Reakcja Iranu na amerykańską prowokację jasno pokazała, że obecna wersja proponowanego 60-dniowego zawieszenia broni nie jest wykonalna.
MOSKWA – Iran, w przeciwieństwie do USA, ma niezwyciężoną dominację w eskalacji. I to właśnie doprowadza głośno wściekłego cesarza barbarzyństwa do szaleństwa.
Podsumujmy pokrótce najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia.
W odpowiedzi na atak powietrzny CENTCOM na obszar wokół lotniska Bandar Abbas – co stanowiło bezpośrednie złamanie fikcji „zawieszenia broni” – Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) przeprowadził tego samego dnia ukierunkowany atak na bazę amerykańską w Kuwejcie.
IRGC nie pozostawiło cienia wątpliwości: „Jeśli to się powtórzy, nasza odpowiedź będzie bardziej zdecydowana”.
Starannie zaplanowana odpowiedź Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej miała być celowym ostrzeżeniem, jednoznacznie sygnalizującym, że na każdą amerykańską prowokację zostanie odparta – jednak bez wywoływania powrotu do wojny na pełną skalę.
Na początku ubiegłego tygodnia dwa amerykańskie okręty wojenne podjęły próbę „ciemnego przejścia” przez Cieśninę Ormuz: wyłączono transpondery, obejść należało nadzór ze strony Marynarki Wojennej Straży Rewolucyjnej, a powtarzające się ostrzeżenia nawigacyjne zignorowano.
Jednakże wywiad radiowy Omanu wykrył statki i po całkowitym zignorowaniu ostrzeżeń, marynarka wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej przeprowadziła ukierunkowany atak dronów.
W tłumaczeniu oznacza to: Polegało to na ścisłym egzekwowaniu nowych praw regulujących kontrolowany przez Iran korytarz żeglugowy w jednym z najbardziej newralgicznych punktów morskich na świecie.
Oś syjonistyczna nie omieszkała przedstawić działań Iranu jako bezpośredniego ataku na „amerykańską hegemonię”. Dlatego też, zgodnie z oczekiwaniami, Biały Dom zezwolił na ataki na irańskie instalacje dronów.
Waszyngton ponownie przedstawił reakcję militarną jako proporcjonalne przywrócenie odstraszania. Teheran zinterpretował ją jednak jako otwarty atak amerykański w trakcie trwającego zawieszenia broni.
Odwetowy atak Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na bazę w Kuwejcie wysłał zatem kolejny jednoznaczny sygnał: Amerykańskie bazy w Zatoce Perskiej – te, które jeszcze nie zostały zniszczone – pozostają prawowitymi celami i nigdy więcej nie będą cieszyć się statusem bezpiecznych przystani.
Zgodnie z oczekiwaniami, CENTCOM nie wycofał się. Kolejne ataki miały miejsce we wtorek i środę. W czwartek nałożono sankcje na nową irańską agencję monitorującą Cieśninę Ormuz – PGSA.
CENTCOM określił ataki na irańskie radary i obiekty dowodzenia w Goruk i na wyspie Keshm jako „ataki w ramach samoobrony”.
Siły powietrzno-kosmiczne IRGC zaatakowały następnie kuwejcką bazę lotniczą, z której pochodziły amerykańskie ataki, oświadczając, że „planowane cele zostały zniszczone”. Dodali, że odpowiedzialność spoczywa „na amerykańskim reżimie”.
Powrócił niebezpieczny cykl eskalacji.
Trump i CENTCOM mogą postrzegać to jako taktyczny środek odstraszający. Teheran uważa to za strategiczną nieuczciwość.
Czego nie chcą ci powiedzieć
Reakcja Iranu na amerykańską prowokację jasno pokazała, że obecna wersja proponowanego 60-dniowego zawieszenia broni nie jest wykonalna.
Chiny oficjalnie popierają 60-dniowe zawieszenie broni. Jednak Stany Zjednoczone praktycznie nieustannie łamią obecne, i tak już kruche, zawieszenie broni.
Rozmowy przeprowadzone w Szanghaju w ubiegłym tygodniu jasno pokazały, że Chiny utrzymują bardzo bliskie kontakty z Iranem i nieustannie uwzględniają wydarzenia na lądzie i w powietrzu w swoich znacznie szerszych, długoterminowych kalkulacjach strategicznych – w szczególności w odniesieniu do przepływów energii przez Cieśninę Ormuz.
Co więcej, na wielkiej szachownicy geopolitycznej kluczowe jest, aby Chiny i Pakistan na pierwszej linii frontu, a Rosja i Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna w tle, nadal udzielały Iranowi materialnego i strategicznego wsparcia – na kilku poziomach celowej dwuznaczności i wiarygodnego zaprzeczenia.
Intensywność tej koordynacji stale wzrasta.
Ataki na Iran w ciągu ostatniego tygodnia służą tylko jednemu podmiotowi: kultowi śmierci w Azji Zachodniej, którego strategicznym celem jest osłabienie irańskiej infrastruktury wojskowej i trwałe zepchnięcie Teheranu do defensywy – bez względu na ogromne ryzyko dla rzeczywistych interesów amerykańskich i stabilności Azji Zachodniej.
Perspektywy są oczywiste: generałowie Pentagonu teoretycznie mogą szukać sposobów wyjścia z sytuacji, ale przywódcy polityczni tego, co można by nazwać „syndykatem Epsteina”, chcą wojny.
Żadna z petro-monarchii w Zatoce Perskiej – z wyjątkiem Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czyli krótko mówiąc „arabskich syjonistów” – nie chce, aby USA wznowiły wojnę.
Ich obawy mają wyraźnie charakter egzystencjalny.
Znają możliwości IRGC. Wiedzą też, że potencjalne przystąpienie Ansarallah do wojny w Jemenie doprowadziłoby do masowych katastrof odwetowych – z atakami na porty i obiekty energetyczne.
Państwa Rady Współpracy Zatoki Perskiej nadal żyją w ciągłym strachu.
Odpowiedź Iranu na bezpośrednie ataki ze strony Zjednoczonych Emiratów Arabskich, o których obecnie wiadomo publicznie, nastąpi w odpowiednim czasie.
Jednak jeszcze pilniejszym problemem jest faktyczny upadek faktycznego monopolu Emiratów na rynku transportu morskiego w Azji Zachodniej.
Iran i Pakistan w ciągu kilku tygodni połączyły ze sobą regionalne węzły tranzytowe, otwierając siedem poziomów korytarzy lądowych bezpośrednio połączonych z Chińsko-Pakistańskim Korytarzem Gospodarczym (CPEC).
Iran i Pakistan są partnerami Inicjatywy Pasa i Szlaku.
Dotyczy to również ich portów: Czabahar w Sistanie-Beludżystanie i Gwadar nad Morzem Arabskim, oddalonych od siebie o zaledwie 80 kilometrów, przeżywają nową i nieoczekiwaną symbiozę.
Pół-monopol morski Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Azji Zachodniej stracił znaczenie.
Jeśli chodzi o centrum wydarzeń – Cieśninę Ormuz – po raz kolejny przekroczono pewną granicę.
Jeśli CENTCOM odważy się na dalsze prowokacje i eskalację sytuacji, następną reakcją IRGC będzie bezpośredni atak na gardło i całkowite zniszczenie amerykańskich sił powietrznych.
Dlatego teraz od aktorów pragnących umiaru – Chin, Pakistanu, petro-monarchii w Zatoce Perskiej i pragmatystów z Iranu – zależy, czy wywrą niezbędny wpływ, by zapobiec powrotowi wojny.
Fakty są jasne.
Trump nie ma praktycznie żadnego wpływu na Iran.
A Iran ma nie do pokonania przewagę w zakresie eskalacji.
To, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu, wykracza daleko poza chwilową eskalację napięć w Cieśninie Ormuz. To poważny, trwający kryzys strukturalny w Azji Zachodniej – o wiele głębsza i bardziej niestabilna struktura, która leży u podstaw całego dramatu.
Ten niezwykle zmienny kontekst – zilustrowany ujawnieniem ekskluzywnych informacji – będzie w przyszłości analizowany na nowej niezależnej platformie o nazwie Power Shift .
Power Shift będzie miał swoją światową premierę w najbliższy poniedziałek, 1 czerwca o godzinie 17:30 czasu wschodniego. Jego pierwsze wydanie specjalne będzie nosiło tytuł:
„Iran: Czego nie chcą ci powiedzieć”.
Widzowie z całego świata, którzy mają dość kontrolowanych narracji i szukają rzetelnej analizy, mogą tam być na żywo.
Dołączę z Moskwy. Ekskluzywne. Niefiltrowane. Bez cenzury.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” 2 czerwca 2026 michalkiewicz
Pan Jacek „wyznaczył małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył” – tak Telimena w „Panu Tadeuszu” wyjaśnia Sędziemu Soplicy sytuację materialną Zosi, którą z woli tegoż Pana Jacka, czyli Jacka Soplicy, się opiekuje. Ale nie będziemy się tu zajmowali sprawami majątkowymi na ówczesnej Litwie, które – mówiąc nawiasem – są niezwykle smakowite o czym można przeczytać m.in. w mojej książce „Anschluss. Targowica urządza się przy Napoleonie” – tylko sytuacją naszego nieszczęśliwego kraju.
Jest ona podobna do tej opisanej w Liście św. Pawła do Tessaloniczan: „kiedy bowiem będą mówić „pokój i bezpieczeństwo” – tak niespodziewanie przyjdzie na nich zagłada”. Czyż nie tak właśnie było, kiedy nasi Umiłowani Przywódcy, dekując się za żywą tarczą wojsk amerykańskich, zaczęli zabawiać się, już nawet nie w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale w szarpanie ruskiego tygrysa za ogon? Bo trzeba nam wiedzieć, że rotacyjny amerykański kontyngent wojskowy w Polsce pełni rolę „żywej tarczy”.
Kombinacja jest taka: jeśli Putin zastrzeliłby choćby jednego Amerykańca, to byłby to casus belli, po którym Ameryka zastosowałaby art. 5 traktatu waszyngtońskiego i ostateczne zwycięstwo znalazłoby się w zasięgu ręki. Warto tedy przypomnieć brzmienie art. 5 tego traktatu:
„Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej, będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeśli taka napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie samodzielne, albo w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej ws celu utrzymania lub przywrócenia bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.”
Jak widzimy , art. 5 zawiera jeden istotny warunek uruchomienia zapisanych w nim procedur sojuszniczych. Jest nią „zbrojna napaść” na przynajmniej jednego sojusznika. Jeśli natomiast sojusznik sam na kogoś napadnie – jak to miało miejsce w przypadku izraelsko-amerykańskiego uderzenia na złowrogi Iran – to nie ma traktatowego powodu, by te sojusznicze procedury uruchamiać.
Podobna sytuacja może spotkań i nasz nieszczęśliwy kraj, jeśli zechciałby zadośćuczynić marzeniu ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, który od samego początku wojny próbuje wciągnąć do niej państwa Europy Środkowej, zwłaszcza mocarstwa Bałtyckie. Byłaby to sytuacja dla Polsce bardzo groźna, bo z uwagi na brzmienie art. 5, Polska nie padłaby ofiarą żadnej „zbrojnej napaści”, a tylko włączyła się do wojny, która już trwa. W tej sytuacji bardzo możliwe, że i amerykańskie wojsko nawet nie ruszyłoby się z koszar, bo chociaż rozlokowane jest na terytorium naszego bantustanu, to przecież rządowi tubylczemu nie podlega, tylko rządowi własnemu, a ten mógłby nakazać chwalebną powściągliwość.
W ogóle wyjaśnienia wymagałaby również kwestia, czy rząd polski mógłby nakazać naszej niezwyciężonej armii uruchomienie rozmaitych broni – bo przynajmniej ja nie wiem, ile z nich Amerykanie mogliby wyłączyć, czynią je nieprzydatnymi do użycia na polu walki – gdyby ze względów politycznych rząd amerykański uznał to za korzystne. Drugi wniosek, jaki trzeba wyciągnąć z art 5 traktatu waszyngtońskiego, to ten, że nie zawiera on żadnego automatyzmu reakcji. Każdy z sojuszników, może udzielić „napadniętemu” takiej pomocy, jaką w danej sytuacji uzna za odpowiednią, „łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Użycie „siły zbrojnej” jest więc tylko jedną z możliwych reakcji, taką samą, jak na przykład wystosowanie wobec napastnika tak zwanego „ostrego protestu”.
Oczywiście Polska przystępując w grudniu 1999 roku do NATO nie miała najmniejszego wpływu na treść traktatu waszyngtońskiego, który stanowił dla nas rodzaj „umowy przez przystąpienie” – bez możliwości kształtowania jej warunków. Ale lubi się, co się ma, więc nie ma co kręcić na to nosem tym bardziej, że USA i Rosja, w roku 1997, a więc na dwa lata przed rozszerzeniem NATO na wschód, zawarły tzw. „porozumienia paryskie”, zawierające „środki budowy zaufania”. Amerykanie obiecali tam, że zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej tj, między RFN a NRD i że na terytorium państwo nowo przyjętych do NATO, nie będą zakładane „stałe bazy” Sojuszu – za Moskwa nie zgaszała sprzeciwu wobec przyłączenia do NATO.
Najwyraźniej ustalenia te nadal traktowane są jako obowiązujące, co możemy wnioskować na tej podstawie, że obecność wojsk amerykańskich w Polsce ma charakter „rotacyjny”. I właśnie na tym tle wybuchła burza w szklance wody, kiedy okazało się, że USA „opóźniły rotację” 4 tysięcy żołnierzy, w dodatku w sytuacji, gdy prezydent Donald Trump zaczął się odgrażać, że gwoli ukarania Niemiec, zmniejszy liczbę Amerykanów tam stacjonujących. Wprawdzie Niemcy mi się nie zwierzają, ale wydaje mi się, że – chociaż oficjalnie kręcą nosem na tę karę – to w sytuacji, gdy nikt ich nie widzi, zacierają ręce z uciechy, że oto rysuje się szansa na uchylenie bodajże ostatniego skutku wojny przegranej przez Adolfa Hitlera. Kiedy bowiem w 1949 roku w obliczu presji Stalina na Europę Zachodnią, Amerykanie zdecydowali się odbudować państwo niemieckie z trzech zachodnich stref okupacyjnych, czyli tzw. „trizonii”, Niemcy nadal pozostawały krajem okupowanym – aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec, potocznie zwany „traktatem 2 plus 4”.
Traktat ten znosił okupację Niemiec, a chociaż amerykańskie wojska nadal pozostały na swoich dotychczasowych miejscach, to już nie jako wojska okupacyjne, tylko stacjonujące na podstawie porozumień. Tak czy owak – jednak stacjonujące, więc jeśli – niechby nawet „za karę” – Stany Zjednoczone by je stamtąd ewakuowały, to by znaczyło, że i ten ostatni skutek wojny przegranej przez Adolfa Hitlera zostaje usunięty, dzięki czemu Niemcy nie musiałby w polityce międzynarodowej zachowywać daleko posuniętej ostrożności, zwłaszcza po roku 2039, kiedy to Bundeswehra ma zostać najsilniejszą armią w Europie.
Opóźnienie rotacji – jak to nazwali skonfundowani Amerykanie – wywołało coś w rodzaju paniki wśród naszych Umiłowanych Przywódców, którzy zrozumieli, że wcale nie jest bezpiecznie. Toteż do Waszyngtonu udała się warszawska pielgrzymka wiceministrów obrony narodowej, którzy próbowali, jeśli nie namówić amerykańskich twardzieli, by nie opóźniali rotacji, to przynajmniej dowiedzieć się czegoś konkretnego na ten temat – ale poza deklaracjami wiceprezydenta Vance’a, że Ameryka nas „kocha” oraz, że Polska obroni się sama, – oczywiście przy wydatnej pomocy amerykańskiej – chyba nie uzyskali ani jednego, ani drugiego. Oczywiście pogłębiało to uczucie jaskółczego niepokoju wśród naszych Umiłowanych Przywódców. Odprężenie nastąpiło dopiero, gdy prezydent Donald Trump – podobno powołując się na przyjaźń z panem prezydentem Karolem Nawrockim – napisał na Twitterze, że skieruje do naszego nieszczęśliwego kraju nie 4 tysiące, a 5 tysięcy żołnierzy. Słowem – „więcej przyrzec raczył” – z czego oczywiście się radujemy, o jakże to się nie radować?
A skoro już jesteśmy przy prezydencie Donaldzie Trumpie, to zdaje się już skapował, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, co to „jest związany” z ideą „wielkiego Izraela”, czyli od Nilu do Eufratu, wpuścił go razem z całą Ameryką w kanał, nakazując mu niezwłoczne zaatakowanie złowrogiego Iranu. Okazało się jednak, że złowrogi Iran jest twardszym orzechem do zgryzienia, niż wydawało się to prezydentowi Trumpowi, więc w stosunkach amerykańsko-irańskich zapanowała sytuacja patowa.
