Główny kontroler Unii: w 2028 roku Wspólnota zbankrutuje. Dług UE w 2 lata podwoił się i za 3 lata Bruksela [my!!] nie będzie go w stanie spłacać

Główny kontroler Unii: w 2028 roku Wspólnota zbankrutuje. Dług UE w 2 lata podwoił się i za 3 lata Bruksela nie będzie go w stanie spłacać

Dariusz Matuszak https://wpolityce.pl/polityka/709756-glowny-kontroler-unii-w-2028-roku-wspolnota-zbankrutuje


Teza o możliwym/prawdopodobnym, niemal nieuchronnym bankructwie Unii do 2028 roku nie pochodzi od mających coraz częściej rację wyznawców teorii spiskowych, ale z ust samego Tony’ego Murphy, szefa Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (ETO). To najważniejsza instytucja od kontrolowania budżetu Unii i jej funduszy. Sprawdza jak się zbiera i wydaje nasze wspólnotowe pieniądze, a teraz ostrzega przed katastrofą finansową.

10 października Irlandczyk przedstawił Komitetowi Kontroli Budżetowej Parlamentu Europejskiego sprawozdanie z wykonania budżetu Unii i działania jej funduszy za 2023 rok.Tutaj relacja https://multimedia.europarl.europa.eu/en/webstreaming/cont-committee-meeting_20241010-0830-COMMITTEE-CONT . Sprawa przeszła w mediach bez większego echa i została opisana w poetyce unijnego urzędniczego języka.

Tymczasem wieści są iście przerażające. I tak:

Niezrealizowane zobowiązania płatnicze Unii sięgnęły rekordowej kwoty 543 miliardów euro

Dług Unii w ciągu 2 lat praktycznie podwoił się i wynosi 458 miliardów euro. Jeszcze w 2021 roku było to „tylko” 236 miliardów.

• Podczas gdy dopuszczalny poziom błędów, nieprawidłowości w realizacji budżetu wynosi 2% to w 2023 był niemal trzykrotnie wyższy – 5,6%

• 10,7 miliarda euro podatków zostało wydanych w sposób niezgodny z prawem i  przepisami

• Wykryto co najmniej 20 oszustw, czy prób oszustwa, o czym powiadomiono odpowiednie organa Unii

• Aż 43,5 miliarda euro z tzw. Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) zostało wydanych mimo niespełnienia warunków przez odbiorców tych pieniędzy. To część pakietu tzw. Funduszu Next Generation (NGEU), owo słynne ale już coraz bardziej przeklęte KPO. W 2023 dokonano 23 płatności z tego RRF z czego aż 1/3 niezgodnie z uzgodnionymi warunkami.

Największym kamieniem u szyi unijnych podatników stał się właśnie NGEU, czyli owo nieszczęsne KPO, które zadłużyło Unię na 270 mld euro, a które wedle szefa Trybunału spłacać będą następne pokolenia Europejczyków.

Unijni kontrolerzy z ETO twierdzą, że nie ma pewności, czy to, co Unia chce teraz ściągnąć od Europejczyków wystarczy na pokrycie tego długu. — napisali audytorzy w sprawozdaniu.

Koszty obsługi długu mogą wzrosnąć o 17 do 27 miliardów euro ponad to co przewidywano.

Szef Europejskiego Trybunału Obrachunkowego Tony Murphy ostrzegł więc, że do końca 2028 roku, czyli w ciągu 3 lat Komisja Europejska, czyli Unia może stać się niewypłacalna. Inaczej mówiąc stanie się realnym bankrutem.

By uświadomić sobie skalę problemu wystarczy porównać budżet Unii z 2024 roku – 189,4 miliarda euro z zadłużeniem na koniec 2023 – 458 miliardów. Na razie nie wiadomo o ile jeszcze ten dług wzrósł w tym roku, ale trzeba przypomnieć, że podwoił się w ciągu 2 lat. Lekko licząc obecne zadłużenie może sięgać 600 miliardów.

Gdy ocenia się zadłużenie państw, to jego poziom porównuje się z PKB. Problem w tym, że Unia jako instytucja/organizacja nie ma żadnego PKB. Ona niczego nie produkuje, nie wytwarza, nie sprzedaje żadnych komercyjnych usług, które się kupuje. To po prostu urząd do mielenia pieniędzy europejskich podatników.

Dlatego nie wiadomo do czego odnieść zadłużenie samej Unii jako takiej. Na pewno nie do całego PKB wszystkich państw. Te przecież mają swe własne ogromne, przekraczające roczne PKB długi – jak choćby Francja, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Grecja.

Szef unijnych kontrolerów Murphy mówiąc o kłopotach finansowych Unii stwierdził, że sposobem na ich rozwiązanie nie jest rzucanie państwom członkowskim palet pieniędzy. Przy okazji pokłócił się z Komisją Europejską, bo ta stwierdziła, że ma inne szacunki dotyczące błędów i nieprawidłowości w budżecie. Ponadto Komisja inaczej niż Trybunał interpretuje pewne fakty. Zaś jeśli chodzi o RRF, czyli to całe KPO, to Komisja jest niewinna, tylko winne są poszczególne państwa.

Drodzy Rodacy. Szykuje się wielkie łupienie i skubanie. Będą z nas zdzierać pieniądze, a tych co się należą nie wypłacać. Temu także ma służyć propozycja, by w przyszłej perspektywie budżetowej uzależnić wypłaty funduszy od spełnienia rożnych wymyślonych przez jaśnie państwo z Brukseli warunków – np. dotyczących równości płci, promowania ideologii LGBT coś tam, zielonego ładu etc.

Pod byle pretekstem – nieprzeprowadzenia reform jakich sobie eurokraci życzą pieniądze nie będą wypłacane. Znamy to z czasów beznadziejnej walki PiS o środki z KPO.

Powstaną też nowe fundusze, na które zrzucać się będą państwa członkowskie. Minister Sikorski już z entuzjazmem zapowiedział zwiększenie Europejskiego Funduszu Obronnego. To oznacza większą składkę do Unii. Podobnie pieniądze będą szukane w nowych podatkach, przy czym część z nich chce nakładać bezpośrednio Bruksela, choć jest to sprzeczne z Traktatami.

Obecne problemy budżetowe Polski są zapowiedzią nadciągających lat biedy. Być może rząd Tuska zdaje sobie sprawę z tego, że Unia zmierza ku katastrofie gospodarczej i stąd wstrzymanie, czy też porzucenie wielkich inwestycji z obawy, że zabraknie na nie pieniędzy, bo nie dość że dochody państwa się będą kurczyć, to trzeba się będzie zrzucać na podtrzymywanie rzężenia samej Unii.

Tak jak w 2011 roku kiedy Donald Tusk zaoferował 8,4 mld euro z pożyczki NBP na ratowanie Grecji. Od tamtego czasu Hellada ma się tylko gorzej, podobnie jak Francja, Hiszpania, Włochy, Portugalia, a za chwilę Niemcy, które też biednieć zaczynają.

Żadne pompatyczne zaklęcia o wspaniałości Unii, o sprostaniu nowym wyzwaniom nie zmienią faktu, że Europa zmierza ku kolejnemu już kryzysowi gospodarczemu, a sama Unia ku katastrofie finansowej.

Minęło 20 lat odkąd do niej wstąpiliśmy. Z tego ledwie trzy – 2004 – 2007 były w samej Unii latami spokoju – bez kryzysów, gospodarczych, finałowych, społecznych, które właściwie już przestają być – jak to kryzys chwilowym odstępstwem od normy, a właśnie trwałą normą się stają. Np. właśnie wchodzimy w 10 rok kryzysów związanych z imigracją.

Jeśli Polska będzie czynić to co czyni Zachód Europy, to zacznie jak on biednieć i za 15 lat będziemy wspominać 2024 jako rok naszego największego dobrobytu.

O naturalnej roli kobiet w czasie wojen, oraz o lesbijkach na stanowiskach Generałów

O naturalnej roli kobiet w czasie wojen, oraz o lesbijkach na stanowiskach Generałów.

Mirosław Dakowski.

Od początku znanych nam cywilizacji zawsze były wojny i krwawe konflikty. We wszystkich jednak cywilizacjach, tak tych naturalnych jak i później wysoko rozwiniętych, rolą mężczyzny było wojowanie, zabijanie wroga no i oczywiście przede wszystkim obrona swoich, w tym szczególnie kobiet i dzieci. U przewrotnych ale i obdarzonych humorem starożytnych hellenów stworzono legendę o plemieniu amazonek, które tak nie lubiły mężczyzn, że żyły samotnie, a żeby wojować to obcinały sobie prawą pierś dla lepszego strzelanie z łuku. Tymczasem piersi kobiet są tak zbudowane, by przyciągać zainteresować sobą i swoją właścicielką młodych ludzi, z których to ona w znacznym stopniu wybierze sobie męża i ojca swoich dzici. Potem jej piękne piersi służą do karmienia, aby dzieci były zdrowe, silne i radosne. Pomysł, by piersi obcinać, a mężczyzn dopuszczać tylko do zapłodnienia, wydawał się i słusznie starożytnym grekom wysoce zabawny. Chyba pod koniec XVI wieku, któryś z hiszpańskich zdobywców Ameryki Południowej spływając w dół Amazonką, usłyszał, że gdzieś przy lewym dopływie Amazonki jest podobne plemię. Najprawdopodobniej jednak była to opowieść zapożyczona od starożytnych Greków.

Od zawsze więc, a więc i w czasach Greków potem Rzymian, czy plemion Wielkiego Stepu, a już z całą pewnością plemion powstającej Cywilizacji Łacińskiej czy Europejskiej, nigdy i nigdzie nie używano kobiet do walki zbrojnej. Bo było to nie tylko jakby tabu, ale czynność niewydajna i szkodliwa. Przecież zawsze zadaniem mężczyzny jest obrona rodziny, swego kraju, a zadaniem kobiety jest rodzenie, karmienie, wychowywanie dzieci na ludzi śmiałych, zdrowych i odważnych.

Ideologia neo-sodomy – czy neo-gomory podniosła łeb dopiero w ostatnich dziesiątkach lat. No może trochę wcześniej, bo od potomków Marksa i od Inessy Kołłontaj, a ta ostatnia to były lata 20-te XX wieku. Natomiast masowe zachęcanie i przyjmowanie kobiet do wojska, rozpoczęte chyba pół wieku temu w USA, rozpleniło się na cały tak zwany „postępowy” świat. Widzimy jednak, jak te obce dla ludzi narzucone z zewnątrz wzory są jednocześnie i straszne i śmieszne.

I dlatego możliwe jest coś tak strasznego i zabawnego, jak uczynienie jakiejś kobitki, jak się okazuje trochę później, też lesbijki, kapitanem okrętu wojennego, w tym wypadku w Nowej Zelandii. Nowa Zelandia traci pierwszy wielki okręt wojenny od II WS. Kapitanka/admirałka uratowana, uhonorowana !!

Czytaliśmy z rozbawieniem, jak tak kapitanessa [no bo jak ten stwór nazwać??] zatopiła swój okręt. Ale absurd polega na tym, że roztkliwiano się, że wszystkich marynarzy udało się uratować. Natomiast nie znalazłem analiz, który podawały, jakie komendy tej cipy spowodowały wpieprzenie się nowoczesnego okrętu wojennego na skały. Jeśli ktoś z państwa, czytelników znajdzie analizę przyczyn tej śmiesznej katastrofy, to proszę mnie zawiadomić

Przecież państwa rozsądne powinny zapełniać dowództwa wroga takimi generałami, wtedy zwycięstwo mają zapewnione. A państwa „rządzone” przez kurwy, szczególnie zboczone – na czyje życzenie giną ?

A?

Awans Marka Rutte, byłego premiera Holandii, na stanowisko sekretarza generalnego NATO.

Nowe wyzwanie dla Teflonowego Marka babylonianempire/nowe-wyzwanie-dla-teflonowego-marka

Data: 12 ottobre 2024 Author: Uczta Baltazara 1 Commento

Hans Vogel naświetla awans Marka Rutte, byłego premiera Holandii, na stanowisko nowego sekretarza generalnego NATO, jego ignorowanie opinii publicznej i zaangażowanie w śmiercionośną agendę NATO, w tym wsparcie dla ukraińskich ataków na Rosję, przy jednoczesnym kwestionowaniu prawdziwych wartości wyznawanych przez złowrogi sojusz.

Zaledwie kilka dni temu, 1 października, Mark Rutte został zaprzysiężony na nowego sekretarza generalnego NATO. Jest on czwartym Holendrem na tym stanowisku, po Dirku Stikkerze (1961-1964), Josephie Lunsie (1971-1984) i Jaapie de Hoop Schefferze (2004-2009) https://english.pravda.ru/opinion/106986-jaap_de_hoop_scheffer/.

Kim więc jest Mark Rutte? – Po pierwsze, jest najdłużej urzędującym premierem Holandii w 209-letniej historii Królestwa, z ponad czternastoletnim stażem. W roku 2006, w wyniku swoistego wewnątrzpartyjnego zamachu stanu, został katapultowany na stanowisko przewodniczącego VVD, partii liberalnej (właściwie konserwatywnej). Wcześniej, w latach 1988-1991, był liderem młodzieżówki tej partii, w której zyskał rozgłos, opowiadając się za legalizacją zarówno seksu z 12-latkami, jak i komercyjnego surogacyjnego macierzyństwa https://robscholtemuseum.nl/jovd-mark-rutte-jovd-voorzitter-over-commerciele-draag-moederschap-en-legaliseren-van-sex-met-12-jarigen-oud-landelijk-voorzitter-mark-rutte-op-bezoek-bij-de-jovd-2016/.

Bez wątpienia głównym powodem długowieczności Rutte jako premiera jest jego imponująca odporność na wszelkie formy krytyki. Wydawać by się mogło, że wszelkiego rodzaju krytyka, złość, oburzenie i wściekłość jego przeciwników spływa po nim jak woda po kaczce. To właśnie ta cecha przyniosła mu przydomek „Teflon Mark”. Jeśli przeciwnik naciska go, aby przypomniał sobie coś, co zrobił lub powiedział, ma zwyczaj odpowiadać: „W tej konkretnej kwestii nie mam aktywnej pamięci”. To sformułowanie zasługuje na to, by zapisać je obok definicji kłamstwa Margaret Thatcher jako „oszczędnym posługiwaniu się prawdą”.

Zaskakująco mało wiadomo o młodości Rutte i jego pochodzeniu rodzinnym. Jego rodzina ma częściowo indonezyjskie korzenie (z okresu, gdy Indonezja była holenderską kolonią, aż do 1945 roku). Istnieją również przesłanki, że Rutte częściowo jest Żydem. Co więcej, jego dziadek ze strony matki miał pewne niejasne relacje z holenderską rodziną królewską https://niburu.co/binnenland/13809-bizarre-achtergronden-en-geheimzinnige-van-mark-rutte-video.

Mający 57 lat nowy szef NATO nie jest żonaty i nie ma rodziny, ale nie brakuje plotek o jego związkach uczuciowych i preferencjach seksualnych. Więcej szczegółów jest znanych nawet na temat tajemniczej holenderskiej rodziny królewskiej. Mamy tylko nazwiska niektórych jego bliskich przyjaciół, z których jednym jest Jort Kelder https://en.wikipedia.org/wiki/Jort_Kelder, konserwatywny holenderski dziennikarz i osobowość telewizyjna. W Rosji Rutte nazywany jest Gomosec, co jest grą słów: Gensec, skrót od Sekretarz Generalny, pochodzi z czasów sowieckich, podczas gdy gomosec to rosyjskie określenie na „geja”, którym według wielu jest Rutte https://vk.com/wall-157500775_406480.

Oczywiście ci, którzy mianowali Rutte’a muszą znać wszystkie szczegóły jego życia prywatnego, podczas gdy wydaje się, że prawie miliard mieszkańców trzydziestu dwóch państw członkowskich NATO na zawsze pozostanie w niewiedzy na temat fascynującej i intrygującej osobowości Rutte’go. Biorąc pod uwagę zasłonę tajemnicy wokół Rutte, można przypuszczać, że większość nie będzie się tym przejmować. Czy nie wydaje wam się jednak dziwne, że cały ten miliard mieszkańców Natostanu – którzy nadal będą płacić wszystkie rachunki NATO, w tym 300 000 euro pensji Teflonowego Marka – nie ma pojęcia, kto tak naprawdę wydaje rozkazy zabijania w ich imieniu?

Tylko jedna osoba, były doradca prawny Rutte’go, Karim Aachboun, próbował uniemożliwić mu objęcie stanowiska Genseca https://www.ninefornews.nl/rutte-belemmert-rechtszaak-van-karim-aachboun-bij-hof-van-beroep-en-zet-de-macht-van-3-rechters-opzij/. Oskarżając go o bycie odpowiedzialnym za zniknięcie tysięcy dzieci podczas „skandalu z zasiłkami na opiekę nad dziećmi” https://en.wikipedia.org/wiki/Dutch_childcare_benefits_scandal, oskarżyciel musiał zobaczyć jak belgijski sędzia ostatecznie wstrzymuje pozew, dając Rutte chwilową ulgę.

Mając tylko tak pobieżne informacje o Rutte, co my wiemy o NATO? – Czym właściwie jest NATO?

Jest to przede wszystkim organizacja stworzona w roku 1949 przez Stany Zjednoczone, według słów jej pierwszego Genseca Lorda Ismay’a https://en.wikipedia.org/wiki/Hastings_Ismay,_1st_Baron_Ismay po to „aby utrzymać Amerykanów w środku, Rosjan na zewnątrz, a Niemców na dole”. Pozornie był to sojusz obronny przed sowieckim (rosyjskim) atakiem na Europę Zachodnią, który – jak wmawiano opinii publicznej – mógł nastąpić w każdej chwili, ale nigdy się nie zmaterializował. NATO nie zostało jednak rozwiązane, gdy w 1991 roku Związek Radziecki rozpadł się. Z perspektywy czasu okazało się, że Sowieci nigdy nie zamierzali zaatakować Europy Zachodniej, a całe to przegrzane zimnowojenne straszenie było czystym nonsensem. Jednak stare, sprawdzone uzasadnienie istnienia NATO zostało odkurzone i ponownie przedstawione opinii publicznej: źli Rosjanie mogą dokonać inwazji w każdej chwili i musimy być przygotowani na taką ewentualność.

NATO pozostało niezmienione, a nawet znacznie się rozszerzyło, ostatecznie podwajając liczbę swoich członków. Gdy żelazna kurtyna została odsunięta, Związek Radziecki rozpadł się, a Rosja z trudem przystosowywała się do radykalnie zmienionych okoliczności, NATO mogło wreszcie zaangażować się w jakieś działania wojskowe. Rany, ale było chętnych! – W roku 1995 (po uzyskaniu poparcia Rady Bezpieczeństwa ONZ) interweniowało w jugosłowiańskiej wojnie domowej, zapewniając formalną niepodległość Bośni i Hercegowiny jako protektoratu NATO i USA.

W roku 1999, NATO całkowicie zerwało swoją maskę, występując samodzielnie przeciwko Serbii, pokazując swoją prawdziwą krwiożerczą naturę podczas masakr ludności cywilnej i hurtowego niszczenia serbskiej infrastruktury. Nie trzeba dodawać, że wszystko to odbywało się poprzez bombardowania z powietrza.

W roku 2001 NATO wskoczyło na wyższy poziom, odgrywając rolę w kierowanym przez USA neokolonialnym przedsięwzięciu w Afganistanie, entuzjastycznie masakrując tysiące cywilów (2001-2014). W międzyczasie NATO zniszczyło Libię, zabijając co najmniej 60 000 cywilów.

Od czasu zamachu stanu na Ukrainie pod przywództwem USA w roku 2014, NATO jest również ściśle zaangażowane w przygotowywanie tego nieszczęsnego kraju do złożenia w ofierze na ołtarzu anglosaskiej rusofobii.

Czym więc jest NATO? – Odpowiedź brzmi: międzynarodową organizacją terrorystyczną, specjalizującą się w masowym zabijaniu cywilów i niszczeniu infrastruktury krytycznej, ale niezdolną do stawienia czoła równorzędnemu przeciwnikowi, takiemu jak rosyjskie siły zbrojne. Faktycznie, zabijanie i wystawianie innych na śmierć jest tym, co NATO robi najlepiej.

Uwzględniając Ukraińców zabitych od czasu rozpoczęcia przez Rosję Specjalnej Operacji Wojskowej w roku 2022 (około miliona), plus tysiące Jugosłowian, Afgańczyków i Libijczyków, a także 16 000 cywilów zabitych przez Ukraińców pod rozkazami NATO w Doniecku i Ługańsku w latach 2014-2022, liczba ta wynosi około 1,25 miliona. Całkiem imponujące!

