Miękka siła: fenicki wynalazek, chińska ścieżka, amerykańskie roszczenia

Miękka siła: fenicki wynalazek, chińska ścieżka, amerykańskie roszczenia

https://www.voltairenet.org/article222391.html

Hassan Hamadé Sieć Voltaire, 4 czerwca 2025

Błędem jest przypisywanie miękkiej siły profesorowi Josephowi S. Nye’owi. W rzeczywistości ta delikatna technika, ta zdolność uwodzenia, ta siła przekonywania jest tak stara jak wzgórza. Hassan Hamadé przypomina nam, że w ten sposób Fenicjanie podbili Morze Śródziemne. Podaje chińskie przykłady Mao Zedonga, który w 1946 roku zaproponował skopiowanie modelu politycznego Stanów Zjednoczonych, oraz Deng Xiaopinga w teksańskim kapeluszu. Ostatecznie to nie Waszyngton przejął kontrolę nad Chinami, ale Pekin zaatakował zachodnią gospodarkę. Miękka siła nie polega na znokautowaniu rozmówców hollywoodzkimi filmami, ale na przyjęciu ich kodów w celu skorzystania z ich zalet.

Guernica Pabla Picassa.

„Pokój jest fałszywą iluzją,

A sprawiedliwość – filozofią wygasłego żaru.

Nie może być sprawiedliwości bez równowagi sił,

Ani pokoju bez starcia terrorystów z terrorystami”. – Abu el-Kacem Achabi

To właśnie te słowa od razu przyszły mi na myśl, gdy śledziłem wizytę chińskiego prezydenta Xi Jinpinga w Rosji z okazji 80. rocznicy sowieckiego zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej przeciwko nazistowskim Niemcom – wspieranym wówczas przez większość „Europejczyków”.

Jakby nasz fenicki brat, Abou el-Kacem AChabi, słynny tunezyjski poeta, autor wiekopomnego hymnu „Quand le peuple décide de vivre… „, na który wpływ wywarli Gibran Khalil i Elia Abu Madi, naznaczony doświadczeniem lewantyńskich pisarzy i intelektualistów na wygnaniu, mimo krótkiego życia (1909-1934) – tak jakby AChabi wyrażał siebie dzisiaj, zniesmaczony kłótniami wokół losu Palestyny, a przez nią całego świata arabskiego. Ten świat arabski nieobecny sam w sobie, pozbawiony rozumu, opróżniony z woli, pogodzony z haniebną niewolą i zanikiem godności. Świat, który wciąż powtarza dwa kłamstwa – o pokoju i sprawiedliwości – tak jakby nikt nie dostrzegał skali, powagi i arabskiej odpowiedzialności za ludobójczy proces prowadzony przez syjonizm w celu całkowitego wymazania wszelkich śladów Palestyny: odczłowieczenia jej mieszkańców, całkowitego zniszczenia życia i unicestwienia jej duszy.

Poprzez te wersy poezji nasz brat AChabi wydaje się wydawać ostre ostrzeżenie w obecnej sytuacji: fałszywy pokój przygotowuje grunt pod coraz większą niesprawiedliwość, ponieważ sprawiedliwość ma swoje własne warunki, z których pierwszym jest siła niezbędna do samoobrony ofiar. Ostrzega również przed strategiczną prawdą: to, co jest zadawane Palestynie i jej mieszkańcom, prędzej czy później zostanie zadane wszystkim krajom arabskim, jeden po drugim. Palestyńska Nakba, która trwa od 1948 roku, jest z konieczności preludium do kolejnej Nakby. Ten smutny los wydaje się nieunikniony, chyba że narody arabskie zdecydują się wyzwolić z ruin upokorzenia, uległości i wstydu i powstać na nowo.

Istnieje wiele dróg do odbudowy – jak ta, którą Chiny podążały przez całą swoją współczesną historię, od II wojny światowej do zbliżającego się zakończenia ich własnej wielkiej wojny narodowowyzwoleńczej.

Tak, narodowej wojny wyzwoleńczej, takiej jak ta prowadzona niegdyś przez Rosję. Każde z tych dwóch zwycięstw miało bezpośredni wpływ na światowy krajobraz strategiczny, z korzyścią dla wszystkich tych, którzy poważnie pracują nad uwolnieniem się spod kolonialnego jarzma i osiągnięciem wolności i godności poprzez rozwój społeczny i gospodarczy. Rozwój jest głównym warunkiem niepodległości, suwerenności i wolności.

Gamal Abdel Nasser, Jawaharlal Nehru i Josip Broz Tito, założyciele Ruchu Państw Niezaangażowanych.

Przywódcy Ruchu Państw Niezaangażowanych – a w szczególności wyjątkowe trio Nehru-Tito-Nasser – rozumieli to. Podczas słynnego spotkania na wyspie Brioni na Adriatyku w 1955 r. wprowadzili koncepcję „pozytywnej neutralności” opartej na podstawowym filarze rozwoju. W tym tkwi filozoficzny, polityczny i społeczny wymiar wolności, suwerenności i niezależności, a tym samym zasad niezaangażowania.

Warto podkreślić, że Chiny, Indie i Japonia były jednymi z 29 członków-założycieli tej organizacji i były obecne na konferencji w Bandungu w Indonezji, obok Egiptu, Libanu, Syrii, Pakistanu, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Sudanu, Turcji itd. Warto również zauważyć, że organizacja ta obchodziła właśnie 70. rocznicę powstania w kwietniu 2025 roku.

Wystarczy powiedzieć, że wczorajszy świat – świat przed jednobiegunowością – był znacznie lepszym miejscem niż dzisiejszy, z dwóch powodów:

Globalne Południe było zaangażowane w walkę o wyzwolenie narodowe i niepodległość. W tym czasie narody zaczynały otwierać się na siebie nawzajem, pomagać sobie, dzielić wspólną świadomość swojego przeznaczenia, wspierając w ten sposób współpracę na rzecz rozwoju. W tym samym czasie miażdżąca klęska francuskiego kolonializmu w Indochinach (bitwa pod Diên Biên Phu w 1954 roku) zbiegła się z wybuchem wielkiej wojny o niepodległość w Algierii, która kosztowała życie półtora miliona Algierczyków. Jak Algierczycy lub wolni Arabowie pod przywództwem Gamala Abdela Nassera mogli nie czuć się zjednoczeni w walce z Wietnamczykami i innymi narodami Indochin?

Wielobiegunowość tamtej epoki umożliwiła nałożenie ograniczeń na mocarstwa kolonialne, zmuszając je do bardziej brutalnej obrony swoich interesów, ale czasami do wycofania się w obliczu nieprzejednanego postępu wolnych narodów. W przeciwieństwie do tego, dzisiejszy jednobiegunowy świat, zdominowany przez jedno mocarstwo, okazał się bezprecedensowo dziki, lekceważąc prawa narodów i praktykując zimną, brutalną i nieprzerwaną politykę eksterminacji.

Już w V wieku p.n.e. Lao Tzu mówił o sztuce „miękkiej siły”.

W obu kontekstach Chiny odegrały wyjątkową rolę. Przez cały XX wiek walczyły o wyjście z wojen opiumowych narzuconych przez zachodnie mocarstwa (Wielką Brytanię, Francję i Stany Zjednoczone) i wyparcie ich armii ze swojej ziemi. Następnie walczyła o zdefiniowanie swojej tożsamości politycznej i ustanowienie systemu zdolnego do oparcia się zewnętrznej agresji, która uderzyła w samo serce wewnętrznego systemu politycznego Chin, w szczególności w zachodnie wsparcie dla nacjonalistycznego przywódcy Chiang Kai-sheka.

W ten sposób linia podziału między Wschodem a Zachodem ukształtowała się w samym sercu Chin: komuniści, wspierani przez stalinowski ZSRR, stanęli naprzeciw nacjonalistów, wspieranych bezpośrednio przez Stany Zjednoczone, a za nimi blok zachodni. I to nawet bez wspominania o rozpadzie chińsko-radzieckim, przeciwnościach, które nastąpiły, czy tym, co niektórzy później uznali za dostosowanie się Chin do Stanów Zjednoczonych…

Profesor Joseph Nye argumentował, że Stany Zjednoczone nie potrzebowały już tak bardzo swojej armii, ponieważ miały hollywoodzkie filmy, aby przekonać świat o swojej wyższości.

Dopóki Chiny nie zaczęły bronić swoich żywotnych interesów poprzez miękką wojnę. Tak, miękką wojnę, o której tak wiele mówią Stany Zjednoczone, podczas gdy Chińczycy praktykują ją z finezją i strategią.

Może się to wydawać zaskakujące, biorąc pod uwagę, że wyobrażamy sobie, że tylko Ameryka ma monopol na tę formę działań wojennych. Ale w rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie. Jak można to wyjaśnić?

Druga wojna światowa jeszcze się nie skończyła, a prezydent Roosevelt jeszcze nie zszedł ze sceny. Oznacza to, że podczas konferencji w Jałcie i Poczdamie chiński przywódca komunistyczny Mao Zedong i jego towarzysz Zhou Enlai dowiedzieli się, że amerykański generał George Marshall – inicjator planu odbudowy Europy – był w Chinach i chciał spotkać się z przywódcami komunistycznymi.

Marshall nie przybył na czele armii, ale jako oficjalny wysłannik Białego Domu. Wiadomość ta spadła jak grom na chińskie dowództwo rewolucyjne, które wówczas okopało się w granicach kraju. Mao natychmiast poprosił Zhou Enlaia o przyjęcie generała i wygłoszenie niespodziewanego przemówienia.

Mao Zedong, Zhou Enlai i George Marshall dokonujący przeglądu wojsk komunistycznych.

Doszło do spotkania twarzą w twarz. Od pierwszego uścisku dłoni Marshall doznał wstrząsu, z którego nigdy się nie otrząsnął – ani jako żołnierz, ani jako doradca Roosevelta, w roli, w której podobno miał tak duży wpływ, jak sama Pierwsza Dama Eleanor Roosevelt.

Zhou Enlai przywitał generała z uderzającą serdecznością, wprawiając go w osłupienie. Następnie z niepokojącym spokojem oświadczył:

„Generale, towarzysz Mao przesyła pozdrowienia. Podziwiamy pańskie doświadczenie polityczne i jesteśmy ciekawi dowiedzieć się więcej o pańskim systemie. Towarzysz Mao chciałby nawet odwiedzić Stany Zjednoczone i spotkać się z prezydentem Rooseveltem. Mamy nadzieję zrozumieć wasz model, współpracować i być może dostosować go do naszej lokalnej specyfiki”.

Marshall, wyraźnie zdenerwowany, słuchał nie mogąc ukryć swojego przerażenia. Po prostu podziękował chińskiemu rewolucjoniście za ciepłe powitanie i obiecał wiernie przekazać wiadomość do Waszyngtonu. Wrócił do Białego Domu w stanie zbliżonym do zwycięskiego generała, niosąc w teczce historyczną propozycję zdolną zmienić porządek świata. Ale… Eleanor Roosevelt natychmiast odrzuciła chińską ofertę, nalegając na potrzebę dalszego wspierania nacjonalistycznego generała Chiang Kai-sheka, a nawet wzmocnienia tego związku.

Wyobraźmy sobie przez chwilę geopolityczne wstrząsy, które mogłyby wyniknąć z przyjęcia przez USA tej chińskiej oferty. Oczywiście Eleanor Roosevelt wyrażała swoje własne przekonania, które były podzielane przez władze tego, co obecnie nazywamy „głębokim państwem” – w tym świat finansów, kompleks wojskowo-przemysłowy, Hollywood i media głównego nurtu.

Wspominam o tym historycznym epizodzie szczegółowo, aby zdekonstruować zbyt powszechne błędne przekonanie: że tylko Ameryka jest twórcą strategii „miękkiej siły”. W rzeczywistości Waszyngton nie ma prawa przypisywać sobie ani pochodzenia, ani wyłączności na tę strategię – po prostu uzurpował sobie patent.

W rzeczywistości to Chiny próbowały otworzyć dialog ze Stanami Zjednoczonymi – ale te ostatnie zareagowały z niezrozumiałą brutalnością, przynajmniej na pozór.

Czas minął. Sojusze się zmieniły. Wrogość między Chinami a Związkiem Radzieckim pogłębiła się. Waszyngton, wyczuwając geostrategiczną okazję, uznał się za „zobowiązany” do otwarcia się na Pekin.

I tak rozpoczęły się historyczne wizyty doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Henry’ego Kissingera za czasów prezydenta Richarda Nixona. Kissinger był pierwszym, który uznał zakres amerykańskiej ignorancji na temat chińskiej kultury i historii.

Jeszcze przed spotkaniem z Mao, Nixon musiał zadzwonić do francuskiego pisarza André Malraux – bliskiego i zaufanego przyjaciela generała Charlesa de Gaulle’a – aby zostać oświeconym w kwestii chińskiej myśli i subtelności dialogu z Pekinem. To wiele mówi: ani think tanki, ani amerykańska wiedza dyplomatyczna, ani nawet Kissinger nie wystarczyłby bez tego zewnętrznego wkładu.

Wszystko to działo się w 1972 roku, na początku tak zwanej ery „détente”, oznaczającej względne złagodzenie zimnej wojny.

Deng Xiaping z teksańskim kapeluszem.

Chiny, ten „nieznany” świat? Tak, można to powiedzieć – i potwierdzić. Dowód? Pod koniec lat 70-tych, kiedy to nowy chiński przywódca, Deng Xiaoping – architekt „Czterech Wielkich Reform” po odsunięciu niesławnej „Bandy Czworga” – zapoczątkował erę współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Odwiedził Waszyngton za prezydentury Jimmy’ego Cartera. W kowbojskim kapeluszu i z szerokim uśmiechem rozśmieszył Amerykę… naiwnie wierzącą, że Chiny właśnie wpadły w łapy Wuja Sama.

Ale z czasem Stany Zjednoczone zdały sobie sprawę, że absolutnie nic nie rozumieją z chińskiej psychologii. I to pomimo bliskich więzi z Tajwanem – nacjonalistyczną wyspą, którą amerykańska arogancja kiedyś promowała jako jedynego prawowitego przedstawiciela Chin, posuwając się tak daleko, że zarezerwowała dla niej miejsce, które powinno należeć do Pekinu w ONZ, jednocześnie odmawiając Chinom kontynentalnym prawa do dyplomatycznego istnienia. Wczorajszy śmiech zmienił się w zdumienie, żal i przerażenie.

Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że nikt – ani w Stanach Zjednoczonych, ani gdzie indziej na Zachodzie – nie ustalił związku między propozycją Mao Zedonga dla Roosevelta (już wspomnianą) a strategiczną orientacją zapoczątkowaną przez Deng Xiaopinga. Nikt nie zauważył, że w tamtym czasie – 46 lat temu, prawie pół wieku temu – Chiny wprowadzały własną strategię miękkiej wojny.

A jednak do dziś intelektualiści, dziennikarze, dyplomaci, eksperci strategiczni i im podobni mówią o „miękkiej sile” jako o koncepcji wyłącznie amerykańskiej. Mówią bez końca, przewidując, analizując i teoretyzując – nigdy nie zauważając, że niesamowite sukcesy naukowe, gospodarcze, zdrowotne, edukacyjne, infrastrukturalne, wojskowe i technologiczne Chin są bezpośrednimi owocami ich miękkiej wojny.

Spektakularna przewaga Chin nad zachodnimi potęgami przemysłowymi – począwszy od Stanów Zjednoczonych – jest żywym, konkretnym dowodem skuteczności ich strategii. Uzasadnione jest zatem twierdzenie, że miękka wojna jest chińskim wynalazkiem, nawet jeśli Waszyngton ukradł tę koncepcję, uznał ją za własną i obecnie przedstawia ją jako swój własny znak towarowy.

W rzeczywistości przepaść między dwoma mocarstwami powiększa się każdego dnia, z korzyścią dla Chin. Przepaść tak szeroka, jak ta między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską – a raczej państwami starego kontynentu – ponownie na korzyść Waszyngtonu.

Jednak chińska miękka wojna różni się od tej prowadzonej przez Zachód: wymaga łagodnego podejścia, spokojnej postawy, a nie bestialskiej i ciągłej rakiety. Wystarczy spojrzeć na politykę Stanów Zjednoczonych – ich nieustanne groźby, używanie języka przemocy i zniszczenia – by dostrzec różnicę.

W przeciwieństwie do tego, chiński dyskurs dyplomatyczny obraca się wokół współpracy, rozwoju i wzajemnie korzystnej wymiany – tego, co nazywają relacją win-win. Żadnego szantażu z użyciem śmiercionośnej broni. Żadnych podstawowych gróźb. Czy to pod rządami Trumpa, Bidena, Obamy czy innych, „Pan Waszyngton” grozi, bombarduje, niszczy… tylko dlatego, że Chiny wygrywają bez wystrzału, dzięki pokojowi, otwartości i współpracy.

To są niezaprzeczalne fakty. Istnieje zasadnicza różnica między tymi dwoma modelami.

Wystarczy porównać zgiełk towarzyszący stanowisku USA z niewzruszonym spokojem Pekinu, aby docenić głębię tej różnicy. Ile razy amerykańscy prezydenci – Republikanie czy Demokraci – ogłaszali „supremację Stanów Zjednoczonych nad światem”? A ile razy wystosowywali absurdalne, irracjonalne, agresywne i nieproporcjonalne groźby?

Wszystko to, czego Chiny nigdy by nie zrobiły.

Źródło: Major-Prepa.com

Być może najbardziej odkrywczym przykładem różnicy między tymi dwoma modelami – pod względem postępowania i globalnej wizji – są wojny prowokowane przez system amerykański, te ciągłe i nieustanne wojny mające na celu powstrzymanie i udaremnienie projektu Nowego Jedwabnego Szlaku zainicjowanego przez Chiny.

