Dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło

Dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło

freede.tech/amerika/warum-venezuelas-militaer-nicht-gekaempft
Napisał: Miguel Santos García

Marucha w dniu 2026-01-07

Analityk geopolityczny Miguel Santos García wyjaśnia, dlaczego jego zdaniem istniało tajne porozumienie między USA a Wenezuelą. Według niego Wenezuela skapitulowała już przed atakami USA. Bojowe wystąpienie nowej prezydent, Delcy Rodríguez, było jedynie teatrem.

„Ameryka Łacińska zjednoczona w walce z imperializmem” – demonstracja solidarności z Wenezuelą, Meksyk, 4 stycznia 2026 r.

Prezydent USA Donald Trump oświadczył na konferencji prasowej, że Stany Zjednoczone będą teraz rządzić Wenezuelą. W ten sposób stworzył wrażenie, że była wiceprezydent Wenezueli, Delcy Rodríguez, postępuje zgodnie z instrukcjami USA.

Zaledwie kilka godzin po konferencji prasowej Trumpa, nowa pani prezydent Rodríguez zwróciła się do narodu Ameryki Południowej w transmitowanym w telewizji przemówieniu. W swoim przemówieniu uważa Stany Zjednoczone za nielegalnego intruza, którego należy odeprzeć. Plany Trumpa, by podbić Wenezuelę i rządzić krajem jako łupem USA, napotkają znacznie więcej przeszkód, niż sugerował na sobotniej konferencji prasowej, gdzie ogłosił zwycięstwo USA w Wenezueli.

Jednakże bojowe przemówienie telewizyjne Delcy Rodríguez, w którym potępiła Stany Zjednoczone jako nielegalnego najeźdźcę, może być jedynie szaradą, sposobem na dotrzymanie przez nią tajnego porozumienia. Jej publiczny gniew i obietnice oporu zapewniają jej niezbędne polityczne przykrycie. Pozwala jej to utrzymać wiarygodność i autorytet w boliwariańskiej bazie i wojsku, jednocześnie przestrzegając warunków, które umożliwiły odsunięcie Maduro.

Ta wyrachowana demonstracja bojowej postawy zapewnia transformację wciąż nienaruszonej struktury rządu wenezuelskiego i pozycjonuje Rodríguez jako przywódczynię ‚ruchu oporu’, a nie jako kolaborantkę w negocjowanej kapitulacji.

Raport Trumpa o udanej operacji wojskowej USA w Wenezueli

Trump ujawnił szczegóły operacyjne operacji wojskowej w Wenezueli. Chociaż kilku żołnierzy amerykańskich sił specjalnych zostało rannych, nie było ofiar wśród Amerykanów. Według Trumpa atak przeprowadzono przy ogromnym wsparciu powietrznym. 150 samolotów zostało wysłanych do kontroli przestrzeni powietrznej i obrony przed zagrożeniami. Jeden samolot i kilka śmigłowców zostało uszkodzonych, ale udało się je naprawić.

Szybkość i sukces operacji przypisano wcześniejszemu zniszczeniu wenezuelskich systemów obrony powietrznej. Pozwoliło to śmigłowcom sił specjalnych na bezproblemowe dotarcie do celu. Chociaż Wenezuela posiada zaawansowane systemy obrony powietrznej, takie jak S-300 i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS), które mogą być użyte przeciwko śmigłowcom, wenezuelskie wojsko nie użyło ich przeciwko atakowi USA. Trump zakończył, stwierdzając, że Stany Zjednoczone zachowują możliwość przeprowadzenia dalszych ataków na Wenezuelę, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Ukrywanie wynegocjowanej kapitulacji Wenezueli

Misternie skonstruowana narracja o śmiałym ataku wojskowym, uzupełniona szczegółami operacyjnymi i heroicznymi opowieściami, służy kluczowemu celowi politycznemu: zamaskowaniu znacznie bardziej prawdopodobnego scenariusza wynegocjowanej kapitulacji Wenezueli. Gloryfikując brutalny spektakl pojmania, raport aktywnie zaciemnia niewygodną prawdę, że sukces operacji niemal na pewno wymagał i wynikał z wcześniejszego porozumienia z potężnymi frakcjami w samym reżimie Maduro.

To skupienie się na przytłaczającej sile militarnej maskuje zakulisowe porozumienie, w którym elity reżimu, szczególnie w wojsku i służbach wywiadowczych, wymieniły prezydenta na gwarancje własnego bezpieczeństwa, politycznego przetrwania i ochrony przed oskarżeniami. W ten sposób potencjalnie krwawa inwazja przekształciła się w kontrolowaną transformację, która przyniosła korzyści zarówno inwazjującym, jak i istniejącej strukturze władzy – ale kosztem rewolucyjnej narracji.

W październiku napisałem artykuł zatytułowany „Czy Rosja i Chiny mogą użyć siły militarnej, aby pomóc Wenezueli?” – W nim przedstawiłem zainteresowanym czytelnikom ograniczenia pomocy udzielanej przez mocarstwa z półkuli wschodniej. Jednak na pytanie, dlaczego Rosja i Chiny nie mogą chronić swoich domniemanych partnerów, można teraz odpowiedzieć innym pytaniem: dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło z USA?

Powiązane ze sobą pytania o to, dlaczego globalne mocarstwa, takie jak Rosja czy Chiny, nie są w stanie chronić swoich partnerów, a lokalne armie czasami odmawiają walki, ujawniają fundamentalny czynnik w stosunkach międzynarodowych: kalkulacja siły jest ostatecznie ustalana lokalnie i ma charakter zarówno narodowy, jak i głęboko osobisty.

W przypadku Wenezueli, pomimo wieloletniego wsparcia politycznego, gospodarczego i retorycznego ze strony Moskwy i Pekinu – w tym sprzedaży broni, wspólnych ćwiczeń wojskowych, ochrony dyplomatycznej przy ONZ i porozumień gospodarczych – wenezuelskie wojsko nie zdołało zbudować konwencjonalnej obrony przed namacalnym zagrożeniem interwencji USA.

Nie wynikało to z niepowodzenia zaangażowania Rosji lub Chin, ale raczej z faktu, że wenezuelski rząd i armia były przede wszystkim zaangażowane w przetrwanie własnych instytucji i stabilność państwa. Dla wysoko postawionych wenezuelskich oficerów wojna ze Stanami Zjednoczonymi nie była wygraną ideologiczną bitwą, lecz aktem samobójczym, który gwarantowałby ich zniszczenie i upadek narodu.

Ta dynamika ujawnia poważne ograniczenia ochrony zapewnianej przez ‚rzekomych sojuszników’ w świecie jednobiegunowym, a obecnie wielobiegunowym. Chociaż Rosja i Chiny mogą zapewnić odstraszanie, pomoc gospodarczą i wsparcie dyplomatyczne, nie mogą narzucać swojej woli strukturom dowodzenia suwerennych państw.

Ich ochrona jest ograniczona: jest skuteczna w przypadku sankcji, w konfliktach zastępczych, gdzie kontrolują terytorium, jak w przypadku Rosji w Syrii, oraz w dostarczaniu instrumentów bezpieczeństwa wewnętrznego, ale osiąga twardą granicę w bezpośredniej, konwencjonalnej konfrontacji militarnej ze Stanami Zjednoczonymi. Dla Caracas Moskwa i Pekin były filarami w walce ze zmianą reżimu, a nie gwarantami zwycięstwa w gorącej wojnie. Stając przed ostatecznym wyborem między kapitulacją a unicestwieniem, lokalne mocarstwo wybrało przetrwanie. Dla Caracas było jasne, że jego mocarscy partnerzy nie byli ani chętni, ani zdolni do rozpoczęcia wojny światowej w jego imieniu.

Co więcej, przykład Wenezueli podkreśla, że charakter sojuszy jest często asymetryczny i transakcyjny. Dla Rosji i Chin Wenezuela jest strategicznym ogniwem w szerszej walce o władzę, przyczółkiem na amerykańskim podwórku, źródłem kontraktów energetycznych i symbolem oporu wobec hegemonii Zachodu. Jednak dla wenezuelskiego wojska podstawowym obowiązkiem jest ochrona integralności terytorialnej kraju i jego ciągłości instytucjonalnej.

Kiedy zewnętrzne zagrożenie ze strony przytłaczającej siły militarnej staje się rzeczywistością, ideologiczne i transakcyjne korzyści odległego sojuszu bledną w porównaniu z bezpośrednią rzeczywistością przetrwania. Żadna ilość intensywnej rosyjskiej propagandy ani chińskich pożyczek nie przekona generała do wysłania swoich żołnierzy do bitwy, w której zostaną unicestwieni. Wenezuelski generał nie zaryzykuje całkowitego zniszczenia własnego kraju, aby zyskać przewagę geopolityczną dla partnera po drugiej stronie globu.

Ostatecznie kwestia ochrony sprowadza się do istoty suwerenności i interesów. Rosja i Chiny chronią swoich sojuszników, o ile służy to ich strategicznym interesom i nie grozi katastrofalną eskalacją. Nie są globalnymi gwarantami bezpieczeństwa wzorowanymi na traktacie o wzajemnej obronie, takim jak NATO. Z kolei siły zbrojne państw takich jak Wenezuela nie są najemnymi żołnierzami służącymi obcym mocarstwom, lecz instytucjami narodowymi z głęboko zakorzenionym instynktem samozachowawczym.

Dlatego niezdolność do zapewnienia ochrony nie zawsze jest porażką ze strony obrońcy, lecz odzwierciedla chłodną rzeczywistość na miejscu: w obliczu egzystencjalnej konfrontacji chronieni ostatecznie będą działać we własnym interesie narodowym. Może to oznaczać wycofanie się i zaniechanie beznadziejnej wojny o prestiż dalekiego dobroczyńcy. Wycofanie wenezuelskiej armii nie było zdradą Moskwy ani Pekinu, lecz wyraźnym potwierdzeniem tej trzeźwej, bezkompromisowej logiki.

freede.tech/amerika/warum-venezuelas-militaer-nicht-gekaempft/
Napisał: Miguel Santos García

Opracował: Zygmunt Białas
https://zygmuntbialas.wordpress.com

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/ruina-geopolityki-kaczynskiego/

Po ogłoszeniu przez administrację amerykańską nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego mamy pogrzeb. Będzie miał miejsce cichy pochówek geopolityki Jarosława Kaczyńskiego, choć politycy i propagandyści PiS, póki co udają, że Strategia świetnie się w tę geopolitykę wpisuje.

O cóż chodzi? Na stronach 25-26 interesującego nas dokumentu czytamy o Europie: „Ten (europejski – A.W.) brak pewności siebie jest najbardziej widoczny w relacjach Europy z Rosją. Europejscy sojusznicy cieszą się znaczącą przewagą sił zbrojnych nad Rosją niemal pod każdym względem, z wyjątkiem broni jądrowej. W wyniku wojny Rosji na Ukrainie stosunki europejskie z Rosją są obecnie głęboko osłabione, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Zarządzanie stosunkami europejskimi z Rosją będzie wymagało znaczącego zaangażowania dyplomatycznego USA, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na całym lądzie Eurazji, jak i ograniczenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi. Podstawowym interesem Stanów Zjednoczonych jest negocjowanie szybkiego zakończenia działań wojennych na Ukrainie, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub rozszerzeniu wojny oraz przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić powojenną odbudowę Ukrainy, która umożliwi jej przetrwanie jako państwa. Wojna na Ukrainie miała swój tragiczny skutek w postaci zwiększania zewnętrznych zależności Europy, zwłaszcza Niemiec. Obecnie niemieckie firmy chemiczne budują jedne z największych na świecie zakładów przetwórczych w Chinach, wykorzystując rosyjski gaz, którego nie mogą zdobyć w kraju”.

Z ujawnianych przez media zachodnie niejawnych załączników do Trumpowskich 28 punktów mających stanowić podstawę przyszłego pokoju wynika, że Amerykanie chcą przejąć Nord Stream, odbudować go za swoje pieniądze i pompować rosyjskie węglowodory do Europy.

Z całej Strategii wynika dość jednoznacznie, że Donald Trump traktuje Rosję jako partnera, podczas gdy obecną Europę, w postaci monstrualnego socjalistycznego i globalistycznego potworka, jakim jest Unia Europejska, jako wroga. Strategia jednoznacznie przyznaje rację moim analizom – uchodzącym dotąd za „onucowe” i „zbieżne z narracją Kremla” – o amerykańskiej chęci zbliżenia z Rosją, aby spróbować odciągnąć Federację Rosyjską od ścisłego sojuszu z Chinami. Dla tego celu Trump jest gotowy poświęcić interesy Kijowa, realistycznie uznając, że Ukraina wojnę przegrała i musi uznać nową terytorialną rzeczywistość.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego to całkowita ruina geopolityki Jarosława Kaczyńskiego. Ten prawie osiemdziesięcioletni polityk – mentalnie tkwiący w czasach Zimnej Wojny, toczącej się w latach jego młodości – przyjmował dwa aksjomaty. Pierwszym była wrogość do Rosji, postrzeganej jako prosty spadkobierca Związku Radzieckiego i oczywiste zagrożenie dla Polski. Drugi aksjomat głosił, że strategicznym sojusznikiem Polski (i rzekomo istniejącego Trójmorza) są Stany Zjednoczone, które pozostają wierne paradygmatowi z czasów Zimnej Wojny, iż największym wrogiem „wolnego świata” jest i będzie neokomunistyczna Rosja, autokratycznie rządzona przez Putina. Przy okazji, utrzymując strategiczny sojusz z Waszyngtonem, Warszawa może sobie pozwolić na luksus delikatnego eurosceptycyzmu. Nie jest nam potrzebna federalizacja Unii Europejskiej i wspólna polityka obronna, gdyż gwarantem naszej suwerenności przez rosyjskim zagrożeniem jest NATO z dominującą pozycją USA.

Ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego czarno na białym wynika, że świata geopolityki Kaczyńskiego już nie ma. Trump ogłosił chęć zbliżenia z Rosją, traktowaną jako sojusznik przeciwko globalizmowi, którego rzecznikiem jest Unia Europejska. W imię tego zbliżenia zamierza dogadać się z Putinem na temat podziału wpływów w Europie wschodniej, gdzie granice Ukrainy to tylko jeden z elementów.

Wniosek ze Strategii jest prosty: nie można być nadal strategicznym sojusznikiem USA w Europie prowadząc politykę antyrosyjskiej histerii. Polityka antyrosyjska będzie dla Waszyngtonu kłopotliwa, gdyż wrogiem Stanów Zjednoczonych są Chiny, a nie Rosja. Ten z sojuszników europejskich USA, który będzie prowadzić politykę antyrosyjską, może nieopatrznie zaangażować Waszyngton w konflikt z Moskwą. W tej sytuacji Stany Zjednoczone, mając do wyboru między lojalnością sojuszniczą wobec Warszawy, a geopolityczną rozgrywką na linii Waszyngton-Moskwa-Pekin o panowanie nad światem i światowy podział wpływów, będą musiały dokonać wyboru, kierując się swoją racją stanu. Oto proklamacja bezsensu pisowskiej rusofobii w oparciu o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Niestety, nie wierzę, że Jarosław Kaczyński uzna, iż nadszedł czas na polityczną emeryturę. Domyślam się, że kompletnie nie rozumiejąc przemian geopolitycznych na świecie, PiS będzie teraz próbowało przeczekać, licząc, iż „Trump w końcu zrozumie” jaka jest Rosja i kim jest Putin. Pisowcy i pisowskie media cały czas są nadal na wojnie z Rosją, jakby świat zatrzymał się w 1988 roku. W sumie pisowcy mogą tę strategię wypierania rzeczywistości przyjmować dopóki są w opozycji. Długofalowo będzie to jednak wymagało podjęcia strategicznej decyzji. Jakie są możliwości? Są dwie. Pierwsza to postawienie na sojusz z USA, szczególnie, że Strategia wyraźnie wskazuje na Polskę jako na jeszcze „zdrowe” państwo z którym Waszyngton chce współpracować przeciwko globalistycznej Unii Europejskiej. Ale podtrzymanie tego sojuszu będzie wymagało resetu stosunków z Rosją. Druga możliwość to podtrzymywanie frontu antyrosyjskiego pomimo stanowiska Waszyngtonu. To zaś wymaga zmiany polityki europejskiej PiS, a mianowicie doszlusowania do Donalda Tuska i Ursuli von der Leyen w projekcie federalizacji UE i stworzenia wspólnej armii unijnej w obliczu zagrożenia rosyjskiego.

Innymi słowy, Kaczyński musi dziś wybrać między tandemem Trump-Putin, albo von der Leyen-Tusk. Właśnie dlatego wybór emerytury byłby dlań, i dla Polski, najlepszym rozwiązaniem.

Adam Wielomski

Co prezydentowi Krakowa o SCT mówi Arystoteles

Co prezydentowi Krakowa o SCT mówi Arystoteles

Łukasz Warzecha co-prezydentowi-krakowa-o-sct-mowi-arystoteles


Z krakowskich ulic zniknęło już lub zostało uszkodzonych kilkadziesiąt znaków, oznaczających wjazd do obowiązującej od 1 stycznia strefy czystego transportu. Zaglądając do „Polityki” Arystotelesa, można to uznać za usprawiedliwiony bunt przeciwko tyranowi.

O strefie nietrudno znaleźć informacje, w tym o jej absurdalnych i maksymalnie uciążliwych założeniach. Znajdziemy je na wielu profilach prawdziwie oddolnych, obywatelskich organizacji, które mobilizowały się przeciwko SCT już dawno. To Fundacja Wolność i Własność, Ruch Nie Oddamy Miasta, Krakowski Bunt, Komitet Społeczny „Kraków dla Kierowców” czy wreszcie największy przebój ostatnich dni na Facebooku – profil Blade Runners Kraków. Ten ostatni skrupulatnie dokumentuje, dzięki zdjęciom i informacjom przysyłanym przez wkurzonych użytkowników, gdzie znikają lub niszczone są znaki oraz informuje, gdzie straż miejska ustawiła się z lizakiem. A pamiętać trzeba, że jeśli znaku nie ma, nie można też wymierzyć kary za złamanie zakazu wjazdu daną drogą do SCT. Nazwa „Blade Runners” jest nawiązaniem do londyńskiej grupy, sabotującej i uszkadzającej kamery nadzorujące londyńską ULEZ (Ultra Low Emissions Zone). Z kolei ta swoją nazwą nawiązuje do kultowego, znakomitego filmu „Blade Runner” Ridleya Scotta z 1982 r., znanego w Polsce pod dość topornym tytułem „Łowca androidów”, opartego na powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”.

Wspomniane organizacje firmują protest, który 10 stycznia odbędzie się przed siedzibą Zarządu Dróg m. Krakowa (ul. Centralna 53, godz. 10).

Przy tej okazji trzeba do znudzenia przypominać: możliwość tworzenia stref najpierw do polskiego prawa, konkretnie do Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość. Potem jeszcze tę możliwość poszerzyło na w zasadzie dowolny obszar w dowolnej gminie, nawet najmniejszej. Mało tego – rząd PiS wpisał obowiązek tworzenia stref w powiązaniu z normami stężenia dwutlenku azotu do KPO. Już po przejęciu władzy zostało to zrealizowane w postaci kolejnej zmiany w ustawie przez nową większość – PiS wtedy zagłosowało przeciwko – a nowelizację bez zastanowienia podpisał pan prezydent Andrzej Duda.

Przeciwnicy zamordystycznych regulacji w rodzaju SCT właściwie powinni się cieszyć z tego, co wydarzyło się w Krakowie, choć mieszkańcom aglomeracji trzeba współczuć. Inaczej niż w Warszawie – gdzie od tego roku obowiązuje kolejne zaostrzenie SCT (Euro 3 dla pojazdów z silnikiem benzynowym i Euro 5 dla tych z silnikiem diesla), ale finałowy etap przewidziany jest dopiero na rok 2032 – Kraków poszedł na całość i wprowadził ograniczenia jednym ciosem, obejmując nimi większość obszaru miasta.

To musiało spowodować gwałtowną reakcję, mimo że na razie stawki za wjazd do strefy dla pojazdów nieuprawnionych są względnie niskie: 5 zł za dzień i 100 zł miesięcznego abonamentu. Jednak w ciągu trzech lat wzrosną radykalnie, do 500 zł abonamentu w 2028 r. i bez możliwości jednorazowego wjazdu. Opisywanie absurdów i wad krakowskiej SCT zajęłoby mnóstwo miejsca. Z najważniejszych trzeba wymienić: ograniczenia w uzyskaniu zwolnienia w zależności od tego, od kiedy dana osoba, będąca właścicielem auta, ma meldunek w Krakowie (on jest decydujący) lub od kiedy jest właścicielem samochodu, a graniczną datą jest 26 czerwca ubiegłego roku – mnóstwo osób dostaje już decyzje odmowne; niemożność uzyskania zwolnienia dla pojazdów zarejestrowanych na firmę; niejasne, nonsensowne zasady „potwierdzania” wizyt w placówkach medycznych, które w teorii dają zwolnienie z restrykcji – placówki w ogóle nie wiedzą, jak miałyby to robić, nie wiadomo, co z tajemnicą medyczną, a miasto wymaga, aby o wizytach uprzedzać w specjalnym formularzu; dla wszystkich aut na rejestracjach zagranicznych obowiązuje wcześniejsze odmeldowanie się w systemie (trzeba podać dokładne dane samochodu i właściciela), o czym oczywiście zagraniczni goście nie będą mieć pojęcia.

Testem dla przeciwników SCT, umożliwiającym realne policzenie się, będzie wspomniany sobotni protest, jednak równolegle trwa inny test: z ulic znikają lub niszczone są znaki o granicy SCT. To wywołuje największe kontrowersje. Organizacje, firmujące opór wobec SCT, podkreślają, że działają legalnie i na temat akcji „kasowania” znaków się nie wypowiadają. Niektóre struktury, teoretycznie będące po tej samej stronie, wprost ją potępiają. Taki wpis znalazł się na profilu facebookowym „Zmotoryzowani łodzianie”. Jego autor bardzo emocjonalnie krytykował sabotaż oznaczeń krakowskiej SCT, oskarżając o to grupę Blade Runners Kraków – bez śladu dowodów – stwierdzając, że ich działania narażają tylko podatników na koszty odtwarzania znaków, podczas gdy oryginalni blade runnerzy walczą z kamerami, czyli systemem inwigilacji. Komentarz wywołał jednak falę negatywnych reakcji i został usunięty – nie ma go już na profilu grupy.

Władza i jej poplecznicy w obliczu ewidentnego buntu idą w zaparte, posuwając się wręcz do śmieszności. Profil Blade Runners Kraków pokazał, że w pobliżu znaków oznaczających wjazd do SCT zainstalowano fotopułapki. Jak zauważył jeden z moich stałych korespondentów na X, wkrótce zajdzie konieczność zainstalowania fotopułapek pilnujących fotopułapek.

W sukurs panu prezydentowi Miszalskiemu ruszyli twardzi przedstawiciele establishmentu. Oto w państwowym Radiu Kraków z oburzenia trzęsie się pani Róża Rzeplińska, znana przedstawicielka tak zwanego trzeciego sektora, a prywatnie córka byłego przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego, pana Andrzeja Rzeplińskiego. Jak czytamy na stronach radia: „Rozmówczyni przypomina, że sprzeciw wobec SCT mógł – i faktycznie częściowo był – wyrażany w ramach demokratycznych mechanizmów: konsultacji społecznych, spotkań komisji Rady Miasta czy inicjatyw uchwałodawczych. To właśnie te działania doprowadziły do złagodzenia przepisów. Jej zdaniem argument o »trudności« formalnego zaangażowania nie jest przekonujący – mobilizacja w internecie wymaga podobnego wysiłku jak udział w procesach decyzyjnych”.

Albo pani Rzeplińska nie wie, jak przebiegał proces „konsultacji” i nie zna historii krakowskiej SCT oraz nie wie, jakie to „złagodzenia” zawarto w uchwale, albo – co bardziej prawdopodobne – wie, ale rżnie głupa w imię lojalności wobec swojego obozu. Zakładam, że takie wypowiedzi nie tylko nie łagodzą nastrojów, ale przeciwnie – jeszcze je podgrzewają, bo bezsilni ludzie uświadamiają sobie, że mają naprzeciwko siebie nie tylko arogancką władzę, ale też równie aroganckich jej popleczników.

I tu dochodzę do tego, z czym właściwie mamy do czynienia i jaki jest mój stosunek do tej formy protestu. Ktoś mógłby powiedzieć, że mamy do czynienia z nieposłuszeństwem obywatelskim, ale nie byłaby to prawda. Przypominam, że terminu tego po raz pierwszy użył amerykański transcendentalista, urodzony w 1817 r. Henry David Thoreau, syn producenta ołówków z Concord w stanie Massachusetts. Ten samotnik i oryginał w 1846 r. w lesie Walden, gdzie w tamtym czasie mieszkał w samotnej chatce, starł się z poborcą podatkowym. Odmówił płacenia daniny, uzasadniając to wojną, którą USA toczyły z Meksykiem, a której nie chciał finansować. Wylądował na jedną noc w areszcie, a podatki zapłacił za niego ktoś z jego rodziny. Pod wpływem tego zdarzenia napisał rozprawkę „Opór wobec rządu” (Resistance to Civil Government), bardziej znanej jako „Obywatelskie nieposłuszeństwo” (Civil Disobedience). Pójście w ślady Thoreau polegałoby zatem raczej na świadomym zlekceważeniu regulacji i zgody na poniesienie tego konsekwencji z mocnym akcentem obrony swoich obywatelskich praw przed sądem. Co zresztą zapewne wiele osób wybierze.

Bardziej mamy więc do czynienia z buntem, być może w ogóle z pierwszym we współczesnej historii Polski buntem oddolnym przeciwko temu konkretnemu rodzajowi regulacji, do którego można zaliczyć o wiele więcej wymysłów, motywowanych między innymi „walką o klimat”.

Tyle że o ile trudno zbuntować się przeciwko rachunkom za prąd, to znaki można stosunkowo łatwo zdemontować czy posprayować. Czy można uznać, że to jest dopuszczalne? Wiele osób odruchowo stwierdzi, że absolutnie nie. Ja jednak odesłałbym ich do Księgi V „Polityki” Arystotelesa, w której filozof omawia przyczyny zmian ustrojów.

W części pierwszej czytamy: „Zaburzenia wynikające z nierówności powstają wszędzie tam mianowicie, gdzie nierównym nie daje się odpowiedniego odszkodowania […]. W ogóle bowiem dążenie do równości bywa przyczyną przewrotów”.

W części drugiej Stagiryta kontynuuje wątek: „Otóż co się tyczy nastrojów, które sprzyjają przewrotowi, to przyczyny ich na ogół szukać należy przede wszystkim w tym, o czym już uprzednio mówiliśmy. […] Dążenia takie mogą być w pewnych przypadkach usprawiedliwione, w innych zaś nie” [podkr. Ł.W.].

Bardzo ważny w tym kontekście fragment z części trzeciej Księgi V: „Zaburzenia powstają nie o drobnostki, ale z drobnostek, przedmiotem walki są jednak wielkie rzeczy”.

I wreszcie fragment, który powinien stanowić memento dla pana Miszalskiego i wszystkich, narzucających antyludzkie regulacje (część ósma): „Dwie są przyczyny, które w pierwszym rzędzie zaznaczają się przy zamachach na tyranię: nienawiść i pogarda. Jedna z nich, nienawiść, jest nieodłącznym towarzyszem tyranów, ale i pogarda bywa w wielu przypadkach powodem ich obalenia. […] Jako rodzaj nienawiści trzeba też uznać gniew, bo do pewnego stopnia prowadzi do takich samych czynów, a nawet często jest aktywniejszy od nienawiści. Owładnięci gniewem, ponieważ nie znają rozumowania, więc uderzają z tym większą gwałtownością. Ludzie dają się ponosić gniewowi przede wszystkim skutkiem doznanej zniewagi; z takiego właśnie powodu obalona została tyrania Pizystratydów i wiele innych” [podkr. Ł.W.].

Powie ktoś – a już na pewno ludzie w rodzaju pani Rzeplińskiej – że rozważania Arystotelesa nie mają tu zastosowania, jako że żyjemy przecież w demokracji. To jednak puste słowa. Sam proces tworzenia SCT w Krakowie, z pozornymi konsultacjami i kompletnym zlekceważeniem głosów sprzeciwu, to właśnie pokazuje – demokracja jest dzisiaj w ogromnej części jedynie fasadą, a wybory są częścią tej potiomkinowskiej wioski. Krakowska SCT i sposób jej narzucenia obywatelom jest przez wielu z nich odczytywany jako zniewaga właśnie, prezydent Krakowa jawi się w tych okolicznościach jako tyran, a gniew narasta.

Ten gniew jest w tym wypadku uzasadniony. Nawet jeśli władza formalnie ma prawo o takich sprawach decydować bez odwoływania się do decyzji ludzi poprzez referendum, to ten formalny zakres w wielu kwestiach jest odbierany jako niesprawiedliwy i nadmierny. W sytuacji bezsilności obywatelom pozostają już tylko odruchy czynnego buntu, szczęśliwie – i oby tak pozostało – zwróconego przeciwko symbolom tyranii, jakimi są znaki SCT, a nie przeciwko innym ludziom.

Nie nawołuję zatem do usuwania znaków. Ale, przyznam szczerze, ani trochę nie jestem nim oburzony.

Cytaty za: Arystoteles, „Polityka”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011

USA wycofują się z 66 organizacji „światowych”.

USA wycofują się z 66 organizacji. Jest decyzja

08.01.2026 tysol.pl/usa-wycofuja-sie-z-66-organizacji

Prezydent USA Donald Trump podpisał w środę memorandum o wycofaniu Stanów Zjednoczonych z 66 organizacji, agencji i komisji międzynarodowych – podał Biały Dom. Są to głównie ciała należące do systemu Narodów Zjednoczonych, ale też m.in. zajmujące się zwalczaniem zagrożeń hybrydowych czy problematyką nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia.

Jest decyzja administracji Donalda Trumpa

Decyzja jest wynikiem nakazanego przez Donalda Trumpa w ubiegłym roku przeglądu, mającego ustalić, czy członkostwo USA w organizacjach międzynarodowych leży w interesie USA.

„Administracja Trumpa uznała, że te instytucje są zbyteczne, źle zarządzane, niepotrzebne, marnotrawne, źle prowadzone, zawłaszczone przez interesy podmiotów realizujących własne cele sprzeczne z naszymi lub stanowiące zagrożenie dla suwerenności, wolności i ogólnego dobrobytu naszego narodu” – podał Departament Stanu w oświadczeniu.

Chodzi aż o 66 organizacji

Wymienione w memorandum organizacje to w większości mniejsze lub wąsko wyspecjalizowane organizacje, agencje i komisje. 31 z nich to agencje ONZ, zaś 35 to inne organizacje. Wśród tych pierwszych jest m.in. Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC), a wśród drugich Europejskie Centrum Doskonałości ds. Przeciwdziałania Zagrożeniom Hybrydowym (Hybrid CoE), Komisja Wenecka Rady Europy, Globalne Forum Antyterrorystyczne czy Centrum Nauki i Technologii na Ukrainie, zajmujące się problematyką nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia.

Środowa decyzja jest już kolejnym krokiem administracji Trumpa zmniejszającym zaangażowanie USA w międzynarodowe inicjatywy. Już na początku drugiej kadencji Trump zdecydował o wyjściu m.in. ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), UNESCO, wycofał wsparcie dla agencji pomocowej ONZ w Gazie (UNRWA) i zakończył udział USA w klimatycznym porozumieniu paryskim.

Kościół rozdarty – czy częściowo okupowany. [2 h].

Kościół rozdarty

7 stycznia 2026 hekspedyt/kosciol-rozdarty/

Ks. Daniel Wachowiak – proboszcz parafii św. brata Alberta w Koziegłowach, były duszpasterz akademicki w Poznaniu. Prowadzi własny kanał na YouTube. Współautor petycji wyrażającej apel o pochowanie abp. Paetza poza poznańską katedrą. Od grudnia 2019 roku do kwietnia 2020 roku z zakazem medialnych wypowiedzi. W czasie kryzysu wywołanego przez C19, opowiadał się za wolnością ws. szczepień.

Ks. Szymon Bańka – należący do Bractwa św. Piusa X, które w 1970 roku założył abp Lefebvre. Dyrektor Szkoły Podstawowej i Liceum św. Tomasza z Akwinu w Józefowie, prowadzi na YouTube kanały „Okiem Akwinaty” i „Szkoły Akwinaty”, w których prezentuje „tradycyjną katolicką naukę nie zdeformowaną przez około modernistyczne błędy i niedomówienia”.

Geje-pedofile wypuszczeni z więzienia w Szkocji [mimo DOŻYWOCIA] byli widziani przy szkole w Edynburgu.

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Dwaj geje-pedofile – James Rennie i Neil Strachan – wyszli z więzienia w Szkocji i byli widziani w okolicy jednej ze szkół w Edynburgu. Okazało się, że starają się o wcześniejsze zwolnienie z odbywania kary i właśnie przygotowują się do wyjścia na stałe na wolność. Prosto z przepustki poszli tam, gdzie najbliżej do dzieci. 

Rennie i Strachan to znani liderzy środowisk LGBT, pierwszy z nich przez lata kierował organizacją LGBT Youth Scotland, która zajmowała się rekrutacją młodych ludzi (w tym nastolatków) w szeregi ruchu homoseksualnego. W 2009 roku obaj mężczyźni usłyszeli wyrok dożywocia za to, że równocześnie z prowadzeniem organizacji LGBT byli także liderami siatki pedofilskiej. Ta międzynarodowa mafia produkowała i dystrybuowała materiały z pornografią dziecięcą. Gejom udowodniono także wielokrotne wykorzystywanie seksualne dzieci, w tym niemowlęcia, które ich znajomi zostawiali im pod opieką. Dziecko było ofiarą ekscesów o charakterze homoseksualnym oraz ekshibicjonistycznym.

Skala popełnionych zbrodni była tak porażająca, że wydawało się oczywiste, iż sprawcy nigdy nie powinni opuścić zakładu karnego.

Tymczasem po zaledwie 17 latach odsiadki obaj geje zostali zauważeni na ulicach Edynburga, w tym w bezpośredniej bliskości szkoły podstawowej. Jak się okazało, przechodzą obecnie tzw. etap przygotowawczy do pełnego zwolnienia z zakładu karnego.

Mieszkańcy miasta boją się teraz o bezpieczeństwo swoich dzieci. Trudno się im dziwić. Jak działa system sprawiedliwości, który dopuszcza, by skazani geje-pedofile, odpowiedzialni za masowe krzywdy najmłodszych, już po kilkunastu latach wracali do normalnego życia w przestrzeni publicznej?

Przedterminowe zwolnienie Renniego i Strachana wpisuje się niestety w znany schemat z wielu krajów Zachodu. Gejów, biseksualistów czy transseksualistów traktuje się tam w sposób szczególny – dając przywileje, ogromny kredyt zaufania i liczne korzyści – byle tylko nie zostać posądzonym o „homofobię”.

Czy podobny mechanizm zaszedł w tym przypadku? Wiele wskazuje, że tak.

Szanowny Panie,

Proszę zwrócić uwagę, że geje swoje pierwsze kroki na wolności skierowali pod szkołę. Jakie to symptomatyczne. Gdy tylko mogą, szukają kontaktu z dziećmi – i jest to sytuacja powtarzalna, także w Polsce.

Środowisko LGBT od lat dobiera się również do polskich dzieci.

Najbardziej znany przypadek? Krzysztof F. ze Szczecina, działacz LGBT i polityk Platformy Obywatelskiej, pełnomocnik Marszałka Woj. Zachodniopomorskiego Olgierda Geblewicza z PO, mąż zaufania Rafała Trzaskowskiego w wyborach w 2020 roku. Sytuacja była podobna do tej ze Szkocji: F. zostawał z dziećmi swojej koleżanki z partii, następnie odurzał je narkotykami i wykorzystywał seksualnie. Jedno z dzieci zaczęło później podejmować próby samobójcze, ostatnia z nich – niespełna 3 lata temu – niestety była udana, chłopiec nie żyje.

To niejedyny przykład na szczególne zainteresowanie dziećmi ze strony gejów. Obecnie wywierają oni presję na szkoły, aby wpuszczały ich jako prowadzących pogawędki i warsztaty dla młodzieży. Chcą też zmusić wszystkich uczniów do uczestnictwa w lekcjach edukacji (pseudo)zdrowotnej, gdzie znaczna część programu ma za zadanie wpoić dzieciakom tolerancję dla wszelkiej maści zboczeń.

Dlatego działamy. W ramach kampanii #StopLGBT organizujemy oddolne działania informacyjno-edukacyjne. Wydajemy foldery informacyjne, opisujemy sprawy, które lobby LGBT chce zamieść pod dywan, z prawdą o LGBT wychodzimy na ulice, także wówczas, gdy przez kolejne miasta idą parady tzw. „równości”. Kontrujemy tęczowe piątki w szkołach i reagujemy, gdy rodzicom próbuje się odbierać prawo do wychowania dzieci bez szkodliwej ideologii.

Dziś informuję Pana o szokującej sprawie zwolnienia z więzienia pary gejów-pedofilów – bo jest to wiedza, której z pewnością nie będzie się nagłaśniać.

Proszę o podzielenie się tą informacją z innymi – można to zrobić np. przesyłając

link do tekstu na portalu RatujZycie: https://ratujzycie.pl/geje-pedofile-rennie-i-strachan-na-wolnosci/

Ludzie często nie wierzą, że geje wykorzystują seksualnie dzieci. Przecież oni są sympatyczni i kolorowi… Trzeba podawać dalej informacje z pierwszej ręki – tylko tak możemy przerwać zmowę milczenia, która realnie zagraża kolejnym ofiarom.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Nie napisałam dziś do Pana o wyobrażeniach i odczuciach. Historia ze Szkocji to niestety fakty – potwierdzone wyrokiem sądu, opisane w tamtejszych mediach, ale… wstydliwie ukrywane przez lobby LGBT. A przecież nam wszystkim tak bardzo potrzeba prawdy…

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Katoliku, dajesz na WOŚP? W Krakowie w ramach imprezy wystąpią zboczeńcy – „drag queen”

Katoliku, dajesz na WOŚP? W Krakowie w ramach imprezy wystąpią „drag queen”

Piotr Relich


pch24.pl/katoliku-dajesz-na-wosp-w-krakowie-w-ramach-imprezy-wystapia-drag-queen

W ramach finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Krakowie zaplanowano występy homoseksualnych mężczyzn, celebrujących swoje nieuporządkowanie w tzw. subkulturze drag queen.

„Już 10 stycznia 2026 roku aż 18 krakowskich Drag Queens stanie na scenie Slay Space, aby dać Wam jedno z najlepszych show w mieście – i to na wodzie! Odbędą się również licytacje niezwykłych przedmiotów od naszych osób partnerskich! Za DJ-ką stanie niezastąpiony DJ Alex, który będzie rozgrzewał parkiet aż do rana. Muzyka, występy i szczytny cel – nie może Was zabraknąć! Pokażmy razem nasze wielkie serca i po raz kolejny zagrajmy razem – ponad podziałami” – piszą organizatorzy.

Impreza odbędzie się pod hasłem „zdrowe brzuszki naszych dzieci”. Brzmi to co najmniej niepokojąco, biorąc pod uwagę charakter subkultury drag queen. Transwestyci przebierający się w jaskrawe damskie stroje, często poszukują m.in. „edukacyjnego” kontaktu z dziećmi w szkołach, bibliotekach publicznych czy w teatrach.

Homoseksualiści wystąpią podczas krakowskiego finału WOŚP jeszcze 25 stycznia, gdzie gościom zaserwowane zostaną… potrawy w różowych kolorach. „Wpadajcie pomóc, skosztować różowej pizzy, różowych pierogów czy różowej kawki! Wierzymy, że wspólnie możemy zdziałać cuda” – czytamy w opisie wydarzenia.

To nie pierwszy raz, kiedy podczas WOŚP następuje promocja homoseksualnego stylu życia. W zeszłym roku w Krakowie również odbyła się rewia draq queen. Jednocześnie nie brakuje katolików, którzy wciąż wspierają dzieło Jerzego Owsiaka, mimo jego jawnie antyklerykalnego nastawienia. Już w 2003 r. Jerzy Owsiak zakazał organizatorom Przystanku Jezus wstępu na festiwal Woodstock. Miejsce ewangelizacji i adoracji Najświętszego Sakramentu, organizator WOŚP nazwał wówczas „elementem konfliktowym”.

Źródło: gazetakrakowska.pl / własne PCh24.pl

Wielka Orkiestra Moralnego Szantażu i Sygnalizowania Cnoty

Wielka Orkiestra Moralnego Szantażu i Sygnalizowania Cnoty

Piotr Relich


pch24.pl/wielka-orkiestra-moralnego-szantazu-i-sygnalizowania-cnoty

Jakiś czas temu w amerykańskiej kulturze powstało określenie virtue signalling, co z braku lepszej alternatywy można topornie przetłumaczyć jako „sygnalizowanie cnoty”. W ten sposób nazwano zjawisko publicznego manifestowania moralności lub poparcia dla jakiejś sprawy, bez realnego wpływu na nią.

Sygnalista (sic!) w pierwszej kolejności chce wykorzystać popularność inicjatywy, by pokazać się jako osoba dobra lub będąca po „właściwej stronie”. A to, czy cała akcja w ogóle odniesie sukces i rzeczywiście wpłynie na proponowane zmiany, nie ma w danej chwili żadnego znaczenia.

Nakładki na zdjęcia profilowe, opatrywanie odpowiednimi hasztagami, nagrywanie „czelendżów” na YouTubie czy TikToku – wokół dostrzegamy pełno przykładów moralności na pokaz. Jednak w Polsce od ponad 30 lat istnieje wspólny, coroczny rytuał, w ramach którego stosunkowo niewielkim kosztem możemy poczuć się dużo lepsi niż na co dzień jesteśmy. Mowa oczywiście o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, w ramach której wrzucając do puszki kilka drobniaków, wykupujemy roczny abonament na pogardę wobec wszystkich, którzy nie chcą partycypować w akcji z przeróżnych powodów. A za sprawą czerwonego serduszka na płaszczu czy plecaku, można jeszcze krzyczeć na całe gardło: patrzcie jaki jestem dobry!

Autor wie, co mówi z własnego doświadczenia. Kiedy w licealnych czasach błogiej nieświadomości grało się w przeróżnych kapelach rockowych, stały punkt programu stanowił styczniowy koncert WOŚP. Młode zespoły mogły pokazać się szerszej publiczności, występując na scenie z profesjonalnym nagłośnieniem. Była to doskonała okazja aby za darmo się wypromować, nie licząc jednocześnie na nic w zamian (w przeciwieństwie do gwiazd estrady, które nawet w tak szczytnym celu nie rezygnują z pokaźnych gaży).

A sama idea pomocy dzieciom? Podczas gdy oczywiście znajdowała się gdzieś z tyłu głowy, nie łudźmy się – w pierwszej kolejności chodziło przede wszystkim o możliwość wyjścia z garażu i zmierzenia się z wielką sceną.

I nie chodzi tutaj o krytykę samej pomocy, jakiej formy by nie przyjęła. Nic nikomu do tego, czy ktoś pomaga, komu i w jaki sposób, jeżeli przeznacza na to własny czas i pieniądze. Nawet jeżeli znaczna część funduszy zostaje zdefraudowana, idzie na cele niezgodne z przeznaczeniem lub po prostu okazuje się niewystarczająca by zrealizować deklarowane cele. Komentarza wymaga natomiast dość powszechna postawa, która streszcza się w haśle: nie dajesz „na Owsiaka” – nie wspierasz chorych dzieci.

Moralny szantaż to ulubiona broń zwolenników WOŚP, którzy w takich przypadkach bronią czci organizatora jak niepodległości. Na nic liczby, wyliczenia, oficjalne dane pokazujące, że bez owsiakowej, cholernie drogiej (opłacanej m.in. z naszych podatków) imprezy system ochrony zdrowia nie tylko by się nie zawalił, ale w zasadzie nie odczułby żadnej straty. Ostateczny argument, kończący dyskusję brzmi zazwyczaj następująco – skoro nie dajesz do puszki, napisz również oświadczenie, że w przypadku zagrożenia życia nie chcesz być leczony sprzętem zakupionym w ramach zbiórki.

Sekciarskiej postawy „ultrasów Jurasa” nie da się wytłumaczyć inaczej niż obroną okazji na uspokojenie sumienia. Możemy cały rok żyć w grzechu, niemoralnie, nie pracować nad sobą raniąc siebie i bliskich, ale wystarczy wrzucić kilka złotych do puszeczki, by nagle poczuć się jak nowonarodzony. Tym samym uczestnictwo w ogólnopolskim rytuale przyjmuje formę zarówno zbiorowej terapii, jak i społecznej psychozy.

Bo biada każdemu, kto zdecyduje się podważyć sens operacji, która dla części uczestników posiada wymiar przede wszystkim osobisty. Przy okazji można również „dokopać” katolikom zbulwersowanym antyklerykalnym usposobieniem Owsiaka, jego zaangażowaniem politycznym czy promocją homo-rewolucji, oskarżając ich o brak serca i obłudę. Jednocześnie samemu nie mając wstydu wysyłać wolontariuszy pod mury kościoła.

Z drugiej strony, podnosząc jednorazowy akt dobroczynności do rangi zbawiania świata, dezawuuje się ciche, konsekwentne dzieła charytatywne – w naszym kraju głównie katolickie – które do skutecznego działania nie potrzebują celebrytów, reklam w państwowych mediach czy poparcia samorządowców. Zasada „niech nie wie lewa ręka twoja, co czyni prawa” (Mt 6, 3) skutecznie broni bowiem przed postawą pychy i samouwielbienia, której festiwal będziemy mieli okazję podziwiać w najbliższym czasie.

Piotr Relich

Piątek: Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

08/01/2026

Nasze Różańce święte uratują Polskę!

Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski). Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.

Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.

Kategorie Adoracja, Bielsko-Biała, Msze św. za Ojczyznę, Różańcowy Szturm do Nieba Tagi Bielsko Biała, Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, różaniec za Ojczyznę

11.01.2026 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

Erazm z Rotterdamu i Tischner z Waksmundu. Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Erazm Tischner. Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Brat Damian Wojciechowski TJ pch24.pl/erazm-tischner-skad-sie-wzial-kosciol-otwarty


Kiedy byłem w nowicjacie przeczytałem w najstarszej biografii Ignacego z Loyoli napisanej przez Pedro de Ribadeneira SJ, jednego z pierwszych towarzyszy Ignacego, że kiedy Ignacy rozpoczął swoje studia różni ludzie, w tym jego spowiednik, radzili mu czytać Enchiridion militis Christiani czyli „Podręcznik żołnierza Chrystusowego” Erazma z Rotterdamu: „Kiedy Ignacy z całą otwartością zaczął czytać zauważył, że czym więcej czytał tę książkę, tym bardziej Boży duch w nim się ochładzał i zapał jego zaangażowania słabł. Kiedy zdał sobie  z tego sprawę całkowicie porzucił tą lekturę i tak był nią zniechęcony, że już nigdy nie czytał książek tego autora. Później zabronił korzystania z nich w naszym Towarzystwie. W tym samym czasie bardzo często korzystał z małej książeczki Tomasza a Kempis, „O naśladowaniu Chrystusa”, i zawsze zdecydowanie ją polecał do czytania.” Ignacy zabronił czytać książki Erazma jeszcze przed tym, jak zostały one potępione przez Stolicę Świętą.

Zdziwiło mnie, że Ignacy tak diametralnie różnie odniósł się do dwóch najsłynniejszych książek, które stały się na przełomie średniowiecza i renesansu podstawą devotio moderna, czyli nowej pobożności. Co je różniło, że założyciel Jezuitów miał diametralnie odmienne zdanie na ich temat? Odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią na tytułowe pytanie artykułu.

Wielki Europejczyk z Rotterdamu

Życie Erazma z Rotterdamu przypadło dokładnie na epokę kiedy kończyło się przepojone chrześcijaństwem średniowiecze i rozpoczynała rodząca się z renesansowego humanizmu nowożytność. Erazm był jednym z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszym, promotorem tego ostatniego. Jeden z najbardziej znanych intelektualistów i „autorytetów moralnych” (jak by go dzisiaj nazwano) swojego wieku. Był nieprawym synem księdza i jak wiele podobnych osób wybrał karierę duchowną jako jedyną możliwość zabezpieczenia sobie utrzymania i wykształcenia. Wstąpił do augustianów, przyjął święcenia, ale wkrótce zakon opuścił i nigdy nie sprawował funkcji kapłańskich. Zdawał sobie sprawę ze swojej niepewnej sytuacji prawnej (mógł być zmuszony do powrotu do klasztoru, co zrujnowałoby jego karierę), ale dopiero 24 lata po tym fakcie wniósł prośbę o papieską dyspensę. Był jednym z wielu, którzy czerpali korzyści z przywilejów kleru, ale zarazem byli niechętni tej grupie społecznej.

Wydał poprawioną wersję greckiej Biblii i wielu autorów patrystycznych. Nakład jego książek przewyższył zapewne 1 mln. egzemplarzy – liczba na te czasy niesłychana! Doradca cesarzy i papieży. Był więc erudytą, autorem bestsellerów i celebrytą swoich czasów.  Był w grupie tych, którzy walczyli o nowoczesność, choć w tamtych czasach oznaczało to powrót do starożytności i równocześnie odrzucanie dorobku średniowiecza. Można powiedzieć, że był jednym z autorów mitu „nowoczesności” i anty-mitu „ciemnogrodu”. To on wymyślił, że katedry średniowieczne są tak ohydne, że tylko barbarzyńscy Goci mogli je wybudować. Przemierzył wielokrotnie Europę od Londynu do Rzymu – był w nieustannym ruchu i związany był z najważniejszymi wówczas centrami naukowymi takimi jak Sorbona, Cambridge, Oxford, Lowanium, Rzym czy Bazylea. Erazm nie lubił swojej ojczyzny i często wyrażał się negatywnie o Holandii, jako miejscu gdzie żyją ludzie ograniczeni, prostacy i niewykształceni (co nam to przypomina? 🙂

Erazm brzydzi się wszystkim co wydaje mu się być przeciwne rozumowi. W swojej „Pochwale głupoty” bezlitośnie szydził z ignorancji i zepsucie duchowieństwa, a przede wszystkim krytykuje średniowieczne chrześcijaństwo „mechaniczne” opierające się na wierze w możliwość zbawienia poprzez wykupywanie odpustów, kult relikwii, pielgrzymki, ofiary na kościół, procesje i inne podobne formy pobożności. Gani też średniowieczną teologię scholastyczną, która sprowadziła chrześcijaństwo do jałowych sofizmatów oraz porzuciła źródła wiary (Biblia i ojcowie Kościoła). Scholastyka oderwała się od Ewangelii i bada ilość diabłów na końcu szpilki, zakonnicy stali się pasożytniczą klasą, a pobożność przerodziła się w czyste zabobony.  Był tutaj prekursorem protestantyzmu, ale jak ognia obwiał się wypadnięcia poza granice Kościoła, przy czym nie dlatego, że był przywiązany do ortodoksji, ale raczej z koniunkturalizmu.

Erazm był nie tyle wrogiem teologii scholastycznej, tonącej w niekończących się definicjach, lecz w ogóle teologii jako takiej, skłaniając się do idei, że najodpowiedniejszą byłaby „teologia negatywna”, czyli milczenie o Bogu jako tym, który przerasta nasz rozum. Chrześcijaństwo według niego to przede wszystkim religia serca, intuicji i zaufania Bogu, którą można zawrzeć w kilku podstawowych prawdach wiary. Dlatego też Erazm zwracał wiele większą uwagę na etykę i moralność, jako kwestie praktyczne i niezbędne w życiu jednostki oraz społeczeństwa. W tym sensie był on więc europejskim Konfucjuszem, a zarazem  prekursorem tego chrześcijańskiego humanizmu, który nie jest zainteresowany samą treścią wiary: Chrystusem żyjącym i działającym w swoim Kościele, lecz widzi chrześcijaństwo jako źródło pozytywnych idei takich jak szacunek dla każdego życia, tolerancja, umiarkowanie, umiłowanie mądrości i wiedzy, dialog, pacyfizm, egalitaryzm et cetera. Podobną pozycję zajmują dziś tacy ludzie jak Andre Comte-Sponville – autor „Duchowości ateistycznej”. Zarazem można by powiedzieć, że Erazm był jednym z ojców sceptycyzmu poznawczego, unikając jednoznacznego stanięcia po stronie swoich własnych poglądów i uznającego, że inni też mają „swoja prawdę”. 

Słynny Rotterdamczyk nie był idealnym człowiekiem. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że to typowy współczesny inteligent: przewrażliwiony na swoim punkcie (w tym na punkcie zdrowia), drażliwy, skupiony na sobie, intelektualnymi dyskursami usprawiedliwiający własne słabości, na własny użytek buduje idealny obraz swojej osobowości, emocjonalny i nie zdający sobie sprawy z własnych emocji. Egocentryk, który nigdy nie jest szczęśliwy. Perfekcjonista, który łatwo ulegał zmiennym uczuciom. Unikający jasnego określenia się asekurant, a zarazem ostro oceniający innych. Jak wielu ludzi tego typu ludzi był bardzo czuły na swoją sytuację materialną. Pieniądze to jeden z głównych tematów jego troski, korespondencji i wysiłków. Kilka dukatów odebranych przez angielskich celników rozpamiętywał latami. Jednym słowem nie była to prosta osobowość, lecz człowiek pełen sprzeczności. 

Nieuchronnie zbliżał się rok 1517. Erazm przeczuwał, że stanie się coś ważnego, lecz okazało się, że zupełnie nie był przygotowany na tak szybki i gwałtowny rozwój wypadków. Był u szczyty swojej sławy: autorytet moralny na którego zwrócone były oczy całej Europy. Obie strony konfliktu oczekiwały, że opowie się jasno po ich stronie. Rotterdamczyk przebywał wówczas w Lowanium – bastionie ortodoksji, co czyniło szczególnie niewygodną jego pozycję. Erazm nie lubił sporów oraz konfliktów i starał się unikać jednoznacznego opowiedzenia się. Niepokoiła go gwałtowność wystąpień Lutra i obawiał się, że przyniosą one Kościołowi niebezpieczny rozłam. Uważał się za człowieka umiarkowania i roztropności. W sporze rozgorzawszym wokół protestantyzmu jak długo tylko mógł siedział okrakiem na barykadzie między zwalczającymi się stronami. Chwalił Lutra, ale bał się, aby go nie kojarzono jako jego zwolennika i zapewniał o swojej prawowiernej pozycji. Ta dwuznaczność była charakterystyczną cechą Erazma, który obawiał się, że gwałtowność reformatorów zaowocuje, iż „papiści” zaatakują również jego własną reformę Kościoła.

Chciał unikać konfliktów, ale zarazem swoim kąśliwym językiem i długo chowanymi urazami wobec oponentów wplątywał się w niekończące się spory i kłótnie. Miał opinię na każdy temat, ale robił wrażenie, że nie jest za swoje poglądy gotów zapłacić żadnej ceny. Wypierał się często swoich zwolenników, w krytycznym momencie ratował się ucieczką, bo jak sam mówił: „Nie wszyscy mają dość sił na męczeństwo”. Przyjaźnił się z Thomasem Morusem, podobnym do siebie świeckim erudytą i humanistą, autorem „Utopii”, który oddał swoje życie protestują przeciw uzurpacji władzy nad Kościołem przez Henryka VIII – taka postawa była obca Erazmowi. W ten sposób zraził do siebie tak protestantów, jak i zwolenników ortodoksji. Sam Luter zaciekle walczący o prawdę nazwał Erazma „widzem naszej tragedii”. Wydaje się, że zwykłe tchórzostwo i wygodnictwo chciał przykryć pacyfizmem oraz ideałem umiarkowania i rozsądku.

Przynaglony przez innych musiał jednak w końcu wyrazić swoją opinię o poglądach wielkiego reformatora. Była to „Rozprawa na temat wolnej woli” z 1524 r., gdzie bardzo przekonywująco ukazał sprzeczności tego, co Luter twierdził o ludzkiej wolności. Ale myliłby się ten, kto by myślał, że Erazm był zwolennikiem ortodoksji. Erazm miał wątpliwości co do wielu centralnych dogmatów Kościoła, a nie tylko na temat sensu życia zakonnego. Był typowym sceptykiem, który jednak nie afiszował się zbytnio ze swoimi wątpliwościami. Wątpił w sakramenty i sakramentalną naturę Kościoła, kult świętych, post i inne pobożne praktyki. Protestantów nie lubił nie tyle za ich poglądy, co za gwałtowność. Sam był piewcą kompromisu i szukania złotego środka.

Jaka reforma?

A jak Erazm rozumiał reformę?  Brzydził się on wszelką nieczystością (w tym brudem, smrodem, chorobami) i uważał, że reforma polega na oczyszczeniu Kościoła z różnego rodzaju naleciałości i „nieczystości”. Kościół powinien być przede wszystkim racjonalny. Zaś wzorem racjonalności była starożytność, a szczególnie antyczna literatura. Hasłem jego reformy było „bonae literae”, trudno przetłumaczalne pojęcie, które między innymi oznaczało troskę o słowo pisane. To dlatego Erazm poświęcił tyle wysiłków poprawianiu tekstu Wulgaty. Teologiczna rewolucja lub zmiana struktur Kościoła – takie rozumienie reformy nie było dla niego najważniejsze. Erazm nie interesował się dogmatyką, raczej pasjonowała go „estetyka religijna”.

Co Erazm przeciwstawiał chrześcijańskiemu średniowieczu? Fantastyczny, wyidealizowany świat starożytności, uczoność opartą na literackości i wyimaginowany chrześcijański humanizm stworzony na podstawie ulubionego przezeń Hieronima czy Augustyna, lecz odartych zasadniczo z ich gorącej wiary. Jego propozycja jest więc na tyle fantastyczna, co chłodna, sztuczna i odległa od życia. Krytykując duchowy dorobek średniowiecza nie dawał nic w zamian. Chciał wyczyścić Kościół z wszelkich naleciałości, ale nie rozumiał, że pozostawiał po sobie pusty budynek, bez żadnej treści, za to nie denerwujący nikogo jakimiś wymaganiami i roszczeniami. Stworzył sobie wizję „pięknego” chrześcijaństwa jako najwyższego wyrazu racjonalizmu i humanizmu. Chrześcijaństwo dla niego to przede wszystkim umiar i harmonia, uczone dyskusje inteligentów w cieniu lipy przy dobrym winie.

Jak słusznie zauważa znakomity badacz średniowiecza Johan Huizinga w swojej biografii Erazma, że obca mu była wszelka mistyka. Chrześcijaństwo dla Erazma było projektem intelektualnym, najwyższą formą humanizmu i racjonalności. O takie chrześcijaństwo Erazm walczył i taki Kościół chciał stworzyć. Była to idea daleka od realności, lecz przede wszystkim odległa od Ewangelii, która nie jest traktatem intelektualnym, lecz prowadzi czytelnika do osobistej więzi z pewnym Człowiekiem. Ta osobista relacja z Chrystusem wydaje się być obca Erazmowi. „Na Chrystusa-Boga patrzył jak na najprawdziwszego filozofa moralnego ludzkości, a na Ewangelie jak na najczcigodniejsze zabytki klasycznej filozofii chrześcijańskiej. Nie wyrzekał się – broń Boże – otwarcie katolicyzmu, ale igrał z dogmatami lub sprawami kultu, przedstawiając je nieraz jako placki wysmażone w średniowiecznej kuchni” (Stanisław Łempicki).

Błąd więc w tym, żeby Erazma uważać za autorytet w kwestiach duchowych, kiedy on był bardziej pedagogiem i świeckim myślicielem. W pewnym sensie tworzył on pewną namiastkę intelektualną chrześcijaństwa bez wiary, dogmatów, nauczania, a w końcu bez żywego Jezusa. Erazm i erazmianie, w tym współcześni, na pytanie Jezusa, „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”, mogliby odpowiedzieć: za humanistę, wielkiego myśliciela, pacyfistę, autorytet moralny, nauczyciela mądrości, tolerancji i dialogu, guru dającego  przykład doskonałego życia. Jest to piękna idea, ale nie wiele mająca wspólnego z tekstem Ewangelii i dziełami Ojców Kościoła, których czytanie tak zalecał sam Erazm.

Co nam to wszystko przypomina? Ależ tak! Dzisiaj Erazm byłby jednym z „autorytetów moralnych” „kościoła otwartego” przełomu XX i XXI wieku.

Wielcy reformatorzy

Ignacy, Luter, Erazm, Morus – zawieszeni byli między średniowieczem i czasami nowożytnymi. Każdy z nich inaczej rozumiał reformę Kościoła: dla Erazma miała to być swego rodzaju „rewolucja kulturalna”, powrót do źródeł cywilizacji, dla Lutra zmiana kościelnych struktur i rewolucja teologiczna, dla Ignacego nawrócenie ludzkiego serca, reforma życia i przylgnięcie do Chrystusa. Ignacy był człowiekiem gorliwej miłości Chrystusa i jego Kościoła, Erazm kimś wręcz przeciwnym.

Dla Ignacego najważniejsza była osobista relacja z Jezusem, a źródłem jego siły modlitwa i życie duchowe, którym miał służyć rozum i inteligencja. Dla Erazma życie duchowego nie miało większego znaczenia, a bożkiem był rozum i wiedza. Wydaje się, że Erazm nie przeżył nigdy żadnej głębokiej walki duchowej. Ani nie spierał się z Bogiem, ani nie walczył z pokusami szatana. Ślizga się na powierzchni duchowości, poświęcając swoje siły intelektualnym dyskursom, które bez ducha są martwe i nie przynoszące korzyści. To pułapka chrześcijaństwa bez wiary. Chrześcijaństwa, które jest jakimś najwyższej klasy humanizmem, intelektualnym ideałem, nawet mądrością, ale pozbawioną wiary, która może otworzyć drzwi duszy na działanie Bożej łaski.

Morus był przyjacielem Erazma i bliskim mu ideowo humanistą. Miał jednak inną hierarchię wartości. Jezus nie był dla niego ideą, lecz Zbawicielem, zaś Kościół nie jakąś instytucją, którą trzeba cierpieć, lecz Jego ciałem. Swoją śmiercią Morus udowodnił, że prawda istnieje i trzeba oddać za nią życie. Erazmowi trudno było zrozumieć, że teoria może mieć jakiś związek z praktyką i że wiara nie jest jedynie intelektualnym procesem, lecz musi mieć konkretne konsekwencje w życiu. Jak bardzo Erazm przypomina współczesnych nam lewicowych intelektualistów: tu mądre artykuły i dyskusje, a tutaj własne życie prywatne! Choć Morus był tak bliskim mu po duchu humanistą, to jednak okazało się w praktyce jak bardzo się różnią, kiedy to Erazm w ten sposób skomentował śmierć pierwszego: „Obyż Morus nigdy nie wdawał się był w niebezpieczne sprawy i pozostawił kwestie teologiczne teologom” – tak jakby Morus zginął za jakieś dysputy, a nie w obronie swojego sumienia! Humanista wszechczasów był, jak pisze Huizinga, „bezwzględnym idealistą, a zarazem człowiekiem na wskroś umiarkowanym”.

Teraz jeśli weźmiemy do ręki Enchiridion militis christianis O naśladowaniu Chrystusa zobaczymy z całą wyrazistością kolosalna różnicę w rozumieniu czym jest chrześcijaństwo. Naśladowanie to wyraz gorącej miłości do Chrystusa i wcielania jej w konkretne czyny. Naśladowaniejak już samym tytuł mówi, stawia w centrum Chrystusa i osobistą, intymną więź ze Zbawicielem. Tego brak w Enchiridionie, i dlatego Naśladowanie, w którym zaczytywał się święty założyciel jezuitów, ciągle można znaleźć na biurku wielu chrześcijan, a Enchiridion pokrywa się kurzem na bibliotecznych półkach z rzadka przeglądany przez znawców renesansu. Dzieło Erazma to raczej wykład stoicyzmu, świeckiej moralności i mądrości, gdzie Chrystus jest jednym z wielu przemądrych guru wspaniałej starożytności.

2)

Erazm z Podhala

Skąd się wziął „kościół otwarty”?

Tischner był moim wykładowcą na filozofii, ale dla naszego pokolenia nie był już zbyt atrakcyjny. Myśmy bardziej żyli Ewangelią i duchowością niż filozofią. Do mnie miał słabość, bo oprócz tego, że uczęszczałem na obowiązkowe wykłady z antropologii i filozofii dialogu, to jeszcze chodziłem na jego zajęcia z filozofii dramatu na wydziale reżyserii na PWST (obecnie AST). Widocznie podobał mu się młody zakonnik, który wychodził tak jak on w swoich poszukiwaniach intelektualnych poza kościelne podwórko. Tischner był oczywiście gwiazdorem i lubił grać rolę gazdy-filozofa. Przyciągał ludzi z pogranicza Kościoła, a również katolickich wykształciuchów, których uwierał tradycyjny Kościół, a zarazem samo chrześcijaństwo znali dosyć powierzchownie.

Co proponował inteligencji, w tym katolickiej? Niczym współczesny Erazm tworzył dla nich chrześcijaństwo intelektualnie strawne, chrześcijańską filozofię, humanizm, który można było przyjąć jako namiastkę religii i zastąpić nią nieatrakcyjny, bogoojczyźniany Kościół. Była to intelektualna alternatywa wobec ludowego Kościoła Wyszyńskiego („średniowieczny ciemnogród” Erazma) i prymitywnego materializmu oraz ateizmu komunistów („protestanckie chamstwo i brutalność”). Oczywiście to chrześcijaństwo, tak jak u Erazma, składało się z kilku prostych praw (trochę na własny wybór) i nie pchało się ze swoją moralnością w prywatne życie miłośnika nauczania Tischnera. Krakowski filozof w sutannie był więc prorokiem i patriarchą „kościoła otwartego”, którego medialnym ramieniem są TP, Znak, Więź.  

Umieszczony w latach 90tych w GW wywiad: „Kleryk Tischner” – otworzył mi oczy na wewnętrzny świat mojego byłego profesora. Otóż ciekawe było nie to, co w tym wywiadzie było, tylko czego nie było. A nie było tam nic o duchowości, osobistej relacji z Bogiem czy o powołaniu. Ten wywiad pokazywał młodego człowieka, który szukając możliwości realizacji swoich intelektualnych pasji doszedł do przekonania, że najlepszym dla tego miejscem w stalinowskiej Polsce będzie … krakowskie seminarium. 

Minęło wiele lat i na ks. Józefa Bóg dopuścił raka krtani. Gazda-filozof zaniemówił, ale to pewnie skłoniło go do innego spojrzenia na swoje życie. Na sam jego koniec sprawił „kościołowi otwartemu” niespodziewany „podarek”. „Drogi i bezdroża miłosierdzia” – pisana w ostatnich latach życia książka, w której rozważa on istotę Bożego miłosierdzia, zwłaszcza w kontekście ludzkiego cierpienia rozmyślając nad przesłaniem zawartym w „Dzienniczku” św. Faustyny – według „autorytetów moralnych” jednym z największych przykładów polskiej dewocji i ciemnogrodu. Tę książkę, która była tak odmienna od wszystkiego co Tischner mówił do tej pory, jak można było tak „katolickie elity” zignorowały.

Od Erazma do Tischnera

Jaka była spuścizna Erazma? W XVI wieku czasami wręcz wszystkich humanistów nazywano „erazmianami”. Później ludzie podzielający jego poglądy tworzyli „trzecią siłę” między katolikami i protestantami, starającą się „zamazać” różnice teologiczne rozdzielające Europę XVI i XVII wieku, aby w ten sposób doprowadzić do trwałego pokoju. Z tej grupy powoli wyłaniała się masoneria, która miała początkowo niemałe wpływy wśród wyższego duchowieństwa. Oświecenie jak i późniejszy racjonalizm widziało Erazma jako swojego prekursora. Jego idee można znaleźć także u takich  ludzi jak francuski  ksiądz Lamennais, żyjący w XIX wieku – najpierw konserwatysta-papista, a potem katolicki radykał i głosiciel „uniwersalnego rozumu” potępiony przez Kościół. Nie jedno ziarno erazmianizmu odnajdziemy w ruchu modernistycznym na przełomie XIX i XX wieku, który tak gwałtownie zwalczali papieże tej epoki. W końcu „postępowe” nurty w Kościele, które nabrały wiatr w żagle po Vaticanum Secundum, są jawną kontynuacją idei Erazma. 

I tak dochodzimy do „kościoła otwartego” w Polsce. Zwróćmy uwagę, że Erazm także dzisiaj jest jedną z ulubionych postaci k.o. i szerzej tych, którzy nawet nie uczestnicząc faktycznie w życiu Kościoła są jego liberalnym skrzydłem. Jeszcze przed wojną Jerzy Turowicz opublikował manifest „kościoła otwartego”: „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Ten artykuł wynosi pod niebiosa pewien idealny obraz Kościoła wynoszony w sercach katolickich intelektualistów. Obraz oczywiście stworzony we Francji, choć należy zauważyć, że sam Maritain był człowiekiem rozsądnym i obserwując wprowadzanie zmian po Vaticanum Secundum stał się ich krytykiem. Uważał, że wielu chrześcijan odczytuje dokumenty soborowe z gruntu fałszywie.

Przed wojną niezbyt duża grupa katolickich intelektualistów tworzyła Stowarzyszenie „Odrodzenie” – należał do niej Stanisław Stomma, Stefan Swieżawski, oczywiście sam Turowicz i … Stefan Wyszyński – wtenczas młody, dobrze wykształcony kapłan, żywo zainteresowany sprawami społecznymi, za co ściągał na siebie czasami gromy ze strony duchowieństwa. Nie tylko zbieg przypadków spowodował, że właśnie ludzie wywodzący się z tej grupy postępowej, katolickiej inteligencji stali się intelektualną awangardą Kościoła polskiego w czasach komunizmu. Jeśli już komuniści byli zmuszeni dać jakąkolwiek prasę lub wydawnictwa Kościołowi to zdecydowanie optowali, żeby kierowali nimi ci, którzy mają poglądy bardziej postępowo-lewicowe, niż ci o inklinacji konserwatywnej lub narodowej. I tak poprzez TP, Znak czy Więź (a także W drodze) Kościół w Polsce (w tym np. KIKi) był pod wielkim wpływem współczesnych „erazmian”, a większość wykształconych katolików tak czy inaczej, nieświadomie była nawodniana ideami wielkiego holenderskiego myśliciela. SB miało dobrą orientację w ideowych nurtach polskiego katolicyzmu i zawsze wykorzystywała wewnętrzne spory Kościoła do swojej gry na jego osłabienie. Jak mogli wbijali klin między Wyszyńskiego a katolicką inteligencję. Komuniści głupi nie byli, jeśli już musieli dopuścić do istnienia jakieś wolne czasopismo katolickie, to woleli takie, które choć w części odpowiadało by ich interesom, niż takie, które by bezwzględnie stało za Wyszyńskim.

Po Soborze Watykańskim II komuna próbowała bardziej subtelnie rozbijać Kościół. Wykorzystywano do tego środowisko TP, które toczyło wojnę podjazdową z  Wyszyńskim (choć ten ostatni miał do TP dużą słabość ze względu na przedwojenne przyjaźnie). Prymas obawiał się wprowadzenia gwałtownych zmian po Soborze, między innymi ponieważ bacznie obserwował zamieszanie, które powstało w tym czasie w Kościele na Zachodzie i uważał, że dla przetrwania Kościoła w Polsce najważniejszy jest opór wobec władzy komunistycznej, a nie gorączkowe reformy.  „Kościół otwarty” był zaś ślepo zapatrzony w „reformy w duchu soborowym”, które były jednym z czynników kryzysu Kościoła w Europie, czy w USA. Choć nieoficjalnie, to jednak środowisko Tygodnika Powszechnego wyśmiewało np. maryjność Wyszyńskiego. „Kościół otwarty” zawsze starał się wyselekcjonować jakiś swoich „otwartych” biskupów i księży. Za ich zgodą lub bez ich zgody. W ten sposób np. promowano „naszego, postępowego Wojtyłę” przeciw zacofanemu Wyszyńskiemu. Zresztą zupełnie przeciw intencji Wojtyły, czemu on sam dawał wyraz nie jeden raz, jak choćby słowami z pierwszej audiencji dla Polaków 23 października 1978, które już są częścią naszej historii: „Czcigodny i umiłowany Księże Prymasie! Nie byłoby na stolicy Piotrowej tego papieża Polaka, gdyby nie było Twojej wiary, niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei”. Ta linia przeciwstawiania Wyszyńskiego Wojtyle była zupełnie po „linii partii”, bo to samo starali się robić komuniści. Teraz, kiedy wiemy jak bardzo TP był spenetrowany przez esbecję zbytnio to nie może dziwić. Wyszyński też pewnie to rozumiał i na ten kompromis się godził, według zasady lepszy rydz niż nic.

Tę wojnę podjazdową najlepiej opisywał mistrz felietonu i najbardziej znany dziennikarz TP, czyli Kisiel, który rozstał się z tym czasopismem po upadku komunizmu. Stefan Kisielewski,  który nazwał Turowicza „lisio chytrym”, wspominał z nieukrywanym oburzeniem w swych „Dziennikach” pod datą 12 stycznia 1969 r.: „Bardzo mnie zmierził 'Tygodnik’, a raczej jego wodzowie: Jerzy [Turowicz], ksiądz Andrzej [Bardecki ] i Żychiewicz, czyli ojciec Malachiasz. Mają w głowie tylko… walkę z prymasem o reformę Kościoła, przy czym są tak rozżarci, że mówią o prymasie dosłownie ostatnimi słowami (…). Ci idioci uważają się niemal za książąt Kościoła (…)”.

Pod datą 19 stycznia 1971 roku Kisiel zapisał o Turowiczu m.in.: „Kościół katolicki walczący z komunistycznym państwem o wolność duchową – to rozumie prymas, tego nie znosi krakowski oportunista Turowicz, który chciałby tylko jeździć na zjazdy 'postępowych katolików’ za granicą i pleść truizmy o 'opinii w Kościele’ (…) Jerzy będzie z przekonaniem ględził szlachetne slogany, po czym będzie głosował za każdą bzdurą i świństwem” (Turowicz był „mianowanym katolickim” członkiem komunistycznego Sejmu).

Po upadku komuny jej metodologię rozbijania Kościoła kontynuowała GW i inne związane z nią media. Nieustanne selekcjonowanie i promowanie „postępowych” księży przeciw „ciemnogrodzkiej” większości duchowieństwa i episkopatu. Przy wykorzystywaniu w mniejszym lub większym stopniu ich naiwności lub „parcia na szkło”. Przy pomocy mamienia ich ‘legitymacją członka salonu’ lub możliwością wydrukowania swojego nazwiska w GW. Jeśli  wziąć pod uwagę liczbę duchowieństwa w Polsce, to lista „postępowych kapłanów” jest jednak zadziwiająco krótka: kilkanaście nazwisk za 35 lat, to niezbyt duży sukces. Z biegiem lat widać, że intelektualne loty tych wybrańców ‘salonu’ są coraz niższe.

Czym jest „kościół otwarty”?

„Katolicki inteligent” patrzy z góry na to wszystko co się dzieje w zwyczajnej polskiej parafii: różaniec, nabożeństwa, Serce Jezusa, Maryja – to nie dla niego, lecz dla parafialnego plebsu. I dzięki Bogu! Właśnie dlatego Kościół otwarty pozostanie zabawą elit, w negatywnym znaczeniu tego słowa. Członkowie „kościoła otwartego” mają głębokie przekonanie o swojej wyjątkowej inteligencji i szczególnym wykształceniu. Nic tak ich nie cieszy jak rozpamiętywanie, że są mądrzejsi i lepiej zorientowani od ogółu ciemnego ludu katolickiego. Przy bliższym przyjrzeniu się można jednak stwierdzić, że ich szerokie horyzonty zawężone są często do czytania TP i GW, poza które boją się nosa wychylić. Tak więc wydzielają się oni z katolickiego tłumu, zarazem mają wielkie pragnienie ten pogardzany tłum przerobić według swojego projektu. Ale czy to możliwe? Jak przerobić na zwolenników „kościoła otwartego” pielgrzymów z Lichenia lub słuchaczy Radia Maryja? Nie da się i dlatego nasi „katoliccy intelektualiści” są w stanie nieustannej depresji i wyobcowania. Czują się w Kościele niewygodnie i odczuwają za niego pewien wstyd, a zarazem nie mają odwagi, żeby z tym Kościołem zerwać.

„Kościół otwarty” uwielbia dialog i tolerancję. Oczywiście dialog z samym sobą, a tolerancję i otwartość na sobie podobnych. Za tymi pięknymi słowami kryje się dogmatyzm, niechęć do wszystkiego co niezgodne z moimi poglądami i niekompetencja. Przypomnijmy sobie na przykład spór wokół klasztoru karmelitek w Oświęcimiu. W rozmowach z żydami Kościół Katolicki z tajemniczych powodów reprezentowali: mój współbrat O. Stanisław Musiał i oczywiście … red. Turowicz. Reprezentowali bardzo zażarcie interesy strony … żydowskiej. Swoją niekompetencją, zapalczywością oraz lizusostwem doprowadzili do wielkiego skandalu i awantury. Zaś ks. prof. Waldemar Chrostowski, z którym niejeden raz miałem okazję współpracować, realny specjalista w sprawach judaizmu, ośmielając się wypowiadać w tej kwestii oczywiste prawdy został oblany przez GW i TP pomyjami „antysemityzmu”.  

Ponieważ Pan Bóg dla „kościoła otwartego” nie odgrywa takiej ważnej roli, więc na Jego miejsce potrzebny jest jakiś bożek. Kościół otwarty ma małe zainteresowanie moralnością, duchowością, życiem religijnym, więc musi się w czymś wyżywać i wyżywa się polityce. Walka z ciemnogrodem, zacofaniem, nietolerancją, ksenofobią, rasizmem, antysemityzmem, walka o postęp, o przemiany, równość, inkluzywność itp. Kościół otwarty ma potężne ukąszenie heglowskie, więc dialektyka tezy i antytezy jest w nim bardzo silna i bez walki żyć nie może. Zawsze musi być wróg. Na Zachodzie kościół otwarty przeszedł często na pozycje marksistowskie i do dzisiaj im się ten marksizm czkawką odbija. We Francji k.o. tak zaorał Kościół, że niewiele tam z niego zostało, a teraz kiedy odradza się z popiołów wymierający weterani k.o. sinieją ze złości, kiedy widzą, że młode pokolenie francuskich katolików chodzi do spowiedzi i przyjmuje komunię na kolanach. To po żeśmy k… o postęp walczyli?! Czyste Tango Mrożka.

„Kościół otwarty” jest nudny i jeśli ktoś tam coś napisze, to ja z góry wiem co będzie od początku do końca artykułu: zawsze w głównym nurcie postępowego mainstreamowego ględzenia. Mamy teraz walkę z rasizmem i ksenofobią (uchodźcy), a mieliśmy z antysemityzmem. W rezultacie walki z antysemityzmem w Polsce przez dwie kadencję pierwszą damą była Żydówka, a żoną ministra spraw zagranicznych jest żydówka. Pytanie jest takie: czy takie tolerancyjne nastawienie Polaków jest wynikiem walki k.o. z antysemityzmem, czy na odwrót mimo wmawiania Polakom, że są antysemitami, oni sami nie dali się zwariować i sprowokować na zachowania antysemickie? Następną walką, którą według mnie podejmie k.o. w Polsce będzie obrona, czy też trafniej powiedzieć, promocja LGBT. Taka jest logika dziejów Hegla i od niej k.o. nie ucieknie.  

Trzeba pamiętać, że wyznawcy katolewicy to bardzo szerokie spektrum ludzi. Zaczynając od zupełnie normalnych katolików z przyzwyczajenia i od młodości czytających TP, aż po takich, który ostatni raz byli w kościele z racji pogrzebu jakieś 15 lat temu lub po prostu nie są nawet ochrzczeni. Kościół otwarty to cała paleta ludzi od zupełnie pobożnych, ale niezbyt zorientowanych lub ulegających modom i przesądom, poprzez katolików sprotestantyzowanych, aż po deistów, agnostyków i nawet ateistów. Wielu z nich to dobrzy, ideowi ludzie, może zagubieni, ale szczerze wierzący w swoje idee, tak więc nie chodzi o to, żeby ich piętnować, tylko o to, żeby na Kościół mieli możliwie niewielki wpływ, najlepiej proporcjonalny do ich ilości, bo inaczej to nam z tego „otwartego kościoła” wszyscy wyjdą.

Poznacie ich po owocach – to genialny sposób rozpoznawania, czy dany nurt w Kościele jest od Boga, czy też na odwrót? Jeśli weźmiemy pod lupę „kościół otwarty” to zobaczymy, że czym go więcej, tym Kościoła mniej. Klinicznym przykładem są kraje niemieckojęzyczne lub Holandia. To tam „kościół otwarty” zajął uprzywilejowaną pozycję, tak że niedługo Kościoła tam w ogóle nie będzie, pomijając niewielkie grupy tradycjonalistów zwalczanych przez kler, episkopat i zawodowych aktywistów kościelnych. Mój znajomy, który jeździ często służbowo na międzynarodowe spotkania różnych katolickich organizacji międzynarodowych, mówi mi, że gorszych wrogów Kościoła jak pracownicy niemieckich organizacji kościelnych nie znajdziesz. Bez końca atakują kler, Watykan, nauczanie Kościoła w dziedzinie moralności i wszystko inne – a biskupi Niemieccy im za to płacą słone pensje. O projekcie „kościoła otwartego” bardzo celnie wyraził się onegdaj Kiko Argüello, założyciel neokatechumenatu: „Szeroko otworzono drzwi Kościoła, problem w tym, że niewielu weszło, a wielu wyszło.

Nowa „trzecia siła”  

Jak się ma obecnie k.o.? Otóż średnio. Wymarło pokolenie „autorytetów moralnych” na których trzymał się ten ruch, a nowych nie widać. K.o. był napędzany przez komunę, tak samo jak kościół bogoojczyźniany, więc teraz kiedy jej zabrakło słabuje. Oczywiście komunę zastąpiono Radiem Maryja, antysemityzmem, ciemnogrodem, PiSem itd., ale to już nie to samo. Młode pokolenie katolickich intelektualistów skłania się bardziej ku prawicy, tradycji czy konserwatyzmowi (np. środowisko Frondy) niż ku lewicy lub „kościelnej reformie”. Inni idą do nowej „trzeciej siły” (o tym poniżej) niż do suchych duchowo sofizmatów Erazma Tischnera. Sam „kościół otwarty” zaangażował się jednoznacznie politycznie po stronie liberalnej lewicy: UD, UW, PO  – co od razu ogranicza jego zakres oddziaływania na ludzi młodych. Pozycja k.o. w Kościele mocno się zachwiała w związku z problemami z ortodoksją i nie-jasnym nie-opowiedzeniem się za linią nauczania Kościoła (zupełnie w stylu Erazma). Takim było np. opowiedzenie się Hennelowej za aborcją, przemilczaniem ataków na JPII przez salon lewicy laickiej (GW i spółka), co zaowocowało listem JPII do Turowicza z 1995 r. – zacytujmy najważniejszy fragment:

Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w „Tygodniku Powszechnym”. W tym trudnym momencie Kościół w „Tygodniku” nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; „nie czuł się dość miłowany” – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los „Tygodnika Powszechnego” i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu.”

Zauważmy, że ten list jest szczególnie znaczący, ponieważ został napisany na 50lecie TP. Niestety mimo przestrogi Wojtyły drogi TP (oraz k.o.) i Kościoła zaczęły się coraz bardziej rozchodzić. Dzisiaj TP to już czasopismo prawie całkowicie świeckie, stojące w dystansie do KK, szczególnie tego realnie żyjącego w Polsce.

Od kilku lat w k.o. następuje jednak pewna przemiana, której uosobieniem jest kard. Ryś. I znowu trzeba sięgnąć do historii. Od końca lat 60tych w Kościele w Polsce pojawia się nowa „trzecia siła”. Najpierw Oaza, Neokatechumenat, charyzmatycy, a później dziesiątki, setki różnych ruchów i wspólnot świeckich. Ich wspólna cecha to dążenie do obudzenia w chrześcijanach osobistych relacji z Jezusem budowanych na kerygmacie, czyli tajemnicy Jego męki i zmartwychwstania. Nieliczne z początku grupy, które konserwatywny i znający kryzys Kościoła na zachodzie Wyszyński błogosławił z wielką ostrożnością.

A co zrobił red. Turowicz i jego ekipa? Otóż nic. Przez całe dziesięciolecia cały ten ruch odnowy Kościoła i ewangelizacji był konsekwentnie przemilczany przez k.o.. Te wspólnoty stały się realną siłą Kościoła, ale zupełnie to nie cieszyło proroków „kościoła otwartego”? Dlaczego? Przecież to była ta odnowa soborowa, o którą tak zażarcie walczyli z Wyszyńskim! Tak, była to odnowa, ale nie taka, którą sobie wymarzył Turowicz pisząc artykuł „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Nie była to wysublimowana odnowa Kościoła w stylu Erazma, tylko odnowa w Duchu, który jak wiadomo wieje tam gdzie chce, a nie tam gdzie chce redaktor naczelny, nawet naczelny TP. Myślę, że całe środowisko k.o. tej nowej siły w Kościele i samej ewangelizacji po prostu nie rozumiało, a w najlepszym wypadku przyjmowało jako nowy przejaw katolickiej pobożności opartej na uczuciowości. Zresztą w Kościele na Zachodzie, te nowe ruchy powstawały w kontrze do lewicy, także kościelnej – tak np. było z neokatechumenatem. Jeśli nie rozumiesz, to najlepiej ignoruj. I to k.o. i jego organy prasowe robił konsekwentnie przez całe dziesięciolecia z rzadka podśmiewając się z antyintelektualizmu i prostactwa „trzeciej siły”. „Trzecia siła” rozumiała chrześcijaństwo jako przemianę całego człowieka, a nie tylko jako jakiś projekt intelektualny, a to dla k.o. było zupełnie obce. Jeszcze w 2017, kiedy odbyło się spotkanie „Jezus na Stadionie”, które zgromadziło 60 tyś. ludzi (ciekawe ilu czytelników miał wtedy TP?), to ks. Boniecki, jeden z tych starzejących się narcystycznych celebrytów w sutannach, pozwolił sobie prymitywnie wykpić całą imprezę, wyśmiewając się z tych ludzi, że …  szukali oni u Jezusa uzdrowienia, a ks. ks. Johna Bashoborę przedstawił jako czarnego szamana. I rzeczywiście to straszne: ci ludzie chcieli, aby Jezus ich uzdrowił! – pewnie się biedacy naczytali Ewangelii, gdzie Jezus wszystkich dotyka, marze śliną i uzdrawia. Byłoby o wiele lepiej, aby poszli na spotkanie z ks. Bonieckim ględzącym o dialogu z judaizmem i tolerancji.

Gdzieś od lat 10 obserwuję większe zainteresowanie dinozaurów k.o. „trzecią siłą”. K.o. zaczął doceniać jej znaczenie i wpływy w Kościele. Dłużej już nie można było udawać ślepego, więc zaczęło się przymilanie, próba przyjaźni i transferowania idei k.o. (oczywiście wiecznie żywe: tolerancja, dialog, walka z siłami ciemnogrodu itp.) do członków różnych ruchów i wspólnot kościelnych. Uosobieniem tego procesu jest kardynał Ryś, czołowy duszpasterz „kościoła otwartego” i propagator „franciszkanizmu”, a zarazem człowiek bardzo zaangażowany w ruchy katolików świeckich i ewangelizację. Co będzie dalej? Czy k.o. przejdzie do historii i spocznie w mogile, czy też będzie zatruwał „trzecią siłę” jadem erazmianizmum, przed którym przestrzegał święty założyciel mojego zakonu, i tym samym osłabiał Kościół w jego ewangelizacyjnej misji?

Brat Damian Wojciechowski TJ

Doskonała propozycja: Dekalog Narodowego Przetrwania. [uzup.]

dekalog-narodowego-przetrwania

To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem, najważniejsze są kwestie cywilizacyjne, bo to one stanowią fundament odniesienia przy analizowaniu kwestii szczegółowych. Kwestie cywilizacyjne mają charakter całościowy, fundamentalny i dlatego podoba mi się inicjatywa Dekalogu Narodowego Przetrwania zainicjowana przez dziennikarza Jacka Karnowskiego i socjologa Marka Grabowskiego.

To jest właśnie to. Nareszcie ktoś wystąpił z kompleksowym programem cywilizacyjnym. A program załatwia znacznie więcej niż tylko kwestię demograficzną.

Ale zacząć trzeba od smartfonów i mediów „społecznościowych”, bo to temat gorący.

Jednym z najpoważniejszych problemów Polski jest problem demograficzny. Wielu ludziom wydaje się, że jest to problem nie do rozwiązania.

Zastanówmy się więc, czy istnieją  r e a l n e  szanse na jego rozwiązanie. 

Jeżeli chodzi o rozumienie  r e a l n o ś c i,  to ja bym proponował sięgnięcie do historii.

Weźmy Bitwę o Anglię z r. 1940. Czy istniała realna szansa by Anglicy mogli ją wygrać, w obliczu niemieckiej przewagi liczbowej i technologicznej ? Czy realne było mniemanie, że udział polskich pilotów zmieni układ sił w tej bitwie ?

Powszechne przekonanie, nie wyrażane głośno, było że to nierealne. Anglicy i Niemcy lekceważyli udział polskich lotników, dopóki do gry nie wszedł dywizjon 303 ze swoją strategią, która odwróciła bieg wydarzeń na korzyść aliantów.

Dywizjon 303 stworzył  p i ę ś ć,  która zdemolowała niemiecką taktykę i przekonanie Luftwaffe o niezwyciężoności i skłoniła Anglików do modyfikacji własnej strategii. Niemcy musieli odłożyć zamiar inwazji na Wyspy z powodu braku przewagi w powietrzu. A przewaga ta była niezbędna jak udowodniła porażka aliantów przy próbie desantu w Dieppe w 1942 r. .

I taka pięść jest nam potrzebna teraz – stworzenie złożonej strategii, która wywoła zmiany. Głównym składnikiem takiej pięści nie może być czynnik finansowy, lecz zbiór propozycji i zabiegów kulturowych, które zmienią postrzeganie problemu i ludzkie postawy. Nie cała  p i ę ś ć  musi być od razy zrealizowana. Realizacja tylko paru kluczowych projektów wygeneruje dynamiczny proces, który potoczy się dalej sam. 

Taką strategię proponują Karnowski i Grabowski w postaci Dekalogu Narodowego Przetrwania.

Ja zatrzymam się nad jednym z aspektów, który może bulwersować liberałów: jak zatrzymać laicyzację ?

Laicyzacja nie ma perspektyw, z czego należy sobie zdać sprawę w pierwszym rzędzie , a to z racji chrześcijańskich fundamentów cywilizacji Zachodu. Ludzie to czują i program ma już wyraźne zalążki – jeden to wydarzenia nie tylko religijne lecz i kulturowe, jakimi stały się Orszaki Trzech Króli (tu państwo widzą, jaki problem językowy mamy – bo przecież podstawą kultury jest religia). Dodajmy do tego falę powstawania zespołów śpiewających pieśni religijne, w tym szczególnie kolędy, takich jak np. rewelacyjna Mała Armia Janosika, która wpisuje się w długotrwały trend zapoczątkowany jeszcze przez Arkę Noego. W każdej parafii pojawiły się śpiewające zespoły dziecięce i młodzieżowe i chóry dorosłych. Tym samym pojawiła się gotowa infrastruktura, na bazie której można zorganizować Festiwale Polskich Kolęd. Należałoby też pomyśleć o dorocznych konkursach poetyckich na nowe pastorałki. Są przecież poeci, którzy piszą rewelacyjne wiersze nie tylko dla dzieci. 

Skoro mowa o muzyce, to pójdźmy o krok dalej. Dodajmy do tego niewykorzystany potencjał jaki tworzy narodowy taniec polski – polonez. Niech każdą większą uroczystość państwową, jak 3 Maja, 15 sierpnia i 11 Listopada otwiera polonez odtańczony ( ale odtańczony z werwą) przez Prezydenta z Pierwszą Damą, z udziałem całej elity politycznej. Nie trudno przewidzieć, że takie wydarzenie stanie się bodźcem do naśladowania w skali kraju.Nastąpi lawinowa reakcja. Warto przypomnieć Polakom, że w trakcie rządów Kadara, po upadku Powstania 1956 r. Węgrzy starali się zachować kulturę narodową tworząc oddolnie Domy Tańca. I dlatego tam teraz rządzi Fidesz.

Jak państwo widzą, nawet w tak ograniczonym punkcie można wygenerować pięść, która zburzy stary system.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na kolejny postulat, który może natrafić na opór – ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych – tu mogą protestować dzieci i młodzież. Ale nie ma od niego odwołania. Zakaz używania smartfonów przed 16 r. życia. Do komunikacji z rodziną tylko proste komórki z ograniczonymi funkcjami.Wprowadził bym radykalną propagandę antyyoutuberską. Koniec z lansowaniem influencerów, youtuberów i tej całej patologii.

Wszystkie postulaty prorodzinne są jak najbardziej uzasadnione, bo rzeczywistość zmierza w tym właśnie kierunku, co widać w USA, gdzie coraz większym powodzeniem cieszą się rodziny wielopokoleniowe. Ale postulat likwidacji propagandy antyrodzinnej wymagałby wyeliminowania badziewnej prasy dla kobiet, która oprócz idiotyzmów lifestylowych przyczynia się do hiper-seksualizacji.

Jak elegancko wprowadzić szkolenie wojskowe a jednocześnie promować wychowanie patriotyczne? Recepta jest prosta: dzieci w przedszkolu zapoznajemy z barwnie przedstawioną historią misia Wojtka i Baśki Murmańskiej – w rozmaitych formach – zabawkach, pluszowych misiach, lekturach, komiksach, filmach. I natychmiast idziemy za ciosem i przechodzimy do legendy dywizjonu 303, ale tu musimy interweniować, bo w youtubie pojawiają się w tym temacie fatalne filmy wołające o pomstę do nieba jeśli chodzi o język, nadmierne epatowanie patosem i emocjami, tworzenie fikcyjnych wątków  oraz przekręcanie faktów.

Legenda dywizjonu 303 daje okazję zintegrowanej nauki – można wykorzystać ją w zajęciach z wojskowości, na lekcjach historii ucząc o faktach i patriotyzmie, na lekcjach geografii, a na lekcjach polskiego można poprawiać błędy w scenariuszach rozpowszechnianych w filmach na youtube i wskazywać na ryzyko związane z bezkrytycznym korzystaniem z internetu.

I w ten sposób, dla każdego punktu Dekalogu można opracować zestaw propozycji. A następnie można podjąć debatę i wygenerować najbardziej realistyczne i skuteczne propozycje, zamiast emocjonować się twittami Tuska na X.

======================================

mail:

Szanowny Panie Profesorze

W artykule: dekalog-narodowego-przetrwania

„To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem,….”

         Panie Profesorze, z jakiegoś powodu w Gietrzwałdzie przez dziesiątki lat nie mogli zamieszkać Polacy (potrzebne były rekomendacje KC PZPR). Nadal w centrum może być przemysł , NIE dla budownictwa mieszkalnego. Nasi wrogowie boją się do tej pory historii z lat 1877 i następnych,  po objawieniach Gietrzwałdzkich, w sercu polskiej Warmii. Ludzie wtedy zaczęli odmawiać różaniec, chłopy  sporządniały i przestały pić alkohol, rodziny żyły w zgodzie z przykazaniami, a kobiety rodziły po 10-15 dzieci i w ciągu krótkiego stosunkowo okresu ludność polska na terenach zaborów podwoiła się lub nawet potroiła, nie mówiąc o innych wielkich pozytywach. Szkoda, że autorzy dekalog-narodowego-przetrwania nie biorą tego rodzaju zdarzeń za przykład odrodzenia narodu Nie będzie dobry, nie kompletny poradnik…ale może od czegoś musieli zacząć. 

Oczywiście mogę się mylić, ale bardzo Pana proszę o zainteresowanie autorów tym szczegółem narodowego przetrwania, jeżeli to jest możliwe.

[—]

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami

Stefan Grabski z Gdańska 

(Ogólnopolski Komitet Obrony Gietrzwałdu)

Wieś: Młode pokolenie nie chce bydła – co dalej z gospodarstwami rodzinnymi?

Młode pokolenie nie chce bydła

co dalej z gospodarstwami rodzinnymi?

Łukasz Chmielewski 7-01-2026,Kontynuacja hodowli bydła przez młode pokolenie staje się coraz trudniejszym wyborem

Kontynuacja hodowli bydła przez młode pokolenie staje się coraz trudniejszym wyborem

Łukasz Chmielewski / PTWP

Jeszcze kilkanaście lat temu pytanie o następcę w gospodarstwie było formalnością. Dziś coraz częściej staje się tematem trudnej rozmowy, odkładanej „na później”.

Ogólnopolskie Badanie Farmera. Weź udział i wygraj prenumeratę

Hodowla bydła – zarówno mlecznego, jak i mięsnego – wymaga obecności 365 dni w roku, dużych nakładów kapitałowych i odporności na zmienność rynku. Dla młodego pokolenia, wychowanego w świecie mobilności, elastycznej pracy i szybkiego przepływu informacji, taki model życia przestaje być atrakcyjny.

Kontynuacja hodowli coraz trudniejszym wyborem

Dla wielu młodych ludzi bydło to dziś często synonim pracy bez wytchnienia. Codzienny rytm wyznaczany przez poranne i wieczorne obrządki, brak urlopu, dyżur 365 dni w roku. W świecie, w którym elastyczność, work-life balance i przewidywalność dochodów stały się kluczowymi wartościami, tradycyjny model hodowli przegrywa konkurencję z pracą poza rolnictwem. Nawet jeśli gospodarstwo jest nowoczesne i dobrze wyposażone, młodzi coraz częściej pytają: czy to się naprawdę opłaca – nie tylko finansowo, ale też życiowo?

Problem pogłębia się wraz z rosnącą presją regulacyjną. Wymogi środowiskowe, dobrostanowe, administracyjne i sprawozdawcze sprawiają, że hodowla bydła staje się coraz bardziej skomplikowana. Dla doświadczonych rolników to kolejne obciążenia, dla młodych – często bariera nie do przeskoczenia. Zamiast postrzegać gospodarstwo jako przestrzeń rozwoju, widzą oni system pełen kontroli, ryzyka i niepewności.

Farmer.pl rusza z regionalnymi konferencjami, podczas których będziemy rozmawiać o przyszłości rolnictwa, a eksperci omówią, jak redukować straty, poprawiać dobrostan zwierząt i budować rentowną produkcję w realiach rosnących kosztów. Sprawdźcie, czy odwiedzimy Twój region: Farmer w regionach

W tle pozostaje także kwestia społecznego wizerunku produkcji zwierzęcej. Narracje podważające sens chowu bydła, oskarżenia o nadmierną emisję czy brak troski o środowisko nie zachęcają młodych do identyfikowania się z zawodem hodowcy. Trudno budować dumę z profesji, która coraz częściej bywa stawiana w defensywie.

Rodzinne gospodarstwa w odwrocie?

Co to oznacza dla gospodarstw rodzinnych? Przede wszystkim realne ryzyko przyspieszonej koncentracji produkcji. Tam, gdzie brakuje następców, bydło znika. Ziemia jest dzierżawiona lub sprzedawana, a produkcja zwierzęca trafia do większych, często bardziej kapitałowych podmiotów. To zmienia strukturę wsi, relacje społeczne i lokalną gospodarkę. Gospodarstwo rodzinne – fundament polskiego rolnictwa – przestaje być oczywistą formą organizacji produkcji.

Czy ten proces da się odwrócić? Nie poprzez sentyment czy odwoływanie się do tradycji. Młode pokolenie potrzebuje realnych argumentów: stabilności dochodów, uproszczenia przepisów, wsparcia inwestycyjnego i jasnego sygnału, że produkcja bydła ma przyszłość w europejskim rolnictwie. Coraz większą rolę mogą odegrać nowe technologie – automatyzacja, cyfryzacja, precyzyjne zarządzanie stadem – które ograniczają nakład pracy i poprawiają komfort życia.

Kluczowa jest też zmiana narracji. Hodowca bydła nie może być postrzegany wyłącznie jako „beneficjent dopłat” czy „emitent”. To producent żywności, zarządca ekosystemu i przedsiębiorca funkcjonujący w coraz trudniejszych warunkach. Jeśli młodzi mają chcieć przejmować gospodarstwa, muszą widzieć w nich nie tylko obowiązek wobec rodziny, ale także sensowną, nowoczesną ścieżkę zawodową.

Bez młodego pokolenia bydła nie będzie. A bez bydła trudno mówić o trwałości wielu gospodarstw rodzinnych. To nie jest problem przyszłości – to wyzwanie, które już dziś zaczyna decydować o kształcie polskiego rolnictwa na kolejne dekady.

Raport AI stwierdził, że policjant zamienił się w żabę

Raport AI stwierdził, że policjant zamienił się w żabę

Date: 6 gennaio 2026 Author: Uczta Baltazara

babylonianempire/raport-ai-stwierdzil-ze-policjant-zamienil-sie-w-zabe

Coś do uśmiania się, ale nie całkiem….

Organy ścigania szybko wdrożyły sztuczną inteligencję do wszystkiego, od raportowania policyjnego po rozpoznawanie twarzy. Wyniki tego są, jak można było przewidzieć, dziwaczne. W jednym szczególnie rażącym – i niezamierzenie komicznym – przypadku, departament policji w Heber City, w amerykańskim stanie Utah, został zmuszony do wyjaśnienia, dlaczego oprogramowanie do raportowania policyjnego twierdziło, że funkcjonariusz jakimś sposobem zamienił się w żabę.

Jak donosi Fox 13, wydaje się, że wadliwe oprogramowanie zaczerpnęło inspirację z pewnych błahych wątków w tle, aby stworzyć ów fantastyczny, bajkowy finał.

fox13now/summit-county/how-utah-police-departments-are-using-ai-to-keep-streets-safer

…………………………………………….

Robi się więc, jak w Afryce!  🙂

Zambia, rok 2015: Policja zintensyfikowała dochodzenie w sprawie, w której podejrzany o kradzież zamienił się w węża.

W niedzielę, wg. Times of Zambia, mężczyzna w dziwaczny sposób zamienił się w węża po tym, jak został przyłapany na próbie kradzieży z chlewni na farmie w dystrykcie Kafue, co zszokowało jego mieszkańców.

Według doniesień gazety, bohaterski dozorca „rzucił się na mężczyznę po tym, jak go zobaczył wraz z jego wspólnikiem grasujących po chlewie, ale ku jego zaskoczeniu, domniemany złodziej zamienił się w pytona, podczas gdy wspólnik uciekł”.

allafrica.com/stories

Times-of-zambia/thief-turns-into-snake-by-perpetual-sichikwenkwe-a-man-has-bizarrely-turned

………..

I chcą przy pomocy owego koooooorevstva robić wojny, zarządzać infrastrukturami, leczyć ludzi…  😦

Fikcyjna debata na kanale zero

Fikcyjna debata na kanale zero

Autor: CzarnaLimuzyna, 7 stycznia 2026

Fikcyjne debaty w mediach trzeciej eRP stanowią żelazny repertuar szkoły gadziego języka.

W ten nurt, od pewnego czasu, wkomponowała się również nowa stacja dla inteligentniejszej widowni. Jak wiemy lub nie wiemy, najbardziej szkodliwym głupcem jest głupiec inteligentny, wykształcony i “dobrze poinformowany”. Zadanie niełatwe, ale jak się powiedzie kanał zero otrzyma koncesję.

Departament Sprawiedliwości USA przyznaje, że „Cartel De Los Soles” Maduro tak naprawdę nie istnieje

Departament Sprawiedliwości Trumpa przyznaje, że „Cartel De Los Soles” Maduro tak naprawdę nie istnieje

Zaledwie 48 hrs po tym, jak siły amerykańskie pojmały prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prokuratorzy federalni wycofali się ze swoich twierdzeń, że stał on na czele potężnego kartelu narkotykowego

Dr Ignacy Nowopolski Jan 07, 2026

Departament Sprawiedliwości twierdzi obecnie, że termin „Cartel de los Soles” nie odnosi się do rzeczywistej organizacji, a jedynie do opisu „kultury korupcji” napędzanej nielegalnym handlem narkotykami.

Ta zmiana stanowiska nie jest jedynie kwestią semantyki: zarówno Departament Skarbu, jak i Departament Stanu oficjalnie uznały tę nieistniejącą grupę za organizację terrorystyczną .

Najnowsze wydarzenia zdają się przynajmniej częściowo potwierdzać wątpliwości wyrażane przez zewnętrznych obserwatorów i uwiarygodniać zaprzeczenia rządu Wenezueli. W listopadzie minister spraw zagranicznych tego kraju oświadczył, że „absolutnie odrzuca nową i absurdalną insynuację”, w której sekretarz stanu Marco Rubio „uznał nieistniejący Cartel de los Soles za organizację terrorystyczną”.

Raport ZeroHedge : Odejście od teorii, że Cartel de los Soles jest faktyczną organizacją, było widoczne w złożeniu przez Departament Sprawiedliwości aktu oskarżenia zastępującego (zaktualizowanego). Poprzedni akt oskarżenia odnosił się do domniemanego kartelu 32 razy, wymieniając Maduro jako jego szefa.

W nowym akcie ten termin pojawia się tylko dwa razy i stwierdza, że ​​odnosi się on jedynie do „systemu patronatu” i „kultury korupcji” napędzanej pieniędzmi z narkotyków.

Na Ukrainie i w Wenezueli wyłania się nowy porządek świata

Uważali, że Rosja to nic więcej niż stacja benzynowa z bronią jądrową

Na Ukrainie i w Wenezueli wyłania się nowy porządek świata

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 7

Douglas Macgregor

Można drukować dolary, ale nie gaz ziemny, pszenicę ani pallad.


Zbliżające się zwycięstwo Rosji w wojnie z Ukrainą i zamknięcie przestrzeni powietrznej Wenezueli przez prezydenta USA Trumpa to dwa „geopolityczne trzęsienia ziemi”, które zwiastują nadejście nowego porządku świata. Taką opinię wyrażają dwaj uznani niezależni analitycy: politolog John Mearsheimer oraz były pułkownik i pisarz Douglas Macgregor.

„Wydarzenia ostatnich dni oznaczają definitywną zmianę porządku świata. Przekroczyliśmy próg, który establishment w Waszyngtonie, Londynie i Paryżu desperacko próbuje zignorować” – mówi Douglas Macgregor, były pułkownik, który przez pewien czas służył w pierwszej administracji Trumpa, ale od tamtej pory stał się krytyczny wobec prezydenta, oskarżając go o nadmierne słuchanie neokonserwatywnych jastrzębi w Waszyngtonie. Macgregor, który był dowódcą w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w latach 1990-91, jest regularnie przyjmowany w różnych kanałach wideo, w tym przez norweskiego politologa Glenna Diesena i amerykańskiego sędziego Andrew Napolitano.

„Kiedy konflikt na Ukrainie zaostrzył się” – mówi Macgregor – „Stany Zjednoczone i ich europejscy wasale skonfiskowali rosyjskie aktywa. Odłączyli rosyjskie banki od systemu płatności SWIFT. Nałożyli tysiące sankcji na Rosję, zakładając, że rubel się załamie, a w Moskwie nastąpi zmiana reżimu. Uważali, że Rosja to nic więcej niż stacja benzynowa z bronią jądrową”. Stało się odwrotnie, zauważa Macgregor, „i właśnie tego zachodnie media odmawiają uczciwej analizy. Rosyjska gospodarka nie załamała się. Rosja się dostosowała. I tym samym udowodniła, że ​​zachodnia potęga gospodarcza opiera się na niczym. Odkryliśmy, że sankcje nie mają wpływu na kraj, który produkuje żywność, nawozy, energię i surowce, których potrzebuje świat. Można drukować dolary, ale nie gaz ziemny, pszenicę ani pallad. Stany Zjednoczone odkryły, że gospodarka oparta na usługach, aplikacjach, doradztwie i spekulacjach finansowych jest bezużyteczna w wojnie na wyniszczenie z prawdziwą potęgą przemysłową”.

Niepowodzenie systemu sankcji „przyspieszyło to, czemu Stany Zjednoczone przez dekady próbowały zapobiec” – argumentuje Macgregor: „powstanie równoległego globalnego systemu gospodarczego. Rosja, Chiny, Iran i kraje Globalnego Południa budują architekturę finansową, która omija Nowy Jork i Londyn. Stany Zjednoczone muszą obserwować, jak wyłania się nowy, wielobiegunowy świat, w którym kraje nie obawiają się już amerykańskiej agresji finansowej. Stany Zjednoczone muszą zatem uciekać się do zastraszania militarnego. Co się jednak stanie, jeśli rywal zbuduje systemy uzbrojenia, które sprawią, że to zastraszanie stanie się nieskuteczne?”

Rosja nie tylko wygrała wojnę na Ukrainie, argumentuje Macgregor. Opracowała również nową broń, „która jest zabójcza dla zachodnich aspiracji”. Jedną z nich jest Oresznik, hipersoniczny pocisk balistyczny średniego zasięgu. Kiedy Oresznik uderzył w cel w ukraińskim mieście Dniepr z prędkością 10 Machów (21 listopada 2024 r.), zniszczył nie tylko kompleks fabryczny, ale i całą strategię NATO. Prezydent Rosji wyraźnie oświadczył, że uważa ośrodki rządowe w Londynie i Paryżu za uzasadnione cele. Jest to wynik lekkomyślnej decyzji Brytyjczyków i Francuzów o dostarczeniu Ukrainie Storm Shadows i Scalp. Kiedy strzelasz zaawansowaną bronią do mocarstwa nuklearnego, mówisz, że już się go nie boisz. Zakładasz, że twoja cywilizacja blefuje, licząc na to, że wróg blefuje. Atak Oresznikiem, który może być uzbrojony w broń jądrową, pokazuje, że nie blefuje. Ta broń jest zdolna do rażenia celów z prędkością 3 km/s. Żaden zachodni system obronny nie może się z nim równać. Jest ucieleśnieniem nowego porządku wielobiegunowego, w którym USA i ich wasale nie mają już monopolu na siłę.

Tymczasem sama Ameryka również jest zagrożona przez Rosję, argumentuje Macgregor. „W Waszyngtonie ostatnio pojawiło się wiele spekulacji na temat nowej rosyjskiej broni – impulsu elektromagnetycznego (EMP). Rosjanie mogliby wystrzelić zaledwie kilka pocisków o napędzie nuklearnym z okrętu podwodnego w strategicznych miejscach, aby wytworzyć impulsy elektromagnetyczne [EMP] , które natychmiast odcięłyby dopływ prądu do całej Ameryki. To największy koszmar waszyngtońskiego establishmentu. Teraz zaczynają rozumieć, że barbarzyńcy nie muszą wspinać się po murach, aby zniszczyć Imperium. Wystarczy, że zatrują wodę pitną. Zagrożeniem dla Zachodu nie jest już nuklearna zima wywołana atakiem nuklearnym, ale atak promieniami gamma, który tworzy elektromagnetyczną falę tsunami. W jednej chwili gasną światła. Nie tylko światła. Wszystko. Cały system finansowy się załamuje. Dlatego w stolicach zachodnich panuje panika”.

Macgregor konkluduje, że „znajdujemy się w zmierzchu amerykańskiej hegemonii. Stany Zjednoczone od dawna uważały się za wyjątkowe, odporne na historyczne prawa rządzące imperiami takimi jak rzymskie, brytyjskie i osmańskie. To przekonanie wywodzi się z tzw. momentu jednobiegunowego z 1990 roku, kiedy to upadł Związek Sowiecki, a Waszyngton przekonał się, że może rozprzestrzenić swoją potęgę w każdym zakątku świata, nie napotykając żadnej konkurencji. Widzieliśmy tę arogancję w sposobie, w jaki NATO rozszerzało się, pochłaniając coraz więcej terytoriów, nie zważając na równowagę sił”.

Macgregor wskazuje na hipokryzję polityki Zachodu. „Od 1823 roku Stany Zjednoczone uważają całą półkulę zachodnią za swoją strefę wpływów. Nazywa się to doktryną Monroe’a. Waszyngton obalał rządy, wspierał zamachy stanu i paraliżował gospodarki, od Kuby po Chile, aby uniemożliwić rywalom umocnienie swojej pozycji na półkuli amerykańskiej. Jednocześnie jednak rości sobie prawo do grożenia Rosji ze wszystkich stron, aż do granicy z Rosją. Ukrainę przekształcili w wysuniętą bazę wojskową. A teraz są zszokowani reakcją Rosji”. Ten podwójny standard, argumentuje, jest nie tylko hipokrytyczny. „Jest niebezpieczny. Zakłada, że ​​Rosja nie jest supermocarstwem, że jest gotowa pogodzić się z porażką, aby zapobiec eskalacji”.

Nieuchronna porażka NATO na Ukrainie, według Macgregora, „pokazuje korupcję tkwiącą w samym sercu neoliberalnego porządku świata. To porządek zbudowany na przymusie, a nie na zgodzie. To porządek, który twierdzi, że broni suwerenności narodów, a jednocześnie narusza tę suwerenność w Serbii, Iraku, Libii, Syrii i Afganistanie. To porządek, który mówi o prawach człowieka, a jednocześnie wykorzystuje swoją potęgę finansową do podporządkowywania sobie narodów i głodzenia ludności”. Kluczowe pytanie, mówi Macgregor, brzmi, czy Stany Zjednoczone będą w stanie zaakceptować pojawienie się świata wielobiegunowego, czy też nadal będą próbować utrzymać swoją hegemonię środkami militarnymi.

Między Szkocją a Islandią grasuje Straż Przybrzeżna USA !!! Rosja wysłała okręty wojenne dla obrony dzielnych matrosów… Кто бумажный тигр? И страшно и смешно

Pościg na Atlantyku. Rosja wysyła okręty wojenne w odpowiedzi na działania USA

7.01.2026 tysol/na-atlantyku-rosja-wysyla-okrety-wojenne-w-odpowiedzi-na-dzialania-usa

Rosja wysłała okręt podwodny i jednostki wojenne, by osłaniały tankowiec ścigany przez amerykańską Straż Przybrzeżną.

Według mediów to bezprecedensowy ruch, który zwiększa ryzyko eskalacji między Waszyngtonem a Moskwą.

Atlantyk

Bezprecedensowy krok Moskwy

Jak informuje The Wall Street Journal”, Rosjanie wysłali okręt podwodny oraz inne jednostki wojenne do eskorty tankowca ściganego przez amerykańską Straż Przybrzeżną na Atlantyku. Dziennik, powołując się na źródła w administracji USA, ocenia te działania jako „bezprecedensowy krok”.

Według ustaleń gazety statek należy do tzw. floty cieni, wykorzystywanej do transportu ropy, w tym rosyjskiej, z pominięciem międzynarodowych sankcji. We wtorek jednostka miała znajdować się między Szkocją a Islandią.

Nieudany abordaż i zmiana bandery

„WSJ” podkreśla, że tankowiec nie mógł zawinąć do portów w Wenezueli, by załadować ropę, i obecnie nie przewozi żadnego ładunku. Mimo to USA nie zaprzestały pościgu.

W grudniu załoga statku udaremniła próbę amerykańskiego abordażu. Następnie jednostka wyszła w morze, przemalowała burtę w barwy rosyjskiej flagi oraz zmieniła nazwę i rejestrację na Marinera, wcześniej znaną jako Bella 1, deklarując przynależność do Federacji Rosyjskiej.

Amerykanie szykują operację

Brytyjska stacja BBC zwraca uwagę, że zbliżenie się tankowca do Europy zbiegło się z przylotem na kontynent około dziesięciu amerykańskich samolotów transportowych i śmigłowców.

Dwóch urzędników USA przekazało CBS News, że amerykańskie siły planują abordaż jednostki i że Waszyngton wolałby ją przejąć, niż zatopić.

Tego samego dnia Południowe Dowództwo Sił Zbrojnych USA oświadczyło, że „jest nadal gotowe wspierać partnerów z agencji rządowych USA w działaniach wymierzonych w statki i podmioty objęte sankcjami”.

Nasze służby morskie są czujne, sprawne i gotowe (…). Kiedy nadejdzie wezwanie, będziemy na miejscu – przekazano w komunikacie.

Prawo międzynarodowe i napięcia dyplomatyczne

Amerykańscy urzędnicy, cytowani przez CBS, sugerują, że możliwa byłaby operacja podobna do tej sprzed miesiąca, gdy piechota morska i siły specjalne USA wraz ze Strażą Przybrzeżną przejęły tankowiec The Skipper pływający pod banderą Gujany po wypłynięciu z portu w Wenezueli.

Eksperci przypominają, że zgodnie z prawem międzynarodowym statki podlegają ochronie państwa, którego banderę noszą. Jednocześnie analityk ryzyka morskiego Dimitris Ampatzidis ocenił, że zmiana nazwy i bandery może wywołać „tarcia dyplomatyczne”, ale nie powstrzyma działań egzekucyjnych USA.

Stanowisko Rosji

Rosja twierdzi, że „z niepokojem monitoruje” sytuację. W komunikacie rosyjskiego MSZ podkreślono:

Obecnie nasz statek pływa po wodach międzynarodowych północnego Atlantyku pod banderą państwową Federacji Rosyjskiej, w pełni przestrzegając norm międzynarodowego prawa morskiego.

Z niezrozumiałych dla nas przyczyn rosyjskiemu statkowi poświęcana jest wzmożona i ewidentnie nieproporcjonalna uwaga przez wojska USA i NATO, pomimo jego pokojowego statusu (…). Oczekujemy, że kraje zachodnie, które deklarują swoje zaangażowanie na rzecz wolności żeglugi na pełnym morzu, same zaczną przestrzegać tej zasady – dodano.

Niestety, Oś Zła nie istnieje

Niestety, Oś Zła nie istnieje

Marucha w dniu 2026-01-06 marucha/niestety-os-zla-nie-istnieje/

Niezależnie od dramatu Wenezueli, trudno się nie uśmiechnąć czytając, jak ideologiczni przeciwnicy Donalda Trumpa w UE i III RP chwalą jego akcję, używając języka z poprzedniego etapu, tj. dominacji liberalnej teorii stosunków międzynarodowych, podczas gdy działanie Amerykanów to przecież modelowy przykład wprowadzenia w życie realizmu geopolitycznego.

Oczywiście, podobnej liberałom frazeologii wciąż może używać również neokoński Departament Stanu USA, jednak już sam POTUS wzruszył na to ramionami, doskonale wiedząc, że odpowiedź na pytanie czemu zaatakował Wenezuelę jest taka sama jak w przypadku Władimira Putina i Ukrainy: zaatakował, bo mógł.

Zasady rządzące tym światem


Z kolei deklarujący swoje niezmienne poparcie dla USA aktywiści PiS-u wydają się chyba łudzić, że w świecie znowu jawnie podzielonym na „naszych” i „nie-naszych” sukinsynów oni będą tymi „naszymi”. Sęk w tym, że do tego musieliby zmienić co najmniej przekaz, a najlepiej całe swoje nastawienie w sprawie Ukrainy, tymczasem są przecież w tej kwestii równie anachroniczni jak rząd i UE.

Oczywiście też pomińmy nieliczne sprzeciwy wynikające z przyjęcia tyleż szlachetnej, co niewiele wnoszącej postawy niezgody na to, aby w stosunkach międzynarodowych silny mógł i znaczył więcej. Zgłaszającym takie obiekcje warto przypomnieć stary obrazek Andrzeja Mleczki z roztrzęsionym siedzącym pod stołem i komentarzem: „Pan Kazio właśnie zrozumiał zasady rządzące tym światem”.

Sprzeciw moralny to niekiedy niezła metoda propagandowa, jednak przeważnie niewiele więcej, zwłaszcza jeśli jest szczery. W tym kontekście akcja Trumpa to zresztą tylko przypomnienie o umowności i dużej mierze PR-owym znaczeniu tak zwanego prawa międzynarodowego, a także dowód na to jak śmieszny i z założenia pełen hipokryzji jest zapis osławionego art. 117 §3 kodeksu karnego, penalizujący „publiczną pochwałę wszczęcia wojny napastniczej”. No, chyba że niemal cała klasa polityczna III RP zamierza teraz dobrowolnie poddać się karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Nie ma żadnej mafii!

Zostawmy jednak wszystkie te bajeczki pochodzące, jak wspomniano, z poprzedniej ery udawania, że stosunki międzynarodowe nie są tym, czym są, czyli brutalną grą sił i interesów. Akcja Trumpa to oczywiście wydarzenie negatywne, ale nie z jakichś tam względów formalnych, ale dlatego, że jest… akcją Trumpa, amerykańskim działaniem obliczonym na opóźnienie schyłku dominacji i odzyskanie pozycji USA w strategicznych punktach globu.

Siły działające poprzez POTUSa wykorzystują przy tym jego znak rozpoznawczy, czyli dążenie do pokazania, że odnosi sukces (?) tam, gdzie poprzednicy zawiedli, co może zresztą być istotną podpowiedzią co do następnych kroków Waszyngtonu. Atak na Wenezuelę, a wcześniej świąteczne bombardowanie Nigerii i zamieszki organizowane w Iranie, słusznie każą także postawić pytania czy państwa aspirujące do niezależności od Stanów Zjednoczonych są zdolne do samoobrony i na ile skłonne są one do współpracy.

U jednych szybkość i dotychczasowa skuteczność akcji amerykańskiej wywołała rzecz jasna niekontrolowaną radość, w duchu „Aleśmy Putinowi i Xi pokazali! I gdzie ta wasza Oś Zła?!”. Z drugiej zaś strony pojawiła się równie przesadna żałoba, podszyta przekonaniem, że gdyby Nicolás Maduro, a także przywódcy Rosji i Chin czytali profile X-owe naszych kolegów to już dawno, ho, ho! byłoby pozamiatane. Tyle tylko, że w jak w dowcipie o kurczaku, który koniecznie chciał wstąpić do mafii – cały problem sprowadza się do tego, że żadna „Oś Zła” czy (jak marzą inni) Wielki Sojusz Antyglobalistyczny po prostu… nie istnieją.

Wielobiegunowa niestabilność

Rzecz sprowadza się do mylenia pojęć. Wielu niesłusznie utożsamia wielobiegunowość z dwublokowością, tymczasem są to zupełnie odrębne pojęcia i stany stosunków międzynarodowych. Państwa o potencjale liczącym się w perspektywie schyłku hegemonii amerykańskiej – zainteresowane są umacnianiem własnej pozycji w wymiarze regionalnym czy stref oddziaływania, a nie budową trwałych sojuszy i jest to zupełnie naturalne.

Historycznie ani Wielka Brytania, ani Rosja, nie mówiąc już o Chinach, nie budowały innych koalicji niż zadaniowe. Powiedzenie o najlepszym sojuszu z własną armią i flotą pochodzi wszak właśnie z takich czasów: realizmu geopolitycznego i koncertu mocarstw.

Czy oznacza to zatem, że USA są w stanie dopadać państwa wybijające się na samodzielność, podporządkowując je ponownie jedno po drugim i przycinając kandydatów na regionalne mocarstwa?

I tak, i nie. Stany mogą dezintegrować BRICS, np. wyłączając z niego jeszcze w tym roku Brazylię w wyniku wyborów prezydenckich, mogą rozpocząć rekonkwistę Afryki, niekoniecznie dzieląc się nią z UK i Francją, mogą podjąć próbę przejęcia Kuby (znowu: nawet Kennedy’emu się nie udało – a Trump by podołał!), no i oczywiście uderzyć na Iran, co byłoby ukoronowaniem wizji Trumpa – Największego Przyjaciela Syjonistów.

Jednak na wszystkich nawet Amerykanom nie starczy sił, a seria kolejnych konfliktów nie byłaby wcale mniej kosztowna niż starcie ze zintegrowaną koalicją. A na końcu przecież i tak czeka starcie z Chinami, które nawet tracąc kooperantów – nadal będą dla Ameryki rywalem nr 1.

Prawdą też jest, że wymiarze praktycznym wielobiegunowość rozproszona (a jest jakaś inna?) faktycznie oznaczać może permanentną niestabilność, ale podobnie było / jest przecież z amerykańską jednobiegunowością – od 1990 roku nikt nie przecież mógł być pewny dnia ani godziny, nawet jeśli akurat nie kontrolował złóż ropy i przez długi czas sądził, że jest tym naszym sukinsynem, względnie został niedawno na takiego awansowany.

Historycznie to układ dwubiegunowy był geopolitycznie najstabilniejszy pomimo, a może dzięki konfliktom na peryferiach. Sęk w tym, że dziś centrum takiego bloku nie-amerykańskiego mogłyby być tylko Chiny i paradoksalnie, ale każdy amerykański wyskok np. zagrażający dostawom surowców energetycznych, to dla Pekinu sygnał na rzecz przede wszystkim zbliżenia z Rosją, zaś każde uderzenie w chińskie obszary kredytowe i inwestycyjne to argument za współpracą chińsko-europejską oraz dalszą dywersyfikacją rynków.

Oś Zła nie istnieje, co nie znaczy, że Donaldowi Trumpowi nie uda się jej stworzyć.

Konrad Rękas
https://myslpolska.info/

Rok 2026 rokiem Stiepana Bandery

Rok 2026 rokiem Stiepana Bandery

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-rok-2026-rokiem-stiepana-bandery/

We Lwowie 1 stycznia miała miejsce ukraińska uroczystość poświęcona 117. rocznicy urodzin Stepana Bandery, jednego z symboli ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego XX wieku. 

Uczestnicy obchodów zebrali się przy pomniku Stiepana Bandery i przemaszerowali ulicą Horodotską pod pomnik Tarasa Szewczenki, paląc pochodnie i skandując banderowskie slogany. Pochód odbył się jako forma uczczenia „pamięci, tożsamości narodowej i walki o niepodległość Ukrainy”.

Applebaum wciska Ukraińcom nacjonalizm

Jakie znaczenie dla Ukraińców ma kontynuowanie tradycji ukraińskiego nacjonalizmu, których fundamenty ideologiczne stworzył Bandera – wyjaśnia Anne Applebaum. W internetowym wydaniu „The New Republic”, w obszernym w artykule z 13 maja 2014 roku Nationalism Is Exactly What Ukraine Needs (Nacjonalizm jest dokładnie tym, czego potrzebuje Ukraina) czytamy obszerną analizę ukraińskiego nacjonalizmu, z której w konkluzji dowiadujemy się, że nacjonalizm może zainspirować do ulepszenia swojego kraju, aby móc żyć zgodnie z wizerunkiem, jaki chcesz, aby miał. Ukraińcy potrzebują więcej tego rodzaju inspiracji, a nie mniej – chwil takich jak ostatni Sylwester, kiedy o północy na Majdanie ponad 100 000 osób odśpiewało hymn narodowy. Potrzebują więcej okazji, aby móc krzyczeć „Sława Ukraini – Herojam Sława” „Chwała Ukrainie, chwała bohaterom”, co było wprawdzie hasłem kontrowersyjnej Ukraińskiej Powstańczej Armii w latach czterdziestych XX wieku, ale zostało przyjęte do nowego kontekstu. A potem oczywiście muszą przełożyć te emocje na prawa, instytucje, przyzwoity system sądowy i akademie szkoleniowe policji. Jeśli tego nie zrobią, ich kraj ponownie przestanie istnieć. Innymi słowy, klucz do „być albo nie być” Ukrainy tkwi w ukraińskim zmodyfikowanym nacjonalizmie!

Probanderowska Bojke

Z kolei Arleta Bojke z Kanału Zero w proukraińskim programie stwierdziła, że banderyzm to „kult narodowy” na Ukrainie, i nie jest on wymierzony przeciwko Polakom. Proukraińskie wystąpienie Bojke przeanalizował Tomasz Piekielnik w audycji na YouTube (Kanał Zero i Arleta Bojke Szokują! Czy Mamy Akceptować Banderyzm i Zbrodnie Ukraińców na Polakach?). Piekielnik twierdzi, że Arleta Bojke z Kanału Zero przekroczyła granice proukraińskości oraz antypolskości. Tłumaczy, czym naprawdę był banderyzm: ideologia OUN-UPA, rozkazy Szuchewycza, Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty i fakty o rzezi wołyńskiej – bez pudrowania i bez wygładzania historii. Analizuje też czy mamy do czynienia tylko z ignorancją, czy z przemyślaną psychomanipulacją: konflikt dla zasięgów, wybielanie zbrodni, oswajanie Polaków z fałszywą narracją o „normalnym kulcie Bandery”.

Zakerzonie 

Natomiast z artykułu Jana Engelgarda, redaktora naczelnego „Myśli Polskiej” (nr 31-32 z 28 lipca ubr.) „Ikona” banderyzmu zastrzelona we Lwowie, o zmarłej Irynie Farion, między innymi przeczytamy o roszczeniach terytorialnych wobec Polski, wysuwanych przez nacjonalistów ukraińskich: „Twierdziła, że Rzeczpospolita Polska okupuje 19,5 tys. kilometrów kwadratowych etnicznych ziem ukraińskich i fakt ten stanowi wciąż nie zagojoną ranę na ukraińsko-narodowej duszy. Ponadto chciała zapobiegać ‚opolaczeniu’ Ukraińców”.

Oto jedna z jej wypowiedzi: „Przed Wielkanocą ja i poseł Rady Najwyższej Ukrainy Oleh Tiahnybok, którego większościowy okręg wyborczy częściowo graniczy z tak zwanymi ziemiami Zakerzonia (tj. włączonymi do Polski ukraińskimi etnicznymi terytoriami Łemkowszczyzny, Podlasia, Nadsania, Sokalszczyzny, Rawszczyzny, Chełmszczyzny) – wyruszyliśmy do serca ukraińskiej oświaty, zespołu Ogólnokształcących Szkół nr 2 im. Markijana Szaszkiewicza w Peremyszliu, który ze względu na tragiczne okoliczności historyczne i polityczne w latach 40- 50-tych stał się Przemyślem”. Artykuł ten też jest dostępny w internecie:

Banderowskie pozdrowienie w polskim Sejmie

Rok 2025 obfitował w polskim (?) Sejmie zawołaniami posłanek z „uśmiechniętej Polski” KO. Dariusz Matecki w krótkim filmiku (Zełenski w Sejmie witany przez posłanki) pokazał żenujący spektakl, w którym główną rolę odegrały posłanki z tego ugrupowania będącego u władzy w Polsce.

Skandując „Sława Ukrajini!” (Слава Україні!), czyli „Chwała Ukrainie!”, to ukraińskie narodowe pozdrowienie i okrzyk bojowy używany przez Ukraińców, które z mównicy Sejmu RP po raz pierwszy wybrzmiały 24 lipca 2025 roku z ust posłanki wrocławskiej lalkarki, Klaudii Jachiry z PO w trakcie 39. posiedzenia Sejmu X kadencji. 

IV rozbiór?

Skoro w Sejmie już nie kryją się ze swoimi sympatiami politycznymi, to śmiem twierdzić, że rok 2026, będzie rokiem Stiepana Bandery. W jakim kierunku zmierza współczesna Polska w wywiadzie na kanale Waldman-LINE, izraelskiego dziennikarza Aleksandra Waldmana, wypowiedział się Jakow Kedmi, emerytowany generał izraelskich służb specjalnych „Nativ” (Я.КЕДМИ: Ясно, что атаку на резиденцию Путина сделал не Зеленский и не украинская армия). W części (od 38:12) o oświadczeniu Donalda Tuska w sprawie wprowadzenia amerykańskich wojsk na Ukrainę, między innymi powiedział, że Polskę czeka IV rozbiór! Poddaje on też ostrej krytyce polską politykę prowadzoną przez obecnego premiera.

Goście dyktują warunki Polakom

Ukraińcy już obecnie wobec Polski i Polaków, czują się pewni swojej roli „senior partnera”, próbując nam narzucić pewne standardy w stosowaniu w Polsce, wobec Polaków prawa (sic!), o czym pisałem felietonie Lobotomia.

Moja konstatacja, w której zwróciłem się wprost do szefa ukraińskiego MSZ Andrieja Sybihy: „Szanowny Panie ministrze, przypominam, że nikt w Polsce na siłę nie przetrzymuje Ukraińców! Jeżeli jest Wam – Ukraińcom, w Polce tak bardzo źle, to droga otwarta! Wracajcie do Waszej samostijnej Ukrainy”. W czym problem?

Wywołała wściekłość u pewnej części internetowych komentatorów pod tym felietonem. Do tego stopnia, że jeden z nich, najbardziej zacietrzewiony, zaproponował mi wyjazd z Polski. Nie wyjaśniając w jaki sposób mam to zrobić, czy też może chodzi o inny „wyjazd”? Tego nie sprecyzował. Dożyliśmy tego, że goście dyktują Polakom warunki pobytu w Polsce. Stąd też rok 2026 będzie rokiem Stiepana Bandery et consortes.

Eugeniusz Zinkiewicz

I TY ZOSTANIESZ „SKRAJNĄ PRAWICĄ”

I TY ZOSTANIESZ „SKRAJNĄ PRAWICĄ”

Jacek Tomczak

konserwatyzm.pl/tomczak-i-ty-zostaniesz-skrajna-prawica/

Pojęcie „skrajnej prawicy” jest jednym z tych propagandowych znaków kwalifikująco-ostrzegawczych, nad którymi świeci się lampka alarmowa sugerująca, że mamy do czynienia z przypadkiem szczególnie niebezpiecznym. Jak wiele pojęć publicystycznych aspirujących do rangi określeń politologicznych tylko pozornie ma rzeczywistość opisywać, zaś faktycznie jego zadaniem jest wpływanie na myślenie ludzi. Charakterystyczną cechą takich pojęć jest ich znaczeniowe niedookreślenie, umożliwiające arbitralność w posługiwaniu się nimi.

Określenie „skrajna prawica” jest o tyle bardziej niebezpieczne od wielu innych, że sugeruje powierzchowne przynajmniej rozeznanie całości spektrum i – w oparciu o analizę – dokonanie takiej kwalifikacji. W palecie lewicowych słów-zaklęć i słów-znaków odróżnia się choćby od „faszysty” czy „populisty”.

PRAWICOWIEC JAKO „FASZYSTA”

„Faszysta” jest nie tylko skażony swoją genezą, czyli byciem wytworem komunistycznej propagandy, nakazującej każdego nie-komunistę tak właśnie określać, nie tylko skompromitowany nagminnością występowania w lewicowej publicystyce z takich choćby przyczyn, jak dostrzeżenie w przeciwniku patrioty czy zwolennika restrykcyjnej polityki migracyjnej. Jest  też absurdalny, zważywszy czym był „realny” faszyzm i że w Polce nigdy nie znalazł żyznej gleby, by się rozwijać – przypomnijmy ten choćby fakt, że przywódca jednej z bardziej radykalnych organizacji nacjonalistycznych w II RP, czyli Jan Mosdorf z Obozu Narodowo-Radykalnego zginął w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau ratując Żyda.

Absurdalności epitetu „faszysta” dopełnia włączanie w zbiór cech przypisywanych określanej nim osobie rasizmu, choć włoski faszyzm rasistowski nie był. Oczywiście, używaniu tego określenia towarzyszy mnóstwo manipulacji i przeinaczeń, które możemy uznać za drobne, jeśli weźmiemy pod uwagę rozmiar kłamliwości samego epitetu. Przykładowo, sugerowaniu faszyzmu towarzyszy przedstawianie osób o poglądach prawicowych jako piewców narodu w rozumieniu etnicznym, nawet jeśli wielu utożsamia się z koncepcją narodu kulturowego.  Służyć to ma najczęściej ukazaniu prawicowca czy narodowca jako ideowego pobratymca niemieckich narodowych socjalistów. Merytoryczne argumenty są bezbronne wobec propagandowego obrzucenia błotem – nie bezpodstawnie liczy się na to, że potępieńczo-moralistyczny tajfun zmiecie wszelkie rzeczowe próby tłumaczenia.

Kuriozalność bycia „faszystą” stała się na tyle oczywista, a ostrze tych, którzy taką stygmatyzacją się posługują na tyle stępione, że część przedstawicieli prawicy zaczęła sama się tak określać. Służy to kpinie z propagandowego odmieniania tego słowa przez wszystkie przypadki przez przeciwników i wynika ze świadomości, że przeszło ono drogę od bycia pojęciem o ściśle określonym znaczeniu do stania się jałowym i pustym sloganem. Rzecz jasna, ironiczna auto-dekonspiracja „faszysty” pomaga też wytrącić szabelkę z rąk części lewicowców, wszak skoro ktoś sam tytułuje się „faszystą” to trudno liczyć na zdeprecjonowanie go, nazywając w ten sposób.

W przypadku „faszysty” mamy do czynienia z trzema interesującymi skutkami używania tego określenia w sytuacjach zupełnie nieadekwatnych. Akurat w tej kwestii można dostrzec pewną analogię do konsekwencji nadużywania pojęcia „skrajna prawica”.

Po pierwsze, skutkiem dążenia do wywołania grozy poprzez nieustanne sięganie po pojęcia opisujące zjawiska budzące strach nie jest to, co intencjonalnie takim skutkiem ma być – czyli lęk odbiorcy. Jest dokładnie przeciwnie – nadużywanie pojęcia zdejmuje z niego odium grozy. Skoro faszyzm jest wszędzie i wcale się źle nie żyje, to czego tu się bać…

Po drugie, „faszystami” z nadania lewicy zostać mogą osoby głoszące całkowicie odmienne poglądy – od zwolenników wszechobecnego państwa po ludzi o przekonaniach bliskich libertarianizmowi, uznające państwo za zagrożenie, jak choćby Janusz Korwin-Mikke. Czyli – pojęcie to nie tylko nie ma wiele wspólnego z tym czym był faszyzm, lecz także nie pozostaje w związku z jakimkolwiek spójnym, zredefiniowanym w czasach współczesnych określeniem. Dość powiedzieć, że gdy jakiś lewicowy publicysta chce opisać kogoś w istocie odwołującego się do dziedzictwa Mussoliniego czy Hitlera, używa określenia „neofaszysta” – to samo w sobie podważa wiarygodność jego deklarowanej wiary w to, że jego oponenci polityczni w istocie są faszystami. Dokooptowywanie kolejnych właściwości do definicji „faszyzmu” faktycznie powinno mieć miejsce każdorazowo, po dostrzeżeniu przez bystre oko lewicowca niepokojącego go zjawiska.

Po trzecie, nadgorliwe tropienie faszyzmu kończy się najczęściej upodobnieniem do wyobrażonego przedmiotu swojego polowania. „Faszystą” zostaje się nie z powodu dokonania aktu przemocy, napisania projektu regulaminu ograniczającego określonym grupom etnicznym wstępu w niektóre miejsca czy sięgania po totalitarną symbolikę. „Faszystę” poznajemy po słowach, a właściwie po tym, jak zinterpretuje je nadgorliwy myśliwy – podstawowym zarzutem wobec „faszysty” jest to, że ma inne poglądy. Przecież tolerancja nie pozwala mieć innych poglądów – to, że ludzie mają odmienne poglądy prowadzi do faszyzmu. Albo jakoś podobnie.

Zawsze niedoścignionym wzorem faszystowskiego „antyfaszyzmu” była dla mnie tzw. Brunatna Księga magazynu „Nigdy Więcej”. Jej autorzy regularnie donoszą na ludzi, którzy mają inne od nich poglądy, nawet jeśli związek tych poglądów z faszyzmem (nawet przy utożsamieniu go z nazizmem czy rasizmem – co oczywiście jest błędem) jest taki, jak mieszkańca wioski, przez którą maszerowali żołnierze Wehrmachtu z hitleryzmem.

PRAWICOWIEC JAKO „POPULISTA”

Populizm definiowany był zasadniczo dwojako. Albo oznaczał odwoływanie się do woli ludu albo sięganie po proste hasła, którymi opisywano trudne problemy oraz proponowanie łatwych rozwiązań skomplikowanych spraw. Rzecz jasna, te definicje są dosyć mgliste, gdyż propozycje polityków siłą rzeczy skierowane są nie do ścian czy do drzew, a przekaz medialny musi być tak skonstruowany, by przekonywał, niekoniecznie szczególnie absorbując. Panowała jednak zgoda co do tego, że symptomatyczne dla populizmu jest diametralne poszerzanie obszarów pomocy socjalnej, zwane rozdawnictwem pieniędzy publicznych.

Dziś, gdy słyszymy słowo „populista”, najczęściej artykułują je ci sami ludzie, którzy kiedyś tropili „faszystów”, a przedmiotem opisu są mniej więcej ci, którzy niedawno byli „faszystami”. Oczywiście, dochodzi do ostatecznego wyprania „populisty” z i tak mglistej treści – bo skoro zapewne „populistami” mogą być choćby politycy jedynej postulującej redukcję pomocy socjalnej parlamentarnej partii, czyli Konfederacji to „i ty zostaniesz populistą”.

Jednocześnie populizm nie ma konotacji jednoznacznie negatywnych, a populistami niektórzy politycy tytułują się wcale nie z dozą kpiny. Ani historia pojęcia ani znaczenie ani etymologia nie czynią go najbardziej wygodnym narzędziem do uderzania w przeciwników. Interesujące jest to, że w ramach debaty, w której każdy obiera sobie za cel swoich westchnień „zwykłego człowieka” tak wielu chce czynić innym zarzut z tego, że wsłuchują się w „głos ludu”.

Pewien paradoks tkwi w fakcie, że użytkownicy cepa „populizmu” wskazują jako jedną z jego cech charakterystycznych przeciwstawianie ludu elitom, czyli afirmowanie „zwykłych ludzi” i pomstowanie na „sprzedajne” elity – a jednocześnie, być może nieświadomie, samym swoim istnieniem dowodzą istnienia sytuacji dokładnie odwrotnej, czyli niechęci elit (albo po prostu tych, którzy przywykli odwoływać się do wyższego statusu społecznego czy poziomu wykształcenia) do każdego kto patrzy na nie z krytycyzmem (przez co zostaje – z ich nadania – „populistą”).

Z perspektywy niniejszych rozważań należy sformułować krótką konkluzję – obydwa cepy, czyli „faszysta” oraz „populista” są nieszczególnie groźne, choć z innych, w pewnym sensie nawet przeciwstawnych przyczyn.

Siła rażenia pierwszego przypomina moc rewolweru przyniesionego na zawody łucznicze – z tym zastrzeżeniem, że rewolwer jest plastikowy.

Drugi cep przyrównać można do mężczyzny, który porusza się po robotniczej dzielnicy w garniturze i wypomina wszystkim dookoła niedostatecznie elegancki ubiór – ci zaś patrzą na niego z pomieszaniem zdziwienia z niechęcią. Pierwszy cep jest słaby swoją siłą nadętą do granic absurdu, zaś drugi jest słaby, ponieważ trafia w pancerz ochronny.

NIE „SKRAJNA” CZY NIE „PRAWICA”? RADYKALIZM A FUNDAMENTALIZM

A „skrajna prawica”? Ta zbitka wyrazowa pozornie opisuje, a faktycznie naznacza, symuluje precyzję, będąc przepełnioną niedookreśleniami, sugeruje swoją genezę w obrębie politologii, służąc za narzędzie propagandy.

Zaznaczmy, że nie chodzi tu o sofistykę, gierki semantyczne czy łamigłówki logiczne – słowa nie tylko opisują rzeczywistość, ale też wpływają na jej kształtowanie.

Już na pierwszy rzut oka „skrajną prawicę”, zakładając wzajemną zależność składających się na to pojęcie słów, można zdefiniować na dwa sposoby – przy czym jedna definicja uniemożliwia oskarżanie o skrajność, natomiast druga nie pozwala sytuować opisywanych na prawicy. Czyli – albo „skrajna prawica” nie jest skrajna albo nie jest prawicą.

W pierwszym ujęciu „skrajna prawica” to formacja realizująca wszystkie paradygmaty prawicowego myślenia, utożsamiająca się z każdym elementem prawicowego światopoglądu. Jeśli mamy do czynienia z człowiekiem, który poświęca się dla bliźnich, nigdy nie oszukał, zawsze pomagał, gdy ktoś zwrócił się do niego z prośbą, nie określamy go „skrajnie dobrym” człowiekiem. Konsekwentnie realizujący swój program prawicowy polityk nie powinien być opisywany tym przymiotnikiem, tak jak wyrażający wsparcie dla wszystkich prawicowych postulatów publicysta nie jest „skrajny” – chyba, że do tego skraju prowadzi konsekwencja czy wierność wartościom.

Znacznie bardziej logicznym wnioskiem z pogranicza politologii i semantyki byłoby po prostu opisywanie polityków i formacji znajdujących się na lewo od wyżej opisanej prawicy określeniem „centro-prawicowy”, w dodatku bez pozostawania obydwu składowych w relacji zależności, lecz jako niezależnych od siebie.

Wspomnijmy etymologię słowa „radykalizm” – pochodzi ono od łacińskiego słowa radix oznaczającego korzeń. Czyli – poglądy radykalne moglibyśmy opisywać jako silnie zakorzenione. Jeśli weźmiemy pod uwagę samą etymologię słowa, radykalizm jest czymś pokrewnym fundamentalizmowi. Historia polityczna wprowadziła trochę komplikacji, bowiem umożliwiła kojarzenie radykalizmu z działalnością wywrotową czy rewolucyjną. Problem w tym, że w wyniku ewolucji rozumienia słowa „radykalny” jego etymologiczne znaczenie wypełnia określenie „fundamentalistyczny”.

Czemu służą te uwagi z zakresu semantyki? Otóż, właściwe rozumienie pojęcia „skrajna prawica” powinno akcentować radykalizm w znaczeniu etymologicznym albo fundamentalizm. Taka prawica nie jest „skrajna” – jest po prostu prawicą.

Drugie ujęcie nakazuje opisać „skrajną prawicę” jako „bardziej niż prawicę”, zatem taka „prawica” jest skrajna, ale nie jest już prawicą. W praktyce „skrajna prawica” definiowana jest właśnie przez pryzmat radykalizmu w rozumieniu powszechnie występującym – nawet jeśli ten radykalizm nie współgra z jakimikolwiek elementami myślenia prawicowego.

Jednocześnie radykalizm ten może występować na poziomie treści, jak i na poziomie samej formy. Czyli – „skrajną prawicą” jest ktoś posługujący się określeniami typu „zdrajcy”, „sprzedawczyki”, „ustawić pod mur” albo ktoś zaczepiający Ukraińców na ulicy lub bazgrający po synagodze.

Dobrze – chciałoby się rzec – tylko z czego ma wynikać, że takie słowa i takie działania są rozwinięciem prawicowego światopoglądu? To słowa i działania skrajne, lecz wykraczające poza to co jakakolwiek prawica głosi. Jeśli mamy tu sięgać po dwa pojęcia składające się na omawianą zbitkę wyrazową, moglibyśmy co najwyżej użyć określenia „skrajni i prawicowi” – gdyby osoby posługujące się taką retoryką tudzież autorzy takich czynów, poza tą retoryką i tymi czynami odwoływali się do idei prawicowych.

Wyżej wspomniane osoby prędzej określić można by mianem „pseudo-prawicy” – tak, jak wszczynającego zamieszki uczestnika widowiska sportowego nie nazywamy „skrajnym kibicem”, gdyż nie uskrajnia, lecz wypacza on pojęcie kibicowania, tak poglądy stanowiące karykaturę przekonań prawicowych nie powinny być określane „skrajnie prawicowymi”.

Z jakiej logiki miałoby wynikać, że – przy założeniu, iż prawicę definiują choćby wartości patriotyczne – rasizm jest rozwinięciem patriotyzmu czy patriotyzmem doprowadzonym do skrajności?

Do takiego wniosku dojść można tylko przyjmując lewicową interpretację prawicowego myślenia – w jej ramach występuje utożsamianie wszystkich rodzajów poczucia przynależności do jakiejś grupy. Można też taką optykę przyjąć w wyniku oceny skutków pewnych poglądów, nie zaś ich genezy (często, rzecz jasna, mamy tu do czynienia po prostu z manipulacją) – przykładowo, faktycznie poglądy prawicowe skutkują restrykcyjną politykę w kwestii przyjmowania ludzi o czarnym kolorze skóry, tyle tylko, że nie powodem nie jest ten kolor skóry, ale zachowania tych, o których przyjmowaniu mowa.

Oczywiście, najczęściej występującym argumentem polemicznym z samym nominowaniem do bycia prawicą faszyzmu czy nazizmu jest antywolnościowy, antychrześcijański i fetyszyzujący państwo charakter tych ustrojów. Nie były one skutkiem doprowadzenia do jakkolwiek rozumianej skrajności prawicowego myślenia, czego dowodzi także ich rewolucyjna teoria i praktyka.

Jeśli ktoś bardzo chce znaleźć związek między przywiązaniem do tradycji a rasizmem, mógłby go poszukać u jednego z twórców ideologii rasizmu, czyli u Arthura de Gobineau. Tyle tylko, że ten „ślub tradycji z rasizmem” wynikał z resentymentu pozbawionego przywilejów francuskiego arystokraty, który szukał nowego uzasadnienia dla swojej szczególnej roli, nie zaś z dostrzeżenia zbieżności doktrynalnych między konserwatyzmem a pozytywistycznymi w gruncie rzeczy doktrynami.

CZY „SKRAJNOŚĆ” JEST OKREŚLANA PRZEZ POGLĄDY CZY PRZEZ NARRACJĘ?

Tu dochodzimy do używania określenia „skrajna prawica” – przy założeniu, że posługujący się nim w istocie chce dokonać opisu rzeczywistości – wobec niektórych partii prawicowych. Otóż – jak zostało wspomniane – o ile sam radykalizm przyjętych środków wyrazu wystarczy, by stać się „skrajną prawicą”, o tyle umiarkowanie w doborze środków wyrazu nie sprawia, że się nią nie jest.

Tym co charakteryzuje medialny przekaz Konfederacji – co ciekawe, konkurować z nią w tym aspekcie może chyba jedynie Razem – jest duża częstotliwość występowania „tak, ale”. Innymi słowy, przedstawiciele tej partii, oceniając wydarzenia na polskiej scenie politycznej zazwyczaj wolni są od spojrzenia „totalnego”, w ramach którego część aktorów życia publicznego jest zawsze dobra, a druga część zawsze zła – to spojrzenie rodem z TVN bądź TV Republika. Rzec wręcz można, że jeśli chodzi o sposób budowania przekazu (ale też organizacji wewnętrznego funkcjonowania) Konfederacja jest najbardziej demokratyczną (proszę wybaczyć użycie kolejnego terminu, który na łańcuch wzięły dziś wszystkie możliwe propagandy) partią parlamentarną.

Oczywiście, umiar i dystans nie dotyczą kwestii wartości, bo w tej – co zrozumiałe – miejsca na kompromis nie ma.  Kluczem do takiego patrzenia na scenę polityczną jest postrzeganie polityki przez pryzmat (pisząc górnolotnie) wartości właśnie czy (pisząc zupełnie nie górnolotnie) zadań do wykonania, nie zaś personalnych sporów czy środowiskowej lojalności.

Na tym tle skrajne wydaje się sam utożsamienie zwolenników dwóch głównych partii z absolutnym dobrem i – przede wszystkim – ich przeciwników z absolutnym złem, co spycha na zgoła manichejskie tory życie w państwie „neutralnym światopoglądowo”, w którym jednak dokonało się „upartyjnienie dobra i zła”. Jednym z symptomatycznych przejawów takiego myślenia jest używanie pojęcia „symetryzm” w odniesieniu do tych wszystkich, którzy mają czelność krytykować „swoich” i dostrzegać zalety „wroga”. Przecież takie określenie jest adekwatne jedynie przy „totalizacji” myślenia politycznego, czyli uskrajnienia właśnie.

KONTEKSTUALNOŚĆ „PRAWICY” I „UNIWERSALNOŚĆ” „SKRAJNEJ PRAWICY”

„Skrajna prawica” to określenie, któremu można nadać całkowicie arbitralnie wiele różnych znaczeń także z uwagi na jego kontekstualność.

Poczynię tu uwagę, że w debacie publicznej często zamiennie używa się trzech pojęć: faktu, prawdy i obiektywizmu. Tymczasem kilka faktów może tworzyć kłamstwo – wystarczy, że kilka innych faktów się pominie. Obiektywizm natomiast to pojęcie odróżniające się – wbrew pozorom albo i nie – od dwóch pozostałych jedną zasadniczą cechą: jest zależne od okoliczności.

„Prawica” oznacza co innego tak w wymiarze wertykalnym, jak i horyzontalnym – czym innym jest na przestrzeni lat, czym innym także w różnych przestrzeniach kulturowych. Oczywiście, w różnych krajach pojęcie „prawicy” doznaje obiektywizacji, jednak w skali globalnej ma charakter relatywny – bycie prawicą nie wynika ze spełniania poszczególnych kryteriów ideowych, lecz raczej z bycia najbardziej na prawo w dyskursie. Przy czym – bycie najbardziej na prawo w dyskursie wewnątrz jednego kraju, mogłoby sytuować w centrum bądź nawet po lewej stronie gdzie indziej.

Nawiasem pisząc, interesujące wydaje się zbadanie zmian w wyborczych decyzjach ludzi po przeprowadzce do innego kraju – takiego, w którym dyskurs wygląda inaczej. Pomijając możliwe zrewidowanie spojrzenia na rzeczywistość wynikające ze znalezienia się w odmiennym kręgu kulturowym, warto zastanowić się czy ludzie dopasowują poglądy do programu partii, która jest im najbliższa czy też wspierają formację, która znajduje się w tym samym miejscu dyskursu co partia, na którą głosowali w kraju urodzenia. Jeśli druga odpowiedź jest prawdziwa, mogłoby się okazać, że wyborca staje się znacznie bardziej lewicowy w wyniku samego tylko wyjazdu z Polski (chyba, że wyjeżdża np. do Iranu).

We Francji Front Narodowy, kwalifikowany przecież jako „skrajna prawica” właśnie współpracuje z niektórymi ruchami spod znaku LGBT, a podstawowym znakiem rozpoznawczym tej partii stała się anty-islamskość, przy czym krytyka fundamentalizmu religijnego nakazuje sięgać po argumenty używane dotychczas przez lewicę. Podobnych przykładów jest całe mnóstwo – dość powiedzieć, że w Niemczech to chadecja doprowadziła do zalegalizowania tzw. związków partnerskich.

Jednocześnie – równolegle do oswajania się prawicy z lewicowymi postulatami – w wielu krajach mamy do czynienia z przepływem wyborców centrowych do elektoratu partii „skrajnie prawicowych”. Wynika to z faktu, iż wiele postulatów partii lewicowych uznają oni za tak bardzo ekstremalne, że zwyczajnie nie chcą się z nimi utożsamiać.

Pisząc nieco przewrotnie, można sobie swobodnie wszem i wobec eksponować swoją otwartość na imigrantów czy fetyszyzować multikulturową mozaikę, dopóki własne dzieci nie czują się realnie zagrożone przemocą z ich strony. Można uznawać legalizację związku dwóch mężczyzn, jednak jeśli jeden z nich żąda, by opisywano go jako „ono” w oficjalnych dokumentach, wówczas nawet w odbiorze ludzi o poglądach centrowych mamy do czynienia z tym, co kolokwialnie określamy jako przegięcie.

Wiarygodną analizę motywacji przyświecających centrowym wyborcom, pisząc o problemach z imigrantami, przedstawił Łukasz Sakowski na łamach lewicowego „Nowego Obywatela” (tekst: „Gdy lewica odchodzi od materii, budzą się demony” w numerze 46(97) „Nowego Obywatela”): „Gdy zwykły obywatel Francji, Polski, Włoch czy Niemiec chce bronić się przed tym problemem w sposób bezpośredni, może nie tylko być nazywany ‘islamofobem’ i ‘faszystą’, ale, choćby w Niemczech, może mieć problemy z prawem. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak zrezygnować z głosowania na partie socjaldemokratyczne, ekologiczne czy chadeckie, które w ostatniej dekadzie stały się bardzo liberalne, a zacząć popierać lewicę i antysystemowców. Głosować na AfD, Braci Włochów, Szwedzkich Demokratów, Konfederację czy Zjednoczenie Narodowe. Nie dlatego, że jest przeciwko integracji unijnej ani dlatego, że podoba mu się ogólny klimat panujący na prawicy czy jej postulaty”. Czyli – lewica nie proponuje nic, poza nazwaniem cię „skrajną prawicą”, jak ją krytykujesz. Masz poświęcić bezpieczeństwo swoich dzieci w imię „tolerancji”, bo inaczej staniesz się „faszystą”.

Autor tekstu dodaje: „To działania mainstreamowych partii liberalnych i lewicowych m.in. w kwestiach kultury woke doprowadzają ‘normalsów’ do desperacji, w wyniku której wstrzymują się od głosu lub wybierają prawicę czy populistów”.

„SKRAJNA PRAWICA” CZAI SIĘ WSZĘDZIE – „SKRAJNEJ LEWICY” NIE MA

Symptomatyczna wydaje się całkowita niemal rezygnacja z używania pojęcia „skrajna lewica” przez te same osoby, które z takim zacięciem tropią „skrajną prawicę”.. Dzieje się tak, mimo że ewidentnie to środowiska lewicowe głoszą coraz to bardziej „oryginalne”, zaskakujące i odsuwające się od potocznie rozumianej normalności postulaty.

Rzecz jasna, takiego zachowania nie tłumaczy inna diagnoza stanu faktycznego, lecz sam cel, w jakim używa się pojęcia „skrajna prawica”. Uczciwe intencje zwyczajnie sprzyjałyby problemom w stworzeniu jasnej definicji tego określenia – skoro mamy wątpliwości co jest a co nie jest prawicą, stają się tym większe, gdy rozważamy co jest a co nie jest „skrajną prawicą” (czyli – uskrajnienie jak rozumianej prawicy stanowi „skrajna prawica”).

Oczywiście, można tą frywolność w nominowaniu do bycia „skrajną prawicą” zrzucić na karb faktu, że publicystyka czy polityka to nie nauka i odchodzi się w nich od ścisłego definiowania pojęć. Tyle tylko, że obserwacja przypadków, w których ktoś zostaje „skrajną prawicą” skłania do innych wniosków.

Po pierwsze, raczej nie używa się tego określenia w odniesieniu do monarchistów czy tradycjonalistów, a jeśli już się ich tak klasyfikuje to nie dlatego, że domagają się powrotu panowania króla czy państwa wyznaniowego, lecz z okazji – przykładowo – użycia określenia „przedsiębiorstwo Holocaust” (stworzonego zresztą przez Żyda) przez któregoś z nich. A przecież, jeśli już mielibyśmy kogoś określić mianem „skrajnej prawicy”, byliby to właśnie monarchiści czy tradycjonaliści, a nie narodowi socjaliści.

Po drugie, nawet zakładając wspomnianą frywolność w definiowaniu pojęć używanych w debacie publicznej, opisywany człowiek lub zjawisko zwykle musi spełnić kilka kryteriów i od kilku innych być daleki, by zostać w określony sposób nazwany.

A „skrajna prawica”? By nią zostać trzeba – tak to ujmijmy – zapalić kilka lampek ostrzegawczych, na które szczególnie wyczulony jest wzrok lewicowca czy po prostu hunwejbina „poprawności politycznej”. Spokojnie można by użyć algorytmów do eksploracji „skrajnej prawicy” – przy czym słowa-klucze to: „żydowskie wpływy”, „spisek finansjery”, „masoneria”, „więcej pedofili wśród homoseksualistów”, „więcej gwałcicieli wśród imigrantów”, „za duży socjal Ukraińców”. Można jedynie odtwarzać poglądy innej osoby, można we wszystkich pozostałych poglądach nie mieć nic wspólnego z prawicą. Już my wiemy, kim jesteś. A jak zaprzeczasz, to znaczy, że dobrze się ukrywasz.

Klasyk mówił, że kłamstwo uznane zostaje za prawdę, gdy mówi je osoba uznawana za autorytet. Propaganda zostaje uznana za prawdę, gdy udaje naukę.

Jacek Tomczak (Prawa strona Warszawy)