Na domiar złego, nie tylko Amerykanie, ale i reszta świata zobaczyła, że prezydent Trump słucha się Izraela, nawet kosztem wciągania Ameryki w motywowane żydowskimi fantasmagoriami awantury. W tej sytuacji trudno było uwierzyć w buńczuczne deklaracje prezydenta Trumpa, że uczyni Amerykę znowu wielką w sytuacji, gdy Żydowie wodzą go za nos, a ogon wywija psem. Jakaś dobra dusza wszystko to prezydentu Trumpu uświadomiła, a w tej sytuacji podjął on desperacką próbę uwolnienia Ameryki spod żydowskiej okupacji, o której już dawno wspominał Patryk Buchanan, nazywając Waszyngton – amerykańską stolicę, której obywatel Żurek Waldemar prawdopodobnie nie odróżnia od stanu Waszyngton – „terytorium okupowanym przez Izrael”.
Czy ta narodowo-wyzwoleńcza operacja uda się prezydentowi Trumpowi – to wcale nie jest pewne – bo jest to znacznie trudniejsze od operacji pojmania Mikołaja Maduro w Wenezueli, trudniejsze od rzucenia na kolana Kuby, trudniejsze od przejęcia Grenlandii, a nawet – od przezwyciężenia pata w stosunkach ze złowrogim Iranem tym bardziej, że stary, żydowski grandziarz finansowy Jerzy Soros podobno znowu mobilizuje miliony, czy nawet miliardy dolarów na kampanię przeciwko Donaldowi Trumpowi, w której po stronie Izraela mogą stanąć wszyscy amerykańscy i światowi Żydowie, którzy wiedzą, że bez wykorzystania siły Stanów Zjednoczonych fantasmagorie o „wielkim Izraelu” trzeba będzie odłożyć ad calendas Graecas.
Prasa wielokrotnie twierdzi, że Rosja przygotowuje się do inwazji na całą Europę – tak jakby Putin budził się każdego ranka z marzeniem o odziedziczeniu upadku przemysłu niemieckiego i protestów emerytalnych we Francji.
Propaganda stała się tak absurdalna, że być może powinniśmy w końcu porozmawiać o prawdziwych powodach , dla których Rosja rzekomo dokonuje inwazji na Europę:
Zdobyć wiedzę fachową Niemiec w zakresie polityki energetycznej i w końcu nauczyć się, jak wyłączać działające elektrownie jądrowe, jednocześnie importując drogą energię od innych.
Przyjąć słynną na całym świecie brytyjską strategię kontroli noży, w ramach której przestępcy ignorują prawo, a babcie są aresztowane za publikowanie tweetów.
Aby uchwycić rewolucyjnego ducha Francji, który dziś w dużej mierze polega na podpalaniu gór śmieci i blokowaniu autostrad co kilka miesięcy z powodu podniesienia wieku emerytalnego.
Przejąć strukturę zadłużenia Unii Europejskiej, ponieważ Rosja najwyraźniej spojrzała na własne sankcje i ryzyko recesji i pomyślała: „Wiesz, czego naprawdę potrzebujemy? Włoskiego długu na dodatek”.
Aby ożywić holenderski rynek tulipanów i rozpalić na nowo pierwotną bańkę spekulacyjną. W końcu tulipany są namacalne – w przeciwieństwie do współczesnych obligacji rządowych.
Aby zyskać kontrolę nad wielką strategią demograficzną Europy, w ramach której wskaźniki urodzeń gwałtownie spadają, a rządy debatują nad zakazem używania kuchenek gazowych i regulacją zaimków.
Aby zabezpieczyć całą szwajcarską czekoladę, teraz, gdy bankowość offshore straciła już swój blask.
Aby poczuć dreszczyk emocji związany z otwartymi granicami i historycznie wysokim wskaźnikiem przestępczości w miastach o bogatej kulturze.
Przejąć kontrolę nad europejskim systemem uniwersyteckim, w którym studenci kończą studia z długami, doświadczeniem w aktywizmie i bez żadnych umiejętności poszukiwanych na rynku pracy.
Aby odziedziczyć europejską konkurencyjność przemysłową, która obecnie w dużej mierze polega na zamykaniu fabryk, importowaniu produktów z Chin i jednoczesnym wygłaszaniu wobec wszystkich wykładów na temat emisji CO₂.
Rządzić rządem rządów poprzez przejęcie Komisji Europejskiej.
Przyjąć genialną strategię Europejskiego Banku Centralnego polegającą na drukowaniu bilionów i jednoczesnym twierdzeniu, że inflacja jest jedynie „tymczasowa”.
Aby zabezpieczyć europejskie zapasy broni – zakładając, że uda się je w ogóle znaleźć.
Aby nabyć nieruchomości w Londynie, których ceny są tak wysokie, że w porównaniu z nimi ceny na Manhattanie wydają się rozsądne.
Chcemy uczyć się od Brukseli, jak regulować sztuczną inteligencję, zanim wymyślimy, jak niezawodnie wytwarzać energię elektryczną.
Przejąć słynną europejską „zieloną gospodarkę”, w której obywatele płacą jedne z najwyższych cen prądu na świecie, podczas gdy Chiny co tydzień budują nowe elektrownie węglowe.
Odziedziczyć system zamówień publicznych NATO, w którym nawet ekspres do kawy wymaga prawdopodobnie sześciu komisji i siedemnastu doradców, zanim zostanie zatwierdzony.
Aby w końcu dotrzeć do reszty europejskiej klasy średniej, zanim opuści ona UE.
Doświadczyć na własnej skórze emocji związanych z podróżowaniem po piętnastu krajach, będąc jednocześnie podejrzanym w internecie o „mowę nienawiści”, ponieważ ktoś opowiedział żart.
Aby uratować euro, zanim Bruksela doprowadzi do własnego upadku.
Prawda jest taka, że europejska klasa polityczna potrzebuje Rosji psychologicznie o wiele bardziej niż Rosja potrzebuje Europy gospodarczo. Strach uzasadnia wydatki na wojsko, centralizację władzy, cenzurę, wzmożony nadzór, nowe zadłużenie i polityczną jedność pod presją słabnącego przywództwa. Historycznie rzecz biorąc, rządy w czasach wewnętrznego upadku niemal zawsze potrzebują zagrożenia zewnętrznego.
Przed wylotem do Wielkiej Brytanii polski premier objaśnił przyczynę podpisania w Londynie traktatu, pomiędzy Polską a Wielką Brytanią.
Oto najważniejsze słowa premiera Tuska wyjaśniające powody jego zawarcia: „zagrożeniem strategicznym, także długoterminowym, dla Polski i dla Wielkiej Brytanii, dla NATO jest Rosja”. Premier (od 4 minuty 27 sekundy wyjaśnia), do czego, w jakim celu Polsce potrzebne są traktaty dwustronne: „otóż, rzeczą bardzo ważną jest, i tak czytamy oba traktaty (z NATO i z Wielką Brytanią – Traktat z Northolt), że niezależnie od reakcji NATO jako całości, będzie można liczyć i na Francję, i na Wielką Brytanię. Na szybkie reakcje dwustronne. W przypadku zagrożenia zanim zapadnie decyzja wszystkich 32 członków NATO”.
Traktat prowojenny
Przekładając ten histeryczny, ezopowy język premiera Donalda Tuska na język polski, znaczy to tyle, że po pierwsze – Polska z powodu rosyjskiego zagrożenia (stosując pewne określenie medyczne) niemalże jest w stanie terminalnym! Po drugie, w przypadku gdyby państwa zrzeszone w NATO, nie wsparły tych działań „obronnych” Polski z Rosją i nie uruchomiły art 5 NATO, rozpoczętą wojnę z Rosją, bezzwłocznie wesprze Francja i Wielka Brytania.
Obawa premiera o reakcje NATO jest słuszna, albowiem w przypadku, gdyby to Polska swoim działaniem sprowokowała wojnę z Rosją, wówczas wdrożenie art. 5 NATO byłoby bezpodstawne. Ponadto współczesne USA pod rządami Donalda Trumpa, będące głównym filarem NATO, nie chcą wejść głębiej w wojnę z Rosją. Chcą się wycofać z uczestnictwa w wojnie z nią prowadzonej na Ukrainie. Natomiast nowo zawarty traktat z Wielką Brytanią – traktat z Northolt – ma za zadanie kontynuowanie tej wojny, aż do czasu pełnej kapitulacji Rosji na Ukrainie!
Dla Ukrainy
Jego artykuł 1 „Współpraca w dziedzinie polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa”brzmi: „4. Strony podkreślają, że Federacja Rosyjska stanowi zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Strony potwierdzają swoje zaangażowanie w przeciwdziałanie i powstrzymywanie rosyjskiej agresji oraz wszelkich form ingerencji z jej strony. Strony są zdeterminowane wywierać odpowiednią presję na tych, którzy umożliwiają rosyjskie wrogie działania i agresję oraz działać wspólnie, także na forach międzynarodowych, aby pociągnąć Federację Rosyjską (w tym jej przywódców politycznych i wojskowych) do odpowiedzialności za naruszenia prawa międzynarodowego popełnione w tym kontekście, w tym międzynarodowego prawa humanitarnego i międzynarodowego prawa praw człowieka. Strony będą kontynuować współpracę z Ukrainą i innymi partnerami, aby zapewnić zgodne z prawem wywiązanie się przez Federację Rosyjską z obowiązku zapłaty za szkody wyrządzone Ukrainie. 5. Kierując się trwałym zaangażowaniem na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej międzynarodowo uznanych granicach, Strony potwierdzają swoje niesłabnące wsparcie wojskowe dla bezpieczeństwa i niepodległości Ukrainy oraz pomoc w jej odbudowie i rekonstrukcji, polegającą między innymi na wspieraniu Ukrainy w budowie odpornej gospodarki, tworzeniu silniejszych instytucji demokratycznych i pogłębianiu integracji euroatlantyckiej”.
Szyderstwo z Polaków
Dostrzegam podobieństwo do sytuacji z sierpnia 1939 roku. Zawarte traktaty z Francją i Wielką Brytanią nie pomogły Polsce. Wręcz odwrotnie, zaszkodziły jej. Polska, biorąc na siebie ściągnięcie niemieckiej nawałnicy, poniosła ogromne straty. Po zakończeniu wojny na paradach zwycięstwa w Wielkiej Brytanii zapomniano o polskich pilotach z Northolt. Walczących o niebo nad Wielką Brytanią.
W tym stanie rzeczy, nazywanie tego zgniłego traktatu traktatem z Northolt jest szyderstwem z Polski i Polaków.
Rosja jest głęboko zaniepokojona planami USA dotyczącymi rozmieszczenia tysięcy dodatkowych żołnierzy na wschodniej flance NATO w Polsce. Moskwa uznała doniesienia z Waszyngtonu za niedopuszczalne i ostrzegła przed dalszą eskalacją wojny na Ukrainie. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa oświadczyła na konferencji prasowej, że rozmieszczenie dodatkowych wojsk amerykańskich w Polsce ‚doprowadzi do eskalacji napięć w całej Europie’ i że Moskwa będzie zmuszona podjąć ‚działania równoległe’.
Jednocześnie uznała, że rozmieszczenie około 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec do Polski jest zasadniczo sprzeczne z wcześniej ogłoszonymi planami redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Jej zdaniem, faktyczna redukcja obecności wojsk amerykańskich w Europie byłaby ‚rozsądnym, uzasadnionym i dawno spóźnionym’ krokiem w kierunku stabilizacji ‚niezrównoważonej’ sytuacji bezpieczeństwa stworzonej przez NATO i politykę Zachodu.
Kilka tygodni temu Biały Dom zagroził znaczącą i historyczną redukcją wojsk w Niemczech po tym, jak przedstawiciele niemieckiego rządu wielokrotnie krytykowali wojnę USA i Izraela z Iranem. Początkowo media przedstawiały to jako element szerszego wycofania wojsk USA z Europy. Teraz jednak wygląda na to, że siły amerykańskie zostaną jedynie przegrupowane – 5 tysięcy żołnierzy zostanie przesuniętych bliżej granicy z Rosją.
Według Zacharowej, rozmieszczenie tych dodatkowych wojsk w Polsce może skłonić Rosję do podjęcia ‚środków wojskowo-technicznych’. Ostrzegła, że NATO popycha kontynent europejski w stronę samobójczego konfliktu. Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 tysięcy żołnierzy amerykańskich w ramach systemu rotacyjnego. Nowe rozmieszczenie sił z Waszyngtonu zwiększyłoby tę liczbę o kilka tysięcy. W sumie w Europie przebywa obecnie około 80 tysięcy amerykańskich żołnierzy.
Polska graniczy z rosyjską eksklawą Kaliningrad. To nasila obawy Moskwy dotyczące potencjalnych celów wojskowych i aktywności dronów.
Zacharowa stwierdziła: „Rozmieszczenie dodatkowych sił zbrojnych USA w Polsce może doprowadzić do jakościowej eskalacji napięć między Rosją a Zachodem i zmusić Moskwę do podjęcia działań odwetowych”. Stwierdziła również, że liczba ataków dronów na terytorium Rosji, pochodzących z Europy i krajów Europy Północnej, rośnie. Moskwa wyraziła również obawy, że ukraińskie drony mogą wykorzystać przestrzeń powietrzną państw bałtyckich lub innych krajów europejskich do ataków na cele w Rosji. Temu twierdzeniu zaprzeczają zarówno Kijów, jak i trzy państwa bałtyckie.
Warszawa natychmiast odpowiedziała na rosyjskie oskarżenia. Rzecznik polskiego MSZ Maciej Wewiór powiedział PAP, że obecność wojsk sojuszniczych w Polsce jest „koniecznym wzmocnieniem wschodniej flanki NATO” w odpowiedzi na działania Rosji na Ukrainie i ‚eskalację retoryki’ Kremla wobec Sojuszu. Wewiór dodał, że „prawdziwym źródłem eskalacji i napięć w Europie pozostają nielegalne i agresywne działania militarne Moskwy”, a nie środki podejmowane przez państwa NATO w celu ochrony swojej ludności i granic.
ZB: Maria Zacharowa zwróciła się z apelem do władz USA, a nie do rządzących III RP, bo byłoby to próżne gadanie. Rzecznik MSZ III RP powiedział, co mu szef R. Sikorski podyktował, więc warto przypomnieć, co minister ma Rosji i o Rosji do powiedzenia: „Rosja przyczyniła się do rozpętania I i II wojny światowej oraz zimnej wojny. Proszę, nie rozpoczynajcie kolejnej”. […] „Wasze imperium nie zostanie odbudowane” […] „Wasz obłąkany nacjonalizm zawiera w sobie żądzę dominacji, która nie ustąpi, dopóki nie uświadomicie sobie, że wiek imperiów minął. Wasze imperium nie zostanie nigdy odbudowane”.
Jest tu więcej kłamstw i durnotek niż zdań wypowiedzianych niedawno przez Sikorskiego na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. Można się czuć silnym pod opieką USA, które zagwarantują Polsce wieczne bezpieczeństwo tak jak zapewniły je sojuszniczym krajom w Zatoce Perskiej.
Czytam i rozmyślam o setnej rocznicy zamachu majowego z 1926 roku. Tydzień temu minęła kolejna rocznica uchwalenia konstytucji 3 maja. To de facto również był zamach stanu. Wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku także było zamachem stanu. Do wniosków z tych faktów wrócę niebawem, a teraz kilka uwag nad tym czy obecnie w Polsce potrzebny byłby zamach stanu. Pisałem przed kilku laty o tym problemie, ale trzeba do niego wrócić.
Swoje uwagi zacznę od oczywistego – przynajmniej dla mnie – stwierdzenia, że Polska jako organizacja państwowa gnije. Procesy gnilne toczą niemal wszystkie najważniejsze instytucje i systemy decydujące o funkcjonowaniu państwa. Żeby cokolwiek zmienić na lepsze, żeby cokolwiek uratować przed rozpadem potrzeba szybkich, zdecydowanych i daleko idących zmian. Zmiany te powinny być przemyślane, czyli ich wprowadzaniu powinna towarzyszyć wizja państwa wolnego od plag, które je niszczą obecnie. Nie będę ukrywał, że nie widzę innej możliwości koniecznej i radykalnej naprawy państwa niż zamach stanu. Zamach stanu ze swej istoty, to właśnie zmiany szybkie, zdecydowane i daleko idące. Niestety obecny kształt systemu politycznego i prawnego Polski wyklucza możliwość owych koniecznych zmian.
Żadna siła polityczna czy społeczna nie jest w stanie zdobyć takiej przewagi, żeby na drodze zmian zgodnych z obecnym systemem prawnym – na czele z konstytucją – doprowadzić do tego, żeby Polska odzyskała możliwości decydowania o sobie w swoim interesie narodowym. Wrócę jeszcze do sensu zamachu stanu w obecnym kształcie państwa. Teraz chcę nawiązać do uwag o zamachach stanu w przeszłości.
Celowo wizję przemyślanych zmian jako celu zamachu stanu wymieniłem na końcu, ponieważ we wszystkich powyżej wspomnianych zamachach było z tym najgorzej. Konstytucja 3 maja z 1791 roku wydawała się taką przemyślaną zmianą, ale faktycznie nią nie była. Okazała się zbiorem postulatów w tamtych realiach niemożliwych do realizacji, a nawet paradoksalnie przyspieszających zagładę I Rzeczpospolitej.
Przewrót majowy miał w zasadzie jedną ideę, czyli cała władza w ręce Józefa Piłsudskiego. Nie stała za tym żadna wizja nowoczesnego państwa, przygotowanego na konfrontację z którymkolwiek z rosnących w siłę sąsiadów, a taka konfrontacja coraz szybciej stawała się nieuchronną.
