Jak przestałem być „ruskim agentem”

Andrzej Solak: Jak przestałem być „ruskim agentem”

8 września 2026 Andrzej Solak pch24/andrzej-solak-jak-przestalem-byc-ruskim-agentem

Solak-Zelenski-Putin.jpg
Oprac. PCh24.pl

Minęło już nieco czasu od „afery” z odbieraniem Wołodymyrowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Mimo tego wciąż nie potrafię wyjść ze stanu zadziwienia.

Pamiętam, jak przecierałem wtedy oczy widząc, którzy to nadwiślańscy politycy dumnie naprężają swe wątłe muskuły. Którzy to, niespodziewanie ukazują surowe, wręcz srogie oblicza. Którzy zaczynają wygłaszać bezkompromisowe, patriotyczne przemowy.

Owi wybrańcy polskiego narodu nagle (w Roku Pańskim 2026!!!) odkryli, że na Ukrainie forsowany jest oficjalny kult zbrodniarzy z UPA! Dlatego teraz rzucili w stronę wielbicieli morderców twarde, proletariackie No pasaran! Nie będzie Zełeński pluł im w twarz! Zaś wierny elektorat z uwielbieniem oklaskiwał ów niespodziewany heroizm swoich ulubieńców…

Ja, agent. Ruski agent

Jest nadzieja, że oto właśnie dobiegła końca moja wieloletnia mniemana kariera agenta i szkodnika na żołdzie Moskwy.

Bo do tej pory, owszem, od czasu do czasu miewałem zaszczyt być zaliczany do tak zwanych ruskich agentów. Rozumiecie Państwo, do tych nienawistników wynajętych przez Kreml, co to „uprawiali dezinformację” szkalując niewinną jak lilija bratnią Ukrainę.

Byłem, wiecie, jedną z tych zapatrzonych w przeszłość ruskich onuc, które bliżej nieokreśloną „tragedię na Wołyniu” ośmielały się nazywać zbrodnią i ludobójstwem, nie bacząc na „nie ten czas” ani na nasze strategiczne sojusze. A wszystko to „za moskiewskie rubelki”, ktoś śmie wątpić?

Srogie są moje winy i długi ich rejestr. Zaliczałem się do „trolli Putina”, którzy „powtarzali rosyjską narrację” o pomnikach Bandery, Szuchewycza i SS-Galizien, jakoby wznoszonych z błogosławieństwem Kijowa. Do prowokatorów, którzy mianem „bandytów” określali „uznanych bohaterów walki o wolność Ukrainy”. I dalej, wytrwale rozpowszechniałem pogłoski o banderowsko-naziolskich tradycjach we współczesnych siłach zbrojnych Naszego Umiłowanego Sojusznika i Obrońcy. I jeszcze zadawałem prowokacyjne pytania o milczenie nadwiślańskich oficjeli wobec „pewnych zdarzeń” w Odessie i Donbasie, a także wobec „nieszczęśliwego wypadku” w Przewodowie.

Byłem więc jednym z tych, którzy swą nieodpowiedzialną pisaniną i gadaniem sprawiali, że „na Kremlu strzelały korki od szampana” (by zacytować ulubioną frazę mejnstrimowych mediotów). Teraz zaś doczekałem się naszego zbiorowego amnestionowania. A nawet więcej, czegoś w rodzaju mimowolnej rehabilitacji, chwalić Boga – wcale nie pośmiertnej.

– Nu, skończą się rubelki od Władimira… – powinienem westchnąć markotnie.

Jak Polak z Polakiem

Niechaj mi wybaczą żartobliwy ton wszystkie osoby, które w minionych latach dotknęła okrutnie około-ukraińska histeria. Którym władze wielce demokratycznej Trzeciej Erpe niszczyły kariery i życiorysy, w imię iście stalinowskiej „walki z wrogą dywersją”.

Dajmy na to owa pani profesor, powszechnie szanowana za dogłębną znajomość literatury i kultury rosyjskiej. Wystarczyło, że w sprawie Ukrainy ośmieliła się mieć poglądy inne niż oficjalnie zalecone. Myślałby kto, że uniwersytet jest z definicji miejscem dyskusji, polemik i wymiany argumentów, ale zarazem wspólnotą. Tymczasem niektórzy utytułowani „koledzy” pani profesor jęli składać w „Gazecie Wyborczej” i podobnych mediach sążniste donosy na „antyludzkie i faszystowskie poglądy” wielbicielki Dostojewskiego, odcinając się od nich skwapliwie. Donosiki chyba trafiły, gdzie trzeba, bo po jakimś czasie niewiasta znalazła się pod lupą ABW.

Przypominało to klimatem dawanie odporu „wichrzycielom i dywersantom” w minionej (?) epoce. Tak myślę, że rozgrzanym miłością do Ukrainy denuncjatorom z tytułami naukowymi wypadałoby wręczyć po metrze grubego kabla elektrycznego – za komuny narzędzia sprawdzonego podczas bicia „warchołów”. Niechby wyglądali całkiem jak gomułkowski „aktyw robotniczy”.

Wspomnijmy jeszcze tego młodziana, który na Fejsie wyraził radość z powodu rozgromienia przez Rosjan ukraińskiego pułku „Azow” w Mariupolu. Potem nieborak tłumaczył się przed sądem, wskazując na banderowsko-naziolskie inklinacje tej jednostki. Pan prokurator przyznał młodzieńcowi prawo do oceny „określonych formacji wojskowych” naszego drogocennego sojusznika; jednakowoż radowanie się z powodu spuszczenia im łomotu zakwalifikował jako „pochwałę wojny napastniczej”. Sąd wycenił wzmiankowaną zbrodnię na 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz dozór kuratora.

Pomysł ścigania „pochwały wojny napastniczej” wydał mi się wielce paradny. Oznacza bowiem, że już niedługo większa część naszego narodu wyląduje w kryminale, bądź będzie miała w papierach zapis: „karany”. Wspomnijmy, ilu rodaków radowało się i okazywało dumę przy okazji rocznicowych obchodów wyprawy Żółkiewskiego na Moskwę, albo podbojów Chrobrego, bądź po prostu śpiewało wers: „dał nam przykład Bonaparte”. Zdaje się, że w naszym kraju mogą spać spokojnie tylko wielbiciele czynów orężnych Trumpa i Netanyachu…

Sabat nienawiści

Była jeszcze jedna kategoria ofiar polityki nadwiślańskich rządów i medialnych koncernów – a imię jej Legion. To ludzie, których mózgi zainfekowano wydzielinami partyjnych i ponadpartyjnych szczujni. Zaprogramowani wirusem pogardy, posłusznie nienawidzą tych, których media kazały im nienawidzić.

Pamiętam, jak kiedyś jeden z większych portali zakomunikował, że ukraiński dron uderzył w budynek mieszkalny pod Moskwą. Chałupa spłonęła, a wraz z nią 69-letnia kobieta wraz z siedmioletnim wnuczkiem. Od pewnego czasu mejnstrimowym mediom wolno już było zamieszczać takie wstawki – bo przecież wcześniej długo obowiązywała zasada, że każdego zabitego cywila zapisywano na konto Rosjan, i to musowo jako ofiarę zbrodni wojennej (czyli czynu zamierzonego).

Nie zamierzam tutaj oceniać ukraińskich droniarzy, wszak nie znam kulisów owego konkretnego incydentu. Na wojnie zdarzają się celowe ataki na cywilów (a więc zbrodnie), ale bywają także przypadkowe dramaty wynikłe z błędów obsługi, awarii sprzętu czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, jak każda wojna, generował zarówno zbrodnie, jak i nieumyślne zdarzenia, po obu stronach.

Jednakże poraził mnie oddźwięk ze strony internautów. Pod artykulikiem pojawiło się mnóstwo radosnych reakcji w stylu: „Lubię to!”, „Super!”, „Hahaha”. Co trzeba mieć w łepetynie, żeby radować się z usmażenia żywcem jakiejś babuszki i jej małego rebionka? Przecież śmierć rosyjskiego malucha to taka sama tragedia jak zgon dziecka ukraińskiego, palestyńskiego czy jakiegokolwiek innego! Takie same są krew i ból; identyczna rozpacz bliskich. Ale u nas niektórzy dzielą krew dzieci na lepszą i gorszą.

To tylko jeden przykład z wielu podobnych. Miałem nieszczęście słuchać lub czytać komentarze, które normalnego człowieka przyprawiały o mdłości; łącznie z epatowaniem fotografiami spalonych bądź okaleczonych zwłok (nazywanych „pieczonym ruskim robactwem”, „ruską padliną” bądź „ruskim ścierwem”). Patrzyłem na to i myślałem o tubylczych politykach i dziennikarzach, którym udało się zmienić niektórych moich rodaków w krwiożerczy motłoch; w ciemną, fanatyczną tłuszczę, gotową wojować nawet z pierogami ruskimi, albo z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Medialna tresura okazała się skuteczna.

Miałem nadzieję, że może jaki hierarcha mojego Kościoła powie w końcu głośno, że takie medialne seanse pogardy, takie odgórne zaszczepianie wścieklizny maluczkim jest zwyczajnie niegodziwe. Że bardziej pasuje to do plemienia dzikich kanibali, albo sabatu satanistów, niż do wspólnoty przyznającej się do dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Że prędzej czy później doprowadzi to do dramatów, może do zbrodni.

Niestety, nasi hierarchowie byli przez te lata pochłonięci ważniejszymi dla nich problemami. Przecież głośno wyrażali troskę o ekosystem naszej planety, albo o przyjazne powitanie tzw. „imigrantów”, bądź o bezpieczeństwo świec chanukowych w Sejmie. Cóż, każdy ma swoje priorytety…

Demokraci i rezuni

Okazywanie atencji współczesnym banderowcom i nazistom przez niektóre środowiska w Polsce nie ograniczało się do obszaru samej tylko Ukrainy.

Pamiętacie rok 2022, kiedy nasz kraj upstrzono niebiesko-żółtymi flagami? W moim rodzinnym mieście nieznane mi osoby powiesiły wielki baner, zdobny we wspomniane barwy, z napisem: „STAŃMY RAZEM, JAK WE WRZEŚNIU 1939 ROKU”. Patrzyłem na owo dzieło rąk ludzkich w zadumie, próbując dociec, do kogo adresowane jest wezwanie. No bo przecie we wrześniu 1939 roku pod niebiesko-żółtymi barwami wystąpił Legion Ukraiński Wehrmachtu oraz bojówkarze OUN!

Przez wiele lat patrzyłem zrezygnowany, jak polscy korespondenci w Rosji oraz tak zwani „eksperci od spraw wschodnich”, pokazując naszej publice antyputinowskie demonstracje nacjonal-bolszewików oraz komunistów od Ziuganowa, przedstawiali je jako „protesty opozycji demokratycznej”. Ale raz, pamiętam, aż poderwała mnie wieść, że manifestująca przeciw Putinowi „młodzież” zaraz po wiecu udała się na koncert grupy Kołowrat. Owóż Kołowrat reprezentował wielce specyficzny odłam tamtejszego rocka, scenę spod znaku „odin, czetyrie / wosiem, wosiem”. Krótko mówiąc – to kapela neonazistowska. To rzetelni pogrobowcy towarzysza Adolfa. Nietrudno domyślić się, jakie poglądy reprezentowała „antyputinowska młodzież”, co to ją obdarzył ciepłym słowem polski mediota.

Potem, już podczas wojny na Ukrainie, doświadczyłem swoistego deja vu, kiedy „nasze” media tudzież nieocenieni „eksperci” usilnie lansowali walczącą na żołdzie Kijowa grupę, występującą pod szumną nazwą: Rosyjski Korpus Ochotniczy (RDK). Chciałbym poinformować, że wódz oraz ideolog rzeczonego Korpusu, pan Denis Kapustin (ksywa Biały Król) był neonaziolem o długim stażu (w czym nie przeszkadzało mu żydowskie pochodzenie), z zakazem wjazdu do wszystkich krajów strefy Schengen. Dopiero od paru lat jął on wykrętnie dystansować się od niektórych aspektów polityki III Rzeszy.

W takich momentach zachodzę w głowę, czy entuzjastycznie nastawieni do takich i podobnych inicjatyw polscy korespondenci i „eksperci”są naprawdę aż takimi durniami? Czy też może doskonale wiedzą, jakich to przyjemniaczków lansują jako „siły opozycji antyputinowskiej”? Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Byłaby logicznym uzupełnieniem kocopałów o  „skomplikowanym Banderze” oraz o „trudnych wyborach ochotników SS-Galizien”. Pasowałaby do jakże częstych u nas prób przedstawiania ukraińskiego rezuna jako postaci tragicznej i skrzywdzonej przez los – i to wcale nie dlatego, że w trakcie rezania Lachów złamały mu się widły.

Wpływy obce

Nasze państwo niszczono odgórnie z zapałem godnym lepszej sprawy. Oto rządy PiS i PO powołały komisje „do spraw badania wpływów rosyjskich”. Ich głównym zadaniem okazało się poszukiwanie „haków” na konkurentów politycznych.

Ja zaś zapytam: dlaczego nie bada się po prostu obcych wpływów? Toż zamiast licytować się, kto podczas oficjalnych wizyt dłużej i goręcej ściskał dłoń Putinowi, moglibyśmy poznać sprawy naprawdę istotne dla naszego umęczonego kraju – od smakowitych kulisów podpisywania kontraktów zbrojeniowych i paliwowych, poprzez przepływy zagranicznych grantów dla tutejszych propagandowych szczujni, aż po skład klienteli podkarpackich przybytków braci Rysicz.

Kiedyś poseł Jarosław Kaczyński raczył z trybuny sejmowej nazwać świeżo upieczonego premiera Donalda Tuska „niemieckim agentem”. W cywilizowanym, zdrowo zarządzanym kraju ową wypowiedzią natychmiast zajęłyby się odpowiednie służby i zależnie od wyniku dochodzenia co najmniej jeden z tych panów wylądowałby w więzieniu – albo za oszczerstwo, albo za zdradę. Piszę „co najmniej jeden”, bo w razie uprawdopodobnienia agenturalności podejrzanego Donalda T., należałoby zapytać jego adwersarza – czemu to, posiadając taką wiedzę, nie zawiadomił prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszak mogącego ściągnąć na nasz kraj ogromne niebezpieczeństwo?

Oczywiście nic takiego się nie stało, nadwiślańskie państwo po raz kolejny potwierdziło kartonowo-styropianowy budulec swych fundamentów. Doczekaliśmy czasów, w których słowo „agent” uznaje się za wyświechtaną, niewiele znaczącą obelgę. Myślę, że prawdziwa obca agentura wielce raduje się takim stanem rzeczy.

Czy to wszystko oznacza, że możemy lekceważyć zagrożenie dla Polski ze strony rosyjskiej propagandy i działań służb Kremla? Oczywiście, że nie! Czy w naszym kraju działają prawdziwi rosyjscy agenci? Zdziwiłbym się, gdyby ich nie było. Rosja to kraj poważny, to znaczy dbający o swoje interesy. Działalność szpiegowska to naturalne przedłużenie dyplomacji. Zwalczanie obcego szpiegostwa oraz wspieranie własnego jest zwyczajną praktyką państw poważnych. Użalanie się na ten stan rzeczy, histeryczne „moralizowanie” w obliczu afer wywiadowczych to oznaka słabości.
Wiele lat temu, podczas wizyty Władimira Putina w Polsce, jakiś polski dziennikarzyna zarzucił mu, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze stara się przeforsować interes Rosji. W reakcji napisałem wtedy (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”), że bardzo chciałbym, aby taki zarzut stawiano polskim politykom – że gdziekolwiek się stawią, tam będą próbowali realizować interesy własnego kraju, a nie jakiejś Ukrainy, Tybetu, Czeczenii czy innej Gruzji. Pamiętam, że reakcją na moją pisaninę było zwyczajowe środowiskowe „oburzanko” i okrzyknięcie mnie (chyba po raz pierwszy) „zwolennikiem Putina”. Jak zwykle ktoś czegoś  nie zrozumiał.

Państwo polskie winno strzec swoich spraw, tak przed wrogami, jak i mniemanymi aliantami. Tymczasem przeczytałem niedawno (w „Rzeczpospolitej”) o bezkarnej działalności w naszym kraju służb ukraińskich. „Jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy” – próbują wyjaśnić taki stan rzeczy przedstawiciele naszych władz.

– Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam – westchnął kiedyś kardynał Richelieu.

Strumień łaski

Pan Wołodymyr Zełeński, pełniący obowiązki prezydenta kraju sąsiedzkiego, ma prawo być zdziwiony obecną gniewną reakcją części polskojęzycznych polityków i dziennikarzy, na jego kolejny akt probanderowskiej adoracji.

Toż przecie od lat nie robił nic innego. Nawet jak przyjmował Order Orła Białego, to miał na sobie bluzę z symboliką OUN (tryzub z mieczem), a w obecności tubylczych sług wykrzykiwał raz po raz banderowskie hasło: „Sława Ukrainie – Herojom sława!”. Zresztą zaprzańcom, pełniącym obowiązki Polaków, również zdarzało się, tu i ówdzie, owo zawołanie inicjować. Nieprawdaż?

Chyba powinniśmy radować się owym strumieniem łaski, co to nagle oświecił przynajmniej niektórych sprawujących rządy oraz dominujących w ławach opozycji. Jednakowoż sceptyczną część mej duszy korci wątpliwość – czy to szczera przemiana, czy tylko nowe wytyczne? Nie było aby (jak niegdyś, choćby w sprawie Przewodowa) SMS-owych instrukcji z ambasady Wielkiego Brata?

Dla mnie największym problemem wcale nie byli i nie są politycy z Kijowa, tylko ich warszawscy koledzy po fachu. A ściślej nie koledzy, tylko słudzy, przecie sami raczyli tak się określić. Przyznajmy, że na tak szczerą deklarację, taki publiczny akt hołdowniczo-służalczy nie poważył się w naszej historii bodaj żaden kolaborant, nawet szefostwo Goralenvolk. Zaprawdę była to historyczna chwila.

To właśnie tubylcza „klasa polityczna” sprawiła, że straciłem wiarę w polski (w znaczeniu: suwerenny) charakter państwa nad Wisłą. Dziś zaś obserwuję cudowne nawrócenie plenipotentów obcych ambasad, któremu nie towarzyszy żaden rachunek sumienia ani akt skruchy, że już nie wspomnę o zadośćuczynieniu Panu Bogu i ludziom. Przeciwnie, słudzy mówią teraz, że nigdy sługami nie byli. Że nigdy nie poważali Zełeńskiego. Że zawsze sprzeciwiali się banderyzacji Ukrainy. Że oni zawsze byli dzielni. Oni zawsze się starali. Oni nigdy nie kłamali, z ich ust spływały potoki prawdy. Oni przecie kochali Polskę. I jeszcze zawsze byli za uczczeniem polskich ofiar z zadeptanych wołyńskich dołów śmierci.

Tak, zawsze. A ja to wszystko przeoczyłem.

Dziękuję, Panowie!

Minione lata były bardzo trudne dla Polaków poruszających temat „okołowołyński” czy też „ukraiński”. Odpowiadają za to konkretni ludzie oraz konkretne formacje polityczne.

Ogromna większość mediów poddała się barbarzyńskiej presji. Wygodniej było wtedy milczeć, a jeszcze większe profity zapewniało przyłączenie się do banderowskiego chóru. Tylko nieliczne redakcje postąpiły inaczej, przeciwstawiając się dyktatowi lub przynajmniej dopuszczając możliwość zaprezentowania odmiennych poglądów.

Dzięki uprzejmości różnych środowisk, wśród nich zespołów redakcyjnych Portalu PCh24 oraz dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, miałem możność pisania o tym, co mnie szczególnie bolało, w tym o tematach określanych mianem „ukraińskich”. Robiłem to w charakterze „wolnego strzelca”, ale przecież ludzie udostępniający swoje łamy dla mojej pisaniny brali za nią pełną odpowiedzialność. A późniejsze gromy, te kubły pomyj od jawnych i anonimowych „oburzonych komentatorów”, spadały na te media między innymi za moją przyczyną.

Nie wspominam o tym, by się przechwalać, ani by uprawiać swoiste kombatanctwo. Inni działali w tej sprawie bez porównania więcej i lepiej ode mnie. Jednak to dobra okazja do złożenia podziękowań. Nie tak dawno życie pokazało mi, że mogę nie zdążyć wypowiedzieć wszystkich zamiarowanych słów. Nie wolno nam odkładać ważnych rzeczy na później.

Chciałbym więc serdecznie podziękować Redakcjom PCh24 oraz „Polonii  Christiana”, tudzież wszystkim innym wspólnotom, które w latach ukraińskiej histerii ratowały honor polskiego dziennikarstwa. Zaś tych, którzy mnie czytają, proszę z myślą o wzmiankowanych środowiskach:

– Panie i Panowie! Czapki z głów!

Postscriptum

W tytule, informującym o zakończeniu mej kariery ruskiego agenta, powinienem chyba wstawić pytajnik. Bo prawda jest taka, że Polacy mający swoje zdanie w kwestiach „okołowołyńskich”, niebawem znów mogą zostać ogłoszeni wrogami publicznymi, zagrażającymi bratnim sojuszom i owocnym przyjaźniom.

Nie miejmy złudzeń, polskojęzyczni ważniacy wczoraj ściskali się z Zełeńskim, dziś obsobaczają go ile wlezie, a jutro mogą ogłosić, że niedawne drobne nieporozumienia właśnie przezwyciężyła troska o wspólne dobro i świetlaną przyszłość. Toż wystarczy tylko telefon z tej czy innej ambasady… Osobnicy pozbawieni zasad, zapatrzeni tylko w słupki wyborcze, w pocie czoła odgrywają swój teatrzyk, pilnie bacząc, aby nadążyć za kolejną prawdą etapu.

Zaiste, niełatwe jest życie sługi.

Andrzej Solak

Otwarta wojna NATO z Rosją jest już do pomyślenia. Pole bitwy Europa.

Pole bitwy Europa

Otwarta wojna NATO z Rosją jest już do pomyślenia. Pozostaje tylko pytanie, kiedy się odbędzie – i kto ją przetrwa. Właśnie tu leży prawdziwa, niewypowiedziana strategia: polem bitwy ma być Europa. Stany Zjednoczone mają wyjść z niej możliwie nietknięte.

Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji. Na celowniku jest ostatnio zwłaszcza Tuapse

Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji

Ukraińskie ataki na cele w głębi Rosji, prowadzone z Wiesbaden, zwiększają prawdopodobieństwo rosyjskiego kontrataku na terytorium NATO. Jednocześnie Stany Zjednoczone w dużej mierze się wycofały. To nie jest ucieczka. To przemyślany ruch. Ograniczona wojna nuklearna na terytorium Europy nie jest już wykluczona w Waszyngtonie. Europa ma ponieść koszty, Ameryka zachowa pozycję strategiczną. To nie jest teoria spiskowa. To logiczna kontynuacja polityki, przed którą najbystrzejsi amerykańscy stratedzy ostrzegali od dziesięcioleci.

Zignorowane ostrzeżenia

Już w 2008 roku William Burns, ówczesny ambasador w Moskwie, a później dyrektor CIA, napisał w telegramie zatytułowanym „Niet znaczy Niet”: „Przystąpienie Ukrainy do NATO byłoby „najwyraźniejszą czerwoną linią dla rosyjskich elit – nie tylko dla Putina”.

George Kennan, architekt polityki powstrzymywania, nazwał ekspansję NATO na wschód „najbardziej fatalnym błędem polityki amerykańskiej od czasów zimnej wojny”. John Mearsheimer i Stephen Cohen przewidywali to samo: ktokolwiek wepchnie Ukrainę do NATO, zmusi Rosję do reakcji militarnej. Ostrzeżenia były jasne, powtarzane, ale ignorowane. Polityka ekspansji była kontynuowana. Dziś jesteśmy świadkami jej konsekwencji.

