List otwarty G. Brauna i T. Leppera o rolnictwie i Mercosur.

List otwarty Brauna i Leppera.

Korona mówi o „ciosie ostatecznym”

8.01.2026 nczas.st-otwarty-brauna-i-leppera

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

W przeddzień zapowiadanych na szeroką skalę protestów rolniczych w Warszawie, przedstawiciele Konfederacji Korony Polskiej oraz środowiska rolnicze zorganizowali wspólną konferencję prasową. List otwarty wystosowali także Grzegorz Braun i Tomasz Lepper.

Podczas konferencji prasowej Piotr Heszen z KKP w mocnych słowach odniósł się do unijnej polityki handlowej, w szczególności umowy Mercosur. Zdaniem polityków Konfederacji Korony Polskiej oraz rolników umowa ta stanowi egzystencjalne zagrożenie dla rodzimej produkcji żywności.

Umowa Mercosur jest takim ciosem ostatecznym, dobijającym polskie rolnictwo, wiszącym nad polskim rolnictwem. Jeszcze jest czas, żeby powstrzymać te szkodliwe dla samej branży, i w ogóle życia narodowego, posunięcia – podkreślił.

Heszen odwołał się do najnowszego posunięcia USA i zmiany wytycznych żywieniowych. Przywołał przy tym słowa Roberta F. Kennedy’ego Jr., który powiedział: – Przez dekady Amerykanie stawali się coraz bardziej chorzy, a koszty opieki zdrowotnej rosły. Powód jest oczywisty. Brutalna prawda jest taka, że nasz rząd okłamywał nas, aby chronić korporacyjne zyski, wmawiając nam, że te substancje jedzeniopodobne są korzystne dla zdrowia publicznego. Polityka federalna promowała i dotowała wysoko przetworzoną żywność i rafinowane węglowodany, a dziś przymykała oko na katastrofalne konsekwencje.

CZYTAJ WIĘCEJ: USA ogłaszają nowe wytyczne żywieniowe. „Byliście okłamywani”

Heszen określił, że stanowisko USA jest zbliżone do „postulatów, które wspólnie mamy”. – To jest ten moment w historii Polski, że trzeba odłożyć jakieś teoretyczne, partykularne spory i przyjąć postawę solidarności narodowej z polskimi rolnikami (…) Musimy stanąć murem za polskim rolnikiem i obronić tę dziedzinę naszego życia, nie tylko gospodarczego, ale narodowego. Za każdą, można powiedzieć, praktycznie cenę – apelował.

List otwarty Grzegorza Brauna i Tomasza Leppera

Nawiązał też do listu otwartego lidera partii, Grzegorza Brauna oraz Tomasza Leppera, w którym sygnatariusze apelują o solidarny sprzeciw wobec umowy UE-Mercosur oraz wzywają rząd do zablokowania ratyfikacji porozumienia. Cały list do przeczytania poniżej.

Drodzy Rolnicy,
wobec konsekwencji, jakie może przynieść umowa handlowa Unii Europejskiej z Mercosur, zwracamy się do Was z apelem o solidarność środowiskową oraz wspólne działania w sprawie kluczowej dla polskiego i europejskiego rolnictwa.
Zawarcie tej umowy bez skutecznych mechanizmów ochronnych grozi nie tylko ograniczeniem krajowej produkcji żywności, lecz także destabilizacją całego rynku rolnego. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej powinien podjąć inicjatywę i stanąć na czele grupy państw sprzeciwiających się jej ratyfikacji. Jest to elementarna odpowiedzialność wobec producentów rolnych. Jeżeli nie zapewnia on realnego wsparcia polskiemu rolnictwu, nie powinien przynajmniej podejmować działań prowadzących do jego marginalizacji.
Porozumienie z Mercosur oznacza otwarcie rynku na szeroki napływ towarów rolno-spożywczych z Ameryki Południowej, wytwarzanych przy znacznie niższych kosztach produkcji niż w Unii Europejskiej, w tym w Polsce. W krajach tych dopuszcza się stosowanie substancji aktywnych oraz technologii produkcji, które na rynku unijnym zostały wycofane lub objęte ścisłymi ograniczeniami. Taka sytuacja prowadzi do zachwiania konkurencyjności, silnej presji cenowej oraz spadku rentowności krajowych gospodarstw rolnych.
Dlatego wzywamy Was do obrony interesów polskiego rolnictwa – podobnie jak czynił to Andrzej Lepper, konsekwentnie stojący po stronie producentów rolnych. Zabiegał on o bezpieczeństwo żywnościowe państwa oraz ochronę krajowych zasobów ziemi rolnej. Jego działalność pozostaje istotnym punktem odniesienia dla działań, które powinniśmy dziś podejmować, także podczas tego protestu.
Wspólnym głosem musimy jasno zaznaczyć, że polskie gospodarstwa rolne zasługują na równe i uczciwe warunki funkcjonowania. Nie możemy dopuścić do tego, aby decyzje podejmowane w oderwaniu od realiów produkcji rolnej – przy brukselskich i korporacyjnych stołach – godziły w naszą pracę, wielopokoleniowe tradycje oraz stabilność ekonomiczną rodzin rolniczych. Razem upominajmy się o prawo do godziwego dochodu, bezpieczeństwa ekonomicznego i zrównoważonego rozwoju obszarów wiejskich.
Choć nie możemy uczestniczyć w zgromadzeniach osobiście, wyrażamy pełne poparcie dla Waszych działań i zgłaszanych postulatów.
Grzegorz Braun
Prezes Konfederacji Korony Polskiej
Tomasz Lepper
Fundacja Dziedzictwo Andrzeja Leppera

Resortowa przeszłość rodziny Gizeli Jagielskiej: Dziadek, Mojżesz-Hersz Jakubowicz, syn Chaima brał czynny udział w walkach z bandami reakcyjnego podziemia.

Dorota Kania ujawnia resortową przeszłość rodziny Gizeli Jagielskiej

7.01.2026

tysol/resortowa-przeszlosc-rodziny-gizeli-jagielskiej

Nazwisko Gizeli Jagielskiej stało się głośne w całej Polsce po sprawie aborcji przeprowadzonej u matki w 9. miesiącu ciąży. Według informacji Doroty Kani przekazanych na podstawie anali archiwów, jej dziadek, Mojżesz Jakubowicz, miał być aktywnie zaangażowany w struktury komunistycznego aparatu władzy.

Gizela Jagielska

Gizela Jagielska / fot. Ratuj Życie

Sprawa, która wstrząsnęła opinią publiczną

Gizela Jagielska uśmierciła dziecko w 9. miesiącu życia płodowego poprzez zastrzyk z chlorku potasu. Jak opisuje Dorota Kania, media liberalne, w tym „Gazeta Wyborcza”, określały ją jako lekarkę dokonującą największej liczby tzw. terminacji ciąż w Polsce. Została także wyróżniona przez magazyn „Wysokie Obcasy” w zestawieniu „50 śmiałych 2025”.

Prywatna praktyka i zaplecze rodzinne

Z ustaleń Doroty Kani wynika, że Jagielska prowadzi prywatny gabinet w Dzierżoniowie przy ul. Batalionów Chłopskich 14. Jak ustaliła dziennikarka, to ten sam adres, pod którym wcześniej mieszkała jej rodzina. Równolegle, wspólnie z mężem Łukaszem Jagielskim, prowadzi działalność w Kiełczowie.

Według informacji Doroty Kani przekazanych na podstawie anali archiwów, jej dziadek, Mojżesz Jakubowicz, był aktywnie zaangażowany w struktury komunistycznego aparatu władzy oraz być działaczem PZPR, członkiem PRON, ZBOWiD oraz ORMO.

Dokumenty z archiwów i działalność w ORMO

Jak przytacza Dorota Kania, zachowane dokumenty mają potwierdzać, że Jakubowicz był tajnym współpracownikiem UB i udostępniał swoje mieszkanie funkcjonariuszom bezpieki.

Obywatel Jakubowicz Mojżesz, syn Haima, był członkiem ORMO na terenie miasta Dzierżoniów w okresie od maja 1946 roku do grudnia 1948 roku.

– można przeczytać w aktach.

Wymieniony brał czynny udział w walkach z bandami reakcyjnego podziemia, działając na rzecz utrwalania władzy ludowej – informują dokumenty.

W praktyce oznaczało to udział w zwalczaniu niepodległościowego podziemia, które w rejonie Dzierżoniowa było szczególnie silne.

Powiązania rodzinne i kolejne pokolenie

Z informacji zebranych przez Dorotę Kanię ma wynikać, że także matka Gizeli Jagielskiej była związana z aparatem PRL – pełniła funkcję w Ochotniczej Rezerwie Milicji Obywatelskiej oraz pracowała w Ochotniczych Hufcach Pracy.

Sama Gizela Jagielska urodziła się w 1980 roku w Wałbrzychu. Przed ślubem nosiła nazwisko Jakubowicz.

Kariera zawodowa i aktywność medialna

Według informacji publikowanych na portalach branżowych, Jagielska ukończyła studia medyczne w 2006 roku i uzyskała specjalizację z ginekologii i położnictwa. Przez lata pracowała m.in. w szpitalu w Oleśnicy, gdzie do lipca 2025 roku pełniła funkcję wicedyrektora ds. medycznych.

Jak podkreśla Dorota Kania, lekarka była bardzo aktywna w mediach społecznościowych, gdzie publikowała materiały opisujące procedury aborcji w swobodnym, żartobliwym tonie.

Postępowania prokuratorskie i decyzje sądów

Śledztwo dotyczące aborcji przeprowadzonej w Oleśnicy zostało w grudniu 2025 roku umorzone. Decyzję tę zaskarżyła Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska. Prokuratura odmówiła jednak przyjęcia zażalenia, co doprowadziło do dalszych kroków prawnych.

Rządowe wytyczne i spór konstytucyjny

Jak wskazuje Dorota Kania, liberalizacja praktyki aborcyjnej była możliwa dzięki wytycznym rządu Donalda Tuska z sierpnia 2024 roku. Dokument dopuścił szeroką interpretację przesłanki zagrożenia zdrowia matki.

Szukamy takich sposobów działania, oczywiście zgodnego z prawem, które w praktyce umożliwi dostęp do legalnej aborcji kobiet

– mówił Donald Tusk.

Krytycy wytycznych podnoszą, że dokument narusza konstytucyjną zasadę ochrony życia i omija regulacje ustawowe, tworząc niebezpieczny precedens prawny.

Zarzuty wobec dziennikarki

Po opublikowaniu przez Dorotę Kanię artykułu dotyczącego powiązań aborterki z Oleśnicy pojawiły się zarzuty, że informacje zawarte w tekście miały rzekomo być nieprawdziwe. Autorka odniosła się do tych komentarzy publikując w mediach społecznościowych fotokopię zaświadczenia poświadczającego, że Mojżesz Jakubowicz był członkiem ORMO w latach 1946-1948, jak również że brał udział w zwalczaniu „band reakcyjnego podziemia” w latach 1946-1947.

Osoby krzyżackie… MEM-y

————————————————-

————————————————

[ małe żydy kradną drobne z fontanny 🙂 ]

—————————————

———————-

—————————————-

———————————————————————–

To narada, konsystorz w Watykanie…

—————————————–

—————————————–

————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Lindsey Graham ostrzega Tuckera Carlsona i Candace Owens: „Zabijamy ludzi, którzy krytykują Izrael”

Lindsey Graham ostrzega

Tuckera Carlsona i Candace Owens:

„Zabijamy ludzi, którzy krytykują Izrael”

Senator Lindsey Graham powiedział publiczności popierającej Izrael, że rząd „zabija wszystkich właściwych ludzi” , którzy krytykują Izrael.

Tucker Carlson

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 8

Przemawiając na zamkniętym spotkaniu Republikańskiej Koalicji Żydowskiej, Graham zbagatelizował obawy darczyńców dotyczące wzrostu znaczenia postaci antyinterwencjonistycznych, takich jak Tucker Carlson, Candace Owens i Nick Fuentes, zapewniając zebranych, że Partia Republikańska nadal opowiada się za militaryzmem, obniżkami podatków dla elit i bezwarunkowym wsparciem dla Izraela.

„Dobrze się czuję z Partią Republikańską. Dobrze się czuję z tym, dokąd zmierzamy jako naród” – powiedział Graham, według nagrań krążących w Internecie. „Zabijamy wszystkich właściwych ludzi i obniżamy wam podatki”.

Uwaga ta, wypowiedziana mimochodem i wywołała śmiech, została zinterpretowana przez krytyków jako odkrywczy wgląd w sposób myślenia permanentnej klasy wojennej w Waszyngtonie – klasy, która uważa, że ​​sprzeciw jest równoznaczny z wrogiem, a masowe śmierci za granicą stanowią temat politycznych dyskusji.

Graham następnie wychwalał Donalda Trumpa, nazywając go swoim „ulubionym prezydentem”, przechwalając się, że armia amerykańska tak aktywnie atakuje państwa obce w imieniu Izraela, że ​​w końcu zaczęła napotykać ograniczenia swojej globalnej siły ognia.

„Skończyły nam się bomby” – chwalił się Graham. „Nie skończyły nam się bomby podczas II wojny światowej”.

Senator odniósł się również bezpośrednio do obaw publiczności dotyczących osobistości medialnych i polityków, którzy zaczęli kwestionować wpływ Izraela na politykę USA i rolę Ameryki w konfliktach zagranicznych.

Tucker Carlson Network

@TCNetwork

·

Lindsey Graham is obsessed with killing people.

Kiedy w Polsce powróci obowiązek wizowy dla Ukraińców ?

Kiedy w Polsce powróci obowiązek wizowy dla Ukraińców ?

goralo-baca123 salon24/kiedy-w-polsce-powroci-obowiazek-wizowy-dla-ukraincow


Proste pytanie. Związane z naszym bezposrednim bezpieczenstwem , ktore stawiaja miliony Polakow na ten jakze wazny temat a nadal nie ma zadnej oficjalnej odpowiedzi ze strony Rzadu czy Kancelari Prezydenta nie mowiac o Ukrainskiej Partii w Polsce PIS..

Jestesmy zaniepokojeni faktem , ze tzw ” ukraincy ” z Ukrainy i bylych Sowieckich Republik , ktorzy zakupili Paszporty Ukrainskie w Kijowie ( proceder ten trwa od 2020 po dzisiaj ) wjezdzaja do Polski bez potrzebnej i ciagle obowiązującej Wizy Schengen , ktorej to potrzebe posiadania Polska zniosla..

Z niejasnych komunikatow Rzadu i Prezydenta wynika , ze jest nieznany termin od kiedy obowiazek posiadania Wizy na wjazd go Polski zacznie znowu ich obowiazywac..

Jest sie czego obawiac  powiem brak potrzeby posiadania Wizy stworzyl okazje zdemobilizowanym zolnierzom ” ukrainskim ” w liczbie 700 000 tysiecy , ktorzy  „walcza „? na froncie ( nikt nie wie jak tam naprawde jest ) z Rosjanami pod Czarno-Czerwona Narodowa flaga i insygniami SS jak np SS-mani i ” ukrainscy ” neo-nazisci z formacji militarnej Azov ( okolo 80 000 tys ) wraz z różnymi międzynarodowymi „ochotnikami” w liczbie circa 15 000 nieograniczonego wjazdu do Polski..

Nie potrzeba wielkiej wyobrazni aby przewidziec co sie stanie jak obowiazek posiadania Wizy nie zostanie ponownie przywrocony.

Od czerwca ub. roku Militarny Dwor Zelenskiego zniosl zakaz wyjazdu z Ukrainy osobom miedzy 18-21 rokiem zycia.

Od tego czasu po dzien dzisiejszy trwa inwazja przyjazdow wymienionych 

Ocenia sie ze wjechalo do Polski okolo 120 000 mlodych ” ukraincow ” niektorzy z nich Afrykanskiego i Latyno-amerykanskiego pochodzenia..

Mafijne przyczolki sa juz w Polsce utworzone i pracuja pelna para..od przemytu narkotykow, broni , nielegalnych migrantow po Cyber-crime zwiazanych z call-center w Kijowie, Lwowie, Odessie , Charkowie..oraz  handlem i przerzutem do Ukrainy kradzionych samochodow i dobr z Zachodniej Europy..

Zorganizowane ” ukrainskie ” grupy przestepcze w Polsce zajmuja sie rowniez aktami sabotazu i terroru na zlecenie..

Mozna wiele pisac na ten temat..Rozwiazanie jest bardzo proste i darmowe

Ustawa o przywróceniu Obowiązku Wizowego dla wszystkich bez wyjątków..

Gdzie jest Panstwo ? gdzie jest Prezydent ? jakie sa powody ? ze takiej ustawy nadal nie ma ? 

Czy potrzebne beda kolejne trupy , ofiary przestepstw , gwaltow , kradziezy ? aby w koncu zabezpieczono nam Polakom bezpieczenstwo we wlasnym kraju  za ktore to  my Polascy podatnicy placimy ..

Od IZY do ELIZY i ORKIESTRY JURASA


OD IZY DO ELIZY I ORKIESTRY JURASA

Ted Cruz od-izy-do-elizy-i-orkiestry-jurasa

Jeśli ktoś sądził, że głupszych ministrów od Izy Leszczyny i Miłosza Motyki – aparatczyka PSL usadowionego na fotelu ministra ds. energii – już nie ma – to się grubo myli.

