
——————————————

————————————-

——————————————————————-

—————————————————————————

——————————————————————-

—————————————————————————-


——————————————

————————————-

——————————————————————-

—————————————————————————

——————————————————————-

—————————————————————————-


——————————————————

———————————————-

————————

—————————————————————-

————————————————————————–

———————————————————

Dr. Robert W. Malone Feb 22, 2026

























Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support our work, consider becoming a free or paid subscriber.
Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.


That’s it for now.
Oto jeden rozdział książki, którą właśnie tłumaczę. Książka ta nigdy nie ukazała się w języku polskim a napisana została w (!)1864 roku przez ks. Gaume.
Tak się składa, że pasuje akurat ten rozdział na nasze czasy (cała książka przede wszystkim) a szczególnie ten rozdział, bo tłumaczy dzisiejszą Ewangelię w prawdziwym Kościele.
Tytuł książki: Traktat o Duchu Świętym (2 tomy)
z Panem Bogiem
Piotr Antoniewicz
=====================================================
ROZDZIAŁ XXVIII
HISTORIA POLITYCZNA DWÓCH MIAST.
Dwie religie, dwa społeczeństwa, a co za tym idzie dwie polityki.
— Cel jednej i drugiej. — Konieczność poznania go, aby zrozumieć historię. — Z mocy boskiej Rady Jerozolima jest stolicą Miasta Dobra. — Z mocy szatańskiego soboru Babilon i Rzym są na przemian stolicą Miasta Zła. — Świetlana doktryna słynnego kardynała Polusa na soborze trydenckim. — Dlaczego królestwa świata są pokazane Danielowi w postaci bestii.
— Granica w szczególności, ustanowiona przez Bestię, nosi znamiona Bestii i dokonuje dzieł Bestii: świadectwa historii i Minucjusza Feliksa. — Przez całą starożytność jedynym celem polityki szatana było wywyższenie Rzymu, uczynienie go swoją stolicą i twierdzą nie do zdobycia dla chrześcijaństwa. — Obraz jego polityki i polityki boskiej: fragment św. Augustyna.
— W jakim sensie Szatan mógł powiedzieć, że wszystkie królestwa świata należą do niego. — Doktryna św.Augustyna. — Uwagi.
==========================================================
Równoległość religijna i społeczna, której główne cechy właśnie nakreśliliśmy, przejawia się w porządku politycznym: nie mogło być inaczej.
Polityka jest nauką o rządzeniu. Rządzić oznacza prowadzić narody do określonego celu. Cel ten może być znany tylko dzięki religii, ponieważ tylko religia może powiedzieć człowiekowi, dlaczego jest na Ziemi. Świat dzieli się na dwie przeciwstawne religie: religię Słowa Wcielonego i religię szatana, jego nieprzejednanego wroga.
Istnieją zatem dwie polityki przeciwstawne w swoim punkcie wyjścia i punkcie docelowym: i są tylko dwie. Jezus Chrystus, król; lub Szatan, król. Jezus Chrystus, król królów i narodów; lub Szatan, król królów i narodów. Jezus Chrystus, król zarówno w porządku doczesnym, jak i w porządku duchowym; albo Szatan, król zarówno w porządku doczesnym, jak i w porządku duchowym.
Christo-kracja lub demono-kracja: oto nadrzędny cel dwóch polityk, które rządzą światem i prowadzą go do podwójnej wieczności.
Wynika z tego, że życie rodzaju ludzkiego jest nieustannym oscylowaniem między tymi dwoma przeciwstawnymi biegunami.
Fakt ten nie tylko dominuje w historii, ale jest samą historią, całą historią, przeszłą, teraźniejszą i przyszłą. Taki jest punkt widzenia, z którego należy oceniać wydarzenia, które miały miejsce lub są przygotowywane, równoważyć obawy i nadzieje, charakteryzować rewolucje i zdawać sobie sprawę z upadku lub powstania imperiów.
Bez tego nikt nie jest w stanie, dziś mniej niż kiedykolwiek, wśród zderzenia idei i chaosu wydarzeń, ukierunkować swoich myśli i uniknąć pułapki sceptycyzmu lub otchłani rozpaczy. Jeśli chcemy, aby wielkie wydarzenie, o którym mówimy, stało się latarnią morską wystarczająco jasną, aby oświetlać nas w coraz gęstszej ciemności, w której pogrąża się dzisiejsza Europa, konieczne jest pokazanie go w całości: zamierzamy się tego podjąć.
Przed człowiekiem i przed czasem boska Rada postanawia założyć Miasto Dobra. Duch miłości będzie jego królem, duszą i życiem. Rodzina będzie żyła długo, prowadząc skromne życie patriarchów, w przenośnym namiocie na pustyni. Dzięki posłudze aniołów
i Mojżesza Duch Święty ustanawia ją narodem. Każde imperium potrzebuje stolicy, stolica Miasta Dobra będzie nazywać się Jerozolima lub Wizja Pokoju. Tam bowiem, i tylko tam, zapanuje pokój, ponieważ tam, i tylko tam, będzie świątynia prawdziwego Boga.
Ale Jerozolima należy do Miasta Zła: trzeba ją podbić. Syjon, jej cytadela, w końcu pada pod władzę Dawida; imperium zostaje założone. Od tego momentu Jerozolima staje się świętym miastem, obiektem szczególnej miłości Ducha Świętego. To z niej pochodzi życie, to z niej promieniuje światło. To ku niej wszystkie dzieci Boże , rozsiane po czterech stronach świata, podnoszą swoje ręce i serca. Jerozolima jest dla Miasta Dobra tym, czym serce jest dla ciała, ogniskiem dla promieni, źródłem dla rzeki.
Szatan obserwuje, co robi Bóg, i naradza się.
Zwołując wszystkich swoich poddanych na sobór ekumeniczny, ogłasza materialne podstawy swojego imperium i stolicy. Oto jak pięknym językiem ojciec innego soboru ekumenicznego opisuje sobór szatana: „Słowo rozbrzmiewa na równinach Sennaar; wzywa wszystkich synów ludzkich na zgromadzenie ogólne. Brat powtarza je bratu, sąsiad sąsiadowi. Słowo to brzmiało: Przyjdźcie, zbudujmy miasto i wieżę, której szczyt sięga nieba, zanim rozproszymy się po ziemi. Tak brzmiał dekret wielkiego soboru szatańskiego.
Bóg, co prawda, powstrzymał jego wykonanie, mieszając języki i rozpraszając dzieci ludzkie na cztery strony świata, ale dzieło zostało raczej zatrzymane, niż sobór został rozwiązany.
W rzeczywistości, aż do wylania Ducha Świętego, dekret tego soboru nigdy nie został uchylony w myślach ludzi. To, co w dniu zwołania soboru każdy mówił do swojego bliźniego: „Chodźcie, zbudujmy sobie miasto i stańmy się sławni”, każdy, kto nie stał się synem Ducha Świętego, nadal powtarza sobie i innym.
To jest temat wszystkich ich publicznych lub tajnych zgromadzeń,
a jeśli nadarzy się okazja do wykonania wielkiego dekretu, nigdy jej nie przepuszczają. „To na mocy tego dekretu ekumenicznego soboru Szatana powstały wszystkie królestwa świata: ex quo nata sunt omnia mundi regna. Aby zwycięsko walczyć z tym ogromnym Miastem Zła, Wieczne Słowo założyło Miasto Dobra. W opozycji do ogólnego soboru szatana powstały sobory ogólne Kościoła.
I tak jak Duch zła inspirował pierwsze, tak drugie czerpią całą swoją siłę ze zwołania, przewodnictwa, inspiracji i oświecenia Ducha dobra. Podobnie jak pierwsze miały na celu organizowanie nienawiści, tak celem drugich jest organizowanie miłości”.
Wszystkie królestwa pogan narodziły się z szatańskiego soboru, odbywającego się u stóp wieży Babel ex quo nata sunt omnia mundi regna. Wszystkie zostały założone w opozycji do królestwa Chrystusa, quibus regnum Christi se opposuit eaque delevit.
To słowo oświetla całą historię. Jako wierne echo proroczego objawienia, jest ono niepodważalne.
Zwołującym i przewodniczącym soboru w Babel był ten, którego Pismo Święte nazywa Bestią, bestią par excellence. Tysiąc lat później Daniel zostaje uniesiony w duchu. W czterech wielkich monarchiach Asyryjczyków, Persów, Greków i Rzymian, Bóg pokazuje mu wszystkie królestwa świata. W jakich postaciach? Ludzi? Nie. Aniołów? Nie. W postaciach zwierząt. A jakich zwierząt? Nieczystych i złowrogich. Dlaczego właśnie tych, a nie innych? Ponieważ wszystkie te imperia są dziełem Bestii; mają jej cechy, dokonują jej dzieł. Zobaczcie ostatnią, w której uosabiają się wszystkie pozostałe: „Czwarta bestia, mówi Prorok, jest czwartym królestwem, które będzie na ziemi; będzie większe od wszystkich królestw; pożre całą ziemię, zmiażdży ją, zredukuje do prochu”.
Widzieliśmy, że Rzym został założony przez samego Szatana, pogański Rzym nieustannie wykonywał dzieło Szatana. Dosłownie pożarł, zdeptał, zniszczył całą ziemię; pozbawił ludzi wszystkich dóbr miasta, rodziny, własności, religii; nie, jak wielu zdobywców, przez przypadek i w chwili gniewu, ale z premedytacją, poprzez nieprzerwaną serię grabieży i podbojów, trwających tysiąc dwieście lat. Jej instytucje nosiły piętno jej pochodzenia, a jej prawo było jedynie ustawodawstwem jej zbrodni. Od czasów renesansu pogański Rzym był postrzegany wyłącznie przez pryzmat fikcji poetów, historyków i prawników pogaństwa. Kiedy wielka Bestia jeszcze żyła, a cywilizacja, której była duszą, była rzeczywistością, a nie wspomnieniem, obie zostały osądzone przez sędziów, nieprzekupnych świadków prawdy.
Posłuchajmy tego wyroku, który pochodzi z III wieku: „Rzymianie, jak twierdzicie, zdobyli mniej chwały dzięki swojej waleczności, niż dzięki swojej religii i pobożności. Ach! Oczywiście, pozostawili nam wielkie ślady swojej religii i pobożności od początku swojego imperium. Czy to nie zbrodnia zjednoczyła ich, uczyniła strasznymi dla okolicznych ludów i posłużyła im jako bastion do ustanowienia swojej dominacji? Był to bowiem początkowo azyl dla złodziei, zdrajców, morderców i świętokradców, a aby ten, który był największy, był również najbardziej zbrodniczy, zabił swojego brata: oto pierwsze oznaki tego świętego miasta.
Natychmiast, wbrew prawu ludzkiemu, porywają dziewczęta już obiecane, narzeczone, a niektóre nawet już zamężne; hańbią je, a następnie prowadzą wojnę z ich ojcami, z tymi, których córki poślubili, i przelewają krew swoich sojuszników.
Cóż za bezbożność! Cóż za zuchwałość! W końcu wypędzanie sąsiadów, plądrowanie ich świątyń i ołtarzy, niszczenie ich miast, zabieranie ich do niewoli, powiększanie się poprzez rabunki i ruinę ludzi, to doktryna Romulusa i jego następców; tak więc wszystko, co posiadają, wszystko, co mają, jest tylko rabunkiem.