Z NATO głęboko zaangażowanym w Ukrainie, gdzie poniosło szereg bolesnych i raczej zawstydzających strat osobowych z powodu rosyjskich precyzyjnych bombardowań, Gensec Rutte ma przed sobą nie lada zadanie. Jak dotąd wydaje się, że sprostał zadaniu, emitując odpowiednie wojownicze dźwięki. W rzeczywistości zaczął to robić jeszcze zanim został Gensekiem i kiedy był jeszcze premierem Holandii, prawdopodobnie jako rodzaj aplikacji na to stanowisko. Powiedział, że wojna Ukrainy z Rosją „jest również naszą wojną”. Ponieważ nigdy nie zadał sobie trudu sprawdzenia tego w parlamencie, uwaga ta była wyłącznie jego własną.

Najwyraźniej Rutte był i nadal jest przekonany, że Ukraina broni „naszych wartości”, co leży w interesie „naszej demokracji”. Używając zaimka dzierżawczego „nasza”, Rutte prawdopodobnie wskazał jedynie na małą klikę polityków i elit, a nie na ogół społeczeństwa, jak wydaje się myśleć większość ludzi. Pod tym względem Rutte może mieć rację!

Jakie mogą być wartości Ukrainy? – Sądząc po działaniach jej przywódców („rządu”), wartości te zdecydowanie nie są tymi, które oficjalnie wyznają USA, Rada Europy, UE, a nawet NATO. W rzeczywistości, wartości wyznawane przez dzisiejszych ukraińskich przywódców nie wydają się zbytnio różnić od tych wyznawanych przez ich poprzedników, którzy kolaborowali z Niemcami podczas II wojny światowej. Sądząc po historii NATO, owe ukraińskie “wartości” są zbieżne z „wartościami”, których NATO broni, a raczej które szerzy.

W najbardziej neutralnym ujęciu wartości te są raczej destrukcyjne i śmiercionośne: polegają na zabijaniu ludzi (strzelaniu, bombardowaniu, głodzeniu, dźganiu, torturowaniu) i niszczeniu ich środowiska życia.

Oczywiście Teflonowy Mark pokazał już swoje pełne zaangażowanie w “wartości” NATO: w dniu swojej inauguracji oświadczył, że Ukraina może swobodnie używać broni, którą otrzymuje od państw NATO, do uderzania w cele w głębi Rosji. Innymi słowy, Rutte dał zielone światło dla masowego zabijania rosyjskich cywilów. Idąc jeszcze dalej w kierunku przepaści, Rutte po raz kolejny zadeklarował, że Ukraina powinna jak najszybciej przystąpić do NATO. Deklaracją tą Rutte po raz kolejny pokazał swoją całkowitą pogardę dla holenderskiej opinii publicznej. W roku 2016, w ogólnokrajowym referendum, zdecydowana większość Holendrów odrzuciła jakiekolwiek zacieśnianie więzi z Ukrainą za pośrednictwem UE (którą należy uznać za niewojskowy departament NATO). Innymi słowy, Rutte nie szanuje „naszych” wartości, a jedynie „swoje” lub „ich”!

W ciągu najbliższych kilku lat NATO będzie pielęgnować owe “wzniosłe wartości” pod kierownictwem Teflonowego Marka. Należy pamiętać, że zdobył on doświadczenie w tej dziedzinie, zarządzając masowym zabijaniem swoich współobywateli za pomocą śmiertelnych zastrzyków podczas Wielkiego Widowiska Covid. Wydaje się, że nikt nie jest w stanie wydawać rozkazów masowych mordów i wysyłać naiwnych żołnierzy NATO i Ukrainy na pewną śmierć lepiej niż Teflonowy Mark Rutte.

INFO: https://www.arktosjournal.com/p/a-new-challenge-for-teflon-mark

Kiedyś byłam „błyskawicą” – wspierałam ruchy aborcyjne oraz LGBT.

Kiedyś byłam „błyskawicą” – wspierałam ruchy aborcyjne oraz LGBT. Rozmowa z byłą feministką Kiedys-bylam-blyskawica

„W tamtym momencie odrzuciłam wszystkie dotychczasowe autorytety, które wyniosłam z domu i przyjęłam tę internetową „sieczkę”. Stałam się skrajnym antyklerykałem, taką wojującą ateistką-feministką (…) Wmówiłam sobie, jak wiele moich koleżanek, że jestem biseksualna, bo to było w modzie.(…) Stwierdziłyśmy też, że skoro żaden kolega nam się nie podoba, to pewnie jesteśmy lesbijkami. Brzydziłyśmy się myślą o fizycznej bliskości z chłopakami, szukałyśmy czułości i wyrozumiałości u kobiet. (…) Dawniej bazowałam na subiektywnych streszczeniach rzeczywistości, przedstawianej przez lewicowych radykałów od aborcji i LGBT. To nie ma nic wspólnego z prawdą.”

======================

Laura Lipińska: Opowiedz coś o sobie. Kim jesteś, czym się zajmujesz, czemu wolisz pozostać anonimowa? Czemu się do nas zgłosiłaś?

„Joanna”: Mam prawie 30 lat, pochodzę z południowo-zachodniej Polski, kiedyś byłam „błyskawicą” – wspierałam ruchy aborcyjne, czyli „end life” oraz LGBT. Chwilami potrafiłam nawet określać samą siebie jako biseksualistkę, a zawsze feministkę. Teraz pracuję z dziećmi. Chcę pozostać anonimowa z racji posiadania własnej rodziny i z powodu mojego zawodu, bo na moim stanowisku poglądy pro-life i antylgbt są dziś bardzo niemodne, według wielu seksistowskie i homo- oraz transfobiczne. W placówkach, z którymi jestem i byłam związana, organizowane są na przykład tzw. tęczowe piątki, a pedagodzy często są niedelikatnie proszeni o posługiwania się nowym imieniem i zmienionymi przez dziecko zaimkami niezgodnymi z ich płcią. Konserwatywne poglądy nie są tu mile widziane. Ja w pracy z dziećmi nie poruszam tematów moich własnych poglądów, uważam, że rolą pedagoga czy wychowawcy jest nie tylko nauczać, ale przede wszystkim kształtować wrażliwość, twórcze myślenie, moralność, empatię i silny charakter dzieci. Placówki publiczne nie są od tego, żeby karmić uczniów wątpliwymi ideologiami, bardzo często nie popieranymi przez ich rodziców. Sprzeciwiam się temu, ale nie chcę stracić pracy, stąd moja prośba o anonimowość. Udzielając tego wywiadu, chciałabym podzielić się moim doświadczeniem psychicznego, emocjonalnego i duchowego uzdrowienia z lewicowej propagandy.

LL: Poruszyłaś bardzo ciekawy wątek, dotyczący zaimków. Mogłabyś go pogłębić? Jak wygląda to w waszej szkole? Czy nauczyciele są zmuszani do stosowania wobec dzieci wymyślonych zaimków?

„J”: Nauczyciele nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Zazwyczaj temat zaczyna dyrekcja, ale też czasem wychodzi to od szkolnego pedagoga albo psychologa, do którego dziecko przychodzi np. z jakimś orzeczeniem i poparciem rodziców, żeby zwracać się do niego nowym imieniem, zazwyczaj przeciwnej płci albo zaimkami typu „oni”, „one”. Powiedzmy, że nauczyciele są przekonywani do tego, żeby w ten sposób się do dziecka zwracać, a jeśli się tego nie zrobi, to bardzo często ma się na karku rodziców lub dyrekcję. Boimy się nawet reperkusji ze strony kuratorium. Niestety bardzo mało się o tym mówi w mediach publicznych, czasami wybucha jakiś skandal, że ktoś nazwał dziecko jego prawdziwym imieniem zamiast tym nowym. Nauczyciele albo się boją, albo sami są progresywni i stwierdzają, że wszystko jest w porządku.

Tak to właśnie wygląda w szkołach, w których pracowałam. Transseksualna propaganda (bo inaczej tego nie nazwę) rozprzestrzenia się coraz bardziej. Sama zresztą polecałaś książkę na ten temat – „Nieodwracalna krzywda”. W Polsce sytuacja nie wygląda jeszcze może tak drastycznie, ale to nadciąga. Wielka fala krzywd i samookaleczeń, złamanych żyć, bo tylko to niesie ta ideologia. Obserwuję młodych ludzi w mediach, bo jest to też moją rolą, chcę widzieć, czym młodzież żyje, co jest dla nich ważne, co kreuje ich myślenie. I to, co widzę, jest zatrważające.

LL: Fundacja wypuściła jakiś czas temu opinię prawną dotyczącą zmuszania nauczycieli do używania zaimków niezgodnych z prawdziwą płcią. W świetle polskiego prawa jest to nielegalne. Można znaleźć ją na naszej stronie. Wracając do głównego tematu – jak wyglądało twoje dzieciństwo? W jakim domu się wychowałaś?

„J”: Wychowałam się w bardzo, bardzo bliskiej, kochającej, katolickiej rodzinie. Mój ojciec był religijny, nigdy nie wstydził się swojej wiary, jego autorytetem był św. Jan Paweł II. Był empatyczny, a równocześnie wymagający. Mama przed poznaniem go nie była aż tak wierząca, ale po ślubie się to zmieniło i wraz z rodzeństwem byłam wychowywana w wierze. Śpiewałam w scholi i solo na Mszach dla dzieci, jeździliśmy z rodziną na wycieczki do sanktuariów, prenumerowałam katolickie czasopisma dla dzieci. Codziennie rozmawiałam z Bogiem i pamiętam, że gorąco, bardzo gorąco wierzyłam w Maryję jako moją drugą mamę. Moja mama mi to nawet bardzo często powtarzała: „Maryja to twoja druga mama, zwracaj się do niej zawsze, kiedy potrzebujesz”.

Wszystko się zmieniło po śmierci mojego ojca. Zmarł, kiedy byłam młodziutką nastolatką i żałoba po nim zbiegła się z moim okresem dojrzewania. Pamiętam, że podczas pierwszej po pogrzebie ojca spowiedzi mój ulubiony ksiądz wyjaśnił mi sens śmierci ojca, ale w tak szorstki i nietaktowny sposób, że zraziłam się do tego człowieka. Jako nastolatka z burzą hormonalną patrzyłam na wszystko zerojedynkowo: jeden z autorytetów mnie zawiódł, więc go porzucam, skreślam z mojego życia i szukam innego. Podobne myślenie występuje u dziewcząt z rodzin rozbitych, przechodzących kryzys, obecnie jest ich coraz więcej. W tamtym czasie straciłam jeden po drugim dwa autorytety: ojca i ulubionego duchownego.

Byłam wtedy w gimnazjum i mniej więcej w tym okresie moja koleżanka z ławki podesłała mi przetłumaczone na polski filmiki, w których ludzie szydzili z chrześcijaństwa, katolickich obrzędów i wiary. Oglądałyśmy to na przerwach i czułyśmy dreszczyk emocji związany z czymś trochę zakazanym, łamiącym konwenanse, przeciwnym temu, w czym nas wychowano. Zwyczajny nastoletni bunt. Na nastolatki to działa jak narkotyk. Pokazałam jeden z tych filmików mojej mamie, myślałam, że bardzo się zdenerwuje i że spróbuje wytłumaczyć, dlaczego to, co oglądam, może mieć na mnie zły wpływ. Potrzebowałam takiej konfrontacji z kimś dorosłym, kto powie: „Słuchaj, to nie jest dobre dla ciebie, to niszczy twoja korzenie”. Moja mama tego nie zrobiła, wróciła szybko do własnych spraw i żałoby po ojcu. Zostałam sama z tymi swoimi przemyśleniami, w buntowniczym środowisku, pełnym antykościelnych, lewicowych haseł. Na „Naszej klasie” i „ask.fm” krążyło dużo takich treści: obrazki, posty, muzyka.

Trafiłam w pewnym momencie na stronę fanów jakiegoś awangardowego zespołu. Udzielali się tam równie wkręceni młodzi ludzie: 15 lat, niektórzy trochę starsi. Większość z nich określała siebie jako homo- lub biseksualnych. Dużo pisali na temat braku tolerancji dla ludzi ich pokroju w Polsce i o rzekomej instytucjonalnej homofobii. Prawą stronę nastolatkowie tacy jak ja uznawali za największe zło tego świata, bez wchodzenia w szczegóły, bez weryfikowania tej opinii, czy ona w ogóle ma jakiekolwiek odbicie w rzeczywistości. 90% osób na tych forach to były młode dziewczyny, bardzo samotne, bez przyjaciół w życiu realnym, dziewczyny po jakiejś traumie, z rozbitych rodzin, bardzo podatne na manipulacje. Byłyśmy zdesperowane, szukałyśmy akceptacji, miłości, chętnego rozmówcy. W tamtym momencie odrzuciłam wszystkie dotychczasowe autorytety, które wyniosłam z domu i przyjęłam tę internetową „sieczkę”. Stałam się skrajnym antyklerykałem, taką wojującą ateistką-feministką, ale tylko w sferze internetowej, nie miałam odwagi jeszcze wyjść z tym do ludzi.

Wmówiłam sobie, jak wiele moich koleżanek, że jestem biseksualna, bo to było w modzie. Uznawałyśmy same siebie za bardzo nieatrakcyjne i myślałyśmy, że żaden chłopiec nigdy się nami nie zainteresuje. Uznałyśmy chłopaków za brutalnych, głupich i niedojrzałych. Myślałyśmy, że nikt nas nie rozumie, że nie warto wierzyć nikomu, kto nie podziela naszych poglądów, musimy być zamknięte we własnym świecie. Stwierdziłyśmy też, że skoro żaden kolega nam się nie podoba, to pewnie jesteśmy lesbijkami. Brzydziłyśmy się myślą o fizycznej bliskości z chłopakami, szukałyśmy czułości i wyrozumiałości u kobiet.

Pamiętam moje pierwsze zauroczenie poznaną przez internet koleżanką, nazwijmy ją Darią. Ona też była „feministką”. Miałyśmy po 15 lat. Zaprosiła mnie do zarejestrowania się na stronie, która wtedy nazywała się „innastrona.pl”, a teraz jest to „queer.pl”. Tam nawiązywałyśmy kontakty z ludźmi identyfikującymi się z ideologią LGBT. To był taki Facebook dla gejów, lesbijek i trans. Wielu użytkowników strony to były zmanipulowane dzieciaki, ale łatwo można było znaleźć też dorosłych facetów i kobiety, nie było ograniczeń wiekowych. Dorośli zaczepiali dzieci, prosili o zdjęcia, zapraszali na randki. Część z nich należała do grup sadomasochistycznych. Dzięki Bogu byłam zbyt nieśmiała, żeby kiedykolwiek dać się namówić na spotkanie z kimś stamtąd.

Daria bardzo nalegała, byśmy były w związku, a ja się zgodziłam. Zaczęłam mówić znajomym w realu, że mam dziewczynę. Wiele koleżanek mnie wtedy podziwiało, bo w końcu było to coś nowego, słabo znanego, niszowego. Dzisiaj podobnie jest z transseksualizmem – żeby się wyróżnić, trzeba się określić jako osoba niebinarna. Wtedy wystarczyło być gejem lub lesbijką. Moda na transseksualizm jest jeszcze gorsza, bo prowadzi do poważnych samookaleczeń. Podświadomie zawsze czułam, że żyję kłamstwie. Nigdy nie podobały mi się kobiety, po prostu potrzebowałam bliskiej przyjaciółki. Daria była idealną kandydatką.

Czytałyśmy razem o feminizmie i otwarcie nienawidziłyśmy mężczyzn. Ojciec Darii był narkomanem, który opuścił rodzinę i ona również była pozbawiona zupełnie męskiego wzorca. Żyłyśmy w przekonaniu, że współczesne dziewczyny, jeśli chcą w życiu coś znaczyć, to muszą wyrwać się z „sideł patriarchatu”, ta narracja cały czas trwa, widzimy to wszędzie. Brzydziłyśmy się kobiecością, a tak naprawdę zupełnie jej nie znałyśmy, miałyśmy w głowie propagandowe stereotypy „Barbie” i „kury domowej”. Wizja ciąży była dla nas czymś nienaturalnym, paskudnym wręcz, czymś, co może zagrozić naszym karierom i ciekawej przyszłości. Dziecko było dla nas skaraniem Boskim. Taka była narracja osób, z którymi stykałyśmy się w internecie i w realnym życiu. Przyjęłyśmy to jako własną opinię.

Pławiłyśmy się w tej naszej zakazanej miłości, a równocześnie utwierdzałyśmy się w depresyjnych nastrojach. Fantazjowałyśmy nawet o wspólnym samobójstwie. To jest rzeczywistość także współczesnych nastolatków, wchodzących w ruch LGBT. Z niecierpliwością czekałyśmy z Darią na pierwsze wspólne spotkanie, które miało nastąpić na paradzie LGBT. Nie było ich jeszcze wtedy zbyt dużo w Polsce i na szczęście nigdy do spotkania nie doszło. Zresztą kontakt z obiema tymi koleżankami z czasów szkolnych się zatarł. Obserwuję je dziś w mediach, są wciąż aktywne w środowisku gejowskim i ateistycznym.

W liceum karmiłam się treściami lewicowymi z internetu. Czytałam feministyczne manifesty, wierzyłam, że kobiety muszą walczyć o aborcję, że dziecko w brzuchu matki to tylko zlepek komórek, że patriarchat nas uciska, a społeczność LGBT nie ma żadnych praw. Znowu w żaden sposób nie weryfikowałam tych poglądów, nawet nie próbowałam samodzielnie myśleć.

LL: Co było potem?

„J”: Potem poszłam na studia humanistyczne. Już na pierwszym roku wyczuwało się atmosferę pewnej inkluzywności: my wszystkich kochamy, jesteśmy jedną wielką rodziną, trochę jak sekta. Jedna z dziewczyn z roku powiedziała mi nagle w drugim albo trzecim dniu naszej znajomości, że jest lesbijką. Od razu pomyślałam: „Dziewczyno, czemu mi się zwierzasz ze swoich własnych problemów, ja nie chcę o tym wiedzieć drugiego dnia znajomości”. Ale taki panował tam klimat. Dużo osób nosiło ubrania i gadżety właśnie z tęczowymi flagami, zapraszali na marsze czy pikiety propagujące „LGBT pride”. Z dystansu patrząc, zastanawiam się, z czego oni są dumni? Co to jest ta „gay pride”? Gdy ja mówię, że jestem dumna z bycia matką, to mam na myśli, że jestem dumna z bycia matką mojej córeczki, którą staram się wychowywać i która dla mnie jest największym cudem. Gdy mówię, że jestem dumna z siebie, to mam na myśli to, że mam dobre wykształcenie, że sprawdzam się w mojej pracy, że mam jakieś osiągnięcia. A co to za duma z homoseksualizmu, z problemu? Według mnie tu nie ma w ogóle racji bytu słowo „duma”, chyba że tłumaczone z angielskiego na „pycha”, ale oni nigdy nie przyznają, że są pyszni. Mój kierunek oferował też tak zwane „gender studies”. W gablotach wisiały zaproszenia na spotkania i wykłady dotyczące praw kobiet do aborcji, artykuły o płci kulturowej, o potrzebach obalenia patriarchatu etc. Takich treści było pełno.

Gdy kończyłam studia, wybuchł tzw. strajk kobiet. Włączały się w to nie tylko studentki, ale też niestety wykładowcy. Chodzili z nami na strajki, usprawiedliwiali nieobecności, dodawali na Facebooku nakładki z błyskawicami. Ludzie, którzy powinni być autorytetami, wzorami dla studentów, włączali się w wulgarny hejt i walkę o zabijanie dzieci. Ja też miałam te nakładki i udostępniałam różne rzeczy, do dziś jest mi okropnie wstyd, pomimo że pousuwałam te rzeczy z moich sociali. To była walka o prawa kobiet przy jednoczesnym agresywnym atakowaniu kobiet o innych poglądach. Pamiętam dzielenie się obraźliwymi memami, chociażby o Kai Godek. Masz wybór, dopóki jest to wybór akceptowany przez środowiska lewicowe.

Nasiliła się też wtedy kontra do krytyki LGBT. Włącza się w to używanie złych zaimków, tzw. misgendering. Dla niektórych to teraz największa zbrodnia, forma wręcz prześladowania, powód do załamania psychicznego. Rozumiesz to? Nazwanie Kasi Kasią jest prześladowaniem jej, bo ona stwierdziła, że jest Tomkiem. Absurd. Ludzie byli całkowicie wykluczani ze swoich grup za coś takiego. Pamiętam, że najlepsze na roku studentki, dziewczyny naprawdę zdolne, wykazujące się wybitną kulturą słowa, porwane psychologią tłumu, podczas tych czarnych protestów bez oporu szły i skandowały wulgarne teksty albo zamieszczały tego typu treści w internecie. Osoby, po których bym się tego kompletnie nie spodziewała i dotyczyło to też wykładowczyń. Ludzie o innych poglądach byli po prostu brutalnie wyszydzani. To wszystko było tak zupełnie bezrefleksyjne. Przecież na tych marszach domagaliśmy się prawa do zabijania. Pojawiło się hasło „I wish I could abort my goverment”, czyli była świadomość, że „abort” to usunięcie człowieka, zabicie go! Nikt z tego tłumu nie łączył faktów. Nikt nie potrafił tak naprawdę powiedzieć, kiedy zaczyna się człowiek, ale byliśmy absolutnie pewni, że w brzuchu matki, to jeszcze nie. Skąd ta pewność? Z rzucanych w internecie opinii.

