W geście dobrej woli. MEM-y

————————————-

———————————-

——————————————–

———————————————-

————————————————

——————————————-



Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Jak zjeść cudze ciasteczko i nie zagrabić go…

Jak zjeść cudze ciasteczko i nie zagrabić go…

Andrzej Szczęśniak hmyslpolska/jak-zjesc-cudze-ciasteczko-i-nie-zagrabic-go/

Bruksela dokonywała karkołomnych wyczynów, by skonfiskować rosyjskie pieniądze, finansować nimi wojnę z Rosją, i stwarzać pozory, że ich nie zabrała. Próby zakończyły się klęską, Komisja przegrała z powodu oporu jednego polityka.

Kiedyś przewrotnie pytaliśmy „jak zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko?”, by wskazać na niemożliwość pogodzenia takich sytuacji. Przy unijnej „grabieży stulecia” (myslpolska./szczesniak-najwieksza-grabiez-w-historii/) można się zapytać, „jak zjeść cudze ciasteczko i udawać, że się go nie ukradło”? Wszak nie można skonfiskować rosyjskich pieniędzy tak wprost… jakoś tak… nie comme il fault. W końcu jesteśmy państwem prawa… Przecież tak wielcy posiadacze nadwyżek eksportowych, jak Chiny czy kraje arabskie, już nie mówiąc o prywatnym kapitale, mogliby uznać Europę i jej walutę za niezbyt bezpieczną przystań dla swoich pieniędzy. I co wtedy? Przecież już teraz gwałtownie zwiększyli zakupy złota. Dlatego tak wprost…. no nie...

A że zza oceanu ciągle napierają, by zagrabić państwowe aktywa Rosji i sfinansować nimi obronę Ukrainy (oczywiście kupując amerykańskie uzbrojenie), więc Komisja Europejska pracowała nad sztuczką prawną, by jednocześnie i zabrać to ciasteczko, użyć go jako gwarancji pod kredyt, i stwarzać jednocześnie wrażenie, że się go nie ukradło… Ale 18 grudnia przegrała.

Dlaczego? Brukseli nie udało się złamać oporu polityka (Szczęśniak: Kto nas wkręcił w grabież wszech czasów?), który stanął w poprzek jej planów. To premier Bart de Wever, flamandzki nacjonalista, z partii opowiadającej się za pokojową secesją Flandrii, który twardo grał w obronie interesów Belgii. Mówił wprost, że taka manipulacja rosyjskimi aktywami jest równoznaczna z ich konfiskatą. Był za to obiektem presji, szantażu i gróźb, był naciskany przez najważniejszych polityków Unii, atakowany na wiele sposobów, także oskarżany przez media że jest „ruskim agentem”.  Odpowiadał: „odebrać Belgii pieniądze Putina i zostawić jej ryzyka? Nie ma mowy, zapomnijcie!” Wytrzymał te „tortury”, jak je określał Viktor Orbán, nazywający go publicznie „bohaterem”.

De Wever nie robił tego oczywiście z sympatii dla Rosji czy jakichś pacyfistycznych nastawień, nie kierowały nim też żadne „obawy o utratę wiarygodności” czy „globalną pewność prawną”. To zaklęcia dla ubogich duchem, a flamandzki polityk wiedział, że „polityka to nie gra dla mięczaków, tu się gra twardo, a jak na szali są duże interesy, to może być ostro”. Realnie Belgia i europejskie instytucje finansowe obawiały się bowiem reperkusji, gdyż ofiarą pomysłów Unii byłaby właśnie Belgia. To małe, przedziwne i sztucznie stworzone już prawie dwa wieki temu państwo, którego połowa obywateli mówi po francusku, druga zaś – po flamandzku. Choć to bardzo bogaty kraj, jednak ponad 180 miliardów euro rosyjskich aktywów to jedna czwarta jego gospodarki.

Zagrożenie nie pochodziłoby tylko ze strony Rosji, która do retorsji dobrze się przygotowała, ale też państw, w których zachodnie korporacje inwestują swoje pieniądze. Jeśli uznałyby one słuszność roszczeń rosyjskich (a Afryka Południowa uznała sądownie roszczenia Rosji wobec Google’a i aresztowała jego aktywa), to może to źle się skończyć dla europejskich koncernów. A te, straciwszy pieniądze w Rosji przyjdą do Belgii po rekompensatę. Belgia utonęłaby w morzu roszczeń i to, co nazywa się eufemistycznie „zaufaniem rynków finansowych” wobec Belgii i jej znoszącej złote jajka instytucji, znalazło by się w rynsztoku. Pierwsze ostrzeżenia już zabrzmiały: amerykańska agencja ratingowa Fitch uprzedziła Euroclear, że może obniżyć jego rating. Z powodu „ryzyk prawnych„, jak to się określa w ezopowym języku świata finansów. Europejski Bank Centralny też alarmował, żeby nie łamać prawa międzynarodowego, to zawsze bowiem wraca bumerangiem. Jak Kosowo wróciło w postaci Krymu.

Bart de Wever żądał wiążących, nieograniczonych gwarancji na piśmie, że jak ruskie przyjdą po swoje pieniądze (a jak już Bismarck mówił, zawsze przychodzą…), to wtedy Unia, a nie mała Belgia, będzie płacić za te szaleństwa. Oczywiście nikt nie chciał podpisać takich zobowiązań.

Więc sztuczka z ciastkiem się nie udała, ale wojnę na Ukrainie trzeba było podtrzymać. Dlatego perspektywy finansowe dla Brukseli są coraz ciemniejsze. O tym już wkrótce…

Andrzej Szczęśniak

Czy ludzie boją się fajerwerków? Pokolenie niestabilności.

Czy ludzie boją się fajerwerków?

konserwatyzm.pl/rekas-czy-ludzie-boja-sie-fajerwerkow/

Trudno oczekiwać, by pokolenie, które nie panuje nad własnymi emocjami – wyszkoliło psy, żeby nie bały się fajerwerków…

Pokolenie niestabilności

Dekady indoktrynacji „Kontrolowanie emocji jest złe! Masz prawo wyrazić, ba, wykrzyczeć siebie! Płacz, krzycz, to ty jesteś światem, przeżywaj emocje, mów o nich, opisuj, rób im zdjęcia, filmuj i upubliczniaj!” stworzyło kolejne pokolenie niemal całkowicie już niezdolne do funkcjonowania w społeczeństwie, edukacji i pracy. Dawnym psychologom wydawało się, że to podświadomość i przeżyte traumy odpowiadają za problemy psychiczne i nerwowe, nadekspresja miała więc stać się uniwersalnym panaceum, tymczasem okazała się tylko dodatkowym katalizatorem. Nadwrażliwość, histeria, nerwice, zaburzenia tożsamości są dziś na pożytku dziennym, zaś typową odpowiedzią psychologii stała się… farmakologia. Niestabilność nieopanowana w porę w dzieciństwie, okresie rozwoju emocjonalnego, utrudnia dzisiejszym nastolatkom efektywną edukację i przystosowanie do życia zawodowego, podobnie jak dwudziesto- i trzydziestolatkom uniemożliwia założeń rodzin, spłodzenie i wychowanie dzieci – a nawet wychowanie zwierząt domowych.

Si bon, si bon…

Mamy więc do czynienia z nadpobudliwymi i niestabilnymi psami, zaprojektowanymi akurat do naszych niestabilnych i nadpobudliwych czasów. Nieprzypadkowo widać renesans hasła „ADHD” odnosi się zarówno do histeryzujących ludzi, jak i psów omdlewających od huku. Zresztą, nieprzypadkowo popularne są dziś zupełnie inne rasy psów niż 20 czy 30 lat temu. Wiele z nich stworzono całkiem niedawno, wyraźnie nie promując wzorca stabilności emocjonalnej. Jak świat światem jedne psy bały się wystrzałów, a o pozostałe biły się między sobą policja, straż graniczna i myśliwi. Z jamnikami, uchodzącymi dziś za wzorzec salonowości jeszcze mój dziadek chodził na borsuki, bo jako jedyne nie bały się wejść do rozgałęzionej nory i jeśli trzeba wygryźć z niej futrzaka. Do dziś wiele psów boi się odkurzaczy, ale postulat zakazania odkurzania chyba się jeszcze nie pojawił? Kiedy zaś jakiś pies nie poddawał się domowemu szkoleniu – to się z nim szło na tresurę, która dziś również jest passe, jako za bardzo kojarząca się z cyrkiem (jak wiadomo nic tak nie unieszczęśliwia psa jak rzucenie mu patyka…). W ogóle chyba mało kto salonowe psy szkoli, bo nie wydaje się to potrzebne, w przeciwieństwie np. do wizyt u psich psychologów.

Zakazy jako najwyższa forma wyzwolenia

To zresztą kolejny znak czasów. Mieszkając w mieście, wśród ludzi, z których część odpala fajerwerki i gdzie odbywają się ich pokazy – można:

1. Kupić psa, który boi się fajerwerków i żądać, by wszystkim zabroniono ich używania.
2. Kupić psa, który nie boi się fajerwerków lub starać w wyniku szkolenia przeciwdziałać ewentualnym nerwowym zachowaniom.
3. Przeprowadzić w miejsce, gdzie nie używa się fajerwerków, nie strzela, a samochody nie mają rur wydechowych mogących wydać stresujący dźwięk.

Jak Państwo myślicie, która bramka jest ostatnio szczególnie popularna? To coś jak przeprowadzanie się na wieś z żądaniem zakazaniu kombajnów i perfumowania obór…

Pokolenie rzekomo przesuwające granice wolności poza zakres dotychczasowych wyobrażeń – jednocześnie niezwykle skwapliwie nie tylko poddaje się wszelkim ograniczeniom i zakazom, ale wręcz się ich domaga i zawzięcie wspiera, np. wynoszonym do rangi cnoty delatorstwem.

Bo problemem współczesności nie są w istocie ani psy, ani fajerwerki, ale system, który indoktrynacją, zastępującą wychowanie, edukację i socjalizację – zmienia ludzi w kłębki emocji, przytulające równie skrzywdzone zwierzęta. To ludzie boją się fajerwerków, nie psy, bo nauczono ich strachu przed normalnym światem. Światem, który jednak wciąż jeszcze możemy przywrócić.

Konrad Rękas
Aniemowilem.pl

Na Ukrainie świętowano urodziny Bandery

Na Ukrainie świętowano urodziny Bandery

Łukasz Jastrzębski myslpolska/na-ukrainie-swietowano-urodziny-bandery/

W licznych miastach Ukrainy odbyły się obchody 117 rocznicy urodzin Stepana Bandery. Marsze z pochodniami, szowinistyczne okrzyki, kwiaty pod licznymi pomnikami i tablicami poświęconymi współtwórcy OUN-B. Nie wzbudziło to powszechnego sprzeciwu w Polsce. Politycy, dziennikarze, duchowni udają, że spacerują w letnim deszczyku, gdy neobanderowcy oddają na nich ochoczo mocz.

Kilka dni temu dziennikarka, która w przeszłości relacjonowała wydarzenia na Euromajdanie Arleta Bojke, w słusznie nazwanym Kanale Zero przekonywała widzów, że banderyzm nie ma antypolskiego oblicza. Jest to nieakceptowalna i zupełnie fałszywa teza. To nie jest wyskok jakiejś dziennikarki. To etap wieloletniego systematycznego wybielania banderyzmu ze względu na jego antyrosyjski charakter. Działania te w świecie euroatlantyckim trwały praktycznie od końca II wojny światowej. W Polsce ze względów geopolitycznych rewizja historii Ukrainy rozpoczęła się później, a za jej ojców można śmiał uznać Jacka Kuronia, Bohdana Osadczuka ps. „Berlińczyk” i owianego fałszywą legendą niezłomnego niepodległościowca Jana Olszewskiego. Warto w tym momencie przywołać jedną z kuriozalnych wypowiedzi tego prominentnego członka loży „Kopernik” i współpracownika Komitetu Obrony Robotników (KOR). W wywiadzie dla ,,Super Expressu” Olszewski powiedział : ,,Niewątpliwie jest dla Polaków postacią mało sympatyczną, jego wypowiedzi na temat Polski były bardzo nieprzychylne. Ale chciałbym bardzo mocno podkreślić (…) ten człowiek nie miał ze zbrodnią wołyńską nic wspólnego (…) Myślę nawet, być może wiele osób się tu obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło”. Olszewski przypomniał, że eksterminację Polaków przeprowadzano, gdy Stepan Bandera był w niemieckim „więzieniu”. To jakby twierdzić, że za zbrodnie Niemców w 1945 roku nie odpowiada przywódca III Rzeszy, bo w tamtym czasie przebywał w berlińskim bunkrze.

Kompradorskie elity III RP, których symbolem stała się zero-kanałowa dziennikarka doskonale wiedzą, że banderyzm pozostaje banderyzmem. I ze względu na wojnę nie stał się liberalno-demokratyczny, chadecki czy socjaldemokratyczny. Nie zmieniło się jego oblicze, zmieniły się okoliczności jak to powiedział Hermann Brunner do Hansa Klossa w jednym z odcinków „Stawki większej, niż życie”. Dzisiejsza Ukraina korzysta z usłużności i bezrefleksyjności rządzących Polską, wiec antypolskie i rewizjonistyczne zapatrywania w jakimś stopniu zostały taktycznie stłumione. Banderyzm jest antypolski w swojej definicji, w takim samym stopniu jak hitleryzm jest antyżydowski. To jest kwintesencja tej wykoślawionej szowinistycznej ideologii.

Kijów nie chciał i nie chce się zgodzić na powszechne i niezależne ekshumacje wymordowanych przez Ukraińców Polaków. I nie tylko Polaków. Na Ukrainie stoją liczne pomniki Stepana Bandery i mniej liczne, ale obecne Romana Osypowycza Szuchewycza. Na dzisiejszej Ukrainie powszechne są ulice, place i skwery noszące nazwy nazistowskich i kolaboranckich formacji politycznych i wojskowych. Odbudowywane jest muzeum naczelnego dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii we Lwowie. Banderyzmu broni między innymi były szef ukraińskiego IPN-u Wołodymyr Wiatrowycz jak i lwowski arcybiskup ukraińskiego „kościoła greckokatolickiego” Ihor Woźniak. W przedszkolach i szkołach urządza się apele ku czci UPA. Na całej zachodniej Ukrainie powiewają czerwono-czarne flagi. Banderyzm jest na Ukrainie częścią państwowej polityki historycznej. Polską racją stanu jest stanowisko anty-banderowskie, które zresztą jest również w interesie tej części Ukraińców, którym obcy jest zbrukany krwią integralny nacjonalizm (moim zdaniem szowinizm) ukraiński.

Znaczna część medialnych komentatorów twierdzi, że dzisiaj nie możemy mówić o antypolskim obliczu banderyzmu, ze względów politycznych. Ze względu na wojnę rosyjsko-ukraińską. Taka taktyka Machiavellich parteru. Co się niby stanie, jak zaczniemy o tym mówić na forum międzynarodowym? Jakie to nieszczęścia Polskę spotkają? Przywódca dzisiejszej Ukrainy Wołodymyr Zełenski się na nas obrazi i odda Order Orła Białego? Ukraińcy masowo przestaną pobierać 800+ i gibko z Polski wyjadą? Spakują nam nasz sprzęt wojskowy na Ukrainie i nam go chyżo odeślą? Przestaną użytkować nasz port lotniczy w Rzeszowie-Jasionce? Zablokują konta i przestaną przyjmować płynące pieniądze z kieszeni polskiego podatnika? Wypną się na naszą służbę zdrowia i wrócą się leczyć do Kijowa? Nie będą z satysfakcją sprzedawać swoich produktów rolnych w Polsce? Zabiorą tablice pamiątkowe upamiętniające UPA z naszego kraju i postawią je sobie w Kijowie? Arcybiskup greckokatolicki Ihor Woźniak rzuci na nas klątwę? A może się oflagują się czerwono-czarnymi flagami i odśpiewają gremialnie „Bat’ko nasz Bandera, Ukrajina maty”? Przestańcie bredzić. Można tutaj śmiało zacytować przywódcę USA, który powiedział: „Ukraina nie ma żadnych kart przetargowych”.

Cynicy z kolei mówią, że to taktyka polityczna. Udajemy, że nie widzimy banderyzmu, bo jest to dla nas opłacalne. W jakim niby wymiarze opłacalne jest tolerowanie ideologii skrajnie antypolskiej? Co my jako naród niby zyskujemy wspierając skorumpowane i skompromitowane nawet w oczach licznych Ukraińców ośrodki probanderowskie? Argument, że Ukraina jest tamą chroniącą nas przed rosyjską agresją jest zupełnie fałszywy. I nie jest to opinia rosyjska, węgierska czy białoruska ale amerykańska. Dyrektor Wywiadu Narodowego USA Tulsi Gabbard oświadczyła, że Rosja nie jest w stanie podbić i okupować całej Ukrainy, a tym bardziej napaść na resztę Europy. Tych, którzy powielają takie tezy, nazwała „podżegaczami wojennymi”. Chyba szefowej sojuszniczego wywiadu największego państwa NATO można wierzyć? Narracja, że Rosjanie przybędą nad Wisłę i pozjadają żywcem dzieci i starców słabiej już działa. Nastroje systematycznie się zmieniają, a wraz z tym coraz trudniej snuć opowieści o trollach, orkach i neo-enkawdzistach. Sprzeciw wobec banderyzmu przestał być powszechnie uważany za równoznaczny z poparciem dla wojny na Ukrainie. To przestało działać, w momencie gdy społeczeństwo zobaczyło prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa rozmawiającego jak równy z równym z prezydentem Federacji Rosyjskiej Władimirem Putinem. Wielu zrozumiało wtedy, że prawidłową drogą rozwiązywania problemów cywilizowanego świata jest dyplomacja, a nie wojna. jest to istotne zwłaszcza dla państw tak położonych jak Polska czyli w strefie ewentualnego zgniotu mocarstw.

To nie stosunek do jakiegokolwiek prezydenta, w tym Rosji powinien być odnośnikiem w polskiej polityce. Naszym odniesieniem do wszelkich działań politycznych powinna być Polska, a nie żaden przywódca, obce państwo, pielęgnowana fobia czy ponadnarodowa koncepcja globalnych odklejeńców. Odniesieniem powinien być nasz interes narodowy czyli bezpieczeństwo, dostatek i pomyślność narodu polskiego. Pamiętając o przeszłości, obserwując teraźniejszość, trzeba przede wszystkim patrzeć na przyszłość naszego narodu i państwa. Rządzący powinni myśleć jak ułożyć korzystnie dla nas stosunki z sąsiadami po zakończeniu tej wojny. W tym z największym obszarowo państwem naszego globu. Poważne państwa – USA, Indie, Chiny, Izrael czy nawet Węgry – to już wiedzą. U nas dalej pielęgnacja insurekcyjnej masturbacji i zramolałych idei.

Wielu jest u Polsce szaleńców, którzy chętnie by wpędzili nasz kraj w wojnę u boku Ukraińców. Nawet w momencie, gdy praktycznie cały świat zna jej wynik. Mamy nad Wisłą stronników wojny w mundurach, ale również garniturach. Ludzi, którzy swoją prowojenną narrację wykuwają w kuźniach propagandy niczym stachanowski kowal. Wyprodukowali oni mentalną rzeszę romantyków, często nawet uczciwych patriotów, ale kierujących się sercem, a nie rozumem. Ludzie ci wykalkulowane w ośrodkach kierowniczych ludzkości brednie biorą za dobrą monetę. Święcie wierzą, że Ukraińcy walczą za demokrację, tolerancję czy nawet za Polskę. Dlatego musimy pamiętać, że źle pojmowany patriotyzm jest dla nas jako wspólnoty narodowej bardzo szkodliwy. Mesjanizm, insurekcyjność, romantyczne bzdury są szkodliwe i te idee należy wypleniać. Tej grupy ludzi nie da się naprostować, ale należy ich politycznie izolować.

Ma rację b. premier i lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Leszek Miller mówiąc, że Ukraińcy nie walczą za Polskę. Z prostej przyczyny – oni walczą o Ukrainę. Naszym endeckim obowiązkiem jest gasić rozgrzane głowy, wychowane na insurekcyjności i wyklęciźmie. Musimy być racjonalni i ukazywać realną ocenę sytuacji nawet jeśli nas samych to już męczy. Musimy do znudzenia mówić o skutkach, które mogą dotknąć każdą polską rodzinę. To ciężka, skrajnie nieopłacalna i mało efektowna praca, ale taki jest nasz polski obowiązek. Musimy to robić konsekwentnie, inaczej po raz kolejny w przyszłości będziemy słuchać na akademiach deklamowanych patetycznych wierszy i słuchać ckliwych piosenek o poległych „za wolność naszą i waszą”. Nasz sąsiad będzie w tym czasie świętował kolejną rocznicę urodzin Stepana Bandery.

Łukasz Jastrzębski 

Laksacja legislacyjna

Izabela Brodacka

Nasi rządzący jakby się uparli. W sytuacji kryzysu spowodowanego wojną na Ukrainie i groźbą przerodzenia się tej wojny w konflikt światowy kolejna ekipa zajmuje się ustawami i zarządzeniami mającymi rzekomo poprawić „dobrostan zwierząt”. Obecnie dyskutowana jest tak zwana ustawa kojcowa. Chodzi o to żeby każdy pies miał na podwórku kojec o powierzchni co najmniej 20 metrów kwadratowych wybetonowany i zadaszony. Przyjmijmy, że te pobożne życzenia są nawet słuszne. Czy ktoś zastanowił się jaki los czeka starego podwórkowego wiejskiego psa, którego niezamożny właściciel byłby zmuszony zainwestować pieniądze przeznaczone na życie rodziny w psi kojec? W najlepszym przypadku pies dostanie siekierą w łeb albo zostanie wywieziony do lasu i przywiązany do drzewa gdzie będzie długo zdychał z głodu i pragnienia. To działa podobnie jak zakaz używania koni do przewozu turystów w Tatrach. Wszystkie uwolnione -dla ich własnego dobra – od pracy, konie powędrowały oczywiście do rzeźni.