„Ich świątynie zbudowane są wyłącznie z łupów zdobytych na ludach, z grabieży miast, z ruin ołtarzy, z plądrowania bogów, z mordowania kapłanów.
Cóż za bezbożność i świętokradztwo, klękać przed bogami, których triumfalnie ciągną w niewoli! Czyż czczenie tego, co się zabrało, nie jest poświęceniem swojej kradzieży? Tyle zwycięstw, tyle zbrodni; tyle trofeów, tyle świętokradztw!
I to nie dzięki swojej religii, ale dzięki swojej bezbożności wspięli się na ten szczyt wielkości; nie dzięki pobożności, ale dzięki bezkarnej niegodziwości”.
Oto ostatnie słowo w historii politycznej ludzi i jasne objawienie groźnego antagonizmu, którego Bossuet nie dostrzegł w stopniu wystarczającym. Ludzie, cudownie ocaleni z wód potopu, powracają do swoich niegodziwych skłonności. Bóg wybiera sobie lud, aby strzegł Jego prawdy, a demonowi pozwala wybrać sobie inny lud, który będzie wrogiem prawdy, niszczycielem świętych, propagatorem panteizmu i bałwochwalstwa. Był to lud rzymski, zgromadzony w azylu Romulusa, który był co najmniej tak wierny swojej misji, jak lud żydowski swojej. Wzniesienie Rzymu było przez całą starożytność myślą Szatana i niezmiennym celem jego polityki. Jednak Rzym i Jerozolima stały się powoli, po wielu walkach, stolicami dwóch przeciwstawnych miast. Walki te podsumowują historię. Pokazują nam one królestwa Wschodu upadające jedno po drugim pod panowaniem demona.
Aby połączyć je w jedno ciało, powstaje wielka, rozkoszna i straszna Babilonia. Dzięki swoim prawom, luksusowi, bogactwom, okrucieństwu i potwornej bałwochwalczości, Jerozolima Szatana staje się nieubłaganym rywalem i krwawą parodią Jerozolimy prawdziwego Boga. Świat porusza się po dwóch równoległych liniach.
„Założycielom Miasta Bożego”, mówi św. Augustyn, „Abrahamowi, Izaakowi, Jakubowi, Józefowi, Mojżeszowi, Samsonowi, Dawidowi, Salomonowi odpowiadają Ninus, Semiramis, Faraon, Kekrops, Romulus, Nabuchodonozor i inni książęta Asyryjczyków, Persów, Greków i Rzymian. Założyciele Miasta Dobra ogłaszają prawa Jahwe, ceremonie, które on nakazuje, ofiary, których wymaga, zakaz bałwochwalstwa.
Zachowanie i rozszerzanie Miasta Dobra, oto jak wykorzystują swoją władzę. Równolegle założyciele Miasta Zła ogłaszają wyrocznie Szatana, nakazują składanie mu ofiar, popularyzują jego bajki, parodiują boskie prawdy i w ten sposób wykorzystują swoją władzę do rozwoju Miasta Zła. Z biegiem wieków rozszerza ono swoje granice aż po najodleglejsze zakątki Zachodu.
Ogromne imperium wymagało nowej stolicy: Rzym zastąpił Babilon. Rzym, pan świata, stał się metropolią bałwochwalstwa i twierdzą szatana. „W ten sposób – kontynuuje św. Augustyn – dwa królestwa pochłonęły wszystkie inne królestwa: królestwo Asyryjczyków i królestwo Rzymian. Wszystkie pozostałe były jedynie prowincjami lub przybudówkami tych gigantycznych imperiów. Kiedy jedno się kończyło, drugie zaczynało. Babilon był Rzymem Wschodu, a Rzym stał się Babilonem Zachodu i świata”.
Jerozolima, Babilon i Rzym – te trzy nazwy podsumowują całą historię dwóch miast w starożytnym świecie i stanowią nieodzowny wstęp do ich historii w świecie współczesnym. Zwycięski nad wszystkimi narodami Rzym osiąga szczyt potęgi. Szatan podnosi swoją pychę aż do nieba. Wtedy spotyka, nie znając go, Wcielone Słowo, które zstąpiło z nieba, aby obalić jego imperium.
Dzięki jednej ze swoich sztuczek, których sekret jest mu dobrze znany, przenosi Go na szczyt góry. Stamtąd pokazuje Mu wszystkie królestwa ziemi i składa mu dziwną propozycję, o której mowa w Ewangelii: „Daję ci – mówi – tę powszechną władzę i chwałę wszystkich tych imperiów; bo wszystko to zostało mi przekazane i daję je, komu chcę. Jeśli więc pokłonisz mi się, wszystko to będzie twoje”.
Aby uwierzyć w taką moc, gdybyśmy mieli tylko zapewnienie Księcia kłamstwa, wątpliwości z pewnością byłyby uzasadnione,
a nawet więcej niż uzasadnione. Przestają one być uzasadnione, przynajmniej całkowicie, gdy widzimy, że sama Ewangelia nazywa Szatana Bogiem i Księciem tego świata. Ze swojej strony historia, badana nie tylko powierzchownie, pokazała nam w pysznych słowach kusiciela sedno prawdy znacznie bardziej znaczące, niż się wydaje. Pod dwoma ważnymi względami, religijnym i społecznym, ludzkość przedstawiła się naszej analizie.
Widzieliśmy, że w pogańskiej starożytności Szatan był naprawdę Bogiem świata: Omnes Dii gentium dœmonia. Wszystkie kulty, z jednym wyjątkiem, pochodziły od niego i do niego powracały. Jego królestwo było nie mniej realne niż jego boskość. Jako stały inspirator wyroczni, poprzez nie dominował nad działaniami życia społecznego. Wszystkie królestwa starożytnego świata, z ich kolosalną potęgą i bajecznymi bogactwami, republiki Grecji i Włoch, które fałszywa edukacja każe podziwiać młodym chrześcijanom, jak powiedział nam ojciec soboru trydenckiego,
to sam szatan postanowił założyć: Decretum ex quo nata sunt omnia mundi regna; a ich istnienie było zbrojnym sprzeciwem wobec Miasta Dobra, quibus regnum Christi se opposuit eaque delevit.
Ależ co! Czyżby Bóg zrzekł się tronu? Czyż to nie On, i tylko On, jest założycielem imperiów, tak jak jest stwórcą człowieka i świata? Święty Augustyn odpowiada: „Z pewnością to prawdziwy Bóg, i tylko On, ma władzę nadawania królestw i imperiów. To więc jedyny prawdziwy Bóg dał, kiedy chciał i tyle, ile chciał, imperium Rzymianom, tak jak dał je Asyryjczykom i Persom”.
Aby to udowodnić, dodaje: „Abyśmy wiedzieli, że wszystkie dobra doczesne, o które ludzie tak zazdrośnie walczą, są darem prawdziwego Boga, a nie dziełem demonów, wystarczy spojrzeć na lud hebrajski. Nie wzywając bogini Luciny, żydowskie kobiety szczęśliwie rodziły liczne dzieci. Dzieci te były karmione piersią bez bogini Ruminy; spały w swoich łóżeczkach bez bogini Cuniny; piły i jadły bez bogini Eduki i Patiny; rosły, nie czcząc żadnego
z bogów dzieci. Gospodarstwa domowe były płodne bez kultu Priapa. Bez wzywania Neptuna morze otworzyło się przed nimi i pochłonęło ich wrogów. Kiedy manna spadła im z nieba, nie poświęcili posągu bogini Mannii; a kiedy skała ugasiła ich pragnienie, nie czcili ani nimf, ani limf.
„Bez okrutnych ofiar dla Marsa i Bellony prowadzili wojny.
Z pewnością nie odnieśli zwycięstwa bez zwycięstwa, ale nie traktowali zwycięstwa jak bogini, ale jak dobrodziejstwo Boga.
Bez Segety mieli żniwa, bez Bubony mieli woły; bez Mellona mieli miód; bez Pomona mieli owoce. Tak więc wszystkie rzeczy, które poganie przypisywali swoim bóstwom, Żydzi otrzymali szczęśliwiej od prawdziwego Boga. Gdyby, kierowani grzeszną ciekawością, nie obrazili Go oddając się kultowi bożków i skazując na śmierć Chrystusa, pozostaliby w królestwie swoich ojców, mniej rozległym, ale szczęśliwszym od innych.
Jednakże znamienity Doktor nazywa Kaina pierwszym założycielem Miasta Zła, a Romulusa pierwszym założycielem Rzymu, jego przyszłej stolicy. Czym jest ta tajemnica?
I jak pogodzić fakty historyczne z pozornie sprzecznymi słowami doktorów Kościoła, demona i Ewangelii?
Oto jak. Bóg stworzył wszystkich założycieli Miasta Szatana, ale nie stworzył ich w tym celu; dał Nabuchodonozorowi Asyrię, Romulusowi Imperium Rzymskie, a Imperium Rzymskiemu panowanie nad ziemią, ale nie dał im prawa do uczynienia tych imperiów złymi. Co się więc stało? Podobnie jak ojciec rodzaju ludzkiego, ludzie ci dali się zdominować szatanowi, który uczynił ich założycielami swojego imperium i swoich stolic.
Świadomi tego lub nie, wszyscy pracowali dla niego. W tym sensie kusiciel mógł powiedzieć: Wszystkie królestwa ziemi zostały mi oddane i mam prawo nimi dysponować, jak robotnik swoim dziełem, pan swoimi niewolnikami. Oto jest prawda w słowach szatana i w imieniu Boga i Księcia tego świata, które Ewangelia nie waha się mu nadać. Jednak Bóg nie zrzekł się władzy. Wbrew sobie Miasto Zła wraz z wielkimi monarchiami Asyryjczyków, Persów, Greków i Rzymian stało się narzędziem Opatrzności, służącym realizacji Jej zbawczych planów.
W ten sposób Król Miasta Dobra posłużył się Asyryjczykami, aby utrzymać swój lud w posłuszeństwie; Persami, aby sprowadzić go z powrotem do Judei i zachować niezbędne rozróżnienie plemion; Grekami, aby przygotować drogę dla Ewangelii; Rzymian, aby w sposób spektakularny wypełnić proroctwa dotyczące narodzin Odkupiciela.
Ale wszystko to działo się wbrew intencjom założyciela, præter intentionem fundatoris, i dzięki wszechmocnej mądrości, która zmienia przeszkodę w środek, nie zmieniając natury rzeczy. Nie zmienia to faktu, że szatan, dzięki współudziałowi człowieka, swojego oszukanego i zniewolonego, osiągnął cel swojej polityki.
Od czasu soboru, na którym ogłoszono jego powstanie, widzimy, jak Miasto Zła rozwija się. W momencie przyjścia Mesjasza osiąga swój szczyt, wszystkie imperia są jego poddanymi. Widzimy również, że ostatnim słowem szatana było uczynienie Rzymu swoją stolicą. Kolejne wchłanianie królestw Wschodu i Zachodu jedno przez drugie, a następnie ostateczne wchłonięcie wszystkich tych królestw przez sam Rzym, świadczą o tym zamierzeniu i potwierdzają to ostateczne zwycięstwo. Nie jest więc tak, jak powiedziano, że po to, aby zmieszać narody i przygotować je do szerzenia Ewangelii, Szatan gromadzi je pod władzą Rzymu. Tworząc swoje gigantyczne imperium, chciał sam rządzić światem, zniszczyć Miasto Dobra lub przynajmniej postawić na drodze jego rozwoju nie do pokonania przeszkodę. Bóg pozwolił mu stworzyć Imperium Rzymskie, aby uniemożliwić ludziom ustanowienie Kościoła. Aby podbić wiarę rodzaju ludzkiego, młode Miasto, zmagające się od samego początku ze wszystkimi siłami piekła, wzniesionymi do najwyższej potęgi, musiało wzrastać wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu i stać się w oczach całego świata żywym cudem mądrości, która wyśmiewała się z silnego i triumfowała dzięki temu, co miało doprowadzić do jej upadku, śmierci i tortur.
**********

