





















Źródło: zmianynaziemi https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/wiecej-niz-polowa-niemcow-chcialaby-emigrowac-z-kraju-z-powodu-migrantow
Szokujące wyniki najnowszego badania YouGov przeprowadzonego na zlecenie dziennika Die Welt pokazują, że ponad połowa Niemców rozważałaby przeprowadzkę za granicę, gdyby mieli całkowitą swobodę wyboru.
Respondenci jako główne powody chęci opuszczenia kraju wskazali problemy migracyjne i wyzwania gospodarcze związane z klimatyzmem.
Według sondażu 31 % ankietowanych stwierdziło, że definitywnie wyprowadziliby się za granicę, gdyby mieli całkowitą swobodę wyboru bez ograniczeń związanych z pracą, życiem osobistym czy finansami. Kolejne 27 procent odpowiedziało, że prawdopodobnie by wyjechało. W przeciwieństwie do tego jedynie 22 procent badanych odpowiedziało raczej nie, a 15 procent zdecydowanie nie rozważałoby przeprowadzki.
Wśród osób, które generalnie lub potencjalnie mogłyby sobie wyobrazić życie za granicą, 36 procent stwierdziło, że myśl o opuszczeniu Niemiec nawiedzała ich częściej w ostatnich miesiącach. W tej grupie aż 61 procent wskazało sytuację imigracyjną kraju jako główny czynnik. Dodatkowo 41 procent wymieniło trwającą recesję gospodarczą Niemiec jako powód do rozważenia emigracji.
Obawy polityczne również znalazły odzwierciedlenie w odpowiedziach. 29 procent respondentów wskazało na wzrost popularności prawicowej partii AfD, a 22 procent wymieniło postrzegane zagrożenie militarne ze strony Rosji. Dwanaście procent ankietowanych wyraziło obawy dotyczące możliwego spadku amerykańskiej ochrony Europy z powodu prezydentury Donalda Trumpa, podczas gdy 36 procent wymieniło inne powody chęci wyjazdu.
Zgodnie z badaniem respondenci, którzy rozważaliby emigrację, najczęściej wybierali inne kraje niemieckojęzyczne jako preferowane miejsca docelowe. Szwajcaria znalazła się na czele listy z 30 procentami wskazań, a za nią Austria z 23 procentami. Hiszpania z 22 procentami i Kanada z 17 procentami również znalazły się wśród najpopularniejszych wyborów.
Wyniki badania nie mogą być postrzegane w oderwaniu od aktualnej sytuacji gospodarczej Niemiec. Kraj pozostaje jedynym państwem grupy G7, które nie odnotowało wzrostu gospodarczego przez ostatnie dwa lata, co czyni ożywienie ekonomiczne kluczowym wyzwaniem dla nowego rządu pod przewodnictwem kanclerza Friedricha Merza. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że Niemcy będą nadal pozostawać w tyle za swoimi partnerami z G7 w 2025 roku, z oczekiwanym wzrostem na poziomie zaledwie 0,1 procent.
Pomimo spowolnienia gospodarczego Niemcy pozostają głównym celem dla osób ubiegających się o azyl w Unii Europejskiej. W 2024 roku kraj otrzymał ponad 237 tysięcy wniosków azylowych, co stanowi więcej niż jedną czwartą wszystkich wniosków złożonych w 27 państwach członkowskich bloku. Taka sytuacja wywołuje frustrację wśród części społeczeństwa niemieckiego, która dostrzega rozbieżność między trudnościami gospodarczymi a dalszym napływem migrantów.
Na początku tego miesiąca Berlin wprowadził surowsze kontrole graniczne w celu ograniczenia liczby osób ubiegających się o azyl wjeżdżających do kraju, odwracając politykę otwartych granic przyjętą przez kanclerz Angelę Merkel w 2015 roku. To symboliczne odejście od wcześniejszej polityki migracyjnej odzwierciedla rosnące napięcia społeczne związane z tą kwestią.
Kryzys migracyjny stał się jednym z głównych czynników napędzających wzrost popularności prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec. AfD, założona w 2013 roku jako ugrupowanie eurosceptyczne, przeszła radykalizację i obecnie w sondażach osiąga około 20 procent poparcia, plasując się na drugim miejscu za chadecką CDU/CSU. Partia ta szczególnie silnie zakorzeniona jest w wschodnich landach, gdzie może liczyć na poparcie przekraczające 30 procent.
Wzrost popularności AfD nie jest przypadkowy. Partia umiejętnie wykorzystuje frustrację społeczną związaną z polityką migracyjną, problemami gospodarczymi oraz poczuciem utraty kontroli nad kierunkiem zmian w kraju. Jej postulaty dotyczące masowych deportacji imigrantów i wyjścia ze strefy euro trafiają do elektoratu rozczarowanego dotychczasowymi elitami politycznymi.
Niemiecka gospodarka od kilku lat boryka się z poważnymi problemami strukturalnymi. Utrata konkurencyjności przemysłu, droga energia po odcięciu się od rosyjskich dostaw, zapaść demograficzna i niedobory siły roboczej to tylko niektóre z wyzwań, przed którymi stoi największa gospodarka Europy. W 2023 roku PKB Niemiec spadł o 0,3 procent, a prognozy na kolejne lata pozostają pesymistyczne.
Szczególnie dotkliwe dla przeciętnych obywateli są rosnące koszty życia, problemy na rynku mieszkaniowym oraz obawy o przyszłość systemu emerytalnego. Wiele rodzin odczuwa pogorszenie standardu życia, co przekłada się na rosnące niezadowolenie społeczne i chęć poszukiwania lepszych warunków życia w innych krajach.
Zjawisko emigracji z Niemiec nie jest całkowicie nowe. Już wcześniejsze badania wskazywały na wysoką rotację migrantów do i z Niemiec. Od 2015 roku do kraju przyjechało 12,5 miliona osób, ale jednocześnie wyjechało ponad siedem milionów. Różnica polega na tym, że obecnie o wyjeździe myślą też rdzenni Niemcy, którzy dotychczas stanowili trzon stabilności społecznej.
Chęć emigracji wyrażana przez ponad połowę Niemców to sygnał alarmowy dla niemieckich elit politycznych. Wskazuje na głębokie problemy systemowe, które wymagają pilnego rozwiązania. Bez zdecydowanych reform gospodarczych, skutecznej polityki migracyjnej i odbudowy zaufania społecznego Niemcy mogą stanąć przed jeszcze poważniejszymi wyzwaniami w najbliższych latach.
https://polskakatolicka.org/pl/petycje/relokacja-imigrantow-to-dechrystianizacja-polski

Pakt Migracyjny Unii Europejskiej, który zakłada przymusową relokację uchodźców między państwami członkowskimi, stwarza realne zagrożenie dla Polski. Choć nasz kraj przyjął w ostatnich latach tysiące uchodźców z Ukrainy, to polityka migracyjna UE nie gwarantuje bezpieczeństwa ani stabilności, a wręcz sprzyja rozprzestrzenianiu się chaosu w państwach, które nie są przygotowane na tak ogromny napływ osób z kultur obcych naszej cywilizacji chrześcijańskiej.
Zamiast skutecznej ochrony granic, Pakt Migracyjny opiera się na ideologii otwartych drzwi, która nie bierze pod uwagę realnych zagrożeń, takich jak dezintegracja społeczna, wzrost przestępczości oraz islamizacja, która w krajach Europy Zachodniej doprowadziła do upadku tradycyjnych zasad chrześcijańskich i erozji ładu społecznego.
Nie możemy pozwolić, by Polska stała się ofiarą nieodpowiedzialnej polityki migracyjnej, która zagraża naszej suwerenności, bezpieczeństwu oraz katolickiej tożsamości narodowej. Wiele państw zachodnioeuropejskich, które już przyjęły masową migrację, boryka się teraz z poważnymi problemami, które odbijają się na ich społecznej i gospodarczej stabilności.
Polska, chcąc uniknąć powtórzenia tych błędów, musi stanowczo sprzeciwić się Paktowi Migracyjnemu i dążyć do polityki ochrony swoich granic oraz interesów narodowych. Naszym obowiązkiem jest obrona polskiej kultury, naszej chrześcijańskiej tożsamości oraz zapewnienie bezpieczeństwa przyszłym pokoleniom.
Szanowny Panie Premierze,
Jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, z pełną odpowiedzialnością i troską o przyszłość naszej Ojczyzny, wyrażam zdecydowany sprzeciw wobec przyjęcia Paktu Migracyjnego. Zgadzam się, że Polska nie powinna być zmuszana do przyjmowania przymusowej relokacji uchodźców, szczególnie w obliczu kryzysu migracyjnego, który zagraża nie tylko naszemu bezpieczeństwu, ale również naszej kulturze, cywilizacji chrześcijańskiej i katolickiej tożsamości narodowej. Polska, choć otwarta na pomoc dla tych, którzy naprawdę jej potrzebują, nie może pozwolić na masowy napływ imigrantów, którzy nie integrują się z naszym społeczeństwem, a w dłuższej perspektywie mogą stać się zagrożeniem dla naszego ładu społecznego.
Proszę wziąć pod uwagę moje zdanie i wszystkie argumenty, które przemawiają za tym, by Polska zachowała pełną kontrolę nad swoimi granicami i polityką migracyjną. Jako obywatele tego kraju, mamy prawo do decydowania o przyszłości naszej Ojczyzny, a przymusowe przyjęcie uchodźców stoi w sprzeczności z naszymi zasadami i interesami narodowymi. Proszę o głębokie zastanowienie się nad skutkami tej decyzji i o podjęcie działań na rzecz ochrony naszej suwerenności.
Z poważaniem,
[Imię i nazwisko]
26.05.2025 https://www.tysol.pl/a141044-byle-nie-trzaskowski
Czy popularne w ostatnich dniach hasło „Byle nie Trzaskowski” ma sens? Przeciwnicy tej kandydatury mają wiele argumentów. Ja widzę dwa – zasadnicze i bardzo konkretne:

Rafał Trzaskowski / (amb) PAP/Tytus Żmijewski
Partia, której Trzaskowski jest wiceprzewodniczącym, dopuściła się czegoś, co jest niewybaczalne. Przed ostatnimi wyborami do Sejmu i Senatu albo złożyła świadomie kłamliwe obietnice wyborcze w postaci słynnych „Stu konkretów na sto pierwszych dni”, albo nie dotrzymała większości tych obietnic przez nieudolność, lekceważenie wyborców, brak woli działania. Najpewniej zadecydował fakt, że obietnice te były od początku niewykonalne, nierealistyczne. Wymyślone wyłącznie po to, by uzyskać głosy. Chyba najważniejszą złamaną obietnicą była zapowiedź podwyższenia kwoty wolnej od podatku do 60 tysięcy. To był wręcz podręcznikowy przykład populistycznego oszustwa i kłamstwa. Obiecali wszystkim kilka tysięcy złotych rocznie ekstra w portfelach i nie dowieźli. Nawet nie próbowali. Choć minęło już nie 100, ale ponad 500 dni.
Uważam, że nie wolno nagradzać partii, która oszukała, zawiodła wyborców i to w dodatku nagradzać stanowiskiem głowy państwa dla wiceprzewodniczącego tej partii. Nie wolno premiować polityków za oszukiwanie wyborców. Takie jest moje zdanie.
