O Izraelu: Oczekuje się, że będziemy pamiętać o 7 października, ale nigdy nie zadajemy pytań na ten temat

Oczekuje się, że będziemy pamiętać o 7 października, ale nigdy nie zadajemy pytań na ten temat

Zapytaj, dlaczego na Bliskim Wschodzie w ciągu ostatnich trzech lat było tak wiele przemocy, a usłyszysz, że to przez 7 października. Zapytaj, dlaczego doszło do 7 października, a zostaniesz nazwany antysemitą. Zapytaj, co konkretnie wydarzyło się tego dnia, a zostaniesz nazwany teoretykiem spiskowym.

Caitlin Johnstone 29 czerwca 2026 r. caitlinjohnstone-au/were-expected-to-remember-october-7-but-never-ask-questions-about-it

Prasa izraelska donosi, że dokumenty policyjne dotyczące bezpieczeństwa festiwalu muzycznego Nova, który odbędzie się 7 października 2023 roku, zostały w tajemniczy sposób usunięte na początku stycznia 2024 roku. „The Jerusalem Post” donosi, że „nie wiadomo, kto je usunął i czy ich kopie nadal istnieją”.

Nowy artykuł izraelskiego portalu YNet donosi, że Siły Obronne Izraela planowały zabić izraelskiego żołnierza schwytanego przez Hamas w 2006 roku, a w jednym z dokumentów stwierdzono, że „Dyrektywa Hannibala obowiązuje”. Dyrektywa Hannibala to izraelski protokół wojskowy, który gwarantuje podjęcie radykalnych środków w celu zapobieżenia schwytaniu Izraelczyków przez palestyńskie grupy oporu, nawet jeśli oznacza to ich zabicie. 

Izraelski Kanał 12 pokazał nagranie, na którym izraelscy oficerowie domagają się wdrożenia Dyrektywy Hannibala 7 października, aby zapobiec wzięciu zakładników przez Hamas. Jeden z wysokich rangą oficerów powiedział: „(Zaatakujcie) Gazę. Rozwalcie ją na kawałki. Razem z żołnierzami, którzy zostali porwani”.

[filmiki- w oryginale md]

Wielu izraelskich żołnierzy i cywilów oficjalnie potwierdziło , że siły izraelskie strzelały do swo​​ich obywateli 7 października. 

Ile z 1195 osób zabitych w operacji „Powódź Al-Aksa” zostało faktycznie zabitych przez siły izraelskie? Nie wiemy i nie wolno nam tego wiedzieć. Asa Winstanley z Electronic Intifada twierdzi , że liczba ta sięga setek.

Czy Izrael celowo pozostawił swój naród bez obrony przed zbliżającym się atakiem Hamasu, aby realizować swoje plany? Nie wiemy i nie wolno nam wiedzieć, ale istnieje mnóstwo dowodów wskazujących na to , że tak właśnie było .

Zapytaj, dlaczego w ciągu ostatnich trzech lat na Bliskim Wschodzie doszło do tak wielu aktów przemocy, a usłyszysz, że przyczyną były wydarzenia z 7 października. 

Zapytaj, dlaczego wydarzyło się 7 października, a nazwiesz się antysemitą.

Zapytaj, co konkretnie wydarzyło się tego dnia, a zostaniesz nazwany zwolennikiem teorii spiskowych.

To prawdziwe szaleństwo, jak często obrońcy Izraela i zachodniego imperium powołują się na 7 października jako na iskrę, która zapoczątkowała wszystkie te wojny o dalekosiężnych konsekwencjach, ale tabu jest mówić o tym, co dokładnie wydarzyło się tamtego dnia, a także tabu jest mówić o tym, w jaki sposób nadużycia Izraela sprowokowały atak .

Oficjalne stanowisko głównego nurtu z 7 października głosi, że Hamas zabił 1195 Izraelczyków bez żadnego powodu, tylko dlatego, że są źli i chcieli zabić Żydów, a każdy, kto sugeruje, że mogło to być spowodowane rzeczywistymi, materialnymi pobudkami, jest antysemickim potworem. Za każdym razem, gdy ktoś wygłasza oficjalne stanowisko głównego nurtu z 7 października, mam ochotę wydawać z siebie dziecięce okrzyki „goo goo ga ga”, aż się zamkną i pójdą, bo tacy ludzie nie myślą jak dorośli.

Każdy, kto śledził zachowanie Izraela od 7 października, rozumie teraz, dlaczego palestyńscy bojownicy ruchu oporu w ogóle przeprowadzili atak 7 października. Oczekuje się od nas, że będziemy unikać rażących luk fabularnych w oficjalnej narracji i nigdy nie będziemy sugerować, że straszliwe nadużycia Izraela wobec Palestyńczyków mogły odegrać jakąś rolę w doprowadzeniu do ataku. Jednak po oglądaniu transmitowanego na żywo ludobójstwa miesiąc po miesiącu, wszyscy wiemy, że 7 października Izrael po prostu zbierał to, co zasiał. 

I wiemy, że nie ma zła, którego te dziwolągi nie byłyby zdolne dokonać.

„WOŁYŃ PRIDE”. Kolejny antypolski skandal na Ukrainie.

Kolejny antypolski skandal na Ukrainie!

Przez lata ostrzegaliśmy przed środowiskiem skupionym kiedyś wokół Pułku, dzisiaj Brygady Azow. Od 2014 roku pisaliśmy, że Azow odwołuje się do neonazizmu, banderyzmu i skrajnie antypolskich tradycji. Po 2022 roku naskoczyli na nas prawie wszyscy – że bredzimy, opowiadamy głupstwa, szerzymy ruską propagandę, a w ogóle to oni podjęli heroiczną walkę z Rosją. Dla licznych polityków i komentatorów z prawda, centrum i lewa – i co zabawne dla niektórych trockistów – Brygada „Azow” stała się symbolem walki o suwerenną Ukrainę. Ogromna rzesza osób dała się uwieść argumentacji o tym, że Azow przeszedł drogę rozwoju i dyscypliny oraz, że z jednostki neonazisci i banderowcy zostali usunięci. My pozostaliśmy na swoim stanowisku i z niedowierzaniem kręciliśmy głową, co rusofobia robi z ludźmi.

Dzisiaj już nawet media głównego nurtu przyznają nam rację w tej kwestii. Zabawne jak wszyscy spuścili nagle głowy, i nikt nie ma odwagi przyznać, że to „ruskie onuce” miały rację. Dzisiejsza Ukraina jest państwem naszpikowanym banderyzmem. Ukraiński integralny nacjonalizm (szowinizm) jest częścią polityki historycznej Kijowa. Ukraina odwołuje się do najbardziej mrocznych i antypolskich tradycji. Nikt przy zdrowych zmysłach, nie będzie dzisiaj opowiadał, że środowiska około-azowskie nie mają nic wspólnego z tradycją antypolską.

Właśnie media głównego nurtu na czele z „Do Rzeczy” poinformowały, że wydawnictwo Reinshouse, które jest powiązane z pułkiem Azow wypuściło naszywkę, na której znajduje się napis „WOŁYŃ PRIDE”, symbol noża i hasło „Jesteśmy dumni ze swojej historii”. Trudno nawet zawodowym ukrainofilom na fundacyjnych kroplówkach wciskać dalej społeczeństwu kit o „ruskiej propagadzie”. O tej sprawie jako pierwsza poinformowała ukraińska historyk Marta Hawryszko.

„Czy to ma być »trolling« Polski? Nóż? Wołyń? Mówicie poważnie?! To wszystko ma znamiona nowego międzynarodowego skandalu. Czy żołnierze Trzeciej Brygady Szturmowej nie byli szkoleni w Polsce? Z pewnością zbierali tam fundusze. I tak oto spłacają to wsparcie?” – napisała Ukrainka Hawryszko. Oficerem 3 Brygady Szturmowej, był Ołeksij Reinsa ps. „Konsul”, który prowadzi wspomniane wydawnictwo Reinshouse.

łj

„Vzgljad”: Polska wpadła w pułapkę własnej rusofobii

„Vzgljad”: Polska wpadła w pułapkę własnej rusofobii

Timofiej Bordaczow myslpolska/vzgljad-polska-wpadla-w-pulapke-wlasnej-rusofobii

Sytuacja, w której obecnie znajduje się Polska, jest doskonałym przykładem na to, że kraj, który nie jest najgłupszy według współczesnych standardów i gospodarczo dosyć skuteczny, może łatwo znaleźć się w pułapce  tylko z powodu dogmatycznego myślenia w polityce zagranicznej.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest strategia oparta całkowicie na walce z Rosją, którą Warszawa uznała za „idealnego” wroga. I podporządkowali wszystko inne w swoich działaniach zagranicznych celowi zaszkodzenia Moskwie wszelkimi środkami. Wszystko inne to przede wszystkim współpraca z reżimem kijowskim, o której naturze niewiele osób w Polsce ma złudzenia. Polscy politycy wszelkich odcieni doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia w Kijowie, a także mają historycznie negatywne zdanie o swoich ukraińskich sąsiadach w ogóle.

Jednak w ostatnich latach to właśnie Warszawa podjęła się roli głównego przewodnika i orędownika interesów władz kijowskich w Europie, dostarczała Ukrainie broń w niewyobrażalnych ilościach i przekształciła jej terytorium w główny węzeł wszystkich zachodnich dostaw zbrojeniowych. Jednocześnie polskie władze zrobiły wszystko, by zniszczyć wszelkie możliwe kanały dialogu z Moskwą i Mińskiem, tworząc wizerunek całkowicie nieprzejednanego  przeciwnika Rosji wyróżniającego się nawet na tle krajów zachodnich. Innymi słowy, spośród wszystkich krajów, które mają przynajmniej pewne znaczenie w sprawach europejskich, to polscy politycy wybrali najbardziej radykalną wersję zachowania w kryzysie militarno-politycznym, który się pojawił.

Znów nie ma powodu sądzić, że ktokolwiek w Warszawie poważnie postrzegał ukraiński reżim jako niezawodnego partnera, od którego można oczekiwać elementarnej wdzięczności za wszystkie błogosławieństwa. Znając kilku polskich dyplomatów i ekspertów, możemy spokojnie powiedzieć, że stosunek polskiej elity do Kijowa i całego narodu Ukrainy zawsze był pogardliwy i negatywny. Pogląd ten kształtował się tam przez kilka wieków interakcji w różnych okolicznościach historycznych i jest częścią polskiego myślenia o polityce zagranicznej. Co, przyznajemy, ma przekonujące podstawy.

Jednak nawet wiedząc, z kim mają do czynienia, Polacy przez lata inwestowali w ukraiński projekt. I dosłownie przekonali samych siebie, że Ukraina może stać się potężnym narzędziem Polski do powstrzymywania Rosji i wyrządzania jej wszelkiego rodzaju szkód. Jednocześnie pozostaje pod kontrolą i otwarta  na postulaty Warszawy. Ponadto w Polsce najwyraźniej sądzono, że ktoś na Ukrainie walczy z Rosją o „europejski wybór”, a Kijów, dążąc do przystąpienia do NATO i Unii Europejskiej, byłby bardziej wyrozumiały. Oba te założenia są również bardzo dalekie od rzeczywistości. Innymi słowy, Polacy wyobrażali sobie całkowicie niemożliwy inny scenariusz relacji z Kijowem i działali pod wpływem chimery stworzonej przez nich samych, a nie realnej strategii. W rezultacie cała polska polityka zagraniczna okazała się iluzją, z której dziś wyśmiewa się cała Europa. A co jeszcze bardziej tragiczne dla Polaków, nie mają oni sensownego wyjścia z tej sytuacji.

Dlaczego tak się stało? Głównym powodem jest skupienie polskiej polityki zagranicznej na Rosji jako jedynej kwestii, która w ogóle interesuje Warszawę. Ta obsesja ma historyczne korzenie i bardzo realne praktyczne powody. Po pierwsze, Rosja dla Polski jest źródłem lęków, przyczyną kompleksów o całkowicie niewyobrażalnej skali i obiektem niesamowitej zazdrości. Najpierw Moskwa pozbawiła Warszawę szansy na zostanie liderem  świata słowiańskiego, a następnie na pewien czas całkowicie zakończyła istnienie polskiej państwowości. Kształtowanie się nowoczesnej polskiej kultury i nauk humanistycznych miało miejsce w czasach, gdy główną treścią życia publicznego była walka z dominacją Imperium Rosyjskiego i ZSRR.

W rzeczywistości to konfrontacja z Rosją ukształtowała współczesną polską tożsamość, nie pozostawiając elicie politycznej szansy na spojrzenie na świat z nieco szerzej perspektywy niż przez pryzmat walki z wielkim sąsiadem na wschodzie. W rezultacie otrzymaliśmy świadomość nie najmniejszego europejskiego państwa, w którym nie ma miejsca na nic poza jednym pomysłem polityki zagranicznej. Personifikacją tego dramatu był amerykański myśliciel polityczny polskiego pochodzenia, Zbigniew Brzeziński. Za życia napisał wiele dość wyrazistych prac o stosunkach międzynarodowych, ale byłyby interesujące, gdyby wszystko tam nie było podporządkowane rosyjskiemu tematowi.

Po drugie, po włączeniu Polski do świata zachodniego pod koniec zimnej wojny, została pozbawiona możliwości udowodnienia swojej wartości w jakimkolwiek z możliwych obszarów, z wyjątkiem Rosji. Tradycyjny strach i nienawiść do Niemiec zostały umieszczone w wąskim ramach NATO i Unii Europejskiej.

Jest jasne, że plany realizowane przez Polaków w dziedzinie uzbrojenia mają potencjalnie antyniemiecki charakter. Są one również powiązane z pragnieniem uczynienia się najważniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w Europie na tle słabnących Wielkiej Brytanii i Francji. Ale ogólnie rzecz biorąc, w dającej się przewidzieć przyszłości  ręce Warszawy na kierunku zachodnim są związane, także ze względu na amerykańskie interesy, by na razie zachować NATO i Unię Europejską. Pozostaje Rosja, a Polacy są zadowoleni – nauczyli się nie myśleć o niczym innym tylko o naszym kraju i to przez kilka stuleci. Teraz dochodzi do zderzenia z rzeczywistością – kijowscy władcy zachowują się wobec swoich patronów dokładnie tak, jak można się po nich spodziewać – publicznie obrażają i wysyłają odznaczenia otrzymane z Warszawy pocztą.

Jednak nie ulega wątpliwości, że publiczny konflikt, którego jesteśmy świadkami, nie stanie się powodem do starcia militarnego między Polską a Ukrainą ani nawet do ich stosunkowo pełnowymiarowej konfrontacji politycznej. Co więcej, wszystko, co się wydarzyło, nie doprowadzi nawet do zauważalnego zmniejszenia poparcia dla polskiego poparcia dla reżimu kijowskiego. Już teraz widzimy, że kryzys w relacjach z Kijowem jest obecnie przedstawiany jako wynik wewnętrznego rozłamu w samej Polsce i przejaw walki w jej elicie rządzącej. A to oznacza, że to nie kijowscy władcy gloryfikują zbrodniarzy wojennych są winni dyplomatycznej konfrontacji, lecz sami Polacy. I bardzo prawdopodobne, że po kilku rundach debat politycznych po prostu spróbują zatuszować całą tę historię. W szczególności, by nie zniszczyć iluzji, że Warszawa ma strategię polityki zagranicznej.

W Kijowie, nawiasem mówiąc, doskonale to rozumieją i w ogóle nie myślą o ustępstwach: Polacy sami się przyparli do muru, więc pokazano im miejsce w szeregu. W końcu Warszawa nie ma innego wyjścia, jak dalej wspierać kogoś, kto szkodzi Rosji, nawet jeśli dosłownie pluje na wszystko, co święte dla Polaków. Co więcej, ponieważ Polska nie może tworzyć polityki zagranicznej innej niż antyrosyjska, nieuchronnie staje się narzędziem realizacji interesów innych państw. Nie tylko Amerykanów czy Brytyjczyków, ale nawet reżimu kijowskiego, który jest całkowicie zależny od wsparcia zewnętrznego.

Jednocześnie Polska jest obecnie jedynym dużym krajem w Europie, którego produkt krajowy brutto wykazuje dość stały wzrost na poziomie około 3,3-3,6% rocznie. Więc powinna była siedzieć cicho i nie spieszyć się z budowaniem złożonych kombinacji geopolitycznych, z których i tak nic sensownego nie wyniknie. Niestety, jest to całkowicie nierealistyczne – w końcu stosunkowo duże państwo musi mieć politykę zagraniczną. Oznacza to, że Warszawa będzie nadal tkwić w błędnym kole, z którego nie będzie w stanie się wydostać.

Timofiej Bordaczow

Za: vz.ru

MEM-y upalne [w UE]

———————-

——————————

————————

—————–

——————-

——————————–

————-

———————–

————————

——————————

Teolog przeciwko „paradygmatowi abp. Paglii”. Zdecydowana krytyka progresywnego hierarchy – sodomity.

