Nie jestem psychologiem, przypuszczam jednak, że to zjawisko określa jakaś definicja. Chodzi o zachowanie polskojęzycznych polityków, aktywistów i dziennikarzy prowadzonych na smyczy przez zagranicznych graczy. Z pewnością zdają sobie oni sprawę z tego, że są jedynie miernymi pionkami, których nikt poważny nie szanuje. Swoją frustrację odreagowują więc na przykład na Białorusi.
Żeby odwrócić uwagę od własnej służalczości wobec obcych, pokazują palcem na wschodniego sąsiada i krzyczą, że nie ma tam niepodległości. Najnowszym przykładem jest zachowanie polskojęzycznych senatorów. W celu zagłuszenia własnego poddaństwa, 22 stycznia Senat RP podjął przez aklamację uchwałę dotyczącą zaplanowanych na 26 stycznia wyborów prezydenckich na Białorusi.
Wybory co prawda nie odbyły się jeszcze, ale oni już wiedzą, że na pewno będą fałszowane. Skąd to wiedzą? Od swoich panów z zagranicy, których specjalizacją jest mieszanie w innych państwach.
Swoją drogą, Aleksander Łukaszenka nigdy nie wpuścił na Białoruś fundacji Georga Sorosa. Stąd potężna nagonka na białoruskiego przywódcę.
[Było jeszcze gorzej. Wpuścił, i jak im się przyjrzał, po jakimś roku ich się pozbył. xx]
NA WŁASNE OCZY
Powyższej wiedzy nie wyssałam sobie z palca. Przed laty, jeszcze jako studentka, z ciekawości i niejako w ramach infiltracji przeniknęłam do środowiska, którego zadaniem jest mieszanie w innych państwach. Wystarczyło, że zostałam uczestnikiem pewnego kursu oraz wolontariuszką pewnej organizacji, aby rozeznać co kombinuje sprzedajne towarzystwo za forsę płynącą z Zachodu.
Przechodząc do konkretów, przed laty byłam słuchaczem Akademii Młodych Dyplomatów, organizowanej przez Europejską Akademię Dyplomacji (wcześniej Stowarzyszenie Forum Młodych Dyplomatów) oraz Fundację im. Kazimierza Pułaskiego.
Według oficjalnej informacji AMD to «pogram niezależnej szkoły dyplomacji, prowadzonej przez organizację pozarządową dla kandydatów z różnych państw, chcących przygotować się do przyszłej pracy w służbie dyplomatycznej lub konsularnej».
Od środka zobaczyłam, że z niezależnością nie ma to nic wspólnego, a zamiast uczyć prawdziwej dyplomacji – która oznacza umiejętność zachowania się w trudnej sytuacji tak, aby nikogo nie urazić i osiągnąć zamierzony cel – przeszkalano tam ludzi np. do obalania władzy u sąsiadów. Oczywiście robiono to pod przykrywką niewinnie brzmiącego wydarzenia, któremu miałam okazję przyjrzeć się nieco bliżej.
Będąc słuchaczem Akademii zgłosiłam się jako wolontariuszka do pomocy przy obsłudze międzynarodowej konferencji „Warsaw Regional NGO’s Congress on Civil Society Involvement in Building Democracy” (24-25 marca 2006 rok) organizowanej przy współpracy i pod auspicjami Rady Europy. Dzień wcześniej, 23 marca 2006 roku, FMD otrzymało status organizacji partnerskiej Rady Europy. Przypadek?
Nie sądzę, by był to zbieg okoliczności, że wydarzenie odbyło się tuż po wyborach prezydenckich na Białorusi, które oczywiście wygrał Aleksander Łukaszenka. Warszawska konferencja miała najwyraźniej między innymi stanowić formę szczekaczki wymierzonej w białoruskiego przywódcę.
Organizatorzy ogłosili, że podczas kongresu «potępiono dyktaturę na Białorusi» oraz «wezwano rządy i społeczność międzynarodową do współpracy z siłami demokratycznymi na Białorusi». Delegaci wzięli również udział w demonstracji zorganizowanej w Warszawie «mającej na celu wsparcie białoruskich sił demokratycznych» [czytaj: podżegali do zdrady i odpalenia kolorowej rewolucji].
Doświadczyłam właśnie déjà vu, gdyż przy okazji najnowszej uchwały Senatu RP, przeczytałam komunikat, z którego wynika, że senatorowie są otwarci na rozmowy z białoruskimi zdrajcami własnego kraju. Najwyraźniej tylko z takimi mogą znaleźć wspólny język. W uchwale ujęli to następująco:
«Deklarujemy gotowość do współpracy z reprezentantami społeczeństwa obywatelskiego Białorusi, w szczególności z Radą Koordynacyjną do spraw Przekazania Władzy w Białorusi, którą traktujemy jako białoruski parlament na emigracji».
OLAĆ DEMOKRACJĘ!
Osobiście nie jestem fanką demokracji, więc zawsze mnie dziwiło organizowanie wyborów wśród Białorusinów. Po co to komu? Przecież państwo białoruskie pod rządami Łukaszenki funkcjonuje nieźle i jest bardzo bezpieczne, co także widziałam na własne oczy.
Niedawno odkryłam, że podobnie w tej kwestii myśli Janusz Korwin-Mikke, który na platformie X celnie podsumował białoruski spektakl z wyborami.
«Konkretnie prezydent Białorusi powiedział, że lepsza białoruska dyktatura, niż ukraińska d***kracja. Święta prawda! Tylko dlaczego WEkscelencja co kilka lat urządza wyborcze szopki, składając tym samym hołd bożkowi d***kracji i pozwalając wszelakim warchołom na prowadzenie „agitacji wyborczej” czyli anty-rządowej demagogii? Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B.
Niech WEkscelencja odwoła wybory, ogłosi się dożywotnim Dyktatorem – a jeszcze lepiej: Regentem WX Białoruskiego. Dziedzicznego. I tak rosyjscy politolodzy uważają WEkscelencję za Litwiniuka, czyli przedstawiciela WX Litewskiego. I wtedy nikt nie będzie miał pretensji – gdyż z Prawdą ciężko się walczy. I łatwiej będzie bronić się przed zakusami Rosji – bo kto się zgodzi przyłączyć Rosję do Wielkiego Księstwa? (…)».
Tymczasem już za kilka dni Aleksander Łukaszenka ponownie wygra w cuglach. Pewnie znowu znajdzie się jakaś część niezadowolonych Białorusinów, bo jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Na Zachodzie (chyba już tylko w Polsce będzie komuś się chciało) coś tam pokrzyczą o sfałszowaniu wyników (choć głosów nie liczyli) i na tym się skończy. Euromajdanu w Mińsku nie będzie.
Władze III RP ponownie nie uznają wyborów na Białorusi i ponownie kompletnie nic w ten sposób nie osiągną. Prezydent Andrzej Duda znowu zachowa się jak cham i prostak, bo nie pogratuluje prezydentowi sąsiedniego kraju.
Swoją drogą, niedawno Duda znowu udowodnił, że nie ma pojęcia o dyplomacji. Nie stanął do wspólnego zdjęcia na szczycie klimatycznym w Azerbejdżanie, który zgromadził przywódców z wielu państw świata. Powód? Nie chciał być na fotografii z Łukaszenką.
Zdumiewające, że prezydentowi Polski przeszkadza dyktator zza miedzy, który wsadził za kratki towarzystwo podżegające do obalenia władzy. Tymczasem nie przeszkadza mu przywódca państwa okupującego Palestynę, który jest odpowiedzialny za zamordowanie kilkudziesięciu tysięcy niewinnych mieszkańców Strefy Gazy.
Andrzej Duda nie chce podać ręki prezydentowi sąsiedniej Białorusi, który nieprzerwanie wyraża gotowość do wznowienia dialogu z Polską (co byłoby z korzyścią dla Polski). Jednocześnie ten sam Andrzej Duda publicznie zadeklarował parasol ochronny dla premiera Izraela Binjamina Netanjahu, który jest ścigany za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości.
Czy potrzeba bardziej dobitnych dowodów na to, że Polską nie rządzą Polacy?
Co planuje globalistyczna klika z Davos? [Raport PCh24.pl]
22 stycznia 2025 https://pch24.pl/co-planuje-globalistyczna-klika-z-davos-raport-pch24-pl/
(Oprac. PCh24.pl)
Choć Klaus Schwab przestał bezpośrednio kierować Światowym Forum Ekonomicznym, to duch i myśl przyświecające spotkaniom w Davos pozostały niezmienne. Wciąż mamy do czynienia z reprezentacją politycznych i biznesowych elit, współpracujących w imię idei kapitalizmu interesariuszy, IV rewolucji przemysłowej i Wielkiego Resetu.
Ich wspólnym mianownikiem jest zaś nieograniczona, umożliwiona dzięki nowoczesnej technologii, władza.
Szumnie zapowiadany „Wielki Reset”, czyli rewolucja społeczno-ekonomiczna dokonywana w imię naprawy świata po pandemii COVID-19 wydaje się odchodzić do lamusa. Informacji o ogłaszanej z przytupem idei próżno szukać na samych stronach WEF, a twarz Wielkiego Resetu, odchodzi w niesławie z kierownictwa forum z Davos. Myli się jednak ten, kto sądzi, że wraz z wycofaniem Klausa Schwaba, zmianie ulegają priorytety globalistów. Jak rasowi marksiści, również „ludzie z Davos” osiągnęli mistrzostwo w przepoczwarzaniu i rebrandingu.
Ostatnie postępy w rozwoju sztucznej inteligencji jedynie potwierdzają to, co Schwab zapowiadał pisząc IV Rewolucję przemysłową. Postęp technologiczny ma służyć koncentracji władzy, a algorytmy generatywne wspierać kastę zarządzającą. Doskonałe narzędzie optymalizacyjne odpowiadać będzie za kontrolę przepływu informacji; w tym transakcji finansowych, energii, a nawet potrzeb, marzeń, aspiracji i wszelkich zamiarów podłączonego do sieci człowieka. Nadchodzi era inteligentnych algorytmów – jak mawiał Harari – „znających cię lepiej niż ty sam”.
