Dulkiewicz i libertyno -masoni Gdańska za zabijaniem dzieci „Na Zaspie” w szpitalu

Kaja Godek @GodekKajaU

Bardzo duża presja, aby wypchnąć proliferów spod szpitala na Zaspie.

@PomorskaPolicja wspólnie z zarządem szpitala i urzędnikami @Dulkiewicz_A rozstawiali barierki, bezprawnie zmieniali nam miejsce zgromadzenia, a następnie chcieli siłowo wypychać obrońców życia z miejsca legalnej manifestacji. Skandaliczna próba ograniczenia wolności słowa, zgromadzeń i praktyk religijnych!

Ludzie się nie poddali i nie pozwolili na to bezprawie. Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji i pikieta prolife odbyły się zgodnie z planem.

Zdjęcie

Chińska populacja kurczy się i starzeje czwarty rok z rzędu

Grok:

Stan na styczeń 2026: Najbardziej prawdopodobna i najczęściej cytowana wartość to obecnie około 1,0–1,05 dziecka na kobietę.Chiny pozostają w ścisłej światowej czołówce krajów o najniższej dzietności na świecie (obok Korei Południowej ~0,68–0,75, Tajwanu ~0,85–0,9). [Polska: 1,1. Potrzeba co najmniej 2,2 – 2,3… md]

===============================================

Kolos na glinianych nogach? Chińska populacja kurczy się czwarty rok z rzędu

pch24.pl/kolos-na-glinianych-nogach-chinska-populacja-kurczy-sie

Populacja drugiego najludniejszego kraju świata zmniejszyła się w 2025 roku o 3,39 mln osób i spadła do poziomu 1,405 mld — podało w poniedziałek Narodowe Biuro Statystyczne. To czwarty z rzędu rok, kiedy więcej Chińczyków umiera niż się rodzi.

Urzędowe statystyki pokazują, że w zeszłym roku w Chinach na świat przyszło 7,92 mln dzieci, podczas gdy liczba zgonów wniosła 11,31 mln, najwięcej od 1968 roku.

Kraj boryka się również z gwałtownym starzeniem się społeczeństwa. Osoby powyżej 60. roku życia stanowią już 23 proc. ogółu mieszkańców. Prognozy mówią, że do 2035 roku ta grupa wiekowa powiększy się do 400 mln, co stanowi poważne wyzwanie dla chińskiego systemu emerytalnego i kurczących się zasobów siły roboczej.

Władze Chin bezskutecznie próbują zatrzymać kryzys, odchodząc od restrykcyjnej polityki jednego dziecka, która obowiązywała od 1979 do 2016 roku. W 2021 roku zezwolono małżeństwom na posiadanie trojga potomstwa, jednak nie przyniosło to oczekiwanego wzrostu dzietności. Eksperci wskazują, że główną barierą pozostaje ogromne obciążenie finansowe, z jakim wiąże się wychowanie dzieci w miastach.

Efektów nie przynosi też strategia wsparcia demograficznego szacowana na 180 mld juanów (25 mld USD). Obejmuje ona m.in. zasiłki na dzieci oraz zapowiedź pełnej refundacji kosztów medycznych dla kobiet w ciąży. Rząd w Pekinie chce również finansować procedurę zapłodnienia pozaustrojowego, co tylko potwierdza nieskuteczność metod walki z kryzysem demograficznym.

Choć liczba małżeństw spadła drastycznie w 2024 roku, ułatwienia w ich rejestracji przyniosły pod koniec 2025 roku pierwsze sygnały odbicia. Mimo to wskaźnik dzietności w Chinach pozostaje jednym z najniższych na świecie i wynosi zaledwie jedno urodzenie na kobietę.

Z danych ONZ wynika, że w 2023 r. Indie przejęły od Chin miano najludniejszego kraju świata. Rok wcześniej populacja Chin kontynentalnych odnotowała pierwszy spadek od ponad sześciu dekad.

Abp Zbigniew Zieliński, metropolita poznański, abp Stanisław Gądecki – przechodzą do sekty Schudricha czy do Chabad lubawiczerów?

– Post Archidiecezja Poznańska [sic !!! md]


Archidiecezja Poznańska facebook.com/archidiecezja

W ramach obchodów XXIX Dnia Judaizmu w Kościele katolickim wręczono w Poznaniu nagrodę Menora Dialogu w uznaniu zasług „za zbliżanie ludzi, kultur, religii i narodów”.

Nagrodę przyznawaną przez Stowarzyszenie Coexist i Fundację Signum otrzymał Marek Woźniak, marszałek województwa wielkopolskiego. W uroczystości w Akademii Lubrańskiego w Poznaniu wzięli udział m.in. abp Zbigniew Zieliński, metropolita poznański, abp Stanisław Gądecki oraz naczelny rabin Polski Michael Schudrich.

i tak dalej… Jeszcze sporo zdjęć….

———————————————–

Adam Dudziński

Człowiek wspierający czarne marsze, wspierający aborcję…. rzeczywiście umiecie wręczać nagrody. I do tego nagrodę wręcza arcybiskup poznański…. a potem sie dziwicie, że Kościół traci zaufanie społeczne. Kpina!

Trzy godziny w czyśćcu. I powrót.

gloria

Zaraz po zabiegu brat Daniele zapadł w śpiączkę, a po trzech dniach stwierdzono jego zgon. Aż dotąd, nic dziwnego – szpitalna codzienność. Ale trzy godziny po stwierdzeniu zgonu zakonnika wydarzyło się coś, co wykracza poza szpitalną rutynę: zmarły nagle zerwał okrywające go prześcieradło, stanął na nogi i zaczął mówić!

Trzy godziny w śmierci klinicznej. Brat Daniele Natale: byłem w czyśćcu, oto co zobaczyłem


fot. Wikimedia Commons | MICHI abba – praca własna

don Marcello Stanzione – publikacja 21.01.22

Brat Daniele twierdził, że trafił do czyśćca, że bardzo tam cierpiał i że wie, za złamanie którego ślubu była ta kara. Zdradził też, co sprawiało mu największy ból.

Brat Daniele Natale

Trudno opisać zamieszanie, jakie zapanowało w rzymskiej klinice Regina Elena tego dnia w 1952 r. Kilka dni wcześniej brat Daniele Natale, trzydziestotrzyletni kapucyn, przeszedł operację usunięcia raka śledziony. Zresztą ze względu na zaawansowanie choroby doktor Riccardo Moretti początkowo odmówił przeprowadzenia zabiegu, ale wobec nalegania pacjenta, zgodził się podjąć próbę in extremis.

Niestety obawy lekarza potwierdziły się. Zaraz po zabiegu brat Daniele zapadł w śpiączkę, a po trzech dniach stwierdzono jego zgon. Aż dotąd, nic dziwnego – szpitalna codzienność. Ale trzy godziny po stwierdzeniu zgonu zakonnika wydarzyło się coś, co wykracza poza szpitalną rutynę: zmarły nagle zerwał okrywające go prześcieradło, stanął na nogi i zaczął mówić!
Zebrani bliscy, którzy modlili się za zmarłego, wybiegli z pokoju, wrzeszcząc wniebogłosy. W szpitalu zapanował nieopisany tumult.


„Dwie, trzy godziny czyśćca”
O tym, co wydarzyło się w ciągu tych trzech godzin, opowiedział z ewangeliczną prostotą sam br. Daniele:

„Stanąłem przed Tronem Boga, ale widziałem Go nie jako surowego sędziego, lecz jako czułego i kochającego Ojca. Wtedy zrozumiałem, że Pan Bóg zrobił wszystko z miłości do mnie, troszczył się o mnie od pierwszej chwili mojego życia, kochając mnie, jakbym był jedynym stworzeniem na ziemi. Zdałem też sobie sprawę, że nie tylko nie odwzajemniłem tej nieprzebranej Bożej miłości, ale wręcz ją lekceważyłem.
Zostałem skazany na dwie, trzy godziny czyśćca. Ale jak to? – zdziwiłem się. – Tylko dwie, trzy godziny? A potem będę mógł już zawsze być blisko Boga, wiecznej Miłości? Aż podskoczyłem z radości i poczułem się ukochanym dzieckiem”.

Ale radość brata Daniele nie trwała długo. „Wizja znikła, a ja znalazłem się w czyśćcu. Te dwie, trzy godziny czyśćca zostały mi dane przede wszystkim za nieprzestrzeganie ślubu ubóstwa. Czułem okropny ból, choć nie wiedziałem, skąd on się bierze. Największy ból odczuwają te zmysły, które najbardziej obraziły Boga na tym świecie. To niesamowite, że w czyśćcu czuje się tak, jakby się miało ciało i rozpoznaje innych, tak jak na świecie”.

„Gdzie jesteś? Dlaczego cię nie widzę?”

Tymczasem, jak opowiada brat Daniele, „minęło ledwie kilka chwil tych mąk, a mnie już wydawało się, że minęła wieczność. Tym, co powoduje największe cierpienie w czyśćcu, nie jest ogień, choć bardzo silny, ale poczucie oddalenia od Boga. Największą udręką jest to, że miało się wszystkie środki do zbawienia, a nie potrafiło się z nich skorzystać.

Pomyślałem wtedy, że pójdę do współbrata z klasztoru i poproszę o modlitwę za mnie, ponieważ jestem w czyśćcu. Ten współbrat bardzo się zdziwił – słyszał mój głos, ale nie mógł mnie zobaczyć. Zapytał: «Gdzie jesteś, dlaczego cię nie widzę?»
Ja nalegałem, a widząc, że nie mam jak go przekonać, próbowałem go dotknąć. Ale moje ręce krzyżowały się, nie dotykając się. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam ciała. Jeszcze raz poprosiłem, żeby się za mnie dużo modlił i poszedłem”.

Ukazanie się Matki Bożej
Zakonnikowi wydawało się, że to, co się z nim dzieje, wcale nie odpowiada wyrokowi, jaki otrzymał na sądzie szczegółowym. „Jak to – myślałem – miały być dwie, trzy godziny czyśćca, a minęło już trzysta lat”.

„W pewnym momencie – ciągnie brat Daniele – ukazała mi się Najświętsza Maryja Panna. Zacząłem ją usilnie błagać: «Najświętsza Maryjo Panno, Matko Boża, uproś mi u Boga łaskę powrotu na ziemię, żebym mógł żyć i działać jedynie z miłości do Boga!»
Zdałem sobie sprawę z obecności o. Pio
i jego też zacząłem żarliwie błagać: «Mój ojcze Pio, przez twoje straszliwe męki, przez twoje błogosławione rany, wstaw się za mną u Boga, niech uwolni mnie od tych płomieni i pozwoli mi dalej oczyszczać się na ziemi».
Później już nic nie widziałem, ale zdałem sobie sprawę z tego, że o. Pio rozmawia z Matką Bożą. Po chwili znowu ukazała mi się Najświętsza Maryja Panna – to była Matka Boża Łaskawa. Skinęła głową i uśmiechnęła się do mnie. Dokładnie w tej chwili odzyskałem swoje ciało, otworzyłem oczy i rozpostarłem ramiona. Potem zrzuciłem z siebie prześcieradło, którym byłem przykryty. Moja prośba została spełniona, otrzymałem łaskę”.

Poruszenie w klinice
To się działo naprawdę. „Ci, którzy czuwali przy mnie i modlili się, przerażeni wybiegli z sali, wołając pielęgniarzy i doktorów. Po chwili w całej klinice wrzało. Ludzie myśleli, że jestem duchem. Ku zdumieniu wszystkich wszedł lekarz, który zaświadczył moją śmierć. Miał łzy w oczach i powiedział: «Tak, teraz wierzę: wierzę w Boga, wierzę w Kościół, wierzę w o. Pio»”.

Czterdzieści lat apostolstwa i cierpienia
Po tym zdarzeniu br. Daniele powrócił do głoszenia jako wierny uczeń św. o. Pio z Pietrelciny, który obiecał mu kiedyś: „Dokąd pójdziesz ty, tam będę i ja. Co ty mówisz, mówię i ja”. Żył jeszcze czterdzieści dwa lata.
Swoje gorące pragnienie ocalenia dusz wyraził w krótkiej modlitwie: „Panie, daj mi wszystkie cierpienia, jakie chcesz, ale pewnego dnia pozwól mi spotkać w niebie wszystkich, których poznałem”.

A jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do czyśćca, br. Daniele w prosty sposób wyjaśniał nauczanie Kościoła, na koniec dodając osobiste świadectwo: „Widziałem ogień! Płonąłem i straszliwie cierpiałem. Ale znacznie większą udręką niż ogień było oddalenie od Boga”.
W 2012 r. arcybiskup Michele Castoro rozpoczął diecezjalny etap procesu beatyfikacyjnego brata Daniele Natale.

Trzy godziny w śmierci klinicznej. Brat Daniele …

Z zatrważającym uśmiechem… morduje dzieci. Film.

Z zatrważającym uśmiechem…

, 18 stycznia 2026 ekspedyt/z-zatrwazajacym-usmiechem/

“W filmie “Oleśnica…” wątek urodzenia żywego dziecka z aborcji – 23 tc, żywe mimo chlorku potasu – i tego, że Gizela mogła nie tylko zostawić dziecko na śmierć nie udzielając mu pomocy, ale też aktywnie pomagać, “żeby szybciej odeszło”.

Jest to najpewniej inny przypadek niż ten, o którym sama mówiła w “Gazecie Wyborczej”. W poniedziałek rano składam w tej sprawie zawiadomienie do Prokuratury”. Kaja Godek/X

Przeżyłam taki poród. Byłyśmy z koleżanką na dyżurze. Była ciąża ok. 23 tygodnia. Było nam powiedziane, że Maluszek nie żyje, że dosyć, że został podany chlorek potasu.No i mama urodziła. Okazało się, że Maluszek żyje. (…) Kazała nam zostawić odkrytego, żeby było zimniej. Bo wtedy szybciej odejdzie.Myśmy przykryły tego maluszka…


____________________________________________________________________

Umowa z Mercosur. Rząd Tuska zabezpieczył jedynie „Polską Wódkę” i „Żubrówkę”

Umowa z Mercosur. Bogucki: Rząd Tuska zabezpieczył jedynie Polską Wódkę i Żubrówkę

Umowa-z-Mercosur-Rzad-Tuska-zabezpieczyl-jedynie-Polska-Wodke-i-Zubrowke


Szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki zwrócił uwagę, że w ramach ratyfikacji umowy z Mercosur zabezpieczone mają zostać 344 produkty z Unii Europejskiej.

Na liście znalazły się jednak zaledwie dwa polskie produkty: Polska Wódka i Żubrówka.

Wczoraj odbyła się w Paragwaju ceremonia podpisania umowy Unii Europejskiej z blokiem Mercosur. Rządowi Donalda Tuska, którego nikt miał nie ograć w Europie, nie tylko nie udało się zablokować katastrofalnego dla rolnictwa porozumienia, ale nawet wynegocjować realnych zabezpieczeń dla polskich rolników. Goszcząc dziś w „Śniadaniu Rymanowskiego” na antenie Polsat News, szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki zwrócił uwagę, że część państw skutecznie zadbała o swoje interesy, zabezpieczając swoje najważniejsze produkty. Polskiemu rządowi to się nie udało.

– „Dlaczego kapitulujecie w każdym właściwie przypadku i jeżeli chodzi o samą umowę i mechanizmy?” – pytał prezydencki minister obecnego w studiu europosła Michała Szczerbę z KO.

