We recently watched an excellent documentary on Iran. The first two episodes on the history up to the 20th century are particularly good, and would be excellent as a primer on Persia for older children. We thoroughly enjoyed watching it and highly recommend. Family friendly. The last episode gets a bit woke though.
( An image of the series is below – we found it on Amazon and the BBC channel):
Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work here and elsewhere, consider becoming a free or paid subscriber.
NIEPOSZANOWANIE DLA SAKRAMENTU MAŁŻEŃSTWA CZYLI LIST BISKUPÓW „O RODZINIE” Z OSTATNIEJ NIEDZIELI ROKU 2025, część trzecia.
Stanąć w Prawdzie! Prawda to jest zgodność myśli (nazwy) z rzeczą. Nazywać rzecz po imieniu – właśnie to zawsze dotąd było zadaniem przede wszystkiem duszpasterzy na czele z biskupami. I dopiero wtedy podejmować ustalone przez Kościół Święty czynności duszpasterskie – wobec starannie rozpoznanej i nazwanej rzeczywistości. Atoli obecnie u nas już od dłuższego czasu dzieje się, niestety, inaczej.
Jednocześnie jest w naszej przynajmniej opinii wyrazem nietaktu i arogancji (!), że „do jednego wora” są przez autorów i sygnatariuszy „Listu Episkopatu” ładowani zarazem ci rozmaitego typu, bywa że szczególnie rozwiąźli i rozpustni konkubenci i single żyjący „w różnego rodzaju sytuacjach nieregularnych” (1, co za mętny i przykry język, wybitnie nieteologiczny!), dla których nie ma wszakże żadnych kanonicznych przeszkód, aby możliwie jak najprędzej zawrzeć Sakrament Małżeństwa.
Oni tego jednak nie czynią, gdyż to dobrodziejstwo braku przeszkód lekceważą (sic!) lub go nawet nie dostrzegają (sic!); i wraz z nimi tamci, którzy – przeciwnie – świadomie pragną Sakramentu Małżeństwa, lecz może nigdy do niego nie przystąpią z powodu tejże kanonicznej przeszkody – skoro nadal żyje ów sakramentalny współmałżonek rozwodnika.
Autorzy i sygnatariusze omawianego tu „Listu Episkopatu” bardzo daleko posuwają się w swoich, by tak rzec, językowych manipulacjach pisząc – że przypomnimy – „Każdy z nas jako uczeń Jezusa (24) został odkupiony za cenę Jego Krwi”.
Kto to się posłużył tym cytatem (i innymi, o czym dalej)? Prosta zamiana chronologii Zbawienia i jakiż wielki błąd! Czy to dopiero szeregowy teolog-amator musi objawiać, że:
Najpierw Pan Jezus swoją męką krzyżową odkupił wszystkich ludzi, a ci są dla siebie nawzajem bliźnimi (jeśli nawet wielu z nich o tym jeszcze nie wie). Czym innym zaś jest poznanie nauczania Pana Jezusa, a jeszcze czymś innym jego przyswojenie w życiu praktycznym-codziennym i dopiero tym sposobem stanie się Jego praktykującym uczniem, w dowolnych czasach, w dowolnych krajach.
Tak więc ci odkupieni to nie to samo, co uczniowie – aczkolwiek misjonarze wszystkich czasów (ci prawdziwi oczywiście) pracują nad tym, aby Jezusowe przesłanie dotarło do wszystkich ludzi. Ci, którzy wprawdzie znają nauki Pana Jezusa, lecz sobie je lekceważą i żyją nie według nich, przecież nie są żadnymi Jezusowymi uczniami. Ale… zawsze mogą się oni zacząć nimi stawać. Ot i różnica. „Od błędów i w godzinie śmierci można rewokować” – jak powiada Klasyk.
Zresztą, owe trzy odnośniki do fragmentów z listów Św.Św. Piotra, Jana i Pawła zostały przez redaktora „Listu Episkopatu” dobrane, najłagodniej mówiąc, nieadekwatnie. Tak nie można! Zatem – w tych konkretnych przypadkach – ani nie „uczniowie”, ani nie „śmierć”, ani nie „zmartwychwstanie” – co każdy może sobie sprawdzić sięgnąwszy po domowy egzemplarz Nowego Testamentu.
Święte Teksty nie są po to, aby nimi żonglować jak się komu akurat zachciewa. Redaktor „Listu Episkopatu”, mówiąc językiem gier zespołowych, zagrał (podał piłkę) „na pamięć”, na zasadzie „trafi-nie-trafi”. Tak nie można! Mówimy tu przecież nie o dowolnie czym, lecz – przeciwnie – o Świętych Sprawach Najwyższej Wagi.
Są jeszcze pozostałe cztery części (I-III, V) „Listu Pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny – 28 grudnia 2025” oraz krótki doń wstęp – całość, przynajmniej jak na naszą wrażliwość i spostrzegawczość, utrzymana w stylu owej nowomowy z anglosaskiej post-protestanckiej „komedii romantycznej” lub z bliskiej jej kozetki „u psychoterapeuty”. Naszym amatorskim zdaniem to już nie jest Święta Teologia, lecz tylko jakieś „dobroludziowe” i „samopoczuciowe” luźne gawędki.
W „Liście Episkopatu” kilkakrotnie powtarzana jest fraza: „Bóg marzy o rodzinie, która jest domem dla miłości” (14), stanowiąca także jakby podtytuł dla całej tej wypowiedzi. Zatem: Pan Bóg „marzycielem”? Toż to chyba już podpada jako naruszenie Drugiego Przykazania Bożego. Ale miliony katolików w Polsce kilkakrotnie i tego zdania musiały wysłuchać w tysiącach kościołów w trakcie niedzielnych Mszy Św. w dniu 28 grudnia Roku Pańskiego 2025.
Najbardziej naszym zdaniem pokrętny, pełen śmiałych ominięć i obciążony istotnymi przemilczeniami fragment „Listu Episkopatu” przedstawiliśmy powyżej. Czy zachęcać P.T. Czytelników do lektury i przemyślenia całości (dostępnej w Internecie)? Aby się dowiedzieć czegoś „o małżeństwie i rodzinie” to nie. Lepiej sięgnąć do encykliki papieża Piusa XI „Casti connubii” lub do innych prawdziwie (!) katolickich tekstów (określenie „prawdziwy” wprowadzili wszakże sami autorzy „Listu Episkopatu”).
Lecz kto już osadzi się jakoś w zakresie katolickiego nauczania na dany temat, ten może poczytywać sobie teksty takie, jak ów „List Episkopatu” odczytywany w dniu 28 grudnia 2025 roku, aby rozpoznawać ów sposób, w jaki katolickie do niedawna nauczanie jest obecnie zniekształcane (sic!).
Miejmy nadzieję, że tak jak w przypadku kilku innych „kontrowersyjnych” „Listów Episkopatu” w wieku XXI, ogół katolików w Polsce puści i ten mimo uszu, zatem bez szkody dla siebie. Piszemy wszakże to wszystko z wielką przykrością i z narastającym niepokojem.
Coraz częściej stosowana to metoda: redagowanie dokumentów, także tych „kościelnych” (cudzysłów zachować lub zdjąć), jakby ani Odwieczne Magisterium Kościoła, ani w ten czy inny sposób inspirowane nim teksty kultury dotąd w ogóle nie zaistniały.
To co poprzedza ich autorów to biała karta. Urodzili się „wczoraj”, najdalej tydzień temu, więc wypisują rozmaite dziwactwa, które im akurat teraz do głowy przychodzą. Za miesiąc do głowy przyjdzie coś innego, wszystko jedno co, to i wtedy to ogłoszą wszem i wobec – taką postawę zdają się prezentować autorzy i sygnatariusze owego „Listu pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny”, odczytanego na Mszach Św. niedzielnych w dniu 28 grudnia 2025 roku.
Grunt to konfidencjonalnie poklepać po ramieniu ludzi – wszystkich tak samo i wszystkim powiedzieć, że… „będzie dobrze, nie ma sprawy”, i na tym w zasadzie rzecz zakończyć. No i ta konfidencjonalna maniera wypowiedzi sięgająca także… Świętości. Po co to i czemu to ma służyć?
Autorzy „Listu” najwidoczniej nie sięgali ani do encykliki „Casti connubii” (o małżeństwie chrześcijańskim) papieża Piusa XI, ani do książek Marii Rodziewiczówny, ani do powieści „Bez dogmatu” autorstwa samego Henryka Sienkiewicza, ani do „Lalki” Prusa, ani do wydanej w roku 2018 książki zatytułowanej „Kobiety-Rewolucja-Kaznodziejstwo” autorstwa Sławomira N. Goworzyckiego, ani do opublikowanej dopiero co w mijającym już roku 2025 książki Bartosza Kopczyńskiego zatytułowanej „Rewolucja bachantek” (tej my też jeszcze nie przeczytaliśmy), ani do całego mnóstwa innych tekstów niosących pouczające i inspirujące treści.
Obserwacje co do bieżącego polskiego „życia rodzinnego” (cudzysłów nie bez powodu) owi autorzy i sygnatariusze „Listu pasterskiego” też mają najwidoczniej wybrakowane i już wykoślawione, czego przejawem jest używanie niewłaściwego nazewnictwa spraw, wydawało by się, najprostszych (co nie znaczy, że wszystkich koniecznie najprzyjemniejszych). A tak po prawdzie, to dla nas nie jest to żaden-tam „list pasterski”, gdyż my w oparciu o przygarść przemieszanych ze sobą przygodnych zdań prawdziwych i fałszywych wcale nie mamy zamiaru „pasać” naszej duszy.
