







=====================================










=====================================


Stanisław Michalkiewicz, „Goniec” (Toronto) • 5 października 2025
Strasznie rozczarował mnie Zbigniew Ziobro. Tyle razy przekonywał wszystkich, że sejmowa komisja Madame Sroki jest nielegalna – na co miał potwierdzenie od samego Trybunału Konstytucyjnego – tymczasem kiedy został przez ojczystych policjantów wyciągnięty z samolotu i doprowadzony przed srogie oblicze Madame Sroki i innych uczestników dintojry – jakby zapomniał o tej całej nielegalności i wdał się w jakieś rozhowory.
A przecież sam prezes Trybunału Konstytucyjnego, pan Bogdan Święczkowski, wysłał list do komendanta głównego ojczystej Policji, przestrzegając, że przymusowe doprowadzenie Zbigniewa Ziobry przed oblicze Madame Sroki et consortes, stanowić będzie przestępstwo, za które prędzej czy później ktoś zostanie pociągnięty za konsekwencje – a jakby tego było mało – nawet zawiadomił niezależną prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez niezawisłą sędzię SO w Warszawie, obywatelkę Wójcik Magdalenę, która wydała postanowienie o przymusowym doprowadzeniu Zbigniewa Ziobry na dintojrę, przed srogie oblicze Madame Sroki – a tu tymczasem taki blamaż!
Zamiast potraktować to całe towarzystwo wzgardliwym milczeniem, Zbigniew Ziobro najpierw złożył wniosek o wyłączenie wszystkich uczestników dintojry. Nie było to zbyt mądre, bo swój wniosek Zbigniew Ziobro skierował do… komisji. Skoro uznawał ją za nielegalną, to nie powinien składać pod jej adresem żadnych wniosków, ani próśb, bo w przeciwnym razie, mimo twierdzeń o jej nielegalności – uznał jej kompetencję. Uzasadnił tę swoją postawę „szacunkiem dla państwa” – ale to nie ma nic do rzeczy, bo jeśli całe to grono jest nielegalne, to nie reprezentuje w tym momencie żadnego „państwa”, tylko siebie samych.
W dodatku wdał się w jakieś opowieści, że to on był inicjatorem zakupu „Pegasusa”, słowem – umożliwił Madame Sroce stworzenie wrażenia, że jest „przesłuchiwany”. Gdyby potraktował tę dintojrę wzgardliwym milczeniem, to Madame Sroka nie miałaby satysfakcji, że go „przesłuchała” – bo jakże mogła „przesłuchiwać”, skoro poza pytaniami, czy wypowiedziami uczestników dintojry niczego nie byłoby słychać? Skoro jednak wdał się w rozhowory, to nic dziwnego, że Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman, zaraz wykorzystał tę sytuację, by złożyć na niego donos do prokuratury, że składa „fałszywe zeznania”, „zniesławia” i „znieważa”. Obywatelu Żurku Waldemaru tylko tego trzeba, żeby wtrącić Zbigniewa Ziobrę do aresztu wydobywczego – a pozorów legalności może dostarczyć niezawisła sędzia SO w Warszawie, obywatelka Wojcik Magdalena, na której chyba można polegać? Ale – jak powiedzieliby wymowni Francuzi – „tu l’as voulu, Georges Dandin”.
Tymczasem wybory parlamentarne w Mołdawii zakończyły się – jak ponad podziałami utrzymują nasi Umiłowani Przywódcy i niezależne media głównego nurtu – „sukcesem”. Polega on na tym, że zaostrzony wariant rumuński, jaki został w Mołdawii zastosowany, co polegało na tym, że tuż przed wyborami tamtejsza Państwowa Komisja Wyborcza” nie dopuściła dwóch komitetów wyborczych do wyborów, umożliwił rządzącej partii przeturlanie się przez 50 procent. Gdyby PKW nie dopuściła żadnego – poza Partią Działania i Solidarności Madame Sandu – to pani Maja mogłaby uzyskać nie nędzne 50,2 procenta głosów, ale 100, a może nawet 120 – jak to było w przypadku kandydata nazwiskiem Józef Stalin w I Stalinowskim Okręgu Wyborczym Miasta Moskwy – ale rozumiem, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje postanowiła zachować w Mołdawii pozory politycznego pluralismusa, dopuszczając do wyborów również niektóre ugrupowania opozycyjne.
W ten sposób Mołdawia pozostaje w niemieckiej strefie Europy, a dla pozostałych bantustanów jest to wskazówka, w jaki sposób kierować wyborami, żeby były one wygrane. Najwyraźniej w każdym bantustanie trzeba będzie wskazać zatwierdzoną partię, ewentualnie również – stronnictwa sojusznicze, w rodzaju Polskiego Stronnictwa Ludowego, znanego ze swojej stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej – zdolności koalicyjnej. Dzięki temu demokracja zyska na przewidywalności – aż do momentu, gdy – zgodnie z dalekosiężną wizją wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera, zaprezentowaną jeszcze w roku 1943 na spotkaniu z gauleiterami – „małe państwa” w rodzaju Mołdawii, a nawet i Polski, przestaną mieć w Europie „rację bytu”.
Wygląda bowiem na to, że wszystko zaczyna zmierzać w tym kierunku. Po zagadkowej deklaracji amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, wygłoszonej po rozmowie z ukraińskim prezydentem Zełeńskim – że Ukraina może odzyskać wszystkie swoje terytoria z Krymem włącznie – widać wyraźnie, że o zakończeniu wojny z Rosją już nie ma mowy – bo skoro tak, to wojna będzie się ciągnąć jeszcze przez najbliższych 10 lat, a może i dłużej – chyba, że na dłużej nie starczy już Ukraińców. Ale i na to jest rada, by zgodnie z pragnieniem ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, wepchnąć do wojny również Polskę oraz mocarstwa bałtyckie, które już nie mogą się tego doczekać, niczym karpie Wigilii Bożego Narodzenia.
Niezależnie od deklaracji Księcia-Małżonka, który najwyraźniej jest lansowany na premiera, a potem – również prezydenta naszego bantustanu, więc musi przekonać Niemców, by – kiedy Donald Tusk się zaśmierdzi – postawili akurat na niego – również obywatel Tusk Donald właśnie oznajmił, że wojna na Ukrainie, to „nasza wojna” i że on wbije tę zbawienną prawdę całemu narodowi do głowy. Z tym nie będzie problemu,, bo Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław przecież nie będzie protestował, a wszystkie Konfederacje jakoś się uciszy i spacyfikuje – być może zgodnie z metodą mołdawską, w ramach której Madame Maja Sandu, niczym kiedyś Napoleon Bonaparte pokazała nam, jak zwyciężać mamy.
Wychodząc naprzeciw tej linii politycznej, prezydent Donald Trump właśnie ogłosił, iż USA będą Ukrainie sprzedawały dalekosiężne (2,5 tys. km.) pociski Tomahawk, którymi Ukraińcy będą mogli ostrzeliwać Rosję. Można się spodziewać, że Rosja nie pozostawi tego bez odpowiedzi, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak do działań wojennych będą wpychane najpierw państwa Europy Środkowej, a potem jeszcze inne – aż zarówno Rosja, jak i Europa, zostaną do tego stopnia osłabione, że nie będą już stanowiły żadnego problemu dla Stanów Zjednoczonych, które będą mogły wtedy spokojnie przystąpić do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej. Co tu dużo gadać; prezydent Trump, o którym złośliwcy mówią, że ma gonitwę myśli i że powtarza, co usłyszał od swego ostatniego rozmówcy I tak dalej – całkiem nieźle to sobie wykombinował – no a teraz przekaże to zwoływanym właśnie z całego świata do Waszyngtonu amerykańskim generałom i admirałom – czego się mają trzymać i jak mają światu nawijać.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

To proces bez precedensu. I skandal bez precedensu. Weronika już prawomocnie skazana.
Sąd Okręgowy w Gdańsku podtrzymał wyrok Sądu Rejonowego w Starogardzie Gdańskim wobec Weroniki, matki trojga dzieci, która ostrzegła inne kobiety przed ginekologiem-aborterem Piotrem A. Weronika została skazana na 3 miesiące prac społecznych, zapłatę 1812 złotych kosztów procesu dla abortera oraz przeproszenie go za prawdę, którą napisała w komentarzu w Internecie.

W tej chwili nie ma najmniejszych szans na złożenie kasacji do Sądu Najwyższego – musiałby to zrobić Prokurator Generalny Waldemar Żurek lub Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek, który też jest za aborcją. Tak więc sytuacja młodej mamy jest dramatyczna.
Poniżej przekazuję Panu list od samej Weroniki.
***
Szanowny Panie,
Chciałabym podziękować za ostatnie 3 lata, w czasie których otrzymywałam od tak wielu osób wyrazy wsparcia w nierównej walce, jaką przyszło mi toczyć. Latem 2022 roku na forum w Internecie zagubiona kobieta zapytała, u kogo prowadzić trudną ciążę w Starogardzie Gdańskim.
Padło nazwisko Piotra A., znanego ginekologa, właściciela fundacji dla kobiet w ciąży. Znałam A. i szybko odradziłam prowadzenie ciąży u niego, wspominając historię swoją i swojego synka, któremu wmawiał zespół Downa i namawiał mnie na aborcję.
Nie wiem, co zrobiła tamta kobieta, ale wiem, że pisząc prawdę o tym, co spotkało mnie kilka lat wcześniej, mogłam ostrzec inne mamy, aby one i ich dzieci nie znalazły się w sytuacji podobnej do naszej… Wiem, że musiałam napisać ten komentarz, by ratować inne dzieci przed możliwą aborcją.
Dziś mam w ręku wyrok: mam zapłacić aborterowi 1812 złotych za koszty procesu, mam zasądzone 3 miesiące prac społecznych i nakazano mi przeprosić A. za mój wpis na forum.
Jestem wdzięczna za opiekę, jaką otoczyła mnie Fundacja Życie i Rodzina, szczególnie za pomoc prawną i wspaniałego obrońcę. Po tych 3 latach wiem, że to właśnie dzięki wyjątkowej sprawności mec. Mateusza Sarnata w tych trudnych warunkach procesowych – nie trafię jednak do więzienia. Bo groziły mi aż 2 lata pozbawienia wolności…
Chcę, aby wiedział Pan, że nie zamierzam przepraszać za prawdę. Choć ostatnie 3 lata były dla mnie ogromnie trudne, nie uważam, abym zrobiła cokolwiek złego. Wręcz przeciwnie – sądzę, że sytuacja, w jakiej się wtedy znalazłam, wymagała jasnego opowiedzenia się za życiem – i jasnej informacji, co wyprawia w gabinecie aborter.
Dziś jestem smutna, ale w głębi duszy spokojna, bo wiem, że postąpiłam słusznie. Wiem, że gdy robi się coś dobrego, zło mści się na wiele różnych sposobów. Dziś napisałabym na forum dokładnie to samo – bo wszystko było prawdą. Patrzę teraz na troje moich dzieci i myślę, jak powiedzieć im, że zostałam skazana. I jak im to wytłumaczyć, za co jest ten wyrok? To dlatego, że nie zabiłam jednego z Was, a do tego poradziłam innym mamom, aby też nie ryzykowały wizyty u abortera – chyba powiem to właśnie tak, najprościej…
Jak przyjmą to dzieci – nie wiem. Ale wiem, że to będzie bolesne zderzenie ze złem, jakie krąży po tym świecie.
W najbliższym czasie będę pisać do Prezydenta Karola Nawrockiego, aby mnie ułaskawił, bo wyczerpałam już wszelkie środki, a mój wyrok jest prawomocny. Także Pana bardzo proszę o złożenie podpisu pod petycją do Prezydenta:
https://twojepetycje.pl/petycja/prezydencie-ulaskaw-weronike/.
Bardzo dziękuję za każdą reakcję na moją prośbę.
Weronika
***
Szanowny Panie,
Piotr A., który sądził się z Weroniką to nie byle jaki ginekolog-aborter. W trakcie procesu działacze Fundacji Życie i Rodzina dotarli do informacji, że był już w przeszłości skazany za zabijanie nienarodzonych dzieci. W gabinecie w Gdańsku przy ul. Przemyskiej – bez specjalistycznego zabezpieczenia ani nawet bez pomocy anestezjologa, w warunkach zagrażających także życiu matek – miał zamordować blisko 100 dzieci, choć jednoznacznie udowodniono mu „tylko” 19 takich zabójstw.
Choć dostał wyrok więzienia w zawieszeniu, nie odebrano mu prawa wykonywania zawodu i mógł prowadzić praktykę dalej.
Wszystko ujawnialiśmy w nagraniu:

