/tekst z 20 marca opublikowany w “Warszawskiej Gazecie”/
To zdumiewające, jak niekompetentne decyzje radnych mogą prowadzić do nieodwracalnych zmian w przestrzeniach o fundamentalnym znaczeniu dla polskiego dziedzictwa kulturowego. Przeanalizujmy przypadek Poznania i Gietrzwałdu.
Prezydent Nawrocki w obronie Ostrowa Tumskiego w Poznaniu
Prezydent Karol Nawrocki oraz ministrowie Kolarski i Kotecki w dniu 9 marca 2026 r. wzięli udział w Forum Troski o Ostrów Tumski, spotykając się z przedstawicielami środowisk społecznych i eksperckich, w tym archeologami, historykami sztuki, konserwatorami zabytków oraz członkami komitetu obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej „Ostrów Tumski, Ostrówek i Śródka – najstarsze dzielnice miasta Poznania”.
Omawiano kontrowersje wokół planu zagospodarowania wyspy, który przewiduje powstanie na jej terenie dzielnicy mieszkaniowej. Ostrów Tumski to obszar o szczególnej wartości historycznej i symbolicznej, miejsce związane z początkami państwa polskiego, siedziba pierwszych władców oraz przestrzeń, która obejmuje bezcenne zabytki, w tym palatium Mieszka I i kaplica Dobrawy. Obszar ten winien być chroniony na mocy ustaw: Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami oraz Ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Dodatkowo, plany miasta powodują powstanie innych ważnych zagrożeń: olbrzymie zagrożenie zalewowe w związku z ewentualną zabudową, negatywne skutki znacznych ingerencji w grunty i to daleko poza zabudowywanym obszarem, w tym w rejonie katedry, znaczny wzrost natężenia ruchu samochodowego, który z wysokim prawdopodobieństwem doprowadzi do runięcia najstarszego kościoła na terenie miasta (pw. NMP), etc.
Uczestnicy spotkania u prezydenta (m.in. prof. Stanisław Czekalski, przewodniczący Komitetu ds. Parku Kulturowego na Ostrowie Tumskim w Poznaniu, dr hab. inż. Jędrzej Wierzbicki, geolog z UAM, ks. kanonik dr Waldemar Hanas, ekonom poznańskiej kurii, przewodniczący Zarządu Osiedla Ostrów Tumski-Śródka-Zawady-Komandoria Piotr Lecyk, prof. Cezary Kościelniak, reprezentujący Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, warszawski miejski aktywista Jan Śpiewak, dyrektor Muzeum Narodowego w Poznaniu Tomasz Łęcki, dr Agnieszka Stempin z Muzeum Archeologicznego w Poznaniu, prezes poznańskiego oddziału Towarzystwa Opieki Nad Zabytkami Dorota Matyjaszczyk, prezes poznańskiego oddziału Stowarzyszenia Historyków Sztuki dr Tomasz Ratajczak) wskazywali na możliwe rozwiązania tej sytuacji: powołanie Komitetu ds. parku kulturowego na Ostrowie Tumskim w Poznaniu, czy utworzenie centrum nauki, podobnego do Centrum Nauki Kopernik, które pozwoliłoby nie tylko kultywować tradycję kolebki polskiej państwowości, ale także ogniskować wszelkie wysiłki zmierzające do pielęgnowania dziedzictwa. Przede wszystkim jednak zablokowanie planów zabudowy deweloperskiej na wyspie i dodanie terenu całego Ostrowa Tumskiego do rejestru pomników historii. Inicjatywy te nie cieszą się jednak zainteresowaniem większości radnych miejskich w Poznaniu.
Cała wyspa jest już zabytkiem, znajduje się zatem pod kuratelą Miejskiego Konserwatora Zabytków. Obecna na spotkaniu Joanna Bielawska-Pałczyńska zgodziła się z większością argumentów, także w kwestii uczynienia z całego Ostrowa Tumskiego pomnika historii, z drugiej strony nie wyklucza jednak na nim zabudowy deweloperskiej. Urzędniczka mogłaby nawet jednoosobowo zablokować plany budowy osiedla, jednak tego nie robi. Podobnie jak Wojewódzki Konserwator Zabytków, Jacek Maleszka, również obecny na forum.
Uczestnicy spotkania liczą mocno na wsparcie prezydenta RP Karola Nawrockiego, tym bardziej, że już w 2008 roku Ostrów Tumski został uznany przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego za Pomnik Historii, co potwierdza jego rangę w skali całego kraju. Prezydent Nawrocki zadeklarował pomoc.
Co dalej z Gietrzwałdem?
Niejasne są perspektywy planów inwestycyjnych w Gietrzwałdzie, miejscu uznanych przez Kościół objawień Matki Bożej kierowanych w 1877 roku do Polaków za pośrednictwem wizjonerek Justyny Szafryńskiej i Barbary Samulowskiej. W przyszłym roku przypada 150-ta rocznica tych niezwykle ważnych dla Polski Objawień. Nie jest wykluczony przyjazd na uroczystości Papieża Leona XIV.
Dzięki ogromnemu wysiłkowi społecznemu udało się zablokować planowaną w Gietrzwałdzie potężną inwestycję Lidla (wielki magazyn odpadów, w tym niebezpiecznych). Władze gminy nie rezygnują jednak z planów kontrowersyjnych inwestycji. 16 marca mają się odbyć konsultacje społeczne dotyczące tych planów. W tej sprawie wypowiedzieli się społecznicy.
Jacek Wiącek, szef Komitetu Obrony Gietrzwałdu, od 3 lat walczący z błędnymi planami inwestycyjnymi, napisał na blogu Komitetu: Nasz urbanista ujawnił skandaliczne zapisy w projekcie planu ogólnego dla gminy Gietrzwałd. Na błoniach Sanktuarium wpisano np. elektrownię słoneczną (czyt. farma fotowoltaiczna), “zapomniano” jednocześnie wrysować w plan św. źródełko wraz z opisem w legendę planu, tak jak gdyby w ogóle nie istniało. W Gietrzwałdzie ustanowiono również obszar pod cmentarz wielkości ok 20 h, to jest obszar, na którym można by ulokować nawet 40 tysięcy grobów
Pytanie dla kogo te groby, bo mieszkańców w Gietrzwałdzie jest ok. 500 osób, a cala gmina liczy ok. 7 tysięcy, przy czym większość miejscowości ma swoje cmentarze. Poszerzono także obszar pod zabudowę techniczną po niedoszłym Lidlu, hale wielkogabarytowe, magazyny i składy o kolejne dziesiątki hektarów. Co wójt chce z Gietrzwałdu zrobić ? Nekropolię, miejscowość przemysłową czy jedną wielką farmę fotowoltaiczną, a może wszystko naraz?
Stanowisko zajął też 11 marca Ogólnopolski Komitet Obrony Gietrzwałdu (O.K.O.G.), powołany z inicjatywy Grzegorza Brauna. Komitet chce przekonać mieszkańców gminy i samorząd do oparcia rozwoju nie o inwestycję o podobnej skali i charakterze jakim miało być Centrum Logistyczne Lidla, a w oparciu o potencjał Sanktuarium Maryjnego. Komitet przypomina, że Lidl wycofał się po 3. latach protestów społecznych i ocenia, że aktualny projekt planu ogólnego gminy otwiera drogę do podobnej inwestycji. W stanowisku członkowie Komitetu piszą m.in., że: O.K.O.G. wielokrotnie podejmował próby przekonania władz gminy Gietrzwałd do zmiany kierunku polityki planistycznej, dotyczącej zagospodarowania terenów zlokalizowanych w Gietrzwałdzie przy ul. Szkolnej, tj. w promieniu niecałych 2,0 km od Sanktuarium. Nowy projekt planu ogólnego przewiduje w tym miejscu wyłącznie strefę usługową o profilu: teren składów i magazynów.
Postanowienia planu ogólnego oznaczają możliwość realizacji w stosunkowo niewielkiej odległości od Sanktuarium na bardzo rozległym terenie intensywnej i wysokiej zabudowy. Oznacza to nieodwracalne zerwanie z zasadami polityki planistycznej zakładającej wyznaczenie terenów tylko dla inwestycji nie zaburzającej krajobrazu i nie wpływającej negatywnie na uwarunkowania Gietrzwałdu jako miejsca kultu religijnego. Oznacza to następujące negatywne skutki: potencjalną możliwość realizacji na tym terenie inwestycji wysoce uciążliwej ze względu na generowany ruch samochodów ciężarowych, emisję hałasu i zanieczyszczeń środowiska, obciążenie infrastruktury drogowej i komunalnej; nieodwracalne zaprzepaszczenie potencjału tego terenu w oparciu o Sanktuarium m.in. rozwoju sektora usług turystyki i powiększenia bazy noclegowej dla zwiększonego ruchu pielgrzymkowego; nieodwracalną zmianę charakteru wsi Gietrzwałd, która stanie się jedynie zapleczem lokalnego centrum przemysłowego – co wpłynie negatywnie na rozwijający się obecnie ruch pielgrzymkowy (osiągający już teraz poziom od 800 tys. do 1 mln pielgrzymów rocznie).
O.K.O.G. podkreśla na koniec, że: głębia i bogactwo Objawień Maryjnych w Gietrzwałdzie są niepowtarzalne nigdzie indziej, wciąż czekają na odkrycie zarówno przez Polaków, jak i katolików z całego Świata. Uwarunkowania historyczne nie pozwoliły na taki rozwój tego miejsca, jaki stał się udziałem Fatimy czy Lourdes, jednakże obecny czas – ze względu na zbliżającą się rocznicę 150-lecia Objawień – stanowi szansę na to, by Sanktuarium w Gietrzwałdzie stało się znane w całej Polsce i w całym świecie, stając się polskim Sanktuarium Narodowym.
[Prezydent Nawrocki powinien objąć troską także Gietrzwałd na Warmii ! md]
Przedstawiamy przegląd najważniejszych wydarzeń mijającej nocy: Szef Sztabu Wojsk Lądowych USA Randy George został odwołany ze stanowiska przez sekretarza obrony Pete’a Hegsetha; Donald Trump nałożył 100-procentowe cła na importowane leki patentowe; Kuba poinformowała o uwolnieniu ok. 2 tys. więźniów w ramach „humanitarnej i suwerennej decyzji”.
Oto przegląd najważniejszych wydarzeń, które miały miejsce w nocy z 2 na 3 kwietnia:
Szef sztabu wojsk lądowych USA odwołany przez Pete’a Hegsetha
Gen. Randy George, Szef Sztabu Wojsk Lądowych USA, został odwołany ze stanowiska przez sekretarza obrony Pete’a Hegsetha – podaje Reuters. Agencja Reutera zwraca uwagę, że odwołanie tak wysokiego rangą generała w czasie prowadzonych przez USA działań wojennych jest decyzją bezprecedensową.
Pentagon potwierdził, że generał George, który miał jeszcze ponad rok do końca kadencji, „odchodzi na emeryturę ze stanowiska 41. szefa sztabu wojsk lądowych w trybie natychmiastowym”. W wydanym oświadczeniu Departament Obrony podziękował gen. George’owi za dekady służby.
Sekretarz wojny Pete Hegseth poprosił szefa sztabu armii, generała Randy’ego George’a, o ustąpienie ze stanowiska i natychmiastowe przejście na emeryturę.
Dwa źródła agencji Reutera twierdzą, że Hegseth odwołał także generała Davida Hodnego, który stał na czele Dowództwa Transformacji i Szkolenia Wojsk Lądowych oraz generała Williama Greena, stojącego na czele Korpusu Kapelanów Wojskowych.
Pentagon nie podaje powodów dymisji gen. George’a. Liczące 450 tys. żołnierzy Wojska Lądowe są największym amerykańskim rodzajem wojsk. Dotychczas, w trwającej wojnie z Iranem, uczestniczyli przede wszystkim żołnierze Sił Powietrznych USA i Marynarki Wojennej, ale w ostatnim czasie na Bliski Wschód zaczęli być przerzucani żołnierze elitarnej 82. Dywizji Powietrznodesantowej, co zostało odebrane jako zapowiedź potencjalnego rozpoczęcia działań lądowych przeciw Iranowi.
Gen. George ma za sobą służbę w Iraku i Afganistanie. Szefem Sztabu Wojsk Lądowych był od 2023 roku Kadencja na tym stanowisku trwa cztery lata.
Nieoficjalne doniesienia o kolejnych dymisjach w administracji Donalda Trumpa
„The Atlantic” pisze, że z administracji Donalda Trumpa mogą wkrótce odejść dyrektor FBI Kash Patel, sekretarz armii Daniel Driscoll i sekretarz pracy Lori Chavez-DeRemer.
Władze Kuby poinformowały, że uwolnią ponad 2 tysiące więźniów – podały kubańskie media państwowe. To już druga taka amnestia w tym roku (w marcu uwolniono 51 więźniów). Dochodzi do niej w czasie, gdy władze w Hawanie prowadzą negocjacje z administracją Donalda Trumpa, który wcześniej wprowadził stan nadzwyczajny w relacjach z Kubą i praktycznie odciął wyspę od dostaw ropy.
Foto: PAP
Kubański dziennik „Granma” uwolnienie 2 010 więźniów nazwał „humanitarnym i suwerennym gestem”, dokonanym po „uważnej analizie zbrodni popełnionych przez skazanych, ich dobrego zachowania w więzieniu i faktu, że odbyli znaczną część swoich wyroków, a także przez wzgląd na ich stan zdrowia”. Nie jest jasne, ilu z uwolnionych więźniów to pospolici przestępcy, a ilu – więźniowie polityczni (tych mają być w kubańskich więzieniach setki).