Wprawdzie aktywiści ochrony zwierząt będą mogli w majestacie prawa odebrać właścicielowi takiego psa i umieścić w schronisku, jednak czy ktokolwiek jest tak naiwny żeby wierzyć, że w schronisku każdy pies ma do dyspozycji 20 metrów kwadratowych powierzchni? W kojcu o takiej powierzchni umieszcza się po kilkanaście psów które gryzą się, załatwiają pod siebie, a nikt nie jest w stanie sprawdzić, który z nich zjadł wrzucony do klatki pokarm. Nie oczekuję od dyskutujących na ten rzekomo gorący temat polityków i dziennikarzy sprawdzenia stanu schronisk. Do specyfiki naszej polityki oraz naszego dziennikarstwa należy wypowiadanie się na różne tematy bez sprawdzenia faktów, nawet tych łatwo dostępnych.

Prawdziwym problemem są natomiast schroniska prywatne. Za odłowionego psa właściciel takiego biznesu otrzymuje określoną kwotę i nikt nie wie co się potem z tym zwierzęciem dzieje. W pobliżu niektórych schronisk prowadzonych przez krewnych i znajomych królika powstały wręcz cmentarzyska pełne zwierzęcych kości. Aktywiści ochrony zwierząt wolą nie zadzierać z właścicielami takich mordowni i ograniczają swoją aktywność do nękania osób prywatnych, które chcą wziąć jakiegoś zwierzaka ze schroniska. Zmusza się ich do podpisywania bezsensownych kontraktów, do przeróbek technicznych w wyposażeniu mieszkania czy ogrodu, każe wpuszczać do domu domorosłych kontrolerów i stosować się do ich fantazji. Trzeba zrozumieć, że nie da się wszystkiego zadekretować i uregulować prawnie. Laksacja legislacyjna daje łatwy pretekst do nękania osób zupełnie niewinnych natomiast na ogół pogarsza sytuację tych, których konkretny przepis miałby bronić. Poza tym przymus zapewnienia każdemu psu dwudziestometrowego pomieszczenia w kraju, w którym w dwudziestometrowej kawalerce często mieszka cała rodzina, gdzie rzadko które dziecko ma własny pokój a wiele rodzin nie posiada w ogóle mieszkania i nie ma żadnych szans na jego zdobycie jest nie tylko idiotyzmem lecz wręcz nieprzyzwoitością.

Uzasadnione jest podejrzenie, że rządzący kolejny raz podsuwają nam tematy zastępcze do rozmów przy świątecznym stole. Dla rządzących wygodne jest skierowanie zniecierpliwienia ludzi na problem psich klatek i łańcuchów i odwrócenia w ten sposób ich uwagi choćby od dramatycznej sytuacji w służbie zdrowia.

Podobnie można interpretować skandal jaki wybuchł wobec niestosownego stroju Tuska podczas wizyty w Angoli. To typowe shitstorms. Wolę ten termin korespondujący z tytułem tłumaczyć jako „burze w szklance wody”. Nawet gdyby Tusk wystąpił w Angoli w spódniczce z liści palmowych i w boa ze strusich piór nie powinno to przebić w opinii publicznej informacji na temat tego co się dzieje za jego rządów w Polsce–na temat likwidowania szpitali, zagrożenia polskiej waluty i polskich rezerw w złocie, czy obecności w kraju tysięcy osób o praktycznie nieustalonej tożsamości i nieustalonej proweniencji. A jednak jak się okazuje ośmieszanie kogoś czy korzystanie z tego, że się sam ośmiesza okazuje się lepszym sposobem walki politycznej niż ukazywanie realiów życia społecznego i gospodarczego kraju. Zauważmy, że układ okrągłego stołu pozostawił po sobie pewne ustalenia traktowane wręcz jak dogmaty wiary. Każdy czynny polityk, niezależnie od strony politycznej odżegnuje się od najmniejszego nawet podejrzenia, że jest zwolennikiem opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej. Podobnie było za czasów realnego socjalizmu gdy takim dogmatem była przyjaźń z ZSRR. Tymczasem nawet najgłupszy z Europejczyków powinien już zrozumieć, że UE jest przeżartym gangreną korupcji i nepotyzmu, gnijącym tworem, prowadzącym Europę na skraj przepaści. O ile przynależność do UE jest w naszym kraju dogmatem to istnieje również cały katechizm drobniejszych nienaruszalnych prawd wiary, którym nie ośmieli się zaprzeczać nikt z czynnych polityków ani – co gorsza- naukowców, aby nie narazić się na wykluczenie czyli ekskomunikę. Taką prawdą jest choćby mit globalnego ocieplenia, mit konieczności redukowania emisji CO2, mit zielonego ładu. Szeroką ławą wkraczają również do naszej rzeczywistości zachowania z repertuaru „dobrego tonu”. Tyle, że ten ton bynajmniej nie jest dobry i to tylko śmiesznostki narzucane przez rozpanoszone lewactwo. Dlaczego mam mówić o jakiejś działaczce politycznej „polityczka” jeżeli w polskiej tradycji językowej przyjęte jest określenie „polityk” . Ona tak chce, a ja nie chcę. Czy jeżeli zażądam żeby mówić do mnie „wasza ekscelencjo” to dozorca czy listonosz będzie musiał się temu podporządkować? Dlaczego mam nie używać określenia mama i tata. Czy to są słowa obraźliwe? Ustawodawca życzy sobie żeby używać idiotycznego „rodzic 1” oraz „rodzic 2” a ja sobie tego nie życzę.

KE analizuje pomysł obowiązkowej elektryfikacji flot firmowych od 2030 r. A jeżeli ja w swojej firmie chcę jeździć bryczką? To najlepszy dowód na jakie dno stacza się Unia Europejska. Laksacja legislacyjna jest sposobem totalitarnego dekretowania każdego aspektu naszego życia. Nie ma na to i nie będzie zgody.

Nasza wojna?

Nasza wojna?

ślimak

Jerzy Karwelis 3 stycznia, wpis nr 1389

Czasy o wysokim nasyceniu narracyjnym produkują zbitki słowne, które najpierw swym dziwactwem zwracają na siebie uwagę w potocznej komunikacji, potem stają się neutralne na tyle, że nie słyszymy tego zgrzytu, by potem wedrzeć się do powszechnego języka i zaśmiecać go do upadłego. Pisałem już kiedyś o używaniu określenia „na Ukrainie” i „w Ukrainie”. To nowe dziwactwo językowe w postaci wyrażenia „w Ukrainie” stało się już tak powszechne, że obecnie stanowi już przyimkowe rozróżnienie grup ludzi – ci od „w Ukrainie”, to na bank zwolennicy bezwarunkowego wsparcia Kijowa, podczas, gdy cała reszta, ta od „na Ukrainie” to albo puryści językowi, albo realiści w stosunku do zmagań Ukrainy z Rosją i naszego udziału w tym procederze. Po prostu jest to znacznik, hasło, po którym od razu rozpoznajesz z kim masz do czynienia.

Przypomnieć należy, że cała afera zaczęła się od godnościowego uczczenia wysiłku militarnego Ukrainy, przyznania mu godności niezależnego państwa, na co miał wskazywać, tak jak w innych przypadkach przyimek „w”, w USA, w Niemczech, a więc mówienie „na Ukrainie” jakoby „umniejszało” Ukraińcom, zwłaszcza doświadczanych wojną. A więc pozamieniano, że będziemy jednak mówili „w Ukrainie”, ale „na Węgrzech”, czy Słowacji to zostało po staremu. A co to oni jacyś gorsi? Tak to jest jak bieżączka wciska się w język za pomocą wmuszania medialnego. Czyli jak Rosjanie napadną na Węgry, to będziemy jeździli „do Węgier”? A jak się skończy wojna na Ukrainie, to język wróci na swoje miejsce? Tak to wygląda proces zaśmiecania języka z powodów narracyjnych, czy wręcz politycznych.

Pojęcie

Teraz króluje, i to właściwie od początku wojny Rosji z Ukrainą, pojęcie pt. „to nasza wojna”. Odmieniane przez przypadki, w każdej argumentacji, szczególnie zwolenników bezkrytycznego zaangażowania w ten konflikt Polski, jest używane codziennie i przy każdej okazji. Spróbujmy się zmierzyć z tym co to naprawdę znaczy, przez kogo jest to to używane, wobec jakich kontrargumentów i czy jest to zbitka słowno-logiczna prawdziwa.

U podstaw tej mody leży dość ugruntowane przekonanie, które właśnie ma uzasadniać nasze kompletne roztopienie się państwa polskiego w tym konflikcie, przyjmowanie bezkrytycznie już nawet nie żądań, ale wręcz gróźb ukraińskich dotyczących sprostania ich potrzebom. Na czym polega ten impas, którym za każdym razem szachuje się każdy głos krytyki co do zachowania się Polski jako państwa w tej sprawie? Jest to założenie, że Ukraińcy walczą tam poniekąd „za nas”. Jest to propaganda o źródłach zdecydowanie ukraińskich, która szybciutko została przejęta, i to głównie u nas, bo ze świecą szukać propagatorów takiej argumentacji gdzieś na Zachodzie. „Nasza wojna” nie mówią o tym konflikcie ani Węgrzy, ani Rumuni, co dopiero kraje „starego Zachodu”, czy Turcja. To my się tu wyrywamy w ramach tej „naszości”. Jak to wygląda? Ano argumentacja jest taka: (podaję od razu z kontrargumentami)

  1. Ukraińcy walcząc oddzielają nas od stania rosyjskich wojsk nad polską granicą, co byłoby dla nas fatalnym przypadkiem. Ale – my, łącznie ze stacjonującymi na Białorusi wojskami rosyjskimi mamy z nimi i bez Ukrainy granicę długości 650 km. Wiem, wiem, walczymy o to, by nie wydłużyłaby się ona o następne 535 km, i to dlatego tak niby strasznie się w ten konflikt angażujemy. Z tym, że przedłużający się konflikt obecnie toczy się we wschodnich regionach Ukrainy, nie ma ze strony Rosji żadnych roszczeń terytorialnych co do ukraińskich regionów zachodnich graniczących z Polską. Za to brnięcie w ten konflikt grozi upadkiem nie kilku regionów Ukrainy, ale całego państwa i dopiero wtedy będziemy mieli kłopot na granicy.
  2. Drugi argument jest już niby bardziej cyniczny – oto pierwszy raz w historii to nie naszymi rękoma i nie polską krwią Rosja jest ścierana w swej potędze. Mamy więc z tego mieć korzyść geopolityczną, bo to ma osłabiać agresywne zapędy rosyjskiej mocarstwowości. Ale ten rodzaj argumentów ma jedną słabą stronę: w tym konflikcie wszystkie strony się ścierają i co będzie z naszym bezpieczeństwem jak Ukraina się „zetrze” pierwsza? Jaki będzie wynik dla nas takiego biegu wypadków? Widać to już teraz – nasze dozbrajanie Ukrainy przyniosło fatalne skutki, wcale nie przeważyło szali działań wojennych – no chyba trochę na początku, ale ten początek zamiast prowadzić do pokoju rozzuchwalił tylko wojenne podżegactwo Zachodu, Polski i Ukrainy do kontynuowania tej wojny, która właśnie przebiega coraz mniej korzystnie. W efekcie zaraz nastąpi jakaś forma zawieszenia broni, na warunkach o wiele gorszych niż te odrzucone prawie 3,5 roku temu, a my zostaniemy się rozbrojeni, bo posłaliśmy zbyt wiele na Ukrainę. Pokój zastanie nas nieprzygotowanych do wojny, w wykroku pomiędzy utratą sprzętu a brakiem nowego. Rosja wcale się za bardzo nie starła, sankcje nie działają, są omijane nawet przez Unię. Kreml stać na wojnę na zasoby, zwłaszcza co do siły żywej, która nie tylko się powoli Ukrainie kończy, ale nawet Kijów zezwala potencjalnym swoim poborowym na wyjazd na Zachód. Z ostatniej decyzji by wypuszczać Ukraińców w wieku 18-22 lat skorzystało ponad 100.000 młodzieńców. Tak więc w sprzęcie Zachód już ledwo dyszy, w ludziach to samo, zaś Rosja przestawiła się na gospodarkę wojenną, zaś rekruta jej nie brak na tyle, że nie zdecydowała się jeszcze na pobór powszechny.
  3. Trzeci argument za „naszością” tej wojny jest taki, że Rosja chce zaatakować i Polskę, zaś Ukraina stanęła mu tylko na drodze. Ergo – jak Putin wygra na Ukrainie, to zaraz weźmie się za nas. To więc jak najbardziej nasza wojna, trzeba pomagać jak sobie, bo po nich – my. A skąd taka pewność? Bardziej chyba z własnej propagandy, by uzasadnić strachem swoje, w tym unijne i polskie, nieudolności. Rosja ugrzęzła na Ukrainie, nie ma zbyt wielu sukcesów militarnych, ale i nie zaangażowała się pełnoskalowo. Rosja ma za to sukcesy polityczne – Unia się rozsypała, zadłużyła, pokłóciła politycznie, wzmogła cenzurę i autorytarny dyktat. USA szukają na Kremlu partnerstwa, mogą zrobić zaraz „Jankee go home” z Europy, NATO się zatrzęsło, zaś Chiny życzliwie zaglądają w oczy Kremlowi czy przypadkiem nie pójdzie na romans Waszyngtonem.
  4. W wojnie na zasoby Rosja wygrywa, a więc może się nawet i nie przemieszczać terytorialnie, bo całe tyły jej przeciwnika się systemowo trzęsą. Ukraina staje się państwem osłabiającym cały europejski Zachód, wymaga ciągłej kroplówki, co osłabia finansowo kraje „chętne”. I po co, i jak, miałaby taka Rosja zaatakować nas tu? Jak wystarczy wpuścić (wedle oficjalnych wersji) kilka styropianowych dronów czy tuzin balonów przemytniczych i zaraz zbiera się rząd, nawet w Święta, zaś najnowsze myśliwce n-tej generacji podrywają się z lotnisk, by postrzelać rakietami za ciężkie tysiące dolarów w drony wartości zużytej Toyoty z komisu samochodowego. Po co Rosji miałby być potrzebny konflikt z jeszcze żyjącym – a w ramach konfliktu do odrodzenia – NATO, skoro za chwilę przy negocjacji pokoju mogą przy zielonym stoliku dostać wiele – miejmy nadzieję, że oprócz ziemi – z Europy Środkowej? Ten automatyzm, że po Ukrainie przyjdzie na nas kolej zakłada, że nasza przynależność do NATO nie ma jednak żadnego znaczenia, bo miałaby nie odstraszać Putina.

Naszość wojny

W końcu – jeśli przyjąć dyżurny argument-killer, że to „nasza wojna”, to trzeba sobie powiedzieć w takim razie, że tę „naszą” wojnę przegrywamy. Wojna więc to była dziwna, bo taka nasza-nie nasza. Dawaliśmy tam wszystko, oprócz siły żywej (mam nadzieję), ale nie mieliśmy żadnego wpływu nie tylko na to na jakich warunkach zwrotnych tej pomocy udzielamy (podpowiadam – na żadnych), ale nawet na co to pójdzie. Czy mieliśmy jakiś wpływ na decyzje czy to militarne czy polityczne w tej „naszej” wojnie? Żadnych. Byliśmy tylko dawcą w ciemno. Na taką rolę zgodziliśmy się od początku. Czyli wpływów żadnych – same koszty. A więc charytatywny darczyńca.

Gdyby to była nasza wojna to siedzielibyśmy przy jakichś stołach narad, a nie jechali w osobnych wagonach, bo starsi i mądrzejsi naradzają się sami. Obawiam się, że również w sprawach takich jak „co zrobić z Polakami w ‘ich’ wojnie”. Gdyby to była „nasza wojna” nie dalibyśmy się sprowadzić do roli wyłącznie dostawcy, bez decyzji na co idą nasze zasoby, co z tego będziemy mieli oraz kiedy ta nasza usługa ma się skończyć. Zaraz bowiem poziom „naszości” tej wojny może się podwyższyć w ten sposób, że do zasobów sprzętowo-materiałowych dodamy również nasz zasób ostatni – ludzki. Na razie europejski Zachód, a właściwie Grupa E3 (Niemcy, Francja i Wielka Brytania) tego od nas nie żąda, ale sam prowadzi ostrą walkę o obecność europejskich wojsk rozjemczych w jakiejś wyimaginowanej strefie buforowej, którą swoimi siłami może obsadzić w góra 10% potrzeb. Do kogo się więc zwróci o zasoby ludzkie? Pewnie do nas, ale na szczęście (tu wyjdzie moja ruska onuca z brudnych walonek) mamy Putina, który nie po to zaczął się z Ukrainą, żeby na końcu wojny, którą wygrywa stały jakieś zachodnie wojska, bliżej jego granic niż przed wojną. 

Skoro to „nasza wojna”, to należy rozumieć, że jesteśmy na wojnie z Rosją? No to mamy szczęście, bo chyba Putin o tym nie wie. Jesteśmy krajem do wojny kompletnie nieprzygotowanym, co udowodniła nie tylko wojna rozpoczęta w lutym 2022 roku. Nie zaczęliśmy się przygotowywać nawet po agresji Rosji w 2014 roku. Nic. A już brak wniosków po rozpoczęciu „drugiej wojny” ukraińskiej, to już pomsta do nieba. To tak wyglądają działania w konflikcie, w którym podobno uczestniczymy? Z jednostkami, które nie są nawet w stanie wyjść z koszar, jeśli mówimy o batalionie wzwyż? Bez obrony powietrznej? Wojsk dronowych? Po prawie czterech latach wojny w kraju z nami graniczącym?

„Naszość” tej wojny polega więc nie na działaniach, nawet decyzjach, militarnych, tylko na gadaniu o „naszości”, bez żadnych, oprócz narracyjnych, konsekwencji. A więc ta nasza wojna to jest pic na użytek wewnętrzny, by rozdzielić rodzime ziarno „ochotnych” od onucowych plew pacyfizmu. Jednocześnie ma to przenieść mobilizację społeczną w obszary wzmaganego strachu, wszak jesteśmy w wojnie już od dawna, podobno. A wtedy każda władza, jak za testu kowidowego, jest fajna i każda niesubordynacja, brak zgody na dowolne szaleństwa władzuchny jest aktem zdrady państwowej.

Dziwność wojny

No dobra, dyżurnie przyjmijmy, że to „nasza wojna”, ale w takim razie to wojna dziwna. Już tylko z rzadka mówi się o niej, że jest pełnoskalowa. Nie jest też „operacją specjalną”, jak deklarował Putin. Ale popatrzmy – nie ma poboru powszechnego w obu wojujących krajach, handel kwitnie, łącznie z eksportem i wymianą handlową wojujących i wspierających stron. Charakter starcia jest – mimo wielkich zapowiedzi o powszechnej mobilności przyszłej wojny – bardziej przypominający I wojnę światową z kilometrami stałych okopów i umocnień. Na górze jeżdżą czołgi, a pod ziemią szumią rurociągi z surowcami i po wirtualnym niebie latają zaś faktury i przelewy.

I najważniejsze – moim zdaniem to wojna na zasoby. Zwłaszcza Europa, uboga po szaleństwie klimatyzmu w surowce jest tu w kropce: albo musi z marżą pośredników i pewną taką dozą nieśmiałości, jednak kupować od Rosji, albo wisi na gazie z USA i ropie od Arabów. Tego kłopotu nie ma sama Rosja. To samo jeśli chodzi o zbrojenia – Kreml jedzie pełną parą, zaś przemysł ciężki, a tym bardziej militarny w Europie rozpędza się – jeśli w ogóle – bardzo powoli. W dodatku trwają cały czas targi kto ma za to zapłacić, co antagonizuje kraje Unii.

Istniało niebezpieczeństwo dla Kremla, że ta sytuacja „obudzi” jakoś Europę, ale widać, że nic z tego nie będzie. Jak już się za to wzięła Unia Europejska, to już można być pewnym, że będzie późno (za późno?), drogo i wszystko ugrzęźnie w debatach i walkach o dojście do unijnego żłoba. Jeśli już starczy jakiejś kasy to raczej na armię europejską, za słabą na przeciwstawienie się Rosji bez Ameryki, za to w sam raz, by trzymać Europejczyków za mordę, w razie problemów z procesem federalizacji Unii. Dla Rosji nie będzie żadnej groźby przebudzenia.

To wojna na zasoby. Zawsze zastanawiało mnie, czemu Rosjanie nie bombardują kilku na krzyż magistrali kolejowych po zachodniej stronie ukraińskiej. To przecież tymi nielicznymi nitkami idzie cały sprzęt na wojnę. Wystarczyłoby kilka nalotów, powtarzanych co dwa tygodnie i ruch witalnego sprzętu by ustał. Czemu Rosjanie tego nie robili? Moim zdaniem jest to dowód na dziwność tej wojny. Zamierzoną. Skoro Putin chce, by się Zachód wykrwawiał przez ukraińską ranę to po co zatykać żyły, którymi wypływa w ukraiński piach zachodnia krew? Niech się upłynnia. A, że to głupie, bo Putin pozwalałby na zaopatrywanie frontu swoim przeciwnikom? Ale właśnie tak robi od początku. Sprzęt najwyżej pozabija mu na froncie ludzi, ale to dla Rosjan nie jest od początku jakiś najważniejszy priorytet. „U nas ludiej mnogo, wsiech nie usmotrisz” – najwyżej zginie ich ileś tam tysięcy więcej, za to Zachód się wyprztyka, będzie wojskowo nikim, zadłuży po uszy, zaś narody popadną albo w panikę, albo w apatię. A więc taka strategia przynosi Rosjanom korzyść i wysoce udziwnia wojnę, która dotąd zdawałaby się polegać na atakowaniu linii zaopatrzenia.