Tym bardziej sprawa skazania Weroniki jest wstrząsająca. Objawia się w niej działanie układu, który chroni swoich, a skazuje tych którzy ujawniają zło. W tej logice silni mogą nękać słabych i mogą czuć się bezkarni. A słabi mają być bezbronni…
Podobnie jak Weronika – ja także proszę Pana o podpisanie petycji do Prezydenta Karola Nawrockiego – aby wobec dzielnej mamy skorzystał z prawa łaski, bo to jest w tej chwili dobre i słuszne.
Prezydent powinien ratować dzielną mamę – jak najszybciej.
Petycja jest pod linkiem: https://twojepetycje.pl/petycja/prezydencie-ulaskaw-weronike/.
Gdy już podpisze Pan petycję, proszę przesłać ją dalej. Niech jak najwięcej ludzi ujmie się za Weroniką.
Ona zrobiła dobrą rzecz, a teraz cierpi niesprawiedliwie…
Z wyrazami szacunku,
Kaja GodekFundacja Życie i Rodzina www.RatujZycie.pl |
PS – Co robić, gdy ktoś pyta o usługi lekarza, o którym wiemy, że jest aborterem? Nie mam wątpliwości, że Weronika zachowała się wzorowo – każdy z nas powinien zrobić to samo. Ta młoda mama jest wzorem kobiety i matki, koniecznie musi zostać ułaskawiona.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Dotacje naukowe UE finansują izraelską technologię wojskową.
https://www.donotpanic.news/p/eu-science-grants-are-funding-israeli
UE przekazała izraelskim start-upom technologicznym – prowadzonym przez byłych żołnierzy IDF – prawie pół miliarda euro w postaci grantów badawczych od początku ludobójstwa w Gazie. Niektórzy założyciele tych startupów technologicznych służyli jako rezerwiści w Gazie, a przynajmniej w jednym przypadku technologia została wdrożona, aby wspomóc ludobójstwo.
Program Horizon Europe, opisany przez UE jako „inicjatywa badań naukowych mająca na celu rozwój zrównoważonego i nadającego się do życia społeczeństwa w Europie”, przyznał około 475 milionów euro 348 izraelskim start-upom i projektom badawczym od października 2023 roku, z których wiele jest prowadzonych przez byłych żołnierzy IDF i oficerów wywiadu.
W 2024 roku UE przyznała dotacje w wysokości 220 milionów euro 179 firmom i inicjatywom prowadzonym przez Izraelczyków. Skala tego finansowania, która pojawia się w roku, w którym wybitni na świecie eksperci od ludobójstwa ogłosili, że Izrael dopuszcza się ludobójstwa, w którym całe miasta zostały zniszczone, a dziesiątki tysięcy cywilów zamordowanych, jest oszałamiająca.
W tym samym roku Izrael był również trzecim co do wielkości odbiorcą, po Francji i Niemczech, grantów „akceleratorowych”, oddzielnego elementu programu Horyzont, który ma wspierać małe i średnie firmy pracujące nad poprawą życia w Europie.
W 2025 roku, roku, w którym Izrael ogłosił swoje plany czystek etnicznych na pełną skalę, a uczeni oszacowali, że 434,000 Palestyńczyków w Gazie zostało zamordowanych przez Izrael, finansowanie UE dla izraelskich inicjatyw technologicznych nadal przekroczyło 110 milionów euro.
A tego lata, gdy Gaza została oficjalnie zepchnięta w głód przez celową kampanię głodu Izraela, a Kneset głosował nad ostatecznym rozwiązaniem, UE nadal rozdawała dziesiątki milionów firmom prowadzonym przez były personel IDF.
Finansowanie Horizon ma kluczowe znaczenie dla izraelskiej nauki i izraelskiej gospodarki. Od początku programu w 1996 roku UE przekazała izraelskim firmom, z których niektóre zostały bezpośrednio wydzielone z izraelskiego wojska, 3,4 miliarda euro. Izrael jest zdecydowanie największym odbiorcą Horizon spoza UE, a jego badacze otrzymują niezwykle hojną, a nawet ciekawą kwotę pieniędzy na program mający na celu wsparcie europejskich naukowców i społeczeństwa europejskiego. Prezes Izraelskiej Akademii Nauk i Nauk Humanistycznych powiedział w maju, że odcięcie Izraela od funduszy UE na badania i innowacje byłoby „prawie wyrokiem śmierci dla izraelskiej nauki”.
Udział Izraela w programie Horyzont przyciągał w przeszłości uwagę. Działacze argumentowali, że program łamie swój czysto cywilny mandat, dając pieniądze izraelskim instytucjom powiązanym z państwem bezpieczeństwa, i zażądali, aby Izrael został odcięty od programu. Pod presją, że ludobójstwo Gazy wchodzi w końcowe etapy, Komisja Europejska zaproponowała niedawno ograniczony, częściowy zakaz izraelskiego dostępu do Horizon. Nie jest jednak jasne, czy ten pozorny ruch zdobędzie wystarczającą liczbę głosów od państw członkowskich, aby przejść. Podczas gdy udział Izraela w Horizon był przedmiotem kontrowersji, osoby stojące za tymi inicjatywami finansowanymi przez UE, z których wiele ma znaczące pochodzenie wojskowe, nie zostały wcześniej wymienione. Są również wyraźne dowody na to, że program, który ma wspierać wyłącznie aplikacje cywilne, sfinansował technologię wojskową wdrożoną podczas ludobójstwa w Gazie.
Największymi izraelskimi odbiorcami funduszy Horizon – jak wyszczególniła UE w bazie danych finansowanych inicjatyw – są izraelskie uniwersytety i instytuty badawcze. Numer jeden na liście wszech czasów, po zarobieniu ponad pół miliarda euro, jest Instytut Nauki Weizmanna, najważniejsze centrum naukowe w Izraelu. Informacje o projektach finansowanych przez Horizon w instytucie są trudne do znalezienia, a te publicznie udokumentowane są owinięte w język cywilny. Ale Weizmann od dawna współpracuje z izraelskimi producentami broni, w tym Rafael, Israel Aerospace Industries i Elbit Systems. Instytut organizuje również program magisterski dla żołnierzy IDF w czynnej służbie, obiecując, że pomoże im „zrównoważyć” zabijanie z nauką. W komunikacie prasowym z 2023 roku chwalono się sesją burzy mózgów między badaczami Elbit Systems a Weizmann w celu „zintegrowania innowacji naukowych Instytutu Weizmanna w celu przyspieszenia wspólnego rozwoju”. Od tego czasu Elbit i Weizmann ogłosili, że współpracują nad materiałami inspirowanymi biologią dla IDF i wojskowego teleskopu kosmicznego. Prezes Elbit Systems, miliarder Michael Federmann, zasiada w zarządzie Instytutu Weizmanna. Iran znacząco uszkodził instytut ukierunkowanym atakiem rakietowym w czerwcu, powołując się na jego związek z izraelskim wojskiem i programem broni jądrowej.
Drugie i trzecie miejsce na liście to Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie i Uniwersytet w Tel Awiwie, które łącznie otrzymały prawie 1 miliard euro za pośrednictwem Horizon. Uniwersytet Hebrajski ma bazę wojskową na terenie kampusu, która oferuje szkolenia akademickie dla izraelskich żołnierzy, podczas gdy Uniwersytet w Tel Awiwie prowadzi wspólne ośrodki z izraelskimi firmami wojskowymi i zbrojeniowymi. Technion, izraelski instytut badawczy, jest czwarty na liście wszech czasów, otrzymując 316 milionów euro w funduszach europejskich. Ma wiele partnerstw i stypendiów sponsorowanych przez największych izraelskich producentów broni i prowadzi kurs na temat tego, jak promować izraelski przemysł zbrojeniowy na międzynarodowych rynkach eksportowych. Technion odgrywa również kluczową rolę w rozwoju quadkopterów, które zamordowały wielką liczbę Palestyńczyków w Gazie.
Uniwersytet Bar Ilan jest piąty na liście grantobiorców UE: otrzymał 123 miliony euro. Posiada cały wydział zwany Sekcją Broni Bezpieczeństwa, który działa jako rurociąg do kariery w izraelskim aparacie apartheidu, zapewniając programy studiów licencjackich i magisterskich na temat wszystkich elementów izraelskiego państwa bezpieczeństwa. Bar Ilan prowadzi również coroczny „hackathon” we współpracy z izraelskim Ministerstwem Obrony. Uniwersytet jest również znany z ścisłej współpracy z Shin Bet, izraelskimi służbami bezpieczeństwa.
Uniwersytet Ben Gurion, szósty na liście wszech czasów, który otrzymał 121 milionów euro gotówki podatników UE, jest gospodarzem Instytutu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którego partnerstwa obejmują izraelskie firmy zbrojeniowe i izraelskie ministerstwo obrony.
Widzimy w tych połączeniach, jak wygląda pełna militaryzacja państwa apartheidu. Niewiele krajów na świecie ma tak jawne, przypadkowo deklarowane powiązania między wojskiem, establishmentem bezpieczeństwa i instytucjami akademickimi.
A pośród ludobójstwa popełnionego przez ludzi i technologie płynące z tych instytucji, UE utrzymuje otwarty Kurek. W zeszłym roku Instytut Weizmanna otrzymał 52 mln euro, a w tym roku 15 mln euro. Uniwersytet w Tel Awiwie otrzymał 30 milionów euro od UE w zeszłym roku i 21 milionów euro w funduszach Horizon do sierpnia tego roku. Uniwersytet Hebrajski otrzymał 30 milionów euro w zeszłym roku i 10 milionów euro w 2025 roku.
Kolejny grantobiorca instytucjonalny, Israel Innovation Authority, otrzymał 4 mln euro od Horizon w 2024 roku. IIA jest kierowana przez Dror Bin, byłego oficera izraelskich sił powietrznych, a jej przewodniczącym jest Ami Applebaum, który służył w nienazwanych „tajnych jednostkach technologicznych” IDF. W 2023 roku IIA, siedząca obok fanatycznie ludobójczego ministra finansów Izraela Bezalela Smotricha, ogłosiła uruchomienie nowego funduszu dla izraelskich start-upów technologicznych, podkreślając IIA jako element ludobójstwa Izraela.
UE przekazała również miliony grantów Horizon na uruchomienie Europejskiego Centrum Innowacji i Technologii w Izraelu. Częścią zespołu w EIT Hub Israel jest Sahar Sazgar, który służył w jednostce Egoz IDF, specjalistycznym oddziale, którego zadaniem są tajne operacje komandosów, w tym zabójstwa.
IBM Israel, który wziął 7 milionów euro z programu Horizon od początku ludobójstwa, dostarcza i obsługuje oprogramowanie, które dokumentuje wszystkie przyloty, wyjazdy i przejścia Palestyńczyków w izraelskich punktach kontrolnych prowadzonych przez wojsko. IBM dostarcza również oprogramowanie, które umożliwia systemowe gromadzenie informacji, w tym informacji biometrycznych, na temat Palestyńczyków.
Dokładnie to, co pieniądze europejskich podatników finansują w IBM i innych instytucjach, jest niejednoznaczne. Jednak dane nie mogą ukryć nazw poszczególnych start-upów i inicjatyw wspieranych przez program Horizon. A te informacje mówią nam, że granty na badania UE – legalnie ograniczone tylko do użytku cywilnego – finansują ludzi i technologie kierowane bezpośrednio z izraelskiego wojska, z których niektórzy uczestniczyli w ludobójstwie Gazy.
SpacePharma, start-up rozwijający laboratoria do orbity w kosmosie, otrzymał w zeszłym roku 2,1 miliona euro w gotówce od Horizon. Dyrektor generalny SpacePharma, Yossi Yamin, jest byłym głównym dowódcą izraelskiej jednostki satelitarnej. Jednostka satelitarna jest skrzydłem izraelskiej agencji kosmicznej, która sama jest pododdziałem izraelskiego wojska, i jest odpowiedzialna za satelity, które nadzorują i szpiegują Palestyńczyków w Gazie i na Zachodnim Brzegu. Satelity te również wystrzeliwują pociski bezpośrednio i są fundamentalne dla krajowego systemu przechwytywania rakiet. SpacePharma jest skutecznie bezpośrednim ramieniem z izraelskich narzędzi apartheidu.
Zespół stojący za OncoHost, start-upem immunoterapeutycznym, który otrzymał grant Horizon w wysokości 2,5 miliona euro w maju tego roku, jest bezpośrednim uczestnikiem ludobójstwa. W 2023 roku wysłali pięciu swoich pracowników do służby w Gazie, na czele z dyrektorem generalnym, Oferem Sharonem.
Założyciel Codium, start-upu AI wspieranego przez fundusze Horizon w 2024 roku, również służył w Gazie na początku ludobójstwa. Itamar Friedman powiedział, że „chce być częścią ludzi, którzy chronią nasz kraj”.
Przejrzyście bezpośrednim elementem IDF wspieranym przez pieniądze Horizon jest Wi-Charge, bezprzewodowy system ładowania mobilnego, który UE wspierała w zeszłym roku 2,2 mln euro. Wi-Charge rozpoczął się jako projekt Jednostki 81, wyspecjalizowanej jednostki technologicznej w ramach IDF poświęconej rozwojowi technologii w celu utrzymania systemu apartheidu. Za swoją pracę zespół stojący za Wi-Charge, w tym dyrektor generalny Victor Vaisleib (który spędził 15 lat w IDF) i dyrektor ds. technologii Ori Mor otrzymał Nagrodę Obrony Izraela, najwyższą nagrodę za doskonałość technologiczną i wkład w państwo Izrael.
Sightec, producent technologii nawigacji AI dla dronów, otrzymał w zeszłym roku prawie 2,5 miliona euro od UE. Istnieją dowody, że technologia jest nie tylko przeznaczona do użytku wojskowego, ale została wdrożona na Palestyńczykach w Gazie. Wcześniej w sierpniu dyrektor generalny Sightec, Roy Shmuel, chwalił się na LinkedIn, że technologia Sightec została „sprawdzona pod względem bojowym i wdrożona na ponad 3000 dronów w krytycznych misjach”. To przyznanie się do wojskowego użycia Sightec jest wyraźnym naruszeniem rzekomo cywilnej misji Horizon i naruszeniem traktatów UE, które wyraźnie zabraniają programowi finansowania aplikacji wojskowych.
NeuReality to kolejny izraelski start-up AI wspierany przez gotówkę Horizon. NeuReality, która produkuje jednostki przetwórcze używane do szkolenia sztucznej inteligencji, jest kierowana przez Moshe Tanacha, zwykłego żydowskiego izraelskiego supremacjonistę. W zeszłym roku napisał na LinkedIn o potrzebie likwidacji UNRWA, agencji ONZ, która zapewniła Palestyńczykom w Gazie ogromną ilość usług cywilnych, w tym żywności. Demontaż UNRWA umożliwił Izraelowi prowadzenie kampanii głodującej Gazę.
Start-upem wspieranym znacznymi funduszami UE i przesiąkniętym żydowską supremacją jest Belkin Vision. Firma, która produkuje lasery do leczenia chorób oczu, otrzymała 17,5 mln euro z programu Horizon. Jej dyrektor generalny Michael Belkin, znany okulista z rodziny osadników, był szefem działu badawczego w IDF i walczył w wojnie z 1973 roku między Izraelem a państwami arabskimi.
NeuroKaire, firma zajmująca się spersonalizowaną opieką medyczną, to kolejna firma otrzymująca fundusze UE kierowane przez prawdopodobnego zbrodniarza wojennego. Jego dyrektor generalny Elad Bibi-Aviv, był podpułkownikiem podczas drugiej intifady, kiedy Izrael popełnił liczne okrucieństwa. Jego profil na LinkedIn mówi, że był szczególnie odpowiedzialny za koordynację „działania rządu na Terytoriach”, tj. Gaza i Zachodni Brzeg, w tym okresie.
Izrael jest zaawansowaną technologicznie komórką terrorystyczną udającą liberalną demokrację. Logika militaryzacji jest fundamentalnie wbita w tkankę kraju, a wojsko dotyka każdej warstwy społeczeństwa, w tym nauki i badań. Nie mogło być inaczej. Sam Izrael jest produktem wywłaszczenia i czystek etnicznych pod lufą pistoletu. Ewolucja państwa przebiegała logicznie z tej materialnej podstawy.
A dziś izraelski sektor technologiczny jest klejnotem w koronie izraelskiej gospodarki. Zapewnia miliardowe wpływy podatkowe i jest centralnym składnikiem apartheidu i ludobójstwa. Izraelska nauka i technologia są również kluczową bronią w arsenale miękkiej mocy Izraela, umożliwiając umycie jego brutalnej historii i krwiożerczej obecności w prospołecznej fasadzie naukowej. I to, podobnie jak samo finansowanie, jest powodem, dla którego Izrael praktycznie błaga UE, aby nie wycięła go z programu Horyzont. Poprzez integrację swoich obywateli z instytucjami europejskimi, Horizon jest integralnym elementem struktury legitymizacji, która otacza Izrael. Ta integracja z europejskimi instytucjami naukowymi zapewnia Izraelowi formę przymusowego wpływu poprzez moralne kompromitowanie europejskich badaczy pracujących z Izraelczykami.
Program Horyzont UE jest kolejnym węzłem w sieci wsparcia zachodnich podatników, który sztucznie utrzymuje Izrael na powierzchni. Izraelscy badacze korzystający z dotacji UE (naukowcy, którzy również otrzymali bezpłatne wykształcenie wyższe na izraelskich uniwersytetach w wyniku pomocy Zachodu) są strukturalnie integralną częścią ludobójstwa Izraela, a niektórzy prawdopodobnie bezpośrednio popełnili lub pomagali w zbrodniach wojennych.
To, czy UE może odseparować się od izraelskiej nauki i badań, pomoże ustalić, czy – wbrew wszelkim przeciwnościom losu – liberalizm może odnaleźć moralne centrum i odnowić się.
Izabela BRODACKA
Nasze społeczeństwo od lat przyzwyczajane jest do traktowania pewnych tez jak dogmatów nowej wiary. Sprzeciwianie się tym tezom jest traktowane jako klasyczna orwellowska „myślozbrodnia”. Jeżeli w dobrym, naukowym towarzystwie ktoś powie coś sprzecznego z tymi dogmatami wszyscy odsuwają się od niego jakby zachował się nieprzyzwoicie.
Od dawna takim niepisanym dogmatem był stan ekonomiczny, społeczny i cywilizacyjny Białorusi. W Sejmie i podczas naukowych konferencji gdy ktoś chce wyrazić skrajną dezaprobatę słyszymy nieodmiennie: „ to są standardy białoruskie” albo : „czy jesteśmy na Białorusi?”. Pewien kolega, któremu zawsze zazdrościłam wspaniałego intelektu i wiedzy w dziedzinie nauk przyrodniczych oświadczył kiedyś podczas koleżeńskiego spotkania w moim domu: „Balcerowicz uratował nas przed losem Białorusi”. Jak się okazało nigdy na Białorusi nie był, a stan cywilizacyjny Białorusi był dla niego czymś w rodzaju sądu syntetycznego a priori.
Tak się składa, że pochodzę z okolic Pińska, porozumiewam się po białorusku, byłam na Białorusi wiele razy zarówno po wycofaniu się sowietów jaki za czasów reżimu Łukaszenki i nie dam się wziąć na fundusz apriorycznych sądów. Dodam, że mój dziadek był przyjacielem biskupa Świątka i został rozstrzelany przez NKWD w więzieniu w Pińsku. Otóż o ile po wycofaniu się Rosjan Białoruś była faktycznie w stanie straszliwej ruiny, nędzy i zapaści społecznej i wydawało się że się z tej ruiny już nie podniesie Łukaszenko naprawdę odbudował ten kraj. Kiedy byłam pierwszy raz na Białorusi przeciętna emerytura wynosiła około 200 rubli czyli „zajczykow” bo tak swoją walutę nazywali Białorusini i tyle właśnie kosztował kilogram sera żółtego jeżeli w ogóle był w sklepie.
W 2015 roku wszystkie sklepy były w pełni zaopatrzone, można było kupić wszystko to co w Polsce, a nawet więcej, miasta zostały odbudowane z wielkim pietyzmem, pola obsiane i zaorane, odbudowany radziwiłłowski Nieśwież I Mir, odbudowane katolickie kościoły i klasztory, między innymi seminarium w Pińsku gdzie mieszkaliśmy jako goście. Oczywiście Łukaszenko grał zawsze na dwa fronty, na zasadzie „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” bo w twierdzy brzeskiej obok wyremontowanego kościoła straszą upiorni sowieccy бойцы z kamienia a na placu miejskim stoi figura Lenina w marszu. Łukaszenko bardzo zabiegał o dobre relacje z Polską, ale został wytypowany na czarny charakter i wręcz wepchnięty w sojusz z Putinem.
To Polska wtrącała się bezzasadnie w wewnętrzne sprawy Białorusi więc батюшка się odwinął i nasyłając nam imigrantów pokazał jak łatwo zdestabilizować życie obcego kraju. Nie mam zamiaru bronić Łukaszenki, nie obchodzi mnie czy jest kołchoźnikiem czy intelektualistą. Interesują mnie tylko fakty. Przede wszystkim ważne jest, że Białorusini są prawie bez wyjątku bardzo życzliwi wobec Polaków. Przeciwnie do Ukraińców wśród których można znaleźć wielu nieżyczliwych. Wyjaśnienie jest proste. Ukraińcy w przeciwieństwie do dobrodusznych białoruskich a właściwie poleskich „tutejszych” mieli swoją dość skomplikowaną hierarchię władzy. Władcą prawie absolutnym był ataman (отаман). Wprawdzie ataman był wybierany lecz mienie każdego kurzenia – budynki, konie, pasza, żywność, broń i pieniądze – było wspólną własnością zarządzaną przez atamana zwanego bat’ką (ojcem), który organizował nawet posiłki. Dominacja i władza polskich panów miała prawo Ukraińcom nie odpowiadać.
Tak czy owak przyjaźń z Ukrainą stała się dogmatem wpajanym Polakom jak katechizm a jakiekolwiek wątpliwości czy zastrzeżenia traktowane są jako „myślozbrodnia” . Komentatorzy nowej świeckiej religii powiadomili na przykład nas wszystkich, że drony które nawiedziły ostatnio Polskę pochodziły z Rosji lub z Białorusi. Zakazane były wszelkie wątpliwości. Na przykład dotyczące zasięgu podobnych dronów. Poza tym батюшка czyli Łukaszenko zrobił dogmatykom dowcip informując polskie służby o możliwym ataku dronów. Ten kłopotliwy fakt starają się wszyscy dyskretnie przemilczać. Łukaszenko to dobry pan czy zły pan, przyjaciel czy wróg Polski? Dogmat przecież mówi, że to wróg, że przyjaźń z Ukrainą a właściwie nieograniczone jej futrowanie to nasza racja stanu i gwarancja bezpieczeństwa.
Zwolennicy podobnych tez zapomnieli chyba historię II Wojny Światowej gdy wszelkie posiadane przez Polskę gwarancje okazały się makulaturą i – jak mówi Krasicki – „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Nasi sojusznicy nie chcieli umierać za Gdańsk. Nie należy się temu dziwić. My też mamy prawo pytać „czyja to jest wojna”? Przecież to samo pytanie zadają sobie Ukraińcy, którzy masowo unikają poboru bo nie chcą umierać za niejasne interesy ukraińskich oligarchów. A my mamy prawo nie chcieć umierać za Kijów. Świat toczy obecnie bezwzględną wojnę o przeszłość, o historię. Bo jak powiada Orwell: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”.
Możni tego świata chcą stworzyć historię synkretyczną w której mamy już napisaną nie-najlepszą rolę. Rolę współodpowiedzialnych za holokaust , rolę ksenofobów i faszystów, a w najlepszym przypadku rolę mięsa armatniego. Trzeba jasno powiedzieć- nie istnieje historia synkretyczna, nie ma możliwości jej stworzenia tak jak nie istnieje synkretyczna religia. Interesy ludzkie są sprzeczne i to co dla jednych jest zwycięstwem dla innych jest klęską. Dobrze to rozumieli ludzie już w 1555 roku formułując na potrzeby pokoju augsburskiego zasadę „Cuius regio, eius religio” oznaczającą „czyj kraj, tego religia”.
W naszym XXI stuleciu ta zasada powinna być wzbogacona o stwierdzenia: „ czyj kraj tego historia” oraz: „ czyj kraj tego interesy”. Nie pozwólmy się wepchnąć w maszynkę do mięsa jaką jest przeciągająca się ukraińska wojna. Wbrew wizjom mesjanizmu narodowego Polska nie jest i nigdy nie była Chrystusem narodów. A przede wszystkim nie dopuśćmy aby zabroniono nam myślenia i formułowania naszych wniosków sprzecznych z atakującymi nas andronami.


