Tak głupiego prezydenta USA jeszcze nie było. [uzup.]

– „Tak głupiego prezydenta USA jeszcze nie było” –

– mówi dr Wojciech Szewko w godzinnym wywiadzie przeprowadzonym przez Jacka Podgórskiego i Andrzeja Rozenka:

Jakie w końcu były przyczyny amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran? – pyta J. Podgórski. Odpowiada W. Szewko: Nie odszukamy tych przyczyn w wypowiedziach Trumpa i jego administracji. Kolejne wypowiadane przez nich: zmiana reżimu w Iranie, zatopienie marynarki wojennej, zniszczenie lotnictwa, konfiskata wzbogaconego uranu czy ograniczenie programu rakietowego – są po prostu nieprawdziwe.

Agresorzy zamordowali przywódców irańskich wraz z ajatollahem Chameneim – celem było sparaliżowanie działań władzy, a skutki były odwrotne: miliony ludzi w Iranie oraz szyitów w innych państwach wyszły na ulicę, by opłakiwać męczennika, a jeśli idzie o uran, to Teheran zgodził się we wcześniejszych rokowaniach na rozrzedzenie uranu czy też oddanie go Rosji. Zresztą wzbogacony uran po czerwcowej 12-dniowej wojnie został wywieziony do kilku czy kilkunastu podziemnych miejsc.

Cele Izraela były bardziej konkretne i zostały zrealizowane w pewnym stopniu: armia izraelska zniszczyła znaczną część irańskiego przemysłu maszynowego, metalowego i zbrojeniowego, a także zrównała z ziemią budynki rządu i administracji oraz obiekty użyteczności publicznej. Celem ostatecznym Tel Awiwu jest cofnięcie Iranu do epoki kamienia łupanego [tu dodam, że Iran podjął te same działania wobec Izraela – przypis ZB].

Wojna na Bliskim Wschodzie. Konflikt Izrael - Iran

Wojna na Bliskim Wschodzie

Izrael atakuje obecnie trzy państwa: Iran, Syrię i Liban, więc jego sytuacja nie jest korzystna. Kończą się efektory, więc armia broni tylko najważniejsze obiekty. Brakuje też rekrutów. Nadzieją dla ludzi pokoju byłaby porażka Netanjahu w tegorocznych wyborach, jednak nie nastąpi to raczej, ta wojna służy zbrodniczemu premierowi.

W sumie Trump nie osiągnął żadnego z zakładanych celów: nie zmienił rządu Iranu, nie zniszczył przemysłu rakietowego i nie przejął kilkuset kilogramów wzbogaconego uranu. Wręcz odwrotnie: doprowadził do zamknięcia Cieśniny Ormuz, czego skutkiem jest brak odpowiedniej ilości ropy i gazu na rynkach światowych. Wielu analityków przewiduje, że USA zostawią wzburzony Iran, który zrozumie, że bez broni atomowej nie ma co myśleć o suwerenności.

Wszystko wskazuje na to, że Cieśnina Ormuz, która od miesiąca jest pod całkowitym nadzorem Teheranu, zmieni swój status i stanie się skarbonką dla Iranu i Omanu, które są w trakcie opracowywania statusu cieśniny na wzór cieśnin czarnomorskich. Warunki przepłynięcia statków są jednoznaczne: mogą płynąć wszystkie (z wyłączeniem amerykańskich i izraelskich) po opłaceniu dwóch milionów dolarów w juanach.

Czy USA zdecydują się na wejście na irański ląd? – Byłby to największy prezent od Amerykanów – mówi dr W. Szewko. – Kilka czy kilkanaście tysięcy żołnierzy amerykańskich nie ma najmniejszych szans w terenie górzystym z milionową armią irańską, której na pomoc może przyjść 300 tysięcy szyickich bojowników z Iraku.

I na koniec przytoczę parę zdań z ‚Myśli Polskiej’, które w pełni uzasadniają tytuł tej notki: „Jeśli Iran nie otworzy Cieśniny Ormuz do wtorku wieczorem, straci wszystkie elektrownie i mosty” – zagroził Donald Trump w rozmowie z dziennikiem ‚Wall Street Journal’. Prezydent USA jeszcze ostrzej zareagował w mediach społecznościowych pisząc, że „we wtorek odbędzie się ‚dzień mostów i elektrowni” w Iranie’, zapowiadając kolejne ataki. „Otwórzcie tę pi****oną cieśninę, szaleni dranie!”.

Opracował: Zygmunt Białas

=====================================

tOświadczenie Ambasady Iranu w Republice Południowej Afryki, znalezionego dzisiaj na blogu Bruska Kodłucha. Oceńcie sami poziom i kulturę wypowiedzi najwyższego przedstawiciela USA i dyplomatycznego przedstawiciela Iranu.

————————————————————–

W następstwie wypowiedzi przypisywanych prezydentowi USA Donald Trump, w których zasugerował, że „zepchnie Iran z powrotem do epoki kamienia łupanego”, jeśli ten będzie nadal zamykał Cieśninę Ormuz… Ambasada Iranu w Republice Południowej Afryki wydała oświadczenie o następującej treści:

Epoka kamienia łupanego? Gdy wy szukaliście ognia w jaskiniach, my zapisywaliśmy zasady praw człowieka na Cylindrze Cyrusa. Nasz kraj nie jest opowieścią do opowiadania, lecz dziedzictwem, które się chroni, tożsamością, której nie da się wymazać, i zapisem cywilizacji, której nie złamią burze polityki ani wasze słabe wypowiedzi. Gdy my przekazywaliśmy światu wiedzę, pismo, rolnictwo i inne nauki, nie istniało jeszcze coś takiego jak Stany Zjednoczone, a ziemia, na której dziś stoicie, należała do rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy zostali poddani ludobójstwu. Dziś idziecie po ich krwi i po ruinach ich historii, która została siłą wymazana. Historia świadczy na ich korzyść, nie na waszą.

A nasza cywilizacja, trwająca od sześciu tysięcy lat, jest tego dowodem. Zapytajcie swoich przodków, jeśli chcecie… Przepraszamy – to nasz błąd, bo wy nie macie przodków, których moglibyście zapytać.

Ziemia, na której powstał Iran, nie została zbudowana przypadkiem ani nie pojawiła się nagle w historii narodów. To ciągłość cywilizacyjna sięgająca głęboko w przeszłość, która przetrwała zmiany i oparła się burzom dziejów. Persja stawiła czoła najazdowi Aleksandra Wielkiego oraz inwazji Mongołów, a los najpotężniejszych imperiów w historii pokazuje, że upadły – podczas gdy Iran pozostał. Wyobraź więc sobie, jak wielka jest nasza odporność.

● Źródło: oświadczenie ambasady Iranu w Republice Południowej

Українська правда. MEM-y VIII.

———————————————————–

————————————

—————————————–

———————

————————————————-

——————————————————-

———————–

———————————————————–

——————————————-

Opowiem wam o Iranie

salon24.pl/opowiem-wam-o-iranie

Opowiem wam o Iranie

Waldemar Żyszkiewicz

29–37 minut


Nie będzie to jednak ani diabolizująca państwo Ariów narracja z perspektywy imperium Stanów Zjednoczonych, które pretendują do arbitralnego narzucania swych porządków w każdym zakątku globu. Ani też wizja odpowiadająca obecnym władzom Państwa Żydowskiego, jawnie aspirującym do budowy Wielkiego Izraela jako podmiotu politycznego o statusie regionalnego mocarstwa na Bliskim Wschodzie.

Islamska Republika Iranu – nieoficjalnie Iran – dawniej znana jako Persja, leży w położonej najbardziej na zachód południowej części kontynentu azjatyckiego. W polskiej terminologii zwykle określa się ten region mianem Bliskiego Wschodu. Z powierzchnią sięgającą 1 650 000 km kw. oraz populacją liczącą prawie 92,5 miliona mieszkańców (dane z roku 2025) republika irańska – zarówno pod względem swego obszaru, jak i liczby ludności – jest 17. państwem świata. A szóstym, co do wielkości, w samej Azji. 

Ćwierć miliona Żydów w Iranie 

Iran to dość rozległy kraj, o terytorium w znacznej części górzysto-wyżynnym, z dolinami na wybrzeżach obmywanych od zachodu i południa przez wody zatok Perskiej i Omańskiej, od północy przez wody Morza Kaspijskiego, które pozostaje w istocie największym, choć słonym jeziorem świata. Całkowita długość linii brzegowej przypadającej w udziale Islamskiej Republice Iranu wynosi 3180 km, a długość jej granic lądowych z państwami sąsiednimi – odpowiednio 5440 km. Ludność Iranu stanowi prawie jedną trzecią populacji USA, nie jest to zatem jakieś małe, niepoważne państewko, które bezkarnie można najechać i zdobyć w blitzkriegu. Owszem, zawsze pozostaje jeszcze bezpieczna forma wojny na odległość: bombardowanie miast, ostrzał rakietowy, niszczenie infrastruktury i zasobów potrzebnych do przetrwania ludności, ale trochę trudno nazwać to misją pokojową, operacją stabilizacyjną czy wdrażaniem cywilizacyjnych standardów w imię praw człowieka. 

Ludność współczesnego państwa irańskiego to swoista mozaika etniczno-religijna, w dodatku niejako dwuwarstwowa. Sam rozkład etniczno-narodowościowy przedstawia się następująco: Persowie stanowią 65 proc. populacji, Azerowie – 16 proc., Kurdowie – 7 proc., Lurowie – 6 proc., Arabowie i Beludżowie po 2 proc.. Na pozostałe dwa procent składają się inni, w tym tradycyjnie Żydzi, wręcz dumni z tego, że to właśnie perski cesarz Cyrus Wielki wyzwolił ich z niewoli babilońskiej i umożliwił powrót do ojczystych krain. 

Ciekawe dane o społeczności żydowskiej i warunkach jej życia we współczesnym państwie irańskim podaje Dan Kovalik w książce Spisek przeciwko Iranowi, czyli jak USA niszczą wolne państwo, opublikowanej przez wrocławską oficynę Wektory. Żydzi w Iranie – ich społeczność ocenia się na ćwierć miliona osób – są zarejestrowaną mniejszością z prawem do swobodnego praktykowania własnej religii. W Teheranie jest 20 synagog oraz 5 koszernych rzeźni. Potwierdził to przewodniczący Teherańskiego Stowarzyszenia Żydów dr Siamak Moreh-Sedegh, lekarz, urodzony w religijnej żydowskiej rodzinie w Sziraz w roku 1965. Wybrany następnie do Madżlisu, irańskiego parlamentu dziesiątej kadencji, dr Moreh-Sedegh ocenił w wywiadzie dla Deutsche Welle (2017), iż Żydom w Iranie zwykle żyło się lepiej niż Europie, gdzie zwłaszcza dziś dba się często bardziej o prawa zwierząt niż o prawa ludzi, choćby zakazując koszernych ubojni. 

– Osobiście na przykład pracuję w żydowskim szpitalu, ale 95 proc. pacjentów i pracowników to muzułmanie. Zabrania się tu wypytywać o czyjąś religię, a nad wejściem do naszej placówki wisi fragment z Tory: Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany – mówił żydowski parlamentarzysta z Madżlisu. I uzasadniał swe stanowisko: – Jestem Irańczykiem – modlę się po hebrajsku, potrafię mówić po angielsku – ale myślę wyłącznie po persku. Uważam, że jest ogromna różnica między narodowością a religią, nie przeczą one sobie wzajemnie. Nie rozważam wyjazdu za granicę, a już na pewno nie do Izraela, bo sądzę, że idea, jakoby wszyscy Żydzi powinni mieszkać w jednym miejscu, wywodzi się z przekonania, że jesteśmy inni od reszty ludzkości. Tymczasem ja sądzę, że jesteśmy tacy sami. 

Starożytny kobierzec etniczno-religijny 

Wspomniałem wcześniej, że mozaika religijno-etniczna jest niejako podwójna. Otóż współcześni Persowie, naród stanowiący blisko dwie-trzecie tkanki społecznej współczesnego Iranu, wywodzą się od indoeuropejskich Ariów, którzy – jak wynika z obecnego stanu badań – przybyli na te tereny w II tysiącleciu p.n.e. Lud Parsua (Grecy od niego wywiedli później nazwę Persja) w VIII wieku przed Chrystusem opanował rejon gór Bachtiari / Parsumasz, na zachód od obecnego Isfahanu. W wieku następnym Achemenes dał początek dynastii, która wzięła swe miano od jego imienia. 

Achemenidom wiodło się raz lepiej, raz gorzej, syn założyciela dynastii opanował tereny Parsua, ale pod koniec VII wieku tereny ludu Parsua stały się częścią królestwa Medów. Dopiero w roku 550 p.n.e. Cyrus II Wielki w sojuszu z królem nowobabilońskim zdobył stolicę Medów Ekbatanę i podporządkował sobie cały Iran, Armenię oraz część Anatolii, tworząc rozległe imperium perskie. Państwo podzielono na satrapie – wielkie okręgi administracyjne, takie jak Babilonia, Syria, Lidia, Media, Armenia. 