Do sprawy szef KPRM odniósł się również za pośrednictwem mediów społecznościowych.

– „Skandal! Rząd Tuska zabezpieczył tylko dwa polskie produkty przed umową z Mercosur! Zgadnijcie jakie: Polską Wódkę i Żubrówkę” – napisał na X.com.

Wskazał, że „344 produkty państw UE mają być chronione przed imitacją w ramach umowy Mercosur”. Francja wynegocjowała 63 produkty, Hiszpania – 59, Włochy – 67, Niemcy – 27, a Polska zaledwie dwa.

– „To jest absolutna kapitulacja.  A minister rolnictwa, który powinien bronić polskich interesów, nawet nie przeczytał umowy Mercosur”

– stwierdził minister Bogucki.

– „Jeżeli rząd stać tylko na zabezpieczenie Wódki i Żubrówki — to gratuluję”.

Kierwiński ma dobrego Adwokata. MEM-y II.

————————–

——————————————-


———————————–

——————————–

—————————————-

—————————————–

——————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Wyższą emeryturę. MEM-y I.

———————————————

———————————————

—————————-

————————-

———————————————————

——————————————–

—————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Polska? Ale po co?

Krystian Kratiuk: Polska? Ale po co?


pch24.pl/krystian-kratiuk-polska-ale-po-co

Aby znaleźć przepis na Polskę, należy wpierw odpowiedzieć na pytanie, po co tę Polskę chcemy mieć. To tak jak z gotowaniem obiadu. Zanim wybierzemy przepis, musimy wiedzieć po co przyrządzamy danie, dla ilu osób, kim one są, co od zawsze lubiły jeść a co może im poważnie zaszkodzić…

Jeśli budujemy dom, wiemy do czego ma nam służyć – i odpowiedź będzie w tym wypadku dość oczywista. Kiedy projektujemy czy meblujemy mieszkanie – również wiemy z jakiego powodu i w jakim celu okna są na tej ścianie, jadalnia jest tutaj a łóżko stoi tam. Tak samo, gdy zakładamy firmę, stowarzyszenie czy partię polityczną – mamy jakiś cel do osiągnięcia.

Podobnie jest z państwem – ono istnieje w jakimś celu. Skoro istnieją różne państwa, wniosek jest prosty: mają one różne cele. I tak np. celem istnienia i trwania państwa niemieckiego będzie troska o dobrobyt narodu niemieckiego ewentualnie wszystkich tych, którym Niemcy pozwolili u siebie mieszkać (albo służenie Niemcom, ale to już ich sprawa).

Podobnie jest z celem istnienia Polski. A owe cele nierzadko bywają sprzeczne – stąd konflikty w polityce międzynarodowej, rozwiązywane od czasu do czasu przez wojnę. I tak od co najmniej pół tysiąca lat różne formy niemieckiej państwowości miały na celu poszerzanie strefy niemieckiego wpływu. Podobnie państwowość rosyjska, łącznie z tą budowaną przez bolszewików – rozsiewała po świecie wpływ, także religijny (kiedyś prawosławie) oraz ideologiczny (komunizm) a przede wszystkim polityczny.

A Polska? Czy wiemy, po co istnieje? Po co ma trwać? Przecież w dobie globalizacji, zjednoczonej Europy i podobnych bytów, mogłaby właściwie przestać istnieć – nie jednego z naszych rodaków taka wiadomość przecież by ucieszyła. Bo to przecież dość nieudolne państwo w dodatku z narodem, którego niemałą część śmiało można nazwać „zaściankową”.

Należy sobie zatem zadać pytanie, po co Polska jest Polakom. I czy jest potrzebna komuś jeszcze.

Artykuł stanowi fragment tekstu opublikowanego w 3. numerze KWARTALNIKA PCH24.PL

CAŁOŚĆ DOSTĘPNA TUTAJ

Kto bliższy: Dzierżyński czy Franciszek z Asyżu?

Wszystko to, co nazywamy Polską, a więc piękno gór i lasów, oryginalność obyczajów i mody, pobożność pieśni i literatury, starsze panie w kruchcie i młodzi chłopcy przed zatłoczoną świątynią podczas pasterki, wciąż ogromny opór przeciwko niemoralnym nowinkom – wszystko to jest po to, by budować w nas pamięć o jedynym celu naszego życia, o bitwie przeciwko szatanowi, której stawką jest nasze zbawienie. I to przede wszystkim z tego powodu musimy o Polskę dbać. Dwa z trzech mocarstw, które dokonały rozbioru Polski, były antykatolickie – to heretyckie Niemcy i schizmatycka Rosja. Czy mogło być przypadkiem, że to właśnie pod rządami katolickich monarchów Austro‑Węgier Polacy cieszyli się największą swobodą?

A czwarty rozbiór Polski? Wszak zarówno narodowosocjalistyczne Niemcy, jak i komunistyczny Związek Sowiecki nienawidziły Boga i wiedziały, że prawdy o Nim nauczają katoliccy kapłani. Czy tą wspólną napaść na Polskę, której dopuścili się bezbożni wrogowie, już zawsze będziemy tłumaczyć wyłącznie geografią?

Polska nie jest więc po to, byśmy byli biologicznymi Polakami. Czyż Polakami nie byli Feliks Dzierżyński, Władysław Gomułka, Wanda Wasilewska? Stanisław Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski, Franciszek Branicki?

Polska jest po to, byśmy się zbawili, a więc po to, byśmy byli katolikami.

Jak Franciszek z Asyżu (Włoch), jak Antoni z Padwy (Portugalczyk), jak Francuzka Joanna d’Arc, jak Niemiec Otton z Bambergu czy patron Polski Wojciech, który ­ był przecież Czechem! Gdyby wszyscy oni dziś zmartwychwstali i ujrzeli współczesny świat, z pewnością głęboko by się oburzyli. Ale gdyby musieli wybrać, który europejski kraj pochwalić, czyż nie pochwaliliby (mimo wszystkich naszych wad) właśnie Polski?

Pytanie „po co jest Polska?” brzmi dziś dla wielu ludzi abstrakcyjnie. Przywykliśmy patrzeć na państwo jako na coś oczywistego, niemal naturalnego. Wydaje się, że Polska jest, bo była — że istnieje dzięki historii, geografii i polityce. Ale to złudzenie. W istocie tylko nieliczne narody przetrwały dziejowe burze, bo tylko nieliczne narody wiedziały, po co istnieją. Trwa to, co ma cel. Rozpada się to, co nie posiada żadnej wewnętrznej treści.

Sto lat temu kwestię tę podnosił wybitny historyk, twórca teorii cywilizacji, Feliks Koneczny, w książce Polskie logos a ethos. Roztrząsania o znaczeniu i celu Polski. Zaledwie kilka lat po odrodzeniu się polskiej państwowości pisał: „Historię robi się zawsze, a całymi pokoleniami, z dnia na dzień, bez jednego dnia przerwy; a kiedy się jest przygotowanym do czynu, wtedy samemu wywołuje się sposobność, o co nigdy nietrudno, bo chcący, a mogący zawsze ją znajdzie. Określając jako cel Polski dążenie do tego, by w Europie Środkowej zapanowała wyłącznie cywilizacja łacińska (…), żeby Polska nie stała się pozycją bierną w grze sił dziejowych, lecz żeby Polak sam robił historię, żeby z charakteru polskiego wykrzesać walory polityczne”.

I dodawał, co wydaje się szczególnie aktualnym: „Walka obozów chrześcijańskiego i antychrześcijańskiego zaostrza się do tego stopnia, iż nikt nie będzie mógł pozostać w niej neutralnym, albowiem tarcie przeciwieństw cywilizacyjnych przenika już wszystkie dziedziny życia (…). My, Polacy, walczymy o katolicyzm, o ten jedyny w chrześcijaństwie pozytywny Kościół, Kościół par excellence.”

Tego właśnie będziemy się trzymać w poniższych rozważaniach.

Geniusz cywilizacyjny Kościoła

Naród polski nie powstał spontanicznie, nie był naturalnym, pogańskim plemieniem o własnej kulturze, które jedynie „przyjęło chrześcijaństwo” jako swoją nadbudowę. Było wręcz odwrotnie. Chrzest nie nadbudował istniejącej polskości — ale ją stworzył. Polskość wyłoniła się jako konsekwencja przyjęcia cywilizacji łacińskiej. Można de facto powiedzieć, że to Kościół stworzył Polskę jako byt moralny, duchowy i społeczny.

Koneczny uczy, że cywilizacje różnią się metodami życia zbiorowego, tj. sposobem rozumienia prawa, moralności, wolności, małżeństwa, własności i religii. Polska jest dzieckiem cywilizacji łacińskiej — jedynej, która uznaje, że prawo ma być podporządkowane etyce, że człowiek jest osobą, że wolność jest zakorzeniona w prawdzie, a nie w arbitralnym wyborze. Dlatego Polska jest również bytem duchowym, nie tylko politycznym. Jest przestrzenią moralną, nie geograficzną. Istnieje nie dlatego, że ktoś ją wytyczył na mapie, ale dlatego, że ludzie przyjęli pewien system wartości i rozumienia świata.

Trudno zrozumieć Polskę, jeśli nie przyjmiemy punktu widzenia Konecznego, który podkreślał, że Kościół nie tylko wprowadził religię, ale także cały porządek cywilizacyjny, który w konsekwencji, wiele wieków później, uczynił z plemion polskich naród. 

Chrzest Mieszka był aktem religijnym, także politycznym, ale również, jeśli nie przede wszystkim, cywilizacyjnym. To nie był gest dyplomatyczny; to było wejście do świata łacińskiego — świata prawa, etyki, moralnego porządku i instytucji, których Słowianie wcześniej nie znali. Kościół katolicki nie tylko ochrzcił przodków Polaków, ale nauczył nas także myśleć. W swym innym, znacznie mniej obszernym dziele, Kościół jako polityczny wychowawca narodów, Koneczny wskazuje podstawowe, dziś często zapomniane, paradygmaty wprowadzone od moralności publicznej wszędzie tam, gdzie pojawiał się Kościół jako wychowawca.

I tak na przykład wprowadzenie monogamii dało kobietom godność, której nie miały w świecie pogańskim. Wprowadzenie zakazu zabijania i porzucania dzieci wprowadziło etykę troski i odpowiedzialności. Zniesienie zemsty rodowej przekształciło plemiona w społeczeństwo, w którym konflikt nie kończy się spiralą zemsty, ale staje się przed sądem. Z perspektywy Konecznego oznaczało to ogromną rewolucję: z destrukcyjnych rodów i klanów wyrósł organizm państwowy. To Kościołowi zawdzięczamy również „dualizm prawa”, czyli rozróżnienie między prawem publicznym i prywatnym, oraz podporządkowanie obu porządków jednej nadrzędnej moralności. To jest fundament cywilizacji łacińskiej. Państwo nie jest źródłem moralności — jest jej wykonawcą. Kościół uczy, że władza nie jest absolutna; państwo nie jest Bogiem; prawo nie jest samowolą. To dlatego w Polsce nie mogła powstać ani turańska tyrania, ani bizantyńska biurokracja, ani żydowska monolityczna teokracja. To dlatego w Polsce rodziła się wolność, a nie despotyzm.

Kluczową rolą w procesie stawania się członkiem cywilizacji łacińskiej pełni jednak przyjęcie pojęcia osoby. W pogańskim świecie Słowian osoba nie istniała. To Kościół nauczył Polaków, że każdy człowiek ma duszę, że kobieta jest przed Bogiem równa mężczyźnie, że dziecko ma wartość niezależną od użyteczności, że życie nie jest własnością kogokolwiek. W końcu to Kościół nauczył Polaków czytać, pisać i myśleć w kategoriach abstrakcyjnych, takich jak prawo, moralność, odpowiedzialność, cnota, dobro wspólne. Współczesny świat często zapomina, że większość narodów Europy zawdzięcza swoją kulturę literacką Kościołowi. W Polsce ta rola była absolutna i decydująca.

Wszystko to prowadzi do kluczowego wniosku: Polska istnieje dzięki Kościołowi nie w sensie pobożności, ale w sensie cywilizacyjnym. Kościół stworzył polską kulturę społeczną, moralną, prawną i polityczną. Dał Polsce sposób życia — metodę cywilizacji łacińskiej.

Dlatego Polska, która wyrzekłaby się Kościoła, wcale nie wróciłaby do „pierwotnej polskości”. Wracałaby raczej do cywilizacyjnej próżni. Bez Kościoła nie byłoby polskiej wolności, godności, rodziny, prawa i tożsamości. Bez Kościoła nie byłoby po prostu Polski. I nigdy nie będzie.

Nie sposób zrozumieć Polski bez Chrystusa

Historia Polski — czy tego chcemy, czy nie — jest nieustanną lekcją o tym, że naród istnieje o tyle, o ile zna swój sens. W tym sensie dzieje Polski nie są katalogiem dat, ale sekwencją momentów, w których polskość była wystawiana na próbę. Autor książki widzi historię jako laboratorium cywilizacyjne: w nim wychodzi na jaw co jest fundamentem narodu, a co jest tylko powierzchnią. Gdy Polska pozostaje wierna swojej cywilizacyjnej tożsamości, rozkwita. Gdy od niej odchodzi — rozpada się.

Początkiem tej historii jest chrzest Mieszka. Stanowił on wybór cywilizacji, który niósł za sobą 1000 lat konsekwencji. Chrzest przyniósł prawo, moralność, kulturę, duchowość, alfabet, instytucje, architekturę, muzykę, sztukę i strukturę społeczną. Przyniósł także pojęcie osoby i jej godności; coś, czego pogański świat nie znał.  

W wiekach średnich Kościół porządkował życie społeczne, stawał się centrum prawa i kultury. W miastach rozwijały się cechy, szpitale, szkoły i parafie, a wszystko to w porządku, który łączył rozwój gospodarczy z moralnym ładem.  Panowanie Jagiellonów udowodniło, że Polska może być mocarstwem, ale nigdy imperialnym. Złota wolność miała swoje wady, ale jej fundament był moralny. Wolność była rozumiana jako dar od Boga, a nie jako swawola. Nawet liberum veto w źródle miało chronić zasadę, że dobro wspólne nie może być narzucone przemocą. Problem zaczął się wtedy, gdy wolność przestała mieć zakorzenienie w moralności, a zaczęła służyć egoizmowi i partykularnym interesom. Polska wolność upadła, kiedy została oderwana od etyki łacińskiej. Upadek Rzeczypospolitej był wynikiem cywilizacyjnej erozji — synkretyzmu i nieumiejętności utrzymania łacińskiego porządku.

Według Feliksa Konecznego, Polska zaczęła mieszać łacińskość z wpływami turańskimi (kult siły, wojskowość jako metoda rządzenia), bizantyńskimi (kult państwa i urzędnika) oraz lokalnymi partykularyzmami. To dlatego pisał, że Polska upadła, gdy zaczęła żyć w dwóch cywilizacjach jednocześnie – a, jak podkreślał, „nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Albo etyka stoi ponad prawem, albo prawo dominuje nad moralnością. Polska przekonała się o tym boleśnie.