Czyjość wojny

Skoro to „nasza wojna”, to popatrzmy się czy jest to wojna… Ukraińców? Dla tych walczących – jak najbardziej. Dla tych, co pozostali – już nie tak bardzo to „ich wojna”. Spośród wszystkich moich znajomych z Ukrainy, ci co pozostali w ojczyźnie, wszyscy mają dzieci na Zachodzie. Po pierwsze – to oznacza, że można wyjechać, a więc to kolejna odsłona „dziwnej wojny”. Po drugie – pokazuje to dość niski stopień „ichniości” wojny dla Ukraińców. I żeby nie było – ja to rozumiem: kto by chciał ginąć za kraj zoligarchizowany do tego stopnia, że kradzież pomocy zagranicznej dla wojującego kraju jest dla jego włodarzy procederem bezkarnym. Też bym nie walczył, zgoda. Też bym chował swoje dzieci po Hiszpaniach, Polskach, czy Niemczech. Ale nie wycierałbym sobie jednocześnie codziennie ust oświadczeniami o własnej ofierze, patriotyzmie, nie świeciłbym innym w oczy pozorami bezgranicznego zaangażowania.

Czy to wojna ukraińskich imigrantów? No, na pewno nie wszystkich. Dyżurny model matki z dziećmi, która uciekła do Polski przed bombami, a tatuś ze szwagrami walczą na Ukrainie jest przypadkiem dość rzadkim. Na pewno niknącym w tłumie poborowych dekowników, całych rodzin, które po prostu skorzystały z okazji na szansę na migrację ekonomiczną, zerwanie ze zgniłym systemem ojczyzny. Ale to likwiduje wszystkie powody dla szczególnego traktowania tej migracji, inne niż czynionej z powodów ekonomicznych.

Nie bardzo widać iunctim pomiędzy ekonomicznym, jeśli już nie socjalnym, charakterem tej migracji a traktowaniem całości Ukraińców awansem jako ofiary uchodźtwa wojennego. A tu jest wszystko do jednego worka. Czemu więc socjal, czemu lekarstwa, czemu edukacja, czemu te preferencje często przewyższające prawa Polaka? Nie mają żadnego uzasadnienia wojennego, są za to otwartymi wrotami do nadużyć, które leżą u podstaw rosnącej niechęci Polaków do Ukraińców. Takie cuda są jeszcze wzmacniane narracją takich migrantów jak to oni walczą o Ukrainę, kiedy sama ich tu obecność pokazuje, że właśnie nie walczą.

Trzeba pamiętać, o czym pisałem, że mamy jakby dwie migracje – tę pierwszą, „przedwojenną”, która miała szczery charakter zarobkowy, była asymilacyjna, nacelowana na wtopienie się w polski żywioł. Druga to w dużej mierze migracja socjalno-roszczeniowa, przy okazji wojny, gdzie elementy uchodźcze są wysoce narracyjne. Widzą to nie tylko Polacy, ale i… migranci ukraińscy z pierwszej, zarobkowej migracji. Po prostu ta migracja wojenna psuje im PR, bo swą niewdzięcznością posuniętą do roszczeniowej agresji, wrzuca wszystkich Ukraińców w pojmowaniu ich przez Polaków, do jednego wora.

Odpada tu też argument demograficzny. Przypomnę, że otwarcie się na Ukraińców w pierwszej, zarobkowej migracji było akceptowalne ze względu na padającą polską demografię. Nie było komu robić, a więc ochotni do roboty byli mile widziani. Wtedy jeszcze łudzono się potencjalną bliskością kulturową, co okazało się szkodliwym mitem. Ci asymilacyjni Ukraińcy widać, że chcą się zintegrować z Polakami i ich kulturą. Ci roszczeniowi – gdzież tam, są pyszałkowaci, zaś jako przedstawiciele kultury turańskiej (nam się mylą jako Słowianie z kulturą łacińską) każdą bezinteresowną pomoc odbierają jako dowód słabości frajera. A więc demograficznie może być ten ukraiński rachunek poważnie zweryfikowany przez wojenną falę migracji. Możemy, wzorem Zachodu, doczekać się całych dzielnic i pokoleń, co to roboty nigdy nie widziały, żyją w swoich gettach, kumulując nienawiść do systemu, który codziennie wykazuje, na ich własne życzenie, że nie dość się stara uchylić nieba dekownikom.

Migracja jako zdobywca

W końcu trzeba postawić pytanie czy dla tych wszystkich oligarchów, którzy rozbijają się na ukraińskich tablicach brykami za miliony wojna na Ukrainie, to „ich wojna”, skoro to wojna nasza? Liczba milionerów w kraju napadniętym w czasie wojny znacznie podskoczyła. Na czym więc chłopaki tak nagle zaczęli zarabiać? No przecież ujawnienie przekrętów robionych na Ukrainie na pomocy dla walczącego państwa to, moim zdaniem, wierzchołek góry lodowej. Współczynnik „zwrotu”, czyli procent ukradzionej pomocy dochodzi do 30%, a więc możemy sobie spokojnie założyć, że kilkadziesiąt miliardów dolarów zostało przekręcone przez starych i nowych, wojennych oligarchów. To te miliardy właśnie rozbijają się po Warszawach, Wrocławiach czy Monte Carlach.

To są te niekupione czołgi. I co? I nic? Zachód to przykrywa bo albo się działkuje, albo co najmniej nie chce tego tematu drążyć, bo by się jeszcze podatnicy zapytali na jakiej to zasadzie ich włodarze na Zachodzie tak suto dotują ferrari i aston martiny? W normalnym kraju w stanie wojny obronnej, gdyby ktoś zaiwanił kasę na pomoc z zagranicy, to odbyłoby się rozstrzelanie na rynku z udziałem publiki i byłby w tydzień porządek. Ale takie mamy czasy z bezkarnością rządzących.

No bo zobaczmy: myśmy się wypruli z paru setek miliardów (to się wciąż liczy, tylko nie wiadomo jak, zaś proceder wypruwania się trwa), zaś jak widać ukraińscy oligarchowie – nic a nic. Mydli nam się oczy tym, że jakoby Ukraińcy ratowali swoimi składkami polski ZUS i NFZ. Po stanie tych instytucji widać, że lepiej by było chyba zrezygnować z takiej kontrybucji. Do tego systemu Ukraińcy wpłacają parę miliardów, wyciągają za to dziesiątki. Bilans jest ewidentnie ujemny i stanowi filar systemowej zapaści np. takiej służby zdrowia. Jaka jest kontrybucja ukraińskiego biznesu, który – podobno – daje (uwaga!) Polakom pracę? Pewnie bez tej gospodarności Polacy by sobie sami nie poradzili.

No to jak to jest, że Ukraińcy wykupują w Polsce polskie biznesy? Skąd mają kapitał? Czyżby… od nas? No dobra, niech będzie, że sami zarobili, to czemu inwestują w fuzje polskie, kiedy (pamiętam z filmów) w trakcie wojny Polacy dawali swoje obrączki, by wesprzeć wysiłek zbrojny polskiej armii? Wyświetlmy sobie następujący obrazek: jest powiedzmy 1943 rok, trwa II wojna światowa, Wielka Brytania, Anglicy pomagają jak mogą walczącej Polsce, podczas gdy Polonusy rozbijają się po Londynie limuzynami, na które nie stać Anglików, wykupują ich firmy, siedzą na socjalu i w przychodniach. A tak jest teraz w Polsce. Przypomnę, że etosem Polaków w II wojnie światowej był ruch odwrotny. Ładnie to pokazywał serial „Jak rozpętałem II wojnę światową”, który jest de facto historią Polaka, przemierzającego całą Europę, Bliski Wschód i Afrykę by przedrzeć się do Polski, po to aby o nią walczyć.

Pokój jako sierota?

No właśnie – skoro, jak widać na wyrost, wiele grup przyznaje się do tego, że to „ich wojna”, to czyja jest ona naprawdę? Widać to po tym, kto i czy… tej wojny nie chce skończyć. To zaprawdę musi być wtedy jego wojna. Nie chce jej skończyć Putin, bo im dłużej ona trwa, tym jego sytuacja się polepsza. Nie chce jej skończyć Zełenski, który kolejny raz nie chce skorzystać z szansy, by późniejsza odsłona dała mu… gorsze warunki pokoju. Czemu tak czyni? Pewnie z kilku powodów: po pierwsze z końcem wojny czekałoby go rozliczenie i to głównie z wracającymi z okopów, po drugie – Zełenski dokładnie gra w lidze europejskiej, której kontynuacja wojny jest też na rękę.

Wojna na Ukrainie odsuwa uwagę obywateli od właściwych problemów generowanych przez rządzących, którzy negatywne efekty swych polityk mogą zrzucać na poświęcenia wojenne, motywowane pięknoduchostwem szantażującym obywateli. Wojna to też wspaniały mechanizm popychający do zacieśnienia integracji europejskiej w projekcie federacyjnym Unii. Zbrojeniówka chce tej wojny, chcą jej też ukraińscy oligarchowie, którzy mają „złoty czas”, a takich miodów kończyć za bardzo nie chce się.

Za promotora pokoju, za nie swoją oczywiście cenę, robi już chyba tylko Trump, no może jakieś rosnące grupy Ukraińców. Niestety wojny też chce polska klasa polityczna i to praktycznie – poza Konfederacjami – w całości. Lewacy – wiadomo, będą grali jak im Unia zagra, zaś PiS jedzie już tym podżegactwem siłą rozpędu, będąc jednocześnie proamerykański popiera wojnę, której Trump nie chce.

Spróbowaliśmy więc tu sobie rozebrać na drobne latające w powietrzu zapewnienia o „naszej wojnie”. Całe szczęście, że to nieprawda, bo z takim stanem państwa dawno byśmy taką wojnę przegrali i popadlibyśmy w niewolę. A w niewoli i tak jesteśmy, tyle, że (na razie) w niewoli narracyjnej wojny, w której podobno wojujemy, zaś tak naprawdę jesteśmy tylko źródłem zaopatrzenia konfliktu, który im dłużej trwa, tym bardziej na tym tracimy. Taka to ta „nasza wojna”.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Eko-nonsens SCT w Krakowie.

Eko-nonsens SCT w Krakowie.

Ograniczenia weszły w życie

mimo zachowania norm jakości powietrza.

pch24.pl/eko-nonsens-sct-w-krakowie

Do zaskakujących ustaleń doszedł portal interia.pl. Wedle medium, obowiązująca od 1 stycznia 2026 w Krakowie Strefa Czystego Transportu, okazała się być – zresztą zgodnie z głosem jej przeciwników – strefą czystego absurdu i narzędziem do walki z kierowcami. Skąd taka ocena? Otóż w Krakowie normy jakości powietrza wskazane przez ustawodawcę nie są przekraczane!

SCT miała być elementem walki o zdrowie mieszkańców i przynosić efekt ekologiczny. Przeciwnicy tego ograniczenia mocno podnosili w debacie, że inicjatywa jest elementem eko-ideologii i niewiele ma wspólnego z troską o środowisko. Podkreślano, że to nie samochody są źródłem zanieczyszczeń, podając za przykład okres bezruchu samochodowego z czasów „pandemii” i stwierdzanych wówczas przekroczeń norm. Wskazywano również na widoczne efekty eliminacji „kopciuchów” oraz na problem napływu zanieczyszczeń z tzw. obwarzanka oraz zabudowywanych korytarzy wietrzących miasto.

Mieszkańcy argumentowali również, że z czasem nastąpi naturalna „wymiana pokoleniowa” krakowskich pojazdów, zatem SCT to nic innego jak uprzykrzanie funkcjonowania mieszkańcom oraz osobom dojeżdżającym – pracującym, czy uczącym się w Krakowie.

Finalnie strefę wprowadzono wbrew mieszkańcom. A jak podaje interia.pl, nie ma obecnie przesłanek, by SCT w ogóle istniała. Okazuje się bowiem, że w Krakowie ustawowe normy powietrza są zachowane!

„Przekroczenia norm NOx odnotowano tylko na jednej stacji pomiarowej, przy al. Krasińskiego i to kilka lat temu” – czytamy. „Z ogólnodostępnych danych Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska (GIOŚ) wynika natomiast, że w 2025 roku na żadnej ze stacji pomiarowej w Krakowie norma NOx nie została przekroczona przez nawet jeden dzień” – dodaje interia.pl.

Dość dodać, że obowiązek wprowadzania SCT wynikał z ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, która nakładała na miasta powyżej 100 tys. mieszkańców obowiązek wprowadzania stref, w przypadku odnotowania przekroczonych poziomów dwutlenku azotu (chodzi średnioroczny poziom NO2).

Czy zatem pora usunąć krakowską SCT? Być może pomocną dłoń do mieszkańców wyciągnie sąd administracyjny, który w styczniu zajmie się skargą wojewody małopolskiego na uchwałę rady miasta wprowadzającą strefę. Na refleksję władz miasta, patrząc z jak wielkim zapałem podchodziły do tego, by strefa w Krakowie zaistniała, raczej nie ma co liczyć. I choć budżet miasta jest w złej kondycji, nie przeszkodziło to wydatkować już ok. 3 mln zł na uruchomienie SCT (w tym prawie milion na przekonywanie mieszkańców jak strefa jest im potrzebna). W roku 2026 na zakup urządzeń do obsługi strefy zarezerwowano niemal 5 mln zł – przypomina medium podkreślając, że Stefa działa, „tylko, że nie ma ma po co”.

Źródło: interia.pl, pch24.pl

Radykalna kontrrewolucja jest już możliwa. Warunki.

Radykalna kontrrewolucja jest możliwa. Warunki.

Mirosław Dakowski

Przypomnę: Kontrrewolucja to nie rewolucja w przeciwną stronę, lecz odwrotność rewolucji.

——————————

[Wybaczcie, proszę, styl. Skrótowy, ale jakby prorocki. Bo jest to podsumowanie, bez podawania odnośników do poszczególnych problemów. Czyli głównie dla osób już „w temacie”, działających.]

————————————-

Tak „Zielony komunizm” UE, jak jej w pewnym stopniu […jeszcze, na razie??] członki [to jest byłe państwa], staczają się ze sporym przyspieszeniem w przepaść.

Możemy się jednak z tej śmiertelnej lawiny uratować.

UE stacza się w przepaść z szyderczym rechotem jej planisty i wodza – szatana. On zaplanował przecież, by w Europie na gruzach Cywilizacji Łacińskiej przewalał się i mordował tłum osobników bez narodowości, bez rodzin, bez jakiejkolwiek moralności.

Czy wszyscy już to widzimy?

Czy z tej spektakularnej katastrofy można jeszcze uratować Polskę?

Obecnie Polską rządzą jakieś bandy, mafię pozbawionych jakiejkolwiek etyki łobuzów, większość na żołdzie naszych wrogów. Trafia się fantasta – intrygant socjalizujący. Prawda?

Kto się z tą konstatacją nie zgadza, niech dalej nie czyta, niech powróci do lektury Gazety Wyborczej oraz Żydownika Powszechnego.

…Choć – może nie mam racji?  Może niech czytają, bo przecież jest szansa że do któregoś te rozmyślania trafią. Czy go choćby wściekną?

W latach 1989-90 wydawało się nam [niektórym, tym bardziej krótkowzrocznym; należałem do nich], że mamy szansę!

Moją nadzieję teraz budzi to, że ostatnio jakby przestała obowiązywać główna od 35 lat zasada: „My nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Teraz już obowiązuje ta, z Misia chyba: „no nie ma twego płaszcza i co mi zrobisz?”

Coraz więcej ludzi ucieka więc z POPiS-u, też ci uczciwsi z lewa, do obu Konfederacji.

Jednak w systemie partyjniackim, to jest w okowach ordynacji proporcjonalnej nie ma szans na zmianę uzdrawiającą życie polityczne. Jest „szansa” najwyżej na rozruchy, stany zagrożenia – i na przykład wejście pacyfikujące wojsk UE, to jest konkretnie Wehrmachtu.

Mamy jednak szansę. Widzę ją w wymuszeniu, przez stanowcze żądanie narodu, a z pomocą prezydenta oraz partii i ruchów pro-polskich, narodowych  – zmiany Konstytucji stolzmannowskiej 1997 roku.

Najważniejsze konieczne zmiany w nowej Konstytucji to jest:

Ordynacja: – Zmiana na JOW utrąci obecną chorobliwą sytuację rządowo-polityczną.

W gospodarce: odejście od etatyzmu i biurokracji, czyli głównie konieczne jest wprowadzenie zasady „wszystko co nie jest jasno zabronione, jest dozwolone”.

– Najważniejsze: Polska i Polacy przede wszystkim.

Próbowaliśmy po 1989-90 to przeprowadzić. Niestety silniejszy był spisek ludzi Kiszczaka i ludzi Geremka, to jest nurtów masońskich.

W dziedzinie zarządu gospodarką przybył polecany przez „brata” Geremka niejaki Jeffrey Sachs. I długo szukali tutejszego pajaca. Wreszcie znaleźli jakiegoś „popa” [dla młodzieży: „pop” to Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej] – Balcerowicza. I co? „Reforma” potoczyła się w kierunku sterowanego z zewnątrz etatyzmu, i zamiast usunąć biurokrację, wielokrotnie spotęgowali jej wpływy. Otworzyła wrota korupcji i dyktatu Korporacji.

W energetyce w dobrą stronę kierowali Stanisław Albinowski, Aleksander Szpilewicz, profesor Szargut. Tworzyliśmy realną alternatywę do energetyki socjalistycznej. Zmiany od dołu, naturalne, nie zaś procedury, nakazy i zakazy. Powstawała Agencja Poszanowania Energii. .. Z zewnątrz nakazano powstanie nakazowo-kontrolnego URE, jeszcze za premierostwa J. Olszewskiego. Widzę jego skonsternowaną twarz, gdy w czasie obiadu niejaki Adamczyk, późniejszy kryminalista, o tym go, nas, – poinformował.

 Tak wtedy jak i teraz mężowie staną i mądrzy działacze są usuwani poza media, na margines.

Za premierostwa Rakowskiego, gdy już „przemiany” były im narzucone, na przykład w ekonomii był Wilczek [twórca nowej krótkiej zasady gospodarczej eliminującej prawie całą biurokrację komunistyczną: w skrócie: wszystko w gospodarce, co nie jest stanowczo zabronione, jest dozwolone.

Po 1989 dali się poznać z rozsądnymi programami bardzo dobrzy ekonomiści, jak profesor Balcerek, Zdziarski, Kurowski, Witold Kieżun i paru innych.

Często słyszymy narzekania że nie mamy przecież mężów stanu.

To, że każdy [prawie] widzi, iż rządzą nami miernoty, tchórze, karierowicze, by potem dać szanse korupcji, nie powinno nas pozbawiać nadziei.

Dlaczego:

1) Oni nie rządzą, tylko [ głównie ] wykonują polecenia obcych

2) jak zwykle taki tutaj, szumowina zbiera się na wierzchu garnka. A wewnątrz jest jej mniej.

Sami jesteście dupki, KATASTROFĄ! Nie tylko ekolo, ale gorzej – umysłową i duchową.

———————————–

Obecnie również – mamy mężów stanu, ludzi energicznych, z programami, którzy mogą Polskę poprowadzić bezpieczną drogą. Ale – tak jak od wielu dziesięcioleci – pozbawionych wpływów, spętanych. Ordynacja JOW natychmiast da im pełną szansę działania. A co ważniejsze – da nam wszystkim szansę na rozumny rozwój.

———————————–

W nowej Konstytucji najważniejsze byłoby:

– Zmiana ordynacji wyborczej do sejmu z kilku [idiotycznych, wymienianych ad hoc] wariantów tak zwanej „proporcjonalnej” na JOW. To da możliwość skruszenia obecnych ekip [gangów??] , czy to Bandy Czworga [w latach 90-tych] czy ostatnio POPiS-u.

Nowe, tworzone, uznane przez Polaków strumyki polityczne znajdą zapewne swe miejsce w nurtach rozwijających się w Europie ruchów naprawdę demokratycznych, ale narodowych, jak na Węgrzech czy na Słowacji.

A może też wezmą sobie za wzór tendencję zza Oceanu to jest MAGA: Polska i Polacy przede wszystkim.

Ten nurt Odrodzenia wróci też na pewno [bo musi] do katolicyzmu. Nie tego rysiowego, synkretycznej mieszanki wszystkich religii. Katolicyzm prawdziwy, ten pochodzący od Jezusa Chrystusa, nie od Paczamamy czy Ducha Ziemi trwa, rośnie, ciągłe ciosy go tylko umacniają.

Czy jest to marzenie, mrzonka?

Zobaczmy, jakie zmiany w świecie, czyli warunki zewnętrzne, mają ma to wpływ.

Naturalny uzdrawiający ruch powrotu do normalności ma duże znaczenie w USA [MAGA]. Przecież oni chcą swojego dobra! Narody Europy te jeszcze żyjące [choć ciężko chore] też zaczynają wybudzać się z narkotyczny drzemki.

Najważniejsze: Piszemy, powtarzamy, że było już wiele ogromnych cudów różańcowych. Od Lepanto do wyzwolenia Austrii spod komunizmu w latach 1953-4. Niestety bracia-katolicy [w dużej większości] nie są skłonni w tych Krucjatach Różańcowych uczestniczyć. Czyżby musieli jeszcze mocniej dostać po grzbiecie?

Może teraz, gdy Wieża Babel II kruszy się i sypie – to dojrzeją? Dojrzą??

Sprawy ogólniejsze.

W skali świata kluczowym jednak będzie stan Kościoła Katolickiego.

 Bez powrotu przez hierarchię kościoła, Watykan i Papieży do Wiary Chrystusowej, nie będzie możliwe uzdrowienie, naprawienie, nawrócenie świata. To, że Watykan został formalnie w Capella Paulina 27 na 28 Czerwca 1963 roku oddany Szatanowi, opisał dawno Malachi Martin w książce „Dom Smagany Wiatrem”. Zawsze, co roku w ponurą rocznicę tego aktu o tym przypominam [Watykan. Intronizacja Lucyfera w Capella Paolina 29 czerwca 1963. Skutki widać gołym okiem.  ]. Pokonać tę naszą klęskę może tylko papież. Katolicy całego świata mogą jedynie, a jednocześnie muszą o to walczyć, głównie chyba modlitwą.

Planeta otrząśnie się spod gniotu Szatana, gdy wreszcie odważny papież poświęci Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi tak, jak prosiła czy żądała tego w Objawieniach Fatimskich. Wtedy „nastanie jakiś czas pokoju”.

Ale my, Polacy musimy do tego dożyć, fizycznie i duchowo. Przy współczynniku dzietności około 1.01 do 1.1 małą mamy na to, jako naród szansę.