Kierownik ma całą armię przygłupów, którzy przebierają nóżkami, żeby przypodobać się niemieckiemu Namiestnikowi dla którego polskość to nienormalność.

                Przychylność kierownika jest bowiem i zawsze była jedynym gwarantem zrobienia kariery w czasach PRL, jaki i w PRL-bis do której zbliżyliśmy się zaledwie w dwa lata.

Mamy więc sytuację podobną do czasów, gdy towarzysz Szmaciak był symbolem władzy bolszewickiej, gdyż im głupszy – tym bardziej nadawał się do rządzenia. Nie tylko zresztą państwem. Każdy, kto w tych czasach żył i pracował przecież pamięta niezapomnianych kierowników, którzy tak trzęśli zakładami pracy, że w 1989 roku okazało się, że bez „okrągłego stołu” komuna już nie przetrwa ani dnia.

Nie dziwi więc powszechne nawoływanie do „okrągłego stołu” – w czym celują zwolennicy PSL – dawnego sojusznika PZPR. Tacy jak zapatrzona w Tygrysa Jolanta Milas. Jest to sygnał kompletnego rozkładu państwa i apel o uratowanie stołków tych, którzy już w czasach PRL-u zrównali chłopa z ziemią i pozostawili po sobie gigantyczne długi zagraniczne, w tym ogromne zobowiązania wobec ZSRR i krajów RWPG.

Przypomnę niedowiarkom, że część długu wobec Klubu Paryskiego spłacono w 2009 roku, a wobec Klubu Londyńskiego (tzw. dług Gieka) dopiero w 2012 roku! Kiedy spłacimy dług Tuska, który już teraz wynosi ponad półtora biliona złotych – wie tylko dobry Bóg…

Nie trzeba przypominać, że aparatowi PSL, który w ramach kałolicji z partią Tuska został rzucony na ministerstwa rolnictwa, energii, infrastruktury i MON – udało się zrównać chłopa z ziemią zaledwie w dwa lata nierządów kałolicji oraz doprowadzić do takiego zmniejszenia cen energii, że trzeba będzie za nią płacić nawet i 100% więcej! A jest to bowiem Kałolicja, której hasłem jest „Robimy – nie gadamy, gdyż mamy jeszcze kupę do zrobienia!”.

Kałolicji nie chodzi jednak tylko o tzw. „grubszą” robotę! Na przykład po dwóch latach nierządzenia na fotelu ministerki rodziny, pracy i polityki społecznej – lewaczka od Czarzastego, czyli Dziemianowicz- Bąk puściła na posiedzeniu nierządu takiego bąka, że Namiestnik na Polskę nadal wietrzy pomieszczenia kancelarii! Ministrze Dziemianowicz-Bąk – zapatrzonej w niewątpliwe sukcesy aparatczyków Tygrysaudało się bowiem zrównać betoniarza z betoniarką i wprowadzić do Kodeksu Pracy takie obostrzenia, o jakich towarzysz Gomułka nawet nie marzył!

W tej sytuacji Motyka nie mogła być gorsza! Dziś się okazuje, że Motyka wydała prawie 800 tys. złotych na propagandę Ministerstwa Energii w stacji TVN – powszechnie znanej, jako Tusk Vision Network. Dokładnie na 799 992 zł opiewa umowa z TVN S.A. na agitkę Ministerstwa Energii, którym kieruje aparatczyk, który w życiu jednego dnia nie przepracował i do dziś nie wie, że do włączenia pieca gazowego potrzebny jest prąd!

Kasa dla TVN to przecież najbardziej ekologiczne paliwo, które napędza sukcesy ministra Miłosza Motyki. Od dawna wiadomo, że najbardziej opłaca się zapłacić orkiestrze, która grać będzie do czasu, aż „Titanic” zatonie. Nic więc dziwnego, że Kierownik wspiera Orkiestrę Jurasa, nazywaną Wielką Orkiestrą Świątecznego Przekrętu, w którą opozycja wbija szpilki, jak te wilki: Chcą zniszczyć Jerzego Owsiaka i Orkiestrę, tak jak próbowali zniszczyć Lecha Wałęsę i prawdziwą polską solidarność” – alarmuje Namiestnik na Polskę, zatroskany że coraz więcej Polaków nie chce płacić na orkiestrę, przygrywającą na tonącej Platformie. I to pomimo tego, że Lidl i Biedronka ustawiły przy kasach nie tylko puszki Orkiestry Jurasa – ale i wprowadzili informację na paragonach!

Przygłupy więc płacą Jurasowi, gdyż ani w Tusk Vision Network, ani w TVPropaganda nie dowiedzą się, że zakupiony przez Jurasa sprzęt medyczny trafi do szpitali…wyłącznie na wypożyczenie!

Ale jest nadzieja na zapowiadane przez Kierownika przyspieszenie. Oto Eliza Michalik zaprezentowała się, jako potencjalna – nowa ministra obrony! I to wcale nie gorsza od doktorów Klicha i Kamysza, którzy podobnie do Elizy nie są i nigdy nie byli strategami wojskowymi. „Ja uważam, że USA powinny być wykluczone z NATO”- wyznała, dodając: „Ja wiem, radykalne, ale powinniśmy być może zrobić wszystko, żeby wciągnąć Chiny do sojuszu”…

Sędzia prowadzący sprawę Netanjahu zginął w podejrzanych okolicznościach. To kolejny.

Sędzia prowadzący sprawę Netanjahu zginął w podejrzanych okolicznościach.

Date: 7 gennaio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/sedzia-prowadzacy-sprawe-netanjahu-zginal-w-podejrzanych-okolicznosciach/

Niespodziewana śmierć izraelskiego sędziego Benny’ego Sagiego na początku stycznia 2026 roku spowodowała głębokie pęknięcie w i tak już kruchej równowadze między władzą polityczną a sądownictwem w Izraelu timesofisrael/beersheba-district-court-president-benny-sagi-killed-in-shocking-crash.

Nie jest to zwykła historia prasowa: profil ofiary, moment zaistnienia zdarzenia i jego konsekwencje sądowe umieszczają incydent w strefie nieprzejrzystości, która nie pozwala na jego pochopne oddalenie. Oficjalnie sklasyfikowana jako wypadek drogowy, sprawa ma elementy, które razem wzięte sprawiają, że śmierć Sagiego jest obiektywnie anomalna, zwłaszcza w świetle jego zaangażowania w niektóre z najbardziej wrażliwych postępowań dotyczących Benjamina Netanjahu. Netanyahu-s-case-s-judge-killed-in-suspicious-incident

1. Informacje oficjalne

W dniu 4 stycznia 2026 r. ( według doniesień między 5 a 6 stycznia) Benny Sagi, 54-letni prezes Sądu Rejonowego w Be’er Sheva, zginął w wypadku na drodze nr 6, jednej z głównych arterii Izraela. Sędzia jechał na motocyklu, który został uderzony przez Jeepa SUV, który, według wersji przedstawionej przez policję, nagle wjechał na jezdnię z bocznej drogi polnej.

Kierowca pojazdu, Shuka Ben Shushan, został aresztowany pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci, niebezpiecznej jazdy i prowadzenia pojazdu pod wpływem narkotyków. Władze mówią o nieracjonalnym zachowaniu, utracie kontroli i przypadkowej dynamice. Obecnie formalnie nie wszczęto dochodzenia w sprawie zabójstwa.

Z proceduralnego punktu widzenia sprawa jest zatem traktowana jako ciężki wypadek drogowy.

2. Stanowisko rodziny: element, którego nie można wykluczyć

Sprawę komplikuje szczególnie ważny element: stanowisko zajęte przez rodzinę Benny’ego Sagiego. Jej członkowie publicznie zażądali, by śledztwo nie ograniczało się do hipotezy mówiącej o wypadku śmiertelnym, ale by wzięto również pod uwagę możliwość zamachu celowego.

Nie jest to bynajmniej kwestia marginalna. Krewni ofiary rzadko wyraźnie domagają się zbadania alternatywnych tropów, chyba że istnieją niespójności postrzegane jako istotne. Prośba rodziny nie stanowi dowodu, ale znacznie podnosi poziom zaangażowania śledczych i sprawia, że odrzucenie sprawy jako zwykłego wypadku staje się problematyczne.

3. Kim był Benny Sagi i dlaczego jego rola była kluczowa

Benny Sagi nie był zwykłym sędzią. Był centralną postacią izraelskiego sądownictwa, szanowaną za rygor i kompetencje, zaangażowaną w bardzo głośne postępowania. W szczególności był związany z jedną z najbardziej wrażliwych spraw ery Netanjahu: tzw. Sprawą 3000, znaną jako «afera łodzi podwodnych». corruption-tracker./german-submarine-sales-to-israel

Sprawa dotyczy domniemanych epizodów systemowej korupcji związanej z zakupem łodzi podwodnych i okrętów marynarki wojennej od niemieckiej firmy ThyssenKrupp, wartych miliardy dolarów. Sprawa dotyczy byłych wyższych oficerów marynarki wojennej, urzędników państwowych oraz bliskich współpracowników premiera. Chociaż Netanjahu nie jest formalnie oskarżony w tym konkretnym wątku, sprawa ma bezpośredni wpływ na jego polityczno-wojskowe otoczenie.

W opinii publicznej, izraelskiej i międzynarodowej, Sagi był postrzegany jako jeden z kluczowych sędziów w aparacie sądowniczym powołanym do orzekania w sprawach korupcyjnych związanych z otoczeniem Netanjahu. W chwili jego śmierci, rozprawy zbliżały się ku końcowi i otwarcie mówiło się o rychłych werdyktach.

4. Anomalia chronologiczna: wypadek „zbyt fortunny”

W tym miejscu sytuacja nabiera znaczenia strukturalnego.

Śmierć sędziego nastąpiła w pobliżu decydującej fazy procesu. Zgodnie z izraelską procedurą, śmierć sędziego tytularnego pociąga za sobą automatyczne zawieszenie postępowania, wyznaczenie nowego sędziego i konieczność ponownego zbadania przez niego dokumentów zgromadzonych przez lata, zeznań i materiałów dowodowych.

Rezultatem będzie opóźnienie o miesiące, jeśli nie lata, co obiektywnie sprzyja oskarżonym. Nie jest to opinia, ale fakt proceduralny.

Ów czasowy zbieg okoliczności staje się jeszcze bardziej znaczący, gdy weźmie się pod uwagę, że w tych samych tygodniach, Netanjahu zwrócił się do prezydenta Izaaka Herzoga z prośbą o ułaskawienie prewencyjne, co było posunięciem bezprecedensowym w historii izraelskich instytucji. Zbieżność między presją na zablokowanie lub zneutralizowanie postępowania sądowego a nagłą śmiercią jednego z najbardziej prominentnych sędziów przyczynia się do nakreślenia wizerunku nieprzejrzystości systemowej, której nie wolno ignorować.

5. Dynamika wypadku: elementy nietypowe

Niektóre aspekty dynamiki, choć nie stanowią dowodu, nie mają typowego charakteru. Pojazd uderzający nadjeżdżał z bocznej drogi terenowej, a nie z regularnego skrzyżowania; wjazd na jezdnię jest opisywany jako nagły i gwałtowny; uderzenie było tak potężne, że zabiło doświadczonego motocyklistę w momencie uderzenia; miejsce wypadku nie jest skrzyżowaniem miejskim, ale znajduje się na szybkim i stosunkowo dobrze kontrolowanym odcinku.

Irańskie i arabskie media zauważyły, że zamaskowane wypadki od dawna służyły jako sposób ukierunkowanej eliminacji. To spostrzeżenie należy do sfery hipotez, a nie faktów, ale pomaga wyjaśnić, dlaczego oficjalna narracja nie przekonała wszystkich.

W świetle powyższych anomalii konieczne jest wykonanie kolejnego kroku i przeniesienie analizy z poziomu opisowego na metodologiczny.

6. Ramy metodologiczne: „incydent” jako prawdopodobna forma neutralizacji

Na tym etapie analizy konieczne jest wprowadzenie ram metodologicznych, często nieobecnych w debacie publicznej, ale dobrze znanych zarówno kryminologii, jak i analizom dotyczącym działalności wywiadowczej. Kiedy śmierć ma miejsce w bardzo wrażliwym politycznie kontekście i jest klasyfikowana jako „wypadek”, zadaniem analityka nie jest zajęcie miejsca śledczego, ale zadanie pytania natury metodologicznej: czy w udokumentowanej przeszłości zaistniał przypadek, w którym umyślne zdarzenie zostało zakamuflowane jako wypadek drogowy?

Na poziomie ściśle kryminalistycznym odpowiedź jest twierdząca. Literatura kryminologiczna i sądowo-lekarska od dziesięcioleci opisuje przypadki zabójstw upozorowanych na wypadki samochodowe, identyfikując występujące schematy, różnice statystyczne i typowe nieprawidłowości w porównaniu z prawdziwymi wypadkami. „Wypadek” stanowi szczególnie skuteczną ramę narracyjną: jest społecznie akceptowalny, rzadko prowokuje przedłużające się szczegółowe dochodzenia i pozwala na szybką normalizację zdarzenia.

Na poziomie praktyk wywiadowczych kwestia ta jest jeszcze bardziej delikatna. Badania historyczne nad tajnymi operacjami pokazują, że gdy dąży się do eliminacji lub neutralizacji związanej z wysokim ryzykiem politycznym, priorytetem jest nie tylko skuteczność, ale także wiarygodna możliwość zaprzeczenia. Zgodnie z tą logiką, przypadkowe zdarzenie – błąd ludzki, nieuniknioność utrata kontroli – stanowi idealną formę tuszowania: powoduje nieodwracalny skutek bez generowania sprawcy, którego można jednoznacznie zidentyfikować.

Ważne jest, aby wyraźnie powtórzyć: wspomniane ramy niczego nie dowodzą w tym konkretnym przypadku, ani nie upoważniają do asertywnych wniosków. Ustalają jednak istotną kwestię metodologiczną: hipoteza wypadku jako zatuszowania nie należy do folkloru spiskowego, ale do rzeczywistej, zbadanej i udokumentowanej kategorii analitycznej. W przypadku podmiotu o bardzo wysokiej wartości instytucjonalnej, tzw. timingu idealnie zbieżnego z decydującymi rozstrzygnięciami sądowymi oraz natychmiastowymi korzyściami proceduralnymi dla osób trzecich, wątpliwości nie biorą się z fantazji, ale z porównań danych archiwalnych.

W tym sensie pytanie dochodzeniowe nie dotyczy tego, czy zdarzenie było operacją, ale czy sama etykieta „incydent” jest wystarczająca do wyczerpania analizy.

7. Milczenie Netanjahu i atmosfera presji na sądownictwo

Kolejnym elementem odnotowanym przez niezależnych komentatorów i dziennikarzy było publiczne milczenie Netanjahu w pierwszych godzinach po śmierci sędziego. Netanjahu jest znany z szybkiego reagowania na ważne wydarzenia publiczne; w tym przypadku komunikacja była albo nieobecna, albo bardzo spóźniona.

Sam fakt, wyizolowany, niczego nie dowodzi. Jednakże umieszczony w szerszym kontekście, naznaczonym atakami werbalnymi, delegitymizacją sądownictwa i niezwykle silną polaryzacją instytucjonalną, przyczynia się do wzbudzenia podejrzeń. W ostatnich latach, sędziowie zaangażowani w postępowania o dużym oddziaływaniu politycznym byli poddawani bezprecedensowej presji medialnej i politycznej, co sprawiło, że atmosfera wokół postaci takich jak Sagi była szczególnie wybuchowa.

8. Niepokojące precedensy: sprawa Haima Garona

Ci, którzy obserwują tę sprawę krytycznym okiem, pamiętają, że nie jest to pierwsza nietypowa śmierć związana z postępowaniem przeciwko Netanjahu.

W roku 2021, Haim Garon, wysoki rangą urzędnik w Ministerstwie Komunikacji i świadek oskarżenia w tzw. Sprawie 4000, zginął wraz z żoną w katastrofie lotniczej w Grecji. Również wtedy władze mówiły o wypadku; także wtedy nie pojawiły się żadne dowody sabotażu; a jednak zbieżność czasowa z newralgicznym procesem rodziła pytania. www.ynetnews.com

Podsumowując: Dwa przypadki nie stanowią dowodu; tworzą jednak sekwencję, która uzasadnia pojawienie się wątpliwości.

Video Player

00:00

01:09INFO: https://www.laveritarendeliberi.it/morte-giudice-netanyahu-benny-sagi-indagine/

Dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło

Dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło

freede.tech/amerika/warum-venezuelas-militaer-nicht-gekaempft
Napisał: Miguel Santos García

Marucha w dniu 2026-01-07

Analityk geopolityczny Miguel Santos García wyjaśnia, dlaczego jego zdaniem istniało tajne porozumienie między USA a Wenezuelą. Według niego Wenezuela skapitulowała już przed atakami USA. Bojowe wystąpienie nowej prezydent, Delcy Rodríguez, było jedynie teatrem.

„Ameryka Łacińska zjednoczona w walce z imperializmem” – demonstracja solidarności z Wenezuelą, Meksyk, 4 stycznia 2026 r.

