
——————————————-

—————————————-

——————————————————–

—————————————————-

————————————–

—————————————————-

———————————————————————-

———————————

[W hitlerowskich Niemczech]
———————————-

————————————-

————————-


——————————————-

—————————————-

——————————————————–

—————————————————-

————————————–

—————————————————-

———————————————————————-

———————————

[W hitlerowskich Niemczech]
———————————-

————————————-

————————-

23.01.2026 nczas/ukraincy-i-meksykanskie-kartele-narkobiznes-w-polsce-rosnie-przez-imigrantow/
Rekordową ilość 29 ton narkotyków przejęło w ubiegłym roku CBŚP, z tego większość pochodziła z nielegalnych fabryk w kraju. „Ale narkobiznes zmienia oblicze – do gry wchodzą cudzoziemskie grupy przestępcze, w tym z Meksyku” – pisze piątkowa „Rzeczpospolita”.
„Rodzimy czarny rynek na dobre zawojowały 'kryształy’, zwane 'kokainą dla ubogich’ – w ubiegłym roku policjanci CBŚP przechwycili ich dwukrotnie więcej niż rok wcześniej” – wskazują dane, które poznała „Rz”.
– Zdecydowana większość, ponad 20 ton narkotyków zabezpieczonych przez policję w ubiegłym roku, została wyprodukowana w Polsce, w nielegalnych laboratoriach należących do zorganizowanych grup przestępczych – powiedział gazecie podinsp. Michał Aleksandrowicz, naczelnik Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Narkotykowej Centralnego Biura Śledczego Policji.
CBŚP odebrało gangom w minionym roku łącznie 29 ton narkotyków – to więcej o 7,3 tony niż w 2024 r. i o drugie tyle niż dwa lata temu, gdy było to 14 ton. Spadł popyt na marihuanę i haszysz, a kokainy przejęto 3,8 tony, czyli o blisko pół tony mniej.
Boom dotyczył narkotyków syntetycznych – to tzw. kryształy, do których zalicza się klefedron, klofedron czy Alfa PVP (narkotyki z grupy katynonów). Działają podobnie jak kokaina, są niebezpieczne, ale nieporównanie tańsze.
„Przejęto ich aż 18 ton, rok wcześniej – 9,7 tony. Z kolei ilość mefedronu z rodzimych fabryk wzrosła pięciokrotnie – ze 111 kg do 560 kg” – informuje „Rzeczpospolita”.
„Kryształy” powstają w krajowych laboratoriach – w ubiegłym roku CBŚP rozbiło 58 z nich, rok wcześniej – 60. Tyle że obecne są większe, bardziej profesjonalne, działające z rozmachem.
– Często z jednego rozbitego laboratorium zabezpieczamy narkotyki o czarnorynkowej wartości od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych – powiedział gazecie Aleksandrowicz.
Zmienia się profil narko-przestępców – w proceder wchodzą cudzoziemcy. Echem odbiło się pierwsze w historii CBŚP rozbite laboratorium metadonu w Polsce, które założyli Ukraińcy.
Produkcja czy przemyt narkotyków są zdominowane przez rodzime grupy przestępcze, jednak są również grupy rosyjskojęzyczne, a w ostatnim czasie pojawili się Meksykanie powiązani z jednym z największych karteli w Ameryce Północnej.
– Na wczesnym etapie ich laboratoria zostały rozbite, a oni zatrzymani – powiedział „Rz” Aleksandrowicz.
pch24/sluzby-rozbily-ukrainski-gang-zajmujacy-sie-handlem-ludzmi
Policjanci rozbili gang zajmujący się handlem z ludźmi oraz przestępczością narkotykową. Dwie osoby zostały aresztowane, a 12 deportowanych. Akcję przeprowadzono na warszawskim Ursynowie.
„Wszystko rozpoczęło się od zgłoszenia na numer alarmowy przez 22-letniego obywatela Ukrainy. Mężczczyna poinformował, że zgłosił się na rozmowę rekrutacyjną do pracy w »call center«, która swoją siedzibę miała w jednym z domów na terenie Ursynowa. Jak relacjonował, na miejscu szybko zorientował się, że oferowana praca ma charakter nielegalny, a osoby przebywające w budynku zachowywały się wobec niego agresywnie” – przekazała w środę rano asp. szt. Marta Haberska z ursynowskiej policji. Dodała, że ta sytuacja miała miejsce w połowie stycznia.
Mężczyzna miał być zastraszany, a także siłą przetrzymywany. Zdołał jednak uciec i powiadomił służby.
W wyniku przeprowadzonej przez służby akcji zatrzymano łącznie 22 osoby w wieku od 18 do 34 lat.
Dzień po zatrzymaniu, w trakcie przejazdu z dwiema zatrzymanymi kobietami, doszło do wypadku z udziałem policyjnego radiowozu. Po nim jedna z zatrzymanych kobiet oraz policjant zostali przewiezieni do szpitala. – Okoliczności tego zdarzenia są obecnie wyjaśniane w ramach odrębnego postępowania karnego – przekazała asp. szt. Marta Haberska.
Dwóm osobom – obywatelom Ukrainy w wieku 24 i 34 lat – przedstawiono zarzuty dotyczące udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym, której celem było popełnianie przestępstw m.in. w zakresie wytwarzania, przemytu i obrotu znacznymi ilościami środków odurzających, odpłatnego udzielania narkotyków, a także czynów związanych z handlem ludźmi i wykorzystywaniem osób znajdujących się w szczególnie trudnej sytuacji życiowej, w tym uchodźców wojennych. Za te przestępstwa może im grozić nawet 25 lat więzienia.
Decyzją sądu, na wniosek prokuratury, obu podejrzanych aresztowano na trzy miesiące. Okazało się, że wśród zatrzymanych osób – 12 mężczyzn w wieku od 18 do 25 lat, obywateli Ukrainy, stwarza realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego. Zostali oni deportowani.
Dziewięciu obywateli Ukrainy – sześciu mężczyzn i trzy kobiety, zostało objętych statusem osób pokrzywdzonych oraz zakwalifikowane jako ofiary procederu handlu ludźmi w celu wykorzystania do pracy przymusowej.
Zostali oni przekazani pod opiekę pracowników Fundacji La Strada, która zapewni im pomoc.
W akcji brali udział policjanci z Mokotowa, Ursynowa, Wilanowa, oddziałów prewencji, drogówki i kontrterroryści, a także funkcjonariusze Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, którzy zabezpieczali dowody.
Źródło: PAP