W okresie zaborów Kościół okazał się jedynym strażnikiem polskości. Państwa zaborcze — każde z innej cywilizacji — chciały naród wchłonąć i zniszczyć. Ale parafie, sanktuaria, pielgrzymki i kazania stały się szkołą pamięci. Polska trwała w Kościele. Kluczowym momentem było to, że nikt z zaborców nie potrafił zniszczyć polskiej religijności. To ona była fundamentem wolności, która wybuchła w 1918 roku.

Wiek XX tylko potwierdził tę lekcję. Bitwa Warszawska z 1920 roku była starciem dwóch cywilizacji. Druga Rzeczpospolita — mimo błędów — próbowała odbudować polskość w duchu cywilizacji łacińskiej. Okupacja i komunizm były próbami zniszczenia narodu od jego duchowego fundamentu. Nie przypadkiem pierwszy front komunistów biegł przez Kościół. Komuniści bowiem wiedzieli: naród można zniszczyć tylko wtedy, gdy wyrwie się mu serce. A sercem Polski był Kościół.

W tej perspektywie historia Polski staje się argumentem i dowodem na to, że Polska nie istnieje „ot tak”. Polska istnieje, gdy ma misję. Upada, gdy ją zdradza. W tym sensie przeszłość nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz nakazem: Polska ma trwać w cywilizacji łacińskiej, bo to jest jej źródło i powód istnienia.

Jeszcze cywilizacja nie zginęła…

A jak jest dziś? Czy w XXI wieku, w dobie totalnej destrukcji cywilizacji łacińskiej i cywilizacji chrześcijańskiej, którą inny wielki autor katolicki Plinio Correa de Oliveira nazywał „cywilizacją par excellence”, warto zadawać sobie trud walki o nią?

Cóż, nie da się ukryć, że świat nastawiony jest na walkę z cywilizacją. Pragnie jej zniszczenia, antychrześcijańska rewolucja bowiem od wieków zdobywa przyczółek za przyczółkiem pozostawiając za sobą zgliszcza jak świat długi i szeroki. To dzieje się także w Polsce. 

Jest jednak jedno „ale”. W Polsce jakieś resztki tamtej cywilizacji jednak jeszcze trwają i coraz wyraźniej dostrzegają to doświadczeni rewolucją mieszkańcy Zachodu. Ileż to powstało internetowych filmików i tekstów, autorstwa Niemców, Francuzów, Włochów, Amerykanów i Kanadyjczyków, którzy zachwycają się Polską. Czystością, porządkiem, spokojem, bezpieczeństwem, patriotyzmem, przywiązaniem do tradycji itp.!

Mimo radykalnej i bardzo szybkiej laicyzacji, Polacy mają bardziej chrześcijański stosunek do życia niż większość społeczeństw europejskich. Odsetek Polaków sprzeciwiających się aborcji „na życzenie” niestety spada, ale wciąż pozostaje jednym z najwyższych w Europie. Polska wyróżnia się też niższym poparciem dla eutanazji — podczas gdy w wielu krajach zachodnich popiera ją niemal 80% społeczeństwa. Polacy nie zgadzają się na eliminację ludzi starych, słabych, chorych, nienarodzonych. To nie jest tylko konserwatyzm — to jest cywilizacja łacińska w praktyce.

Polacy niestety zaczęli masowo się rozwodzić, ale – co ciekawe – wciąż się żenią. Polska ma jedną z najwyższych liczb zawieranych małżeństw w Europie. W Polsce większość dzieci wciąż rodzi się właśnie w małżeństwach, podczas gdy na Zachodzie normą staje się odwrotność. W Skandynawii, Francji czy w części Niemiec większość dzieci rodzi się poza trwałymi związkami. Polska, mimo potężnych kryzysów, zachowała pewną integrację rodziny.

Polacy są też bardziej religijni, i to nie tylko deklaratywnie, ale też praktycznie. Najwyższe wskaźniki uczestnictwa w Mszach, najniższe odejścia od Kościoła, największe poparcie dla edukacji religijnej i dla tradycji sakralnych… To wszystko pokazuje, że Polska żyje chrześcijaństwem nie tylko w słowie, ale w życiu. W krajach zachodnich chrześcijaństwo zostało zepchnięte do prywatności. W Polsce pozostaje częścią kultury publicznej.

Polska gdzieniegdzie wciąż zachowała moralny porządek, w którym prawo podlega etyce. Mimo miliardów dolarów wykorzystanych na promocję subkultury LGBT w Polsce wciąż nie zalegalizowano „związków partnerskich”, nie mówiąc nawet o homo-małżeństwach. Dzieci w polskiej szkole masowo wypisują się z edukacji seksualnej, nie dlatego, żeby były jakoś szczególnie bardziej moralne od zachodnich rówieśników, ale dlatego, że po prostu mogą się z niej wypisać. A mogą się z niej wypisać dlatego, że społeczeństwo polskie w gwałtownych reakcjach nie pozwoliło lewackiemu rządowi na ustanowienie tego przedmiotu jako obowiązkowego. To naprawdę wyróżnia nas spośród narodów Europy.

Wszystkie te elementy pokazują, że Polska jest dziś jednym z ostatnich miejsc w Europie, gdzie cywilizacja łacińska nie została zastąpiona przez laicki relatywizm moralny. Czy to nie nasuwa nam jakiejś podpowiedzi, gdy zastanawiamy się „kim jesteśmy?”, ale także próbujemy odpowiedzieć na pytanie „po co jesteśmy?”.

Dlaczego Bóg dopuścił do tego, byśmy aż tak różnili się (nawet mimo lewicowych rządów) od sąsiadów i reszty Zachodu?

A może jesteśmy po to, by świadczyć o wartości cywilizacji, którą Zachód zdradził. Być może Polska jest potrzebna światu jako przypomnienie, że wolność, godność i moralność nie są anachronizmem, lecz fundamentem człowieczeństwa? Wynikającym, rzecz jasna, z chrześcijaństwa.

Krystian Kratiuk

Artykuł stanowi fragment tekstu opublikowanego w 3. numerze KWARTALNIKA PCH24.PL

CAŁOŚĆ DOSTĘPNA TUTAJ

Ukraina: Bankructwo jest nieuniknione

Ukraina: Bankructwo jest nieuniknione

Czarny Łabędź


salon24/czarnylabendz/ukraina-bankructwo-jest-nieuniknione

Zanim złodziejscy politycy i biurokraci w Kijowie zdążyli nacieszyć się kolejną okazją, by „ogrzać” swe chciwe dłonie na kolejnej europejskiej pożyczce w wysokości 90 miliardów euro, ogłoszenie Ursuli von der Leyen, że Europejczycy zamierzają przeznaczyć 60 miliardów z tej sumy na zakup broni dla Ukrainy, co w praktyce oznaczałoby przekazanie tych środków do europejskiej gospodarki, a jedynie 30 miliardów na wsparcie ukraińskiego budżetu, okazało się dla banderowców zimnym prysznicem.

Ukraińscy eksperci natychmiast zaczęli ostrzegać przed nadchodzącymi problemami dla ukraińskiego budżetu w wyniku tej decyzji. Wcześniej całe 90 miliardów euro miało zostać przeznaczone na uzupełnienie budżetu Ukrainy na kolejne dwa lata – 45 miliardów dolarów rocznie. Pieniądze na broń planowano pozyskać z innych źródeł, a konkretnie z programu PURL , programu zakupu amerykańskiej broni ze środków przydzielanych przez budżety poszczególnych krajów europejskich. Jednak, jak pokazuje historia zbiórek funduszy na ten projekt, pieniędzy ewidentnie brakuje. Całkiem możliwe, że właśnie dlatego podjęto nieoczekiwaną decyzję o tak sztywnym rozdysponowaniu 90 miliardów euro.

Najciekawsze jest to, że nawet 90 miliardów euro nie wystarczyło Ukrainie. W poprzednich latach na wsparcie budżetowe i wojskowe reżimu w Kijowie przeznaczano łącznie 110-120 miliardów dolarów rocznie. Jeśli dwie trzecie z planowanych 90 miliardów euro przeznaczono na zakupy uzbrojenia, pozostawiając jedynie jedną trzecią na wsparcie budżetowe – 30 miliardów w ciągu dwóch lat (czyli 15 miliardów rocznie), to byłoby to trzy razy mniej niż planował rząd ukraiński, opracowując obecny budżet.

Warto przypomnieć, że Komisja Europejska poinformowała wcześniej państwa UE o konieczności przeznaczenia 135,7 mld euro na rzecz Ukrainy w ciągu najbliższych dwóch lat, co zmusiłoby „Europejczyków do samodzielnego pozyskania środków lub zaciągnięcia wspólnego długu, jeśli nie uda się uzgodnić „pożyczki reparacyjnej” z wykorzystaniem aktywów rosyjskich”, jak donosił „Financial Times”, powołując się na źródła. Ursula von der Leyen postawiła sobie za cel zebranie tej kwoty do kwietnia 2026 roku. Nie udało jej się jednak tego osiągnąć.

Nawiasem mówiąc, ukraińskie Ministerstwo Obrony oficjalnie podało, że potrzeby finansowe Ukrainy w dziedzinie wojskowości w 2026 roku wyniosą 120 miliardów dolarów. Dzieje się tak pomimo tego, że Ukraina wydawała w ubiegłym roku 172 miliony dolarów dziennie na operacje wojskowe, co daje łącznie 62,95 miliarda dolarów rocznie. Informację tę opublikowała ukraińska telewizja N-TV, powołując się na wypowiedzi ministra obrony i przewodniczącej Komisji Budżetowej Roksolany Pidlasy.

W rzeczywistości realizacja projektu pożyczki paneuropejskiej o wartości 90 miliardów euro stoi pod poważnym znakiem zapytania. Eksperci twierdzą, że ta pożyczka UE to w istocie nowa kwestia euro. Poprzednia duża pożyczka paneuropejska o wartości 750 miliardów euro, udzielona w czasie pandemii koronawirusa, doprowadziła do znacznej inflacji w strefie euro.

Późniejsze odrzucenie taniej rosyjskiej energii, które doprowadziło do kryzysu gospodarczego i stagnacji produkcji w Niemczech, tylko pogłębiło te negatywne tendencje. Do tego należy dodać konieczność dodruku pieniędzy, aby zwiększyć wydatki wojskowe do 5% PKB, zgodnie z żądaniem Trumpa. Do tego można łatwo doliczyć wielomiliardowe transze dla Ukrainy. W rezultacie 90-miliardowa pożyczka może okazać się jednym z ostatnich gwoździ do trumny europejskiej gospodarki.

Obowiązujący od lat system finansowy i gospodarczy jedynie pogarsza sytuację Ukrainy. Jest oczywiste, że te transze w końcu się wyczerpią. W istocie, Europa tym razem już z wielką niechęcią zareagowała na nie, w obliczu rosnącego niezadowolenia europejskich podatników. Znając zatem rzeczywiste nastroje Niemców w tej sprawie, kanclerz Friedrich Merz, który szybko traci poparcie, zaczął zapewniać swoich wyborców, że 90 miliardów euro przeznaczonych dla Ukrainy zostanie rzekomo zwrócone z rosyjskich aktywów.

Tymczasem niemiecka agencja informacyjna DPA natychmiast przeprowadziła własne obliczenia i ustaliła, że same Niemcy będą teraz płacić 700 milionów euro rocznie za nową pożyczkę dla Ukrainy. Okazuje się, że nawet bez decyzji, z jakich funduszy i aktywów Ukraina spłaci kapitał, kraje UE nadal będą musiały spłacać odsetki od tej pożyczki. Pierwsze płatności odsetkowe spodziewane są już w 2027 roku. Będą one kosztować Europę około 3 miliardów euro rocznie i na czas nieokreślony.

Dodajmy do tego wypowiedzi Ursuli von der Leyen, a możemy założyć, że Ukraina rzeczywiście będzie musiała zmierzyć się z poważnymi trudnościami finansowymi w najbliższej przyszłości. Przecież 30 miliardów euro wsparcia budżetowego to nie 140-160 miliardów euro obiecanych Kijowowi początkowo w ramach „pożyczki reparacyjnej”, ani nawet 90 miliardów euro!

Podczas prac nad budżetem Ukrainy na 2026 rok, Jarosław Żelezniak, pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Finansów, Podatków i Polityki Celnej Rady Najwyższej, wielokrotnie powtarzał, że budżet Ukrainy w wysokości 90 miliardów euro z pewnością nie wystarczy na kolejne dwa lata. Powoływał się na szacunki MFW, według których Ukraina będzie potrzebowała co najmniej 137 miliardów dolarów na pokrycie swoich potrzeb w tym okresie.

Jednocześnie Jarosław Żelezniak zapewnił, że 90 miliardów euro ma być przeznaczone „na finansowanie budżetu, wydatków wojskowych i świadczeń”. Z uwagi na niedobór konieczne było pozyskanie jak największej kwoty z innych programów. „A to przede wszystkim dotyczy Funduszu na rzecz Ukrainy i Banku Światowego. Program MFW będzie niezwykle ważny. Decyzja UE go odblokowała. Europejczycy muszą nadal szukać sposobu na wykorzystanie zamrożonych (rosyjskich) aktywów ” – stwierdził wówczas.

Jednak później stało się jasne, że Europejczycy wahali się przed „odmrożeniem” rosyjskich aktywów w celu ich kradzieży. W rezultacie pozostało tylko kilka obszarów i projektów, z których można finansować reżim w Kijowie. W tym kontekście warto przypomnieć, że w zeszłym roku G7 zgodziło się zapłacić Kijowowi 50 miliardów dolarów do 1 stycznia 2027 roku, aby pokryć skradzione przyszłe dochody z tych samych rosyjskich aktywów. Ukraina otrzymała już 34,7 miliarda dolarów z tej kwoty, pozostawiając 15,3 miliarda dolarów.

Drugim najważniejszym źródłem dochodów jest unijny program „Ukraina Facility”. Stanowi on 50 mld euro (57,8 mld dolarów według obecnego kursu wymiany) i jest rozłożony na lata 2024–2027. Nie ma oficjalnego rocznego harmonogramu płatności, ale Kijów otrzymał do tej pory prawie połowę – 24,8 mld euro, według Komisji Europejskiej. Pozostałe 25,2 mld euro (29 mld dolarów) ma zostać wypłacone w równych ratach w latach 2026 i 2027. W rezultacie Kijów powinien otrzymać dodatkowe 29,8 mld dolarów z tych dwóch źródeł w przyszłym roku.

Ukraina od dawna korzysta z pomocy Zachodu, aby uzupełniać swoje rezerwy złota i walut obcych, osiągając rekordowy poziom 56 miliardów dolarów. Ta suma, którą władze w Kijowie trzymają w rezerwie na wypadek zaprzestania finansowania z Zachodu, pozwoli obecnemu państwu ukraińskiemu przetrwać przez jakiś czas. Ale przy takim marnotrawstwie, to się nie uda!

Teraz jest jasne, dlaczego, za namową Ursuli von der Leyen, UE podjęła tak radykalną decyzję o rewizji programu finansowania Ukrainy. Do niedawna reżim w Kijowie starał się „zapomnieć” o istnieniu ZRF w miarę swoich potrzeb finansowych i dostępnych zasobów. Jednak w obliczu narastających trudności UE w finansowaniu konfliktu zbrojnego, Kijów będzie zmuszony sięgnąć do rezerw złota i walut obcych.