LL: Co było punktem zwrotnym w Twoim życiu? Co wpłynęło na zmianę?

„J”: Najprościej mówiąc, skończyłam studia, wyszłam z tego środowiska i założyłam rodzinę. Mój narzeczony miał tu największy wpływ. To była miłość od pierwszego wejrzenia, nie miało dla mnie znaczenia, że on nie podziela moich lewicowych poglądów. To była nowość, bo kiedyś nie wyobrażałam sobie związku z kimś takim, „właściwe” poglądy to była podstawa. On pokazał mi, że można żyć inaczej, że można żyć prościej. Przede wszystkim, że nie trzeba cały czas walczyć i że wiara to taka normalna, naturalna rzecz. Kolejną ważną rzeczą była ciąża i urodzenie dziecka. Odkryłam, na czym tak naprawdę polega ten stan błogosławiony i dlaczego tak właśnie określa się ciążę. Zaczęłam cieszyć się i cenić w końcu własną, niepowtarzalną kobiecość. Wywaliłam z głowy te durne feministyczne frazesy. Kobieta nie potrzebuje żadnej progresywnej liberalnej ideologii, żeby nią dyktowała. W ciąży w końcu zaczęłam myśleć i słuchać opinii tej drugiej strony. Okazały się być sensowne. Dawniej bazowałam na subiektywnych streszczeniach rzeczywistości, przedstawianej przez lewicowych radykałów od aborcji i LGBT. To nie ma nic wspólnego z prawdą. Podjęłam poważną refleksję na tematy dotyczące aborcji, znalazłam wiele świetnych organizacji pro-life, które działają na różne sposoby i robią dobre rzeczy. Wróciłam do korzeni, do wiary, do Kościoła, do modlitwy na różańcu, do tego wszystkiego, co daje poczucie bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od lat jestem szczęśliwa i spełniona pod każdym względem.

Kulminacyjnym momentem w moim życiu była rozmowa z kilkoma moimi przyjaciółkami. Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, trudno mi było znaleźć pracę. I wszystkie te moje koleżanki stwierdziły, że aby móc lepiej zarabiać i realizować się jako kobieta, powinnam dokonać aborcji. To był moment zwrotny, nagle coś zaczęło dotyczyć bezpośrednio mnie i mojego dziecka. One zaproponowały mi zabicie mojego dziecka, mojej córeczki! Jakby grom przeszedł przez moją głowę… To były długoletnie znajomości, ale w tym momencie je po prostu zakończyłam. Urwałam kontakt i nie żałuję.

LL: Jak oceniasz środowiska proaborcyjne?

„J”: Są to grupy głównie kobiet o bardzo niskim zadowoleniu z życia i kobiet bardzo pesymistycznych, nastawionych anty: anti-life, antynatalistycznie. Kobiet, które bardzo łatwo skreślają ludzi, nauczyły się tego w wieku nastoletnim i nie wyrosły z tego. Często gardzą mężczyznami z powodu braku ojcowskiego autorytetu. Nie zawsze głoszą ostre hasła, ale będąc w tym środowisku czuje się, że można się przyczepić dosłownie do wszystkiego w zachowaniu mężczyzn. Dziś doszło do takiego poziomu absurdu, że spojrzenie według nich jest już molestowaniem, a miłe gesty ze strony mężczyzn (choćby otwarcie drzwi) to napaść. Te kobiety są jakby uzależnione od tego wojowniczego nastawienia. Będąc feministką, cały czas szarpiesz się z rzeczywistością, na każdym kroku znajdujesz coś, co trzeba poprawić i próbujesz to robić w sposób agresywny i absolutnie bezkompromisowy. Jeśli ktoś ma inne poglądy, to to jest obraza majestatu, seksizm, homofobia i transfobia. Dla nich walka właściwie nigdy się nie kończy, codziennie budzą się z wojowniczym nastawieniem wobec wszystkich o odmiennych poglądach, przekonane, że wszyscy knują przeciwko nim i one muszą walczyć, walczyć, walczyć. To jest wysysająca życiowe siły wściekłość na świat. Gdy należałam do tych grup, zawsze byłam spięta, nie mogłam odetchnąć pełną piersią. Podświadomie czułam, że robię to wbrew sobie i wbrew kobiecej naturze, która jest delikatniejsza i spokojniejsza. I nie domaga się zabijania. Walcząc o prawa kobiet, zapomniałam o prawach człowieka.

LL: Na koniec – co chciałabyś przekazać młodym dziewczynom, żeby ustrzec je przed tym, co przeszłaś?

„J”: Nastoletni bunt jest zrozumiały, ale warto zastanowić się, do czego może doprowadzić odwrócenie się od wartości, które przekazała nam rodzina. Czy nie jest to rezygnacja z tego, co do tej pory dawało mi szczęście? Czy naprawdę nie znajdę w rodzinie wsparcia, które otrzymywałam do tej pory? Czy warto rzucić to wszystko po jednej złej radzie od kogoś? Czy wystąpienie przeciwko rodzinnym wartościom daje ci dreszczyk emocji? Zastanów się, dlaczego. Co cię w tym pociąga, poza poklaskiem kolegów? Czy niesie ci to poza tym jakiekolwiek korzyści? Feminizm to tak naprawdę zacięta, nienawistna walka. Jesteś na to gotowa? Jeśli czujesz się samotna i niezrozumiana, pomyśl czy nie warto zgłosić się do specjalisty lub po prostu porozmawiać z kimś zaufanym. Spróbuj poszukać pomocy, jeśli potrzebujesz i pamiętaj, że grupa znajomych to nie są specjaliści od zdrowia psychicznego. Nie żyłaś do tej pory w żadnej sekcie, tylko w rodzinie, we wspólnocie, której zależy na twoim dobrobycie, na szczęściu, na miłości. A jeśli już odeszłaś, to zawsze możesz wrócić do korzeni. Prawdziwi przyjaciele cię w tym wesprą.

Rozmawiała Laura Lipińska

Racje i aberracje. Dranie z durniami

Racje i aberracje 

Małgorzata Todd, mtodd

        Szanowni Państwo!
         Darujmy sobie, dialogi na epitety drani z durniami, bo zdają się one nie mieć końca. Ta szczególna symbioza przybiera na sile. Jedni i drudzy mają swoje motywacje bardziej, lub mniej uświadomione. Stają się jednak coraz większym zagrożeniem dla standardowej  normalności. Jeśli nawet robione są na pokaz, dla przykrycia prawdziwych afer, to nie umniejsza ich szkodliwości.
           Koalicji 13 grudnia udało się już bardzo wiele popsuć w naszym państwie. Niemcy, którzy wyznaczyli Tuska do totalnej demolki demokracji, coś na tym skorzystają. Pewnie mogliby osiągnąć więcej, gdyby nie postawili również u siebie na własnych durni i drani.
          Dyskusja na epitety niczego nie załatwi, ma jednak doprowadzić do wojny domowej. Na razie, to taki wabik dla naiwnych kibiców jednej ze stron nawalanki. W imię tolerancji, racje są tyle warte, co aberracje.
      

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Czy będzie wojna? Czy Kukuła stanie – z bronią w ręku??

Czy będzie wojna?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    13 października 2024

Co robi profos? Drzemka poobiednia spadła na świetnej armii środowisko” – pisał w natchnieniu jednoroczny ochotnik Marek, jeden z bohaterów „Przygód dobrego wojaka Szwejka”.

I kiedy wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić poobiedniej drzemki, jaka spadła na środowisko naszej niezwyciężonej armii, nagle z nirwany wyrwały ją słowa pana generała Wiesława Kukuły, szefa Sztabu Generalnego. Przemawiając na inauguracji roku akademickiego w Akademii Wojskowej we Wrocławiu, pan generał Kukuła powiedział m. in., że obecne pokolenie Polaków stanie z bronią w ręku w obronie Polski. Mamy zatem dwie możliwości; albo pan generał wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy, albo nic nie wie, a tylko tak mu się powiedziało. I jedna i druga możliwość wydaje się prawdopodobna, z tym oczywiście, że nikt nie stanąłby w obronie Polski, ponieważ Nasi Sojusznicy Polskę to dobrze jak by wykorzystali, żeby – wkręcając ją w maszynkę do mięsa – nadal „osłabiać Rosję”, kiedy zabraknie już ostatniego Ukraińca.

To jest jasne jak słońce i proste, jak budowa cepa. Pisałem bowiem, że amerykańscy twardziele w końcu skapowali, że prowadzenie wojen per procura, to znaczy – za pośrednictwem frajerów – jest znacznie tańsze, niż wojowanie bezpośrednie. Oto na „operację pokojową” i „misję stabilizacyjną” w Iraku i Afganistanie USA wydawały ok. 300 mln dolarów dziennie, podczas kiedy amerykańskie wydatki na wojnę na Ukrainie wynoszą średnio ok. 55 mln dolarów dziennie, a poza tym amerykańscy żołnierze nie giną, a pociski nie urywają im rąk ani nóg, więc czegóż chcieć więcej?

Dlatego Nasi Sojusznicy chętnie wkręciliby Polskę w maszynkę do mięsa, zwłaszcza w taki sposób, żeby nie rodziło to żadnych zobowiązań ani dla Ameryki, ani dla NATO. Ale możliwe jest również i to, że pan generał Kukuła zwyczajnie „dodał dramatyzmu” swemu przemówieniu, żeby wyrwać kadetów z nirwany. „Kadeci siedzą, dłubią w nosie, ziewają, z dzikiej nudy puchną, czują się prawie, jak w areszcie i myślą sobie: kiedyż wreszcie przestanie bździć to stare próchno?” – jak przedstawiał atmosferę w Saint-Cyr podczas wykładu księżnej de Guise o androgynie w nieśmiertelnym poemacie Bania w Paryżu” Janusz Szpotański. Czy udało mu się w ten sposób wyrwać wrocławskich kadetów z nirwany – tego nie wiemy – natomiast okazało się, że deklaracja pana generała Kukuły poderwała na równe nogi korpus oficerski, a zwłaszcza – generalicję. I trudno się dziwić, bo kogóż by nie zaniepokoiła perspektywa stanięcia z bronią w ręku w dodatku – w obronie Polski? Wiadomo, że generałowie są w pierwszym szeregu bojowników walki o pokój, bo taka batalia gwarantuje spokojne doczekanie emerytury, kiedy to rozpoczyna się prawdziwe życie. Toteż w przestrzeni publicznej aż się zaroiło od zaniepokojonych komentarzy. Pan Leszek Miller wyraził nawet pogląd, że pan generał Kukuła powinien niezwłocznie się zdymisjonować, a wtóruje mu Wielce Czcigodny poseł Michał Kobosko, co to – zanim został impresariem Szymona Hołowni – uczestniczył we wpływowym waszyngtońskim think-tanku, Radzie Atlantyckiej. Zasiadają tam ważni generałowie z Pentagonu, wysocy rangą bezpieczniacy z CIA i FBI, Goldmany-Sachsy z Wall Street – a między nimi – pan Kobosko. Komentując wypowiedź pana generała Kukuły zauważył, że „nie płacimy mu za to, by straszył społeczeństwo”. No dobrze – za straszenie nie – a w takim razie – za co mu płacimy? Czy przypadkiem nie za to, jak wszystkim innym generałom – żeby utrzymywali społeczeństwo w przekonaniu, że jest bezpiecznie – że „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest marszałek Śmigły Rydz”? To by należało wyjaśnić zwłaszcza teraz, kiedy nasza niezwyciężona armia z bronią u nogi przygląda się, jak bodnarowcy na polecenie Berlina, demolują Lachom państwo.

Jednym z przykładów tej demolki jest zatwardziałość pana Dariusza Korneluka, w którym pan Adam Bodnar upodobał sobie, jako w Prokuratorze Krajowym. Tymczasem Izba Karna Sądu Najwyższego w składzie trzech sędziów, których Judenrat „Gazety Wyborczej” nazywa „neosędziami” orzekła, że Prokuratorem Krajowym jest cały czas pan Dariusz Barski. Słowem – Dariusz przeciwko Dariuszowi – bo pan Bodnar, podobnie jak bodnarowcy, „nie uznaje” coraz to nowych instytucji naszego tubylczego bantustanu, a zgodnie z socjalistycznym podziałem pracy, rewolucyjnej teorii dostarcza mu „babunia walczącej demokracji”, czyli pani prof. Ewa Łętowska. W tej sytuacji pan Marcin Romanowski, któremu Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy cofnęło immunitet, by rzucić go na pożarcie rozdokazywanym politycznie niezawisłym sądom, zachował się powściągliwie i 7 października nie stawił się na przesłuchanie w prokuraturze pod pretekstem służbowego wyjazdu na Węgry. Czy z uwagi na wrogość vaginetu Donalda Tuska wobec Wiktora Orbana, pan Romanowski może czuć się na Węgrzech względnie bezpiecznie – to się okaże, podobnie jak w przypadku pana Janusza Palikota. Jak wiadomo, biłgorajski filozof, został zatrzymany przez CBA i postawiony przed obliczem prokuratora, który już sam nie wiedział, ile zarzutów mu postawić. Ale jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy – powiada przysłowie – toteż pan prokurator w gorliwości swojej podobno ujawnił tajemnicę adwokacką – co nieubłaganym palcem wytknął mu właśnie wynajęty przez biłgorajskiego filozofa pan mecenas Jacek Dubois. Widać wyraźnie, że zarówno obrońcy pana Romanowskiego, jak i obrońcy biłgorajskiego filozofa, najpoważniejsze argumenty, w postaci wątpliwości, czy prokuratorzy oraz niezawiśli sędziowie aby na pewno są legalni, rezerwują sobie na później. W tej sytuacji prawdopodobieństwo, że zarówno prokuratorzy bodnarowscy, jak i prokuratorzy antybodnarowscy, wezmą się za łby, podobnie jak niezawiśli sędziowie, którzy w dodatku zaczną okładać się łańcuchami. Czym się ta curiomachia zakończy, to znaczy – która prokuratorska wataha i która wataha sędziowska zostanie na placu boju? Jeśli będą to bodnarowcy, to pan Romanowski nie będzie miał innego wyjścia, jak poprosić o azyl na Węgrzech – bo w Norwegii nic by pewnie nie wskórał. Co innego biłgorajski filozof. Ten miałby szansę właśnie w Norwegii, gdzie mógłby dołączyć do innego płomiennego szermierza praworządności w naszym bantustanie, czyli pana Rafała Gawła. W odróżnieniu od pana Romanowskiego skazany był on tylko za zwyczajne oszustwo i dostał azyl, a w tej sytuacji kto wie – może i biłgorajski filozof znalazłby tam przytulisko?

Tymczasem bezcenny Izrael „broni się” już na siedmiu frontach, co pokazuje, że Beniamin Netanjahu chyba naprawdę chce zrealizować obietnicę Stwórcy Wszechświata, który pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi miał obiecać dla jego potomstwa władzę nad obszarem „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. Gdyby mu się to, przy mocy USA udało, to oczywiście o żadnym kryminale już nie byłoby mowy. Przeciwnie – jakiś cadyk, za odpowiednim wynagrodzeniem, mógłby obwołać go mesjaszem i w ten sposób świat wreszcie zyskałby prawowitego władcę.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Jawnie nas rabują: Dopłaty obejmą m.in. ciężarówki zeroemisyjne…

10 miliardów z Funduszu modernizacyjnego

Dopłaty obejmą m.in. ciężarówki zeroemisyjne magazyny energii i budowę infrastruktury energetycznej

Ze wsparcia skorzystają m.in. firmy transportowe przy okazji wymiany ciężarowych flot

  • elektromobilni.pl/doplaty

  • Programy pomocowe przygotowane przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) o łącznym budżecie 10 mld zł uzyskały akceptację Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). 2 mld zł zostanie przeznaczone na budowę lub rozbudowę sieci elektroenergetycznych na potrzeby ogólnodostępnych stacji ładowania dużych mocy. Na zakup lub leasing zeroemisyjnych pojazdów ciężarowych określono budżet wsparcia na 2 mld zł. Na budowę magazynów energii przeznaczono dofinanasowanie w kwocie 4 mld zł.

Miliardy na inwestycje

Magazyny energii elektrycznej i związana z nimi infrastruktura dla poprawy stabilności polskiej sieci elektroenergetycznej – budżet ponad 4 mld zł. Z kolei na budowę bądź rozbudowę sieci elektroenergetycznych na potrzeby ogólnodostępnych stacji ładowania dużych mocy określono budżet w wysokości 2 mld zł. Wsparcie na zakupu lub leasing pojazdów zeroemisyjnych kategorii N2 i N3 wyniesie również 2 mld zł. Energia dla wsi – tu zwiększono budżet o 2 mld zł.

To największa transza środków, jaką zatwierdził nam dotychczas Europejski Bank Inwestycyjny. Fundusze, które otrzymujemy ze sprzedaży praw do emisji dwutlenku węgla, przeznaczamy na zieloną transformację w Polsce, w kierunku gospodarki niskoemisyjnej. Nowe programy przeszły konsultacje, działamy w sposób transparentny i wsłuchujemy się w głosy naszych interesariuszy.  Naszą misją jest wydawanie tych środków w sposób efektywny, by przyniosły jak największy efekt ekonomiczny i ekologiczny, z korzyścią dla całego społeczeństwa – powiedziała prezeska NFOŚiGW Dorota Zawadzka-Stępniak.

Od prawej: prezes zarządu NFOŚiGW Dorota Zawadzka-Stępniak, minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska

4 mld zł na magazyny energii

Celem programu Magazyny energii elektrycznej i związana z nimi infrastruktura dla poprawy stabilności polskiej sieci elektroenergetycznej jest poprawa stabilności pracy Krajowej Sieci Energetycznej (KSE) oraz bezpieczeństwa energetycznego kraju. Pomoc kierowana jest do przedsiębiorców, w rozumieniu ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców, z wyłączeniem podmiotów sektora finansowego.

Z programu przedsiębiorcy będą mogli otrzymać dofinansowanie do budowy magazynów energii elektrycznej o mocy nie mniejszej niż 2 MW oraz pojemności nie mniejszej niż 4 MWh, przyłączonych do sieci dystrybucyjnej i przesyłowej na wszystkich poziomach napięcia. Dofinansowanie przewidziano w formie dotacyjnej od 45 proc. do 65 proc. całkowitych kosztów inwestycji – w zależności od wielkości podmiotu ubiegającego się o wsparcie. Pożyczki mogą wynieść do 100 proc. kosztów kwalifikowanych. 

Polska zgłosiła do notyfikacji Komisji Europejskiej program, za pomocą którego zamierza wspierać nowo powstające magazyny energii elektrycznej.  Komisja 3 października zatwierdziła ten program. Warunki pomocy zostaną zawarte w dwóch rozporządzeniach Ministra Klimatu i Środowiska dotyczących odpowiednio środków pochodzących z Funduszu Modernizacyjnego i Krajowego Planu Odbudowy (projekty są w trakcie prac legislacyjnych). Rozporządzenia te będą stanowiły krajową podstawę prawną udzielenia pomocy publicznej i uruchomienia przez NFOŚiGW programu priorytetowego oraz naboru wniosków o dofinansowanie.

Operatorzy skorzystają z 2 mld zł dotacji

Program Budowa/rozbudowa sieci elektroenergetycznych na potrzeby ogólnodostępnych stacji ładowania dużych mocy będzie wspierał rozwój infrastruktury elektroenergetycznej na potrzeby budowy ogólnodostępnych stacji ładownia dużych mocy. Stacje muszą być zlokalizowane wzdłuż sieci bazowej TEN-T, przy centrach logistycznych, bazach eksploatacyjnych, terminalach intermodalnych, MOP na sieci bazowej rozszerzonej lub kompleksowej TEN-T. Celem programu jest zmniejszenie liczby pojazdów emitujących CO2, a tym samym poprawa jakości powietrza. Dofinansowanie zaprojektowano w formie dotacyjnej w wysokości do 100 proc. kosztów kwalifikowanych. Beneficjentami będą mogli być Operatorzy systemu dystrybucyjnego (OSD) elektroenergetycznego.

2 mld zł na zeroemisyjne ciężarówki

Celem programu Wsparcie zakupu lub leasingu pojazdów zeroemisyjnych kategorii N2 i N3 jest uniknięcie emisji zanieczyszczeń powietrza, poprzez dofinansowanie inwestycji polegających na obniżeniu zużycia paliw emisyjnych w transporcie. W ramach tej inicjatywy wspierany będzie zakupu lub leasing ciężarowych pojazdów zeroemisyjnych.