Autor: The Humidity of Lies, A Lily Bit, Jan 23, 2026
AlterCabrio, 27 stycznia 2026 ekspedyt
Milczenie nie jest przeciwieństwem propagandy. Milczenie jest jej celem.
Nie cisza spokoju lecz cisza wyczerpania. Cisza przepracowania tylu sprzeczności, że reagowanie wydaje się już bezcelowe. Cisza prywatnego cynizmu połączona z publiczną uległością – ta specyficznie współczesna forma duchowego poddania się, w której wiesz wszystko i nic nie robisz.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Słowo o propagandzie
Mój dziadek kolekcjonował znaczki. Dziwne małe prostokąty z krajów, których już nie ma, ich granice zostały zmienione przez wojny i traktaty, a ich przywódcy zostali wyretuszowani z fotografii. Trzymał je w albumach, których nigdy nikomu nie pokazywał. Kiedyś, gdy miałem dwanaście lat, pozwolił mi spojrzeć. „Ten” – powiedział, wskazując na wyblakły portret kogoś o wyglądzie zupełnie niewrażliwego faceta – „ten człowiek wydał rozkaz o zabiciu milionów ludzi. A ten obok niego? To samo. A ci idioci, którzy lizali te znaczki i wciskali je do listów do domu? Wiedzieli. Oczywiście, że wiedzieli”. Zamknął album. „Wiedza niczego nie zmienia”. Potem odłożył Stalina z powrotem na półkę.
Nadal często o tym myślę.
Edward Bernays, siostrzeniec Zygmunta Freuda, pozwolił nam przestać używać tego okropnego słowa, po tym jak naziści je zhańbili: propaganda. Zastąpił je słowem „public relations” i nazwał technikę leżącą u jego podstaw „inżynierią zgody”.
W swojej książce z 1928 roku – zatytułowanej z godną podziwu szczerością „Propaganda” – napisał, że „świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami i opiniami mas jest ważnym elementem demokratycznego społeczeństwa”. Niektórzy uważają, że nas ostrzegał, ale tak naprawdę po prostu reklamował swoje usługi.
Bernays jest powodem, dla którego kobiety palą. Zorganizował kampanię „Pochodnie Wolności” [Torches of Freedom] w 1929 roku, zatrudniając debiutantki do zapalania papierosów podczas parady wielkanocnej i pozycjonując to jako feministyczne wyzwolenie. To on jest powodem, dla którego Amerykanie jedzą bekon na śniadanie (i umierają na zawały serca) – kolejna kampania, tym razem na rzecz przemysłu wieprzowego. To on jest powodem upadku gwatemalskiej demokracji w 1954 roku. Prowadził kampanię reklamową, która określała prezydenta Arbenza mianem zagrożenia komunistycznego, torując drogę zamachowi stanu CIA, który chronił plantacje United Fruit Company. Termin „republika bananowa” narodził się z tego porozumienia.
Czytałam Bernaysa na szkoleniu dla agencji. Wszyscy czytaliśmy. Jego myśl była prosta: odwołaj się nie do racjonalnego umysłu, ale do podświadomości. Nie sprzedawaj produktów, sprzedawaj emocje. Nie kłóć się, kojarz. Ręka sięga w kierunku półki, zanim jeszcze zacznie się myślenie. Nazywaliśmy to „automatyzacją behawioralną”. Naukowcy nazywają to efektem czystej ekspozycji. Bernays po prostu nazwał to „wtorkiem”.
W latach 70. XX wieku ponad 400 amerykańskich dziennikarzy było opłacanych przez CIA w ramach operacji „Drozd” [Operation Mockingbird] – prezenterów, redaktorów, felietonistów, ludzi, którym kraj ufał. Nie tylko szeptali reporterom do ucha. Niektórzy z nich pisali prawdziwe historie. Inni byli prezenterami wiadomości. Program nie musiał nikogo do niczego przekonywać. Wystarczyło, że kontrolował, które pytania były zadawane, a które nie.
COINTELPRO prowadziło równoległe operacje w kraju. FBI infiltrowało legalne organizacje, rozpowszechniało dezinformację, szantażowało cele i prowadziło inwigilację bez nakazu. Martin Luther King Jr. był celem głównym.
W marcu 1964 roku kampania Hoovera przeciwko niemu toczyła się na „etapie wojny totalnej”, wykorzystując to, co wewnętrzne notatki określały jako „ukrytą wojnę polityczną”. Wielebny Jesse Jackson opisał później ten efekt: „Kiedy masz wrażenie, że rząd naprawdę cię obserwuje… ma to efekt mrożący. Odbiera ci wolność. A często w przypadku przywódców, nikt z nas nie jest idealny, to neutralizuje ludzi”.
Neutralizacja. To był cel. Nie nawrócenie. Nie wiara. Neutralizacja.
To rozróżnienie jest ważniejsze niż cokolwiek innego, czego nauczyłam się przez lata pracy dla rządu.
Oto, czego nikt nie mówi o propagandzie, czego nie dostrzegają twórcy filmów dokumentalnych, czego naukowcy badający ją z zewnątrz ciągle nie potrafią pojąć: kłamstwa nie są najtrudniejszą częścią.
Kłamstwa są oczywiste. Wszyscy wiedzą, że to kłamstwa. Wiedzą o tym urzędnicy, którzy je przekazują. Wiedzą o tym dziennikarze, którzy je redagują. Wiedzą o tym obywatele, którzy je odbierają. Ta wspólna wiedza tworzy atmosferę permanentnego przedstawienia, niewypowiedzianego porozumienia, że wszyscy będziemy udawać razem, bo udawanie jest łatwiejsze od alternatywy.
A jak właściwie miałaby wyglądać ta alternatywa? Kto ma na to siłę?
Najtrudniejszym elementem jest wyczerpanie.
Siedziałam w salach, w których dyskutowaliśmy o „strategiach nasycenia informacją”. Założenie było eleganckie i proste: przytłoczona populacja nie jest w stanie skutecznie się oprzeć. Nie dlatego, że wierzy w fałszywe informacje, ale dlatego, że traci zdolność odróżniania ich od czegokolwiek innego. Obciążenie poznawcze związane z utrzymywaniem sceptycyzmu wobec wszystkiego w końcu staje się nie do utrzymania. Ludzie się poddają. Wycofują się do życia prywatnego. Przestają uczestniczyć w życiu publicznym.
To jest cel. Nie wiara. Podporządkowanie się bez wiary. Cisza ubrana w zgodę.
Instytut Tavistock odkrył to w latach 20. XX wieku, rzekomo lecząc żołnierzy z nerwicy frontowej [shell-shock]. W rzeczywistości odkryli, że trauma nie tylko łamie ludzi, ale także czyni ich podatnymi na wpływy. Żal, dezorientacja, strach: to wszystko działa jak narzędzia. Kiedy wiesz, która dźwignia sprawia, że stado wpada w popłoch, nie potrzebujesz już przemówień ani kart do głosowania. Wystarczy pociągnąć za dźwignię.
Po II wojnie światowej ślady działalności Tavistock pojawiły się w NATO, w zimnowojennej propagandzie, w narodzinach reklamy masowej. Badania kontynuowano. Metody udoskonalano. Kiedy rozpoczęłam służbę dla rządu, wiedza instytucjonalna była już dojrzała i wszechstronna. Mieliśmy podręczniki. Mieliśmy wskaźniki. Mieliśmy studia przypadków sięgające dekad wstecz.
Współczesne operacje psychologiczne (PSYOP) są niezwykle zbiurokratyzowane. Armia amerykańska szkoli żołnierzy specjalnie do „wojskowych operacji wsparcia informacyjnego”, które polegają na „udostępnianiu konkretnych informacji zagranicznym odbiorcom w celu wpływania na emocje, motywy, rozumowanie i zachowania rządów i obywateli”. Oferta pracy znajduje się na stronie internetowej armii poświęconej rekrutacji, jeśli ktoś chciałby przeczytać. Oferują przyspieszony awans. Podkreślają, że podoficerowie PSYOP „przewyższają swoich rówieśników”.
Nic z tego nie jest tajemnicą. To po prostu nudne. A nuda to najlepszy kamuflaż.
Kolega kiedyś wyjaśnił mi tę filozofię działania, używając analogii, której nigdy nie zapomniałam. „Pomyśl o tym jak o wilgotności” – powiedział. „Wilgoci nie zauważasz. Nie możesz jej zobaczyć. Ale wpływa ona na wszystko – na to, jak śpisz, jak myślisz, jak czują się twoje stawy rano. Propaganda działa w ten sam sposób. To nie burza. To wilgoć w powietrzu, która zawsze jest obecna, kształtując to, co wydaje się możliwe, a ty nigdy świadomie tego nie zauważasz”.
Dlatego ludzie Zachodu stale błędnie rozumieją propagandę. Szukają burzy. Chcą identyfikować konkretne kłamstwa, obalać konkretne twierdzenia, śledzić konkretne kampanie dezinformacyjne. Ale wyrafinowani operatorzy nie działają w ten sposób. Oni pracują nad wilgotnością. Działają na tym, co wydaje się normalne. Działają na założeniach tła, których ludzie nawet nie rozpoznają jako założeń.
Spędziłam trzy lata pracując nad projektem, analizując środowiska medialne w krajach, które uprzejmie nazywaliśmy „krajami partnerskimi”. Najskuteczniejsze operacje wpływu, które badaliśmy, nigdy nie próbowały przekonać kogokolwiek do czegokolwiek konkretnego. Po prostu zalewały przestrzeń informacyjną szumem, aż sygnał stawał się niemożliwy do wykrycia. Wzmacniały podziały wszędzie tam, gdzie podziały już istniały. Sprawiały, że pewność siebie wydawała się naiwnością, a cynizm mądrością. Nie musiały wygrywać sporów. Musiały tylko sprawić, by same spory wydawały się bezsensowne.
W 2012 roku ustawa Smitha-Mundta o modernizacji po cichu znosiła zakaz rozpowszechniania w kraju materiałów wyprodukowanych dla odbiorców zagranicznych. Znaczenie tej zmiany pozostało w dużej mierze niezauważone. Infrastruktura stworzona w celu wywierania wpływu na populację zagraniczną mogła teraz legalnie docierać do obywateli amerykańskich.
Moja znajoma uczy historii w liceum. Dobra nauczycielka, szczerze dba o krytyczne myślenie i edukację medialną. W zeszłym roku zleciła swoim uczniom projekt: zidentyfikować propagandę we współczesnych mediach, wyjaśnić, jak działa, zaproponować, jak obywatele mogą się jej przeciwstawić.
Projekty były imponujące. Uczniowie znajdowali przykłady wszędzie – w reklamach politycznych, PR korporacyjnym, kampaniach wpływu w mediach społecznościowych. Analizowali techniki: manipulację emocjonalną. Fałszywe dychotomie. Odwoływanie się do autorytetów. Efekty owczego pędu [„bandwagon”]. Znali słownictwo. Potrafili rozpoznać ruchy.
Następnie zapytała o ich własną konsumpcję mediów. O ich własne przekonania. O ich własne założenia.
Cisza.
„Cóż, to co innego” – powiedział w końcu jeden z uczniów. „To, w co ja wierzę, jest akurat prawdą”.
Tego wieczoru moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie, wyraźnie wstrząśnięta. „Widzą to wszędzie, tylko nie u siebie. Ani jeden z nich. A co jest straszniejsze? Nie jestem pewna, czy ja jestem inna”.
To jest ta polana, której nie ma. Miejsce, w którym wyobrażasz sobie, że stoisz, analizując propagandę z bezpiecznej odległości. Przekonanie, że z pewnością rozpoznasz manipulację, gdy będzie wymierzona w ciebie. To przekonanie samo w sobie jest produktem tej ‘wilgoci’, której nie zauważasz.
Kiedy algorytmy stały się głównym mechanizmem dystrybucji, nie potrzebują już ludzkich operatorów. Uczą się, co powoduje skoki poziomu kortyzolu, co wywołuje dreszcze, co denerwuje. Karmią cię coraz bardziej, aż twój układ nerwowy przejmie nad nimi kontrolę. Dawka jest mierzona w powiadomieniach, nagłówkach i filmach, które zatrzymują przewijanie na sekundę dłużej niż poprzedni.
Farmacja jest w twoim mózgu. Wszystkie twoje neuro-chemikalia, użyte przeciwko tobie.
Obserwowałam tę przemianę od środka. Prymitywne techniki, których się nauczyłam – powtarzanie komunikatów, wywoływanie emocji, strategiczna dwuznaczność – zostały zautomatyzowane i zoptymalizowane w skali, której Bernays nie mógł sobie nawet wyobrazić. Maszyna nie śpi. Maszyna się nie męczy. Maszyna uczy się tego, na co reagujesz, i daje ci tego więcej, aż w końcu reakcje staną się wszystkim, co robisz.
Milczenie nie jest przeciwieństwem propagandy. Milczenie jest jej celem.
Nie cisza spokoju lecz cisza wyczerpania. Cisza przepracowania tylu sprzeczności, że reagowanie wydaje się już bezcelowe. Cisza prywatnego cynizmu połączona z publiczną uległością – ta specyficznie współczesna forma duchowego poddania się, w której wiesz wszystko i nic nie robisz.
W każdym kraju, który badałam, ta cisza była miarą sukcesu. Nie entuzjazm. Nie wiara. Społeczeństwo, które przestało oczekiwać prawdy, przestało domagać się odpowiedzialności, przestało uczestniczyć w kolektywnym podejmowaniu decyzji. Społeczeństwo, które tylko przewija.
Propaganda ich nie przekonała. Ogołociła ich. A pusta opinia publiczna to stabilna opinia publiczna.
Jest badanie z literatury behawioralnej, które prześladowało mnie latami. Naukowcy pokazywali badanym ewidentnie fałszywe twierdzenie. Badani prawidłowo je uznawali za fałszywe. Następnie badacze pokazywali im to twierdzenie jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Podczas siódmej ekspozycji wiele osób oceniło to twierdzenie jako „prawdopodobnie prawdziwe”.
Nic się nie zmieniło w tym twierdzeniu. Nie przedstawiono żadnych nowych dowodów. Samo powtarzanie tworzyło poczucie znajomości, a znajomość maskuje się jako prawda. Mózg wybiera drogę najmniejszego oporu. Rozpoznanie czegoś wydaje się zrozumieniem. Łatwość przetwarzania sprawia wrażenie dokładności.
W naszych materiałach szkoleniowych nazywaliśmy to „prawdą przez powtarzanie”. Ta technika jest starsza niż ktokolwiek z nas. Ale mechanizm dostarczania – każdy ekran, każde powiadomienie, każdy algorytmicznie zoptymalizowany element treści – uczynił ją nieskończenie potężniejszą.
Moja babcia przeżyła reżim nazistowski. Nigdy nie mówiła o tym wprost. Na koniec dała mi radę, którą zrozumiałam dopiero znacznie później.
„Pozostań wierna czemuś” – powiedziała. „Jednej małej, prawdziwej rzeczy. Wspomnieniu, relacji, praktyce. Czemuś, czego oni nie mogą dotknąć. Pielęgnuj to w tajemnicy. Nigdy nie mów o tym publicznie. Pozwól im mieć wszystko inne, jeśli musisz. Ale niech jedna rzecz będzie prawdziwa”.
Zapytałam ją dlaczego.
„By pamiętać, jak smakuje prawda. W przeciwnym razie zapominasz. Myślisz, że nie, ale zapominasz. A kiedy już zapomnisz, stajesz się jak oni. Po prostu dlatego, że nie ma już niczego w tobie, co by się sprzeciwiało”.
Pytanie nie brzmi, czy propaganda działa.
Pytanie brzmi: co oznacza „działanie”? Jeśli sukces wymaga wiary, to większość propagandy zawodzi. Nikt nie wierzy. Tak naprawdę. Ani urzędnicy, ani dziennikarze, ani obywatele.
Jeśli jednak sukces oznacza uległość bez przekonania, wyczerpanie zamiast nawrócenia, milczenie zamiast zgody, to propaganda jeszcze nigdy nie odniosła większego sukcesu niż obecnie.
Nie jesteśmy przekonywani. Jesteśmy wyczerpywani.
Wiem, bo pomagałam projektować te systemy. Wiem, bo czytałam wskaźniki. Wiem, bo siedziałam w salach, gdzie mierzyliśmy sukces tym, co ktoś przestał robić, a nie tym, w co ktoś zaczął wierzyć.
Ludzki mózg jest niesamowicie prymitywny. I nie ewoluował od tysiącleci. I dlatego zawsze można powtórzyć historię. Zawsze.
______________
The Humidity of Lies, A Lily Bit, Jan 23, 2026
◊
Więcej: A Lily Bit
28.01.2026 nczas/statystyka-prawde-ci-powie-o-skutkach-imigracji

