NCZAS.INFO | Grzegorz Braun w Augustowie. / Fot. screen
W drodze na Litwę Grzegorz Braun zatrzymał się w Augustowie, gdzie spotkał się z tamtejszymi rolnikami i wygłosił przemówienie. Zdaniem prezesa Konfederacji Korony Polskiej, Polska utraciła suwerenność na rzecz obcych mocarstw oraz brukselskiej biurokracji, a Polacy stają się „sublokatorami we własnym kraju”.
Braun przekonywał, że Polska utraciła realną decyzyjność. – Walczymy o odzyskanie niepodległości. Polska nie jest niepodległa. Naród polski, mający tysiącletnie tradycje własnej państwowości, staje się sublokatorem we własnym kraju – mówił, po czym dodał, że Polacy zostali zepchnięci do „drugiej kolejności odśnieżania”, podczas gdy uprzywilejowaną pozycję zajmują inne nacje.
– Polak płaci, Ukrainiec wymaga. Niemcy wyprodukują, Ukraińcy dostaną, a Polacy zapłacą. Kto tu jest u siebie na swoim? Nie Polacy – kontynuował Braun.
Znaczną część przemówienia poseł poświęcił krytyce Unii Europejskiej, którą konsekwentnie nazywa „Eurokołchozem”. Według niego elity warszawskie, w tym świat akademicki i korporacyjny, to „chłopstwo pańszczyźniane naszych czasów”, które dobrowolnie rezygnuje z polskości na rzecz etatów w międzynarodowych strukturach.
Braun ostrzegał przed ideologicznymi fundamentami UE, przywołując Manifest z Ventotene autorstwa Altiero Spinellego. – On napisał: mają zniknąć narody, ma zniknąć własność prywatna. Chcecie tego? Ja nie chcę, a oni to mają w programie – alarmował. W wizji polityka obecny kurs prowadzi do przekształcenia Polski w „land eurokołchozowy”, „Ukropol” lub „bantustan anglosaski”.
– My, którzy chcemy być Polakami w Polsce, musimy się o to upomnieć – apelował do słuchaczy.
Równie ostro Grzegorz Braun wypowiedział się na temat Europejskiego Zielonego Ładu. Jego zdaniem walka z globalnym ociepleniem to w rzeczywistości mechanizm wywłaszczania obywateli i niszczenia polskiej gospodarki.
– Każda rodzina, czy na wsi, czy w mieście, płaci podatek od urojeń klimatycznych. W każdym rachunku za prąd czy gaz macie kilkadziesiąt procent narzutu – wyliczał, nazywając unijne projekty „leninowską odpowiedzią” na współczesne problemy.
Braun podkreślił, że ingerencja władzy w to, czym obywatel pali w piecu, jest naruszeniem miru domowego i „woła o pomstę do nieba”. Porównał obecną politykę zrównoważonego rozwoju do komunistycznej „sprawiedliwości społecznej” – w rzeczywistości sprowadza się wszystko do łamania prawa własności.
W przemówieniu nie zabrakło też odniesień do polskiego rolnictwa czy też do nadmiaru biurokracji i kontroli państwowej.
Pete Hegseth kłamie na temat blokady irańskich portów przez USA. 12 kwietnia, po tym jak J.D. Vance ogłosił zerwanie rozmów z Iranem, Trump ogłosił morską blokadę irańskich portów i obszarów przybrzeżnych.
Dowództwo Centralnego Dowództwa (CENTCOM) wyjaśniło, że blokada będzie stosowana wobec statków wszystkich państw wpływających do i wypływających z irańskich portów, ale nie będzie utrudniać swobodnego przepływu przez Cieśninę Ormuz do i z portów nieirańskich.
—————————————————————
Teraz, po ponad dwóch tygodniach, Pete Hegseth twierdzi, że blokada USA działa i staje się coraz skuteczniejsza. Opisuje ją jako „niezawodną”, „zacieśniającą się z godziny na godzinę”, a nawet „rozszerzoną globalnie”. Stwierdził, że Marynarka Wojenna zawróciła 34 okręty, tranzyt przez Cieśninę Ormuz jest teraz „znacznie ograniczony”, a blokada będzie trwała „tak długo, jak będzie to konieczne”.
Przedstawił również blokadę jako narzędzie nacisku na Iran, wyjaśniając, że miała ona na celu utrzymanie presji na żeglugę, dopóki Teheran nie wyrzeknie się swoich ambicji nuklearnych. W tych samych uwagach ostrzegł, że Stany Zjednoczone będą „strzelać, by zniszczyć”, jeśli irańskie statki postawią miny lub w inny sposób zagrożą żegludze handlowej.
Oto dostępne dane dotyczące tranzytu przez Cieśninę Ormuz od 15 kwietnia:
Dzienne wolumeny (około 15 kwietnia): Tylko 15 kwietnia odnotowano 19 tranzytów – 5 wjazdowych i 14 wyjazdowych – według Windward. W tym samym okresie 11 kwietnia odnotowano 17 tranzytów, 12 kwietnia – 21, a 13 kwietnia – 17. (Źródła: United Against Nuclear Iran / Windward)
Ogólny obraz od 15 kwietnia: Dokładna, łączna liczba przejść między 15 a 30 kwietnia nie jest publicznie dostępna, ale na podstawie danych wymienionych powyżej, dzienna liczba przejść wahała się od 6 do 21 jednostek dziennie. Aktualne dane z systemów śledzenia Windward i AIS potwierdzają utrzymującą się niską liczbę przejść, od 6 do 13 jednostek dziennie.
Odpowiadałoby to szacunkowo około 100 do 200 przekroczeń w ciągu 15 dni od 15 kwietnia – choć rzeczywista liczba może być wyższa ze względu na podszywanie się pod GPS. Nie mogę komentować podszywania się pod GPS, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że Pete Hegseth wprowadza amerykańską opinię publiczną w błąd co do skuteczności blokady.
Aby zrozumieć nieuczciwość Hegsetha, należy znać amerykańską doktrynę morską dotyczącą przeprowadzania blokady. Procedura Marynarki Wojennej USA dotycząca przejmowania statku zajętego podczas blokady koncentruje się na tzw. operacjach VBSS (Visit, Board, Search, and Seizure ), regulowanych przede wszystkim przez Podręcznik Dowódcy Prawa Operacji Morskich (NWP 1-14M/MCTP 11-10B, marzec 2022 r.) oraz zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym (LOAC), w tym z przepisami prawa zwyczajowego dotyczącymi blokad.
Standardowe procedury stosowania i kontroli
1. Przechwytywanie i ostrzeżenia: Siły zbrojne USA (okręty wojenne Marynarki Wojennej, często wspierane przez Korpus Piechoty Morskiej lub Straż Przybrzeżną) wydają ostrzeżenia radiowe, sygnały wizualne lub strzały ostrzegawcze, aby nakazać statkowi zatrzymanie się. Jeśli statek nie zastosuje się do polecenia, można użyć ognia obezwładniającego (np. w maszynowni), aby zatrzymać statek bez jego zatopienia.
2. Abordaż (VBSS): Specjalistyczny zespół abordażowy – zazwyczaj złożony z żołnierzy piechoty morskiej, personelu Korpusu Piechoty Morskiej (np. 31. MEU) lub Straży Przybrzeżnej – podpływa łodzią motorową, helikopterem lub zjeżdża na linie. Zespół zabezpiecza mostek, maszynownię i kluczowe obszary, aby przejąć kontrolę. Zespoły są przeszkolone zarówno w zakresie operacji abordażowych kooperacyjnych, jak i niekooperacyjnych (wymuszonych) i stosują taktykę walki w zwarciu, przeszukań i obezwładnienia załogi.
3. Przejęcie kontroli: Grupa abordażowa przejmuje dowództwo operacyjne nad statkiem. W kontekście formalnej blokady wojennej lub konfliktu zbrojnego, załoga pryzu (oddział amerykański) może zostać umieszczona na pokładzie w celu przeniesienia zdobytego statku do przyjaznego portu w celu przeprowadzenia procesu. Pierwotna załoga może zostać zatrzymana, wydalona lub – w przypadku statków neutralnych – tymczasowo pozwolono jej pozostać na pokładzie pod strażą. Statek i ładunek są kontrolowane pod kątem przemytu, naruszeń sankcji lub naruszeń blokady. Zgodnie z prawem pryzu (które ma zastosowanie również w przypadku konfliktu zbrojnego), sąd pryzu może skonfiskować statek lub ładunek jako należną pryzu. [Pryz (fr. prise) w prawie morza to cywilna jednostka pływająca (statek), która została przejęta jako zdobycz wojenna]
4. Po schwytaniu: To kluczowy punkt: statek jest zazwyczaj eskortowany do portu USA lub państw alianckich w celu dalszej inspekcji, ewentualnej konfiskaty lub zwolnienia, jeśli schwytanie zostanie uznane za bezprawne. Traktowanie załogi jest regulowane przez LOAC (np. humanitarne traktowanie; możliwe internowanie kombatantów).
Blokady to akty wojny, które wymagają skutecznego egzekwowania (bezstronnego, ogłoszonego i utrzymywanego siłą). Naruszyciele (wrogie lub neutralne statki, które łamią lub próbują przełamać blokadę) podlegają pojmaniu.
———————————————————-
Skoro procedura jest już jasna, przejdźmy do ograniczeń Marynarki Wojennej USA. Jak wspomniałem w poprzednim artykule, Marynarka Wojenna USA utrzymuje swoje okręty w odległości 200 mil od wybrzeża Iranu. Zbliżając się do wybrzeża, są narażone na ataki rakietowe i drony. Irańskie okręty, opuszczając port, zazwyczaj pozostają w odległości 50 mil od wybrzeża Iranu, co oznacza, że znajdują się poza zasięgiem Marynarki Wojennej USA.
Rozważmy teraz obecne rozmieszczenie sił Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych (w oparciu o publicznie dostępne informacje). Na koniec kwietnia 2026 r. Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych posiadała co najmniej 14 jednostek aktywnie operujących lub zapewniających wsparcie w szerszym regionie (Zatoka Omańska, Morze Arabskie i odpowiednie obszary Oceanu Indyjskiego). Należą do nich trzy grupy uderzeniowe lotniskowców (CSG), co najmniej osiem niszczycieli rakietowych, sześć okrętów Grup Gotowości Amfibijnej (ARG) z 31. i 11. MEU oraz dwa dodatkowe okręty eskortowe (niebędące częścią głównej ARG, ale często operujące w powiązaniu z nią): krążownik USS Robert Smalls (CG-62) i niszczyciel USS Rafael Peralta (DDG-115), które razem tworzą szerszą Ekspedycyjną Grupę Uderzeniową.
Innymi słowy, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych dysponuje tylko 11 okrętami, które mogłyby zostać wykorzystane do operacji VBSS.
Dostrzegasz problem matematyczny? Obecne rozmieszczenie sił USA oznacza, że Marynarka Wojenna USA mogłaby prowadzić operacje VBSS na maksymalnie 11 okrętach. Oznaczałoby to jednak, że amerykańskie niszczyciele, których zadaniem jest ochrona amerykańskich lotniskowców przed atakami powietrznymi, musiałyby zostać odsunięte od swojej głównej misji, pozostawiając lotniskowce samym sobie.
Nawet zakładając, że wszystkie 11 okrętów USA przeprowadziło udane operacje VBSS od 15 kwietnia, oznacza to, że od 89% do 96% wszystkich irańskich statków, które przeszły przez Cieśninę Ormuz, uniknęło blokady. Hegseth kłamie.
Larry Johnson: Rozpacz w USA rośnie – Iran jest na drodze do zwycięstwa
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 2 maja 2026 michalkiewicz
„Są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – mawiał brytyjski premier z korzeniami, Beniamin Disraeli.
A cóż dopiero mówić o sondażach? To więcej, niż ohydne kłamstwa, a nawet więcej, niż statystyka, bo służą one robieniu ludziom wody z mózgu, zwłaszcza w czasie odległym od dnia wyborów. Im bliżej wyborów, tym bardziej sondażownie muszą się pilnować, żeby nie było zbyt wielkich różnic między sondażami, a wynikami, bo to podrywa zaufanie. Ale kiedy do wyborów jest rok, albo nawet więcej, to hulaj dusza, piekła nie ma! No i właśnie mamy sytuację, gdy do wyborów jest ponad rok, a w sondażowniach święci triumfy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Nie musi to być zaraz jakieś ohydne kłamstwo, bo sympatia do politycznych gangów ma w Polsce charakter całkowicie irracjonalny i nie zależy wcale od tego, co gangi robią.
Na przykład vaginet obywatela Tuska Donalda funkcjonuje dzięki stachanowskiemu zadłużaniu państwa, kiedy mimo to, sektor ochrony zdrowia właśnie zbankrutował – a słupki sondażowe ani drgną. Najwyraźniej wyznawcom Volksdeutsche Partei musi być wszystko jedno, jak głęboko zadłuży ich vaginet u lichwiarskiej międzynarodówki, ani nawet to, czy w potrzebie pochyli się nad nimi jakiś doktor, czy będą umierać w samotności – byle tylko obywatel Tusk Donald i jego żrące się między sobą vaginessy trwały u steru. Jeśli to nie jest dowód na całkowity zanik instynktu politycznego w naszym, mniej wartościowym społeczeństwie tubylczym, to ja jestem chińskim mandarynem.
Podobnie zresztą jest z wyznawcami Naczelnika Państwa, który za sprawą Mateusza Morawieckiego Naczelnikiem właśnie być przestaje. Wyznawcy Naczelnika bowiem, bez względu na to, że Naczelnik w sprawach istotnych dla Państwa robi to samo, co obywatel Tusk Donald, daliby się za niego posiekać – chociaż gdy ich dopytywać, dlaczego właściwie, to nie bardzo potrafią to wyjaśnić. Najwyraźniej stare kiejkuty, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych, aranżują życie publiczne w naszym nieszczęśliwym kraju, przez ostatnie 26 lat zdążyły doprowadzić konstytucyjną większość obywateli do stanu onieprzytomnienia, w związku z czym ewentualny powrót do normalności wydaje się coraz bardziej wątpliwy.
Ale dość już tego narzekania, bo przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju rysuje się ciekawie w tym sensie, że historia może się powtórzyć i to dosłownie. Mam na myśli sondaże, wskazujące, iż Volksdeutsche Partei wprawdzie uzyskałaby najlepszy wynik wyborczy – ale niewystarczający do samodzielnego utworzenia vaginetu, zwłaszcza, że notowania obecnych jej koalicjantów, poza Lewicą, szorują poniżej 5-procentowej klauzuli zaporowej. Z PiS-em jest podobnie; jego notowania są prawie o 5 procent niższe, a przecież nie wiadomo, jak długo masy będą wierzyć, że fronda Mateusza Morawieckiego nie zmierza przypadkiem do tego, by zneutralizować PiS i Naczelnika – bo Niemcy nie potrzebują już u nas żadnych listków figowych – tylko naprawdę chodzi o to, by PiS oddychało „dwoma płucami”?
Jeśli jednak Mateusz Morawiecki dojdzie do wniosku, że Naczelnika trzeba wreszcie spuścić z wodą, to wtedy obywatel Tusk Donald może liczyć na „wielką koalicję” złożoną z Volksdeutsche Partei, resztek po PiS-ie, no i Lewicy. Jeśli jednak Mateusz Morawiecki zachce uniknąć ostentacji i tylko „pięknie się różnić” z Volksdeutsche Partei, to w naszym nieszczęśliwym kraju historia może się powtórzyć.