W poniedziałek doszło do wielkie awarii krajowej sieci energetycznej na Kubie w wyniku czego ok. 10 mln mieszkańców wyspy zostało pozbawionych dostępu do elektryczności.
Do jednej z największych amnestii w ostatnich latach na Kubie doszło dzień po tym, jak Lianys Torres Rivera, najwyższej rangi kubańska dyplomatka w USA, publicznie poprosiła administrację USA o pomoc w przebudowie pogrążonej w kryzysie gospodarki Kuby, w ramach trwających negocjacji na linii Waszyngton-Hawana.
Przeciętny mieszkaniec naszej planety ma odruch wymiotny po konfrontacji z konfabulacją prezydenta Stanów Zwyrodniałych. Dlatego moi czytelnicy nie będą zmuszani do słuchania tej niedorzecznej brei w stylu Joe Bidena. Dla masochistów zawsze zostaje możliwość otwarcia tych farmazonów, ale skutki zdrowotne mogą być poważne.
Nowa karykatura jemeńskiego artysty Kamala Sharafa poświęcona niekończącym się kłamstwom Trumpa!
W przeciwieństwie do oderwanych od rzeczywistości sprzecznych z sobą twierdzeń Trumpa, jak balsam działa na nas logiczne i autentyczne środowe orędzie prezydenta Iranu Masouda Pezeshkianiego:
Naród irański nie żywi wrogości do innych narodów, w tym do mieszkańców Ameryki, Europy ani krajów sąsiednich. Nawet w obliczu powtarzających się zagranicznych interwencji i nacisków w swojej chlubnej historii, Irańczycy konsekwentnie i wyraźnie rozróżniali rządy od narodów, którymi rządzą. Jest to głęboko zakorzeniona zasada w irańskiej kulturze i zbiorowej świadomości, a nie tymczasowa postawa polityczna. Z tego powodu przedstawianie Iranu jako zagrożenia nie jest zgodne ani z rzeczywistością historyczną, ani z obserwowanymi obecnie faktami. Takie postrzeganie jest wynikiem politycznych i ekonomicznych kaprysów możnych – potrzeby stworzenia wroga, aby uzasadnić presję, utrzymać dominację militarną, utrzymać przemysł zbrojeniowy i kontrolować rynki strategiczne. W takim otoczeniu, jeśli zagrożenie nie istnieje, zostaje ono wymyślone.
Odkąd Izrael rozpoczął bombardowanie Libanu na początku marca, libański muzyk Mahdi al Sahely publikuje mini-koncerty w zbombardowanych dzielnicach Bejrutu.
W jednym ze swoich postów gra melodię z filmu Stevena Spielberga „Lista Schindlera” z 1993 roku, skomponowaną przez Johna Williamsa. Jest to prawdopodobnie jedno z najważniejszych dzieł, które od ponad trzech dekad uwrażliwia publiczność, zwłaszcza na Zachodzie, na cierpienie Żydów podczas II wojny światowej.
Dzięki Sahely’emu ponadczasowa ścieżka dźwiękowa rozbrzmiewa teraz w ruinach stolicy kraju, który – według analityków takich jak Max Blumenthal – państwo Izrael zaczyna krok po kroku poddawać czystce etnicznej.
Kontrast między procesem twórczym muzyki a niszczycielską siłą wojny znajduje tu swoje ucieleśnienie.
Libański wiolonczelista gra „Listę Schindlera” wśród ruin Bejrutu. Źródło.
Po obu stronach konfliktu cierpią zwykli ludzie. To oni są rzeczywistymi bohaterami tej tragikomedii. Patrzą jak ciała ich bliskich są wydobywane spod gruzów. Mówią w języku, którego nie rozumiesz, ale to nie znaczy, że są postaciami z jakiejś gry komputerowej. Odczuwają tak jak ty, mają rodziny, których stratę opłakują. Cierpienia nie są wirtualne.
Teraz, kiedy potomkowie ofiar okrutnych represji nazistowskiego reżimu stworzonego w Niemczech i wspieranego przez wielką finansjierę zachodniego świata, sami stają się oprawcami, świat zatoczył wielkie koło swojej tragicznej historii. Nie doczekają się przyjścia Mesjasza. Jedyne czego się doczekają to wielka pustynia gruzów.
Może właśnie tak miała wyglądać ta ich długo wyczekiwana świątynia?
W północnej części okupowanej Palestyny, w tym w Hajfie, Tamrze, Szfaramie i Kirjat Atta, rozległy się syreny ostrzegające przed atakiem rakietowym po wystrzeleniu rakiet z Iranu.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Dawno temu, kiedy kłamstwo było (i jest nadal) grzechem, a grzechami nikt się nie szczycił, dopuszczano jeden taki dzień w roku, w którym nie tyle chodziło o oszustwo, co o żart. A może teraz, w ramach nowoczesności, udało by się zmusić kłamców, żeby zamilkli chociaż jeden dzień w roku? Tylko jak? Wątpię, żeby super kłamca, jakim niewątpliwie jest Tusk, mógł chociaż w tym jednym dniu, powstrzymać się od kłamstw wszelkich, gdyby to w jego wypadku w ogóle było możliwe. No cóż, każdy jest najbardziej sobą. Ogłośmy zatem, pierwszy kwietnia międzynarodowym Dniem Tuska.
Nie świadomie, lecz podstępnie, bezwładnie zmierza świat ku wielkiej wojnie – to główne ostrzeżenie płk. Macgregora. W swojej analizie maluje on ponury obraz sytuacji geopolitycznej, w której liczne konflikty są ze sobą powiązane, a elity polityczne podejmują ryzyko, którego konsekwencje z trudem byłyby do udźwignięcia.
Macgregor dostrzega analogie do okresu sprzed 1914 roku, do systemu międzynarodowego, w którym żadne mocarstwo nie chce wojny światowej – ale wszystkie są gotowe podjąć kroki, które mogłyby do niej doprowadzić. Kluczową różnicą jest jednak istnienie broni jądrowej. Choć uniemożliwia ona bezpośredni wybuch wielkiej wojny, przenosi konflikty do sfery ‚poniżej progu nuklearnego’, gdzie mimo wszystko możliwe są ogromne zniszczenia.
Sednem jego analizy jest wojna na Ukrainie, którą opisuje jako sztucznie wywołany konflikt. Wojna ta nie wybuchłaby bez interwencji Zachodu i antyrosyjskiej postawy politycznej Kijowa. Jednocześnie rozmówca oskarża Zachód o błędną ocenę rzeczywistości militarnej: Rosja nie upadła ani gospodarczo, ani militarnie, lecz masowo rozbudowała swój potencjał przemysłowy i militarny. Sankcje nie przyniosły oczekiwanego efektu, a społeczeństwa zachodnie coraz bardziej tracą stabilność wewnętrzną.
Magregor krytykuje przede wszystkim decydentów politycznych w Europie i USA. Jego zdaniem żyją oni w ‚fantastycznym świecie równoległym’, charakteryzującym się arogancją, błędnymi kalkulacjami i myśleniem życzeniowym. Założenie, że Rosja nie ulegnie eskalacji, jest niebezpieczne i może doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji militarnej.
Kolejnym kluczowym punktem jego analizy jest rosnący rozdźwięk między społeczeństwem a przywódcami politycznymi. Decyzje dotyczące wojny i pokoju nie są już podejmowane w interesie większości, lecz przez niewielkie elity władzy, na które wpływają różne siły, dysponujące ogromnym bogactwem i kierujące się własnymi interesami ekonomicznymi. W rezultacie demokracja ulega erozji, a strategie geopolityczne są coraz częściej napędzane przez kalkulacje finansowe i siłowo-polityczne.
Po ataku dronów na zbiorniki paliwa na lotnisku w Kuwejcie
Jego ocena jest szczególnie kontrowersyjna w odniesieniu do Bliskiego Wschodu. Jego zdaniem wojna między Izraelem a Iranem może wywołać globalną eskalację. Taki konflikt nie miałby charakteru regionalnego, lecz nieuchronnie angażowałby Rosję i Chiny. Oba kraje mają ugruntowane interesy strategiczne i obecność militarną w regionie i nie stałyby bezczynnie, gdyby Iran został militarnie zniszczony.
Macgregor ostrzega, że wielu w Waszyngtonie i Europie całkowicie błędnie ocenia sytuację. Pogląd, że wojna o ograniczonym zasięgu może być prowadzona lub kontrolowana, jest niebezpiecznym złudzeniem. Gdy taki konflikt się rozpocznie, może szybko eskalować i wymknąć się spod kontroli.
Wskazuje również na globalną zmianę układu sił. Podczas gdy Zachód postrzega siebie jako siłę dominującą, znaczna część świata – zwłaszcza państwa globalnego Południa – jest politycznie i gospodarczo bliższa Rosji, Chinom i Iranowi. W przypadku większego konfliktu Zachód byłby zatem znacznie mniej zdolny do działania niż się często zakłada.
Szczególnie interesująca część jego analizy dotyczy ekonomicznych konsekwencji takiego scenariusza. Nawet bez użycia broni jądrowej globalny konflikt może poważnie wpłynąć na gospodarki zachodnie: łańcuchy dostaw uległyby załamaniu, ceny energii gwałtownie wzrosłyby, a poziom życia gwałtownie spadłby. Wojna mogłaby zatem być niszczycielska nie tylko pod względem militarnym, ale także gospodarczym.
Płk Magregor zwraca również uwagę, że poważne wojny w historii często nie wynikały z jasnych decyzji, lecz eskalowały poprzez wydarzenia, błędne kalkulacje lub celowo zaaranżowane incydenty. Przykłady takie jak Pearl Harbor i Zatoka Tonkińska, jego zdaniem, pokazują, jak konflikty były wykorzystywane politycznie lub wywoływane przez konkretne wydarzenia.
Jego ostrzeżenie jest jednoznaczne: niebezpieczeństwo takiego punktu eskalacji istnieje również dzisiaj – na przykład w wyniku incydentu na Morzu Czerwonym, Morzu Śródziemnym lub Oceanie Indyjskim. Pojedyncze wydarzenie może wystarczyć, aby wywołać reakcję łańcuchową, która zakończy się wielką wojną.
Ostatecznie jego główne przesłanie pozostaje niezmienne: świat znajduje się już w fazie licznych konfliktów, które w każdej chwili mogą przerodzić się w większą wojnę. Nie dlatego, że ktokolwiek świadomie tego pragnie, ale dlatego, że decyzje polityczne, błędne kalkulacje i interesy strategiczne nieustannie napędzają eskalację.
Albo, jak trafnie ujął to Macgregor: Najniebezpieczniejsza wojna to ta, w którą wpadasz, nie mając prawdziwej chęci do walki.
Witam wszystkich. Z przyjemnością witamy ponownie Michaela Hudsona i profesora Steve’a Keena w Instytucie Davida Graebera. Steve Keen jest ekonomistą i pisarzem, jednym z nielicznych, którzy ostrzegali przed kryzysem z 2008 roku. Jest znany z krytyki głównego nurtu teorii neoklasycznej oraz modeli deflacji długu i niestabilności finansowej. Michael Hudson jest amerykańskim ekonomistą i historykiem długu z Uniwersytetu Missouri w Kansas City. Jego prace na temat finansów, rent i deindustrializacji wywarły głęboki wpływ na poglądy Davida Graebera na temat imperium, daniny i polityki długu.
Dzisiaj chcemy przeanalizować pogłębiający się kryzys i możliwe scenariusze jego przebiegu, zwłaszcza w kontekście trwającej wojny, która, osobiście, coraz bardziej przypomina mi radziecką inwazję na Afganistan. Moje pytanie do Michaela i Steve’a brzmi: Inflacja, hiperinflacja czy deflacja? Jaki scenariusz ich zdaniem się spełni? Zacznijmy od Michaela Hudsona.
MICHAEL HUDSON Obserwując dziś rynki akcji i obligacji, świat przyjmuje założenie, że wojna w Iranie nie potrwa dłużej niż około miesiąc.
To wojna światowa, ponieważ cały świat jest zależny od ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego – do nawozów, energii, elektryczności, ogrzewania, gotowania, produkcji szkła i helu.
Hel i gaz ziemny były dostarczane do większości krajów świata przez Katar, jako część arabskiej organizacji OPEC. Jednak jego wielomiliardowe zakłady produkcji skroplonego gazu ziemnego (LNG) – których budowa zajęła cztery lata – zostały właśnie zbombardowane przez Iran, ponieważ Katar gości amerykańskie bazy wojskowe wykorzystywane do ataków na Iran.
Iran oświadczył: Jeśli spróbujecie zniszczyć nasz przemysł naftowy, doprowadzimy do całkowitego załamania całego światowego przemysłu naftowego, gazowego, helowego i energetycznego, co doprowadzi do Wielkiego Kryzysu w wyniku podwojenia cen ropy. To doprowadzi do kryzysu płatniczego dla sojuszników Ameryki, nie tylko w Europie, ale także w Korei, Japonii i na Filipinach, które już podejmują środki nadzwyczajne.