Teolog przeciwko „paradygmatowi abp. Paglii”. Zdecydowana krytyka progresywnego hierarchy

25 czerwca 2026 pch24/teolog-przeciwko-paradygmatowi-abp-paglii-zdecydowana-krytyka-progresywnego-hierarchy

Abp Paglia.jpg
Abp Vincenzo Paglia. (fot. prtscr/youtube/Tv2000it)

Podczas swojego urzędowania jako przewodniczący Papieskiej Akademii Życia abp Vincenzo Paglia wzbudził niemałe kontrowersje. Duchowny reprezentował zdecydowanie progresywny kurs. Wśród jego wypowiedzi znalazły się nawet wyrazy akceptacji dla legalności aborcji w porządku prawnym Włoch. Hierarcha miał również z otwartością podchodzić do zmian w nauczaniu na temat m.in. antykoncepcji. Do tych bulwersujących propozycji odniósł się w artykule swojego autorstwa ks. prof. Livio Melina. Teolog wskazał na destruktywny charakter „paradygmatu Paglii” oraz podkreślił, że Kościół powinien trzymać się swojej niezmiennej doktryny. 

„Jakiej wizji moralnej pragnie Kościół? Czy pragnie on moralności rozwodnionej, swego rodzaju minimalistycznego pelagianizmu, który – nie opierając się na łasce Bożej – ostatecznie porzuca wezwanie do pełni życia chrześcijańskiego i godzi się z ludzkimi słabościami i kruchościami, jakby nie dało się ich przezwyciężyć?” – pytał na łamach catholicworldreport były wieloletni dyrektor Instytutu Jana Pawła II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną przy Papieskim Uniwersytecie Laterańskim, ks. prof. Livio Melina, który kierował tą placówką w latach 2006–2016.

Naukowiec odniósł się do słów byłego prezesa Papieskiej Akademii Życia abp Vincenzo Paglii, który w wywiadzie dla Settimana News przedstawił swoją rolę w przekształceniu Papieskiego Instytutu Studiów nad Małżeństwem i Rodziną im. Jana Pawła II oraz reformie Papieskiej Akademii Życia, wskazując na potrzebę zmiany podejścia do teologii moralnej i prawa naturalnego.

Ks. prof. Melina polemizuje z oceną abp. Paglii, argumentując, że działalność Instytutu Jana Pawła II przez 36 lat opierała się na interdyscyplinarnych badaniach nad małżeństwem, rodziną, antropologią i teologią moralną, rozwijanych w duchu nauczania św. Jana Pawła II, zwłaszcza encyklik Humanae vitae  – jego poprzednika św. Pawła VI i encykliki Veritatis splendor. Według autora instytut prowadził szeroki dialog z przedstawicielami różnych nurtów teologicznych, nauk humanistycznych oraz tradycji religijnych.

W tekście podkreślono, że abp Paglia opowiada się za reinterpretacją prawa naturalnego w świetle uwarunkowań historycznych i kulturowych oraz za większym znaczeniem indywidualnego sumienia w ocenie moralnej. 

Zdaniem ks. prof. Meliny prowadzi to do osłabienia znaczenia norm moralnych uznawanych dotąd przez Kościół za niezmienne.

Autor twierdzi, że likwidacja dotychczasowego Instytutu Jana Pawła II miała charakter ideologiczny i była związana z próbą zmiany nauczania Kościoła dotyczącego małżeństwa, rodziny i moralności seksualnej. W jego ocenie reforma oznacza odejście od personalistycznej wizji człowieka rozwijanej przez Jana Pawła II na rzecz modelu silniej uwzględniającego historyczne i społeczne uwarunkowania decyzji moralnych.

Zdaniem autora spór wokół reform wykracza poza kwestie akademickie i dotyczy fundamentalnego pytania o kierunek rozwoju katolickiej teologii moralnej.

 „Jakiej wizji moralnej pragnie Kościół? Czy pragnie on moralności rozwodnionej, swego rodzaju minimalistycznego pelagianizmu, który – nie opierając się na łasce Bożej – ostatecznie porzuca wezwanie do pełni życia chrześcijańskiego i godzi się z ludzkimi słabościami i kruchościami, jakby nie dało się ich przezwyciężyć?” – pytał ks. prof. Melina. 

„Paradygmat abp Paglii nie jest bynajmniej nowy; jest to raczej paradygmat przestarzały – nie tylko dlatego, że ożywia on potrydencką kazuistyczną dialektykę między prawem a sumieniem, ale także dlatego, że w swej istocie zaprzecza on trwałej nowości Chrystusa, który nie przyszedł, aby znieść prawo, ale aby dać nam zdolność do jego wypełniania, a tym samym doprowadzić do spełnienia wielkiego Bożego planu miłości.  Aby okazywać miłosierdzie, Kościół nie musi osłabiać pełni życia, którą proponuje, ani dostosowywać się do standardów świata, lecz raczej głosić dobrą nowinę o łasce – która pozwala nam żyć zgodnie z naszym boskim powołaniem pomimo naszych słabości i niedoskonałości” – stwierdzał duchowny. 

 KAI/oprac. FA

„Rewolucja sumienia”. Czy Nietzsche jest nowym przewodnikiem biskupów?

„Rewolucja sumienia”. Czy Nietzsche jest nowym przewodnikiem biskupów?

[Dziwię się, że Autor nie przypomina „osiągnięć” tego arcy-sodomity i chyba satanisty. Obok załączam więc parę artykułów o nim. Inne można znaleźć, np. u mnie pod „szukaj” Mirosław Dakowski]

==============================

29 czerwca 2026 Paweł Chmielewski pch24.pl/rewolucja-sumienia-czy-nietzsche-jest-nowym-przewodnikiem-biskupow

Nietzsche-Watykan_03.jpg

Czy człowiek ma niezmienną naturę? Kościół katolicki odpowiada, że oczywiście tak – dlatego prawo moralne nie może być zależne od kontekstu historycznego albo kulturowego. Inną wizję proponuje arcybiskup Vincenzo Paglia, prawa ręka Franciszka w kwestiach moralnych.

Istota rewolucji Franciszka

Abp Vincenzo Paglia kierował Papieską Akademią Życia oraz Instytutem Jana Pawła II. To dwie kluczowe jednostki, które rozwijały teologię moralną w kontekście życia małżeńskiego i rodziny. Zasadniczą misją arcybiskupa stanowiło „zaimplementowanie” adhortacji „Amoris laetitia” papieża Franciszka. Ta adhortacja przedstawia w nowym świetle rolę ludzkiego sumienia w sprawach życia rodzinnego, w tym w kwestiach moralności seksualnej. Paglia miał doprowadzić do tego, by perspektywa „Amoris laetitia” stała się obowiązująca w obu wymienionych jednostkach.

Zróbmy to razem!

  • 25 zł
  • 50 zł
  • 100 zł
  • 200 zł
  • 500 zł

Rewolucyjność nauczania Franciszka była dość czytelna. Na gruncie tej adhortacji w różnych miejscach świata wprowadzano poważne zmiany duszpasterskie i dyscyplinarne. Dopuszczono do Komunii świętej rozwodników, nawet jeżeli żyją w nowym związku jak mąż z żoną; zaakceptowano błogosławienie par jednopłciowych; zaczęto udzielać Komunii świętej tym protestantom, którzy żyją w małżeństwie z katolikiem… W każdym przypadku, podstawą stała się decyzja sumienia. Zgodnie z „Amoris laetitia”, człowiek sam oceniał, czy jest w stanie zrealizować obiektywne normy Kościoła – czy też w jego konkretnej sytuacji życiowej jest to nierealistyczne albo zgoła niemożliwe. Na przykład, jeżeli kobieta została porzucona przez męża, znalazła nowego partnera i ma z nim dzieci – to mogłaby uznać, że ma prawo przystępować do Komunii świętej, chociaż prowadzi z tym niesakramentalnym mężem wspólne życie, także w obszarze seksualności. Kobieta uznałaby, że nie jest w stanie wrócić do męża sakramentalnego – i właśnie ta rozpoznana przez nią trudność sprawiłaby, że obiektywna nauka Kościoła stałaby się nieuchwytnym ideałem, ale nie mogłaby zostać zaaplikowana w jej życiu; w jej przypadku wystarczałoby coś innego.

„To tylko kazuistyka”

Część teologów, którzy borykali się z problemem dość wyraźnej niezgodności „Amoris laetitia” z wcześniejszą dyscypliną Kościoła, próbowała relatywizować zakres rewolucji Franciszka. Twierdzono, że papież, jako jezuita, ma skłonność do kazuistyki moralnej. Dlatego wzywa do rozróżniania poszczególnych sytuacji, bo uważa, że każdy przypadek jest bardzo odmienny i nie da się wszystkich ocenić według schematycznego klucza. Według tych interpretacji, Franciszek nie znosił wcale ogólnej normy, ale uznawał, że w wielu sytuacjach ciężar winy moralnej danego człowieka może być na tyle niewielki, że może otrzymać zgodę na przystępowanie do Komunii świętej. W efekcie wspomniana kobieta nie musiałaby już traktować zbliżeń intymnych z nowym partnerem jako grzechu ciężkiego – bo choć obiektywnie to byłby nadal grzech ciężki, to „dla niej” już nie. Dzięki temu, nie musiałaby spowiadać się z tego za każdym razem, deklarując żal i chęć poprawy, ale mogłaby ustalić ze swoim spowiednikiem, że będzie w ten sposób żyła w sposób trwały, co nie wykluczy jej wcale od Komunii sakramentalnej.

Stanowiłoby to zatem sui generis „zinstytucjonalizowanie” kazuistyki moralnej, którą rozwijali niektórzy jezuici po Soborze Trydenckim. Jako takie, twierdzili konserwatywni apologeci „Amoris laetitia”, nauczanie Franciszka byłoby zasadniczo zgodne z doktryną Kościoła, nawet jeżeli bardzo wymagające w praktyce i niekiedy mogące narażać wiernych i duszpasterzy na ryzyko błędnego rozeznania faktycznej sytuacji moralnej.

„Amoris laetitia” chce więcej

Taka próba interpretacji „Amoris laetitia” nie wszystkich przekonywała. Nie tylko dlatego, że jezuicka, laksystyczna kazuistyka moralna nie cieszyła się wcale aprobatą Stolicy Apostolskiej – przede wszystkim dlatego, że w wypowiedziach papieskiej adhortacji dopatrywano się czegoś jeszcze poważniejszego. Dopatrywano się mianowicie próby uznania normy ogólnej za opcjonalną, co oznaczałoby tak naprawdę, że nie jest wcale ogólna – innymi słowy, że nie wyraża wcale zobowiązujących prawd moralnych. Mówiąc krótko, Franciszkowi zarzucano, że przyjął neo-Kantowską autonomię moralną: zgodził się, by to człowiek sam stwarzał dla siebie normy moralne. W „Amoris laetitia” pojawiły się słowa, zgodnie z którymi to sam Pan Bóg chce, by człowiek w niektórych momentach swojego życia czynił rzeczy, które nie są zgodne z ogólnym ideałem. Jeżeli takie postępowanie miałoby być nie tylko tolerowane, ale chciane przez Boga – to należałoby mu konsekwentnie nadać pozytywną wartość moralną. Laksystyczna jezuicka kazuistyka potrydencka nigdy czegoś takiego nie zrobiła: skupiała się na wynajdywaniu okoliczności łagodzących, ale nie nadawała czynowi wewnętrznie złemu pozytywnego charakteru moralnego, co czyniłoby go przecież dobrym, a nie złym. Wydawało się, że właśnie tę granicę przekroczył Franciszek.

Sam papież nie wypowiedział się nigdy precyzyjnie na temat własnej adhortacji. Trudno zatem stwierdzić, jakie było jego własne rozumienie tego dosyć chaotycznego tekstu. Deklarował tylko aprobatę dla niektórych konkluzywnych rozwiązań duszpasterskich, takich jak Komunia święta dla rozwodników albo Komunia święta dla protestanckich małżonków katolików. Czy chciał w ten sposób ogłosić obowiązywanie neo-kanotwskiej autonomii moralnej, czy też raczej instytucjonalizację jezuickiej kazuistyki – nie wiadomo; poważne potraktowanie litery „Amoris laetitia” sugeruje jednak przylgnięcie przez Franciszka do neo-kantowskiej autonomii moralnej.

Arcybiskup Vincenzo Paglia odczytuje „Amoris laetitia” i całe dziedzictwo nauki moralnej pontyfikatu Franciszka w kategoriach radykalnych. Trzeba podziękować mu za szczerość. Nie ma tu miejsca na żadne wybiegi. Paglia mówi wprost, do czego zmierza – i do czego, jego zdaniem, zmierzała „Amoris laetitia”.

Zło staje się dobrem

Po pierwsze, Paglia odwołuje się do publikacji z 2024 roku, którą wydano w Watykanie z jego inicjatywy, pod tytułem „Radość życia” (wł. „La gioia della vita”). Pojawiły się tam teksty, które wzywają do rewizji encykliki „Humanae vitae” Pawła VI. Chodzi o zmianę podejścia do antykoncepcji. Według nowej optyki, małżonkowie mogliby decydować, że w niektórych sytuacjach będą stosować środki antykoncepcyjne. Ostatecznym kryterium byłoby ich sumienie. Nie ma tu już mowy o tym, by utrzymać ogólną normę i jedynie tolerować sytuację, w której z racji na okoliczności łagodzące uznaje się, że ciężar moralny winy jest niewielki lub nie występuje wcale. Chodzi o to, by uznać, że stosowanie antykoncepcji może być – dzięki decyzji sumienia małżonków – dopuszczalne. W tym układzie to właśnie ta decyzja sumienia nadaje pozytywną wartość moralną danemu postępowaniu. W ujęciu „La gioia della vita” nie ma już wątpliwości, czy chodzi o kazuistykę, czy o rewolucję autonomicznego sumienia – sprawa jest ewidentna. Tymczasem arcybiskup Paglia właśnie tę książkę ocenił jako „najdojrzalszy owoc” całej rewolucji kościelnej po „Amoris laetitia”.

Gdzie jest ludzka natura

Po drugie, włoski hierarcha wskazał na nowe rozumienie ludzkiej natury. Otóż Paglia odrzuca takie rozumienie natury ludzkiej, które wiązałoby się z istnieniem niezmiennych w czasie praw. Takie ujęcie krytykuje jako wynikające z „ahistorycznego paradygmatu esencjalistycznego”. Esencjalizm w etyce wskazuje na istnienie nieusuwalnych norm, które wynikają z niezmiennego charakteru niektórych czynów. Innymi słowy, tak jak głosił Jan Paweł II w „Veritatis splendor”, są działania „wewnętrznie złe”. Na przykład, zabicie człowieka nie zawsze jest złe: złem jest zawsze mord na niewinnym, ale odebranie życia winnemu już niekoniecznie. Dlatego wewnętrznie zła jest aborcja, ponieważ aborcja uśmierca niewinnego. Wewnętrznie złe nie jest jednak wykonanie kary śmierci, bo jeżeli jest sprawiedliwa – nie jest zła. Esencjalizm wskazuje, że zawsze zły jest akt sodomski, jako że popełnia się go z konieczności contra naturam i poza małżeństwem. Mogą być okoliczności, które łagodzą winę sodomity – ale nie ma okoliczności, które zmieniają akt sodomski ze złego w dobry. To samo dotyczy antykoncepcji i wielu innych kwestii. Paglia uznaje tymczasem esencjalizm za „ahistoryczny paradygmat”. Nie chce zatem uznać, że istnieją czyny wewnętrznie złe. Odrzuca się tutaj pojęcie niezmiennej natury. Wszystko jest zależne od kontekstu historycznego i kulturowego. Paglia mówi wprost o „historycznej koncepcji natury” – historycznej w sensie historycyzmu, czyli zmienności „natury” zależnie od epoki. Tak naprawdę natura zostaje tu zlikwidowana: człowiek nie ma jej w ogóle, jest raczej wypadkową sytuacji kulturowo-społecznej danych czasów.

Nietzsche jako przewodnik biskupów?

Nie ma cienia wątpliwości, czym kieruje się Paglia: niemiecką filozofią idealistyczną. Włoski biskup nie jest przecież wybitnym teologiem; to raczej kościelny organizator. Jego praca polegała na tym, by dopuścić do głosu w Kościele ludzi reprezentujących nietradycyjne myślenie. Jak wiadomo, „Amoris laetitia” jest silnie zakotwiczona w nauce kardynała Waltera Kaspera. Można byłoby doszukiwać się u Paglii jakiejś formy Heglowskiej teorii dziejowego rozwoju ducha, ale można potraktować go również dalece ostrzej.

Tak zrobił prof. Livio Melina, który przed zmianami Paglii kierował Instytutem Jana Pawła II. W długim artykule na łamach „Catholic World Report” zarzucił Paglii, że kieruje się de facto… Nietzscheanizmem. Czy to nie przesada? Cóż, Nietzsche miał wyjątkową zdolność mówienia wprost tego, co inni filozofowie ukrywali i retorycznie relatywizowali, nie chcąc otwarcie wyjawić swoich intencji. Nietzsche uznał, że nowoczesny człowiek zabił Boga i w związku z tym sam musi stworzyć swoją moralność.

Prawdopodobnie Paglia by się z tym nie zgodził, ale konsekwencje jego teorii doprawdy trudno obronić przed zarzutem o krypto-nietzscheanizm.

Paweł Chmielewski

Świat nie może zaznać pokoju tak długo, jak długo będzie oddawał swoje bezbronne dzieci na pastwę Molocha. Paglia i Bergoglio.

