Na froncie walki o pokój

Na froncie walki o pokój

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  21 października 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5914

Ach, co za zawód! Wydawało się, że po rekomendacji, jakiej premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu udzielił kandydaturze amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, norweski komitet noblowski będzie tą rekomendacją „związany” podobnie, jak Beniamin Netanjahu czuje się „związany” ideą „Wielkiego Izraela”.

Jak pamiętamy, idea ta pochodzi stąd, jakoby Stwórca Wszechświata upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku i w zamian za to, że koczownik będzie Go wychwalał i spełniał wszystkie Jego zachcianki, uczyni go w rewanżu „ojcem wielkiego narodu”, któremu przekaże w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej – rzeki Eufrat”. To jest właśnie obszar „Wielkiego Izraela”, a realizacja tej idei jest już stosunkowo nieźle zaawansowana. Dzięki sprytnemu wykorzystaniu przez władze Izraela siły Ameryki, w której Żydowie podporządkowali sobie tamtejszych twardzieli, udało się państwa leżące na tym obszarze politycznie obezwładnić, a to może być wstępem do ich rychłego podboju.

Okazało się jednak, że norweski komitet noblowski nie poczuł się „związany” rekomendacją Beniamina Netanjahu i Pokojową Nagrodę Nobla przyznał pani Marii Korynnie Machado z Wenezueli. Pani Maria, z wykształcenia inżynier, pozostaje w nieprzejednanej opozycji do reżymu wenezuelskiego tyrana Mikołaja Maduro, podobnie jak wcześniej – wobec reżymu poprzedniego tamtejszego tyrana Hugona Chaveza. W tej sytuacji istnieje jednak pewien związek pani Machado z prezydentem Donaldem Trumpem. Chodzi o to, że – jak pamiętamy – prezydent Trump nakazał rozstrzeliwanie wenezuelskich łodzi z dalekonośnych kartaczy – co pokazuje, że los Wenezueli nie jest dla Stanów Zjednoczonych obojętny.

Skoro zaś tak, to nie jest wykluczone, że gdy CIA wreszcie przeprowadzi jakąś udaną inwazję w wenezuelskiej Zatoce Świń, to pani Maria Korynna Machado zostanie demokratycznym prezydentem Wenezueli, tak samo, jak inny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Kukuniek, został demokratycznym prezydentem naszego nieszczęśliwego kraju. Kogóż w końcu państwa miłujące pokój miałyby wspierać, jeśli nie demokratycznych polityków, którzy w dodatku zostali zatwierdzeni jako osoby zasłużone w walce o pokój? Dlatego pani Marii Korynnie Machado wróżę świetlaną przyszłość – ale jeszcze nie teraz, tylko po szczęśliwym obaleniu złowrogiego reżymu Mikołaja Maduro. Kiedy to nastąpi i w jaki sposób – tego na razie nie wiemy, bo – jak zauważył niemiecki kanclerz Otto Bismarck – to nawet dobrze, że zwykli ludzie, ot tacy jak np. my – nie wiedzą, jak się robi politykę i parówki. Pewnej wskazówki dostarcza nam partyjny buc z filmu „Kontrakt”, grany przez Janusza Gajosa, który powiada, że demokracja – owszem – demokracją – ale ktoś przecież musi tym kierować!

Żeby jednak nieco osłodzić prezydentowi Donaldowi Trumpowi gorycz pominięcia przez norweski komitet noblowski jego kandydatury do Pokojowej Nagrody Nobla został on zaproszony do bezcennego Izraela i tam udelektowany owacją, jeszcze większą, niż te, którymi bywał delektowany premier Beniamin Netanjahu w amerykańskim Kongresie. Niezależnie od owacji, prezydent Trump został uznany za „największego” przyjaciela Izraela. Może to oznaczać nadzieję Żydów, że jak tylko zakładnicy zostaną zwolnieni, co zresztą nastąpiło, to prezydent Trump nie będzie kręcił nosem na izraelskie oskarżenia Hamasu, że złamał warunki zawieszenia broni i w konsekwencji dopuści do realizacji jednego z punktów swojego planu pokojowego w postaci zapalenia Izraelowi zielonego światła dla dokończenia operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy – ale tym razem z wyłącznej winy Hamasu. Ze Strefą Gazy trzeba przecież coś zrobić tym bardziej, że Pokojowa Nagroda Nobla została już przyznana i żadnym norweskim mądralom nie trzeba na razie się podlizywać.

Oczywiście – jak przestrzega ;poeta – „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności” – więc jeśli nawet w tym roku już nie trzeba się żadnym norweskim mądralom podlizywać, to przecież trzeba unikać jakichś ostentacji, bo w przyszłym roku Pokojowa Nagroda Nobla też będzie przyznawana. Jeśli tedy prezydent Trump nawet zapaliłby Izraelowi zielone światło dla dokończenia operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy, to powinien opatrzyć je takimi warunkami, żeby w każdej chwili światło zielone mogło zostać zmienione na czerwone.

Coś takiego właśnie prezydent Trump próbuje stosować wobec Ukrainy, której wcześniej obiecał sprzedać „Tomahawki”. Podczas telefonicznej rozmowy z prezydentem Zełeńskim musiał mu chyba powiedzieć, że owszem – sprzeda – ale pod warunkiem, że Ukraińcy tymi ”Tomahawkami” nie będą atakowali cywilów na terenie Rosji. Prezydent Zełeński natychmiast skwapliwie na ten warunek przystał, tym łatwiej, że „Tomahawki” zostały w międzyczasie technicznie udoskonalone do tego stopnia, że – po pierwsze – odróżniają i to z daleka – cywila od żołnierza, czy członka formacji paramilitarnych, a po drugie – dzięki takiemu mechanizmowi rozróżniającemu, starannie omijają cywilów, więc prezydent Zełeński mógł złożyć swoje gwarancje co do pozostawienia cywilów w spokoju z czystym sumieniem.

Widocznie jednak skrupulatnemu prezydentowi Trumpowi to nie wystarczyło, albo może skwapliwość prezydenta Zełeńskiego w udzieleniu gwarancji co do cywilów wzbudziła w nim jakieś wątpliwości, dość, że zaproponował kolejny warunek – że zanim podejmie decyzję o sprzedaniu Ukrainie „Tomahawków”, najpierw porozmawia o tym z rosyjskim prezydentem Putinem. Jaka szkoda, że ta rozmowa nie zostanie nigdy udostępniona szerszej publiczności – bo któż nie chciałby się dowiedzieć, jak sobie między sobą rozmawiają światowi przywódcy, kiedy nikt ich nie podsłuchuje, a przede wszystkim – w jakiej formie prezydent Trump przedstawiłby prezydentowi Putinowi swoje rozterki co do sprzedaży Ukrainie pocisków „Tomahawk” – czy w formie propozycji nie do odrzucenia (wiecie, rozumiecie, Putin, albo zgodzicie się na bezwarunkowe zawieszenie broni, a następnie – na oddanie Ukrainie wszystkich okupowanych terenów z Krymem włącznie – albo sprzedam Ukrainie „Tomahawki” i będzie z wami brzydka sprawa – bo właściwie to do końca nie wiadomo, czy wy jesteście wojskowym, czy głupim cywilem), czy jakiejś innej – no i co na takie dictum mógłby prezydentowi Trumpowi odpowiedzieć zimny ruski czekista Putin.

My chyba nigdy się tego nie dowiemy, ale norweski komitet noblowski może w przyszłym roku takie materiały otrzymać – oczywiście z klauzulą tajności – więc może jakieś przecieki się pojawią.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”

Pedofilia, obrona homoseksualizmu i… post-marksizm: paskudny rodowód edukacji seksualnej

Pedofilia, obrona homoseksualizmu i… post-marksizm: paskudny rodowód edukacji seksualnej

https://pch24.pl/pedofilia-obrona-homoseksualizmu-i-post-marksizm-paskudny-rodowod-edukacji-seksualnej

Polscy uczniowie – ci, których rodzice nie wypisali z zajęć – uczestniczą w lekcjach nowego przedmiotu: edukacji zdrowotnej. Elementem dedykowanej mu podstawy programowej jest między innymi nauka akceptacji dla „różnorodności seksualnej”. Za tym nieszkodliwie brzmiącym hasłem stoi paskudna rzeczywistość… Gdy cofnąć się do korzeni emancypacyjnej edukacji seksualnej, staje się jasne, że jest ona niczym innym, jak narzędziem rewolucji obyczajowej – tej, której orędownicy zgodnie aprobowali m.in pedofilię. Różnorodność znaczy tu tyle, co porzucenie zakorzenionego w zgodności z naturą spojrzenia na erotykę.

„Nowy burdel dla wszystkich” – tak nazywa się ćwiczenie, jakie uczniowie niemieckich szkół wykonują w ramach zajęć edukacji seksualnej. Za zadanie mają szczegółowe rozplanowanie działania domu publicznego tak, by uciechę znaleźli w nim bywalcy o nawet najmniej oczywistych fantazjach. Takie „kompetencje”, według autorów programu, kształtować w sobie powinni już 15-latkowie.

To skandaliczne zadanie dla nastolatków przywoływano już niejednokrotnie jako dowód oszałamiającej postaci „edukacji seksualnej” za Odrą. Tymczasem to jedynie czubek góry lodowej… Środowisko sprzyjających rewolucji obyczajowej niemieckich seksuologów ma do ukrycia znacznie więcej… To fakty, których znajomość przyprawia o dreszcze.

Za stworzenie wspomnianego ćwiczenia odpowiada nikt inny, jak Elisabeth Tuider. Jak donosił w głośnym artykule magazyn „Emma”, kobieta jest docentem i wykłada „seksualność różnorodności” słuchaczom szkoły wyższej w Getyndze. W 2008 roku wspólnie z zasiadającym w organach nadzorczych uczelni Rüdigerem Lautmannem wygłosiła epitafium pochwalne na cześć Helmuta Kentlera…

Autorzy badania nad niemieckim podejściem do edukacji seksualnej z 2022 roku, Berndt Ahrbeck, Karla Etschenberg i Marion Felder są zgodni, że to właśnie w tym psychologu należy upatrywać ojca obecnych standardów edukacji seksualnej za Odrą. Nie tylko autorka skandalicznego ćwiczenia zna jego nazwisko… Kentlera uważa się również za ideowego przewodnika Uwe Sielerta – jednego z bardziej znaczących akademików od pedagogiki erotycznej….