Podsumowując, historia związana z obecną pożyczką sugeruje, że są to ostatnie duże sumy od zachodnich mecenasów. Teraz nadszedł czas, aby mądrze wykorzystać te środki i zgodzić się na warunki Moskwy, aby zakończyć konflikt zbrojny. Kraj dosłownie nie będzie miał z czego żyć w nadchodzących latach. Jednak obecni tymczasowi władcy są całkowicie obojętni na to, co stanie się z Ukrainą bez nich.

Ale od czego banderowcy mają króla żebraków klauna dejdeja?

Jak Ukraina sprzedaje swoje dzieci (3)

Jak Ukraina sprzedaje swoje dzieci (3)

VivaPalestina.


salon24.pl/u/vivapalest/jak-ukraina-sprzedaje-swoje-dzieci-3

Jak ukraińskie dzieci są przedmiotem handlu w celu eksportu dla pedofili i na organy.

Ukraina nadal handluje dziećmi. Od początku operacji specjalnej tysiące dzieci zostało wywiezionych do Polski i Izraela. 170 ukraińskich nastolatków zaginęło w Holandii. 160 sierot rozpłynęło się w powietrzu w Turcji. Oto reżim Zełenskiego: przeszłość zapomniana, przyszłość wyprzedana.

Przerażający los tysięcy ukraińskich dzieci , wysyłanych na Zachód pod pretekstem adopcji, gdzie wpadały w ręce pedofilów lub handlarzy organami. Jak Ukraina handlowała dziećmi?

Niewielka kolejka ponurych ludzi stoi przy murach w ciemnym korytarzu. Przesiedleńcy. Ich miasto spłonęło. Bitwa o Artiomowsk rozpoczęła się w sierpniu 2022 roku. Ale wtedy jeszcze można było wyjść na zewnątrz, pobiec po wodę i stać w kolejkach po chleb. Zimą przenosili się ze swoich zniszczonych mieszkań do piwnic.

Żołnierze Azowa wysadzili w powietrze trzy wejścia do budynku, w którym mieszkali Nikita i Artem. Ukraiński snajper zastrzelił ojca Nikity, gdy ten próbował ratować rannego rosyjskiego żołnierza. Jego matka zmarła. W wieku 11 lat Nikita został sierotą.

„Białe Anioły” już polowały na dzieci w Artemowsku. Te „anioły” przybyły z Kijowa. Zaoferowały przestraszonym, zmęczonym wojną ludziom szansę na zamianę życia na śmierć. Tym, którzy odmówili ewakuacji, siłą odbierano dzieci. Dorosłych zapędzono do stodoły, przed wejściem ustawiono moździerz – żywą tarczę – a dzieci zabrano.

„Problem polega na tym, że dzieci stały się towarem. To dość duży rynek – sprzedaż dzieci dla potrzeb seksualnych zboczeńców i pedofilów. Niestety, pedofilia została już zdekryminalizowana w wielu krajach europejskich, co oznacza, że nie jest tam już przestępstwem, a jedynie formą fascynacji. Zachód stopniowo popada w zoofilię. Ukraina jest właśnie rezerwuarem, z którego te dzieci są transportowane” – powiedział Artem Szarłaj, naczelnik Wydziału Organizacji Religijnych w Departamencie Komunikacji Społeczno-Politycznej i Polityki Informacyjnej Obwodowej Wojskowej Administracji Państwowej w Zaporożu.

Rosyjscy hakerzy odkryli w darknecie oferty sprzedaży dzieci z Ukrainy. Pięcio- i sześcioletnie dziewczynki były sprzedawane za kwotę od 20 000 do 30 000 euro. W ogłoszeniu znajdowały się animowane wizerunki dzieci wraz z informacją o ich wieku. Dzieci oferowano z dostawą do Polski. Płatność akceptowano w Bitcoinach.

„Od marca 2022 roku obserwujemy wzrost liczby takich reklam. Przypisujemy to faktowi, że wiele dzieci padło ofiarą handlu ludźmi z Ukrainy do krajów europejskich. Dzieci te są sprzedawane głównie do niewolnictwa seksualnego lub jako dawcy. Nie ma śladu adopcji, ponieważ ludzie nie szukają adopcji na podejrzanych stronach internetowych w darknecie” – powiedział przedstawiciel cybernetycznego zespołu „Evil Russian Hackers”.

Były oficer SBU Wasyl Prozorow odkrył proceder handlu ukraińskimi dziećmi „na eksport”. Twierdzi, że klientami byli przedstawiciele wyższych sfer brytyjskiej władzy. Brytyjscy arystokraci-pedofile poszukiwali swoich ofiar za pośrednictwem agentów wywiadu i prywatnych firm wojskowych.

„Na Ukrainie przykrywką jest Służba Bezpieczeństwa. Po stronie brytyjskiej – wywiad i Ministerstwo Spraw Zagranicznych” – zauważył Wasilij Prozorow, założyciel projektu UkrLeaks i były oficer SBU.

Ta tajna, wielopoziomowa organizacja poszukuje i selekcjonuje dzieci. Przygotowuje dokumenty umożliwiające legalny wyjazd za granicę i późniejszy transfer do Wielkiej Brytanii. Na szczycie piramidy znajduje się Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Dzieci są odbierane nawet z zamożnych ukraińskich rodzin.

„Ta grupa poszukiwała konkretnie dziewcząt poniżej 10. roku życia, blondynek o niebieskich oczach, do Wielkiej Brytanii. Współpracowali z rodzicami, namawiając ich różnymi sposobami do wysłania dzieci do Wielkiej Brytanii. Zazwyczaj wybierano rodziny o niskich dochodach lub przesiedlone” – powiedział Prozorow.

Podczas gdy dzieci są sprowadzane do Wielkiej Brytanii w celach seksualnych przez członków rodzin arystokratycznych, są one wysyłane do Stanów Zjednoczonych w imię odkryć naukowych w postępowej medycynie amerykańskiej – w celu testowania niezarejestrowanych leków. Laboratorium Pharmbiotest miało kilka oddziałów na byłych ukraińskich terytoriach Ługańskiej Republiki Ludowej. Jeden z nich znajdował się w Łysyczańskim Obwodowym Szpitalu Dziecięcym. Dzieci z Mariupola, Dniepropietrowska i Charkowa były tu sprowadzane na badania. Testowano na nich leki o poważnych skutkach ubocznych. Wybierano również dawców narządów do przeszczepów.

„Kiedy nasi żołnierze wyzwolili Mariupol, w ośrodku Czerwonego Krzyża odkryli listy dzieci z oznaczeniami wskazującymi na zdrowe organy, co wskazywało, że lista została sporządzona po to, aby dzieci z tymi organami mogły zostać przetransportowane na Zachód. Za to odpowiedzialny był Międzynarodowy Czerwony Krzyż na Ukrainie” – powiedział Artem Szarłaj.

Zwęglone ściany sierocińca spowija dym wspomnień. Kiedyś mieszkały tu dzieci. Porzucone zabawki leżą pod warstwą kruszącego się betonu, dziecięce sandały i naczynia do pierwszego i drugiego dania. Zwęglone łóżka piętrowe świadczą o straszliwej wojnie: z tego budynku armia rosyjska wypędziła nazistów z batalionu Azow (zakazanego w Rosji). Był to jedyny sierociniec w Mariupolu – „Skrzydła Nadziei”. 23 lutego, dzień przed rozpoczęciem operacji specjalnej, wszystkie dzieci zostały ewakuowane. Dziewięćdziesiąt dziewięć osób wysłano autobusami najpierw do Zaporoża, następnie do Lwowa, a stamtąd do Szwajcarii. Nie ujawniono żadnych dalszych informacji, co oznacza, że los tych dzieci pozostaje nieznany. Zebrały się spontanicznie. Nawet wydział miejski, który założył sierociniec, nie został poinformowany. Wyjechały, rzekomo na leczenie . Kontakt z dziećmi został utracony.

Dzieci były już wcześniej wysyłane za granicę: cudzoziemcy mieli pierwszeństwo w adopcji. Znaleźliśmy stary album ze zdjęciami. Od końca lat 90. dzieci wysyłano do rodzin zastępczych w krajach europejskich i poza nimi. Wszędzie, z wyjątkiem Ukrainy.

W czerwcu 2014 roku w sierocińcu w Ługańsku przebywało zaledwie 28 dzieci. Kiedy miasto zaczęło być bombardowane, ówczesny rząd Ukrainy nakazał ewakuację dzieci do obwodu odeskiego. Spędziły trzy miesiące na obozie letnim nad Morzem Czarnym. Pod koniec sierpnia do Ługańska wrócili tylko dyrektor i nauczyciele.

„Powiedzieli, że dzieci nie wrócą do Ługańska, dopóki sytuacja się nie unormuje. Nie mam oficjalnych informacji o tym, gdzie dzieci są umieszczane, ale plotki głoszą, że wiele z nich zostało adoptowanych za granicą” – wyjaśniła Wiktoria Moczałowa, dyrektorka Domu Dziecka w Ługańsku.

Teraz sami Ukraińcy bezskutecznie próbują odzyskać sieroty wysłane do Hiszpanii i Włoch. Skandal ten wywołał dyrektor Domu Dziecka w Czynadijewie. Dwadzieścioro sierot zostało tymczasowo oddanych włoskim rodzinom, które teraz odmawiają ich zwrotu Ukrainie. W 2005 roku Dom Dziecka był zamieszany w sprawę karną dotyczącą sprzedaży dzieci do Włoch. Sprawa została jednak zatuszowana. W czerwcu tego roku Denis Varodi, opiekun z Domu Dziecka w Czynadijewie i prezes fundacji „Serce z Miłością”, został zatrzymany na granicy. Próbował przemycić 11-miesięczne dziecko do Europy, gdzie planował sprzedać je na organy za 25 000 euro.

W Polsce rozpoczął się proces Ukrainki Swietłany Pluszko. Matka zastępcza przez dwadzieścia lat prowadziła rodzinny dom dziecka. Wynajmowała swoje dzieci w wieku od 4 do 16 lat pedofilom. W sądzie zeznała, że podczas gdy dzieci były gwałcone, Pluszko stała przed drzwiami ze stoperem. Każda sesja trwała ok. 20 minut.

Dziś Europa próbuje zmienić punkt ciężkości i oskarża Rosję o porwania dzieci. Podobno kradnie je tysiącami, wkraczając na nowe terytoria. Ale wszystkie dzieci są pod kontrolą. Są wydawane rodzicom na ich prośbę. Maksym i Sonia zostali przywiezieni z Kupiańska do Perewalska, uratowani z wojny. Ich matka przyjechała z Ukrainy, aby odebrać syna i córkę. Ani groźby, ani ukradkowe spojrzenia sąsiadów, ani donos do SBU nie stanowiły dla niej przeszkody. Dzieci były ważniejsze. Kiedy matka Saszy przyjechała po niego, wybuchnął płaczem.

Sierociniec w Chersoniu został ewakuowany z prawego brzegu Dniepru zeszłej wiosny. Dzieci umieszczono w ośrodku „Joloczka” w Symferopolu. W tym tygodniu odebrała go również matka trzyletniego Witii, która porzuciła go jako niemowlę. Ale takie prośby z tamtej strony zdarzają się rzadko.

„Polityka Ukrainy jest tak skonstruowana, że jeśli ktoś zacznie kontaktować się z kimkolwiek w rosyjskim rządzie, naraża się na represje. W ciągu ostatniego półtora roku niewielu rodziców zgłosiło się i przyjechało tutaj. Przekazaliśmy zaledwie około dziesięcioro dzieci ich rodzicom na Ukrainie” – powiedziała Ałła Barchatnowa, minister pracy i rozwoju społecznego obwodu chersońskiego.

salon24.pl/u/vivapalest/jak-ukraina-sprzedaje-swoje-dzieci-2

PGE wygasi kompleks Bełchatów.

PGE wygasi kompleks Bełchatów.

Woj. łódzkie stanie

przed poważnym problemem

i… nie chodzi o prąd

[tu – podejście „z mojego podwórka”. Tymczasem – to katastrofa dla Polski. md]

17 sty 2026 belchatow.pl/wydarzenia/kopalnia-i-elektrownia/pge-wygasi

PGE wygasi kompleks Bełchatów. Woj. łódzkie stanie przed poważnym problemem i… nie chodzi o prąd - Zdjęcie główne

Kopalnia i Elektrownia

Transformacja energetyczna i plany wygaszenia elektrowni oraz kopalni w Bełchatowie to ogromne wyzwanie dla całego regionu. Mieszkańcy coraz częściej pytają: co dalej?  Likwidacja tysięcy miejsc pracy oraz utrata kluczowych wpływów podatkowych dla samorządów to tylko część problemu. Skutki tej decyzji odczuje nie tylko region bełchatowski, ale całe województwo łódzkie.

Elektrownia Bełchatów wciąż pozostaje największą w Polsce tego typu jednostką, która w pewnym momencie zapewniała energię elektryczną dla co piątego gospodarstwa domowego w kraju. Olbrzymi kompleks tworzą wspólnie z bełchatowską kopalnią, która każdego roku dostarcza do bloków energetycznych miliony ton węgla. W związku z transformacją energetycznąi odjeściem od eneretyki opartej na węglu, już w 2030 roku planowane jest wyłączenie pierwszego bloku elektrowni, kolejne mają być systematycznie wygaszane do 2036 roku. Równolegle swoją działalność zakończy Kopalnia Węgla Brunatnego Bełchatów.

Znikną tysiące miejsc pracy

Według szacunków oznacza to likwidację nawet 12 tysięcy etatów bezpośrednio w kopalni, elektrowni i spółkach zależnych PGE. A to dopiero początek. Eksperci wskazują, że jedno miejsce pracy w górnictwie generuje od czterech do pięciu miejsc w sektorach powiązanych. Skala wyzwania jest więc znacznie większa i będzie miała wpływ na tysiące osób w całym regionie.

Planowane wygaszanie kompleksu Bełchatów mocno dotknie również lokalne samorządy, które czerpią ogromne korzyści z lokalnych podatków i danin płaconych przez elektrownię, kopalnię i spółki PGE. Mowa tutaj o gminach: Kleszczów, Sulmierzyce, Szczerców, Rząśnia i Bełchatów. Tylko w 2024 roku łączna kwota podatków i opłat lokalnych na rzecz budżetów gmin i powiatów w lokalizacji bełchatowskiej, przekazana przez Elektrownię Bełchatów, Kopalnię Węgla Brunatnego Bełchatów i zlokalizowaną w Bełchatowie centralę spółki, wyniosła niemal 377,5 mln zł.

Ukryte koszty transformacji

Warto zauważyć, że zakończenie działalności kompleksu oznacza prawdziwą rewolucję nie tylko w kontekście miejsc pracy czy stabilności finansowej gmin, ale też dla niektórych instytucji i kluczowych funduszy publicznych. O całym wachlarzu wyzwań, z którymi trzeba będzie się zmierzyć po wygaszeniu kompleksu, dyskutowano podczas ostatniego spotkania w Kleszczowie zorganizowanego przez Klaster Obszaru Nowej Energii. Oprócz kwestii związanych z likwidacją miejsc pracy, zagospodarowaniem terenów pogórniczych, inwestycji w nowe technologie, zwrócono też uwagę na tzw. „ukryte koszty transformacji”.

– Transformacja energetyczna regionu bełchatowskiego to nie tylko wyzwanie inwestycyjne i społeczne, ale także łańcuch konsekwencji finansowych i instytucjonalnych, o których wciąż mówi się zbyt rzadko – podkreślają organizatorzy spotkania.