Teza, zwięźle podsumowana przez szwedzkiego analityka Mattiasa Forsgrena, brzmi następująco: Europa jest ukrainizowana. Gdy zabraknie Ukraińców, Europejczycy mają wypełnić luki. Aby to osiągnąć, konieczne jest zwiększenie gotowości militarnej, a rosyjski atak musi zostać sprowokowany lub sfabrykowany. Rosja będzie zmuszona do wyboru: strategiczne wycofanie się albo zniszczenie Europy – w tym lokalna wojna nuklearna, w której Ameryka pozostanie nietknięta.

Siergiej Karaganow, jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli rosyjskich elit bezpieczeństwa, od lat nawołuje do ograniczonych ataków nuklearnych na cele europejskie. Nie po to, by unicestwić Europę, ale by zaszczepić strach przed bronią jądrową wśród europejskich elit i społeczeństw oraz zmusić je do wycofania poparcia Kijowa. Amerykańscy stratedzy zamierzają wykorzystać właśnie ten dylemat.

Wiesbaden: Kwatera Główna Tajnej Wojny

Kanibalizacja wasali

Przez dekady Europa i Ameryka tworzyły imperialną jednostkę. Historyczne jądro pozostało kulturowo europejskie, podczas gdy struktura dowodzenia wojskowego i finansowego przeniosła się do Waszyngtonu. Ameryka odgrywała rolę silniejszego partnera, broniącego europejskiej cywilizacji. To status quo się rozpadło. Europa nie jest już traktowana jako równorzędny partner, lecz jako zasób: wyczerpana gospodarczo, politycznie podporządkowana i militarnie przygotowana jako arena, na której poniesione zostaną koszty upadku imperium.

Zniszczenie Nord Streamu, przymusowe odłączenie od rosyjskiej energii, deindustrializacja Niemiec – szczególnie widoczna w przemyśle chemicznym i motoryzacyjnym – gwałtowne wzrosty cen energii i spadające płace realne – tworzą te same warunki materialne, które Ukraina już zna: ubóstwo, beznadzieję i zagrożenie egzystencjalne. Jednocześnie trwa czystka informacyjna. Rosyjskie media są blokowane. Głosy wzywające do negocjacji są traktowane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa. Dehumanizacja przeciwnika przebiega według tego samego schematu, co na Ukrainie.

Gdy tylko wystarczająca liczba Europejczyków doświadczy tej samej kombinacji rozpaczy ekonomicznej, izolacji informacyjnej i sztucznego zagrożenia zewnętrznego, polityczny próg, który pozwoli na wysłanie Europejczyków do maszynki do mięsa, spadnie.

Dlaczego europejskie elity działają wbrew własnym interesom

Prawie wszyscy obserwatorzy spoza głównego nurtu są zdumieni tym samym zjawiskiem: europejscy politycy zachowują się tak, jakby ich kraje nie miały żadnych własnych interesów. A Rosja jest nie tylko konwencjonalną potęgą militarną, ale także potęgą nuklearną pierwszego rzędu. Długoterminowe bezpieczeństwo i gospodarcze przetrwanie Europy zależą od dostępu do rosyjskiej energii i surowców. Niemieccy przemysłowcy i bardziej rozsądni politycy zawsze to rozumieli.

Warszawa w 1945 roku

Istnieją powody, dla których dzisiejsze władze ignorują tę fundamentalną rzeczywistość. Zachodnie elity potrzebują trwającego konfliktu dla swojego politycznego przetrwania. Przyznanie się do porażki oznaczałoby utratę władzy. Jednocześnie wpływ Ameryki na europejskie procesy decyzyjne jest głębszy, niż skłonne są przyznać powierzchowne dyskusje.

Pułkownik Lawrence Wilkerson, były szef sztabu Colina Powella, opisuje, jak Waszyngton systematycznie szkolił i awansował uległych przywódców po zimnej wojnie. Dysydenci byli eliminowani poprzez kolorowe rewolucje, sieci kontaktów i politykę personalną. Długa historia odrzucania prawdziwej neutralności europejskiej mówi sama za siebie.

Szwajcaria jako papierek lakmusowy

Dla Szwajcarii pytanie to jest szczególnie dotkliwe. Neutralność nigdy nie była naiwna. Chodziło o zrozumienie, że małe państwo między supermocarstwami może przetrwać tylko wtedy, gdy nie pozwoli, by stało się polem bitwy. Każdy, kto dziś wierzy, że można stanąć po ‚właściwej’  stronie historii poprzez werbalną solidarność i sankcje bez ponoszenia kosztów, powtarza ten sam błąd, który popełniają europejskie elity od 2008 roku.

Ograniczona wojna nuklearna na terytorium Europy nie byłaby rozstrzygana w Waszyngtonie. Byłaby rozstrzygana w Wiesbaden, Ramstein i stolicach państw, które już zrzekły się swojej suwerenności.

Europa stoi przed wyborem, który nie oferuje dobrego rozwiązania. Albo zaakceptuje rolę frontalnego pola bitwy, albo zacznie redefiniować własne interesy. Wymaga to przede wszystkim umiejętności beznamiętnego opisu własnej sytuacji. Bez moralizatorstwa. Bez tabu. Bez iluzji, że wciąż jest się równorzędnym partnerem.

Bomby nigdy nie spadają na Waszyngton, spadają na europejskie miasta. To zawsze był problem Europy. Nie musi to pozostać jej losem.

swissvox.substack.com/schlachtfeld-europa

Opracował: Zygmunt Białas

Niedziela. Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

13.09.26 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

08/09/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

====================================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Msza Święta nie jest ucztą!

Sergiusz Muszyński magnapolonia/msza-swieta-nie-jest-uczta

Msza Święta nie jest ucztą!

Czy Msza Święta jest Ofiarą przebłagalną, czy też – jak często twierdzi współczesna teologia – „Ofiarą i ucztą”?

Dyskusja na ten temat rozgorzała pod niedawnym wpisem na facebookowym profilu wydawnictwa Magna Polonia, gdzie zacytowano wybitnego teologa i kanonistę, jakim był ks. dr Gregorius Hesse. Jego wypowiedź, z której wynika, że Msza Święta jest Ofiarą, nie zaś „Ofiarą i ucztą”, wzbudziła silny opór części komentujących.

Nie ma się co dziwić, jako że takie właśnie przekonanie wielu wiernych wynosi ze współczesnej katechezy. O ile posoborowa teologia zasadniczo nie zaprzecza wprost ofiarniczemu charakterowi Mszy Świętej, bardzo często przedstawia ją jako „Ofiarę i ucztę”, odwołując się do przyjmowania Komunii Świętej przez wiernych. W praktyce taki sposób przedstawiania Mszy prowadzi do przesunięcia akcentu z jej aspektu ofiarnego na wymiar „wspólnotowy”, jak gdyby był on co najmniej równorzędny Ofierze. Konsekwencją definiowania Mszy Świętej jako „Ofiary i uczty” jest zatarcie zasadniczej różnicy między samą Ofiarą a Komunią Świętą jako dopełnieniem i uczestnictwem w tej Ofierze.

W samym posoborowym Katechizmie Kościoła Katolickiego odnajdujemy takie oto stwierdzenie – „Msza Święta jest równocześnie i nierozdzielnie pamiątką ofiarną, w której przedłuża się ofiara Krzyża, i świętą ucztą Komunii w Ciele i Krwi Pana. Sprawowanie Ofiary eucharystycznej jest nastawione na wewnętrzne zjednoczenie wiernych z Chrystusem przez Komunię” (KKK 1382). W przytoczonej definicji czytamy, jakoby Msza Święta była równocześnie „pamiątką ofiarną”, jak i „świętą ucztą Komunii w Ciele i Krwi Pana”. Co więcej, oba te aspekty przedstawiono jako „nierozdzielne”, co może sugerować, że Komunia wiernych należy do istoty Mszy Świętej. Z kolei w drugim zdaniu stwierdza się, że odprawienie Mszy Świętej „jest nastawione”, czyli mówiąc inaczej, skoncentrowane na przyjęcie Komunii przez wiernych. Takie sformułowanie może więc prowadzić do wniosku, że przyjęcie Komunii Świętej przez lud stanowi szczyt i właściwy cel celebracji eucharystycznej.

W świetle tradycyjnej nauki Kościoła takie zdefiniowanie Mszy Świętej jest jednak w sposób oczywisty błędne. Niemniej ten pogląd przylgnął tak silnie do posoborowej narracji, że znalazł swoje miejsce nawet w Katechizmie firmowanym przez Stolicę Apostolską. Powtarzają go współcześnie katecheci, teolodzy i liturgiści. Sprzyja mu permanentne używanie słowa „Eucharystia” zamiennie ze zwrotem „Msza Święta”, bez rozróżnienia między Najświętszą Ofiarą Mszy a samą Komunią Świętą. W odniesieniu do Novus Ordo Missae regularnie słyszymy, że kapłan „przewodniczy Eucharystii”. Powyższe sugeruje nie tylko, jak w przypadku nieszczęsnego zapisu z Katechizmu, że szczytem i istotą Mszy Świętej jest przyjęcie Komunii przez wiernych, ale również jakoby rola kapłana była zredukowana zasadniczo do roli „przewodniczącego zgromadzenia”.

Sprzyja temu również niemal całkowity zanik tzw. prywatnych Mszy Świętych. Nie twierdzę, że w Kościele soborowym się ich w ogóle nie odprawia, należą one jednak do rzadkości. O ile dawniej zasadniczo codziennie każdy kapłan odprawiał własną Mszę Świętą, dzisiaj do standardu należy jej wspólne koncelebrowanie z innymi księżmi w obecności ludu. Boczne ołtarze w starych kościołach, na których to niegdyś codziennie odprawiano Msze Święte, w zasadzie przestały być użytkowane. Z kolei w nowych kościołach przeważnie buduje się już tylko jeden ołtarz w formie posoborowego stołu.

Omawiany błąd wywodzi się z zatrutego źródła zwyrodniałej części Ruchu Liturgicznego. Mowa o liturgistach, którzy jeszcze przed Soborem dążyli do „zreformowania” Mszy Świętej poprzez jej „dostosowanie do współczesnego człowieka” a zarazem archeologiczny powrót do mitycznej starożytności. Wspomniana grupa była siłą prekursorską względem fałszywych idei stojących za zniszczeniem Mszy Świętej w okresie pontyfikatu Pawła VI.

To wypaczenie zdrowej doktryny, uznające Mszę za „Ofiarę i ucztę”, zostało odrzucone przez papieża Piusa XII w encyklice Mediator Dei (1947 r.), którą przywołamy w dalszej części naszych rozważań.

Aż do II Soboru Watykańskiego, skutkiem którego była protestantyzacja kultu katolickiego, Kościół nie definiował Mszy Świętej jako „Ofiary i uczty”. Zamiast tego, ściśle rozróżniał między Mszą Świętą, która jest Najświętszą Ofiarą, a Komunią Świętą wiernych, będącą uczestnictwem w Ofierze, sakramentem oraz owocem tej Ofiary. Powyższe odnajdziemy, m. in. w Katechizmie Pietro kard. Gasparriego, który wyraźnie oddziela Mszę Świętą (będącą Ofiarą) od Eucharystii pojmowanej jako sakrament. We wskazanym Katechizmie napotkamy pytanie „Czym się różni sakrament Eucharystii od Ofiary?”, na które Autor odpowiada m.in. w ten sposób – „sakrament dokonuje się przez konsekrację i trwa, Ofiara zaś wyczerpuje się i kończy z chwilą dokonania aktu ofiarowania”[1]. Wskazany przez Kardynała „akt ofiarowania” odnosi się do Ofiary Mszy Świętej, której dokonanie nie jest uzależnione od przyjęcia Komunii przez wiernych. Podobnie wybitny polski dogmatyk ks. prof. Maciej Sieniatycki w swoim „Zarysie dogmatyki katolickiej” wyraźnie odróżnia Mszę Świętą, czyli „Eucharystię jako Ofiarę” od Komunii Świętej, tj. „Eucharystii jako sakrament”. Stwierdza, że różnią się one od siebie zarówno przez wzgląd cel, jak i przez wzgląd na sposób działania. Jak stwierdza, „Eucharystja jako Ofiara jest przeznaczona ku czci Boga, jako Sakrament dla uświęcenia człowieka”[2]. Aby Ofiara doszła do skutku, nie jest niezbędne, aby wierni przyjęli Komunię Świętą. Co więcej, niekonieczna jest nawet ich obecność.

Stąd też Sobór Trydencki w nauce o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej przedstawia ją konsekwentnie jako Ofiarę, nie zaś jako „ucztę”. Piętnuje jednocześnie pogląd, jakoby Msze Święte bez ludu miały być w jakikolwiek sposób mniej wartościowe (sesja XXII, Nauka o Najświętszej Ofierze Mszy Świętej). Jako, że do sedna Mszy Świętej nie należy obecność ludu ani przyjmowanie przezeń Komunii Świętej, Sobór „nie potępia jako prywatnych i niedozwolonych takich Mszy, w których sam tylko kapłan komunikuje sakramentalnie, lecz je zatwierdza a nawet zaleca”. O ile więc do przyjmowania Komunii przez wiernych wolno używać określenia „uczta”, to nie wolno w ten sposób definiować samej Mszy Świętej, jako że komunikowanie przez lud nie należy do jej istoty. Można powiedzieć, że Komunia Święta wiernych jest dopełnieniem Najświętszej Ofiary Mszy, jednak niedopuszczalne jest uznawanie jej za coś Mszę konstytuującego.

Z tego powodu w tradycyjnych katechizmach i podręcznikach Msza Święta zawsze jest definiowana jako Najświętsza Ofiara, a nigdy jako „Ofiara i uczta”. Dla przykładu, księża W. Kalinowski i J. Rychlicki w swojej „Dogmatyce katolickiej” podają następującą definicję Mszy Świętej: „Msza Św. jest nieustającą bezkrwawą Ofiarą Nowego Zakonu, w której Jezus Chrystus ofiaruje się Ojcu Swemu Niebieskiemu przez ręce kapłana na ołtarzu pod postaciami chleba i wina”[3]. Pierwszy z wymienionych Autorów w innym dziele („Dogmatyka w oświetleniu apologetycznem”) objaśnia – „Msza Św. jest nieustającą ofiarą bezkrwawą Nowego Zakonu, w której Jezus Chrystus ofiaruje się Ojcu Swemu niebieskiemu przez ręce kapłana na ołtarzu pod postaciami chleba i wina”[4].

Analogicznie w znanej XIX-wiecznej „Dogmatyce katolickiej” autorstwa ks. J. Tylki – „Ofiarą Mszy Świętej jest bezkrwawe ofiarowanie ciała i krwi Zbawiciela, ustanowione od samego Chrystusa Pana, a sprawowane przez ręce kapłanów na pamiątkę przedstawienia ofiary krzyżowej”[5]. Z kolei ks. W. Jachimowski w swoim podręczniku pisze – „Msza Św. jest to nieustanna, bezkrwawa ofiara nowego zakonu, w której Jezus Chrystus ofiaruje Ojcu niebieskiemu Samego siebie przez ręce kapłana pod postaciami chleba i wina”[6]. Podobnie Katechizm św. Piusa X stwierdza, że „Msza Święta jest ofiarą Ciała i Krwi Pana naszego Jezusa Chrystusa sprawowaną na naszych ołtarzach pod postaciami chleba i wina dla upamiętnienia ofiary krzyżowej”[7].

Przykładów z dawnych katechizmów lub podręczników można byłoby przytaczać bez końca. W tradycyjnej dogmatyce katolickiej nie definiowano Mszy Świętej w taki sposób, jak czyni to współczesna teologia wraz z Katechizmem Kościoła Katolickiego. Nie pisano o „Ofierze i uczcie”, jak gdyby o równoważnych aspektach Mszy Świętej, a jedynie o samej Ofierze, podkreślając jej charakter przebłagalny. Co więcej, Autorzy przeważnie omawiają Komunię Świętą jako przyjmowany przez wiernych sakrament w odrębnym rozdziale, niż samą Mszę Świętą. Wynika to z faktu, że Komunia Święta ludu (a więc uczta eucharystyczna) nie należy do istoty Mszy Świętej. O ile jest ona wiernym silnie zalecana, to nie jest niezbędna dla odprawienia Najświętszej Ofiary. Stąd nie może być elementem ją definiującym. Gdyby Msza Święta była, jak twierdzi posoborowy Katechizm Kościoła Katolickiego, „równocześnie i nierozdzielnie” Ofiarą oraz ucztą, żadna z przytoczonych przeze mnie definicji sprzed II Soboru Watykańskiego nie mogłaby się ostać. Wszystkie byłyby co najmniej niekompletne, o ile nie błędne, skoro pomijają konstytutywny element Mszy Świętej, zaś ów „nierozłączny” aspekt omawiają w odrębnych częściach podręczników.

Jednoznacznie tę kwestię opisuje ks. prof. Maciej Sieniatycki, wskazując wprost, że Komunia wiernych w uczcie Pańskiej nie należy do istoty Mszy Świętej. Jak pisze – „Wprawdzie Chrystus ustanowił eucharystję wobec uczniów swoich i podał im do spożycia, lecz z tego nie wynika, że ta okoliczność jest istotną i przez Chrystusa przepisaną. Eucharystja nie jest pamiątką ostatniej wieczerzy, lecz pamiątką śmierci krzyżowej Chrystusa”[8]. Dalej stwierdza – „tylko sama konsekracja istotę Mszy Św. stanowi”[9]. Zdaniem księdza Sieniatyckiego, Komunia kapłana, choć jest obowiązkowa, to również nie należy do istoty Mszy Świętej[10].

Po zobrazowaniu, że tradycyjna teologia katolicka definiowała Mszę Świętą jednoznacznie jako bezkrwawą Ofiarę przebłagalną, nie zaś „Ofiarę i ucztę”, należy odnieść się do twierdzeń niektórych komentujących, którzy w swojej argumentacji powoływali się na Ojców Kościoła. Część z przywoływanych fragmentów odnosi się jednoznacznie, tylko i wyłącznie do przyjmowania przez wiernych Komunii Świętej, stąd niezrozumiałym jest argumentowanie przy ich pomocy, że Msza Święta miałaby być „ucztą”. Z kolei w innych fragmentach Ojcowie mówili łącznie o Mszy Świętej, czyli Ofierze, jak i jej owocu, czyli komunikowaniu przez wiernych i to do niego odnosili aspekt uczty. Jest to jasne, jeśli czyta się Ojców prawidłowo, czyli również w kontekście późniejszych ścisłych zapisów Soboru Trydenckiego oraz definicji zakorzenionych w teologii scholastycznej.

Należy przypomnieć, że jakkolwiek Objawienie Boże zamknęło się wraz ze śmiercią ostatniego Apostoła, używany przez teologów język – broniąc stale tej samej wiary katolickiej – ulegał coraz większemu doprecyzowaniu, m.in. w odpowiedzi na pojawiające się herezje. U pisarzy wczesnochrześcijańskich nie znajdziemy tak precyzyjnych definicji niektórych zagadnień, jak w późniejszych podręcznikach ugruntowanych w teologii scholastycznej.

Wyjaśnia to Louis kard. Billot SI w pracy „Tradycja kontra modernizm”, gdzie stwierdza, że Ojcowie „posługiwali się niekiedy sformułowaniami, które same w sobie są wieloznaczne, nieostrożne czy nazbyt śmiałe”[11], patrząc na ich pisma z naszej perspektywy. Wynika to z faktu, że Ojcowie mierzyli się z innymi herezjami, niż Kościół w późniejszych wiekach. Stąd też kard. Billot zauważa, że nie czyniąc niekiedy tak szczegółowych i precyzyjnych rozróżnień, Ojcowie „byli jednak przy tym przekonani, że ich słuchacze będą je pojmować zgodnie z ich katolickim rozumieniem”[12].

W tym kontekście należy przypomnieć, m.in. że w czasach Ojców Kościoła nie istniał jeszcze protestantyzm, który podważał ofiarniczy charakter Mszy Świętej, usiłując uczynić z niej „ucztę”. Ojcowie nie mieli zatem potrzeby dokonywania tak ścisłych dystynkcji w teologii Mszy Świętej, jak to miało miejsce w epoce potrydenckiej. Nie zmienia to jednak faktu, że czytanie ich w sposób uczciwy i uważny nie prowadzi do definiowania Mszy Świętej w inny sposób, niż przedstawiają to cytowane wyżej podręczniki. Z kolei wyrywanie z kontekstu fragmentów pism wczesnochrześcijańskich, tak aby fałszywie przeciwstawić je późniejszej praktyce i nauczaniu, było zwodniczym zwyczajem protestantów i modernistów. Prawdziwy rozwój teologii polega na doprecyzowaniu pojęć, co czyni się również (choć nie tylko) w odpowiedzi na pojawiające się błędy doktrynalne. Z kolei to, z czym mamy do czynienia po II Soborze Watykańskim, także w kontekście Mszy Świętej, stanowi co najmniej ich rozmywanie i poddanie wieloznaczności, co sprzyja szerzeniu się herezji. Jest to więc regres teologiczny, a niekiedy wprost głoszenie już napiętnowanych błędów. Za przykład może służyć wspomniane na wstępie permanentne używanie słowa „Eucharystia” bez precyzowania, czy mówimy o Mszy Świętej czy Komunii Świętej.

Na zakończenie, wróćmy do wspomnianej na wstępie encykliki Piusa XII – Mediator Dei, poświęconej katolickiej liturgii. Jak zauważa papież, zgubny błąd określania Mszy Świętej jako „Ofiary i uczty” prowadzi do uznania, że szczytem Mszy jest przyjęcie przez wiernych Komunii. We wspomnianym dokumencie czytamy:

„(…) jeszcze więcej błądzą ci, którzy dla udowodnienia bezwzględnej konieczności uczestnictwa wiernych wraz z kapłanem w biesiadzie eucharystycznej, twierdzą zwodniczo, że idzie tu nie o samą Ofiarę tylko, ale o Ofiarę i ucztę braterskiej wspólnoty, i ze wspólnie przyjętej Komunii świętej czynią punkt szczytowy całej celebry.”

Jak widzimy, Pius XII odrzuca nazywanie Mszy Świętej mianem „Ofiary i uczty”, uznając takie twierdzenie za zwodnicze. Potępia również płynącą z takiego rozumowania konkluzję, że wspólnie przyjęta Komunia Święta jest punktem szczytowym całej celebracji liturgicznej. Jeśli jednak Msza Święta miałaby być „ucztą”, to nie mogłoby być inaczej. Wspólnie przyjęta Komunia Święta musiałaby stanowić samą istotę Mszy, a jak wiemy, tak nie jest. Aby nie pozostawić żadnych wątpliwości, papież stwierdza dalej:

Otóż raz jeszcze z naciskiem trzeba zwrócić uwagę, że Ofiara Eucharystyczna z natury swojej jest bezkrwawym ofiarowaniem Bożej żertwy, widocznym w sposób mistyczny w rozdzieleniu świętych postaci i w złożeniu ich w daninie Ojcu Przedwiecznemu. Natomiast Komunia św. należy do dopełnienia Ofiary i do uczestnictwa w niej przez wspólnotę Najświętszego Sakramentu. Podczas gdy jest wprost nieodzowna dla celebrującego kapłana, to wiernym tylko usilnie ją się zaleca.

Zatem, jak uczy Pius XII, podkreślając to dobitnie poprzez zwrot „z naciskiem”, Msza Święta „jest bezkrwawym ofiarowaniem Bożej żertwy”. Z kolei Komunia Święta „należy do dopełnienia Ofiary”. Stanowi jej owoc, który to „wiernym tylko usilnie (…) się zaleca”, należy do uczestnictwa w Ofierze. W dalszej części papież stwierdza, że jeśli są ku temu powody (a występują one, jak pisze Pius XII, „i to nie rzadko”), Komunii Świętej można udzielić wiernym także przed lub po Mszy Świętej.

Podsumowując, stwierdzenie że Msza Święta miałaby być „Ofiarą i ucztą” jest błędne na gruncie katolickiej dogmatyki.