W tym względzie należy wziąć pod uwagę historyczny precedens o wyjątkowym zasięgu, słusznie uważany za rewolucję wiedzy w historii ludzkości: rozprzestrzenianie się alfabetu wokół basenu Morza Śródziemnego na inne kontynenty.

Między 1200 a 300 r. p.n.e. Fenicjanie, cywilizacja na wybrzeżu libańsko-syryjskim, podbili Morze Śródziemne bez użycia broni.

To właśnie Fenicjanie, twórcy alfabetu, doprowadzili do tego rozprzestrzenienia się, wykraczając daleko poza swoje terytorium bez uciekania się do wojen podjazdowych.

Rozprzestrzenili wiedzę i zbudowali pierwszy cywilizacyjny most między narodami, kulturami i ludami świata – doświadczenie wymiany oparte na zasadzie win-win, które pozostaje jednym z największych wkładów ludzkości w jej własny postęp.

Intelektualna uczciwość wymaga, abyśmy oddali tutaj hołd libańsko-syryjskiemu historykowi i myślicielowi Youssefowi Achkarowi, który odkrył tę wyjątkową dynamikę i przedstawił jej błyskotliwą interpretację porównawczą. Słusznie wykazał, że fenickie odrzucenie wojny jako środka ekspansji opierało się na głęboko humanistycznej wizji kulturowej, w której „inny” nie jest wrogiem, którego należy podporządkować lub wyeliminować, ale partnerem, z którym można się wymieniać, współpracować i prowadzić dialog.

W przeciwieństwie do tego, kultura starego kontynentu – kontynentu, który nawet ukradł swoją nazwę od fenickiej księżniczki, Europy – postrzega innego jako naturalnego wroga, istotę, którą należy zdominować, podporządkować lub eksterminować. Ta kulturowa brutalność, przebrana za cywilizację, trwa do dziś.

Logicznie rzecz biorąc, ludy, które odziedziczyły fenickie wybrzeże – w szczególności Libańczycy – powinny z dumą nosić to dziedzictwo. Jednak dzień po dniu udowadniają, że nie rozumieją ani jego zakresu, ani podstaw.

Najbardziej rażącym przykładem tego mentalnego wyobcowania jest odrzucenie strategicznego chińskiego projektu: hojnej propozycji Pekinu dotyczącej odbudowy, modernizacji i rozbudowy portu w Bejrucie, aby uczynić go wiodącym węzłem handlowym we wschodniej części Morza Śródziemnego – głównym punktem projektu Jedwabnego Szlaku, który uczyniłby Liban bezpośrednim beneficjentem tej globalnej wizji.

Zamiast tego jednak libańscy „geniusze” zdecydowali się posłusznie podporządkować tym samym siłom, które przyczyniły się do zniszczenia portu, siłom zaciekle sprzeciwiającym się chińskiemu projektowi i zdeterminowanym, by uczynić port w Hajfie – a nie w Bejrucie – główną strategiczną bramą do regionu.

Oczywiście żadna z potęg kolonialnych, które uczestniczyły w zniszczeniu Libanu, nie zaproponowała niczego, co choćby w najmniejszym stopniu przypominałoby chińską ofertę, tę hojną propozycję strategiczną opartą na zasadzie „win-win”, w której „inny” jest postrzegany jako partner, a nie jako wróg, którego należy wyeliminować lub zniewolić.

Prezydenci XI Jinping i Władimir Putin świętujący radzieckie zwycięstwo nad nazizmem 9 maja.

W tym miejscu dochodzimy do punktu kulminacyjnego: słów chińskiego prezydenta Xi Jinpinga, wyjaśniających powody jego udziału w obchodach rosyjskiego zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej przeciwko nazizmowi – nazizmowi, który, należy pamiętać, cieszył się wówczas poparciem większości Europejczyków.

Udział ten – powiedział – spełnia wymogi budowania międzynarodowego porządku opartego na sprawiedliwości. Chiny i Rosja są gotowe do współpracy w obronie prawdy historycznej o II wojnie światowej.

Prezydent Rosji Władimir Putin odpowiedział, że weźmie udział w chińskich obchodach zwycięstwa nad „japońskim militaryzmem”, mówiąc, że oba narody będą wspólnie bronić pamięci o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i walczyć ze współczesnymi formami nazizmu.

W tym miejscu znajduje się dziś świat: każdy naród stoi w obliczu wyzwań zgodnie ze swoją kulturą i stopniem ewolucji cywilizacyjnej.

Do nas, w tym podzielonym świecie arabskim, należy uczyć się od Chin, a przede wszystkim podążać za radą naszego tunezyjskiego brata Abou el-Kacema AChabi – poety narodów poszukujących życia, godności i buntu przeciwko niesprawiedliwości.

Pokojowy Nobel dla Trumpa i Netanjahu

Pokojowy Nobel dla Trumpa i Netanjahu

Stanisław Michalkiewicz Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)  •  19 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5861

Jeszcze za głębokiej komuny do Radia Erewań zadzwonił zaniepokojony słuchacz z zapytaniem, czy będzie wojna. Radio Erewań odpowiedziało, że wojny oczywiście nie będzie, natomiast rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Coś może być na rzeczy, bo nawet święty Paweł, który – jako odwrócony żydowski ubek, coś tam przecież też musiał wiedzieć – w liście do Tessaloniczan zamieścił przestrogę, że gdy wszyscy będą powtarzać: „pokój i bezpieczeństwo” – przyjdzie na nich zagłada. Radio Erewań naprawdę musiały tedy wspierać jakieś proroctwa – bo czy ktoś słyszał dzisiaj o jakiejś wojnie?

Wprawdzie ukraińska – a za nią, jak za panią matką również tubylcza propaganda, to znaczy – funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu – powtarzają, że na Ukrainie toczy się „wojna”, ale to też nie jest żadna „wojna” tylko – jak zadekretował rosyjski prezydent Putin – „wojskowa operacja specjalna”. Ostatnią wojną, która była tak po staremu nazwana, była wojna w Wietnamie, do której jeszcze wrócimy – a już potem żadnej wojny nie było. Na przykład w Iraku i Afganistanie nie toczyła się żadna „wojna”, tylko prowadzona była „operacja pokojowa”, albo „misja stabilizacyjna”.

Zresztą co było celem wojen, wtedy, kiedy jeszcze się toczyły? Celem każdej wojny jest pokój – co zresztą przewidzieli już starożytni Rzymianie, którzy na każdą okoliczność komponowali na poczekaniu jakąś pełną mądrości sentencję. W sprawie wojny też; si vis pacem para bellum – co się wykłada, że jeśli chcesz pokoju, szykuj wojnę. I słusznie – bo czy ktoś kiedykolwiek słyszał, by jakaś wojna – wtedy, kiedy jeszcze się toczyły – nie prowadzona była o pokój? Czy ktokolwiek słyszał, by jakaś wojna toczyła się o wojnę? Takiego człowieka na świecie szczęśliwie nie ma i dlatego niepodobna odmówić przenikliwości klasykowi demokracji Józefowi Stalinowi, co to – podobnie jak Radio Erewań – przewidział, że w przyszłości nie będzie żadnych wojen, tylko właśnie – walka o pokój.

To głosiły między innymi ówczesne pieśni masowe, jak na przykład ta, że „przez walczące krainy idą chłopcy, dziewczyny, idą silni, promienni, odważni. Stań razem z nami, dotrzymaj kroku, splata nam ręce, braterska pieśń. Wygramy walkę o trwały pokój. Wrogom wolności wzniesiona pięść!” Kiedy zaś była mowa o „wrogach wolności”, to nie chodziło ani o NKWD, ani o Informację Wojskową, tylko o amerykańskich imperialistów. Jak ktoś nie wierzy, to niech zapyta pana redaktora Michnika, który w tamtych czasach nie tylko sam w to wierzył, ale za pośrednictwem drużyn walterowskich, stręczył to stalinowskie wyznanie wszystkim innym, podobnie jak i teraz – tylko oczywiście zgodnie z aktualną mądrością etapu.

Zebrało mi się na te wspominki na wiadomość, że podczas ostatniej swojej inspekcji w Stanach Zjednoczonych, dokąd, zdaje się, przybył wraz z żoną, którą korespondent „Najwyższego Czasu” w Tel Aviwie, Kataw Zar, uporczywie nazywał „sekutnicą Sarą”, premier izraelskiego rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu, w ramach nagrody pocieszenia dla amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, którego wcześniej, na oczach całego świata, zmłotował do zbombardowania złowrogiego Iranu, przekazał mu kopię nominacji do Pokojowej Nagrody Nobla, którą wcześniej wysłał pod wskazany adres.

Prezydent Donald Trump, o którym eksperci powiadają, że o niczym innym tak nie marzy, jak o Pokojowej Nagrodzie Nobla, sprawiał wrażenie, jakby go ktoś na sto komi wsadził i zaraz nabrał wigoru. Wcześniej bowiem gruchnęła wieść, że USA wstrzymują dostawy broni i amunicji na Ukrainę, co ogromnie zasmuciło tamtejszego prezydenta Zełeńskiego i wywołało zaniepokojenie w naszym nieszczęśliwym kraju – że jak tak, to prezydent Trump nakaże uruchomić procedury, w celu zmuszenia Polski do sfinansowania dostaw broni i amunicji na Ukrainę, w ramach realizacji tak zwanych „roszczeń”, wynikających z ustawy nr 447.

Kiedy jednak Beniamin Netanjahu wręczył prezydentu Donaldu Trumpu kopię wspomnianej nominacji, okazało się, że prezydent Trump nic nie wiedział o żadnym wstrzymaniu dostaw broni i amunicji na Ukrainę, że decyzję w tej sprawie – o ile w ogóle zapadła jakaś decyzja – musiał chyba podjąć ktoś zupełnie inny. Mało tego; po rozmowie z prezydentem Zełeńskim, prezydent Trump zadeklarował wysłanie na Ukrainę kolejnych transportów broni „defensywnej” – żeby miała czym się bronić. Jak tylko prezydent Zełeński to usłyszał, zaraz nakazał uderzyć na Kursk – bo wiadomo, że nie ma lepszej metody obrony, jak atak. Słowem – walka o pokój rozgorzała ze zdwojoną siłą, więc nie ulega wątpliwości, że prezydent Trump Pokojową Nagrodę Nobla ma już w kieszeni.

No dobrze – ale przecież i premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela walczy o pokój np. w Strefie Gazy jeszcze bardziej zażarcie, niż prezydent Donald Trump. Chyba zatem nie okaże się on niewdzięcznikiem i skoro Beniamin Netanahu rekomendował go do Pokojowej Nagrody Nobla, to wypadałoby chyba, by i prezydent Donald Trump w rewanżu rekomendował do Pokojowej Nagrody Nobla również Beniamina Netanjahu. Wprawdzie prezydent Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla w całości – no ale on akurat prowadził wtedy nie tylko „operację pokojową”, ale w dodatku – „misję stabilizacyjną”, więc słusznie należała mu się cała Nagroda. W dodatku wyłożył 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu”, dzięki czemu również ten kraj dostąpił zaszczytu walki o pokój do ostatniego Ukraińca.

W przypadku, gdyby prezydent Trump zarekomendował do Pokojowej Nagrody Nobla premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, to musiałby dzielić tę Nagrodę ex aequo z nim. Nie byłby to precedens, bo w roku 1973 Pokojową Nagrodą Nobla podzielili się dwaj Laureaci. Jednym z nich był doradca prezydenta Ryszarda Nixona do spraw bezpieczeństwa Henry Kissinger, a drugim – wietnamski generał Le Duc Tho. To znaczy – nie podzielili się, bo wprawdzie Pokojową Nagrodę Nobla otrzymali obydwaj za doprowadzenie do zawieszenia broni – ale Le Duc Tho odmówił jej przyjęcia dowodząc, że pokój jeszcze nie został osiągnięty. Pokój bowiem został osiągnięty dopiero w roku 1975, kiedy to armia Wietnamu Północnego pod komendą Le Duc Tho podbiła Wietnam Południowy i nastąpiło zjednoczenie, a potem – „krwawa łaźnia”.

Beniamin Netanjahu pewnie by ze swojej części Pokojowej Nagrody Nobla nie zrezygnował, ale dla prezydenta Trumpa to nie byłaby przecież żadna przeszkoda, bo wiadomo, że na biednego nie trafiło. Zatem zastygamy w oczekiwaniu na rewanżowy gest ze strony amerykańskiego prezydenta i na decyzję Komitetu, bo jak już nagradzać za walkę o pokój, to nagradzać.

Stanisław Michalkiewicz

„Płaczą Niemcy, płacze Francja, tak się kończy tolerancja”. Cała Polska protestuje przeciwko imigracji

„Płaczą Niemcy, płacze Francja, tak się kończy tolerancja”.

Cała Polska protestuje

przeciwko nielegalnej imigracji [FOTO/VIDEO]

19.07.2025 https://nczas.info/2025/07/19/placza-niemcy-placze-francja-tak-sie-konczy-tolerancja-cala-polska-protestuje-przeciwko-nielegalnej-imigracji-foto-video/

[więcej obrazków w oryginale md]

Kraków, protest przeciwko nielegalnej migracji.
Kraków, protest przeciwko nielegalnej migracji. / Fot. PAP

Zamknięcia granic z Litwą, Ukrainą, Białorusią i Słowacją dla nielegalnej imigracji domaga się Konfederacja, która w sobotę w całym kraju zorganizowała manifestacje „Stop imigracji!”. W niektórych miejscach skromne kontrmanifestacje zorganizowała lewica.

W sobotę w południe w całym kraju przeszły manifestacje organizowane przez Konfederację pod hasłem „Stop imigracji!”. Pikiety zapowiedziane zostały w sumie w 80 miejscowościach. Towarzyszyły im kontrmanifestacje zorganizowane przez środowiska lewicowe.

– Bez zamknięcia Polski dla nielegalnej imigracji, bez rozpoczęcia akcji deportacyjnej, bez wyrzeczenia się poprawności politycznej, bez doposażenia Straży Granicznej i sił odpowiedzialnych za kontrolę legalności pobytu i bez kontroli rynku pracy bezpieczeństwo będzie ulegać stopniowemu pogorszeniu. Ta polityka musi się zmienić – powiedział przed rozpoczęciem manifestacji w Białymstoku jeden z liderów Konfederacji Krzysztof Bosak.

Mówiąc o sytuacji na wschodniej granicy, polityk Konfederacji stwierdził, że nielegalnie imigranci przekraczający granicę stali się coraz bardziej agresywni. – Próbują ranić naszych żołnierzy – powiedział do zgromadzonych. Domagał się też dymisji rządu Donalda Tuska, zamknięcia granic z Litwą, Ukrainą, Białorusią i Słowacją dla nielegalnej imigracji i tego, by żołnierze mieli prawo strzelania do przekraczających wbrew prawu granice.

Protesty i ich przebieg w miastach

W Rzeszowie manifestujący, według policji ponad 200 osób, zgromadzili się przed urzędem wojewódzkim. Były osoby w różnym wieku, wśród nich także rodziny z dziećmi. Część uczestników ubranych było ubranych na czarno. Wielu trzymało w rękach flagi narodowe oraz transparenty, m.in.: „Nie chcemy Londynu, Berlina, Paryża w Rzeszowie!!!”.

Przemawiający poseł do Parlamentu Europejskiego Tomasz Buczek przekonywał, że polski żołnierz ma prawo do użycia broni. Prowadzący rzucił hasło, które zebrani powtarzali: „Macie nasze pełne wsparcie. Jak potrzeba, to strzelajcie”. Podobne manifestacje odbyły się w Przemyślu i Mielcu.

W proteście w Lublinie udział wzięło, według organizatorów, ok. 500 osób. Lubelska policja podała, że pikieta przebiegła spokojnie, bez incydentów.

Kilkaset osób zgromadziło się też w Bielsku-Białej. Organizatorzy zbierali podpisy poparcia pod inicjatywą kierowaną do bielskiej rady miejskiej, by przyjęła uchwałę przeciwko przyjęciu nielegalnych imigrantów w Bielsku-Białej oraz za likwidacją Centrum Integracji Cudzoziemców. Do stolika ustawiła się kolejka.

Spory polityczne podczas manifestacji

Podczas wiecu jeden z mówców – lider partii Nowa Nadzieja w Bielsku-Białej Paweł Śliwa, wskazywał, że za napływ migrantów odpowiedzialna jest nie tylko obecna koalicja z PO na czele, ale także rządy PiS. Zaoponował poseł Grzegorz Puda, który był ministrem w gabinetach Zjednoczonej Prawicy. Na słowną wymianę polityków uczestnicy wiecu odpowiedzieli skandowaniem: „Tylko prawda!” lub „Tylko jedność!”.

W Warszawie do zgromadzonych przemawiał m.in. poseł Konfederacji Przemysław Wipler. – Spotkaliśmy się tutaj w wakacyjnym czasie, ponieważ dla przemytników, dla tych, którzy nielegalnie przerzucają ludzi do Europy, przerzucają nielegalne ludzi do Polski, nie ma wakacji. Proceder, który ma miejsce, odbywa się na coraz większą skalę. Wynika to z tego, że Polska jest coraz zamożniejszym krajem. Jest krajem coraz atrakcyjniejszym, jest krajem, o życiu w którym marzą miliardy ludzi w bardzo biednych miejscach na świecie – powiedział.