—————————-

———————————————-

——————————————–

—————————————-

——————————————

————————————


———————————–

—————————————————-

———————————

————————————————-

———————————-

—————————————

22.02.2026 tysol/nie-tylko-collegium-humanum-na-wroclawskiej-uczelni-mozna-bylo-zaliczyc-semestr-w-godzine
Godzina wystarczyła, by przejść przez pół roku studiów podyplomowych. Tak – według relacji opisanej przez „Newsweek” – ma wyglądać nauka w Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu. Kontrola ministerstwa wykazała szereg nieprawidłowości.
Tygodnik „Newsweek” opisuje przypadek mężczyzny, który zapisał się na studia podyplomowe z zarządzania kapitałem ludzkim w Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu.
Formalności miały zająć kilka minut – opłata czesnego wyniosła 430 zł, a wpisowe 499 zł. Po zaksięgowaniu płatności student otrzymał dostęp do panelu z materiałami dydaktycznymi.
Z relacji wynika, że nie trzeba było odsłuchiwać wykładów ani szczegółowo analizować prezentacji. Wystarczyło oznaczyć materiały w systemie i podejść do testów cząstkowych.
Semestr studiów podyplomowych zaliczyliśmy w godzinę – powiedział „student”.
Testy można było powtarzać wielokrotnie – aż do uzyskania wymaganej liczby punktów. Wystarczyło siedem poprawnych odpowiedzi na dziesięć. Egzamin końcowy miał składać się z pytań, które wcześniej już się pojawiły.
System pogratulował ukończenia etapu i przypomniał o konieczności dostarczenia dyplomu studiów licencjackich. Jak opisano, mimo braku tego dokumentu student dotarł już do półmetka studiów – w ciągu jednej godziny.
Według publikacji uczelnia została założona w 2001 r., początkowo działała jako Wyższa Szkoła Gospodarcza w Przemyślu. Pięć lat temu przeniosła siedzibę do Wrocławia. Mieści się w apartamentowcu Thespian przy ul. Powstańców Śląskich i wynajmuje tam kilka pomieszczeń.
Rektorem jest dr Henryk Fedewicz. Spółkę prowadzącą uczelnię – Kamena sp. z o.o. – współtworzą Adrian Mikołajczak i Maksym Grabarczyk. Z artykułu wynika, że osoby te są powiązane z siecią kilkunastu spółek, zarejestrowanych pod tym samym adresem.
Uczelnię skontrolowali urzędnicy z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jak opisano, raport miał być „druzgocący dla WSKZ”.
Wynikało z niego m.in., że uczelnia oferowała kierunki, których nie miała prawa prowadzić, a kandydatów wprowadzała w błąd niepełną lub mylącą ofertą edukacyjną – poinformował resort.
Kontrolerzy mieli również wskazać na brak dowodów potwierdzających prowadzenie zajęć stacjonarnych – harmonogramy zjazdów nie zgadzały się z fakturami za wynajem sal. Dokumentacja przebiegu studiów była niekompletna lub zawierała sprzeczne informacje.
Najwięcej nieprawidłowości – jak wynika z publikacji – dotyczyło organizacji studiów podyplomowych.
22.02.2026 nczas/profesorowie-usprawiedliwiaja-mordy-polityczne-antify

Na marginesie zabójstwa 23-letniego studenta Quentina przez aktywistów Antify w Lyonie, przez Francję przechodzą demonstracje skierowane przeciw skrajnej lewicy, ale i kontr-manifestacje „antyfaszystów”.
Wychodzi też na jaw fakt, że wylęgarnią lewackiego ekstremizmu są obecnie wyższe uczelnie.
Przypomnijmy, że do mordu doszło zaraz po wiecu eurodeputowanej islamo-lewaczki Rimy Hassa, a bojówka tzw. „Młodej Gwardii” stanowiła ochronę jej „wykładu” na uczelni Nauk Politycznych w Lyonie. Wydziały „Science Po” to w teorii uczelni wychowujące „elity” Francji.
Skandal goni tu jednak skandal. „Ci mali naziści dostali to, czego chcieli” – takimi uwagami na WhatsAppie podzieliło się dwóch profesorów właśnie Sciences Po w Paryżu usprawiedliwiając zamordowanie Quentina.
Na tej dość znanej uczelni wielu profesorów bagatelizowało powagę śmierci Quentina Deranque’a ze względu na jego rzekome… „neonazistowskie” poglądy. Ofiara była katolickim konwertytą i jedynie francuskim patriotą. Tymczasem na grupie na WhatsAppie, profesorowie Sciences Po Paris dyskutowali o bieżących wydarzeniach politycznych i bronili tezy, że lincz na Quentinie Deranque był „zasłużony”.
Padały tu obraźliwe dla ofiary określenia „neonazista” , czy „mały nazista”. Minimalizowano wagę morderstwa, a nawet sugerowano, że ten młody chłopak i jego przyjaciele „dostali to, czego chcieli”. W czacie grupy „Prywatne Debaty Wydziału Nauk Politycznych” uczestniczy ponad 250 wykładowców z Sciences Po Paris.
Do ich dyskusji dotarł dziennik „Le Figaro” i okazało się, że to forum to lewacka jaczejka, a że „takie będą republiki jaki ich młodzieży chowanie” wyczyny lewackich bojówek w tym kraju przestają nawet dziwić…

Frapującą powieść „Lwowska noc” Wiesława Helaka, z akcją umieszczoną w latach 1939–1946 na polskich rubieżach Galicji, czyta się jednym tchem. Równie znakomitej, sugestywnej prozy, odwołującej się do dramatycznych losów naszych rodaków na Wschodzie, nie mamy jak dotąd zbyt wiele.
Powieść Wiesława Helaka daje bogaty, nieomal epicki obraz znaczącej dziejowej chwili, w której to Lwów, tradycyjna ostoja polskości – na skutek paktu Ribbentrop-Mołotow oraz w konsekwencji późniejszych działań wojennych – zaczął przechodzić na przemian w ręce bolszewików lub hitlerowców, przy pomocy ukraińskich nacjonalistów, bratających się to z jednym, to z drugim okupantem. Mocno zarysowane tło historyczne pozwala prześledzić gehennę polskich mieszkańców tych ziem.Autor swoją imponującą znajomość faktów w dużej mierze zawdzięcza rodzinnym wspomnieniom dziadków i rodziców.
Wiesław Helak, znany dotąd głównie jako scenarzysta i reżyser filmów – między innymi „Opowieści Harleya” i „Złodzieja” – swoją powieścią „Lwowska noc” udowodnił, że po mistrzowsku włada piórem.
Jego książka zaskakuje choćby tym, że losy głównego bohatera – polskiego nauczyciela z Kresów Wschodnich, Józefa Sztendery, jego żony Marii i ich dzieci – jakkolwiek tragicznie wplątane w tryby wielkiej historii, zostały przedstawione bez cienia patosu czy martyrologicznego koturnu.
Z dramaturgicznym zacięciem oddaje autor podjazdową grę ludzkich, albo i nieludzkich namiętności. Buzowania ambicji. Etnicznych, narodowościowych, kulturowych, wyznaniowych, cywilizacyjnych, ideowych, politycznych. Powikłane relacje oraz zmagania żywiołów: polskiego, ukraińskiego, rosyjskiego, żydowskiego, niemieckiego, przedstawia autor w sposób równie rzetelny, jak pasjonujący, co przebija nawet z banalnych opisów pierwszego zetknięcia bohatera z czerwonoarmiejcami:
[…] oto na końcu ulicy pojawiła się nagle grupa obcych żołnierzy. Skradali się czujnie, rozglądając się na boki. Mieli na sobie krótkie, sięgające tuż nad kolana, postrzępione od dołu ni to koszule, ni to kurtki w kolorze przybrudzonej gliny. Przed sobą trzymali wysunięte daleko długie karabiny, przypominające francuskie lebele, które zamiast pasów naramiennych miały sznurki, a na lufach nasadzone długie piki. Józef z niedowierzaniem pokręcił głową. Wygląd tych żołnierzy z jednej strony śmieszył go, z drugiej zaś, z powodu azjatyckiej dzikości ich twarzy, przejmował lękiem, ale i bliżej niepojętym dla niego samego uczuciem pogardy.
W opisie przed- i wojennych dziejów typowej inteligenckiej rodziny ze Lwowa, Helak uderza się nie tylko w obce piersi. Konfliktogenny układ wzajemnie wypierających się wpływów nie był wolny od pogardy okazywanej rdzennej, rusińskiej ludności przez katolicki kler, anektujący dla potrzeb swoich wiernych prawosławne cerkwie. Jakże gorzko brzmią słowa jednego z autochtonów, skierowane do głównego bohatera.
Kiedyś była tu piękna świątynia unicka, a dziś Ukraińcy nie mają się gdzie modlić. W pierwszych latach, kiedy tylko nastała tu Polska odrodzona, zamknięto ją, a potem zamieniono na kościół rzymski. Choć tu nigdy nie było rzymskiego kościoła… I nie stało wówczas ani jednego księdza, który by się za nami ujął. […] Co więcej, gdy unici, nie mając już swojego miejsca, zaczęli modlić się w kaplicy na cmentarzu, starosta zabronił tego. I wtedy też żaden z księży rzymskokatolickich nie znalazł się, aby nas poprzeć publicznie i stanąć w naszej obronie… […] Doszło do tego, że miejscowi unici zaczęli się modlić pod gołym niebem. Wówczas władze polskie zaczęły prześladować księdza ukraińskiego wysokimi karami pieniężnymi, a sąd Rzeczypospolitej zatwierdził te kary.
Rachunek wzajemnych urazów, pretensji i wzajemnie wytykanych krzywd, przynosił w efekcie zadziwiająco dużo przelanej krwi. Płynęła na ogół z żył przypadkowych, bezbronnych, absolutnie niewinnych ludzi.
Na bocznicy stał długi skład pociągu towarowego. Kręcili się kolo niego czerwonoarmiści, którzy sprawdzali zamki na drzwiach, i tam, gdzie słabo trzymały, skręcali je grubym drutem, poprawiali zapięcia między wagonami, kończąc przygotowania do odjazdu. Dowódca eszelonu, lejtnant NKWD, dał znak i kilkunastu bojców ruszyło do ostatniego sprawdzenia. Młotkami na długich styliskach obstukiwali deski wagonów, szukając tych obluzowanych, które mogłyby ułatwić ucieczkę. Rozległ się dźwięk przypominający stukanie wielu kołatek naraz […]. Kiedy młotki przestały stukać, zapadła taka cisza, że nikt nie domyśliłby się, że w bydlęcych wagonach są ludzie.
Wiesław Helak w „Lwowskiej nocy” nie ubiera się w szaty Katona i nie rozstrzyga, po czyjej stronie była „jedynie słuszna racja”. Pokazuje, że lwowską ziemię – jak i inne zakątki naszej planety – zamieszkiwali rozmaici ludzie. Nie zabrakło wśród nich sprawiedliwych, czy zwyczajnie przyzwoitych, niosących – często z narażeniem życia – pomoc potrzebującym, bez względu na ich pochodzenie, przynależność czy wyznanie. Ale trafiali się i tacy, którzy korzystali z ideologicznego przyzwolenia i ustanawiali własne „porządki”, dalekie od wszelkich norm prawnych przyjętych w cywilizowanych społecznościach.
Młodych bili do utraty przytomności, starszych pogrążali w rozpaczy, oznajmiając im, że ich majątek zagrabiono, a całą rodzinę wywieziono na Syberię – relacjonował cudem wyratowany z sowieckiego więzienia ojciec bohatera, profesor lwowskiego uniwersytetu. – Jeden chłop ukraiński po takim przesłuchaniu powiesił się w nocy na siedząco. A mnie przez osiem tygodni mówili, że nie podaje mi się paczek, żebym myślał, że wszyscy o mnie zapomnieli i żebym się załamał… I nawet śledczy wprost mi powiedział, że na wikcie więziennym długo nie pociągnę i się przyznam. Tylko nie wiedziałem, do czego mam się przyznać. I do dzisiaj nie wiem, dlaczego mnie aresztowano, w końcu powiedzieli, że z paragrafu 50. IA, za „knowania przeciw państwu”… ale jakiemu państwu?
W splądrowanym przez NKWD domu profesor gorączkowo szukał swojej dopiero co ukończonej pracy o teatrze greckim. Znalazł tylko kilka poplamionych stron. Dostrzegł w tym dodatkową, wyrafinowaną szykanę.
Teraz będą nas nękać i prześladować, żebyśmy tylko sami stąd wyjechali, żeby mogli powiedzieć wszystkim, że zabrali te ziemie, bo Polaków tu już nie ma. Ale ja nie wyjadę do tej ich Polski, gdzie rządzą nasłani z Moskwy patrioci. Moja Polska jest tutaj… a tam jest Polszcza.
W powieści Wiesława Helaka przewija się niezwykła panorama wojennych losów kresowian, szykanowanych przez sowieckich i hitlerowskich okupantów. Wykorzystywali oni i celowo podsycali narodowościowe dążenia ukraińskie, co z polskich lwowian szybko uczyniło enklawę osaczoną przez trzech wrogów. W takim położeniu za umiejętność zachowania godności, czy też tylko humanitarnych odruchów, płaciło się szczególną cenę, także – stanowczo za często – tę najwyższą.
Doświadczyli tego najbliżsi głównego bohatera. On sam, przeszedłszy przez bezmiar krzywd, bliski załamania i utraty wiary w Boga, odnalazł się w pracy dla innych – wojennych sierot, nie pytanych o pochodzenia czy wyznanie. Pozwoliło to bohaterowi przejść duchową przemianę, a jej kulminacją było przebaczenie win jego najzjadliwszemu ukraińskiemu prześladowcy, którego wojenna zawierucha uczyniła kalekim strzępem człowieka, żebrzącym, bo niezdolnym do aktywnego życia.
Proroctwo św. Nila: nadejście Antychrysta