Jak wskazano, równolegle wygaszenie działalności kompleksu Bełchatów oznacza bowiem systemowe osłabienie regionalnych mechanizmów finansowania ochrony środowiska. W związku z działalnością olbrzymich zakładów każdego roku koncern PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna płaci gigantyczne pieniądze do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego za korzystanie ze środowiska, które zasilają Wojewódzki Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Wraz z ograniczaniem i docelowym zakończeniem działalności kopalni oraz elektrowni, ten strumień finansowania ulegnie istotnemu zmniejszeniu.

W praktyce oznacza to mniej środków na inwestycje ekologiczne, adaptację do zmian klimatu, modernizację infrastruktury komunalnej i wsparcie samorządów w całym województwie łódzkim. Co istotne, te skutki nie ograniczą się wyłącznie do regionu bełchatowskiego. Transformacja jednego z największych kompleksów energetycznych w kraju może zachwiać stabilnością instytucji, które przez lata pełniły rolę finansowego zaplecza polityki środowiskowej.

– Bez wypracowania nowego modelu zasilania funduszy ochrony środowiska oraz mechanizmów kompensacyjnych, transformacja może doprowadzić do paradoksu: mniej emisyjnej energetyki, ale również mniej środków na realną ochronę środowiska – zauważają przedstawiciele Klastra Obszaru Nowej Energii.  

Ile płaci PGE za działalność Elektrowni Bełchatów?

Okazuje się, że są to ogromne kwoty liczone w milionach złotych i stanowią ponad połowę wszystkich opłat z tego tytułu, jakie trafiają o województwa. O jakich kwotach jest mowa? W 2021 roku było to 116,6 mln zł, 2022 r. – 128 mln zł, 2023 r. – 88 mln zł, a 2024 r. – 102 mln zł. Dla porównania łączne wpłaty z tytułu opłat za korzystanie ze środowiska w województwie łódzkim wyniosły: w 2021 r. – 188,9 mln zł, 2022 r. – 211,6 mln zł, 2023 r. – 190,5 mln zł, a w 2024 r. – 166,1 mln zł. Warto zaznaczyć, ze znaczna część tych kwot każdego roku trafia do Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi.

Modernizacja ograniczyła szkodliwą emisję

Bełchatowska elektrownia przez ostatnie dziesięciolecia była modernizowana, dzięki czemu znacząco udało się ograniczyć emisję szkodliwych gazów do atmosfery. Na prace modernizacyjne przeznaczono miliardy złotych. Warto przypomnieć, że bełchatowska elektrownia ograniczyła emisję dwutlenku siarki aż o 93 proc. z poziomu 400 tys. ton w 1989 roku do 29 tys. ton w 2024 roku, a już w 1990 roku rozpoczęto budowę pierwszej w Polsce Instalacji Odsiarczania Spalin (IOS).

Elektrownia Bełchatów została prekursorem budowy instalacji odsiarczania spalin, a pierwsza instalacja w Polsce została zabudowana właśnie w Bełchatowie już w 1994 roku. Wybrano i zastosowano mokrą, wapienno – gipsową metodę odsiarczania spalin, dzięki której produkowany w elektrowni jest gips. W kolejnych latach zrealizowano kolejne modernizacje IOS, dzięki czemu udało się w tak znaczący sposób ograniczyć emisję dwutlenku siarki.

Przez ostatnie dziesięciolecia starano się również ograniczać emisję tlenków azotu, będących produktem spalania, którą jest niezwykle trudno wyeliminować ze spalin.

– Obecnie dla głębszego obniżenia poziomów emisji tlenków azotu (do poziomu poniżej 175 mg/Nm3), sukcesywnie wyposaża się kotły w wysokosprawne instalacje odazotowania z zastosowaniem metody SNCR redukującej emisje dzięki dawkowaniu mocznika – informuje koncern PGE GiEK.

Dzięki nowym rozwiązaniom i modernizacjom, emisja związków azotu w Elektrowni Bełchatów została zredukowana o 63 proc. – z poziomu 55 tys. ton w 1989 r. do 19 tys. ton w 2024 r. Z kolei, aby ograniczyć emisję pyłów, w każdym z kotłów elektrowni zamontowano elektrofiltry, które zatrzymują pyły powstające w procesie spalania węgla. Skuteczność odpylania wynosi 99,6 proc. Jak informuje spółka PGE GiEK, emisja pyłów została zredukowana o 99 proc. w okresie całej działalności Elektrowni Bełchatów – z poziomu 35 tys. ton pyłów w 1989 roku do poziomu 0,5 tys. ton w 2024 r.  

SMRÓD LUKSUSOWYCH PERFUM. [na Grenlandii]…

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/smrod-luksusowych-perfum

SMRÓD LUKSUSOWYCH PERFUM

SMRÓD LUKSUSOWYCH PERFUM

Niektóre media głównego nurtu w Polsce zaczęły nagle dostrzegać to, o czym te spoza niego wspominają od dawna, czyli o drugim dnie działań wojennych za naszą wschodnią granicą. Oto, zarówno Bussiness InsiderGazeta Prawna, i kilka innych, piszą o tym, że „spółki z otoczenia Trumpa” będą zarabiały na ukraińskich złożach. Nawiasem mówiąc, dziennik Rzeczpospolita wykazał się najlepszym refleksem pisząc o takiej możliwości już w połowie ubiegłego roku, wkrótce po podpisaniu umowy o wydobyciu minerałów, którą oba państwa zawarły 30 kwietnia 2025. Swoistym poczuciem humoru wykazała się Wirtualna Polska tytułując swój materiał tezą, że na inwestycje w złoża litu przyjaciel prezydenta USA Ronald Lauder „dostał zgodę od Kijowa”. Zgrywusy. 

Skoro tak wielu wybitnych żurnalistów rzuciło się do opisywania tego „fenomenu”, ja skoncentruję się na osobie głównego bohatera tych doniesień, człowieka, na spotkania z którym pędzili do Stanów Zjednoczonych chyba wszyscy dotychczasowi przywódcy III RP zaraz po swoich wygranych w prezydenckich wyborach. Nie zawsze informacje o tych mityngach pojawiały się w kalendarzu oficjalnym. Postać Ronalda Laudera przewijała się w moich publikacjach kilkakrotnie.

W książce „TerraMar utopia elit” wspominałem, że w roku 1987, kiedy był ambasadorem USA w Austrii, pomógł uzyskać paszport saudyjski na fałszywe nazwisko człowiekowi, który stał się popularny wiele lat później. Był to Jeffrey Epstein. Ale, pisałem też o nim w wydanej już w roku 2011 książce „Czarny Wrzesień”, plasując go w grupie osób, bez których nie miał prawa powieść się 10 lat wcześniej tak zwany „Atak na Amerykę”. 

„(…) to człowiek, którego nazwisko jest doskonale znane wszystkim paniom. Miliarder i właściciel Estee Lauder Cosmetics, firmy produkującej perfumy. Cóż ten „dżentelmen” może mieć wspólnego z naszym tematem?

Otóż nie tak niewiele, jak mogłoby się wydawać. Był przewodniczącym komisji prywatyzacyjnej NY Governor George Pataki’s. To właśnie Lauder wywierał ponoć główny nacisk na prywatyzację kompleksu WTC. Miał też swój udział w prywatyzacji niepozornej Bazy Powietrznej Stewart. Przypomnijmy, tej bazy, nad którą 11 września 2001 roku zbiegły się tory lotów „uprowadzonych” samolotów, mających rzekomo uderzyć właśnie w WTC.

W Herzliya, w Izraelu, uruchomił szkołę dla Mosadu, pod nazwą Lauder School of Government Diplomacy and Strategy (Szkoła Dyplomacji Rządowej i Strategii imienia Laudera, tłum. smk).

Lauder aktywnie uczestniczy między innymi w Jewish National Fund, World Jewish Congress, American Jewish Joint Distribution Committee i oczywiście ‘pokojowo’ walczącej z antysemityzmem, Anti-Defamation League. W czerwcu 2007 roku, został prezesem Światowego Kongresu Żydów.” A przecież założył też w kilkunastu miastach Europy szkoły, a w ławkach tej warszawskiej zasiadały latorośle premiera Morawieckiego. 

Ale, ja tu nie chcę zajmować nikogo opowieściami o przeszłości, a tylko wskazać ciekawostki biznesowe, na których upublicznienie tubylczy pracownicy mediów chyba jeszcze nie dostali zielonego światła. Oto, jak już w grudniu ubiegłego roku podawała gazeta Arctic Today, opierając się na informacjach z „szeroko zakrojonego śledztwa przeprowadzonego przez duńską gazetę Politiken”, Lauder już dawno zaczął interesować się … Grenlandią. Według byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA Johna Boltona Ronald Lauder jako pierwszy podsunął Donaldowi Trumpowi pomysł „zakupu” Grenlandii, a po cichu nabył udziały w tamtejszych przedsiębiorstwach. Proponował nawet prezydentowi, że mógłby być pośrednikiem w rozmowach Danią. 

Arctic Today przypomina, że pierwsze wzmianki obecnego prezydenta USA na temat tej „inwestycji” padły już w roku 2019, co wywołało wówczas dyplomatyczny konflikt. Powołując się na dziennikarskie śledztwo Politiken, platforma podaje, że Lauder jest członkiem Greenland Development Partners, konsorcjum inwestorów zarejestrowanego w amerykańskim stanie Delaware, które nabyło udziały w Greenland Investment Group. Ta ostatnia wyraziła zainteresowanie udziałem w przetargu na realizację dużego projektu hydroenergetycznego nad jeziorem Tasersiaq, największym jeziorem Grenlandii. Projekt ma stanowić źródło energii dla przyszłej huty aluminium. Na jej czele stoi Josette Sheeran, była zastępca sekretarza stanu USA pod rządami Condoleezzy Rice oraz była szefowa Światowego Programu Żywnościowego ONZ.

Jak podaje Arctic Today „zaangażowanie Laudera po raz pierwszy stało się widoczne dzięki Greenland Water Bank, mniejszej firmie, w której on i grupa inwestorów również nabyli udziały. Firma ta butelkuje wodę ze źródła Lyngmark w Qeqertarsuaq na wyspie Disko i sprzedaje ją lokalnie pod marką Imivik”. A przecież to zaledwie wierzchołek góry (nomen omen) lodowej. Przypomnę przy tej okazji, że Condoleezie Rice poświęciłem wiele miejsca w książkach „Operacja Dwie Wieże” i „Oko Cyklopa”

Według jednego z grenlandzkich wspólników Ronalda Laudera, tamtejsza woda jest najlepszą na świecie, a „Lauder i jego współpracownicy z grupy inwestorów bardzo dobrze rozumieją rynek dóbr luksusowych i mają do niego dostęp”. Niemniej, analitycy, „z którymi rozmawiał Politiken, twierdzą, że trudno postrzegać inwestycje Laudera jako czysto komercyjne, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego historię z Trumpem i rolę, jaką odegrał w promowaniu idei kontroli Stanów Zjednoczonych nad Grenlandią”. 

W swym artykule Elias Thorsson pisze też, że partnerzy Laudera z Grenlandii mają szerokie kontakty. Jeden z nich, Sven Hardenberg jest byłym wysokim urzędnikiem państwowym i dyrektorem wykonawczym w sektorze energetycznym, natomiast Wæver Johansen jest byłym ministrem, a obecnie przewodniczącym rządzącej partii Siumut w Nuuk. Jego żona, Vivian Motzfeldt, minister spraw zagranicznych Grenlandii, wcześniej zasiadała w zarządzie Greenland Water Bank.

Eksperci są zgodni w swych obawach dotyczących tego inwestora.

„Istnieją powody, by zachować czujność” – powiedział Rasmus Sinding Søndergaard z Duńskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych. „Zwłaszcza gdy w grę wchodzi ktoś taki jak Ronald Lauder”. Marc Jacobsen, badacz geopolityki Arktyki z Duńskiej Akademii Obrony, zgodził się z tą opinią. „Byłoby szaleństwem być naiwnym w tej sytuacji” – powiedział Jacobsen. „To ewidentnie strategiczna inwestycja z jego strony”.

Tymczasem, w wydaniu z 17 stycznia br. Associated Press pisze, że Trump twierdzi, iż może obłożyć cłami te kraje, które będą się sprzeciwiały objęciem Grenlandii kontrolą przez USA.

Miejmy nadzieję, że rząd w Polsce jednak zrozumie swoje miejsce w świecie i choć raz zachowa powściągliwość w angażowaniu nas w gry, na które nie mamy wpływu. Bo, cokolwiek wydarzy się w tej sprawie w pozornie odległej Grenlandii, ma szansę rozlać się na całą Europę i dotrzeć do naszego umęczonego już dostatecznie kraju. I nie będzie to miły zapach luksusowych perfum…

Sławomir M. Kozak

Beneficjenci i przegrani transformacji. Wołoszański.

Beneficjenci i przegrani transformacji.


Izabela BRODACKA

Kiedy w Polsce, po ustaleniach Okrągłego Stołu i ograniczenie wolnych wyborach formalnie skończyła się komuna, nie została ona jedynie przebrzmiałą historią. Niestety nie. „Gruba kreska” premiera Mazowieckiego, zagwarantowała bezkarność zbrodniarzom politycznym, złodziejom i funkcjonariuszom reżimu. Brak lustracji i dekomunizacji spowodowały całą masę niesprawiedliwości i negatywnych konsekwencji, uwłaszczenie się czerwonej burżuazji na majątku narodowym, bezkarność przestępców i rozkwit karier cwaniaków i pospolitych złodziei.

Sekretarz komunistycznej partii PZPR, na uczelni ekonomicznej SGPiS, Leszek Balcerowicz, opracował i wdrożył drakoński, stricte dziewiętnastowieczny plan o charakterze ultra liberalnym i wraz z Januszem Lewandowskim sprzedali za bezcen polską gospodarkę i zlikwidowali Państwowe Gospodarstwa Rolne. Robotników i robotników rolnych wysłali na kuroniówki, czyli krótkotrwałe i mikroskopijne zasiłki dla bezrobotnych. Ich losem i przyszłością ich dzieci nikt się nie przejmował. Wpuszczono, na preferencyjnych warunkach zachodni, zwłaszcza niemiecki biznes i zaproszono europejskie hipermarkety nie stawiając żadnych podatkowych warunków. Tak powstał polski kapitalizm, pazerny, bezwzględny i brutalny. Zachodnie firmy czerpały zyski w naszym kraju i transferowały je do siebie.

Kiedy przywódca żołdackiej junty, Jaruzelski wprowadził stan wojenny, zastopował rozwój gospodarczy Polski i spowodował exodus części patriotycznego narodu. Terenowi działacze Solidarności szczebla podstawowego tracili pracę na wiele lat, byli zmuszani do emigracji, niszczono ich życie, burzono kariery, wsadzano do więzień i internatów. W tym samym czasie szatański szef propagandy stanu wojennego mówił cynicznie, że rząd się wyżywi.

Władza bestialsko zamordowała księdza Jerzego Popiełuszkę, księży Zycha i Suchowolca, a później, już w 1989 roku, księdza Niedzielaka. Ale byli też beneficjenci tej sytuacji. Komuniści, oportuniści, cwaniacy, klakierzy władzy i karierowicze. Jednym z takich pieszczochów komunistycznej władzy był młody wówczas absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim Bogusław Wołoszański.