Jak zauważyło Forum w 2016 r., ponad 80 proc. ludzkości należy do jakiejś grupy wyznaniowej. Zatem bez zaangażowania instytucji religijnych, na czele z Kościołem katolickim, nie będzie możliwe dopięcie systemu absolutnej kontroli. Globaliści zdają sobie sprawę, że tylko niezachwiana wiara jest w stanie wyrwać człowieka z technologiczno-ideolgicznej sieci zależności. Dlatego od samego powstania Forum budują silne związki z postępowcami w łonie Kościoła, a efektem ich mrówczej i wieloletniej pracy jest m.in. dzisiejszy chaos doktrynalny i rewolucja synodalna.
Zarysowane powyżej problemy doskonale rozwijają eksperci wystepujący w najnowszym filmie dokumentalnym PCh24,pl pt. „Klaus Schwab. Czarodziej z Davos”. W czwartej odsłonie cyklu „Władcy Świata”, reżyser Piotr Relich wraz z ekipą filmową udają się do Davos, by z bliska spróbować przyjrzeć się omawianym szeroko zagadnieniom.
JUŻ DZISIAJ NA KANALE PCH24TV na YOUTUBE PREMIERA FILMU. ZAPRASZAMY.
Jeszcze nie tak dawno prognozy dotyczące rozwoju sektora aut elektrycznych były bardzo entuzjastyczne. Szybko jednak okazało się, że europejski optymizm wynikał m.in. z systemów dopłat. Teraz także i Chiny spowalniają. Jak zatem będzie wyglądał rynek aut bateryjnych w roku 2025?
Tempo miały tu nadawać Chiny. Ale jak zauważa serwis motoryzacja.interia.pl, prognozowana w Państwie Środka produkcja „elektryków” przewyższające auta spalinowe, nie jest już oczywistością. Jak czytamy, w Chinach – licząc rok do roku – rynek „elektryków” wzrósł o 40 proc. Ale raport biura analitycznego HSBC wskazuje, że w 2025 roku nastąpi gwałtowne, w dużej mierze naturalne, spowolnienie.
A to nie jedyny czynnik, bo i w Chinach wygaszane są subsydia i planowany jest podatek od zakupu e-auta.
Podobny scenariusz widzieliśmy w Europie. Konsumenci byli zainteresowani autami bateryjnymi, gdy były one obłożone dodatkowymi premiami. Z czasem popularność takich samochodów spadała z powodu wysokiej utraty wartości rynkowej, małej praktyczności i zerowego zainteresowania takimi pojazdami na rynku wtórnym – co zresztą wpędziło dealerów e-aut w niemałe kłopoty finansowe.
Jednak Chiny, mają dodatkowo swoje problemy – to nadpodaż e-aut i wewnętrzna wojna cenowa o klienta. Sytuacja jest tak napięta, że kilka mniejszych, popularnych marek może zostać wyeliminowanych.
Wobec tych problemów, eksperci prognozują, że rozpędzone Chiny w roku 2025 nadal będą notowały wzrost sprzedaży samochodów elektrycznych, ale zostanie on znacząco wyhamowany.
Warto dodać, że dotąd nie branym pod uwagę w analizach czynnikiem na rynku e-aut były wydarzenia w USA. A prezydent Donald Trump zapowiedział powrót do paliw kopalnych i wolność w zakresie wyboru pojazdu, jakim Amerykanie chcą się poruszać. Zwiększenie wydobycia ropy, a co za tym idzie niższa cena paliwa, z pewnością sprawi, że klienci mniej chętnie spoglądać będą na elektryczne auta.
(Fot. Papież Franciszek / fot. Flickr / Mazur/catholicnews.org.uk)
Papież Franciszek spotkał się w styczniu z delegacją buddystów z Mongolii. W przemówieniu powitalnym nie wspomniał ani słowem ani o Jezusie Chrystusie, ani nawet o Bogu Ojcu. Mówił za to o sobie i buddystach jako ludziach „wpatrzonych w niebo”.
Papież Franciszek już szereg razy przyjmował w Watykanie delegacje buddystów. Zdarzało się, że mówił przy tym o Panu Jezusie Chrystusie, jakkolwiek zwykle zestawiał go z Siddharthą Gautamą tzw. Buddą, wskazując, że zarówno Zbawiciel jak i tzw. Budda zabiegali o pokój. Tym razem poszedł w dialogizmie jeszcze dalej. Nie wspomniał o Panu Jezusie nawet słowem. Nie powiedział nic również o Bogu, ograniczając się do ogólnych sformułowań na temat „religijności” oraz „patrzenia w niebo”.
Franciszka 13 stycznia odwiedził przełożony buddyjskiego klasztoru w Ułan Baton w towarzystwie innych buddystów; był z nim również kardynał Giorgio Marengo, prefekt apostolski w Mongolii.
Papież wspomniał w przemówieniu swoją wizytę w Mongolii w 2023 roku. Powiedział, że jej punktem kulminacyjnym było „spotkanie międzyreligijne, gdzie zastanawialiśmy się nad głęboką duchową tęsknotą wszystkich mężczyzn i kobiet, którą można porównać do szerokiej grupy braci i sióstr podróżujących przez życie z oczami utkwionymi w niebo”. „Dlatego witam was teraz jako brat was wszystkich w imię naszego wspólnego religijnego poszukiwania” – stwierdził, cytując samego z siebie z przemówienia 2023 roku.
Następnie biskup Rzymu zachwalał „odrodzenie religijne” w Mongolii, polegające na stopniowym odchodzeniu od sowieckiego ateizmu na rzecz powrotu do buddyjskich i pogańskich tradycji religijnych wcześniejszych czasów.
Franciszek wskazał, że w tym roku „w tradycji chrześcijańskiej” odbywa się Rok Jubileuszowy, który jest „czasem pielgrzymek, pojednania i nadziei”. Z okazji Roku Świętego wezwał do realizacji „wspólnych zadań – budowania bardziej pokojowego świata, który wzmacnia harmonię między ludźmi i wewnątrz naszego wspólnego domu”. Stwierdził, że „religijny przywódcy, zakorzenieni w sobie właściwych naukach, ponoszą odpowiedzialność za zachęcanie ludzkości do odrzucenia przemocy i przyjęcia kultury pokoju”.
Wyraził wreszcie przekonanie, że wizyta buddystów w Rzymie będzie okazją do pogłębienia współpracy na rzecz „promowania społeczeństwa opartego o dialog, braterskość, wolność religijną, sprawiedliwość i harmonię społeczną”. Zachęcił buddystów do utrzymywania relacji z Kościołem katolickim w Mongolii celem „pokoju i dobrostanu wszystkich”.
Na koniec zapewnił buddystów o „najlepszych, modlitewnych życzeniach”.
Katolicki Uniwersytet Lubelski oraz chanukija. / Foto: LLEW, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons/Pixabay (kolaż)
Relacje chrześcijańsko-żydowskie w ostatnich latach znacznie się poprawiły, dlatego ten międzyreligijny dialog należy kontynuować – podkreślili w środę uczestnicy obchodów Dnia Judaizmu na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
– Ten dialog jest zawsze bardzo ważny, ale szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy mamy tyle wojen, nienawiści, niepokojów, tyle podziałów między ludźmi, powinniśmy budować to, co nas łączy – powiedział metropolita lubelski abp Stanisław Budzik.
Podkreślił, że chrześcijan i żydów łączy wiele, a wzajemnemu porozumieniu służy ten obchodzony już od 28 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim, który gromadzi coraz więcej uczestników i podejmuje coraz to nowe tematy. Wskazał na funkcjonujące na KUL Centrum Relacji Katolicko-Żydowskich im. Abrahama J. Heschela, które – jak zaznaczył – „otwiera na ten dialog, żeby go pogłębiać i żeby przynosił dobre owoce pokoju i pojednania”.
[Czemu nie ma Centrum im. Ks. Trzeciaka?? md]
W ocenie rabina i kantora Symchy Kellera w ciągu ostatnich lat dokonał się „gigantyczny postęp” w relacjach chrześcijańsko-żydowskich. Wspominał on, że kiedy w 1992 roku objął funkcję rabina Łodzi o wzajemne porozumienie było bardzo trudno, jak twierdził, głównie z powodu dużych braków podstawowej wiedzy o tym, co dzieli i co łączy obie te religie.
– Obecnie wiedza jest dużo większa i to jest bardzo widoczne. Ja często biorę udział w spotkaniach w małych miejscowościach i to jest piękne, że z ludźmi się tam rozmawia, oni zadają pytania. Te uprzedzenia są widocznie mniejsze i zamienia się to w chęć wzajemnego poznawania – powiedział.
The pleasure of drinking alcohol is deeply engraved in our culture. Whether used for festive toasts or quiet evening reflections, enjoying a bottle of wine enriches our lives, culture and relationships.
However, wine and alcohol have their enemies. Some claim that even moderate drinking may be potentially carcinogenic. The government has recently joined these voices, recommending warning labels on all bottles with little distinction between temperate and excessive drinking.
The new government labeling demand created sensational headlines that went beyond scientific conclusions. Indeed, the National Academies of Sciences, Engineering, and Medicine have done extensive research on the effects of alcohol on the human body.
Although these reports acknowledge the risks of excessive alcohol consumption, they draw no solid conclusion that moderate drinking—that is, one drink per day for women and up to two for men—has a direct relationship to cancer. Much more nuance is needed to reach a proper conclusion about moderate drinking.
This approach is lacking in Surgeon General Vivek Murthy’s latest warning. He appears obsessed with outdoing Anthony Fauci in politicizing science and eroding public trust in health leadership. His statement on alcohol consumption is a dramatized 22-page report urging cancer warnings on alcohol—a development dutifully repeated by the media but without the nuance or care the topic deserves.
He could have addressed much more significant public health issues that are a threat to society, such as abortion, suicide, gender reassignment surgeries, euthanasia or teenage recreational drug use. However, these hot-bottom moral issues do not serve the administration’s leftist agenda.