Chodzi o to, że PiS obecnie uzyskuje w sondażach wyniki oscylujące wokół 29 procent, co oczywiście nie pozwala na samodzielne rządy z panem prof. Czarnkiem jako premierem. Volksdeutsche Partei w najnowszym sondażu ma 33 procent, a Lewica – prawie 7. Z drugiej strony Konfederacja notuje 12,5 procenta, a Konfederacja Korony Polskiej – 6,3 procenta. Gdyby zatem taki rezultat dotrwał do wyborów w roku 2027, a do tego czasu KKP Grzegorza Brauna nie zostałaby zdelegalizowana – do czego dąży obywatel Żurek Waldemar, wspierany nawet przez pana ambasadora Różę – to PiS i obydwie Konfederacje miałyby w sumie prawie 49 procent głosów, podczas gdy Volksdeutsche Partei i Lewica – tylko 40 – bo reszta – jak wspomniałem – szoruje poniżej 5 procent. W takiej sytuacji marzenie PiS o powrocie do władzy mogłoby się spełnić – ale za cenę wejścia z koalicję z obydwiema Konfederacjami i ewentualnie – z PSL-em – bo PSL, niezależnie od sondaży, zawsze przeturla się przez barierę 5 procent z uwagi na zaplecze, które jeszcze za komuny zawłaszczyło wszystkie synekury w sektorze publicznym w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Nie ma w tym ani krzty żadnej ideologii, a tylko walka o byt – bo ci synekurowi beneficjenci doskonale wiedzą, że są bezpieczni tylko pod warunkiem, że PSL jest w Sejmie w charakterze języczka u wagi, więc do wyborów idą kupą
Musimy jednak zdać sobie sprawę z konsekwencji takiej koalicji. Mogłaby powtórzyć się sytuacja z roku 1997, kiedy to po rządach SLD i PSL nastała koalicja AWS: – Unia Wolności. SLD i PSL oskarżane były – i słusznie – o „zawłaszczenie państwa”, to znaczy o o obsadzenie swoimi zwolennikami wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym. Toteż nowa koalicja nie miała gdzie osadzić swoich zwolenników, bo wszystkie miejsca były zajęte i nawet zmiana rządu nic tu nie mogła pomóc.
W tej sytuacji nie było rady – trzeba było przeprowadzić wiekopomne reformy, którymi zajął się charyzmatyczny premier Buzek. Chodziło o to, by pod pretekstem przychylania obywatelom nieba, utworzyć mnóstwo nowych synekur w sektorze publicznym, gdzie można by osadzić zaplecze nowej koalicji. I tak właśnie się stało, wskutek czego koszty funkcjonowania państwa skokowo wzrosły o 100 mld złotych rocznie – bo na tych synekurach to nikt byle czego przecież nie zje. Teraz Volksdeutsche Partei z koalicjantami też „zawłaszczyła państwo” – więc jeśli nawet nowa koalicja zaordynowałaby państwu radykalną kurację przeczyszczającą, to z uwagi na uwarunkowania prawne, trzeba by jednak stworzyć pewną liczbę nowych synekur w sektorze publicznym, zwłaszcza, że PSL-u raczej nie należałoby znikąd ruszać.
Wprawdzie Konfederacje opowiadają się przeciwko dalszemu rozbudowywaniu sektora publicznego, ale – po pierwsze – nie jest pewne, czy i one nie doszłyby do wniosku, że Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników z koalicji 13 grudnia, ale i dla tych porządnych – też – a po drugie – PiS żadnych ślubów panieńskich w tej mierze nie składało, więc jeśli nawet przedstawiciele obydwu Konfederacji zachowaliby chwalebną powściągliwość, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że PiS i PSL same zjadłyby wszystkie łupy.
To jednak oznacza dalsze zadłużanie państwa, które przekłada się na kryzys demograficzny. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że niemowlęta jakimś szóstym zmysłem nie wyczuwają sytuacji i kiedy dowiadują, że zostały obciążone takim wysokim długiem, to zwyczajnie nie chcą się rodzić.
W miarę jak ceny tego szlachetnego kruszcu gwałtownie rosną, zabezpieczenia branżowe przestały działać. Każdego roku mennica Stanów Zjednoczonych sprzedaje monety lokacyjne o wartości ponad miliarda dolarów. Każda z nich jest stemplowana symbolem, takim jak bielik amerykański, co oznacza rządową gwarancję – wymaganą przez prawo – że złoto jest w 100% amerykańskie.
„Trzymanie w dłoni monety lub medalu wyprodukowanego przez mennicę to nawiązanie do fundamentalnych zasad naszego narodu” – głosi deklaracja mennicy.
Jednak śledztwo przeprowadzone przez „New York Times” wykazało, że rządowy program sprzedaży złota opiera się na kłamstwie. Mennica jest w rzeczywistości ostatnim ogniwem łańcucha, w ramach którego prane jest zagraniczne złoto – w większości wydobywane nielegalnie – na potrzeby nienasyconego rynku.
Mennica kupuje złoto pochodzące z kopalni kontrolowanej przez kolumbijski kartel narkotykowy. Robi monety Lady Liberty ze złota z meksykańskich i peruwiańskich lombardów oraz z kongijskiej kopalni, której częściowym właścicielem jest chiński rząd – jak wynika z dokumentów. Część złota mennicy pochodzi od firmy z Hondurasu, która rozkopała cmentarz rdzennej ludności w poszukiwaniu złota.
W 1985 roku Kongres zakazał mennicy produkcji sztab z zagranicznego złota, chcąc odciąć ten proces od łamania praw człowieka, przede wszystkim w RPA rządzonym apartheidem. Mennica lekceważyła to prawo – zarówno za administracji demokratów, jak i republikanów – mimo wewnętrznych ostrzeżeń.
Teraz nawet 24-karatowa złota moneta prezydenta Trumpa, upamiętniająca 250-te urodziny Stanów Zjednoczonych, może pochodzić ze zbioru nieamerykańskiego złota z najróżniejszych źródeł.
Mennica, największa marka na światowym rynku inwestycyjnych złotych monet, jest przykładem tego, jak zawiodły zabezpieczenia w tej branży. Ceny złota oscylują wokół 5000 dolarów za uncję, czyli około czterokrotnie więcej niż dziesięć lat temu. To daje organizacjom przestępczym i nieuczciwym przedsiębiorcom ogromną motywację do wydobywania złota w sposób marnotrawny, destrukcyjny i ryzykowny.
Inwestorzy kupują złoto jako zabezpieczenie przed niestabilnością. Niemal każdy atak terrorystyczny, wojna i kryzys finansowy w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wywoływał gorączkę zakupów złota.
Jednak w miarę jak ceny rosną coraz wyżej, zamożni nabywcy w rzeczywistości przyczyniają się do tworzenia tej samej niestabilności, przed którą próbują się zabezpieczyć.
Złoto finansuje brutalną wojnę domową w Sudanie oraz rosyjską inwazję na Ukrainę. Rosnące ceny złota pomogły Wenezueli i Iranowi złagodzić skutki sankcji finansowych. Największy kartel w Kolumbii, Clan del Golfo, handluje złotem obok kokainy — a dochody wykorzystuje do utrzymania kontroli poprzez morderstwa i zamachy bombowe. Nielegalni górnicy wylesiają i zanieczyszczają Amazonię, zatruwając tamtejszych mieszkańców rtęcią. Grupy terrorystyczne, w tym niektóre powiązane z Al-Kaidą, również wchodzą do branży złota.
Im łatwiej sprzedać to złoto na legalnych światowych giełdach, tym łatwiej prowadzić wojnę, podtrzymywać autokrację, prać pieniądze lub niszczyć środowisko. Złoto karty narkotykowego trafiające do mennicy USA jest tego przykładem.
Najwięksi gracze branżowi mówią o wyraźnych granicach między złotem legalnym a przestępczym. Zakup z renomowanego źródła, jakim jest mennica, ma gwarantować, że nie zarabiają na tym przestępcy, terroryści i truciciele. W rzeczywistości mennica od dziesięcioleci odwraca wzrok, gdy złoto z wątpliwych źródeł napływa do jej zakładu w West Point w stanie Nowy Jork.
Prześledziliśmy setki milionów dolarów zagranicznego złota trafiającego w ostatnich latach do łańcucha dostaw mennicy. Obejmuje to złoto z drugiej ręki, którego pochodzenie jest trudne lub wręcz niemożliwe do ustalenia, oraz złoto z takich krajów jak Kolumbia i Nikaragua, gdzie branża ta jest powiązana z grupami przestępczymi.
Gdy po raz pierwszy zwróciliśmy się do mennicy, jej rzecznik powiedział, że jej złoto pochodzi w całości ze Stanów Zjednoczonych, zgodnie z wymogami prawa. Gdy podzieliliśmy się naszymi ustaleniami, mennica oświadczyła, że USA są jej „głównym” źródłem i że podejmuje kroki, by lepiej śledzić swoje złoto.
Sekretarz skarbu Scott Bessent, którego departament nadzoruje mennicę, powiedział, że zbada praktyki pozyskiwania złota.
„Celem tego przeglądu jest zapewnienie, że dostawcy złota dla mennicy Stanów Zjednoczonych przestrzegają prawa i ściśle wypełniają swoje zobowiązania, a także że mennica podejmuje wszelkie możliwe kroki, aby nadal energicznie chronić nasze bezpieczeństwo narodowe i utrzymywać integralność rynku” – napisał w oświadczeniu.
Aby nielegalnie wydobyte zagraniczne złoto stało się monetą American Eagle, muszą nastąpić dwa zjawiska przypominające alchemię.
Pierwsze z nich polega na tym, że nielegalne złoto staje się legalne.
Drugie polega na tym, że staje się amerykańskie.
Aby zobaczyć tę sztuczkę w akcji, udaliśmy się w samo serce terytorium Clanu del Golfo w północno-zachodniej Kolumbii. Sześciogodzinna podróż samochodem z Medellín zaprowadziła nas w dół północnego zbocza Andów, na tropikalne niziny.
Tuż za miasteczkiem Caucasia, znak ogłaszał, że dotarliśmy do rancza bydła należącego do rządu „z korzyścią dla narodu kolumbijskiego”. Było jasne, że rząd kolumbijski dawno stracił kontrolę. Przydrożny znak był zwęglony. Pewien starzec hodował koguty bojowe. Wokół robotnicy eksploatowali ziemię, jawnie łamiąc zakaz wydobycia.
Górnicy nazywają to ranczo „La Mandinga” – imieniem złego ducha.
Jak poinformowało nas dwóch nadzorców kopalni, od ośmiu lat Clan del Golfo zarządza kopalnią “La Mandinga”, stosując zaledwie kilka zasad. Najważniejsza z nich brzmi: nikt nie wydobywa bez zgody kartelu, a wszyscy płacą.
Jak twierdzą nadzorcy, co miesiąc mężczyzna na motocyklu zbiera należność dla klanu, wynoszącą 400 dolarów od każdej pięcioosobowej ekipy. Ekip jest setki, a może nawet tysiąc lub więcej. Po opublikowaniu tego artykułu Clan del Golfo przyznał się do pobierania „podatku” od górników.
Pracują w kopalniach odkrywkowych, używając koparek i węży wysokociśnieniowych, aby zamienić zbocza “La Mandinga” w błoto. Wyłapywanie drobnych drobinek złota z tego błota jest niemożliwe, więc górnicy mieszają błoto z rtęcią i mieszają ręcznie, aż rtęć zwiąże się ze złotem.
Wszystko to jest nielegalne, szkodliwe dla środowiska i toksyczne.
Władze kolumbijskie od czasu do czasu przeprowadzają naloty i obławy na kopalnie wspierające klan. Jednak górnicy z “La Mandinga” najwyraźniej nie mają się czym martwić, mimo że ich kopalnia bezpośrednio sąsiaduje z bazą wojskową. Działają z taką bezkarnością, że kiedy w lutym przelecieliśmy nad tym terenem dronem, zauważyliśmy, że pracownicy przedostali się przez ogrodzenie bazy i wydobywali złoto na terenie wojskowym.
Po zakończeniu dnia pracy górnicy zbierają swoje szare kule rtęci i złota, każdą wielkości marmurka, [ (tradycyjnej szklanej lub kamiennej kulki do gry) mają zazwyczaj średnicę wynoszącą około 1,25 cm] i zawijają w plastik. Wkładają je do kieszeni i jadą motocyklami po błotnistych ścieżkach “La Mandinga” do pobliskiej Caucasia.
Złoto z “La Mandingi” nie powinno trafiać do Stanów Zjednoczonych. Sekretarz stanu Marco Rubio nazwał klan „brutalną i potężną organizacją przestępczą”, gdy w zeszłym roku USA uznały kartel za grupę terrorystyczną.
Departament Skarbu utrzymuje przywódców Clanu del Golfo na czarnej liście finansowej, zakazując amerykańskim firmom współpracy z nimi. Organizacje rządowe i naukowcy od lat dokumentują działania kartelu w zakresie wydobycia złota. (Prawnik kartelu w Kolumbii nie oddzwonił na prośbę o komentarz).
Caucasia to miasto gorączki złota. Firmy sprzedają koparki, pompy i warte miliony dolarów pogłębiarki do nielegalnego wydobycia z dna rzeki. Powstały eleganckie kawiarnie i kluby taneczne. Górnicy mogą sprzedawać złoto w dowolnym z setek sklepów. Dwóch właścicieli sklepów powiedziało nam, że co miesiąc klan pobiera od nich również 400 dolarów.
Alex Cuevas pracuje w jednym z takich sklepów. Górnicy podają mu po kolei kulki rtęci i złota przez otwór w pleksiglasowej szybie. Jego ręce drżą — jak twierdzi, jest to objaw długotrwałego zatrucia rtęcią.
Pan Cuevas wypala rtęć palnikiem, waży to, co zostało, i wypłaca gotówkę – 2500 dolarów górnikom, którzy mieli dobry dzień, 50 dolarów lub mniej tym mniej szczęśliwym. Pod koniec nocy topi złoto razem w tyglu i wlewa do formy.
I tak oto pierwsza metamorfoza jest zakończona. Złoto jest legalne. Rtęć, wydobycie z zakazanych terenów, płatności dla klanu – wszystko to zostaje wymazane.
Jak?
Pan Cuevas pokazał nam zapisy w komputerze sklepu. Jego dostawcy z “La Mandingi” – powiedział – zarejestrowali się w ramach kolumbijskiego programu dla drobnych górników, barequeros. Niemal każdy może otrzymać zezwolenie, pod warunkiem że wydobywa w dozwolonych obszarach, używając wyłącznie ręcznych narzędzi i bez rtęci.
Oczywiście pracownicy “La Mandingi” nie wydobywają wyłącznie ręcznymi narzędziami, ani w dozwolonych obszarach. I używają rtęci.
Pan Cuevas doskonale o tym wie. Sam wydobywa w “La Mandindze”. Ale nie jego zadaniem jest patrzeć poza papiery. A władze kolumbijskie rzadko badają pochodzenie złota barequeros, by ustalić jego legalność.
Zamiast tego zadają jedno pytanie: Czy ma papiery?
A pan Cuevas ma. Mówi, że każdy kupowany przez niego gram pochodzi od licencjonowanego górnika. Każdy sklep sprzedający złoto na legalny eksport prowadzi takie księgi – twierdzi.
Gracze na rynku złota wiedzą, jak to działa. „Jeśli kupujesz od barequeros, kupujesz nielegalne złoto” – powiedział handlarz Patrick Schein. Jego firma, Gold by Gold, nie kupuje złota od barequeros.
Sklep, w którym pracuje pan Cuevas, podobnie jak inne w mieście, sprzedaje złoto państwowemu eksporterowi. Eksporter powiedział, że sprawdza tę samą bazę danych, której używa pan Cuevas, weryfikując legalność złota. Złoto z “La Mandingi” jest mieszane z dostawami z całej Kolumbii i topione w sztabki. Zapisy eksportowe pokazują, że wiele z nich – wartych około 255 milionów dolarów w ciągu ostatniego roku – trafia do Teksasu.
Tam złoto staje się amerykańskie.
W rafinerii pod Dallas o nazwie Dillon Gage pracownicy wrzucają importowane złoto do rozżarzonego kotła, mieszając je ze stopionym złotem od innych dostawców: kopalń z Ameryki Południowej, amerykańskich sprzedawców biżuterii z drugiej ręki oraz peruwiańskich lombardów, jak wynika z dokumentów i wywiadów.
Jednak dla klientów firmy Dillon Gage złoto to, gdy tylko opuści kocioł w Dallas, przestaje być zagraniczne. Dillon Gage ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych i miesza złoto amerykańskie ze złotem kolumbijskim. Zgodnie z logiką branżową produkt końcowy musi więc być amerykański. „Z ich punktu widzenia pochodzi ono ze Stanów Zjednoczonych” – powiedział Terry Hanlon, dyrektor generalny firmy Dillon Gage.
Pan Hanlon powiedział, że jego firma zwraca uwagę na nielegalne złoto. Jednak w tej chwili złoto z “La Mandinga” jest legalne, dzięki księgom sklepowym i dokumentom eksportowym. Oznacza to, że zakupy i sprzedaż pana Hanlona są legalne. (Pan Hanlon powiedział, że był zaskoczony, że znaleźliśmy złoto kartelu w jego łańcuchu dostaw. Firma zawiesiła zakupy od kolumbijskiego eksportera).
Hanlon powiedział, że wśród największych klientów Dillon Gage są dwaj dostawcy mennicy. Powiedział, że co roku przekazuje swoim klientom listy swoich źródeł, więc nawet jeśli klienci traktują to złoto jako amerykańskie, znają jego prawdziwe pochodzenie.