[św. Nil Synaita, zwany też Nilem Starszym lub Nilem z Ancyry (zm. około 430)
=========================================
Ludzie po 1900 roku, w połowie XX stulecia, zmienią się nie do poznania. Kiedy nadejdzie czas nadejścia Antychrysta, cielesne namiętności zaćmią umysły ludzi, hańba i bezprawie będzie rosnąć w siłę. Wtedy to świat będzie się zmieniać nie do poznania. Wygląd ludzi się zmieni tak, że nie można będzie odróżnić mężczyzn od kobiet, z powodu bezwstydności w ubiorze i uczesaniu. Ludzie ci będą okrutni i podobni do dzikich zwierząt z powodu pokus Antychrysta.
Nie będzie żadnego szacunku dla rodziców i starszych ludzi, miłość będzie gasnąć, a katoliccy duchowni, biskupi i księża, będą stawać się próżnymi ludźmi, zupełnie nie odróżniającymi prawdy od fałszu.
W tym czasie zmieni się moralność i tradycje chrześcijan i Kościoła. Ludzie porzucą skromność, i zapanuje rozwiązłość. Kłamstwo i chciwość przybierze wielkie rozmiary, a biada tym co gromadzą skarby. Żądza, cudzołóstwo, homoseksualizm, tajemne niegodziwości i zbrodnia zapanują w społeczności.
W tym czasie, który nadejdzie, z powodu ogromu tych wielkich zbrodni i rozwiązłości, ludzie zostaną pozbawieni łaski Ducha Świętego, jaką otrzymali na Chrzcie świętym, a także wyrzutów sumienia.
Domy Boże będą pozbawione bogobojnych i pobożnych duszpasterzy, i biada chrześcijanom jacy pozostaną na świecie w tym czasie. Wielu zupełnie straci Wiarę, ponieważ nie znajdą nikogo, kto by im pokazał światło prawdziwej wiedzy.
Wtedy to będą się oni separować od świata w święte „okopy” w poszukiwaniu ulgi w ich duchowych cierpieniach, ale wszędzie będą napotykać przeszkody i ograniczenia. I wszystko to będzie wynikać z faktu, że Antychryst będzie chciał być panem ponad wszystkim i stanie się władcą całego świata, i będzie czynić „cuda” i znaki kłamliwe. Udzieli też nieszczęśliwemu człowiekowi zdeprawowanej inteligencji tak, że odkryje on sposób w jaki jeden człowiek będzie mógł prowadzić rozmowę z innym z jednego końca ziemi do drugiego.
W tym czasie ludzie będą latać jak ptaki i docierać do dna morskiego jak ryby. I kiedy dokonają tego wszystkiego, ci nieszczęśliwi ludzie będą wieść życie w wygodach nie wiedząc, biedne dusze, że jest to oszustwo Antychrysta. I co jest świętokradztwem – Antychryst tak napełni naukę próżnością, że zboczy ona z prawdziwej drogi i spowoduje, że ludzie stracą wiarę w istnienie Boga i w tajemnicę Trójcy Przenajświętszej.
Wtedy to dobry Bóg zobaczy upadek ludzkiego rodu i skróci te dni przez wzgląd na tych niewielu, którzy będą zbawieni, ponieważ nieprzyjaciel stara się wprowadzić w błąd (jeżeli to możliwe) nawet i wybranych (1)… Wtedy to miecz kary nagle się ukarze i zgładzi bezbożnika(2) i jego pachołków (3).
Przypisy: 1) por. Mt 24, 24.; 2) tj. Antychrysta; 3) por. 2 Tes 2, 8.
Tekst pochodzi z letniego wydania pisma „THE FATIMA CRUSADER” (1996)
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 22 lutego 2026 michalkiewicz
Kto by pomyślał, że zakończoną niedawno konferencję monachijską zdominuje myśl wyrażona w rewolucyjnej pieśni „Czerwony sztandar”? Jej fragment bowiem głosi, że „Porządek stary już się wali, żywotem dla nas jego zgon”? Wprawdzie już po amerykańskiej operacji w Wenezueli wysunąłem przypuszczenie, że żywot politycznego porządku światowego, ustanowionego po II wojnie światowej właśnie dobiega kresu – ale każdemu byłoby przyjemnie, gdyby jego przypuszczenia tak szybko znalazły potwierdzenie uczestników konferencji monachijskiej. Z jednej strony – każdemu byłoby przyjemnie – ale z drugiej – zarysy nowego porządku, jaki zaczął wyłaniać się podczas monachijskiej konferencji, nie dla wszystkich muszą być przyjemne.
Na przykład niemiecki kanclerz Merz stwierdził, że skoro Europa ma opierać się przede wszystkim na własnych siłach, to nie ma rady – Bundeswehra musi być najsilniejszą armią w Europie. Oczywiście, jako najtwardsze jądro europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, które muszą nad Europą rozciągnąć też własny parasol atomowy. Wprawdzie niemiecki kanclerz jeszcze chyba trochę gryzł się w język, niemniej jednak „z obfitości serca usta mówią”, więc chociaż w ten zawoalowany sposób dał wyraz pragnieniu, by przy tej okazji Niemcy położyły swój palec na francuskim atomowym cynglu.
Zdaje się, że coś z tego dotarło do francuskiego prezydenta Macrona, bo wprawdzie rytualnie skrytykował on postępowanie obecnej administracji amerykańskiej – ale jednocześnie z naciskiem podkreślił konieczność utrzymania relacji „euroatlantyckich”. Okazuje się, że w nowym porządku mogą odżyć stare lęki – między innymi – francuska obawa przed odrodzeniem niemieckiej potęgi. Oczywiście nie dotyczy to Polski, reprezentowanej w Monachium przez szefa Volksdeutsche Partei, obywatela Tuska Donalda, któremu to nic nie przeszkadza.
Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje ogłosiła pożyczkę zbrojeniową dla Polski w wysokości 44 mld euro, której spłacanie ma potrwać co najmniej do 2070 roku, co oznacza, że do tej daty Polska będzie musiała pokornie słuchać Brukseli, a konkretnie – tego kto będzie nastrajał brukselskie kamertony – ale przecież właśnie o to chodzi, by wybić z głowy wszelkie rojenia o „polexicie” i z pokorą przyjąć wyroki przeznaczenia w postaci przekształcenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalną Gubernię.
Dlatego obywatel Tusk Donald już bez żadnego skrępowania obrzucił epitetami „zdrajców” posłów PiS i Konfederacji, którzy w Sejmie głosowali przeciw ustawie o przyjęciu SAFE, czyli wspomnianej pożyczki. Tylko patrzeć, jak na ten sam epitet zarobi pan prezydent Karol Nawrocki, który podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego domagał się bliższych informacji na temat warunków pożyczki – ale chyba bezskutecznie. Czy wynikało to z niechęci obywatela Tuska do dzielenia się z panem prezydentem takimi informacjami, czy może – w co chętnie wierzę – z braku wiedzy szefa vaginetu, który rozmaite traktaty podpisywał bez czytania, na ten temat – dość, że pan prezydent na spotkaniu z obywatelami w Hajnówce poinformował, że tych szczegółów nie zna. Obywatelu Tusku Donaldu, podobnie jak Księciu-Małżonku, czy ministru-ministrowiczu Władysławu Kosiniaku-Kamyszu, może wystarczyć zapewnienie, że to wielki sukces, podczas gdy pan prezydent Nawrocki chciałby wiedzieć trochę więcej, zwłaszcza w sytuacji, gdy polskie finanse publiczne nie są – mówiąc delikatnie – w stanie dobrym.