Pod Rotundą w stolicy zorganizowano demonstrację lewicowe Stowarzyszenia Zjednoczeni Przeciw Rasizmowi. Kilkadziesiąt uczestników skandowało m.in.: „Faszyzm to zbrodnia, migracja to nie zbrodnia” i „Hańba”, mieli ze sobą banery z hasłami: „Przyjąć uchodźców – skasować faszystów”, „Akcja demokracja”, „Bronimy prawa do azylu”.

Kontrmanifestacje i reakcje społeczne

– Każdy bez względu na kolor skóry i pochodzenie powinien się czuć dobrze nie tylko w Polsce, ale również w Europie. O to będziemy walczyć, bo dziś ci ludzie boją się tu chodzić po ulicach – zabrała głos Maria Książak z Fundacji Międzynarodowa Inicjatywa Humanitarna.

Zorganizowana przez Komitet Obrony Demokracji kontrmanifestacja, trwająca 15 minut, odbyła się też w Olsztynie. Od zgromadzenia Konfederacji oddzielało ją ok. stu metrów. Gdy wspierający migrantów krzyczeli: „Olsztyn wolny od faszyzmu”, uczestnicy drugiej z pikiet krzyczeli: „Tu jest Polska” oraz śpiewali „Płaczą Niemcy, płacze Francja, tak się kończy tolerancja”.

Na Rynku w Katowicach w manifestacji o charakterze antymigranckim, wzięło udział, według policji, około 3 tysięcy osób. Większość demonstrantów stanowili mężczyźni, w tym kibice różnych klubów piłkarskich. W tłumie słychać było okrzyki, takie jak: „wyp******ać z islamistami” oraz „powiesić k***ę za j***a”.

W Katowicach chwilę po 12.00 uczestnicy odpalili race. We Wrocławiu protestujący przed siedzibą Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego rozpoczęli zgromadzenie od minuty ciszy dla zamordowanej w Toruniu 24-letniej kobiety i śmiertelnie ugodzonego nożem 41-letniego mężczyznę w Nowem (woj. kujawsko-pomorskie). W obu przypadkach jako sprawców zatrzymano obcokrajowców: Wenezuelczyka i Kolumbijczyka.

Przebieg protestów w kolejnych miastach

W Łodzi manifestacja zorganizowana przez Konfederację odbyła się w pasażu im. Schillera, gdzie w samo południe zgromadziło się kilkaset osób z biało-czerwonymi flagami – w tym przedstawiciele Klubów Gazety Polskiej. Tuż po rozpoczęciu pierwszego wystąpienia, po drugiej stronie ulicy rozpoczęła się kontrmanifestacja. Grupa młodych ludzi, określająca się jako ruch antyfaszystowski, z banerem „Rasizm za burtę” próbowała zakłócić wydarzenie, wznosząc okrzyki przez megafon. Obie grupy zostały oddzielone od siebie przez policjantów.

Konfederacja w Opolu ograniczyła się do wiecu na rynku stolicy regionu. Kilkaset metrów od rynku przeciwko – jak to określono – „faszyzacji Polski” – manifestowała grupa ludzi mających plakaty z hasła: „w opolskim faszyzm nie przejdzie”, „stop faszyzacji Polski”.

W Kielcach manifestacja „Stop imigracji” odbyła się przed budynkiem Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego. Wzięło w niej udział około 150 osób. Protestujący wnosili okrzyki „Donald Tusk nie zamknie nam ust”, „Polak w Polsce gospodarzem”, „Stop masowej imigracji”.

Protest w Gdańsku początkowo odbył się na Targu Węglowym, przed Zespołem Przedbramia. Wzięło w nim udział kilkuset uczestników – m.in. sympatyków Ruchu Narodowego, Młodzieży Wszechpolskiej i kibiców Lechii Gdańsk. Uczestnicy skandowali hasła: „Precz z komuną”, „Polak w Polsce gospodarzem”, „Stop masowej imigracji” oraz „Dość lewackiej propagandy”. Po zakończonym stacjonarnym proteście, jego uczestnicy przeszli ulicami Długą, Długim Targiem, Stągiewną do Baszty Stągiewnej.

W tym samym czasie grupa kilkudziesięciu osób reprezentująca m.in. partię Razem i trójmiejską organizację feministyczną zgromadziła się przed Bramą Wyżynną w Gdańsku. Uczestnicy trzymali w dłoniach tablice z napisami: „Nacjonalizm to nie patriotyzm”, „Wymienimy ksenofobów na migrantów” czy „Faszyzm STOP! Migrantom dom”.

W Szczecinie manifestacja rozpoczęła się w południe przed magistratem uczczeniem minutą ciszy śmierci 24-letniej Klaudii z Torunia zamordowanej przez obywatela Wenezueli. Działacze Ruchu Narodowego poinformowali o swoim sprzeciwie co do powstania Centrum Integracji Cudzoziemców na szczecińskim Pogodnie. Zachęcali do podpisywania petycji w tej sprawie. Manifestanci trzymali transparenty z hasłami: „Szczecin przeciwko imigracji”, „Chcemy być bezpieczni”.

O matematyku i hydrauliku

Matematykowi zepsuł się grzejnik. Wezwał hydraulika, ten postukał jakimś
kluczem, pokręcił i woda przestała cieknąć. Radość matematyka szybko się
skończyła, gdy fachowiec podał cenę usługi.
– Panie, ale to połowa tego, co zarabiam.
– A gdzie pan pracuje?
– Na uniwersytecie.
– No to przenieś się pan do naszej spółdzielni, pochodzisz pan, popukasz
i zarobisz pan cztery razy tyle, co na tym całym uniwersytecie. Musisz
tylko pan pójść do biura, złożyć podanie i już.

Tylko podaj pan, że masz pan siedem klas, bo wyższe wykształcenie u nas nie popłaca. Matematyk zrobił tak, jak poinstruował go fachowiec. Od tej pory jego dola
wyraźnie się poprawiła. Ale pewnego dnia przyszło zarządzenie o
podnoszeniu kwalifikacji załogi i skierowano wszystkich, którzy mieli
siedem klas do wieczorowej klasy ósmej.

Pierwsza lekcja – matematyka.
Nauczycielka wita wszystkich:
– Dzień dobry, będziemy się uczyć matematyki, na pewno wszyscy dostaną
świadectwo ukończenia ósmej klasy. A na razie przypomnimy sobie, co
pamiętamy jeszcze ze szkoły.
– Może napisze pan wzór na pole koła? – wskazała na matematyka.
Ten wstał, podszedł do tablicy i zaczął wyprowadzać, bo akurat zapomniał
wzoru. Wyprowadza, wyprowadza, zapisał już całą tablicę i w końcu
otrzymał wynik „minus pi er kwadrat”. Ten minus mu się nie podoba, wiec
liczy od nowa. Zmazał tablicę, znowu zapisuje wzorami i znowu wynik z
minusem.

Zrezygnowany patrzy na klasę oczekując podpowiedzi, a wszyscy
szepczą:
– Zmień granicę całkowania.. 

Friday Funnies: Primary the Vegetable! Vegetables have rights, too.

Friday Funnies: Primary the Vegetable!

Vegetables have rights, too.

ROBERT W MALONE MD, MS JUL 18






















Now Congress needs to move to eliminate the Department of Education…



















Vegetables have rights too…

https://substack.com/redirect/4606c851-a125-4e90-a6f2-9bcec4f2155f?j=eyJ1IjoiM20zemN1In0.WJYw4t4az9DAR5UNYvLoRS34pQy4hyjL917Lve2xHw8


Makabra: 87 dzieci zamordowanych w Oleśnicy w pierwszym półroczu !

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

W Oleśnicy w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2025 roku zabito 87 dzieci. 85 z nich pod pretekstem tzw. przesłanki psychiatrycznej. Po prostu: jeśli kobieta powie, że ciąża powoduje u niej smutek lub dyskomfort, podstawieni psychiatrzy wpisują w dokumentację „zagrożenie zdrowia psychicznego”. Następnie na tej podstawie inny lekarz morduje dziecko.

To jest aborcja na życzenie – niezgodna z prawem. Jej wykonawcy korzystają jedynie z pobłażliwości obecnej władzy, która mniej lub bardziej formalnie obiecała im bezkarność. 

Co jeszcze bardziej przerażające, szpital w Oleśnicy nie chce ujawnić, w którym tygodniu życia płodowego były abortowane dzieci.

Ukrywa także, ile z nich zostało uśmierconych poprzez dosercowy zastrzyk z chlorku potasu. A przecież wiemy, że w tym dolnośląskim szpitalu zastrzyki z chlorku potasu idą jeden za drugim.

W tej sytuacji mamy prawo i obowiązek pytać: co ukrywają aborterzy i ich poplecznicy?

Egzekucja chlorkiem jest dla Gizeli Jagielskiej na tyle fajną rzeczą, aby chwalić się nią w proaborcyjnych mediach, ale gdy przychodzi do pytań: ile dzieci w ten sposób zabiliście – ze strony szpitala zapada niezręczna cisza, a po niej przychodzą wymówki, by nie podać informacji.

Horror w Oleśnicy to część większej całości – w całym kraju w pierwszej połowie 2025 roku NFZ opłacił aż 411 aborcji. 

411 niewinnych ludzi zostało podanych egzekucji za Pańskie pieniądze ze składek na ochronę zdrowia.

Czy wyobraża Pan to sobie? Państwo pobiera przymusowo składki, twierdząc, że zorganizuje za nie opiekę zdrowotną, a potem przeznacza te pieniądze na mordowanie najmniejszych i najbardziej bezbronnych pacjentów. To system kradzieży, kłamstwa i regularnego morderstwa.

W Oleśnicy w tę niedzielę pod szpitalem, który zamienił się w krajowe centrum aborcji, o godzinie 14:30 odbędzie się Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Jeśli tylko może Pan być – serdecznie tam zapraszam. 

W najbliższych dniach jesteśmy także w innych miejscach w Polsce – poniżej pełna rozpiska.

Warszawa – 19 lipca (sobota), 12:00, przed Złotymi Tarasami od ulicy Emilii Plater

Ruciane-Nida – 19 lipca (sobota), 12:00, ulica Gałczyńskiego, skwer z Fontanną

Piotrków Trybunalski – 19 lipca (sobota), 12:00, Plac Kościuszki przy kościele OO. Bernardynów

Radomsko – 19 lipca (sobota), 15:15, Plac 3-go Maja przy muzeum

Rzeszów – 19 lipca (sobota), 10:00, przy pomniku Czynu Rewolucyjnego, skrzyżowanie Alei Piłsudskiego i Cieplińskiego

Strzyżów k. Rzeszowa – 18 lipca (piątek), 17:00, Rynek przy pomniku św. Michała Archanioła

Białystok – 19 lipca (sobota), 12:00, przed Bazyliką Wniebowzięcia NMP obok pomnika Piłsudskiego

Cieszyn – 19 lipca (sobota), 12:00, ulica Głęboka (przy kościele PW. św. Marii Magdaleny)

Przemyśl – 19 lipca (sobota), 13.00, Plac Niepodległości

Skoczów – 19 lipca (sobota), 14.30, Rynek

Wrocław – 20 lipca (niedziela), 12:00, Rynek przy pręgierzu

Oleśnica – 20 lipca (niedziela), 14.30, pod szpitalem, ulica Armii Krajowej 1

Gryfów Śląski – 20 lipca (niedziela), 13:00, Rynek

Proszę pamiętać, że ta lista to tylko jeden weekend. Więcej miejsc i kolejne daty znajdzie Pan pod linkiem: https://ratujzycie.pl/publiczny-rozaniec-o-zatrzymanie-aborcji/. 

Każde z dzieci, które poddawane są aborcji, chce żyć. Wszystkie niewyobrażalnie cierpią, spotykając się z agresją aborterów, odrzucone przez własną matkę, potraktowane gorzej niż skazańcy.

Dajmy im od siebie to, co możemy – naszą modlitwę, obecność,świadectwo, że ich kaźń nie będzie zapomniana.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja GodekKaja Godekundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Ora et labora – to klucz do odbudowy cywilizacji życia i miłości. Modlimy się i pracujemy – razem z Panem i dzięki Panu – by aborcja stała się przestępstwem ściganym tak samo jak morderstwo na dziecku już urodzonym. 

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Kolejna próba wciągnięcia Polski do wojny?

Kolejna próba wciągnięcia Polski do wojny?

Autor: AlterCabrio , 17 lipca 2025

Wszystkie media głównego nurtu powieliły informację, którą na mediach społecznościowych umieścił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Orzekł on arbitralnie, że to były rosyjskie drony, które nadleciały z trzech kierunków, a atak nieprzypadkowo wymierzony został w polską fabrykę. Minister wyjaśnił też, skąd ma tą wiedzę – od szefa zakładu. Następnie pan minister złowrogo orzekł: „zbrodnicza wojna Putina przybliża się do naszych granic”.

−∗−

Obraz tytułowy: Aleksander Sochaczewski Pożegnanie Europy, 1894. Zsyłka w głąb Imperium Rosyjskiego powstańców styczniowych. Czy chcemy tego znowu? LINK

===============================

Kolejna próba wciągnięcia Polski do wojny?

W dniu 16 lipca 2025 roku media głównego nurtu obiegła pilna wiadomość: ROSJA ZAATAKOWAŁA POLSKĄ FABRYKĘ!

Od razu skoczyła adrenalina: a więc jednak? Czy wraże rakiety niszczą naszą infrastrukturę? Czy mamy już schodzić do schronów, których nie ma? Trzeba było chwile ochłonąć, aby zrozumieć, co naprawdę kryje się pod alarmującym paskiem. Otóż w trakcie działań wojennych na terenie państwa ukraińskiego, w mieście Winnica ucierpiała fabryka, należąca do Grupy Barlinek. Zabudowania zostały uderzone przez 3 drony. Są straty materialne i dwie osoby ranne.

Wszystkie media głównego nurtu powieliły informację, którą na mediach społecznościowych umieścił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Orzekł on arbitralnie, że to były rosyjskie drony, które nadleciały z trzech kierunków, a atak nieprzypadkowo wymierzony został w polską fabrykę. Minister wyjaśnił też, skąd ma tą wiedzę – od szefa zakładu. Następnie pan minister złowrogo orzekł: „zbrodnicza wojna Putina przybliża się do naszych granic”.

No więc wszystko jasne, dyrektor fabryki wyrobów drewnopochodnych jest najważniejszym źródłem wiedzy do prowadzenia geopolityki, a Winnica, ukraińskie miasto na wschodnim Podolu znad rzeki Boh w magiczny sposób przemieściło się nad rzekę Bug. Być może panu ministrowi pomyliła się III RP z I RP., kiedy rzeczywiście Winnica należała do Polski. No ale wtedy nie było jeszcze Putina, ani dronów.

Zobacz też:

Wschód, i czego o nim nie wiecie

Zachód, jakiego nie znacie

Żarty żartami, ale sprawa staje się poważna, jeśli minister spraw zagranicznych mówi o przybliżającej się do Polski wojnie, prowadzonej przez mocarstwo nuklearne. To może oznaczać bardzo poważne zagrożenia dla Polaków. Pan minister świadom jest zagrożenia i bardzo pomaga w utrzymaniu bezpieczeństwa. Ostatnio zamknął dwa konsulaty Federacji Rosyjskiej w Polsce. To na pewno zwiększyło nasze bezpieczeństwo. A jeśli chodzi o zagrożenie rosyjskie – nie mamy co się bać, dopóki Ukraina walczy za nas. Prezydent (były, ale wciąż urzędujący) Zełenski na pewno zrobi wszystko, aby odeprzeć rosyjski atak od Polski. Przede wszystkim mamy jednak naszych wspaniałych sojuszników – USA, inne NATO i Unię Europejską. Oni wszyscy nas obronią. Możemy więc nadal prowadzić politykę prowokacyjną przeciw Rosji, włos nam z głowy nie spadnie. To znaczy, na pewno włos z głowy nie spadnie panu ministrowi spraw zagranicznych, on wszak ma dwa paszporty, i panu premierowi, w końcu godność byłego prezydenta Europy daje pewne profity. Pan minister wojny też raczej wyjdzie bez szwanku dzięki zawczasu przygotowanemu plecakowi ewakuacyjnemu. No a reszta mieszkańców Polski?

Reszta jest nieważna, nie ma takiego dobra, którego nie należałoby poświęcić dla zachowania całości terytoriów państwa ukraińskiego. Dwóch Polaków zabitych od uderzenia rakiety w Przewodowie, pamiętamy? Co wówczas usłyszeliśmy? Pan Zełenski od razu powiedział mniej więcej to samo, co pan minister: TO ROSJA! TRZEBA COŚ ZROBIĆ! Później zaś okazało się, że rakieta nie była rosyjska, lecz ukraińska.

Do tej pory nie ma przeprosin ani zadośćuczynienia. Jakiś czas potem pan Zełenski ostrzegał Polskę, że Rosja wystrzeliła rakietę, po czym okazało się, że jednak nie. Biorąc pod uwagę całokształt, skąd wiemy, że drony były rosyjskie, a nie ukraińskie? Czy to nie była prowokacja, operacja pod fałszywą flagą, próba wciągnięcia Polski i NATO do wojny z Ukrainy z Rosją, ale bezpośrednio? Komu zależy na takim rozszerzeniu konfliktu: Rosji czy Ukrainie?

