NCZAS.INFO | Zamieszki we Francji. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: screen
Jeszcze dwie dekady temu Paryż, Bruksela czy Sztokholm były dla Polaków synonimem cywilizacyjnego awansu, bezpieczeństwa i porządku. Dziś ten obraz to tylko wyblakła pocztówka. W sercu Europy wyrosły enklawy, w których prawo państwowe jest martwe, a służby mundurowe wjeżdżają tylko w pełnym rynsztunku bojowym. To nie jest scenariusz filmu dystopijnego. To rzeczywistość „stref wrażliwych”, którą zachodnie elity przez lata próbowały pudrować poprawnością polityczną.
Pamiętamy lata 90. i nasze kompleksy wobec Zachodu. Patrzyliśmy na niemieckie autostrady i szwedzkie osiedla z zazdrością. Dziś, gdy polski turysta ląduje w Paryżu czy Malmo, często doznaje szoku poznawczego. Zamiast „europejskiego snu” widzi brud, chaos i dzielnice, które mentalnie i kulturowo bliższe są Bliskiemu Wschodowi niż chrześcijańskiej Europie.
Szwecja: Granaty zamiast argumentów
Najbardziej jaskrawym przykładem upadku modelu państwa opiekuńczego jest Szwecja. Kraj, który przez lata był poligonem doświadczalnym lewicowej inżynierii społecznej, dziś płaci najwyższą cenę za swoją naiwność.
Termin „no-go zones” jest przez szwedzkich polityków oficjalnie wypierany, zastępuje się go eufemizmem „obszary wykluczone”. Niezależnie od nowomowy, fakty są brutalne. Dzielnice takie jak Rinkeby w Sztokholmie czy Rosengard w Malmo to państwa w państwie. Lokalne gangi narkotykowe nie tylko kontrolują handel, ale po prostu – i nie jest to żadna przenośnia – tam rządzą.
Statystyki są bezlitosne i stanowią chłodny prysznic dla entuzjastów „otwartych granic”. Szwecja stała się europejską stolicą strzelanin i zamachów bombowych z użyciem materiałów wybuchowych i granatów ręcznych. Policja, sparaliżowana politycznymi wytycznymi, by „nie eskalować” i „nie stygmatyzować”, w wielu przypadkach po prostu abdykowała.
Francja i Belgia: Terytoria utracone
Jeśli Szwecja jest przykładem gwałtownego załamania bezpieczeństwa, to Francja jest studium powolnego gnicia. W departamencie Seine-Saint-Denis (słynne „93” pod Paryżem) czy brukselskim Molenbeek, asymilacja nie istnieje. Powstały społeczeństwa równoległe, rządzące się własnym kodeksem honorowym, często opartym na prawie klanowym lub szariacie, a nie na kodeksie cywilnym Republiki Francuskiej czy Królestwa Belgii.
Dla przedsiębiorcy czy zwykłego podatnika oznacza to jedno: płacisz na utrzymanie infrastruktury i socjalu w miejscach, do których nie masz wstępu. Strażacy czy ratownicy medyczni wzywani do tych stref często odmawiają przyjazdu bez asysty policji, bo karetki są obrzucane kamieniami. To jest moment, w którym państwo przestaje spełniać swoją podstawową funkcję – zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom.
Kosztowna utopia
Z perspektywy wolnorynkowej i gospodarczej, istnienie takich stref to gigantyczne obciążenie. To „czarne dziury”, które pochłaniają miliardy euro w postaci zasiłków socjalnych, programów aktywizacyjnych (które nie działają) i kosztów naprawy niszczonego mienia publicznego.
Podatnik jest podwójnie poszkodowany. Po pierwsze, jego podatki finansują utrzymanie ludzi, którzy otwarcie kontestują kulturę i prawo kraju gospodarza. Po drugie, spada wartość jego nieruchomości i poczucie bezpieczeństwa, co zmusza go do ucieczki na strzeżone osiedla lub prowincję.
Polska jako oaza? Jeszcze tak.
Na tym tle Polska jawi się jako oaza spokoju. Możemy spacerować po Warszawie, Krakowie czy Gdańsku o dowolnej porze nocy bez obawy, że wejdziemy w „złą dzielnicę”. Jednak ta sytuacja nie jest dana raz na zawsze. Presja unijna w ramach paktu migracyjnego oraz naturalne procesy rynkowe (poszukiwanie taniej siły roboczej przez korporacje) pchają nas w te same koleiny, w których ugrzązł Zachód.
Wnioski z raportu o zachodnich strefach „no-go” muszą być dla nas przestrogą, a nie tylko powodem do satysfakcji. Zachód popełnił błąd, myląc gościnność z naiwnością, a tolerancję z przyzwoleniem na bezprawie. [Synek, przecież to nie błąd, lecz celowość. md]
Bezpieczeństwo to nie jest prawicowy fanatyzm. To fundament, bez którego nie ma ani wolnego rynku, ani wolności osobistej, ani narodu.
Statek ze strefy Mercosur do Europy płynie zazwyczaj od 2 do 6 tygodni Mięso musi być transportowane albo w postaci mrożonej, albo jako żywe zwierzęta.
PS.
.. i jeszcze takie-tam bzdurki dla obrońców praw zwierząt: już od dawna powinniście przykuwać się do tych stateczków.
Minister Żurek buduje prokuratorskie zespoły ścigające niechęć do Ukraińców. Tymczasem rządowa tuba propagandowa gloryfikuje pogardę Kijowa dla wszystkiego co polskie. Mamy być mięsem armatnim spalonej ziemi Donbasu – oczekuje Zelensky i kasta Ciamajdanu
Portal ONET drukuje dziś wywiad z ukraińskim generałem, który twierdzi, że Polska popełnia błąd nie chcąc wysyłać swoich żołnierzy na tereny, które Ukraina chciałaby zawłaszczyć. Świadomie nie używam określenia ,,utrzymać,, , bo tylko w budowanej latami świadomości bezczelnej deformacji faktów można Ukrainie przypisywać niezbywalne prawo do regionów, które łaskawie im ofiarowano. Koalicja Chętnych i centrala w Brukseli są ślepe na prawdę historyczną i krwawy nacjonalizm, bo to wbrew wizjom ich biznesów. Głupota z tego tytułu płynie oczywiście więc nie z Warszawy, ale to tu od pokoleń mają miejsce orgie społecznej destrukcji, zawsze bardzo chwytnie nazywane.
Kiedy minę w podnoszonym powyżej medialnym tytule, klasyczną brukselską ,,gadzinówką,, pojawia się kolejny wywiad, opinia, komentarz, artefakt i inne bzdety, które każą Polakom wkuwać mądrości nacji, która nigdy nie była w stanie dostroić się swoimi skrajnościami do naszej tolerancji, to są lepsze jaja od proklamowanej w lipcu 1944-ego roku wolności w Lublinie.
Ukraina w kształcie obecnie rozszarpywanym przez nich samych powstała tak jakoś w 1954ym roku i czego socjalizm tam nie zbudował albo zmiana stalinowskich granic nie zostawiła, np. polskiego Lwowa, to sukcesów więcej nie ma. Jeśli czytamy, że polskie władze wydadzą Ukrainie ruskiego archeologa, bo prowadził nielegalne wykopki na Krymie, zatem Żurek minister nie sięgnął nawet wikipedii, żeby powziąć wiedzę, kto i kiedy tam historię budował. Zatrzymanie w Polsce dyrektora petersburskiego ERMITAŻU, który gościł u nas w drodze i zadość żądaniom państwa terrorystów nie skończy się dobrze. U Żelenskiego cokolwiek by znaleźli od razu trafiłoby pod młotek na czarnym rynku. Ukraińcy, którzy zawinęli się do Polski mówią otwarcie, że nigdy tam nie wrócą i nie dlatego, że wojna. Po prostu to cywilizacja wykluczająca normalność w naszym rozumieniu.
Zapowiadany na marzec koniec specustawy będzie narzędziem Żelenskiego do kolejnego szantażu.Trzeba się liczyć, ze rękami milionów Ukraińców osadzonych w naszym kraju. Poza przestępczą patologią Ukraina ulokowała nie tylko w Polsce siatki terroryzmu i wywiadu, ale też rezydentów ośrodków propagandy określanych ,,blaskiem wolności”. Jak wielką dezinformację sieją i usiłują przekonywać o tej jedynej prawdzie pokazuje rzeczywistość na rosyjsko-ukraińskim froncie.
Oni tą wojnę przegrali gdy jeszcze się nie zaczęła. Ale czy potrafią żyć pokojem? Polacy z każdym dniem bardziej negują jakąkolwiek symbiozę z ciamajda nem, co potwierdzają sondaże i ulica. Latem byłem w luksusowym ośrodku wypoczynkowym, który udostępniono również Ukraińcom. Podczas słonecznej kąpieli w parku wodnym cała ich grupa głośno i radośnie twierdziła, że Polacy będą się za nich na froncie łomotać. Nie precyzuję reakcji naszych ziomków. Mniej więcej na to samo teraz zasługuje wspomniany portal, ciekawe przez kogo finansowany? Ciekawe pod co podciągnąłby to Żurek.
We write this from a place of profound love—love for the America conceived in liberty for the radical idea that a nation should be governed by laws, not men. We pray God grants POTUS wisdom to protect
Before you read a single word of the analysis that follows, we need to be clear about what this is and what it is not.
This is not an article about whether we “support” or “oppose” Donald Trump. That binary—pro or anti, for or against—is a false dichotomy, a psychological trap crafted by the political machine to short-circuit critical thought and engineer blind tribal loyalty. It demands that you choose a team first and justify their actions second.
We reject that premise entirely.
We are not “pivoting” from supporting Trump to opposing him. We do not blindly support any person. We observe, analyze, and judge actions, principles, and consequences.
Our position is, and has always been, rooted in a simple, unwavering standard: The Constitution, national sovereignty, peaceful foreign policy, and transparent government. If any leader (be it Trump, Biden, or anyone else) advances policies that align with these principles, we will acknowledge it. If any leader violates these principles—by launching unconstitutional wars, engaging in corrupt resource grabs, or betraying the public trust—we will call it out with the same vigor.
This article, therefore, is not an emotional polemic. It is a forensic presentation of facts, timelines, financial data, and geopolitical patterns surrounding the military intervention in Venezuela that began on January 3, 2026. We have connected these dots using public statements, financial records, and geopolitical analysis. You are free to dismiss these connections. You are free to arrive at different conclusions. But you cannot dismiss the facts themselves.
Our only goal is to ensure you are informed, so that your judgment, whatever it may be, is based on evidence, not emotion or allegiance.
The question this article poses is not “Do you like Trump?” We like Trump, but this is irrelevant. The question is: “What was this action, what were the possible reasons, who did it truly serve, and what precedent does it set for our republic and the world?”
Judge the action. The rest will follow.
=========
On New Year’s Eve, President Trump wished for “peace on earth“ as his sole resolution for 2026. Forty-eight hours later, we woke to the news of a pre-dawn military strike on Venezuela, the kidnapping of President Nicolás Maduro, and the declaration that the United States would now “run the country“ and get “very strongly involved“ in its oil industry.
But before we proceed, a necessary, if uncomfortable, thought. We must ask: is the man himself the sole architect here? For those of us who voted for him—three times—this requires a brutal honesty that cuts deeper than politics.
We know Donald Trump. We see the man who campaigned on an “America First” platform of sovereign borders, an end to foreign entanglements, and a disdain for the globalist wars that bankrupt and bleed this nation. We rallied behind the fighter who promised to “drain the swamp,” a swamp we all know is real, deep, and populated by creatures with unimaginable power. His 2016 promise was unambiguous: “We will stop racing to topple foreign regimes that we know nothing about, that we shouldn’t be involved with.”