Za panowania Dariusza I z bocznej linii Achemenidów, który rządził przez 36 lat, udoskonalono podział na satrapie, oddzielono władzę cywilną satrapów od dowództwa wojskowego, rozbudowano słynny system poczty i dróg królewskich łączących stolice państwowe – Babilon, Suzę i Ekbatanę – z kresami imperium. Stworzono system monetarny oparty na złocie i srebrze. Rozpoczęto budowę rezydencji królewskich w Suzie i Persepolis. To był okres rozkwitu staroperskiej architektury i sztuki. Dariuszowi udało się nawet przyłączyć część Indii i Trację, nic dziwnego, że nazwano go Wielkim. 

Liczące sobie ponad dwa i pół tysiąca lat państwo perskie, o historii dziesięć razy dłuższej od państwowości Stanów Zjednoczonych, przechodziło różne koleje losów. Dariuszowi Wielkiemu nie udało się podporządkować sobie Greków, natomiast Aleksander Macedoński około połowy czwartego wieku p.n.e. podbił imperium Achemenidów. Jego dzieło starali się kontynuować greccy Seleucydzi, jednak okres hellenistyczny nie trwał w dziejach Iranu długo, w przeciwieństwie do nadanych im właśnie przez Greków nazw: Persja i Persowie.

Wędrujące przez kontynent w stronę irańskiego płaskowyżu starożytne ludy indoeuropejskie, bitne i ekspansywne, zakładały kolejne królestwa, Ariowie, nieraz mieszając się z etnikami wcześniej osiadłymi na podbitych terenach, zarówno wnosili coś od siebie, jak i przejmowali miejscowe zwyczaje, sposoby gospodarowania, języki czy religie. Taka mozaika etniczno-plemienno-religijna stawała się podłożem do naturalnej niejako, bo warunkującej współistnienie tolerancji w klasycznym rozumieniu tego terminu. 

Raport z nory szpiegów versus Mike Pompeo 

Na tereny irańskie od wschodu tzw. Jedwabnym szlakiem płynęły nie tylko towary, ale i wierzenia, idee, religie, takie jak zaratusztrianizm, manicheizm, a nawet buddyzm. Irańskie królestwo Partów przez blisko trzysta lat rywalizowało z Rzymem, ale w 224 roku naszej ery przegrało niejako z wewnętrzną opozycją, czyli nowo założoną przez Ardaszira dynastią Sasanidów. Sasanidzi z Sziraz, którzy władali Persją ponad czterysta lat, religią panującą w swym imperium uczynili zaratusztrianizm, sekując na przykład pokrewny mu manicheizm. Wraz z podbojami terytorialnymi (Mezopotamia, Syria) w państwie Sasanidów pojawiła się potrzeba uregulowania stosunków między wyznawcami różnych religii, w tym zwłaszcza z chrześcijanami, którzy – jako kupcy czy rzemieślnicy – stanowili będącą przedmiotem zazdrości zamożniejszą warstwę społeczną. 

Bizantyjski cesarz Arkadiusz napisał do Jezdegerda I list z apelem o zaprzestanie prześladowań religijnych wobec chrześcijan w Iranie. Szach Jezdegerd, wspominany w tradycji jako władca surowy, przejawiał jednak postawę tolerancji religijnej, toteż zwołał synod duchowieństwa chrześcijańskiego i utworzył Kościół Perski jako część struktury państwowej. Niewykluczone, że współcześni Irańczycy byliby w sporej części chrześcijanami, gdyby nie najazd muzułmański na Persję i upadek imperium Sasanidów w połowie VII wieku naszej ery. Sto lat później, około roku 750 n.e. zdecydowana większość ówczesnych Irańczyków, porzucając swój rdzenny zaratusztrianizm, przeszła na islam. Co ciekawe, masowa konwersja religijna nie pociągnęła za sobą arabizacji Persów, którzy kulturowo i językowo pozostali nadal sobą. Do pewnego stopnia tłumaczy to złożone stosunki między Iranem a państwami arabskimi położonymi w regionie. Ale też ukazuje, jak nieoczywistą i bogatą, złożoną etnicznie, kulturowo czy religijnie mozaiką pozostaje współczesny naród irański. 

Fakt, że Iran jest społeczeństwem pluralistycznym o wysokim poziomie tolerancji religijnej, potwierdza choćby Confidential Country Team Report. Z tego raportu, który powstał w ambasadzie amerykańskiej w Teheranie 27 grudnia 1978 roku, dowiadujemy się między innymi, że „W kraju większość stanowi szyicki odłam islamu, ale istnieje tu długa tradycja tolerancji religijnej, która mniejszościom, takim jak chrześcijaństwo, judaizm, zoroastrianizm czy bahaityzm pozwala jawnie praktykować własną obrzędowość i brać udział w życiu publicznym”. A przecież autorów tej oceny trudno posądzać o jakąś szczególną proirańską stronniczość.   

Skądinąd jest to jeden z kilku tysięcy dokumentów zniszczonych tuż przed szturmem na ambasadę w listopadzie 1979 i później pracowicie odtworzonych przez młodych Irańczyków, tak jak widać to w jednej ze scen filmu Operacja Argo w reżyserii Bena Afflecka. Pakiet tej  zrekonstruowanej dokumentacji można znaleźć w sieci pod zabawną nazwą Dokumenty z amerykańskiej nory szpiegów. Tym bardziej żałosne wydają się próby wyręczania starożytnego narodu irańskiego w wyborze stosownej formy organizacyjnej własnego państwa. Zwłaszcza że idzie tu o całkiem nieadekwatne struktury, koncepty czy algorytmy rodem z obcej Persom kulturowo, a mentalnie chybionej ideologii demoliberalnej. W dodatku, idzie też o struktury władzy forsowane przez pewnych siebie i apodyktycznych funkcjonariuszy politycznych w rodzaju oficera, prawnika, byłego szefa CIA oraz eks-sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. 

Czaszka i piszczele jako droga do Persji

Iran dysponuje drugimi co do wielkości potwierdzonymi zasobami gazu ziemnego i czwartymi w skali świata zasobami ropy naftowej, co w epoce rewolucji przemysłowej powinno stać się jego zasadniczym atutem, a wychodzi na to, że okazało się przekleństwem… Zresztą węglowodory wcale nie wyczerpują listy bogactw naturalnych, także tych atrakcyjnych w erze postprzemysłowej spod znaku technologii hi-tech. Występują tu liczne rudy metali, surowce skalne przydatne w budownictwie – więc to naprawdę mógłby być kraj, w którym jego mieszkańcom nieźle się powodzi. Dlaczego zatem jest inaczej? Czy dlatego, że Iran jest państwem okrutnych szyickich ayatollachów, którzy nie dość że gnębią swych obywateli, zmuszając ich do życia w rygorze opresyjnego państwa wyznaniowego, to jeszcze wspierają wszelkie formy terroryzmu w regionie? Co więcej, ten bezwzględny reżim islamski dąży do wyprodukowania broni nuklearnej, zagrażając w ten sposób Państwu Izrael, które skądinąd taką właśnie bronią i to osiągniętą w sposób pozaprawny – przecież dysponuje. 

Zachwiana logika? Naciągana argumentacja? Ależ tak, bo to tylko konsekwentna i dobrze zorkiestrowana propaganda Zachodu, która ma sprawić, by ewentualna bezprawna i bezzasadna napaść na starożytne państwo nie wzbudziła w świecie masowych protestów, ograniczając reakcje „przyzwoitych ludzi” do zdawkowego: trochę sobie Irańczycy na to zasłużyli. Że przesadzam? 

W sporządzonym w Brookings Institution już w roku 2009 raporcie Którędy do Persji można przeczytać: „Jakakolwiek operacja militarna przeciwko Iranowi będzie źle postrzegana w świecie; wymaga więc odpowiedniego kontekstu międzynarodowego w celu zapewnienia logistycznego zaplecza takiej operacji oraz zabezpieczenia przed ewentualnymi reperkusjami. Najlepszym sposobem, żeby zminimalizować sprzeciw na arenie międzynarodowej oraz zmaksymalizować ilość wsparcia (nawet, gdyby miało być ono niechętne lub zawoalowane) jest uderzenie dopiero wówczas, gdy uda się już wzbudzić powszechne przeświadczenie, że Irańczykom zaoferowano porozumienie na bardzo dobrych warunkach, które zostały odrzucone”. 

Nawet ten króciutki wyimek z raportu szanowanego think-tanku, z którego analiz chętnie korzystają obie wielkie partie amerykańskie,  ukazuje dwa ważne aspekty: wysoką intelektualną jakość opracowania oraz czytelny brak powściągów, które płynęłyby z uwewnętrznionych kodeksów norm czy systemów wartości sankcjonowanych religijnie. Ot, czysty makiawelizm, czyli absolutyzacja zasady skuteczności przy realizacji arbitralnie zdefiniowanego interesu własnego. A zachowanie pozorów? Tak, ale tylko w przypadku, gdyby ujawnienie prawdziwych motywacji miało zagrozić realizacji przyjętej strategii.  

Czy to może zdumiewać, zwłaszcza w zderzeniu z natrętną retoryką demoliberalnej propagandy? Owszem, ale tylko tych, którzy nie chcą pamiętać, że Blada Twarz ma dwa języki oraz nie znają faktycznych ścieżek kariery politycznej w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych. Cały system wtajemniczeń, rytów oraz ceremoniałów, począwszy od dyplomów właściwych szkół wyższych z kręgu tzw. bluszczowej ligi, przynależność do prestiżowych korporacji studenckich, ale także lóż i organizacji okołowolnomularskich, typu Czaszka i piszczele (ang. Skull and Bones), elitarnych klubów oraz rozmaitych stowarzyszeń weteranów – robi swoje. Już nawet o całą paletę służb specjalnych USA nie zatrącając. 

Carter, Vance i męczeństwo arcybiskupa Romero

Wspominam o tym, by zaakcentować fakt, że oficjalne rewerencje najwyższych polityków amerykańskich wobec osób i zwierzchności duchownych najrozmaitszych Kościołów czy religii nie gwarantują żadnego wymiaru pionowego, lecz wyłącznie czysto zewnętrzne relacje dyplomatyczno-horyzontalne. W książce Dana Kovalika, z której przy pisaniu tego tekstu obficie korzystam, dobitnym dowodem na potwierdzenie powyższych słów jest sposób, w jaki prezydent Jimi Carter, postrzegany dość powszechnie w świecie jako chrześcijanin-baptysta, co więcej, również jako polityk-szermierz walczący o prawa człowieka, potraktował salwadorskiego arcybiskupa Oskara Romero. 

Gdy arcybiskup San Salvador, stolicy Salwadoru, w dobrej wierze i z pełnym zaufaniem zwrócił się do Cartera z apelem o wstrzymanie finansowania przez rząd USA nader brutalnie (z udziałem szwadronów śmierci) rządzącej w Salwadorze junty, plantator z Georgii zlecił wystosowanie odpowiedzi na ten list sekretarzowi stanu Cyrusowi Vance’owi. Odpowiedź ta, zacytowana w książce razem z listem katolickiego arcybiskupa, dobrze ilustruje stopień wyrafinowania, swoiste poczucie wyższości oraz sporą dozę arogancji zmieszanej z hipokryzją, bardzo swoisty koktajl charakteryzujący górną półkę urzędników amerykańskiego państwa. 

„Stany Zjednoczone nie zamierzają interweniować w wewnętrzne sprawy Salwadoru. Niemniej jednak jesteśmy niezwykle zaniepokojeni groźbą wybuchu wojny domowej, która mogłaby zaprzepaścić dobrobyt i stabilność całego regionu. Będziemy więc przychylać się do uzasadnionych próśb junty rządowej, aby móc dostarczać środki do zwalczania gospodarczej i społecznej niesprawiedliwości oraz promować szacunek dla instytucji demokratycznych oraz praw jednostki. (…) Niech Bóg udzieli Jego Świątobliwości mądrości i siły potrzebnej w wypełnianiu tego trudnego zadania” – brzmiały końcowe fragmenty odpowiedzi Vance’a. Trzy tygodnie później metropolita San Salvador już nie żył, zastrzelony podczas odprawiania Mszy świętej, w kaplicy szpitala pw. Opatrzności Bożej. Zleceniodawcą był Roberto D’Aubuisson, oficer wywiadu Gwardii Narodowej, organizatorem – Alvaro Saravia, były kapitan sił powietrznych Salwadoru, a wykonawcami członkowie salwadorskich szwadronów śmierci.  