“La Mandinga” to tylko jedna z wielu kopalń kontrolowanych przez kartel w regionie. Pan Cuevas pracuje w jednym z setek sklepów w jednym mieście. Jest wielu eksporterów, a jeszcze więcej nabywców. Na tym wartym biliony dolarów rynku, znanym z oszustw i prania brudnych pieniędzy, różnice między brudnym a czystym złotem istnieją głównie na papierze. Jeśli klient nie chce tego sprawdzić, różnice te znikają.
Mennica tego nie sprawdza.
Pełny audyt łańcucha dostaw w Stanach Zjednoczonych ujawniłby ryzyko związane ze złotem pochodzącym od Klanu del Golfo. Złoto kolumbijskie jest uznawane za produkt wysokiego ryzyka według standardów branżowych, a sam rząd USA udokumentował działalność Klanu, zwłaszcza w regionie Caucasia.
Jednak przez dwie dekady – okres obejmujący niemal cały boom na złoto po 11 Września – mennica nigdy nie pytała swoich dostawców, skąd kupują złoto, jak wykazał audyt przeprowadzony przez inspektora generalnego Departamentu Skarbu w 2024 roku.
Gdyby to zrobiła, odkryłaby niezwykle przejrzysty łańcuch dostaw. Korzystając z baz danych importu i eksportu oraz przeprowadzając wywiady z firmami pośredniczącymi, znaleźliśmy dziesiątki zagranicznych źródeł w łańcuchu dostaw złota mennicy.
Wśród nich znalazły się kopalnie przemysłowe w Meksyku i Peru. Niektórzy dostawcy, tacy jak lombardy, specjalizują się w biżuterii z recyklingu.
Jeden z historycznie największych dostawców mennicy, rafineria z Utah o nazwie Asahi USA, otwarcie przyznaje, że w jej kotle znajduje się złoto pochodzące z wielu różnych krajów. Część z niego pochodzi od Dillon Gage. Ale jest tam złoto z różnych stron świata. „Jest to mieszanka” – powiedział szef rafinerii, Paul Healey. „I wychodzi po drugiej stronie”. Pan Healey powiedział, że firma zbada nasze ustalenia dotyczące Klanu del Golfo.
W odpowiedzi na wyniki audytów wewnętrznych mennica stwierdziła, że jej złoto uznaje się za amerykańskie, ponieważ dostawcy kompensują wszelkie dostawy złota zagranicznego złotem amerykańskim. Jeśli na przykład mennica kupuje tonę złota, oczekuje od dostawcy, że w pewnym momencie kupi on taką samą ilość złota amerykańskiego.
Prawo amerykańskie nie przewiduje tego rodzaju kompensacji. Jak ustalił inspektor generalny Departamentu Skarbu, przez dziesięciolecia mennica nie egzekwowała tego przepisu ani nawet nie wymagała od swoich dostawców jego przestrzegania.
Nawet gdyby to robiła, wszystko w wielkim teksańskim kotle, w tym złoto kartelu, mogłoby zostać uznane za amerykańskie.
Jednak mennica nie poprzestaje na tym, że nie zadaje pytań. Otwarcie kupuje ona od dostawców, którzy w żadnym wypadku nie mogliby dostarczyć świeżo wydobytego amerykańskiego złota, jak wymaga tego prawo. Z dokumentów wynika, że w ostatnich latach mennica wydała setki milionów dolarów na sztabki złota pochodzące z Canadian Copper Refinery, która pozyskuje złoto z osadu pozostałego po przetwarzaniu miedzi, a nie ze świeżo wydobytego złota.
Z danych eksportowych wynika, że część tej miedzi pochodzi z kopalni w Kongo, której częściowym właścicielem jest chiński rząd.
Praktyki mennicy w zakresie pozyskiwania surowców budziły czasami zastrzeżenia w Departamencie Skarbu, w tym podczas pierwszej kadencji prezydenta Trumpa, kiedy to inspektor generalny zaczął zadawać pytania.
Zakończenie tego dochodzenia zajęło pięć lat. W trakcie jego trwania audytorzy wykryli poważne nieprawidłowości. Stwierdzili, że mennica nie przestrzegała własnych wytycznych, a jej plan kompensacji złota (jedna tona złota zagranicznego za jedną tonę złota amerykańskiego) mógł naruszać prawo Stanów Zjednoczonych.
Administracja Bidena zareagowała w 2024 roku, oświadczając, że już za kilka miesięcy opublikuje nowe plany dotyczące badania źródeł pochodzenia złota.
Tak się jednak nie stało.
Rzeczniczka Departamentu Skarbu stwierdziła, że administracja Trumpa podjęła już kroki w celu zidentyfikowania źródeł pochodzenia złota. Nie zaprzestano importu złota z zagranicy; według niej takie działanie uniemożliwiłoby zaspokojenie popytu. Jednak rząd monitoruje zakupy.
Mennica nadal nie opublikowała swojej polityki śledzenia pochodzenia złota.
Do polskiej opinii publicznej nie dochodzi fakt, że przegrana Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej zmienia układ sił na świecie. [Zależy, kto co wybiera do czytania. md]
Iran pokazał, że można skutecznie przeciwstawić się potężnemu państwu i obronić swój kraj. Tak więc czy możemy twierdzić, że nastąpił koniec hegemonii USA na świecie? – pyta Piotr Szlachtowicz prowadzący wywiad z prof. Adamem Wielomskim:
Amerykańska mocarstwowość kruszy się już od lat – odpowiada profesor. – Wynika to z osłabienia ekonomicznego, które wpływa na relatywne zmniejszenie wydatków militarnych. Mało o tym w Polsce wiemy, bo ciągle karmimy się mitami o potędze państwa zza Oceanu. Jest tak, że wydatki militarne USA podawane w dolarach wskazują na ich ogromną przewagę, podczas gdy uwzględniając wartość nabywczą tych dolarów okazuje się, że wynoszą tyle co łączne wydatki Rosji i Chin.
Iran wydaje nieporównywalnie mniej od Stanów Zjednoczonych, a jednak skutecznie walczy o swą niezależność. Zmieniło się pole walki, sposoby walki, co pokazała wojna rosyjsko-ukraińska. Amerykanie nie wyciągnęli wniosków z przebiegu tej wojny i byli przekonani, że ich przewaga nad Iranem jest gigantyczna. W istocie ich broń pancerna nie może nic zdziałać, gdy przeciwna strona stosuje rakiety i drony.
Znaczna odległość Teheranu od Waszyngtonu też ma znaczenie w tej walce. Niełatwo jest przemieścić duże ilości ciężkiej broni z Ameryki nad Zatokę Perską. Trudno wejść do kraju górzystego zamieszkałego przez zdecydowanych i walecznych obrońców. I jeszcze brak broni w US-army, bo ta się wyczerpuje, a produkcja trwa miesiącami. To skutek neoliberalnej polityki gospodarczej, która wyprowadziła produkcję z USA do krajów, w których jest tania siła robocza.
Z każdym dniem Amerykanie ośmieszają się, a Iran zyskuje na prestiżu. W zamierzeniu Trumpa wojna 3-dniowa trwa już dwa miesiące i na razie końca nie widać. Tydzień temu skończył się rozejm, a agresorzy przedłużają go jednostronnie. Zabrakło im po prostu rakiet, nie mają czym strzelać. Produkcja nie nadąża za potrzebami. Donald Trump ‚nie ma żadnych kart’ czy może ‚nie ma mocnych kart’.
Także Izrael ponosi klęskę, zarówno militarną, jak i wizerunkową. Państwo, które ‚leży, gdzie chce’ straciło atut, który był mu przynależny od początku jego istnienia, tj. holocaust. Wcześniej powstrzymywało to wielu ludzi od krytyki wielu wątpliwych czynów rządu, by nie narażać się na zarzuty antysemityzmu. Teraz można śmielej nazywać rzeczy po imieniu, nazywać ludobójstwo ludobójstwem.
Jak długo będzie jeszcze trwała wojna w Zatoce Perskiej? – pyta Piotr Szlachtowicz. – Trudno przewidzieć – odpowiada prof. Adam Wielomski. Gospodarka światowa jeszcze się trzyma. USA sprzedają ropę, ale koncerny naftowe nie zwiększają produkcji i podwyższają ceny. Jest możliwe, że Trump zabroni eksportu i wtedy nastąpi drastyczny spadek podaży na świecie.
Zostanie wtedy na placu jeden poważny dostawca: Władimir Putin, który czeka na ten moment. Będzie mógł dyktować nie tylko ceny, ale może pozwolić sobie na dydaktyzm w stosunku do kupujących: „Tym sprzedam, a wam nie sprzedam, bo byliście niegrzeczni”. Europa zostanie na lodzie. O Polsce nie będziemy tu wspominać, by nie psuć Czytelnikom dobrego humoru.
Są takie prawdy w historii narodu, których nie trzeba ogłaszać dekretami, gdyż istnieją niezależnie od tego, czy ktoś chce je uznać. Są też takie, które można próbować przemilczeć, rozmyć, sprowadzić do folkloru, wyśmiać – ale one i tak wracają i będą wracać, bo polską pobożność doprawdy trudno jest pokonać – próbowali zaborcy, próbowali okupanci, komuniści. Wszyscy polegli. Nie uda się to też lewicowym liberałom.
Jedną z tych prawd wynikających z owej pobożności i pięknych, długich dziejów narodu, jest to, że Maryja jest Królową Polski.
Właśnie – jest. Nie „była” Królową, nie „została ogłoszona” Królową. Nie „uważana jest za” Królową. Po prostu – jest Królową Polski.
I nie jest to kwestia poetyckiej metafory ani religijnego sentymentu. To jest historia, konkretna, udokumentowana, rozciągnięta na wieki. W książkach o polskiej religijności przez wieki opisywano tę historię i przez kolejne wieki będzie się ją wspominać – oto na początku XVII wieku włoski jezuita Juliusz Mancinelli usłyszał od Maryi słowa, które do dziś powinny brzmieć w niektórych polskich uszach jak wyrzut sumienia: „Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski?”.
Zwróćmy uwagę – ta historia nie rozpoczyna się od aktu nadania tytułu przez człowieka, ale od przypomnienia tego doniosłego aktu, w dodatku od przypomnienia nie-Polakowi, a przedstawicielowi innej nacji. Maryja sama wskazała na swoją królewską godność wobec tego narodu. A skoro tak, to Śluby Lwowskie Jana Kazimierza z 1656 roku nie były początkiem wspólnej historii, lecz jej oczywistym potwierdzeniem. Król tylko uznał to, co wcześniej zostało objawione – przecież nie tylko Mancinellemu, ale i setkom tysięcy Polaków, w ich wielowiekowych modlitwach, gdy Matka Boża trwała przy nich w rozlicznych prywatnych ale i narodowych zawieruchach. Objawiła to również chociażby każdemu z osobna spośród rycerzy spod Grunwaldu, gdy wzywali Jej imienia upraszając o błogosławieństwo gdy szli walczyć ze zdeprawowanym zakonem.
Dla naszych przodków tytuł „Królowa Polski” nie stanowił uhonorowania Maryi, bo cóż to niby dla za honor Matki Boga, że może królować jakiemuś narodowi. Przyjęcie Jej za Królową stanowiło raczej zobowiązanie, realne odniesienie, polityczne i duchowe. Oznaczało, że Polska – jeśli chce istnieć – musi pozostać wierna Temu, kto stoi ponad nią – Jej Najświętszemu Synowi, Jezusowi Chrystusowi.
To dlatego wspomniani grunwaldzcy rycerze prosili: „U twego Syna Gospodzina, Matko zwolena, Maryja! Zyszczy nam, spuści nam. Kyrie eleison”, co oznacza mniej więcej: „U Twojego Syna, Pana Naszego, wybrana Matko, Maryjo, wyjednaj nam łaski, ześlij nam je. Panie, zmiłuj się nad nami”.
Moglibyśmy w tym tekście wymienić teraz wszystkie przykłady z naszej wspólnotowej historii, gdy Maryja towarzyszyła Polakom – od obrony Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego, gdy modlitwa przed wizerunkiem Czarnej Madonny stała się duchową tarczą narodu, przez śluby lwowskie króla Jana Kazimierza, w których pokłoniliśmy się Jej jako Królowej, aż po dramat rozbiorów, kiedy mimo zniknięcia państwa z mapy to właśnie trwanie przy Kościele Jej Syna pozostawało fundamentem polskiej tożsamości, podtrzymując wiarę, język i kulturę. Moglibyśmy przypomnieć wiek XIX i czasy prześladowań, gdy w obliczu rusyfikacji i germanizacji to maryjna pobożność była jednym z ostatnich bastionów polskości, aż wreszcie dojść do Gietrzwałdu, gdzie w 1877 roku przyszła do nas osobiście jako Niepokalanie Poczęta i Królowa, umacniając swój lud w godzinie próby i przypominając, że nawet wtedy, gdy świat odmawia Polsce prawa do istnienia, Ona z niego nie rezygnuje.
Wspomnielibyśmy też rzecz jasna Bitwę Warszawską z powodu Maryi nazywaną Cudem nad Wisłą, napisalibyśmy też o niezwykłym widoku Stoczni Gdańskiej w sierpniu roku 1980 gdy brama tego słynnego zakładu ozdobiona została Jej wizerunkiem. Wspomnielibyśmy o maryjnym prymasie i jego ślubach na Jasnej Górze a także o maryjnym papieżu rodem z naszego kraju. Warto to wspomnieć, bo coraz mniej z nas o tym pamięta, choć żywię głębokie przeświadczenie, że ta pamięć wcale nie ginie. Że trwa w pobożnych polskich katolikach, choć daleko od spektakularnych imprez, wielkich struktur medialnych czy nawet social-medialnych.
Dziś, wspominając Królową Polski na rok przed okrągłą, sto pięćdziesiątą rocznicą objawień Gietrzwałdzkich, warto na chwilę zatrzymać się właśnie przy wydarzeniach z 1877 roku. Wszyscy, którzy interesują się objawieniami maryjnymi pamiętają, że we współczesności objawiała się wielokrotnie, zwykle jako postać przepiękna, podkreślając swe Niepokalane Poczęcie, przemawiając głównie do prostych ludzi. Tak samo było na Warmii pod zaborem pruskim. Ale jest jedna zasadnicza różnica między objawieniem gietrzwałdzkim a wydarzeniami z Lourdes, Fatimy, La Salette czy Guadelupe.
Jaka?
Otóż to Polakom Maryja objawiła się jako królowa. Widzące zobaczyły Ją zasiadającą na wspaniałym tronie „mieniącym się jak złoto, sadzonym perłami”, z wyraźnymi poręczami i wysokim oparciem, co już samo w sobie stanowiło znak panowania, a nie jedynie obecności. Maryja przybyła w asyście aniołów, którzy najpierw Ją prowadzili, a następnie oddali Jej cześć, kłaniając się głęboko i stając po obu stronach tronu. Ten królewski wymiar objawienia został jeszcze mocniej podkreślony w kolejnych scenach. Aniołowie przynieśli Dzieciątko Jezus i złożyli Je na kolanach Maryi – a Ono trzymało w ręku kulę z krzyżem, znak panowania nad światem. Następnie pojawiła się korona, niesiona przez aniołów i unoszona nad głową Dzieciątka, a nad nią ukazało się berło.
Wydaje się, że nie może być jaśniejszego znaku – oto na tronie siedzi Królowa, matka Króla. To niezwykle symboliczny obraz, głęboki również pod względem teologicznym. Dotykający także głębokich pokładów naszej narodowej tożsamości. Dlaczego w taki sposób Maryja nie ukazała się w Fatimie, dlaczego w Lourdes czy Guadelupe nie siedziała na tronie, nie było insygniów królewskiej władzy?
Odpowiedzi oczywiście nie poznamy, ale nikt nie zabroni nam się jej domyślać – nikt nie zabroni nam pozostać wiernymi intuicji, że oto Matka Najświętsza zechciała odpowiedzieć na polską pobożność czczącą Ją od wieków jako naszą Królową. Królową Świata, Królową Kościoła, Królową Męczenników, Królową Apostołów, Królową Wyznawców, ale także Królową Polski.
Gdy myślimy o Królowej Polski, natychmiast przed oczyma staje nam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, do którego jesteśmy głęboko przywiązani, i bardzo dobrze, niech tak pozostanie. Ale przecież Matka Boża Częstochowska to ta sama Matka Boża, co Matka Boża Łaskawa ze Lwowa i ta sama Maryja, która objawiła się w Gietrzwałdzie. I mówiła do nas o konieczności trwania w wierze i w moralności – bo to tego przecież sprowadza się tamtejsze orędzie.
