W dniu 31 października w Zaitzkofen w Niemczech zainaugurowano rozbudowę seminarium Towarzystwa Świętego Piusa X. W seminarium przebywa 53 seminarzystów, w tym nowicjat braci.
Z 53 seminarzystami, w tym nowicjatem braci, seminarium osiągnęło liczbę seminarzystów, której nigdy wcześniej nie miało, pisze ojciec Franz Schmidberger w poniedziałkowym liście.
Seminarium mieści się w zamku. Budynek nadal wymaga pewnych prac remontowych, zanim wszyscy seminarzyści będą mieli odpowiednie gniazdo, a sale lekcyjne będą spełniały standardy. 12 nowych seminarzystów rozpoczęło naukę w 2024 roku: 6 z Polski, 2 z Belgii i po 1 ze Słowacji, Słowenii, Austrii i Estonii.
„Warte biliony dolarów zasoby mineralne Ukrainy, w tym tytanu, grafitu i litu, mogą być kartą przetargową podczas rozmów prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem, jeśli ten wygra wtorkowe wybory i zostanie po raz drugi prezydentem USA”, zauważa w niedzielę dziennik „New York Times”.
Gazeta przypomniała, że Zełenski „nie ma złudzeń co do tragicznych konsekwencji utraty amerykańskiej pomocy wojskowej”, do czego może dojść po zwycięstwie kandydata Republikanów.
„NYT” zwrócił uwagę, że w związku z tym ryzykiem „Kijów wyraźnie szuka sposobów, aby odwołać się do dobrze znanego, transakcyjnego podejścia Trumpa do polityki zagranicznej”. Stąd zapewnienia Zełenskiego, że pomoc w obronie Ukrainy leży w interesie gospodarczym Ameryki, ponieważ Ukraina „jest bogata w zasoby naturalne, w tym metale krytyczne warte biliony dolarów amerykańskich”.
„New York Times” przywołuje dane z 2022 r. kanadyjskiej firmy konsultingowej SecDev, która oszacowała całkowitą wartość wszystkich zasobów mineralnych Ukrainy na 26 bln USD, wliczając w to węgiel, gaz i ropę naftową. Ponadto na terytorium Ukrainy znajdują się zasoby strategiczne – w tym ok. 7 proc. światowych rezerw tytanu, 20 proc. rezerw grafitu i 500 tys. ton litu, niezbędnego do produkcji akumulatorów do samochodów elektrycznych.
„Według ukraińskich urzędników, brytyjskiego wywiadu i niezależnych śledczych Rosja już rabuje część tych zasobów na okupowanych terytoriach”, podkreśla nowojorska gazeta. Cytuje też niedawną wypowiedź Zełenskiego, który oznajmił, że te cenne zasoby „wzmocnią albo Rosję i jej sojuszników, albo Ukrainę i świat demokratyczny”.
Wiele marek, które z pozoru wydają się typowo polskie, w rzeczywistości z naszym krajem nie mają już wiele wspólnego. Może i przed laty powstały nad Wisłą, ale od tego czasu zmieniły właściciela i zarabiają na nich zagraniczne koncerny. Tak jest w przypadku marek Wedel czy Winiary, ale przykłady można mnożyć.
Te marki wyglądają na polskie, ale nie należą do polskich firm. | Foto: Artur Szczepanski/REPORTER, Piotr Molecki/East News, Mehaniq/Shutterstock / East News
Jeśli robiąc zakupy, szukasz przede wszystkim rodzimych marek, to bardzo możliwe, że nieświadomie kupujesz coś, co już wcale polskie nie jest. Przez lata zdążyliśmy się przyzwyczaić, że Wedel to typowo polska czekolada, a jak jeść majonez, to – pomijając majonezowe wojny w narodzie – tylko „nasz”, z Winiar.
Okazuje się, że ani Wedel, ani Winiary z Polską mają już tylko tyle wspólnego, że tutaj powstały. Niekiedy są nawet u nas nadal produkowane. Pieniądze ze sprzedaży liczy już jednak ktoś inny, zazwyczaj koncern mający siedzibę daleko poza naszym krajem.
Przedstawiamy dziesięć marek, które na pierwszy rzut oka wydają się polskie (a może kiedyś nawet takie były), ale w rzeczywistości takimi nie są.
Majonez Winiary. | MAXHOP / East News
Winiary
Zacznijmy od tych, które już wymieniliśmy. Na pierwszy ogień idzie majonez, czyli coś, o co przy okazji każdych świąt Polacy toczą prawdziwe wojny. Niezależnie od preferencji (Winiary, Kielecki czy może jeszcze inny), dane pokazują, że to właśnie Winiary są stosunkowo najpopularniejsze wśród kupujących.
I choć wielu osobom nierozerwalnie kojarzą się z Polską, to właścicielem jest szwajcarski koncern Nestle. Pierwsze udziały przejął jeszcze w latach 90., więc Winiary polskie nie są już od prawie 30 lat.
Myślisz: tradycyjna polska czekolada albo np. ptasie mleczko, więc prawdopodobnie powiesz: Wedel. Nic bardziej mylnego. Już od 1991 r. prawa do marki miały zagraniczne koncerny.
Najpierw było to PepsiCo, które później pozbyło się części tego biznesu na rzecz Kraft Foods oraz Cadbury. W 2010 r. z kolei udziały w Wedlu przejęła Lotte Group, czyli koreańsko-japoński koncern, specjalizujący się wcześniej m.in. w produkcji gumy do żucia.
Słodycze Wawel. | Mehaniq / Shutterstock
Wawel
Skoro przy słodyczach jesteśmy, to warto podkreślić, że również swojsko brzmiąca marka Wawel nie jest w polskich rękach.
Producent m.in. Mieszanki Krakowskiej, Michałków, Tiki Taki czy Kasztanków w 52 proc. należy do niemieckiego koncernu Hosta International.
Keczup Pudliszki. | Artur Szczepanski/REPORTER / East News
Pudliszki
Wróćmy na chwilę do sosów. Skoro bowiem mówiliśmy o majonezach, to pora na keczupy. Pudliszki brzmią po polsku. W końcu to nazwa miejscowości w województwie wielkopolskim, gdzie do dziś znajdują się zakłady produkcyjne.
Rzecz w tym, że od 1997 r. należą one już do amerykańskiego giganta Heinz, znanego m.in. właśnie z produkcji keczupów.
Keczup Tortex. | Robson90 / Shutterstock
Tortex
Jeszcze jedna marka keczupów, która wielu milenialsom kojarzy się z dzieciństwem. Bo niemal każdy 30-40-latek musi pamiętać Tortex. Nazwa wykorzystuje popularną szczególnie w latach 90. modę, polegającą na dodaniu przyrostka „ex” praktycznie do każdej nazwy firmy.
Dziś Tortex należy do koncernu Unilever, jednego z największych producentów szeroko rozumianych dóbr konsumpcyjnych na świecie.
Delikatesy mięsne Sokołów. | Piotr Molecki/East News / East News
Sokołów
Popularny wśród Polaków producent wędlin już na początku XXI w. przeszedł w ręce skandynawskich inwestorów. Najpierw został nim fiński koncern mięsny HK Ruokatalo, a rok później dołączyła spółka Danish Crown.
Po latach ta Duńczycy przejęli akcje do dotychczasowych partnerów i od dekady to do nich należy znak towarowy Sokołów.
Piwo Żywiec. | Oleg Marusic/REPORTER / East News
Żywiec, Warka, Tatra
Alkohol to zupełnie inna bajka. Tu bardzo wiele marek kojarzy się z Polską, ale do polskich firm już nie należy. Żywiec to jeden z przykładów.
Od wielu lat piwa tej marki produkowane są przez holenderskiego Heinekena. Podobnie zresztą jak Warka czy Tatra.
Sklep Żabka. | Cybularny / Wikimedia
Żabka
Ten szyld zna każdy Polak. Nie da się go nie znać, bo sklepy franczyzowe tej sieci są niemal na każdym rogu w dużych i mniejszych miastach.
Tajne, nieczyste układy pandemiczne mają miejsce właśnie TERAZ „Sebastian Lukomski, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>
W chwili, gdy to czytasz, globalne „elity” spotykają się na 12. – i być może ostatniej – sesji Międzyrządowego Ciała Negocjacyjnego Światowej Organizacji Zdrowia (INB). W tajemnicy knują, aby przeforsować Traktat Pandemiczny ONZ.
Decyzje, które mogą zmienić Twoje życie, są właśnie teraz podejmowane za zamkniętymi drzwiami przez garstkę ludzi, którzy dążą do pełnej kontroli nad nami – i działają szybko, aby uniemożliwić Ci jakikolwiek opór.
Globaliści mają czas do 15 listopada, by sfinalizować to przejęcie władzy, po czym mogą zwołać sesję nadzwyczajną, aby ostatecznie je zatwierdzić.
Jednak podobnie jak w maju, gdy skutecznie ich powstrzymaliśmy, śledzimy każdy ich ruch – i z Twoim wsparciem możemy ponownie zablokować ich niecne plany.
Powiem wprost: tu nie chodzi o zdrowie, lecz o pełną kontrolę nad swobodą podróżowania, praktykowania wiary, a nawet nad tym, co można mówić w Internecie.
Obaj doskonale wiemy, o co naprawdę chodzi biurokratom z ONZ – chcą pozbawić Polskę suwerenności i przekazać WHO miliardy dolarów pochodzących z Twoich podatków.
Krew się we mnie gotuje na myśl o tym, w jaki sposób traktowano nas podczas pandemii COVID – lockdowny, zamknięte szkoły i kościoły, ludzie zmuszani do przyjmowania niewystarczająco przetestowanych szczepionek, podzielone rodziny, seniorzy umierający w samotności, a także zniszczone przedsiębiorstwa.
Wszystko to w imię „zdrowia publicznego”.
Na pewno pamiętasz ten chaos. Teraz Traktat Pandemiczny ma sprawić, że te przerażające środki staną się standardem podczas każdej sytuacji „zagrożenia zdrowia”, zmuszając Cię do akceptowania eksperymentalnych szczepionek i lockdownów.
W maju, Ty i ja wraz z tysiącami sympatyków CitizenGO, powstrzymaliśmy ich zapędy. Teraz jednak są zdeterminowani, by przywrócić swój plan na właściwe tory.
Podczas niedawnego Światowego Szczytu Zdrowia w Berlinie WHO otrzymała prawie miliard dolarów od rządów między innymi Niemiec, Francji i Norwegii. Te państwa wykorzystują pieniądze podatników, aby wesprzeć ten zamach na władzę, którego celem jest pełna kontrola Twojego życia.
Byłem tam z zespołem CitizenGO i, uwierz mi, oni idą na całość.
Mają czas do 15 listopada na sfinalizowanie tego traktatu, po tym terminie może zostać zwołana sesja nadzwyczajna, po której Traktat Pandemiczny stanie się oficjalnym dokumentem.
Ty i ja znajdziemy się w bardzo niebezpiecznej sytuacji, jeśli globalistyczne elity osiągną swój cel. Im więcej rządów podpisze ten traktat, tym większą władzę zyska WHO — będzie mogła ogłaszać nowe pandemie i dyktować nam, co możemy obić — dokładnie tak, jak podczas pandemii COVID.
Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny WHO, już wspomina o potrzebie „zwalczania dezinformacji” – co jest sposobem na uciszanie każdego, kto sprzeciwia się temu traktatowi. Pamiętasz, jak podczas pandemii COVID cenzurowano wszystkie informacje, które nie pasowały do ich narracji, a wiele z nich okazało się później prawdą?
To nieustanna próba przejęcia władzy i pieniędzy – ale możemy ich powstrzymać, jeśli zaczniemy działać już teraz.
Najbardziej wkurza mnie to, że wykorzystują Twoje pieniądze do odbierania Ci wolności. To część ogromnego, globalnego programu na szybkie i łatwe wzbogacenie się.
Został zaprojektowany tak, aby przekazać miliardy z kieszeni podatników w ręce globalnych elit, które chcą decydować, jak mamy żyć, co możemy jeść, jakie decyzje zdrowotne możemy podejmować i czy w ogóle możemy pracować na utrzymanie własnej rodziny.
Być może zadajesz sobie pytanie, jak oni dokładnie chcą to osiągnąć?
Traktat pozwala WHO zmuszać rządy do przyjmowania eksperymentalnych szczepionek i wyrobów medycznych — nieprzetestowanych i potencjalnie niebezpiecznych, forsowanych przez te same globalne elity, które będą czerpać zyski z ich sprzedaży.
Wyobraźmy sobie taką sytuację: rząd zmusza nas do zakupu określonego produktu, a my nie mamy innego wyboru, jak tylko się podporządkować — podczas gdy globalne elity bezczynnie przyglądają się i czerpią zyski. I to jeszcze nie koniec.
Żądają miliardów z twoich podatków, aby sfinansować rozdętą biurokrację i wątpliwe „badania,” takie jak eksperymenty w laboratorium w Wuhan, w komunistycznych Chinach — miejscu, gdzie prawdopodobnie rozpoczął się COVID. To tam trafiają Twoje pieniądze — nie daj się zwieść.Wszystko to dzieje się właśnie teraz, a oni zakładają, że nie zdążymy zareagować, aby ich powstrzymać.
Jednak CitizenGO jest tutaj, aby dać Ci szansę na powstrzymanie tego szaleństwa.
Wczoraj po wieczornej Mszy Św. w Szczytnie doszło do brutalnego napadu na księdza proboszcza Lecha Lachowicza, kapłana zaangażowanego m.in. w działania naszej Fundacji i obronę dzieci przed aborcją. Agresywny bandyta wtargnął na plebanię i skatował księdza, któremu na pomoc ruszyła wolontariuszka naszej Fundacji pani Elżbieta, ściągając uwagę napastnika na siebie i używając gazu w samoobronie.
Ksiądz Lech w stanie krytycznym przebywa obecnie w szpitalu. Trwa walka o jego życie. Bardzo Pana proszę o modlitwę w jego intencji.Do tych wstrząsających wydarzeń doszło wczoraj ok. godz. 19-tej na plebanii parafii św. Brata Alberta w Szczytnie. 72-letni ksiądz Lech Lachowicz to znany z bezkompromisowej postawy kapłan, od wielu lat zaangażowany w liczne inicjatywy, w tym w działalność naszej Fundacji. Ksiądz Lech uczestniczył w organizowanych przez naszą Fundację w Szczytnie publicznych modlitwach różańcowych. Zorganizował także spotkanie o tematyce pro-life w swojej parafii, do prowadzenia którego zaprosił wolontariuszy naszej Fundacji.
Na plebanii po wieczornej Mszy Św. przebywał ksiądz Lech oraz pani Elżbieta – wieloletnia wolontariuszka naszej Fundacji, uczestniczka publicznych różańców i antyaborcyjnych akcji informacyjnych w Szczytnie. W pewnym momencie rozległo się walenie do drzwi. Do środka wtargnął agresywny napastnik i rzucił się na księdza Lecha, brutalnie go bijąc i zadając mu poważne obrażenia. Odgłosy walki usłyszała pani Elżbieta, która ruszyła księdzu na pomoc. Użyła gazu wobec napastnika i ściągnęła jego uwagę na siebie. Bandyta po chwili zaniechał ataku, gdyż najprawdopodobniej zadziałał gaz. Pani Elżbieta zadzwoniła po policję i karetkę. Ksiądz Lech został przetransportowany do szpitala, gdzie teraz trwa walka o jego życie. Po obławie policja zatrzymała 27-letniego mężczyznę podejrzewanego o napaść.
Oto kolejne, przerażające efekty medialnej kampanii nienawiści wymierzonej w prawdę, dobro i piękno, oraz efekty prawnego i sądowego pobłażania bandytom i sprawcom napaści motywowanych ideologicznie.