Orędzie Arcybiskupa Viganò na Pierwszy Światowy Dzień Walki z Aborcją

Nie będziecie zabijać owocu łona przez aborcję i nie będziecie powodować śmierci noworodka.  – Didachè Apostolorum, V, 2

https://www.bibula

Jednym z głównych historycznych osiągnięć chrześcijaństwa w sferze społecznej było wykorzenienie straszliwej zbrodni aborcji i porzucania noworodków, która w świecie pogańskim była tolerowana, a nawet moralnie akceptowana. Katolicki szacunek dla życia wynika z jego doskonałej zgodności z Prawem Naturalnym, do którego dodaje się świadomość, że każda istota ludzka jest stworzona po to, by wielbić Boga i być posłuszna Jego przykazaniom aby osiągnąć wieczne szczęście w niebie.
Zabicie dziecka poprzez aborcję jest więc bardzo ciężkim naruszeniem piątego przykazania Dekalogu, tym bardziej odrażającym, że ofiara jest niewinna, bezbronna i zmasakrowana (bo jest to fizyczna masakra) za zgodą rodziców, którzy przecież powinni chronić dziecko ze wszystkich sił. Społeczeństwo chrześcijańskie wyeliminowało więc powszechną zbrodnię, pokazując, jak nienaruszalną zasadą jest szacunek i ochrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
Nowoczesne społeczeństwo – począwszy od Rewolucji Francuskiej – zbuntowało się nie tylko przeciwko prawdom doktrynalnym i moralnym Magisterium, ale po usunięciu Boga ze społeczeństwa,  ogłosiło się „świeckim”, a więc antyklerykalnym i antychrześcijańskim. Zerwało transcendentną więź między prawem stanowionym a prawem naturalnym. Gdy przestała istnieć pierwsza zasada, na której opierały się prawa ludów i państw, nic już nie mogło powstrzymać jednostek i społeczeństw od przyjęcia norm sprzecznych z prawem natury, które legitymizowały aborcję i rozwód jako swobodne korzystanie z wolnej woli, bez żadnych konsekwencji karnych czy moralnych.
System rządów, który czerpie swoją władzę z przyzwolenia mas, a nie od Boga, do którego przecież należy wszelka władza – omnis potestas a Deo – już choćby z tego powodu powinien być uznany za sprzeczny z bonum commune, ponieważ pozwalając na korzystanie z fałszywej koncepcji wolności i nie uznając panowania Chrystusa nad jednostkami i społeczeństwami, w rzeczywistości stawia się w opozycji do celu, który go uzasadnia.
Jak to zawsze bywa, gdy działa się w imieniu zła, nawet zwolennicy aborcji musieli w jakiś sposób uczynić tę straszną zbrodnię „bardziej przystępną”, starając się ją usprawiedliwić za pomocą  precedensów, takich jak: przypadek zgwałconej kobiety, przypadek dziewczyny uwiedzionej przez dorosłego mężczyznę  i wszystkie teoretyczne przypadki przydatne do przesunięcia tak zwanego „okna Overtona”. Dekady masakr na niewinnych istotach – w samych Włoszech ponad sześć milionów dzieci woła o sprawiedliwość z nieba! – pokazały, że uzasadnienia używane w celu legalizacji aborcji były tylko pretekstami, podczas gdy w rzeczywistości z bólem widzimy, że dzieciobójstwo jest prawie zawsze motywowane cynizmem, egoizmem i ignorancją. 
Cynizm, wynika z obojętności, z jaką akceptuje się zabicie drugiego człowieka dla własnej korzyści; egoizm, ponieważ ci, którzy dokonują aborcji, decydują, że ich własna wola przeważa nad prawami innej istoty ludzkiej; ignorancja, ponieważ mało która matka wie, jakim mękom poddaje się dziecko, aby wyrwać je z jej łona, i jak bardzo ona sama będzie tym doświadczeniem okaleczona.
Cynizm, egoizm i ignorancja składają się na brak zmysłu moralnego, który pogłębia defetystyczna postawa, z jaką katolicka Hierarchia odnosi się do tej potwornej zbrodni, niemal jak gdyby była do tego zmuszana.
Jeszcze w czasach Jana Pawła II takie przyzwolenie byłoby nie do pomyślenia, bo choć polski papież pozostawał pod wpływem heterodoksyjnych filozofii, to jednak był nieprzejednanym i mocnym obrońcą prawa naturalnego.

Powinniśmy uznać, że obecna ekipa pod przewodnictwem Jorge Mario Bergoglio wykracza daleko poza pomieszanie herezji w sferze teologicznej i skandale finansowe i seksualne w sferze moralnej, dochodząc do punktu, w którym czyni się najbardziej gorliwym promotorem agendy neomaltuzjańskiej i tak zwanych „zwycięstw” nowoczesnego społeczeństwa, takich jak rozwody, aborcja, eutanazja, antykoncepcja, sodomia i ideologia LGBTQ+, teoria gender i przerywanie rozwoju hormonalnego nieletnich.
Ostatnie szaleńcze deklaracje przewodniczącego Papieskiej Akademii Życia, wygłoszone w programie telewizyjnym, słusznie zgorszyły wierzących i niewierzących, którzy powinni móc patrzeć na Kościół jako na szaniec Dobra i latarnię Prawdy. W słowach Paglii wyczuwa się banalizowanie zła, cyniczne pragnienie, by nie być przeszkodą, by nie chcieć być znakiem sprzeciwu w świecie, który powrócił do epoki barbarzyństwa i pogaństwa.

Słyszymy w tych słowach służalczą uległość bergogliańskiego Sanhedrynu wobec władzy cywilnej, sztywne posłuszeństwo tych, którzy mają nadzieję –  że przypodobując się potężnym –  zdobędą dla siebie własne miejsce w formowaniu Nowego Porządku Świata, opartego na zwodniczych zasadach neomaltuzjanizmu, który uważa człowieka za  pasożyta, którego należy wytępić.
Paglia demaskuje się jako bezwolny biurokrata, który, dokładnie tak samo jak w przypadku narracji psycho-pandemicznej, nawet nie próbuje zrozumieć niespójności tego, co każe mu się powiedzieć i ratyfikować, ograniczając się do bezkrytycznego przyjęcia kursu Bergoglio, ideologii globalistycznej, trans-humanizmu, Wielkiego Resetu, zielonego nowego ładu i Agendy 2030.

Jeśli chodzi o Bergoglio i jego wielobarwną karawanę, wydaje się, że jego  rzadkie wypowiedzi przeciwko aborcji są częścią scenariusza, do którego musi się czasem dostosować, aby nie być postrzeganym za tego, kim naprawdę jest.
Należy powiedzieć, że jak wszystko, co jest promowane przez współczesne społeczeństwo, tak i promocja aborcji – którą oszukańczo określa się jako „przerwanie ciąży” lub „zdrowie reprodukcyjne” – nie jest wolna od poważnych konfliktów interesów, ponieważ motorem tego nowego rynku są interesy ekonomiczne klinik aborcyjnych, firm farmaceutycznych, laboratoriów badawczych i producentów kosmetyków.  Tak więc oprócz wewnętrznego zła, jakim jest zabijanie człowieka, istnieje również pozbawiony skrupułów i dochodowy handel abortowanymi płodami, które są przeznaczone do produkcji leków, szczepionek i kremów.
Wiemy, na przykład, od samych producentów tak zwanych szczepionek przeciwko Covid, że w celu wyprodukowania serum genowego nieustannie prowokuje się nowe aborcje, aby „odświeżyć” pierwotne linie komórkowe, które również są produktem aborcji. Dyspozycyjność Kongregacji Nauki Wiary wobec dyktatu BigPharmy i jej emisariuszy w rządach i agencjach farmaceutycznych bezlitośnie ujawnia współodpowiedzialność Hierarchii, nagradzanej  funduszami za dostarczenie Pfizerowi i Modernie swojego dostojnego świadectwa poparcia dla eksperymentalnego serum genowego.
Obchodzenie  I Światowego Dnia  Walki z Aborcją jest odważnym wyborem, ponieważ stanowi on antytezę horyzontalnej i utylitarnej wizji życia i przeznaczenia człowieka. Wizji, której rozpowszechnianie nie jest obce najwyższym szczeblom Watykanu. Zawsze obawiają się, że wyjdą na zacofanych, zawsze chcą pokazać, że są modni, nawet do tego stopnia, że popierają transhumanizm, w którym połączenie człowieka z maszyną powinno stanowić, w urojonych umysłach jego twórców, zemstę człowieka na Bogu, stworzenia na Stwórcy, zemstę tego, który jest mordercą od początku.
Wasza walka jest ontologicznie skazana na zwycięstwo: kultura śmierci i grzechu jest skazana na klęskę i na wieczny wyrok potępienia ze strony Chrystusa Odkupiciela. Skoro jednak zwycięstwo jest pewne, wasze działanie musi być nie mniej zdecydowane, a wasze zaangażowanie społeczne i polityczne nie mniej odważne. Jako obywatele i członkowie wspólnoty macie prawo i obowiązek uświadomić sobie grozę tej zbrodni, jej niesłychane okrucieństwo, jej cyniczne wykorzystywanie dla interesów ideologicznych i ekonomicznych.
Macie prawo i obowiązek przypominać matkom i ojcom, że dziecko nie jest irytującą przeszkodą, ani zlepkiem tkanek, ani producentem dwutlenku węgla. Nie, dziecko jest stworzeniem Bożym, przeznaczonym do tego, by być kochanym, a z kolei kochać i oddawać chwałę swemu Stwórcy. Te bezbronne maleństwa zasługują przynajmniej na szansę, której nie odmówiono ich własnym matkom i ojcom: na przyjście na świat.
Nie dajcie się zastraszyć tym, którzy zarzucają wam, że chcecie przeludnić planetę „bezużytecznymi żarłokami” (jak mówią w Davos), że chcecie zmusić kobiety do macierzyństwa, że chcecie narzucić swoje poglądy tym, którzy ich nie podzielają! Nie dajcie się zwieść tym, którzy twierdzą, że prawo do aborcji nie jest obowiązkiem dla tych, którzy jej nie chcą – jest to sofizmat, w którym życie istoty zostaje pozostawione wyborowi jednostki, podczas gdy prawda jest taka, że nikt nie może rościć sobie prawa do decydowania o tym, czy jego własne dziecko żyje czy umiera. Ponieważ to dziecko nie jest ideą, to dziecko nie jest pojęciem, które można albo wziąć pod uwagę, albo zignorować. Nie, ono jest istotą ludzką, która będzie miała imię, która będzie miała życie,  bliskich i przyszłość. Będzie osobą, która w Chrzcie Świętym odkryje na nowo przyjaźń z Bogiem i będzie mogła Go kochać i służyć Mu, aby dzielić z Nim Wieczność.
Niech Najświętsza Dziewica, której Narodzenie dzisiaj obchodzimy i której kuzynka Elżbieta poczuła, że Chrzciciel podskoczył w jej łonie, gdy odwiedziła ją Maryja, wyprasza z nieba łaski potrzebne do Waszej wojny z aborcją. Aby narody zrozumiały grozę tej zbrodni, a ich władcy zdelegalizowali ją tak szybko, jak to możliwe. Świat nie może zaznać pokoju tak długo, jak długo będzie jednomyślnie oddawał swoje bezbronne dzieci na pastwę Molocha.

Z serca błogosławię

+Carlo Maria Viganò, Arcybiskup

8 września 2022 Narodzenie NMP

Tłum. Sławomir Soja Źródło: The Remnant (September 8, 2022) – „VIGANÒ’S MESSAGE For the First World Day against Abortion”

Watykański arcybiskup Vincenzo Paglia postacią erotycznego pedalskiego muralu w katedrze Terni- Narni.

dorzeczy.pl//Watykanski-arcybiskup-bohaterem-erotycznego-muralu-na-scianie-katedry

Mural znajduje się na ścianie katedry diecezjalnej Terni-Narni-Amelia we Włoszech. https://dorzeczy.pl/_thumb/2f/cd/19df37b4045e7dbf45fffbac08e3.jpeg

https://web.archive.org/web/20170910131912if_/https://dorzeczy.pl/_thumb/2f/cd/19df37b4045e7dbf45fffbac08e3.jpeg

Oto szczegóły: https://dorzeczy.pl/_thumb/75/28/743eba2ed60f9661d27c67f6d1a6.jpeg

A tu arcy-pedał [to ten w czarnej czapeczce] ze swym kochankiem i oczywiście innymi z Sodomy:

Mural znajduje się na ścianie katedry diecezjalnej Terni-Narni-Amelia we Włoszech.

https://dorzeczy.pl/

Arcybiskup Vincenzo Paglia, obecnie przewodniczący Papieskiej Rady Rodziny, nie tylko zlecił stworzenie kontrowersyjnego muralu na ścianie włoskiej katedry, ale także jest jednym z jej „bohaterów”. Duchowny, na rysunku ujęty jest w czułym uścisku z drugim mężczyzną. Obydwaj są na muralu nadzy

Mural znajduje się na ścianie katedry diecezjalnej Terni-Narni-Amelia we Włoszech. Stworzenie rysunku zlecił w 2007 roku sam arcybiskup Vincenzo Paglia, obecnie przewodniczący Papieskiej Rady Rodziny. Pomimo nacisków mural pozostał na ścianie budynku, także po odejściu z diecezji biskupa Paglia w 2012 roku.

Nie pomógł nawet sprzeciw część parafian, którzy od początku krytykowali powstanie tego typu rysunku na ścianie katedry. Następca biskupa Paglia, mural zostawił.

ErotycZny mural na ścianie katedry

Rysunek obejmuje jedną z wewnętrznych ścian katedry i przedstawia Jezusa niosącego do nieba sieci pełne homoseksualistów, transseksualistów, prostytutek i handlarzy narkotyków. Większość z przedstawionych osób jest naga, bądź prawie naga, a na muralu widać wiele scen erotycznych, chociaż bez pokazywania aktów seksualnych – gdyż jak przyznaje sam autor dzieła, nadzorujący powstawanie rysunku arcybiskup Paglia nie zezwolił na to.

  • Na rysunku nie ma aktów seksualnych, ale jest erotyka (…) jedyna rzecz jakiej nie pozwolili (duchowni nadzorujący powstanie rysunku – red.) mi umieścić na muralu, to akt seksualny pomiędzy dwoma osoba – tłumaczy artysta.

Bez pytań o zbawienie

Sam autor muralu – homoseksualny rysownik z Argentyny, Ricardo Cinalli, jest ze swojego dzieła oraz atmosfery w jakim powstawało bardzo zadowolony. Został wybrany przez samego arcybiskup Paglie spośród wielu znanych artystów.

Jak tłumaczy Cinalli, przez cały czas tworzenia rysunku był w stały kontakcie z abp. Paglią oraz nieżyjącym już o. Fabio Leonardisem (również został uwzględniony na rysunku). Artysta w rozmowie z mediami, chwalił sobie m.in. fakt, że podczas licznych rozmów, duchowni nigdy nawet nie zapytali go czy wierzy w zbawienie i nie stawiali w „niekomfortowej sytuacji”. – Praca z abp. Paglią była po ludzku oraz zawodowo fantastyczna – chwali duchownego Cinalli.

Włoski biskup w kontaktach z mediach wielokrotnie rozważał możliwość legalizacji związków partnerskich (w tym związków homoseksualnych), ale podkreśl, że małżeństwo jest związkiem zarezerwowanych jedynie dla kobiety i mężczyzny. Jest on też znany z otwartego stanowiska wobec osób rozwiedzionych, znajdujących się w nowych związkach.

Źródło: lifesitenews.com/video.repubblica.it

+ Carlo Maria Viganò, Arcybiskup potępia herezje zboczonego Przewodniczącego Papieskiej Akademii Życia Vincenzo Paglia.

Mural znajduje się na ścianie katedry diecezjalnej Terni-Narni-Amelia we Włoszech.

Ten w czarnej czapeczce – to Paglia

https://www.bibula.com/?p=135894

Oświadczenie Arcybiskupa Viganò w związku z wypowiedzią Przewodniczącego Papieskiej Akademii Życia

Przewodniczący Papieskiej Akademii Życia, Vincenzo Paglia [potworny, jawny pedał, por. : Watykański arcybiskup Vincenzo Paglia postacią erotycznego zboczonego muralu w katedrze Terni.

Vatican Archbishop Paglia: Those who say Judas is in hell are heretics
Mural znajduje się na ścianie katedry diecezjalnej Terni-Narni-Amelia we Włoszech.

Przewodniczący Papieskiej Akademii Życia, Vincenzo Paglia, w trakcie wywiadu udzielonego 26 sierpnia włoskiej telewizji RaiTre, określił haniebną ustawę 194 legalizującą aborcję, jako „filar naszego życia społecznego”, gorsząc tym miliony włoskich katolików, którzy są wierni Magisterium i wciąż pamiętają płomienne słowa Jana Pawła II przeciwko tej straszliwej zbrodni, która w samych Włoszech złożyła ponad sześć milionów niewinnych dzieci na ołtarzu egoizmu i liberalnej ideologii antychrysta.

Słusznemu oburzeniu  wobec wypowiedzi prezesa Akademii, założonej przez Jana Pawła II właśnie po to, by sprzeciwiać się aborcji, towarzyszy aplauz zwolenników „zdrowia reprodukcyjnego” i „przerywania ciąży”.  Są oni zawsze gotowi aby oskarżyć Kościół o wtrącanie się, gdy przemawia on głosem Chrystusa, ale jednocześnie pełni są pochwał, gdy tylko jego najwyżsi przedstawiciele prostytuują się i przyjmują nieludzkie zasady neomaltuzjanizmu jako własne.