Dziś, w czasach w których Matka Boża i Jej Syn, Jezus Chrystus, mają wśród Polaków więcej wrogów niż kiedykolwiek, gdy narasta antykatolicki hejt, Gietrzwałd na nowo jest odkrywany przez dziesiątki tysięcy pielgrzymów podróżujących tam każdego miesiąca. Nie może zatem dziwić, że w momencie dziejowym, w których polscy katolicy coraz częściej nawiedzają tamtejsze sanktuarium pochylając się nad treścią maryjnego orędzia, ówczesne wydarzenia – oraz stosunek Polaków do nich – zaczynają być atakowane.
Na taki atak pozwoliła sobie stacja TVN24. W materiale zatytułowanym „W imię Brauna” atakowanym jest oczywiście przede wszystkim Grzegorz Braun, prezes Konfederacji Korony Polskiej, ale rykoszetem dostaje się również sanktuarium i polskiej pobożności. Grzegorz Braun ma rzecz jasna prawo opowiadać o Gietrzwałdzie (nakręcił film dokumentalny o historii, w którym tamtejsze objawienia odgrywają istotną rolę) jak każdy inny katolik. Sam fakt, że pozostaje przy tym politykiem nie powinno w żaden sposób być okolicznością obciążającą. W Polsce bowiem politycy starają się o głosy katolików – wbrew pozorom, nie robią tego wyłącznie przedstawiciele partii prawicowych.
Jedni bywają na Jasnej Górze i mają pełne prawo by mówić, że Matka Boża jest Królową Polski – w tych słowach bowiem skrywa się również program społeczny, moralny i polityczny, duch „Ślubów Jasnogórskich” prymasa Wyszyńskiego doskonale to pokazuje. Inni mogą bywać w Gietrzwałdzie i mówić o tym ludziom. Inni, jak minister Sikorski, mogą wydawać książki ramię w ramię z dominikaninem, ojcem Wojciechem Giertychem (tak, tak, taka publikacja na dniach ukazuje się w Polsce). Jeszcze inni, jak wicepremier Kosiniak-Kamysz mogą pokazywać się na rozmaitych kościelnych wydarzeniach a nawet spotykać się z biskupami by negocjować kwestię religii w szkołach i w ten sposób próbować pokazywać swoim wyborcom, że nie są tak źli jak Lewica. Kolejni politycy PO mogą ogłaszać jakiś dziwaczny i całkowicie nieprawdziwy podział na katolicyzm toruński i łagiewnicki. Z jakiegoś powodu jednak za nawiązywanie do wiary i pobożności Polaków obrywa się głównie prawicy – tylko im zarzuca się niechęć do mitycznego „rozdziału Kościoła od państwa”.
W materiale TVN objawienia z Gietrzwałdu nieco deprecjonują katolicy z tzw. „Kościoła otwartego” – Tomasz Terlikowski i Monika Białkowska. Nie znam kontekstu ich wypowiedzi, wiem jednak w jaki sposób zostały zmontowane i wykorzystane – otóż pan Tomasz zdaje się twierdzić, że są to objawienia jakich wiele, że to samo dokładnie Maryja mówiła do innych ludzi w innych częściach świata, a pani Monika przedstawiona jest jako śmiejąca się z nawiązywania przez Brauna do tego, że w Gietrzwałdzie Matka Boża mówiła po polsku. No więc warto jeszcze raz powtórzyć: Maryja wybrała Polaków na pewnym etapie dziejowym do tego, by się u nich zjawić. Zjawiła się w majestacie Królowej w miejscu w którym od wieków czczona jest właśnie jako Królowa. Polacy – w tym politycy – mają pełne prawo wyciągać z tego rozmaite wnioski, dotyczące pobożności, wiary, moralności, a także życia społecznego i politycznego.
Sama pobożność maryjna coraz częściej jest deprecjonowana przez „oświeconych”. Oto kolejny dziennikarz TVN, Patryk Michalski, w mediach społecznościowych napisał: „PSL pod rękę z PiS i Konfederacją proponuje, by Sejm ustanowił 2027 rok Rokiem Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Sejm miałby uznać, że rzekome objawienie i przemówienie Maryi w języku polskim to fakt i zachęcać, by szkoły i instytucje państwowe urządzały obchody objawień. Związki partnerskie i prawa kobiet mogą poczekać i przez część ludowców są określane jako sprawy światopoglądowe, których nie należy narzucać, ale rzekome objawienia to fakt”. Tak oto człowiek, który najwyraźniej nie ma pojęcia co wydarzyło się w Gietrzwałdzie, kpi z objawień nazywając je rzekomymi, i jeszcze zestawia je ze związkami partnerskimi. Jeszcze kilka tygodni wcześniej, inny dziennikarz tej stacji, Piotr Marciniak, z kpiarską miną pyta ważnego polskiego hierarchę co sądzi o tym, że niektórzy Polacy uważają, iż w jakiś sposób Maryja ich sobie wybrała. Ot, przypadkowe zapewne natężenie zainteresowania tematem.
Tymczasem my, wierni Królowej Polski i Jej Synowi, musimy trwać w naszej maryjnej pobożności. Ataki na nią są tylko jednym, najmniej ważnym z powodów dla którego nie możemy się poddać. Te ataki pokazują jednak, jak bardzo nasza pobożność cały czas przeszkadza. Dokładnie tak samo jak 150 lat temu w Gietrzwałdzie, czego dowiedziałem się do profesora Grzegorza Kucharczyka, gdy udzielał nam wypowiedzi do wciąż powstającego filmu o tych objawieniach. Ów wybitny historyk udowadniał, że pruska prasa wyśmiewała ówczesną pobożność maryjną wokół Gietrzwałdu używając kpiąco, z największą pogardą, figury… starszej, ciemnej polskiej kobiety modlącej się za wstawiennictwem Maryi na różańcu.
Jak zatem widać „moherowe berety” nie zostały wymyślone w naszych czasach.
W czasach Kulturkampfu było przecież jednak znacznie trudniej, niż dziś, mimo iż intuicja podpowiada, że procentowo, pobożnych Polaków było więcej niż dziś. Jestem jednak przekonany, szczególnie po wizytach w wielu polskich sanktuariach maryjnych, tych już wyśmiewanych i tych których dziennikarze lewicowo-liberalnych mediów nie zdążyli jeszcze zaatakować, że jako Polacy nie porzucimy naszej pobożności, a jeśli będzie trzeba, będziemy jej bronić – jako słudzy Jej Królewskiej Mości, Matki Jedynego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, Królowej Polski.
Modlimy się zatem za Jej wstawiennictwem, w intencji Polski, w naszych intencjach, w intencji Kościoła a także w intencji wszystkich tych, którzy nie rozumieją, zwalczają lub wyśmiewają pobożność maryjną.
Ogłoszenie włoskiej premier Giorgii Meloni z 13 kwietnia, że Rzym zawiesi długoletnie porozumienie obronne z Izraelem, wywołało szok w całej Europie. Historycznie rzecz biorąc, włoskie rządy – nawet te kierowane przez osoby, które nienawidziły syjonizmu – utrzymywały konstruktywne, bliskie relacje z Tel Awiwem. Aparaty bezpieczeństwa, wywiadu i wojska obu stron również od dawna utrzymują tajne powiązania. Co więcej, odrażająca sieć Mossadu, zajmująca się szpiegostwem, zabójstwami i sabotażem za granicą, powstała praktycznie we Włoszech i od tamtej pory siała spustoszenie w kraju.
——————————-
Szczegóły dotyczące tego, jak syjonistyczni szpiedzy zdobyli przyczółek we Włoszech, przedstawiono w fascynującym eseju autorstwa uczonego Massimiliano Fiore. Opierając się na źródłach archiwalnych, autor śledzi rozwój tajnych działań izraelskich w Rzymie i ujawnia, jak syjonistyczne operacje wywiadowcze były prowadzone w tym kraju i przeciwko niemu, jeszcze przed jego powstaniem w maju 1948 roku, a także podczas późniejszej wojny na wyniszczenie Tel Awiwu z Palestyną. Kilka studiów przypadków ilustruje ewolucję i coraz bardziej bezczelną przestępczość Mossadu we Włoszech, która ukształtowała sposób, w jaki agencja działa na całym świecie od tamtej pory.
Historia rozpoczyna się po planie podziału, ogłoszonym przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w listopadzie 1947 roku, który przyznał 55% terytorium Palestyny syjonistycznym kolonizatorom. Przywódcy arabscy natychmiast rozpoczęli przygotowania do oporu przeciwko utworzeniu państwa, szkoląc w tym celu żołnierzy w Palestynie i państwach sąsiednich. W odpowiedzi założyciel Izraela, Dawid Ben Gurion, nakazał syjonistycznym siłom paramilitarnym i wywiadowczym pozyskanie broni na potrzeby zbliżającej się ludobójczej wojny o terytorium Palestyny – która doprowadziła do Nakby – jednocześnie odmawiając dostępu do broni siłom arabskim.
Fiore opowiada, jak szef Mossadu le-Aliyah Bet i Rekhesh – odpowiednio oddziału szpiegowskiego i zbrojeniowego osławionej syjonistycznej organizacji paramilitarnej Hagana – natychmiast „utworzył w Rzymie jednostkę sabotażową, która szybko stała się centrum operacyjnym izraelskich działań tajnych we Włoszech i w całej Europie”. Następnie agenci syjonistyczni „wykorzystali niezdecydowanie polityczne Włoch i ich infrastrukturę fizyczną do prowadzenia długotrwałej kampanii sabotażu i przechwytywania”. Badacz nazywa tę tajną walkę na włoskiej ziemi „tajnym frontem” w wojnie 1948 roku.
Rzymskie porty oraz korytarze powietrzne i morskie odegrały kluczową rolę w utrzymaniu dostaw broni dla Izraela na potrzeby wojny w 1948 roku, jednocześnie odcinając dopływ broni do sił arabskich. Co więcej, syjoniści dążyli do wpływania na równowagę sił na Morzu Śródziemnym w złośliwych celach geopolitycznych. Ich tajne operacje – prowadzone w warunkach tolerancji politycznej i dyplomatycznej powściągliwości – budowały silne więzi z państwem włoskim, jednocześnie zagrażając pozycji Rzymu jako strategicznego mostu między Europą, Afryką Północną i Bliskim Wschodem, z korzyścią dla Izraela.
Pierwsze tajne działania nowo powstałego Mossadu we Włoszech miały katastrofalne skutki. Notatka CIA z czerwca 1948 roku donosiła, że „europejska kwatera główna” syjonistycznej agencji wywiadowczej „działała tajnie w Rzymie”, skąd „tajne transporty lotnicze amunicji” do Palestyny odbywały się za „wiedzą i współpracą” włoskich władz. Bez wiedzy obywateli europejskich, rządów arabskich ani „społeczności międzynarodowej”, Rzym potajemnie stał się międzynarodowym centrum „nielegalnego handlu bronią dla żydowskiego podziemia”.
„Środki zwiększające ryzyko”
Retrospekcja do marca 1948 roku: rząd Czechosłowacji zatwierdził dostawę 8000 karabinów, 200 karabinów maszynowych i sześciu milionów sztuk amunicji do Syrii. Ładunek miał wypłynąć w następnym miesiącu na pokładzie „Lino”, 450-tonowego frachtowca z Włoch, ale agenci syjonistyczni byli zdeterminowani, aby uniemożliwić transportowi dotarcie do Azji Zachodniej. Początkowo przeprawa została zablokowana, gdy Hagana ostrzegła władze w Rzymie, że statek załadowany bronią zmierza do Włoch. Biorąc pod uwagę „napiętą sytuację polityczną” w okresie poprzedzającym wybory w tym kraju, urzędnicy zareagowali szybko i zajęli „Lino”.
W nocy 10 kwietnia syjonistyczna grupa sabotażowa wkroczyła na pokład statku, podłożyła ładunki wybuchowe i zniknęła niezauważona. Statek zatonął bez ofiar i bez przypisywania winy. Według Fiore, włoskie media sugerowały, że broń na pokładzie mogła być przeznaczona dla lokalnych komunistów, co „wzbudziło podejrzenia o udziale syjonistów”. Choć była to niewielka operacja, zatopienie Lino miało ogromne reperkusje. Akcja ta „pokazała, jak ograniczone zasoby, lokalne sieci i zaprzeczalne akty sabotażu na morzu mogły mieć nieproporcjonalnie duży wpływ, zakłócając linie zaopatrzeniowe wroga, a jednocześnie zapobiegając eskalacji konfliktu między państwami”.
Sukces operacji Lino doprowadził w maju 1948 roku do oficjalnego utworzenia „Jednostki Sabotażu Dostaw Wroga w Europie” z siedzibą w Rzymie. Szybko przekształciła się ona w „centralny ośrodek wywiadu, logistyki i koordynacji” dla szpiegów syjonistycznych we Włoszech i Europie. „Żydowscy agenci i szkoleniowcy, którzy już działali na kontynencie”, dołączyli do jej szeregów i, przy wsparciu weteranów włoskiego wojska i wywiadu, przeszli szkolenie w zakresie wszelkiego rodzaju nieuczciwych taktyk. Wśród nich byli zaprawieni w bojach faszyści, których doświadczenia z II wojny światowej ukształtowały przyszłe praktyki operacyjne Izraela.
Zatopiony Lino
W międzyczasie trwała syryjska akcja ratunkowa, której celem było wydobycie ładunku z zatopionego statku „Lino”. Broń i amunicję udało się odzyskać i naprawić, a następnie przetransportować do pierwotnego miejsca przeznaczenia na statku „Argiro”. Jednak syjonistyczni szpiedzy monitorowali operację i zamierzali przejąć ładunek. Dzięki przekupstwu i misternym podstępom agenci zinfiltrowali załogę statku, torując drogę syjonistom podszywającym się pod eskortę, którzy weszli na pokład statku w drodze do Azji Zachodniej. 21 sierpnia Argiro został porwany i przekierowany do Palestyny.
Pięć dni później syjonistyczne siły morskie zajęły Argiro, przejęły jego ładunek, a następnie zatopiły statek. Śmiercionośny ładunek dotarł do Hajfy cztery dni później i został przekazany bojownikom syjonistycznym w Jerozolimie. Włoska załoga została tymczasowo zatrzymana, zamiast zostać zabita lub zaginiona, chociaż kapitan zmarł w niewoli na gruźlicę, zanim zdążył wrócić do domu, co stwarzało zagrożenie międzynarodowego konfliktu między rozrastającą się kolonią osadniczą a Rzymem.
Fiore zauważa, że operacja Argiro była wczesnym przykładem „strategicznego przejęcia” przez syjonistycznych szpiegów, zapowiadając przyszłe operacje, w których „wywiad, oszustwo i zaopatrzenie funkcjonowały jako wzajemnie wzmacniające się instrumenty”. Dziennikarz ten udokumentował, jak podobne podejście zastosowano na początku lat 60. XX wieku podczas przestępczej działalności tej organizacji, mającej na celu tajne zdobycie broni jądrowej. Co więcej, przejęcie Argiro dobitnie pokazało, jak agenci syjonistyczni we Włoszech byli gotowi podejmować „coraz bardziej ryzykowne działania”, które mogłyby eskalować napięcia społeczne i polityczne z Rzymem. Jednak rozkwitający Mosad nie miał się czego obawiać.
„Bufor dyplomatyczny”
Na początku 1949 roku bojownicy syjonistyczni próbowali wysadzić w powietrze motorówki torpedowe we włoskiej stoczni zakupionej przez Egipt. Fiore donosi, że zachowanie tajemnicy i „ścisłe zaprzeczanie” były kluczowe w operacji, aby uniknąć „dyplomatycznych reperkusji”, i że korzystali z pomocy osoby z wewnątrz, która umożliwiła im dostęp do miejsca zdarzenia. Jednak spiskowcy, dowodzeni przez eksperta od materiałów wybuchowych, który odegrał kluczową rolę w zatopieniu statku Lino, zostali złapani na gorącym uczynku przez lokalną policję. W czerwcu tego samego roku przywódca grupy został skazany na trzy lata więzienia za posiadanie materiałów wybuchowych.