So, what are we to make of this 180-degree turn? For a man who loves winning above all else, why would he willingly become the face of a policy that is the antithesis of his brand and that might alienate his most loyal base?
Could it be that the swamp doesn’t get drained, but instead, it consumes?
The forces arrayed against any president who threatens the permanent establishment—the intelligence agencies, the military-industrial complex, the globalist banking cartels—are not theoretical. Their tools of coercion are legendary and, in the digital age, absolute: blackmail, financial ruin, threats against his family, and the ever-present, unspoken threat. We’ve watched for years as the “deep state” has thrown every legal, media, and bureaucratic weapon at him. Is it so unthinkable that they might have finally found the lever to force compliance? That a man who values his family, his legacy, and his freedom might be staring at an ultimatum he cannot refuse?
In our search for truth, we must be willing to look at the most painful possibilities. The tragedy would be doubled if the man we voted for to break the system has been broken by it instead, transformed into a puppet for the very interests he vowed to destroy. Is Trump executing his own policy, or is he being forced to execute theirs? In a system this corrupt, sometimes the figurehead is not the master of the ship, but its most prominent hostage.
A Constitutional Violation? Where’s the Outrage?
Regardless of motive, the first casualty of this operation may have been the U.S. Constitution. Article I, Section 8 is explicit: Congress holds the power to declare war. Bombing Venezuela, a sovereign nation, and kidnapping its leader is likely an act of war, and it was conducted without congressional authorization. To be frank, presidents have not always respected this balance of constitutional power. Especially since the Cold War, some have pushed the limits of what they can construe as “defensive” force, which is Trump’s likely position on these attacks. But Secretary of State Marco Rubio claimed this “isn’t the kind of mission you do congressional notification for.” This is laughable.Since when does the type of mission determine whether you follow the supreme law of the land?
Ask yourself: If Joe Biden had launched a similar attack on a sovereign nation, kidnapped a foreign leader, and immediately started talking about how American companies would take over that country’s oil reserves, what would your reaction be? If you’re honest, you’ll admit that you would probably be (rightly) up in arms. You would probably be shouting about constitutional violations, imperialism, and crony capitalism until you were blue in the face.
The official story is that this is about stopping Maduro’s “narco-terrorism.” It’s a fairy tale, and the plot holes are big enough to fly a B-2 bomber through.
Why Venezuela and Not the Real Sources? If this is a sincere war on drugs, why invade Venezuela, a minor player, instead of Colombia, the world’s primary source of cocaine? Why not China, the sole producer of the fentanyl precursors devastating American communities? The geography of this “war” only makes sense if the target isn’t the drugs at all. If this were about drugs, Mexico would already be invaded.
A Pardoned Kingpin and a Terrorist Guest. Just last month, Trumppardoned former Honduran President Juan Orlando Hernández, a man convicted by U.S. prosecutors of trafficking 400 tons of cocaine into the United States. Meanwhile, in November, Trump rolled out the red carpet at the White House for Syrian President Ahmad al-Sharaa, a former al-Qaeda-linked commander recently scrubbed from the U.S. terrorist list. So which is it? Are we killing drug lords or pardoning them? Are we fighting terrorists or hosting them for tea?
The CIA’s Dark, Documented History. The idea that U.S. agencies are strangers to the drug trade is willful ignorance. Investigative journalist Gary Webb’s “Dark Alliance” series for the San Jose Mercury News exposed how CIA-backed Contra rebels in Nicaragua helped flood U.S. cities with crack cocaine in the 1980s. Webb’s reporting was viciously attacked by the mainstream press, and he later died from two gunshot wounds to the head, officially ruled a suicide. If Webb killed himself with two shots from a .38, then we’ve got a bridge we’d like to sell you in the Arizona desert.
The “drug war” narrative is a smokescreen, a “weapons of mass destruction“ lie for a new generation. Just ask Pat Tillman—oh, wait, you can’t. He’s dead.
Tillman, the NFL star turned Army Ranger, became a potent propaganda tool until he saw the Iraq war for the “illegal and unjust” disaster it was. He was planning to meet with Noam Chomsky and speak out. Shortly thereafter, he was killed in Afghanistan by “friendly fire”—three bullets to the forehead from an M-16 at close range. Army doctors suspected fratricide, but their request for an investigation was denied. His critical voice was permanently silenced.
🏦 The Real Target: Not Just Oil (It’s the Entire Vault) 💎
Forget the fairy tale. This is definitely an oil grab—the Iraq playbook reloaded. It’s one of the grievances that Tillman was allegedly going to share with Chomsky before he was killed. You see, Venezuela has more oil than any country on earth—over 300 BILLION barrels.
But the prize is even bigger than just “black gold” in the ground. This operation was a multi-resource raid:
Silver Smelter: The U.S. had just secured a critical silver smelter deal to process Latin American metals, a venture financed by JP Morgan and 40% owned by the U.S. Department of Defense. This isn’t a coincidence; it’s a corporate-military takeover of strategic resources.
The JP Morgan Bailout: This attack wasn’t just geopolitics; it was a multi-trillion-dollar bailout. JP Morgan was on the brink due to catastrophic $8 trillion short positions in silver paper. By securing physical silver and smelting capacity, this military operation directly props up a failing pillar of the Wall Street establishment.
The Banking War: Venezuela’s central bank is a national bank, not subservient to the globalist banking cartel of the IMF and World Bank. This independence is an existential threat to the Rothschild-led financial system. Think Saddam Hussein (who moved oil sales to euros), Muammar Gaddafi (who planned a gold-backed African currency), and Bashar al-Assad.
The Crypto Takeover: For years, Nicolás Maduro and his inner circle may have systematically plundered Venezuela, siphoning billions from its oil revenues, draining its gold reserves, and selling off state assets. According to intelligence sources with direct knowledge of these operations, a significant portion of this stolen national wealth was not hidden in traditional offshore accounts but was instead converted into cryptocurrency, creating a secret, liquid, and untraceable fortune far from the reach of international sanctions. While official figures are obscured, analysts from Whale Huntsuggest the Maduro regime constructed a massive BTC “shadow reserve” during the height of sanctions, with the actual figure of its holdings potentially as high as 600,000 Bitcoin—a digital war chest worth roughly $60 billion. This staggering hoard would make Venezuela the fourth-largest sovereign holder of BTC in the world, a stash nearly double the U.S. government’s known holdings, placing it behind only Satoshi Nakamoto, BlackRock, and MicroStrategy.
💵 The Petro-Dollar & The Monroe Doctrine ⚔️
Beyond the immediate resource grab lies a deeper, more systemic geopolitical struggle—one that provides a compelling, if unsettling, strategic rationale for the timing and ferocity of the Venezuela operation. From this perspective, the attack was not merely about seizing oil, silver, and other assets, but about executing a preemptive strike against an existential threat to U.S. financial supremacy and hemispheric control.
For decades, the U.S. dollar’s status as the world’s reserve currency has been propped up by the “petro-dollar“ system, wherein global oil sales—particularly from OPEC giants like Saudi Arabia—are conducted in dollars. This creates perpetual global demand for dollars, allowing the U.S. to finance staggering debts and maintain economic hegemony. That pillar is now crumbling. In 2024, Saudi Arabia began accepting Chinese yuan for oil. Venezuela, possessing the world’s largest proven oil reserves, began selling its oil in yuan. This was not merely a shift in currency preference; it was a direct, coordinated assault on the dollar’s bedrock.
If the world’s largest oil exporters abandon the dollar, the entire architecture of American financial power collapses. From this vantage point, allowing Venezuela to continue as a yuan-based oil state was an unacceptable surrender. The attack becomes a brutal reclamation project: to forcibly wrench Venezuela’s oil sales back into the dollar system and send a shock-and-awe message to any other nation contemplating a similar defection.
The rise of BRICS (Brazil, Russia, India, China, South Africa) also threatens the U.S. dollar’s preeminence. This alliance has been actively developing an alternative financial infrastructure, including frameworks for digital currency and trade settlement systems designed to bypass the dollar and the SWIFT network entirely. Venezuela was in the process of joining BRICS. Its integration would have provided the alliance with the ultimate strategic resource base—vast oil and mineral wealth—to underpin and legitimize its competing system. By decapitating the Venezuelan state and installing a compliant regime, the U.S. operation did more than seize resources; it aimed to surgically remove a critical, resource-rich node from the BRICS network. It may have been a strike designed to cripple the alliance’s momentum and demonstrate the fatal cost of challenging dollar supremacy.
The strategic panic over dollar displacement is compounded by a primal doctrine of American foreign policy: The Monroe Doctrine. Proclaimed in 1823, it declared the Western Hemisphere a U.S. sphere of influence, off-limits to Old World colonization. In the modern era, the doctrine has been interpreted as forbidding hostile military powers from establishing strategic footholds. Russia and China have done precisely that in Venezuela, supplying it with fighter jets, air defense systems, and helicopters through long-term agreements.
Their presence transforms Venezuela from a mere nuisance into a potential forward operating base for adversaries within what Washington D.C. considers its rightful domain. The nightmare scenario for Pentagon planners is not a Venezuelan army, but a scenario where Russian Spetsnaz and Chinese military advisors operate from Venezuelan soil, or where China replicates its “Pearl of the West” strategy from Cuba. The pre-dawn strike, therefore, may be seen as the ultimate enforcement of the Monroe Doctrine—a violent reset to expel rival powers and reassert absolute regional dominance before their foothold became unassailable.
This analysis provides a coherent reasonfor the attack, grounded in national interest as defined by decades of U.S. policy, not an excuse for the actions. It is possible that from a certain hawkish perspective, Trump was not initiating a new war but fighting an unavoidable one—a first strike in a silent financial and hemispheric war that America was already losing. The attack on Venezuela may have been a desperate, brutal attempt to save the dollar, break the BRICS ascent, and prevent the Americas from becoming a new theater for great power conflict.
The problem is that the U.S. government has such a bad track record of LYING to us over the past 50 years that we can’t trust what they say. They lie about almost everything. If these were the actual, strategic reasons for risking war and constitutional crisis, why not articulate them? Why hide behind the absurd “drug war” fairy tale? The use of a transparent false narrative destroys public trust and ensures that even an action potentially rooted in a defensible (if ruthless) strategic imperative is received as just another criminal lie. The government’s chronic dishonesty has robbed it of the ability to have an honest debate about national survival, forcing it to conceal major geopolitical defenses behind the cloak of petty, fabricated falsehoods.
The invasion of Venezuela did not end with the capture of Nicolás Maduro or the declaration of a new protectorate. On January 7, 2026, U.S. naval forces intercepted, boarded, and seized the Bella 1 Marinera, a Russia-flagged oil tanker attempting to leave Venezuelan waters. According to reports from NBC News, CNN, and the New York Post, the vessel was carrying over 600,000 barrels of Venezuelan crude oil—oil that, under the new U.S. occupation, was now considered American property. Many are asserting that this act was an extension of Trump’s enforcement of the “Monroe Doctrine,” signaling that Washington will not tolerate any infringement on its “Western Hemisphere hegemony,” even by a major power. But the cargo was not the only prize seized. U.S. forces detained the entire 30-person Russian civilian crew.
By directly threatening Russian nationals and property, the administration has potentially ignited a crisis with an adversary, gambling that Putin will back down rather than risk a broader conflict. But Russia isn’t backing down. Just last night, on January 8, 2026, Russia launched a massive, coordinated overnight bombardment of Ukraine. The attack involved hundreds of drones and, critically, dozens of Oreshnik hypersonic missiles, which fly at ten times the speed of sound and are, by design, unstoppable by any current Western defense system.