We francuskiej Żyrondzie „49% osób popełniających wykroczenia publiczne to cudzoziemcy”. Taka informację podał oficjalnie prefekt tego regionu 23 stycznia, przy okazji prezentacji raportu dotyczącego przestępczości w roku 2025.
Prefekt Żyrondy Étienne Guyot poruszył kwestię imigracji i ujawnił, że prawie połowa wszystkich przestępców w departamencie to obcokrajowcy. Imigracja i bezpieczeństwo to jeden z najważniejszych priorytetów Francuzów przed wyborami samorządowymi zaplanowanymi na marze tego roku.
Prefekt stwierdził, że w 2025 roku w Żyrondzie „49% osób popełniających przestępstwa było cudzoziemcami”. Dodał, że ponad 1000 osób otrzymało nakazy deportacji i zadeklarował: „zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby zapewnić, że osoby, którym wydano nakazy deportacji, wyjadą, ponieważ czasami dopuszczają się przestępstw”.
Étienne Guyot pochwalił jednak służby za to, że w porównaniu z rokiem poprzednim, „o 30% więcej cudzoziemców” z nakazem wyjazdu opuściło Francję. W 2025 roku władze zaostrzyły również kontrole.
Niektóre z nich wprowadzono na ruchliwych przejściach granicznych w ramach krajowej operacji zwalczania nielegalnej imigracji. „Napływa do nas wielu cudzoziemców, głównie z Półwyspu Iberyjskiego i tam przebywających legalnie”. Prefekt dodał, że pochodzą głównie z Afryki Północnej i Afryki Subsaharyjskiej.
Źródło: Europe1/ CNews
-ab-
W styczniu 2026 r. przed sądem pierwszej instancji w Brukseli rozpoczął się proces wytoczony przez koncern Pfizer oraz firmę BioNTech przeciwko Skarbowi Państwa RP.
Kwota sporu: Pfizer domaga się od Polski zapłaty ok. 6 miliardów złotych (dokładnie ok. 1,37 mld euro) wraz z odsetkami.
Powód: Roszczenie dotyczy 60 milionów dawek szczepionek przeciw COVID-19, których polski rząd (gabinet Mateusza Morawieckiego) odmówił odebrania i zapłaty w kwietniu 2022 roku.
Argumentacja Polski: Polska strona powołała się na klauzulę siły wyższej (force majeure), tłumacząc, że wybuch wojny na Ukrainie i konieczność przyjęcia milionów uchodźców spowodowały nadzwyczajną zmianę sytuacji finansowej i społecznej państwa.
Kontrakt, na podstawie którego Pfizer dochodzi roszczeń, to tzw. trzecia umowa unijna z maja 2021 roku, opiewająca na gigantyczną liczbę 1,8 miliarda dawek dla całej UE.
Kto negocjował? Kontrakt był negocjowany centralnie przez Komisję Europejską w imieniu wszystkich państw członkowskich. Kluczową rolę odegrała przewodnicząca KE, Ursula von der Leyen.
Afera SMS-owa (Pfizergate): Kontrowersje wzbudził fakt, że von der Leyen miała prowadzić bezpośrednie negocjacje z prezesem Pfizera, Albertem Bourlą, za pomocą wiadomości tekstowych (SMS).
Zarzuty: Krytycy (w tym m.in. „The New York Times”), że taka forma negocjacji była nietransparentna, omijała oficjalne kanały urzędowe i mogła doprowadzić do zakontraktowania zbyt dużej liczby preparatów po niekorzystnych cenach. Komisja do dziś odmawia ujawnienia treści tych SMS-ów, twierdząc, że nie zostały one zarchiwizowane.
Polska jest zmuszona do odpowiedzi przed sądem z powodu specyficznego systemu zakupów wspólnych (Joint Procurement Agreement):
System „Take or Pay”: Umowy unijne miały charakter wiążący. Państwa członkowskie określały swoje zapotrzebowanie, a KE podpisywała w ich imieniu umowę. Mechanizm ten nie przewidywał elastyczności – kraje zobowiązały się do zakupu określonej liczby dawek niezależnie od tego, czy pandemia wygaśnie, czy nie.
Zasada solidarności i prawo belgijskie: Ponieważ umowę podpisała KE z siedzibą w Brukseli, spory rozstrzygane są przed sądami belgijskimi według tamtejszego prawa cywilnego, które jest bardzo rygorystyczne w kwestii dotrzymywania umów handlowych.
Nadmiarowa liczba dawek (w szczytowym momencie Polska miała zakontraktowane ponad 200 mln dawek na ok. 38 mln obywateli) wynikała z działania systemu proporcjonalnego podziału:
Zasada pro-rata: Każdy kraj UE otrzymywał ofertę zakupu dawek proporcjonalnie do liczby ludności.
Zabezpieczenie na zapas: W 2021 r., w obawie przed mutacjami i brakiem dostaw (jak w przypadku AstraZeneca), KE zdecydowała o zakupie ogromnych ilości „na wszelki wypadek”, aby zapewnić dawki przypominające na lata 2022–2023.
Brak klauzul wyjścia: W kontraktach zabrakło mechanizmów pozwalających na redukcję zamówień w przypadku spadku zainteresowania szczepieniami, co doprowadziło do sytuacji, w której w polskich magazynach zalegały dziesiątki milionów dawek, którym kończył się termin ważności.
Przygotował ChatGPT
| DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 27 |
Młoda ukraińska dziennikarka oprowadza widzów po dzisiejszym Kijowie, a właściwie po jego zachodniej stronie Dniepru. Według jej słów, wschodnie dzielnice, pogrążone w niezmiennej ciemności, nie nadają się do przetrwania.
Na samym wstępie reportażu dzieli się ona swą radością z widzami, zdradzając fakt tego szczęścia, jako kilka godzin ciepła i wody w jej apartamencie, które to umożliwiły jej umycie włosów.
Następnie oprowadza nas po mroźnych ulicach Kijowa rozmawiając z nielicznymi przechodniami. Są to głównie ponad 80-cio letnie osoby, które (jak mówi) przetrwały II Wojnę Światową, „epidemię covida”, a teraz walkę o miejsce Ukrainy w „zachodnim raju”.
Jak nietrudno się domyślić, wstęp do „raju” nie jest rzeczą trywialną. Wymaga poświęceń i żelaznej woli.
W swej wędrówce odwiedza też apartamenty w budynkach mieszkalnych. Do większości przyłączone są generatory, które w ustalonych godzinach napędzają windy, by ludzie mgli nimi transportować, wodę, żywność i inne niezbędne materiały, be konieczności wdrapywania się na wyższe piętra po schodach.
W apartamentach tych temperatura utrzymuje się od ujemnych, do kilku stopni powyżej zera (Celsjusz).
Zależy to od liczby przebywających tam osób, które same w sobie stanowią źródło ciepła, przynajmniej do momentu śmierci.
Ci, którzy nie są w stanie wytrzymać tych warunków, mogą ogrzać się i napić gorącej herbaty w tzw. „niezniszczalnych punktach”, czyli namiotach z generatorami, czy nawet w restauracjach, dostosowanych do tych wymogów, w centrum miasta.
Te ostatnie mają dodatkowy „walor” w postaci piwnic, które mogą służyć podczas nalotów jako schrony.
Na koniec tego reportażu, nie była ona już w stanie wstrzymać się od łez.
I nie trudno ją zrozumieć. Można tylko współczuć.
W tym miejscu należy zadać pytanie: kto jest winien temu piekłu?
Dla większości „rozumnych” obywateli Zachodu, odpowiedź jest oczywista: „krwawy dyktator Putin”.
Oczywiście rosyjska armia jest fizyczne odpowiedzialna za ten stan rzeczy. Gdyby jednak na jej miejscu znalazła się „niezwyciężona US Army”, to po czterech latach konfliktu z Kijowa nie pozostałby kamień na kamieniu. I nie jest to fantazja, ale twardy fakt.
Ilustrują go przykłady „humanitarnych bombardowań” z byłej Jugosławii, Afganistanu, Syrii, Libii, Libanu i innych państw, które ośmieliły się nie akceptować „zachodnich wolności i demokracji”.
Ukraina ją zaakceptowała, wierząc w zachodnią fatamorganę , której dostąpi po zniszczeniu znienawidzonych Rosjan.
Sami Ukraińcy mają tysiącletnią historię pozbywania się swych urojonych wrogów w najkrwawszy z możliwych sposobów. [nie było „Ukraińców”.. Były różne plemiona. [Samo pojęcie „Ukraińców” powstało w XIX wieku.. md]
Zaczęło się to od powstań chłopskich na jej terenie, w okresie gdy była ona prowincją Wielkiej Rzeczpospolitej Polskiej, rządzonej nota bene przez własną (ukraińską) [ruską md] arystokrację, której „przestępstwem” była dobrowolna asymilacja w Polskiej Cywilizacji i Kulturze.
Niejednokrotnie ukraińscy wojewodowie (administratorzy tych ziem z ramienia Polski), musieli topić tą nieszczęsną i nieokiełzaną ludność we krwi w celu utrzymania porządku.
Ich jedynym „grzechem” było to, że się dobrowolnie spolonizowali. Ukraińskie pospólstwo stanowiło odrębną grupę etniczną, której jedyną spoiną była nienawiść do bardziej cywilizowanych Narodów (Polski & Litwy). [no i do żydów – wyzyskiwaczy md]
Do dnia dzisiejszego, „perłą w Koronie” jest polski Lwów, od wieków stanowiący kolebkę kultury polskiej.
Co prawda przewrotni i zakłamani Niemcy (Austriacy) starają się przywłaszczyć tą perłę. Ich jedynym „osiągnięciem” jest zgarnięcie jej w zbrodniczych rozbiorach Polski.
Ukraińcy „podziękowali” Polakom za próbę ucywilizowania, mordując w czasie II Wojny Światowej ponad 200 tysięcy polskich kobiet i dzieci na Wołyniu.
Teraz zaś „rewanżują” się Rosji, za lata agresji na Ługańsk i Donieck, które od 2014 roku ostrzeliwali, mordując rosyjskojęzyczną ludność.
Reasumując, agresorem w tym konflikcie proxy jest Zachód, używający głupich Ukraińców, zaślepionych [propagandą..] nienawiścią do Rosjan, jako tarana w zniszczeniu RF.
A jak to uczy nas doświadczenie, najwyższą cenę płaci się za własną głupotę!
[Starsza Pani ok. 37 minuty jest Polką, mówi po polsku..md]
Stanisław Michalkiewicz 27 stycznia 2026 michalkiewicz
Kiedy w państwie jest sytuacja rewolucyjna? Zgodnie z twierdzeniami klasyka, sytuacja rewolucyjna jest wtedy, gdy spełnione są jednocześnie trzy warunki. Po pierwsze – że muszą być powody do masowego niezadowolenia. Ten warunek jest stosunkowo najłatwiejszy do spełnienia, bo – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – w jakim państwie nie ma powodów do niezadowolenia? Takiego państwa na świecie nie ma – o czym zaświadcza ludowe przysłowie, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. A skoro tak, to niezadowoleni zawsze się znajdą, podobnie – jak „ubodzy” – w czym upewnia nas sam Pan Jezus, informując, że „ubogich zawsze będziecie mieli” wśród was. Czyż to stwierdzenie nie powinno być przestrogą dla zwolenników społecznych inżynierii, których celem jest „powszechny dobrobyt”? Jakże dobrobyt może być „powszechny”, skoro „zawsze” wśród nas mają być „ubodzy”? Inna sprawa, że ubóstwo ubóstwu nierówne. Kiedy w 1977 roku pierwszy raz byłem w Paryżu, zauważyłem na Polach Elizejskich żebraka. Był to jednak żebrak francuski, więc skracał sobie czas oczekiwania na jałmużnę słuchaniem transmisji jakiegoś meczu z tranzystorowego radia. W porównaniu do żebraka z Bangladeszu, będącego bez portek, był on prawdziwym krezusem. „Stąd nauka jest dla żuka”, że nie chodzi o urawniłowkę w dobrobycie, tylko o ogólny jego poziom, w którym nawet ubogim będzie żyło się dostatniej – jak w Polsce za Gierka.
Drugim warunkiem sytuacji rewolucyjnej jest to, by to niezadowolenie uzewnętrzniało się w postaci rozmaitych manifestacji. „Sire – burzy się proletariat” – to jest właśnie sygnał, że sytuacja staje się rewolucyjna.
Staje się – ale się nie stanie, dopóki nie zostanie spełniony warunek trzeci. To znaczy – że musi istnieć jakieś wpływowe państwo, któremu będzie zależało na dokonaniu przewrotu politycznego w państwie, w którym ma zaistnieć sytuacja rewolucyjna.
Tak właśnie było w Rosji w roku 1917, kiedy to społeczeństwo było zmęczone przedłużającą się wojną, podniecone pogłoskami o Rasputinie i w ogóle – zdradzie w najwyższych kręgach państwa (najbardziej podejrzana była cesarzowa Aleksandra, nieszczęśliwa żona Mikołaja II, razem z nim i resztą rodziny później kanonizowana przez Cerkiew Prawosławną) – ale może do rewolucji by nie doszło, gdyby nie chirurgiczna operacja niemieckiego Sztabu Generalnego, który przesłał do Rosji ładunek bolszewików z Leninem na czele i w ten sposób zaaplikował Cesarstwu Rosyjskiemu coś w rodzaju zarazka dżumy.
Lenin i bolszewicy posłużyli się starą metodą, dzięki której w Rzymie obaleni zostali bracia Grakchowie. Polega ona na przelicytowywaniu przeciwników w demagogii. Było to tym łatwiejsze, że nawet przeciwnicy bolszewików zostali sparaliżowani wiarą w „lud”, któremu pod żadnym pozorem nie wolno było się sprzeciwiać, tylko przeciwnie – należało mu basować. A w tej dziedzinie bolszewicy przelicytowali wszystkich. Земля крестьянам, фабрики рабочим [„Ziemla krestianam, fabryki raboczim!”] – wołał Lenin – a rosyjskie masy mu uwierzyły – bo kto by nie chciał wziąć sobie ziemi, czy fabryki? Gdyby tak ktoś ich ostrzegł, że już wkrótce będą w tych fabrykach poddani „nieprierywce”, a chłopi będą konać z głodu we wsiach otoczonych kordonami wojsk NKWD, to może i jedni i drudzy by się zreflektowali – chociaż pewności nie ma. „Tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego” – napisał Franciszek ks. de La Rochefoucauld.
Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia dzisiaj w Iranie, gdzie – jak próbują wmówić nam niezależne media głównego nurtu – tamtejszy lud właśnie przekształca demonstracje uliczne w „rewolucję”.
Iran, a kwestia izraelska
Na tę sytuację składa się oczywiście szereg zagadkowych przyczyn, ale przyczyną pierwotną jest pewna stara idea, z którą „czuje się związany” premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu. Ta idea jest opisana w plemiennej historii żydowskiej, podlanej religijnym sosem, a znanej w świecie jako „Stary Testament” . Czytamy tam że Stwórca Wszechświata, który z zagadkowych przyczyn upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku, zawarł z nim rodzaj geszeftu – że jak ów koczownik będzie Stwórcę Wszechświata wychwalał pod niebiosa i go słuchał, to Stwórca Wszechświata w rewanżu uczyni koczownika ojcem „wielkiego narodu”, któremu odda w arendę teren „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”.
To jest właśnie obszar Wielkiego Izraela” – i z tą ideą „czuje się związany” izraelski premier rządu jedności narodowej. Realizacja tej idei jest już dość zaawansowana. Wszystkie kraje leżące na tym obszarze zostały bowiem przez Izrael, który w tym celu wykorzystuje siłę Stanów Zjednoczonych, w znacznym stopniu obezwładnione tak, że teraz wystarczyłoby przejść do następnego etapu, to znaczy – do okupacji i częściowej eksterminacji tamtejszej ludności – żeby było bezpiecznie.
Niestety piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów sypie złowrogi Iran, z którym trzeba w związku z tym raz na zawsze zrobić porządek.
Rewolucja islamska
Początkowo Iran nie był wcale „złowrogi”, przeciwnie – uważany był za jedną z twierdz amerykańskich na Środkowym Wschodzie. Tamtejszy władca, Mohammad Reza Pahlavi, słuchał się Ameryki, kupował tam broń za dochody ze sprzedaży ropy i było gites tenteges. Nigdy jednak nie jest tak dobrze, by nie mogłoby być jeszcze lepiej, toteż i szach Reza Pahlavi chciał swój kraj reformować. W tym celu pragnął ograniczyć wpływy muzułmańskiego duchowieństwa i zaczął nim pomiatać, a poza tym forsował w Iranie reformę rolną, lansując kołchozy. To stało się powodem narastającego masowego niezadowolenia – a tymczasem we Francji przebywał na emigracji ajatollah Chomeini. Francja wówczas, podobnie zresztą jak i teraz, niechętnym okiem patrzyła na panoszenie się Ameryki w świecie. Toteż – jak czytamy w książce „Sekrety szpiegów i książąt”, stanowiącej wywiad-rzekę z hrabią Aleksanrdrem de Marenches, ówczesnym szefem francuskiego wywiadu – kiedy w Iranie rozpoczęły się zamieszki – prezydent Pompidou wysłał go do Teheranu, by zorientował się co też szach zamierza z tym zrobić. Okazało się, że szach niczego nie zamierza, bo – jak powiedział – nie będzie zabijał swojego ludu – toteż nie było innej rady, jak przetransportować do Teheranu ajatollaha Chomeiniego, podczas gdy szach wraz z rodziną, znalazł schronienie u egipskiego tyrana, gdzie zresztą rychło umarł.
Wynajęcie Saddama Husajna
Pod egidą ajatollaha Chomeiniego została w Iranie utworzona republika islamska, rodzaj teokracji, w której rządzi przewielebne muzułmańskie duchowieństwo. Może nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że ajatollah, z uwagi na rozmaite urazy z przeszłości, zaczął lansować doktrynę dwóch szatanów: wielkiego i mniejszego . Wielkim Szatanem zostały Stany Zjednoczone, a mniejszym – Izrael.
Nietrudno się domyślić, że zarówno Ameryce, jak i Izraelowi było z tego powodu bardzo nieprzyjemnie i postanowili położyć temu kres. W tym celu wynajęły irackiego tyrana w osobie Saddama Husajna, który wkrótce wdał się z Iranem w wyniszczającą, trwającą 8 lat wojnę (1980-1988), która jednak nie doprowadziła do zdławienia republiki islamskiej w Iranie. Na domiar złego Saddam Husajn, któremu Amerykanie zapomnieli wypłacić honorarium za wynajęcie go do wojowania z Iranem, uznał, że może sam je sobie odebrać i w związku z tym zajął Kuwejt.
Doprowadziło to do tzw. pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, w ramach której Saddam Husajn został boleśnie skarcony – ale zostawiony nie tylko przy życiu, ale nawet – przy władzy. Niestety, zamiast docenienia, że żywy-zdrowy – zaczął się bisurmanić do tego stopnia, że zapowiedział, iż w transakcjach eksportu irackiej ropy odstąpi od dolara na rzecz europejskiego euro lub japońskiego jena. Takiej zbrodni nikt, a zwłaszcza kraje miłujące pokój, nie mogły puścić płazem, toteż wybuchła druga wojna w Zatoce, w następstwie której Irak został zawojowany, a Saddam Husajn schwytany i postawiony przez tamtejszym nienawistnym sądem, który w ramach parodii procesu norymberskiego – który też był swego rodzaju parodią – skazany został na karę śmierci i przykładnie powieszony, żeby już nikomu takie myślozbrodnie walutowe nie przychodziły do głowy. Iran buduje arsenał jądrowy