A to nawiązanie nie bez znaczenia. Jeszcze w 2005 roku Sielert stwierdzał w swojej książce, że aby należycie wychowywać dzieci do płciowości, rodzice powinni sami stymulować je seksualnie w domu… Brzmi skandalicznie? Oczywiście – ale to właśnie taka myśl o roli dorosłego w rozwoju życia erotycznego dziecka jest zasadą emancypacyjnej i neo-emancypacyjnej „edukacji zdrowotnej”…

 Wszystko zaczęło się od… otwartej akceptacji dla pedofilii jako rzekomo kluczowego narzędzia wychowania seksualnego młodych… Tak rolę nieskrępowanych intymnych kontaktów między dorosłymi i dziećmi widział właśnie Helmut Kentler. To na przekonaniu, że tego rodzaju relacje między dziećmi, a dorosłymi zapewniają najlepsze dojrzewanie seksualne, co przekłada się na ogólną poprawę życia, oparto owiany fatalną sławą program oddawania dzieci pod opiekę pedofilów. W jednym z głównych miast Niemiec zbrodniczy proceder kwitnął przez dekady:

„Na początku lat 70. XX w. rozpoczął się w Berlinie Zachodnim tzw. eksperyment Kentlera. Było to zorganizowane działanie promowane przez urzędników, którego oficjalnym celem miało być wsparcie dzieci szczególnie ubogich, w tym bezdomnych. Jak donoszą autorzy raportu opublikowanego w 2020 r., eksperyment w praktyce polegał na kierowaniu dzieci do osób podejrzanych o czyny o charakterze pedofilskim lub uprzednio za nie skazanych. Proceder trwał przez trzy dekady. Obecnie trudno oszacować liczbę ofiar. Wiadomo jednak, że pomysł prof. Helmuta Kentlera spotkał się z akceptacją i wsparciem niemieckich urzędników w Berlinie”, przywołują wstrząsającą historię w swojej pracy naukowej z 20. numeru magazynu „Dziecko krzywdzone” Piotr Sobański i Błażej Kmieciak.

Seks nieprokreacyjny i dziecięcy orgazm – ideologiczne źródła katastrofy

Dziś niewiele wymaga mnożenie krytyki działań apologetów pedofilii. Mogą sobie na to pozwolić nawet środowiska, które wtedy szły z nimi pod ramię. Kluczowe jest tymczasem właśnie zrozumienie, że aprobata dla kontaktów pedofilskich nie jest dodatkiem do wizji wyemancypowanej seksualności, a stanowi jej integralny element. „Eksperyment Kentlera” był bezpośrednią implementacją jego wizji erotyzmu i odpowiadał założeniom, jakie psycholog wyłożył w tekście zatytułowanym „Dziecięca seksualność”. Był to wstęp do erotycznego, zawierającego m.in. fotografie dziecięce, albumu zdjęciowego, wydanego w 1975 roku i zatytułowanego Zeig mal! (niem. „Pokaż!”).

W oparciu o przekonania Zygmunta Freuda, o którego „odkryciach” przeczytać możecie Państwo w innym naszym artykule, Kentler wyrobił w sobie przekonanie, że dzieci aktywnie poszukują gratyfikacji seksualnej i najzupełniej bezpośrednio dążą do rozładowywania erotycznych impulsów. Według wstrząsającego opisu zamieszczonego w pracy Kentlera, życie seksualne w pełnym tego słowa znaczeniu zaczyna się „na długo przed tym, nim jesteśmy seksualnie dojrzali”. Na kogo innego – jeśli nie na innego szarlatana i manipulatora Alfreda Kinseya – mógł się w tym względzie powołać Kentler? Przyjmując za dobrą monetę jego pseudo-naukowe doniesienia o dziecięcych orgazmach uznał, że pedofilia może stanowić najlepsze przygotowanie do spełniającego życia seksualnego młodych, a tym samym również dźwignię do polepszenia ich ogólnego dobrostanu. Byle tylko nie opierała się na przemocy.

Warto przypomnieć, że w klasycznych pracach Kinseya opisy „orgazmu dzieci”, jakie przedstawiał on w oparciu o współpracę z pedofilami, mają niewiele wspólnego z naukową rzetelnością. Jako szczytowanie dzieci, „zaobserwowane” przez pedofilów, od których Kinsey pozyskiwał materiały, uznawał on m.in momenty kompulsywnych, spazmatycznych ruchów dziecka, skrajnego strachu czy prób ucieczki od zwyrodnialca. Wszystkie te zachowania amerykański guru seksuologów klasyfikował jako oznaki dziecięcej przyjemności, skrywane co najwyżej pod fałszywą maską wstydu i niepokoju…

Kentler te dane – jak i freudowską pseudoanalizę – wziął jednak za dobrą monetę oraz dowód na aktywne poszukiwania seksualnej stymulacji przez najmłodsze już dzieci. Obłęd jego narracji najlepiej chyba dokumentuje fakt, że niemiecki psycholog przytaczał jako wiarygodny opis z sowieckiego sierocińca, w którym wychowawczyni stwierdzała, że potrafi odróżnić erotyczne ssanie piersi przez niemowlęta od tej samej czynności, tyle, że nienacechowanej seksualnie. Sprawę miało rozstrzygać to, kiedy maluchy są wesołe i pobudzone… A zatem najmłodsi rzekomo szczytują i podniecają się matczyną piersią… Wniosek autora tej szalonej koncepcji? Jego zdaniem, dzieci są gotowe do otwartych erotycznych interakcji i ich poszukują. Seks nakierowany na prokreację to mit nowożytności… stworzony na potrzeby kapitalistycznego porządku.

W tym miejscu właśnie na scenę wkracza lewica freudowska – czyli post-markisiści, których psychologiczno-polityczne diagnozy wplecione w Kentlerowski tekst, pokazują prawdziwe oblicze „edukacji seksualnej”.

Skrajna lewica i pedofilia

Kentler w swojej kilkunastostronicowej pracy przywołał tworzone przez antyautorytarne ruchy post-marksistowskie w Niemczech „alternatywne ośrodki opieki”. W nich, jak dowodził na podstawie historycznych zapisów, inicjowano pedofilskie kontakty pomiędzy działaczami komun, a pozostającymi na ich wychowaniu dziećmi. Na kartach pracy Kentlera znajdujemy długi opis wspomnień spotkania 24-letniego marksisty z 3-letnią dziewczynką o imieniu Grischa… Dorosły działacz zachęcał dziewczynkę do seksualnej interakcji i opisywał swoją nadzieję oraz namowy do współżycia z nią w pełnym tego słowa znaczeniu. Cóż – jak widać, Kentler sam nie wpadł na pomysł swojego eksperymentu… Lewica była pierwsza.

„W alternatywnych centrach opieki nad dziećmi i studentami czyniono wysiłki, by ustanowić anty-autorytarne relacje między dziećmi i dorosłymi (…) Poczucie zagrożenie dorosłych wciąż jest widoczne w ich początkowych raportach: seksualność dzieci, którą spotkali w czasie swojej pracy, była dla nich dziwnym światem” – relacjonował Helmut Kentler.

Taka działalność dziedziców myśli Marksa i Freuda była budowana jako nic innego, niż forma… edukacji seksualnej. „Ruchy anty-autorytarne o marksistowskiej proweniencji podejrzewały, że psychoanaliza jest po prostu metodą, mającą ułatwić dostosowanie jednostek do istniejącego społeczeństwa, a przez to środkiem zachowania status quo. Blisko nich była doktryna Wilhelma Reicha, który wraz z Bernfeldem, Frommem i Fernichelem, był założycielem lewicy freudowskiej. Reich pokazał w swoich publikacjach, że kapitalizm musi koniecznie wymagać opresji popędów seksualnych, w celu wyćwiczenia ludzi, by stali się słabymi osobowościami dostosowanymi do opartego na autorytaryzmie systemu. Podczas, gdy Freud twierdził, że każda kultura w końcu tłumi i prowadzi do sublimacji popędu seksualnego, Reich sądził, iż sprzeczność między popędami i kulturą może być zniwelowana przez rewolucję w relacjach międzyludzkich i rewolucję osobowości. Konkretnie – przez przyjazną dla seksu edukację, która umożliwiłaby satysfakcjonujące życie genitalne” – opisywał przekonania post-marksistów Kentler. On sam przyjął ich wizję w dużym stopniu, również przekonany, że to dorośli powinni aktywnie zapewniać młodym doświadczenia erotyczne. Oto korzeń, na którym oparto Kentlerowski eksperyment.

„Edukacja seksualna” w służbie postmarksistowskiej destrukcji

Rewolucją zaś, jakiej domagał się Reich, była studencka rewolta roku 1968… A pochwała pedofilii to integralny element przekonań psycho- i seksuologów popierających obyczajowe zmiany. Nie przypadkiem inny kluczowy apologeta pedofilii w Niemczech, tak jak i Kentler żył nieheteroseksualnie. Rüdiger Lautmann wydał w 1994 roku pracę „Ochota na dzieci. Portrety pedofilów”. Stwierdzał tam, że moralny sprzeciw nie powinien dotyczyć samych kontaktów seksualnych między dorosłymi, a dziećmi – a jedynie tych opartych na przemocy.

We wstrząsającej pracy – opartej na wywiadach z aktywnymi pedofilami – Lautmann przekonywał, że choć między dorosłym a dzieckiem nie ma równości w kontaktach seksualnych, to dzieci są w stanie świadomie deklarować zgodę na obustronnie korzystne interakcje erotyczne z dorosłymi. Jego zdaniem, wątpliwości moralne nie dotyczą samych interakcji, ale pojawiają się wtedy, gdy te naznaczone są przemocą. Ten sam Lautmann słynie jako jeden z herosów walki z „dyskryminacją” homoseksualistów w Niemczech.

W awangardzie tej walki była również Gisela Ehrenberg-Bleibtreu. Autorka rozprawy przeciwko „uprzedzeniu do nieheteronormatywności” wydała jednocześnie książkę zatytułowaną „Pedofilski Impuls”. Przekonywała tam, że wprowadzenie dzieci w świat erotycznych doznań i seksualności przez dorosłych jest zgoła normalne w kulturach świata. Akceptacja dla pedofilii – o ile ta nie zawierała przemocy – stała się w Niemczech na tyle popularna, że swego czasu zdobyła przyczółki polityczne w partii FDP i w szeregach Zielonych…

Puszka Pandory

Jest coś, co łączy obronę homoseksualizmu, pochwałę pedofili, eksperyment Kentlera i zbrodnie Alfreda Kinseya w jedno. To odrzucenie sensu ludzkiej seksualności, czyli jej nakierowania na prokreację. Skierowanie seksu ku rodzinie – to właśnie zmora, z którą m.in. na kartach „dziecięcej seksualności” rozprawiał się Kentler. Jak przekonywał, związanie erotyki z potomstwem marksiści trafnie rozpoznali jako dostosowanie do ciasnych realiów epoki nowożytnej.

Kentlerowi, Lautmannowi, Giseli Ehrenberg-Bleibtreu zależało z całego serca, by tendencję tę odwrócić. Dziś w awangardzie tego dążenia zastąpili ich za Odrą Uwe Sielert i Elisabeth Tuider. Narzędzie pozostało jednak to samo – to edukacja seksualna. To egzekutywa mająca wprowadzić w życie zarządzenia seks-rewolucji. Cel to budowa społeczeństwa, w którym erotyka nakierowana jest na zmysłową żądzę, a nie na małżeństwo i potomstwo…

Dzięki temu, jak chciał przywoływany przez Kentlera Reich, erotyka może stać się ona narzędziem niszczenia porządku… „Masturbacja młodych dzieci i aktywność seksualna nastolatków powinna zakłócić budowę rafinerii naftowych i budowę samolotów”, życzył sobie kontynuator myśli Marksa i Freuda, którym Kentler chętnie się inspirował.