Autor Spisku przeciwko Iranowi z gorzką ironią komentuje sekwencję faktów, pisząc: „Biskup Romero nie rozumiał, że polityka zagraniczna USA nie kieruje się takimi ekstrawagancjami jak chrześcijaństwo, prawa człowieka, moralność czy nawet zwykła ludzka przyzwoitość. Jej siłą napędową jest pragnienie bogactwa i władzy, mimo wzniosłych deklaracji takich polityków jak prezydent Carter”. 

O tym, że nominalnie chrześcijańscy liderzy w USA: działacze, politycy czy generałowie, przynależący do rozmaitych denominacji protestanckich bywają nieraz antykatoliccy pisał już wiele lat temu Vittorio Messori, wskazując na ideologiczny, lożowy wektor stojący za decyzją o mało zasadnym z wojskowego punktu widzenia ataku na starożytne opactwo benedyktyńskie na Monte Cassino. Warto te różne fragmenty mozaiki uwzględnić, żeby zrozumieć istotny, choć zwykle niedeklarowany wprost stosunek polityków USA na przykład do irańskich ayatollachów, nie mówiąc już o zwykłych mułłach.  

Więzienie w 12. dzielnicy Teheranu

Dlaczego surowce energetyczne zamiast przyczynić się do bogactwa i pozycji Iranu w świecie stały się jego swoistym przekleństwem? Złą passę zapoczątkował chciwy i głupi, podobno też skorumpowany król Iranu, który w roku 1901 za 20 tysięcy funtów (około 2,7 mln funtów według relacji dzisiejszych) sprzedał prawo do eksploatacji irańskich złóż ropy, gazu ziemnego, naturalnego asfaltu i parafiny finansiście z Londynu nazwiskiem Wiliam Knox D’Arcy. W utworzonej w roku 1909 Anglo-Persian Oil Company (APOC), później przemianowanej na British Petroleum, rząd brytyjski wykupił 51 proc. udziałów. Koncesja Knoxa D’Arcy’ego rozciągała się na całe terytorium kraju z wyjątkiem pięciu prowincji w północnym Iranie. I została zawarta na 60 lat. Według umowy, tylko kilkanaście proc. zysku zostawało w Iranie, reszta przypadała Brytyjczykom. Kovalik pisze, że Persja dostawała 10 do 12 proc. rocznego dochodu, anglojęzyczna Wikipedia podaje, że to było 16 proc., ale nawet przyjmując wyższą wartość, zawarta umowa była dla perskiego państwa skrajnie niekorzystna. Tym bardziej że pracujących przy wydobyciu i w rafinerii Irańczyków traktowano, tak jak Brytyjczycy mieli to w zwyczaju: miejscowych źle opłacano i traktowano niczym jakiś gorszy rodzaj istot.    

Reza Shah Pahlavi, ochotnik, żołnierz, a potem dowódca perskiej Brygady Kozackiej, osadzony na tronie przez Brytyjczyków w roku 1926, założył nową dynastię, odwołując się do terminu Pahlavi, będącego nazwą języka średnioperskiego, z czasów poprzedzających najazd arabski. Szacha Rezę śmiało można by nazwać dyktatorem-reformatorem. Inna rzecz, że czasy były szczególne, porewolucyjne, sprzyjające zmianom, a powszechna nędza i zacofanie perskiego państwa zdecydowanych reform z pewnością się domagały. 

Reza Pahlavi scentralizował władzę i zmodernizował kraj: wprowadził jednolity podatek gruntowy, obowiązek służby wojskowej i rejestrację urodzin. Utworzył Bank Centralny, anulował dotychczasowe umowy międzypaństwowe, rozpoczął budowę dróg oraz kolei trans-irańskiej. Okcydentalizował społeczeństwo: mężczyznom nakazał przywdziać stroje zachodnie, kilka lat później zakazał kobietom noszenia chust. Przełomowym okazał się rok 1935: został utworzony uniwersytet w Teheranie, wydano też dekret dopuszczający kobiety do pracy w urzędach, bankach, w szkolnictwie, służbie zdrowia. Wtedy też Reza Shah ogłosił zmianę oficjalnej nazwy państwa, zwracając się przy tym do akredytowanych w Iranie dyplomatów z sugestią, aby jego kraj, zgodnie z rdzenną tradycją językową nazywać Państwem Ariów / Aryjczyków (Eran => Iran), a nie nadal Persją, czyli rodzajem przezwy, jaką przed wiekami obdarzyli Iran Grecy. 

W zasadzie nowy władca Iranu powinien się wszelkim postępowcom, liberałom i modernizatorom podobać, ale o jego losach przesądziły zbytnie (w oczach Anglików i Rosjan) sympatie proniemieckie, których zresztą i w Wielkiej Brytanii nie brakowało. W latach 30. w Iranie pojawiło się wielu niemieckich specjalistów, zarówno takich potrzebnych przy budowie dróg i mostów, ale również obecność kadr Abwehry była znacząca. Ciekawostką pozostaje fakt, że nazistowscy fachowcy z Niemiec w 12. dzielnicy Teheranu zbudowali nowoczesne  więzienie, przejęte w latach 1957–1979 przez osławiony SAVAK. W jednej z cel tego więzienia, teraz przekształconego w muzeum terroru, przetrzymywano oraz męczono zabitego niedawno w amerykańsko-izraelskim nalocie ayatollacha Alego Chameneia. 

Kermit i metoda głodzenia niepokornych 

Po ataku Sowietów i Brytyjczyków w roku 1941 Niemcy zostali z Iranu wyparci, Rezę Shaha zmuszono do abdykacji, a na tronie osadzono jego syna Mohammada Rezę Pahlaviego. Młody, zaledwie 22-letni szachinszach był początkowo niezdecydowany, skłonny do liberalizacji systemu rządów, ale po nieudanej próbie zamachu (w roku 1949) zmienił się, stwardniał. W tym czasie siły polityczne niezadowolone z porozumienia z Brytyjczykami zawartego w roku 1919, które nadawało Persji status na poły kolonialny, skupiły się wokół Mohammada Mosaddegha. Ten polityk, deputowany do Madżlisu, w którym ponownie zasiadał od roku 1944, domagał się zmiany niesprawiedliwego podziału zysków z Anglo-Iranian Oil Company (AIOC, wcześniej APOC). Mimo że zasiadał w komisji ds. ropy Brytyjczycy odmówili mu wglądu do ksiąg rachunkowych firmy, nie wyrazili też zgody na techniczne przeszkolenie personelu irańskiego w zakresie wydobycia ropy. W tej sytuacji Mosaddegh, już jako przewodniczący komisji, zaproponował podział zysków po połowie, co oczywiście również spotkało się z odmową. 

Postrzegany przez Irańczyków jako osoba bezwzględnie uczciwa, działająca na rzecz dobra wspólnego, w połowie marca 1951 roku zdołał przeforsować w Madżlisie ustawę o nacjonalizacji przemysłu naftowego, którą 32-letni szachinszach podpisał. W sześć tygodni później Mohammad Mosaddegh był już premierem, który w pełni demokratyczny sposób i z wielkim poparciem społecznym doszedł do władzy. Ale to, co było dobre dla Irańczyków, nie mogło się spodobać Anglosasom. Ogłosili embargo na irańską ropę, zamknęli rafinerię w Abbadanie. Sytuacja w kraju, niemal całkowicie pozbawionym dochodów, stała się trudna. Metoda głodzenia niepokornych państw już wtedy weszła do rutynowego arsenału imperiów. W dodatku, wykupione przez Brytyjczyków miejscowe media zaczęły kampanię propagandową przeciw nowemu premierowi. W odwecie Mosaddegh zlikwidował brytyjską ambasadę, utrudniając w ten sposób działalność jej agentury w Teheranie. 

Mocno osłabione po wojnie Imperium Brytyjskie zwróciło się o pomoc do Amerykanów, którzy na wojennym przeobrażaniu świata mocno się utuczyli. Churchillowi, za sprawą fałszywych oskarżeń Mosaddegha o sympatie prosowieckie, udało się namówić braci Dulles – Allen był szefem CIA, John sekretarzem Departamentu Stanu w administracji prezydenta-generała Eisenhowera – do udziału w operacji Ajax. Jej celem było obalenie za wszelką cenę, również metodami pozaprawnymi, rządu niepokornego premiera. 

Operację przeprowadził, przy biernej postawie młodego szacha, niejaki Kermit Roosevelt, ówczesny szef delegatury CIA w Teheranie, a prywatnie wnuk prezydenta USA Theodore’a Roosevelta (nie mylić z Franklinem Delano!). Opis usunięcia prawdziwie demokratycznego premiera Iranu przez niegardzące żadnymi podłymi metodami służby wywiadowcze USA to bodaj najbardziej pasjonujące fragmenty pracy Kovalika. Przy czym, wcale nie myślę tu przebiegu samych zdarzeń, bo te są trywialne, przewidywalne i dość obrzydliwe, lecz raczej o poprzedzającej akcję analizie, tworzeniu alternatywnych scenariuszy i całej metalogistycznej otoczce. Referując tę operację, autor korzystał ze świeżo (w roku 2017) odtajnionych akt dokumentujących obieg pism, raportów i wymianę korespondencji delegatury CIA z własną centralą oraz z szefostwem ambasady, gdzie rezydowano. Opis tego, czego wówczas tam dokonano, oraz obecne lamenty Amerykanów na niedemokratyczny jakoby system władzy ayatollachów w Iranie to wymowny przykład hipokryzji w stopniu ekstremalnym.   

Generał Hodges nie słyszał o SAVAK-u

Kilka dni temu generał Ben Hodges, były dowódca sił lądowych USA w Europie, w rozmowie z dziennikarzem Wirtualnej Polski powiedział między innymi:   

„Byłem kadetem w 1979 roku, kiedy Irańczycy zajęli naszą ambasadę w Teheranie. Przez całe moje dorosłe życie zawodowe Iran był wrogiem. Wspierali terroryzm w całym regionie, zabili setki amerykańskich żołnierzy, grozili Izraelowi lub zabijali Izraelczyków. Zabili też tysiące własnych ludzi. Od dziesięcioleci są wyłącznie źródłem problemów. Oczywiście chciałbym, żeby ten reżim upadł, naprawdę nie jestem temu przeciwny. To jednak nie oznacza, że możesz po prostu wejść i robić, co ci się – do cholery – podoba”. 

Ostatnie zdanie dowodzi, że Ben Hodges opowiada się po stronie zdrowego rozsądku. To może cieszyć. W całej rozmowie wypowiada jeszcze wiele innych opinii o różnym – według mojej oceny – stopniu trafności. Ale nie zamierzam tych wypowiedzi komentować ani z nimi polemizować. Chcę jedynie sformułować kilka pytań, które wydają mi się tutaj ważne. Czy generał Hodges może nie wiedzieć, dlaczego w listopadzie 1979 roku irańscy studenci wdarli się do ambasady USA w Teheranie? Czy nigdy się nie dowiedział o skrajnej niepopularności (to eufemizm!) Mohammada Rezy Pahlaviego wśród Irańczyków? Czy to możliwe, żeby nie słyszał o okrucieństwach funkcjonariuszy SAVAK-u, irańskich służb specjalnych utworzonych w roku 1957 przez CIA dla utrzymywania reżimu szachinszacha? Służb dobrze szkolonych również w zakresie wzmocnionych technik przesłuchań w siedzibie CIA w stanie Wirginia?

To przecież nie jest jakaś wiedza tajemna. Dean Henderson w swej książce Wielka ropa i jej bankierzy w Zatoce Perskiej (ang. Big Oil & Their Bankers in The Persian Gulf) pisze o tym wprost: 

“W pobliżu Czterech Jeźdźców Apokalipsy (Exxon Mobil, Chevron Texaco, BP Amoco i Royal Dutch/Shell) zawsze można znaleźć CIA. Iran nie był tu wyjątkiem. W 1957 roku Kompania (jak wtajemniczeni pracownicy wywiadu nazywają CIA) stworzyła jednego ze swoich Frankensteinów – bezpardonową tajną policję podległą szachowi o nazwie SAVAK. Kermit Roosevelt, mózg przewrotu, który wytrącił z ręki władzę Mosaddeghowi, przyznał w swoim pamiętniku, że SAVAK to stuprocentowy wytwór CIA i Mosadu, wywiadu izraelskiego blisko współpracującego z CIA. Przez następne 20 lat CIA i SAVAK miały maszerować ramię w ramię, gdy chodziło o sprawy Zatoki Perskiej.

Trzystu pięćdziesięciu agentów SAVAK rokrocznie udawało się na przeszkolenie do McLean w Wirginii, gdzie zgłębiali tajniki sztuki przesłuchiwania i tortur. Sama wierchuszka była zaś szkolona przez  Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID), za pomocą Programu Bezpieczeństwa Publicznego, zanim nie został on zamknięty w 1973 roku na skutek wiedzy o tym, jak pomaga się wybić światowemu terroryzmowi”.    