Jako Pasterz i Następca Apostołów, muszę z największą mocą potępić skandaliczne słowa Paglii, które są sprzeczne z Ewangelią i nauczaniem papieży rzymskich.

Nowy Porządek Świata, Organizacja Narodów Zjednoczonych, WHO, Unia Europejska, Światowe Forum Ekonomiczne, Komisja Trójstronna, Klub Bilderberg i wszystkie organizacje realizujące Agendę 2030 uważają barbarzyńskie zabijanie niewinnego dziecka w łonie matki za prawo, za „filar życia społecznego”. Jest to jasne i oczywiste, że sekta apostatów, która opanowała Hierarchię Katolicką i zajęła jej najwyższe szczeble, znajduje się w tym samym szeregu z ideologicznymi wrogami Chrystusa, nie tylko w kwestiach pozornie niepowiązanych – jak narracja psycho-pandemiczna i zielona ideologia – ale także w negowaniu samych podstaw Prawa Naturalnego, w tym szacunku dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Niepokojące jest to, że nikt z moich braci w Episkopacie, nie mówiąc już o członkach Kolegium Kardynalskiego, nie ma odwagi podnieść głosu, by potępić urojenia Paglii i wezwać do jego natychmiastowej rezygnacji z członkostwa w Papieskiej Akademii Życia.

Oby wierni, napominani przez dobrych księży, odsunęli się daleko od tych wilków w owczej skórze i modlili się do Pana prosząc Go o interwencję w celu uratowania Jego Kościoła, okupowanego przez Sanhedryn skorumpowanych zwyrodnialców, którzy nadal krzyżują Jezusa Chrystusa w Jego Mistycznym Ciele.

+ Carlo Maria Viganò, Arcybiskup
27 sierpnia 2022 r. 

Tłum. Sławomir Soja Źródło: The Remnant (August 27, 2022) – „VIGANÒ’S DECLARATION Regarding the scandalous declarations of Vincenzo Paglia on Law 194”

Moskwa chce zlikwidować imperium USA za pomocą prawa międzynarodowego

Moskwa chce zlikwidować imperium USA

za pomocą prawa międzynarodowego

Franck Pengam wolnemedia/moskwa-chce-zlikwidowac-imperium-usa-za-pomoca-prawa-miedzynarodowego

Dmitrij Miedwiediew zaapelował na Międzynarodowym Forum Prawnym w Sankt Petersburgu o stworzenie wiążących mechanizmów likwidacji zagranicznych baz wojskowych na całym świecie. Stany Zjednoczone posiadają od 750 do 800 baz wojskowych w około 80 krajach: jest to bezprecedensowa obecność w historii współczesnej w czasie pokoju. Dlaczego Moskwa wybiera drogę prawną i dyplomatyczną, a nie militarną, aby kwestionować globalny porządek bezpieczeństwa? Czy Globalne Południe , które ma bezpośrednie doświadczenie w goszczeniu baz zagranicznych, jest prawdziwym celem tej rosyjskiej ofensywy?

Wypowiedź Miedwiediewa sama w sobie nie stanowi dyplomatycznego zerwania. Wpisuje się ona w ugruntowaną rosyjską doktrynę wielobiegunowości i wyzwania dla porządku zachodniego. Jednak forma prawna, jaką Moskwa zamierza teraz nadać temu wyzwaniu, zasługuje na poważną uwagę, ponieważ ujawnia bardziej wyrafinowaną strategię niż prosta retoryka antynatowska.

Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji wezwał do stworzenia wiążących mechanizmów prawnych w celu likwidacji sieci zagranicznych baz wojskowych, które Stany Zjednoczone i ich sojusznicy rozmieścili na wszystkich kontynentach. Liczby mówią same za siebie: Waszyngton posiada od 750 do 800 baz wojskowych w około 80 krajach i terytoriach. Żadne inne mocarstwo we współczesnej historii nie utrzymywało tak dużej obecności wojskowej w czasie pokoju. „Dlatego konieczne jest wypracowanie konkretnych mechanizmów prawnych, mających na celu likwidację obecnego systemu obcej obecności wojskowej, jaki Zachód narzuca innym państwom”.

To stwierdzenie Miedwiediewa ma wagę analityczną, której odrzucenie jako zwykłej propagandy byłoby błędem. Kluczowym słowem jest „narzuca”. Za tą semantyką kryje się bowiem fundamentalne pytanie: w jakim stopniu państwa, w których znajdują się amerykańskie bazy, dobrowolnie się na to zdecydowały, a w jakim stopniu podlegają presji strukturalnej, która utrudnia odróżnienie tej zgody od ukrytego przymusu? To właśnie to pytanie każe nam zadać realistyczna perspektywa, a którego zachodnie rządy zazwyczaj wolą unikać.

Prawo międzynarodowe jako pole bitwy

Rosyjska strategia jest tu wyraźnie widoczna: ponieważ militarna równowaga sił jest niekorzystna dla NATO pod względem globalnej projekcji, Moskwa dąży do otwarcia drugiego frontu, prawnego i dyplomatycznego, poprzez mobilizację tych samych norm, które Zachód od dawna wykorzystuje na swoją korzyść. To forma instytucjonalnego jiu-jitsu, zgodna z rosyjską wizją świata, w którym zasady nie powinny pozostać monopolem mocarstw atlantyckich.

Miedwiediew stwierdza to jednoznacznie: bazy zagraniczne „prowokują napięcia międzynarodowe i regionalne”. Ta obserwacja nie jest bezpodstawna. Amerykańska obecność wojskowa na Bliskim Wschodzie, w Azji Południowo-Wschodniej i u progu Rosji nie przyniosła stabilnego pokoju obiecywanego przez jej zwolenników. Podsyciła niechęć, asymetrie i dynamikę konfrontacji, które są obecnie odczuwalne na Ukrainie, Morzu Południowochińskim i gdzie indziej. Ignorowanie tego związku przyczynowo-skutkowego tylko dlatego, że podkreśla go Moskwa, byłoby błędem analitycznym.

Kwestia skuteczności tych przyszłych mechanizmów prawnych pozostaje całkowicie otwarta. Instytucje międzynarodowe, począwszy od ONZ, są de facto rządzone przez równowagę sił między swoimi stałymi członkami. Żadna rezolucja nie zmusi Waszyngtonu do zamknięcia baz w Niemczech, Japonii czy Korei Południowej, jeśli nie będzie tego chciał. Miedwiediew doskonale o tym wie. Celem jest zatem nie tyle osiągnięcie natychmiastowego rezultatu normatywnego, co zbudowanie alternatywnej narracji w skali globalnej, a w szczególności dla Globalnego Południa.

Globalne Południe jako strategiczna publiczność

W tym właśnie tkwi prawdziwa stawka rosyjskiej ofensywy dyplomatycznej. Moskwa zwraca się nie tyle do stolic europejskich, oddanych wizji atlantyckiej, co do krajów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, które mają bezpośrednie i często bolesne doświadczenie z obecnością obcej bazy wojskowej na swoim terytorium. W przypadku tych państw rosyjski dyskurs o suwerenności i niezaangażowaniu rezonuje z siłą, którą zachodni dyplomaci regularnie lekceważą.

Nie można ignorować bezpośredniego kontekstu. Stanowisko to pojawia się w obliczu eskalacji ukraińskich ataków dronów na terytorium Rosji, w tym ataków na strategiczne rafinerie ropy naftowej. Moskwa otwarcie oskarża zachodnie służby wywiadowcze o dostarczanie ukraińskim siłom danych o celach, co w efekcie przekształca konflikt w bezpośrednią, choć zawoalowaną, konfrontację między Rosją a NATO. W obliczu rosnącej presji, sięgnięcie po środki prawne jest również wewnętrzną reakcją polityczną: dowodem na to, że Rosja ma inne możliwości niż konfrontacja militarna.

To, co dzieje się w Sankt Petersburgu, nie jest zatem akademicką debatą na temat prawa międzynarodowego. To próba Rosji, by prawnie i moralnie zredefiniować globalny układ sił, narzucając ideę, że amerykańska obecność wojskowa nie jest gwarancją zbiorowego bezpieczeństwa, lecz formą ukrytej okupacji. Niezależnie od tego, czy zgadzasz się z tą analizą, czy nie, odpowiada ona percepcji rosnącej większości państw na całym świecie. I właśnie tę rzeczywistość Zachód, kurczowo trzymając się swoich instytucjonalnych pewników, nie kwapi się traktować poważnie.

Autorstwo: Franck Pengam
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz
Źródło zagraniczne: Geopolitique-Profonde.com

Zabójcza fascynacja i alternatywna wolność

Zabójcza fascynacja i alternatywna wolność

28.06.2026 wolnemedia/zabojcza-fascynacja-i-alternatywna-wolnosc

Wiele dziedzin nauki, w które wkraczamy z przeświadczeniem o ich pomocniczości, rodzi zachwyt dla talentu twórców. Taki sam los spotyka entuzjastów IT. Z upływem czasu i gromadzeniem doświadczeń pomocnych w odkrywaniu ciemnych stron, pojawiają się rozterki moralne. Dowodzą one ludzkiej wrażliwości na rolę człowieka wśród podobnych mu istot i reszty zwanej naturą.

Podzielone zdania na temat sztucznej inteligencji potwierdzają istnienie warstwy moralnej wśród ludzi, o których mówimy, że mają sumienie. Wydaje się jednak, że fundamentalni fascynaci nowej dziedziny, modyfikującej przede wszystkim ludzką mentalność, łatwo rozstali się z moralnością. Świadomość panowania nad ludzkością w skali globalnej przysparza tym istotom cech boskości, czyli ideału.

Znika bez udziału osób trzecich

Jaskrawym ostrzeżeniem, czym kończy się próba odsłonięcia faktycznego celu podporządkowania ludzkości sztucznemu myśleniu, jest kariera Suchira Balajiego. Rewelacyjnie zdolny i pracowity absolwent znanej uczelni w Berkeley musiał zginąć. Poznając kamuflowany cel nowej gałęzi, dla której zaczął pracować, ośmielił się upomnieć o prawo moralne, które zabezpieczałoby ludzkość przed niekontrolowanym wykorzystywaniem jej przeciwko niej samej.

Jak niematerialna jest definicja inteligencji, taką samą kategorią jest ludzka świadomość. W obronie prawa do zachowania własnej świadomości, tym bardziej przeciwko skrytemu jej modyfikowaniu, Suchir Balaji wytoczył proces. 25 listopada 2024 roku uchwalono prawo zabraniające bezprawnego kopiowania treści zawartych w czyjejś głowie. Nazwisko S. Balajiego znalazło się na liście zwolenników tego prawa. Proces sądowy wykazał dowodnie samowolne wykorzystywanie przez sztab AI prac wielu twórców, by bez ich wiedzy kształtować modele sztucznej inteligencji. Zaledwie dzień po orzeczeniu sądu S. Balaji został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu w San Francisco. Samobójstwo, bez jakichkolwiek śladów udziału osób trzecich.

Fala reakcji szokowej w środowisku i poza nim nasiliła dyskusje. Pojawiła się seria odejść innych specjalistów, którym moc boskiej dominacji zaczęła doskwierać jak przestępcy po przypadkowym zdarzeniu, które wywołało skutek śmiertelny.

Człowiek – gatunek jak inne

Zbyt szybko przechodzimy nad informacją, że prowadzone przez przyrodników obserwacje gatunków potwierdzają ich wymieranie w tempie 6,6% rocznie. Bez analizy mądrych źródeł zauważamy proste zjawisko: brak gniazd jaskółczych na wsiach. Jaskółki wysokością lotu dawały lepszy komunikat o nadchodzącym deszczu niż dzisiejsze prognozy. Nie ma już gospodarstw, upraw, hodowli – więc nie ma much, bo zniknęły nie tylko „sławojki”, ale obory i stajnie ze zwierzętami gospodarskimi. Jaskółki straciły pokarm. Wkroczyła za to modernizacja. Jej kosztem są procesy sądowe „cywilizowanych letników” przeciwko właścicielom stada kurek z kogutem, który pieje za głośno albo w ogóle niepotrzebnie. Nie ma konia, który wspomagałby gospodarza w orce, za to jest quad, którym jeździ się z rykiem przez wieś do sklepu po pieczywo, nabiał czy warzywa, bo karku nikt dziś w polu nie zegnie. Wygoda stała się celem, oprócz fajnej zabawy.

To nasza rzeczywistość w społeczeństwie z podstawową chorobą: zespołem pożądania nowoczesności nafaszerowanej elektroniką.

Zachowanie programowane

Tymczasem w krainie będącej wylęgarnią nowinek ludzie nie wiedzą, gdzie leży Iran, ani o prowadzonej z nim wojnie. Toczy się tam jednak kolejny proces przeciwko Peterowi Thielowi – twórcy „Palantira” – i kierującemu jego działalnością Alexowi Karpowi. Zarzut, jaki im przedstawiono, to złamanie zapisów Konstytucji. Narzędzia, dotychczas dostępne jedynie Pentagonowi i Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego w celach monitorowania społeczeństwa, używane są przez sztuczną inteligencję do gromadzenia danych biometrycznych, cenzurowania wolnego słowa i programowania pożądanych zachowań społecznych. Interpretacja definiuje, że jest to działanie kryminogenne, gwałcące wolność poznawczą, wkraczające w sferę niezależności umysłowej. Najkrócej ujmując: oznacza to śledzenie, profilowanie i manipulowanie tokiem myślenia bez wiedzy i zgody całych grup społecznych. Skierowana anonimowo skarga na te praktyki, podpisana jedynie przez Johna Doe i Jane Doe (odpowiedników polskich Kowalskich), została ujęta w skardze liczącej 43 strony.

Byłoby bliższym prawdy zastąpienie aktualnie wszechobecnego „bezpieczeństwa” dawnym, pejoratywnie zabarwionym „bezpieczniactwem”, kiedy to służby służą władzy, będąc jej częścią, z zadaniem traktowania obywatela jako zagrożenie dla własnej swawoli. Mamy ich narzędzia wszędzie: w domach, autach, miejscach publicznych takich jak sklepy, galerie, środki transportu, ulice, gdzie działają bez przeszkód, zgarniając terabajty danych. Cenzurują, czyli ograniczają karami rozmowy, ingerują w wybory. Podporządkowując zachowania człowieka przez maszyny, skazują go na zrobienie czegoś, co nie było w jego planach, by uniknąć kary, jeśli o niej wie. Masowość urządzeń kontrolujących społeczeństwo jest równoznaczna z odebraniem mu prawa do prywatności.

Kolejny sygnalista z tej dziedziny, James Martinez, obserwujący proces legislacyjny, wnioskuje, że niepohamowany rozwój technologii przyniesie ludzkości wymarcie gatunku. Według jego informacji są już państwa starające się o ochronę danych zawartych w ludzkim mózgu, ale intencje te są mało wiarygodne. Jeśli nauka ma służyć człowiekowi, to na pewno nie szkodząc. Gorliwość specjalistów psychiatrii i neurobiologii w Polsce może trwożyć.

[2]
Źródło: WolneMedia.net

MEM-y gorące

————————————–

——————————————

—————————————————-

——————————————————–

——————————————————-

—————————————————–

———————————————————–

—————————————————–

==============================

————————-

——————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Upadek rozumu

Upadek rozumu

by Zorard zorard/upadek-rozumu

Mamy do czynienia z całkowitym upadkiem fundamentu nie tylko Zachodniej ale w ogóle każdej cywilizacji: rozumu, logicznego myślenia, a więc myślenia w ogóle.

Parę przykładów.

W ostatnich dniach narasta nabrzmiały problem dzików panoszących się w polskich miastach. Normalnym postępowaniem byłby systematyczny odstrzał wszystkich dzików w miastach i promieniu około 25 kilometrów od nich. Gdyby się za to solidnie zabrać problem dzików w miastach można by było rozwiązać w miesiąc. [A ja uwielbiam szynkę z dzika oraz pasztet – nawet niedawno myślałem, jak „tajnie” zakłóć warchlaka, który zjada kłącza w naszym ogródku.. MD]

Tak się jednak nie dzieje, bo zaskakująco duży odsetek społeczeństwa traktuje dziki jako miłe zwierzątka a nawet uczłowiecza dziki – mówi o lochach „dzicze mamy” a o warchlakach „dzicze dzieci”.

Prym wiodą tu oczywiście kobiety, ale dołącza w wypowiedziach do nich także dużo „mężczyzn”.

Zabijanie dzików jest zatem traktowane jak zbrodnia, myśliwym wymyśla się od „zwyrodnialców” i „morderców” itd. W efekcie dziki w miastach spokojnie się mnożą i problem narasta co nieuchronnie doprowadzi do tragedii – to jest ofiar wśród ludzi.

Pierwszy taki incydent, który zyskał szerszy rozgłos to była kobieta poturbowana przez dzika w Warszawie. Niedawno miał miejsce incydent w Krakowie – biegnący dzik przewrócił wózek z niemowlakiem, który uderzył się w główkę i trafił do szpitala na obserwację.

W obu przypadkach komentujący na FB skupili się na dziku a przede wszystkim na usprawiedliwianiu go, a nie na ludziach-ofiarach. Mało kto pytał o stan zdrowia poszkodowanych ludzi – a zwłaszcza dziecka, za to pełno było troski o to, żeby przypadkiem nikt nie użył tego wydarzenia jako „pretekstu” do krzywdzenia dzików.