Diabeł bowiem tkwi w szczegółach – jak to ma miejsce w przypadku właśnie zawetowanej przez pana prezydenta ustawy uznającej gwarę śląską za „język regionalny”. Brzmi to niewinnie – ale zagłębiwszy się w szczegóły widzimy, że to poważna sprawa. Według zasad przyjętych w UE, uznanie jakiegoś narzecza za „język regionalny” pociąga za sobą konieczność stosowania go, jako drugiego języka urzędowego, nie tylko na wszystkich szczeblach edukacji, ale też – w administracji publicznej, sądach, prokuraturze, policji itp.
Wynika z tego konieczność objęcia nauką tego narzecza wszystkich, którzy go nie znają, a chcą zajmować jakieś stanowiska publiczne. Pociąga to za sobą znaczne koszty, o których w zawetowanej ustawie podobno nie wspomniano – co było jedną z oficjalnych przyczyn jej zawetowania.
Od siebie dodam, że praktycznie może oznaczać to szlaban dla wszystkich obywateli, który „regionalnego języka” by nie znali perfect w mowie i w piśmie, w dostępie do stanowisk publicznych przynajmniej na Śląsku. Jeśli to nie jest milowy krok ku separatyzmowi, to ja jestem chińskim mandarynem. W takim razie wejście Śląska do Generalnej Guberni już chyba nie jest przewidziane, zwłaszcza gdyby takie uchwały „językowe” zostały podjęte przez sejmiki wojewódzkie.
Nie jest to możliwość czysto teoretyczna, bo w sytuacji, gdy szanse na podpisanie przez pana prezydenta ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa – żeby wybierali ją sami sędziowie – chociaż widać gołym okiem, że najwięcej do powiedzenia w tej sprawie miałyby organizacje sędziowskie, które podejrzewam o spore nasycenie konfidentami bezpieki – obywatel Żurek Waldemar zademonstrował „plan B”, polegający na tym, by sędziowie – czyli wspomniane organizacje – zaprezentowały Sejmowi skład KRS do zatwierdzenia. Wtedy – zdaniem obywatela Żurka Waldemara – pozory legalności zostałyby zachowane, bo Sejm musiałby jednak nad przedstawionym do zatwierdzenia składem Krajowej Rady Sądownictwa głosować. Pewnie dlatego w rozmowie z panem red. Rymanowskim, pan prezydent Karol Nawrocki nazwał obywatela Żurka Waldemara „terrorystą prawnym”.
A w ogóle, to „wojna na górze” między obywatelem Tuskiem Donaldem i marszałkiem Czarzastym a panem prezydentem, rozwija się nader dynamicznie. Podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego obywatel Tusk Donald powiedział, że „Rada Ministrów” podjęła „decyzję”, iż Polska nie wejdzie do forsowanej przez prezydenta Donalda Trumpa Rady Pokoju – ale chyba żadnego stanowiska rządu na piśmie, ani jego uzasadnienia nie przedstawił – bo pan prezydent Nawrocki w przypływie irytacji powiedział, że obywatel Tusk Donald nie będzie mu dyktować, gdzie może lecieć, a gdzie nie. Takie rzeczy może dyktować najwyżej swoim dzieciom i wnukom – na co obywatel Tusk Donald warknął na pana prezydenta, by od jego „wnuków” trzymał się jak najdalej.
Inna sprawa, że wobec ostatniego stanowiska rządu bezcennego Izraela, którego armia, krok po kroku, posuwa się w głąb Strefy Gazy – że Autonomia Palestyńska ani w Strefie Gazy, ani na Zachodnim Brzegu nie będzie miała nic do gadania, Rada Pokoju służyć ma chyba już tylko do tego, by Donald Trump miał jakąś dożywotnią posadę, gdy przestanie być prezydentem USA. Skoro jednak mu na tym zależy, to, przynajmniej póki prezydentem USA jest, lepiej nie odnosić się do tego pomysłu z lekceważeniem – chyba, że w ramach nowego porządku ktoś postawi wyłącznie na Niemcy – jak to najwyraźniej zrobił obywatel Tusk Donald.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Autor: Redakcja, 21 lutego 2026
Po buńczucznych zapowiedziach, wbrew propagandzie Ośrodka Prezydenckiego, Nawrocki podpisał ustawę o cudzoziemcach, która jest niekorzystna z punktu widzenia polskiego interesu narodowego.
Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę wygaszającą specustawę ukraińską. Najważniejsze narzędzia pomocy nie znikają – zostaną przeniesione do ustawy o udzielaniu cudzoziemcom ochrony. /WP.pl/
Jednym z wielu narzędzi jakie daje Wojna na Ukrainie jest niszczenie demograficzne Polski poprzez osiedlanie obcych cywilizacyjnie Ukraińców oraz innych nacji z terenów wschodnich, a także towarzyszący temu nieustanny drenaż finansowy. Czy Karol Nawrocki tego nie widzi?
20 lutego 2026, fakt.pl/tworca-amber-gold-wygral-w-strasburgu-polska-wyplaci-odszkodowanie
Marcin S-P., założyciel Amber Gold, otrzyma od państwa 16 tys. euro odszkodowania za warunki, w jakich był przetrzymywany w areszcie. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że doszło do naruszenia jego praw. Mężczyzna pozostanie w więzieniu co najmniej do sierpnia 2027 roku, gdyż sąd nie zgodził się na jego wcześniejsze zwolnienie.
W październiku 2024 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku odrzucił wniosek Marcina S-P. o przedterminowe zwolnienie. Sędziowie uznali, że nie nastąpiła u niego trwała zmiana postawy życiowej, a dalsza resocjalizacja jest konieczna. Skazany próbował odwołać się od tej decyzji, jednak bezskutecznie. Od tamtej pory, nowe wnioski w tej sprawie już nie wpłynęły do biura podawczego.
https://pulsembed.eu/p2em/rt6jAFvlJ
Od 2016 roku Marcin S-P. był objęty bardzo surowym nadzorem w areszcie. W jego celi przez całą dobę obecny był funkcjonariusz, który obserwował i słuchał wszystko, co działo się w środku. Monitoring obejmował zarówno dzień, jak i noc, a dodatkowo S-P. był narażony na światło i hałas z korytarza. W przypadku potrzeby skorzystania z toalety drzwi były jedynie przymykane. Ten zaostrzony system ochrony, mający zapobiegać samobójstwu i chronić osadzonego przed innymi więźniami, obowiązywał do czerwca 2022 roku i był wielokrotnie przedłużany decyzją dyrektora więzienia.
Mężczyzna poskarżył się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Żaden inny więzień w Polsce nie był objęty tak restrykcyjnym nadzorem. W skardze podnosił, że był traktowany w sposób nieludzki i poniżający, a także doświadczał tortur psychicznych oraz naruszenia prawa do prywatności.
Marcin S-P. został prawomocnie skazany na 15 lat więzienia w maju 2022 roku, po dziesięciu latach od ujawnienia afery Amber Gold. Do kary zaliczono mu okres tymczasowego aresztowania, który rozpoczął się w sierpniu 2012 roku. Sąd uznał jego oraz byłą żonę Katarzynę za współtwórców piramidy finansowej, która doprowadziła około 18 tys. osób do utraty niemal 600 mln zł. Katarzyna P. została skazana na 11,5 roku więzienia, jednak w 2023 roku odzyskała wolność przedterminowo. Do kwietnia 2026 roku pozostaje pod dozorem kuratora, musi informować o przebiegu okresu próby, pracować zarobkowo i naprawić wyrządzone szkody.
==================================