Nasza Fundacja od dawna alarmuje, że rośnie liczba osób, które pod wpływem medialnej propagandy wzywającej do nienawiści, dokonują zuchwałych ataków, napadów i aktów agresji. Pod wpływem medialnej indoktrynacji kolejni ludzie reagują jak zaprogramowane roboty – atakują bez względu na obecność świadków i kamer oraz możliwe konsekwencje prawne swoich działań. Często wydaje się, że są w jakimś amoku i nie kontrolują swoich zachowań. To zjawisko się nasila. Kolejne tego typu ataki to po prostu zachowania, do których „wytresowały” odbiorców media. Polacy, a zwłaszcza dzieci i młodzież, na masową skalę programowani są za pomocą mediów do reagowania przemocą, wulgarnością i nienawiścią wobec prawdy o aborcji, prawdy o LGBT oraz symboli takich jak krzyż, różaniec, kościół, kapliczka, wizerunki świętych czy kapłańska sutanna.
Celem tych działań jest zastraszenie katolików i wszystkich ludzi dobrej woli, zmuszenie do wycofania się z przestrzeni publicznej oraz do milczenia w sprawach fundamentalnych dla przyszłości naszego narodu. Wielokrotnie informowaliśmy o atakach i napadach na wolontariuszy naszej Fundacji, w tym o napaściach z użyciem niebezpiecznych narzędzi. Do takich sytuacji dochodzi czasami kilka razy w ciągu jednego tygodnia. Coraz częściej zdarzają się także brutalne ataki na kapłanów oraz incydenty takie jak wtargnięcie do kościoła, przerywanie Mszy Św., a także profanacje kościołów. Na przykład tydzień temu na zabytkowej ścianie kościoła Świętej Trójcy w Kwidzynie został namalowany napis „Ave satana”. Jak donoszą miejscowe media, w ostatnim czasie akty wandalizmu oraz podobne graffiti stają się w mieście prawdziwą plagą.
Pomimo tych prześladowań, szykan i represji, nie możemy się ugiąć. Konieczna jest dalsza walka, dalsze głoszenie prawdy i dalszy publiczny opór. Obserwowanie wielu nasilających się zjawisk może być przyczyną smutku i utraty nadziei. Jednak musimy pamiętać o tym, że pomimo ogromnych przeciwności zwycięstwo Prawdy i Dobra jest pewne. My musimy tylko znaleźć się w zwycięskiej drużynie. Zwycięstwo jest w rękach Pana Boga i jest ono przesądzone.
Wiele osób jest przytłoczonych negatywnymi informacjami i zagrożeniami, które bez przerwy się nasilają: promocja aborcji, deprawacja seksualna dzieci, LGBT, ateizacja, laicyzacja, prześladowania rodzin, kolejne napady itp. Pan Bóg nie wymaga od nas samodzielnego pokonania tych trudności. On chce tylko naszego udziału w walce, której wynik (zwycięstwo) jest już przesądzony. Dlatego najgorsze jest bycie biernym. „Obyś był zimny albo gorący!” – brzmi jedno z najbardziej przejmujących upomnień zawartych w Piśmie Świętym. To upomnienie skierowane jest także do nas, dzisiaj. Dlatego pomimo wielu trudności, ufamy w Bożą pomoc i mobilizujemy się do dalszego głoszenia prawdy oraz publicznej walki o życie i świadomość Polaków.
Jeszcze dzisiaj (poniedziałek 4 listopada) o godz. 16:00 w Szczytnie przy Rondzie Kresowiaków przeprowadzony zostanie publiczny różaniec w intencji odnowy moralnej Polski i powstrzymania aborcji. Różaniec połączony będzie z modlitwą za księdza proboszcza Lecha Lachowicza oraz za sprawcę brutalnego napadu – o jego nawrócenie oraz przemianę serc wszystkich ludzi uwikłanych w proceder ideologicznej nienawiści w naszym kraju. Podobne różańce oraz akcje informacyjne w sprawie aborcji i deprawacji seksualnej dzieci (w szczególności na temat przymusowej „edukacji seksualnej”, która wchodzi do szkół) będziemy dalej prowadzić w całej Polsce.
Bardzo Pana proszę o modlitwę w intencji księdza Lecha. Z wyrazami szacunku Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW stronazycia.pl
Czy Rzym może wkrótce poczuć gniew Boga, a teraz próbuje tego uniknąć, poświęcając Molochowi kilkoro dzieci? Czy watykańscy iluminaci ostatecznie złożą ofiary z dzieci?
Czy Watykan ożywia kult Molocha – starożytnego brutalnego bóstwa? autor: tallinn (śr., 2019-11-13 ) gloria
Źródło: youtube.com
28 października 2019 r. w Koloseum, w znanym miejscu męczeństwa chrześcijańskiego, zainstalowano satanistyczną statuę niesławnego boga Molocha, związaną z ofiarą dzieci. Oficjalne wyjaśnienie innowacji jest następujące: „Posąg Molocha, czczony przez Kananejczyków i Fenicjan, jest częścią ekspozycji poświęconej niegdyś wielkiemu konkurentowi starożytnego Rzymu – Kartaginie. Wystawa z wielkim rozmachem pn. „Kartagina: nieśmiertelny mit” potrwa do 29 marca 2020 r. Rekonstrukcja strasznego bóstwa Molocha, związanego z religiami fenicką i kartagińską, zostanie umieszczona przy wejściu do Koloseum, aby powitać odwiedzających wystawę.”
Inicjatywa władz rzymskich wywołała szok w chrześcijańskiej społeczności Włoch. Włoska strona katolicka lafedequotidiana.it pisze: „My, chrześcijanie, jesteśmy teraz zmuszani do odmawiania modlitw potępiających, ponieważ ten pogański Moloch jest zabroniony przez Boga w Starym Testamencie! Proszę, odmawiajćie modlitwy zadośćuczynienia, przyjdźcie na tę „wystawę” z wodą święconą i egzorcyzmowaną solą, czytajcie psalmy i litanie o wypędzeniu złych duchów”.
Skandal związany z umieszczeniem Molocha komplikuje fakt, że wystawa posągu ma miejsce w dniu zamknięcia tak zwanego Synodu Biskupów Amazonki (zwanego Synodem Amazonki), który odbywał się w Rzymie od 6 października do 27 października 2019 r. Zapowiadając to wydarzenie papież Franciszek ogłosił 15 października 2017 r., że Synod będzie miał na celu „zidentyfikować nowe sposoby ewangelizacji regionu, w którym ludy tubylcze nie mają szans na spokojną przyszłość”. Teraz rodzi się pytanie, czy to wszystko jest jakoś powiązane? Czy Watykan wprowadzi posąg Molocha do Ewangelii w Ameryce?
Umieszczenie posągu, zbiegające się z ceremonią zakończenia Synodu, zbiegło się również z wigilią Halloween (31 października) i Dniem Wszystkich Świętych (1 listopada), która wywodzi się z pogańskiego święta Samhain. Ten czas graniczny (przejście do zimy) był uważany za czas mistycyzmu, kiedy do świata ludzi wkraczają magiczne stworzenia często nastawiono wrogo wobec człowieka, a ludzie mają również okazję „odwiedzić” inny świat.
Czy to przypadek? Nieco wcześniej, 4 października 2019 r., Papież Franciszek pobłogosławił Matkę Ziemi Pachamama przed kamerami. Katolicy wciąż nie mogą się z tego otrząsnąć i przeglądają rytuał przecierając oczy. Ogólnie wierni mają powody do zmartwień.
Najważniejsze jest to, że statua Molocha nie została wykonana wczoraj, ale najwyraźniej została dostarczona z wielkimi zaszczytami z Muzeum Kinematografii Mole Antonelliana – bardzo dziwnego budynku zbudowanego w dziewiętnastym wieku. Statua wykonana jest z pustego brązu jako dekoracja filmu Cabiria z 1914. Jedna ze scen filmu pokazuje, w jaki sposób, posługując się tym posągiem, kapłani poświęcają dzieci Molochowi. Ten „manekin” z brązu nie jest całkiem atrapą i funkcjonował tam jakiś rodzaj pieca.
Film „Cabiria” został nakręcony przez włoskiego reżysera Giovanniego Pastrone, który zajmował się czysto techniczną stroną problemu. Ze scenariuszem, słowami hymnów kapłańskich, projektami świątyń i posągów, pomógł mu książę Montenevoso, książę Gallaise, hrabia Gabriele d’Annunzio – mason 33 stopnia, trzymający Mussoliniego „na pasku”. Na podstawie tych regali można zgadnąć, że „manekin” posągu Molocha jest wykonany w naturalnej skali i wszystko jest zrobione tak, jak powinno być.
Jedną z najbardziej szokujących scen tego filmu jest wielka świątynia Molocha, gigantyczna trójgłowa głowa, z ustami jako wejście do niesławnej świątyni. Na klatkach filmu widać około sto małych dzieci, które są gotowe umrzeć jako ofiary złego boga Molocha, i to w tej świątyni, pełnej kultystów ciemnej strony zaangażowanych w rytuał. Widać tam gigantyczny posąg skrzydlatego boga Molocha, który jest teraz wystawiany przy wejściu do Koloseum. Pomnik Molocha pozostanie w nowej lokalizacji do 29 marca 2020 r. i zostanie usunięty, zanim papież Franciszek zorganizuje coroczną Drogę Krzyżową w rzymskim Koloseum na Wielki Piątek, która przypada 10 kwietnia przyszłego roku.
To, co się dzieje, zaskakuje. Po prostu brakuje słów, aby to komentować. Czy Rzym może wkrótce poczuć gniew Boga, a teraz próbuje tego uniknąć, poświęcając Molochowi kilkoro dzieci? Czy watykańscy iluminaci ostatecznie złożą ofiary z dzieci? Ogólnie nie bardzo wiadomo, co się dzieje naprawdę, więc módlmy się, bo to kolejny znak końca czasów.
Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 3 listopada 2024 michalkiewicz
Świat wstrzymał oddech na wiadomość, że… – ale wcale nie na tę wiadomość, że bezcenny Izrael wreszcie uderzył na złowrogi Iran, tylko na całkiem inną wiadomość. Zanim jednak do niej przejdziemy, wróćmy na chwilę do konfliktu między złowrogim Iranem, a bezcennym Izraelem. Jak pamiętamy, w ubiegłym roku przez bezcenny Izrael jedna za drugą przewalały się demonstracje, których uczestnicy domagali się wsadzenia za kraty premiera Beniamina Netanjahu. Cóż w tej sytuacji miał zrobić premier Netanahu? Mógł pokornie pójść do więzienia, albo uciec przed tym koszmarem do przodu w wojnę. I tak właśnie zrobił. Nakazał perfekcyjnemu Mosadowi, żeby oślepł i ogłuchł, dzięki czemu złowrogi Hamas „zaskoczył” bezcenny Izrael nagłym atakiem rakietowym, przy użyciu rakiet domowej roboty, produkowanych w setkach warsztatów w Strefie Gazy.
Podejrzenie o ich produkcję padło naturalnie na złowrogi Hamas, ale nie da się wykluczyć, że Mosad, który w Strefie Gazy miał konfidenta na konfidencie, nie tylko zorganizował tę produkcję, ale w dodatku nakazał swoim konfidentom wykonać zaskakujący atak rakietowy na bezcenny Izrael. Kieruję się w tych podejrzeniach starą rzymską zasadą: is fecit cui prodest – co się wykłada, że ten zrobił, kto skorzystał – a skorzystał wyłącznie bezcenny Izrael, a osobiście – premier Beniamin Netanjahu.
Po pierwsze – dostarczyło mu to pretekstu do rozpoczęcia planowanej od dawna i upragnionej operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy. Po drugie – od chwili zaskakującego ataku nie było już mowy o wsadzeniu Beniamina Netanjahu za kraty. Przeciwnie – stanął on na czele rządu jedności narodowej, a wtedy amerykański prezydent Józio Biden, który już-już zaczynał na izraelskiego premiera kręcić nosem, natychmiast przygalopował do Tel Avivu, żeby złożyć hołd lenny Beniaminowi Netanjahu, uznać prawo bezcennego Izraela do „obrony” – a wiadomo, że najlepszym sposobem obrony jest atak – no i zadeklarować niezmienne poparcie – to znaczy – forsę, broń, amunicję, a także wsparcie wywiadowcze oraz wojskowe – w razie potrzeby. Czegóż tedy chcieć więcej? Oczywiście są też plusy ujemne w postaci zakładników, ale – jak powiadają wymowni Francuzi – a la guerre comme a la guerre – straty muszą być.
Ale cóż znaczą jacyś zakładnicy, kiedy premiera Netanjahu jakby kto na sto koni wsadził? Nie tylko kontynuuje operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy, gdzie nawet twórczo rozwija metody zastosowane przez SS-Gruppenfuhrera Jurgena Stroopa podczas pacyfikowania powstania w warszawskim getcie. Nie bawił się on w atakowanie poszczególnych punktów oporu, tylko wypalał całe kwartały domów i w ten sposób zniechęcał pozostałych przy życiu Żydów do kontynuowania walki. Pokazuje to, że słuszna myśl taktyczna raz rzucona w przestrzeń, prędzej czy później znajdzie swego amatora – nawet ponad wszystkimi podziałami.
Właśnie dlatego – bo niby dla czego innego? – Kongres Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie uczcił premiera Beniamina Netanjahu owacją na stojąco i to nawet zanim zdążył otworzyć usta, żeby powiedzieć, jak będzie Ludzkości przychylał nieba. Już tam amerykańscy twardziele wiedzą, że każdy musi w takim momencie wstać i klaskać, bo gdyby tak który nie wstał, albo nie zaklaskał, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że przed 30 laty wsadził mu rękę pod spódniczkę i gmerał w majteczkach – a zanim by się wydało, że to nieprawda, to już „prasa międzynarodowa” nadzorowana przez Judenraty, zrobiłaby z niego marmoladę. Tak samo, jak teraz Judenrat „Gazety Wyborczej” robi marmoladę z księdza Olszewskiego, który – razem z obydwiema aresztowanymi urzędniczkami – został wypuszczony z aresztu wydobywczego za kaucją 300 tys. zł. Nie oznacza to oczywiście żadnego finału, bo oto Judenrat „dotarł”, to znaczy – fukcjonariuszowi Propaganda Abteilung wspomnianego Judenratu, niezależni bodnarowcy z prokuratury wetknęli nos w poufne akta śledztwa. Dzięki temu Judenrat, w ramach podziału zadań, zaczął obsmarowywać księdza Olszewskiego, że za pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości kupił sobie skarpetki. Zbrodnia to niesłychana, toteż nic dziwnego, że w mediach społecznościowych zawrzeli oburzeniem aktywiści i sygnaliści – jak każdemu z nich przykazał oficer prowadzący. W ten sposób Judenrat, kierując się leninowskimi normami życia partyjnego w zakresie organizatorskiej funkcji prasy, organizuje opinię publiczną przeciwko reakcyjnemu klerowi. Reakcyjny kler, widząc, że żartów nie ma, że vaginet Donalda Tuska naprawdę chce pozbawić przewielebne duchowieństwo dochodów z pensji nauczycielskich, zgłosiło gotowość do kompromisu, deklarując ustami J. Em. Kazimierza kardynała Nycza, że nie ma nic przeciwko tak zwanym „związkom partnerskim”, dla których projekt ustawy właśnie przygotowała Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, piastująca w vaginecie Donalda Tuska fuchę feministry do spraw równości (małych naciągamy, dużych obcinamy, grubych uciskamy, a chudych nadymamy). Jakby tego było mało, J. Em. Grzegorz kardynał Ryś właśnie powiedział, że „liturgia” powinna być „synodalna”. Co to ma znaczyć – tego na razie nie wiemy, bo wprawdzie w Rzymie właśnie zakończył się III Etap Synodu o Synodalności, ale nie wiadomo, co tam konkretnie uradzono, bo żadnej adhortacji w tej sprawie nie będzie. Jesteśmy tedy skazani na domysły i ja na przykład domyślam się że w archidiecezji kardynała Rysia będzie się działo: sodomczykowie i gomorytki będą w ramach liturgii przedstawiały rozmaite performance – dla każdego coś miłego.