Prezydent USA Donald Trump oświadczył na konferencji prasowej, że Stany Zjednoczone będą teraz rządzić Wenezuelą. W ten sposób stworzył wrażenie, że była wiceprezydent Wenezueli, Delcy Rodríguez, postępuje zgodnie z instrukcjami USA.

Zaledwie kilka godzin po konferencji prasowej Trumpa, nowa pani prezydent Rodríguez zwróciła się do narodu Ameryki Południowej w transmitowanym w telewizji przemówieniu. W swoim przemówieniu uważa Stany Zjednoczone za nielegalnego intruza, którego należy odeprzeć. Plany Trumpa, by podbić Wenezuelę i rządzić krajem jako łupem USA, napotkają znacznie więcej przeszkód, niż sugerował na sobotniej konferencji prasowej, gdzie ogłosił zwycięstwo USA w Wenezueli.

Jednakże bojowe przemówienie telewizyjne Delcy Rodríguez, w którym potępiła Stany Zjednoczone jako nielegalnego najeźdźcę, może być jedynie szaradą, sposobem na dotrzymanie przez nią tajnego porozumienia. Jej publiczny gniew i obietnice oporu zapewniają jej niezbędne polityczne przykrycie. Pozwala jej to utrzymać wiarygodność i autorytet w boliwariańskiej bazie i wojsku, jednocześnie przestrzegając warunków, które umożliwiły odsunięcie Maduro.

Ta wyrachowana demonstracja bojowej postawy zapewnia transformację wciąż nienaruszonej struktury rządu wenezuelskiego i pozycjonuje Rodríguez jako przywódczynię ‚ruchu oporu’, a nie jako kolaborantkę w negocjowanej kapitulacji.

Raport Trumpa o udanej operacji wojskowej USA w Wenezueli

Trump ujawnił szczegóły operacyjne operacji wojskowej w Wenezueli. Chociaż kilku żołnierzy amerykańskich sił specjalnych zostało rannych, nie było ofiar wśród Amerykanów. Według Trumpa atak przeprowadzono przy ogromnym wsparciu powietrznym. 150 samolotów zostało wysłanych do kontroli przestrzeni powietrznej i obrony przed zagrożeniami. Jeden samolot i kilka śmigłowców zostało uszkodzonych, ale udało się je naprawić.

Szybkość i sukces operacji przypisano wcześniejszemu zniszczeniu wenezuelskich systemów obrony powietrznej. Pozwoliło to śmigłowcom sił specjalnych na bezproblemowe dotarcie do celu. Chociaż Wenezuela posiada zaawansowane systemy obrony powietrznej, takie jak S-300 i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS), które mogą być użyte przeciwko śmigłowcom, wenezuelskie wojsko nie użyło ich przeciwko atakowi USA. Trump zakończył, stwierdzając, że Stany Zjednoczone zachowują możliwość przeprowadzenia dalszych ataków na Wenezuelę, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Ukrywanie wynegocjowanej kapitulacji Wenezueli

Misternie skonstruowana narracja o śmiałym ataku wojskowym, uzupełniona szczegółami operacyjnymi i heroicznymi opowieściami, służy kluczowemu celowi politycznemu: zamaskowaniu znacznie bardziej prawdopodobnego scenariusza wynegocjowanej kapitulacji Wenezueli. Gloryfikując brutalny spektakl pojmania, raport aktywnie zaciemnia niewygodną prawdę, że sukces operacji niemal na pewno wymagał i wynikał z wcześniejszego porozumienia z potężnymi frakcjami w samym reżimie Maduro.

To skupienie się na przytłaczającej sile militarnej maskuje zakulisowe porozumienie, w którym elity reżimu, szczególnie w wojsku i służbach wywiadowczych, wymieniły prezydenta na gwarancje własnego bezpieczeństwa, politycznego przetrwania i ochrony przed oskarżeniami. W ten sposób potencjalnie krwawa inwazja przekształciła się w kontrolowaną transformację, która przyniosła korzyści zarówno inwazjującym, jak i istniejącej strukturze władzy – ale kosztem rewolucyjnej narracji.

W październiku napisałem artykuł zatytułowany „Czy Rosja i Chiny mogą użyć siły militarnej, aby pomóc Wenezueli?” – W nim przedstawiłem zainteresowanym czytelnikom ograniczenia pomocy udzielanej przez mocarstwa z półkuli wschodniej. Jednak na pytanie, dlaczego Rosja i Chiny nie mogą chronić swoich domniemanych partnerów, można teraz odpowiedzieć innym pytaniem: dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło z USA?

Powiązane ze sobą pytania o to, dlaczego globalne mocarstwa, takie jak Rosja czy Chiny, nie są w stanie chronić swoich partnerów, a lokalne armie czasami odmawiają walki, ujawniają fundamentalny czynnik w stosunkach międzynarodowych: kalkulacja siły jest ostatecznie ustalana lokalnie i ma charakter zarówno narodowy, jak i głęboko osobisty.

W przypadku Wenezueli, pomimo wieloletniego wsparcia politycznego, gospodarczego i retorycznego ze strony Moskwy i Pekinu – w tym sprzedaży broni, wspólnych ćwiczeń wojskowych, ochrony dyplomatycznej przy ONZ i porozumień gospodarczych – wenezuelskie wojsko nie zdołało zbudować konwencjonalnej obrony przed namacalnym zagrożeniem interwencji USA.

Nie wynikało to z niepowodzenia zaangażowania Rosji lub Chin, ale raczej z faktu, że wenezuelski rząd i armia były przede wszystkim zaangażowane w przetrwanie własnych instytucji i stabilność państwa. Dla wysoko postawionych wenezuelskich oficerów wojna ze Stanami Zjednoczonymi nie była wygraną ideologiczną bitwą, lecz aktem samobójczym, który gwarantowałby ich zniszczenie i upadek narodu.

Ta dynamika ujawnia poważne ograniczenia ochrony zapewnianej przez ‚rzekomych sojuszników’ w świecie jednobiegunowym, a obecnie wielobiegunowym. Chociaż Rosja i Chiny mogą zapewnić odstraszanie, pomoc gospodarczą i wsparcie dyplomatyczne, nie mogą narzucać swojej woli strukturom dowodzenia suwerennych państw.

Ich ochrona jest ograniczona: jest skuteczna w przypadku sankcji, w konfliktach zastępczych, gdzie kontrolują terytorium, jak w przypadku Rosji w Syrii, oraz w dostarczaniu instrumentów bezpieczeństwa wewnętrznego, ale osiąga twardą granicę w bezpośredniej, konwencjonalnej konfrontacji militarnej ze Stanami Zjednoczonymi. Dla Caracas Moskwa i Pekin były filarami w walce ze zmianą reżimu, a nie gwarantami zwycięstwa w gorącej wojnie. Stając przed ostatecznym wyborem między kapitulacją a unicestwieniem, lokalne mocarstwo wybrało przetrwanie. Dla Caracas było jasne, że jego mocarscy partnerzy nie byli ani chętni, ani zdolni do rozpoczęcia wojny światowej w jego imieniu.

Co więcej, przykład Wenezueli podkreśla, że charakter sojuszy jest często asymetryczny i transakcyjny. Dla Rosji i Chin Wenezuela jest strategicznym ogniwem w szerszej walce o władzę, przyczółkiem na amerykańskim podwórku, źródłem kontraktów energetycznych i symbolem oporu wobec hegemonii Zachodu. Jednak dla wenezuelskiego wojska podstawowym obowiązkiem jest ochrona integralności terytorialnej kraju i jego ciągłości instytucjonalnej.

Kiedy zewnętrzne zagrożenie ze strony przytłaczającej siły militarnej staje się rzeczywistością, ideologiczne i transakcyjne korzyści odległego sojuszu bledną w porównaniu z bezpośrednią rzeczywistością przetrwania. Żadna ilość intensywnej rosyjskiej propagandy ani chińskich pożyczek nie przekona generała do wysłania swoich żołnierzy do bitwy, w której zostaną unicestwieni. Wenezuelski generał nie zaryzykuje całkowitego zniszczenia własnego kraju, aby zyskać przewagę geopolityczną dla partnera po drugiej stronie globu.

Ostatecznie kwestia ochrony sprowadza się do istoty suwerenności i interesów. Rosja i Chiny chronią swoich sojuszników, o ile służy to ich strategicznym interesom i nie grozi katastrofalną eskalacją. Nie są globalnymi gwarantami bezpieczeństwa wzorowanymi na traktacie o wzajemnej obronie, takim jak NATO. Z kolei siły zbrojne państw takich jak Wenezuela nie są najemnymi żołnierzami służącymi obcym mocarstwom, lecz instytucjami narodowymi z głęboko zakorzenionym instynktem samozachowawczym.

Dlatego niezdolność do zapewnienia ochrony nie zawsze jest porażką ze strony obrońcy, lecz odzwierciedla chłodną rzeczywistość na miejscu: w obliczu egzystencjalnej konfrontacji chronieni ostatecznie będą działać we własnym interesie narodowym. Może to oznaczać wycofanie się i zaniechanie beznadziejnej wojny o prestiż dalekiego dobroczyńcy. Wycofanie wenezuelskiej armii nie było zdradą Moskwy ani Pekinu, lecz wyraźnym potwierdzeniem tej trzeźwej, bezkompromisowej logiki.

freede.tech/amerika/warum-venezuelas-militaer-nicht-gekaempft/
Napisał: Miguel Santos García

Opracował: Zygmunt Białas
https://zygmuntbialas.wordpress.com

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/ruina-geopolityki-kaczynskiego/

Po ogłoszeniu przez administrację amerykańską nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego mamy pogrzeb. Będzie miał miejsce cichy pochówek geopolityki Jarosława Kaczyńskiego, choć politycy i propagandyści PiS, póki co udają, że Strategia świetnie się w tę geopolitykę wpisuje.

O cóż chodzi? Na stronach 25-26 interesującego nas dokumentu czytamy o Europie: „Ten (europejski – A.W.) brak pewności siebie jest najbardziej widoczny w relacjach Europy z Rosją. Europejscy sojusznicy cieszą się znaczącą przewagą sił zbrojnych nad Rosją niemal pod każdym względem, z wyjątkiem broni jądrowej. W wyniku wojny Rosji na Ukrainie stosunki europejskie z Rosją są obecnie głęboko osłabione, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Zarządzanie stosunkami europejskimi z Rosją będzie wymagało znaczącego zaangażowania dyplomatycznego USA, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na całym lądzie Eurazji, jak i ograniczenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi. Podstawowym interesem Stanów Zjednoczonych jest negocjowanie szybkiego zakończenia działań wojennych na Ukrainie, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub rozszerzeniu wojny oraz przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić powojenną odbudowę Ukrainy, która umożliwi jej przetrwanie jako państwa. Wojna na Ukrainie miała swój tragiczny skutek w postaci zwiększania zewnętrznych zależności Europy, zwłaszcza Niemiec. Obecnie niemieckie firmy chemiczne budują jedne z największych na świecie zakładów przetwórczych w Chinach, wykorzystując rosyjski gaz, którego nie mogą zdobyć w kraju”.

Z ujawnianych przez media zachodnie niejawnych załączników do Trumpowskich 28 punktów mających stanowić podstawę przyszłego pokoju wynika, że Amerykanie chcą przejąć Nord Stream, odbudować go za swoje pieniądze i pompować rosyjskie węglowodory do Europy.

Z całej Strategii wynika dość jednoznacznie, że Donald Trump traktuje Rosję jako partnera, podczas gdy obecną Europę, w postaci monstrualnego socjalistycznego i globalistycznego potworka, jakim jest Unia Europejska, jako wroga. Strategia jednoznacznie przyznaje rację moim analizom – uchodzącym dotąd za „onucowe” i „zbieżne z narracją Kremla” – o amerykańskiej chęci zbliżenia z Rosją, aby spróbować odciągnąć Federację Rosyjską od ścisłego sojuszu z Chinami. Dla tego celu Trump jest gotowy poświęcić interesy Kijowa, realistycznie uznając, że Ukraina wojnę przegrała i musi uznać nową terytorialną rzeczywistość.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego to całkowita ruina geopolityki Jarosława Kaczyńskiego. Ten prawie osiemdziesięcioletni polityk – mentalnie tkwiący w czasach Zimnej Wojny, toczącej się w latach jego młodości – przyjmował dwa aksjomaty. Pierwszym była wrogość do Rosji, postrzeganej jako prosty spadkobierca Związku Radzieckiego i oczywiste zagrożenie dla Polski. Drugi aksjomat głosił, że strategicznym sojusznikiem Polski (i rzekomo istniejącego Trójmorza) są Stany Zjednoczone, które pozostają wierne paradygmatowi z czasów Zimnej Wojny, iż największym wrogiem „wolnego świata” jest i będzie neokomunistyczna Rosja, autokratycznie rządzona przez Putina. Przy okazji, utrzymując strategiczny sojusz z Waszyngtonem, Warszawa może sobie pozwolić na luksus delikatnego eurosceptycyzmu. Nie jest nam potrzebna federalizacja Unii Europejskiej i wspólna polityka obronna, gdyż gwarantem naszej suwerenności przez rosyjskim zagrożeniem jest NATO z dominującą pozycją USA.

Ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego czarno na białym wynika, że świata geopolityki Kaczyńskiego już nie ma. Trump ogłosił chęć zbliżenia z Rosją, traktowaną jako sojusznik przeciwko globalizmowi, którego rzecznikiem jest Unia Europejska. W imię tego zbliżenia zamierza dogadać się z Putinem na temat podziału wpływów w Europie wschodniej, gdzie granice Ukrainy to tylko jeden z elementów.

Wniosek ze Strategii jest prosty: nie można być nadal strategicznym sojusznikiem USA w Europie prowadząc politykę antyrosyjskiej histerii. Polityka antyrosyjska będzie dla Waszyngtonu kłopotliwa, gdyż wrogiem Stanów Zjednoczonych są Chiny, a nie Rosja. Ten z sojuszników europejskich USA, który będzie prowadzić politykę antyrosyjską, może nieopatrznie zaangażować Waszyngton w konflikt z Moskwą. W tej sytuacji Stany Zjednoczone, mając do wyboru między lojalnością sojuszniczą wobec Warszawy, a geopolityczną rozgrywką na linii Waszyngton-Moskwa-Pekin o panowanie nad światem i światowy podział wpływów, będą musiały dokonać wyboru, kierując się swoją racją stanu. Oto proklamacja bezsensu pisowskiej rusofobii w oparciu o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Niestety, nie wierzę, że Jarosław Kaczyński uzna, iż nadszedł czas na polityczną emeryturę. Domyślam się, że kompletnie nie rozumiejąc przemian geopolitycznych na świecie, PiS będzie teraz próbowało przeczekać, licząc, iż „Trump w końcu zrozumie” jaka jest Rosja i kim jest Putin. Pisowcy i pisowskie media cały czas są nadal na wojnie z Rosją, jakby świat zatrzymał się w 1988 roku. W sumie pisowcy mogą tę strategię wypierania rzeczywistości przyjmować dopóki są w opozycji. Długofalowo będzie to jednak wymagało podjęcia strategicznej decyzji. Jakie są możliwości? Są dwie. Pierwsza to postawienie na sojusz z USA, szczególnie, że Strategia wyraźnie wskazuje na Polskę jako na jeszcze „zdrowe” państwo z którym Waszyngton chce współpracować przeciwko globalistycznej Unii Europejskiej. Ale podtrzymanie tego sojuszu będzie wymagało resetu stosunków z Rosją. Druga możliwość to podtrzymywanie frontu antyrosyjskiego pomimo stanowiska Waszyngtonu. To zaś wymaga zmiany polityki europejskiej PiS, a mianowicie doszlusowania do Donalda Tuska i Ursuli von der Leyen w projekcie federalizacji UE i stworzenia wspólnej armii unijnej w obliczu zagrożenia rosyjskiego.

Innymi słowy, Kaczyński musi dziś wybrać między tandemem Trump-Putin, albo von der Leyen-Tusk. Właśnie dlatego wybór emerytury byłby dlań, i dla Polski, najlepszym rozwiązaniem.

Adam Wielomski

Co prezydentowi Krakowa o SCT mówi Arystoteles

Co prezydentowi Krakowa o SCT mówi Arystoteles

Łukasz Warzecha co-prezydentowi-krakowa-o-sct-mowi-arystoteles


Z krakowskich ulic zniknęło już lub zostało uszkodzonych kilkadziesiąt znaków, oznaczających wjazd do obowiązującej od 1 stycznia strefy czystego transportu. Zaglądając do „Polityki” Arystotelesa, można to uznać za usprawiedliwiony bunt przeciwko tyranowi.

O strefie nietrudno znaleźć informacje, w tym o jej absurdalnych i maksymalnie uciążliwych założeniach. Znajdziemy je na wielu profilach prawdziwie oddolnych, obywatelskich organizacji, które mobilizowały się przeciwko SCT już dawno. To Fundacja Wolność i Własność, Ruch Nie Oddamy Miasta, Krakowski Bunt, Komitet Społeczny „Kraków dla Kierowców” czy wreszcie największy przebój ostatnich dni na Facebooku – profil Blade Runners Kraków. Ten ostatni skrupulatnie dokumentuje, dzięki zdjęciom i informacjom przysyłanym przez wkurzonych użytkowników, gdzie znikają lub niszczone są znaki oraz informuje, gdzie straż miejska ustawiła się z lizakiem. A pamiętać trzeba, że jeśli znaku nie ma, nie można też wymierzyć kary za złamanie zakazu wjazdu daną drogą do SCT. Nazwa „Blade Runners” jest nawiązaniem do londyńskiej grupy, sabotującej i uszkadzającej kamery nadzorujące londyńską ULEZ (Ultra Low Emissions Zone). Z kolei ta swoją nazwą nawiązuje do kultowego, znakomitego filmu „Blade Runner” Ridleya Scotta z 1982 r., znanego w Polsce pod dość topornym tytułem „Łowca androidów”, opartego na powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”.