Trump najwyraźniej celowo dąży do wywołania globalnego kryzysu gospodarczego, który potrwa co najmniej cztery lata – tak jak miało to miejsce podczas I i II wojny światowej. Wierzy, że to da Ameryce przewagę: Ameryka jest samowystarczalna pod względem gazu i ropy. Inne kraje będą musiały od nas kupować. A kiedy to zrobią, zażądamy od nich nałożenia sankcji na Rosję, Iran i każdego, kogo uznaliśmy za wroga.
Tymczasem rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła powyżej 4,5%, a 30-letnich – powyżej 5%. Wall Street zdało sobie sprawę, że podwojenie cen eksportu ropy naftowej prowadzi do inflacji.
Ale to wszystko to bzdura ekonomiczna.
Oczywiście ceny ropy rosną – tak bardzo, że Azja i kraje Globalnego Południa będą wyglądać jak Niemcy po tym, jak USA zablokowały im dostęp do rosyjskiego gazu. Niemiecki przemysł szklarski upadł. Przemysł nawozowy upadł. Przemysł motoryzacyjny się wycofuje – Mercedes i inne firmy przenoszą się do Chin.
Cła Trumpa na stal i aluminium podnoszą ceny kombajnów rolniczych i traktorów. Rolnicy w USA borykają się z tym samym problemem, co rolnicy na całym świecie: wyższymi kosztami nawozów, wyższymi kosztami sprzętu żniwnego i wyższymi kosztami paliwa.
Czego Wall Street nie bierze pod uwagę: Tak, ceny energii i produktów powiązanych rosną. Ale to doprowadzi do zamknięcia przemysłu i ogromnej depresji. Zwolnienia. Rządy będą musiały przekierować dochody, aby pomóc rodzinom w opłaceniu prądu i gazu – co oznacza cięcia w wydatkach socjalnych. Bezrobocie.
Ludzie stają się coraz biedniejsi. To nie inflacja. To deflacja.
Ceny ropy naftowej, stali, aluminium, nawozów, gazu i helu wzrosną, podczas gdy ceny innych surowców generalnie spadną. Stoimy w obliczu największego kryzysu od czasów Wielkiego Kryzysu.
Taki jest zamierzony cel amerykańskiej polityki zagranicznej. Zaplanowali ją w najdrobniejszych szczegółach. Wierzą, że niezależnie od tego, jak bardzo zaszkodzi to amerykańskiej gospodarce, zaszkodzi klasie robotniczej, obniżając płace, tworząc bezrobocie i doprowadzając ludzi do rozpaczy. To dar niebios dla walki klas.
Kiedy firmy muszą ograniczyć produkcję, jak mają spłacać swoje długi? Pracownicy – eufemistycznie nazywani „konsumentami” – płacą już ponad 30% odsetek od opłat za karty kredytowe i kar. Liczba niespłaconych kredytów studenckich rośnie. Zadłużenie z tytułu opieki medycznej jest najszybciej rosnącą przyczyną bankructw w Stanach Zjednoczonych. Stopy procentowe kredytów hipotecznych gwałtownie wzrosły.
To nowa forma walki klasowej. Nie chodzi o pracodawców przeciwko pracownikom, ponieważ przemysł i klasa robotnicza cierpią razem w walce o przetrwanie. Chodzi o klasę finansową przeciwko reszcie gospodarki.
Finanse, ubezpieczenia i nieruchomości, czyli sektor FIRE, to obszar, w którym odnotowano prawie cały wzrost PKB USA, podczas gdy realna gospodarka uległa skurczeniu.
To w zasadzie powtórzenie debat z połowy XVIII wieku: jak Wielka Brytania powinna poradzić sobie z faktem, że wierzyciele wydawali pieniądze na import dóbr luksusowych zamiast na produkcję krajową? To Londyn się wzbogacił, a nie reszta Anglii.
NIKA Michael, chciałbym dodać Steve’a. Co sądzisz o analizie Michaela?
STEVE KEEN Jeśli jest ktoś, z kim się zgadzam, to Michael. Kiedy pierwszy raz mnie o to zapytałeś, powiedziałem: najpierw inflacja, potem deflacja. Michael przedstawił kontekst historyczny. Chciałbym dodać kilka elementów statystycznych.
Absolutnym fundamentem gospodarki jest energia. Pokazuję tu zużycie energii w petadżuli na lewej osi i globalny produkt brutto na prawej. Obie linie pokrywają się niemal idealnie. I co najważniejsze: jest to relacja jeden do jednego. Spadek zużycia energii o 5% oznacza spadek globalnego produktu brutto o 5%.
Co się dzieje teraz: Około 20% światowych zasobów skroplonego gazu ziemnego zostało odciętych. W połączeniu z utratą ropy naftowej z Cieśniny Ormuz i innymi zakłóceniami w dostawach, możemy mówić o spadku globalnego zapotrzebowania na energię o około 10% – co oznacza 10% spadek PKB.
Moja krótka formuła: Praca bez energii jest trupem; kapitał bez energii jest martwą rzeźbą.
Ten krach spowoduje wzrost cen ropy naftowej – zgadza się z tym konwencjonalne myślenie. Ale żyjemy też w gospodarce zfinansjalizowanej. I właśnie w tym różnimy się z Michaelem od ekonomistów głównego nurtu, ponieważ całkowicie ignorują oni dług prywatny. Mają obsesję na punkcie długu publicznego. Nawet nie biorą pod uwagę długu prywatnego.
W Ameryce zadłużenie prywatne wynosi obecnie około 140% PKB – wciąż jest ogromne. To właśnie o tym obciążeniu mówił Michael dla gospodarstw domowych i firm. Jeśli okaże się, że nie mogą już osiągać tak dużych zysków z powodu wyższych cen ropy, jeśli wzrośnie bezrobocie, nie będą już w stanie obsługiwać tego długu. A to, co prawdopodobnie zobaczymy, będzie tym samym, co w latach 2007–2008, tylko na sterydach: całkowitym załamaniem popytu napędzanego kredytem.
Pracownicy nie mogą przerzucić rosnących cen ropy na wyższe płace. Kapitaliści przemysłowi też niekoniecznie mogą to zrobić. Co się więc dzieje? Ludzie obniżają ceny, licząc na utrzymanie klientów. Ale ich sąsiad robi to samo. Wszyscy starają się zmniejszyć zadłużenie – a to niszczy pieniądz, spowalnia gospodarkę i powoduje deflację.
Irving Fisher pięknie to sformułował w latach 30. XX wieku – to, co nazywam paradoksem Fishera: Im więcej dłużnicy płacą, tym więcej są winni. Rzeczywisty ciężar rośnie, gdy poziom cen spada. To właśnie prowadzi do Wielkiego Kryzysu.
A oto przerażająca część: jeśli zapasy nawozów spadną o 20%, globalna produkcja żywności prawdopodobnie spadnie o ponad 20%. Oznacza to, że wystarczy żywności dla około 6 miliardów ludzi – a jest ich 8 miliardów. W tym roku możemy stanąć w obliczu globalnego głodu.
Tak jak anarchista, który oddał strzał, zabijając arcyksięcia, nie miał pojęcia, co uwolni, myślę, że Trump jest taki sam. Nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji. Zachowuje się jak boss mafii, wyciskając pieniądze z wahań rynku. Ale reszta z nas będzie musiała żyć z niezamierzonymi konsekwencjami.
A jeśli jakikolwiek rząd światowy to obserwuje – w co wątpię – to niech usuną Trumpa. Skończą z tym. Ameryka musi przyznać się do porażki i wycofać się, abyśmy mieli szansę odbudować światową infrastrukturę fizyczną, zanim nadejdzie globalny głód.
MICHAEL HUDSON: Chciałbym odnieść się do pytania Niki o hiperinflację, ponieważ deflacja i hiperinflacja mogą występować razem. Kiedy kraje nie są w stanie spłacić swoich długów zagranicznych – a Globalne Południe ma ogromne długi zagraniczne w dolarach – co robią? MFW mówi: oszczędności. Ubożeją klasę robotniczą, aż będą w stanie spłacić długi. To jest dzisiejsza gospodarka śmieciowa, a jej korzenie sięgają bulionizmu Davida Ricardo.
Każda hiperinflacja w historii była spowodowana koniecznością spłaty długów zagranicznych.
Hiperinflacja w Niemczech w latach dwudziestych XX wieku nie była spowodowana wydatkami rządowymi na zatrudnienie czy programy socjalne – to mit. Była spowodowana drukowaniem marek niemieckich i zalewaniem rynku walutowego w celu wypłaty reparacji wojennych. Chile i Francja doświadczyły tego samego schematu hiperinflacji.
A tej rzeczywistości nie naucza się na studiach ekonomicznych. Dlatego absolwenci rozpoczynający pracę w bankach centralnych na całym świecie nie rozumieją różnicy między hiperinflacją, normalną inflacją cenową a deflacją. Steve i ja jesteśmy w zasadzie persona non grata w kręgach towarzyskich, ponieważ to, co wyjaśniamy, grozi przejęciem władzy, które właśnie się dokonuje – podobnie jak kryzys bilansu płatniczego w Azji w latach 1997–1998.
NIKA: To ciekawe, Michael – właśnie zdałem sobie sprawę, że Rosja też miała dużo długu, bo Jelcyn zgodził się przejąć dług zagraniczny całego Związku Radzieckiego. A ropa kosztowała wtedy może 10 dolarów za baryłkę. Nigdy bym nie pomyślał, że hiperinflacja i deflacja mogą wystąpić jednocześnie. Ale być może właśnie to wydarzyło się w Rosji w latach 90.
STEVE KEEN Tak – Rosja nie miała dużego długu wewnętrznego, ale miała ogromne zadłużenie zagraniczne. Istnieją argumenty – których jeszcze dokładnie nie zbadałem – że hiperinflacja w Republice Weimarskiej była częściowo celowa: spłaciła długi, które amerykańscy spekulanci kupili w niemieckich obligacjach. Miało to więc straszną cenę, ale korzystny efekt uboczny: niemiecki dług zagraniczny został wyeliminowany.
I jest jedna rzecz, którą Michael i ja musimy ciągle sprostowywać: ludzie mówią, że to inflacja weimarska była przyczyną Hitlera. Nie. Hitler siedział w więzieniu podczas inflacji weimarskiej. Doszedł do władzy dziesięć lat później. Do władzy doprowadziła go deflacja – narastający kryzys w latach 1932–1933, kiedy ceny spadały o 10% rocznie. To właśnie powoduje rozpad społeczeństwa.
Czeka nas katastrofalny rok. Nawet pomijając dynamikę zadłużenia, utrata zaledwie 10% globalnej energii oznacza 10% spadek PKB. Ludzie będą głodować, bo nie jesz warzyw – jesz ropę naftową. Proces Habera-Boscha, wynaleziony podczas I wojny światowej, wykorzystuje ropę naftową do produkcji nawozów azotowych. Bez niego nośność planety wynosi około 1–2 miliardów ludzi. Obecnie mamy ich 8 miliardów. Jeśli stracimy 20% globalnej produkcji nawozów, stracimy żywność dla 20% światowej populacji. Nigdy nie doświadczyliśmy globalnego głodu. Mieliśmy lokalne klęski głodu. To byłoby zupełnie coś innego.
MICHAEL HUDSON Aby doprecyzować chronologię, o której wspomniał Steve: System finansowy załamał się w 1929 roku. Świat wszedł w kryzys w 1931 roku. W 1931 roku świat ostatecznie ogłosił moratorium na długi aliantów europejskich wobec Stanów Zjednoczonych oraz na reparacje niemieckie. Moratorium to – uznanie, że długów nie da się spłacić – nastąpiło przed dojściem Hitlera do władzy. Późniejsza deflacja stworzyła polityczne warunki do jego dojścia do władzy.
STEVE KEEN I to jest związane z fundamentalnym niezrozumieniem ekonomii neoklasycznej. Modelują gospodarkę jako pojedyncze dobro wytwarzane przez połączenie pracy i kapitału – bez zasobów naturalnych, bez wkładu energii. Nie zdają sobie nawet sprawy, że nie da się niczego wyprodukować bez energii. Nie wiedzą, że helu nie da się przechowywać – ulatnia się z każdego pojemnika w ciągu miesiąca lub dwóch. Gdy tylko te dostawy zostaną odcięte, te gałęzie przemysłu upadają.
Czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu nawet ekonomiści, których krytykowaliśmy za obsesję na punkcie równowagi, nadal posługiwali się macierzami przepływów międzygałęziowych. Rozumieli: aby to osiągnąć, potrzebne są te dane wejściowe. Idioci, którzy od tamtej pory przejęli władzę – ze swoimi modelami DSGE (Dynamicznej Stochastycznej Równowagi Ogólnej) – mają jeden dobry model rzeczywistości, który ignoruje zasoby naturalne. Nie zdają sobie sprawy, że wojna o Cieśninę Ormuz odcięłaby jedną trzecią światowych dostaw nawozów. Nauczą się tego na własnej skórze.
Dlatego uważam, że to idiotyzm, a nie spisek.
Ludzie podejmujący te decyzje nie rozumieją, że do wytwarzania dóbr i usług niezbędne są fizyczne zasoby świata przyrody.
MICHAEL HUDSON Każda teoria ekonomiczna ma implikacje polityczne. Teoria równowagi służy tym, którzy chcą, aby państwo nie odgrywało żadnej roli: sektor finansowy powinien regulować rynki, a płace powinny spaść do poziomu równowagi, którego żąda 1% najbogatszych. Powód, dla którego Steve i ja popieramy umorzenie długu, nie jest abstrakcyjny – chodzi o to, że umorzenie długu anuluje oszczędności klasy wierzycieli. Kończy to ucisk gospodarki przez klasę finansową.