Viki: Marcin Plichta z domu Stefański, wyjątki:
Po zdaniu matury nie podjął jednak studiów, gdyż uznał je za stratę czasu[4].
W 2005 został skazany za fałszowanie dokumentów, w 2008 za przywłaszczenie 174 tys. zł (sprawa Multikasy), w 2007 i 2009 za oszustwa bankowe (wyłudzenie kredytów na łączną kwotę ponad 140 tys. zł)[5][6]. Do 2012 otrzymał w sumie 9 wyroków[7].

W 2012 roku postawiono mu 25 zarzutów[8], m.in. oszustwa znacznej wartości, poświadczenia nieprawdy w oświadczeniach o podwyższeniu kapitału zakładowego kilku spółek, naruszenie ustawy o rachunkowości oraz Kodeksu spółek handlowych, nieskładanie sprawozdań finansowych spółki, działalność kantorową bez wpisu do rejestru i działalność bankową bez zezwolenia[9][10]. Żona, Katarzyna Plichta, usłyszała 17 zarzutów[10]. Ostatecznie jednak Marcina Plichtę oskarżono o cztery przestępstwa[11], a jego żonę Katarzynę Plichtę o dziesięć.
Po trwającym od 2016 procesie prokuratura zażądała kary 25 lat pozbawienia wolności dla obojga oskarżonych; Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał Marcina Plichtę na 15 lat pozbawienia wolności, a jego żonę – na 12,5 roku. Odczytywanie wyroku trwało od 20 maja do 16 października 2019, gdyż sąd musiał w nim zawrzeć nazwiska wszystkich pokrzywdzonych (ponad 18 tysięcy osób)[12].
Zasadnicze przedsięwzięcie Plichty, Amber Gold, oskarżane jest o bazowanie na tak zwanej piramidzie Ponziego. 16 sierpnia 2012 Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wkroczyła do przedsiębiorstwa i mieszkania Plichtów[13], 17 sierpnia w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku prezes Amber Gold usłyszał zarzut działalności parabankowej (nielegalnego udzielania kredytów klientom Amber Gold), podrobienia dokumentu w celu wyłudzenia poświadczenia nieprawdy[14]. 30 sierpnia 2012 Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe podjął decyzję o aresztowaniu Marcina Plichty na trzy miesiące[15]. Od sierpnia 2012 Marcin Plichta przebywał w areszcie; jego również aresztowana żona zaszła w ciążę z pracownikiem aresztu (oficerem Służby Więziennej)[16].
Marcin Stefański-Plichta planowo ma zakończyć odbywanie kary więzienia 26 sierpnia 2027. 1 października 2024 sąd I instancji oddalił wniosek o przedterminowe zwolnienie[17]. Plichta złożył zażalenie do sądu II instancji[18].
…wzajemne słuchanie siebie…
Wyjątek:
„Ja Was zapraszam do WSPÓLNEJ DROGI, do słuchania RAZEM Ducha Świętego, oraz do budowania wspólnoty Kościoła – poprzez wzajemne słuchanie siebie. Do budowania Kościoła wiernych pozostających względem siebie w prawdziwych i żywych relacjach, współodpowiedzialnych, zatroskanych o innych i o jakość kościelnych wspólnot. To zaproszenie możecie też łatwo odnaleźć W SOBIE SAMYCH –
https://reduta.tv/nagranie/protest-przedsiebiorcow-prawicy-przeciwko-ksef
KSeF, to bandyterka w świetle dnia.
Kto rządzi nami w Warszawie? Odwieczne problemy z procentami.
Izabela Brodacka
Najprostsza, wręcz lapidarna odpowiedź na to pytanie jest następująca: Z pewnością nie Rafał Trzaskowski. Jak twierdzą poinformowani, on w ratuszu bywa sporadycznie, wręcz okazjonalnie. Systematycznie nie uczestniczy w najważniejszych spotkaniach rajców, czyli w sesjach Rady Miasta Stołecznego Warszawy. Czyżby wciąż wychodził z bolesnej traumy porażki w kampanii prezydenckiej?
Jakiś czas temu radni dyskutowali i procedowali uchwałę zakazującą nocnej sprzedaży alkoholu. Pan Trzaskowski był nieobecny. To dziwne, ponieważ to on był autorem projektu tej ustawy. Czyżby zmienił zdanie w tej kwestii? Nie wiadomo. Jeśli tak, to nie nowina i nie dziwota. We wszystkich swoich poglądach zdołał już zmienić swoje opinie. Rządzący Warszawą radni Platformy Obywatelskiej byli przeciwni nocnej prohibicji. Pomimo tego, że warszawska policja, straż miejska, lekarze i zwykli obywatele poparli tę ustawę. Policja i straż miejska twierdziły, że będą mieć mniej pracy, gdy pijacy nie będą ich absorbować i zmuszać do nocnych interwencji. Lekarze powiedzieli, że na SOR-ach będą skuteczniej pomagać chorym, nie musząc zajmować się poszkodowanymi w bijatykach i wypadkach pijakami. Mieszkańcy upominali się o ciszę nocną i możliwość spokojnego życia po godzinie 23.
Dla rządzącej stolicą Platformy Obywatelskiej te argumenty nie miały znaczenia. Jej radni, będąc w większości, odrzucili projekt uchwały w sprawie nocnej prohibicji. Przygotowali się do tej sesji bardzo starannie. Na forach internetowych zwoływali członków PO do gremialnego przyjścia na sesję. Kiedy członkowie PO licznie stawili się w ratuszu, zostali wpuszczeni na widownię sali obrad bocznym wejściem, zarezerwowanym dla urzędników, po to, żeby ubiec zwykłych mieszkańców.
Nieliczni warszawiacy, którym udało się wejść do tego pomieszczenia zastali… wszystkie miejsca zajęte. A jeden bezczelny członek i klakier PO zajął trzy miejsca. Rozsiadł się na jednym, a na sąsiednich położył plecak i swoje rzeczy. Można zachowywać się po chamsku w warszawskim ratuszu? Niestety można. Kiedy członek PO robi takie rzeczy straż ratuszowa nie interweniuje. Radni Trzaskowskiego uchwałę odrzucili. Pan prezydent nie zaszczycił tych obrad, podobnie jak znacznej większości pozostałych, swoją wielmożną i łaskawą obecnością. Odbyła się zatem hucpa bezprawia w obliczu uśmiechniętej cynicznie, w ramach wilczego prawa, większości PO. Zarząd i Rada Warszawy realizują ustawę o wychowaniu w trzeźwości, trzymając transparent z napisem: „ Spożywanie wódki sprzyja trzeźwości warszawiaków !!!”. Złośliwcy twierdzą, że taki transparent powinien trzymać minister Kierwiński, pseudonim „Trzeźwy Pogłos”.
W Warszawie jest 3 389 sklepowych punktów sprzedaży alkoholu. Razem z restauracjami i barami jest ich 6 191!. W całej Szwecji, w której są duże miasta, jej powierzchnia jest większa od Polski, a Sztokholm jest wielkością i liczebnością populacji porównywalny do Warszawy, takich punktów jest 430.
Straty wynikające z nadużywania przez Polaków alkoholu są gigantyczne, wręcz niepoliczalne. Są to skutki materialne, moralne, zdrowotne i finansowe. Czy rządzący Warszawą, członkowie Platformy Obywatelskiej świadomie zrealizowali dywersyjny plan destrukcji warszawskiego społeczeństwa?
Rozpijanie społeczeństwa było faktycznie od wieków metodą jego demoralizowania i rozbrajania przez zaborców. Nasze społeczeństwo nadal ktoś usiłuje rozbroić. Walka z alkoholizmem jest zatem zadaniem bardzo ważnym.
Teraz kilka kropli dziegciu do tej beczki miodu. Czy faktycznie najlepszym rozwiązaniem problemu jest prohibicja?
Prohibicja jest kryminogenna. Jak wiadomo skutkiem prohibicji w USA był drastyczny wzrost przestępczości zorganizowanej i przemytu, rozwój nielegalnych barów (speakeasies), oraz produkcja i sprzedaż skażonego alkoholu, co doprowadziło do ślepoty i śmierci wielu ludzi. Wynika z niej także zmniejszenie wpływów podatkowych i wzrost korupcji. Prohibicja w USA została zniesiona w 1933 roku przez 21 poprawkę do Konstytucji.
Polacy ze swoją mentalnością porozbiorową są bardziej od Amerykanów pomysłowi w omijaniu niemądrego prawa. Czy chcemy doświadczyć tego wszystkiego co Amerykanie? Jak zwykle – ze stuletnim opóźnieniem.
Aby zrozumieć zdecydowane stanowisko Platformy Obywatelskiej w sprawie nocnej prohibicji całkowicie sprzeczne z projektem Trzaskowskiego trzeba zastanowić się jak mówi starożytna zasada prawna „Qui prodest” lub „Cui bono?”, co w obu wersjach oznacza: „kto korzysta” albo „na czyją korzyść to działa” .
Swobodny dostęp do alkoholu jest korzystny dla właścicieli nocnych lokali, nocnych sklepów alkoholowych a także stacji benzynowych na których zaopatrują się „niedopici” rodacy. Na alkoholu zarabia się najwięcej. Szczególnie w nocy gdy klienci mniej czujnie sprawdzają rachunki w restauracji, a pijani nie liczą reszty. Przeciwko ustawie wprowadzającej nocną prohibicję działa więc silne i majętne lobby. Jaki jest związek członkostwa w PO z posiadaniem punktu sprzedaży alkoholu powinni ustalić socjologowie. Z całą pewnością jest to korelacja dodatnia.
Po wprowadzeniu nocnej prohibicji sprzedaż alkoholu przejmą jak to było za komuny różne „babki” i lokalni menele. Bez trudu zaopatrzą się w towar w ciągu dnia. Całkowita prohibicja zaowocuje wzrostem bimbrownictwa a co gorsza podażą trującego alkoholu metylowego powodującego ślepotę i śmiertelne zatrucia. Za czasów komuny powszechnie spożywany był denaturat zwany ze względu na kolor „ jagodzianką na kościach”. Bezspornie powstaną też przestępcze struktury zarabiające na sprzedaży alkoholu tak jak obecnie zarabiają na sprzedaży narkotyków i dopalaczy. Paradoksalnie – łatwy dostęp do alkoholu powoduje zwiększoną liczbę łatwych do opanowania pijackich burd. Dodaje zajęć policji i lekarzom na SOR. Brak dostępu do alkoholu oddaje jego dystrybucję w ręce przestępczości zorganizowanej co owocuje ciężkimi przestępstwami, takimi jak zabójstwa, podpalenia, strzelaniny.
Jak nie staniesz plecy z tyłu.
Piotr Relich pch24/od-protestantyzmu-do-ateizmu-smutny-przypadek-czech