Nie mam złudzeń, że głos rozsądku przedostanie się i przekona mainstream, tak medialny, jak polityczny. Oni wciąż będą gęgać swoje, jaka zła ta Rosja i szukać wszędzie agentów Putina. Patrzcie, jakie to wygodne! Kogoś nie lubisz, powiedz o nim, że zna rosyjski, więc agent. To nic, że kiedyś w szkole uczyli się go wszyscy, ogłupiony lud nie musi pamiętać. Ktoś czytał kiedyś Puszkina lub słuchał Czajkowskiego, to dopiero agent wpływu. No i gdy ktoś próbuje rzeczowej rozmowy o geopolityce, zaraz jest zgaszony: o Rosji tylko źle, i nie wolno mówić o potrzebie normalizacji stosunków. Ani przez myśl nie przyjdzie tym ludziom, że właśnie w ten sposób prowokują Putina do ataku, właśnie tak narażają terytorium polskie i życie Polaków na atak, choćby dronowy. Nie są w stanie zrozumieć tak prostej myśli, że jeśli nie chce się konfliktu zbrojnego z jakimś państwem, nie szuka się zadrażnienia, ale właśnie odprężenia. A wszystko, co robią władze III RP od 24 lutego 2022 roku, jest szukaniem zadrażnień. Czy to jest aż tak trudne emocjonalnie, żeby zrozumieć, że ze strachu przed Rosją prowokujemy Rosję? Zachód nas nie obroni, ani USA, ani Brytyjczycy, ani Niemcy, ani Francja, ani ktokolwiek inny. Jeśli zostaniemy zaatakowani, zostaniemy sami, jak w 1939 r.

W obecnej sytuacji geopolitycznej Polska powinna robić wszystko, aby uniknąć konfliktów z Federacją Rosyjską. Nie z powodu sympatii do Rosji i Putina, ale właśnie odwrotnie – ze strachu przed Rosją i z obawy przed Putinem. Wszyscy ci, którzy boją się Rosji, a obawiać powinni się wszyscy Polacy, niech zrozumieją wreszcie, że jeśli boisz się silniejszego, a nie możesz go pokonać, to go przynajmniej nie prowokuj, bo możesz nie przeżyć ciosu. Jeśli nie możesz go pokonać, kiedy cię zaatakuje, to przekonaj go, aby cię nie zaatakował, zanim to zrobi. Straszenie Zachodem na Rosję już nie działa. USA mają inne sprawy na Bliskim Wschodzie i Pacyfiku, i tam będą się angażować. Europa Zachodnia nie ma siły zbrojnej. Jedyne, co Zachód nam dziś oferuje, to wpychanie nas, Polaków, po raz kolejny zresztą, do bezsensownej, samobójczej walki z Imperium Rosyjskim, na wykrwawienie. Mało nam było niepotrzebnych powstań XIX wieku? Mało nam krwi i cierpień naszych przodków? Chcemy znowu? Chcemy więcej? I to w imię czego? Interesów City of London? Dla wsparcia banderowców? Przyjdźmy po rozum do głowy, zanim ktoś wciągnie nas w katastrofalny konflikt z Federacją Rosyjską.

Nie mam złudzeń co do tzw. elit, ale pokładam ufność w narodzie polskim, a szczególnie w jego szczególnej grupie, którą zwę Elitą Organiczną Narodu. Bracia, jednoczmy się i nie pozwólmy agentom na wciągnięcie Polski do obcej wojny.

Dowiedz się więcej o podbijaniu Polski i Polaków. „Poradnik świadomego narodu” dostępny tutaj: LINK

______________

Kolejna próba wciągnięcia Polski do wojny?, Bartosz Kopczyński, 17 lipca 2025

−∗−

Warto porównać:

Wojna, groźba, szansa – Bartosz Kopczyński
Świadomość ta wciąż nie doszła do umysłów Polaków, zajętych cyrkowymi igrzyskami polityków ze szkoły pinokiańskiej. Trudno się dziwić, skoro wciąż większość naszych rodaków nie dostrzega własnego statusu okupacyjno-likwidacyjnego. Rzecz to […]

______________

Kto chce zrównać Polskę z ziemią? – Bartosz Kopczyński
«Poprzez utrzymywanie tej atmosfery zagrożenia, wtedy kiedy tego zagrożenia nie ma, wtedy kiedy raczej sytuacja idzie do pokoju, podgrzewanie wojny może doprowadzić, że w końcu dojdzie do jakiejś ingerencji, dojdzie […]

______________

Jak bronić wolności
Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś […]

Rośliny [np. kurkuma] mogą powstrzymać superbakterie wielo-leko-oporne

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/rosliny-moga-powstrzymac-superbakterie

Rośliny mogą powstrzymać superbakterie


Oporność bakterii na antybiotyki staje się coraz poważniejszym problemem zdrowotnym na całym świecie. Naukowcy z Uniwersytetu Utah znaleźli obiecujący sposób na zwalczanie bakterii opornych na antybiotyki, występujących w ściekach, wykorzystując naturalne związki pochodzenia roślinnego. Badanie opublikowane w czasopiśmie Frontiers in Microbiology wykazało, że kurkumina (z kurkumy) i emodyna (z rabarbaru) znacząco hamują wzrost i aktywność bakterii wielo-lekoopornych.

===========================

[aha… ODKRYLI !! A Babcia Zosia poleca i od lat stosuje w kuchni kurkumę [bardzo poprawia smak potraw!] i robi doskonałe kompoty z rabarbaru. Potępia „dyktaturę antybiotyków”, wszyscy zdrowi… MD]

======================================================

Zespół kierowany przez dr Liyuan „Joannę” Hou przeanalizował próbki ścieków z oczyszczalni w Logan w stanie Utah i zidentyfikował dziewięć szczepów bakterii opornych na wiele antybiotyków. Niektóre z tych bakterii były odporne nawet na kolistynę, antybiotyk „ostatniej szansy”. Chociaż te szczepy same w sobie mogą nie być groźne dla zdrowych ludzi, istnieje ryzyko, że mogą przekazywać geny oporności niebezpiecznym patogenom, takim jak E. coli.

W laboratorium naukowcy przetestowali 11 naturalnych związków pochodzenia roślinnego, w tym berberynę, chryzyn, kwercetynę i resweratrol. Okazało się, że kurkumina i emodyna dały najlepsze rezultaty: skutecznie ograniczyły wzrost bakterii, tworzenie biofilmu (ochronnej warstwy, która pomaga bakteriom przetrwać w niekorzystnych warunkach) oraz aktywność komórkową. Mechanizm ich działania polega na zakłócaniu błon komórkowych bakterii, ingerencji w syntezę DNA oraz zapobieganiu tworzeniu biofilmu.

Autorzy badania podkreślają, że jeśli skuteczność kurkuminy i emodyny potwierdzi się w rzeczywistych obiektach oczyszczania ścieków, substancje te mogą stać się bezpieczną, przyjazną dla środowiska alternatywą dla antybiotyków na etapie oczyszczania ścieków. Mogłoby to zapobiec rozprzestrzenianiu się „superbakterii” do zasobów wodnych, takich jak rzeki, jeziora i zbiorniki, które mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Przyszłe badania powinny skupić się na testowaniu tych związków w złożonych matrycach ścieków, badaniu synergistycznych efektów z istniejącymi procesami oczyszczania oraz ocenie długoterminowego wpływu na społeczności mikrobiologiczne i dynamikę oporności. Dodatkowo, przejście od badań laboratoryjnych do prób w skali pilotażowej będzie kluczowe dla oceny wykonalności i bezpieczeństwa środowiskowego tego rozwiązania.

Źródła: 

https://www.frontiersin.org/news/2025/07/10/chemicals-turmeric-rhubarb-could-help-fight-antibiotic-resistant-bacteria-frontiers-microbiology

https://newatlas.com/health-wellbeing/rhubarb-turmeric-superbug

https://phys.org/news/2025-07-chemicals-turmeric-rhubarb-antibiotic-resistant.html

https://scienceblog.com/turmeric-and-rhubarb-compounds-fight-superbugs-in-sewage

https://www.frontiersin.org/journals/microbiology/articles/10.3389/fmicb.2019.00990/full

Żydokomuna krzyczy „gewałt!”

Żydokomuna krzyczy „gewałt!”

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  17 lipca 2025 micha

Pan prof. Śpiewak, podobnie jak inni liczni Żydowie; twierdził, że „żydokomuna” nie istnieje. Jeszcze dalej szedł w zaparte prezes warszawskiego Judenratu, obywatel redaktor Michnik Adam, który twierdził, że nie tylko żydokomuny, ale nawet Żydów w Polsce „nie ma”. Podobnie „nie ma” Wojskowych Służb Informacyjnych, ani izraelskiej broni jądrowej. Jak wiadomo cały świat wie, że Izrael ma arsenał nuklearny, szacowany przez Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem na 90 głowic – no ale wszyscy udają, że wierzą w te zaprzeczenia, co moim zdaniem stanowi dodatkową poszlakę, iż świat traktuje Żydów jako Herrenvolk, czyli naród panów.

Moim zdaniem taka oficjalna, a nawet ostentacyjna nieobecność, jest tylko wyższą formą obecności, a skoro tak, to trudno się dziwić, że w pewnych sytuacjach szydło wyłazi jednak z worka. W ogóle to w opinii, jakoby żydokomuma nie istniała, nie ma logiki, podobnie jak w przypadku Aaronka, co to chodził sobie podczas lekcji po szkolnym boisku. Kiedy dyrektor surowym tonem spytał go, dlaczego nie jest na lekcji, odparł, że dlatego, iż „logiki nie ma” – Jak to”logiki nie ma” – zainteresował się dyrektor. – Już wyjaśniam – powiada Aaronek. – Ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie z klasy. Teraz oni tam siedzą, a ja chodzę po świeżym powietrzu.

Ta anegdotka była bardzo popularna w Polsce w roku 1968, kiedy to Żydowie masowo opuszczali cudny raj, w którym wcześniej nieźle nasmrodzili, jako uczestnicy aparatu terroru i aparatu partyjnego, udając się na świeże powietrze, czyli Zachód. Wbrew bredniom powtarzanym przez pana prezydenta Dudę, nikt ich do tych wyjazdów nie „zmuszał”. Opuszczali cudny raj z radością – a kto nie chciał, ten zostawał. W jaki sposób w przeciwnym razie, w Polsce znalazłby się „Drogi Bronisław”, czy choćby pan red. Adam Michnik?

Od strony logicznej z żydokomuną jest tak, że mamy dwa kręgi: jeden – to Żydowie, a drugi – to komuna. Te dwa kręgi częściowo na siebie zachodzą, a to miejsce, gdzie zachodzą, to właśnie żydokomuna.

Więc chociaż jest rozkaz, że żydokomuny „nie ma”, to niekiedy manifestuje ona swoja obecność w sposób nieoczekiwany. I właśnie tak się stało za sprawą pani Rigamonti, która przeprowadziła rozmowę jednocześnie z obywatelem Kwaśniewskim Aleksandrem i panem redaktorem Michnikiem Adamem , szefem warszawskiego Judenratu. Akeksander Kwaśniewski, jak wiadomo, jest wybitnym przedstawicielem „komuny”. Wprawdzie teraz obrzezał się na socjaldemokratę, ale – jak wiadomo – żywotne soki czerpie mnóstwem korzonków a krwawej, gnilnej masy, w jaką jego poprzednicy, np. Edmund Kwasek, przerobili polskich patriotów. Aleksander Kwaśniewski pozuje na Europejczyka, mówi językami, nosi garnitury i w ogóle – ale tych korzonków nie przecina. W myśl przysłowia, że pokorne cielę dwie matki ssie – wyssał wszystko, co tylko mógł, z „komuny”, a teraz wysysa, co tylko może z „demokracji”.

Pewnej części gawiedzi takie ssaki szalenie imponują i tym właśnie tłumaczę sobie okoliczność, że Aleksander Kwaśniewski został bez żadnego przymusu wybrany na prezydenta Polski na dwie kadencje. Więc Aleksander Kwaśniewski, niezależnie od kostiumów, w jakie akurat się drapuje, jest przedstawicielem „komuny”, zaś pan red. Adam Michnik, jako przewodniczący tubylczego Judenratu, reprezentuje Żydów, których, jak wiadomo, „nie ma”. Pani Rigamonti, kumulując ich odpowiedzi, być może bezwiednie, prezentuje nam punkt widzenia żydokomuny.

Pretekstem do rozmowy jest zaniepokojenie, jakie żydokomuna odczuwa w związku z wynikiem wyborów prezydenckich. Pan red. Adam Michnik, najwyraźniej świadomy, że nie ma w Polsce żadnego niezawisłego sądu, który ośmieliłby się go skazać, twierdzi, że wybory wygrał „łobuz” i że „pół Polski poszło złą drogą”. Wiadomo bowiem, że dobra droga, to ta, którą mniej wartościowemu narodowi tubylczemu wskazuje Judenrat. „Najlepsza droga dobra – ZMP!” – śpiewały Judenraty w czasach stalinowskich. Z kolei Kwaśniewski Aleksander martwi się, że jak mniej wartościowy naród tubylczy nadal będzie podążał złą drogą, to znaczy – drogą inną, niż mu wskaże Judenrat – to „może być droga do zniweczenia tego wszystkiego, co w sensie ustrojowym, demokratycznym, osiągnęliśmy od 1989 roku.” Najwyraźniej Kwaśniewski Aleksander przestaje w tym momencie panować nad zaimkami, wskutek czego zaczyna być podobny do idioty, któremu wystarczy tylko pozwolić mówić, a sam się sypnie.

Bo zastanówmy się – co Aleksander Kwaśniewski i jemu podobni bezpieczniaccy konfidenci, pieszczochy komuny, osiągnęli „ustrojowo” po 1989 roku. Po pierwsze – bezkarność, dzięki czemu nie ponieśli żadnych konsekwencji za udział w uwłaszczeniu nomenklatury, które – jak wiadomo – odbywało się poprzez rozkradanie majątku państwowego. Czyż nie z obawy przed jakimiś śmierdzącymi dmuchami, Aleksander Kwaśniewski, już jako prezydent, zagroził „lustracją totalną” jeśli tylko ukaże się chociaż jedno słowo, jak to PZPR kradła waluty obce z PEWEXU i lokowała je w szwajcarskim Sezamie? Jak pamiętamy, następnego dnia to tej groźbie Jacek Kuroń i Karol Modzelewski (znowu żydokomuna) napisali do niego list w tonie: już się nie kłóćmy, już się pogódźmy, niech tylko Oleksy poda się do dymisji – i końce w wodę.

No a „matka wszystkich afer”, czyli FOZZ? Zakończyła się wesołym oberkiem, podobnie jak wiele innych.

Ale bezkarność, to tylko jedno z „osiągnięć”. Drugim, jeszcze większym „ustrojowym” osiągnięciem żydokomuny po 1989 roku, było zbudowanie w Polsce kapitalizmu kompradorskiego. Kapitalizm kompradorski różni się od zwyczajnego kapitalizmu tym, że o ile w zwyczajnym kapitalizmie o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decydują w zasadzie zalety człowieka działającego – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka i czy ma szczęście – to w kapitalizmie kompradorskim o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem jest to samo, co i za komuny było najtwardszym jądrem systemu – czyli bezpieka.

Ponieważ większość społeczeństwa do sitwesów nie należy, musi zostać wyrzucona poza główny nurt życia gospodarczego, zarezerwowanego dla sitwy (sektor finansowy, paliwowy, energetyczny i podobne „strategiczne”) na obrzeża, gdzie może sobie wydłubywać kit z okien. Wskutek tego jednak narodowy potencjał gospodarczy jest zablokowany.

Czego zatem żydokomuna się boi, dlaczego krzyczy: „gewałt!?” Ano – z obawy, że jeśli większość narodu się zorientuje i przestanie słuchać Judenratu, to rzeczywiście – sitwesowie mogą stracić „zdobycze”, które sobie prawem kaduka przywłaszczyli po roku 1989.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

DYSCYPLINOWANIE PREZYDENTA, CZ. 2

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/dyscyplinowanie-prezydenta-cz-2,p1546084339

DYSCYPLINOWANIE PREZYDENTA, CZ. 2

Sławomir M. Kozak

Już w roku 1982 Epstein doradzał jednemu z najbogatszych wówczas ludzi na świecie, którym był Adnan Khashoggi. Pisałem o tym osobniku, również w kontekście spraw polskich, w książce „Projekt Phoenix”. Jego mieszane, arabsko-żydowskie korzenie ułatwiały mu występowanie w roli łącznika między Izraelem i Arabią Saudyjską. Zaangażował się, na przemysłową niemal skalę, w handel bronią i narkotykami, przy wydatnej pomocy Williama Clintona, zarządzającego w tym czasie stanem Arkansas, głównym punktem przerzutowym tej operacji. Wiele transakcji Khashoggiego sfinansowano za pośrednictwem cieszącego się złą sławą, powiązanego z CIA banku BCCI (Bank of Credit and Commerce International), znanego także jako Bank of Crooks and Criminals International.

Co ciekawe, BCCI był ściśle powiązany także z byłym bankiem Epsteina, Bear Stearns. Bear Stearns służył jako pośrednik dla BCCI, co pozostawało w ukryciu aż do zakończenia długiej batalii sądowej w Wielkiej Brytanii w 2011 roku. Wielce prawdopodobne jest, że Epstein odszedł formalnie z banku Bear Stearns po to, by pozostać nieujawnianym łącznikiem pomiędzy tymi dwoma podmiotami. 