Takie przekonanie w sposób oczywisty implikuje, jakoby istotą Mszy Świętej na równi z Ofiarą przebłagalną było przyjęcie Komunii przez wiernych w uczcie Pańskiej. Tymczasem Msza Święta jest Ofiarą, zaś przyjęcie przez zgromadzony lud Komunii Świętej jej owocem. Nie należy ono do istoty Mszy Świętej, stanowiąc aspekt uczestnictwa wiernego w Ofierze. Mimo, że wiernym zawsze usilnie zalecano korzystać z tego owocu Ofiary, przyjęcie Komunii przez lud nie jest obowiązkowym elementem samej Mszy. Jej istotę, a więc to, poprzez co dane zjawisko definiujemy, stanowi Ofiara, dokonująca się poprzez rozdzielenie prawdziwego Ciała i Krwi Pana Jezusa pod postaciami chleba i wina.

Sergiusz Muszyński

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    8 września 2026 michalkiewicz

—————————————————————————

Z flintą nos w pole wytknął,

Rycerskim więc instynktom

Dziś ujście daje rad.

Huczy strzałów muzyka.

Zając wszak zdrów umyka,

Obławnik dostał w zad.

Wprawdzie, gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondakrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro. Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondakrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei?

To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko – że prezes Zondakrypto, albo w ostateczności – jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń.

Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i – czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka.

W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim, decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie; czy to z grona minę obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral? Czy jest on narodowości prawniczej – na co wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada.

Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela, pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondakrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe. Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania.

A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie, jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w która wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, która potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni, czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea.

Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią zwłaszcza w sytuacji, gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda, podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Giertycha Romana może zachodzić konflikt interesów , bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana, Wielce Czcigodny Sławomir Nitras, co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek uważa, że Wielce Czcigodny mec. Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”. Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”.

Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państw”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały.

Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

A tam biegnie sarna,

sarna towarzyszu mój.

Spuszczaj charta ze smyczy,

niech sarenkę uchwyci,

towarzyszu mój

– śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie, ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi

magnapolonia/ukraina-szykuje-roszczenia-do-polskiej-ziemi

29 lipca 2025 roku Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nadającą szczególny status Ukraińcom przesiedlonym z terenów należących do Polski w latach 1944–1951. Przepisy weszły w życie 30 stycznia 2026 roku. Dokument nie jest wyłącznie ustawą socjalną. Wprowadza do ukraińskiego porządku prawnego kategorię osób deportowanych z powojennej Polski, a jednocześnie odwołuje się do utraty przez nie domów i majątku. To wstęp do roszczeń majątkowych wobec III RP. Tymczasem Warszawa śpi, zarówno wobec roszczeń ukraińskich jak i własnych obywateli co do majątków utraconych na Kresach.

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi. Ustawa z 2025 roku definiuje jako deportację przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów dawnej Polski do Ukraińskiej SRR, a także późniejszą akcję „Wisła”. Ustawa wskazuje przy tym na „wywłaszczenie mienia” oraz inne ograniczenia praw osób przesiedlonych. W marcu 2026 roku ukraińskie władze przyjęły kolejny akt prawny z tym związany – rozporządzenie -procedurę przyznawania jednorazowej pomocy finansowej osobom objętym ustawą. Na to jak widać pieniądze są, mimo wojny.

Nie oznacza to, że Ukraina uzyskała w ten sposób podstawę prawną do przejmowania polskich nieruchomości. Ustawa nie przyznaje Ukraińcom prawa własności do konkretnych działek czy domów znajdujących się obecnie w Polsce i nie nakłada na Warszawę obowiązku wypłaty odszkodowań. Znaczenie ustawy może być jednak szersze. Państwo ukraińskie tworzy bowiem formalny system potwierdzania statusu osób wysiedlonych, ich pochodzenia oraz utraconego majątku. Tego rodzaju dokumentacja ma znaczenie, jeśli w przyszłości pojawią się polityczne próby wysuwania wobec Polski roszczeń dotyczących mienia.

Szczególne znaczenie ma język stosowany przez ukraińskie władze. W dokumentach i wystąpieniach parlamentarzystów mowa jest nie tylko o przesiedleniach, ale o „deportacji”, „wywłaszczeniu”, „zbrodni reżimu komunistycznego” oraz „zbrodni państwa polskiego”. W ukraińskiej narracji pojawia się również pojęcie prawa do powrotu na tereny określane jako „Zakerzonia”.

Istotna jest także kwestia liczb. Na podstawie umowy między polskojęzycznymi komunistami oraz Stalinem, około 482 tys. osób przesiedlono w latach 1944–1946 z Polski do Ukraińskiej SRR. Około 140–150 tys. Ukraińców wysiedlono natomiast w 1947 r. podczas akcji „Wisła”. W ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się jednak liczby sięgające 700–750 tys. deportowanych. Różnica wynika częściowo z uwzględniania różnych operacji i okresów, jednak większa liczba osób objętych państwową narracją oznacza również większy potencjalny krąg osób mogących powoływać się na status deportowanych.

W zakresie sztucznego zawyżania przesiedlonych, Ukraińcy uczą się od najlepszych – liczba Żydów „ocalałych z holokaustu” również rosła wraz z czasem.

W każdym razie, w związku z działania ukraińskich władz rodzi sie pytanie, czy tworzenie państwowego systemu dokumentowania deportacji i utraconego mienia nie będzie w przyszłości wykorzystywane jako argument w sporach majątkowych. Co więcej, kwestia ta nie jest wyłącznie jednostronna.

Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich również pozostawili tam domy, gospodarstwa, ziemię i inne nieruchomości. Państwo polskie stworzyło wprawdzie system rekompensat za mienie pozostawione poza obecnymi granicami RP, ale problem historycznej własności kresowej nigdy nie został rozwiązany w sposób odpowiadający oczekiwaniom wszystkich środowisk kresowych.

Dodatkowo, polskie majątki były znacznie bogatsze od ukraińskich i łemkowskich. Z ziemi i nieruchomości wypędzeni zostali nie tylko polscy chłopi ale także fabrykanci oraz szlachta, posiadająca zamki i pałace. Same zagrabione i znacjonalizowane polskie zamki i inne dobra kultury na Kresach są warte miliardy, podczas gdy Ukraińcy na obecnym terytorium RP mieli jedynie drewniane chaty kryte strzechą, wozy drabiniaste na drewnianych kołach i kupę biedy.

Wobec działań Kijowa niezbędna jest zdecydowana i symetryczna reakcja polskiego rządu. Jeżeli Ukraina tworzy państwowy system rejestracji osób wysiedlonych, dokumentowania utraconego mienia i prawnego potwierdzania krzywd doznanych przez Ukraińców po 1944 r., Polska powinna stworzyć analogiczny mechanizm dokumentowania polskich majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich.

Nie powinno się przy tym ograniczać sprawy do symbolicznych uchwał czy obchodów rocznicowych. Konieczne jest rozpoczęcie systematycznego procesu zmierzającego do restytucji polskiego mienia na Kresach. Tam, gdzie zwrot nieruchomości jest niemożliwy, należy dążyć do uzyskania realnych rekompensat. Państwo polskie powinno zgromadzić i zabezpieczyć dokumentację dotyczącą domów, gospodarstw, gruntów, przedsiębiorstw i innych nieruchomości pozostawionych przez Polaków w wyniku przymusowych wysiedleń.

Jeżeli państwo ukraińskie uznaje prawa swoich obywateli i ich potomków do pamięci o utraconym majątku, dokumentuje ich straty i nadaje wysiedlonym określony status prawny, państwo polskie powinno z taką samą determinacją występować w obronie praw Polaków wypędzonych z Kresów. Szybko okazałoby się, że polskiego majątku zagrabionego przez Ukraińców i Rosjan jest znacznie więcej, niż ukraińskiego w Polsce.

======================================================

NASZ KOMENTARZ:

Bądźmy szczerzy – Ukraina skrzętnie gromadzi dokumentację swoich strat (prawdziwych i urojonych) i przygotowuje podstawę do przyszłych roszczeń. Niestety, strona polska pozostaje wyłącznie przy deklaracjach i wspomnieniach. Taka asymetria jest dla Polski politycznie i historycznie niekorzystna, a wręcz groźna. Jedynie słuszną reakcją na ukraińskie roszczenia, są nasze własne, dzięki czemu będziemy szachować antypolski, banderowski reżim.

Ukraina ostatnio gromadziła dowody, aby domagać się od Polski reparacji i ziemi

Ukraina przez ostatni rok gromadziła dowody, aby domagać się od Polski reparacji i ziemi

Andrzej Korybko, 7 września 2026 r.

korybko/ukraine-has-spent-the-past-year-building

Patriotyczni polscy aktywiści dopiero teraz odkryli, co po cichu robi Ukraina.

Niezależny dziennikarz Konrad Rękas pod koniec sierpnia zwrócił uwagę na ustawę, którą Ukraina po cichu uchwaliła w lipcu 2025 roku, dotyczącą komunistycznej „ Akcji Wisła ”. Doprowadziła ona do deportacji Słowian Wschodnich identyfikujących się jako Ukraińcy [lub siłą za takich uznanych.. Znam osobiście takich. M. Dakowski] do odrodzonej Republiki Sowieckiej oraz przymusowego przesiedlenia pozostałych na byłe tereny kontrolowane przez Niemcy, które Polska nazywa Ziemiami Odzyskanymi. Ustawa uznaje tę operację za przestępstwo i zobowiązuje państwo do przywrócenia „praw” swoim obywatelom.

Niedługo potem polski dziennikarz Radosław Patlewicz udostępnił artykuł ze swojej strony Magna Polonia o tym, jak „ Ukraina przygotowuje roszczenia do ziem polskich ”, co odzwierciedlało obawy Rękasa. Nowo odkryta świadomość ubiegłorocznego prawa uwiarygodnia scenariusz, w którym powojenna Ukraina albo formalnie zgłasza roszczenia do południowo-wschodniej Polski, albo nieoficjalnie wspiera ultranacjonalistów – w tym traumatyzowanych weteranów , zarówno w Polsce, jak i za granicą – którzy mogliby działać na własną rękę, aby te roszczenia wysuwać.

W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania ma na celu zrównanie „Operacji Wisła” z ludobójstwem wołyńskim , a jej celem jest wpojenie Polsce poczucia winy i skłonienie jej do normalizacji stosunków z Ukrainą po tym, jak niedawna gloryfikacja sprawców tego ludobójstwa, OUN-UPA, przez Zełenskiego na szczeblu państwowym , pogorszyła ich sytuację. W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania może doprowadzić do wspomnianego scenariusza powojennej ukraińskiej wojny hybrydowej z Polską. Oto dziesięć informacji, które w różnym stopniu poruszają tę wiarygodną możliwość:

* 6 sierpnia 2023 r.: „ Prognoza Kijowa dotycząca rywalizacji z Polską po konflikcie źle wróży stosunkom dwustronnym

* 4 czerwca 2024 r.: „ Czy Polska obawia się, że Ukraina pewnego dnia wystosuje wobec niej irredentystyczne roszczenia?

* 31 października 2024 r.: „ Mapa Polski w formie shitpostu sprowokowała szefa OUN do ostrzeżenia, że ​​„Polacy igrają z ogniem”

* 20 września 2025 r.: „ Ambasador Ukrainy w Polsce przyznał, że jego współwyznawcy nie chcą się asymilować

* 7 października 2025: „ Wkrótce w polskim Sejmie może powstać ukraińskie lobby etniczne

* 24 października 2025 r.: „ Podżeganie do terroryzmu przez Osamę bin Sikorskiego grozi Polsce odwrotnym skutkiem

* 1 stycznia 2026: „ Nic dziwnego, że popularny ukraiński portal ubolewa nad utratą „Zakerzonii” na rzecz Polski

* 18 maja 2026 r.: „ Projekt Trident ma na celu powstrzymanie fali przestępczości ukraińskiej w Polsce po konflikcie

* 25 czerwca 2026: „ Przemysław Piasta ma rację: Ukraina po konflikcie będzie stanowić poważne zagrożenie dla Polski

* 29 czerwca 2026 r.: „ Starszy sierżant ukraiński groził Polsce atakami dronów na jej miasta

Wybitny polski ekspert ostrzegał, że Ukraina może obarczyć Polskę winą za straty poniesione przez Rosję ” na początku tego lata, więc nie można wykluczyć, że wywołana przez państwo wściekłość Ukraińców na Polskę może być skierowana przeciwko tej irredentystycznej sprawie, mającej na celu odwrócenie uwagi od niepowodzeń ich rządu i Zachodu.

Mogłaby również utwierdzić ludzi w przekonaniu, że mogliby zrekompensować straty terytorialne poniesione przez Rosję, odzyskując ziemie z dzisiejszej Polski, do których rościło sobie prawa ich krótkotrwałe państwo po I wojnie światowej.

Nawet jeśli nie dojdzie do wojny, cicha prawno-polityczna kampania Ukrainy przeciwko Polsce może nadal zostać wykorzystana do wymuszenia ustępstw społeczno-ekonomicznych, takich jak przywrócenie programów przyznających Ukraińcom w Polsce prawa równoważne Polakom i/lub reparacje.

Chodzi o to, że ta kampania nie została rozpoczęta bez powodu i niemal na pewno stanie się głośną sprawą w okresie powojennym, niezależnie od tego, czy Polska pokona wspieraną przez Niemcy Ukrainę w walce o przywództwo w regionie .

Polska mogłaby zapobiec temu scenariuszowi poprzez masowe deportacje Ukraińców, a jednocześnie wzmocnić obronę przeciwdronową i rozszerzyć swoją „ Tarczę Wschodnią ” na granicę z Ukrainą.

Prawdopodobnie jednak tego nie zrobi, ponieważ państwo wciąż „nie zdaje sobie sprawy” z zagrożenia terytorialnego ze strony Ukrainy. Z tego powodu obowiązkiem patriotycznych Polaków jest dalsze podnoszenie świadomości na ten temat, co może doprowadzić do tego, że jedna z partii opozycyjnych potraktuje to poważnie i przynajmniej poinformuje o tym sojuszniczego prezydenta Karola Nawrockiego.

Zmarł ks. Stanisław Małkowski

Zmarł ks. Stanisław Małkowski 

8 września 2026

W nocy 7 września 2026 roku w wieku 82 lat zmarł ks. Stanisław Małkowski, działacz opozycji demokratycznej i kapelan “Solidarności”. Szczegóły pogrzebu zostaną podane w późniejszym terminie

Ks. Stanisław Małkowski był działaczem opozycji demokratycznej, kapelanem “Solidarności”, ale też socjologiem i publicystą. Urodził się 29 lipca 1944 roku w Woli Korytnickiej koło Węgrowa. Był absolwentem Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie wstąpił w 1970 roku, a święcenia kapłańskie otrzymał cztery lata później, 22 grudnia 1974 roku, z rąk biskupa pomocniczego warszawskiego Zbigniewa Kraszewskiego. 

Jako wikariusz i rezydent posługiwał w parafiach warszawskich i pozawarszawskich m.in. w parafii Bożego Ciała na Kamionku, w Skierniewicach, Ząbkach, w parafii św. Jozafata w Warszawie i parafii Matki Bożej Królowej Świata w Warszawie. W połowie lat siedemdziesiątych wstąpił do nowicjatu w Zakonie Kaznodziejskim (Dominikanie), ale po roku powrócił do posługi kapłana diecezjalnego. 

Od lat 60. XX wieku był zaangażowany w działalność opozycyjną, za którą Służba Bezpieczeństwa wielokrotnie go zatrzymywała i przesłuchiwała. 

W seminarium poznał ks. Jerzego Popiełuszkę, z którym się zaprzyjaźnił, a później został jego współpracownikiem. Od 1982 roku wraz z ks. Popiełuszką odprawiał słynne Msze Święte w intencji Ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.  

11 listopada 2021 roku ks. Stanisław Małkowski został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Najwyższe odznaczenie państwowe duchowny otrzymał „w uznaniu znamienitych zasług w pracy duszpasterskiej, za bohaterską postawę kapelana „Solidarności” wspierającego słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, stojącego po stronie dobra i prawdy w obronie niezbywalnych praw człowieka”.  

Od lipca 2022 roku jako emeryt zamieszkał w domu rodzinnym na terenie Diecezji Warszawsko-Praskiej.  [Nie, od „zawsze” mieszkał w swoim domu na Saskiej Kępie… MD]

=============================

To dane Archidiecezji Warszawskiej.

Muszę więc dodać ukryte przez nich:

Na liście SB „do odstrzału” w latach 80-tych był pierwszy, przed ks. Jerzym Popiełuszką. Ale jakoś im „nie wyszło”. Szybko i daleko odszedł od „michniko-kuroni”. Był bardzo źle widziany przez urzędników kurii za swe odważne, bardzo pobożne, patriotyczne kazania, tak przed, jak i po 1989-tym. . No i bardzo nie lubił, unikał „novusa„. Nie dawali Mu parafii. Usunięto go z pracy w parafii św. Patryka na Gocławiu, gdzie był księdzem wspomagającym. W diecezji warszawsko-praskiej, na terenie której mieszka, decyzją kurii odebrano mu prawo głoszenia kazań, prawo spowiadania oraz przyzwolono mu jedynie na odprawianie mszy świętych koncelebrowanych w parafii na Saskiej Kępie.

M. inn. był „zesłany” jako pomocnik księży na cmentarz „Wólka Węglowa”, gdzie przez tamtejszych był brutalnie pomiatany. Żartował: „poznaję tyle nowych twarzy”… Czasem był zmuszany do dodatkowej, wielogodzinnej pracy, gdy szefowie mieli, nie kryjąc się, wielogodzinny bibki pederastyczne.

Wręczałem Kanclerzowi Metropolii Warszawskiej pokorne [bardzo] pismo wiernych, by przewrócić Księdza do którejś z parafii Starego Miasta, czy Śródmieścia. Gdy usłyszał, o kogo chodzi, zobaczyłem „stalowy” błysk w oczach dostojnika – i usłyszeliśmy natychmiastową odmowę.

=============================================

W tym czasie świeccy pracownicy tego cmentarza donosili z przerażeniem o pederastycznych orgiach tam się zdarzających. Relacje te zostały przekazane do Kurii Metropolitalnej, bez SKUTKU.

========================================

Był kapelanem Gaudium Vitae, organizacji opiekującej się samotnymi, porzuconymi i bezradnymi matkami.

Był kapelanem Ruchu Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Ofiarnym kapelanem więźniów, wysyłał im mnóstwo czasopism [widziałem u Niego w domu, jak godzinami pakował]. Wysyłał złodziejom, mordercom, gwałcicielom. „Ale tylko tym, którzy mnie o to proszą” – wyjaśniał. – Łapownikom, defraudantom też? – pytałem żartobliwie. Pomyślał: – a tak, dyrektorom też..,” MD

Współzałożyciel i kapłan Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę.

==========================

Od 1982 roku wraz z ks. Popiełuszką odprawiał słynne Msze Święte w intencji Ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

Złożenie wieńca przy włocławskiej tamie, gdzie 30 października 1984 roku wyłowiono z zalewu na Wiśle ciało ks. Jerzego Popiełuszki, fot. PAP/Jerzy Kośnik

=====================================

W 2006 roku prezydent Lech Kaczyński uhonorował go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

11 listopada 2021 roku ks. Stanisław Małkowski został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Orderem Orła Białego. Najwyższe odznaczenie państwowe duchowny otrzymał „w uznaniu znamienitych zasług w pracy duszpasterskiej, za bohaterską postawę kapelana „Solidarności” wspierającego słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, stojącego po stronie dobra i prawdy w obronie niezbywalnych praw człowieka”.

Protest głodowy: W Obronie Polskich Dzieci przed Demoralizacją i Wynarodowieniem

Protest głodowy:

W Obronie Polskich Dzieci

Przed Demoralizacją

i Wynarodowieniem

Autor: Józef Wieczorek , 8 września 2026

Protest głodowy  “W Obronie Polskich Dzieci Przed Demoralizacją i Wynarodowieniem”

We wtorek 8.09. 2026 r. Jan Karandziej, członek Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, od 1980 r. Komitetu Założycielskiego WZZW wraz ze Stanisławem Oroniem, przewodniczącym Organizacji Terenowej NSZZ „Solidarność” Emerytów i Rencistów Kolejowych w Lublinie, rozpoczęli w siedzibie NSZZ Solidarność w Częstochowie

PROTEST GŁODOWY W OBRONIE POLSKICH DZIECI

PRZED DEMORALIZACJĄ I WYNARODOWIENIEM

Jan Karandziej

Urodzony 15.05.1955 r. w Waczy w Karelii.

Działacz Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, które swoją działalnością doprowadziły do strajków w Gdańsku w 1980 r. i w końcu do powstania “Solidarności.”

W 2018 r. mówił o tym prezes IPN Jarosław Szarek: – Nie byłoby wolności i Solidarności bez was, bez waszej odwagi i wysiłku.

Uczestnik wielu akcji i manifestacji protestacyjnych przeciw władzom komunistycznym. Wielokrotnie aresztowany i zwalniany z pracy za swoją działalność antykomunistyczną.

Uczestnik głodówki o zwolnienie więźniów politycznych – maj 1980 r. w Podkowie Leśnej.

Od maja 1980 r. członek Komitetu Założycielskiego WZZW, kierownictwa tej organizacji (Razem z Andrzejem Gwiazdą, dwaj ostatni).

Współtwórca apelu wzywającego do obrony Anny Walentynowicz, zwolnionej ze stoczni. Współorganizator strajku w Jej obronie.

W sierpniu 1980 przywódca strajku w Gdańskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych. Po strajkach drukarz w drukarni Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego (MKZ) NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przywrócony do pracy w stoczni pod koniec 1980 r.

W 1981 r powrócił do pracy w drukarni “S” we Wrzeszczu, następnie podjął pracę w drukarni “S” Portu Gdańskiego. Tam zastał go stan wojenny. Załoga gdańskiego portu strajkowała najdłużej spośród trójmiejskich przedsiębiorstw. Drukarnia pracowała do końca strajku.

Ukrywał się do 30 grudnia. Namierzony i aresztowany, ostatecznie został internowany w Strzebielinku. Zwolniony 24.07.1982 r.

W marcu 1983 r. emigrował do Berlina Zach., a jesienią 1984 r. do Kalifornii. W czasie pobytu w Kalifornii, wraz z żoną, założył i prowadził bibliotekę polską. Był współzałożycielem i redaktorem biuletynu informacyjnego ‘Wiadomości”. Uczestniczył w fundacji zbierającej pieniądze na pomoc dla prześladowanych w Polsce działaczy niepodległościowych.

Do Polski powrócił 1989 r.

Uczestnik protestu głodowego o przywrócenie nauczania historii w szkołach – kwiecień 2012 r. w Częstochowie. W 2024 – inicjator i uczestnik protestu głodowego przeciw przetrzymywaniu w areszcie ks. Olszewskiego, p. Urszuli i p. Karoliny – urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości.

Wciąż aktywny w działaniach na rzecz niepodległości Polski.

Odznaczenia: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (2017), medal “Pro Patria”, “Medal Komisji Edukacji Narodowej”, Krzyż Wolności i Solidarności (2018).

Stanisław Oroń

Urodzony w Nałęczowie w 1957 r., uczestnik i członek Komitetu Strajkowego w Lokomotywowni i Węźle PKP Lublin w dniach 16-19.07.1980 r.  a od 18.08 tego roku – skarbnik nowo wybranej Rady Zakładowej Związków Zawodowych Pracowników Kolejowych Lokomotywowni PKP Lublin. 2.09. 1980 r. uczestniczył Oroń w delegacji tejże Rady Zakładowej do Komitetu Strajkowego w Gdańsku, która przekazała strajkującym dobrowolne składki od załogi Lokomotywowni w kwocie 70 tys zł. W listopadzie 1980 r., po przekształceniu się Rady Zakładowej w Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”, wszedł w skład Prezydium Komitetu z zachowaniem funkcji skarbnika. 25.11. 1980 r. brał udział w Strajku Ostrzegawczym zorganizowanym w Lokomotywowni PKP. Po wprowadzeniu stanu wojennego, aktywnie uczestniczył w pracach nielegalnej wtedy Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Węzła PKP.  Rozpowszechniał wśród załogi podziemne wydawnictwa. Brał udział w manifestacjach i uroczystościach patriotyczno-religijnych w Lublinie, Warszawie-Żoliborzu i na Jasnej Górze. Do udziału w nich przekonywał też innych kolejarzy. 30.05. 1983 r., przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski, odnowił znajdujący się na terenie Lokomotywowni Pomnik-Krzyż, upamiętniający strajki kolejarskie w lipcu 1980 r. Z tego powodu wszczęte zostało przeciw niemu postępowanie służbowe. Mimo to, wspólnie z innymi, dbał o to miejsce pamięci. W ramach represji za podejmowane działania, pod koniec grudnia 1984 r., został zwolniony z pracy w Lokomotywowni PKP Lublin.