Wracając do premiera Netanjahu,z to nic dziwnego, że po takich hołdach czuje się, jakby go kto na sto koni wsadził i otwiera coraz to nowe fronty obrony; jak nie w Strefie Gazy, to w Libanie, jak nie w Libanie, to w Syrii, jak nie w Syrii, to w Jemenie, jak nie w Jemenie, to w Iranie – a przecież na świecie są jeszcze i inne kraje! Zaniepokoiło to nieco amerykańskich twardzieli, czy przypadkiem bezcenny Izrael nie wciąga Ameryki w tak zwane „rozdęcie imperialne”. Chodzi o strategię zaplanowaną przez Chińczyków. Wiedząc, że Ameryka przygotowuje się do ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej, Chińczycy pod takim czy innym pretekstem próbują wciągać Amerykę w coraz to nowe konflikty w różnych miejscach świata w nadziei, że w żadnym z tych miejsc przewaga amerykańska nie będzie taka duża, żeby nie można było sobie z nią poradzić.
Ale świat wstrzymał oddech z innego powodu. Oto z Partii Razem odeszły: Magdalena Biejat, Anna Górska, Joanna Wicha, Dorota Olko i Daria Gosek-Popiołek – ale w klubie parlamentarnym Lewicy pozostają. Znaczy się – nie wchodzą, ale biorą udział – jak to kobiety. Inaczej pan Adrian Zandberg i jego pretorianie; ani nie wchodzą, ani nie biorą już udziału w koalicji. I co teraz zrobi znękana Ludzkość?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Petycje, apele, protesty przeprowadzone w ciągu ostatnich kilku miesięcy w sprzeciwie wobec zapowiadanej od dłuższego czasu obowiązkowej tzw. edukacji zdrowotnej nie przyniosły efektu. Przedmiot opracowany przez zespół prof. Izdebskiego zawiera komponent w postaci edukacji seksualnej, który pod szyldem dbałości o zdrowie uczniów skrywa erotyzację i deprawację dzieci oraz narusza prawa rodziców gwarantowane w Konstytucji RP.
W ostatnim dniu października, tuż przed świątecznym czasem zaduszkowych zamyśleń dla jednych, a dla drugich – w porze satanistycznych obrzędów zwanych Halloween, już po godzinach urzędowania MEN – minister Nowacka podpaliła lont. Upublicznione zostały podstawy programowe nowego obowiązkowego – podkreślmy! – przedmiotu, jaki od kl.4 wzwyż, w wymiarze 1 godziny tygodniowo ma być realizowany w polskich szkołach podstawowych. Projekt będzie kontynuowany w szkołach średnich. Likwidacji ma ulec dobrowolnie dotychczas wybierany przez rodziców przedmiot „Wychowanie do życia w rodzinie”.
W dniu ogłoszenia projektu 31.10 trwały jeszcze konsultacje tzw. „profilu absolwenta”, który miał być ponoć podstawą wszelkich zmian wprowadzanych w przyszłości w oświacie. Szeroko reklamowany i dyskutowany miał stwarzać wrażenie liczenia się z opinią społeczną w kwestiach oświatowych. Ta zbieżność terminów jawnie podważa wiarygodność prowadzonych konsultacji na temat „profilu” i doszczętnie kompromituje MEN. Cały deprawacyjny i pseudo-zdrowotny projekt był już wówczas gotowy, a hasła związane z profilem stanowiły jedynie zasłonę dymną dla działań właśnie przeprowadzanych przez resort.
Projekt podstawy programowej edukacji zdrowotnej ujrzał światło dzienne i… natychmiast przeraził pedagogów i nauczycieli!
Tzw. „edukacja zdrowotna” z elementami edukacji seksualnej to realizacja modelu radykalnie permisywnej edukacji seksualnej. Ma akcenty skrajnie gorszące, wywołuje przedwczesne zainteresowanie tematyką seksu, wtajemnicza w meandry perwersyjnych praktyk i prowadzi ucznia na zdrowotne manowce, o czym za chwilę na podstawie cytatów. Ponadto edukacja seksualna – inaczej niż w wychowaniu do życia w rodzinie – przywołana jest tu wyłącznie w kontekście zdrowia [a raczej pseudozdrowia] i wyrywa kwestie seksualności z kontekstu społecznego. W efekcie pozbawi to młodego człowieka umiejętności założenia rodziny i podjęcia odpowiedzialnego rodzicielstwa.
Zdrowie seksualne przedstawiane według pornografizujących standardów WHO, erotyzacja, skupienie uwagi ucznia na przyjemności bez odpowiedzialności oraz utożsamianie własnego dobrostanu z zadowoleniem o seksualnym podłożu – to cechy nowego przedmiotu zaproponowanego przez resort oświaty.
Na początek bulwersujący przykład z podstawy programowej dla kl.4-6:
„identyfikuje zmiany dotyczące dojrzewania należące do normy medycznej (np. różne tempo wzrostu, zmiana sylwetki, ginekomastia, nocne polucje, mutacja, wzmożone pocenie się, zmiana zapachu, mimowolne erekcje, owłosienie, wzrost piersi, pojawienie się miesiączki, trądzik, zachowania autoseksualne)”.
Wymienione na samym końcu listy zmian „należących do normy medycznej”, z jakimi ma zapoznać się uczeń w kl.4-6, zachowania autoseksualne, czyli inaczej: „masturbacja (inaczej: onanizm, ipsacja, samogwałt) to zachowanie polegające na pobudzaniu narządów płciowych do osiągnięcia satysfakcji seksualnej (orgazmu)”.
To pierwsze z brzegu wyjaśnienie podsuwane przez internet. Zapewne tam sięgnie uczeń, chcąc wyjaśnić nieznany termin, a może nowy podręcznik do edukacji zdrowotnej wyjaśni to jeszcze dokładniej? Może nawet z poglądowymi ilustracjami? Wszak najpierw uczeń musi poznać tę lub podobną definicję, by następnie zakwalifikować zachowania autoseksualne [praktyki samogwałtu] do należących do normy medycznej.
Norma jest powszechnie stosowaną zasadą lub typowym zachowaniem, pewnym standardem. W tym wypadku jest nim – według resortu Nowackiej – masturbacja.
Masturbacja, nazywana jeszcze czterdzieści lat temu nie inaczej niż samogwałtem, to nie tylko – według propozycji zespołu prof. Izdebskiego – zwykły przejaw dojrzewania mieszczący się w normie medycznej, ale coś, co należy akceptować i postrzegać pozytywnie. Właśnie taki skandaliczny i gorszący przekaz otrzyma uczeń w wieku od 9 do 12 roku życia w polskiej szkole w ramach obowiązkowego przedmiotu, według projektu minister Nowackiej.
Zamiast samogwałtu, czyli gwałtu na samym sobie, przemocy wobec siebie, a według zasad chrześcijańskich – grzesznego czynu rozwiązłości – uczeń dowie się o typowym i akceptowanym „zachowaniu autoseksualnym” zmierzającym ku dobrostanowi w okresie dojrzewania. Taki wniosek można wysnuć na podstawie pytania otwierającego rozdział „Dojrzewanie”: Jak akceptować przemiany okresu dojrzewania oraz radzić sobie z jego wyzwaniami i kształtować pozytywny obraz własnego ciała? Skoro tak, to akceptacja przemian okresu dojrzewania [z samogwałtem włącznie] i pozytywny obraz własnego ciała [z jego rozbudzonymi pożądaniami], jest nadrzędnym celem procesu „kształcenia” w zakresie tego przedmiotu.
Dalej nasz 9-latek napotka rozdział pt.: „Zdrowie seksualne”, a w nim kolejne pytanie wiodące: Jak kształtować pozytywną postawę wobec seksualności człowieka wraz z respektowaniem autonomii cielesnej swojej i innych osób?
W treści rozdziału zawarto kolejne uświadamiające fragmenty:
„charakteryzuje [uczeń] pojęcia: zdrowie seksualne, seksualność i omawia ich pozytywny wymiar w życiu człowieka”.
Przybliżmy pojęcie zdrowia seksualnego według standardów WHO, które stoją za tą permisywną edukacją seksualną i globalnym projektem seksualizacji dzieci:
„W czasie spotkania ekspertów zorganizowanego przez WHO w 2002 roku uzgodniono nową definicję zdrowia seksualnego, która brzmi następująco: „Zdrowie seksualne jest dobrostanem fizycznym, emocjonalnym i społecznym w odniesieniu do seksualności; nie jest jedynie brakiem choroby, zaburzeń funkcji bądź ułomności. Zdrowie seksualne wymaga pozytywnego i pełnego szacunku podejścia do seksualności oraz związków seksualnych, jak również do możliwości posiadania dających przyjemność i bezpiecznych doświadczeń seksualnych, powinno być wolne od przymusu, dyskryminacji i przemocy. [cyt. za: Standardy edukacji seksualnej w Europie – Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem]
Dobrostan w odniesieniu do seksualności, pozytywne podejście do seksualności, szacunek dla związków seksualnych, przyjemne i bezpieczne doświadczenia seksualne wolne od przymusu i dyskryminacji – to istota zdrowia seksualnego, które ma umieć charakteryzować uczeń w kl.4-6.
W jakim celu?
Otóż ten jawnie deprawacyjny wstęp jest konieczny w kl.4-6, by w klasie 7-8 wprowadzić dziecko w świat inicjacji seksualnej i dewiacji oraz zjawisk przemocy seksualnej.
Uczeń 13-15 letni „omawia pojęcie popęd seksualny; wymienia powody, dla których ludzie decydują się na aktywność seksualną, omawia pojęcie orientacji psychoseksualnej i kierunki jej rozwoju (heteroseksualna, homoseksualna, biseksualna, aseksualna); wyjaśnia pojęcia: tożsamość płciowa, cispłciowość, transpłciowość, charakteryzuje metody antykoncepcji, np. mechanicznej, hormonalnej, chemicznej, naturalnej, rozróżnia formy przemocy seksualnej, w tym molestowania seksualnego, a także omawia sposoby reagowania, gdy sam jej doświadcza lub gdy doświadczają jej inni”.
Rozbudzając u młodego człowieka zainteresowanie praktykami seksualnymi twórcy podstawy programowej przedmiotu „edukacja zdrowotna” nic nie mówią o zagrożeniach, jakie się z tym wiążą. O skrajnej nieodpowiedzialności i działaniu na szkodę zdrowia ucznia świadczy fakt, iż rozdzialik o chorobach przenoszonych drogą płciową, jak choroby weneryczne, HIV, HPV, został zakwalifikowany przez zespół MEN jako fakultatywny, do decyzji nauczyciela; nie musi być więc wcale realizowany. Trudno o lepszy dowód na to, iż nie o zdrowie ucznia tu chodzi!
Przykłady można by mnożyć. Potwierdzają one najczarniejsze obawy, jakie zgłaszali rodzice i nauczyciele skupieni w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły w ciągu ostatnich miesięcy, między innymi składając w sierpniu w MEN petycję dotyczącą edukacji zdrowotnej w zapowiadanej postaci.
By zrozumieć powody, dla których z taką determinacją lewicowa grupa, która zarządza oświatą w Polsce, pragnie ten projekt wprowadzić w życie, przypomnijmy znamienne cytaty z „Historii Antykultury” Krzysztofa Karonia:
„Warto więc wyjaśnić, jaką rolę odgrywa seks w nowym marksizmie. Człowiek opanowuje najważniejsze umiejętności, w tym umiejętności zaawansowanego myślenia i rozwija pierwsze zachowania społeczne w dzieciństwie, gdy popęd seksualny nie rozprasza jeszcze jego uwagi i nie zakłóca procesu edukacji i wychowania.
Wszystkie nurty psychologii rozwoju, a jest ich wiele, są zgodne co do tego, że do okresu dojrzewania rozpoczynającego się średnio ok. 11-13 roku życia popęd seksualny nie dominuje psychiki dziecka i nie przeszkadza w rozwijaniu innych zainteresowań.
[…] Rozbudzanie popędu seksualnego, szczególnie w dzieciństwie utrudnia proces edukacji i wychowania, ponieważ rozprasza uwagę młodego człowieka, uniemożliwia jego koncentrację, a zatem utrudnia lub uniemożliwia zdobycie wysokich kwalifikacji, co prowadzi do społecznego upośledzenia jednostek w dorosłym życiu i obniżenia średniego poziomu wykształcenia społeczeństwa.
Zaznaczam, że mówimy o zjawiskach w skali społecznej, czyli o zjawiskach statystycznych, a we współczesnym świecie nawet kilkuprocentowe obniżenie ogólnego wykształcenia i wydajności społeczeństwa skazuje je na regres i kolonizację poprzez społeczeństwa o skuteczniejszych systemach edukacji i wydajniejszych gospodarkach.
[…] Bez względu więc na to jaki jest deklarowany cel wczesnej seksualizacji dzieci, jej praktycznym skutkiem jest sztuczne rozbudzanie instynktu, który utrudnia lub wręcz uniemożliwia społeczeństwu zdobycie wiedzy i kwalifikacji koniecznych do produkcji dobrobytu, bez którego hasło wolności staje się pustym frazesem.
Oczywiście te proste prawdy może zrozumieć tylko społeczeństwo, które ma wiedzę o mechanizmach ludzkich zachowań i potrafi racjonalnie myśleć […]”
Podkreślmy kolejny raz: treści tego przedmiotu są całkowicie sprzeczne z powszechnie pojmowanym „zdrowiem”, a zbieżne z tzw. zdrowiem reprodukcyjnym Agendy 2030 ONZ oraz z groźną „edukacją zmieniającą pojęcie płci” Gender transformative education {UNICEF} Wszystkie ich elementy można dostrzec w podstawie programowej nowego przedmiotu.
Edukacja seksualna w Niemczech rozpoczęła się dawno temu. Kilka lat wstecz ks. Dariusz Oko powiadomił opinię społeczną w Polsce o skandalicznym niemieckim podręczniku szkolnym, który instruował uczniów, jak zaprojektować funkcjonalny dom publiczny.
„Niemcy starają się narzucać wszystkim swoją ideologię. Tak, jak Moskwa narzucała nam wcześniej komunizm, tak teraz Berlin i Bruksela narzucają nam neokomunizm, neobolszewizm, neomarksizm. W tym marksizm kulturowy, czyli gender. Alarmuję, żebyśmy bronili się przed tym zagrożeniem, tą deprawacją, która prowadzi do ateizacji. Konsekwencją jest islam, bo jak ludzie żyją dla seksu, to nie ma dzieci, nie ma rodzin, więc dopuszcza się inwazję muzułmańską. Przestrzegam, żebyśmy nie stali się ideologiczną kolonią niemiecką, a potem muzułmańską” – mówił ksiądz Dariusz Oko w 2018 r. w przejmującym wywiadzie, którego aktualność wobec lektury obecnych pomysłów MEN – jest porażająca.
Kolejne granice są przekraczane bezustannie. Podczas konferencji, która odbyła się 14 października 2024 r. w Sejmie RP pt. „Polska szkoła. Dekonstrukcja i fundamenty odbudowa” Magdalena Czarnik ze Stowarzyszenia Rodzice Chronią Dzieci opisała model „ekspresji seksualnej” przekazywany uczniom w podręcznikach w szkołach niemieckich. Ten model to promocja perwersji, wulgarności, obrzydliwości.
W tej chwili szkoleni są w Niemczech nauczyciele, którzy mają zająć się dziewczynkami z biedniejszych rodzin, dla których przygotowywana jest rola „towarzyszek seksualnych”. […] – ostrzega na swoim blogu Bożena Ratter z Ruchu Ochrony Szkoły.
Nowy przedmiot w polskiej szkole to pierwszy krok w tym kierunku.
Do rodziców – według ich prerogatyw konstytucyjnych – należy wychowanie dzieci w duchu ich własnych przekonań moralnych, religijnych i wszystkich kwestii wychowania seksualnego. WDŻ jest przedmiotem nieobowiązkowym, tak więc uwzględnia możliwość rezygnacji rodzica w imieniu ucznia z udziału w zajęciach. Obowiązkowa „edukacja zdrowotna” zmusi wszystkich uczniów do zapoznania się z przedstawionymi treściami, i to niezależnie od typu szkoły wybranej przez rodzica. Byłoby to jaskrawe naruszenie konstytucyjnego prawa rodziców do religijnego i moralnego wychowania i nauczania dzieci [par.48 i 53],czemu powinni się oni zdecydowanie przeciwstawić.