W tej sytuacji nietrudno było się domyślić, że złowrogi Iran wyciągnie wnioski, a właściwie jeden wniosek – że nie zagwarantuje sobie bezpieczeństwa inaczej, jak tylko budując arsenał jądrowy. Taki wniosek nasuwał się tym łatwiej, że w Azji Środkowej niektóre państwa albo już sobie taki arsenał zbudowały, albo właśnie zaczęły go budować. Nie mówię o Chinach, które ten proces rozpoczęły wcześniej – ale o Indiach, które pierwszy test jądrowy wykonały w roku 1974. Sąsiedni Pakistan, którego prezydent powiedział, że będziemy mieli broń jądrową nawet gdybyśmy mieli jeść trawę, decyzję o budowie arsenału podjął na początku lat 70-tych, ale pierwszy test przeprowadzony został w 1998 roku.
O ile jednak na budowę arsenałów nuklearnych przez Indie i Pakistan Ameryka patrzyła przez palce, bo te arsenały mają służyć ich wzajemnemu wyniszczeniu – o tyle kiedy wniosek o konieczności budowy własnego arsenału nuklearnego wyciągnął złowrogi Iran, reakcja amerykańska była już inna. Chodzi o to, że irański arsenał ma być narzędziem oporu przeciwko zakusom bezcennego Izraela, w ramach wspomnianej starożytnej doktryny politycznej na cały Środkowy Wschód. A ponieważ każdy amerykański prezydent obejmując urząd składa coś w rodzaju hołdu lennego bezcennemu Izraelowi, deklarując, iż obrona tego państwa jest na pierwszym miejscu listy priorytetów amerykańskiej polityki międzynarodowej i to bez względu na to, co Izrael robi, to nic dziwnego, że USA uznały, iż irański arsenał jądrowy, w odróżnieniu od indyjskiego, pakistańskiego, a nawet – północnokoreańskiego – zagraża interesom amerykańskim, w związku z czym postanowiły zablokować jego budowę. Pretekstu do tego dostarcza też oczywiście retoryka irańskich ajatollahów, którzy – jak to duchowni – bez przerwy opowiadają o szatanach – jak nie „małym”, to „Wielkim” – ale tak naprawdę chodzi o to, że budowa tego arsenału godzi w program budowy Wielkiego Izraela, z którą to ideą, „czuje się związany” tamtejszy premier rządu jedności narodowej.
Ogon wywija psem. Powszechnie bowiem wiadomo, że z uwagi na potężne wpływy polityczne lobby izraelskiego w USA (zainteresowanych tą sprawą odsyłam do książki „Lobby izraelskie w USA”, autorstwa dwóch amerykańskich politologów) to władze Izraela wywierają wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w dziedzinach czy regionach pozostających w izraelskim zainteresowaniu, więc można powiedzieć, że ogon wywija psem. Przykłady można mnożyć – ale nie chodzi tu o mnożenie przykładów, tylko o uświadomienie sobie, że amerykańscy twardziele doskonale wiedzą, iż przed Żydami muszą skakać z gałęzi na gałąź, bo w przeciwnym razie ci doprowadzą każdego do załamania kariery oraz do finansowego wyszlamowania do gołej skóry przez tamtejsze sądy, które w takich sprawach są tak samo nienawistne jak i nasze.
Toteż kiedy izraelski premier rządu jedności narodowej polecił prezydentowi Donaldowi Trumpowi wykonać uderzenie na irańskie instalacje nuklearne, ten obstalunek wykonał. Czy jednak aby na pewno? Wygląda na to, że przechwałek było tu więcej niż dokonań. Toteż zaniepokojony premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela przyleciał na Florydę i nakazał prezydentowi Donaldowi Trumpowi „poparcie” dla izraelskiego ataku na Iran, którego celem byłoby rzeczywiste zniszczenie tamtejszych instalacji nuklearnych. Wizyta izraelskiego premiera miała miejsce 29 grudnia – ale Mosad – w porozumieniu z CIA – musiał już wcześniej uruchomić inercyjne irańskie masy, by wystąpiły przeciwko reżymowi ajatollahów. Zgodnie z warunkami sytuacji rewolucyjnej, pojawiły się też powody do masowego niezadowolenia w postaci załamania kursu irańskiej waluty do dolara, co spowodowało wzrost cen, którego przyczyną są też sankcje wymierzone w Iran, jako kara za nieposłuszeństwo wobec starszych i mądrzejszych. Zatem powody do niezadowolenia są, zaczęło się ono też manifestować na ulicach, a wreszcie przemówił sam prezydent Trump, zachęcając tamtejszy uciśniony lud, by nie tylko nie schodził z ulic, ale – by przejmował państwowe instytucje, bo pomoc „jest już w drodze”.
Jaka alternatywa?
Zanim jeszcze sam prezydent Trump tak ostentacyjnie pokazał, że wszystkie przesłanki sytuacji rewolucyjnej w Iranie już wystąpiły, CIA wyciągnęła z naftaliny swoją tajną broń w osobie przebywającego w USA na emigracji „następcy irańskiego tronu” Cyrusa Rezę Pahlaviego, który przez niezależne media głównego nurtu i w Ameryce i u nas wezwał lud irański by nie schodził z ulic, dopóki on sam nie zjawi się w Iranie z mocą wielką i majestatem. W tak zwanym międzyczasie jednak ktoś musiał przytomnie dojść do wniosku, że wyciągnięty z naftaliny Cyrus to nie jest najlepszy pomysł i że najpierw lepiej spróbować dogadać się z irańskimi i reżymowcami, podobnie jak Amerykanie dogadują się z reżymowcami w Wenezueli w nadziei, ze irańskich reżymowców będzie można przekupić, jak reżymowców wenezuelskich – wobec których CIA ma w rezerwie jeszcze madame Marię Machado, która przezornie załatwiła sobie audiencję u Leona XIV. W Iranie może jednak być trudniej, bo ajatollahowie, przynajmniej niektórzy, podobnie jak spora część tamtejszego ludu, może traktować wyznawany przez siebie islam poważniej i w związku z tym może obawiać się skutków pójścia na kompromis nawet z małym szatanem, a cóż dopiero – z Wielkim. Jak bowiem wiadomo, w takiej sytuacji można trafić do piekła, gdzie cały czas będzie bolało.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
==============================
MD:
Jakoś p. Redaktor nie zdążył przeczytać, że okropni ajatollahowie wyłapali 800 miłujących lud Iranu agentów Mossadu i postanowili ich wywiesić. Stąd Izrael i jego sługa USA nagle przerwali „akcję Iran”. Por.:
Pół roku więzienia dla Bohatera, którego komuna zamykała za walkę o wolną Polskę. Dziś w „demokratycznym” państwie Tuska ma trafić za kraty za krytykę Romana Giertycha. A przecież to emeryt po wylewie, zmagający się z nowotworem. Wzywamy Prezydenta RP Karola Nawrockiego o zastosowanie prawa łaski. Podpisz!
Państwo Tuska — zamiast dawać obywatelom poczucie sprawiedliwości — wywołuje w nich wstrząs, gniew i bezradne pytanie: jak to w ogóle możliwe?
Adam Borowski został skazany prawomocnie na pół roku więzienia. Prawomocnie! A to oznacza, że lada moment może trafić za kraty. Nie za przemoc. Nie za złodziejstwo. Za uczciwe i odważne słowa — za krytyczną wypowiedź dotyczącą Romana Giertycha.
A teraz przeczytaj to jeszcze raz i dopowiedz najważniejsze: Adam Borowski to bohater antykomunistycznej opozycji. Więzień PRL. Człowiek, którego komuna prześladowała za to, że chciał wolnej Polski. I to właśnie w wolnej Polsce ma dziś iść na odsiadkę.
PRL już go zamykał. Tuskowcy robią to znowu!
W czasach komunizmu system potrafił rozpoznawać jedną rzecz bezbłędnie: kto jest niepokorny. Kogo nie da się zastraszyć. Kto nie złoży podpisu pod kłamstwem. Kto mówi głośno to, co inni wolą przemilczeć.
Adam Borowski należał do tych, których komuna chciała złamać. Nie złamała. Dziś — w innych dekoracjach, pod innymi hasłami — widzimy to samo pragnienie: karać niepokornych, uciszać, budować strach, wysyłać sygnał innym: “uważaj, bo skończysz tak samo”. Nie można przejść obok tego obojętnie!
Jest emerytem. Po wylewie. Walczy z nowotworem.
W tej sprawie jest jeszcze jedna warstwa, o której nie da się mówić „na chłodno”. Adam Borowski jest emerytem. Przeszedł wylew. Zmaga się z chorobą nowotworową.
Wykonywanie wobec niego kary izolacyjnej w tych okolicznościach nie jest abstrakcyjnym „wymiarem sprawiedliwości” — to realne ryzyko pogorszenia stanu zdrowia, realne konsekwencje dla życia człowieka. I między innymi właśnie dlatego zwracamy się do Prezydenta RP, bo w polskim porządku prawnym istnieje instrument na takie sytuacje: prawo łaski.
Wzywamy Prezydenta Karola Nawrockiego do skorzystania z prawa łaski!
Wzywamy Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Karola Nawrockiego do zastosowania prawa łaski wobec Adama Borowskiego — człowieka, którego biografia jest częścią polskiej walki o wolność, a obecna kara budzi powszechne oburzenie i poczucie rażącej niewspółmierności.
Nie prosimy o niczego „ponad” prawo. Prosimy o decyzję, która jest przewidziana w Konstytucji właśnie na takie momenty — gdy trzeba przywrócić proporcje, gdy litera prawa staje się narzędziem krzywdy, a państwo może i powinno wykazać się mądrością oraz humanitaryzmem.
Dlaczego Twój podpis ma znaczenie!
Bo milczenie zawsze jest wodą na młyn tych, którzy chcą rządzić strachem. Bo każdy taki wyrok nie dotyczy tylko jednej osoby. Dotyczy całej przestrzeni publicznej: czy w Polsce wolno ostro krytykować ludzi wpływowych, czy za słowa można dostać więzienie? Dziś na celowniku jest Adam Borowski. Jutro może być każdy, kto odważy się powiedzieć coś nie po myśli możnych.
Dlatego podpisz.
To sygnał dla Prezydenta, że Polacy widzą tę niesprawiedliwość i domagają się działania.
To sygnał dla opinii publicznej, że bohaterów się nie zostawia.
To sygnał, że solidarność nie jest pustym słowem.
Kliknij „Podpisz petycję” i udostępnij ją dalej.
Nie pozwólmy, by wolna Polska odesłała do więzienia człowieka, którego komuna nie potrafiła złamać.
=======================================
Wolność dla Adama Borowskiego!
Panie Prezydencie — prawo łaski. Teraz.
wpolityce/apel-ws-adama-borowskiego-kara-jest-skandalem-moralnym
Oświadczenie członków Zarządu, Rady Programowej i pełnomocników wojewódzkich Klubu Dam i Kawalerów Krzyża Wolności i Solidarności w sprawie poparcia apelu ws. Adama Borowskiego.
My niżej podpisani – Damy i Kawalerowie Krzyża Wolności i Solidarności wyrażamy swój zdecydowany sprzeciw i oburzenie wobec próby uwięzienia naszego kolegi, jednego z najbardziej zasłużonych działaczy opozycji antykomunistycznej, dzięki którym Polska uwolniła się od totalitarnej komunistycznej dyktatury, za to, że ma odwagę bronić wolności słowa i zawsze staje po stronie prawdy.
Uważamy, że już sam ten wyrok, a w szczególności kara bezwzględnego więzienia dla Adama Borowskiego jest absolutnym skandalem moralnym i prawnym – kolejnym już świadectwem powrotu obecnej władzy do praktyki niszczenia wolności wypowiedzi i stosowania prawa „tak jak władza je rozumie”, zastraszania przedstawicieli opozycji i nawiązywania wprost do haniebnych praktyk władzy komunistycznej, która z wolnych Polaków czyniła więźniów politycznych. Nigdy nie zgodzimy się na to by Polska dzisiaj stawała się krajem ludzi więzionych z przyczyn politycznych.
Wyrażamy swe poparcie dla apelu „wolnośćdlaborowskiego” i prosimy o zastosowanie przez Pana Prezydenta RP Dr Karola Nawrockiego prawa łaski dla skazanego absurdalnym wyrokiem Adama Borowskiego.
Apelujemy do członków stowarzyszenia Klub Dam i Kawalerów Krzyża Wolności i Solidarności, także do wszystkich wyróżnionych tym zaszczytnym odznaczeniem i do działaczy opozycji antykomunistycznej oraz członków organizacji i stowarzyszeń z którymi współpracujemy, o jak najszersze poparcie i podpisanie tego APELU.
W uzgodnieniu z Panem Jackiem Pawłowiczem – wicedyrektorem Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL – zapraszamy na spotkanie z Panem Adamem Borowskim w siedzibie Muzeum – ul. Rakowiecka 37 w Warszawie, w poniedziałek 26.01. o godz.13-ej.
Przedstawiciele Zarządu, Rady Programowej, pełnomocnicy wojewódzcy, członkowie i sympatycy Klubu Dam i Kawalerów Krzyża Wolności i Solidarności:
Zbigniew Adamczyk, Andrzej Anusz, Janina Jadwiga Chmielowska, Andrzej Chyłek, Stanisław Fudakowski, Andrzej Gwiazda, Joanna Gwiazda, Zbigniew Jackiewicz, Krzysztof Grzelczyk, Jarosław Guzy, Piotr Hlebowicz, Tomasz Jakubiak, Sławomir Karpiński, Anna Kołakowska, Paweł Kołkiewicz, Jerzy Kropiwnicki, Elżbieta Królikowska-Avis, Marian Franciszek Król, Antoni Łepkowski, Ryszard Majdzik, Marek Michalik, Andrzej Osipów, ks. Władysław Palmowski, Jacek Pawłowicz, Jarosław Porwich, Grażyna Rudnik, Grzegorz Surdy, Jerzy Szmit, Tadeusz Świerczewski, Ewa Tomaszewska, Jerzy Wawrowski, Barbara Wojciechowska, Tomasz Wójcik, Piotr Wójcik, Krzysztof Wyszkowski.
Smartfony-i-laptopy-uposledzaja-intelektualnie Jan Bodakowski
Nowoczesne technologie, smartfony czy laptopy przedstawiane są w mediach jako dobrodziejstwo. Wielu rodziców bezkrytycznie w to wierzy. W rzeczywistości stanowią ogromne zagrożenie. Szczególnie destruktywny jest ich wpływ na dzieci, które pod wpływem korzystania z tych urządzeń stają się intelektualnie upośledzone.
W swoim artykule na łamach tygodnika „Idziemy” Monika Odrobińska opisała skutki uzależnienia dzieci od komputerów.
Dzieci od małego bawiące się elektroniką są zapóźnione intelektualnie, mają tak ubogie słownictwo, jak dzieci o wiele młodsze, nie potrafią nawiązywać kontaktu wzrokowego z rozmówcą, relacje z innymi ludźmi ich nudzą. Bardzo często przyczyną nieharmonijnego rozwoju u dzieci nie są jakieś zaburzenia (np. ADHD), ale kontakt z telewizją i komputerem od niemowlęctwa.
Skutkiem dania dziecku możliwości obcowania z telewizją i komputerem od małego jest, że dziecko poddane takiemu wpływowi może mieć mniejszy iloraz inteligencji („wynikający z zaburzeń percepcji i koncentracji” będących owocem braku umiejętności eliminowania niepotrzebnych bodźców, który jest skutkiem korzystania z telewizji i komputerów od małego).
Dzieci poddane zalewowi bodźców z mediów elektronicznych (bodźców tych jest wielokrotnie więcej niż w realu) są niezdrowo pobudzone, nie potrafią zasnąć i spać, przez co nie są w stanie się zregenerować, trzeźwo myśleć, są permanentnie zmęczone, co powoduje u dzieci nieustanną senność, osłabienie koncentracji, problemy z pamięcią i nauką. Podobnie destruktywnie nadmierne nienadużywanie elektroniki oddziałuje na studentów – skłaniając ich do nadmiernej konsumpcji alkoholu, przygodnych relacji seksualnych i depresji (by mieć satysfakcję, muszą mieć coraz to nowe bodźce). Nieustanne gapienie się w ekran trwale uszkadza wzrok, powoduje bolesne wady postawy, niedorozwoju mięśni i stawów co powoduje nieustanne bolesne urazy.
Dziś młodzi nie potrafią: ze sobą normalnie rozmawiać, utrzymać kontaktu wzrokowego – co uniemożliwia normalną komunikację (bez patrzenia na rozmówcę nie widać jego niewerbalnej mowy ciała będącej jedną z podstaw komunikacji), nawiązywać i podtrzymywanie normalnych relacji. Dzieci ograniczające swoje życie do ekranów nie są zdolne do normalnego werbalizowania swoich myśli, mówią sloganami z mediów – przez co są odbierane przez rówieśników jako nienormalne.
W wywiadzie dla tygodnika „Idziemy” Janusz Werdak (inicjator kampanii „Mniej ekranu, więcej rodziny”) stwierdził, że by nie dopuść uzależnienia dziecka od komputera, należy dzieci od małego wdrażać w obowiązki domowe, czytanie, rozwijanie zainteresowań – tak by dziecko miało zagospodarowany czas wolny i nie musiało same za pomocą komputera ten czas sobie destruktywnie organizować.
Dzieci łatwo uzależniają się od internetu, bo jest on atrakcyjny — nie mają przy tym wrażenia, że internetowe uzależnienie coś im odbiera, nie rozumieją, czemu spotkania z rówieśnikami w realu mają być lepsze. Nawiązywanie relacji w internecie jest łatwiejsze, szczególnie dla tych dzieci, które w realu są nieśmiałe – w internecie nieśmiali są nagradzani sukcesem (internetową znajomością) i wolą taką formę relacji od niepowodzeń w realu. Dopiero gdy dzieci robią się starsze, dostrzegają, że relacje w realu są lepsze, ale wtedy jest za późno, bo nie mają możliwości i umiejętności ich zawierania.
Grzegorz Górny w swoim artykule na łamach tygodnika „Sieci” przybliżył czytelnikom destruktywne skutki oddziaływania nowoczesnych technologii na poziom wykształcenia w USA. W USA dziś jest 27.000.000 analfabetów i 45.000.000 analfabetów funkcjonalnych (umiejących czytać i pisać, ale nie umiejących wykorzystać tych umiejętności).
Połowa populacji mającej najgorsze wyniki w USA to absolwenci amerykańskich szkół wyższych.
Poziom wiedzy amerykańskich uczniów jest o wiele gorszy niż europejskich (tylko 10% licealistów z USA potrafiło rozwiązać zadania matematyczne, które rozwiązywało 40% licealistów z Europy). Katastrofa intelektualna dotyka też najlepsze amerykańskie uczelnie – szczególnie kierunki humanistyczne, które stały się miejscem szerzenia wszelkich lewicowych bzdur.
Katastrofę intelektualną w USA pogłębiają nowoczesne technologie. Dzieci, które używały elektroniki, kiedy dorastają częściej: są samotne, nie mają celu ani sensu życia, nie mają satysfakcji z życia, leczą się psychiatrycznie i mają skłonności samobójcze. Nowoczesne technologie upośledziły umiejętność zapamiętywania, zniechęciły do czytania książek, pozbawiły elementarnej wiedzy o historii i życiu społecznym.
Problem destruktywnego uzależnienia od elektroniki jest problemem klasowym. Bogaci rodzice dbają o to, by nie traciły czasu na elektronikę, i między innymi dzięki temu dzieci z bogatych domów mają lepsze wyniki niż dzieci z biednych domów. W elitarnych szkołach wraca się do tradycyjnego nauczania bez elektroniki. Tak uczą się też i dzieci dyrektorów z korporacji technologii cyfrowych. Nie przeszkadza to władającym korporacjami troskliwym rodzicom chroniącym swe dzieci przed destruktywnym wpływem elektroniki, skłaniać inne dzieci do uzależniania się od elektroniki, by wyrosły na klientów wiernych marce.
Młodzi zdemoralizowani elektroniką są pozbawieni tożsamości. Swoją pustkę duchową starają się wypełnić utopijnymi lewicowymi ideologiami, których celem jest zniszczenie zachodniej cywilizacji. Destruktywny wpływ nowoczesnych technologii kompatybilny jest więc z promocją w humanistyce destruktywnych lewicowych ideologii.
Jan Bodakowski

