Europejski system wsparcia militarnego dla Ukrainy doświadcza bezprecedensowego kryzysu. W ostatnich tygodniach aż siedem państw członkowskich NATO oficjalnie odmówiło udziału w nowym programie zakupów amerykańskiej broni dla Ukrainy, inicjatywie forsowanej przez administrację prezydenta Donalda Trumpa i sekretarza generalnego NATO Marka Rutte.
Finlandia, która dopiero niedawno dołączyła do Sojuszu, jest najnowszym krajem, który ogłosił swoją odmowę. Minister Obrony Antti Häkkänen w oficjalnym oświadczeniu poinformował, że Finlandia zamiast tego skupi się na własnym programie przemysłowym, w ramach którego zamawia produkty dla Ukrainy od fińskich firm. “Przeznaczyliśmy nasze zasoby na wewnętrzny program przemysłowy, w ramach którego składamy zamówienia dla Ukrainy w firmach na terenie całej Finlandii” – wyjaśnił minister.
Podobną decyzję podjęła wcześniej Francja, której prezydent Emmanuel Macron konsekwentnie promuje ideę wzmacniania europejskiego przemysłu obronnego zamiast zakupów broni produkowanej w USA. Francuzi są przekonani, że europejska autonomia strategiczna wymaga inwestycji we własne zdolności produkcyjne, a nie uzależniania się od amerykańskiego sprzętu wojskowego.
Włochy to kolejny kluczowy sojusznik, który odmówił uczestnictwa w inicjatywie. Według doniesień włoskiego dziennika La Stampa, Rzym uzasadnia swoją decyzję prozaicznym brakiem dostępnych środków finansowych. W oficjalnym oświadczeniu włoskiego Ministerstwa Obrony podkreślono, że “nigdy nie było mowy o zakupie amerykańskiej broni” oraz że Włochy rozważają inne formy wsparcia, w tym pomoc logistyczną.
Lista krajów odmawiających udziału w amerykańskim programie jest jednak znacznie dłuższa. Czechy, które przez długi czas były jednym z najbardziej lojalnych sojuszników Ukrainy, również zrezygnowały z udziału. Premier Petr Fiala wyjaśnił, że Czechy koncentrują się na innych projektach pomocy, w tym na inicjatywie dostarczania amunicji, w ramach której przekazują Ukrainie pociski wielkokalibrowe.
Słowacja od czasu objęcia władzy przez rząd Roberta Fico przyjęła stanowisko całkowitego odcięcia się od militarnego wsparcia dla Ukrainy, co czyni ją naturalnym przeciwnikiem inicjatywy zakupów broni. Podobnie Węgry pod przewodnictwem premiera Viktora Orbána konsekwentnie odmawiają jakiegokolwiek wsparcia militarnego dla Kijowa.
Do grona przeciwników dołączyła również Słowenia, która wcześniej aktywnie wspierała Ukrainę poprzez różne inicjatywy, w tym szkoleniowe, ale teraz odmówiła udziału w nowym programie zakupów amerykańskiej broni.
W kontrze do tej grupy stoi silny blok krajów popierających inicjatywę, z Niemcami na czele. Kanclerz Friedrich Merz aktywnie promuje plan zakupu amerykańskiej broni dla Ukrainy, widząc w tym sposób na wywieranie presji na Rosję, by ta rozpoczęła negocjacje pokojowe. Oprócz Niemiec, Polska i kraje bałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia) również wyraziły zainteresowanie programem.
Interesujące jest, że kraje nordyckie są w tej kwestii podzielone. Podczas gdy Szwecja, Norwegia i Dania ogłosiły wspólny pakiet pomocy wojskowej o wartości 500 milionów dolarów w ramach nowej inicjatywy PURL (Priority Ukraine Requirements List), Finlandia zdecydowała się na własną ścieżkę wsparcia.
Ten narastający rozłam wśród europejskich sojuszników odzwierciedla głębsze podziały w NATO i UE dotyczące strategii wobec konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Wraz z przedłużającą się wojną, coraz więcej krajów zaczyna kwestionować dotychczasowe podejście, szczególnie w obliczu nowej polityki administracji Trumpa, która wyraźnie oczekuje, że to europejscy sojusznicy poniosą główny ciężar finansowy wspierania Ukrainy.
Dla Ukrainy ta sytuacja stanowi poważne wyzwanie. Prezydent Wołodymyr Zełenski wielokrotnie podkreślał, że jego kraj potrzebuje stałych i przewidywalnych dostaw broni, aby skutecznie bronić się przed rosyjską agresją. Tymczasem rosnąca liczba odmów udziału w programie zakupów może znacząco ograniczyć strumień pomocy wojskowej napływającej do Kijowa w najbliższych miesiącach.
W ostatnim czasie dwaj polscy kardynałowie dosadnie krytykowali środowiska niechętne masowej migracji. Papieski jałmużnik, kard. Konrad Krajewski wraz z łódzkim ordynariuszem pokazali, że są zdeterminowani, by wpoić wiernym akceptację dla polityki otwartych granic.
Wśród wielu krytycznych uwag, jakie wybrzmiały po wypowiedziach obu hierarchów, pozostaje jeszcze jednak wątpliwość do rozwiania. Czy duchowni wspierający migrację zamierzają również wyjść naprzeciw obcokrajowcom z nauką wiary i sakramentalną posługą?
Skoro hierarchowie chcą, byśmy „obdarowywali” cudzoziemców – to przecież władza duchowna powinna uwijać się, by dać im to, co najcenniejsze w naszej cywilizacji – wiarę. Czy tę swoją odpowiedzialność biskupi chętnie podejmą – czy poprzestaną na naiwnych radach, sami ignorując swoje obowiązki?
W niedzielę 20 lipca w kościołach diecezji łódzkiej rozbrzmiał apel o otwartość wobec migracji oraz krytyka środowisk, które niekontrolowany napływ cudzoziemców do kraju uznają za niebezpieczeństwo. Kardynał Ryś – tak jednoznacznie, jak i jednostronnie – próbował wyjaśnić wiernym, dlaczego takie myślenie uważa za niechrześcijańskie. Łódzki ordynariusz podkreślił, że Polacy powinni traktować terytorium swojego państwa „gościnnie” i obdarowywać przybyszów, szukających wśród nas miejsca dla siebie.
Protesty przeciwko masowej migracji zabolały nie tylko łódzkiego purpurata. Przeboleć ostrożnego nastawienia rodaków do napływu obcokrajowców i narodowych nastrojów nie może również kard. Konrad Krajewski. Papieski jałmużnik postanowił wykorzystać obecność wielu pielgrzymów z Polski na jubileuszu młodzieży, by odnieść się do polityki migracyjnej. Jak przekonywał, hasło „Polska dla Polaków” oznacza, że że nad Wisłą nie znalazłoby się miejsce dla Pana Jezusa.
Kardynalne braki
Skoro mamy obdarować cudzoziemców i zapewnić miejsce Chrystusowi wśród nas, to zdawałoby się, że purpuraci nie mogą już doczekać się chwili, gdy będą mogli ruszyć do ośrodków dla azylantów z chrystusową nauką wiary, objawioną w Jego Kościele. Diecezje powinny już szykować księży gotowych do głoszenia Chrystusa i odpierania przeciwnych mu błędów w egzotycznych językach oraz delegowanych do posługi wśród obcokrajowców duszpasterzy, a wreszcie przygotowywać świeckich do niesienia wiary cudzoziemcom w ich najbliższym otoczeniu. Z pewnością najlepsze przykłady polskich świętych: jak św. Maksymiliana Kolbe, czy św. Wojciecha tak właśnie kazałyby się sposobić na napływ obcych kulturowo migrantów.
A jednak… w wypowiedziach obu kardynałów zabrakło refleksji o ewangelizacji, czy posłudze dla cudzoziemców. A przecież to powinno ich interesować przede wszystkim. Ani kardynał Ryś, ani jałmużnik papieski nie wspomnieli, że wraz z napływem migrantów Kościół w Polsce stanie przed obowiązkiem przekazu wiary tym ludziom. Tego najcenniejszego skarbu – z Bożej łaski ukrytego w polskiej „roli”.
Zapału do takiej pracy – przynajmniej na razie – mimo zaangażowania w polityczną dyskusję o migracji kardynałowie Ryś i Krajewski nie wyrazili. Z tego powodu skierowaliśmy pytanie do archidiecezji łódzkiej, czy spodziewając się wzmożonego napływu obcokrajowców władza duchowna już rozważa, jak dotrzeć do migrantów z misją, powierzoną apostołom i ich następcom przez boskiego założyciela Kościoła.
Oto treść zapytania, jaką przesłaliśmy do rzecznika archidiecezji łódzkiej oraz do wydziału duszpasterstwa kilka dni temu:
„(…)
Ostatni list kard. Grzegorza Rysia, przeczytany diecezjanom w kościołach w niedzielę 20 lipca, odbił się szeroko w mediach i wywołał żywą dyskusję o chrześcijańskiej postawie wobec migrantów.
W związku z jednoznacznym poparciem Jego Ekscelencji kard. Rysia dla migracji i spodziewanego zwiększonego napływu cudzoziemców chciałbym zapytać o programy duszpasterskie, jakie archidiecezja łódzka zamierza skierować do migrantów, by z jednej strony głosić im wiarę i skutecznie prowadzić misję wśród tych, którym obca jest wiara chrześcijańska, a z drugiej odpowiedzieć na zapotrzebowanie na posługę w innych językach.
Czy taka oferta jest już dostępna dla obcokrajowców lub na etapie przygotowywania?”.
Na moment publikacji tekstu nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi od diecezjalnych instytucji.
Chrystus, czy Deklaracja Praw Człowieka?
Fakt, że Kościół angażuje się w sprawy społeczne nie dziwi i sam w sobie nie zasługuje na krytykę. Przeciwnie – my, katolicy, powinniśmy jak najbardziej szczerze oczekiwać, że hierarchowie – zbrojni w wierność depozytowi wiary, a tym samym doskonałą naukę moralną – dadzą nam wskazówki, jak oprzeć narodowe życie na chrześcijańskich podstawach. Postawa kardynałów Rysia i Krajewskiego budzi mimo tego szereg zastrzeżeń, które wskazali zarówno komentujący ich stanowisko księża, jak i świeccy. Na naszym portalu komentowaliśmy je dla państwa kilkakrotnie. Pozostaje wciąż jeszcze pytanie o to, jakie zadania duchowni traktują jako najbardziej palące.