Jeżeli 1 czerwca okaże się, że większość Polaków uważa inaczej – to będzie decyzja, która w przyszłości zapewni „oszustnym” politykom spokojny sen i skłoni ich do składania kolejnych pustych obietnic.
Wszystko inne przestanie się liczyć, gdyby na polskie miasta zaczęły spadać rakiety i bomby. Najważniejszą sprawą jest więc kwestia bezpieczeństwa Polski. Jedynym gwarantem tego bezpieczeństwa jest przynależność do NATO. Tylko NATO może nas obronić. A NATO to Stany Zjednoczone – jedynie armia tego państwa liczy się w NATO i tylko z tą armią liczy się Rosja. To są fakty, a nie opinie. Kolejnym faktem jest, że przez następne lata prezydentem USA będzie nadal Donald Trump.
I w tej sytuacji musimy pamiętać, co spowodowali niedojrzali, niepoważni politycy polscy z partii, której wiceprzewodniczącym jest Rafał Trzaskowski. Donald Tusk i Radosław Sikorski nieodpowiedzialnym postępowaniem już dawno temu pogrzebali szanse na dobre relacje z republikańskim Białym Domem, z Trumpem. A takie relacje – na czysto ludzkim, całkiem podstawowym poziomie – okazują się kluczowe w sytuacjach kryzysu i wydarzeń dramatycznych. Partia Donalda Tuska zdaje sobie z tego sprawę – pamiętamy przecież, jak politycy PO krytykowali Andrzeja Dudę za „zbyt powolne” wysyłanie gratulacji do Joe Bidena, gdy ten wygrał wybory w 2020 roku. Jeśli Polska byłaby atakowana i uruchomiony zostałby art. 5 NATO, jego realizacja może być natychmiastowa i z pełnym zaangażowaniem, albo może być realizowana bez pośpiechu i w wymiarze ograniczonym. O tym ostatecznie decyduje właśnie prezydent USA. Wiadomo, że traktaty i zobowiązania międzynarodowe są najważniejsze, ale zawsze wprowadzają je w życie konkretni ludzie z krwi i kości.
Niestety, Donald Tusk publicznie głosił tezy o tym, że Trump jest agentem rosyjskim, a na „słynnym” zdjęciu celował w jego plecy dłonią ułożoną w kształt rewolweru. Co za szczeniacki gest i niewybaczalny błąd! I robił to wtedy, gdy Trump był w „dołku”. Dlaczego Trump miałby o tym nie pamiętać? Z kolei minister Sikorski (którego żona porównała Trumpa do Hitlera) nazwał Trumpa proto-faszystą. „Prorokował”, że Trump – po przegranej w wyborach – dostanie azyl w Rosji.
Jakie to ma znaczenie? Czyżby prezydent USA był tak małostkowy? Cóż.. Trump jest jaki jest, ale to nie przypadek, że gdy Trump bezpośrednio relacjonował przed kilkoma dniami rozmowę z Putinem europejskim liderom, ostentacyjnie pominął Donalda Tuska.
Świetne układy z Trumpem miał prezydent Duda. Karol Nawrocki ma szansę zbudowania podobnej relacji z prezydentem USA.
Natomiast Rafał Trzaskowski jest obciążony już na starcie swoimi ścisłymi partyjnymi i ideowymi związkami z politykami, których antagonizujące zachowanie wobec Trumpa jest powszechnie znane i pamiętane. Reprezentuje partię (PO), której najważniejsze postacie są dla Trumpa skompromitowane. Jest przecież „człowiekiem” Tuska.
Dlatego, ze względu na bezpieczeństwo Polski, Trzaskowski nie powinien zostać głową państwa. Brak dobrych relacji z Trumpem może stać się czynnikiem zbyt ważnym w momencie, w którym okażą się one niezbędne.
by John Horvat II May 22, 2025

Nothing heartens a counter-revolutionary more than the confessions of leftists who lament the errors of their Revolution. A leftist’s frank admission of failure serves to encourage those who oppose the left’s agenda. It shows that success is possible.
The late Uruguayan president and Marxist guerrilla José “Pepe” Mujica is one such case. His recriminations about the left’s failure to implement self-managing are particularly insightful. He shows how socialism stalled in the eighties and failed to take the next step forward. Before his death on May 13, the former Tupamaro terrorist, who was convicted of killing a police officer, had to admit that the left stagnated.
His statements vindicate the efforts of the Societies for the Defense of Tradition, Family, Property (TFP), which opposed self-managing socialism when it was introduced in France in 1981. Back then, few realized the importance of this movement to the leftist cause.
The Importance of Culture
However, it was very important since this brand of socialism radically attacked Western culture in its minute details.
In an upcoming book1 written with American leftist author Noam Chomsky, Pepe Mujica complains that his generation made a “naïve error.” It mistook the control of institutions and the nationalization of modes of production and distribution as substitutes for culture. Leftists failed to see that culture dealt with those “unspoken values” that determine the way “millions of anonymous people” relate to each other in their daily lives.
He claimed these values are stronger than any army or even an atomic bomb. Indeed, he believes these “unspoken values” keep today’s capitalist and consumer society in power. All the efforts of the left have not defeated capitalism’s “culture of selfishness.”
Failure to Form a Culture
The admission of failure is curious, given the ex-Uruguayan president’s impact on the nation’s culture. During his tenure as president, from 2010–2015, he legalized marijuana, approved abortion and same-sex marriage and imposed other radical changes upon the country.
However, he made the “naïve error” of not conquering the hearts and minds of the nation’s citizens. He claims that his generation failed to understand the need to construct a contrary “culture of solidarity” to control these “unspoken values.” The left presented cold, pragmatic programs and legislation instead of considering that the heart often motivates these most powerful human values.
Yet worse, the left immersed itself in today’s consumerist culture and failed to be coherent with its socialist cause. Leftists became sick and adopted capitalist ways, unfaithful to their socialist diktats. He claims the left ended up doing “the same as capitalism but with more equality.”
Stuck in the Past
Thus, today’s left lacks creativity and has “run out of ideas.” It failed to implement the kind of socialism that would enter into the minutiae of daily life and culture. This proposal of integrating socialist thought into the smallest details of society was the essence of French self-managing socialism proposed by then-President Francois Mitterrand in 1981.
The Uruguayan ex-president claims this brand of socialism is lacking in the uncreative left.
“It means to live as you think. Otherwise, we end up thinking as we live. The struggle is for a self-managing society, to learn to be our own bosses and to lead our common projects.”
He claims that a “new left” will need to discuss these ideas. After all these years, it must start anew to adapt to changing times. He finds the old left “lives too much on nostalgia,” “finds it hard to realize why it failed,” and “has great difficulty in imagining new ways forward.”
Indeed, the decadent left has failed worldwide because it could not advance its program beyond tired Marxist versions that are unlinked to reality. It needed to follow the process by implementing self-management and beyond.
The TFP Campaign Against Self-Management
In 1981, the TFPs in thirteen countries published a message against self-managing socialism as a six-page advertisement in dozens of major newspapers worldwide. The message was written by Prof. Plinio Corrêa de Oliveira and was titled “What Does Self-Managing Socialism Mean for Communism? A Barrier? Or a Bridgehead?”
The TFP message denounced this “cultural” aspect of self-managing socialism that would eventually control people’s lives, extending even to the decoration of homes. It would invade the family, schools and industry. The proposal was truly a cultural revolution of colossal proportions that Pepe describes.
What Worked Was Not Socialist
The massive TFP effort contributed greatly to self-managing socialism’s spectacular failure. After a short time in office, President Mitterrand abandoned the path to self-management.
According to John Vinocur, writing for The New York Times, the fall of self-managing socialism represented what he called the “failure of a method, the abandonment of an economic theory and a crisis of the myth and ideology that dominated French intellectual life for nearly 100 years.”2
President Mitterrand backtracked to such an extent that French socialist economist Laurent Joffrin admitted: “What was socialist did not work and what worked was not socialist.”3
A Failed Left
Pepe Mujica died without seeing his Revolution win. The cause that he fought so hard for in his youth as a terrorist languishes. Indeed, he was forced to admit that changing “a system without facing the problem of a change in culture is useless.” He died, leaving behind a failed left with no plan for the future.
| Monday, May 26, 2025 |
| Freedom News Digest |
| Email preferences | View articles on one page | Submit News Tip |
| Featured |
| FDA says Pfizer, Moderna must expand warnings for COVID shots to young men By LifeSiteNews staff | |
| DOJ opens investigation into Andrew Cuomo for lying about nursing home deaths cover-up By Calvin Freiburger |
| Videos |
| Dejection to HOPE | What caused my delayed embrace of Pope Leo By LifeSiteNews.com | |
| Babies or bio-waste? The dark cost of IVF By LifeSite | |
| A new dawn for the unborn or same old lies? | Trump’s America By LifeSite | |
| ENCORE | Faith before politics: Catholics can SAVE the WEST By John-Henry Westen | |
| Is Trump turning against Israel? By LifeSite | |
| U.K. BACKS DOWN on surrogacy … for now By LifeSiteNews.com |
| Editor’s Picks |
| Mark Carney’s Liberals sign WHO’s globalist ‘pandemic agreement’ By Anthony Murdoch | Planned Parenthood closing 8 locations in Iowa and Minnesota citing funding cuts, pro-life laws By Doug Mainwaring |
| Top News |
| Blogs | |
| Female prisoner describes horror of being incarcerated with gender-confused men By Jonathon Van Maren | |
| Canadian media trod out hysterics over Trump’s affirmation of biological sex By Jonathon Van Maren | |
| France poised to legalize ‘right’ to assisted suicide in coming days By Jeanne Smits, Paris correspondent | |
| Advance requests for lethal injection are illegal in Canada. Hundreds have made them anyway By Jonathon Van Maren | |
| Don’t have a will? Create one for free in 15 minutes By John-Henry Westen | |
| Hollywood freaks out over Planned Parenthood defunding threat By Jonathon Van Maren | |
| Surrogacy operation in China exploits the disabled, further exposes horrors of human trafficking By Jonathon Van Maren | |
| Planned Parenthood’s annual report shows it commits crimes against humanity By Susan Ciancio, American Life League | |

Rafał Topolski | 26/05/2025 polskakatolicka/dzien-matki-swieto-zycia-ktore-zaczyna-sie-w-chwili-poczecia
W Dniu Matki nasze myśli biegną ku tym kobietom, które z odwagą i miłością odpowiedziały „tak” na dar macierzyństwa. Ich decyzja nierzadko wymagała heroizmu – stawienia czoła lękowi, presji społecznej, niezrozumieniu, a czasem nawet samotności. A jednak to one – matki – są pierwszymi strażniczkami życia. Ich „tak” daje światu istnienie, ich miłość staje się pierwszym domem dla dziecka.
Macierzyństwo nie jest jedynie biologiczną funkcją – to misja wpisana w Boży plan zbawienia. Każde życie ludzkie, od chwili poczęcia, jest cenne, chciane przez Boga i powołane do istnienia. Kościół nie przestaje przypominać, że człowieczeństwo zaczyna się nie w chwili narodzin, lecz znacznie wcześniej – w momencie poczęcia. To wtedy rozpoczyna się historia konkretnego człowieka – ze swoim unikalnym DNA, płcią, osobowością i przeznaczeniem.