Chiny zrobiły to, czego nie udało się Zachodowi. Traktują pieniądz i kredyt jako usługę publiczną. Prawie 80% kredytów w USA i Wielkiej Brytanii jest przeznaczane na zakup nieruchomości – to winduje ceny aktywów, zwiększa zadłużenie i, co najważniejsze, wzbogaca klasę finansową. Chiński bank centralny generuje pieniądz, aby finansować infrastrukturę, inwestycje przemysłowe i zaawansowane technologie. Nie ma tam klasy finansowej. Klasa ta uciekła na Tajwan lub na Zachód po rewolucji Mao.
Historyczny precedens sięga trzech tysięcy lat wstecz. Od Sumeru i Babilonii po starożytny Bliski Wschód – od epoki brązu do pierwszego tysiąclecia p.n.e. – długi były umarzane, jeśli nie można ich było spłacić. Prawa Hammurabiego stanowiły, że długi rolne były umarzane w przypadku powodzi, suszy lub nieurodzaju. Alternatywą byłoby narastanie długów w rękach klasy wierzycieli, która stałaby się oligarchią, przejmowałaby ziemie i pogrążała ludność w niewoli długów. Właśnie tak stało się w Rzymie. I ta sama dynamika powtarza się teraz na całym świecie.
O tym właśnie jest moja książka „Upadek starożytności” . Chinom udało się uniemożliwić przejęcie władzy przez jedną klasę finansową.
STEVE KEEN Jednym z powodów jest to, że Chiny uczyły się od Marksa, a nie od neoklasycznych bzdur. W tomie III „ Kapitału” , w rozdziale 33, Marks opisał klasę finansową jako „wędrujących jeźdźców kredytu”, którzy płacą wysokie odsetki z kieszeni innych ludzi i żyją dostatnio z oczekiwanych zysków. Opisał system kredytowy jako dający tej klasie pasożytów „cudowną władzę nie tylko okresowego rujnowania kapitalistów przemysłowych, ale także ingerowania w faktyczną produkcję w najbardziej niebezpieczny sposób” i że „ta grupa nic nie rozumie o produkcji i nie ma z nią nic wspólnego”.
Ta świadomość przeniknęła do samego rdzenia Komunistycznej Partii Chin. Ponieważ teoria neoklasyczna całkowicie ignoruje finanse, Zachód pozwolił systemowi finansowemu przejąć kontrolę nad gospodarką. Dlatego gospodarki zachodnie znajdują się w takim stanie, w jakim są.
MICHAEL HUDSON A Marksa wyprzedził Ricardo, który wykazał, że przemysłowcy nie będą mieli żadnych zysków, jeśli właściciele ziemscy będą pobierać całą rentę – ponieważ będą musieli płacić pracownikom tylko tyle, ile potrzeba na zakup żywności, której cena jest zawyżona o rentę. Marks rozszerzył tę koncepcję renty gruntowej na rentę monopolistyczną, a następnie na rentę finansową. To był analityczny i fiskalny projekt ekonomii klasycznej: identyfikacja i eliminacja dochodów niewypracowanych. Adama Smitha i Johna Stuarta Milla nazwano socjalistami, ponieważ chcieli zapobiec powstaniu oligarchii finansowej.
Następnie, pod koniec XIX wieku, nadeszła kontrrewolucja. Ekonomia neoklasyczna całkowicie odrzuciła koncepcję renty ekonomicznej – ponieważ renta, w klasycznym ujęciu, to dochód pozbawiony roli produkcyjnej. Neoliberalizm został zbudowany na tym zaprzeczeniu, że dochód rentiera jest nieproduktywny. I tak dziś mamy ekonomistów, którzy nawet nie uwzględniają długu w swoich modelach – bo, jak mawiają, „dług jednej osoby jest majątkiem drugiej osoby”.
Nie mówią, że długi 90% stanowią aktywa 10%.
A te 10% kredytu rośnie wykładniczo, niezależnie od tego, czy gospodarka jest w stanie cokolwiek wyprodukować lub spłacić. To jest martwy punkt akademickiej ekonomii.
Mimo to Chiny nadal wysyłają studentów do Stanów Zjednoczonych na studia ekonomiczne. Michael wykładał na Uniwersytecie Pekińskim przez dwa lata. Jego studenci mówili mu, że rząd i firmy wolą zatrudniać ekonomistów wykształconych w USA niż tych z Chin. To sprzeczność, której Chiny wciąż nie rozwiązały w pełni.
NIKA: Ale czym Chiny się różnią? Zgromadziły wszystko – ropę, zboże. Mają pojazdy elektryczne. Są w zupełnie innej sytuacji. Michael, jak myślisz, jak Chiny skorzystają na tym kryzysie? Czy mogłyby po prostu przejąć władzę?
STEVE KEEN Chiny najwyraźniej dysponują półtorarocznymi zapasami zboża. Nawet jeśli nastąpi globalny głód – a wierzę, że tak się stanie – Chiny będą w stanie wyżywić swoją ludność. Zainwestowały też więcej energii niż jakikolwiek inny kraj w odchodzenie od paliw kopalnych: energii słonecznej, jądrowej i wiatrowej.
Istnieje głęboki kulturowy powód tego przygotowania: każde chińskie dziecko uczy się o wojnach opiumowych. Wiedzą, że Wielka Brytania, nie mogąc produkować tego, czego potrzebowały Chiny, zmusiła Chiny do importu opium w celu zrównoważenia handlu – i że to upokorzenie zdefiniowało XIX wiek. Chińskie dzieci się o tym uczą. Amerykańskie dzieci nawet nie wiedzą, czym były wojny opiumowe. Dążenie Chin do samowystarczalności nie jest więc jedynie kwestią polityki – to wielopokoleniowa odpowiedź na kolonialną eksploatację. Dzięki przygotowaniu mogą uniknąć wielu nieszczęść, które czekają resztę świata.
NIKA, czy możesz wyjaśnić – słowami, które rzeczywiście rozumiem – jak deflacja i inflacja mogą występować jednocześnie? Myślę, że wiele osób uważa to za bardzo mylące. Zwłaszcza, że jedna część świata, Chiny, wydaje się radzić sobie znacznie lepiej niż wszyscy inni. Nagle świat przestaje być ze sobą powiązany. Mamy ten podział. I oto mamy to dziwne monstrum – deflację i inflację jednocześnie.
STEVE KEEN Podstawowa kwestia jest taka: ekonomia głównego nurtu nie rozumie zależności gospodarki od energii. Zniszczenie zasobów energii, nawozów i kluczowych czynników produkcji doprowadzi do załamania globalnej produkcji fizycznej – i tylko to. I nie rozumieją oni długu prywatnego. Mają obsesję na punkcie długu publicznego. Ignorując dług prywatny, nie dostrzegają deflacyjnej reakcji łańcuchowej – kiedy tak wiele osób i firm nie jest już w stanie obsługiwać swoich długów, pieniądz ulega zniszczeniu, gospodarka się kurczy, a ceny spadają.
Muszę kończyć – trzeci podcast tego dnia. Miło cię widzieć, Michael.
MICHAEL HUDSON Steve ujął to idealnie. Deflacja i inflacja jednocześnie. To, co jest zawyżane, to ceny energii. To, co jest zawyżane, to reszta gospodarki – która potrzebuje tej energii i nie może już sobie pozwolić na funkcjonowanie.
NIKA: Zapowiada się, że to będzie straszny rok. Bardzo dziękuję wam obojgu za obecność. Około 250 osób oglądało nas na żywo na Twitterze – to dobrze. Dzięki, Michael. Czy możemy kontynuować tę rozmowę?
MICHAEL HUDSON Tak, tak. Po prostu zabrakło nam czasu.
Jawne zaprzeczanie Słowu Bożemu dokonane przez inspiratorów i heroldów ostatniej herezji dobitnie świadczy o tym, że wężowy język w inkryminowanym liście pochodzi od diabła.
Tak się kończy dialog z satanizmem – absurdalną albo w przypadku zaawansowanym, bo z takim mamy chyba tu do czynienia – diabelską konkluzją, że Chrystus nie był i nie jest potrzebny do zbawienia. Wypisz, wymaluj: czysty w swojej jednorodności i gęsty niczym smoła – satanizm.
Pozujący na gnostyków autorzy listu piszą:
„nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą”
Rzuca się w oczy brak logiki. Z jednej strony „nie ma żadnych wątpliwości” czyli pewność, ale skąd wywiedziona? Pewność stojąca w sprzeczności ze słowami Chrystusa i Jego uczniów. Pewność, której głównym składnikiem jest „niezgłębiona tajemnica”. Jaka tajemnica? „Boża”.
I tu mamy zasadniczy element herezji czyli powołanie się na „Boga”. Boga fałszywego, bo o prawdziwym Bogu mówił sam Jezusa Chrystus, o Bogu z którym stanowi nierozerwalną jedność woli i działania:
„Zanim Abraham stał się, JA JESTEM.”
„Ja i Ojciec jedno jesteśmy.” (J 10,30 )
„Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie.” (J 14,10)
„Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym.” (J 6,44)
Reasumując: rozdzielenie Ojca od Syna jest herezją, a rzekoma tajemnica, która wyklucza Chrystusa jako Zbawiciela, nie pochodzi od Boga, lecz od Antychrysta. „Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca.”
Aspekt polityczny czyli satanizm pod ochroną
Rzekomy antysemityzm, o którym piszą heretycy pod szyldem Episkopatu jest w istocie antysatanizmem, który od pewnego czasu został decyzją prof. Diabelskiego ogłoszony nowym grzechem głównym. W liście jest określony mianem „śmiertelnego deficytu miłości”. Nie jest to prawda. Miłość w tym przypadku ma po prostu inny wektor, będąc nakierowana na ochronę Prawdy o której pisali jej świadkowie – Apostołowie – nasi najstarsi bracia w wierze.
Jak niektórzy być może wiedzą lub nie wiedzą, a powinni, 20 lat temu w ramach „przerabiania chrześcijańskiego normotypu cywilizacyjnego”, „prawda” została zastąpiona w hierarchii ważności „godnością”.
Polski Trybunał Konstytucyjny obwieścił w grudniu 2006 r. ustami swojego przewodniczącego, sędziego Jerzego Stępnia, taką oto zdumiewającą nowość: „Myśmy w swoich orzeczeniach powiedzieli, że najwyższą wartością jest godność, a nie prawda. […] Prawda nie jest w naszym porządku konstytucyjnym najwyższą wartością”. („O pojęciu kłamstwa i zasadzie prawdomówności” Prof. Bogusław Wolniewicz)
Od tej pory godnością wyższą są obdarzani, rosnący w siłę, przedstawiciele mniejszości moralnych: kłamiący razem, nienawidzący razem, kradnący razem, a nawet zabijający razem z silną nadreprezentacją nachodźców. Godnością najwyższą obdarzyli samych siebie zapiekli wrogowie Chrystusa, przeciwnicy Nowego Przymierza i Ludu Bożego – Żydzi.
Dziś w Łomży zawierzyliśmy walkę duchową o przyszłość Polski Królowej Korony Polski, przed Jej obrazem w ołtarzu kościoła NMP Częstochowskiej, odczytując „AKT WOLI życia wg katolickich zasad w Polsce” (fragmenty).
Wykonaliśmy to w dniu 370 rocznicy Intronizacji Matki Bożej na Królową Korony Polskiej (1-IV- 1656 we Lwowie), po Mszy św. i kolejnej modlitwie NOWENNY do Matki Bożej Jasnogórskiej.
Zawierzyliśmy naszej Królowej dalsze działania lokalne i wszystkich środowisk zaangażowanych w pełne oddanie się pod Jej królewską władzę.
Aby wkrótce Rzeczpospolita oddała się pod władanie Chrystusowi Królowi, skoro On tego chce. I tak jak On Chce.
Przez cały marzec modliliśmy się za Polaków Niezłomnych i o Ich pomoc w naszej duchowej walce.
Abyśmy i my sprostali testamentowi Inki: „zachowałam się jak trzeba”!
Imperium traci zdolność ukrywania swojej brzydkiej natury
„Oby wszystko się objawiło” – to moja modlitwa za nasz świat od wielu lat. To głęboko skrywane pragnienie właśnie się spełniło, a prawda wygląda równie brzydko, jak się spodziewano.
Kiedyś trudno było pokazać ludziom Zachodu zepsucie amerykańskiego imperium. Teraz jest ono widoczne dla wszystkich w postaci brutalnych nagrań z ludobójstwa i szalenie okrutnej wojny o bezpośrednich konsekwencjach ekonomicznych.
Trzeba było włożyć wiele wysiłku, aby uświadomić przeciętnemu mieszkańcowi Zachodu, że agresje NATO aktywnie sprowokowały wojnę na Ukrainie, że zachodni interwencjonizm odegrał znaczącą rolę w przemocy i chaosie w Syrii, a także że amerykańska wojna gospodarcza była w dużej mierze odpowiedzialna za cierpienia Kubańczyków i Wenezuelczyków. Mordercze okrucieństwo imperium było ukrywane za warstwami zaciemniania, co pozwalało propagandystom przedstawiać zachodnią strukturę władzy jako biernego świadka nadużyć obcych reżimów.