Leon XIII precyzyjnie wyjaśniał, jak postrzegać zaangażowanie Kościoła w sprawy społeczne. Warto sięgnąć po encykliki papieża, pamiętanego przecież szczególnie z „Rerum Novarum”, czy powołania „demokracji chrześcijańskiej”. Wyborem, który rozjaśni rozumienie tej kwestii będą na przykład „Graves de Communi”, czy „Immortale Dei”. Jak wskazywał ojciec święty, chrześcijańska religia rozróżnia między władzą doczesną, powołaną do dbania o potrzeby doczesne ludzi oraz władzą duchowną – Kościołem – mającym sprowadzać dobra, których mól nie żre, ani rdza nie niszczy. Mistyczne Ciało Chrystusa angażuje się w kwestie polityczne po to, by panujące stosunki nie utrudniały zbawczej misji.
Tymczasem kardynałowie polskiego Kościoła zatroskanie wyrazili przede wszystkim tym, czy polskie granice będą otwarte na migrantów. Czy każdy będzie mógł skorzystać z – ponoć prawa – do osiedlenia się tam, gdzie sobie życzy. Dodajmy, że w wypadku kardynała Rysia – co zdaje się jego smutną specjalnością – nauka Kościoła w tym względzie ukazana została jedynie częściowo, Katechizm mówi bowiem nie tylko o prawie do migracji, ale również o możliwych ograniczeniach tej wolności.
„Narody bogate są obowiązane przyjmować, o ile to możliwe, obcokrajowców poszukujących bezpieczeństwa i środków do życia, których nie mogą znaleźć w kraju rodzinnym. Władze publiczne powinny czuwać nad poszanowaniem prawa naturalnego, powierzającego przybysza opiece tych, którzy go przyjmują. Władze polityczne z uwagi na dobro wspólne, za które ponoszą odpowiedzialność, mogą poddać prawo do emigracji różnym warunkom prawnym, zwłaszcza poszanowaniu obowiązków migrantów względem kraju przyjmującego. Imigrant obowiązany jest z wdzięcznością szanować dziedzictwo materialne i duchowe kraju przyjmującego, być posłusznym jego prawom i wnosić swój wkład w jego wydatki”, mówi wszak ustęp 2241 Katechizmu Jana Pawła II.
Kwestia przekazania wiary: przedstawienie migracji jako okazji do zdobywania dusz dla Chrystusa, nie pojawiło się ani u kardynała Rysia, ani u kard. Krajewskiego. Ten brak niepokoi. Dlaczego? Budzi niepewność, czy znamienici polscy hierarchowie pamiętają jeszcze o swoich obowiązkach i o zadaniach, jakie przed nimi stawia Chrystus. Pokazali bowiem, że gdy na ręce patrzy im lewica i międzynarodowe organizacje, szybko stają na baczność…Dali również dowód, że jeśli chodzi o przypominanie obywatelom tego, co uznają za ich obowiązek, stać ich na śmiałość. Czy na podobną w wypadku zadań danych im bezpośrednio przez Boga- Człowieka.
Bo przecież to nie zabiegi o treść karty praw podstawowych są misją, z jaką Zbawiciel posłał swój Kościół na świat. Zadanie Mistycznego Ciała Chrystusa jest nadprzyrodzone – to przekaz wiary i prowadzenie ludzi do wiecznego zbawienia, do którego jest ona koniecznie potrzebna. W tym wypadku rzeczywiście nie ma miejsca na jakiekolwiek granice. Droga do zbawienia jest bowiem jedna dla wszystkich, a zadaniem wiernych – a nade wszystko duchownych – jest robić, co tylko możliwe, by wprowadzić na nią jak najwięcej pielgrzymów doczesności. Jeden wielki szlak migracyjny z tego łez padołu do wiecznej ojczyzny. Tu ruch trzeba rzeczywiście napędzać ze wszechmiar.
Co więcej, łódzki ordynariusz w swoim liście pisał, że to migranci niosą nam wyjątkowe przesłanie, którego musimy wysłuchać… Czy to jednak nie my mamy głosić? Jeśli mowa o cudzoziemcach innej religii, to z pewnością. Czy nasz katolicyzm bardziej potrzebuje inspiracji innym, niż bliźni wiary – czyli zaczątku życia łaski i danej przez Boga prawdy o Nim samym? Taka myśl pasuje może do filozofii ks. Tischnera. Do nauczycielskiego mandatu, jaki Chrystus dał swoim apostołom, raczej niekoniecznie.
Cudze ofiary, cudzy koszt
Zapewne wszyscy pamiętamy optymistyczne zapowiedzi Jana Pawła II, według których wstąpienie Polski w struktury Unii Europejskiej miało nieść nowe perspektywy misyjne, stanowić okazję do ewangelizacji zsekularyzowanego zachodu… Doskonale wiemy, jaką rolę unijne instytucje odgrywają dziś w promowaniu walki z chrześcijańską moralnością. Niestety – to co w życiu wiary jest dobrym dążeniem w polityce często jest brakiem realizmu i naiwnym idealizmem, który nie służy nikomu.
Możemy zakładać, że w jeśli potraktujemy Polskę jako narzędzie nawracania cudzoziemców – skutek będzie bardzo podobny. Skończy się to pogorszeniem kondycji państwa i gorszym wywiązywaniem się go z właściwego mu zadania zabezpieczania dobra obywateli. Masowych konwertytów również chyba nie ma co się spodziewać. Cóż: Chrystus Pan powierzył zadanie niesienia wiary swojemu Kościołowi. Państwo takiego zadania nie ma. Jak uczył papież Leon XIII, władza polityczna winna Kościół wspierać w jego zadaniu i chętnie z nim współpracować, ale jako taka nie jest po to, by zabiegać o nadprzyrodzone skarby.
Mimo wszystko jeszcze Jan Paweł II, zaskakująco zachęcając do eurointegracji, potrafił angażować się w projekty polityczne, mając z tyłu głowy to, co jest właściwym dążeniem Kościoła. Dziś nie możemy liczyć już nawet na podobne błędy w dobrej wierze. Zupełnie jakby to humanitaryzm i globalne projekty polityczne miały rozliczyć kardynałów Rysia i Krajewskiego z powierzonych im zadań w Dniu Ostatecznym. Wtedy to przecież nie za kształt prawodawstwa w kraju będą przede wszystkim odpowiadać.
Jest czego żałować… bo przecież tak łatwo wskazywać społeczeństwu ofiary, na jakie ma się zdobyć, samemu unikając kosztu. W końcu który święty stracił głowę za głoszenie otwartych granic? A ilu duchownych straciłoby je, idąc do strefy no-go, by opowiadać o fałszach Mahometa i prawdzie przyniesionej przez Chrystusa? Obrotni to rządcy, których postawiono nad nami w purpurze.
Kibice Rakowa Częstochowa wywiesili transparent podczas meczu z Maccabi Hajfa. / foto: screen YouTube: TVP Sport
Kibice Rakowa Częstochowa, w przeciwieństwie do piłkarzy ich drużyny, nie zawiedli. Na trybunach w czasie meczu z Maccabi Hajfa na trybunach pojawił się transparent nawiązujący do sytuacji w Izraelu i Strefie Gazy.
W czwartek Raków, w ramach eliminacji Ligi Konferencji Europy, podejmował u siebie zespół z Izraela. Spotkanie zakończyło się skromnym zwycięstwem Maccabi Hajfa, po bramce zdobytej przez Ethane Azoulaya w 61. minucie spotkania.
– Wierzę, że odwrócimy kartę w drugim spotkaniu. Teraz jest mi smutno, ale każdy dzień, aż do czwartku, będzie pracować na naszą korzyść. To będzie niezwykle ważny mecz i musimy się do niego jak najlepiej przygotować – powiedział trener drużyny z Częstochowy, Marek Papszun.
W czasie spotkania, tuż po przerwie, kibice Rakowa wywiesili za jedną z bramek wymowny transparent, głoszący, że „Izrael morduje, a świat milczy”. Jak podaje portal Onet, napis po zaledwie kilku minutach zniknął z trybun.
„Taki transparent wywiesili dzisiaj kibice Rakowa. Spodziewałem się, że fani drużyny z Częstochowy mogli przygotować coś, co przypomni o sytuacji w Palestynie. Ciekawi mnie, jaka może się szykować w takim przypadku kara od UEFA” – napisał na portalu X Bartłomiej Banasiewicz z Polskiego Instytutu Dyplomacji Sportowej.
Ktoś o to zadbał, żeby ‘zniewieścić’ białych ludzi, żeby upośledzić psychicznie. I to się pogłębia. Ma się to pogłębiać, żeby przypadkiem ci ludzie nie otrząsnęli się z tego. Bo ludzie mogą się z tego otrząsnąć jak ktoś im zacznie podrzynać gardła. Połowa da te gardła, a druga połowa zanim im to zrobią zacznie się bronić. I chodzi o to, aby ludzie młodzi, od maleńkości byli zaburzani psychicznie poprzez różnego rodzaju terapie, które w założeniu mają pomóc, a one są właśnie po to, aby taki człowiek był taki zniewieściały i nie miał instynktu samozachowawczego. (…) Czy to w Polsce czy krajach Zachodu ludzie się zachowują masowo jakby nie mieli tego instynktu. Ja opisuję to zjawisko, jak ono narasta. Trzeba trzech pokoleń, aby to zjawisko wystąpiło w sposób masowy i nawet mam nazwę na to NADSP – Nabyty Amokalny Debilizm Schizofreniczno – Paranoiczny. W takim stanie są w tej chwili narody Zachodu lub to, co z nich zostało.
−∗−
Dyktatura talmudystów! Czego nie wolno świętować?! B. Kopczyński i R. Zawadzki u M. Skowrońskiego!
Europoseł Grzegorz Braun (C) oraz posłowie Roman Fritz (L) i Sławomir Zawiślak (P) podczas konferencji prasowej w Sejmie w Warszawie Źródło: PAP / Piotr Nowak
Konfederacja Korony Polskiej organizuje pikietę oraz konferencję prasową w obronie wolności słowa. Jak wskazuje, Polskie Radio zablokowało wynajem przestrzeni na organizację ważnego wydarzenia.
Demonstracja odbędzie się w piątek 8 sierpnia o godz. 14.00 pod gmachem Polskiego Radia w Warszawie (Aleja Niepodległości 77/85). „Aby zamanifestować nasz sprzeciw wobec antypolskich działań obecnej władzy” – pisze na swoich kanałach społecznościowych Grzegorz Braun.