Diana Ruchniewicz #KORONA2027 @DianaR_Korona
Wejściówek na KINGS już BRAK!
Polscy patrioci nazwali swój zlot po angielsku. I co rozumiecie?

Diana Ruchniewicz #KORONA2027 @DianaR_Korona czeń
Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych. Ja tu nie widzę żadnego angielskiego słowa
======================================
Inflacja jest najbardziej nikczemną formą opodatkowania.
========================================
Na ZeroHedge ukazał się artykuł: Wizualizacja 50 najpotężniejszych armii świata. Źródło.
Stany Zjednoczone zajmują pierwsze miejsce z najlepszym wynikiem Wskaźnika Siły Wojskowej i ponad 1,3 miliona żołnierzy w czynnej służbie. Ich pozycja odzwierciedla bezprecedensowy globalny zasięg, zaawansowaną technologię i rozległe możliwości logistyczne. Rosja i Chiny plasują się tuż za nimi.
Chiny wyróżniają się największą aktywną siłą osobową wśród trzech czołowych państw, liczącą nieco ponad 2 miliony żołnierzy, podczas gdy Rosja łączy dużą liczbę żołnierzy z rozległym potencjałem lądowym i strategicznym.
Nie stanowi to żadnej niespodzianki. Interesująca będzie odpowiedź na pytanie, które mocarstwo okaże się nadal potężne, kiedy świat zacznie stawać na nogi po zbliżającym się nieuniknionym największym kryzysie finansowym w dziejach ludzkości?
To nie pandemia, ale właśnie ta przyszła katastrofa stanowi rzadkie, ale wąskie okno okazji do refleksji, ponownego przemyślenia i zresetowania naszego świata.

Pandemia (?) stanowi rzadkie, ale wąskie okno okazji do refleksji, ponownego przemyślenia i zresetowania naszego świata Klaus Schwab. Źródło: artykuł na platformie Światowego Forum Ekonomicznego z 16.01.2020 r.

Jest także miejsce na gabinet owalny.
Wielki Reset zbliża się do nas dużymi krokami i wcale nie powoduje euforii wśród globalistów. Ktoś im ukradł pomysł zmian geopolitycznych na świecie. Może nie tyle sam pomysł, gdyż te zmiany były już od dawna łatwe do przewidzenia. Globaliści stracili wpływ na decydowanie o kształcie świata, który wyłoni się po zresetowaniu dotychczasowego sposobu zarządzania ludzkością.
Nie siła militarna, lecz pieniądz rządzi światem. Chiny ze swoją ponad dwumilionową armią wcale nie zamierzają jej wykorzystywać. Stosują bardziej wyrafinowane metody, by przejąć hegemonię światową. Jak myślicie, kto spowodował, że srebro potroiło swoją cenę w ciągu roku? Także i cena złota zbliża się do 5 tysięcy dolarów za uncję i z pewnością w najbliższych dniach przekroczy tę granicę. To nie metale szlachetne stały się jakimś cudem więcej warte. To wartość amerykańskiego dolara, w którym podawana jest cena tych kruszców, rozpoczęła wreszcie pełzanie w kierunku prawdziwej wartości tej waluty.
Skąd wzięły się te zmiany? Odpowiedź jest tylko jedna: na rynku metali szlachetnych pojawili się chętni do zakupów w dużych ilościach. Tak wielkie ruchy na giełdzie nie powodują prywatni inwestorzy – to jest dzieło banków centralnych, głównie tego w Pekinie.
Kiedy siedzisz na bezwartościowych obligacjach rządu USA, to możesz je spieniężyć i kupić złoto lub srebro i to właśnie czynią. W podobnej sytuacji jest również Japonia. Nie wszystko na raz, bo takiej ilości – a mówimy tu o trylionach dolarów, nie uda się sprzedać na giełdzie w ciągu godziny.
Dużo lepszym pomysłem jest codzienna transakcja, która stopniowo powoduje spadek wartości dolara. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie znajdziesz dzisiaj frajerów na zakup amerykańskich funduszy (obligacji). Jedyna instytucja, która musi przyjąć te (bez) wartościowe papiery to amerykański FED. A skąd FED bierze na to pieniądze? Zleca drukowanie odpowiedniej ilości dolarów najczęściej w formie wirtualnej. Teraz gdy jest więcej dolarów, to ich wartość musi spadać a z nią równocześnie amerykański dług.