Wywołało to „ciągłe interwencje dyplomatyczne” na najwyższych szczeblach nowo powstałej organizacji syjonistycznej, których kulminacją było uwolnienie skazanego agenta w ramach prezydenckiego ułaskawienia. Określone jako „przemyślany akt pobłażliwości władzy wykonawczej”, posunięcie to ustanowiło precedens, który przetrwał dekady i może nadal obowiązywać. W tym samym miesiącu, w którym schwytano syjonistycznych szpiegów, włoski premier Alcide De Gasperi nieformalnie przyznał lokalnej szefowej Mossadu, Adzie Sereni, swobodę prowadzenia tajnych operacji w jej kraju.
W związku z tym działania Mossadu, nie tylko we Włoszech, ale na całym świecie, koncentrowały się następnie na „oszustwie, improwizacji i śmiałości operacyjnej”. Dopóki działania syjonistycznych szpiegów „pozostawały poniżej progu publicznej eskalacji”, władze w Rzymie „przymykały oko – najlepiej oboje oczu”. Zapoczątkowało to politykę strategicznej dwuznaczności, dzięki której Włochy starały się jednocześnie utrzymywać przyjazne stosunki ze światem arabskim i muzułmańskim, a także z Tel Awiwem. Nadzieją było, że Rzym uniknie wciągnięcia w konflikt palestyński i w ten sposób zachowa „równowagę polityczną”.
Na mocy tego tajnego porozumienia, organizacja syjonistyczna czerpała ogromne korzyści z „selektywnego egzekwowania” lokalnych przepisów, ułaskawień politycznych w przypadku ujawnienia jej agentów i/lub planów oraz innych łagodnych sankcji. Mossad mógł zatem wykorzystywać Rzym „jako korytarz tranzytowy, bazę logistyczną i bufor dyplomatyczny”. Jednak Tel Awiw regularnie ignorował warunki tego porozumienia, poważnie zagrażając tym samym „równowadze politycznej” kraju.
Izrael nie mógł tolerować, aby palestyńscy bojownicy ruchu oporu i grupy przemytników broni przemieszczały się bez przeszkód przez Włochy lub korzystały tam z ochrony politycznej.
To przymykanie oczu na palestyński opór stało się znane jako porozumienie „Lodo Moro”, nazwane tak, ponieważ zostało zainicjowane przez doświadczonego włoskiego męża stanu i wielokrotnego premiera Aldo Moro. Mossad próbował surowo ukarać Rzym za tę pobłażliwość wobec sprawy palestyńskiej. Nadal pozostaje wiele pytań dotyczących udziału syjonistów w kilku głośnych atakach terrorystycznych, które miały miejsce później we Włoszech, takich jak zamach bombowy na dworzec kolejowy Bologna Centrale w sierpniu 1980 roku, w którym zginęło 85 osób, a ponad 200 zostało rannych, a także zabójstwa polityczne – w tym zamach na samego Moro.
Ciało Aldo Moro zostało odkryte przez włoskie władze w Rzymie w maju 1978 roku.
Moro, zagorzały antysyjonista, został rzekomo porwany w marcu 1978 roku przez Czerwone Brygady, lewicowy ruch partyzancki. Zginął po 55 dniach w niewoli. Liczne kompetentne źródła zeznawały przez dekady podczas kolejnych przesłuchań parlamentarnych i oficjalnych śledztw o tym, jak Mossad infiltrował i wspierał Czerwone Brygady, aby od samego początku wpływać na działalność grupy. Co więcej, mało znana, ale niezwykle wpływowa ręka syjonistów była od początku zaangażowana w niesławną Operację Gladio, kierowaną przez CIA i MI6.
Chaos wywołany przez Gladio znacząco przyczynił się do wysiłków Mossadu zmierzających do destabilizacji Włoch w celu wzmocnienia finansowego, militarnego i politycznego wsparcia USA dla Izraela. Obecnie jest niemal nie do pomyślenia, aby geopolityczna pozycja Tel Awiwu została zakwestionowana przez Rzym. Niemniej jednak incydenty takie jak tajemniczy atak na włoski rurociąg naftowy pod koniec marca rodzą oczywiste pytania o to, czy lokalna syjonistyczna siatka sabotażowa, utworzona dekady temu, nadal istnieje i nadal wysyła rządowi kraju niezwykle niebezpieczne ostrzeżenia, aby nie przekraczał swoich granic.
„Sukces ma wielu ojców, a klęska jest sierotą” – powiada popularne porzekadło. Nie wiadomo, czy prezydent Aleksander Łukaszenka wzoruje się na prokuratorze Judei Poncjuszu Piłacie, co to przed żydowskim świętem Paschy wypuszczał jakiegoś więźnia, czy po prostu tak wypadło, że wymiana więźniów dokonała się niemal w przeddzień 1 maja – dość, że wśród więźniów reżymu wypuszczonych przez prezydenta Łukaszenkę, znalazł się pan Andrzej Poczobut, który w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze przesiedział 5 lat.
Nie wiadomo, czy zostałby wypuszczony – ale tak się szczęśliwie złożyło, że tym razem obywatel Tusk Donald i jego minister sprawiedliwości, obywatel Żurek Waldemar, nie wykonali rozkazu ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego i nie wydali Ukraińcom pojmanego wcześniej przez polską bezpiekę jegomościa nazwiskiem Aleksander Butiagin, rosyjskiego archeologa, który robił jakieś wykopki na Krymie – za co Ukraińcy oskarżyli go, iż “niszczył” prastare ślady ukraińskiego władztwa nad tym półwyspem.
Czy dla obywatela Tuska ta ukraińska blaga była szyta zbyt grubymi nićmi – jako że żyje mnóstwo ludzi pamiętających, iż ukraińskie władztwo nad Krymem datuje się zaledwie od 1954 roku, więc żadnych, a zwłaszcza – prastarych śladów ukraińskiego władztwa być tam nie może, czy też Amerykanie zwrócili obywatelu Tusku uwagę, by zachował sobie jednak jakiegoś zakładnika na wymianę – dość na tym, że pan Butiagin nie został wydany Ukraińcom, dzięki czemu Polska mogła go wymienić na pana Andrzeja Poczobuta, co dla naszego nieszczęśliwego kraju było sprawą prestiżową.
A było prestiżową – co zrozumiemy dopiero wtedy, gdy przypomnimygsobie moment, a zwłaszcza przyczynę uwięzienia pana Andrzeja Poczobuta. Oto w sierpniu 2020 roku na Białorusi (ciekawe, dlaczego pisanie “na Białorusi” jest prawidłowe, podczas gdy – “na Ukrainie” – nie tylko nieprawidłowe, ale nawet obraźliwe?) odbyły się wybory prezydenckie. Według oficjalnych danych wygrał je Aleksander Łukaszenka, uzyskując ponad 80 proc. głosów, podczas gdy kandydująca na prezydenta w zastępstwie swego aresztowanego męża pani Swietłana Cichanouska – tylko niecałe 10 proc.
W tym czasie Nasz Najważniejszy Sojusznik liczył na sukces “kolorowej rewolucji” na Białorusi, toteż gdy wyniki wyborów zostały ogłoszone, stolicą kraju wstrząsnęły demonstracje, podobne do tych, jakie tuż przed pierwszym izraelsko-amerykańskim uderzeniem na Iran wstrząsały Teheranem. Ale reżym Aleksandra Łukaszenki demonstracje stłumił, pani Swietłana czmychnęła z dziećmi na Litwę, a wszystko skrupiło się na Związku Polaków, który – jak zwykle – został poderwany do walki z Aleksandrem Łukaszenką w charakterze najtwardszego jądra tamtejszej politycznej opozycji.
W roku 2005, wysłuchawszy zachęty Kondolizy Rice, kierującej amerykańskim Departamentem Stanu, która zapragnęła “krzewić demokrację” na Białorusi, minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld, w charakterze awangardy opozycji przeciwko Łukaszence, poderwał Związek Polaków. Skończyło się na jego rozgromieniu, a w rezultacie polskie wpływy na Białorusi zostały zniwelowane do gołej ziemi.
Przyczyniło się do tego również bęcwalstwo Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Warszawie, kierowanego przez Wunderkinda naszej – pożal się Boże – dyplomacji, czyli Księcia-Małżonka, które dopuściło do ujawnienia danych na temat subwencji otrzymywanych od polskiego rządu m.in. przez działaczy Związku Polaków na Białorusi.
Ponieważ utrzymywanie kontaktów z Putinem i Łukaszenką nasi Umiłowani Przywódcy mają od naszych Sojuszników surowo zakazane – bo Sojusznicy wolą kontaktować się z nimi na własną rękę – to dla utrzymania dobrego samopoczucia, nasi Umiłowani podtrzymują kontakty zastępcze.
Na przykład pan prezydent Duda “lubiał” bawić się w mocarstwowość z panią Swietłaną – co w końcu wykorzystał pan minister Kierwiński. Jak pamiętamy, gdy tak razu pewnego pan prezydent Duda zabawiał się w mocarstwowość z panią Świetłaną w Belwederze, naprzeciw bramy wyjazdowej “zepsuł się” miejski autobus i w rezultacie pan prezydent nie mógł z Belwederu wyjechać, by przyjść w sukurs panom Kamińskiemu i Wąsikowi, którzy właśnie zostali pojmani przez siepaczy w Pałacu Prezydenckim, gdzie schronili się w przekonaniu, że będą tam bezpieczni.
Wracając do pana Andrzeja Poczobuta, to został on skazany w związku ze wspomnianymi protestami, pod pretekstem “faszyzmu”, czy może nawet “nazizmu” – bo nienawistne sądy na Białorusi powinność swej służby rozumieją, podobnie zresztą, jak i u nas. Judenrat “Gazety Wyborczej” szalenie mu w związku z tym współczuł i urządzał liczne “eventy” – ale panu Poczobutowi tyle to pomagało, co umarłemu kadzidło. Wreszcie prezydent Donald Trump wykombinował sobie, że lepiej będzie, jak zacznie Aleksandra Łukaszenkę obłaskawiać na zasadzie coś za coś.
Tedy w zamian za zwolnionych więźniów, Aleksander Łukaszenka uzyskał możliwość wysyłania za granicę nawozów potasowych, które Białoruś produkuje jako trzeci producent na świecie. A że w związku z wojną przeciwko złowrogiemu Iranowi i dwustronną blokadą cieśniny Ormuz, koniunktura na nawozy jest znakomita, to przekłada się ona też na koniunkturę w obrocie więźniami. Na fali tej koniunktury zwolniony został również pan Andrzej Poczobut.
Tę okazję natychmiast wykorzystał obywatel Tusk Donald, by stworzyć wrażenie, jakoby uwolnienie pana Poczobuta było rezultatem jego osobistej zasługi – że mianowicie tak przycisnął do ściany Aleksandra Łukaszenkę, że ten puścił farbę i pana Poczobuta. “Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” – że mianowicie uwolnienie pana Poczobuta uzyskał osobisty wysłannik prezydenta Donalda Trumpa, a przyczyniła się do tego okoliczność, że Polska akurat miała na wymianę zakładnika w osobie ruskiego archeologa, co to na Krymie – i tak dalej.
Obywatel Tusk co prawda utrzymuje, że ów ruski archeolog został pojmany dzięki rewolucyjnej czujności naszych “służb” – ale nic ta czujność by nie dała, gdyby nie zmiana nastawienia Amerykanów. Dzięki niej bowiem Łukaszenka nie tylko wypuścił pana Poczobuta, ale w dodatku białoruski potas, chociaż – jak informuje sztuczna inteligencja – “w 2026 roku nie jest oficjalnie i masowo eksportowany przez Polskę” – ale potasowi pewnie wszystko jedno, czy jest eksportowany “oficjalnie”, czy też nie – dzięki czemu biznes może sze kręczycz, bo my wszystko verstehen.
Toteż i pan prezydent Karol Nawrocki pochwalił się, że w uwolnieniu pana Andrzeja Poczobuta miał swój udział, jako przyjaciel prezydenta Donalda Trumpa, a na konferencji prasowej, obok amerykańskiego wysłannika na Białoruś, pojawił się Książę-Małżonek, aby chociaż część blasku opromieniającego Amerykanina, rykoszetem opromieniła również jego. Toteż nic dziwnego, że nakazał nam, byśmy się “radowali”. No to się radujemy.
Seksuolog Zbigniew Izdebski, powiązany z instytucjami uwikłanymi w przeszłości w afery pedofilskie i uczeń „naukowca”, który popierał legalizację pedofilii, publicznie cieszy się z objęcia wszystkich uczniów w Polsce przymusem tzw. „edukacji zdrowotnej”.
W jednym z niedawnych wywiadów medialnych Izdebski stwierdził, że wprowadzenie obowiązku udziału w lekcjach deprawacji to „duży sukces” rządu Tuska i Nowackiej.
To właśnie Izdebski stał na czele zespołu, który opracował program nauczania „edukacji zdrowotnej”. Program, wedle którego uczniowie mają być m.in. oswajani z masturbacją, rozwiązłością, homoseksualnym stylem życia, aktywizmem LGBT i „zmianą płci”.
Większość rodziców w Polsce nie ma pojęcia, kto stoi za treściami, które już od 1 września będą narzucane ich dzieciom. Dlatego nagrałem na ten temat krótką rolkę video.
Proszę obejrzeć, a następnie udostępnić ją dalej swoim znajomym, np. na Facebooku, WhatsAppie lub w innych mediach społecznościowych: Z wyrazami szacunku,
Mariusz Dzierżawski Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Ewangelista Pat Robertson został poddany krytyce za swoją wypowiedź w programie 700 Club. Wyraził on opinię, iż trzęsienie ziemi na Haiti było konsekwencją paktu, jaki 200 lat temu zawarli z szatanem przywódcy tego państwa.
„Byli uciskani przez Francuzów. Zgromadzili się i zawarli pakt z diabłem. Powiedzieli: „będziemy ci służyć, jeśli uwolnisz nas od Francuzów„.
A diabeł odparł: „ok, umowa stoi.” I Haitańczycy wygnali Francuzów. Wzniecili rewoltę i uzyskali wolność. Jednak od tamtej pory spada na nich przekleństwo za przekleństwem” – powiedział założyciel Christian Broadcasting Network (CBN).
Robertson podkreślił też, że dzieląca wyspę Hispaniola z Haiti Republika Dominikany „prosperuje, jest pełna kurortów i ma się dobrze”, tymczasem Haiti „cierpi potworne ubóstwo”. „Musimy się modlić, by Haitańczycy masowo nawracali się do Boga. Sądzę, że z tej tragedii może wyniknąć coś dobrego. Obecnie jednak pomagamy cierpiącym ludziom, a ich cierpienie jest wprost niewyobrażalne” – stwierdził Pat Robertson.
Komentarze założyciela CBN szybko rozprzestrzeniły się w Internecie i jak donosi BBC World Service, stały się tematem nr 4 w serwisie Twitter Wednesday. Wypowiedź Robertsona potępili prominentni przywódcy chrześcijańscy: Robert Jeffress z Pierwszego Kościoła Baptystów w Dallas oraz Franklin Graham (syn znanego ewangelisty Billy’ego Grahama). „Musiał się przejęzyczyć. Musimy zacząć teraz pomagać ludziom. Bóg kocha naród Haitańczyków i nie odwrócił się od Haiti” – miał według stacji ABC News powiedzieć Graham.
Chris Roslan, rzecznik CBN, w specjalnie opublikowanym na oficjalnej stronie internetowej oświadczeniu, powiedział, że komentarze Robertsona są oparte na historii buntu niewolników, na którego czele w 1791 roku stanął Boukman Dutty. Jak głosi historia tak zwanej „Umowy Boukmana”, Dutty poprowadził niewolników w rytuale Voodoo, podczas którego złożono w ofierze świnię i wypito jej krew, aby zawrzeć pakt z diabłem. Buntownicy zobowiązali się do służenia duchom wyspy przez 200 lat w zamian za wolność od Francuzów. Po 13 latach konfliktu uzyskali niepodległość. Historia ta połączona z tragicznym stanem kraju spowodowała, że wielu badaczy oraz postaci religijnych na przestrzeni wieków zaczęło uważać go za przeklęty.
Dr Robertson nigdy nie powiedział, że trzęsienie było wyrazem Bożego gniewu. Jeśli obejrzymy całość jego wypowiedzi, ujrzymy wyraźne współczucie dr Robertsona dla Haitańczyków. Zaapelował on o modlitwę za nich” – powiedział Roslan. Rzecznik CBN dodał też, że organizacja Operation Blessing International, humanitarne ramię CBN, stale działa na Haiti i rozpoczęła dużą akcję mającą na celu udzielenie pomocy ofiarom trzęsienia ziemi. Ponadto służba ta wysłała na wyspę warte miliony dolarów środki medyczne oraz ekipę specjalizującą się w pomaganiu ofiarom kataklizmów.