Jednocześnie większość kobiet, które wiodą prym w „obronie zwierząt” uważa aborcję za rzecz niemal chwalebną a przynajmniej jedno ze swoich podstawowych praw (co można stwierdzić dokonując „przeglądu” ich profili, gdzie najczęściej znajdujemy „piorunki”). Że aborcja to zabójstwo i to wyjątkowo podłe raczej osobom, które czytają mój blog tłumaczyć nie muszę.

Zatem całkiem sporo pań (i „panów”) jednocześnie uważa, że zastrzelić dzika to zbrodnia ale wstrzyknąć dziecku chlorek potasu w serce by umierało w męczarniach to czyn chwalebny.

———————————————-

Przez cały czas trwania wojny na Ukrainie w polskich mediach jest taka sama dwutorowa narracja. Z jednej strony prezentowane są informacje o sukcesach Ukrainy i porażkach Rosji z podtekstem, że Ukraina zaraz, już-już tą wojnę wygra. Ostatnio mamy wzmożenie tych komunikatów po atakach dronowych na cele w Rosji w tym w Moskwie. Wpływ tych ataków (np. na ciężarówki albo lokomotywę pociągu pasażerskiego) na realną siłę wojskową Rosji jest zapewne niewielki ale wizerunkowo wygląda to jak najgorzej, w związku z czym narracja „Rosja zaraz się rozsypie” powróciła z pełną mocą.

I od razu za nią jest serwowany wniosek, że musimy kontynuować „wsparcie” dla Ukrainy bo jeszcze troszkę, jeszcze momencik i albo Ukraina tą wojnę wygra albo Rosjanie zrobią kolorową rewolucję, obalą złego Putina i ogłoszą kapitulację (napędzani, oczywiście, chęcią dołączenia do Unii Europejskiej i jej tzw. dobrodziejstw).

Jednocześnie jednak w tych samych mediach i z ust tych samych polityków słyszymy, że Rosja zaraz nas zaatakuje, że jak tylko „skończy” z Ukrainą to pójdzie dalej na Zachód aż do Atlantyku. I w rytm tej narracji Europa zbroi się – czy raczej usiłuje. Kupujemy więc ultra-drogi złom z USA jednocześnie zadłużając się w ramach programu SAFE na rozwój niemieckich fabryk.

Zatem w oficjalnej narracji Rosja jest jednocześnie potężna – i słaba, jednocześnie zaraz przegra wojnę na Ukrainie – i jednocześnie ją wygrawszy napadnie na nas. I o ile ministrów czy zawodowych komentatorów wygłaszających te rzeczy można podejrzewać o robienie tego z premedytacją, po prostu za pieniądze i przywileje, o tyle szerokich rzesz ludzi, którzy w to realnie wierzą już nie.

————————————————

To jednak wszystko „małe miki” w porównaniu z tym co widzimy w Kościele.

Z jednej strony nadal w kościołach prowadzone są modlitwy, w których powtarzana jest tradycyjna doktryna, a mianowicie że tylko przez Jezusa, w Kościele można zostać zbawionym – a ściślej mieć pewność tego zbawienia1. Doktryna ta oparta jest na cytatach wprost z wypowiedzi Pana Jezusa. Można by tutaj te cytaty mnożyć („nie przychodzi nikt do Pana jak tylko przeze mnie” itd.) ale chyba wszyscy je znają.

Jednocześnie jednak hierarchowie Kościoła:

  • twierdzą, że Islam jest w prządku jeśli nie równie dobry jak chrześcijaństwo (Papież: „powinniśmy być mniej sceptyczni wobec Islamu”, kardynał Weisenburger, arcybiskup diecezji Detroit, gości na otwarciu meczetu i nazywa go świętym miejscem, JP2 całujący Koran)
  • kardynał Ryś zaprasza wiernych do odwiedzania synagóg, w czym nie jest odosobniony – już papież Franciszek mówił, że Żydów nie ma potrzeby nawracać bo mają jakąś swoją osobną drogę go zbawienia, na której Chrystus jest zbędny, cała ta narracja o „judeo-chrześcijaństwie” i starszych braciach w wierze” (znów JP2) jest wszechobecna.

Czyli jednocześnie Pan Jezus jest „drogą, prawdą i życiem” ale jednocześnie nie jest, bo można sobie „wychodzić” zbawienie w meczecie albo w synagodze.

Ten ostatni przypadek jest wart pochylenia się nad nim głębiej: jeżeli nie jest właściwe nawracanie Żydów, to w takim razie działania apostołów były niewłaściwe bo przecież od tego zaczęli oni swoją działalność (o czym czytamy w „Dziejach apostolskich” i nie tylko): na początku apostołowie nawracali głównie Żydów. A skoro Kościół jest zbudowany jest na tym co zapoczątkowali apostołowie („apostolski kościół” – z wyznania wiary), to w takim razie stanowisko współczesnych biskupów pokroju Rysia neguje same fundamenty instytucji, którą reprezentują.

Jeśli bowiem nawracanie Żydów było złe to i apostołowie błądzili, a jeśli oni błądzili to błądził i Chrystus, bo to On im nakazał robić to, co robili!

Jest niezmiernie zasmucające, że kościół jest już na tyle zdegenerowany, że ich samych to nie razi. I nie jest możliwe, żeby wszyscy wygłaszający te bzdury księża i biskupi byli masonami czy innymi świadomymi „agentami zła” – całkiem spora część z nich musi w to wierzyć!

Tym co łączy wszystkie pokazane przykłady – a także wiele innych znanych każdemu kto analizuje to, co dzieje się wokół – to przykłady dwójmyślenia, które Orwell definiował w „1984” jako zdolność do wiary naraz w dwie sprzeczne tezy bo tak nakazuje partia. Obecna rzeczywistość działa inaczej – ludzie „dwójmyślą” nie dlatego, że ktoś im to nakazuje pod groźbą uwięzienia czy tortur – robią to z pełnym przekonaniem, kompletnie nie dostrzegając logicznej sprzeczności.

Są to zatem przejawy całkowitego upadku rozumu – i to co gorsza upadku powszechnego. Rozumu, dzięki któremu i na którym została niegdyś zbudowana europejska cywilizacja białego człowieka.

  1. Tu odnoszę się do wykładni, że Pan Bóg zapewne lituje się nad tymi, którzy z przyczyn obiektywnych nie mieli żadnych szans na spotkanie się z chrześcijaństwem ↩︎

Watykan. Intronizacja Lucyfera w Capella Paolina 29 czerwca 1963. Skutki widać gołym okiem.

Intronizacja  Archanioła Lucyfera w Capella Paolina na Watykanie 29 czerwca 1963

[Przypominam jak co roku. To już 62 lata – skutki widać gołym okiem.

Módlmy się by nastał Papież, który będzie miał siłę, by to ODWRÓCIĆ, egzorcyzmować. MD]

=====================

Anno Domini 2017.

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa.

A 29-go – świętych Piotra i Pawła. Zmasowany atak satanistów w te dni jest atakiem rytualistycznym.

Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Sancte Michael Archangele, defende nos in prǽlio.

Przypominam FAKT, który miał miejsce przed 60 laty. Jest prawie pewne, że kolejni Papieże jak dotąd nie unicestwili tego bluźnierczego aktu, a potrzebną do tego MOC BOŻĄ – mają.

Stąd zapewne ciągle taka słabość obrońców. MD]

—————————

[Jest w ANTYKU najważniejsza książka Malachi Martina o Papieżach i obecnym Katolicyzmie.

Oto wyjątek.

Dom smagany wiatrem

Malachi Martin  

Powieść watykańska. Dedykowane papieżowi Piusowi V na cześć Maryi Królowej Różańca Świętego


1963,  Capella Paolina, Watykan

– Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

– A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Intronizacja upadłego Archanioła Lucyfera dokonała się w Cytadeli Kościoła katolickiego 29 czerwca 1963 roku. Był to „właściwy czas” dla spełnienia się historycznej przepowiedni. Główni aktorzy tej ceremonii doskonale wiedzieli, że tradycja satanistyczna już dawno przepowiedziała, że Czas Księcia nadejdzie wówczas, gdy papież przybierze imię Apostoła Pawła. Warunek ten – Znak, że nadszedł właściwy czas – został spełniony dokładnie osiem dni temu przez wybór najnowszego następcy św. Piotra.

W tym krótkim czasie, jaki upłynął od elekcji papieża, nie dało się ukończyć skomplikowanych przygotowań; Najwyższy Trybunał zdecydował jednak, że trudno o lepszy czas na Intronizację Księcia niż ten uroczysty dzień bliźniaczych książąt Cytadeli, świętych Piotra i Pawła. I nie było stosowniejszego miejsca niż Kaplica św. Pawła w Watykanie, usytuowana tak blisko Pałacu Apostolskiego.

Skomplikowane przygotowania podyktowane były głównie naturą mającego się odbyć Wydarzenia Ceremonialnego. Ochrona budynków watykańskich, pośród których leżał klejnot w postaci Kaplicy św. Pawła, była tak staranna, że z pewnością nie uda się ukryć uroczystego ceremoniału. Jeśli przedsięwzięcie miało zostać uwieńczone sukcesem – jeśli Wejście Księcia miało się dokonać we Właściwym Czasie – każdy element celebracji ofiary kalwaryjskiej musi zostać postawiony na głowie w przebiegu tej drugiej, przeciwstawnej celebracji. Sacrum musi zostać sprofanowane. Bluźnierstwo adorowane. Bezkrwawa reprezentacja ofiary Bezimiennego Słabego musi być zastąpiona przez najwyższą i krwawą deprawację godności Bezimiennego. Wina musi stać się niewinnością. Cierpienie musi dawać radość. Łaska, skrucha, przebaczenie muszą być utopione w orgii przeciwieństw. A wszystko to musi być wykonane bezbłędnie. Sekwencja wydarzeń, znaczenie słów, waga czynności – wszystko to musi być opatrzone perfekcyjnie wykonanym świętokradztwem, ostatecznym rytuałem zdrady.

Cała ta delikatna operacja została złożona w doświadczone ręce zaufanego STRAŻNIKA Księcia w Rzymie. Mistrz skomplikowanego ceremoniału Kościoła rzymskiego, dostojnik o granitowej twarzy i cierpkim języku, był jeszcze większym mistrzem książęcego ceremoniału ciemności i ognia. Wiedział, że bezpośrednim celem każdego ceremoniału jest oddanie czci „obeldze rozpaczy”. Lecz obecnie istniał jeszcze dalszy cel polegający na przeciwstawieniu się Bezimiennemu Słabemu w jego bastionie, opanowania Cytadeli Słabego we właściwym czasie, zapewnienie wejścia Księcia do Cytadeli jako nieodpartej siły, wyparcie Strażnika Cytadeli, przejęcie pełnej władzy nad kluczami wręczonymi strażnikowi przez Słabego.

STRAŻNIK próbował zmierzyć się z problemem bezpieczeństwa. Takie niewinne elementy, jak pentagram, czarne świecie i odpowiednie draperie ujdą jako rzymski ceremoniał. Lecz pozostałe rubryki – Misa z Piszczelami i Rytuał Din na przykład, zwierzęta ofiarne i sama Ofiara – tego byłoby już za wiele. Musi się więc odbyć dwie równoczesne celebracje. Koncelebracja mogłaby być dokonana z równym skutkiem przez braci w Autoryzowanej Kaplicy Celującej.

Gdyby wszyscy uczestnicy  w obu miejscach „wzięli na cel” każdy element wydarzenia w Kaplicy Rzymskiej, wówczas wydarzenie w całej swej pełni dokonałoby się w sposób szczególny w obszarze docelowym. Byłoby to tylko sprawą jedności serc, tożsamości intencji i perfekcyjnej synchronizacji słów i czynności pomiędzy kaplicą celującą a kaplicą docelową. Żywa wole i myślące umysły uczestników skoncentrowałyby się na Przybytku Księcia, odległość przestałaby mieć znaczenie.

Dla człowieka tak doświadczonego jak STRAŻNIK wybór kaplicy celującej nie nastręczał najmniejszych trudności. Wystarczyło zadzwonić do Stanów Zjednoczonych. W ciągu tych wszystkich lat wyznawcy Księcia w Rzymie osiągnęli doskonałą jedność serc i i taką samą jedność intencji z przyjacielem STRAŻNIKA Leonem, biskupem Kaplicy w Południowej Karolinie.

Imię Leon nie było prawdziwym imieniem tego człowieka, lecz raczej opisem jego wyglądu. Srebrna grzywa na wielkiej głowie każdemu, kto na niego patrzył, kojarzyła się z rozwianą grzywą lwa. Od kiedy jego ekscelencja, gdzieś w latach czterdziestych, ustanowił tę kaplicę, okazał się niezrównanym mistrzem operacji – dzięki liczbie i znaczeniu Uczestników, jakich potrafił przyciągnąć, dzięki częstej i szybkiej współpracy z tymi, którzy uznawali jego przekonania i ostateczne cele. Obecnie jego kaplica cieszyła się powszechnym szacunkiem inicjatów jako kaplica matka Stanów Zjednoczonych.

Wiadomość, że jego Kaplica została autoryzowana jako Kaplica Celująca w tak wielkim wydarzeniu, jakim miała być Intronizacja Księcia w samym sercu rzymskiej Cytadeli, przyjęta została przez Leona z najwyższą satysfakcją. A co do spraw praktycznych, to jego ogromna wiedza i doświadczenie w przeprowadzaniu ceremoniału oszczędzi im obu wiele czasu. Nie było na przykład potrzeby przypominania mu o wadze zasady sprzeczności, na której opiera się cała struktura kultu Archanioła. Nie mogło też być najmniejszych wątpliwości co do jego pragnienia włączenia się w ostateczną strategię tej bitwy, której celem był koniec Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji papieskiej, jaką była od chwili założenia jej przez Bezimiennego Słabego.

STRAŻNIK nie musiał mu nawet wyjaśniać, że ostatecznym celem operacji nie była w sensie dosłownym likwidacja rzymskiej organizacji katolickiej. Leon doskonale rozumiał, że byłoby to posunięcie znamionujące brak inteligencji i najzupełniej nieekonomiczne. O wiele lepiej było zamienić tę organizację w coś naprawdę użytecznego, zhomogenizowanie jej i przystosowanie do wielkiego światowego porządku ludzkości. Postawienie przed nią uniwersalnych humanistycznych – i tylko humanistycznych – celów.

Dwaj identycznie myślący eksperci – STRAŻNIK i amerykański Biskup – ograniczyli więc konieczne ustalenia dotyczące bliźniaczych wydarzeń ceremonialnych do listy nazwisk i inwentarza rubryk.

Lista STRAŻNIKA – uczestników w kaplicy rzymskiej – zawierała imiona ludzi najwyższego kalibru, wysokich rangą dostojników kościelnych i liczących się prawników. Byli to oddani słudzy Księcia w Cytadeli. Niektórzy zostali wybrani, dokooptowani, przeszkoleni i wypromowani w ciągu dziesięcioleci w ramach falangi rzymskiej, pozostali reprezentowali nowe pokolenie gotowe rozwijać program Księcia przez kolejne dziesięciolecia. Wszyscy doskonale rozumieli potrzebę pozostania w ukryciu. Reguła mówiła bowiem jasno: „Gwarancją naszego jutra jest przekonanie ludzi dzisiejszych, że my nie istniejemy”.

Grafik Leona obejmujący mężczyzn i kobiety, którzy zdobyli sobie znaczącą pozycję w biznesie, rządzie i życiu społecznym, był imponujący, ku pełnemu zadowoleniu STRAŻNIKA. A Ofiara – dziecko – jak powiedział jego ekscelencja, będzie prawdziwym majstersztykiem złamania niewinności.

Lista rubryk potrzebnych do wykonania równoległej ceremonii sprowadzała się głównie do elementów, które będą zrealizowane w Rzymie. Co się zaś tyczyło Kaplicy Celującej Leona, to musi ona mieć kilka naczyń zawierających Ziemię, Powietrze, Ogień i Wodę. Załatwione. Musi mieć Misę z Piszczelami. Załatwione. Czerwone i czarne Filary. Załatwione. Tarczę. Załatwione. IW ten sposób przeszli do końca listę niezbędnych rekwizytów. Załatwione. Załatwione.

Sposób synchronizacji ceremonii w obu kaplicach nie był Leonowi obcy. Jak zwykle zostaną przygotowane wydruki, przez niewierzących nazywane mszałami, do użytku uczestników ceremonii w obu kaplicach. Jak zwykle będą to teksty w nieskazitelnej łacinie. Po obu stronach Gońcy Ceremonialni będą pilnować połączenia telefonicznego, tak by uczestnicy mogli wykonywać swoje części w doskonałej harmonii z braćmi współ-celebrującymi.

W trakcie trwania wydarzenia serce każdego uczestnika musi być doskonale wypełnione nienawiścią zamiast miłości. Zadośćuczynienie bólu i konsumacja muszą się wypełnić w sposób doskonały w kaplicy celującej pod przewodnictwem Leona. Autoryzacja, instrukcje i dowody – końcowe i kulminacyjne momenty właściwe na tę okazję – będzie miał honor osobiście zaaranżować w Watykanie STRAŻNIK.