Z kolei wprowadzenie stanu wojennego również pozbawione było jakiejkolwiek wizji naprawy upadającego PRL-u. Wszystkie te zamachy skończyły się katastrofą. Konstytucja 3 maja skończyła się rozbiorami.
Zamach majowy skończył się katastrofą września 1939 roku, a stan wojenny skończył się upadkiem PRL-u, co jednak paradoksalnie okazało się w dużej mierze błogosławionym skutkiem. Zatem jak widać zamachy stanu w naszej historii nie owocowały niczym dobrym dla Polski w sensie przemyślanych zmian. W tym kontekście paradoksalnie również o III RP, jako efekcie upadku PRL-u, trudno powiedzieć, że jest efektem przemyślanych zmian.
Wracam teraz do uwag na temat sensu zamachu stanu obecnie. Napisałem, że obecny system prawny i kształt życia politycznego wykluczają przeprowadzenie szybkich i daleko idących zmian. Jestem przekonany, że jeśli to się nie zmieni, to Polska zgnije od wewnątrz i zostanie rozdeptana od zewnątrz. Jaką sytuacją polityczną to się skończy pewności nie mam. Nawiążę tu do obrazu Petera Breugela „Upadek Ikara”, który traktuję jako metaforę tego, co stanie się z Polską. Na obrazie flamandzkiego mistrza wielkie wydarzenie jakim jest lot Ikara, kończy się katastrofą upadku do morza, ale cały świat wokół w ogóle tego nie zauważa i żadna z postaci na obrazie nie przerywa swoich codziennych czynności.
Innymi słowy Polska stanie się jak zgnieciona puszka po piwie. Niby to jeszcze nazywa się puszka – Polska, ale całkowicie zniekształcona i pozbawiona zawartości.
Po lewej stronie obrazu widać skały, które nadają namalowanej scenie głębi i podkreślają wrażenie przestrzeni. Dopiero na końcu zauważa się wystające z wody nogi tonącego człowieka – macha nimi, co wzburza wodę, a dookoła opada jeszcze kilka piór.
=================================
Co najgorsze, to nie widać żadnej siły, która mogłaby taki zamach przeprowadzić i uchronić nas przed losem Ikara z obrazu Breugela i staniu się zgniecioną puszką po piwie. Bardzo mnie to przygnębia i chciałbym, żeby choć ci, którzy przeczytają moje uwagi mieli jakąkolwiek świadomość tej sytuacji. To odrobinę zmniejszyłoby moje poczucie niemocy. To dla mnie ważne w kontekście sensu mojego pisania.
Policjanci z Oświęcimia zatrzymali 41-letniego obywatela Izraela podejrzanego o popełnienie dwóch przestępstw drogowych. Mężczyzna miał prowadzić samochód w stanie nietrzeźwości, a dodatkowo złamał obowiązujący go sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych.
Miał być osądzony w trybie natychmiastowym, ale… „sędzia po zapoznaniu się z materiałami sprawy postanowił, że wyrok zostanie wydany w terminie późniejszym”.
Pijany Żyd złamał zakaz i nie poniósł za to konsekwencji. Do zdarzenia doszło wieczorem 25 maja br. na osiedlu Zasole w Oświęcimiu. Funkcjonariusze patrolujący ulicę Legionów zwrócili uwagę na samochód marki Kia, którego kierowca miał problem z utrzymaniem prawidłowego toru jazdy. Po zatrzymaniu pojazdu do kontroli okazało się, że za kierownicą siedzi 41-letni Żyd z Izraela. Badanie alkomatem wykazało 1,3 promila alkoholu w organizmie.
Podczas dalszych czynności policjanci ustalili, że mężczyzna posiada sądowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych. Został zatrzymany i osadzony w policyjnej izbie zatrzymań. Następnie sprawą zajęli się funkcjonariusze pionu kryminalnego oraz prokuratura. Zastosowano tryb przyspieszony, dzięki któremu podejrzany już dwa dni później został doprowadzony przed Sąd Rejonowy w Oświęcimiu. Mimo zastosowania trybu przyspieszonego sąd nie wydał wyroku podczas posiedzenia.
Zgodnie z obowiązującymi przepisami za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości grozi do trzech lat pozbawienia wolności, wieloletni zakaz prowadzenia pojazdów oraz w określonych przypadkach przepadek samochodu lub jego równowartości. Za złamanie sądowego zakazu prowadzenia pojazdów grozi natomiast kara do pięciu lat więzienia.
Tymczasem po zapoznaniu się z materiałem dowodowym sędzia zdecydował, że orzeczenie zapadnie… w późniejszym terminie, co stanowi prawdziwy skandal, gdyż nie było żadnych podstaw do opóźnienia wyroku w sprawie, która jest przecież banalnie prosta. Celem przesunięcia daty wydania wyroku jest najprawdopodobniej chęć umożliwienia Żydowi ucieczki do ojczyzny wszystkich aferałów. [Naprawdę??? – admin]
Sprawa budzi pytania nie tylko o odpowiedzialność samego kierowcy, ale również o konsekwencję działania polskiego wymiaru sprawiedliwości. W opinii wielu obywateli prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu pomimo wcześniejszego sądowego zakazu należy do najpoważniejszych naruszeń bezpieczeństwa drogowego. Oznacza bowiem, że wcześniejsze sankcje okazały się nieskuteczne, a sprawca świadomie zlekceważył zarówno wyrok sądu, jak i bezpieczeństwo innych uczestników ruchu.
Wskazuje to również na szerszy problem polskiego sądownictwa, które od lat jest oskarżane o zbyt łagodne traktowanie cudzoziemskich sprawców, głównie Żydów. W wielu głośnych sprawach przedstawiciele tej nacji mogli liczyć na podejrzane fory przed prokuraturami i sądami.
Tymczasem społeczne oczekiwanie pozostaje takie samo: osoba, która prowadzi pojazd po alkoholu i jednocześnie łamie prawomocny zakaz sądowy, powinna spotkać się ze stanowczą i szybką reakcją państwa. Tylko wtedy wymiar sprawiedliwości może skutecznie budować poczucie równości wobec prawa i odstraszać potencjalnych naśladowców. Z jakiegoś jednak powodu, Żydzi są na „premiowanym”.
[Ale pomyślmy, ile ów kierowca wycierpiał od Holocaustu – i ile jeszcze wycierpi? – admin]
Powinniśmy być już przyzwyczajeni, że prawie każda polskojęzyczna Instytucja działająca w III RP postępuje na opak czyli działa przeciw polskiej racji stanu.
Tak też się stało 1 czerwca 2026 roku podczas roboczego spotkania Rady KEP ds. Migrantów i Uchodźców, które odbyło się w Warszawie.
Rada „z przykrością odnotowała i jednoznacznie potępiła incydenty, świadczące o narastającej niechęci wobec przebywających w Polsce osób z Ukrainy” – czytamy w komunikacie.
Przypomniano, że obowiązkiem każdego proboszcza jest opieka nad uchodźcami i migrantami, przebywającymi na terenie parafii.
Rada wyraziła także uznanie i wdzięczność wszystkim, którzy angażują się w budowanie międzykulturowych mostów i międzyludzkiej solidarności, opartej na ewangelicznym nauczaniu.
Ślepcy i faryzeusze
Ślepota, a być może nawet i obłuda przejawia się w zamykaniu oczu na wzrost antypolskich nastrojów wśród Ukraińców oraz na realny problem związany z liczbą przestępstw dokonywanych przez intruzów pieszczotliwe nazywanych „uchodźcami”. A wszystko to z bałamutnym odniesieniem do Ewangelii.
Bełkotu o „budowaniu międzykulturowych mostów„ szkoda nawet komentować… chyba, że bardzo krótko: hieny i wilki w polskiej owczarni? To diabelski pomysł.
Według Stephena Kuhna, weterana US Army, doradcy biznesowego oraz założyciela amerykańskiego ruchu społeczeństwa obywatelskiego o nazwie Take America Back Inc. – wszystkie miejsca w kolejce na zakup superjachtów na najbliższe cztery lata zajmują przedstawiciele władz Ukrainy
Kuhn opowiada: „Właśnie rozmawiałem przez telefon z producentem superjachtów i dowiedziałem się, że urzędnicy ukraińscy wraz z rodzinami złożyli zamówienia na najbliższe cztery lata. Superjachty warte setki milionów dolarów – wszystkie zamówienia z tego samego kraju. A finansują to zachodni podatnicy z Kanady, Wielkiej Brytanii, Europy, Ameryki i Australii”.
„Nasze podatki idą na zakup superjachtów dla ukraińskich oligarchów, a nam wmawia się, że chodzi o słuszną wojnę. Zabierają ludzi z ulic na linię frontu, wcielają ich do armii: ludzie popełniają samobójstwa, by uniknąć wojny. A urzędnicy kupują superjachty. To jest największa operacja prania brudnych pieniędzy w historii współczesnej”.
“Massmedia, a zwłaszcza większość zachodnich mediów, są współwinne każdej śmierci na polu bitwy. Tak, Putin wykonał pierwszy krok, to on zaatakował. Ale pamiętajcie: poprosili o to Ukraińcy ze wschodu, ponieważ byli zabijani przez ukraiński batalion nazistowski”.
„Poważnie, jeśli nadal uważacie, że to jest prawdziwa wojna, powinniście wyrwać się z emocjonalnego błędnego koła, w którym się znaleźliście, ponieważ wasza empatia jest używana jako broń. Nie słuchajcie wiadomości. Słuchajcie ludzi w terenie. Rodzin, producentów, przedsiębiorców. Jasne? – Mówią mi to bezpośrednio.”.
“Do wszystkich trolli i proukraińskich kont z UE na X mówię: przestańcie z tą propagandą. To obrzydliwe. Pewnego dnia zostaniecie zdemaskowani. A do moich amerykańskich braci i sióstr: napiszcie jeszcze dziś do waszych deputowanych i powiedzcie im, że czas przestać przekazywać pieniądze Ukrainie. To wszystko musi się skończyć. Superjachty? – Żartujecie?”.
MORE UKRAINIAN FRAUD.
Ukraine orders Superyachts instead of soldiers gear.
Ukrainian officials and families ordered hundreds of millions in Superyachts, a 4 year backlog.
Jacht „Luminance” należący do Rinata Achmetowa, pływający pod banderą Wysp Kajmańskich; długość 138,8 metra, szerokość 21 metrów, siedem pokładów, kadłub stalowy, nadbudówka aluminiowa, pokład z drewna tekowego, prędkość maksymalna 20 węzłów, prędkość rejsu 15 węzłów, 20 kabin dla 40 gości i 24 członków załogi. Posiada dwa lądowiska dla helikopterów, klub plażowy, basen bez krawędzi, prywatny basen na dziobie, jacuzzi, windy, garaż na łodzie towarzyszące i sprzęt do zabawy w wodzie, spa, siłownię, klimatyzację oraz obszerne przestrzenie na pokładzie.Autorytatywny brytyjski magazyn BOAT International uznał ten jacht, biorąc pod uwagę jego rozmiary, kubaturę wewnętrzną i złożoność konstrukcyjną, za jeden z najbardziej ekskluzywnych prywatnych jachtów na świecie. Luminance należy do elity, dosłownie do pierwszej piątki.
Po jachcie „Luminance” lista wzbogaciła się o kolejną pozycję. Jest nią „Ace” , własność Yuriego Kosiuka – 85-metrowy biały jacht zaprojektowany nie tylko jako luksusowa jednostka, ale także jako statek pomocniczy, czyli w zasadzie jacht dla jachtu. superyachtfan.com/it/yacht/ace
===============================================
Za nim plasuje się «Lauren L», należący do Igora Kolomoisky’ego: 90 metrów długości, do 40 gości w 20 kabinach i 45 członków załogi; w doku statek może pomieścić nawet 300 osób.superyachtfan.com/it/yacht/lauren-l/
==========================
Jest też jacht „Z”(ironia losu) Konstantina Zhevago, zbudowany przez stocznię Amels, o długości 65 metrów, który może pomieścić do 14 osób w siedmiu kabinach oraz 22-osobową załogę, a jego zasięg wynosi około 5 000 mil morskich, a maksymalna prędkość to 17 węzłów. Wewnątrz oferuje wszystkie niezbędne udogodnienia luksusowej klasy: dwie kabiny VIP, windę, spa, saunę, klub plażowy i siłownię. superyachtfan.com/it/yacht/z
=======================
Wśród jachtów Victora Pinchuka znajduje się „Siren” – jednostka o nieco mniejszych rozmiarach, o ile można tak nazwać jacht o długości 46 metrów. Może pomieścić do 12 gości w pięciu kabinach oraz ośmiu członków załogi. superyachtfan.com/it/yacht/pj-siren/news/
Wreszcie “Vertige”, jacht należący do ukraińskiego ministra obrony Mykhaila Fedorowa, zarejestrowany na jego żonę. “Vertige” ma 49,9 metra długości, może pomieścić do 12 osób w 6 kabinach, posiada załogę liczącą 9–10 osób i osiąga prędkość 14–16 węzłów oraz ma zasięg 4500 mil morskich. Posiada prywatne tarasy, basen VIP na głównym pokładzie, jacuzzi, jadalnię na górnym pokładzie, którą można przekształcić w kino na świeżym powietrzu, oraz wnętrza wykończone drewnem tekowym. https://www.superyachttimes.com/yachts/vertige/overview
Jego cena, wynosząca 26 milionów euro, stanowi doskonałą ilustrację dla głównego pytania w całej tej kwestii: co za naiwniacy walczą o Ukrainę na lądzie, podczas gdy “bardziej rozważni” Ukraińcy grabią miliardy ich kosztem i zapewniają sobie własne, oceaniczne horyzonty?facebook.com/groups/
Obywatele Izraela pytają, dlaczego państwo nie zwraca skonfiskowanych nagrań z 7 października. Matka izraelskiej ofiary twierdzi, że władze usunęły nagranie ze śmierci jej syna. Inni skarżą się, że „ktoś ukrywa” te nagrania.
Rząd Izraela nadal ukrywa ogromną liczbę nagrań wideo z ataku z 7 października, nagranych przez osoby i społeczności zaangażowane w walki. Jeden z pogrążonych w żałobie rodziców oskarżył nawet władze Izraela o usunięcie nagrania z ostatnich chwil życia jej syna, zanim zwrócono im jego telefon.
Według izraelskiego Kanału 13 „wszystkie aparaty, karty pamięci i filmy dokumentujące te okrucieństwa zostały zebrane, ale dwa i pół roku później materiały te nadal nie zostały zwrócone społecznościom i pogrążonym w żałobie rodzinom, które rozpaczliwie poszukują informacji, a nawet mają wrażenie, że ktoś je przed nimi ukrywa”.
Niedługo po ataku Hamasu i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu na Izrael 7 października 2023 r. specjalne oddziały Sił Obronnych Izraela, izraelski wywiad Szin Bet oraz izraelska jednostka śledcza Lahav 433 zebrały materiały fotograficzne i wideo przedstawiające przemoc, a także skonfiskowały telefony komórkowe, prywatne aparaty fotograficzne, kamery bezpieczeństwa kibuców i inne urządzenia.
„Odcięli to, co było potrzebne, zabrali ze sobą i poszli dalej – to był ostatni raz, kiedy widzieliśmy te materiały” – powiedział izraelski rezerwista, który brał udział w akcji zbierania materiałów.
Według przywódcy kibucu Kfar Aza – miejsca, w którym w dniach po ataku krążyło wiele doniesień o okrucieństwach – mieszkańcy współpracowali wówczas ze śledczymi. Teraz, lata po wydarzeniach, rodziny zastanawiają się, dlaczego dokumentacja opisująca losy ich bliskich wciąż im nie została zwrócona.
Nawet Sabine Taasa, która stała się symbolem izraelskiej ofiary po śmierci męża i jednego z synów 7 października, jest teraz w konflikcie z władzami Izraela z powodu nagrań z tego dnia.
17-letni syn Taasy, Or, zginął na plaży Zikim. Według Kanału 13, Taasa mówi, że widziała nagranie, które jej syn nagrał na chwilę przed śmiercią, ale kiedy funkcjonariusze zwrócili jej telefon, nagrania już tam nie było. Nadawca informuje, że nie jest to odosobniony przypadek.
Śledztwo Sił Obronnych Izraela wykazało, że żołnierze porzucili cywilów, którzy ukryli się w tamtejszej łazience, a ich ciała leżały tam przez tydzień.
Kanał 13 donosi, że izraelska policja oświadczyła, iż kibuc Lahav 433 kontynuuje śledztwo w sprawie wydarzeń w kibucu Kfar Aza i że nie postawiono jeszcze żadnych zarzutów, co oznacza, że zwrot dowodów na tym etapie mógłby zagrozić postępowaniu karnemu. Jednocześnie Siły Obronne Izraela zaprzeczyły wszelkim zarzutom o zatajanie dokumentacji, twierdząc, że są na końcowym etapie opracowywania wytycznych dotyczących zwrotu takich dowodów społecznościom i rodzinom.