Murthy’s report ominously claims that for certain cancers, “evidence shows that this risk may start to increase around one or fewer drinks per day.” Notice the word “may.” While the connection between heavy drinking and cancers like throat and mouth cancer is well-documented, the evidence for moderate consumption remains tenuous at best.
Here’s the ironic twist: Two weeks ago, The National Academies of Sciences, Engineering and Medicine published a more than 200-page congressionally mandated review. This comprehensive report examined the health effects of moderate drinking—defined as up to one drink a day for women and two for men—and its conclusions mostly contradict Dr. Murthy’s bombastic and attention-grabbing claims. This rigorous study was conveniently swept under the carpet while Murthy’s sound bites made the rounds.
It’s fair to ask: Why do our nation’s leading public health voices seem so inclined to stoke fear instead of engaging in balanced discussions of the science? Both sides should be presented if we are to follow the leftist mantra of “following the science.”
The argument favoring temperate alcohol consumption is not limited to scientific speculations. There are cultural and religious grounds to see how alcohol has enriched society and civilization. It has played an important role.
Alcohol’s symbolic role in tradition, for example, is expressed in Psalm 103:15, which says wine serves “to cheer the heart of man.” If alcohol were harmful, it would not appear in such revered texts as a symbol of joy and comfort.
Consider the life and works of Our Lord Jesus Christ, who performed two miracles with wine. The first was His changing water into wine at the wedding in Cana. This was a deliberate act of charity that aided in the joyous celebration of a marriage.
The second and most impressive miracle was when Our Lord turned wine into His Body, Blood, Soul and Divinity in the first Holy Sacrifice of the Mass, the Last Supper. It is absurd to suggest that Our Lord and Savior, the God-Man, knowingly used a harmful drink. The recent finding contradicts centuries of moderate use and religious celebration.
If wine itself were inherently toxic, even in moderation, it would contradict the testimony of these miracles and Christ’s perfection.
For millennia, alcohol has represented abundance, blessing and social convivium. To suddenly see alcohol as an evil is absurd. To do so based on such scanty evidence is even more irrational.
Of course, the real danger has always lied not in the substance itself but in its abuse. The intemperance found in excessive and reckless behavior is where health issues arise. The science is straightforward and incontestable. Such drinking causes not just cancer but liver disease, heart problems and even mental health issues. Moderation, however, operates in an entirely different realm.
Indeed, almost anything becomes dangerous when abused or used in excess. Sugar, for example, makes our food sweeter and energizes human activity. However, when overconsumed, it contributes to universal health crises, including diabetes and obesity. Sugar should not be eliminated; it should be used in moderation.
The war on wine and other drinks is much more an attack on civilization. Our common historical and cultural connection with alcohol can reflect refinement and developing tastes and manners. The pleasure of clinking glasses with friends at Christmas, the comfort of a cocktail at a family dinner, or even the careful pairing of wine with a perfectly prepared meal contribute as much to our mental well-being as a balanced diet. It enriches our social lives and broadens our cultural horizons.
It is not the occasional glass of Chablis or the celebratory pint of Guinness that derails us, but rather, when we drink without balance. The elephant in the room is intemperance. Alcohol, when consumed temperately, shared in moments of celebration, enjoyed consciously and never abused, stands as a remarkable testament to life’s legitimate pleasures.
To condemn moderation in its consumption as inherently harmful is to ignore scientific evidence, centuries of Catholic culture, the refinement of excellence and the occasional miracle.
If we are to wage war on the effects of alcohol, our aim shouldn’t be at the glass itself but squarely at abuse. After all, it is within balance that our spiritual, emotional and psychological health flourishes.
The Dangerous Appearance of the “Cultural Christian”
A new figure is appearing on the political horizon that does not bode well for the conservative movement in America. That figure is the cultural Christian.
For decades, culture and Christians have been associated with the Culture War centered on the hot-button issues of abortion, marriage and other moral topics. Christianity provided the dynamic component in this war, bringing many a victory to the conservative movement. What made this effort effective were Christians who refused to compromise on morals and faith.
The Rise of the Cultural Christian
The new cultural Christian represents an entirely different mixture of culture and faith. Such individuals do not see religion as a profession of faith or even the following of a moral code. They do not practice but merely identify with the faith.
Theirs is a secularized Christianity that is reduced to a “cultural identity marker” without any special spiritual commitment. Their attachment to Christianity is limited to those cultural values that prove helpful in opposing today’s suffocating woke agenda and liberal culture. Thus, they have little regard for adoration of the One True God or faithful obedience to His Law. These newcomers tend to abandon the old Culture War.
This misguided strategy of promoting these shallow Christians will end in disaster. This trend dilutes the Christian message so that cultural Christians enjoy all the trappings of Christianity without the observance of its strict moral code.
What makes the trend so dangerous is just how little it takes to be a cultural Christian. The label can apply to just about anyone under the least pretext. Those who show any slight sympathy for vague Christian values can earn the title. Even the most scandalous personal life can be overlooked when pursued with this moniker.
Thus, the cultural Christian label applies to a vast array of positions that radically depart from traditional Christianity.
For example, the most noted self-identified cultural Christian is Elon Musk. He is reported to be the father of twelve children (eight through IVF {in vitro}) from three women. He is heralded as part of this movement because he says he „appreciates some vague Christian values”.
Others do not even have to self-identify as a cultural Christian to qualify. It is enough for celebrities and influencers to make offhand religious comments to have people grant them the cultural Christian badge. This is the case of the foul-mouthed podcaster Joe Rogan, who some see as a cultural Christian because he recently told one guest, “We need Jesus.”
One need not be Christian to be a cultural Christian. It suffices to be spiritual. Despite his Hindu bona fides, proclaiming “God is real” at a campaign stop earned Vivek Ramaswamy a place in the ranks.
Finally, a person does not even need to believe in God to be a cultural Christian. The supreme example is famous atheist Richard Dawkins, who now self-identifies as a cultural Christian because he thinks Christianity does some good in society. He is joined by the atheist pop Jungian psychologist Jordan Peterson, who resonates with some Christian tenets but never converts.
Such shallow commitments to Christianity and corresponding questionable personal lives can never play the transformative role needed to bring about profound changes in society.
Putting Religion into a Cultural Box
The rise of the cultural Christians reflects an effort to shift the narrative from religious and moral issues toward cultural perspectives. These figures admit there is nothing wrong with religion as long as it fits into a cultural box.
“We should understand religion, not as the moral foundation upon which the nation’s culture and morality are constructed,” writes national conservative writer Oren Cass, “but as the form into which many ideas and much experience were poured—shaping them and holding them upright.”
Thus, religion becomes an identity, a label or a box with a great cultural value but without any need for faith or morals. Cultural Christians claim this framework helps both believers and non-believers oppose the corrosive forces of woke ideologies and chaos that threaten the world.
Cultural Christians, especially non-believers, embrace the immensely fruitful cultural effects of Christianity without returning to the cause. They see no need to worship God or keep His Law. Changing the external culture suffices.
Excluding God from History
This conclusion is where the cultural Christians go wrong. By limiting themselves to promoting the effects of Christianity, they effectively exclude God and His action upon society from the debate.
Thus, the reaction to woke tyranny is gutted of its most dynamic elements. As Catholic thinker Prof. Plinio Corrêa de Oliveira notes, the grace of God and the practice of virtue are the driving forces of any counter-revolutionary reaction.
In cultural Christianity, all official recourse to God is discarded in this secular vision that denies supernatural reality and forces Christians to act as if God does not exist.
But, of course, God does exist, and in His Providence, He safeguards His people. Christians should act accordingly by embracing, not denying, His action.
There can be no Christianity without Christ. From the very beginning, Christians have always changed the culture. However, the greater danger is when a secularized culture pretends to be friendly and tries to change Christians to its image and likeness.
Zapraszamy do Siedlec 26 stycznia, niedziela, na 99 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
[z książki Vladimira Volkoff, „Kroniki anielskie”, dwunasta nowela, Wyd. KKK]
Kiedy Richter (nazwijmy go tak – był to jeden z jego niezliczonych pseudonimów: IIjin, Starik, Frei, Pietrow, Mayer, Jordanow, Miiller, Tulin, Peterburżec i wiele innych [my znamy go pod skywą LENIN – md), a więc, kiedy Richter stanął przed nami, zaparło nam nasz anielski dech. Stał tak – krępy, kiwając się na przykrótkich nogach, z dłońmi wetkniętymi pod pachy i łokciami wystawionymi na zewnątrz niczym płetwy, zupełnie nie zbity z pantałyku, a my wiedzieliśmy, że to jest właśnie człowiek, który uczynił na świecie najwięcej zła, ale z jego postaci biła taka energia, że to my prawie mieliśmy poczucie winy.
[…]
Za życia Richter wynalazł obozy koncentracyjne, usunął domniemanie niewinności z procesu karnego, systematycznie zarządzał masowe egzekucje, podejrzenie uznawał za dowód, domagał się bezustannego nasilania represji, głodził lud [..]
– No, dobrze – rzekł Zehanpwju – wierzył w przymus i zniewolenie. Nie on jeden. Muszą istnieć jakieś okoliczności łagodzące. Z pewnością sądził, że ma do wykonania jakąś wielką misję, a u ludzi tak już jest, że nie da się zrobić omleta, nie rozbijając jajek.
– W jego przypadku – odparł Munkar – nie było omleta. Za to całe mnóstwo rozbitych jajek.
Spytany o zdanie, Anioł Stróż przyznał, że w tym przypadku trudno nawet mówić o pomyśle na omlet.