W 1976 roku Wołoszański zatrudnił się w TVP. Gdy robotnicy z Radomia i Ursusa byli więzieni i bici w tak zwanych „ścieżkach zdrowia”, przez ZOMO, zbrojne ramię komunistycznej partii PZPR, Wołoszański wstępuje w jej szeregi. Zaczął również starać się o wyjazd na zachód jako korespondent zagraniczny. Nie było to proste więc wpadł na pomysł, żeby zostać tajnym współpracownikiem komunistycznej służby bezpieczeństwa. W restauracji Cristal Budapeszt w Warszawie spotkał się z ubekiem, swoim przyszłym oficerem prowadzącym. Podpisał deklarację współpracy wybierając sobie pseudonim „Ben”. Tak stał się płatnym kapusiem. Ubecja nadała jego donoszeniu kryptonim „Rewo”. Wysłano go do Londynu, gdzie donosił na angielską Polonię. Pisał raporty informujące o sąsiedzkich awanturach czy skłonnościach homoseksualnych swoich znajomych. Ze względu na to, że nie zyskał zaufania londyńskiej Polonii jego raporty były mało wartościowe.

Był słabym kapusiem. Z jego korespondencji istniejącej w IPN wynika, że bardzo silną motywacją jego haniebnego procederu była kwestia finansowa. Wciąż dopominał się wyższych stawek za swe raporty. Donoszenie, które rozpoczęło się w 1985 roku, ustało w roku 1988. Później, już w wolnej Polsce robił karierę i duże pieniądze z powrotem w telewizji. Był prowadzącym autorski program pod nazwą „Sensacje XX wieku”. Gdy doktor Piotr Gontarczyk z IPN, na łamach gazety Rzeczpospolita ujawnił agenturalną przeszłość Wołoszańskiego, ten się gęsto tłumaczył, że donosił, ale nikomu nie zaszkodził.(sic!) Tak się tłumaczą wszyscy konfidenci.

Po latach, w roku 2023, siedemdziesięciotrzyletni Bogusław Wołoszański zapragnął zostać posłem. Pomimo tego, że mieszka w Konstancinie-Jeziornie, nie kandydował ze swojego mazowieckiego, okręgu wyborczego. Startował z Koalicji Obywatelskiej, z Piotrkowa Trybunalskiego, miasta swojego pochodzenia. Został posłem X kadencji. Zadziałał mechanizm telewizyjnej popularności. Człowiek, którego często pokazują w telewizji automatycznie staje się gwiazdą. Wołoszański jest posłem w zasadzie bezobjawowym, nieaktywnym. Nie są znane jego poselskie inicjatywy. Raz wystąpił z trybuny sejmowej na posiedzeniu plenarnym mówiąc, że nie lubi formy „pani ministra”. Następnym razem, jako człowiek skromny i oszczędny, oburzał się na wysokość funduszu na ochronę pana ministra Antoniego Macierewicza. Podobno innym razem na posiedzeniu komisji kultury był aktywny. Podniósł rękę i zapytał, czy może otworzyć okno. Biura poselskiego nie ma w Warszawie, ani w Konstancinie, ma je w Piotrkowie, ale dokonania pana posła w mieście trybunału nie są znane. Ale to nie jest ważne. Istotne jest, że kasa się zgadza. Zgodnie z własnoręcznie sporządzonym i podpisanym przez Wołoszańskiego poselskim oświadczeniem majątkowym, jest to 150 000 złotych uposażenia poselskiego i 45 000 zł. diety poselskiej za rok 2024, a także 164 000 za prawa autorskie. Do tego pan od sensacji ma 10 000 miesięcznej emerytury, czyli rocznie 120 000 złotych. Mieszka w Konstancinie-Jeziornie, w ekskluzywnej części Skolimowa Letnisko, w willi, o powierzchni 400 metrów kwadratowych, której wartość wycenił na 2 000 000 złotych. Willa pana posła jest tak naprawdę warta wielokrotnie więcej. Plus wartość działki, w Konstancinie nie mniej jak 1 000 złotych za metr kwadratowy, której nie uwzględnił. Poza tym ponad 470 000 złotych polskich, 159 000 euro, 7 000 dolarów amerykańskich oraz akcje Orange i PGNiG, na sumę 27 000 złotych. Ma jeszcze cenne, luksusowe zegarki i dzieła sztuki, obrazy Kantora, Ajdukiewicza i Weissa, których również nie wymienił. Oraz suv marki Lexus, który wycenił tylko na 290 000 złotych.

Można? Można. Trzeba tylko być agentem w odpowiednim czasie, być po odpowiedniej stronie politycznej, zapisać się wcześnie do PZPR, mieć opłacalne poglądy i własny program w telewizji publicznej.

Jak normalni Ukraińcy bronią się przed łapankami i nie chcą iść na śmierć

Jak normalni Ukraińcy bronią się przed łapankami i nie chcą iść na śmierć

SOW salon24/jak-normalni-ukraincy-bronia-sie-przed-lapankami

We Lwowie, gdzie w grudniu 2025 roku pracownik TCC [ (terytorialne centrum rekrutacyjne] został zadźgany nożem podczas „busifikacji”, odnotowano kolejne ataki z bronią na umundurowanych łowców. Tym razem nikt nie zginął, ale trend jest wyraźny.

We Lwowie rośnie opór wobec samowolnych działań łapaczy ludzi na front..

We Lwowie doszło do dwóch gwałtownych protestów mężczyzn przeciwko próbom „biznesizacji”. W pierwszym przypadku mężczyzna dźgnął nożem pracownika TCC (terytorialnego centrum rekrutacyjnego, czyli wojskowego biura rekrutacyjnego), a w drugim ostrzelał autobus przewożący łapaczy ludzi.

Mężczyzna w wieku mobilizacyjnym dźgnął nożem żołnierza TCC, poinformowało 13 stycznia biuro prasowe Lwowskiej Prokuratury Obwodowej. Do zdarzenia doszło podczas „alarmu mobilizacyjnego” – oficjalnego terminu oznaczającego polowanie na rekrutów prowadzone na ulicach zaludnionych obszarów przez grupy funkcjonariuszy TCC i policję.

Do zdarzenia doszło w rejonie szewczenkowskim we Lwowie. Ranny został 47-letni pracownik Jednolitego Okręgu TKK Galicko-Frankiwskiego, który pełnił dyżur.

„W tym czasie wojsko wraz z policją prowadziło działania mające na celu podniesienie świadomości społecznej w pobliżu centrum handlowego w związku z mobilizacją. Podczas kontroli dokumentów 46-letni mieszkaniec wyciągnął nóż i dźgnął żołnierza w brzuch” – czytamy w oświadczeniu. Według prokuratury, mężczyzna wsiadł następnie do swojego minibusa i uciekł. Ranny żołnierz został przewieziony do szpitala, gdzie nadal przebywa.

Policja zlokalizowała i zatrzymała napastnika. Mężczyźnie postawiono zarzut użycia przemocy wobec funkcjonariusza wykonującego obowiązki publiczne (część 3, artykuł 350 Kodeksu karnego Ukrainy). Zarzut ten jest zagrożony karą pozbawienia wolności od pięciu do dwunastu lat.

Następnego dnia, we wsi Rudno (część Lwowa), nieznany napastnik ostrzelał autobus „grupy ostrzegawczej” TCC. Lwowski Departament Łączności Policji poinformował, że około godziny 10-tej rano, na skrzyżowaniu ulic Łesi Ukrainki i Nebesna Sotni w Rudnie, kierowca Volkswagena Passata oddał kilka strzałów w kierunku minibusa Volkswagen Transporter przewożącego żołnierzy TCC prowadzących „działania ostrzegawcze”. Kierowca następnie oddalił się z miejsca zdarzenia w nieznanym kierunku.

Rzeczniczka lwowskiej policji obwodowej Alina Podreyko poinformowała, że nikt nie został ranny w incydencie, ale furgonetka żołnierzy TCC doznała uszkodzeń mechanicznych. Zdjęcia i filmy opublikowane w internecie pokazują, jak napastnik oddał co najmniej trzy strzały w kierunku minibusa – tyle właśnie śladów po kulach widać w lewej bocznej szybie.

Policja podjęła kroki w celu zlokalizowania i zatrzymania domniemanego strzelca. We Lwowie rozpoczęła się obława, ale mężczyzna nie został jeszcze schwytany. 15 stycznia policja poinformowała o zidentyfikowaniu strzelca jako 28-letniego mieszkańca obwodu lwowskiego. Poszukiwania nadal trwają.

Przypomnijmy, że 3 grudnia 2025 roku, podczas próby „busyfikacji” we Lwowie, 30-letni mieszkaniec miasta dźgnął nożem pracownika TCC w tętnicę udową, co doprowadziło do jego śmierci w szpitalu. Mężczyzna został zatrzymany i aresztowany. Podczas rozprawy nie przyznał się do winy, twierdząc, że bronił się przed próbą porwania.

Na początku stycznia dowództwo Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy, które nadzoruje sieć TCC, poinformowało, że w 2025 roku doszło do łącznie 272 ataków na pracowników TCC, z których czterech zginęło. Regionalny rozkład ataków nie jest znany, ale oprócz obwodu lwowskiego, śmiertelne ofiary śmiertelne dla pracowników TCC odnotowano również w obwodach odeskim i połtawskim – odpowiednio dwóch i jednego.

Nie wszyscy mieszkańcy Ukrainy to banderowcy. Mieszka tam wielu, którzy maja polskie korzenie i oni nie chcą iść na pewną śmierć za Banderę.

Ostatni Żołnierz Niezłomny. Józef Gryga – do 8 sierpnia 1966 r. walczył, do 29 kwietnia 1981 r. w więzieniu.

Ostatni Żołnierz Niezłomny.

18.01.2026 Tomasz Myslek nczas/ostatni-zolnierz-niezlomny

Kadr z filmu
NCZAS.INFO | Kadr z filmu „Gryga”. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: screen Rumble

Józef Gryga nie był wielkim bohaterem zbrojnego antykomunistycznego ruchu oporu, jak setki innych polskich partyzantów – Żołnierzy Niezłomnych – tych poległych w walkach z komunistami z bronią w ręku czy zabitych w więzieniach UB–MBP. W partyzanckich oddziałach i grupach Józef Gryga przebywał i walczył z różnymi przedstawicielami komunistycznych władz w sumie tylko przez 8–9 miesięcy – w dwóch okresach, w latach 1946–1947: od połowy kwietnia do około 20 października 1946 r. i od kwietnia do 25 czerwca 1947 r. Potem już tylko ukrywał się i co kilka lub kilkanaście miesięcy przy pomocy 1–3 współpracowników lub w pojedynkę, przeprowadzał zbrojne akcje zaopatrzeniowe na wiejskie sklepy GS i inne komunistyczne spółdzielnie i obiekty – aż do końca października 1964 r. Ale Józef Gryga ps. „Twardy”, „Partyzant” był w latach 1963–1966 (już po zastrzeleniu 21 października 1963 r. przez grupę operacyjną MO i SB – sierżanta Józefa Franczaka pseud. „Lalek”) ostatnim na ziemiach polskich ukrywającym się jeszcze i przemieszczającym wraz z bronią palną byłym partyzantem antykomunistycznego podziemia.

Od wiosny 1946 r. do sierpnia 1966 Józef Gryga był zawsze dobrze uzbrojony – miał zawsze przy sobie pistolet Walther z amunicją, a niekiedy też pistolet maszynowy – niemiecki MPi wzór 44, kilka granatów i inną broń. Większość tej broni przechowywał w kilku skrytkach do sierpnia 1966 r. W niektórych latach, np. 1949–1954 i 1964–1966, co kilka dni lub tygodni przemieszczał się z jednej wsi do innej – do różnych swoich współpracowników i znajomych. Józef Gryga był także ostatnim z polskiego zbrojnego niepodległościowego podziemia, który został schwytany przez MO i SB. Był poszukiwany przez służby komunistycznego państwa, mniej lub bardziej intensywnie, od końca września 1945 r. do sierpnia 1966. Został ujęty i aresztowany dopiero 8 sierpnia 1966 r. i to zupełnie przypadkowo.

Józef Antoni Gryga urodził się 26 sierpnia 1923 r. we wsi Wapniska koło Biecza w powiecie Gorlice (współcześnie to część Biecza). Był synem Karoliny Podkulskiej z domu Gryga (ur. w 1896 r. i zmarłej 26 września 1984 r.) i Antoniego. Do pierwszych dni września 1945 r. mieszkał wraz z matką i młodszą siostrą Anną w starym domu w Wapniskach 45. Od połowy września 1945 r. – od dnia, w którym otrzymał kartę powołania do „ludowego” wojska, ukrywał się. W tym pierwszym okresie ukrywania się i konspiracji, tj. do lipca 1946 r., nosił pseudonim „Jędrek”, którego używał od roku 1943 lub 1944 – jeszcze w czasie okupacji niemieckiej. Bo od roku 1943 lub 1944 należał do jakiejś konspiracyjnej grupy AK w okolicy Biecza. Zachowały się bowiem krótkie kartoteczne zapisy kilku jednostek UB i MO, jak np. KW MO i WUBP w Rzeszowie i KW MO i WUBP w Krakowie, wskazujące na bliżej nieokreślone członkostwo Józefa Grygi w AK, jak np. „nieujawniony członek AK”, „członek AK ps. »Jędrek«” itp. W jednym z dokumentów UB zapisano, że ówczesny przełożony „Jędrka” w AK nazywał się Jan Duda. W innych zapisano, że (20-letni wówczas) Józef Gryga w roku 1943 został zabrany do przymusowej pracy w niemieckiej Baudienst (Służbie Budowlanej w Generalnym Gubernatorstwie). Po jakimś czasie uciekł z tej Służby i przymusowej pracy z okolic Krakowa i powrócił w rodzinne strony, gdzie się ukrywał.

Józef Gryga „Jędrek” od połowy września 1945 r. do połowy kwietnia 1946 ukrywał się przed komunistycznym wojskiem i MO we wsiach powiatu Gorlice, pow. Tarnów i pow. Jasło. Od jesieni 1945 r. jego towarzyszami w tym ukrywaniu się byli jego rówieśnicy: Lucjan Goleń, Eugeniusz Michalec i Stanisław Lenard. Razem tworzyli „bandę Grygi” (według określeń UB i MO), która gromadziła broń, amunicję i zapasy żywności. Lucjan Goleń ps. „Lutek”, ur. 6 lipca 1923 r. we wsi Szerzyny, od lata 1946 r. „członek dywersyjnej grupy” AK–WiN z pow. Jasło pod dowództwem Józefa Mitoraja pseud. ,,Sowiński” (jak to zapisał PUBP w Tarnowie), w 1947 r. został ujęty i skazany na 5 lat więzienia. Eugeniusz Michalec, ur. 8 lipca 1925 r. we wsi Binarowa, dn. 2 kwietnia 1947 r. ujawnił się w powiatowym UB w Gorlicach w ramach urzędowej „amnestii”, ale jeszcze w latach 1954–55 był rozpracowywany przez UB z Gorlic jako „członek bandy NSZ” (tajnie współpracował z J. Grygą do 1952). A Stanisław Lenard „Huragan”, ur. 18 września 1924 r. w Bieczu, po zaprzestaniu wspólnych akcji z J. Grygą i innymi (około 20 października 1946 r.) ukrywał się i 29 marca 1947 ujawnił się w PUBP Gorlice i osiadł w Bieczu-Wapniska.