Wspomniane organizacje firmują protest, który 10 stycznia odbędzie się przed siedzibą Zarządu Dróg m. Krakowa (ul. Centralna 53, godz. 10).

Przy tej okazji trzeba do znudzenia przypominać: możliwość tworzenia stref najpierw do polskiego prawa, konkretnie do Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość. Potem jeszcze tę możliwość poszerzyło na w zasadzie dowolny obszar w dowolnej gminie, nawet najmniejszej. Mało tego – rząd PiS wpisał obowiązek tworzenia stref w powiązaniu z normami stężenia dwutlenku azotu do KPO. Już po przejęciu władzy zostało to zrealizowane w postaci kolejnej zmiany w ustawie przez nową większość – PiS wtedy zagłosowało przeciwko – a nowelizację bez zastanowienia podpisał pan prezydent Andrzej Duda.

Przeciwnicy zamordystycznych regulacji w rodzaju SCT właściwie powinni się cieszyć z tego, co wydarzyło się w Krakowie, choć mieszkańcom aglomeracji trzeba współczuć. Inaczej niż w Warszawie – gdzie od tego roku obowiązuje kolejne zaostrzenie SCT (Euro 3 dla pojazdów z silnikiem benzynowym i Euro 5 dla tych z silnikiem diesla), ale finałowy etap przewidziany jest dopiero na rok 2032 – Kraków poszedł na całość i wprowadził ograniczenia jednym ciosem, obejmując nimi większość obszaru miasta.

To musiało spowodować gwałtowną reakcję, mimo że na razie stawki za wjazd do strefy dla pojazdów nieuprawnionych są względnie niskie: 5 zł za dzień i 100 zł miesięcznego abonamentu. Jednak w ciągu trzech lat wzrosną radykalnie, do 500 zł abonamentu w 2028 r. i bez możliwości jednorazowego wjazdu. Opisywanie absurdów i wad krakowskiej SCT zajęłoby mnóstwo miejsca. Z najważniejszych trzeba wymienić: ograniczenia w uzyskaniu zwolnienia w zależności od tego, od kiedy dana osoba, będąca właścicielem auta, ma meldunek w Krakowie (on jest decydujący) lub od kiedy jest właścicielem samochodu, a graniczną datą jest 26 czerwca ubiegłego roku – mnóstwo osób dostaje już decyzje odmowne; niemożność uzyskania zwolnienia dla pojazdów zarejestrowanych na firmę; niejasne, nonsensowne zasady „potwierdzania” wizyt w placówkach medycznych, które w teorii dają zwolnienie z restrykcji – placówki w ogóle nie wiedzą, jak miałyby to robić, nie wiadomo, co z tajemnicą medyczną, a miasto wymaga, aby o wizytach uprzedzać w specjalnym formularzu; dla wszystkich aut na rejestracjach zagranicznych obowiązuje wcześniejsze odmeldowanie się w systemie (trzeba podać dokładne dane samochodu i właściciela), o czym oczywiście zagraniczni goście nie będą mieć pojęcia.

Testem dla przeciwników SCT, umożliwiającym realne policzenie się, będzie wspomniany sobotni protest, jednak równolegle trwa inny test: z ulic znikają lub niszczone są znaki o granicy SCT. To wywołuje największe kontrowersje. Organizacje, firmujące opór wobec SCT, podkreślają, że działają legalnie i na temat akcji „kasowania” znaków się nie wypowiadają. Niektóre struktury, teoretycznie będące po tej samej stronie, wprost ją potępiają. Taki wpis znalazł się na profilu facebookowym „Zmotoryzowani łodzianie”. Jego autor bardzo emocjonalnie krytykował sabotaż oznaczeń krakowskiej SCT, oskarżając o to grupę Blade Runners Kraków – bez śladu dowodów – stwierdzając, że ich działania narażają tylko podatników na koszty odtwarzania znaków, podczas gdy oryginalni blade runnerzy walczą z kamerami, czyli systemem inwigilacji. Komentarz wywołał jednak falę negatywnych reakcji i został usunięty – nie ma go już na profilu grupy.

Władza i jej poplecznicy w obliczu ewidentnego buntu idą w zaparte, posuwając się wręcz do śmieszności. Profil Blade Runners Kraków pokazał, że w pobliżu znaków oznaczających wjazd do SCT zainstalowano fotopułapki. Jak zauważył jeden z moich stałych korespondentów na X, wkrótce zajdzie konieczność zainstalowania fotopułapek pilnujących fotopułapek.

W sukurs panu prezydentowi Miszalskiemu ruszyli twardzi przedstawiciele establishmentu. Oto w państwowym Radiu Kraków z oburzenia trzęsie się pani Róża Rzeplińska, znana przedstawicielka tak zwanego trzeciego sektora, a prywatnie córka byłego przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego, pana Andrzeja Rzeplińskiego. Jak czytamy na stronach radia: „Rozmówczyni przypomina, że sprzeciw wobec SCT mógł – i faktycznie częściowo był – wyrażany w ramach demokratycznych mechanizmów: konsultacji społecznych, spotkań komisji Rady Miasta czy inicjatyw uchwałodawczych. To właśnie te działania doprowadziły do złagodzenia przepisów. Jej zdaniem argument o »trudności« formalnego zaangażowania nie jest przekonujący – mobilizacja w internecie wymaga podobnego wysiłku jak udział w procesach decyzyjnych”.

Albo pani Rzeplińska nie wie, jak przebiegał proces „konsultacji” i nie zna historii krakowskiej SCT oraz nie wie, jakie to „złagodzenia” zawarto w uchwale, albo – co bardziej prawdopodobne – wie, ale rżnie głupa w imię lojalności wobec swojego obozu. Zakładam, że takie wypowiedzi nie tylko nie łagodzą nastrojów, ale przeciwnie – jeszcze je podgrzewają, bo bezsilni ludzie uświadamiają sobie, że mają naprzeciwko siebie nie tylko arogancką władzę, ale też równie aroganckich jej popleczników.

I tu dochodzę do tego, z czym właściwie mamy do czynienia i jaki jest mój stosunek do tej formy protestu. Ktoś mógłby powiedzieć, że mamy do czynienia z nieposłuszeństwem obywatelskim, ale nie byłaby to prawda. Przypominam, że terminu tego po raz pierwszy użył amerykański transcendentalista, urodzony w 1817 r. Henry David Thoreau, syn producenta ołówków z Concord w stanie Massachusetts. Ten samotnik i oryginał w 1846 r. w lesie Walden, gdzie w tamtym czasie mieszkał w samotnej chatce, starł się z poborcą podatkowym. Odmówił płacenia daniny, uzasadniając to wojną, którą USA toczyły z Meksykiem, a której nie chciał finansować. Wylądował na jedną noc w areszcie, a podatki zapłacił za niego ktoś z jego rodziny. Pod wpływem tego zdarzenia napisał rozprawkę „Opór wobec rządu” (Resistance to Civil Government), bardziej znanej jako „Obywatelskie nieposłuszeństwo” (Civil Disobedience). Pójście w ślady Thoreau polegałoby zatem raczej na świadomym zlekceważeniu regulacji i zgody na poniesienie tego konsekwencji z mocnym akcentem obrony swoich obywatelskich praw przed sądem. Co zresztą zapewne wiele osób wybierze.

Bardziej mamy więc do czynienia z buntem, być może w ogóle z pierwszym we współczesnej historii Polski buntem oddolnym przeciwko temu konkretnemu rodzajowi regulacji, do którego można zaliczyć o wiele więcej wymysłów, motywowanych między innymi „walką o klimat”.

Tyle że o ile trudno zbuntować się przeciwko rachunkom za prąd, to znaki można stosunkowo łatwo zdemontować czy posprayować. Czy można uznać, że to jest dopuszczalne? Wiele osób odruchowo stwierdzi, że absolutnie nie. Ja jednak odesłałbym ich do Księgi V „Polityki” Arystotelesa, w której filozof omawia przyczyny zmian ustrojów.

W części pierwszej czytamy: „Zaburzenia wynikające z nierówności powstają wszędzie tam mianowicie, gdzie nierównym nie daje się odpowiedniego odszkodowania […]. W ogóle bowiem dążenie do równości bywa przyczyną przewrotów”.

W części drugiej Stagiryta kontynuuje wątek: „Otóż co się tyczy nastrojów, które sprzyjają przewrotowi, to przyczyny ich na ogół szukać należy przede wszystkim w tym, o czym już uprzednio mówiliśmy. […] Dążenia takie mogą być w pewnych przypadkach usprawiedliwione, w innych zaś nie” [podkr. Ł.W.].

Bardzo ważny w tym kontekście fragment z części trzeciej Księgi V: „Zaburzenia powstają nie o drobnostki, ale z drobnostek, przedmiotem walki są jednak wielkie rzeczy”.

I wreszcie fragment, który powinien stanowić memento dla pana Miszalskiego i wszystkich, narzucających antyludzkie regulacje (część ósma): „Dwie są przyczyny, które w pierwszym rzędzie zaznaczają się przy zamachach na tyranię: nienawiść i pogarda. Jedna z nich, nienawiść, jest nieodłącznym towarzyszem tyranów, ale i pogarda bywa w wielu przypadkach powodem ich obalenia. […] Jako rodzaj nienawiści trzeba też uznać gniew, bo do pewnego stopnia prowadzi do takich samych czynów, a nawet często jest aktywniejszy od nienawiści. Owładnięci gniewem, ponieważ nie znają rozumowania, więc uderzają z tym większą gwałtownością. Ludzie dają się ponosić gniewowi przede wszystkim skutkiem doznanej zniewagi; z takiego właśnie powodu obalona została tyrania Pizystratydów i wiele innych” [podkr. Ł.W.].

Powie ktoś – a już na pewno ludzie w rodzaju pani Rzeplińskiej – że rozważania Arystotelesa nie mają tu zastosowania, jako że żyjemy przecież w demokracji. To jednak puste słowa. Sam proces tworzenia SCT w Krakowie, z pozornymi konsultacjami i kompletnym zlekceważeniem głosów sprzeciwu, to właśnie pokazuje – demokracja jest dzisiaj w ogromnej części jedynie fasadą, a wybory są częścią tej potiomkinowskiej wioski. Krakowska SCT i sposób jej narzucenia obywatelom jest przez wielu z nich odczytywany jako zniewaga właśnie, prezydent Krakowa jawi się w tych okolicznościach jako tyran, a gniew narasta.

Ten gniew jest w tym wypadku uzasadniony. Nawet jeśli władza formalnie ma prawo o takich sprawach decydować bez odwoływania się do decyzji ludzi poprzez referendum, to ten formalny zakres w wielu kwestiach jest odbierany jako niesprawiedliwy i nadmierny. W sytuacji bezsilności obywatelom pozostają już tylko odruchy czynnego buntu, szczęśliwie – i oby tak pozostało – zwróconego przeciwko symbolom tyranii, jakimi są znaki SCT, a nie przeciwko innym ludziom.

Nie nawołuję zatem do usuwania znaków. Ale, przyznam szczerze, ani trochę nie jestem nim oburzony.

Cytaty za: Arystoteles, „Polityka”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011

USA wycofują się z 66 organizacji „światowych”.

USA wycofują się z 66 organizacji. Jest decyzja

08.01.2026 tysol.pl/usa-wycofuja-sie-z-66-organizacji

Prezydent USA Donald Trump podpisał w środę memorandum o wycofaniu Stanów Zjednoczonych z 66 organizacji, agencji i komisji międzynarodowych – podał Biały Dom. Są to głównie ciała należące do systemu Narodów Zjednoczonych, ale też m.in. zajmujące się zwalczaniem zagrożeń hybrydowych czy problematyką nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia.

Jest decyzja administracji Donalda Trumpa

Decyzja jest wynikiem nakazanego przez Donalda Trumpa w ubiegłym roku przeglądu, mającego ustalić, czy członkostwo USA w organizacjach międzynarodowych leży w interesie USA.

„Administracja Trumpa uznała, że te instytucje są zbyteczne, źle zarządzane, niepotrzebne, marnotrawne, źle prowadzone, zawłaszczone przez interesy podmiotów realizujących własne cele sprzeczne z naszymi lub stanowiące zagrożenie dla suwerenności, wolności i ogólnego dobrobytu naszego narodu” – podał Departament Stanu w oświadczeniu.

Chodzi aż o 66 organizacji

Wymienione w memorandum organizacje to w większości mniejsze lub wąsko wyspecjalizowane organizacje, agencje i komisje. 31 z nich to agencje ONZ, zaś 35 to inne organizacje. Wśród tych pierwszych jest m.in. Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC), a wśród drugich Europejskie Centrum Doskonałości ds. Przeciwdziałania Zagrożeniom Hybrydowym (Hybrid CoE), Komisja Wenecka Rady Europy, Globalne Forum Antyterrorystyczne czy Centrum Nauki i Technologii na Ukrainie, zajmujące się problematyką nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia.

Środowa decyzja jest już kolejnym krokiem administracji Trumpa zmniejszającym zaangażowanie USA w międzynarodowe inicjatywy. Już na początku drugiej kadencji Trump zdecydował o wyjściu m.in. ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), UNESCO, wycofał wsparcie dla agencji pomocowej ONZ w Gazie (UNRWA) i zakończył udział USA w klimatycznym porozumieniu paryskim.

Kościół rozdarty – czy częściowo okupowany. [2 h].

Kościół rozdarty

7 stycznia 2026 hekspedyt/kosciol-rozdarty/

Ks. Daniel Wachowiak – proboszcz parafii św. brata Alberta w Koziegłowach, były duszpasterz akademicki w Poznaniu. Prowadzi własny kanał na YouTube. Współautor petycji wyrażającej apel o pochowanie abp. Paetza poza poznańską katedrą. Od grudnia 2019 roku do kwietnia 2020 roku z zakazem medialnych wypowiedzi. W czasie kryzysu wywołanego przez C19, opowiadał się za wolnością ws. szczepień.

Ks. Szymon Bańka – należący do Bractwa św. Piusa X, które w 1970 roku założył abp Lefebvre. Dyrektor Szkoły Podstawowej i Liceum św. Tomasza z Akwinu w Józefowie, prowadzi na YouTube kanały „Okiem Akwinaty” i „Szkoły Akwinaty”, w których prezentuje „tradycyjną katolicką naukę nie zdeformowaną przez około modernistyczne błędy i niedomówienia”.

Geje-pedofile wypuszczeni z więzienia w Szkocji [mimo DOŻYWOCIA] byli widziani przy szkole w Edynburgu.

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Dwaj geje-pedofile – James Rennie i Neil Strachan – wyszli z więzienia w Szkocji i byli widziani w okolicy jednej ze szkół w Edynburgu. Okazało się, że starają się o wcześniejsze zwolnienie z odbywania kary i właśnie przygotowują się do wyjścia na stałe na wolność. Prosto z przepustki poszli tam, gdzie najbliżej do dzieci. 

Rennie i Strachan to znani liderzy środowisk LGBT, pierwszy z nich przez lata kierował organizacją LGBT Youth Scotland, która zajmowała się rekrutacją młodych ludzi (w tym nastolatków) w szeregi ruchu homoseksualnego. W 2009 roku obaj mężczyźni usłyszeli wyrok dożywocia za to, że równocześnie z prowadzeniem organizacji LGBT byli także liderami siatki pedofilskiej. Ta międzynarodowa mafia produkowała i dystrybuowała materiały z pornografią dziecięcą. Gejom udowodniono także wielokrotne wykorzystywanie seksualne dzieci, w tym niemowlęcia, które ich znajomi zostawiali im pod opieką. Dziecko było ofiarą ekscesów o charakterze homoseksualnym oraz ekshibicjonistycznym.

Skala popełnionych zbrodni była tak porażająca, że wydawało się oczywiste, iż sprawcy nigdy nie powinni opuścić zakładu karnego.

Tymczasem po zaledwie 17 latach odsiadki obaj geje zostali zauważeni na ulicach Edynburga, w tym w bezpośredniej bliskości szkoły podstawowej. Jak się okazało, przechodzą obecnie tzw. etap przygotowawczy do pełnego zwolnienia z zakładu karnego.

Mieszkańcy miasta boją się teraz o bezpieczeństwo swoich dzieci. Trudno się im dziwić. Jak działa system sprawiedliwości, który dopuszcza, by skazani geje-pedofile, odpowiedzialni za masowe krzywdy najmłodszych, już po kilkunastu latach wracali do normalnego życia w przestrzeni publicznej?

Przedterminowe zwolnienie Renniego i Strachana wpisuje się niestety w znany schemat z wielu krajów Zachodu. Gejów, biseksualistów czy transseksualistów traktuje się tam w sposób szczególny – dając przywileje, ogromny kredyt zaufania i liczne korzyści – byle tylko nie zostać posądzonym o „homofobię”.