Niestety, w ostatnich dziesięcioleciach przemysł aborcyjny uczynił wszystko, by zaciemnić tę prawdę. Próbuje przekonać, że dziecko w łonie matki to jedynie „zlepek komórek”, a decyzja o jego życiu zależy wyłącznie od woli dorosłych. Tymczasem nauka i doświadczenie macierzyństwa pokazują coś zupełnie innego. Już w 6. tygodniu ciąży możliwe jest zarejestrowanie fal mózgowych dziecka, a jego serce zaczyna bić około 22. dnia po zapłodnieniu. Wkrótce potem reaguje na dotyk, odbiera dźwięki, rozpoznaje głosy rodziców i… zapamiętuje. W łonie matki rozwija się nie coś, lecz ktoś – istota ludzka, która potrzebuje jedynie czasu, miłości i ochrony.
W Dniu Matki szczególnie mocno brzmi w nas prawda: nie byłoby macierzyństwa bez życia i nie byłoby życia bez odwagi matek. To właśnie bicie serca dziecka jest pierwszym sygnałem, który zmienia wszystko – jest muzyką nadziei, której nie sposób zapomnieć. A jednak są tacy, którzy próbują zakłamać ten dźwięk, redukując go do „technicznego impulsu”, by usprawiedliwić aborcję. Ale serce dziecka naprawdę bije – fizycznie, rytmicznie, realnie. Każde takie bicie to świadectwo obecności osoby, której życie powinno być bezwarunkowo chronione.
Dramatyczne obrazy dzieci zabitych w wyniku aborcji – ich maleńkie stopy, ręce, twarze – milcząco krzyczą do naszego sumienia. Dziecko w łonie matki odczuwa ból, ucieka przed zagrożeniem, reaguje przyspieszonym tętnem. Czy naprawdę można wierzyć, że istota zdolna do cierpienia nie ma prawa do życia?
Współczesny świat bardzo potrzebuje odwagi matek. Tych, które – mimo trudnych warunków, nacisków czy samotności – postanawiają chronić życie. To one są bohaterkami naszych czasów. Ich „tak” dla dziecka, nawet jeśli niesie ze sobą trud i rezygnację z wygody, staje się świadectwem miłości, która pokonuje lęk.
Każde dziecko, nawet to, które odeszło przedwcześnie – przez poronienie czy aborcję – nie było anonimową „tkanką”. Było kimś. Istotą kochaną przez Boga, z duszą, sensem i powołaniem. Dlatego Kościół katolicki z taką stanowczością broni życia – nie z przekory, lecz z miłości. Święty Maksymilian Kolbe nazwał aborcję „samobójstwem ludzkości”. Głos tych świętych nie milknie, bo wciąż są dzieci, które potrzebują obrony.
Macierzyństwo nie jest ciężarem. Jest darem, jest zaszczytem, jest odpowiedzią na Boże zaproszenie do współtworzenia życia. W czasach, gdy kultura śmierci próbuje zagłuszyć głos sumienia, naszym obowiązkiem jest mówić prawdę – odważnie, wyraźnie, z miłością.
Dzień Matki to czas wdzięczności wobec tych, które przyjęły życie. Ale to także moment, w którym musimy stanąć w obronie tych, którym tego życia się odmawia. Niech nasze „tak” dla życia rozbrzmiewa głośno i czytelnie – nie tylko dziś, ale każdego dnia.

20/05/2025przez antyk2013

Zapraszamy 25 maja, niedziela, na 103 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Szczegóły na plakacie.
Z Panem Bogiem,
Andrzej Woroszyło
pch/trzy-dni-modlitwy-o-urodzaje-i-oddalenie-nieszczesc-obchodzimy-dni-krzyzowe

(źródło: Youtube / SSPX Seminary – USA)
Poniedziałek, wtorek i środa przed Wniebowstąpieniem to tradycyjne dni modlitwy i pokuty. Kościół celebruje wtedy uroczyste procesje, błagając miłosierdzie Boże o urodzaje i oddalenie nieszczęść.
W V wieku diecezję Vienne we Francji nawiedziło wiele klęsk: najazdy Hunów i Gotów, trzęsienia ziemi, głód i epidemie. Na domiar złego, w noc wielkanocną wybuchł pożar, który rozprzestrzeniał się tak szybko, że zagrażał całemu miastu. Biskup Mamert – późniejszy święty – padł na twarz przed ołtarzem katedry błagając Boga o zmiłowanie, a wtedy ogień niespodziewanie ustał.
Św. Mamert odczytał to jako cud i postanowił wprowadzić specjalne dni pokuty i błagania o miłosierdzie Boże, które nazwał Dniami Rogacyjnymi, od łacińskiego słowa rogare oznaczającego „błagać”. Na ich obchód wybrano trzy dni przed Wniebowstąpieniem. Dni Rogacyjne zostały zatwierdzone dla całej Galii przez Sobór w Orleanie w 511 r., a w 567 r. Sobór w Tours nakazał zachowanie postu podczas nich. W ciągu kolejnych stuleci zwyczaj ten rozprzestrzenił się do Anglii, Niemiec, a następnie do Rzymu.
Głównym elementem Dni Rogacyjnych była uroczysta procesja, podczas której błagano o urodzaje oraz o ochronę przed klęskami i wojnami. Liturgia rozpoczynała się od posypania głów popiołem i poświęcenia wody. Następnie zarówno duchowni jak i świeccy szli boso w procesji śpiewając Litanię do Wszystkich Świętych oraz przepisane antyfony i psalmy. W niektórych miejscach pochód trwał aż sześć godzin, by wreszcie zakończyć się Mszą św. w bazylice.
Na wsiach obchód Dni Rogacyjnych wyglądał nieco inaczej, bowiem trasa procesji wyznaczona była przydrożnymi krzyżami i stąd wzięła się używana w Polsce nazwa Dni Krzyżowe. W pierwszym dniu błogosławiono łąki, w drugim – pola uprawne, a w trzecim – winnice.
Zanim jeszcze do Rzymu dotarła praktyka Dni Rogacyjnych, istniała tam tradycja uroczystej procesji, którą wprowadzono w miejsce pogańskiego obchodu Robigaliów i później ustalono na święto św. Marka 25 kwietnia. Dla rozróżnienia obydwu obchodów procesję w dniu św. Marka nazwano Litanią Większą, a te na trzy dni przed Wniebowstąpieniem – Litaniami Mniejszymi. Obie procesje są teraz obchodzone w całym Kościele.
Źródło: fsspx.asia
|
https://www.tysol.pl/a141003-emmanuel-macron-uderzony-przez-zone-jest-nagranie
Prezydent Francji Emmanuel Macron miał zostać [ależ, kurwa, dyplomacja.. md] uderzony przez żonę Brigitte przed wyjściem z samolotu podczas podróży do Wietnamu. Do sieci trafiło nagranie z tego incydentu.

Prezydent Francji Emmanuel Macron / PAP/EPA/NHAC NGUYEN / POOL
Kamery telewizyjne uchwyciły także moment jak Macron podaje żonie ramię podczas wspólnego zejścia po schodach do wietnamskich oficjeli, lecz Brigitte miała zignorować ten gest.
Jak podaje portal Globalnation.inquirer.net, biuro prezydenta Emmanuela Macrona miało początkowo zaprzeczyć autentyczności zdjęć. Jednakże później jeden z bliskich współpracowników francuskiego przywódcy w rozmowie z mediami miał określić incydent jako „niegroźną kłótnię pary”. Inny z przedstawicieli otoczenia Macrona miał zbagatelizować znaczenie incydentu.
To był moment, w którym prezydent i jego żona po raz ostatni odprężali się przed rozpoczęciem podróży – miał powiedzieć reporterom jeden z informatorów, cytowanych przez portal Globalnation.inquirer.net.
Wietnam jest pierwszym przystankiem w prawie tygodniowej podróży po Azji Południowo-Wschodniej, Emmanuela Macrona, gdzie będzie promował Francję jako „alternatywę” dla Stanów Zjednoczonych i Chin.
https://twitter.com/i/status/1926906906133639208
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) 25 maja 2025 michalkiewicz
Właśnie zakończyła się w naszym nieszczęśliwym kraju pierwsza tura wyborów prezydenckich, akurat tego samego dnia, kiedy w Rumunii zakończyła się druga tura wyborów prezydenckich. Wyniki wyborów rumuńskich pokazują, aż mimo pewnych zawirowań, demokracja kierowana w tym nieszczęśliwym kraju zwyciężyła. Tak się złożyło bowiem, że w pierwszej turze najlepszy wynik, bo aż ponad 40 procent głosów uzyskał niezatwierdzony kandydat George Simion, który wystawił swoją kandydaturę po rozpędzeniu poprzednich wyborów, w których najlepszy wynik w pierwszej turze uzyskał niezatwierdzony Calin Georgescu. Jednak tamtejszy niezawisły Sąd Najwyższy powinność swej służby zrozumiał i te bezsensowne wybory rozgonił, a kropkę nad „i” postawiła tamtejsza niezależna Komisja Wyborcza”, która kandydata Georgescu na wieki wykluczyła z prawa kandydowania.
W tej sytuacji pojawił się kolejny niezatwierdzony kandydat Simion, który znowu prowokacyjnie uzyskał ponad 40 procent głosów w pierwszej turze. „Na szczęście były w partii siły, co kres tej orgii położyły” i w drugiej turze zwycięzcą okazał się jegomość nazwiskiem Nicusor Dan, przedstawiany, jako „kandydat proeuropejski”. W pierwszej turze uzyskał on o połowę gorszy wynik od kandydata Simiona, ale w drugiej nie tylko go dogonił, ale i przegonił, niczym Chruszczow Stany Zjednoczone, uzyskując 54,9 procenta głosów.
Takie cuda nad urną zdarzały się już wcześniej, o czym świadczy anonimowy wierszyk z końca lat 40-tych w naszym nieszczęśliwym kraju:
„urna, to taka cudowna szkatułka;
wrzucasz „Mikołajczyk” – wychodzi „ Gomułka””.
Pewne światło na te cudowności rzuciła pani prof. Maria Turlejska, opowiadając na seminarium doktoranckim w latach 80-tych w Warszawie, jak to wespół z innymi ówczesnymi aktywistami, fałszowała ówczesne wyniki.
Ciekaw jestem, jak to mogło być w Rumunii – czy na przykład tamtejszy Sąd Najwyższy oraz Państwowa Komisja Wyborcza nie dostała aby z niemieckiej BND iskrówki: wiecie, rozumiecie, zróbcie tak, żeby wygrał nasz ukochany, „proeuropejski” kandydat Nicusor Dan – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. Być może iskrówka nie pochodziła bezpośrednio od BND, tylko została przekazana za pośrednictwem rumuńskiej Securitate, co to udowodniła, że z wyzwaniami demokracji kierowanej potrafi sobie świetnie poradzić, rozstrzeliwując Mikołaja Ceaucescu razem z żoną. Wiadomości z takiego źródła trudno nie potraktować poważnie, więc nic dziwnego, że wybory prezydenckie wygrał „proeuropejski” jegomość, nazwiskiem Nicusor Dan.