Naiwnym byłoby zatem zachodzić w głowę, jak to się stało, że na przykład w polskich materiałach z zakresu edukacji zdrowotnej nie ma promocji małżeństwa ani zachęty do dzietności. Nie ma, dokładnie dlatego, że nie ma być. Zasadą edukacji seksualnej – nad Łabą i nad Wisłą w dokładnie takim samym stopniu – jest chęć wprowadzenia dzieci w styl życia, w którym seksualność służy eksploracji „różnorodnych” fetyszystycznych doznań. Im więcej, tym lepiej – byle tylko normą nie była prokreacyjna heteronormatywność. Edukacja seksualna to, jednym słowem, uniwersalny przepis na… „nowy burdel dla wszystkich”, w jaki lewica i dewianci chcą przekształcić społeczeństwo.

Filip Adamus

https://pch24.pl/demoralizacja-to-nie-edukacja-przyjdz-na-marsz-dla-zycia-i-rodziny-w-krakowie/embed/#?secret=GWTBSUzUDi#?secret=WZaH8e4f28

Lasy kluczem do szczęścia ludzi

Lasy okazują się kluczem do szczęścia ludzi

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/lasy-okazuja-sie-kluczem-do-szczescia-ludzi


Finlandia od lat zajmuje czołowe miejsca w rankingach najszczęśliwszych krajów świata i jednocześnie jest jednym z najbardziej zalesionych państw Europy. To połączenie nie jest przypadkowe. Najnowsze badania fińskich naukowców pokazują, że kontakt z lasem może realnie wpływać na poczucie szczęścia, równowagi i zadowolenia z życia. 

W przeprowadzonym badaniu udział wzięło prawie tysiąc mieszkańców, których zapytano o ich relację z lasem, wspomnienia, nawyki oraz emocje związane z przebywaniem wśród drzew. Wyniki zaskoczyły samych autorów: ponad połowa respondentów stwierdziła, że bez kontaktu z lasem ich życie byłoby wyraźnie uboższe emocjonalnie, a odczuwany poziom szczęścia byłby zdecydowanie niższy.

Naukowcy zauważyli, że las oddziałuje na ludzi na kilku poziomach jednocześnie. Po pierwsze, działa szybko i doraźnie, przynosząc natychmiastową ulgę i uczucie spokoju. Wystarczy spacer, zapach żywicy, obserwacja liści i śpiew ptaków, by obniżyć poziom stresu i odzyskać równowagę emocjonalną. 

Po drugie, kontakt z naturą pełni rolę długoterminowego bufora psychicznego, który zwiększa odporność na codzienne napięcia. Po trzecie, przebywanie w lesie wzmacnia poczucie sensu i przynależności, co ma znaczenie szczególnie w krajach rozwiniętych, gdzie tempo życia i cyfrowa presja oderwały wielu ludzi od naturalnego środowiska.

Badani Finowie najczęściej wymieniali trzy główne źródła leśnego szczęścia: możliwość obcowania z dziką, nieprzekształconą przez człowieka przyrodą, aktywne działania takie jak zbieranie jagód i grzybów oraz samo bycie wśród drzew, nawet bez konkretnego celu. Co ważne, każdy z tych elementów działał inaczej, ale wszystkie prowadziły do podobnego efektu: wzrostu zadowolenia z życia. Lasy kojarzyły się uczestnikom badania z wolnością, spokojem, bezpieczeństwem i zakorzenieniem, a więc wartościami, których coraz bardziej brakuje we współczesnym świecie.

Naukowcy zwrócili też uwagę na zjawisko odwrotne. Tam, gdzie las jest wycinany, zaśmiecany, betonowany lub zastępowany intensywną infrastrukturą, pojawia się spadek poczucia szczęścia oraz narastający eko-lęk. Jest to niepokój wynikający z obserwacji, że coś fundamentalnego dla człowieka znika. Według badaczy polityka przestrzenna i leśna powinna uwzględniać psychologiczny wymiar kontaktu z przyrodą, a miasta powinny projektować dostępne i różnorodne tereny zielone, które pozwolą ludziom odzyskać mentalną równowagę.

Wnioski są jednoznaczne: człowiek potrzebuje lasu tak samo jak ruchu, snu czy kontaktu z drugim człowiekiem. W świecie pełnym hałasu i pośpiechu las staje się jednym z ostatnich naturalnych schronień, które przywracają spokój i dają szczęście. Być może właśnie dlatego Finlandia, kraj blisko związany z naturą, od lat pozostaje symbolem społecznego dobrostanu.

Źródła:

https://www.uef.fi/en/article/forests-contribute-to-finns-perceived-hap…

https://besjournals.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/pan3.70171

https://phys.org/news/2025-10-forests-contribute-happiness-multiple-way…

W sprawie Żurawlewa powinniśmy być przezroczyści

W sprawie Żurawlewa powinniśmy być przezroczyści

https://pch24.pl/lukasz-warzecha-w-sprawie-zurawlewa-powinnismy-byc-przezroczysci

Reakcja na decyzję sędziego Dariusza Łubowskiego o niewydawaniu Niemcom Wołodymyra Żurawlewa właściwie nie powinna dziwić w kraju, gdzie „rozsądku rzadko się używa, a jedyne co naprawdę umiemy, to najpiękniej na świecie przegrywać” – by zacytować śpiewaną przez Przemysława Gintrowskiego piosenkę „Margrabia Wielopolski” z tekstem Jerzego Czecha. Powszechny entuzjazm – łączący koalicję z pisowską opozycją – jaki zapanował po tym orzeczeniu, nie ma wiele wspólnego z racjonalną oceną sytuacji. Bazuje na prostej emocji: aleśmy dowalili Szwabom i Ruskim! W jakim celu, za jaką cenę, czy miało to uzasadnienie i do jakich skutków może w dalszej kolejności prowadzić – tych pytań nie zadaje sobie rozemocjonowana publika, zaś politycy w typowy dla siebie sposób każdego sceptyka od razu kwalifikują jako ruską onucę.

Najpierw uporządkujmy fakty.

Zamach na Nord Stream był wymierzony w cywilną infrastrukturę firmy, której udziałowcami były firmy niemiecka i rosyjska. To ważne, gdy będziemy myśleć w kategoriach precedensu. Dokonano go na wodach międzynarodowych.

Czy był to akt terroryzmu międzynarodowego czy też atak na tak zwany uzasadniony cel wojenny? Co do tego toczy się spór. Ja stoję na stanowisku, że należy to uznać za akt terroryzmu (więcej w dalszej części tekstu). Co ważne, zamach na gazociąg żadnego transferu gazu nie wstrzymał, bowiem od sierpnia trwała „przerwa techniczna” – Rosjanie zwykle tak uzasadniali podjęte z innych powodów decyzje o wstrzymaniu przesyłki surowca.

Nord Stream był projektem strategicznie dla nas niekorzystnym, ponieważ pozwalał Rosjanom – korzystającym często ze swoich surowców jak z geopolitycznej amunicji – na omijanie Polski przy transferze surowca na Zachód. Odbierał nam możliwość oddziaływania na ten transfer i zarabiania na nim. Wzmacniał współdziałanie rosyjsko-niemieckie, zawsze dla Polski niekorzystne. Dodatkowo pozwalał Niemcom cisnąć w kierunku radykalnej polityki klimatycznej, która w okresie przejściowym miała opierać się na gazie, głównie rosyjskim, a w przyszłości na wodorze, do transferu którego przystosowany był Nord Stream II. Można nawet zaryzykować tezę, że gdyby nie NS, UE nie przyjęłaby tak radykalnego zielonego kursu.

Nie możemy mieć pewności, kto dokonał wysadzenia gazociągu. W międzynarodowej prasie pojawiły się dwie główne wersje wydarzeń.

Jedna zakładała działanie USA przy współudziale Norwegów i przedstawił ją Seymour Hersh, niezależny amerykański dziennikarz śledczy. Druga, obszernie prezentowana w New York Timesie oraz w The Wall Street Journal, zakładała działanie Ukrainy i jakąś formę współudziału Polski. W sferze niedopowiedzenia było, czy ten współudział był w jakiś sposób aktywny czy też polegał po prostu na sabotowaniu niemieckiego śledztwa, na ile było to możliwe z polskiej strony. To drugie mogło oznaczać, że Polska nie wiedziała o ukraińskiej operacji i została o niej poinformowana dopiero post factum, gdy Niemcy zaczęli drążyć. Lub też że polskie służby same musiały się dobijać w Kijowie o informacje, nie wiedząc, co począć z niemieckimi wnioskami o pomoc w śledztwie. Jedno jest pewne: z innych dobrze udokumentowanych tekstów prasowych wynika, że Ukraińcy wielokrotnie podejmowali akcje, które nie były autoryzowane przez Amerykanów i wywoływały po drugiej stronie Atlantyku zniecierpliwienie i złość.

Tyle fakty. Teraz interpretacje i opinie, z którymi oczywiście można się nie zgadzać.

Po pierwsze – czy decyzja warszawskiego sądu była oparta wyłącznie na względach prawnych? Oczywiście, że nie. Wystarczy posłuchać ustnego jej uzasadnienia. Przywoływana przez pana sędziego kwestia rzekomego politycznego uzależnienia niemieckich sędziów dowodzi tego aż nadto. Jest to, jak pokazuje polski spór o tę kwestię, sprawa całkowicie polityczna, a ocena danego systemu jest uznaniowa. Entuzjaści argumentacji pana sędziego Łubowskiego, wywodzący się z PiS, nie dostrzegają zresztą, że jest ono przecież skierowane przeciwko systemowi, który sami w Polsce stworzyli, a z którym teraz teoretycznie walczy zaciekle pan minister Żurek. Skoro w Niemczech polityczne nominacje sędziów nie dają rękojmi uczciwego procesu, to dlaczego miałyby dawać w Polsce? Ten kij ma dwa końce. Przecież politycy PiS, uzasadniając własne działania w wymiarze sprawiedliwości, często powoływali się właśnie na Niemcy. Zatem albo niemiecki system jest w porządku – i wtedy argumentacja sędziego jest wadliwa – albo jest nie w porządku i wtedy „reformy” PiS są problematyczne.

W tego typu sprawach o ogromnym znaczeniu politycznym czy międzynarodowym sędzia nie jest samotną wyspą. A przynajmniej większość sędziów takimi nie jest. Tylko ktoś skrajnie naiwny mógłby sądzić, że na orzeczenie nie próbują wpływać politycy albo służby.

Po drugie – z wyżej opisanych przyczyn na tę decyzję należy patrzeć w kategoriach całego państwa, zadając sobie podstawowe pytanie: co na niej zyskujemy? Odpowiedź jest oczywista: nic. Poza satysfakcją moralną i emocjonalną, rzecz jasna. Można sobie wyobrazić tylko jedno racjonalne uzasadnienie: takie działanie miałoby sens, gdybyśmy założyli, że Polska brała w sabotażu czynny udział, a pan Żurawlew mógłby się w tej sprawie wygadać przed niemieckim prokuratorem czy sądem, tworząc dla nas dodatkowe kłopoty.

Moi polemiści na ogół przytaczali tylko jeden argument: że „Polska pokazała, iż chroni tych, którzy działają w jej interesie”. Jest to argument całkowicie fałszywy. Jeśli pan Żurawlew istotnie brał udział w tym akcie międzynarodowego terroryzmu, to nie działał na nasze zamówienie i w naszym interesie, ale w interesie własnego państwa.