Nie trzeba studiować ekonomii, żeby zrozumieć te zależności, które powyżej opisałem. To specjaliści od banków wymyślają coraz to nowe „fachowe” słowa, by zniechęcić nas mieszkańców tej planety, do próby zrozumienia tych w gruncie rzeczy prostych mechanizmów. Zaabsorbowani codziennym wyścigiem szczurów, czyli walką o zdobycie kasy na opłatę rachunków, nie mamy czasu, żeby się zastanowić nad siłami, które nas do tego wyścigu zmuszają.
Pewien człowiek, idąc przez las, spotkał pracowników leśnych, którzy z tępą piłą męczyli się nad wielkim drzewem. Kiedy zaproponował im, żeby naostrzyć to narzędzie, odpowiedzieli: nie mamy na to czasu – musimy przecież wykonać naszą dniówkę! Nie przeszkadzaj nam w pracy! Taka jest właśnie postawa do pieniędzy większości z nas.
Kto za to naprawdę zapłaci? Naturalnie my! Inflacja jest najbardziej nikczemną formą opodatkowania. Dlatego bez wahanie twierdzę, że Trump zrobi Amerykę znowu biedną – Make America Poor Again.
Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
https://www.world-scam.com
pch24.pl/anatomia-zbrodni-horror-w-olesnicy-to-norma-a-nie-wyjatek

Opublikowany w ostatnich dniach film o aborcyjnym procederze prowadzonym do niedawna pod okiem Gizeli Jagielskiej w oleśnickim szpitalu, nie szokuje obrazem. Wstrząsa natomiast brutalną prawdą ukazaną przez świadków – w tym przypadku położne zmuszane do udziału w seryjnej zbrodni.
W polskich szpitalach lawinowo, z roku na rok rośnie fala legalnych zabójstw dzieci poczętych. Dane opublikowane przez Instytut Ordo Iuris mówią o 885 tak zwanych aborcjach w roku 2024 oraz 425 w 2023, przy „zaledwie” 160 w roku 2022. To oczywiście efekt stosowania „przesłanki psychiatrycznej”, opatentowanej na polskim gruncie przez niesławnej pamięci Adama Niedzielskiego. Ów bardzo wpływowy minister w rządzie Mateusza Morawieckiego, ostatnio schowany przed opinią publiczną w trosce o prawicowy wizerunek partii, nadzwyczajnie zasłużył się tutaj w dziele odwracania znaczenia pojęcia „służba zdrowia”. Jak widać, nie tylko przy okazji tak zwanej pandemii Covid-19.
W filmie „Oleśnica. Śledztwo z sprawie zbrodni” widzimy, jak działa wspomniana tzw. przesłanka psychiatryczna. Z powodu jej stosowania w taki, a nie inny sposób, jakakolwiek formalna ochrona życia poczętego w praktyce przestaje istnieć. Była wicedyrektor tytułowego szpitala taśmowo dopuszczała do krwawych zabiegów kobiety wyłącznie na podstawie świstka od dowolnego specjalisty, bez jakiejkolwiek weryfikacji. Zabić własne dziecko było znacznie łatwiej niż zakwalifikować się do porodu metodą cesarskiego cięcia. Przywołane powyżej statystyki świadczą, że Oleśnica nie jest wyjątkiem.
Aby ograniczyć liczbę żywych porodów w wyniku nieudanych aborcji, stosowano tam – przynajmniej do niedawna – uśmiercanie w łonie matki przez zastrzyk chlorku potasu prosto w serce. To metoda na tyle bolesna, że gdy za jej pomocą w niektórych stanach USA używa się jej do wykonywania egzekucji na największych zbrodniarzach, stosowana jest wraz ze znieczuleniem. Polskie dzieci nie mogą liczyć na taką łaskawość Jagielskiej i jej podobnych oprawców w białych kitlach. Gdy chlorek nie zadziałał – jeden z takich przypadków opisała w filmie na podstawie własnego doświadczenia położna z Oleśnicy – bohaterka „Gazety Wyborczej” i TVN kazała pozostawić urodzone, żywe dziecko na śmierć, przyspieszoną celowym wychłodzeniem.
Położne zmuszane były do udziału w tej machinie śmierci szantażem. Część z nich płaci za uległość bezsennymi nocami, problemami psychicznymi i koniecznością leczenia. Niektóre odeszły z własnej woli, nie mogąc znieść tak drastycznej sprzeczności z powołaniem swego zawodu, jakim jest służba życiu.
Wraz z początkiem roku Jagielska odeszła z Oleśnicy. Najwyraźniej szpital nie zechciał przedłużać umowy z osobą, o której zrobiło się w Polsce tak głośno, i to w jak najgorszym kontekście. Teraz chce widzieć ją w progach podległej sobie placówki Anna Płotnicka-Mieloch, szefowa spółki zarządzającej szpitalem w Lubaniu. Ona też – tak jak główna „bohaterka” filmu, twierdzi, że życie człowieka zaczyna się… po porodzie.
Jednak wbrew wielkim mediom powielającym te antynaukowe i antyludzkie farmazony, prawda o tym, co dzieje się w murach polskich placówek medycznych, trafiła już do bardzo wielu osób. Film Krzysztofa Kasprzaka i Fundacji Życie i Rodzina niewątpliwie wywoła jeszcze większą reakcję. Powinien więc ponieść się jak najszerzej.
Wspomniana fundacja bywa często krytykowana za prezentowanie w przestrzeni publicznej fotografii dokumentujących skutki tak zwanej aborcji. Zdjęcia mają wstrząsnąć obojętną na tę sprawę przeważającą większość opinii publicznej. W przypadku filmu Krzysztofa Kasprzaka zarzut zbytniej drastyczności obrazów odpada.
Oglądający poznają za to ustne relacje o faktach, które powinny wstrząsnąć każdym, kto zachował choćby elementarną wrażliwość. Nieprzypadkowo media i popkultura rezerwują ją dla wrogich nam kulturowo imigrantów, przestępców, a w najlepszym razie – niewinnych zwierząt. Dzieci nienarodzone znalazły się natomiast na liście wrogów systemu.
Kolejnemu wątkowi filmu poświęciła osobny wpis w mediach społecznościowych Kaja Godek. „Kiedy proaborcyjny szpital chwali się dużą liczbą porodów, zawsze zapytajcie, ile z tych porodów to zamordowane dzieci. Bo w statystykach NFZ to jest to samo. Ten rząd likwiduje porodówki, a za aborcję płaci jak za poród” – napisała liderka Fundacji Życie i Rodzina. Ten fakt to kolejna odsłona obecnego systemu, a w istocie rzeczy – diabelskie szyderstwo z prawdziwej medycyny i służby człowiekowi.
Jak wynika z udokumentowanych przez twórców filmu relacji świadków, ginekolodzy w Polsce notorycznie, chociaż subtelnie nakłaniają kobiety do zabijania potomstwa. Straszą – niejednokrotnie wbrew faktom – że dzieci urodzą się chore, niezdolne do życia. Oczywiście, oferują też „pomoc” w rozwiązaniu problemu.
Klimat mamy zaś taki: sposób prezentowania przez masową propagandę oraz bezdusznych polityków tej cywilizacyjnej, elementarnej kwestii etycznej, jaką jest ochrona życia sprawił, że ludzie najczęściej mają tego tematu dość. Dali sobie wmówić, że to kwestia zastępcza. Platforma Obywatelska wraz z lewicą wciągnęły temat do wyborczego programu, ale wbrew dzieciom. Główna partia „prawicy” nieprzejednanie głosuje za życiem tylko wtedy, gdy jest w opozycji. W praktyce proponuje zaś Polakom „ministrów Niedzielskich”, ewentualnie aborcyjną turystykę.
Przeżywamy jako cywilizacja i jako naród wielką moralną zapaść, skoro aparat państwa – niezależnie od tego, kto aktualnie administruje Polską – roztacza ochronny parasol nad tak okrutną, wręcz bestialską działalnością. Tylko pojedynczy politycy i stosunkowo nieliczne grupy obrońców życia starają się położyć jej tamę. Kwestia aborcji sprowadzona została – po prawej i lewej stronie – do politycznego targu, wabika dla wyborców.
Gdy świat odzyska już moralną równowagę – pewnie znowu za tragiczną cenę kolejnego wojennego resetu w interesie światowych „elit” – oceni obecną epokę jako bodaj najbardziej barbarzyńską w dziejach. Mimo bowiem wielkich osiągnięć nauki i technologii oraz tak ogromnych, bolesnych doświadczeń historycznych, postanowiliśmy jako ludzkość popełnić faktyczne samobójstwo, którego przejawem i narzędziem jest eugenika, w tym masowa aborcja. Nie bierzmy w tym udziału, choćby nawet przez własną obojętność i bierność.
Roman Motoła
„Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”. Film dokumentalny, reż. Krzysztof Kasprzak. Prod. Fundacja Życie i Rodzina, 2026. Dostępny na platformie You Tube.
fronda.pl/Potrafia-zmotywowac-do-nauki-PAN-oferuje-prace-za-minimalna-krajowa
Ogłoszenie o pracę opublikowane przez Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk (IF PAN) wywołało falę mocnych komentarzy i oburzenia w środowisku akademickim. Powodem skandalu jest zestawienie wysokich wymagań wobec kandydatów zestawione z wynagrodzeniem na poziomie krajowej płacy minimalnej obowiązującej od początku 2026 roku.
Poszukiwany na stanowisko asystenta pracownik ma mieć doktorat z fizyki oraz od 4 do 10 lat doświadczenia w mikroskopii elektronowej, w tym biegłą znajomość języka angielskiego i umiejętność obsługi zaawansowanych narzędzi badawczych, takich jak mikroskop transmisyjny Titan Cubed 80–300. Do zadań należeć mają również analiza danych metodami Big Data, wykorzystanie technik uczenia maszynowego oraz aktywne uczestnictwo w pozyskiwaniu grantów badawczych.
Mimo tak specjalistycznych kompetencji, wynagrodzenie brutto wynosi 4 806 zł miesięcznie, co odpowiada jedynie minimalnej pensji w Polsce obowiązującej od stycznia 2026 r. — decyzji rządu, która ustaliła płacę minimalną właśnie na tym poziomie.
W praktyce kwota ta nie odbiega od najniższej krajowej, co wywołało falę krytyki w mediach społecznościowych i komentarzach środowiska naukowego. Na portalu X pojawiły się głosy, że tak niskie wynagrodzenie nie zachęca młodych fizyków do pozostania w nauce ani do aplikowania do polskich instytucji badawczych, szczególnie wobec ofert zagranicznych, które oferują znacznie wyższe stawki.
Zwrócono też uwagę, że oferta PAN, mimo iż formalnie zgodna z obowiązującymi przepisami, odbiega od standardów wynagrodzeń w sektorze badawczym, gdzie osoby z doktoratem i specjalistycznymi umiejętnościami często wypracowują kontrakty o znacznie wyższym poziomie płacy. Dane dostępne w raportach wynagrodzeń dla Instytutu Fizyki PAN wskazują, że przeciętne płace naukowców i pracowników technicznych są zróżnicowane i często znacznie przekraczają minimalne stawki [sic!! md] , co podkreślają komentatorzy.
Anna Dębska 26/01/2026 polskiobserwator.de/koniec-z-roslinami-doniczkowymi-nowy-zakaz-w-unii-europejskiej

Zbliża się nowy zakaz w Unii Europejskiej. Wiosenne zakupy w supermarketach i sklepach ogrodniczych mogą wkrótce wyglądać zupełnie inaczej. Małe, kolorowe doniczki z hiacyntami, krokusami czy narcyzami, mogą wkrótce zniknąć z półek. Powód nie jest związany z dostępnością kwiatów ani modą – chodzi o prawo i ochronę środowiska. Unia Europejska przygotowuje radykalne zmiany w przepisach dotyczących roślin doniczkowych, które dotkną każdego, kto hoduje je w swoim domu, na balkonie czyw ogrodzie. Co to oznacza dla ogrodników i miłośników kwiatów?