The timing is not coincidental. The seizure of the Bella 1 Marinera was an act of war. Russia has now answered with a calibrated but devastating show of ultimate strategic force—a weapon explicitly designed to render our most advanced missile defenses obsolete. The “Oreshnik” is more than a missile; it is a statement. The message is unambiguous: future actions against Russia may be met with a hypersonic response we cannot stop. May we find the wisdom to de-escalate before the next barrage is not a demonstration, but a decapitation. 🙏
Speaking of Russia, remember back in 2022, following Russia’s invasion of Ukraine, the global reaction from Western institutions was swift and severe. A central, symbolic punishment was Russia’s expulsion from international sports. FIFA, the governing body of world soccer, issued a statement declaring that the invasion “violates the Olympic Charter and the fundamental principles of sport.” Russia was banned from competing in the 2022 World Cup. Their athletes were forced to compete as neutrals in other events. The message was clear and universally championed by the same political class now justifying Venezuela: Invading a sovereign nation carries consequences. You will be made a pariah. You will be excluded from the community of nations.
Fast forward to January 2026.
The United States invades Venezuela—a sovereign nation—in a pre-dawn raid, bombs its capital, and kidnaps its president. By any objective measure, this is a far more direct and audacious act of invasion than Russia’s initial moves in Ukraine.
So we ask: where is the FIFA ban for the United States? Where are the calls for a neutral flag? We do not desire these penalties for our own country; we cite their absence to expose the profound double standard, proving that the rules are not universal, but are selectively enforced to penalize only those outside the consortium of power.
The Possible Coming Catastrophe: Famine, Insurgency, and Global Financial Shockwaves 💥
This is not a “clean” victory. It is the detonation of a geopolitical fault line, and the tremors are already being forecast with terrifying clarity. An analysis by Mike Adams of the likelyglobal ramifications paints a picture of a self-inflicted wound of historic proportions.
For Venezuela and the Region: The U.S. occupation may trigger a catastrophic humanitarian crisis. The breakdown of civil administration will lead to famine and rampant disease. What follows will not be gratitude, but a bloody, protracted insurgency—a hybrid war uniting loyalists, nationalists, and criminal networks. They will deploy commercial drones against U.S. bases, launch cyber-attacks on “our” oil infrastructure, and engage in systematic sabotage of the very mines we came to steal. We are not liberators; we are instigators of a new hell, creating millions more refugees to flood and destabilize Colombia and Brazil.
For the Global Economy and the U.S. Consumer: The financial shockwaves will be immediate and severe. China, cut off from Venezuelan silver, will panic-buy, causing a historic rupture between “paper” silver prices and physical reality. The premiums for actual metal will skyrocket. Gold and other precious metals will surge as safe havens, shattering all previous records as nations and institutions flee the Western financial system.
The stock market will tell the true story of who benefits and who suffers. Expect a “war contango” in futures markets and extreme volatility: Defense contractors (Lockheed Martin, Raytheon) and oil service firms (Halliburton) will rally on war profits. Meanwhile, the global automotive, electronics, and manufacturing sectors will face a multi-standard-deviation crash as the cost of critical metal inputs explodes. The American consumer, already strained, will be hit with soaring prices for everything from cars to computers. This war is a direct attack on the pocketbook of every working American.
The Israel Connection and the Nobel Peace Prize for War 🔄
While Nicolás Maduro was condemned for calling out Gaza, his U.S.-backed replacement received a Nobel Peace Prize for advocating his overthrow—proving the award is now a geopolitical tool for laundering interventions.
To analyze the Venezuela operation without the Israel connection is to diagnose a patient while ignoring the tumor. It is the central, throbbing motive the official narrative desperately avoids. The sequencing and beneficiaries are not coincidental; they are the objective.
Nicolás Maduro was not a random dictator. He was, in the years leading to the invasion, one of the most consistent and vocal world leaders condemning Israel’s military campaign in Gaza. He labeled it a “genocide“ and positioned Venezuela as a political leader of the Global South’s opposition to what it views as Western-backed aggression. This stance made Caracas a thorn in the side not just of Washington, D.C., but also of its closest ally.
Enter María Corina Machado. The opposition figure chosen by the U.S. to lead the “proper transition” is no mere democratic alternative. She is a documented and celebrated ally of Israeli interests. Her political circles have deep, long-standing ties to pro-Israel lobby groups and U.S. neoconservative architects of the Iraq War. Her vision for Venezuela aligns perfectly with a pro-Western, pro-market reorientation that would instantly terminate the country’s support for Palestinian causes and open its vast resources to partnerships agreeable to U.S. and Israeli strategic goals.
The financial leverage is unmistakable. Miriam Adelson, heir to the Las Vegas casino fortune and perhaps the most influential pro-Israel donor in U.S. politics, was a top contributor to Donald Trump’s campaigns.Her public and private advocacy for maximalist pro-Israel policies is well-known. The Adelson agenda has long included neutralizing vocal international critics of Israel. To believe that a donor of such magnitude, with such a singular focus, had no input or that her priorities did not align perfectly with the decision to remove Maduro requires a willful suspension of disbelief. This was a two-for-one geopolitical deal:secure resources andsilence a critic.
The Greenland Gambit
The pattern of action in Venezuela ceases to look like an anomaly when viewed alongside another of President Trump’s stated ambitions: the acquisition of Greenland.
In 2025, Trump reiterated that the United States “must take Greenland and make it ours,” framing it as a real estate deal for strategic advantage. Let’s examine the facts this statement ignores:
FACT: Greenland has been a territory of Denmark since 1721, over half a century before the United States existed.
FACT: The United States has zero legal, historical, or political claim to Greenland’s sovereignty.
FACT: Denmark is a founding NATO ally, bound to the U.S. by a mutual defense treaty.
When asked, Trump stated he was “not ruling out military action” to acquire it. This is not a policy. It is the declaration of a potential unprovoked war of aggression against a treaty-bound ally.
This gambit provides the final, chilling piece of context for Venezuela and exposes the governing philosophy: If the United States can invade Venezuela for its oil and silver and crypto, and threaten to invade a NATO ally for its territory and minerals, then on what conceivable moral or legal authority does it stand?
How can we lecture Russia on the sanctity of borders after Ukraine?
How can we menace China over the status of Taiwan?
How can we demand adherence to a “rules-based international order” when we demonstrate, repeatedly, that the only rule is our own appetite?
If we decide to “take” Greenland, the message to the world will no longer be subtle: There are no rules. There is only power. Alliances, treaties, and sovereignty are inconveniences to be dismissed by the strong.
A Challenge to Patriots
To our friends and fellow patriots—including those of us who voted for this administration three times—this moment demands brutal, non-partisan honesty. True conservatism is not reflexive loyalty to a person, but steadfast allegiance to the principles of limited government, national sovereignty, and constitutional restraint.
Picture a world where the precedent we just set is turned against us. Imagine waking to news that China, citing our own government’s legal theory, had bombed Washington, captured our president, and announced it would now “run” the United States to manage our technology sector for its benefit. The very idea is revolting—an unthinkable act of war that would shatter global order. Yet, by conducting this exact operation in Venezuela, we have not only committed that act but have handed the blueprint to every authoritarian regime on earth.
The question for every true patriot is this: Will you defend the Constitution and the republic it defines, or will you cheer for the latest flag-draped seizure while they auction off the very foundations of our liberty? Please consider the very real possibility that when America abandons the rules and embraces raw power, it does not make us stronger; it makes the world a lawless jungle where our own security is permanently forfeit.
This is not about left or right. This is about forever.
We write this not from a place of hatred, but from profound love—love for the America conceived in liberty, for the radical idea that a nation should be governed by laws, not men. We pray for President Trump and all our leaders, that they may be granted wisdom and courage—not the courage to wage war, but the courage to wage peace; not the wisdom to conquer, but the wisdom to build and protect.
Our concern is for the inheritance we leave. We desire a prosperous, peaceful future for our children and grandchildren—an America that leads not through fear and force, but through the unwavering strength of its principles, the fairness of its dealings, and the shining example of its freedom. Let America be the nation that others aspire to be, not the empire they unite to resist.
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
=========================
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach)modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata.
To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich.
Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców.
Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści
Piszę do Pana na gorąco, tuż po premierze filmu „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”. Sala widowiskowa oleśnickiej biblioteki pękała w szwach, przyszło niemal 200 widzów, trzeba było dostawiać krzesła. Podczas projekcji ludzie płakali, a po niej długo dyskutowaliśmy, jak to wszystko jest w ogóle możliwe.
I mam dobrą wiadomość: wkrótce premiera filmu online.
Tymczasem Gizela Jagielska – choć sama nie widziała filmu – już grozi nam procesem. A w „Gazecie Wyborczej” narzeka na obrońców życia. „To proliferzy dyktują warunki, a politycy się ich boją” – mówi najsłynniejsza polska [?? md] aborterka.
To prawda. Zrobiliśmy wiele, aby Gizela nie mogła w spokoju zabijać dzieci poprzez aborcję. Pikiety, Publiczne Różańce pod szpitalem, zawiadomienia do Prokuratury, monitoring sytuacji i ostatni – najmocniejszy krok – film „Oleśnica…”, w którym ujawniliśmy koszmarne sytuacje, do jakich dochodziło w szpitalu pod rządami Jagielskiej. To wszystko działania, które zbudowały presję na szpital, aby przestać współpracować z promotorką zabijania dzieci.
Przez lata żyliśmy w Polsce, w której wszyscy drżeli przed aborterami. Dzięki wytrwałej pracy i zaangażowaniu tysięcy Ludzi Dobrej Woli – sytuacja się zmienia i to aborterzy zaczynają obawiać się obrońców życia. I tak ma być – ten mechanizm będziemy wzmacniać i rozwijać. To obrońcy życia mają być punktem odniesienia, a nie środowiska morderców dzieci.
Liczne i szeroko zakrojone działania przeciw aborcji w Oleśnicy są skuteczne. Jednak odejście Gizeli Jagielskiej to nie koniec naszej walki o życie dzieci. Wiemy już, że nie tylko szpital w Oleśnicy zabija bezbronne maluchy zastrzykami dosercowymi. Przyznał się do tego również Szpital św. Wojciecha na gdańskiej Zaspie. Zarządcy szpitala uważają nawet, że poczęte dzieci w ogóle nie są ich pacjentami. Potrzeba dalszej wspólnej walki – Pana i naszej. I nie wolno nam zrezygnować z ratowania życia, dopóki w Polsce mordowane są dzieci.
Szanowny Panie,
Jesteśmy na pierwszej linii przez cały rok. Od obrony dzieci nie ma przerw ani ferii, dlatego stale czuwamy i trwamy na froncie.
I tu mam do Pana bardzo ważną sprawę. Jest atak mrozów. Ludzie marzną na pikietach i zaczyna to być poważny problem. Na całą organizację z kilkudziesięcioma oddziałami terenowymi mamy tylko 4 namioty polowe. Są one nieustannie w użyciu, chroniąc proliferów przed opadami śniegu i lodowatym wiatrem. W namiotach można odpocząć przez chwilę w czasie pikiety, trzymać w nich termosy z ciepłą kawą i herbatą, a w chwili, gdy wiatr śnieg wzmagają się, wejść na chwilę i osłonić się przed najgorszym zimnem.
Potrzebne są kolejne 3 namioty, bo akcji jest coraz więcej i coraz trudniej wymieniać się sprzętem pomiędzy różnymi rejonami Polski. (Ostatnio sama wiozłam autem duży i ciężki namiot z Warszawy do Gdańska, ale nie zawsze taka operacja jest możliwa.)
Proszę o pomoc. Jeden namiot na ulicę kosztuje około 2600 złotych – ma on solidny stelaż, mocne, płócienne poszycie i wytrzymałą konstrukcję. Potrzebujemy jak najszybciej trzech takich namiotów, czyli koszt wyniesie 7800 złotych. Do tego musimy jak najszybciej oddać do serwisu kilka sztuk sprzętu do nagłośnienia, szykują się nam zatem faktury na ponad 10 000 złotych.
Czy może Pan pomóc, wpłacając na konto Fundacji darowiznę o wysokości, którą sam uzna Pan za właściwą?