Od 12 lat należy Stanisław Oroń do Organizacji Terenowej NSZZ „Solidarność” Emerytów i Rencistów Kolejowych W Lublinie, w której dużą grupę stanowią uczestnicy strajku z 1980 r. W bieżącym roku został jej przewodniczącym a od 10 lat jest sztandarowym. Należy również do Stowarzyszenia Represjonowanych w Stanie Wojennym, oddział w Lublinie. Uczestniczy jako przedstawiciel obu organizacji, w uroczystościach państwowych i religijnych.

Odpowiadając tym, którzy nadal wierzą, że „covid” istnieje…

Odpowiadając tym, którzy nadal wierzą, że „covid” istnieje…

Spróbujmy sobie przypomnieć, jak smakował zdrowy rozsądek, gdy był czymś oczywistym, a nie tylko miłą niespodzianką. Przypomnijmy sobie, że ludzie chorowali na grypę przed covid-19, przed laboratoriami biologicznymi, przed Faucim, zanim jeszcze narodziła się cywilizacja. I niektórzy z nich przeszli ją naprawdę ciężko. I przypomnijmy sobie – i dr Nass – że gdyby ten sam tydzień przydarzył się jej w 2018 roku, określenie tego mianem wojny biologicznej lub wirusa genetycznie zmodyfikowanego byłoby uznane za kompletnie szalone.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org 8 września 2026

Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

Odpowiadając tym, którzy nadal wierzą, że „covid” istnieje…

Oficjalne stanowisko OffGuardian w sprawie tzw. „pandemii” covid – uzasadnione i udokumentowane w naszym cyklu „40 faktów” – jest takie, że nie istniała żadna nowa ani odrębna choroba, a wszystkie choroby oznaczone jako „covid” były wynikiem reklasyfikacji regularnych chorób endemicznych, zbiorczo znanych jako „choroby grypopodobne” (ILI).

Bez ponownego rozpatrywania sprawy w całości, można stwierdzić, że objawy „covid” są klinicznie nieodróżnialne od choroby grypopodobnej, współczynnik zgonów na „covid” jest podobny do współczynnika choroby grypopodobnej, a poza tym wystąpił całkowity statystyczny zanik grypy sezonowej podczas tzw. „pandemii”.

W ciągu ostatnich kilku dni doszło do konfliktu między nami a niektórymi sceptykami covid-19, którzy twierdzą, że covid-19 istnieje i – co więcej – został najprawdopodobniej stworzony w laboratorium.

Mówiąc dokładniej, starliśmy się z ludźmi, którzy twierdzili, że zostali zarażeni covid-19 i że to „coś więcej niż tylko grypa” – lub jakąś odmianą tych słów oznaczającą mniej więcej to samo.

Ale dlaczego? Na czym polega konflikt? I jak możemy pogodzić te dwa stanowiska?

Najpierw może powinniśmy zająć się słowami „tylko grypa”. Co oznacza „tylko grypa”? Grypa może być bardzo poważna. Można umrzeć na „tylko grypę”. Zabija ona setki tysięcy, a nawet miliony ludzi każdego roku.

Przepraszam, powinienem wyjaśnić – każdego roku z wyjątkiem lat 2020-2022.

Co roku (z wyjątkiem lat 2020–2022) ponad MILIARD ludzi zapada na przeziębienie, grypę lub jakąś odmianę sezonowej infekcji układu oddechowego, zbiorczo zwaną „chorobą grypopodobną”.

Nawet najzdrowszy dorosły z pewnością zachoruje w ten sposób kilka razy w swoim życiu.

Każdego roku jakaś część tych miliardów ludzi będzie „chorować tak ciężko jak nigdy przedtem”, będzie miała nietypowe objawy lub będzie cierpieć na długotrwałe zmęczenie po przebytym wirusie.

To są fakty znane od lat, a nawet od dziesięcioleci.

Każdy powinien porównać te fakty z własnym doświadczeniem bycia poważnie chorym.

Najgorsze, co mnie spotkało, to nagła, bardzo wysoka temperatura, całkowita utrata głosu (nie chrypka, po prostu nie mogłem w ogóle wydawać dźwięków i powrót do normy zajął mi kilka tygodni) i zmęczenie, które utrzymywało się przez wiele miesięcy.

Ponieważ przydarzyło mi się to w 2017 roku, to była jedna z tych rzeczy, które się po prostu zdarzają. Miałem grypę, która dała mi się we znaki w dziwny sposób. Każdy ma taką historię.

Gdyby przydarzyło mi się to w 2020 roku, prawdopodobnie pomyślałbym, że to jakaś nowa, szczególna choroba.

Ale to nie byłby dowód, tylko moja osobista anegdota, czasowo pokrywająca się z propagandą, podczas gdy miliardy podobnych anegdot już nie.

Kiedy opublikowałem to na X, zostałem rzucony na głęboką wodę następującymi słowami:

Czy naprawdę sugerujesz, że covid był oszustwem?

Generalnie nie przepadam za słowem „oszustwo”. Ale mówiąc najogólniej, covid BYŁ oszustwem. Wiemy, że fałszowali, pytanie brzmi, jak bardzo.

Wiemy, że fałszowali liczbę zgonów, zmieniając definicje,

wiemy, że fałszowali przypadki za pomocą wadliwych testów,

wiemy, że przesadzili z liczbą pacjentów w szpitalach, zmniejszając liczbę łóżek,

wiemy, że osadzili w mediach społecznościowych nieistniejące osoby, opowiadające anegdoty, które nigdy nie miały miejsca.

Każdy sceptyk przyznaje, że zjawisko covid-19 zawierało fałszywe elementy. Debata dotyczy jedynie ich ilości i intensywności.

Moim zdaniem twierdzenie, że zgony były fałszywe, przypadki były fałszywe, testy nie działały, ale choroba była prawdziwa, jest wysoce nielogiczne.

Wzmocnienie tego argumentu stwierdzeniem „Miałem covid-19, po prostu czułem się inaczej” staje się nieracjonalne.

W świecie medycyny młodych lekarzy uczy się, że „gdy słyszysz tętent kopyt, myśl o koniach, nie o zebrach”.

Oznacza to, że najczęstsze wyjaśnienie jest zazwyczaj prawidłowe, bez egzotycznych dowodów, nie zakładaj egzotycznych odpowiedzi. Medyczna brzytwa Ockhama.

A jednak jesteśmy otoczeni przez już wcześniej sceptycznie nastawionych ludzi, którzy upierają się, że nie tylko odgłos kopyt NA PEWNO NALEŻY do zebr, ale jednocześnie do zebr, które akurat nie różnią się od koni.

A wszystkie konie zniknęły.

„To nie była grypa, to była broń biologiczna stworzona metodą inżynierii genetycznej, która dawała takie same objawy i była tak samo śmiertelna jak grypa”.

„To nie koń, to duża brązowa zebra bez pasów.”

Włączając się do debaty, znana lekarka dr Meryl Nass opublikowała na SubStack artykuł zatytułowany:

Milczałam – chyba przez ostatni tydzień miałem tegoroczną wersję covid-19. Zamierzam to opisać, zwłaszcza dla tych, którzy nie wierzą, że on istnieje.

W którym szczegółowo opisuje swoją 7-dniową walkę z „covidem” i jego objawy…

  • Katar
  • (ostry) ból gardła
  • zmęczenie
  • gorączka
  • dreszcze
  • nudności i utrata apetytu
  • dezorientacja i mgła mózgowa

…te objawy oczywiście nie są charakterystyczne tylko dla covid-19. Nie są charakterystyczne dla CZEGOKOLWIEK. Każdy z nas miał jeden lub wszystkie z nich wielokrotnie.

To kiepski tydzień. Silne przeziębienie albo dość łagodna grypa. Sama dr Nass przyznaje, że to niekoniecznie był „covid”…

Jasne, może to nie był covid… Może to nie był koronawirus, a coś innego.

Cóż. Tak, rzeczywiście – być może, ale to tylko być może, była to jedna z ponad 200 rzekomo zidentyfikowanych infekcji wirusowych, które mogą wywołać silne przeziębienie.

Gdyby się tego trzymała, nie byłoby to aż tak dziwne.

Ale tego nie zrobiła. Nie. Ta rzekomo sceptyczna lekarka kończy swoją relację z tygodniowej choroby (podkreślenie nasze)…

…teraz nie ma powodu, żeby nie pytać, czy (również) został on zaprojektowany. Czy wirus, który mnie zaatakował, był naturalną mutacją wirusa covid? A może naturalną mutacją jakiegoś innego wirusa? A może nie? W jakim stopniu dżin broni biologicznej opuścił butelkę? Powinniśmy zadać to pytanie.

Na co jedyną rozsądną odpowiedzią jest – nie, Meryl, naprawdę nie powinniśmy w tych paranoicznych czasach i na podstawie absolutnie zerowych dowodów wszczepiać ludziom do głów idei, że ich zwykłe przeziębienia mogą być bronią biologiczną.

Jaki jest tego ostateczny cel? Bezkształtny strach dla samego strachu?

Czyż nie tego właśnie chcieli autorzy narracji o „pandemii”? Ludności żyjącej w strachu?

Spróbujmy sobie przypomnieć, jak smakował zdrowy rozsądek, gdy był czymś oczywistym, a nie tylko miłą niespodzianką. Przypomnijmy sobie, że ludzie chorowali na grypę przed covid-19, przed laboratoriami biologicznymi, przed Faucim, zanim jeszcze narodziła się cywilizacja. I niektórzy z nich przeszli ją naprawdę ciężko. I przypomnijmy sobie – i dr Nass – że gdyby ten sam tydzień przydarzył się jej w 2018 roku, określenie tego mianem wojny biologicznej lub wirusa genetycznie zmodyfikowanego byłoby uznane za kompletnie szalone.

Oszustwo związane z covid-19 opierało się na prostym algorytmie: weź zwyczajny sezon grypy i kłam na jego temat, aż stanie się przerażający.

Używanie tego jako podstawy do reinterpretacji przeciętnych doświadczeń życiowych jako nowych i groźnych tylko dlatego, że „masz jakieś przeczucie” na ich temat, oznacza uleganie tym kłamstwom i uleganie planom, z którymi walczymy od sześciu lat.

_______________

Replying to those who still believe “Covid” exists…, Kit Knightly, Sep 7, 2026

Więcej: C-19

Dron „zestrzelony” gołymi rękami. Pod fałszywą flagą? – ukraiński dziennikarz podważa oskarżenia Berlina wobec Rosji.

Obraz symbolu za pośrednictwem depositphotos.com

Pod fałszywą flagą? – ukraiński dziennikarz podważa oskarżenia Berlina wobec Rosji, przedstawiając szokujące zeznania.

Rząd niemiecki obarcza Rosję odpowiedzialnością za próbę zamachu bombowego na lotnisku Lipsk/Halle i podejmuje działania dyplomatyczne. Jednak ukraiński dziennikarz, powołując się na pracownika lotniska, opisał ciąg zdarzeń, który podważa publicznie przedstawioną wersję wydarzeń. Jeśli ta wersja wydarzeń okaże się prawdziwa, cały łańcuch dowodowy związany z tym incydentem będzie musiał zostać ujawniony i ponownie oceniony.

1 września rząd niemiecki oświadczył, że Rosja stoi za próbą ataku dronów na lotnisko Lipsk/Halle w sierpniu. W odpowiedzi Berlin ogłosił między innymi zamknięcie rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie. Moskwa zaprzecza tym oskarżeniom. To, co zaczęło się jako śledztwo, które nie było jeszcze w pełni transparentne dla opinii publicznej, przerodziło się w kryzys polityki zagranicznej.

Ukraiński dziennikarz Anatolij Szarij podważa tę wersję wydarzeń. W artykule opublikowanym 6 września cytuje anonimowego pracownika lotniska, który twierdzi, że był naocznym świadkiem incydentu. Relacja tego pracownika różni się w kluczowych punktach od narracji prezentowanej dotychczas przez polityków i media.

Według doniesień dron został „zestrzelony” gołymi rękami.

Według źródła, do zdarzenia doszło w nocy podczas załadunku i rozładunku samolotu transportowego na płycie postojowej nr 2. Obsługiwane są tam m.in. samoloty DHL; na terenie lotniska stacjonują również samoloty Antonow.

Pracownicy lotniska wielokrotnie obserwowali drony w tym rejonie, szczególnie w pobliżu drogi S8a, biegnącej wzdłuż terenu lotniska. Znajduje się tam wyjście awaryjne oraz obszar z widokiem na pas startowy, gdzie obserwatorzy samolotów okazjonalnie robią zdjęcia w nocy.

Tym razem mały dron przeleciał nietypowo blisko samolotu transportowego podczas operacji załadunku, a następnie znalazł się na odległość pozwalającą dotknąć pracownika. Nikt z obecnych nie widział dokładnie, skąd dron się wziął. Pracownik następnie zmusił urządzenie do opadnięcia na ziemię i przytrzymał je, uszkadzając przy tym śmigła. Następnie zgłosił przez radio, że dron jest na ziemi.

Gdyby ta sekwencja zdarzeń się potwierdziła, byłby to niezwykły szczegół: pracownik rzekomo zabezpieczył urządzenie, później opisane jako dron wybuchowy, gołymi rękami.

Nie dowodzi to jednak, że nie było tam ładunku wybuchowego. Kluczowe pytanie brzmi, co pracownik faktycznie mógł zobaczyć i co ujawniła późniejsza analiza kryminalistyczna.

Dlaczego policja, specjaliści i ekipy telewizyjne tak szybko pojawiły się na miejscu zdarzenia?

Źródło było szczególnie zaskoczone tym, co wydarzyło się bezpośrednio po nadaniu komunikatu radiowego. W ciągu kilku minut na miejscu zdarzenia pojawili się policjanci, specjaliści od rozbrajania ładunków wybuchowych, strażacy, ekipy telewizyjne i specjalistyczny sprzęt, w tym robot.

Pracownik uważa tę prędkość za nietypową. Lotnisko znajduje się około 20 kilometrów od Lipska; dostęp do strefy bezpieczeństwa jest kontrolowany i wymaga odpowiedniego upoważnienia. Jego zdaniem samo zorganizowanie dostępu dla personelu zewnętrznego powinno zająć trochę czasu.

Nasuwa się zatem uzasadnione pytanie: kiedy tak naprawdę powiadomiono służby ratunkowe, gdzie wówczas się one znajdowały i dlaczego przedstawiciele mediów tak szybko pojawili się na miejscu zdarzenia?

Szybka reakcja sama w sobie nie jest dowodem na zaaranżowane zdarzenie. Policja i straż pożarna mogły już być obecne na terenie lotniska lub w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Mogły również pojawić się wcześniejsze zgłoszenia dotyczące dronów, które wywołały alarm. Z tego właśnie powodu rejestry zdarzeń, godziny alarmów i dane dostępowe byłyby kluczowe dla odtworzenia przebiegu zdarzeń.

Skąd pochodzą domniemane materiały wybuchowe?

Najpoważniejsza rozbieżność dotyczy domniemanego ładunku wybuchowego. Źródło Sharij zaprzecza, jakoby pracownik, który zestrzelił drona, widział na nim detonator lub materiał wybuchowy. Według niej, opublikowane później zdjęcia, które rzekomo przedstawiają ładunki wybuchowe obok urządzenia, nie odpowiadają jego pierwotnemu stanowi w momencie znalezienia.

Wzmianka o czeskim Semtexie wzbudziła podejrzenia. Źródło opisuje drona jako małe, niedrogie urządzenie konsumenckie przeznaczone głównie do nagrywania filmów i zdjęć, i wątpi, czy mógł on przenosić jakikolwiek dodatkowy, znaczący ładunek.

To jest sedno całej sprawy. Kiedy odkryto ładunek wybuchowy? Czy był widoczny podczas pierwszego nalotu? Czy został odkryty dopiero w toku późniejszego śledztwa? I czy opublikowane zdjęcia dokumentują pierwotny stan dowodów, czy też ich późniejsze ułożenie?

Na te pytania nie można odpowiedzieć za pomocą oświadczeń politycznych, a jedynie weryfikowalną dokumentacją przejęcia i śledztwa. Ocena nośności drona dokonana przez pracownika nie zastępuje raportu technicznego. Podobnie, brak widocznego detonatora nie dowodzi, że na lub w urządzeniu nie znajdował się ładunek wybuchowy.

Incydent bezpieczeństwa prowadzi do eskalacji polityki zagranicznej.

Sprawa zyskuje na znaczeniu ze względu na swoje reperkusje polityczne. Rząd niemiecki publicznie pociągnął Rosję do odpowiedzialności i zapowiedział sankcje dyplomatyczne. Oznacza to, że nie chodzi już tylko o potencjalny incydent bezpieczeństwa na lotnisku, ale o oskarżenie mające poważne konsekwencje dla relacji między oboma państwami.

Właśnie z tego powodu standardy muszą być szczególnie wysokie. Jeśli rząd oskarża inne państwo o próbę zamachu bombowego, opinia publiczna powinna przynajmniej być w stanie zrozumieć istotę tego oskarżenia. Obejmuje to rodzaj materiału wybuchowego, parametry techniczne drona, zabezpieczone dowody oraz sposób, w jaki na ich podstawie ustalono powiązanie z Rosją.

Wyniki wywiadu nie zawsze mogą zostać w pełni opublikowane. Nie zwalnia to jednak rządu z obowiązku przedstawienia weryfikowalnych uzasadnień swoich wniosków, w miarę możliwości.

Wcześniejsze naruszenie ogrodzenia ujawniło kolejny problem bezpieczeństwa.

Sharij nawiązuje również do incydentu z 1 sierpnia 2024 roku, kiedy siedmiu aktywistów z „Ostatniego Pokolenia” wdarło się na teren lotniska Lipsk/Halle. W kilku miejscach przecięli zewnętrzne ogrodzenie bezpieczeństwa; pięciu z nich przykleiło się do dróg kołowania, a dwóch zostało wcześniej aresztowanych.

Poprzedni incydent dowodzi, że w przeszłości mogło dojść do naruszenia granic bezpieczeństwa lotniska. Nie oznacza to, że obecny incydent z udziałem drona miał miejsce w ten sam sposób. Podkreśla to jednak potrzebę dokładnego zbadania lokalnych luk w zabezpieczeniach i innych potencjalnych mechanizmów, zanim będzie można ostatecznie ustalić zaangażowanie państwa.

Brak udowodnionego zainscenizowanego wydarzenia – ale istnieje wyraźna potrzeba wyjaśnienia.

Sam Sharij twierdzi, że jego relacja nie stanowi dowodu na celową prowokację. To istotne rozróżnienie. Jak dotąd jedyną publicznie dostępną informacją jest oświadczenie anonimowego źródła. Jego tożsamości, dokładnej roli w incydencie i jego spostrzeżeń nie da się niezależnie zweryfikować.

Niemniej jednak, odrzucenie tej relacji wyłącznie na tej podstawie byłoby błędem. Zawiera ona konkretne, weryfikowalne szczegóły: miejsce zdarzenia, przebieg akcji ratunkowej, rzekomo niezwykle szybkie przybycie służb ratunkowych oraz rzekomą różnicę między pierwotnym stanem przedmiotu a zdjęciami opublikowanymi później.

Rząd niemiecki musi zatem nie tylko wyjaśnić, dlaczego obarcza Rosję odpowiedzialnością. Musi również wykazać, w jaki sposób zabezpieczono drona, kiedy odkryto ładunki wybuchowe i jakie dowody potwierdzają przypisanie tego faktu rządowi.

Gdyby oświadczenia pracownika lotniska się potwierdziły, obecny stan wiedzy publicznej byłby niepełny, przynajmniej w kluczowych aspektach. Jeśli okażą się fałszywe, można by to również wyjaśnić poprzez transparentną rekonstrukcję.

Niedopuszczalna byłaby sytuacja, w której wyciągane byłyby dalekosiężne konsekwencje w polityce zagranicznej, podczas gdy kluczowe pytania dotyczące łańcucha dowodowego pozostawałyby bez odpowiedzi.

Każdy, kto oskarża inne państwo o zamach bombowy, musi przedstawić coś więcej niż tylko polityczne wyjaśnienie. Musi przedstawić dowody.

Odkryto niemieckie finansowanie osiedli syjonistycznych. Powstają one tam, gdzie Palestyńczyków pozbawiono WODY.

Żołnierze Izraela strzegą żydowskiego osadnika, który rzuca kamieniami w Palestyńczyków zgromadzonych na zbiorze oliwek, Zachodni Brzeg, październik 2025r.

Odkryto niemieckie finansowanie osiedli syjonistycznych

Przez Kit Klarenberg

Pod przykrywką instytucji akademickich, rząd niemiecki potajemnie przekazywał miliony euro w latach 2017-2021 na wysoce dyskryminacyjny projekt, który ułatwiał rozbudowę osiedli syjonistycznych na okupowanym Zachodnim Brzegu. Pod jego auspicjami, fundusze publiczne i wyniki badań naukowych zostały wykorzystane na zasadniczo nielegalne i niemoralne przedsięwzięcie, stanowiące rażące naruszenie międzynarodowych zobowiązań Berlina, a także krajowych ograniczeń dotyczących badań naukowych. Ten wcześniej nieznany skandal to tylko jeden z aspektów otwartego i ukrytego wspierania przez Niemcy rozbudowy osiedli syjonistycznych i całkowitej zagłady Palestyny.

Oto szokujące wyniki wspólnego śledztwa trzech niemieckich organizacji studenckich działających na rzecz Palestyny, w tym „Not In Our Name”, „Academic Opposition” i „Academic Boycott Campaign Germany”. Ich raport to przełomowe dzieło, które krytycznie analizuje badania nad wodą finansowane przez państwo niemieckie we współpracy z instytucjami akademickimi syjonistycznego tworu. Ujawnia on cichy spisek o ogromnych rozmiarach, w który zaangażowanych jest kilka państwowych i quasi-państwowych instytucji w Berlinie i Tel Awiwie, finansujących badania naukowe na pozornie nieszkodliwych obszarach, ale które bezpośrednio sprzyjają syjonistycznym czystkom etnicznym i wywłaszczaniu ziemi w całej Palestynie.

Śledztwo koncentruje się na pojedynczym projekcie znanym jako „MedWater”, który powstał w wyniku tajnego sojuszu między niemieckim a izraelskim środowiskiem akademickim. Przez cztery lata Berlin finansował konsorcjum koordynowane przez Politechnikę Berlińską oraz uniwersytety w Getyndze i Würzburgu kwotą 1 818 348 euro. Cel został pomyślnie osiągnięty – opracowanie narzędzia do modelowania symulującego skutki dodawania lub usuwania wody ze studni. Funkcjonalność ta została zdefiniowana w bezpośrednich konsultacjach z izraelskimi władzami wodnymi, a gotowy produkt został dostarczony do krajowego przedsiębiorstwa wodociągowego w Tel Awiwie.

Syjoniści mają na oku starożytny zbiornik wodny w Dolinie Jordanu na Zachodnim Brzegu.

Narzędzie identyfikuje idealne lokalizacje do budowy nowych studni na obszarze, gdzie palestyńskie źródła wody są systematycznie niszczone, a Palestyńczykom odmawia się pozwoleń na wiercenie nowych studni. Jednolita część wód podziemnych znany jako Zachodni Górski Zbiornik jest największym i najbardziej produktywnym zbiornikiem wspólnym dla Izraela i okupowanego Zachodniego Brzegu. Palestyńczycy byli całkowicie nieobecni na sesjach roboczych projektu MedWater, które odbyły się w nielegalnie okupowanej Jerozolimie, i nie ma żadnych dostrzegalnych sposobów, w jakie Palestyńczycy mogliby lub mogliby skorzystać z tego projektu.