Beneficjentami programu będą mogli być przedsiębiorcy – w rozumieniu ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców. Wysokość dotacji uzależniona będzie od rodzaju podmiotu ubiegającego się o dofinansowanie, kategorii pojazdu oraz wysokości dopuszczalnej pomocy publicznej.  Przewidziano dofinansowanie do 400 tys. zł dla pojazdów zeroemisyjnych kategorii N2 (o masie całkowitej od 3,5 t do 12 t) oraz maksymalnie do 750 tys. zł dla pojazdów kategorii N3 (o masie całkowitej powyżej 12 t). Dotacja może wynieść nie więcej niż 30-60 proc. kosztów kwalifikowanych w obu kategoriach. 

OZE i magazyny energii na wsi z dodatkowymi miliardami

Energia dla Wsi to kontynuacja istniejącego już programu, z planowanym zwiększeniem budżetu do 3 mld zł, w tym 1 mld zł dla zwrotnych form dofinansowania oraz 2 miliardy zł dla dotacji. Beneficjentem programu mogą być, jak dotychczas, rolnicy oraz spółdzielnie energetyczne (także powstające) lub jej członkowie. Dofinansowanie jest przyznawane na instalacje OZE wraz z magazynami energii zlokalizowanymi na terenie gmin wiejskich i wiejsko-miejskich. Intensywność pomocy uzależniona jest m.in. od rodzaju podmiotu ubiegającego się o wsparcie, rodzaju instalacji OZE i jej mocy.

Wygaszanie Polski, czyli czy Kasandra miała rację?

12.10. Wygaszanie Polski, czyli czy Kasandra miała rację?

By Jerzy Karwelis on 12 października, 2024, wpis nr 1304

Właściwie to nie bardzo wiadomo jacy są ci Polacy. Wielu wskazuje, że żyjemy w czasach przedrozbiorowych, bo te chyba charakteryzowały się tym samym co dzisiejsze – większość wcale nie uważała, że coś się kroi. W szkole męczono mnie na temat rozbiorów na różne sposoby. Ja wiem, z pozycji wtedy  Polski Ludowej trzeba było wciskać nowe rewelacje o polskiej historii, które były miksem prawd i kłamstw mających wytłumaczyć stan ówczesny. Że za komuny musimy być częścią większej całości, bo sami ze sobą nie możemy sobie, jak widać, poradzić. Mieliśmy w historii czasy wielkości, ale te skończyły się fatalnie i nie ma co myśleć o takiej przeszłości, bo ta nas zawodzi. Jest tylko krótkim przystankiem, aberracją dziejów w naszym mentalnym skazaniu na małość, z bolesnym przebudzeniem z takich snów. I za PRL-u wskazywano nam na wiele błędów dziejowych, popełnionych przez Polaków, które nas do rozbiorowych upadków doprowadziły.
Peerelowskie winy rozbiorowe
Wiadomo – ta „historia wstydu” miała wtedy swoje ideologiczne uzasadnienie, ale oddzielmy to od pomieszanej z tym prawdy. PRL utrzymywało kilka tez: że byliśmy źle uplasowani geopolitycznie i pokłóceni ze wszystkimi sąsiadami, zwłaszcza z Rosją. A za PRL to radziecka emanacja Rosji i przyjaźń z nią miały nam pokazywać, że polska rusofobia to nasze przekleństwo. Trzeba patrzeć na Wschód, bo tam nasza, pansłowiańska, przyszłość. Był to więc argument taktyczny. Drugim, podobnym, ale lżejszego kalibru, było twierdzenie, że to wina naszych zapyziałych stosunków społecznych. Wiadomo, lewacy mieli pretensje, że socjalizmu nie było nie tylko w wieku XVIII, ale i w starożytności. To było śmieszne, ale dzwoniono dobrze, tyle, że nie w tym kościele. Z naszymi stosunkami społeczno-politycznymi to było głównie tak, że z powodu utrzymania się starej struktury społecznej, opartej na konserwowaniu rolnictwa w wykonaniu ziemiaństwa nie wykształciły się ani przemysł, ani klasa średnia. Zachód zaczął odjeżdżać nam na całego, co jeszcze pogłębiło zacofanie rozbiorowe. Najlepszym tego przykładem jest fragment z filmu „Szwadron” (12:35), kiedy rosyjscy żołdacy poskramiający powstanie styczniowe dworują sobie, że w Londynie otwarto pierwszą linię metra, czyli według nich „koncept dla kretów”. Ten rozziew był już w okresie przedrozbiorowym i tony książek napisano, i cysterny krwi wylano, by w przyszłość szedł ze szlachtą polski lud. Niewiele z tego wyszło.
Okazało się, że tak naprawdę to przegraliśmy przez… innowacyjność w demokracji. Tak, winą nie było to, że uprawialiśmy nie tylko przodujące formy ustrojowe, ale głównie to, że ćwiczone one były w otoczeniu państw autokratycznych – nasza jak najbardziej rozwinięta i naiwnie rozumiana demokracja musiała przegrać. Po prostu w środku Europy rodził się ładny i niespotykany źrebaczek, ale otoczony był przez wilki, i losy jego bezbronności były przesądzone. I teraz te wilki, co to nas pożarły, przebrały się za źrebaczki i uczą nasze państwowe pozostałości jak to źrebaczkami być. Uważają nas za niedoróbki, rachityczne i niedorozwinięte jednostki aspirujące do dojrzałej państwowości, choć to ich dwie wojny poobgryzały nam nasze kosteczki. Okazało się wtedy, ale to nie znaczy, że wiemy to i dziś, że w tej części Europy Polska musi być silnym państwem, jeśli ma istnieć jako projekt i byt instytucjonalny.Oczywiście ciągnie się za nami ta ponura sława, że nie dorośliśmy swym metalem do tych rozwiązań, nie rozróżniając między wolnością a samowolą, interesem zbiorowości a własnym. Na taką wadę wskazywała komuna w swych naukach rozbiorowych – mieliśmy się ukorzyć przed własnymi wadami narodowymi, oddając stery nad naszą rozpasaną wizją wolności w ręce przywódców obdarzonych – darowanym z Moskwy – rządem wszystkiego, ale nie dusz. Jak sobie nie radziliśmy jako naród, to trzeba nam było znaleźć impuls zewnętrzny, który nas uratuje przed samym sobą. Jest coś w tym, że my, jedni z pierwszych zachodnich uprawiaczy wolności, miotaliśmy się w tej puszce dziejów, króla lekceważyliśmy – co to za estyma, wszak z elekcji mógł nim zostać każdy, nawet potopowy „Piekłasiewicz” z Psiej Wólki (2:30), byleby ze szlachty. Na armię skąpiliśmy, bo każdy magnat miał swoje zagony. I stworzyliśmy układ, gdzie króla można było sobie kupić (z zagranicy), zaś potężna Polska stała się krajem upadłym, do najechania. Nie jesteśmy bez win i nie wszystko da się zarzucić na geopolitykę i na nasze prymusostwo we wdrażaniu europejskiej demokracji.Jedną z taktycznych, ale bardzo ważnych wad była wspominana często przed redaktora Michalkiewicza zadziwiająca pobłażliwość w stosunku do zdrajców i agentów. To jest jakiś rys szczególny, bo trwający nawet do dzisiaj. W innych krajach to był powróz i stryczek, u nas cackano się z pulardą. Do końca. A bezkarność daje jeden przykład – do kontynuacji na rozszerzającą się skalę. U nas były całe zastępy jawnych jurgieltników, na żołdzie państw obcych. I oni mieszali w polskim garze. A skoroś zdrajca nieukarany, to i pamięć po tobie zaniknie, bo któż by tam gromadził polskie rachunki krzywd i przekazywał je z pokolenia na pokolenie? Tak, pamięć – to też nasza słaba strona. Nie uczymy się na błędach, nawet swoich własnych, osobistych. Co dopiero jako społeczność, naród. A to skazuje nas na ciągłe powtarzanie tej samej lekcji historii, tylko w nieznacznie różnych wariantach geopolitycznych. I właśnie powtarzamy taką lekcję, tylko, że nikt jej nie słucha, zapatrzony w ekrany smartfonów „nowej normalności”.
Podobieństwo momentów?
A więc już wyeksploatowaliśmy na rzecz tego dyskursu kwestię analogii czasów dzisiejszych do czasów przedrozbiorowych i pora przyjrzeć się czy jest to porównanie naciągane, czy tylko nieznacznie różniący się wariant tamtej sytuacji. A więc wróćmy do tamtych tez. Geopolitycznie siedzimy w tym samym miejscu, tyle, że jesteśmy mniejsi i „może nas nie zauważą?”. Popatrzmy na tych, co nas mają nie widzieć, czyli sąsiadów naszych. Jak z nimi stoimy? Słabiutko. Popatrzmy się tak dookoła. Czesi, jak zwykle – my ich lekceważymy, a oni nas. My ich za niezgulstwo i schlebianie Niemcom, oni nas za zadarty nos wyższości i nieobliczalne awanturnictwo. Słowacy – raczej słabo, od kiedy poróżniły nas efekty naszych ostatnich wyborów, kiedy Słowacja ma kurs ostro antyunijny. Ukraina to osobna katastrofa, bo my się czujemy niedowdzięczeni, zaś Ukraińcy zrobili sobie z nas zdrajcę zastępczego, głównego przyszłego winowajcę opuszczenia Ukrainy przez Zachód. Białoruś – to samo, nasza wschodnia racja stanu przeciągania Łukaszenki na stronę Zachodu za pomocą polskiego pasażu spłonęła na ołtarzu zachodniej polityki antagonizowania Wschodu, nawet kosztem naszej tam Polonii. No, zostały nam Niemcy i Rosja, bo Skandynawów, choć graniczymy przez Bałtyk, odpuściliśmy sobie, poddani stałemu impulsowi Zachodu, byśmy byli stacją benzynową na drogach wschód-zachód, a nie samodzielnym podmiotem montującym kontynentalne korzyści dla układu północ-południe, czym jest w zasadzie plan Międzymorza.A więc Rosja – moim zdaniem nasz stosunek do niej jest wypadkową naszych zagranicznych patronów politycznych. Jak jesteśmy w orbicie USA, to nasz stosunek do Rosji jest wypadkową aktualnej polityki Waszyngtonu. Teraz jesteśmy mocno przeciw, bo taka jest jazda z Bidenem. Jak jesteśmy w orbicie Berlina – to samo. Za Tuska pierwszego, jak energetyczny deal stulecia robiły Niemcy z Rosją, to Tusk był rzeczywiście „Putina człowiekiem w Warszawie”. Teraz, gdy z powodu wojny na Ukrainie wszystko się pozamieniało, to ci sami ludzie i w Berlinie, i w Warszawie, którzy zabiegali o przychylność włodarza Kremla, teraz prześcigają się w tropieniu onucyzmu, szczególnie wśród tych, którzy… ostrzegali ich jeszcze 3 lata temu przed układaniem się z Kremlem. I taki jest nasz stosunek do Rosji – jak nam każe pryncypał.Znowu stosunek do Niemiec jest wypadkową tego kto rządzi. Jeżeli to jest delegatura Berlina, jak teraz, to jest prosty kurs na to, co teraz mamy – słuchamy się jak świnia grzmotu, likwidujemy nasze ostatnie ścieżki rozwojowe – po drodze do przyszłego dealu z Rosją (a powrót do niego jest niechybny, jak Owsiak w piekle) nie może być żadnych przeszkód. Ma być swobodny, wolny przejazd, co najwyżej jakieś stacje obsługi, żadnych marzeń panowie. Nie może być, że tu poważne kraje się umawiają, konie kują, a jakaś biało-czerwona żaba nogę podstawia. Sprawa jest jasna. Inna sprawa jest jak mamy u nas rządzące przedstawicielstwo amerykańskie. Wtedy element niemiecki jest odstawiany na bok, mamy się komu poskarżyć, możemy patrzeć za ocean i się stawiać. No, chyba, że mamy jak teraz. Bo przedtem mógł PiS się stawiać (i tak to robił w stopniu minimalnym) Berlinowi, bo Trump się z Niemcami nie lubił, uważając ich (i słusznie) za pasażera na gapę, który swe środki zamiast na obronę (tę zostawił łaskawie w rękach USA) przeznaczał na swój socjal i międzynarodową ekspansję. W dodatku poprzez wzmacnianie gospodarcze Rosji swoimi dealami osłabiając pozycję Stanów.Ale teraz się zmieniło. Doszło do dealu Waszyngron-Berlin w wykonaniu Bidena, który mianował na swego europejskiego junior-partnera Niemcy. Wtedy zaszło słońce nad Polską, choć naród się nieźle bawił, nawet w pandemię. Nie widząc tego, że jak się nasi naprzemienni, a właściwie równoważący czy znoszący swymi wpływami dwaj partnerzy wpływu dogadają, to nie będzie już żadnej alternatywy. Nie będzie w co grać, nie będzie nadziei. PiS się jeszcze opierał w tym układzie, ale coraz słabiej. Nie miał szans, Unię już sobie prawie całkowicie odpuścił, a jak przyszły Tuski, to już się układ domknął.Nie ma dobrego wyjścia, bo stan dotychczasowy jest dla nas zabójczy, chyba, że wygra Trump. A i wtedy nie wiadomo jak będzie, wielu więc woli znane zło, niż nieznane zagrożenie. Bo Trump chce tę wojnę na Ukrainie skończyć, ale nikt nie wie, za jaką cenę. A my możemy być w tym koszyku i nikt nie wie na co się wtedy strony umówią. Wpływy Rosji w Europie wzrosną, co dla nas jest wiadomością fatalną, bo niewiele można powiedzieć o naszej racji stanu, ale na pewno do jej podstaw należy, żeby Rosja nie zasiadała przy stole spraw europejskich, a zwłaszcza przy takim stole, gdzie nas nie ma, za to decydują się nasze losy. A taka nam się Europa kroi. Zresztą – inna teraz też nie istnieje.
Wygaszanie Polski – objawy
Dlaczego uważam, że żyjemy w układzie zamkniętym? Bo, moim zdaniem, jesteśmy świadkami wygaszania Polski. No właśnie – czy świadkami, czy tylko widzami, którzy niewiele z tego rozumieją? I tu wróciliśmy wielkim kołem do początku naszych rozważań. Czyli – a jesteśmy w podobnej sytuacji granicznej dla naszego kraju – czy jest i jeśli jest, to jaka, percepcja narodowa tego stanu? Czy jak za Sasa popuszczamy sobie pasa (dodajmy – za pożyczone), licząc, że znowu będziemy mieli fart, a właściwie jakąś prolongatę cudownej cezury w naszych dziejach powolnego wzrostu i szybkich upadków, gdzie po upadku przeżywamy wielopokoleniową lekcję, że może jednak lepiej rządzić się samemu? Właśnie, czy tacy jak ja, to są – jak za kowida – jakieś przewrażliwione wyjce, tworzące co najwyżej jakieś lokalne grupy Laokona, wieszczki zagłady, podczas, kiedy dookoła kwili życie „rumiane, jak rzeźnia o poranku”? Co myślą wyborcy „uśmiechniętej Polski”? Bo przecież nie mogą nie widzieć wygaszania naszego kraju w kierunku rzeczonej stacji benzynowej, co najwyżej montowni Zachodu, dzieła pokracznego decouplingu, małymi Chinami, gdzie – teraz Polak – będzie zawijał zachodnie dobra w sreberka.
Nie można nie widzieć tego mówienia o rządzeniu, zamiast rządzenia, kierowania się nie obowiązkami instytucji państwowych, ale PR-em skierowanym do swego elektoratu, zwijania inwestycji, łykania, ba – forsowania rozwiązań klimatycznych, uchodźczych, obyczajowych czyniących z naszego kraju gospodarczą pustkę wypełnioną zagranicznymi korporacjami zblatowanymi z lokalnymi „dopuszczaczami” do rynku. Widać to na każdym kroku i trzeba być ślepym, by tego nie zauważać. Ślepym, albo może zaślepionym? Tak, może w tym jest część odpowiedzi. Chodzi o takich, którzy bardziej nienawidzą PiS, niż kochają swoją ojczyznę. I tak wielu z nich nigdy jej nie kochało, bez względu na to kto rządził. Chce, by ten nieudany eksperyment (z dokładnie takich samych powodów jak w przedrozbiorowej narracji PRL-u) rozpuścił się w czymś większym. Kiedyś w panslawizmie pod przywództwem Rosji, później w rodzinie radzieckiej – dziś w europejskim tyglu idących na cywilizacyjną zagładę. Ci to nie będą widzieli takiego wygaszania kraju, a nawet jak to zauważą, to temu przytakną. Po co te wszystkie trudy, trzeba tylko doczepić się (choćby z ostatnim) wagonikiem do pociągu postępu, nie grymasić, bo z tego – jak widać – same tylko zgryzoty. Ci będą powtarzać, że jako naród to jesteśmy wstydem Europy, zaś tylko nasze elity, do których się rzecz jasna apologeci ojkofobii zaliczają, godne są obcowania z unijnym kosmosem kosmopolityzmu. Tak – ci nic nie widzą, a jak zobaczą, to przytakną.Ale ilu tam ich jest, takich? Uwaga! – coraz więcej. Mamy bowiem dwie drogi: przebudzenia z jednej i zsucziwanija z drugiej. Jedna mówi, że zawiedzeni się odwracają od zdrajców wiarygodności, choćby dopiero przy następnej urnie. Druga szkoła mówi, że w miarę grzęźnięcia w okropieństwa – stają się oni wspólnikami. Wystarczy tylko nie zareagować. Jak w mafii, żeby wejść musisz zabić i stajesz się taki jak my – spółką współwinnych. Jak by co, to przecież to wszystko nasza robota. A milczenie (krzywo) uśmiechniętych jest takim wspólnictwem, z którego się trudno wycofać. Coraz trudniej, im bardziej to przyspiesza w strony niespodziewane.
Mimikra wygaszania, czyli dym
Mamy do czynienia z mimikrą wygaszania Polski. To, że inwestycje, że CPK zrobią u siebie Niemcy, Węgrzy czy Austriacy to trudno. Poszło. Ale najgorszy jest demontaż państwa. Jesteśmy na granicy państwa upadłego. Kolejne instytucje są likwidowane, a to przecież sól demokracji. W dodatku te filary stoją na jednym ważnym, acz chybotliwie polskim fundamencie – zaufaniu społecznym. Zaufaniu, które jest teraz potężnie testowane. A Polakom tylko tego trzeba – zakwestionowania sensu i powagi instytucji republiki, które demonstracyjnie wykazuje obecna ekipa. Dla odrodzenia się demona polskiego warcholstwa, machnięcia ręką na państwowość, potakiwania, że u nas tak zawsze, żeby wreszcie przyszedł ktoś i zrobił porządek. No to przyjdzie. Jak na zawołanie.Wielu mówi, że opadliśmy na dno, ale codziennie odzywa się pukanie od spodu. W sądzie to nie wiesz, czy twój wyrok „w mieniu Rzeczpospolitej…” ostanie się, bo się okaże, że jeden sędzia z województwa odległego o setki kilometrów go nie uznaje, bo mu się twój skład orzekający nie spodobał. Którego prokuratora mamy się bać, którego ma się słuchać policja? Którą fabrykę teraz zamkną, bo „liberalny” rząd podwyższył płace minimalną, jeszcze wyżej niż „socjalistyczny” PiS? Jakie będą rachunki za prąd, co dowalą małym przedsiębiorcom, jaki zboczeniec zaraz poprowadzi inkluzywne lekcje w szkole naszego dzieciaka i ile miesięcy trzeba będzie czekać, by przyjął cię lekarz ze skierowaniem na cito? W takim kraju żyjemy i trzeba przyznać, że jest to kierunek upadłościowy.To my, tu u siebie. Ale najgorsze, że na świat to jeszcze chojrakujemy. Skaczemy jak wesz na grzebieniu. Potrząsamy nieistniejącą szabelką, sadzimy się po przedpokojach światowych spraw, hałłakujemy, że jakby co, to my tu zaraz, panie, Putina wdepczem, czołgiem – na Moskwę, silni, zwarci, gotowi.
Raczej ugotowani, jak żaba w europejskim bajorze podgrzewanym grzałką chichotu końca historii.I tak, jak sprzed zaborów – mamy pokraczną strukturę społeczną. Samo-mianowaną szlachtę zwaną elitą. Z zagwożdżonymi ścieżkami awansu, chyba, że poprzez kooptację. A więc awans nie wiąże się u nas z rozwojem, zasługami – jest właśnie feudalny: przyjmiemy cię, jak będziesz konserwował nasz układ. A więc mamy Polskę w pookrągłostołowej formalinie, w słoju zamkniętych nadziei, z wykrzywioną twarzą, jak ofiary zakonserwowanej przez Hanibala Lectera w „Milczeniu owiec”.
Wiem, w innych krajach jest podobnie – po kowidzie już tylko naiwni mogą wierzyć w sprawczość demosu. Chyba, że przyznają, iż sami sobie zgotowali kwarantanny, lockdowny i sanitaryzm szczepienny – wtedy tak, proszę bardzo. A Zachód to jeszcze czegoś się tam boi, choćby i resztek nieogłupiałego suwerena. Ale Zachód uczy się – od nas. Że można zarządzać krajem w drodze do realizacji globalistycznego ideolo poprzez napuszczanie na siebie grup społecznych, poprzez antagonizowanie ich sztucznymi i wmuszanymi gównoburzami. Wykopując nieprzekraczalne przepaści, bez jakichkolwiek mostów komunikacji. „Dziel i rządź”, „Polak mądry po szkodzie” (a gdzie tam!), „Gdzie dwóch Polaków, to trzy opinie”. I w końcu: „Polak Polakowi… batem!”Co jest na końcu tej ścieżki wygaszania państwa? Na pewno sąsiednie mocarstwa nie chcą mieć tu dziury, z chaosem w środku Europy. Będzie jakaś forma, coraz bardziej komisarycznego, zarządu krajem. Taki kapitalizm kompradorski, kiedy depozytariuszami interesów kolonialnych mocarstw są ich lokalni namiestnicy, otoczeni wąską elitą służąca już tylko do eksploatacji lokalsów.
Niektórzy wróżą rozpad, ale – moim zdaniem rozbiorów nie będzie, gdyż w dzisiejszych czasach międzynarodowe kłótnie o postaw polskiego sukna mogą nie być w pełni kontrolowalne. Michalkiewicz wieszczy Generalną Gubernię 2.0, na co ma papiery. To by nawet pasowało – taka peryferia interesów niemieckich, z ograniczoną, już wtedy bez białych rękawiczek, suwerennością. Z ludem pracującym z mordą w kubeł (niech będzie, że w kuble – ryżu).
Teraz ta wizja wydaje się nieprawdopodobna, ale tylko dlatego, że wydaje się – fałszywie – odległa. Ale jak już nadejdzie, to ci wszyscy, co się do tego przyczynili będą utyskiwać na innych. Inaczej musieliby wyjść siebie, stanąć ze sobą twarzą w twarz i… strzelić się we własny pysk. I dzieciom się będzie tłumaczyło jak to się walczyło ze złem na Marszach Wolności czy Błyskawic (tu wymiennie), ale się nie udało. A dziadek tak się starał. A wszystko to przez ten nasz warcholski mental. I znowu będziemy mieli wymienność pokoleń – jedni będą tracić niepodległość w poczuciu, że „projekt Polska” (znowu) się nie udał, a ich dzieci, kiedy już odkryją, że „ojczyzna to więcej niż chleb” będą jak ich dziadowie konspirować jak to odwojować. I znowu, jak ich dziadowie, kiedy zwyciężą, w ogromnej radości swej nie dopilnują tego powrotu do końca. I znowu, w ostatniej chwili przejmą cały interes nie ci, co walczyli o zwycięstwo, ale „szarzy, nie-zwykli” ludzie, depozytariusze Polski, kraju, w którym „jest jak jest”. Zmęczeni bojownicy po odtrąbieniu zwycięstwa wrócą do swych opuszczonych w boju rodzin, zostawiając sprawy publiczne tym cierpliwym z poczekalni dziejów, robiących interesy, nawet kosztem swego kraju.
Zapiski z końców świata 
 Ostatnio czytałem zapiski z końca świata, jaki dla ówczesnych światłych był koniec, wydawałoby się wiecznego, porządku cesarstwa rzymskiego. Też widzieli wszystko, znali przyczyny, byli… niesłuchani przez resztę, która sama nawet nie wiedziała, że pogania konie pędzące z rzymskim wozem w przepaść. I to jest dopiero determinizm dziejów – nic nie można z tym zrobić. To tak, jak by się ruszyło jakieś koło dziejów, którego nie zatrzymasz. Jakbyś patrzył na to przez nieprzeniknioną szybę. Jakby to się wszystko MUSIAŁO ziścić. Bez szans na reakcję, na ratunek. Ale jak czytałem te zapiski upadku, to zrozumiałem wątpliwą celowość takich działań. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. A dziś, w czasach globalizmu, cała planeta jest naszym krajem.