To wskazywane w pierwszej części tego artykułu odrodzenie jest jednak konieczne, a usiłuję wykazać, że jest też możliwe w fazie początkowej powyżej naszkicowanych przyszłych zmagań planetarnych.

My walcząc o przetrwanie, uratowanie Polski – więc i katolickiej – wpisujemy się w coraz mocniejszy nurt Odrodzenia światowego. Jesteśmy takimi małymi i upartymi hobbitami. A Tolkien był, a raczej jest – prorokiem.

Wyraźnie zbliżamy się do decydującej bitwy. Dobrze, by możliwie wielu niziołków znalazło się w niej po właściwej stronie ! Dla ich osobistego dobra nawet!

Jak z bólem widzimy, odnowa świata nie nastąpi prędko. Musi wyzdrowieć Kościół. 

Powinniśmy więc tę naszą odnowę przeprowadzić energicznie i szybko, bo chcemy przeżyć. Przeprowadzimy może z najbliższymi [duchowo, niekoniecznie geograficznie] sąsiadami?

A potem – to już się narzuca – trzeba stanąć na czele tej światowej odnowy, prawda?

==============================

Niezgrabnie mi się napisało. Ale to nie jest materiał propagandowy. Jest to pilna zachęta do znalezienia wyjścia z paru zaułków dżungli sprzeczności.

On n’a pas besoin de chercheurs; on a besoin des trouvèurs.

Pisrael, czyli największy problem Polski

Pisrael, czyli największy problem Polski

Autor: AlterCabrio, 3 stycznia 2026

Dopóki jednak istnieją jako zwarta siła polityczna, udają prawicę i sprawiają wrażenie, że chodzi im o Polskę i interes Polaków. Zapełniają tym scenę polityczną, na której dotąd zajmowali to miejsce, gdzie powinna znajdować się prawica niepodległościowa. Jednym z głównych zadań tej grupy było pilnowanie, aby nie wyrosło nic na prawo od nich, dostali więc od zewnętrznych organizatorów przywilej bycia jedyną prawicą w Polsce.

Obrazek: Manneken Pis, słynna figurka siusiającego chłopca z Brukseli LINK

Pisrael, czyli największy problem Polski

Po tak zwanej prawej stronie sceny politycznej w Polsce panuje przeświadczenie, że największą zmorą polskiej polityki jest kombinat partii lewicowo-liberalnych, optujących za Unią Europejską, Ukrainą, Niemcami, i dobrodziejstwem inwentarza tych bytów.

Negatywna opinia Polaków o tych bytach jest jak najbardziej zasłużona, chcę jednak dowieść, że ograniczenie się do lewej, czy też lewackiej strony nie pozwala nam dostrzec problemu jeszcze większego. Problemem tym jest PiS jako główny hamulcowy odzyskania niepodległości Polski. Obecny układ w którym po jednej stronie działa KO z przystawkami, po drugiej PiS z przystawkami, a między nimi znajduje się mała partia ludowców, spełniająca funkcję „języczka u wagi” stanowi modelowy przykład zastosowania mechanizmu gnostyckiego, zakładającego równowagę dobra i zła jako dwóch przeciwieństw, które zlewają się w jedność. Układ ten powstał w Magdalence, po drodze zmieniał nazwy tworzących go partii, ale zasadniczo pozostał ten sam aż do teraz. Układ został narzucony Polsce tak samo, jak Jałta i obecność armii sowieckiej, a służy do kontroli Polski przez siły z zewnątrz. Wystarczy bowiem przed wyborami zawalczyć o kilka do kilkunastu procent wyborców, aby zdecydować, która siła polityczna będzie zarządzać Polską. Taki schemat opiera się na wzorcu, który zakłada, że tworzące go siły polityczne zawsze będą prostytucyjne, to znaczy będą służyć komuś z zagranicy za zyski i władzę, a ponieważ wzorcowo składa się ze stałych trzech elementów, zapewniających działanie i trwałość, można go śmiało nazwać trójprostytucją, inaczej tańcem trzech murew. Prostytucyjność ugrupowań osiąga się za pomocą całkowitego przejęcia ich liderów przez siły z zewnątrz, za pomocą trzech sposobów. Sposób pierwszy to hodowla zasobu ludzkiego. Delikwenta przygotowuje się do pełnienia roli agenta poprzez właściwą formację, im wcześniej się zacznie, tym lepiej, a najlepiej zaraz po urodzeniu, co jest możliwe, jeśli rodzice są agentami tej samej siły. Sposób drugi to korupcja, czyli zawsze skuteczne przekupstwo. Sposób trzeci to szantaż. Najlepiej sprawdza się połączenie tych trzech sposobów.

Czytaj też:

koniec po-pis-u, część I i II

Polski problem polega na tym, że większa część Polaków, nastawiona prawicowo, czyli normalnie i niepodległościowo uważa za reprezentantów swoich poglądów strukturę, która nigdy nie była ani prawicowa, ani niepodległościowa. Z nazwy oczywiście tak, ale to wynika nie z przekonań liderów ugrupowania, ale z przekonań wyborców, dla zagospodarowania których powstało. Skoro była docelowa grupa klientów, stworzono taki towar, który lubią, i zaoferowano wybór, jak w sklepie z partiami. Jeśli nie chcesz tych lewaków, którzy sprzedali Polskę, musisz wybrać nas, bo z nami wstaniesz z kolan. A jeśli nie wybierzesz nas, to zobaczysz, znowu wrócą do władzy oni. A skoro już wrócili, to zobacz, jakie straszne rzeczy robią. Jeśli chcesz ich odsunąć od władzy, musisz wybrać znowu nas, bo dopiero wtedy powróci normalność, a Polska będzie znowu silna i ludziom będzie żyło się lepiej. A co wcześniej było złego, to przecież nie my, to zawsze oni. Nigdy nie robiliśmy takich rzeczy, nie podpisywaliśmy, nie wdrażaliśmy, nie wpuszczaliśmy. Nie mamy niczego wspólnego z zielonym ładem, likwidacją górnictwa i energetyki, z zapaścią sądownictwa, z rozbrojeniem armii, ze sprowadzaniem imigracji, z ukrainizacją, z zadłużaniem państwa. Jedynym złem całego świata są oni, i tylko my możemy ich odsunąć od władzy. Jeśli więc nie poprzesz nas, nie będziesz patriotą.

Takie bajki wlewają Polakom do umysłów blagierzy pseudopolityki i pseudomediów. Nie chcę skupiać się na komentowaniu tego morza oszustwa, bo ono jest skutkiem, nie przyczyną. Chcę wykazać dobrodusznym, prostolinijnym rodakom, że największe zło nie jest to, które objawia się nam w pełnej krasie, szczerząc kły, lecz to, które przywdziewa maskę dobra, udając, że spieszy nam na ratunek, aby wyrwać nas ze szponów krwiożerczej bestii. Siła polityczna, znana szerzej jako PiS, występująca też pod szyldem „zjednoczonej prawicy” nigdy nie była prawicowa, lecz socjalistyczna, a niepodległość traktowała na sposób masoński.

Ten sposób myślenia oznacza, że przywódcy organizacji zawsze traktują naród jako zasób do dyspozycji państwa, a oni sami chcą być tego państwa władzą. Nie starają się jednakowoż sprawować w państwie władzy suwerennej, lecz w pełni akceptują przyjęcie obcego protektoratu. Dla socjalistycznych etatystów to najłatwiejszy wybór, gdyż daje im gwarancję, że ich władza nad państwem zostanie zachowana dzięki tej zewnętrznej potędze, której zgodzili się podlegać. Są więc władcami nad swoim krajem tak samo, jak Herod był władcą nad Judeą. Tamten z ramienia Rzymu, ci z łaski Usraela, łaszący się do tych obcych, którzy mają siłę, aby utrzymywać swoich namiestników nad skolonizowanym terytorium. Bez oporów zaakceptują również Unię Europejską, byle nie przeszkadzała im w sprawowaniu namiastki władzy. Nie jest to bowiem władza w pełnym znaczeniu, PiS nie jest autonomiczny, nie steruje procesami, zachodzącymi w państwie polskim. Autonomia procesu obejmuje trzy etapy: postulację, która wyznacza cele działań; optymalizację, która dobiera zasoby i sposoby osiągnięcia celów; realizację, która jest faktycznym działaniem nakierowanym na konkretny cel. PiS zadowalał się dotąd realizacją i częściowo optymalizacją, nie zajmował się natomiast postulacją. Oznacza to, że cele działań, podejmowanych w Polsce za rządów „Zjednoczonej prawicy” wytyczał ktoś spoza Polski, nie działając w interesie Polaków, lecz obcych sił. Władza w Warszawie miała proste zadanie: dobrać sposoby z istniejących zasobów i przeprowadzić działania. Władza ta nie zajmowała się wypracowaniem celów, zgodnych z interesem Polaków, a jeśli coś takiego udało jej się osiągnąć, to dlatego, że było to zgodne z aktualnym interesem tego, kto wyznaczał cele.

Dziś, pod rządami kolejnej władzy w Warszawie dzieje się podobnie, z tą różnicą, że zmieniły się cele zewnętrznych organizatorów. Poprzednią władzą w Warszawie zarządzała anglosaska masoneria rytu szkockiego, więc proces transformacji zachodził bardziej ewolucyjnie. Po wyborach w 2023 r. do wyznaczania celów dorwała się masoneria rytu francuskiego, rewolucyjna, dlatego działania przyspieszyły. Różnica między obiema władzami leży w szczegółach realizacji, jednak co do ogólnego kierunku są tożsame. Jest to likwidacja państw narodowych Europy i transformacja narodów w nowy zasób państwa europejskiego, poprzez wymieszanie ludności i kultur.

Żywienie nadziei, że całym złem jest Tusk i Koalicja 13 grudnia, a proces likwidacji Polski zakończy się, gdy PiS odzyska władzę nie ma żadnych podstaw. Wcześniejsze doświadczenia rządów tej formacji i tych ludzi dowiodły, że ich napędem jest żądza władzy, nawet cząstkowej i ograniczonej. Dla nich lepiej zarządzać zasobami w czyimś interesie, niż ryzykować odzyskanie niepodległości. Musieliby bowiem stworzyć jakiś własny program i wziąć na siebie odpowiedzialność, a tego nie chcą i nie potrafią. Tak, jak jest teraz, i jak zapewne będzie, gdy wrócą do władzy stanowi dla nich najlepsze rozwiązanie. Będą mogli udawać rządzenie, a odpowiedzialność zrzucać na okoliczności zewnętrzne, które jakoby uniemożliwiają im prowadzenie polskiej racji stanu. Doraźnie różnie aspekty życia zapewne poprawią się, jednak długofalowo skutki dla narodu i państwa będą takie same.

Dopóki jednak istnieją jako zwarta siła polityczna, udają prawicę i sprawiają wrażenie, że chodzi im o Polskę i interes Polaków. Zapełniają tym scenę polityczną, na której dotąd zajmowali to miejsce, gdzie powinna znajdować się prawica niepodległościowa. Jednym z głównych zadań tej grupy było pilnowanie, aby nie wyrosło nic na prawo od nich, dostali więc od zewnętrznych organizatorów przywilej bycia jedyną prawicą w Polsce. I trzeba przyznać, że do niedawna wywiązywali się z tego zadania dobrze. Konfederacji WiN bowiem również nie należy traktować jako prawicy, tylko jako próbę zagospodarowania antysystemu i wciągnięcia go w system, narzucony przez zagranicę. Od niedawna pozycja PiS na prawicy została zagrożona przez usamodzielnienie się Konfederacji Korony Polskiej i wzrost jej poparcia. Jest to obecnie największe zagrożenie dla PiS, który też jest największym zagrożeniem i konkurentem dla KKP Grzegorza Brauna. Dotychczasowi wyborcy PiS w coraz większej liczbie zaczynają to dostrzegać i przenosić swoje poparcie. PiS będzie więc walczył z KKP nie tylko o miejsce na scenie politycznej, o mandaty poselskie, o panowanie w resortach i spółkach, ale w ogóle o przetrwanie. Różnice między tymi dwoma siłami, mimo że aspirują do tego samego elektoratu są jakościowe. KKP jest bowiem tym, czym PiS być powinien, a czym być nie chce i nie potrafi.

Dopóki jednak po stronie PiS stoi Usrael, media i kapitały, siła ta będzie miała czym walczyć o swoje istnienie, a jej głównym narzędziem będzie dezinformacja. Tak długo, jak PiS będzie okupował miejsce na prawicy, tak długo odzyskanie niepodległości nie nastąpi, gdyż walka o utrzymanie PiS-u będzie walką o utrzymanie hegemonii Usraela nad Polską, co w warunkach lokalnych przyjmuje postać Pisraela. Tu pojawia się następne zagadnienie, czy odzyskanie niepodległości przez Polskę w ogóle będzie możliwe.

Czytaj też: taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

Wyborcy PiS są tak bardzo wprowadzeni w błąd przez dekady kłamliwej propagandy, że oswoili się już z brakiem niepodległości i porzucili myśl o jej odzyskaniu. Tymczasem układ polityczny, który wydał z siebie tró-jprostytucję pęka i chwieje się w posadach, a jego agonię podtrzymuje przede wszystkim to, że Polska nie prowadzi swojej własnej polityki i nie chce odzyskać niepodległości.

Gdyby więc Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna zdobyła taką władzę, jaką miał PiS przez dwie kadencje, wówczas Polska mogłaby zredefiniować swoje sojusze, wejść we współpracę z BRICS, zmienić swoją politykę wewnętrzną, doprowadzić do zakończenia wojny na Ukrainie i do zakończenia żywota Unii Europejskiej. Stawka jest wysoka i warto o nią grać, gdyż po drugiej stronie jest nasza całkowita likwidacja. Zmiana obecnej sytuacji jest więc jak najbardziej możliwa, a główną przeszkodę stanowi PiS oraz złudzenie Polaków co do tożsamości tej grupy.

Taka jest obecnie główna przeszkoda na drodze Polski do niepodległości. Na szczęście działa nieubłagany czas, a prezes Kaczyński staje się coraz bardziej podobny do Breżniewa pod koniec jego dni. Coraz starszy, coraz bardziej bezsilny, otoczony przez klikę dworaków, szepcących mu komplementy i to, co prezes życzyłby sobie słuchać. Po odejściu starca z Żoliborza głównym herosem PiS-u pozostanie Mateusz Morawiecki, o którym można powiedzieć to samo, co o sławnym żydowskim filozofie Majmonidesie: orzeł synagogi. A tego obecni wyborcy już nie zdzierżą. Bądźmy więc dobrej myśli, PiS jeszcze trochę nas będzie czarował, ale rząd dusz straci nieuchronnie i bezpowrotnie.

Największą obecnie troską polskich patriotów powinno być przygotowanie kadr Szerokiego Frontu Gaśnicowego na przejęcie władzy, jej utrzymanie i wykorzystanie do odzyskania niepodległości.

Więcej takich treści w kolejnych księgach Poradnika świadomego narodu:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

________________

Pisrael, czyli największy problem Polski, Bartosz Kopczyński, 3 stycznia 2026

===============================

Szkoda, że Autor nie piszę, co taki „Szeroki Front” powinie najpierw zrobić. Przekonuję, że to powinno być: Zmiana konstytucji i w niej – zmiana ordynacji na pełne JOW.

Por.: Radykalna kontrrewolucja jest już możliwa. Warunki. [Uzupełnione].

Trump: Nicolas Maduro i jego żona zostali ujęci i wywiezieni z kraju

Trump: Nicolas Maduro i jego żona zostali ujęci i wywiezieni z kraju

03.01.2026 tysol/rump-nicolas-maduro-i-jego-zona-zostali-ujeci-i-wywiezieni-z-kraju

W sobotę prezydent USA Donald Trump poinformował, że przywódca Wenezueli Nicolas Maduro i jego żona zostali ujęci i wywiezieni z kraju.

Atak USA na Wenezuelę

Około godz. 2 nad ranem czasu lokalnego (godz. 7 w Polsce) w sobotę w stolicy Wenezueli słychać było eksplozje i nisko przelatujące samoloty. Rząd wenezuelski oskarżył o ataki USA.

Wcześniej informację, że atak na Caracas przeprowadziły USA na rozkaz Trumpa, podały media, w tym amerykańska stacja CBS News i agencja Reutera.

Jest komentarz Donalda Trumpa

Stany Zjednoczone przeprowadziły z powodzeniem zakrojony na szeroką skalę atak na Wenezuelę i jej przywódcę Nicolasa Maduro, który wraz z żoną został pojmany i wywieziony z kraju – napisał w sobotę na portalu Truth Social prezydent USA Donald Trump.

За что боролись на то и напоролись. Chiny walczą z kryzysem demograficznym.

Chiny walczą z kryzysem demograficznym.

W tym roku wzrośnie podatek od antykoncepcji

pch24.pl/chiny-walcza-z-kryzysem-demograficznym

(for. Pixabay.com)

Podatek od sprzedaży środków antykoncepcyjnych w Chinach od 1 stycznia wzrośnie o 13 %. w ramach rządowej polityki zwiększania dzietności – poinformowała w czwartek BBC. Populacja Chin zmniejsza się już trzeci rok z rzędu, a rząd w Pekinie poszukuje kolejnych rozwiązań chcąc zachęcić młodych ludzi do małżeństwa i zakładania rodzin.

Podatek obejmuje prezerwatywy, pigułki oraz inne środki antykoncepcyjne.

W nowych przepisach podatkowych zniesiono wiele ulg wprowadzonych w 1994 r., kiedy w Chinach nadal obowiązywała jednego dziecka. Jednocześnie zniesiono podatek VAT na usługi związane z zawieraniem ślubów oraz opieką nad osobami starszymi.

Zmiana polityki demograficznej ma związek ze starzeniem się ludności kraju. Władze starają się teraz zachęcić mieszkańców do zawierania małżeństw i posiadania dzieci.

Według oficjalnych danych w 2024 r. ludność Chin zmniejszyła się trzeci rok z rzędu. Na świat przyszło 9,54 mln dzieci, czyli około o połowę mniej niż 10 lat temu, gdy władze zaczęły rozluźniać politykę jednego dziecka.

Jak podkreśliła BBC, zmiany podatkowe mogą nie wystarczyć do zachęcenia mieszkańców, by posiadali więcej dzieci, gdyż spadek liczby porodów jest szerszym trendem kulturowym, wyraźnym także np. w Korei Południowej i Japonii.

Chiny są jednym z krajów na świecie, w których wychowanie dziecka wiąże się z największymi kosztami – wynika z raportu Instytutu Badań Demograficznych YuWa w Pekinie za 2024 r. Koszty te są wyższe ze względu na wysokie opłaty za szkoły i trudności wielu kobiet w łączeniu pracy zawodowej z opieką nad dziećmi.

PAPpap logo / oprac. PR

Nie doczekali wolnej Polski. Szczepko i Tońko z „Wesołej Lwowskiej Fali”

Nie doczekali wolnej Polski.

Szczepko i Tońko

z „Wesołej Lwowskiej Fali”

pch24.pl/nie-doczekali-wolnej-polski-szczepko-i-tonko-z-wesolej-lwowskiej-fali

(Szczepko i Tońko / fotos z filmu „Włóczęgi”

Gdy Polskie Radio nadawało w latach 30. audycje „Wesoła Lwowska Fala”, ulice pustoszały. Miliony Polaków słuchały żartów Szczepka i Tońka, a potem oglądały swoich ulubionych bohaterów na ekranach kin. Niestety, filmy zachowały się tylko dwa. Trzeci uległ zniszczeniu we wrześniu 1939, a plany na kolejne produkcje wykopał po wojnie sowiecki but. Nie było dane dwóm batiarom razem wejść w nową rzeczywistość. Nie było dane Polsce kontynuować pięknych kresowych tradycji. Nie było dane nam dorastać w ich cieniu. Czy pozostała więc jedynie wiecznie nienasycona tęsknota…?

„Wesoła Lwowska Fala” to pulsujący humorem i afirmacją istnienia zapis tego życia, którym przed II wojną światową wyróżniał się Lwów. Nie sposób oddać tej specyfiki, dlatego najlepiej posłuchać archiwalnych nagrań, których fragmenty znajdziemy chociażby we wspaniałym dwupłytowym albumie Skarbiec Lwowski. Słuchając tamtych nagrań, oglądając filmy ze Szczepkiem i Tońkiem poczujemy niedającą się już nigdy wymazać miłość do polskiego miasta Lwów, w którym czujemy, że duchowo jesteśmy po prostu w domu, choć mamy świadomość, że ten dom jest gdzieś w odległej kulturowej galaktyce…

Wspomnianą audycję nadawano od 1932 roku, początkowo jako „Wesołą Lwowską Niedzielę”. Rok później ruszyła w skali ogólnopolskiej jako „Wesoła Lwowska Fala”. Autorem był Wiktor Budzyński, zaś głównymi bohaterami Tońko (prywatnie – lwowski adwokat i doktor prawa Henryk Vogelfänger) i Szczepko (prezenter radiowy Kazimierz Wajda).

Piękne wspomnienie tego niepowtarzalnego duetu zostawił pisarz, dziennikarz, Lwowiak i popularyzator Miasta Snów – Jerzy Janicki. W artykule Szczepcio i Tońcio, napisanym dla specjalnego wydania tygodnika „Przekrój” z 1991 roku, zauważał, że to, „co ich łączyło charakterologicznie – to dobroć, tkliwość, gołębie wprost serce, krótko mówiąc: »serce batiara«”.

Sama zaś audycja wyrażała to, co opiewali Szczepko i Tońko w słynnej pieśni Tylko we Lwowie, gdzie padają słowa: I bogacz i dziad tu są za pan brat. W obsadzie znajdujemy istny przekrój społeczeństwa. Jak wymienia Janicki, mamy „czterech magistrów prawa, urzędnika Izby Skarbowej, inżyniera rolnictwa, rzeźnika, a także adwokata, poetę i dziennikarza”.