7 października rząd Izraela opublikował nagranie wideo z dyrektyw Hannibala, które doprowadziły do tego, że piloci śmigłowców Apache i załogi czołgów atakowali izraelskich obywateli w Strefie Gazy, rzekomo po to, by zapobiec ich wzięciu jako zakładników. Izraelski generał brygady Barak Hiram osobiście nakazał załodze czołgu ostrzelanie domu w kibucu Be’eri, mimo że wiedział, że jest on pełen izraelskich cywilów przetrzymywanych przez bojowników Hamasu, którzy szukają rozwiązania w drodze negocjacji. W ataku zginęło kilkunastu Izraelczyków, a według jedynego ocalałego Izraelczyka, „dom był pełen ciał”. Izraelska dowódczyni czołgu z jednostki złożonej wyłącznie z kobiet również oświadczyła, że otrzymała rozkaz ostrzeliwania izraelskich domów, nie wiedząc, kto jest w środku. Późniejsze śledztwo izraelskiej policji wykazało, że izraelskie śmigłowce ostrzelały również festiwal muzyki elektronicznej Nova 7 października.
Biorąc pod uwagę historię Izraela polegającą na atakowaniu 7 października własnych obywateli i wprowadzaniu w błąd opinii publicznej w tej sprawie, państwo może wstrzymać ujawnienie jak największej ilości nagrań wideo, aby zapobiec upublicznieniu kolejnych dowodów na to, że izraelska armia zabija własnych obywateli.
Izrael wykazał duże zainteresowanie dokumentowaniem wydarzeń z 7 października i kontrolowaniem narracji poprzez staranną selekcję i rozpowszechnianie. Jednocześnie odmówił udziału w niezależnych międzynarodowych dochodzeniach w sprawie ataku, izraelskiej reakcji oraz powszechnych i obecnie w dużej mierze obalonych doniesień o masowej przemocy seksualnej ze strony Hamasu i innych palestyńskich ugrupowań zbrojnych. Według państwa izraelskiego, tylko Izrael jest uprawniony i zdolny do prowadzenia takich dochodzeń.
Jednak państwo w sposób oczywisty zaniechało wszczęcia własnego, kompleksowego, specjalnego śledztwa w sprawie pozornej, ogromnej porażki wywiadu i klęski militarnej. W rzeczywistości, według doniesień „Times of Israel”, rząd Izraela musiał zostać zmuszony przez Sąd Najwyższy do powołania państwowej komisji śledczej w celu zbadania tych wydarzeń. Rząd Izraela ma teraz czas do 1 lipca na przedstawienie „odpowiednich ram” do zbadania tych wydarzeń, po latach nacisków ze strony rodzin Izraelczyków zabitych tego dnia.
Ponieważ izraelskie wojsko i wywiad odmawiają zwrotu potencjalnie setek godzin nagrań ich właścicielom, niektórzy Izraelczycy, którzy doświadczyli ataków 7 października, zaczynają się zastanawiać [sic!! takie szybkie billle. md] , czy coś jest ukrywane.
NCZAS.INFO | Gruzy w Libanie. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pexels
Izraelski premier Benjamin Netanjahu przyznał się do zajęcia historycznej twierdzy Beaufort w Libanie w niedzielę 31 maja. Przy milczeniu świata trwa tu eskalacja ataków. Wczesnym rankiem w niedzielę 31 maja izraelscy żołnierze wkroczyli do twierdzy Beaufort, średniowiecznego zamku krzyżowców z XII wieku. To miejsce symboliczne i strategiczne.
Położona na grzbiecie wzgórza 700 metrów nad poziomem morza, twierdza góruje nad całą doliną rzeki Litani. Teraz nd ruinami powiewa flaga Izraela. „Od teraz moje instrukcje brzmią: pogłębiać i rozszerzać naszą kontrolę nad obszarami kontrolowanymi przez Hezbollah ” – oświadczył premier Izraela Beniamin Netanjahu.
Pomimo zawieszenia broni z 17 kwietnia izraelska armia kontynuuje marsz na północ kraju. Oficjalnie chodzi o Hezbollah, ale ten kraj jest zamieszkały w dużej mierze przez chrześcijan. W ostatnią niedzielę kilka libańskich miast i wiosek na północ od strefy buforowej zostało zaatakowanych ponownie, w tym miasto Tyr.
Władze Libanu potępiają ataki, a mieszkańcy Bejrutu są zaniepokojeni. W odpowiedzi Hezbollah prowadzi ataki rakietowe i dronowe. Jednak okupacja Libanu budzi zaniepokojenie. Francja, która była przez wieki protektorem tych terytoriów nazwała wejścia ISF do twierdzy Beaufort „poważnym błędem”. Na prośbę Paryża odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Libanu.
Liban został zamieniony w ruinę. Krajobraz poraża i przeraża. Dominują w nim zburzone domy i szkoły – izraelska armia stworzyła „ziemię niczyją” w południowym Libanie. Francuskie media podają, że Siły Obronne Izraela „metodycznie niszczą libańskie miasta i wsie położone w pobliżu granicy”. Wioski zamieniły się w ruiny.
Analiza danych satelitarnych ujawnia, że co najmniej 40–45% dawnego obszaru zabudowanego było zniszczone do 29 kwietnia, czyli przez dwa miesiące po wznowieniu działań wojennych.
Pomimo rozejmu zawartego z milicją szyicką 17 kwietnia, który został przedłużony o kolejne 45 dni 15 maja, izraelskie bombardowania nie ustały . Działania lądowe zostały przedłużone nawet „poza wysuniętą linię obrony”. Trwały tu wyburzenia za pomocą koparek i buldożerów, a państwo żydowskie dąży wymazania z mapy miejscowości, nad którymi przejęło kontrolę.
Według premiera Libanu Nawafa Salama, 68 miejscowości było okupowanych przez Izrael, a ich zniszczenia mogą stanowić zbrodnie wojenne w świetle prawa międzynarodowego, jako atakowanie infrastruktury cywilnej. Armia izraelska utrzymuje, że atakuje jedynie obiekty powiązane z Hezbollahem, ale wiele miast i wiosek okupowanych przez Izrael zamieniło się w sterty gruzów i pola minowe. Dotyczy to także dziedzictwa chrześcijańskiego. np. w historycznym centrum wioski Jaroun, „zniknęły” klasztor i szkoła Sióstr Zbawiciela.
Izrael zapowiada tymczasem rozszerzenie działań w Libanie i wzywa do ewakuacji całego obszaru na południe od rzeki Zahrani. To około 40 kilometrów od granicy z Izraelem.
Straszny seksista – tenisista… 65 tysięcy euro kary.
MD
Organizatorzy French Open nałożyli na paragwajskiego tenisistę Adolfo Daniela Vallejo grzywnę w wysokości 65 tysięcy euro za seksistowskie uwagi skierowane do sędzi Any Carvalho – ogłosiła w poniedziałek [1 czerwca 2026; md] dyrektor turnieju Amelie Mauresmo.
– To jest ewidentnie coś, co jest dla nas, dla turnieju, dla federacji, a nawet poza samym turniejem nie do przyjęcia. Tego rodzaju język nie ma tu miejsca– podkreśliła Mauresmo.
=========================================
A co tak strasznego on powiedział, że nawet nie cytują???
Adolfo Daniel Vallejo (Paragwaj, nr 71 ATP) powiedział m.in.: „Takie mecze powinny być sędziowane przez mężczyzn. Jest bardzo trudno dla kobiety to robić.” / „This sort of match needs to be umpired by a man. It’s very difficult for a woman to do it.” sportowefakty.wp.pl
Dodał też, że sędzina Ana Carvalho nie miała wystarczająco siły, by przeciwstawić się hałaśliwej francuskiej publiczności kibicującej Kouamé (i zarzucił przeciwnikowi przeciąganie czasu). rfi.fr
To właśnie te wypowiedzi organizatorzy Roland Garros uznali za seksistowskie i zapowiedzieli „znaczną karę pieniężną”. Vallejo później próbował tłumaczyć, że słowa zostały wyrwane z kontekstu i przepraszał.
W sobotę Ukraina po raz kolejny zaatakowała elektrownię jądrową w Zaporożu; atak ten jest uważany za najgroźniejszy jak dotąd. Niemieckie media jedynie donoszą o tym wydarzeniu i ukrywają odpowiedzialność Ukrainy.
Anti-Spiegel 1 czerwiec 2026
30 maja Ukraina ponownie zaatakowała zaporoską elektrownię jądrową dronem. Uderzony został budynek turbiny bezpośrednio przylegający do jednego z reaktorów. W rezultacie elektrownia musiała być chłodzona za pomocą awaryjnego zasilania z generatorów diesla.
Zaporoska elektrownia jądrowa, największa w Europie, jest wyłączona od 2022 roku, ale chłodzenie musi być utrzymane, aby zapobiec przegrzaniu prętów paliwowych i potencjalnemu stopieniu rdzenia. Według Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), był to pierwszy atak na elektrownię od kwietnia 2022 roku.
MAEA utrzymuje na miejscu zespół ekspertów od 2022 roku, z siedzibą w pobliskim Energodarze, co pozwala im na stosunkowo szybkie dotarcie do elektrowni.
W swoim pierwszym tweecie MAEA poinformowała, że elektrownia po raz szesnasty od początku konfliktu w sobotę straciła zewnętrzne źródło zasilania, ale nie podała jeszcze przyczyn. W drugim tweecie MAEA poinformowała, że otrzymała informację od kierownictwa elektrowni, iż w elektrownię uderzył dron, a dyrektor generalny MAEA Grossi nazwał to „igraniem z ogniem”.
Ten drugi tweet nabierze znaczenia w kontekście reakcji mediów w Niemczech. Został opublikowany w sobotę o 23:30 czasu lokalnego.
W trzecim tweecie w niedzielne popołudnie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) poinformowała, że jej zespół odwiedził elektrownię jądrową wczesnym rankiem i odkrył uszkodzenia w budynku turbiny. Zobaczyli również szczątki drona i spalony światłowód, co według ekspertów potwierdza atak drona. Podczas inspekcji eksperci MAEA musieli szukać schronienia, ponieważ usłyszeli kolejny dron i ostrzał z broni przeciwlotniczej, jak podano w tweecie. Nie zgłoszono podwyższonego poziomu radioaktywności.
To dokładnie pokrywa się z doniesieniami z Rosji, które zgłosiły atak dronem sterowanym światłowodem. Drona sterowanego światłowodem nie można przechwycić za pomocą elektronicznych środków zaradczych, co wyklucza przypadkowe trafienie. Dron został celowo skierowany w stronę elektrowni jądrowej.
To tyle, jeśli chodzi o fakty; teraz przyjrzyjmy się, czego dowiadują się na ten temat czytelnicy Spiegla.
Podczas inspekcji eksperci MAEA musieli szukać schronienia, ponieważ usłyszeli kolejny odgłos drona i ostrzał przeciwlotniczy, jak podano na Twitterze.
Der Spiegel sugeruje nieprawdziwe fakty
Der Spiegel opublikował dwa artykuły na temat tego incydentu. Pierwszy z nich ukazał się w niedzielę późnym rankiem pod tytułem „Atak dronów na elektrownię jądrową okupowaną przez Rosję – MAEA żąda dostępu do uszkodzonej hali turbin w elektrowni jądrowej w Zaporożu” i zaczynał się od następującego wstępu:
„Po raz pierwszy od kwietnia 2024 roku teren elektrowni jądrowej w Zaporożu został zaatakowany przez drona. Rosja obwinia Ukrainę za atak. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) nalega na dostęp do uszkodzonej hali”.
Sformułowanie jest istotne, ponieważ artykuł sformułował je tak, jakby Rosja odmawiała MAEA dostępu do reaktora, co sugeruje sformułowanie we wstępie, co sugeruje, że MAEA „nalega” na dostęp do reaktora. To po prostu nonsens, ponieważ, jak wspomniano, eksperci MAEA przebywają na miejscu od 2022 roku i mają dostęp do reaktora.
Atak nastąpił jednak w nocy, a podróż z Energodaru do reaktora jest zbyt niebezpieczna w nocy, zwłaszcza podczas alarmów dronów. Dlatego eksperci udali się tam rano, o czym dowiedzieliśmy się z trzeciego tweeta MAEA. Czytelnicy Spiegla nie znają jednak tych szczegółów, co pozwala Spiegelowi przedstawić sytuację tak, jakby Rosja odmawiała MAEA dostępu do reaktora i jakby MAEA musiała za każdym razem walczyć o możliwość jego inspekcji.
Kto to mógł być?
Drugi artykuł w Spiegel ukazał się w niedzielę późnym popołudniem pod tytułem „Według pomiarów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – brak wzrostu promieniowania po uderzeniu w elektrownię jądrową w Zaporożu”, a Spiegel dołożył wszelkich starań, aby przedstawić sytuację jako niegroźną: reaktor nie wytwarzał obecnie energii elektrycznej, nie wykryto wzrostu radioaktywności itd.
W dalszej części Spiegel w kwestii winnego próbował odciągnąć uwagę od Ukrainy.
„Wcześniej moskiewski zarząd elektrowni i szef rosyjskiej państwowej korporacji jądrowej Rosatom, Aleksiej Lichaczow, obwinili ukraińskie wojsko o atak. Twierdzili, że użyto drona zdalnie sterowanego światłowodem. Ukraińska armia odrzuciła te oskarżenia”.
Skoro czytelnicy Spiegla uważają, że oświadczenia Rosji są zawsze nieprawdziwe (a przynajmniej niewiarygodne), podczas gdy oświadczenia Ukrainy są prawdziwe, jasne jest, jaki wpływ mają na nich te sformułowania: nikczemni Rosjanie oskarżający niewinną Ukrainę. Nawet sformułowanie „Rosja poinformowała o użyciu drona zdalnie sterowanego światłowodem” jest celowo napisane w trybie przypuszczającym, aby informacja wydała się wątpliwa.
To celowa manipulacja czytelnikami, ponieważ Spiegel w omawianym artykule relacjonuje tweeta Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej potwierdzającego atak dronów światłowodowych. Jednak w tym miejscu artykułu Spiegla nie ma o tym wzmianki. Zamiast tego jest ona przedstawiana jako wątpliwa, podczas gdy Spiegel ogłosił zaprzeczenie Ukrainy bez użycia trybu przypuszczającego.
W następnym akapicie Spiegel potwierdza wersję rosyjską, nie wspominając o niej wprost.
„Eksperci MAEA przeprowadzili inspekcję uszkodzonego budynku turbiny dzień po uderzeniu. Stwierdzili, że uszkodzenia odpowiadają uderzeniu drona. Zgłosili również obecność spalonych resztek włókna szklanego w miejscu uderzenia. Organizacja generalnie nie komentuje jednak, która strona konfliktu ponosi odpowiedzialność po takich incydentach”.
Wątpliwa rola MAEA
Ukraina wielokrotnie ostrzeliwuje elektrownię jądrową w Zaporożu od 2022 roku. To, że to Ukraina stoi za tymi atakami, nie ulega wątpliwości, ponieważ wielokrotnie pokazywano odłamki dronów i pocisków rakietowych, które zostały później odnalezione. Eksperci mogą łatwo zidentyfikować użytą broń na podstawie tych dowodów. Często były to pociski HIMARS dostarczone przez USA, ale także inna broń dostarczona przez Zachód.
W przypadku dronów stosunkowo łatwo jest również ustalić, kto je wystrzelił. Na przykład, kiedy w zeszłym tygodniu odwiedziłem akademik w obwodzie ługańskim, który został ostrzelany przez Ukrainę, dziennikarzom pokazano odzyskane części drona. Drony były wyposażone w technologię SkyLink, która jest wykorzystywana w ukraińskich dronach do nawigacji.
Der Spiegel słusznie stwierdza w ostatnim akapicie, że MAEA nigdy nie komentuje, kto jest odpowiedzialny za ataki. MAEA utrzymuje, że jej eksperci nie są ekspertami wojskowymi i dlatego nie mogą komentować pochodzenia odzyskanych szczątków użytej broni.
To prawda, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby MAEA zabrała te fragmenty szczątków i przedstawiła je ekspertom wojskowym. Rosja byłaby nawet tym zainteresowana, ale MAEA nie chce. Absolutnie odmawia informacji o tym, kto ryzykuje katastrofę jądrową w tej wojnie, ostrzeliwując elektrownię jądrową w Zaporożu.
MAEA zaciekle krytykuje każdy ostrzał, ale nie chce wiedzieć, kto jest sprawcą. Dziwne, prawda?
Zdradliwa wskazówka
Nawiasem mówiąc, drugi artykuł w Spiegel zawiera wskazówkę, ponieważ w innym miejscu artykułu w Spiegel napisano o elektrowni jądrowej:
„Należy do Ukrainy, ale od marca 2022 roku znajduje się pod kontrolą Rosji. Obecnie ze względów bezpieczeństwa nie produkuje energii elektrycznej, ale w obiekcie nadal znajdują się materiały radioaktywne. Kilka ukraińskich prób jej odzyskania zakończyło się niepowodzeniem”.
Ukraina, jak przyznaje Spiegel, kilkakrotnie próbowała odbić elektrownię jądrową, ale jednocześnie zaprzecza, że kiedykolwiek ją ostrzeliwała. Jak to się ma do siebie? Jak można próbować zdobyć coś militarnie bez ostrzału? Przecież w elektrowni jądrowej stacjonują wojska rosyjskie, po pierwsze jej pilnujące, a po drugie stacjonujące tam w obronie przeciwlotniczej, by odeprzeć ukraińskie ataki powietrzne.