Może to być np. 40, 70, 130 złotych lub inna, wybrana przez Pana kwota.
Fundacja Życie i Rodzina
Numer konta:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kos SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW
Bez Pańskiej pomocy nie będę mogła kupić najpotrzebniejszego sprzętu. Nie kupuję go dla siebie – szkoda mi wolontariuszy Fundacji, moich podopiecznych, którzy marzną na ulicach pikietując za życiem.
Nie finansuje nas rząd ani Unia Europejska, ani inne międzynarodowe organizacje.
Wszystko, czym dysponujemy, pochodzi od ludzi takich jak Pan, którzy rozumieją, że trzeba skutecznych akcji prolife. I którzy pomagają te akcje sfinansować.
PS – Jest naprawdę zimno. W ostatnich dniach prowadzimy akcje w temperaturach nawet poniżej -10 °C. Nie chcemy jednak rezygnować. Dlatego właśnie Pańska pomoc jest wyjątkowo potrzebna TERAZ.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
To była, moim zdaniem, największa manifestacja przeciwko obecnej władzy w Krakowie. Uczestniczyło w niej co najmniej 500, może ponad 1000 osób. Pomimo mrozu. Pomimo soboty. Pomimo propagandy Urzędu Miasta Krakowa, że „jest pięknie”. Teraz pora na debatę na d kształtem SCT i dymisją Łukasza Franka, dyrektora Zarządu Transportu Publicznego, który ten bubel przygotował po raz drugi. A jeśli ich nie będzie nasze pikiety i manifestacje będą tylko przybierać na sile. #SCT#Franek#Miszalski#krakow#małopolska
W święto Trzech Króli odbył się w Paryżu “szczyt” “koalicji chętnych” z udziałem prezydenta Ukrainy oraz reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Celem tego spotkania miało być przedstawienie gwarancji, jakich “koalicja chętnych” zamierza udzielić Ukrainie, żeby prezydent Zełeński nie martwił się, że pokój będzie aż taki straszny. Warto zwrócić uwagę, że dotychczasowe rozmowy toczą się w gronie sojuszników Ukrainy – a mimo to sprawiają wrażenie trudnych. W przeciwny razie jakże można by rozumieć komunikaty, że nastąpiło “zbliżenie stanowisk” i temu podobne?
Gdyby ukraiński prezydent negocjował z prezydentem Federacji Rosyjskiej, to takie komunikaty byłyby bardziej zrozumiałe, jako że język dyplomatyczny służy nie tyle do wyrażania myśli, co do ich ukrywania. Na przykład jeśli komunikat głosi, że rozmowy przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to w przełożeniu na język ludzki oznacza, że strony w żadnej sprawie nie doszły do porozumienia – i tak dalej. Więc wyniki narady “koalicji chętnych” z ukraińskim prezydentem też wyglądają “obiecująco” i “coraz bardziej konkretnie”.
Jeśli chodzi o te “konkrety”, to Wielka Brytania”, która ma podpisane z Ukrainą “stuletnie partnerstwo” oraz Francja, wyraziły gotowość wysłania swoich wojsk, które po zakończeniu wojny nadzorowałyby zawieszenie broni.
Co z tego wynika? Ano to, że prezydent Żełeński najwyraźniej musiał przyjąć do wiadomości, że “zawieszenie broni”, a raczej – “zamrożenie konfliktu” – będzie się wiązało z utratą przez Ukrainę co najmniej 20, a może nawet 25 procent terytorium państwowego. Podczas spotkania z prezydentem Trumpem na Florydzie prezydent Zełeński wprawdzie już przyjmował do wiadomości konieczność pogodzenia się ze stratami terytorialnymi – ale podkreślał, że konieczne jest przeprowadzenie na Ukrainie w tej sprawie referendum.
Nietrudno się domyślić, jakie byłyby wyniki takiego referendum, organizowanego siłą rzeczy pod nadzorem SBU – więc niepodobna potraktować tego warunku inaczej, jak próby odwleczenia tego, co nieuchronne.
Rzecz bowiem w tym, że prezydentowi Zełeńskiemu też pali się ziemia pod nogami, zwłaszcza po skandalu korupcyjnym, który objął jego najbliższych kolaborantów; Timura Mindycza, co to przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów i uciekł do Izraela oraz Andrzeja Jermaka, co do którego nie wiadomo nie tylko – ile sobie przytulił, ale również – a może przede wszystkim – czy zrobił to za wiedzą, czy jeszcze gorzej – z udziałem prezydenta Zełeńskiego, czy też “bez jego wiedzy i zgody” – żeby użyć również w tej sprawie formuły, która wykazuje swoją użyteczność nie tylko przy lustrowaniu autorytetów moralnych.
Na skomplikowaną sytuację na szczytach ukraińskiej władzy wskazuje również wyrzucanie przez prezydenta Zełeńskiego za burtę ukraińskiej rządowej pirogi na pożarcie krokodylom, kolejnych murzyńskich chłopców i zastępowanie ich innymi, widać bardziej strawnymi zarówno dla prezydenta Zełeńskiego, jak i tamtejszych oligarchów. Nie możemy bowiem tracić z oczu tego, jakim państwem jest Ukraina – że to oligarchia oligarchów.
Różni się ona od Federacji Rosyjskiej tym, że wprawdzie i w Rosji są oligarchowie, ale tam, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą, podczas gdy na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem. Znakomitym przykładem tego mechanizmu jest sam prezydent Zełeński, będący wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który nie tylko go wylansował, ale sfinansował mu kampanię wyborczą.
Wracając do paryskiego szczytu, to ma on wszystkie znamiona dzielenia skóry na niedźwiedziu – bo jak wspomniałem – “trudne” negocjacje toczą się w gronie sojuszników Ukrainy, bez udziału Rosji, która w sprawie sposobu zakończenia konfliktu, czy przynajmniej – warunków jego “zamrożenia” – też chyba będzie miała coś do powiedzenia.
Na przykład – skoro jednym z warunków, od którego Rosja nie zamierza odstąpić – jest zablokowanie uczestnictwa Ukrainy w NATO, to trudno sobie wyobrazić, by Rosja zgodziła się na nadzorowanie rozejmu na Ukrainie przez wojska państw NATO, które w ten sposób siłą rzeczy przybliżyłoby się do granic Federacji Rosyjskiej tak, jakby Ukraina została do NATO przyjęta. W tej sytuacji paryskie “gwarancje” ze strony “koalicji chętnych” trzeba uznać za próbę zablokowania zakończenia wojny na Ukrainie – niezależnie od tego, jakie są prawdziwe zamiary prezydenta Donalda Trumpa w tej kwestii.
Ostatnia akcja amerykańska w Wenezueli, wprawdzie wywołała krytyczne komentarze w Rosji i Chinach – ale niezależnie od tego przywódcy obydwu tych państw mogą w ukryciu zacierać ręce z radości. Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje, że prezydent Trump potraktował doktrynę Monroe dosłownie, a to z kolei sprawia, że system polityczny stworzony po II wojnie światowej odchodzi w przeszłość.
Z kolei na naszych oczach rysuje się nowy system polityczny, przewidziany przez Jerzego Orwella w profetycznej książce “Rok 1984”, gdzie czytamy o permanentnej wojnie między trzema potęgami: Eurazją, Oceanią i Wschódazją. Na tym tle szczególnie groteskowa wydaje się obecna sytuacja Organizacji Narodów Zjednoczonych. Staje się ona scenę kabaretową – bo jakże inaczej potraktować deklarację amerykańskiego ambasadora w ONZ, że USA nie prowadzą z Wenezuelą żadnej “wojny”, ani jej nie “okupują”, a schwytanie Mikołaja Maduro to był akt “egzekwowania prawa”?
W tej sytuacji Ameryce trudniej będzie moralizować Rosję z powodu wojny na Ukrainie, bo Rosja przecież od samego początku utrzymuje, że nie prowadzi żadnej “wojny” tylko “specjalną operację wojskową”. Najwyraźniej nadchodzą czasy, gdy to, co było anegdotą, staje się polityczną rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli anegdotyczną odpowiedź Radia Erewań na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna. Żadnej wojny oczywiście nie będzie – odpowiedziało Radio Erewań – za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu.
Toteż nawet zapowiedź prezydenta Trumpa, że teraz USA będą “rządziły” Wenezuelą i za pośrednictwem potężnych amerykańskich koncernów położą rękę na tamtejszych zasobach, która wcześniej z pewnością zostałaby nazwana “okupacją”, dzisiaj nazywa się przygotowaniem do “sprawiedliwej transformacji”. Nie wiadomo jeszcze do końca, czy twarzą tej “sprawiedliwej transformacji” będzie “twardogłowa tygrysica”, Delcy Rodriguez, czy laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Machado.
Gdyby bowiem ją amerykańscy komandosi osadzili na stolcu prezydenta Wenezueli, byłby to nieomylny znak, że demokracja tam zwyciężyła. W takiej jednak sytuacji trudno byłoby uprawiać moralizanctwo nawet wobec Aleksandra Łukaszenki, więc nic dziwnego, że prezydent Putin może mieć powody do zadowolenia. Zadowolony jest również obywatel Tusk Donald, któremu powiedziano, że Polska będzie “państwem wiodącym”, to znaczy – będzie za darmo futrowała Ukrainę, jak dotychczas. I to jest ten najważniejszy konkret.
Marcin Drewicz: Skandaliczny list biskupów o rodzinie w ostatnią niedzielę 2025 roku – analiza cz.1.
Jak streścić zagadnienie i nie zamęczać P.T. Czytelników przydługimi wywodami o oczywistościach? Przejdźmy więc od razu do części czwartej spośród pięciu części owego „Listu Pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny” odczytanego po całej Polsce na Mszach Św. w dniu 28 grudnia (w Mszale dzień Świętych Młodzianków-Rzezi Niewiniątek, sic!) 2025 roku.
Decydujemy się zacytować część IV tego kuriozalnego tekstu (reszta „Listu Episkopatu” jest podobna), zatrzymując się w naszym dalej komentarzu przy pewnych miejscach, w oryginale oznaczonych przez nas uprzednio liczbami. Zwracamy uwagę P.T. Czytelników na wzięte bynajmniej nie z odwiecznej Teologii Świętej, ale z dzisiejszej psycho-nowomowy nazewnictwo-terminologię zastosowaną w „Liście”, nie w tym pierwszym, niestety. Jak czytamy:
„IV Osoby żyjące w związkach nieregularnych (1).
Chcielibyśmy skierować jeszcze kilka słów do tych, którzy żyją w różnego rodzaju (2) sytuacjach nieregularnych (1). Jesteśmy przekonani, że wiele takich relacji (3) przenika prawdziwa (4) troska, głęboka więź i odpowiedzialność. Często również tęsknota (5) – cicha, głęboka, czasem niewypowiedziana. Tęsknota (5) za błogosławieństwem (6). Człowiek jest tak stworzony, że kiedy kocha, chce, żeby ta miłość była pełna, czyli prawdziwie (7) pobłogosławiona (6). Nie tylko przez ludzi (8), ale i przez Boga.
W Sakramencie Małżeństwa (9) dzieje się coś, czego żaden notariusz, żaden podpis, żadna ludzka deklaracja nie może dać. Kiedy narzeczeni (10) przyjmują ten Sakrament z wiarą, to mogą doświadczyć tego, że złączył ich Bóg i „już nie są dwoje, lecz jedno ciało” (Mt 19, 6). Dlatego Sakrament Małżeństwa (9) to nie jest „religijny obowiązek” (11). To przywilej (12), do którego nasz Niebieski Ojciec zaprasza (13). Bo Bóg marzy o rodzinie, która jest domem dla miłości (14).