Sławomir Koper i Tomasz Stańczyk podają w swojej książce Ostatnie dni polskiego Lwowa: „Według danych Polskiego Radia »Wesołej Lwowskiej Fali«” słuchało podobno 5-6 milionów Polaków, co wydaje się liczbą trochę przesadzoną. Gdy audycja startowała, zarejestrowanych było około 300 tysięcy radioabonentów, natomiast cztery lata później – prawie 700 tysięcy. Jednak trzeba pamiętać o tym, że przy odbiornikach gromadziło się przynajmniej kilka, a często kilkanaście osób”.

Spalone serce batiara

Powstały trzy filmy z udziałem Szczepka i Tońka: Włóczęgi, Będzie lepiej i Serce batiara. Wszystkie nakręcono w roku 1939 roku, rolki zaś z ostatnim uległy zniszczeniu, gdy Polskę ogarnęła pożoga wojenna. Ponoć samorodni aktorzy mieli już podpisane kontrakty na kolejne produkcje. W pewnym sensie historia ich krótkiej wspólnej kariery zamyka w sobie całą tragedię Polski – państwa rozrywanego przez wolę mocarstw i pozbawionego elit, najpierw na skutek ludobójstwa, a potem – komunistycznego zglajszachtowania. 

Włóczęgi to film bardziej kameralny, niczym miniaturka ze Lwowa, z charakterystyczną i pozytywnie niejednoznaczną postacią pani baronowej von Dorn i niewinną, acz rezolutną, panną Krysią. Największą furorę robią jednak tytułowi bohaterowie, którzy ocieplają wizerunek lwowskiego batiara z jego bałakiem, czyli specyficznym miejskim żargonem, w ustach Szczepcia i Tońcia urastającym do rangi symbolicznej. To opowieść o bezinteresownej trosce i męskiej odpowiedzialności, która rodzi się w duszach mieszkających na strychu bezrobotnych grajków ulicznych, przygarniających osieroconą Krysię.

Czułość, z jaką bohaterowie zwracają się do siebie i do osób, które darzą serdecznością, przywodzi na myśl staropolski ideał braterskiej poufałości połączonej ze względami szacunku dla „wieku, urodzenia, rozumu, urzędu”, jak powiedziałby inny nieśmiertelnej pamięci przedstawiciel kultury kresowej – Adam Mickiewicz. Nawet gdy ten mądrzejszy (Szczepko) zwraca się do tego naiwnego (Tońka) słowami durny wariat, czujemy w tym miłość człowieka do człowieka, Polaka do Polaka, jakiej próżno szukać w dzisiejszej kulturze popularnej. Swoją drogą, wskazuje się, że pierwowzorem dla tej dwójki mieli być Flip i Flap. Nawet jeżeli, to jakże inaczej – jak po lwosku! – zrealizowali swoją wersję. 

Z kolei w filmie Będzie lepiej czuć już nieco to wielkomiejskie zepsucie, które cechowało kino dwudziestolecia międzywojennego, szczególnie, że większość akcji dzieje się w Warszawie. Niemniej fabularnie mamy nawiązanie do Włóczęgów, z tym, że tym razem bohaterowie biorą pod opiekę… niemowlę porzucone przez matkę, któremu nadają imię… Bajbus.

Znów jednak nie jest to tylko uczta z miejskiego folkloru Lwowa i tylko rozrywka, ale również moralitet o tym ile sensu i radości wnoszą w nasze życie dzieci. Było to o tyle ważne, że mentalność antynatalistyczna bynajmniej nie jest wymysłem dzisiejszej Polski, ale już w międzywojniu szerzyła się wśród społeczeństwa.

W książce Ostatnie dni polskiego Lwowa czytamy: „11 września 1939 roku spikerka Celina Nahlik łamiącym się głosem odczytała komunikat o zaprzestaniu nadawania programów przez lwowską rozgłośnię. I zanim wyłączono mikrofony, wybuchła płaczem”… Tu w (d)uszach naszych niech rozebrzmią pieśni pomieszczone na albumie Skarbiec Lwowski.

Zespół „Wesołej Lwowskiej Fali” internowano w Rumunii, gdzie Henryk Vogelfänger i Kazimierz Wajda kontynuowali działalność dla uchodźców, a potem już w mundurach – przy polskich oddziałach jako Czołówka Teatralna Wojska Polskiego nr 1, „jeżdżąc od obozu do obozu, nieraz zaś i czołgając się od okopu do okopu”, jak wspomina Janicki. „Aż w Modenie dosłużyli się stopni podporuczników, gwiazdkę zaś do beretu Tońka przypinał osobiście generał Maczek, wręczając mu własną, oderwaną z generalskiego naramiennika. Rzadki to – być może – wypadek, by awanse zdobywać na wojnie za opowiadanie dowcipów. Lecz ich śmiech – tak wówczas potrzebny – mierzyć można bez mała i generalską rangą, bo podnosił na duchu, rozgrzewał zwątpiałe serca, kazał wierzyć w zwycięstwo” – czytamy.

Po wojnie rozeszły się losy Szczepka (Wajda) i Tońka (Vogelfänger). Ten pierwszy, jako zawodowy prezenter, rozpoczął pracę w Polskim Radiu pod rządami komunistów, drugi pozostał na emigracji. Szczepko zmarł w Warszawie w 1955 roku, pochowany zaś na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie („Chociaż tyle, że w Galicji” – komentował Janicki. Budzyński w 1973 w Anglii, natomiast jego żona (lwowska śpiewaczka Włada Majewska) przeżyła najdłużej i zmarła w 2011 (w wieku stu lat), również w Anglii.

Tońko wylądował najpierw w RPA, potem w Anglii, gdzie wykładał łacinę i brytyjskie prawo konstytucyjne (doktorat z prawa zrobił jeszcze na Uniwersytecie Jana Kazimierza). Wrócił w roku 1989. Jerzy Janicki wspomina, jak przekazał mu, że jego ulica we Lwowie, słynna Łyczakowska, nie nosi już imienia Lenina. Usłyszał: „Takie, Jurciu, prezenta, to si pamięta…”. I były to ostatnie słowa, jakie usłyszał, gdyż dwa dni później odebrał wiadomość o śmierci ostatniego batiara.

„Tamtej” polskości pomnik wiecznotrwały

Dla wyrażenia tego staropolskiego uczuciowego fenomenu, jaki personifikują Szczepko i Tońko, idealne będą słowa wiersza Mariana Hemara Rozmowa z księżycem, który na emigracji w Londynie rozmarzył się lirycznie, że odwiedził go lwowski księżyc i zakończył tę krotochwilną konwersację: A ja płaczę i śmieję się. Faktycznie, aż mnie wstyd!

Płakać i śmiać się jednocześnie – tyle nam dane, gdy Lwów odżywa w naszych sercach wraz z dźwiękami piosenek Tyle jest miast, Moje serce zostało we Lwowie, Na Wysokim Zamku czy Sen o Lwowie.

Swoją drogą, to bogactwo kulturowe nie mogłoby zaistnieć, gdyby nie polskie elity. Najlepiej wyraża tę myśl Janicki: „Pokażcie mi dzisiejszego rewiowego wesołka, który by, znalazłszy się na obczyźnie, mógł uczyć choćby w podstawowej, niedzielnej szkółce. Jak powiadają we Lwowie – dzisiaj już takich nie robią…”.

Kultura przedwojennego Lwowa wpisuje się nie tylko w ogólne bogactwo zasług i plejadę świetlanych postaci naszej historii pochodzących z Kresów, ale wnosi wartość swoją własną, jedyną, dla której wspólnym mianownikiem jest lwowski uśmiech.

Gdy słyszę słowa „niepowetowana strata”, zawsze myślę: A co tam, nic nie trwa wiecznie. Albo: Nikt nie jest niezastąpiony. Albo: Ze stratą trzeba się pogodzić jak z wolą Bożą. Ale przyznaję, że nieraz śmiałem i płakałem jednocześnie, myśląc o polskim Lwowie i jest to bodaj jedyna rzecz, o której – niejako wbrew sobie – jestem skłonny powiedzieć właśnie: jakże to niepowetowana strata!

Szczepko i Tońko przypominają nam, że polskości nie konstytuuje fakt, że mieszkamy na terytorium Polski, mówimy po polsku i w szkole zmuszani jesteśmy do czytania Sienkiewicza i Reymonta. Polskość w sensie kulturowym to właśnie ten niepowtarzalny narodowy i lokalny charakter, którego nie da się wyuczyć, który albo jest żywym wzorcem przekazywanym z pokolenia na pokolenie – albo umiera, zostawiając tylko to, co określa się dziś jako teksty, a dawniej jako pomniki, kultury.

Tylko obcowanie z tymi bezcennymi zapisami może przypomnieć nam, co to naprawdę znaczyło być Polakiem i przy okazji, Bogu dzięki, że moment kulturowej zagłady naszego narodu zbiegł się z wcześniejszym upowszechnieniem mikrofonu i kamery!

Piszę ten tekst u progu nowego – 2026 – roku, z powoli dogasającym uczuciem świątecznego ciepła wspominając tych, którym nie dane było wejść w nowy, dobry początek, tych, w których – pewnie ku ich własnemu, wesoło-rzewnemu zdziwieniu – zamknął się cały tragizm naszych polskich dziejów. Zakończę więc słowami innej jeszcze piosenki:

Już mi raz zabrali Wilno,

już mi raz zabrali Lwów,
Ale z serca mi nie wyrwą
Moich dwóch najmilszych słów.
Zrabowali mi już sporo
Z moich snów i moich łez,
Lecz tęsknoty nie zabiorą,
Bo tęsknota we mnie jest…

Filip Obara

Zobacz także:

Szpital na Zaspie nie będzie zabijał w ciszy. Zarządca szpitala: „Poczęte dziecko nie jest naszym pacjentem”.

RatujŻycie.pl

Szpital na Zaspie nie będzie zabijał w ciszy.

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Te szokujące słowa naprawdę padły z ust administratora szpitala. „Płód nie jest pacjentem, bo do nas nie przychodzi” – to słowa Dariusza Kostrzewy, prezesa spółki Copernicus, która zarządza szpitalem na Zaspie w Gdańsku.

30 grudnia w szpitalu św. Wojciecha w Gdańsku, gdzie zabija się poczęte dzieci zastrzykami dosercowymi, oraz w siedzibie spółki Copernicus, zarządcy szpitala, miała miejsce interwencja posła Krzysztofa Szymańskiego z Ruchu Narodowego. Poseł złożył na piśmie szereg pytań do szpitala oraz spotkał się z władzami lecznicy. Wraz z asystentami posła oraz z proliferami z trójmiejskiego oddziału Fundacji Życie i Rodzina uczestniczyłam w rozmowach z osobami, które odpowiadają za aborcje w gdańskiej placówce. To, co usłyszeliśmy z ust szpitalnych oficjeli, nie mieści się w głowie.

Czy wie Pan, że dla prezesa spółki Copernicus dziecko, które przekracza próg szpitala w łonie swojej mamy, w ogóle nie jest pacjentem? W ten sposób Dariusz Kostrzewa próbował usprawiedliwić fakt, że na Zaspie pozbawia się życia dzieci nawet w 7. miesiącu życia płodowego.

Aż 2 aborcje przez 3 miesiące miały miejsce właśnie na tak późnym etapie – na dzieciach w 25. tygodniu od poczęcia.

Gdy zapytałam Kostrzewę, co czuje taki maluszek, gdy dostaje w serce śmiertelny zastrzyk, ten żachnął się: „nie wiem, nigdy nikt nie wstrzykiwał mi nic w serce”. Proszę zresztą zobaczyć materiał video, ten człowiek naprawdę to powiedział:

Jestem tym zasmucona i przerażona. Jak strasznie nieczułym trzeba być, aby nawet przez chwilę nie pomyśleć, jak wielki ból zadaje się niewinnemu dziecku. Dziecku, które pływa w wodach płodowych, słucha bicia serca mamy, ssie kciuk, czuje się bezpieczne i kochane. I nagle – ktoś podaje mu wprost do serca śmierć.

Nie tak powinno wyglądać zarządzanie placówką, która ma ratować życie i zdrowie ludzi. Żadna lecznica nie powinna wybierać sobie, które osoby są ich pacjentami, a które nie. Każdy lekarz badający kobietę w ciąży, powinien wiedzieć, że ma przed sobą dwoje (a czasem więcej) pacjentów. To wszystko mówi nauka, twierdzenie, że może być inaczej – to już zbrodnicza proaborcyjna ideologia.

Szanowny Panie,

Piszę do Pana o tym wszystkim, bo sytuacja w polskich szpitalach jest coraz gorsza. Ludzie bez serca i bez sumienia decydują, że część dzieci zostanie bestialsko zabita. Likwidacja oddziałów porodowych zbiega się w czasie z szalejącą aborcją. Cel: wybić małych Polaków – pod byle pretekstem.

Właśnie w tym trudnym czasie – jesteśmy, patrzymy im na ręce, działamy. Stajemy oko w oko z decydentami, wysyłamy pisma, aby dojść do prawdy, składamy zawiadomienia do Prokuratury i organizujemy uliczne akcje modlitewne pod szpitalem – najbliższa 18 stycznia o 12:00, al. Jana Pawła II 50. Szpital na Zaspie nie będzie zabijał w ciszy. Upomnimy się i rozliczymy każde zabite dziecko.

Wszystkie te działania podejmujemy dzięki Pańskiemu wsparciu – modlitewnemu i finansowemu.

Dlatego ponownie – usilnie proszę, aby w rozpoczętym Nowym Roku ustawił Pan stałe zlecenie darowizny na Fundację Życie i Rodzina, abyśmy mogli kontynuować działania w obronie życia w całej Polsce – celne, skuteczne, intensywne. Dane do wpłat znajdują się w malinowej stopce na dole niniejszej wiadomości oraz w linku:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

Ten rok będzie decydujący dla walki o życie – ustalają się schematy działania aborterów, w prokuraturach i sądach toczą się najważniejsze sprawy z tego zakresu, a na ulicy mobilizują się obie grupy – proliferzy i mordercy dzieci.

Dlatego moja prośba o stałe wsparcie w tym czasie jest tak istotna. I dlatego Pańska decyzja o stałym przelewie – jest kluczowa.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – W szpitalu na Zaspie zdarzają się i takie osoby, które są przeciw aborcji. Bardzo cierpią. Niektóre z nich już skontaktowały się z nami na kontakt@RatujZycie.pl. Musimy zapewnić im osłonę prawną i wszelką pomoc.

Jednak nasze możliwości zależą wprost od tego, czy wesprą nas Ludzie Dobrej Woli – tacy jak Pan.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Najświętsze Imię Jezus. Wybrane przez Boga Ojca

Najświętsze Imię Jezus. Wybrane przez Boga Ojca

pch24.pl/imie-wybrane-przez-boga-ojca

(Chrystus Pantokrator – mozaika z XII wieku w apsydzie katedry w Cefalù.

Chociaż zapowiadany w Starym Testamencie Mesjasz był przez proroków określany różnymi imionami, to Bóg Ojciec za pośrednictwem Aniołów podał ludzkości jedno konkretne imię swojego Syna.

3 stycznia Kościół rozważa tajemnice związane z Najświętszym Imieniem Jezus.

W czasach Starego Prawa mówiono i pisano o Nim jako o Emmanuelu, Przedziwnym Doradcy, Bogu Mocnym, Odwiecznym Ojcu, Księciu Pokoju, Synu Człowieczym. Autorzy ksiąg Nowego Testamentu również znają inne określenia: Słowo, Syn człowieczy, Światłość świata, Droga Prawdy i Życia, Dobry Pasterz.

Mimo tego od dnia, gdy do Świętej Dziewicy przybył Archanioł Gabriel wiemy, że Syn Boży, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, ma na imię Jezus. Jego wagę dobitnie podkreśla fakt, że to samo imię Anioł Pański przekazał również świętemu Józefowi. Także ziemski opiekun Syna Bożego otrzymał polecenie, by Syna zrodzonego z jego żony nazwać Imieniem Jezus, które – jak zauważa portal brewiarz.pl – w dosłownym tłumaczeniu z hebrajskiego oznacza „Jahwe zbawia”. Z kolei Chrystus oznacza namaszczonego lub Pomazańca Pańskiego, co jest odwołaniem do starotestamentalnych proroków, królów i kapłanów Izraela, gdyż Chrystus jest zarazem Królem i Najwyższym Kapłanem, Jego osoby dotyczyły proroctwa, a i sam Zbawiciel wiele mówił o przyszłości ludzkości – a więc prorokował. Od Imienia Chrystus pochodzi nazwa Jego wyznawców – chrześcijan.

Zesłane z nieba Imię Zbawiciela czyniło cuda, gdyż to sam Pan Jezus powiedział swoim uczniom, by wszystko co czynią, czynili w Jego Imieniu. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 23-24) – czytamy w Ewangelii świętego Jana.

„Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18) – przekazuje Kościołowi Ewangelista Marek.

Moc Imienia Jezus została nie tylko zapowiedziana przez Zbawiciela. W Ewangelii odnajdujemy również przykłady Jego działania. „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6) – opisuje Pismo Święte cud dokonany Bożą Mocą przez świętego Piotra nad człowiekiem niepełnosprawnym od urodzenia. „Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły” (Dz 3, 16) – odnotowują w tej sprawie Dzieje Apostolskie.

Również w imieniu Syna Bożego apostołowie wyrzucali z opętanych ludzi złe duchy. „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł!” (Dz 3, 6-7) – czytamy w księdze Nowego Testamentu, który w wielu miejscach podkreśla godność Najświętszego Imienia. Święty Paweł pisze, byśmy wszystko czynili w imię Pana Jezusa (Kol 3, 17). Jak zauważa portal brewiarz.pl, Apostoł Pogan odwoływał się do Imienia aż 254 razy.

Kult imieniu Syna Bożego – Jezusa Chrystusa – oddawali również starożytni Ojcowie i Doktorzy Kościoła, a za ich sprawą głęboka wiara i cześć przetrwała przez wieki i dotarła do współczesności.

==================================================================

Znana i godna odmawiania jest Litania do Najświętszego Imienia Jezus:

Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.

Jezu, usłysz nas. Jezu, wysłuchaj nas.

Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.

Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.

Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.

Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Synu Boga żywego, zmiłuj się nad nami.

Jezu, odblasku Ojca, zmiłuj się nad nami.

Jezu, jasności światła wiecznego, zmiłuj się nad nami.

Jezu, królu chwały, zmiłuj się nad nami.

Jezu, słońce sprawiedliwości, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Synu Maryi Panny, zmiłuj się nad nami.

Jezu najmilszy, zmiłuj się nad nami.

Jezu przedziwny, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Boże mocny, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Ojcze na wieki, zmiłuj się nad nami.

Jezu, wielkiej rady zwiastunie, zmiłuj się nad nami.

Jezu najmożniejszy, zmiłuj się nad nami.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami.

Jezu najposłuszniejszy, zmiłuj się nad nami.

Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami.

Jezu, miłośniku czystości, zmiłuj się nad nami.

Jezu, miłujący nas, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Boże pokoju, zmiłuj się nad nami.

Jezu, dawco żywota, zmiłuj się nad nami.

Jezu, cnót przykładzie, zmiłuj się nad nami.

Jezu, pragnący dusz naszych, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Boże nasz, zmiłuj się nad nami.

Jezu, ucieczko nasza, zmiłuj się nad nami.

Jezu, Ojcze ubogich, zmiłuj się nad nami.

Jezu, skarbie wiernych, zmiłuj się nad nami.

Jezu, dobry pasterzu, zmiłuj się nad nami.

Jezu, światłości prawdziwa, zmiłuj się nad nami.

Jezu, mądrości przedwieczna, zmiłuj się nad nami.

Jezu, dobroci nieskończona, zmiłuj się nad nami.

Jezu, drogo i życie nasze, zmiłuj się nad nami.

Jezu, wesele Aniołów, zmiłuj się nad nami.

Jezu, królu Patriarchów, zmiłuj się nad nami.

Jezu, mistrzu Apostołów, zmiłuj się nad nami.

Jezu, nauczycielu Ewangelistów, zmiłuj się nad nami.

Jezu, męstwo Męczenników, zmiłuj się nad nami.

Jezu, światłości Wyznawców, zmiłuj się nad nami.

Jezu, czystości Dziewic, zmiłuj się nad nami.

Jezu, korono Wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

Bądź nam miłościw, przepuść nam, Jezu.

Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Jezu.

Od zła wszelkiego, wybaw nas, Jezu.

Od grzechu każdego, wybaw nas, Jezu.

Od gniewu Twego, wybaw nas, Jezu.

Od sideł szatańskich, wybaw nas, Jezu.

Od ducha nieczystości, wybaw nas, Jezu.

Od śmierci wiecznej, wybaw nas, Jezu.

Od zaniedbania natchnień Twoich, wybaw nas, Jezu.

Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego, wybaw nas, Jezu.

Przez Narodzenie Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez Dziecięctwo Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez najświętsze życie Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez trudy Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez konanie w Ogrójcu i Mękę Twoją, wybaw nas, Jezu.

Przez krzyż i opuszczenie Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez omdlenie Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez śmierć i pogrzeb Twój, wybaw nas, Jezu.

Przez Zmartwychwstanie Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez Wniebowstąpienie Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez Twoje ustanowienie Najświętszego Sakramentu, wybaw nas, Jezu.

Przez radości Twoje, wybaw nas, Jezu.

Przez chwałę twoją, wybaw nas, Jezu.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Jezu.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Jezu.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami, Jezu.

Jezu, usłysz nas. Jezu, wysłuchaj nas.

Módlmy się. Panie Jezu Chryste, któryś rzekł: „Proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone”; daj nam, prosimy, uczucie swej Boskiej miłości, abyśmy Cię z całego serca, usty i uczynkiem miłowali i nigdy nie przestawali wielbić. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

(lub)

Módlmy się. Wszechmogący Boże, obdarz nas ustawiczną bojaźnią i miłością Twojego świętego imienia, albowiem nigdy nie odmawiasz opieki tym, których utwierdzasz w swojej miłości. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Źródło: brewiarz.pl

MWł

Europa nie pójdzie na wojnę – część druga. Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki.