Zgodnie z Prawem oświatowym nauczyciel w swoich działaniach dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych ma obowiązek kierowania się dobrem uczniów, troską o ich zdrowie, postawę moralną i obywatelską, z poszanowaniem godności osobistej ucznia. Jest to jego pierwszy, podstawy obowiązek, pierwotny wobec jakichkolwiek dyrektyw i wytycznych dotyczących pracy z dziećmi i młodzieżą. Nauczyciele mogą być postawieni w sytuacji próby łamania ich sumień, gdy będą chcieli się przeciwstawić realizowaniu deprawacyjnych elementów podstawy programowej z zakresu edukacji zdrowotnej. W każdej sytuacji, w której nauczyciel zostanie zobowiązany do postępowania wbrew wyznawanym zasadom moralnym, religijnym bądź filozoficznym może powołać się na „sprzeciw sumienia”. Nie musi w związku z tym dopełniać jakichkolwiek formalności, wystarczy po prostu złożenie dyrektorowi szkoły oświadczenia, np. o odmowie przeprowadzenia zajęć „wychowania seksualnego” – czytamy w poradniku opracowanym przez Instytut Ordo Iuris „Prawo nauczycieli do postępowania w zgodzie z własnym sumieniem”.
Rozporządzenie – w razie podpisania go w obecnej formie – naruszając prawo, otwierałoby drzwi dla seksualizującej i deprawującej fali mającej zalać umysły przyszłych pokoleń polskich uczniów. Jeszcze nie jest za późno, by postawić temu tamę.
„Erotyzacja stanowi idealne narzędzie zniszczenia rodziny, kościoła, tradycji, państwa, oraz zburzenia całej dotychczasowej struktury ładu społecznego” – to słowa Wilhelma Reicha, austriackiego komunisty i seksuologa, które warto tu przypomnieć, ku przestrodze.
Do 21 listopada trwają – skrócone przez MEN – konsultacje dotyczące nowego przedmiotu.
Jednak nie tylko do udziału w konsultacjach wzywamy rodziców i nauczycieli, a do publicznego jednoznacznego sprzeciwu wobec naruszeniom prawa i moralności.
Wizerunek Grzegorza Brauna został wykorzystany w oprawie kibicowskiej. Po raz pierwszy w historii fani jednego z polskich zespołów umieścili polityka Konfederacji na sektorówce.
Do tej nietypowej sytuacji doszło podczas meczu ŁKS-u Łódź z Ruchem Chorzów w ramach rozgrywek Betclic 1 ligi.
Aktywni spośród przyjezdnych, czyli w tym przypadku Ruchu Chorzów, przygotowali spektakularną oprawę, której głównym bohaterem był Grzegorz Braun.
Na sektorówce zaprezentowano polityka z gaśnicą, co jest niewątpliwie nawiązaniem go zgaszenia świec chanukowych przez Brauna w Sejmie. Na sektorówce widniał też przekreślony herb łódzkiego klubu.
Całość dopełniał wymowny napis „Szczęść Boże, ratuj się kto może!” – nawiązujący do słów często używanych przez polityka.
Oprawa została dodatkowo urozmaicona efektami specjalnymi. W kulminacyjnym momencie z gaśnicy przedstawionej na sektorówce wydobył się biały proszek, a całość okraszono efektownymi racami, które pojawiły się nad wizerunkiem europosła.
Kibice Ruchu i ŁKS-u mają tzw. „kosę”, a wykorzystanie wizerunku Brauna i „akcji” z chanuką akurat w Łodzi, czyli mieście mającym w przeszłości dość mocne związki ze społecznością żydowską, stanowi niekonwencjonalny sposób na wbicie „szpilki” rywalowi.
Ruch Chorzów supporters with their pyro show dedicated to Grzegorz Braun during their teams away game earlier today. You never see any mainstream politician get such praise from the football casuals. Is he running? #braun2025
Studenci byłego Collegium Humanum (dzisiaj Uczelnia Biznesu i Nauk Stosowanych Varsovia) złożyli pozew zbiorowy przeciwko uczelni.
Radczyni prawna Jolanta Molska-Jerin poinformowała o złożeniu pozwu zbiorowego, do którego przystąpiło 41 osób. „Zainteresowanych było bardzo dużo, ponad 500 osób. Ale w momencie, kiedy trzeba było zdeklarować się, czyli złożyć pełnomocnictwo, a w zasadzie oświadczenie o przystąpieniu do grupy, to pojawiły się problemy. Dużo studentów się po prostu boi. Mają takie poczucie, że jeśli złożą pozew przeciwko uczelni, to już nie będą mieć szansy na obronę. Albo, że jeśli dojdzie do obrony, to nie zdadzą egzaminu” – tłumaczyła.
Z ustaleń Molskiej-Jerin wynika, że wraz z rozpoczęciem nowego roku akademickiego niewielka część studentów ma zajęcia. „Odbył się jeden zjazd w Warszawie. Wiemy, że coś się zaczyna dziać w Poznaniu, natomiast na pewno nie są to studenci ostatnich roczników” – zrelacjonowała.
„Problemy zaczęły się po tym, jak wiosną do warszawskiej siedziby uczelni wkroczyło CBA. Zatrzymano wtedy ówczesnego rektora Pawła C., który szczegółowo opisywał trwający latami proceder wydawania dyplomów za łapówki” – informuje TVN Warszawa.
Warszawa usłyszała nasz głos! Działania w obronie życia nabierają rozpędu!
W październiku nasze przyczepy reklamowe przez tydzień przemierzały ulice Warszawy niosąc mocny przekaz: Prezydencie Andrzeju Dudo, zareaguj na nielegalne wytyczne Ministerstwa Zdrowia!Podczas tej kampanii odwiedziliśmy strategiczne miejsca – okolice Sejmu, Pałacu na Belwederze, Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sprawiedliwości – aby nasze przesłanie było słyszalne tam, gdzie zapadają najważniejsze decyzje. Chcieliśmy, by Prezydent Andrzej Duda usłyszał nasz głos i zrozumiał, jak ważne jest dla tysięcy Polaków podjęcie działań w obronie życia. Obejrzyj materiał wideo z naszej akcjiPONIŻEJ, a więcej zdjęć w naszym albumie znajdziesz TUTAJ. Pokazaliśmy, że nie zgadzamy się na łamanie prawa i sankcjonowanie lekarzy, którzy odmawiają przeprowadzenia aborcji. Dyrektor Szpitala we Wrocławiu została odwołana za odmowę aborcji – nie zgadzamy się na to!Dostarczyliśmy również do Kancelarii Prezydenta prawie 38 000 podpisów obywateli, którzy poparli naszą petycję “Zatrzymajmy bezprawne wytyczne aborcyjne”. Każdy z tych podpisów był głos sprzeciwu wobec nielegalnych działań oraz mocne wezwanie do Prezydenta RP, by stanął w obronie życia i prawa. Nasza presja przynosi efekty, ponieważ na nadchodzącym posiedzeniu Sejmu ma odbyć się głosowanie nad wotum nieufności wobec Minister Zdrowia Izabeli Leszczyny. Dzięki naszym działaniom coraz więcej polityków dostrzega konieczność zatrzymania bezprawnych, nieodpowiedzialnych działań Ministerstwa Zdrowia i podjęcia stanowczych decyzji na rzecz ochrony życia.Ale to tylko dzięki Twojemu wsparciu mogliśmy głośno stanąć w obronie nienarodzonych i pokazać, że nie ustąpimy.Przed nami kolejne wyzwania, w tym również zbliżające się głosowanie w Sejmie dotyczące aborcji. Już teraz przygotowujemy się do dalszych działań – a Twoje zaangażowanie jest kluczowe!Niech ten wspólny wysiłek będzie inspiracją do dalszej walki o życie nienarodzonych dzieci. Ruszyliśmy już z nową kampanią przeciw projektowi ustawy depenalizującej aborcję, która w najbliższych dniach trafi do Sejmu – zostań z nami w tej walce! Dziękuję za każdą formę wsparcia i za to, że jesteś z nami. Blanka Bąkiewicz z całym zespołem CitizenGO PS. Jeśli podoba Ci się to co robimy, proszę rozważ stałe wsparcie dla naszej organizacji Nawet 10 zł miesięcznie daje nam możliwość, by kontynuować dalszą walkę.
For those that aren’t on X, Peanut was a squirrel rescued as a baby seven years ago, and raised in captivity by Mark Longo. Peanut (and Mark) became an Instagram sensation with over a half million followers. Peanut lived with another rescued pet named Fred, who was a raccoon.
Mark runs a non-profit animal rescue and sanctuary. Someone decided to report Mark to NY State authorities for this.
The New York State police raided Mark’s home this week:
A total of 10 officers raided his house
He and his wife were not allowed to use bathroom alone
He was not allowed to feed his other rescue animals
They interrogated his wife about her immigration status
There were search warrants from 4 bureaucratic departments, including FISA.
This week, despite massive public outcry – both Peanut and Fred were murdered by the New York State Environmental police. Their crime was living in captivity.
To be clear: „Based on the search results, it is extremely rare for squirrels to contract rabies. The data suggests that squirrels are not considered vectors of rabies and have never been known to transmit the disease to humans.”
In the end, this is not about a squirrel. It is all about government overreach, illegal and overbearing search and seizure, arbitrary and capricious bureaucracies.
Has our republic really been reduced to murdering pet squirrels?
God save America
Get out and vote for Peanut…
Ah, yes, the Federal Reserve. A future Substack topic, to be sure.
Somehow, I missed this, Remy – It is close enough to Halloween to still be funny, though!
3 listopada 2024, Hossein Khanbagi, Teheran Times.
Od ponad roku, pod przewodnictwem premiera Benjamina Netanjahu, Izrael prowadzi nieustępliwą kampanię przeciwko Gazie. Ale ostatnie posunięcia wskazują, że Gaza to dopiero początek, ponieważ ambicje Netanjahu wydają się rozciągać na południowy Liban, Jemen, a nawet tajne królestwo globalnych operacji wywiadowczych. Głośne incydenty – takie jak zabójstwo Ismaila Hanijeha po inauguracji prezydenta Iranu i atak na ambasadę Iranu—sygnalizują kierunek polityki, który zamiast zabezpieczyć Izrael, może w rzeczywistości powodować znacznie większe ryzyko dla jego długoterminowego bezpieczeństwa i pozycji strategicznej. Te zintensyfikowane działania rodzą fundamentalne pytania o logikę strategii Izraela pod rządami Netanjahu.
Według każdego klasycznego standardu w stosunkach międzynarodowych, głównym celem państwa jest zapewnienie jego stabilności w racjonalnie uporządkowanym krajobrazie regionalnym. Jednak podejście Netanjahu wydaje się dawać dokładnie odwrotny skutek, podsycając płomienie regionalnej opozycji, strzępiąc ważne sojusze i poszerzając zakres konfrontacji w sposób, który może ostatecznie przynieść odwrotny skutek. Badając cele Netanjahu, a mianowicie demontaż Hamasu i uwolnienie zakładników po atakach z 7 października zeszłego roku, staje się oczywiste, że jego metody mogą nie tylko nie działać, ale aktywnie podważać własne bezpieczeństwo i pozycję regionalną Izraela.
Cele strategiczne a realia w terenie
Administracja Netanjahu wyznaczyła dwa główne cele: całkowity demontaż Hamasu i uwolnienie zakładników. Jednak po tragicznej utracie ponad 40 000 cywilów i rozległych zniszczeniach w Gazie cele te pozostają boleśnie odległe. Zamiast zapewnić zwycięstwo, taktyka Netanjahu wywołała falę globalnego potępienia, obnażając Izrael jako gwałciciela norm humanitarnych. Ironia tutaj jest namacalna: Izrael, niegdyś samozwańcza „jedyna demokracja” na Bliskim Wschodzie, teraz znajduje się nad przepaścią statusu pariasa. Z punktu widzenia nauk politycznych Izrael zajmował kiedyś pozycję „normalnego przedsiębiorcy” – państwa, które dążyło do ucieleśnienia wartości demokratycznych w regionie zdominowanym przez autokratyczne reżimy. Agresywna strategia Netanjahu to jednak demontaż tego wizerunku, podważanie moralnej pozycji Izraela i ryzykowanie izolacji od jego najważniejszych sojuszników. Dramatyczna zmiana w postrzeganiu międzynarodowym to nie tylko cios reputacyjny, ale potencjalny kryzys egzystencjalny dla Izraela, zmniejszający jego wiarygodność i osłabiający bazę sojuszu, od której od dawna zależał.
Mit o nieprzeniknionych systemach obronnych Izraela
Przez dziesięciolecia systemy obronne Izraela, zwłaszcza Żelazna Kopuła, były uważane za prawie niewrażliwe, technologiczny bastion, który chronił obywateli przed zagrożeniami zewnętrznymi. Ale ostatnie wydarzenia zniszczyły ten mit, ujawniając luki, które wcześniej były nie do pomyślenia. Postępy Iranu w zakresie rakiet balistycznych i wojny dronowej osiągnęły poziom, którego nie spodziewano się, stwarzając wiarygodne zagrożenie, które może naruszyć niegdyś nieprzeniknioną obronę Izraela. Skuteczność irańskich zdolności rakietowych w omijaniu izraelskich systemów obronnych oznacza głęboką zmianę w regionalnej równowadze sił. Co więcej, niedawny sukces irańskiego systemu obrony powietrznej w przechwytywaniu ataków oszołomił analityków wojskowych na całym świecie, podając w wątpliwość postrzeganą wyższość obrony Izraela. To, co kiedyś wydawało się nie do pokonania tarczą, teraz wydaje się niepokojąco porowate, zmieniając dynamikę władzy i kwestionując pogląd, że sama izraelska technologia wojskowa może zabezpieczyć swoje granice.
Osłabienie poparcia zachodnich sojuszników
Coraz twardsza strategia Netanjahu postawiła zachodnich sojuszników Izraela, zwłaszcza Stany Zjednoczone i kluczowe narody europejskie, w niezręcznej sytuacji. Ci sojusznicy, niegdyś niezłomni w swoim poparciu, teraz stają w obliczu rosnącego wewnętrznego sprzeciwu wobec działań Izraela, ponieważ obywatele kwestionują poparcie swoich rządów dla polityki, która wydaje się nie kończyć cierpień osób cywilnych. To rosnące niezadowolenie bezpośrednio podważa jedną z wieloletnich strategii bezpieczeństwa Izraela: poleganie na Zachodzie zarówno w zakresie wsparcia wojskowego, jak i dyplomatycznego. Erozja wsparcia już się materializuje. Nawet prezydent Francji Emmanuel Macron – historycznie silny sojusznik Izraela – zasugerował ostatnio nałożenie sankcji na eksport sprzętu wojskowego do Izraela. Chociaż niektórzy mogą interpretować to jako zwykłą postawę polityczną, odzwierciedla to głęboką zmianę w europejskim nastawieniu do Izraela. Ten nowy sceptycyzm ze strony najbliższych sojuszników Izraela sygnalizuje potencjalną rekalibrację zachodnich sojuszy, zmianę, która może ostatecznie pozostawić Izrael bardziej odizolowany w i tak już wrogim regionie.
Rosnące możliwości irańskich rakiet balistycznych i dronów
Kluczowym elementem zmieniającej się regionalnej dynamiki sił jest imponujący arsenał irańskich rakiet balistycznych, dronów i obrony przeciwlotniczej. W ciągu ostatnich kilku lat Iran opracował solidny zestaw technologii, które nie tylko rzucają wyzwanie izraelskiej obronie rakietowej, ale także stanowią poważne zagrożenie na dużych odległościach. Ta wyłaniająca się zdolność przenosi Izrael z pozycji przewagi technologicznej do strategicznej podatności, zasadniczo zmieniając rachunek bezpieczeństwa regionalnego. Rozszerzone możliwości Iranu w zakresie rakiet i dronów dodają wiarygodnego czynnika odstraszającego, skutecznie równoważąc dawną dominację Izraela. Ten nowy poziom zagrożenia nie tylko wpływa na strategię wojskową Izraela, ale także komplikuje kalkulacje decyzyjne sojuszników Izraela. Wzmocniony arsenał Iranu podkreśla krytyczną ewolucję: Izrael nie jest już jedynym graczem w regionie z zaawansowanymi możliwościami technologicznymi, pozostawiając go podatnym na uderzenia, których nie może już pewnie przechwycić.