Gdyby iskrówka pochodziła od Putina, to byłaby to karygodna ingerencja w demokratyczne wybory, a tak, to o „ingerencji” nie tylko „karygodnej”, ale w ogóle żadnej, mówić nie można i wszystko jest gites tenteges. Wygląda w związku z tym na to, że amerykańska CIA Rumunię odpuściła, co z kolei oznacza, że pozwolenie, jakiego przed dwoma lata udzielił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi amerykański prezydent Józio Biden na urządzanie Europy po swojemu, nadal obowiązuje, mimo objęcia rządów w Ameryce przez Donalda Trumpa.
Wybory prezydenckie w naszym nieszczęśliwym kraju, wobec pewnego safandulstwa ze strony ABW, która na razie nie tylko jeszcze nikogo nie rozstrzelała, ale nawet żadnego kandydata nie umieściła w sławnym „areszcie wydobywczym”, odbywają się zatem w formule mieszanej. Dotyczy to oczywiście tylko tury pierwszej, bo tura druga odbywać się już będzie zgodnie ze spiżową wskazówką klasyka demokracji Józefa Stalina, według którego w demokracji najważniejsze jest przedstawienie suwerenom prawidłowej alternatywy. A jak poznać, czy alternatywa była prawidłowa? Otóż była prawidłowa wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygrał – są one wygrane.
Jak wiadomo, do drugiej tury przeszli dwaj kandydaci: obywatel Trzaskowski Rafał i obywatel Nawrocki Karol. Obywatel Trzaskowski Rafał, jako kandydat z podwójnymi, pierwszorzędnymi korzeniami; jezrozolimskimi i bezpieczniackimi, został przed kilkoma laty namaszczony w Ameryce na tubylczego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju przez dwóch wpływowych tamtejszych Żydów: Ronalda Laudera, przewodniczącego Światowemu Kongresowi Żydów oraz młodego Sorosa, któremu stary grandziarz oddał klucze do kasy.
Z kolei obywatel Nawrocki Karol został mianowany niezależnym kandydatem obywatelskim przez Naczelnika Państwa, Jarosława Kaczyńskiego. Pytanie, jakie należy sobie zatem postawić przed drugą turą wyborów, brzmi następująco: czy silniejsza będzie rekomendacja, jaką obywatelu Trzaskowskiemu Rafału udzielili wspomniani Żydowie, czy też ta, której obywatelowi Nawrockiemu Karolowi udzielił Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Wprawdzie obywatel Nawrocki Karol załatwił sobie w Ameryce fotkę z samym prezydentem Trumpem – ale czy to zrównoważy ciężar gatunkowy rekomendacji żydowskiej?
Jak dotąd z deklaracją poparcia kandydata rekomendowanego przez Żydów pośpieszyło Polskie Stronnictwo Ludowe. Lud bowiem – jak to lud -wprawdzie po pijanemu na Żydów pomstuje, ale jak przychodzi co do czego, to robi, co tam akurat trzeba. Na tym właśnie polega sławna stuprocentowa, a w patriotycznych porywach nawet większa, „zdolność koalicyjna” PSL, które – jak to mówią – „może z każdym” – jako polityczna Madchen fur Alles. Czy przyniesie to upragnione zwycięstwo obywatelowi Trzaskowskiemu Rafałowi – trudno powiedzieć. Rzecz bowiem w tym, że pierwsza tura rozgrywana była według formuły demokracji spontanicznej, kiedy to każdy suweren głosował , jak chciał, chociaż oczywiście guwernancice z niezależnych mediów głównego nurtu i autorytety pacanowskie w rodzaju byłego prezydenta Kwaśniewskiego Aleksandra, udzielały życzliwych rad, jak głosować, żeby było dobrze. Mimo to kandydat Konfederacji, Sławomir Mentzen i kandydat Konfederacji Korony Polskie Grzegorz Braun uzyskali obiecujące wyniki: trzeci i czwarty. Obiecujące – w perspektywie wyborów parlamentarnych, które muszą się odbyć najpóźniej za dwa lata. W tej sytuacji trzeba coś począć już teraz, żeby nie pozwolić obywatelu Tusku Donaldu przerobić Polski na Generalną Gubernię. W tym celu proponuję strategię kołka w płocie – żeby nie dawać obywatelu Tusku, a za jego pośrednictwem – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – na srebrnej tacy monopolu władzy w Polsce, trzeba zacisnąć zęby i poprzeć kontrkandydata obywatela Trzaskowskiego Rafała, nawet gdyby był nim nie obywatel Nawrocki Karol, ale kołek w płocie.
Nie dlatego, byśmy się po kołku czegoś spodziewali, czy stawiali mu jakieś warunki, które on by oczywiście podpisał – a tylko dlatego, by zyskać na czasie, by w ciągu najbliższych dwóch lat nie pozwolić, a przynajmniej utrudnić, na ile to możliwe, przerobienie Polski na Generalną Gubernię. Kołek, który potrafiłby wykorzystać sytuację w której vaginet obywatela Tuska nie ma w Sejmie 276 posłów – a tylu potrzeba, by obalić veto prezydenta – do tego, by zablokować wszelkie legalne środki przerabiania Polski na Generalną Gubernię, mógłby wyrosnąć na wielkiego męża stanu. Do takiej sytuacji, do takiej desperacji doprowadził Polaków duopol Tusk-Kaczyński. Jedyną pociechą w tej smutnej sytuacji jest to, że od strony Judenratu też słychać trwożne gdakania o potrzebie „mobilizacji”, a pani Aleksandra Kwaśniewska przerwała nawet milczenie, żeby poinformować, że się przelękła Mentzena i Brauna.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Adam Białous o-wielkim-powolaniu-kobiety

(Zdjęcie ilustracyjne, fot. Image by natik_1123 from Pixabay)
Jedynie kobieta, została przez Boga obdarzona cechami, które pozwalają urodzić i obdarzyć dziecko życiodajną miłością. A od tego zależy przyszłość narodów, Kościoła i całego świata. Dzień Matki to doskonała okazja do tego, aby jak najwięcej mówić o wspaniałości i wielkości powołania kobiety do macierzyństwa.
Kobiety posiadają wyjątkowe talenty macierzyńskie jakimi są – intuicja, umiejętność łączenia teorii z praktyką podczas wychowania dziecka, a także kreatywność w rozwiązywaniu problemów, których doświadcza dziecko. Jak ważna jest mama, wie każde dziecko, które gdy choć na chwilę jej zabraknie, woła „mamo, mamo!”. Genialna jest matczyna – empatia, cierpliwość i ciepło. O tym właśnie mówią słowa znanej piosenki „Nie ma jak u mamy”.
Artyści, którzy posiadają dar przenikania ludzkiej duszy, w swoich dziełach intuicyjnie przybliżają nam geniusz macierzyństwa. „Jest jedna miłość, która nie liczy na wzajemność, nie szczędzi ofiar, płacze a przebacza, odepchnięta – wraca. To miłość macierzyńska” – pisze Józef Ignacy Kraszewski.
Dzisiejszy świat próbuje matkom odebrać dzieci, zastawiając na nie wiele niszczycielskich pułapek. Są nimi ideologie takie jak hedonizm, ateizm, genderyzm, ekologizm, mentalność aborcyjna i eutanazyjna… Złe wiry wciągają dzieci w uzależnienia od miraży świata cyfrowego, w różnego rodzaju używki, w kłamstwo seksu bez odpowiedzialności. Bardzo wiele matek i ojców cierpi dziś z powodu wchodzenia ich dzieci na te zgubne ścieżki, które nie prowadzą do szczęścia. Dlatego rola matki, „złączonej” z dzieckiem od jego poczęcia, jest ogromnie ważna. Tą rolą jest zaprowadzić dziecko do Boga, który jest gwarantem prawdziwego szczęścia.
Matka daje życie fizyczne, ale i kształtuje duchowe – wychowuje do nieba. To wymaga szczególnego heroizmu. Bronić swoje pociechy przed zepsuciem. Matki mają wspaniałe przykłady kobiet, które uświęciły się swoim chrześcijańskim macierzyństwem – Św. Monika, św. Brygida Szwedzka, św. Rita, św. Gianna Beretta Molla. Życie i macierzyństwo tych świętych kobiet nie były sielanką, a jednak dzięki całkowitemu zaufaniu Bogu, wywalczyły one swoim dzieciom nawrócenia i niebo. „Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo mnie kochała” – pisał w „Wyznaniach” jeden z największych świętych Kościoła – św. Augustyn, syn św. Moniki.
Rola matki w życiu dziecka jest ogromnie ważna. Mama jest z dzieckiem od jego poczęcia. Wszyscy poważni naukowcy zajmujący się rozwojem człowieka są przekonani, że kluczowe są pierwsze lata życia dziecka, kiedy jak gąbka wodę, chłonie ono wiedzę o świecie. W tych właśnie pierwszych latach życia mama jest dla dziecka najbliższą osobą, od której uczy się ono praktycznie wszystkiego.
Prawdziwe macierzyństwo zaczyna się od chwili, w której kobieta decyduje się, że będzie mamą. Nie jest to łatwa decyzja, gdyż kobieta często poświęca dla dziecka swoje dobre samopoczucie, karierę zawodową, czasem zdrowie, a nawet życie. Jest to piękny, bezinteresowny dar z siebie, który jednocześnie jest początkiem ogromnej więzi matki i dziecka. Matki powinny pamiętać, że ich wspaniałą opiekunkę jest Matka Boża. Ona zawsze wysłucha i wstawi się u swego Syna za każdą mamą, „która Jej pomocy prosi i Jej orędownictwa przyzywa”.
Macierzyństwo jest piękne, ale też trudne. Dlatego, nie da się dobrze wychować dziecka, bez pomocy Boga. Mądra mama posiada zdrową hierarchię wartości, w której pierwsza jest relacja z Bogiem, potem z mężem, a następnie z dzieckiem. Taka hierarchia zapewnia dziecku szczęście. Kiedy dziecko widzi mamę i tatę klęczących na modlitwie przed Bogiem, kiedy widzi, że mama kocha tatę, wówczas ta miłość mu się udziela, czuje się bezpieczne i jest szczęśliwe.
Macierzyństwo to ogromna siła, która zapewnia przyszłość rodzinom, narodom i całemu światu. Od niego zależy jak wiele jest w naszej codzienności prawdziwej, życiodajnej miłości. Tak naprawdę wszystkie wskaźniki gospodarki uzależnione są od tego czy kobiety nadal będą decydowały się zostać mamą. Widzimy to wyraźnie na przykładzie innych państw, ale i naszej Polski, nad którą wisi widmo wyludnienia. Tylko zdrowe rodziny, w których kobiety bezpiecznie mogą rozwijać swój geniusz macierzyństwa są nadzieją na trwanie i rozwój naszej Ojczyzny.
Adam Białous
26.05.2025 nczas/nawrocki-odpowiedzial-na-pytania-brauna

Komitet polityczny Konfederacji Korony Polskiej wystosował do pozostających w wyścigu o fotel Prezydenta RP kandydatów zestaw pytań.
Na razie ustosunkował się do nich tylko „obywatelski” kandydat PiS Karol Nawrocki.