02.01.2025. – Europa nie pójdzie na wojnę – część druga

Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Giorgia Meloni

Fantazja 210 miliardów euro

Ta przemysłowa rzeczywistość wyjaśnia, dlaczego saga zamrożonych aktywów była tak ważna – i dlaczego się nie powiodła. Przywódcy Europy nie dążyli do przejęcia rosyjskich aktywów państwowych z powodu prawnej pomysłowości czy moralnych zapędów. Zrobili to, ponieważ potrzebowali czasu. Czasu, by nie przyznać, że wojna nie da się utrzymać w zachodnich warunkach przemysłowych. Czasu, by zastąpić produkcję finansowaniem.

Kiedy próba konfiskaty około 210 miliardów euro rosyjskich aktywów zakończyła 20 grudnia się niepowodzeniem – zablokowana przez ryzyko prawne, reperkusje rynkowe i opór Belgii, a także Włoch, Malty, Słowacji i Węgier przeciwko całkowitemu przejęciu – Europa zdecydowała się na rozwodnione rozwiązanie: „pożyczkę” w wysokości 90 miliardów euro dla Ukrainy na lata 2026–2027, obsługiwaną 3 miliardami euro odsetek rocznie, co dodatkowo zabezpieczyło zamiary Europy. To nie była strategia. To były pozorne ruchy, które pogłębiły podziały w i tak już osłabionej Unii.

Całkowita konfiskata podważyłaby wiarygodność Europy jako depozytariusza aktywów finansowych. Trwałe unieruchomienie pozwala uniknąć eksplozji, ale powoduje powolny krwotok. Aktywa pozostają zamrożone na czas nieokreślony, co stanowi permanentny akt wojny gospodarczej, sygnalizujący światu, że rezerwy przechowywane w Europie są warunkowe i nie warte ryzyka. Europa wybrała erozję reputacji. Ta decyzja ujawnia strach, a nie siłę.

Ukraina jako wojna bilansowa

Głębsza prawda jest taka, że Ukraina nie jest już przede wszystkim problemem pola bitwy. Jest problemem wypłacalności. Waszyngton to rozumie. Stany Zjednoczone potrafią poradzić sobie z kompromitacją. Nie mogą jednak znosić zobowiązań o nieokreślonym czasie trwania. Szuka się wyjścia – po cichu, nierówno i z retorycznym kamuflażem.

Europa nie może przyznać, że go potrzebuje. Europa przedstawiła wojnę jako egzystencjalną, cywilizacyjną i moralną. Ogłosiła kompromis ustępstwem, a negocjacje kapitulacją. Tym samym wyeliminowała własne opcje wyjścia z konfliktu.

Teraz koszty uderzają tam, gdzie żadna narracja nie jest w stanie ich odwrócić: w budżety europejskie, rachunki za energię w Europie, europejski przemysł i europejską spójność polityczną. Pożyczka w wysokości 90 miliardów euro nie jest solidarnością. Jest ucieleśnieniem upadku – stopniowego wycofywania zobowiązań, podczas gdy baza produkcyjna, która powinna je uzasadniać, nadal ulega erozji.

Giorgia Meloni o tym wie. Dlatego jej ton nie był buntowniczy, lecz pełen zmęczenia.

Przywódcy Europy na froncie

Cenzura jako zarządzanie paniką

W miarę jak granice fizyczne się zaostrzają, kontrola narracyjna się zacieśnia. Agresywne egzekwowanie unijnej ustawy o usługach cyfrowych nie dotyczy bezpieczeństwa. Chodzi o powstrzymywanie w jej najbardziej orwellowskiej formie – budowanie bariery informacyjnej wokół elitarnego konsensusu, który nie jest już w stanie wytrzymać otwartej kontroli. Kiedy obywatele zaczynają – najpierw cicho, potem już nie tak cicho – uparcie pytać: Po co to wszystko?, iluzja legitymizacji szybko pryska.

Dlatego presja regulacyjna wykracza teraz poza granice Europy, wywołując transatlantyckie tarcia o jurysdykcję i wolność słowa. Systemy pewne siebie nie boją się dialogu. Te kruche – tak. Cenzura nie jest tu ideologią. To ubezpieczenie.

De-industrializacja: Niewypowiedziana zdrada

Europa nie tylko nałożyła sankcje na Rosję. Nałożyła sankcje na swój własny model przemysłowy. Do 2025 roku europejski przemysł będzie nadal ponosił koszty energii znacznie przewyższające koszty konkurentów w Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Niemcy, siła napędowa, doświadczają ciągłego spadku energochłonnego przemysłu. Produkcja chemikaliów, stali, nawozów i szkła została zamknięta lub przeniesiona. Małe i średnie przedsiębiorstwa we Włoszech i Europie Środkowej upadają po cichu, nie trafiając na pierwsze strony gazet.

Dlatego Europa nie może zwiększyć produkcji amunicji tak, jak powinna. Dlatego zbrojenia pozostają obietnicą, a nie rzeczywistością. Tania energia nie była luksusem. Była fundamentem. Jej usunięcie poprzez autosabotaż (m.in. Nord Stream) podważa tę strukturę.

Chiny, obserwując to wszystko, trzymają drugą połowę koszmaru Europy. Posiadają najgłębszą bazę przemysłową na Ziemi, nie przechodząc jednocześnie w tryb wojenny. Rosja nie potrzebuje Chin, a jedynie ich strategicznej głębi jako rezerwy. Europa nie ma ani jednego, ani drugiego.

Czego Meloni naprawdę się boi

Nie ciężkiej pracy. Nie napiętych grafików. Obawia się roku takiego jak 2026, w którym europejskie elity stracą kontrolę nad trzema rzeczami naraz: 1) kontrolę nad pieniędzmi – jeśli finansowanie Ukrainy stanie się kwestią bilansu UE, zastępując fantazję, że ‚Rosja zapłaci’; // 2) nad narracją – jeśli cenzura się nasili, ale nie będzie w stanie stłumić pytania rozbrzmiewającego echem po całym kontynencie: Po co to wszystko?; //3) nad dyscypliną sojuszniczą – jeśli Waszyngton będzie manewrował, a Europa poniesie koszty, ryzyko i upokorzenie.

To jest panika. Nie natychmiastowa porażka w wojnie, ale powolna erozja legitymizacji, gdy rzeczywistość przesiąka przez rachunki za energię, zamknięte fabryki, puste arsenały i zadłużone kontrakty terminowe.

Ludzkość na krawędzi

To nie tylko kryzys europejski. To kryzys cywilizacyjny. System, który nie może produkować, nie może uzupełniać zapasów, nie może mówić prawdy i nie może się wycofać bez utraty wiarygodności, osiągnął swoje granice. Kiedy przywódcy zaczynają przygotowywać swoje instytucje na chudsze lata, nie przewidują nieprzyjemności. Przyznają się do strukturalnego rozkładu.

Uwaga Meloni była ważna, ponieważ przełamała farsę. Imperia głośno obwieszczają swój triumf. Upadające systemy obniżają oczekiwania po cichu – lub – jak w przypadku Meloni – niezwykle otwarcie. Przywódcy Europy obniżają teraz oczekiwania, ponieważ wiedzą, co leży w magazynach, czego fabryki jeszcze nie są w stanie dostarczyć, jak wyglądają krzywe zadłużenia – i co opinia publiczna już zaczyna rozumieć.

Dla większości Europejczyków to rozliczenie nie nadejdzie jako abstrakcyjna debata o strategii czy łańcuchach dostaw. Nadejdzie jako znacznie prostsze uświadomienie: to nigdy nie była wojna, na którą się zgodzili. Nie toczono jej w obronie ich domów, bogactwa ani przyszłości. Była napędzana imperialną chciwością – i opłacona ich standardem życia, przemysłem i przyszłością ich dzieci.

Wmawiano im, że to kwestia egzystencjalna. Mówiono im, że nie ma alternatywy. Mówiono im, że poświęcenie jest cnotą. Ale Europejczycy nie chcą niekończącej się mobilizacji ani permanentnej polityki oszczędności. Chcą pokoju. Chcą stabilności. Chcą cichej godności dobrobytu – niedrogiej energii, funkcjonującego przemysłu i przyszłości, która nie będzie obciążona konfliktami, na które nigdy się nie zgodzili.

A kiedy ta prawda dotrze do ludzi, kiedy strach opadnie, a czar pryśnie, pytanie, które zadadzą Europejczycy, nie będzie techniczne, ideologiczne ani retoryczne. Będzie ludzkie. Dlaczego byliśmy zmuszeni poświęcić wszystko dla wojny, na którą nigdy się nie zgodziliśmy, wojny, o której mówiono nam, że nie ma pokoju, o który warto zabiegać? I to właśnie spędza Meloni sen z powiek.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=dGAb7K84Lp#?secret=IryuZHHJdX

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Faktyczne przygotowanie: zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Napisał: Gerry Nolan

Giorgia Meloni

ZB:  Uważna lektura poniższego tekstu pozwoli nam wyciągnąć przynajmniej jeden optymistyczny wniosek: Europa nie pójdzie na wojnę. Brakuje bazy przemysłowej, a tej nie da się wytworzyć w ciągu kilku lat – pisze autor Gerry Nolan. Są jeszcze inne czynniki, które powstrzymują europejskie marionetki od wszczęcia śmiertelnej awantury. A teraz tekst – długi, więc przedstawiam go w dwóch częściach:

GN:  Kiedy premier każe swoim urzędnikom odpocząć, bo przyszły rok będzie znacznie gorszy, nie jest to czarny humor. Nie jest to przejaw wyczerpania. To moment, w którym maska opada – następują słowa, które liderzy wypowiadają tylko wtedy, gdy wewnętrzne prognozy przestają być spójne z narracją publiczną.

Giorgia Meloni nie zwracała się do wyborców. Zwracała się do samego państwa – biurokratycznego trzonu odpowiedzialnego za wdrażanie decyzji, których konsekwencji nie da się już ukryć. Jej słowa nie dotyczyły drobnego wzrostu obciążenia pracą. Dotyczyły ograniczeń. Limitów. Europy, która przeszła od zarządzania kryzysowego do kontrolowanego upadku, wiedząc, że 2026 rok to moment, w którym skumulowane koszty w końcu sięgną zenitu.

To, co Meloni nieumyślnie ujawniła, rozumieją już europejscy rządzący: zachodni projekt na Ukrainie zderzył się z materialną rzeczywistością. Nie rosyjską propagandą. Nie dezinformacją. Nie populizmem. Ale brakiem stali, amunicji, energii, pracy i czasu. A gdy tylko materialna rzeczywistość zwycięża, legitymizacja zaczyna słabnąć. Europa może pozować, prężyć muskuły, ale nie może produkować sprzętu na wojnę.

Cztery lata po rozpoczęciu intensywnych i morderczych wojennych działań na wyniszczenie Stany Zjednoczone i Europa stają w obliczu prawdy, o której zapomniały przez dekady: takiego konfliktu nie prowadzi się teatralnymi przemówieniami, sankcjami ani załamaniem dyplomacji. Prowadzi się go granatami, pociskami, wyszkolonymi załogami, cyklami napraw i tempem produkcji przewyższającym straty – miesiąc po miesiącu, bez przerwy.

Po 2025 roku ta przepaść nie będzie już teoretyczna

Europa może stroić marsowe miny. Rosja produkuje obecnie amunicję artyleryjską na skalę, która – jak przyznają sami zachodni politycy – przewyższa łączną produkcję NATO. Rosyjski przemysł przestawił się na niemal ciągłą produkcję wojenną (nawet bez pełnej mobilizacji), z scentralizowanymi zamówieniami, usprawnionymi łańcuchami dostaw i przerobem sterowanym przez państwo. Szacunki wskazują, że roczna produkcja rosyjskiej artylerii wynosi kilka milionów pocisków – produkcja, która jest już w toku, a nie tylko obiecana.

Koalicja chętnych – jastrzębie i sępy

Europa z kolei spędza rok 2025 świętując cele, których nigdy nie będzie w stanie materialnie osiągnąć. Flagowe zobowiązanie Unii Europejskiej nadal wynosi dwa miliony pocisków rocznie – cel zależny od nowych zakładów, nowych kontraktów i nowej siły roboczej, który, jeśli w ogóle, nie zostanie w pełni zrealizowany w kluczowym okresie tej wojny. Nawet gdyby ten ambitny cel został osiągnięty, nie dorównałby on rosyjskiej produkcji. Stany Zjednoczone, po nadzwyczajnej rozbudowie, prognozują produkcję około miliona pocisków rocznie – pod warunkiem, i to jest kluczowe ‚jeśli’, że pełne zwiększenie produkcji zakończy się sukcesem.

Nawet na papierze zachodnia produkcja ma trudności z nadążaniem za już dostarczaną rosyjską produkcją. Zachód to papierowy tygrys. Jest ogromna rozbieżność w tempie. Rosja produkuje teraz na dużą skalę. Europa marzy o tym, by móc produkować na dużą skalę w przyszłości. A czas to jedyna zmienna, której nie da się usankcjonować.

Stany Zjednoczone nie mogą też po prostu zrekompensować wyczerpanych mocy produkcyjnych Europy. Waszyngton boryka się z własnymi wąskimi gardłami przemysłowymi. Produkcja pocisków przechwytujących Patriot wynosi zaledwie kilkaset sztuk rocznie, podczas gdy popyt obejmuje obecnie jednocześnie Ukrainę, Izrael, Tajwan i uzupełnianie zapasów w USA – rozbieżność, którą, jak przyznają nawet wysocy rangą urzędnicy Pentagonu, nie da się łatwo, jeśli w ogóle, rozwiązać.

Amerykański przemysł stoczniowy opowiada tę samą historię: programy budowy okrętów podwodnych i nawodnych są opóźnione o lata, hamowane przez niedobory siły roboczej, starzejące się stocznie i przekroczenia kosztów, które uniemożliwiają jakąkolwiek znaczącą ekspansję w latach 30. XXI wieku. Założenie, że Ameryka może zapewnić Europie bezpieczeństwo przemysłowe, nie jest już prawdziwe. To nie tylko problem europejski, ale i zachodni.

Gotowość wojenna bez fabryk

Europejscy przywódcy mówią o ‚gotowości wojennej’,  jakby to była postawa polityczna. W rzeczywistości tę gotowość wypracowuje przemysł, więc Europa nie jest w stanie sprostać swym wyzwaniom.

Nowe linie produkcyjne artylerii potrzebują lat, aby osiągnąć stabilną wydajność. Produkcja pocisków przeciwlotniczych odbywa się w długich cyklach, mierzonych partiami, a nie szczytami. Nawet podstawowe materiały, takie jak materiały wybuchowe, wciąż są deficytowe; zakłady zamknięte dekady temu są dopiero teraz ponownie otwierane, a niektóre z nich nie osiągną pełnej wydajności przed 2030 rokiem. Sama ta data jest przyznaniem się do porażki.

Rosja z kolei działa już z prędkością godną wojny. Jej sektor obronny dostarcza rocznie tysiące pojazdów opancerzonych, setki samolotów i śmigłowców oraz ogromne ilości dronów.

Problem Europy nie jest koncepcyjny, lecz instytucjonalny. Powszechnie chwalona zmiana paradygmatu w Niemczech brutalnie to obnażyła. Przeznaczono dziesiątki miliardów, ale wąskie gardła w zamówieniach, rozdrobnione kontrakty i ograniczona baza dostawców sprawiły, że dostawy były opóźnione o lata.

Francja, często przedstawiana jako najpotężniejszy producent broni w Europie, może wytwarzać bardziej zaawansowane systemy – ale tylko w butikowych ilościach, liczonych w dziesiątkach, podczas gdy wojna na wyniszczenie wymaga tysięcy. Nawet inicjatywy UE mające na celu przyspieszenie produkcji amunicji zwiększyły moce produkcyjne na papierze, podczas gdy linie frontu zużywały pociski w ciągu kilku tygodni. To nie są porażki ideologiczne. To błędy administracyjne i przemysłowe – i pogłębiają się pod presją.

Różnica jest strukturalna. Przemysł zachodni został zoptymalizowany pod kątem efektywności akcjonariuszy i marż w czasie pokoju. Przemysł rosyjski został zreorganizowany, aby sprostać presji. NATO ogłasza pakiety. Rosja liczy dostawy.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=rGGsr6QIcp#?secret=oJ5dRcy2fO

Napisał: Gerry Nolan

Opracował: Zygmunt Białas

Kilkadziesiąt lat klimatycznego szaleństwa. Skutki widać wszędzie

Kilkadziesiąt lat

klimatycznego szaleństwa.

Skutki widać wszędzie

3.01.2026 Piotr Kowalczak nczas/kilkadziesiat-lat-klimatycznego-szalenstwa-skutki-widac-wszedzie/

Krowy i neutralność klimatyczna
NCZAS.INFO | Krowy i neutralność klimatyczna. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay (kolaż)

Minęło ponad czterdzieści lat od pierwszych zapowiedzi klęsk wywołanych zmianami klimatu, wydano setki mld USD, a nie udowodniono nawet podstawowej tezy, że zmiany stężenia CO2 powodują zmiany temperatury i są przyczyną występowania zjawisk ekstremalnych. W okresie poprzedzającym powstanie Międzyrządowego Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) panował wśród niektórych naukowców pogląd, że nadchodzi ochłodzenie.

W skrajnych przypadkach twierdzono nadejście Epoki Lodowcowej. Później, po 1975 roku, ci sami naukowcy – agresywni w propagandzie nadchodzącej klęski ochłodzenia – zostali aktywnymi współpracownikami IPCC i z wielką gorliwością (prof. Stephen Schneider) zapowiadali nadchodzący okres ocieplenia z oczywiście wielką katastrofą w finale. W obu wariantach katastrofy zapowiadali zarówno identyczne syndromy, jak i skutki obu zjawisk (wzrost częstości i gwałtowności zjawisk ekstremalnych i inne), tylko z odmiennym finałem, który zawsze był katastrofą…

W ciągu ostatnich 32 lat IPCC opublikował 47 raportów na temat potencjalnych zagrożeń związanych ze zmianami klimatu wywołanymi przez człowieka, a mimo to sondaże pokazują, że społeczeństwo nie jest przekonane, że zmiany klimatu są priorytetem. Swoistą wyspę klimatyzmu na świecie z licznymi odstępstwami stanowi Unia Europejska, w której dysputę naukową zastąpiono agresywną propagandą i cenzurą. Tymczasem na świecie obserwuje się odchodzenie czy wprost negowanie tez klimatystów.

Na przykład Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) usunęła z oficjalnej strony informacje o antropogenicznym wpływie na klimat. Zmienił się również ton przekazu. Wcześniejsze sformułowania były jednoznaczne i kategoryczne. Teraz większy nacisk położono na procesy naturalne. Zmieniła się idea uporządkowania przekazu – mniej sloganów, więcej odsyłaczy do dokumentów i danych. To oczekiwany standard: instytucja finansowana z publicznych pieniędzy ma informować i dokumentować, a nie moralizować lub prowadzić spór w imieniu jednej strony. Zmiana bardzo oczekiwana, gdyż spór o stronę EPA jest sporem o coś bardziej znaczącego: czy urzędy mają być uczestnikiem ideologicznego konfliktu, czy mają wrócić do roli technicznego administratora faktów i procedur, czego oczekują podatnicy.

Pecunia non olet!

Zdziwienie wzbudza wydawanie setek miliardów dolarów na badania i przedsięwzięcia związane z przewidywaniem katastrofalnych zmian klimatu bez alternatyw. Nawet wśród klimatystów wychowanych na 97 proc. konsensusie występuje zwątpienie. Tak ujął to jeden głośniejszych przedstawicieli tego gatunku w Polsce: „gdy obserwujemy dyskusję w przestrzeni publicznej, to mamy wrażenie, że jesteśmy w mniejszości. To skutki dezinformacji. Słyszymy: nie róbmy nic, za drogo, nie stać nas, stracimy na tym…”.

Sama prawda, tylko przyczyny inne. Życie to bezwzględna ekonomia; brak sprawdzalności wypowiedzi klimatystów, brak wiarygodnych przepowiedni (tak zwanych scenariuszy IPCC nie można nazwać prognozami, gdyż nie spełniają podstawowych standardów), prymitywna i nachalna propaganda oraz coraz bardziej odczuwalne skutki tych działań w postaci coraz wyższych rachunków stwarzają sytuację zwątpienia, a potem narastającego oburzenia podatników.

Wskutek wyraźnego spadku zainteresowania problemem, a może zmianą trendów w polityce i przede wszystkim w źródłach finansowania, klimatyści poszukują nowych kierunków działalności w zielonym obłędzie.

To zjawisko występuje również w różnych formach w Polsce. Oto komentarz z bloga do wystąpienia jednego z głośniejszych klimatystów polskich: „Pan profesor zaangażowany politycznie, bo zachwala bezemisyjne budownictwo, czyli już podpisaną dyrektywę budynkową (treść dyrektywy – jeśli nie radzisz sobie z doprowadzeniem swojego domu do zeroemisyjności, to państwo ci go zabierze, choć państwo nie będzie miało obowiązku dokonywania remontu do zeroemisyjności). Dyrektywa ta jest zwana dyrektywą wywłaszczeniową i taki może być jej realny skutek, bo cena doprowadzenia domu do założonych przez UE celów jest horrendalna”.

W Polsce doprowadzenie budynku mieszkalnego o powierzchni około 200 m2 do nowych standardów UE szacuje się na 300 tysięcy złotych. Czy jakiś polski naukowiec pracował nad tą dyrektywą? Czy zna konsekwencje wprowadzenia Zielonego Ładu? Na pewno nie, bo tu obowiązuje zasada, że wóz ciągnie konia. Na początku powstaje dokument polityczny, a potem dorabia się ideologię klimatyczną. Nie wolno bez analizy popierać nierealnych rozwiązań, które mogą być dla gospodarki rujnującym obciążeniem, a dla wielu rodzin tragedią.