Richter, który był ignorantem zarówno w dziedzinie filozofii, jak i ekonomii politycznej, zaadaptował doktrynę starego, brodatego satanisty, całkiem zresztą nieaktualną w nowych strukturach społecznych, wyłącznie po to, żeby stała się siłą napędową rewolucji, która była dla niego celem samym w sobie. Cytował swoich mistrzów jak niepodważalne autorytety, ale wybierając jedynie to, co mu akurat pasowało. Jego ulubione hasło – “dyktatura proletariatu” – było jedynie pretekstem do rewolucji. Nawiasem mówiąc, w jego dziełach słowo “proletariat” zawsze pojawia się w dopełniaczu i nigdy nie jest podmiotem, co pokazuje, że w ludowych masach widział raczej środek niż cel. Tak naprawdę, Richter nie wierzył, że zwycięży i nie był przygotowany do rządzenia. Ale gdy się znalazł na szczycie, jego celem stało się utrzymanie na nim. “To nie moja wina” – zakończył Anioł Stróż.
– Mimo wszystko, zelektryfikował wieś – zauważył Zehanpurju.
– Elektryfikacja zaczęła się już za cara – odpalił Munkar, który skrupulatnie przestudiował dossier. – I czy nie jest prawdą – dorzucił – że pod koniec życia Richter miał kilka wylewów krwi do mózgu i stał się umysłowo niepełnosprawny (miał kłopoty z mnożeniem), a mimo to nie wypuścił z rąk władzy i nadal uparcie rządził milionami ludzi?
– To prawda – przyznał Anioł Stróż – ale to nie moja wina.
————–
[str. 282 md]
Minęło kilka tysiącleci – sam nie wiem, ile. Świat zbliżał się do końca. Co jakiś czas Anioł Stróż schodził na dół, do piekła, żeby nieśmiało spytać Richtera, czy nadal uparcie odrzuca miłość, a Richter niezmiennie odpowiadał: – Tak, nie chcę o niej słyszeć.
Tu trzeba-zaznaczyć, że piekło nie wygląda tak, jak je sobie ludzie wyobrażają, a dantejscy potępieni, którzy wyrywają sobie kawałki ciała lub pożerają swe mózgi, należą raczej do rzadkości. Kotły z wrzącą smołą też zdarzają się niezbyt często. Najokrutniejszą torturą jest absolutna nieobecność Boga (żyjący też jej niekiedy doświadczają, tyle że na Ziemi nie jest ona absolutna). Na Richterze jednak zdawała się ona nie robić zbytniego wrażenia i Diabeł, rozpoznając w nim kolegę po fachu, traktował go nad wyraz uprzejmie. Skutek? Podobnie jak śmiertelne ciało Richtera nie zostało przez jego wyznawców powierzone ziemi, ale zabalsamowane i w postaci bożka-truposza złożone w trumnie z kuloodpornych szyb w porfirowym mauzoleum, tak samo jego nieśmiertelna dusza przebywała zamknięta w Pałacu Nieodkupionej Winy – wiecznej replice doczesnego grobu.
A koniec świata zbliżał się nieubłaganie.
Aniołowie zajęci byli oddzielaniem dobrego ziarna od plew i składaniem tego pierwszego w Spichlerzach Bytu oraz wrzucaniem tych drugich w otchłań. Dusze, które skazane zostały niegdyś na oczyszczający ogień, opuszczały go jedna po drugiej i niczym bańki mydlane wzlatywały ku niebu, żeby tam cieszyć się wreszcie widokiem nieskończenie dobrego Boskiego Oblicza. Wkrótce na dole zostało już tylko kilku najbardziej zatwardziałych przestępców, ale i ci, wyznawszy swe winy, doczekali się przebaczenia i z wdzięcznością odnaleźli swoje miejsce w niebie. Dawną ziemię zastąpiła nowa ziemia, dawne niebo – nowe niebo, Jerozolima niebieska o jaspisowych murach i złotych domach, fundamentach z drogich kamieni i dwunastu bramach z pereł, zeszła z firmamentu, wystrojona niczym oblubienica dla swego oblubieńca. Krótko mówiąc, nadszedł czas, by położyć kres obecnemu eonowi, zamykając piekło. Ale nie można było tego zrobić, dopóki przebywał tam ostatni człowiek – Richter. Jego Anioł Stróż miał się do niego udać i wyciągnąć go stamtąd za wszelką cenę. Już nie wymagano od Richtera, żeby się nawrócił, byle tylko opuścił to miejsce i całkiem za darmo poszedł się cieszyć Bożą chwałą.
W Pałacu Nieodkupionej Winy Richter, ubrany w garnitur ze sztucznym gorsem, leżał na materacu z czerwonego jedwabiu, z jedną ręką na piersi, a drugą wzdłuż ciała.
– A, jesteś, głupku – rzekł z głębi swej przezroczystej trumny. – Dawno już nie miałem nieprzyjemności cię widzieć. No co, gamoniu? O czym znowu będziesz mi truł?
– Przybywam, aby cię poinformować – odparł anioł dyplomatycznie – że czas zmazuje wszystkie winy, nawet zbrodnię Orestesa, nawet twoją. Człowiek, istota skończona, nie jest w stanie grzeszyć w nieskończoność. Zatem musi być i koniec dla jego kary. Możesz uznać, że ci wybaczono. Chodź, dołącz swą radość do radości całego stworzenia. Na ziemi nie ma już zła, jagnię i lew spoczywają obok siebie, a wszystko lśni Bożym światłem.
– Te ludowe rozrywki – odrzekł Richter – zawsze mnie nudziły. Mam w nosie twoje karnawałowe światełka. Półmrok, który tu panuje, bardzo mi odpowiada. A co do Boskiego wybaczenia to uważam, że twój Bóg jest impertynentem, skoro śmie mi wybaczać wbrew mojej woli.
– Nic nie rozumiesz – upierał się anioł. – Tam, w górze, jesteśmy szczęśliwi – i ludzie, i anioły. Wszyscy się kochamy i śpiewamy wspólnie na Bożą chwałę. Ludzie stali się tacy, jacy byli przed upadkiem. Jeśli stąd wyjdziesz, sam siebie nie poznasz – będziesz dobry i szczęśliwy. Tak, tak, nawet ty, Richter! Powinieneś zobaczyć, jakie kozły fika stary Adam, gdy Izrafel gra na trąbie! Tu już naprawdę nie masz nic do roboty.
– Przeciwnie, mam. Mówię Bogu nie.
Anioł rozzłościł się.
– Wykorzystujesz to, że piekło się ucywilizowało. Chciałbym cię tutaj widzieć w czasach, kiedy diabły przypiekały pięty grzesznikom.
– Och, wtedy z pewnością od razu poprosiłbym o litość, ale czy nie rozumiesz, że właśnie w tym tkwiłoby moje zwycięstwo? Bo jakaś część mojego jestestwa i tak mówiłaby Bogu nie, a ta maleńka cząstka wystarczyłaby za całą moją rację.
Odmowa Richtera została przekazana drogą służbową do Uriela, regenta Słońca i Bożego Płomienia, anioła obecności i archanioła zbawienia. Ten wezwał najpierw Pedaela, anioła wybawienia.
– Idź i wybaw Richtera.
– A jeśli odmówi?
– Jesteś aniołem, mój drogi. Musisz sobie jakoś poradzić.
Richter jednak oznajmił, że nie chce zostać wybawiony, bo nigdzie nie czuje się tak wolny jak tam, gdzie Boga nie ma. Nie rozumieliśmy, jak może być tak uparty i leżeć pokurczony w ciemnościach, gdy świat oświetla słońce prawdy. Pedael nic nie wskórał.
Ponieważ takie podejście wydało się Urielowi skrajnie głupie, […]
[Resztę mogą państwo przeczytać kupując tę książkę, lub – wersja dla oszczędnych – poczekać trochę, to już chyba niedługo, sami się przekonacie o wyniku.. MD]
Prezydent USA Donald Trump uczestniczył we wtorek rano w Narodowym Nabożeństwie Modlitewnym. Jedna z „biskupów episkopalnych” Marianne Budde zaapelowała do amerykańskiego przywódcy, aby okazał miłosierdzie imigrantom oraz mniejszościom seksualnym. – Jej wystąpienie było bardzo nudne i mało inspirujące – napisał w odpowiedzi Donald Trump na Truth Social.
Prezydent USA Donald Trump / PAP/EPA/AARON SCHWARTZ
Podczas wtorkowego nabożeństwa modlitewnego w Katedrze Narodowej w Waszyngtonie, jedna z „biskupów” episkopalnych Marianne Budde zaapelowała do prezydenta Donalda Trumpa, aby ten „zlitował się” nad imigrantami.
Proszę, zlituj się nad ludźmi w naszym kraju, którzy teraz się boją. Mogą nie być obywatelami ani nie posiadać odpowiednich dokumentów, ale zdecydowana większość imigrantów nie jest przestępcami – zaapelowała Marianne Budde. Podkreśliła również, że „geje, lesbijki i osoby transpłciowe są w rodzinach demokratów, republikanów i niezależnych”. Stwierdziła, że teraz „boją się o swoje życie”.
Zwróciła się także do Trumpa o miłosierdzie dla nielegalnych imigrantów, zauważając, że to oni wykonują prace nisko-kwalifikowane i usługi w Stanach Zjednoczonych.
Ludzie, którzy zbierają nasze plony, sprzątają nasze biura, pracują na fermach drobiu i w zakładach mięsnych, zmywają naczynia po naszych posiłkach w restauracjach i pracują na nocnych zmianach w szpitalach, mogą nie być obywatelami ani nie mieć odpowiednich dokumentów – podkreśliła biskup episkopalna.
Zdecydowana większość imigrantów to nie przestępcy. Proszę cię o miłosierdzie, panie prezydencie, dla tych osób w naszych społecznościach, których dzieci boją się, że ich rodzice zostaną zabrani – dodała.
Odpowiedź Donalda Trumpa na apel biskup Budde
Amerykański przywódca postanowił odpowiedzieć na apel biskup episkopalnej Marianne Budde, nazywając ją „radykalnie lewicowym zagorzałym przeciwnikiem Trumpa”.
Tak zwany biskup, który przemawiał[-a] we wtorek rano na Narodowym Nabożeństwie Modlitewnym, była radykalnym lewicowym zagorzałym przeciwnikiem Trumpa – napisał na Truth Social.
Wprowadziła swój kościół do świata polityki w bardzo niegrzeczny sposób- podkreślił Donald Trump.