„Czy to jeszcze Polska?”. Pikieta w obronie wolności słowa
Wiadomo, że w wydarzeniu wezmą udział posłowie Konfederacji Korony Polskiej: Włodzimierz Skalik, Roman Fritz oraz Sławomir Zawiślak. Ponadto głos zabiorą członkowie Instytutu Wiedzy Społecznej im. Krzysztofa Karonia, który jest współorganizatorem wydarzenia, a także zaproszeni przedstawiciele mediów.
Brun zaapelował o przybycie wszystkich, którzy nie godzą się na to, by „polscy patrioci padali ofiarą politycznych represji, medialnych seansów nienawiści czy wręcz jawnej cenzury w przestrzeni publicznej”.
Wydarzenie pod patronatem Brauna zablokowane
Co konkretnie się wydarzyło? Braun pisze, że Polskie Radio zablokowało wynajem przestrzeni na organizację Zjazdu Tysiąclecia, czyli wydarzenia społeczno-kulturalnego pod jego honorowym patronatem. „Ze strony kierownictwa państwowej rozgłośni padły jasne deklaracje, kto «nie powinien mieć w ogóle dostępu do mediów publicznych«. Co więcej, artyści zaangażowani w przygotowanie koncertu muzyki klasycznej zostali zastraszeni przez media wizją odebrania wszelkich dotychczasowych umów, kontraktów i współprac, jeśli zdecydują się na kontynuowanie współpracy ze środowiskiem Konfederacji Korony Polskiej. Wszystko wskazuje na to, że Polska znajduje się pod okupacją, a będzie tylko gorzej – jest to sytuacja absolutnie bez precedensu. Ponad milion wyborców Grzegorza Brauna zostało w tej sytuacji potraktowanych w kategorii wrogów Systemu”.
Zjazd Tysiąclecia – kontratak polskiej kultury
KKP informuje, że „Zjazd Tysiąclecia, a tym samym zapowiadany «kontratak polskiej kultury» przeciw toczącej Polskę zgniliźnie – mimo przeszkód stawianych przez władzę – odbędzie się jeszcze w tym roku. Obecnie organizatorzy są na etapie ustalania nowego terminu i miejsca wydarzenia oraz prowadzenia rozmów z niezależnymi twórcami, którzy nie boją się reakcji mainstreamu”.
W obronie posła Fritza
To niejedyny cel manifestacji. Jak przekazał Grzegorz Braun „to również odpowiednia okazja, aby stanąć murem za posłem Konfederacji Korony Polskiej Romanem Fritzem, którego antypolska władza chce skazać pod absurdalnym pretekstem. Jak się okazuje, we wtorek 5 sierpnia Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uchylił naszemu parlamentarzyście immunitet za… trzymanie przez pół minuty stojaka z symbolem Unii Europejskiej w holu Ministerstwa Przemysłu w Katowicach. Prokuratura mówi o «kradzieży szczególnie zuchwałej» za 388 zł i grozi nawet 8 latami więzienia. Niestety większość parlamentarna przegłosuje wszystko, żeby tylko wyeliminować przeciwników politycznych. Nie miejmy złudzeń – to pośrednie uderzenie w Grzegorza Brauna i zyskujący w sondażach Szeroki Front Gaśnicowy, który jest solą w oku Systemu”.
W nowym sondażu na prowadzeniu jest PiS, druga KO, trzecia Konfederacja, a Polska 2050 i PSL plasują się pod progiem wyborczym.
Z najnowszego sondażu pracowni Opinie 24 dla Wirtualnej Polski wynika, że gdyby wybory odbyły się dziś, zwyciężyłoby Prawo i Sprawiedliwość z poparciem 29 procent.
Sondaż partyjny. PiS, KO, Konfederacja
Partię Jarosława Kaczyńskiego goni Koalicja Obywatelska z wynikiem 28,2 procent. Podium zamyka Konfederacja. Na formację wolnościowców i narodowców wskazało 14,2 proc. respondentów.
Korona Brauna czwarta
Czwarte miejsce należy w badaniu do Konfederacji Korony Polskiej. Formacja kierowana przez Grzegorza Brauna z wynikiem 6 proc., znalazłaby się w Sejmie.
Nad progiem jest także Lewica. Koalicjant Koalicji Obywatelskiej może liczyć na 5,9 proc. głosów.
Hołownia, PSL i Razem pod progiem
Progu wyborczego nie przekroczyła partia Razem (4,1 proc.). Fatalnie wypadają partie byłej Trzeciej Drogi. Kierowana przez Szymona Hołownię Polska 2050 uzyskała 3,4 proc. a Polskie Stronnictwo Ludowe 1,4 proc.
Wariant „inna partia” wskazało 0,7 proc. pytanych, a „trudno powiedzieć” wybrało 7,1 proc. uczestników badania.
Badanie zrealizowano w dniach 4-6 sierpnia na reprezentatywnej próbie 1003 mieszkańców Polski w wieku 18 lat i więcej techniką mixed-mode: wywiadów telefonicznych wspomaganych komputerowo (CATI) oraz wywiadów internetowych (CAWI).
==============================
M. Dakowski:
Błąd statystyczne liczby 1000 to 33.
Błąd małych liczb, jak dla tych partii, to np z 60 – sigma wynosi ok. ośmiu. Czyli błąd statystyki to 15%.
„Skrajnie prawicowi” Ukraińcy od dawna wspierani przez USA stworzyli wojnę z Rosją i dziś nadają jej charakter. [Nawet tu widać: Nazywanie szatańskich zbrodniarzy „prawicą” .MD]
Gdy Victoria Nuland pojawiła się w mediach w lutym 2024 r., wielu analityków uważało, że wojna na Ukrainie weszła w fazę trwałego impasu. Minęły dwa lata od momentu, gdy Władimir Putin wydał rozkaz rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej” na wschodzie Ukrainy, a rosyjskie siły były już okopane na 20% terytorium kraju, w tym na Krymie, w większości obwodów ługańskiego i donieckiego oraz części chersońskiego i zaporoskiego. Ukraińska szeroko zapowiadana kontrofensywa z 2023 roku rozpadła się w starciu z umocnionymi liniami rosyjskimi, a wielu zachodnich komentatorów zaczęło publicznie wątpić w zdolność Kijowa do odzyskania tych ziem. Dla wielu zwolenników Ukrainy wojna wyglądała na przegraną.
Jednak 23 lutego Nuland — ówczesna podsekretarz stanu ds. politycznych i osoba odpowiedzialna za politykę USA wobec Ukrainy przez ostatnią dekadę — powiedziała w programie PBS Newshour, że charakter wojny właśnie się zmienia.
Nuland pośrednio przyznała, że skoro zwycięstwo konwencjonalne jest nieosiągalne, Ukraina sięgnie po nowe, bardziej bezwzględne, a być może desperackie środki przeciw Rosji: „Putin dostanie na polu bitwy bardzo niemiłe niespodzianki” – zapowiedziała z uśmiechem.
W tym czasie siły ukraińskie już przeprowadzały zamachy na postacie publiczne w Rosji, m.in. atak bombowy w petersburskiej kawiarni w 2023 r., w wyniku którego zginął prorosyjski bloger Władlen Tatarski; zamach samochodowy w Moskwie, który zabił 29-letnią dziennikarkę Darię Duginę; oraz zasadzka na Ilję Kiwę — prorosyjskiego byłego deputowanego, zastrzelonego w stylu mafijnym w lesie pod Moskwą. Wielu komentatorów podejrzewało, że za tymi akcjami stali skrajnie prawicowi ukraińscy nacjonaliści, znani z antyrosyjskiego rasizmu i brutalnego podejścia do wojny.
Po zapowiedzi Nuland Ukraina zintensyfikowała „brudną wojnę”, przeprowadzając serię operacji przeciwko rosyjskim celom wojskowym i cywilnym, w duchu retoryki prawicowych nacjonalistów, często określanej jako wręcz ludobójcza wobec Rosjan.
Niewielu jednak zauważyło, że ci neonaziści, będący dziś w awangardzie tej brudnej wojny, są finansowani, szkoleni i wspierani przez rząd USA już od 1945 roku.
W lipcu 2024 roku Ukraińska Legia Cudzoziemska, do której od początku przyciągano neonazistów, odegrała kluczową rolę w śmiertelnej zasadzce w regionie Tinzaouaten w Mali. Tam konwój rosyjskich najemników z Grupy Wagnera i malijskich żołnierzy został zaatakowany. Ukraińscy operatorzy przeprowadzili skuteczne uderzenie, zabijając 84 wagnerowców i 47 malijskich żołnierzy. Atak przeprowadzono podczas burzy piaskowej z użyciem ładunków improwizowanych i taktyki partyzanckiej.
Pod koniec 2024 roku Ukraina skupiła się na terytorium Rosji, organizując serię spektakularnych zamachów. Michaił Szacki, starszy specjalista ds. rakiet, został zastrzelony w moskiewskim parku. Kilka dni później, 17 grudnia, ładunek wybuchowy ukryty w hulajnodze eksplodował pod blokiem w centrum Moskwy, zabijając generała lejtnanta Igora Kirillowa, szefa Obrony Radiacyjnej, Chemicznej i Biologicznej FR oraz jego asystenta.
W 2025 roku zamachy jeszcze się nasiliły. 25 kwietnia generał lejtnant Jarosław Moskalik ze Sztabu Generalnego został zabity w eksplozji samochodu w podmoskiewskiej Bałaszysze. Miesiąc później były major Zaur Gurcijew zginął od granatu ukrytego w paczce.
Nawet zwolennicy Ukrainy zauważyli, że wojna przybrała „nazistowski” charakter totalny. „Celem stało się uderzanie w nieoczekiwanych miejscach, przy użyciu podstępnych metod, by krwawić Rosję daleko od linii frontu” – pisał David Ignatius w „Washington Post” w czerwcu, w artykule pt. „Brudna wojna Ukrainy dopiero się zaczyna”.
W ostatnich miesiącach wiele raportów wiąże autorów tych ekstremalnych działań z „skrajnie prawicowymi” i „ultranacjonalistycznymi” frakcjami w Ukrainie. Te grupy od dawna powiązane są zarówno z nazistami, jak i z ruchami neonazistowskimi i zostały głęboko wbudowane w struktury wojskowe i wywiadowcze Ukrainy już przed inwazją.