Teraz propagandziści mają bardzo mało do roboty, więc takie zaciemnianie rzeczywistości nie jest już możliwe. Nie da się przedstawić szkoły pełnej dzieci, która została wysadzona w powietrze przez amerykański nalot, jako czegoś innego niż jest w rzeczywistości. Manipulacja narracyjna, jaką można przeprowadzić na podstawie surowego nagrania wideo ludobójstwa wspieranego przez Zachód, rozgrywającego się na oczach całego świata, dzień po dniu, przez lata, jest ograniczona. Nie da się wmówić ludziom Zachodu, że chcą płacić o wiele więcej za paliwo i artykuły spożywcze.
Widziałem, jak były członek Parlamentu Europejskiego Luis Garicano narzekał na Twitterze, że działania Trumpa sprawiają wrażenie, jakby lewicowcy przez cały czas mieli rację co do amerykańskiego imperium, mówiąc: „Wielu z nas, liberalnych Europejczyków, spędziło dekady sprzeciwiając się karykaturalnej wersji Ameryki prezentowanej przez europejską skrajną lewicę (to wszystko ropa/imperializm/bogacenie się kosztem innych), a potem przychodzi jakaś głupia administracja i perfekcyjnie odtwarza tę karykaturę”.
Cały światopogląd Garicano opiera się na jego zdolności unikania uznania oczywistej prawdy: że tak zwana „skrajna lewica” zawsze miała rację, a imperium, które czci, zawsze było złe. Po prostu coraz trudniej jej ukryć swoją prawdziwą naturę, z powodu tego samego zła, które próbowała ukryć.
Wszystko staje się coraz bardziej jawne. Coraz bardziej przejrzyste. To, co kiedyś było dziełem wyłącznie sygnalistów, dziennikarzy śledczych, aktywistów i mediów dysydenckich, teraz jest dziełem samego imperium, bo prawda o czymś tak złośliwym może być ukrywana tylko do pewnego momentu. Imperium, które spajają kłamstwa, korupcja i niekończące się rzezie, nigdy nie miało pozostać niezauważone. Brutalność niezbędna do dominacji nad planetą musiała w końcu wyjść na jaw.
„Oby wszystko się objawiło” – to moja modlitwa za nasz świat od wielu lat. To głęboko skrywane pragnienie właśnie się spełniło, a prawda wygląda równie brzydko, jak się spodziewano.
Niech wszystko zostanie ujawnione. Niech wszystko, co ukryte, stanie się widoczne. W imperium. W naszych rządach. W naszej kulturze. W naszej społeczności. W naszych relacjach międzyludzkich. W nas samych.
Wszelkie nadużycia ostatecznie sprowadzają się do braku jasnego spojrzenia. Rządy mogą znęcać się nad ludźmi, ponieważ dynamika korupcji i tyranii nie jest wyraźnie dostrzegana przez społeczeństwo, które gwałtownie zbuntowałoby się, gdyby naprawdę zrozumiało, co ich przywódcy robią im i ich światu. Przemoc domowa i wykorzystywanie seksualne w rodzinie mogą trwać tylko wtedy, gdy reszta społeczności nie widzi i nie rozumie, co robi sprawca. Nasze własne skłonności do nadużyć mogą trwać tylko tak długo, jak długo nasze reakcje na traumę i nieadaptacyjne mechanizmy radzenia sobie z nią pozostają ukryte w cieniu naszej podświadomości.
Wszystkie te dysfunkcyjne dynamika stracą swoją trwałość, gdy będziemy coraz bardziej świadomi tego, co naprawdę się dzieje w nas samych i w naszym świecie. Teraz sytuacja wygląda brzydko, bo prawda jest brzydka, ale tylko dzięki ujawnieniu się prawdy możemy dążyć do zdrowia i harmonii jako gatunek.
Jeśli kiedykolwiek głęboko pracowałeś nad swoją psychologią, widziałeś, jak to się rozgrywa w twoim osobistym doświadczeniu. Możesz uleczyć swoje wewnętrzne zranienia, jeśli zbierzesz się na odwagę, by zanurzyć się we własnej ciemności i stawić czoła z bezkompromisową szczerością niewygodnym realiom, których unikałeś w sobie przez całe życie – ale z jakiegoś powodu trzymałeś je w nieświadomości. Są przerażające. Są bolesne. Są wstydliwe. Stawienie im czoła może wydawać się końcem świata. Jednak tylko poprzez wydobycie ich na światło świadomości można je w pełni dostrzec, pogodzić się z nimi i uleczyć.
Cały świat jest taki sam. Ludzie jako kolektyw nie są w stanie rozwiązać problemów, których nie dostrzegamy i nie rozumiemy. Nasi władcy wkładają mnóstwo energii w podtrzymywanie wpływowych operacji, takich jak propaganda medialna, hollywoodzkie operacje psychologiczne, manipulacje algorytmami Doliny Krzemowej i tajność rządowa, aby utrudnić nam jasne widzenie i rozumienie.
Ale teraz wszystko to wychodzi na światło dzienne. Coraz więcej staje się widoczne.
Niech kłamstwa i zaciemnienia nadal będą ujawniane. Niech prawda nadal będzie widoczna.
„Módlmy się… Ojcze, w Księdze Estery napisałeś, że Persowie – Irańczycy – chcieli zabić wszystkich Żydów…” „Dziś Irańczycy – nikczemny reżim tego rządu – chcą zabić każdego Żyda i zniszczyć go ogniem atomowym, ale ty podniosłeś prezydenta Trumpa”…👇pic.twitter.com/WL5eIHCbTi
Oddział Onkologii Klinicznej w Szpitalu Powiatowym w Krotoszynie od dwóch tygodni nie przyjmuje nowych pacjentów, a od 1 maja zawiesi działalność. To kolejny przykład na to, że państwowa służba ochrony zdrowia znajduje się w ruinie. Przyczyną decyzji są straty finansowe generowane przez oddział. Szpital odnotował 2,8 mln zł strat za ubiegły rok, a dyrekcja oceniła, że bez restrukturyzacji całej placówki grozi jej całkowite zamknięcie. W ciągu ostatnich kilku dni około 10 pacjentów straciło możliwość rozpoczęcia leczenia na oddziale onkologicznym.
– Od dwóch tygodni mamy zakaz przyjmowania nowych pacjentów – alarmują na łamach RMF FM lekarze i pielęgniarki oddziału onkologii w Krotoszynie
Na razie mowa „tylko” o zakazie przyjmowania nowych pacjentów, ale kolejnym krokiem będzie całkowite zawieszenie działalności oddziału. Ma to potrwać dwa miesiące, od 1 maja do końca czerwca. W tym czasie dyrekcja ma przeprowadzić analizę i podjąć ostateczną decyzję co do dalszych losów oddziału.
– Jeśli w NFZ się nie polepszy, to ten oddział od 1 lipca przestanie istnieć – zapowiada wicestarosta krotoszyński Stanisław Szczotka.
Starosta Paweł Radojewski mówi z kolei, że decyzja nie była łatwa, ale innego wyjścia nie było. – Musimy działać w tych realiach, które są i jakieś kroki podejmować, żeby szpital w Krotoszynie przeżył i mógł służyć mieszkańcom. Jak nic nie zrobimy, to za chwilę zamkniemy cały szpital, w którym pracuje 600 osób – powiedział samorządowiec.
Oddział onkologiczny jest najmłodszym z oddziałów w krotoszyńskiej placówce i zarazem jednym z najbardziej kosztownych. Pacjenci dotychczas leczeni w Krotoszynie mają zostać przeniesieni do innych szpitali w regionie. Dla wielu z nich oznacza to konieczność dojazdu na chemioterapię do odległych ośrodków – co w przypadku osób chorych i starszych bywa zadaniem ponad siły.
Do mieszkańców Stanów Zjednoczonych Ameryki i do wszystkich tych, którzy pośród zalewu wypaczeń i wytworzonych narracji nadal szukają prawdy i dążą do lepszego życia:
Iran – pod tym samym imieniem, charakterem i tożsamością — jest jedną z najstarszych ciągłych cywilizacji w historii ludzkości. Pomimo swoich historycznych i geograficznych zalet w różnych okresach, Iran nigdy w swojej współczesnej historii nie wybrał ścieżki agresji, ekspansji, kolonializmu czy dominacji. Nawet po trwającej okupacji, inwazji i ciągłej presji ze strony światowych mocarstw, i – pomimo posiadania przewagi militarnej nad wieloma sąsiadami — Iran nigdy nie zainicjował wojny. Jednak zdecydowanie i odważnie odpierał tych, którzy go zaatakowali.
Naród irański nie ma wrogości wobec innych narodów, w tym mieszkańców Ameryki, Europy lub krajów sąsiednich. Nawet w obliczu powtarzających się zagranicznych interwencji i nacisków w całej swojej dumnej historii, Irańczycy konsekwentnie rozróżniają rządy od Narodów, którymi rządzą. Jest to głęboko zakorzeniona zasada w irańskiej kulturze i zbiorowej świadomości, a nie tymczasowe stanowisko polityczne.
Z tego powodu przedstawianie Iranu jako zagrożenia nie jest ani zgodne z rzeczywistością historyczną, ani z dzisiejszymi obserwowalnymi faktami. Takie postrzeganie jest wytworem politycznych i ekonomicznych kaprysów potężnych — potrzeby wytworzenia wroga w celu uzasadnienia presji, utrzymania dominacji militarnej, utrzymania przemysłu zbrojeniowego i kontrolowania rynków strategicznych. W takim środowisku, jeśli zagrożenie nie istnieje, jest wymyślane.
W tych samych ramach Stany Zjednoczone skoncentrowały największą liczbę swoich sił, baz i zdolności wojskowych wokół Iranu — kraju, który przynajmniej od założenia Stanów Zjednoczonych nigdy nie zainicjował wojny. Niedawne amerykańskie agresje z tych właśnie baz pokazały, jak groźna jest taka obecność wojskowa. Oczywiście żaden kraj stojący w obliczu takich warunków nie zrezygnowałby ze wzmocnienia swoich zdolności obronnych. To, co Iran zrobił – i nadal robi – jest wyważoną reakcją opartą na uzasadnionej samoobronie, a w żadnym wypadku nie jest inicjacją wojny ani agresji.
Stosunki między Iranem a Stanami Zjednoczonymi nie były pierwotnie wrogie, a wczesne interakcje między narodem irańskim i amerykańskim nie były nękane wrogością ani zamachem stanu — nielegalnym amerykańskim napięciem z 1953 roku. Punktem zwrotnym była jednak interwencja mająca na celu zapobieżenie nacjonalizacji zasobów własnych Iranu. Ten zamach stanu zakłócił demokratyczny proces Iranu, przywrócił dyktaturę i zasiał głęboką nieufność Irańczyków wobec polityki USA. Ta nieufność pogłębiła się jeszcze bardziej dzięki wsparciu Ameryki dla reżimu szacha, poparciu Saddama Husajna podczas narzuconej wojny lat 80., nałożeniu najdłuższych i najbardziej wszechstronnych sankcji we współczesnej historii, a ostatecznie niesprowokowanej agresji militarnej — dwukrotnie, w trakcie negocjacji —przeciwko Iranowi.
Jednak wszystkie te naciski nie osłabiły Iranu. Wręcz przeciwnie, nasz kraj stał się silniejszy w wielu dziedzinach: wskaźniki alfabetyzacji potroiły się— z około 30% przed rewolucją islamską do ponad 90% obecnie; szkolnictwo wyższe dramatycznie się rozwinęło; osiągnięto znaczne postępy w nowoczesnej technologii; usługi opieki zdrowotnej uległy poprawie; a Infrastruktura rozwija się w tempie i skali nieporównywalnej z przeszłością. Są to mierzalne, obserwowalne rzeczywistości, niezależne od sfabrykowanych narracji.
Jednocześnie nie można lekceważyć destrukcyjnego i nieludzkiego wpływu sankcji, wojny i agresji na życie odpornego narodu irańskiego. Kontynuacja agresji militarnej i niedawnych bombardowań głęboko wpływa na życie, postawy i perspektywy ludzi. Odzwierciedla to fundamentalną ludzką prawdę: kiedy wojna wyrządza nieodwracalną szkodę życiu, domom, miastom i przyszłości, ludzie nie pozostaną obojętni wobec odpowiedzialnych.
Rodzi to fundamentalne pytanie: dokładnie, które interesy narodu amerykańskiego są naprawdę obsługiwane przez tę wojnę? Czy było jakieś obiektywne zagrożenie ze strony Iranu, aby uzasadnić takie zachowanie? Czy masakra niewinnych dzieci, zniszczenie zakładów farmaceutycznych zajmujących się leczeniem raka lub przechwalanie się bombardowaniem kraju „z powrotem do epoki kamienia” służy jakiemukolwiek celowi poza dalszym niszczeniem globalnej pozycji Stanów Zjednoczonych?
Iran kontynuował negocjacje, osiągnął porozumienie i wypełnił wszystkie swoje zobowiązania. Decyzja o wycofaniu się z tego porozumienia, eskalacji w kierunku konfrontacji i rozpoczęciu dwóch aktów agresji w trakcie negocjacji były destrukcyjnymi wyborami dokonanymi przez rząd USA — wyborami, które służyły złudzeniom zagranicznego agresora.