Czy podobny mechanizm zaszedł w tym przypadku? Wiele wskazuje, że tak.

Szanowny Panie,

Proszę zwrócić uwagę, że geje swoje pierwsze kroki na wolności skierowali pod szkołę. Jakie to symptomatyczne. Gdy tylko mogą, szukają kontaktu z dziećmi – i jest to sytuacja powtarzalna, także w Polsce.

Środowisko LGBT od lat dobiera się również do polskich dzieci.

Najbardziej znany przypadek? Krzysztof F. ze Szczecina, działacz LGBT i polityk Platformy Obywatelskiej, pełnomocnik Marszałka Woj. Zachodniopomorskiego Olgierda Geblewicza z PO, mąż zaufania Rafała Trzaskowskiego w wyborach w 2020 roku. Sytuacja była podobna do tej ze Szkocji: F. zostawał z dziećmi swojej koleżanki z partii, następnie odurzał je narkotykami i wykorzystywał seksualnie. Jedno z dzieci zaczęło później podejmować próby samobójcze, ostatnia z nich – niespełna 3 lata temu – niestety była udana, chłopiec nie żyje.

To niejedyny przykład na szczególne zainteresowanie dziećmi ze strony gejów. Obecnie wywierają oni presję na szkoły, aby wpuszczały ich jako prowadzących pogawędki i warsztaty dla młodzieży. Chcą też zmusić wszystkich uczniów do uczestnictwa w lekcjach edukacji (pseudo)zdrowotnej, gdzie znaczna część programu ma za zadanie wpoić dzieciakom tolerancję dla wszelkiej maści zboczeń.

Dlatego działamy. W ramach kampanii #StopLGBT organizujemy oddolne działania informacyjno-edukacyjne. Wydajemy foldery informacyjne, opisujemy sprawy, które lobby LGBT chce zamieść pod dywan, z prawdą o LGBT wychodzimy na ulice, także wówczas, gdy przez kolejne miasta idą parady tzw. „równości”. Kontrujemy tęczowe piątki w szkołach i reagujemy, gdy rodzicom próbuje się odbierać prawo do wychowania dzieci bez szkodliwej ideologii.

Dziś informuję Pana o szokującej sprawie zwolnienia z więzienia pary gejów-pedofilów – bo jest to wiedza, której z pewnością nie będzie się nagłaśniać.

Proszę o podzielenie się tą informacją z innymi – można to zrobić np. przesyłając

link do tekstu na portalu RatujZycie: https://ratujzycie.pl/geje-pedofile-rennie-i-strachan-na-wolnosci/

Ludzie często nie wierzą, że geje wykorzystują seksualnie dzieci. Przecież oni są sympatyczni i kolorowi… Trzeba podawać dalej informacje z pierwszej ręki – tylko tak możemy przerwać zmowę milczenia, która realnie zagraża kolejnym ofiarom.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Nie napisałam dziś do Pana o wyobrażeniach i odczuciach. Historia ze Szkocji to niestety fakty – potwierdzone wyrokiem sądu, opisane w tamtejszych mediach, ale… wstydliwie ukrywane przez lobby LGBT. A przecież nam wszystkim tak bardzo potrzeba prawdy…

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Katoliku, dajesz na WOŚP? W Krakowie w ramach imprezy wystąpią zboczeńcy – „drag queen”

Katoliku, dajesz na WOŚP? W Krakowie w ramach imprezy wystąpią „drag queen”

Piotr Relich


pch24.pl/katoliku-dajesz-na-wosp-w-krakowie-w-ramach-imprezy-wystapia-drag-queen

W ramach finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Krakowie zaplanowano występy homoseksualnych mężczyzn, celebrujących swoje nieuporządkowanie w tzw. subkulturze drag queen.

„Już 10 stycznia 2026 roku aż 18 krakowskich Drag Queens stanie na scenie Slay Space, aby dać Wam jedno z najlepszych show w mieście – i to na wodzie! Odbędą się również licytacje niezwykłych przedmiotów od naszych osób partnerskich! Za DJ-ką stanie niezastąpiony DJ Alex, który będzie rozgrzewał parkiet aż do rana. Muzyka, występy i szczytny cel – nie może Was zabraknąć! Pokażmy razem nasze wielkie serca i po raz kolejny zagrajmy razem – ponad podziałami” – piszą organizatorzy.

Impreza odbędzie się pod hasłem „zdrowe brzuszki naszych dzieci”. Brzmi to co najmniej niepokojąco, biorąc pod uwagę charakter subkultury drag queen. Transwestyci przebierający się w jaskrawe damskie stroje, często poszukują m.in. „edukacyjnego” kontaktu z dziećmi w szkołach, bibliotekach publicznych czy w teatrach.

Homoseksualiści wystąpią podczas krakowskiego finału WOŚP jeszcze 25 stycznia, gdzie gościom zaserwowane zostaną… potrawy w różowych kolorach. „Wpadajcie pomóc, skosztować różowej pizzy, różowych pierogów czy różowej kawki! Wierzymy, że wspólnie możemy zdziałać cuda” – czytamy w opisie wydarzenia.

To nie pierwszy raz, kiedy podczas WOŚP następuje promocja homoseksualnego stylu życia. W zeszłym roku w Krakowie również odbyła się rewia draq queen. Jednocześnie nie brakuje katolików, którzy wciąż wspierają dzieło Jerzego Owsiaka, mimo jego jawnie antyklerykalnego nastawienia. Już w 2003 r. Jerzy Owsiak zakazał organizatorom Przystanku Jezus wstępu na festiwal Woodstock. Miejsce ewangelizacji i adoracji Najświętszego Sakramentu, organizator WOŚP nazwał wówczas „elementem konfliktowym”.

Źródło: gazetakrakowska.pl / własne PCh24.pl

Wielka Orkiestra Moralnego Szantażu i Sygnalizowania Cnoty

Wielka Orkiestra Moralnego Szantażu i Sygnalizowania Cnoty

Piotr Relich


pch24.pl/wielka-orkiestra-moralnego-szantazu-i-sygnalizowania-cnoty

Jakiś czas temu w amerykańskiej kulturze powstało określenie virtue signalling, co z braku lepszej alternatywy można topornie przetłumaczyć jako „sygnalizowanie cnoty”. W ten sposób nazwano zjawisko publicznego manifestowania moralności lub poparcia dla jakiejś sprawy, bez realnego wpływu na nią.

Sygnalista (sic!) w pierwszej kolejności chce wykorzystać popularność inicjatywy, by pokazać się jako osoba dobra lub będąca po „właściwej stronie”. A to, czy cała akcja w ogóle odniesie sukces i rzeczywiście wpłynie na proponowane zmiany, nie ma w danej chwili żadnego znaczenia.

Nakładki na zdjęcia profilowe, opatrywanie odpowiednimi hasztagami, nagrywanie „czelendżów” na YouTubie czy TikToku – wokół dostrzegamy pełno przykładów moralności na pokaz. Jednak w Polsce od ponad 30 lat istnieje wspólny, coroczny rytuał, w ramach którego stosunkowo niewielkim kosztem możemy poczuć się dużo lepsi niż na co dzień jesteśmy. Mowa oczywiście o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, w ramach której wrzucając do puszki kilka drobniaków, wykupujemy roczny abonament na pogardę wobec wszystkich, którzy nie chcą partycypować w akcji z przeróżnych powodów. A za sprawą czerwonego serduszka na płaszczu czy plecaku, można jeszcze krzyczeć na całe gardło: patrzcie jaki jestem dobry!

Autor wie, co mówi z własnego doświadczenia. Kiedy w licealnych czasach błogiej nieświadomości grało się w przeróżnych kapelach rockowych, stały punkt programu stanowił styczniowy koncert WOŚP. Młode zespoły mogły pokazać się szerszej publiczności, występując na scenie z profesjonalnym nagłośnieniem. Była to doskonała okazja aby za darmo się wypromować, nie licząc jednocześnie na nic w zamian (w przeciwieństwie do gwiazd estrady, które nawet w tak szczytnym celu nie rezygnują z pokaźnych gaży).

A sama idea pomocy dzieciom? Podczas gdy oczywiście znajdowała się gdzieś z tyłu głowy, nie łudźmy się – w pierwszej kolejności chodziło przede wszystkim o możliwość wyjścia z garażu i zmierzenia się z wielką sceną.

I nie chodzi tutaj o krytykę samej pomocy, jakiej formy by nie przyjęła. Nic nikomu do tego, czy ktoś pomaga, komu i w jaki sposób, jeżeli przeznacza na to własny czas i pieniądze. Nawet jeżeli znaczna część funduszy zostaje zdefraudowana, idzie na cele niezgodne z przeznaczeniem lub po prostu okazuje się niewystarczająca by zrealizować deklarowane cele. Komentarza wymaga natomiast dość powszechna postawa, która streszcza się w haśle: nie dajesz „na Owsiaka” – nie wspierasz chorych dzieci.

Moralny szantaż to ulubiona broń zwolenników WOŚP, którzy w takich przypadkach bronią czci organizatora jak niepodległości. Na nic liczby, wyliczenia, oficjalne dane pokazujące, że bez owsiakowej, cholernie drogiej (opłacanej m.in. z naszych podatków) imprezy system ochrony zdrowia nie tylko by się nie zawalił, ale w zasadzie nie odczułby żadnej straty. Ostateczny argument, kończący dyskusję brzmi zazwyczaj następująco – skoro nie dajesz do puszki, napisz również oświadczenie, że w przypadku zagrożenia życia nie chcesz być leczony sprzętem zakupionym w ramach zbiórki.

Sekciarskiej postawy „ultrasów Jurasa” nie da się wytłumaczyć inaczej niż obroną okazji na uspokojenie sumienia. Możemy cały rok żyć w grzechu, niemoralnie, nie pracować nad sobą raniąc siebie i bliskich, ale wystarczy wrzucić kilka złotych do puszeczki, by nagle poczuć się jak nowonarodzony. Tym samym uczestnictwo w ogólnopolskim rytuale przyjmuje formę zarówno zbiorowej terapii, jak i społecznej psychozy.

Bo biada każdemu, kto zdecyduje się podważyć sens operacji, która dla części uczestników posiada wymiar przede wszystkim osobisty. Przy okazji można również „dokopać” katolikom zbulwersowanym antyklerykalnym usposobieniem Owsiaka, jego zaangażowaniem politycznym czy promocją homo-rewolucji, oskarżając ich o brak serca i obłudę. Jednocześnie samemu nie mając wstydu wysyłać wolontariuszy pod mury kościoła.

Z drugiej strony, podnosząc jednorazowy akt dobroczynności do rangi zbawiania świata, dezawuuje się ciche, konsekwentne dzieła charytatywne – w naszym kraju głównie katolickie – które do skutecznego działania nie potrzebują celebrytów, reklam w państwowych mediach czy poparcia samorządowców. Zasada „niech nie wie lewa ręka twoja, co czyni prawa” (Mt 6, 3) skutecznie broni bowiem przed postawą pychy i samouwielbienia, której festiwal będziemy mieli okazję podziwiać w najbliższym czasie.

Piotr Relich

Piątek: Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

08/01/2026

Nasze Różańce święte uratują Polskę!

Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski). Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.

Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.

Kategorie Adoracja, Bielsko-Biała, Msze św. za Ojczyznę, Różańcowy Szturm do Nieba Tagi Bielsko Biała, Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, różaniec za Ojczyznę

11.01.2026 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

Erazm z Rotterdamu i Tischner z Waksmundu. Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Erazm Tischner. Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Brat Damian Wojciechowski TJ pch24.pl/erazm-tischner-skad-sie-wzial-kosciol-otwarty


Kiedy byłem w nowicjacie przeczytałem w najstarszej biografii Ignacego z Loyoli napisanej przez Pedro de Ribadeneira SJ, jednego z pierwszych towarzyszy Ignacego, że kiedy Ignacy rozpoczął swoje studia różni ludzie, w tym jego spowiednik, radzili mu czytać Enchiridion militis Christiani czyli „Podręcznik żołnierza Chrystusowego” Erazma z Rotterdamu: „Kiedy Ignacy z całą otwartością zaczął czytać zauważył, że czym więcej czytał tę książkę, tym bardziej Boży duch w nim się ochładzał i zapał jego zaangażowania słabł. Kiedy zdał sobie  z tego sprawę całkowicie porzucił tą lekturę i tak był nią zniechęcony, że już nigdy nie czytał książek tego autora. Później zabronił korzystania z nich w naszym Towarzystwie. W tym samym czasie bardzo często korzystał z małej książeczki Tomasza a Kempis, „O naśladowaniu Chrystusa”, i zawsze zdecydowanie ją polecał do czytania.” Ignacy zabronił czytać książki Erazma jeszcze przed tym, jak zostały one potępione przez Stolicę Świętą.

Zdziwiło mnie, że Ignacy tak diametralnie różnie odniósł się do dwóch najsłynniejszych książek, które stały się na przełomie średniowiecza i renesansu podstawą devotio moderna, czyli nowej pobożności. Co je różniło, że założyciel Jezuitów miał diametralnie odmienne zdanie na ich temat? Odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią na tytułowe pytanie artykułu.

Wielki Europejczyk z Rotterdamu

Życie Erazma z Rotterdamu przypadło dokładnie na epokę kiedy kończyło się przepojone chrześcijaństwem średniowiecze i rozpoczynała rodząca się z renesansowego humanizmu nowożytność. Erazm był jednym z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszym, promotorem tego ostatniego. Jeden z najbardziej znanych intelektualistów i „autorytetów moralnych” (jak by go dzisiaj nazwano) swojego wieku. Był nieprawym synem księdza i jak wiele podobnych osób wybrał karierę duchowną jako jedyną możliwość zabezpieczenia sobie utrzymania i wykształcenia. Wstąpił do augustianów, przyjął święcenia, ale wkrótce zakon opuścił i nigdy nie sprawował funkcji kapłańskich. Zdawał sobie sprawę ze swojej niepewnej sytuacji prawnej (mógł być zmuszony do powrotu do klasztoru, co zrujnowałoby jego karierę), ale dopiero 24 lata po tym fakcie wniósł prośbę o papieską dyspensę. Był jednym z wielu, którzy czerpali korzyści z przywilejów kleru, ale zarazem byli niechętni tej grupie społecznej.

Wydał poprawioną wersję greckiej Biblii i wielu autorów patrystycznych. Nakład jego książek przewyższył zapewne 1 mln. egzemplarzy – liczba na te czasy niesłychana! Doradca cesarzy i papieży. Był więc erudytą, autorem bestsellerów i celebrytą swoich czasów.  Był w grupie tych, którzy walczyli o nowoczesność, choć w tamtych czasach oznaczało to powrót do starożytności i równocześnie odrzucanie dorobku średniowiecza. Można powiedzieć, że był jednym z autorów mitu „nowoczesności” i anty-mitu „ciemnogrodu”. To on wymyślił, że katedry średniowieczne są tak ohydne, że tylko barbarzyńscy Goci mogli je wybudować. Przemierzył wielokrotnie Europę od Londynu do Rzymu – był w nieustannym ruchu i związany był z najważniejszymi wówczas centrami naukowymi takimi jak Sorbona, Cambridge, Oxford, Lowanium, Rzym czy Bazylea. Erazm nie lubił swojej ojczyzny i często wyrażał się negatywnie o Holandii, jako miejscu gdzie żyją ludzie ograniczeni, prostacy i niewykształceni (co nam to przypomina? 🙂

Erazm brzydzi się wszystkim co wydaje mu się być przeciwne rozumowi. W swojej „Pochwale głupoty” bezlitośnie szydził z ignorancji i zepsucie duchowieństwa, a przede wszystkim krytykuje średniowieczne chrześcijaństwo „mechaniczne” opierające się na wierze w możliwość zbawienia poprzez wykupywanie odpustów, kult relikwii, pielgrzymki, ofiary na kościół, procesje i inne podobne formy pobożności. Gani też średniowieczną teologię scholastyczną, która sprowadziła chrześcijaństwo do jałowych sofizmatów oraz porzuciła źródła wiary (Biblia i ojcowie Kościoła). Scholastyka oderwała się od Ewangelii i bada ilość diabłów na końcu szpilki, zakonnicy stali się pasożytniczą klasą, a pobożność przerodziła się w czyste zabobony.  Był tutaj prekursorem protestantyzmu, ale jak ognia obwiał się wypadnięcia poza granice Kościoła, przy czym nie dlatego, że był przywiązany do ortodoksji, ale raczej z koniunkturalizmu.

Erazm był nie tyle wrogiem teologii scholastycznej, tonącej w niekończących się definicjach, lecz w ogóle teologii jako takiej, skłaniając się do idei, że najodpowiedniejszą byłaby „teologia negatywna”, czyli milczenie o Bogu jako tym, który przerasta nasz rozum. Chrześcijaństwo według niego to przede wszystkim religia serca, intuicji i zaufania Bogu, którą można zawrzeć w kilku podstawowych prawdach wiary. Dlatego też Erazm zwracał wiele większą uwagę na etykę i moralność, jako kwestie praktyczne i niezbędne w życiu jednostki oraz społeczeństwa. W tym sensie był on więc europejskim Konfucjuszem, a zarazem  prekursorem tego chrześcijańskiego humanizmu, który nie jest zainteresowany samą treścią wiary: Chrystusem żyjącym i działającym w swoim Kościele, lecz widzi chrześcijaństwo jako źródło pozytywnych idei takich jak szacunek dla każdego życia, tolerancja, umiarkowanie, umiłowanie mądrości i wiedzy, dialog, pacyfizm, egalitaryzm et cetera. Podobną pozycję zajmują dziś tacy ludzie jak Andre Comte-Sponville – autor „Duchowości ateistycznej”. Zarazem można by powiedzieć, że Erazm był jednym z ojców sceptycyzmu poznawczego, unikając jednoznacznego stanięcia po stronie swoich własnych poglądów i uznającego, że inni też mają „swoja prawdę”. 