W ramach Europejskiego Zielonego Ładu Bruksela konsekwentnie ogranicza produkty jednorazowego użytku. Po zakazie plastikowych toreb w 2022 roku, kolejnym celem są produkty, które wcześniej wydawały się niegroźne – plastikowe doniczki. Do tej pory większe pojemniki, które sprzedawano razem z rośliną lub używano w różnych etapach produkcji, były wyłączone z przepisów. Teraz UE planuje, by wszystkie plastikowe doniczki zostały zakwalifikowane jako jednorazowe opakowania, które mają zniknąć do 2030 roku. To radykalna zmiana dla branży ogrodniczej i zwykłych klientów.
Producenci i sprzedawcy roślin nie kryją zaskoczenia. Hans Joachim Brinkjans, wicedyrektor Zentralverband Gartenbau (ZVG), podkreśla, że interpretacja Komisji Europejskiej jest zbyt szeroka i może znacząco skomplikować handel kwiatami. „Nie wiadomo, jak sprostamy tym wymaganiom bez ogromnych kosztów i strat w transporcie. To realne zagrożenie dla małych i średnich firm,” mówi Brinkjans.
Dla ogrodników oznacza to konieczność przemyślenia całego procesu produkcji, od szklarni po sprzedaż detaliczną. Jak podaje t-online, koszty logistyczne mogą wzrosnąć, a dotychczasowe plastikowe doniczki przestają być opcją „bezpieczną i tanią”.
Zakaz plastikowych doniczek nie oznacza bezwzględnego końca sprzedaży roślin, ale zmieni sposób, w jaki trafiają one do domów klientów. Obecnie rozważane są kilka rozwiązań:
Każda z tych opcji wymaga kompromisu między ekologią, praktycznością i kosztami.
Dla przeciętnego kupującego zmiana może oznaczać: wyższe ceny roślin, konieczność korzystania z nowych rodzajów doniczek, ewentualny udział w systemach zwrotu lub wymiany pojemników.
Jednocześnie UE podkreśla cel zmian: ograniczenie odpadów plastikowych, które trafiają do środowiska naturalnego w ogromnych ilościach, oraz promowanie rozwiązań bardziej zrównoważonych.
niezalezna.pl/lawnicy-wyznaczeni-na-dobe-przed-procesem-czytali-8333-stron-akt-na-godzine
Ławnicy orzekający w sprawie księdza Olszewskiego i urzędniczek zostali wyznaczeni dzień przed procesem 20 stycznia. Mieli więc dobę na zapoznanie się z ponad 200 tysiącami stronami akt, co jest fizycznie niemożliwe – ustaliła niezalezna.pl.
Sędzia Justyna Koska-Janusz na posiedzeniu 21 stycznia stwierdziła, że ma zaufanie do ławników i złożyli ono oświadczenie, że zapoznali się aktami. Jak wyliczyliśmy, ławnicy by zapoznać się z aktami, musieliby przejrzeć ok. 400 stron tekstu na minutę – i to jeszcze ze zrozumieniem. Bez snu i przerw. – W tej sytuacji ten skład orzekający jest iluzoryczny, Ten proces nie może być kontynuowany – mówi obrońca Krzysztof Wąsowski.
Autor: Jarosław Molga
fot. Tomasz Jędrzejowski – niezalezna.pl Sąd
Przeglądając akta sprawy, obrońca księdza Olszewskiego natknął się na decyzję dotyczącą wyznaczenia ławników do sprawy księdza. Wydała ją szefowa wydziału Sądu Okręgowego w Warszawie sędzia Magdalena Wójcik. Ta sama, która dostała awans zaraz po tym, jak przedłużyła w 2024 roku areszt dla księdza i urzędniczek.
Okazuje się, że ławnicy zostali wyznaczeni przez sędzię 20 stycznia, a więc na dobę przed rozpoczęciem procesu.
– Jak mówiła na posiedzeniu 21 stycznia sędzia Koska-Janusz, jako przewodnicząca składu orzekającego ma zaufania do wyznaczonych ławników, a oni złożyli oświadczenie, że zapoznali się z aktami. To jest fizycznie niemożliwe w ciągu doby – mówi obrońca księdza Michał Skwarzyński.
– Akta liczą co najmniej 200 tysięcy stron. Wystarczy tylko ta zaniżona liczba , by okazało się, że ławnicy w ciągu 24 godzin nie mogli się z aktami zapoznać, a to oznacza, że skład tego sądu jest wadliwy, jest iluzoryczny, a w takiej sytuacji proces nie może być kontynuowany. W środę na planowanym posiedzeniu będziemy to podnosić – mówi obrońca księdza i pani Urszuli Krzysztof Wąsowski.
Wyliczyliśmy, że zapoznanie się z 200 tysiącami stron akt w ciągu doby oznacza, że ławnicy musieliby w ciągu godziny zapoznać się i zrozumieć z 8333 stronami tekstu, czyli 138,8 strony na minutę, czyli ponad 2 strony na sekundę. Bez snu i jakiejkolwiek przerwy!
Obrońcy księdza i urzędniczek kwestionowali przygotowanie ławników od momentu, kiedy okazało się, że wylosowani rok temu ławnicy nie będą brać udziału w tym procesie. – Wtedy podnosiliśmy, a był to początek stycznia, że niemożliwe jest zapoznanie się z taką ilością akt w kilka dni, bo zawodowej sędzi Kosce-Janusz zajęło to rok. Teraz okazuje się, że to była doba. Albo mamy do czynienia z cudem, albo ławnicy poświadczyli nieprawdę.
Z naszych informacji z wewnątrz sądu wynika, że mec. Wąsowski otrzymał akta przez niedopatrzenie, a w wydziale VIII rozdzwoniły się telefony, co zrobić w sytuacji, kiedy ta informacja wyszła na jaw.
– To już jest sprawa sądu. Bez wątpienia taka sytuacja to powód do unieważnienia tego procesu – mówi nam Krzysztof Wąsowski.
Autor: Jarosław Molga

pch24/kolejna-wielka-afera-korupcyjna-na-ukrainie-dosyc-robienia-za-bankomat-kijowa

(fot. PAP/EPA/ROBERTAS DACKUS / HANDOUT)
– Właśnie dowiedzieliśmy się, że przy eksporcie zboża z Ukrainy korupcja tak rozkwitła, że łapówki dla byłego szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) oraz szefa tamtejszego Departamentu Bezpieczeństwa sięgały nawet… 10 milionów dolarów miesięcznie! – informuje europoseł Ewa Zajączkowska-Hernik w mediach społecznościowych. – To kolejna afera korupcyjna na Ukrainie, a w największą z nich zamieszani są najbliżsi ludzie prezydenta Zełenskiego – przypomina polityk Konfederacji.
Co chwilę dowiadujemy się o kolejnych aferach korupcyjnych u naszego wschodniego sąsiada. W listopadzie 2025 r. na jaw wyszło istnienie rozbudowanego systemu korupcyjnego w sektorze energetycznym. Miesiąc później ukraińskie służby informowały, że niektórzy posłowie oferowali za pieniądze głosowania w Radzie Najwyższej Ukrainy. Teraz dowiadujemy się o kolejnej aferze korupcyjnej – tym razem przy eksporcie ukraińskiego zboża.
Jak informuje Ewa Zajączkowska-Hernik, w tej sprawie rozpoczęło się postępowanie karne dotyczące m.in. nielegalnych korzyści i działania zorganizowanej grupy przestępczej. – To kolejna afera korupcyjna na Ukrainie, a w największą z nich zamieszani są najbliżsi ludzie prezydenta Zełenskiego – przypomina europoseł.
Pomimo tak wielkiej nieuczciwości polityków naszego wschodniego sąsiada, Komisja Europejska… rozważa sposoby umożliwienia szybkiego przystąpienia Ukrainy do UE. – To już kwestie korupcji, praworządności i generalnego stanu państwa nagle nie mają znaczenia dla eurokratów? – pyta retorycznie Zajączkowska-Hernik.
O „tajnym planie” KE dotyczącym szybkiego przyjęcia Ukrainy do UE informował również Victor Orban. – Brukselczycy zaakceptowali w nim wszystkie ukraińskie żądania. 800 miliardów dolarów dla Ukrainy, przyspieszenie akcesji do UE do 2027 roku i dalsze wsparcie aż do 2040 roku – powiedział premier Węgier.
Przed takim krokiem ostrzega Ewa Zajączkowska-Hernik. – Czyli nie dość, że dalej mamy robić za bankomat dla Ukrainy, to jeszcze mamy sprowadzić na siebie duże zagrożenie ekonomiczne i społeczne. Z jednej strony oznaczałoby to totalny zalew ukraińskich produktów rolno-spożywczych, a z drugiej niekontrolowany napływ kolejnych setek tysięcy, jeśli nie milionów, imigrantów z Ukrainy – zaznacza europoseł Konfederacji.

Polityk postuluje koniec dalszego zadłużania się na rzecz Ukrainy, koniec spłacania odsetek za ukraińskie pożyczki, niewysyłanie polskich żołnierzy na Ukrainę, zatrzymanie wejścia Ukrainy do UE i NATO, oraz zniesienie jakichkolwiek przywilejów dla Ukraińców w Polsce.
– Koniec robienia z siebie sług narodu ukraińskiego, czas na asertywną politykę i dbanie przede wszystkim o własnych obywateli – apeluje europoseł. – Jak nie zaczniemy się szanować, to nikt nas nie będzie szanował. To POLSKIE interesy zawsze muszą być na pierwszym miejscu! – podkreśla Ewa Zajączkowska-Hernik.
Wysłane przez: Marucha w dniu 2026-01-25 Krzysztof Podgórski marucha/zmasowany-atak-na-kijow
Sytuacja ukraińskiej infrastruktury energetycznej pogarsza się, nocą z 23/24 stycznia Rosjanie znów wykonali na nią potężne kombinowane uderzenie.