Wszystkie te grupy genealogicznie wywodzą się z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Powstała ona w latach 20. XX wieku, by usunąć sowiecką i rosyjską obecność z Ukrainy. Jej główni przywódcy, Stepan Bandera i Mykoła Łebed, już w czerwcu 1941 r. po niemieckiej inwazji na ZSRR, widzieli w Trzeciej Rzeszy sprzymierzeńca przeciw Rosjanom. Dzielili też z hitlerowcami rasistowską nienawiść wobec Polaków, Żydów i Rosjan. Niedługo po wkroczeniu Wehrmachtu, OUN przesłała Hitlerowi deklarację poparcia dla jego misji oraz zobowiązanie do „konsolidacji nowego ładu etnicznego we Wschodniej Europie” i „zniszczenia wywrotowego żydowsko-bolszewickiego wpływu”.
Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski). Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.
Do spostrzeżenia Carlsona i analizy Dugina dorzuciłbym swoje trzy grosze. Coś w trawie piszczy, coś wypełzło z piekielnych czeluści, szpony jakiejś złowieszczej bestii zawisły nad Zachodem. Coraz więcej ludzi też o tym mówi.
Czemu bestia zaczęła od Zachodu? Bo był najbardziej chrześcijański. Candice Owens twardo stoi na stanowisku, że Brigitte Macron jest facetem po tranzycji płciowej, który urodził się w 1945 roku, upatrzył sobie chłopaka w wieku 14 lat, gdy ten miał już 46 i był „panią” od francuskiego czy też dramatu.
Korupcja elit zachodnich na najwyższym szczeblu jest szokująca, o czym świadczy choćby otwarcie olimpiady w Paryżu, sprawa Epsteina i „spirit cooking” Johna Podesty. W tych historiach zawsze są obecne trzy elementy: gwałt na dziecku, kult szatana i poczucie bezkarności.
Gdyby normalnego mężczyznę zaproszono do domu na przyjęcie, gdzie na ścianach wiszą obrazy ze zmasakrowanymi dziećmi w kałuży krwi; gdyby przeciętnego polskiego robotnika zaproszono do samolotu określanego jako „Lolita plane” i zobaczyłby, że drinki, serwują mu trzynastoletnie dziewczynki bez stanika, ale za to z aparatami ortodontycznymi na zębach; gdyby zwykłego chłopa spod Łodzi zaproszono na przyjęcie, gdzie dania serwowano by na leżących nagich kobietach, „udekorowanych” wnętrznościami wypatroszonych świń itp, to przecież zrobiłby rozpierduchę, albo przynajmniej z wrzaskiem uciekł. A popatrz, w przypadku elit wszystko ujdzie, do tego w poczuciu bezkarności.
O demonach rządzących zachodem napisał książkę Cormac McCarthy pt. „Krwawy południk” (Wyd. Literackie: Kraków, 2011, nowe wyd. 2023). Akcja toczy się podczas wojny hiszpańsko-amerykańskiej 1846-1848. Jest w niej jeden z najbardziej szokujących opisów napadu chmary Indian na oddział najemników amerykańskich, przy czym barbarzyństwo tych pierwszych blednie wobec demonizmu tych drugich.
O biesach rządzących Rosją napisał książkę Dostojewski pod tym samym tytułem w 1873 roku. I znowu, podobnie jak w przywołanych analizach, w „Biesach” liberalizm prowadzi do demonizmu – gwałt na niepełnosprawnej dziewczynce, która z rozpaczy popełnia samobójstwo, wprowadza w ruch koło zamachowe mordu i pożogi
– „Czerwone Koło”, Krasnoje Kolieso, to też cykl kilku wielkich powieści Aleksandra Sołżenicyna poświęconych rewolucji bolszewickiej obejmującej lata 1914-17 – która miażdży pod swymi kołami miasto, gdzie siała chaos i śmierć grupa nihilistów.
Pomnik RZEŹ WOŁYŃSKA mistrza ręki śp Andrzeja Pityńskiego w Domostawie CELOWO SPROFANOWANY!
Nie no, ja chyba śnie i jest to jakiś nieprawdopodobny koszmar?! Jak długo jeszcze będziemy tolerować bezkarność banderowców ukraińskich w Polsce?! Ile jeszcze Polacy muszą
Wstrząsające słowa żydowskiego rabina, które padły pod koniec lipca, w ostatnich dniach obiegają media i portale społecznościowe. Wypowiedź trafiła nawet do tureckiej telewizji publicznej. Świat poznaje bezpośredni apel duchownego o wymordowanie wszystkich dzieci zamieszkujących strefę Gazy.
– Cała Gaza i każde dziecko w Gazie powinno umrzeć z głodu! – grzmiał z mównicy rabin Ronen Shaulov, jak podał turecki nadawca publiczny TRT world, w czasie wystąpienia przed dużą publicznością.
Wstrząsające wystąpienie uwieczniono nagraniem, które obecnie obiega media społecznościowe i prasę. Żydowski duchowny przekonywał w nim, że w Strefie Gazy nie ma nikogo niewinnego, a obecni tam Palestyńczycy wyrosną na terrorystów, więc ich życie należy zakończyć już teraz.
– To wstyd i hańba, że w naszym kraju ludzie w ogóle mówią o dzieciach głodujących w Gazie. Wstyd i hańba (…). Cała Gaza i każde dziecko w Gazie powinno umrzeć z głodu. Bo teraz Gazańczycy głodzą i dręczą zakładników. A nie zapominajcie, że ci, którzy teraz (…) duszą i głodzą zakładników byli niegdyś dziećmi – mówił zebranym rabin.
https://twitter.com/i/status/1952048523899269503
– W Gazie nie ma niewinnych. Wszystkie zdjęcia, które widziałem i wszystkie filmy, które nieszczęśliwie obejrzałem, mówią o niewinnych cywilach, nie członkach Hamasu, którzy z chałwą i baklawą przyjmowali ciała zakładników i żywych zakładników, i przetrzymywali ich w domach (…). Nie wyciągnęlibyśmy lekcji z Amalekitów, gdybyśmy zostawili choćby ślad po nich – przekonywał duchowny.
Stary Testament wspomina Amalekitów jako wrogi wobec Izraela lud. Księga Powtórzonego Prawa nakazuje Izraelitom zawsze pamiętać o tym, jak Amalekici doskwierali Żydom w drodze z Egiptu do Kannanu i „wygładzić imię Amaleka spod nieba” (PWT 25, 17-19). – Jeśli tym razem pozostanie po nich jakikolwiek ślad, 7 października powróci, tyle że w innym roku – ostrzegał rabin.
– Nie mam litości dla tych, którzy nie mieli litości dla naszych dzieci. Nie mam litości dla tych, którzy za parę lat dorosną i nie będą mieli litości dla nas. Nie mam krzty współczucia dla tych, którzy przelali krew Żydów, którzy nie uczynili im nic złego – oświadczył duchowny.
– Tylko głupia piąta kolumna ma litość dla przyszłych terrorystów, mimo że dziś są oni wciąż młodzi i głodni. Oby zmarli z głodu. A jeśli ktoś ma problem z tym, co powiedziałem, to jego problem. Jedna z najbardziej szokujących historii to, gdy usadzono razem 7 października dwójkę rodziców i zastrzelono dzieci i zamordowano je na ich oczach. Potem ich samych. To są Ci, których mi żal, nie dzieci, które jutro staną się terrorystami – kwitował.
Cytaty użyte podczas orędzia nowego prezydenta III RP przynależnej do unijnej struktury w ramach której dokonuje się zagłada Polski, m.in. cytat z Ignacego Paderewskiego „Walczyć trzeba z tymi, którzy naród pchają do upadku i do upodlenia” oraz końcowy okrzyk „Niech Bóg błogosławi Polsce! Niech żyje Polska!” wywołał pianę nienawiści wśród sympatyków odrzuconego w wyborach „Żonkila”.
Okrzyk “Niech Bóg błogosławi Polsce! Niech żyje Polska!” zawsze się kojarzył degeneratom z “okrzykami nienawiści” lub z „kibolstwem”. Podczas okupacji za napis “Niech żyje Polska!” Niemcy rozstrzeliwali. Dziś, podobne hasła, antypolskie środowiska określają mianem „rasizmu”.
Kogo mogą oburzać patriotyczne okrzyki? Na samym początku najbardziej oburzały meneli spod budki z “Gazetą Wyborczą” zwaną wymiotną, tej samej w której ukazał się swego czasu artykuł „patriotyzm jest jak rasizm”. Trucizna wymiotnej zatruła arterie uległych politycznie mediów, stając się rytualnym zawołaniem, reakcją na widok polskiej flagi lub na hasło „Polska dla Polaków”.
Zaprzysiężenie Nawrockiego i jego orędzie zbulwersowało “nienawidzących razem” do tego stopnia, że Internet ponownie zalała nienawiść w stopniu równym lub większym niż podczas kampanii prezydenckiej.
„ To było skandaliczne! Skandaliczne Orędzie…”
Zacytuję, dla utrwalenia w pamięci, kilka zdań z orędzia, które dla jednych stały się znakiem nadziei, dla sceptyków były tylko ozdobną retoryką, a dla degeneratów powodem do rozdzierania unijnych szat.
Wolny wybór, wolnego narodu postawił mnie dziś przed państwem. Postawił mnie przed państwem wbrew wyborczej propagandzie, kłamstwom, wbrew teatrowi politycznemu i wbrew pogardzie.
Nie wiem jaki jest desygnat „wolnego narodu”. Być może jest to tylko ta część, która głosowała na Nawrockiego lub przeciw Trzaskowskiemu. Czy naród, który nie może decydować o rodzajach energii w swojej gospodarce i dysponować swobodnie swoją kurczącą się własnością jest narodem wolnym?
To głos, że dalej tak rządzić nie można i że Polska tak dzisiaj wyglądać nie powinna. To, drodzy państwo, głos Polek i Polaków, głos Polek i Polaków, że chcą, aby politycy spełniali obietnice składane w czasie kampanii wyborczych. 1 czerwca to wyraźny sygnał, że Polacy chcą wypełniania obietnic wyborczych.
Karol Nawrocki spłycił sprawę do “obietnic wyborczych”. Istota rzeczy nigdy nie była poruszana w zapowiedziach wyborczych kandydatów mainstreamu.
Będę więc głosem tych, którzy chcą Polski suwerennej. Polski, która jest w Unii Europejskiej, ale Polski, która nie jest Unią Europejską, tylko jest Polską i pozostanie Polską. (…) nigdy nie zgodzę się na to, aby Unia Europejska zabierała Polsce kompetencje, szczególnie w sprawach, które nie zostały zapisane w traktatach europejskich, a te nie powinny się zmienić. Tak, będę głosem obywateli, którzy chcą suwerenności. Będę głosem tych, którzy chcą Polski bezpiecznej.