A więc nikt cię nie wysłucha, będziesz jak Cogito u Herberta: gdy „oni wygrają, pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys”. I wzorem tych moich poprzedników „zapisków z końca świata” widzę, że warto jest robić rzeczy godne nie dla uzyskania efektu, nawet nie do szuflady, tylko dlatego, że tak trzeba.
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Symboliczne kary za przekręty na zbożu technicznym. Grzywny od 4 do 6 tys. zł. Jawnie rządzą wspólnicy rabusiów.

Symboliczne kary za przekręty na zbożu technicznym. Grzywny od 4 do 6 tys. zł

12 październik 2024 cenyrolnicze/symboliczne-kary-za-przekrety-na-zbozu-technicznym

zboże z Ukrainy, import zboża, zboże techniczne

Dwie osoby zostały skazane przez sądy w związku z  nieprawidłowościami w handlu tzw. zbożem technicznym sprowadzanym z Ukrainy w latach 2022/23.  Prokuratura Regionalna w Rzeszowie przedstawiła zarzuty w sumie 19 podejrzanym. Kary narzucone nieuczciwym podmiotom są symboliczne w porównaniu choćby do przypadku rolnika z woj. łódzkiego, który musi wypłacić ponad 100 tys. zł za legalnie prowadzoną działalność.

– Prokuratura Regionalna w Rzeszowie prowadzi śledztwo w sprawie doprowadzenia w okresie od 2022 r. do 2023 r. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości podmiotów nabywających zboże, za pomocą wprowadzenia w błąd osób działających w ich imieniu, co do kraju pochodzenia zboża oraz wprowadzenia w błąd w okresie od 2022 r. do 2023 r. w krótkich odstępach czasu, w wykonaniu tego samego zamiaru organów uprawnionych do kontroli celnej, poprzez posłużenie się nierzetelną dokumentacją w tym, fakturami VAT, co do rodzaju sprowadzanego towaru, podlegającego reglamentacji pozataryfowej – czytamy w komunikacie Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie.

Aktualnie zakresem postępowania przygotowawczego w tej sprawie objętych jest 70 wątków dotyczących podmiotów, które importowały produkty rolno – spożywcze takie jak pszenica, rzepak, kukurydza, soja i inne przeznaczone na cele techniczne z Ukrainy. Poszczególne wątki śledztwa w przeważającej części dotyczą przestępstw skarbowych polegających na wprowadzeniu w błąd przedstawicieli organów uprawnionych do kontroli celnej co do tego, że deklarowany towar sprowadzony z Ukrainy, w tym pszenica, rzepak i inne jest przeznaczony na cele techniczne, podczas gdy faktycznie towar był przeznaczony do obrotu na rynku rolno – spożywczym.

Do chwili obecnej w toku śledztwa 19 osobom przedstawiono zarzuty popełnienia przestępstw karnych i karno – skarbowych. Wobec 4 podejrzanych prokuratorzy zastosowali środki zapobiegawcze w postaci zakazu opuszczenia kraju, dozoru policji i poręczenia majątkowego. Ponadto również wobec 4 podejrzanych prokuratorzy wydali postanowienia o zabezpieczeniu majątkowym zabezpieczając mienie na poczet przyszłych kar, w tym grzywny oraz ściągnięcia równowartości przepadku przedmiotów

W toku postępowania przygotowawczego wykonano szereg czynności procesowych zmierzających do wszechstronnego wyjaśnienia okoliczności sprawy. Do chwili obecnej w sprawie zapadły dwa wyroki skazujące: Sąd Rejonowy w Janowie Lubelskim uznał oskarżonego winnym popełnienia zarzucanych mu czynów z art. 270 § 1 k.k. oraz z art. 87 § 2 i 3 k.k.s.  i wymierzył mu karę grzywny w łącznym wymiarze 6.000 zł oraz obciążył kosztami postępowania. Natomiast Sąd Rejonowy Lublin Wschód w Lublinie Wydział Karny z siedzibą w Świdniku również uznał oskarżonego winnym popełnienia zarzucanego mu przestępstwa skarbowego z art. 87 § 2 i 3 k.k.s.  i wymierzył mu karę grzywny wymiarze 4.000 zł i ponadto obciążył kosztami postępowania.

Aktualnie w śledztwie sukcesywnie przez organy procesowe, w tym prokuratorów, funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej oraz policji wykonywane są czynności dowodowe mające na celu wyjaśnienie  wszystkich  wątków  objętych zakresem postępowania. Jak zapowiada Prokuratura, z uwagi na zaplanowane czynności a także dobro śledztwa, kolejne informacje na ten temat zostaną udzielone we właściwym czasie.

Źródło: Prokuratur Regionalna w Rzeszowie

Ograniczyć dostęp polskich dzieci do pornografii.

Ordo Iuris | Centrum Życia i Rodziny
 
Zwracamy się do Pana wspólnie z bardzo ważną prośbą. Rozpoczęliśmy właśnie zbiórkę podpisów pod projektem ustawy, dzięki której wreszcie dojdzie do realnego ograniczenia dostępu polskich dzieci do pornografii. Dziś – według badań Państwowego Instytutu Badawczego NASK – średnia wieku, w którym dzieci pierwszy raz stykają się z pornografią wynosi… niespełna 11 lat! Aż 73% dzieci deklaruje, że znalezienie pornografii nie sprawia im żadnych trudności, a co trzeci nastolatek przyznaje, że po raz pierwszy zetknął się z treściami pornograficznymi przypadkowo!
W efekcie, 21% dzieci w wieku 12-14 lat ogląda pornografię codziennie, a kolejne 25% co najmniej raz w tygodniu. Nic dziwnego, że co czwarty nastolatek wyraża obawę uzależnienia się od pornografii. Według danych z 2024 roku – największa strona pornograficzna na świecie każdego miesiąca odwiedzana jest 5 miliardów 450 milionów razy. A to tylko jedna strona! 
Te dane są jeszcze bardziej przerażające, gdy spojrzymy na to, co konkretnie oglądają dziś w internecie nasze dzieci. Bo pornografia to już dawno nie są erotyczne zdjęcia półnagich kobiet. Współczesna pornografia to dehumanizujące sceny seksualnej przemocy, poniżania czy orgii, promocja kazirodztwa i zdrady. Według najbardziej ostrożnych szacunków, 1 na 3 filmy pornograficzne pokazują przemoc seksualną lub agresję. Pornografia „głównego nurtu” normalizuje zachowania takie jak plucie na partnerkę, duszenie, policzkowanie, kneblowanie, ciągnięcie za włosy. W 97 proc. przypadków przemoc skierowana jest wobec kobiet.To właśnie mogą oglądać nasze dzieci! A psychologowie coraz częściej przytaczają historie siedmiolatków i ośmiolatków uzależnionych od brutalnej, wulgarnej pornografii…
Czas powiedzieć STOP!Wypowiedzieliśmy wojnę deprawacji dzieci. Idąc za wzorem krajów, które przystąpiły do skutecznego ograniczenia dostępu do pornografii,  przygotowaliśmy ustawę i dzisiaj prosimy Pana o pomoc w przeprowadzeniu obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej.
Kilka dni temu oficjalnie rozpoczęliśmy zbiórkę podpisów pod projektem ustawy, która wreszcie wymusi na dostawcach treści pornograficznych realne weryfikowanie wieku użytkowników. Jeżeli właściciel strony nie wdroży skutecznych mechanizmów weryfikacji wieku, jego strona zostanie zablokowana. Tak jak ma to miejsce ze stronami bukmacherów.Na początku września złożyliśmy w Sejmie wniosek o rejestrację komitetu, którą Marszałek Sejmu zatwierdził w ubiegłym tygodniu. Teraz mamy tylko 3 miesiące na zgromadzenie 100 000 podpisów.
Jest to sprawa niezwykłej wagi, dlatego BARDZO potrzebujemy Pana zaangażowania i wsparcia!Zarówno w zbieraniu podpisów, jak i zgromadzeniu środków na promocję inicjatywy.Aby pomóc w zbiórce podpisów, prosimy o kliknięcie w poniższy link, który przekieruje Pana na stronę internetową „Stop narkotykowi pornografii”, za pośrednictwem której można pobrać karty do zbierania podpisów. 
 POMÓŻ W ZBIÓRCE PODPISÓW 
O tym, że nieograniczony dostęp do internetowej pornografii jest tragiczną w skutkach patologią, mówimy od lat. Problem dostrzegało także wiele organizacji społecznych, polityków i dziennikarzy. Kończyło się jednak na załamywaniu rąk w poczuciu bezsilności. My jednak konsekwentnie zwracaliśmy uwagę na skuteczne rozwiązania, które dziś są już wprowadzane w kolejnych państwach świata. Aktualnie już w 19 stanach USA obowiązują ustawy dotyczące weryfikacji wieku na stronach pornograficznych, a w 2025 r. wejdą one w życie w co najmniej trzech kolejnych stanach. Tam, gdzie wprowadzono ograniczenia, nawet o 80% spadła „konsumpcja pornografii”.W Wielkiej Brytanii i we Francji trwają prace nad aktami wykonawczymi, bo ustawy zakazujące dostępu dzieci i młodzieży do pornografii już przyjęto. Tak, lewicowe rządy w zachodnich krajach dostrzegają plagę i skutki pornografii. Tym bardziej musimy tym zająć się także w Polsce.Projekt, pod którym zbieramy podpisy, czerpie to, co najlepsze z powyższych rozwiązań. Jest pierwszą od lat tak rzeczową propozycją ograniczenia tego, co – jak jeszcze niedawno słyszeliśmy zewsząd –  zdawało się być „nie do ruszenia”.
Mało tego, jest to projekt, który może znaleźć szerokie poparcie społeczne. Bo, jak pokazują statystyki, wprowadzenie stosownych regulacji popiera dziś przytłaczająca większość społeczeństwa.Wchodząca w skład komitetu inicjatywy Fundacja Mamy i Taty przeprowadziła w ubiegłym roku badania na reprezentatywnej, ogólnopolskiej grupie respondentów, które wykazały, że ograniczenie dostępu do pornografii osobom nieletnim w Polsce popiera aż 88% Polaków. Co więcej, jak tylko ogłosiliśmy, że prowadzimy prace nad takim projektem, to o konieczności wprowadzenia ograniczeń w dostępie do pornografii w internecie wypowiedzieli się minister i wiceminister cyfryzacji.Jednak zebranie 100 000 podpisów to ogromne wyzwanie logistyczne, organizacyjne i finansowe. Nie będzie to możliwe bez pomocy ludzi takich jak Pan. Członkowie licznych organizacji – wspólnot, ruchów, stowarzyszeń, fundacji – już rozpoczęli zbiórkę w wielu miejscowościach w całym kraju, ale ważne jest zaangażowanie każdego, kto rozumie, jak niszcząca dla młodych ludzi jest pornografia. Nie pozwólmy, by, mimo tak szerokiego poparcia, okazało się na końcu, że zabrakło kilku podpisów…Prosimy także o Pana osobisty udział w zbiórce podpisów. To zaangażowanie będzie miało ogromne, ogólnopolskie znaczenie.Zbiórkę można prowadzić wśród członków rodziny, znajomych i przyjaciół, braci i sióstr ze wspólnoty, w pracy, w parafii czy nawet w najbardziej uczęszczanych punktach Pana miejscowości. Nasze doświadczenie dotychczasowej zbiórki pokazuje, że wiele osób chętnie popiera ten projekt!
Na stronie StopNarkotykowiPornografii.pl znajdują się także cenne materiały promocyjne naszej inicjatywy – w tym świetna i pełna faktów ulotka.
Będziemy Panu bardzo wdzięczni za bezpośrednie zaangażowanie w zbiórkę podpisów, ale zwracamy się również z serdeczną prośbą o wsparcie finansowe naszej kampanii. Tak wielka akcja prowadzona na skalę ogólnokrajową łączy się z kolosalnymi kosztami – od wydruku tysięcy kart do składania podpisów, poprzez koszty promocji w internecie, skończywszy na kosztach paliwa, którego cena cały czas rośnie.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskPana zaangażowanie pomoże nie tylko nam, ale przede wszystkim polskim nastolatkom i przyszłym pokoleniom Polaków.Powiedzmy STOP narkotykowi pornografii!  
Z wyrazami szacunku
Adw. Rafał Dorosiński - Członek Zarządu Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Marcin Perłowski - Dyrektor Centrum Życia i Rodziny
P.S. Kampania „Stop narkotykowi pornografii” to kolejny owoc tegorocznego połączenia i wspólnej pracy ekspertów Instytutu Ordo Iuris i Centrum Życia i Rodziny.Ustawę przygotowaliśmy w gronie prawników i analityków Ordo Iuris, a Centrum Życia i Rodziny odpowiada za koordynacje społeczną kampanii. To dzięki tej synergii i współpracy, do naszej akcji przyłączyło się już ponad 20 organizacji społecznych z całego kraju oraz wiele lokalnych wspólnot i sympatyków Ordo Iuris i Centrum Życia i Rodziny. O wsparciu inicjatywy rozmawialiśmy już z polskimi biskupami – w tym z przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Wierzymy, że dzięki szerokiej koalicji, uda nam się zebrać wymagane podpisy i doprowadzić do ograniczenia dostępu do pornografii dla nieletnich w Polsce. Liczymy także na Pana szeroko rozumiane wsparcie, za które będziemy Panu bardzo wdzięczni.
Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.
Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris

Polaków leczą przemęczeni starcy. Służba zdrowia w zapaści

Polaków leczą przemęczeni starcy. Służba zdrowia w zapaści

13.10.2024 polakow-lecza-przemeczeni-starcy-sluzba-zdrowia-w-zapasci

[To już nawet oficjalne, odpowiedzialne za sytuację instytucje, „biją na alarm”.. md]

Polski system ochrony zdrowia mierzy się z narastającym problemem braków kadrowych. Jego skutki odczuwają też coraz bardziej przeciążeni i przepracowani lekarze, pielęgniarki, położne i pozostały personel medyczny.

50 proc. menedżerów i dyrektorów placówek medycznych wskazuje na coraz częstsze w tych grupach wypalenie zawodowe, przewlekły stres i brak work–life balance, a 33 proc. deklaruje, że z tego powodu personel medyczny coraz częściej decyduje się na odejście z zawodu – wynika z nowego raportu Philips „Future Health Index 2024”. Oprócz kształcenia nowych kadr rozwiązaniem może być także szersze wykorzystanie technologii.

– Problemy kadrowe uznaje się za jedno z największych wyzwań polskiego systemu ochrony zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. – Nie jest on łatwy do rozwiązania w krótkiej perspektywie czasu, ponieważ kształcenie kadr medycznych trwa wiele lat i nawet działania podejmowane tu i teraz – jak choćby zwiększenie limitu miejsc na kierunkach lekarskich – zaowocują poprawą sytuacji dopiero za kilka, a nawet kilkanaście lat, jeśli mówimy o specjalistach.

Według ostatniego raportu OECD („Health at a Glance 2023”) w Polsce na każdy 1 tys. mieszkańców przypada 5,7 praktykujących pielęgniarek (przy średniej dla krajów OECD wynoszącej 9,2) oraz 3,4 praktykującego lekarza (przy średniej dla krajów OECD wynoszącej 3,7). Co istotne, dystans do pozostałych państw OECD się zwiększa, a statystyki pokazują, że polski system ochrony zdrowia w dużej mierze podtrzymują lekarze w wieku emerytalnym.

Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej wśród aktywnych zawodowo lekarzy jest obecnie 77 proc. mężczyzn po 65. roku życia (wobec 60 proc. w 2012 roku) oraz 66 proc. kobiet po 60. roku życia (wobec 46 proc. w 2012 roku). Z kolei największe niedobory kadrowe widać zwłaszcza wśród specjalistów w wieku 40–50 lat, w tym kluczowych dla funkcjonowania systemu ochrony zdrowia – internistów, pediatrów, chirurgów ogólnych i ginekologów-położników (PAN, „Polskie Zdrowie 2.0”).

Problem z narastającym deficytem kadr medycznych potwierdza też m.in. raport „World Index of Healthcare Innovation 2023”, opracowany przez Foundation for Research on Equal Opportunity, w którym Polska znalazła się na ostatnim, 32. miejscu (spadając z 31. w 2021 roku i 30. w 2020 roku). Autorzy rankingu zwrócili uwagę m.in. na fakt, że Polska ma najniższą spośród przeanalizowanych państw liczbę lekarzy i pielęgniarek podstawowej opieki zdrowotnej.