I to pomimo faktu, że konsorcjum otwarcie oświadczyło w wnioskach składanych niemieckim ministerstwom, że jego narzędzie ma na celu realizację szóstego Celu Zrównoważonego Rozwoju ONZ: „Osiągnięcie powszechnego i równego dostępu do bezpiecznej i niedrogiej wody pitnej dla wszystkich do 2030 roku”. Ukończony system MedWater został zaprezentowany na konferencji w Berlinie w październiku 2020 roku. Podczas publicznej demonstracji obliczono między innymi wpływ budowy czterech nowych studni w prowincji Hebron na Zachodnim Brzegu. Tylko osadnicy syjonistyczni mogli urzeczywistnić tę wizję w praktyce – o czym konsorcjum doskonale wiedziało.

Jeszcze bardziej obciążający jest fakt, że po zakończeniu projektu narzędzie zostało przekazane izraelskiej państwowej spółce wodociągowej Mekorot, która zarządza studniami w osiedlach syjonistycznych na Zachodnim Brzegu. Z kolei Palestyński Urząd Wodociągów, początkowo wymieniony jako partner MedWater, nie otrzymał żadnego kontraktu na podwykonawstwo i nie jest dziś publicznie wymieniony wśród beneficjentów. Nieujawnione wówczas i milcząco ukrywane od tamtej pory, to tylko jeden z niewytłumaczalnych sposobów, w jaki Niemcy wspierają syjonistyczne przedsięwzięcie, rozpoczęte już w 1967 roku, nastawione na ludobójstwo.

„Prawie niemożliwe”

W swojej opinii doradczej z lipca 2024 r. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jednoznacznie orzekł, że wszystkie państwa mają obowiązek „dokonywać rozróżnienia między terytorium Izraela a terytorium okupowanym od 1967 r. w stosunkach z Izraelem i nie udzielać żadnej pomocy ani wsparcia w celu utrzymania tej sytuacji”. Dekadę wcześniej Berlin najwyraźniej skodyfikował zobowiązanie do przestrzegania tej zasady w swoich relacjach z instytucjami akademickimi tworu syjonistycznego. Zgodnie z klauzulą ​​terytorialną, Niemcy teoretycznie nie będą finansować żadnych projektów badawczych poza granicami tego tworu sprzed 1967 r., a Tel Awiw nie będzie ubiegał się o takie projekty.

Zapytane, w jakim stopniu umowa Mekorot z MedWater jest choćby w przybliżeniu zgodna z klauzulą, berlińskie Ministerstwo Badań Naukowych argumentowało, że jej postanowienia jedynie ograniczają lokalizację siedziby partnerów badawczych. Ponieważ Mekorot ma siedzibę w Tel Awiwie, nie istniały żadne przeszkody prawne, regulacyjne ani pozornie etyczne dla niemieckiego rządu w finansowaniu projektu, pomimo dobrze udokumentowanej działalności przestępczej firmy na Zachodnim Brzegu od 1982 roku. W tym czasie syjonistyczne siły okupacyjne przekazały Mekorot zarządzanie całą lokalną infrastrukturą wodną, ​​którą kontrolowały na tym obszarze.

Klauzula terytorialna ewidentnie zawiera liczne, rażące luki, które zostały bezczelnie wykorzystane do umożliwienia całkowicie nielegalnej ekspansji osiedli syjonistycznych przy wsparciu państwa niemieckiego z daleka. Uderzające jest, że ta niejednoznaczność sama w sobie przeczy opinii doradczej Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Trybunał jednoznacznie wskazał, że zagrażające życiu ograniczenie dostępu Palestyńczyków do wody na terytoriach okupowanych przez podmiot syjonistyczny jest niezgodne z zobowiązaniami Tel Awiwu wynikającymi z prawa międzynarodowego. To może wyjaśniać, dlaczego MedWater, choć formalnie jawny, przez tak długi czas pozostawał praktycznie tajny.

Aby dotrzeć do sedna projektu, śledczy oparli się na szerokim zakresie informacji. Obejmowały one raporty MedWater złożone w niemieckim Ministerstwie Badań Naukowych – niektóre z nich nie były przeznaczone do publicznej publikacji i zostały opublikowane w formie ocenzurowanej – materiały prezentacyjne z licznych konferencji projektowych z fazy rozwoju, usunięte strony internetowe oraz recenzowane publikacje niemieckich i izraelskich uczestników. Do tej pory żadne z głównych mediów nie donosiło nie tylko o projekcie MedWater, ale także o nielegalnych inwestycjach państwa niemieckiego w akademickie projekty badawcze, które promują ekspansję osiedli syjonistycznych.

Inicjatywa mająca na celu poprawę zarządzania zasobami wodnymi mogłaby wydawać się nieszkodliwa gdziekolwiek na świecie. Jednak MedWater zrodził się w kontekście systematycznego, długotrwałego, syjonistycznego uniemożliwiania Palestyńczykom dostępu do wody, a także segregacyjnego systemu prawnego, który bezpośrednio wspiera osiedla żydowskie, szczególnie w odniesieniu do kluczowych zasobów naturalnych. W sierpniu 1967 roku, dwa miesiące po rozpoczęciu okupacji Zachodniego Brzegu, syjonistyczne siły okupacyjne wydały rozkaz wojskowy nr 92, przejmując tym samym pełną kontrolę nad zasobami wodnymi na nielegalnie kontrolowanym terytorium.

Trzy miesiące później, rozkaz wojskowy nr 158 ponownie zakazał Palestyńczykom na całym Zachodnim Brzegu budowy nowych urządzeń wodnych i/lub powiązanej infrastruktury bez uprzedniego uzyskania zgody syjonistycznych sił okupacyjnych (ZOF). Amnesty International uważa, że ​​uzyskanie takich zezwoleń jest „praktycznie niemożliwe”. Syjoniści, których celem jest pozbawienie Palestyńczyków wody, naturalnie nie podlegają takim ograniczeniom. Jednocześnie, przez ostatnie cztery i pół dekady, Mekorot systematycznie sabotował palestyńskie studnie, jednocześnie wykorzystując źródła wody na okupowanym Zachodnim Brzegu do zaopatrywania firmy i przestępczych osadników żydowskich.

Już samo to prowadzi do swoistego apartheidu w zakresie dziennego zużycia wody. Syjoniści, w tym osadnicy, zużywają średnio 247 litrów wody na osobę dziennie – trzy razy więcej niż Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu, którzy zużywają 82,4 litra. W społecznościach niepodłączonych do lokalnej sieci wodociągowej, palestyńskie zużycie wody spada średnio do zaledwie 26 litrów na osobę dziennie. Jest to zużycie porównywalne z tym obserwowanym na obszarach dotkniętych klęskami żywiołowymi. Co więcej, Mekorot regularnie odcina dopływ wody do społeczności palestyńskich, gdy zapasy się wyczerpują, na przykład latem.

„Europejskie DNA”

Strategia syjonistyczna jest przerażająco prosta: zneutralizować palestyńską kontrolę nad zasobami wodnymi Zachodniego Brzegu i stopniowo ograniczać im do nich dostęp, tworząc środowisko, w którym obszar ten staje się praktycznie niezamieszkany, a Palestyńczycy są zmuszeni do opuszczenia go. Badanie opublikowane wspólnie przez Organizację Narodów Zjednoczonych i Niemiecki Federalny Instytut Nauk o Ziemi i Zasobach Naturalnych pokazuje, że 212 milionów metrów sześciennych wody przepływa rocznie z Zachodniego Brzegu do Izraela. W raporcie zauważono również, że od 1967 roku Palestyńczykom „nie zezwolono na wywiercenie nawet jednej studni na ziemi”.

Od samego początku dyskryminacyjne przepisy i stale rosnąca grabież ziemi przez osadników coraz bardziej pozbawiały Palestyńczyków dostępu do innych podstawowych potrzeb. Stale rozrastająca się sieć punktów kontrolnych i blokad drogowych ZOF, w połączeniu z dyskryminacyjnymi, arbitralnymi ograniczeniami w przemieszczaniu się, wandalizmem, niszczeniem maszyn rolniczych, szklarni i dróg, a także brutalną przemocą ze strony sił okupacyjnych i osadników, sprawia, że ​​uprawa pól i hodowla zwierząt staje się dla rolników coraz bardziej niebezpieczna, jeśli nie wręcz niemożliwa. Palestyńskie rolnictwo zostało praktycznie zdziesiątkowane, a syjoniści dosłownie zbierają żniwo tych niszczycielskich konsekwencji.

Fakt, że te ludobójcze machinacje mogły trwać bez kontroli przez dziesięciolecia, świadczy o całkowitej bezkarności, z jaką Izrael działa dzięki swoim międzynarodowym sponsorom – a Niemcy są szczególnie przewrotnym przykładem. Są dumni z tego, że są jedynym krajem, który uczynił publiczne upamiętnienie swojej zbrodniczej przeszłości kamieniem węgielnym swojej zbiorowej tożsamości narodowej. Jednak tak wychwalana „kultura pamięci” Berlina niezmiennie oznacza odpokutowanie za historyczne grzechy poprzez promowanie i wspieranie podobnych współczesnych zbrodni – o ile są one popełniane przez syjonistyczny byt.

WaterMed to niewielka część znacznie szerszej, niewypowiedzianej infrastruktury sponsorowanego przez państwo ucisku i zagłady Palestyńczyków w Niemczech, utrzymywanej dzięki mało znanym partnerstwom i wspólnym projektom badawczym z uniwersytetami i instytucjami syjonistycznego tworu. Nowa inicjatywa „Academic Complicity” ujawnia, jak dziesiątki niemieckich instytucji szkolnictwa wyższego przez wiele lat prowadziły wysoce wątpliwe projekty – zarówno duże, jak i małe – które w taki czy inny sposób uzasadniały i wspierały nieustanną ekspansję osiedli. Można mieć nadzieję, że biorąc pod uwagę jasne krajowe i międzynarodowe zobowiązania prawne Berlina, doprowadzi to do pociągnięcia sprawców do odpowiedzialności i wyciągnięcia konsekwencji.

Więzy między Niemcami a bytem syjonistycznym są jednak tak głębokie i silne, że wykraczają poza trywialne rozważania prawne czy etyczne. W październiku 2025 roku były szef Mossadu Tamir Pardo wygłosił serię niezwykle wymownych oświadczeń, w których opisał, jak jego osobiste i zawodowe doświadczenia przekonały go, że „Niemcy mają dług wdzięczności wobec Izraela”. Wyjaśnił: „Nasze DNA jest znacznie bliższe europejskiemu niż amerykańskiemu”, ponieważ „większość Żydów, którzy osiedlili się w Izraelu, pochodziła z Europy… a nie z Ameryki Północnej”.

„Historia Europy jest częścią naszej tożsamości – w kontekście więzi rodzinnych, kultury, a nawet polityki. Granice Europy, wyznaczone przez wojny, nieustannie się przesuwały, a Europejczycy migrowali po całym kontynencie, osiedlając się w jednym miejscu, zanim przenieśli się do następnego. W tym sensie, a także pod względem głębi, dyskursu i historii, wszystko to jest nam bardzo bliskie i widoczne w każdej interakcji z niemieckimi partnerami”.

Źródło: Ujawniono niemieckie sponsorowanie osiedli syjonistycznych

Historyczne zwycięstwo AfD wywołuje szok w niemieckim establishmencie

Historyczne zwycięstwo AfD wywołuje szok w niemieckim establishmencie

Symplicjusz 8 września 2026 r. simplicius/afds-historic-win-sends-reverberations

Wczoraj wieczorem powszechnie krytykowana niemiecka partia AfD odniosła miażdżące i historyczne zwycięstwo. Zwycięstwo to jest już bagatelizowane przez wielu, ze względu na fakt, że Saksonia-Anhalt jest technicznie jednym z najmniejszych i najmniej znaczących landów Niemiec.
Chodzi jednak o coś więcej niż tylko o same liczby, ponieważ zwycięstwo to wyznacza punkt zwrotny nie tylko w niemieckiej, ale i europejskiej polityce i utrwala stopniowy upadek globalistycznej klasy rządzącej, która od dziesięcioleci desperacko próbuje powstrzymać ruchy populistyczne przed dojściem do władzy, w szczególności wykorzystując „Brandmauera”, czyli „zaporę ogniową”, do tłumienia tzw. skrajnej prawicy.

Zniszczenie tej zapory sieciowej jest wydarzeniem historycznym, nawet jeśli nastąpiło w tak pozornie nieistotnym stanie.

Oczywiście, istnieją również inne krytyczne uwagi. AfD jest postrzegana przez wielu jako rodzaj konia trojańskiego, niemiecka partia „MAGA” kierowana przez lesbijkę Alice Weidel. Mimo to, stanowi ona drastyczną utratę władzy przez elity i punkt zwrotny, który przełamuje pewnego rodzaju barierę psychologiczną, która jedynie doda energii innym partiom antyestablishmentowym, „skrajnie prawicowym” lub populistycznym w całej Europie.

Innym ubocznym skutkiem tego zwycięstwa jest to, że zmusiło ono rządzące Niemcy do powrotu do deski kreślarskiej i zweryfikowania swoich najbardziej niepopularnych polityk, np. w kwestii imigracji, aby dostosować się do wyraźnie zmieniających się trendów.

Merz wyraził „głęboki szok” wynikami wyborów, przewidując, że będą one miały poważne reperkusje dla całych Niemiec:

AfD zabrakło jednak zaledwie trzech mandatów do uzyskania „bezwzględnej większości”, która pozwoliłaby jej samodzielnie rządzić stanem. Niektórzy komentatorzy zwrócili uwagę na poważne „anomalie” w odniesieniu do głosowania korespondencyjnego w porównaniu z głosowaniem osobistym. Podobnie jak w bardzo nieregularnych wyborach w USA w 2020 roku, wszystkie partie poza AfD rzekomo zyskały na popularności dzięki nieproporcjonalnie dużej liczbie głosów korespondencyjnych:

Pan Bebo@MyLordBebo​🇩🇪🚨‼️

ANOMALIA W GŁOSOWANIU KORESPONDENCYJNYM. NIEKTÓRE PARTIE MAJĄ WIĘCEJ KART DO GŁOSOWANIA KORESPONDENCYJNEGO W 2026 ROKU NIŻ PODCZAS LOCKDOWNÓW ZWIĄZANYCH Z COVID-19. To nie ma sensu. Dlaczego więcej (lub taka sama liczba) osób miałoby głosować korespondencyjnie niż podczas histerii i lockdownów związanych z COVID-19? To logiczne, że mniej osób głosuje korespondencyjnie…

Lord Bebo @ MyLordBebo🇩🇪🚨‼️ ANOMALIA W GŁOSOWANIU KORESPONDENCYJNYM KAŻDA PARTIA Z WYJĄTKIEM AfD OSIĄGA WIĘCEJ GŁOSÓW KORESPONDENCYJNYCH NIŻ GŁOSÓW OSOBISTYCH! Wyborcy AfD nie lubią głosowania korespondencyjnego? Daj spokój. Jak to możliwe, że każda inna partia otrzymała więcej głosów korespondencyjnych niż głosów oddanych osobiście, i to z tak dużą przewagą? Gdybyśmy usunęli głosowanie korespondencyjne

13:27 · 7 września 2026 · 37,7 tys. wyświetleń


56 odpowiedzi · 381 repostów · 1,31 tys. polubień

Być może niektórzy będą twierdzić, że zwolennicy AfD są bardziej „staromodni” i wolą głosować osobiście, jak zaproponował jeden z plakatów:

Można to wytłumaczyć bez zbędnych ceregieli.

AfD namawia swoich wyborców, żeby się pojawili. Głosujący korespondencyjnie są starsi, mieszkają w miastach i mają większe uprawnienia. Wzrost w 2026 roku dotyczył byłych niegłosujących i byłych wyborców CDU w dniu wyborów.

To wciąż niszczy zaufanie. Dostajesz dwa ważne głosy, dwa miejsca w Niemczech, jeden numer.

Ale czy to naprawdę może wyjaśnić tak duże różnice widoczne na tym wykresie ?

comazo – Heimatliebe@ comazo2

@MyLordBebo Oto wykres pokazujący różnice między głosowaniem korespondencyjnym a głosowaniem osobistym

10:35 · 7 września 2026 · 51 tys. wyświetleń

==========================================

Oczywiście, tego typu partie populistyczne i antyestablishmentowe często krytykują głosowanie korespondencyjne i wprost nakłaniają swoich zwolenników do głosowania osobiście. Jednak nadal budzi to spore kontrowersje, zwłaszcza gdy różnice są tak oczywiste i zmierzają w dokładnie jednym „przewidywalnym” kierunku, co zdaje się zawsze mieć miejsce.

Zwycięstwo AfD oznacza kolejny ważny kamień milowy – fakt, że po raz pierwszy poparcie dla partii rządzącej w kraju spadło poniżej 20 procent, co umieszcza w kontekście tzw. „nieistotnego” rozmiaru Saksonii-Anhalt i wskazuje na większą zmianę zachodzącą w Niemczech:

Połączyć

Częściowo wynika to oczywiście z powszechnego niezadowolenia społeczeństwa z rządu federalnego, co widać w sondażach takich jak ten poniżej, który wskazuje, że 88% respondentów jest mu przeciwnych:

Połączyć

Tymczasem AfD cieszy się rosnącym poparciem w wielu innych krajach związkowych:

Xavi Ruiz@ xruiztruAfD osiąga w Niemczech bezprecedensowy poziom poparcia. Po zdobyciu 43,8% w Saksonii-Anhalt, AfD osiąga również blisko lub powyżej 40% w Saksonii i Turyngii. Jej wzrost jest największy na wschodzie kraju, ale rosnące poparcie w krajach związkowych z zachodu pokazuje, że zasięg partii się rozszerza.

14:12 · 7 września 2026 · 23,5 tys. wyświetleń

============================================

W środowisku panuje panika moralna, a główne media stosują standardowe taktyki straszenia, dotyczące wzrostu tzw. „skrajnej prawicy”, określenia uznawanego przez większość za bezpodstawne w odniesieniu do AfD:

https://www.theguardian.com/commentisfree/2026/sep/07/afd-win-germany-far-right-europe-democracy

W powyższym tekście autorzy podkreślają, że partie skrajnie prawicowe zaczynają dominować w Europie, a budowanie koalicji i sztuczna taktyka budowania przewagi nie działają już tak, jak kiedyś:

Chociaż Saksonia-Anhalt, i ogólnie Niemcy Wschodnie, stanowią skrajny przypadek, odzwierciedlają podobne tendencje w pozostałej częściEuropy.Partie skrajnie prawicowe rosną w siłę, stare, dominujące partie są dziesiątkowane, a systemy partyjne rozdrobnione. W rezultacie tworzenie koalicji staje się coraz bardziej skomplikowane, zwłaszcza jeśli chcemy utrzymać skrajną prawicę z dala od władzy.W wielu krajach, landach i miastach większość partii demokratycznych musi rządzić wspólnie, aby wykluczyć skrajną prawicę. Często prowadzi to do nieefektywnych i niestabilnych koalicji, co z kolei podsyca jeszcze większe niezadowolenie polityczne i poparcie dla skrajnej prawicy.

Porusza istotną kwestię poruszaną przez innych ekspertów: zwycięstwo AfD wymusi dalsze osłabianie partii rządzących, ponieważ nie będą one miały innego wyjścia, jak połączyć siły i tym samym przejmować od siebie najgorsze i najbardziej niepopularne strategie.

Na to trafnie zwrócił uwagę następujący komentator:

Dries Van Langenhove@ DVanLangenhove

Wyniki wyborów w Niemczech są idealne. Jeśli CDU chce odsunąć AfD od władzy, będzie musiała utworzyć koalicję ze WSZYSTKIMI innymi partiami, w tym skrajnie lewicowymi komunistami. Teraz będzie jeszcze bardziej oczywiste dla wszystkich, że istnieje tylko jeden realny wybór: reemigracja albo…

22:29 · 7 września 2026 · 12,8 tys. wyświetleń

Kto zauważa:

Wyniki wyborów w Niemczech są idealne.

Jeśli CDU chce odsunąć AfD od władzy, będzie musiała utworzyć koalicję ze WSZYSTKIMI innymi partiami, w tym skrajnie lewicowymi komunistami.Teraz stanie się dla wszystkich jeszcze bardziej oczywiste, że istnieje tylko jeden realny wybór: reemigracja albo wymiana. Partie centroprawicowe (takie jak CDU) są teraz zmuszone pokazać wszystkim, że należą do obozu wymiany, razem z globalistami i komunistami. Dla nas było to oczywiste od samego początku, ale nigdy nie lekceważmy głębi, do jakiej masy zostały zindoktrynowane i zaślepione. Dla wielu z nich będzie to przełomowe. Centroprawica podpisze teraz swój własny wyrok śmierci, stając po stronie skrajnej lewicy, albo się rozpadnie i zostanie wchłonięta przez skrajną prawicę.

Ale pomimo tego, że jest to zajadła apologia wrogiego establishmentu euroliberalizmu , artykuł porusza w istocie kilka trafnych kwestii. Mianowicie, ludzie zaczęli wycofywać inwestycje z partii rządzących, ponieważ ich przywódcy polityczni wyczerpali dobre pomysły na rzeczywistą poprawę społeczeństwa i życia zwykłego człowieka:

Co gorsza, większość polityków głównego nurtu zaakceptowała swoją niepopularność i próbuje utrzymać się u władzy, argumentując, że są mniejszym złem i mobilizując ludzi do głosowania przeciwko skrajnej prawicy. Ostatecznie jest to nie do utrzymania. Jeśli partie demokratyczne nie opracują inspirujących manifestów, które będą promować ich cele w rządzie, liberalni demokraci odmówią pójścia do urn, a skrajna prawica zdobędzie większość głosów – nawet jeśli będzie reprezentować jedynie mniejszość społeczeństwa.

Opracowanie takich manifestów będzie wymagało realizmu ze strony polityków…

Jednym z problemów charakterystycznych dla tego typu publicystyki jest jednak absurdalne wezwanie do „zastosowania obu rozwiązań”. Autor apeluje o większe skupienie się na sprawiedliwszym budżetowaniu, wydatkach publicznych, przepisach mieszkaniowych itd. To nie ma sensu, skoro nadal utrzymuje się stanowisko euroestablishmentu, który jest zdecydowanym zwolennikiem wojny z Rosją, militaryzacji i inicjatywy uczynienia z Niemiec najpotężniejszych sił zbrojnych UE itd. To właśnie ta sama polityka doprowadza Niemcy do bankructwa. Nie można mieć wszystkiego na raz, ta sama polityka, którą popierają radykalni eurolewicowcy, tacy jak autor, uniemożliwiają opracowanie rozsądnych budżetów, zadbanie o mieszkalnictwo publiczne i naprawę wydatków publicznych.

Sama Alice Weidel zwróciła na to uwagę: „Niemcy są de facto bankrutem”.

Skupienie się na wojnie z Rosją zniszczyło niemiecką gospodarkę. Powtórzę: nie można mieć wszystkiego naraz, jak wyobraża sobie ten beznadziejnie idealistyczny ekspert. „Antidotum” na niemieckie bolączki jest samo w sobie nasączone tą samą trucizną, która zabija naród.

W tym tygodniu Volkswagen ogłosił zamknięcie czterech kolejnych zakładów:

https://www.washingtontimes.com/news/2026/sep/3/zarząd-volkswagena-zatwierdza-redukcję-50000-miejsc-pracy-zakończenie-produkcji-4/

FRANKFURT,Niemcy— Rada dyrektorów Volkswagena zatwierdziła w czwartek szeroko zakrojony plan cięć kosztów, który zakłada zwolnienie 50 tys. miejsc pracy, zmniejszenie o połowę gamy modeli firmy oraz zakończenie produkcji samochodów w czterech niemieckich zakładach.

A tak przy okazji, czy ktokolwiek dostrzegł ironię najnowszego, autodestrukcyjnego szaleństwa Niemiec? Kraj oskarżył Rosję o poważny terroryzm w związku z „incydentami” dronów na niemieckich lotniskach, jednocześnie ignorując udowodniony akt terroryzmu dokonany przez Ukrainę w związku ze zniszczeniem Nord Stream, który skutecznie sparaliżował całą niemiecką gospodarkę.