Pułapki „strategii dekapitacji” Izraela
Izraelska taktyka zabijania przywódców Hezbollahu, Hamasu i innych grup opozycyjnych jest podejściem tak krótkowzrocznym, jak dobrze udokumentowanym. Znana w literaturze wojskowej i politycznej jako „strategia dekapitacji”, ma na celu demontaż tych grup poprzez usunięcie ich przywódców. Jednak dziesięciolecia badań i doświadczenia w świecie rzeczywistym pokazały, że to podejście jest głęboko wadliwe. Historia raz po raz pokazuje, że usunięcie przywódców ruchów oporu niewiele robi, aby zdestabilizować te grupy i często wprowadza bardziej zdecydowanych, bardziej radykalnych następców. Dla dobra argumentacji załóżmy, że ukierunkowane zabójstwo przywódców Hezbollahu może rzeczywiście stworzyć tymczasową pustkę przywództwa.
]Taka próżnia byłaby katastrofalna nie dla Hezbollahu, ale dla strategicznych celów Izraela. Hezbollah, szczególnie pod rządami Hassana Nasrallaha, nie tylko wykazał się odpornością w obronie terytorium Libanu, ale rozwinął wyrafinowane wpływy polityczne. Rola Hezbollahu wykracza daleko poza jego działania bojowe; jest to podmiot polityczny zdolny do przełożenia sprawności wojskowej na znaczącą siłę polityczną. Eliminując tych przywódców, Izrael ryzykuje zniszczenie wszelkich szans na zaangażowanie się w negocjacje lub znalezienie dyplomatycznego rozwiązania. Co więcej, gdyby przywództwo Hezbollahu zostało zdestabilizowane, wynikająca z tego fragmentacja prawdopodobnie zmniejszyłaby wpływ Iranu na tę grupę, paradoksalnie czyniąc Hezbollah mniej podatnym na wytyczne Teheranu i bardziej nieprzewidywalnym. Iran, tracąc pewien stopień kontroli, byłby mniej skłonny do odgrywania jakiejkolwiek roli w przyszłych zawieszeniach broni. W ten sposób izraelska strategia dekapitacji osiąga niewiele więcej niż tworzenie pozbawionych przywódców, rozgoryczonych frakcji, których członkowie są jeszcze mniej skłonni do negocjacji i znacznie bardziej skłonni do wiecznego konfliktu. Izrael był świadkiem niebezpieczeństw związanych z tym podejściem z pierwszej ręki w Iraku, gdzie rozdrobnione, pozbawione przywódców grupy przekształciły się w siły partyzanckie, siejąc spustoszenie w oddziałach amerykańskich. W przeciwieństwie do organizacji hierarchicznej, zdecentralizowany opór działa jak cień, co sprawia, że gromadzenie danych wywiadowczych i ukierunkowane operacje są niezwykle trudne. Myśl o siłach Izraela w obliczu mglistego, pozbawionego przywódców oporu w Libanie jest koszmarną perspektywą, delikatnie mówiąc. Strategia dekapitacji Netanjahu grozi zatem wciągnięciem Izraela w konflikt z nieustrukturyzowanym, nieuchwytnym wrogiem, pozostawiając jego siły coraz bardziej bezbronne.
Rosnąca w siłę Oś Oporu
Nieustępliwa polityka Izraela nieumyślnie wzmocniła koalicję frakcji oporu na Bliskim Wschodzie. Te frakcje, niegdyś odmienne, teraz łączą się w potężny sojusz napędzany wspólnymi pretensjami do tego, co postrzegają jako wspólnego agresora. Klasyczna teoria równowagi sił ilustruje, jak słabsze państwa i frakcje jednoczą się, aby zrównoważyć dominującą siłę, a taktyka Netanjahu przyspiesza to zjawisko. Daleko od konsolidacji bezpieczeństwa Izraela, polityka Netanjahu tworzy zjednoczony front w opozycji. Sojusz ten nie ogranicza się już do libańskiego Hezbollahu lub rozszczepionych frakcji w Syrii, ale obejmuje teraz sam Iran – państwo uzbrojone w zaawansowaną technologię rakietową i dronową, zdolne do stwarzania bezpośrednich i pośrednich zagrożeń dla izraelskich interesów. W swojej gorliwości o dominację Netanjahu mógł nieświadomie osiągnąć to, czego nie mógł osiągnąć żaden inny regionalny aktor: zjednoczył przeciwników Izraela przeciwko niemu.
Jedną z najbardziej obiecujących dróg dyplomatycznych Izraela jest potencjalna normalizacja stosunków z Arabią Saudyjską. Jednak coraz bardziej wojownicza polityka Netanjahu sprawiła, że stało się to prawie niemożliwe. Publiczne oburzenie w całym świecie arabskim nasiliło się do tego stopnia, że żaden arabski przywódca nie może rozważyć zbliżenia z Izraelem bez ryzyka ostrej reakcji. Pojęcie” legitymizacji społecznej ” jest tutaj niezbędne: przywódcy, którzy ignorują nastroje swoich populacji, robią to na własne ryzyko. Poprzez dalszą izolację Izraela Netanjahu skutecznie wykluczył możliwość znaczących przełomów dyplomatycznych. Obiecująca niegdyś droga do znormalizowanych stosunków z Arabią Saudyjską – kluczowy krok dla bezpieczeństwa Izraela – jest teraz tylko przegraną sprawą.
Konsekwencje gospodarcze dla Europy
Jeśli ten konflikt będzie się dalej nasilał, gospodarki europejskie mogą ponieść katastrofalne konsekwencje, zwłaszcza że wciąż zmagają się z następstwami wojny na Ukrainie. Dla krajów europejskich już napiętych kryzysem energetycznym i niestabilnością gospodarczą związaną z pandemią, zakłócenie dostaw ropy w Zatoce Perskiej może doprowadzić do pełnej recesji. Iran ma możliwość blokowania ważnych szlaków naftowych w Zatoce Perskiej, co mogłoby sparaliżować europejskie gospodarki. Ten scenariusz stwarza poważny dylemat dla zachodnich sojuszników Izraela. Rozdarci między strategicznym zaangażowaniem wobec Izraela a surową rzeczywistością uzależnienia gospodarczego od ropy naftowej z Bliskiego Wschodu, europejscy przywódcy mogą zostać zmuszeni do ponownego rozważenia swojego poparcia. Hazard Netanjahu grozi więc zrażeniem sojuszników Izraela, stawiając bezpieczeństwo Izraela na coraz bardziej niepewnym fundamencie.
Globalne implikacje: rachunek strategiczny Chin
Potencjalne zakłócenie przepływu ropy przez Zatokę Perską i Cieśninę Ormuz – istotną arterię zaspokajającą znaczną część potrzeb energetycznych Chin – może pozostawić Pekin bez innego wyboru, jak tylko przyjąć bardziej asertywną rolę w tym konflikcie. Dla Chin ochrona tej linii życia jest strategiczną koniecznością; przedłużająca się niestabilność na tych wodach zagroziłaby jej bezpieczeństwu energetycznemu, a co za tym idzie stabilności gospodarczej. Taka eskalacja stawia Izrael przed ogromnym nowym wyzwaniem, niosącym konsekwencje znacznie poważniejsze niż jakakolwiek rywalizacja regionalna. Gdyby Chiny zostały zmuszone do zaangażowania się w konflikt, którego w przeciwnym razie uniknęłyby, Izrael miałby do czynienia z globalną potęgą napędzaną imperatywami, które wykraczają daleko poza negocjacje dyplomatyczne. Aktywizacja chińskich interesów w regionie podniosłaby stawkę do bezprecedensowego poziomu, wciągając Izrael w sferę konkurencji wielkich mocarstw, do której nie jest ani przygotowany, ani przygotowany do skutecznego zarządzania.
Wrażliwość Izraela na przedłużający się konflikt
Niedostatecznie omawiana wrażliwość obecnego podejścia Izraela polega na jego odporności społecznej. W przeciwieństwie do wielu swoich sąsiadów, Izrael ma wysoki odsetek obywateli z podwójnym obywatelstwem, oferując im możliwość emigracji w czasach przedłużającego się konfliktu. Ta elastyczność może prowadzić do niepokojącego odpływu ludności w trwającym kryzysie, potencjalnie osłabiając gospodarkę Izraela i gotowość wojskową. W konfliktach wytrzymałości zwycięstwo często nie należy do strony z lepszym uzbrojeniem, ale do strony, która może wytrzymać długotrwałe trudności. Podatność Izraela na wewnętrzną destabilizację stanowi głęboką odpowiedzialność, którą Netanjahu wydaje się ignorować, a wraz ze wzrostem kosztów zdolność Izraela do wytrwania może osłabnąć. Podejście Netanjahu – charakteryzujące się nieustannymi ofensywami i pozasądowymi zabójstwami – nie tylko nie osiąga wyznaczonych celów, ale aktywnie zagraża stabilności Izraela. Izolując się od sojuszników, wzmacniając regionalną opozycję i ryzykując uwikłanie w konflikt z Iranem, obecna strategia Izraela wydaje się bardziej autodestrukcyjnym hazardem niż spójną polityką obronną. Pod względem politycznym ścieżka Netanjahu przypomina faustowski układ: sama siła wojskowa nie może zapewnić ani pokoju, ani stabilności. Przyszłość Izraela leży w dyplomacji, budowaniu sojuszy i zaangażowaniu w stabilność regionalną – zasadach, które Netanjahu wydaje się tragicznie zdeterminowany porzucać.
– Resort obrony narodowej wygląda dziś, jak dryfująca łajba bez sternika, a przecież powinien być, jak okręt z doświadczonym kapitanem. Bez sprawnie zarządzanego ministerstwa obrony narodowej nie będziemy bezpieczni, a obecne kierownictwo działa w myśl zasady „jakoś to będzie”. Ta zasada dotyczy niestety całego rządu – uważa były szef MON Mariusz Błaszczak.
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz oraz premier Donald Tusk / fot. Aleksander Zieliński / Kancelaria Sejmu
Mariusz Błaszczak o MON
Intensywny rozwój Wojska Polskiego był moim credo i stał się jedną z ważniejszych doktryn rządu Prawa i Sprawiedliwości. Nawet nasi przeciwnicy polityczni, którzy przez osiem lat zajmowali się wyłącznie krytykowaniem każdego posunięcia naszego rządu przyznają, że Siły Zbrojne RP weszły na nowy poziom dzięki naszym działaniom. Dlatego niezależnie od tego, kto rządzi polityka zbrojeniowa naszej ojczyzny powinna być prowadzona w myśl zasady „ani kroku wstecz” – stwierdził w rozmowie z PAP były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak.
Zdaniem szefa klubu PiS „resort obrony narodowej wygląda dziś, jak dryfująca łajba bez sternika, a przecież powinien być, jak okręt z doświadczonym kapitanem”. – Bez sprawnie zarządzanego ministerstwa obrony narodowej nie będziemy bezpieczni, a obecne kierownictwo działa w myśl zasady „jakoś to będzie”. Ta zasada dotyczy niestety całego rządu – podkreślił.
Widzimy ogromne kłopoty budżetowe i rekordowy deficyt, który tylko w przyszłym roku będzie wyższy niż sumarycznie deficyty w czasie ośmiu lat rządów PiS. Wiemy też o decyzji Brukseli o tym, że wydatki na obronność nie będą wyłączane z procedury nadmiernego deficytu. Tak zła sytuacja wkrótce doprowadzi do cięć w programie modernizacji Wojska Polskiego, widzimy zresztą, że zaczął się proces przygotowywania opinii publicznej do tych zmian– ocenił Błaszczak.
Były szef MON uważa, że jak najszybciej powinien powstać „program rozwoju Sił Zbrojnych RP i przeciwdziałania ich zapaści” oraz „zbiór żelaznych zasad dotyczących systemu bezpieczeństwa”.
Konstytucja Bezpieczeństwa RP
Błaszczak został zapytany o Konstytucję Bezpieczeństwa Rzeczypospolitej i to, co powinno znaleźć się w tym dokumencie.
Polska potrzebuje co najmniej: sześciu dywizji wojsk lądowych, 300-tysięcznej armii, 50-tysięcznych wojsk obrony terytorialnej w bezpośrednim podporządkowaniu ministra, wdrażania koncepcji obrony powszechnej, 500 wyrzutni Himars oraz pełnej realizacji kontraktów ramowych z Koreą Południową i otwarcia szerszej współpracy zbrojeniowej. Wymieniłem kilka kwestii, z których obecny rząd albo chce zrezygnować, albo które chce maksymalnie opóźnić. Konstytucja Bezpieczeństwa RP powinna zawierać właśnie zobowiązanie do przeprowadzenia tego rodzaju działań w określonym czasie – odpowiedział polityk PiS.
„Jako że żyjemy w świecie masowej demokracji (a może raczej oligarchii) medialnej, często nie sposób odróżnić tego, co faktycznie się dzieje, od tego, co się nie dzieje. Fakty prasowe (określenie zapożyczone) i fakty faktyczne są dziś często nie do rozpoznania”, pisze na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki.
Publicysta przywołuje dane GUS, z których wynika, że sprzedaż detaliczna w cenach stałych we wrześniu 2024 r. spadła o 3,0 proc. w ujęciu rocznym, a w ujęciu miesięcznym spadła o 5,7 proc. „Ogół ekonomistów wskazuje, że to dane bardzo niepokojące. Wskazują one na możliwą zapaść. (…) Ludzie nie kupują, przedsiębiorstwa nie zarabiają, a jak nie zarabiają, nie są w stanie utrzymać zatrudnienia, zaczynają się zwolnienia, co z kolei pogłębia pesymizm. Dlatego każdy normalny i odpowiedzialny polityk stara się przeciwdziałać podobnemu procesowi. Każdy normalny i odpowiedzialny, ale nie pani z rządu Donalda Tuska”, podkreśla.
Chodzi o minister minister do spraw klimatu i środowiska Paulinę Hennig-Kloskę, która z rozbrajającą szczerością oświadczyła w mediach, że dane GUS nie są powodem do paniki. Jej zdaniem spadek sprzedaży detalicznej nie dotyczy „rzeczy pierwszej potrzeby”.
– Z tego, co widziałam, to spadają głównie nie rzeczy pierwszej potrzeby, tylko raczej takie, bez których czasami możemy się obyć – mówiła minister na antenie Polsat News. – Tekstylia z punktu widzenia klimatu to nawet dobrze, jak będziemy mniej tego typu rzeczy kupować, bo to jednak powoduje właśnie emisję – dodała.
Według redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy” Polska „pierwszy raz doczekała się rządu, który cieszy się z upadku gospodarki”.
„Idąc za logiką pani Hennig-Kloski, należałoby ograniczyć praktycznie całą produkcję. Deweloperzy budują za dużo domów, linie lotnicze latają za często, samochodów produkuje się za dużo. Ziemia cierpi, klimat się sroży. Doprawdy, nie są to wypociny pseudoklimatystów, ale – jak rozumiem – plan rządu Tuska. Z pewnością osłabienie polskiej gospodarki jest planem pani Hennig-Kloski”, kpi autor „Epoki Antychrysta”.
„Polska jest państwem, w którym sędziowie uwalniają od odpowiedzialności blokujących ulice chuliganów, nazywając ich przyszłymi bohaterami, a ministrowie rządu cieszą się z upadku gospodarki. Jednak nie należy się tym martwić: ważne, że prokuratura ministra Adama Bodnara wciąż próbuje dopaść przedstawicieli opozycji, a minister Radosław Sikorski pcha nas do wojny dyplomatycznej z Rosją. Dlatego mimo wszystko jest wspaniale!”, podsumowuje Paweł Lisicki.