Czy w takim razie Nawrocki będzie reprezentował opcję “targowicy umiarkowanej” (PiS)? Eurokołchoz – tak, wypaczenia- nie. Skąd my to znamy? Z czasów Eurokołchozu numer jeden. A propos bezpieczeństwa: nie ma bezpiecznej Polski w granicach której przebywają potomkowie banderowców.
Drodzy Państwo, Polska musi wrócić na drogę praworządności. Dzisiaj Polska nie jest na drodze praworządności… A będę promował, awansował i nominował tych sędziów, którzy porządek konstytucyjno-prawny Rzeczypospolitej Polskiej zgodnie z konstytucją i ustawami przyjętymi przez Polski parlament i podpisanymi przez pana prezydenta respektują.
…i ustawami przyjętymi przez Polski parlament – to poważny mankament tej deklaracji, ale ogólnie dobry kierunek.
(…) powołam Radę do Spraw Naprawy Ustroju Państwa.
Tak, drodzy Państwo, dalej być nie może i Polacy chcą naprawy ustroju państwa. Zaproszę oczywiście do tej Rady przedstawicieli wszystkich środowisk politycznych.
Grzegorz Braun w Radzie do Spraw Naprawy Ustroju Państwa? Zobaczymy, ale dlaczego tylko „środowisk politycznych”? Czy prezydent skorzysta z wiedzy ks. prof. Tadeusza Guza i Ordo Iuris, profesorów Collegium Intermarium?
Chyba nikt w tej izbie nie ma wątpliwości, że jesteśmy Polakami i mamy obowiązki polskie.
Poważnie mówiąc, jest inaczej. Już za chwilę prezydent Nawrocki będzie mieć okazję zawetować ustawę okradającą Polaków- przedłużającą wydatki na Ukraińców przebywających w Polsce. Zobaczymy jak postąpi.
Alexander Dugin twierdzi, że współczesną cywilizacją zachodnią kierują wrogie intelekty upadłych aniołów, które przejawiają się w formie ultraliberalnej ideologii i moralnego zepsucia — rzeczywistości zrozumiałej w pełni jedynie z perspektywy chrześcijańskiej.
Niedawno Tucker Carlson oznajmił, że Zachodem rządzą nadprzyrodzone istoty z piekła. Wielu zapytało: jak to rozumieć?
Najpierw warto przypomnieć, że nauka chrześcijańska — którą Zachód oficjalnie i zdecydowanie odrzucił około 500 lat temu — zupełnie inaczej pojmuje, czym jest „istota rozumna”. Od czasów szkolnych (a nasze szkoły były najpierw komunistyczne, później liberalne — w obu przypadkach ideologiczne), przywykliśmy myśleć, że jedynym nosicielem rozumu jest człowiek.
Uczono nas, że tylko rasa ludzka posiada rozum, a wszystko inne należy do świata baśni. Że tylko człowiek dysponuje racjonalną świadomością. Że człowiek wyewoluował z małpy, a odtąd sam kieruje swoim losem, postępując ku coraz pełniejszemu urzeczywistnianiu tej racjonalności jako podstawy zbiorowej egzystencji historycznej.
Tak się wychowaliśmy, tak nas uczono, i wydaje się nam, że to prawda oczywista. Jak mówią Anglicy: „taken for granted”, czyli było to coś przyjmowanego za oczywistość bez dowodu. Tymczasem ta rzekoma „oczywistość” była nowatorskim poglądem, który pojawił się dopiero około 500 lat temu. Z czasem, zaaczynając jako idea skrajna, przejęła coraz większe obszary społeczne stając się normą. Dziś większość przyjmuje ją jako fakt.
Chrześcijaństwo uczy jednak inaczej. Islam — inaczej. Judaizm — także. Każda religia uczy inaczej. Wszystkie głoszą, że istnieją co najmniej trzy typy istot rozumnych. Najwyższą i absolutną istotą jest Bóg — On jest Rozumem, bytem inteligentnym. Dlatego w pismach np. św. Maksymosa Wyznawcy Bóg Ojciec określany jest mianem Umysłu (Nous).
Bóg jest nie stworzonym Rozumem. Ale istnieją też stworzone rozumy — i są one dwojakie: anioły i ludzie. Oprócz ludzi istnieje więc jeszcze inny rodzaj rozumnych istot stworzonych przez Boga: anioły, czyli intelekty. Są one wyższe od ludzi właśnie dlatego, że są czystym intelektem — nie mają ciała, które by je ograniczało.
Ale i wśród aniołów doszło do podziału. Już na początku stworzenia nastąpił rozłam: jedni aniołowie pozostali wierni Bogu, a inni zbuntowali się. Ci ostatni to upadłe anioły — również rozumy.
To są umysły zbuntowane przeciwko Bogu — upadłe rozumy — czyli demony (w tradycji rosyjskiej: „biesy”).
Ludzki intelekt — zamknięty w „skafandrze ciała”, które odciąga uwagę od filozofii i metafizyki, domagając się bodźców.
W ten sposób człowiek znajduje się pomiędzy tymi rozumami: anielskimi, które mu pomagają, i upadłymi, które mu przeszkadzają. Nad tym wszystkim czuwa najwyższy Rozum — Bóg.
To właśnie uczy tradycja chrześcijańska. Jeśli jesteśmy chrześcijanami, musimy w to wierzyć. Jeśli nie, to czym są dla nas świece, Wielkanoc, wizyty na cmentarzu? Te kwestie mają znaczenie tylko wtedy, gdy uznajemy, że poza ludzkim rozumem istnieją też inne — jedne przyjazne, inne wrogie.
Tucker Carlson, którego znam osobiście, jest chrześcijaninem. Dlatego dla niego istnienie pozaludzkich rozumów ukierunkowanych na zło jest po prostu elementem wiary i dogmatu. Każdy prawosławny chrześcijanin powinien tak samo to uznawać. Jednak nasze szkoły — sowieckie i liberalne — nauczyły nas, że „Boga nie ma”. A nawet jeśli Go dopuszczamy, to „aniołów na pewno nie ma”. Tymczasem anioły istnieją tak samo jak Bóg. Istnienie człowieka potwierdza istnienie Boga i aniołów.
W tym kontekście Tucker Carlson mówi, że za współczesną zachodnią cywilizacją ultraliberalną stoi coś więcej niż tylko ludzka wola. Stoi za nią świadomość upadłych aniołów. Ta świadomość coraz wyraźniej objawia się w historii.
Dlatego — patrząc dziś na przywódców Zachodu — trudno pozbyć się wrażenia, że są oni opętani. Aby sformułować hipotezę, kto ich opętał, nie trzeba sięgać po reptilian czy kosmitów. To demony. Znane, opisane, rozumiane istoty. Opętanie przez demony jest czymś bardzo charakterystycznym.
Jeśli ktoś nawołuje do zmiany płci — jest opętany przez demona.
Jeśli ktoś jest liberałem — jest opętany przez demona.
Jeśli wierzy w postęp i ewolucję — jest opętany przez demona.
Jeśli jest materialistą, ateistą, wyznawcą nowoczesnej nauki — jest opętany przez demona.
I oto odpowiedź: Zachodnia cywilizacja jest opętana przez demony. Zachodni przywódcy są opętani — przez konkretny legion bardzo realnych demonów.
Jeśli wierzymy w Boga, jeśli jesteśmy chrześcijanami — wszystko to jest co najmniej bardzo prawdopodobne. A jeśli mamy problemy z wiarą, to… sami jesteśmy opętani. Sprawa jest niezwykle prosta.
Bo — jak powiedział Sokrates — człowiek to dusza, to znaczy: człowiek to rozum. Ciało to jakby odejmowanie, które ujmuje rozumowi mocy. Upadłe umysły (czyli demony) istnieją poniżej poziomu człowieka — są bezcielesne, spadły z nieba i upadły jeszcze niżej niż człowiek. Znajdują się na zewnętrznym obrzeżu świata.
Z geopolitycznego punktu widzenia można argumentować, że sojusznicy nie muszą się lubić, lecz po prostu czerpią obopólne korzyści, służące nadrzędnemu celowi pokoju. Można również argumentować, że poprzez wymianę kulturową dobre nawyki jednego kraju mogą łatwo wpływać na złe nawyki innego, ale ten rodzaj wpływu może również działać w drugą stronę.
Choć uważamy kulturę amerykańską za światowe źródło treści, nasze ideały stanowią w rzeczywistości niezwykle rzadką dynamikę, niespotykaną w żadnym innym społeczeństwie. Oferujemy schronienie kruchej iskierce wolnej myśli w ponurym świecie globalistycznego ucisku. Musimy ją chronić za wszelką cenę.
Przez lata słyszałem wiele argumentów ignorantów-liberałów o wielkich postępowych osiągnięciach europejskiego eksperymentu i jego scentralizowanego systemu. Często słyszałem, o ile bezpieczniejsze są Kanada i Australia. O tym, że w Wielkiej Brytanii prawie nie ma przestępstw z użyciem broni palnej i jak dobrze socjalizm działa w Norwegii i Szwecji.
Lewicowcy w USA od dawna przyjmują to przesłanie jak ewangelię, powtarzając nam od pokoleń, że MUSIMY dołączyć do reszty zachodniej cywilizacji, poświęcając pewne wolności dla przyszłych pokoleń. Musimy stać się bardziej podobni do naszych sojuszników w bardziej „cywilizowanych” i liberalnych krajach, inaczej zostaniemy w tyle i nazwani „hańbą”.
W rzeczywistości postępowi przywódcy porzucili zachodnią cywilizację na rzecz elitarnego „Wielkiego Resetu”. Sytuacja polityczna w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii uległa znacznemu pogorszeniu. Pędzą z pełną prędkością w kierunku technokracji i komunizmu, porzucając wszelkie pozory „demokratycznej” formy rządu. Maska opada, odsłaniając orwellowskiego „Wielkiego Brata”.
Europa jest teraz szambem trzeciego świata
Cywilizacja zachodnia od wieków przynosi korzyści ludzkości, a jedynymi ludźmi, którzy temu zaprzeczają, są ci, którzy nie znają historii i odmawiają uczciwego spojrzenia na to, co dzieje się obecnie w UE.