Joseph L. Williams z misyjnej organizacji CEO of New Directions International pracującej na Haiti od lat 80., powiedział, że już długo trwają spory dotyczące prawdziwości historii o pakcie z szatanem. Jego zdaniem nie można jednak zaprzeczyć, iż odkąd Haiti zostało republiką (w 1804 r.) kraj ten jest powiązany z Voodoo.
Według doniesień mediów, w 2003 r. były prezydent Haiti Jean-Bertrand Aristide, ogłosił Voodoo religią narodową, określając tę praktykę „zasadniczą częścią tożsamości narodowej ludności tego kraju”.
„A więc bez względu na to czy kraj ten został poświęcony szatanowi czy też nie, Voodoo stało się jego religią narodową i ludzie byli w nią zaangażowani przez dwa wieki” – stwierdził Williams. Williams dodał jednak, że w 2004 r. haitańscy przywódcy chrześcijańscy przeprowadzili kampanię mającą na celu „złamanie przekleństwa Voodoo” nad ich krajem. Pomagał on wówczas pastorowi Jeanowi Chavannesowi Jeune’owi, który starał się o prezydenturę w 2005 r., w zorganizowaniu pierwszego w historii narodowego śniadania modlitewnego [a cóż to za dziwoląg? md] w pałacu narodowym oraz narodowej modlitwy w stolicy – Port-au-Prince, by „ogłosić, że Haiti będzie krajem chrześcijańskim”.
„Wierzę, że przekleństwo zostało złamane i sądzę, że podobnie myślą haitańscy przywódcy chrześcijańscy. Nie mam co do tego wątpliwości” – powiedział Joseph L. Williams.
Chociaż Voodoo nadal jest na Haiti szeroko rozpowszechnione, Williams i Jeune uważają, że problemy tego kraju mają naturę polityczną. W obronie Pata Robertsona wystąpił pastor Gary Cass, szef Chrześcijańskiej Komisji Przeciwko Zniesławieniu, mówiąc, że jego słowa bez wątpienia mieściły się „w granicach historycznej teologii chrześcijańskiej”.
„Być może to jest rzeczywisty problem. Człowiek uraża się przez to, że nie jest Bogiem. Odrzuca Bożą opatrzność. W Biblii można przeczytać o tym, jak Bóg używa katastrof naturalnych, by wypełnić swoje zamierzenia. Znajdziemy tam trzęsienia ziemi, powodzie, klęski głodu, szarańczy itp. Wszystkie tam są, choć ludzie ich nienawidzą. Zamiast pokornie uznać, że Boże drogi nie są naszymi drogami, człowiek pomstuje i oskarża Boga. Ostatnią rzeczą, jaką robi, jest wołanie o Jego miłosierdzie w Jezusie Chrystusie” – powiedział Gary Cass. Wskazując na działanie Robertsona przez organizację Operation Blessing, Cass dodał też, że ludzie „powinni robić to, co robi Pat i błogosławić ubogich Haitańczyków”.
Pat Robertson jest znany z kontrowersyjnych wypowiedzi. Poprzednio był powszechnie krytykowany za wzywanie do zamachu na prezydenta Wenezueli, Hugo Chaveza oraz za swoje słowa, iż były premier Izraela, Ariel Szaron, dostał w 2006 roku wylewu krwi do mózgu z powodu swojej roli w „dzieleniu Bożej ziemi”. Założyciel CBN ostatecznie przeprosił za obie wypowiedzi. Pat Robertson powiedział ponadto, że huragan Katrina i atak na World Trade Center z 11 września 2001 roku były rezultatem Bożego sądu nad Ameryką za jej niemoralność.
Tłumaczenie i opracowanie: Chrześcijanin24.pl
===============================================
X:
Księża, egzorcyści próbowali przeprowadzać pojedyncze egzorcyzmy. Uderzały w nich straszne ciosy.
Bo kolejność musi być inna: Najpierw zdecydowana większość ludności Haiti musi chcieć porzucić voodoo, poddanie się szatanowi. Dopiero potem można będzie poprosić arcybiskupa, biskupów, by odprawili uroczyste egzorcyzmy.
Ale czy ten pierwszy krok jest możliwy do wykonania siłami ludzkimi?
Aktualnie w mediach dominują poważne konflikty w Libanie, Sudanie, czy Iranem co sprawia, że łatwo popadają w niepamięć inne kryzysy, takie jak np. na Haiti. A sytuacja w tym wyspiarskim kraju jest katastrofalna.
Według ONZ, coraz więcej osób na Haiti jest zagrożonych głodem. Według danych Światowego Programu Żywnościowego (WFP), w ciągu sześciu miesięcy liczba osób dotkniętych ostrym brakiem bezpieczeństwa żywnościowego wzrosła o 130 tys. do około 5,8 miliona. Odpowiada to około 52 proc. całkowitej populacji tego wyspiarskiego kraju. Dla ponad 1,8 miliona z nich sytuacja jest już krytyczna, co oznacza, że aby przetrwać, pilnie potrzebują pomocy humanitarnej.
Haiti jest co pewien czas nękane kryzysami i przemocą, i jest uważane za najbiedniejszy kraj na półkuli zachodniej. Rosnące ceny paliw i żywności mogą zagrozić postępom, które osiągnięto w ostatnim okresie, wyjaśniła dyrektor krajowa WFP, Wanja Kaaria. – Może to jeszcze bardziej pogrążyć w kryzysie szczególnie narażone rodziny – z destabilizującymi konsekwencjami dla całego kraju – powiedziała.
Kluczowe znaczenie dla przywrócenia stabilności na Haiti ma walka z głodem. Światowy Program Żywnościowy (WFP) szacuje swoje potrzeby finansowe na ten cel na 332 miliony dolarów (282 miliony euro).
Na całym świecie jesteśmy świadkami „niegodziwego wykorzystywania głodu jako broni wojennej” – ubolewał papież Leon XIV w liście skierowanym do uczestników dorocznej konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), która odbywa się w Rzymie.Ojciec święty zauważył, że głodzenie ludzi na śmierć „jest bardzo tanim sposobem prowadzenia wojny”. „Dlatego dzisiaj, kiedy wię…Czytaj dalej
Liczba ofiar śmiertelnych głodu w Strefie Gazy nadal rośnie. ONZ i inne organizacje pomocowe ostrzegają przed katastrofalną sytuacją. Dyrektor wykonawczy Światowego Programu Żywnościowego ONZ Cindy McCain twierdzi, że zrzuty z powietrza nie są właściwym rozwiązaniem w sytuacji głodu, takiej jak ta, która ma miejsce w Strefie Gazy, gdzie obecnie głoduje pół miliona osób.6 tys. ciężarówek z pomocą c…Czytaj dalej
=========================
Przecież władze i lud Haiti oddali się we władanie Szatana:
Sytuacja na Haiti jest konsekwencją paktu, jaki 200 lat temu zawarli z szatanem przywódcy tego państwa. „Byli uciskani przez Francuzów. Zgromadzili się i zawarli pakt z diabłem. Powiedzieli: „będziemy ci służyć, jeśli uwolnisz nas od Francuzów. A diabeł odparł: „ok, umowa stoi.”
I Haitańczycy wygnali Francuzów. Wzniecili rewoltę i uzyskali wolność. Jednak od tamtej pory spada na nich przekleństwo za przekleństwem”
Najmłodsze państwo świata jest krajem, znajdującym się w sytuacji ostrego braku bezpieczeństwa żywnościowego, jednego z najwyższych na świecie. Raport opublikowany właśnie przez FAO, WFP i UNICEF, mówi o 7,8 mln osób, czyli – 56 proc. ludności Sudanu Południowego zagrożonych głodem.
Organizacje te alarmują również w sprawie sąsiedniego Sudanu, gdzie wojna wywołała ogromny kryzys humanitarny i sprawiła, że w ciągu dwudziestu lat konfliktu zginęło tam lub zostało okaleczonych ponad 4 tys. dzieci.
Bezprecedensowy alarm
O rozmiarze dramatu rozgrywającego się w Sudanie Płd. świadczy fakt, że alarm w sprawie sytuacji żywnościowej w tym afrykańskim kraju podniosły wspólnie trzy agencje, co jest wydarzeniem wyjątkowym. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), Światowy Program Żywnościowy (WFP) oraz Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF) wskazują, że kryzys żywnościowy w Sudanie Płd. osiągnął niespotykane dotąd rozmiary. „7,8 mln osób – 56 proc. ludności – znajduje się w sytuacji poważnego braku bezpieczeństwa żywnościowego, co stanowi jeden z najwyższych wskaźników na świecie”.
Niepokojące prognozy
Dramatyczna sytuacja żywieniowa nie oszczędza nawet dzieci. Raport informuje, że „obecnie 2,2 mln dzieci w wieku od 6 miesięcy do 5 lat cierpi na ostre niedożywienie, co stanowi wzrost o 100 tys. przypadków w porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy”.
Prognozy nie należą do najbardziej optymistycznych: szacuje się, że do lipca tego roku co najmniej 700 tys. dzieci dotknie poważne ostre niedożywienie, które prowadzi do śmierci głodowej. „Podobnie – twierdzą trzy agencje ONZ – 1,2 mln kobiet w ciąży i karmiących piersią cierpi na ostre niedożywienie, co naraża zarówno matki, jak i noworodki na większe ryzyko chorób i śmierci”.
Nie tylko wojna
Przyczyn tej tragedii należy szukać nie tylko w eskalacji przemocy związanej z konfliktem dotykającym znaczną część tego regionu Afryki, który obejmuje Sudan Płd. i Sudan oraz w wynikających z niego masowych wysiedleniach, ale także w zapaści gospodarczej i zmianach klimatycznych, które przez naprzemienne susze i powodzie doprowadziły do drastycznego spadku produkcji rolnej. Dlatego FAO, WFP i UNICEF wzywają społeczność międzynarodową i rządy obu krajów do podjęcia natychmiastowych działań. „Apelujemy o stałe finansowanie pomocy żywnościowej, programów żywieniowych, wody pitnej i usług medycznych” – czytamy w komunikacie, który wskazuje, że ma to „kluczowe znaczenie w zapobieganiu dalszemu pogłębianiu się kryzysu”.
W Sudanie okaleczane i zabijane dzieci
Przy okazji publikacji raportu na temat sytuacji żywnościowej, UNICEF opublikował najnowsze dane dotyczące wojny w Darfurze, zapalnej prowincji Sudanu. Ujawniono, że od początku konfliktu, który wybuchł już dwadzieścia lat temu, ponad 4.300 dzieci zostało zabitych i okaleczonych. Ostatnie wydarzenia w kraju nie spowodowały niestety odwrócenia tej tendencji.
Raport przytacza dane z ostatnich dwóch lat dotyczące sytuacji w El Fasher – stolicy Północnego Darfuru, gdzie dochodzi do najbardziej krwawych i najczęstszych strać. UNICEF potwierdził „śmierć i okaleczenie 1.300 dzieci oraz poważne naruszenie podstawowych praw kolejnych 1.500”. W regionie dochodzi także do gwałtów na nieletnich, stosowanych przez rebeliantów jako broń wojenna.
Prężnie działająca polsko – niemiecka i polsko – ukraińska współpraca jest solą w oku „prorosyjskich środowisk politycznych spod znaku skrajnej prawicy”. Ostatnio, naprzeciw polityce Donalda Tuska wyszedł ze śmiałą inicjatywą prezydent Ukrainy.
Czy oznacza to, że Polska uzyska możliwość zakupienia od Ukrainy podarowanej przez siebie wcześniej broni? – pytają złośliwi internauci.
Być może tak, i to nie raz. Odciąży to w znacznym stopniu polski przemysł zbrojeniowy, który nie będzie musiał zwiększać produkcji, również z powodu kredytu safe – argumentują błyskotliwi zwolennicy Donalda Tuska.
Polska nie będzie musiała inwestować nie tylko w polskie firmy zbrojeniowe, ale także w firmy remontowe.
Jak widać internauci popierający PiS ignorują fakt, że decyzja o zakupie samolotów F 35 zapadła wiele lat temu, a sama umowa została ostatecznie podpisana 31 stycznia 2020 roku czyli w samym środku podwójnej kadencji, drugiej w rankingu pod względem szkodliwości, targowicy niedbającej o rozwój tego typu firm.
W każdym razie, wracając do początkowego wątku, polska armia, nazywana dekoracyjną, będzie mieć niejedną okazję uzupełniać swoje niedobory w uzbrojeniu kupując je również od Ukrainy.
Wyobraź sobie, że masz dostęp do wszystkich informacji o tym, co dzieje się na świecie. Każdy szczegół, każde wydarzenie, choćby najmniej znaczące. Pominiemy tutaj możliwość nielegalnych transakcji na giełdzie. O tym dowiadujemy się codziennie, czytając rewelacje o spekulacjach środowisk zbliżonych do białego domku nad Potomakiem. Nie o taką nieuczciwie zdobytą wiedzę mi chodzi. Metody zdobywania informacji są w moim odczuciu nadal nieuczciwe, jakkolwiek wiele uczyniono by dopasować prawo do potrzeb takich firm jak Palantir.
Wszystkich informacji Palantir i tak nie zdobywa. Na przykład nie wie, czy osoba A drapie się właśnie w nos. O ile osoba A nie nosi super elektronicznego zegarka z super czujnikami i połączeniem internetowym. Jak więc sprawić, żeby ta osoba taki zegarek nosiła? Wystarczy zareklamować, że to dobre dla twojego zdrowia, kiedy lekarz rodzinny jest informowany o anomaliach twojego ciała. Lekarza niewiele obchodzi twoje ciśnienie i tętno przez całą dobę, ma ważniejsze sprawy na głowie. Dzięki takim gadżetom nie udało się uratować kogokolwiek, ale za to udało się stworzyć coraz większy bank informacji o tym, co robimy, gdzie jesteśmy i nawet wywnioskować co planujemy.
Nie, sztuczna inteligencja nie jest naszym wrogiem. Nie sama technologia, ale intencje tych, którzy decydują o celach stosowania tej technologii, mogą być bardzo niebezpieczne. Podobnie jak 50 lat temu automatyka nie była i nie stała się naszym wrogiem. Owszem odebrała trochę miejsc pracy, ale powstały także nowe.
Zagrożeniem jest wykorzystywanie SI do manipulowania ludźmi. Dlatego tytułem tego artykułu jest Sztuczna Indoktrynacja.
„Kiedy programy sztucznej inteligencji zbierają wszystkie zapytania wyszukiwania i filmy z YouTube’a, które ktoś przesyła, zaczynają planować kampanie wpływu percepcyjnego, dwadzieścia do trzydziestu kroków naprzód” – powiedział Assange. „To zaczyna być całkowicie poza zasięgiem ludzkiej percepcji”.
To już nie działa. Kiedy ktoś protestuje w obronie mordowanych Palestyńczyków, maczuga antysemityzmu nie odnosi już żadnych skutków.
Te przykłady pokazują, w jaki sposób nikczemni ludzie wykorzystują technologię SI w celu propagowania ludobójstwa. Ujawniają jakimi metodami rozpowszechnia się fałszywą narrację poprzez propagandę z wykorzystaniem sztucznej indoktrynacji. Coraz trudniej przychodzi rozpoznać te zaawansowane techniki manipulacji.
Wszystkie moje artykuły napisałem sam. Kiedy korzystam z SI, to zawsze podaje te fragmenty jako cytaty, pomimo że ona z kolei ignoruje z reguły prawa autorskie. Nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa, ale aktualnie można ciągle jeszcze poznać, czy jakiś tekst, film lub obraz stworzył człowiek, czy komputer. Styl oraz intencje autora trudno tak zmanipulować, by mówiły coś odwrotnego, niż jego intencje.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Ataki phishingowe to oszustwa internetowe polegające na podszywaniu się pod zaufane instytucje (banki, kurierów, urzędy) w celu wyłudzenia danych logowania, kart kredytowych lub danych osobowych. Tak definiuje phishing SI – w wolnym, czyli moim tłumaczeniu Sfiksowana Inteligencja z fabryki fake’ów Google.
Oszust buduje fałszywą stronę internetową, do złudzenia przypominającą stronę meldowania do twojego banku i podsyła, ofierze na przykład mailem, żeby natychmiast zameldowała się, bo inaczej grozi … tu pada jakikolwiek powód. Po co to robi? Żeby zdobyć dane logowania ofiary do jego banku. Naturalnie samo zdobycie danych dostępu do banku nie pozwoli oszustowi na splądrowanie konta ofiary. Jest to pierwszy krok, żeby sprawdzić stan konta i podjąć decyzję, czy warto zrobić kolejny krok.