Przypomnijmy, że dzień po I turze wyborów komitet KKP, partii Grzegorza Brauna, wystosował następujące pytania do Karola Nawrockiego i Rafała Trzaskowskiego, którzy 1 czerwca zmierzą się w II turze wyborów prezydenckich:
Czy jako kandydat na Prezydenta RP będzie Pan kierował się wyłącznie polskim interesem narodowym – a w szczególności, czy zobowiązuje się Pan do:
Nie odpowiedział na nie prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. „Ubolewamy, że Rafał Trzaskowski do dnia dzisiejszego wcale nie odniósł się do ww. pytań, a z jego wypowiedzi publicznych możemy wnioskować, że na każde z zadanych pytań NIE odpowiedziałby twierdząco…” – czytamy na stronie KKP.
Do tak postawionych pytań odniósł się natomiast szef Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki. Jego sztab przesłał odpowiedzi 25 maja.
„Szanowny Panie Pośle,
W odpowiedzi na Pana postulaty uprzejmie wyjaśniam, co następuje:
Karol Nawrocki”.
==============================================
Jego odpowiedzi oceniła Konfederacja Korony Polskiej.
„1. Odnosząc się do treści odpowiedzi na nasze pytania, pozytywnie oceniamy deklaracje Karola Nawrockiego odnośnie :
Wiarygodność ww. deklaracji pozostawiamy do oceny wyborcom.
=================================================
2. Jednoznacznie negatywnie oceniamy poniższe wątki zawarte w odpowiedziach:
a. całkowite pominięcie poniższej problematyki, zawartej w naszych pytaniach, a dotyczącej:
b. zauważamy u Karola Nawrockiego brak zrozumienia tego, czym był okres instytucjonalnego bezprawia lat 2020-2022; twierdzenie kandydata, że «rząd […] doprowadził jednak do uratowania milionów miejsc pracy i przeprowadził Polskę przez ten kryzys światowy…» jest dowodem na to, że jego prezydentura, w przypadku wystąpienia podobnej sytuacji jak w latach 2020-2022, byłaby gwarantem powtórzenia zgubnych działań duetu Morawiecki-Duda.
c. Karol Nawrocki wykazał rażący brak zrozumienia problemu obowiązkowych szczepień, czyli kalendarza szczepień (obowiązkowe szczepienia zawarte są właśnie w kalendarzu szczepień) – w większości państw UE nie ma żadnych szczepień obowiązkowych (brak kalendarza szczepień) i dzieci nie są tam wyszczepiane tak ogromną ilością preparatów jak w Polsce.
d. Pominięcie przez Karola Nawrockiego w odpowiedziach sprawy selekcji eugenicznej oraz eutanazji wprowadzanej m. in. pod hasłami «terapii daremnych» i «śmierci mózgowej» stanowi wg nas przesłankę do twierdzenia, że w czasie pełnienia obowiązków Prezydenta Polski Karol Nawrocki w tych kwestiach będzie ściśle współpracował z aktualnym rządem.
e. Karol Nawrocki pełniąc funkcję Prezesa IPN, sam stwierdził, że «sprawa ekshumacji w Jedwabnem go przerosła» – niestety odpowiedź na pytanie związane z obroną interesów Polaków przed atakami żydowskich organizacji (ekshumacja w Jedwabnem, odrzucenie roszczeń do majątków bezspadkowych, celebracji chanukowych) została przez Karola Nawrockiego pominięta – zatem wnioskujemy, że w tych kwestiach będzie on kontynuatorem działań Andrzeja Dudy” – wskazano.
„Nasza konkluzja po analizie treści odpowiedzi Karola Nawrockiego i braku odpowiedzi Rafała Trzaskowskiego:
BOŻE, miej w opiece Polskę całą!” – skwitowała partia Grzegorza Brauna.
==============================================
Mirosław Dakowski:
Przed wyborami uzupełniam:
Lepsza przewlekła grypa od syfilisu i AIDS w jednym.
A innego wyboru nie mamy.
| DR IGNACY NOWOPOLSKI MAY 26 |
Studiując nagłówki polskojęzycznych szmatławców, trudno nie zauważyć narastającej histerii wojennej. Inteligentna większość społeczeństwa III RP, zapewne na tym etapie nawet nie rozróżnia chaotycznej rozkrzyczanej propagandy, od faktu braku jakiejkolwiek akcji zbrojnej FR w stosunku do III RP.
Teraz potrzeba tylko zręcznej prowokacji, jak to było w przypadku Radiostacji Gliwice w 1939 roku by zmusić III RP do ataku na FR. Tyle, że tym razem agresorem będzie III RP a nie III Rzesza!
Przy czym konsekwencje tego szalonego aktu oznaczać będą koniec istnienia III RP, jako struktury administracyjnej UE, oraz Jej społeczeństwa.
O ile w przypadku Ukrainy, FR stosowała wstrzemięźliwość przynajmniej przez dwa lata, o tyle agresja członka NATO, jakim mieni się być III RP, spotka się ze zmasowanym atakiem na całym terytorium kraju.
Przy czym RF bez użycia broni jądrowej może w krótkim czasie zlikwidować życie na obszarze od Bugu do Nysy. Hipersoniczne rakiety nawet bez jakiegokolwiek ładunku działają jak meteoryty, które rozpalone przejściem przez ziemską atmosferę stanowią same sobą „bombę słoneczną”.
Tak więc zlikwidować stosunkowo niewielki obszar III RP, nie będzie stanowiło dla FR żadnego problemu. Przy czym irytacja Kremla poszczekiwaniem bałtyckich kundli i III RP, osiągnęła już apogeum. Zapewne z dużą przyjemnością zlikwiduje te hałaśliwe istoty, bezustannie szarpiące FR za nogawki.
– To prawdziwa współczesna plaga Ameryki. 40 milionów Amerykanów zmaga się z uzależnieniem, a liczba ta prawdopodobnie wzrośnie. Paradoksalnie, choć nasza gospodarka jest silniejsza niż kiedykolwiek, ludzie są bardziej nieszczęśliwi niż kiedykolwiek wcześniej – mówi w rozmowie z money.pl psychiatra prof. Anna Lembke.
Michał Wąsowski, money.pl: Przez wiele lat badała i analizowała pani jeden z największych kryzysów społecznych w USA: fentanylowy. Z czasem stał się on wręcz tematem politycznym. Jak doszło do tego, że obywatele Stanów Zjednoczonych masowo uzależnili się od opioidów?
Prof. Anna Lembke: Wszystko zaczęło się pod koniec lat 90., kiedy spółka Purdue Pharma zaczęła promować OxyContin, opioid zatwierdzony przez FDA (ang. Food and Drug Administration – amerykańska Agencja Żywności i Leków – przyp. red.) do leczenia bólu. Dowody wskazują, że jest to skuteczny środek przeciwbólowy, jeśli stosuje się go krótkoterminowo. Jednak pod koniec lat 90. Purdue Pharma oraz inne firmy zaczęły przekonywać lekarzy, że jeśli opioid jest przepisywany pacjentowi z bólem w warunkach medycznych, to pacjent ten będzie odporny na uzależnienie od opioidów.
Stało się to pomimo setek lat dokumentacji dotyczącej stosowania opioidów w USA jako środka przeciwbólowego – od żołnierzy, przez gospodynie domowe, po ząbkujące niemowlęta. Doprowadziło to do narkomanii na początku XX wieku, która ostatecznie poskutkowała zakazem stosowania heroiny. Mimo tej historii kampania marketingowa skierowana do lekarzy zachęcała ich do przepisywania coraz większej liczby opioidów – nie tylko pacjentom po operacjach, u kresu życia lub po ciężkich urazach, ale praktycznie każdemu, kto wszedł do gabinetu, mówiąc: „boli mnie”.
Aż trudno jest uwierzyć w taką nieodpowiedzialność systemu ochrony zdrowia i lekarzy. Oni po prostu w to uwierzyli?
Z agresywnej kampanii marketingowej zrodziło się takie przekonanie, kierowane do lekarzy, że żadna dawka nie jest zbyt wysoka oraz że pacjenci nie mogą się uzależnić, jeśli odczuwają ból. I że wszystko, co wcześniej wiedzieliśmy o potencjale uzależniającym opioidów, to w zasadzie fake news. Można by zapytać, dlaczego lekarze dali się na to nabrać.
Dokładnie o to chciałem zapytać. Jak to możliwe, że lekarze dali się na to nabrać? Czy nie powinni wiedzieć lepiej?
Sądzę, że lekarze dali się w to wciągnąć, bo był to bardzo wygodny mit w czasie poważnego kryzysu amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej. Lekarzy zmuszano do przyjmowania coraz większej liczby pacjentów z coraz bardziej złożonymi schorzeniami w coraz krótszym czasie. Równocześnie zaczęto ich oceniać gwiazdkami w serwisach takich jak Yelp i na innych stronach, gdzie cały świat mógł zobaczyć opinie pacjentów.
Lekarz mający dosłownie pięć minut na pacjenta z poważnymi problemami zdrowotnymi, który jednocześnie to lekarz był agresywnie oceniany przez pacjentów, szpitale i internet, gdzie te oceny bezpośrednio wpływały na jego status zawodowy, znalazł się w sytuacji idealnej do niekontrolowanego przepisywania opioidów. W krótkim terminie opioidy rzeczywiście działają przeciwbólowo. Pacjenci przychodzą i mówią: „uratowałeś mi życie”, dają lekarzowi pięć gwiazdek i wszyscy są szczęśliwi. Lekarz czuje się dobrym specjalistą, a w tym czasie Purdue Pharma mówi mu: „zrobiłeś dobrze”. Z kolei, gdy lekarz odmawiał pacjentowi opioidu, to odmawiał mu najlepszego istniejącego leku. I tak to się wszystko zaczęło.
I trwa do dziś. Jak duży był wzrost przepisywania i używania opioidów w latach 90.?
Między 1999 a 2012 rokiem liczba przepisywanych opioidów wzrosła w USA czterokrotnie, przy jednoczesnym zwiększaniu dawek. W efekcie w 2012 roku, kiedy przepisywanie opioidów osiągnęło szczyt, praktycznie mieliśmy uzależnione całe pokolenie. I nie chodziło tylko o pacjentów leczonych z bólu, ale również o wszystkich, którzy mieli dostęp do domowych apteczek – nastolatków biorących leki rodziców, dilerów odwiedzających lekarzy, część leków zażywających samemu, a resztę sprzedających dalej.
Po dobiciu do tego szczytu lekarze zostali publicznie napiętnowani w mediach i nagle wszyscy zobaczyli, że król jest nagi. Okazało się, że nigdy nie było prawdą, że pacjenci się nie uzależnią, a lekarze przepisywali znacznie więcej opioidów, niż powinni.
Publiczne zawstydzenie i uświadomienie sobie problemu zdaje się jednak być tylko pierwszym krokiem. Dziś mamy już 2025 rok, a fentanyl wciąż jest ogromnym problemem.