My na tym przy okazji skorzystaliśmy, co jednak nie powinno dla nas rodzić jakichkolwiek zobowiązań. Przywołując przykład, który emocjonalnie nastawionych Polaków boli do dzisiaj: powinniśmy być w tej sprawie jak Brytyjczycy wobec Polaków w II wojnie światowej. Wielka Brytania skorzystała chętnie z polskiej pomocy (której znaczenie lubimy zresztą w naszej mitologii wyolbrzymiać), żeby potem odżegnać się od jakiegokolwiek konkretnego rewanżu. Pomijając już należącą do sfery geopolityki zgodę na rozciągnięcie żelaznej kurtyny (sformułowanie samego Winstona Churchilla) w poprzek kontynentu, to z powodu sowieckiego sprzeciwu Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie nie zostały uwzględnione nawet w wielkiej paradzie zwycięstwa w Londynie czerwcu 1946 r. Nawet polscy generałowie, o zwykłych żołnierzach mówiąc, nie doczekali się w Zjednoczonym Królestwie choćby generalskich emerytur.

Brytyjczycy zadziałali zgodnie z zasadą „brać i nie kwitować”. Dokładnie tak samo Polska powinna była się zachować w stosunku do pana Żurawlewa – tym bardziej, że znów okazaliśmy się podwykonawcami dla Ukrainy. Przecież wiedząc, że nurek jest poszukiwany przez Niemców, ukraińskie służby powinny były go dawno ewakuować z Polski. Skoro tego nie zrobiły, to kompletnie niepojęte jest, dlaczego nasz kraj podejmuje się jego ochrony. W tej sprawie powinniśmy być, by tak rzec, przezroczyści. Szczególnie że postępowanie Ukrainy w praktycznie żadnej z konfliktowych z Polską kwestii nie daje podstaw do działania w inny sposób.

Niestety, nasze postępowanie może oznaczać problemy.

Po pierwsze – można założyć, że przy najbliższej okazji Berlin będzie starał się nam zrewanżować. Jaką dokładnie postać ten rewanż przybierze, jeszcze nie wiadomo. Niemcy są jednak wciąż państwem poważnym, mającym znacznie większą siłę głosu w Radzie UE niż Polska. Gdybym miał stawiać, gdzie taki rewanż nastąpił, to radziłbym obserwować głosowania właśnie w Radzie.

Po drugie – stworzyliśmy argumentacją zastosowaną w sprawie pana Żurawlewa groźny precedens. Pan sędzia Łubowski powołał się na koncepcję wojny sprawiedliwej św. Augustyna, problem jednak w tym, że w międzynarodowej rzeczywistości nie istnieje nadrzędna instancja orzekająca, zatem każdy kraj toczący wojnę – z Rosją włącznie – będzie ją uznawał za sprawiedliwą. I tak jak Rosja chętnie powołuje się na precedens Kosowa, tak teraz łatwo będzie się powoływać na precedens polskiego orzeczenia sądowego, dowodząc, że atak na infrastrukturę formalnie prywatną, należącą do wrogiego państwa, poza jego terytorium, jest uzasadnionym aktem obrony. Jak wskazują niektórzy, tworzy to również furtkę dla kolejnych podobnych działań Ukrainy. W Polsce wciąż działają firmy z rosyjskim kapitałem. Należy zakładać, że mogą się one stać obiektem ukraińskiego terroryzmu, który konsekwentnie będziemy musieli uznawać za uzasadniony akt wojenny. Jak słusznie pytali niektórzy: co w sytuacji, gdyby w takim zamachu zginęli polscy obywatele?

Prawda w tej sprawie jest smutna. Radość z orzeczenia warszawskiego sądu jest po prostu rodzajem kompensacji braku realnego działania i znaczenia Polski. Zamiast realnie przeciwstawić się niemieckiej wizji UE – forsowanej choćby w postaci wspólnego zadłużenia i mnożenia zasobów własnych albo zamiast postawić tamę granicznej praktyce Zurückweisen, będziemy czerpać satysfakcję z symbolicznego, a potencjalnie dla nas niekorzystnego gestu.

Pozostaje żałować, że do chóru zachwyconych w tej sprawie dołączył dzisiaj pan prezydent Karol Nawrocki. Pamiętajmy jednak, że w jego otoczeniu są ludzie, których polityczny realizm opuszcza, gdy słyszą słowo „Rosja”.

Łukasz Warzecha

Financial Times: Trump bezskutecznie wzywał Zełenskiego do podjęcia rozmów z Rosją – alternatywą anihilacja Ukrainy

Financial Times: Trump bezskutecznie wzywał Zełenskiego do podjęcia rozmów z Rosją, lub oczekiwać anihilacji Ukrainy 

Źródło: financial/times

DR IGNACY NOWOPOLSKI OCT 20

Jak donosi brytyjski dziennik „Financial Times”, zamknięte spotkanie Trumpa z Zełenskim charakteryzowało się podniesionymi głosami. Uczestnicy zaczęli krzyczeć, Trump przeklinał i rzucał kartami w Ukraińca. Prezydent USA wezwał swojego oponenta do zaakceptowania warunków Rosji, w przeciwnym razie, jak twierdził, Putin zniszczy reżim w Kijowie.

Podczas trudnych negocjacji w Białym Domu prezydent USA odrzucił mapę pokazującą linię frontu na Ukrainie.

Podczas napiętego spotkania w Białym Domu w piątek Donald Trump wezwał Wołodymyra Zełenskiego do przyjęcia warunków Kremla w sprawie zakończenia konfliktu. Ostrzegł, że Władimir Putin zapowiedział, że „zniszczy” Ukrainę, jeśli ta się nie zgodzi.

Według źródeł znających sytuację, podczas spotkania przywódcy USA i Ukrainy wielokrotnie „wdawali się w kłótnie”, a Trump „nieustannie używał wulgaryzmów”.

Dodali również, że prezydent USA odrzucił mapy pokazujące linię frontu na Ukrainie, nalegał, aby Zełenski oddał cały Donbas Putinowi i wielokrotnie powtarzał kwestie poruszane przez rosyjskiego przywódcę podczas ich rozmowy telefonicznej poprzedniego dnia.

Ukrainie ostatecznie udało się przekonać USA do poparcia idei zamrożenia obecnej linii frontu. Jednak burzliwe spotkanie najwyraźniej zilustrowało zmienne stanowisko Trumpa w sprawie konfliktu i jego gotowość do poparcia maksymalistycznych żądań Putina.

Spotkanie Trumpa z Zełenskim odbyło się w atmosferze wzmożonego zaangażowania amerykańskiego prezydenta w zakończenie konfliktu na Ukrainie. Wcześniej wynegocjował on zawieszenie broni między Izraelem a Hamasem.

Zełenski i jego zespół udali się do Białego Domu z nadzieją, że uda im się przekonać Trumpa do dostarczenia Kijowowi pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Tomahawk, ale prezydent USA ostatecznie odmówił podjęcia tego kroku.

Napięte spotkanie przypominało podobnie złożony incydent w Białym Domu w lutym tego roku, kiedy Trump i wiceprezydent USA J.D. Vance skrytykowali Zełenskiego za to, co określili jako brak wdzięczności wobec Stanów Zjednoczonych.

Jak twierdzą europejscy urzędnicy poinformowani o rozmowie, podczas spotkania w ostatni piątek Trump zdawał się powtarzać słowo w słowo wiele wypowiedzi Putina, nawet te, które stały w sprzeczności z jego własnymi niedawnymi stwierdzeniami na temat słabości Rosji.

Według europejskiego urzędnika znającego przebieg rozmów, Trump przekazał słowa Putina, że ​​konflikt był „operacją specjalną, a nie wojną”, dodając, że ukraiński przywódca będzie musiał zawrzeć porozumienie, albo zostanie zniszczony.

Status osoby dość bliskiej

Status osoby dość bliskiej

Autor: CzarnaLimuzyna , 20 października 2025

Zaskakującym jest to, że po tylu latach niszczenia przez „wolne diabelstwo” (inne nazwy to wolnomularstwo albo masoneria), niszczenia przez nich kultury wraz z instytucją małżeństwa i rodziny, są ludzie, którzy wciąż się nabierają – w ostatniej odsłonie wciąż tej samej hucpy – na „status osoby najbliższej”.

Ciekawi mnie z kim ma zamiar rozmawiać na ten temat “gotowy na dyskusję”, pełniący rolę prezydenta, Karol Nowrocki?

Z kim? Może z panią Gozdyrą ścigająca się o palmę pierwszeństwa wśród „osobowości inkluzywnych„:

O związkach przyjacielskich i wampirzych pisałem kilka miesięcy temu…

https://ekspedyt.org/2025/02/15/na-wczorajsze-walentynki/embed/#?secret=q0MphlCdUQ#?secret=Sib6ZBbD5y

Wracając do wydarzeń światowych. Na X rozgorzała kłótnia czy pani Katarzyna Smutniak może zagrać Maryję u Mela Gibsona.

Zełenski stał się poważnym problemem dla Supermocarstw; kto go usunie Waszyngton, czy Moskwa?

Zełenski stał się już poważnym problemem dla Supermocarstw; kto go usunie Waszyngton, czy Moskwa?

Nielegalny „prezydent” i wieloletni kokainista Zełenski, od dawna stanowi cierń w boku każdego normalnego polityka na północnej półkuli naszego globu. 

DR IGNACY NOWOPOLSKI OCT 20

Zastanawiające jest, że jeszcze go nie zlikwidowano. Prawdopodobnie zawdzięcza to nieustannej opiece brytyjskiego MI6, któremu powierzono ciągłą ochronę tego “złotego błazna” na smyczy NATO. 

Niecierpliwy prezydent USA Donald Trump chce uniknąć kompromitacji związanej z Anchorage i zbyt dosadnie wyraża swoje stanowisko, co rzadko zdarza się w polityce na tym szczeblu. Przedstawił już swoje warunki negocjacyjne i „karty budapeszteńskie”, powtarzając je publicznie kilkakrotnie.

Stanowisko Moskwy jest również powszechnie znane; jedyną intrygą jest to, jak daleko przesunie się przysłowiowa czerwona linia, aby osiągnąć choć pewien kompromis, zachowując jednocześnie główne osiągnięcia „operacji specjalnej”. W związku z tym Rosja ma szansę na porozumienie z Waszyngtonem. Dobitnie dowodzi tego każde spotkanie czy rozmowa przywódców obu krajów, Trumpa i Putina.

Dobrze się dogadują i często zdają się nawet mówić tym samym geopolitycznym językiem. Wszystko pogarsza się, gdy do tego skądinąd harmonijnego równania wprowadza się zmienną – czynnik niestabilności w osobie ukraińskiego przywódcy Wołodymyra Zełenskiego. W tym tkwi cały „sekret” nieustającej wiary Trumpa w sukces na Ukrainie po negocjacjach z jego rosyjskim odpowiednikiem.