Teraz sytuacja euro-establishmentu wyraźnie zmierza w dół. Wybory prezydenckie we Francji odbędą się w przyszłym roku, a Marine Le Pen jest już faworytką według najnowszych sondaży:

Połączyć

Podobnie w Wielkiej Brytanii Partia Reform Nigela Farage’a objęła prowadzenie w kraju i chociaż oficjalnie wybory powszechne zaplanowano na 2029 r., sam Farage uważa, że ​​mogą się one odbyć w ciągu kilku miesięcy :

POLITICOEurope@ POLITICOEurope

Nigel Farage ma jedno nadrzędne zadanie: przekonać wyborców, że jest gotowy objąć stanowisko premiera Wielkiej Brytanii w wyborach, które jego zdaniem mogą się odbyć już za kilka miesięcy. politico.euNigel Farage chce zostać globalnym mężem stanu. Najpierw musi nabrać dystansu do Trumpa. 

9:48 · 6 września 2026 · 11,3 tys. wyświetleń

=======================================================

W artykule Politico EU czytamy :

Nigel Farage ma jedno nadrzędne zadanie: przekonać wyborców, że jest gotowy objąć stanowisko premiera Wielkiej Brytanii w wyborach, które jego zdaniem mogą się odbyć już za kilka miesięcy.

Farage uważa, że ​​głęboki kryzys w rządzie wymusi przeprowadzenie przedterminowych wyborów w przyszłym roku, po czym mógłby on szturmem objąć urząd.

Choć może to być mało prawdopodobne, trend w Europie jest wyraźny. Partie „populistyczne”, eurosceptyczne i „skrajnie prawicowe” powoli przejmują władzę, pozostawiając globalistów w panice, którzy próbują wymyślić nowe plany i przekręty, by utrzymać się u władzy choć trochę dłużej. Ten kierunek jest ewidentnie powodem, dla którego Putin jest tak bardzo pewny Ukrainy – ponieważ wie, że dopóki Rosja będzie w stanie utrzymać równowagę gospodarczą, jednocześnie powoli kontynuując kampanię militarną, fundamenty poparcia dla Ukrainy w Europie będą się sypać, a oporu będzie niewiele.

Czas nie jest już po stronie globalistów, a każdy nowy, pośredni środek, który podejmują, by go kupić, jedynie podważa ich własne programy, ujawniając, że ich dotychczasowa polityka była katastrofalnym szaleństwem. Partie klasy rządzącej pozostają obecnie w prawdziwej pozycji zugzwangu, niezdolne do podjęcia żadnego kroku, który nie zaszkodziłby ich istnieniu: im bardziej wznoszą „kordon sanitarny” przeciwko rosnącym w siłę partiom „skrajnie prawicowym”, tym bardziej obnażają własną nieistotność i złowrogość. Jeśli otworzą wrota koalicji, osłabią własną radykalną politykę, która może funkcjonować tylko z pełną siłą, a także przejmą najgorsze cechy drugiej strony, szkodząc wizerunkowi publicznemu i kapitałowi politycznemu.

Krótko mówiąc: są teraz w narożniku i nie mają dokąd uciec. Wspomina się o pewnych precedensach subtelnego rozbrajania rodzącego się ruchu „skrajnej prawicy”. Dania dokonała tego z powodzeniem na początku XXI wieku, po tym jak partie rządzące przyjęły część „twardogłowego” antyimigracyjnego stanowiska partii DF, osłabiając tym samym rosnącą popularność DF. Ale to były inne czasy, globalizm nie pokazał jeszcze swojego prawdziwego oblicza, doprowadzając cały kontynent do takiego zubożenia, jakie obserwujemy obecnie w okresie kryzysu.

Obecna karykaturalna obsada marionetkowych przywódców – jednych z najgorszych karykatur w historii – takich jak Merz i spółka, ma niewielkie szanse na poprawę sytuacji; po prostu stracili wszelki autorytet społeczny w oczach ludzi.

Na Madagaskar ! Powstaje plan ewakuacji całej Polski. RCB pracuje…

Powstaje plan ewakuacji całej Polski.

RCB pracuje z wojskiem.

Trasy i miejsca mają być

ustalone wcześniej

6 września 2026 Anna Szkutnik warszawawpigulce.pl/powstaje-plan-ewakuacji-calej-polski-rcb-pracuje-z-wojskiem-trasy-i-miejsca-maja-byc-ustalone-wczesniej

Polska przygotowuje ogólnokrajowy system ewakuacji ludności. Choć prace trwają już od 2025 roku, a wszystkie województwa przekazały Rządowemu Centrum Bezpieczeństwa swoje plany, Krajowy Plan Ewakuacji nadal jest dokumentem pozostającym w procesie uzgadniania i formalnego zatwierdzania. W tym sensie można mówić, że plan „powstaje” – nie dlatego, że prace dopiero się zaczęły, lecz dlatego, że krajowy system nie został jeszcze formalnie domknięty.

Dokument ma połączyć rozwiązania przygotowane na poziomie województw i określać m.in. trasy przemieszczania ludności, miejsca przyjęcia, transport, zakwaterowanie oraz zabezpieczenie pozostawionego mienia. W proces zaangażowane jest także Wojsko Polskie.

Nie oznacza to, że zapadła decyzja o ewakuacji Polski – państwo przygotowuje procedury, które mają być gotowe na wypadek wojny, zagrożenia wojną lub klęski żywiołowej.

Fot. Warszawa w Pigułce

Krajowy Plan Ewakuacji nie powstaje od zera

Podstawą całego systemu jest ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej. Przepisy przewidują przygotowanie Krajowego Planu Ewakuacji przez dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Dokument ma opierać się na planach przygotowanych na poziomie województw i spinać je w jeden system pozwalający koordynować działania także wtedy, gdy ewakuacja obejmowałaby więcej niż jeden region.

Po zmianach obowiązujących od lipca 2026 roku Krajowy Plan Ewakuacji jest opracowywany przez dyrektora RCB we współpracy z Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Plan krajowy oraz plany wojewódzkie sporządza się na okres trzech lat i aktualizuje w zależności od potrzeb. Dokument krajowy podlega następnie zatwierdzeniu przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych.

Nie oznacza to jednak, że państwo dopiero teraz rozpoczyna przygotowania. Proces został uruchomiony już w 2025 roku, a znaczna część prac na niższych szczeblach została wykonana wcześniej.

Wszystkie województwa przekazały już swoje plany do RCB

Wytyczne dotyczące przygotowania wojewódzkich planów ewakuacji zostały opracowane przez RCB wspólnie ze Sztabem Generalnym Wojska Polskiego oraz Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. W czerwcu 2025 roku trafiły do województw. Pierwszych projektów planów wojewódzkich RCB oczekiwało do końca października 2025 roku.

Ten etap został już zakończony. W styczniu 2026 roku dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie plany ewakuacji. RCB przeanalizowało dokumenty i przekazało do nich uwagi. Województwa miały następnie nanosić poprawki i uzgadniać rozwiązania tak, aby możliwe było ich połączenie w jeden system krajowy.

Oznacza to, że obecnego etapu nie należy rozumieć jako początku prac nad ewakuacją ludności. Dokumentacja wojewódzka już istnieje. W styczniu 2026 roku RCB informowało, że trwa jej uzgadnianie i że Centrum zbliża się do końca prac nad Krajowym Planem Ewakuacji. Z kolei w rządowym sprawozdaniu opublikowanym wiosną 2026 roku wskazywano, że po uzgodnieniu wojewódzkich planów dokument krajowy zostanie przedstawiony ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych do zatwierdzenia. W dostępnych publicznie komunikatach nie ma późniejszego jednoznacznego potwierdzenia zakończenia tej procedury.

Gminy i powiaty przygotowują wkłady, wojewoda tworzy plan

System jest wielopoziomowy. Na poziomie gmin i powiatów przygotowywane są wkłady potrzebne do stworzenia wojewódzkiego planu ewakuacji ludności. Obejmują one informacje dotyczące między innymi liczby mieszkańców, możliwości transportowych, infrastruktury, potencjalnych miejsc przyjęcia ludności oraz zasobów, które mogą zostać wykorzystane podczas prowadzenia ewakuacji.

Na podstawie tych danych wojewoda przygotowuje plan dla całego województwa. Dokumenty wojewódzkie są następnie uzgadniane z Rządowym Centrum Bezpieczeństwa, a ich połączenie ma stanowić podstawę Krajowego Planu Ewakuacji.

W uproszczeniu system wygląda więc następująco:

gminy i powiaty → województwa → Rządowe Centrum Bezpieczeństwa → Krajowy Plan Ewakuacji.

Nie chodzi więc o jeden dokument opracowany wyłącznie przez administrację centralną. Krajowy system powstaje z danych i rozwiązań przygotowanych wcześniej na poziomie lokalnym i regionalnym.

Co musi zostać zaplanowane przed ewakuacją?

Ustawa szczegółowo określa elementy, które trzeba uwzględnić przed wystąpieniem zagrożenia. Jednym z podstawowych jest liczba osób przewidzianych do ewakuacji z danego obszaru. Administracja musi również wiedzieć, jaka infrastruktura transportowa może zostać wykorzystana oraz jakimi środkami będzie można przewozić mieszkańców.

Planowanie może obejmować transport lądowy, kolejowy, wodny i powietrzny. Trzeba też wcześniej wskazać miejsca, do których zostaną skierowani ewakuowani mieszkańcy, oraz określić możliwości ich zakwaterowania.

Dokumentacja obejmuje również dostępne środki transportu, siły potrzebne do zabezpieczenia operacji, osoby odpowiedzialne za jej koordynację oraz sposób przekazywania informacji mieszkańcom. Wszystkie te elementy mają być przygotowane wcześniej, aby podczas rzeczywistego zagrożenia nie trzeba było organizować całej operacji od początku.

Plan obejmuje również ochronę pozostawionego mienia

Ewakuacja nie sprowadza się wyłącznie do przemieszczenia mieszkańców z jednego miejsca do drugiego. Przepisy wymagają także określenia sił i środków potrzebnych do zabezpieczenia prowadzonej operacji oraz ochrony mienia pozostawionego na opuszczonych terenach.

W przypadku masowej ewakuacji państwo musi więc wiedzieć nie tylko, którędy skierować ludzi i czym ich przewieźć, ale także jak zabezpieczyć obszary, z których mieszkańcy zostali wyprowadzeni. Dotyczy to między innymi ochrony budynków, infrastruktury oraz przeciwdziałania grabieżom i innym zagrożeniom, które mogłyby pojawić się na czasowo opuszczonych terenach.

Dokąd mieliby zostać skierowani mieszkańcy?

Takie decyzje również nie powinny być podejmowane dopiero w momencie wystąpienia zagrożenia. Na poziomie wojewódzkim określane są obszary i kierunki ewakuacji oraz miejsca przyjęcia ludności. Jeżeli konieczne byłoby przemieszczenie mieszkańców pomiędzy województwami, kluczowe znaczenie ma koordynacja na poziomie krajowym.

W przypadku planów przeznaczonych do wykorzystania podczas mobilizacji, stanu wojennego lub wojny konieczne jest również uzgadnianie części rozwiązań ze strukturami wojskowymi. Dotyczy to między innymi dróg przemieszczania ludności oraz rejonów jej czasowego pobytu.

Ma to ogromne znaczenie podczas konfliktu zbrojnego. Tymi samymi drogami i liniami kolejowymi mogą przemieszczać się wojska, sprzęt, służby ratownicze, transport medyczny i ludność cywilna. Tras ewakuacyjnych nie można więc planować w oderwaniu od potrzeb obronnych państwa.

Czy można zarządzić ewakuację w skali całej Polski?

Przepisy pozwalają na prowadzenie i koordynowanie ewakuacji także na poziomie całego kraju. Podczas stanu wojennego i wojny Szef Obrony Cywilnej, którym jest minister właściwy do spraw wewnętrznych, posiada kompetencje pozwalające zarządzać działaniami w skali ogólnopolskiej oraz wskazywać województwa, do których ma być kierowana ludność.

Nie należy tego jednak rozumieć jako planu jednoczesnego opuszczenia domów przez wszystkich mieszkańców Polski. Ogólnokrajowy system jest potrzebny przede wszystkim po to, aby można było przemieszczać ludność z regionów szczególnie zagrożonych do bezpieczniejszych części kraju i koordynować takie działania pomiędzy województwami.

Dlatego określenie „plan ewakuacji całej Polski” oznacza przede wszystkim system obejmujący cały kraj, a nie gotową decyzję o ewakuowaniu wszystkich mieszkańców.

Nie tylko wojna. Plany dotyczą również klęsk żywiołowych

System nie został przygotowany wyłącznie na wypadek konfliktu zbrojnego. Ustawa przewiduje sporządzanie planów ewakuacji na wypadek zagrożenia wojną, wojny, przewidywanego wystąpienia klęski żywiołowej oraz już trwającej klęski żywiołowej.

W praktyce oznacza to, że rozwiązania mogą zostać wykorzystane również podczas wielkiej powodzi, rozległego pożaru, katastrofy przemysłowej lub innego zdarzenia, które powoduje konieczność szybkiego przemieszczenia dużej liczby mieszkańców.

Skala ewakuacji może być bardzo różna. W jednym przypadku może chodzić o część miejscowości lub dzielnicy, w innym o kilka powiatów, całe województwo albo operację wymagającą przewożenia mieszkańców pomiędzy regionami.

Polska równolegle rozwija miejsca schronienia

Planowanie ewakuacji jest jednym z elementów szerszego systemu ochrony ludności. Równolegle rozwijana jest baza miejsc, w których mieszkańcy mogą szukać ochrony podczas zagrożenia. Pod koniec maja 2026 roku MSWiA informowało, że w systemie „Gdzie się ukryć” znajdowało się blisko 84 tys. punktów mogących pomieścić niemal 24 mln osób.

Nie oznacza to jednak, że Polska posiada 24 mln miejsc w pełnowartościowych schronach. System obejmuje różne rodzaje obiektów zapewniających odmienny poziom ochrony. Mogą to być między innymi schrony, ukrycia, miejsca doraźnego schronienia, przejścia podziemne, tunele, stacje metra czy garaże podziemne. Nie wszystkie zapewniają taki sam poziom zabezpieczenia.

Warszawa jest częścią większego systemu

W przypadku stolicy planowanie ewakuacji ma szczególne znaczenie ze względu na liczbę mieszkańców, koncentrację administracji państwowej oraz obecność kluczowej infrastruktury. Warszawa prowadzi własne przygotowania w zakresie ochrony ludności, jednak nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty województwa mazowieckiego i całego kraju.

Lokalne rozwiązania przygotowywane przez miasto są elementem szerszego systemu. Dane i założenia z poziomu Warszawy trafiają do planowania wojewódzkiego, a plan województwa mazowieckiego jest następnie jednym z dokumentów wykorzystywanych przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przy budowie systemu krajowego.

To nie oznacza, że ewakuacja Polski ma nastąpić

Sam fakt przygotowywania i uzgadniania planów ewakuacyjnych nie oznacza, że zapadła decyzja o ewakuacji Warszawy, Mazowsza ani jakiegokolwiek innego obszaru Polski. Nie jest to również informacja, że rząd spodziewa się takiej operacji w najbliższym czasie.

Istotą systemu ochrony ludności jest przygotowanie procedur jeszcze przed wystąpieniem zagrożenia. Administracja ma wcześniej wiedzieć, ilu ludzi trzeba będzie przemieścić, jakie środki transportu można wykorzystać, którędy skierować mieszkańców, gdzie ich zakwaterować, w jaki sposób ich powiadomić oraz kto będzie odpowiedzialny za poszczególne elementy operacji.

Dopiero w sytuacji rzeczywistego zagrożenia właściwe organy podejmują decyzję, czy ewakuacja jest konieczna, jakiego obszaru ma dotyczyć i dokąd należy skierować jego mieszkańców.

Krajowy system jest dziś znacznie bardziej zaawansowany niż rok temu

Najważniejsza zmiana względem 2025 roku polega na tym, że wojewódzkie plany nie są już dopiero przygotowywane. W styczniu 2026 roku dyrektor RCB Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie dokumenty do Centrum. RCB przekazało do nich uwagi, a następnie trwał proces wprowadzania zmian i uzgadniania planów. Dokumentacja regionalna już więc istnieje i – jak podkreślał dyrektor RCB – w razie nagłej potrzeby województwa mogłyby z niej korzystać.

Tęczowy turbo-narodowiec z Azji. Czy media w końcu odkryją, że AfD to tak naprawdę lewica, z dodatkiem zboczeń?

Tęczowy turbo-narodowiec z Azji. Czy media w końcu odkryją, że AfD to tak naprawdę lewica?

Komentatorzy szukają nowych przymiotników dla AfD, bo szablon „skrajna prawica” właśnie zaczął im się sypać z rąk jak przeterminowany puder.

neon24/,teczowy-turbonarodowiec-z-azji-czy-media-w-koncu-odkryja-ze-afd-to-tak-naprawde-lewica

Po wyborach w Saksonii mainstreamowe media znowu się dławią. Etykietka „skrajna prawica” właśnie pękła w szwach, a wszystko przez jeden, trywialny fakt, który wywołuje u lewicowych publicystów drgawki kognitywne.

Twarzą tej strasznej, brunatnej prawicy jest Alice Weidel. Zadeklarowana lesbijka. Jej „żona” to kobieta o lankijskich korzeniach. Tak, dobrze czytacie. Liderka partii, która rzekomo „nienawidzi obcych” i chce „zamurować granice”, dzieli sypialnię z imigrantką z Azji Południowej.

Gdzie tu miejsce na narrację o brunatnym rewanżyzmie? Czyż to nie ostateczny dowód, że cała histeria wokół AfD to jedna wielka ściema? Skoro ich „skrajnie prawicowy” lider to homoseksualna kobieta z „żoną” ze Sri Lanki, to może ich słynna walka z imigracją dotyczy tylko… białych, heteroseksualnych facetów?

Zamiast tracić czas na zakurzone etykiety, media powinny ogłosić AfD za awangardę tęczowo-azjatyckiego konserwatyzmu. Zamurować granice przed imigrantami, ale otworzyć drzwi sypialni dla lankijskiej miłości? To nie faszyzm. To po prostu hipokryzja w wydaniu premium.

Saksonia głosowała na porządek. A porządek, jak widać, ma orientację homoseksualną i lankijskie korzenie.

Brawo postępie.

Nie przeceniajmy Niemców

Nie przeceniajmy Niemców

W ostatnich tygodniach w mediach PiSowskich pojawiło się szereg publikacji na temat Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej – wiceminister obrony narodowej. Media PiSowskie pisały na temat związków tej kobiety z Niemcami. 

Oczywiście manipulują i wielu naiwnych patriotów na to się łapie; w rzeczywistości owa białogłowa jest związana z różnymi ośrodkami zagranicznymi, a komponent niemiecki jest najsłabszy. Dyletanci, hipokryci z PiS, jak zawsze nie widzą wpływów Anglosasów na polską politykę. Zanim przejdę do życiorysu Sobkowiak-Czarneckiej, zwrócę uwagę na relacje Niemców z Anglosasami. 

Rola Prus

Anglia zawsze zwalczała najsilniejsze państwa europejskie. Politycy angielscy wspierali Prusy. Demonizowana w Polsce caryca Katarzyna chciała przekształcić Polskę w protektorat. Chciała mieć względną kontrolę nad całym terenem Polski, a nie tylko częścią (po trzecim rozbiorze, takie miasta jak Grodno i Warszawa przypadły Prusakom). Autorem i promotorem rozbiorów Polski był Ewald Friedrich von Hertzberg – pruski minister spraw zagranicznych w latach 1768-1791. Prusak był sprytny, bo mamił naiwnych Polaków sojuszem polsko-pruskim wymierzonym w Rosję. Jednocześnie w okresie rozbiorów ambasadorami Imperium Rosyjskiego w naszym kraju byli bałtyccy Niemcy – Otto Magnus von Stackelberg, Jakob Sievers. To Prusacy wspierali polskie powstania w XIX wieku wymierzone w Rosję, by za cenę ustępstw ze strony Rosji na koniec wesprzeć Moskwę w dławieniu buntu Polaków. 

Prusy i Anglia

Królestwo Polskie powstało dzięki inicjatywie propolskiego cara Aleksandra I. Anglicy na Kongresie Wiedeńskim występowali przeciwko planom stworzenia Królestwa Polskiego. Z jednej strony mówili o oderwanych od rzeczywistości wizjach odrodzenia Polski w granicach sprzed rozbiorów, by wbić klin między Polakami a Rosjanami.

Józef Konrad Korzeniowski, polski pisarz znany był również jako Joseph Conrad z racji tego, że wiele lat życia spędził w Anglii. Wujkiem Korzeniowskiego był słynny Stefan Bobrowski (ten, co mówił o wylewaniu polskiej krwi, ażeby niemożliwe było porozumienie polsko-rosyjskie). Ojcem Józefa Konrada Korzeniowskiego był Apollo Korzeniowski. Apollo Korzeniowski także był zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Korzeniowscy mieli swoje majątki na Wołyniu. Młody Korzeniowski wspomniał, że ojciec przyjmował Anglików w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego. Wołyń ma wiele walorów przyrodniczych, jednak nie sądzę, by Anglicy podziwiali tam przyrodę.

Powstania stanowiły stratę dla Polski. Zyskali przede wszystkim Prusacy (powstanie przyczyniło się do zjednoczenia Niemiec), Anglicy, koła niechętne Polakom w Petersburgu (zdominowane przez bałtyckich Niemców).  Powstanie styczniowe zablokowało powstanie sojuszu francusko-rosyjskiego z Polakami jako junior partnerami, co było w interesie Anglików i Niemców. Otto von Bismarck był polakożercą, ale z perspektywy niemieckiej był wielkim mężem stanu. Za czasów rządów Bismarcka Niemcy stały się potęgą. Niemcy stały się konkurentem i w dłuższej perspektywie czasowym wrogiem Londynu. 

Małpie zegarek?

Po I wojnie światowej Anglosasi robili wszystko, żeby Niemcy nie ucierpiały zbytnio na powojennym ładzie. Brytyjski premier David Lloyd George powiedział słynne słowa „oddać Polakom śląski przemysł to jak dać małpie zegarek”. Politycy brytyjscy sprzeciwiali się przyznaniu Górnego Śląska naszej ojczyźnie. Podobnie Wielka Brytania podchodziła do kwestii innych ziem na zachodzie i północy. Z drugiej strony Wielka Brytania nic Polakom nie oferowała na wschodzie. George Curzon był ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii w latach 1919-1924. Prawdziwym autorem linii Curzona był Lewis Bernstein Namier (cioteczny dziadek braci Kurskich). Linia Curzona był niekorzystna dla Polski. Lauda, Wileńszczyzna były zdominowane etnicznie przez Polaków. 

Absurdalna decyzja

Niemcy w trakcie II wojny światowej liczyli na dogadanie się z Anglosasami. Irracjonalne z punktu widzenia niemieckich interesów było wysłanie samolotów zamiast czołgów na wycofujących się Brytyjczyków. Adolf Hitler chciał swym gestem zachęcić Londyn do zawarcia pokoju. Była to taktyka absurdalna, bowiem zniszczenie sił brytyjskich na francuskich plażach mogłoby doprowadzić w brytyjskich kręgach politycznych do zawarcia pokoju z Niemcami. Późniejsza misja Rudolfa Hessa daje mi podstawy to postawienia hipotezy, że Brytyjczycy dali do zrozumienia Niemcom, że mogą zaatakować ZSRR, a Wielka Brytania będzie pozorować walkę na drugorzędnych frontach. Niemcy zaatakowały ZSRR, nie rozwiązując problemów z Wielką Brytanią, co jest absurdalne, chyba że nieoficjalnymi kanałami Londyn zapewnił Berlin, że nie wesprze ZSRR (po czym Niemcy zostali oszukani). 