Nagle bowiem mieliśmy całe pokolenie uzależnione od opioidów, które przerzuciło się na tańsze i bardziej dostępne substancje, takie jak heroina uliczna czy nielegalne tabletki. Stopniowo ten nielegalny rynek zaczął być zalewany fentanylem, który był łatwy i tani w produkcji, a jednocześnie znacznie silniejszy i bardziej śmiertelny. Coraz więcej ludzi uzależniało się, coraz więcej umierało. Dlatego, nawet gdy przepisywanie opioidów zaczęło spadać od 2012 roku, liczba zgonów związanych z opioidami rosła z powodu napływu fentanylu. Dopiero w ubiegłym roku zauważyliśmy realny spadek liczby przedawkowań związanych z opioidami.
Kryzys fentanylowy często wiązany jest z kryzysem bezdomności. Czy faktycznie jest połączenie między tymi sprawami? A jeśli tak, to w jaki sposób jedna wpływa na drugą? Czy to fentanyl popycha do bezdomności, czy jest na odwrót?
To świetne pytanie, ponieważ w USA toczy się wiele debat na temat przyczyn epidemii bezdomności. Są ludzie twierdzący, że przyczyną jest bieda i brak mieszkań, co na pewnym poziomie jest niewątpliwie prawdą. Ale prawdą jest również to, że wielu bezdomnych cierpi na ciężkie choroby psychiczne oraz uzależnienia. Łatwy dostęp do silnie uzależniających narkotyków, które całkowicie dezorganizują życie, przyczynia się do pogłębiania i utrwalania kryzysu bezdomności.
Czy zapewnienie dostępnych cenowo, a nawet darmowych mieszkań mogłoby rozwiązać ten problem?
Nawet gdybyśmy za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapewnili mieszkania wszystkim tym osobom, to wiele z tych osób – chorych psychicznie i uzależnionych – pozostałoby na ulicy. Właśnie dlatego ja i inni eksperci postulujemy stworzenie specjalistycznych ośrodków zdrowia psychicznego, które zajęłyby się leczeniem chorób psychicznych i uzależnień tej grupy osób. Samo zapewnienie mieszkań nie jest wystarczające i nigdy nie będzie wystarczające. Dopóki osoby chore psychicznie i uzależnione będą miały dostęp do tanich narkotyków, w tym fentanylu, nie zejdą z ulicy. Pozwalanie ludziom żyć na ulicy w takim stanie jest wręcz nieludzkie.
Jak duże rozmiary – społeczne i gospodarcze – ma w tej chwili kryzys fentanylowy?
To prawdziwa współczesna plaga Stanów Zjednoczonych. 40 milionów Amerykanów zmaga się z uzależnieniem, a liczba ta prawdopodobnie wzrośnie. Paradoksalnie, choć nasza gospodarka jest silniejsza niż kiedykolwiek i silniejsza niż w jakimkolwiek innym kraju – może poza Chinami – ludzie są bardziej nieszczęśliwi niż kiedykolwiek wcześniej. Są bardziej przygnębieni, bardziej niespokojni. Mamy więc coś, co nazywam paradoksem obfitości – rozbieżność między naszym PKB a subiektywnym poczuciem dobrostanu ludzi.
Wspomniała pani, że budowa ośrodków zdrowia psychicznego to jeden ze sposobów poradzenia sobie z kryzysem. Co jeszcze USA muszą zrobić, by zacząć wychodzić z tego kryzysu?
Musimy stworzyć znacznie bardziej rozbudowaną infrastrukturę leczenia zdrowia psychicznego i uzależnień, tak by każdy pacjent mógł wejść na izbę przyjęć i powiedzieć: „potrzebuję pomocy z uzależnieniem” lub „potrzebuję pomocy z lękiem”, a tam będzie czekał na niego dobrze finansowany system opieki. Obejmuje to również długoterminowe miejsca szpitalne, których mamy bardzo mało.
Coraz więcej ludzi doświadcza ostrych kryzysów, takich jak psychoza, myśli samobójcze czy samookaleczenia, dlatego potrzebujemy więcej łóżek szpitalnych oraz ogólnie rzecz biorąc bardziej rozbudowanej infrastruktury do leczenia zdrowia psychicznego i uzależnień. Uważam też, że leczenie powinno skupić się nie tylko na dawaniu tabletek, które krótkoterminowo poprawiają samopoczucie, ale także na tym, jak nadać ludziom poczucie sensu i celu.
Brzmi to jak ogromna, długofalowa i niełatwa inwestycja.
Tak, to bardzo trudne zadania. Ale myślę, że dużym problemem dla młodych ludzi jest dziś nuda oraz poczucie, że to, co robią, nie ma żadnego znaczenia. Musimy znaleźć sposób, by to zmienić. Trzeba również przyjrzeć się krytyce wojny z narkotykami i kryminalizacji nielegalnych zachowań związanych z uzależnieniem. Doszliśmy do momentu, w którym niemal toczy się wojna przeciwko policji i systemowi sprawiedliwości. Musimy to wyważyć, ponieważ jednym z powodów, dla których ludzie z ciężkim uzależnieniem decydują się na leczenie, są konsekwencje prawne. Gdy te konsekwencje zostały usunięte, wielu ludzi straciło motywację do zmiany życia.
Czy mogłaby pani to rozwinąć?
Jeśli moglibyśmy w sposób pełen współczucia połączyć system opieki zdrowotnej z systemem wymiaru sprawiedliwości, tak aby pociągać ludzi do odpowiedzialności za przestępstwa, a jednocześnie okazywać im współczucie wobec ich choroby, uzależnienia i motywować do leczenia, byłoby to lepszym podejściem niż twierdzenie, że system sprawiedliwości nie ma żadnej roli do odegrania. Jest bowiem jasne, że osoby w głębokim uzależnieniu angażują się w działania nielegalne i przestępcze.
To, co mówi pani o braku celu i nudzie wśród młodych, łączy się z problematyką działania dopaminy, którą zajmuje się pani w ostatnich latach. Nowe technologie pogłębiają wspomniane wyżej poczucie? To może prowadzić do większej liczby uzależnień.
Myślę, że istnieje poważne zagrożenie zaspokajania wszystkich potrzeb za pomocą urządzeń w sposób o wiele bardziej efektywny i mniej skomplikowany niż poprzez kontakt z innymi ludźmi. Wmawiamy sobie, że łączymy się z innymi ludźmi przez urządzenia, co często jest prawdą, ale sądzę, że stopniowo, wraz z rozwojem sztucznej inteligencji, nie będziemy nawet kontaktować się z ludźmi, tylko z AI, a to stanowi poważne zagrożenie dla ludzkości.
Ktoś może powiedzieć, że przecież o to chodzi w tej rewolucji. Dlaczego jest to zagrożenie?
Ponieważ jesteśmy istotami społecznymi i w momencie, gdy przestajemy się nawzajem potrzebować, pojawia się poważny kryzys egzystencjalny. Ważne jest więc, byśmy wygospodarowali przestrzeń i czas bez urządzeń, bez internetu, gdzie jesteśmy w pełni obecni, zwłaszcza dla dzieci. Od dawna postuluję usunięcie smartfonów ze szkół. Dzieci powinny mieć bardzo ograniczony dostęp do urządzeń i internetu, wyłącznie pod nadzorem, bez posiadania własnych urządzeń.
Czy smartfony powinny być zakazane w szkołach?
Tak. Całkowicie, od początku do końca lekcji. Nie tylko podczas zajęć, ale w ogóle dzieci nie powinny ich mieć przy sobie na terenie szkoły. To pomogłoby młodym ludziom na nowo nauczyć się nawiązywania realnych kontaktów społecznych oraz bardziej złożonych interakcji. W niektórych szkołach w USA już to się dzieje.
I jakie są efekty?
Te szkoły raportują ogromne zmiany: mniej lęków, depresji, napięcia emocjonalnego, więcej kontaktów społecznych, więcej hałasu i interakcji. Dzieci znowu są dziećmi. Oczywiście również na poziomie rodziny musimy edukować rodziców, bo kiedy korzystają z urządzeń, praktycznie znikają. To tak, jakby byli pod wpływem alkoholu – nie są wtedy obecni dla dziecka. Ważne jest edukowanie rodziców o odpowiednim korzystaniu z urządzeń, zarówno w kontekście własnego rozproszenia uwagi, jak i tego kiedy, jak i czy w ogóle należy pozwalać dzieciom używać smartfonów.
Czy możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że większość z nas jest obecnie uzależniona od telefonów, mediów społecznościowych i dopaminy związanej z ich używaniem?
Nie powiedziałabym, że wszyscy. Ale znacznie więcej osób, niż zdajemy sobie sprawę, stało się kompulsywnie zależnymi od jakiegoś bodźca, czy to kofeiny, nikotyny, czy cyfrowych substancji uzależniających. Wszyscy stymulujemy się w sposób prowadzący do coraz większego poczucia nieszczęścia.
Jak można sprawdzić, czy jest się uzależnionym od cyfrowej dopaminy?
Trzeba zwrócić uwagę na cztery rzeczy: kontrolę, kompulsję, pragnienie i konsekwencje. Kontrola to sytuacja, w której planujemy obejrzeć tylko jedną rolkę na TikToku, a dwie godziny później nadal oglądamy – to jest brak kontroli. Używanie kompulsywne oznacza, że dużo czasu myślimy o używaniu, a nasze źródła przyjemności się zawężają. Mówiąc krótko, nie cieszą nas już rzeczy, które kiedyś sprawiały nam przyjemność, tylko cyfrowe media lub inny nasz narkotyk.
Pragnienie to natrętne myśli i obrazy dotyczące używania, w tym skomplikowane narracje, które tworzymy, by usprawiedliwić używanie, nawet gdy nie jest ono uzasadnione. Konsekwencje to wszelkiego rodzaju skutki psychiczne, fizyczne, interpersonalne, społeczne, zawodowe i duchowe wynikające z nadmiernego używania, np. brak snu, utrata innych możliwości, pogorszenie relacji, słabsze zdrowie fizyczne, narastająca depresja i lęki.
Wiemy, że media społecznościowe mogą mieć zgubny wpływ na naszą psychikę. Da się to opowiedzieć za pomocą liczb?
Wiemy, że każda dodatkowa godzina korzystania z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji o 13 proc. Jest już bardzo wiele danych wskazujących, że im więcej korzystamy z mediów społecznościowych, tym bardziej prawdopodobne są depresja, lęki i inne problemy psychiczne. Drugą rzeczą, na którą trzeba zwrócić uwagę, jest tolerancja, czyli adaptacja neurologiczna w naszym mózgu, wymagająca coraz większej dawki bodźców lub silniejszych form treści, by osiągnąć ten sam efekt. Algorytmy mediów społecznościowych właśnie to robią, podsuwając coraz bardziej ekstremalne treści.
W efekcie uzależniamy się, potrzebujemy coraz bardziej stymulujących treści, sięgamy po nie i wpadamy w spiralę uzależnienia?
Właśnie. Dobrym przykładem jest papieros i telefon. Kiedyś ludziom wystarczało zapalenie papierosa lub przewijanie ekranu telefonu. Dziś wszyscy robią obie te rzeczy naraz. Albo kiedyś wystarczało oglądanie filmu na Netflixie, a teraz ludzie jednocześnie oglądają film, jedzą popcorn i przewijają treści w telefonie. Samo oglądanie filmu już ich nudzi. To nasilająca się potrzeba coraz mocniejszych bodźców, czyli tolerancja, powodująca zmiany w mózgu, a następnie zespół abstynencyjny.