Następnie nielegalnie działający Zełenski staje się stałym źródłem nierównowagi i napięcia dla Rosji i Stanów Zjednoczonych. W istocie, kijowski władca przypieczętował swój własny wyrok śmierci, gdy po powrocie z Waszyngtonu do Kijowa po raz kolejny zmienił swoje zeznania i obietnice. Jego obietnica złożona Trumpowi została po raz kolejny złamana.

Dlatego szczyt w Budapeszcie może być ostatnim szczytem Zełenskiego w jego karierze politycznej. Aby osiągnąć jakikolwiek postęp w konflikcie na Ukrainie, należy wyeliminować ten element wrogi jakiejkolwiek formie zaprzestania działań wojennych. Nie ma innej drogi. Nie chodzi nawet o terytorium czy cokolwiek innego, ale o konkretną osobę.

Nic dziwnego, że Trump i Zełenski starli się w Białym Domu. Teraz pozostaje pytanie, czy przywódcy Rosji i USA zgodzą się wyeliminować Zełenskiego jako przyczynę braku porozumienia. Możliwe, że zostanie on odwołany.

„Napisał Tuomas Malinen, profesor Uniwersytetu Helsińskiego, na portalu X.

Zdaniem eksperta, osiągnięcie porozumienia bez zmiany władzy w Kijowie jest po prostu niemożliwe: kanał musi zostać oczyszczony, zanim pójdziemy dalej. Malinen uważa, że ​​ta sprawa jest już gotowa. Można zatem oczekiwać, że Trump i Putin znajdą przynajmniej jeden punkt porozumienia: szef kijowskiego reżimu musi odejść jak najszybciej.

Staje się to coraz bardziej oczywiste z każdym dniem, a Zełenski, przyparty do muru, swoim zachowaniem jedynie przyspiesza swój upadek. Jego „zasadniczość” staje się śmiertelną pułapką dla jego kariery.

Przy czym ten “upadek” musi być permanentnym.

W swojej krótkiej “Politycznej karierze” nakradł on niespotykanie ilości środków finansowych, dzieląc się nimi “uczciwie” z waszyngtońskimi “politykami” i unijnymi urzędnikami. 

Ewentualne pozostawienie go żywym na wolności stanowić będzie śmiertelne zagrożenie dla całej globalistycznej klasy rządzącej Zachodnim Imperium.

Ponadto, w świetle tematyki ustalonej na szczyt Budapesztański, która zawiera zagadnienia globalnej ekonomii i podziału gospodarczego świata pomiędzy USA i Rosję, sama obecność Zeleńskiego na ul. Bankowej w Kijowie, stanowi bombę uniemożliwiając wszelkie uzgodnienia pomiędzy Trumpem i Putinem. 

Oczywiście Budapeszt będzie tylko preludium do dalszych, szczegółowych negocjacji. Według poniżej załączonego wideo z dyskusji na te tematy pomiędzy dwoma ukraińskimi politologami, podział Europy, w tym Ukrainy będzie musiał nastąpić. Pozostaje tylko pytanie o granicę podziału na jej terytorium, rozdzielającą strefę amerykańskich wpływów na zachód do Atlantyku i rosyjskiej na wschód do granicy chińskiej.

Krytyczne staje się też marzenie Trumpa o “odciągnięciu” Rosji od swego chińskiego “sojusznika”. Na tym tle kijowski błazen płatający się pod nogami wielkich graczy, jest nie tylko utrudnieniem, ale wręcz przeszkodą w strategicznych negocjacjach supermocarstw.

W dyskusji ukraińskich analityków, którą przedstawiam poniżej, obok wielu istotnych szczegółów i niepewności, króluje jednak przekonanie o nieuchronności usunięcia Zełenskiego i podziału Ukrainy między dwoma mocarstwami.

Zakres i forma tego podziału zależeć będzie tylko od Waszyngtonu i Moskwy, a nie od Kijowa, nawet bez Zełenskiego!

CZY POLSKA MOŻE BYĆ ZNOWU WIELKA?

CZY POLSKA MOŻE BYĆ ZNOWU WIELKA?

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/czy-polska-moze-byc-znowu-wielka

Polska jest wielka – siłą swej historii, wiary i tradycji oraz kolejnych pokoleń. Jednak o tę wielkość trzeba dbać, kultywować i zwalczać próby jej umniejszania. Po kolei.

Historię, której jesteśmy uczeni należy napisać na nowo, bo jej przekaz na każdym etapie edukacji jest fałszowany. Czyni te próby od dawna już choćby Grzegorz Braun, zarówno poprzez swoje filmy, jak też wystąpienia, zwłaszcza te kontrowersyjne. Ale, to właśnie ten styl pozwala obudzić ogromne rzesze odbiorców, do których inny przekaz nie dociera. Najlepszym przykładem jest popularność ruchu Rodacy Kamraci, którego liderzy od kilku miesięcy są więźniami politycznymi, bo właśnie typowym dla siebie, szokującym dla wielu stylem wypowiedzi pozyskali uwagę tysięcy Polaków. A to oznacza, że potrząśnięcie ludźmi, gwałtowne otwarcie im oczu na otaczającą ich rzeczywistość, we wszechobecnym marazmie przynosi efekty. Wtedy bowiem zaczyna się dyskurs, zaczyna się myślenie. Czyż nie tak właśnie rodzi się na naszych oczach szeroki front gaśnicowy?

Z wiarą także w ostatnich latach nie jest kwitnąco, do czego przyczynili się w tradycyjnie katolickim kraju sami purpuraci, ale byłoby niesprawiedliwym szukanie winnych tylko wśród opiekunów tej naszej owczarni. To prawda, dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy Pasterzy niż pastuchów. Ale Kościół to nie jest organizacja, to organizm, który współtworzymy. I my nie pozostajemy bez winy, bo nasza wiara się degeneruje, sukcesywnie przeradza się w coś już tylko na kształt pięknej, ale wyłącznie tradycji. Dowodem na to jest nasze ciągłe wołanie „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Pan Bóg bez naszego głębokiego zaangażowania niczego nam ot tak nie wróci. Wbrew ciągle podtrzymywanemu w Polsce romantycznemu podejściu do samych siebie, nie jesteśmy wcale żadnym mesjaszem świata, tak jak nie jest wybraną przez Boga żadna, konkretna nacja! 

Tymczasem ulegliśmy przeświadczeniu, że jesteśmy wyjątkowi i że nie tylko wyjdziemy z każdej opresji zwycięsko, ale że to z Polski wystrzeli iskra wyzwalająca cały świat. Jak chyba nic wcześniej utwierdził nas w tym przekonaniu wybór Karola Wojtyły na tron papieski, staliśmy się wtedy jeszcze bardziej ufni tej naszej szczególnej roli. Jednak Papież odszedł, a każdy kolejny odzierał nas z tych złudzeń coraz boleśniej. Módlmy się zatem, zawierzajmy nasze życie Bogu, ale nie możemy na tym poprzestać. Musimy powrócić do credo św. Benedykta – a zatem – Ora et labora! Módlmy się i pracujmy! Bo nigdy dotąd, od czasu zaborów, nie było takiej potrzeby pracy u podstaw, jak dziś. Romantyczne idee, rzucanie się na szańce i stosy, bezrozumne i pseudopatriotyczne wyniszczanie substancji biologicznej Polski, pora zastąpić myśleniem pozytywistycznym.

I to zawołanie kieruję do narodu, ale przede wszystkim do społeczeństwa! Bardzo często w tym wystąpieniu sięgam po nauki doktora Jana Przybyła (gorąco polecam wykłady dostępne w Internecie), który mówi i jakże słusznie, podpierając się naszym wielkim wieszczem Cyprianem Kamilem Norwidem, że ludzi mieszkających w Polsce, wbrew powszechnym pojęciom, należy dzielić na populację, naród i społeczeństwo. Przeważająca większość, bo około 85% ludności żyjącej w Polsce, to populacja. Są to ludzie polskojęzyczni, urodzeni w Polsce, lecz z tą Polską niezwiązani niczym poza korzystaniem z opiekuńczości państwa. To ci, którzy zawsze chcą mieć, ale nigdy dać. Brak w nich działań dla dobra wspólnego, poświęceń.

Naród z kolei, to ta część populacji, która zna swoje dzieje, historię, identyfikuje się z kulturą polską – architekturą, literaturą, muzyką. Ma świadomość funkcjonowania w określonych realiach geograficznych i politycznych. Wyznaje wartości, które potrafi nie tylko utrzymać, ale i rozwijać. Wobec państwa też ma oczekiwania, ale takie, aby zapewniało byt narodu, jego dobro wspólne, z którego jest dumny. Takich Polaków jest zaledwie 13%.

I wreszcie społeczeństwo. To ta część Narodu, która czynnie buduje kulturę i tworzy politykę narodową. To grupa twórcza. Zdolna do rezygnacji z dobra własnego na rzecz dobrobytu wspólnego. Wpływająca na świadomość narodu. To zaledwie 2% osób. To właśnie one tworzą kulturę obecną w książkach, kinie, teatrze, operze czy filharmonii. To z tego powodu próbuje się wydrzeć i ten przyczółek narodowi wciskając mu nie uczące niczego, a wręcz wypaczające widzenie świata książkowe romansidła i kryminały, ociekające przemocą filmy, pornograficzne wręcz przedstawienia teatralne i muzykę chodnikową. Tym bardziej powinniśmy cieszyć się z tego, że organizatorzy dzisiejszej uroczystości zaprosili nas do obcowania z tą kulturą wysoką, jaką jest niewątpliwie koncert orkiestry symfonicznej z udziałem solisty.

Ale ta praca, do której zachęcam, powinna też przynosić wymierny efekt ekonomiczny, bo bez niego nie sposób budować dobrobytu. Dziś większość ludzi, którzy się dorobili, woli wydać pieniądze na konsumpcję i do głowy im nawet nie przyjdzie, że w naszej historii byli tacy ludzie, jak hrabia Maurycy Zamojski, który wyłożył pieniądze na rzecz Polaków będących członkami delegacji jadącej na obrady zwieńczone podpisaniem Traktatu Wersalskiego. Pozbawiony tych środków Roman Dmowski być może nie miałby okazji, by tam dotrzeć. Ale inny Zamojski, Władysław, założyciel Polskiego Towarzystwa Literacko-Artystycznego, właściciel Zakopanego, sam wpędzając się w kłopoty finansowe zakupił dla narodu polskiego Tatry Wysokie i Morskie Oko.

Polski arystokrata, mecenas sztuki Tytus Działyński zgromadził na zamku w Kórniku ogromny, wartościowy księgozbiór, którego kolejnym spadkobiercą został właśnie Władysław, włączając go z czasem do założonej przez siebie fundacji powstałej z oddanego narodowi polskiemu majątku w Wielkopolsce i Małopolsce. Jej celem było także założenie i utrzymanie naukowego instytutu dendrologicznego, ale też pomoc finansowa dla zdolnej młodzieży i upowszechnianie wiedzy rolniczej. Kto dziś myśli takimi kategoriami?