(Źródło: Tilman2007)
Kard. Newman przekonywał, że bezpośrednią konsekwencją protestantyzmu jest ateizm. Chyba nigdzie te słowa nie wybrzmiewają tak silnie jak w Czechach – kraju, w którym herezja rozgościła się wieki temu, a który dzisiaj posiada jedno z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw świata.
Gdy wdrapujemy się po schodach na praski Zamek w Hradczanach, po przejściu główną alejką naszym oczom ukazuje się spektakularny widok katedry św. Wita. Gotycka bryła strzela pod niebo tysiącem wieżyczek, ściany zdobią niezliczone płaskorzeźby i figury, a wejścia do świątyni broni św. Jerzy zabijający smoka. Po przekroczeniu progu oczy same wnoszą się do góry, chłonąc atmosferę jak z innego wymiaru – kiedy słońce przepuszczone przez szkła witraży tańczy feerią barw na starodawnych kamieniach. Stopniowy zachwyt ustępuje jednak jakiemuś przemożnemu uczuciu pustki, jakby powód, dla którego całe pokolenia z mozołem wznosiły niezwykłą konstrukcję, uległ zapomnieniu.
Choć spoczywają tam wielcy władcy i święci, pozostają jedynie namiestnikami tego miejsca. Gospodarz wydaje się opuścił mury domu, dawno wygnany z serc potomków wielkiego niegdyś narodu. Dopiero w jednej z bocznych naw, schowanej dobrze przed wzrokiem ciekawskich, tli się czerwona lampka. Przypomina, że król wciąż czeka, mimo że ci, którzy podziwiają wspaniałość pałacu, nie wiedzą już do kogo należy.
Dzisiaj Czesi pozostają jednym z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw świata. Według spisu powszechnego z 2011 roku 10,3 proc. Czechów utożsamia się z katolicyzmem, 0,9 proc. z protestantyzmem, 2,7 proc. z innymi religiami, 6,7 proc. określiło się mianem wierzących bez przynależności do jakiejkolwiek religii. Aż 79,4 proc. określiło się mianem niewierzących, bądź nie zadeklarowało swego wyznania. To znacznie więcej niż w komunistycznych Chinach, zdominowanej przez materializm Japonii czy Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyła się krwawa protestancka rewolucja.
Bo choć w znacznej mierze za laicyzację czeskiego społeczeństwa odpowiadają komuniści, ziarno anty-ewangelii trafiło tam na podatny grunt. Wieki herezji zrodziły obsesyjny wręcz antykatolicyzm, na którym ostatecznie zbudowano fundamenty nowoczesnego narodu.
Od herezji Husa do klęski pod Białą Górą
Kiedy wydawało się, że narody chrześcijańskie na dobre poradziły sobie ze średniowiecznymi kacerzami – Bogomiłami, Albigensami czy Begardami, bunt przeciwko nauce Kościoła narodził się w samym sercu Christianitas. Rewolucyjna myśl Jana Wiklefa, który negował wolną wolę i transsubstancjację, odrzucał spowiedź, zaprzeczał potrzebie istnienia hierarchii i prymatu papieskiego oraz przekonywał do odebrania majątków kościelnych, znalazły bezpieczną przystań w osobie Jana Husa, rektora Uniwersytetu Karola IV w Pradze.
Spalony na stosie w Konstancji (1415 r.) Hus momentalnie stał się nie tylko symbolem sprzeciwu wobec władzy duchowej, ale wobec cesarza Zygmunta Luksemburskiego. W królestwie Czech wybuchło powstanie, a przeciwko zwolennikom praskiego duchownego (nazwanych od jego nazwiska Husytami), wyprawiono aż cztery wyprawy krzyżowe.
Choć współczesna historiografia przedstawia powstania husyckie głównie jako konflikt polityczny, nie można nie zauważyć, że religijne podłoże zdecydowanie odróżnia je na tle ówczesnych wydarzeń. Husyci, autentycznie przekonani co do słuszności tez swojego mistrza, walczyli z fanatyczną zaciekłością. Cesarskie armie raz po raz rozbijały się o taboryckie czworoboki, aż w końcu Czesi zachowali część heterodoksyjnych praktyk za cenę pokoju. Formalnie zniknął osobny stan duchowny, a rewolucja protestancka zadomowiła się w Czechach na niespełna sto lat przed wystąpieniem Lutra.
Mimo tytanicznego wysiłku kontrreformacyjnego, dzięki któremu wiele rodów szlacheckich powróciło na łono Kościoła, dwieście lat po wystąpieniu Husa, Czechy ponownie obrały kurs na konfrontację z papiestwem i cesarstwem. W 1618 r. pod pretekstem ochrony wspólnoty Braci Czeskich (wywodzącej się z husytyzmu) przed „ofensywą katolicyzmu”, zwołano w Pradze Sejm Krajowy. Wysłanych przez cesarza posłów wyrzucono z królewskiego gmachu przez okno, co przejdzie do historii jako akt defenestracji praskiej. Ulica stanęła po stronie wichrzycieli, a niekatolicy już wkrótce musieli uznać wyższość wojsk cesarskich pod Białą Górą (1620). Wydarzenia w Czechach zapoczątkowały pierwszą wielką wojnę religijną, która w trzydzieści lat zamieniła całe połacie Europy w jałowe pustkowie.
Rządy Habsburgów związane były z próbami restauracji katolicyzmu, rozkwitem sztuki barokowej czy wprowadzaniem jezuickiego systemu edukacji. Wokół tego okresu narosło jednak wiele mitów, jakoby myśl katolicka stanowiła synonim opresji narodu czeskiego. W XIX wieku sprzeciw wobec Kościoła rzymskiego stał się częścią składową procesu rodzącej się myśli narodowościowej Czechów. Przejście na katolicyzm odczytywano niemalże jak akt zdrady, a dodatkowo historiografia marksistowska upatrywała w katolicyzmie narzędzia ucisku klasowego i germanizacji czeskiego społeczeństwa. W języku utrwaliły się negatywne pojęcia jak „jezuici” – funkcjonariusze aparatu opresji, czy „barok”, jako emanacja ducha katolicyzmu.
Karmienie powyższych resentymentów dało o sobie znać bardzo mocno po 1918 r. Czesi uczcili świeżo uzyskaną niepodległość niszczeniem miejsc kultu, paleniem kościołów, a nawet napadami na księży. Na praskim rynku głównym runął posąg Matki Bożej, symbolicznie „powieszonej” za szyję. Obiektem nienawiści padły liczne pomniki św. Jana Nepomucena – zniszczono słynne „nepomuki” w Pradze, Kladnie, Dobrovicach czy Krušovicach. W latach 1919-1921 kościół katolicki opuściło ponad 1,2 mln wiernych, czemu towarzyszyło masowe przechodzenie do tzw. Kościoła Czechosłowackiego, zwanego również Czechosłowackim Kościołem Husyckim.
Nic dziwnego, że po 1945 r., czechosłowaccy komuniści mieli niezmiernie ułatwione zadanie. Materialistyczna ideologia doskonale współgrała z antykatolickim nastawieniem, z czasem rozszerzonym na wszystkie wyznania. Dzieła dechrystanizacji kraju dopełnił liberalizm obyczajowy, który wdarł się do Czech po 1989 r.
Requiem dla wiary
Opis upadku chrześcijaństwa w Czechach byłby jednak niepełny bez zwrócenia uwagi na same cechy protestantyzmu, które przywołany już kard. Newman uznał za sprzyjające sekularyzacji. Konwertyta z anglikanizmu i doktor Kościoła przekonuje, że indywidualizm interpretacji Pisma Świętego prowadzi do nieuchronnego subiektywizmu, co skutkuje rozmyciem Prawdy, utraty pewności wiary i ostatecznie do zwątpienia i ateizmu. Podobne skutki powoduje również wywodzący się z protestantyzmu racjonalizm, redukujący wiarę do zjawiska czysto intelektualnego i moralnego. Eliminacja wymiaru duchowego i transcendencji powoli zabija atrakcyjność wiary, przez co staje się pusta, niesatysfakcjonująca i ostatecznie – niepotrzebna.
Recepty na zjawisko utraty wiary kard. Newman upatrywał w powrocie na łono Kościoła katolickiego, podtrzymującego sukcesję apostolską, spójność doktryny, chroniącego skarb Tradycji, a przede wszystkim – utrzymującego swój transcendentny i metafizyczny charakter.
Niestety, na skutek obecności ponad pięciu wieków herezji, wielu Czechów dzisiaj nie ma dokąd wracać. A wyzierającej z ateizmu duchowej pustki nie jest w stanie zapełnić nawet najdoskonalsze piwo, najpiękniejsze zabytki, malownicze krajobrazy, a nawet cięty humor i dystans do siebie.
Piotr Relich
================
mail:
Warren w swej „Historii Kościoła” (najlepsze opracowanie historii powszechnej Europy jaką znam, bo Europa została stworzona PRZEZ CHRZEŚCIJAŃSTWO/Kościół) – podaje nazwiska tych 2 posłów i taki piękny szczegół – otóż gdy pochwycili go z zamiarem defenestracji (to zdaje się taka czeska „świecka tradycja” bo 1949r. któregoś ze swych przywódców (Jana Masaryka) – też defenestrowali.
„Niech cię teraz ratuje” -odkrzyknęli
| DR IGNACY NOWOPOLSKI FEB 21 |
W ogromie problemów, które zaistniały przez 30 lat funkcjonowania Polski & innych Państw Europy Środkowej w globalizmie, nie najmniejszym jest problem ukraiński.
W polskiej świadomości identyfikowany jest głównie poprzez banderowskie zjawisko.
Natknąłem się niedawno na filmik „w ukraińskiej mowie”, gdzie mieszkające we Wrocławiu Ukrainki, wyrażały zdanie, że w tym mieście zarówno Polacy, jak Ukraińcy są „gośćmi”. W tym momencie warto by zadać pytanie, kim są Ukraińcy we Lwowie?. Ale ponieważ „z banderowcami się nie dyskutuje, do banderowców się strzela”, nie podejmę tego wątku.
Muszę jednak wyrazić pogląd, że jedną z wielu zbrodni globalistycznych reżimów w III RP (PO & PiS), było przygarnięcie 3 milionów Ukraińców na naszej ziemi i na nasz koszt.
Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Polska Racja Stanu wymagała całkowitej neutralności w tym konflikcie.
Teraz kiedy wojna kończy się totalną katastrofą Kijowa, a bezczelność diaspory ukraińskiej osiąga nowe szczyty, należy przeanalizować i ten post globalistyczny problem.
Banderowcy to taki gatunek białych słowiańskich murzynów, których jednoczy jedno; nienawiść do wszystkich pozostałych nacji świata. Oczywiście im bliższa nacja, tym większa nienawiść.
Banderowiec jest gnuśny, leniwy i zawistny.
Ponieważ sam nie jest nic w stanie stworzyć, to swą negatywną energię kieruje na mordowanie znienawidzonych nacji. Czerpie z tego ukojenie diabelskiej duszy i podświadomego kompleksu niższości.
Truizmem jest stwierdzenie, że nie wszyscy obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce, są bandytami.
Ci ze wschodniej jej części są najczęściej etnicznymi Rosjanami. Podkreślam, że to określenie nie jest obraźliwe, ale wręcz przeciwnie jest komplementem z mej strony. Dotyczy to nie tylko Rosjan ze wschodniej Ukrainy, ale z samej Rosji, a także z Białorusi i innych byłych republik sowieckich.
Emigrują oni nie dlatego, że bomby spadają im na głowy – bo nie; ale z potrzeby de-bolszewizacji! I trzeba to uszanować!
Jednym z tego przykładów jest Daria, która w poniższym materiale ukazuje różnice pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Przy czym, jakby można przypuszczać, nie jest to porównanie plusów i minusów obu nacji, ale ukazanie post-bolszewickiej natury jej współrodaków. Niewątpliwie słusznie zakłada, że pozytywne cechy Ukraińców po prostu nie istnieją. Wyraża za to nadzieję na ich rychłą de-sowietyzację.
Warto z uwagą wysłuchać (obejrzeć) ten materiał, gdyż zawiera wiele trafnych spostrzeżeń, które z powodzeniem odnoszą się nie tylko do banderowców, ale także „polskojęzycznych europejczyków” (Volksdeutsch-ów), czyli elektoratu Gauleitera tuska.
Poniższy film jest w języku polskim. Zapraszam do uważnego obejrzenia!
=============================================
=================================
M. Dakowski:
Ja bym powiedział, za prof. Feliksem Konecznym:
My się jeszcze jakoś trzymamy przy Cywilizacji Łacińskiej, a na byłej Rusi miota się mieszanka cywilizacyj zwana atrocinium magnum.
pch24.pl/4-tys-km-samotnej-pieszej-pielgrzymki-zadoscuczynic-bogu-za-moje-grzechy