[To bzdet totalny, dla zamącenia w łbach. md]
================================




=================================







? Robert Kropiwnicki, Poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ?
==================================================



















[Jednak usunąłem tego „Andrzeja” z tytułu – i dodałem pytajnik. To wyraz pewnej nadziei. md]
Były prezydent Polski Andrzej Duda prowadził politykę skrajnego kundlizmu wobec kijowskiego reżimu i Anglosasów. Wielu spodziewało się, że co prawda Karol Nawrocki nie będzie prowadził polityki wielowektorowej, aczkolwiek będzie się hamował w wielu kwestiach, ażeby mieć szanse na reelekcję w 2030 roku.
Ja miałem podejście realistyczno-pesymistyczne w odniesieniu do prognoz co do prezydentury Nawrockiego w kontekście międzynarodowym. Spodziewałem się, że będzie się on póki co hamował, jeśli chodzi o serwilizm wobec Anglosasów i kijowskiego reżimu. Niestety nie minęły dwa miesiące, a Karol Nawrocki jest kopią Andrzeja Dudy, jeśli chodzi o politykę zagraniczną.
Pisałem już na łamach „Myśli Polskiej” na temat polityki Nawrockiego wobec Litwy i kijowskiego reżimu. Tytułem uzupełnienia: prezydent złożył projekt ustawy o penalizacji banderyzmu. Politycy kijowskiego reżimu zapowiadają odwet za to, a jednocześnie polski prezydent planuje już wizytę w Kijowie. Jak już pisałem, antybanderyzm jest nieskuteczny, jeśli chociaż nie gra się możliwością wykonania telefonu do Moskwy.
USA w ostatnim czasie znormalizowały swoje stosunki z Białorusią. Do Mińska przybył gen. Keith Kellog, prezydent USA Donald Trump złożył życzenia urodzinowe prezydentowi Białorusi Aleksandrowi Łukaszence. Jak sami Jankesi przyznają, Białoruś ma pełnić rolę pośrednika w rozmowach między USA a Federacją Rosyjską.
Tymczasem Karol Nawrocki spotkał się ostatnio z była kandydatką na prezydenta Białorusi Swiatłaną Cichanouską. Mało kto już bierze udział na świecie w operetce w postaci uznawania tej pani za prezydenta Białorusi. Dodajmy, że Cichanouska, finansowana przez rząd PiS, w kampaniach wyborczych wspierała „konkurentów” z PO. Parę dni później z byłą kandydatką na prezydenta Białorusi spotkał się Rafał Trzaskowski, konkurent Karola Nawrockiego z wyborów prezydenckich. Trzaskowski spotkał się wtedy także z Georgette Mosbacher, byłą ambasador USA w Polsce, która za rządów PiS de facto przez Twittera rządziła naszą ojczyzną. Karol Nawrocki w żaden sposób nie sprzeciwił się obłąkanej polityce zamykania granicy z Białorusią przez rząd Donalda Tuska.
Nawrocki w ONZ produkował się na temat ważności prawa międzynarodowego w stosunkach międzynarodowych. Podobnie jak wcześniej Duda, dużo mówił o integralności terytorialnej, oczywiście w kontekście Ukrainy. Skoro dla Karola Nawrockiego to takie ważne, to gdyby był konsekwentny, złożyłby deklarację o tym że Rzeczpospolita Polska powinna cofnąć uznanie dla częściowo uznawanego na arenie międzynarodowej Kosowa. Politycy PiS i prezydent Nawrocki dużo mówią o reparacjach od Republiki Federalnej Niemiec. Tymczasem PiS i on sam atakują podżegacza wojennego, niemieckiego kanclerza Friedricha Merza za to, że za mało służy Ukrainie. W mediach związanych z PiS półgębkiem wspomina się, że Niemcy mogliby przeznaczyć reparacje dla Polski w postaci sprzętu dla polskiej armii czy dozbrojenia kijowskiego reżimu.
Nie minęły dwa miesiące, a Karol Nawrocki idzie w ślady Andrzeja Dudy. Jego prezydentura niczym nie różni się od prezydentury poprzednika. Nawet ja jestem lekko zaskoczony, ponieważ spodziewałem się lekkiej korekty i tego, że pewne rzeczy będą robione bardziej po cichu.
Kamil Waćkowski
[Umieszczam, mimo, że nie zgadzam się z duża częścią, wg. mnie płytkich, argumentów. Obecna Rosja nie odcięła się od sowietów ani od ich zbrodni. MD]
Od 10 września 2025 roku rządzący Polską establishment prowadzi zmasowany atak psychologiczny na naród polski, mający na celu przełamanie naszego oporu przed wepchnięciem Polski do wojny z Rosją po stronie Ukrainy.
Mający wszelkie pozory irracjonalności ów atak ma swoje oparcie w pewnym istotnym, acz nie zawsze uświadamianym, jednakowoż bardzo realnym zjawisku, jakim jest podsycana od lat przez wielu polityków, media i organizacje pozarządowe rusofobia.
Słownikowo rzecz ujmując rusofobia to niechęć lub strach skierowany przeciwko Rosji, Rosjanom lub rosyjskiej kulturze opierający się na historycznych doświadczeniach związanych z rosyjską ekspansją w XVIII i XIX wieku w Azji i w Europie. Zrodziła się ona najpierw we Francji, która po klęsce Napoleona obawiała się podboju Europy przez Rosję (do tej anachronicznej matrycy odwołuje się obecnie prezydent Emmanuel Macron), a następnie wraz z wkroczeniem Cesarstwa Rosyjskiego do Azji Centralnej rusofobia rozkwitła w Wielkiej Brytanii, obawiającej się ataku Rosji na skolonizowane przez Brytyjczyków Indie.
Z kolei podłożem polskiej rusofobii były dokonane w końcu XVIII wieku rozbiory I Rzeczypospolitej bardzo umiejętnie wykorzystane później przez geopolitycznych rywali Rosji – najpierw Wielką Brytanię, a po II wojnie światowej przez Stany Zjednoczone.
Obecna postać polskiej rusofobii została w dużej mierze wygenerowana przez Anglosasów po dojściu do władzy w Rosji Władimira Putina, a proces ten nasilił się po pamiętnym przemówieniu Putina na 43. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 10 lutego 2007 roku, gdzie rosyjski przywódca ośmielił się potępić i zakwestionować amerykańskie dążenie do jednostronnego zarządzania światem, uznając je za nielegalne i niemoralne.
I chociaż zarzuty prezydenta Federacji Rosyjskiej były racjonalne i ze wszech miar uzasadnione, po tym wystąpieniu kolektywny Zachód uznał Rosję i jej przywódcę za swego głównego wroga. Można by powiedzieć, że ze względu na wasalne podporządkowanie Polski interesom Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, monachijskie przemówienie prezydenta Putina było jednocześnie aktem założycielskim najnowszej postaci polskiej rusofobii. Z analogicznym procesem mieliśmy do czynienia też na Ukrainie po sukcesie tzw. pomarańczowej rewolucji w 2004 roku, kiedy prezydentem kraju został prozachodni polityk Wiktor Juszczenko. Od tego momentu zaczęła się stymulowana przez Anglosasów forsowna banderyzacja Ukrainy, która w perspektywie miała przyczynić się do przywrócenia utraconego po odejściu Borysa Jelcyna władztwa Zachodu nad Federacją Rosyjską i jej ogromnymi zasobami.
Można by zapytać co banderyzacja Ukrainy ma wspólnego z polską rusofobią? Otóż ma! Wbrew pozorom, oba zjawiska mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. Zarówno obecna polska rusofobia, jak i rozprzestrzeniający się na Ukrainie banderyzm stały się jednymi z najważniejszych instrumentów w rękach Anglosasów w ich zmaganiach o podporządkowanie Federacji Rosyjskiej ich globalnym interesom politycznym i ekonomicznym. O ile banderyzm jest stosunkowo nowym zjawiskiem, o tyle polska rusofobia ma o wiele dłuższą historię. Nie miejsce tutaj na szczegółowe opisywanie źródeł i dziejów polskiej rusofobii, bo jest to temat na duże opracowanie, ale od panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego odgrywa ona istotna rolę w kształtowaniu geopolityki eurazjatyckiej.
Jako pierwsi obok Prusaków jej zalety i ogromny potencjał dostrzegli Brytyjczycy; aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na północną stronę wschodniej półkuli naszego globu z orbity geostacjonarnej. Brytyjczycy szybko dostrzegli, że mieszkający w sercu europejskiego kontynentu Polacy, będący jednocześnie przez cały XIX wiek poddanymi Imperium Rosyjskiego, mogą być doskonałym narzędziem do prowadzenia zbrojnej i politycznej dywersji na tyłach rywala, jakim było dla Brytyjczyków na terenie Azji Środkowej Imperium Rosyjskie. Z tego względu dużo zainwestowali w polski insurekcjonizm, który miał być narzędziem do osłabiania Rosji.
Jako Polacy po dziś dzień nie zorientowaliśmy się, że rusofobia, którą karmi się nas obecnie jest stworzonym przez Anglosasów na użytek Polaków wariantem ukraińskiego banderyzmu w celu zatrucia naszych serc i dusz trwałą nienawiścią do Rosji, abyśmy chętnie ginęli w wojnach z Rosją w interesie zachodnich banksterów i korporacji. Jako że Rosja jest obecnie nieobecna w polskiej rzeczywistości politycznej, gospodarczej i nie ma nawet wymiany kulturalnej, anglosaskim podżegaczom trudniej jest pójść tropem XIX-wiecznych powstań. Wówczas wystarczyło sypnąć groszem i wygłosić trochę równie płomiennych, co oderwanych od rzeczywistości manifestów, aby rozpalić młodzieńcze głowy insurekcyjnymi mrzonkami i tragedia była gotowa. Polacy wywoływali powstanie, Rosjanie je tłumili, a zatrutym owocem tych intryg była wzajemna wrogość. I o to właśnie Anglikom chodziło i o to właśnie chodzi obecnie Amerykanom.
Jako że obecnie rzeczywistość geopolityczna w centrum Europy jest gruntownie inna niż w XIX wieku, Anglosasi szukają innych sposobów, aby skutecznie trafić z trucizną rusofobii do serc Polaków. Tutaj najważniejszym instrumentem manipulacji jest utożsamianie współczesnej Rosji z bolszewickim tworem wyrosłym na gruzach carskiej Rosji w okresie Bitwy Warszawskiej 1920 roku, czy też ze Związkiem Radzieckim z okresu tzw. operacji polskiej z 1937 roku i zbrodni katyńskiej z 1940 roku. I fakt, że od momentu pokonania przez bolszewików ostatnich białych armii zimą 1920 roku do rozwiązania ZSRR w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1991 roku Rosja nie istniała jako suwerenny byt polityczny, nie ma dla manipulatorów żadnego znaczenia. A wiadomo z czym kojarzy się w powszechnej świadomości Związek Radziecki – gułagi, represje, miliony ofiar, wasalizacja i eksploatacja sąsiednich państw, czyli z wszystkim co najgorsze. A skoro Związek Radziecki i Rosja to to samo, to niezwykle łatwo dokonać stosownej projekcji.
Owe stereotypy są z kolei idealnym podłożem do budowania poczucia zagrożenia, że oto rosnąca w siłę Rosja lada chwilę zaatakuje Polskę, a następnie – podobnie jak miało to być 1920 roku – opanuje całą Europę, aż po Lizbonę. Wyciąga się przy tym rosyjską interwencję w Gruzji w sierpniu 2008 roku czy trwającą od 24 lutego 2022 roku Specjalną Operację Wojskową, bez jakiegokolwiek zamiaru wnikania w przyczyny owych interwencji. Nieprzypadkowo jest to jeden z najważniejszych wysuwanych przez Rosję warunków zakończenia wojny na Ukrainie. Budowany na tych stereotypach strach, politycy i media głównego nurtu podsycają doniesieniami o rzekomych okrucieństwach żołnierzy rosyjskich popełnianych na Ukrainie, dokonując przy tym bardzo niebezpiecznego zabiegu, jakim jest dehumanizacja Rosjan.
Ma się więc polska rusofobia czym tuczyć, chociaż ze względu na rozwój internetu na szczęście nie ma tak łatwo. Okazuje się, że znaczna część narodu polskiego nie jest aż tak podatna na coraz bardziej siermiężną antyrosyjską propagandę. Dlatego rządzący Polską zbrodniarze (bo ze względu na zagrożenie, jakie sprowadzają na Polskę, tak trzeba tych polityków określać) robią wszystko, aby ten trend odwrócić, uciekając się nawet do operetkowych prowokacji. I chociaż Polacy się budzą, to musimy być cały czas świadomi, że poważne zainfekowanie części narodu polskiego rusofobią stanowi obecnie jedno z największych zagrożeń nie tylko dla naszej państwowości, ale wręcz dla naszego bytu biologicznego. Dlatego nadszedł czas, aby podjąć walkę z tym mocno ugruntowanym w polskiej mentalności, niezwykle niebezpiecznym zjawiskiem, które – jeśli nie zostanie głośno nazwane po imieniu – niczym rak będzie pustoszyć polskie życie polityczne, aż do unicestwienia państwa.
Czym grozi dalsze zatruwanie Polaków rusofobią, najlepiej pokazuje przykład zatrucia Ukrainy bliźniaczym wobec rusofobii banderyzmem, który napełniając Ukraińców nienawiścią do Rosjan, wyłączył u nich funkcjonowanie rozumu i jakichkolwiek przejawów zdrowego rozsądku. Gdyby nie wyciągnięty z lamusa historii przez Anglosasów i wtórnie przeszczepiony na Ukrainę banderyzm, nigdy by nie doszło do toczącego się obecnie na Ukrainie konfliktu zbrojnego. Bliźniacze wobec siebie banderyzm i rusofobia odbierają rozum tym, którzy się nimi zainfekują, i to dosłownie, a zmierzająca obecnie ku unicestwieniu Ukraina jest na to doskonałym przykładem.
Uwikłana przez Anglosasów w wojnę z Rosją Ukraina jeszcze dzisiaj mogłaby wyjść z tej wojny obronną ręką przyjmując dosyć umiarkowane warunki Rosjan. Niestety, zachodnim sponsorom obecnych władz Ukrainy zależy na kontynuowaniu wojny z Rosją, która w istocie jest wojną w obronie kopalń, hut, licznych zakładów przemysłowych, ziemi i złóż, w dużym stopniu należących do żydowskich funduszy inwestycyjnych i anglosaskich koncernów. A banderyzm jest jednym z najistotniejszych narzędzi do zapewnienia kontynuacji tej wojny, bo jak długo serca Ukraińców będą zatrute nienawiścią do Rosjan, tak długo Ukraińcy będą walczyć w obronie zachodnich aktywów na Ukrainie wierząc, że walczą w obronie wolności, demokracji i niepodległości swego kraju. Nie może to się skończyć inaczej jak unicestwieniem Ukrainy. Wydaje się, że najważniejsi gracze na Wschodzie i na Zachodzie zdają już sobie z tego sprawę i jest wiele symptomów wskazujących na to, że właśnie trwa kontrolowany proces likwidacji państwa ukraińskiego w takiej postaci, w jakiej istniało ono przez ostatnie trzydzieści kilka lat. I obyśmy nie zostali zaskoczeni pewnymi poczynionymi ponad naszymi głowami ustaleniami związanymi z bardzo prawdopodobną likwidacją ukraińskiego państwa.
Jako Polacy musimy zrobić wszystko, aby uniknąć podobnego losu, a może stać się on naszym udziałem, jeśli damy się zatruć rusofobią, którą powinniśmy zwalczać ze wszystkich sił. Trwająca od 10 września psychologiczna agresja na percepcję i świadomość Polaków ma nas tak zaprogramować, abyśmy powiedzieli „tak” włączeniu Polski do wojny, ewentualnie abyśmy wymęczeni tym atakiem, w kluczowym momencie przynajmniej zachowali się biernie.
I chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy, jest to jedna z najważniejszych bitew, jaką polski naród toczy po II wojnie światowej, a na pewno najważniejsza w XXI wieku. Jest bardziej niż prawdopodobne, że NATO jeszcze oficjalnie nie weszło do wojny z Rosją ze względu na duży opór w polskim społeczeństwie. Polska dla eskalacji wojny na wschodzie jest krajem kluczowym, dlatego główna bitwa toczy się obecnie o przełamanie naszego oporu, a potęgowanie rusofobii ma odegrać w tym kluczową rolę, bo tylko w ten sposób można odebrać Polakom rozum, aby chętnie ginęli w cudzej wojnie. Bez większej przesady można powiedzieć, że los Europy, a kto wie, może i świata – jest znowu w rękach Polaków. Możliwe, że w tym wypadku Friedrich Nietzsche i Martin Heidegger mieli rację, bo właśnie historia zatoczyła koło.
Musimy też być świadomi tego, że ze względu na to, iż Anglosasi uczynili banderyzm ważnym instrumentem do walki z Rosją, sprawa należytego upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, tak długo nie ruszy z miejsca, jak długo będziemy pozostawać w wasalnej zależności od Stanów Zjednoczonych. Może się to zmienić tylko w sytuacji, gdy Anglosasi uznają swoją porażkę na Ukrainie i porozumiawszy się z Rosją wspólnie zlikwidują ukraińskie państwo, a wraz z nim zakończą neobanderowski eksperyment. Może na chwilę obecną wydaje się to nieprawdopodobne ale wbrew pozorom nie jest to takie niemożliwe.
Krzysztof Warecki
Funkcjonariusze Straży Granicznej rozbili zorganizowaną grupę przestępczą, która zajmowała się nielegalnym sprowadzaniem cudzoziemców do Polski. Wśród zatrzymanych znalazło się troje obywateli Ukrainy – w tym małżeństwo z Gdyni oraz kobieta z Przemyśla. Według ustaleń śledczych, grupa mogła pomóc w nielegalnym przekroczeniu granicy nawet kilkuset osobom, w tym obywatelom Białorusi, Ukrainy i Gruzji.
Jak poinformowała Straż Graniczna, 1 października w Gdyni zatrzymano 44-letniego Ukraińca i jego 42-letnią żonę. Dzień później, w ramach działań koordynowanych z Bieszczadzkim Oddziałem Straży Granicznej, w Przemyślu wpadła trzecia podejrzana – 51-letnia obywatelka Ukrainy.
Zatrzymani są podejrzani o udział w zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się nielegalnym przekraczaniem granicy. Śledztwo w tej sprawie nadzoruje Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Śródmieście.
Z ustaleń śledczych wynika, że członkowie grupy tworzyli w Polsce fikcyjne spółki i składali w urzędach fałszywe oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom. Dzięki temu legalizowali pobyt i ułatwiali wjazd obcokrajowcom, którzy nie mieli prawa przekraczać granicy.
Według Straży Granicznej, w ten sposób nielegalnie sprowadzono do Polski 134 obywateli Białorusi, 839 Ukraińców oraz 2 Gruzinów. Cudzoziemcy uzyskiwali pozory legalnego zatrudnienia, co umożliwiało im dłuższy pobyt na terytorium Unii Europejskiej.
Podczas przeszukań w mieszkaniach i biurach podejrzanych funkcjonariusze zabezpieczyli telefony, laptopy, nośniki pamięci oraz karty płatnicze. Na jednym z komputerów znaleziono konto kryptowalutowe, na którym zgromadzono środki o wartości ponad 6300 dolarów amerykańskich.
Oprócz tego zabezpieczono 22 630 złotych, 4 278 dolarów i 935 euro w gotówce, które – jak podejrzewają śledczy – mogły pochodzić z przestępczej działalności.
Wobec całej trójki sąd zastosował trzymiesięczny areszt tymczasowy. Straż Graniczna nie wyklucza kolejnych zatrzymań w ramach rozszerzonego śledztwa, które obejmuje również wątek prania pieniędzy oraz współpracy z innymi grupami zajmującymi się przemytem ludzi.
Rzecznik Straży Granicznej poinformował, że działania prowadzone są przy współpracy z Zarządem Operacyjno-Śledczym Komendy Głównej SG oraz Morskim Oddziałem SG.
– Sprawa ma charakter rozwojowy. Zgromadzone materiały dowodowe wskazują na istnienie rozbudowanej struktury zajmującej się procederem legalizacji pobytu cudzoziemców – przekazał rzecznik SG.
Według śledczych, zatrzymani mogli być jedynie częścią większej sieci powiązań obejmującej zarówno Polskę, jak i kraje Europy Wschodniej.
— Straż Graniczna (@Straz_Graniczna) October 6, 202
7.10.2025 https://nczas.info/2025/10/07/orban-oskarzyl-zelenskiego-tym-razem-tez-sie-to-nie-powiedzie/