Zdaniem Donalda Trumpa, biskup Marianne Budde nie była „przekonująca ani mądra”. Zauważył również, że w jej kazaniu zabrakło informacji o przestępstwach, które mają dokonywać w USA nielegalni imigranci.
Była wstrętna w tonie, nie przekonująca ani mądra. Nie wspomniała o dużej liczbie nielegalnych imigrantów, którzy przybyli do naszego kraju i zabili ludzi. Wielu z nich zostało przeniesionych z więzień i zakładów psychiatrycznych. To gigantyczna fala przestępczości, która ma miejsce w USA – zaznaczył amerykański przywódca.
Prezydent USA podkreślił również, że powinna ona przeprosić amerykańskie społeczeństwo.
Oprócz jej nieodpowiednich wypowiedzi, nabożeństwo było bardzo nudne i mało inspirujące. Ona nie jest zbyt dobra w swojej pracy! Ona i jej kościół są winni przeprosiny opinii publicznej – napisał Trump.
Donald Trump podpisał kilkanaście dokumentów
W poniedziałek Donald Trump został zaprzysiężony na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wcześniej na 50. wiceprezydenta USA został zaprzysiężony JD Vance. 40-letni polityk został jednym z najmłodszych wiceprezydentów w historii USA.
Amerykański przywódca zdążył podpisać co najmniej kilkanaście dekretów i dokumentów, które dotyczą m.in. ogłoszenia stanu wyjątkowego na granicy z Meksykiem (zniesienie prawa ziemi dla nielegalnych imigrantów), wyjścia ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), zapewnienia kary śmierci dla zabójców policjantów i zabójców nielegalnych imigrantów, wstrzymujące egzekwowanie ustawy o TikToku i ułaskawiające wszystkich skazanych za szturm na Kapitol.
================================
mail:
Na fotografii widać, że owa biskupka nie nosi krzyża chrześcijańskiego, ale znak egipski Ankh. Jest to hieroglif, który oznacza życie. Ankh w starożytnym Egipcie był symbolem płodności, a jego kształt jest symbolem kobiecego łona. Jako symbol życia ma zapewniać dostatnie i wieczne życie.
Szczerze mówiąc, jest to system, w którym firmy ubezpieczeniowe mogą promować narrację o zmianie klimatu, po prostu odmawiając pokrycia kosztów nieruchomości, które są „zagrożone przez zmianę klimatu”. To spowoduje, że ludzie opuszczą pewne obszary (i przeniosą się do miast). Ci ludzie zostaną oficjalnie wymienieni jako „migranci klimatyczni” i wykorzystani jako dowód na to, że zmiany klimatu mają straszne skutki i że coś trzeba z tym zrobić.
„W tym tygodniu w Nowej Normalności” to nasz cotygodniowy wykres postępu autokracji, autorytaryzmu i restrukturyzacji gospodarczej na całym świecie.
1. Picie mleka jest niepokojące
Pisząc w „Guardianie” – bo gdzież indziej można by ją znaleźć – Arwa Mahdawi pyta…
«Dlaczego tak niepokojący jest widok dorosłego człowieka pijącego zimne krowie mleko?»
Na co jedyną możliwą reakcją jest: „Naprawdę?”
To nie jest nowy mem. Pomysł, że picie mleka jest „dziwne”, „dziecinne”, „nienaturalne” lub „przerażające” istnieje już od lat.
Oczywiście, picie mleka nienabiałowego wcale nie jest dziwne. To normalne, a nawet godne pochwały. Mleko karaluchowe? Jeszcze lepiej.
Agenda jest jasna.
W mniej subtelnym artykule propagandowym The Daily Mail ostrzega, że „życie jest zagrożone”, ponieważ coraz więcej osób wybiera jedzenie masła zamiast „zdrowszej, niskotłuszczowej” margaryny.
Produkty mleczne = złe, na wypadek gdybyś nie załapał o co chodzi.
2. Księżyc jest zagrożony
Księżyc został uznany przez World Monument’s Fund za „zagrożone miejsce dziedzictwa kulturowego”, ponieważ organizacja ta obawia się, że turyści kosmiczni mogą uszkodzić miejsca lądowania na Księżycu.
To jest wyśmienity przykład naszego społecznego szaleństwa.
Nie zamierzam tu wdawać się w szczegóły misji Apollo, ale jeśli przyjmiemy oficjalną wersję wydarzeń, to nie dość, że nikt nie był na Księżycu od 1972r., to na dodatek nie dysponujemy technologią, która by to umożliwiała.
Nikt nie postawił stopy na księżycu od ponad pięćdziesięciu lat. Nikt w tym czasie nawet nie był bliżej niż 200 000 MIL od księżyca, a nagle piszemy prawa dotyczące tego, co robić, jakby podróż na księżyc była nie tylko możliwa, ale tak powszechna, że nasze „zbiorowe dziedzictwo” jest zagrożone.
To jest komiczne.
3. Kwestia UFO nie zniknęła
… a skoro już mowa o kosmosie, to czy wiesz, że w internecie jest nagranie pokazujące odnalezienie UFO?
Kilka dni temu informacja trafiła na pierwsze strony gazet na stronie NewsNation, a następnie stała się viralem, a „sygnalista” przyznał, że znajdował się w odległości 150 stóp od „pojazdu w kształcie jajka”.
I teraz, mainstream nie wsparł tej historii, ale wspomniał o niej, opisując reakcję w mediach społecznościowych, a nie samo wydarzenie. Daily Mail podaje:
«Internet podzielony, gdy w telewizji emitowany jest film o odzyskaniu „jajowatego” UFO»
O możliwości przeprowadzenia operacji psychologicznej z udziałem UFO pisaliśmy już w 2023r., kiedy „sygnalista” David Grosch zeznawał przed Kongresem, że rząd USA odzyskał działającą technologię obcych z miejsc katastrof.
Wygląda na to, że pozostawiają tę opcję otwartą.
BONUS: Zaniedbany temat tygodnia
Davos się wczoraj zaczęło, zauważyłeś? Mieli swój wielki koncert i wszystko inne. Dzisiaj będzie początek poważnej pracy, gdzie ludzie zaczną rozmawiać o rzeczach, które mają znaczenie.
Takie rzeczy jak „w jaki sposób fałszywe narracje i wprowadzające w błąd informacje ewoluowały i wpływały na sytuację polityczną”, co w nowomowie globalistów można zrozumieć jako „dlaczego powinniśmy bardziej cenzurować ludzi”.
Gdzie indziej mówi się o „zagrożeniu pustyniami ubezpieczeniowymi”, czyli o problemie, w którym firmy ubezpieczeniowe zaczynają odmawiać ubezpieczania majątku, który może zostać zniszczony przez ekstremalne zjawiska pogodowe.
Szczerze mówiąc, jest to system, w którym firmy ubezpieczeniowe mogą promować narrację o zmianie klimatu, po prostu odmawiając pokrycia kosztów nieruchomości, które są „zagrożone przez zmianę klimatu”. To spowoduje, że ludzie opuszczą pewne obszary (i przeniosą się do miast). Ci ludzie zostaną oficjalnie wymienieni jako „migranci klimatyczni” i wykorzystani jako dowód na to, że zmiany klimatu mają straszne skutki i że coś trzeba z tym zrobić.
Jak zwykle będziemy wypatrywać wszystkiego, co przerażające i będziemy informować o tym. Spodziewajcie się więcej już wkrótce.
Dzięki odważnej reakcji kobiety kierującej autobusem siedleckiego MPK policjantom udało się ująć agresywnego pasażera, który przystawił 15-latkowinóż do gardła, żądając pieniędzy.
-Zdarzenie miało miejsce 18 stycznia w autobusie miejskim linii nr 21, w rejonie ulicy Brzeskiej. 42-letni obywatel Ukrainy, zamieszkały w Siedlcach, wszczął awanturę z 15-letnim chłopakiem siedzącym przed nim. Napastnik wyciągnął nóż, grożąc chłopcu i żądając pieniędzy. Po zatrzymaniu się autobusu na przystanku, obaj opuścili pojazd, ale kierująca, nie tracąc zimnej krwi, interweniowała. Zdołała sprowadzić sprawcę z powrotem do autobusu, zamykając za nim drzwi i uniemożliwiając ucieczkę, jednocześnie omijając kolejne przystanki i kontaktując się z dyspozytorem MPK – informuje kom.Ewelina Radomyska, rzecznik siedleckiej policji.
Dyspozytor powiadomił policję, a kierująca pojechała bezpośrednio na pętlę autobusową. Na miejscu policjanci z Samodzielnego Pododdziału Prewencji Policji w Ostrołęce obezwładnili napastnika, zabezpieczając nóż oraz odzyskując telefon ofiary, który sprawca ukradł podczas szamotaniny. Badanie wykazało, że napastnik był nietrzeźwy, mając w organizmie jeden promil alkoholu.
42-latek został oskarżony o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, a sąd na wniosek policji i prokuratury zdecydował o trzymiesięcznym areszcie tymczasowym.
Dzięki szybkiej reakcji i zdecydowanemu działaniu kierującej autobusem udało się zapobiec eskalacji niebezpiecznej sytuacji.
Wyglądają tak samo, ale różnią się ceną. Pierwsza toaleta automatyczna kosztowała 274 tys. zł. Powstała siedem lat temu. Teraz za niemal identyczną trzeba zapłacić aż 800 tys. zł. Takie toalety chętnie wybierają mieszkańcy w Budżecie Obywatelskim.
Autor: Piotr Wróblewski / Raport Warszawski, Czytelnik
Internetowy „sukces” toalety w Parku Skaryszewskim skłonił nas do dalszych poszukiwań. Przypomnimy, tamta budowla jest wyjątkowo pechowa. Powstawała w trzy lata, a po drodze występował szereg problemów od budowlanych, przez te związane z pozwoleniami, aż po przyłączenie do prądu na które czekano pół roku.
Budowla w Parku Skaryszewskim to pomysł mieszkańców, wybrany w Budżecie Obywatelskim na rok 2021.