– Obecna sytuacja kadrowa, choć może wiąże się już z lepszymi warunkami płacowymi, nadal stwarza ogromne wyzwania w zakresie środowiska i komfortu pracy. Wypalenie zawodowe jest zjawiskiem bardzo powszechnie występującym wśród kadr medycznych. Wielu lekarzy i pielęgniarek w okresie aktywności zawodowej jest zagrożonych poważnymi problemami zdrowotnymi, a to też osłabia potencjał, którego system tak bardzo potrzebuje – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Najnowsza edycja cyklicznego raportu Philips „Future Health Index 2024” pokazuje, że w Polsce pracownicy służby zdrowia są przeciążeni i przepracowani. W efekcie aż 50 proc. liderów tego sektora (m.in. menedżerowie oraz dyrektorzy szpitali i placówek medycznych) wskazuje na coraz częstsze w tej grupie wypalenie zawodowe, przewlekły stres i brak work-life balance, przekładające się na obniżone morale i spadek zaangażowania. Co więcej, 33 proc. personelu medycznego zadeklarowało, że z tego powodu coraz częściej decyduje się na odejście z zawodu.

– Praca w tym środowisku jest niestety bardzo stresogenna. Większość profesjonalistów medycznych pracuje nie tylko pod bardzo dużą presją czasu, ale i ogromnej odpowiedzialności. To potęguje również moc obowiązków biurokratycznych, które w wielu innych systemach europejskich są przeniesione na nowe technologie bądź personel pomocniczy, np. asystentów czy sekretarki medyczne – mówi dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Konsekwencje niedoborów kadrowych odczuwają nie tylko lekarze czy pielęgniarki, ale i pacjenci. W badaniach przeprowadzonych na potrzeby raportu „Future Health Index 2024” aż 74 proc. polskich liderów ochrony zdrowia wskazywało, że personel medyczny ma przez to mniej czasu na pracę z pacjentem. To dużo wyższy odsetek niż europejska średnia wynosząca 58 proc.

– Ludzie żyją coraz dłużej i niestety chorują, dlatego potrzebujemy coraz więcej personelu medycznego – lekarzy i pielęgniarek – żeby móc tych pacjentów diagnozować i leczyć, żeby zaadresować wszystkie ich potrzeby medyczne. Natomiast obecny niedobór personelu powoduje, że pacjenci dłużej czekają w kolejkach, są później diagnozowani i leczeni – mówi dr Tomasz Zieliński, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. – Lekarz, który jest przepracowany, zmęczony i musi pracować szybko, jest mniej efektywny, przez co może też popełniać więcej błędów.

Jak wskazuje, szansą na złagodzenie braków kadrowych w polskim systemie ochrony zdrowia jest szkolenie nowego i podnoszenie kwalifikacji obecnego personelu.

– Kształcenie dodatkowych osób w zawodach medycznych ma ograniczenia, bo nie wszystkich się da wykształcić na lekarzy, pielęgniarki czy położne. Dlatego szukamy rozwiązań w postaci zawodów dodatkowych, czyli np. asystentów lub sekretarek medycznych, dzięki którym ten wysoko wykwalifikowany personel medyczny jest wykorzystywany w zakresie swoich unikalnych kompetencji, bo u nas w Polsce lekarze często poświęcają więcej czasu na biurokrację niż na samą aktywność medyczną – podkreśla dr Tomasz Zieliński.

– Drugą ścieżką jest wykorzystanie technologii, które przyspieszają pracę, ułatwiają przyjmowanie i obsługę pacjentów. Dzisiaj to są przede wszystkim narzędzia informatyczne, które m.in. ułatwiają gromadzenie i wyszukiwanie danych, ale przyszłościowo chcemy też wykorzystać możliwości algorytmów sztucznej inteligencji.

Jak wynika z raportu Philipsa, w Polsce niemal wszyscy liderzy sektora ochrony zdrowia (94 proc.) są przekonani, że wykorzystanie technologii – m.in. w celu automatyzacji prostych, rutynowych czynności i odciążenia personelu medycznego od codziennych zadań administracyjnych – ma i będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania problemu niedoborów kadrowych w opiece zdrowotnej. Jeszcze większy odsetek (99 proc.) wskazuje też na korzyści płynące z wdrożenia rozwiązań, które umożliwiają zdalną, wirtualną opiekę i komunikację z pacjentem.

– Sztuczna inteligencja, automatyzacja procesów, wirtualizacja procesów medycznych i zdalne systemy opieki nad pacjentami – wszystkie te rozwiązania są już w tej chwili wykorzystywane do tego, żeby złagodzić niedobory kadr medycznych – wskazuje Michał Kępowicz, członek zarządu Philips Polska.

– Wirtualna opieka umożliwia zdalną obserwację pacjenta, np. monitoring osób starszych i możliwość dwustronnej komunikacji pomiędzy lekarzem a pacjentem. Systemy RPA, robotic automatization process, pomagają usprawnić obsługę procesów diagnostycznych i administracyjnych w szpitalach. Natomiast sztuczna inteligencja już teraz m.in. podpowiada lekarzom, jaka diagnoza byłaby najbardziej prawidłowa.

Z raportu „Future Health Index 2024” wynika, że liderzy ochrony zdrowia w Polsce coraz śmielej wdrażają technologiczne nowinki, a w nadchodzących trzech latach duży odsetek spośród nich zamierza automatyzować kolejne procesy w swoich placówkach.

Pewnym problemem pozostaje jednak podejście personelu – według badań Philipsa 75 proc. liderów ochrony zdrowia twierdzi, że pracownicy są sceptycznie nastawieni do automatyzacji w tym sektorze. Ponadto 66 proc. z nich deklaruje też brak czasu na podnoszenie kwalifikacji personelu i wdrażanie nowych technologii.

– Polscy profesjonaliści medyczni lubią nowinki i są nimi zainteresowani nawet bardziej niż reszta świata. Natomiast z drugiej strony widzą też potrzebę zastanowienia się, jak te nowinki wykorzystywać w sposób etyczny i efektywny, żeby one miały jak największą skuteczność. Przykładowo, żeby algorytmy działały poprawnie, to muszą się opierać na dużych zbiorach danych zawierających rzetelne informacje. Dlatego 91 proc. młodych liderów ochrony zdrowia, badanych na potrzeby raportu, wskazuje, że musimy te narzędzia wykorzystywać, ale jednocześnie trzeba to robić w sposób odpowiedzialny i etyczny – mówi Michał Kępowicz.

Gigantyczna fala dezercji z ukraińskiej armii

Gigantyczna fala dezercji z ukraińskiej armii

gigantyczna-fala-dezercji-z-ukrainskiej-armii

Na Ukrainie gwałtownie rośnie liczba dezercji. Prokuratura Generalna tego kraju, od początku roku wszczęła aż 51 tysięcy postępowań karnych dotyczących ucieczek z jednostek. To dwa razy więcej niż w całym ubiegłym roku. Wygląda na to, że żołnierze mają już dość wojny. Sprawę opisał “The Times”.

Gigantyczna fala dezercji z ukraińskiej armii. Według ekspertów wojskowych, gwałtowny wzrost przypadków samowolnych oddaleń się z oddziałów, związany jest z brakiem zapowiadanej demobilizacji. To jednak nie jedyna przyczyna. Żołnierze są zmęczeni wojną, źli na władze oraz przygnębieni narastającą, rosyjską przewagą i brakiem własnych sukcesów na froncie.

Ukraińcy, którzy zdecydowali się na służbę wojskową w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji są wyczerpani fizycznie i psychicznie. To powoduje, że ucieczka z pola walki staje się bardzo atrakcyjną opcją. Problem dezercji, zdaniem ekspertów z “The Times” powiązany jest też z kwestią demobilizacji i wewnętrznych przepisów w ukraińskiej armii. W kwietniu br. władze negocjowały nowe przepisy dotyczące rekrutów i zwiększenia potencjału osobowego Sił Zbrojnych Ukrainy. Wówczas, po interwencji nowego Naczelnego Dowódcy Ołeksandra Syrskiego, zdecydowano się usunąć zapis ograniczający służbę wojskową do trzech lat.

“Działania demobilizacyjne doprowadzą do spadku zdolności bojowych jednostek, zakłócenia działań ofensywnych i defensywnych oraz zakłócenia rotacji jednostek” – napisano wówczas w komunikacie dowództwa. Wprawdzie zastosowane rozwiązanie przedłużyło “resurs” doborowych jednostek, jednak wielu żołnierzy doszło do przekonania, że mają służyć aż do swojej śmierci lub końca wojny. To nie jest zbyt komfortowa sytuacja, zwłaszcza, że mają oni świadomość istnienia tysięcy dekowników, którzy za łapówki uciekli do Polski i innych krajów zachodniej Europy, gdzie balują i rozbijają się drogimi samochodami.

Co ciekawe, sytuacji nie poprawia przymusowa mobilizacja rekrutów. Sekretarz Komitetu Rady Najwyższej ds. Bezpieczeństwa Narodowego, Obrony i Wywiadu Roman Kostenko, zwrócił uwagę, że nowi rekruci są w zdecydowanej większości zmuszani do służby. Nie przedstawiają zatem zakładanej wartości bojowej.

– Mamy problemy z mobilizacją. Ostatnio się to jeszcze pogorszyło. Mam pytanie: jak możemy ustalić jasne warunki służby, jeśli nie mamy nikogo, kto mógłby nas  zastąpić? Chodzi tu przede wszystkim o mobilizację i motywację ludzi – stwierdził.

“The Times” opisał przypadek jednego z dezerterów, który wydaje się symptomatyczny dla całych sił zbrojnych Ukrainy. Oto po wielu miesiącach spędzonych w wioskach wokół Bachmutu, niejaki Serhij Hnezdilow otrzymał tygodniowy urlop w celu udania się na badania lekarskie. Opuszczając swój oddział rozpoznawczy w 56. Brygadzie, przebył 120 kilometrów do miasta Pawłograd. Zamiast jednak iść do szpitala, skierował się na dworzec kolejowy i stamtąd udał się do Kijowa. Na ten drugi etap podróży nie miał już pozwolenia. Kiedy więc wysiadł na peronie w Kijowie, był dezerterem.

Za czyn, którego się dopuścił, grozi mu kara więzienia. Jak sam jednak twierdzi, w więzieniu otrzyma posiłki o stałych porach. Co więcej – przeżyje.

Co było pierwsze? Żydzi czy ideologia?

Co było pierwsze? Żydzi czy ideologia?

Autor: CzarnaLimuzyna , 12 października 2024

Fakt, że różne ideologie zła w swoistych cyklach demolują nam świat, walcząc również ze sobą, jest dostrzegany przez ludzi rozumnych. Jednak najciekawiej wygląda to w szczegółach.

Ideologie (ideolodzy) walczą ze sobą, ale także zawierają sojusze, aby realizować wspólne cele. Skąd biorą się rozbieżności i podobieństwa?

Spór ideologów w ramach cywilizacji żydowskiej

Pogląd mówiący o tym, że główne ideologie dojrzewały i konkurowały ze sobą w ramach cywilizacji żydowskiej wyraził m.in. Adam Wielomski dwa lata temu w rozmowie „Nowego Ładu”:

Spór Ludwika von Misesa i Karola Marksa jest wewnętrznym sporem w ramach tego, co Koneczny określał mianem cywilizacji żydowskiej. W pewnym sensie można rzeczywiście tak do tego podejść, bo to jest spór na temat modelu emancypacji z getta i z tradycyjnej kultury żydowskiej. To jest spór o model asymilacji.

Dziś jest to również spór o model dominacji Żydów nad światem “nie ludzi”.

Żydzi nie mający nigdy dobrej opinii byli nielubiani i nie akceptowani, a samo wyjście z getta i towarzyszące temu próby asymilacji w nowym środowisku, często kończyły się niepowodzeniem. Nic więc dziwnego, że niektórzy z nich, będąc zawieszeni pomiędzy dwoma światami, mieli ochotę zmienić „swój nowy świat”, przystosowując go do siebie na miarę swoich oczekiwań, a jak nieraz okazywało się potem, na miarę swoich chorobliwych obsesji.

Wszystkie wymyślone utopie oparte o ideologie marksizmu, neomarksizmu (szkoła frankfurcka) neoliberalizmu, postmodernizmu powstały z istotnym – dominującym lub znacznym udziałem Żydów i osób pochodzenia żydowskiego. Wszystkie te ideologie mające na swoich szyldach slogany o nowym lepszym porządku, o nowym wspaniałym świecie, okazały się receptą na piekło na ziemi.

Metody z których korzystają Żydzi i nie tylko oni są znane teoretykom dywersji ideologicznej. Uderzenie w religię, edukację i życie społeczne poprzez zastąpienie tradycyjnego systemu wartości, norm kulturowych, moralnych – „wartościami demokracji liberalnej” powoduje stan anomii, ogłupienia, a tym samym wzrost tolerancji dla zła i związanej z tym bezbronności danego społeczeństwa i narodu.

To nie są nasze idee!

„Metoda życia zbiorowego” jakim jest według Feliksa Konecznego cywilizacja łacińska jest sprzeczna w samej istocie z cywilizacją żydowską, a także z każdym wytworem żydowskich ideologii podrzucanych gojom. Nasza cywilizacja może przyjąć Żydów tylko i wyłącznie w jednym przypadku. W momencie akceptacji przez nich naszych zasad i wyrzeczenie się diabelskich inspiracji. W każdym innym przypadku, tak jak do tej pory, będą elementem obcym i destrukcyjnym.

Jest to podstawowa wiedza historyczna, zgromadzona w bolesnych doświadczeniach każdego pokolenia w ciągu minionych 2 tys. lat.

Nowe wytyczne ministerstwa zdrowia to legalizacja eutanazji? Zapaść „służby”.

Nowe wytyczne ministerstwa zdrowia to legalizacja eutanazji? Pospieszalski ujawnia skandaliczny dokument

pch/legalizacja-eutanazji?

Niemal codziennie alarmowani jesteśmy dramatycznymi doniesieniami o tym, że następuje finansowa zapaść systemu ochrony zdrowia. Problem nie jest nowy, on narastał od lat, ale decyzjami obecnego szefostwa resortu to zjawisko zapaści finansowej systemu przyspieszyło. Z tego co wiemy Narodowy Fundusz Zdrowia w niektórych miejscach nie płaci szpitalom już za wykonane zabiegi, które mieściły się w zaplanowanych wydatkach.  Szpitale ograniczają zatem przyjęcia pacjentów, ograniczają wykonywanie nawet tych już zaplanowanych zabiegów – mówi w najnowszym odcinku programu „W Pośpiechu” na antenie PCh24 TV Jan Pospieszalski.

Publicysta zwraca uwagę, że w gąszczu informacji o braku w NFZ „zupełnie bez rozgłosu” opublikowano wytyczne dotyczące tzw. terapii daremnej. – Czy ta terapia daremna oznacza to samo, co uporczywa terapia? To jest pierwsza sprawa. Jaki będzie to mogło mieć związek z dramatyczną sytuacją finansową systemu ochrony zdrowia w Polsce? – pyta.

Gospodarz programu „W Pośpiechu” przypomina, że Jan Paweł II w encyklice „Evangelium Vitae” rozgranicza wyraźnie postawę proeutanazyjną od tego co nazywamy uporczywą terapią. „Rezygnacja ze środków nadzwyczajnych i przesadnych nie jest równoznaczna z samobójstwem lub eutanazją, wyraża raczej akceptację ludzkiej kondycji w obliczu śmierci”, pisał papież.

Jan Paweł II podkreślał godność człowieka i podkreślał godność chorego w sytuacji właśnie tej terminalnej, tej granicznej. Przypominam to, ponieważ w skład grupy roboczej, która opracowywała wytyczne dotyczące terapii daremnej wchodzą również przedstawiciele polskiego Kościoła, przedstawiciele Komisji Bioetycznej przy Episkopacie Polskim. I ta grupa robocza opierała się na definicji z 2008 roku terapii uporczywej. W związku z tym tutaj już następuje to ciągłe mieszanie tych pojęć – mówi dalej publicysta, po czym cytuje co o terapii daremnej pisze wspomniana grupa robocza.

„Terapia daremna to stosowanie procedur medycznych w celu podtrzymania funkcji życiowych nieuleczalnie chorego, które przedłużają (6:55) jego umieranie wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszaniem godności pacjenta”, czytamy w dokumencie.

Zacytowana przeze mnie definicja jako żywo jest definicją terapii uporczywej – podkreśla Pospieszalski i dodaje, że o zamieszanie terminologiczne zapytał jednego z lekarzy. – On mi powiedział:, Janek, czepiasz się. To chodzi o to, żeby dostosować to nazewnictwo do terminów, do pojęć używanych w krajach zachodniej Europy”. Dopiero to mnie przestraszyło, ponieważ wiem, co dzieje się w niektórych krajach zachodnich, szczególnie w Belgii, gdzie proeutanazyjnie nastawiona jest cała służba zdrowia – zaznacza.

Następnie Pospieszalski wraca do „podstawowego pytania”: czy zmiana używanego dotychczas terminu jest nieprzypadkowa i nowe wytyczne mają rozszerzyć zakres przypadków, w których możliwe jest lub nawet zalecane jest niewdrożenie lub niezwiększenie intensywności stosowanej terapii, a może odstąpienie od działań podtrzymujących funkcje życiowe? Jego zdaniem odpowiedź na to pytanie znajduje się w samych wytycznych w punkcie opisującym jak ma wyglądać w praktyce ich realizacja.

Autorzy sami zwracają uwagę, że potrzebna jest, UWAGA, selektywna i efektywna przesiewowa ocena pacjentów w kierunku opieki paliatywnej w momencie przyjmowania ich do szpitala. W nowych wytycznych istnieją wskazówki, na kogo w takiej sytuacji należy zwrócić szczególną uwagę. I uwaga, są to osoby, u których spodziewany czas przeżycia wynosi poniżej 12 miesięcy. Jak to można w momencie przyjmowania człowieka do szpitala ocenić, że u niego czas przeżycia jest poniżej 12 miesięcy? Przecież to jest jakiś absurd! – grzmi publicysta.

Druga sprawa. Występuje zaawansowana niewydolność serca, aktywna rozsiana choroba nowotworowa, przewlekła choroba płuc w okresie domowej tlenoterapii, zaawansowane otępienie oraz inne choroby przewlekłe, o krótkim przewidywaniem czasie przeżycia. Kolejna grupa osób, na którą należy zwrócić uwagę to osoby, które były hospitalizowane więcej niż raz z powodu zaostrzenia zaawansowanej choroby przewlekłej w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Czyli co? Wtedy można nie przyjąć ich, odstąpić? Tutaj naprawdę zaczyna sprawa wyglądać bardzo nieciekawie – alarmuje.

Poza tym w ocenie Pospieszalskiego należy zwrócić uwagę na osoby, które wymagają stałej opieki innych osób. – Przecież jest wiele osób niepełnosprawnych, które wymagają stałej opieki innych osób. Czyli co? Odstępujemy od leczenia? Uznajemy, że każdy następny poświęcony wydatek czy leczenie tym pacjentom to jest terapia daremna? Coś tu się nie zgadza – dodaje.

Żeby tego było mało, to równolegle z ogłoszeniem nowych wytycznych został zmieniony kodeks etyki lekarskiej.I tutaj oczywiście wprowadzono nowe wymagane przez postęp technologii zmiany – zaznacza publicysta. Jakie to zmiany? Jest np. cały akapit na temat wykorzystywania sztucznej inteligencji przy diagnostyce i na tym przede wszystkim skupiały się media. W ocenie Pospieszalskiego dużo ważniejsza są inne zmiany.

Chodzi m. in. o artykuł 33 nowego, zmienionego kodeksu, punkt 3: „Lekarzowi nie wolno stosować terapii daremnej. Decyzja o uznaniu terapii jako daremnej należy do zespołu leczącego i powinna w miarę możliwości uwzględniać wolę pacjenta”.

Podsumowując Pospieszalski zwraca uwagę na trzy kwestie.

„Po pierwsze, żaden z tych ludzi, którzy dzisiaj tak troszczą się i tak etycznie patrzą, jak te wytyczne przygotować, nie oprotestował tego, co zrobiła ministra Leszczyna, minister Bodnar i premier Tusk w sprawie wytycznych dotyczących aborcji, gdzie tylko świstek od psychiatry może uprawniać kobietę do tego, żeby dokonała aborcji zdrowego dziecka, będąc w pełnym zdrowiu fizycznym.

Druga sprawa: w przypadku wszystkich nadużyć covidowych widzieliśmy, jak nieetycznie postępują lekarze. Jeżeli dzisiaj taki lekarz czyta w tym punkcie 33 kodeksu etyki lekarskiej, że nie wolno mu stosować terapii daremnej, a za terapię daremną można uważać podjęcie hospitalizacji osoby drugi raz w ciągu danego roku, albo wymienia się tam ciągle nieprecyzyjne terminy, choroba terminalna, choroba przewlekła, to te wytyczne, zamiast wprowadzać pewien porządek, wprowadzają, moim zdaniem, zamęt.