Słynny Rotterdamczyk nie był idealnym człowiekiem. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że to typowy współczesny inteligent: przewrażliwiony na swoim punkcie (w tym na punkcie zdrowia), drażliwy, skupiony na sobie, intelektualnymi dyskursami usprawiedliwiający własne słabości, na własny użytek buduje idealny obraz swojej osobowości, emocjonalny i nie zdający sobie sprawy z własnych emocji. Egocentryk, który nigdy nie jest szczęśliwy. Perfekcjonista, który łatwo ulegał zmiennym uczuciom. Unikający jasnego określenia się asekurant, a zarazem ostro oceniający innych. Jak wielu ludzi tego typu ludzi był bardzo czuły na swoją sytuację materialną. Pieniądze to jeden z głównych tematów jego troski, korespondencji i wysiłków. Kilka dukatów odebranych przez angielskich celników rozpamiętywał latami. Jednym słowem nie była to prosta osobowość, lecz człowiek pełen sprzeczności. 

Nieuchronnie zbliżał się rok 1517. Erazm przeczuwał, że stanie się coś ważnego, lecz okazało się, że zupełnie nie był przygotowany na tak szybki i gwałtowny rozwój wypadków. Był u szczyty swojej sławy: autorytet moralny na którego zwrócone były oczy całej Europy. Obie strony konfliktu oczekiwały, że opowie się jasno po ich stronie. Rotterdamczyk przebywał wówczas w Lowanium – bastionie ortodoksji, co czyniło szczególnie niewygodną jego pozycję. Erazm nie lubił sporów oraz konfliktów i starał się unikać jednoznacznego opowiedzenia się. Niepokoiła go gwałtowność wystąpień Lutra i obawiał się, że przyniosą one Kościołowi niebezpieczny rozłam. Uważał się za człowieka umiarkowania i roztropności. W sporze rozgorzawszym wokół protestantyzmu jak długo tylko mógł siedział okrakiem na barykadzie między zwalczającymi się stronami. Chwalił Lutra, ale bał się, aby go nie kojarzono jako jego zwolennika i zapewniał o swojej prawowiernej pozycji. Ta dwuznaczność była charakterystyczną cechą Erazma, który obawiał się, że gwałtowność reformatorów zaowocuje, iż „papiści” zaatakują również jego własną reformę Kościoła.

Chciał unikać konfliktów, ale zarazem swoim kąśliwym językiem i długo chowanymi urazami wobec oponentów wplątywał się w niekończące się spory i kłótnie. Miał opinię na każdy temat, ale robił wrażenie, że nie jest za swoje poglądy gotów zapłacić żadnej ceny. Wypierał się często swoich zwolenników, w krytycznym momencie ratował się ucieczką, bo jak sam mówił: „Nie wszyscy mają dość sił na męczeństwo”. Przyjaźnił się z Thomasem Morusem, podobnym do siebie świeckim erudytą i humanistą, autorem „Utopii”, który oddał swoje życie protestują przeciw uzurpacji władzy nad Kościołem przez Henryka VIII – taka postawa była obca Erazmowi. W ten sposób zraził do siebie tak protestantów, jak i zwolenników ortodoksji. Sam Luter zaciekle walczący o prawdę nazwał Erazma „widzem naszej tragedii”. Wydaje się, że zwykłe tchórzostwo i wygodnictwo chciał przykryć pacyfizmem oraz ideałem umiarkowania i rozsądku.

Przynaglony przez innych musiał jednak w końcu wyrazić swoją opinię o poglądach wielkiego reformatora. Była to „Rozprawa na temat wolnej woli” z 1524 r., gdzie bardzo przekonywująco ukazał sprzeczności tego, co Luter twierdził o ludzkiej wolności. Ale myliłby się ten, kto by myślał, że Erazm był zwolennikiem ortodoksji. Erazm miał wątpliwości co do wielu centralnych dogmatów Kościoła, a nie tylko na temat sensu życia zakonnego. Był typowym sceptykiem, który jednak nie afiszował się zbytnio ze swoimi wątpliwościami. Wątpił w sakramenty i sakramentalną naturę Kościoła, kult świętych, post i inne pobożne praktyki. Protestantów nie lubił nie tyle za ich poglądy, co za gwałtowność. Sam był piewcą kompromisu i szukania złotego środka.

Jaka reforma?

A jak Erazm rozumiał reformę?  Brzydził się on wszelką nieczystością (w tym brudem, smrodem, chorobami) i uważał, że reforma polega na oczyszczeniu Kościoła z różnego rodzaju naleciałości i „nieczystości”. Kościół powinien być przede wszystkim racjonalny. Zaś wzorem racjonalności była starożytność, a szczególnie antyczna literatura. Hasłem jego reformy było „bonae literae”, trudno przetłumaczalne pojęcie, które między innymi oznaczało troskę o słowo pisane. To dlatego Erazm poświęcił tyle wysiłków poprawianiu tekstu Wulgaty. Teologiczna rewolucja lub zmiana struktur Kościoła – takie rozumienie reformy nie było dla niego najważniejsze. Erazm nie interesował się dogmatyką, raczej pasjonowała go „estetyka religijna”.

Co Erazm przeciwstawiał chrześcijańskiemu średniowieczu? Fantastyczny, wyidealizowany świat starożytności, uczoność opartą na literackości i wyimaginowany chrześcijański humanizm stworzony na podstawie ulubionego przezeń Hieronima czy Augustyna, lecz odartych zasadniczo z ich gorącej wiary. Jego propozycja jest więc na tyle fantastyczna, co chłodna, sztuczna i odległa od życia. Krytykując duchowy dorobek średniowiecza nie dawał nic w zamian. Chciał wyczyścić Kościół z wszelkich naleciałości, ale nie rozumiał, że pozostawiał po sobie pusty budynek, bez żadnej treści, za to nie denerwujący nikogo jakimiś wymaganiami i roszczeniami. Stworzył sobie wizję „pięknego” chrześcijaństwa jako najwyższego wyrazu racjonalizmu i humanizmu. Chrześcijaństwo dla niego to przede wszystkim umiar i harmonia, uczone dyskusje inteligentów w cieniu lipy przy dobrym winie.

Jak słusznie zauważa znakomity badacz średniowiecza Johan Huizinga w swojej biografii Erazma, że obca mu była wszelka mistyka. Chrześcijaństwo dla Erazma było projektem intelektualnym, najwyższą formą humanizmu i racjonalności. O takie chrześcijaństwo Erazm walczył i taki Kościół chciał stworzyć. Była to idea daleka od realności, lecz przede wszystkim odległa od Ewangelii, która nie jest traktatem intelektualnym, lecz prowadzi czytelnika do osobistej więzi z pewnym Człowiekiem. Ta osobista relacja z Chrystusem wydaje się być obca Erazmowi. „Na Chrystusa-Boga patrzył jak na najprawdziwszego filozofa moralnego ludzkości, a na Ewangelie jak na najczcigodniejsze zabytki klasycznej filozofii chrześcijańskiej. Nie wyrzekał się – broń Boże – otwarcie katolicyzmu, ale igrał z dogmatami lub sprawami kultu, przedstawiając je nieraz jako placki wysmażone w średniowiecznej kuchni” (Stanisław Łempicki).

Błąd więc w tym, żeby Erazma uważać za autorytet w kwestiach duchowych, kiedy on był bardziej pedagogiem i świeckim myślicielem. W pewnym sensie tworzył on pewną namiastkę intelektualną chrześcijaństwa bez wiary, dogmatów, nauczania, a w końcu bez żywego Jezusa. Erazm i erazmianie, w tym współcześni, na pytanie Jezusa, „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”, mogliby odpowiedzieć: za humanistę, wielkiego myśliciela, pacyfistę, autorytet moralny, nauczyciela mądrości, tolerancji i dialogu, guru dającego  przykład doskonałego życia. Jest to piękna idea, ale nie wiele mająca wspólnego z tekstem Ewangelii i dziełami Ojców Kościoła, których czytanie tak zalecał sam Erazm.

Co nam to wszystko przypomina? Ależ tak! Dzisiaj Erazm byłby jednym z „autorytetów moralnych” „kościoła otwartego” przełomu XX i XXI wieku.

Wielcy reformatorzy

Ignacy, Luter, Erazm, Morus – zawieszeni byli między średniowieczem i czasami nowożytnymi. Każdy z nich inaczej rozumiał reformę Kościoła: dla Erazma miała to być swego rodzaju „rewolucja kulturalna”, powrót do źródeł cywilizacji, dla Lutra zmiana kościelnych struktur i rewolucja teologiczna, dla Ignacego nawrócenie ludzkiego serca, reforma życia i przylgnięcie do Chrystusa. Ignacy był człowiekiem gorliwej miłości Chrystusa i jego Kościoła, Erazm kimś wręcz przeciwnym.

Dla Ignacego najważniejsza była osobista relacja z Jezusem, a źródłem jego siły modlitwa i życie duchowe, którym miał służyć rozum i inteligencja. Dla Erazma życie duchowego nie miało większego znaczenia, a bożkiem był rozum i wiedza. Wydaje się, że Erazm nie przeżył nigdy żadnej głębokiej walki duchowej. Ani nie spierał się z Bogiem, ani nie walczył z pokusami szatana. Ślizga się na powierzchni duchowości, poświęcając swoje siły intelektualnym dyskursom, które bez ducha są martwe i nie przynoszące korzyści. To pułapka chrześcijaństwa bez wiary. Chrześcijaństwa, które jest jakimś najwyższej klasy humanizmem, intelektualnym ideałem, nawet mądrością, ale pozbawioną wiary, która może otworzyć drzwi duszy na działanie Bożej łaski.

Morus był przyjacielem Erazma i bliskim mu ideowo humanistą. Miał jednak inną hierarchię wartości. Jezus nie był dla niego ideą, lecz Zbawicielem, zaś Kościół nie jakąś instytucją, którą trzeba cierpieć, lecz Jego ciałem. Swoją śmiercią Morus udowodnił, że prawda istnieje i trzeba oddać za nią życie. Erazmowi trudno było zrozumieć, że teoria może mieć jakiś związek z praktyką i że wiara nie jest jedynie intelektualnym procesem, lecz musi mieć konkretne konsekwencje w życiu. Jak bardzo Erazm przypomina współczesnych nam lewicowych intelektualistów: tu mądre artykuły i dyskusje, a tutaj własne życie prywatne! Choć Morus był tak bliskim mu po duchu humanistą, to jednak okazało się w praktyce jak bardzo się różnią, kiedy to Erazm w ten sposób skomentował śmierć pierwszego: „Obyż Morus nigdy nie wdawał się był w niebezpieczne sprawy i pozostawił kwestie teologiczne teologom” – tak jakby Morus zginął za jakieś dysputy, a nie w obronie swojego sumienia! Humanista wszechczasów był, jak pisze Huizinga, „bezwzględnym idealistą, a zarazem człowiekiem na wskroś umiarkowanym”.

Teraz jeśli weźmiemy do ręki Enchiridion militis christianis O naśladowaniu Chrystusa zobaczymy z całą wyrazistością kolosalna różnicę w rozumieniu czym jest chrześcijaństwo. Naśladowanie to wyraz gorącej miłości do Chrystusa i wcielania jej w konkretne czyny. Naśladowaniejak już samym tytuł mówi, stawia w centrum Chrystusa i osobistą, intymną więź ze Zbawicielem. Tego brak w Enchiridionie, i dlatego Naśladowanie, w którym zaczytywał się święty założyciel jezuitów, ciągle można znaleźć na biurku wielu chrześcijan, a Enchiridion pokrywa się kurzem na bibliotecznych półkach z rzadka przeglądany przez znawców renesansu. Dzieło Erazma to raczej wykład stoicyzmu, świeckiej moralności i mądrości, gdzie Chrystus jest jednym z wielu przemądrych guru wspaniałej starożytności.

2)

Erazm z Podhala

Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Tischner był moim wykładowcą na filozofii, ale dla naszego pokolenia nie był już zbyt atrakcyjny. Myśmy bardziej żyli Ewangelią i duchowością niż filozofią. Do mnie miał słabość, bo oprócz tego, że uczęszczałem na obowiązkowe wykłady z antropologii i filozofii dialogu, to jeszcze chodziłem na jego zajęcia z filozofii dramatu na wydziale reżyserii na PWST (obecnie AST). Widocznie podobał mu się młody zakonnik, który wychodził tak jak on w swoich poszukiwaniach intelektualnych poza kościelne podwórko. Tischner był oczywiście gwiazdorem i lubił grać rolę gazdy-filozofa. Przyciągał ludzi z pogranicza Kościoła, a również katolickich wykształciuchów, których uwierał tradycyjny Kościół, a zarazem samo chrześcijaństwo znali dosyć powierzchownie.

Co proponował inteligencji, w tym katolickiej? Niczym współczesny Erazm tworzył dla nich chrześcijaństwo intelektualnie strawne, chrześcijańską filozofię, humanizm, który można było przyjąć jako namiastkę religii i zastąpić nią nieatrakcyjny, bogoojczyźniany Kościół. Była to intelektualna alternatywa wobec ludowego Kościoła Wyszyńskiego („średniowieczny ciemnogród” Erazma) i prymitywnego materializmu oraz ateizmu komunistów („protestanckie chamstwo i brutalność”). Oczywiście to chrześcijaństwo, tak jak u Erazma, składało się z kilku prostych praw (trochę na własny wybór) i nie pchało się ze swoją moralnością w prywatne życie miłośnika nauczania Tischnera. Krakowski filozof w sutannie był więc prorokiem i patriarchą „kościoła otwartego”, którego medialnym ramieniem są TP, Znak, Więź.  

Umieszczony w latach 90tych w GW wywiad: „Kleryk Tischner” – otworzył mi oczy na wewnętrzny świat mojego byłego profesora. Otóż ciekawe było nie to, co w tym wywiadzie było, tylko czego nie było. A nie było tam nic o duchowości, osobistej relacji z Bogiem czy o powołaniu. Ten wywiad pokazywał młodego człowieka, który szukając możliwości realizacji swoich intelektualnych pasji doszedł do przekonania, że najlepszym dla tego miejscem w stalinowskiej Polsce będzie … krakowskie seminarium. 

Minęło wiele lat i na ks. Józefa Bóg dopuścił raka krtani. Gazda-filozof zaniemówił, ale to pewnie skłoniło go do innego spojrzenia na swoje życie. Na sam jego koniec sprawił „kościołowi otwartemu” niespodziewany „podarek”. „Drogi i bezdroża miłosierdzia” – pisana w ostatnich latach życia książka, w której rozważa on istotę Bożego miłosierdzia, zwłaszcza w kontekście ludzkiego cierpienia rozmyślając nad przesłaniem zawartym w „Dzienniczku” św. Faustyny – według „autorytetów moralnych” jednym z największych przykładów polskiej dewocji i ciemnogrodu. Tę książkę, która była tak odmienna od wszystkiego co Tischner mówił do tej pory, jak można było tak „katolickie elity” zignorowały.

Od Erazma do Tischnera

Jaka była spuścizna Erazma? W XVI wieku czasami wręcz wszystkich humanistów nazywano „erazmianami”. Później ludzie podzielający jego poglądy tworzyli „trzecią siłę” między katolikami i protestantami, starającą się „zamazać” różnice teologiczne rozdzielające Europę XVI i XVII wieku, aby w ten sposób doprowadzić do trwałego pokoju. Z tej grupy powoli wyłaniała się masoneria, która miała początkowo niemałe wpływy wśród wyższego duchowieństwa. Oświecenie jak i późniejszy racjonalizm widziało Erazma jako swojego prekursora. Jego idee można znaleźć także u takich  ludzi jak francuski  ksiądz Lamennais, żyjący w XIX wieku – najpierw konserwatysta-papista, a potem katolicki radykał i głosiciel „uniwersalnego rozumu” potępiony przez Kościół. Nie jedno ziarno erazmianizmu odnajdziemy w ruchu modernistycznym na przełomie XIX i XX wieku, który tak gwałtownie zwalczali papieże tej epoki. W końcu „postępowe” nurty w Kościele, które nabrały wiatr w żagle po Vaticanum Secundum, są jawną kontynuacją idei Erazma. 

I tak dochodzimy do „kościoła otwartego” w Polsce. Zwróćmy uwagę, że Erazm także dzisiaj jest jedną z ulubionych postaci k.o. i szerzej tych, którzy nawet nie uczestnicząc faktycznie w życiu Kościoła są jego liberalnym skrzydłem. Jeszcze przed wojną Jerzy Turowicz opublikował manifest „kościoła otwartego”: „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Ten artykuł wynosi pod niebiosa pewien idealny obraz Kościoła wynoszony w sercach katolickich intelektualistów. Obraz oczywiście stworzony we Francji, choć należy zauważyć, że sam Maritain był człowiekiem rozsądnym i obserwując wprowadzanie zmian po Vaticanum Secundum stał się ich krytykiem. Uważał, że wielu chrześcijan odczytuje dokumenty soborowe z gruntu fałszywie.