– Przez kilkadziesiąt lat rewolucja kulturowa nie mogła rozwijać się w sposób tak zdecydowany jak obecnie. Nie było bowiem instrumentów, które ułatwiałyby i upowszechniały jej globalną promocję. Te narzędzia pojawiły się na dobrą sprawę dopiero w ostatnich trzech, a szczególnie ostatnich dwóch dekadach, za sprawą innej rewolucji, tj. rewolucji cyfrowej. To właśnie technologie cyfrowe spowodowały natychmiastowy, i łatwy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji i możliwość nieograniczonego dzielenia się z nimi. Technologie te przyśpieszyły różne formy komunikacji masowej i interpersonalnej, uatrakcyjniając je możliwością szybkiego komentowania pozyskiwanych treści i wyrażania emocji. Umożliwiły także promocję określonych zjawisk i masową indoktrynację ideologiczną– mówi prof. dr hab. Gabriel Łasiński – prakseolog specjalizujący się w komunikacji interpersonalnej i wystąpieniach publicznych, autor książki „Głupota i zaprzaństwo we współczesnym społeczeństwie polskim”.
Szanowny Panie Profesorze, w ostatnim czasie ukazało się wiele książek i publikacji na temat marksizmu kulturowego, trans-humanizmu, rewolucji technologicznej, ideologii LGBT etc. Pan w swojej książce „Głupota i zaprzaństwo” stawia tezę, że wszystkie te kwestie są ze sobą ściśle powiązane. Dlaczego?
Marksizm kulturowy realizowany jest przez kilka uzupełniających się strategii jak relatywizm, poprawność polityczna, gender, transhumanizm, zielony ład, multikulturalizm. Jego promocji znakomicie służą współczesne technologie cyfrowe. W ten sposób otwierają się możliwości dużo szerszego, wręcz skokowego eskalowania rewolucji neo-marksistowskiej, nazywanej także kulturową lub marksizmem kulturowym. To z kolei wpływa istotnie na poszerzanie się zachować mających znamiona głupoty (indywidualnej i społecznej) oraz zaprzaństwa rozumianego jako wypieranie się własnych wartości, religii, rodziny, własnej kultury, narodowych tradycji, narodowej suwerenności czy wręcz skłonności do zdrady.
Sama koncepcja rewolucji kulturowej zrodziła się w latach 20. XX wieku. Jej podstawy, stworzyli głównie uczniowie Lenina: Węgier – György Lukács i Włoch – Antonio Gramsci. Dalej rozwijana była i wdrażana przez przedstawicieli Instytutu Badań Społecznych przy Uniwersytecie we Frankfurcie, potocznie zwanego szkołą frankfurcką. Podstawą jej była tzw. teoria krytyczna odrzucająca cały dotychczasowy ład społeczny cywilizacji chrześcijańskiej.
Przez kilkadziesiąt lat rewolucja kulturowa nie mogła rozwijać się w sposób tak zdecydowany jak obecnie. Nie było bowiem instrumentów, które ułatwiałyby i upowszechniały jej globalną promocję. Te narzędzia pojawiły się na dobrą sprawę dopiero w ostatnich trzech, a szczególnie ostatnich dwóch dekadach, za sprawą innej rewolucji, tj. rewolucji cyfrowej. To właśnie technologie cyfrowe spowodowały natychmiastowy, i łatwy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji i możliwość nieograniczonego dzielenia się z nimi. Technologie te przyśpieszyły różne formy komunikacji masowej i interpersonalnej, uatrakcyjniając je możliwością szybkiego komentowania pozyskiwanych treści i wyrażania emocji. Umożliwiły także promocję określonych zjawisk i masową indoktrynację ideologiczną. Technologie cyfrowe poprzez niewątpliwe korzyści, które wniosły do przestrzeni ekonomicznej i społecznej, stały się nie tylko użyteczne ale też emocjonalnie atrakcyjne, pożądane.
Ten „powab” współczesnej technologii cyfrowej spowodował, że szczególnie kolejne młode pokolenia oddają się praktycznie bez reszty temu, co niesie siła i potęga multimediów, czyli możliwości połączenia tekstu, dźwięku i obrazu w przekazie, wraz z możliwością wejścia w interakcje z odbiorcą. Szczególnie atrakcyjna stała się możliwości rejestrowania i ujawnia osobistych przeżyć, nieustannego dzielenia się emocjami. Wynika to z naturalnej potrzeby i pokusy przynależności do grupy i uznania. A takie pozory daje uczestnictwo w szerszej, cyfrowej zbiorowości. Co prawda uczestnictwa pośredniego ale jednak. To wszystko spowodowało, że z roku na rok coraz mniej kontaktujemy się bezpośrednio. Dialog i dyskusja w rozmowach zostały zredukowane na rzecz przekazywania sobie drogą pośrednią informacji i eksponowania emocji. Mniej używamy rozumu, coraz mniej oddajemy się myśleniu racjonalnemu, logicznemu opartemu o analizę rzeczywistości a nie fikcji. To jest bowiem trudne, wymaga wysiłku, jest „bolesne”, opóźnione, bo nie daje natychmiastowych odpowiedzi. Po co zatem analizować, argumentować, rozważać, jak można z Internetu i mediów społecznościowych szybko i łatwo pobierać gotową informację tekstową czy wizualną odpowiadającą naszym potrzebom i gustom. Współczesne technologie informacyjne – spowodowały to, że chociaż możemy łatwo korzystać z informacji masowej, wymieniać się nią, reagować na nią, to jej najczęściej nie analizujemy i nie weryfikujemy. Działamy w związku z tym coraz bardziej poprzez tak zwane myślenie emocjonalne, myślenie intuicyjne, jak nazywał je Daniel Kahneman – wybitny psycholog i noblista z zakresu ekonomii. W ten sposób redukujemy coraz bardziej procesy poznawcze; zdolność rozróżniania tego co rzeczywiste i fikcyjne, prawdziwe i nieprawdziwe, obiektywne i subiektywne, zależne i niezależne. Przez to tworzy się także pole do częstszego poddawanie się manipulacjom i kłamstwom.
Oczywiście u człowieka od zawsze przeważało myślenie emocjonalne nad racjonalnym, logicznym, zdroworozsądkowym. Jesteśmy przede wszystkim systemami emocjonalnymi. Emocje są naszym stałym bytem(zasobem ). Można nie mieć wiedzy, ale nie można nie mieć emocji. Obecnie jednak – na co zwracam uwagę w mojej książce – zmieniają się proporcje udziału emocji, czyli myślenia intuicyjnego i rozumu (myślenia logicznego) w podejmowaniu decyzji, w naszych zachowaniach i w naszych działaniach – na niekorzyść rozumu.
Do niedawna udział rozumu w analizowaniu rzeczywistości, faktów, związków przyczynowo -skutkowych, był dość istotny. Nie przeważał, bo górę brały częściej emocje, ale miał duże znaczenie przy podejmowaniu decyzji. Obecnie jednak na skutek gigantycznej eskalacji obrazu i dźwięku w komunikowaniu cyfrowym, wiele osób po prostu przestaje używać rozumu, przestaje myśleć logicznie, tylko reaguje. Czeka aż im ktoś coś zaproponuję, ułatwi im wybór, coś za nich zrobi. Ma być bowiem łatwo, przyjemnie i w ogóle „fajnie”.
Oczywiście nie ma w tym wszystkim świadomości, że to co dostajemy, jest najczęściej spreparowane, że to nie dzieje się za darmo. Fakt, że człowiek może korzystać w łatwy i pozornie nieograniczony sposób z Internetu, z mediów społecznościowych, okupiony jest określonym kosztem, z którego większość nie zdaje sobie sprawy.
Co ma Pan na myśli?
Tym kosztem jest pobieranie przez platformy cyfrowe nadwyżek behawioralnych, czyli „zawłaszczanie naszego zachowania”, poprzez monitorowanie i kontrolowanie naszych aktywności w sieci; ich analizowanie, formalizowanie, ich wycenianie i spieniężanie, po to, aby ostatecznie lepiej przewidywać nasze skłonności, potrzeby i zachowania. A przez to skuteczniej sterować naszymi zachowaniami, zwiększając skalę wpływu na nasze preferencje i wybory (ekonomiczne, edukacyjne, estetyczne, polityczne). Ostateczne korzystają z tego agencje marketingowe(reklamowe) i cała sfera biznesowa, o czym pisała Shoshana Zuboff w swoim dziele „Wiek kapitalizmu inwigilacji”(2020).
W efekcie komunikowanie się międzyludzkie, które wcześniej było ograniczone czasowo i przestrzennie – bo dokonywane poprzez kontakty bezpośrednie, dzisiaj odbywa się na drodze transmisji pośredniej – łatwej, ale niestety płytkiej i zawłaszczającej właściwie nasze umysły. Przestajemy działać, czyli zachowywać się w sposób celowo zorientowany. Koncentrujemy się zaś na zachowaniach, które są w większości bezrefleksyjne, oparte na reagowaniu na sytuacje na nie na projektowaniu i rozwiązywaniu sytuacji.
Stajemy się przedmiotami(odbiorcami) rzeczywistości cyfrowej a nie jej podmiotami(sprawcami). Dzisiaj media nie są w naszym posiadaniu, dzisiaj media posiadają nas; przestały nas otaczać, zaczęły nas osaczać.
Ta potężna siła, jaką wniosły technologie cyfrowe w przestrzeń społeczną, to ukształtowanie się globalnej cywilizacji cyfrowej jest w moim głębokim przekonaniu powodem skokowej ekspansji ideologii neo-marksistowskiej we współczesnym zachodnim świecie, a w ostatnich latach także w Polsce. Bez świadomości istnienia tych zależności nie sposób odpowiedzieć na pytanie: dlaczego w wymiarze społecznym dzieje się to, co się dzieje?.
Tutaj pełna zgoda, Panie Profesorze. Niejednokrotnie właściciele największych mediów tradycyjnych i społecznościowych wręcz chwalili się, że ograniczali zasięgi „niewygodnych treści” albo po prostu je cenzurowali. Tak się dzieje nie tylko na niwie politycznej, ale przede wszystkim ideowej, jak np. w przypadku ideologii gender, wokeizmu, aborcjonizmu etc. To jednak nie wszystko. Dzisiaj najważniejszą część informacji stanowi tytuł, który ma szokować, bądź slogan, który ma być zapamiętany – nawet jeśli jest fałszywy i nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Istotne są emocje, najlepiej te najbardziej prymitywne. Jak w związku z tym zwykły, przeciętny człowiek ma się w tym wszystkim odnaleźć? Czy w takim świecie jest miejsce na używanie rozumu, skoro zewsząd jesteśmy bombardowani emocjami i impulsami?
Mechanizm zakłamywania i manipulowania rzeczywistości np. w polityce jest prosty: w piątek człowiek nie będzie pamiętał, co powiedział (lub powiedziano mu) w środę, ani tego, co przeżywał we wtorek czy robił w poniedziałek. Pamięć i myślenie mają zastąpić emocje i impulsy. Człowiek ma być ciągle aktywowany, trzeba mu narzucić szalone tempo przekazywania informacji zakłamujących rzeczywistość; ograniczyć mu możliwości i ochotę na ich weryfikowanie. Należy wyzwalać emocje, najlepiej skrajne. Z jednej strony: afirmacja, miłość, uwielbienie – z drugiej: złość, wrogość, nienawiść. A najlepiej spolaryzować te emocje w przekazie: my – oni, ułatwiając tworzenie „swoich” wyznawców, koterii politycznych ale też towarzyskich.
Niedawno zakończyłem moją bardzo bogatą, trwającą 50 lat działalność akademicką, wykładając w różnych środowiskach. Ponadto przez 25 lat prowadziłem własną firmę szkoleniową „Akademia Prezentacji”, pracując głownie dla środowisk biznesowych, międzynarodowych. To pozwoliło mi na przeprowadzenie kilku tysięcy wykładów, warsztatów, seminariów, projektów m.in z zakresu komunikacji interpersonalnej, wystąpień publicznych, budowania i rozwijania zespołów, doskonalenia kompetencji menedżerskich. Spotykałem się z przedstawicielami różnych pokoleń. W dużej mierze byli to ludzie nazywani pokoleniami cyfrowymi: pokolenie Y (osoby urodzone w latach 1981-1996), inaczej pokolenie millenium lub pokolenie millenialsów, i pokolenie „Z”(osoby urodzone w przedziale od 1996 do 2012). Obserwując ich zachowania, poznając ich preferencje, podejście do świata i życia, niestety nie jestem i nie potrafię być szczególnym optymistą. Oczywiście dotyczy to sfery społecznej, prywatnej, obyczajowej, nie sfery zawodowej. Szczególnie pokolenie najmłodsze zostało w dużej mierze pochłonięte przez technologie cyfrowe, zostało w dużej mierze przez nie sformatowane i ubezwłasnowolnione, choć jego przedstawiciele najczęściej tego nie dostrzegają, nie uświadamiają tego sobie.
Siła sprawcza dwóch makro-czynników kształtowania współczesnej przestrzeni społecznej, o których mówiliśmy, czyli rewolucji kulturowej i rewolucji cyfrowej jest ogromna. Cyfryzacja życia i indoktrynacja neo- marksistowska jest tak potężna i ogłupiająca, że trzeba rzeczywiście dużej wiedzy, świadomości, dużej niezależności w zakresie myślenia, żeby to wszystko ogarnąć i się temu nie poddać.
No właśnie – kluczem jest tutaj „niezależność”, prawda?
Tak. Niezależność jest kluczowa, żeby umieć przynajmniej próbować rozdzielić to, co jest kłamstwem, nieprawdą od tego, co kłamstwem nie jest; żeby móc wskazać, co jest kłamstwem, nieprawdą bądź manipulacją, a co jest prawdą.
Musimy zdecydowanie większy nacisk kłaść na tłumaczenie, objaśnianie pojęć „prawda”, „nieprawda”, „kłamstwo”, „manipulacja”. Zwykle ludzie tego nie rozróżniają, traktują jako synonimy. W omawianej książce starałem się te pojęcia objaśnić. Szerzej jednak odnosiłem się do tych pojęć i wynikających z nich konsekwencji w mojej ostatniej monografii naukowej pod tytułem „Perswazyjne komunikowanie się. Teoria i praktyka”(2024). Dość dokładnie próbowałem rozprawić się tam z pojęciami kłamstwa, prawdy, nieprawdy i manipulacji w zakresie komunikacji interpersonalnej, która jest i musi być komunikacją etyczną, moralną, a nie propagandą i indoktrynacją.
Niestety, dzisiaj, szczególnie świat polityki – chociaż od zawsze zakłamany, przez szereg nowych możliwości i uwarunkowań, o których mówiliśmy – ma praktycznie nieograniczone możliwości rozpowszechniania kłamstw i manipulacji. To odbywa się z różnym nasileniem cały czas. Człowiek, który nie zadaje sobie trudu, żeby zastanowić się nad tym, jak przekazywane komunikaty mają się do rzeczywistości, którą obserwuje i w której żyje; jak to się ma do faktów, które on dostrzega, – poddaje się tej manipulacji kłamstwom i je przyjmuje.
Przy czym zdecydowana większość nie używa rozumu, tylko reaguje emocjonalnie…
No właśnie. Warunkiem koniecznym poddawaniu się manipulacjom i kłamstwom jest wyłączenie rozumu. Manipulatorzy nie lubią zatem ludzi myślących racjonalnie; próbują rozpalać emocje, bo przez nie wszystko przejdzie. Mają szerokie możliwości, gdyż w zbiorowości ludzkiej występują grupy o szczególnej dominancie emocji w swoich zachowaniach – podatni na manipulacje i kłamstwa . Są to: naiwni idealiści, głupcy, tchórze czy konformiści. Po drugiej stronie mamy zbiorowości, które chętnie po manipulacje i kłamstwa sięgają i je także np. w wydaniu mainstreamu lewicowo-liberalnego, akceptują, zdając sobie sprawę, z czym mają do czynienia. To oportuniści (karierowicze), kosmopolici, sprzedajni cynicy oraz nienawidzący, którzy reprezentują pojęcie i postawy nazywane ojkofobią, a więc jawnej zdrady i jawnego zaprzaństwa.
Analizując pojęcie samej głupoty określiłem ją jako właściwość zachowania, jako zmienną zależną od okoliczności, kontekstu. Głupota nie jest cechą, czyli zmienną niezależną jak np. kolor oczu, wysokość ciała, sprawność fizyczna czy iloraz inteligencji. Nie jest bowiem tak, że niektórzy zostają skazani wyłącznie na zachowania głupie, w tym na tolerancję i akceptację kłamstwa i manipulacji. Głupiec potrafi się zachowywać i działać od czasu do czasu rozsądnie i racjonalnie, tak jak człowiek mądry od czasu do czasu popełnia głupstwa.