W połowie lat 80. Epstein poznał człowieka o nazwisku Les Wexner, który zarządzał wówczas wartym wiele miliardów Limited Brands Inc., obecnie pod nazwą Bath & Body Works, działającym na rynku detalicznej sprzedaży ubrań. Bliskim przyjacielem tego ostatniego był „szef kanadyjskich żydów”, wspomniany już Edgar Bronfman, którego rodzina prawdopodobnie nadal przewodzi żydowskiej mafii w Kanadzie. Tak się akurat złożyło, że w tym samym niemal czasie zginął prominentny miejscowy prawnik, będący długoletnim doradcą Bronfmana, niejaki Artur Shapiro, który miał właśnie zeznawać na niekorzyść szefa przed Komisją IRS. Jego śmierć policja sklasyfikowała jako „zabójstwo w stylu mafijnym”, co nie było szczególnie odkrywcze, skoro ktoś wypalił mu z broni prosto w twarz, w biały dzień. Wkrótce potem Wexner udzielił Epsteinowi pełnomocnictwa, dzięki któremu od tej pory, to on mógł zarządzać jego osobistymi finansami. Ta zażyłość spadnie Epstein’owi niczym manna z nieba, zwłaszcza od kiedy Wexner, który w roku 1982 kupił markę Victoria’s Secret, rozpocznie organizowanie pokazów bielizny, transmitowanych także przez stacje telewizyjne.

Przyciągnie to do firmy zastępy atrakcyjnych dziewcząt marzących o karierze modelki, a w dalszej kolejności o wejściu do świata Hollywood. To właśnie w tym okresie, na fali zmian zachodzących w krajach Europy Wschodniej, do tej branży trafiać zaczyna coraz więcej młodych kobiet zza żelaznej dotąd kurtyny. Ten dopływ będzie trwał przez kolejne lata 90. Dla wykorzystujących ten stan rzeczy śliniących się satyrów, którym w sukurs idzie dysproporcja między poziomem życia w Ameryce, a zarobkami w krajach byłych już demoludów, to prawdziwa żyła złota. Tym bardziej, że milionerzy „amerykańscy”, z sobie tylko znanych powodów, preferują „żywy towar” o urodzie słowiańskiej. Nie dotyczy to zresztą tylko płci pięknej.

Wexner rozpoczął od przewożenia ciuchów z Hong Kongu na cywilno-wojskowe lotnisko Rickenbacker, w Columbus. Dość szybko to doświadczenie zaczęło być wykorzystywane przy szmuglowaniu broni i narkotyków na pokładzie samolotów linii Southern Air Transport. Uruchomił ją, współpracujący z CIA słynny Barry Seal, którego postać zagrał w późniejszym o wiele lat filmie „American Made”, popularny aktor Tom Cruise. Maszyny transportowały wszystko, niezależnie od trasy. Latały do najgorętszych politycznie i militarnie miejsc świata, jak Kolumbia, Irak, Afganistan, Somalia czy Bośnia. W roku 1998 wokół linii zaczęły się mnożyć plotki, co doprowadziło ją do upadku. Zrestrukturyzowano ją i wkrótce kontynuowano transport pod zmienioną już nazwą Southern Air. Tajemnicą poliszynela było też to, że CIA przerzucając trefne ładunki w ramach akcji Iran-Contra, operowało z lotniska Mena w Arkansas, kiedy gubernatorem tego stanu był Bill Clinton, a większość roboty papierkowej dla tych transportów brała na siebie kancelaria prawna Rose Law, w której jednym z partnerów była Hillary Clinton. O samej kancelarii, w kontekście zamachów 9/11 wspominałem między innymi, w książce „Operacja Terror”.

Wiele wskazuje na to, że Epstein szybko odkrył, jakie możliwości daje transport lotniczy także w handlu żywym towarem, którego roczny zysk na świecie oscyluje wokół 150 miliardów dolarów, czy dorywczym dostarczaniu dziewcząt dla zaspokojenia krótkotrwałych potrzeb swoich klientów. Kupił czarny odrzutowiec typu Gulfstream G550, później helikopter i dwusilnikową Cessnę 421. A, kiedy tego typu „zabawki” upowszechniły się wśród podobnych mu milionerów, zamówił pasażerski samolot Boeing 727-200, który mógł zabrać na pokład blisko 200 osób. Na pokładach samolotów rocznie spędzał około 600 godzin. Z pewnością wiele czasu poświęcał przy tej okazji na załatwianiu spraw pomiędzy bankami Bear Stearns i BCCI. Wnętrze zmodyfikował, zamontowano mu nawet terminal Bloomberga, by mógł w trakcie lotu dokonywać finansowych transakcji. Ci, którzy poznali słabości Epsteina, okrzyknęli wkrótce samolot mianem „Lolita Express”, co odnosiło się oczywiście do powieści Vladimira Nabokova, opisującej mężczyznę zafascynowanego niedojrzałymi dziewczynkami, ogarniętego erotyczną obsesją na punkcie dwunastoletniej pasierbicy.

Niewątpliwie niezwykle zagadkowym elementem dotyczącym jego działalności lotniczej, było wykorzystywanie w niektórych rejsach znaków rejestracyjnych nie należących do żadnego z jego samolotów, a do maszyny rządowej! To ewidentne przestępstwo. Istnieją dowody na to, że oznaczenie N474AW, będące rejestracją samolotu typu OV-10D Bronco, będącego na wyposażeniu Departamentu Stanu USA, widniało na śmigłowcu (!) Bell Long Range 206L3, należącym do Epsteina. Jak wykazał rejestr FAA, Bronco zostało przez Departament Stanu (United States Department of State, 1038 S. Patrick Drive #985, Patrick Air Force Base, Brevard County, Florida 32925-3516) wydzierżawione firmie Dyncorp, dla potrzeb operacji antypartyzanckich i antynarkotykowych w Kolumbii. Dyncorp, to prywatny kontraktor wojskowy, którego siły i środki wykorzystywane były przez Stany Zjednoczone w rozlicznych operacjach, między innymi w Bośni, Kosowie, Boliwii, Somalii, Angoli, Kuwejcie, ale też podczas „walki” z efektami huraganu „Katrina” na Haiti. Dyncorp zapewniał też ochronę afgańskiemu prezydentowi Hamidowi Karzaj. Wspominałem o tej firmie w poprzednich książkach dotyczących wydarzeń 9/11. W 2020 roku firma została kupiona przez konglomerat obronny Amentum.

Tymczasem, jak wynika z manifestu lotów, 6 sierpnia 2002 roku, pilot David Rodgers wystartował z meksykańskiej posiadłości Epsteina, o której piszę w kolejnym rozdziale, należącym do Epsteina śmigłowcem Bell, ale oznakowanym numerami N474AW i poleciał na lotnisko Double Eagle II, w Albuquerque. Być może, zadziwiające to wydarzenie można powiązać z tym, że w 2002 roku, flota powietrzna należąca do Epsteina była już na celowniku służb podejrzewających go o handel dziewczynkami w wieku od 12 do 15 lat, tymczasem, jak wykazały zeznania jednego z pracowników Dyncorp dla The Washington Times, firma, w tym właśnie czasie, dokonywała przemytu dzieci, będących dokładnie w tym samym wieku, z Kosowa i Bośni. Fachowcy wiedzą, że kilkadziesiąt kilo sprzedanego narkotyku ginie z rynku bezpowrotnie, ale te same kilkadziesiąt kilo w „żywym towarze”, może być „w obiegu” latami. Zatem najdalsze nawet loty i duże nakłady finansowe, zwracają się z nadwyżką. Samolot firmy Dyncorp rozbił się w roku 2006, choć jego numery rejestracyjne wykorzystano ponownie, w roku 2014. (ciąg dalszy nastąpi…)

Sławomir M. Kozak

Kup książkę

Kup ebook

Zielony Ład w Holandii: Nie używaj energii, gdy jej potrzebujesz, bo będą blackouty.

Holandia ogranicza dostawy energii. Była minister: Blackouty mogą stać się codziennością

https://pch24.pl/holandia-ogranicza-dostawy-energii-byla-minister-blackouty-moga-stac-sie-codziennoscia

(pixabay.com)

Jeżeli nie cofniemy się z obecnej polityki klimatycznej, blackouty, które wyłączyły Hiszpanię, staną się codziennością nas wszystkich – ostrzegła w radiowej rozmowie Anna Trzeciakowska, była minister klimatu.

– Dzieje się to, co wszyscy zapowiadali, czego się spodziewaliśmy. Sieci przesyłowe i dystrybucyjne nie nadążają za ideologią Zielonego Ładu. Nie bardzo chcą jej słuchać – ironizowała polityk na antenie Radia Wnet. Kontekstem tej opinii są wprowadzone przez władze Holandii ograniczenia w dostawach prądu dla przemysłu. Była minister przypomniała, że w grudniu 2023 roku ostrzegała w Sejmie, iż sieci nie słuchają ustaw, lecz działają na podstawie praw fizyki i matematyki.

– Epicki sukces rozwoju elektryfikacji połączonej z niestabilnymi OZE [„odnawialne źródła energii”] powoduje, że sieci po prostu nie są w stanie prądu w wystarczającej ilości dostarczyć do tych, którzy chcieliby go z niego korzystać. Holandia pierwsza pokazała, że to nie działa.

Wcześniej była jeszcze Hiszpania, ale to osobny wątek – przypomniała, nawiązując do niedawnego blackoutu na Półwyspie Iberyjskim i we Francji. – Natomiast w Holandii, jak sądzę, chcą być mądrzy przed szkodą i po prostu przemysł ma ograniczenia w dostawach prądów. Na razie przemysł – zaznaczyła ex-minister. Oczywiście, oznacza to olbrzymie straty, perspektywę ucieczki inwestorów i inne problemy przedsiębiorstw, a w dalszej kolejności zagrożenie dla szpitali, szkół, wielu instytucji użyteczności publicznej.

– Na razie wygląda to tak, że w Holandii w godzinach szczytu przemysł ma nie korzystać z energii elektrycznej. Przemysł zwykle pracuje w trybie ciągłym i po prostu nie jest w stanie na przykład od ósmej do dziesiątej rano nie używać prądu, zatrzymać linii produkcyjnych i wrócić wtedy, kiedy prądu będzie w sieci wystarczająca ilość – mówiła goszcząca w Radiu Wnet była minister.

Równolegle rząd holenderski za pośrednictwem mediów publicznych zaczął apelować do mieszkańców żeby nie korzystali z energii wtedy, kiedy zazwyczaj robią to najczęściej – rano, szykując się do pracy, a także po południu i wieczorem, gdy z niej wracają.

– Ten problem będzie, niestety narastał. Nie jesteśmy w stanie przesłać siecią takiej ilości prądu, jaką byśmy chcieli, ze względu na to, że z jednej strony sieci są zaburzane przez niestabilne OZE, które raz pracują, raz nie pracują. Z drugiej strony jest powszechna elektryfikacja, która widnieje na sztandarach Zielonego Ładu – wszystko ma być na prąd – powoduje, że zużycie energii gwałtownie rośnie – mówiła Anna Trzeciakowska.

Jak wyjaśniała, holenderska gospodarka funkcjonowała w oparciu o gaz. W pewnym momencie rządzący rozpoczęli jednak gwałtowne odejście od paliw kopalnych w stronę tak zwanych źródeł odnawialnych. Procesowi temu towarzyszył trend pogłębiania elektryfikacji  od gazu odchodzić od paliw kopalnych. W efekcie sieci energetyczne zaczęły odmawiać posłuszeństwa.

Według europejskiego trybunału obrachunkowego, dla osiągnięcia zerowej emisji w 2040 roku Holandia musiałaby zainwestować w swoje sieci energetyczne… dwieście miliardów euro. W skali całej Unii potrzebne są już biliony. Tymczasem już teraz UE spłaca potężne pożyczki zaciągnięte na rzecz Krajowych Planów Odbudowy. Od nowej długoterminowej perspektywy budżetowej aż 30 procent pieniędzy Unia wydawać będzie oprocentowanie kredytów. Brakuje jednak nie tylko pieniędzy – także surowców i podzespołów.

– To jest jazda na ścianę bez trzymanki. Z jednej strony opowiadamy sobie, jak to wszyscy będziemy w powszechnej szczęśliwości żyć w zielonej gospodarce, a po drugiej stronie rzeczywistość coraz bardziej skrzeczy i musimy się mierzyć z tym, że tego ograniczenia dostaw energii będą coraz intensywniejsze, coraz częstsze. Jeżeli nie cofniemy się z tej ścieżki, blackouty, które wyłączyły Hiszpanię, staną się codziennością nas wszystkich – podkreśliła Anna Trzeciakowska.

RoM

Salon uderza. Niemcy i Żydowie mobilizują

Salon uderza. Niemcy i Żydowie mobilizują

17.07.2025 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2025/07/17/salon-uderza-niemcy-i-zydowie-mobilizuja/

Stanisław Michalkiewicz. / Foto: PAP
Stanisław Michalkiewicz. / Foto: PAP

Obywatel Tusk Donald najwyraźniej wystraszony spadającym poparciem dla Volksdeutsche Partei oświadczył, że od 7 lipca przywraca kontrolę na granicy polsko-niemieckiej i polsko-litewskiej, a nawet – że wypowie konwencję ottawską, zakazującą produkcji, magazynowania i stosowania min przeciwpiechotnych, bo zamierza zaminować granicę polsko-białoruską. W odróżnieniu od kampanii prezydenckiej w Polsce, kiedy to Reichsführerin Urszula Wodęleje i niemiecki rząd udzieliły obywatelu Tusku Donaldu dyspensy na rozmaite myślozbrodnie, żeby tylko wybory wygrał obywatel Trzaskowski Rafał z korzeniami, tym razem nie było słychać o żadnych dyspensach.

Przeciwnie – z niemieckich czeluści zaczęły dobiegać pomruki, że co do tego całego Tuska tośmy się chyba pomylili, bo nie tylko przerżnął wybory prezydenckie, ale w dodatku nie potrafi spacyfikować Ruchu Obrony Granic, którego uczestnicy, biorąc sprawę ochrony granicy polsko-niemieckiej w swoje ręce, zaczęli utrudniać niemieckiej policji przerzucanie do Polski migrantów, których Niemcy chcieli się pozbyć.

Procedura – o ile można tu mówić o jakiejś procedurze – polegała na tym, że patrol niemieckiej policji wjeżdżał na terytorium Polski z migrantami, po czym zostawiał ich tak, jak stali, bez dokumentów i w ogóle – bez niczego. Polska Straż Graniczna, o ile ośmieliła się taki incydent zauważyć, to musiała tych migrantów zawieźć potem do jakiegoś ośrodka integracji cudzoziemców, gdzie delikwenci byli zakwaterowani, otrzymywali wikt i opierunek, a podobno nawet – kieszonkowe. W tej sytuacji nietrudno było zmobilizować mieszkańców przygranicznych okolic, by nie tylko wsparli Straż Graniczną, ale też przysporzyli poparcia opozycji, to znaczy – PiS-owi i Konfederacji – bo nie ma takiej rzeczy, z której nie można by wycisnąć korzyści politycznych. Toteż twarzą Ruchu Obrony Granic został pan Robert Bąkiewicz, co stało się przyczyną odkurzenia przez obywatela Tuska Donalda tak zwanej „linii porozumienia i walki”, którą generał Wojciech Jaruzelski proklamował był w latach 80.

Rys historyczny

Linia porozumienia i walki polegała na tym, że bezpieka cywilna i wojskowa, która do połowy lat 80. zgodnie i w harmonii administrowała stanem wojennym i w ogóle – całym naszym bantustanem – aż do 1984 roku, kiedy to w ramach wojny bezpieki cywilnej z wojskową zamordowany został ks. Jerzy Popiełuszko, a w rezultacie – w maju 1985 roku zdymisjonowany został ze wszystkich stanowisk partyjnych i państwowych, to znaczy – z członka Biura Politycznego KC i ministra spraw wewnętrznych – generał Mirosław Milewski. W rezultacie SB została rozgromiona, a zadanie przeprowadzenia transformacji ustrojowej w naszym bantustanie zostało przejęte przez wywiad wojskowy.

Wykonując ustalenia poczynione przez Amerykanów i Sowieciarzy – konkretnie przez Daniela Frieda z Departamentu Stanu USA i Władimira Kriuczkowa, szefa sowieckiej KGB, tubylczy wywiad wojskowy nawiązywał kontakty z przebywającą w „opozycji demokratycznej” tak zwaną „lewicą laicką”, czyli dawnymi stalinowcami w rodzaju Jacka Kuronia, żeby wokół nich zbudować „reprezentację społeczeństwa”, złożoną albo z konfidentów – jak np. Kukuniek – albo z pożytecznych idiotów – jak np. znany z „postawy służebnej” Tadeusz Mazowiecki. Z tymi środowiskami miało być „porozumienie”, natomiast „ekstremie” wywiad wojskowy wydał nieubłaganą walkę.

W rezultacie tej operacji wyłoniona została reprezentacja „społeczeństwa”, złożona z konfidentów oraz pożytecznych idiotów, z którą wywiad wojskowy, nazwany na tę okoliczność „stroną rządową”, zaaranżował widowisko telewizyjne pod tytułem „obrady okrągłego stołu” i podzielił się władzą nad mniej wartościowym narodem tubylczym, któremu powiedziano, że właśnie wyzwolił się od komunizmu. Jak pamiętamy, symbolem „upadku komunizmu” było powierzenie przywódcy tych „upadłych” komunistów – generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu – stanowiska prezydenta „wolnej Polski”.

Taktyka Tuska

Toteż spanikowany spadającymi słupkami sondaży, a zwłaszcza pomrukami dochodzącymi z niemieckich czeluści, obywatel Tusk Donald najwyraźniej przypomniał sobie „linię porozumienia i walki”, modyfikując ją stosownie do sytuacji. „Porozumienie” przeznaczone jest dla Niemiec – bo nikt przytomny w Polsce chyba nie uważa, że obywatel Tusk Donald, z którego Niemcy zrobili człowieka, kiedykolwiek ośmieli się kąsać rękę, która przywiodła go na stanowisko szefa tubylczego vaginetu. Takiego człowieka szczęśliwie w Polsce nie ma, co oznacza, że nasz mniej wartościowy naród tubylczy jeszcze nie utracił do końca poczucia rzeczywistości. No dobrze – więc wprawdzie obywatel Tusk Donald próbuje zamarkować „walkę” z Niemcami, ale tak naprawdę – liczy na to, iż Niemcy nie będą zachowywać się aż tak bezczelnie – i tego dotyczy ewentualne „porozumienie” – natomiast w stosunku do obywateli, którzy bez inspiracji starych kiejkutów czy ABW przyłączyli się do Ruchu Obrony Granic, wydał nieubłaganą „walkę”.