Przed wojną niezbyt duża grupa katolickich intelektualistów tworzyła Stowarzyszenie „Odrodzenie” – należał do niej Stanisław Stomma, Stefan Swieżawski, oczywiście sam Turowicz i … Stefan Wyszyński – wtenczas młody, dobrze wykształcony kapłan, żywo zainteresowany sprawami społecznymi, za co ściągał na siebie czasami gromy ze strony duchowieństwa. Nie tylko zbieg przypadków spowodował, że właśnie ludzie wywodzący się z tej grupy postępowej, katolickiej inteligencji stali się intelektualną awangardą Kościoła polskiego w czasach komunizmu. Jeśli już komuniści byli zmuszeni dać jakąkolwiek prasę lub wydawnictwa Kościołowi to zdecydowanie optowali, żeby kierowali nimi ci, którzy mają poglądy bardziej postępowo-lewicowe, niż ci o inklinacji konserwatywnej lub narodowej. I tak poprzez TP, Znak czy Więź (a także W drodze) Kościół w Polsce (w tym np. KIKi) był pod wielkim wpływem współczesnych „erazmian”, a większość wykształconych katolików tak czy inaczej, nieświadomie była nawodniana ideami wielkiego holenderskiego myśliciela. SB miało dobrą orientację w ideowych nurtach polskiego katolicyzmu i zawsze wykorzystywała wewnętrzne spory Kościoła do swojej gry na jego osłabienie. Jak mogli wbijali klin między Wyszyńskiego a katolicką inteligencję. Komuniści głupi nie byli, jeśli już musieli dopuścić do istnienia jakieś wolne czasopismo katolickie, to woleli takie, które choć w części odpowiadało by ich interesom, niż takie, które by bezwzględnie stało za Wyszyńskim.

Po Soborze Watykańskim II komuna próbowała bardziej subtelnie rozbijać Kościół. Wykorzystywano do tego środowisko TP, które toczyło wojnę podjazdową z  Wyszyńskim (choć ten ostatni miał do TP dużą słabość ze względu na przedwojenne przyjaźnie). Prymas obawiał się wprowadzenia gwałtownych zmian po Soborze, między innymi ponieważ bacznie obserwował zamieszanie, które powstało w tym czasie w Kościele na Zachodzie i uważał, że dla przetrwania Kościoła w Polsce najważniejszy jest opór wobec władzy komunistycznej, a nie gorączkowe reformy.  „Kościół otwarty” był zaś ślepo zapatrzony w „reformy w duchu soborowym”, które były jednym z czynników kryzysu Kościoła w Europie, czy w USA. Choć nieoficjalnie, to jednak środowisko Tygodnika Powszechnego wyśmiewało np. maryjność Wyszyńskiego. „Kościół otwarty” zawsze starał się wyselekcjonować jakiś swoich „otwartych” biskupów i księży. Za ich zgodą lub bez ich zgody. W ten sposób np. promowano „naszego, postępowego Wojtyłę” przeciw zacofanemu Wyszyńskiemu. Zresztą zupełnie przeciw intencji Wojtyły, czemu on sam dawał wyraz nie jeden raz, jak choćby słowami z pierwszej audiencji dla Polaków 23 października 1978, które już są częścią naszej historii: „Czcigodny i umiłowany Księże Prymasie! Nie byłoby na stolicy Piotrowej tego papieża Polaka, gdyby nie było Twojej wiary, niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei”. Ta linia przeciwstawiania Wyszyńskiego Wojtyle była zupełnie po „linii partii”, bo to samo starali się robić komuniści. Teraz, kiedy wiemy jak bardzo TP był spenetrowany przez esbecję zbytnio to nie może dziwić. Wyszyński też pewnie to rozumiał i na ten kompromis się godził, według zasady lepszy rydz niż nic.

Tę wojnę podjazdową najlepiej opisywał mistrz felietonu i najbardziej znany dziennikarz TP, czyli Kisiel, który rozstał się z tym czasopismem po upadku komunizmu. Stefan Kisielewski,  który nazwał Turowicza „lisio chytrym”, wspominał z nieukrywanym oburzeniem w swych „Dziennikach” pod datą 12 stycznia 1969 r.: „Bardzo mnie zmierził 'Tygodnik’, a raczej jego wodzowie: Jerzy [Turowicz], ksiądz Andrzej [Bardecki ] i Żychiewicz, czyli ojciec Malachiasz. Mają w głowie tylko… walkę z prymasem o reformę Kościoła, przy czym są tak rozżarci, że mówią o prymasie dosłownie ostatnimi słowami (…). Ci idioci uważają się niemal za książąt Kościoła (…)”.

Pod datą 19 stycznia 1971 roku Kisiel zapisał o Turowiczu m.in.: „Kościół katolicki walczący z komunistycznym państwem o wolność duchową – to rozumie prymas, tego nie znosi krakowski oportunista Turowicz, który chciałby tylko jeździć na zjazdy 'postępowych katolików’ za granicą i pleść truizmy o 'opinii w Kościele’ (…) Jerzy będzie z przekonaniem ględził szlachetne slogany, po czym będzie głosował za każdą bzdurą i świństwem” (Turowicz był „mianowanym katolickim” członkiem komunistycznego Sejmu).

Po upadku komuny jej metodologię rozbijania Kościoła kontynuowała GW i inne związane z nią media. Nieustanne selekcjonowanie i promowanie „postępowych” księży przeciw „ciemnogrodzkiej” większości duchowieństwa i episkopatu. Przy wykorzystywaniu w mniejszym lub większym stopniu ich naiwności lub „parcia na szkło”. Przy pomocy mamienia ich ‘legitymacją członka salonu’ lub możliwością wydrukowania swojego nazwiska w GW. Jeśli  wziąć pod uwagę liczbę duchowieństwa w Polsce, to lista „postępowych kapłanów” jest jednak zadziwiająco krótka: kilkanaście nazwisk za 35 lat, to niezbyt duży sukces. Z biegiem lat widać, że intelektualne loty tych wybrańców ‘salonu’ są coraz niższe.

Czym jest „kościół otwarty”?

„Katolicki inteligent” patrzy z góry na to wszystko co się dzieje w zwyczajnej polskiej parafii: różaniec, nabożeństwa, Serce Jezusa, Maryja – to nie dla niego, lecz dla parafialnego plebsu. I dzięki Bogu! Właśnie dlatego Kościół otwarty pozostanie zabawą elit, w negatywnym znaczeniu tego słowa. Członkowie „kościoła otwartego” mają głębokie przekonanie o swojej wyjątkowej inteligencji i szczególnym wykształceniu. Nic tak ich nie cieszy jak rozpamiętywanie, że są mądrzejsi i lepiej zorientowani od ogółu ciemnego ludu katolickiego. Przy bliższym przyjrzeniu się można jednak stwierdzić, że ich szerokie horyzonty zawężone są często do czytania TP i GW, poza które boją się nosa wychylić. Tak więc wydzielają się oni z katolickiego tłumu, zarazem mają wielkie pragnienie ten pogardzany tłum przerobić według swojego projektu. Ale czy to możliwe? Jak przerobić na zwolenników „kościoła otwartego” pielgrzymów z Lichenia lub słuchaczy Radia Maryja? Nie da się i dlatego nasi „katoliccy intelektualiści” są w stanie nieustannej depresji i wyobcowania. Czują się w Kościele niewygodnie i odczuwają za niego pewien wstyd, a zarazem nie mają odwagi, żeby z tym Kościołem zerwać.

„Kościół otwarty” uwielbia dialog i tolerancję. Oczywiście dialog z samym sobą, a tolerancję i otwartość na sobie podobnych. Za tymi pięknymi słowami kryje się dogmatyzm, niechęć do wszystkiego co niezgodne z moimi poglądami i niekompetencja. Przypomnijmy sobie na przykład spór wokół klasztoru karmelitek w Oświęcimiu. W rozmowach z żydami Kościół Katolicki z tajemniczych powodów reprezentowali: mój współbrat O. Stanisław Musiał i oczywiście … red. Turowicz. Reprezentowali bardzo zażarcie interesy strony … żydowskiej. Swoją niekompetencją, zapalczywością oraz lizusostwem doprowadzili do wielkiego skandalu i awantury. Zaś ks. prof. Waldemar Chrostowski, z którym niejeden raz miałem okazję współpracować, realny specjalista w sprawach judaizmu, ośmielając się wypowiadać w tej kwestii oczywiste prawdy został oblany przez GW i TP pomyjami „antysemityzmu”.  

Ponieważ Pan Bóg dla „kościoła otwartego” nie odgrywa takiej ważnej roli, więc na Jego miejsce potrzebny jest jakiś bożek. Kościół otwarty ma małe zainteresowanie moralnością, duchowością, życiem religijnym, więc musi się w czymś wyżywać i wyżywa się polityce. Walka z ciemnogrodem, zacofaniem, nietolerancją, ksenofobią, rasizmem, antysemityzmem, walka o postęp, o przemiany, równość, inkluzywność itp. Kościół otwarty ma potężne ukąszenie heglowskie, więc dialektyka tezy i antytezy jest w nim bardzo silna i bez walki żyć nie może. Zawsze musi być wróg. Na Zachodzie kościół otwarty przeszedł często na pozycje marksistowskie i do dzisiaj im się ten marksizm czkawką odbija. We Francji k.o. tak zaorał Kościół, że niewiele tam z niego zostało, a teraz kiedy odradza się z popiołów wymierający weterani k.o. sinieją ze złości, kiedy widzą, że młode pokolenie francuskich katolików chodzi do spowiedzi i przyjmuje komunię na kolanach. To po żeśmy k… o postęp walczyli?! Czyste Tango Mrożka.

„Kościół otwarty” jest nudny i jeśli ktoś tam coś napisze, to ja z góry wiem co będzie od początku do końca artykułu: zawsze w głównym nurcie postępowego mainstreamowego ględzenia. Mamy teraz walkę z rasizmem i ksenofobią (uchodźcy), a mieliśmy z antysemityzmem. W rezultacie walki z antysemityzmem w Polsce przez dwie kadencję pierwszą damą była Żydówka, a żoną ministra spraw zagranicznych jest żydówka. Pytanie jest takie: czy takie tolerancyjne nastawienie Polaków jest wynikiem walki k.o. z antysemityzmem, czy na odwrót mimo wmawiania Polakom, że są antysemitami, oni sami nie dali się zwariować i sprowokować na zachowania antysemickie? Następną walką, którą według mnie podejmie k.o. w Polsce będzie obrona, czy też trafniej powiedzieć, promocja LGBT. Taka jest logika dziejów Hegla i od niej k.o. nie ucieknie.  

Trzeba pamiętać, że wyznawcy katolewicy to bardzo szerokie spektrum ludzi. Zaczynając od zupełnie normalnych katolików z przyzwyczajenia i od młodości czytających TP, aż po takich, który ostatni raz byli w kościele z racji pogrzebu jakieś 15 lat temu lub po prostu nie są nawet ochrzczeni. Kościół otwarty to cała paleta ludzi od zupełnie pobożnych, ale niezbyt zorientowanych lub ulegających modom i przesądom, poprzez katolików sprotestantyzowanych, aż po deistów, agnostyków i nawet ateistów. Wielu z nich to dobrzy, ideowi ludzie, może zagubieni, ale szczerze wierzący w swoje idee, tak więc nie chodzi o to, żeby ich piętnować, tylko o to, żeby na Kościół mieli możliwie niewielki wpływ, najlepiej proporcjonalny do ich ilości, bo inaczej to nam z tego „otwartego kościoła” wszyscy wyjdą.

Poznacie ich po owocach – to genialny sposób rozpoznawania, czy dany nurt w Kościele jest od Boga, czy też na odwrót? Jeśli weźmiemy pod lupę „kościół otwarty” to zobaczymy, że czym go więcej, tym Kościoła mniej. Klinicznym przykładem są kraje niemieckojęzyczne lub Holandia. To tam „kościół otwarty” zajął uprzywilejowaną pozycję, tak że niedługo Kościoła tam w ogóle nie będzie, pomijając niewielkie grupy tradycjonalistów zwalczanych przez kler, episkopat i zawodowych aktywistów kościelnych. Mój znajomy, który jeździ często służbowo na międzynarodowe spotkania różnych katolickich organizacji międzynarodowych, mówi mi, że gorszych wrogów Kościoła jak pracownicy niemieckich organizacji kościelnych nie znajdziesz. Bez końca atakują kler, Watykan, nauczanie Kościoła w dziedzinie moralności i wszystko inne – a biskupi Niemieccy im za to płacą słone pensje. O projekcie „kościoła otwartego” bardzo celnie wyraził się onegdaj Kiko Argüello, założyciel neokatechumenatu: „Szeroko otworzono drzwi Kościoła, problem w tym, że niewielu weszło, a wielu wyszło.

Nowa „trzecia siła”  

Jak się ma obecnie k.o.? Otóż średnio. Wymarło pokolenie „autorytetów moralnych” na których trzymał się ten ruch, a nowych nie widać. K.o. był napędzany przez komunę, tak samo jak kościół bogoojczyźniany, więc teraz kiedy jej zabrakło słabuje. Oczywiście komunę zastąpiono Radiem Maryja, antysemityzmem, ciemnogrodem, PiSem itd., ale to już nie to samo. Młode pokolenie katolickich intelektualistów skłania się bardziej ku prawicy, tradycji czy konserwatyzmowi (np. środowisko Frondy) niż ku lewicy lub „kościelnej reformie”. Inni idą do nowej „trzeciej siły” (o tym poniżej) niż do suchych duchowo sofizmatów Erazma Tischnera. Sam „kościół otwarty” zaangażował się jednoznacznie politycznie po stronie liberalnej lewicy: UD, UW, PO  – co od razu ogranicza jego zakres oddziaływania na ludzi młodych. Pozycja k.o. w Kościele mocno się zachwiała w związku z problemami z ortodoksją i nie-jasnym nie-opowiedzeniem się za linią nauczania Kościoła (zupełnie w stylu Erazma). Takim było np. opowiedzenie się Hennelowej za aborcją, przemilczaniem ataków na JPII przez salon lewicy laickiej (GW i spółka), co zaowocowało listem JPII do Turowicza z 1995 r. – zacytujmy najważniejszy fragment:

Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w „Tygodniku Powszechnym”. W tym trudnym momencie Kościół w „Tygodniku” nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; „nie czuł się dość miłowany” – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los „Tygodnika Powszechnego” i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu.”

Zauważmy, że ten list jest szczególnie znaczący, ponieważ został napisany na 50lecie TP. Niestety mimo przestrogi Wojtyły drogi TP (oraz k.o.) i Kościoła zaczęły się coraz bardziej rozchodzić. Dzisiaj TP to już czasopismo prawie całkowicie świeckie, stojące w dystansie do KK, szczególnie tego realnie żyjącego w Polsce.

Od kilku lat w k.o. następuje jednak pewna przemiana, której uosobieniem jest kard. Ryś. I znowu trzeba sięgnąć do historii. Od końca lat 60tych w Kościele w Polsce pojawia się nowa „trzecia siła”. Najpierw Oaza, Neokatechumenat, charyzmatycy, a później dziesiątki, setki różnych ruchów i wspólnot świeckich. Ich wspólna cecha to dążenie do obudzenia w chrześcijanach osobistych relacji z Jezusem budowanych na kerygmacie, czyli tajemnicy Jego męki i zmartwychwstania. Nieliczne z początku grupy, które konserwatywny i znający kryzys Kościoła na zachodzie Wyszyński błogosławił z wielką ostrożnością.

A co zrobił red. Turowicz i jego ekipa? Otóż nic. Przez całe dziesięciolecia cały ten ruch odnowy Kościoła i ewangelizacji był konsekwentnie przemilczany przez k.o.. Te wspólnoty stały się realną siłą Kościoła, ale zupełnie to nie cieszyło proroków „kościoła otwartego”? Dlaczego? Przecież to była ta odnowa soborowa, o którą tak zażarcie walczyli z Wyszyńskim! Tak, była to odnowa, ale nie taka, którą sobie wymarzył Turowicz pisząc artykuł „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Nie była to wysublimowana odnowa Kościoła w stylu Erazma, tylko odnowa w Duchu, który jak wiadomo wieje tam gdzie chce, a nie tam gdzie chce redaktor naczelny, nawet naczelny TP. Myślę, że całe środowisko k.o. tej nowej siły w Kościele i samej ewangelizacji po prostu nie rozumiało, a w najlepszym wypadku przyjmowało jako nowy przejaw katolickiej pobożności opartej na uczuciowości. Zresztą w Kościele na Zachodzie, te nowe ruchy powstawały w kontrze do lewicy, także kościelnej – tak np. było z neokatechumenatem. Jeśli nie rozumiesz, to najlepiej ignoruj. I to k.o. i jego organy prasowe robił konsekwentnie przez całe dziesięciolecia z rzadka podśmiewając się z antyintelektualizmu i prostactwa „trzeciej siły”. „Trzecia siła” rozumiała chrześcijaństwo jako przemianę całego człowieka, a nie tylko jako jakiś projekt intelektualny, a to dla k.o. było zupełnie obce. Jeszcze w 2017, kiedy odbyło się spotkanie „Jezus na Stadionie”, które zgromadziło 60 tyś. ludzi (ciekawe ilu czytelników miał wtedy TP?), to ks. Boniecki, jeden z tych starzejących się narcystycznych celebrytów w sutannach, pozwolił sobie prymitywnie wykpić całą imprezę, wyśmiewając się z tych ludzi, że …  szukali oni u Jezusa uzdrowienia, a ks. ks. Johna Bashoborę przedstawił jako czarnego szamana. I rzeczywiście to straszne: ci ludzie chcieli, aby Jezus ich uzdrowił! – pewnie się biedacy naczytali Ewangelii, gdzie Jezus wszystkich dotyka, marze śliną i uzdrawia. Byłoby o wiele lepiej, aby poszli na spotkanie z ks. Bonieckim ględzącym o dialogu z judaizmem i tolerancji.