A jeśli każdy wypełni dokładnie to, czego wymaga reguła, Książę nareszcie skonsumuje prastary odwet nad Słabym, Bezlitosnym Wrogiem, który przez wieki paradował w przebraniu Najwyższego Miłosiernego, który widział wszystko nawet w najciemniejszych mrokach.

 Leon mógł sobie wyobrazić resztę. W wydarzeniu Intronizacji w sposób niewidoczny i bezkolizyjny dokona się doskonałe nałożenie ceremonii, w wyniku którego Książę stanie się oficjalnie utajonym członkiem Kościoła w rzymskiej Cytadeli. Intronizowany w ciemności, Książę będzie mógł pogłębiać tę ciemność, jak nigdy dotąd. Będzie to dotyczyło w jednakim stopniu przyjaciół i wrogów. Wola pogrąży się w tak głębokiej ciemności, że omroczy nawet oficjalny cel istnienia Cytadeli: wieczną adorację Bezimiennego. W samą porę – i nareszcie – Kozioł wyprze Baranka i wejdzie w posiadanie Cytadeli. Książę zawładnie Domem – Domem pisanym dużą literą – który do niego nie należy.

– Pamiętaj o tym, przyjacielu – biskup Leon drżał z niecierpliwości. –  Dokona się niedokonane. Będzie to przypieczętowanie mojej kariery. Wydarzenie przypieczętowujące los dwudziestego wieku.

Leon nie bardzo się pomylił.

Była noc. Strażnik wraz kilkoma akolitami pracował w ciszy nad przygotowaniem wszystkiego w Kaplicy Docelowej – św. Pawła w Watykanie. Na wprost ołtarza ustawiono półkolem klęczniki. W pięciu świecznikach stojących na ołtarzu pyszniły się eleganckie czarne ogarki. Na tabernakulum umieszczono srebrny pentagram i przykryto go krwawoczerwoną zasłoną. Po lewej stronie ołtarza umieszczony był tron – symbol Księcia Panującego. Ściany pokryte ślicznymi freskami wyobrażającymi sceny z życia Chrystusa i Apostołów zostały zasłonięte czarnymi draperiami bramowanymi złotem w kształcie figur symbolizujących historię Księcia.

Kiedy zbliżyła się wyznaczona godzina, oddani słudzy Księcia poczęli wypełniać Cytadelę. Byli to członkowie Rzymskiej Falangi. Pośród nich znajdowało się kilku najwybitniejszych członków kolegium kardynalskiego, hierarchii i biurokracji Kościoła rzymskokatolickiego. Byli też pośród nich świeccy reprezentanci Falangi, równie znakomici, jak członkowie Hierarchii.

Weźmy choćby tego Prusaka, który właśnie ukazał się w drzwiach. Pokazowy egzemplarz nowego narybku prawniczego. Nie miał nawet czterdziestu lat, gdy zaczął odgrywać znaczącą rolę w pewnych krytycznych wydarzeniach transnarodowych. Nawet światła czarnych świec odbijały się w jego okularach w stalowej oprawie i łysinie, jakby go chciały wyróżnić. Wybrany jako Delegat Międzynarodowy i Nadzwyczajny Pełnomocnik na ten Akt Intronizacji, Prusak zaniósł na Ołtarz skórzany mieszek zawierający list Autoryzacyjny i Instrukcję, a następnie zajął miejsce na jednym z klęczników.

Jakieś pół godziny przed północą wszystkie klęczniki były już zajęte przez aktualne pokłosie tradycji Księcia, która została zasiana, zaszczepiona i była kultywowana w starożytnej Cytadeli w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat. Jakkolwiek na razie ograniczona liczebnie, grupa ta pozostawała w ochronnym mroku jako ciało obce i duch pozaziemski w swym Gospodarzu i zarazem Ofierze. Przenikali do urzędów i działań podejmowanych przez rzymską Cytadelę, rozsiewając swoje symptomy w krwiobiegu Kościoła Powszechnego niby podskórna infekcja. Symptomy te to cynizm i indyferentyzm, przestępstwa i partactwo na wysokich posadach, lekceważenie prawdziwej doktryny, odrzucenie osądu moralnego, utrata czujności w sprawach świętych, zamazywanie podstawowych zasad tradycji oraz wyrazów i gestów, które ją przywołują.

Tacy to ludzie zgromadzili się w Watykanie na uroczystość Intronizacji. I taka była ich tradycja, którą utwierdzali w kwaterze głównej światowej administracji – w rzymskiej Cytadeli. Trzymając w ręku kartki z wydrukowanym Ceremoniałem, z oczami utkwionymi w ołtarz i tron, skupiając umysł i wolę, czekali w ciszy, aż wybije północ, wprowadzając ich w uroczystość świętych Piotra i Pawła, tego najważniejszego świętego dnia Rzymu.

 Kaplica Celująca – przestronny hol na parterze szkółki parafialnej – została urządzona ściśle zgodnie z regułą. Biskup Leon wszystkiego doglądał osobiście. W tej chwili wybrani specjalnie na tę okazję Akolici spokojnie poprawiali ostatnie szczegóły, podczas gdy on sprawdzał wszystko po kolei.

A więc najpierw Ołtarz umieszczony w północnej części kaplicy. Na ołtarzu okazały krucyfiks, szczytem zwrócony na północ. O włos dalej Pentagram osłonięty czerwoną zasłoną, umieszczony pomiędzy dwiema czarnymi świecami. U góry czerwona wieczna lampka żarząca się Rytualnym Płomieniem. Po wschodniej stronie Ołtarza – klatka; a w klatce sześciotygodniowe szczenię, pod wpływem środków uspokajających czekające cierpliwie na ten krótki moment, gdy będzie użyteczne dla Księcia. Za ołtarzem – hebanowe świecie czekające, by rytualny płomień dotknął ich knotów.

Szybkie spojrzenie na ścianę południową. Na małym kredensie – kadzielnica oraz puszka zawierająca kawałki węgla drzewnego i kadzidło. Przed kredensem ustawiono czerwone i czarne Kolumny, z których zwisa Tarcza Węża i Dzwon Nieskończoności. Rzut oka w kierunku wschodnim: pojemniki z Ziemią, Powietrzem, Ogniem i Wodą otaczające drugą klatkę. W klatce – gołąb, nieświadomy swego losu jako parodii nie tylko Bezimiennego Słabego, lecz całej Trójcy Świętej. Pod ścianą zachodnią pulpit i Księga w gotowości. Półkole klęczników obrócone na północ, w kierunku ołtarza. Po obu stronach rzędu klęczników emblematy Wejścia: Misa z Piszczelami po stronie zachodniej, najbliżej drzwi; po stronie wschodniej – wschodzący Księżyc i pięcioramienna gwiazda, skierowana ku górze rogami Kozła. Na każdym klęczniku kopia mszału dla każdego z uczestników.

Wreszcie Leon kieruje wzrok na wejście do kaplicy. Specjalne ornaty intronizacyjne, identyczne z tymi, jakie on i jego Akolici mają już na sobie, wiszą na stojaku tuż za drzwiami wejściowymi. Sprawdził godzinę na dużym zegarze ściennym w chwili nadejścia pierwszych uczestników. Zadowolony z przygotowań, skierował się do obszernej przylegającej szatni służącej za zakrystię. Arcykapłan i ojciec Medico zapewne zdążyli już przygotować Ofiarę. Jeszcze tylko niecałe pół godziny i jego Goniec Ceremonialny zainauguruje połączenie telefoniczne z Kaplicą Docelową w Watykanie. Wtedy nadejdzie godzina.

Określone wymogi co do fizycznego przygotowania obu kaplic dotyczyły także przygotowania uczestników. Ci w Kaplicy św. Pawła – sami mężczyźni – mieli na sobie szaty i paliusze, stosownie do kościelnej rangi, lub nienagannie skrojone czarne garnitury w przypadku osób świeckich. Skoncentrowani na jednym celu, z oczami utkwionymi w ołtarz i pusty Tron, wydawali się pobożnymi duchownymi rzymskimi lub świeckimi uczestnikami nabożeństwa, za których byli powszechnie uważani.

Rangą dorównując Rzymskiej Falandze, uczestnicy amerykańscy w kaplicy celującej stanowili jednak ostry kontrast do swoich kolegów w Watykanie. Tutaj zjawiali się mężczyźni i kobiety. Nie zasiadali oni w klęcznikach w eleganckich ubraniach, lecz zaraz po wejściu rozbierali się do naga, a następnie zakładali pojedynczą szatę bez szwów, przepisaną na okazję intronizacji; szata była krwistoczerwona na znak ofiary, długa do kolan, bez rękawów, z wycięciem pod szyją w kształcie litery V, otwarta z przodu. Rozbieranie i ubieranie odbywało się w milczeniu, bez pośpiechu i podniecenia. Całkowita koncentracja, rytualny spokój.

Po przebraniu się uczestnicy przechodzili obok Misy z Piszczelami i zanurzali w niej rękę, wyciągali garstkę Kości i zajmowali miejsca na klęcznikach ustawionych w półkolu na wprost ołtarza. Misa stopniowo opróżniała się, uczestnicy wypełniali klęczniki, ciszę wypełnił rytualny hałas. Nieustannie potrząsając kośćmi, każdy z Uczestników zaczął mówić – do siebie, do innych, do Księcia, po prostu w pustą przestrzeń. Na początku nie były to głosy ochrypłe, lecz rozbrzmiewające chaotycznie w rytualnej kadencji.

Wciąż przybywali nowi uczestnicy. Brali kości, wypełniali pozostałe klęczniki. Bezładna kadencja poczęła przybierać na sile w delikatnym, kakofonicznym sussurro. Wzbierająca fala niezrozumiałych modłów i błagań, potrząsania kośćmi przerodziła się w rodzaj kontrolowanej ekstazy. Dźwięki stawały się gniewne, nabrzmiałe przemocą. Stawały się kontrolowanym koncertem chaosu. Rozdzierającym duszę wyciem nienawiści i buntu. Ześrodkowanym preludium mającej nastąpić Intronizacji Księcia tego świata do Cytadeli Słabego.

W powiewającej wdzięcznie krwistoczerwonej szacie Leon wstąpił do zakrystii. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wszystko jest w idealnym porządku. Jego koncelebrans, łysy arcykapłan w okularach, zapalił pojedynczą świecę w przygotowaniu do procesji. Napełnił ogromny złoty kielich czerwonym winem i przykrył go srebrną pateną. Na patenie ułożył ogromny biały opłatek przaśnego chleba.

Trzeci mężczyzna, ojciec Medico, siedział na ławce. Ubrany tak samo jak pozostali dwaj, trzymał na kolanach dziecko. Własną córkę Agnieszkę. Leon z zadowoleniem odnotował, że Agnieszka była spokojna i pogodzona z czekającą ją przemianą. Rzeczywiście, tym razem wydawała się gotowa. Ubrano ją w luźną białą szatę do kostek. I podobnie jak jej pieskowi zaaplikowano jej środki uspokajające mające działać do czasu, gdy zacznie się jej rola w misterium.

Agnisiu – szepnął Medico do ucha dziecka. – Za chwilę nadejdzie pora, by pójść z tatusiem.

– To nie mój tatuś…

Mimo zażytych leków udało jej się podnieść oczy na ojca. Jej głosik był słaby, lecz słyszalny.

– Bozia jest moim tatusiem…

– BLUŹNIERSTWO!

Słowa Agnieszki błyskawicznie zgasiły zadowolenie Leona, jego oczy ciskały błyskawice.

– Bluźnierstwo! – wyrzucił z siebie ponownie to słowo niczym pocisk.

Jego usta zamieniły się w wylot armaty, zasypując Medica gradem wyrzutów. Ten człowiek, chociaż lekarz, był po prostu partaczem! Dziecko trzeba było odpowiednio przygotować! Było na to dość czasu!

Słysząc wyrzuty biskupa Leona, Medico zrobił się szary na twarzy. Lecz na jego córce gniew biskupa nie zrobił żadnego wrażenia. Próbowała skierować spojrzenie swych niezwykłych oczu na kipiącego gniewem Leona; z trudem pokonując omdlenie, powtórzyła swój sprzeciw:

– Bozia jest moim tatusiem…!

Drżąc z podniecenia, ojciec Medico ujął główkę córki, próbując odwrócić jej twarz ku sobie.

Kochanie – perswadował. – Ja jestem twoim tatusiem. Zawsze byłem twoim tatusiem. I twoją mamusią, od kiedy odeszła.

– Nie moim tatusiem… Pozwoliłeś zabrać Flinnie… Nie róbcie krzywdy Flinniemu… To… tylko mały szczeniak… Bozia stworzyła małe pieski…

– Posłuchaj mnie, Agnisiu. Ja jestem twoim tatusiem. Już czas…

– Nie moim tatusiem… Bozia jest moim tatusiem… Bozia jest moją mamusią… Tatusiowie nie robią rzeczy, które nie podobają się Bozi… Nie moim…

Świadom, że kaplica w Watykanie czeka na uruchomienie ceremonialnego połączenia, Leon gwałtownym skinieniem głowy dał znak arcykapłanowi. Jak tyle razy w przeszłości, jedynym wyjściem była procedura awaryjna. A jeśli Ofiara – zgodnie z regułą – ma być świadoma podczas pierwszej rytualnej konsumacji, musieli to zrobić teraz.

Spełniając kapłańską powinność, Arcykapłan usiadł obok ojca Medico i przeniósł omdlałe od narkotyków ciało Agnieszki na własne kolana.

– Agnisiu, posłuchaj. Ja też jestem twoim tatusiem. Pamiętasz, jak bardzo się kochaliśmy? Pamiętasz?

  Lecz Agnieszka walczyła uparcie.

– Nie mój tatuś… tatusiowie nie robią mi złych rzeczy… nie krzywdźcie mnie… nie krzywdźcie Pana Jezusa…”

W późniejszych latach pamięć Agnieszki o tej nocy – bo jednak ją pamiętała – nie zachowa dotykania jej ciała, całej pornograficznej otoczki. Pamięć o tej nocy, kiedy już ją sobie przypomni, zleje się z pamięcią całego dzieciństwa. Z pamięcią nieustannego ataku zła. Z pamięcią – nigdy nie zawodzącym ją poczuciem – zalanej światłem głębi tabernakulum w jej dziecinnej duszy, gdzie światłość przemieniała jej męczarnie w odwagę, dzięki której mogła walczyć.

W jakiś sposób wiedziała, choć jeszcze tego nie rozumiała, że to wewnętrzne tabernakulum było miejscem, w którym naprawdę żyła. To centrum jej istoty było nietykalnym azylem zamieszkującej w niej siły, miłości i ufności; miejscem, gdzie cierpiąca Ofiara – prawdziwy cel ataków złego na Agnieszkę – na zawsze uświęciła jej cierpienie Swym własnym cierpieniem.

To właśnie z wnętrza tego azylu Agnieszka słyszała każde słowo wypowiadane w zakrystii w Noc Intronizacji. To z głębi tego azylu widziała przebijające ją twarde oczy biskupa Leona i nieruchomy wzrok arcykapłana. Znała cenę oporu. Czuła, że zabrano jej ciało z kolan ojca. Widziała światło odbijające się w okularach arcykapłana. Widziała, jak ojciec przysuwa się do niej. Widziała igłę w jego dłoni. Poczuła ukłucie. Znów poczuła działanie leku. Czuła, że ktoś ją podnosi. Lecz nadal walczyła. Walczyła, by widzieć. Walczyła z bluźnierstwem; ze skutkami gwałtu; ze śpiewami; z horrorem, który miał dopiero nadejść.

Sparaliżowana lekiem, nie mogła się nawet poruszyć; wezwała na pomoc całą swoją wolę jako jedyną broń i ponownie wyszeptała słowa oporu i udręki:

– Nie mój tatuś… Nie czyńcie krzywdy Panu Jezusowi… Nie czyńcie mi krzywdy…

Wreszcie nadeszła godzina. Początek właściwego czasu wejścia Księcia do Cytadeli. Na dźwięk dzwonu nieskończoności wszyscy uczestnicy w kaplicy Leona wstali jak jeden mąż. Trzymając w rękach kartki mszalne, przy niemilknącym, przerażającym akompaniamencie klekocących kości, zaintonowali na całe gardło procesjonał, triumfalną profanację hymnu świętego Pawła Apostoła:

Maran Atha! Przybądź, Panie! Przybądź, Książę. Przybądź! O przybądź!…

Wprawni akolici – mężczyźni i kobiety – poprowadzili procesję z zakrystii do ołtarza. Z tyłu za nimi, przygnębiony, lecz godnie wyglądający nawet w swym krwistoczerwonym stroju, postępował ojciec Medico niosący na rękach ofiarę, którą ułożył na ołtarzu obok krucyfiksu. W migotliwym cieniu zasłoniętego pentagramu jej włosy prawie dotykały klatki z małym pieskiem. Teraz – stosownie do swej godności, z oczami błyszczącymi za okularami – arcykapłan wziął do ręki jedyną czarną świecę  i zajął miejsce po lewej stronie ołtarza. Na końcu szedł biskup Leon, niosący kielich i hostię; przyłączył się do śpiewu zebranych, intonujących hymn na Wejście.

Niech się tak stanie! – wionęły ponad ołtarzem końcowe słowa hymnu w kaplicy celującej.

„Niech się tak stanie!” Starożytna pieśń musnęła bezwładne ciało Agnieszki, spowijając mgłą jej duszę głębiej niż leki, potęgując uczucie chłodu, który, jak wiedziała z doświadczenia, miał ją całkowicie ogarnąć.