Według kosztorysu koszt budowy to 600 tys. zł. Pozostałe środki przeznaczono na:
projekt – 11,5 tys. zł
roczny koszt utrzymania – 34,4 tys. zł
wykonania oznaczeń – 2,1 tys.
Toaletę zbudowała firma Hamster Polska.
To nie jedyna taka toaleta
Okazuje się, że niemal identyczne toalety zbudowano w wielu miejscach w Warszawie, m.in. na Bielanach i na Polu Mokotowskim. Administruje nimi Zarząd Zieleni, który podaje, że zarządza 29 toaletami automatycznymi (w tym najnowszą – w Parku Skaryszewskim).
Standard ATM (Automatycznej Toalety Miejskiej) miasto przyjęło w 2017 roku. Wtedy zamówiono pierwsze, które kosztowały 274 tys. zł netto. W kolejnym przetargu – na instalację pięciu automatycznych toalet – Zarząd Zieleni założył aż trzy miliony złotych (średnio – 600 tys. zł za sztukę). Wtedy okazało się, że firma Hamster zaproponowała „tylko” 2,179 mln zł, co urzędnicy uznali za „rażąco niską cenę”. Ostatecznie, po odwołaniu w KIO, firma została zakontraktowana (koszt 1 toalety – 435 tys. zł).
Mniej więcej w 2020 roku toalety automatyczne stały się „hitem” Budżetu Obywatelskiego.
Zgłoszono budowę kilkunastu (w pewnym projekcie autor chciał zbudować aż 11 w całej Warszawie). W jednym z wniosków założono, że koszt jednego miejskiego szaletu wyniesie ok. 480 tys. zł. Wyszło sporo więcej. W uwagach do projektu czytamy, że koszt w wymienionych lokalizacjach (Park Morskie Oko i Park Arkadia) to 1,293 mln zł (czyli 646,5 tys. zł za toaletę). Mniej więcej tyle samo kosztował szalet w Parku Skaryszewskim.
Automatyczna toaleta w Parku Żeromskiego / fot. Zarząd Zieleni
Co ciekawe, w 2023 roku zbudowano automatyczną toaletę w parku Górczewska. Wygląda niemal identycznie jak te wymienione powyżej. Również był to projekt z budżetu obywatelskiego. I również wykonała ją ta sama firma (Hamster), ale przetarg zorganizowała dzielnica. Okazało się, że kosztowała mniej, bo 483,5 tys. zł, a w ramach projektu zasadzono także sześć drzew.
Toaleta z milion?
Okazuje się, że inflacja dotknęła również toalety. W tegorocznym budżecie zakontraktowano rekordowo drogie publiczne szalety. Jeden ma stanąć na Bielanach w parku Kępa Potocka, a drugi na Ursynowie – w Parku Cichociemnych. Każdy będzie kosztować po 800 tys. złotych. Nowością są panele fotowoltaiczne, które powstaną na dachu.
Co ciekawe, toaleta na Ursynowie wzbudziła zainteresowanie radnych w ubiegłym roku. Wszystko dlatego, że Zarząd Zieleni zakładał jej wstępny koszt na poziomie… miliona złotych. Wszystko przez konieczność doprowadzenia łącza sanitarnego. Ostatecznie cenę udało się zbić…
Warto słuchać, co rząd ma do powiedzenia swoim poddanym, zwłaszcza, gdy jest to rząd lewicowy. Zawsze można liczyć na rzetelność takich informacji, trzeba tylko posiadać klucze do ich odczytania. Informacje te są bowiem przekazywane na sposób ezoteryczny, językiem gnozy, czyli wiedzy tajemnej dla wybranych. Ci politycy, których podziwiamy na ekranach w Polsce nie są oczywiście tymi wybranymi, chociaż bardzo tego pragną. Prawdziwi wybrani znajdują się daleko poza Polską, ale ponieważ interesy prowadzą w Polsce i w innych krajach, wszędzie tam mają swoich ludzi. Tym z Polski przypadła rola lokajczyków, którą przyjmują z wdzięcznością.
Główny klucz do czytania lewackich wypowiedzi to odwrócenie znaczeń i talmudyczny sposób myślenia, zakładający, że tylko grupa określająca zasady ma prawa, a wszyscy inni – tylko obowiązki w pełnym zakresie, niezależnie od ornamentów słownych. Wszyscy, obciążeni obowiązkami mają dzięki gnostyckiej mowie myśleć, że przyznano im same prawa. Każdy, kto wejdzie w lewackie zasady, ma przed sobą jedną drogę w trzech etapach: początkowa wolność, przejściowe uzależnienie, końcowe zniewolenie. Główne zadanie lewaków polega na zwabieniu ofiar do świata swoich zasad. W tym celu używają odpowiedniego języka, za pomocą którego stwarzają fikcyjną rzeczywistość za pomocą słów.
Przykład gnostyckiej mowy mieliśmy ostatnio w wykonaniu Pani Minister Edukacji Narodowej Barbary Nowackiej (ona sama tytułuje się inaczej, ale nie musimy się do tego stosować). Przekaz gnostycki zakłada dwie prawdy – dla wybranych i dla profanów, różniące się zasadniczo. Dwie wesołe panie – Nowacka i Lubnauer, chichocząc uroczo jak pensjonarki wydawały się być świadome tej antynomii. Po zastosowaniu gnostyckiego klucza możemy tą mowę zrozumieć i my, profani, dlatego wypowiedzi tych pań opiszę dwojako – co mówiły one, i co to znaczy naprawdę.
Konferencja prasowa została zdominowana przez jeden temat – edukację zdrowotną, a raczej seksualną, będącą główną atrakcją nowego przedmiotu. Dowiedzieliśmy się więc, że warszawski rząd, wprowadzający do szkół seks-edukację dąży do pokoju społecznego i spokoju w szkołach, i społeczeństwo tego oczekuje, niestety, działalność szkół zakłócają fanatycy i radykałowie, którzy nie czytali podstawy programowej nowego przedmiotu, tylko posługują się uprzedzeniami i emocjami. Większość przeciwników tego przedmiotu to politycy Konfederacji i część polityków PiS.
Naprawdę zaś jest tak: warszawski rząd zakłóca spokój w szkołach, wprowadzając rewolucję, nie tylko poprzez seks-edukację, ale całościową likwidację polskiej edukacji, aby zastąpić ją unijną. Wymaga to bardzo wielu poważnych zmian dla nauczycieli, uczniów i rodziców. Wszystkie te zmiany są głęboko ideologiczne lewacko. Te ruchy pobudziły opór społeczny, całkowicie oddolny i niezależny od polityków. Wielu z nich wypowiada się na ten temat, do czego mają prawo i obowiązek, natomiast główna część ruchu oporu jest społeczna i pozasystemowa. Nie ma tam żadnego fanatyzmu, są tam ludzie zarówno wierzący, jak i nie. Opór jest mocno podbudowany naukowo, bowiem wielu specjalistów i praktyków przeczytało dokładnie założenia nowego przedmiotu. Są one tak przerażające, że ludzie zdecydowali się wystąpić przeciw działaniom rządu. Ta część wypowiedzi zgadza się tylko co do jednego – radykalizmu społecznego. Cynizm, bezczelność i destrukcyjność działań, wymierzonych w dzieci wywołała reakcję społeczną, której radykalizm rośnie.
Dowiedzieliśmy się następnie, że zajęcia z edukacji zdrowotnej są świetnie przygotowane przez ekspertów i praktyków, a przedmiot służy zdrowiu dzieci i młodzieży i prezentuje najnowszą wiedzę naukową na temat zdrowia i w ogóle nie narzuca światopoglądu. Zajmuje się bowiem sportem, zdrowiem i ruchem, profilaktyką uzależnień, chroni dzieci przed pornografią i seksualizacją. Szkoła dzięki edukacji zdrowotnej będzie więc uczyć, jak się ruszać dobrze i zdrowo. Usunie też dotychczasowe niedomówienia i tabu, zawarte dotąd w WDŻ, który wyodrębniał seksualność z innych sfer życia. Życie młodego człowieka składa się bowiem ze zdrowia fizycznego, psychicznego, diety, ruchu, zdrowia seksualnego. Po naszemu należy to rozumieć następująco: eksperci i praktycy seksedukacji opierają się na pracach innych, dawniejszych ekspertów, niektórzy z nich mieli nawet tytuły naukowe. Nie jest to więc najnowsza wiedza naukowa, ale dosyć już stara, sprzed 70 – 100 lat. Podstawy edukacji seksualnej sformułowali najwyższej klasy dewianci, zboczeńcy, pedofile i szaleńcy, z których każdy miał na sumieniu pokaźne wykroczenia, a niektórzy przestępstwa. Nie dostali się oni pod sąd tylko dlatego, że mieli bardzo możnych sponsorów, którym zależało na takiej właśnie powszechnej seksedukacji.
Celem tego przedmiotu nie jest wcale zdrowie dzieci i młodzieży, ale wiedza systemu o stanie ich zdrowia. Nie jest też celem troska o lepsze życie seksualne młodych ludzi, ale pełna wiedza i kontrola systemu ich życia intymnego. Kto bowiem kontroluje, co człowiek robi w łóżku, z kim i kiedy, ten kontroluje jego życie. Jeszcze niedawno postępowcy krzyczeli, że nie życzą sobie, aby biskupi zaglądali im do łóżek, a teraz chcą wpuścić rządowych specjalistów, urzędników i służby jeszcze głębiej, niż tylko do łóżka. Wołają, że będzie dobrze, bo to nauka. Otóż nie stoi za tym nauka, tylko ideologia i religia. Rząd poprzez szkołę interesuje się całym życiem młodego człowieka. Urzędnicy chcą wiedzieć, jak się czuje fizycznie i dać mu szczepionki, by czuł się lepiej. Rząd również chce mieć wgląd w psychikę każdego człowieka i przysłać specjalistów, aby „poprawiali” stan psychiczny poprzez wsparcie. Rząd interesuje się, co ludzie jedzą – a może by tak świerszcze lub mięso od Billa Gatesa? Rząd nauczy ludzi, jak mają się ruszać, bo oczywiście sami nie potrafią.