Prezydent Ukrainy znów stosuje swoją tradycyjną taktykę szantażu moralnego, by zmusić kraje do poparcia jego wysiłków wojennych – ocenił w poniedziałek na X premier Węgier Viktor Orban, komentując wypowiedź Zełenskiego, który przyznał, ze niezależnie od stanowiska Budapesztu, Ukraina wejdzie do UE.
============================
„Węgry nie mają moralnego obowiązku popierania przystąpienia Ukrainy do UE. Żaden kraj nigdy nie szantażował (innych), żeby dostać się do Unii Europejskiej i tym razem też się to nie powiedzie. Traktat o UE nie pozostawia miejsca na niejasności: o członkostwie decydują państwa członkowskie, jednomyślnie” – podkreślił Orban.
Polityk skomentował słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który zaznaczył, że Ukraina przystąpi do Unii Europejskiej niezależnie od stanowiska premiera Węgier.
„Naród węgierski podjął decyzję. W referendum zdecydowaną większością głosów opowiedział się przeciwko członkostwu Ukrainy w UE” – dodał węgierski premier. Orban powołał się na wyniki głosowania „Voks 2025”, w którym – jak w czerwcu ogłosił rzecznik węgierskiego rządu Zoltan Kovacs – 95 proc. głosujących sprzeciwiło się przyspieszonej ścieżce akcesji Ukrainy do Wspólnoty.
„Jeśli chcecie to zmienić, kampania medialna, którą prowadzicie przeciwko Węgrom, prawdopodobnie nie jest najlepszym sposobem na znalezienie przyjaciół” – stwierdził w poniedziałek Orban.
Słowa Zełenskiego skomentował też szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto, przypominając, że „decyzja, który kraj jest gotowy do przystąpienia do UE i faktycznie może się nim stać, nie należy do prezydenta Ukrainy”. „Należy do UE, gdzie takie decyzje wymagają jednomyślności. Naród węgierski już podjął decyzję, a my reprezentujemy jego wolę w Brukseli” – dodał dyplomata we wpisie na platformie X.
Rząd Węgier sprzeciwia się przystąpieniu Ukrainy do Unii i od lutego blokuje otwarcie tzw. pierwszego klastra w negocjacjach Kijowa z Brukselą. Spór dotyczy obowiązującej od ponad 10 lat ukraińskiej ustawy językowej, która, zdaniem Budapesztu, ogranicza prawo do używania języków mniejszości, w tym mniejszości węgierskiej na ukraińskim Zakarpaciu.
W 2023 roku parlament w Kijowie przyjął nową ustawę o mniejszościach narodowych, która uwzględniła wymogi Rady Europy. Ówczesny wiceminister spraw zagranicznych Węgier Tamas Menczer uznał jednak wprowadzone zmiany za niewystarczające.
Ponadto w ocenie władz węgierskich przystąpienie Ukrainy do UE miałoby negatywny wpływ na gospodarkę i bezpieczeństwo Węgier oraz całej Wspólnoty.
6.10.2025 https://nczas.info/2025/10/06/karolina-byla-ekstremalna-weganka-i-dolaczyla-do-grupy-influencerow-nie-zyje/

27 kilogramów. Tyle ważyła 27-letnia Karolina Krzyżak, gdy zmarła na Bali. Zabiła ją wieloletnia obsesja na punkcie weganizmu. W ostatnim czasie dołączyła do grupy tzw. influencerów i odżywiała się wyłącznie surowymi owocami.
Z biegiem lat Karolina coraz bardziej ograniczała swój jadłospis, finalnie przechodząc na frutarianizm — dietę opartą niemal wyłącznie na owocach.
We wrześniu 2024 roku Karolina przeniosła się na Bali, gdzie dołączyła do społeczności surowych wegan w Ubud. Tam znalazła się w otoczeniu influencerów, których podziwiała w mediach społecznościowych, uczestnicząc w spotkaniach, wykładach i warsztatach.
8 grudnia zameldowała się w luksusowym ośrodku Sumberkima Hill Retreat. Rezerwacja została dokonana w ostatniej chwili, a posiłki, które zamawiała, składały się wyłącznie z owoców.
Personel ośrodka zauważył, że jej stan zdrowia budzi ogromne obawy. Właściciel Bernard Hudepohl przyznał, że choć prośba o wegańskie posiłki nie była niczym niezwykłym, to Karolina była tak słaba, że miała trudności z samodzielnym poruszaniem się. Pracownicy dwukrotnie sugerowali jej wizytę u lekarza, ale 27-latka konsekwentnie odmawiała.
Zaledwie trzy dni później, 11 grudnia, znajoma Karoliny, zaniepokojona brakiem kontaktu, poprosiła personel hotelu o sprawdzenie, co się dzieje z młodą Polką. Gdy obsługa weszła do pokoju, znalazła ją martwą, leżącą na podłodze. Według koleżanki zmarłej w chwili śmierci Karolina cierpiała na rozwiniętą osteoporozę i niedobór albumin, co spowodowało obrzęk kończyn dolnych.
Znajomi Karoliny wielokrotnie sugerowali jej leczenie w ośrodku dla osób z zaburzeniami odżywiania. Jeden z trenerów zdrowia, którego obserwowała na Instagramie, przygotował dla niej plan przybierania na wadze w ramach surowej diety wegańskiej. Nie zalecił jednak konsultacji medycznej ani zmiany diety na bardziej zbilansowaną. Jego plan opierał się na dalszym stosowaniu surowej diety.
Eksperci cytowani przez amerykański portal „The Cut”, który opisał dramatyczną historię Karoliny, ostrzegają, że dieta frutariańska nie jest zbilansowana i może prowadzić do poważnych konsekwencji zdrowotnych — od anemii po uszkodzenia kości i organów wewnętrznych.

·
Karolina Krzyzak went to Bali to meet the raw-vegan influencers she’d followed for years. She never made it back home.