W jaki sposób możemy sami z tym walczyć?
Zalecam eksperyment polegający na odstawieniu wybranej aplikacji na cztery tygodnie. Nawet jeśli ktoś nie uważa się za uzależnionego, to podczas próby odstawienia może odkryć, jak bardzo jest uzależniony. Dane wskazują, że prawie 50 proc. nastolatków w USA twierdzi, że są nieustannie online przez cały czas, gdy nie śpią. To oszałamiające.
Zdrowie jest w tym wszystkim najważniejsze, ale muszę też zapytać, jakie są gospodarcze konsekwencje tego zjawiska?
Pojawiają się ciekawe raporty ekonomiczne pokazujące, że po raz pierwszy od wielu pokoleń młodzi mężczyźni w USA masowo rezygnują z pracy, po prostu nie stawiają się w niej. Analizy wykazały, że większość z nich gra w gry wideo. Mamy więc dane sugerujące, że zaangażowanie w media cyfrowe wpływa na zdolność młodych ludzi do podjęcia pracy. Oczywiście, teraz wszyscy mierzymy się z postcovidowym kryzysem pracy zdalnej i już widzimy, jak wpłynął na naszą produktywność – przestaliśmy się spotykać na żywo w miejscach pracy. Nie chcę jednak brzmieć jak ekstremistka, bo to są także bardzo przydatne narzędzia, które przyniosły wiele dobrego społeczeństwu.
Czuję, że zaraz pojawi się „ale”.
Uważam, że proporcje zostały zachwiane i musimy powrócić do zdrowszego poziomu. Szczególnie podatne są mózgi dzieci. Media cyfrowe działają jak narkotyk. Jeśli pozwolimy dzieciom na ich nieograniczone używanie, ich mózgi mogą zostać na zawsze przeprogramowane w niekorzystny sposób.
Czy media cyfrowe są obecnie najgroźniejszym narkotykiem ze względu na skalę i to, że ich używanie uznawane jest za normalne?
Nie powiedziałabym, że najgroźniejszym, bo tymi pozostają alkohol, nikotyna i opioidy – to one zabijają najwięcej ludzi. Jeśli więc spojrzeć wyłącznie na liczbę zgonów, to one są najgroźniejsze. Jednak jeśli spojrzymy na subtelniejsze społeczne skutki, myślę, że media cyfrowe są najbardziej niebezpieczne. Rozdzielają ludzi, ponieważ nadużywając ich, nie potrzebujemy już siebie nawzajem, by zaspokoić podstawowe potrzeby emocjonalne, seksualne czy intelektualne – wszystko to możemy dostać od urządzenia. Trudno powiedzieć, dokąd to wszystko zmierza, ale mam nadzieję, że nauczymy się integrować te technologie w naszym życiu w zdrowszy sposób.
Jest pani optymistką w tej kwestii?
Tak. Uważam, że ludzie są niezwykle elastyczni i poradzimy sobie. Już teraz widzimy młodych ludzi nazywających się neoluddystami, którzy celowo odrzucają media społecznościowe, kasują aplikacje i spędzają czas na spotkaniach z prawdziwymi ludźmi. Myślę, że ten ruch będzie rosnąć. Liczę także, że korporacje, które produkują i zarabiają na mediach cyfrowych, zostaną pociągnięte do odpowiedzialności i będą próbować zmniejszać szkody. Wierzę również, że szkoły zrozumieją konieczność tworzenia przestrzeni wolnych od smartfonów, by dzieci mogły się uczyć, a nauczyciele – nauczać.
Jak możemy pociągnąć wielkie firmy technologiczne do odpowiedzialności?
Możemy zmusić korporacje do tworzenia rzeczy mniej szkodliwych dla dzieci. Produkty, które zaprojektowały te firmy, zawierają wiele elementów zwiększających szkodliwość. Lajki, rankingi, obserwujący, treści efemeryczne, niekończące się przewijanie, algorytmy podsuwające coraz bardziej angażujące treści. Wszystko to może być zmienione, aby produkty mniej uzależniały. Oczywiście, nie chodzi o dorosłych, którzy mogą robić, co chcą, ale o dzieci. Powinniśmy mieć mechanizmy weryfikacji wieku i domyślnie zdrowsze wersje mediów społecznościowych dla dzieci.
To który krok byłby najważniejszy w tym, by zacząć zwalczać plagę uzależnienia od cyfrowej dopaminy?
Potrzebujemy przepisów federalnych (w USA – przyp. red.), które wprowadzą podobne ograniczenia, jakie obowiązują w przypadku innych substancji. Mamy ograniczenia wiekowe na alkohol, papierosy, zakaz wpuszczania dzieci do kasyn. Powinniśmy myśleć o mediach cyfrowych w podobny sposób. Chcę mocno podkreślić, że interwencja skierowana do dzieci jest tutaj kluczowa. Musimy zacząć działać, sprawdzać co jest skuteczne i przede wszystkim zacząć próbować.
Rozmawiał Michał Wąsowski, zastępca szefa redakcji money.pl






Ludwik Pęzioł https://pch24.pl/domkniecie-systemu-czyli-wlasciwie-co/

„Prezydentura Rafała Trzaskowskiego to domknięcie systemu” – alarmują prawicowi politycy i publicyści. Teza ta brzmi nie tylko niepokojąco, ale niestety także wiarygodnie. Tylko co tak naprawdę oznacza „domknięcie systemu”? I dlaczego to hasło rezonuje dziś z taką siłą?
Nawet umiarkowanie konserwatywny prezydent może okazać się ostatnią zaporą dla zmian prawnych wymierzonych w fundamentalne wartości cywilizacji chrześcijańskiej. Wystarczy przypomnieć sprawę ustawy o tzw. „mowie nienawiści”, która – gdyby nie skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego przez Andrzeja Dudę – już dziś mogłaby obowiązywać, penalizując wyrażanie katolickich poglądów w przestrzeni publicznej. Osoby wierzące narażone byłyby na postępowania prokuratorskie, konfiskatę urządzeń elektronicznych, a także inwigilację i poszukiwanie związków z tzw. grupami radykalnymi.
Podobny los czeka inne projekty rewolucji obyczajowej, jak legalizacja paramałżeństw homoseksualnych czy zabijania dzieci w prenatalnym okresie rozwoju. Blokowanie ich przez umiarkowanie konserwatywną mniejszość (np. resztki oporującego skrzydła PSL-u) w końcu uda się obejść, a próby utrzymania obecnego składu Trybunału Konstytucyjnego – to również kwestia czasu. W takiej sytuacji jedyną realną barierą wobec pełnego wdrożenia tego programu będzie podpis – lub jego brak – prezydenta RP.
Jednak stawka, jaką jest „domknięcie systemu”, nie ogranicza się tylko do pojedynczych ustaw. Chodzi o całościową przemianę polityczno-instytucjonalną, po której odwrót stanie się praktycznie niemożliwy – i to przez długie dziesięciolecia.
Kto naprawdę będzie decydować?
Sednem sprawy jest pytanie: kto w najbliższej przyszłości właściwie będzie podejmować najważniejsze decyzje polityczne? Wbrew pozorom nie chodzi tylko o Sejm czy prezydenta – chodzi o realne ośrodki władzy w Europie. Już dziś wiele kompetencji zostało przekazanych instytucjom Unii Europejskiej, których skład personalny i linia ideowa znajdują się poza naszą kontrolą. Polska, jako kraj peryferyjny i mniej wpływowy, coraz częściej może jedynie wykonywać decyzje zapadające w Brukseli, Berlinie czy Paryżu. Mimo to pozostała jeszcze pewna doza samodzielności – zwłaszcza w zakresie kultury, edukacji czy ochrony zdrowia. Te resztki suwerenności mogą jednak zostać skonsumowane przez UE w ciągu najbliższych kilku lat.
Plan kolejnego etapu tzw. „integracji europejskiej” został przedstawiony 22 listopada 2023 roku przez Komisję Spraw Konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego, która przyjęła rezolucję dotyczącą reform traktatowych. Wśród jej głównych założeń znalazła się rezygnacja z zasady jednomyślności w Radzie UE w aż 65 obszarach – w tym w polityce zagranicznej, społecznej, fiskalnej czy ochronie środowiska. Przewiduje się także rozszerzenie zakresu kompetencji współdzielonych (czyli takich, w których prawo unijne ma pierwszeństwo przed krajowym), a także uproszczenie procedur nakładania sankcji za rzekome naruszenia „praworządności” (kij na nieposłusznych, bo o tym co „niepraworządne” decyduje przecież centrala). Jeśli te zmiany zostaną ratyfikowane – Polska przestanie mieć realny wpływ na kluczowe kwestie dotyczące swojej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Utraci możliwość aspirowania choćby do statusu gracza wagi średniej.
Szczególnie groźne są propozycje dotyczące rozszerzenia kompetencji Unii w zakresie edukacji i polityk dot. zdrowia publicznego. Oznaczałoby to instytucjonalne przepisanie tożsamości przyszłych pokoleń Polaków – nie przez krajowych polityków, media czy fundacje, lecz poprzez system edukacyjny podlegający unijnym wytycznym ideologicznym. Proces, który do tej pory był rozciągnięty na dekady, odbywał się oddolnie i niejednorodnie, teraz miałby zostać zinstytucjonalizowany i skoordynowany – z poziomu transnarodowego. Byłoby to nie tylko symboliczne, ale realne zakończenie epoki suwerenności kulturowej. Polski kod kulturowy – zakorzeniony w chrześcijaństwie i etosie narodowym – zostałby najpierw zrelatywizowany, a następnie zastąpiony ideologią progresywnej unifikacji. To wszystko czyni z pojęcia „domknięcia systemu” nie tylko alarmistyczny slogan, ale diagnozę sytuacji, w której może się znaleźć Polska – jeśli zabraknie ostatnich instytucjonalnych bezpieczników.
W przypadku Polski ratyfikacja reform traktatowych zależy między innymi od woli prezydenta. Głowa państwa odgrywa bowiem kluczową rolę w budowaniu społecznego konsensusu wokół tak fundamentalnych zmian. W sytuacji skrajnej może też – niczym współczesny Rejtan – odmówić podpisania dokumentów, nawet za cenę wywołania poważnego kryzysu konstytucyjnego. Ale lepszy taki kryzys, niż spokojne i bezrefleksyjne oddanie resztek polskiej suwerenności w ręce środowisk, które chcą narzucić Polakom obce zasady, wartości i styl życia.
Zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich mogłoby znacząco ułatwić przyjęcie nowej wersji traktatów, ponieważ – podobnie jak Donald Tusk – jest on entuzjastą pogłębionej integracji i centralizacji Unii. W jego przypadku istnieje też cały wachlarz kuglarskich pretekstów, za pomocą których mógłby przekonać istotną część społeczeństwa do poparcia reform. Przykładowo, mógłby powoływać się na potrzebę szybszego podejmowania decyzji w ramach Unii w sprawach obronnych w kontekście zagrożenia rosyjskiego – choć reforma traktatowa dotyczy znacznie szerszych i bardziej kontrowersyjnych sfer niż tylko bezpieczeństwo.