Byłem w strefach wojennych wystarczająco często i wiem, jak wygląda pas ziemi po przejściu linii frontu. Nie pozostał ani jeden kamień na kamieniu, ponieważ artyleria i drony zniszczyły wszystko. Rosja przejęła kontrolę nad elektrownią jądrową bez walki w pierwszych dniach operacji wojskowej, używając sił specjalnych, właśnie po to, by uniknąć ciężkich walk w pobliżu elektrowni.
Ukraina, jak otwarcie donosi Der Spiegel, następnie podjęła kilka prób militarnego odbicia elektrowni, co niemal na pewno doprowadziłoby do śmiertelnych zniszczeń. Mogło to nawet doprowadzić do ucieczki załóg elektrowni, ale kto może zagwarantować bezpieczną pracę sześciu reaktorów, skoro eksperci uciekają z linii frontu?
Chociaż wszystko jest tu całkowicie jasne, niemieckie media, takie jak Der Spiegel, unikają wskazania sprawcy ataku na elektrownię jądrową. Fachowym terminem określającym takie zachowanie mediów jest, nawiasem mówiąc, „propaganda wojenna”.
Dzień dobry Panie Mirosławie. Już w najbliższą środę 3 czerwca wypada wspomnienie świętego męczennika Karola Lwangi oraz jego towarzyszy.
Karol Lwanga był chrześcijańskim wodzem jednego z plemion Ugandy i przełożonym paziów okrutnego króla Mwangi II, który miał liczne kochanki oraz był homoseksualistą i pedofilem. Karol musiał często interweniować, aby bronić chłopców przed rozwiązłym królem.
Król Mwanga rozpoczął prześladowania chrześcijan. Aresztował Karola i jego przyjaciół i postawił ich przed wyborem – albo oddadzą się czynom homoseksualnym, albo zostaną zamordowani. Karol i jego towarzysze, z których najmłodszy miał 13-lat, odmówili sodomskim żądaniom króla i zostali spaleni na stosie. Beatyfikował ich papież Benedykt XV w 1920 r., a kanonizował Paweł VI w 1964 roku.
Tymczasem dziś 1 czerwca. Aktywiści LGBT oraz sprzyjające im środowiska medialne, polityczne i biznesowe, rozpoczynają właśnie tzw. „miesiąc dumy gejowskiej”. Dzisiaj wypada również dzień dziecka, a to właśnie przede wszystkim o dzieci chodzi deprawatorom – ich działania służą oswajaniu najmłodszych z rozwiązłością i homoseksualnym stylem życia.
Dlatego w nadchodzącym miesiącu warto modlić się za wstawiennictwem św. Karola Lwangi i jego towarzyszy o łaski potrzebne do odnowy moralnej Polski i Polaków oraz o siłę do wytrwania w walce i oporze przeciwko działaniom deprawatorów, którzy bez przerwy napierają:
– po wakacjach, już od 1 września, uczniowie w polskich szkołach mają zostać objęci przymusem „edukacji zdrowotnej”, na której uczniowie będą zachęcani do homoseksualnego stylu życia i rozwiązłości oraz do „zmiany płci” poprzez kastracje i okaleczanie się,
– aktywiści LGBT z pomocą ponad-nardowych instytucji forsują legalizację w Polsce tzw. „małżeństw” homoseksualnych i domagają się dla nich prawa do adopcji dzieci.
Jednocześnie trwają prześladowania za mówienie o tym wszystkim prawdy i ostrzeganie rodziców – wyroki sądów, rozprawy, procesy, przesłuchania, grzywny oraz napady i ataki uliczne.
Największymi ofiarami są jednak nieświadome niczego dzieci, wobec których stosowana jest przemoc seksualna, destabilizowana jest ich psychika oraz które doznają fizycznych ran kastrując się lub okaleczając inne części ciała, aby „zmienić płeć” pod wpływem ideologii LGBT.
Dlatego pomimo represji nasza Fundacja walczy, aby dzieci ratować. Planujemy właśnie działania na czerwiec, w szczególności publiczne różańce połączone z akcjami informacyjnymi na temat „edukacji zdrowotnej” wchodzącej do szkół. Tylko w przeciągu najbliższych dwóch tygodni (1-14 czerwca) chcemy zorganizować takie kampanie w ponad 20 miastach i miejscowościach.
W związku z tym, proszę Pana o pomoc.
Aby te akcje się udały, musimy mieć zaplecze logistyczne. Nasi wolontariusze są gotowi do działania, ale potrzebują konkretnych narzędzi. Pana wsparcie pozwoli im w najbliższym czasie zabezpieczyć najważniejsze kwestie:
– druk ulotek i folderów informacyjnych (co najmniej kilkanaście tysięcy), – nowe, wielkoformatowe bannery informacyjne, – koszty logistyki, transport wolontariuszy i paliwo, – ochronę prawną wolontariuszy w postaci działania naszego Centrum Prawnego (aktualnie tylko działania prawne to dla nas koszty ponad 10 000 zł miesięcznie).
My dostarczamy ludzi gotowych wyjść na ulice i każdego dnia docierać w niezależny sposób do tysięcy nieświadomych osób.
Pan może dostarczyć naszym wolontariuszom sprzęt, paliwo, ulotki, broszury, plakaty i inne niezbędne materiały.
Liczę na Pana zaangażowanie.WPŁACAM Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Z wyrazami szacunku,
Mariusz Dzierżawski Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Michael Flynn po lewej, Robert Kagan i jego żona Victoria Nuland po prawej.
Prezydent Donald Trump musi przyznać się do porażki, mówią zarówno jego przyjaciele, jak i wrogowie. Karabiny już przemówiły. Przedłużanie wojny może tylko pogorszyć jej konsekwencje. Kluczowe jest, aby wycofać się z niej jak najszybciej.
Podczas gdy Trump spieszy się z decyzją, czy zbombardować Iran i zetrzeć go z mapy pewnego ranka, zdumiewające jest, że dwie strony tej samej monety w systemie amerykańskim przypieczętowują ostateczny „szach-mat” Iranu: jedna poprzez głos chazarskiego prezydenta Roberta Kagana [ 1 ] , a druga poprzez głos generała porucznika Michaela Flynna. Krótkotrwały doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Trumpa, pełniący urząd przez 25 dni, wzywa go do „ogłoszenia zwycięstwa i spakowania walizek” [ 2 ] .
Ważniejsza niż oczekiwana treść artykułu Roberta Kagana – już sam podtytuł jest przekonujący: „Waszyngton nie może cofnąć ani kontrolować skutków porażki w tej wojnie” z Iranem – jest przeszłość autora: neokonserwatysty o poglądach Straussa, mega-jastrzębia i męża mieszkanki Amazonii Vicky Nuland, nieudanej menedżerki zmiany reżimu na Ukrainie, która dążyła do demontażu Rosji. Co więcej, nazwisko Kagan nie jest bez znaczenia, ponieważ pochodzi od „Kaganatu”, hierarchicznego i zmilitaryzowanego systemu Chazarów.
Przerzuty „kaganatu” w Departamencie Stanu zostały zatrzymane na Ukrainie, a Kagan twierdzi teraz, że klęska jego arcywroga Trumpa w Iranie – nie wspominając o Netanjahu – jest nieodwracalna i całkowita: gorsza nawet niż w przypadku Pearl Harbor/Wietnamu/Afganistanu/Iraku, ponieważ Iran przemyślanie i strategicznie obliczył swoją kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Ta kontrola uczyni go dominującym graczem na poziomie regionalnym/globalnym (jest to teza Roberta Pape [ 3 ] ). Nieuniknionymi konsekwencjami są osłabienie Stanów Zjednoczonych i jednoczesne wzmocnienie Chin i Rosji.
Kontrowersyjny generał-porucznik Michael Flynn zaleca irańskiej „opozycji” (cokolwiek to znaczy) uporządkowanie swojej sytuacji wewnętrznej; i wysuwa toksyczną insynuację – skierowaną do premiera Izraela Netanjahu i Mossadu, który rzekomo wciągnął Trumpa w jego gorzką przygodę w Iranie: „A ktokolwiek skomentował decyzję o powrocie do Iranu po „zniszczeniu” irańskiego programu nuklearnego podczas „wojny irańskiej”, 12 dni lata 2025 roku jest już historią. Czas, aby Stany Zjednoczone wyplątały się z tej skomplikowanej sytuacji”.
Michael Flynn przedstawia trzy pomysły, ponieważ „obawia się, że prestiż Stanów Zjednoczonych w skali globalnej będzie nadal spadał, a siła gospodarcza kraju w końcu osiągnie punkt krytyczny. Prestiż i kondycja gospodarcza to dwie zalety, które zostały zagrożone w ostatnich dniach wszystkich wielkich imperiów. Należy zauważyć, że Michael Flynn jest specjalistą od „upadku imperiów”. Czy zgadza się z twierdzeniem Xi o „upadku Stanów Zjednoczonych”, które przedstawił swojemu gościowi Trumpowi ? [ 4 ]
Trzy idee Michaela Flynna to: 1) „Ogłosić zwycięstwo w oparciu o osiągnięte cele militarne i przejść do formalnego zawieszenia broni, monitorowanego i wspieranego przez władze regionu, któremu towarzyszyć będzie stopniowe łagodzenie sankcji zgodnie z warunkami respektowanymi przez reżim irański”. Ogromny temat! 2) „Wykorzystać dyplomację wielostronną i sojusze regionalne do stworzenia szerszych ram bezpieczeństwa, a tym samym zmniejszyć obecne obciążenie samych Stanów Zjednoczonych. Może to zadziałać, a może nie, ale należy poważnie rozważyć, czy Porozumienia Abrahama mogą zostać wdrożone jako fundamentalny element tych ram. Problem polega na tym, że „Porozumienia Abrahama” Netanjahu i „Porozumienia Izaaka” argentyńskiego filo-syjonisty Milei są teraz bezwartościowe, oraz
3) „Jednostronne zarządzanie napięciem z jasno określonymi, obserwowalnymi i wiarygodnymi czerwonymi liniami, w połączeniu z trwałą postawą odstraszającą, ale bez prowadzenia do aktywnej walki, jest łatwiejsze do powiedzenia niż do zrobienia”. Istnieje więc problem, na który odpowiada sam sobie generał porucznik Michael Flynn.
Jego realistyczny wniosek pośrednio skupia się na fakcie, że „interesy ekonomiczne (ceny ropy naftowej, globalne konsekwencje, ogólny wzrost cen), a także presja ze strony sojuszników muszą prowadzić do szybkiej decyzji, jeśli zdecydujemy się na wojnę na wyniszczenie”.
I tak oto Cieśnina Ormuz zdefiniowała asymetryczną wojnę w Zatoce Perskiej!
Kiedy w 2019 roku RAND Corporation opublikowała raport „Extending Russia – Competing from Advantageous Ground”, dokument ten nie wzbudził większego zainteresowania poza kręgami geopolitycznymi.
Dziś dokument ten brzmi jak strategiczny plan eskalacji konfliktu między Rosją a Zachodem.
Ponieważ wiele środków, które RAND wówczas omawiał teoretycznie, wydaje się obecnie stać się rzeczywistością:
masowe dostawy broni na Ukrainę,
Sankcje gospodarcze wobec Rosji,
Wojna energetyczna
Ataki na infrastrukturę rosyjską,
przezbrojenie NATO,
Wojna informacyjna
izolacja polityczna Moskwy,
i spirala eskalacji, która zbliża nas do bezpośredniej konfrontacji między NATO a Rosją.
Kluczowe pytanie zatem brzmi: czy Rosja jest popychana właśnie w tę stronę nadmiernej ekspansji, którą państwowy amerykański think tank RAND analizował na lata przed wojną na Ukrainie?
„Nadmierne rozciąganie, przeciążanie Rosji”
Badanie przedstawia swój cel w niezwykle otwarty sposób.
RAND wyraźnie stwierdza, że chce, aby Rosja napinała się:
ekonomicznie,
wojskowo,
geopolitycznie
i wywierać na nich presję polityczną.
Cel: zmuszenie Rosji do inwestowania środków w kosztowne konflikty i odpowiedzi, aż do momentu osłabienia kraju pod względem gospodarczym i strategicznym.
RAND dosłownie mówi o wciągnięciu Rosji na obszary, „w których Stany Zjednoczone mają przewagę konkurencyjną”.
Innymi słowy: nie chodzi o bezpośrednią wojnę z Rosją, lecz o długoterminową strategię kontrolowanego przeciążenia.
Ukraina jako punkt nacisku
Rozdział poświęcony Ukrainie jest dziś szczególnie uderzający.
RAND omawia to wyraźnie:
„Dostarczyć Ukrainie śmiercionośną pomoc”– czyli dostarczyć broń śmiercionośną.
Autorzy otwarcie stwierdzają, że Ukraina może „wykrwawić Rosję”. Jednocześnie ostrzegają, że Moskwa może odpowiedzieć na wzrost presji eskalacją.
Dokładnie ten sam schemat zdaje się teraz wyłaniać:
Coraz intensywniejsze ataki ukraińskich dronów na terytorium Rosji,
Ataki na cele energetyczne i infrastrukturalne,
nasilenie ataków na obiekty strategiczne,
i rosyjska odpowiedź w postaci coraz brutalniejszych ataków militarnych.
Eskalacja staje się teraz niemal mechaniczna: Kijów atakuje — Moskwa reaguje — Zachód dostarcza nową broń — Rosja kontynuuje eskalację.
Wojna energetyczna przeciwko Rosji
Rozwój gospodarczy również odzwierciedla ustalenia analizy RAND.
W badaniu wskazano następujące kluczowe dźwignie:
niskie ceny energii,
Sankcje,
Ograniczenie eksportu rosyjskiego gazu,
i odłączenie się Europy od rosyjskiej energii.
Z perspektywy czasu bardzo przypomina to:
Zniszczenie Nord Streamu,
Konwersja LNG w Europie,
Sankcje wobec rosyjskich banków,
Wykluczenie z zachodniego systemu finansowego
Limit cenowy na ropę rosyjską,
oraz próba drastycznego osłabienia dochodów państwa rosyjskiego.
RAND napisał w 2019 r.: Największą słabością Rosji jest jej gospodarka zależna od surowców.
Wojna informacyjna i destabilizacja
Rozdział 5 jest jeszcze bardziej wybuchowy.
RAND omawia to tutaj:
Operacje wpływu,
Kampanie informacyjne,
Osłabienie legitymacji rosyjskiego kierownictwa,
Promowanie narracji opozycji
i presji psychologicznej na ludność rosyjską.
Jednocześnie sami autorzy ostrzegają, że może to doprowadzić do nowej konfrontacji ideologicznej między Rosją a Zachodem.
Dziś jesteśmy świadkami dokładnie takiego rozwoju sytuacji:
całkowita polaryzacja mediów,
wzajemne oskarżenia o propagandę,
Cenzura,
Wojna informacyjna
i nowy blok pomiędzy Wschodem i Zachodem.
Sam RAND ostrzegał przed eskalacją.
Być może najważniejsza kwestia: RAND sam zdawał sobie sprawę, jak niebezpieczna może się okazać ta strategia.
Autorzy wielokrotnie powtarzają, że wiele działań wywołałoby reakcję ze strony Rosji.
Innymi słowy, eskalacja nie była niezamierzonym skutkiem ubocznym — była brana pod uwagę jako realne ryzyko.
Dziś widzimy:
Ataki głęboko w sercu Rosji,
pociski hipersoniczne,
Wojna dronów,
Dyskusje o udziale w NATO,
Ataki w pobliżu Białorusi,
zagrożenia nuklearne,
i stopniowa normalizacja bezpośredniej konfrontacji.
Najbardziej niebezpieczna część strategii
Prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi w tym, że obie strony weszły w logikę permanentnej eskalacji.
Im większa presja wywierana jest na Rosję, tym ostrzejsza jest reakcja Moskwy.
Im ostrzejsza będzie reakcja Moskwy, tym więcej broni dostarczy Zachód.
Im więcej broni zostanie dostarczone, tym głębiej wojna wniknie na terytorium Rosji.
Mechanizm ten jest uderzająco podobny do scenariusza opisanego przez RAND w 2019 r.: wciągnięcie Rosji w długotrwałą wojnę na wyniszczenie, która staje się coraz bardziej kosztowna pod względem gospodarczym, militarnym i politycznym.
Co badanie praktycznie „przewidziało”
Analiza RAND wskazała już:
masowe sankcje,
Wojna energetyczna
przezbrojenie wojskowe Europy,
zwiększone wsparcie dla Ukrainy,
Wojna informacyjna
Presja NATO
i rosnące napięcia na granicach Rosji
Może to skłonić Moskwę do coraz bardziej agresywnej reakcji.
Dziś ta dynamika zdaje się stawać rzeczywistością.
A co dzieje się dalej?
Być może najciemniejsza część badania nie kryje się w samych zaleceniach, lecz między wierszami.
Ponieważ RAND jasno stawia sprawę: taka strategia może zadziałać, ale niesie ze sobą ogromne ryzyko eskalacji.
I właśnie tego teraz doświadczamy:
wojna bez widocznego wyjścia,
coraz bardziej bezpośrednie zaangażowanie NATO,
Wyczerpanie gospodarcze Europy,
wzrastające tworzenie bloków globalnych,
i realne niebezpieczeństwo, że wojna zastępcza może przerodzić się w bezpośredni konflikt wielkich mocarstw.
Prawdziwe pytanie nie brzmi już zatem, czy Rosję należy „nadmiernie rozciągać”.