Gdyby na fasadzie Ruchu Obrony Granic znalazł się jakiś jegomość z Komitetu Obrony Demokracji czy pani Marta Lempart ze Strajku Kobiet, co to kazałaby migrantom „wypierdalać”, a w ostateczności – nawet Babcia Kasia – to obywatel Tusk Donald żadnej wojny by temu ruchowi nie wypowiadał, pamiętając o „aferze hazardowej”, która o mały włos nie wysadziła go w powietrze. Skoro jednak tak się złożyło, że twarzą tego Ruchu stał się pan Robert Bąkiewicz, to obywatel Tusk Donald wie, że wydanie mu wojny jest całkowicie bezpieczne, bo będzie miał za sobą nie tylko Niemców, ale i tubylcze stare kiejkuty oraz abewiaków. Niemcy bowiem nie życzą sobie, by w bantustanie, właśnie szykowanym do przekształcenia w Generalną Gubernię, pojawiały się jakieś „ruchy obywatelskie”, a na podobnie nieubłaganym stanowisku stoją tubylcze bezpieczniackie watahy, dla których wszelkie niekontrolowane przez bezpiekę inicjatywy są traktowane jako zagrożenie dla „demokracji”, czyli kapitalizmu kompradorskiego, z którego bezpieka ciągnie grubą rentę.

Mobilizacja

Ale nie tylko obywatel Tusk Donald i jego faktotum, czyli pan minister Tomasz Siemoniak, sprawiający na pierwszy rzut oka wrażenie typowego człowieka niezdolnego – ale być może taki właśnie jest i obywatelu Tusku i niemieckiej BND u nas potrzebny – włączył się do wojny z Ruchem Obrony Granic. O głębokości i skali mobilizacji świadczy wystąpienie obywatela Terlikowskiego Tomasza. Jak wiadomo, obywatel Terlikowski Tomasz jest tak zwanym „katolikiem zawodowym”, a przy tym „filozofem” – chociaż nie takim tęgim jak Wasilij Wasilijewicz Dokuczajew, „filozof gleboznawca, społecznik i demokrata”, o którym rozpisywał się „Mały Słownik Filozoficzny Akademii Nauk ZSRR” z 1953 roku – który dorabia sobie na bułeczkę i masełko w rozmaitych postępowych rozgłośniach, gdzie przynajmniej od czasu do czasu musi zapalać ogarek diabłu. Otóż obywatel Terlikowski Tomasz w przystępie fali miłości bliźniego oświadczył, że policja powinna wszystkich tych uczestników Ruchu Obrony Granic „skuć”, a następnie – „wywieźć”. Obywatel Terlikowski Tomasz wprawdzie taktownie powstrzymał się od wskazania kierunku, w którym trzeba by tych wszystkich delikwentów „wywieźć”, ale i bez tego możemy się domyślić, że do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, które – tylko patrzeć – jak będą musiały zostać ponownie wyremontowane i uruchomione – żeby w Generalnej Guberni osoby dokonujące tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy, mogły zostać potraktowane zgodnie z przeznaczeniem.

Okazało się jednak, że obywatel Terlikowski Tomasz był tylko zwiastunem głównego uderzenia, którego właśnie dokonała Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Wyraziła ona właśnie „kategoryczny sprzeciw” wobec działań podejmowanych przez „samozwańcze” grupy „obrońców granic”. Zaapelowała do premiera i ministra sprawiedliwości z czarnym podniebieniem obywatela Bodnara Adama o „natychmiastową reakcję” i „ukrócenie” takich inicjatyw. Trzeba nam wiedzieć, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka dostaje regularny jurgielt od starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, który od lat pozostaje w awangardzie promotorów rewolucji komunistycznej w Europie i Ameryce Północnej.

Jednym z narzędzi tej rewolucji jest zalanie Europy i Ameryki masą ludności murzyńskiej i azjatyckiej, żeby w ten sposób doprowadzić do całkowitego rozwodnienia, a w konsekwencji – likwidacji historycznych narodów europejskich – żeby przekształcić je w tak zwany „nawóz historii”. Pisał o tym jeszcze w 1923 roku Ryszard de Coudenhove-Kalergi w książce „Europa – mocarstwo światowe”, a w roku 1947, również świątek brukselski Altiero Spinelli, według którego historyczne narody europejskie trzeba „zlikwidować”, jako że świat miał z nich powodu tylko same zgryzoty.

Nie chodzi oczywiście o fizyczną eksterminację, tylko o przerobienie na „nawóz historii”, nad którym Żydowie nie tylko roztoczą swoją kuratelę, ale będą mieli komu pożyczać pieniądze na procent. Skoro grandziarz daje forsę, skoro płaci – to i wymaga – więc nic dziwnego, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka, posłusznie zareagowała na dźwięk znajomej trąbki – bo na obecnym etapie Żydowie ściśle koordynują nie tylko historyczną, ale i każdą inną politykę z Niemcami, więc nic dziwnego, że Helsińska Fundacja pryncypialnie zwalcza każdą inicjatywę skierowaną przeciwko interesom niemieckim. Żeby było śmieszniej, „na co dzień” Helsińska Fundacja Praw Człowieka wychwala pod niebiosa „społeczeństwo obywatelskie”, oparte o samoorganizację. Najwyraźniej jednak nie każda samoorganizacja jest godna pochwały.

Która zatem jest godna, a która nie? To proste, jak budowa cepa; ta, która na obecnym etapie odpowiada Żydom albo Niemcom jest godna pochwały, a tę, która ani jednym, ani drugim na obecnym etapie nie odpowiada – pryncypialnie potępiamy.

W tej sytuacji, żeby cnota nie pozostała bez nagrody, trzeba by opublikować nazwiska luminarzy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – żebyśmy wiedzieli, komu objawić naszą wdzięczność.

Oto zarząd: Maciej Nowicki – prezes, Piotr Kładoczny – wiceprezes, Małgorzata Szuleka – sekretarz, Aleksandra Iwanowska – członek i Marcin Wolny – skarbnik. A oto Rada: Danuta Przywara – przewodnicząca, Henryka Bochniarz, Ireneusz Cezary Kamiński, Andrzej Rzepliński, Wojciech Sadurski, Witolda Ewa Woydyłło-Osiatyńska i Mirosław Wyrzykowski – w swoim czasie wykładowca w szkole milicji i SB im. Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie, potem wypromował na uczonego doktora p. Adama Bodnara i Wielce Czcigodnego Krzysztofa Śmieszka – członkowie.

Jeśli chodzi o panów Andrzeja Rzeplińskiego czy Wojciecha Sadurskiego, to to i owo wiadomo. Pan Rzepliński zasłynął z opinii, że tortury są dobrą metodą na poznanie prawdy – za co złośliwcy obdarzyli go przydomkiem „Starszego Torturanta”. Pan prof. Wojciech Sadurski jest chlubą światowej jurysprudencji, a ostatnio wykombinował, jakby tu jednak zapobiec objęciu urzędu prezydenta przez znienawidzonego obywatela Nawrockiego Karola. Inni – jak np. prezes fundacji, pan Nowicki – nie są aż tak znani, ale też są zdolni – podobno nawet do wszystkiego. No i właśnie możemy się o tym przekonać.

TO DRZEWO – I KUNDELEK. Andrzej Sarwa

Andrzej Sarwa AZOR opowiadania o psach

7.

DRZEWO I KUNDELEK

Panu naszemu, który widział, że wszystko,

co uczynił, było bardzo dobre i psy też…

Był upalny dzień, zapyloną drogą wijąca się gdzieś hen, daleko, w stronę horyzontu, wędrowało dwóch mężczyzn. Niby podążali w tym samym kierunku, niby szli blisko siebie, ale przecież nie byli towarzyszami podróży. Od czasu do czasu tylko jeden z nich łypał na drugiego złym okiem, wędrowali jednak w milczeniu.

Słońce prażyło niemiłosiernie, jakby chciało świat spopielić, cała przyroda dyszała ciężko, ale na tych dwóch nie widać było najmniejszego nawet śladu zmęczenia. Kiedy jednak spotkali spory zagajnik starodrzewu, zboczyli z drogi i weszli w jego mroczną głąb, aby postronny obserwator mógł uznać, że nie do końca tak jest i że jednak szukają cienia, a w cieniu wytchnienia i ulgi. Wędrowcy nie zwolnili jednak tempa marszu i nadal stawiali pewne, długie kroki, jakby doskonale wiedzieli, dokąd mają dotrzeć. I wreszcie dotarli. Dotarli do polany zarosłej trawą i ziołami, na której środku rosło samotne drzewo. Było jeszcze dość młode, ale piękne, wysmukłe i z wyglądu krzepkie.

Pierwszy z wędrowców, ten, który przez cały czas trzymał się lewej strony drogi, zbliżył się do niego, ogarnął je pieszczotliwym wzrokiem, pogładził chropawą korę i wyrył na niej znak trójkąta, tak jakby brał je w posiadanie i cechował swoim znamieniem. Może planował później je wyciąć i wykorzystać do czegoś? Pewnie tak było.

Kiedy pierwszy z wędrowców odszedł, a jego sylwetka zagubiła się gdzieś pomiędzy pniami starodrzewu, drugi mężczyzna, ten, który wcześniej trzymał się prawej strony drogi, stojący dotąd z boku, teraz podszedł do pnia, ogarnął go smutnym wzrokiem, objął ramionami, dłonią przesunął po znaku trójkąta, który pod tym dotykiem znikł, a na koniec ukląkł, skłonił głowę i wsparł się czołem o szorstką korę. A wtedy listki na drzewie poczęły drżeć, jakby w przeczuciu zbliżającej się burzy…

W końcu i drugi z wędrowców dźwignął się na nogi i ruszył w tę samą stronę co ów, który pierwszy się oddalił… a po paru chwilach i on jakby rozsnuł się śród kolumnady pni…

Niebo się zmroczyło, gwałtowny podmuch wichru raz i drugi szarpnął konarami samotnika rosnącego na środku polany, strącił z nich dobrą przygarść liści, zakręcił nimi w jakimś szalonym wirze, a potem ustał i ucichł…

* * *

– Spójrz synu, jakie zgrabne drzewo! Zetnijmy je, będą ze dwie belki na powałę domu. Tyle że jedna dłuższa, a druga krótsza, więcej się z tego nie wyciosa.

Słowa te wyrzekł stary brodaty, posiwiały i już lekko przygarbiony od znojnej, ciężkiej roboty, choć w miarę krzepki jeszcze mężczyzna, dźwigający ciesielską siekierę. A skierował je do towarzyszącego mu wysokiego, z wyglądu silnego i nad wyraz proporcjonalnie zbudowanego młodzieńca, który tak na oko mógł mieć jakieś 20-23 lata, który niósł piłę. Taką zwykłą, dwuchwytową, o potocznej nazwie „moja, twoja”.

– Nie – ono jeszcze nie dojrzało, jeszcze nie nadszedł jego czas. Drzewo tylko tak dorodnie wygląda, ale jak się je ociosze, zesłabnie i nie udźwignie tego ciężaru, jaki ma się na nim utrzymać. Nich jeszcze pożyje…

* * *

Gdy drzewo dojrzało, to ścięto je i z grubsza oczyszczono. Konary i drobniejsze gałązki zebrano w stos i spalono, iżby wiatr, rozwiawszy popiół, użyźnił dookolną glebę. A potem smukły pień powieziono do warsztatu cieśli.

Nie był to już ten warsztat, co jeszcze przed kilku laty, stary majster bowiem umarł, a młody w pojedynkę nie mógł brać tylu zleceń, ile ich brali we dwóch. Zresztą młody postanowił rzucić ciesielkę, nie była ona bowiem jego misją, a było nią coś zgoła innego…

Kiedy przywlekli mu ten pień i wyprzęgli suchotniczego, zabiedzonego konika, który go z trudem przyciągnął, młody cieśla najpierw, jakby na przywitanie, lekko dmuchnął szkapinie w chrapy, niezwykle delikatnie i czule pogładził ją po nich, przytulił swój policzek do łba zwierzęcia, poklepał je po szyi i zwrócił się do stojącej nieopodal wyglądającej na jakieś czterdzieści kilka lat kobiety:

– Mamo, bardzo cię proszę, przynieś trochę miodu. Tego, co to już się zestalił i stwardniał. Odłup go nieco, ale nie skąp, daj tak od serca, dobrze?

Sam zaś nadal głaskał konia i szeptał mu coś do ucha. Matka przyniosła spory kęs zbrylonego miodu. Podziękował jej spojrzeniem.

– No, staruszku, skosztujże jakie to pyszne, podetknął koniowi słodką i wonną bryłkę pod sam pysk.

A ów wziął ją delikatnie aksamitnymi wargami i przez jakiś czas międlił językiem, jakby rozkoszując się smakiem, aż w końcu przełknął.

– Smaczne było, staruszku? Pewnie nigdy czegoś takiego w swoim smutnym życiu nie próbowałeś…

Koń jakby rozumiejąc, zarżał cichuśko.

Zobaczywszy to czarny kot i rudawy pies popędziły teraz na wyprzódki, kot, by otrzeć się o nogi młodego cieśli, a pies, by podstawić mu łeb do pogłaskania, bo każdy chciał dostać swoją porcję czułości.

– No już, już, wystarczy – mówił cieśla, ale nie odmawiał im pieszczot.

A kiedy zwierzaki wreszcie odbiegły, każdy w swoją stronę, zwrócił się do ludzi, którzy dostarczyli mu surowy pień drzewa.

– To już ostatnia robota, jaką biorę. Następną zlecajcie komuś innemu.

– Ale ty jesteś najlepszym cieślą na całą okolicę!

– To już ostatnia robota, jaką biorę – powtórzył dobitnie. – Powiedzcie mi tylko, co mam zrobić z tego pnia?

– Gładko ociosaj w kant, podziel na dwie części – dłuższą i krótszą, wyżłób zakłady na poprzeczne łączenie… tyle…

– Zatem mam zrobić… krzyż?…

– Właśnie…

* * *

Gdy już młody cieśla, którego teraz nazywano nauczycielem, po trzech latach wędrówek i nieustannego opowiadania o miłości, prawdzie i dobru znów dotarł przed kolejną Paschą do świętego miasta Jeruzalem, witany przez tłumy niczym król, chociaż jechał na oklep na oślątku, źrebięciu oślicy, i to na dodatek jeszcze pożyczonym, nie zaś na szlachetnym arabskim rumaku przybranym w złoty czaprak, tak wystraszył tych, którzy mieli władzę, pieniądze i rządy dusz, iż umyślili sobie, aby go zgładzić. Postanowili więc unicestwić raz na zawsze dobro, miłość, prawdę i życie.

A kiedy już go opluli, kiedy wyszydzili, kiedy sponiewierali, skatowali, to nałożyli mu na barki starannie ociosaną belkę. Od razu wyczuł pod palcami własną robotę. Przymknął oczy, lekko się zachwiał pod ciężarem i powoli wyruszył w swą ostatnią drogę…

Tłumy pobożnych, rozsądnych i przyzwoitych zebrane w podwójnym szpalerze wzdłuż trasy wiodącej na Miejsce Czaszki, szydziły z niego i ryczały ze śmiechu… garstka niewiast płakała… a z tych dwunastu mężczyzn, którzy mu byli uczniami, przyjaciółmi, synami nieomal, raptem tylko jeden nie uciekł w popłochu, drugi zaś, ten co go zdradził i sprzedał za garść grosiwa, ten się był już zdążył powiesić w rozpaczy…

I mijał go też konik, ten sam zabiedzony, który ongiś przyciągnął pień, a któremu dał skosztować słodyczy miodu… i chciał konik pomóc, chciał ten pień łbem podeprzeć, chciał ulżyć umęczonemu, zaczął więc rozpychać zwarty szereg gapiów, już był tuż-tuż, tuż-tuż, ale właściciel smagnął go rzemiennym batem raz, drugi, dziesiąty klnąc przy tym głośno i ordynarnie… i upadł konik na kolana… i serce mu pękło…

* * *

Wisiał obnażony między niebem a ziemią. Wisiał na drzewie, które ongiś napotkał w lesie, na drzewie, które sam ociosał, na drzewie hańby, między złoczyńcami. Przybity za ręce i nogi wielkimi gwoździami z kutego żelaza o tępych kwadratowych łbach…

A tuż przy jego stopach stała matka i jedyny uczeń, który się nie uląkł, ani się też swojego mistrza nie powstydził. W ich twarzach dało się wyczytać udrękę, lecz oczy mieli suche. Może już wszystkie łzy wypłakali? Kto to wie?…

Omijając nogi rozlicznych gapiów, próbował podpełznąć do krzyża rudawy kundelek, lecz jakiś pobożny lewita wymierzył mu tak potężnego kopniaka, że pies ze skowytem runął na kamieniste zbocze, kalecząc boki i łamiąc żebro.

A zawieszony na drzewie, uprażony na słońcu, spragniony, napojony octem i żółcią, by mu jeszcze przydać męki, zawołał wielkim głosem:

– Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?!