Atakowanie niezbędnej infrastruktury Iranu — w tym obiektów energetycznych i przemysłowych – jest bezpośrednio wymierzone w naród irański. Takie działania, poza zbrodnią wojenną, niosą ze sobą konsekwencje wykraczające daleko poza granice Iranu. Generują niestabilność, zwiększają koszty ludzkie i ekonomiczne oraz utrwalają cykle napięć, sadząc nasiona urazy, które przetrwają lata. To nie jest demonstracja siły; to oznaka strategicznego oszołomienia i niezdolności do osiągnięcia zrównoważonego rozwiązania.
Czy nie jest też tak, że Ameryka weszła w tę agresję jako pełnomocnik Izraela, pod wpływem i manipulacją tego reżimu? Czy nie jest prawdą, że Izrael, stwarzając zagrożenie dla Iranu, stara się odwrócić uwagę świata od swoich zbrodni wobec Palestyńczyków? Czy nie jest oczywiste, że Izrael dąży teraz do walki z Iranem do ostatniego amerykańskiego żołnierza i ostatniego amerykańskiego podatnika – przenosząc ciężar swoich złudzeń na Iran, region i same Stany Zjednoczone w pogoni za bezprawnymi interesami?
Czy „America First” jest obecnie jednym z priorytetów rządu USA?
Zachęcam was, abyście spojrzeli poza machinę dezinformacji – integralną część tej agresji – i zamiast tego porozmawiali z tymi, którzy odwiedzili Iran. Obserwuj wielu znakomitych irańskich imigrantów – wykształconych w Iranie— którzy obecnie uczą i prowadzą badania na najbardziej prestiżowych Uniwersytetach na świecie lub przyczyniają się do najbardziej zaawansowanych firm technologicznych na Zachodzie. Czy te realia są zgodne z wypaczeniami, o których mówi się o Iranie i jego mieszkańcach?
Dziś świat stoi na rozdrożu. Kontynuowanie drogi konfrontacji jest bardziej kosztowne i daremne niż kiedykolwiek wcześniej. Wybór między konfrontacją a zaangażowaniem jest zarówno realny, jak i konsekwentny; jego wynik będzie kształtował przyszłość następnych pokoleń.
Przez tysiąclecia dumnej historii Iran przetrwał wielu agresorów. Wszystko, co po nich pozostało, to nadszarpnięte imiona w historii, podczas gdy Iran trwa — odporny, dostojny i dumny.”
Gdy piszę te słowa trwa dziewiętnasty dzień trzydniowej izraelsko-amerykańskiej Specjalnej Operacji Demokratycznej przeciwko Iranowi. Oczywiście, z przekąsem piszę o „trzech dniach” przypisywanych Putinowi i parafrazuję nazwę Specjalnej Operacji Wojskowej na Ukrainie. Ale już tylko parafraza nam została, gdyż na naszych oczach Donald Trump dokonuje unicestwienia wszystkich założeń trumpizmu.
Dlaczego topi? Dlatego, że obiecał Amerykanom nie wszczynać żadnych wojen, a nawet zakończyć tę na Ukrainie. Został wybrany pod hasłami izolacjonistycznymi, pod hasłami walki z ideologią globalistyczną, pod hasłami walki z neokonserwatywną agresywną i imperialną polityką zagraniczną. Teraz okazał się Georgem Bushem 2.0. Najpierw był akt państwowego terroryzmu w postaci ataku na Wenezuelę i porwania jej prezydenta. Amerykanie nie cieszyli się tym zwycięstwem, gdyż zapachniało neokonserwatyzmem, ale akcja była szybka i zwolennicy prezydenta jakoś mu to wybaczyli.
Teraz Trump uwikłał USA w absolutnie „nieswoją wojnę”, toczoną za Izrael i dla Izraela, którą najprawdopodobniej sprokurowali dwaj syjoniści: związany z Chabadem zięć Trumpa Jared Kushner i Steve Witkoff. Dzielnie pomagał im w tym dziele nawiedzony religijnie fanatyk ewangelikalny Pete Hegseth, stojący na czele tzw. chrześcijańskich syjonistów w ruchu trumpowskim. Powiedzmy sobie szczerze, że ruch MAGA nie przetrzyma tej wojny, dzieląc się na MAGA „właściwy”, skupiający amerykańskich patriotów spod znaku „America First!”, ze skłonnością do izolacjonizmu i dobrowolnej rezygnacji z hegemonii nad światem, aby podzielić się rządami z Chinami i Rosjanami w postaci tzw. koncertu mocarstw.
Niestety, w Białym Domu górę wzięła frakcja budowniczych Trzeciej Świątyni i oczekiwania na mesjasza – ale nie tego samego, który już dawno się ujawnił i został ukrzyżowany 2.000 lat temu. Dla tego apokaliptycznego celu USA ma wzniecić III wojnę światową. Z polskiej perspektywy aż trudno uwierzyć, że tak irracjonalna idea może mieć za Oceanem kilkadziesiąt milionów fanatycznych zwolenników. Przy Pecie Hegsecie, ambasadorze amerykańskim w Izraelu Mike’u Huckabeem i osobistej doradczyni do spraw duchowych prezydenta Trumpa Paulą White irańscy ajatollahowie to wolterianie, wolnomyśliciele i religijni sceptycy. Za całym tym biznesem stoi w cieniu ateista Bibi Netanjahu i śmieje się z szaleńców z USA, którzy dali się wciągnąć w wojnę za Izrael, a właściwie to dla ratowania głowy Bibiego ściganego w Jerozolimie za łapówkarstwo przez cały batalion prokuratorów.
Po rozkładzie ruchu MAGA nie widzę szans na wygranie przez Republikanów tzw. wyborów cząstkowych do Kongresu w przyszłym roku, w wyniku czego Donald Trump straci większość parlamentarną. Nie widzę też szans na wygrane wybory prezydenckie przez J.D. Vance’a, acz widać, że racjonalnie nie wychyla się i nie wypowiada, nie chcąc być obciążonym klęską trumpizmu. Ale ludzie i tak będą go z Donaldem Trumpem już zawsze kojarzyć. Przyszłym prezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie więc demokrata.
Izraelsko-amerykańska wojna napastnicza na Iran stała się katalizatorem przemian w polityce światowej. Od samego początku Trump słusznie twierdził, że czas hegemonii amerykańskiej skończył się, gdyż pozycja USA w świecie spada z powodu szybkiego wzrostu znaczenia innych państw. Własny potencjał nie spada, rośnie, lecz świat rośnie szybciej. Dlatego trzeba się panowaniem nad światem podzielić. Stąd była polityka paktowania z Putinem, inicjatywa grupy G5, Rady Pokoju, etc. Była to polityka racjonalna i sam ją osobiście chwaliłem.
Niestety, dla Bibiego i za poradą zięcia, Trump sam pogrzebał swoją własną koncepcję porządku światowego, wkraczając na drogę podbojów głoszoną przez wrogich mu neokonserwatystów. Ale świat się zmienił i do hegemonii USA nie ma powrotu. Europa nie uznaje już hegemonii amerykańskiej. Pod naciskami Trumpa na wojnę Wielka Brytania zgodziła się wysłać… 8 żołnierzy w celu ewentualnego rozbrajania min morskich. Pełne poparcie militarne zadeklarowały tylko Estonia i Albania, ale jakoś nie spodziewam się, aby Siódma Flota imperium estońskiego przechyliła szalę zwycięstwa na korzyść amerykańską. Stany Zjednoczone zostały same, osamotnione i izolowane w świecie, który nie ma żadnego pomysłu jak wygrać tę wojnę nie wysyłając na wieloletnie walki w górach armii lądowych, gdzie czekają na nią milionowa armia perska i całe tabuny dronów najróżniejszych rodzajów.
Co więcej, świat już wie, że amerykańskie bazy nie chronią własnego terytorium. Gorzej, niczym czerwona płachta na byka przyciągają pociski balistyczne i drony przeciwnika na własne terytorium. Obrona przeciwlotnicza satrapii arabskich szejków nie radzi sobie, co grozi upadkiem petrodolara i dedolaryzacją gospodarki, a to może spowodować ekonomiczny cyklon w USA. Po odcięciu importu żywności i zniszczeniu fabryk odsalania wody w satrapiach może zapanować głód i pragnienie, co może skończyć się rewolucją polityczną.
Po trzech tygodniach słyszymy, że amerykańskie arsenały są puste, a przemysł amerykański potrzebuje miesięcy lub nawet lat, aby je odbudować. Uruchomiono żelazne rezerwy pocisków manewrujących Tomahawk, trzymane na wypadek wojny z Chinami. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że Amerykanie wyprowadzili całą produkcję do Azji, bo było tam taniej i w warunkach globalnego rynku taniej było wszystko sprowadzać. Pomysł genialny, o ile… nie prowadzi się wojny z Azją.
Iran oczywiście tej wojny militarnie nie wygra, ale remis jest możliwy, co dla Iranu byłoby sukcesem, a dla USA klęską. Kto tę wojnę wygra? Typuję Chiny. W pewnym momencie Xi Jinping zostanie przez wyczerpane walczące strony poproszony o pośrednictwo w negocjacjach. Wyjdzie z tych negocjacji jako imperator świata, który podyktował pokój.
1 kwietnia 1656 roku zapisał się w historii Polski jako dzień niezwykły – dzień, w którym władca Rzeczypospolitej, król Jan II Kazimierz Waza, w obliczu narodowej katastrofy ukląkł przed Bogiem i oddał swoje państwo pod opiekę Najświętszej Maryi Panny. W katedrze lwowskiej dokonał aktu, który na zawsze związał dzieje Polski z królewską godnością Matki Chrystusa.
Było to wydarzenie głęboko religijne, ale również niezwykle konkretne w swoich konsekwencjach dla życia narodu.
Polska w ruinie
Aby właściwie odczytać znaczenie ślubów lwowskich, trzeba zrozumieć dramat tamtego czasu. Rzeczpospolita była wyniszczona. Najazd szwedzki z 1655 roku – nazwany później potopem – doprowadził do upadku niemal całego państwa. Wojska Karola X Gustawa zajęły Warszawę, Kraków i znaczną część kraju. Wielu możnych przeszło na stronę wroga, a król został zmuszony do ucieczki.
Zniszczenia były ogromne. Grabiono miasta i wsie, niszczono kościoły, bezczeszczono święte miejsca. Dla ludzi tamtej epoki nie był to jedynie konflikt polityczny – był to cios wymierzony w wiarę i porządek chrześcijański.
A jednak w tym mroku zaczęło dojrzewać coś niezwykłego.
Obrona Jasnej Góry pokazała, że naród nie powiedział ostatniego słowa. W sercach ludzi odradzała się nadzieja, a wraz z nią przekonanie, że ratunek przyjdzie nie tylko przez oręż, lecz przez powrót do Boga.
Król, który uklęknął przed Bogiem
W tej sytuacji król Jan Kazimierz powrócił do kraju i udał się do Lwowa – jednego z niewielu miejsc, które oparły się Szwedom. Tam, 1 kwietnia 1656 roku, podczas uroczystej Mszy świętej, dokonał aktu, który przeszedł do historii.
W obecności duchowieństwa i przedstawicieli narodu ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Królową Korony Polskiej i oddał Jej w opiekę całe państwo. Nie był to jedynie gest symboliczny. Król jasno uznał, że los Polski zależy od Bożej Opatrzności.
W ślubach tych znalazły się również konkretne zobowiązania. Władca przyrzekł troskę o najuboższych, szczególnie o chłopów, którzy żyli w ciężkich warunkach. W ten sposób akt religijny został połączony z troską o najniższe warstwy społeczeństwa.
Wiara potężniejsza niż wrogie armie
Znaczenie ślubów lwowskich szybko stało się widoczne. Naród, dotąd rozbity i zniechęcony, otrzymał wyraźny znak jedności. Walka ze Szwedami zaczęła być postrzegana jako obrona nie tylko ziemi, ale także wiary i ładu moralnego.
W kolejnych miesiącach i latach sytuacja zaczęła się odwracać. Wojska polskie, prowadzone przez dowódców takich jak Stefan Czarniecki, odzyskiwały kolejne tereny. Choć wojna była długa i trudna, Rzeczpospolita ostatecznie wyszła z niej zwycięsko.
Dla wielu ludzi tamtych czasów nie było wątpliwości: kluczowym momentem było zawierzenie kraju Matce Bożej.
Dziedzictwo, które przetrwało wieki
Od tamtego dnia kult Maryi jako Królowej Polski na trwałe zakorzenił się w życiu religijnym Polaków. W kolejnych wiekach, w czasach rozbiorów, wojen i prześladowań, powracano do tego aktu jako do źródła nadziei.
Szczególnie wyraźnie było to widoczne w XX wieku, gdy odnowiono śluby narodu na Jasnej Górze. Było to przypomnienie, że los Polski nie zależy wyłącznie od siły politycznej czy militarnej, ale od wierności Bogu.
Lekcja dla współczesnej Polski
Śluby lwowskie nie są jedynie wydarzeniem zamkniętym w przeszłości. Niosą przesłanie aktualne także dziś. Pokazują, że w chwilach nawet największego kryzysu naród może odnaleźć siłę jedynie poprzez powrót do Boga. Prawdziwe odrodzenie zaczyna się od przemiany serc i od uznania nadrzędności prawa Bożego w życiu społecznym.
Historia Polski wielokrotnie potwierdzała tę prawdę: kiedy Polska klęka przed Bogiem – potrafi powstać.