Ów list jest to jakieś takie, by tak rzec, „duszpasterskie GMO”; nie pierwszy tego rodzaju w ostatnich czasach, że wspomnimy dla przykładu owe bełkoty (sic!) z takoż ostatniej niedzieli roku 2013 na temat tyleż tajemniczego, co dzisiaj już zamilczanego „gendera” (na jego miejsce zdążył w medialnym obiegu wstąpić ów niemniej tajemniczy „lgbt”); lub te z maja 2019 roku dotyczące jakiegoś „molestowania”, czy czegoś w tym rodzaju. Ech, ta neo-pseudo-teologia!
Jak w poprzednich podobnych przypadkach liczymy na to – z przykrością przecież i z niepokojem – że ogół wiernych, jak to on, już nie pamięta (sic!), co też tam ksiądz z mównicy (z ambony) wyczytywał był na Mszy w niedzielę w dniu 28 grudnia 2025 roku. Wyczytywał, ponieważ zwierzchność kościelna mu to nakazała. I tyle. Wszystkich zaś, w tym tych zgorszonych zasłyszaną tam i wtedy lekturą ponownie zachęcamy do przeczytania owej encykliki „Casti connubii” lub fragmentów „o małżeństwie i rodzinie” z któregoś ze starszych, czyli „przedsoborowych” Katechizmów.
Teksty te, inaczej niż to było w bezbożniczym PRL-u, dzisiaj są dostępne w kilku książkowych wydaniach w języku polskim, a i w Internecie coś znaleźć też można. Osobne opracowania-rozprawki-poradniki o (prawdziwym!) małżeństwie katolickim też można dziś znaleźć.
Skoro bowiem autorzy i sygnatariusze przywoływanego powyżej „Listu Episkopatu” akcentują, pomimo wszystko, ową „prawdziwość”, to my skwapliwie tą akurat dróżką za nimi podążamy. A działo się to w liturgiczne wspomnienie Rzezi Niewiniątek (28 grudnia), aczkolwiek w „Liście” o Świętych Młodziankach nie wspomniano ni słówkiem. Pomimo tematyki „Listu” te fundamentalne pojęcia – ani „narzeczeństwo”, ani „małżeństwo”, ani „rodzina”, ani „rodzicielstwo” – nie są w nim definiowane-przypominane. Dlaczego?
Może dlatego, że dzisiaj „jest w obiegu medialnym wiele definicji”, więc autorzy „Listu”, co by było ze wszech miar kompromitujące… wahali się nad wyborem. Jeśli tak było rzeczywiście – czego my wszakże wiedzieć nie możemy – to na czym tak po prawdzie polega dziś pełnienie przez nich tego najwyższą odpowiedzialnością obarczonego Urzędu Nauczycielskiego?
Niech sobie wszyscy wreszcie uzmysłowią, że dzisiaj mamy w „katolickiej Polsce” (w innych krajach podobnie) wyraźny procentowy wzrost liczby dziatwy i młodzieży spłodzonej i zrodzonej pozasakramentalnie, nieochrzczonej, bezreligijnej, zdepolonizowanej, nie mającej z domu wzorca życia małżeńskiego-rodzinnego, a często i wzorca elementarnych odniesień międzyludzkich, obecnie przemieszanej (kto do tego dopuścił?) z takoż bez właściwości dziatwą i młodzieżą nachodźczą, bezbożniczą, post-sowiecką, post-banderowską, post-bolszewicką („nic w przyrodzie nie ginie”) i z innych jeszcze narodów koniecznie (!) nie-katolickich.
A w ogóle to w Polsce dzieci rodzi się coraz mniej, podobno najmniej pośród krajów Europy. Takie to są skutki także i owego „postępowego duszpasterstwa”.
Marcin Drewicz: NIEPOSZANOWANIE DLA SAKRAMENTU MAŁŻEŃSTWA CZYLI LIST BISKUPÓW „O RODZINIE” Z OSTATNIEJ NIEDZIELI ROKU 2025, część druga.
Jakimże to wielomówstwem zasłania się w „Liście” pospolitą rzeczywistość grzechu: „związki”, ale i „sytuacje”, lecz i „relacje”, „nieregularne” (1, 3), które są ponadto… „różnego rodzaju” (2).
O czym właściwie jest tu mowa? Możemy się tylko domyślać i dociekać – jak byśmy nie mieli nic innego do roboty – jakie to tam jeszcze „różnego rodzaju” plugastwo owi zwracający się w tej sprawie do nas znienacka duszpasterze mają na myśli. Albowiem autorzy i sygnatariusze „Listu” rzeczy nie nazywają. My zakładamy, że w ich psycho-nowomowie pojęcie „nieregularny” znaczy tyle, co pozasakramentalny, czyli – patrz wyżej – grzeszny (sic!). Lecz wyraz „grzechy” w „Liście” występuje bodaj tylko jeden raz, w pobocznym kontekście.
Kiedy ostatnio słyszeliście kazanie o grzechu, w ogóle, jako takim? Kiedy o grzechach z dziedziny tu akurat omawianej? W kościele, w szkolnej izbie katechetycznej, w radio, w telewizji, w Internecie, kiedy czytaliście o tym i gdzie…?
Stulecia teologii, filozofii i filologii pracowały na to, aby – co jak co, ale – język wypowiedzi duszpasterskich mających w perspektywie… Rzeczy Ostateczne (patrz: Mały Katechizm) był maksymalnie precyzyjny, bez pozostawiania u słuchaczy-czytelników żadnych, ale to żadnych wątpliwości na temat poruszanych zagadnień. Autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu”, nie po raz pierwszy, najwidoczniej rozmijają się z tamtym świętym duszpasterskim dorobkiem.
Więc my tu – u nich – czytamy o najogólniej mówiąc konkubinacie, z definicji grzesznym (!), lecz z nazwy nie przywoływanym (!), jako o „relacji” (3), którą „przenika prawdziwa (4) troska, głęboka więź i odpowiedzialność”. Prawdziwa! Zatem gdzieś się czai również ta troska, więź i odpowiedzialność, by tak rzec, inna, czyli „nieprawdziwa”, a sygnatariusze „Listu” są tego fundamentalnego rozróżnienia świadomi. My się tu słówek bynajmniej nie czepiamy.
My chcemy li tylko zrozumieć, co do nas Księża Biskupi na Boże Narodzenie (w Oktawie Bożego Narodzenia) AD 2025 w owym „Liście” napisali. Lecz – zapytajmy – co jest „prawdziwego” w tych pleniących się w dzisiejszej Polsce (i gdzie indziej) właśnie „różnego rodzaju”, więc przeważnie nietrwałych, zatem zmiennych konkubinatach, w życiu tzw. singli i w rozmaitych innych „sytuacjach nieregularnych”? Konkubinat – to jest precyzyjne określenie, od którego autorzy i sygnatariuhttps://www.magnapolonia.org/marcin-drewicz-skandaliczny-list-biskupow-o-rodzinie-analiza-cz-1/sze „Listu Episkopatu” wszakże stronią.
Piszą oni także o tęsknocie (5) za Sakramentem Małżeństwa (9), nazywanym przez nich również błogosławieństwem (6), aczkolwiek w ich ujęciu to się okazuje nie być tym samym (sic!). Lecz znowu – co za mania – czytamy w „Liście” o miłości „prawdziwie” (7) „pobłogosławionej” (6). Zatem – patrz wyżej – widocznie można dzisiaj, zdaniem autorów i sygnatariuszy „Listu” – błogosławić owe „związki” także… nieprawdziwie.
Gubimy się w tych przecież zbędnych i nikomu niepotrzebnych meandrach, gdy ponadto wnioskujemy z następnego zdania – taka jest gramatyka owego „Listu Episkopatu” – że te „sytuacje nieregularne” (1) też są właśnie „pobłogosławione” (6), ale przez ludzi (8). Czy pracownicy Urzędu Stanu Cywilnego już o tym wiedzą? Czy w tymże Urzędzie też się nowożeńcom udziela… błogosławieństwa?
Doceniamy, że w „Liście Episkopatu” użyte zostało pojęcie „narzeczeni” (10), jak wiele innych, niegdyś powszechnych, od wielu już lat nieobecne w powszednim kaznodziejstwie, przynajmniej w Polsce. Lecz dlaczego to arcyważne pojęcie nie jest w „Liście” definiowane? Dlaczego nie pisze się o prawach i obowiązkach narzeczonych, lecz i o prawach oraz obowiązkach małżonków w Kościele Świętym? Skoro to katoliccy biskupi zwracają się do ogółu katolickich wiernych.
O Sakramentach Świętych jako „przywilejach” (12) dowiadujemy się od księży biskupów z zaskoczeniem dopiero tu i teraz (można rzec: na stare lata), z „Listu”. To dziwne. Przecież misjonarze wszech czasów – „idźcie i nauczajcie wszystkie narody” – poświęcali się, aby jak najliczniejszym ludziom, wszystkim, łącznie z tłumami prostaczków (sic!) udzielać Sakramentów Świętych na czele ze Chrztem Świętym. Podczas gdy właśnie przywilej, niechby i najszlachetniejszy – przeciwnie – polega nie na powszechności, lecz na wyłączności.
Przywołany Bł. Jerzy Popiełuszko nie nawoływał penitenta do wstąpienia do jakiegoś uprzywilejowanego klubu, czy bractwa, lecz do dołączenia do powszechnej rzeszy sakramentalnych małżonków. Tak więc Sakrament Małżeństwa – oczywiście poruszamy się tutaj wewnątrz katolicyzmu – to właśnie jest ów „religijny obowiązek” (11) – w PRZECIWIEŃSTWIE do tego, co piszą do nas autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu”. I do spełnienia właśnie tego obowiązku (!) nawoływał Bł. Ksiądz Jerzy Popiełuszko owego penitenta w Hucie Warszawa.