Socjalne skutki działań klimatystów

Wielką sensację spowodowało wystąpienie Billa Gatesa, od zawsze bardzo aktywnego zwolennika tezy o antropogenicznych przyczynach ocieplenia klimatu, który opublikował kontrowersyjny esej, w którym kwestionuje dotychczasowe priorytety strategii klimatycznej. W swoim wpisie „Three Tough Truths About Climate” pisze, że zamiast obsesyjnie skupiać się na ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych, powinniśmy najpierw zadbać o zdrowie i dobrobyt ludzi w najbiedniejszych regionach świata. Gates uważa, że to nie klimat będzie głównym zabójcą, lecz ubóstwo i brak dostępu do podstawowej opieki medycznej. Jako przykład podaje kraje Afryki Subsaharyjskiej i Azji Południowej, gdzie mieszkańcy są bardziej narażeni na choroby zakaźne czy niedożywienie niż na minimalny wzrost temperatury. O warunkach życia zadecyduje dostęp do czystej wody, energii i opieki zdrowotnej.

Gates zmienił wyraźnie swoje dotychczasowe stanowisko i ku zaskoczeniu klimatystów zaproponował bardziej realistyczne podejście, które łączy kwestie klimatu z rozwojem społecznym. Przypominając, że od 1990 roku światowa liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie spadła o połowę, a dzięki szczepieniom i edukacji zredukowano śmiertelność dzieci. Natomiast klimatyści uważają, że nadmierna koncentracja na rozwoju gospodarczym krajów najuboższych może opóźnić konieczne cięcia emisji, narażając planetę na jeszcze bardziej ekstremalne zjawiska pogodowe. Tymczasem nie udowodniono związku wzrostu częstości i natężenia występowania zjawisk ekstremalnych i wzrostu temperatury. Gates ostrzega, że „wizja »końca świata« może odwracać uwagę od realnych działań i skutkować marnotrawstwem pieniędzy”. Gates i nie tylko on twierdzi, że „programy zdrowotne i edukacyjne w krajach najuboższych przyniosą natychmiastowe korzyści i pozwolą społecznościom lepiej stawić czoła zmianom klimatu”.

Problem kosztów i skutków socjalnych działań klimatystów jest także ważny w krajach rozwiniętych. W naszym kraju ponad dwa miliony ludzi żyje poniżej granicy ubóstwa!

Zmiana trendu i poszukiwanie nowej, dojnej krowy

Działania klimatystów od początku istnienia IPCC budziły sprzeciw ze strony części naukowców, a nawet protesty rządów (Indie, Australia). Obecnie coraz częściej pojawiają się bardzo krytyczne uwagi dotyczące działań klimatystów.

Dr Harold Lewis (Uniwersytet Kalifornijski), profesor fizyki, opisał tę rzeczywistość: „Oszustwo związane z globalnym ociepleniem, napędzane miliardami dolarów, skorumpowało tak wielu naukowców… To największe i najbardziej udane pseudonaukowe oszustwo, jakie widziałem w moim długim życiu jako fizyk”. I jest to coraz częściej spotykane stanowisko.

Prowadziłem badania prac Klubu Rzymskiego i IPCC. Wyniki, które część z Państwa już zna, przedstawiłem w swojej książce „Zmiany klimatu” dostępnej na sklep-niezalezna.pl. Moje wnioski: działania IPCC mają negatywny wpływ na podejmowanie decyzji związanych z ochroną środowiska, gospodarowaniem wodą, planowaniem przestrzennym, działaniami w rolnictwie i innych ważnych dziedzinach życia. Szczególnie niebezpiecznie są rozwijane przez wyznawców IPCC błędne oceny dotyczące genezy różnych wydarzeń np. Arabskiej Wiosny, migracji ludności, a także rozpowszechniane mity na przykład dotyczące spadku wielkości stada niedźwiedzi polarnych i Antropocenu.

Raporty IPCC są wydawane nie tylko z licznymi błędami, a także znacznymi różnicami pomiędzy ustaleniami zawartymi w podstawowych dokumentach IPCC Raportach i Podsumowaniach dla decydentów. Poddałem krytycznej ocenia dane pomiarowo-obserwacyjne stanowiące podstawę opracowań IPCC. Wskazałem na kilkunastu przykładach przeróbki wyników obserwacji i pomiarów, można wprost stwierdzić fałszowanie w skali, która budziła sprzeciwy świata nauki i propozycje wprowadzenia ochrony surowych wyników obserwacji. Skrytykowałem efektywność modeli klimatycznych IPCC i sposób ich wykorzystania. Wobec negowania przez klasyków IPCC wystąpienia w przeszłości między innymi Małej Epoki Lodowcowej, Średniowiecznego Okresu Ciepła przedstawiłem opisy tych okresów, szczególnie akcentując ich wpływ na ówczesne życie, a także zmieniające się zasięgi roślinności na Ziemi.

Obecnie wskutek coraz większej opozycji wobec prac IPCC, klimatyści szukają nowych zagrożeń, które mogłyby stanowić nowe źródło dochodów.

Czarnym koniem wyścigu są zmiany prądów oceanicznych. I sprawa nabiera rozpędu! Już rozważane są nawet scenariusze przymusowej migracji ludności w przypadku całkowitego załamania systemu prądów oceanicznych. Taką zagrywkę już znamy z historii działalności IPCC. Prądy oceaniczne stanowią swoisty system klimatyzacji Ziemi. Prądy ciepłe wpływają na wzrost temperatury powietrza oraz sumy opadów atmosferycznych, a prądy zimne powodują spadek średniej temperatury powietrza oraz zmniejszenie sumy opadów atmosferycznych. Przykładowo ciepły Prąd Północnoatlantycki, stanowiący przedłużenie Golfsztromu, przyczynia się do ocieplenia klimatu Skandynawii, a zimny Prąd Benguelski występujący u południowo-zachodnich wybrzeży Afryki przyczynił się do powstania pustyni Namib. Ten naturalny system klimatyzacyjny pracuje od tysięcy lat (por. rys. 1).

Rys. 1 Mapa prądów oceanicznych. Źródło: https://img.freepik.com/free-vector/ocean-currents-on-world-map-background_1

Błędy klimatystów

Kiedyś klimatyści błędnie wyobrażali sobie, że regulując stężenie CO2, będziemy mogli sterować klimatem. Klimatyści mają dwa podstawowe cele: walkę ze zmianami klimatu i ograniczenie stężenia CO2 (CO2 to przecież podstawowy budulec roślin).

Podstawową cechą klimatu jest jego zmienność, która trwa tak długo jak historia Ziemi. Przez ponad 6100 lat (czyli 60 proc. obecnego okresu ocieplenia interglacjalnego) temperatura była wyższa niż obecnie. Spośród dziewięciu wcześniejszych, znaczących okresów ocieplenia od zakończenia ostatniej epoki lodowcowej, pięć charakteryzowało się szybszym tempem wzrostu temperatury, a siedem większym całkowitym wzrostem temperatury. Co więcej, każdy z poprzednich cykli ocieplenia charakteryzował się znacznie wyższymi temperaturami niż obecnie.

Rys. 2. Zmiany temperatury powietrza w ciągu ponad ostatnich dziesięciu tysięcy lat. Źródło: https://co2coalition.org/facts/

Jedyną stałą cechą temperatury jest to, że nigdy nie jest stała. Potwierdza to powyższy wykres (rys. 2), który przedstawia 10 000-letnią historię zmian temperatury od końca ostatniej epoki lodowcowej. Wykres przedstawia duże wahania temperatury, znacznie większe niż te obserwowane w ciągu ostatnich 150 lat. Każda z tych zmian była spowodowana wyłącznie przez siły natury. Ci, którzy propagują pogląd, że działania człowieka są główną przyczyną zmian temperatury, powinni wyjaśnić, dlaczego siły natury nagle i niewytłumaczalnie przestały działać na początku XX wieku. Obecny trend ocieplenia jest naturalnym rezultatem szczęśliwego zakończenia Małej Epoki Lodowcowej.

Wbrew wypowiedziom klimatystów, że dzisiejsze stężenie CO2 jest bezprecedensowo wysokie, obecny poziom dwutlenku węgla jest bliski historycznego minimum. Średnie stężenie CO2 w ciągu ostatnich 600 milionów lat wynosiło ponad 2600 ppm, to prawie siedem razy więcej niż obecne stężenie i 2,5 razy więcej niż najgorszy scenariusz przewidywany przez IPCC na rok 2100. Mamy zbyt niskie stężenie CO2 na Ziemi. Potwierdza to rys. 3, a przede wszystkim potrzeby roślin… Najlepszym dowodem na to jest wzrastające zazielenienie Ziemi postępujące ze wzrostem stężenia CO2.

Rys. 3. Przebieg wysokości stężenia CO2 w ciągu ostatnich 600 milionów lat. Źródło: https://co2coalition.org/facts/

Obecne niskie stężenie CO2 pozbawia rośliny pożywienia, którego potrzebują do osiągnięcia pełnego potencjału wzrostu poprzez fotosyntezę. Wzrost stężenia CO2 poprawi również gospodarkę wodną roślin i poprawi ich odporność na występujące okresy suszy. Rys. 4 przedstawia wyniki badań wpływu stężenia CO2 na rozwój roślin.

Rys. 4 Zdjęcie ilustruje zależność wzrostu sosen rosnących w normalnym powietrzu oraz w powietrzu wzbogaconym o dodatkowe 150, 300 i 450 ppm CO2. Źródło: https://co2coalition.org/facts/

Fotografia przedstawia korzystny wpływ wzrostu stężenia CO2 na rozwój roślin. Zdjęcie wykonano ponad 40 lat temu, a więc przed okresem największej propagandy IPCC, trudno zatem podejrzewać autora o jakąkolwiek stronniczość.

Badania (Idso, 2013) 83 upraw wykazało, że zwiększenie stężenia CO2 o 300 ppm zwiększy wzrost roślin średnio o 46 proc. we wszystkich badanych uprawach. Z drugiej strony wiele badań wskazuje na negatywny wpływ środowiska o niskiej zawartości CO2. Na przykład Overdieck (1988) wskazał, że w porównaniu z obecnym stanem rzeczy wzrost roślin został zahamowany o 8 proc. w okresie poprzedzającym rewolucję przemysłową, przy niskim stężeniu CO2 wynoszącym 280 ppm. Zatem proponowane wbrew faktom i bez podstaw naukowych próby redukcji stężenia CO2 są szkodliwe dla roślin, zwierząt i ludzkości.

Skutki szaleństwa widać wszędzie

Opisano już negatywny wpływ klimatystów we wszystkich kierunkach działań człowieka. Na przykład w przemyśle produkcja stali w Europie spadła do najniższego poziomu od 1960 roku. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd. W rolnictwie rezygnacja z gazu ziemnego stanowiącego podstawowy surowiec do produkcji nawozów azotowych grozi w wymiarze globalnym klęską głodu. Nawozy azotowe żywią obecnie około połowy populacji światowej. Według profesorów Lindzena i Happera – autorów raportu o skutkach polityki klimatycznej – bez użycia nieorganicznych (azotowych) nawozów pochodzących z paliw kopalnych, świat po prostu nie osiągnie podaży żywności potrzebnej dla wsparcia 8,5 do 10 miliardów ludzi (por. rys. 5).

Rys. 5. Udział ludności świata karmionej plonami uzyskiwanymi dzięki zastosowaniu nawozów sztucznych. Źródło: Lindzen, R. and Happer, W. (2025) Physics Demonstrates That IncreasinGreenhouse Gases Cannot Cause Dangerous Warming, Extreme Weather or Any Harm. CO2 Coalition, 3–43.

Taką dziedziną, gdzie polityka klimatyczna UE spowodowała już stan klęski, jest sztuczna inteligencja. Tu podstawę sukcesu stanowi możliwość pozyskania wielkich zasobów energii niezbędnych dla pracy centrów danych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje, że zużycie prądu przez centra danych na świecie podwoi się do 2030 roku, odpowiada to obecnemu zapotrzebowaniu Japonii. W Stanach Zjednoczonych potrzeby energetyczne centr danych zużywać będą nieomal połowę wzrostu zapotrzebowania na energię w najbliższych pięciu latach. A do końca dekady przetwarzanie danych w Ameryce pochłonie więcej prądu niż wszystkie energochłonne gałęzie przemysłu razem wzięte.

Dlatego na świecie trwa wyścig w rozbudowie możliwości produkcji energii elektrycznej. Istnieją plany uruchomienia zamkniętych kopali węgla.

Postępuje rozbudowa infrastruktury energetycznej. Tymczasem w Unii Europejskiej ceny energii są 2–2,5 razy wyższe niż w USA, a gaz kosztuje pięciokrotnie więcej. W 2024 roku gospodarka UE urosła zaledwie o 0,7–0,8 procent – w tym samym czasie Chiny odnotowały wzrost rzędu 4,5 procent, a Ameryka 2,2 procent. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd. Europa nie ma szans na jakąkolwiek konkurencję, uniemożliwia to najdroższa energia na świecie i najbardziej restrykcyjne regulacje. Kolejna rewolucja technologiczna rozstrzygnie się w elektrowniach i na liniach wysokiego napięcia. I wszystko wskazuje na to, że Europa nie ma żadnych szans (zmianynaziemi.pl).

Kalibracja polityczna

Obawy powinny budzić zmienne poglądy klimatystów podążających za potrzebami polityki. Wprowadzono nawet pojęcie kalibracja polityczna. Prof. Judith Curry porównała mechanizm tego procesu do wozu ciągnącego konia. „Twoje finansowanie, podwyżka pensji, twoja sprawa o etat zależą od zgody na konsensus. Tak naprawdę chodzi o karierowiczostwo i zasoby. Wszyscy muszą tańczyć w tym samym rytmie, jeśli chcą zdobyć uznanie zawodowe i awans zawodowy” – uważa dr Curry, emerytowana profesor Georgia Institute of Technology, opisując stan nauki i badań nad klimatem w ostatnich latach.

Wielka plajta owadzia: Ÿnsect zbankrutował, przepalając 600 milionów dolarów

[Jóź o tym pisałem, ale warto szerzej poznać umysł przeciwnika – i jego rezultaty. md]

Wielka plajta owadzia: Ÿnsect zbankrutował, przepalając 600 milionów dolarów – w tym 200 milionów euro z kieszeni podatników UE

Date: 1 gennaio 2026Author: Uczta Baltazara

babylonianempire/wielka-plajta-owadowa-ynsect-zbankrutowal-przepalajac-600-milionow-dolarow-w-tym-200-milionow-euro-z-kieszeni-podatnikow-ue

Francuski startup będący symbolem Agendy 2030, zbankrutował. Mamy do czynienia z łatwo przewidywalną katastrofą spowodowaną budową bezużytecznej giga-fabryki, szalonymi kosztami produkcji oraz negatywną odpowiedzią rynku. Oto, jak niszczy się rzeczywistą wartość w imię „ekologii”.

Wyglądało to na idealną fabułę hollywoodzkiego filmu science-fiction, “pobłogosławioną” nawet przez samego Iron Man’a. Zamiast tego, jak to często bywa, gdy „zielona” ideologia próbuje nagiąć do siebie prawa termodynamiki i ekonomii – przebudzenie okazało się brutalne. Ÿnsect, francuski startup będący symbolem rewolucji białkowej opartej na owadach, został postawiony w stan likwidacji sądowej. Mówiąc wprost: zbankrutował.

Ale to nie tylko bankructwo firmy; to de profundis modelu przemysłowego forsowanego na siłę przez Brukselę i Agendę 2030, która spaliła masę kapitału. Mówimy o ponad 600 milionach dolarów, z których znaczna część – około 200 milionów euro – pochodziła bezpośrednio z kieszeni europejskich i francuskich podatników. Wszystko po to, by wyprodukować żywność, której nikt nie chciał jeść, za cenę, na którą nikt nie mógł sobie pozwolić. Doskonały sposób na pokazanie, jak ideologia zniszczyła publiczne pieniądze.

Kronika “śmierci” zapowiedzianej

Kurtyna opadła kilka tygodni temu; prawie cztery lata po tym, jak Robert Downey Jr. (za pośrednictwem swojej FootPrint Coalition) wychwalał zalety firmy w programie „Late Show” podczas weekendu Super Bowl 2021. Deklarowanym celem było „zrewolucjonizowanie łańcucha żywnościowego”. Wynik? – Katastrofa finansowa o gigantycznych rozmiarach.

Firma, nie mogąc znaleźć nabywcy, który uratowałby sytuację, zlicytowała swoje aktywa. Ostatni CEO, Emmanuel Pinto, specjalista od restrukturyzacji, musiał przyznać się do porażki, wyrażając nadzieję, że zgromadzona „wiedza techniczna” nie zostanie utracona. Marne to pocieszenie dla tych, którzy w robaki mączne zainwestowali miliony.

Dane liczbowe katastrofy: czyli kiedy rachunek zysków i strat okazuje się bezlitosny

Aby zrozumieć absurdalność całej operacji, wystarczy spojrzeć na dane liczbowe, tj. te prawdziwe, oczyszczone z propagandy ESG (Environmental, Social, and Governance):

Kapitał pozyskany: ponad 600 milionów dolarów.

Obroty (2021): Zaledwie 17,8 miliona ( co więcej, liczba ta jest zawyżona przez wewnętrzne transfery między spółkami zależnymi).

Strata netto (2023): 79,7 mln EUR.

W jaki sposób firma z przychodami z niewielkiej sieci sklepów zdołała pozyskać międzynarodowy kapitał? – To proste: sprzedając ideologicznie pomalowaną mrzonkę. Inwestorzy – w tym francuski publiczny bank inwestycyjny Bpifrance  oraz tzw. impact funds, takie jak Astanor Venturesuwierzyli w narrację „zrównoważonego rozwoju”nie zważając na logikę rynkową. https://en.wikipedia.org/wiki/Impact_investing

Błąd strategiczny oraz brak zdrowego rozsądku

Podstawowy problem Ÿnsect i znacznej części przemysłu hodowli owadów ma charakter ekonomiczny, zanim jeszcze kulturowy.

W idealnym, cyrkularnym świecie, owady powinny jeść odpady organiczne, aby przekształcić je w wysokiej jakości białka. Ale rzeczywistość przemysłowa jest inna: aby produkować na dużą skalę, Ÿnsect skończył na karmieniu swoich owadów ubocznymi produktami zbożowymi.

I tu znajduje się punkt krytyczny kwestii: owe zboża już bezpośrednio są używane jako pasza dla zwierząt. Używanie ich do karmienia owadów, którymi następnie karmione są zwierzęta, dodaje jedynie kosztowny i marnotrawny etap. Wystarczyła podstawowa, zdroworozsądkowa ocena, by zdać sobie sprawę, że był to idiotyczny pomysł, ale tzw. Zielonym się on podobał, więc wg. nich, tak czy inaczej, musiał się powieść.

Rynek pasz dla zwierząt stanowi tzw. commodity zdominowane przez cenę. Żaden rolnik nie kupi mączki z owadów, jeśli kosztuje ona trzy razy więcej niż soja, tylko po to, by uszczęśliwić Gretę Thunberg. Ÿnsect zdał sobie z tego sprawę zbyt późno, desperacko próbując zwrócić się ku rynkom o wyższej marży:

1. Pet Food: karma dla psów i kotów (rynek rentowniejszy, ale nasycony).

2. Żywność dla ludzi: porażka przepowiedziana.

Przejęcie holenderskiej firmy Protifarm w roku 2021, specjalizującej się w produkcji robaków przeznaczonych do spożycia przez ludzi, było szczytem chaosu. Kupując firmę, ówczesny dyrektor generalny Antoine Hubert przyznał, że rynek ten pozostanie marginalny. Kupowanie firm z marginalnych sektorów przy jednoczesnym przepalaniu kapitału to nie „strategia”  ale samobójstwo.

“Katedra na pustyni”: Giga-fabryka Ÿnfarm

Fatalnym błędem, który przyprawiłby o rumieniec każdego przyzwoitego ojca rodziny lub przedsiębiorcę “starej szkoły”, była budowa Ÿnfarm. Przedstawiana jako „największa i najdroższa farma owadów na świecie”, wspomniana giga-fabryka znajdująca się w północnej Francji pochłonęła setki milionów euro.

Tragikomiczny szczegół owego przedsięwzięcia? – Zbudowano ją zanim zweryfikowano model biznesowy i ekonomikę jednostki.

W Europie mamy do czynienia z powtarzającym się nałogiem: finansujemy slajdy PowerPoint i katedry na pustyni, ale zapominamy o uprzemysłowieniu opartym na realnym popycie. Profesor Joe Haslam z IE Business School trafił w sedno: “Ÿnsect to studium przypadku tzw. gap europejskiego. Finansujemy „moonshots” (»projekty wizjonerskie«), ale rezygnujemy z logicznej industrializacji”.

Nie jest to przypadek odosobniony: Krach firmy ENORM Biofactory

Każdy, kto myśli, że to tylko francuski pech, powinien zreflektować się. W listopadzie, duńska firma ENORM Biofactorykolejny gigant hodowli owadów – również ogłosiła upadłość po nieudanej próbie restrukturyzacji. Schemat jest identyczny:

  • Ogromne inwestycje początkowe (CAPEX).
  • Koszty operacyjne nie do udźwignięcia (OPEX).
  • Nieistniejący popyt rynkowy przy proponowanych cenach.

Sytuacja jest taka, że pod ciężarem rzeczywistości, cała branża rozpada się. Kulturowa odmowa spożywania owadów przez ludzi Zachodu (tzw. „czynnik wstrętu”)  to tylko wisienka na torcie. Prawdziwym problemem jest to, że karmienie kurczaków i świń „zaawansowanymi technologicznie” owadami kosztuje zbyt wiele.

Wielkie palenie pieniędzy publicznych

Przypadek firmy Ÿnsect  dołącza do listy niedawnych wielkich europejskich klęsk technologicznych – razem z Northvolt (baterie, Szwecja), Volocopter i Lilium (latające taksówki, Niemcy). Lekcja jest gorzka, ale konieczna: centralne planowanie innowacji, kierowane przez polityczne slogany („Agenda 2030”, „suwerenność białkowa”) a nie przez rynek – produkuje ruiny.

Spalono 200 milionów euro publicznych pieniędzy. Pieniądze, które można było wykorzystać na opiekę zdrowotną, infrastrukturę lub obniżenie klina podatkowego dla prawdziwych firm, czyli tych, które produkują towary, które ludzie chcą kupować. Zamiast tego sfinansowaliśmy najdroższą farmę robaków w historii. Każdy, kto ma choć odrobinę zdrowego rozsądku, przewidział, że tak się stanie: nie tworzy się rynku dekretem i nie zmienia się diety kontynentu za pomocą propagandy. Ale w Brukseli, zdrowy rozsądek najwyraźniej nie jest notowany na giełdzie.