Chcielibyśmy Was zaprosić (13) do spojrzenia na nauczanie Kościoła na temat Sakramentu Małżeństwa (9) jako zaproszenia (13) – kroku dalej i głębiej (15). Może dzisiaj istnieją przeszkody (16), które nie pozwalają (17) Wam przyjąć tego Sakramentu (9). Wierzymy jednak, że Bóg Was nie skreśla (18) i zaprasza (13) do kolejnego kroku wiary (19). Dla kogoś może być to (20) poproszenie Jezusa o światło i prowadzenie; dla kogoś sięgnięcie po Boże Słowo; dla kogoś zaangażowanie się w lokalne duszpasterstwo; dla kogoś spowiedź po latach, czy rozmowa z duszpasterzem i poszukanie Bożych rozwiązań.
Tych, którzy mogą (17) dziś uregulować swoją sytuację (1), chcemy zaprosić (13), by odważyli się (21) na ten krok (19). Ze wszystkimi jego pięknymi konsekwencjami, a zwłaszcza szczególną obecnością Boga w Małżeństwie (9).
Tych wszystkich, dla których jest to bolesny (22) temat, bo mają ogromną tęsknotę (5) za Sakramentami (9), chcemy zapewnić, że wciąż jesteście częścią Bożej rodziny – Kościoła. Nie jesteście wiernymi drugiej kategorii (23). Bo każdy z nas, jako uczeń Jezusa (24), został odkupiony za cenę Jego Krwi (por. 1P1, 19). Każdy z nas przez Jego śmierć stał się dzieckiem Boga (por. 1J, 3,1). Każdy z nas przez Jego zmartwychwstanie może wołać do Boga „Abba, Ojcze” (por. Rz 8,15). Każdy z nas może dziś powrócić do Ojca, który ma dobry plan na nasze życie, niezależnie od tego, jak bardzo by się ono skomplikowało”
Doprawdy, to już nie jest katolickie nauczanie. Za naszego dzieciństwa i młodości, w XX jeszcze stuleciu, i oczywiście poprzez stulecia poprzedzające, nauczanie było proste, właśnie katolickie:
Oto współżycie mężczyzny i kobiety po zawarciu Świętego Sakramentu Małżeństwa (powyżej pkt 6 i 9) jest Panu Bogu miłe i owocuje w dzieciach wychowywanych po katolicku – o których w przywołanym „Liście Episkopatu” prawie wcale się nie wzmiankuje – natomiast współżycie pozasakramentalne jest grzechem. I tyle. Lecz właśnie o tym się w „Liście Episkopatu” nie pisze.
Dodajmy, że grzech ten, ogólnie zwany cudzołóstwem, dzieli się na porubstwo, gdy oboje (czy ile ich tam jest!) współżyjący nie są stanu małżeńskiego – to dotyczy zwłaszcza ludzi młodych i bardzo młodych – oraz na cudzołóstwo powiązane ze zdradą małżeńską (!), gdy przynajmniej jedno z grzeszących jest w związku małżeńskim, ale z kimś trzecim.
Również to kardynalne zagadnienie nie jest w „Liście Episkopatu” podejmowane. A wszystko to razem zawiera się w jakże pojemnej i zasługującej na osobne omówienie kategorii grzechu Nieczystości, przeciwnego cnocie Czystości.
W Małym Katechiźmie czytamy przede wszystkiem Przykazania Boże: „6. Nie cudzołóż”, „9. Nie pożądaj żony (męża) bliźniego swego (bliźniej swej)”.
Należy też przywołać jakże dziś zamilczany katechizmowy zbiór „Dziewięciu grzechów cudzych”, czyli własnych grzesznych reakcji na cudze grzechy. Grzechem jest więc m.in.: „3. Na grzechy cudze zezwalać”, „5. Grzechy innych chwalić”, „6. Milczeć widząc cudze grzechy”, „7. Mogąc, nie zapobiegać cudzym grzechom”.
A w ogóle, to należy: „1. Grzeszących upominać”, „2. Nieumiejętnych pouczać”, „3. Wątpiącym dobrze radzić” – to są wezwania z także w Małym Katechiźmie zamieszczonego zbioru ”Siedmiu uczynków miłosiernych względem duszy”.
O tym wszystkim w przywołanym „Liście Episkopatu” odczytanym po kościołach w Polsce w niedzielę w Oktawie Bożego Narodzenia w dniu 28 grudnia 2025 – ni słowa.
Tak więc cały ten dzisiejszy „tolerancjonizm”, „dobroludzizm”, „pluralizm”, „dialogowanie”, „ekumenizm” itp. bezradnie odbijają się od murów twierdzy Małego Katechizmu. W takiej konfrontacji upada ta od lat 60. XX stulecia rozpowszechniana maniera za wszelką cenę „nie wtrącania się w cudze sprawy”.
Już bowiem trzecie pokolenie „katolickich” rodziców (i dziadków-babek) widząc dziś błędy swoich dzieci (i wnuków) – tu: porubstwo, cudzołóstwo, rozpustę, nieprzyzwoitość, rozwiązłość, niestałość itp. – samo-usprawiedliwia się zawołaniem: „To już są ludzie dorośli, więc odpowiedzialni, zatem niech robią co chcą. W cudze życie w ogóle nie należy się wtrącać” (stąd bierze się owo medialne: „Róbta co chceta!”).
Tymczasem przywołana powyżej w skrócie (Mały Katechizm) Święta Doktryna Katolicka głosi jednak coś przeciwnego, acz przecież w imię elementarnej Rozwagi nie nawołuje ona do bycia aż wścibskim i nachalnym. Napominać ku dobremu należy atoli niezależnie od wieku, w jakim są interlokutorzy. W ostateczności, acz w imię Prawdy i Chrześcijańskiej Troski, przy zachowaniu koniecznych zasad grzeczności napomnieć może nawet młody starego – w razie potrzeby: każdy każdego.
W Kościele przedrewolucyjnym te i pozostałe elementarne zasady naszej Świętej Wiary Katolickiej były znane powszechnie, i ludziom wielkim i tym maluczkim. Bez zająknienia recytowała je z pamięci w ślad za Małym Katechizmem dziatwa najpóźniej w wieku właściwym dla przyjęcia Sakramentu Bierzmowania, lecz ta młodsza też już.
W tym miejscu już moglibyśmy zakończyć niniejszą naszą wypowiedź, gdyż P.T. Czytelnicy sami już się przekonali, że przynajmniej ten cytowany fragment owego „Listu Episkopatu” odczytywanego po kościołach w Polsce w dniu niedzielnym 28 grudnia 2025 roku jako żywo z przywołanymi treściami katechizmowymi się nie zgadza (pozostałe części „Listu Episkopatu” w znacznym zakresie też nie). Jednak pomęczmy się jeszcze trochę.
Zwłaszcza ów fragment IV „Listu” zatytułowany „Osoby żyjące w związkach nieregularnych” (u nas znak: 1) jawi nam się jako inspirowany wcale nie Świętą Teologią, lecz – za przeproszeniem – należącą do obszaru „kina popularnego” anglosaską post-protestancką „komedią romantyczną” (tak to się nazywa), niejedną „telenowelą”, ale już nie „kinem familijnym”, gdyż autorzy „Listu Episkopatu” o dzieciach-potomstwie rozważań nie czynią.
Skoro już o kinie mowa, przywołajmy scenę ze znanego fabularnego filmu biograficzno-wspomnieniowego o Bł. Księdzu Jerzym Popiełuszce. Oto Ksiądz Jerzy spowiada na terenie Huty Warszawa robotników przed odprawieniem tam dla nich Mszy Św. I oto pewien chłopowina-penitent opowiada Spowiednikowi o swoim – jak to eufemistycznie ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” – „związku nieregularnym” (1), o tym że jego dzieci z tego związku są nieochrzczone itd.
Spowiednik spokojnym głosem odmawia mu rozgrzeszenia (tak tę scenę zapamiętaliśmy) i robi to, od czego przy użyciu najrozmaitszych słówek i półsłówek wziętych z dzisiejszej (2025/2026) psycho-nowomowy WYKRĘCAJĄ SIĘ autorzy i sygnatariusze przywołanego „Listu Episkopatu”, czyli nawołuje on penitenta, aby ten czym prędzej podał do Chrztu Świętego swoje własne dzieci, aby wychowywał je po katolicku, a z matką tychże dzieci aby rychło zawarł Święty Sakrament Małżeństwa. Proste? Tylko tyle i aż tyle.
Chłop odskakuje jak żgnięty szydłem w d…ę, lecz po chwili uspokaja się, zawraca i powiada do tego Księdza-Spowiednika: „Ja księdza bardzo przepraszam. Ja przecież wiem, że ksiądz właśnie musi mówić… po księżowsku” (sic! cytujemy z pamięci).
Otóż to! Tylko tyle i aż tyle. Autorom i sygnatariuszom „Listu Episkopatu” nie dość że przywołana scena filmowa, to przede wszystkiem fundamentalny (!) i odwieczny (!) problem, jaki ona obrazuje, są najwidoczniej… obce, nieznane. Nie sposób w to uwierzyć, lecz jednak… czytamy wszakże ich tekst czarno na białym. Wszyscy wierni łącznie z małą dziatwą szkolną (!) musieli go wysłuchać po kościołach w ostatnią niedzielę roku 2025. Co za zgorszenie! Zgorszenie – ten wyraz, obok wielu innych, już od dziesięcioleci wytrwale przez nominalnie katolickich kaznodziejów i katechetów omijany.
Pełna treść Listu Pasterskiego dostępna jest tutaj.
Francuski polityk, przewodniczący Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella ogłosił, że spróbuje wymusić upadek Komisji Europejskiej, której przewodniczy Ursula von der Leyen, w drodze wotum nieufności, w odpowiedzi na postęp umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a blokiem Mercosur.
Wotum nieufności
Lider Grupy Narodowej i przewodniczący grupy Patriots for Europe w Parlamencie Europejskim potwierdził, że złoży jednocześnie dwa wnioski o wotum nieufności: jeden we francuskim Zgromadzeniu Narodowym przeciwko rządowi paryskiemu i drugi w Parlamencie Europejskim przeciwko Komisji von der Leyen.
„Grupa Narodowa przedstawi wniosek o wotum nieufności w Zgromadzeniu Narodowym i kolejny w Parlamencie Europejskim przeciwko Komisji Ursuli von der Leyen” – ogłosił Bardella w przesłaniu opublikowanym w portalu społecznościowym X.
Oświadczenie następuje kilka godzin po tym, jak prezydent Francji Emmanuel Macron potwierdził, że Francja będzie głosować przeciwko porozumieniu. Dla Bardelli stanowisko to pojawia się zbyt późno i odpowiada jedynie strategii komunikacyjnej.
„To manewr równie hipokrytyczny, co spóźniony” – oświadczył, oskarżając rząd o wieloletnie zdradzanie francuskich rolników.
Rolnicy protestują
Ofensywa polityczna zbiega się ze zwiększoną presją na ulicach. W Paryżu związki rolnicze i partie opozycyjne oskarżają władzę wykonawczą o poświęcenie francuskiej wsi w imię interesów geopolitycznych. W czwartek dziesiątki traktorów ponownie zajęły stolicę na znak protestu.
Francja uważa, że umowa otworzyłaby rynek europejski na duże ilości mięsa, drobiu i cukru z krajów Ameryki Południowej o bardziej luźnych standardach środowiskowych i zdrowotnych, co udusiłoby rolników i tak już uduszonych rosnącą presją regulacyjną kosztów i spadającymi marżami.
Przyjęcie wniosku
Jeśli wniosek zostanie przyjęty, zmusi całą Komisję Europejską do rezygnacji en bloc, co zwiększy presję polityczną na Brukselę w kluczowym momencie dla handlu i strategicznej przyszłości Unii.