Autorzy i sygnatariusze „Listu” najwidoczniej nie rozróżniają – najpewniej w imię zgubnego ekumenizmu – pomiędzy członkami-wyznawcami Świętego Kościoła Katolickiego, a innymi ludźmi. Członkostwo oparte na Chrzcie Świętym pociąga za sobą spełnianie pewnych powszechnie i z dawna znanych właśnie obowiązków. A to dopiero ludzi spoza Kościoła się „zaprasza” (13) i zachęca do przystąpienia doń, oczywiście – powtórzmy – jeśli odróżnia się jednych od drugich.
Jest coś takiego, jak „przeszkody” (16), ale przeszkody kanoniczne – wyraźnie w „Liście” tak nie nazwane – z przyczyny których dana para nie może (17) przystąpić do Sakramentu Małżeństwa. Jednocześnie autorzy i sygnatariusze tego tekstu piszą o przystąpieniu do tego Sakramentu, jako o dokonaniu „kroku dalej i głębiej” (15, także 19). Ale – zapytujemy – kroku na jakiej drodze? Najprostszą odpowiedź dał, podobnie jak tysiące innych kapłanów – powtórzmy – Bł. Ksiądz Jerzy w przywołanej rozmowie z robotnikiem z Huty Warszawa.
Jakie to więc „przeszkody” (16-17) tamtemu i tysiącom innych mężczyzn i kobiet stoją na drodze do zawarcia powszechnie tak nazywanego Ślubu Kościelnego? I to przeszkody powiązane z zachowaniami, za które – jak to nieelegancko ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu” – mogłoby grozić „skreślenie” (18). Właśnie to powinno być wyraźnie podane w takiego rodzaju „Listach Episkopatu”, a nie jest. Wedle naszej wiedzy szeregowego katolika są to przede wszystkiem: zbyt bliskie pokrewieństwo (kazirodztwo), ta sama płeć (sodomia), brak Bierzmowania oraz cudzołóstwo.
Wszystkich pozostałych należy, najprościej mówiąc, kierować do zawarcia Sakramentu Małżeństwa, poprzedzonego Spowiedzią i Komunią Świętą, co od czasów najwcześniejszych czyniło zarówno duchowieństwo, jak i zbiorowość wiernych świeckich (oczywiście, życie na grzesznym ziemskim padole miewa i tu swoje niespodzianki, a poza tym jest jeszcze Sakrament Kapłaństwa oraz Śluby Zakonne, do których niektóre osoby przystępują).
Nas zadziwia i niepokoi, że autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” za akt wręcz odwagi (21) poczytują to, do czego w pospolity sposób zachęcał po raz kolejny tu przez nas wspominany Bł. Ksiądz Popiełuszko tamtego zwykłego człowieka, a „uregulowanie swojej sytuacji” (1) poprzez Sakrament Małżeństwa nazywają oni „kolejnym krokiem wiary” (19). Kolejnym! Choć przecież życie w konkubinacie jest przejawem zazwyczaj osłabienia w Wierze lub wręcz niewiary.
Co do wspomnianej „odwagi” (21), to taki konkubent dotąd – czyli w ostatnich dziesięcioleciach – ważył się przecież na wszystko: żył z kobietą, płodził z nią dzieci, mieszkał z nimi pod jednym dachem, zarobkował na ich utrzymanie, występował wraz z nimi jawnie przed ludźmi… Byli oni więc, konkubent z konkubiną, nie tyle odważni, co… nieroztropni (sic!), lekkomyślni, czyniąc to wszystko… bez Boga, bez Sakramentu Małżeństwa; pomimo, iż – uwaga! uwaga! – żadne przeszkody kanoniczne ani inne nie stały im na drodze do przystąpienia do tegoż Sakramentu.
W ich sytuacji zawarcie Sakramentalnego Małżeństwa będzie to wcale nie akt Cnoty Męstwa -Odwagi – jak to błędnie ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” – lecz raczej zwyczajne i zwłaszcza Cnotą Roztropności inspirowane… pójście po rozum do głowy (!).
Jest niezmiernie przykre, że autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” szermują niedomówieniami (sic!) zamiast przywołać i wyraziście nazwać główny, o ile nie jedyny „nie do rozwiązania” problem w ramach owych „sytuacji nieregularnych” (1):
Oto jest, niewątpliwie, rodzina, więc dwoje rzeczywiście kochających się ludzi (j.w. „prawdziwa troska, głęboka więź i odpowiedzialność”), praktykujących katolików (acz w zakresie niepełnym, o czym niewiele dalej), mających potomstwo wychowywane po katolicku, atoli żyjących w związku li tylko na prawie cywilnym jedynie dlatego (!), iż z tych dwojga co najmniej jedno jest uprzednim rozwodnikiem, też przecież cywilnym, gdyż Kościół Święty nie ma podstaw, by uznać za niebyłe jego/jej Sakramentalne Małżeństwo z „tamtą” osobą „trzecią”, z którą ów rozwodnik/rozwódka może też mieć już potomstwo, starsze.
Myślimy tu zwłaszcza nie o tych jakże licznych dziś religijnych ignorantach „wyprodukowanych”, niestety, przez trwający u nas w Polsce już dziesiątki lat kryzys katolickiego nauczania, lecz o ludziach jako katolicy całkowicie świadomych tego, że zdecydowali się oni jednak żyć w grzechu (sic!), że nie mogą oni z tego powodu przystępować do Komunii Przenajświętszej, nie mogą być chrzestnymi, lecz że ten swój brak kompensują oni przede wszystkiem przykładnym katolickim wychowywaniem swoich wspólnych dzieci, a bywa, że także owych dzieci „z poprzedniego małżeństwa”.
W tym tu konkretnym przypadku myślimy więc o ludziach, na których katolickim życiu codziennym niejedno małżeństwo sakramentalne mogłoby się wzorować (sic!). O ludziach, którzy mają w zasadzie „tylko ten jeden feler”, mianowicie ową kanoniczną przeszkodę dla zawarcia Sakramentu Małżeństwa.
Jakże to przykre, iż musimy się zaledwie domyślać (!), że to do nich właśnie (lecz czy na pewno do nich?) autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” kierują zdania zaczynające się – patrz wyżej – od: „Tych wszystkich, dla których jest to bolesny (22) temat, bo mają ogromną tęsknotę (5) za Sakramentami (9)…”.
Dodajmy, że pochopne zapewnianie o tym, że ci ludzie nie są wiernymi „drugiej kategorii” (23) jest daremne, skoro sami ci ludzie dobrze wiedzą, że jednak nimi są i w swej pokorze ten swój stan niższości w Kościele bez oporu w cichości serca przyjmują-potwierdzają. Tak więc również w tym subtelnym przypadku ów – za przeproszeniem – nachalny, prostacki i zwłaszcza nie-teologiczny „hurrr-aoptymizm” autorów i sygnatariuszy „Listu Episkopatu” jest zwyczajnie nie na miejscu.
Swoje spostrzeżenia naukowcy opublikowali na łamach naukowego pisma „Journal of the American Medical Association (JAMA) Psychiatry”.
„Tajemnica kryje się w korze mózgowej. Jej grubość i struktura ma związek z duchowością osoby, do której należy. Im grubsza kora, tym bardziej podatny na wpływ religii mózg” – piszą naukowcy.
„Nasze przekonania i nastroje są odzwierciedlone w mózgu, co możemy już zobaczyć dzięki nowoczesnym technikom obrazowania” – wyjaśnia dr Myrna Weissman z Uniwersytetu Columbia, współautorka pracy.
Naukowcy przebadali ponad 100 osób w różnym wieku, podzielonych pod względem ich deklaracji na temat religijności. Z tego eksperymentu naukowcy dowiedli, że osoby które deklarowały największą religijność, miały najgrubszą korę mózgową. Co ciekawe, już wcześniej udowodniono, iż osoby wierzące mają niższe ryzyko do popadania w depresję. Teraz dodatkowo powiązano grubość kory z mniejszymi skłonnościami do występowania nastrojów depresyjnych.
Czyli wniosek jest prosty: osoby religijne mają prawidłową strukturę mózgu! Osoby niewierzące, jeśli chcą polepszyć swoją kondycję zdrowotną zdecydowanie powinny się nawrócić.
==================
Należy to sprawdzić dla różnych religii. Czy takie, które głównie nienawidzą, są agresywne -też?? md
Słabnąca rola USA jako „arbitra światowego”, połączona z coraz bardziej nieodpowiedzialną chaotyczną polityką Waszyngtonu, zmusiła nawet najgorętszego wielbiciela Ameryki, jakim jest Izrael [chyba odwrotnie. md] , do zwrócenia się do Moskwy z prośbą o mediację z Iranem. O to samo zwrócił się Teheran do Kremla.
W grudniu ubiegłego roku odbywały się w Moskwie poufne negocjacje Iranu i Izraela.
Ostatnio Putin odbył niespodziewaną wizytę do Tel Awiwu, spotykając się z izraelskimi przywódcami.
Z powodu nieustannych gróźb Trumpa w kontekście demonstracji w Iranie, czasu pozostało niewiele.
Standardową polityką Zachodniego Imperium Kłamstwa, jest nakładanie na wybraną ofiarę niszczycielskich sankcji gospodarczych, przy jednoczesnym podżeganiu niezadowolonej opinii publicznej do demonstracji antyrządowych. Jeśli same demonstracje okazują się niewystarczające, to „kochający demokrację Zachód”, wysyła tam swe siły powietrzne w celu dokonania „humanitarnych bombardowań”, jak to miało miejsce w Iraku, Libii, Afganistanie, byłej Jugosławii, Syrii, itd.
Jeśli „powietrzna perswazja” hegemona nie jest wystarczająca, Zachód wysyła tam swoją „koalicję chętnych”, by nie babrać się z rezolucjami ONZ, który i tak jest w kieszeni Waszyngtonu.