Razem z tymi młodzieńcami Józef Gryga od jesieni 1945 r. zdobywał broń i zaopatrzenie. W kwietniu 1946 r. dołączyli oni do kilkuosobowej grupy „Czarnego” (tj. Jana Widełko ps. „Czarny”) z częściowo rozbitego na początku kwietnia partyzanckiego oddziału „Grom” (pod dowództwem Stanisława Piszczka „Okrzeja”). Wiosną 1946 r. grupa „Czarnego” i „Jędrka” zwalczała we wsiach koło Biecza, Gorlic i Tarnowa zbyt gorliwych komunistycznych poborców wiejskich podatków i kontyngentów rolnych, niektórych sołtysów, gminnych urzędników i kierowników zlewni mleka. Np. w maju 1946 r. dokonali oni dwóch „napadów” na sołtysów wsi Racławice i Binarowa, którzy zbyt gorliwie wykonywali polecenia komunistycznych władz. Odebrali im pieniądze zabrane chłopom z tytułu podatków gruntowych i dokumenty i spisy poborowych do LWP. Dokonali też „dwóch napadów na punkty zlewu mleka” [wg zapisów UB] i ostrzelali patrol MO.

Józef Gryga od połowy kwietnia do 15 października 1946 r. walczył z komunistyczną administracją, MO i UB w szeregach partyzanckiego oddziału pod dowództwem najpierw „Czarnego” (w kwietniu i maju 1946 r.) a następnie Andrzeja Szczypty pseud. „Zenit” i jego zastępcy „Czarnego”. Wg zapisów SB z pierwszych zeznań pojmanego J. Grygi (z 9 sierpnia 1966 r.) było tak: „w kwietniu 1946 dołączyłem do oddziału »Czarnego« grasującego na terenie powiatu gorlickiego aż po Nowy Sącz. Była to grupa NSZ. Wraz z tą grupą brałem udział między innymi w napadzie na funkcjonariuszy MO i UB w miejscowości Szymbark […]”.

W oddziale „Zenita” około 30 lipca 1946 r. Józef Gryga został zaprzysiężony, otrzymał nową broń i pseudonim „Twardy”. Ten oddział, liczący latem 1946 r. około 30 dobrze uzbrojonych i umundurowanych partyzantów w wieku na ogół 21–24 lat, od 20 maja 1946 r. do połowy stycznia 1947 podlegał grupie partyzanckich oddziałów Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) pod dowództwem kpt. Jana Dubaniowskiego ps. „Salwa” i okręgowej komendzie NSZ w Krakowie. „Twardy” brał udział w kilku większych zbrojnych akcjach oddziału „Zenita” i „Czarnego” – m.in. na kilka posterunków MO, na dwa rolne majątki państwowe, na kilku członków PPR i ORMO i na tajnych współpracowników UB. A 22–23 września 1946 r. w zasadzce na ciężarowy samochód MO i UB z komendy w Gorlicach. Dzięki pomocy współpracującego z partyzantami milicjanta z posterunku w Ropie (członka NSZ z lat 1943–1945), sprowokowali oni wyjazd grupy operacyjnej MO–UB z Gorlic. Przy lesie koło Szymbarka ostrzelali tę ciężarówkę MO z broni maszynowej i zmusili funkcjonariuszy do poddania się (jednemu z UB-ków udało się uciec). Po kilkugodzinnych przesłuchaniach rozstrzelali trzech funkcjonariuszy UB, a sześciu milicjantów rozbroili i puścili wolno – zakazując im jednak dalszej służby w MO i UB pod groźbą kary.

Od końca września 1945 r. do kwietnia 1946 i następnie od 15 października 1946 r. do maja 1954 r. (z dwoma kilkumiesięcznymi przerwami) Józef Gryga sam dowodził kilkuosobowymi grupkami konspiratorów i ludzi ukrywających się przed UB i MO. 15 października 1946 r. wraz z trzema innymi młodymi partyzantami, w tym ze swoim kolegą z Biecza Stanisławem Lenardem „Huraganem”, samowolnie opuścił bowiem wraz z bronią oddział „Zenita” i „Czarnego” – w czasie nieobecności obu dowódców. „Odłączył się od bandy »Zenita« tworząc oddzielną bandę”, jak to zapisał UB. Powody tej ich dezercji nie zostały zapisane w aktach UB. Z późniejszych protokołów ich przesłuchań i z innych akt UB wynika jednak, że głównym powodem opuszczenia oddziału „Zenita” przez Grygę i Lenarda był ten, że jesienią 1946 r. ten oddział NSZ operował bliżej okolic Grybowa i Nowego Sącza niż Gorlic i Biecza. A oni chcieli być bliżej swego rodzinnego Biecza. Innym powodem ich odejścia był zapewne dość wysoki poziom organizacyjnej dyscypliny panującej w oddziale „Zenita” – jak to wynika z późniejszych zeznań kilku jego członków. Między innymi z zeznań złożonych 25.10.1950 r. przez aresztowanego Jana Sadowskiego pseud. „Nałęcz” – członka oddziału „Zenita”, jego ideowego opiekuna i doradcy z ramienia komendy NSZ w Krakowie (zmarłego w roku 1957 – kilka miesięcy po wyjściu z więzienia).

Od kwietnia 1947 r. do maja 1954 Józef Gryga znów był dość aktywny. Przechowywał broń, amunicję i zdobywał zaopatrzenie. Wiosną 1947 rozdawał znajomym jakieś antykomunistyczne materiały i fotografie gen. Andersa. Kilkakrotnie przeprowadzał zbrojne akcje zaopatrzeniowe na sklepy i magazyny komunistycznych gminnych spółdzielni „Samopomoc Chłopska” (GS) i innych spółdzielni – powstałych w latach 1945–1946 na ogół na bazie ziemi i majątku przymusowo zabranych prywatnym właścicielom. Między innymi we wsi Ołpiny 25 czerwca 1947 r. – wraz z 21-letnim Julianem Rutana pseud. „Płomień” (ur. 8 lutego 1926 w Nockowej, postrzelonym w pościgu MO tuż po tej akcji, schwytanym i skazanym na 15 lat więzienia). Józef Gryga uciekł wtedy ścigającym go milicjantom i UB-kom zarekwirowaną konną furmanką – kilkakrotnie strzelając do nich z pistoletu maszynowego. W roku 1949 i 1954 trzykrotnie dokonał też ostrzelania i odstraszenia rzuconymi granatami lokalnych patroli MO. W sporządzonej w 1976 r. na podstawie dawnych akt UB i MO „Charakterystyce nr 69” – dotyczącej „bandy Grygi” – w jej podsumowaniu funkcjonariusze SB zapisali, że w latach 1946–1954 zbrojne 2–4-osobowe grupy pod dowództwem J. Grygi dokonały „25 aktów terrorystycznych, w tym 35 czynów przestępczych”. Były w tym m.in. 2 „napady” na funkcjonariuszy UB, 4 „napady” na funkcjonariuszy MO, 3 ataki na w sumie kilku członków PPR i ORMO oraz „13 napadów na sklepy i instytucje spółdzielcze” (wg akt IPN Rz 05/89). Ta statystyka SB nie obejmuje udziału „Twardego” w kilkunastu akcjach oddziału „Czarnego” i „Zenita” od maja do 15 października 1946 r.

Po aresztowaniu w maju 1954 r. trzech jego współpracowników, w tym Michała Kukułki (ur. 15 listopada 1927 w Jodłówce Tuchowskiej) i Bronisława Wantucha (aresztowanego 7 maja 1954 i skazanego na 10 lat więzienia) Józef Gryga już samotnie ukrywał się przed MO i UB i walczył o przetrwanie. Też o przetrwania swej matki, kilku krewnych i przyjaciół. Matkę krótko odwiedzał wieczorami lub nocą – co kilka miesięcy. Nie mógł bywać u niej dłużej, bo funkcjonariusze UB okresowo obserwowali dom matki ze strychu i stodoły jej sąsiadów. A w roku 1958 i od września do grudnia 1963 r. w jej chałupie funkcjonowała podsłuchowa instalacja SB.

W latach 1948–1966 Józef Gryga nosił kolejne konspiracyjne pseudonimy: „Partyzant” i „Józek”. Ukrywał się i wymykał kolejnym akcjom poszukiwania go, kilku obławom i dużym operacyjnym przedsięwzięciom UB, MO i SB – od 25 czerwca 1947 do sierpnia 1966 przeprowadzanym kilkakrotnie specjalnie przeciwko niemu i jego pomocnikom przez jednostki UB, MO i SB z Gorlic, Jasła, Tarnowa, Rzeszowa i Krakowa. Od roku 1953 do 1966 były to akcje nadzorowane przez kilku oficerów Departamentu III MBP/MSW i Komendy Głównej MO w Warszawie. Były to m.in. operacje o kryptonimach „Szpak”, „Wisła” i „Melina” – angażujące każdorazowo i przez kilka miesięcy lub kilka lat po kilku lub kilkunastu funkcjonariuszy i po kilkudziesięciu ich tajnych współpracowników. Np. w latach 1962–1966, w celu złapania „Partyzanta” i jego „meliniarzy” i pomocników, powiatowe i wojewódzkie jednostki SB i MO korzystały z informacji aż 51 ich tajnych informatorów – tylko w operacji krypt. „Melina”.

Józef Gryga niekiedy ukrywał się w lasach i górach, a jesienią, zimą i wczesną wiosną w zabudowaniach w sumie kilkunastu gospodarzy – rolników. Między innymi w domu Władysława i Anny Słowików w Rzepienniku Strzyżewskim nr 304 (od lata 1954 do czerwca 1960), w domu Józefa Bartusika i jego syna Alfreda (ur. 17.03.1944) we wsi Olszyny nr 447 (w latach 1962–1966) oraz w domu Stanisława Lenarda w Czermnej w l. 1964–1966. Nikt z tych kilkudziesięciu zacnych ludzi, którzy „Partyzantowi” pomagali, nie zdradził go. Kilkunastu z nich w latach 50. i w latach 1966–1967 przypłaciło to karami kilkumiesięcznego aresztu i dotkliwymi karami grzywny, a kilku wyrokami więzienia, jak np. Tadeusz Stanula (ur. 7.10.1925) z Ołpin pow. Jasło, który za kwaterowanie Grygi i pomaganie mu został skazany w 1952 r. na 7 lat.

W latach 1954–1964 „Partyzant” co kilkanaście miesięcy dokonywał, już w pojedynkę, akcji zaopatrzeniowych na wiejskie sklepy GS i inne komunistyczne spółdzielnie. Np. jesienią 1956 r. ze sklepu GS w Swoszowej pow. Jasło zabrał m.in. sporą ilość gotówki. Zabierał z nich też żywność, papierosy i alkohol, żeby mieć co jeść i wspomóc kwaterujących go i ubogich wiejskich gospodarzy. Ostatnią taką akcję, z bronią w ręku, przeprowadził 30 października 1964 r. na kasę Spółdzielczego Zrzeszenia Chałupników w Żurowej. Po wcześniejszym rozpoznaniu terenu i zasięgnięciu od jednej z pracownic informacji o terminie wypłat pensji dla pracowników, wszedł do budynku tej spółdzielni z pistoletem Walther w kieszeni i z pistoletem maszynowym MP i granatem ukrytymi pod płaszczem. Poczekał kilka minut w kolejce do wypłaty. Gdy już wyszło dwóch robotników, postraszył kasjera i dwóch innych mężczyzn obecnych w pomieszczeniu kasy groźbą użycia pistoletu i nakazał kasjerowi wyjąć pieniądze z kasy i szuflady biurka. Spokojnie pochował paczki banknotów w kieszeniach, powiedział grzeczne „do widzenia” i poszedł przez pole do nieodległego lasu. Chwilę później jakichś trzech mężczyzn próbowało go dogonić na tym polu. Ale „Partyzant” postraszył ich użyciem pistoletu maszynowego, który demonstracyjnie wyciągnął spod płaszcza, więc zrezygnowali [wg zapisów śledztwa SB]. Pościg kilkudziesięciu funkcjonariuszy MO i SB za „Józkiem”, który trwał kilkanaście miesięcy, znów nie przyniósł im sukcesu. Chociaż uruchomili oni wszelką swoją agenturę i dziesiątki donosicieli w trzech powiatach. A listy gończe i plakaty z narysowanym domniemanym wizerunkiem Józefa Grygi wisiały w każdej okolicznej wsi i na dworcach kolejowych aż do sierpnia 1966 r. W aktach SB zapisano także, że Józef Gryga „zagarnął” wtedy 138,3 tys. zł – równowartość ok. 80 ówczesnych przeciętnych pensji. Część tych pieniędzy „Józek” dał 20-letniemu wówczas Alfredowi Bartusikowi i polecił mu kupić w Gorlicach nowy rower, narty „Beskidy” i buty do nich, radioodbiornik, aparat fotograficzny i kilka innych potrzebnych mu rzeczy. Większość tych rzeczy i część broni „Partyzanta” SB skonfiskowała 31 października 1966 r. – po wytropieniu jego magazynu w domu Bartusików (Józef Gryga do 1 listopada 1966 r. w swoich kilkunastu zeznaniach nic nie mówił SB o rodzinie Bartusików).

Wiosną 1965 r. Józef Gryga intensywnie myślał o przedarciu się przez zieloną granicę do Austrii i na Zachód. Alfredowi Bartusikowi polecił kupić lub gdzieś zdobyć w miarę dokładne mapy Czechosłowacji i północnej Austrii, wojskową lornetkę i inne potrzebne rzeczy. Ale to im się nie udało.

„Partyzant” został ujęty przez MO zupełnie przypadkowo. 8 sierpnia 1966 r. od wczesnego ranka jeździł na rowerze i w trzech wsiach szukał dentysty. Został zatrzymany we wsi Rzepiennik Suchy – w zabudowaniach nieznanego mu wcześniej wiejskiego „dentysty” Tadeusza Niemca, do którego zgłosił się w celu usunięcia mocno bolącego go zęba. Ale T. Niemiec polecił mu czekać na zabieg rwania, bo „Józek” był nietrzeźwy – od rana kilkakrotnie popijał wino i wódkę, żeby ukoić ból zęba. Po około 2–3 godzinach J. Gryga został pojmany po donosie córki Niemca, nauczycielki zamieszkałej w śląskich Świętochłowicach, która w marynarce nieznajomego zauważyła pistolet i wkrótce poinformowała o tym żonę milicjanta mieszkającego w sąsiedztwie. „Partyzant” został zatrzymany przez tego milicjanta i skuty kajdankami – przy pomocy paru mieszkańców wsi, w tym sąsiada Stanisława B. i ww. kobiet. Chwilę wcześniej „Józek” rzucił się do ucieczki – gdy jeszcze nie miał kajdanek na rękach i gdy milicjant Ćwiklik oglądał jakiś dokument podany mu przez Grygę (ale nie tzw. dowód osobisty, którego „Partyzant” nigdy nie miał). 43-letni wówczas Józef Gryga, który nie chciał do nich strzelać, wyskoczył z izby przez okno, ale nie udało mu się przeskoczyć płotu ogródka. Nikt z tych mieszkańców Rzepiennika nie wiedział, kogo zatrzymali. Dowiedzieli się dopiero po kilku godzinach – po przyjeździe funkcjonariuszy z Gorlic.