Kundelek znów podjął próbę, by podpełznąć do stóp swego pana i znów kolejny kopniak odrzucił go precz…

A zawieszony na drzewie, mimo bólu rozdzierającego mu całe ciało, rozejrzał się wokół. W słońcu srebrzyły się gaje oliwne, gdzieś, hen, za miastem, zieleniały połacie pól porosłych młodziuchną pszenicą, w powietrzu smużył się zapach wiosennych kwiatów… wtedy przymknął oczy, pojedyncza łza stoczyła się po policzku, po raz ostatni wypuścił powietrze z płuc i zwiesił głowę na piersi… bo w końcu ból rozdarł mu serce na strzępy…

Ciało osunęło się bezwładnie, a wtedy żołnierze podeszli… i zobaczyli, że już umarł, więc nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda.

I tak wisiał na tym drzewie hańby, aż słońce się zaćmiło, aż ziemia zadrżała, aż zasłona w świątyni rozdarła się na dwoje… aż cała natura skamieniała zdjęta grozą… aż ptaki zamilkły i nawet wiatr wstrzymał oddech… i tylko jeden, jedyny pies, który wreszcie doczołgał się do stóp Zamordowanego, patrząc w oczy jego matki, zawył długo i przeciągle, ale tylko jeden, jedyny raz…

Tymczasem on wciąż wisiał na krzyżu, na drzewie hańby… A wiatr, który łagodnie owiewał Jego przesycone gorączką ciało, które jeszcze nie zdążyło ostygnąć, wstawiał się za Nim u owego Drzewa, które już drzewem hańby być przestało, błagając drżącym i świszczącym głosem:

Skłoń gałązki, drzewo święte,

Ulżyj członkom tak rozpiętym.

Odmień teraz oną srogość,

Którąś miało z przyrodzenia.

Spuść lekuchno i cichuchno

Ciało Króla Niebieskiego…

– Zaiste, ten był Synem Bożym – zbielałymi ze strachu wargami wyszeptał rzymski setnik, ów, który włócznią przebił Mu bok. Powtórzył to raz jeszcze, wycierając krew, która trysnęła z boku skazańca na jego chore, zarastające powoli bielmem, oczy. A one w jednej chwili odzyskały całą jasność i całą moc i całą ostrość widzenia, bo ta krew je uleczyła!

– Oj, a jakże mi to udowodnisz? Synem Bożym, zaraz Synem Bożym… – uczony w Piśmie nachalnie schwycił żołnierza za rękę. – No, udowodnij, że był Synem Bożym. To tylko twoja wiara, a ta nie ma nic wspólnego z wiedzą. No… to, co mi na to odpowiesz?…

Rzymianin szarpnął się gwałtownie.

– Odejdź! Zostaw!

– Ale… wiara… wiedza… nie musisz wierzyć… dam ci wiedzę… będziesz wiedział… Nie masz wiedzy, jesteś jak ślepiec… błądzisz po omacku… ja ci dam wiedzę! Będziesz znał dobro i zło.

Lecz żołnierz, który właśnie odzyskał wzrok, już nie słuchał parskającego śliną i gwałtownie gestykulującego natręta. Szybkim, sprężystym krokiem podszedł do matki Ukrzyżowanego i do młodzieńca, który jej towarzyszył.

– Posłuchajcie, zrobiłem, co musiałem. Jestem żołnierzem… Czy możecie mi wybaczyć?…

– Wiem. Jak ci na imię, synu? – zapytała kobieta.

– Longinus… – zawahał się przez chwilę, a potem dodał – matko…

* * *

Przed pieczarą grobową, do której wejście zakryto potężnym okrągłym głazem, płonęło niewielkie ognisko. Skądś z zarośli, dobiegały tajemnicze szepty nocy, jakieś trzaski, ptasie kwilenia, pohukiwanie sów, widać było niewyraźne cienie drgające na żwirowej ścieżce prowadzącej w głąb ogrodu.

Rzymscy żołnierze, pod wodzą setnika Longinusa, trzymali straż. Tak im nakazano. Zimno było, więc każdy chciał się znaleźć jak najbliżej ognia.

Naraz coś poruszyło się w krzakach, dało się słyszeć trzask łamanych suchych gałązek.

Jeden z Rzymian gwałtownie powstał i zacisnął dłoń na rękojeści krótkiego miecza zwanego gladius, wpatrując się w ciemność, z której dobiegły te niepokojące odgłosy.

Ale zaraz odetchnął z ulgą, widząc, że to tylko pies, ten sam pies, który był na Golgocie, a teraz, choć pobity i pokrwawiony, przywlókł się do grobu swojego Pana.

Żołdacy zaczęli ciskać w niego kamieniami, ale kundelek nie dawał się odpędzić.

Odbiegał nieco tylko na bezpieczną odległość, a potem z uporem znów pełzł, przywierając brzuszkiem do ziemi, w stronę kamienia tarasującego wejście do grobu.

– Dajcież mu już spokój – powiedział Longinus. – Popatrzcie, bezrozumne stworzenie, a jakie wierne, jakie oddane. Chodź, no chodź do mnie – wyciągnął rękę w stronę zwierzęcia, chodź tu i zagrzej się, bo i ty zmarzłeś.

Pies nieufnie popatrzył na żołnierzy, ale ostatecznie posłuchał i zbliżył się do ognia. Położył się na brzuchu, wyciągnął przednie łapy i wsparł o nie łeb.

Nie spał. Szeroko otwartymi brązowymi oczami wpatrywał się w kamień tarasujący wejście do pieczary. Jakby na coś czekał.

Czas płynął wolno, ale wreszcie niebo na wschodzie zaczęło lekko szarzeć. I naraz… ni stąd, ni zowąd… w mgnieniu oka zrobiło się widno niczym w upalne południe, ale tylko w pobliżu grobowca.

Nie wiedzieć skąd pojawili się jacyś młodzi mężczyźni, w jaśniejących szatach, z których przy każdym poruszeniu wydobywały się ogniste refleksy i rozświetlał je blask i lśniły niczym błyski zwiastujące nadchodzącą burzę.

Jeden z nich skinął dłonią, a kamień grobowy sam z siebie z hukiem się odtoczył i runął na płask, odsłaniając wnętrze pieczary.

Wtedy z jej mrocznego wnętrza wykwitł tak potężny strumień złocistobiałej światłości, jakby to samo słońce na niebie eksplodowało.

Oślepieni i wystraszeni strażnicy, odrzuceni tym blaskiem precz od grobu, upadli na ziemię tracąc przytomność.

Tylko Longinus trwał świadomy na tym samym miejscu nieporuszony, pies zaś z radosnym skomleniem rzucił się w stronę wejścia do pieczary.

Wtedy jeden z młodzieńców w świetlanych szatach przytrzymał go za kark, a potem wziął na ręce.

I już nie było widać psa, który jakby roztopił się w nieziemskim blasku, choć jeszcze przez jakiś czas dało się słyszeć jego szczęśliwe, przepełnione radością skomlenie i poszczekiwanie…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

Nieściągalne 800+ od Ukraińców . „na dzieci”.

Nieściągalne 800+ od cudzoziemców

ZUS próbuje odzyskać ponad 52 tys. nienależnych świadczeń na cudzoziemskie dzieci. Jak ustaliliśmy, udało się to zaledwie w odniesieniu do 11,6 proc. rozpoczętych postępowań. Co gorsza, większość spraw w tym roku się przedawni.

16.07.2025 Izabela Kacprzak https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art42706081-niesciagalne-800-od-cudzoziemcow

W czerwcu premier Donald Tusk podał w Sejmie, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych prowadzi 52 tys. postępowań o zwrot nielegalnie pobranych świadczeń 800+ przez cudzoziemców.

Nie ujawnił jednak szczegółów – w tym z jakich powodów są one nienależne i jaki jest wskaźnik ściągalności tego zasiłku. „Rzeczpospolita” sprawdziła to w ZUS. Okazuje się, że zwrot świadczeń nienależnych od cudzoziemców wynosi zaledwie 11,6 proc. Co gorsza, po trzech latach taka sprawa jest z powodu przedawnienia umarzana. I w tym roku może tak się stać – jak ustaliła „Rz” – nawet z 36 tys. nienależnymi świadczeniami. 

Nie tylko Ukraińcy, ale także Białorusini, Wietnamczycy i Rosjanie pobierają zasiłek na dzieci.

Kogo ściga ZUS za nienależne świadczenia na dzieci? Nie tylko 800+. Przoduje jedna grupa narodowościowa

Chodzi o niebagatelne kwoty – co najmniej 30 mln zł. To szacunki „Rz” (ZUS ich nie posiada), bo w tysiącach postępowań o zwrot od cudzoziemców chodzi nie tylko o świadczenie wychowawcze 800+, ale także świadczenia „Dobry Start” (300 zł na każde dziecko rozpoczynające naukę w szkole) oraz rodzinny kapitał opiekuńczy (to aż 12 tys. zł na drugie i kolejne dziecko, które również przysługuje bez względu na dochód rodziny).

ok. 30 mln zł

tyle może wynosić szacunkowa wartość wyłudzonych świadczeń na dzieci cudzoziemskie

Jak podaje nam ZUS, podana przez premiera liczba 52,3 tys. postępowań o zwrot dotyczy okresu od stycznia 2022 r. do maja 2025 r., i – jak pokazują statystyki – maleje: 35,9 tys. spraw dotyczy 2022 r., kolejne 12,5 tys. spraw – 2023 r., a 3,7 tys. spraw – 2024 r. Zaledwie 200 wszczęto w tym roku.

– Wymieniona liczba spraw dotyczy zarówno obywateli Ukrainy, jak i obywateli innych państw, w tym obywateli państw członkowskich UE/EFTA. Wśród 52,3 tys. postępowań o zwrot nienależnie pobranych świadczeń 51,5 tys. postępowań dotyczy obywateli Ukrainy ze statusem UKR. ZUS nie prowadzi statystyk w zakresie postępowań o zwrot nienależnie pobranych świadczeń w podziale na obywatelstwo osoby, która pobrała nienależnie świadczenie – informuje nas Grzegorz Dyjak z biura prasowego ZUS.

Status UKR otrzymują uchodźcy wojenni z Ukrainy, którzy przyjechali do Polski po 24 lutego 2022 r. (obecnie jest ich około miliona w naszym kraju, a od tego roku aby pobierać 800+, dziecko musi uczęszczać do polskiej szkoły. I to jeden z powodów spadku liczby wyłudzeń świadczenia.

Wojenna emigracja do Polski od 2022 r. Miliardy złotych na pomoc ukraińskim dzieciom. Ale tylko w Polsce

Zasiłek 500+, a od 2024 r. już 800+, wypłacany jest od początku jego wprowadzenia w 2016 r. także na cudzoziemskie dzieci, ale z zastrzeżeniem, że muszą mieszkać legalnie w Polsce. Sprawa socjalnych benefitów rozpala opinię publiczną zwłaszcza po fali wojennej emigracji Ukraińców do Polski, a więc po 24 lutego 2022 r., kiedy to gigantycznie wzrosła liczba wypłat tego świadczenia. Do naszego kraju w szczytowym momencie przyjechało blisko 2 mln Ukraińców, głównie kobiet z dziećmi oraz osoby starsze. [No, zapominasz o młodych uciekających przed poborem.. md]

Pokażmy rządowe dane Ministerstwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej. W 2022 r. świadczenie 500+ tylko dla uchodźców z Ukrainy kosztowało budżet państwa 1,7 mld zł (pobierano je na blisko 300 tys. dzieci), w 2023 r. – 1,5 mld zł –skala wyłudzeń nie jest więc zbyt duża. Jeśli chodzi o świadczenia z Rodzinnego Kapitału Opiekuńczego w roku 2022 wyniosły 97,1 mln zł, natomiast w roku 2023 już 57,2 mln zł. „Dobry Start” dla uchodźców z Ukrainy wyniósł 44,6 mln zł, rok później – 37,4 mln zł.

W ubiegłym roku program 800+ kosztował budżet państwa 62 mld zł, z czego ponad 2,8 mld zł wypłacono 292 tys. dzieciom z obywatelstwem ukraińskim.

Na ukończeniu jest długo oczekiwane sprawozdanie z ustawy o pomocy Ukraińcom uciekających przed wojną…

Niska ściągalność ZUS – powodem brak kontaktu z beneficjentem. Państwa spoza UE poza możliwościami egzekucyjnymi

Skąd tak niska ściągalność należności od cudzoziemców? Bo beneficjenci (głównie z Ukrainy) znikają i nie sposób nawet doręczyć im decyzji. Podobnie jest z mandatami karnymi.

– W przypadku cudzoziemców nieprzebywających pod wskazanym adresem (również w przypadku, gdy adresu nie da się ustalić) lub niezatrudnionych w Polsce pojawiają się ograniczenia lub niemożność podjęcia działań windykacyjnych (w tym przeszkody natury formalno-prawnej, np. brak możliwości doręczenia decyzji) – wyjaśnia „Rz” Grzegorz Dyjak z biura prasowego ZUS.

Czynności ponownie mogą być podjęte, jeśli cudzoziemiec powróci do Polski, a sprawa się nie przedawni. To następuje dopiero po 10 latach. Dyjak: – Dlatego do czasu ustawowego terminu przedawnienia wskazanych w decyzji należności, tego typu sprawy są monitorowane pod kątem zmiany okoliczności umożliwiających podjęcie działań. 

Co najmniej 80 tys. mandatów dla kierowców spoza UE ląduje w koszu. Polska traci na tym ok. 20 ml…

ZUS ma łatwiejszą drogę do odzyskania należności, jeśli cudzoziemiec przebywa na terenie któregoś z państw UE. Dzięki porozumieniom o koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego „ZUS [w ramach wzajemnej pomocy administracyjnej – przyp. aut.] jako wierzyciel może skorzystać z pomocy przy odzyskiwaniu tego typu należności”. Powiadamia wtedy dłużnika o decyzji zobowiązującej go do zwrotu lub dochodzenie to wszczyna instytucja danego kraju na wniosek polskiego ZUS. – W przypadku, gdy samodzielnie nie możemy ustalić adresu zamieszkania na terenie państw objętych ww. regulacjami unijnymi, możemy zwrócić się do instytucji tych państw o pomoc w ustaleniu adresu – wskazuje Dyjak.

Jak pisała „Rzeczpospolita”, projekt nowelizujący ustawę o 800+ dla cudzoziemców autorstwa MSWiA jest gotowy i znajduje się w konsultacjach międzyresortowych. Ma nie tylko uzależnić wypłatę świadczenia od tego, czy obcokrajowiec pracuje, ale też w założeniu ma uszczelnić system i ograniczyć możliwość wyłudzeń. ZUS m.in. otrzyma bezpośredni dostęp do bazy Straży Granicznej.

Różnice cywilizacyjne. „Dorosły człowiek, który wyrasta z niewychowanego dziecka, to jest zwierzę”

„Dorosły człowiek, który wyrasta z niewychowanego dziecka, to jest zwierzę”

Autor: CzarnaLimuzyna , 16 lipca 2025

Lewica dużo mówi o przyjmowaniu tzw. migrantów czyli ludzi niewychowanych lub „wychowanych w innej kulturze”. Intruzów, którzy wdzierają się do nas z obszarów nieucywilizowanych. Zachowanie tych osobników przypomina zachowania gorsze niż zwierzęce: napady, kradzieże, pobicia, gwałty i zabójstwa.

Człowiek kształtuje się, wyrasta z natury i kultury. Dorośli intruzi, którzy zalewają Europę, a ostatnio i Polskę – nigdy się nie zmienią. To pokazuje historia Europy na przełomie XX i XXI wieku. Asymilacja jest płytka, a jedyna realna szansa na zmianę może zostać stworzona przez kanon duchowy wraz z przyjęciem wiary chrześcijańskiej, co zdarza się bardzo rzadko.

Nielegalny czy legalny pasożyt? Nie ma znaczenia

Celem „procesów wychowawczych” neomarskizmu, tak jak mówił Krzysztof Karoń, jest stworzenie przez lewicę pasożyta, który nie będzie potrafił pracować oraz będzie zdemoralizowany. Wówczas biały mieszkaniec Europy zniży się do poziomu nachodźców.

(…) dorosły człowiek, który wyrasta z niewychowanego dziecka, to jest zwierzę. Na poziomie tych zachowań, które są istotne w życiu społecznym.

Jeśli małego dziecka nie wychowa się w taki sposób, żeby on rozumiał i miał przede wszystkim pewien nawyk. Coś co ja w skrócie nazywam etosem pracy, to on nigdy nie nauczy się pracować. A w związku z tym, jako dorosły człowiek będzie musiał swój dobrobyt kraść.

W ten sposób doszło do paradoksu, że znaczną część dóbr za niewydolną Europę zaczął produkować „inny świat”.

Biały człowiek zostanie całkowicie pozbawiony zdolności do pracy do produkcji dóbr, a świat – ten który w tej chwili na białego człowieka jeszcze pracuje, osiągnie… zdobędzie technologię. Biały człowiek pozostanie z niczym i będzie mógł się tylko buntować i będzie się musiał, mógł zbuntować. Przeciwko komu? Przeciwko tym którzy tworzą ten system i wtedy będzie potrzebny terror i ten terror jest montowany…

Rozmowę z Karoniem przeprowadził ignorant. Pomimo tego mankamentu warto wysłuchać

=====================================

Niedziela: Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę

20.07.2024 Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę

16/07/2025 antyk2013

Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.

======================================

POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.

ZAMOŚĆ –  o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.

Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00

Kościół św. Katarzyny, pl. Jaroszewicza Jana, Zamość - zdjęcia

Rewolta lewactwa z UE – przeciw dzieciom. MEN ogłasza wielką „reformę edukacji”.