Nieudany zamach – na szczęście 

W łonie ośrodków decyzyjnych w Niemczech nie brakowało ludzi zorientowanych na Anglosasów. Wilhelm Canaris, szef Abwehry (niemiecki kontrwywiad i wywiad), co najmniej tolerował w swoim otoczeniu ludzi mający kontakty z Anglosasami. Bardzo dobrze, że nie udał się zamach na Adolfa Hitlera 20 lipca 1944 roku. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Niemcy dogadaliby się z Anglosasami. Kontakty z Anglosasami miał sam Heinrich Himmler. Himmler wiedział o zamachu na Hitlera, bowiem wśród spiskowców miał swojego człowieka Hansa Bernda Giseviusa. Gisevius jako niemiecki dyplomata w Szwajcarii utrzymywał kontakty z Allenem Dullesem – szefem amerykańskiego wywiadu w Europie. Nieudany zamach na Hitlera doprowadził do tego, że Armia Czerwona i polscy żołnierze zdobyli Berlin i Niemcy zostały pokonane. Mogła się odrodzić Polska z przyzwoitymi granicami lepszymi niż te, jakich chcieli Anglosasi dla naszej ojczyzny.

Jankeska EWG

Po II wojnie światowej to Jankesi promowali powstanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki Unii Europejskiej) poprzez swojego człowieka, jakim był kanclerz Republiki Federalnej Niemiec. Anglosasi nie przeszkadzali w ucieczce wielu niemieckich zbrodniarzy do Ameryki Południowej czy do proamerykańskiej, probanderowskiej Hiszpanii rządzonej przez generała Francisco Franco (w Hiszpanii przedsiębiorcą  został słynny Otto Skorzeny). Reinhard Gehlen kierował niemieckim wywiadem na odcinku wschodnim w okresie III Rzeszy, a po II wojnie światowej przeszedł na żołd Jankesów, tworzył wywiad Republiki Federalnej Niemiec). Słynny Plan Marshalla miał na celu uzależnienie krajów europejskich od Stanów Zjednoczonych Ameryki, a także miał odbudować Republikę Federalną Niemiec w celu potencjalnej konfrontacji z ZSRR i naszą ojczyzną.

Niemcy niesuwerenne 

Niemcy są beneficjentami zmian w Polsce, jednak odbywa się to za zgodą Anglosasów. Niemcy nie prowadzą polityki suwerennej. Gdyby tak było, była kanclerz RFN Angela Merkel nie mówiłaby o tym, że Porozumienia Mińskie były po to, żeby oszukać Federację Rosyjską i dać sobie czas na dozbrojenie kijowskiego reżimu. Obecny jeszcze kanclerz RFN Friedrich Merz (choć już na wylocie) jest podżegaczem wojennym, byłym prawnikiem funduszu inwestycyjnego BlackRock. Gdyby Niemcy prowadzili suwerenną politykę, to kupowaliby surowce od Federacji Rosyjskiej i jej partnerów, a nie drogie surowce od Jankesów. Gdyby Niemcy realizowali swoją politykę, to owszem wzorem Prusaków i Bismarcka szczuliby mniejsze kraje na Moskwę, a następnie je sprzedawali w zamian za korzyści uzyskane od Moskwy. Niemcy nie prowadzą suwerennej polityki. Gdyby Niemcy były potężne, wszechmocne i – to co PiSowskie media im przypisują – to nigdy nie doszłoby do tego, co dzieje się obecnie na Ukrainie. Niemcy podtrzymują wojnę na Ukrainie i dają tlen kijowskiemu neobanderowskiemu, neonazistowskiemu reżimowi. 

Produkt Sorosa 

Magdalena Sobkowiak-Czarnecka była związana z anglosaską agencją Reuters. Sobkowiak -Czarnecka była uczestniczką programów German Marshall Fund. PiSowskie głąby pewnie słyszą „German” i myślą „niemiecka”, tymczasem pełna nazwa to German Marshall Fund of the United States.

Wystarczy poczytać historię tej fundacji, przejrzeć stronę, żeby dojść do wniosku, że to nie jest fundacja realizująca interesy narodowe Niemców, lecz jest ona ośrodkiem dominacji Jankesów nad Europą. Wśród  donatorów są państwa będące pod butem Jankesów lub przejawiające patologiczny kundlizm wobec nich. Sobkowiak-Czarnecka jest także absolwentką  Democracy Institute Leadership Academy na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim (uczelnia ta jest finansowana przez George’a Sorosa).

Anglosaskie marionetki

Jak widzimy, Magdalena Sobkowiak-Czarnecka to grantojed idealny, jednak nie niemiecki. Niemcy są bowiem pod butem Jankesów i nie realizują swojej polityki, a politykę Anglosasów i globalistów. Sobkowiak-Czarnecka może zajść daleko w naszym kraju rządzonym przez różnych innych grantojedów w końcu jej szef Donald Tusk był szkolony przez Jankesów, podobnie jak Karol Nawrocki i cały kureń polskojęzycznych nadwiślańskich politykierów. Wybory parlamentarne za ponad rok. Mam nadzieję, że partie, które chcą uchodzić za myślące po polsku, zapisują w swoim programie walkę z zagranicznymi grantojedami na wzór regulacji, jakie są w Gruzji, Federacji Rosyjskiej, a także w Stanach Zjednoczonych Ameryki (Jankesi jak zawsze wykazują się totalną hipokryzją). Trzeba uświadamiać zwykłych Polaków, żeby nie dawali się nabrać na PiSowskie manipulacje. Mimo, że Prawo i Sprawiedliwość spada w sondażach, to kundlizm wobec Anglosasów ze strony polityków tej formacji  jest nie zmienny. Politycy PiS i ich wyznawcy nie mogą przyjąć do swoich otępiałych głów, że za kolonizację polskiej gospodarki, za neobanderyzm, za problemy z migrantami, za politykę Unii Europejskiej odpowiadają i wszystko to jest pochodną polityki Anglosasów i ich marionetek.

Kamil Waćkowski

Psychoza

Psychoza

Eugeniusz Zinkiewicz

Słuchając wystąpień polityków sprawujących w Polsce władzę, dostrzegam, że tracą kontakt z rzeczywistością. Odnoszę wrażenie, że ich wypowiedzi mają związek z czynnikiem zewnętrznym. 

Być może z samymi kosmitami?! Dostrzegalne jest ich rażące wyalienowanie z rzeczywistości. Przykłady można mnożyć: 

Sobkowiak-Czarnecka gotowa na wojnę z Rosją 

We wtorek, 1 września 2026 roku w programie na żywo na antenie TVP Info była dziennikarka, a obecnie wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, pytana o obawy przed konfliktem zbrojnym z Rosją oświadczyła, że Polska jest „absolutnie gotowa”na potencjalne zagrożenia i ewentualną wojnę. Podkreśliła wówczas, że głównym celem i zadaniem podejmowanych przez Polskę działań militarnych oraz zbrojeń jest przede wszystkim skuteczny proces odstraszania przeciwnika. Natomiast z wypowiedzi premiera Donalda Tuska, można wywieść, że zna tajne plany Moskwy! 

Raport NIK o obronności 

Wypowiedź wiceminister jest sprzeczna z raportami NIK-u, mówiącymi o rażących zaniedbaniach w tej dziedzinie. Najwyższa Izba Kontroli w ostatnich latach wielokrotnie negatywnie oceniała przygotowanie polskiego państwa na wypadek zagrożeń hybrydowych i konfliktu zbrojnego, wykazując krytyczne braki w infrastrukturze ochronnej, procedurach oraz zarządzaniu kryzysowym. W temacie Budowle ochronne i schrony (marzec 2024) kontrola wykazała katastrofalny stan infrastruktury – w schronach i ukryciach były miejsce dla niespełna 4% mieszkańców Polski (ok. 1,4 miliona osób), a większość obiektów nie spełniała wymogów technicznych. W dziedzinie Gotowość Sił Zbrojnych (lata 2025–2026) NIK przeprowadziła również szeroką, w dużej mierze niejawną kontrolę dotyczącą stanu przygotowania Sił Zbrojnych RP do wojny w warunkach współczesnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa. 

A NATO?

1 września 2026 roku Mariusz Błaszczak, zapytany w Radiu ZET, czy polscy żołnierze powinni pójść z odsieczą, gdyby Rosja zaatakowała kraje bałtyckie, odparł, że polscy żołnierze powinni bronić polskich granic. Polityczne szaleństwo i nieodpowiedzialność – tak o słowach byłego ministra obrony z Prawa i Sprawiedliwości mówił w TOK FM Wiesław Szczepański, wiceszef MSWiA. Zdaniem Szczepańskiego to zaprzeczenie idei Sojuszu Północnoatlantyckiego. Polscy żołnierze obronią tylko granic Polski? „Błaszczak podważył całą ideę NATO”grzmiał.

Korpomowa za 200 tysięcy 

Wybitną specjalistką od kształtowania marki i wizerunku, według słów premiera Donalda Tuska, jest prof. Barbara Mróz-Gorgoń. Pod koniec lipca 2026 roku premier powołał ją na stanowisko Pełnomocniczki Rządu ds. Promocji Marki Polski oraz sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Donald Tusk rekomendował ją wówczas publicznie jako „najwybitniejszą w Polsce specjalistkę od kształtowania marki”. Wokół jej postaci szybko wybuchły kontrowersje. W sierpniu 2026 roku w mediach pojawiły się informacje o przygotowanym przez nią raporcie Polaków portret własny, który miał kosztować około 200 tysięcy złotych. Analizy wykazały, że dokument w dużej części został wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Zawierał on liczne błędy oraz specyficzny, pełen anglicyzmów język (tzw. korpomowę). 

Z salonu kosmetycznego do premiera

Donald Tusk, lubi otaczać się postaciami wybitnymi. W 2024 roku w jego otoczeniu znalazła się Kristina Voronovska, jako jego asystentka społeczna. Internauci szybko zaczęli szukać kolejnych informacji o kobiecie. Udało im się ustalić, że przed dołączeniem do zespołu Tuska, Voronovska pracowała w biurze krajowym Platformy Obywatelskiej i w salonie kosmetycznym Dream of Beauty w Warszawie. Salon potwierdził, że kobieta pracowała tam w przeszłości. Voronovska wychowała się na Ukrainie, kończyła tam ekonomię i pracowała w ukraińskiej bankowości. W Polsce mieszka od 2018 roku.

Żurek oderwany

Panteon wybitnych ludzi z ekipy Donalda Tuska byłby nie pełny, gdybym nie wspomniał obecnego ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Występując 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy w ramach tego teatrum, prócz wielu życzeń skierowanych do Ukraińców, podziękował Ukraińcom walczącym na froncie, mówiąc, że bronią oni Europy przed „hordami ze Wschodu”. Oświadczył, że powołał ponad stu prokuratorów w całym kraju do ścigania każdego przejawu nienawiści, a osoby stosujące przemoc lub lżące innych trafiają następnego dnia w kajdanach do aresztu.

Słuchając jego wystąpienia, odniosłem wrażenie, że ze sceny mówi ktoś, kto traci kontakt z rzeczywistością i nie potrafi odróżnić tego, co jest prawdą, od tego, co dzieje się tylko w jego umyśle. Ponieważ wątpliwym jest, aby Ukraina szybko weszła w struktury NATO i Unii Europejskiej. Wątpliwym też jest jej zwycięstwo w toczonej wojnie. Oświadczenia polityczne ministra Żurka odebrałem jako coś, do czego on nie jest politologicznie poprawnie przygotowany i do czego – chociażby z tej przyczyny – wygłaszania nie jest uprawniony.

Albowiem wojna za naszą południowo wschodnią granicą de facto jest wojną zastępczą USA z Rosją, na której wykrwawiają się Słowianie. Natomiast co do wejścia Ukrainy w strukturę NATO, decydujący głos należy do prezydenta USA. Ekspresowe wejście Ukrainy do NATO jest czymś, czego zachodni politycy, w tym i politycy w USA, obawiają się. Ponieważ byłoby to automatycznie przystąpieniem NATO do wojny z Rosją. 

Żurek koloryzowany 

Waldemar Żurek (obecny minister sprawiedliwości i prokurator generalny) w młodości, jako uczeń technikum leśnego pod koniec lat 1980., był związany z Konfederacją Polski Niepodległej (KPN). Publicznie wielokrotnie odwoływał się do tradycji KPN, wskazując m.in. Leszka Moczulskiego jako swojego idola z tamtych lat. Pod koniec 2025 i na początku 2026 roku środowiska prawicowe (m.in. stowarzyszenie Prawnicy dla Polski) zarzuciły Żurkowi „podkoloryzowanie” opozycyjnego życiorysu z czasów PRL. Krytycy kwestionowali realny poziom jego zaangażowania w KPN ze względu na młody wiek w tamtym okresie (urodził się w 1970 roku).

Kolejna klęska 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że we współczesnej Polsce władzę sprawują amatorzy i ambicjonerzy wspomagani doradcami o wątpliwych kompetencjach. Historia zatoczyła krąg. Podobnie jak w 1939 roku, słychać tromtadrackie wystąpienia złotoustych politykierów. Znowu jesteśmy silni, zwarci, gotowi. Ponownie rozgrywana jest gra pozorów, której skutki są łatwe do przewidzenia. Zza horyzontu wyłania się kolejna klęska. 

Eugeniusz Zinkiewicz

Kto naprawdę zaprojektował Polskę po 1989 roku? Kto ją zaprojektuje po 2026 roku?

Kto naprawdę zaprojektował

Polskę po 1989 roku?

Kto ją zaprojektuje po 2026 roku?

„Odzyskaliśmy suwerenność”, ale projekty państwa przywożą nam inni.

W 1989 roku Polska odzyskała wolność. Tylko jest mały problem. Nikt specjalnie nie przygotował projektu tego, co z tą wolnością zrobić.

PRL się kończył. Gospodarka była w rozsypce. Przedsiębiorstwa wymagały reform. Pieniądz tracił wartość. Społeczeństwo chciało Zachodu.

A Zachód? Zachód był przygotowany. Miał ekonomistów, banki, MFW, Bank Światowy, uniwersytety, think tanki, pieniądze i — co najważniejsze — gotowe pomysły.

Polska miała natomiast „Balcerowiczów„.
Transformacja nie zaczęła się w sierpniu 1989 roku.

Przez dziesięciolecia Zachód budował kanały kontaktów z polskimi środowiskami akademickimi, gospodarczymi i politycznymi. Stypendia, pobyty naukowe, wymiany akademickie i fundacje tworzyły ludzi, którzy znali zachodnie instytucje, gospodarkę rynkową i sposób myślenia zachodnich elit.

Nie trzeba z tego robić opowieści o tajnych spiskach. Mechanizm był znacznie prostszy.
Kształcono ludzi. Tworzono kontakty. Budowano sieci. Przekazywano wiedzę i wzorce.

A kiedy pojawiło się historyczne okno, istniała już grupa ludzi, która potrafiła te wzorce przenieść do Polski. Badania dotyczące zagranicznych pobytów polskich ekonomistów pokazują, że zachodnie stypendia i wyjazdy były jednym z kanałów kształtowania przyszłych elit transformacji. Co znamienne, korzystali z nich również ludzie związani wcześniej z PZPR. 

Nie trzeba było produkować agentów. Wystarczyło przez lata kształcić ludzi, którzy Zachód znali lepiej niż Polska znała samą siebie.


Balcerowicz jest tutaj przypadkiem modelowym. Członek PZPR. Ekonomista wykształcony w PRL. Jednocześnie człowiek, który zdobywał doświadczenie akademickie w USA, w tym MBA na St. John’s University w Nowym Jorku. Kilka lat później miał stać się jednym z głównych egzekutorów polskiej transformacji. Nie oznacza to, że ktoś w 1974 roku musiał wiedzieć, że piętnaście lat później Balcerowicz zostanie ministrem finansów.

Ale oznacza coś ważniejszego: powstawała kadra zdolna do funkcjonowania w przyszłym świecie zachodnim. A kiedy ten świat przyszedł do Polski, byli już ludzie, którzy potrafili go tutaj wprowadzić.

I tutaj mit „Planu Balcerowicza” zaczyna wymagać korekty. W 1989 roku Jeffrey Sachs i David Lipton przygotowali dla Polski program radykalnego przejścia do gospodarki rynkowej. Dokument mówił o „sudden and comprehensive jump to a market economy” i określał strategię jako „shock approach”.

We wrześniu 1989 roku Washington Post pisał jeszcze o „Sachs Plan”.

Sachs proponował szybkie i radykalne reformy: prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, cięcia budżetowe i stworzenie rynku kapitałowego. Jego podróże do Polski finansowała fundacja George’a Sorosa.

A później? Sachs znika z nagłówków. Pojawia się: Plan Balcerowicza.

To można nazwać spolonizowaniem terapii szokowej. Nie trzeba nawet zakładać tajnego zebrania w Waszyngtonie. Z politycznego punktu widzenia różnica jest przecież oczywista:

„Amerykański profesor proponuje Polsce terapię szokową”
brzmi mniej swojsko niż:

„Polski ekonomista przeprowadza Plan Balcerowicza”.

Zagraniczny projekt dostał polskie nazwisko. I polską twarz. Ale jest jeszcze jedna różnica. Balcerowicz firmował. Polacy płacili. To społeczeństwo ponosiło koszty zamykanych przedsiębiorstw, bezrobocia, utraty bezpieczeństwa ekonomicznego i gwałtownego przestawienia gospodarki. Dlatego mówienie, że „Balcerowicz poniósł odpowiedzialność” jest pustym zwrotem. Formalnie odpowiadał za przeprowadzenie reform. Realne koszty ponosiły miliony Polaków. Nie stracił pracy, a wielu straciło dorobek życia.

Gdzie byli polscy projektanci? No właśnie. Polska miała opozycję. Miała Solidarność. Miała Kościół. Miała profesorów. Miała ekonomistów. Miała ludzi niezwykle zdolnych. Ale nie miała silnego, niezależnego ośrodka, który przez lata przygotowywałby kompletny projekt nowego państwa. Kto ma być właścicielem? Co prywatyzować? Czego nie prywatyzować? Jak chronić polski kapitał? Jak reformować przedsiębiorstwa? Jak budować banki? Jak stworzyć nowoczesną administrację? Jak wykorzystać majątek państwowy? Jak ma wyglądać Polska za 20, 30 i 50 lat? Na te pytania nie czekał gotowy polski projekt. Czekał projekt zachodni.

A kiedy nie ma własnego projektu, bierze się projekt dostępny.

A co w tym czasie robił Kościół?
Kościół miał w PRL coś, czego nie miała prawie żadna inna niezależna instytucja:
miliony ludzi, własną sieć organizacyjną, autorytet, pieniądze i względną niezależność od państwa .  Mógł więc zrobić coś niezwykle pożytecznego. Mógł przygotowywać Polaków do rządzenia własnym państwem. Mógł tworzyć środowiska ekonomistów, prawników, administratywistów, inżynierów i przyszłych polityków. Mógł organizować debaty nie tylko o tym, jak żyć zgodnie z Biblią, ale również o tym, jak urządzić Polskę. Nie zrobił tego na odpowiednią skalę.  Zamiast szkoły projektowania państwa rozwijał między innymi Ruch Światło-Życie, czyli ruch oazowy. Młodzi ludzie spotykali się na rekolekcjach, czytali Biblię, dyskutowali o wierze, uczestniczyli w liturgii i uczyli się życia we wspólnocie. To wszystko mogło mieć ogromną wartość wychowawczą. Tylko że z punktu widzenia przyszłego państwa pozostawał pewien drobiazg: kto miał zaprojektować jego gospodarkę, administrację, system podatkowy, własność i instytucje? Oaza przygotowywała człowieka do życia chrześcijańskiego. Nie przygotowywała go do zaprojektowania państwa. I nie chodzi o pretensję, że Kościół zajmował się religią. To było jego naturalne zadanie. Problem polega na czymś innym.

Kościół miał potencjał stworzenia ogromnego zaplecza intelektualnego przyszłej Polski, ale nie wykorzystał go do stworzenia własnej szkoły myślenia o państwie.
A przecież były inne środowiska I tu sytuacja robi się jeszcze bardziej interesująca. Nie można powiedzieć, że w PRL nie istniały środowiska katolickie i chrześcijańskie, które mogły próbować myśleć o przyszłej Polsce. Były. PAX. PZKS. ChSS. KIK. Każde z tych środowisk miało ludzi wykształconych, kontakty, doświadczenie organizacyjne i możliwość prowadzenia dyskusji w warunkach, w których większość niezależnych inicjatyw była bardzo ograniczona.

A jednak żadne z nich nie stworzyło alternatywnego, całościowego projektu państwa, który w 1989 roku mógłby konkurować z importowanymi rozwiązaniami gospodarczymi i instytucjonalnymi. Dlaczego? Częściowo zabrakło wyobraźni. Częściowo zabrakło odwagi. Częściowo zabrakło ludzi o odpowiednich kompetencjach.

A częściowo problem był jeszcze bardziej przyziemny: uwikłanie w relacje z władzą. Zwłaszcza środowiska takie jak PAX miały historię współpracy i kompromisów z systemem komunistycznym. Ich zdolność do wystąpienia w roli całkowicie niezależnego projektanta przyszłej Polski była więc ograniczona.

KIK miał inny problem. Był środowiskiem znacznie bardziej niezależnym i intelektualnym, ale jego energia szła przede wszystkim w formację katolicką, działalność społeczną i opozycyjną, a nie w stworzenie kompletnego projektu instytucjonalnego państwa.

PZKS i ChSS również funkcjonowały w określonych ramach systemu. I tak powstała osobliwa sytuacja: istniały środowiska katolickie, chrześcijańskie, społeczne i intelektualne — ale nie powstała z nich polska szkoła projektowania państwa. Nie było polskiego odpowiednika zespołu, który powiedziałby: „Kiedy komunizm się skończy, oto jest nasz projekt Polski.”
To jest być może jedna z największych straconych szans polskiej inteligencji katolickiej.

Witold Kieżun patrzył na transformację przede wszystkim przez pryzmat własności. Nie fascynowało go, że ktoś powiedział „wolny rynek”. Pytał: Kto będzie właścicielem? I dlatego jego określenie „kolonia” tak wielu ludzi bolało. Bo można odzyskać flagę, hymn i paszport, a jednocześnie dopuścić do sytuacji, w której znaczna część gospodarki zostaje podporządkowana kapitałowi zagranicznemu.

Kieżun nie twierdził, że Polska powinna zachować komunizm. Twierdził coś znacznie bardziej niewygodnego: że można było zbudować kapitalizm inaczej.


Jeszcze jedno nazwisko. Stefan Olszowski jest przypadkiem wręcz surrealistycznym. Członek Biura Politycznego PZPR. Minister spraw zagranicznych. Człowiek kojarzony z twardym skrzydłem partii. A w 1986 roku wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych i pozostaje tam na stałe. Hoover Institution określa jego przypadek jako prawdopodobnie wyjątkowy przykład pokojowej emigracji wysokiego rangą funkcjonariusza bloku sowieckiego.  Nie oznacza to, że Olszowski był „amerykańskim człowiekiem”. Ale jego biografia pokazuje coś ważnego: granica między PRL a Zachodem była znacznie bardziej przepuszczalna, niż sugeruje późniejsza opowieść o dwóch całkowicie odseparowanych światach.

Ludzie, idee, informacje i interesy przekraczały tę granicę długo przed 1989 rokiem. Cały proces można wyjaśnić bez tajnego komitetu. Wystarczyło, że Zachód miał: uniwersytety, pieniądze, fundacje, stypendia, ekspertów, instytucje finansowe, gotowe modele.

A Polska miała ludzi, którzy coraz lepiej te modele znali. Problem nie polegał więc na tym, że Polska otworzyła się na Zachód. Problem polegał na tym, że otworzyła się bez własnego projektu tego, czego właściwie chce. Kraj posiadający własny projekt mówi: „Dajcie nam technologię, kapitał i wiedzę. My wiemy, dokąd idziemy.” Kraj bez projektu mówi: „Dobrze. A jak mamy się urządzić?”I wtedy pojawiają się Sachsowie, Balcerowicze i kolejne gotowe recepty.