W przypadku Iranu problem polega na tym, że posiada on największe zasoby rakiet konwencjonalnych, w tym nie-przychwytywalnych hipersonicznych.
Użycie przez Teheran nawet ułamka swego arsenału, może doprowadzić do całkowitego zniszczenia malutkiego Izraela, a także wszystkie regionalne baz USArmy.
Z tego też powodu Izrael zgodził się nie tylko na negocjacje, ale również na deklarację nie zastosowania w stosunku do Iranu wyprzedzającego uderzenia.
Iran zrewanżował się podobną deklaracją w stosunku do Izraela, choć jego zaufanie do ewentualnych porozumień z Izraelem jest równie nikłe, jak w przypadku ewentualnych umów z Waszyngtonem.
Stawka jest jednak gigantyczna. W przypadku niebezpieczeństwa anihilacji Izraela, użyje on zapewne broni jądrowej, którą bezprawnie posiada. Jakie spowodowałoby to konsekwencje, nie ma potrzeby wyjaśniać.
Z tego też powodu, Putin osobiście zaangażował się w te negocjacje. Pokazując przy okazji całemu światu, kto po ostatecznym upadku Zachodniego Imperium Kłamstwa, będzie grać rolę światowego arbitra.
Dobrze by było, żeby skundlony globalistyczny reżim w Warszawie, pod przywództwem germańskiego agenta Gauleitera Tuska, pojął tą prostą prawdę. Nie w interesie Polaków, których nienawidzi, ale swym własnym interesie. Niech globalistyczne szumowiny nie zapominają, że Rosja już zaczęła konstruować Norymbergę 2, na potrzeby osądzenia zachodnich kolonizatorów i tzw. „neokonserwatystów”.
Putin Makes Double Iran Move, Then Issues Stark Message to Trump & Netanyahu
Ponoćna medycynie zna się każdy. No to, po co nam lekarze i szpitale? „Nasz” rząd likwiduje takie zbędne placówki. IZBY WYTRZEŹWIEŃ powinny wystarczyć. Oszczędność najważniejsza.
Jest tylko mały szkopuł: kto będzie kupował, a właściwie dzierżawił, ten sprzęt medyczny od zaprzyjaźnionych z ORKIESTRĄ ŚWIĄTECZNEJ POMOCY firm? Może jednak szpitale, przed definitywną upadłością wezmą dodatkowe kredyty w zachodnich bankach, a później my wszyscy będziemy je spłacać, ciesząc się zardzewiałym badziewiem? Jak już zdrowie mamy zapewnione, to zajmijmy się prawem, którego, jak wiadomo, nieznajomością tłumaczyć się nie można. Obawiam się, że w całej Europie nie znajdzie się prawnik znający całe prawo obowiązujące jego i jego współziomków.
W samej Unii Europejskiej prawo produkuje się z prędkością stu stron na minutę, albo szybciej. Każde przestępstwo można przedstawić jako zgodne z prawem, nie podając oczywiście odpowiednich paragrafów. Niech sąd sam sobie poszuka uzasadnienia. Taki zaprzyjaźniony z rządem sąd, nawet tego nie musi, wystarczy, że prawo „rozumie” tak, jak Tusk. On ma prawo do każdego paradoksu, żeby nie określić tego dosadniej.
O czym myśli myśliwy?
‒ Najsłynniejszy polski myśliwy myśli o bigosie – odpowiedział DUCH CZASU na pytanie Małgorzaty.
‒ Rzeczywiście – przyznała – ten myśliwy „myślał”, że jest myślicielem, który oczaruje Obamę przepisem na bigos po myśliwsku.
‒ Mylił się, bo myśliwy, jak się okazuje, nie jest od myślenia.
‒ Co najwyżej od planowania, jak osaczyć zwierzynę.
‒ Masz na myśli jakąś konkretną zwierzynę?
‒ Zależy jak na to spojrzeć – odparła. – Każdy baran dla wilka może by zdobyczą. Owsiakowi, podobnie, jak owsikom wystarczą dawcy, nie koniecznie świadomi skutków i konsekwencji swych poczynań.
Nowe przepisy o „terapii daremnej” wywołują niepokój pacjentów
Jeżeli sądzicie, że konstytucja gwarantuje równy dostęp obywateli do służby zdrowia, to mam dla Was złą wiadomość. Już nie!
Obecnie lekarz – nawet jednoosobowo internista z SOR – może zdecydować o nieleczeniu pacjenta i faktycznym uśmierceniu go. Nie każdego. Na śmierć mogą być skazane osoby chore na choroby przewlekłe, w każdym wieku, ale również np. chorzy na zespół Alzheimera, w depresji psychicznej, karmieni pozajelitowo, chorzy na przewlekłe choroby płuc – na przykład na astmę, nadciśnienie czy pacjenci (również dzieci), którzy wymagają stałej opieki innych osób.
Wyrok wydany przez „lekarza” jest nieodwracalny i na stałe wpisany do ogólnopolskiej bazy danych o pacjencie.
Eugenika po polsku, czyli uśmiechnięta medycyna
Dzisiejsza Polska coraz mocniej przypomina anty-utopijne społeczeństwo opisane w sławnej powieści Aldousa Huxleya „Nowy wspaniały świat”. Za zasłoną rozliczeń opozycyjnych polityków i przejmowania pełni władzy przez rządzącą koalicję, która sięgnęła również po próbę unieważnienia wyborów prezydenckich, za zasłoną przygotowań do wojny z Rosją i wszechobecnego lęku przed taką wojną, skutecznie wzmacnianego deklaracjami rządu o wysłaniu do każdego obywatela instrukcji dotyczącej działań na wypadek wojny (drodzy Czytelnicy, otrzymaliście jakieś?), budową schronów czy dyskusjami o malejącej inflacji i rosnącym bogactwie Polski, zmienił się Kodeks Etyki Lekarskiej oraz wprowadzono nowe narzędzie – tzw. terapię daremną. To – mówiąc wprost – jak najbardziej oficjalna zgoda na uśmiercanie pacjentów trafiających do szpitali już na etapie szpitalnych oddziałów ratunkowych.
Choć wskazane jest, żeby zgodę taką wydała trzyosobowa komisja, w szczególnych przypadkach może o tym decydować również jeden lekarz. To zgoda tym groźniejsza, że raz wydana jest wpisywana do Internetowego Konta Pacjenta, rozwiązania, którym lubi chwalić się obecny rząd, i obowiązuje do końca życia, nawet wtedy, kiedy pacjentowi uda się przeżyć kontakt ze służbą zdrowia dłużej niż przepisane mu kilka miesięcy. Zakaz ratowania życia Od ubiegłego roku obowiązuje zakaz (!) stosowania terapii daremnej – nowego w polskiej medycynie narzędzia, wciąż mylonego przez pacjentów i ich rodziny z terapią uporczywą – jest rozwiązaniem przerażającym tym bardziej, że raz wpisany wyrok obowiązywać ma również placówki prywatne, w których lekarze być może podjęliby się leczenia pacjenta, widząc szanse na jego uratowanie. Niestety nie wolno im tego robić – jest to zabronione wprost. Na co sami (wielu lekarzy protestuje przeciwko temu rozwiązaniu) wielokrotnie zwracali uwagę. Dyskusja na temat zmian w Kodeksie Etyki Lekarskiej (która rozpoczęła się już w 2023 roku) i wprowadzenia do polskiej medycyny nowego terminu i nowego standardu – właśnie terapii daremnej – odbyła się raczej dyskretnie, podobnie jak dyskretnie rozwiązanie to zostało wprowadzone. Na nic zdała się pełna dramatyzmu dyskusja, która niemal rok temu odbyła się na forum Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków, w której wzięli udział lekarze głośno zgłaszający swoje zastrzeżenia. Ich memento nie zostało wysłuchane. Zmieniony Kodeks Etyki Lekarskiej mówi wprost: „Lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia resuscytacji u pacjentów znajdujących się w stanie terminalnym. Decyzja o zaprzestaniu resuscytacji należy do lekarza lub zespołu lekarzy i jest związana z negatywną oceną szans leczniczych”. I kolejny zapis: „Lekarzowi nie wolno stosować terapii daremnej”.
Przygotowane wcześniej wytyczne precyzują, że obowiązek faktycznego uśmiercenia pacjentów dotyczy „osób, których spodziewany czas przeżycia wynosi poniżej 12 miesięcy, w tym tych, u których występuje m.in.: zaawansowana niewydolność serca, aktywna/rozsiana choroba nowotworowa, przewlekła choroba płuc w okresie domowej tlenoterapii, zaawansowane otępienie i inne choroby neurodegeneracyjne, marskość wątroby, wytworzona przezskórna gastrostomia odżywcza (PEG) oraz inne choroby przewlekłe o krótkim przewidywanym czasie przeżycia, które były hospitalizowane więcej niż raz z powodu zaostrzenia zaawansowanej choroby przewlekłej w ciągu ostatnich 12 miesięcy, które wymagają stałej opieki innych osób, które są pod stałą opieką zakładów opiekuńczo-leczniczych lub hospicjów, u których w ostatnich tygodniach nastąpiło nieodwracalne pogorszenie stanu ogólnego”.
[u mnie nastąpiło nieodwracalne pogorszenie stanu ogólnego – gorzej słyszę na lewe ucho. MD]
Śmierć dla słabych
Problem w tym, że wypełnienie tej definicji otwiera możliwość faktycznego skazania na śmierć także osób zmagających się np. z depresją, bez względu na wiek (wystarczy dwukrotna w ciągu roku hospitalizacja), dzieci niepełnosprawnych – również ruchowo, czy niewidomych – a nawet dzieci z dużym stopniem autyzmu, które wymagają wsparcia opiekuna, czy osób w podeszłym wieku, jeżeli lekarz na SOR uzna, że osoba taka cierpi na starcze otępienie. Przepis jest tak przygotowany, że w definicję łapią się praktycznie wszyscy pacjenci leczący się na choroby serca, cukrzycę, nadciśnienie (według NFZ problem dotyczy obecnie 10 do 12 mln Polaków), astmę (według NFZ to 2,2 mln Polaków) czy wymagający regularnej dializy.