Najlepszym i najbardziej skutecznym sposobem sprawdzania, czy mamy do czynienia z phishingiem jest weryfikacja adresu internetowego strony, która domaga się pinu i hasła. Wystarczy porównać adres strony, na której logujesz się do banku z zaproponowaną właśnie stroną.
Jeszcze lepiej to po prostu nie używać tak skrupulatnie zaproponowanych linków i zawsze meldować jak zwykle, przy czym i tu zalecane jest sprawdzanie adresu.
Dlaczego o tym piszę? Sposobów oszustwa komputerowego mamy wiele, ale właśnie phishing został wybrany przez cenzorów w celu ograniczenia ilości moich czytelników przez odstraszenie meldunkiem programu antywirusowego o zagrożeniu oszustwem wyłudzania danych – phishingiem. Wystarczyło wpisać adres mojego bloga world-scam.com na czarną listę, z której korzystają programy antywirusowe, aby pojawił się meldunek ostrzegający przed otwarciem tej strony internetowej.
Absurdalność tego fałszywego meldunku ostrzegającego przed phishingiem pogłębia fakt, że na tym blogu nie ma możliwości wprowadzenia danych, które można by było wyłudzać. Zablokowałem po serii ataków hakerskich możliwość rejestrowania się w celu napisania komentarza. Musiałem tak zrobić, ponieważ codziennie były tworzone dziesiątki fałszywych kont użytkowników. Proces rejestracji wymagał podania adresu mailowego i hasła. Jedyne pole, jakie nadal jest aktywne, służy przeszukiwaniu tego bloga. Często sam z tego korzystam, kiedy muszę szybko coś znaleźć w którymś z ponad 1.200 artykułów.
Niewiele pomaga taka cenzura w internecie. Zasięgi mojego bloga rosną. W tym miesiącu w kwietniu przekroczyły ponownie ćwierć miliona odsłonięć. Owszem, muszę poświęcić czas, by tłumaczyć, na czym ten trick polega. Dlatego powstał ten dzisiejszy artykuł.
Policjant powiedział, że padłam ofiarą oszustwa typu phishing. Ale ja przecież od lat nie byłem nad rzeką!
„Wprowadź swój PIN”: Z pewnością przeciętny człowiek bardzo dokładnie zastanowiłby się, czy zastosować się do tej niespodziewanie wyskakującej prośby w wiadomości na Messengerze, prawda? Cóż, niemieccy politycy tego nie robią. Straszliwy „cyberatak” na członków rządu federalnego, który wszystkie media reklamują jako rosyjski atak szpiegowski, był kampanią phishingową, na którą żaden przeciętnie obeznany z internetem obywatel nie da się już nabrać. Politycy jednak dają. I to właśnie ci sami politycy chcą ograniczyć media społecznościowe i domagają się większej „edukacji medialnej”.
Zasady są proste: kłamią, wiemy, że kłamią, oni wiedzą, że my wiemy, że kłamią, ale wciąż nas okłamują, a my wciąż udajemy, że im wierzymy. Elena Gorochowa, Góra okruchów
——————————————
Niektórzy przypisują to zdanie Aleksandrowi Sołżenicynowi. Trudno dojść z tym do prawdy, szczególnie wtedy, gdy chce się tę prawdę opisać.
Kogo wzrusza „prawda” głoszona przez prezydenta Stanów Zjednoczonych na TruthSocial lub podczas sprzeczek z dziennikarzami?
Most Donalda Trumpa zaprezentowany przed chwilą przez prezydenta USA na truthsocial.com
————————-
Rozdźwięk między rzeczywistością a narracją wyraźnie wywarł wrażenie na Orwellu, który obawiał się, że „sama koncepcja obiektywnej prawdy zanika ze świata”. Temat sfałszowanej historii i zniszczenia prawdy powróci w jego fikcyjnym arcydziele „Rok 1984”, gdzie „dziury pamięci” pochłaniały niewygodne fakty, a przeszłość była przepisywana na potrzeby Partii.
Prawda nie jest już tym, czego trzeba szukać i można znaleźć. Historycy nadal badają, poszukują i analizują. Jeśli ich odkrycia są zgodne z aktualną, zmieniającą się szybko wraz z potrzebami szarych eminencji prawdziwej władzy, wtedy ich prace będą rozpowszechniane na świecie. Nie zgodność z rzeczywistością jest furtką do mediów, ale zgodność z dominującą doktryną. Prawdę ustala się na mocy autorytetu.
Taka jest też strategia trolli w dyskusjach: jest tak, ponieważ ja tak mówię! Argumenty? Po co komu potrzebne są argumenty? To ja jestem największym argumentem, ponieważ tworzę jedynie słuszną prawdę. Czytając ten tekst, troll odwróci sytuację, zarzucając wbrew oczywistym faktom stosowanie przez autora strategię trolla. Zgodnie z maksymą przypisywaną Georgowi Wilhelmowi Friedrichowi Heglowi: jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów.
Z pewnością Trump ma swoją strategię. Strategię typową dla propagandy sukcesu. Nie jest to żadna gra w szachy, nie jest nawet jednowymiarowa. Szachy zostały wymyślone w Indiach, skąd w VI wieku dotarły do Persji (dzisiejszy Iran). W tym czasie tereny dzisiejszego imperium ze stolicą w Waszyngtonie zamieszkiwane były przez Indian, którzy swoją nazwę zawdzięczają pomyłce: odkrywcy Ameryki byli przekonani, że dotarli do Indii.
SI: Historia Persji (obecnie Iranu) to jedna z najdłuższych i najbogatszych historii cywilizacyjnych na świecie, obejmująca ponad 2500 lat udokumentowanej państwowości, poczynając od imperium Achemenidów w VI wieku p.n.e.
4 lipca 2026 r. Stany Zjednoczone będą świętowały 250 lat istnienia, czyli dziesięć razy mniej niż Iran.
14 maja 2026 r. Izrael będzie – o ile dotrwa – świętował 76 lat istnienia żydowskiej państwowości, czyli 33 razy mniej niż Iran. Trzeba tu dodać, że historia Hebrajczyków sięga 3.000 lat. Jednak blisko 1.900 lat nie mieli żadnej państwowości.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Niedawna ofensywa Al-Kaidy i ALF [oddziały Tuaregów] w Mali zmusza nas do bliższego przyjrzenia się regionowi, aby zrozumieć prawdziwy stan rzeczy.
Walka o samostanowienie w Afryce Subsaharyjskiej jest często opisywana w czasie przeszłym w zachodnich mediach finansowych i dyskursie akademickim, ale ofensywa Al-Kaidy i ALF z 25 kwietnia w Mali, która miała znaczną skalę i była skoordynowana, zmusza nas do spojrzenia na region, aby zrozumieć prawdziwy stan rzeczy. Jest to szersza, powoli rozpalająca się alternatywa na krytycznym teatrze działań wojennych dla tego, co w przeciwnym razie mogłoby być globalną Trzecią Wojną Światową; taką, w której rebelia, rywalizacja o zasoby i utrwalone zewnętrzne interesy finansowe ścierają się z coraz większą intensywnością z wyzwoleniem. A wszystko to w szerszym kontekście kilku wojen regionalnych, w które zaangażowane są te same kraje, partnerstwa i sojusze. Walka o wyzwolenie narodowe w Afryce Środkowej i Zachodniej to nie tylko historia, ale żywa i mozolna walka, trwająca i dziś. Rzeczywistość pokazuje, że do niedawna cała dawna francuska kolonia Afryki Środkowej i Zachodniej funkcjonowała w ramach struktur francuskiego imperializmu gospodarczego i politycznego, ciesząc się jedynie teatralną niezależnością, zanim pewna liczba państw w końcu weszła w fazę otwartego buntu przeciwko Paryżowi i zakwestionowała długotrwałe porozumienia o zależności zewnętrznej i orientacji regionalnej.
Na początek kilka słów o tle wydarzeń. Wojna USA z Libią w 2011 roku, kiedy Stany Zjednoczone wsparły struktury Al-Kaidy i grupy najemników w obaleniu Libijskiej Arabskiej Dżamahiriji, stworzyła stale pogłębiającą się strefę niestabilności (do dziś nierozwiązaną), salaficki dryf ideologiczny oraz przemyt broni przez Saharę do Afryki Środkowej i Zachodniej. Wydaje się, że Francja zastosowała wówczas podobny scenariusz do tego, który wcześniej zastosowały Stany Zjednoczone w Syrii: wykorzystując pretekst działań w stylu Al-Kaidy do rozmieszczenia sił francuskich w tych krajach Afryki Środkowej i Zachodniej, gdzie obecne były Al-Kaida i/lub Państwo Islamskie.
Ruchy przywódcze zorientowane na suwerenność w Mali, Burkina Faso i Nigrze coraz częściej narzekały, że francuska obecność wojskowa w operacjach takich jak Barkhane, choć formalnie oparta na współpracy dwustronnej, w praktyce ograniczała korzystanie z suwerennej autonomii, ponieważ priorytety bezpieczeństwa, planowanie operacyjne i strategiczny wybór celów ignorowały lokalne decyzje. Doktrynę antyterrorystyczną powszechnie postrzegano jako sformułowaną zewnętrznie i wdrażaną za pomocą asymetrycznych mechanizmów koordynacji, w których państwo lokalne pełniło jedynie rolę partnera w realizacji.
Ciągła obecność francuskich sił zbrojnych na terytorium kraju była zatem interpretowana przez te rosnące w siłę grupy rządzące jako dowód neokolonialnej pychy na wielką skalę, zwłaszcza że narodowe siły zbrojne nie sprawowały pełnej kontroli nad całymi regionami. Argument ten został następnie rozszerzony na porozumienia monetarne, takie jak CFA (Colonies Françaises d’Afrique), w połączeniu z ciągłym zewnętrznym zaangażowaniem wojskowym, co, zdaniem tych rządów, doprowadziło do powstania suwerenności, która istniała jedynie z nazwy, ale nie w pełni realnie realizowała się w praktyce strategicznej.
Te ruchy suwerenności, szczególnie w obrębie wojska, wykraczały poza wcześniejszą krytykę dyplomatyczną, argumentując w znacznie mocniejszych słowach, że siły francuskie nie potrafiły skutecznie stawić czoła zagrożeniu dżihadystycznemu, do zwalczania którego zostały formalnie wysłane, a ciągła obecność operacji takich jak Barkhane była osadzona w szerszym środowisku bezpieczeństwa, jakim była zaaranżowana niestabilność. Utrzymywanie się grup takich jak Dżamaat Nusrat al-Islam wal-Muslimin było postrzegane nie jako porażka operacyjna, lecz jako dowód na to, że interwencja antyterrorystyczna była jedynie przykrywką dla przedłużającego się zewnętrznego zaangażowania militarnego, a utrzymująca się niepewność regionalna wzajemnie się wzmacniała. Krótko mówiąc, Francja, w pewnym stopniu, de facto wspierała, a nawet sprzymierzała się z siłami zachodnimi, które wspierały samą Al-Kaidę, a wręcz ugrupowania ISIS, które nominalnie miała neutralizować. Prawdziwym celem wydawało się zapewnienie niestabilności i rozszerzenie francuskiej okupacji wojskowej, uniemożliwiając tym krajom rozwój gospodarczy i angażowanie się w wielostronną, suwerenną dyplomację. W końcu nacjonalistyczni przywódcy suwerenności w wojsku zaczęli opracowywać plan, podczas gdy nominalnie cywilne rządy działały jedynie jako tuby propagandowe tego, co stało się po prostu nową francuską okupacją. Oficerowie w końcu mieli dość i duch Thomasa Sankary się zmaterializował.
W rezultacie te suwerenne grupy rządzące, zwłaszcza w samym wojsku, przejęły kontrolę nad resztkami rządów krajowych w Mali (2020–2021), Burkina Faso (2022) i Nigrze (2023) i stopniowo dystansowały się od instytucji ECOWAS, między innymi poprzez sankcje, zawieszenie i deklarację zamiaru utworzenia Sojuszu Państw Sahelu (Alliance des États du Sahel; AES). Jednocześnie te same rządy przesunęły swoje partnerstwa w zakresie bezpieczeństwa od operacji Barkhane, coraz bardziej w kierunku wspieranej przez Rosję pomocy w zakresie bezpieczeństwa, najbardziej widocznej za pośrednictwem Grupy Wagnera, a później w ramach Afrika Korps rosyjskiego Ministerstwa Obrony.
To, co wydarzyło się w ostatnich dniach w Mali, od niestabilnych przedmieść Bamako po od dawna sporne korytarze północne, określane jest mianem „skoordynowanych ataków”: formacje zbrojne powiązane z powiązaną z Al-Kaidą organizacją Jama’at Nusrat al-Islam wal-Muslimin, w koordynacji operacyjnej z zdominowanym przez Tuaregów Frontem Wyzwolenia Azawadu, rozpoczęły rozproszoną geograficznie ofensywę, która uderzyła niemal jednocześnie w Kati, Sévaré, Gao i Kidal. Do strzelaniny i eksplozji doszło nawet w pobliżu lotniska Modibo Keita, a co ważniejsze, w okolicach samego Kati, gdzie główna baza wojskowa i rezydencja prezydenta Mali Assimi Goïty znajdują się symbolicznie blisko siebie – co przypomina, że w Mali geografia i suwerenność nakładają się dość niekorzystnie.
Malijskie siły zbrojne początkowo zidentyfikowały napastników jako „niezidentyfikowane grupy terrorystyczne”, a następnie ogłosiły, że sytuacja jest pod kontrolą, jednocześnie wskazując, że operacje są nadal w toku. Niektóre niepotwierdzone doniesienia sugerują, że w atakach Afrika Korps zginęło nawet 1000 bojowników JNIM i ich sojuszników – liczba ta na papierze brzmi uspokajająco, ale nie przyćmiewa bardziej uderzającego aspektu tego wydarzenia: jednoczesnego testowania wielu kluczowych punktów państwa. Obejmowało to rzekome zabójstwo, według samego JNIM, a później potwierdzonego przez agencję Reuters, ministra obrony Mali Sadio Camary, a także ukierunkowane ataki na instalacje wojskowe w Kati i infrastrukturę lotniczą w Bamako – operację, która sugeruje poziom planowania nietypowy dla improwizowanych powstań.
Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow zasugerował, że zachodni aktorzy, a w szczególności Francja, byli zaangażowani w destabilizację rządów w Bamako, Wagadugu i Niamey, które okazały się mało skłonne do współpracy w ramach wcześniejszych porozumień. Tymczasem rosyjski wywiad posunął się jeszcze dalej, twierdząc, że Emmanuel Macron autoryzował plany wyeliminowania tego, co delikatnie nazwali „niepożądanymi przywódcami” – określenie, które w dwóch słowach streszcza całą kwestię suwerenności postkolonialnej. Z kolei władze francuskie, co jest przewidywalne, zaprzeczają jakiemukolwiek udziałowi w rebelii terrorystycznej w Mali, pomimo otwarcie deklarowanego pragnienia neutralizacji właśnie takich postaci jak minister obrony Camara.
To, czy wierzyć tym twierdzeniom Rosjan, czy Francuzów, jest kwestią drugorzędną w stosunku do obserwacji: trwałości systemu finansowego i monetarnego, w którym znaczna część Afryki francuskojęzycznej pozostaje związana z instytucjami paryskimi poprzez odziedziczone mechanizmy i zależności bankowe, instytucjami, które same są osadzone w szerszym środowisku płynności Wall Street i londyńskiego City – konfiguracji, która okazała się równie niezwykła, co wyzyskująca, nie tylko dlatego, że przez dekady towarzyszyło jej niemal liturgiczne powtarzanie języka wyzwolenia, rozwoju i partnerstwa, pozwalając sprzeczności między formą a treścią przetrwać wystarczająco długo, by nabrała pozorów normalności. A jednak pomimo tego wszystkiego siły narodowowyzwoleńcze doszły do władzy w Mali, Burkina Faso i Nigrze i sprzymierzyły się z Federacją Rosyjską, która ze swojej strony kontynuowała swoje zaangażowanie we wspieranie tego rodzaju walk o samostanowienie w krajach rozwijających się i na tzw. Globalnym Południu, zaangażowanie, które podjęła jeszcze za czasów Związku Radzieckiego. Ten rozdział rozwijającej się historii Afryki ma zatem charakter zarówno przyszłościowy, jak i refleksyjny, a także budzi poczucie nostalgii.