Trzeba wybrać: prezydent albo stand-uper 

Na niespełna dwustu stronach Dan Kovalik pisze z sympatią o Iranie oraz z czytelną konfuzją przy ujawnianiu kolejnych amerykańskich propagandowych oszczerstw oraz wrogich operacji wywiadowczych (CIA), gospodarczych (sankcje, blokady) i politycznych przeciwko Iranowi, które to działania – jak się zakłada – miałyby wyciągnąć zdesperowanych ludzi na ulice i doprowadzić do antyrządowych zamieszek. Prezydent Trump już wprost głosi zamiar ustanowienia nowych władz irańskich podług swych wyobrażeń oraz politycznych kaprysów, najwyraźniej nie pojmując ośmieszającego potencjału tych poczynań. Kolejne pozbawione elementarnej spójności, wzajemnie sprzeczne groźby i oświadczenia nie poprawiają ani jego wizerunku osobistego, ani też nie dodają powagi Stanom Zjednoczonym, ponoć  aspirującym do samodzielnego przywództwa w świecie. 

Politycy, liderzy opinii, eksperci są zdezorientowani. Część skłania się do przekonania, że Erec Israel to przydatna Stanom Zjednoczonym eksklawa na Bliskim Wschodzie, który to region – zasobny w złoża surowców energetycznych – pozostaje obszarem zainteresowania kolejnych ekip w Białym Domu. Natomiast inni, analizując niespójne,  wciąż zmieniane oraz pozbawione głębszej racjonalności tłumaczenia powodów najnowszej napaści na Iran, są gotowi uznać, że to raczej Stany Zjednoczone są eksklawą Izraela w zachodniej hemisferze. 

Tak choćby wybrzmiewa komentarz politologa dr. Wojciecha Szewki, który motywy obecnego ataku na Iran, skwitował krótko: „W moim głębokim przekonaniu powód tego ataku jest jeden. Iran to ostatni kraj, którego armia jest w stanie zagrozić państwu położonemu tam, gdzie chce”. Jakie by to jednak w istocie powody nie były – w świetle analiz nie stroniących od prawdy materialnej – ta nowa agresja na Iran pozostaje wojną napastniczą, niesprawiedliwą i nieuzasadnioną, co nieuchronnie pogłębia niepokój oraz poczucie zagrożonej stabilności ładu międzynarodowego. Albo – jeśli użyć innej retoryki – zasadniczo narusza geopolityczną równowagę między państwami, które aspirują do udziału w koncercie mocarstw. Quod libet

Dan Kovalik, Spisek przeciwko Iranowi, czyli jak USA niszczą wolne państwo, Wektory, Wrocław 2020 

  10 marca 2026

Waldemar Żyszkiewicz

Tekst opublikowany pierwotnie w portalu Tygodnika DO RZECZY, 17 marca 2026 roku.

============================================================

kelkeszos 6 kwietnia 2026, 19:34

Mogę tylko pogratulować tekstu.

Od siebie dodam tyle, że już Herodot dość dokładnie opisał Morze Kaspijskie pod względem czasu potrzebnego do jego pokonywania w różne strony. Od starożytności zmieniła się jedna ważna okoliczność – za sprawą kanału Wołga – Don przestało być bezodpływowe. A dla kontroli tej drogi wodnej miejscem absolutnie kluczowym jest Mariupol.

Według najlepszego chyba polskiego badacza starożytności pod względem ekonomicznym, Tadeusza Wałek – Czerneckiego, Persepolis tuż przed pojawieniem się Aleksandra, było proporcjonalnie najbogatszym miastem w dziejach.

Istnieją bardzo ciekawe badania ( np. Wojciecha Biberstein – Kazimirskiego ) wskazujące na ścisłą relację religii prasłowiańskich z zaratustrianizmem, co wywodzono z dość oczywistego etymologicznego związku  Svaroga z Zarostem, czyli Zaratustrą.

Wiele wiemy o irańskiej epopei Polaków w czasie drugiej wojny. Szlak był już przetarty w trakcie „rewolucji październikowej” co opisał Ferdynand Goetel w „Przez płonący wschód”

Jeszcze raz gratuluję tekstu i serdecznie pozdrawiam.

Piotr. Lada7 kwietnia 2026, 08:05

Dziwne, kolejna analiza, w której „zapomniano” o napaści Iraku (rządzonego wtedy przez agenta CIA, Saddama Husseina) na Iran w 1980 roku i wyjątkowo krwawej wojnie, która trwała następnych 8 lat, w której śmierć poniosło ponad 500.000 Irańczyków.

wikipedia.org/wiki/Wojna_iracko-ira%C5%84ska

Ta wojna ukształtowała sceptyczne nastawienie irańskiego społeczeństwa do całego świata zachodniego, nie tylko USA i Izraela.

Europa jest dla nich nadal czymś czym pogardzają, a jej wizytówką jest teraz Friedrich Merz, który powiedział niedawno, że „prawo międzynarodowe…. nie dotyczy Iranu”   Prof. Vali Nasr przypomniał to powiedzenie Merza w tym tu wykładzie dwukrotnie:  https://www.youtube.com/watch

maur7 kwietnia 2026, 10:06@Piotr. Lada 

Europą mogą pogardzać. Mają do tego uzasadnione prawo. 

Jednak jeden lud z Europy cieszy się ich odwiecznym szacunkiem. 

Widziałem na YT wywiad z jednym uczestnikiem rajdu motocyklowego do Iranu w ub. roku. Pewnie można jeszcze ten clip odszukać. Nasz Rodak omawia sytuację z zatrzymaniem kilku kolegów przez irańskiego policjanta. Policjant sprawdzał dokumenty i próbował dopytywać skąd oni przyjechali. Słowa: Polska, Poland, Polen, Polonia – nie robiły żadnego wrażenia na surowym obliczu policjanta. Ktoś tam z naszych wreszcie powiedział, że są z Lahistanu. To jedno słowo stało się magicznym kluczem. Policjant oddał dokumenty, zasalutował Polakom z promiennym obliczem i oddalił się do swoich zajęć, życząc udanej eskapady.
maur7 kwietnia 2026, 10:09@maur 

Odrobinkę inaczej to było. Tu link do fb: https://www.facebook.com/albert.albertowski.7/videos/policja-irańska-zatrzymała-polskich-motocyklistów-co-było-dalej-warto-obejrzeć-j/927106159922863/

Zbyszek7 kwietnia 2026, 08:15

Panie Waldemarze. Szacunek za tekst oraz wysiłek – to też jest wysiłek – publikacji go tutaj, dzięki czemu więcej osób może się z nim w wolny sposób zapoznać. 

Można odnieść wrażenie, że współczesny świat zachodu zgłupiał do końca, oto bowiem „reżimem” nazywane są władze, w których kształtowaniu społeczeństwo irańskie ma istotny udział, zaś ewidentne satrapie bliskowschodnie, nie mające nic wspólnego z jakąkolwiek demokracją, krępujące społeczeństwa znacznie bardziej niż ów „reżim”, reżimami wcale okazują się nie być. 

Swoje refleksje także w tym kontekście zamieściłem we własnym tekście, który dałoby się streścić tak: zaczyna się od żądzy dominacji, potem są kłamstwa i agresja, ostatecznym wyrazem jest stan wojny, która jest możliwa, bo ludzi odczłowieczono, odarto z godności i człowieczeństwa, a to wszystko wydarza się niemal wszędzie, niemal staje, bo ostatecznie jest owocem pierwotnych i podstawowych wyborów:za Bogiem, Dobrem, Prawdą i Wolnością i Życiemza diabłem, złem, kłamstwem, opresją i śmierciąPóki człowiek żyje ma szanse – tak uważa chrześcijaństwo i nikogo nie należy przekreślać. Tak samo – tu mądrość chrześcijaństwa – nikt nie jest dobry, wszyscy mamy swoje „za uszami”, jedni więcej, inni mniej ale mamy. Jednak pozostaje wybór i wysiłek, gdy człowiek wybiera zło wchodzi na drogę do piekła. Nie należy tego nikomu zyczyć, ale świat i ci co nim rządzą wydają się innych w tym kierunku popychać trochę.

Waldemar Żyszkiewicz7 kwietnia 2026, 09:56

@Zbyszek 

Pan, Panie Zbyszku, pokazał ów podstawowy dylemat na poziomie ontycznym, metafizycznym. Ja się skupiłem na poziomie operacyjnym, czyli na próbie przeniknięcia tzw. mgły wojny, czyli wszechogarniającej propagandy… którą i nas Ciotka Globalizacja raczy : )

Z życia zwierząt. I ich kochanków. MEM-y VII.

—————————————

—————————————————————

————————————————

————————————-

——————————

—————————–

———————————

————————————————–

—————————–

——————————————–

——————————————————-

—————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Co żydzi zrobili za darmo? MEM-y V.

——————————————————–

——————————————————–

————————————————

————————————————————

——————————————————–

——————————————————–

———————————

————————————————————–

Węgry: Fałszywe sondaże a realia

Węgry: fałszywe sondaże i realia

Do decydujących wyborów parlamentarnych na Węgrzech 12 kwietnia pozostało tylko 11 dni – a liberalna sfera publiczna już jest w pełnym tempie: zawyżone sondaże są wykorzystywane do przedstawiania Pétera Magyara i jego Partii Tiszy jako nieuniknionych zwycięzców, jednocześnie przygotowując  wyjaśnienie ewentualnej porażki.

Liberalni sondaże i międzynarodowe media przedstawiają to jako fakt: opozycyjny rywal wspierany przez Brukselę i Kijów jest nie do powstrzymania, prowadzi dwucyfrową przewagą – jakby nie pozostawiono żadnych głosów dla nikogo innego. Ten sam ośrodek generuje te liczby, a następnie wzmacnia je w mediach liberalnych i globalnych, z których każdy wzmacnia twierdzenia innych. Pudło rezonansowe w najlepszym wydaniu.

W wyborach parlamentarnych w 2022 roku oficjalne dane Węgierskiego Urzędu Wyborczego odnotowały frekwencję na poziomie dokładnie 69,59% — głosowało 5 717 182 obywateli. Tylko dwa razy od pierwszych wolnych wyborów w 1990 roku frekwencja przekroczyła ten poziom. Dziś jednak szeroko rozpowszechnione sondaże „niezależne” pokazują zupełnie inny obraz. Badanie Medián — szeroko cytowane w międzynarodowych mediach — prognozuje zdumiewającą frekwencję na poziomie 89%. Trudno to traktować poważnie, ponieważ pomija podstawową rzeczywistość polityczną: wybory są rozstrzygane przez zaangażowanych wyborców, którzy faktycznie się pojawiają, a nie przez hipotetyczny entuzjazm mierzony w badaniach. A na Węgrzech partie rządzące mają właśnie tę przewagę: stabilną, zdyscyplinowaną i wysoko zmobilizowaną bazę wyborców.

Jak faktycznie wygrywa się wybory na Węgrzech? Węgierski system wyborczy jest prosty dla międzynarodowych obserwatorów: 106 jednomandatowych okręgów wyborczych wyłonionych metodą większości wyborczej, uzupełnionych proporcjonalnymi mandatami z list partyjnych w 199-miejscowym Zgromadzeniu Narodowym. Ta struktura nagradza realne lokalne wsparcie i skuteczną mobilizację — obszary, w których siły patriotyczne rządzące konsekwentnie osiągają lepsze rezultaty. Fidesz–KDNP zbudowało ogólnokrajową, doświadczoną bazę, która regularnie wygrywa kolejne wybory. Najnowsza prognoza okręgu wyborczego Instytutu Nézőpont (opublikowana 31 marca 2026) przebija się przez medialny szum. Na podstawie analizy historii wyborczej, oraz świeżych lokalnych badań w 30 okręgach, szacuje:

66 okręgów prawdopodobnie przypadnie patriotycznym kandydatom Fidesz-KDNP pod przewodnictwem premiera Viktora Orbána

39 okręgów dla Partii Cisy kierowanej przez lidera opozycji Pétera Magyara

1 okręg dla niezależnego powiązanego z Tiszą

Spośród nich 44 dystrykty są zdecydowanie prorządowe, podczas gdy tylko 27 jest bezpiecznie w opozycji.

Osobny, ogólnokrajowy, reprezentatywny sondaż przeprowadzony przez Alapjogokért Központ potwierdza ten obraz. Wśród zaangażowanych wyborców poparcie dla Fidesz–KDNP wynosi 50%, podczas gdy dla Tisza 42%, a frekwencja wzrosła do 74%.