W obliczu, mówiąc oględnie, dość oszczędnego gospodarowania faktami przez nasze media głównego nurtu, zebrałem dostępne informacje o ostatnim rosyjskim uderzeniu na energetykę Ukrainy i po poddaniu ich krytycznej analizie zebrałem je w całość i udostępniam Państwu.
Ukraina stoi na krawędzi katastrofy humanitarnej i potrzebuje zawieszenia broni w sektorze energetycznym, powiedział w południe 24.01.2026 roku w Davos prezes ukraińskiej firmy dostarczającej energię elektryczną DTEK Maksym Timczenko: „Potrzebujemy zawieszenia broni w sektorze energetycznym. Jesteśmy o krok od katastrofy humanitarnej. Ludzie otrzymują prąd przez 3-4 godziny, a potem następuje 10-15-godzinna przerwa w dostawie. Budynki mieszkalne są bez ogrzewania od kilku tygodni. DTEK stracił 60-70% swoich mocy wytwórczych i poniósł straty rzędu setek milionów dolarów. Odbudowa sektora energetycznego będzie kosztować 65-70 miliardów dolarów i zajmie kilka lat. Chodzi raczej o konieczność stworzenia nowego systemu energetycznego na Ukrainie”.
Zaledwie po 4 dniach od ostatniego zmasowanego uderzenia, na energetykę Ukrainy Rosjanie, kolejne wyprowadzili nocą z 23/24 stycznia kolejne, starając się doprowadzić do blackoutu. Rosyjski atak rozpoczął się ok. godz. 20.30 23.01.2026 kiedy na ekranach radarów ukraińskiej OPL zobaczono, że granice obwodu czernihowskiego zaczęły przekraczać liczne grupy rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych Geranja-2, Geranja-4 i Gerbera.
Ok. godz. 21,30 kilkadziesiąt dronów Gernaja-2 przekroczyło granicę również na wschodzie i rozpoczął się atak na Charków. Mer miasta Teriechow poinformował o 25 trafieniach dronami Gernaja-2 . Głównym celem była stacja elektroenergetyczna Łosiewoje 330 kV, zlokalizowana w strefie przemysłowej oraz mobilne, duże generatory.
Od godz. 23.15 fale rosyjskich dronów dalekiego zasięgu zaczęły docierać nad Kijów ogłoszono alarm przeciwlotniczy i rozpoczęła się wielka bitwa ukraińskiej OPL broniącej aglomeracji kijowskiej z rosyjskim nalotem. Tuż po północy pierwsze drony trafiły w Elektrociepłownię TES-6 a potem TES-6.
Ok. godz. 0.30 kanały ukraińskie kanały monitoringu zaczęły informować o lecących na Kijów rakietach balistycznych. O godz.0.42 dostrzeżono nowoczesną trudno wykrywalną rakietę manewrująca Ch-69 odpaloną z samolotu wielozadaniowego Su-57 lecącą na cel opodal Czarnobyla. W/g oficjalnych informacji ukraińskich rakietę miano zestrzelić.
Do godziny 0.55 w obwodzie Kijowskim na cele infrastruktury energetycznej Rosjanie wystrzelili 6 rakiet balistycznych z czego gros to rakiety systemu Iskander-M oraz cele pozorne rakiety systemu OPL dalekiego zasięgu S-400 i cele pozorne typu PM-48U. Szczątki co najmniej jednej rakiety systemu S-400 pokazano nad ranem 24 stycznia.
Ok. godziny pierwszej w nocy od strony północnej granicy Ukrainy, po raz pierwszy od wiosny 2022 nadleciały trzy bombowce strategiczne Tu-22M3 z 52 Gwardyjskiego Pułku lotnictwa Dalekiego Zasięgu. Druga trójka z obszaru obwodu biriańskiego, atakowała cele w obwodzie kijowskim około godziny 1.12
Przemieszczające sie z dwukrotną prędkością dźwięku bombowce Tu-22M3 wychodziły na rubież rażenia i w/g strony ukraińskiej miały odpalić łącznie 12 naddźwiękowych rakiet manewrujących Ch-32, służących w/g założeń konstruktorów do ataków na lotniskowce stąd przenoszących potężna głowicę bojową o masie aż 900 kg. Głowice te były w stanie zniszczyć ukraińskie transformatory energetyczne ukryte w specjalnie zbudowanych przez Ukraińców, wielkich żelbetonowych sarkofagach.
W/g komunikatu Ukraińskich Sił Zbrojnych z 12 rakiet Ch-32 miano zestrzelić, za pomocą systemów OPL w tym amerykańskich MIM-104 Patriot i niemieckich IRIS-T SLM aż 9, co nie wydaje się jednak wiarygodne. Dotychczas Ukraińcy sami twierdzili, że nie są wstanie zestrzeliwać Ch-22 (starszej wersji Ch-32) więc tym bardziej nie jest łatwo zestrzelić jej unowocześnionej wersji.
Uderzenie bombowców strategicznych atakujących za pomocą ciężkich naddźwiękowych rakiet manewrujących Ch-32 wskazuje na to, że Rosjanie próbowali „energetycznie odciąć Kijów” od zasilania, niszcząc doszczętnie lub powodując rozległe zniszczenia kluczowych obiektów infrastruktury energetycznej podczas tego nocnego ataku.
Co ważne, do ataku Rosjanie wykorzystali również hiperdźwiękowe, niezstrzeliwalne, ultranowoczesne rakiety 3M22 „Cyrkonia” bazowania morskiego, które startowały Morza Czernego z fregaty Admirał Essen. O godz. 0.42 obie trafiły w największą na Ukrainie, strategiczną podstację energetyczną 750KV „Kijewskaja”. Znajdująca się w Białej Cerkwi ogromna podstacja, łącząca Równieńską Elektrownię Jądrową z Kijowem broniona była przez silne zgrupowanie ukraińskiej OPL, w tym uzbrojone w baterię amerykańskiej produkcji systemu przeciwlotniczo/przeciwrakietowego MIM-104 Patriot.
W/g danych obiektywnych, Kijowska Elektrownia Cieplna-6 ponownie została kilkukrotnie trafiona rosyjskimi rakietami i dronami, podobnie jak Elektrociepłownia nr 5 oraz szereg innych obiektów jak transformatory i podstacje energetyczne. W/g komunikatu Ukraińskich Sił Powietrznych łącznie Rosjanie wysłali do ataku 375 dronów dalekiego zasięgu, spośród których lotnictwo, środki OPL (rakietowe, lufowe), mobilne grupy OPL, jednostki dronów przeciwlotniczych oraz środki Walki Radiowo Elektronicznej miały zestrzelić/obezwładnić łącznie 357, co wydaje się wobec skali zniszczeń ilością zawyżoną.
Władze miasta informują, że w związku z trudną sytuacją w kwestii dostaw prądu, Kijów miało opuścić ok. 600 000 mieszkańców. W mieście w wielu dzielnicach brak jest dostaw nie tylko energii elektrycznej, ale i cieplnej a nawet wody. Na większości obszaru Kijowa prąd dostarczany jest w/g grafika, przez ok. 4 godziny dziennie.
Widzimy zatem, że strona rosyjska konsekwentnie prowadzi ofensywę lotniczą wymierzoną w ukraiński system energetyczny w celu wywołania katastrofy humanitarnej. Ma to w efekcie w/g zamysłu Moskwy doprowadzić do niepokojów społecznych i zgody władz ukraińskich na warunki pokoju podyktowane przez Rosjan.
Krzysztof Podgórski https://myslpolska.info/
Przebudzenie ze śpiączki
Anna Zollner
Ostatni sen Europy przed upadkiem
apolut.net/aus-dem-koma-erwacht-von-anna-zollner
„Obserwatorium liryczne” Anny Zollner.
Co się zepsuło w USA? Właściwie nic. Zachowują się dokładnie tak, jak zawsze zachowują się imperia, gdy ich zenit minął, a ich upadek jest nie do zatrzymania. Nie moralnie wykolejeni, ale konsekwentnie napędzani logiką władzy. Drwią z zasad, bo zasady są przydatne tylko tym, którzy rosną w siłę. Upadające imperia nie mają już cierpliwości do maskarad. Otwarcie uciekają się do przemocy, bo mit już nie obowiązuje. Tam, gdzie mit się wali, zaczyna się surowy rozrachunek. A imperium nie żyje traktatami, nie moralnością, nie wartościami. Żyje mitem swojej niezwyciężoności. Dla własnych dzieci. Dla podbitych terytoriów. Dla tych, którzy mają wierzyć, że są częścią czegoś większego.
Dopóki ten mit działa, imperium zapewnia porządek, bezpieczeństwo, prawo i stabilność po podboju. Tworzy walutę zależności. Za pomocą tej waluty kupuje lojalność. Podbici stają się wspólnikami aparatu przemocy, nie z przekonania, lecz z konformizmu. Imperium deleguje swoją władzę tym, których kontroluje. Imperium prosperuje dzięki wyzyskowi swoich „partnerów”, którzy rozwijają syndrom sztokholmski i mylą swoje podporządkowanie z partycypacją. Stany Zjednoczone nie są wyjątkiem. Nigdy nie miały przyjaciół. Miały interesy. A te interesy zawsze były przede wszystkim amerykańskie. Ameryka przede wszystkim to nie styl polityczny, ale koniec udawania.
Upadek zaczyna się nie od nadmiernej ekspansji, ale od dezorientacji. USA przegapiły wzrost Chin, ponieważ strategicznie trzymały się Rosji. Dwie dekady ekspansji NATO, polityki zmiany reżimu, sankcji i retoryki eskalacji, podczas gdy Pekin zabezpieczał łańcuchy dostaw, technologie, surowce i rynki. Teraz w Waszyngtonie zaczyna się pojawiać zrozumienie. Za późno. Kraje BRICS nie podlegają już negocjacjom, lecz są strukturalnie usztywnione. Petrodolar, fundament amerykańskiej projekcji siły od lat 70., traci swoją wyłączność. Ci, którzy handlują ropą poza strefą dolara, nie będą już automatycznie karani. To nie jest drobiazg. To tektoniczne pęknięcie.
Co więc zrobić? Pragmatyzm zastępuje ideologię. Utrzymywać konflikty poniżej progu poważnej eskalacji. Zaangażować Rosję militarnie, związać ją gospodarczo i wykluczać moralnie. Nie pokonać ją, ale związać. Jednocześnie powstrzymać rosnących w siłę lub opornych partnerów. Europę, a przede wszystkim Niemcy. Jak? Zniszczyć dostawy energii, zaostrzyć zależności, zaangażować elity polityczne i wybrać kanclerza. Realizować interesy finansowe za pośrednictwem korporacji i funduszy oraz infiltrować ideologicznie poprzez partie, fundacje i organizacje pozarządowe. Atomizować społeczeństwo poprzez politykę tożsamości i ciągłą agitację. Podzielony kraj nie zadaje pytań. Podzielony kraj nie może organizować oporu.
To również wyjaśnia upadek Nord Streamu. Nie jako irracjonalny akt, lecz posunięcie strategiczne. Gazociąg był siłą napędową niemieckiej gospodarki. Tania, przewidywalna energia stanowiła decydującą przewagę konkurencyjną przemysłu. Wraz ze zniszczeniem Nord Stream ta geopolityczna przewaga została wyeliminowana. Kraj uprzemysłowiony zostaje celowo pozbawiony energii. Niemcy tracą, energia drożeje, a amerykański LNG zyskuje udziały w rynku.
Ta logika nie jest wiedzą tajemną; jest otwarcie artykułowana od lat. Wyciekły dokument strategiczny RAND Corporation zaleca systematyczne „nadmierne rozciąganie i destabilizację” Rosji – poprzez politykę energetyczną, sankcje, zaangażowanie militarne i konflikty zastępcze. Istota: osłabić Rosję gospodarczo, utrzymać ją pod okupacją militarną i potępić moralnie na arenie międzynarodowej – otwarcie akceptując straty gospodarcze dla Europy, a zwłaszcza dla Niemiec. Europa nie jest partnerem, lecz pionkami.
W tym kontekście Ukraina pełni rolę łącznika: posterunku wojskowego, dźwigni moralnej i strefy wiecznego kryzysu. Porozumienia mińskie nie służyły uspokojeniu Ukrainy, lecz – jak później otwarcie przyznano – jej ukrytemu dozbrojeniu. Dyplomacja jako sposób na zyskanie czasu.
Traktaty pokojowe jako środek odstraszający przed kolejną wojną. Jednocześnie wysocy rangą urzędnicy amerykańscy otwarcie przyznali się do lekceważenia interesów europejskich – „pieprzyć UE” nie było przejęzyczeniem, lecz opisem obecnej sytuacji. Niemcy miały za to zapłacić: drogą energią, dostawami broni, kosztami uchodźców i obciążeniem systemów zabezpieczenia społecznego.
Dodatek:
Prawdziwy charakter tego podejścia został później otwarcie potwierdzony. Angela Merkel przyznała, że porozumienia mińskie nie miały być instrumentami pokoju, lecz służyły raczej zyskaniu na czasie – czasie na zbrojenia, szkolenia i przygotowania wojskowe Ukrainy. Mińsk nie był zatem nieudanym traktatem, lecz celowo złamaną obietnicą. Porozumieniem jako taktyczną pauzą, a nie rozwiązaniem. Dyplomacja stała się funkcją gospodarki wojennej, zaufanie – zasobem jednorazowego użytku. Zdrada mińska nie była awarią, lecz częścią architektury.
Rezultatem nie jest przypadek, lecz reakcja łańcuchowa: de-industrializacja, rosnące wydatki socjalne, presja fiskalna i erozja społecznej gospodarki rynkowej. Państwo opiekuńcze nie jest reformowane; jest ono demontowane geopolitycznie. Poświęca się lokalizację, aby ustabilizować imperium.
Następnie uwaga przenosi się na własną półkulę: Grenlandię, Kanadę, USA, Amerykę Środkową, Amerykę Południową. Stara doktryna Monroe’a, przemianowana. Wenezuela nie była aberracją, lecz próbą generalną. Surowce, strefy wpływów, zabezpieczenie dostępu. Samodzielna konsolidacja imperium. Jednocześnie wycofanie się z organizacji międzynarodowych, które imperium samo kiedyś stworzyło, by związać innych. Prawo międzynarodowe jest narzędziem zwycięzców. Gdy tylko zwiąże, staje się utrapieniem.
Zasady obowiązują tylko tak długo, jak długo są użyteczne.
Wenezuela idealnie wpisuje się w ten schemat. Kraj ten posiada największe na świecie potwierdzone złoża ropy naftowej i jest producentem od 1914 roku – na długo przed Arabią Saudyjską. W latach 30. i 40. XX wieku Wenezuela odgrywała dużą rolę dla Stanów Zjednoczonych, którą później przejęła Arabia Saudyjska. Przełom nastąpił wraz z nacjonalizacją i otwarciem na rosyjskie i chińskie firmy naftowe. Ropa naftowa spoza zachodniej strefy wpływów obniża ceny. To właśnie jest toksyczne dla amerykańskiej ropy wydobywanej metodą szczelinowania, która wymaga stale wysokich cen. Wenezuela nie jest problemem. Wenezuela jest zbiornikiem rezerwowym. Sankcje zastępują bezpośredni dostęp.
Co więcej, Wenezuela stanowi strategiczne zabezpieczenie na wypadek wojny z Iranem. Cieśnina Ormuz jest jednym z kluczowych wąskich gardeł światowej gospodarki: około 20 procent światowego handlu ropą przechodzi przez tę cieśninę.
Eskalacja militarna spowodowałaby nagły i poważny niedobór na rynku światowym, co doprowadziłoby do gwałtownego wzrostu cen. Stany Zjednoczone pozostałyby strukturalnie nietknięte. Chociaż są obecnie największym producentem ropy naftowej na świecie, konsumują więcej niż produkują i nadal importują część swoich potrzeb. Niemniej jednak są niemal całkowicie samowystarczalne.
Szok cenowy ropy uderzyłby w Europę, a nie w Amerykę. Drastyczny wzrost cen ropy nie byłby dla USA zagrożeniem, a raczej korzyścią: ustabilizowałby kosztowną produkcję metodą szczelinowania hydraulicznego, a jednocześnie stworzyłby możliwość wprowadzenia wenezuelskiej ropy na rynek po wysokich cenach. Podczas gdy Europa musi radzić sobie z niedoborami energii, inflacją i deindustrializacją, Waszyngton skorzystałby na tym niedoborze.
Powojenny porządek ONZ z prawem weta to porządek z 1945 roku, dyktowany przez zwycięzców i zdominowany przez USA. Nigdy nie był neutralny, a jedynie funkcjonalny. Teraz stoi na przeszkodzie. Zastępuje go więc coś bardziej niezobowiązującego, bardziej mglistego: „porządek oparty na wartościach”. Wartości są podatne na zmiany. Wartości są zbywalne. Wartości mają ceny giełdowe. Moralność jest prywatyzowana, przemoc znacjonalizowana. Zasada siły nie powraca, ponieważ nigdy nie zniknęła. Po prostu nie jest już maskowana.
A Niemcy? Niemcy wciąż są naiwne. Przełknęły narrację o Wielkim Bracie, który utrzymuje pokój, prowadząc wojny. Wierzyły, że suwerenność można delegować.
Geopolitycznie zrujnowały swoje dostawy energii, ujawniły swój przemysł, moralizowały swoją politykę zagraniczną i tym samym uznały się za dojrzałe. Niemcy mylą posłuszeństwo z dojrzałością. Teraz stoją między frontami i nazywają to odpowiedzialnością.
Kolejna faza jest już widoczna. Rosja, Chiny i Indie wezmą to, czego potrzebują. Nie ze złej woli, lecz z logiki. Autarkia góruje nad moralnością. Dostęp góruje nad atrakcyjnością. Każdy, kto wierzy, że światem można rządzić za pomocą apeli, myli konferencje prasowe z władzą. Władza nie prosi. Władza bierze.
Konsekwencja byłaby oczywista, gdyby odważyć się powiedzieć o niej głośno. Europa musiałaby wyrwać się z uścisku II wojny światowej. Stać się suwerenną. Myśleć autonomicznie. Działać strategicznie. Koniec z obcymi wojskami jako gwarancją bezpieczeństwa, a jako ryzykiem. Rosja jako sąsiad, a nie jako narracja. Handel i zbliżenie zamiast romantyzowania państwa frontowego. Wolny rynek bez logiki blokowej. Wyjście z NATO w stronę defensywnego, europejsko-eurazjatyckiego sojuszu bezpieczeństwa, który chroni granice zamiast eksportować wojny. Neutralność to nie tchórzostwo, lecz szacunek do samego siebie.
Aby to jednak nastąpiło, Niemcy musiałyby zrobić porządki. Musiałyby zdemontować struktury, które systematycznie przedkładają interesy USA nad interesy Niemiec. Musiałyby zdemontować transatlantyckie think tanki, sieci wpływów i fundacje. Musiałyby zdemontować prasę, która w 90 procentach jest nośnikiem narracji, a nie stróżem prawa.
Patriotyzm musiałby zostać zrehabilitowany jako miłość do ojczyzny, a nie jako źródło podejrzeń. Ci, którzy delegitymizują ojczyznę, delegitymizują opór. Ci, którzy się temu sprzeciwiają, nie zdradzają moralności, lecz suwerenności.
Jak na ironię, tę jasność zawdzięczamy bardzo rażącej polityce Donalda Trumpa. Jego całkowitej obojętności na europejskie sentymenty. Jego brutalnej szczerości. Wielki Brat nigdy nie był bratem. Zawsze był szkolnym tyranem z lepszymi działami PR. Teraz wszyscy to widzą. Nie dlatego, że jest uczciwy, ale dlatego, że nie stać go już na wyszukane przebranie. To jest sygnał ostrzegawczy. Pytanie tylko, czy Europa zareaguje, czy znów zaśnie.
Jeśli Europa znów zaśnie, zginie. Tym razem nie będzie żadnej szalupy ratunkowej. Żadnego Planu Marshalla. Żadnej pomocy z zewnątrz. Każdy, kto na tym etapie historii myli komfort z bezpieczeństwem, w zasadzie godzi się na własne samobójstwo.
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Artykuł ukazał się 25 stycznia 2026 roku na stronie : apolut.net/aus-dem-koma-erwacht-von-anna-zollner