Przestajemy być demokratycznym państwem. Rząd polski – tak naprawdę trudno go nazywać polskim – realizuje już tylko projekty, które są szykowane dla nas w Brukseli bądź w Berlinie – powiedzieli nam uczestnicy piątkowego protestu w Warszawie przeciwko umowie UE – Mercosur, dewastującej europejski sektor żywnościowy.
– To smutny czas dla państwa polskiego. Dobrowolnie tracimy suwerenność bez podjęcia walki przez cały naród. Dziś suweren przyszedł do swoich przedstawicieli i co usłyszał? Głuche milczenie w Warszawie, a głośne echo z Brukseli. Nasze wołania i głosy „Stop Mercosur” odbiły się od tych marmurowych ścian gmachów eurokratów. Niestety, nie zmobilizowaliśmy jako producenci żywności naszych konsumentów do tej walki o zdrowie naszych dzieci i nas samych. Czas pokaże, z czym się zmierzymy za chwilę, gdy przyjdzie nam jeść żywność niepewnej jakości – mówi Dominik Nikody.
– Dziś głos wyborcy w niby suwerennym kraju nie jest słuchany, a z ich strony – obecnej ekipy rządowej – była i jest narracja o poszanowaniu demokracji, praworządności… Jeśli tak jest, to zakończę pytaniem: dlaczego decyzję o podpisaniu tej umowy podjęto z pominięciem Europarlamentu? Dlaczego łamie się traktaty? Kto tutaj jest hipokrytą? Biada nam, gdyż z komuną ze Wschodu walczyliśmy krwawo, a komunie z Zachodu sprzedajemy się za eurodopłaty – dodaje nasz rozmówca.
„Ten rząd nie robi nic”
– Przyjechali ludzie z całej Polski, aby powiedzieć, jakie problemy są w rolnictwie. Pan premier miał ich przyjąć, wysłuchać, przyjąć petycję – mówi Rafał Jedwabny, wiceprzewodniczący Komisji Krajowej WZZ „Sierpień 80”.
Jak ocenił związkowiec, w minionym roku rolnicy wiele razy protestowali, lecz rząd realnie nie zrobił nic, aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Realizuje jedynie wytyczne z Brukseli i z Niemiec, także w sprawie umowy z Mercosur. – Proszę zauważyć: rolnicy z Francji, która popierała zawarcie porozumienia, mogli wjechać do stolicy, zaprotestować, wyrazić swoje zdanie. Dzisiaj się okazało, że nasi rolnicy, którzy niejednokrotnie po 14 – 15 godzin jechali swoimi ciągnikami, zostali zatrzymani na rogatkach Warszawy. Choć manifestacja była legalna, zgłoszona i organizator poinformował, że ciągniki będą wjeżdżać, to niestety zostały zablokowane przez policję – opowiada Rafał Jedwabny.
– To pokazuje, że przestajemy być demokratycznym państwem. Rząd polski – tak naprawdę ciężko go nazywać polskim – realizuje już tylko projekty, które są szykowane dla nas w Brukseli bądź w Berlinie – wskazuje.
Jak przedstawiciel „Sierpnia 80” przyjął fakt, że ministrowie państw Unii Europejskiej zatwierdzili w piątek zawarcie niszczącej dla rolnictwa umowy z państwami Ameryki Południowej? – Mieliśmy szukać blokującej mniejszości. Oczywiście pan minister rolnictwa mówił, że on tam szuka, szuka… Jak się okazuje, to chyba z nikim nie rozmawiał. No i na koniec umowa wchodzi, a teraz… To oznacza tak naprawdę koniec europejskiego rolnictwa – nie tylko polskiego, ale europejskiego rolnictwa – uważa.
– Cóż, w Europie zrobiliśmy porządek z częścią szkodliwych preparatów dodawanych do produktów rolnych, a okazuje się, że dostaniemy na przykład z Argentyny czy z innych kierunków żywność, która będzie chemicznie zatruta i my to po prostu będziemy zjadać. I koło się zamknęło – ubolewa związkowiec.
Jak przewiduje Rafał Jedwabny, rolnicy i wspierający ich w protestach reprezentanci innych branż – nie tylko z Polski – w nieodległym czasie najprawdopodobniej spotkają się, by porozmawiać o kolejnych krokach w obronie kluczowej części gospodarki.
Spytany przez nas o emocjonalny ton swojego wystąpienia w trakcie piątkowego protestu, przyznaje: – To wynika już tak naprawdę ze złości, że ten rząd nie robi nic. Bo to nie chodzi tylko o rolnictwo. My właśnie likwidujemy cały polski przemysł. Za przykład podam hutnictwo. Ono wpadło w duże kłopoty, gdy zjechała ukraińska stal, czy w ogóle ze wschodu, bo to nie tylko chodzi o ukraińską. Nasze, obciążone „Zielonym Ładem”, produkuje drożej stal, bo nie da się inaczej. Teraz rząd mówi: „pomożemy oddłużyć huty”, ale cóż nam z tego, skoro dalej nie możemy sprzedać swoich produktów, bo i tak będą droższe od tego, co wjeżdża z zagranicy i nie jest obarczone „Zielonym Ładem”. To jest droga donikąd. Rządzący jeszcze mówią: „my wam pomożemy, żeby huty przetrwały, ale jeśli one nie wyjdą na prostą, to dopiero je zlikwidujemy”. Więc tak naprawdę można je już dzisiaj zamknąć, bo nawet jeśli zostaną oddłużone, to one i tak swojego produktu nie sprzedadzą, właśnie ze względu na tańszy import. I tak koło się zamyka – wyjaśnia wiceprzewodniczący Komisji Krajowej WZZ Sierpień 80.
Rafał Jedwabny wspomina również o sytuacji we własnej branży, górnictwie. – W zeszłym roku wprowadzono rozporządzenie regulujące jakość paliw stałych. Wyeliminowano część węgli grubych z polskiego rynku, bo na przykład przekraczają o 2% dopuszczalny poziom wilgotności, więc nie możemy go sprzedać z polskich kopalń. Ale ten węgiel, który wpływa do portu i jest o wiele gorszej jakości, nie podlega normom, kontrolom, można go sprzedawać, bo to towar zagraniczny.
Trzeba rozumieć, że nie da się naprawić wszystkiego na tym świecie i naprawiając jedno psujemy co innego. Na przykład leki na serce mogą rujnować wątrobę i nerki. Zawsze trzeba wykonać bilans zysków i strat. Ekonomiści nazywają to rachunkiem ciągnionym. Inny przykład – swego czasu szpitale wykonywały często amputację stopy cukrzycowej zamiast jej leczenia, gdyż koszty amputacji nie przekraczały 3 tysięcy a leczenie zachowawcze– jak pamiętam – kosztowało około 12 tysięcy. Lekarz podejmujący podobną decyzję nie liczył się z tym, że amputując człowiekowi stopę produkuje inwalidę, który będzie nieprzydatny społecznie, będzie potrzebował wózka inwalidzkiego i stałej obsługi. Czyli w rachunku ciągnionym ta pozorna oszczędność pociągnie za sobą ogromne realne koszty. Nie wspominam tu nawet o zrujnowaniu życia chorego.
Awantura polityczna i wizerunkowa wokół tak zwanej ustawy łańcuchowej też jest tego dobrym przykładem. Lubię pieski i na pewno jestem wrażliwa na cierpienie zwierząt. Uwolnienie wszystkich psów od łańcucha jest jednak po prostu idiotyzmem. Zły pies musi być uwiązany – w przeciwnym przypadku może zagryźć dziecko albo przechodnia. Zdarzyło się przecież niedawno, że psy zagryzły grzybiarza. Takie wypadki zdarzyły się często w Polsce. Można więc zakazać – jak w Niemczech – trzymania psów groźnych ras. Jak jednak starzy ludzie mieszkający na przykład w odosobnionej chałupie pod lasem mają bronić się przed złodziejami? Gołymi rękami? Zły pies może mieć przecież łańcuch na drucie rozciągniętym pomiędzy domem i oborą.
Takie rozwiązania były zawsze stosowane na wsi i się sprawdzały. Nikt obcy nie wejdzie na podwórko a jednocześnie pies nie może wydostać się z posesji i kogoś pogryźć albo polować na leśną zwierzynę.
Sentymentalne brednie opowiadane w Sejmie przez aktywistki siania zamętu w głowach nie przynoszą nikomu pożytku. W tym przede wszystkim psom. Gdybym miała bardzo złego psa na łańcuchu, to po wejściu w życie podobnej idiotycznej ustawy, dla bezpieczeństwa ludzi po prostu bym go uśpiła. Poza tym zakaż trzymania psów groźnych ras bynajmniej nie rozwiązuje problemu. Sporządzono wprawdzie listę tych ras nakazując badania psychologiczne czy psychiatryczne ich właścicieli ale każdy znawca psów wie, że najgroźniejsze są mieszańce, źle wychowywane i trzymane właśnie w agresywnych celach, na przykład z przeznaczeniem do niedozwolonych przecież walk, które i tak się odbywają.
W Polsce lista psów uznawanych za agresywne, wymagających zezwolenia i potencjalnie badania psychologicznego właściciela (choć rozporządzenie nie precyzuje badania właściciela, a psa) obejmuje następujące rasy psów: amerykański pit bull terrier, pies z Majorki (Perro de Presa Mallorquin), buldog amerykański, dog argentyński, pies kanaryjski (Perro de Presa Canario), tosa inu, rottweiler, akbash dog, anatolian karabash (Anatolian Shepherd Dog), moskiewski stróżujący, owczarek kaukaski, a także bandog i bully kutta, jeśli występują w księgach.
A jeżeli pies nie jest zarejestrowany w księgach psów rodowodowych bo jego właściciel nie chce go wystawiać i o to nie dba? A jeżeli jest to na przykład karelski pies na niedźwiedzie? Jest to rasa nie objęta tym wykazem ale niezwykle groźna. Psy tej rasy są bardzo inteligentne, uparte i niezależne. Na ogół uznają tylko jednego właściciela i mogą zaatakować każdego kto się do niego zbliża. A cane corso – ogromny pies typu mastifa należący do ras bojowych. Też nie ma go na liście groźnych ras psów. To tylko dowodzi, że nie da się wszystkiego zadekretować.
Jedynym racjonalnym rozwiązaniem jest egzekwowanie odpowiedzialności właścicieli psów za szkody przez nie wyrządzone. W naszym systemie prawnym gdzie zwalnia się morderców i gwałcicieli gdyż sędzia wydający wyrok był z niewłaściwej politycznie listy – trudno na to liczyć.
Przykłady na niejednoznaczność sytuacji i konieczność każdorazowego optymalizowania danych można mnożyć w nieskończoność. Kiedyś publicystka „Tygodnika Powszechnego” powszechnie zwanego „Obłudnikiem Powszechnym” Józefa Hennelowa trzeźwo zauważyła, że nie wie czy w Krakowie zdrowiej jest otwierać okna żeby wywietrzyć mieszkanie czy lepiej trzymać je starannie zamknięte aby chronić organizm przed wyziewami choćby z Nowej Huty. „Obłudnika” nie czytywałam, gdyż znane mi osoby z jego kręgu były wystarczająco obłudne żeby usprawiedliwić niechęć do tego środowiska i ten żartobliwy tytuł, ale pani Hennelowa w moich oczach zapunktowała zdrowym rozsądkiem.
Podobnie każda gospodyni obierająca jarzyny zastanawia się czasem czy lepiej obierać je cienko bo pod skórką jest najwięcej witamin czy grubo bo pod skórką jest najwięcej nawozów sztucznych i pestycydów. W obydwu przypadkach decyzję trudno zracjonalizować i jest ona raczej kwestią światopoglądu.