To przerażająco wielka skala. I choć nie napisano tego wprost, obecnie nad Wisłą stuprocentowe szanse na leczenie w publicznej, ale również prywatnej, służbie zdrowia mają wyłącznie ludzie zdrowi, młodzi i doskonali.
Brzmi znajomo? Tak działa eugenika, czyli nauka rozwijana przede wszystkim w III Rzeszy czy w Chinach epoki rewolucji kulturalnej zakładająca możliwość ulepszania cech dziedzicznych gatunku ludzkiego poprzez selekcję genetyczną. W praktyce oznacza to dążenie do stymulowania rozrodu osób o cechach uznanych za pożądane oraz ograniczania rozrodu osób o cechach uznanych za negatywne. Jej najbardziej drastyczna forma rozwinęła się w III Rzeszy i była uznana za główne narzędzie „higieny rasowej” – polegała na fizycznej eliminacji osób niepełnosprawnych, chorych psychicznie i dzieci z wadami rozwojowymi, uznanych za „życie niewarte życia”. Z czasem zakres osób skazanych na śmierć również wybierano według kryteriów rasowych.
Wyrok bez sądów Dlaczego nowe przepisy lekarskie są groźne? Wprost oznaczają, że lekarz może odmówić nie tylko leczenia na jedną z tysięcy przewlekłych chorób, ale nawet przepisania terapii antybiotykowej, o czym przekonali się opisani w ogólnopolskich mediach rodzice dzieci, które właśnie w oparciu o nowy protokół terapii daremnej zostały skazane na śmierć, opiekujący się zaś nimi medycy zajmowali się nie leczeniem (nawet prostych chorób), a jedynie uśmierzaniem ich bólu. Wiele z tych dzieci żyło znacznie powyżej 12 miesięcy przewidzianych przez nieludzkie, medyczne, prawo.
Wpisanie protokołu terapii daremnej do Konta Pacjenta oznacza wprost, że w żadnym szpitalu – również prywatnym – w całej Polsce taki pacjent nie będzie już leczony ani na swoją przewlekłą, ani na żadną inną chorobę. W przypadku utraty przytomności przez pacjenta i braku możliwości skontaktowania się z nim – przy czym to, co często za kontakt uznają neurolodzy (czyli na przykład mrugnięcie okiem, łzy, rozpoznawanie bliskich czy ściskanie rąk w odpowiedzi na pytania bliskich), dla innych specjalizacji kontaktem już nie jest – lekarze, w tym komisja przygotowująca protokół terapii daremnej, podejmują decyzję obowiązującą do końca krótkiego, w założeniach medyków, życia.
I często faktycznie jest ono krótkie, bo odmowa dializy oznacza nieodwracalną śmieć w męczarniach, podobnie jak odmowa podania antybiotyków może przyspieszyć śmierć wcale niezwiązaną z rzeczywistą, przewlekłą chorobą pacjenta.
Prawa człowieka w odwrocie, pogwałcone
Powołany do życia i umieszczony w ubiegłym roku w lekarskim kodeksie protokół terapii daremnej jest rażącym przykładem łamania konstytucji, ale być może rządzącym jest to na rękę – a rząd Koalicji 13 grudnia stosuje przepisy konstytucji tak, jak je rozumie. Jest to jednak narzędzie w rażący sposób stojące w sprzeczności z prawami uniwersalnymi – z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka na czele – ale również z przepisami UE, w której o decyzji dotyczącej odstąpienia nawet od uporczywej terapii (nie jest to wprowadzona w Polsce terapia daremna) ostatecznie postanawia sąd. To przepis, który wymaga nagłośnienia, dyskusji i interwencji prezydenta RP. Dla dobra obywateli i Rzeczpospolitej.
Takie hasło głosił w roku 1939 polski marszałek Edward Rydz Śmigły. Wtedy chodziło o niemieckie żądania dotyczące Gdyni i Wolnego Miasta Gdańska. Jak to się skończyło – nie trzeba przypominać.
Dzisiaj historia się powtarza, jakkolwiek istnieją zasadnicze różnice. Mamy precedensową sytuację, gdzie przyjaciele z 80-letnim stażem zaczynają się sprzeczać. Groźba zajęcia przez USA Grenlandii zagraża jedynie Danii, której kolonią jest ta wyspa.
Co innego, gdyby Trump poszedł znacznie dalej i przejął w ten czy inny sposób Kanadę. Francuskie wyspy w Kanadzie to archipelag Saint-Pierre i Miquelon, autonomiczne terytorium zamorskie Francji położone na Oceanie Atlantyckim, blisko wybrzeży Nowej Fundlandii. Także i te wyspy są pozostałością po francuskich koloniach.
Dlatego nie dziwi mnie, że „solidarny” z Danią Emanuel Macron postanowił wspomóc Danię, wysyłając francuskich żołnierzy w liczbie 15 na Grenlandię. Można się spodziewać, że przerażony Trump wycofa się z pomysłów powiększenia swojego imperium o dalsze strategicznie ważne tereny. Jakkolwiek USA jest upadającym imperium i Trump tego już nie zmieni, to przebywający w amerykańskiej bazie kosmicznej Pituffik na północy Grenlandii 150 żołnierzy USA bez wzywania posiłków pokonają współczesną „armię” następcy wielkiego Napoleona.
Nawet UE wydaje się przygotowywać grunt pod kapitulację. Podczas gdy Macron oświadczył, że Grenlandia „należy do Unii Europejskiej”, urzędnicy w Brukseli wysyłają sprzeczne sygnały co do tego, czy wyspa jest objęta klauzulą wzajemnej obrony zawartą w traktacie UE. Komisarz ds. obrony Andrius Kubilius stwierdził, że „zdecydowanie” jest ona objęta tą klauzulą, podczas gdy przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen odmówiła komentarza w tej sprawie. Macron i jego europejscy koledzy „mogą grozić, mogą wpadać w furię i wydawać dowolne oświadczenia”, powiedział amerykański dziennikarz John Varoli w wywiadzie dla RT, „ale Waszyngton zawsze postawi na swoim”.
Cytat pochodzi z wczorajszego artykułu na RT (Russia Today – Dzisiejsza Rosja) pod tytułem: Jak daleko posunie się Macron, aby bronić Grenlandii?Źródło. Dla tych czytelników, którzy chętnie sprawdzają źródła (ten artykuł został napisany w języku angielskim) zalecałbym w tym przypadku zastosowanie przeglądarki TOR, która doskonale daje sobie radę z zachodnioeuropejskim zabezpieczeniem chroniącym zachodnią propagandę przed tą z Kremla. Tak przy okazji – obie strony bezsprzecznie kłamią. Dlatego uparte niesłuchanie kłamstw strony przeciwnej prowadzi do znacznego zubożenia możliwości wyłowienia prawdy w tym gąszczu fałszu i zakłamania.
Koalicja chętnych do wszelkich szaleństw, zawsze była bandą zaprzedanych globalistom śmiesznych kukiełek. Mamy z tego przynajmniej jeden pożytek: jest z czego się pośmiać. Kiedy zadufani w sobie nieudacznicy w rodzaju Macrona i łudząco podobnych pupilków Światowego Forum Ekonomicznego, w większości krajów mumijnych, rzucają groźby wsparte na potędze kilkuosobowej armii, to otrzymujemy darmowy spektakl, którego nie powstydziłby się najlepszy kabaret polityczny.
Także tragiczne wydarzenia, jak wojna na Ukrainie mogą być przedstawione w tak bezmyślny sposób, że pozostaje nam tylko się śmiać.
Również dramatyczna sytuacja ekologiczna, której obronę oddaliśmy w ręce tych, których interes leży w dalszym niszczeniu środowiska naturalnego, może budzić w nas jedynie pusty śmiech.
Z powodu niesprzyjającej pogody, propaganda klimatyczna została odroczona do odwołania.
Jeszcze światło nie zostało dokładnie oddzielone od ciemności, ale pojawiły się w sieci informacje, jakoby “dyplomacja Zatoki Perskiej”, to znaczy – Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar – przekonały prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, by “wstrzymał” atak na Iran, w którym okrutny reżym ajatollahów prześladuje uciśniony tamtejszy lud.
Przypomnijmy, że pogłoski o ataku pojawiły się już 29 grudnia, kiedy to na Florydę przyleciał premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, który “przekonał” prezydenta Trumpa, że nie ma innej rady, jak tylko “zmiażdżyć” znienawidzony reżym irański, który sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, to znaczy – utrudnia bezcennemu Izraelowi realizację projektu “Wielkiego Izraela”, z którą to ideą, premier Netanjahu “czuje się związany”.
Przekonanie prezydenta Trumpa do ostatecznego rozwiązania kwestii irańskiej było tym łatwiejsze, że już dzień wcześniej, to znaczy – 28 grudnia – uciśniony lud irański wszczął “pokojowe protesty” na ulicach Teheranu i innych miast Iranu, w następstwie których zapłonęły samochody i inne łatwopalne obiekty, a [podobno md] ponad 2 tysiące osób straciło życie – w tym również ponad 100 funkcjonariuszy bezpieczeństwa.
Wydawało się tedy, że w Iranie zapanowała sytuacja rewolucyjna, która – według Włodzimierza Lenina nastaje wtedy, gdy spełnione są jednocześnie trzy warunki: po pierwsze pojawia się masowe niezadowolenie, po drugie – to masowe niezadowolenie uzewnętrznia się w postaci masowych protestów i wreszcie – gdy istnieje jakieś wpływowe państwo, zainteresowane przeprowadzeniem przewrotu politycznego w danym kraju.