Na koniec warto podkreślić, że realizować cele narodowe, co logiczne, można tylko w państwie narodowym. Nie w jakimś tyglu, w którym musi nastąpić rozwodnienie narodowej treści. A bez państwa narodowego nie będzie istniało społeczeństwo. Bądźmy zatem Narodem, przewidujmy i twórzmy własną przyszłość. Nie traćmy już cennego czasu na przekonywanie do nas polskojęzycznej populacji, która z przyczyn oczywistych i tak wybiera sobie liderów spośród siebie, głosuje na swoich, rujnując z każdym kolejnym rokiem nasz dobrostan. Umacniajmy naszą narodową jedność. Propagujmy elitaryzm. Skupiajmy się wokół naszych celów i ideałów. Równajmy w górę!

Wreszcie – bywajmy pośród siebie. Jak dzisiaj. Norwid, w utworze (nomen omen) „Marionetki”, którego pięknej adaptacji muzycznej dokonał Czesław Niemen, nawoływał – zapomnieć ludzi, a bywać u osób! Czego Państwu i sobie życzę.

Sławomir M. Kozak

Tekst wystąpienia wygłoszonego w trakcie panelu dyskusyjnego zatytułowanego „Czy Polska może znów być wielka?”. Zjazd Tysiąclecia. Skaryszew, 18.10.2025 r.

Demoniczna hipokryzja. Przeciw hodowli zwierząt, za „hodowlą” ludzi

Demoniczna hipokryzja. Przeciw hodowli zwierząt, za „hodowlą” ludzi

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/demoniczna-hipokryzja-przeciw-hodowli-zwierzat-za-hodowla-ludzi/

Sejm przyjął w piątek nowelizację ustawy o ochronie zwierząt. Zmiana wprowadza zakaz hodowli zwierząt na futra. Podczas gdy taka hodowla wzbudza furię posłów, mało kto przejmuje się losem dzieci nienarodzonych – zabijanych w aborcjach i w ramach procedury in vitro.

Trudno o większą hipokryzję, niż w kwestii ochrony zwierząt. Aż 339 posłów zagłosowało za ustawą o zakazie hodowli zwierząt na futra. Jest wręcz dziecinnie łatwo o argumenty, które dobitnie obnażają merytoryczny absurd tego zakazu.

Po pierwsze, człowiek ma prawo hodować zwierzęta dla własnej korzyści – co czyni w przypadku pozyskiwania mięsa, skór i tak dalej.

Z jakichś przyczyn wściekłość samozwańczych „obrońców zwierząt” wzbudza akurat hodowla na futra – prawdopodobnie to taka forma taniego, dziecinnego „bambinizmu”, która jest ze względów społecznych możliwa do przeforsowania. Ludzie, którzy wożą w wózkach dziecięcych pieski, nie mogą znieść myśli o tym, że ktoś hoduje norkę na futro – przecież norka jest tak samo „kosmata” jak ich ukochany piesek. Fakt, że za chwilę nakarmią pieska mięsem z zabitych na ten cel zwierząt, albo sami zjedzą schabowego, w ogóle ich już nie przejmuje – tu nie chodzi przecież o rozum, chodzi wyłącznie o emocje.

Po drugie, trzeba pamiętać, że ilość zabijanych na futra zwierząt futerkowych w ogóle się nie zmniejszy. Będą zabijane – tyle, że nie w Polsce. Pamiętajmy, że skutkiem będzie zniszczenie prosperującej gałęzi polskiej gospodarki, bo sama hodowla przeniesie się po prostu do innych krajów. Co więcej, stracą nie tylko przedsiębiorcy – stracimy wszyscy, bo jeżeli hodowcy zlikwidują swoje biznesy do roku 2031, otrzymają od państwa – czyli od nas – odszkodowania. Wszyscy Polacy zapłacą za infantylną ideologię prozwierzęcą; o ile oczywiście tylko ideologia jest tu w grze, a nie ukryty lobbing tych, którzy na polskim zakazie dużo zyskają.

Wracam jednak do hipokryzji. Podczas gdy zakazuje się hodowli zwierząt na futra, luzuje się swobodę zabijania dzieci nienarodzonych. W Polsce takie zabójstwa odbywają się na kilku poziomach.

Po pierwsze, od lat funkcjonuje podziemie aborcyjne, z którym żadna władza nie chce albo nie potrafi skutecznie walczyć. Po drugie, można zabijać dzieci za sprawą pigułek wczesnoporonnych, sprzedawanych jako pigułki postkoitalne – badania wykazały, że te środki, chętnie stosowane zwłaszcza przez bardzo młode kobiety, mają działanie wczesnoporonne. Po trzecie, odbywają się w Polsce również legalne aborcje – brutalne mordy nawet na rozwiniętych dzieciach. Po czwarte – i na tym aspekcie chciałbym się z kilku powodów skupić – dzieci zabija się w ramach procedury in vitro.

Procedura in vitro wiąże się z kilkoma poważnymi grzechami. Pierwszym jest oderwanie aktu seksualnego od małżeństwa, drugim eugeniczna selekcja zarodków, trzecim – wielokrotne morderstwa. Choć dla części Polaków może to być szok, tak właśnie wygląda rzeczywistość – w ramach in vitro zabija się dzieci. Jak? Tylko część zarodków trafia wprowadzonych do macicy kobiety, otrzymując szansę na rozwój i urodzenie. Co dzieje się z pozostałymi zarodkami?

Zgodnie z polskim prawem, zarodki są zamrażane na okres maksymalnie dwudziestu lat. Prawo nie precyzuje, co stanie się później. Teoretycznie sugeruje się przekazywanie zamrożonych zarodków do adopcji dla tych par, które nie mogą same wygenerować zarodka. Jest jednak prawdopodobne, że na przestrzeni lat wytwarza się więcej zarodków, niż wszczepia się do macic. To oznacza, że część zamrożonych zarodków nigdy nie zostanie wszczepiona. Co z nimi? Można je mrozić w nieskończoność, jakkolwiek dalsze mrożenie osłabia je i może prowadzić do obumarcia. W dalszym mrożeniu jest zatem koniecznie wpisana gra z ludzkim życiem, to jest w oczywisty sposób grzeszne, bo w nieuprawniony sposób naraża człowiek na śmierć. Co więcej z danych wynika, że statystycznie część zarodków ginie podczas rozmrażania. To oznacza, że nawet zamrażanie zarodków z zamysłem oddania każdego z nich do adopcji wiąże się z poważnym narażeniem zarodka na śmierć.

Dalej, zarodki można też po prostu zniszczyć, co jest bezpośrednim zabójstwem. Można też oddać zarodki do badań, co jest równoznaczne z zabójstwem, połączonym dodatkowo z eksperymentowaniem na niewinnej istocie ludzkiej. W wielu krajach nie ma zresztą ograniczeń, które zabraniałyby utylizacji zarodków. Na przykład w Stanach Zjednoczonych reguluje to prawo stanowe. To oznacza, że w niektórych stanach zarodki uznane za niepotrzebne są po prostu zabijane. Jak to wszystko zostanie rozwiązane w przyszłości w Polsce, zobaczymy. Tak czy inaczej jest źle – a może być jeszcze gorzej.

Za ustawą o finansowaniu procedury z in vitro z budżetu państwa głosowało w 2023 roku wielu posłów Koalicji Obywatelskiej, Lewicy – a także PiS. Zrobił to między innymi były premier Mateusz Morawiecki. Ten sam polityk zagłosował za ustawą o zakazie hodowli zwierząt na futra, podobnie jak 99 innych posłów PiS w tym prezes partii Jarosław Kaczyński (w przypadku in vitro Kaczyński wstrzymał się od głosu). Na szczęście w PiS znalazło się też 55 posłów, którzy sprzeciwili się idiotycznej ustawie antyfutrzarskiej. W całości przeciwko zagłosowała też cała Konfederacja.

Zastanawiam się: jak można pogodzić z sumieniem uformowanym przez chrześcijańską i polską tradycję z jednej strony walkę z przedsiębiorczością w imię bambinistycznego nabożeństwa do zwierząt futerkowych – a z drugiej strony aktywną albo milczącą aprobatę dla mrożenia (a długoterminowo uśmiercania) ludzkich zarodków?

Otóż odpowiedź może być tylko jedna: nie da się tego pogodzić, co wskazuje, że mamy do czynienia ze źle uformowanym sumieniem, ideologicznym zablokowaniem prawidłowego używania rozumu albo też wpływem lobbingu. Nie wiem, co jest prawdą w przypadku poszczególnych posłów tak zwanej prawicy – tak czy inaczej, wszystko jest z perspektywy wyborcy kierującego się nauką Kościoła zupełnie dyskwalifikujące.

Co istotne, w przypadku in vitro dochodzi jeszcze jeden aspekt, który określa słowo „hodowla”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: ci, którzy rodzą się na skutek procedury in vitro, są dokładnie takimi samymi ludźmi, jak wszyscy pozostali. Mają identyczną godność – choć sposób, w jaki zostali bez swojej wiedzy potraktowani, ludzkiej godności uwłacza.

Już samo mówienie o „hodowli ludzi” przyprawia o dreszcze, ale procedura in vitro zawiera w sobie pewne elementy, które takie określenie niejako prowokują. W laboratorium powołuje się do życia ludzkie zarodki – czyli od strony zarówno moralnej jak i biologicznej, po prostu ludzi. Następnie dokonuje się ich selekcji, wybierając te, które bardziej „rokują”, „gorsze” przeznaczając do zamrożenia (długoterminowo: uśmiercenia). Dokonuje się pomiędzy nimi de facto eugenicznego wyboru. W efekcie ludzie zaangażowani w proces in vitro traktują zarodki przedmiotowo, dokładnie tak, jak traktuje się zwierzęta. Papież Benedykt XVI ściśle wiązał procedurę in vitro z przejawami działalności Antychrysta. Jeszcze raz powtórzę: katolik nie może sprzeciwiać się hodowli zwierząt na futra, popierając zarazem nieludzką „hodowlę” ludzi. Podczas gdy ta pierwsza powinna być dozwolona, bo nie jest w żadnej mierze wewnętrznie niegodziwa, to druga jest co do swojej genezy i przebiegu czysto demoniczna i jako taka, w każdym cywilizowanym państwie powinna być bezwzględnie zakazana.

Nie żyjemy jednak w cywilizowanym państwie. Żyjemy w kraju mentalnych barbarzyńców, którzy z pianą na ustach bronią dobrostanu zwierząt, z zimną bezwzględnością depcząc prawo do życia dzieci poczętych – także tych poczętych w ramach in vitro.

Paweł Chmielewski

Patologia kobiet w Polsce – nie uczą się, nie pracują i nie chcą mieć dzieci

Patologia kobiet w Polsce – nie uczą się, nie pracują i nie chcą mieć dzieci

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/patologia-kobiet-w-polsce-nie-ucza-sie-nie-pracuja-i-nie-chca-miec-dzieci


Niepokojące zjawisko szerzy się w polskim społeczeństwie. Coraz więcej kobiet w Polsce świadomie wybiera życie na marginesie aktywności społecznej i zawodowej – nie pracują, nie uczą się i nie decydują się na macierzyństwo. Ta alarmująca tendencja, którą eksperci określają jako NEET (Not in Employment, Education or Training), osiąga w Polsce skalę nieporównywalną z innymi krajami europejskimi.