Obydwie strony trwającego już przeszło 30 lat sporu politycznego są jak się okazuje zwolennikami energetyki jądrowej. Projekty budowy elektrowni jądrowych powstały za rządów PiS. Teraz przechwalają się realizacją tych projektów władze KO. Autorzy tych projektów to historycy, socjologowie, politycy, którzy dlatego zostali politykami, bo nie umieją nic konkretnego, nie umieliby zbudować domu, naprawić traktora a nawet ugotować mydła. To w Ochotnicy umiał każdy chłop po przedwojennej szkole czteroklasowej.
Nasi politycy nie znają się zupełnie na energetyce i nie rozumieją niebezpieczeństw związanych z eksploatacją elektrowni jądrowych. Gdzie zamierzają na przykład składować zużyte pręty paliwowe? Katastrofa elektrowni jądrowej w Fukushimie niczego ich nie nauczyła. Przechwalają się swymi rojeniami na temat elektrowni modułowych w każdej dzielnicy miast. Wykorzystują nawet w reklamie kobietę upozowaną na Marię Curie- Skłodowską, która zapewnia, że nadszedł czas energetyki jądrowej. Tymczasem energetyka jądrowa – posługując się językiem przybranego kraju Marii Curie – est déjà passé. (należy już do przeszłości) To niezwykle drogie i skrajnie niebezpieczne źródło energii. Tylko szaleniec albo ideolog może uważać ją za czystą ekologicznie.
Jako, że temat wydaje mi się niezwykle ważny pozwalam sobie na napisanie tego krótkiego wstępu. RAND Corporation wystąpiło w polskich tekstach chyba tylko w moim tłumaczeniu tekstu Rainera Ruppa z 29 kwietnia 2022 roku.
Był jeszcze jeden średniej jakości tekst na https://myslpolska.info , który był tłumaczeniem z węgierskiego (sic!) ale nie mogłem go znaleźć. Jeśli ktoś znajdzie ten tekst to proszę umieścić link w komentarzach. Poza tym wygląda na to, że w kraju 38 000 000 ludzi nikt nie śledzi jednego z głównych rozgrywających w skali globalnej.
Warto też przeczytać kolejny tekst Rainera Ruppa z 1 lipca 2022 roku, w którym opisał dokładnie jak wygląda wojna na wyniszczenie, kto produkuje więcej amunicji i w lipcu 2022 roku pokusił się o stwierdzenie kto tą wojnę wygra.
Warto też przeczytać poprzedni artykuł autora dzisiejszego tekstu, w którym opisuje, jak USA zapewniły sobie przewagę, na chłodno wtrącając Europę w przepaść. Linki tutaj:
Kto pisze plany wojenne Ameryki? | Autor: Michael Hollister
Od badania RAND do Strategii Bezpieczeństwa Narodowego:
Jak think tanki piszą plany wojenne Ameryki
Punkt widzenia Michaela Hollistera.
W listopadzie 2025 roku administracja Trumpa opublikowała Strategię Bezpieczeństwa Narodowego. Wyróżniają się trzy kluczowe stwierdzenia: UE nie jest już wiarygodnym partnerem, Rosja nie jest już głównym wrogiem, a strategiczna uwaga skupia się teraz na Pacyfiku. To, co wydaje się geopolitycznym zwrotem, jest w rzeczywistości wdrożeniem szczegółowego planu wojennego, który RAND Corporation przedstawił już w 2016 roku.
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego 2025: Zwrot ku Pacyfikowi jako doktryna
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych (NSS), opublikowana w listopadzie 2025 roku, stanowi punkt zwrotny w amerykańskiej polityce zagranicznej – przynajmniej na papierze. Podczas gdy administracja Trumpa w praktyce wypowiedziała wojnę Europie i nie definiuje już Rosji jako swojego głównego wroga, Waszyngton otwarcie koncentruje się teraz na tym, do czego od lat nawołują wewnętrzne dokumenty strategiczne: powstrzymaniu Chin na Indo-Pacyfiku. Strategia Bezpieczeństwa Narodowego (NSS) stwierdza to dość jasno:
„Indo-Pacyfik jest już źródłem prawie połowy globalnego PKB… Aby odnieść sukces na rynku wewnętrznym, musimy tam skutecznie konkurować”.
Kontynuuje: „Priorytetem jest odstraszanie od konfliktu o Tajwan, najlepiej poprzez utrzymanie przewagi militarnej”.
Strategia staje się jeszcze bardziej klarowna na stronie 24:
„Zbudujemy armię zdolną do odparcia agresji w dowolnym miejscu na Pierwszym Łańcuchu Wysp”.
Te sformułowania nie są nowe. Nie są też oryginalną doktryną Trumpa. Są one dosłowną implementacją rekomendacji opracowanych przez RAND Corporation – jeden z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych think tanków na świecie – w ramach kilku badań przeprowadzonych w latach 2016 i 2017.
RAND Corporation: Centrum Planowania Wojny z akademicką powłoką
RAND Corporation to nie jest zwykły think tank. Założony w 1948 roku jako wspólny projekt Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych i Douglas Aircraft Company, RAND dysponuje rocznym budżetem przekraczającym 350 milionów dolarów i zatrudnia rzeszę wysoko wykwalifikowanych ekspertów: strategów wojskowych, fizyków, analityków danych, ekonomistów i politologów – wielu z nich z doświadczeniem w administracji rządowej lub wywiadzie.
Jego głównymi klientami są Pentagon, Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, różne agencje wywiadowcze i państwa partnerskie NATO. RAND nie działa w sposób politycznie neutralny, lecz opracowuje „opcje, prawdopodobieństwa, ryzyka” – w oparciu o symulacje, analizę danych i wojskowe studia wykonalności. Rekomendacje z badań RAND nie są jedynie modelami teoretycznymi, lecz regularnie stanowią podstawę realnej polityki.
Organizacja odegrała kluczową rolę w rozwoju koncepcji takich jak doktryna Wzajemnego Zapewnionego Zniszczenia (Mutual Assured Destruction) i ukształtowała myślenie strategiczne w czasie zimnej wojny, czego dziedzictwo trwa do dziś. Matematycy RAND, tacy jak Herman Kahn, opracowali obliczenia „megadeath” – cyniczne traktowanie milionów ofiar śmiertelnych jako zmiennej strategicznej.
„War with China: Thinking Through the Unthinkable” (2016)
W 2016 roku RAND opublikował badanie, które stanowiło punkt zwrotny: „Wojna z Chinami: Przemyślenie Nie do pomyślenia”. Jego główne przesłanie było jednoznaczne:
„Chiny mogą nie wygrać dużej wojny ze Stanami Zjednoczonymi w 2025 roku, a wręcz mogą ją przegrać”.
To sformułowanie jest kluczowe. Implikuje ono zamykanie się okna możliwości – im dalej w czasie, tym mniejsza amerykańska przewaga. Badanie ostrzegało przed „konwencjonalną zdolnością kontrataku”: obie strony dysponują coraz większymi środkami umożliwiającymi wzajemny atak na siły zbrojne, co stwarza zachęty do ataków wyprzedzających.
Ramy czasowe były alarmujące:
„Obecnie straty Chin znacznie przewyższałyby straty USA. Jednak do 2025 roku ta różnica może być znacznie mniejsza”.
RAND systematycznie obliczał koszty, dynamikę eskalacji, czas trwania i potencjalne kierunki wojny – dochodząc do wniosku, że przedłużająca się wojna byłaby katastrofalna dla obu stron, ale szczególnie kosztowna dla Chin. Logika była jasna: jeśli Stany Zjednoczone chciały działać, musiały to zrobić szybko – z pozycji siły, póki jeszcze istniały.
„Conflict with China Revisited” (2017) : Kurczące się okno możliwości
Aktualizacja z 2017 roku jeszcze bardziej wyostrzyła analizę: „Zasięg i potencjał chińskiej obrony powietrznej i morskiej stale rosną, co zwiększa podatność amerykańskich baz na ataki, a bezpośrednia obrona interesów USA w regionie może być potencjalnie bardziej kosztowna”.
Wymiar czasowy stał się jeszcze bardziej oczywisty:
„Stany Zjednoczone powinny konstruktywnie współpracować z Chinami w szeregu potencjalnych punktów konfliktu raczej wcześniej niż później – zanim ich wpływ w regionie jeszcze bardziej osłabnie”.
To sformułowanie sugeruje, że Stany Zjednoczone powinny działać z pozycji siły, póki jeszcze mogą. Jaki jest ukryty termin? Mniej więcej dekada przed tym, jak potencjał militarny Chin uniemożliwi bezpośrednią obronę interesów USA na zachodnim Pacyfiku.
RAND systematycznie analizował czynniki wywołujące konflikt w kolejności malejącego prawdopodobieństwa:
Korea: Upadek reżimu lub eskalacja konfliktu z Koreą Północną, w której Chiny mogłyby interweniować
Morze Południowochińskie: Starcia o sprzeczne roszczenia terytorialne
Tajwan: Blokada lub inwazja ze strony Chin, która sprowokowałaby interwencję USA
Cyberprzestrzeń: Operacje ofensywne z potencjałem eskalacji
Japonia: Spory na Morzu Wschodniochińskim
W badaniach jako największe wyzwanie opisano scenariusze dotyczące Tajwanu. W 2017 roku RAND wyraźnie zalecił: „Modernizacja i rozbudowa tajwańskiej floty pocisków manewrujących przeciwokrętowych może spowodować, że koszty próby desantu morskiego ze strony Chin będą nieakceptowalnie wysokie”.
Zalecenie to zostało już wdrożone – Tajwan masowo dokonuje zakupów mobilnych pocisków przeciwokrętowych i asymetrycznych systemów obrony.
Od dokumentu do doktryny: bezpośrednia korelacja
Paralele między badaniami RAND z lat 2016/2017 a Strategią Bezpieczeństwa Narodowego z listopada 2025 roku nie są subtelne – są dosłowne.
RAND 2016/2017:
„Odstraszanie od konfliktu o Tajwan… poprzez zachowanie przewagi militarnej”
NSS 2025 (strona 23):
„Odstraszanie od konfliktu o Tajwan, najlepiej poprzez zachowanie przewagi militarnej, jest priorytetem”
RAND 2017:
„Stany Zjednoczone powinny zbudować armię zdolną do odparcia agresji w dowolnym miejscu w Pierwszym Łańcuchu Wysp”
NSS 2025 (strona 24):
„Zbudujemy armię zdolną do odparcia agresji w dowolnym miejscu w Pierwszym Łańcuchu Wysp”
RAND 2017:
„Stany Zjednoczone powinny działać prędzej niż później – zanim ich pozycja mocarstwa w regionie ulegnie dalszemu pogorszeniu”
NSS 2025 (strona 19):
„Indo-Pacyfik jest już i będzie nadal jednym z kluczowych pól bitew gospodarczych i geopolitycznych następnego stulecia”
Te sformułowania nie są przypadkowe. Nie są to istotne paralele. To kopie.
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych miejscami brzmi jak plagiat badań RAND, a dokładniej: jak ich autoryzowane wdrożenie w oficjalnej polityce rządu.
Powiązania instytucjonalne
Powiązania między RAND a rządem USA są oczywiste i systematyczne:
RAND otrzymuje setki milionów dolarów rocznie od Pentagonu i innych agencji obronnych.
Wysoki rangą personel regularnie przemieszcza się między RAND, rządem i przemysłem obronnym.
Analitycy RAND bezpośrednio informują komisje kongresowe, personel Rady Bezpieczeństwa Narodowego i dowódców wojskowych.
Badania są często zlecane przez konkretne agencje rządowe.
To nie jest neutralne doradztwo polityczne. To zinstytucjonalizowany kanał komunikacyjny od think tanku do polityki rządowej. RAND formułuje opcje strategiczne, Pentagon wybiera, a rząd je wdraża.
„Zagrożenie” ze strony Chin: Gdzie USA zostały wyprzedzone
Badania RAND systematycznie analizują obszary, w których Chiny stanowią wyzwanie dla USA lub je przewyższają:
Ekonomiczne: Badanie z 2017 roku przewidywało: „Do 2030 roku chiński produkt krajowy brutto może przewyższyć produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych”. Chiny są już największym partnerem handlowym dla większości krajów na świecie.