INFO: https://scenarieconomici.it/il-grande-flop-degli-insetti-ynsect-fallisce-e-brucia-600-milioni-200-dei-contribuenti-un-disastro-annunciato/ https://techcrunch.com/2025/12/26/how-reality-crushed-ynsect-the-french-startup-that-had-raised-over-600m-for-insect-farming/

Przebudowa lasów dla lepszego pochłaniania CO2

[Oto, jak leśnicy bronią logiki, Polski [tj. lasów i nas] używając argumentów i języka durnego przeciwnika M. Dakowski]

Przebudowa lasów dla lepszego pochłaniania CO2

26.11.2024 asy.gov.pl/przebudowa-lasow-dla-lepszego-pochlaniania-co2

Polskie lasy odgrywają pierwszoplanową rolę w realizacji zarówno krajowych, jak i unijnych celów ZEN (zerowych emisji netto), ale ich zdolność do pochłaniania dwutlenku węgla spada – zauważają w Krajowym Raporcie Klimatyczno-Rozwojowym eksperci z Banku Światowego, potwierdzając obserwacje leśników. Główną przyczyną spadku absorbcji CO2 jest fakt, że lasy w Polsce są coraz starsze. Eksperci zwracają uwagę, że realizowane przez leśników działania gospodarki leśnej, zalesienia i odnowienia czy rekultywacja torfowisk wymierne korzyści w zakresie sekwestracji mogą przynieść w bardzo długim okresie.

W listopadzie ukazał się „Krajowy Raport Klimatyczno-Rozwojowy” dla Polski, opracowany przez Grupę Banku Światowego. Raport koncentruje się na osiągnięciu zerowych emisji netto do 2050 roku, podkreślając rolę lasów w pochłanianiu dwutlenku węgla, magazynowaniu węgla oraz redukcji emisji.

Rola Lasów Państwowych w tworzeniu raportu

Lasy Państwowe aktywnie uczestniczyły w opracowaniu dokumentu „Krajowy Plan Rozliczeń dla Leśnictwa”. Jednym z elementów raportu jest wykres obrazujący prognozowany spadek zdolności lasów do pochłaniania dwutlenku węgla. Symulacje zakładały, że przy zachowaniu warunków przyrodniczych i struktury lasów z lat 2000-2009, akumulacja CO₂ będzie stopniowo maleć. Niestety, przyspieszone zmiany klimatyczne jeszcze pogłębiły ten problem. Starzejące się lasy gospodarcze stają się bardziej podatne na niekorzystne warunki, co wymusza intensywną ich przebudowę. Pozostałe lasy to głównie lasy prywatne, młodsze przeciętnie o około 10 lat. Warto dodać słowo komentarza o parkach narodowych. To bardzo dobry punkt odniesienia, ponieważ faktycznie charakteryzują się najstarszymi i najbardziej zasobnymi lasami, które w znacznej części są zbliżone do naturalnych. W nich potencjał pochłaniania nie spada, ale i nie rośnie, od wielu lat utrzymuje się na zbliżonym poziomie. Można je porównać do naładowanego akumulatora. Magazyn jest pełny, ale utrzymuje stan, a nie ma zdolności do pochłonięcia większej ilości CO2.

Przebudowa lasów – kluczowe działania

Przebudowa polega na stopniowym zastępowaniu monokultur (np. sosnowych, sadzonych masowo po II wojnie światowej, kiedy potrzeba było dużo surowca do odbudowy kraju) lasami mieszanymi, złożonymi z bardziej odpornych gatunków, takich jak dęby, buki czy jawory. Takie działania mają zapobiec masowemu zamieraniu lasów, które obserwowano m.in. w przypadku świerków w Niemczech i Czechach. W Polsce podobne zjawiska dotyczą zarówno sosny, jak i w mniejszym stopniu gatunków liściastych. Po około 200 latach gospodarki leśnej jaką znamy, musimy zmienić nasze podejście do niej.

Kluczowe obszary działań

Lasy Państwowe podejmują wieloaspektowe działania, skupiając się na trzech głównych priorytetach:

  1. Identyfikacja najbardziej zagrożonych lasów

Dzięki badaniom pod kierunkiem prof. Jarosława Sochy z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie wdrożone zostały nowe metody oceny ryzyka zamierania w wypadku wystąpienia suszy. Eksperci z zakresu ochrony lasów monitorują także zagrożenia ze strony szkodników, rozszerzając spektrum swoich prac o nowe gatunki, jak np. obce gatunki owadów, grzybów czy jemioła. Wzrost temperatury i osłabienie drzew przez susze sprzyjają ich rozprzestrzenianiu, co nie miało miejsca w przeszłości.

  1. Zarządzanie zasobami wodnymi

W obliczu zmian klimatycznych kluczowe jest zwiększenie retencji wody na terenach leśnych. W przeszłości, zwłaszcza w latach 70. i 80. XX wieku, obszary te były osuszane. Obecnie leśnicy realizują projekty małej retencji, obejmujące budowę ponad 9 tys. obiektów, takich jak progi wodne, poldery i zastawki, które spowalniają odpływ wody i ograniczają skutki nawalnych deszczy. Nowym wyzwaniem jest budowanie jak największej zdolności absorbcji wody przez ekosystemy leśne na całym swoim obszarze.

  1. Zmiana sposobów gospodarowania lasami

W obliczu zmian klimatycznych stosuje się bardziej zaawansowane metody gospodarki leśnej, takie jak las ciągły (wycina się pojedyncze drzewa na danej powierzchni, a w ich miejsce sadzi nowe lub wspiera odnowienia naturalne) oraz wprowadza mozaikowe odnowienia gatunkowe, naśladujące naturalne zbiorowiska roślinne. Szczególnie istotne jest zarządzanie ponad 2 mln ha lasów sadzonych niedługo po II wojnie, które są bardzo wrażliwe i potencjalnie najbardziej zagrożone utratą stabilności. W takich miejscach można spodziewać się, że mimo chęci modyfikacji gospodarowania, możemy mierzyć się z koniecznością cięć zupełnych – na dużych obszarach. Od kilku lat 10% naszego pozyskania drewna jest wykonywane jako cięcia sanitarne, wymuszone coraz mocniejszymi chorobami lasu. Ponadto, częściej niż kilka dekad temu mamy do czynienia ze zjawiskami katastrofalnymi głównie bardzo mocnymi wiatrami.

Ochrona przeciwpożarowa – jeden z kluczowych elementów w adaptacji do zmian klimatycznych

Jednym z istotnych wyzwań w zarządzaniu lasami w dobie zmian klimatycznych jest rosnące ryzyko pożarów. Postępujące susze i coraz wyższe temperatury sprawiają, że tereny leśne stają się bardziej podatne na ogień. Polska zajmuje trzecie miejsce w Europie pod względem liczby pożarów lasów, zaraz po krajach południowych, takich jak Hiszpania i Portugalia. Mimo to, dzięki zaawansowanemu systemowi ochrony przeciwpożarowej, duże pożary lasów w Polsce są rzadkością. Skuteczność tej ochrony wynika przede wszystkim z dobrze rozwiniętej infrastruktury i sprawnego systemu monitorowania. Lasy Państwowe przeznaczają na ten cel około 150 milionów złotych rocznie. Fundusze te są wykorzystywane na budowę i utrzymanie wież obserwacyjnych, rozwój systemów wczesnego ostrzegania, sieci punktów czerpania wody oraz współpracę z jednostkami straży pożarnej. Wczesne wykrywanie pożarów, dzięki monitoringowi z wież i wykorzystanie statków powietrznych w akcjach gaśniczych, pozwala szybko zareagować i ograniczyć skalę zniszczeń.

Coraz trudniejsze warunki klimatyczne zmuszają jednak do przewidywania większych wydatków na ochronę przeciwpożarową w przyszłości. Oczekuje się, że zmniejszenie liczby deszczowych dni, wydłużenie okresów suszy oraz nasilenie ekstremalnych zjawisk pogodowych, takich jak huragany, mogą dodatkowo zwiększyć ryzyko występowania pożarów. Polski system ochrony przeciwpożarowej jest dziś wzorem dla wielu krajów, jednak wymaga ciągłego doskonalenia, aby sprostać wyzwaniom wynikającym z dynamicznie zmieniających się warunków klimatycznych.

Sadzenie gatunków drzew szybko rosnących

Jedną z rekomendacji Banku Światowego na zwiększenie zasobów leśnych, które będą pochłaniać dwutlenek węgla i magazynować węgiel jest sadzenie gatunków drzew szybkorosnących. Jednak nie  zawsze jest to obiektywnie możliwy kierunek działań. [bold -md]

Przede wszystkim wprowadzanie takich gatunków może być niezgodne z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony przyrody, w tym nowymi wymogami wynikającymi z Nature Restoration Law, które kładzie nacisk na przywracanie ekosystemów do ich naturalnego stanu, opartego na rodzimych gatunkach. Nie mówimy tu o monokulturach szybko rosnących drzew (jak plantacje topolowe w przeszłości). W takich systemach ekologicznych szybko można doprowadzić do zniekształcenia gleby oraz zbyt dużego zapotrzebowania na wodę. Jest natomiast do rozważenia wprowadzanie domieszek, np. daglezji, która może radzić sobie na stanowiskach zamarłego górskiego świerka, w dodatku odpornego na choroby typowe dla świerka.

Konieczne tutaj jest znalezienie kompromisu. Całkowite odrzucenie gatunków szybko rosnących nie jest jednoznacznie dobrym rozwiązaniem. Sadzenie ich wymaga dyskusji ze służbami ochrony przyrody, ponieważ może być w przyszłości jedyną drogą utrzymania znacznego pochłaniania CO2. Kluczowe jest znalezienie równowagi między szybkim wzrostem zasobów a ochroną różnorodności biologicznej i lokalnych ekosystemów.

Lasy poza ewidencją – niewykorzystany potencjał

Grunty o powierzchni około 1 mln ha, głównie prywatne wyłączone z gospodarki rolnej, zalesiły się w sposób naturalny, tworząc tzw. lasy poza ewidencją. W tych młodych drzewostanach tkwi potencjał do pochłaniania CO₂, jednak konieczne jest ich formalne przekwalifikowanie na grunty leśne, aby mogły wspierać łagodzenie coraz trudniejszych warunków związanych ze zmianami klimatycznymi. Tu natura sama podpowiada nam składy gatunkowe radzące sobie z obecnymi warunkami. Dominują tu aktualnie liściaste gatunki pionierskie (brzoza, osika, olsza), które stanowią blisko 70% gatunków na tych obszarach.

Wnioski z raportu

Raport Banku Światowego potwierdza również diagnozy Lasów Państwowych wskazujące na potrzebę wspierania dekarbonizacji poprzez wykorzystanie drewna jako alternatywy dla materiałów generujących duże emisje, takich jak beton czy stal. Podkreślono także znaczenie gospodarki leśnej w procesie neutralności klimatycznej.

„Anonimowe chrześcijaństwo”? To nie historia staje nam na drodze do wiary

„Anonimowe chrześcijaństwo”?

To nie historia staje nam na drodze do wiary

pch24.pl/anonimowe-chrzescijanstwo-to-nie-historia-staje-nam-na-drodze-do-wiary

(Oprac. PCh24.pl)

Gdy Chrystus przyszedł na świat ani historia, ani okoliczności społeczne – mówiąc łagodnie – nie były po Jego stronie. Ba! Niektórzy rozpoznali obiecanego Mesjasza w Synu Maryi, ale większość Izraela sprzeniewierzyła się Mu. Czy wobec tego możemy szukać usprawiedliwienia dla niewiary współczesnych w atmosferze zsekularyzowanego świata? Takiego zdania był m.in. wpływowy jezuicki teolog i twórca koncepcji „anonimowego chrześcijaństwa” Karl Rahner. Niemiecki duchowny sugerował, że skoro wiara nie spotyka się z należytym przyjęciem, to być może na drodze staje jej rzeczywistość historyczna, a nie świadomy opór tak wielu ludzi. A jednak, Chrystus zapowiedział, że świat będzie wrogi Jego prawdzie. Nie każe nam czekać, aż karty się odwrócą – ale trwać przy Nim i głosić Jego prawdę na przekór błędom wieku.

Ludzkość już w czasach, gdy nawiedziło ją Słowo Wcielone, nie poznała Jego światłości. Choć Chrystus przyszedł do stworzenia, jakie powstało „w Nim, przez Niego i dla Niego”, to przy narodzinach nie znalazło się dla Niego nawet miejsce w gospodzie. Mało tego! Od pierwszych chwil życia Zbawiciela doświadczał on prześladowań i prób zgładzenia z ręki… narodu specjalnie przygotowanego w Starym Przymierzu na nadejście Mesjasza.

Patrząc na herodowy zamiar morderstwa Syna Bożego, czy późniejsze odrzucenie Go przez Żydów, trudno powiedzieć, by Chrystus zstąpił na ziemię w „chętnym” mu momencie historycznym. W świetle męczeństwa uczniów Pańskich i wieków wrogości Cesarstwa wobec Kościoła myśl o „dobrych czasach” dla religii oddala się tym bardziej. A jednak – to właśnie w takich okolicznościach – jako „pełni czasów” – Bóg objawił Siebie samego.

Historia przeciwko wierze?

Czy mając tego świadomość możemy sądzić, że atmosfera zsekularyzowanej współczesności daje pretekst, by wierzyć z mniejszym przekonaniem? Niektórzy uważają, że ortodoksyjne chrześcijaństwo w czasach pluralizmu jest coraz mniej prawdopodobne. Postmodernizm również nie sprzyja pewnemu obstawaniu przy prawdzie religijnej.

Nijako w takim kierunku zmierza myśl Karla Rahnera – twórcy koncepcji „anonimowego chrześcijaństwa”. Wprawdzie refleksja jezuity ma znacznie bardziej uniwersalne ambicje i nie odnosi się jedynie do współczesności, daje jednak specyficzne spojrzenie na żyjących wokół nas niechrześcijan. Według Rahnera nawet ci, którzy sami mają religię za odległą, mogą być jej w rzeczywistości bliscy.

W swoich esejach – zebranych w V i VI tomie pism jezuity – spotykamy reinterpretację sposobu na jaki z Kościołem łączą się ludzie pozbawieni wyraźnej wiary. Zgodnie z nauką wyłożoną m.in. przez święte oficjum w podpisanym przez Piusa XII „Suprema Haec Sacra”, ci, którzy trwają w stanie ignorancji niezawinionej (nie mieli szansy przyjąć Ewangelii) mogą posiadać niepełny związek z Mistycznym Ciałem Chrystusa i liczyć na zbawienie. Warunkiem jest choć niewyraźne pragnienie przyjęcia prawdy religijnej oraz życie w zgodzie z prawem natury. Co jednak kluczowe: podobna dyspozycja zakłada, że gdyby ludzie w takim stanie spotkali się z wykładem religii świętej – staliby się chrześcijanami.

Rahner skorzystał z tych kategorii teologicznych w osobliwy sposób. Wymieszawszy je ze specyficznymi przekonaniami filozoficznymi oraz maksymalistycznym rozumieniem zbawczej woli Boga wobec każdego człowieka, urobił wizję „anonimowego chrześcijanina”. Niemiec przekonywał, że fakt, iż wielu ludzi żyje bez wiary trzeba „pojednać” z boską wolą zbawienia wszystkich. Nawet jeśli niewierzący wokół zdają się mieć narzędzia do przyjęcia Ewangelii, nie można uznać, że ich życie skazane jest na „wieczny brak znaczenia”. Według Rahnera oznaczałoby to zanegowanie zbawczej woli Boga.

W jaki sposób niemiecki teolog wybrnął z tego „pojednania”? Z jednej strony podkreślał, że wiara w religię objawioną jest rzeczywiście niezbędna do osiągnięcia życia wiecznego. Nie tylko jako środek – ale jako nieodzowna droga. Zgoła nowinkarsko spojrzał jednak na to, czym jest wiara niewyraźna i komu może służyć do zbawienia. Według Rahnera współczesnych niewierzących i innowierców można traktować niejednokrotnie jako przed-chrześcijan, podobnych do starożytnych pogan, którzy nie poznali jeszcze objawienia…

Taką myśl jezuita uzasadniał hipotezą, według której – choć Rahner nie był tego pewien – obowiązek wiary może obowiązywać nie od czasu przyjścia Chrystusa, ale aktualizować się dla każdej społeczności i człowieka indywidualnie… Wtedy, gdy w ich otoczeniu Dobra Nowina nabierze odpowiedniego znaczenia historycznego.

Możliwe więc, że Ci, którzy opowiadają się wbrew Zbawicielowi, wcale nie przeciwstawiają się wierze, a jedynie w ich sytuacji wewnętrzne i niewypowiedziane chrześcijaństwo jeszcze nie poznało pełni swojej tożsamości. Ta utajona religijność nie musi mieć nawet odzwierciedlenia w świadomych deklaracjach. Ma być widoczna w egzystencji – w sposobie życia. Powinien on – choćby odlegle – świadczyć, że dany człowiek wierzy w ludzkie szanse na życie w łasce Bożej. To wystarcza za podstawę anonimowego chrześcijaństwa. Bo – jak wyjaśniał Rahner – to Chrystus umożliwił człowiekowi trwanie w łasce. A zatem kto wskazuje egzystencją na tę prawdę już jakoś w Zbawiciela „wierzy”. Z tym, że jeszcze o tym nie wie – a obiektywna powinność wiary w jego życiu czeka na aktualizację.

Świat, który nie mówi Bogu „nie”?

Za głośną rahnerowską reinterpretacją stało silne przekonanie, że nie wolno spodziewać się potępienia znacznej części rodzaju ludzkiego, bo to nie po chrześcijańsku. Ta podstawa wizji „anonimowego chrześcijanina” dziwi i zasługuje na uwagę. Z jednej strony brak w niej logicznej konsekwencji. Rahner bowiem zaznaczał, że człowiek może wybrać odwrócenie się od Boga. Na podstawie powszechnej woli zbawczej negował jednak przekonanie, że zrobi to tak wielu. Ale jeśli jeden może odrzucić zbawienie, a Bóg chce zbawić wszystkich – to w porządku logicznym nie ma różnicy, czy do piekła trafi on sam, czy z towarzystwem.

Widać na tym przykładzie, że argumentacja Rahnera zasadza się na wyobrażeniu jak największej liczby zbawionych – bardziej, niż na koherencji i spójnej metodzie. A przecież dzieje zbawienia to właśnie ukazują – wierność Bogu nielicznych i odrzucenie go przez „większość”.

To, że Mesjasza odrzucili Żydzi – specjalnie przygotowani na Jego przyjęcie – jest pod tym względem dość wymowne. Myśl, że szczególnie okoliczności czasowe utrudniają wiarę wyraźną musi „bawić” świętych, którzy żyli w okresie politeizmu i boskiego kultu Augusta oraz obcej monoteizmowi mentalności religijnej. Mimo tej atmosfery i na jej tle zastępy chrześcijan wybierały Chrystusa. Podobnie dziś; oziębły religijnie świat roi się od przykładów wiary. Docierają do nas wiadomości o nawróceniach. Z zadowoleniem czytamy o tłumach, jakie we Francji i w innych krajach przystępują do chrzcielnic. Jednak wiara wyraźna trwa mimo przeciwności. To ostatnie „mimo” jest tu kluczowe. Sam Chrystus zapowiedział niesprzyjające okoliczności dla rozszerzania Jego religii…

Gdzie? Na kartach Ewangelii Pan Jezus wielokrotnie ostrzegał przed wrogością, jaką przeciw jego uczniom skieruje świat. „Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mojego imienia”, powiedział Syn Boży. Nie ze względów historycznych. Nie przez niedostępność prawdy – ale z „nienawiści do Jego imienia”. „Jeżeli was świat nienawidzi, mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata świat kochałby was jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego świat was nienawidzi. Pamiętajcie na słowo, które do was powiedziałem: Sługa nie jest większy od swego Pana. Jeżeli mnie prześladowali, to i was będą prześladować. Jeżeli słowo moje zachowali, to i wasze będą zachowywać. Ale to wszystko będą was czynić z powodu mego imienia, bo nie znają Tego, który mnie posłał. Gdybym nie przyszedł i nie mówił do nich nie mieliby grzechu. Teraz jednak nie mają usprawiedliwienia dla swojego grzechu. Kto mnie nienawidzi, ten i Ojca mego nienawidzi”, mówił również do uczniów Boski Nauczyciel.  

Te słowa nie wymagają chyba komentarza. Chrystus sam wskazał, że dał dostateczne powody, by mu uwierzyć. Mimo to został znienawidzony i odrzucony, a ci którzy Go nie przyjęli zaciągnęli winę nie do usprawiedliwienia. Mistrz kazał uczniom przygotować się na spotkanie z taką właśnie reakcją na ich apostolską misję…

Reszta z zsekularyzowanego świata

Wobec słów Zbawiciela i dziejów Kościoła bezpodstawne wydaje się poszukiwanie źródła sprzeciwu wobec wiary bardziej w okolicznościach historii, niż w człowieku. Chrześcijańska prawda zawsze jest „nie w porę”, a starcie ze światem wpisane jest w jej tożsamość.

To stan rozumu i woli, a nie wyposażenie w odpowiednie pomoce, decyduje o wierze. W narodzonym w Betlejem Dzieciątku, Syna Bożego rozpoznali nieuczeni pastuszkowie. Mędrcy Izraela obeznani w pismach i proroctwach zawinili, sprzeciwiając się Panu. Namiestnik rodzimej Judei prześladował Go, a monarchowie z Dalekiego Wschodu przybyli oddać Mu pokłon…

Boża Światłość nie ginie w ciemności wieków, ale świeci i każe się przyjąć mimo niej. Rzecz kluczowa, to prawdziwie chcieć się w nią wpatrywać. Patrzmy zatem – jeśli nie w zgodzie z historią i nie w przyjaźni ze światem – trudno. Adorujmy wcieloną Prawdę na przekór im.

Filip Adamus