Żeby człowiek mógł działać w sensie prakseologicznym, czyli działać w sposób sprawny(efektywny), musi wyznaczyć cel działania. Ten cel musi być dokładnie określony, czyli posiadać swój kierunek (co?), swoją wartość (ile?) i czas, w którym będzie zrealizowany(kiedy?). Czyli działanie to nie jest odruch, aktywność bezrefleksyjna, automatyczne zachowanie, emocjonalne reagowanie na zaistniałą sytuację Działanie sprawne to wyobrażenie nowej sytuacji praktycznej, która ma zaistnieć i zaplanowanie sposobu jej osiągniecia. To zaś wymaga namysłu, analizy, wysiłku i czasu. Podejmowanie działań związane jest z braniem odpowiedzialności za ich wynik(efekt). Wielu boi się odpowiedzialności, ewentualnego niepowodzenia. Nie koncentrują się zatem na tym, żeby coś zaprojektować, wymyślić, konsekwentnie zrealizować, żeby czegoś dokonać, a jedynie trwać w czasie teraźniejszym, reagować, przeżywać, coś robić dla samego robienia, dla doraźnej przyjemności. Planowanie, wysiłek, determinacją, konsekwencja, jakość, niezawodność – nie są dzisiaj modne. Dzisiaj modne są postawy hedonistyczne; ma być łatwo i fajnie, wszystkiego dużo i szybko. Eksponujemy zachowania, nie działania. Tylko dokąd to doprowadzi.
Oczywiście należy przy tym mieć świadomość, że to zachowania a nie działania są bytem stałym człowieka. Zgodnie z tezą Gregora Batesona sformułowaną kilkudziesięciu lat temu, człowiek zachowuje się cały czas (działa od czasu do czasu). Nie może się nie zachowywać, ponieważ obojętne, co zrobi i czego nie zrobi, co się powie i czego nie powie, przejawia jakieś zachowanie. Zatem brak jakiejkolwiek aktywności zewnętrznej też jest zachowaniem, które nie zwalnia z odpowiedzialności. Konformiści powiedzą: „Ja nic nie mówiłem(am), przecież ja tylko siedziałem(am) i się nie odzywałem(am). Ja nie mam z tym nic wspólnego, nie mogę zatem ponosić za to odpowiedzialności”. No więc właśnie to, że nic nie mówiłeś(aś), że się nie odzywałeś(aś), jest jednak przekazaniem określonego komunikatu w rozważanej sprawie.
Działanie, o czym wspomniano wymaga już namysłu, planu, określenia sposobu wykonania. Najczęściej wynika z percepcji zdarzeń, zjawisk, sytuacji i logiki. O ile percepcja łatwo kształtuje i określa kierunek odpowiadając na pytanie co?, o tyle logika (rozum) doprecyzowuje ten kierunek, określając sposób działania, odpowiadając na pytanie jak ?.
Głupota najczęściej kończy się na percepcji, postawach (emocjach) i zachowaniach. Logiki jest niewiele albo wcale. Głupotę społeczną można odnieść do zasady asymetrii w systemach probabilistycznych opartych o związki prawdopodobne (systemy społeczne i systemy biologiczne). a nie ścisłe czyli zdeterminowane(matematyka, systemy techniczne) Ta naturalna asymetria została wyrażona i opisana w słynnej zasadzie Vilfreda Pareto „80:20”.
Systemy probabilistyczne są słabo przewidywalne, oparte o skokowy a nie liniowy przebieg zjawisk – tak jak pogoda, zachowanie kibiców na stadionie, zachowanie tłumu na ulicy, ujawnienie potencjału człowieka – gdzie nigdy na pewno nie wiadomo, co się stanie. I tak samo jest z naszą głupotą, która bywa często nieprzewidywalna.
Wyjaśniając nieco zasadę asymetrii („80:20”) można powiedzieć, że w zbiorowościach ludzkich (systemy społeczne) zawsze będzie mniejszość, która będą miała bardzo istotny wpływ na przebieg zjawisk i procesów. Tak jest np. w każdej klasie, gdzie na dobrą opinii o tej klasie rzutują wyniki kilkorga najlepszych uczniów. Z kolei przeważającą złą opinię o klasie generuje tych paru najgorszych uczniów.
Tak samo jest z popularnością. W każdej zbiorowości, największą popularność pozyskują (przechwytują) pojedyncze osoby. Dotyczy to też rozkładu bogactwa, gdzie tych niewielu ma bardzo dużo, a pozostałych bardzo wielu posiada bardzo mało, itd. Zawsze jest określona mniejszość, która wywiera największy wpływ na pozostała większość . Pozostała większość już nie mają takiej siły oddziaływania na kształtowanie się zjawiska (zdarzenia, sytuacji). W aspekcie rozważanej przez nas tematyki można powiedzieć, że w zachowaniach społecznych mamy do czynienia z mniejszą zbiorowością ludzi mądrych lub cynicznych, która ma dominujący wpływ na pozostałą zbiorowość naiwnych idealistów, głupich i konformistów. Przykładów wynikających z zasady „80:20”, można by przytoczyć bardzo wiele.
Jeżeli przyjmuje się taką interpretację głupoty, no to oczywiście w konsekwencji powiadamy, że „głupota nie wybiera”. Można mówić o głupich rodzicach, o głupich profesorach, intelektualistach, księżach, politykach, młodych, starych, kobietach, mężczyznach, wykształconych i niewykształconych.. Być może, taka interpretacja głupoty będzie dla wielu zaskoczeniem. Wielu z tym będzie się bardzo trudno pogodzić, ponieważ w powszechnej, ale nieprawdziwej interpretacji głupotę kojarzy się z niewiedzą, ale z tą niewiedzą teoretyczną i z brakiem wykształcenia. Ale w kontekście mojej, prakseologicznej interpretacji, to kompletnie nie jest tak. Prakseologia odwołuje się do prac fundamentalnych Arystotelesa i jego koncepcji mądrości praktycznej, która jest inaczej określana jako mądrość zdroworozsądkowa. To taki sposób zachowania i działania, w którym emocje potrafi się pogodzić z logiką i z rozumem w zależności od uwarunkowań sytuacji i przewidywania dobrych dla ogółu skutków. Używa się jednego i drugiego, a nie wyłącznie emocji czy przede wszystkim emocji, odwołuje się do rzeczywistości a nie do fikcji(utopii).
A zatem jeżeli ktoś nie spełnia tych kryteriów i wymogów mądrości praktycznej, to zachowuje się niemądrze, głupio. Spełnienie kryterium bądź kanonu mądrości praktycznej wiąże się z koniecznością analizy rzeczywistości, z koniecznością dokumentowania, analizowania i wyciągania wniosków z faktów. Jeżeli ktoś odrzuca czy ignoruje rzeczywistość a priori, no to trudno go nazwać człowiekiem mądrym, bez względu na posiadane wykształcenie. A zatem warunkiem sine qua non tej mądrości praktycznej jest odnoszenie się do rzeczywistości, a nie do utopii.
W utopii wszystko można sobie określić, ale utopia jak sama nazwa wskazuje, jest nierzeczywista i będzie nierzeczywista. Oczywiście utopia spełnia i spełniać będzie bardzo ważną rolę w zawłaszczaniu ludzkich umysłów – w tym, co dzisiaj, za sprawą ideologii marksistowskiej można określić inżynierią społeczną. A robi się to po to, żeby człowieka ubezwłasnowolnić, uprzedmiotowić, zawłaszczyć jego niezależność(wolność) i wykorzystać.
W kontekście tak rozumianej głupoty i zaprzaństwa najbardziej niewygodnym i niebezpiecznym człowiekiem dla mainstreamu liberalno-lewicowego jest człowiek myślący, krytyczny, wolny i niezależny. Człowiek niepodatny na kłamstwa, manipulacje i utopię; człowiek, którym nie można sterować. Stąd też, robi się wszystko, aby takich ludzi stygmatyzować, marginalizować, społecznie wykluczać.
Ostatecznie chodzi o władzę, jej zdobycie i utrzymanie oraz o korzyści materialne. Gdy na przykład poszukamy genezy pojawienia się tzw. „zielonego ładu”, jako jednej z ostatnich strategii współczesnego globalizmu to (ku zaskoczeniu bardzo wielu), cały projekt pojawił się niedawno, w 2019 roku. Ten projekt narodził się w USA, a wymyślił go bogaty informatyk z Doliny Krzemowej Saikat Chakrabarti w czasie kampanii do Kongresu. Z grupą współpracowników postanowił wypromować i wprowadzić do Kongresu Alexandrię Ocasio-Cortez – młodą, progresywną aktywistkę z Nowego Jorku. Po udanej kampanii został szefem jej personelu i wymyślił Green New Deal (Zielony Ład), poprzez który Alexandria Ocasio-Cortez ogłosiła, że jak się nie powstrzyma globalnego ocieplenia, to około 2030 roku Ziemię czeka zagłada. Pomysł podchwyciła Partia Demokratyczna, a później ten totalitarny projekt przywędrował do Unii Europejskiej.
Zielony Ład nie jest projektem ochrony klimatu. Głównym motywem powstania zielonego ładu było całkowite przestrojenie gospodarki, zupełne przestrojenie systemu ekonomicznego, przejęcie kontroli nad gospodarką po to, żeby pozyskać nowe gigantyczne korzyści finansowe.
Nie bez powodu dzisiaj mówi się o tych, którzy w dużej mierze kierują tym wszystkim jako o cyber-bogach czy cyber-panach. Ale tak na dobrą sprawę cały czas mamy do czynienia z mniejszością, która – poprzez wiedzę (technologie cyfrowe), bogactwo i władzę zawłaszcza emocje i umysły pozostałej większości i ją ogłupia.
To co Pan właśnie powiedział, świetnie podsumowuje słowa znajdujące się w pierwszym rozdziale książki. Oprócz emocji i impulsów, na co zwraca Pan Profesor uwagę w swojej pracy o ludzkim zachowaniu i działaniu, mają decydować popędy. Zwracali na to uwagę m. in. przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej, o czym czytamy w „Głupocie i zaprzaństwie”.
Warto przywołać prace Ericha Fromma i Theodora Adorna, którzy bardzo silnie lansowali m.in. tezę rewolucji seksualnej po to, żeby uderzyć w rodzinę, w tradycyjne relacje rodzinne, związki kobiety i mężczyzny, instytucję małżeństwa. Jeśli się rozreguluje i rozbije te sfery, to łatwiej jest później prowadzić dalszą ekspansję rewolucji społecznej. Należy też wspomnieć wychowanka szkoły frankfurckiej Herberta Marcuse’a. Pracując w Stanach Zjednoczonych kontynuował wątek konieczności wyzwolenia seksualnego zapoczątkowany przez Fromma i Adorna. Marcuse w doskonały sposób wykorzystał bunt studentów w latach 60. XX wieku, by wcielić w życie teorię szkoły frankfurckiej. Pierwszą próbą wprowadzenia w życie koncepcji stworzonych przez szkołę frankfurcką była rewolucja kontrkulturowa (rewolucja obyczajowa) lat 60. XX wieku i powstanie nowej lewicy. Zarówno Marcuse, jak i inni przedstawiciele szkoły frankfurckiej (Adorno, Fromm), nowy proletariat rewolucyjny widzieli w zachodnich grupach buntowniczej młodzieży, mniejszościach etnicznych, seksualnych, kobietach, ruchach pacyfistycznych (hipposowskich), antynuklearnych, czyli we wszystkich grupach, które otwarcie sprzeciwiały się tradycyjnemu modelowi społeczeństwa i tradycyjnej kulturze. Marcuse uważał erotyczne realizowanie się człowieka za jedyną prawdziwą metodę wyzwolenia ludzkości.
Innym bardzo ważnym aspektem neo-marksistowskiej teorii krytycznej, o której warto wspomnieć była rewolucja dotycząca dziedzin związanych ze sztuką. Tutaj ponownie wielką rolę odegrał Theodor Adorno. Zaczęto lansować nowe podejście do sztuki. Stworzono pojęcie anty-sztuki, w której należało zanegować wszystko co dotychczasowe.
Zburzono kanon estetyczny, zburzono kanon piękna. Zaczęto lansować brzydotę, wulgarność, obsceniczność, prowokację, a także tak zwane eventy, jako efekt założenia, że kultura tworzy się „w trakcie”, poprzez zdarzenia realizowane w czasie teraźniejszym. Anty-kultura, anty-sztuka, rewolucja seksualna to niektóre z elementów strategii współczesnych neo-marksistów.
W książce zwraca Pan uwagę, że te strategie układają się w pewien logiczny układ: zanegowanie prawdy – relatywizacja wszystkiego – zawłaszczanie języka etc.
W tym aspekcie ogromną rolę odegrał Jürgen Habermas, jeden z młodszych przedstawicieli szkoły frankfurckiej, który wprowadził pojęcie dyskursu, jako narzędzia uzgadniania i określanie prawdy. Według niego, prawda nie odwołuje się do rzeczywistości, do faktów, tylko prawdą będzie to, co określona wpływowa grupa ludzi uzgodni poprzez konsensus jako prawdę. To znaczy: „my ustalimy, że coś jest prawdą i uzgodnimy, że to będzie obowiązywać jako jedyny byt zwany prawdą”.
Mamy więc do czynienia z totalną relatywizacją wszystkiego, odrzuceniem kryterium obiektywizmu W ten sposób nauki społeczne zawłaszczyły sobie pojęcie prawdy, kierując się wyłączne aspektami ideologicznymi. Abstrahują od faktów empirycznych, wynikających z badanej rzeczywistości. Empiria przestała mieć dla nich znaczenie. Dzisiaj o płci nie może wypowiadać się genetyk, biolog, matematyk. Głos zabiera za to przedstawiciel nauk społecznych, ideolog, który powołuje się na wynik dyskursu: „to myśmy ustalili, ile jest płci; to myśmy ustalili co jest normalne, dopuszczalne, szkodliwe.
Rzeczywistość biologiczna , fizyczna, społeczna nas nie interesuje, ona nie ma znaczenia”, głoszą ci ludzie.
Oczywiście w ślad za tym poszła poprawność polityczna określająca kanon języka poprawnego i języka nienawiści, co redukuje dramatycznie możliwość nieskrępowanego wypowiadania się i wprowadza możliwość kryminalizacji niezależnego języka. To wszystko uzupełniają kolejne strategie współczesnego neo-marksizmu jak genderyzm, trans-humanizm i post-humanizm, wspomniany zielony ład, i migracjonizm . To są dzisiaj potężne narzędzia, które mają zdemolować dotychczasową cywilizację w aspekcie ontologicznym i pojęciowym(językowym) i obyczajowym.
W 1967 roku Rudi Dutschke sformułował swoje słynne założenie „marszu przez instytucje”. Według tej myśli, rewolucjoniści muszą zdobyć wszystkie instytucje, żeby zmienić społeczeństwo. To Dutschke za Gramscim głosił, że nie kapitał, nie strefa materialna i własnościowa są kluczowe, tylko właśnie instytucje. Jeśli zostaną opanowane, pozwoli to rewolucji kulturowej na przejęcie wychowania, kształcenia, kreowania aspektów estetycznych, obyczajowych. Ale kilkadziesiąt lat temu
nie było takich możliwości komunikowania się i masowego oddziaływania czy masowej indoktrynacji jak dzisiaj. Obecnie jest to działanie totalne poprzez technologie cyfrowe i dlatego cały proces odbywa się w sposób błyskawiczny. Dzisiaj nie obserwujemy liniowej eskalacji tych zjawisk, tylko skokową. To główna przyczyna gwałtownej ekspansji tego, co określiłem pojęciem głupoty i zaprzaństwa.
