różnice zdań stają się społecznie niemożliwe, nie poprzez wyraźny przymus, ale poprzez niewidzialną presję konformizmu. Współczesny trybalizm wzmocnił ten wzorzec do bezprecedensowego poziomu. Tożsamość osobista stała się nierozerwalnie związana z tożsamością grupową. Kwestionowanie stanowiska grupy nie jest postrzegane jako ćwiczenie intelektualne, ale jako zdrada tożsamości.
Osoba, która krytycznie podchodzi do dogmatów grupowych, nie tylko się z nimi nie zgadza, ale także odrzuca własną tożsamość. Tworzy to barierę psychologiczną, która dla niezależnego myślenia jest niemal nie do pokonania. Co więcej, powtarzanie zapewnia ulgę poznawczą. Myślenie jest męczące. Wymaga znacznej aktywności umysłowej. Powtarzanie jest automatyczne, nie wymaga wysiłku. W społeczeństwie, które maksymalizuje wymagania poznawcze we wszystkich dziedzinach życia, oszczędność energii wynikająca z powtarzania jest kusząca. Przeniesienie myślenia na grupę uwalnia zasoby umysłowe do innych zadań. Jest to strategia efektywności, a niekoniecznie świadoma głupota. Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Czy możliwe jest stworzenie struktur społecznych, które nagradzają krytyczne myślenie zamiast je karać? Czy też dynamika plemienna nieuchronnie faworyzuje konformizm ponad indywidualną analizę, sprawiając, że zbiorowy upadek intelektualny staje się nie historycznym przypadkiem, ale powtarzającym się wzorcem?
Śmierć krytycznego myślenia nie była wynikiem zewnętrznego spisku, który został narzucony niewinnej ludzkości. Było to dobrowolne zrzeczenie się umiejętności, której utrzymanie wymaga ciągłego wysiłku. Krytyczne myślenie jest bolesne, ponieważ zmusza do konfrontacji z wewnętrznymi sprzecznościami, wymaga weryfikacji wygodnych przekonań i nie daje ostatecznych pewników. Głupota oferuje coś przeciwnego: natychmiastowy komfort, niezachwianą pewność i uwolnienie od odpowiedzialności intelektualnej. Istnieje brutalna prawda dotycząca świadomości. Nie jest to stan naturalny. Jest to osiągnięcie, którego należy aktywnie bronić.
Naturalnym stanem ludzkiego umysłu jest odruchowość, plemienność oraz kierowanie się emocjami i przynależnością. Krytyczne myślenie jest wyższą funkcją, która pojawia się tylko wtedy, gdy jest świadomie kultywowana i utrzymywana wysiłkiem. W przypadku braku tego wysiłku umysł naturalnie powraca do prymitywnych wzorców przetwarzania informacji. Współczesna głupota ma specyficzną cechę. Często jest maskowana jako wyrafinowanie. Ludzie powtarzają skomplikowane terminy, cytują statystyki, powołują się na autorytety. Wydają się być pogrążeni w głębokich rozmyślaniach. Jednak analiza ujawnia całkowity brak krytycznego myślenia. Jest to popis inteligencji bez prawdziwej treści intelektualnej, być może bardziej niebezpieczny niż domniemana ignorancja, ponieważ tworzy iluzję zrozumienia. Odpowiedzialności za zbiorowy upadek intelektualny nie można w całości zrzucić na systemy zewnętrzne. Każda osoba codziennie staje przed wyborem, ile wysiłku poświęcić prawdziwemu myśleniu, a ile akceptacji gotowych wniosków. Każda osoba decyduje, czy będzie weryfikować przesłanki, czy tylko konsumować wnioski. Te skumulowane mikrodecyzje determinują, czy społeczeństwo zachowa swoją zdolność krytycznego myślenia, czy też pogrąży się w powszechnej przeciętności. Nietzsche ostrzegał, że człowiek woli raczej chcieć nicość, niż niczego nie chcieć. [trudne zdanie, niełatwo je zrozumieć i trudno przetłumaczyć; w oryginale: „denn der Mensch will lieber noch das Nichts wollen als nicht wollen” i pochodzi z dzieła Friedricha Nietzschego Zur Genealogie der Moral (Z genealogii moralności).]
Współczesne społeczeństwo potwierdza to, wybierając fałszywe pewniki zamiast szczerej niepewności. Woli każdą definitywną narrację, bez względu na to, jak absurdalna, od niewygodnego przyznania, że na niektóre pytania nie ma prostych odpowiedzi. Ta ucieczka od złożoności jest ucieczką od rzeczywistości na rzecz pocieszającej fikcji. Droga powrotna nie jest tajemnicą. Wymaga przywrócenia określonych nawyków myślowych, zawieszenia natychmiastowej oceny, aktywnego poszukiwania sprzecznych perspektyw, weryfikacji własnych założeń, tolerancji wobec niejednoznaczności, przyznania się do niewiedzy tam, gdzie ona istnieje. Nawyki te nie są ani naturalne, ani wygodne. Są bolesne i kosztowne społecznie, ale stanowią jedyną obronę przed całkowitą śmiercią myślenia. Ostatecznym pytaniem nie jest to, czy społeczeństwo zdecyduje się ożywić krytyczne myślenie, ale czy poszczególne osoby będą miały odwagę to zrobić, nawet jeśli wszyscy wokół nich wybiorą wygodną przeciętność. Ponieważ zbiorową głupotę można pokonać jedynie poprzez indywidualną jasność umysłu, powtarzaną wystarczająco często, aby osiągnąć masę krytyczną. Jest to walka, którą każdy umysł musi najpierw stoczyć samodzielnie.
A więc jedyne, co nam pozostaje, to po raz kolejny powtórzyć maksymę Młynarskiego: