Friday Funnies: Morning in America


Friday Funnies: Morning in America

„Prouder, Stronger, Better”

Dr. Robert W. Malone Feb 20
 
READ IN APP
 

Schumer is dirtying the American flag – by using it as a rug… again.






Until our government breaks away from this mindset that we have to feed the world, we can’t fix agriculture in the USA.

America First.



Reagan could tell a joke like no other…

Politicians and diapers should be changed frequently, and for the same reason.”

As long as there are final exams, there will be prayer in schools.

Politics is the second oldest profession and it bares a striking resemblance to the first oldest profession.

Just to show you how youthful I am, I am going to campaign in all thirteen states.



“If you want to tell people the truth, make the laugh, otherwise they will kill you”

Attributed to either George Bernard Shaw or Oscar Wilde














Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support our work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid


Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share








You’re currently a free subscriber to Malone News.

For the full experience, upgrade your subscription.

Upgrade to paid

Zbrodnia i nagroda

Zbrodnia i nagroda   8/2026(762)


     Dawniej zbrodnia się opłacała pod warunkiem, że jej sprawca pozostał nieznany. Teraz opłaca się podwójnie i właśnie dlatego, że zbrodniarz jest znany. Oto krótka instrukcja, jak tego dokonać, którą można sobie poczytać przy porannej kawie, lub żurku.
Teraz jest punkt najważniejszy. Trzeba wytropić kogoś majętnego, kto trzyma gotówkę w domu i najlepiej, żeby w ogóle nie interesował się polityką. Wizyta o szóstej rano kompletnie go zaskoczy i obezwładni. Prócz gotówki możecie poczęstować się jeszcze jakimiś wartościowymi przedmiotami, które łatwo spieniężyć. Prokurator to przyklepie, bo podobnie jak wy jest „umoczony”.

     Najpierw trzeba dać się poznać z najgorszej strony, żeby „demokracja warcząca” nabrała do ciebie zaufania. Tu wystarczą wulgarne bluzgi na wszystkich możliwych forach, ale koniecznie skierowane przeciw „polskim faszystom” szeroko pojętym. Jak się upewnisz, że zostałeś zauważony przez kogo trzeba, zaoferuj swoje cenne usługi.

     Może to być udział w napaści na jakąś staruszkę, która krytykuje Owsiaka, albo innego „bohatera/idola” naszych władców. Policja tyle ma wakatów, że przyjmie cię z otwartymi ramionami, tylko upewnij się, czy komendant na pewno jest po właściwej stronie, czyli rozumie prawo jak Tusk z Żurkiem razem wzięci.

=================================



Wyłom w systemie
‒ Nareszcie coś pozytywnego – powiedziała Małgorzata wskazując na ekran komputera.
‒ Rzeczywiście, Polska zajmuje obszar przebogaty w to co pod ziemią, jak i w to, co na jej powierzchni – przyznał DUCH CZASU.
– Przy tym jesteśmy narodem zdolnych ludzi, którzy potrafiliby zrobić należyty użytek z tych skarbów.
‒ To dlaczego tego nie robimy?
‒ Mój znajomy proponuje następujące kroki: zakładanie lokalnych banków, nadzorowanych przez społeczność danego terenu.
‒ Czym by się różniły od już istniejących?
‒ Udziałowcami byliby wyłącznie mieszkańcy. Wpłacaliby przykładowo po 2000zł.
‒ Czyli trzydziestotysięczne miasto mogłoby dysponować kapitałem około sześćdziesięcioma milionami złotych?
‒ Załóżmy. Lokalni przedsiębiorcy mogliby zaciągać kredyty na uczciwych warunkach, a akcjonariusze w przyszłości otrzymywaliby dywidendy.
‒ To dlaczego nikt tego nie robi?
‒ Może należy ludzi uświadomić?
‒ Obawiam się, że im więcej byłoby chętnych, tym bardziej byłoby to niemożliwe.
‒ Dlaczego?
‒ Wyobrażasz sobie, żeby światowi banksterzy dopuścili do takiego wyłomu w systemie?

Po co nam czas pokuty? Czy unikniemy losu Niniwy?

Po co nam czas pokuty?

stronazycia.pl/po-co-nam-czas-pokuty

Rozpoczęliśmy kolejny Wielki Post. Zapewne wielu z nas zadało sobie pytanie: po co nam ten czas pokuty?

W ostatnich latach popularne stały się diety zachęcające do postów ze względów zdrowotnych. Dzięki powstrzymywaniu się od jedzenia pozwalamy organizmowi oczyścić się i pozbyć toksyn, które nas zatruwają. Sekretarz Zdrowia USA, Robert Kennedy powiedział, że przez lata rząd okłamywał Amerykanów w kwestiach dotyczących żywienia, aby chronić zyski korporacji. Można dodać, że nie tylko rząd, ale również wielkie media brały udział w oszukiwaniu i zatruwaniu społeczeństwa. Nikt dziś nie zaprzecza, że wstrzemięźliwość jest rzeczą dobrą. Do tej wstrzemięźliwości od 2 000 lat zachęca wiernych Kościół.

Umiarkowanie, na przykład w jedzeniu, chroni nas przed wieloma chorobami ciała, ale nie tylko o to chodzi. Człowiek, który poszukuje przyjemności staje się niewolnikiem zmysłów. Wybiera to co przyjemne, nawet jeśli jest to szkodliwe. Godzinami wpatruje się w migające obrazki na ekranie, żeby zaspokoić swoją ciekawość (trzeba powiedzieć, że często przy okazji niektórzy robią gorsze rzeczy). Kierowanie się przyjemnością skutecznie uniemożliwia rozwój, który wiąże się z wysiłkiem. Najłatwiej zaobserwować to w przypadku sportowców, którzy wyrzekają się wielu przyjemności, aby osiągnąć mistrzostwo. Rozwój intelektualny również wymaga wysiłku i dyscypliny. Czytanie książek dla przyjemności, nikogo nie doprowadziło do mądrości.

Można więc powiedzieć, że umiarkowanie (nie tylko w jedzeniu) sprzyja zdrowiu, a szukanie prawdziwego dobra, a nie tylko przyjemności, pomaga w rozwoju. Ale nie to jest prawdziwym celem Wielkiego Postu. Ludzie, którzy prowadzą zdrowy tryb życia, dbają o dobrą  kondycję fizyczną i są gruntownie wykształceni, bywają nieznośnymi dla otoczenia pyszałkami.

Prawdziwym celem Wielkiego Postu jest otwarcie na Boga.

Każdy z nas ma słabości, które uzdrowić może tylko Bóg. Post ma prowadzić do tego, abyśmy swoje słabości, często nie zauważane, umieli dostrzec. Największym złem i słabością człowieka jest grzech. Jeśli nie widzimy swoich grzechów, jesteśmy niewolnikami diabła. Dzięki praktykom pokutnym możemy odzyskać wzrok i słuch i poprosić Pana Jezusa o wyzwolenie z niewoli. Nazywa się to skruchą.

Nawrócenie ma też wymiar społeczny. Patrząc na kraje Zachodu, również na Polskę, możemy dostrzec, że odrzucenie Boga prowadzi do koncentracji na dobrobycie i wygodzie. Konsekwencją jest upadek moralny – rozwiązłość, oderwanie od rzeczywistości  i obojętność na cierpienia bliźnich. Mojżesz i prorocy Starego Testamentu ostrzegają Izraelitów, że odrzucenie Boga i zasad moralnych doprowadzi do upadku ludu i zniszczenia jego państwa. Można powiedzieć, że dzieje się to na naszych oczach. Dla niemal całej klasy politycznej kwestia zabijania dzieci w łonach matek jest „tematem zastępczym”. Katastrofa demograficzna, której doświadcza Polska, jest tego skutkiem. Jan Paweł II ostrzegał nas przecież: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”.

Nawracajmy się więc, abyśmy, tak jak mieszkańcy Niniwy, uniknęli zagłady. Nie musimy ubierać się w wory i siadać na popiele. Papież Leon XIV sugeruje nam, abyśmy wsłuchali się w głos ubogich tego świata. A któż jest bardziej ubogi niż dziecko, któremu odmawia się prawa przyjścia na świat, które nawet nie może wydać głosu w swojej obronie? Każdy może stać się głosem najmniejszych angażując się w akcje w ich obronie.

Zachęcamy do tego, aby w tym Wielkim Poście podjąć modlitwę w obronie nienarodzonych oraz przekazać jałmużnę na wsparcie ratowania dzieci przed aborcją.

Fundacja Pro-Prawo do Życia organizuje publiczne modlitwy różańcowe w całej Polsce. Zapraszamy do przyjścia i modlitwy razem z nami. Najlepiej zrobić to poprzez odnalezienie najbliższego takiego wydarzenia w swoim miejscu zamieszkania.

Prosimy również o wsparcie finansowe, które umożliwia organizację kolejnych różańców w całej Polsce:

Zobacz nadchodzące wydarzenia

Wesprzyj nasze działania

PLN

PLN

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667

Fundacja Pro – Prawo do życia,
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22,
05-800 Pruszków

Dla przelewów zagranicznych:
IBAN PL79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Kod BIC Swift: INGBPLPW

Prosimy o podanie w tytule wpłaty także adresu e-mail.

FSSPX: Komunikat Domu Generalnego w sprawie odpowiedzi danej prefektowi Dykasterii Nauki Wiary

Wiadomości Tradycji Katolickiej

Komunikat Domu Generalnego w sprawie odpowiedzi danej prefektowi Dykasterii Nauki Wiary

  • 19 lutego 2026

Podczas spotkania w dniu 12 lutego br. pomiędzy ks. Davide Pagliaranim, Przełożonym Generalnym Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, a Jego Eminencją kardynałem Víctorem Manuelem Fernándezem, Prefektem Dykasterii Nauki Wiary, zorganizowanego w następstwie zapowiedzi przyszłych konsekracji biskupich w Bractwie, Kardynał zaproponował „ścieżkę ściśle teologicznego dialogu, według precyzyjnie określonej metodologii, […] aby uwypuklić minimalne warunki konieczne do pełnej komunii z Kościołem katolickim”, warunkując tenże dialog zawieszeniem zapowiedzianych konsekracji biskupich.

Na prośbę Prefekta Dykasterii Przełożony Generalny przedstawił tę propozycję członkom swej Rady i poświęcił niezbędny czas na jej ocenę.

W dniu 18 lutego br. ks. Davide Pagliarani przesłał Kardynałowi swą pisemną odpowiedź, opatrzoną kilkoma załącznikami i podpisaną przez pięciu członków Rady Generalnej.

Ponieważ wskutek komunikatu opublikowanego przez Stolicę Apostolską dnia 12 lutego sprawa ta stała się domeną publiczną, wydaje się stosowne udostępnić również publicznie treść tego listu oraz załączników, aby umożliwić zainteresowanym wiernym dokładne zapoznanie się z udzieloną odpowiedzią.

Przełożony Generalny powierza tę sytuację modlitwie członków Bractwa i wszystkich wiernych. Prosi, aby modlitwa różańcowa oraz umartwienia Wielkiego Postu, który właśnie się rozpoczyna, były szczególnie składane w intencji Ojca Świętego, dla dobra Kościoła świętego oraz ku godnemu przygotowaniu dusz na ceremonię dnia 1 lipca.

Menzingen, dnia 19 lutego 2026 r.

List ks. Pagliaraniego do kard. Fernándeza

FSSPX: List ks. Pagliaraniego do kard. Fernándeza

List ks. Pagliaraniego do kard. Fernándeza

  • 19 lutego 2026

Menzingen, dnia 18 lutego 2026 r.
Środa Popielcowa

Najczcigodniejsza Eminencjo,

przede wszystkim dziękuję za przyjęcie mnie dnia 12 lutego, jak również za upublicznienie treści naszego spotkania, co sprzyja całkowitej przejrzystości w komunikacji.

Nie mogę nie przyjąć z zadowoleniem otwarcia na dyskusję doktrynalną, okazanego dziś przez Stolicę Apostolską, z tej prostej przyczyny, że ja sam zaproponowałem ją dokładnie siedem lat temu, w liście z dnia 17 stycznia 2019 r.1 Wówczas Dykasteria nie wyraziła większego zainteresowania taką dyskusją, argumentując – ustnie – że porozumienie doktrynalne pomiędzy Stolicą Apostolską a Bractwem św. Piusa X jest niemożliwe.

Ze strony Bractwa dyskusja doktrynalna była – i nadal pozostaje – pożądana i pożyteczna. Nawet bowiem jeśli nie udałoby się porozumieć, braterskie rozmowy pozwalają lepiej się wzajemnie poznać, udoskonalić i pogłębić własne argumenty, lepiej zrozumieć ducha i intencje, które ożywiają stanowisko rozmówcy, a zwłaszcza jego rzeczywistą miłość do Prawdy, do dusz i do Kościoła. To dotyczy zawsze obu stron.

Taki właśnie był mój zamiar w 2019 r., gdy proponowałem dyskusję w spokojnej i pokojowej atmosferze, bez presji czy groźby ewentualnej ekskomuniki, która uczyniłaby dialog mniej wolnym – co niestety ma obecnie miejsce.

To powiedziawszy, choć oczywiście cieszę się z nowego otwarcia na dialog i z pozytywnej odpowiedzi na moją propozycję z 2019 r., nie mogę jednakże – z uczciwości intelektualnej i kapłańskiej wierności wobec Boga i dusz – zaakceptować ani perspektywy, ani celów, w imię których Dykasteria proponuje wznowienie dialogu w obecnej sytuacji; ani też odroczenia daty 1 lipca.

Pozwalam sobie przedstawić z szacunkiem powody tego stanu rzeczy, do których dodam kilka uzupełniających uwag.

1. Obaj z góry wiemy, że nie możemy dojść do porozumienia na płaszczyźnie doktrynalnej, w szczególności co do fundamentalnych orientacji przyjętych od czasu Soboru Watykańskiego II. Ten brak zgody, ze strony Bractwa, nie wiąże się ze zwykłą różnicą poglądów, lecz z prawdziwą sprawą sumienia, wynikającą z tego, co jawi się jako zerwanie z Tradycją Kościoła. Ta złożona kwestia stała się niestety jeszcze bardziej nierozwiązywalna na skutek ewolucji doktrynalnej i duszpasterskiej ostatnich pontyfikatów.

Nie widzę zatem, jak wspólny proces dialogu mógłby doprowadzić do określenia razem „minimalnych wymagań dla pełnej komunii z Kościołem katolickim”, skoro – jak Eminencja szczerze przypomina – teksty Soboru nie mogą być korygowane, a prawowitość reformy liturgicznej podawana w wątpliwość.

2. Dialog ten miałby z założenia służyć wyjaśnieniu interpretacji Soboru Watykańskiego II. Lecz interpretacja ta została już wyraźnie podana w okresie posoborowym i w późniejszych dokumentach Stolicy Apostolskiej. Sobór Watykański II nie stanowi zbioru tekstów wolno interpretowalnych: został przyjęty, rozwinięty i stosowany od sześćdziesięciu lat przez kolejnych papieży wedle precyzyjnych orientacji doktrynalnych i duszpasterskich.

Ta oficjalna lektura jego treści wyraża się m.in. w tak ważnych tekstach jak Redemptor hominis, Ut unum sint, Evangelii gaudium czy Amoris lætitia. Przejawia się również w reformie liturgicznej, rozumianej w świetle zasad potwierdzonych w Traditionis custodes. Wszystkie te dokumenty pokazują, że ramy doktrynalne i duszpasterskie, w jakich Stolica Apostolska zamierza umieścić wszelką dyskusję, są już z góry określone.

3. Proponowany dialog jawi się dziś w okolicznościach, których nie sposób pominąć. Oczekiwaliśmy bowiem przez siedem lat na pozytywne przyjęcie propozycji dyskusji doktrynalnej z 2019 r. Niedawno dwukrotnie pisaliśmy do Ojca Świętego: wpierw z prośbą o audiencję, potem by jasno i z szacunkiem przedstawić nasze potrzeby i konkretną sytuację Bractwa.

Tymczasem, po długim milczeniu, to dopiero w chwili, gdy wspomniano święcenia biskupie, proponuje się nam wznowienie dialogu, który jawi się zatem jako działanie odwlekające i uwarunkowane. Ręce wyciągniętej w geście otwarcia na dialog towarzyszy niestety druga ręka, gotowa do nałożenia sankcji. Mówi się o zerwaniu łączności, o schizmie2 i o „poważnych konsekwencjach”. Co więcej, groźba ta została już upubliczniona, co tworzy presję trudną do pogodzenia z prawdziwym pragnieniem braterskich rozmów i konstruktywnego dialogu.

4. Ponadto nie wydaje nam się możliwe podejmowanie dialogu w celu określenia, jakie minimalne wymagania byłyby konieczne do komunii eklezjalnej, z tej prostej przyczyny, że takie zadanie do nas nie należy. Na przestrzeni wieków to Kościół ustanowił i określił przez swoje Magisterium kryteria przynależności do Kościoła. To, w co należało obligatoryjnie wierzyć, by być katolikiem, było zawsze nauczane z autorytetem, w stałej wierności Tradycji.

Nie sposób zatem zrozumieć, jak te kryteria mogłyby stać się przedmiotem wspólnego rozeznania poprzez dialog, ani jak mogłyby być dziś na nowo oceniane w sposób nieodpowiadający już temu, co Tradycja Kościoła zawsze nauczała, a co my, z naszej strony, pragniemy wiernie zachowywać.

5. W końcu, jeśli dialog miałby prowadzić do deklaracji doktrynalnej, którą Bractwo mogłoby przyjąć w sprawie Soboru Watykańskiego II, nie możemy pomijać historycznych precedensów podobnych wysiłków. Szczególną uwagę zwracam na ten najbardziej niedawny: Stolica Apostolska i Bractwo prowadziły długi proces dialogu, rozpoczęty w 2009 r., szczególnie intensywny przez dwa lata, a następnie kontynuowany sporadycznie aż do 6 czerwca 2017 r. Przez wszystkie te lata starano się osiągnąć to, co Dykasteria teraz proponuje.

Otóż wszystko to zakończyło się drastycznie jednostronną decyzją prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Müllera, który w czerwcu 2017 r. uroczyście ustalił, na swój sposób, „minimalne warunki konieczne do pełnej komunii z Kościołem katolickim”, włączając w nie explicite cały Sobór i okres posoborowy3. Ukazuje to, że upieranie się przy zbyt forsowanym i pozbawionym wystarczającego spokoju dialogu doktrynalnym w dłuższej perspektywie, zamiast osiągnąć satysfakcjonujący rezultat, jedynie pogarsza sytuację.

W obliczu zatem obustronnej konstatacji niemożności osiągnięcia zgody w sprawach doktryny, wydaje mi się, że jedynym punktem, na którym możemy się spotkać, jest nadprzyrodzona miłość wobec dusz i wobec Kościoła.

Jako kardynał i biskup Eminencja jest przede wszystkim pasterzem, i proszę pozwolić mi się zwrócić do Eminencji właśnie w tym charakterze. Bractwo stanowi obiektywną rzeczywistość – ono istnieje. Dlatego też na przestrzeni lat Papieże brali je pod uwagę i poprzez konkretne i znaczące akty uznawali wartość dobra, które może ono czynić mimo swej sytuacji kanonicznej. Również właśnie dlatego dziś rozmawiamy.

To samo Bractwo prosi Eminencję jedynie o możliwość kontynuowania tego samego dobra wobec dusz, którym udziela świętych sakramentów. Nie prosi o nic więcej, o żaden przywilej, ani nawet o uregulowanie kanoniczne, które w obecnym stanie rzeczy jest nie do zastosowania z powodu rozbieżności doktrynalnych. Bractwo nie może porzucić dusz. Potrzeba konsekracji jest konkretną potrzebą na krótką metę dla przetrwania Tradycji, w służbie świętego Kościoła katolickiego.

Możemy zgodzić się co do jednego: żaden z nas nie chce na nowo otwierać ran. Nie będę tu powtarzał wszystkiego, co już wyraziliśmy w liście do papieża Leona XIV, z którym Eminencja bezpośrednio się zapoznał. Podkreślam jedynie, że w obecnej sytuacji jedyną realnie możliwą drogą do przyjęcia jest droga miłości.

W ostatniej dekadzie papież Franciszek i Eminencja bardzo często wzywali do „słuchania” i zrozumienia szczególnych, złożonych, wyjątkowych sytuacji, niemieszczących się w zwykłych ramach. Pragnęliście także, by prawo było stosowane zawsze w sposób duszpasterski, elastyczny i rozsądny, nie pretendując do rozwiązywania wszystkiego przez automatyczne mechanizmy prawne i aprioryczne schematy. Bractwo w chwili obecnej nie prosi o nic innego – a zwłaszcza nie prosi o to dla siebie: prosi o to dla dusz, co do których – jak już przyobiecano Ojcu Świętemu – nie ma innej intencji, jak czynić z nich prawdziwe dzieci Kościoła rzymskiego.

Na koniec, jest jeszcze jeden punkt, co do którego się zgadzamy i który jest krzepiący: czas, który dzieli nas od 1 lipca, jest czasem modlitwy. To chwila, w której błagamy Niebo o szczególną łaskę, a ze strony Stolicy Apostolskiej – o zrozumienie. Modlę się w szczególności za Eminencję do Ducha Świętego i – czego proszę nie odbierać jako prowokacji – do Jego świętej Oblubienicy, Pośredniczki wszelkich łask.

Szczerze dziękuję Eminencji za okazaną mi uwagę i za zainteresowanie, jakie Eminencja zechce poświęcić niniejszej sprawie.

Proszę przyjąć, Najczcigodniejsza Eminencjo, wyraz mojego najwyższego szacunku i oddania w Panu.

Davide Pagliarani
Przełożony Generalny

+ Alfonso de Galarreta
I Asystent Generalny

Christian Bouchacourt
II Asystent Generalny

+ Bernard Fellay
I Radny Generalny
Były Przełożony Generalny

Franz Schmidberger
II Radny Generalny
Były Przełożony Generalny

====================================================

Załącznik nr 1: List ks. Pagliaraniego do abp. Pozzo z 17 stycznia 2019 r.
Załącznik nr 2: Święcenia biskupie a jurysdykcja: bezzasadność zarzutu schizmy
Załącznik nr 3: List kard. Müllera do bp. Fellaya z 6 czerwca 2017 r.

Załącznik nr 1
List ks. Davide Pagliaraniego do abpa Guido Pozzo
z dnia 17 stycznia 2019 r.

Najczcigodniejsza Ekscelencjo,
przede wszystkim pragnę podziękować za życzliwą uwagę, jaką Ekscelencja okazywała przez wszystkie te lata wobec Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, jak również za serdeczne przyjęcie, z jakim spotkałem się podczas naszego spotkania dnia 22 listopada 2018 r. Moja wdzięczność obejmuje naturalnie również Jego Eminencję kardynała Ladarię.

Zgodnie z ustaleniami poczynionymi podczas tego spotkania piszę do Ekscelencji w sprawie przewidzianych dyskusji teologicznych. W porównaniu z tym, co czyniliśmy w przeszłości, proponuję nadać priorytet regularnym wymianom pisemnym pomiędzy teologami Stolicy Apostolskiej i Bractwa, przewidując na przykład dwa spotkania rocznie.

Przedstawicielami Bractwa, których proponuję do rozmów, są kapłani zdolni do dyskusji doktrynalnych. Są to ks. Arnaud Sélégny, ks. Guillaume Gaud oraz ks. Jean-Michel Gleize. Jest zresztą przewidziane, że ks. Sélégny wkrótce zamieszka w Domu Generalnym, co pozwoli na utrzymanie bardziej bezpośredniego kontaktu pomiędzy nami. Nie wyklucza to oczywiście, by inni współbracia mogli dodatkowo wnieść swój wkład.

Uważam, że dobrze byłoby już teraz rozważyć możliwość publikacji wyników tych dyskusji. Pomysł ten przyszedł mi do głowy po lekturze stenogramu spotkania Ekscelencji z moim poprzednikiem z dnia 28 lutego 2018 r. Sama Ekscelencja wyrażała wówczas życzenie takiej publikacji. Dlatego pozwalam sobie przedstawić tę sugestię. Pozostawiam jednak Ekscelencji wskazanie sposobu publikacji wzajemnych syntez naszych dyskusji, jeśli uzna to Ekscelencja za stosowne.

Jeśli chodzi o tematy dyskusji, uważam, że dobrze byłoby, aby dotyczyły one zarówno Soboru, jak i późniejszego Magisterium. W rozwoju posoborowym istnieje bowiem wiele elementów, które pozwalają precyzyjnie określić prawdziwą interpretację, jaką należy nadać Soborowi – stąd zasadność włączenia w rozmowy także Magisterium posoborowego.

Proponuję zatem następującą listę, która powinna pozwolić nam objąć niemal wszystkie tematy do omówienia:
1. Eklezjologiczne podstawy ekumenizmu;
2. Praktyka ekumenizmu przez hierarchię Kościoła;
3. Podstawy i cele dialogu międzyreligijnego;
4. Zbawienie żydów wedle obecnego Magisterium;
5. Nowa koncepcja kapłaństwa: jej podstawy teologiczne i konsekwencje liturgiczne;
6. Urząd Piotrowy w świetle nauczania Jana Pawła II w dokumentach Apostolos Suos, Ut Unum Sint oraz innych;
7. Synodalność w ramach obecnego Magisterium;
8. Obecna doktryna dotycząca moralności małżeńskiej;
9. Prymat i rola sumienia w Magisterium soborowym i posoborowym.

Mam nadzieję, że propozycja ta odpowiada również oczekiwaniom Ekscelencji.

Proszę przyjąć, Najczcigodniejsza Ekscelencjo, wyraz mojego najgłębszego szacunku i oddania w Panu.

ks. Davide Pagliarani

Załącznik nr 2
Święcenia biskupie a jurysdykcja: bezzasadność zarzutu schizmy

Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium o Kościele stwierdza w rozdziale III, nr 21, że władza jurysdykcji przekazywana jest przez sakrę biskupią jednocześnie z władzą święceń. Dekret Christus Dominus o pasterskich zadaniach biskupów w Kościele stwierdza to samo w nr preambuły. Twierdzenie to zostało uwzględnione w Kodeksie prawa kanonicznego z 1983 r., w kanonie 375, par. 2. Otóż w Kościele przyjęcie władzy jurysdykcji biskupiej zależy z prawa Bożego od woli Papieża, a schizma definiowana jest właśnie jako akt tego, kto przywłaszcza sobie jurysdykcję autonomicznie i bez uwzględnienia woli Papieża. Dlatego według tych dokumentów konsekracja biskupia dokonana wbrew woli Papieża byłaby z konieczności aktem schizmatyckim.

Ta argumentacja, która zmierzałaby do stwierdzenia schizmy nadchodzących konsekracji w Bractwie, opiera się w całości na założeniu Soboru Watykańskiego II, zgodnie z którym sakra biskupia przekazuje jednocześnie władzę święceń i władzę jurysdykcji.

Otóż zdaniem pasterzy i teologów, których autorytet był uznawany w chwili Soboru Watykańskiego II, to założenie nie jest tradycyjne i jest pozbawione solidnych podstaw. Podczas Soboru kardynał Browne oraz bp Luigi Carli wykazali to w swoich pisemnych uwagach do schematu przyszłej konstytucji Lumen gentium; podobnie i abp Dino Staffa, opierając się na najbardziej pewnych danych Tradycji.

Pius XII oświadczył trzykrotnie – w Mystici Corporis w 1943 r., w Ad Sinarum gentem w 1954 r. oraz w Ad apostolorum principis w 1958 r. – że zwykła władza rządzenia biskupia, którą posiadają biskupi i którą sprawują pod autorytetem Papieża, jest im przekazywana bezpośrednio – to znaczy bez pośrednictwa sakry biskupiej – przez samego Papieża: „immediate sibi ab eodem Pontifice Summo impertita”. Jeśli ta władza jest im przekazywana bezpośrednio samym aktem woli Papieża, nie widać, jak mogłaby wynikać z sakry.

Tym bardziej, że zdecydowana większość teologów i kanonistów stanowczo zaprzecza, jakoby sakra biskupia udzielała władzy jurysdykcji.

Ponadto dyscyplina Kościoła pozostaje w sprzeczności z tą tezą. Jeśli bowiem władza jurysdykcji byłaby udzielana przez sakrę, w jaki sposób Papież, który nie zostałby jeszcze konsekrowany na biskupa, posiada z prawa Bożego pełnię władzy jurysdykcji oraz charyzmat nieomylności już od chwili akceptacji swego wyboru? Według tej samej logiki, jeśli to sakra udziela jurysdykcji, ordynariusze, mianowani, lecz jeszcze nie konsekrowani, choć są już ustanowieni na czele swoich diecezji jako prawdziwi pasterze, nie posiadaliby żadnej władzy jurysdykcji ani prawa uczestniczenia w soborze, podczas gdy w rzeczywistości posiadają obie te prerogatywy przed swoją sakrą biskupią. Co do biskupów tytularnych, którzy nie sprawują żadnej władzy nad żadną diecezją, byliby oni przez wieki pozbawieni wykonywania władzy jurysdykcji, którą według Lumen gentium otrzymaliby na mocy swojej sakry.

Jeśli ktoś zarzuci, że sakra udziela właściwej władzy jurysdykcji, która jednak wymaga interwencji Papieża dla prawidłowego sprawowania, odpowiadamy, że to rozróżnienie jest sztuczne, ponieważ Pius XII wyraźnie mówi, że to właśnie władza jurysdykcji w swej istocie jest przekazywana bezpośrednio przez Papieża, który nie ogranicza się zatem do spełnienia warunku wymaganego do należytego wykonywania tej władzy.

Biskupi, którzy zostaną konsekrowani dnia 1 lipca jako biskupi pomocniczy Bractwa, nie przywłaszczą sobie zatem żadnej jurysdykcji wbrew woli Papieża i w żaden sposób nie będą schizmatykami.

=======================================================

Załącznik nr 3
List kardynała Gerharda Müllera do bp. Bernarda Fellaya
z dnia 6 czerwca 2017 r.

Ekscelencjo,

jak Ekscelencji wiadomo, Papież Franciszek wielokrotnie okazywał swoją życzliwość wobec Waszego Bractwa Kapłańskiego, udzielając w szczególności wszystkim kapłanom członkom Bractwa władzy ważnego spowiadania wiernych oraz upoważniając ordynariuszy miejsca do udzielania delegacji na zawieranie małżeństw wiernych korzystających z posługi duszpasterskiej w Bractwie. Z drugiej strony trwa dyskusja dotycząca kwestii związanych z pełnym przywróceniem komunii Bractwa z Kościołem katolickim.

W tej sprawie, za aprobatą Ojca Świętego, uznałem za konieczne przedłożyć Zwyczajnej Sesji naszej Kongregacji, obradującej dnia 10 maja, tekst Deklaracji doktrynalnej, który został Ekscelencji przekazany podczas spotkania dnia 13 czerwca 2016 r., jako warunek konieczny do pełnego przywrócenia komunii. Oto w tej kwestii jednomyślne decyzje wszystkich Członków naszej Dykasterii:

1. Konieczne jest wymaganie od członków Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X akceptacji nowej formuły Professio fidei z roku 1988. W związku z tym nie wystarcza już żądanie od nich złożenia Professio fidei z roku 1962.

2. Nowy tekst Deklaracji doktrynalnej musi zawierać paragraf, w którym sygnatariusze oświadczają explicite przyjęcie nauczania Soboru Watykańskiego II oraz nauczania posoborowego, przyznając wymienionym twierdzeniom doktrynalnym należny im stopień akceptacji.

3. Członkowie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X muszą uznać nie tylko ważność, lecz także prawowitość Rytu Mszy Świętej i Sakramentów według ksiąg liturgicznych promulgowanych po Soborze Watykańskim II.

Podczas audiencji udzielonej Kardynałowi Prefektowi dnia 20 maja 2017 r. Ojciec Święty zatwierdził te decyzje.

Przekazując je Ekscelencji, będę wdzięczny za zapoznanie z nimi członków Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X.

Zapewniając o mojej modlitwie za delikatną misję Ekscelencji, proszę przyjąć wyraz moich oddanych uczuć w Panu.

Gerhard kard. Müller, Prefekt

Przypisy

  • 1Zob. załącznik nr 1.
  • 2Bractwo wzbrania się jednakże przed wszelkim oskarżeniem schizmy i uważa, opierając się na tradycyjnej teologii i stałym nauczaniu Kościoła, że święcenia biskupie bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, jeśli nie wiążą się z intencją schizmatycką ani z udzieleniem jurysdykcji, nie stanowią zerwania kościelnej komunii. Zob. załącznik nr 2.
  • 3Zob. załącznik nr 3.

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Autor: AlterCabrio-ekspedyt.org    18 lutego 2026

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście

Uwagi na temat życia w gospodarce, w której finansujesz spaghetti dłużej, niż je jesz.

Szczególne okrucieństwo przejawia się w tym, gdy ktoś każe ci podnieść się za sznurówki, podczas gdy ktoś inny już ukradł ci buty, a jeszcze większe okrucieństwo w tym, gdy wysłuchujesz wykładów o ciężkiej pracy od pokolenia, które kupowało domy za jedną pensję i przechodziło na emeryturę, podczas gdy ty pracujesz na trzech etatach i śpisz w swoim pokoju z dzieciństwa w wieku dwudziestu sześciu lat.

Według TransUnion, pokolenie Z ma obecnie większe zadłużenie na kartach kredytowych niż pokolenie milenialsów w tym samym wieku, co samo w sobie byłoby wystarczająco niezwykłe, gdyby nie fakt, że ich siła nabywcza spadła o około osiemdziesiąt sześć procent w porównaniu z tym, czym cieszyli się przedstawiciele pokolenia wyżu demograficznego, gdy wkraczali w dorosłość.

Niech ta liczba na chwilę zapadnie wam w pamięć. Osiemdziesiąt sześć procent. To nie jest marginalny spadek. To nie jest zwykłe tarcie cykli gospodarczych. To metodyczne, systematyczne wyrywanie przyszłości całego pokolenia, prowadzone przez dekady przez instytucje, które doskonale rozumiały, co robią, i mimo wszystko to robiły.

Liczba osób kupujących dom po raz pierwszy spadła do najniższego poziomu od prawie pięćdziesięciu lat. Inwestorzy instytucjonalni – bezosobowe skupiska kapitału, które traktują schronienie jako wpis w arkuszu kalkulacyjnym, a nie jako ludzką konieczność – według prognoz będą w ciągu najbliższych czterech lat posiadać ponad czterdzieści procent wszystkich domów jednorodzinnych.

Pytanie, które wyłania się z tych statystyk, nie brzmi, czy pokolenie Z spełni amerykański sen, ponieważ marzenie to zostało już przejęte, zlicytowane i przekształcone w nieruchomość pod wynajem zarządzaną przez algorytm BlackRock.

Pytanie brzmi, czy to, co pozostało, można w ogóle nazwać życiem, czy też zostało zredukowane do czegoś, co dokładniej można by określić jako usługę abonamentową — miesięczną opłatę za przywilej istnienia w społeczeństwie, które zamieniło każdy aspekt ludzkiego doświadczenia na pieniądze, nie oferując niczego w zamian poza możliwością dalszego płacenia.

Klasy dobrze sytuowane – te, których bogactwo tak bardzo izoluje je od konsekwencji systemu, którego bronią, że autentycznie nie potrafią pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby się z tym zmagać – powiedzą wam z dobrotliwą protekcjonalnością arystokratów objaśniających zasady dobrego wychowania przy stole, że tak właśnie działają rynki. Będą przywoływać świętą liturgię podaży i popytu, jakby recytowali Pismo Święte, klękając przed ołtarzami wydajności i innowacji, twórczej destrukcji i dynamiki gospodarczej. To zaklęcia, rytualne frazy, które mają położyć kres myśleniu, a nie je pobudzić, ekonomiczny odpowiednik „zadumy i modlitw” po strzelaninie w szkole.

Będą sugerować z pogodną pewnością siebie osób, które nigdy w swoim rozpieszczonym życiu nie zaznały zimnego potu przy sprawdzaniu stanu konta w banku przed zakupami spożywczymi, że gdyby młodzi ludzie po prostu ciężej pracowali, oszczędzali bardziej starannie, nauczyli się programowania, przenieśli się do tańszych miast, zrezygnowali z subskrypcji serwisów streamingowych, zrezygnowali z tostów z awokado i przyjęli odpowiednio pozytywne nastawienie, oni również mogliby osiągnąć dobrobyt, do którego poprzednie pokolenia wpadały z całym impetem upadającej kłody.

Osoba z pokolenia wyżu demograficznego, która w 1978 roku kupiła dom za pensję robotnika fabrycznego, będzie ci wygłaszać wykład o odpowiedzialności finansowej, siedząc w domu, którego wartość wzrosła o 1200 procent, nie wymagając od niego ani jednej dodatkowej godziny pracy. Mężczyzna, którego studia kosztowały pięćset dolarów za semestr, szczerze wyjaśni, że twoje pokolenie po prostu nie rozumie wartości edukacji. Ktoś, kto nigdy nie rywalizował z czterystoma kandydatami o niepłatny staż w rozmowie kwalifikacyjnej prowadzonej przez niesprawną sztuczną inteligencję, będzie się głośno zastanawiał, dlaczego „po prostu nie postawiłeś stopy w drzwiach”.

Rady spływają nieubłaganie, z wątków na Twitterze, stołów w Święto Dziękczynienia i felietonów w gazetach, pisanych przez felietonistów, których początkowa pensja w 1985 roku wystarczyłaby na dom, na który ich wnuków nigdy nie będzie stać: przestańcie jeść na mieście, zrezygnujcie z Netflixa, parzcie kawę w domu, przestańcie co roku kupować nowe telefony. Jakby czterysta tysięczną lukę między zarobkami a cenami nieruchomości dało się zniwelować, przechodząc na kawę rozpuszczalną. Jakby każdy poniżej trzydziestego piątego roku życia mógł co roku kupować nowy telefon, zamiast go kredytować lub oddawać w rozliczeniu, gdy tylko bateria padnie po osiemnastu miesiącach przeciętnego użytkowania.

Mój telefon ma sześć lat i wciąż zastanawiam się, kiedy dokładnie będę mogła sobie pozwolić na dom za moją pensję – a co ważniejsze: gdzie? Ziemia Ognista? Warto o tym pomyśleć w tym momencie. Może mogłabym kupić skromne mieszkanie gdzieś w subarktycznej dziczy, z dala od inwestorów instytucjonalnych i algorytmicznych właścicieli nieruchomości, gdzie jedynymi sąsiadami byłyby pingwiny – które, trzeba przyznać, najwyraźniej wykazały się znacznie większą odwagą niż to rozdęte, samouwielbiające się, samozadowolone, śmiertelnie obojętne społeczeństwo, które spędza czas na wygłaszaniu tonącym wykładów na temat ich techniki pływania.

Nihilistyczny Pingwin” pójdzie ku pewnej śmierci, zamiast poddać się warunkom, które uważa za nie do zniesienia. Przeciętny Amerykanin wysłucha kolejnego wykładu o kawie ze Starbucksa (nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie wydałam tam ani grosza) od kogoś, czyj cały majątek netto pochodzi z zakupu domu w 1987 roku, uprzejmie skinie głową i w duchu zastanowi się, co jest z nim nie tak. Pingwiny przynajmniej zachowują godność swoich przekonań. Reszta z nas zamieniła swoje na przywilej usłyszenia, że ​​ponieśliśmy porażkę. Ale proszę, powiedz mi więcej o moich rozrzutnych nawykach zakupowych. Jestem pewna, że kolejny wykład o odpowiedzialności finansowej od kogoś, czyja rata kredytu hipotecznego jest niższa niż moja składka na ubezpieczenie zdrowotne, w końcu złamie ten kod.

Ta rada byłaby po prostu obraźliwa, gdyby nie stanowiła formy manipulacji [gaslighting], tak wszechstronnej, tak nieustępliwej, tak perfekcyjnie wyważonej, by zmusić ofiarę do zwątpienia w jej własne postrzeganie rzeczywistości, że sprowadza się to do wojny psychologicznej prowadzonej przeciwko całej grupie demograficznej. Kiedy pracujesz sześćdziesiąt godzin tygodniowo i nie stać cię na czynsz, a ktoś mówi ci, że problemem jest twój sposób myślenia, nie oferuje on żadnej rady. Mówi ci, że rzeczywistość nie istnieje, że twoje przeżycia to halucynacja, że ​​but na karku to w rzeczywistości masaż i powinieneś być za niego wdzięczny.

Proszą was o udział w waszym własnym wymazaniu – finansowym i etnicznym – i o zaakceptowanie, że wasza niezdolność do rozwoju w ustawionej grze, w której zawsze będziecie d..kami z powodu samego istnienia, odzwierciedla pewne braki w waszym charakterze, a nie architekturę samej gry. A najokrutniejsze jest to, że niektórzy z was im uwierzą, zinternalizują kłamstwo, spędzą lata zastanawiając się, co jest z wami nie tak, zanim zdadzą sobie sprawę, że jedyne, co z wami jest nie tak, to to, że urodziliście się trzydzieści lat za późno, by skorzystać z umowy społecznej, która już została zrealizowana i spalona.

Prawda jest prostsza i mroczniejsza: każde pokolenie wkraczało w dorosłość w pogarszających się warunkach ekonomicznych, czego najbardziej widocznym odzwierciedleniem jest stały spadek liczby właścicieli domów, ale kumulujący się efekt dekad nieudanej polityki – z których każda koncentrowała się wyłącznie na kolejnym cyklu wyborczym lub kwartale finansowym, a nie na spójnej wizji przyszłości – sprawił, że millenialsi i pokolenie Z muszą udźwignąć cały nagromadzony ciężar systemowego rozkładu. Nie zmagają się z lenistwem, poczuciem wyższości czy niewystarczającą przedsiębiorczością. Zmagają się, ponieważ odziedziczyli gospodarkę, która została systemowo zaprojektowana tak, aby wydobywać z ludzi maksymalną wartość, zapewniając jednocześnie minimalne bezpieczeństwo – gospodarkę, która powróciła do warunków niespotykanych od czasów Wieku Pozłacanego [Gilded Age], ery bezprecedensowych nierówności i dominacji korporacji, której miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy dotyczące ochrony pracowników z XX wieku.

Historia, ten wielki nauczyciel, którego nikt nigdy nie słucha, pokazała nam już, do czego to prowadzi. Pod koniec XIX wieku ponad cztery tysiące amerykańskich firm upadło, przekształcając się w około dwieście pięćdziesiąt, oddając kontrolę nad cenami, siłą roboczą i produkcją w ręce wąskiej elity, której nazwiska wciąż rozbrzmiewają w korytarzach bogactwa: Carnegie, Rockefeller, Morgan, Vanderbilt.

Andrew Carnegie kontrolował około dwadzieścia pięć procent światowej produkcji stali, przewyższając produkcję całych krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania. Standard Oil Johna D. Rockefellera osiągnął dziewięćdziesięcioprocentowy udział w rynku, a sam Rockefeller posiadał prawie dwa procent całkowitego majątku kraju – liczba ta brzmi niemal staromodnie w porównaniu z koncentracją, jakiej jesteśmy świadkami dzisiaj, kiedy siedem firm technologicznych odpowiada za ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500, co stanowi najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego.

Baronowie-rozbójnicy zrozumieli coś, co na nowo odkryli ich współcześni następcy: gdy gospodarka staje się zależna od skoncentrowanej władzy, apele o poprawę płac i warunków pracy można zbagatelizować jako zagrożenie dla samego postępu gospodarczego. Retoryka ta praktycznie nie zmieniła się od stu czterdziestu lat. W epoce Wieku Pozłacanego żądania ochrony podstawowej godności ludzkiej zostały przerobione na niebezpieczną komunistyczną propagandę, zagraniczną agitację zagrażającą amerykańskiemu stylowi życia.

Dziś każda sugestia, że ​​korporacje powinny płacić godziwe płace, że opieka zdrowotna nie powinna doprowadzać chorych do bankructwa, albo że mieszkania powinny być dostępne dla ludzi, którzy faktycznie w nich mieszkają, spotyka się z oskarżeniami o socjalizm, walkę klas, analfabetyzm ekonomiczny lub odwieczny faworyt zamożnych: zazdrość. Robotnicy Wieku Pozłacanego musieli zmagać się nie tylko z bezprecedensową władzą korporacji i skorumpowaną polityką, ale także ze społecznymi pochlebcami, którzy bronili systemu, który ich zmiażdżył – zwykłymi ludźmi tak przesiąkniętymi nachalną propagandą, że wierzyli w swoje własne zubożenie jako naturalne, nieuniknione, a może nawet zasłużone.

Najbardziej druzgocącym przykładem tego zjawiska był sprzeciw wobec reformy dotyczącej pracy dzieci, który nie pochodził głównie od elit przemysłowych czy polityków, lecz od rodziców z klasy robotniczej, których płace spadły tak nisko, że przetrwanie rodziny zależało od dochodów ich dzieci. System stworzył tak brutalne warunki, że wyzysk stał się samonapędzający, a same ofiary broniły niszczących je praktyk, ponieważ nie potrafiły wyobrazić sobie alternatywy. Na tym właśnie polega geniusz wszechstronnego przejęcia ekonomicznego: nie tylko narzuca cierpienie, ale wręcz zmusza cierpiących do obrony źródeł swojego bólu.

Historia jednak również rejestruje to, co się dzieje, gdy nierówności pogłębiają się poza granice tolerancji. W miarę jak niepokoje narastały w całym kraju, strajki przeradzały się w przemoc, a sprzeciw opinii publicznej stawał się niemożliwy do zignorowania, przywódcy polityczni byli coraz bardziej zmuszeni reagować nie na biernych amerykańskich wyborców, zadowolonych z tego, co oferował rynek, ale na siłę roboczą, która odkryła swoją kolektywną siłę poprzez gorzkie doświadczenia. Uchwalenie ustawy antymonopolowej Shermana z 1890 roku stanowiło wczesną próbę zapobieżenia całkowitemu zdominowaniu systemu demokratycznego przez władzę prywatną, ustanawiając precedens, że konsolidacja nie była naturalnym punktem końcowym, który Amerykanie byli zobowiązani zaakceptować. Era Progresywna (tak, używam tego okropnego słowa w kontekście nieobraźliwym!) rozszerzyła te zabezpieczenia poprzez przepisy prasowe, regulacje pracownicze i stopniowe uznawanie, że gospodarka istnieje po to, by służyć ludziom, a nie odwrotnie.

I przez jakiś czas – krótki, świetlany okres, o którym klasy zamożne teraz udają, że nigdy nie istniał – to podejście działało.

Nie tak dawno temu kraj wyszedł z Wieku Pozłacanego w okres, w którym mocny uścisk dłoni i chęć do pracy mogły zagwarantować karierę na całe życie. Gdzie pracownik zarabiający najniższą krajową zaledwie siedemdziesiąt pięć centów za godzinę mógł sobie pozwolić na opłacenie czynszu za cały miesiąc, pracując na pełen etat przez mniej niż półtora tygodnia. Gdzie prawie sześćdziesiąt procent amerykańskich pracowników posiadało domy w cenach odpowiadających dzisiejszej medianie około stu dwudziestu ośmiu tysięcy dolarów. Gdzie blisko czterdzieści pięć procent Cichego Pokolenia [Silent Generation] posiadało domy w wieku dwudziestu pięciu lat – nie dzięki pomocy rodziców czy odziedziczonemu majątkowi, ale dzięki prostemu mechanizmowi płac, które faktycznie odpowiadały kosztom utrzymania.

Roczne koszty opieki zdrowotnej dla przeciętnej rodziny wymagały zaledwie około dwóch do czterech tygodni pracy. Ponieważ około trzydzieści procent siły roboczej było zrzeszonych w związkach zawodowych, pracownicy mieli realną siłę nacisku, aby negocjować wyższe płace, emerytury i świadczenia. Mobilność społeczna nie była inspirującym hasłem na plakatach ani banałem z wykładów TED – była strukturalnie dostępna, wbudowana w architekturę ekonomiczną poprzez przemyślane decyzje polityczne, które traktowały pracowników jako istoty ludzkie, a nie jednorazowy nakład. System nie był idealny, w żadnym wypadku. Jednak podstawowa umowa obowiązywała: jeśli ciężko pracujesz i przestrzegasz zasad, możesz zbudować godne życie. Ta umowa została systemowo zerwana, mimo że tak wielu z tych, którzy mieli szansę skorzystać z jej dobrodziejstw, radośnie ignoruje tę rzeczywistość.

W kolejnych dekadach dewaluacja waluty osłabiła siłę nabywczą płac, podczas gdy ceny aktywów gwałtownie rosły, wzbogacając tych, którzy już posiadali majątek, a jednocześnie czyniąc posiadanie go coraz bardziej niemożliwym dla tych, którzy go nie posiadali. Niekończące się wojny pochłaniały biliony dolarów, które mogłyby zostać przeznaczone na finansowanie infrastruktury, edukacji, opieki zdrowotnej, budownictwa mieszkaniowego – wszystkiego, co mogłoby poprawić życie zwykłych obywateli, a nie marż zysku producentów zbrojeniowych. Przejęcie regulacji przekształciło agencje mające chronić interesy publiczne w lobbingowe ramiona branż, które miały nadzorować. A mimo to obietnica ekonomii skapywania zapewniła ideologiczne uzasadnienie dla tego, co w praktyce było masową redystrybucją bogactwa i władzy w górę w ręce nielicznych.

Wraz ze spadkiem egzekwowania prawa i przyspieszeniem konsolidacji, siła robocza traciła wpływy, własność ustępowała miejsca dostępowi, a bodźce ze strony kierownictwa ponownie nagradzały tłumienie związków zawodowych. Społeczni pochlebcy powrócili, a ich argumenty zostały zaktualizowane do ery cyfrowej, ale zasadniczo niezmienione od czasów ich poprzedników z Wieku Pozłacanego: tak właśnie działają rynki, regulacje niszczą miejsca pracy, związki zawodowe to przeżytek epoki przemysłowej, jeśli nie podobają ci się warunki pracy, możesz znaleźć inną. Nieważne, że dostępne miejsca pracy oferują te same lub gorsze warunki. Nieważne, że „wolność” wyboru między wyzyskiem a bezdomnością nie jest żadną wolnością. Nieważne, że całe ramy prawne zakładają indywidualne rozwiązania problemów systemowych, przerzucając ciężar dostosowania się do zepsutego systemu wyłącznie na tych, którzy są najmniej przygotowani do jego udźwignięcia.

Pokolenie Z wkroczyło w gospodarkę, która pod wieloma względami jest o krok od pamiętnych warunków z Wieku Pozłacanego, którym pierwotnie miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy regulujące pracę. Nigdzie ten powrót nie stał się bardziej szkodliwy niż w sektorze mieszkaniowym – tej najbardziej fundamentalnej ludzkiej potrzebie, która obecnie przekształciła się w spekulacyjną klasę aktywów, której głównym celem jest generowanie zysków dla inwestorów, a nie zapewnienie schronienia ludziom.

Po kryzysie finansowym z 2008 roku – będącym konsekwencją deregulacji i inżynierii finansowej, która wzbogaciła architektów upadku, jednocześnie rujnując zwykłych właścicieli domów – dziesiątki tysięcy małych i regionalnych firm budowlanych zbankrutowało lub zostało przejętych przez większych konkurentów.

Kryzys, który zniszczył tak wiele rodzinnych firm i osobistych oszczędności, stał się dla tych z dużym kapitałem bezprecedensową okazją do zakupu. Nowe inwestycje budowlane w coraz większym stopniu znajdowały się pod kontrolą garstki firm, a dziś dziesięciu największych deweloperów kontroluje prawie 45% wszystkich nowych domów jednorodzinnych, co stanowi najwyższy odsetek w historii. Tylko dwie firmy, DR Horton i Lennar, samodzielnie kontrolują ponad 20% rynku.

Badania Luisa Quintero z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa pokazują, co ta koncentracja oznacza w praktyce: te dominujące firmy mogą teraz kontrolować harmonogram, wielkość i ceny nowych inwestycji bez obawy przed konkurencją z zewnątrz. Zmniejszyły one roczną podaż mieszkań o około sto pięćdziesiąt tysięcy jednostek rocznie, czyli prawie 2,6 miliona domów od czasu recesji, jednocześnie zwiększając zmienność cen o ponad pięćdziesiąt procent. Po co budować mieszkania w przystępnej cenie dla rodzin z klasy średniej, skoro luksusowe i wysokomarżowe projekty są o wiele bardziej rentowne? Według Redfin, rynek mieszkań luksusowych rozwijał się trzy razy szybciej niż rynek głównego nurtu. Pod koniec 2024 roku w całym kraju w budowie było zaledwie 6700 tańszych mieszkań na wynajem, w porównaniu z prawie pół milionem mieszkań wyższej klasy.

W rezultacie rynek staje się coraz bardziej oderwany od dochodów gospodarstw domowych. Według danych Centrum Studiów nad Mieszkalnictwem Uniwersytetu Harvarda, około połowa wszystkich gospodarstw domowych wynajmujących mieszkania wydaje obecnie ponad trzydzieści procent swoich dochodów na mieszkanie – tradycyjny próg, powyżej którego koszty mieszkania stają się uciążliwe. Rekordowa liczba 12,1 miliona gospodarstw domowych wydaje ponad pięćdziesiąt procent tylko po to, by utrzymać dach nad głową.

To nie są ludzie podejmujący złe decyzje finansowe. To ludzie uwięzieni na rynku, który został celowo ukształtowany w celu wyłudzenia maksymalnego czynszu od najemców, którzy nie mają dokąd się udać.

A gdy już budownictwo mieszkaniowe będzie projektowane tak, aby służyć temu, kto da najwięcej, a nie przeciętnemu gospodarstwu domowemu, przyciągnie kapitał, który będzie traktował domy nie jako miejsca do życia, ale jako aktywa generujące dochód, którymi będą zarządzać algorytmy i firmy zarządzające nieruchomościami, które nigdy nie spotkały i nigdy nie spotkają najemców, których życie zależy od ich decyzji.

Tylko w 2021 roku około dwadzieścia osiem procent wszystkich domów sprzedanych w Teksasie trafiło do inwestorów instytucjonalnych. W całym regionie Sun Belt ponad jedna trzecia zakupów domów jednorodzinnych jest obecnie powiązana z funduszami private equity i dużymi operatorami wynajmu. Nie są to osoby prywatne budujące osiedla, lecz podmioty finansowe, które czerpią wartość z ludzkich potrzeb, podnosząc medianę cen domów powyżej czterystu piętnastu tysięcy dolarów i pozostawiając millenialsów i pokolenie Z w obliczu wskaźnika ceny do dochodu na poziomie 10.5, czyli ponad dwukrotnie wyższym niż w przypadku poprzednich pokoleń.

I choć około trzydziestu procent przedstawicieli pokolenia Z teoretycznie zdołało kupić dom do dwudziestego piątego roku życia, prawie siedemdziesiąt osiem procent wymagało w tym celu pomocy rodziców – to najwyższy odsetek w historii. Amerykański sen ma teraz przypiętą gwiazdkę: jest dostępny tylko dla tych, których rodzice mogą sobie na niego pozwolić. Ponad pięćdziesiąt dwa procent przedstawicieli pokolenia Z nadal mieszka z rodzicami, całkowicie pozbawionych możliwości posiadania domu, z odroczonym w czasie osiągnięciem niezależności w oczekiwaniu na korektę rynku, która może nigdy nie nadejść, lub na odziedziczenie zdewaluowanego majątku po pokoleniu, którego polityka w ogóle stworzyła te warunki.

Ta sama konsolidacja, która przekształciła rynek mieszkaniowy, objęła również cały system żywnościowy, choć klasy zamożne, robiące zakupy w Whole Foods i często odwiedzające restauracje oferujące dania z farmy na stół, rzadko to zauważają. Na początku XX wieku Kongres uznał ogromną władzę dominujących zakładów mięsnych i uchwalił ustawę o zakładach mięsnych i rzeźniach z 1921 roku, aby przełamać ich kontrolę nad dostawami żywności. Jednak w ciągu ostatnich czterech dekad słabe egzekwowanie przepisów antymonopolowych i agresywne fuzje korporacyjne pozwoliły, aby ta władza powróciła ze zdwojoną siłą.

Obecnie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich kurczaków brojlerów jest hodowanych w ramach systemów kontraktowych, w których rolnicy nie są właścicielami ptactwa, paszy ani praw do przetwórstwa. Posiadają jedynie długi zaciągnięte na budowę obiektów wymaganych przez integratorów oraz pracę włożoną w hodowlę zwierząt zgodnie ze specyfikacjami ustalonymi przez korporacje, które mogą w każdej chwili zerwać umowy. Zaledwie cztery firmy – Tyson, JBS, Perdue i Sanderson – kontrolują około sześćdziesięciu procent amerykańskiej produkcji kurczaków, likwidując miliony małych, mieszanych stad, które istniały na początku XIX wieku, i redukując liczbę niezależnych producentów do zaledwie dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy hodowców kontraktowych, w porównaniu z setkami tysięcy, które działały w połowie XX wieku.

W sektorze wołowiny cztery największe firmy kontrolują obecnie około osiemdziesiąt pięć procent amerykańskiego przetwórstwa, w porównaniu z zaledwie trzydziestoma sześcioma procentami w 1980 roku. W sektorze wieprzowiny cztery firmy wytwarzają około siedemdziesiąt procent całej produkcji. Oskarżenia o zmowy cenowe na tych silnie skoncentrowanych rynkach ujawniły, że firmy koordynują cięcia dostaw, podnosząc ceny hurtowe, dodając setki dolarów rocznie do rachunku za żywność przeciętnej rodziny, jednocześnie pozwalając korporacjom na zwiększanie marż.

Wszystko to skrywane za nagłówkami o inflacji, jakby rosnące ceny były jakimś tajemniczym zjawiskiem naturalnym, a nie przewidywalną konsekwencją pozwolenia garstce firm na kontrolowanie podaży i cen podstawowych towarów.

Koncentracja umożliwiła tym firmom standaryzację produkcji wokół najtańszych i najbardziej nieludzkich metod, jakie są możliwe. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zwierząt hodowlanych w Stanach Zjednoczonych jest obecnie hodowanych w warunkach farm przemysłowych, pomimo że trzy czwarte amerykańskiego społeczeństwa sprzeciwia się takim warunkom. Jednak opinia publiczna nic nie znaczy, gdy rynek jest kontrolowany przez podmioty na tyle duże, że mogą ją ignorować.

Ta sama dynamika występuje w każdym sektorze: konsolidacja tworzy władzę, władza umożliwia wyzysk, a wyzyskiwani nie mają żadnych realnych możliwości, ponieważ rynek nie oferuje alternatyw.

Aby zrozumieć systemowy rozkład rynku pracy, ekonomiści mierzą koncentrację za pomocą indeksu Herfindahla-Hirschmana (HHI), który śledzi, jak duża część kontroli jest skupiona w rękach kilku firm. Historycznie rzecz biorąc, wartość powyżej 2500 sygnalizuje wysoce skoncentrowany rynek, zdolny do zachowań antykonkurencyjnych – próg ten został od tego czasu obniżony do 1800.

Badania ekonomistów specjalizujących się w prawie antymonopolowym, José Azara i Ioany Marinescu, pokazują, że średni wskaźnik HHI rynku pracy wynosi obecnie około 4378. Na wielu rynkach lokalnych i branżowych pracownicy de facto wybierają między zaledwie dwoma dominującymi pracodawcami. Ten poziom koncentracji skutkuje średnio dwudziestoprocentową obniżką płac, mniejszą liczbą dostępnych miejsc pracy i osłabieniem siły przetargowej, ponieważ przewaga pozostaje w rękach pracodawców, którzy nie muszą już konkurować o pracowników, ponieważ podzielili między siebie rynek.

Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w branży technologicznej. Według raportu Instytutu Samowystarczalności Lokalnej z 2021 roku, ekspansja Amazona przyczyniła się do zniknięcia około czterdziestu procent małych producentów odzieży, zabawek i artykułów sportowych, a także prawie jednej trzeciej małych wydawnictw książkowych. Amazon odegrał kluczową rolę w upadku dużych pracodawców, takich jak Borders i Toys R Us, które łącznie zatrudniały około dziewięćdziesięciu tysięcy pracowników. Firma została przyłapana na wykorzystywaniu swojego funduszu venture capital do inwestowania w startupy, a następnie kopiowania ich pomysłów i wprowadzania na rynek konkurencyjnych produktów, w niektórych przypadkach celowo rujnując firmy, które wspierała.

Amazon nie jest w tym odosobniony. Podczas gdy Federalna Komisja Handlu [FTC] i Departament Sprawiedliwości (DOJ) okazjonalnie blokują głośne fuzje, bardziej powszechną taktyką jest inwestowanie przez dominujące firmy w startupy, zabezpieczanie miejsc w zarządach i ciche wpływanie na ich kierunek – strategia znana jako „kooptacja zakłóceń” [co-opting disruption], czyli odwodzenie przyszłych konkurentów od innowacji, które mogłyby realnie zagrozić ugruntowanej pozycji rynkowej.

Kiedy Nvidia, Microsoft, Apple, Amazon, Google, Meta i Tesla stanowią obecnie ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500 – najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego – znajdujemy się w gospodarce, w której dobrobyt kraju zależy od wyników nielicznych firm, których interesy prawdopodobnie nie idą w parze z dobrobytem zwykłych obywateli.

To uzależnienie sprawia, że ​​Pokolenie Z musi zmierzyć się z masowym outsourcingiem amerykańskich miejsc pracy, zwolnieniami podszywającymi się pod optymalizację AI, zbliżającą się automatyzacją całych zawodów, fałszywymi ofertami pracy zalewającymi platformy rekrutacyjne, mającymi stworzyć iluzję możliwości, których nie ma, oraz z najgorszymi warunkami na rynku pracy, z jakimi absolwenci muszą się zmierzyć od ponad dekady.

Dzisiaj siedemdziesiąt dwa procent pokolenia Z żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy prawie połowa pracuje na trzech lub więcej etatach, żeby przeżyć. Nie po to, by budować majątek. Nie po to, by rozwijać karierę. Po prostu po to, by przetrwać – zapłacić czynsz, kupić artykuły spożywcze, spłacić minimalne raty zadłużenia na karcie kredytowej, które zgromadzili, próbując sfinansować edukację, która miała być ich przepustką do lepszego życia.

A kiedy garstka firm w istocie kontroluje rynek pracy, dyktuje nie tylko płace, ale także dostęp do opieki zdrowotnej. Według Employee Benefit Research Institute, odsetek pracodawców oferujących ubezpieczenia zdrowotne systematycznie spada wraz z przyspieszeniem konsolidacji. Do 2022 roku jeden lub dwa systemy opieki zdrowotnej kontrolowały cały rynek szpitali stacjonarnych w prawie połowie wszystkich obszarów metropolitalnych. Zgodnie z obecnymi wytycznymi federalnymi, siedemdziesiąt trzy procent rynku szpitali metropolitalnych jest klasyfikowanych jako wysoce skoncentrowane, w porównaniu z siedemdziesięcioma jeden procentami w 2014 roku.

Zgodnie z proponowanymi przez Departament Sprawiedliwości i Federalną Komisję Handlu (FTC) wytycznymi dotyczącymi fuzji, liczba ta wzrośnie do około dziewięćdziesięciu pięciu procent.

Badania przeprowadzone przez Kaiser Family Foundation i Healthcare Costs Institute pokazują, że ta konsolidacja bezpośrednio podnosi ceny. Same fuzje szpitali zwiększają koszty prywatnych ubezpieczycieli o około trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu procent, nie poprawiając wyników leczenia pacjentów. Prawie połowa wszystkich obszarów metropolitalnych jest zdominowana przez jednego ubezpieczyciela kontrolującego co najmniej pięćdziesiąt procent obszaru, podczas gdy w skali kraju zaledwie cztery firmy kontrolują prawie połowę wszystkich prywatnych ubezpieczeń.

W miarę jak składki na ubezpieczenie zdrowotne rosną szybciej niż płace, mniejsi pracodawcy coraz częściej nie są w stanie w ogóle oferować ubezpieczenia, co stawia pracowników w sytuacji, w której dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej wymaga dołączenia do jednej z większych, skonsolidowanych firm – tych samych, które outsourcingują i automatyzują amerykańskie miejsca pracy tak szybko, jak pozwalają na to ich algorytmy.

W porównaniu z sytuacją sprzed zaledwie dekady, pokolenie Z płaci obecnie około czterdzieści sześć procent więcej za ubezpieczenie zdrowotne. Dwie trzecie młodych dorosłych rezygnuje z wizyt lekarskich z powodu kosztów. To również silnie zniechęca do samozatrudnienia i przedsiębiorczości – a właśnie te cechy klasy zamożne rzekomo cenią, pouczając młodych ludzi o tym, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze.

I choć analiza ta koncentrowała się głównie na Stanach Zjednoczonych, ten sam upadek umowy społecznej ma miejsce w dużej części rozwiniętego świata. W Australii naukowcy z Uniwersytetu w Sydney wskazują na narastający kryzys zdrowia psychicznego pokolenia Z, napędzany niepewnością ekonomiczną i niestabilnością społeczną. W Korei Południowej presja sukcesu stała się tak przytłaczająca, że ​​młodzi ludzie nazywają swój kraj „Hell Joseon” – piekielnym, beznadziejnym społeczeństwem. W Chinach młodzi ludzie nazywają siebie „ludźmi szczurami”, opisując wypalenie, wysokie bezrobocie i rozczarowanie wyścigiem szczurów. W Niemczech pokolenie Z zmaga się z tymi samymi problemami upadającego rynku pracy, jednocześnie obwiniane o lenistwo i poczucie wyższości przez tych, którzy weszli w dorosłość w nieporównywalnie łatwiejszych warunkach w rozkwitających powojennych Niemczech. W Kanadzie, pomimo że pokolenie Z oszczędza więcej niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie, w praktyce zrezygnowało z posiadania własnego domu.

To nie jest problem amerykański. To globalny wzorzec – skoordynowana restrukturyzacja życia gospodarczego wokół zasady, że ludzie istnieją, by służyć kapitałowi, a nie odwrotnie, że mieszkania, opieka zdrowotna, żywność i praca to towary, które należy optymalizować pod kątem maksymalnej eksploatacji, a nie potrzeby, które należy zapewnić dla ludzkiego rozwoju. Marzenie o własności zostało zastąpione rzeczywistością użytkowania – życiem składającym się wyłącznie z subskrypcji, gdzie ktoś niczego nie posiada a oczekuje się od niego wdzięczności za przywilej dzierżawy dostępu do podstawowych warunków życia.

Zamożne klasy powiedzą ci, żebyś zachował pozytywne nastawienie. Będą ci sugerować, że negacja nigdy niczego nie wygrała, że ​​powinieneś wziąć życie w swoje ręce i coś z nim zrobić, że nastawienie jest wszystkim, a bycie ofiarą to wybór. Ta rada pochodzi od ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między zakupami spożywczymi a opieką medyczną, którzy nigdy nie pracowali na trzech etatach, jednocześnie studiując w pełnym wymiarze godzin, którzy nigdy nie kalkulowali, czy stać ich na chorobę w tym miesiącu. Ich pozytywność to pozytywność tych, którzy są chronieni przed konsekwencjami, pogodna pewność siebie zwycięzców loterii, którzy radzą pechowcom, by po prostu bardziej wierzyli.

Ale oto, czego wykłady o pozytywnym myśleniu nigdy nie przyznają: najsilniejszy sprzeciw wobec zmian zawsze pochodzi od tych, którzy zinternalizowali własny wyzysk. Rodzice z Wieku Pozłacanego, którzy zwalczali reformę dotyczącą pracy dzieci, ponieważ potrzebowali zarobków swoich dzieci, aby przeżyć. Współcześni pracownicy, którzy bronią miliarderów przed podatkami, ponieważ są przekonani, że pewnego dnia oni również mogą zostać miliarderami, a przynajmniej że majątek miliarderów w jakiś sposób spływa do nich poprzez mechanizmy, których żaden ekonomista nigdy nie był w stanie zidentyfikować. Młodzi ludzie, którzy atakują swoich rówieśników za „pesymizm”, ponieważ przyznanie się do skali problemu wydaje się zbyt przytłaczające.

Staliśmy się, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, tak hiperindywidualistyczni, że wszystkie treści w mediach społecznościowych sprowadzają każdy problem systemowy do porad, trików, sposobów na zwiększenie produktywności i osobistej odpowiedzialności. Po prostu lepiej planuj budżet. Po prostu naucz się wartościowych umiejętności. Po prostu zajmij się jednym z wielu dodatkowych zajęć na przesyconych rynkach. Po prostu pracuj ciężej, poświęcaj się bardziej, wierz w siebie z wystarczającą intensywnością. Ta rada nie jest do końca błędna – osobisty wysiłek ma znaczenie, zawsze miał i zawsze będzie miał. Jednak systematycznie przesłania ona strukturalną rzeczywistość, że żadna indywidualna optymalizacja nie jest w stanie pokonać systemu zaprojektowanego po to, by wyciągać wartość z ludzi, a nie ją dostarczać.

A hiperindywidualizm spełnia swoją funkcję. Rozdziela ludzi, którzy dzielą wspólne interesy. Przekształca zbiorowe problemy w osobiste porażki. Sprawia, że ​​zamiast organizować się, by zmienić warunki, każda osoba zmaga się sama, wierząc, że jej niezdolność do rozwoju odzwierciedla jej własne braki, a nie architekturę systemu, który nigdy nie został zaprojektowany dla jej dobra. Najbardziej samotne pokolenie w historii nie jest samotne z przypadku. Samotność jest zamierzonym rezultatem gospodarki, która korzysta z rozproszonych jednostek, które nie potrafią się koordynować, organizować, nie potrafią sobie wyobrazić, że sprawy mogłyby potoczyć się inaczej.

Miliarderzy wciąż powtarzają, że pieniądze nie dają szczęścia, ale ich własne badania dowodzą czegoś innego. Osoby zarabiające ponad sto tysięcy dolarów rocznie deklarują, że są mniej samotne. Wyższe dochody bezpośrednio korelują ze szczęściem, jak pokazują liczne badania. Bogaci o tym wiedzą – po prostu nie chcą, żebyś ty o tym wiedział, ponieważ społeczeństwo, które rozumie związek między bezpieczeństwem materialnym a dobrobytem, ​​mogłoby zacząć zadawać niewygodne pytania o to, dlaczego takie bezpieczeństwo staje się niemożliwe do osiągnięcia dla coraz większej części populacji.

Na świecie jest obecnie ponad trzy tysiące miliarderów. W ciągu zaledwie trzech miesięcy 2025 roku dodali kolejne pięć bilionów dolarów do swojego zbiorowego majątku. Tempo to przyspiesza. To nie przypadek, że wraz ze wzrostem ich bogactwa rosną również koszty wszystkiego innego. Jesteśmy na dobrej drodze, aby w ciągu najbliższej dekady zobaczyć pięciu bilionerów. Po raz pierwszy w historii nowożytnej więcej miliarderów powstaje w wyniku dziedziczenia niż przedsiębiorczości. Stany Zjednoczone zobaczą dwadzieścia dziewięć bilionów dolarów przekazanych spadkobiercom miliarderów w ciągu najbliższych trzydziestu lat. I to tyle z mitu sukcesu osiągniętego własną pracą. To oni są właścicielami butów. To oni są właścicielami pasków. I pobierają od ciebie opłaty za przywilej próby podciągnięcia się na szczyt.

Dla niektórych mogę teraz brzmieć jak socjalistka. Zapewniam, że nie zaraziłam się tą konkretną chorobą. Nadal nie jestem przekonana, że rozwiązaniem naszych problemów jest oddanie większej władzy temu samemu niekompetentnemu, aroganckiemu aparatowi biurokratycznemu, który je stworzył, i podtrzymuję przekonanie, że socjalizm jest w swej istocie ideologią dla tych, którzy pragną pasożytować na pracy innych, jednocześnie okrywając swoją mierność językiem sprawiedliwości.

Ale w tym miejscu rozjeżdżają się nasze drogi z dobrze sytuowanymi obrońcami status quo, którzy odrzucą wszystko, co napisałam, jako lewicowe żale: żyjemy w czasach, w których nie ma kapitalizmu. To nie jest kapitalizm już od jakiegoś czasu. Mamy do czynienia ze sfałszowanym kasynem zarządzanym przez kartel oligarchów, którzy wykupili państwo regulacyjne, przejęli kontrolę nad procesem legislacyjnym i przekształcili całą gospodarkę w mechanizm wysysania bogactwa z tych, którzy je tworzą, i przekazywania go w górę tym, którzy nim manipulują. Nazywają to wolnym rynkiem. Gary Allen słusznie nazywa to komunizmem.

Spójrzmy na Teslę, skoro już mówimy o bilionerach. Oto firma, która zbudowała swoją markę na byciu przyszłością – smukłym, elektrycznym, autonomicznym pojazdem, wizją jutra sprzedawaną ludziom, którzy chcieli wierzyć, że kupują coś więcej niż samochód. I co przyniosła ta świątynia postępu? W 2026 roku Tesla po cichu przejęła system automatycznego prowadzenia – podstawową funkcję wspomagania utrzymania pasa ruchu, która od lat jest standardem w większości pojazdów, a Honda i Toyota oferują ją w najtańszych modelach – i przeniosła ją do formy miesięcznego abonamentu w wysokości dziewięćdziesięciu dziewięciu dolarów. To, co kiedyś było wliczone w cenę pojazdu, jest teraz opłatą cykliczną. To, co było sprzedawane jako dodatkowa funkcja, teraz jest wynajmowane.

Tesle z 2026 roku są standardowo wyposażone jedynie w podstawowy tempomat z czujnikiem ruchu. Jeśli chcesz, aby samochód utrzymywał się na pasie ruchu, czyli miał funkcję, za którą zapłaciłeś przy zakupie pojazdu, musisz teraz wykupić abonament „Full Self-Driving”. To ma znaczenie nie tylko dla właścicieli Tesli, ponieważ każdy inny producent samochodów obserwuje, co robi Tesla. Kiedy Tesla udowadnia, że ​​można usunąć funkcję bezpieczeństwa z samochodu i pobierać opłatę abonamentową za jej przywrócenie, wszystkie zarządy w Detroit i Monachium biorą to pod uwagę.

A dlaczego Tesla to zrobiła? Ponieważ w listopadzie 2025 roku akcjonariusze zatwierdzili pakiet wynagrodzeń dla Elona Muska o potencjalnej wartości do biliona dolarów. Aby odblokować tę wypłatę, Musk musi osiągnąć pewne kamienie milowe — między innymi dziesięć milionów aktywnych subskrypcji FSD. Każda zakupiona subskrypcja bezpośrednio przyczynia się do uczynienia go pierwszym bilionerem na świecie, podczas gdy on marynuje chętny świat w piekle AI, które kiedyś nazywało się Twitter. Jego obecny majątek netto oscyluje wokół 788 miliardów dolarów. Był już na dobrej drodze do przekroczenia progu biliona dolarów bez tego pakietu. To najczystszy wyraz chciwości, jaki wyprodukowała współczesna gospodarka: człowiek, wart więcej niż większość krajów, pozbawia samochody funkcji, tak że każda miesięczna rata zbliża go do kwoty, której żaden człowiek nigdy nie osiągnął, podczas gdy drobnym druczkiem podają, że oprogramowanie nie robi tego, co sugeruje marketing.

Sąd w Kalifornii orzekł, że Tesla stosowała oszukańczy marketing, używając nazw „Autopilot” i „Full Self-Driving” [FSD], które sugerują autonomię, której pojazdy nie posiadają. Tesla została zobowiązana do wycofania marki „Autopilot”. Jej reakcją nie było rozwiązanie problemu, lecz jego monetyzacja – usunięto etykietę, zintegrowano jej funkcjonalność z FSD i wprowadzono pobieranie opłat abonamentowych za to, co wcześniej było wliczone w cenę. Oficjalna definicja prawna Tesli opisuje FSD jako system wspomagający kierowcę i wymagający od niego ciągłej uwagi.

Tymczasem Musk publikuje na Twitterze nagrania Modelu Y, które prowadzą się same, bez kierowcy w środku, i twierdzi, że są „w pełni autonomiczne” – bez kierowcy czy zdalnego operatora. Waymo oferowało prawdziwie autonomiczne przejazdy autostradami już od 2024 roku. Twierdzenie Muska, że ​​jego film był „pierwszy”, było po prostu fałszywe. Ale marketing trwa, subskrypcje rosną, a meta warta bilion dolarów jest coraz bliżej.

FSD jest obecnie przedmiotem federalnego dochodzenia prowadzonego przez NHTSA. Tesla nie zgłaszała prawidłowo wypadków z udziałem autopilota i FSD. Badania wskazują, że Tesle mają najwyższy wskaźnik śmiertelnych wypadków na miliard mil spośród wszystkich marek samochodowych, a wskaźnik Modelu Y jest kilkakrotnie wyższy niż średnia krajowa.

System ten nie kwalifikuje się jako autonomiczny system jazdy zgodnie z klasyfikacją federalną, dlatego Tesla nie pojawia się w statystykach wypadków pojazdów autonomicznych, pomimo marki „samojezdny”. Sprzedają oni prawnie sklasyfikowany system wspomagania kierowcy, który jest statystycznie bardziej niebezpieczny niż przeciętny, reklamowany tak, jakby był niemal gotowy do działania jako nienadzorowana robotaksówka.

Aby to sprzedać, Musk stosuje taktykę pilności [urgency tactics] starszą niż sam samochód: kup teraz, zanim ceny wzrosną, przenieś swój FSD przed upływem terminu, działaj przed 14 lutego, działaj przed końcem pierwszego kwartału. Te terminy podejrzanie pokrywają się z jego kamieniami milowymi dotyczącymi wynagrodzeń, które obejmują również skumulowane dostawy pojazdów. Cały aparat jest zaprojektowany tak, aby pompować kwartalne liczby, tak aby każdy raport o zyskach przybliżał go do wypłaty przekraczającej PKB większości krajów na Ziemi. Obiecuje, że autonomiczne pojazdy będą „już za dwa lata” każdego roku od dekady. Obiecano milion robotaksówek na 2020 rok. „Bardzo blisko poziomu 5” to refren od czasów administracji Obamy. Obietnice się powtarzają. Subskrypcje się kumulują. Bilion się zbliża.

To nie jest kapitalizm. Kapitalizm oznaczałby, że Tesla konkuruje z innymi producentami samochodów, oferując lepszy produkt w lepszej cenie. Mamy tu firmę, która zbudowała fosy regulacyjne dzięki dotacjom rządowym, zdobyła rynek obietnicami, których nie spełniła, a teraz czerpie powtarzające się przychody od klientów za funkcje, które ci już kupili – wszystko po to, by sfinansować pakiet wynagrodzeń na niespotykaną dotąd skalę dla człowieka o bezprecedensowym bogactwie, który wprowadza na rynek oprogramowanie krytyczne dla bezpieczeństwa, będące przedmiotem federalnego śledztwa z powodu jego szkodliwości. A jeśli zaprotestujesz, usłyszysz, że nie rozumiesz innowacji, że hamujesz postęp, że przyszłość należy do tych, którzy wierzą.

Nie zazdroszczę bogactwa. Nie mam żalu o sukces. Nie cierpię tego, że wmawia mi się, że to wolny rynek, podczas gdy obserwuję, jak miliarderzy kupują sobie przepisy, usuwają funkcje z produktów, pobierają opłaty za systemy bezpieczeństwa i nakładają abonamenty na klasę robotniczą i średnią, aby sfinansować pakiety wynagrodzeń, które zawstydziłyby rzymskiego cesarza – a jednocześnie ci sami miliarderzy pouczają opinię publiczną, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze. Paski przy butach zostały sprzedane lata temu. Buty są teraz usługą abonamentową. A ludzie, którzy napinają te paski, mają trzy czwarte biliona dolarów i liczą na więcej.

Więc nie, nie zostałam socjalistką. Nie chcę więcej władzy rządu. Nie chcę więcej niekompetentnych miernot – kierujących się osobistymi odczuciami, drobnymi urazami, światopoglądami zbudowanymi z esejów wideo na YouTube i krótkich filmików na TikToku oglądanych między zbiórkami funduszy na kampanię – by narzucać mi coraz bardziej idiotyczne prawa. Bo to jest wszystko, co robią. To cała ich funkcja. Nie rozwiązują problemów. Tworzą ramy prawne. Nie reprezentują ciebie. Reprezentują każdego, kto zapłacił za ich ostatnią kampanię reelekcyjną, i odziewają tę reprezentację w język służby publicznej, podczas gdy ty płacisz rachunek za ich niepowodzenia.

Czy zauważyłeś, że każde uchwalone prawo zdaje się wpływać na ciebie negatywnie? Nie w teorii – teoretycznie każde prawo służy twojej ochronie, twojemu bezpieczeństwu, twojemu dobru. Ale w praktyce? W realnym życiu? Każdy przepis wiąże się z opłatą. Każda reforma dodaje formę. Każda ochrona chroni kogoś przed tobą lub chroni ciebie przed czymś, o ochronę czego nigdy nie prosiłeś, jednocześnie narażając cię na to, co faktycznie zagraża twojemu bytowi. Przepisy, które mogłyby ograniczać wpływowych, są pisane z lukami prawnymi wielkości hangarów lotniczych. Przepisy, które ograniczają ciebie, są pisane z precyzją skalpela. Miliarder znajduje sposób na obejście, ty znajdujesz grzywnę.

Oto ludzie, których wybraliśmy, by nami rządzili: niekompetentne, skorumpowane kupy g…a, których wiedza ekonomiczna wykształciła się w wyniku czytania na telefonach felietonu Paula Krugmana, których znajomość technologii pochodzi z prezentacji lobbysty w PowerPoincie, których wiedza o polityce zagranicznej pochodzi z wszelkich argumentów, które ich pracownicy wyciągnęli z Twittera tego ranka. Nie potrafiliby poprowadzić stoiska z lemoniadą bez firmy konsultingowej, grupy fokusowej i pomocy finansowej, a mimo to ośmielają się reorganizować całe sektory gospodarki, kierując się uczuciami, które mylą z zasadami. Nigdy niczego nie zbudowali, nigdy niczego nie stworzyli, nigdy niczym nie zaryzykowali – i rządzą tak, jakby konsekwencje były koncepcją dotyczącą tylko ich wyborców.

Obserwuj, jak działają. Obserwuj, jak uchwalają szeroko zakrojone ustawy, których nie czytali, opracowane przez lobbystów branż, których nie rozumieją, wpływające na życie, którego nigdy nie przeżyją. Obserwuj, jak gratulują sobie „zrobienia czegoś”, podczas gdy to, co robią, pogarsza sytuację wszystkich, z wyjątkiem interesów, pod które napisano ustawę. Obserwuj, jak stają na podium i mówią o klasie robotniczej, jakby była egzotycznym gatunkiem, który kiedyś widzieli w filmie dokumentalnym, wygłaszając banały o kuchennych stołach, przy których nigdy nie siedzieli, o zmaganiach, z którymi nigdy się nie zmierzyli, o wyborach, których nigdy nie musieli dokonywać między zakupami spożywczymi a czynszem.

A kiedy ich polityka zawodzi – co nieuchronnie się zdarza, bo przecież porażka dla ciebie często oznacza sukces dla ich darczyńców – nie zastanawiają się nad tym ponownie. Nie adaptują się. Podwajają wysiłki. Obwiniają poprzednią administrację, obstrukcyjną opozycję lub ignorancką opinię publiczną, która po prostu nie rozumie wyrafinowanego geniuszu ich wizji. Nigdy się nie mylą. Nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Są wiecznymi bohaterami swoich własnych historii, dzielnie walczącymi z ciemnymi siłami, które jakimś sposobem zawsze okazują się być tobą: twoim samochodem, twoją dietą, twoim termostatem, twoją małą firmą, twoimi wyborami, twoim nieustającym uporem by żyć po swojemu bez ich pozwolenia.

Zawodowy polityk to gatunek, który ewoluował, by przetrwać wyłącznie w ekosystemie władzy. Usuń go z tego środowiska, a zginie w ciągu kilku tygodni, niezdolny do poruszania się w świecie, gdzie słowa muszą odpowiadać czynom, a czyny muszą przynosić rezultaty. Doprowadzili do perfekcji sztukę mówienia godzinami, nie mówiąc nic, obiecywania wszystkiego, nie dając nic, przypisywania sobie zasług za sukcesy, do których się nie przyczynili, i zrzucania winy na innych za porażki, które sami stworzyli. Są wiarygodni, nie będąc wykształconymi, są doświadczeni, nie będąc kompetentnymi, są pewni siebie, nie będąc do czegoś zdolnymi. I rządzą nami z pogodną pewnością ludzi, którzy nigdy nie ponieśli konsekwencji za swoje błędy.

Nie chcę, żeby ci ludzie mieli więcej władzy. Nie chcę, żeby mieli władzę, którą już posiadają. Chcę, żeby dali mi spokój – żeby przestali udawać, że każdy problem wymaga ich interwencji, że każdy kryzys wymaga ich zarządzania, że ​​każdy aspekt ludzkiej egzystencji podlega ich jurysdykcji. Ale to nie jest opcja w głosowaniu. Jedyne, co nam pozostaje, to wybór, która frakcja wiarygodnych nieudaczników będzie źle zarządzać przez następne cztery lata, która grupa darczyńców napisze kolejny zestaw praw, jaki rodzaj porażki preferujemy. I oczekuje się od nas, że będziemy wdzięczni za przywilej wyboru.

Kapitalizm, który nam wciskali – ten, w którym ciężka praca i dobre produkty wygrywają, gdzie konkurencja napędza innowacje, gdzie konsument jest suwerenny, a rynek wolny – już nie istnieje. Pozostają jedynie haracze pod płaszczykiem postępu, oszustwo owinięte w język destrukcji, świat, w którym najbogatszy człowiek na świecie wymontowuje części z twojego samochodu i pobiera comiesięczną opłatę za ich odzyskanie, oczekując, że podziękujesz mu za ten przywilej. Jeśli przez to zabrzmię jak socjalistka w oczach tych, którzy mylą kolesiowskie zyski z wolną przedsiębiorczością, to może powinni zastanowić się, czego właściwie bronili przez te wszystkie lata – i czyim interesom to tak naprawdę służy.

Pęknięcia zaczynają się ujawniać. System, który wydawał się tak trwały, tak nieunikniony, tak naturalny, okazuje się kruchy i zależny od ciągłej uległości tych, których wykorzystuje. Dziewięćdziesiąt procent respondentów w niedawnym sondażu stwierdziło, że spodziewa się pogorszenia, a nie poprawy, kosztów utrzymania w 2026 roku. Pew Research przeprowadził ankietę w trzydziestu sześciu krajach i odkrył, że pięćdziesiąt cztery procent postrzega lukę majątkową jako ogromny problem, podczas gdy sześćdziesiąt procent uważa, że ​​bogaci zawłaszczyli sobie politykę. Ludzie nie są po prostu niezadowoleni – są wściekli. A odpowiednio ukierunkowana furia od zawsze była warunkiem wstępnym zmiany.

Wiek Pozłacany nie skończył się, ponieważ baronowie-rozbójnicy zmienili zdanie. Skończył się, ponieważ robotnicy się zorganizowali, a reformatorzy agitowali, ponieważ sprzeczności systemu stały się tak dotkliwe, że przywódcy polityczni zostali zmuszeni do wyboru między umiarkowaną reformą a rewolucyjnym przewrotem. Era Postępu nadeszła, ponieważ zwykli ludzie nie chcieli zaakceptować, że degradacja, której doświadczali, była naturalna lub nieunikniona. Tworzyli związki zawodowe, maszerowali, głosowali, organizowali się i zmieniali strukturalne warunki życia w Ameryce w sposób, który przyniósł korzyści przyszłym pokoleniom – włączając w to te same pokolenia, które zlikwidowały te zabezpieczenia i teraz pouczają wnuki, jak podnieść się o własnych siłach.

To nie jest skrajny pesymizm. Skrajny pesymizm oznaczałby akceptację faktu, że nic się nie zmieni, że obecna trajektoria jest ustalona, ​​że ​​najlepsze, na co możemy liczyć, to indywidualna adaptacja do zbiorowej katastrofy. Prawda jest bardziej wymagająca niż pesymizm: wymaga od nas odłożenia telefonu i uświadomienia sobie skali problemu, zrozumienia, jak do tego doszliśmy, zidentyfikowania struktur, które utrwalają te warunki, oraz zbudowania koalicji niezbędnych do ich zmiany. To nie jest dzieło jednego cyklu wyborczego ani jednego życia. To trwający projekt demokratycznego społeczeństwa, odwieczna walka o to, by życie gospodarcze służyło ludzkiemu rozwojowi, a nie odwrotnie.

Pokolenie Z rozwija umiejętności, których poprzednie pokolenia nigdy nie musiały nabywać. Uczą się, na podstawie gorzkich doświadczeń, jak działają systemy i jak zawodzą. Budują solidarność ponad podziałami geograficznymi i demograficznymi za pośrednictwem sieci cyfrowych, których baronowie-rozbójnicy z Wieku Pozłacanego nie mogli sobie nawet wyobrazić. Odrzucają fałszywy wybór między zrezygnowaną akceptacją a bezsilną wściekłością. A gdy obejmą stanowiska kierownicze – co nieuchronnie nastąpi, ponieważ czas płynie tylko w jednym kierunku – przyniosą ze sobą wiedzę, którą nabyli za ogromne osobiste poświęcenia, wiedzę o tym, co się dzieje, gdy konsolidacja przebiega w sposób niekontrolowany, gdy siła robocza traci wpływy, gdy mieszkalnictwo staje się spekulacją, gdy opieka zdrowotna staje się szantażem, gdy we własnym kraju nazywa się ciebie rasistowskim nazistą tylko dlatego, że masz niewłaściwy kolor skóry.

Najbliższa przyszłość rysuje się w ponurych barwach. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe, a system opiera się na nieuczciwości – na przekonaniu ludzi, że wszystko jest zasadniczo w porządku, że wszelkie problemy to chwilowe anomalie, a nie cechy strukturalne, że indywidualny wysiłek wystarczy, by przezwyciężyć zbiorowy wyzysk. Jednak ponura przyszłość nie determinuje kształtu nadchodzących dekad. Historia nie jest taśmą produkcyjną, która nieuchronnie prowadzi nas ku z góry określonym celom. To teren sporny, gdzie wynik zależy od tego, co ludzie robią, jak się organizują, jakie stawiają żądania i jak skutecznie na nie naciskają.

Na przedniej szybie jest mnóstwo owadów. Szorowanie będzie wymagało czasu, wysiłku i wytrwałości w obliczu niepowodzeń. Ale alternatywa – akceptacja permanentnego podporządkowania, oddanie przyszłości tym, którzy czerpią zyski z ludzkiego nieszczęścia, uczenie dzieci, by oczekiwały mniej niż ty, a wnuków, by oczekiwały mniej niż one – nie jest żadną alternatywą. To kapitulacja w przebraniu realizmu, defetyzm reklamowany jako dojrzałość.

Rozbójniczy baronowie Wieku Pozłacanego uwierzyli, że odnieśli trwałe zwycięstwo. Kontrolowali rząd, sądy, prasę i gospodarkę. Nie mogli sobie wyobrazić, że ich panowanie może być tymczasowe, że robotnicy, których wyzyskiwali, mogą się zorganizować, że system, który przejęli, może zostać zreformowany. Mylili się. Technofeudałowie naszych czasów popełniają ten sam błąd, a ich pycha jest wzmacniana przez algorytmy i możliwości nadzoru, które pokolenie temu wydawałyby się science fiction. Oni również odkryją, że skoncentrowana władza generuje własną opozycję, że wyzysk ma swoje granice, że ludzie nie są nieskończenie cierpliwi wobec warunków, które sprowadzają ich do pozycji w cudzym rachunku zysków i strat.

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.

Albo pójdziemy na dno razem ze statkiem, albo wszyscy razem damy radę. Nie ma trzeciej opcji, w której spryciarze i szczęśliwcy prosperują, podczas gdy reszta świata płonie.

Współzależność współczesnego życia sprawia, że ​​ta fantazja jest niemożliwa – te same systemy, które pozwalają miliarderom gromadzić bogactwo, wymagają funkcjonalnych społeczeństw z wykształconymi pracownikami i stabilnymi instytucjami. Wystarczy docisnąć wyzysk wystarczająco daleko, a cała konstrukcja runie. Miliarderzy budujący bunkry to rozumieją, nawet jeśli w publicznych wypowiedziach udają, że jest inaczej. Przygotowują się na upadek, który sami pomogli zaaranżować, mając nadzieję, że w wygodnej izolacji przetrwają konsekwencje własnej grabieży.

Ale bunkry nie są rozwiązaniem. Są przyznaniem się do porażki. Przyznaniem, że system, który zbudowali, nie jest w stanie utrzymać się sam, że wyzysk, który stosowali, nigdy nie był zrównoważony, że przyszłość, którą tworzą, jest dla nich samych nie do zniesienia. Mentalność bunkra to końcowy efekt filozofii, która traktuje ludzi jako zasoby do eksploatacji, a nie jako cel sam w sobie. I jest to filozofia, która, pomimo pozornego triumfu, niesie w sobie zalążki własnej destrukcji.

Wybór, przed którym stoimy, nie dotyczy optymizmu czy pesymizmu, akceptacji czy katastrofizmu, indywidualnych dążeń czy zbiorowej rozpaczy. Chodzi o wybór między zrozumieniem systemu na tyle dobrze, by go zmienić, a zaakceptowaniem warunków, które będą się jedynie pogarszać, jeśli nie zostaną zakwestionowane.

Pokolenie Z nie wybrało odziedziczenia tej zepsutej gospodarki, tego zniewolonego rządu, tej skoncentrowanej władzy, tej erozji umowy społecznej. Ale to oni zadecydują o tym, co stanie się dalej – czy wzorce Wieku Pozłacanego będą się pogłębiać, aż coś się tragicznie załamie, czy też ciężka praca nad reformami rozpocznie się na dobre, kierując się trzeźwą analizą, a nie wygodnymi iluzjami.

Zachowaj odrobinę nadziei. Ale uświadom sobie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. I zrozum, że tej pracy nie da się wykonać samemu, nie da się jej osiągnąć poprzez indywidualną optymalizację, nie da się jej osiągnąć, prześcigając system zaprojektowany tak, by wycisnąć z ciebie wszystko, co masz. Ta praca wymaga solidarności ponad podziałami, które władza wykorzystuje, by nas izolować. Wymaga organizacji, która dorówna koordynacji kapitału. Wymaga zaangażowania politycznego, które pociąga przywódców do odpowiedzialności za podejmowane decyzje i interesy, którym służą. Wymaga również cierpliwości, by wytrwać pomimo niepowodzeń, mądrości, by wyciągać wnioski z porażek, i odwagi, by iść naprzód, nawet gdy przeszkody wydają się nie do pokonania.

Rozbójniczy baronowie myśleli, że odnieśli zwycięstwo na zawsze. Mylili się. Architekci naszej obecnej sytuacji uważają, że zoptymalizowali ludzką eksploatację do perfekcji. Oni też się mylą. Przyszłość nie jest jeszcze napisana, a pióro wciąż jest w naszych rękach – choć te ręce mogą być stwardniałe i zmęczone. Pytanie tylko, czy będziemy go używać.

Oryginalny tekst ukazał się 31 stycznia 2026 roku na stronie:

________________

10 Years Of “Owning Nothing and Being Happy”—Please Rate Your Happiness, A Lily Bit, Jan 31, 2026

Polskie tłumaczenie ukazało się 18 lutego 2026 roku na stronie:

Nie mam na imię Każdy !… MEM-y II.

——————————————-

————————————————

—————————————————-

————————–

————————————————

——————————————

———————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Take one ! MEM-y I.

—————————–

——————————————–

———————————–

—————————————————–

—————————————-

————————————-

—————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

„Kanion” z 2001 roku w aktach Epsteina

Kanion z 2001 roku w aktach Epsteina

Autor artykułu Marek Wójcik 19.02.2026 r.

Wielu dziennikarzy interesuje się opublikowanymi dokumentami ze śledztwa dotyczącego Epsteina. Bardziej interesujące jest jednak to, czego w tych aktach brakuje. 14 lutego 2026 roku audytor danych śledczych opublikował analizę na Redditorze sprawy Epsteina, która wywołała sensację. W oficjalnym zestawie danych EFTA nr 9 Internal Communications Correspondence odkryto ogromną, chronologicznie precyzyjną lukę, tzw. kanion z 2001 roku. Między wrześniem 1998 roku (ostatni numer seryjny EFTA00045000) a styczniem 2002 roku (następny numer seryjny EFTA00070000) brakuje dokładnie 25 000 numerów seryjnych. Nie są to luki spowodowane przypadkiem ani awariami technicznymi – to czysty, systematyczny podział. Jednocześnie w zestawie danych nr 3, Financial Records, brakuje trzech lat kompletnych danych transakcyjnych.

Ogólnie rzecz biorąc, istnieje luka 2,6 miliona stron między około 6,1 miliona stron ogłoszonych przez Departament Sprawiedliwości a około 3,5 miliona stron faktycznie opublikowanych. Cytat z opublikowanego wczoraj na UncutNews.ch artykułu: Co jest tuszowane? 25 000 brakujących dokumentów z okresu tuż przed 11 września: Departament Sprawiedliwości usuwa korespondencję Epsteina z kluczowego okresu. Źródło.

Źródło.

Powyższa grafika dobrze tłumaczy, skąd wzięło się w tym kontekście pojęcie kanionu.

Podobnie wyglądały wykresy przypadków zachorowań na grypę w okresie 2018 do 2022 r.

Jakkolwiek przyczyna jest zupełnie inna. Nauczona doświadczeniem prokurator generalna USA Pam Bondi, kiedy wcześniej opublikowane akta ujawniły szczegóły planowania plandemii, postanowiła tym razem po prostu usunąć tysiące dokumentów wskazujących na planowanie – zapewne nie przez Al-Kaidę – zamachów na World Trade Center z 11 września 2001 roku.

Nigdy nie zapomnij WTC1 i WTC2!
Zapomij WTC7!

Jesteśmy wszyscy oblężeni w bagnie kłamstw. Nie ma dnia ni godziny, żeby z ekranu telewizora nie płynęła propagandowo wystylizowana nieprawda. Od budowy egipskich piramid bez narzędzi, jedynie siłą pracy niewolników, do najnowszych rewelacji świadczących o udziale rosyjskich służb specjalnych w tworzeniu diabelskiego pomiotu wyspy Epsteina. Od procesów moskiewskich Stalina sprzed prawie wieku, do „samobójstwa” Jeffreya Epsteina. Od „skutecznej” szczepionki przeciwko ospie z czasów wojen napoleońskich po zabójcze eliksiry mRNA. Od „ratującego” zęby fluoru po „niebezpieczny” cholesterol.

Można te kłamstwa wymieniać w nieskończoność. Niedawno miałem rozmowę z panią doktor, która postanowiła poświęcić więcej czasu dla mnie, by mnie przekonać do używania statyn przeciwko „straszliwemu” cholesterolowi. Porozmawiamy o tym podczas mojej następnej wizyty u pani doktor…

Nasz świat został zakłamany przez natrętne powtarzane nieprawdy. Gdyby druga wojna światowa inaczej się potoczyła i nie daj Boże Hitler, zwyciężył Stalina, to zgadnijcie, kto dzisiaj byłby symbolem wszelkiego zła? Rolę dzisiejszego Hitlera przejąłby Stalin. Komunizm byłby zły, a faszyzm dobry. Obaj przywódcy byli zbrodniarzami, ale zwycięzca jest zawsze tym „dobrym”. Podobnie ich zbrodnicze, niszczące autentycznego człowieka ideologie.

Przykład, jak właściciele upodabniają się do swych psów.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

O demografii

O demografii

Zorard o-demografii

Wiele ostatnio w Internecie dyskusji o demografii bo coraz więcej osób orientuje się, że wymieramy. Niestety, z tego co widzę absolutnie nikt nie dotyka istoty problemu, zamiast tego toczą się jałowe dyskusje o 500+, żłobkach czy takich bzdurach jak „równy podział obowiązków domowych”. Tymczasem, to są wszystko rzeczy całkowicie nieważne i nie mające istotnego wpływu na demografię.

Istotą problemu jest to, że kobiety nie chcą rodzić i wychowywać dzieci. A nie chcą tego dlatego, że ich status społeczny – a co za tym idzie i poczucie własnej wartości – są kompletnie oderwane od tego czy są matkami i żonami oraz jakimi matkami i żonami są.

To zaś z kolei jest ukoronowaniem trwających już ponad 120 lat intensywnych zabiegów propagandowych, które miały dokładnie taki cel: zniszczenie dzietności rasy białej (aryjskiej). Najważniejszym zaś sposobem na to jest ideologia feminizmu.

Feminizm w swojej istocie opiera się na zaprzeczeniu temu co jest w kobiecie unikalne i zastosowaniu do niej męskiej skali porównawczej (zarówno tej społecznej jak i – w efekcie – wewnętrznej, podług której kobieta ocenia samą siebie). W efekcie kobiety obecnie skupiają się w swoim życiu głównie na tym, co mężczyźni też mogą robić – i zazwyczaj robią lepiej – a nie na tym, co tylko kobiety mogą zrobić: urodzić dziecko i tym, co tylko kobiety mogą zrobić dobrze: odchować malucha do wieku około 4-5 lat.

W istocie macierzyństwo to jedyny unikalny wkład kobiet w życie społeczeństw. Absolutnie wszystko inne mogą też zrobić mężczyźni – poza byciem matką i żoną nie ma nic unikalnego, wyjątkowego, co kobiety wnosiłyby do społeczeństwa. Dlatego w tradycyjnych społeczeństwach ich status i ocena zależały od tego jak realizują ten właśnie unikalny – a zarazem fundamentalny – wkład. Tymczasem feminizm pod płaszczykiem „równouprawnienia”(które jest hasłem kłamliwym w założeniu) doprowadził do tego, że kobiety odrzuciły właśnie to, co czyni je wartościowymi, jedyną rzecz unikalnie kobiecą, w której są niezastąpione.

A kobiety odrzuciły to przede wszystkim dlatego, że obecnie w społeczeństwie polskim – i w społeczeństwach całego gnijącego Zachodu – status kobiety jest kompletnie oderwany od macierzyństwa i rodziny.

Widać to w języku1 – określenie „matka Polka” ma charakter obelgi, określenie „pani domu” zastąpiono pogardliwą „kurą domową”, nikt absolutnie już nie mówi o kimś, że jest lub była „dobrą żoną”2 – i tak dalej. Widać to w stosunku do nielicznych już rodzin wielodzietnych, które większości kobiet kojarzą się z patologią – matki licznej gromadki dzieci spotykają się ze zdziwieniem, współczuciem i politowaniem ze strony innych kobiet.

Widać to w zachowaniu kobiet, które odkładają zamążpójście, partnerów dobierają nie jako przyszłych ojców ale pod kątem „wspólnych zainteresowań” (co samo w sobie jest idiotyczne) a jeśli nawet dopuszczają zostanie matką prawdziwego dziecka (a nie lansowanego obecnie w mediach „psiecka”) to maksymalnie jednego i późno, to jest wtedy kiedy „ustabilizują się zawodowo”. Następnie dziecko jak najszybciej odstawić od piersi (jeśli w ogóle było nią karmione) i czym prędzej wepchnąć do żłobka3 żeby wrócić do „kariery”4.

Widać to wreszcie w tym czym te kobiety się chwalą – a widać to obecnie świetnie na Facebooku, Instagramie czy TikToku. Chwalą się swoimi osiągnięciami, swoimi podróżami, zakupami. Rzadko kiedy chwalą się swoimi dziećmi, ich mężowie – o ile ich mają – pojawiają się tam rzadko i raczej jako tło. I o ile fiksacja na punkcie wyglądu to nic złego – to u zdrowej psychicznie kobiety normalne – to już zajmowanie się karierą zdecydowanie nie.

Przy tym kobiety niewiele co wnoszą do „rynku pracy”. Mógłbym tu napisać dużo o fikcyjnych a często szkodliwych stanowiskach – całych działach PR, HR itp. w firmach, w których tysiące kobiet marnują swoje życie utrudniając do tego pracę innym. Mógłbym pisać o idiotycznych wysiłkach zachęcania kobiet do zawodów technologicznych i nauk ścisłych (z którymi większość z nich nie chce mieć nic wspólnego, a te, które się teym zajmują w większości radzą sobie słabiej od swoich kolegów). Ale po co – wszyscy to wiemy, stykamy się z tym na codzień, tylko nie mówimy o tym głośno bo można za to wylecieć z pracy.

Doszło już do tego, że kobiety odurzone tym szaleństwem uważają, że ich kariera i zarobki uczynią je bardziej atrakcyjnymi dla mężczyzn – co jest całkowitym absurdem. Żaden mężczyzna nawet na to nie spojrzy a jeśli już to raczej w kategoriach negatywnych – każdy normalny mężczyzna chciałby mieć w domu kobietę, a nie drugiego faceta robiącego karierę.

Przy tym kobiety zdecydowanie gorzej radzą sobie ze stresem w pracy, zdecydowaniej gorzej znoszą typowe dla firm hierarchie i sytuacje, zdecydowanie częściej tworzą koterie, zajmują się plotkami i zakulisową obmową, a kiedy wreszcie – o zgrozo – zostają szefami dużo częściej znęcają się psychicznie nad podwładnymi, szczególnie innymi kobietami. Krótko mówiąc: kobiety w firmach są często toksyczne dla siebie samych – i dla innych. To również wie każdy, kto ma jakiś staż pracy w większej organizacji.

Ale praca kobiet nie ma tak naprawdę twarzy „niezależnej prezeski” czy „programistki”5. Ma twarz kelnerki, kucharki, ekspedientki w sklepie, sprzątaczki, krawcowej i tak dalej. Nie są to wszystko fajne i rozwijające zajęcia – nie jest to nic, co byłoby bardziej społecznie wartościowe od macierzyństwa. Właściwie jedyne wyjątki – prace, gdzie kobiety faktycznie lepiej sobie radzą – to pielęgniarki, opiekunki i przedszkolanki. Tak się jednak składa, że to są akurat prace mało poważane w sensie statusu społecznego – i nisko płatne.

Niezależnie jednak od wykonywanej pracy kobieta, która pracuje uważa się za lepszą od tej, która zajmuje się domem i wychowuje dzieci. A uważa tak, bo taki przekaz płynie od dekad z mediów, do tego dziewczynki przyucza szkoła, tym wreszcie chwalą się przed nią jej koleżanki i znajome. Nawet jeśli ich „osiągnięcia” nie są takie jak pokazywanych im w mediach wzorców to i tak czują się bliżej tych wzorców niż owej pejoratywnej „matki Polski” i „kury domowej”. W istocie kobiety w większości nie określają już swojej tożsamości poprzez macierzyństwo ale właśnie przez swój zawód!

Dopóki to nie ulegnie radykalnej zmianie – a więc dopóki status społeczny kobiety nie będzie ściśle związany z macierzyństwem i rodziną – nie będzie żadnej poprawy demografii.

Najlepszym na to dowodem jest fakt, że rodziny wielodzietne istnieją obecnie w Polsce właśnie w tych niszowych społecznościach, w obrębie których status kobiety zależy od macierzyństwa i rodziny a nie „kariery”: tradycyjni katolicy, Opus Dei, niektóre zbory protestanckie. I dzieje się tak pomimo tego, że te środowiska podlegają tej samej negatywnej presji ekonomicznej a więc wysokiemu opodatkowaniu, które utrudnia mężczyźnie utrzymanie żony i rodziny.

Musiałaby więc nastąpić radykalna zmiana kultury. Macierzyństwo musiałby znów stać się najważniejsze, musiałoby stać się podstawą dumy i tożsamości kobiet. Bezdzietność powinna stać się powodem do wstydu i żalu. Matka z gromadką dzieci powinna spotykać się z powszechnym szacunkiem a ze strony innych kobiet z zazdrością.

Innymi słowy musielibyśmy wrócić do stanu kultury z połowy XIX wieku względnie sięgnąć po wzorce narodowo-socjalistyczne z lat 1933-39 (kiedy to udało się zasadniczo zwiększyć dzietność i status matek w społeczeństwie niemieckim – choć, przynać trzeba, nie było ono pod tym względem aż tak zdegenerowane jak współczesne, więc niejako mieli łatwiej).

A to przecież nie wszystko – w tym tekście skupiam się na toksycznej ideii feminizmu, ale jest on świetnie osadzony w powszechnym materialistycznym hedoniźmie dotyczącym obu płci. A dzieci i rodzina nie są wcale łatwe i proste – w istocie dużo łatwiej być „psycholoszką” pieprzącą bzdury równie pogubionym niż być matką. Ojcem zresztą też nie jest łatwo być. Dzieci są wymagające i nie da się twierdzić, że ich rodzenie i odchowanie jest zawsze łatwe i przyjemne. Owszem, daje unikalną satysfakcję i ciągłość – ale ta przychodzi później, po latach, a współcześnie chcemy przyjemności tu i teraz.

Zatem, aby wyrwać feminizm z korzeniami tak radykalna zmiana kultury musiałaby też skruszyć fundament materialistycznego hedonizmu, w którym owe korzenie tkwią.

Wydaje mi się to dużo trudniejsze niż usunięcie antyrodzinnych mechanizmów ekonomicznych. By takiej zmiany dokonać nie wystarczyłoby odzyskać suwerenność – trzeba by mieć siłę zdolną pójść wbrew przekonaniom większości i wychować nowe pokolenia w wartościach dokładnie odwrotnych do tych, które wyznają ich rodzice .Po prostu nie wiem jak taką zmianę można by było przeprowadzić, ba, nie widzę siły zdolnej do tego. Przejawia się to choćby w tym, że nie widać nikogo, kto by otwarcie napisał prawdę, którą podzieliłem się wyżej. Jestem przekonany, że nawet aktywistki Konfederacji obruszyłyby się głęboko na takie postawienie problemu a co tu mówić o innych.

Więc, podsumowując, albo zastąpią nas czarni i inni kolorowi nachodźcy, którzy rozmnażają się na potęgę albo – scenariusz lepszy – będzie nas dużo, dużo mniej ale wtedy musimy ostro i radykalnie bronić Polski (i Europy) przed zadeptaniem przez nachodźców.

Sami sobie, drodzy czytelnicy, odpowiedzcie która z tych opcji jest bardziej prawdopodobna.

  1. Jest też charakterystyczne, że kobiety coraz częściej nie przyjmują nazwiska męża a określenia w rodzaju „Pani Dyrektorowa Iksińska” całkowicie wyszły z użycia. ↩︎
  2. Aspekt „dobrej żony” nie jest bez znaczenia – żeby wychować zdrowego psychicznie człowieka musi on wzrastać w stabilnej rodzinie przez co najmniej 20 lat. Jeśli rodzina ma takich ludzi wychować więcej oznacza to, że para musi wytrwać razem – i to najlepiej w jakiej-takiej harmonii – przez 30-40 lat. To naprawdę jest ogromne osiągniecie – i rola dobrej żony jest tu niebagatelna. ↩︎
  3. Żłobki to zło. Małe dzieci powinny być w domu, przede wszystkim z matką. Powinno się żłobki eliminować a nie otwierać właśnie w trosce o dzieci. Powinny być całe kampanie społeczne: „Oddajesz dziecko do żłobka? Jesteś złą matką, złym człowiekiem.” ↩︎
  4. Tak na marginesie – to też wyjaśnia czemu coraz więcej młodych mężczyzn nie jest zainteresowanych związkami z kobietami. Skoro seks mogą mieć przygodny z pomocą „aplikacji randkowych” a praktycznie żadna kobieta nie chce zostać matką ich dzieci i zająć się ich ogniskiem domowym, to w istocie po co się bawić w związek? Całe szczęście, że biologia jeszcze wciąż działa – gdyby nie to byłoby dużo, dużo gorzej. ↩︎
  5. Tak na marginesie pisałem o tym: Kto buduje oprogramowanie? ↩︎

Po co publikują dokumenty Epsteina?

Autor artykułu Marek Wójcik 18. lutego 2026 po-co-publikuja-dokumenty-epsteina

Wyobraź sobie, że jesteś szantażowany. Stoisz wysoko w hierarchii władzy, jesteś prezydentem USA. W ciągu jednego roku premier maleńkiego kraju odwiedza cię siedem razy i grozi opublikowaniem kompromitujących materiałów, jeśli nie spełnisz jego wielkiego marzenia i nie zaatakujesz silnie uzbrojone państwo – wroga tego szantażysty. Masz do wyboru wywołać trzecią wojnę światową lub odebrać szantażyście jego moc i samemu opublikować te materiały. W obu przypadkach skutek musi być katastrofalny.

Tak, Trump nie dążył do pokazania dokumentów śledztwa tej ohydnej zbrodni, ale wyraził w końcu zgodę na ich publikację. W ten sposób Netanyahu został wystrychnięty na dudka i nie ma już czym grozić swojemu „przyjacielowi” [no, usunięciem z Urzędu we wstydzie – oraz śmiercią – można zawsze. MD].

Zaczernione w dokumentach nazwiska sprawców zostaną bez trudu rozpoznane nawet przez mainstreamowych pseudodziennikarzy. Jedni „odkryją” sprawstwo demokratów, inni republikanów. Tę grę medialno-polityczną znają chyba wszystkie narody naszego globu.

Co na temat Epsteina sądzi Tucker Carlson?
Źródło:
Telegram 16.02.2026 r. 15:49.

Jeśli moje, przedstawione na wstępie analizy są słuszne, zobaczymy wkrótce bardziej niezależną od koszernego ogona machającego psem, politykę Stanów Zjednoczonych. Zbliżające się na jesieni półmetkowe wybory (midterm 2026) w USA są poważną przeszkodą dla dyktatorskich zapędów Trumpa. Z reguły słuszne założenia, takie jak wyrzucenie z kraju nielegalnych migrantów nie musiały być przecież realizowane w takim pośpiechu, który nieuchronnie powoduje spadek poparcia dla takiej polityki. Jeszcze gorzej wypadła walka z wenezuelskimi rybakami na Morzu Karaibskim (według Trumpa Amerykańskim).

Ktoś wziął całą dokumentację i przekształcił ją w interaktywną grafikę, w której można kliknąć i zbadać wszystkie powiązania i „sieci spiskowe”. Jeśli znasz angielski, to możesz pobawić się w tropiciela śladów działalności Epsteina, klikając tutaj.
Źródło:
Telegram 13.02.2026 r. 20:58.

Oczywiście, że na wyspie Epsteina odbywały się często kryminalne orgie, które doprowadzały nieraz do śmierci ludzi. Nie wszyscy, którzy przebywali na tej wyspie, brali w nich udział. Jasne, że wśród multimilionerów są tacy, którzy szukają nielegalnych, czytaj zbrodniczych przeżyć. Z obawy przed wykryciem nie organizowali tego sami, a tu podawano im je na talerzu – nieraz nawet dosłownie. Ci, których takie „atrakcje” nie interesują przybyli na wyspę zboczeńców po to, by nawiązać ważne kontakty niekoniecznie cielesne. Miliarder nie musi lecieć na wyspy dziewicze, by zaznać przyjemności, może je sobie zapewnić we własnej okolicy.

Dla biedniejszych niedysponujących nawet milionem dolarów pobyt na tej wyspie wiązał się z przyspieszeniem kariery. Nikt im nie zarzuci antysemityzmu czy innej bzdury, by rzucać kłody na drodze ku szczytom władzy. Takie posłuszne marionetki ma praktycznie każde państwo w swoich ośrodkach władzy.

Chciałbym podkreślić, że samo przebywanie na wyspie Epsteina i także wspólne, zmontowane lub nie, zdjęcia nie są dowodami winy. Równie dobrze można zarzucić policjantom zachowanie kryminalne, skoro mają do czynienia z przestępcami.

Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com

Marchewka i kij

Marchewka i kij

Stanisław Michalkiewicz felieton    Portal Informacyjny „Magna Polonia” 19 lutego 2026

michalkiewicz

Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet jak przychodzą z darami). Takie słowa wkłada poeta Wergiliusz w poemacie „Eneida” w usta kapłana Laokoona, który w ten sposób ostrzegał Trojan przed wpuszczeniem do miasta słynnego konia trojańskiego.

Te słowa pasują jak ulał do zaoferowanej Polsce przez władze Unii Europejskiej pożyczki na zbrojenia w kwocie 44 miliardów euro. Rząd pod przewodnictwem szefa Volksdeutsche Partei, obywatela Tuska Donalda przynętę już łyknął, natomiast pan prezydent Karol Nawrocki, podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego dał do zrozumienia, że chciałby poznać więcej szczegółów, których najwyraźniej vaginet obywatela Tuska Donalda mu nie przekazał, podobnie jak stanowiska Rady Ministrów z uzasadnieniem odmowy przystąpienia Polski do Rady Pokoju, do której pan prezydent Nawrocki został zaproszony przez prezydenta USA Donalda Trumpa.

Trudno się dziwić panu prezydentowi, że chciałby poznać więcej szczegółów tej oferty pożyczkowej, bo już na pierwszy rzut oka ma ona cechy znakomicie zaplanowanej przez Niemcy operacji długotrwałego obezwładnienia Polski wobec władz Unii Europejskiej. Żeby lepiej zrozumieć jej cel i charakter, spróbujmy odwołać się do sytuacji opisanej przez Bolesława Prusa w powieści „Placówka”. Kiedyś należała ona do obowiązkowych lektur szkolnych, ale teraz, kiedy znajdujemy się pod rządami Volksdeutsche Partei, to chyba już nie jest.

Otóż Prus pisze tam, jak to nieznani sprawcy ukradli Ślimakowi konie. Nieznani – ale jak się okazało – do czasu – bo po kilku dniach sołtys Grochowski przyłapał na gorącym uczynku kradzieży koni Jaśka Grzyba, syna jednego z najbogatszych gospodarzy we wsi. Jasiek był już przez sołtysa ostrzeżony, a ponieważ ojciec nie bardzo chciał zastosować się do żądań Grochowskiego, ten oświadczył, że skoro tak, to odda Jaśka w ręce władz, jako koniokrada. W tej sytuacji stary Grzyb zmiękł, przystał na żądania sołtysa i zaczął wypytywać Jaśka, czemu to został koniokradem. Jasiek odparł, że namówił go do tego karczmarz Josel. – A tyś po co Josela słuchał? – zapytał go ojciec. – Bom mu winien sto rubli – wyjaśnił Jasiek.

Ta scena pokazuje, jaka to niebezpieczna rzecz, być dłużnikiem, zwłaszcza wierzycieli bezwzględnych, a już szczególnie takich, którym chodzi nie tylko o pieniądze. Komisji Europejskiej, która zaciągnie dług, z którego pożyczy Polsce 44 miliardy euro, na pieniądzach w ogóle nie zależy. Rzecz w tym, że na podstawie ratyfikacji ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, którą w Polsce w roku 2021 przeforsował w Sejmie Jarosław Kaczyński przy pomocy klubu parlamentarnego Lewicy, z udziałem obywatela Czarzastego Włodzimierza, któremu teraz PiS szuka pcheł w sierści, Komisja Europejska zyskała uprawnienie do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii. Ale Komisja tylko te zobowiązania „zaciąga”, natomiast spłacać je muszą już członkowskie bantustany, ile tam na nie wypadnie z rozdzielnika.

Obywatel Tusk Donald i jego zastępca z PSL, obywatel Kosiniak-Kamysz Władysław twierdzą, że spłaty będą łagodne, bo procent jest niski, a spłata rozłożona na długi czas, aż do roku 2070. Wszystko to być może – ale warto pamiętać, że w tym roku budżetowym Polska ma rekordowy deficyt w kwocie 271 mld złotych, zaś dług publiczny już dość dawno przekroczył 3 biliony, czyli trzy tysiące miliardów złotych i stale rośnie. Według niektórych ekspertów, jeśli nic się nie zmieni, Polska koło roku 2030 może otrzeć się o bankructwo, a nawet wpaść w tę pułapkę. Bankructwo państwa oznacza niemożność obsługiwania przez nie własnego długu publicznego, to znaczy – spłacania lichwiarzom procentów. Jak pamiętamy, w takiej sytuacji znalazła się w swoim czasie Grecja, której Niemcy proponowały oddanie im z tego tytułu kilku wysp.

Do tego nie doszło, bo wszystko rozstrzygnęło się w innych kategoriach. Kiedy okazało się, że Grecja zapożyczyła się głównie w niemieckich oraz francuskich bankach, na żądanie Naszej Złotej Pani cała Unia musiała złożyć się na pożyczkę dla rządu greckiego, żeby mógł za tę forsę wykupić swoje obligacje z niemieckich i francuskich banków. W przeciwnym bowiem razie okazałoby się, ze niemieckie banki mają w swoich avoirach bardzo dużo aktywów śmieciowych, co podkopałoby ich reputację. Nazywało się to „ratowaniem Grecji”, ale tak naprawdę cała Unia ratowała niemieckie banki.

Jak to będzie wyglądało w przypadku Polski, która już teraz robi bokami pod ciężarem długu publicznego, a w roku 2030 może otrzeć się o bankructwo? Najwyraźniej ani obywatel Tusk Donald, ani minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław tym się nie przejmują, bo pewnie wtedy rządzić naszym bantustanem będzie już kto inny i to on będzie musiał się martwić, podczas gdy oni będą się przechwalać, że za ich czasów było więcej śniegu, niż za ich następców. Ale my, obywatele, to co innego. My, nasze dzieci i wnuki, będziemy musieli aż do roku 2070 i dłużej, coraz to większą część bogactwa, jakie wytwarzamy własną pracą, oddawać lichwiarskiej międzynarodówce, więc nic dziwnego, że nasz punkt widzenia na tę sprawę jest inny, niż funkcjonariuszy koalicji 13 grudnia.

Ale nie tylko o to chodzi. Wspomniałem, że operacja zaoferowania Polsce marchewki w postaci pożyczki na zbrojenia, jest znakomicie przez Niemcy przemyślana. Chodzi o to, że żaden tubylczy polityk, a może nawet żaden Polak nie odważy się wystąpić przeciwko tej pożyczce bez ryzyka okrzyknięcia go zdrajcą narodu i państwa. Zatem Polska połknie przynętę – a jak już ją połknie, to będzie musiała nie tylko słuchać brukselskich biurokratów, nawet wbrew własnemu interesowi państwowemu, ale przede wszystkim – porzucić wszelką myśl do „polexicie” nawet po nowelizacji traktatu lizbońskiego. Bo chyba każdy rozumie, że w przypadku „polexitu” o wszelkich „dogodnych” procentach trzeba by natychmiast zapomnieć, podobnie jak trzeba by natychmiast zapomnieć o roku 2070 – bo Bruksela zażądałaby natychmiastowej spłaty pożyczki. A gdyby Polska nie mogła jej spłacić – no bo skąd? – to czy niemieckie koncerny zbrojeniowe nie zażądałyby przypadkiem oddania im wszystkich zakładów należących do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, zbudowanych i wyposażonych za pożyczone miliardy – bo chyba jakąś formę zabezpieczenia Polska musiała nawet i teraz przedstawić?

Tymczasem na ten temat nic nie wiemy, bo wiemy tylko, że obywatel Tusk Donald załatwił wspaniałą pożyczkę , a minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław ma wspaniałe pomysły, jak tę forsę wydać, żeby przy tej okazji coś się dostało kolegom z PSL-u. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że pan prezydent Nawrocki też chciałby się czegoś bliżej dowiedzieć. Chciałby – ale czy się dowiedział? Tego nie wiemy, bo przebieg Rady Bezpieczeństwa Narodowego jest ściśle tajny. Możemy jednak się domyślić, że niczego się nie dowiedział, z tego prostego powodu, że ani obywatel Tusk Donald, ani minister-ministrowicz też nic na ten temat nie wiedzą. Obywatel Tusk Donald ma bowiem w zwyczaju rozmaite międzynarodowe porozumienia podpisywać bez czytania, a w tej sytuacji minister-ministrowicz też mógł niczego nie przeczytać, bo i po co, skoro w Berlinie starsi i mądrzejsi wszystko nie tylko przeczytali, ale i napisali?

Stanisław Michalkiewicz

Jak sobie radzić z Judaszami

Jak sobie radzić z Judaszami

Autor: AlterCabrio, 18 lutego 2026

Taktyka wroga jest prosta, łatwa do przewidzenia i dobrze znana z wcześniejszych działań, mimo tego wciąż się sprawdza i wciąż szkodzi. Bierze się to stąd, że bazuje na powszechnych wadach ludzkich, które wciąż szkodzą ludziom od grzechu pierworodnego. Mimo tego więc, że wszystkie te wady i działania wroga są dobrze znane i opisane, ludzie wciąż popełniają te same błędy, dlatego wróg nadal może zwyciężać, rozgrywając nas przeciwko nam. Jeśli jednak w danym systemie występuje wiedza o tych rzeczach, wówczas można zagrożeń uniknąć lub zdusić je w zarodku. Brak wiedzy jest więc błędem, który srogo się mści.

Obraz tytułowy: LINK

Jak sobie radzić z Judaszami

Porady niniejsze służą wszystkim, którzy angażują się w działalność społeczną i polityczną, zmierzającą do odzyskania niepodległości Polski, lub rozważają takie zaangażowanie.

Inni na tą chwilę mnie nie interesują, są to bowiem jednostki, stanowiące milczącą, bierną większość, którą trzeba popchnąć lub pociągnąć do działań. Do tego wszakże potrzebni są ci, których określam Elitą Organiczną Narodu, którzy staną na czele mas. Tacy ludzie już obecnie lub w przyszłości będą się koncentrować wokół Konfederacji Korony Polskiej i Szerokiego Frontu Gaśnicowego, i z myślą o nich właśnie piszę poniższe porady. Tam bowiem, gdzie są ludzie, tam są problemy, wynikające z ich zachowań, te zaś wynikają z przekonań i nawyków, czyli ogólnie formacji. Problemy są zaś rozwiązywalne, do czego potrzebna jest wiedza i wola, aby ją zastosować.

Głównym problemem nadchodzącego czasu będą siły, wrogich wobec niepodległości Polski. Oni będą wysyłać swoich agentów do Korony i Frontu, a także wynajdywać jednostki podatne na korupcję i zdradę pośród obecnych działaczy. Tak służby III RP, wykonując zlecenia krajowe lub zagraniczne rozgrywały różne polskie inicjatywy, które powstały lub mogły powstać i przedstawić realną alternatywę wobec trój-prostytucji III RP.

Tak samo będzie i tym razem, i być może będą w tym brały udział służby nie tylko polskie, ale też cudzoziemskie. Stawką jest bowiem niepodległość, a Braun gra wysoko. Jak dotąd trój-prostytucja stosowała standardowe metody medialne, czyli zamilczanie, blokowanie odstępu do mediów, kłamstwa i oszczerstwa, manipulacje faktami i emocjami, odwracanie uwagi.

Na niewiele się to zdało. Zaatakowano więc samego Grzegorza Brauna, wytaczając proces polityczny, co tylko wzmocniło zainteresowanie Polaków i udzieliło Koronie paliwa politycznego. Okazuje się, że blokada medialna nie działa, a ataki bezpośrednie z zewnątrz wzmacniają Koronę, zamiast osłabiać. Trój-prostytucja zawsze może użyć przemocy, ma do tego środki, w postaci aresztowań, zastraszań i mordów politycznych. To jednak przydałoby sprawie niepodległości męczenników i wzmocniłoby Koronę jeszcze bardziej. Wróg skoncentruje się więc na tym, co potrafi bardzo dobrze, czyli na tworzeniu wewnętrznych konfliktów, rozłamów i kompromitowaniu, zarówno działaczy, liderów, jak i całego ruchu.

Czytaj też:

kiedy Polacy się obudzą

jak odzyskać niepodległość

Taktyka wroga jest prosta, łatwa do przewidzenia i dobrze znana z wcześniejszych działań, mimo tego wciąż się sprawdza i wciąż szkodzi. Bierze się to stąd, że bazuje na powszechnych wadach ludzkich, które wciąż szkodzą ludziom od grzechu pierworodnego. Mimo tego więc, że wszystkie te wady i działania wroga są dobrze znane i opisane, ludzie wciąż popełniają te same błędy, dlatego wróg nadal może zwyciężać, rozgrywając nas przeciwko nam. Jeśli jednak w danym systemie występuje wiedza o tych rzeczach, wówczas można zagrożeń uniknąć lub zdusić je w zarodku. Brak wiedzy jest więc błędem, który srogo się mści. Wielu jednak ludzi nie zaprząta sobie głowy taką wiedzą, zajmując się od razu aktywizmem, czyli wzmożonym działaniem praktycznym.

Na to nakłada się kolejny błąd, czyli dobroludzizm, czyli naiwny humanitaryzm, głoszący, że wszyscy ludzie są dobrzy i mają dobre intencje, a tylko warunki życia są złe. Dobroludzizm obecnie stanowi wiodącą antropologię Kościoła posoborowego, co jest jednym z czynników upadku, stał się jednak również religią kolejnego błędu: demokratyzmu. Ten głosi, że trzeba wszystko ze wszystkimi, i wszyscy muszą się zgodzić ze wszystkim. Te wszystkie błędy są celowymi masońskimi wrzutkami, kabałą dla gojów, wynikającą z Siedmiu Praw Noachitów. Jest to sposób na wewnętrzny paraliż podbijanego narodu, aby talmudyści mogli podbić terytorium bez oporu.

Powszechnym więc błędem wszelkich działań patriotycznych jest przekonanie, że trzeba zaangażować wszystkich, i każdy będzie działał dobrze dla wspólnego dobra. W praktyce życiowej jest inaczej: trzeba zaangażować właściwych, i tylko nieliczni będą kierować się obiektywnym dobrem wspólnoty. Większość będzie działać dla własnej prywaty, kierując się niskimi pobudkami, małostkowością, korzyścią własną, i co najważniejsze, pychą. Mimo tego trzeba jednak dążyć do objęcia ruchem jak najszerszych mas, dlatego liderzy KKP wciąż wzywają Polaków do uczestnictwa w Koronie i Froncie, i coraz więcej Polaków odpowiada na to i przyłącza się. Są to więc działania o charakterze inkluzywnym. Jednak dla skuteczności potrzebni są ludzie, którzy mają cechy ekskluzywne. Jak to więc pogodzić?

Masowość ruchu sprawia, że pojawia się bardzo wielu ludzi. Każdy deklaruje najlepszą wiarę i wolę, i w większości przypadków jest to szczere. Potem jednak przychodzi szarość dnia codziennego i żmudna praca, w której trzeba się liczyć z innymi i podlegać pewnej hierarchii. Nie każdy to zniesie i część się wykruszy. Zostaną jednak ci najbardziej wytrwali i wartościowi, zdatni, aby ponieść sztandar niepodległości. Zatem im więcej ludzi wszelkiego stanu przyjdzie do struktur, tym łatwiej spośród nich będzie można wybrać tych właściwych. A raczej sami się wybiorą, bo selekcja będzie polegała na tym, że to właśnie o ni wytrwają.

Znajdą się jednak również tacy, którzy zechcą wykorzystać struktury do realizacji swoich celów osobistych. Dopóki jest to zgodne z celami całego ruchu, nie jest to przeszkodą, wręcz przeciwnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy cele osobiste stają się sprzeczne z celami ruchu i zaczyna się pompowanie własnego ego. Tacy, co rozpychają się łokciami działają bardzo destrukcyjnie i zniechęcają tych porządnych. Promując siebie, depczą innych, odbierając im wiarę i wolę, a czasem wprost zmuszając do opuszczenia szeregów. Zwykle działają podstępnie, przywdziewając maski i udając kogoś innego. Kupują sobie łaski pochlebstwem, przymilają się, pięknie uśmiechają, garną się do zadań, ale z drugiej strony knują, jątrzą i skłócają. Starają się uzależnić całą strukturę od siebie, swoich usług i wpływów. Jest ich pełno wszędzie, a najwięcej garną się do osób decyzyjnych. Kręcą się jako zausznicy, zapewniając o swoim oddaniu i wierności, pokazując samych siebie jako jedynych sprawiedliwych, krzywdzonych przez innych. Działają zwykle w sitwie dwóch – trzech osób, dzięki czemu zakładają spiski, aby pozbywać się porządnych. Tych oskarżają o własne przewiny. Szczerze rozmawiać z nimi ciężko, bo zawsze udają kogoś innego i zaprzeczają temu, co sami robią. Prawdziwa twarz Judasza zawsze jednak wyjdzie spod maski pokory i wiary, i człowiek taki zawsze zdradzi, a najbardziej zdradzi tego, komu najgorliwiej służył. Tacy bowiem zawsze służą większej władzy, która więcej im zaoferuje. Tacy właśnie ludzie szczególnie ulubieni są przez naszych wrogów. Takich wróg będzie szukał w naszych szeregach, i takich będzie nam podsyłał.

Powyższy opis jest ogólnym wskazaniem, jak zachowują się zdrajcy judaszowi. Chcę tu jednak dać wiedzę użyteczną dziś, aby uniknąć wielkich problemów jutro, a kieruję to do ludzi, tworzących Koronę i Front, aby nie dali się oszukać zdrajcom i by nie tracili ducha, gdy ich spotkają. Dlatego poniżej wyliczę kilka cech szczególnych, po których łatwo rozpoznać można aktualnych Judaszy, lub też tych, którzy są dopiero kandydatami na Judaszów.

Cecha 1: Pycha, czyli „co to nie ja”, matka wszystkich grzechów. Czasem prezentowana jest jako buta, u tych, którzy z racji swego majątku lub pozycji uznali, że nie muszą się kryć. Częściej jednak skrywana jest za pozorem cnoty i fałszywymi uśmiechami. Pycha nigdy nie cofa się przed cnotą, tylko przed siłą, i nie przyznaje się do błędu, uparcie dążąc do postawienia na swoim po trupach.

Cecha 2: Fałszywość, czyli „możesz mi zaufać we wszystkim”, ale bezpodstawne. Zapewnianie o swojej szczerości, oddaniu dla urabianej osoby i oddaniu dla wspólnej sprawy. Im kto bardziej zapewnia o swojej prawdzie, ale nie powołuje się na obiektywne fakty, ale na swoje słowa i emocje, ten więcej chce ukryć innych swych uczuć. Zwykle łączy się z pochlebstwem wobec tych, co mają wyższą pozycję, szczególnie co mają więcej władzy, pieniędzy i wpływów. Zwykle też połączona z oszczerstwem wobec tych, kogo Judasze chcą się pozbyć.

Cecha 3: Ofiaryzm, czyli „jestem dobra/y, a wszyscy inni źli”, i cały świat mnie krzywdzi”. Ofiara losu, świata i wszystkich stara się wzbudzić litość i współczucie, przedstawiając swoją krzywdę jako główny problem świata. Zazwyczaj ukrywa mitomanię i swoje własne winy. Zwykle też osoba taka sama prowokowała trudne sytuacje, aby na innych rzucić oskarżenie o swoją krzywdę.

Cecha 4: Narcyz, czyli „bóg w lustrze”. Człowiek bardzo zapatrzony w siebie i w to, co robi. Czego on sam nie robi, tego świat nie powinien robić. Autorytet sam dla siebie, zmusza wszystkich, aby się poddali. Najważniejsza i najczęstsza cecha: nie słucha innych, tylko siebie. Nie chce i nie potrafi inaczej. Wciąż tylko gada swoje i nie dopuszcza innych do głosu. Ciągle przerywa wypowiedzi innych i nie pozwala dokończyć myśli. Rozmowa z nim to albo potulne słuchanie jego słowotoku, albo kłótnia.

Cecha 5: Ego/Emo, czyli „ja i moja emocja”. Osoby skrajnie skupione na sobie jak powyżej, ale wzbogacone o emocje, nad którymi nie panują. Łatwo wpadają w egzaltację i zachwyt nad czymś, co im się spontanicznie podoba, i równie łatwo zamieniają to w nienawiść. Jakakolwiek próba rozmowy o ich wadach i błędach zamienia się w karczemną awanturę, traktują to bowiem jako atak na siebie i całe swoje życie. Są przewrażliwieni (częściej przewrażliwione) na swoim punkcie, co obejmuje również wygląd. Jeśli nie jest tak, jak te osoby chcą w tym momencie, jest to dla nich tragedia i powód do wściekłego ataku na cały świat. Zwykle koncentruje się na tym, kto akurat jet pod ręką. Połączenie pychy, skrajnego egoizmu, egotyzmu i emocji daje wybuchową mieszankę, która rozsadza wszystkie struktury, co łączy się z zanikiem instynktu samozachowawczego. Osoby Ego/Emo zniszczą wszystko, nawet swoje rodziny i siebie.

Cecha 6: Sprawczość udawana, czyli „ja wszystko mogę”. Przedstawiają się jako szczególnie sprawni i utalentowani, albo tacy, którzy wiele mogą i mają wielu możnych przyjaciół. Zwykle jednak ich możliwości są ograniczone, a talenty przesadzone. W ten sposób chcą sobie zrekompensować własną przeciętność, a w tym celu zwykle przywłaszczają sobie dokonania innych ludzi. Nie mają wstydu i skromności, za to wiele tupetu. Ich ofiary zwykle wolą usunąć się w cień, przytłoczone ogromem bezczelności Judaszy.

Cecha 7: Bezczelność ukrywana, czyli „to nie moja ręka, to nie ja, to on”. Stała przyprawa wszystkich pozostałych wad, ale trzeba ją przywołać osobno, jest bowiem bardzo szczególna i bardzo bulwersująca. Szczególnie mocno uderza w struktury społeczne, w tym polityczne i społeczne. Zwykle bowiem Judasze oplatają pajęczą siecią swoich wpływów osoby decyzyjne, za pomocą intryg i pochlebstw. Mają więc tzw. „plecy”, a ludzie poczciwi, nie znający sprawy nie podejrzewają, że za niewinną minką skromności kryje się tak wielka bezczelność. Czasem więc długo trwa, zanim Judasz zostanie wykryty i ukarany, a jego działalność przerwana. Zanim to nastąpi, jego (lub też jej) intrygi gorszą porządnych i odciągają od ruchu.

Cecha 8: Zawiść, czyli „to, co nie moje, niech zginie”. Szczególna nienawiść skierowana do tych ludzi, którzy robią cenne rzeczy dla dobra wspólnego, i robią to dobrze i/lub bezinteresownie. Sami Judasze zwykle są mierni, a tylko udają sprawnych. Najchętniej przywłaszczają sobie dokonania innych, a jeśli nie mogą tego zrobić, starają się zniweczyć to, co ktoś robi, tym bardziej, im jest to lepsze. Nienawidzą lepszych od siebie, a nie mają sprawiedliwości, aby im to przyznać, więc wolą wszystkich lepszych przepędzić, a ich dzieła zawłaszczyć lub zniszczyć. Gdy tacy ludzie obejmują stanowiska decyzyjne, zwykle po trupach innych, nie potrafią zrobić niczego twórczego. Gdy skonsumują już to, co wcześniej zrobił ktoś inny, pozostaje pustka. Gdy w ich otoczeniu pojawia się ktoś nowy, ze świeżymi pomysłami, z energią i pasją, natychmiast atakują go ze szczególną nienawiścią. Wówczas zawiązuje się sojusz wszystkich zawistnych miernot i zmasowane ataki, oparte na oszczerstwach, kalumniach i kłamstwach. Tak Judasze i ich akolici starają się z struktur przepędzić tych, którzy mogą awansować dzięki własnym zasługom. Judasze wolą biernych, miernych i wiernych, bo tacy wszystko zawdzięczają układom i protekcji. Ponieważ nawet w złych sprawach zawistnicy nie są kreatywni, więc oskarżają porządnych o to, co sami robią.

Cecha 9: Bezbłędność pozorna, czyli „ja się nigdy nie mylę”. Pochodna pychy, szczególnie niszcząca u osób na stanowiskach decyzyjnych. Jeśli Judasz zajmie takie, to będzie popełniał błędy, ze złej woli lub dobrej, ale nigdy się nad sobą nie zastanowi i nigdy nie przyzna się do błędu. Nie będzie więc się nawracał, nie przemyśli swojego postępowania, nie pozna rzeczywistości, nie zaplanuje dobrej strategii, a tylko puści się na żywioł, wedle swoich pożądań i emocji. Nie będzie też słuchał dobrych rad, a tylko pochlebstwa. Wciąż będzie popełniać te same błędy i doprowadzi strukturę, której przewodzi do upadku.

Cecha 10: Żądza i antykatolicyzm, czyli „moje chcenie jest prawem powszechnym”. Dotyczy ludzi, którzy kierują się głównie swoim pożądaniem, często nieuporządkowanym. Maskują to często jakimś celem wyższym, np. dobrem Ojczyzny, narodu, konserwatyzmem, antylewactwem. Wciąż jednak chodzi o korek, worek i rozporek. Łączę to z antykatolicyzmem, gdyż ludzi ci zwykle mają negatywny stosunek do Kościoła Katolickiego i naszej wiary. Powód jest prosty: wiara katolicka, na straży której stoi Kościół, nakłada na ludzi pewne ograniczenia i obowiązki, które nałożył Bóg w Trójcy Jedyny. Istnieją one obiektywnie, niezależnie od ludzkich zachcianek i pożądań, i do nich dopasowana jest ludzka natura. Oznacza to, że treść wiary i moralności katolickiej jest dobra dla człowieka i społeczeństwa, także dla narodu i państwa, szczególnie narodu polskiego, którego formacja jest ściśle katolicka, co jest też zgodne z naszymi słowiańsko-lechickimi ustawieniami.

Prawda ta jest dziś podważana, trzeba więc poświęcić ustęp, aby uzasadnić to, co jest oczywiste. Wiara katolicka zakłada, że każdy człowiek ma w sobie duszę nieśmiertelną, stworzoną przez Boga w momencie poczęcia człowieka w łonie jego matki. Każdy człowiek żyje na tym świecie aż do naturalnej śmierci, a w tym czasie ma obowiązek Boga poznawać, Boga czcić i Bogu służyć. Na tej drodze będzie spotykał pokusy, prowadzące do grzechu, podsuwane przez szatana, ale też może zawsze liczyć na łaskę uczynkową, udostępnianą każdemu przez Boga. Jeśli człowiek otworzy się na łaskę, otrzyma ją, i wtedy ma ułatwienia dla walki z pokusami i grzechem.

Człowiek żyjąc na ziemi spotyka innych ludzi i wchodzi z nimi w relacje, i Pan Bóg opisał, jak one powinny wyglądać. Jeśli ludzie tak to wykonują, jak Pan Bóg nakazał, i nie robią tego, co złe, czyli czego Pan Bóg zakazał, tworzą szczęśliwe relacje i sami dostępują szczęścia na tym świecie. Nie jest ono jednak celem samym w sobie życia ludzkiego. Człowiek żyje na tym świecie, aby po śmierci jego dusza została zbawiona przez Pana Boga. Po śmierci stanie przed sądem szczegółowym, gdzie przywołane zostaną wszystkie uczynki i intencje. Jeśli człowiek żył zgodnie z tym, co Pan Bóg chce, otrzyma zbawienie wieczne, w ten sposób, że Pan Bóg okaże mu łaskę i zbawi go. Jeśli człowiek żył niegodnie, odrzucał łaskę Bożą, grzeszył i się nie nawracał, może nie otrzymać łaski zbawczej i wówczas trafi do piekła.

To jest odwieczna nauka Kościoła, przekazana przez Chrystusa, który jest głową Kościoła, przekazana w Piśmie, zwanym Biblią i w Tradycji. Dziś co prawda wielu hierarchów i kapłanów głosi coś innego i postępuje inaczej, co trwa od Soboru Watykańskiego II, ale to jest zdrada Kościoła, która będzie rozliczona. Nie zwalnia to wiernych Kościoła od poznawania i wykonywania jego nauki. Jest ona nie tylko najlepszą nauką moralną, która prowadzi do zbawienia, ale też najlepszą nauką społeczną. Posługuje się bowiem filozofią realistyczną, która jest najlepszym narzędziem poznawczym. Wyznawanie wiary katolickiej jest więc nie tylko moralne, ale również logiczne i społecznie użyteczne. Wiara katolicka uformowała naród polski i zawsze była czynnikiem jednoczącym, umożliwiającym przetrwanie rodzin i narodu, nawet, gdy nie mieliśmy swojego państwa. Gdy wiara upadała, upadał naród, a za nim państwo. Gdy wiara się odradzała, odradzał się naród pełen sił żywotnych, a Polacy odbudowywali swoje państwo i odzyskiwali niepodległość. Przed tym wyzwaniem stoimy teraz.

Wielu jednak katolików daleko odeszło od wiary i poszło w grzechy. Nie chcą się z nich nawracać, bo im tak wygodnie. Wolą grzeszyć nadal, a niektórzy wchodzą w struktury Korony i Frontu, aby pod pozorem czegoś szlachetnego uprawiać swój grzech. To szczególna perfidia, bo ludzie ci często się mocno angażują i wykazują swoja przydatność. Nie robią jednak tego dla dobra wspólnego, ale dla własnej korzyści, aby tym więcej mieć okazji do grzechu. Oni często naśmiewają się z wiary katolickiej, podważają dogmaty i krytykują katolicki porządek moralny. Wykazują, że to nienowoczesne, niemodne, nieskuteczne, że cel uświęca środki, że sprzeczne z wiedzą i wymyślone przez ludzi. Sami posługują się argumentacją, która jest jakoby naukowa, głoszona przez specjalistów, ale naprawdę są to wymysły, wzięte z Talmudu i Kabały, a które służą tylko temu, aby grzesznicy szli za żądzą, a po drodze tratowali wszystko. Tak talmudyści niszczą porządek chrześcijan, aby ich przejąć i zniewolić.

Katolicy nie zmuszają nikogo, aby wyznawał wiarę katolicką, ale starają się nawracać tych, którzy błądzą. Jeśli jednak tworzą własne struktury, oparte na wierze katolickiej, domagają się od tych, którzy do nich wstępują, aby stosowali się do zasad katolickich. Tak jest w Koronie, która jest partią i ma swój statut, a więc wewnętrzny porządek. We Froncie, który jest strukturą nieformalną, jego twórcy i działacze domagają się, aby ci, którzy dołączają, nie sprzeciwiali się zasadom katolickim. Nie oznacza to, że muszą czynnie wyznawać wiarę katolicką, formuła Frontu celowo jest luźna, aby dać szansę także tym, którzy są na bakier z wiarą katolicką. Wiele spustoszeń narobiła antykultura przez ostatnie dekady, wiele zła narobiło posoborowie w Kościele.

Główna jednak na dziś potrzeba to odzyskanie niepodległości, bo bez niej Polacy nie przetrwają fizycznie. Toteż łącznikiem wszystkich ludzi, zapraszanych do Korony i Frontu jest chęć odzyskania niepodległości Polski. Nie można jednak tego zrobić, jeśli jednocześnie podważa się wiarę katolicką. Jeśli więc kto wchodzi, szczególnie do Korony, a czynnie podważa, wyśmiewa i postępuje wbrew wierze i moralności katolickiej, ten jest Judaszem.

Czytaj też:

dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła i co z tego wynika

program pozytywny-część pierwsza-religia

SPOSOBY POSTĘPOWANIA WOBEC JUDASZY

KKP jako partia ma swoje wewnętrzne reguły, określone w przepisach, jednak tam, gdzie są ludzie, między rzeczywistością postulowaną a faktyczną zawsze jest różnica. Są więc i będą zdarzać się ludzkie wady, a jeśli będą wypełniały znamiona opisane wyżej, będą szkodzić całemu ruchowi i niechybnie zostaną wyzyskane przez wrogów Polski. Każdego więc, kto zachowuje się w sposób powyżej opisany, należy traktować jako obecnego lub potencjalnego agenta / agentkę wroga. Nie należy więc takich zachowań pozostawiać bez reakcji, i tu też udzielę kilku porad.

Metoda 1. Napomnienie. Błądzących należy napominać, najpierw pojedynczo, potem ze świadkiem, a jeśli i to nic nie da, odciąć się.

Metoda 2. Koalicja. Judasze są samotnikami, bo pycha zawsze prowadzi do samotności, lubią jednak otaczać się gronem akolitów, na których przez pewien czas mają wpływ. Judasz, a także Judaszka jako osobowość psychopatyczna może roztaczać wokół siebie czarodziejską aurę, co jednak zawsze kończy się rozczarowaniem. Póki jednak trwa, akolici Judasza/Judaszki służą mu/jej wierne, i razem z nim/nią szkodzą porządnym. Widząc to, porządni sami powinni organizować się w koalicje, aby postawić tamę grupie Judasza.

Metoda 3. Gromadzenie dowodów. Judasze lubią gromadzić kwity, potwierdzające ich roszczenia, i w tym celu polują na jakikolwiek objaw słabości czy potknięcie innych. Zwykle sami to prowokują, lub manipulują faktami, lub fabrykują je. Trzeba więc, widząc Judasza, gromadzić dowody jego niegodziwości, gdy w końcu sprawa trafi przed wyższą instancję struktury. Należy przy tym baczyć, aby gromadzone dowody służyły sprawiedliwości, a nie prywacie.

Metoda 4. Konfrontacja. Judasze unikają jak mogą konfrontacji ze swoimi wrogami i zwykle wysługują się akolitami lub ludźmi zmanipulowanymi. Gdy jednak ich niegodziwości pokazane są w świetle dnia, tracą cały rezon i pewność siebie. Wówczas kurczą się i jęczą, błagając o miłosierdzie, są bowiem tchórzami. Konfrontację jednak można przeprowadzić wtedy, gdy ma się za sobą koalicję i pewne dowody.

Metoda 5. Cierpliwość. Judasze potrafią snuć swoją intrygę jak pająk sieć, gdy jednak blisko znajduje się cel ich chorobliwej ambicji, którym jest władza, a raczej jej cząstka i namiastka, wtedy hamulce puszczają i odkrywa się ich zaborczość i fałsz. Gdy rzeczywistość nie spełnia ich oczekiwań, wówczas powodują gwałtowne awantury, obrażają się i wychodzą, trzasnąwszy drzwiami. Tak właśnie zachowują się krnąbrne dzieci i Judasze. Jeśli jednak zdążyli zdobyć ważne miejsce w strukturach ruchu, pociągają za sobą innych ludzi, których zmanipulowali i doprowadzają do rozłamu. Cierpliwość porządnych pozwala przetrwać im zawieruchę Judasza, która jest próbą wierności. Ci, którzy mimo Judaszy wytrwają, są szczególnie cenni. Judasze bowiem zawsze byli i będą, ale oni przyjdą, narobią bałaganu i odejdą w niesławie, porządni zaś muszą zostać, aby prowadzić ruch dalej, cel jest bowiem ważniejszy, niż własne ego.

Metoda 6. Interwencja wyższej instancji. Są na to procedury, ale przy dynamicznym rozwoju ruchu trudno je stosować. Należy unikać, jak można, obciążania wyższych instancji relacjami międzyludzkimi, lecz nie wahać się z nich korzystać, gdy zachodzi taka konieczność. Szczególnie gdy Judasz dostanie się na jakieś stanowisko decyzyjne, wówczas często nie ma innego wyjścia. To sytuacja bardzo trudna dla całej partii, całego ruchu, i całej idei. Patrząc na zepsucie wewnątrz ruchu, wielu porządnych ludzi, których wiara nie będzie silna, zwątpi i odejdzie. Należy więc działać bardzo rozważnie i spory załatwiać na poziomie relacji międzyludzkich, wedle metod opisanych powyżej. Jeśli jednak nie da się inaczej, należy działać w koalicji, zarzuty sformułować precyzyjnie, dowody zebrać pewne. Doprowadzić należy do definitywnego rozwiązania sprawy, i tych Judaszy, co nie chcą się nawrócić, usunąć z szeregów. Nigdy jednak nie wolno czynić tego dla prywaty i dla innych osobistych względów. Należy też uwzględnić interes samego Judasza, i dokąd się da, dawać mu możliwość poprawy lub honorowego odejścia. Lepiej bowiem, gdy Judasz odejdzie sam, niż gdy zostanie usunięty, wówczas będzie się mścił i oczerniał cały ruch, co wykorzystają wrogowie. I za żadne skarby nie należy używać tej metody w taki sposób, aby doprowadzać do rozłamu.

Ze wszystkich metod powyższych za najbardziej skuteczną uważam metodę koalicji – niech porządni łączą się więzami przyjaźni, aby przeciwstawić się Judaszom. To nie tylko umocni ruch wewnątrz, ale też uczyni go silniejszym w walce z wrogami Polski. Pojawienie się Judaszy jest również dobrym sposobem, aby poznać wady ludzi w strukturach. Jeśli pojawia się ktoś z konstruktywną energią, a jest zwalczany przez tych, którzy niewiele robią dla sprawy, a najwięcej dla siebie, oznacza to obecność Judasza. Wówczas patrzeć należy, kto staje się judaszowym akolitą. Judasz bowiem zdradzi dla tego, kto mu więcej obieca, a akolici Judasza zawsze pójdą za władzą.

Sprawy takie dzieją się w każdej ludzkiej strukturze, gdyż po grzechu pierworodnym ludzka natura stała się podatna na grzech, ale też możliwa do nawrócenia. Jako Korona i Front dążymy do odzyskania niepodległości Polski, a gdy to się uda, będziemy mieli cele jeszcze większe i donioślejsze. Teraz jednak musimy przejść przez różne choroby wieku dziecięcego, a im więcej ludzi się garnie, tym większa szansa spotkać jakiegoś Judasza lub Judaszkę. Kto chce tego uniknąć, niech nie robi nic, i obserwuje z boku jako widz i komentator. Ale my nie takich pragniemy, lecz szczególnie witamy tych, którzy chcą się z tym wszystkim zmierzyć: z wrogami, z trudnościami, z Judaszami i własnymi słabościami. Niech ci przyjdą i razem z innymi porządnymi odzyskają niepodległość, mimo przypadków Judaszy.

=================================================

Więcej o tym w kolejnych księgach Poradnika świadomego narodu:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

_________________

Jak sobie radzić z Judaszami, Bartosz Kopczyński, 18 lutego 2026

Mariusz Dzierżawski: Organizujemy opór społeczny w obronie normalności


Logo Fundacji Pro-Prawo do Życia
Dzień dobry Panie Mirosławie.
Dziękuję, że zapoznał się Pan z informacjami o wyroku w Rzeszowie, które Panu wysyłałem. 
Jaki kolejny krok może Pan teraz wykonać?

Wyrok, który nakazuje szkole traktować chłopca jak dziewczynkę, ma na celu utorowanie drogi dla działań aktywistów w całym kraju.
Jeśli nie będzie reakcji społeczeństwa, wkrótce wszystkie szkoły będą musiały kłaniać się przed ideologią, a rodzice stracą wpływ na wychowanie własnych dzieci. Aktywiści dysponują środkami od unijnych instytucji i wielkich korporacji. Stać ich na drogie kancelarie prawne, które będą teraz pozywać kolejne szkoły.

Dlatego piszę do Pana ponownie, tym razem w sprawie akcji naszej Fundacji, które chcemy zorganizować.


Świadomi rodzice i nauczyciele to najlepsza „tarcza” dla dzieci, która chroni szkoły przed ideologią i pozwala w porę zapobiegać sytuacjom takim jak ta w Rzeszowie – jeszcze zanim w ogóle dojdzie do „zarażenia” umysłów uczniów oraz procesów wytaczanych przez lobby aktywistów.

Nasza Fundacja chce docierać do nowych osób i ostrzegać je przed zagrożeniem, co umożliwi reakcję kolejnym rodzicom. Dzięki naszym darczyńcom od początku lutego w całej Polsce udało nam się zorganizować akcje informacyjne i publiczne różańce w 54 miastach i miejscowościach na terenie całego kraju. 

W nadchodzącym tygodniu (19-26 lutego) nasi wolontariusze chcą zorganizować kolejnych 20 takich akcji, aby dotrzeć do tysięcy kolejnych osób.Koszt jednego, wielkoformatowego banneru, widocznego z daleka w trakcie naszych kampanii ulicznych, to ok. 200 zł. Nieco większe są koszty zatankowania samochodu, aby nasi koordynatorzy mogli dojechać do kolejnych miast i pomóc w organizacji akcji na miejscu. Za 100 zł lub 50 zł możemy wydrukować nowe ulotki ostrzegawcze i broszury informacyjne, które rozdamy przechodniom. Kilkaset złotych kosztuje z kolei namiot, którego używamy w trakcie akcji ulicznych, zwłaszcza w trakcie trudnych warunków pogodowych.
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest obecnie dla Pana możliwa, aby umożliwić naszym wolontariuszom organizację nadchodzących akcji informacyjnych.
Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
WPŁACAM
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski

Podpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życia
KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

Były książę Andrzej aresztowany. To brat króla Karola III

Tak pisze Grok:

Andrzej Mountbatten-Windsor (dawniej znany jako książę Andrzej, książę Yorku) jest obecnie (19 lutego 2026) postacią centralną w bardzo poważnym postępowaniu karnym w Wielkiej Brytanii.

Aktualny stan (19 lutego 2026)

Został zatrzymany / aresztowany dziś rano w swojej rezydencji na terenie posiadłości Sandringham przez policję (informacje podają m.in. BBC, The Guardian, Daily Telegraph, Onet, RMF24, Polsat News, Interia).

Główny zarzut, na podstawie którego nastąpiło zatrzymanie:

  • Nadużycie władzy publicznej (ang. misconduct in a public office) – przestępstwo urzędnicze o dużym ciężarze gatunkowym w brytyjskim prawie

Policja bada przede wszystkim wątek związany z Jeffreyem Epsteinem, a konkretnie podejrzenia, że Andrzej:

  • przekazywał poufne raporty i dokumenty rządowe Epsteinowi w okresie, gdy był specjalnym przedstawicielem Wielkiej Brytanii ds. handlu (ok. 2010 i wcześniej)
  • mógł dzielić się wrażliwymi informacjami handlowymi / politycznymi z osobą skazaną za przestępstwa seksualne.

Dodatkowo w tle cały czas pozostają wcześniejsze (i nadal nie rozstrzygnięte w sądzie karnym) zarzuty natury seksualnej:

  • seksualne wykorzystanie nieletniej – zarzut Virginii Giuffre (w 2001 r. miała 17 lat) – sprawa zakończona ugodą cywilną w 2022 r. (Andrzej zapłacił kilka milionów funtów bez przyznania się do winy)
  • podejrzenie, że Epstein sprowadził / „wysłał” do Wielkiej Brytanii inną młodą kobietę w celu odbycia stosunku seksualnego z Andrzejem (nowszy wątek z 2025–2026, badany przez policję)
  • powiązania z handlem ludźmi i wykorzystywaniem seksualnym nieletnich w ramach siatki Epsteina (Andrzej zaprzecza)

Krótka chronologia kluczowych wydarzeń

  • 2019 – fatalny wywiad BBC → wycofanie się z życia publicznego
  • 2021–2022 – proces cywilny z Virginią Giuffre → ugoda
  • Październik 2025 – pozbawienie tytułów królewskich (już nie jest „Jego Królewską Wysokością”, nie jest już formalnie księciem Yorku, utracił Order Podwiązki itp.) → od tego momentu oficjalnie nazywa się Andrew / Andrzej Mountbatten-Windsor
  • Luty 2026 – ujawnienie kolejnych maili i dokumentów Epsteina → podejrzenia o przekazywanie tajnych raportów
  • 19 lutego 2026 – zatrzymanie pod zarzutem nadużycia władzy publicznej

Pan Andrzej konsekwentnie zaprzecza wszelkim zarzutom seksualnym i twierdzi, że nie popełnił żadnego przestępstwa. Obecnie trwa wstępne postępowanie – nie postawiono jeszcze formalnych aktu oskarżenia, ale zatrzymanie w takiej sprawie jest bardzo poważnym sygnałem. Sytuacja rozwija się bardzo dynamicznie – dzisiejsze doniesienia uzupełniane są z godziny na godzinę.

======================

A tu zabawne:

Funkcjonariusze potwierdzili aresztowanie, ale nie ujawnili personaliów zatrzymanego.

„W ramach śledztwa zatrzymaliśmy dzisiaj (19 lutego) mężczyznę z Norfolk w wieku sześćdziesięciu kilku lat pod zarzutem nadużycia stanowiska publicznego i przeprowadzamy przeszukania pod adresami w Berkshire i Norfolk. Mężczyzna pozostaje obecnie w areszcie policyjnym” – napisała w wydanym oświadczeniu policja regionu Doliny Tamizy.

Wcześniej dziennik „Daily Telegraph” ujawnił, że do nowego domu byłego księcia podjechało sześć nieoznakowanych samochodów policyjnych.

Dla genetyków było oczywiste: wada letalna, taką ciążę należy zakończyć. Pomogło nam hospicjum perinatalne

proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo

Niedawno natrafiłem na poruszające świadectwo rodziców Blanki, które swego czasu wyemitowała Telewizja Trwam i pomyślałem, że warto, aby Państwo także je poznali. Świadectwo to bardzo dobrze ilustruje, jak istotną rolę pełnią hospicja perinatalne i jak bardzo potrzeba, aby lekarze informowali rodziców dzieci z wadami letalnymi o ich funkcjonowaniu.

Przypominam o naszej petycji do Minister Zdrowia dotyczącej zobligowania lekarzy, aby tak postępowali: proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo

Bardzo prosimy o udostępnienie tej petycji, a tych, którzy jeszcze jej nie podpisali – o nadrobienie tego. 

==============================

Świadectwo rodziców Blanki:

„Podczas badania USG lekarz poinformował nas, że dziecko ma rozległy rozszczep podniebienia i wargi oraz prawdopodobnie wadę serca polegającą na jego nieprawidłowym położeniu w klatce piersiowej. Powiedział, że musi skierować nas do kolejnego ośrodka. Jednocześnie mieliśmy w tej sytuacji ogromne szczęście, ponieważ pan doktor polecił nam konkretną osobę — panią docent Dangel, która pracuje w przychodni USG na Agatowej. Okazało się, że jest to przychodnia działająca przy hospicjum perinatalnym. Nie mieliśmy pojęcia, czym jest hospicjum — do tej pory kojarzyliśmy je wyłącznie z dziećmi chorymi na raka.

Pani docent potwierdziła nieprawidłowości, które wcześniej stwierdził lekarz i zaproponowała przeprowadzenie badań prenatalnych.

Kiedy wykonaliśmy badania prenatalne i okazało się, że nasza córeczka ma nieuleczalną wadę genetyczną, lekarze genetycy poinformowali nas, że musimy podjąć decyzję, czy chcemy przerwać ciążę, czy ją kontynuować. Był to dla nas ogromny szok.

Dodatkowo byliśmy ponaglani, ponieważ był to już dwudziesty tydzień ciąży i na podjęcie decyzji pozostawało bardzo niewiele czasu.

Nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że nie rozważaliśmy takiej możliwości, mimo że jesteśmy wierzącymi katolikami. Przez kilka dni żyliśmy w ogromnej rozterce, zwłaszcza że genetycy nas ponaglali — dla nich sprawa była oczywista: wada letalna, taką ciążę należy zakończyć.

Bardzo pomogło nam wtedy hospicjum. Szczególnie poruszyły mnie słowa, które pani docent Dangel wypowiedziała podczas badania USG: że nie wszystkie te dzieci umierają natychmiast po porodzie, bo są to dzieci, które również potrzebują szansy. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak poważne jest to schorzenie. Nawet jeśli wiemy, że wada jest nieuleczalna, nie wiemy, w jakiej kondycji dziecko się urodzi ani jak długo będzie żyło. To dało mi bardzo dużo do myślenia.

W tym czasie pojechaliśmy do naszych rodziców na uroczystości Bożego Ciała. Uczestniczyliśmy w procesji i nieustannie zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma sens. W drodze powrotnej do domu byliśmy świadkami zdarzenia drogowego i pomogliśmy wezwać karetkę. Dwóch chłopców przewróciło się na motorowerze. Wtedy pojawiła się myśl, że ratujemy komuś życie, a sami chcemy odebrać życie własnemu dziecku… Jechaliśmy prosto do szpitala, aby podjąć tę decyzję. Zadzwoniliśmy do hospicjum, a gdy usłyszeli, że jedziemy położyć się na oddziale, poprosili, abyśmy natychmiast przyjechali do nich.

Psycholog z hospicjum usiadła z nami, rozmawiała, opowiadała o rodzinach, którymi się opiekują, o tym, jak wygląda ich praca. Wyjaśniła, że troszczą się nie tylko o chore dziecko, lecz także o całą rodzinę — każdego jej członka. Potrzebowaliśmy takiej iskry, która wyrwie nas z tego zamkniętego kręgu — nadziei, że istnieje miejsce i ludzie, którzy nam pomogą i że nie zostaniemy sami. Po spotkaniu z panią psycholog przestaliśmy myśleć o przerwaniu ciąży.

(…)

Bałam się, jak zareaguję w chwili narodzin mojej córeczki, kiedy ją zobaczę — z wszystkimi wadami, które miała, a rozszczep był znaczny. Ciąża była bardzo trudna emocjonalnie, pozbawiona radości i zachwytu.

Obawiałam się, jaka będzie moja reakcja, czy pokocham to dziecko, czy je przyjmę. Wszystkie obawy zniknęły jednak natychmiast w chwili, gdy ją przytuliłam.

Moment porodu był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Byłam bardzo zaskoczona, ponieważ przeżyłam go równie wspaniale jak poród mojego syna. To był niezwykle wzniosły moment. A uczucie, kiedy położono mi ją na brzuchu, było czymś najpiękniejszym, co można sobie wyobrazić. To było moje dziecko.

Blanka przebywała w szpitalu nieco ponad dwa tygodnie. Po miesiącu w domu pojawiły się problemy z oddychaniem i jedzeniem — były to już symptomy świadczące o tym, że w jej organizmie dzieje się coś niedobrego.

Blanka żyła tylko trzy miesiące. Rozpoznaliśmy moment, w którym zdecydowała się odejść. Odeszła w atmosferze bliskości i spokoju. Byliśmy przy niej, była pogodna, zasnęła na moich rękach.

Dla mnie, jako matki, najważniejsze było to, że to było moje dziecko. Niezależnie od tego, jak bardzo było chore, dałam mu szansę poczuć moją miłość. Dałam mu szansę przyjść na świat. Nie odebrałam mu tej szansy. Zdarza się przecież, że o chorobie dziecka dowiadujemy się nie w trakcie ciąży, lecz później. Czym to się więc różni? W zasadzie tylko tym, że nadejdzie moment porodu. Dziecko już żyje we mnie, dlatego nie mam prawa pozbawić go życia.”

— mówiła mama Blanki w reportażu Telewizji Trwam.

Historia ta dobitnie ukazuje z jak skrajnie odmiennymi postawami można spotkać się w środowisku medycznym oraz jak istotne jest skierowanie do miejsca, w którym można uzyskać pomoc. Dlatego jeszcze raz zachęcam do podpisania i udostępnienia apelu do Minister Zdrowia o zobligowanie lekarzy do informowania matek dzieci z rozpoznaną wadą letalną o możliwości skorzystania z pomocy hospicjum perinatalnego oraz do wystawiania skierowań do takich placówek.
\Pozdrawiam serdecznie
Zbigniew Kaliszuk
Fundacja Grupa Proelio proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo

Wielki Kapitał nie przetrwa bez niewolników

Wielki Kapitał nie przetrwa bez niewolników

Jan Żbik salon24/wielki-kapital-nie-przetrwa-bez-niewolnikow


Niewolnictwo istnieje, ale w wersji nowoczesnej jako „słodkie niewolnictwo” – jesteśmy zakładnikami banków, korporacji i polityków. Zadłużają nas, wywłaszczają i posyłają na śmierć! Czynią to w sposób wyrafinowany, głosząc paradoksalnie, że to dla naszego dobra i bezpieczeństwa.

Struktura świata, którą można nazwać Wielkim Kapitałem – globalnym systemem finansowym, korporacyjnym i bankowym – trwa wyłącznie dzięki istnieniu człowieka zredukowanego do funkcji użytkowej. Innymi słowy, potrzebuje niewolnika. Nie w sensie antycznym, lecz nowoczesnym: pozbawionego realnej własności, zakorzenienia, tożsamości i transcendencji.

Żyjemy w świecie, w którym proces ograniczania ludzkiej autonomii nie ma charakteru przypadkowego. Jego mechanizmy są ekonomiczne i polityczne, a zarazem kulturowe. Aby jednostkę uczynić zależną, należy podkopać materialne podstawy jej niezależności. Kluczowe jest zniszczenie lub przejęcie środków produkcji – fabryk, kopalń, stoczni, warsztatów – wszystkiego, co umożliwia samodzielne wytwarzanie dóbr. Człowiek, który nie produkuje, lecz wyłącznie konsumuje, staje się podatny na kontrolę.

Drugim krokiem jest uzależnienie społeczeństwa od scentralizowanych źródeł żywności i dóbr pierwszej potrzeby. Gdy produkcja zostaje skorporatyzowana, a handel zawłaszczony przez wielkie sieci, jednostka traci możliwość wyboru opartego na lokalności i samowystarczalności. W konsekwencji wspólnota ekonomiczna zostaje rozbita, a jej miejsce zajmuje relacja klient–korporacja.

Kolejny etap to ograniczenie własności. Własność prywatna – rozumiana nie jako abstrakcyjny tytuł prawny, lecz jako realne dysponowanie zasobami – jest fundamentem wolności. Człowiek posiadający ziemię, warsztat czy choćby oszczędności w gotówce nie jest całkowicie zależny od systemu. Nadmierne opodatkowanie, reglamentacja, inflacyjne osłabianie pieniądza czy eliminacja gotówki prowadzą do sytuacji, w której kontrola nad zasobami przechodzi w ręce scentralizowanych instytucji finansowych. Wirtualizacja pieniądza oznacza pełną transparentność obywatela wobec systemu, przy jednoczesnej nieprzejrzystości systemu wobec obywatela.

Jednak ekonomia to tylko połowa procesu. Niewolnik doskonały nie posiada silnych więzi. Dlatego osłabieniu ulega tradycyjna rodzina jako podstawowa wspólnota solidarności i przekazu wartości. Rodzina tworzy sieć wsparcia, która ogranicza zależność od państwa i rynku. Jej erozja zwiększa atomizację jednostek, a atomizacja sprzyja sterowalności.

Podobny los spotyka kulturę i religię. Kultura wysoka, zakorzeniona w tradycji, buduje tożsamość i wprowadza hierarchię wartości. Religia natomiast wskazuje na porządek wyższy niż ekonomiczny. Jeżeli człowiek uznaje, że istnieje autorytet przekraczający władzę pieniądza, staje się wobec niej krytyczny. Z tego powodu sekularyzacja, relatywizm i redukcja kultury do rozrywki nie są zjawiskami neutralnymi. W miejsce transcendencji pojawia się konsumpcja, a w miejsce wspólnoty – spektakl medialny.

Demoralizacja nie musi oznaczać jawnej deprawacji; wystarczy przesunięcie akcentów. Jeśli prokreacja staje się anachronizmem, a odpowiedzialność długofalowa zostaje zastąpiona natychmiastową przyjemnością, społeczeństwo traci orientację przyszłościową. Człowiek skupiony wyłącznie na teraźniejszości nie buduje trwałych struktur – ani rodzinnych, ani narodowych. Staje się mobilnym, wymiennym elementem rynku pracy.

W tym kontekście warto przywołać analizę kapitalizmu przedstawioną w „Kapitał” Karola Marksa. Marks dostrzegał, że kapitał istnieje wyłącznie poprzez wyzysk pracy najemnej. Różnica między jego diagnozą a omawianą tu tezą polega na rozszerzeniu pola eksploatacji: nie chodzi już tylko o wartość dodatkową wytwarzaną w fabryce, lecz o całokształt życia człowieka – jego czas wolny, dane, uwagę, relacje społeczne. Współczesny system finansowy nie ogranicza się do produkcji; kolonizuje sferę kultury i świadomości.

Dlaczego zniewolenie jest warunkiem trwania Wielkiego Kapitału? Ponieważ kapitał, aby się pomnażać, potrzebuje przewidywalności i kontroli. Wolny człowiek – posiadający własność, rodzinę, kulturę, religię i ojczyznę – jest bytem zakorzenionym. Ma lojalności, które nie podlegają rachunkowi zysków i strat. Może odmówić, może wycofać się, może tworzyć alternatywne struktury. Niewolnik natomiast nie ma dokąd wrócić ani czego bronić. Jego tożsamość jest płynna, a zależność – całkowita.

Doskonały niewolnik nie posiada więc rodziny, bo rodzina daje oparcie. Nie ma własności, bo własność daje niezależność. Nie ma kultury ani religii, bo one dają sens wykraczający poza konsumpcję. Nie ma ojczyzny, bo ojczyzna rodzi solidarność i gotowość do sprzeciwu wobec zewnętrznej dominacji.

Jeżeli przyjmiemy tę perspektywę, to obserwowane przemiany – ekonomiczne, obyczajowe i technologiczne – można interpretować jako etapy przekształcania obywatela w zarządzalny zasób. Nie chodzi o pojedyncze decyzje polityczne, lecz o systemową logikę: koncentracja kapitału wymaga koncentracji władzy, a koncentracja władzy wymaga redukcji podmiotowości.

W tym sensie pytanie nie brzmi, czy Wielki Kapitał potrzebuje niewolników, lecz czy społeczeństwa są gotowe zrezygnować z fundamentów swojej wolności w imię wygody, bezpieczeństwa i pozornej stabilności. Filozoficzny spór dotyczy więc nie tylko ekonomii, ale antropologii: kim jest człowiek – autonomicznym podmiotem czy funkcją systemu? Odpowiedź na to pytanie zdecyduje, czy pozostanie obywatelem, czy stanie się zasobem.

Niewolnictwo istnieje, ale w wersji nowoczesnej jako „słodkie niewolnictwo” – jesteśmy zakładnikami banków, korporacji i polityków. Zadłużają nas, wywłaszczają i posyłają na śmierć! Czynią to w sposób wyrafinowany, głosząc paradoksalnie, że to dla naszego dobra i bezpieczeństwa.

Struktura świata, którą można nazwać Wielkim Kapitałem – globalnym systemem finansowym, korporacyjnym i bankowym – trwa wyłącznie dzięki istnieniu człowieka zredukowanego do funkcji użytkowej. Innymi słowy, potrzebuje niewolnika. Nie w sensie antycznym, lecz nowoczesnym: pozbawionego realnej własności, zakorzenienia, tożsamości i transcendencji.

Żyjemy w świecie, w którym proces ograniczania ludzkiej autonomii nie ma charakteru przypadkowego. Jego mechanizmy są ekonomiczne i polityczne, a zarazem kulturowe. Aby jednostkę uczynić zależną, należy podkopać materialne podstawy jej niezależności. Kluczowe jest zniszczenie lub przejęcie środków produkcji – fabryk, kopalń, stoczni, warsztatów – wszystkiego, co umożliwia samodzielne wytwarzanie dóbr. Człowiek, który nie produkuje, lecz wyłącznie konsumuje, staje się podatny na kontrolę.

Drugim krokiem jest uzależnienie społeczeństwa od scentralizowanych źródeł żywności i dóbr pierwszej potrzeby. Gdy produkcja zostaje skorporatyzowana, a handel zawłaszczony przez wielkie sieci, jednostka traci możliwość wyboru opartego na lokalności i samowystarczalności. W konsekwencji wspólnota ekonomiczna zostaje rozbita, a jej miejsce zajmuje relacja klient–korporacja.

Kolejny etap to ograniczenie własności. Własność prywatna – rozumiana nie jako abstrakcyjny tytuł prawny, lecz jako realne dysponowanie zasobami – jest fundamentem wolności. Człowiek posiadający ziemię, warsztat czy choćby oszczędności w gotówce nie jest całkowicie zależny od systemu. Nadmierne opodatkowanie, reglamentacja, inflacyjne osłabianie pieniądza czy eliminacja gotówki prowadzą do sytuacji, w której kontrola nad zasobami przechodzi w ręce scentralizowanych instytucji finansowych. Wirtualizacja pieniądza oznacza pełną transparentność obywatela wobec systemu, przy jednoczesnej nieprzejrzystości systemu wobec obywatela.

Jednak ekonomia to tylko połowa procesu. Niewolnik doskonały nie posiada silnych więzi. Dlatego osłabieniu ulega tradycyjna rodzina jako podstawowa wspólnota solidarności i przekazu wartości. Rodzina tworzy sieć wsparcia, która ogranicza zależność od państwa i rynku. Jej erozja zwiększa atomizację jednostek, a atomizacja sprzyja sterowalności.

Podobny los spotyka kulturę i religię. Kultura wysoka, zakorzeniona w tradycji, buduje tożsamość i wprowadza hierarchię wartości. Religia natomiast wskazuje na porządek wyższy niż ekonomiczny. Jeżeli człowiek uznaje, że istnieje autorytet przekraczający władzę pieniądza, staje się wobec niej krytyczny. Z tego powodu sekularyzacja, relatywizm i redukcja kultury do rozrywki nie są zjawiskami neutralnymi. W miejsce transcendencji pojawia się konsumpcja, a w miejsce wspólnoty – spektakl medialny.

Demoralizacja nie musi oznaczać jawnej deprawacji; wystarczy przesunięcie akcentów. Jeśli prokreacja staje się anachronizmem, a odpowiedzialność długofalowa zostaje zastąpiona natychmiastową przyjemnością, społeczeństwo traci orientację przyszłościową. Człowiek skupiony wyłącznie na teraźniejszości nie buduje trwałych struktur – ani rodzinnych, ani narodowych. Staje się mobilnym, wymiennym elementem rynku pracy.

W tym kontekście warto przywołać analizę kapitalizmu przedstawioną w „Kapitał” Karola Marksa. Marks dostrzegał, że kapitał istnieje wyłącznie poprzez wyzysk pracy najemnej. Różnica między jego diagnozą a omawianą tu tezą polega na rozszerzeniu pola eksploatacji: nie chodzi już tylko o wartość dodatkową wytwarzaną w fabryce, lecz o całokształt życia człowieka – jego czas wolny, dane, uwagę, relacje społeczne. Współczesny system finansowy nie ogranicza się do produkcji; kolonizuje sferę kultury i świadomości.

Dlaczego zniewolenie jest warunkiem trwania Wielkiego Kapitału? Ponieważ kapitał, aby się pomnażać, potrzebuje przewidywalności i kontroli. Wolny człowiek – posiadający własność, rodzinę, kulturę, religię i ojczyznę – jest bytem zakorzenionym. Ma lojalności, które nie podlegają rachunkowi zysków i strat. Może odmówić, może wycofać się, może tworzyć alternatywne struktury. Niewolnik natomiast nie ma dokąd wrócić ani czego bronić. Jego tożsamość jest płynna, a zależność – całkowita.

Doskonały niewolnik nie posiada więc rodziny, bo rodzina daje oparcie. Nie ma własności, bo własność daje niezależność. Nie ma kultury ani religii, bo one dają sens wykraczający poza konsumpcję. Nie ma ojczyzny, bo ojczyzna rodzi solidarność i gotowość do sprzeciwu wobec zewnętrznej dominacji.

Jeżeli przyjmiemy tę perspektywę, to obserwowane przemiany – ekonomiczne, obyczajowe i technologiczne – można interpretować jako etapy przekształcania obywatela w zarządzalny zasób. Nie chodzi o pojedyncze decyzje polityczne, lecz o systemową logikę: koncentracja kapitału wymaga koncentracji władzy, a koncentracja władzy wymaga redukcji podmiotowości.

W tym sensie pytanie nie brzmi, czy Wielki Kapitał potrzebuje niewolników, lecz czy społeczeństwa są gotowe zrezygnować z fundamentów swojej wolności w imię wygody, bezpieczeństwa i pozornej stabilności. Filozoficzny spór dotyczy więc nie tylko ekonomii, ale antropologii: kim jest człowiek – autonomicznym podmiotem czy funkcją systemu? Odpowiedź na to pytanie zdecyduje, czy pozostanie obywatelem, czy stanie się zasobem.

Jan Żbik

Żydowski szariat: Globalny spisek „praw Noego”, część II.

Żydowski szariat: Globalny spisek praw Noego, część II.

Jeśli myślałeś, że Sharia jest zła,

to jeszcze nic nie widziałeś.

Jewish Shariah: The Global Conspiracy of the Noahide Laws, Part II

dropbox Paul Craig Roberts

Przez prawie pięćdziesiąt lat się działo coś niezwykłego. Pojawiło się publiczne prawo, całkiem bez kontroli. Co byś pomyślał, gdyby Kongres formalnie uhonorował przywódcę rabinicznego za promowanie uniwersalnego kodeksu prawnego wyciągniętego z prawa talmudycznego, a później osadzonego język w ustawie federalnej, deklarując te zasady moralnego fundamentu cywilizacji?

Dlaczego prezydenci obu partii wielokrotnie to potwierdzali i dlaczego przywódcy ewangeliczni nigdy poważnie nie badają implikacji jurysdykcyjnych?

W ten weekend Top Shelf Preserve wyciągnie te nici. Pyta, kto definiuje powszechne prawo moralne dla narodów, w jaki sposób ramy te osiągnęły ponadpartyjne uznanie instytucjonalne, a dlaczego prawie nikt nie ostrzegał przed teologicznym drobnym drukiem [fine print md]. Pełne dochodzenie jest dostępne wyłącznie dla subskrybentów I2I Premium

=============================================

W marcu 1983 roku prezydent Ronald Reagan stanął w Gabinecie Owalnym obok wiceprezydenta George’a H.W. Busha. Przed nimi leżał ozdobny, ceremonialny zwój. Przez cały dzień, podczas trzech oddzielnych ceremonii na Kapitolu, każdy członek Senatu i Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych złożył swój podpis na dokumencie. „Narodowy Zwój Honoru” uhonorował 81. urodziny rabina Menachema Mendla Schneersona, świętując jego „wizję i duchowe przywództwo światowe” oraz propagowanie Siedmiu Praw Noachidzkich jako uniwersalnych zasad moralnych dla całej ludzkości.

Podobnie jak chrześcijaństwo naucza, że cała flora i fauna Boża zostały stworzone, aby służyć ludzkości, Scneerson nauczał, że poganie istnieją wyłącznie po to, by służyć Żydom. Sneerson twierdził: „Cała rzeczywistość nie-Żyda to tylko marność. Jest napisane: »A obcy będą strzec i paść twoje trzody« (Izajasz 61,5). Całe stworzenie pogan istnieje tylko ze względu na Żydów”. 

Przy tysiącach odrębnych okazji Schneerson wprost twierdził, że nie-Żydzi są z natury bliżsi zwierzętom niż Żydom. 

Wracając do „Zwoju Honoru” Schneersona, podpisał go każdy członek Kongresu.  Każdy… jeden. W tym samym roku Reagan osobiście napisał do Schneersona, chwaląc „historyczną tradycję wartości i zasad etycznych, które stanowiły fundament społeczeństwa od zarania cywilizacji, kiedy znane były jako Siedem Praw Noachidzkich, przekazanych przez Boga Mojżeszowi na Górze Synaj”. [??? a co z dziesięciu Przykazaniami md??

Reagan nie chwalił Dziesięciu Przykazań ani Prawa Naturalnego zakorzenionego w teologii chrześcijańskiej. Popierał talmudyczne prawo rabiniczne.

Osiem lat później, w 1991 roku, Kongres uchwalił, a prezydent George H.W. Bush podpisał ustawę publiczną nr 102-14, formalnie deklarując, że Stany Zjednoczone zostały „oparte na Siedmiu Uniwersalnych Prawach Noego” i że te talmudyczne zasady „stanowiły fundament społeczeństwa od zarania cywilizacji”.

W ten sposób rząd USA oficjalnie przyjął ewidentnie fałszywą narrację historyczną i włączył ją do ustawy federalnej jako ustalony fakt. Ameryka przecież nie została zbudowana na prawie talmudycznym.

Podczas gdy „Amerykanie z Fox News” latami krzyczeli o pochodzeniu szariatu, rzeczywiste, obce ramy religijne zyskały w Ameryce większą władzę instytucjonalną niż islam. Ramy te wyraźnie nauczają, że dusze nie-Żydów są ontologicznie niższe od dusz Żydów i istnieją ostatecznie po to, by służyć Żydom. A ewangeliccy strażnicy nie tylko milczeli. Wielu aktywnie pomagało w ich promowaniu. 

CZYM SĄ PRAWA NOACHIDÓW?

Siedem Praw Noachidzkich nie pochodzi z Biblii. Pochodzą z Talmudu Babilońskiego, a konkretnie z Traktatów Sanhedryn 56a-60a, wyprowadzonych z rabinicznej egzegezy Księgi Rodzaju 2:16.

Siedem przykazań to: zakaz bałwochwalstwa, zakaz bluźnierstwa, zakaz zabójstwa, zakaz kradzieży, zakaz niemoralności seksualnej, zakaz spożywania mięsa wyrwanego z żywego zwierzęcia oraz obowiązek ustanowienia sądów.

Na pierwszy rzut oka wydają się one podstawowymi zasadami etyki cywilizacyjnej. Nie zabijaj, nie kradnij, ustanawiaj prawo i porządek. Kto mógłby się temu sprzeciwić? 

Oto, czego ewangeliccy strażnicy nie powiedzą ci nawet w drobnym druku.

Kara śmierci, o której nigdy nie słyszałeś.

Z samego Talmudu, Sanhedrynu 57a, pochodzi następujące stwierdzenie: „Noachida [poganin], który przekroczy te siedem przykazań, zostanie stracony przez ścięcie”. Jest to autentyczne, skodyfikowane prawo talmudyczne. Majmonides sformalizował je w swoim autorytatywnym kodeksie prawnym z XII wieku, Miszne Tora, w rozdziale zatytułowanym Hilchot Melachim 9:14. Nigdy nie zostało ono uchylone ani zrewidowane przez autorytety rabiniczne. Talmud określa ścięcie głowy jako metodę egzekucji nie-Żydów, którzy naruszają przykazania Noachidów, a średniowieczny konsensus rabiniczny potwierdził to stanowisko.

Różnica w egzekwowaniu, która ujawnia hierarchię. Te same fragmenty Talmudu, które ustanawiają te prawa, stanowią również, że są one egzekwowane wobec nie-Żydów surowiej niż analogiczne prawa żydowskie wobec Żydów. Według Sanhedrynu 57a i Encyklopedii Talmudit, nie-Żyd ponosi odpowiedzialność za bluźnierstwo „nawet z jednym z boskich atrybutów”, podczas gdy Żyd ponosi odpowiedzialność za bluźnierstwo tylko wtedy, gdy wymawia w całości Niewypowiedziane Imię. 

Nie-Żyd ponosi odpowiedzialność za aborcję płodu, podczas gdy Żyd nie ponosi odpowiedzialności w tych samych okolicznościach. Goj odpowiada za kradzież „nawet mniejszą niż [grosz]”, podczas gdy prawo żydowskie wymaga kradzieży o określonej minimalnej wartości, aby ponieść odpowiedzialność.

Standardy proceduralne również się różnią. Goj może zostać skazany i stracony na podstawie zeznań jednego świadka, podczas gdy prawo żydowskie wymaga dwóch świadków w sprawach zagrożonych karą śmierci.

Goj nie wymaga ostrzeżenia przed egzekucją, podczas gdy prawo żydowskie wymaga, aby oskarżony został ostrzeżony bezpośrednio przed popełnieniem czynu i potwierdził otrzymanie ostrzeżenia. Talmud ustanawia dwupoziomowy system prawny z jednym zestawem standardów dla Żydów i bardziej surowym dla wszystkich innych.

Kto decyduje, co stanowi bałwochwalstwo? Nie ty decydujesz, czy twój kult stanowi bałwochwalstwo. Twój kościół nie decyduje. Twoja tradycja teologiczna nie decyduje. To autorytety rabiniczne podejmują tę decyzję.

Historycznie rzecz biorąc, wiele z nich orzekało, że chrześcijański kult trynitarny stanowi bałwochwalstwo na mocy pierwszego prawa Noachidów.

Średniowieczny autorytet Majmonides uważał chrześcijaństwo za problematyczne z punktu widzenia ścisłego monoteizmu. W ramach surowych ram noachidzkich, egzekwowanych przez sądy rabiniczne, ortodoksyjne chrześcijaństwo trynitarne mogło zostać uznane za naruszenie kary śmierci. Czcisz Jezusa jako Boga, a autorytety rabiniczne mogłyby orzec, że narusza to zakaz bałwochwalstwa. Przewidzianą karą jest śmierć przez ścięcie. 

To nie jest teoria spiskowa. To proste orzecznictwo talmudyczne, skodyfikowane przez autorytatywne źródła rabiniczne. Tymczasem większość Amerykanów nie ma pojęcia, że przez prawie pięćdziesiąt lat zorganizowana kampania zapewniła bezprecedensowe instytucjonalne uznanie prawa talmudycznego na najwyższych szczeblach amerykańskiego rządu. Operacja była systematyczna, dobrze finansowana i zadziwiająco skuteczna.

Operacja Dostępu do Białego Domu

Rabin Abraham Shemtov był stałym ambasadorem Schneersona w Waszyngtonie od lat 70. do 90-tych. XX wieku. Nie był okazjonalnym gościem, lecz stałym uczestnikiem. Jego rola była wyraźnie rozumiana w kręgach Chabadu jako „ambasadora Rebbego w Białym Domu”.

 Shemtov regularnie przewodził delegacjom Chabadu, spotykając się z urzędującymi prezydentami, i utrzymywał osobiste relacje z każdym prezydentem, od Richarda Nixona po Billa Clintona. W 1984 roku prezydent Reagan mianował go członkiem Narodowej Rady Doradczej ds. Edukacji Dorosłych. Z powodzeniem lobbował w Kongresie za uchwaleniem corocznych rezolucji „Dnia Edukacji USA” i zapewnił Schneersonowi Złoty Medal Kongresu w 1995 roku, czyniąc Schneersona pierwszym przywódcą religijnym, który kiedykolwiek otrzymał to wyróżnienie.

Nie była to okazjonalna kurtuazja międzywyznaniowa. Był to zinstytucjonalizowany dostęp na najwyższych szczeblach władzy, konsekwentnie utrzymywany przez dekady przez obie administracje, zarówno republikańską, jak i demokratyczną. Każdy prezydent od Jimmy’ego Cartera w 1978 roku wydawał coroczne proklamacje z okazji „Dnia Edukacji USA” ku czci Schneersona. Clinton chwalił program Noachidów. George W. Bush uhonorował spuściznę Schneersona. Obama wydawał proklamacje niezmiennie. Trump entuzjastycznie popierał tę tradycję. Biden to podtrzymał. 

Przez prawie pół wieku władza wykonawcza promowała talmudyczne prawo rabiniczne jako fundament moralny Ameryki, przy dwupartyjnym poparciu, a establishment ewangelicki nie zareagował.

Instytut Kodeksu Noachidów posiada oficjalny status konsultacyjny przy Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ. Upoważnia to organizację do udziału w posiedzeniach ONZ, do występowania na forach ONZ oraz do składania pisemnych oświadczeń organom ONZ. W listopadzie 2015 roku, w tym samym roku, w którym ONZ przyjęła Agendę 2030, Instytut zorganizował w siedzibie ONZ szczyt zatytułowany „Mobilizacja etyki kulturowej i religijnej na rzecz Agendy 2030”. Szczyt zgromadził przedstawicieli ONZ, przywódców religijnych różnych wyznań oraz przedstawicieli rządów, aby omówić integrację etyki religijnej z globalnymi celami rozwoju.

Ronald Perelman, mający miliardy dolarów i prezes MacAndrews & Forbes Holdings, jest osobistym uczniem rabina Abrahama Shemtova.

Schneerson osobiście nazywał Perelmana „swoim partnerem” w działalności charytatywnej. Perelman pełni funkcję krajowego przewodniczącego Amerykańskich Przyjaciół Lubawicz i jest głównym dobroczyńcą finansowym spraw Chabadu. Oto miliarder i finansista z wewnętrznego kręgu ruchu, który skutecznie lobbował na rzecz Prawa Publicznego 102-14. Udokumentowałeś dostęp instytucjonalny przez pięć dekad. Posiadasz status konsultacyjny ONZ. Masz proklamacje prezydenckie od każdej administracji. Śledź pieniądze, dostęp i pozycjonowanie instytucjonalne, a zobaczysz, że to głęboko, głęboko tkwi w globalnym aparacie władzy. 

TEOLOGICZNA TRUCIZNA

Jak wspomniano powyżej, człowiek, który otrzymał wszystkie te rządowe zaszczyty, którego nauki były chwalone przez prezydentów i zapisane w prawie federalnym, nauczał wyraźnie, że nie-Żydzi posiadają fundamentalnie niższe dusze i istnieją ostatecznie po to, by służyć Żydom. 

To jest fundamentalna teologia Chabadu. Tanja jest fundamentalnym tekstem chasydyzmu Chabadu, napisanym w 1796 roku przez założyciela ruchu. Schneerson nauczał na podstawie tego tekstu przez całe życie i nigdy mu nie zaprzeczył. 

Tanja naucza, że Żydzi posiadają dwie dusze: duszę zwierzęcą, jak wszyscy ludzie, oraz duszę boską, określaną jako „rzeczywisty fragment Boskości”. Poganie posiadają tylko jedną duszę, duszę zwierzęcą, i nawet ta dusza jest „z natury mniej święta niż ludzka dusza Żyda”. Tanja wyraźnie stwierdza o duszach pogan: „nie zawierają one żadnego dobra”. [To samo w Polsce głosi otwarcie Engelking, dawna kochanka Boniego. md]

Dalej czytamy: „Dusze narodów pogańskich pochodzą z trzech nieczystych kelipotów [skorup duchowej nieczystości]”. Z tomu Likkutei Sichos, zbioru wykładów Schneersona, pochodzą następujące bezpośrednie cytaty: „Różnica między Żydem a nie-Żydem wynika z powszechnego zwrotu: »Rozróżniajmy«. Mamy tu do czynienia z sytuacją całkowicie odmiennych gatunków.

1 428

Ciało osoby żydowskiej jest zupełnie innej jakości niż ciała wszystkich narodów świata”. I dalej: „Cała rzeczywistość nie-Żyda jest tylko marnością. „Całe stworzenie nie-Żyda jest tylko dla Żydów” (niektóre z nich wskazałem w Części 1 w zeszłym tygodniu). Nawet dobre uczynki nie-Żydów są podejrzane w tym kontekście. Stanowisko talmudyczne, potwierdzone w nauczaniu Chabadu, głosi, że „wszelka dobroczynność uczyniona przez nie-Żydów służy jedynie powiększeniu ich pychy”.

Nie-Żydzi nie mogą czynić prawdziwie dobrych uczynków, ponieważ ich dusze pochodzą z nieczystości. Nie jest to nauka jakiegoś marginalnego ekstremisty, którego Chabad odrzucił. Jest to teologia człowieka, który otrzymał podpisy wszystkich członków Kongresu na Narodowym Zwoju Honoru z 1983 roku, Złoty Medal Kongresu, coroczne proklamacje prezydenckie przez prawie pięćdziesiąt lat, pochwały Reagana jako przykład „wiecznej ważności” oraz federalne uznanie poprzez Ustawę Publiczną 102-14 podpisaną przez Busha.

A ewangelicy nie powiedzieli ani słowa. Ewangelicy (jak Mike Huckabee (na zdjęciu poniżej) współpracowali z Chabadem w inicjatywach międzywyznaniowych, a przywódcy ewangelikalni uczestniczyli w wydarzeniach z okazji Dnia Edukacji, a uczelnie chrześcijańskie gościły prelegentów Chabadu. Ci sami ochroniarze, którzy napisali czterdzieści artykułów o teologii islamskiej, nigdy nie ostrzegli swoich ludzi, że czczą przywódcę religijnego, który nauczał, że dusze pogan są z natury niższe i istnieją po to, by służyć Żydom.

obraz.png

Jak wyjaśniłem w Części I, wielu wyznawców Chabadu wierzy, że Schneerson jest Mesjaszem, nawet po jego śmierci w 1994 roku. Niektórzy uważają, że tak naprawdę nie umarł, lecz „zniknął” i pozostaje fizycznie obecny, lecz niewidzialny. Inni wierzą, że umarł, ale zmartwychwstanie. 

Artykuł w Haaretz z 2007 roku udokumentował wyznawców Chabadu, którzy wierzą, że Schneerson jest wcielonym Bogiem. Jeden z nich wyjaśniał: „Rebe jest połączeniem Boga i człowieka. Rebe jest Bogiem, ale jest też fizyczny”. 

Żółte banery w całym Izraelu do dziś głoszą: „Niech żyje Rebe Król Mesjasz na wieki”.

DLACZEGO JEST GORSZE NIŻ SZARIA

Ewangeliccy przywódcy spędzili dekady ostrzegając przed szariatem. Napisali książki o pełzającym szariacie, uchwalili antyszariatowe ustawodawstwo na szczeblu stanowym i zebrali fundusze na to zagrożenie. 

Prawo noachidzkie zyskało jednak w Stanach Zjednoczonych pozycję instytucjonalną, jakiej szariat nigdy nie zdołał osiągnąć, i pod kilkoma istotnymi względami stanowi jeszcze bardziej podstępne zagrożenie dla cywilizacji zachodniej. Szariat nie ma oficjalnego poparcia ze strony rządu USA. Spotyka się z aktywnym sprzeciwem prawnym; wiele stanów uchwaliło ustawy antyszariatowe, świadomość społeczna jest wysoka, a instytucje ewangelickie jednolicie się mu sprzeciwiają.

 Prawo noachidzkie uzyskało jednomyślne uznanie Kongresu na mocy dokumentu z 1983 roku podpisanego przez wszystkich członków i ustawy publicznej 102-14 z 1991 roku, proklamacji prezydenckich wydawanych corocznie przez prawie pięćdziesiąt lat przez każdą administrację, statusu konsultacyjnego ONZ, udokumentowanego dostępu do Białego Domu przez dekady, wsparcia finansowego miliarderów i zerowego sprzeciwu ewangelików. Strażnicy milczeli, podczas gdy wielu aktywnie uczestniczyło w obchodach Dnia Edukacji. Przejęcie instytucjonalne już nastąpiło.

Harmonia międzyreligijna. 

Oszustwo jest gorsze niż przejrzysty podbój, ponieważ przynajmniej w przypadku szariatu wiesz, z czym się mierzysz. Zgodnie z szariatem konwertyci osiągają pełną równość. Arab i muzułmanin z Nigerii stoją na równi przed prawem islamskim. System jest religijny, a nie rasowy

Prawo Noachidów opiera się na teologii duszy rasowej, zgodnie z którą Żydzi posiadają dusze boskie, a poganie jedynie dusze zwierzęce, skażone nieczystością. 

Nie można tego zmienić poprzez konwersję. Nawet poganie, którzy przechodzą na judaizm, są rozumiani w kategoriach kabalistycznych jako posiadający dusze pogańskie, które należy „dostosować”. Nie ma drogi do równości. System ustanawia stałą hierarchię opartą na urodzeniu, łącząc prawo religijne z determinizmem biologicznym.

Szariat ma wysokie standardy dowodowe dotyczące kary śmierci i szeroką ochronę proceduralną. Prawo Noachidów, skodyfikowane w Talmudzie, nakłada surowsze kary na pogan za identyczne czyny. Zgodnie z szariatem, interpretacja odbywa się w społecznościach muzułmańskich, gdzie islamscy uczeni debatują i rozwijają prawo. Zgodnie z prawem Noachidów, jedynie autorytety rabinackie mogą interpretować prawa obowiązujące nie-Żydów. Nie-Żydzi nie mają głosu. 

Szariat przyznaje chrześcijanom status „Ludu Księgi”. Chrześcijanie żyją jako dhimmi pod rządami islamu, które są podporządkowane i niesprawiedliwe, ale mogą praktykować chrześcijaństwo. Prawo Noachidów wtłacza chrześcijaństwo w kategorie talmudyczne.

 Twoja wiara jest albo akceptowalna, jeśli autorytety rabinackie przyznają wyjątek, albo jest bałwochwalstwem karanym śmiercią. Nie możesz powoływać się na autorytet Chrystusa. Otrzymujesz status, jaki przyznaje ci rabiniczna interpretacja.

Zwolennicy szariatu są szczerzy i mówią: „Zastąp swój system naszym”. Zwolennicy Noachidów twierdzą, że „twój system zawsze był nasz, po prostu o tym nie wiedziałeś”.

Prawo Publiczne 102-14 głosi, że Ameryka została „założona na” Siedmiu Prawach Noachidów. Jest to ewidentnie fałszywe. Cywilizacja zachodnia rozwinęła się z filozofii grecko-rzymskiej, teologii chrześcijańskiej i oświeceniowej teorii politycznej. Jednak twierdzenie to jest obecnie ujęte w prawie federalnym. Historyczna narracja została przepisana. To nie podbój, ale coś gorszego: twierdzenie, że podbój już się dokonał, a ty tego nie zauważyłeś.

NIEZGODNOŚĆ CYWILIZACYJNA.

Sedno konfliktu teologicznego polega na tym, że klasyczne chrześcijaństwo protestanckie naucza, że narody odpowiadają bezpośrednio przed Chrystusem. Wielki Nakaz Misyjny posyła uczniów do wszystkich narodów, aby nauczali je przestrzegać wszystkiego, co nakazał Chrystus. Chrystus ma pełnię władzy w niebie i na ziemi. 

Teologia noachicka naucza, że narody odpowiadają zgodnie z rabiniczną interpretacją Tory. Poganie są związani prawami ustanowionymi za pośrednictwem żydowskich kategorii przymierza. Autorytety rabiniczne definiują, co stanowi naruszenie.

To fundamentalny spór o suwerenność.

Kto ma prawo definiować uniwersalne prawo moralne? Chrystus czy rabini? Teologia chrześcijańska czy jurysprudencja talmudyczna? Nie można zaakceptować zarówno autorytetu Chrystusa, jak i równoległego systemu prawnego opartego na przymierzu, który pomija Chrystusa, by związać narody jurysdykcją rabiniczną. Kiedy moralne fundamenty twojej cywilizacji zostaną zredefiniowane jako zawsze talmudyczne, kiedy Kongres je ogłosi, kiedy prezydenci je proklamują, kiedy zostaną osadzone w prawie federalnym, nie masz do czynienia z hipotetycznym przyszłym zagrożeniem, lecz z dokonanym podbojem ideologicznym. Wielka Ewa*) szeroko mówi o pochodzeniu szariatu, ostrzega przed wpływami islamu, bije na alarm o zagrożeniach dla wolności religijnej i organizuje polityczny opór wobec obcych religijnych systemów prawnych.

*) „Big Eva” (skrót od Big Evangelicalism – „Wielki Ewangelikalizm”)
————————————————–

Ale jeśli chodzi o prawo Noachidów, otrzymujesz ciszę. Nie dostajesz żadnych artykułów od The Gospel Coalition analizujących prawo publiczne 102-14, żadnych rezolucji ERLC sprzeciwiających się federalnemu uznaniu prawa talmudycznego i żadnych felietonów Russella Moore’a ostrzegających kongregacje. Zamiast tego mamy pozytywny udział, ewangelikalnych przywódców obecnych na obchodach Dnia Edukacji, partnerstwa międzyreligijne z Chabadem i profesorów seminariów chwalących moralne przywództwo Schneersona. Strażnicy uznali, że krytyka czegokolwiek związanego z żydowskim przywództwem religijnym równa się antysemityzmowi. Filosemityzm stał się akceptowalną formą religijnej kapitulacji.

Ci sami przywódcy, którzy krzyczeli o uzyskaniu przez organizację islamską statusu konsultacyjnego ONZ, milczeli, gdy osiągnęła go organizacja noachicka. Kiedy ktoś dokumentuje instytucjonalne przejęcie i problemy teologiczne, strażnicy odpowiadają samym oskarżeniem: jesteś antysemitą, skoro w ogóle podnosisz te kwestie.

Oskarżenie działa jak klisza zamykająca myśl, która ucisza dociekania, zanim rozpocznie się analiza. Tak właśnie wygląda kontrolowana opozycja. Pasterze, którzy powinni bić na alarm, zamiast tego współpracują z tym, czemu rzekomo sprzeciwiają się w innych kontekstach. Podczas gdy teoretycy spiskowi gonią za fantazjami o gilotynach szariatu, urzędnicy rządowi USA podpisują się pod systemem prawnym fałszywej religii, która – ironicznie rzecz biorąc – obejmuje faktyczną dekapitację.

Pytanie nie brzmi, czy prawo Noachidów zostanie wdrożone jutro poprzez jakąś dramatyczną transformację. Pytanie brzmi, dlaczego zagraniczny religijny system prawny, który naucza o ontologicznej niższości nie-Żydów, zyskał większą legitymację instytucjonalną w USA niż jakikolwiek inny, podczas gdy ewangelikanie nie tylko milczeli, ale aktywnie uczestniczyli.

===========================================

Czytasz tę analizę, ponieważ niewielu innych ją opublikuje. My dokonaliśmy innego wyboru. Dlatego subskrybujesz I2I. To udokumentowana, dobitna analiza, której strażnicy zdecydowali, że ich odbiorcy nie powinni widzieć. Zasługujesz na to, by wiedzieć, co popierali twoi przywódcy, twierdząc, że bronią cywilizacji chrześcijańskiej.

Siedem przykazań Noachidów rządzi Ameryką [światem???]

Prawa Noachidów

Prawa Noachidów

Paul Craig Roberts  paulcraigroberts.org/the-noahide-laws

Czy słyszałeś kiedyś o Prawach Noachidów?   Prawdopodobnie nie. Oto one: dropbox.com/Feb-14.pdf

Nie, nie są one antysemicką teorią spiskową. Można je znaleźć w HJ Res 104, wspólnej rezolucji przyjętej przez Izbę Reprezentantów i Senat, a następnie podpisanej przez prezydenta George’a W. Busha, nadającej jej status prawa publicznego.  Wspomniany powyżej artykuł stwierdza, że ustawa ta podporządkowuje Amerykanów prawu żydowskiemu, które traktuje nie-Żydów z pogardą.

Według cytowanego powyżej artykułu, w żydowskich doktrynach rabina Menachema Schneersona, zwolennika HJ Res 104, nie-Żydzi są gorsi od Żydów i istnieją tylko po to, by im służyć. Nie-Żydzi mają jedynie dusze zwierzęce, w przeciwieństwie do dusz żydowskich, które „mają w sobie prawdziwy fragment Boskości”.

Autor artykułu dostrzega cywilizacyjną niezgodność między prawami Noachidów, zatwierdzonymi przez rząd USA, a chrześcijaństwem:

„Główny konflikt teologiczny między chrześcijaństwem a judaizmem jest następujący: klasyczne chrześcijaństwo protestanckie naucza, że narody odpowiadają bezpośrednio przed Chrystusem. Wielki Nakaz Misyjny posyła uczniów do wszystkich narodów, aby nauczali je przestrzegać wszystkiego, co nakazał Chrystus. Chrystus ma wszelką władzę w niebie i na ziemi.

Teologia noachicka naucza, że narody odpowiadają zgodnie z rabiniczną interpretacją Tory. Poganie są związani prawami ustanowionymi za pośrednictwem żydowskich kategorii przymierza. Autorytety rabini definiują, co stanowi naruszenie. (Tyle w kwestii historycznego mitu „wartości judeochrześcijańskich”).

„To fundamentalny spór o suwerenność. Kto ma prawo definiować uniwersalne prawo moralne? Chrystus czy rabini? Teologia chrześcijańska czy jurysprudencja talmudyczna? Nie można akceptować zarówno autorytetu Chrystusa, jak i równoległego systemu prawnego opartego na przymierzu, który pomija Chrystusa, by związać narody jurysdykcją rabiniczną. Kiedy moralne podstawy waszej cywilizacji zostaną zredefiniowane jako zawsze talmudyczne, kiedy Kongres je ogłosi, kiedy prezydenci je proklamują, kiedy zostaną osadzone w prawie federalnym, nie mamy do czynienia z hipotetycznym przyszłym zagrożeniem, lecz z dokonanym podbojem ideologicznym ”. dropbox.com/scl/fi/lr3uiu4482uvit2op3ifb/Feb-14

Zafascynowany twierdzeniami zawartymi w artykule, zbadałem prawa Noachidów. Istnieją, podobnie jak wspólna rezolucja Kongresu je popierająca, podobnie jak ich poparcie ze strony prezydentów Cartera, Reagana, obu Bushów, Clintona, Obamy, Bidena, a z pewnością także Trumpa, ponieważ lobby izraelskie wymaga rezolucji popierającej te prawa co roku.

Oto niektóre informacje uzyskane w wyniku moich badań:

Ustawa publiczna 102-14 (HJ Res. 104), uchwalona 20 marca 1991 r. i ustanowiona 26 marca 1991 r. „Dniem Edukacji USA”. Podpisana przez prezydenta George’a H.W. Busha, ta wspólna rezolucja uznała wagę wartości etycznych, w szczególności odwołując się do Siedmiu Praw Noachidzkich jako fundamentu cywilizacji, a jednocześnie oddając hołd wysiłkom edukacyjnym rabina Menachema Mendla Schneersona.

Rząd Stanów Zjednoczonych pod rządami prezydentów Reagana, Busha i Clintona stworzył, posługując się eufemizmem edukacji (na przykład Wspólna Rezolucja Izby Reprezentantów nr 173 i Ustawa Publiczna nr 102-14), podwaliny pod ustanowienie talmudycznych „sądów sprawiedliwości”, którymi mieli zarządzać uczniowie następcy Szneura Zalmana w Chabadzie, rabina Menachema Mendla Schneersona. rublev-museum.livejournal.com

Ustawa publiczna 102-14 pierwotnie była rezolucją HJ Res 104, wspólną rezolucją przyjętą przez Izbę Reprezentantów i Senat, a następnie podpisaną przez Prezydenta, co nadało jej status prawa publicznego . Wspólne rezolucje mogą stać się prawem publicznym po ich uchwaleniu, mając taką samą moc prawną jak ustawy. Określenie „prawo publiczne” potwierdza ich formalne uchwalenie. Rozbieżności wynikają z niezrozumienia procesów legislacyjnych lub terminologii. Zapoznanie się z oficjalnymi dokumentami Kongresu lub stronami internetowymi rządów pozwala na wyjaśnienie statusu i historii legislacyjnej ustawy. justanswer.com/5th-legal-opinion-needed-please-text-public-law

Czy Prawa Noachidów zostały uznane przez jakiekolwiek rządy? Przykazania Noachidów są uznawane przez przywódców w wielu krajach.   asknoah.org/have-the-noahide-laws-been-recognized-by-any-governments   

Uniwersalność tych zasad i ich globalne znaczenie zostały uznane w 1982 r. przez prezydenta Ronalda Reagana, gdy mówił o „wiecznej ważności Siedmiu Praw Noachidzkich [jako] kodeksu moralnego dla nas wszystkich, bez względu na wiarę religijną” (Proklamacja z okazji Narodowego Dnia Refleksji, 4 kwietnia 1982 r.).

Siedem lat później, w 1989 roku, prezydent George H.W. Bush nie tylko ogłosił, że te „wartości biblijne stanowią fundament cywilizowanego społeczeństwa”, ale także uznał, że „społeczeństwo, które ich nie uznaje lub nie przestrzega, nie może przetrwać”.

Zrozumiał, że te „zasady moralnego i etycznego postępowania, które stanowiły podstawę wszystkich cywilizacji, pochodzą częściowo z wielowiekowych Siedmiu Praw Noachidzkich”. I przy okazji zauważył ich pochodzenie: „Prawa Noachidzkie to w rzeczywistości siedem przykazań danych człowiekowi przez Boga, zapisanych w Starym Testamencie…” (Proklamacja 5956 – Dzień Edukacji, USA 1989 i 1990, 102 Stat. 3016, 14 kwietnia 1989 r.)

Zarówno Senat, jak i Izba Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych w 1991 roku, jednomyślnie i ponadpartyjnie, uznały, że ta „historyczna tradycja wartości i zasad etycznych… na których zbudowano nasz wielki Naród… stanowiła fundament społeczeństwa od zarania cywilizacji, kiedy znana była jako Siedem Praw Noachidzkich”. Kongres Stanów Zjednoczonych zrozumiał, że „najnowsze osłabienie tych zasad… doprowadziło do kryzysów, które nękają i zagrażają strukturze cywilizowanego społeczeństwa”. W związku z tym ostrzegali nas, że „bez tych wartości i zasad etycznych gmach cywilizacji stoi w poważnym niebezpieczeństwie powrotu do chaosu”. (Public Law 102-14, 102d Congress, 1. sesja, HJ Res. 104)

Inni światowi przywódcy przyłączyli się do apelu o dalsze przestrzeganie i znajomość tych praw. Na przykład Herman Van Rompuy, prezydent Unii Europejskiej, napisał (w lipcu 2014 r.), że dąży do większego „rozpowszechniania uniwersalnych wartości znanych jako Prawa Noachidów”, a generał dywizji Michael Jeffery, gubernator generalny Australii, ubolewając w liście z 2008 r. nad rozpadem rodzin oraz nadużywaniem narkotyków i alkoholu we współczesnym społeczeństwie, napisał, że wierzy, iż przestrzeganie fundamentalnych wartości Praw Noachidów może być antidotum na te bolączki społeczne. Wystarczy spojrzeć na spustoszenie, w którym żyjemy dzisiaj, aby uznać słuszność tych prawdziwych twierdzeń.

===========================

Komentarze PCR:

Dla mnie nie jest jasne, czy prawa Noachidów są niezależne od poglądów ich pomysłodawców na temat wyższości Żydów.

Wydaje się oczywiste, że wiele rządów USA uznało, że Stany Zjednoczone zostały zbudowane na fundamencie praw żydowskich. Czy te administracje prezydenckie rozumiały, co podpisują, czy też żydowscy sponsorzy kampanii twierdzili, że podpisanie tej petycji   przyniesie im ogromne żydowskie wsparcie finansowe i wiarygodny żydowski głos?   Czy reprezentacja syjonistyczna – neokonserwatyści z podwójnym obywatelstwem z administracji Reagana, Busha i innych – wykorzystała propagandę, że Izrael jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie i wiernym sojusznikiem Ameryki, aby zmusić Kongres i amerykańskich prezydentów do uchwalenia prawa, które implikuje moralne rządy Izraela nad Ameryką?

Czy Kongres i prezydenci USA oświadczyli, że Ameryka opiera się na prawie żydowskim, które definiuje nie-Żydów jako sługi Izraela? Jeśli tak, to czy nasi prezydenci zostali w to wmanewrowani, nie rozumiejąc tego?

Pytanie, które pozostaje, brzmi: czy religijne deklaracje, niezależnie od ich źródła, mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Czy musimy się martwić, jak religia w naszych czasach niewiary religijnej wystawia nas na dominację i ucisk ze strony Żydów?   Czy Żydzi w ogóle potrzebują wiary religijnej, by nami rządzić, skoro mają Holokaust, starannie pielęgnowany status ofiary i niewiarygodną moc swoich pieniędzy, by finansować amerykańskie kampanie polityczne, które decydują o tym, kto zasiada w Kongresie i Białym Domu?

Czy religia, podobnie jak wszystko inne, nie została wyparta przez siłę pieniędzy?

W XII wieku Alain z Lille oświadczył: „Teraz nie liczy się Cezar, liczy się tylko pieniądz”. 

Czyż nie tak wygląda nasza sytuacja dzisiaj?

Co się stało w Rzeszowie? Czy Konstytucja działa w majtkach?

Co się stało w Rzeszowie?

Stronazycia.

Groźny wyrok zapadł w ostatnich dniach w Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie. Sąd nakazał szkole zwracanie się do ucznia żeńskim imieniem „Wiktoria”, gdyż młody chłopak uważał się za dziewczynę.

Sąd w swojej argumentacji wskazał na art. 30 Konstytucji RP, który gwarantuję ochronę godności człowieka. Proszę zwrócić uwagę na absurdalność tej logiki – zakłada ona, że godność ucznia została naruszona, gdyż został on nazwany… swoim własnym imieniem.

Sąd, ulegając presji radykalnej ideologii, zarzucił dyrekcji i nauczycielom „uporczywe misgenderowanie”, co w nowomowie aktywistów oznacza po prostu nazywanie człowieka jego imieniem, i zobowiązał szkołę do przeprosin oraz pokrycia kosztów procesu.

Na tym właśnie polega istota ideologii LGBT, która wdziera się do polskich szkół, polskiego systemu prawnego i sądownictwa – na zaprzeczeniu podstawowym, biologicznym faktom na temat tego, kim jest człowiek.

Chcę wesprzeć działania Fundacji ostrzegające Polaków przed tą ideologią

Ideologia ta usiłuje wmówić społeczeństwu, że prawda obiektywna nie istnieje, a rzeczywistość zależy wyłącznie od subiektywnych odczuć. Jeśli chłopak czuje się dziewczyną – wszyscy mają udawać, że nią jest. Jeśli ktoś czuje się „osobą niebinarną” – wszyscy mamy łamać zasady zdrowego rozsądku i języka polskiego, by nie urazić jego „tożsamości” (a raczej jej braku…).

To systemowe kłamstwo prowadzi do destabilizacji psychiki, zwłaszcza u ludzi młodych, oraz do utraty sensu życia. Tożsamość płciowa jest elementem tożsamości człowieka w ogóle. Skoro młody człowiek odrywa się od swojej biologicznej natury, to skąd ma wiedzieć kim jest?

Wprowadzanie chaosu w sferę płciowości niszczy fundamenty osobowości. Stąd właśnie bierze się tak duża liczba samobójstw, prób samobójczych i okaleczeń w środowisku osób identyfikujących się z LGBT. To nie „brak akceptacji” zabija nastolatki, ale kłamstwo, w którym każe się im żyć.

To, co stało się w Rzeszowie, ma znaczenie dla każdego rodzica i nauczyciela w całej Polsce. Wyrok stanie się wzorem postępowania dla szkół obawiających się drogi procesowej w podobnych sytuacjach. Dyrektorzy, chcąc uniknąć kosztownych procesów i nagonki medialnej, będą niejako przymuszani zwracać się do uczniów tak jak ci tego sobie zażyczą pod wpływem ideologii LGBT.

Mechanizm tego działania jest następujący:

Aktywiści LGBT za pomocą mediów społecznościowych (Facebook, Tik-Tok, Instagram, Youtube itp.) destabilizują psychikę uczniów, promując modę na „transpłciowość” i namawiają młodzież do aktywizmu. Zaczadzeni ideologią LGBT uczniowie otrzymują profesjonalną pomoc prawną od organizacji LGBT, które dzięki milionowym dotacjom otrzymywanym od wielkich korporacji, ambasad zachodnich państw i Unii Europejskiej, wynajmują drogie kancelarie prawne. Ich cel jest prosty: na drodze prawnej i sądowej zastraszać lokalne społeczności.

O tym, jak ten mechanizm terroru działa w praktyce, przekonał się niedawno młody wolontariusz naszej Fundacji, Samuel. Jak informowaliśmy w styczniu, Samuel był prześladowany w swoim liceum tylko za to, że zwrócił uwagę na absurdalną sytuację. Jeden z uczniów jego szkoły chodził po korytarzu w psiej obroży na szyi, do czego zachęcają aktywiści LGBT na tzw. „paradach równości”. W sprawie Samuela zostało zorganizowane specjalne zebranie na szkolnym korytarzu z udziałem wielu uczniów i nauczyciela. Jak relacjonuje Samuel:

„Padło do mnie pytanie o mój pogląd na temat ubioru w szkole. Odpowiedziałem, że nie rozumiem, dlaczego pewien uczeń chodzi po szkole z obrożą na szyi, co może kojarzyć się ze zwierzęceniem oraz tzw. paradami równości, gdzie aktywiści LGBT przebierają się w skórzane stroje psów. W odpowiedzi nauczycielka podeszła do mnie na środek z tym uczniem mającym obrożę na szyi i spytała się mnie, co mi się nie podoba w jego ubiorze. Odpowiedziałem, że obroża. Nauczycielka powiedziała, że ona nie ma nic przeciwko takiemu ubiorowi i nawet jeśli ten uczeń przyszedłby w całości przebrany za psa do szkoły, to jej by to nie przeszkadzało.”

Sytuacja ze szkoły Samuela oraz szkoły w Rzeszowie może się powtórzyć w każdej szkole w Polsce. Wyrok sądu w Rzeszowie daje paliwo kolejnym osobom do tego, aby dochodzić ideologicznych i deprawacyjnych żądań na drodze prawnej.

Co robić, aby się przed tym bronić?

Najważniejsza jest świadomość rodziców, którzy powinni wiedzieć co się dzieje i podejmować osobistą reakcję w swoim środowisku lokalnym. Rodzice muszą patrzeć dyrekcjom szkół na ręce, muszą interweniować, gdy w szkole ich dziecka pojawiają się aktywiści lub gdy szkoła ulega presji poprawności politycznej. Rodzice, nauczyciele oraz inne rodziny powinny też wspierać się nawzajem w wychowaniu i tworzyć środowiska wolne od ideologii.

Nasza Fundacja działa każdego dnia, aby tę świadomość kształtować. Pomagamy również rodzicom, którzy się do nas zgłaszają w obszarach takich jak:

– wybór właściwej szkoły dla dziecka,

– przejście na edukację domową,

– używanie smartfonów i elektroniki przez dzieci.

Pomagamy także rodzinom, których dzieci padły ofiarą ideologii LGBT – radzimy, kontaktujemy z ekspertami (godnymi zaufania kapłanami i psychologami).

Tworzymy również środowiska lokalne. W najbliższym czasie nasze publiczne akcje informacyjne i różańce odbędą się w kilkudziesięciu miastach Polski. Harmonogram i lokalizacje akcji można znaleźć na naszej stronie. Każdy może wziąć udział w tych akcjach i poznać na nich inne osoby ze swojej miejscowości, które myślą podobnie. Dzięki temu można wspierać się wzajemnie i pomagać sobie.

Jeżeli uważasz, że to co robimy jest słuszne, wesprzyj te działania. Nasza Fundacja nie ma wsparcia od wielkich korporacji i międzynarodowych koncernów. My możemy liczyć tylko na ludzi dobrej woli.

. PLN

. PLN

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667

Fundacja Pro – Prawo do życia,
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22,
05-800 Pruszków

Dla przelewów zagranicznych:
IBAN PL79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Kod BIC Swift: INGBPLPW

Prosimy o podanie w tytule wpłaty także adresu e-mail.

====================================

mail:

Sąd niby powołał się na konstytucję, a nie zrobił podstawowej rzeczy NIE USTALIŁ STANU FAKTYCZNEGO. Miał delikwenta przed sobą, więc powinien go wziąć w ustronne miejsce i sprawdzić co ma w gaciach/majkach. Dopiero potem orzekać.


Konstytucja o ile wiem nie działa w majtkach! Nie wiem, czy jest jakiś paragraf, który określa jak się powinno ustalać płeć dziecka. Czy wielotysięczna historia ludzi to za mało wobec psycholi, którzy zakładają takie sprawy jak ta w Rzeszowie? 
Pozdrawiam

Alina