I właśnie dlatego dzień 1 kwietnia 1656 roku pozostaje jednym z najważniejszych momentów w dziejach naszej Ojczyzny – momentem, w którym naród, prowadzony przez swojego króla, oddał się pod opiekę Tej, którą odtąd nazywamy Królową Polski.
Drogi Mirosławie, piszę do Ciebie w wyjątkowym dniu, który niesie ze sobą ważne przesłanie dla każdego, komu leży na sercu przyszłość Polski – szczególnie dziś, gdy ponownie stajemy wobec poważnego zagrożenia dla naszych wartości i wychowania młodego pokolenia.
Dlatego najpierw proszę Cię o jedną, bardzo konkretną rzecz: poświęć kilka minut i przeczytaj artykuł, który przygotowaliśmy z okazji rocznicy Ślubów Lwowskich. Znajdziesz w nim nie tylko historię, ale przede wszystkim klucz do zrozumienia tego, co dzieje się dziś w naszej Ojczyźnie.
Mirosławie, Polska już raz znalazła się na krawędzi upadku – i wtedy to nie siła militarna, lecz powrót do Boga stał się początkiem jej odrodzenia.
1 kwietnia 1656 roku król Jan Kazimierz, w obliczu zniszczenia państwa przez potop szwedzki, uklęknął w katedrze lwowskiej i oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Najświętszej Maryi Panny, ogłaszając Ją Królową Polski. Ten akt nie był jedynie religijnym symbolem, lecz konkretną decyzją, która miała wpływ na los całego narodu. W ślad za nim przyszła mobilizacja społeczeństwa, odrodzenie ducha i ostateczne zwycięstwo. Dla ludzi tamtej epoki było jasne, że momentem przełomowym nie była bitwa, ale akt zawierzenia.
Mirosławie, trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś Polska znów stoi w momencie próby, choć zagrożenie przybiera inną formę. Nie są to już obce wojska, ale działania podejmowane przez własne instytucje państwowe, które coraz wyraźniej zmierzają w kierunku narzucenia diabelskich ideologii sprzecznej z naszą świętą Wiarą i naturalnym porządkiem moralnym.
Mirosławie, Ministerstwo Edukacji Narodowej wciąż unika jasnych decyzji w sprawie obowiązkowej „Edukacji zdrowotnej”, jednocześnie przygotowując grunt pod jej wprowadzenie. To milczenie nie jest przypadkowe – jest elementem strategii, która ma uśpić czujność rodziców i przeczekać społeczny opór.
Jednocześnie dane z całej Polski pokazują coś niezwykle ważnego: rodzice nie zgadzają się na tę drogę. Masowy bojkot tych zajęć i 15 733 podpisów pod naszą petycją to wyraźny sygnał sprzeciwu wobec treści, które podważają fundament wychowania opartego na wierze i odpowiedzialności. Właśnie w tym miejscu spotykają się historia i teraźniejszość.
Śluby Lwowskie przypominają nam, że prawdziwe odrodzenie narodu zaczyna się od decyzji – od uznania świętości, których nie wolno poświęcić, nawet pod presją polityczną czy społeczną.
Historia pokazała, że Polacy potrafią się zjednoczyć wokół tego, co najważniejsze – wtedy głos każdego z nas staje się siłą zdolną zmieniać bieg wydarzeń.
Dlatego nasza kampania „Polska Katolicka, nie laicka” nie jest tylko reakcją na jeden projekt ministerialny. Jest odpowiedzią na głębszy proces, który próbuje wyrugować chrześcijańskie fundamenty z życia publicznego i wychowania dzieci. Mirosławie, Twoje wsparcie w tym momencie ma realne znaczenie. Dzięki niemu możemy docierać do kolejnych tysięcy rodziców, nagłaśniać fakty, które są przemilczane, oraz wywierać presję na decydentów, którzy liczą na naszą bierność.
Dlatego proszę, przeczytaj najnowszy artykuł na naszej stronie internetowej i zobacz, jak bardzo istotna jest odważna obrona naszej świętej Wiary:
> Przeczytaj artykuł… Mirosławie, historia Polski uczy nas, że w momentach największego kryzysu nie decydowała siła przeciwnika, lecz postawa samych Polaków. Dziś również to od naszej determinacji, odwagi i wierności zależy, w jakim kierunku pójdzie nasza Ojczyzna.
Z wyrazami szacunku i modlitwą, Rafał Topolski Polska Katolicka
Sąd w Paryżu rozpoczął proces przeciwko 22 osobom, które oskarża się o morderstwo i inne przestępstwa na rzecz mafii masońskiej. Wśród oskarżonych znajdują się funkcjonariusze francuskiej policji, żołnierze, byli agenci wywiadu oraz biznesmeni.
W Paryżu rusza proces 22 podejrzanych o współpracę przestępczą z masonerią
QUENTIN DE GROEVE / HANS LUCASAFP
Masonom zarzucono tworzenie „oddziałów śmierci”. Mieli dopuścić się morderstwa, napaści ze szczególnym okrucieństwem oraz spisku przestępczego na rzecz sieci mafijnej w ramach loży – na ławie oskarżonych zasiadło co najmniej czworo z jej członków.
Większość oskarżonych to osoby w wieku od 30 do 73 lat i z czystą kartoteką kryminalną. Wśród nich są czterej wojskowi francuskiej służby wywiadu zagranicznego, dwóch policjantów, emerytowany oficer wywiadu krajowego, ochroniarz oraz dwóch biznesmenów.
Proces masonerii w Paryżu. Zarzuty o tworzenie „oddziałów śmierci”
Jak informuje agencja AFP, szczegółowe zarzuty dotyczą zabójstwa kierowcy wyścigowego, usiłowania zabójstwa trenera biznesowego i działacza związkowego oraz wcześniej podawanych oskarżeń odnośnie spiskowania na rzecz masonów.
Śledztwo w tej sprawie rozpoczęto po nieudanym zabójstwie na zlecenie w lipcu 2020 roku, kiedy dwóch żołnierzy zostało aresztowanych za poruszanie się z bronią w pobliżu domu trenerki biznesowej.
Podczas przesłuchania zatrzymani tłumaczyli przed sądem, że poproszono ich o zabicie kobiety w imieniu państwa francuskiego, ponieważ – jak twierdzili – miała ona szpiegować dla izraelskiej agencji wywiadowczej Mossad.
Lider francuskiej loży masonów odpowie przed sądem. Są komplikacje
Na późniejszym etapie śledztwa odkryto, że zlecenie było powiązane z liderem loży Athonar. Jak wówczas ustalono, mason miał zlecić członkom swojej organizacji jeszcze inne morderstwo. Ujawniono co najmniej kilka przypadków prób zastraszania lub zemsty za „wejście w drogę” wolnomularzom.
Proces przeciwko oskarżonym ma potrwać co najmniej trzy miesiące. Nie wiadomo jednak, czy lider masonów będzie odpowiadał w pełni za swoje czyny, ponieważ w chwili zatrzymania miał próbować odebrać sobie życie i doznać uszczerbków na zdrowiu powodujących częściową niesprawność.
Przełożona podróż Trumpa do Chin i konsekwencje z perspektywy Pekinu
Trump przełożył planowaną podróż do Chin z kwietnia na maj z powodu wojny w Iranie. To, co brzmi jak błaha wiadomość, ma globalne znaczenie polityczne – nie tylko z chińskiej perspektywy.
Anti-Spiegel 31 marca 2026
W kontekście wojny iracko-irańskiej niemieckie media jedynie, w najlepszym razie, wspomniały mimochodem, że prezydent USA Trump przełożył długo planowaną i bardzo ważną podróż do Chin. Pierwotnie planowano ją na kwiecień, ale według Białego Domu przełożono ją na maj, choć Chiny nie potwierdziły jeszcze nowej daty. Ta pozornie błaha informacja ma istotne implikacje geopolityczne, które korespondent TASS w Chinach zbadał w przetłumaczonym przeze mnie artykule.
USA–Chiny: Iran jako przeszkoda, czyli dlaczego Trump nie pojechał do Pekinu
Korespondent TASS Andrej Kirillov relacjonuje z Pekinu przełożoną wizytę prezydenta USA w Chinach: Co poszło nie tak z Trumpem i jak Chińczycy odbierają przełożenie wizyty?
Fiasko Białego Konia
Oczywiste jest, że Donald Trump pracował w show-biznesie, zanim wszedł do polityki. Jest utalentowanym reżyserem, organizatorem i mózgiem wielkich spektakli z elementami dramatycznymi i komediowymi, tragicznym chórem i profesjonalną obsadą. Jego wizyta w Pekinie, ogłoszona podczas zeszłorocznego spotkania z prezydentem Chin Xi Jinpingiem, również miała być wydarzeniem o globalnym znaczeniu. Zgodnie ze swoją wizją, Trump miał wjechać do stolicy Chin na białym koniu.
No cóż, amerykańscy prezydenci zazwyczaj podróżują przez zagraniczne miasta w konwoju kilkudziesięciu czarnych amerykańskich samochodów, mijając miejscowych, którzy są oczarowani tym imperialnym przepychem. Trump miał przybyć do Pekinu na białym koniu, odnosząc szybkie i spektakularne zwycięstwo nad Iranem. A może na białym słoniu.
Jednak Chińczycy, a zwłaszcza chiński przywódca Xi Jinping, mają silne poczucie historii. Nie chodzi o to, że Iran i Chiny nawiązały kompleksowe partnerstwo strategiczne dziesięć lat temu podczas wizyty państwowej prezydenta Chin w Teheranie. Iran (Persja) był ważnym partnerem handlowym Chin od wieków. Przez kraj przebiegał Jedwabny Szlak, podobnie jak inne rozległe terytoria zamieszkane przez ludy irańskojęzyczne. Oprócz handlu, istniała ożywiona wymiana kulturowa z Persją, a nawet słynny chiński taniec lwa i chińskie słowo oznaczające „lew” mają, według badaczy, korzenie perskie.
Najwyraźniej amerykański prezydent planował szybkie zwycięstwo nad Iranem od zeszłego roku, jeszcze przed spotkaniem z chińskim prezydentem na szczycie APEC w Pusan w Korei Południowej w październiku. Zaplanował swoją wizytę w Chinach dokładnie na ten dzień, ale marzec nie poszedł zgodnie z planem.
Teraz w chińskich mediach społecznościowych krąży film wygenerowany przez chińską sztuczną inteligencję, opatrzony komentarzami użytkowników. Widać na nim bielika amerykańskiego – wiecie, jak on wygląda – ugrzęzniętego w błocie pod gradem kamieni rzucanych w niego przez ludzi w czarnych turbanach. Pod koniec filmu orzeł odlatuje z obietnicą: „Wrócę”.
Pekin radzi Trumpowi, aby odświeżył swoją wiedzę.
25 marca rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt oświadczyła na regularnej konferencji prasowej, że długo oczekiwane spotkanie prezydenta Trumpa z prezydentem Chin Xi odbędzie się w Pekinie w dniach 14 i 15 maja. Dodała z wielkim optymizmem, że rewizyta chińskiego prezydenta w USA jest również spodziewana „w dalszej części roku”.
Następnego dnia rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Lin Jian uniknął podania konkretnych dat, zauważając jedynie, że obie strony „kontaktowały się w sprawie wizyty prezydenta USA Donalda Trumpa w Chinach”.
„Dyplomacja szefów państw odgrywa niezbędną rolę strategiczną w stosunkach chińsko-amerykańskich” – stwierdził zwięźle.
Jednak pekiński „Global Times”, anglojęzyczna publikacja państwowego dziennika „Dziennik Ludowy”, opublikował artykuł redakcyjny zatytułowany „Poznawanie Chin z pierwszej ręki: lekcja, której amerykańscy urzędnicy muszą pilnie się nauczyć”. Artykuł odzwierciedla reakcję Pekinu, której nie da się wyrazić zwięzłym językiem dyplomatycznym i w gruncie rzeczy oznacza: „Nie tak się postępuje z Chinami”. Powołując się na amerykańskie źródła, gazeta wskazała na katastrofalną sytuację w USA, gdzie brakuje kompetentnego personelu, który mógłby choć trochę zrozumieć Chiny.
„Chociaż stosunki między Chinami a Stanami Zjednoczonymi są najważniejszymi relacjami dwustronnymi na świecie, kontakty te od wielu lat utrzymują się na niskim poziomie, a ostatnia wizyta prezydenta USA w Chinach miała miejsce prawie dziesięć lat temu” – podkreślono w artykule. „To nie jest normalne i nie może trwać wiecznie”. „Global Times” jako przyczynę tej anomalii podaje „coraz bardziej toksyczną atmosferę w Waszyngtonie wobec Chin”. Amerykańska kultura polityczna, jak dalej wyjaśnia, charakteryzuje się wyraźnym „kompleksem Mesjasza”. „W rezultacie wielu członków amerykańskiej elity politycznej uważa, że nie ma potrzeby inwestowania w międzynarodową wymianę polityczną i kulturalną, a inne kraje muszą po prostu zrozumieć i zaakceptować amerykańskie instytucje i idee” – ubolewa gazeta. Sytuację pogarsza „sztywność i izolacja amerykańskiej kultury decyzyjnej”. Polityka Chin wobec Stanów Zjednoczonych jest natomiast „spójna, stabilna i przewidywalna, kładąca nacisk na wzajemny szacunek, pokojowe współistnienie i obopólnie korzystną współpracę”.