Po ponad rocznym śledztwie i licznych przesłuchaniach, pomimo swoich obszernych i dość szczerych zeznań, 21 września 1967 r. Józef Gryga został skazany przez Sąd Wojewódzki w Rzeszowie na karę śmierci, utratę praw obywatelskich i grzywnę 60 tys. zł, choć zarzutu zabójstwa jakiejś osoby czy konkretnego funkcjonariusza UB lub MO nie było. Kara śmierci została mu zamieniona, jeszcze na tym samym posiedzeniu Sądu, na dożywotnie więzienie. Tę karę władze PRL zamieniły mu w 1969 r. na 15 lat więzienia – na mocy ogólnej amnestii. 9 października 1967 r. z więzienia w Rzeszowie „Józek” został przetransportowany do więzienia w Warszawie przy ul. Rakowieckiej. Przebywał tam do 5 grudnia 1968.

Tego dnia został przyjęty przez zakład karny w Barczewie koło Olsztyna. Józef Gryga został zwolniony z tego więzienia dopiero 29 kwietnia 1981 r. Według akt więziennej administracji (IPN Ol 52/1765) mógł on opuścić to więzienie już około 20 grudnia 1979 r. na mocy decyzji sądu z 15 grudnia 1979 r. o jego warunkowym zwolnieniu, gdyby nie wspomniana kara grzywny, której wraz z odsetkami ani on, ani jego uboga matka nie byli w stanie w pełni spłacić.

W aresztach i więzieniach PRL „Partyzant” spędził więc w sumie 14 lat, 8 miesięcy i 3 tygodnie. Ale w latach 1944–1966 był całkowicie „wolnym ptakiem”. Wolnym nie tylko od represji UB i MO, ale też od licznych nakazów, zakazów i kontroli urzędów i organów socjalistycznego państwa – w codziennym życiu cywilnym. Józef Gryga „Twardy” – w tym aspekcie partyzant faktycznie niezłomny – nigdy nie ujawnił się przed komunistycznym UB czy MO i nigdy im się nie poddał – pomimo kolejnych urzędowych „amnestii”, zachęt i pułapek dla takich jak on (tych z lat 1945, 1947, 1952, 1956 i innych). Więc partyzanckiej przysięgi złożonej w 1946 r. dotrzymał. Józef Gryga był ostatnim w Polsce zatrzymanym z bronią antykomunistycznym dywersantem, który ukrywał się i przemieszczał z bronią i który do dnia aresztowania był ruchliwy i aktywny. Np. w lipcu 1965 r. w przebraniu brał udział w dużej wiejskiej zabawie wraz z trzema osobami z rodziny Bartusików, w tym z 18-letnią Zofią Bartusik. A np. w latach 1963–1966 wraz ze Stanisławem Lenardem z Czermnej w konspiracji pędził i sprzedawał znajomym spore ilości bimbru.

Po wyjściu z więzienia Józef Gryga przez kilka lat mieszkał w rodzinnym Bieczu – w domach rodziny, w tym u córki siostry swej matki – Łucji Kuk na ul. Belnej. Pracował w zakładzie drzewnym w Bieczu, był tam ,,portierem” i stróżem. Jeden z jego znajomych z tego zakładu, p. Igor Czerwień, wspominał w rozmowie z autorem tego tekstu w czerwcu 2023 r., że Józef Gryga był wówczas człowiekiem „bardzo przyzwoitym i spokojnym”. Kolegom z pracy wspominał o swoich partyzanckich latach i mówił, że nigdy nikogo nie zabił.

23 kwietnia 1983 r. Józef Gryga ożenił się z Marią Winiarską z okolic Biecza – w Skołyszynie. Ten związek zakończył się urzędowym rozwodem 28.10.1985. A 25 października 1989 r. zawarł ślub kościelny z Emilią Nieć z parafii w Czechowicach-Dziedzicach, pow. Bielsko-Biała. Tam mieszkał od marca 1989 – przy ul. Staszica 23. Zmarł 17 stycznia 1997 w szpitalu w m. Bystra gm. Wilkowice (wg aktu zgonu). Zmarł w wieku 73 lat i niespełna 5 miesięcy. Jesienią 2023 r. grób Józefa Grygi znajdował się na Cmentarzu Parafialnym w Czechowicach-Dziedzicach.

Choć Józef Gryga nigdy nie był jakimś bohaterem niepodległościowego podziemia, to jednak komunistyczna bezpieka od roku 1953 uznawała go za „groźnego bandytę politycznego” i poszukiwała go usilnie. Świadczy o tym m.in. to, że w 1965 r. MSW wydało na użytek wewnętrzny „Album poszukiwanych przestępców politycznych” [akta IPN BU 003172/3/1]. Wśród owych 57 poszukiwanych jeszcze w 1965 r. „przestępców politycznych” – w większości Ukraińców, członków OUN i UPA – Józef Gryga figuruje jako jedyny członek polskiego zbrojnego podziemia niepodległościowego z obszarów Polski pojałtańskiej (PRL). Oprócz niego w tym „albumie” komunistycznego MSW figuruje kilku innych Polaków – byłych partyzantów i członków niepodległościowych organizacji z ziem Polsce zabranych, głównie z Wileńszczyzny, woj. Nowogródzkiego i okolic Grodna.

Te materiały MSW zawierają m.in. różne dane osobowe Józefa Grygi pseud. „Jędrek”, „Twardy”, „Partyzant” i „Józek”, wykaz jego kilkudziesięciu już ustalonych przez UB i MO „kontaktów i melin” i jego fotografię z 1944 r. – wyciętą przez UB ze zbiorowej fotografii rodziny J. Grygi. Zapisano tam także m.in., że Józef Gryga „rzekomo używał nazwiska RENDAK Jerzy” – nie zapisano jednak, w jakim okresie jego w sumie około 23-letniej konspiracji (licząc od roku 1943).

Obserwator Thurian z Taizé o deformie liturgicznej

Obserwator Thurian z Taize o deformie liturgicznej

Z portalu: Drzewo figowe

Posted on January 11, 2026

“Nowy porządek Mszy, bez względu na jego względne niedoskonałości związane z wpływem kolegialności i powszechności, jest przykładem tej owocnej troski o otwartą jedność, dynamiczną wierność i prawdziwą powszechność: jednym z jego owoców być może będzie to, iż niekatolickie wspólnoty będą mogły sprawować Świętą Wieczerzę przy tych samych modlitwach co Kościół Katolicki. Teologicznie jest to możliwe”

(Le nouvel ordre de la messe va dans un sens profondément oecuménique, La Croix, 30.05.1969)

I jeszcze ekspert Consilium L. Bouyer w swojej wydanej w roku 1968 książce: Eucharystia. Teologia i duchowość modlitwy eucharystycznej:

“Warto tu zauważyć, że w tym samym momencie co reforma liturgii eucharystycznej  podejmowana przez Kościół Katolicki, różne gałęzie Komunii Anglikańskiej, wiele kościołów luterańskich a nawet wiele kościołów protestanckich, które niemal całkowicie utraciły swe starożytne tradycje dokonują rewizji swoich własnych eucharystii. Owa zbieżność z odnową katolicką jest uderzająca… Zważywszy ten fakt, z pewnością uwaga szeregu anglikańskich i protestanckich obserwatorów, że nowe katolickie eucharystie mogą zacząć być używane nawet w wielu kościołach obecnie oddzielonych od Rzymu nie była jedynie powierzchownym entuzjazmem.

Oskar Cullmann zauważył wielokrotnie, że Biblia, której zgłębianie w XVI wieku oddzieliło katolików i protestantów, jest dziś przeciwnie tym co ich najbardziej zbliża. Ten sam powrót do źródła na sposób krytyczny, lecz w wierze, może wkrótce wytworzyć jeszcze bardziej nieoczekiwane zbliżenie w kwestii eucharystii.”

=============================


suplement: 1 czerwca 1972, tj. po wprowadzeniu Novi Ordinis ukazała się instrukcja Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan J. Willebrandsa dotycząca dopuszczania innowierców do komunii eucharystycznej; oto jej fragmenty:

“Wierni zgromadzeni przy ołtarzu składają ofiarę przez ręce kapłana działającego w imieniu Chrystusa i przedstawiają wspólnotę ludu Bożego zjednoczonego w wyznawaniu tej samej wiary. W ten sposób stanowią znak i rodzaj delegacji szerszego zgromadzenia. Sprawowanie Mszy jest samo w sobie wyznaniem wiary, w której cały Kościół uznaje i wyraża samego siebie. Jeśli rozważymy cudowne znaczenie modlitw eucharystycznych oraz bogactwa zawarte w innych częściach Mszy… a jeśli jednocześnie rozważymy, że liturgia słowa i liturgia eucharystyczna tworzą jeden akt kultu, widzimy tu uderzającą ilustrację zasady lex orandi – lex credendi. I tak Msza posiada siłę katechetyczną, którą podkreśliła niedawna odnowa liturgiczna…  Z samej swej natury celebracja Eucharystii oznacza pełnię wyznania wiary i pełnię komunii kościelnej. Zasada ta nie może być przykrywana i musi pozostać naszym przewodnikiem na tym polu.

Zasada ta nie zostanie przyćmiona jeśli dopuszczenie do komunii eucharystycznej zamyka się w poszczególnych przypadkach tych chrześcijan [innowierców], którzy posiadają wiarę w sakrament w zgodności z tą Kościoła, którzy doświadczają poważną duchową potrzebę eucharystycznego pokarmu, którzy przez dłuższy okres nie mogą korzystać z posługi ministra ich własnej wspólnoty i którzy dobrowolnie proszą o sakrament”

Jedno ciało, jeden duch, jedna nadzieja. Tydzień akukumenizmu.

Jedno ciało, jeden duch, jedna nadzieja

January 13, 2026

nondraco/jedno-cialo-jeden-duch-jedna-nadzieja/

– pod tak osobliwym tytułem (fałszywym z perspektywy katolickiejKEP opublikował obszerne, bo liczące prawie 100 stron “materiały” na tydzień akukumenizmu 18-25 stycznia “i cały rok 2026”. Teksty biblijne do materiałów zaczerpnięto, jakżeby inaczej z wymysłu lat ostatnich czyli “Biblii Ekumenicznej”. Jak się wskazuje we wstępie materiały posiadają “imprimatur” tzw. Światowej Rady Kościołów:

“Teksty zostały ostatecznie opracowane i zatwierdzone przez członków Międzynarodowego Komitetu mianowanego przez Komisję Wiary i Ustroju Światowej Rady Kościołów oraz papieską Dykasterię ds. Popierania Jedności Chrześcijan”

oraz zostały przygotowane przez “ekumeniczny zespół redakcyjny”, w którego gronie znaleźli się metodyści, luteranie, “polskokatolicy” i schizmatycy wschodni. Tegoroczna edycja prezentuje w szczególny sposób perspektywę schizmatyckiego ormiańskiego “Kościoła Apostolskiego” toteż czytające je nadwiślańskie owce posoborowe będą miały okazję zapoznać się m.in. z tak pasjonującym tematem jak “sytuacja ekumeniczna w Armenii w ciągu ostatnich 30 lat”.

Z uwagi na powyższe również wspólna “liturgia ekumeniczna” przewiduje m.in. Credo bez katolickiego Filioque, co jest kontynuacją “ekumenicznych” podchodów papy Prevosta z ub. roku. W prezentowanych modlitwach przebija idea fałszywej, bo nie opartej na prawdzie jedności.

Jeśli chodzi o poszczególne dni tygodnia podstarzali już pionierzy oraz komsomolcy ekumenizmu otrzymali na każdy dzień zadania do rozważenia oparte na fikcji – w szczególności wymyślonego przez rewolucjonistów “wspólnego powołania” (tj. że niby powołanie kapłanów katolickich i pastorów protestanckich jest czymś wspólnym) czy nawet “wspólnej wiary”  bądź rozsiania “darów Bożych” po różnych wspólnotach np.

“W jaki sposób refleksja nad „powołaniem, które otrzymaliście”… inspiruje cię do podejmowania działań na rzecz budowania jedności zarówno w lokalnych, jak i szerszych wspólnotach kościelnych?”

“W jaki sposób cnoty pokory, łagodności, cierpliwości i tolerancji… mogą pomóc nam jako wierzącym przezwyciężać podziały w naszych lokalnych wspólnotach?”

“W jaki sposób możemy, jako Kościół lub wspólnota, podjąć wezwanie naszego wspólnego powołania, zachowując jednocześnie naszą wyjątkową tożsamość i tradycje?”

“Jakie inicjatywy możemy podjąć we wspólnotach, aby manifestować wspólną wiarę w Jezusa Chrystusa i jedność ustanowioną przez chrzest?”

“Jak zmienią się nasze relacje, jeśli zaakceptujemy fakt, że różnorodność darów nie jest powodem do sporu i rywalizacji, ale do wzajemnego umacniania się i dzielenia?”

Oczywiście np. w modlitwie wiernych pojawia się i sławny absurdalny rewolucyjny konstrukt “niepełnej jedności” w wierze czy nawet herezja o niepełnej jedności Kościoła (modlitwy różnych wyznań umieszczono w materiałach udostępnianych przez KEP obok siebie jako równorzędne “wzory”):

“Daj naszym Kościołom zmierzając ku pełnej jedności nic nie tracić ze swej różnorodności i niepowtarzalności, a wzbogacać się nią i wzmacniać.” (m. opracowana przez schizmatyków wschodnich)

“Niech nasza różnorodność – tradycji, konfesji i form oddawania Tobie chwały –wzbogaca wspólnotę wiary, w którą zostaliśmy wszczepieni w jednym Ciele Twojego Kościoła” (m. opracowana przez “ewangelików”)

“Módlmy się za wszystkich chrześcijan, aby – zgodnie z wezwaniem apostoła Pawła:„starając się zachować jedność ducha we wzajemnej więzi, jaką jest pokój” – szukali dróg prowadzących do pełnej jedności Kościoła” (m. opracowana przez “polskokatolików”)

“Módlmy się za chrześcijan, aby gorliwie dążyli do ukazania jedności, do której zostali powołani w Ciele Chrystusa.” (m. opracowana przez posoborowie)

“Aby chrześcijanie ukazywali światu jedność w Panu, w darze jednej wiary i jednego chrztu” (m. opracowana przez posoborowie)

Modlitwy opracowane przez posoborowych ekspertów implikują również herezję że -pseudo-ekumeniczne zgromadzenie obejmujące innowierców jest Kościołem:

“Przyjmij, Ojcze, modlitwy zwołanego przez Ciebie Bożego zgromadzenia – Kościoła, który w Duchu Świętym jest Ciałem Chrystusa, i wysłuchaj jego pełnych nadziei próśb, który żyjesz i królujesz na wieki wieków”

“Jako Kościół – Ciało Chrystusa i Świątynia Ducha Świętego – zanieśmy do Boga nasze pełne nadziei prośby. “

oraz fałszywą tezę, że przywódcy wspólnot heretyckich np. protestanckich posiadają “dary Chrystusa” i zdolność “wiernego służenia” w ramach pełnionych funkcji:

“Módlmy się za prowadzących Kościoły, wspólnoty i ruchy kościelne, aby wiernie służyli siostrom i braciom darami otrzymanymi od Chrystusa”