Najważniejsze wypowiedzi Putina na Forum Wałdajskim
Thomas Röper https://apolut.net/putins-wichtigste-erklarungen-auf-dem-valdai-forum-von-thomas-roper
W czwartek Putin złożył coroczną wizytę w Klubie Wałdajskim, wygłosił godzinne przemówienie na temat polityki międzynarodowej, a następnie przez ponad trzy godziny odpowiadał na pytania międzynarodowych „ekspertów”.
Punkt widzenia: Thomasa Röpera.
Dla osób zainteresowanych geopolityką, coroczne Forum Wałdajskie to ważna data w kalendarzu, ponieważ Klub Wałdajski to najważniejsza konferencja poświęcona kwestiom geopolitycznym w Rosji, a prezydent Rosji Putin również co roku tam przyjeżdża, aby wygłosić przemówienie na temat polityki zagranicznej, a następnie przez wiele godzin odpowiadać na pytania międzynarodowych ekspertów. Przetłumaczyłem już przemówienie Putina; teraz tłumaczę, jak rosyjska telewizja relacjonowała wystąpienie Putina w swoim cotygodniowym przeglądzie wiadomości w niedzielny wieczór i które z jego wypowiedzi były najważniejsze z rosyjskiej perspektywy.
Początek tłumaczenia:
================================
Konceptualne przemówienie Putina w Wałdaju przyciąga uwagę całego świata
Odbyło się najważniejsze i najbardziej oczekiwane przemówienie tygodnia Władimira Putina. Prawie cztery godziny intelektualnej intensywności ze sceny Klubu Wałdaj przykuły uwagę całego świata. Prezydent Rosji został natychmiast zacytowany na żywo. Jego ton wobec globalnej większości był bardzo łagodny, wobec wojowniczej Europy – bezlitosny, a wobec Trumpa – pełen szacunku.
Tradycyjnie oczekiwano, że prezydent przedstawi koncepcyjną perspektywę na temat tego, co stanowi rodzący się świat wielobiegunowy i przyczyn gwałtownego schyłku ery niepodzielnej dominacji Zachodu. Putin skomentował: „Jest takie rosyjskie powiedzenie: »Przeciw łomowi nie ma obrony, jak tylko drugi łom«. Zawsze znajdzie się antidotum, rozumiesz? Paradoksalnie, wielobiegunowość stała się bezpośrednią konsekwencją prób ustanowienia i utrzymania globalnej hegemonii”.
Ale oczywiście Zachodowi te zmiany się nie podobają. Zaczął przedstawiać Rosję jako arcywroga, jak wyjaśnił Putin:
„Zachowywali się tak, jakby wojna z Rosjanami była praktycznie na horyzoncie. Powtarzali te bzdury, tę mantrę, w kółko. Myślę: oni sami nie mogą w to uwierzyć. Nie mogą uwierzyć w to, co mówią, że Rosja planuje atak na NATO. Uwierzyć w to jest niemożliwe. Ale próbują przekonać o tym swoich obywateli. Szczerze mówiąc, chciałbym powiedzieć: uspokójcie się, śpijcie dobrze i w końcu zajmijcie się swoimi problemami”.
Wśród najbardziej wrogich krajów jest Francja pod rządami Macrona, który jako jeden z pierwszych mówił o wysłaniu wojsk na wojnę z Rosją, co Putin skomentował podczas sesji pytań i odpowiedzi: „Mam w domu na biurku książkę Puszkina. Wczoraj ją otworzyłem, przekartkowałem i natknąłem się na wiersz. To tak, jakby Aleksander Puszkin napisał ją wczoraj i powiedział mi: »Słuchaj, idź do Klubu Wałdajskiego, weź to ze sobą, przeczytaj tam ludziom, co o tym myślę«”. Czy mogę? To ciekawe. Odpowiada na wiele pytań. Nazywa się „Jubileusz Borodino”. (Uwaga niemieckiego tłumacza: Puszkin jest uważany za największego rosyjskiego poetę i żył w XIX wieku. Wiersz pochodzi zatem z tego okresu, dekad po zwycięstwie nad Napoleonem).
Prezydent przeczytał go na głos:
„A teraz? Ich katastrofalny lot,
Napuszeni, zapomnieli;
Zapomnieli o rosyjskim bagnecie i śniegu,
który pogrzebał ich chwałę na pustyni.
Znów wzywa ich znajoma uczta.
Słowiańska krew ich upaja;
Lecz kac będzie dla nich ciężki;
A goście będą długo spać.
Na zacisznym, chłodnym przyjęciu powitalnym,
Pod zbożem północnych pól!”
Putin dodał: „Wszystko zostało tu powiedziane”.
Prawie dwa wieki później znów jesteśmy świadkami tej samej wojowniczości i ambicji. Oto zdjęcia z tego tygodnia: francuskie siły specjalne dokonały abordażu cywilnego tankowca, rzekomo powiązanego z Rosją, na oczach kamer telewizyjnych.
„Co to jest z pana punktu widzenia?” zapytał Łukjanow, moderator spotkania, a Putin odpowiedział: „Cóż, to piractwo. Tak, znam tę sprawę. Tankowiec został porwany bez żadnego uzasadnienia na wodach neutralnych. Czy to naprawdę takie ważne dla Francji? Tak. Czy wie pan dlaczego? Z powodu trudnej sytuacji politycznej, w jakiej znajdują się elity rządzące we Francji, ponieważ nie mają innego sposobu, aby odwrócić uwagę ludności, obywateli Francji, od złożonych, nierozwiązywalnych problemów Republiki Francuskiej. Dlatego chcą przenieść napięcie na zewnątrz i powiedzieć Francuzom: „Francuzi, chodźcie tu, zbierzcie się wokół mnie, poprowadzę was do zwycięstwa. Jak Napoleon. O to właśnie chodzi”.
Kanclerz Merz jest taki sam. Jego najważniejszym celem jest podwojenie budżetu wojskowego i rozbudowa Bundeswehry, co Putin również skomentował w swoim przemówieniu:
„Słyszymy, i wiecie o tym, że na przykład Niemcy mówią, że niemiecka armia powinna znów być najsilniejsza w Europie. Cóż, uważnie słuchamy i sprawdzamy, co mają na myśli. Odpowiedź na te groźby będzie, delikatnie mówiąc, bardzo przekonująca”.
Glenn Diesen, profesor Uniwersytetu Południowo-Wschodniej Norwegii, zapytał Putina podczas sesji pytań i odpowiedzi: „Moje pytanie dotyczy Finlandii i Szwecji, które przystąpiły do NATO. Jak Rosja interpretuje ten krok?”.
Putin odpowiedział: „Jaki jest sens przystępowania do NATO, bloku, który prowadzi agresywną politykę wobec Rosji? Aby chronić co? Jakie interesy Finlandii lub Szwecji? Czy Rosja zamierzała zdobyć Helsinki lub Sztokholm? Wszystko, czego Rosja chciała, rozstrzygnęła ze Szwecją po bitwie pod Połtawą. A jaki jest problem Finlandii? Nie ma żadnych problemów. Wszystko zostało rozwiązane; wszystkie traktaty podpisano po II wojnie światowej. Po co wstąpić do NATO?
Ale Finlandia straciła przewagę w postaci neutralnego statusu, a nawet przyjaznych stosunków z Rosją, przystępując do bloku wojskowego. I wygląda na to, że nikt nie rozważał konsekwencji. Zwracając się do Finlandii, Putin powiedział: „Weźmy pana Stubba, Donalda, on mówi, że dobrze gra w golfa. To dobrze. Ale to nie wystarczy. Gdzie są perspektywy? Czy ktoś może mi powiedzieć, na czym polega ta przewaga? Proszę podać jakąś nazwę”.
Preteksty są zawsze inne, tym razem chodzi o Ukrainę, ale sedno jest takie samo: powrót do konfrontacji militarnej, jak wyjaśnił Putin: „Wcześniej nie mieliśmy sił zbrojnych w tej części Rosji, teraz będą. Z Finlandii powiedziano nam: »Nie dopuścimy do obecności żadnej broni niebezpiecznej dla Rosji, zwłaszcza broni jądrowej«. Wiemy, jak podejmowane są decyzje w NATO. Czy ktoś zapyta Finów? Wiecie, nie chcę nikogo urazić, ale wiem, jak podejmowane są decyzje. Rozmieszczają broń i tyle. A potem co?
„Władimirze Władimirowiczu, dlaczego wysyłasz tyle dronów do Danii?” zapytał Łukjanow.
Putin żartobliwie odpowiedział: „Nie będę już tego robił. Nie wyślę ich do Francji, Danii ani Kopenhagi. Gdzie indziej latają?”
„Latają wszędzie” – wyjaśnił Łukjanow.
„Do Lizbony. Dokąd lecą? Jak rozumiesz, jeśli chcemy być poważni, nie ma tam żadnych celów, a to jest najważniejsze, to się liczy. To również jeden ze sposobów eskalacji ogólnej sytuacji, wykonania rozkazów Naczelnego Dowództwa w Waszyngtonie i zwiększenia wydatków na obronę” – wyjaśnił Putin.
Ukraina zostanie uzbrojona w te pieniądze. Reżim w Kijowie otrzymał już prawie całą dostępną broń. Posunięto się nawet do rozmów o dostawie Tomahawków, amerykańskich pocisków manewrujących o zasięgu do 2500 kilometrów. Użycie właśnie tej broni dalekiego zasięgu towarzyszyło wszystkim znanym interwencjom wojskowym USA w ciągu ostatniego półwiecza.
„Jak niebezpieczne są dostawy Tomahawków na Ukrainę?” – zapytał Putina Anatol Lieven, starszy pracownik naukowy w Quincy Institute for Responsible Statecraft.
„Są niebezpieczne. To potężna broń. Oczywiście, niczego to nie zmieni; w ogóle nie zmieni równowagi sił na polu bitwy. Były ATACMS-y, i co z tego? Owszem, wyrządziły szkody. Ale ostatecznie rosyjskie systemy obrony powietrznej, pomimo ich hipersonicznych zdolności, dostosowały się i zaczęły je zestrzeliwać. Czy zaszkodzi to naszym relacjom, które dostrzegły promyk nadziei na końcu tunelu? Oczywiście. Jak inaczej? Użycie tomahawków jest niemożliwe bez bezpośredniego udziału amerykańskich żołnierzy. Oznaczałoby to zupełnie nowy, jakościowo nowy poziom eskalacji, również w stosunkach między Rosją a Stanami Zjednoczonymi” – podkreślił Putin.
Rosja i Stany Zjednoczone to największe mocarstwa nuklearne, posiadające tysiące głowic jądrowych. Propozycja Putina, aby przedłużyć o rok wygasający w przyszłym roku traktat New START, jest obecnie rozważana. Biorąc pod uwagę, że Rosja w ostatnim czasie wprowadziła do służby wiele zaawansowanych technologicznie systemów uzbrojenia, Waszyngton rozważa taką możliwość.
Putin powiedział: „Weźmy system rakietowy Oresznik. Dopiero niedawno pokazaliśmy, że taka broń nie jest strategiczna. Teraz słyszymy, jak niektórzy eksperci w USA mówią: »Nie, to broń strategiczna«. To wymaga wyjaśnienia. Opracowaliśmy inne systemy, hipersoniczny pocisk Kinżał i międzykontynentalny pocisk balistyczny Awangard. Możemy również rozwijać kolejne systemy. Nie zapomnieliśmy o niczym, co zaplanowaliśmy, a prace trwają”.
Rosja opiera się na swojej tarczy atomowej – wyjaśnił prezydent.
Ważnym tematem była oczywiście pierwotna przyczyna konfliktu na Ukrainie, a mianowicie wykorzystanie konfliktu jako taranu przeciwko Rosji. Putin tymczasem jest przekonany, że Zachód nie przejmuje się interesami Ukrainy: „Nie mają litości dla tych ludzi; są dla nich materiałem eksploatacyjnym, globalistami, ekspansjonistami na Zachodzie i ich pachołkami w Kijowie”.
Kijów jest już o krok od terroryzmu nuklearnego, ponieważ infrastruktura elektrowni jądrowej w Zaporożu jest stale ostrzeliwana przez ukraińskie siły zbrojne, a wszystko to odbywa się pod czujnym okiem inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Putin skomentował: „Wojsko po stronie ukraińskiej próbuje zaatakować obszar wokół elektrowni jądrowej. Kilka dni temu, krótko przed przyjazdem pana Grossiego do Rosji, doszło do ataku, ostrzału artyleryjskiego, na słupy energetyczne. Zawaliły się i teraz elektrownia jądrowa w Zaporożu jest zasilana prądem z generatorów.
„Więc Grossi wie, co się tam dzieje?” – zapytał Łukjanow.
„On doskonale wie. Siedzą tam, w elektrowni, i to widzą. To niebezpieczna gra. Ludzie po drugiej stronie również powinni zrozumieć: jeśli grają w tę niebezpieczną grę, to oni również mają działające elektrownie jądrowe. Co więc powstrzymuje nas przed odwetem? Powinni się nad tym zastanowić” – wyjaśnił Putin.
To wszystko pokazuje, w jak niebezpiecznej fazie znajduje się konflikt, który rozpoczął się od sfingowanego zamachu stanu i przerodził się w działania wojenne na pełną skalę. W swoim przemówieniu Putin powiedział: „Możemy zadać sobie kolejne pytanie: czy sprawy mogły potoczyć się inaczej?” Wiemy również, i wracam do wypowiedzi prezydenta Trumpa, że gdyby był u władzy, można by tego uniknąć. Zgadzam się z tym. Widzimy, że obecna administracja USA kieruje się przede wszystkim interesami własnego kraju, tak jak je rozumie. Uważam to za racjonalne podejście. Wyraża swoje interesy i pragnienia bezpośrednio, myślę, że się ze mną zgodzicie, czasami wprost, ale bez zbędnej hipokryzji.
Chiny i Indie, dwa nowe bieguny policentrycznego świata, są gotowe pełnić rolę mediatorów. Są członkami-założycielami BRICS, których głowy państw i rządów zbudowały szczególne relacje, bliski, oparty na zaufaniu dialog, nawet na poziomie osobistym, jak wyjaśnił Putin: „Robimy to z premierem Modim, z przewodniczącym Xi Jinpingiem. Na przykład był w Petersburgu i popłynęliśmy statkiem. „Aurora” – powiedział. „Ach, to jest Aurora?”. Odpowiedziałem: „Tak, chcesz, żebyśmy ją odwiedzili?”. Dla głowy państwa chińskiego, dla przewodniczącego Komunistycznej Partii Chin, to ważne; widział Aurorę. Potem poszliśmy do Ermitażu i obejrzeliśmy tam występy naszych artystów. Rozmawialiśmy przez cały czas. To ożywiona wymiana międzyludzka”. (Uwaga niemieckiego tłumacza: Aurora to stary pancernik z czasów carskich, który oddał pierwszy strzał podczas rewolucji październikowej, a obecnie znajduje się jako muzeum w Petersburgu).
Rozmowy i dyskusje stanowią fundamentalne wartości Klubu Wałdajskiego. Stanowiska mogą się różnić, ale dialog trwa. Uczestniczy w nim 150 ekspertów z 42 krajów, w tym politolodzy, historycy i dziennikarze. Richard Sakwa, profesor polityki rosyjskiej i europejskiej na Uniwersytecie w Kent, starszy pracownik naukowy w Wyższej Szkole Ekonomicznej i emerytowany profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Państwowym im. Łomonosowa w Moskwie, powiedział nam: „To spotkanie jak żadne inne na świecie!” Prezydent ważnego kraju rozmawia z narodem”.
W tegorocznym forum uczestniczył prezydent Republiki Serbskiej Milorad Dodik, z którym prezydent spotkał się również osobno. Dodik powiedział nam: „Federacja Rosyjska prowadzi absolutnie słuszną politykę. Chcę, aby wszystkie cele jej operacji wojskowej na Ukrainie zostały osiągnięte”.
Rosja, podkreślił Putin, niewątpliwie będzie bronić swoich interesów narodowych: „Widzicie, wielu nie podoba się sam fakt istnienia Rosji, a każdy chce w jakiś sposób uczestniczyć i czerpać korzyści z tego historycznego wydarzenia, jakim jest zadanie nam strategicznej porażki, i ugryźć tu, ugryźć tam. Chciałbym wykonać gest, ale jest tu wiele kobiet, więc tego nie zrobię”.
To, co powiedziano w tej sali, oczywiście było słyszalne na całym świecie, zarówno na Globalnym Południu, jak i w krajach mniejszości zachodniej. Jednym z celów Wałdaja jest to, że tam również wyciągane są wnioski.
Koniec tłumaczenia
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Artykuł ukazał się 6 października 2025 roku na stronie https://apolut.net/putins-wichtigste-erklarungen-auf-dem-valdai-forum-von-thomas-roper
Thomas Röper, urodzony w 1971 roku, piastował stanowiska kierownicze i nadzorcze jako ekspert ds. Europy Wschodniej w firmach świadczących usługi finansowe w Europie Wschodniej i Rosji. Obecnie mieszka w swoim przybranym domu w Sankt Petersburgu. Mieszka w Rosji od ponad 15 lat i biegle włada językiem rosyjskim. Jego krytyka medialna koncentruje się na (medialnym) wizerunku Rosji w Niemczech, ogólnej krytyce doniesień mediów zachodnich oraz na tematach (geo)polityki i ekonomii. ”









Ukraina, Ukraina….
Izabela BRODACKA
„Ja się nie boję Niemców pro-rosyjskich! Boję się Niemców pro-ukraińskich, którzy wczoraj popierali Stefana Banderę, a jutro razem z Ukrainą mogą ruszyć po Wrocław, Przemyśl, Szczecin, Rzeszów, Opole, Chełm, Koszalin, Zamość. Nawet gdyby w Rosji było okropnie i panowało tam ludożerstwo, byłbym za dobrymi stosunkami z Rosją, bo boję się rosnącej w potęgę Ukrainy” – ten wpis Janusza Korwin-Mikkego wywołał wielkie oburzenie. Polacy wsparli Ukrainę całym sercem i ogromnym wysiłkiem finansowym. Ukraińcy otrzymali w Polsce prawa przysługujące tylko obywatelom polskim ( i to nie wszystkim) takie jak bezpłatne leczenie oraz zasiłek 800+. Wdzięczność jaką okazują Polsce nie jest adekwatna do skali tej pomocy.
Czasami jest to wręcz bezczelna niewdzięczność. Niejaki Wołdymyr Wiatrowycz raczył oświadczyć: „Nawrocki działa podobnie jak Putin” a przebił go w bezczelności Witalij Mazurenko nazywając w wywiadzie dla Polsatu polskiego prezydenta „ pahanem” co w grypserze więziennej oznacza przywódcę kryminalistów. Niemcy – jeżeli dobrze pamiętam – ofiarowali Ukrainie stare hełmy, ale Ukraińcom wyraźnie jest do nich bliżej niż do nas. Te związki nie są przecież czymś nowym. Niemcy zawsze popierali aspiracje niepodległościowe Ukraińców, Hakata ich finansowała, a Abwehra uzbrajała i szkoliła dywersantów ukraińskich przeciw II RP. Polityka wschodnia Niemiec czyli Drang nach Osten realizowanabyła początkowo w sojuszu z Rosją, a teraz Rosja przedstawiana jest przez nich jako śmiertelny wróg całej ludzkości, a w szczególności Ukrainy i Polski.
Nic dziwnego – Niemcy przegrały II Wojnę Światową czyli przegrały między innymi z Rosją. Nie przeszkodziło im to jednak korzystać z rosyjskiego gazu i realizować budowę wspólnych rurociągów. Obecnie z wypowiedzi polityków niemieckich i polskich znikł gdzieś planowany reset z Rosją „taką jaka ona jest”. Teraz polityka Drang nach Osten będzie zapewne realizowana w sojuszu z Ukrainą. Cel ten realizowany jest dwojako, przez zamianę UE w federację zależnych od Niemiec kadłubowych państw, czyli praktycznie stworzenie IV Rzeszy, oraz podtrzymywanie w Polsce idei jagiellońskiej a raczej jagiellońskich mrzonek. Polska z Ukrainą miałaby stworzyć imperium. Polacy jednak, jeżeli poważnie traktować doktrynę Jasiny, są sługami narodu ukraińskiego. W takim razie w tym imperium Ukraińcy odgrywaliby rolę kluczową a Polacy marginalną.
Po II wojnie Światowej zbrodniarze z UPA, nienawidzący Polaków, w tym niemieccy agenci, znaleźli się w wielu krajach. Między innymi w Kanadzie i w USA, lecz przeniknęli także do służb PRL. Nie można wykluczyć, że teraz tworzą w tych krajach piątą kolumnę.
,,Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy!’’ – taki kanon polskiego interesu narodowego wtłacza się nam od wielu lat do głów. Tymczasem Stepan Bandera powiedział: ,,Polacy nie chcą niezależnej Ukrainy, bo dobrze wiedzą, że tylko Ukraina może im zadać śmiertelny cios i zniszczyć Polskę’’. Taką dokładnie wizję przedstawia podjęta22 czerwca 1990 roku uchwała Krajowego Prowidu OUN – Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Jest to antypolska uchwała, opisująca politykę jaką powinni prowadzić ukraińscy nacjonaliści wobec Polski po jej wyjściu ze strefy wpływów Związku Radzieckiego. O jej autorstwo podejrzewa się historyka i politologa Edwarda Prusa. Zgodnie z agendą tej uchwały działacze ukraińscy mają doprowadzić do tego, aby władze polskie zrezygnowały wobec samodzielnej Ukrainy z jakichkolwiek roszczeń terytorialnych. Mają promować twierdzenie, że Polacy uważają UPA za prekursorkę Solidarności. Polacy mają potępić akcję Wisła jako ludobójstwo. Wykazać ukraińskość Zakierzonia zgodnie z granicami nakreślonymi przez OUN oraz UPA jako ziem, z których Ukraina nigdy nie zrezygnuje i o nie się upomni używając nawet siły zbrojnej.
Dla wyjaśnienia -Zakierzonie, (Закерзоння) to nazwa ziem leżących na zachód od linii Curzona, które według ukraińskich rewizjonistów znajdują się na dawnym etnicznym i historycznym terytorium ukraińskim, czyli Łemkowszczyźnie, Nadsaniu, oraz części Lubaczowszczyzny, Rawszczyzny, Sokalszczyzny, Chełmszczyzny i Podlasia. To teren obejmujący 19 000 km², zamieszkany przez około 1,5 mln osób.
Agenda nacjonalistów ukraińskich nakazuje szerzenie na tych ziemiach kultu Stepana Bandery, Romana Szuchewycza oraz Andrzeja Szeptyckiego przez upamiętnianie tych postaci pomnikami oraz nadawanie ich imienia szkołom, ulicom i placom. Nakazuje nagłaśniać przyznanie Włodzimierzowi Mokremu nagrody imienia Jana Pawła II za krzewienie przyjaźni polsko ukraińskiej oraz za artykuły umieszczone na temat Ukrainy na łamach „Tygodnika Powszechnego”, oraz „Znaku”. Planują doprowadzić do przekształcenia Fundacji imienia Włodzimierza Chrzciciela w Instytut Ukraiński, a następnie w Uniwersytet Ukraiński w Krakowie. Mają doprowadzić do zwrotu przez Kościół Polski katedry ukraińskiej w Przemyślu gdzie miałoby się znaleźć biskupstwo Ukraińskiej Katolickiej Cerkwi oraz powinny osiedlić się ukraińskie zakony.
Janusza Korwina Mikkego wielu uważa za prowokatora i nie godzi się z jego tezami. Uchwałę OUN z 1990 roku przedstawia się najchętniej jako fałszywkę. Tego nie można wykluczyć. Jednak masowe nadawanie praw obywatelskich obcej nacji, niezależnie od tego czy jest ona wroga czy przyjacielska, jest bardzo ryzykowne. Grozi przejęciem całych obszarów władzy w kraju przez ludzi reprezentujących z oczywistych przyczyn własne interesy, które nie koniecznie muszą pokrywać się z interesami polskimi. Pozostaje również nadal nierozwiązana kwestia Rzezi Wołyńskiej. Jak pamiętamy zginęło w niej 50 czy 60 tysięcy ludzi zamordowanych w wyjątkowo okrutny sposób.
Tymczasem informuje się nas entuzjastycznie o odnalezieniu szczątków 42 osób podczas ekshumacji w Puźnikach, które trwały od 23 kwietnia do 10 maja tego roku oraz o zakończeniu 30 sierpnia ekshumacji we Lwowie-Zboiskach, gdzie we wrześniu 1939 r., w obronie Lwowa, polegli żołnierze Wojska Polskiego. Miejmy nadzieję, że to przełom a nie pozorowane pojednanie.
