Jeśli naprawdę zagłębisz się w historię społeczeństw Trzeciego Świata, przekonasz się, że życie w tych środowiskach jest brutalne, bezlitosne i pozbawione wolności. Większość konfliktów rozwiązywana jest przemocą, często sięgającą granic barbarzyństwa.
Żaden „przebudzony” liberał nie miałby szans żyć w dzisiejszych społeczeństwach. Byliby wyśmiewani za swoje żądania „sprawiedliwości” i mordowani za swój aktywizm. A jednak lewicowcy agresywnie opowiadają się za otwartymi granicami, aby imigranci z Trzeciego Świata mogli imigrować.
Ważne jest, aby zrozumieć, że multikulturalizm to ideologia używana jako broń. Nie chodzi o współistnienie, rynki pracy ani spadek populacji, ale o wykorzenienie kultury zachodniej. Celem globalistów jest destabilizacja więzi Zachodu, osłabienie naszych wspólnych wartości kulturowych i maksymalne osłabienie nas.
Liczą na wykorzystanie migrantów jako egzekutorów. To klasyczna strategia wielu reżimów tyrańskich, które wolą rekrutować zagranicznych najemników, by kontrolować zbuntowane chłopstwo. Migranci z Trzeciego Świata tworzą atmosferę przestępczości i rozkładu, która – zdaniem globalistów – doprowadzi rdzennych Europejczyków do uległości i apatii.
Jeśli boisz się wyjść na ulice swojego kraju, to znaczy, że kraj ten już do ciebie nie należy.
Sojusz Muzułmańsko-Lewicowy
To nie przypadek, że UE importuje migrantów głównie ze społeczeństw islamskich: nie mają oni zamiaru się integrować i otwarcie chwalą się, że przybywają do Europy, by grabić i podbijać. Kiedy te grupy przybywają na Zachód, przynoszą ze sobą filozofię wyzysku – ich zasady religijne dotyczą tylko wierzących; niewierzący są łatwym celem i mogą być bezkarnie atakowani.
Można się zastanawiać, jak w ogóle możliwy jest sojusz między lewicowcami a muzułmanami. Wydają się oni diametralnie sprzeczni w niemal każdej kwestii. Ale zastanówmy się, co ich łączy: równoległa nienawiść do cywilizacji zachodniej i pragnienie jej zniszczenia. Muzułmanie uważają ateistycznych postępowców za odrażających, ale jednocześnie postrzegają ich jako użyteczny środek do otwarcia bram dla narodów, w których dominuje chrześcijaństwo. Lewicowcy, którzy są zazwyczaj słabi i niezdolni do wywierania fizycznej siły, postrzegają muzułmanów jako pilnie potrzebnych najemników.
Ta zależność jest widoczna w Wielkiej Brytanii, gdzie muzułmańskie gangi mogą bezkarnie włóczyć się po ulicach z nożami i maczetami, podczas gdy brytyjscy patrioci są stale cenzurowani i zastraszani przez rząd. Nie jest tajemnicą, że socjaliści u steru władzy w Wielkiej Brytanii chcą wyeliminować zagrożenie patriotyczne i postrzegają muzułmańskich migrantów jako skuteczny środek do osiągnięcia tego celu. Kiedy patrioci stawiają opór, są po prostu nazywani „rasistami” i wrzucani do więzienia. Rząd i migranci działają razem jak zespół.
Wśród brytyjskich konserwatystów (prawdziwych konserwatystów, a nie partyjnych) narasta sprzeciw, by odwrócić bieg wydarzeń, ale mam co do tego wątpliwości. Demonstracje zapewniają widoczność, ale niekoniecznie zmianę. Przeprowadzenie reform niezbędnych do uratowania Wielkiej Brytanii może wymagać wojny domowej.
Kanada wyciąga rękę do Belzebuba
Mój związek z scentralizowanymi instytucjami religijnymi jest skomplikowany, ale głęboko wierzę, że podstawowe elementy chrześcijaństwa to ideały, które najlepiej odzwierciedlają świat Zachodu — nasze wartości ciężkiej pracy, merytokracji, niezależności, samodoskonalenia, wolności, dobroczynności i moralności mają swoje korzenie w tradycji chrześcijańskiej.
Cywilizacja zachodnia nie może istnieć bez fundamentów doktryny chrześcijańskiej. Jeśli te fundamenty zostaną zburzone, Zachód się załamie. Umiarkowani liberałowie nie są w stanie utrzymać Zachodu; ich wizja jest powierzchowna i bezduszna.
Jedną z rzeczy, która coraz bardziej zbliża mnie do chrześcijaństwa, jest fakt, że lewacy i globaliści tak bardzo pragną je zniszczyć. Kiedyś myślałem, że globalistom zależy przede wszystkim na ograniczaniu wolności osobistej, ale po 20 latach obserwacji ich programów i propagandy stało się dla mnie jasne, że wolność jest kwestią drugorzędną. Zamiast tego globaliści są niezwykle skupieni na tworzeniu świata, w którym chrześcijanie nie mogą istnieć, jednocześnie trzymając się z dala od wszelkich innych religii i ideologii.
Sugeruje to, że chrześcijaństwo stanowi dla nich szczególne zagrożenie. Na przykład, w zeszłym tygodniu amerykański piosenkarz chrześcijański Sean Feucht miał dać mały koncert w Montrealu, ale jego pozwolenie na to wydarzenie zostało cofnięte przez władze miasta. Uzasadniali to, argumentując, że chcieli uniemożliwić koncert, ponieważ jego treść „jest sprzeczna z wartościami inkluzywności, solidarności i szacunku propagowanymi w Montrealu”.
To był tylko jeden z sześciu chrześcijańskich programów, którym kanadyjscy politycy próbowali zapobiec. Oskarżyli Feuchta o podżeganie do „nienawiści”, a kanadyjski rząd podejmuje kroki w celu usunięcia wyjątków religijnych z obowiązujących przepisów dotyczących mowy nienawiści. Taki był cel przepisów o nienawiści od samego początku. Żaden urzędnik w Kanadzie nie próbuje zakazać wydarzeń muzułmańskich; chrześcijanie są cenzurowani.
Feucht zdecydował się zorganizować koncert w lokalnym kościele, co wywołało serię dziwacznych incydentów. Lokalna policja próbowała zakłócić koncert, żądając od Feutcha okazania zezwolenia, którego – jak wiedzieli – nie posiadał. Aktywiści Antifa i LGBT pojawili się, by nękać uczestników koncertu, a jeden z nich wrzucił do kościoła bomby dymne. Następnie zagrozili piosenkarzowi grzywną i aresztowaniem. Media zaatakowały go za brak zezwolenia, co skłoniło go do stwierdzenia: „Nie potrzebujesz zezwolenia, żeby śpiewać w kościele”.
Kościół został później ukarany grzywną w wysokości 2500 dolarów za zorganizowanie tego wydarzenia.
Weźmy pod uwagę, że rząd Kanady zalał kraj falą muzułmańskich migrantów w ciągu ostatniej dekady, przyznając im pełną swobodę w kierowaniu własnymi społecznościami. Rząd nie podjął żadnych działań w celu ograniczenia anty-LGBT-owskiej retoryki ze strony osób posługujących się językiem islamskim.
Kanada szybko pogrąża się w autorytaryzmie, z drakońskimi przepisami cenzury i indoktrynacją „przebudzonych”. Rząd Carneya wprowadza obecnie masowy zakaz posiadania broni, nagle zakazując ponad 300 modeli broni palnej. Konserwatywni Kanadyjczycy w prowincjach takich jak Alberta uważają, że rząd Carneya próbuje ich rozbroić, aby zapobiec secesji, która w obecnych warunkach jest realną możliwością. Nasi konserwatywni bracia na Północy mają przed sobą trudną drogę.
Dzięki zmianom w prawie kanadyjskim, USA będą jedynym krajem na Zachodzie, w którym powszechne będzie posiadanie broni przez cywilów, nie wspominając już o tym, że będą to jedyne kraje, w których nadal obowiązują uzasadnione prawa do wolności słowa.
Ameryka w poszukiwaniu siebie na progu „Wielkiego Resetu”
Stopniowo większość zachodniego świata pogrąża się w dystopijnej beznadziei. Australia jest obecnie jedynym regionem, który nie grzebie swojej ludności pod naporem wrogich migrantów, ale obowiązują tam te same prawa regulujące mowę i myśli. Stany Zjednoczone są jedynym krajem, który próbuje zmienić kurs, ale nasza autorefleksja, szczerze mówiąc, postępuje zbyt wolno.
Porażka doktryny „przebudzenia” w USA z pewnością przynosi ulgę. Najwyraźniej większość Amerykanów ma już dość dekonstrukcjonizmu i liberalnego szaleństwa. Większość ludzi nienawidzi lewicowców i nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Jednak wśród populistów istnieje głęboki podział – od konserwatystów, przez libertarian, po umiarkowanych. Poza odrzuceniem „przebudzenia” nic nas nie łączy i to jest problem.
Miłość do wolności nie wystarczy. Wspólny wróg nie wystarczy. Aby społeczeństwo przetrwało i prosperowało, potrzeba czegoś więcej. Musi istnieć wyższy cel.
Tymczasem wciąż musimy zmagać się z milionami nielegalnych imigrantów, a także z małą armią obłąkanych, „przebudzonych” bojowników, którzy włóczą się po ulicach, podczas gdy powinni być zamknięci w wyścielanych celach. Wola podjęcia niezbędnych środków jest ograniczona przez niechęć wielu ludzi do zaakceptowania faktu, że jesteśmy osamotnieni i toczymy wojnę.
W UE, Wielkiej Brytanii, Australii i Kanadzie miliony patriotów chcą dołączyć do walki. Musimy poczekać i zobaczyć, czy ich obywatelskie nieposłuszeństwo przyniesie owoce. Wierzę, że czekają, aż zrobimy pierwszy krok. Mają nadzieję, że wywołamy większy bunt przeciwko globalizmowi. Aby to zrobić, musimy najpierw uporządkować własne podwórko i na nowo odkryć jednoczące ideały, które sprawiają, że Zachód jest miejscem, o które warto walczyć.