Przemysłowe: Chiny posiadają największe na świecie moce produkcyjne w przemyśle stoczniowym, są liderem w technologii 5G, kontrolują ponad 80% produkcji pierwiastków ziem rzadkich i mają rosnącą dominację w dziedzinie sztucznej inteligencji.
Geopolityczne: Chińska Inicjatywa Pasa i Szlaku obejmuje trzy kontynenty, baza wojskowa w Dżibuti rozszerza ich obecność, a rosnąca współpraca z Globalnym Południem podważa amerykańskie sieci wpływów.
Wojskowe: Chiny opracowały systemy „Anti-Access/Area Denial” (A2AD) – sieć pocisków rakietowych, czujników i okrętów podwodnych, których celem jest utrzymanie sił USA z dala od peryferii Chin. RAND odnotował w 2016 roku: „Chiny nabyły jeden operacyjny lotniskowiec, zapowiedziały drugi i planują budowę od trzech do czterech dodatkowych lotniskowców w ciągu najbliższych 20 lat”.
NSS 2025: Wdrażanie jest w toku
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego 2025 pokazuje, że kilka strategii RAND jest już wdrażanych:
Pozycjonowanie wojskowe: „Wzmocnimy i wzmocnimy naszą obecność wojskową na zachodnim Pacyfiku” (NSS, s. 24) – wzmacniając bazy USA w Japonii, na Filipinach i w Australii
Militaryzacja Tajwanu: sprzedaż broni i wizyty na wysokim szczeblu, zgodnie z zaleceniami RAND z 2017 roku
Oddzielenie gospodarcze: „Przywrócimy równowagę gospodarczą Ameryki z Chinami, stawiając na pierwszym miejscu wzajemność i uczciwość” (NSS, s. 20)
Kontrola technologii: NSS wyraźnie wzywa do „dostosowania działań naszych sojuszników i partnerów do naszego wspólnego interesu w zapobieganiu dominacji jakiegokolwiek pojedynczego państwa konkurencyjnego” (NSS, s. 21)
Pakt AUKUS (2021): Okręty podwodne o napędzie atomowym dla Australii – wdrożone już przed NSS 2025, ale teraz oficjalnie potwierdzone
Sankcje dotyczące układów scalonych (2022-2024): Kompleksowa kontrola eksportu technologii półprzewodników
Czy RAND zaleca działania militarne?
Analizy RAND nie zalecają niesprowokowanej wojny agresywnej, ale opracowują szczegółowe scenariusze „nieuniknionych” konfliktów. Z badania z 2017 roku:
„W miarę upływu czasu i poprawy chińskich możliwości, Stany Zjednoczone prawdopodobnie będą zmuszone przejść od odstraszania przez odmowę do odstraszania przez karę, w oparciu o groźbę eskalacji”.
„Najbardziej bezpośrednią opcją eskalacji militarnej dla Stanów Zjednoczonych – najbardziej wiarygodną i jednostronną w skutkach – są konwencjonalne, precyzyjne ataki na cele bojowe i wspierające wojnę na terytorium Chin kontynentalnych”.
Badanie z 2016 roku sformułowało logikę działań wyprzedzających: „Postęp technologiczny stwarza warunki, w których każda ze stron dysponuje środkami do ataku na siły zbrojne przeciwnika, a tym samym motywacją do szybkiego, a nawet pierwszego, wykonania tego zadania”.
To język wojny wyprzedzającej, otulony akademicką trzeźwością.
Ukraina jako dowód: zalecenia RAND są wdrażane
Ukraina dostarcza empirycznego dowodu na to, że strategie RAND są nie tylko czytane, ale także wdrażane.
Badanie RAND z 2019 roku „Nadmierne rozszerzenie i zachwianie równowagi Rosji” (pisałem o tym tekście i umieściłem linki we wstępie – przypis tłumacza) zawierało istotne rekomendacje:
„Udzielanie Ukrainie śmiercionośnej pomocy wykorzystałoby największą zewnętrzną słabość Rosji”.
Autorzy ostrzegali, że wsparcie militarne
„musiałoby być starannie skalibrowane, aby zwiększyć koszty dla Rosji bez prowokowania znacznie większego konfliktu”.
Analiza RAND określiła następujące działania jako „wysoce skuteczne”:
Zwiększenie produkcji energii w USA (prawdopodobieństwo sukcesu: wysokie, koszt: niski)
Zaostrzenie sankcji handlowych i finansowych (prawdopodobieństwo sukcesu: wysokie)
Wsparcie militarne dla Ukrainy (prawdopodobieństwo sukcesu: umiarkowane, ryzyko: wysokie)
Rzeczywistość od 2022 roku: Europa odzwyczaiła się od rosyjskiego gazu, USA stały się największym eksporterem LNG, a Ukraina otrzymuje stale rosnące wsparcie militarne, liczone w setkach miliardów. Dostosowanie rekomendacji RAND do rzeczywistej polityki jest prawie kompletne.
Teraz, w NSS 2025, Rosja nie jest już definiowana jako główny przeciwnik. Dlaczego? Ponieważ strategia RAND okazała się skuteczna – Rosja jest „przeciążona”, a USA mogą teraz skupić się na Chinach.
Krytyczna Dekada: 2025–2035
Wszystkie analizowane przez RAND badania zbiegają się w jednym horyzoncie czasowym: dekada między 2025 a 2035 rokiem stanowi krytyczne okno możliwości, w którym Stany Zjednoczone mogą nadal twierdzić, że mają przewagę militarną na zachodnim Pacyfiku.
Analiza z 2017 roku wielokrotnie podkreśla pilną potrzebę:
„Zalecamy, aby Stany Zjednoczone podjęły działania raczej wcześniej niż później – zanim ich pozycja w regionie ulegnie dalszemu osłabieniu”.
Ta logika stwarza niebezpieczne bodźce: jeśli równowaga sił będzie się nadal przechylać na korzyść Chin, może pojawić się pokusa sprowokowania konfliktu, podczas gdy Stany Zjednoczone nadal będą miały przewagę.
W tym momencie podnoszą się również głosy w samych Stanach Zjednoczonych:
Adm. Phil Davidson (INDOPACOM, 2021): „Zagrożenie ujawni się w tej dekadzie – w ciągu najbliższych sześciu lat”.
Gen. Mike Minihan (USAF, notatka z 2023 r.): „Przeczucie podpowiada mi, że będziemy walczyć w 2025 roku. Mam nadzieję, że się mylę”. (wewnętrzny rozkaz, wyciek)
Fundacja Heritage: „Wciąż mamy czas, aby odzyskać odstraszanie do 2027 roku”.
Te stwierdzenia nie są odosobnionymi opiniami. Stanowią one część strategicznego konsensusu w amerykańskich elitach bezpieczeństwa, opartego bezpośrednio na analizach RAND.
Samospełniająca się przepowiednia
Najważniejsze pytanie: Czy te analizy służą zapobieganiu wojnie, czy też torują drogę do samej eskalacji, której rzekomo zapobiegają?
Kiedy chińscy stratedzy czytają dokumenty RAND szczegółowo opisujące, jak USA zamierzają powstrzymać wzrost Chin, wzmacnia to w Pekinie przekonanie o nieuniknieniu konfliktu. Prowadzi to do przyspieszonego zbrojenia – dokładnie przed takim scenariuszem ostrzega RAND.
Badanie z 2016 roku przyznaje: „Chińscy decydenci są jedną z docelowych grup odbiorców”.
RAND wie więc, że Pekin podsłuchuje. RAND wie, że Pekin się zbroi. RAND wie, że to zwiększa prawdopodobieństwo wojny. A jednak RAND to publikuje.
To nie jest analiza. To prowokacja pod płaszczykiem akademizmu.
Historia się powtarza: Irak, Ukraina, teraz Chiny.
Analiza badań RAND ujawnia niepokojący schemat:
Irak: W latach 90. RAND badał konsekwencje zmiany reżimu, opracowywał scenariusze budowania narodu i przewidywał napięcia etniczne i wyznaniowe. Administracja USA wykorzystała wiele z tych ocen, aby uzasadnić wojnę w Iraku w 2003 roku.
Ukraina: Badanie RAND „Overextending and Unbalancing Russia” (2019) (znowu tekst o którym pisałem we wstępie. Tym razem użyto angielskiej nazwy przyp tłum) zostało niemal w całości wdrożone od 2022 roku.
Chiny: Badania z lat 2016/2017 stają się obecnie – w 2025 roku – oficjalną doktryną USA.
We wszystkich trzech przypadkach RAND dostarczył fundamentów koncepcyjnych. We wszystkich trzech przypadkach zalecenia stały się polityką. W Iraku skończyło się to katastrofalnie. Na Ukrainie wynik jest wciąż niepewny. W Chinach przyszłość porządku globalnego jest zagrożona – i potencjalnie może dojść do wojny między mocarstwami nuklearnymi.
RAND nie tylko analizuje scenariusze – RAND je przygotowuje.
Kluczowym pytaniem nie jest to, czy analizy RAND są technicznie solidne – niewątpliwie są. Pytanie brzmi, czy ich fundamentalne założenia – hegemonia USA jako pewnik, Chiny jako zagrożenie egzystencjalne, przewaga militarna jako konieczny cel – powinny być w ogóle kwestionowane.
RAND nie jest neutralną instytucją badawczą. RAND to departament planowania Pentagonu z akademicką otoczką. RAND nie opracowuje „opcji” – RAND opracowuje plany wojenne, które następnie rząd przedstawia jako „bezalternatywne”.
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego 2025 jest tego dowodem. To, co zaczęło się w 2016 roku jako model akademicki, stanie się oficjalną doktryną USA do 2025 roku. Korelacje są zbyt precyzyjne, by były przypadkowe. Są zbyt systematyczne, by mogły być jedynie inspiracją.
NSS 2025 to RAND w rządowej prozie.
Wniosek: Przepływ informacji z think tanku do polityki
To, co następuje, to nie tylko test dla Indo-Pacyfiku, ale także pytanie, czy Stany Zjednoczone, jeśli zajdzie taka potrzeba, ponownie zabezpieczą swoją globalną hegemonię środkami militarnymi – w oparciu o naukowe, choć wysoce polityczne symulacje.
W świetle licznych globalnych kryzysów i narastającej konfrontacji między blokami, centralne pytanie nie powinno brzmieć:
„Jak Stany Zjednoczone mogą utrzymać swoją dominację?”
A raczej:
„Jak największe mocarstwa świata mogą współpracować, aby zapewnić przetrwanie ludzkości?”
RAND nie zadaje tego pytania. I właśnie to czyni te analizy tak niebezpiecznymi.
To, co przedstawia się jako trzeźwa analiza scenariuszy, jest w rzeczywistości symulacją eskalacji – wojną w laboratorium, która pochłonie prawdziwe ofiary.
Strategia Bezpieczeństwa Narodowego 2025 pokazuje:
Wojna nie jest już teorią. Jest doktryną.
RAND dostarczył plan. Waszyngton go wdraża. Pytanie nie brzmi już, czy USA dążą do konfliktu z Chinami. Pytanie brzmi, czy temu konfliktowi można jeszcze zapobiec – czy też logika RAND zmusi USA do wojny, której nikt nie może wygrać.
Nota biograficzna:
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, wykorzystując źródła pierwotne. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architektury bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – wykraczając poza dziennikarstwo opiniotwórcze. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com, na Substack pod adresem https://michaelhollister.substack.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.
+++
Michael Hollister od wielu lat analizuje globalne struktury władzy w polityce i gospodarce. Koncentruje się na strategiach geopolitycznych, sieciach wpływów i historycznych korzeniach obecnych konfliktów.
+++
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.