Uwaga! MEN ogłasza wielką reformę edukacji

Fundacja Pro-Prawo do Życia, niechluje nie dali adresu intern…

Kilka dni temu szefowa MEN Barbara Nowacka ogłosiła wielką reformę szkolnictwa. Celem jest dopasowanie polskiej edukacji do żądań unijnych, gdyż Unia Europejska przejmuje kontrolę nad edukacją w Polsce w ramach tzw. Europejskiego Obszaru Edukacyjnego. Uczniów czekają m.in. kolejne nowe przedmioty, zmiany w systemie ocen, nowe matury i nowe podręczniki.

W ocenie Fundacji Pro-Prawo do Życia celem tej reformy jest wyrwanie dzieci spod wychowawczego wpływu rodziców i przeobrażenie szkół w „przechowalnie” dzieci i młodzieży, w których prowadzona będzie ideologizacja i deprawacja, połączana z oduczaniem samodzielnego myślenia. Fundacja publikuje analizę zapowiedzianej przez MEN reformy.

Niewielu Polaków wie, że już w 2025 r. zobowiązano się urzeczywistnić tzw. „Europejski Obszar Edukacyjny”. Jego założenie jest takie: polityka w zakresie edukacji i oświaty, która do tej pory pozostawała w gestii rządów państw członkowskich UE, ma stać się częścią polityki unijnej i ma być zarządzana bezpośrednio z poziomu Brukseli. Innymi słowy – kontrolę nad polskimi szkołami przejmuje Unia Europejska.

W związku z tym, kilka dni temu Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło plan wielkiej reformy szkolnictwa w Polsce, aby dopasować cały system edukacji w Polsce do wytycznych unijnych. Fundacja Pro-Prawo do Życia przeanalizowała główne punkty tej reformy:

1) Już od 1 września, po wakacjach, do szkół wchodzi nowy przedmiot „edukacja zdrowotna”, pod którą to nazwą dla zmylenia rodziców ukrywa się „edukacja seksualna” prowadzona według stworzonych w Niemczech Standardów Edukacji Seksualnej w Europie, przed którymi Fundacja ostrzega od ponad 10 lat w ramach kampanii „Stop pedofilii”. Uczniowie będą oswajać się m.in. z masturbacją, LGBT, homoseksualnym stylem życia, rozwiązłością seksualną, wyrażaniem zgody na seks, różnymi „orientacjami seksualnymi” i rodzajami „rodzin” oraz z tzw. „tranzycją” poprzez okaleczanie się lub faszerowanie się blokerami hormonalnymi.

2) Zmieniony ma zostać system oceniania uczniów, w szczególności system ocen z zachowania. Ma być to system opisowy, w ramach którego szkoła będzie opisywać całokształt postawy moralnej ucznia, sugerując jemu oraz jego rodzicom „obszary wymagające poprawy”. System ten będzie uwzględniał m.in. zaangażowanie w rozmaity aktywizm. W ramach tego nowego systemu oceniania uczniowie mają też oceniać sami siebie (!) oraz ma funkcjonować „ocena koleżeńska”, która doprowadzi w praktyce do tego, że uczeń będzie zmuszony dopasowywać się do presji grupy rówieśniczej.

W ocenie Fundacji, to wszystko będzie de facto systemem monitoringu ucznia i jego rodziny, a w szczególności zasad i wartości wynoszonych z rodzinnego domu, z którymi dziecko przychodzi do szkoły. Punktem odniesienia dla takiej opisowej oceny z zachowania będą „wartości europejskie” (czyli dewiacje seksualne, aborcja, bezbożnictwo, konsumpcjonizm itp.), a nie Dekalog i zasady wynikające z polskiej kultury i cywilizacji chrześcijańskiej.

3) Mają zostać wprowadzone kolejne nowe przedmioty, niektóre przedmioty zostaną połączone razem w bloki tematyczne, więcej czasu ma być przeznaczane na „zainteresowania” uczniów, projekty oraz prace grupowe. Wprowadzone mają zostać także nowe podstawy programowe i nowe podręczniki. To wszystko brzmi bardzo atrakcyjnie propagandowo, ale w praktyce będzie oznaczać jeszcze większe „odmóżdżanie” uczniów i doprowadzi do całkowitego zaniku umiejętności krytycznego, samodzielnego myślenia.

Fundacja Pro-Prawo do Życia zwraca uwagę, że od dawna uczniowie np. na języku polskim nie czytają całych lektur, tylko co najwyżej krótkie fragmenty lub wręcz wyłącznie omówienia książek. Podręczniki do historii od wielu lat nie zawierają już przede wszystkim tekstu z opisem faktów historycznych, tylko kolorowe grafiki, plansze, tabele i skrótowe informacje hasłowo streszczające dane zagadnienie i mówiące uczniom, co mają myśleć na dany temat. Podobne tendencje widać na innych przedmiotach, zwłaszcza humanistycznych. Zamiast docierać do prawdy, czytać ze zrozumieniem i samodzielnie wyciągać wnioski, uczniowie mają przyswajać gotowe, spreparowane treści podające im „na tacy” co należy myśleć oraz jak oceniać przedstawiane im zjawiska. Zamiast samodzielnego (pod nadzorem nauczyciela) docierania do głębi zagadnień celem ich zrozumienia, uczniowie mają przyswajać wiedzę w postaci krótkich „ciekawostek” i gotowych haseł.

4) Najważniejszą częścią reformy i jej priorytetem, co otwarcie mówi MEN, ma być troska o „dobrostan” uczniów oraz „wzmocnienie funkcji wychowawczej szkoły”. W praktyce te pozytywnie brzmiące hasła oznaczają jedno – chęć wyrwania dzieci spod opieki rodziców i przekazanie ich na wychowanie przez system edukacji, aby zostali „nowoczesnymi europejczykami”.

Czym jest „dobrostan psychiczny” uczniów, o który zadbać ma reforma edukacji? To nic innego jak nieustanne spełnianie kolejnych zachcianek emocjonalnych. Ten „dobrostan” jest naruszany m.in. poprzez stawianie uczniom wymagań, dyscyplinę oraz odwoływanie się do obiektywnych zasad moralnych, których powinno się przestrzegać, w szczególności do Dekalogu i nauczania Kościoła. Innymi słowy – „dobrostan” jest przeciwieństwem klasycznego wychowania człowieka, które polega na kształtowaniu cnót i charakteru.

Rząd Tuska i Nowackiej, unijni komisarze oraz niemieccy „eksperci” od edukacji chcą, aby polskie dzieci „czuły się dobrze”, w związku z tym uczniowie mają być wychowywani bez zasad, bez wymagań i bez obowiązków. Z pewnością nie spowoduje to, że młodzi ludzie będą czuć się dobrze. Wręcz przeciwnie – od dziesięcioleci na Zachodzie, a od jakiegoś czasu także w Polsce, lawinowo rosną problemy psychiczne dzieci i młodzieży. To właśnie efekt „dobrostanu” polegającego na wychowaniu bez jakichkolwiek wymagań i obowiązków, przy równoczesnym oswajaniu z ideologiami i patologiami seksualnymi.

Polskie szkoły po reformie MEN mają stać się „przechowalniami” uczniów, w których dzieci i młodzież będą spędzać większość dnia na utrwalaniu swojego „dobrostanu psychicznego”. Właśnie temu służy nieustanne obniżanie wymagań edukacyjnych połączone z jednoczesnym rozluźnianiem dyscypliny i norm moralnych.

W nowoczesnej, zreformowanej według wytycznych UE polskiej szkole, dzieci mają wychowywać się w sposób bezstresowy, bez jakichkolwiek wymagań i obowiązków, przyswajać informacje w postaci gotowych ciekawostek z różnych dziedzin wiedzy, oraz „edukować się” seksualnie poprzez oswajanie z masturbacją, rozwiązłością, LGBT, homoseksualnym stylem życia, wolnymi związkami, bezdzietnością, aborcją i antykoncepcją.

W ten sposób młodzi Polacy mają stać się „Europejczykami” – odebrana edukacja szkolna pozwoli im na podjęcie pracy, która nie będzie od nich wymagać samodzielnego i krytycznego myślenia, indoktrynacja doprowadzi do odejścia od wiary i Kościoła, a narzucony przez szkoły styl życia sprawi, że kolejne pokolenia Polaków będą bezdzietnymi singlami, skoncentrowanymi na rozwiązłości seksualnej, własnych zachciankach i oddawaniu się kolejnym rozrywkom.

Właśnie do tego doprowadzono w krajach Europy Zachodniej, gdzie uczniowie od dziesięcioleci są „edukowani” seksualnie, oswajani z egoizmem i indywidualizmem oraz przymuszani do odchodzenia od swoich lokalnych tradycji narodowych na rzecz „wartości europejskich” definiowanych odgórnie przez urzędników i biurokratów w Brukseli i Berlinie.

Ta droga prowadzi również do zagłady naszego narodu na poziomie cywilizacyjnym, kulturowym i biologicznym (demografia).

Zdaniem Fundacji, nie musimy jednak tą drogą podążać, nawet jeśli Unia Europejska oraz inne państwa i międzynarodowe organizacje wymuszają na Polsce te działania. Możemy powstrzymać tę rewolucję i uratować przyszłość naszego narodu. Kluczem do zwycięstwa jest budzenie świadomości rodziców, którzy podejmą walkę w swoim miejscu zamieszkania – w szkołach swoich dzieci, w swoich parafiach, w społecznościach lokalnych itp.

Jeżeli chcemy ocalić Polskę, to zdaniem Fundacji Pro-Prawo do Życia muszą nastąpić dwie najważniejsze rzeczy: Polacy muszą chcieć mieć dzieci, a następnie przejąć osobistą odpowiedzialność za ich wychowanie – za naukę wiary, moralności, obyczajów, tradycji, historii i kultury. Nie możemy pozwolić na to, aby wychowanie z rąk rodziców przejęły zideologizowane szkoły i instytucje obsadzone ekspertami od „dobrostanu”.

Dlatego Fundacja zapowiada organizację kolejnych kampanii informacyjnych, szczególnie teraz, przez okres wakacji, gdyż już za półtora miesiąca „edukacja seksualna” wchodzi do szkół, potem MEN zacznie wdrażać kolejne „reformy” narzucane nam przez UE. Kolejni rodzice muszą się o tym dowiedzieć, aby mogli zacząć działać w obronie swoich dzieci.

Fundacja Pro-Prawo do Życia

Więcej synodalności! Trzyletni plan papieża Franciszka miał zrewolucjonizować Kościół

Zawsze Wierni nr 4/2025 (239) David L. Vise

Więcej synodalności! Trzyletni plan papieża Franciszka miał zrewolucjonizować Kościół

Franciszek zdążył ogłosić nowy plan dotyczący procesu synodalnego. Przebywający wtedy w szpitalu papież zatwierdził trzyletni proces wdrażania reform w całym Kościele powszechnym. Kościół nie został jednak założony przez Zbawiciela po to, aby ulegać opinii publicznej.

Jak poinformował nas w sobotę 15 marca 2025 Joshua McElwee z agencji Reuters w swym artykule Papież Franciszek, deklarując wolę pozostania [na swym urzędzie], rozpoczyna nowy proces reform w Kościele katolickim, przebywający w szpitalu papież zatwierdził trzyletni proces wdrażania reform w całym Kościele powszechnym. Ta najnowsza inicjatywa, mająca rzekomo ułatwić dialog i odnowę, stanowiła w istocie kolejną próbę usprawiedliwienia szeroko zakrojonych reform rzekomymi żądaniami „ludu Bożego”. Twierdzenie takie ignoruje fundamentalną prawdę, iż Kościół nie jest demokracją, ale ustanowioną przez Boga instytucją, której misją jest strzeżenie depozytu wiary, a nie naginanie go do dominujących chwilowo idei.

Wysiłki podejmowane przez Franciszka pozostawały w zgodzie z katastrofalnym w skutkach kursem obranym przez II Sobór Watykański pod hasłem „aggiornamento” czy też unowocześnienia Kościoła. Sobór, którego dokumenty pełne są wieloznacznych i modernistycznych stwierdzeń, starał się uczynić Kościół bardziej przystającym do współczesnego społeczeństwa. Jednak zamiast oczekiwanej odnowy doświadczył on sześciu dekad bezprecedensowego upadku, którego przejawami są: dramatyczny spadek liczby powołań kapłańskich, niemal całkowity zanik zgromadzeń zakonnych oraz powszechny kryzys katechizacji. Kwitnące niegdyś instytucje katolickie upadały, wierni zaś masowo porzucali Kościół zniechęceni doktryną, która została rozwodniona, aby dostosować ją do ducha czasów, zamiast podtrzymywać prawdę objawioną przez Chrystusa.

Papież Franciszek szedł śladami owego nieudanego eksperymentu, posługując się procesem synodalnym dla usprawiedliwienia dalszej rewolucji. Droga Synodalna, podobnie jak duszpasterska obłuda Vaticanum II, stara się stworzyć iluzję konsensusu, narzucając równocześnie zaplanowane z góry zmiany, które podkopują same fundamenty doktryny katolickiej. Wieloznaczność dokumentów II Soboru Watykańskiego pozwalała na ich niekończące się reinterpretacje, prowadzące do erozji tradycyjnej wiary i praktyki. W analogiczny sposób najnowsza inicjatywa Franciszka nie doprowadziłaby do autentycznej odnowy, ale raczej przyśpieszyłaby zniszczenie tego, co wciąż jeszcze pozostaje z prawdziwej tożsamości Kościoła.

Ustanowiony przez Zbawiciela Kościół nie ulega dominującym chwilowo opiniom. On sam powiedział do Piotra: „Ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go”1. Autorytet Kościoła opiera się na powierzonej mu przez Boga misji, a nie na zmiennych trendach kulturowych. Święty Tomasz z Akwinu przestrzegał przed porzucaniem Tradycji na rzecz nowych ideologii, pisząc:

Artykuły wiary taką grają rolę w nauce wiary, jaką zasady same z siebie znane mają w nauce, którą nabywamy naturalnym rozumem; w tych to zasadach, jak to wyłożył Filozof, jest pewien układ, że jedne mieszczą się domyślnie w drugich; wszystkie zresztą zasady sprowadzają się do tej jednej, jako naczelnej: „Niemożliwym jest równocześnie (coś o czymś) twierdzić i zaprzeczać”2.

Zignorowanie tej mądrości przez II Sobór Watykański doprowadziło do dekad chaosu doktrynalnego oraz rozkładu duchowego, a nowe inicjatywy papieża Franciszka kryzys ten jedynie pogłębiały.

Wspierając proces, który przedkłada kolektywne rozeznawanie nad autorytatywne nauczanie, Franciszek stwarzał zagrożenie dla samej integralności Kościoła. Jego znane powszechnie słowa „Kim ja jestem, aby osądzać?” wykorzystywane były do sugerowania, że prawda moralna nie jest czymś niezmiennym, ale elastycznym. Jednak św. Paweł wyraźnie przestrzega przed takim relatywizmem moralnym: „Przyjdzie bowiem czas, gdy zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich pożądliwości zgromadzą sobie nauczycieli – mając uszy chciwe pochlebstwa”3. Prawdziwą misją Kościoła nie jest dostosowywanie doktryny do żądań opinii publicznej, ale strzeżenie wiary raz podanej świętym4. Katechizm Kościoła Katolickiego potwierdza ten obowiązek: „Zadanie autentycznej interpretacji słowa Bożego, spisanego czy przekazanego przez Tradycję, powierzone zostało samemu tylko żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła” (par. 85). Proces synodalny papieża Franciszka podkopuje autorytet Magisterium, zastępując go zdemokratyzowaną teologią opartą raczej na subiektywnym doświadczeniu niż na objawionej prawdzie.

II Sobór Watykański okrzyknięty został punktem zwrotnym w historii Kościoła, jednak sześć dekad później widzimy, że jego owoce są niezwykle gorzkie. Liczba kapłanów dramatycznie się skurczyła, zamknięto seminaria, zniknęły też całe zgromadzenia zakonne. Zamiast odnowy wiary jesteśmy świadkami chaosu doktrynalnego, rozprzężenia moralnego oraz masowego exodusu wiernych. Inicjatywa Franciszka nie uleczyłaby tej sytuacji, ale raczej przyśpieszyłaby destrukcję Kościoła założonego przez Chrystusa. To samo zwodnicze hasło „wsłuchiwania się w głos wiernych” wykorzystywane będzie do forsowania dalszych odstępstw od nauczania katolickiego, podobnie jak wieloznaczna retoryka dokumentów Vaticanum II umożliwiła ich modernistyczną interpretację.

Kościół nie istnieje po to, aby dostosowywać się do świata, ale aby wzywać świat do nawrócenia. Opierajmy się więc pokusie przedkładania konsensusu nad prawdę, pamiętając o słowach Zbawiciela: „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą”5. Wierni muszą pozostawać czujni, trzymając się niewzruszenie wiecznych prawd przekazanych przez Chrystusa i Jego Apostołów. Historia dowiodła, że eksperymenty w rodzaju Vaticanum II prowadzą jedynie do ruiny. Jeśli rewolucja papieża Franciszka przetrwa, przyśpieszy ona jedynie rozkład Kościoła, zamiast przywrócić mu jego dawną chwałę.

Za „The Remnant”, marzec 2025, tłumaczył Tomasz Maszczyk6.

=============

A tymczasem w Kościele:

Przypisy

  1. ↑Mt 16, 18.
  2. ↑ST II–II, q. 1, a. 7.
  3. ↑2 Tym 4, 3.
  4. ↑Por. Jud 1, 3.
  5. ↑Mt 24, 35.
  6. ↑tinyurl.com/wiecej-synodalnosci [dostęp: 20.05.2025]; w artykule skorygowano jedynie czas gramatyczny z teraźniejszego na przeszły ze względu na śmierć papieża.