W przypadku Iranu ten trzeci warunek został spełniony z nadwyżką, bo aż dwa wpływowe państwa: Stany Zjednoczone oraz bezcenny Izrael okazały zainteresowanie przeprowadzeniem w Iranie politycznego przewrotu.
Wydawało się zatem, że wszystko jest nie tylko w jak najlepszym porządku według norm leninowskich, ale i na najlepszej drodze. W miarę, jak protesty przybierały na sile, odezwał się wyciągnięty przez CIA z naftaliny “następca tronu”, czyli syn byłego szacha, Mohammeda Rezy Pahlaviego, który pod koniec lat 70-tych został wyślizgany przez ajatollaha Chomeiniego, co to przedtem przebywał na emigracji we Francji pod czujnym okiem tamtejszej razwiedki.
O kulisach całej sprawy opowiedział pani Krystynie Okrent, z tych lepszych, belgijskich Okrentów z korzeniami, która była naturalną przyjaciółką późniejszego ministra spraw zagranicznych Republiki Francuskiej, Bernarda Kouchnera, były szef francuskiego wywiadu, hrabia Aleksander de Marenches, którego prezydent Pompidou wysłał do Teheranu, by się zorientował, co się dzieje z tym całym szachem i czy warto go podtrzymywać.
Hrabia de Marenches – o czym wspomina w książce “Sekrety szpiegów i książąt” – po powrocie zameldował, że szach jest już passe, wobec czego następnym samolotem poleciał do Teheranu ajatollah Chomeini i tak narodziła się tam “republika islamska”.
—————————————————————————
No a teraz kres republice islamskiej miał położyć wyciągnięty z naftaliny “następca tronu” w osobie Cyrusa Rezy Pahlaviego, który zaapelował do swego ludu, by nie przerywał protestów, bo tylko patrzeć, jak on wróci do Iranu z mocą wielką i majestatem, a wtedy zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość – chociaż bez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który ma do wykonania ważne zadania na scenie politycznej naszego nieszczęśliwego kraju.
Z zagadkowych przyczyn apel “następcy tronu” Cyrusa Rezy, został uznany za niewystarczający, wobec czego do protestującego ludu irańskiego odezwał się sam prezydent Donald Trump, apelując, by nie przerywał demonstracji, przeciwnie – by “przejmował instytucje państwowe”, bo“pomoc “już nadchodzi”. No a teraz zaktywizowała się “dyplomacja” i cała operacja narodowo-wyzwoleńcza w Iranie została odwołana.
Wszystko to oczywiście może być prawda – ale właśnie mój Honorable Correspondant w Ameryce przekazał mi, że po Waszyngtonie krążą fałszywe pogłoski, wskazujące na inną przyczynę odwołania operacji. Oto, jak wiadomo, rząd irański wyłączył w całym kraju nie tylko telefony, ale również internet, więc łączność z tamtejszym ludem została utrudniona.
Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż Elon Musk niezwłocznie uruchomił “Starlinki” – te same, za które polski rząd płaci ciężkie pieniądze, żeby mogła z nich korzystać Ukraina – i w ten sposób łączność z tajnymi współpracownikami Mosadu i CIA w Iranie została przywrócona.
Jednak oprócz niewątpliwych plusów dodatnich tej sytuacji, pojawiły sie również poważne plusy ujemne. Otóż rząd irański namierzył, kto odbierał komunikaty przekazywane przez “ Starlinki” i dalszy ciąg był taki sam, jak to opisywał poeta o stanie wojennym w Polsce.
“Nie płoszmy ptaszka, niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje – aż o poranku za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki”. Czy tanki rzeczywiście były, czy tylko kroki na schodach – o to mniejsza, dość, że rozpoczęły się masowe aresztowania tajnych współpracowników obydwu wywiadów, w związku z czym nie było innej rady, jak pozwolić dojść do głosu “dyplomacji Zatoki Perskiej”, żeby przynajkniej uniknąć obciachu.
Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale tak czy owak operacja narodowo-wyzwoleńcza ludu irańskiego musiała zostać przerwana – no i została. W tej sytuacji również “następca tronu” Cyrus Reza trafi chyba z powrotem do naftaliny, gdzie będzie czekał do następnej okazji – no a przede wszystkim premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, któremu się wydawało, że już wita się z gąską, będzie musiał uzbroić sę w cierpliwość – bo jeśli nawet pogłoski krążące po Waszyngtonie są fałszywe, to odbudowa agentury w Iranie będzie musiała trochę potrwać.
Myślmy jednak pozytywnie – bo w ramach myślenia pozytywnego prezydent Trump będzie mógł wzbogacić wieniec sławy o kolejny listek – że mianowicie zakończył, a właściwie nie tyle nawet “zakończył”, co zapobiegł kolejnej wojnie. W tej sytuacji nie ma chyba wątpliwości, że w tym roku już na pewno dostanie Pokojową Nagrodę Nobla, do której nie będzie pretendowała żadna pani Maria Machado, która właśnie przygalopowała do Waszyngtonu, gdzie będzie licytowała się z obecną panią prezydentessą Wenezueli, która lepiej się Ameryce nadstawi.
Dodatkowy wniosek, jaki warto z tej historii wyciągnąć to taki, żeby nie pokładać nadmiernej ufności w najnowszych wynalazkach. Oto władający Czeczenią Dżochar Dudajew, niepomny, że według konstytucji ZSRR tylko republiki związkowe miały “prawo wychoda”, a autonomiczne – nie – ogłosił niepodległość Czeczenii, na co Rosja odpowiedziała wysłaniem wojska. I ciekawe – chociaż ZSRR już nie istniał, więc i jego konstytucja nie obowiązywała – opinia międzynarodowa uznała, że Czeczenia stanowi “wewnętrzną sprawę” Rosji i interesowała się tylko, czy bomby i pociski mają prawidłowe kalibery.
Sam zaś Dżochar Dudajew został namierzony przez ruskich szachistów, gdy korzystał z telefonu satelitarnego – podobnie jak tajni współpracownicy Mosadu i CIA w Iranie – ze “Starlinków”. Wygląda zatem na to, że i jego i ich zgubiło nadmierne zaufanie do technicznych nowinek.
Ośrodek dywersji teologicznej pod szyldem „Centrum relacji katolicko – żydowskich pod wezwaniem Abrahama Heschela”, a konkretnie ciało teologiczne tegoż ośrodka wypociło nie byle jaką brednię.
Z wypocinami akolitów prof. Diabelskiego doskonale poradził sobie Paweł Lisicki (w dołączonym materiale filmowym), cytując i omawiając po kolei tezy nowej antykatolickiej teologii.
Bzdura zasadnicza: “Religia katolicka jest odpowiedzią na zburzenie świątyni”
Czy jakikolwiek katolik o zdrowych zmysłach wierzy w to, że wyznawana przez niego wiara jest, uwaga: odpowiedzią na katastrofę zburzenia świątyni?! Przecież to jest kompletnie niedorzeczne. To jest wiara wzięta od sufitu, z kapelusza.
Ta teza mówiąca o tym, że chrześcijaństwo jest odpowiedzią na katastrofie zburzenia świątyni, jest tezą fałszywą, błędną, bałamutną i dla chrześcijaństwa niszczącą, czyni z chrześcijaństwa formę sekty żydowskiej czy sekty judaistycznej. To, że tego typu rzeczy opowiadają teologowie z KUL-u jest czymś przerażającym i jest dokładnie dowodem na to, jak straszliwe skutki przyniosła nowa teologia judaizmu…
Grzegorz Ryś, gorący orędownikkościoła mieszanego ogłosił rozpoczęcie obchodów dni bez Jezusa Chrystusa i Jego matki, Maryi.
Decyzja Kościoła, wynikająca początkowo z miłości i szacunku do Żydów oraz mniej lub bardziej subtelnych nacisków żydowskiego lobby, przerodziła się, po latach, w hucpę z wyraźnymi cechami herezji. Widać po owocach, że była błędem.
Warto sobie przypomnieć, że Jezus Chrystus zwracał się do współczesnych żydów, wyznawców judaizmu biblijnego, następującymi słowami:
37 Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie przyjmujecie mojej nauki. 38 Głoszę to, co widziałem u mego Ojca, wy czynicie to, coście słyszeli od waszego ojca». 39 W odpowiedzi rzekli do Niego: «Ojcem naszym jest Abraham». Rzekł do nich Jezus: «Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama. 40 Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. 41 Wy pełnicie* czyny ojca waszego». Rzekli do Niego: «Myśmy się nie urodzili z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga*». 42 Rzekł do nich Jezus: «Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem od siebie, lecz On Mnie posłał. 43 Dlaczego nie rozumiecie mowy mojej? Bo nie możecie słuchać mojej nauki. 44 Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa. 45 A ponieważ Ja mówię prawdę, dlatego Mi nie wierzycie. /J 8/
Dni judaizmu rabinicznego opartego m.in. na Talmudzie – antychrześcijańskiego
22 Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. 23 Każdy, kto nie uznaje Syna*, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. /Całość: 1 J 2,18-29/
Religia antychrysta według św. Jana to duchowe przeciwieństwo chrześcijaństwa, zaprzeczająca prawdzie głoszonej przez Chrystusa.
“W podhajeckim powiecie odbyła się masowa rzeź Polaków we wsi Markowej. 15 I 1944 zamordowano administratora ks. Ferenca – otrzymał dwa strzały karabinowe i trzy uderzenia siekierą w szyję; zginęło tam również 30 Polaków, 6-ciu ciężko rannych” (z listu ks. Adama Łańcuckiego do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z 28.01.1944 r.)
“(…) W dniu 15 bm, o godz. 7 wieczorem, został zamordowany ks. Mikołaj Ferenc administrator w Markowie. Otrzymał 3 kule rew. w piersi i cięcie siekierą w szyi na głębokość 5 cm. Pogrzeb jutro tj. 19/I 44. Tej samej nocy zamordowano 32 osoby (…)” (z listu ks. Antoniego Kanii do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z 18.01.1944 r.)
“(…) Ks. Ferensa zabito w łóżku – mówił do katów w te słowa: Bracia w Chrystusie Panu, ja wam żadnej krzywdy nigdy nie zrobiłem. Ks. Ferens był dla nich niesłychanie grzeczny – nawet pozdrawiał ich w ich języku, czym parafianie jego gorszyli się bardzo, ale i to nic nie pomogło.
Tego samego dnia był u miejscowego ks. Szczurowskiego [proboszcz grekokatolicki Markowej – przyp. wł.] u spowiedzi, o czym sam na ambonie mówił (…) Ks. Szczurowski (…) ostatniej niedzieli tj. 30/I zapowiedział, że opuszcza wieś albowiem: nie chcę wśród bandytów umierać. Szkoda mojej 30-letniej pracy (…)” (z listu ks. Antoniego Kanii do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z 04.02.1944 r.)
“Na pogrzebie 31 ofiar w Markowej brało udział 7 księży z Ks. Jońcem z Monasterzysk na czele (od niego mam tę wiadomość)” (z listu ks. Kazimierza Bilczewskiego do ks. Z. Hałuniewicza z 26.01.1944 r.)
“(…) w sprawie zamordowania śp. ks. Mikołaja Ferensa przez tak zwanych banderowców podaję co następuje. Już od początku wojny zaznaczali ukraińcy wielką nienawiść do polaków. Działo się to zwłaszcza w tych miejscowościach, gdzie znajdowały się kościoły polskie, a które były solą w oku wspomnianych wrogów polskości. Hasłem do mordowania księży w tamtych stronach była tragiczna śmierć ks. Marcina Bosaka, proboszcza w Mariampolu. Nienawiść tę spotęgowały jeszcze bardziej ukraińskie manifestacje dokonywane przy sypaniu mogił w każdej prawie wsi, przy których nie obeszło się bez mów podburzających a często wygłaszanych przez ukraińskich księży. (…) Na ten czas został zamianowany administratorem w Markowej ks. Mikołaj Ferens. Był to człowiek spokojny a przy tym wielki ugodowiec. Sądził on, że tą polityką potrafi ułagodzić wzburzone umysły wśród ukraińców (…) Był częstym gościem u okolicznych księży ruskich. Kiedy zwracano mu na to uwagę, odpowiadał: Chcę być tą wodą, która by zgasiła ogień nienawiści. Jak szedł na rękę ukraińcom, najlepszym dowodem jest to, że zbierał rozmaite zioła lecznicze, kupował różne lekarstwa i dawał każdemu zgłaszającemu się choremu a szczególnie ukraińcom.
Nie znalazł jednak uznania u tych zbirów. 16/I 1944 roku, jak grom z jasnego nieba padła wiadomość o zamordowaniu ks. Mikołaja Ferensa. Zaraz po sumie pojechałem do Markowej. Cóż się dowiedziałem? W nocy z 15-go na 16-go [I] 1944 r. zebrali się bandyci z Markowej i okolicznych wiosek i na dany znak strzałami karabinowymi wpadli na probostwo rzym-kat. Ksiądz już spał. Wywaliwszy drzwi, weszło kilku do sypialni księdza. Kiedy ksiądz przebudziwszy się, z przerażeniem zobaczył co się dzieje, zaczął błagać: Wszystko bierzcie, tylko darujcie mi życie. Na to mordercy odpowiedzieli: Nam własne o toto żytie chodit!
Nagle jeden z siekierą w ręku rąbnął księdza tak silnie w kark, że głowę prawie całkiem odrąbał. Tymczasem inni bandyci zaczęli go rąbać siekierami po rękach i ogólnie po całym ciele. Krew tak się lała, że pod łóżkiem powstało wprost jezioro krwi. Świadkiem tego mordu była jego gospodyni (ukrainka), którą również zranili. Kiedy z trudem ubierano zamordowanego księdza, musiano przywiązać mu głowę. Dokonawszy tego mordu udali się bandyci do kuchni, gdzie mieszkał jeden biedny reemigrant z Ameryki i jego również w straszny sposób zamordowali. Równocześnie inni bandyci rozbiegli się po wsi, gdzie zamordowali, o ile sobie przypominam, 37 osób.
Pogrzeb Księdza i nieszczęśliwych ofiar odbył się 19/I w sam dzień Jordanu. W ceremoniach żałobnych tłumy ludności polskiej z okolicy. Wrażenie było straszne. W trumnach pomordowanych leżały obok korpusów poodrębywane bądź głowy, bądź ręce lub nogi. Na pogrzeb przyjechała milicja ukraińska i żandarmeria niemiecka, która bezustannie fotografowała zwłoki śp. Księdza i pomordowanych (…) Kondukt prowadził ks. Antoni Joniec (…) Żadnych mów nie było, gdyż płacz osieroconych zagłuszał wszelkie wyrazy (…)”
(z listu ks. Józefa Błotnickiego do Abp Metropolity z 24.01.1949 r.)
za: ks. J. Wołczański: Eksterminacja Narodu Polskiego i Kościoła Rzymsko-Katolickiego przez ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1945
z relacji Janiny Czubak:
“Jedna kobieta, może była to gospodyni księdza, mówiła do zebranych: »Ksiądz mógł żyć, gdyż ukraiński ksiądz [wspomniany już ks. Szczurowski – przyp. wł.] posyłał trzy razy swojego diaka, prosząc, żeby koniecznie przyszedł do niego, gdyż grozi mu niebezpieczeństwo«. Niestety, prośba ta nie odniosła skutku. Za trzecim razem przekazał przez diaka: »Wieś cała jest otoczona. Proszę ratować swe życie. Przechowam księdza. U mnie będzie bezpieczny«. Ale proboszcz z Markowej odpowiedział: »Nie mogę opuścić moich parafian. Co ich czeka, to i mnie niech nie ominie«. (…) Podziękował ukraińskiemu księdzu za troskę o jego życie”.
Siekierka S. i inni w: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim podają następujący opis wsi: “Markowa, wieś sołecka, siedziba parafii, Toustobaby. W 1921 r. wieś miała 233 zagrody i 1047 mieszkańców, w tym: 599 Rusinów, 439 Polaków, 8 Żydów. W 1931 r. liczba zagród wzrosła do 280, a mieszkańców do 1164 osób. W nocy z 14 na 15 stycznia 1944 r. banderowcy zarówno z okolicznych wsi i miejscowi, dokonali napadu na wybrane zagrody polskie i po włamaniu się do domów mordowali przeważnie mężczyzn przy użyciu różnych narzędzi. Broni palnej nie używali ze względu na to, że mogłoby to wywołać alarm w samej wiosce i w okolicy m. in. obawiali się stacjonującego w Zawałowie posterunku niemieckiego.”
O. Mikołaj Ferens OFM Cap. urodził się w roku 1894, w roku 1927 uzyskał święcenia kapłańskie. Podczas okupacji ukrywał m.in. dwójkę Żydów. Wg relacji o. Ferens był ostrzegany przez greko-katolickiego księdza o grożącym mu niebezpieczeństwie, lecz nie chciał opuścić parafian.
Halo, halo, James, Co tam nowego, mów mi już, Bo zanim wrócę, Wiedzieć muszę, Jak dom i włości. Jakie nowości? Relację złóż!
Wszystko w porządku, pani markizo Wszystko jest świetnie, tylko pech, Takie głupstewko, nic wielkiego, Ot, pani klaczka zdechła dziś. Ale poza tym, pani markizo, Wszystko w porządku, Wszystko w porządku u nas jest.
Halo, halo, Hugo, Jakie nowości, mów mi już! Mój wierny sługo, Klaczka nie żyje? Ale dlaczego? Co stało się?
Och nic takiego, pani markizo, Wszystko w porządku świetnym jest, To drobiazg, głupstwo, nic takiego, Klaczka zginęła, gdyż pożar był I strawił stajnie, Ale poza tym, pani markizo, Wszystko jest świetnie, Wszystko w porządku u nas jest.
Halo, halo James, Co dzieje się? Me stajnie płoną? Wytłumacz się!
To drobiazg, głupstwo, pani markizo, Wszystko w porządku świetnym jest, Tylko te stajnie. Spłonąć musiały, Bo pałac płonął jak suchy las, Ale poza tym wszystko jest dobrze, Pani markizo, jest OK.
Halo, halo, Lukas, Co stało się, Nasz pałac w ruinie? Cała drżę… Wytłumacz zaraz się!
Och, nic takiego, pani markizo, Gdy mąż twój markiz otrzymał wieść, Że jest bankrutem, nie mogąc znieść Tej prawdy smutnej, Palnął se w łeb. Runął na świecznik i wzniecił pożar, Co strawił pałac od a do zet, A potem stajnie, bo mocno wiało, Więc pani klaczka spłonęła w mig. Ale poza tym doprawdy nic. Wszystko w porządku, pani markizo, Wszystko jest dobrze i OK.
Europejska motoryzacja nie znajduje się już w kryzysie — to sektor, który w wyniku polityki Komisji Europejskiej i instytucji unijnych, dotknęła zapaść. Bruksela nie przejmuje się tym i narzuca coraz bardziej rygorystyczne normy emisji spalin, nie uwzględniając realiów rynku i konkurencyjnej presji ze strony krajów spoza UE.
Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych (CLEPA), w latach 2024–2025 dostawcy części dla przemysłu motoryzacyjnego, zlikwidowali ponad 104 tys. miejsc pracy w całej Europie. To rekordowy poziom zwolnień, który nie ma precedensu nawet w czasie pandemii i kryzysu półprzewodnikowego. Jest to efekt nie tylko słabego popytu i rosnącej konkurencji chińskich producentów, ale również strategii legislacyjnej Unii Europejskiej, która obarcza producentów kosztami transformacji klimatycznej, bez realnego zrównoważenia ich strat.
Unijne cele redukcji emisji, w tym niedawno zawieszony zakaz sprzedaży nowych samochodów z silnikami spalinowymi od 2035 roku oraz ambitne limity CO₂, są przez zielonych komunistów przedstawiane jako konieczne dla walki ze zmianami klimatu. W praktyce jednak producenci i eksperci branżowi alarmują, że dogmatyczny nacisk na wdrażanie kolejnych, wyśrubowanych norm, wywołuje chaos inwestycyjny i osłabia konkurencyjność europejskich firm wobec gigantów z Chin i USA.
W piśmie skierowanym do Komisji Europejskiej eurodeputowany Roberto Vannacci wskazał, że ambitne regulacje klimatyczne niszczą europejski przemysł motoryzacyjny, prowadząc do kolejnych bankructw dostawców i zamykania zakładów należących do światowych marek. Jego krytyka obejmuje fakt, że sektor odpowiedzialny za miliony miejsc pracy został postawiony w sytuacji, w której regulacje przekraczają realne możliwości produkcyjne i rynkowe.
Podczas gdy europejscy producenci walczą z narzuconymi celami emisji i kosztami implementacji nowych technologii, chińskie marki coraz silniej wkraczają na rynek europejski, oferując pojazdy, które często są atrakcyjniejsze cenowo. Portal Interia podkreśla wzrost liczby rejestracji aut chińskich w UE, co oznacza podkopanie krajowych producentów samochodów i komponentów. W efekcie wiele firm ogłasza zwolnienia lub redukcje etatów, a nawet zamknięcie całych fabryk, co ma dramatyczny wpływ na lokalne rynki pracy.
Dziś mówienie o 104 tys. zlikwidowanych etatów to dopiero początek. Eksperci branżowi oceniają bowiem, że liczba osób dotkniętych zwolnieniami w całym łańcuchu dostaw może być znacznie wyższa. Co więcej, ten trend najprawdopodobniej utrzyma się w następnych latach, gdyż unijni biurokracji zapierają się rękami i nogami, by nie poluzować nałożonych na gospodarkę obostrzeń.
Forsowana przez Brukselę agenda klimatyczna skutkuje wychodzeniem inwestorów z UE oraz spadkiem konkurencyjności. Podczas gdy globalna gospodarka zwiększa produkcję i rozwija nowe technologie, europejskie firmy często stoją przed dylematem spełniania norm lub ryzyka kar i ograniczenia produkcji. Niektórzy przemysłowcy wprost alarmują, że bez poważnej rewizji polityk klimatycznych i większego wsparcia dla innowacji, europejską motoryzację czeka marginalizacja na globalnej scenie.
Krótko – stajemy się skansenem, z którego wszyscy wokół, zaczynają się śmiać.
W niewielkiej szkole w Kielnie doszło do wydarzenia, które poruszyło całą Polskę. Kilku uczniów stanęło w obronie krzyża, zdjętego ze ściany sali lekcyjnej i – jak wynika z ustaleń – wyrzuconego do kosza przez nauczycielkę języka angielskiego Paulina Karwowska- Dawid, por.: Profanacja w Kielnie. Krzyż to nie „przedmiot”, to Obecność.. ]
Ich sprzeciw był spontaniczny, pozbawiony politycznych haseł, a jednak wyjątkowo czytelny i mocny w przekazie.
Chłopcy nie organizowali manifestacji, nie szukali rozgłosu. Zareagowali odruchem, który w ich odczuciu był oczywisty: nie zgodzić się na upokorzenie symbolu ważnego dla nich samych, ich rodzin i szkolnej wspólnoty. To właśnie ta prostota sprawiła, że sprawa zyskuje wymiar symboliczny.
Zdarzenie szybko dotarło do rodziców, władz gminy i prokuratury. Wszczęto postępowanie w sprawie możliwej obrazy uczuć religijnych, a szkoła objęła uczniów wsparciem pedagogicznym i psychologicznym. W sali, z której usunięto krzyż, zawisł nowy – a oryginalny zabezpieczono jako dowód.
W kolejnych dniach przed szkołą odbyła się pokojowa manifestacja poparcia. Mieszkańcy, rodzice i nauczyciele podkreślali, że nie chodzi o konflikt światopoglądowy, lecz o granice – i o prawo dzieci do wyrażenia sprzeciwu wobec działań, które uznały za krzywdzące. Wielu komentatorów zwróciło uwagę, że to właśnie uczniowie wykazali się większą wrażliwością i dojrzałością niż dorośli.
Nowe informacje wskazują, że sprawą interesują się także kuratorium oświaty oraz Rzecznik Praw Dziecka, analizując ją pod kątem praw uczniów i standardów postępowania w szkołach publicznych. Dyskusja, która się wywiązała, wykracza daleko poza Kielno – dotyka pytania o to, jak w praktyce wygląda szacunek dla przekonań młodych ludzi.
Historia chłopców z Kielna pokazuje, że odwaga nie zawsze ma postać wielkich deklaracji. Czasem jest cichym, ale jakże skutecznym „nie”, wypowiedzianym w obronie tego, co uznaje się za ważne, krzyża i symbolu zmartwychwstania. I właśnie dlatego tak mocno wybrzmiewa.
[autor woli być anonimowym, bo może mu dopiszą, że „podobno zgwałcił kota”]
Wikipedia od lat funkcjonuje w zbiorowej świadomości jako symbol wolnej, neutralnej i rzetelnej wiedzy, lecz w rzeczywistości coraz częściej ujawnia się jako system silnie hierarchiczny, podatny na nadużycia i strukturalnie odporny na korektę własnych błędów. Za fasadą otwartości kryje się wąska grupa najbardziej aktywnych redaktorów, którzy dzięki znajomości procedur, żargonu i mechanizmów decyzyjnych zyskują faktyczną władzę nad treścią.
Konsensus nie jest tu wynikiem szerokiej debaty, lecz efektem zmęczenia, przewagi proceduralnej i nieformalnych sojuszy. Nowi użytkownicy, eksperci merytoryczni czy osoby bez „stażu” są systematycznie marginalizowani, a ich argumenty odrzucane nie ze względu na treść, lecz na brak pozycji w strukturze.
W tym środowisku nękanie nie przybiera formy otwartej agresji (choć nie zawsze, bo i taka się zdarza), lecz jest starannie maskowane językiem regulaminów i „encyklopedycznych standardów”. Cofanie edycji bez uzasadnienia, publiczne podważanie kompetencji, etykietowanie jako „nierzetelny”, „stronniczy” lub „problemowy” to codzienna praktyka.
Jednak granica ta bywa regularnie przekraczana: anonimowi redaktorzy potrafią w dyskusjach i opisach osób używać najbardziej obraźliwych, pogardliwych i dehumanizujących określeń, formułować insynuacje i sugestie moralnej niegodziwości, wiedząc, że nie poniosą za to żadnej realnej odpowiedzialności. Ukryci za pseudonimami, chronieni przez społeczność i procedury, mogą bezkarnie niszczyć reputację osób, których nie lubią, z którymi się nie zgadzają albo wobec których zostali — formalnie lub nieformalnie — „zadaniowani”.
Najbardziej dramatyczne skutki tego systemu widać w biografiach żyjących osób, gdzie Wikipedia potrafi działać jak narzędzie bezkarnego ataku na reputację. Negatywne informacje, nawet marginalne, niezweryfikowane lub dawno zdementowane, są eksponowane i multiplikowane, podczas gdy kontekst, sprostowania czy późniejsze rozstrzygnięcia bywają usuwane jako „nieistotne” lub „niewystarczająco encyklopedyczne”. Osoba opisywana praktycznie nie ma prawa głosu, bo każda próba obrony automatycznie klasyfikowana jest jako konflikt interesów. Nawet wyroki sądowe, dokumenty urzędowe czy jednoznaczne fakty potrafią przegrać z artykułem prasowym, jeśli ten pasuje do dominującej narracji i pochodzi z uznanego medium. Tak powstaje zamknięta pętla: media tworzą oskarżenie, Wikipedia je utrwala, wyszukiwarki je wzmacniają, a społeczny osąd zapada bez możliwości rewizji.
Szczególnie niepokojące jest to, że ten system jest praktycznie nie do pokonania. Odwołania trafiają do tych samych kręgów decyzyjnych, arbitraż prowadzony jest przez osoby funkcjonujące w tej samej kulturze i często powiązane towarzysko lub ideowo z jedną ze stron. Proceduralizm zastępuje rzetelność, a formalna poprawność staje się narzędziem przemocy symbolicznej. Wikipedia nie sprawdza prawdy, lecz zgodność z własnymi regułami, które mogą być dowolnie interpretowane i instrumentalizowane.
Ironią losu jest fakt, że 15 stycznia 2026 roku minęło dokładnie 25 lat od momentu, gdy Jimmy Wales i Larry Sanger uruchomili ten projekt z wizją otwartej encyklopedii tworzonej dla dobra wspólnego.
Ćwierć wieku później Wikipedia coraz mniej przypomina ten ideał, a coraz bardziej system, w którym anonimowa władza decyduje o tym, kto zostanie zapamiętany jako autorytet, a kto jako problem, kontrowersja lub obiekt publicznego potępienia i pogardy. Traktowanie jej jako neutralnego, wiarygodnego arbitra wiedzy nie jest już tylko uproszczeniem — staje się niebezpiecznym złudzeniem.