„Przenoszona ciąża”. Tak została nazwana głęboka rekonstrukcja rządu obywatela Tuska Donalda. Wprawdzie liczba ministrów nieznacznie się zmniejszyła, bo utworzone zostały dwa super-ministerstwa – jedno pod kierownictwem pana ministra Domańskiego, które ma zajmować się nie tylko finansami, ale w ogóle – całą gospodarką, co jest o tyle dziwne, że jednocześnie zostało utworzone drugie super-ministerstwo – Ministerstwo Energetyki – pod kierownictwem pana Miłosza Motyki, Wunderkinda z Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Ta sytuacja przypomina program kabaretu „Hybrydy” z końca lat 60-tych, kiedy to młodziutki wtedy Jan Pietrzak zastanawiał się, co to jest kultura. W swoich rozważaniach wyszedł od nazwy stosownego resortu w ówczesnym rządzie, czyli Ministerstwa Kultury i Sztuki. Wyciągnął z tego jedynie słuszny wniosek, że kultura to coś zupełnie innego niż sztuka – bo czy w przeciwnym razie resort miałby taką nazwę? Ale nie był to koniec rozważań, bo przecież w Warszawie, w samym środku miasta, stoi Pałac Kultury i Nauki, imienia Józefa Stalina. Z nazwy tego Pałacu wynika niezbicie, że kultura to coś innego, niż nauka, to chyba jasne? Poza tym na rynku czasopism zatwierdzonych przez Partię i Rząd do czytania, były periodyki np. pod tytułem „Kultura i Społeczeństwo” – co wyraźnie wskazywało, że społeczeństwo to też nie to samo, co kultura, a być może – że związek społeczeństwa z kulturą może być luźniejszy, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. Innym periodykiem była „Kultura i Życie” – z czego można było wyprowadzić niepokojący wniosek, że w państwie socjalistycznym kultura i życie to całkiem różne zjawiska, a nawet – że kultura nie musi mieć wiele, albo nawet nic zgoła wspólnego z życiem. Istniał atoli wtedy w Warszawie przy ul. Foksal Dom Kultury Radzieckiej, a oprócz niego w wielu miejscowościach działały też Domy Kultury.
W tej sytuacji Jan Pietrzak wyciągnął jedynie słuszny wniosek, że kultura to są jakieś osobliwe czynności, uprawiane w domach kultury i Domu Kultury Radzieckiej w Warszawie, które nie mają nic wspólnego ani ze sztuką, ani z nauką, ani ze społeczeństwem, ani nawet z życiem – cokolwiek by to miało znaczyć.
Wygląda na to, że w rządzie, jaki pojawił się w naszym nieszczęśliwym kraju po głębokiej rekonstrukcji, może być podobnie tym bardziej, że nazwa nowego superresortu z panem Domańskim na czele brzmi: Ministerstwo Gospodarki i Finansów. Nieomylny to znak, że w naszym nieszczęśliwym kraju gospodarka i finanse to dwie zupełnie różne sprawy. Coś może być na rzeczy, bo jeśli wierzyć rozmaitym deklaracjom rządowym, bezmyślnie powtarzanym przez niezależne media głównego nurtu, to gospodarka polska jest przedmiotem zazdrości innych krajów.
Co prawda jeszcze nie osiągnęła ona takiego poziomu, jak za panowania Edwarda Gierka, kiedy to Polska była „dziesiątą potęgą gospodarczą świata” – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło i w sklepach królowała odtąd na półkach musztarda i ocet. Jednocześnie – jak powiedziałby Kukuniek – dług publiczny Polski powiększa się się o miliard złotych na dobę, co oznacza, że rozziew między gospodarką i finansami jest większy, niż kompetencje pana ministra Domańskiego, który został przez obywatela Tuska Donalda wzięty chyba do firmowania zjawiska, określanego przez naszych niemieckich sojuszników, jako „Polnische Wirtschaft”.
Cóż robić; taki los wypadł nam, odkąd nasz naród, wysłuchawszy w czerwcu 2003 roku zachęty ze strony obywatela Kaczyńskiego Jarosława i obywatela Tuska Donalda, lekkomyślnie poparł Anschluss do Unii Europejskiej, uwierzywszy zapewnieniom, że Unia sypnie złotem i znowu będzie, jak za Gierka. Tymczasem wygląda na to, że chyba nie będzie, to znaczy – oczywiście będzie – ale w tej fazie, kiedy wszystko się już skawaliło. Najlepszą tego ilustracją jest deklaracja obywatela Tuska Donalda, że nie będzie podniesienia kwoty wolnej od podatku dochodowego do 60 tys. złotych, bo rząd musi wydawać 5 procent Produktu Krajowego Brutto na zbrojenia, nie tyle naszej niezwyciężonej armii, bo ta pokona każdego wroga siłą ducha, podobnie jak niezwyciężona armia francuska – co expressis verbis wyraził tamtejszy prezydent Macron w przemówieniu wygłoszonym 13 lipca – co na uzbrojenie po zęby Bundeswehry, która dzięki temu może już wkrótce osiągnąć gotowość do powtórzenia planu „Barbarossa” – no bo po cóż by się miała w przeciwnym razie tak intensywnie zbroić na koszt całej Europy? Z punktu widzenia Naszego Najważniejszego Sojusznika to może być nawet sprytne, bo wtedy USA będą mogły znowu zawrzeć sojusz z Rosją, żeby życzliwie usposobić ją do Ameryki w momencie, gdy dojdzie do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej.
W tej sytuacji jedynym konkretnym rezultatem głębokiej rekonstrukcji rządu obywatela Tuska Donalda może być kontynuowanie „dziwnej wojny” z PiS-em. Dziwnej – bo w tej wojnie, podobnie jak podczas „drole de guerre” w 1939 roku ofiar w zasadzie nie było, podobnie jak i teraz – oczywiście z wyjątkiem pana Roberta Bąkiewicza, najwyraźniej uznanego za wroga publicznego numer 1 z powodu przewodzenia złowrogiemu Ruchowi Obrony Granic. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że obywatel Tusk Donald dostał z Berlina iskrówkę treści następującej: wiecie, rozumiecie, Tusk. Rozprawcie wy mi się z tym całym Bąkiewiczem, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa.
Toteż niezawiśli sędziowie, którym polecono wykonanie tego rozkazu, wpadli na pomysł, że najlepszym sposobem spacyfikowania Roberta Bąkiewicza będzie zmuszenie go do wzięcia na utrzymanie pani Katarzyny Augustynek, używającej pseudonimu operacyjnego „Babcia Kasia”. To wszystko odbyło się jeszcze za ancien regime`u, czyli za rządów obywatela Bodnara Adama z czarnym podniebieniem, ale teraz, kiedy kierownictwo Ministerstwem Sprawiedliwości objął były sędzia, obywatel Żurek Waldemar, może być tylko gorzej. Jak bowiem wiadomo, gdy partia mówi, że da – to mówi – ale jak partia mówi, że weźmie wszystkich za twarz – to weźmie. Obywatel Żurek Waldemar na „bonjour”, czyli Bon-Żur na razie „zawiesił” 46 prezesów niezawisłych sądów, a co z nimi się stanie później – tego się dowiemy, kiedy już niemiecka BND podejmie stosowne decyzje. Wynika to z deklaracji obywatela Tuska Donalda, że dla ministra Żurka to „dopiero rozgrzewka” Co będzie, jak już się rozgrzeje? Nie ma rady; chyba będzie musiał wszystkich prawie 5 tysięcy niezawisłych sędziów mianowanych wbrew starym kiejkutom przez prezydenta Dudę Andrzeja, wpakować do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, razem z Grzegorzem Braunem, który prędzej czy później będzie musiał jednak zostać zagazowany nie tyle na ołtarzu praworządności, co w komorze gazowej w chwilowo nieczynnym obozie koncentracyjnym na Majdanku.
Donald Trump nie lubi przegrywać i przyznawać się do porażki. Być może jeszcze nie przegrał, ale na pewno musiał ustąpić. I to ugiął się nie tyle przed demokratami, którzy nagle poczuli krew, lecz przede wszystkim przed własnymi zwolennikami, głównie najtwardszymi, tymi z MAGA, czyli nieformalnego ruchu Make America Great Again. A wszystko za sprawą „nieboszczyka” Jeffrey’a Epsteina.
Kiedy Trump opanował krytykę części swoich zwolenników po bombardowaniach w Iranie, potężne uderzenie przyszło niespodziewanie. Prezydent musi bowiem mierzyć się z konsekwencjami informacji FBI i Departamentu Sprawiedliwości, która obaliła kilka „teorii spiskowych” na temat skazanego zboczeńca Epsteina.
Informacja ma skutki
Obie instytucje opublikowały bowiem suchą informację, w której stwierdzono, że przyczyną śmierci Epsteina w celi więziennej w 2019 r. było samobójstwo i że nie ma dowodów na istnienie „listy klientów” prowadzonej przez pedofila.
To rozwścieczyło sporą grupę członków MAGA, którzy od lat forsują „teorie spiskowe” na temat śmierci Epsteina i twierdzą, że na „liście klientów” są prominentni demokraci. Większość krytyki została skierowana przeciwko prokurator generalnej Pam Bondi, a w centrum uwagi znaleźli się także szef FBI Kash Patel i jego zastępca Dan Bongino. Kiedyś Bondi mówiła, że na jej biurku leży „lista Epsteina”, a obecni szefowie FBI przed objęciem stanowisk domagali się pełnego ujawnienia wszystkich dokumentów.
Epstein, oskarżony o kierowanie operacją handlu ludźmi w celach seksualnych z udziałem nieletnich dziewcząt, obracał się w kręgach wpływowych osób, wśród których byli m.in. Trump, były prezydent Bill Clinton, brytyjski książę Andrzej i wielu celebrytów i ludzi bogatych. Jego wspólniczka Ghislaine Maxwell została skazana za handel ludźmi w celach seksualnych na 20 lat więzienia.
Cała sytuacja musiała mieć następstwa. Na przykład Tucker Carlson, była gwiazda telewizji Fox News, wezwał opinię publiczną do zadawania pytań dotyczących Epsteina, „których nikt nigdy nie próbował zadać”. „Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego to robił, w czyim imieniu i skąd pochodziły na to pieniądze? – zastanawiał się. – Jak to możliwe, że facet, który pod koniec lat 70. był nauczycielem matematyki w Dalton School bez dyplomu, stał się właścicielem wielu samolotów, prywatnej wyspy i największego domu mieszkalnego na Manhattanie? Skąd wzięły się na to pieniądze?
I nikt nigdy nie dotarł do sedna sprawy, bo nikt nawet nie próbował. Co więcej, dla każdego, kto śledził wydarzenia, jest oczywiste, że ten facet miał bezpośrednie powiązania z zagranicznym rządem”. Carson mówił też, aby nie bać się pytań, czy pedofil był agentem Mosadu i czy to miało wpływ na jego późniejsze życie.