I trzecia rzecz: Patrząc na zapaść systemu ochrony zdrowia, zapaść finansową i patrząc na to, że w ósmą dekadę życia wchodzi pokolenie boomu powojennego… Wówczas nas rodziło się 800 tysięcy ludzi. Dla porównania w 2024 roku, jeśli tak dalej pójdzie, urodzi się w Polsce 256 tysięcy ludzi. (…) Otóż jeśli nasze pokolenia bardzo liczne wchodzą dzisiaj w ósmą dekadę swojego życia, przekraczają siedemdziesiątkę i tak dalej, będą wymagały coraz częściej hospitalizacji, będą wymagały coraz częściej opieki systemu ochrony zdrowia. W związku z tym być może te wytyczne wychodzą naprzeciw po to, żeby ratować i tak już katastrofalny stan budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia”.

Źródło: PCh24 TV

CIA a chrześcijaństwo. Szczególnie prawosławie i katolicyzm.

CIA a chrześcijaństwo. Dragana Trifković, dyrektor Centrum Studiów Geopolitycznych w Belgradzie w rozmowie z Konradem Rękasem dla kanału „Wbrew Cenzurze”.

konserwatyzm.pl/cia-a-chrzescijanstwo

Poligon Jugosławia

Konrad Rękas: Dragano, oboje interesujemy się geopolitycznymi aspektami obecnej sytuacji na świecie dostrzegając, jak w badaniach naukowych i debacie publicznej pomija się pewien kluczowy czynnik. O ile bowiem powszechnie uznaje się rolę geopolityki, opisuje ekonomiczne przyczyny wojen i zmagań politycznych, o tyle równie często zapominamy o czymś o wiele większym, o wiele głębszym niż polityka czy nawet meta-polityka. Zapomnieliśmy o ideologicznym i religijnym kontekście wielu konfliktów. Tymczasem śledząc intensywny wzrost neoliberalnej agendy antychrześcijańskiej w ciągu ostatnich czterech dekad moglibyśmy narysować ciągłą linię między wydarzeniami w byłej Jugosławii, kolejnymi akcjami i agresjami skierowanymi przeciw narodowi serbskie a eskalacją, do której doszło na Ukrainie. Sukcesywnie rośnie liczba frontów globalnej ideologicznej wojny antychrześcijańskiej, zwłaszcza antyprawosławnej.

Badałaś dogłębnie sytuację prawosławnych w Kosowie, zaatakowanych przez albańskich terrorystów i NATO. Czy dostrzegasz podobieństwa między tamtą akcję wymierzoną w prawosławie na Bałkanach a antychrześcijańską praktyką kijowskiego reżimu?

Dragana Trifković: Tak, na pewno. To dobry sposób na rozpoczęcie naszej rozmowy. Jest aż zbyt wiele podobieństw, zaczynając od wojny w Jugosławii, która zaczęła się przecież jeszcze przed agresją NATO w1999 roku. Do wojny tej doszło, gdy globalne struktury przestały potrzebować strefy buforowej, którą Jugosławia stanowiła w czasach zimnej wojny. Przestała być potrzebna, więc została zniszczona. Wybuchł konflikt, będący przygotowaniem do kolejnych, na całym świecie, w tym w Rosji i na Bliskim Wschodzie. Dlaczego tak uważam? Ponieważ właśnie w trakcie wojny w Jugosławii Samuel Huntington opublikował swoją słynną książkę o konflikcie cywilizacji, sprowadzającą się do programowania starć trans-wyznaniowych i trans-etnicznych. Jugosławia była więc tylko poletkiem doświadczalnym, stanowiąc mikrokosmos religii i narodów: katolików w Chorwacji, muzułmanów w Bośni, muzułmanów w Kosowie, muzułmanów albańskich i prawosławnych Serbów. To był świetny trening dla globalistów, którzy potem powtórzyli swoją strategię na Bliskim Wschodzie, a teraz między Ukrainą a Rosją.

Jednak nowożytna agresja przeciw prawosławiu jest jeszcze starsza. Jej początki mogliśmy zaobserwować już podczas II wojny światowej i zwłaszcza w okresie Zimnej Wojny, kiedy siły Zachodu starały się zmieć i ukształtować umysłowość społeczeństw pod rządami komunizmu. Do tego celu amerykańskie służby specjalne wykorzystywały także swój coraz większy wpływ na Patriarchat Konstantynopolitański. Przejęcie nad nim kontroli przez CIA zostało potwierdzone w opublikowanych dokumentach. Jedno z centrów prawosławia jest ręcznie sterowane przez anglosaskie tajne służby. Centów historycznych, dodajmy, ale już nie współczesnych, w związku z korupcją, w wyniku destrukcyjnej działalności prowadzonej przez Patriarchat przeciw Cerkwiom na Bałkanach, na Kaukazie, w Azji Środkowej, w państwach bałtyckich i oczywiście na wszystkich byłych terytoriach Związku Radzieckiego, w tym zwłaszcza na Ukrainie. Nakłada się to na wspomniany przez Ciebie konflikt między Wschodem a Zachodem. Mamy linię frontu, mamy konflikt militarny, ale to, co słabiej widoczne, to wojna psychologiczna, wojna religijna i duchowa, a dopiero w efekcie wojna medialna i ekonomiczna. To bardzo ważne, by dostrzegać właśnie ten wymiar globalnego konfliktu, dlatego dziękuję za ten wywiad.

Tak jak z Serbskiego Kościoła Prawosławnego po 1989 roku próbowano oderwać jego kosowską część, tworząc nową Cerkiew, podobnie na terytoriach byłego Związku Radzieckiego powtarzają się próby podziału prawosławia, którym towarzyszą działania na rzecz stworzenia nie tylko nowych państw, ale i nowych narodów. To właśnie dla nich tworzy się kościoły zastępcze, kontrolowane przez nowe, prozachodnie struktury państwowe. Tak postąpiono na Ukrainie, ale wcześniej także w Czarnogórze, Macedonii (obecnie Północnej), dziś także w Kosowie, Bośni i Chorwacji.

Wróćmy więc do początków, do okresu po drugiej wojnie światowej, gdy pierwszy szef CIA, stworzył doktrynę walki ze Wschodem. Nazywał się Alan Dulles i w jego koncepcji ważne miejsce zajmowała walka z Kościołem prawosławnym, postrzeganym jako przeszkoda dla globalizacji, przede wszystkim ze względu na siłę ducha wiernych. Już wtedy był to także ważny element walki z Rosją. Ta strategia nabiera obecnie coraz większego znaczenia wraz z przenoszeniem się centrum światowego prawosławia właśnie do Rosji, która znajduje się dziś na pierwszej linii wojny z NATO na Ukrainie, broniąc tym samym także tradycyjnych wartości duchowych przed satanizmem. To właśnie satanizm jest bowiem ideologicznym motywem struktur globalistycznych. Widać to było wyraźnie choćby podczas ostatnich igrzysk olimpijskich.

W tym kontekście wspomnieliśmy Dullesa, przypomnijmy więc innego amerykańskiego stratega, Zbigniewa Brzezińskiego, który wprost deklarował, że tak jak po upadku Związku Radzieckiego zniszczony został komunizm, tak teraz nadszedł czas, aby zniszczyć prawosławie. Oni nawet nie ukrywają, że walczą z prawosławiem, jako główną przeszkodą dla globalizacji. Wierni prawosławni nie mieszczą się w budowanym nowym wspaniałym świecie.

Jan Paweł II – święty agent Waszyngtonu?

KR: Wspomniałaś o negatywnej roli Patriarchatu Konstantynopolitańskiego – sądzę, że po niesławnym tomosie legalizującym na Ukrainie sektę Poroszenki nie ma już żadnych wątpliwości co do wpływu CIA na politykę Konstantynopola. To bardzo ważna obserwacja także z punktu widzenia chrześcijan z Zachodu, w tym zwłaszcza Polaków. Podobną operację przejęcia struktur kościelnych przeprowadzono bowiem wobec katolicyzmu, lokującym w nim silną agenturę CIA i innych zachodnich służb wywiadowczych. W efekcie np. podczas wojny w Jugosławii wielu katolików, zamiast połączyć siły z prawosławnymi przeciw liberalizmowi, satanizmowi, przeciw całej tej antycywilizacji śmierci – dało się użyć do rozbicia Jugosławii i wzięło udział w walce przeciw narodowi serbskiemu. Bardzo negatywną rolę odegrał w tej kwestii Watykan i personalnie Jan Paweł II, wciąż zwłaszcza w Polsce cieszący się ogromnym kultem i szacunkiem.

DT: To, niestety, prawda. Oznacza to także, że CIA kontroluje zarówno Kościół katolicki, jak i Patriarchat Konstantynopolitański, wykorzystując obie te struktury do własnych celów. Patriarchat Konstantynopolitański utracił już atrybuty religijne, stając się po prostu przybudówką Centralnej Agencji Wywiadowczej. Służby używają zatem struktur kościelnych, duchowieństwa, tworzą własne proxi-kościoły, w ścisłym powiązaniu z kontrolowanymi przez siebie strukturami politycznymi. Tak jest na Ukrainie, gdzie wspomniany Petro Poroszenko zainicjował powstanie proxi-Kościoła prawosławnego, co zostało wzmocnione w ostatnich tygodniach, gdy Rada Najwyższa praktycznie zdelegalizowała kanoniczny Ukraiński Kościół Prawosławny.  Widać więc dokładnie jak koordynowane są działania polityczne i religijne między strukturami państwowymi na Ukrainie a Patriarchatem Konstantynopolitańskim.

I tu również dostrzec można udział Kościoła katolickiego, który uświadomiłam sobie podczas ostatniej konferencji o obronie prawosławia, którą organizowaliśmy w Bułgarii. Nasi przyjaciele z Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego opowiedzieli tam o planach zjednoczenia fałszywego proxi-Kościoła Prawosławnego Ukrainy z tamtejszym Kościołem grekokatolickim., podległym Watykanowi. Miałoby to nastąpić już w 2025 roku, tysiąc siedemset lat od pierwszego soboru nicejskiego, soboru powszechnego z czasów przed schizmą i podziałem chrześcijaństwa. Okazją do takiego fałszywego zjednoczenia miałyby być uroczystości Wielkanocy, w przyszłym roku obchodzone tego samego dnia przez katolików i prawosławnych. Doszłoby więc do fałszywego pojednania, z udziałem i błogosławieństwem Patriarchatu Konstantynopolitańskiego.  W rzeczywistości jednak byłoby to działanie szatańskie, skoordynowane z globalizmem, kolejna manipulacja, trenowana na poligonie ukraińskim.

W procesach tych znacząca jest rola Watykanu. Współczesny Kościół rzymski i sam papież Franciszek są zaangażowani we wspieranie agendy LGBT i globalizmu pomimo ich jawnie antychrześcijańskiego charakteru. Decydują jednak wpływy polityczne, w tym także rola służb specjalnych.

Kosowa i Ukraina – ta sama wojna

KR: To rzeczywiście szczególnie trudny moment dla prawosławia, nie tylko zresztą na Ukrainie. Tam jednak sytuacja stała się krytyczna po przyjęciu ustawy 8371, faktycznie umożliwiającej delegalizację kanonicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego i pozwalającej reżimowi w Kijowie na zakazanie jakiejkolwiek formy działalności religijnej na Ukrainie, która jest uważana za sprzeczną z polityką państwa. To sytuacja prawna bez precedensu, jednak w pełni akceptowana przez popierającą bezkrytycznie Kijów część społeczności międzynarodowej. Musimy też jednak zrozumieć, że rozmawiamy o zjawiskach znacznie starszych niż choćby rosyjska operacja na Ukrainie.  Wracając do historycznych analogii, pamiętam ze swojego pobytu w Serbii jeszcze w latach 90-tych, że terror antyserbski w Kosowie zaczął się właśnie od ataków na prawosławne świątynie. UÇK podpalało cerkwie, niszcząc historyczne ślady serbskości Kosowa i Metochii i zadając bolesne rany światowemu dziedzictwu kulturowemu. Jednocześnie zaś był to już początek wojny, atakowano bowiem sanktuaria, które od stuleci uważane były za bezpieczne schronienia dla miejscowej ludności serbskiej. Podobnie to wygląda dziś, gdy nazistowskie bojówki na polecenie władz w Kijowie atakują prawosławne cerkwie Ukrainy.

DT: Tak, na Ukrainie mamy do czynienia z terrorystycznym atakiem na Kościół. Jestem w stałym kontakcie z wiernymi, księżmi i biskupami Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego. Z pierwszej ręki znam między innymi przeżycia metropolity Longina (nb. z pochodzenia Rumuna) brutalnie pobitego przez nazistów.  Rzeczywiście przypomina to sytuację w Kosowie, gdzie zaczęło się od terroru ze strony UÇK, organizacji terrorystycznej nazywającej się Armią Wyzwolenia Kosowa, który następnie został usankcjonowany polityką samozwańczego państwa kosowskich Albańczyków. Podobnie na Ukrainie policja i organy bezpieczeństwa czynnie wspierają ataki na kanoniczny Kościół wprost pomagając ekstremistom z Prawego Sektora w zawłaszczaniu świątyń, przepędzaniu księży, biciu wiernych. Skoro byłeś w Kosowie tuż przed bombardowaniami NATO doskonale rozumiesz o czym mówię, to jest ten sam klimat przyzwolenia na terroryzm, jaki objawiała albańska administracja w Kosowie. Tam zresztą albańskie ataki na Serbów miały miejsce już wcześniej, także w czasach Tito. Globaliści to wykorzystali doskonale rozumiejąc, że Serbowie nie są zainteresowani udziałem w ich planach. Zbyt silny jest serbski duch, taką siłę dają nam nasza historia i tradycja. A przecież przeszłość ma zostać wymazana, zafałszowana, tak, jak robi się m.in. na Bliskim Wschodzie.

Dlatego właśnie na naszej sofijskiej konferencji uwypukliłam podobieństwa w sytuacji prawosławia w Kosowie i na Ukrainie. Warto podkreślić, że w Kosowie wciąż znajdują się siły międzynarodowe, UNPROFOR ze strony ONZ, a także KFOR, czyli struktura NATO. Po bombardowaniu Serbii podpisywaliśmy porozumienia z Zachodem, najpierw w Kumanowie, a następnie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, na bazie rezolucji 1244, w myśl której to właśnie Narody Zjednoczone i NATO przyjęły na siebie odpowiedzialność za pokój na terytorium Kosowa i Metochii, w tym zobowiązały się do ochrony kościołów i całej ludności serbskiej na tych terenach. I w niczym nie przeszkodziło Albańczykom w organizacji pogromów, takich jak w 2004 roku, kiedy to albańscy terroryści spalili ponad 150 zabytkowych cerkwi, pochodzących z okresu między XIII a XVII wiekiem i przy całkowitej bierności zachodnich, zwłaszcza niemieckich żołnierzy. Znam przykład z kosowskiego klasztoru świętego Archanioła, przed którym stał niemiecki czołg. Terroryści przyszli do Niemców z pytaniem czy mogą się przesunąć, bo zamierzają spalić monastyr, a niemieccy żołnierze bez próby protestu po prostu odjechali!

Międzynarodowe struktury, w tym ONZ i NATO nie służą więc utrzymywaniu pokoju, ale przeciwnie, czynnie prowokują i uczestniczą w konfliktach mających na celu umocnienie agendy globalizmu. Od II wojny światowej używają w tym celu zarówno przemocy, jak i korupcji i niestety obie te metody są skuteczne, choć nie tracę nadziei, że z Bożą pomocą uda nam się wreszcie stawić im skuteczny opór.

Na razie toczy się wojna, ta sama na Ukrainie i w Kosowie, płoną kościoły, cierpią wierni i prześladowani są duchowni. Walka toczy się też o pamięć i tożsamość. Wiele serbskich, prawosławnych kościołów i monastyrów w Kosowie, jak np. Liewka. zostało nazwanych… odwiecznie albańskimi i / lub katolickimi. Świątynie, ziemie należące do Serbskiego Kościoła Prawosławnego kosowskie władze przekazują nowym, politycznie uległym tworom, jak albański Kościół katolicki. Nasi duchowni są deportowani, usuwani z Kosowa znowu, z pełnym poparciem struktur międzynarodowych, których przedstawiciele nie mogą się nachwalić jaką to udaną młodą demokracją jest samozwańcza republika. Tymczasem w dzisiejszym Kosowie nie ma mowy o demokracji, to ten sam terroryzm, tylko udający struktury państwowe.

Globaliści, islamiści, banderowcy…

KR: Skądinąd to mniej znany aspekt formowania tożsamości albańskiej na początku XX wieku, gdy poza islamem bardzo mocno wykorzystywano komponent katolicki, inspirowany wówczas tak Watykanu, zwłaszcza poprzez niektóre zakony, w tym szczególnie franciszkanów, jak i przez Wiedeń. Paradoksalnie jednak wizja albańskiej tożsamości katolickiej, opartej w pewnym momencie na figurach Skanderberga (zresztą etnicznie Serba), Jana Pawła II czy Matki Teresy z Kalkuty (nb. Włoszki.?? md] ) współgra w istocie z neoliberalną agendą globalistyczną, nie służy więc rekatolicyzacji Albanii, ale jej podporządkowaniu interesom anglosaskiego imperializmu.

Chciałbym jednak wrócić do jeszcze jednego wątku, poruszonego na sofijskiej konferencji, podczas niej wysłuchaliśmy ważnych świadectw głosów prawosławnych hierarchów, metropolity Zaporoża Łukasza, umieszczonego przez kijowski reżim w areszcie domowym oraz arcybiskupa Teodozjusza Hanny, reprezentującego Jerozolimski Kościół Prawosławny, cierpiący wraz ze swoimi palestyńskimi wiernymi w związku z syjonistyczną agresją i ludobójstwem dokonywanym w Strefie Gazy. Te dwa głosy dobitnie podkreślają hipokryzję tak zwanej zachodniej opinii publicznej, która z jednej strony wiele mówi o wolności na Ukrainie i obowiązku jej obrony, o walce z terroryzmem w Palestynie, a jednocześnie całkowicie ignoruje, że i Kijów, i Tel Awiw odbierają ludziom wolność wyznania i praktyk religijnych. Syjonistyczna agresja przeciw Palestyńczykom nie ogranicza się przecież do Hamasu, działalności terrorystycznej czy w ogóle zbrojnego oporu, ale dotyka ogółu społeczności, której znaczna część wyznaje przecież chrześcijaństwo, przede wszystkim w obrządku wschodnim. Mamy więc do czynienia z czystką etniczną, z ludobójstwem motywowanym rasizmem. To nie żadna wojna z prawdziwym czy urojonym islamizmem, ale wojna także z chrześcijaństwem. Spod propagandy praw człowieka, akcji antyterrorystycznych, walki o wolność zawsze w końcu wyziera chęć zniszczenia chrześcijaństwa.

DT: Ludobójstwo, którego syjoniści dopuszczają się na narodzie palestyńskim przypomina pod tym względem poprzednie akcje przeciw chrześcijanom w Syrii i Iraku. Tak, ich sprawcy też mieli wiele do powiedzenia o wolności i prawach człowieka, by jednocześnie wykorzystywać terrorystów do mordowania ludności cywilnej, prześladowania religii i niszczenia tradycji. Wszyscy pamiętamy, jak w Syrii to Hezbollah bronił chrześcijan atakowanych przez Państwo Islamskie, czyli organizację o podobnej genezie i charakterze, jak np. Armia Wyzwolenia Kosowa. To często nawet te same struktury, badałam m.in. kwestię powiązań między ekstremistami z Kosowa a Al-Kaidą w tamtym czasie, kiedy to Kosowo odwiedził m.in. Bin Laden. Państwo Islamskie jest zaś tylko kolejną odsłoną tej samej prowokacji, w której uczestniczą również reżim syjonistyczny, Stany Zjednoczone i ich tajne służby oraz kontrolowane przez nie struktury państwowe i polityczne. To prawdziwe oblicze globalnego Zachodu. A z drugiej strony mamy ludność cywilną, mamy historię, mamy tradycję, mamy atakowane kościoły, które niszczą jednocześnie opowiadając o wolności i prawach człowieka.

To całkowita hipokryzja, którą widać dziś zupełnie wyraźnie. Wcześniej łatwiej było ukrywać prawdę, zbywać ją opowieściami o teoriach spiskowych. W rzeczywistości jednak to już nie są nawet teorie. To praktyka, to codzienność wojny z historią, tradycją i religią. Bo bez nich, gdy ludzie je tracą – można ich łatwiej kontrolować. A że łatwiej jest kontrolować miliard niż siedem miliardów, więc dąży się też do depopulacji. Dziś to już chyba coraz bardziej jasne dla wszystkich. Dlatego właśnie, z naszymi doświadczeniami, jeszcze z lat 90-tych mogliśmy tak szybko rozpoznać co jest szykowane dla Ukrainy, co tam się naprawdę dzieje i jakie scenariusze są realizowane.