Raczej: Czy sam świat nie jest wciągany w eskalację, której konsekwencji ostatecznie nikt nie będzie w stanie kontrolować.
NCZAS.INFO | Marcin Kierwiński. / foto: screen TVN24
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska, radna oraz żona ministra Marcina Kierwińskiego, jako dyrektorka ds. strategii i rozwoju Kolei Mazowieckich zarabia ponad 340 tys. zł rocznie, czyli więcej niż prezydent Warszawy — donosi „Gazeta Wyborcza”.
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska to radna Koalicji Obywatelskiej, która od 2002 r. działała w Śródmieściu, przez dziewięć lat przewodnicząc radzie dzielnicy. W 2024 r. została wybrana do Rady Warszawy z pierwszego miejsca na liście.
Gierzyńska-Kierwińska w swoim biogramie na stronie Rady Warszawy przedstawia się jako samorządowiec, politolog i menedżer oświaty, specjalizujący się w pozyskiwaniu środków europejskich na projekty edukacyjne. Zapytana o swoje kompetencje do pracy w Kolejach Mazowieckich, podkreśla, że od wielu lat zajmuje się pozyskiwaniem i wykorzystywaniem funduszy unijnych, co — jak twierdzi — jest umiejętnością niezależną od branży.
Wyjaśnia, że wie, jak przygotować wniosek o dofinansowanie z UE i skutecznie go poprowadzić. Z oświadczeń majątkowych Agnieszki Gierzyńskiej-Kierwińskiej wynika, że jej wynagrodzenie w Kolejach Mazowieckich systematycznie rośnie. W 2023 r. zarobiła 270,1 tys. zł, w 2024 r. — 295,3 tys. zł, a w 2025 r. — już 342,7 tys. zł.
Oprócz pensji dyrektorskiej, Gierzyńska-Kierwińska w ubiegłym roku otrzymała także dietę radnej miejskiej w wysokości 55,6 tys. zł, z czego część była nieopodatkowana.
Komisja Europejska pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen „zakłada, że obywatele UE są głupi, niezdolni do rozróżnienia i podejmowania swobodnych decyzji co do tego, co jest prawdą, a co nie”. Dlatego stworzyła aparat cenzury w oparciu o rozporządzenie Akt o usługach cyfrowych (DSA). Wykorzystuje go między innymi do ingerencji w wybory. Co więcej, unijne władze dążą do egzekwowania DSA poza swoimi granicami, co „stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa w Stanach Zjednoczonych”. Nadto von der Leyen nie zatrzymuje się i planuje narzucić bezprawnie kolejne rozwiązania, rozszerzające już i tak rozległy aparat kontroli treści. USA będą kontynuować śledztwo i zaproponują przepisy, by przeciwdziałać unijnej uzurpacji. To kluczowe wnioski z raportu amerykańskiej Komisji Sądownictwa na temat cenzury w wydaniu Brukseli.
Od kilku lat potężna amerykańska Komisja Sądownictwa złożona z kongresmenów obu partii prowadzi śledztwo w sprawie niedopuszczalnego ograniczania wolności słowa – jednej z podstawowych wolności człowieka, od której wywodzone są inne prawa. W rezultacie pracy tego gremium powstało kilka raportów śródokresowych, dotyczących działania Kompleksu Przemysłowego Cenzury.
Kolejny raport śródokresowy kongresowej komisji – zatytułowany The foreign censorship threat, part II: Europe’s decade-long campaign to censor the global internet and how it harms American speech in the United States [„Zagrożenie cenzurą zagraniczną, część II: trwająca dekadę kampania Europy na rzecz cenzury globalnego internetu i jak szkodzi ona amerykańskiej wolności słowa w Stanach Zjednoczonych”] – ukazał się 3 lutego 2026 r. Opisuje on nie tylko proces tworzenia się europejskiego systemu cenzury, ale także konkretne przypadki oddziaływania na wolność słowa obywateli państw UE oraz USA.
Do liczącego około 160 stron dokumentu dołączono znacznie obszerniejsze załączniki, obejmujące kilka tysięcy stron jawnej i niejawnej korespondencji, m.in. urzędników europejskich i przedstawicieli platform internetowych.
Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów USA zajęła się sprawą Kompleksu Przemysłowego Cenzury jeszcze w trakcie kadencji administracji Biden-Harris. Ta bowiem, w myśl lansowanego programu „obrony demokracji”, stworzyła potężny system pozwalający na ograniczanie wolności przepływu informacji w sieci, odmawiając – wraz z europejskimi współpracownikami – opinii publicznej dostępu do określonych treści i jednocześnie prowadząc własne, zaawansowane akcje dezinformacyjne.
Komisja bada od kilku lat nie tylko krajowe działania cenzuralne, ale także, „w jaki sposób i w jakim zakresie zagraniczne przepisy, regulacje i orzeczenia sądowe zmuszają lub wpływają na firmy, aby cenzurowały wypowiedzi w Stanach Zjednoczonych”. W ramach swoich zadań występuje do odpowiednich podmiotów z żądaniem udostępnienia informacji, także niejawnych, dokumentów firm technologicznych, które jako materiały źródłowe pozwalają ocenić problem łamania jednej z podstawowych wolności obywatelskich w USA i na świecie.
W lipcu 2025 roku kongresmeni opisali, w jaki sposób Komisja Europejska wykorzystuje rozporządzenie Akt o usługach cyfrowych (DSA) do „nakładania globalnych restrykcji cenzury w internecie za wypowiedzi polityczne, humor i satyrę”. Od tego czasu członkowie komisji mieli zapoznać się z tysiącami dokumentów wewnętrznych i korespondencji KE, które „pokazują zakres – i sukces – globalnej kampanii cenzury Komisji Europejskiej”.
Dekada działań cenzuralnych KE
„Komisja Europejska, w ramach szeroko zakrojonych, trwających dekadę działań, skutecznie wywarła presję na platformy mediów społecznościowych, aby zmieniły swoje globalne zasady moderowania treści, tym samym bezpośrednio naruszając wolność słowa Amerykanów w Internecie w Stanach Zjednoczonych. Choć często jest to określane jako zwalczanie tak zwanej mowy nienawiści lub dezinformacji, KE starała się cenzurować prawdziwe informacje i wypowiedzi polityczne dotyczące niektórych z najważniejszych debat politycznych w niedawnej historii, w tym pandemii COVID-19, masowej migracji i kwestii osób transseksualnych” – napisano.
Dodano w podsumowaniu raportu, że „po dziesięciu latach Komisja Europejska ustanowiła wystarczającą kontrolę nad globalną wolnością słowa w Internecie, aby kompleksowo tłumić narracje zagrażające jej uprawnieniom. Przed wezwaniami sądowymi Komisji Sądownictwa działania te odbywały się w dużej mierze w tajemnicy. Teraz działania Komisji Europejskiej ujrzały światło dzienne po raz pierwszy (…)” – czytamy.
Raport nie tylko dokumentuje przypadki cenzuralnej działalności Brukseli. Wskazuje również, że sprawa będzie nadal badana. Pojawią się też konkretne propozycje ustaw, które miałyby powstrzymać uzurpację unijnych urzędników zmierzających do stworzenia globalnego systemu cenzury, zagrażającego także swobodom Amerykanów.
Wolność słowa to jedna z podstawowych wolności konstytucyjnych chronionych traktami i umowami międzynarodowymi. Obejmuje prawo do wyrażania swoich poglądów, ocen, opinii, przypuszczeń, informowania o faktach, a także pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, zapoznawania się z opiniami innych, bez względu na ingerencję władz i granice państwowe.
Zaczęło się od kryzysu migracyjnego
Niestety, szereg kryzysów polityki globalnej, zwłaszcza kryzys migracyjny i pierwszy wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA w 2016 roku oraz głosowanie Brytyjczyków w sprawie opuszczenia UE przyspieszyły działania zmierzające do tworzenia systemu globalnej cenzury. Robi się to pod pretekstem walki z mis-, mal- i dezinformacją („informacje MDM”), o czym szerzej piszę w książce pt. „Misinformacja, dezinformacja, malinformacja. Jak powstaje system globalnej cenzury”.
W UE bardzo szybko podjęto walkę z tzw. dezinformacją, początkowo wprowadzając „dobrowolne” jedynie z nazwy kodeksy postępowania w tej sprawie, by ostatecznie przyjąć rozporządzenie DSA, a następnie rozszerzyć działanie rozporządzenia w celu wpływania na wybory.
Z dotychczasowych przeglądów aktów prawnych i aktywności organów europejskich oraz krajowych wynika, że podmioty te cenzurowały przede wszystkim przekazy dotyczące „pandemii COVID-19”, wojny na Ukrainie, polityki klimatycznej i genderowej oraz walczyły z „teoriami spiskowymi”. Cenzurowano także satyrę, memy i posty nieprzychylne dla wybranych polityków.
Opublikowany w lutym 2024 roku Raport Komisji Sądownictwa Izby Reprezentantów piętnuje działania wielu agencji rządowych, ośrodków uniwersyteckich i sieci organizacji fact-checkingowych opracowujących narzędzia i nowe technologie, które mogą cenzurować przekazy na dużą skalę. Członkowie komisji ostrzegali, że – pod pozorem zajęcia się krytycznymi zagrożeniami dla systemów komunikacyjnych i „zwalczania fałszywych informacji/dezinformacji” – opracowywane są przez ośrodki uniwersyteckie zaawansowane narzędzia cenzury z użyciem „sztucznej inteligencji”. Przykładowo program „efektywnych interwencji” autorstwa MIT celował w konserwatystów, mieszkańców wsi i weteranów wojennych oraz ich rodziny.
Akt o usługach cyfrowych (DSA) jako kluczowa regulacja cenzorska
W raporcie z lutego br. podkreśla się natomiast, że unijne rozporządzenie DSA jest „zwieńczeniem dziesięcioletnich wysiłków Europy mających na celu uciszenie opozycji politycznej i stłumienie internetowych narracji krytykujących establishment polityczny” (s. 2).
Rozporządzenie częściowo weszło w życie w 2023, a ostatecznie w 2024 roku. Na jego podstawie Komisja Europejska nałożyła pierwszą w historii grzywnę w grudniu 2025 roku, uderzając w platformę X. Regulacja nie poprzestaje jednak na cenzurze w Europie. Jak zaznacza raport, w istocie zmierza do „kontrolowania globalnego Internetu w celu tłumienia niekorzystnych narracji”. I chociaż „Internet oraz media społecznościowe początkowo zapowiadały się jako siła, która zdemokratyzuje wolność słowa, a wraz z nią władzę polityczną”, to jednak „rozwój sytuacji zaszkodził ugruntowanej pozycji politycznej” europejskiego i amerykańskiego establishmentu. Poczuł się on zagrożony szerzeniem w połowie ubiegłej dekady „ruchu populistycznego”, kwestionującego politykę migracyjną.
To właśnie wtedy – o czym szeroko piszę także w swojej książce – zaczął tworzyć się system cenzuralny pod pretekstem zwalczania mis-, mal i dezinformacji. KE „przez ostatnie dziesięć lat wywierała bezpośrednią presję na platformy, aby cenzurowały zgodne z prawem wypowiedzi polityczne w Unii Europejskiej i za granicą”.
Powyższy proceder odbywał się początkowo poprzez tworzone specjalne fora cenzorskie. Jednym z nich było powstałe w 2015 roku Forum Internetowe UE (EUIF). Zostało ono założone przez Dyrekcję Generalną ds. Migracji i Spraw Wewnętrznych (DG Home) Komisji Europejskiej.
W 2023 roku EUIF opublikowało podręcznik przeznaczony do użytku firm technologicznych przy moderowaniu zgodnych z prawem wypowiedzi, takich jak:
• retoryka „populistyczna”;
• treści antyrządowe/antyunijne;
• treści antyestablishmentowe;
• satyra polityczna;
• treści antyimigranckie i „islamofobiczne”;
• nastroje antyuchodźcze/antyimigranckie;
• treści anty-LGBTIQ… oraz
• subkultura memów” (s. 3).
Komisja Europejska egzekwowała swoje cele cenzuralne poprzez: „rzekomo dobrowolne kodeksy postępowania dotyczące mowy nienawiści i dezinformacji”. Pierwszy taki instruktaż powstał w 2016 roku. W oparciu o niego Facebook, Instagram, TikTok i Twitter (obecnie X) „zobowiązały się do cenzurowania niejasno zdefiniowanych zachowań szerzących nienawiść” (s. 4).
Następny „Kodeks postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji” przyjęto w 2018 roku. Tym razem te same platformy zobowiązały się do „osłabienia widoczności” rzekomej „dezinformacji” (s. 4).
Już wtedy przedstawiciele KE informowali szefostwa koncernów Big Tech, że ww. kodeksy mają wypełnić „lukę regulacyjną” do czasu przyjęcia przez Brukselę wiążących przepisów dotyczących moderacji treści.
Mniej więcej w tym samym czasie Niemcy zaczęli uchwalać przepisy regulujące cenzurę na szczeblu krajowym. Następnie, przed wejściem w życie rozporządzenia DSA, Bruksela zaktualizowała kodeks wskazań odnoszących się do „dezinformacji”. Wymagania wobec platform obejmowały między innymi uczestnictwo w „Zespole Zadaniowym ds. Kodeksu w zakresie zwalczania dezinformacji”. Tam omówiono, w jaki sposób owa domniemana „dezinformacja” ma być cenzurowana.
Zespół został podzielony na sześć części. Podczas ponad 90 spotkań w podgrupach ds. „reagowania kryzysowego”, „integralności usług”, „kontroli reklam”, „weryfikacji faktów”, „generatywnej sztucznej inteligencji” oraz „monitorowania i raportowania”, a także „grup roboczych ds. wyborów”, przedstawiciele organizacji lewicowych odpowiedzialnych za fact-checking („weryfikację faktów”) spotykali się z liderami platform i urzędnikami unijnymi, aby wymuszać coraz większą cenzurę treści w Internecie.
Spotkania, których program wymyślała KE, tak naprawdę były dla platform obowiązkowe. Szczególnie aktywna miała być Podgrupa ds. reagowania kryzysowego i Podgrupa ds. zwalczania dezinformacji. Wymuszały one zmiany zasad moderacji treści.
KE w swoich zapędach chciała objąć nadzorem wszelkie publikacje. Również te nie naruszające polityki platform w dziedzinie „dezinformacji”. Komisja naciskała na cenzurę przed i tuż po elekcjach.
Po słowackich wyborach parlamentarnych we wrześniu 2023 roku KE zażądała od platform raportowania „działań podjętych w celu złagodzenia” rzekomej „dezinformacji” podczas wyborów.
„W styczniu 2024 r., sześć miesięcy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, Komisja powiadomiła platformy, że w nadchodzących miesiącach położy duży nacisk na… aktualizacje dotyczące stanu przygotowań do wyborów do Parlamentu Europejskiego, co oznaczało, że chciała otrzymywać częste informacje o dodatkowych środkach cenzury”. Podgrupa ds. reagowania kryzysowego była jednym z kluczowych mechanizmów, za pomocą których KE sprawowała ścisłą kontrolę nad platformami.
Podgrupa ds. integralności usług, podczas co najmniej pięciu spotkań w latach 2022 i 2023 domagała się „wykazania skuteczności wysiłków na rzecz zapewnienia integralności usług poprzez wdrażanie i promowanie zabezpieczeń przed mis- i dezinformacją”.
Podgrupa ds. kontroli reklam koncentrowała się na demonetyzacji konserwatywnych serwisów informacyjnych. O tym, co demonetyzować, decydowali np. członkowie Global Alliance for Responsible Media (Globalny Sojusz na rzecz Odpowiedzialnych Mediów – GARM) i NewsGuard. GARM miał zmówić się z zagranicznymi regulatorami w sprawie nacisków na Twittera, aby cenzurował więcej wypowiedzi. Współzałożyciel Sojuszu Robert Rakowitz, „stwierdził, że uciszanie prezydenta Trumpa było jego głównym celem”. Po reakcji ze strony Komisji Sądownictwa, GARM zakończyła działalność w sierpniu 2024 roku.
Podgrupa ds. weryfikacji faktów, najczęściej złożona z cenzurujących lewicowych organizacji pozarządowych, dążyła do stworzenia „repozytorium weryfikacji faktów”, czyli bazy zatwierdzonych przez Komisję narracji na temat wiodących wydarzeń politycznych i kulturalnych. Do tego repozytorium miałyby odnosić się platformy, by cenzurować treści, które nie podobały się Brukseli.
Podgrupa ds. generatywnej sztucznej inteligencji wzywała platformy do agresywnej cenzury treści tworzonych przez AI. Wśród członków podgrupy znajdowała się Logically.AI, brytyjska firma, która wykorzystała narzędzia tak zwanej sztucznej inteligencji do nałożenia cenzury w mediach społecznościowych.
Grupa robocza ds. wyborów wyrażała oczekiwania KE na temat cenzury przed wyborami.
Komitet Sterujący Podgrupy ds. reagowania kryzysowego i Grupy roboczej ds. wyborów opracowały „metodologię oceny ryzyka i system szybkiego reagowania w sytuacjach kryzysowych”, obejmującą praktyki w zakresie zgodności z DSA i systemem szybkiego reagowania (RSS). Pozwalały one zatwierdzonym przez rząd stronom trzecim – np. Ministrowi Spraw Wewnętrznych danego państwa – składanie wniosków o przyspieszoną cenzurę na platformach przed ważnymi wydarzeniami w całej Europie, w tym wyborami.