– Niech się tak stanie! Amen! Amen! – wionęły starożytne słowa ponad ołtarzem Kaplicy św. Pawła. Łącząc w jedno swe serca i wolę z sercami i wolą celujących uczestników w Ameryce, Falanga Rzymska zaintonowała wybrany, zmieniony fragment z mszału rzymskiego, zaczynający się od Hymnu do Dziewicy Zgwałconej, a kończący się Inwokacją Korony Cierniowej.

W Kaplicy Celującej biskup Leon zdjął z szyi mieszek ofiarny i ułożył go ze czcią pomiędzy szczytem krucyfiksu a podstawą pentagramu. Następnie przy akompaniamencie podjętego na nowo chóralnego mruczando i klekotania kości, akolici umieścili trzy kawałki kadziła na rozżarzonych węglach w kadzielnicy. Prawie natychmiast niebieski dym rozszedł się po holu, a ostra woń kadzidła spowiła ofiarę, celebransów i uczestników.

W omdlałej duszy Agnieszki dym, zapach kadzidła, działanie leków oraz chłód i rytualny hałas – wszystko zmieszało się w jedną ohydną kadencję.

Choć nikt nie dał sygnału, doskonale wyszkolony Posłaniec Ceremonialny poinformował swego watykańskiego odpowiednika, że inwokacje właśnie się zaczynają. Nagła cisza spowiła amerykańską kaplicę. Biskup Leon uroczyście uniósł krucyfiks leżący obok ciała Agnieszki, oparł go szczytem w dół o ołtarz i zwracając się twarzą do zgromadzenia, podniósł lewą rękę do odwróconego znaku błogosławieństwa: grzbiet dłoni zwrócony ku zgromadzeniu, kciuk i dwa palce środkowe przyciśnięte do wewnętrznej strony dłoni, mały i wskazujący palec uniesione jako symbol rogów Kozła.

– Módlmy się!

W atmosferze mroku i ognia główny celebrans w każdej z kaplic zaintonował serię inwokacji do Księcia. Uczestnicy w każdej z kaplic odpowiadali na wezwania celebransów. Następnie – ale tylko w amerykańskiej Kaplicy Celującej – każdemu responsowi towarzyszyło odpowiednie działanie – rytualne wykonanie ducha i znaczenia słów. Nad osiągnięciem kadencji doskonałej słów i woli między obiema kaplicami czuwali Gońcy Ceremonialni.  Od tej właśnie kadencji doskonałej zależało odpowiednie uformowanie intencji ludzi, w które miał być przybrany dramat intronizacji Księcia.

Wierzę w jedną Moc – wyrzekł z przekonaniem biskup Leon.

A imię jej Kosmos – zaintonowali uczestnicy w obu kaplicach, odwracając odpowiedź mszału rzymskiego. Towarzyszyło jej odpowiednie działanie w kaplicy celującej. Dwaj akolici okadzili ołtarz, dwaj inni ustawili na ołtarzu pojemniki z Ziemią, Powietrzem, Ogniem i Wodą, skłonili się przed biskupem i powrócili na swoje miejsca.

I w Jednorodzonego Syna Kosmicznego Brzasku – zaintonował Leon.

– A imię jego Lucyfer – brzmiał drugi respons.

Akolici Leona zapalili świece i okadzili Pentagram.

Trzecia inwokacja:

– Wierzę w Tajemniczego.

I trzecia odpowiedź:

– Którym jest Wąż Jadowity na Drzewie Życia.

Przy akompaniamencie klekocących kości pomocnicy podeszli do czerwonego Filara i odwrócili Tarczę Węża, ukazując odwrotną jej stronę wyobrażającą Drzewo Znajomości Dobra i Zła.

Wtedy Stróż w Rzymie i biskup w Ameryce zgodnie zaintonowali czwartą inwokację:

– Wierzę w Pradawnego Lewiatana.

I unisono poprzez ocean i kontynent popłynęła czwarta odpowiedź:

– A imię jego Nienawiść.

Nastąpiło okadzenie czerwonego filaru z Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego.

Piąta inwokacja brzmiała:

– Wierzę w Pradawnego Lisa.

I piąty donośny respons:

– A imię jego Kłamstwo.

Tu okadzono czarną kolumnę jako symbol rozpaczy i wszelkiej obrzydliwości.

W migotliwym świetle ogarków, spowity kłębami niebieskiego dymu, Leon skierował wzrok na klatkę z Flinnim stojącą tuż obok ciała Agnieszki rozciągniętego na ołtarzu. Szczeniak przebudził się z letargu, podniósł się na cztery łapy, podniecony hałasem śpiewów, klekotania kości.

– Wierzę w Pradawnego Kraba – zaintonował Leon szóstą inwokację.

– A imię jego jest Żywy Ból – zagrzmiała szósta odpowiedź, a kości klekotały miarowo.

Teraz oczy wszystkich zwróciły się na akolitę, który podszedł do ołtarza i sięgnął ręką do klatki. Piesek zamachał ogonkiem, spodziewając się pieszczoty. Tymczasem akolita wprawnym ruchem wyszarpnął zwierzę z klatki, drugą ręką dokonując błyskawicznej wiwisekcji, poczynając od usunięcia genitaliów wyjącego szczeniaka. Ekspert w swoim fachu, umiejętnie przedłużał cierpienie psa i frenetyczną radość uczestników rytuału zadawania bólu.

Lecz nie wszystkie odgłosy zagłuszał piekielny hałas przerażającej celebracji. Był jeszcze słabiutki głosik śmiertelnej walki Agnieszki. Bezgłośnego jej krzyku w odpowiedzi na agonię pieska. Dźwięk niesłyszalnych słów. Dźwięk błagania i cierpienia.

– Bozia jest moim tatusiem!… Święta Bozia!… Mój pieseczek!… Nie róbcie krzywdy Flinniemu!… Bozia jest moim tatusiem!…Nie róbcie krzywdy Panu Jezusowi… Święta Bozia…

Czujny na każdy szczegół, biskup Leon rzucił okiem na Ofiarę. Będąc w stanie bliskim nieświadomości, Ofiara wciąż walczyła. Wciąż protestowała. Wciąż jeszcze czuła ból. Wciąż jeszcze się modliła z tym swoim nieustępliwym oporem. Leon był zachwycony. Co za doskonała Ofiara. Jak przyjemna musi być Księciu. Bezlitośnie i bez najmniejszej przerwy Leon i Strażnik  przeprowadzili swoje zgromadzenia przez resztę czternastu w sumie inwokacji, a odpowiednie działania towarzyszące każdej odpowiedzi stawały się zgiełkliwym teatrem perwersji. Wreszcie biskup Leon zakończył pierwszą część ceremonii wielką inwokacją:

– Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.

I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:

– A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.

Teraz nadeszła pora, by Leon podniósł z ołtarza Agnieszkę. Pora, by arcykapłan uniósł prawą ręką kielich, a lewą ogromną hostię. Pora, by Leon przewodniczył modlitwie Ofiarowania, po każdym rytualnym pytaniu czekając na odpowiedzi zawarte w mszałach trzymanych przez uczestników.

– Jakie było imię tej ofiary przy pierwszych narodzinach?

– Agnieszka!

– Jakie było imię tej ofiary przy drugim narodzeniu?

– Agnieszka Zuzanna!

– Jakie było imię tej ofiary przy trzecich narodzinach?

– Rahab Jerycho!

Teraz Leon ponownie ułożył Agnieszkę na ołtarzu, a następnie nakłuł wskazujący palec jej lewej ręki, a z małej ranki wypłynęła krew.

Chłód przeszywał jej ciało, miała mdłości, czuła, jak podnoszą ją z ołtarza, lecz już nie była w stanie poruszać oczami. Czuła ostre ukłucie w lewej ręce. Docierały do niej słowa zawierające zagrożenie, którego nie potrafiła wysłowić: „Ofiara… Agnieszka… narodzona po raz trzeci… Rehab Jerycho…”

Leon umoczył wskazujący palec lewej ręki we krwi Agnieszki i unosząc go tak, by mogli to zobaczyć uczestnicy, rozpoczął modlitwę ofiarowania.

– Krew naszej Ofiary została przelana * aby nasza służba Księciu była doskonała. * Aby sprawował najwyższą władzę w Domu Jakuba * W Ziemi Obiecanej Wybrańca.

Teraz przyszła kolej na arcykapłana. Trzymając wysoko kielich i hostię, wygłosił rytualną odpowiedź ofiarowania:

– Zabieram cię ze sobą, przeczysta ofiaro * Zabieram cię do nieświętej północy – Zabieram cię na wzgórze Księcia.

Arcykapłan ułożył hostię na piersiach Agnieszki, trzymając kielich z winem nad jej piersią.

Mając po prawicy i po lewicy arcykapłana i akolitę Medica, biskup Leon spojrzał na Gońca Ceremonialnego. Upewniwszy się, że Stróż o granitowej twarzy i jego rzymska falanga tworzą wraz z nim doskonały tandem, znów zaintonował wraz ze współ-celebransami modlitwę ofiarowania:

– Prosimy cię, Panie, Lucyferze, Książę Ciemności * Który gromadzisz wszystkie nasze ofiary * Wejrzyj łaskawie na naszą ofiarę * Złożoną na popełnienie wielu grzechów.

A potem bezbłędnym unisono, jakiego nabiera się po latach praktyk, biskup i arcykapłan wygłosili najświętsze słowa łacińskiej mszy. Przy podniesieniu hostii:

– HOC EST ENIM CORPUS MEUM.

Przy podniesieniu kielicha:

HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI, MYSTERIUM FIDEI QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM. HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITIS IN MEI MEMORIAM FACIETIS.

Zebrani natychmiast odpowiedzieli wznowieniem rytualnego hałasu, kakofonią dźwięków, mieszaniną wyrazów i klekotu kości, i towarzyszących temu lubieżnych gestów wszelkiego rodzaju. Tymczasem biskup spożył odrobinę hostii i upił łyczek wina z kielicha.

Na sygnał Leona – ponownie odwrócone błogosławieństwo znakiem – rytualny hałas przybrał formę nieco bardziej uporządkowanego chaosu, kiedy uczestnicy posłusznie ustawili się w kolejce. Przechodząc obok ołtarza, gdzie otrzymywali komunię – odrobinę hostii, łyczek z kielicha – mieli też okazję podziwiać Agnieszkę. Lecz nie chcąc uronić nic z pierwszego rytualnego gwałtu na ofierze, szybko wracali do swoich klęczników, patrząc w napięciu, jak biskup skupia całą uwagę na dziecku.

Uczuwszy na sobie ciężar ciała biskupa, Agnieszka z całej siły próbowała uwolnić się od niego. Nawet teraz usiłowała wykręcić głowę, jakby szukała pomocy w tym bezlitosnym miejscu. Lecz pomoc nie znikąd nie nadchodziła. Był tylko arcykapłan czekający na swoją kolej w tym niewyobrażalnym świętokradztwie. Czekał także jej ojciec. I był ogień palących się czarnych świec, odbijający się czerwienią w ich oczach. Ogień zapalał się w ich oczach. Wewnątrz tych wszystkich oczu. Ogień, który będzie jeszcze palił długo, gdy pogasną świece. Palił już zawsze…

Cierpienie, które owładnęło Agnieszką tamtej nocy, jej ciałem i duszą, było tak głębokie, że chyba ogarniało cały świat. Lecz ani na chwilę nie było to tylko jej konanie. Tego była przez cały czas pewna. Kiedy słudzy Lucyfera gwałcili ją na zbezczeszczonym, nieświętym ołtarzu, gwałcili równocześnie tego Pana, który był jej tatusiem i mamusią. Tak jak On przemienił jej słabość Swoją odwagą, tak też uświęcił jej profanację swymi niewypowiedzianymi udrękami i jej długotrwałe cierpienie Swoją Męką. To do Niego – tego Pana, który był jej jedynym ojcem i jedyną matką, i jedynym obrońcą – słała bezgłośne krzyki męki, przerażenia i bólu. I to do Niego, tracąc przytomność, modliła się o ratunek.

Leon znów stał obok ołtarza, na jego zlanej potem twarzy malowało się podniecenie, była to najwyższa chwila jego triumfu. Skinienie głowy w kierunku gońca ceremonialnego czuwającego przy telefonie. Chwila oczekiwania. Skinięcie głowy tamtego w odpowiedzi. Rzym był gotów

.

– Mocą przekazaną mi jako równoczesnemu celebransowi ofiary i równoczesnemu wykonawcy intronizacji, przewodniczę wszystkim tu i w Rzymie, wzywając ciebie, Książę Wszelkiego Stworzenia! W imieniu wszystkich zebranych w tej kaplicy i wszystkich braci zgromadzonych w Kaplicy Rzymskiej, wzywam Cię, o Książę, przybądź!

Drugiej modlitwie intronizacyjnej miał przewodniczyć arcykapłan. W tej niezwykłej chwili, gdy spełniało się najwyższe, na co kiedykolwiek czekał, recytowane przez niego łacińskie zdania były wzorem kontrolowanej emocji:

– Przybądź, obejmij w posiadanie Dom Wroga. * Wejdź do miejsca, które było dla Ciebie przygotowane. * Zstąp pomiędzy Swoje wierne Sługi * Którzy przygotowali dla Ciebie łoże, * Którzy wznieśli Twój Ołtarz i pobłogosławili go infamią.

Było godne i sprawiedliwe, by to właśnie biskup Leon zaintonował ostatnią modlitwę wprowadzenia w kaplicy celującej:

– Zgodnie ze świętymi instrukcjami z Wierzchołka Góry, * W imieniu wszystkich Braci * ja Ciebie pragnę uwielbić, Książę Ciemności. * Stułę wszystkiego, co Nieświęte * Wkładam oto w Twoje ręce * Potrójną Koronę Piotra * Zgodnie z nieugiętą wolą Lucyfera * Byś tu rządził. * Aby był Jeden Kościół, * Jeden Kościół od Morza do Morza, * Jedno Wielkie i Potężne Zgromadzenie * Mężczyzn i Kobiety, * zwierząt i roślin. * Aby nasz Kosmos znów * Był jeden, niezwiązany i wolny.

Przy ostatnim słowie, na znak dany przez Leona, wszyscy w jego kaplicy usiedli. Rytuał został przekazany do Kaplicy Docelowej w Rzymie.

W ten sposób Intronizacja Księcia do Cytadeli Słabego prawie już dobiegła końca. Pozostała jeszcze tylko Autoryzacja, Ustawa Instrukcyjna i Dowód. Strażnik podniósł oczy znad ołtarza i skierował ponure wejrzenie na Międzynarodowego Delegata, który przyniósł mieszek zawierający list Autoryzacyjny i Instrukcję. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy wstał i skierował się do ołtarza, wziął do ręki mieszek, wyjął papiery i twardym pruskim akcentem przeczytał Ustawę Autoryzacyjną:

– „Z mandatu Zgromadzenia i Świętych Starszych wyznaczam, autoryzuję i uznaję tę kaplicę, która odtąd będzie się nazywała Kaplicą Wewnętrzną, za zajętą, posiadaną i będącą całkowitą własnością Tego, którego intronizowaliśmy jako Pana i Mistrza naszego ludzkiego losu.

Ktokolwiek środkami tej kaplicy będzie desygnowany i wybrany na ostatniego sukcesora Urzędu Piotrowego, mocą swej urzędowej przysięgi poświęci siebie i wszystkich, którym rozkazuje, aby byli gorliwymi instrumentami i współpracownikami Budowniczych Domu Człowieczego na Ziemi i w całym Kosmosie Człowieka.Przemieni on prastarą Wrogość w Przyjaźń, Tolerancję i Asymilację, i będzie to zastosowane do narodzin, edukacji, pracy, finansów, handlu, przemysłu, nauki, kultury, życia i dawania życia, umierania i udzielania śmierci. Niechaj tedy zostanie uformowana Nowa Era Człowieka”.

Niech się tak stanie! – zaintonował Stróż odpowiedź rzymskiej falangi.

– Niech się tak stanie! – zaintonował biskup Leon – na znak dany przez gońca ceremonialnego – wyrażając zgodę uczestników.

Następny rytualny nakaz, Ustawa Instrukcyjna, była to w rzeczywistości uroczysta przysięga zdrady, mocą której każdy duchowny obecny na ceremonii w Kaplicy św. Pawła w Watykanie  – czy to kardynał, biskup czy prałat – celowo i rozmyślnie sprofanuje sakrament święceń, mocą którego niegdyś otrzymał łaskę i władzę uświęcania innych.

Delegat Międzynarodowy uniósł lewą rękę, czyniąc znak.

– Czy wszyscy tu obecni i każdy z osobna – odczytywał tekst przysięgi – usłyszawszy tę Autoryzację, teraz uroczyście przysięgają przyjąć ją chętnie, jednogłośnie, natychmiast, bez żadnych zastrzeżeń lub wybiegów?

– Przysięgamy!

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna przysięgacie uroczyście, że będziecie wykonywać swoje obowiązki z myślą o wypełnieniu celów Powszechnego Kościoła Człowieka?

– Przysięgamy uroczyście.

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna jesteście gotowi podpisać to jednogłośne postanowienie własną krwią, oby Lucyfer cię uderzył, jeślibyś się sprzeniewierzył tej Przysiędze Zgody?