Gdzieś od lat 10 obserwuję większe zainteresowanie dinozaurów k.o. „trzecią siłą”. K.o. zaczął doceniać jej znaczenie i wpływy w Kościele. Dłużej już nie można było udawać ślepego, więc zaczęło się przymilanie, próba przyjaźni i transferowania idei k.o. (oczywiście wiecznie żywe: tolerancja, dialog, walka z siłami ciemnogrodu itp.) do członków różnych ruchów i wspólnot kościelnych. Uosobieniem tego procesu jest kardynał Ryś, czołowy duszpasterz „kościoła otwartego” i propagator „franciszkanizmu”, a zarazem człowiek bardzo zaangażowany w ruchy katolików świeckich i ewangelizację. Co będzie dalej? Czy k.o. przejdzie do historii i spocznie w mogile, czy też będzie zatruwał „trzecią siłę” jadem erazmianizmum, przed którym przestrzegał święty założyciel mojego zakonu, i tym samym osłabiał Kościół w jego ewangelizacyjnej misji?

Brat Damian Wojciechowski TJ

Doskonała propozycja: Dekalog Narodowego Przetrwania. [uzup.]

dekalog-narodowego-przetrwania

To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem, najważniejsze są kwestie cywilizacyjne, bo to one stanowią fundament odniesienia przy analizowaniu kwestii szczegółowych. Kwestie cywilizacyjne mają charakter całościowy, fundamentalny i dlatego podoba mi się inicjatywa Dekalogu Narodowego Przetrwania zainicjowana przez dziennikarza Jacka Karnowskiego i socjologa Marka Grabowskiego.

To jest właśnie to. Nareszcie ktoś wystąpił z kompleksowym programem cywilizacyjnym. A program załatwia znacznie więcej niż tylko kwestię demograficzną.

Ale zacząć trzeba od smartfonów i mediów „społecznościowych”, bo to temat gorący.

Jednym z najpoważniejszych problemów Polski jest problem demograficzny. Wielu ludziom wydaje się, że jest to problem nie do rozwiązania.

Zastanówmy się więc, czy istnieją  r e a l n e  szanse na jego rozwiązanie. 

Jeżeli chodzi o rozumienie  r e a l n o ś c i,  to ja bym proponował sięgnięcie do historii.

Weźmy Bitwę o Anglię z r. 1940. Czy istniała realna szansa by Anglicy mogli ją wygrać, w obliczu niemieckiej przewagi liczbowej i technologicznej ? Czy realne było mniemanie, że udział polskich pilotów zmieni układ sił w tej bitwie ?

Powszechne przekonanie, nie wyrażane głośno, było że to nierealne. Anglicy i Niemcy lekceważyli udział polskich lotników, dopóki do gry nie wszedł dywizjon 303 ze swoją strategią, która odwróciła bieg wydarzeń na korzyść aliantów.

Dywizjon 303 stworzył  p i ę ś ć,  która zdemolowała niemiecką taktykę i przekonanie Luftwaffe o niezwyciężoności i skłoniła Anglików do modyfikacji własnej strategii. Niemcy musieli odłożyć zamiar inwazji na Wyspy z powodu braku przewagi w powietrzu. A przewaga ta była niezbędna jak udowodniła porażka aliantów przy próbie desantu w Dieppe w 1942 r. .

I taka pięść jest nam potrzebna teraz – stworzenie złożonej strategii, która wywoła zmiany. Głównym składnikiem takiej pięści nie może być czynnik finansowy, lecz zbiór propozycji i zabiegów kulturowych, które zmienią postrzeganie problemu i ludzkie postawy. Nie cała  p i ę ś ć  musi być od razy zrealizowana. Realizacja tylko paru kluczowych projektów wygeneruje dynamiczny proces, który potoczy się dalej sam. 

Taką strategię proponują Karnowski i Grabowski w postaci Dekalogu Narodowego Przetrwania.

Ja zatrzymam się nad jednym z aspektów, który może bulwersować liberałów: jak zatrzymać laicyzację ?

Laicyzacja nie ma perspektyw, z czego należy sobie zdać sprawę w pierwszym rzędzie , a to z racji chrześcijańskich fundamentów cywilizacji Zachodu. Ludzie to czują i program ma już wyraźne zalążki – jeden to wydarzenia nie tylko religijne lecz i kulturowe, jakimi stały się Orszaki Trzech Króli (tu państwo widzą, jaki problem językowy mamy – bo przecież podstawą kultury jest religia). Dodajmy do tego falę powstawania zespołów śpiewających pieśni religijne, w tym szczególnie kolędy, takich jak np. rewelacyjna Mała Armia Janosika, która wpisuje się w długotrwały trend zapoczątkowany jeszcze przez Arkę Noego. W każdej parafii pojawiły się śpiewające zespoły dziecięce i młodzieżowe i chóry dorosłych. Tym samym pojawiła się gotowa infrastruktura, na bazie której można zorganizować Festiwale Polskich Kolęd. Należałoby też pomyśleć o dorocznych konkursach poetyckich na nowe pastorałki. Są przecież poeci, którzy piszą rewelacyjne wiersze nie tylko dla dzieci. 

Skoro mowa o muzyce, to pójdźmy o krok dalej. Dodajmy do tego niewykorzystany potencjał jaki tworzy narodowy taniec polski – polonez. Niech każdą większą uroczystość państwową, jak 3 Maja, 15 sierpnia i 11 Listopada otwiera polonez odtańczony ( ale odtańczony z werwą) przez Prezydenta z Pierwszą Damą, z udziałem całej elity politycznej. Nie trudno przewidzieć, że takie wydarzenie stanie się bodźcem do naśladowania w skali kraju.Nastąpi lawinowa reakcja. Warto przypomnieć Polakom, że w trakcie rządów Kadara, po upadku Powstania 1956 r. Węgrzy starali się zachować kulturę narodową tworząc oddolnie Domy Tańca. I dlatego tam teraz rządzi Fidesz.

Jak państwo widzą, nawet w tak ograniczonym punkcie można wygenerować pięść, która zburzy stary system.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na kolejny postulat, który może natrafić na opór – ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych – tu mogą protestować dzieci i młodzież. Ale nie ma od niego odwołania. Zakaz używania smartfonów przed 16 r. życia. Do komunikacji z rodziną tylko proste komórki z ograniczonymi funkcjami.Wprowadził bym radykalną propagandę antyyoutuberską. Koniec z lansowaniem influencerów, youtuberów i tej całej patologii.

Wszystkie postulaty prorodzinne są jak najbardziej uzasadnione, bo rzeczywistość zmierza w tym właśnie kierunku, co widać w USA, gdzie coraz większym powodzeniem cieszą się rodziny wielopokoleniowe. Ale postulat likwidacji propagandy antyrodzinnej wymagałby wyeliminowania badziewnej prasy dla kobiet, która oprócz idiotyzmów lifestylowych przyczynia się do hiper-seksualizacji.

Jak elegancko wprowadzić szkolenie wojskowe a jednocześnie promować wychowanie patriotyczne? Recepta jest prosta: dzieci w przedszkolu zapoznajemy z barwnie przedstawioną historią misia Wojtka i Baśki Murmańskiej – w rozmaitych formach – zabawkach, pluszowych misiach, lekturach, komiksach, filmach. I natychmiast idziemy za ciosem i przechodzimy do legendy dywizjonu 303, ale tu musimy interweniować, bo w youtubie pojawiają się w tym temacie fatalne filmy wołające o pomstę do nieba jeśli chodzi o język, nadmierne epatowanie patosem i emocjami, tworzenie fikcyjnych wątków  oraz przekręcanie faktów.

Legenda dywizjonu 303 daje okazję zintegrowanej nauki – można wykorzystać ją w zajęciach z wojskowości, na lekcjach historii ucząc o faktach i patriotyzmie, na lekcjach geografii, a na lekcjach polskiego można poprawiać błędy w scenariuszach rozpowszechnianych w filmach na youtube i wskazywać na ryzyko związane z bezkrytycznym korzystaniem z internetu.

I w ten sposób, dla każdego punktu Dekalogu można opracować zestaw propozycji. A następnie można podjąć debatę i wygenerować najbardziej realistyczne i skuteczne propozycje, zamiast emocjonować się twittami Tuska na X.

======================================

mail:

Szanowny Panie Profesorze

W artykule: dekalog-narodowego-przetrwania

„To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem,….”

         Panie Profesorze, z jakiegoś powodu w Gietrzwałdzie przez dziesiątki lat nie mogli zamieszkać Polacy (potrzebne były rekomendacje KC PZPR). Nadal w centrum może być przemysł , NIE dla budownictwa mieszkalnego. Nasi wrogowie boją się do tej pory historii z lat 1877 i następnych,  po objawieniach Gietrzwałdzkich, w sercu polskiej Warmii. Ludzie wtedy zaczęli odmawiać różaniec, chłopy  sporządniały i przestały pić alkohol, rodziny żyły w zgodzie z przykazaniami, a kobiety rodziły po 10-15 dzieci i w ciągu krótkiego stosunkowo okresu ludność polska na terenach zaborów podwoiła się lub nawet potroiła, nie mówiąc o innych wielkich pozytywach. Szkoda, że autorzy dekalog-narodowego-przetrwania nie biorą tego rodzaju zdarzeń za przykład odrodzenia narodu Nie będzie dobry, nie kompletny poradnik…ale może od czegoś musieli zacząć. 

Oczywiście mogę się mylić, ale bardzo Pana proszę o zainteresowanie autorów tym szczegółem narodowego przetrwania, jeżeli to jest możliwe.

[—]

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami

Stefan Grabski z Gdańska 

(Ogólnopolski Komitet Obrony Gietrzwałdu)

Wieś: Młode pokolenie nie chce bydła – co dalej z gospodarstwami rodzinnymi?

Młode pokolenie nie chce bydła

co dalej z gospodarstwami rodzinnymi?

Łukasz Chmielewski 7-01-2026,Kontynuacja hodowli bydła przez młode pokolenie staje się coraz trudniejszym wyborem

Kontynuacja hodowli bydła przez młode pokolenie staje się coraz trudniejszym wyborem

Łukasz Chmielewski / PTWP

Jeszcze kilkanaście lat temu pytanie o następcę w gospodarstwie było formalnością. Dziś coraz częściej staje się tematem trudnej rozmowy, odkładanej „na później”.

Ogólnopolskie Badanie Farmera. Weź udział i wygraj prenumeratę

Hodowla bydła – zarówno mlecznego, jak i mięsnego – wymaga obecności 365 dni w roku, dużych nakładów kapitałowych i odporności na zmienność rynku. Dla młodego pokolenia, wychowanego w świecie mobilności, elastycznej pracy i szybkiego przepływu informacji, taki model życia przestaje być atrakcyjny.

Kontynuacja hodowli coraz trudniejszym wyborem

Dla wielu młodych ludzi bydło to dziś często synonim pracy bez wytchnienia. Codzienny rytm wyznaczany przez poranne i wieczorne obrządki, brak urlopu, dyżur 365 dni w roku. W świecie, w którym elastyczność, work-life balance i przewidywalność dochodów stały się kluczowymi wartościami, tradycyjny model hodowli przegrywa konkurencję z pracą poza rolnictwem. Nawet jeśli gospodarstwo jest nowoczesne i dobrze wyposażone, młodzi coraz częściej pytają: czy to się naprawdę opłaca – nie tylko finansowo, ale też życiowo?

Problem pogłębia się wraz z rosnącą presją regulacyjną. Wymogi środowiskowe, dobrostanowe, administracyjne i sprawozdawcze sprawiają, że hodowla bydła staje się coraz bardziej skomplikowana. Dla doświadczonych rolników to kolejne obciążenia, dla młodych – często bariera nie do przeskoczenia. Zamiast postrzegać gospodarstwo jako przestrzeń rozwoju, widzą oni system pełen kontroli, ryzyka i niepewności.

Farmer.pl rusza z regionalnymi konferencjami, podczas których będziemy rozmawiać o przyszłości rolnictwa, a eksperci omówią, jak redukować straty, poprawiać dobrostan zwierząt i budować rentowną produkcję w realiach rosnących kosztów. Sprawdźcie, czy odwiedzimy Twój region: Farmer w regionach

W tle pozostaje także kwestia społecznego wizerunku produkcji zwierzęcej. Narracje podważające sens chowu bydła, oskarżenia o nadmierną emisję czy brak troski o środowisko nie zachęcają młodych do identyfikowania się z zawodem hodowcy. Trudno budować dumę z profesji, która coraz częściej bywa stawiana w defensywie.

Rodzinne gospodarstwa w odwrocie?

Co to oznacza dla gospodarstw rodzinnych? Przede wszystkim realne ryzyko przyspieszonej koncentracji produkcji. Tam, gdzie brakuje następców, bydło znika. Ziemia jest dzierżawiona lub sprzedawana, a produkcja zwierzęca trafia do większych, często bardziej kapitałowych podmiotów. To zmienia strukturę wsi, relacje społeczne i lokalną gospodarkę. Gospodarstwo rodzinne – fundament polskiego rolnictwa – przestaje być oczywistą formą organizacji produkcji.

Czy ten proces da się odwrócić? Nie poprzez sentyment czy odwoływanie się do tradycji. Młode pokolenie potrzebuje realnych argumentów: stabilności dochodów, uproszczenia przepisów, wsparcia inwestycyjnego i jasnego sygnału, że produkcja bydła ma przyszłość w europejskim rolnictwie. Coraz większą rolę mogą odegrać nowe technologie – automatyzacja, cyfryzacja, precyzyjne zarządzanie stadem – które ograniczają nakład pracy i poprawiają komfort życia.

Kluczowa jest też zmiana narracji. Hodowca bydła nie może być postrzegany wyłącznie jako „beneficjent dopłat” czy „emitent”. To producent żywności, zarządca ekosystemu i przedsiębiorca funkcjonujący w coraz trudniejszych warunkach. Jeśli młodzi mają chcieć przejmować gospodarstwa, muszą widzieć w nich nie tylko obowiązek wobec rodziny, ale także sensowną, nowoczesną ścieżkę zawodową.

Bez młodego pokolenia bydła nie będzie. A bez bydła trudno mówić o trwałości wielu gospodarstw rodzinnych. To nie jest problem przyszłości – to wyzwanie, które już dziś zaczyna decydować o kształcie polskiego rolnictwa na kolejne dekady.

Raport AI stwierdził, że policjant zamienił się w żabę

Raport AI stwierdził, że policjant zamienił się w żabę

Date: 6 gennaio 2026 Author: Uczta Baltazara

babylonianempire/raport-ai-stwierdzil-ze-policjant-zamienil-sie-w-zabe

Coś do uśmiania się, ale nie całkiem….

Organy ścigania szybko wdrożyły sztuczną inteligencję do wszystkiego, od raportowania policyjnego po rozpoznawanie twarzy. Wyniki tego są, jak można było przewidzieć, dziwaczne. W jednym szczególnie rażącym – i niezamierzenie komicznym – przypadku, departament policji w Heber City, w amerykańskim stanie Utah, został zmuszony do wyjaśnienia, dlaczego oprogramowanie do raportowania policyjnego twierdziło, że funkcjonariusz jakimś sposobem zamienił się w żabę.

Jak donosi Fox 13, wydaje się, że wadliwe oprogramowanie zaczerpnęło inspirację z pewnych błahych wątków w tle, aby stworzyć ów fantastyczny, bajkowy finał.

fox13now/summit-county/how-utah-police-departments-are-using-ai-to-keep-streets-safer

…………………………………………….

Robi się więc, jak w Afryce!  🙂

Zambia, rok 2015: Policja zintensyfikowała dochodzenie w sprawie, w której podejrzany o kradzież zamienił się w węża.

W niedzielę, wg. Times of Zambia, mężczyzna w dziwaczny sposób zamienił się w węża po tym, jak został przyłapany na próbie kradzieży z chlewni na farmie w dystrykcie Kafue, co zszokowało jego mieszkańców.

Według doniesień gazety, bohaterski dozorca „rzucił się na mężczyznę po tym, jak go zobaczył wraz z jego wspólnikiem grasujących po chlewie, ale ku jego zaskoczeniu, domniemany złodziej zamienił się w pytona, podczas gdy wspólnik uciekł”.

allafrica.com/stories

Times-of-zambia/thief-turns-into-snake-by-perpetual-sichikwenkwe-a-man-has-bizarrely-turned

………..

I chcą przy pomocy owego koooooorevstva robić wojny, zarządzać infrastrukturami, leczyć ludzi…  😦