KE organizowała „sesje plenarne”, wymuszając na platformach wdrożenie rozwiązań cenzuralnych w celu kontroli „procesów wyborczych i dyskursu obywatelskiego”. Zażądała także dokumentów „analizujących i oceniających, czy i w jaki sposób wszystkie systemy rekomendacji TikToka i inne istotne systemy algorytmiczne wpływają na zagrożenia dla procesów wyborczych, dyskursu obywatelskiego i bezpieczeństwa publicznego, [oraz] nielegalnej mowy nienawiści”.
W maju 2025 r. Komisja Europejska zorganizowała „Warsztaty dotyczące oceny ryzyka systemowego w ramach DSA”. Przedstawiła tam „najlepsze praktyki” w zakresie zgodności z DSA. Obejmowały one „ciągły przegląd wytycznych dla społeczności”. KE stwierdziła, że platformy powinny zmienić globalne zasady moderacji treści, aby cenzurować treści zgodnie z żądaniami europejskich organów regulacyjnych i uniknąć ogromnych kar, które mogą być nakładane na mocy Aktu o usługach cyfrowych.
Stwierdzono także, iż „nielegalne treści są symptomem” oraz że „potrzebne jest szersze podejście do ryzyka”. Innymi słowy, Brukseli chodziło o to, aby nie skupiać się wyłącznie na unijnych „nielegalnych treściach”, lecz cenzurować treści, które byłyby również chronione np. przez Pierwszą Poprawkę w Stanach Zjednoczonych.
Platformy zmieniły więc globalne zasady moderowania treści, cenzurując prawdziwe informacje.
W marcu 2023 roku, a zatem na kilka miesięcy przed wejściem w życie DSA, TikTok „przeprowadził najbardziej kompleksowe aktualizacje swoich Wytycznych społecznościowych”.
Komisja Sądownictwa twierdzi, że TikTok inwestuje w modele uczenia maszynowego, w celu szerszej cenzury. Platforma zbudowała także dla swoich moderatorów repozytorium treści zakazanych. Zgłosiła zmianę Komisji Europejskiej w Raporcie o przejrzystości w związku z Kodeksem postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji.
W marcu 2023 roku TikTok dokonał przeglądu Wytycznych w celu lepszego zwalczania „dezinformacji” związanej ze „zmianami klimatu”, „procesami wyborczymi”, ideologią gender itp.
Należąca do Microsoftu wyszukiwarka Bing – druga na świecie pod względem popularności – również podjęła działania zmierzające do globalnej cenzury, zgodnie z oczekiwaniami KE. Ma „kontynuować zwiększanie swoich inwestycji w systemowe wykrywanie ryzyka poprzez ulepszony rozwój klasyfikatorów i mapowanie ryzyka”. „Klasyfikatory” to określone słowa lub frazy, które powodują „obronną interwencję w wyszukiwaniu”, eliminując określone treści. Bing po prostu „rozszerzył listę słów i fraz, kierując użytkowników nie do poszukiwanych przez nich treści, lecz do treści, których Bing – i Komisja Europejska – uważają, że potrzebują” (s. 82).
Podobnie „YouTube wskazał na zasady cenzurowania treści związanych z bronią palną i uczciwością wyborów jako dowód przestrzegania Kodeksu postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji”.
Komisja Sądownictwa stwierdza, że „W ramach agresywnej, wieloletniej kampanii Komisja Europejska skutecznie wywarła presję na największe platformy mediów społecznościowych na świecie, aby zmieniły swoje globalne zasady moderacji treści, zapoczątkowując nową erę globalnej cenzury” (s. 84).
Forum Internetowe UE prowadzone przez Dyrekcję Generalną ds. Migracji i Spraw Wewnętrznych KE od 2015 r. wzywało platformy do uciszenia konserwatywnych wypowiedzi poprzez „utożsamianie ich z nazistowską propagandą” (s. 89). Od czasu wejścia w życie DSA te naciski mają być „bardziej bezpośrednie”, co potwierdzają Protokoły ze spotkań KE z platformami. Wskazują one, że „platformy muszą przestrzegać Wytycznych Wyborczych Komisji, które zawierają wymóg, aby platformy wprowadziły środki mające na celu zmniejszenie znaczenia dezinformacji przed wyborami” (s. 89).
KE i krajowe organy regulacyjne państw członkowskich UE kontaktują się przed każdą elekcją z platformami w sprawie cenzury „dezinformacji” dotyczącej ideologii gender oraz masowej migracji.
„Treści graniczne” i „brutalny prawicowy ekstremizm”
Forum Internetowe UE zachęca do cenzurowania legalnych i nienaruszających wolności przemówień politycznych, wskazując na treści „graniczne”, które UE definiuje jako „treści, które nie są nielegalne, ale mogą być szkodliwe i wykorzystywane przez podmioty ekstremistyczne”. Uderza się przede wszystkim w rzekomy „brutalny prawicowy ekstremizm”. Grupa stworzyła 72-stronicowy „Podręcznik treści granicznych”. Obejmują one sfery wymienione już tu wcześniej, określone przez tę samą organizację (EUIF) w odniesieniu do działalności koncernów:
– retorykę „populistyczną”;
– treści antyrządowe/antyunijne
– treści antyestablishmentowe;
– satyrę polityczną;
– treści antyimigranckie i „islamofobiczne”;
– nastroje antyuchodźcze/antyimigranckie;
– treści anty-LGBTIQ;
– subkulturę memów” (s. 90).
Ów podręcznik KE opisywany jest jako „najlepsza praktyka” zakazująca „dehumanizującej” mowy związanej z tymi tematami i treściami, które w przeciwnym razie promują „szkodliwe stereotypy” (s. 90).
Podręcznik zawiera „zalecenia polityczne stronniczej, lewicowej pseudonaukowej grupy Center for Countering Digital Hate (CCDH)”. Podręcznik jest po prostu nie do przyjęcia z tej prostej przyczyny, że zawiera niejasną definicję treści granicznych i stanowi próbę narzucenia cenzury przez władze, której nie podobają się określone legalne wypowiedzi.
W raporcie z 2023 roku EUIF uznał że „brutalny prawicowy ekstremizm” wymaga cenzury i chciał, by zbanować materiały kongresmena Paula Gosara (republikanin z Arizony), byłej kongresmenki Marjorie Taylor Greene (republikanki z Georgii) oraz byłego urzędnika Białego Domu Steve’a Bannona.
Pod koniec 2022 r. EUIF zorganizowało „Warsztaty na temat amplifikacji algorytmicznej i treści z pogranicza”, które „składają się z „połączenia dezinformacji/teorii spiskowych i mowy nienawiści”, ze szczególnym uwzględnieniem „wypowiedzi antyestablishmentowych/antyinstytucjonalnych”, „antytrans”, „antyimigranckich” i „środków anty-COVID” jako głównych kategorii.
Zalecał „pozytywne interwencje”, oznaczające usuwanie i degradowanie legalnych treści politycznych oraz demonetyzację.
Google i YouTube poinformowały, że „pracują nad definicjami i progami dotyczącymi wykorzystywania treści granicznych, aby zapewnić obniżenie rangi przez wewnętrzne systemy algorytmiczne”, zgodnie z żądaniami KE.
Wytyczne wyborcze DSA wymagały, by platformy:
• aktualizowały i udoskonalały zasady, praktyki i algorytmy, aby spełnić wymogi UE dotyczące cenzury;
• przestrzegały „najlepszych praktyk” określonych w Kodeksie postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji, Kodeksie w zakresie zwalczania mowy nienawiści oraz dokumentach EUIF;
• ustanowiły środki mające na celu zmniejszenie widoczności dezinformacji;
• dostosowały swoje warunki… w celu znacznego zmniejszenia zasięgu i wpływu generatywnych treści AI przedstawiających dezinformację lub misifnormację;
• oznaczały posty uznane za dezinformację przez zatwierdzonych przez rząd lewicowych weryfikatorów faktów;
• ustanowiły środki mające na celu ograniczenie rozpowszechniania wprowadzających w błąd… treści generowanych przez sztuczną inteligencję;
• opracowały i zastosowały środki zapobiegawcze, które prewencyjnie budują odporność na możliwe i oczekiwane narracje dezinformacyjne
oraz
• podjęły dodatkowe kroki w celu powstrzymania dezinformacji z uwzględnieniem kategorii gender.
Tego typu wytyczne pozwalają władzy na uciszanie przeciwników i utrzymywanie kontroli politycznej.
(Nie)dobrowolne regulacje
Amerykanie podkreślają, że „Dobrowolny i oparty na konsensusie europejski system regulacyjny dotyczący cenzury nie jest ani dobrowolny, ani oparty na konsensusie.
Z internetowej korespondencji koncernów Big Tech oraz dokumentacji unijnej wynika, że platformy „[nie] miały tak naprawdę wyboru” w kwestii tego, czy przystąpić do tych „dobrowolnych inicjatyw”. Pracownicy Google’a skarżyli się, że udział w spotkaniach Podgrupy ds. Kodeksu postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji był w zasadzie obowiązkowy, a cały proces kontrolowała KE.
Zdaniem twórców raportu, już sama presja Komisji Europejskiej na główne platformy mediów społecznościowych, by zmieniły globalne zasady moderacji treści „bezpośrednio naruszała amerykańskie prawo do wolności słowa online w Stanach Zjednoczonych” (s. 7).
Raport wskazuje, że większość głównych platform mediów społecznościowych oraz służących do udostępniania wideo ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych, a ponadto posiada „jeden, globalny zestaw zasad regulujących, jakie treści mogą, a jakich nie mogą publikować użytkownicy na stronie” (s. 7).
Są to „zasady”, które niejako „wyznaczają granice dozwolonego dyskursu na współczesnej agorze, czyniąc je kluczowym punktem nacisku dla regulatorów dążących do kontroli narracji, aby wzmocnić swoją władzę polityczną” (s. 7).
Kongresmeni zaznaczają, że zasady moderowania treści na platformach „mają – i w zasadzie muszą mieć – zasięg globalny”, a próby ich cenzurowania w poszczególnych krajach według innych zasad „stanowią poważne zagrożenie dla prywatności, wymagając od platform znajomości i przechowywania danych o konkretnej lokalizacji każdego użytkownika za każdym razem, gdy się loguje” (s. 7).
Próby moderowania treści w poszczególnych krajach, obszarach geograficznych są nie tylko niepożądane, ale także nieskuteczne – w sytuacji swobodnego korzystania z wirtualnych sieci prywatnych (VPN), które pozwalają na ochronę danych osobowych. Są także kosztowne.
Działania organów europejskich wymuszające moderację treści według określonych zasad w Europie wpływają więc także na to, do czego mają dostęp Amerykanie i inne społeczności na całym świecie. I to właśnie stanowi „bezpośrednie zagrożenie dla wolności słowa w USA” (s. 7).
Niezwykła cenzura covidowa
Raport dokumentuje i potwierdza to, o czym obywatele wiedzą od dawna – że „podczas pandemii COVID-19 wysocy rangą urzędnicy Komisji Europejskiej naciskali na platformy, aby zmieniły zasady moderacji treści, by globalnie cenzurować treści kwestionujące utarte narracje na temat wirusa i szczepionek” (s. 7).
KE za sprawą Ursuli von der Leyen i wiceprzewodniczącej Very Jourovej stale ingerowała, domagając się od platform aktualizowania warunków korzystania z ich usług, by cenzurować narracje jeszcze przed wprowadzeniem szczepionek przeciwko COVID-19. Wykorzystywano w tym celu spotkania Podgrupy ds. reagowania kryzysowego oraz ds. Kodeksu postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji.
Po podpisaniu rozporządzenia DSA w październiku 2022 r. „Komisja Europejska ostrzegła platformy o tym, że muszą zmienić swoje globalne zasady moderacji treści, aby dostosować się do DSA, w przeciwnym razie ryzykują grzywny w wysokości do sześciu procent globalnych przychodów i ewentualny zakaz wstępu na rynek europejski” (s. 10).
Kampania nacisków odniosła sukces. Platformy „zmieniły swoje zasady moderacji treści i cenzurowały wypowiedzi na całym świecie w bezpośredniej odpowiedzi na DSA i naciski Komisji Europejskiej. Na przykład w 2023 roku TikTok rozpoczął edycję swoich globalnych Wytycznych dla społeczności, mając na celu osiągnięcie zgodności z Aktem o usługach cyfrowych (s. 10). Nowe zasady weszły w życie w 2024 roku. Zgodnie z nimi TikTok usuwa: „marginalizujące wypowiedzi”, w tym „zakodowane stwierdzenia”, które „normalizują nierówne traktowanie”, „misinformację podważającą zaufanie publiczne”, „prezentacje medialne wyrwane z kontekstu” oraz „przeinaczające wiarygodne informacje” (s. 10).
„Standardy te są z natury subiektywne i łatwo je wykorzystać przeciwko opozycji politycznej wobec Komisji Europejskiej. W rzeczywistości te wewnętrzne dokumenty pokazują, iż TikTok systematycznie cenzurował prawdziwe informacje na całym świecie, aby spełnić żądania cenzury KE wynikające z rozporządzenia DSA. Dokument opisujący te zmiany potwierdził, że zgodnie z doradztwem zespołu prawnego, aktualizacje były głównie związane z przestrzeganiem Aktu o usługach cyfrowych (DSA)” – czytamy w raporcie Komisji Sądownictwa (s. 10).
TikTok zmienił znaczną część rozbudowanych systemów moderacji treści, by spełnić żądania KE. Ta zaś nie zrezygnowała z nacisków na globalną moderację. W maju 2025 roku „wyraźnie poinformowała platformy podczas zamkniętych warsztatów poświęconych DSA, że ciągły przegląd [globalnych] wytycznych dla społeczności jest najlepszą praktyką w zakresie zgodności z DSA”. Te praktyki obejmują „ciągłe” zmiany w globalnych zasadach moderacji treści, zwłaszcza amerykańskich (s.12) – podkreśla raport.
Bruksela jeszcze w listopadzie 2021 r. domagała się „zwalczania dezinformacji na temat inaugurowanej w USA kampanii szczepień przeciwko COVID-19 dla dzieci”.
Rok później organy regulacyjne KE wywarły presję na platformy, by usunęły amerykański film dokumentalny o szczepionkach. Bruksela żądała, by YouTube, Twitter i TikTok „sprawdziły… wewnętrznie i odpowiedziały na piśmie, dlaczego film nie został ocenzurowany. YouTube niezwłocznie odpowiedział oświadczając, że usunął przedmiotowy film po tym, jak Komisja poruszyła tę kwestię. Mówiąc wprost, KE traktowała amerykańskie debaty na temat szczepień jako należące do zakresu jej uprawnień regulacyjnych. Organy regulacyjne Unii Europejskiej wezwały TikToka do cenzurowania amerykańskich twierdzeń dotyczących szczepionek przeciw COVID-19 dla dzieci. Skupienie KE na wypowiedziach Amerykanów nie ograniczało się wyłącznie do treści związanych z COVID-19. Osoby nominowane politycznie na najwyższe stanowiska w KE wywierały presję na TikToka, aby agresywniej cenzurował treści amerykańskie przed wyborami prezydenckimi w USA w 2024 r.” – czytamy w raporcie (s. 12-13).
W opracowaniu znajdziemy m.in. zapis wymiany e-maili między przedstawicielami KE a platformami na temat konkretnych publikacji.
Amerykańska komisja napiętnowała w szczególności działania byłego komisarza UE ds. rynku wewnętrznego z Francji Thierry’ego Bretona. Ten w sierpniu 2024 napisał list do właściciela X, Elona Muska, grożąc mu – w oparciu o rozporządzenie DSA – odwetem za przeprowadzenie wywiadu na żywo z kandydatem na prezydenta Donaldem Trumpem. Breton – swoją drogą, jeden z głównych architektów DSA – napisał, że „Komisja Europejska „[nie] zawaha się w pełni wykorzystać [swojego] zestawu narzędzi”, aby uciszyć kluczowe amerykańskie wypowiedzi polityczne” (s. 14).
W odpowiedzi na to zareagował szef Komisji Sądownictwa, Jim Jordan. Wysłał on dwa listy do Bretona, wskazując, że narusza on wolność słowa Amerykanów i ingeruje w wybory prezydenckie w USA.
Wkrótce potem komisarz zrezygnował ze stanowiska. Szefostwo KE bagatelizowało jego groźby. Twierdzono, że list nie został zatwierdzony i zasugerowano, że interwencja komisarza była wyłącznie jego samowolną inicjatywą.
„Jednak – zauważają twórcy raportu – na miesiące przed wysłaniem listu przez komisarza Bretona, inni wysocy rangą urzędnicy Komisji Europejskiej również naciskali na dyrektorów dużych firm technologicznych, aby uzyskać więcej informacji na temat tego, jak platformy planują moderować przemówienia wyborcze przed wyborami prezydenckimi w USA w 2024 r.” (s. 14-15).
W maju 2024 r. wiceprzewodnicząca KE Vera Jurova udała się do Kalifornii, by spotkać się z przedstawicielami Big Techów, w tym z prezesem TikToka, Shou Chew i dyrektorem ds. zaufania oraz bezpieczeństwa tej platformy, omawiając z nimi „przygotowania do wyborów” w UE i USA.