Trend ten odzwierciedla stały wzrost w ostatnich miesiącach, podczas gdy Tisza ustabilizowała się bez przełomu. Wyborcy wyraźnie sprzeciwiali się także narracjom o zagranicznej ingerencji oraz propozycjom polityk zwiększających koszty energii, podczas gdy ogólnokrajowa kampania premiera Viktora Orbána nadal wzmacnia mobilizację.

W węgierskim systemie wyborczym tak wysoka i zdyscyplinowana frekwencja historycznie sprzyjała najbardziej stabilnej sile politycznej — dynamika ta jest wyraźnie widoczna w aktualnych danych.

Podczas gdy premier Viktor Orbán przyciąga tłumy w całym kraju, występy Pétera Magyara na wsi ukazują inną rzeczywistość. W wielu prowincjonalnych miastach jego przesłanie po prostu nie trafia do odbiorców. Wydaje się, że w Brukseli — czy Kijowie — trafia ona sprawniej niż wśród węgierskich wyborców mierzących się z bezpośrednimi konsekwencjami wojny na sąsiedniej Ukrainie, rosnącymi cenami energii oraz kwestiami suwerenności narodowej.

Wyraźnie odzwierciedlają to najnowsze dane Instytutu Nézőponta: dominacja Fideszu jest najsilniejsza w okręgach wiejskich, małych miasteczkach i wsiach w wielu powiatach, podczas gdy Tisza radzi sobie lepiej w Budapeszcie i kilku większych miastach. Mimo to szersza mapa wyborcza pozostaje zdecydowanie przechylona po stronie rządzącej.

W miarę jak dobiegają ostatnie dni kampanii, Péter Magyar i proukraińska sieć wspierająca go z Brukselą już umiędzynarodowiają wątpliwości co do wyborów na Węgrzech.

Kluczowi sojusznicy tego obozu — w tym Radosław Sikorski i Anne Applebaum — otwarcie zasugerowali perspektywę „nieuczciwych” wyborów, sygnalizując, że narracja powyborcza jest już gotowa. Nawet brukselskie media, takie jak Politico, publikują teraz codzienne artykuły sugerujące, że choć Péter Magyar rzekomo jest daleko przed Fidesz, zwycięstwo pozostaje niepewne — sprzeczność, która mówi sama za siebie.

Ten sam ośrodek powiązany z Brukselą i Kijowem, który generuje zawyżone wyniki sondażowe i wzmacnia je za pomocą tradycyjnych mediów, teraz przygotowuje się do kolejnego kroku: jeśli wygra Péter Magyar, to będzie demokracja; Jeśli przegra, musi to być oszustwo lub „ingerencja zagraniczna”. Już to widzieliśmy.

Zacierana jest granica między dziennikarstwem a działalnością polityczną. Postacie takie jak Szabolcs Panyi — powiązane z siecią George’a Sorosa i wcześniej z medialnymi strukturami finansowanymi przez USAID — odegrały kluczową rolę w tworzeniu i rozpowszechnianiu narracji o rzekomych rosyjskich operacjach na Węgrzech. Jak widać na przykładzie Donalda Trumpa i praktycznie każdej patriotycznej siły politycznej opierającej się naciskom zewnętrznym, ten sam wzorzec „rosyjskiego oszustwa” wyłania się na ten sam schemat: skonstruowane twierdzenia oparte na anonimowych źródłach, mające na celu osłabienie suwerennych rządów, a następnie szybko wzmacniane przez międzynarodowe media.

Cel jest jasny: nie chronić integralności wyborczej, lecz ukształtować narrację z wyprzedzeniem – kwestionować legalność wyborów w 2026 roku i umiędzynarodowić to twierdzenie, aby zminimalizować polityczne koszty potencjalnej porażki. Właśnie dlatego te narracje są teraz tworzone. Węgrzy konsekwentnie wykazywali wyraźne poczucie odpowiedzialności w decydujących momentach – i są wszelkie powody, by wierzyć, że teraz też tak będzie.

A gdy patriotyczne siły pod wodzą Viktora Orbána zwyciężą 12 kwietnia – jak wyraźnie pokazują wszystkie sondaże oparte na realnych badaniach – ta starannie skonstruowana narracja nieuchronnie ustąpi miejsca faktom, ponownie jasno pokazując: przyszłość Węgier jest decydowana przez obywateli, a nie przez zewnętrzne interesy czy międzynarodowe kampanie medialne.

Za: The European Conservative

Mieszanka firmowa. MEM-y IV.

[to dupku zapłacisz za trzy..]

——————————————————-

[nie czytałeś, gnojku, kto zaplanował i wykonał 9/11 ?? ]

===================================================

—————————————————–

——————————————————

—————————————-

—————————————————————-

—————————————–

—————————————————————

———————————————————–

Niewielkie uszkodzenie, awaria toalety. MEM-y III.

——————————-

———————————————————–

—————————————————–

———————————————————–

—————————————————-

——————————————–

—————————————————-

Dziś ! Ludwikowice Kłodzkie – Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę w każdy pierwszy wtorek miesiąca

7.04.2026 Ludwikowice Kłodzkie – Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę w każdy pierwszy wtorek miesiąca

07/04/2026 antyk2013

W porozumieniu z ks. proboszczem Rafałem Śliwińskim zgłaszam do Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę Parafię Św.Michała Archanioła w Ludwikowicach Kłodzkich. W każdy pierwszy wtorek miesiąca sprawowana jest Msza Św. za Ojczyznę za wstawiennictwem św.Michała Archanioła  o godz.17.00 oraz odmawiany jest Różaniec za Ojczyznę o godz.16.30. Tego dnia odbywa się w tej intencji Litania do św.Jana Pawła II  i błogosławieństwo Jego Relikwiami. Najbliższa Msza święta będzie sprawowana we wtorek 7 kwietnia 2026 roku. Pozdrawiam serdecznie i łączę najlepsze życzenia

Szczęść Boże! Teresa Bazała

Życzenia (nie) świąteczne

Życzenia (nie) świąteczne.

Dariusz Piechaczek myslpolska/zyczenia-nie-swiateczne

[Arcy-rebe Ryś… md]

=================================

Utrata zaufania, upadek autorytetu, rosnąca liczba rozczarowanych wiernych i coraz więcej pustych ławek w świątyniach — oto rzeczywistość, która wciąż nie chce przebić się do świadomości polskich hierarchów kościelnych. Rzeczywistość o której trzeba jasno i głośno mówić.
Jak głęboko trzeba ugrzęznąć w obłudzie, jak bardzo zatracić w sobie resztki uczciwości, by z bezczelnością oskarżać wiernych o brak dobrej woli i nieświadomość? Jak można zrzucać na nich odpowiedzialność za stan rzeczy, który jest owocem lat zaniedbań, pychy i zepsucia moralnego?
I piszę to ja — katolik wierzący i praktykujący. Grzesznik proszący o modlitwę. W drugi dzień świąt. Dość milczenia i udawania. Nie boję się krytykować, bo jako członek Kościoła mam nie tylko prawo, ale i obowiązek mówić wtedy, gdy widzę ślepców w mitrach błądzących we mgle hipokryzji i zakłamania, zanurzonych po szyję w bagnie, w którym od lat pływają z zadziwiającym samozadowoleniem.
Jak powiedział kiedyś pewien sprawiedliwy kapłan: „Kościół całkowicie utracił autorytet. I bardzo dobrze. Bo autorytet budowany na układach, polityce i społecznym statusie musi obrócić się w gruzy, rozsypać w pył, tak by naprawdę nie został kamień na kamieniu.”
I właśnie tego chcę. Z każdym dniem pragnę tego coraz bardziej. I tego samego powinni chcieć wszyscy wierni. Bo tylko na ruinach starego można wznieść mocne fundamenty nowego Kościoła — oczyszczonego, pokornego, wolnego od zła i grzechu. Życzę tego sobie i Wam na ten świąteczny i poświąteczny czas. Oby płonący „krzyż papieski” stał się znakiem nadejścia lepszych czasów.

Dariusz Piechaczek

Ka rabin. MEM-y II.

———————————-

——————————————————

—————————

————————————————————–

———————————————-

Wojna haseł? MEM-y I.

———————————

———————————————————–

———————————————————

————————————————————-

——————————————–

————————————————-

Izraelskie Boeingi 777 w Radomiu: To już izraelskie lotnisko?

Izraelskie Boeingi 777 w Radomiu:

Tajemnicze lądowania w cieniu

bliskowschodniego kryzysu

6/04/2026 zmianynaziemi/izraelskie-boeingi-777-w-radomiu

————————————————-

———————————————–

W nocy z 5 na 6 kwietnia 2026 roku na płycie Portu Lotniczego Warszawa-Radom (EPRA) doszło do zdarzenia, które przyciągnęło uwagę obserwatorów ruchu lotniczego oraz analityków bezpieczeństwa. Wylądowały tam dwa szeroko-kadłubowe samoloty Boeing 777, należące do izraelskich przewoźników. Pojawienie się tych ogromnych maszyn w Radomiu nie było rutynowym lotem pasażerskim, lecz elementem szerszej strategii zarządzania flotą w obliczu niestabilnej sytuacji politycznej i militarnej na Bliskim Wschodzie.

Wykorzystanie infrastruktury w Radomiu jako tymczasowego miejsca postoju dla ciężkich maszyn jest sygnałem, jak bardzo konflikt w regionie wpływa na logistykę lotniczą. W dobie napięć wojennych, gdzie przestrzeń powietrzna staje się strefą wysokiego ryzyka, linie lotnicze i rządy szukają bezpiecznych „bezpiecznych przystani” dla swoich najdroższych aktywów. Boeing 777 to maszyny o ogromnej wartości, których utrata w wyniku błędu identyfikacji w strefie walk lub ataku rakietowego byłaby katastrofalną stratą finansową i wizerunkową.

Historia lotnictwa zna przypadki, w których cywilne maszyny stawały się ofiarami konfliktów zbrojnych. Przykładem, który wciąż budzi lęk w branży, jest tragedia lotu MH 17 z 2014 roku, gdy Boeing 777 został zestrzelony nad wschodnią Ukrainą przez prorosyjskie bojówki. Choć współczesne systemy przeciwlotnicze są bardziej zaawansowane, ryzyko pomyłki pozostaje wysokie. 

Właśnie dlatego w okresach eskalacji konfliktów, operatorzy tacy jak El Al decydują się na przenoszenie części floty poza bezpośrednie zagrożenie, wybierając kraje NATO, takie jak Polska, gdzie bezpieczeństwo przestrzeni powietrznej jest gwarantowane przez sojusznicze systemy obrony.

Port Lotniczy Warszawa-Radom, który w ostatnich latach starał się udowodnić swoją przydatność jako alternatywa dla Lotniska Chopina, tym razem stał się kluczowym ogniwem w logistyce kryzysowej. Warto przypomnieć, że radomskie lotnisko już wcześniej udowadniało swoją zdolność do obsługi maszyn szeroko-kadłubowych. Wcześniejsze operacje, w tym obsługa Boeinga 777-300ER linii Mavi Gök Airlines, pokazały, że infrastruktura w Radomiu jest w stanie sprostać wymaganiom technicznym największych samolotów pasażerskich, w tym w zakresie obsługi naziemnej i procesowania bagaży.

Obecność izraelskich maszyn w Polsce nie jest odizolowanym zdarzeniem. Izrael od lat buduje sieć relacji z krajami europejskimi, aby zapewnić sobie możliwość elastycznego zarządzania ruchem lotniczym w sytuacjach nadzwyczajnych. Dla linii El Al, które operują w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów świata, posiadanie „zaplecza” w Europie Środkowej jest strategiczną koniecznością. Przeniesienie samolotów do Radomia pozwala na ich bezpieczne przechowywanie bez blokowania kluczowych slotów na najbardziej obciążonych lotniskach Europy Zachodniej.

Sytuacja ta rzuca światło na szerszy problem bezpieczeństwa lotnictwa cywilnego w strefach konfliktów. Specjaliści ostrzegają, że utrzymywanie otwartych korytarzy powietrznych w czasie wojny jest balansowaniem na krawędzi. Nawet jeśli żadna ze stron konfliktu nie planuje celować w cywilne maszyny, błąd ludzki lub awaria systemu radarowego mogą doprowadzić do tragedii. W takim kontekście „parking” w Radomiu staje się nie tylko kwestią logistyki, ale przede wszystkim strategią przetrwania sprzętu.

Dla Radomia obecność tych maszyn to dowód na strategiczne znaczenie lotniska, które wykracza poza tanią turystykę i loty czarterowe. Fakt, że Izrael powierza polskiemu portowi opiekę nad swoimi najnowocześniejszymi samolotami, świadczy o dużym zaufaniu do polskiej infrastruktury i procedur bezpieczeństwa. W obliczu niepewności na Bliskim Wschodzie, polskie niebo i pasy startowe w Radomiu stają się bezpiecznym azylem dla gigantów przestworzy, którzy czekają na moment, gdy sytuacja polityczna pozwoli im wrócić do regularnych operacji.