(Oprac. PCh24.pl)
„W latach studenckich odszedłem od Boga, nie chodziłem do kościoła, nie przyjmowałem sakramentów. Paradoksalnie to co powinno mnie jeszcze bardziej od Boga oddalić, czyli moja choroba, którą zdiagnozowano u mnie kiedy miałem 22 lata, przywróciła mnie Bogu. Po wyjściu ze szpitala, pierwsze kroki skierowałem do kościoła i tak rozpoczął się powrót „syna marnotrawnego” do Ojca”.
Z Mateuszem Kakareko o jego pieszym pielgrzymowaniu z Białegostoku do Santiago de Compostela (około 4 tys. kilometrów) rozmawia Adam Białous.
Jak zrodziła się w tobie myśl o samotnej pieszej pielgrzymce do Santiago de Compostela?
Po raz pierwszy taka myśl zaświtała mi w głowie już w roku 2018. Wówczas przygniatało mnie wiele problemów. Ich rozwiązania szukałem w różnych miejscach i na różne sposoby, ale problemy nie znikała, a wręcz przeciwnie nasilały się. W końcu, w tym właśnie roku 2018, postanowiłem poprosić o pomoc Boga i zadośćuczynić za grzechy mojej młodości. Wtedy przyszła mi na myśl samotna piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela.
Nie bałem się wysiłku fizycznego, gdyż od nastoletniego wieku uprawiam sport. Fascynacja sportem zdecydowała też o wyborze kierunku moich studiów – Wychowanie Fizyczne.
Pierwszą próbę dojścia do Santiago podjąłem w roku 2019. Niestety przeliczyłem swoje siły. Po przejściu 50 km zaliczyłem kontuzję i nie mogłem dalej iść pieszo. Zadzwoniłem do rodziców, aby przekazać im tę informację. Oni zaraz przyjechali, żeby mnie zabrać do domu.
Ale ja nie myślałem się tak łatwo poddać. Obiecałem przecież Bogu, że nawiedzę Santiago, to było dla mnie bardzo ważne. Poprosiłem rodziców, żeby zawieźli mnie do Warszawy na lotnisko, abym mógł dolecieć do jakiegoś miejsca, z którego po krótkiej rehabilitacji, pieszo ruszyłbym do Santiago.
Udało się?
Tak. Rodzice zgodzili się. Najpierw samolotem, a potem pociągiem dotarłem do francuskiego miasta San – Jean- Pied-de- Port, od którego zaczynał się główny szlak wiodący do Santiago de Compostela. Tam wykurowałem się i, dzięki Bożej pomocy, udało mi się pieszo pielgrzymować do Santiago. Ten szlak nie był taki krótki, bo w sumie przeszedłem nim około 800 km. To było najwyraźniej tyle, ile mogłem przejść w owym czasie.
Już ta moja pierwsza pielgrzymka do Santiago bardzo mnie odmieniła. Zmieniła mój sposób myślenia z laickiego, na myślenie wierzącego katolika. Peregrynacja do Santiago była tak cudowna, że wtedy zapragnąłem jeszcze kiedyś znów ją przeżyć.
Czy przed rokiem 2025 pielgrzymowałeś do Santiago jeszcze raz?
Tak. To było w roku 2022. Wybrałem się wtedy na pielgrzymkę do Fatimy. Samolotem dotarłem do Lizbony, a z tego miasta pieszo do Fatimy. Pierwotnie wcale nie zamierzałem ruszać gdzieś dalej. Jednak w Fatimie spotkałem pewnego polskiego kapłana pochodzącego z okolic Rzeszowa oraz jego dwóch towarzyszy. Od słowa do słowa i po niedługiej nardzie postanowiliśmy razem udać się z Fatimy do Santiago. W tej pielgrzymce przeszliśmy razem 675 km. Do Santiago prowadzi bardzo wiele szlaków z różnych krajów Europy. Pielgrzymi wytyczali je przez setki lat.
A ty w roku 2025 postanowiłeś wytyczyć swój własny szlak ?
Można tak powiedzieć. We mnie nadal było pragnienie, żeby wyjść z domu i pieszo dotrzeć do sanktuarium św. Jakuba w Santiago de Compostela. Tak się dziwnie złożyło, że w grudniu 2024 dowiedziałem się w pracy, że nie przedłużą ze mną umowy. Najpierw chciałem od razu szukać nowego zatrudnienia, lecz później przyszła do mnie myśl, że może to Bóg podarował mi ten czas, abym mógł spełnić pragnienie mego serca.
Kiedy pracowałem, zaoszczędziłem trochę pieniędzy, miałem więc środki na zakup żywności i, jeżeli byłoby to potrzebne, opłatę noclegów podczas pielgrzymki. Największy kłopot był z rodzicami, którzy zamartwiali się tym, czy mi się co złego nie przytrafi po drodze i mocno odradzali mi tą samotną peregrynację. Za to brat wspierał mnie w moim zamiarze. Żony i dzieci, jak na razie, nie mam, więc ich nie musiałem prosić o zgodę.
I jak to twoje „mega” pielgrzymowanie zaczęło się?
Tak jak zamierzyłem, wyruszyłem z domu, który znajduje się na obrzeżach Białegostoku. Peregrynację rozpocząłem w maju, miesiącu poświęconym Maryi. Najpierw szedłem szlakiem, którym co roku w sierpniu podążają uczestnicy pielgrzymki z Białegostoku do Częstochowy. Z tą pielgrzymką wędrowałem w roku 2023 i 2024, więc znam ten szlak. Miałem ze sobą plecak, a w nim m.in. mały namiot, śpiwór, karimatę, ale właściwie rzadko z nich korzystałem. Bóg mnie tak prowadził, że przeważnie, kiedy mówiłem dokąd zmierzam, dobrzy ludzie udzielali mi noclegu i poczęstunku.
W jakich intencjach pielgrzymowałeś?
Główna intencja była pokutna – zadośćuczynienie za moje grzechy i te popełnione w mojej rodzinie. W latach studenckich odszedłem od Boga, nie chodziłem do kościoła nie przyjmowałem sakramentów. Paradoksalnie to co powinno mnie jeszcze bardziej od Boga oddalić, czyli moja choroba, którą zdiagnozowano u mnie kiedy miałem 22 lata, przywróciła mnie Bogu. Po wyjściu ze szpitala, pierwsze kroki skierowałem do kościoła i tak rozpoczął się powrót „syna marnotrawnego” do Ojca.
Motorem, który pomógł mi w roku 2025 pokonać pieszo te ponad cztery tysiące kilometrów mojej pielgrzymki w pogodę i niepogodę, była miłość do Boga.
Ludzie pomagali?
Już pierwszego dnia pielgrzymki, w ciągu którego przeszedłem około 30 km. Dotarłem do niedużego miasta Suraż nad Narwią. Podszedłem do, stojącej przy kościele, figury Maryi i zacząłem odmawiać Różaniec. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się ksiądz, który zapytał dokąd podążam. Kiedy mu powiedziałem, zaprosił mnie na plebanię, na kolację i udzielił noclegu. W ten sposób ludzie mi często pomagali, pojawiali się zazwyczaj, kiedy mówiłem Różaniec.
Dobrze zapamiętałem szczęśliwe zdarzenie, które spotkało mnie w Niemczech. Kiedy szedłem przez jakieś miasteczko, z jednego z domów wybiegła kobieta i zapytała mnie gdzie idę. Powiedziałem jej wszystko zgodnie z prawdą. Wtedy ona zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe jednego z jej dzieci, które właśnie trwało w ich domu. Za stołem siedziała cała rodzina. Przyjęli mnie niezwykle ciepło. Ludzie byli dla mnie dobrzy i bardzo uczynni we wszystkich krajach, jakie przemierzałem. Nigdzie nie spotkałem się z wrogością.
Czy na trasie pielgrzymki doświadczyłeś Bożego wsparcia, potrzebnego do tego, aby pokonać trudy tak długiej drogi?
Często go doświadczałem. Jak powiedziałem wcześniej, zawsze miałem gdzie spać i co zjeść. Na najtrudniejszym odcinku w Hiszpanii, gdzie były bardzo wysokie temperatury, nigdy nie zabrakło mi wody. Właśnie w Hiszpanii miałem najpoważniejszą kontuzję. „wysiadło” mi kolano. Z trudem chodziłem, jednak postanowiłem nie poddawać się i iść dalej. Wtedy szczególnie dużo się modliłem i ku memu zdziwieniu, kontuzja nie rozwinęła się, ale ustąpiła.
Jaka była trasa twojej peregrynacji?
Z Białegostoku najpierw doszedłem do Częstochowy, na Jasną Górę, aby pokłonić się Królowej Polski. Później moja trasa wiodła przez Opole, Nysę, wszedłem do Czech, następnie pielgrzymowałem przez Niemcy, Szwajcarię, Francję, w której nawiedziłem sanktuarium w Loudres i tam wszedłem na utarty przez setki lat szlak do Santiago de Compostela. Dziennie pokonywałem średnio 30 km. Do Santiago de Compostela dotarłem 3 września. Czułem jednak pewien niedosyt, więc poszedłem jeszcze do Matki Bożej, do Fatimy podziękować Jej za spełnione marzenie. Dotarłem tam 17 września. W sumie pielgrzymowałem pieszo 133 dni.
Może doświadczyłeś czegoś niezwykłego, co było związane z twoją pielgrzymką?
Takie wydarzenie miało miejsce jeszcze przed wyruszeniem na szlak. Otóż w latach młodzieńczych brałem udział zapasach (wrestling). Któregoś razu tak nieszczęśliwie uderzyłem twarzą w linę bariery, że złamałem nos. Od tej pory, wskutek krzywienia przegrody, miałem poważne problemy z oddychaniem. Wiedziałem, że z tak uszkodzonym nosem nie uda mi się przejść ponad 4 tys. km. Poszedłem więc do kościoła i powiedziałem szczerze Jezusowi „Musimy tę pielgrzymkę przesunąć w czasie. Pójdę na operację przegrody, a potem ruszę do Santiago”.
Kiedy wyszedłem ze świątyni, zauważyłem że jakoś mi się tak fajnie oddycha nosem, po prostu bez problemów. Lekarz powiedział, że nie wie jak to się stało, ale moja przegroda się wyprostowała i jest taka, jaka powinna być. Ja wiedziałem czyja to „sprawka”. Dobry Bóg zrobił mi tą operację zupełnie bezboleśnie i błyskawicznie, żebym nie musiał zwlekać z pielgrzymką. Do tego zrobił to, zanim zdążyłem Go poprosić o uzdrowienie.
Czy wiele osób pielgrzymowało do Santiago w roku 2025?
To był rekordowy rok. Słyszałem w mediach, że nigdy wcześniej tak wielu pielgrzymów, nie szło szlakami wiodącymi do tego sanktuarium. Widziałem to zresztą na własne oczy, w niektórych miejscach na szlaku pielgrzymi szli, można śmiało powiedzieć, tłumnie. To byli ludzie chyba ze wszystkich stron świata i co ciekawe spotkałem nawet kilku ateistów, którzy szli do Santiago w poszukiwaniu sensu życia.
Każdy każdemu, jak tylko mógł, pomagał. Jeden w stosunku do drugiego był bardzo serdeczny. Na noclegach mieliśmy wspólne kolacje i głębokie rozmowy. A potem prysznic i do łóżka, bo po przejściu 30 km, często w upale, sen jest czymś najprzyjemniejszym na świecie.
Czy twoja podróż miała charakter duchowy, modlitewny?
Jak najbardziej. Po drodze wiele się modliłem – dziękczynnie, błagalnie i przepraszając za grzechy moje i innych. Zaczynałem od czytań, jakie na każdy dzień wyznacza liturgia Kościoła. Po drodze była modlitwa różańcowa, Koronka do Bożego Miłosierdzia i rozważanie Ewangelii.
Od pięciu lat prowadzę dziennik. Również podczas pielgrzymek. Wieczorami opisywałem miniony dzień mojej peregrynacji, również moje przeżycia duchowe oraz czytałem fragment ulubionej lektury „O naśladowaniu Chrystusa” autorstwa Tomasza a Kempisa. Ta moja wymarzona pielgrzymka życia, bardzo rozwinęła i wzmocniła moją wiarę. Dla czytelników mam takie przesłanie – modlić się, ufać Bogu i nie zamartwiać się.
Dziękuję za rozmowę
Tekst i zdjęcia Adam Białous