Tego rodzaju propaganda z łatwością znalazłaby zastosowanie przy okazji ewentualnego referendum w tej sprawie. Zwłaszcza jeśli całość aparatu państwowego, mediów publicznych oraz silnych mediów prywatnych działałaby w jednym chórze, a opozycja została wcześniej zepchnięta do narożnika. Społeczeństwo, pozbawione dostępu do rzetelnej debaty, mogłoby zostać skutecznie wprowadzone w błąd co do prawdziwego charakteru tych zmian.
Przykład? Ujednolicenie polityki zdrowotnej w UE z pozoru nie budzi emocji – jednak pod tym niewinnym szyldem mogłyby się kryć praktyki takie jak liberalizacja prawa aborcyjnego czy też regulacje dotyczące tzw. „korekty płci” (tj. okaleczania) nieletnich, przeprowadzanej bez zgody rodziców. To nie są spekulacje: podobne rozwiązania były już forsowane w krajach zachodnich, takich jak Niemcy czy Hiszpania, a także promowane przez Komisję Europejską w tzw. Strategii na rzecz Równości LGBT 2020–2025. Prezydent wywodzący się z obozu konserwatywnego – mógłby skutecznie powstrzymać ten proces. I nie chodzi tu tylko o doraźne blokowanie poszczególnych inicjatyw. Stawką jest możliwość obrony modelu życia, który chcemy przekazać następnym pokoleniom. W tym sensie wybór prezydenta sprowadza się nie tyle do wyznaczenia „strażnika żyrandola”, co punktem zwrotnym: przesądza, czy Polska będzie miała jeszcze siłę powiedzieć „nie”.
Wolność – nie dla wszystkich
O naszym życiu nie decyduje jednak wyłącznie formalna polityka. Równie ważny, jeśli nie ważniejszy, jest krajobraz społeczny i ukryta w nim sieć zależności, interesów i hierarchii. Demokracja liberalna – przynajmniej w swojej obecnej formie – coraz mniej przypomina system otwarty dla obywateli, a coraz bardziej zinstytucjonalizowaną oligarchię. Pod pozorem obrony „praw mniejszości” i powierzchownej inkluzji promuje ona model społeczeństwa, w którym realną władzę sprawują najbogatsi, najlepiej usieciowieni i najbardziej wpływowi. Za parawanem humanizmu, praw człowieka i tolerancji odbywa się miękka, ale skuteczna kontrola społeczna, która coraz częściej przechodzi w twardą presję ideologiczną. Ideologia ta – choć ubrana w język szumnie brzmiących wartości – jest często głęboko sprzeczna z ludzkimi instynktami, tradycją, a także zwykłym rozsądkiem.
Problem polega na tym, że system liberalny znajduje się dziś w fazie wyczerpania: rośnie poparcie dla partii kontestujących jego podstawy, coraz więcej ludzi dostrzega jego iluzoryczność, niesprawiedliwość, a przede wszystkim – nieefektywność. Ale to właśnie czyni go groźnym. Bo im bardziej spada zdolność do miękkiego zarządzania społeczeństwem, tym chętniej sięga się po rozwiązania siłowe – prawne, administracyjne, czynione rękami służb specjalnych. Gdy stara ideologia nie wystarcza do legitymizacji władzy, przychodzi czas na „zarządzanie przez kryzys” i ręczne sterowanie. Tak było w przypadku realnego socjalizmu, i tak bywa coraz częściej w sferze edukacji, zdrowia publicznego czy polityki tożsamościowej. Najwięksi beneficjenci liberalnego porządku – wielkie korporacje, eurokraci, finansjera, think-tanki, organizacje pozarządowe żyjące z grantów – nie chcą dopuścić do utraty kontroli. Dlatego dążą do „domknięcia systemu”: zabetonowania go na tyle szczelnie, by społeczne niezadowolenie nie mogło już zakwestionować jego fundamentów.
Symptomy nadchodzących zmian ustrojowych są już dostrzegalne od kilku lat: tworzenie liberalno-lewicowych „kordonów sanitarnych” wokół partii prawicowych, blokowanie kandydatur niewygodnych polityków (jak Marine Le Pen we Francji czy Călin Georgescu w Rumunii), nielegalne działania wymierzone w opozycję i przychylne jej media (AfD w Niemczech, PiS i Konfederacja w Polsce), czy upolitycznienie komisji wyborczych. To wszystko można uznać za swego rodzaju balony próbne. Przy relatywnej bierności społeczeństw – uśpionych skuteczną propagandą – władza liberalno-lewicowa posuwa się coraz dalej. Coraz silniejsze stają się frakcje postulujące delegalizację niektórych partii i niezależnych tytułów medialnych, wspierane chętnie przez salonowych dziennikarzy i globalne korporacje cyfrowe. W ten sposób zmierzamy ku sytuacji, w której wybory powszechne staną się jedynie fasadowym rytuałem, pozbawionym realnego znaczenia. W tym kontekście pięcioletnia prezydentura Rafała Trzaskowskiego stanowiłaby skuteczny parasol ochronny dla dalszych kroków w kierunku instytucjonalnej oligarchizacji. Jako zwierzchnik sił zbrojnych, mógłby gwarantować płynny przebieg tych procesów, zabezpieczając je przed zakłóceniami ze strony oporującego społeczeństwa. Przeciwnik takiej transformacji na stanowisku prezydenta – nawet jeśli jego wpływ byłby głównie formalny – mógłby stanowić realną barierę oraz objąć patronat nad wyrazami społecznego sprzeciwu.
Pacyfikacja opozycji
Tak daleko posunięte działania wymierzone w opozycję, jak te prowadzone obecnie przez unioentuzjastyczne siły liberalno-lewicowe, nie mają precedensu we współczesnej historii Europy. Osiągnęły one mistrzostwo w przyprawianiu zdroworozsądkowym siłom politycznym gęby radykałów i niebezpiecznych fanatyków. Równocześnie potrafią oszukiwać nieuprzywilejowane warstwy społeczne, wmawiając im przynależność do elit, którymi w rzeczywistości nie są – co skutkuje głosowaniem wbrew ich własnym interesom. Jednak w dobie szybkiego przepływu informacji i łatwości tworzenia niezależnych mediów, owe „centra iluzji” są coraz boleśniej konfrontowane z rzeczywistością, i kłamstwo nie może trwać wiecznie.
Co więcej – liberalno-lewicowe kordony sanitarne nie potrafią przedstawić spójnej, pozytywnej propozycji dla społeczeństwa, ponieważ ich wnętrze rozdzierają różnice światopoglądowe. Zmusza to ich strategów do zasłaniania się politycznymi igrzyskami, w których kolejne osoby z kręgu prawicy są publicznie stygmatyzowane i rzucane na pożarcie zniecierpliwionemu tłumowi. W takiej sytuacji system musi bronić się fizycznie przed każdym, kto zauważa i demaskuje jego niewydolność.
Prezydent może temu przeciwdziałać – nie tylko jako strażnik konstytucji czy zwierzchnik sił zbrojnych, ale także jako osoba dysponująca prawem łaski i dużym autorytetem społecznym. Wiele zależy od jego osobowości i determinacji. Choć prezydent Andrzej Duda nie uchodził pod tym względem za szczególnie stanowczego, jego potencjalny następca – bardziej niezależny i asertywny – już teraz budzi niepokój w środowiskach salonowych elit, o czym świadczy histeria medialna z listopada, reżyserowana m.in. przez Antoniego Dudka i czołowych „intelektualistów” salonu.
Sumując przywołane fakty: wybór Rafała Trzaskowskiego na prezydenta, rzeczywiście potęgowałby szansę na „domknięcie systemu” już nie tylko w bezkarności uśmiechniętej koalicji, co przekazania resztek władzy w ręce kosmopolitycznych postępowców i rewolucjonistów. Oznaczałby to trwałe wkomponowanie Polski w coraz bardziej jednolity pejzaż unijno-europejski. Niosłoby to za sobą dalszą gwałtowną oligarchizację systemu, w którym głos obywateli spoza wielkomiejskich „elit” ekonomiczno-prawnych będzie systemowo marginalizowany, a wszelka próba zaistnienia w debacie publicznej z przekazem nieprzychylnym proeuropejskiemu establishmentowi – brutalnie pacyfikowana.
Ludwik Pęzioł
22 maja 2025 pchl/w-holdzie-dla-chrystusa-krola-wyjatkowe-wydarzenie-w-krakowie

W niedzielę 8 czerwca z modlitwą na ustach ulicami Krakowa przejdzie Narodowy Orszak Chrystusa Króla. „Tylko mocne oparcie w Bogu i zawierzenie Jemu losów Ojczyzny jest gwarancją sprawiedliwości i wolności”, podkreślają organizatory wydarzenia, zachęcając, by w Uroczystość Zesłania Ducha świętego wspólnie modlić się o to, aby w Polsce Zbawiciel rzeczywiście królował.
„Uroczystości rozpocznie Msza Święta w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, o godz. 12 . Następnie przejdziemy z modlitwą ulicami Krakowa na Wawel, by w archikatedrze wawelskiej adorować Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Prosimy Kościół, aby królewski Wawel stał się miejscem stałej narodowej adoracji Jezusa Chrystusa Króla obecnego w Najświętszym Sakramencie”, podali przedstawiciele Ogólnopolskiego Dzieła Intronizacji Jezusa Chrystusa Króla.
Jak przypomnieli organizatorzy, ogłoszony jeszcze przez zmarłego papieża Franciszka Rok Święty pokrywa się obecnie z rocznicami wielu ważnych wydarzeń. Na dzień wydarzenia wybrano 8 czerwca – gdy wypada również Uroczystość Zesłania Ducha Świętego oraz rocznica kanonizacji Królowej Jadwigi. Trwa również 1000- lecie Koronacji pierwszego króla Polski – Bolesława Chrobrego.
„Odczytując znaki czasu sądzimy, że Bóg wybrał czas i miejsce, by Naród polski zwrócił się do Niego z błaganiem o pomoc i ratunek. Wzorem naszych ojców zwróćmy się zatem do Boga i zjednoczmy przy naszym prawowitym Królu”, czytamy na stronie narodowyorszak.pl.
„Narodowy Orszak Chrystusa Króla organizowany jest w ramach ogłoszonej przez Episkopat Polski dziewięcioletniej Nowenny przed wielkim Jubileuszem 2000-lecia Odkupienia. Zawołaniem Orszaku będzie: CHRYSTUS KRÓL NASZA NADZIEJA”, czytamy na stronie fundacji Królestwo Boże.
Narodowy Orszak Chrystusa Króla ma również swój komitet honorowy. Można w nim znaleźć nazwiska wielu rozpoznawalnych świeckich działaczy katolickich i kapłanów. W komitecie spotykamy m.in. Sławomira Skibę – wiceprezesa Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi, szefa Ordo Iuris Jerzego Kwaśniewskiego, redaktora naczelnego portalu PCh24.pl Krystiana Kratiuka, Witolda Gadowskiego, Jana Pospieszalskiego, czy prof. Jana Żaryna.
W 2025 roku przypada setna rocznica wydania przez papieża Piusa XI encykliki „Quas Primas”, poświęconej królewskiej godności Chrystusa
Źródła: narodowyorszak.pl, krolestwoboze.org
FA