Analiza tego zdarzenia pokazuje, że współczesne lotnictwo jest nierozerwalnie związane z geopolityką. Każdy przelot szeroko-kadłubowej maszyny w czasie kryzysu jest przemyślanym ruchem szachowym. Boeingi w Radomiu to fizyczny dowód na to, że w obliczu wojny, bezpieczny parking na drugim końcu kontynentu jest cenniejszy niż najnowocześniejsza infrastruktura w strefie zagrożenia.

Źródła:

https://www.travelandtourworld.com/news/article/warsaw-ch…

https://www.facebook.com/boris.kfir.chainkinski/posts/a-j…

https://www.facebook.com/ELALIsraelAirlinesUSA/posts/afte…

https://en.wikipedia.org/wiki/Ramon_Airport

https://www.frequentflyersnews.com/aviation-news/special-…

Chrześcijańscy syjoniści, narodowi konserwatyści i wojny Izraela

Chrześcijańscy syjoniści,

narodowi konserwatyści

i wojny Izraela

Jakub Majewski pch24.pl/chrzescijanscy-syjonisci-narodowi-konserwatysci-i-wojny-izraela

[Z pewną obawą, a może niechęcią umieszczam te rozumowanka. Ale nawet takie mazgajstwo powinniśmy przeczytać . Mirosław Dakowski]

(Oprac. PCh24.pl)

Na portalu PCh24, bynajmniej nie muszę komukolwiek przypominać czym jest chrześcijański syjonizm i jaki ma związek z obecną sytuacją polityczną na Bliskim Wschodzie. Ale chrześcijański syjonizm nie wyczerpuje odpowiedzi na zasadnicze pytanie: dlaczego tak duża część politycznego świata zachodniego, zwłaszcza konserwatywnej prawicy, popiera działania państwa, które regularnie dopuszcza się zbrodni wojennych i bezustannie destabilizuje region kluczowy dla światowej gospodarki? Uważam, że w tym szerszym kontekście, chrześcijański syjonizm, jakkolwiek by nie był głośny, jest zaledwie młodszym partnerem dla ponadpaństwowego ruchu narodowo-konserwatywnego jaki buduje się od lat na Zachodzie.

Nie ulega wątpliwości, że seria krwawych wojen prowadzonych przez Izrael w ostatnich latach jest możliwa dzięki nieustającemu wsparciu szeroko pojętego Zachodu. Oczywiście, na poziomie społeczeństw to poparcie jest raczej ograniczone i wręcz słabnie z roku na rok. Jednak na poziomie politycznym, wsparcie dla Izraela wydaje się być nie tylko mocne ilościowo, ale też jakościowo niemalże bezwarunkowe. Ta bezwarunkowość jest paradoksem, biorąc pod uwagę jak wrażliwe na sondaże są współczesne demokracje – oto jest bowiem sprawa, w której główne partie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, i większości kontynentalnej Europy – Polski nie wyłączając – stoją twardo po stronie Izraela pomimo sprzeciwu ich własnych wyborców. Zamiast słuchać głosów większości, przeciwnie, współpracują z medialnymi propagandystami w celu podtrzymywania poparcia dla działań, których w gruncie rzeczy nie da się żadną miarą usprawiedliwić.

Wielu chciałoby, podążając chociażby za faktami wielokrotnie wykładanymi w publikacjach niniejszego portalu widzieć w tym przede wszystkim polityczne wpływy chrześcijańskiego syjonizmu, protestanckiej herezji, dziś penetrującej również Kościół katolicki (jak widać – nawet w Polsce). Wpływy te faktycznie są głośne i wyraźne, szczególnie w wymiarze propagandowym, w medialnym okładaniu pałką antysemityzmu krytyków Izraela. Niezaprzeczalnie, mają również swoją mocną reprezentację polityczną, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Jednak to nie reprezentanci tego ruchu, jak chociażby senator Ted Cruz, sekretarz wojny Pete Hegseth, czy ambasador Mike Huckabee, podejmują kluczowe decyzje. To nie oni uzasadniają te decyzje wobec bardziej pragmatycznych polityków i wobec szerokich mas popierających tamtejsze rządy. Podobnie rzecz się ma w innych krajach – poza Ameryką, chrześcijańscy syjoniści właściwie nie istnieją politycznie, natomiast pełno jest obrońców Izraela jako rzekomego gwaranta interesów zachodu, reprezentanta naszej cywilizacji, i wręcz wzoru do naśladowania. Trzeba się więc temu przyjrzeć również z tej strony.

Od „prawa do istnienia” do prawa do ludobójstwa

Powstanie Izraela w 1948 r. miało dosyć szerokie poparcie w kręgach szeroko pojętej cywilizacji europejskiej. Po niemieckim ludobójstwie drugiej wojny światowej, sprawa „prawa do istnienia” Izraela nie spotykała się ze sprzeciwem i nie budziła szczególnych kontrowersji – ot, kolejne nowe państwo powstające na gruzach upadających imperiów. Ba, państwo przecież zachodnie w swej formie, założone w znacznej mierze przez żydów z Europy, a potem zasilone osadnikami również z Ameryki. Może to nas dziś szokować, ale nawet wypędzenie wielkiej liczby Palestyńczyków z ich domów nie wzbudzało kontrowersji – po pierwsze, dlatego że w tamtym czasie nikt nie miał głowy by się tym przejmować, a po drugie, dlatego że dopiero co w Europie odbyła się wielka fala przymusowych „wędrówek ludów” o których decydowały mocarstwa – więc takie wygnanie, choć okrutne, było uznawane za dopuszczalne narzędzie. Pomagał oczywiście też fakt, iż część Palestyńczyków została w Izraelu i nawet otrzymała obywatelstwo, dając wrażenie jako takiej równości prawnej.

Izrael od początku pracował nad budowaniem przeświadczenia, iż stanowi forpocztę cywilizacji zachodniej na bliskim wschodzie. Gdy w 1967 roku Izrael zagarnął kolejne części Palestyny, szeroko pojęty zachód – poprzez media, opinię publiczną, ale też w znacznej mierze polityków, patrzał na to jako na radosną okazję, na „wyzwolenie” Jerozolimy. Tym razem jednak Izrael nie nadał praw obywatelskich ogromnym rzeszom Palestyńczyków – nie zostali włączeni do Izraela, lecz pod izraelską okupację. Nie było wprawdzie kolejnych masowych wypędzeń, ale okupanci dbali o zapewnienie Palestyńczykom wielu powodów do emigracji. Represje i ograniczenia narzucane na tubylców narastały, w miarę jak narastał ich zbrojny, często terrorystyczny opór, i w miarę pojawiania się kolejnych izraelskich „osad” na okupowanym terytorium. Raz po raz zresztą w izraelskiej ekstremie powracała propozycja „transferu” ludności palestyńskiej jako alternatywy dla pokojowych układów. Choć tolerowane, i najwyżej symbolicznie oprotestowywane, działania te nigdy nie znajdywały poparcia w Ameryce – nawet tam – za wyjątkiem właśnie ruchu chrześcijańskich syjonistów w Ameryce. Ten zaś może i narastał, ale był raczej marginesem – pamiętajmy, to jest pewna frakcja wśród protestantów, którzy jako całość, na przestrzeni ostatnich kilku dekad spadli z 70% społeczeństwa do mniej niż 40%. To, co realnie zapewniało poparcie – w tym ogromne transfery finansowe – Ameryki dla okupacyjnej polityki Izraela, to był po prostu fakt, iż państwo to stanowiło przydatny w tym regionie „niezatapialny lotniskowiec”. To ten fakt, obok pieniędzy, był koronnym argumentem podnoszonym przez żydowskie lobby w Ameryce. Co się więc wydarzyło, iż dziś nawet najbardziej drastyczne działania Izraela spotykają się tak często z gorącym poparciem, a wśród tych dla których poparcie zbrodni wojennych stanowi granicę nie do przekroczenia – mimo wszystko z przyjazną neutralnością, lub w ostateczności, milczeniem z obawy o ostracyzm?

Wielkie przemiany

Gdyby wskazać na początek zmian, były nim dwa bliskie w czasie wydarzenia. Pierwszym było załamanie ostatnich mających szansę na sukces negocjacji między Palestyńczykami a Izraelem w 2000 r., oraz zamachy z 11 września 2001 r.. Pierwsze z tych wydarzeń doprowadziło do załamania poparcia dla tej części izraelskiej sceny politycznej która uważała że trzeba z Palestyńczykami się dogadać. Drugie wydarzenie drastycznie zmieniło amerykańską scenę polityczną, i prowadząc do wojen Ameryki na bliskim wschodzie – odtąd więc Amerykanie nigdy już realnie nie popierali procesów które mogłyby osłabić Izrael, stanowiący ich sojusznika w tych wojnach. Ale w tle za tymi przemianami były jeszcze dwa inne procesy, znacznie poważniejsze, a były nimi przemiany demograficzne w Izraelu i na zachodzie.

Z jednej więc strony, w Izraelu pojawiło się nowe pokolenie – z różnych przyczyn, znacznie bardziej radykalne i bezwzględnie nastawione wobec Palestyńczyków. Radykalizacja ta przemieliła totalnie izraelską scenę polityczną. Ostatecznie doszliśmy do sytuacji, gdzie Beniamin Netanjahu, niegdyś uznawany za raczej niebezpiecznego polityka, jeszcze mieszczącego się w mainstreamie ale już na jego skraju, dziś rządzi najbardziej ekstremalną koalicją w historii kraju… i uchodzi w tej koalicji za człowieka nazbyt ugodowego. Przy czym, trudno dostrzec jakiekolwiek znaki że Netanjahu jest szczególnie wierzącym człowiekiem, a już zwłaszcza religijnym fundamentalistą. Jest pragmatykiem, gotowym czerpać poparcie zewsząd, by przetrwać na scenie politycznej.

Z drugiej zaś strony, na zachodzie lata niekontrolowanego wręcz napływu ludności muzułmańskiej doprowadziły społeczeństwo do wrzenia – ale nie znajdywała skutecznego głosu politycznego. Rządzący mainstream po prostu odrzucał i zwalczał wręcz te niepokoje jako zwyczajną ksenofobię, tolerując jednocześnie powstawanie „zakazanych dzielnic” imigranckich. Do tego wszystkiego warto dorzucić jeszcze jeden trend – dominacja medialna i internetowa lewicowych, globalistycznych ruchów, i ogólne antynarodowe nastawienie mainstreamowego dyskursu. To wszystko sprawia iż narodowo nastawiona prawica, często ta uznawana za „niedopuszczalną” coraz przyjaźniej patrzy na Izrael jako przykład kraju który potrafi skutecznie tłamsić muzułmańską mniejszość – a skuteczność jest uznawana za ważniejszą niż moralność. Takim przykładem jest brytyjski dziennikarz-aktywista Tommy Robinson, który publicznie wyraża swoje poparcie dla Izraela, jako przykładu dla swego kraju. Równie gorąco swe poparcie wyraża konserwatywny dziennikarz Douglas Murray, znany ze swoich książek ostrzegających przed samobójczym zgonem Europy.

Tymczasem w Ameryce, po kosztownej „wojnie z terroryzmem” która – memento! – pogrążyła republikańską frakcję neokonserwatystów a wraz z nimi cały ruch konserwatywny – amerykańska lewica zdobyła władzę, i wydawało się że dzięki głosom imigrantów, być może na zawsze. Jak pamiętamy, Demokraci nie tylko „odpłynęli” w lewicowe absurdy, ale również zaczęli intensywnie eksportować swoje „nowinki” na cały świat. To wszystko poskutkowało transformacjami wśród i wokół amerykańskich Republikanów. Zaczęła budować się swoista koalicja, stawiająca sobie za cel po pierwsze odbić tę właśnie partię, a po drugie odbić Amerykę. Do budowy tej koalicji posłużyła po pierwsze licząca już pół wieku coroczna konferencja Conservative Political Action Conference (CPAC), po drugie zaś szereg starych i nowych think tanków, i organizowana przez jeden z nich nowa konferencja National Conservatism Conference (NatCon), a także nieco mniejsza konferencja Alliance for Responsible Citizenship (Arc), założona przez Jordana Petersona. Cały ten ruch, owszem, zawiera w sobie amerykańskich chrześcijańskich syjonistów, jak również amerykańskich, a nieraz też izraelskich żydów – ale jest dużo szerszy, i w większości znacznie bardziej pragmatyczny w szukaniu sojuszników na całym świecie.