Dlaczego Orbánowi i partii Fidesz się udało? Dlaczego nie mające dostępu do morza, kilkukrotnie mniejsze od Polski zarówno pod względem terytorium jak i liczby ludności Węgry i ich przywódca umieją odnieść polityczny sukces i prowadzić politykę zgodną z węgierskim interesem narodowym?
Dlaczego premier Węgier jest szanowany przez przywódców największych mocarstw współczesnego świata? To pytania jakie zadaje sobie wielu obserwatorów życia politycznego w Polsce. Wydana niedawno książka Gábora G. Fodora „Orbán kontra Soros” udziela na nie odpowiedzi. Jest ona zarazem prosta, bo potwierdza kilka niemal odwiecznych prawd, ale i trudna, bo nie polega na zdradzeniu politycznych sztuczek czy cudownych recept. Ciśnie się wręcz na usta klasyczna sentencja Clausewitza o tym, że „na wojnie wszystko jest bardzo proste, ale na wojnie najprostsze rzeczy są bardzo trudne”. Książka bardzo zręcznie łączy historię osobistych relacji tych dwóch postaci, z najważniejszym konfliktem naszych czasów, który ma wymiar niemal apokaliptyczny.
Ich trwająca już blisko 4 dekady relacja od przyjaznej współpracy do nieprzejednanej wrogości to z jednej strony konflikt personalny i polityczna gra, ale z drugiej niemal faustowska walka o duszę ludzkości i kształt świata. To, że wszystko dzieje się na Węgrzech i w ramach węgierskiego społeczeństwa, które są z racji swej kultury, języka, etniczności same w sobie jakby tajemniczą wyspą na mapie Europy, dodaje tym zmaganiom niesamowitego kolorytu i trzeba przyznać, że autorowi udało się tę okoliczność wykorzystać tak, by książkę czytało się momentami niemal jak subtelny kryminał, w którym zło walczy z dobrem, a obie strony niczym w dobrym dramacie są święcie przekonane o swojej racji.
A zaczynało się niemal jak wszędzie w Europie Środkowej w latach 1980. Węgry jeszcze bardziej zadłużone w stosunku do liczby ludności niż PRL z konieczności gospodarczej i na skutek zmieniającego kierunek wiatru dziejów otwierały się na Zachód. Podobnie jak Polska wstąpiły do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, podobnie jak Polska rozpoczęły współpracę z Bankiem Światowym i tak jak Polska zaczęły pozwalać swoim obywatelom na zagraniczne wojaże i kontakty. Pojawienie się w tych krajach fundacji Sorosa było jednym z przejawów tej tendencji. Na Węgrzech z racji tego, że jej właściciel i twórca był węgierskim Żydem, który przeżył w tym kraju, będącym sojusznikiem Hitlera Holokaust, musiało wywoływać większe emocje, ale kto pamięta tamte czasy, ten przypomina sobie jaką ekscytację na polskich uczelniach wywołały pierwsze nabory na stypendia, które Fundacja Batorego czyli polska ekspozytura Sorosa oferowała także w PRL drugiej połowy lat 1980. W siermiężnej rzeczywistości i w atmosferze powszechnego zmęczenia nijakimi rządami przygotowujących się do zajęcia jak najlepszych pozycji w nowym systemie dawnych działaczy PZPR i mających podobne cele odpowiednio sprofilowanych popłuczyn po dawnej Solidarności, był to zwiastun potwierdzający, że nowe jest już blisko.
Pierwszym i najważniejszym etapem budowania przez Sorosa swoistego państwa w państwie w kadarowskich jeszcze Węgrzech oprócz pomocy materialnej (zakup 475 kserografów, pomoc finansowa dla studenckich gazet, organizacji, akcje charytatywne) było szukanie ludzi, kandydatów do własnego wojska. Na tym etapie Soros działał w poprzek podziałów politycznych, po prostu szukał osób, w których widział liderów przyszłego życia publicznego. Dotował zarówno liberałów jak i prawicowców, a gdy uznał to za korzystne poparł likwidację kordonu sanitarnego jakim otaczano postkomunistów. Orbán był wtedy brodatym studentem i wydawał gazetkę o nazwie „Koniec wieku”, w 1988 r. założył organizację studencką przekształconą wkrótce w partię o nazwie Fidesz. Wydarzeniem, które pokazało jego potencjał był symboliczny pogrzeb przywódcy powstania z 1956 r. Imre Nagy’a 16 czerwca 1989 r. kiedy okazał się charyzmatycznym mówcą i wezwał Sowietów do opuszczenia Węgier. Dlatego Soros postanowił w niego i kolegów zainwestować. Temu służył system stypendialny, z którego sam Orbán, a także jego partyjni towarzysze skorzystali, oprócz tego pracowali w jego instytucjach, miliarder wspierał też Fidesz. Przywódca Fideszu był potem także stypendystą prestiżowej fundacji German Marshall Fund.
Orbán się uczył, obserwował, w pierwszych wyborach do parlamentu po upadku bloku wschodniego Fidesz uzyskał 7 procent i miał już swoich posłów, ale nie sprawował władzy, którą objęła koalicja partii prawicowych pod przewodnictwem premiera Jozsefa Antalla. Soros był z tej władzy niezadowolony, gdyż odmówiła oddania miliarderowi najważniejszego węgierskiego banku oraz przemysłu i wszczął wtedy intensywną działalność na rzecz stworzenia frontu antyrządowego pod hasłem walki z faszyzmem i antysemityzmem. Aby obalić rząd, potrzebna była jednak współpraca z postkomunistami.
W 1992 r. Orbán spotkał się w Nowym Jorku z Sorosem i odmówił zarówno przyjęcia pomocy finansowej dla partii jak i sojuszu z postkomunistami. Wkrótce zobaczył jak bardzo kosztowna była to decyzja. Poparcie Fideszu, które na nieco ponad rok przed wyborami wynosiło 40% spadło do 7% w dniu wyborów w 1994 r. Doprowadziły do tego opanowane przez Sorosa media, oskarżenia o faszyzm i antysemityzm, próbowano także rozbić Fidesz od środka lub doprowadzić do jego scalenia z liberałami z Partii Wolnych Demokratów (SZDSZ) (z uwzględnieniem wszelkich różnic odpowiednikiem polskiej Unii Wolności), którą Soros faworyzował i która po wyborach współrządziła z postkomunistami w imię walki z faszystowskim i antysemickim zagrożeniem. Pomimo większości koalicjanci próbowali wciągnąć do rządu Fidesz. Popierający Fidesz intelektualiści byli wprost stawiani przed wyborem: albo zagraniczne stypendia i kariera uznanego publicysty albo łatka faszysty i dozgonna marginalizacja. Orbán przekonał kolegów, że trzeba odmówić i za 4 lata wygrał wybory. Potem znów nastąpiła porażka i 8 lat w opozycji, by w 2010 roku wygrać i rządzić do dnia dzisiejszego.
Ten skrótowy zarys pokazuje jak bardzo doświadczonym i upartym politykiem jest mający dzisiaj 62 lata węgierski premier. Jednak wytrwałość i doświadczenie to nie najważniejsze atuty Orbána i jego formacji. Tym co stoi u podstaw sukcesu i co różni Orbána oraz jego ekipę od polskich odpowiedników jest charakter, duma, wiedza i rozumienie świata oraz silny kręgosłup moralny.