KR: Sądzę, że to kluczowy wniosek z naszej dyskusji i naszych obserwacji. Śledząc poszczególne nici sieci globalizmu rozpoznajemy liczne powiązania, jak choćby między kaukaską częścią Państwa Islamskiego a banderowskim neonazizmem na Ukrainie. Kiedy z kolei przenosimy wzrok na Albanię widzimy tam obozy szkoleniowe terrorystów, dawnych Mudżahedinów Ludowych, wykorzystywanych następnie w Syrii i Iraku. Aktywność terrorystyczna, polityczna i propagandowa na całym świecie łączy się i zawsze wszystkie tropy łączą się z ośrodkami decyzyjnymi Anglosasów i syjonistów, zaś chrześcijaństwo, w szczególności prawosławie znajduje się na liście celów do zniszczenia. I choć nie tracimy wiary w ostateczne zwycięstwo, w tym w powrót Kosowa do Serbii i w pokonanie nazizmu na Ukrainie, to równocześnie nie możemy ignorować rozlewaniem się kolejnych zagrożeń na cały już niemal świat.

W Polsce, do które przesiedliło się co najmniej 3 i pół miliona Ukraińców obserwujemy rozpychanie się struktur prox-Kościoła stworzonego przez Poroszenkę, a obecnie podtrzymywanego przez Zełeńskiego. Sekta ta domaga się przywilejów kosztem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, funkcjonuje niezależnie, dokonując w istocie kolonizacji religijnej, a więc i ideologicznej, i politycznej. Tylko od nas zależy czy sprostamy wyzwaniu i przeciwstawimy się temu kolejnemu zagrożeniu dla wiary i tradycji.

DT: Atakują nas fałszywy kościół i fałszywa wiara. Musimy się przeciwstawiać i obronić, bo przecież gdy Bóg jest nami któż mógłby nam sprostać? Mówimy tylko prawdę i tylko Prawdzie dajemy świadectwo, musimy zatem zwyciężyć, nie chodzi bowiem tylko o jedną religię czy naród, sprawa jest wspólna dla wszystkich ludzi, którzy do Prawdy dążą, w Europie, w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Afryce, obu Amerykach, nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie przecież też nie brak ludzi uczciwych, którzy dostrzegają jakie zło jest czynione na świecie. Musimy pozostawać w kontakcie, rozmawiać, pracować razem i razem przeciwstawić się temu złu.

KR: I o to właśnie chodzi. Mocno wierzymy, że prawda nas chroni, że prawda nas wyzwoli i że prawda i tylko prawda nas uratuje.

Laksacja legislacyjna

Laksacja legislacyjna

Izabela BRODACKA

W większości sklepów w mojej dzielnicy stoi miseczka z wodą a na szybie widnieje napis „pet friendly”. Wiele sklepów i kawiarni z podobnymi napisami zaprasza również psy do środka. To bardzo miłe i wygodne dla właścicieli zwierzaków lecz nie koniecznie dla innych gości. Pies w sklepie z pieczywem jest zupełnie nie na miejscu i trzeba zrozumieć, że inni klienci mają prawo się go brzydzić.

Wracając do napisów. Przede wszystkim im nie ufam. Podobnie jak nie ufam licznym fundacjom i stowarzyszeniom zajmującym się ochroną zwierząt, choć zwierzątka bardzo lubię, miewałam po kilka zwierząt na raz, najczęściej były to psy i koty bezdomne, zabrane z ulicy, często leczone sporym kosztem. Rzecz w tym, że moim własnym kosztem. Za pieniądze wydane na leczenie tych zwierząt mogłabym sobie kupić niejednego psa rasowego lecz nigdy nie przyszło mi to do głowy choć znam się dość dobrze na rasach psów.

Te napisy nie budzą mego zaufania bo to tylko moda. Być może szlachetna moda lecz – jak każda moda intelektualna- niezbyt mądra i pełna hipokryzji. Do fundacji i stowarzyszeń ochrony zwierząt nie mam zaufania gdyż znam przypadki zbierania przez nie funduszy na ratowanie zwierzęcia dawno padłego lub uśpionego. Narwani aktywiści tych organizacji potrafią odbierać właścicielowi konia za rzepy w ogonie czy splątaną grzywę. Narwani aktywiści chcą również koniecznie doprowadzić do zastąpienia koni przewożących turystów do Morskiego Oka meleksami, co dla tych pracujących koni oznacza śmierć w rzeźni.

Moja sąsiadka była świadkiem następującego wydarzenia. Samochód potrącił na parkingu szczeniaka owczarka niemieckiego. Jego pan spokojnie zdjął mu obróżkę i oddalił się godnym krokiem. Sąsiadka podniosła połamanego pieska, wyleczyła i był jej towarzyszem przez długie lata. Zachowanie właściciela psa było moim zdaniem obrzydliwe, a sąsiadki szlachetne. I tyle. Zdania pozostałych sąsiadów były podzielone. Byli wśród nich przekonani, że świat można poprawić donosami więc koniecznie chcieli doprowadzić do skazującego eleganckiego pana wyroku sądowego. Obecnie nazywa się takiego naprawiacza świata przez donosy – sygnalistą. Kiedyś nazywało się go kapusiem. W języku młodzieżowym podobno ( nie wiem dlaczego ) mówi się na takiego sygnalistę „ szśdziesiona”.

Ja natomiast najchętniej wyjaśniłabym ręcznie właścicielowi szczeniaka niestosowność jego postępowania, a sąsiadkę uhonorowałabym podaniem jej nazwiska, lecz nie mogę tego zrobić ze względu na RODO. Kolejny przejaw laksacji legislacyjnej Unii Europejskiej to zarządzenie chroniące dane osobowe obywateli UE, które zostało opublikowane w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej 4 maja 2016 roku, a weszło w życie 25 maja 2018 roku.

W wyniku ślepego stosowania się do podobnych idiotyzmów w mojej kamienicy zdjęto listę lokatorów. Sanitariusze pogotowia regularnie walą w nocy w moje okno ( mieszkam na parterze) żeby dowiedzieć się gdzie mieszka pani Nowacka czy Kowalska, która zasłabła, wezwała pogotowie ale nie zdążyła podać numeru lokalu. Jeszcze trafniej ilustruje idiotyzm i szkodliwość tego zarządzenia popularny w środowisku medyków dowcip. Przestrzegająca RODO pielęgniarka wywołuje pacjentów mówiąc: „Pierwszy wchodzi pan z kiłą a następny z rzeżączką”.

Trzeba zrozumieć, że nie da się wszystkiego uregulować prawnie a mnożenie przepisów i zarządzeń, często sprzecznych wewnętrznie, nie przynosi nic dobrego. Wręcz przeciwnie, paraliżuje ludzi, czyni ich biernymi i bezwolnymi, a co gorsza pozbawionymi ludzkich odruchów. Ze względu na odpowiedzialność za szkody poniesione przez pasażerów w niezawinionym nawet przez kierowcę wypadku zanika na przykład obyczaj podwożenia przypadkowych przechodniów do sklepu czy kościoła i całkowicie zanikł autostop, jako sposób podróżowania młodzieży.

Ludzie boją się udostępnić nieodpłatnie zbędne im chwilowo mieszkanie rodzinie czy znajomym gdyż, albo będą musieli płacić podatek od wynajmu choć nie wynajmują, albo darmowy lokator zapłaci podatek od nienależnego zysku jakim jest darmowe lokum. Dlatego właściciele mieszkań wolą aby stały puste, a ceny wynajmu szybują. Sytuację pogarsza fakt tak zwanej ochrony posesoryjnej dzikich lokatorów czyli takich, którym zakończył się okres umowy, którzy nie płacą za ogrzewanie i media i dewastują cudze mieszkanie. Każdy z nich zgłasza w sądzie jakąś dolegliwość, sprawy o eksmisję ciągną się latami i dlatego wynajmowanie mieszkania stało się bardzo ryzykowne. W rezultacie całe bloki i kamienice stoją puste. Ochrona lokatorów specjalnej troski czyli chorych oraz obarczonych dziećmi obraca się przeciwko nim samym. Nikt rozsądny nie wynajmie im lokalu albo wynajmie za bardzo wysoką opłatą. Gdyby właściciele mieszkań mogli swobodnie dysponować swoją własnością to znaczy gdyby mogli łatwo usunąć z własnego mieszkania niepożądanego lokatora zadziałałby rynek i ceny wynajmu nieuchronnie spadłyby.

Zwolennicy wejścia Polski do Unii Europejskiej liczyli na poszerzenie obszaru swojej wolności. Okazało się, że zaczęły ich obowiązywać setki dodatkowych przepisów ograniczających ich swobody. Aby zdobyć mieszkanie młodzi ludzie muszą brać kredyty i stają się niewolnikami swego zadłużenia. Dyrektywa mieszkaniowa UE zmuszająca właścicieli domów do kosztownej ich termomodernizacji to założenie dożywotnio kolejnym milionom ludzi kredytowego chomąta. Natomiast starych ludzi, którym nikt nie da kredytu albo nie będą w stanie go spłacać pani minister klimatu ma zamiar przenosić do kontenerów lub domów opieki. Pod pretekstem walki z globalnym ociepleniem zakazuje się ubogim ludziom palenia węglem i drewnem i nakazuje przejście na niezwykle drogie ogrzewanie elektryczne. Miasta mają zostać zamknięte dla starych samochodów co uniemożliwi niezamożnym ludziom dojazd do lekarza czy na zakupy. Jak ktoś powiedział- jedyne naprawdę dostępne w UE wolności to wolność kopulowania w dowolnej konfiguracji i wolność skrobania.

A ja chciałabym zobaczyć na każdej instytucji państwowej tabliczkę z napisem:people-friendly

“Geriatric peace theory.” Is Russia’s Declining Birth Rate a Global Warning Sign?

Is Russia’s Declining Birth Rate a Global Warning Sign?

by Edwin Benson October 10, 2024 Russias-declining-birth-rate-a-global-warning-sign

Is Russia’s Declining Birth Rate a Global Warning Sign?
Is Russia’s Declining Birth Rate a Global Warning Sign?

Russia is weak and growing weaker every day. This evaluation is not directly related to the usual measures of national strength—wealth, military resources or occupied land—nor is it merely wishful thinking. Academics have a name for Russia’s core issue: demographics.

Recipe for Disaster

Demographics is the study of population and its change over time. Populations rise and fall for many reasons. Some classic explanations include religious beliefs, morality, health issues, economic opportunities, immigration and political conditions. However, two significant aspects are relatively new—effective contraception and legal abortion.

All of the classic and the more recent factors apply to the demographic disaster in Russia. The Russian Orthodox Church subordinates religious doctrine to political expediency. Russia’s public health is a disaster, as seen in the fact that male life expectancy declined to 57.4 years in 1994. (It is 67.5 today, far below that in the U.S—79.25.) The economy has been a shambles ever since the Bolshevik Revolution. During the decades of Communist rule, anyone who could arrange an exit visa left. Even today, the country is enough of a land of opportunity to attract mass immigration to make up for the low birth rate.

Moreover, the U.S.S.R. pioneered so-called “sexual liberation.” One of the first things that Lenin and Stalin did was to force women to work outside their homes. To smooth this revolutionary change, they promoted divorce and abortion. In the century since, these conditions have become universally accepted. Today, they are never even discussed.

Certainly, all other industrialized nations—the U.S. included—suffer under some of the same circumstances. However, only in Russia have all these conditions been so prevalent over such a long period.

Too Old to Fight?

Russia’s situation is desperate. Until it invaded Ukraine, some argued that Russia’s demographic issues undercut its capacity to fight a modern war. That idea has a name: “geriatric peace theory.” Despite its odd-sounding title, no one should dismiss it casually. The premise is that a nation with a rapidly aging population cannot mount a successful war.

Robert Farley, a visiting professor at the U.S. Army War College, explains, “Geriatric Peace Theory depends less on the actual availability of young men than on the socioeconomic structures that emerge in “old” societies, in particular the need for young workers to support the social safety net and health care systems that aging citizens require. This leaves fewer young people available to fill the needs of military organizations.”

However, Jennifer Sciubba, Ph.D., author of 8 Billion and Counting: How Sex, Death, and Migration Shape Our World, notes that old age does not always guarantee the peace. In a 2022 paper she prepared for the Population Reference Bureau, she spelled out her reservations.

“The safest argument, the one that leaves us best prepared for the future, is that population aging and depopulation are not an automatic recipe for peace. What Russia, China, Japan, and many other aging countries have shown is that when the threat level or motivation is sufficiently high, even states at the end of the demographic transition will marshal the resources to fight.”

Two Weak Opponents

How did these factors play out in real life? When Russia first invaded Ukraine in February 2022, most analysts predicted a swift Russian victory. When that did not happen, most credited a combination of Russian incompetence and unexpected Ukrainian resistance. However, no one should disregard demographic factors.

Indeed, Ukraine shares many of its adversary’s maladies. As a part of the former U.S.S.R., most of Russia’s Communist-created social, legal, and economic ills affected Ukraine as well. So, two fundamentally weak countries are fighting against each other. Both can carry on because they have strong allies.

Lots of ink has been spilled recording Vladimir Putin’s reactions to Russia’s low birth rate, which one of his spokesmen labeled “catastrophic.” Even though the Russian leader turned on his propaganda machine to promote larger families and backed up those efforts with economic incentives, the dire situation has not improved. According to the Russian government’s statistical agency, Rosstat, “From January to June of 2024, 599,600 children were born in Russia—16,000 less than the same period in 2023.”

A World Wide Issue

However, these conditions are not limited to formerly Soviet-dominated countries. Nor are they confined to Eastern Europe and Asia. Russia’s fertility rate, 1.41, is identical with Austria’s. Germany’s 1.46 isn’t much higher. Spain (1.16), Italy (1.24), Poland (1.29) and Greece (1.32) lag behind the Russians. Only France (1.79), Romania (1.71) and Turkey (1.63) exceed Russia to any significant extent. The U.S. rate is virtually identical to that of the French.1 Canada’s 1.33 barely surpasses Greece’s birth rate.

None of these nations meets the standard for natural population replacement, which the World Economic Forum places at 2.1.

Russia is tasting the bitter fruits of generations of anti-family policies. While the nations of North America and Western Europe are better off, the long-term forecast is still grim.

The cure is easy to understand but requires Solomon’s wisdom to implement. The population shrinks because people have lost the motivation and morality to have children. Only a moral and religious regeneration can renew what the last three or four generations squandered.

Friday Funnies: An Instruction Manual

Friday Funnies: An Instruction Manual

Saving democracy one small step at a time

Robert W Malone MD, MS Oct 11, 2024



(With U.S. debt now at $35.3 trillion, the cost of the interest bill alone on all that borrowing is about $3 billion a day. A quick calculation: the USA is paying out over a trillion in interest this year. This is our money folks.)



























Skończony tchórz Władysław Kosiniak-Kamysz

Skończony tchórz Władysław Kosiniak-Kamysz

Agnieszka Piwar 2024-10-11 piwar/skonczony-tchorz-kosiniak-kamysz

Na czele resortu obrony powinien stać człowiek wykazujący się szczególną odwagą. Niestety Władysław Kosiniak-Kamysz – zwany ironicznie „tygryskiem” – po raz kolejny udowodnił, że nie nadaje się na stanowisko ministra obrony narodowej, gdyż jest tchórzem, za którego wstydzą się zapewne żołnierze Wojska Polskiego

Na początek definicja. Według Słownika Języka Polskiego PWN odwaga to «śmiała, świadoma postawa wobec niebezpieczeństwa».

Niebezpieczeństwa doświadczyli właśnie polscy żołnierze stacjonujący w Libanie, których ostrzelała zbrodnicza armia Izraela. Tymczasem nasz „Tygrysek” na platformie X (dawniej Twitter) skomentował sprawę następująco:

«Dziś w Libanie doszło do ataków na miejscowość Naqoura, w której stacjonuje dowództwo misji ONZ. W wyniku ataków nie ucierpiał żaden z polskich żołnierzy stacjonujących w Libanie. W bazie stacjonowania PKW UNIFIL oraz na posterunkach, na których pełnią służbę nasi żołnierze, nie odnotowano niepokojących incydentów.»

Z lawiną komentarzy ruszyli użytkownicy X, którzy wytknęli szefowi MON pominięcie kluczowej informacji: kto zaatakował.

Adam Czarnecki: «Panie Premierze! Podpowiadam, że za atakami stoi, uwaga, uwaga, proszę się przygotować, Izrael. Oznaczę @IsraelinPoland oraz @YacovLivne, co by Pan nie musiał :)»

Katarzyna Maria: «To Izrael zaatakował nasze wojska! Miej odwagę to powiedzieć zanim Polska zostanie sprzedana tak, jak Ukraina!»

Rafał Mosiołek: «Czemu nie napisałeś, że ataku dokonał Izrael?»

Zachariasz: «Władek nie bój się trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Ataku dokonało zbrodnicze i terrorystyczne państwo Izrael, które to od roku popełnia ludobójstwo, mordując kobiety i dzieci w strefie Gazy i Libanie.»

Żona Gajowego: «Żydzi atakują wojska ONZ a ty łachu piszesz o incydencie? Łajzo…»

FIOLA: «Samo z siebie doszło? Co doszło? Ataki same się zaatakowały? Kto zaatakował? Co to za dezinformacja?»

Generał prof dr Jacek Śmigowski: «Jprdl Putina chcecie wgnieść w ziemię a brakuje odwagi by napisać, że zaatakował Izrael.»

Serwis X dość szybko zareagował, podłączając pod wpisem ministra adnotację: Czytelnicy dodali informacje kontekstowe, które mogą być przydatne dla innych. Ataku dokonały wojska izraelskie.

Jako że komentujący wyżywali się na profilu samego „tygryska”, nie brakowało też humorystyczno-uszczypliwych uwag.

Marcin Stein: «Jak się kosiniak boi to niech kamysz powie że to Żymianie.»

xBond: «Ma Pan zaszczyt piastować tak wysokie stanowisko w RP, a musi Pana poprawiać serwis X.»

Paweł Machitko: «Atak UFO najwyraźniej.»

ZMOK.PL: «Panie kamysz. Ale kto zaatakował? Podpowiem, że na: ż Śmiało. Wróg zdemaskowany i określony, to wróg o połowę mniej groźny.»

Ewelina S.W.: «Czy tam ukrywał się Hamas? Czy były korytarze pod budynkami misji?»

GeorgeWaw: «Czy nasi żołnierze ukrywają w podziemiach hezbollah? Lepiej to wcześniej wyjaśnić żydom zanim ktoś z naszych zginie.»

Zygrfyd Czaban: «“Marsjanie w Libanie”. Pan sobie z nas jaja robisz.»

Właściciel profilu Kogut Tomasz przygotował nawet sondę:

Kto zaatakował? 1) Gargamel z Klakierem; 2) Sithowie; 3) Książę Ightorn i ogry; 4) Harkonnenowie.

Byłoby to wszystko całkiem śmieszne, gdyby nie było tragiczne. Postawa szefa resortu obrony do złudzenia przypomina zachowanie prezydenta Andrzeja Dudy, Zwierzchnika Sił Zbrojnych, kiedy pół roku temu armia izraelska z premedytacją zaatakowała konwój z pomocą humanitarną.

Wśród ofiar tamtego ataku był polski wolontariusz Damian Soból. Tymczasem prezydent Polski komentując wydarzenie na X, również nie miał odwagi napisać, że agresji dokonała armia Izraela. Bestialski atak określił jedynie jako „tragedię”. Skandaliczny wpis Andrzeja Dudy wyglądał następująco.

«Z głębokim bólem przyjąłem informację o śmierci w Strefie Gazy wolontariuszy z organizacji World Central Kitchen, w tym polskiego obywatela. Jestem myślami z ich najbliższymi. Ci odważni ludzie swoją służbą i poświęceniem dla bliźnich zmieniali świat na lepsze. Tragedia ta nigdy nie powinna się wydarzyć i musi zostać wyjaśniona.»

Kiedy ci tchórze wysługujący się syjonistom zostaną wreszcie rozliczeni? Polacy – w tym żołnierze Wojska Polskiego – chyba nie mają już najmniejszych wątpliwości, że rządząca nami klika nie realizuje interesów narodu polskiego. Jeśli naród stanowczo na to nie zareaguje, to nie zasługuje na własne państwo. Komentarze na X – nawet te najbardziej celne – to za mało.

Agnieszka Piwar

Noble. Jaja jak berety. Japońskie jądra, koreańska proza.

Noble. Jaja jak berety. Japońskie jądra.

Japońska organizacja Nihon Hidankyo, domagająca się likwidacji broni jądrowej, laureatem Pokojowej Nagrody Nobla.

A przedtem jakaś pańcia, Han Kang, dostała „mobla” „za intensywną prozę poetycką, która mierzy się z historycznymi traumami i obnaża kruchość ludzkiego życia”

[bo przecież musiała być kobitka, postępowa i kolorowa md]