Chcieli ujawnić
Trump bronił swoich podwładnych i początkowo bagatelizował zamieszanie. „Osiągnąłem w ciągu 6 miesięcy większy sukces niż prawdopodobnie jakikolwiek inny prezydent w historii naszego kraju, a wszyscy ci ludzie, pod silną presją fake newsów i spragnionych sukcesu demokratów chcą tylko mówić o oszustwie Jeffrey’a Epsteina – mówił. – Niektórzy głupi republikanie i nierozsądni republikanie wpadają w sidła i próbują wykonywać robotę demokratów”.
Rzecz jedynie w tym, że jak się obiecało ujawnić wszystko, to należało to zrobić. Decyzję o odtajnieniu może podjąć wyłącznie sąd, ale ani Departament Sprawiedliwości, ani FBI o to nie wystąpiły. Mało tego, zaprezentowano nagranie z monitoringu, aby poprzeć swoje stanowisko, że Epstein popełnił samobójstwo w nowojorskim więzieniu. Niemal 11-godzinne wideo zostało nagrane przed celą więzienną Epsteina w ostatnich godzinach jego życia, gdy oczekiwał na proces. Jednak po opublikowaniu nagrania pojawiło się więcej sceptycyzmu co do znacznika czasu, który najwyraźniej przeskakuje o minutę do przodu o północy. Skok jest zauważalny zarówno w oryginalnym nagraniu, jak i w ulepszonej wersji FBI. To wzbudziło kolejne domysły.
Sam Trump w trakcie kampanii wyborczej mówił, że jeśli zostanie wybrany, ujawni rządowe dokumenty dotyczące Epsteina. Prokurator Bondi w lutym mówiła, że ma „listę klientów” na biurku. Teraz jednak upiera się, że ona nie istnieje.
W 2021 roku obecny wiceprezydent JD Vance oskarżył rząd o ukrywanie „listy klientów”, wytykając dziennikarzom, by „wstydzili się” za to, że nie zadają pytań. A teraz Biały Dom zaprzecza istnieniu tej listy.
Dyrektor FBI Kash Patel w 2023 roku stanowczo domagał się ujawnienia akt miliardera. „Załóżcie spodnie dla dorosłych i dajcie nam znać, kim są pedofile” – powiedział wówczas. Ale teraz, jak twierdzi, „teorie spiskowe po prostu nie są prawdą, nigdy nią nie były”.
Wielu zwolenników prezydenta uważa, że dokumenty, w tym rzekoma „lista klientów”, to konieczność potrzebna do ujawnienia znacznie szerszego przestępczego procederu handlu ludźmi w celach seksualnych i pedofilii, prowadzonego przez „elity światowych elit”, a chronionych przez rząd.
Nie brakuje głosów, że Epstein nie popełnił samobójstwa, co jest oficjalną przyczyną jego śmierci, ale został zabity, aby zapewnić jego milczenie na zawsze.
Trzeba wyjaśnić
Nic dziwnego, że mamy podział w Partii Republikańskiej, jak i wśród elektoratu Trumpa. Korzystają na tym demokraci, którzy – mając cztery lata prezydentury Joe Bidena – nic w tej materii nie zrobili. Niektórzy domagali się wszczęcia śledztwa przez specjalnego prokuratora, inni – w tym prezydent – twierdzili, że partia powinna przejść do porządku dziennego. „Ameryka zasługuje na prawdę o Jeffrey’u Epsteinie i bogatych, wpływowych elitach z jego otoczenia – powiedziała sojuszniczka Trumpa, kongreswoman Marjorie Taylor Greene (republikanka z Georgii). – Granica jest postawiona wobec każdego, kto znęca się nad dziećmi i bezbronnymi, niewinnymi ludźmi.
Z kolei były doradca Białego Domu i wpływowy komentator Steve Bannon ostrzegł, że niezadowolenie opinii publicznej może zagrozić republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów. „Stracicie 10 procent ruchu MAGA. Jeśli stracimy 10 procent ruchu MAGA teraz, to stracimy 40 miejsc w 2026 roku – powiedział. – Stracimy prezydenta”.
Odezwał się skonfliktowany z prezydentem Elon Musk, który już miesiąc temu po raz pierwszy zasiał ziarno najnowszej kontrowersji, kiedy zarzucił, że nazwisko Trumpa figuruje w aktach Epsteina i powiedział: „To jest prawdziwy powód, dla którego nie zostały one upublicznione”. Biały Dom stanowczo odrzucił to twierdzenie.
„Ponad 1000 potwierdzonych młodych ofiar to szokująco duża i tragiczna liczba! Aby rząd mógł potwierdzić, że dziewczyny padły ofiarą, musiałby podać nazwiska lub przynajmniej opisać, kto je zgwałcił – odpowiedział Musk. – To oznaczałoby, że rząd MUSI mieć listę gwałcicieli, czyli »listę klientów Epsteina« w swoim posiadaniu!”.
Dziennikarka Megyn Kelly kiedyś w Fox News powiedziała, że źródła potwierdziły jej, iż Epstein nie popełnił samobójstwa, ale był celem ataku, pracując jako „agent” rządu Izraela.
Konserwatywna komentatorka Candace Owens oświadczyła z kolei, że Trump uważa, iż jego „baza wyborcza jest głupia”, ale to „ludzie wokół niego” uważają go za „głupiego”. Owens oskarżyła Trumpa o „zmanipulowanie opinii publicznej”.
– „Skandal Epsteina to z pewnością śmiertelne stadium ruchu MAGA Trumpa – dodała. – Nie ma co do tego wątpliwości”.
Ruch prezydenta
Ostatecznie pod naciskiem Trump nakazał prokurator Bondi ujawnienie istotnych zeznań ławy przysięgłych. Oświadczenie to pojawiło się również kilka godzin po tym, jak „The Wall Street Journal” opublikował artykuł szczegółowo opisujący rzekomy list, który Trump miał napisać do Epsteina z okazji jego 50. urodzin w 2003 roku. List, którego autorstwa Trump zaprzeczył, zawierał kilka linijek tekstu „obramowanych konturem nagiej kobiety”. List kończył się słowami: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – i oby każdy dzień był kolejną cudowną tajemnicą”.
Prezydent zapowiedział, że pozwie gazetę o 10 miliardów dolarów odszkodowania. Co ciekawe, wpływowe osobistości ze świata MAGA, które naciskały na administrację, aby ujawniła więcej dokumentów związanych ze sprawą pedofila, stanęły w tym przypadku w obronie prezydenta. Wśród nich byli Musk i Bannon.
Ale prezydent powiedział też, że nawet jeśli jego administracja upubliczni wszystkie zeznania ławy przysięgłych, nie wystarczy to, by usatysfakcjonować krytyków. „Zwróciłem się do Departamentu Sprawiedliwości o upublicznienie wszystkich zeznań ławy przysięgłych dotyczących Jeffrey’a Epsteina, z zastrzeżeniem jedynie zgody sądu. Mając to na uwadze, nawet jeśli sąd wyrazi pełną i niezachwianą zgodę, nic nie będzie wystarczająco dobre dla wichrzycieli i radykalnych lewicowych szaleńców, którzy wystąpili z tym wnioskiem – oznajmił. – Zawsze będzie więcej, więcej, więcej. MAGA!”.
Co dalej?
Strategia Trumpa przeczy wieloletnim spekulacjom „radykalnej prawicy”, że z szafy Epsteina wkrótce wyjdą kolejne trupy. Pozostaje pytanie, czy jego odwołanie się do lojalności partyjnej i osobistej wystarczy, by uciszyć burzę. Ton Trumpa w sprawie Epsteina zmienił się w ostatnich dniach z lekkiego poirytowania na jawne zdenerwowanie. Niektórzy, w tym założyciel Turning Point USA Charlie Kirk, stwierdzili, że zaufają słowom z Białego Domu, podczas gdy inni, tacy jak Steve Bannon, twierdzą nadal, że gest ten może kosztować republikanów wybory.
Trump oświadczył jednak, że nie pozwoli, aby zewnętrzne naciski podzieliły członków gabinetu: „Jesteśmy w jednej drużynie, MAGA, i nie podoba mi się to, co się dzieje. Mamy IDEALNĄ administrację, MÓWI O NIEJ ŚWIAT, a »egoiści« próbują ją zniszczyć, a wszystko przez człowieka, który nigdy nie umiera, Jeffrey’a Epsteina”.
Wybory uzupełniające są jednak jeszcze odległe, a krajowi stratedzy Partii Republikańskiej na razie w dużej mierze odrzucają możliwość, że akta denata będą miały w tym istotny udział.
W trakcie swojej kariery politycznej Trump mierzył się z politycznymi i osobistymi kontrowersjami, które trafiały na pierwsze strony gazet. W każdym przypadku udowodnił, że cieszy się niesłabnącą popularnością wśród swoich zwolenników i był w stanie przetrwać praktycznie każdy cykl medialny. Jak będzie tym razem, dowiemy się niebawem.
Podczas przesłuchania w Knesecie, żołnierz armii izraelskiej – Shalom Sheetrit opowiedział, że on i jego koledzy, stacjonujący na placówce wojskowej w pobliżu Strefy Gazy, rankiem 7 października otrzymali niespodziewany rozkaz: “7 października otrzymaliśmy rozkaz od dowódców Brygady Golani, aby zawiesić wszystkie patrole wzdłuż granicy Strefy Gazy od 5.20 do 9 rano.”
Żołnierz poinformował, że w noc poprzedzającą atak znajdował się wraz z dwoma innymi żołnierzami w batalionowej stacji radiowej w placówce Pega, niedaleko kibucu Be’eri. To właśnie tam, o świcie, nadeszła wiadomość, która była dość niezwykła: „O 5:20 rano nagle nadeszła dziwna wiadomość od dowódcy mojego batalionu, a to, co powiedział w rozmowie, brzmi mniej więcej tak: ‘Nie wiem dlaczego, ale wydano rozkaz zabraniający patrolowania ogrodzenia do dziewiątej rano’”.
Według Sheetrita, patrole wzdłuż ogrodzenia były codzienną czynnością dla batalionu operacyjnego, którego był częścią. Ale właśnie tego dnia, w tym wyjątkowym oknie czasowym, Hamas zaatakował. Najpierw uderzył w placówkę Pega, a następnie w kibuc Be’eri. Zapytany przez członków Knesetu, dlaczego wielu żołnierzy wciąż spało, gdy rozpoczął się atak, Sheetrit przyznał: „Nie wiem, jak odpowiedzieć ma to pytanie”.