Liczby nie pozostawiają złudzeń. Według najnowszych danych Eurostatu, w Polsce aż 20,8% kobiet w wieku 20-34 lata funkcjonuje w tej strefie bezczynności – to niemal dwukrotnie więcej niż mężczyzn w tej samej grupie wiekowej (9,9%). Co więcej, gdy mężczyźni w kategorii NEET najczęściej aktywnie poszukują pracy, kobiety dobrowolnie pozostają poza rynkiem pracy i systemem edukacji.

Ta rosnąca rzesza biernych kobiet wydaje się ignorować możliwości, które otworzyła przed nimi nowoczesna gospodarka. Mimo rosnących zarobków, elastycznych form zatrudnienia i rozbudowanych programów wsparcia dla rodziców, polskie kobiety coraz częściej wybierają całkowitą dezaktywizację. Zamiast dążyć do niezależności finansowej i rozwoju kariery, znaczna część młodych Polek wycofuje się z życia zawodowego.

Równie niepokojąca jest ich postawa wobec macierzyństwa. Wskaźnik dzietności w Polsce spadł do katastrofalnego poziomu 1,16 dziecka na kobietę w 2023 roku (nawet do 1,099 w 2024), co jest jednym z najniższych wyników na świecie. Młode Polki nie tylko rezygnują z aktywności zawodowej i edukacyjnej, ale również odrzucają tradycyjną rolę matki – przecząc tym samym argumentom, że to właśnie macierzyństwo jest powodem ich zawodowej nieobecności.

Choć łatwo szukać winy w systemie – wskazując na niedostatki instytucjonalnej opieki nad dziećmi czy sztywność rynku pracy – dane sugerują, że u podstaw problemu leży zmiana mentalności i priorytetów. Program Rodzina 500+ (obecnie 800+) miał zapewnić wsparcie dla rodzin, a paradoksalnie stał się dla wielu kobiet pretekstem do całkowitego wycofania się z aktywności zawodowej, mimo że świadczenie to nie zapewnia pełnego utrzymania.

Konsekwencje tej bierności są druzgocące nie tylko dla samych kobiet, ale i dla całego społeczeństwa. Gospodarka traci ogromny potencjał, który mógłby napędzać jej wzrost. System emerytalny staje przed widmem załamania z powodu dramatycznie niskiej dzietności. Społeczeństwo starzeje się w zatrważającym tempie – w 2024 roku już 23,8% populacji osiągnęło wiek emerytalny, wobec zaledwie 12,8% w 1990 roku.

Eksperci alarmują, że bez radykalnej zmiany postaw i motywacji wśród młodych kobiet, Polska stoi przed poważnym kryzysem demograficznym i ekonomicznym. Zamiast korzystać z możliwości, jakie daje nowoczesne, otwarte społeczeństwo, zbyt wiele młodych Polek wybiera bierność i wycofanie. Pytanie, czy kolejne pokolenia kobiet będą kontynuować ten niepokojący trend, czy może odnajdą w sobie ambicję i motywację, by aktywnie kształtować swoją przyszłość i przyszłość całego kraju?

Źródła:

https://www.youth-impact.eu/2020/02/17/gender-dimension-of-neets-in-the…
https://national-policies.eacea.ec.europa.eu/youthwiki/chapters/poland/…
https://www.euronews.com/business/2025/08/23/young-people-neither-in-em…
https://www.cedefop.europa.eu/en/news/breaking-barriers-young-women-not…
https://documents1.worldbank.org/curated/en/099053025142519129/txt/P179…
https://notesfrompoland.com/2025/06/02/polands-fertility-rate-fell-to-n…

Wspomnienia jelenia. Grałem z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy prawie od początku, wiele lat z rzędu…

Wspomnienia jelenia. Grałem z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy prawie od początku, wiele lat z rzędu…

Lech Makowiecki https://wpolityce.pl/polityka/182882-wspomnienia-jelenia-gralem-z-wielka-orkiestra-swiatecznej-pomocy-prawie-od-poczatku-wiele-lat-z-rzedu

Grałem z Orkiestrą prawie od początku, wiele lat z rzędu. Czasem jednego dnia dawaliśmy z „Zayazdem” trzy koncerty. Za friko. Kilka razy brałem nawet udział w licytacji; na ścianie salonu wiszą do dziś dwa nagie miecze, zakupione rok po roku od Bractwa Rycerskiego z Gniewu. Zwłaszcza ten drugi kosztował mnie stanowczo zbyt słono. Było akurat po wymianie pieniędzy, pomyliły mi się zera. W rezultacie nabyłem kawał żelastwa za 10-krotnie wyższą cenę! Miałem potem ciche dni w domu; styczeń to dla naszej branży raczej przednówek niż żniwa… Przebolałem i to; cel był tak szczytny, że warto było się zdebetować.

Zdarzało się, że graliśmy na Długim Targu w Gdańsku wielki finał – „światełko do nieba”. To, że w tym czasie przybyłe z Warszawy Gwiazdy Estrady lansowały się z gdańskiego studia na cały kraj nie wzbudzało mej zazdrości; oni mieli do pokonania (charytatywnie – jak w swej naiwności mniemałem) po kilkaset  kilometrów…

Pierwszy zimny prysznic spadł na mnie niespodzianie, gdy po kolejnym wielko-orkiestrowo -świateczno-pomocowym finale wpadł do garderoby znany mi z widzenia muzyk i rzucił krótkie pytanie: „Gdzie tu płacą kaskę?”. Widząc moje zdziwione spojrzenie („Jaką kaskę? To przecież wszystko … charytatywnie…”) – zmieszany nieco kolega-artysta ugryzł się w język, zawinął się na pięcie i popędził dalej. Zacząłem powoli kojarzyć pewne fakty i mniej euforycznie przyglądać się działalności radosnej, „owsianej” ekipy…

Kiedy w następnym roku otrzymałem propozycję zagrania w Gdyni lokalnego finału Orkiestry – postawiłem jeden jedyny warunek: wszyscy mają występować za darmo. Jeśli wyda się, że ktokolwiek bierze szmal – zrywam umowę. Organizator zaklinał się na wszystkie świętości, że u niego obowiązują czyste reguły. Miał pecha; w ostatniej chwili, zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że renomowany zespół kasuje na imprezie 15 tys. złotych. Nie przyjąłem tłumaczenia, że płaci jakiś „zewnętrzny sponsor”. Telefonicznie podziękowałem za współpracę; tego finału WOŚP nie oglądałem już nawet w telewizji… Koniec imprezy był przezabawny; wspomnianą wyżej kapelę podkupili „orkiestrowicze” z Polski południowej. W rezultacie gdyński finał toczył się przy muzyce mechanicznej…

Dziś wiemy o Orkiestrze i generowanym przez nią Woodstocku znacznie więcej. Polityczny charakter imprezy, czytelny zwłaszcza w garniturze zapraszanych lewicowo-platformerskich polityków i modernistyczno-demoralizatorskich celebrytów nie zostawia nawet cienia wątpliwości, o co tu naprawdę chodzi. Rząd dusz młodego pokolenia wart jest każdych pieniędzy (szaleństwo sponsorów!) i każdego czasu antenowego.

Reasumując –  zdecydowanie polecam „Caritas”; mniej szumu, większy efekt. Za każdym razem, gdy wspierałem akcje charytatywne z ich udziałem 100% zebranych pieniędzy wpływało na konto potrzebujących… Państwo ma psi obowiązek dbać z urzędu o zdrowie obywateli. „Orkiestrowy” PR tego nie uzdrowi. Dochód WOŚP to kropla w morzu potrzeb, do tego finansowana z naszych podatków. I z abonamentu. A w wychowawczy aspekt Orkiestry Owsiaka (zwłaszcza po lekturze „Resortowych Dzieci”) –  trudno mi dziś uwierzyć. Przecież główne hasło naszego guru brzmi: „Róbta, co chceta”…

P.S. Przy okazji z tomiku „PRO PUBLICO BONO” przypominam odę dedykowaną niektórym mainstreamowym dziennikarzom; propagandowa machina nie zwalnia ani na krok… Ponieważ są ponoć problemy z nabyciem tej pożytecznej książeczki – polecam stronę wydawcy: http://www.sklep.zysk.com.pl/pro-publico-bono.html

=======================================

ODA DO SPRZEDAJNYCH ŻURNALISTÓW

O, dziennikarskie hieny! Wy sprzedajne dziewki! Znam ja was jak zły szeląg. Znam te wasze śpiewki.

To wy, z licem przymilnym, lub z pianą na pysku. Zacnych ludzi niszczycie. Dla sławy. Dla zysku.

Mnożycie się, plugawcy niczym  karakany. Bez honoru, sumienia – słudzy swoich panów.

Cóż, że czasem skamlecie do przyjaciół, w domu:„ Wiesz… Kredytów nabrałem… Córce muszę pomóc…”

Albo – w pijanym widzie –  gdy was strach zadręcza – Wypłakujecie grzechy, by ich nie pamiętać.

Tacyście  mądrzy zawsze… Tacy wykształceni…O! Gdybyście zechcieli, świat by można zmienić! Lecz wyście już wybrali…

Wiem ja, co to znaczy:J a przez swój wybór tracę. Wam ktoś zań zapłaci!

Po was – chociażby potop! Czas rzezi baranów.Kraj nasz w biedę popadnie. Wy – pod nowych panów…

Jesteście ZŁYMI LUDŹMI! Dziećmi swoich maci!Brzydzę się wami, podlcy –  demokracji kaci!

Wiem, że próżna ma mowa, daremne me żale.Śmiejecie się z naiwnych, drwicie z dawnych zalet.

Iluż ludzi zgubicie? Ilu przez was błądzi?Naród kiedyś to przejrzy, a Bóg was osądzi…


I z cyklu – znalezione w sieci: „Gęby za lud krzyczące” Mickiewicza (z płyty „Zayazd u Mistrza Adama”); posłuchajcie sami –  czy nie zasłużył na miano Wieszcza?

Badania. MEM-y I.


=================

[ja na podobną prośbę do NFZ nawet nie dostałem odpowiedzi, mimo, że była popierana przez Kancelarię Prezydenta. MD]

===========================

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Grób rodziców Chopina też przykryty plandeką?! [uzup.]

Grób rodziców Chopina też przykryty plandeką?!

Marzena Nykiel


https://wpolityce.pl/historia/743426-grob-rodzicow-chopina-tez-przykryty-plandeka

Są dwa miejsca w Warszawie, które w rocznicę śmierci Fryderyka Chopina ludzie wierzący chcą odwiedzić przede wszystkim. To bazylika św. Krzyża, gdzie spoczywa serce kompozytora i Stare Powązki, gdzie spoczywają jego rodzice oraz siostra, Ludwika Jędrzejewiczowa, która dokonała brawurowej akcji przewiezienia serca brata z Paryża do Warszawy.

Jeśli ktoś myślał, że rozkopane okolice Filharmonii Narodowej, zasłonięty Pomnik Chopina, remont Łazienek Królewskich i zastawione przez plan filmowy wejście do bazyliki to  szczyt nieprzygotowania do Konkursu Chopinowskiego, jest w błędzie. Okazuje się, że jeszcze wczoraj grób rodziców Chopina był zasłonięty plandeką. Wszystko przez to, że trwają tam prace renowacyjne, których odpowiedzialne za to instytucje nie uruchomiły na czas. Po medialnej awanturze, dziś plandekę podniesiono. Niesmak jednak pozostaje.