Na konferencjach NatCon, CPAC i Arc pojawiają się mówcy i goście z narodowych i konserwatywnych partii z całego świata, nawet z Indii i Japonii. Jest w tym również rosnący co roku polski kontyngent, w tym roku przecież z Prezydentem Rzeczypospolitej jako mówcą. Są to konferencje pełne wartościowych treści, a wokół nich gromadzą się intelektualiści o bardzo imponujących profilach, świetnie rozpoznawani na zachodzie – ludzie tacy jak Niall Ferguson i jego żona Ayaan Hirsi Ali, Victor Davis Hanson, David Starkey, JD Vance – gdy jeszcze nie był znaczącym politykiem – Jordan Peterson, biskup Robert Barron i wielu innych, którzy naprawdę mają do przekazania wartościowe idee. Bywają też ludzie tacy jak Douglas Murray czy Ben Shapiro, i inni stronnicy Izraela, walczący by wybielić reputację tegoż kraju i odpierać jakiekolwiek zarzuty o ludobójstwo czy nawet pomniejsze zbrodnie.

Specyfika tych konferencji wyraża swoisty faustowski układ – można liczyć na wsparcie potężnej amerykańskiej prawicy, pod warunkiem że się co najmniej unika potępiania Izraela, a wsparcie wzrasta, im bardziej jest się gotów Izrael wspierać bezwarunkowo. Trzeba przy tym też mocno, bardzo mocno zaznaczyć – pomijając pojedyncze rodzynki, wątpliwej zresztą świeżości, większości wiodących postaci tych konferencji daleko od chrześcijańskiego syjonizmu – są, owszem, syjonistami, ale wyłącznie pragmatycznymi, politycznymi. Zresztą, z tego co słyszałem – choć potwierdzić osobiście nie mogę – w samym Izraelu politycy gardzą chrześcijańskimi syjonistami, postrzegając ich jako pożytecznych idiotów którymi można się wysługiwać. Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale takie jest też moje zdane – w szerszej geopolitycznej układance, chrześcijańscy syjoniści i żydowscy fanatycy religijni, są raczej narzędziem, swoistym mięsem armatnim zwłaszcza w walce propagandowej, nie zaś realnymi sprawcami (choć chcieliby wierzyć że są). Powtarzam: to Netanjahu i Trump podejmują decyzje, a nie Pete Hegseth, Mike Huckabee, czy Itamar Ben-Gwir.

Korzyści teraz, straty później?

Jak podchodzić do takiego układu? Można by powiedzieć cynicznie – czyż poparcie Republikanów, potężnej siły politycznej obecnie władającej Stanami, nie jest warte swej ceny? Cóż nam do wojen Izraela? Przecież są one odległe dla nas. Dla prawicowych polityków jest więc pokusa by zimno powiedzieć to nie nasza wojna – byle by pozyskać amerykańskie poparcie, byle by uniknąć ataków żydowskiego lobby. Przecież bardzo podobnie patrzymy na większość światowych konfliktów. Nie wtrącamy się w jakieś afrykańskie czy azjatyckie porachunki, utrzymujemy poprawne relacje z skłóconymi krajami, handlujemy z nimi – i bardzo słusznie, bo to nie nasza rzecz. Ale też nie poszukujemy ich wsparcia dla własnych spraw, więc nikt nas z nimi nie „skleja”. Tu zaś dzieje się inaczej.

Nie jestem zwolennikiem spiskowych teorii głoszących, że ciągle ktoś próbuje nas wciągnąć w tę czy inną wojnę. Nie jestem też miłośnikiem doszukiwania się na siłę ukrytych obcych wpływów w naszej polityce – szczerze, te jawne wpływy zagranicy wystarczą aż nadto. Nie mam zamiaru więc twierdzić, że uczestniczenie w CPACu, NatConie czy innych tego typu imprezach jest znakiem ukrytych syjonistycznych powiązań. Nie będę zarzucał tego ani prezydentowi Nawrockiemu, ani politykom z jakiejkolwiek partii, którym zdarza się wybierać na te imprezy, skoro sam z ciekawością wysłuchuje ich potem w internecie. Jednak przed jedną rzeczą przestrzegać trzeba.

Otóż: im bardziej bowiem konserwatyzm będzie utożsamiany z bezwarunkowym poparciem kraju którego działania w oczach globalnej opinii publicznej uchodzą za ludobójcze i destabilizujące, tym większe jest zagrożenie iż wraz z postępującym załamaniem poparcia dla Izraela, może nastąpić załamanie poparcia dla partii które co wyraźniej w tych imprezach uczestniczą. Wydaje się zaś, że w tej materii jest blisko już do przełomu w Stanach Zjednoczonych – już teraz Izrael stał się tak toksyczny wśród Demokratów, że czerpanie pieniędzy z żydowskiego lobby – organizacji AIPAC – jest uznawane za ryzykowne w kontekście wyborów. Również wśród wyborców Republikanów poparcie dla Izraela wzbudza coraz częściej kontrowersje – jeśli Republikanie w listopadzie utracą władzę, będzie to w znacznej mierze wynikało z zaangażowania na rzecz Izraela. Ponieważ zaś poplecznicy Izraela tak często stawiają znak równości między poparciem tego kraju a konserwatyzmem, odbicie w drugą stronę osłabi całą prawą stronę.

Jaki ma więc sens popieranie ruchu, który nie dość, że moralnie skompromitowany, to jeszcze na dodatek minął już szczyt swych wpływów, a w nieodległej przyszłości może załamać się zupełnie, jeśli wojna irańska skończy się tak katastrofalnie jak się zaczęła? Cytując klasyka, to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Jeśli bowiem poparcie dla wojen Izraela uderzy w ogólne poparcie dla idei konserwatywnych, nie tylko w Ameryce ale też w innych częściach świata, to odbudowa polityczna tych środowisk przypadnie przede wszystkim tym, którzy nie dołączyli do tego chóru.

Jakub Majewski

Braun o obecności „transpłciowej filozofki” na synodzie u kard. Rysia

Braun zapytany

o obecność „transpłciowej filozofki”

na synodzie u kard. Rysia

Prezes Konfederacji Korony Polskiej, polski poseł do PE Grzegorz Braun
Prezes Konfederacji Korony Polskiej, polski poseł do PE Grzegorz Braun Źródło: PAP / Paweł Supernak

dorzeczy/grzegorz-braun-o-transplciowej-filozofce-u-kard-rysia

Grzegorz Braun odniósł się do sprawy obecności „transpłciowej filozofki” „zmieniającej Kościół od środka” na synodzie u kardynała Rysia w Krakowie.

Na II Synodzie Duszpasterskim Archidiecezji Krakowskiej pojawił się aktywista LGBT identyfikujący się po tranzycji jako kobieta.

„Transpłciowa filozofka w Synodzie Archidiecezji Krakowskiej. Zmieniam Kościół od środka. Nie byłam pewna, czy mogę brać udział w pracach Synodu. Więc zapytałam otwarcie. Wysłałam zdjęcie ze spotkania z kardynałem i dla pewności jeszcze link do artykułu: „Transpłciowa filozofka spotkała się z kardynałem Rysiem. Wręczyła mu list” – czytamy w związku z tym wydarzeniem na profilu Maria Jadwiga Minakowska na Facebooku.

O odniesienie się do tej sprawy Braun został poproszony przez Rafała Mossakowskiego na kanale Centrum Edukacyjne. Przedmiotem rozmowy był między innymi temat kondycji najwyższych hierarchów kościoła katolickiego w Polsce.

Grzegorz Braun: Tam gdzie nie ma tradycji, pojawiają się ruchome piaski

– To są rzeczy, które wzdragam się komentować dlatego, że one same się komentują, a z drugiej strony jest to jakaś manifestacja nieszczęścia ludzkiego i nie ma co nad tym wydziwiać – powiedział polski poseł do Parlamentu Europejskiego. – Szkoda ludzi, których to dotyka i tych, którzy są narażeni na tego typu ekspozycje deficytów. Deficytów, które niektórzy wyciągają na sztandar np. na sztandar tęczowy – dodał.

Wyrażając ubolewanie, polityk zwrócił jednocześnie uwagę, że to, co dzieje się w polskim Kościele może jednak w końcu uruchomić w jakimś stopniu szersze tendencje antyrewolucyjne. – Wszystko to jest jakiś punkt dojścia, więc może nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po raz kolejny w ostatnich latach okazuje się, że gdzie nie ma tradycji w postaci Mszy św. w rycie tradycyjnym, tam wszyscy lądują na jakichś ruchomych piaskach – ocenił lider Konfederacji Korony Polskiej.

W jego ocenie tam, gdzie pozostał natomiast ryt tradycyjny, zachował się system cywilizacji łacińskiej, czyli bezpieczeństwa doktrynalnego. – Tam, gdzie brak tej ostoi, tam pojawiają się ruchome piaski modernizmu, czyli wszystko jest możliwe. A skoro jest możliwe w sferze obyczajowości, to jest możliwe także w sferze geopolityki i ekonomii – ostrzegł.

Wywoływanie głodu: Przemoc w Zatoce Perskiej a logika kontroli

Wywoływanie głodu: przemoc w Zatoce Perskiej i logika kontroli

Autor: Fertilising Hunger: Violence in the Gulf and the Logic of Control, Colin Todhunter, Apr 6, 2026

AlterCabrio, 6 kwietnia 2026

Od 1973 roku petrodolar stanowi podstawę amerykańskiej potęgi – niepisane porozumienie gwarantujące, że globalna energia będzie przedmiotem obrotu we wspólnej walucie. To porozumienie zmusza wszystkie państwa do utrzymywania rezerw dolarowych, skutecznie uzależniając los rolnika z Globalnego Południa od stabilności księgi rachunkowej w Waszyngtonie.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Grafika: AI

Wywoływanie głodu: przemoc w Zatoce Perskiej i logika kontroli

Amerykańsko-izraelski atak na Iran jest przedstawiany przez USA jako manewr obronny. W rzeczywistości jednak unaocznia to coś więcej: to operacja podtrzymująca [maintenance operation] dla globalnego systemu, który nie jest już w stanie samodzielnie funkcjonować i coraz bardziej polega na przemocy.

Cieśninę Ormuz można postrzegać jako zawór bezpieczeństwa dla światowej gospodarki. Każde zagrożenie jej zamknięciem zaburza przewidywalność, od której zależą globalne rynki w zakresie cen, inwestycji i przepływów handlowych.

Od 1973 roku petrodolar stanowi podstawę amerykańskiej potęgi – niepisane porozumienie gwarantujące, że globalna energia będzie przedmiotem obrotu we wspólnej walucie. To porozumienie zmusza wszystkie państwa do utrzymywania rezerw dolarowych, skutecznie uzależniając los rolnika z Globalnego Południa od stabilności księgi rachunkowej w Waszyngtonie.

Ale petrodolar to nie tylko finansowa abstrakcja. Jest on osadzony w samym globalnym systemie żywnościowym. Zielona Rewolucja w coraz większym stopniu zastępowała biologię gleby środkami pochodzącymi z paliw kopalnych, przekształcając rolnictwo w przedłużenie gospodarki energetycznej. A ponieważ rolnictwo przemysłowe jest strukturalnie powiązane z paliwami kopalnymi, każdy wstrząs w systemie energetycznym staje się wstrząsem w systemie żywnościowym, co skutkuje gwałtownym wzrostem cen żywności.

Kiedy USA bombardują irańską „stację paliw”, cena paliwa rośnie. Ponieważ współczesne rolnictwo na tym paliwie się opiera – poprzez maszyny napędzane olejem napędowym, nawozy na bazie gazu ziemnego i globalne łańcuchy transportowe – ten szok przekłada się bezpośrednio na koszty produkcji żywności. W ten sposób kontrola nad rynkami energii staje się pośrednią kontrolą nad tym, kogo stać na jedzenie, a tym samym nad samymi społeczeństwami.

Każdy kraj, który próbuje dokonywać transakcji poza dolarem, jest traktowany jako zagrożenie systemowe. Operacja Epic Fury (lub Epic Failure, biorąc pod uwagę reakcję Iranu) nie dotyczy demokracji ani powstrzymywania broni jądrowej. Chodzi o egzekwowanie hegemonii monetarnej i zapobieganie powstaniu autonomicznej alternatywy, w szczególności takiej, której centrum stanowiłyby Chiny i blok BRICS.

System ten opiera się na strukturalnej współzależności między dwoma głównymi architektami świata: Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Są oni przedstawiani jako przeciwnicy, a jednocześnie funkcjonują raczej jak konkurujący ze sobą wykonawcy, budujący tę samą cyfrowy folwark. Stany Zjednoczone egzekwują architekturę monetarną poprzez sankcje i siłę militarną. Chiny kontrolują zasoby pierwiastków ziem rzadkich i moce przetwórcze niezbędne dla dronów, czujników i inteligentnej infrastruktury, które definiują kolejną fazę technokratycznych rządów.

Razem systemy te rozszerzają tę samą logikę zależności — od paliwa i walut po dane, infrastrukturę i codzienne życie.