No i wreszcie rząd zajmie się zdrowiem seksualnym każdego młodego człowieka, ucząc go o masturbacji, LGBT, sterylizacji, aborcji, różnych modelach rodziny, różnych wariantach płci, rozwodach. Jest to narzucanie bardzo określonego światopoglądu – antychrześcijańskiego, czyli satanistycznego. Światopogląd chrześcijański uczy o czystości i wartości dziewictwa aż do ślubu, a potem o wierności małżeńskiej i prokreacji, a seksualność człowieka to jego prywatna sprawa, tak samo, jak jego jadłospis i tryb życia. Można tego nie lubić i to odrzucać, ale nie wolno ludzi oszukiwać, że przeciwieństwo tego jest neutralne światopoglądowo. Istnieją bowiem konkretne ideologie, w których całe życie człowieka interesuje władzę – komunizm, objawiający się dziś jako globalizm.
Chybiony jest też argument o niezbędności edukacji zdrowotna dla zdrowego życia dzieci i młodzieży. To, co jest wartościowe, co dotyczy rzeczywiście zdrowia, profilaktyki uzależnień, wychowania fizycznego jest już obecne od dawna w polskiej podstawie programowej w różnych przedmiotach, i to na wyższym poziomie, niż w nowym przedmiocie, bo wiedza ta wprowadzona jest w szerszy kontekst. Są natomiast utrudnienia w nauczaniu, wynikające z celowych uszkodzeń systemu edukacji – edukacja włączająca, nadmiar orzeczeń i dysfunkcji, chaos i ciągłe zmiany, nadmiar biurokracji, brak dyscypliny, napływ Ukraińców. Wystarczy wprowadzić porządek, który celowo zaburzono, jednak resort woli robić kolejną rewolucję.
Obie panie zapewniły, że przedmiot edukacja zdrowotna zabezpieczy dzieci przed pornografią i seksualizacją. Na to dziennikarz Telewizji Trwam zapytał, czy resort poprze złożony obywatelski projekt ustawy o ograniczeniu dostępu dzieci do pornografii. Pani Minister uchyliła się od odpowiedzi, twierdząc, że nie zna tego projektu, ale jedynym sposobem na ochronę dzieci przed pornografią jest nowy przedmiot. To należy rozumieć następująco: resort nie jest zainteresowany realną ochroną dzieci i młodzieży przed seksualizacją i pornografią, tylko wprowadzeniem nowego przedmiotu. W jego ramach nie będzie się nauczać, że pornografia jest zła, nie należy karmić się treściami porno, należy seksualność realizować w małżeństwie, a poza nim utrzymywać czystość. Masturbacja zaś nie jest właściwym zachowaniem, bo odciąga od prawdziwego życia. Takiej nauki nie będzie, bo dzieci i młodzież dowiedzą się, że jedynym celem życia i seksu jest przyjemność, seks nie ma żadnego związku z małżeństwem, bo mogą być różne rodzaje związków, a czynności masturbacyjne są tak samo naturalne, jak pocenie się. Co zaś do pornografii nowy przedmiot nauczy dzieci i młodzież, jak sobie z nią radzić. To oznacza, że każde dziecko, nawet to, które nie zna pornografii zapozna się z tą tematyką i zostanie nauczone, jak z niej właściwie korzystać. To wynika nie tylko z podstawy programowej, ale również ze standardów WHO.
Następnie jeden z dziennikarzy zapytał o zwrot konserwatywny w Polsce. Na to obie wesołe panie odpowiedziały, że zachodzą duże zmiany w polskim społeczeństwie, które wprowadza właśnie obecny rząd warszawski. Są cztery główne lokomotywy tych zmian: ustawa w związkach partnerskich – w trakcie zmian; ustawa o in vitro – już jest; zmiana podejścia prokuratury do ścigania aborcji; i wreszcie ostatni krok do dokonania tej zmiany, czyli edukacja zdrowotna.
Aby tą zmianę dokończyć, pani minister wezwała do głosowania na Rafała Trzaskowskiego. Ten ustęp należy rozumieć następująco: nowy przedmiot edukacja zdrowotna jest ostatnim krokiem wielkiej zmiany społecznej, którą rząd warszawski przeprowadza na polskim społeczeństwie. Jest to głęboka zmiana obyczajowa, prowadząca do zmiany sposobu myślenia i zachowań Polaków. Sposobem na przeprowadzenie tej zmiany jest ogólna seksualizacja narodu. Tak więc rząd zajmuje się przebudową społeczeństwa za pomocą seksu, i to jest główna jego reforma. Inne kwestie – gospodarka, energetyka, obronność, polityka zagraniczna, infrastruktura, finanse – to jest nieważne, nich tam hula wiatr i obce służby, Polska zajmuje się deprawacją seksualną swoich dzieci i molestowaniem seksualnym w szkole, czyli rewolucją społeczną za pomocą rewolucji seksualnej, przy użyciu szkoły.
Dowiedzieliśmy się też, że w roku 2025 edukacja zdrowotna nie będzie obowiązkowa, natomiast przedmiot WDŻ zostanie usunięty. Potem zrobi się ewaluację, aby zobaczyć, co dalej z przedmiotem. W tym czasie prowadzona będzie kampania informacyjna, wspierana przez organizacje pozarządowe i organizacje lekarskie. To należy rozumieć następująco: przez rok przedmiot edukacja zdrowotna będzie dobrowolna. W tym czasie ze szkół zostanie wyrzucony WDŻ i będzie prowadzona propaganda reklamująca edukację zdrowotną. Po roku zaś seksedukacja zostanie wprowadzona jako obowiązkowa. Rząd warszawski użyje organizacji pseudo-społecznych, jadących na grantach państwowych, sorosowych, unijnych i globalnych. W mediach tradycyjnych i internetowych pojawią się opinie i relacje ludzi, opisanych jako „lekarz”, „rodzic”, „ojciec”, „nauczycielka”, którzy przekonywać będą, jaka ta edukacja zdrowotna dobra jest dla ich dzieci, i jak to wszyscy jej chcą, tylko boją się radykałów. Część z tych ludzi może nawet być prawdziwa, nie brak wszak lewackich organizacji, pobierających granty. Większość będzie jednak wymyślona przez redaktorów.
Wycofanie się resortu z obowiązkowości edukacji zdrowotnej jest tylko chwilowym wybiegiem, gdyż zbyt wielka jest waga problemu. Promotorzy rządu warszawskiego wiedzą dobrze, czego chcą – wymieszania kultur w gigantycznym, unijnym tyglu, aby wyszła z tego jednolita masa europejska, nazywana przez eurokratów „siłą roboczą”. Oni nie odpuszczą, co najwyżej przetrzymają trochę, aby zrobić swoje wtedy, gdy sprzeciw społeczny się wyczerpie. Nie mają żadnych skrupułów ani zasad moralnych, nie wiąże ich dane słowo. Bardzo pragną mieć europejski zasób hodowlanych niewolników, a do tego potrzebują rozbić i wymieszać narody. W tym celu chcą namieszać naszym dzieciom w głowach seksem, zamiast uczyć normalnej wiedzy. Tak spreparowani ludzie mają zajmować się zmiennymi relacjami seksualnymi i masturbacją. Wtedy ustaje produktywność, następuje rozpad rodzin, za to mnożą się problemy społeczne i psychiczne. Na tak przygotowany grunt można wprowadzić kolorową imigrację, która dokończy dzieła. Agresywni ludzie, utrzymywani dotacjami, z mocno dodatnią dzietnością.
Polaków czegoś powinny nauczyć przykłady państw zachodnich, ich problemy z tożsamością płciową i seksualną wśród młodzieży, ilość nastoletnich ciąż, statystyki gwałtów. Wszędzie tam wprowadzono wcześniej podobny przedmiot, jaki teraz ma się pojawić w Polsce. W Wielkiej Brytanii wieloletnia permisywna edukacja seksualna w szkołach nie zapobiegła licznym zorganizowanym gwałtom na białych dziewczynkach i młodych kobietach, dokonywanych przez imigranckie gangi. Być może jest właśnie odwrotnie – gdzie jest permisywna edukacja seksualna, tam są gwałty i prostytucja, za to nie ma rodzin i dzieci. Czy tego chcemy u siebie?
Co więc robić? Z pewnością nie tracić ducha i woli walki o własne dzieci. Należy sprzeciwiać się wszystkim zmianom, wprowadzanym obecnie przez rząd, godzącym w interesy dzieci, rodzin i narodu.
Należy bronić przedmiotu WDŻ, bo dopóki on jest w szkołach, nie wprowadzą przymusowej edukacji seksualnej. Należy sprzeciwiać się planowanej na 2026 rok wielkiej „reformie” edukacji, czyli całkowitej destrukcji. Dobrze jest przystąpić do którejś z organizacji społecznych, organizujących sprzeciw społeczny, zrzeszonych w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły (KROPS). Jako nauczyciel warto przystąpić do Stowarzyszenia Nauczyciele dla Wolności. Należy wykorzystać wszelkie okazje, aby wymusić na kandydatach na stanowisko Prezydenta rezygnację z rewolucji w edukacji, w tym z edukacji zdrowotnej. Tego samego należy oczekiwać od obecnej prawicowej opozycji. Gdy zaś nastąpi zmiana władzy, należy dokładnie patrzeć władzy na ręce i pilnować, aby przywróciła w edukacji właściwy porządek, bez nauki seksu w szkole.
Wszyscy zwolennicy edukacji zdrowotnej i ci, którzy się wahają powinni przyjąć do świadomości, że mamy do czynienia z deprawacją zdrowotną, która jest w istocie edukacją zdrowego inwentarza Unii Europejskiej. Misją obecnego rządu zaś jest dokonanie rewolucji kulturowej w Polsce, na wzór Chin Mao, Hiszpanii Zapatero i Irlandii na początku naszego wieku. Następnie zwolennicy i wątpiący powinni się zastanowić, czy rząd jest od tego, aby uczyć dzieci seksu, i czy naprawdę wszyscy muszą korzystać z seksu tak, jak chce władza.