KE bezprawnie regularnie ingeruje w głosowania
Amerykańska Komisja Sądownictwa, na czele której stoi Jim Jordan, nie ma wątpliwości, iż „KE regularnie ingeruje w wybory krajowe w państwach członkowskich UE” (s. 16).
Potwierdziła to, na co już wcześniej wielokrotnie zwracałam uwagę w swoich publikacjach, a mianowicie, że KE ingeruje w krajowe wybory w oparciu o DSA, kontrolując narracje polityczne.
W 2024 r. Bruksela wydała Wytyczne Wyborcze DSA, zobowiązujące platformy do podjęcia „dodatkowych działań cenzuralnych przed ważnymi wyborami europejskimi, takich jak:
• aktualizacja i udoskonalenie polityk, praktyk i algorytmów w celu dostosowania się do wymogów cenzury UE;
• przestrzeganie najlepszych praktyk określonych w Kodeksie postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji, Kodeksie postępowania w zakresie zwalczania mowy nienawiści i dokumentach EUIF;
• ustanowienie środków w celu zmniejszenia znaczenia dezinformacji;
• dostosowanie swoich warunków, aby znacząco zmniejszyć zasięg i wpływ generatywnych treści AI, które przedstawiają dezinformację lub misinformację;
• etykietowanie postów uznanych za dezinformację przez zatwierdzonych przez rząd lewicowych weryfikatorów faktów;
• opracowywanie i stosowanie środków zapobiegawczych, które prewencyjnie budują odporność na możliwe i spodziewane narracje dezinformacyjne oraz
• podejmowanie dodatkowych kroków w celu powstrzymania dezinformacji z uwzględnieniem gender [gendered disinformation – przyp. AS]” (s. 16).
Wytyczne Wyborcze DSA określa się jako „dobrowolne najlepsze praktyki”, ale KE „za zamkniętymi drzwiami jasno dała do zrozumienia, że Wytyczne Wyborcze są obowiązkowe” (s. 16). Prabhat Agarwal, szef działu egzekwowania Aktu o usługach cyfrowych poinformował platformy, że stanowią one „minimalny próg zgodności z DSA” oraz w razie braku ich stosowania, KE będzie musiała implementować „alternatywne środki, które są równe lub lepsze” od DSA (s. 16).
Autorzy raportu przypomnieli to, co ustalili i opisali we wcześniejszych raportach śródokresowych na temat cenzury w sieci – że podobne taktyki stosowano w USA. W przypadku opisywania historii rodziny Bidenów w tygodniach poprzedzających wybory celowo wprowadzono opinię publiczną w błąd twierdząc, że prawdziwa historia o korupcji familii kandydata – opisywana przed wyborami w 2020 roku – jest „dezinformacją”.
Od czasu wejścia w życie DSA w 2023 roku KE interweniowała, ingerując w wybory krajowe na Słowacji, w Polsce, Holandii, Francji, Mołdawii, Rumunii i Irlandii, domagając się od platform internetowych, by „działały na niekorzyść partii politycznych o poglądach konserwatywnych lub populistycznych”. (s. 17). Szczególne działania cenzuralne wszczęto przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2024 roku.
„Komisja Europejska systematycznie zwoływała spotkania organów regulacyjnych szczebla krajowego, lewicowych organizacji pozarządowych i platform przed wyborami, aby omówić, które opinie polityczne powinny podlegać cenzurze” (s. 17-18).
„Komisja Europejska pomogła również w zorganizowaniu systemów szybkiego reagowania, w których zatwierdzone przez rząd strony trzecie miały prawo składać priorytetowe wnioski domagając się cenzury, [wnioski] prawie wyłącznie dotyczyły opozycji wobec partii rządzącej. TikTok poinformował KE, że ocenzurował przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2024 roku ponad 45 000 rzekomych dezinformacji, w tym jednoznaczne wypowiedzi polityczne na tematy takie, jak: migracja, zmiany klimatu, bezpieczeństwo i obrona oraz prawa osób LGBTQ” – czytamy.
Wybory na Słowacji w 2023 roku są jednym z kluczowych przykładów ukazujących działania europejskiej cenzury. Wewnętrzne wytyczne TikToka dotyczące moderacji treści pokazują, że pod presją unijnych organów platforma ocenzurowała następujące przejawy „mowy nienawiści”:
• uważam, że ideologia LGBTI, ideologia gender, ideologia transseksualna stanowią duże zagrożenie dla Słowacji, podobnie jak korupcja
oraz
• celowe wprowadzanie w błąd co do gender”. Chodzi o stosowanie względem danej osoby zaimków zgodnych z podziałem na dwie płcie biologiczne, zamiast określania danej osoby tak, jak ona chce (s. 18).
KE uznała, iż powyższe wypowiedzi są wyrazem „mowy nienawiści”, zaś Tik Tok pod naciskiem Brukseli cenzurował takie twierdzenia przed wyborami parlamentarnymi na Słowacji.
W opinii kongresmenów, „Komisja Europejska podjęła najbardziej agresywne działania cenzuralne podczas wyborów prezydenckich w Rumunii w 2024 roku” (s. 18). O tym także szeroko pisałam na łamach portalu PCh24.pl, odnosząc się do zdarzeń związanych z bezpodstawnym unieważnieniem przez rumuński Sąd Konstytucyjny w grudniu 2024 r. I tury wyborów prezydenckich, wygranej przez niezależnego kandydata Calina Georgescu. Głosowanie anulowano na podstawie twierdzeń służb, iż Rosja potajemnie wspierała zwycięzcę poprzez finansowanie skoordynowanej kampanii na TikToku.
„Wewnętrzne dokumenty TikToka przedstawione Komisji zdają się podważać tę narrację. We wnioskach złożonych do Komisji Europejskiej, która wykorzystała niepotwierdzone oskarżenie o rosyjską ingerencję do zbadania praktyk moderowania treści TikToka, TikTok oświadczył, że nie znalazł ani nie przedstawiono mu żadnych dowodów na istnienie skoordynowanej sieci 25 000 kont powiązanych z kampanią pana Georgescu – kluczowy zarzut wysunięty przez służby wywiadowcze” – czytamy (s. 18).
Z dokumentów rumuńskiego urzędu skarbowego wynika, że kampania była finansowana przez inną krajową partię polityczną. Wyników wyborów jednak nigdy nie uznano i w maju 2025 roku do II tury nie dopuszczono już Georgescu. Elekcję zaś wygrał „kandydat preferowany przez establishment”. Eurokraci z KE pozostali bezkarni.
Planowane działania cenzorskie KE
Amerykanie podkreślają, że po dekadzie cenzurowania treści Komisja Europejska bynajmniej nie myśli rezygnować z tej polityki, sprzeciwiając się „historycznemu zobowiązaniu do przestrzegania wolności słowa”.
Bruksela zaatakowała m.in. platformę Elona Muska, nakładając w grudniu 2025 roku, na podstawie DSA pierwszą grzywnę w wysokości 120 mln euro i kreując przy tym absurdalne oskarżenia dotyczące naruszenia przepisów unijnych.
Raport szczegółowo omawiając zarzuty kierowane przez KE pod adresem platformy Elona Muska nie tylko uznał je za bezpodstawne. Wskazał również, że grzywna za odmowę dostępu do danych dla badaczy europejskich w oparciu o DSA stanowi „właśnie ten rodzaj mrożącego krew w żyłach, eksterytorialnego stosowania zagranicznego prawa cenzury, przed którym Komisja Sądownictwa ostrzegała od ponad roku. Stanowi to niebezpieczny precedens: na mocy DSA KE rości sobie prawo do regulowania moderacji treści poza swoimi granicami” – napisali autorzy raportu (s. 131).
Co ciekawe, KE miała pretensje do Muska o to, że X egzekwowało wymóg artykułu 40 DSA, zgodnie z którym naukowcy, którzy chcą mieć dostęp do algorytmów platform, mają być „niezależni od interesów handlowych”. Musk wymagał od potencjalnych badaczy dostarczenia „informacji o członkach zarządu organizacji, członkostwie, udziałowcach, beneficjentach grantów” oraz „pośrednim finansowaniu” w celu ustalenia, czy dana organizacja, z którą związany jest badacz, nie jest powiązana z korporacją mogącą czerpać korzyści z tych badań. Komisja uznała, że platforma Muska naruszyła DSA, ponieważ domagała się i gromadziła takie dane.
Przy okazji sprawy X wyszło także na jaw, że KE za „ryzyko systemowe” uznaje każdą „dezinformację”, a „dezinformacją” jest wszystko to, co urzędnicy KE uznają za fałszywe.
Jak podkreślili kongresmeni, sprawa kary nałożonej na X w grudniu 2025 roku „dostarcza ważnych spostrzeżeń na temat interpretacji DSA przez Komisję Europejską. Pod wieloma względami jest to zgodne z podejściem regulacyjnym KE z ostatnich lat: zakłada, że obywatele UE są głupi, niezdolni do rozróżnienia i podejmowania swobodnych decyzji co do tego, co jest prawdą, a co nie. Karze innowacje, wyjaśniając nawet, że nakłada grzywnę na firmę X, ponieważ próbowała ona obsługiwać platformę inaczej niż poprzednie kierownictwo Twittera lub innych mediów społecznościowych. I być może najbardziej niepokojące jest to, iż UE dąży do egzekwowania DSA poza swoimi granicami – co stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa w Stanach Zjednoczonych” (s. 134).
Podkreślono także, iż KE pod kierownictwem Ursuli von der Leyen kontynuuje swoje działania cenzorskie. Co więcej, przewodnicząca i jej sojusznicy zaproponowali dodatkowe przepisy cenzuralne i inicjatywy wprowadzające surowsze wymogi dotyczące usuwania rzekomych „dezinformacji” i „mowy nienawiści”. Mimo że oberkomisarz zobowiązała się do „uproszczenia” rozdętego systemu regulacji w Europie, to jednak odmówiła tego w odniesieniu do wypowiedzi w sieci.
Obecnie forsuje natomiast Tarczę Demokracji, która rozszerza uprawnienia KE w zakresie cenzury i zmierza do zakończenia anonimowości w mediach społecznościowych oraz uciszenia przeciwników politycznych. Jej ramy przedstawiono w listopadzie 2025 r.
Do 2027 roku KE ma opracować protokół DSA dotyczący incydentów i sytuacji kryzysowych na wzór Wytycznych Wyborczych DSA. Ten protokół cenzury miałby zapewnić szybką reakcję w przypadku wydarzeń na duża skalę i transnarodowych. Chodzi o kontrolę narracji w sieci, gdy władze UE uznają, że ją tracą, jak np. w czasie kryzysu migracyjnego.
Ponadto ma być rozszerzony Kodeks postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji. KE promuje także „portfel tożsamości cyfrowej UE”, by zobowiązać platformy do weryfikacji tożsamości użytkowników, ułatwiając ich ściganie za niekorzystne dla władzy posty.
Plan przewiduje również utworzenie dwóch nowych unijnych centrów cenzury: Europejskiego Centrum Odporności Demokratycznej, a także Europejskiej Sieci Weryfikatorów Faktów. Centrum miałoby wspierać rząd w reakcji na domniemane kampanie dezinformacyjne (szybsza skoordynowana transgraniczna cenzura), a Europejska Sieć Weryfikatorów Faktów będzie kolejnym forum koordynacyjnym dla lewicowych organizacji cenzorskich.
Sieć ma stworzyć repozytorium weryfikacji faktów, czyli bazę danych wypowiedzi, które są sprzeczne z linią partyjną KE, a które platformy miałyby natychmiast usuwać.
Ponadto Komisja Europejska chce jednolitej definicji „mowy nienawiści” w całej UE – zgodnie ze „Strategią na rzecz równości osób LGBTIQ+” – i jej kryminalizacji. Eurokraci zamierzają pominąć proces demokratyczny i rozpocząć proces „harmonizacji” przepisów bez głosowania parlamentów krajowych. „Mowa nienawiści” nie będzie dodana do listy „przestępstw UE” na mocy traktatu regulującego jej funkcjonowanie, lecz – jak przekonuje Bruksela – w drodze rozporządzenia. KE wskazuje, że nie jest konieczna aprobata parlamentów krajowych w tej kwestii, ponieważ „mowa nienawiści” jest już przestępstwem na mocy traktatów unijnych, gdyż mieści się w ramach istniejących przestępstw, takich jak „terroryzm” i „przestępczość cyfrowa”.
Raport stwierdza, że „Komisja Europejska dąży do rozszerzenia swoich środków cenzury na inne kraje. Pod wieloma względami Komisja przewodzi globalnym wysiłkom na rzecz wprowadzania surowych przepisów dotyczących cenzury cyfrowej”. W Australii, Korei Południowej i innych krajach na całym świecie pojawiły się projekty ustaw naśladujące europejskie rozwiązania, które cenzurujący zagraniczni urzędnicy przenieśli na amerykańskie uniwersytety, aby zaplanować globalny system cenzury. Być może najbardziej znaczącą zagraniczną próbą naśladowania Aktu o usługach cyfrowych jest brytyjska Ustawa o bezpieczeństwie w sieci (Online Safety Act, OSA). Uchwalona w 2023 r., zaledwie rok po DSA, ustawa toruje drogę Ofcomowi – właściwemu brytyjskiemu organowi regulacyjnemu – do sformatowania sposobu, w jaki platformy mediów społecznościowych powinny radzić sobie z dezinformacją i misinformacją. Nadzór Komisji Sądownictwa wykazał już wcześniej, że brytyjskie urzędy dążyły do cenzurowania uzasadnionych wypowiedzi politycznych krytykujących rząd, w tym narracji o równoległym systemie sprawiedliwości w Wielkiej Brytanii, podczas masowych zamieszek w sierpniu 2024 roku. Tamtejsi biurokraci wykorzystali również OSA do grożenia amerykańskim platformom odwetem regulacyjnym, jeśli nie zaimplementują [brytyjskich] standardów dotyczących takich tematów, jak mowa nienawiści w swoich politykach moderowania treści. Teraz premier Keir Starmer, podobnie jak europejscy regulatorzy, grozi wyłączeniem X z sieci w Wielkiej Brytanii, korzystając z OSA.
Globalna kampania naśladownictwa nie ograniczyła się tylko do Europy. W Brazylii proponowany projekt ustawy o fałszywych wiadomościach wyraźnie czerpał inspirację z DSA, z dwudziestoma pięcioma powołaniami się na prawo europejskie. Chociaż projekt ustawy o fałszywych wiadomościach nie został jeszcze przyjęty, brazylijski Sąd Najwyższy prowadził agresywną, wieloletnią kampanię cenzury Internetu, wydając globalne nakazy usuwania treści. Zakazał nawet działania platformy X przez wiele miesięcy w 2024 roku. W Indiach analitycy również porównali proponowaną ustawę Digital India Act, która poddałaby platformy nowym przepisom, kładącym duży nacisk na weryfikację faktów w celu zapobiegania dezinformacji. Poza Brazylią i Indiami, cechy charakterystyczne DSA można znaleźć w nowych przepisach cyfrowych Australii, Malezji i Korei Południowej. Korea Południowa i Brazylia również starają się naśladować siostrzane przepisy DSA dotyczące konkurencji, regulację o rynkach cyfrowych, która nakłada na firmy technologiczne ze Stanów Zjednoczonych uciążliwe wymogi, niszczące innowacje.
Globalni cenzorzy zaplanowali spotkanie, aby wymienić się spostrzeżeniami. 24 września 2025 roku na Uniwersytecie Stanforda odbył się okrągły stół, zatytułowany „Przestrzeganie przepisów i egzekwowanie zgodności z warunkami w szybko ewoluującym krajobrazie”. W przedsięwzięciu uczestniczyli zagraniczni urzędnicy, którzy stworzyli rozwijający się globalny system cenzury i bezpośrednio atakowali wolność słowa w wydaniu USA. Głównym mówcą na tym wydarzeniu była Julie Inman-Grant, australijska komisarz ds. bezpieczeństwa elektronicznego. Wyraźnie argumentowała, że rządy mają prawo nakładać i egzekwować postanowienia dotyczące usuwania treści w skali całego globu. Wśród innych uczestników i panelistów znaleźli się urzędnicy z podmiotów o najgorszych wynikach w zakresie cenzury eksterytorialnej, w tym z Wielkiej Brytanii, UE i Brazylii. Te międzynarodowe fora koordynacyjne, na których globalni cenzorzy wymieniają się pomysłami legislacyjnymi i najlepszymi praktykami cenzury, stanowią poważne zagrożenie dla amerykańskiej wolności słowa” (s. 137-139) – czytamy.
Komisja Sądownictwa USA zaznaczyła we wnioskach, że będzie kontynuować dochodzenie w sprawie zagranicznych przepisów, regulacji i zarządzeń sądowych dotyczących cenzury ze względu na ryzyko, jakie stanowią one dla amerykańskiej wolności słowa. Dodała także, że przepisy DSA naruszają suwerenność Stanów Zjednoczonych i bezpośrednio szkodzą amerykańskiej wolności słowa. Dlatego Komisja zaproponuje konkretne rozwiązania legislacyjne, które miałyby ochronić Amerykę przed „egzystencjalnym zagrożeniem dla podstawowego prawa amerykańskiego: prawa do wolności słowa” (s. 139).