Książka Fodora pokazuje, że choć obycie w świecie i zagraniczne stypendia były ważnym elementem politycznej edukacji, to jednak nie wpłynęły na wyrzeczenie się własnych poglądów i własnej drogi politycznej przez Orbána. Jednym z kluczowych czynników okazała się… niewdzięczność. Jak pisze Gabor: „w związku z Sorosem dla Viktora było jasne, że nie musi się krępować. Możliwości należy wykorzystywać, ale niczego nie są sobie winni. To samo w sobie było oburzające stanowisko. SZDSZ, który miał długi wobec Sorosa i zawarł z nim faustowską umowę, zawsze twierdził, że fideszowcy są niewdzięczni. A Victor i jego ekipa nawet nie rozumieli, za co powinni być wdzięczni. Według Sorosa każdego można kupić, ale Viktor nie był na sprzedaż.”
Tę „niewdzięczność”, czyli stawianie interesu Węgier na pierwszym miejscu Orbán okazywał wielokrotnie, także gdy w grę wchodziła własna kariera i wynik wyborczy partii. Ilustracją tego są nie tylko jego relacje z Sorosem, ale także z USA i to bez względu na rządzącą za oceanem partię. Zresztą zdaniem Fodora cała działalność Sorosa idzie w parze z hegemonicznymi interesami USA, także jego sukcesy finansowe autor przypisuje w dużej mierze informacjom z kręgów władzy i tajnych służb. Znamienne jest w tym kontekście zachowanie Orbána – pryncypialnego antykomunisty, jakie miało miejsce w czasie jego pierwszych rządów w latach 1998 – 2002. Zdając sobie sprawę, że amerykańscy demokraci finansowani przez Sorosa nie są jego sojusznikami, już po objęciu władzy przez republikanów i młodszego Busha Orbán odmówił zakupu samolotów F-16 wybierając szwedzkie Gripeny. W następstwie czego, jak pisze Fodor, „został zalany tsunami gniewu i nienawiści”.
Ale Orbán, zdaniem autora, uważał, że: „Ameryka była upokarzająco wroga i według Viktora, gdybyśmy wzięli to na siebie, czulibyśmy się upokorzeni. Amerykańska dyplomacja opiera się na zasadzie kwitka. Wręczą ci kawałek papieru z zapisanymi na nim warunkami i oczekują, że zaakceptujesz to co jest na nim napisane. Kto dyktuje podstawowe zasady jest hegemonem, yesmeni akceptują je bez pytania. A Viktor jest na przekór. Viktor nie był i nigdy nie został yesmenem (…) Pracownik ambasady USA pojawił się w biurze jednego ze starszych doradców węgierskiego premiera, wypraszał sobie i krzyczał, co sobie Węgry wyobrażają. Bo niech nikt nie myśli, że dla nich ma znaczenie, że Viktor kupuje kilka Gripenów zamiast F-16 (oczywiście byłoby lepiej, ale w Ameryce mieli to gdzieś). Głównym problemem było to, że był to precedens, a tego nie znoszą.” Takie starcie z hegemonem było jedną z przyczyn, dla których Orbán spędził kolejnych 8 lat w opozycji.
Jednak Orbán nie sprzeciwiał się Sorosowi i Ameryce, a potem Unii Europejskiej dla samego sprzeciwu czy dla zaspokojenia własnej, partyjnej czy nawet narodowej ambicji. Za tym wszystkim szło głębokie osadzenie w wartościach i zrozumienie zasadniczego konfliktu jaki dzieli nasz świat. Aby to zrozumieć Fodor w swojej książce przypomina, że Soros także nie jest jedynie biznesmenem, ale że jego działania napędza konkretna filozofia i zespół przekonań o tym co jest dobre a co złe. Soros to w takim ujęciu, po pierwsze, filozof, który nawet sporo napisał i który podobnie jak Marks uznał, że filozofowi nie wystarcza rozumienie świata, ale że należy go zmienić by dostosować go do swojej wizji polityki, społeczeństwa, a nawet człowieka.
Zainspirować go do tego miały dwa wydarzenia: jedno to Holokaust, a drugie to kontakt z filozofią i osobą Karla Poppera autora słynnego dzieła „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie”, co nastąpiło po ucieczce Sorosa z Węgier w 1947 r. Soros zaczerpnął z tych doświadczeń także nazwę swojej fundacji. W myśl tych zasad za fundamentalne zło uznaje się nacjonalizm, państwo narodowe i przywiązanie do niego, gdyż z nich wywodzi się jeszcze większe zło czyli antysemityzm, a stąd już prosta droga do Holokaustu. To przekonanie tłumaczy także niechętny stosunek Sorosa do opartego na idei narodowej żydowskiego państwa w Palestynie, choć ataki na siebie zawsze przedstawia jako przejaw antysemityzmu. Orbán przeciwnie: „Wierzy, że Bóg stworzył nie tylko ludzi, ale także narody i że jest zapisane, że narody będą albo potępione, albo zbawione, czyli będą sądzone (…) Innymi słowy, naród jest rzeczą świętą, wartością o którą warto walczyć, a dobrze jest jeśli ta wartość nigdy nie zostanie utracona. (…) Za konfrontacją między Viktorem a Sorosem kryje się zatem fundamentalny konflikt o antropologicznej i – co za tym idzie – metafizycznej głębi.”
Niezwykle sugestywnie i przejmująco brzmi także kolejny fragment, w którym Fodor charakteryzuje iście szatańskie zagrożenie jakie niesie za sobą światopogląd Sorosa: „Jeśli wyobrażamy sobie swoje życie w ten sposób, że chcemy kiedyś umrzeć wierząc w kilka rzeczy, to Soros jest bez wątpienia człowiekiem, który powie ci, że to wszystko nie ma sensu. Nie ma sensu wierzyć w cokolwiek, a życie nie ma żadnego innego sensu, należy po prostu prowadzić przyjemne życie. Ale szukanie w nim wyższego celu lub znaczenia jest bzdurą. Właśnie dlatego chce pozbawić cię tożsamości, ponieważ każdy wyższy cel lub sens wynika z twojej tożsamości. Jeśli jesteś mężczyzną, to twoim zadaniem jest mieć dzieci z kobietą, kochać je i dbać o nie (…) Podobnie to, że urodziłeś się Węgrem jest powołaniem, misją, zadaniem (…) Moralnym obowiązkiem jest zachowanie tożsamości i dziedzictwa, wzmocnienie i kontynuowanie tysiącletniej cywilizacji, zbudowanej na języku węgierskim i opartej na węgierskich tradycjach. A jeśli jesteś również wyznawcą Chrystusa, to twoim zadaniem jest również budowanie królestwa Bożego.”
Wątpię czy Fodor czytał „Lewą wolną” Józefa Mackiewicza, ale każdemu kto to zrobił ten fragment przywołuje na myśl charakterystykę bolszewickiego komunizmu jaką wypowiedział biały Rosjanin Paweł Zybienko walczący w polskiej armii przeciw bolszewikom. Fodor zresztą wprost określa Sorosa jako „nowego Marksa”, który „podobnie jak jego intelektualny poprzednik, stracił duszę, a jego serce zamieszkuje demon.” Z tego wynika także brak jakichkolwiek zasad czy etycznych skrupułów oraz krańcowe zakłamanie jakim jest np. jednoczesna walka o prawa mniejszości w Macedonii i popieranie rządu w Kijowie, który mniejszości prześladuje, walka o otwartość, transparentność przy jednoczesnym tworzeniu imperium o totalitarnych zamiarach, rządzonym przez absolutnego władcę, który stara się być niewidzialny, walka z korupcją przy jednoczesnym bogaceniu się na spekulacjach giełdowych i zyskach osiąganych dzięki nieuczciwemu korzystaniu z poufnych informacji. A wszystko to nasycone moralnymi formułami, w których owładnięty manią władzy nad światem spekulant przedstawiany jest jako filantrop i dobroczyńca ludzkości.
Ten fundamentalny fałsz przekłada się na sposób działania Sorosa. Nigdy z otwartą przyłbicą, nigdy pod nazwiskiem, nigdy w wyborach.
„Zamiast tego interweniuje z zewnątrz, w celu wywołania chaosu. Albo interweniuje od samego początku tam, gdzie panuje niestabilność, albo interweniuje w taki sposób, aby powstała niestabilność. To właśnie ta okoliczność stwarza warunki dla jego podstawowej działalności politycznej, czyli spekulacji. (…) Ingerencja oznacza również, że tam, gdzie dochodzi do ingerencji z zewnątrz, dochodzi do naruszenia suwerenności. To nie wola będących wewnątrz decyduje o tym, jak powinno być, jaki kierunek powinny obrać sprawy w ich własnym kraju, ale decyduje się o tym z zewnątrz, omijając suwerenną wolę.” To z kolei prowadzi nas do instytucji jakie są ulubionym polem działania Sorosa: do systemu sądownictwa i Unii Europejskiej, którą książka przedstawia jako jego narzędzie, Soros rozumie, że swoi ludzie w sądach krajowych i europejskich to jedna z najlepszych gwarancji forsowania jego agendy. Z relacji Piotra Witta wiemy, że około 20% sędziów Trybunału Praw Człowieka było przedtem zaangażowanych w działalność organizacji tworzonych bądź finansowanych przez Sorosa. Organizacji, których celem jest destrukcja naszej cywilizacji i moralności.
Jednak to nie instytucje polityczne są oczkiem w głowie Sorosa i najważniejszym polem działania. Tym czymś jest kultura i edukacja. Książka ukazuje jak wielką wagę przywiązywał do ufundowanego przez siebie Uniwersytetu Środkowo-Europejskiego. Ludzie uformowani przez taką instytucję to późniejsi działacze realizujący marzenia Sorosa, których nie trzeba nawet kontrolować czy opłacać, najbardziej podatna na tego typu psychopolitykę okazuje się podobnie jak w Polsce inteligencja. Jej wrogiem jest realizująca interes narodowy elita Fideszu i lud. Stąd Fodor określa Orbána jako nieliberalnego demokratę, a Sorosa jako niedemokratycznego liberała, który uznaje demokrację tylko wtedy gdy rządzą liberałowie tak jak on to pojęcie rozumie.
Viktor Orbán przejrzał metody i strategię swojego przeciwnika.
Stąd jedną z pierwszych reform po uzyskaniu odpowiedniej większości w parlamencie była zmiana konstytucji i odzyskanie dla narodu aparatu wymiaru sprawiedliwości.
Kolejne pole działania to „jak się organizować w taki sposób, jak to robili oni. Następnie mieć swoje organizacje, swoje instytucje, swoich działaczy obywatelskich, mieć swoje zaplecze, swoje media, swoje gadające głowy, mieć swoje własne CEU (skrót od Central European University Sorosa – przyp. O.S.) (MCC jest naszym CEU) (Mathias Corvinus Collegium jest instytucją edukacyjną i centrum badawczym wspierającym młodzież węgierską), mieć je w kraju i za granicą. Trzeba też zawrzeć niezbędne porozumienia pokojowe, ponieważ nie możemy być w stanie wojny z samymi sobą. Następnie, trzeba zorganizować świat obywatelski: na początku był to świat klubów obywatelskich. (…) Jednocześnie musisz zbudować własny świat ekspertów i intelektualistów. Muszą też powstać rozmaite think tanki i instytuty badawcze. Trzeba opracować alternatywne wskaźniki, indeks demokracji, sporządzić nowe skale oceny i wiarygodności oraz stworzyć grupę osób i instytucji, wystawiających oceny. Potrzebny jest Megafon (inicjatywa medialna, której celem jest wzmocnienie środowisk prawicowych w przestrzeni online). Należy zrobić to, co robi Soros.”
Jednak najbardziej spektakularnym politycznym posunięciem Orbána było spersonalizowanie konfliktu, nadanie siłom zła twarzy i nazwiska. Do momentu, w którym to uczynił wymienianie nazwiska Sorosa i wskazywanie na jego wpływy było z reguły ośmieszane jako tzw. teoria spiskowa i objaw chorej wyobraźni. Orbán zaryzykował i uderzył tam, gdzie lubiący anonimowość miliarder najbardziej tego nie chciał. W związku z akcją sprowadzania do Europy migrantów postanowił pokazać społeczeństwu i światu kto jest jej promotorem. Najpierw przeprowadził narodowe konsultacje w sprawie migrantów, a następnie w całych Węgrzech pojawiły się ogromne bilbordy z wizerunkiem miliardera i napisem: „99% w narodowych konsultacjach odrzuciło nielegalną imigrację. Nie pozwól aby Soros śmiał się ostatni!”. Traf chciał, że akurat w tym czasie odwiedziłem Budapeszt i jeden z nich sfotografowałem. W kolejnym roku sorosowska kuźnia kadr – Uniwersytet Środkowo-Europejski została zmuszona do opuszczenia Węgier i przeprowadzki do Wiednia. Co ciekawe przed wyborem Budapesztu jej lokalizacji sprzeciwili się Słowacy i Czesi pod rządami Vaclava Klausa.
Śmiałe wskazanie wroga i uderzenie tam gdzie boli, asertywna postawa wobec amerykańskiego hegemona zaowocowały po latach szacunkiem w samych Stanach Zjednoczonych, a przede wszystkim osobistym uznaniem Donalda Trumpa. Ale oprócz szacunku postawa Orbána i Węgier była ważną inspiracją dla ruchu MAGA. Nazwisko Sorosa i jego złowroga działalność przestały być tematem tabu także w Indiach i w Ameryce Południowej. Ostatnie doniesienia ze Stanów Zjednoczonych mówią nie tylko o delegalizacji terrorystów z tzw. Antify, ale o objęciu sieci Sorosa postępowaniem karnym na podstawie ustawy RICO (Ustawa o Organizacjach Skorumpowanych i będących pod Wpływem Oszustów, ang. Racketeer Influenced and Corrupt Act) z 1970 r.
Oprócz działań stricte politycznych i organizacyjnych do sukcesu Fideszu i ekipy Orbána potrzebne było jednak jeszcze coś innego. To wartość, która jak mało która jest dzisiaj wyparta z powszechnej świadomości. Jest nią przyjaźń i lojalność. Książka przytacza w tym kontekście opis rozmowy Orbána z jego współpracownikiem Zsoltem Bayerem, którą przeprowadzili na urodziny Fideszu w 2014 r.. „Dochodzą do wniosku, że oprócz nich nie pozostał nikt z osób przeprowadzających transformację. Ale fakt, że my nadal jesteśmy – mówi Viktor, najprawdopodobniej wynika z tego, że nigdy się nie sprzedaliśmy; jesteśmy w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu wspólnotą przyjaciół i kompanów, a co równie ważne mamy odwagę odwrócić się od siebie plecami, wiedząc, że możemy iść wspólnie na wojnę, i nikt nie wbije nam noża w plecy.” Trudno o lepszy opis politycznego esprit de corps jaki panuje w zahartowanej w bojach armii, lub do „garstki braci” z szekspirowskiej mowy Henryka V.
Podczas gdy „Wujek Gyuri, (węgierskie zdrobnienie imienia Sorosa) ten bardzo mądry człowiek, zdecydowanie mylił się co do jednej rzeczy. Wierzył i całe jego życie to potwierdzało, że za pieniądze można kupić wszystko, kwestią jest tylko cena. Po prostu nie mógł pojąć, że tu w środku Europy, jest kilka osób, których nie da się kupić.”
Niestety ten środek Europy był w tym wypadku nad Dunajem a nie nad Wisłą, gdzie oprócz nędzy intelektualnej zapanowała mizeria duchowa i moralna, gdzie dumę zastąpiło krzykactwo na wewnętrzny użytek i upokarzające łaszenie się wobec obcych. I to jest chyba najbardziej oczywista, choć gorzka lekcja jaką powinniśmy wyciągnąć z lektury książki, która powinna być pozycją obowiązkową dla każdego kto chce zrozumieć dlaczego to oni a nie my.
Dlaczego Orbánowi i partii Fidesz się udało? Dlaczego nie mające dostępu do morza, kilkukrotnie mniejsze od Polski zarówno pod względem terytorium jak i liczby ludności Węgry i ich przywódca umieją odnieść polityczny sukces i prowadzić politykę zgodną z węgierskim interesem narodowym?
Dlaczego premier Węgier jest szanowany przez przywódców największych mocarstw współczesnego świata? To pytania jakie zadaje sobie wielu obserwatorów życia politycznego w Polsce. Wydana niedawno książka Gábora G. Fodora „Orbán kontra Soros” udziela na nie odpowiedzi. Jest ona zarazem prosta, bo potwierdza kilka niemal odwiecznych prawd, ale i trudna, bo nie polega na zdradzeniu politycznych sztuczek czy cudownych recept. Ciśnie się wręcz na usta klasyczna sentencja Clausewitza o tym, że „na wojnie wszystko jest bardzo proste, ale na wojnie najprostsze rzeczy są bardzo trudne”. Książka bardzo zręcznie łączy historię osobistych relacji tych dwóch postaci, z najważniejszym konfliktem naszych czasów, który ma wymiar niemal apokaliptyczny.
Ich trwająca już blisko 4 dekady relacja od przyjaznej współpracy do nieprzejednanej wrogości to z jednej strony konflikt personalny i polityczna gra, ale z drugiej niemal faustowska walka o duszę ludzkości i kształt świata. To, że wszystko dzieje się na Węgrzech i w ramach węgierskiego społeczeństwa, które są z racji swej kultury, języka, etniczności same w sobie jakby tajemniczą wyspą na mapie Europy, dodaje tym zmaganiom niesamowitego kolorytu i trzeba przyznać, że autorowi udało się tę okoliczność wykorzystać tak, by książkę czytało się momentami niemal jak subtelny kryminał, w którym zło walczy z dobrem, a obie strony niczym w dobrym dramacie są święcie przekonane o swojej racji.
A zaczynało się niemal jak wszędzie w Europie Środkowej w latach 1980. Węgry jeszcze bardziej zadłużone w stosunku do liczby ludności niż PRL z konieczności gospodarczej i na skutek zmieniającego kierunek wiatru dziejów otwierały się na Zachód. Podobnie jak Polska wstąpiły do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, podobnie jak Polska rozpoczęły współpracę z Bankiem Światowym i tak jak Polska zaczęły pozwalać swoim obywatelom na zagraniczne wojaże i kontakty. Pojawienie się w tych krajach fundacji Sorosa było jednym z przejawów tej tendencji. Na Węgrzech z racji tego, że jej właściciel i twórca był węgierskim Żydem, który przeżył w tym kraju, będącym sojusznikiem Hitlera Holokaust, musiało wywoływać większe emocje, ale kto pamięta tamte czasy, ten przypomina sobie jaką ekscytację na polskich uczelniach wywołały pierwsze nabory na stypendia, które Fundacja Batorego czyli polska ekspozytura Sorosa oferowała także w PRL drugiej połowy lat 1980. W siermiężnej rzeczywistości i w atmosferze powszechnego zmęczenia nijakimi rządami przygotowujących się do zajęcia jak najlepszych pozycji w nowym systemie dawnych działaczy PZPR i mających podobne cele odpowiednio sprofilowanych popłuczyn po dawnej Solidarności, był to zwiastun potwierdzający, że nowe jest już blisko.
Pierwszym i najważniejszym etapem budowania przez Sorosa swoistego państwa w państwie w kadarowskich jeszcze Węgrzech oprócz pomocy materialnej (zakup 475 kserografów, pomoc finansowa dla studenckich gazet, organizacji, akcje charytatywne) było szukanie ludzi, kandydatów do własnego wojska. Na tym etapie Soros działał w poprzek podziałów politycznych, po prostu szukał osób, w których widział liderów przyszłego życia publicznego. Dotował zarówno liberałów jak i prawicowców, a gdy uznał to za korzystne poparł likwidację kordonu sanitarnego jakim otaczano postkomunistów. Orbán był wtedy brodatym studentem i wydawał gazetkę o nazwie „Koniec wieku”, w 1988 r. założył organizację studencką przekształconą wkrótce w partię o nazwie Fidesz. Wydarzeniem, które pokazało jego potencjał był symboliczny pogrzeb przywódcy powstania z 1956 r. Imre Nagy’a 16 czerwca 1989 r. kiedy okazał się charyzmatycznym mówcą i wezwał Sowietów do opuszczenia Węgier. Dlatego Soros postanowił w niego i kolegów zainwestować. Temu służył system stypendialny, z którego sam Orbán, a także jego partyjni towarzysze skorzystali, oprócz tego pracowali w jego instytucjach, miliarder wspierał też Fidesz. Przywódca Fideszu był potem także stypendystą prestiżowej fundacji German Marshall Fund.
Orbán się uczył, obserwował, w pierwszych wyborach do parlamentu po upadku bloku wschodniego Fidesz uzyskał 7 procent i miał już swoich posłów, ale nie sprawował władzy, którą objęła koalicja partii prawicowych pod przewodnictwem premiera Jozsefa Antalla. Soros był z tej władzy niezadowolony, gdyż odmówiła oddania miliarderowi najważniejszego węgierskiego banku oraz przemysłu i wszczął wtedy intensywną działalność na rzecz stworzenia frontu antyrządowego pod hasłem walki z faszyzmem i antysemityzmem. Aby obalić rząd, potrzebna była jednak współpraca z postkomunistami.
W 1992 r. Orbán spotkał się w Nowym Jorku z Sorosem i odmówił zarówno przyjęcia pomocy finansowej dla partii jak i sojuszu z postkomunistami. Wkrótce zobaczył jak bardzo kosztowna była to decyzja.
Poparcie Fideszu, które na nieco ponad rok przed wyborami wynosiło 40% spadło do 7% w dniu wyborów w 1994 r. Doprowadziły do tego opanowane przez Sorosa media, oskarżenia o faszyzm i antysemityzm, próbowano także rozbić Fidesz od środka lub doprowadzić do jego scalenia z liberałami z Partii Wolnych Demokratów (SZDSZ) (z uwzględnieniem wszelkich różnic odpowiednikiem polskiej Unii Wolności), którą Soros faworyzował i która po wyborach współrządziła z postkomunistami w imię walki z faszystowskim i antysemickim zagrożeniem. Pomimo większości koalicjanci próbowali wciągnąć do rządu Fidesz. Popierający Fidesz intelektualiści byli wprost stawiani przed wyborem: albo zagraniczne stypendia i kariera uznanego publicysty albo łatka faszysty i dozgonna marginalizacja. Orbán przekonał kolegów, że trzeba odmówić i za 4 lata wygrał wybory. Potem znów nastąpiła porażka i 8 lat w opozycji, by w 2010 roku wygrać i rządzić do dnia dzisiejszego.
Ten skrótowy zarys pokazuje jak bardzo doświadczonym i upartym politykiem jest mający dzisiaj 62 lata węgierski premier. Jednak wytrwałość i doświadczenie to nie najważniejsze atuty Orbána i jego formacji. Tym co stoi u podstaw sukcesu i co różni Orbána oraz jego ekipę od polskich odpowiedników jest charakter, duma, wiedza i rozumienie świata oraz silny kręgosłup moralny.