I tutaj dotknął Pan Profesor, moim zdaniem, kwestii kluczowej: bardzo często, osoby, które analizują rzeczywistość, próbują ją jakoś wytłumaczyć, skupiają się tylko na jednym aspekcie, jednym wycinku rewolucji. Dla jednych jest to ideologia gender, dla innych – transhumanizm, dla jeszcze innych – zielony ład, dla jeszcze innych – po prostu walka z religią, dla kolejnych – zrównoważony rozwój. Oni właśnie nie dostrzegają, że nie wolno na to patrzeć oddzielnie; że to wszystko są połączone elementy jednej wielkiej rewolucji. Jej celem – w moim przekonaniu – jest post-humanizm: wyeliminować tylu ludzi, ilu się da, bo „człowiek to rak ziemi”. Zostaną tylko „oświeceni” i kilku ich parobków, neo-niewolników. Czysta gnoza… To jest po prostu prawdziwe oblicze cywilizacji śmierci…
Zgadzam się z Panem redaktorem, gdyż większość z nas nie myśli systemowo, tylko patrzy na sprawy incydentalnie, fragmentarycznie. To, co Pan wymienił, to są strategie komplementarne. One się wzajemnie uzupełniają. Myśląc systemowo, musimy myśleć w sposób całościowy, holistyczny. Musimy dostrzegać wiele rzeczy naraz. Musimy widzieć równocześnie np. las i pojedyncze drzewo, i rozpoznawać istniejące pomiędzy tym drzewem i lasem wzajemne relacje. To nie jest łatwe, ale możliwe.
Jeżeli neo-marksiści (całe środowisko lewicowo-liberalne) którzy prowadzą w tej chwili rewolucję kulturową, będą dalej w tym tempie eskalować swoje działania próbując w sposób totalny zawładnąć ludźmi, ich poczuciem wolności i niezależności poprzez „poprawność polityczną”, poprzez ich formatowanie, a z drugiej strony poprzez kryminalizowanie zachowań i działań niezgodnych z ich założeniami ideologicznymi, to się doczekają rozpadu tego systemu. To będzie nieuniknione, choć może trochę potrwać. Prawdopodobnie czeka nas jeszcze wiele różnych, także dramatycznych wydarzeń, ale to się skończy, bo utopia nie może trwać wiecznie.
Chciałbym, żeby Ośrodek Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii (czy jak to wy tam się nazywacie) wyjaśnił mi o co wolno pytać a co jest niewybaczalną zbrodnią. Czy stwierdzenie (zgodnie z prawdą), że Murzyn jest lepszym biegaczem od białego człowieka jest rasizmem? A czy stwierdzenie (też zgodnie z prawdą), że biały człowiek jest lepszym szachistą od Murzyna to rasizm? I tak dzisiaj ja, człowiek oględnie mówiąc prosty, zastanawiał się będę co dalej z wolnością słowa i kiedy wyjdzie podręcznik jasno wskazujący o czym wolno mówić i pisać a co zasługuje na ogień piekielny. Niedawno pewien „mądry” ekonomista związany z koalicją 13 grudnia stwierdził, że powinno się podnieść wiek emerytalny do 70 roku życia gdyż ZUS ledwo dyszy. No proszę, dla nas Polaków nie ma już pieniędzy a dla obcych – zwłaszcza Ukraińców, którzy oględnie mówiąc, nie darzą nas sympatią – to są? No, to ile już miliardów wydaliśmy na nie swoją wojnę na Ukrainie? Wolno o to pytać czy to już jest szczucie na bardzo wdzięczny nam naród? Niedawno wyczytałem, że Ukraińcy studiujący w Polsce studiują za darmo! i jeszcze otrzymują od polskiego rządu 2 tysiące złotych kieszonkowego! Prawda to? To co, na obcych są pieniądze a na Polaków zabraknie? Ale pieniądze oczywiście się znalazły na szumnie tworzony Legion Ukraiński (czy może mi ktoś powiedzieć ile to kosztowało polskiego podatnika?). Setki tysięcy Ukraińców na naszych ziemiach, a ilu się zgłosiło żeby bronić swojej ukochanej ziemi? Bo z tego co wiem do punktu werbunkowego przywlokło się dwóch kulawych i jeden ślepy, zabrakło tylko niemowy, który by im zaśpiewał „Na zielonej Ukrainie…” Oni nie chcą walczyć, to może my pójdziemy na nie swoją wojnę? Jak to nie? Przecież dopiero co jakaś stara dziadyga w randze generała chciał wysłać młodych Polaków na Petersburg! Swoją drogą dziwna ta wojna, trwa już ponad dwa lata a tam pola zasiane, zaorane i żniwa zrobione… A jak sobie zażyczy ich prezydent to nasz Duda natychmiast leci do Kijowa i nikt nie strzela do jego samolotu. No, jak tam słudzy narodu Ukraińskiego (tak nam nakazał przecież PiS ustami ministra Jasiny) podoba się to wam? A może ktoś wyjawi ilu Ukraińców dokłada się do polskiego budżetu a ilu go po prostu (za naszym przyzwoleniem) drenuje? O, już słyszę, że jestem człowiekiem Putina. Skoro tak, to wy słudzy Ukrainy jesteście wszyscy ludźmi ludobójcy Bandery! Mam jeszcze kilka pytań do PiS-urków (bo wobec koalicji 13 grudnia to nie mam żadnych złudzeń). Co u was było z odwagą przez te 8 lat; mieliście wszystko – Sejm, Senat, swojego Prezydenta… ach nie mieliście sądów i nie mogliście nikogo skazać. No dobrze, ale przynajmniej mogliście napiętnować zło z imienia i nazwiska. Poniżej trzy przykłady, takie pierwsze z brzegu. 11 listopada, nasze wielkie święto i oczywiście jak to za rządów PO wielka zadyma (był to bodajże rok 2014). Telewizja pokazuje jak policjant (po cywilnemu) kopie i bije młodego człowieka. Czy PiS-urki jak już doszliście do władzy nie mogliście pokazać tego policyjnego bandyty? A taki tajny raport WSI (oczywiście do dzisiaj nie ujawniony), który doprowadził do samobójczej próby dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego – też nie mogliście ujawnić kto stał za tą nagonką na niego? Tak z imienia i nazwiska? Nie było chętnych, czy po prostu narobiliście ze strachu we własne kalesony? A czy mogliście napiętnować z imienia i nazwiska ludzi, którzy doprowadzili do ruiny biznes pana Romana Kluski? Naprawdę nie mogliście? A czy starczyło by wam odwagi (mówię to do facetów z PiS-u) żeby powiedzieć tak jasno i dobitnie jak pani Minister kultury Słowacji Martina Simkovicova do działaczy LGBT: „Jeśli macie zaburzenia psychiczne, powinniście się leczyć a nie narzucać ludziom, że jesteście swego rodzaju normą i wszystko ma być tak jak wy tego chcecie. Organizacje LGBT nie będą więcej pasożytować na pieniądzach z departamentu kultury. Na pewno nie pozwolę na to pod moim przywództwem”. Można? A u nas przez 8 lat nie można było nawet pozamykać instytucji sponsorowanych przez Georga Sorosa. Na Węgrzech można było, a u nas jak zwykle uwiąd… No to może trzeba było nie pchać się do rządzenia (bo po co mi ludzie, którzy nic nie mogą) albo trzeba było sobie nakupić Viagry żeby się nie kompromitować.
PC. A wszystkim zwolennikom integracji gorąco polecam filmik z lipca tego roku (do obejrzenia na YouTube – chyba, że już usunęli). Centralny plac Kopenhagi, na którym modlą się tysiące muzułmanów. Po chwili wstają ze swoich dywaników i wrzeszczą do Duńczyków: „To jest nasz kraj! Wynoście się z naszego kraju!”. I ta bezradność i łzy w oczach Duńczyków…
Na lotnisko Olsztyn-Mazury kursuje zaledwie jeden pociąg w tygodniu
Pasażerka wpadła w śmiech, dowiadując się, że jej pociąg jeździ tylko raz w tygodniu. Jest mniej wesoło, gdy policzymy, ile wydano na budowę linii kolejowej do lotniska Olsztyn-Mazury. Mowa o 50 mln zł, a to jedynie część większej inwestycji. Jak mówią władze, na częstsze kursy nie ma szans z kilku względów. Zdanie kolejarzy jest jednak inne. Sprawą zajęły się Interia oraz „Wydarzenia” Polsatu.
51 mln złotych pochłonęła budowa linii kolejowej nr 747, jednej z nielicznych powstałych w Polsce po transformacji ustrojowej. Jest ona 1,5-kilometrową odnogą od innego szlaku, a prowadzi pod sam terminal lotniska Olsztyn-Mazury. Zarówno tory, jak i port, oddano do użytku w 2016 roku.
Włodarze obiecywali, że podróż pociągiem ze stolicy województwa warmińsko-mazurskiego do przystanku Szymany Lotnisko zajmie „trzy kwadranse”. Później deklarowany czas wydłużył się do prawie godziny, a dziś jest niekiedy dłuższy niż 60 minut.
Pociąg na lotnisko Olsztyn-Mazury. Jeździ tylko raz w tygodniu
To jednak nie największy kłopot podróżnych, którzy chcieliby skorzystać z połączenia. Z biegiem lat liczba uruchamianych szynobusów z Olsztyna do Szyman i z powrotem kurczyła się, aż stopniała do kuriozalnej liczby jednego połączenia na tydzień. Obecnie koleją można dotrzeć na lotnisko tylko w soboty – i tego samego dnia wrócić.
Kursy skoordynowane są z samolotem przylatującym z Londynu, a później wracającym do Wielkiej Brytanii. Połączeń dowozowych nie ma dla osób chcących skorzystać z innego rejsu na Wyspy, jak również tych, co kupili bilety na trasę Szymany – krakowskie Balice. O sprawie pisał dziennikarz Interii Wiktor Kazanecki.
„Skoro obiecywano szybki i pewny dojazd pociągiem na lotnisko, dlaczego skończyło się na jednej parze kursów w tygodniu? O to zapytałem szefostwo portu Olsztyn-Mazury i Biuro Transportu Kolejowego przy Urzędzie Marszałkowskim w Olsztynie. Ta druga instytucja, za pośrednictwem spółki „Warmia i Mazury”, zarządza lotniskiem, a ponadto – jak inne wojewódzkie władze – organizuje lokalną kolej” – czytamy w artykule.
WIDEO: Wydano miliony, a pociąg raz na tydzień. Tak jeździ się na lotnisko Olsztyn-Mazury
Absurd na Mazurach. „Było super, było pełno ludzi. I zaczęło się coś psuć”
Instytucje stwierdziły m.in., że trudno jest zsynchronizować rozkład pociągów z tablicą odlotów, a dodatkowo szlak nr 747, podobnie jak inne w okolicy, jest jednotorowy, a to – w połączeniu z remontami – obniża przepustowość. Jak podała Interia, zdaniem urzędników istniejący, „wyjątkowy” kurs wybrano tak, aby „odpowiadał zapotrzebowaniu pasażerów„.
Sprawą zajęły się również „Wydarzenia” Polsatu. Reporterzy pojechali w sobotę na stację Szymany Lotnisko, gdzie porozmawiali z pasażerami – bo Zaduszki były akurat jednym z dni, gdy szynobus zawitał przy lotnisku. – Na początku stworzyli ten pociąg super, każdy był zadowolony i było pełno ludzi. Potem zaczęło się coś psuć – wspomina pani Lucyna.
Inna podróżna nie dowierzała, iż rozkład jazdy przewiduje tylko jedno połączenie w tygodniu. – No to bardzo mało jest – zaśmiała się pani Małgorzata. Podkreślić warto, że 51 mln zł to koszt jedynie szerszego fragmentu inwestycji. Na modernizację istniejących już wcześniej torów, peronów czy przejazdów kolejowych, aby dojazd na lotnisko był sprawniejszy, wydano niemal 150 mln zł.
=============================
Pociągi z Olsztyna na lotnisko. Budowa za miliony, a połączenie raz w tygodniu
O innych finansowych obciążeniach dziennikarz Interii mówił w Polsat News. – Koszty budowy tej linii kolejowej, jak i całej inwestycji, nie są jedynymi, co potwierdziły mi PKP PLK. Pieniądze trzeba wydać też na samo utrzymanie szlaku dla jednego pociągu w tygodniu – stwierdził, uściślając, że chodzi o mniej więcej pięć tysięcy złotych miesięcznie. – Przemnóżmy to razy 12 (miesięcy – red.) i liczbę lat, gdy taki rozkład będzie obowiązywał. Wychodzi spora sumka, którą można byłoby wydać na coś innego – ocenił Wiktor Kazanecki.
Głos w „Wydarzeniach” zabrał też dr Michał Beim, zajmujący się transportem. – Olsztyński airportlink („spięcie” pociągów i samolotów w jednym miejscu – red.) od samego początku był wątpliwą inwestycją, jeśli chodzi o uzyskiwane parametry. Z kilku względów: po pierwsze, czas dojazdu koleją nie jest aż taki atrakcyjny w porównaniu z samochodem – wskazał ekspert.
Natomiast Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR przekonywał, iż jeśli na danym porcie nie mamy 3 mln pasażerów lotniczych „to nie ma co w ogóle bawić się w kolej”. – A potem kombinować, czy pociąg pójdzie o tej godzinie w taki dzień, czy inny – sprecyzował.
Województwo: Przepustowość nie pozwala. – PKP PLK mówią co innego
W odpowiedziach przesłanych reporterowi Interii PKP PLK, które są zarządcą infrastruktury kolejowej, przyznały, że nie posiadają narzędzi, „które mogłyby wpływać na decyzje organizatorów” transportu szynowego. „Jedynie poprzez poprawę możliwości infrastruktury, poprawę jej parametrów oraz dostępności możemy stwarzać warunki do tworzenia przez przewoźników atrakcyjniejszej oferty” – wyjaśnił Martyn Janduła z biura prasowego spółki.
Jak podkreśliły PKP PLK, „mimo że trasa kolejowa z Olsztyna do Szczytna oraz do lotniska w Szymanach jest jednotorowa, istnieją miejsca umożliwiające mijanie się pociągów w Marcinkowie, Pasymiu czy Szczytnie„. „Wykorzystanie trasy, pomimo skierowania części pociągów z modernizowanej obecnie trasy Korsze – Giżycko – Ełk, mogłoby być większe. Z naszych analiz wynika, że są możliwości uruchomienia w ciągu dnia na odcinku Olsztyn – Szczytno dodatkowych 2-4 par pociągów, w zależności od pory” – podały.
„Niekiedy wspominamy lata 80. w taki sposób, jakby wówczas prawie wszyscy byli po stronie ks. Popiełuszki, a jedynie jakaś nieliczna, ale jeszcze mocna partyjno-esbecka grupa chciała utrzymać stary system. Rzeczywistość była inna”, pisze na łamach tygodnika „Idziemy” ks. prof. Dariusz Kowalczyk.
Duchowny przypomina, jak potoczyła się w III RP kariera niejakiego Jerzego Urbana, rzecznika stanu wojennego, który nazwał Msze za ojczyznę odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę „seansami nienawiści” oraz „sesjami politycznej wścieklizny”.
„Ten sam Urban w tzw. wolnej Polsce założył tygodnik Nie, który w latach 90., czyli dziesięć lat po zamordowaniu ks. Popiełuszki, osiągnął nakład przekraczający 700 tys. egzemplarzy. Siedemset tysięcy! Czytelnicy Nie przyczaili się, ale tym bardziej hołdowali zakłamanemu hasłu, że byli czerwoni, a teraz przyszli czarni, jeszcze gorsi”, relacjonuje kapłan.
Urban pluł na wszystko i na wszystkim. Głównym celem jego ataków był Jan Paweł II. „Wtedy wydawało się nam, że to jednak margines. Ale nie! To nie był margines. Z czasem się okazywało, że wiele innych środowisk mówi Urbanem. Aż doszliśmy do wypisywania na murach kościołów: Jan Paweł II – obrońca pedofilów”, pisze dalej jezuita.
„Ktoś powie, że zbyt pesymistyczna jest ta moja refleksja. Nie! To nie pesymizm. To raczej przypomnienie, że walka o prawdę i wolność nigdy się nie kończy. I że także dziś możemy znaleźć się w sytuacji, w której najlepszym wyborem jest męczeństwo”, podsumowuje ks. prof. Dariusz Kowalczyk.