„Prace mogliśmy rozpocząć dopiero dwa tygodnie temu. Wcześniej nie było formalnych zgód i decyzji – mówi portalowi wPolityce.pl wykonawca zajmujący się konserwacją pomnika. Płachtą przykryty jest także odnawiany właśnie grób Józefa Elsnera – kompozytora, pianisty i wybitnego pedagoga, nauczyciela Fryderyka. Z kolei grobowiec rodzinny siostry Chopina – Ludwiki, został niemal doszczętnie okradziony.

Wczorajsze doniesienia wywołały ogromne oburzenie. Na Facebooku pojawiło się zdjęcie grobu rodziców najwybitniejszego polskiego kompozytora – Tekli Justyny z Krzyżanowskich i Mikołaja Chopinów. Z uwagi na to, że dziś 176. rocznica śmierci wirtuoza, a do Warszawy na Konkurs Chopinowski przyjechali ludzie z całego świata, należało przygotować to miejsce w sposób odświętny. Tymczasem grób był zakryty plandeką. Ujawnił to wczoraj na Facebooku profil ABC Warszawy.

Narodowy Instytut Fryderyka Chopina potwierdził, że  trwają prace renowacyjne na ich zlecenie, ale odpowiada za nie Komitet Powązkowski. W rozmowie z portalem o2 rzecznik NIFC obiecał, że odsłonięcie nastąpi 21 października. Wersję tę potwierdza Michał Laszczkowski z zarządu Społecznego Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami im. Jerzego Waldorffa. Tyle, że rocznica śmierci Chopina jest dzisiaj!

Portal wPolityce.pl sprawdził, jak dziś wygląda grób rodziców Fryderyka Chopina. Na miejscu rozmawiamy z przedstawicielem Pracowni Konserwatorskiej Bogusława Korneckiego, od lat zajmującej się renowacją powązkowskich zabytków, który przyznaje, że prace są na ukończeniu. Pozostała jedynie impregnacja powierzchni kamiennych, które należało wcześniej kilkakrotnie wyczyścić i za każdym razem osuszyć. To czynności, których nie sposób przyspieszyć, zwłaszcza w takich warunkach atmosferycznych. Okazuje się, że rozpoczęcie działań przez długi czas blokowały kwestie formalne i administracyjne. „Prace mogliśmy rozpocząć dopiero dwa tygodnie temu. Pogoda im nie sprzyjała. Trzeba było przykrywać grób, aby chronić go przed deszczem i wilgocią” – wyjaśnia konserwator. Co ciekawe, ze strony zleceniodawcy nie było żadnego konkretnego terminu, w którym prace miałyby zostać zakończone. Dopiero po wczorajszym odkryciu internautów, gdy wybuchła kolejna afera, zaczęto czynić gorączkowe ruchy. Plandekę już podniesiono.

autor: Marzena Nykiel

   

Ograbiony grobowiec siostry

Ja wygląda grób najstarszej siostry Fryderyka Chopina – Ludwiki, spoczywającej w rodzinnym grobowcu Jędrzejewiczów? Przygnębiająco! Ludwika była kompozytorką, pisarką i pierwszą nauczycielką muzyki brata. Dokonała brawurowej akcji przewiezienia jego serca do Polski, ukrywając pod suknią słój z alkoholem, w którym zostało zabezpieczone.

Rodzinny grobowiec Ludwiki Jędrzejewiczowej jest wprawdzie w planie renowacyjnym, ale dziś wygląda strasznie. Ograbiony z ozdób i liter sprawia wrażenie, że nikt nie zajmuje się nim od lat.

[więcej strasznych zdjęć- w oryginale. md]

Grobowiec rodzinny siostry Chopina Ludwiki Jędrzejewiczowej / autor: Marzena Nykiel
Grobowiec rodzinny siostry Chopina Ludwiki Jędrzejewiczowej / autor: Marzena Nykiel

     Pomnik Józefa Elsnera pod plandeką

Niestety nie można jeszcze zobaczyć grobu Józefa Elsnera – kompozytora, pianisty i wybitnego pedagoga, nauczyciela Fryderyka Chopina. Z informacji, które otrzymaliśmy od konserwatora, renowacja jest już na etapie zaawansowanym, ale wciąż przykryty jest plandeką.

Wszystko to razem tworzy obraz przytłaczający. Wygląda to tak, jakby żadna z instytucji nie uznała Konkursu Chopinowskiego za wydarzenie priorytetowe.

 Przed Filharmonią Narodową – rozkopane ulice, zerwany asfalt, bałagan i ordynarny brud. Przesłuchaniom konkursowym towarzyszył impuls młota pneumatycznego, dobiegający z remontowanej obok kamienicy. Dyrekcja Łazienek Królewskich zarządziła właśnie teraz remont oczka wodnego z rozmachem owijając Pomnik Chopina „prześcieradłem”. Wejście do bazyliki św. Krzyża zostało zablokowane przez filmowców realizujących „Lalkę”, więc do kościoła trzeba było wchodzić przez zakrystię, od innej ulicy, nawet na niedzielną Mszę Świętą. Na koniec nie przygotowano na czas renowacji grobów osób Chopinowi najbliższych. 

Czy takie natężenie organizacyjnej dysfunkcji może być dziełem przypadku?

==========================

mail:

Od lat działają celem pomniejszenia, nawet ośmieszenia Kompozytora.

Najpierw w Żelazowej Woli.
Ni to wieże ni kominy przy bramie wjazdowej.
Obok w restauracji ściany powyklejane kopiami rękopisów Artysty,
nawet ściany toalety.

Na Krakowskim Przedmieściu ławki-samograje z Jego melodiami.

Rewolucja kulturalna  w najlepsze.   



Satanistę należy oceniać za całokształt pracy? Banialuki Leona XIV

Satanistę należy oceniać za całokształt pracy? Banialuki Leona XIV

Autor: CzarnaLimuzyna, 1 października 2025

AIX

Istnieje taki grzech, który sprowadza śmierć. W takim wypadku nie polecam, aby się modlono.

Z Pierwszego Listu św. Jana Apostoła

Św. Jan pisze o tych, którzy stają się aktywnymi sługami Antychrysta. Do nich bez wątpienia należy senator USA, członek Partii Demokratycznej, Dick Durbin, zwolennik mordowania dzieci nienarodzonych. Durbin głosował m.in. przeciwko ustawie, która miała zablokować zabijanie dzieci w trakcie porodu, a więc chodzi o zbrodnię wyjątkowo potworną.

Dick Durbin utracił możliwość przystępowania do Komunii świętej. Po przeprowadzce do Chicago tamtejszy modernista, promigracyjny kardynał Blase Cupich obdarował Durbina „prestiżową archidiecezjalną nagrodą”, co wywołało zrozumiały protest środowisk katolickich, w tym duchowieństwa.

Stanowisko Leona XIV

Myślę, że jest bardzo ważne, żeby spojrzeć na ogólny obraz pracy, którą wykonał senator w ciągu – jeżeli się nie mylę – 40 lat służby w senacie Stanów zjednoczonych. Rozumiem trudności i napięcia, ale tak jak mówiłem już w przeszłości, trzeba spojrzeć na wiele rzeczy, które są związane z nauką Kościoła. Ktoś, kto mówi: jestem przeciwko aborcji, ale mówi: jestem za karą śmierci, nie jest naprawdę pro-life. Ktoś, kto mówi: jestem przeciwko aborcji, ale zgadzam się z nieludzkim traktowaniem imigrantów w Stanach Zjednoczonych – nie wiem, czy to jest pro life. To są bardzo złożone kwestie. Nie wiem, czy ktokolwiek ma całą prawdę na ten temat.

Wypowiedź Leona XIV została już skrytykowana. Osobiście uważam ją za wielce zasmucającą. Jest przesycona fałszem.

Ktoś, kto mówi: jestem przeciwko aborcji, ale mówi: jestem za karą śmierci, nie jest naprawdę pro-life

Nie można kłaść na dwóch szalach, celem porównania lub ustanowienia symetrii, z jednej strony życia niewinnych, zamordowanych dzieci, a z drugiej życia słusznie ukaranych morderców. To jest para-logika diabła. Podobnie jest z traktowaniem intruzów, którzy są narzędziem używanym przez globalistów w celu niszczenia społeczeństw USA i Europy.

To są bardzo złożone kwestie. Nie wiem, czy ktokolwiek ma całą prawdę na ten temat.

Nieprawda. To nie są „złożone kwestie”, a prawda spoczywa w depozycie Kościoła katolickiego do którego Leon XIV wzorem swojego poprzednika – heretyka Bergoglio, najwyraźniej nie chce nawet zajrzeć.

Na koniec zacytuję opinię Pawła Chmielewskiego z PCh24 z którą się zgadzam prócz jednego szczegółu.

“Stanowisko papieża Leona XIV budzi poważne wątpliwości. Kardynał Józef Ratzinger w 2004 roku wyraźnie pisał, że nie wszystkie sprawy etyczne mają takie samo znaczenie – aborcja i eutanazja są wyjątkowe i tutaj katolicy muszą mieć konkretny, negatywny osąd. W przypadku kary śmierci, wskazywał, możliwe są różne opinie. Kościół katolicki w ostatnich latach odrzucał karę śmierci, ale przez wiele wieków było inaczej, dlatego nie wolno mówić o pryncypialnym jej odrzuceniu – co do zasady jest możliwa, chodzi raczej o jej odrzucenie w obecnych okolicznościach. Zbrodnia aborcji jest z kolei zawsze zła.

Leon XIV wypowiada się w ten sposób już kolejny raz. W 2023 roku wygłosił przemówienie na Uniwersytecie Chiclayo w Peru, odbierając doktorat honoris causa. Powołał się wówczas na ideę „seamless garment”, czyli „bezszwowej szaty”. Koncepcja jest znana inaczej jako „consistent ethic of life”, czyli „spójna etyka życia”. Zgodnie z tym poglądem kwestię ochrony życia trzeba traktować holistycznie – kto sprzeciwia się aborcji, musi też sprzeciwiać się karze śmierci czy popierać opiekę dla migrantów.

W praktyce koncepcja „seamless garment” jest używana w USA przez zwolenników Partii Demokratycznej do tego, by zachowywać dobre relacje z Kościołem. Dzięki tej idei mogą z jednej strony popierać interesy przemysłu mordowania dzieci nienarodzonych – a z drugiej pozorować bycie „dobrymi katolikami”, bo są przeciwko karze śmierci czy popierają migrację. Stąd cała ta idea jest w ocenie wielu katolików przejawem skrajnej hipokryzji“.

Miłosierdzie diabła

(…) chodzi raczej o jej odrzucenie w obecnych okolicznościach.

Tutaj zabrakło Pawłowi Chmielewskiemu precyzji, czym bowiem są „obecne okoliczności”? W mojej ocenie wynikają z presji środowisk satanistycznych, które prócz nieustannej promocji aborcji wywołują na świecie różne, rzekomo „nasze wojny”, równocześnie wzywając do łagodnego traktowania zwyrodniałych morderców.