Żadna ze stron nie chce zniszczyć systemu. Walczą o to, kto będzie nim zarządzał.

W miarę rozwoju tej walki instytucje takie jak ONZ i Światowe Forum Ekonomiczne dostarczają terminologii zarządczej na potrzeby transformacji. Pod hasłem „zrównoważonego rozwoju” rolnictwo jest przekształcane w klasę aktywów korporacyjnych. Rolnicy są przekształcani w „jednostki pochłaniające dwutlenek węgla”, a nawet najmniejsza działka rolna jest indeksowana jako pochłaniacz dwutlenku węgla lub ryzyko systemowe.

Koncepcje ekologii i troski o środowisko naturalne są podważane, by skonsolidować ziemię, dane i zależności w rękach finansowo-cyfrowych elit. Świat, w którym ludzie mogą się sami wyżywić, to świat, którym nie da się łatwo rządzić.

To, czy serwer znajduje się w Waszyngtonie, czy w Pekinie, jest kwestią drugorzędną. Głębszym celem jest przekształcenie życia biologicznego i społecznego w dane oraz eliminacja zdecentralizowanej odporności.

Oficjalna narracja o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej to wygodna dywersja. Atak na Iran w 2026 roku lepiej rozumieć jako uderzenie w alternatywną architekturę, którą Chiny budują w całej Eurazji.

Iran od dawna służy Chinom jako tanie źródło energii – sposób na zasilanie ich machiny przemysłowej poza systemem SWIFT, denominowanym w dolarach. Atakując irański węzeł, USA przeprowadzają swego rodzaju geopolityczną operację obejścia [bypass] bezpieczeństwa energetycznego Chin.

Operacja Epic Failure [epicka porażka -AC] to wiadomość dla Pekinu wysłana za pośrednictwem Teheranu: każda próba zbudowania drogi poza zatwierdzonymi pasami ruchu obecnego porządku może zostać fizycznie udaremniona.

Jednak architekci pozostają uwięzieni we własnym projekcie. Stany Zjednoczone nie mogą doprowadzić do upadku Iranu bez destabilizacji rynków i recyklingu petrodolara z Zatoki Perskiej, które podtrzymują jego potęgę. Chiny nie mogą uwolnić się od porządku finansowego, od którego są zależne i do podważenia którego jednocześnie dążą. Obie strony walczą o zachowanie systemu, który już sam siebie niszczy.

Gdy nad rafineriami i tankowcami stojącymi w Cieśninie Ormuz unosi się dym, widoczna staje się prawda: imperium wciąż funkcjonuje przy użyciu siły.

I to sprowadza nas z powrotem do systemu żywnościowego. Prawdziwa agroekologia oparta na odbudowie biologii gleby i obiegu azotu to coś więcej niż praktyka rolnicza. To forma politycznej odmowy (zobacz rozdział 3, aby zapoznać się z dyskusją na temat agroekologii: czym jest i jakie są jej sukcesy).

Zdecentralizowany, samowystarczalny system żywnościowy zrywa więź między rolnikiem, dolarem i monotonną mantrą „inteligentnego” rolnictwa (choć tylko częściowo i nierównomiernie w świecie wciąż zależnym od globalnych łańcuchów dostaw). Jego siła jest biologiczna, lokalna i rozproszona – wszystko to, co obecna architektura ma na celu zdławić.

W świecie, który jest przekształcany w strumienie danych i zależności, prosta czynność uprawy żywności poza systemem staje się najbardziej wywrotowym aktem ze wszystkich.

_______________

Fertilising Hunger: Violence in the Gulf and the Logic of Control, Colin Todhunter, Apr 6, 2026

Warto porównać:

Historia czterech operacji psychologicznych: Czy Iran ZAWSZE był członkiem klubu?
Czy to wszystko, o co toczy się ta wojna? Nie, prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie istnieje wiele narracji i wiele grup interesu, które dążą do korzyści, ale nawet cynicznie prowadzone wojny mogą […]

*

Wojna w Iranie i Wielki Reset
Wszystko to oczywiście doprowadzi do ogromnego wzrostu cen ropy naftowej i gazu, co sprawi, że niektórzy ludzie (szczególnie ci, którzy zainwestowali w akcje i wiedzieli o wojnie przed jej wybuchem) […]

*

Cieśnina Ormuz – bardzo dziwne przeciąganie liny
W ciągu kilku godzin od pierwszych nalotów bombowych w ramach „Epic Fury” zachodnie źródła donosiły, że Iran zamknął cieśninę Ormuz. Następnie Iran stwierdził, że tego nie zrobił, ale groził, że […]

Czy będziemy się nudzili?

Czy będziemy się nudzili?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    5 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wygląda na to, że z prezydentem Donaldem Trumpem nie będziemy się nudzili. Jeszcze podczas jego poprzedniej prezydenckiej kadencji mogliśmy się przekonać, że jest on ekstrawertykiem, więc co tylko ma w sercu, to zaraz ma i na języku – a w miarę upływu lat ta skłonność najwyraźniej jeszcze się rozwinęła. Co więcej – im mniej przyjemności życiowych doznaje, tym szybciej się nudzi i zniechęca. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w stosunku do Ukrainy, o której prezydent Donald Trump już nie chce nawet słyszeć, a przynajmniej takie sprawa wrażenie. Inna rzecz, że trudno mu się dziwić, kiedy ukraiński prezydent Zełeński od każdego chciałby wyłudzić pieniądze, jak nie pod pretekstem, że Ukraina „broni Europy”, to pod jakimś innym – a w dodatku prezentował butną postawę roszczeniową. Kiedy w Białym Domu, na oczach całego świata, dostał od prezydenta Trumpa po łapach, to trochę się opamiętał, ale odtąd przestał być duszeńką amerykańskiego przywódcy – i tak już zostało.

Teraz słyszymy, że prezydent Trump rozważa przeznaczenie amunicji, która pierwotnie miała być sprzedana Unii Europejskiej z przeznaczeniem na Ukrainę, na Bliski Wschód – ale po 4 tygodniach wojna ze złowrogim Iranem też zaczyna go już nudzić, więc przebąkuje, że następna będzie Kuba. Jużci – Kuba wydaje się łatwiejsza od złowrogiego Iranu, więc być może i o listek do wieńca sławy też tu łatwiej – a poza tym, na Kubie żadnych żywotnych interesów nie ma bezcenny Izrael, więc przerzucając się na Kubę prezydent Trump mógłby uwolnić się od – co tu ukrywać – i krępującej i kompromitującej kurateli Beniamina Netanjahu.

Tedy zastygamy w oczekiwaniu na drugi dzień Świąt Wielkanocnych, kiedy to upływa termin kolejnego ultimatum, przedstawionego złowrogiemu Iranowi. Jeśli prezydent Trump i ten termin przedłuży, to będzie potem mógł już przedstawiać Iranowi kolejne „poważne ostrzeżenia”, podobne do tych, jakie w latach 50-tych i 60-tych przedstawiała Stanom Zjednoczonym Chińska Republika Ludowa.

Więc widzimy że z prezydentem Trumpem nie będziemy się nudzili nawet w sytuacji, gdy w nim samym kolejne wojny budzą już tylko narastające znudzenie. No bo rzeczywiście – cóż w takiej, jednej z drugą wojnie może być interesującego? „A na wojnie świszczą kule, lud się wali jako snopy, a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy” – pisała Maria Konopnicka w wierszu „A jak poszedł król na wojnę”.

Teraz chłopy się wycwaniły, zwłaszcza u nas. Zamiast ginąć, wolą kierować Ministerstwem Obrony Narodowej i zamawiać w zbrojeniowych fabrykach, krajowych i zagranicznych broń i amunicję dla naszej niezwyciężonej armii. To jest lepsze niż dotychczasowa „obrona interesów wszy i rolnictwa”, którą od ponad stu lat zajmowali się ludowcy. Teraz jednak, kiedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, za nic sobie mając wątpliwości Parlamentu Europejskiego nakazała wykonywać umowę z Mercosur, a nawet zawarła drugą – z Australią – to obrona „interesów wszy i rolnictwa” stała się zajęciem jałowym, z którego żadnych konfitur się nie wyciśnie. Zbrojenia, to co innego – toteż Polskie Stronnictwo Ludowe poświęciło się – bo czegóż to nie robi się dla Polski? – zbrojeniu naszej niezwyciężonej armii. W tym celu pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz, wniósł do laski pana marszałka Czarzastego projekt ustawy o „SAFE – zero procent”, według skorygowanego przez siebie pomysłu pana prezydenta Karola Nawrockiego. Korekta polega na tym, że pierwotnie dystrybucją środków finansowych na zbrojenie naszej niezwyciężonej, miał zajmować się fundusz pod egidą prezydenta – to według nowej wersji – vaginet obywatela Tuska Donalda.

Wiadomo bowiem, że pierwsze koryto przeznacza się dla świń, drugie – dla naszej niezwyciężonej, a dopiero trzecie – zgodnie ze starożytną rzymską sentencją, że omne trinum perfectum – co się wykłada, że doskonałe jest wszystko potrójne – na zbrojenia. Przy okazji chodzi o to, by sprawdzić, czy pan prezes Glapiński przypadkiem nie koloryzuje mówiąc, iż zbrojenia naszej niezwyciężonej można sfinansować z rezerw Narodowego Banku Polskiego. W tej sytuacji oskarżenia pana prezydenta Nawrockiego o „zdradę” ucichły, jakby ręką odjął i z tego powodu nie pyskuje na niego nawet Wielce Czcigodny poseł Trela, najwyraźniej wzięty do Sejmu na chłopaka do pyskowania.

Za to wszyscy używają sobie teraz na panu prezydencie z powodu wyjazdu do Budapesztu, gdzie spotkał się z tamtejszym premierem Wiktorem Orbanem, z którym wcześniej spotykać się nie chciał z obawy przez strefieniem. Chodziło o to, że Wiktor Orban spotykał się z prezydentem Federacji Rosyjskiej Putinem, podczas gdy nasi Umiłowani Przywódcy nie tylko mają zakazane wszelkie bliskie spotkania III stopnia z Putinem, ale mają surowo przykazane, by go „nienawidzić”. Chodzi o to, że Polska została wytypowana na „sługę narodu ukraińskiego”, więc w ostatniej instancji, to Kijów decyduje, co nam wolno, a czego nie – jeśli oczywiście nie liczyć znudzonego kolejnymi wojnami prezydenta Donalda Trumpa. Tymczasem na Węgrzech już wkrótce mają odbyć się wybory, w których na zwycięzcę zatwierdzony został przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje Piotr Magyar, podczas gdy Wiktor Orban ma je sromotnie przegrać, więc zarówno obywatel Tusk Donald, jak i całe zaplecze Volksdeutsche Partei, nie szczędzi panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich słów potępienia tym bardziej, że „zastanawia się” on, czy przyjąć ślubowanie od szóstki zaufanych kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego, którzy przeforsowaliby delegalizację Konfederacji Korony Polskiej, niezależnie od tego, czy obywatel Żurek Waldemar zdąży do końca roku wsadzić do kryminału Grzegorza Brauna, czy nie. Jak wiadomo, jego proces toczy się w tempie iście stachanowskim, co świadczy o pragnieniu odpowiedniego uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby wybory w roku 2027 w naszym bantustanie zakończyły się zgodnie z oczekiwaniami Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza.

Tymczasem po Liście Pasterskim Episkopatu Polski do parafian, w którym Episkopat przyznał, że przez „półtora tysiąca lat” Kościół katolicki mylił się gruntownie w kwestii żydowskiej, w niezależnych mediach głównego nurtu zapadła cisza, niczym w wytwornym salonie, gdy ktoś puści głośnego [i bardzo śmierdzącego md] bąka. Bo rzeczywiście – co tu gadać w sytuacji, gdy w tej jednej sprawie Kościół przez półtora tysiąca lat się mylił? Skoro w jednej sprawie się mylił, to może w innych – też? A jeśli w przeszłości się mylił, to skąd możemy wiedzieć, czy nie myli się teraz? Nic więc dziwnego, że Autorowie Listu skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, zastygając w oczekiwaniu, czy 13 kwietnia parafianie ruszą gremialnie modlić się w synagogach, czy też nie. Ponieważ nie do końca wiadomo, czy ta sprawa została uzgodniona z rabinami, to wszystko może skończyć się tak, jak w Jerozolimie, gdzie pod pretekstem wojny nie tylko odwołano Drogę Krzyżową, ale izraelska policja nie wpuściła do Bazyliki Grobu Pańskiego Patriarchy Jerozolimy i Kustosza Ziemi Świętej, których chcieli tam odprawić Mszę św. nawet bez udziału publiczności. Jak widzimy, militaryści, nawołujący, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny, mają wiele racji, zwłaszcza w Izraelu, który najwyraźniej wziął sobie tę wskazówkę do serca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).