– Jesteśmy gotowi.

– Czy wy wszyscy i każdy z osobna zgadzacie się mocą tej Przysięgi przenieść Panowanie i Posiadanie waszych dusz z Prastarego Wroga, Najwyższego Słabego, we Wszechpotężne ręce naszego Pana, Lucyfera?

– Zgadzamy się.

Teraz nadeszła pora na Rytuał Końcowy. Na Dowód.

Umieściwszy oba dokumenty na ołtarzu, delegat wyciągnął rękę do Strażnika. Wówczas rzymianin o granitowej twarzy złotą pincetą nakłuł opuszkę kciuka lewej ręki delegata i złożył krwawą pieczęć przy jego nazwisku na Ustawie Autoryzacyjnej.

Uczestnicy watykańskiej uroczystości szybko poszli w ślady Delegata. A kiedy już każdy członek Rzymskiej Falangi zadośćuczynił ostatniemu rytualnemu wymogowi, w Capella Paolina rozbrzmiała srebrna sygnaturka.

W Kaplicy amerykańskiej trzykrotnie zawtórował jej delikatny, melodyjny głos dzwonu nieskończoności. Ding! Dong! Ding! Wyjątkowo gustowny dźwięk – pomyślał Leon – gdy oba zgromadzenia zaintonowały pieśń na wyjście:

– Bim! Bom! Bam!* Nic nie Przemoże Prastarych Bram! * Upadnie Skała i Krzyż sam * Na zawsze * Bim! Bom! Bam!

Procesja wyjściowa uformowała się odpowiednio do rang. Na początku szli akolici. Potem ojciec Medico z bezwładnym i trupiobladym ciałem Agnieszki w ramionach. Na końcu Arcykapłan i biskup Leon, którzy podjęli śpiew, znikając w zakrystii.

Członkowie Falangi Rzymskiej wyszli na dziedziniec św. Damazego we wczesnych godzinach rannych w święto Piotra i Pawła. Wsiadając do czekających limuzyn niektórzy kardynałowie i biskupi odpowiedzieli na pełne czci saluty gwardzistów, czyniąc machinalny gest błogosławieństwa. \

Dziedziniec opustoszał i tylko mury Kaplicy św. Pawła jak zawsze jaśniały wspaniałymi freskami przedstawiającymi Chrystusa i św. Pawła Apostoła, którego imię przybrał ostatni sukcesor na Stolicy Piotrowej.

Obrona (tania a skuteczna) przed upałem

Co roku w porze upałów te parę prostych rad przypominam. Dziś, 10 lipca 2024 musiałem być w mieście, Warszawie. Upał. Z obrzydzeniem i przerażeniem widziałem okna od południa – zasłonięte grubymi zasłonami – od wewnątrz !! Oraz pudła zewnętrzne klimatyzatorów -odsłonięte, w pełnym słońcu. Masz, kretynie, zrozumieć, że „klima” musi być w cieniu, najlepiej od północnej strony budynku!! A zasłony – biała, ja zawsze promuję stare, dziurawe prześcieradła – przytrzymywane przez zamykane ramy okienne – ale od zewnątrz.

Poniżej stary tekst, jeśli męczy cię upał – przeczytaj całość…

kto zastosował i skorzystał – proszę o wiadomość. Bo męczy mnie koszmar, że gadam do słupa

==============================

[dla NOWYCH CZYTELNIKÓW i dla tych, co mają dobrą pamięć, ale krótką — POWTARZAM stary tekst:

Proste instrukcje, jak bez użycia „klimy” mieć o 8-12 stopni niższą temperaturę w mieszkaniu.

Zadziwia jednak, że mimo paru dziesiątków tysięcy otwarć tego artykuliku w poprzednich latach – są czytelnicy, którzy czytali, ale nie rozumieją, nie stosują…To nie sprawa IQ, lecz jakaś lekko-myślność… Powtarzam więc w 2019…. 2022…

A TV takich rad nie daje. Woli bredzić o „Zielonym Ładzie”. ]

=========================

Obrona (tania) przed upałem

[ „Wieszam” dopiero teraz – bo u mnie tak wyrosło dzikie wino na ścianie południowej i wschodniej domu (warstwa liści 30-40 cm, trzeba dobrze podlewać, bo intensywnie paruje, a przez to schładza ścianę), że upałów  nie zauważyłem na sobie.

Dla tych, co mają płaski dach i „smykałkę”, jest nowość – pod koniec tekstu.]

W mieszkaniu czy domu:

a)      Okna, na które pada słońce (południowy wschód do połudn. -zachodu) zasłaniać na dzień białym materiałem (np. prześcieradło) na zewnątrz. Umocować (przycisnąć) przy zamykaniu okna. Nigdy wewnątrz, bo wtedy całe ciepło gromadzi się w mieszkaniu. W dzień wszystkie okna zamknięte (nie wchodzi upał).

b)       na noc (lub zawsze, gdy temperatura zewn. niższa od wewnętrznej) otwierać okna – wietrzyć. Chłodzić też strychy!

c)      pić dużo wody chłodnej – do trzech litrów dziennie, by się nie odwodnić (raczej nie z lodówki, bo powoduje ból gardła).

2. Siedzieć w domu (lub lesie, jeśli możliwe). Kto musi być na ulicy – unikać godzin południowych. Odzież najjaśniejsza – odbija ciepło. Koniecznie kapelusz słomkowy (czyli jasny i przewiewny).

2a. Kąpiele częste w wannie, w letniej wodzie (by czuć miły chłodek, nie zimno!!)

3. Na dalsza metę: Obsadzić południowe ściany domu pnączami (bluszcz, dzikie wino). 

Przykład działania: Jeśli słońce ogrzewa goły mur do 40-60 st.C, to pod pnączami jest o 20 do 30 stopni C mniej!!

W moim domu utrzymuję temperaturę wnętrza (sposobami 1 ab, 3) o 10-12 st.C poniżej temperatury zewnętrznej.  A w szpitalu, którego dyrektor nie zdecydował się na tak proste rozwiązania, właśnie (znów, jak co roku!!) rośnie umieralność małych pacjentów: komplikacje po-operacyjne, zakażenia, serce… U innych, silniejszych znacznie rośnie czas zdrowienia, a więc też czas pobytu w szpitalu. [Temperatura w salach chorych – do 36o. Klimatyzację ma.. dyrektor techniczny. ]


Nie wstydźmy się rozwiązań prostych!

————————-

Poniżej „dla zaawansowanych”:

Zasłona termiczna – rolety konwekcyjne.

Cel: wielokrotne zmniejszenie mocy nagrzewania pomieszczeń w lecie, klimatyzacja z zerowym poborem energii elektrycznej.

Nagrzewanie następuje zwykle poprzez szyby wystawione na bezpośrednie działanie promieni słonecznych.

Sposób:

Zasłony okienne charakteryzujące się tym, że:

Cechy zasłony:

1)      Umieszczona na zewnątrz szyb lub murów w odległości 8-10 cm.

2)      Boczne umocowanie (prowadnice) ażurowe, szczególnie u góry urządzenia

3)      Po pełnym zasłonięciu szeroka szpara u góry, dla poprawienia konwekcji.

4)      Zasłona musi być biała, plastik trwały, sztywny, niepodatny na deszcz , wiatr i UV

5)      Zaciąganie z wewnątrz, w taniej wersji przez sznurek, identycznie, jak obecnie w roletach wewnętrznych.

6)      W czasie pracy zasłony, lufciki i okna powinny być zamknięte

Dodatkowo:

1.     Działa też ocieplająco w zimie, przeciw wiatrom. Wtedy ażur z boków oraz szparę z góry należy zasłonić. Np. przypinać na zatrzaski

2.     Podobne zasłony mogą też chronić te mury, które w lecie ulegają nadmiernemu nagrzaniu: Ściany południowe (S) do E oraz W.

 Koszt inwestycji ok. 100 razy niższy, niż klimatyzacji. Pozatem: Zero kosztów energii elektrycznej w czasie użytkowania.

Zastosowanie zasłon zapewnia obniżenie temperatury wewnętrznej o 5-12o C w porównaniu z nie-stosowaniem. Ta ostatnia wartość przy wietrzeniu w sytuacji, gdy temperatura zewn. niższa od wewnętrznej (tz<tw), czyli praktycznie w nocy.

Mirosław Dakowski, Anin, maj 2008

Przypadki szczególne:

a)      kto ma kotłownię swoją, a w niej np. 13 oC, a w mieszkaniu np. 24 oC, to powinien otworzyć wszystkie drzwiczki kotła i włączyć pompkę obiegową. Schłodzi mieszkanie o stopień lub lepiej.

b)      kto dusi się pod płaskim, nie-(lub źle-) izolowanym dachem, ma kupić folię zagrzejnikową ( w sklepach hydraulicznych). Ma ona 3 mm pianki, na niej folia Alu. Wyłożyć dach tą folią (Alu na wierzch!) , umocować cegłami czy deskami. Zdejmować przed burzą, bo to prowizorka… Zyski: 4 – 6 stopni niższa temp. w pokojach.

Można ew. wyłożyć białą folią – plandeką. Przycisnąć mocniej. To taniej, trwalej i gorzej termicznie. Pod folie – bardzo dobrze wpuszczać wodę np. ze zraszacza postaci rurki z dziurkami, stosowany w ogródkach. Mały strumień wody nie obciąży licznika, czyli kieszeni, a skutek – świetny!

A NAJLEPIEJ: Uszczelnić dach, na wierzchu posiać trawę, wśród niej inne, wyższe zioła. Podlewać, najprościej – z perforowanego węża – kropelkami.

To idealnie chłodzi.

============================

Wprowadzenie tych zasad dla koszmarnie projektowanych i „tanio” budowanych domów poza miastami w USA pozwoliłoby na szybkie wyłączenie jednej trzeciej reaktorów jądrowych – one pracują „na klimatyzacjęmilionów tych podmiejskich bud.

Samotność w czasach pięciu tysięcy znajomych

Samotność w czasach pięciu tysięcy znajomych

Krzysztof Bielejewski 27.06.2026 wolnemedia/samotnosc-w-czasach-pieciu-tysiecy-znajomych

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Prawdopodobnie gdzieś pomiędzy wynalezieniem przycisku „Obserwuj”, serduszka pod zdjęciem śniadania i przekonaniem, że człowieka można zastąpić powiadomieniem.

Jeszcze trzydzieści lat temu samotność wyglądała zupełnie inaczej. Człowiek siedział na ławce przed blokiem, patrzył w dal i był samotny w sposób staromodny, niemal szlachetny. Sąsiadka przynosiła rosół, ktoś zapukał do drzwi, listonosz zamienił dwa zdania, a pies przynajmniej udawał zainteresowanie losem właściciela.

Dzisiaj człowiek ma pięć tysięcy znajomych, siedem komunikatorów, cztery konta społecznościowe, dwa smartfony, zegarek mierzący puls, lodówkę wysyłającą powiadomienia i sztuczną inteligencję gotową napisać mu wiersz na każdą okazję.

I nigdy jeszcze nie był tak samotny.

To naprawdę niezwykłe osiągnięcie cywilizacji. Wynaleźliśmy technologię, która pozwala rozmawiać z Australią bez opóźnienia, ale coraz częściej nie wiemy, jak odezwać się do sąsiada zza ściany. Możemy obejrzeć śniadanie nieznajomego z Buenos Aires, lecz od miesięcy nie zapytaliśmy własnej matki, czy wszystko u niej w porządku.

WHO uznała samotność za jedno z największych wyzwań zdrowotnych naszych czasów. Według najnowszego raportu aż jedna osoba na sześć na świecie doświadcza chronicznego osamotnienia, a jego skutki wiążą się z ponad 870 tysiącami zgonów rocznie. To mniej więcej sto osób na godzinę. Nie od wirusa, nie od wojny, lecz od czegoś, czego nie da się sfotografować rezonansem magnetycznym.

Brzmi absurdalnie?

Bo samotność jest chyba najbardziej absurdalną chorobą współczesności. Można umrzeć z braku rozmowy w epoce, która nigdy nie przestaje gadać.

Nasz gatunek osiągnął poziom komunikacji godny międzyplanetarnej cywilizacji. Wysyłamy sobie emoji przedstawiające emocje, których już nawet nie próbujemy przeżywać. Składamy życzenia urodzinowe ludziom, których numer telefonu dawno usunęliśmy. Gratulujemy sukcesów osobom, których twarzy nie rozpoznalibyśmy w kolejce po bułki.

To nie są znajomości. To jest katalog kontaktów z funkcją powiadomień.

Profesor Bogdan de Barbaro powiedział kiedyś bardzo trafnie, że kontakty internetowe bywają bardziej środkiem znieczulającym niż lekarstwem na samotność. Coś w tym jest. Smartfon przypomina tabletkę przeciwbólową. Na chwilę pomaga. Potem ból wraca jeszcze mocniej.

Zresztą proszę spojrzeć na współczesne kawiarnie. Przy jednym stoliku siedzi para zakochanych. Oboje patrzą w telefony. Przy drugim grupa studentów. Każdy przewija własny ekran. Przy trzecim ojciec z córką. Dziewczynka pokazuje mu filmiki z TikToka. Ojciec odpowiada, wysyłając służbowego maila. Kelner przynosi rachunek. To jedyny moment, kiedy wszyscy podnoszą wzrok.

Psychologowie mówią dziś o FOMO – lęku, że coś nas ominie. Ja mam wrażenie, że cierpimy raczej na FOMO odwrotne. Paniczną obawę, że przez chwilę moglibyśmy zostać sami ze sobą.

Samotność ma dwie twarze. Pierwsza jest piękna. To ta, kiedy jedzie się nad jezioro z książką. Kiedy siedzi się na ganku podczas letniej burzy. Kiedy człowiek przez godzinę nic nie mówi i nagle odkrywa, że świat wcale nie potrzebuje nieustannego komentarza. Ta samotność leczy.

Ale jest jeszcze druga. Ta, która zaczyna się wieczorem, kiedy telefon milczy już trzeci dzień. Kiedy chorujesz i nie bardzo wiesz, komu powiedzieć, że gorączka przekroczyła trzydzieści dziewięć stopni. Kiedy sukces nie ma komu sprawić radości, a porażka nie ma z kim zostać podzielona. To już nie jest samotność. To jest osamotnienie, i ono boli naprawdę.

Badania pokazują, że przewlekłe poczucie izolacji zwiększa ryzyko chorób serca i udaru o około jedną trzecią, przyspiesza rozwój demencji, pogarsza odporność i znacząco zwiększa ryzyko depresji. Amerykański Surgeon General porównał wpływ chronicznej samotności na zdrowie do wypalania kilkunastu papierosów dziennie. To jedna z tych metafor, które brzmią przesadnie, dopóki nie zajrzy się do statystyk.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego. Najbardziej samotni nie są wcale staruszkowie siedzący na parkowych ławkach. Najbardziej samotni okazują się młodzi. Ludzie, którzy teoretycznie mają cały świat na wyciągnięcie kciuka. Młodzi mężczyźni, nastolatki, studenci. Pokolenie wychowane w przekonaniu, że zawsze ktoś będzie online. Okazało się, że online nie oznacza razem.

Być może największym oszustwem XXI wieku było wmówienie nam, że liczba kontaktów zastąpi więzi. Że algorytm wie, z kim powinniśmy się przyjaźnić. Że aplikacja zastąpi przypadkowe spotkanie. Że serduszko pod zdjęciem jest dowodem troski.

Nie jest. Serduszko kosztuje pół sekundy. Przyjaźń kosztuje czas, a czasu nikt już nie chce wydawać. Wolimy inwestować go w produktywność, rozwój osobisty, kolejne kursy, szkolenia i aplikacje uczące… uważności. To dopiero jest dowcip naszych czasów. Instalujemy program, który przypomina nam, żeby przez pięć minut dziennie pobyć ze sobą, bo sami już o tym nie pamiętamy.

Może dlatego samotność stała się epidemią. Nie dlatego, że ludzie zniknęli. Lecz dlatego, że przestaliśmy być dla siebie obecni.

Nie chodzi o to, żeby nagle wyrzucić telefon do Wisły, zamieszkać w Bieszczadach i hodować kozy, choć przyznaję, że po niektórych dyskusjach internetowych brzmi to kusząco. Chodzi raczej o coś znacznie prostszego. O telefon wykonany nie dlatego, że wypada. O kawę bez patrzenia co trzydzieści sekund na ekran. O spacer z kimś, kto nie musi być sfotografowany. O wizytę u rodziców bez pretekstu w postaci zepsutego kranu. O rozmowę, która nie kończy się słowami: „Dobra, muszę już lecieć”.

Może największym luksusem XXI wieku nie będzie elektryczne Ferrari ani wakacje na Marsie. Może największym luksusem stanie się człowiek, który usiądzie naprzeciwko ciebie, schowa telefon do kieszeni i przez godzinę będzie naprawdę obecny.

Proszę zwrócić uwagę, jakie to dziś ekstrawaganckie. Milioner może kupić jacht. Miliarder może kupić wyspę, ale nawet najbogatszy człowiek świata nie kupi sobie prawdziwej przyjaźni z dostawą następnego dnia.

Na szczęście można ją jeszcze wyhodować. Tylko trzeba na chwilę wyłączyć Wi-Fi i włączyć… człowieka.

Autorstwo: Krzysztof Bielejewski
Źródło: StudioOpinii.pl