„Mamy nadzieję, że amerykańscy decydenci będą spędzać więcej czasu na odwiedzaniu Chin i oglądaniu sytuacji na własne oczy. Tylko wtedy będą mogli pozbyć się arogancji, skorygować uprzedzenia i skorygować swoje postrzeganie poprzez bezpośrednią wymianę poglądów” – radzi „Global Times”.
Czy Chiny są w defensywie?
Choć filmy o trudnościach USA, generowane przez chińskie sieci neuronowe, mogą być zabawne, Chiny poniosły znaczne straty geopolityczne w kilku miejscach w ciągu zaledwie jednego do dwóch i pół roku. Aresztowanie prezydenta Wenezueli Maduro podważyło znaczące interesy Chin w tym kraju. Panamski Urząd Morski zajął dwa kluczowe porty na Kanale Panamskim, wcześniej obsługiwane przez firmę z Hongkongu, mającą bliskie powiązania z Pekinem.
Nie trzeba być prorokiem, aby przewidzieć, że zostanie tam ustanowiona bezpośrednia lub pośrednia kontrola amerykańska. To zasadniczo podważyło postępy chińskiego megaprojektu Inicjatywy Pasa i Szlaku w Ameryce Łacińskiej. Wenezuela, Arabia Saudyjska i Iran zajmują trzy pierwsze miejsca na liście krajów o największych rezerwach ropy naftowej. Niezależnie od tego, co twierdzą zwolennicy zielonej gospodarki, to paliwo kopalne odpowiada za jedną trzecią globalnego zużycia energii i jest mało prawdopodobne, aby ta sytuacja uległa zmianie w dającej się przewidzieć przyszłości.
To tylko odosobnione epizody w globalnej rywalizacji między „pierwszą” a „drugą” gospodarką świata, jakkolwiek arbitralne mogą być te klasyfikacje. Stany Zjednoczone, które nieco złagodziły swoją retorykę wobec Chin w swojej nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, nadal dążą do długoterminowego powstrzymania Chin i ograniczenia ich obecności gospodarczej, logistycznej, politycznej i kulturowej – czy to w Azji Południowo-Wschodniej, obu Amerykach, czy Europie.
Waszyngton promuje relokację zagranicznych i wspólnych zakładów produkcyjnych, a także innowacyjnych ośrodków naukowo-technologicznych z Chin, jeśli nie do samych Stanów Zjednoczonych, to do krajów i regionów znajdujących się pod ich wpływem. Jednocześnie blokowane są chińskie próby inwestowania kapitału, tworzenia zakładów produkcyjnych lub eksportu towarów za pośrednictwem innych krajów, głównie sąsiednich (np. Wietnamu i Tajlandii). Wyraźnie widać wysiłki mające na celu zwiększenie presji nie tylko na sąsiadów Chin, ale na wszystkie kraje, w których Chiny są zauważalnie obecne i na które Stany Zjednoczone mogą wywierać wpływ.
Nie jest to bynajmniej polityka specyficzna dla obecnego prezydenta USA, lecz raczej długotrwała strategia amerykańska. Trump jednak osobiście narzuca ten kurs. Oprócz preferowanej taktyki ceł, opiera się również na bezpośrednich interwencjach wojskowych (w Wenezueli, a teraz w Iranie). Oczywiste jest, że działania USA w tych przypadkach mają wiele celów, ale jednym z głównych motywów jest antychińska postawa.
Ograniczenia taryfowe Trumpa (które można interpretować jako agresywną politykę celną) są skutecznym instrumentem, ale Chiny znalazły własne środki zaradcze i – co najważniejsze – odważyły się je wdrożyć, wykorzystując eksport pierwiastków ziem rzadkich. Cóż, w pewnym sensie Pekin ustąpił. Przykładowo w przypadku sprzedaży TikToka, choć zysk Amerykanów w tym przypadku wcale nie jest oczywisty, chińska firma zachowała znaczący udział w zyskach sieci.
W obliczu presji ze strony Ameryki Chiny wykazały się niezwykłą odpornością. Przede wszystkim kraj ten pozostaje kluczowym motorem napędowym światowej gospodarki, zajmując drugie miejsce po USA pod względem nominalnego PKB i wyprzedzając je pod względem parytetu siły nabywczej. Według Państwowej Administracji Walutowej (PAMF), całkowity eksport towarów i usług wyniósł w lutym 309,2 mld dolarów, a import 257,3 mld dolarów, co przełożyło się na nadwyżkę handlową w wysokości 51,9 mld dolarów. Pod koniec ubiegłego i na początku bieżącego roku prezydent Francji, premierzy Kanady i Wielkiej Brytanii oraz kanclerz Niemiec odwiedzili Pekin. Podczas tych rozmów zachodni przywódcy odłożyli na bok dotychczas kontrowersyjne kwestie polityczne (Tybet, Sinciang, prawa człowieka) i skupili się wyłącznie na kwestiach gospodarczych. Chińska dyplomacja również uznała te wizyty za sukces.
Kontakty są utrzymywane, ale czy przyniosą jakieś namacalne rezultaty?
Nie można jednak powiedzieć, że Pekin zdecydował się na ograniczenie relacji z Waszyngtonem w świetle presji amerykańskiej, a zwłaszcza sprzecznej polityki prezydenta USA (która sama w sobie może być postrzegana jako forma nacisku).
Wręcz przeciwnie, Chiny zamierzają w pełni wspierać istniejące formaty negocjacji. Chiny są gotowe do zacieśnienia wielostronnej i regionalnej współpracy z USA w dziedzinie handlu i gospodarki. Oświadczył to niedawno chiński minister handlu Wang Wentao podczas spotkania z przedstawicielem ds. handlu Jamisonem Greerem na marginesie 14. Konferencji Ministerialnej WTO w Jaunde w Kamerunie, jak donosiła chińska państwowa stacja CCTV. Według Wanga, Pekin dąży również do osiągnięcia „pozytywnych rezultatów” na spotkaniach APEC i G20.
Jednak chiński minister handlu wyraził zaniepokojenie dochodzeniami prowadzonymi przez USA w kilku krajach, w tym w Chinach, w sprawie domniemanej nadwyżki mocy produkcyjnych i braku zakazu importu produktów wytwarzanych z wykorzystaniem pracy przymusowej.
Chiński minister handlu wyraził jednak zaniepokojenie śledztwami prowadzonymi przez USA w kilku krajach, w tym w Chinach, w sprawie domniemanej nadwyżki mocy produkcyjnych i braku zakazu importu produktów wytwarzanych z wykorzystaniem pracy przymusowej.
Aby przeciwdziałać presji ze strony Ameryki, Chiny wszczęły dwa śledztwa handlowe przeciwko Stanom Zjednoczonym, poinformowało Ministerstwo Handlu. Rozpoczęły się one 27 marca. Ministerstwo stwierdziło, że działania te są odpowiedzią na sankcje USA. Według wstępnych danych Ministerstwa Handlu, Stany Zjednoczone stosują powszechne praktyki blokujące dostęp chińskich towarów do rynku amerykańskiego oraz ograniczające eksport zaawansowanych technologii i inwestycje dwustronne. Narusza to zasady Światowej Organizacji Handlu i znacząco szkodzi uzasadnionym interesom chińskich firm.
A jakich międzynarodowych zobowiązań nie naruszył rząd USA! Do tego dochodzą amerykańskie przepisy. Na przykład, podczas śledztwa w sprawie Chin i kilku innych krajów w sprawie domniemanej pracy przymusowej, władze USA powołały się na artykuł 301 amerykańskiej ustawy handlowej z 1974 roku. Artykuł ten upoważnia prezydenta do jednostronnego nakładania środków ograniczających w celu przeciwdziałania polityce handlowej innych krajów. Chiny ostro zaprotestowały i ogłosiły gotowość do podjęcia działań przeciwko protekcjonistycznej polityce Waszyngtonu. W odpowiedzi na artykuł 301 wydajemy nasze 101. ostrzeżenie! (Uwaga tłumacza: wyrażenie „to 101. ostrzeżenie” oznacza po rosyjsku, że jest to ostatnie ostrzeżenie).
To nie tak, że chińscy Laobaixingowie (chińscy Meierowie, Müllerowie i Schmidtowie) cierpliwie i po cichu akceptują wszelkiego rodzaju wstrząsy na froncie polityki zagranicznej. Również w tym przypadku użytkownicy mediów społecznościowych krytykują rząd za skrajną powściągliwość Chin w reagowaniu na różne problemy, w tym kryzys irański. W odpowiedzi odpowiednie władze publikują w mediach społecznościowych własne filmy, tłumacząc swoim współobywatelom, że Chiny produkują pojazdy elektryczne, które z powodzeniem podbijają rynki zagraniczne, że chińskie roboty antropomorficzne są bezkonkurencyjne, a ich mechanizmy obronne z każdym dniem stają się silniejsze. A wszystko to, jak twierdzą, dzieje się w imię wzmocnienia potęgi państwa.
Nawiasem mówiąc, w zeszłym roku Departament Handlu USA zakazał importu i sprzedaży samochodów z dostępem do internetu, wyprodukowanych w Chinach lub wykorzystujących chińską technologię.
A gdyby prezydent USA rzeczywiście udał się do Pekinu, miałby wiele do omówienia z prezydentem Chin. Zwłaszcza że sam Trump niedawno oświadczył na forum inwestycyjnym w Miami, że Chiny zasługują na powszechny szacunek, niezależnie od osobistych odczuć.
„Spójrzcie na Chiny, jak dobrze sobie radzą, jak dobrze prosperują w produkcji” – powiedział. „Trzeba szanować to, co robią. Niezależnie od tego, czy się je lubi, czy nie, trzeba je szanować”. Prezydent USA potwierdził, że planuje wizytę w Chinach w maju i oświadczył, że utrzymuje dobre stosunki z prezydentem Chin.
Wiem, na czym polegają tajemne pertraktacje USA z Iranem. Trump nas nie okłamuje, on naprawdę prowadzi rozmowy w sprawie zawieszenia broni. Niekoniecznie z ludźmi sprawującymi realną władzę w Iranie, ale jednak. Dlaczego nie udało się żadnemu z dziennikarzy dotrzeć do tych negocjatorów? Odpowiedź jest prosta: ponieważ strona amerykańska ma taki zwyczaj, że usuwa wszelkich świadków negocjacji. Zgodnie z zasadą, że dobry negocjator, to martwy negocjator. Taktykę tę Amerykanie udoskonalili, pertraktując dawno temu z Indianami. Domyślam się, że zgodnie z tradycją częstowali mediatorów wodą ognistą.
Jeśli ktoś się do tej pory nie zorientował, chciałbym zwrócić uwagę na dzisiejszą datę… Dalej będzie już w miarę poważnie.
Pomysł na negocjacje nie jest wcale zły. Może pomóc Trumpowi wyjść z twarzą z tej awantury, na którą namówili go najlepsi przyjaciele. Może pomóc, ale nie pomoże, o ile Iran nadal będzie odpalał swoje ponoć dawno zużyte zasoby rakiet i wysyłał drony. A Iran nie zamierza po raz drugi dogadać się z odwiecznymi wrogami. Bo i po co? Żeby w najbliższej przyszłości zostać narzędziem pomagającym w budowie trzeciej świątyni dla wyznawców Mojżesza?
Według „Wall Street Journal”, doniesienia o fałszywych wiadomościach dotyczących negocjacji, wyolbrzymione zagrożenia militarne oraz „terapia rozmową” prezydenta USA nie są już w stanie powstrzymać spadku wartości akcji ani wpłynąć na ceny ropy.
Mądry człowiek może dać się raz nabrać. Zdezorientowany, da się nabrać i drugi raz, ale za trzecim będzie już bardziej ostrożny. To właśnie dlatego mówi się, że kłamstwo na krótkie nogi. Nie róbmy wariata z prezydenta USA. Może się tak właśnie zachowuje, ale nie chcemy przecież, by wyłgał się przed karą, jeśli daj Boże stanie kiedyś przed sądem.
Nadal uważam, że gdyby dzisiaj prezydentem była Kamala Haris, to także doszłoby do wojny z Iranem, a mielibyśmy dodatkowo pełną gamę tęczy, inwazji nachodźców, integrację polityczną USA ze Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich, przymus szczepionkowy histerię klimatyczną i powiększony podatek za wydychanie dwutlenku węgla.
Trump uciekł do Indii po tym, jak rozwalił z Bibi Bliski Wschód, Iran i gospodarkę światową. Chciał rozpocząć nowy biznes, zaczynając całkiem na dole. Dlaczego w Indiach? Ponieważ w Indiach nie ma ICE. Źródło: Telegram 31,03,2026 r. 10:23.
Teraz wybór broni należy do Trumpa. Albo pozwoli, żeby skończył w zakładzie psychiatrycznym, albo podtrzymując amerykańską tradycję, pozostawi przyjaciela szantażystę na Bliskim Wschodzie własnemu, niezbyt godnemu pozazdroszczenia losowi i opublikuje wszystkie dokumenty sprawy wyspy E., którymi go Bibi szantażował. Odejdzie w niesławie, ale przynajmniej nie jako ten, który doprowadził świat do katastrofy zagłady. I jeszcze jedno: niech da sobie spokój z pokojową nagrodą Nobla – naprawdę nie ma o co walczyć. To żadna chluba stać w jednym szeregu obok zbrodniarza Baracka Obamy i donosiciela Bolka.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com