Książka Fodora pokazuje, że choć obycie w świecie i zagraniczne stypendia były ważnym elementem politycznej edukacji, to jednak nie wpłynęły na wyrzeczenie się własnych poglądów i własnej drogi politycznej przez Orbána. Jednym z kluczowych czynników okazała się… niewdzięczność. Jak pisze Gabor: „w związku z Sorosem dla Viktora było jasne, że nie musi się krępować. Możliwości należy wykorzystywać, ale niczego nie są sobie winni. To samo w sobie było oburzające stanowisko. SZDSZ, który miał długi wobec Sorosa i zawarł z nim faustowską umowę, zawsze twierdził, że fideszowcy są niewdzięczni. A Victor i jego ekipa nawet nie rozumieli, za co powinni być wdzięczni. Według Sorosa każdego można kupić, ale Viktor nie był na sprzedaż.”
Tę „niewdzięczność”, czyli stawianie interesu Węgier na pierwszym miejscu Orbán okazywał wielokrotnie, także gdy w grę wchodziła własna kariera i wynik wyborczy partii. Ilustracją tego są nie tylko jego relacje z Sorosem, ale także z USA i to bez względu na rządzącą za oceanem partię. Zresztą zdaniem Fodora cała działalność Sorosa idzie w parze z hegemonicznymi interesami USA, także jego sukcesy finansowe autor przypisuje w dużej mierze informacjom z kręgów władzy i tajnych służb. Znamienne jest w tym kontekście zachowanie Orbána – pryncypialnego antykomunisty, jakie miało miejsce w czasie jego pierwszych rządów w latach 1998 – 2002. Zdając sobie sprawę, że amerykańscy demokraci finansowani przez Sorosa nie są jego sojusznikami, już po objęciu władzy przez republikanów i młodszego Busha Orbán odmówił zakupu samolotów F-16 wybierając szwedzkie Gripeny. W następstwie czego, jak pisze Fodor, „został zalany tsunami gniewu i nienawiści”.
Ale Orbán, zdaniem autora, uważał, że: „Ameryka była upokarzająco wroga i według Viktora, gdybyśmy wzięli to na siebie, czulibyśmy się upokorzeni. Amerykańska dyplomacja opiera się na zasadzie kwitka. Wręczą ci kawałek papieru z zapisanymi na nim warunkami i oczekują, że zaakceptujesz to co jest na nim napisane. Kto dyktuje podstawowe zasady jest hegemonem, yesmeni akceptują je bez pytania. A Viktor jest na przekór. Viktor nie był i nigdy nie został yesmenem (…) Pracownik ambasady USA pojawił się w biurze jednego ze starszych doradców węgierskiego premiera, wypraszał sobie i krzyczał, co sobie Węgry wyobrażają. Bo niech nikt nie myśli, że dla nich ma znaczenie, że Viktor kupuje kilka Gripenów zamiast F-16 (oczywiście byłoby lepiej, ale w Ameryce mieli to gdzieś). Głównym problemem było to, że był to precedens, a tego nie znoszą.” Takie starcie z hegemonem było jedną z przyczyn, dla których Orbán spędził kolejnych 8 lat w opozycji.
Jednak Orbán nie sprzeciwiał się Sorosowi i Ameryce, a potem Unii Europejskiej dla samego sprzeciwu czy dla zaspokojenia własnej, partyjnej czy nawet narodowej ambicji. Za tym wszystkim szło głębokie osadzenie w wartościach i zrozumienie zasadniczego konfliktu jaki dzieli nasz świat. Aby to zrozumieć Fodor w swojej książce przypomina, że Soros także nie jest jedynie biznesmenem, ale że jego działania napędza konkretna filozofia i zespół przekonań o tym co jest dobre a co złe. Soros to w takim ujęciu, po pierwsze, filozof, który nawet sporo napisał i który podobnie jak Marks uznał, że filozofowi nie wystarcza rozumienie świata, ale że należy go zmienić by dostosować go do swojej wizji polityki, społeczeństwa, a nawet człowieka.
Zainspirować go do tego miały dwa wydarzenia: jedno to Holokaust, a drugie to kontakt z filozofią i osobą Karla Poppera autora słynnego dzieła „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie”, co nastąpiło po ucieczce Sorosa z Węgier w 1947 r. Soros zaczerpnął z tych doświadczeń także nazwę swojej fundacji. W myśl tych zasad za fundamentalne zło uznaje się nacjonalizm, państwo narodowe i przywiązanie do niego, gdyż z nich wywodzi się jeszcze większe zło czyli antysemityzm, a stąd już prosta droga do Holokaustu. To przekonanie tłumaczy także niechętny stosunek Sorosa do opartego na idei narodowej żydowskiego państwa w Palestynie, choć ataki na siebie zawsze przedstawia jako przejaw antysemityzmu. Orbán przeciwnie: „Wierzy, że Bóg stworzył nie tylko ludzi, ale także narody i że jest zapisane, że narody będą albo potępione, albo zbawione, czyli będą sądzone (…) Innymi słowy, naród jest rzeczą świętą, wartością o którą warto walczyć, a dobrze jest jeśli ta wartość nigdy nie zostanie utracona. (…) Za konfrontacją między Viktorem a Sorosem kryje się zatem fundamentalny konflikt o antropologicznej i – co za tym idzie – metafizycznej głębi.”
Niezwykle sugestywnie i przejmująco brzmi także kolejny fragment, w którym Fodor charakteryzuje iście szatańskie zagrożenie jakie niesie za sobą światopogląd Sorosa:
„Jeśli wyobrażamy sobie swoje życie w ten sposób, że chcemy kiedyś umrzeć wierząc w kilka rzeczy, to Soros jest bez wątpienia człowiekiem, który powie ci, że to wszystko nie ma sensu. Nie ma sensu wierzyć w cokolwiek, a życie nie ma żadnego innego sensu, należy po prostu prowadzić przyjemne życie. Ale szukanie w nim wyższego celu lub znaczenia jest bzdurą. Właśnie dlatego chce pozbawić cię tożsamości, ponieważ każdy wyższy cel lub sens wynika z twojej tożsamości. Jeśli jesteś mężczyzną, to twoim zadaniem jest mieć dzieci z kobietą, kochać je i dbać o nie (…) Podobnie to, że urodziłeś się Węgrem jest powołaniem, misją, zadaniem (…) Moralnym obowiązkiem jest zachowanie tożsamości i dziedzictwa, wzmocnienie i kontynuowanie tysiącletniej cywilizacji, zbudowanej na języku węgierskim i opartej na węgierskich tradycjach. A jeśli jesteś również wyznawcą Chrystusa, to twoim zadaniem jest również budowanie królestwa Bożego.”
Wątpię czy Fodor czytał „Lewą wolną” Józefa Mackiewicza, ale każdemu kto to zrobił ten fragment przywołuje na myśl charakterystykę bolszewickiego komunizmu jaką wypowiedział biały Rosjanin Paweł Zybienko walczący w polskiej armii przeciw bolszewikom. Fodor zresztą wprost określa Sorosa jako „nowego Marksa”, który „podobnie jak jego intelektualny poprzednik, stracił duszę, a jego serce zamieszkuje demon.” Z tego wynika także brak jakichkolwiek zasad czy etycznych skrupułów oraz krańcowe zakłamanie jakim jest np. jednoczesna walka o prawa mniejszości w Macedonii i popieranie rządu w Kijowie, który mniejszości prześladuje, walka o otwartość, transparentność przy jednoczesnym tworzeniu imperium o totalitarnych zamiarach, rządzonym przez absolutnego władcę, który stara się być niewidzialny, walka z korupcją przy jednoczesnym bogaceniu się na spekulacjach giełdowych i zyskach osiąganych dzięki nieuczciwemu korzystaniu z poufnych informacji. A wszystko to nasycone moralnymi formułami, w których owładnięty manią władzy nad światem spekulant przedstawiany jest jako filantrop i dobroczyńca ludzkości.
Ten fundamentalny fałsz przekłada się na sposób działania Sorosa. Nigdy z otwartą przyłbicą, nigdy pod nazwiskiem, nigdy w wyborach.
„Zamiast tego interweniuje z zewnątrz, w celu wywołania chaosu. Albo interweniuje od samego początku tam, gdzie panuje niestabilność, albo interweniuje w taki sposób, aby powstała niestabilność. To właśnie ta okoliczność stwarza warunki dla jego podstawowej działalności politycznej, czyli spekulacji. (…) Ingerencja oznacza również, że tam, gdzie dochodzi do ingerencji z zewnątrz, dochodzi do naruszenia suwerenności. To nie wola będących wewnątrz decyduje o tym, jak powinno być, jaki kierunek powinny obrać sprawy w ich własnym kraju, ale decyduje się o tym z zewnątrz, omijając suwerenną wolę.” To z kolei prowadzi nas do instytucji jakie są ulubionym polem działania Sorosa: do systemu sądownictwa i Unii Europejskiej, którą książka przedstawia jako jego narzędzie, Soros rozumie, że swoi ludzie w sądach krajowych i europejskich to jedna z najlepszych gwarancji forsowania jego agendy. Z relacji Piotra Witta wiemy, że około 20% sędziów Trybunału Praw Człowieka było przedtem zaangażowanych w działalność organizacji tworzonych bądź finansowanych przez Sorosa. Organizacji, których celem jest destrukcja naszej cywilizacji i moralności.
Jednak to nie instytucje polityczne są oczkiem w głowie Sorosa i najważniejszym polem działania. Tym czymś jest kultura i edukacja. Książka ukazuje jak wielką wagę przywiązywał do ufundowanego przez siebie Uniwersytetu Środkowo-Europejskiego. Ludzie uformowani przez taką instytucję to późniejsi działacze realizujący marzenia Sorosa, których nie trzeba nawet kontrolować czy opłacać, najbardziej podatna na tego typu psychopolitykę okazuje się podobnie jak w Polsce inteligencja. Jej wrogiem jest realizująca interes narodowy elita Fideszu i lud. Stąd Fodor określa Orbána jako nieliberalnego demokratę, a Sorosa jako niedemokratycznego liberała, który uznaje demokrację tylko wtedy gdy rządzą liberałowie tak jak on to pojęcie rozumie.
Viktor Orbán przejrzał metody i strategię swojego przeciwnika.
Stąd jedną z pierwszych reform po uzyskaniu odpowiedniej większości w parlamencie była zmiana konstytucji i odzyskanie dla narodu aparatu wymiaru sprawiedliwości. Kolejne pole działania to „jak się organizować w taki sposób, jak to robili oni. Następnie mieć swoje organizacje, swoje instytucje, swoich działaczy obywatelskich, mieć swoje zaplecze, swoje media, swoje gadające głowy, mieć swoje własne CEU (skrót od Central European University Sorosa – przyp. O.S.) (MCC jest naszym CEU) (Mathias Corvinus Collegium jest instytucją edukacyjną i centrum badawczym wspierającym młodzież węgierską), mieć je w kraju i za granicą. Trzeba też zawrzeć niezbędne porozumienia pokojowe, ponieważ nie możemy być w stanie wojny z samymi sobą. Następnie, trzeba zorganizować świat obywatelski: na początku był to świat klubów obywatelskich. (…) Jednocześnie musisz zbudować własny świat ekspertów i intelektualistów. Muszą też powstać rozmaite think tanki i instytuty badawcze. Trzeba opracować alternatywne wskaźniki, indeks demokracji, sporządzić nowe skale oceny i wiarygodności oraz stworzyć grupę osób i instytucji, wystawiających oceny. Potrzebny jest Megafon (inicjatywa medialna, której celem jest wzmocnienie środowisk prawicowych w przestrzeni online). Należy zrobić to, co robi Soros.”
Jednak najbardziej spektakularnym politycznym posunięciem Orbána było spersonalizowanie konfliktu, nadanie siłom zła twarzy i nazwiska. Do momentu, w którym to uczynił wymienianie nazwiska Sorosa i wskazywanie na jego wpływy było z reguły ośmieszane jako tzw. teoria spiskowa i objaw chorej wyobraźni. Orbán zaryzykował i uderzył tam, gdzie lubiący anonimowość miliarder najbardziej tego nie chciał. W związku z akcją sprowadzania do Europy migrantów postanowił pokazać społeczeństwu i światu kto jest jej promotorem. Najpierw przeprowadził narodowe konsultacje w sprawie migrantów, a następnie w całych Węgrzech pojawiły się ogromne bilbordy z wizerunkiem miliardera i napisem: „99% w narodowych konsultacjach odrzuciło nielegalną imigrację. Nie pozwól aby Soros śmiał się ostatni!”. Traf chciał, że akurat w tym czasie odwiedziłem Budapeszt i jeden z nich sfotografowałem. W kolejnym roku sorosowska kuźnia kadr – Uniwersytet Środkowo-Europejski została zmuszona do opuszczenia Węgier i przeprowadzki do Wiednia. Co ciekawe przed wyborem Budapesztu jej lokalizacji sprzeciwili się Słowacy i Czesi pod rządami Vaclava Klausa.
Śmiałe wskazanie wroga i uderzenie tam gdzie boli, asertywna postawa wobec amerykańskiego hegemona zaowocowały po latach szacunkiem w samych Stanach Zjednoczonych, a przede wszystkim osobistym uznaniem Donalda Trumpa. Ale oprócz szacunku postawa Orbána i Węgier była ważną inspiracją dla ruchu MAGA. Nazwisko Sorosa i jego złowroga działalność przestały być tematem tabu także w Indiach i w Ameryce Południowej. Ostatnie doniesienia ze Stanów Zjednoczonych mówią nie tylko o delegalizacji terrorystów z tzw. Antify, ale o objęciu sieci Sorosa postępowaniem karnym na podstawie ustawy RICO (Ustawa o Organizacjach Skorumpowanych i będących pod Wpływem Oszustów, ang. Racketeer Influenced and Corrupt Act) z 1970 r.
Oprócz działań stricte politycznych i organizacyjnych do sukcesu Fideszu i ekipy Orbána potrzebne było jednak jeszcze coś innego. To wartość, która jak mało która jest dzisiaj wyparta z powszechnej świadomości. Jest nią przyjaźń i lojalność. Książka przytacza w tym kontekście opis rozmowy Orbána z jego współpracownikiem Zsoltem Bayerem, którą przeprowadzili na urodziny Fideszu w 2014 r.. „Dochodzą do wniosku, że oprócz nich nie pozostał nikt z osób przeprowadzających transformację. Ale fakt, że my nadal jesteśmy – mówi Viktor, najprawdopodobniej wynika z tego, że nigdy się nie sprzedaliśmy; jesteśmy w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu wspólnotą przyjaciół i kompanów, a co równie ważne mamy odwagę odwrócić się od siebie plecami, wiedząc, że możemy iść wspólnie na wojnę, i nikt nie wbije nam noża w plecy.” Trudno o lepszy opis politycznego esprit de corps jaki panuje w zahartowanej w bojach armii, lub do „garstki braci” z szekspirowskiej mowy Henryka V.
Podczas gdy „Wujek Gyuri, (węgierskie zdrobnienie imienia Sorosa) ten bardzo mądry człowiek, zdecydowanie mylił się co do jednej rzeczy. Wierzył i całe jego życie to potwierdzało, że za pieniądze można kupić wszystko, kwestią jest tylko cena. Po prostu nie mógł pojąć, że tu w środku Europy, jest kilka osób, których nie da się kupić.” Niestety ten środek Europy był w tym wypadku nad Dunajem a nie nad Wisłą, gdzie oprócz nędzy intelektualnej zapanowała mizeria duchowa i moralna, gdzie dumę zastąpiło krzykactwo na wewnętrzny użytek i upokarzające łaszenie się wobec obcych. I to jest chyba najbardziej oczywista, choć gorzka lekcja jaką powinniśmy wyciągnąć z lektury książki, która powinna być pozycją obowiązkową dla każdego kto chce zrozumieć dlaczego to oni a nie my.
Olaf Swolkień
Gabor G. Fodor, „Orbán kontra Soros”, Wyd. von borowiecky, Warszawa-Radzymin 2025, ss. 205.
Myśl Polska, nr 39-40 (28.09-5.10.2025)
Gabor G. Fodor, „Orbán kontra Soros”, Wyd. von borowiecky, Warszawa-Radzymin 2025, ss. 205.
Myśl Polska, nr 39-40 (28.09-5.10.2025)
Kolejna ustawa niby to mająca doprowadzić do zakazania w Polsce tego, co i tak jest zabronione – to tylko prymitywna sztuczka mająca odwrócić uwagę od podpisania przez prezydenta Karola Nawrockiego kolejnej ustawy przedłużającej przywileje podatkowe i socjalne ukraińskich nachodźców w Polsce.
Skończył się czas kampanii wyborczej i zachodni mocodawcy każą Polakom dalej płacić i za kontynuowanie wojny, i za utrzymywanie Ukraińców, którym fundujemy opiekę zdrowotną, świadczenia rodzinne i emerytury. Na pociechę zaś możemy się trochę połudzić, że czegoś kijowianom możemy zabronić lub coś nakazać. O prezydencie Andrzeju Dudzie mówiono, że jest ukraińskim wiceprezydentem (i sekretarzem stanu syjonistów). Prezydent Nawrocki płynnie wszedł w tę samą rolę. To jest ICH prezydent.
Banderyzm jest nazizmem
Do znudzenia też trzeba przypominać, że w polskim Kodeksie karnym istnieje zapis o brzmieniu: „Art. 256. [Propagowanie nazizmu, komunizmu, faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego] § 1. Kto publicznie propaguje nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. § 1a. Tej samej karze podlega, kto publicznie propaguje ideologię nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne. § 2. Karze określonej w § 1 podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, zbywa, oferuje, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1 lub 1a albo będące nośnikiem symboliki nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub innej totalitarnej, użytej w sposób służący propagowaniu treści określonej w § 1 lub 1a.”.
Banderyzm JEST NAZIZMEM. Nie trzeba go dodatkowo zakazywać. Wystarczy ścigać i tępić – stawiać przed sądem, deportować, aresztować nazistów, ukraińskich czy każdych innych. To jest takie proste. To kwestia WOLI politycznej, nie zapisów. Tylko, że tej woli nie ma.
Polska pod okupacją
Współczesna Polska jest pod banderowską okupacją. Partyjne gierki tego nie zmienią. PiS i PSL przypominają sobie o zbrodniach ukraińskich szowinistów tylko, gdy są w opozycji i potrzebują głosów Kresowian. Nawet lider Konfederacji, Sławomir Mentzen, zagłosował ostatnio przeciw dodatkowej penalizacji banderyzmu, mętnie tłumacząc to swoim… amerykańskim podejściem do wolności słowa.
Tymczasem ważniejszy był zapewne telefon z amerykańskiej ambasady, ostrzegający, że bez popierania Kijowa Mentzen ani nikt z jego kręgu nie może liczyć na wejście na salony, na które nadal obowiązuje podwójna przepustka, sprowadzająca się do popierania obu nazizmów, tego w Kijowie i tego w Tel Awiwie.
Banderyzm był, jest i będzie w III RP propagowany jawnie i bezkarnie, bo gdyby nawet jakaś rzekomo antybanderowska ustawa została uchwalona – rząd, prokuratura, policja, ani sądy nie będą jej stosować, a następnie przegłosowane niesłusznie przepisy zostaną szybko usunięte, tak jak robiono to poprzednio, w 2019 r. decyzją PiS-owskiego Trybunału Konstytucyjnego. Bo przecież dla narodów Europy Wschodniej „są też dobre nazizmy” i bez wątpienia należy do nich banderyzm, jak kiedyś napisała Ann Applebaum, żona ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego, prawdopodobnie następnego kierownika anglosaskiego zarządu powierniczego nad Polską.
Nie mamy polskiego prezydenta
Nie znaczy to jednak, że nie można pograć zakazem banderyzmu w imię mikrogierek III RP i podtrzymania polaryzacji, bez której partyjna polityka państwa z dykty już dawno rozleciałaby się w pył. Dlatego właśnie PKN [Nawrocki] jedną ręką podpisuje ustawę sankcjonującą wydawanie kolejnych miliardów z budżetu państwa, a drugą macha świstkiem nie mającym już nawet większego znaczenia propagandowego. W końcu cóż szkodzi obiecać!
Skądinąd zresztą o wecie PKN do pierwszej ustawy o finansowaniu Ukraińców w Polsce dowiedzieli się wszyscy, bo naiwna blogosfera szlochała „Mamy wreszcie polskiego prezydenta!”. O tym, że PKN ostatecznie ustawę podpisał nie dowie się nikt, bo ci wcześniej rozradowani teraz ze wstydu się nie odezwą, a uwagę reszty może da się odwrócić pozorowaniem antybanderyzmu.
Co przy tej okazji zaś szczególnie zabawne, w usprawiedliwieniach dla podpisania przez PKN ustawy o dalszym utrzymywaniu ukraińskich nachodźców czytamy ostatnio rozbrajające “No bo przecież inaczej musieliby 1. października wracać do siebie!”. Pomijając, że to niestety nieprawda (bo obowiązują przecież ogólne zasady pobytu, pracy i świadczeń dostępnych dla cudzoziemców), to podstawowe pytanie brzmi na takie dictum: No i co? Gdzie jest słaby punkt? To nie o to chodzi, żeby wrócili do siebie?
Rozwiązałoby to wszak oba problemy na raz. Nie musielibyśmy już za nich płacić składek i nie miałby kto w Polsce propagować banderyzmu (no, może poza garstką funkcjonariuszy PiS i PO). A co z nazizmem i oligarchią na Ukrainie – to już i tak przecież zapewne zostanie załatwione za nas i oby bez naszego czynnego udziału.
Konrad Rękas