=========================================


A dzisiaj? I tu robi się jeszcze bardziej niewesoło. Bo problem nie zniknął. Po 1989 roku nie zbudowaliśmy trwałego, niezależnego ośrodka projektowania Polski jako państwa. Mamy za to całe zastępy ludzi, którzy wiedzą, do czego Polskę przyłączyć, co wdrożyć i jakie wartości promować. Europa. Globalizacja. Zielona transformacja. Klimat. Ekologia. Cyfryzacja. Równość. Nowoczesność.

A z drugiej strony: katolickość, tradycja, naród, wartości chrześcijańskie. Wszystko to może być ważne.

Tylko ciągle brakuje podstawowego pytania:
Jak ma działać państwo polskie? Jak ma być zarządzane? Jak ma finansować swoje zadania? Jak ma reagować na starzenie się społeczeństwa? Jak ma chronić własność swoich mieszkańców? Jak ma budować produktywność? Jak ma wykorzystywać sztuczną inteligencję? Jak ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne? Jak ma utrzymać armię? Jak ma wyglądać administracja za 30 lat?  Jak ma funkcjonować państwo, kiedy liczba mieszkańców będzie się zmniejszać?

O tym mówi się znacznie mniej. Łatwiej powiedzieć: „Jesteśmy za Europą. Albo: „Jesteśmy za Polską katolicką.” Jedno i drugie może brzmieć pięknie. Tylko żadne z tych haseł nie jest projektem państwa. Potrzebujemy projektantów, nie kolejnych wyznawców

Polska nie potrzebuje kolejnej wojny między liberałami, narodowcami, katolikami, globalistami i ekologami. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią usiąść przy jednym stole i zapytać: Jak zaprojektować państwo, które będzie służyło mieszkańcom Rzeczypospolitej? Nie Brukseli. Nie Waszyngtonowi. Nie Watykanowi. Nie globalnym korporacjom. Nie żadnej partii.

Europa może być narzędziem. Globalny rynek może być narzędziem. Ekologia może być narzędziem. Technologia może być narzędziem. Religia może być źródłem wartości. Ale żadne z nich nie może zastąpić projektu państwa. Bo państwo nie jest dodatkiem do ideologii. Państwo jest narzędziem organizacji wspólnego życia.

I jeżeli Polacy sami go nie zaprojektują, inni znowu zrobią to za nich. Tak jak w 1989 roku. Tylko następnym razem może już nie być potrzebny żaden Sachs. Wystarczy, że znowu będziemy mieli ludzi, którzy doskonale wiedzą, czego chce Europa, czego chce globalny rynek albo czego chce Watykan — ale nie wiedzą, czego potrzebuje Polska.
I to jest prawdziwy problem Polski. Nie brak patriotów. Nie brak katolików. Nie brak europejczyków. Nie brak liberałów. Nie brak narodowców. Nie brak ekspertów.

Brakuje projektantów państwa.

A państwo, które nie projektuje własnej przyszłości, wcześniej czy później zaczyna realizować przyszłość zaprojektowaną przez innych. W 1989 roku zapłaciliśmy za to bardzo wysoką cenę. Największym błędem nie był sam wybór gospodarki rynkowej. Błędem było to, że nie zaprojektowaliśmy jej po polsku. I jeśli dzisiaj popełnimy ten sam błąd, tylko pod innymi hasłami, historia po prostu zmieni dekoracje.

Mechanizm pozostanie ten sam.

Posty Trumpa kontra rzeczywistość: Berletic wyjaśnia strategię stojącą za atakami USA

Posty Trumpa kontra rzeczywistość: Berletic wyjaśnia strategię stojącą za atakami USA

Brian Berletic o konflikcie z Iranem:

Odwet, nadmierna potęga USA i wyścig o świat wielobiegunowy.

W obszernej rozmowie z Dannym Haiphongiem, komentator geopolityczny Brian Berletic (The New Atlas) analizuje niedawne irańskie ataki odwetowe na jednostki marynarki wojennej USA, ograniczenia amerykańskiej potęgi militarnej oraz nadrzędne cele Waszyngtonu. Były żołnierz piechoty morskiej USA łączy wojnę z Iranem z konfliktami na Ukrainie, militaryzacją Azji i wzrostem potęgi Chin. Jego główne przesłanie: Należy patrzeć na szerszy obraz, a nie izolować poszczególne bitwy.

Ostatnie wydarzenia – irańskie ataki rakietowe na amerykański lotniskowiec i niszczyciel, a także amerykańskie ataki odwetowe na irańskie tankowce – są częścią konfliktu o Cieśninę Ormuz, który trwa od lutego 2026 roku. Stany Zjednoczone zaprzeczają atakom na cele i twierdzą, że udało im się ich uniknąć; Iran twierdzi, że poniósł straty. Berletic postrzega to nie jako odosobnioną potyczkę morską, ale jako kolejną próbę Waszyngtonu mającą na celu zakłócenie przepływu energii.

Całościowy obraz: Imperium pod presją

Berletic podkreśla, że ​​Stany Zjednoczone, jako nowoczesne globalne imperium, nie prowadzą izolowanych wojen, lecz raczej spójny system konfliktów. Niewielka grupa z własnymi interesami w Stanach Zjednoczonych kieruje polityką zagraniczną i wewnętrzną przede wszystkim w oparciu o zysk i władzę.

Wszystkie teatry działań – Iran, Ukraina jako wojna zastępcza przeciwko Rosji, militaryzacja regionu Azji i Pacyfiku oraz wpływy polityczne wywierane za pośrednictwem organizacji takich jak National Endowment for Democracy – służą temu samemu celowi: osłabieniu rywali i obronie jednobiegunowej hegemonii.

Zdolność Iranu do odwetu jest pozytywnym znakiem dla Teheranu. Pokazuje, że kraj ten jest w stanie przetrwać, bronić się i zwiększać koszty dla USA. Waszyngton osiąga w tym względzie granice swoich możliwości militarnych. Zapasy amunicji były już nadwyrężone przed 2022 rokiem z powodu konfliktu w Jemenie i wojny na Ukrainie; wojna z Iranem zaostrza ten problem. USA nie kończą amunicji, ale nie produkują jej wystarczająco szybko, aby sprostać zakrojonym na szeroką skalę kampaniom „szoku i przerażenia” z poprzednich dekad. Zamiast tego Waszyngton tymczasowo łagodzi konflikty, aby uzupełnić zapasy przed kolejną rundą eskalacji.

Wypowiedzi prezydenta Trumpa w Truth Social i wypowiedzi publiczne dotyczą przede wszystkim zarządzania percepcją. Ani administracja Trumpa, ani Bidena tak naprawdę nie dyktują polityki; po prostu kontynuują istniejącą politykę i prezentują ją opinii publicznej. Należy w dużej mierze zignorować słowa Trumpa i zamiast tego obserwować jego rzeczywiste zachowanie.

Energia, Ormuz i właściwy cel

Według Berletica, kluczowym motywem są zakłócenia w dostawach węglowodorów z Azji Zachodniej do Azji wschodniej, a w szczególności do Chin. Stany Zjednoczone od lat rozbudowywały potencjał eksportowy LNG – początkowo nieopłacalny ekonomicznie, ale wyraźnie planowany jako odpowiedź na „sporne drogi wodne” i wąskie gardła na morzu. Teraz ten plan jest wdrażany.

Cieśnina Ormuz służy jako dźwignia. Waszyngton urządza polityczny cyrk wokół „utrzymania jej otwartej” zamiast „zamknięcia”, podczas gdy prawdziwym celem jest globalny kryzys gospodarczy, który stłumi wzrost gospodarczy Azji. Gdyby Stany Zjednoczone otwarcie przyznały się do celowego zakłócania przepływu energii, spotkałyby się z międzynarodową reakcją. Dlatego Iran jest przedstawiany jako sprawca zakłóceń, mimo że to Waszyngton zainicjował konflikt. Jednocześnie Stany Zjednoczone zabezpieczają udziały w rynku i próbują wywierać presję na państwa azjatyckie, aby zawarły długoterminowe kontrakty na LNG z USA.

Istotną rolę odegrały interesy finansowe koncernów naftowych oraz cel wyeliminowania z rynków energetycznych konkurentów, takich jak Iran, Rosja i Chiny. Berletic wskazuje na ciągłość: Cel, omawiany w „New York Timesie” w 1992 roku, polegający na zapobieganiu pojawianiu się rywali, można odnaleźć niemal dosłownie w publikacjach współczesnych think tanków.

Granice władzy i strategia destrukcji

Stany Zjednoczone nie są w stanie dogonić Chin, ani pod względem przemysłowym, ani ekonomicznym. Wzrost Chin napędzany jest przez handel, import surowców i eksport towarów gotowych, a Chiny są najważniejszym partnerem handlowym dla większości krajów.

Reakcją Waszyngtonu nie jest więc konkurencja, lecz destabilizacja: odcięcie globalnych łańcuchów dostaw, przerwanie dopływu energii i surowców do Chin oraz polityczne blokowanie chińskiego eksportu (Huawei, samochody elektryczne).

Berletic ostrzega przed błędną interpretacją: nie wierzy, że Stany Zjednoczone są niepowstrzymane. Wręcz przeciwnie, od lat mówi o ostatecznym upadku imperium i wzroście wielobiegunowości. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że Waszyngton rozumie ten upadek i dlatego próbuje „zniszczyć wszystko”, aby znów wyjść z ruin jako najsilniejszy gracz.

Jednocześnie przyznaje, że strona wielobiegunowa poniosła straty. Upadek Syrii pod koniec 2024 roku zadał Iranowi i Rosji strategiczną porażkę i otworzył korytarz powietrzny dla ataków na Iran. W Libanie Izrael kontroluje obecnie duże obszary na północ od rzeki Litani, częściowo dzięki wspieranemu przez USA reżimowi w Damaszku. Hezbollah jest w gorszej sytuacji niż w 2006 roku. Rosja ponosi ogromne koszty w postaci zasobów i ofiar w konflikcie na Ukrainie. Każdy, kto liczy tylko zwycięstwa strony wielobiegunowej, nie rozumie istoty sprawy.

Przygotowania Chin i okno zamknięcia

Chiny od dziesięcioleci przygotowują się właśnie na taki scenariusz: okrążenie, podział wewnętrzny i zakłócenia w dostawach energii. Masowa ekspansja odnawialnych źródeł energii, energetyki jądrowej oraz Inicjatywa Pasa i Szlaku (w tym korytarze lądowe przez Pakistan i Iran) służą budowaniu odporności. Gdy ta infrastruktura osiągnie masę krytyczną, Waszyngton praktycznie nie będzie w stanie powstrzymać jej militarnie. Dlatego Stany Zjednoczone działają teraz z tym, co jeszcze mają – nawet kosztem własnych pełnomocników w Azji Zachodniej i Europie.

Berletic i Haiphong widzą „wielki wyścig”: Stany Zjednoczone próbują powstrzymać wzrost Iranu, zanim będzie za późno. Strona wielobiegunowa (Chiny, Rosja, Iran, BRICS, SCO) buduje równoległe szlaki handlowe i projekty integracyjne. Szlaki lądowe trudniej zablokować niż morskie. Dlatego presja na Iran jest nadal tak duża.

Zagrożenia nuklearne i ich podmioty pośredniczące

Obaj rozmówcy ostrzegali przed narastającą retoryką nuklearną w amerykańskich think tankach. Waszyngton mógłby działać za pośrednictwem podmiotów pośredniczących: Izraela jako filaru w Azji Zachodniej (z prawdopodobnym arsenałem nuklearnym i „opcją Samsona”), europejskich mocarstw nuklearnych przeciwko Rosji i potencjalnie Japonii przeciwko Chinom. Same Stany Zjednoczone pozostałyby chronione geograficznie. Bezpośrednia konfrontacja między mocarstwami nuklearnymi jest mało prawdopodobna, ale nie można wykluczyć wykorzystania podmiotów pośredniczących.

Świat wielobiegunowy stara się, aby transformacja przebiegała jak najspokojniej, aby uniknąć katastrofalnej eskalacji. Bezpośrednie ataki na terytorium USA byłyby kontrproduktywne. Zamiast tego celem jest zyskanie czasu, aż własna baza gospodarcza i przemysłowa stanie się nie do zdobycia.

Rola Zachodu

Berletic sceptycznie podchodzi do tego, czy populacja Zachodu może powstrzymać system od wewnątrz. Uważa, że ​​ludzie są kształtowani przez propagandę od kołyski do grobu – sam wstąpił do armii amerykańskiej jako młody człowiek, zanim zdał sobie sprawę z rzeczywistości. Świat wielobiegunowy musi zatem przede wszystkim wzmocnić swoją suwerenność informacyjną.

Prawdziwym zadaniem dla ludzi w USA, Europie i państwach satelickich jest powstrzymanie agresji. Chiny, Rosja i Iran nie są w stanie zmienić amerykańskiego systemu politycznego z zewnątrz; budują jedynie alternatywę.

Analiza Berletica jest ewidentnie stronnicza i przeczy oficjalnym narracjom USA, które podkreślają skuteczność obrony i ciągłą przewagę militarną.

Splata jednak poszczególne konflikty w spójny obraz: imperium, które uznaje swoją względną słabość i dlatego polega na destrukcji i zniszczeniu, podczas gdy rywalizujące mocarstwa próbują zamknąć okno możliwości bez wywoływania poważnej wojny. To, czy ten kierunek działań okaże się skuteczny, czy zakończy się jeszcze większą eskalacją, pozostaje kluczowym pytaniem na nadchodzące miesiące.

Walka agentów MI6 i CIA o kontrolę nad Ukrainą

depositphotos.com

Walka agentów MI6 i CIA o kontrolę nad Ukrainą

Księżyc Alabamy

Walka o przyszłość Ukrainy przybiera na sile.

Nie tylko na froncie czy między lokalnymi ośrodkami władzy w Kijowie, ale także między służbami wywiadowczymi anglo-amerykańskich „sojuszników”.

W środę w Kijowie doszło do strzelaniny pomiędzy oddziałami głównego (wojskowego) wywiadu GRU a siłami ukraińskiego wywiadu wewnętrznego SBU.

Ten zagadkowy incydent ma złożone podłoże.

Wydarzenia na Ukrainie próbują podsumować jego przyczyny :

Po pierwsze, istnieje stary konflikt między SBU a GUR. W tym przypadku chodzi tak naprawdę o SBU i nowe kierownictwo GUR przeciwko byłemu liderowi GUR, Kyryło Budanowowi, i legionom bojowników GUR, którzy pozostają lojalni wobec Budanowa. Po stronie SBU stoi jej bezwzględny przywódca, Ołeksandr Pokład, znany również jako „Dusiciel”.

Na pierwszy konflikt nakłada się drugi. Po stronie SBU stoi klan władzy Zełenskiego, od dawna sfrustrowany wygórowanymi ambicjami Budanowa. Fakt, że Budanow nadal dowodzi prywatną armią prominentnych, ideologicznie fanatycznych watażków, nie podoba się prezydentowi i jego najbliższemu otoczeniu. Budanow próbował również pokrzyżować plany Zełenskiego, by mianować zagorzałego lojalnego Pokłada prawowitym szefem SBU.

Po trzecie i najważniejsze: przychody. A dokładniej, rywalizacja o kontrolę nad niezwykle lukratywnym biznesem fałszywych call center, który zatrudnia około 60 000 Ukraińców i generuje miliard dolarów miesięcznie. Europejczycy naciskali na Zełenskiego, aby ukrócił tę branżę, która, co oczywiste, działa za przyzwoleniem ukraińskich organów ścigania, zwłaszcza GUR i SBU.

Podobne incydenty między GRU a SBU miały już miejsce wcześniej. Jedna ze strzelanin dotyczyła kontroli nad luksusowym ośrodkiem wypoczynkowym. Inne dotyczyły bardziej wartościowych transakcji biznesowych.

Dzisiejsza strzelanina ma miejsce dokładnie w momencie, gdy Zełenski ogłosił nowe prawo mające na celu zwalczanie oszustw w call center. Zjawisko to ma miejsce w szczególnie dogodnym momencie, ponieważ w ciągu ostatnich kilku miesięcy na całym świecie doszło do serii ataków terrorystycznych i morderstw, wszystkie powiązane z GUR i jego oszustwami w call center – tortury i ścięcia na Bali, eksplozje w Monako, a co najgorsze, naiwni obywatele Europy zostali oszukani i pozbawieni oszczędności. W tę międzynarodową sieć przemocy wpleciona jest dziwaczna menażeria fanatycznych watażków GUR i bardziej tradycyjnych bossów mafii.

Tego rodzaju mafijne wojny gangów stały się już dawno normą na Ukrainie.

Jednak za najnowszą sprawą kryje się coś więcej niż tylko spór o przychody z oszustw telefonicznych.

Jako szef GRU, Kyryło Budanow stał się poważnym rywalem (obecnego) prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Awansował z GRU na stanowisko szefa Biura Prezydenta, odcinając się tym samym od większości jego zasobów i wojsk. Chociaż jest to wpływowa pozycja, posunięcie to miało na celu utrzymanie Budanowa pod kontrolą.

Jeszcze głębiej za tym wszystkim kryje się spór między sojusznikami Zełenskiego z brytyjskiego MI6 i CIA o to, kto powinien objąć przywództwo na Ukrainie.

Jak pisze Black Mountain Analysis :

Pogląd, że Ukraina działa jako w pełni suwerenne państwo i podejmuje niezależne decyzje, jest obalany przez wszechobecny wpływ zachodnich agencji wywiadowczych, zwłaszcza brytyjskiego MI6. Strategia wojenna Ukrainy jest w dużej mierze dyktowana z zagranicy, a brytyjski wywiad jest głęboko zakorzeniony w wojskowych i politycznych procesach decyzyjnych kraju.

Zełenski i SBU są w mniejszym lub większym stopniu agentami MI6.

CIA i Biały Dom, który ją wspiera, chcą doprowadzić do władzy jej męża, Kyryło Budanowa, i znaleźć jakieś porozumienie z Rosją.

Zełenski ma zostać odsunięty od gry.

Warto zwrócić uwagę na tę krytykę ze strony Rady Atlantyckiej kontrolowanej przez USA w niedawnym artykule w czasopiśmie Foreign Policy ( archiwum ):

Od ubiegłego lata niezadowolenie społeczeństwa z oskarżeń o korupcję wobec bliskiego otoczenia Zełenskiego i niedawne zwolnienie Fiodorowa umocniły niechęć społeczeństwa do Zełenskiego.

Istnieją dwa sposoby rozwiązania tego problemu. Pierwszy – wybory w czasie wojny – cieszy się niewielkim poparciem Ukraińców, pozostaje skomplikowany logistycznie i jest obecnie nielegalny. Drugim sposobem jest restart systemu rządzenia poprzez ograniczenie udziału prezydenta w kierowaniu polityką wewnętrzną , stworzenie rządu jedności narodowej i utorowanie drogi grupie skutecznych i nieskazitelnych urzędników z konkurencyjnych partii, a także z szerokiego kręgu kompetentnych urzędników, których Zełenski zdymisjonował, ponieważ uważał ich za potencjalnych rywali.

Niestety, nic nie wskazuje na to, że Zełenski może podjąć taki krok. … Era scentralizowanych rządów małej grupy kolesiów już dawno minęła , a zachodni przywódcy oraz jego własny naród powinni przy każdej okazji namawiać go do podjęcia kroków mających na celu zapewnienie jedności narodowej i skutecznych rządów.

Tę linię myślenia od pewnego czasu propagują różne organizacje pozarządowe finansowane przez Zachód w Kijowie. Zełenski ma pozostać na stanowisku jako ceremonialna głowa państwa, podczas gdy faktyczną działalnością rządu ma zająć się swego rodzaju (kontrolowana przez USA) komisja.

Zbiegiem okoliczności (oczywiście, że nie)New York Times” opublikował artykuł popierający Budanowa zaledwie dzień po anty-zełenskiej tyradzie rozpowszechnionej za pośrednictwem „Foreign Policy” :

Po zaciętej walce z Rosją chce utorować Ukrainie drogę do pokojuNew York Times , 4 września 2026 r.

Kyryło Budanow, wielokrotnie odznaczony żołnierz i były szef wywiadu wojskowego, opowiada się za rozwiązaniem negocjacyjnym. Rozmowy mają zostać wznowione w tym miesiącu.

40-letni Budanow jest szefem sztabu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i generałem porucznikiem armii ukraińskiej. Choć opowiada się za negocjacjami , jako żołnierz, który walczył z Rosjanami, niewiele ma do udowodnienia.

Służył w wyszkolonej przez CIA jednostce ukraińskiego wywiadu wojskowego, której szef zginął w zamachu bombowym podłożonym przez Rosjan w Kijowie. W 2016 roku kula z karabinu maszynowego roztrzaskała łokieć pana Budanowa. Spędził miesiące w Narodowym Wojskowym Centrum Medycznym Walter Reed w Maryland, gdzie rekonstruowano mu rękę. Po pełnoskalowej inwazji Rosji w 2022 roku, pomógł zaplanować niektóre z najodważniejszych kontrataków Ukrainy.

Pan Budanow nadal nosi krótką, wojskową fryzurę i słynie z przenikliwego spojrzenia ciemnych oczu. W biurze ozdobionym chrześcijańską ikoną namalowaną na ceramicznej płytce kamizelki kuloodpornej, uchyli rąbka tajemnicy na temat sztuki negocjacji ze śmiertelnymi wrogami.

Budanow jest przedstawiany jako ktoś, kto może poprowadzić Ukrainę do pokoju z Rosją (na warunkach amerykańskich):

Jak powiedział, jednym z głównych powodów, dla których pan Budanow objął w styczniu stanowisko szefa sztabu, była możliwość przewodzenia negocjacjom.

W tym momencie pan Witkoff oraz rosyjscy i ukraińscy negocjatorzy sprowadzili 20-punktowy plan pokojowy do dwóch centralnych, nierozwiązanych kwestii: …

Pan Budanow powiedział, że podczas rozmów w Abu Zabi starał się nadać nowy ton.

Dodał, że polecił delegacji rosyjskiej, aby wyznaczyła sobie cel, taki jak wypracowanie kompromisów dla powojennej administracji Donbasu, i aby nad nim pracowała.

Do lutego rozważano przekazanie tego obszaru prywatnym firmom wojskowym, powierzenie zarządzania nim radzie pokojowej Trumpa lub utworzenie wspólnych ukraińsko-rosyjskich administracji cywilnych.

Ta absurdalna propozycja wysunięta przez Budanowa musiała wyjść od amatorów z Białego Domu.

Strzelanina w Kijowie była więc czymś więcej niż tylko mafijnym sporem biznesowym.

Brała udział w sporze o to, kto będzie kontrolował politykę zagraniczną Ukrainy. MI6 i CIA miały swoje własne preferencje.

Ale co naprawdę interesujące, Moskwa najwyraźniej zajęła w tej sprawie aktywne stanowisko:

Yaroslav Trofimov @yarotrof – 13:30 UTC · 4 września 2026 r.

Rosyjski dron odrzutowy (w zasadzie pocisk manewrujący) właśnie wleciał do biura szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Pokłada, w samym sercu Kijowa. Nie zginął, ale Zełenski nakazał ataki odwetowe, kiedy tylko będzie to możliwe.

Rosyjski (a może GRU?) atak na poplecznika Zełenskiego, Poklada, który próbuje wyeliminować Budanowa, ma miejsce w czasie, gdy Biały Dom po długiej przerwie wznawia negocjacje w sprawie Ukrainy :

Jak podało źródło TASS, amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner planują wkrótce udać się do Kijowa i Moskwy.

– Na początku września źródło poinformowało agencję, że Witkoff i Kushner zintensyfikowali działania mediacyjne dotyczące Ukrainy.

– Według źródła, kontakt telefoniczny ze stroną ukraińską już miał miejsce.

– Wołodymyr Zełenski powiedział dzień wcześniej, że wstępne daty wizyty Witkowa i Kushnera w Kijowie zostały już ustalone.

– Wizyta może się odbyć w niedalekiej przyszłości – zauważył.

Witkoff i Kushner powinni interpretować „rosyjski” atak dronów na siedzibę SBU jako gest powitalny.

Źródło: Wewnątrz walki pełnomocników MI6 i CIA o to, kto ma przewodzić Ukrainie