Organizacje patriotyczne, konserwatywne, katolickie i społeczne w Polsce i na całym świecie dostały kolejny sygnał, że można. Że się da. Że nie warto się poddawać. Że trzeba budować. Że można codziennie publikować teksty przeciwko polityce WHO i zachęcać swój kraj do opuszczenia jej, gdy wszyscy wokół się z tego pomysłu nabijają – bo nagle okazuje się, że może to z dnia na dzień zrobić wielkie światowe mocarstwo – pisze Krystian Kratiuk na profilu Facebook. A jak zauważa, światowe poruszenie Donaldem Trumpem wynika z przypomnienia, że to o co walczymy, jest realne, choć tak często wydaje się być przegrane.
**
Widzę ogólne poruszenie po kolejnej fali radości, jaka wylewa się z kont polskich konserwatystów, katolików, kontrrewolucjonistów, antysystemowców, patriotów, po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa. Dostrzegam rytualne odcinanie się od tej radości, podkreślanie jakim to łotrem w życiu prywatnym bywa Trump, jaki to niemądry bywa w swej ekspresji Musk, i przypominanie, że przecież to są władcy USA a nie Polski. Spoglądam też na tych, którzy dziwią się temu dość powszechnemu poruszeniu.
Spieszę zatem wyjaśnić – jestem przekonany, że owa fala entuzjazmu nie wynika z tego, że ktoś postrzega Trumpa jako zbawiciela (to byłaby wyjątkowo głupia herezja), wybawcę Polski (to byłby politologiczny idiotyzm), polityka idealnego (takich nie ma), albo przedstawiciela Boga w USA (tak rzeczywiście wydaje się postrzegać Trump, ale to głównie jego problem).
Z czego więc wynika to masowe zainteresowanie i poruszenie? Z tego, że Amerykanom udało się to, co u nas wskazuje się jako absolutnie niemożliwe. Jako zakazane. Jako fejk-news nawet w kategoriach nadziei. I nie chodzi o zwycięstwo tego czy innego konkretnego człowieka, ale o przełamanie (być może chwilowe, być może pozorne – zobaczymy) tego, co miało być już zadekretowane na zawsze. Historia uczy przecież, że niezwykle rzadko udaje się cofnąć rewolucję, szczególnie tę ideologiczną, zatruwającą masy a potem implementowaną obowiązkowo odgórnie.
A Amerykanie, w swym potężnym ruchu, pokazali że jest to możliwe. Że ideologie WOKE, klimatyzmu, pandemizmu i gender, których efektem były te wszystkie bzdury, których aż szkoda czasu tu wyliczać, można zatrzymać i cofnąć. Dzięki wytrwałej pracy u podstaw, budowaniu dziesiątek mediów internetowych i radiowych, budowaniu formalnych i nieformalnych stowarzyszeń – i drugim efektem tej pracy (być może chwilowym i efemerycznym) są wyniki wyborów a w konsekwencji Trump w Białym Domu. Pierwszym efektem jest natomiast częściowe, ale dość doniosłe, przebudzenie społeczeństwa już kilka, kilkanaście miesięcy temu. Ono naprawdę jest imponujące, biorąc pod uwagę to przeciwko jak ogromnej machinie musieli się zbuntować.
Organizacje patriotyczne, konserwatywne, katolickie i społeczne w Polsce i na całym świecie dostały kolejny sygnał, że można. Że się da. Że nie warto się poddawać. Że trzeba budować. Że można codziennie publikować teksty przeciwko polityce WHO i zachęcać swój kraj do opuszczenia jej, gdy wszyscy wokół się z tego pomysłu nabijają – bo nagle okazuje się, że może to z dnia na dzień zrobić wielkie światowe mocarstwo. Że można przypominać, że są tylko dwie płcie. Albo, że można mieć inny pomysł na ochronę przyrody i planety, niż pomysły globalistów. I tak dalej. I tym podobne.
Tak więc, poruszenie nie wynika (a przynajmniej nie powinno) z miłości do Trumpa, do amerykańskich protestantów, z podziwu dla Muska, z elegancji Melanii ani nawet z kalkulacji geopolitycznych, bo te rzeczywiście mogą okazać się zaskakujące. Poruszenie to wynika z przypomnienia, że to o co walczymy, jest realne. A przecież tak często wydaje się przegrane, bo przecież „cały świat jest przeciw”. Guzik prawda.
Prezydent USA Donald Trump podpisuje liczne rozporządzenia wykonawcze w pierwszym dniu swojej prezydentury w Gabinecie Owalnym Białego Domu w Waszyngtonie 20 stycznia 2025 r. / Foto: PAP/EPA
Prezydent USA Donald Trump podpisał w poniedziałek w Białym Domu kilkanaście rozporządzeń i dokumentów, m.in ogłaszając stan wyjątkowy na granicy z Meksykiem, znosząc prawo ziemi, wstrzymując egzekwowanie ustawy o TikToku i ułaskawiając wszystkich skazanych za szturm na Kapitol.
Podczas trwającej niemal godzinę ceremonii w Białym Domu, przerywanej improwizowaną konferencją prasową, Trump podpisał ponad 20 dokumentów, w tym rozporządzeń wykonawczych dotyczących migracji, polityki energetycznej, polityki celnej, ponownego wpisania Kuby na listę, wyjścia ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i zapewnienia kary śmierci dla zabójców policjantów i zabójców-nielegalnych imigrantów.
Wśród podpisanych przez Trumpa w Białym Domu dokumentów była proklamacja na temat ogłoszenia stanu wyjątkowego na południowej granicy, umożliwienia wysłania tam dodatkowych wojsk, przywrócenie polityki odsyłania ubiegających się o azyl do Meksyku, a także uznania karteli narkotykowych za organizacje terrorystyczne.
Pytany o to, czy rozważa wysłanie amerykańskich sił specjalnych do Meksyku przeciwko kartelom, Trump stwierdził, że to „może się zdarzyć”. – Zdarzały się dziwniejsze rzeczy – dodał.
Trump dekretem zmienił też obowiązywanie prawa ziemi, tj. nabywania obywatelstwa wraz z narodzinami na terenie USA. Według wydanego dokumentu, prawo to ma nie dotyczyć dzieci nielegalnych imigrantów i osób przebywających w USA krótkoterminowo, w tym np. w ramach ruchu bezwizowego. Podczas podpisywania aktu Trump sam przyznał, że spodziewa się, iż legalność tego dokumentu będzie kwestionowana w sądach, lecz dodał, że „zobaczymy, co się stanie”.
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią Trump ogłosił też stan wyjątkowy w energetyce i podpisał szereg rozporządzeń znoszących regulacje w kwestii wydobycia ropy naftowej.
Nowy prezydent zdecydował też o wstrzymaniu egzekwowania ustawy zakazującej funkcjonowania TikToka pod chińską kontrolą. Trump przyznał, że zmienił zdanie na temat chińskiej aplikacji po tym, jak użył jej i jak pomogła mu pozyskać młodych wyborców. Ponowił też swoje wyrażane wcześniej stanowisko, że chce zmusić TikToka do wejścia w spółkę joint venture ze Stanami Zjednoczonymi, co może wprowadzić trochę kontroli dotyczących danych, lecz bagatelizował ten problem.
– Pamiętajcie, że TikTok w dużej mierze dotyczy dzieci, młodych dzieciaków. Jeśli Chiny mają wyciągnąć informacje o młodych dzieciach, to szczerze mówiąc, mamy większe od tego problemy – powiedział Trump. Nie wykluczył też, że odbędzie w tym roku podróż do Chin.
Do najbardziej kontrowersyjnych decyzji podjętych przez Trumpa należy ułaskawienie lub złagodzenie wyroków niemal 1,5 tys. uczestników szturmu na Kapitol, co obejmuje niemal wszystkich, którym postawiono w tej sprawie zarzuty. Wśród nich jest skazany na najdłuższy wyrok, 22 lat więzienia, szef prawicowej bojówki Proud Boys Enrique Tarrio.
Trump twierdził, że skazani „już długo siedzą w więzieniu”, zostali potraktowani niesprawiedliwie, nazywając ich „zakładnikami” i twierdząc, że do przemocy podżegali ich „zewnętrzni agitatorzy”, w tym FBI.
Prezydent podjął też szereg działań dotyczących polityki zagranicznej, w tym wycofania Ameryki ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), wstrzymania wszelkiej pomocy zagranicznej, unieważnienia decyzji prezydenta Bidena o wypisaniu Kuby z listy państw wspierających terroryzm, a także sankcji nałożonych na radykalnych żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu Jordanu.
Podczas ceremonii Trump odpowiadał na pytania dotyczące szerokiego wachlarza tematów, w tym wojny na Ukrainie. Potwierdził, że zamierza wkrótce odbyć rozmowy z Władimirem Putinem i jak najszybciej zakończyć tę wojnę. Dodał, że Putin „nie może być zachwycony” tym, jak idzie mu wojna, oceniając rosyjskie straty wojenne na milion.
– Myślę, że on niszczy Rosję, nie przyjmując porozumienia (…). Rosja jest w wielkich tarapatach – powiedział. Jak stwierdził, choć prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski chce dojść do porozumienia, to nie jest pewien, czy chce to zrobić Putin.
Trump powtórzył, że USA potrzebują kontroli nad Grenlandią ze względu „na potrzeby międzynarodowego bezpieczeństwa” oraz nie wykluczył nałożenia 25-procentowych ceł na Meksyk i Kanadę. Pytany o cła na towary z Chin, którym również groził, Trump stwierdził, że Chiny już są obłożone cłami. Powiedział jednak, że dalsze cła dotyczące Chin będą m.in. zależeć od losów Kanału Panamskiego, który – według Trumpa – kontrolują Chińczycy. Przyznał też, że choć zgodnie z wyborczą obietnicą rozważa nałożenie cła na wszystkie dobra z zagranicy, to jego administracja nie jest jeszcze gotowa, by to zrobić.