Z tej perspektywy obecna fala przemocy przybiera nieco inny wygląd: grupy powstańcze, takie jak JNIM, oraz ich okazjonalne taktyczne porozumienia z formacjami separatystycznymi, takimi jak FLA, stanowią wyzwanie dla bezpieczeństwa w ramach szerszej walki o to, czy państwa Sahelu będą w stanie sensownie oderwać się od francuskich kręgów gospodarczych i politycznych, które historycznie je definiowały, czy też takie próby, podobnie jak w innych czasach i miejscach, spotkają się z mieszanką presji, destabilizacji, a jeśli zaakceptować bardziej dosadne oskarżenia, celowego usuwania niewygodnych przywódców.
Wzmianki o aktorach zewnętrznych nie kończą się na Francji; pojawiają się również powtarzające się oskarżenia pod adresem prezydenta Ukrainy Zełenskiego, który rzekomo dostarczał informacje wywiadowcze lub drony rebeliantom powiązanym z Al-Kaidą i ISIS – twierdzenia te przyczyniają się do coraz bardziej zatłoczonego geopolitycznego charakteru konfliktu, który niegdyś naiwnie nazywano konfliktem peryferyjnym. Wśród tych grup terrorystycznych zdają się również znajdować bojownicy z Europy Zachodniej lub z grupy A5.
A jednak, pomimo gęstości konkurujących roszczeń i kontr-roszczeń, obserwuje się zauważalną zmianę: trzy kraje afrykańskie wyparły wojska francuskie i zdystansowały się od ECOWAS, budując, choć nierównomiernie, ale wytrwale, alternatywne partnerstwa w dziedzinie bezpieczeństwa.
Jak już wspomniano, jest to najbardziej widoczne w przypadku Rosji i jej Afrika Korps, nowo utworzonego od Grupy Wagnera, który, niezależnie od granic, stanowi próbę ustanowienia ram bezpieczeństwa, które nie byłyby bezpośrednio podporządkowane dawnym metropoliom mocarstw kolonialnych i imperialistycznych, które same były dość wampirycznie karmione żyłami Afryki. Ale jak powiedział prezydent Rosji Putin nieco ponad dwa lata temu: „…Istnieje bardzo silne pragnienie wśród zachodnich elit, aby zamrozić obecny niesprawiedliwy stan rzeczy w stosunkach międzynarodowych. Od wieków napełniają brzuchy ludzkim mięsem, a kieszenie pieniędzmi. Muszą jednak zdać sobie sprawę, że wampiryczna era dobiega końca”.
Można powiedzieć, że obietnica wyzwolenia Afryki z połowy XX wieku przeżywała niezwykle długi okres inkubacji, w którym formalny koniec administracji kolonialnej współistniał dość wygodnie, choć niestety, z kontynuacją hierarchii ekonomicznych, różniących się bardziej językiem niż skutkami. To, że ten układ napotyka obecnie opór, nie dziwi, choć, jak zawsze, sposób jego rozwikłania jest mniej elegancki, niż życzyliby sobie jego zwolennicy. Ale trzeba rozbić kilka jajek, żeby zrobić omlet.
Istnieją zatem oznaki, że obecna chwila nie jest po prostu kolejnym cyklem w znanym wzorcu, ale początkiem poważniejszej reorganizacji, w której zdolność francuskich, ale także brytyjskich aktorów do dyktowania warunków jest znacznie ograniczona, podczas gdy handel z nimi trwa nadal, a w niektórych przypadkach nawet wzrósł, i w której idea afrykańskiej suwerenności, długo wyćwiczone marzenie setek milionów ludzi na przestrzeni kilku stuleci, zaczyna nabierać znaczenia – rozwój, który, jeśli będzie kontynuowany, może ostatecznie sprawić, że raczej performatywne i nominalne elementy retoryki postkolonialnej staną się zbędne i zastąpią je czymś realnym.
29. Kwiecień 2026 r. Renomowany ekspert ds. geopolityki Pepe Escobar analizuje najnowsze wydarzenia w konflikcie wokół Iranu.
Escobar przemawia z idyllicznego odosobnienia na tajskiej wyspie na Morzu Andamańskim i uważa wydarzenia z daleka za „punkt obserwacji”. Wywiad obraca się wokół ofensywy dyplomatycznej Iranu, ścisłej koordynacji z Rosją i strategicznej izolacji USA.
Escobar opisuje podróż irańskiego ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego (w transkrypcji „Arai”) jako „zmianę w grze” i postrzega ją jako upokorzenie „planu zastraszania” Trumpa. Iran i Rosja przyjęły inicjatywę i ustanowiły Cieśninę Ormuz jako strategiczny środek nacisku.
Wycieczka dyplomatyczna: Islamabad – Muscat – St. Petersburg
Podróż Araghchiego została starannie zaplanowana do Escobar i obejmowała trzy etapy.
Najpierw udał się do Islamabadu, aby porozmawiać z pakistańskimi mediatorami. Tam potwierdził irańskie „10 punktów”, które Trump najwyraźniej przeczytał i częściowo przyjął – ale tak naprawdę ich nie rozumiejąc.
Następnie udaliśmy się do Muscat (Oman), gdzie Araghchi został osobiście przyjęty przez Emira. Temat: Przyszła organizacja Cieśniny Ormuz, w tym możliwe stacje celne po stronie irańskiej i omańskiej.
Następnie Araghchi wrócił do Islamabadu, aby udoskonalić trzy centralne irańskie warunki negocjacji.
Ostatnią i najbardziej symboliczną stacją była St. Petersburg, gdzie spotkał się nie tylko z ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem, ale także osobiście z prezydentem Władimirem Putinem – przez półtorej godziny, co jest niezwykłe dla ministra spraw zagranicznych.
Sam lot został nazwany „Minab 168” jako hołd dla irańskich dzieci w wieku szkolnym zabitych w amerykańskich atakach.
Trzy irańskie warunki: Szachownica jest przewracana
Iran całkowicie zmienił program negocjacyjny wg. Escobara:
Ostateczny koniec wojny z pisemnymi gwarancjami ze strony głównych mocarstw i najlepiej rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Nowe rozporządzenie dla Cieśniny Ormuz: wprowadzenie stacji celnej, płatność w irańskim rialu (w celu stabilizacji waluty). Cieśnina znajduje się w dużej mierze na wodach terytorialnych Iranu i Omanu (12 mil morskich na stronę). Iran ma prawo do takiego środka.
Nowe porozumienie nuklearne („rozcieńczone JCPOA”) – dopiero na końcu porządku obrad. Trump zakończył sam JCPOA z 2018 roku; nie będzie lepszej oferty niż w 2015 roku.
Trump odrzucił te warunki. Zamiast tego liczy na rozszerzenie blokady, która jest sprzeczna z prawem międzynarodowym. Escobar widzi tutaj strategiczny impas: Trump pilnie potrzebuje „poza rampą”, ale nie może ogłosić zwycięstwa ani kontynuować wojny bez ryzyka.
Jasne przesłanie Putina: szacunek i partnerstwo strategiczne
Wypowiedzi Putina na spotkaniu z Araghchim były „ostre jak sztylet” wg. Escobara:
Pełen szacunku dla Irańskiego Najwyższego Przywódcy: Putin przekazał podziękowania za osobiste przesłanie i życzył zdrowia.
Uznanie walki: Irańczycy bohatersko walczą o niepodległość i suwerenność.
Aktywna rola Rosji: „Zrobimy wszystko, co służy interesowi wszystkich narodów w regionie”. Rosja jest bezpośrednio zaangażowana w dyplomatyczne rozwiązanie.
W ten sposób Moskwa wzmocniła poparcie Teheranu. Każde przyszłe rozwiązanie musi być negocjowane nie tylko z Iranem, ale także z Putinem.
Escobar postrzega to jako jasny sygnał dla „syndykatu abstynencji” (U.S. Falcons): Era jednostronnych amerykańskich dyktatów dobiegła końca.
Blokada – nieskuteczna i bezproduktywna
Blokada USA nie jest „żelazną kurtyną”. Iran już je omija:
Tankowce nawigują w pobliżu irańskich/pakistańskich wód terytorialnych.
Sześć nowych korytarzy lądowych nad Pakistanem (ropa kolejowa, chińskie towary w kontenerach).
Wymiana gazu przez Turkmenistan do Chin Zachodnich.
Kolej chińsko-irańska (zakończone od ok. sierpień 2025) oraz trasy kaspijskie.
Pogłoski o zbliżającym się kryzysie magazynowania i przymusowych wyłączeniach pól naftowych, Escobar opisuje jako „mistyfikację” ze źródeł amerykańskich.
Iran ma wieloletnie doświadczenie w nakładaniu sankcji i wie, jak radzić sobie z takimi sytuacjami.
Blokada jest szczególnie szkodliwa dla globalnego Południa, Europy, Japonii i Korei Południowej – i napędza świat przeciwko USA.
Spotkanie SCO w Kirgistanie: Wspólne doświadczenie anty-blokadowe
Równolegle z podróżą do Rosji spotkali się ministrowie obrony państw SCO (w tym. Rosja, Chiny, Indie, Pakistan, Iran) w Kirgistanie.
Irański minister obrony zaproponował, że podzieli się doświadczeniem „pokonania Amerykanów”.
Escobar interpretuje to jako sygnał ostrzegawczy: wojna w USA jest skierowana przeciwko integracji euroazjatyckiej, BRICS, SCO i nowym jedwabnym drogom.
Koncentruje się na „nowym Trójkącie Primakowskim” (Iran-Rosja-Chiny).
Od Ormuza do Malakki: Chińska obsesja
Blokada jest testem na ewentualną globalną blokadę USA.
Chiny obserwują to właśnie z powodu „pułapki Malakka” (80% ich importu energii z Zatoki przechodzi przez Malacca Road).
Pekin od lat buduje środki zaradcze: rurociągi, alternatywne trasy, energię odnawialną i dobre relacje z Malezją/Indonezją.
Escobar ostrzega: amerykańska eskalacja w Malakce może doprowadzić do bezpośredniego konfliktu z Chinami.
Wewnętrzne podziały w golfie: Zjednoczone Emiraty Arabskie odchodzą z OPEC+
ZEA (głównie Abu Dhabi) chcą pozostawić OPEC+ na eksport większej ilości ropy i niższych cen – krok z chciwości i rozpaczy.
Escobar postrzega to jako żart z regionu: „Wkrótce Arabia Saudyjska może to zaanektować”.
Zjednoczone Emiraty Arabskie nadal polegały na Izraelu i korytarzu USA (IMEC), podczas gdy Arabia Saudyjska była bardziej skłonna polegać na deeskalacji z Iranem.
Dubaj jako model biznesowy już nie żyje.
Liban i oś oporu
Escobar krótko odniósł się do sytuacji w Libanie:
Izrael prowadzi wojnę o eksterminację przeciwko wioskom i miastom na południu.
Tylko Hezbollah stawia opór.
Iran widzi konflikt całościowo – rozwiązaniem musi być cała „oś oporu” (w tym. Gaza) w tym.
Z administracją Trumpa kontrolowaną przez Izrael jest to nierealne.
Podsumowanie: Strategiczna klęska USA i powstanie Eurazji
Pepe Escobar przedstawia jasny obraz: Iran wygrywa tę wojnę strategicznie, ponieważ żaden z celów USA nie został osiągnięty.
Podróż Araghchiego i poparcie Putina przesunęłyby układ sił.
Trump jest uwięziony – między niepopularną blokadą, która zakłóca światowy cykl gospodarczy, a niemożnością bezrycznego wznowienia wojny.
Globalna reakcja (Global South, Asia, Europe) nie będzie tolerować blokady przez długi czas.
Wg. Escobara nie jest to odosobniony konflikt na Bliskim Wschodzie, ale atak na integrację euroazjatycki. Rosja, Chiny i Iran są bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Indie pozostają niepewnym czynnikiem w BRICS i SCO.
USA, z imperialną logiką „dziel i rządź”, próbowały powstrzymać wielobiegunowy świat – ale reakcje pokazały, że projekt się nie udaje.
Wywiad podkreśla centralną tezę Escobara: era jednobiegunowej ery amerykańskiej jednobiegunowości dobiega końca. Iran i Rosja nie tylko odparły plan Trumpa, ale przejęły inicjatywę.
Pełna kontrola Ormuz – symboliczna i praktyczna – wyznacza punkt zwrotny. To, czy Trump to uzna i znajdzie uporządkowane wycofanie, pozostaje otwarte.
Zegar tyka dla światowej gospodarki i stabilności regionu.
Nieustraszony Mojtaba Chamenei: Przyszłość Zatoki Perskiej będzie „bez obecności USA” – obiecał chronić program nuklearny za wszelką cenę i inne bieżące wydarzenia
Iran nie porzuci swojego programu nuklearnego: Iran będzie „strzegł” swoich „zaawansowanych technologii” równie zaciekle, jak własnych granic, powiedział Modżtaba Chamenei w orędziu odczytanym w telewizji państwowej. Dodał, że Iran „zabezpieczy region Zatoki Perskiej i zlikwiduje eksploatację tego szlaku wodnego przez wrogiego przeciwnika”.
Wojsko amerykańskie sugeruje wykorzystanie najnowocześniejszych pocisków hipersonicznych, które nie zostały jeszcze przetestowane w boju, w regionie Bliskiego Wschodu, podczas gdy szef CENTCOM ma poinformować Trumpa w Białym Domu o dalszych opcjach militarnych.
Cena ropy Brent z dostawą w czerwcu wzrosła w czwartek do 126 dolarów za baryłkę, po czym spadła do 114 dolarów – ceny ropy osiągnęły najwyższy poziom od 2022 r., podczas gdy Trump rozważa przedłużenie blokady Iranu przy użyciu sił zbrojnych.
Chamenei: Chrońmy program nuklearny, a region Zatoki Perskiej będzie miał przyszłość bez Ameryki
Ajatollah Modżtaba Chamenei nigdy nie opublikował wiadomości wideo ani audio i nie był widziany ani fotografowany od początku wojny; uważa się, że jest poważnie ranny i wraca do zdrowia. W czwartek telewizja państwowa odczytała jego pisemne oświadczenie, które miało buntowniczy ton, deklarując, że jedynym miejscem, do którego Amerykanie powinni się udać w Zatoce Perskiej, jest „dno jej wód” i że dla całego regionu pisany jest „nowy rozdział”. Państwowe media powołały się na względy bezpieczeństwa, uzasadniając konieczność odczytania jego oświadczenia.
Chamenei zapowiedział, że Iran będzie ściśle strzegł i chronił swój potencjał nuklearny i rakietowy – co stanowi wyraźne i bezpośrednie odrzucenie żądania prezydenta Trumpa, aby przekazać wzbogacony uran jako podstawę umowy. Irańczycy będą bronić swojego potencjału nuklearnego i rakietowego „jak swojej stolicy i będą go strzec jak granic morskich, lądowych i powietrznych” – powiedział Chamenei.
„Z Bożą pomocą i siłą, świetlana przyszłość regionu Zatoki Perskiej będzie przyszłością bez Ameryki – przyszłością służącą postępowi, wygodzie i dobrobytowi jego mieszkańców” – kontynuował Chamenei. „My i nasi sąsiedzi po drugiej stronie wód Zatoki Perskiej i Zatoki Omańskiej dzielimy wspólny los. Obcy, którzy przybywają z tysięcy kilometrów, aby handlować tam z chciwością i złośliwością, nie mają tam miejsca – chyba że na dnie jej wód”. Przysiągł również, że irańskie siły zbrojne „zabezpieczą region Zatoki Perskiej i położą kres eksploatacji tego szlaku wodnego przez wrogiego przeciwnika”.
USA sugerują rakiety hipersoniczne, CENTCOM informuje Trumpa
Jak informowaliśmy w środę wieczorem, Centralne Dowództwo Stanów Zjednoczonych zwróciło się z wnioskiem o zezwolenie na rozmieszczenie długo opóźnianego hipersonicznego pocisku rakietowego Dark Eagle na Bliskim Wschodzie, potencjalnie w celu użycia go przeciwko Iranowi. Celem jest zwiększenie zasięgu pocisku, aby móc atakować wyrzutnie pocisków balistycznych znajdujące się głęboko w głębi lądu, jak donosił Bloomberg. Jeśli zostanie to zatwierdzone, będzie to oznaczało pierwsze rozmieszczenie tego systemu, który jest opóźniony i nie został jeszcze uznany za w pełni operacyjny, podczas gdy Rosja i Chiny od pewnego czasu używają swoich wersji.
Pentagon wielokrotnie deklarował posiadanie lokalnej przewagi powietrznej, co oznacza, że jego samoloty mogą operować w niektórych częściach Iranu bez poważnego zagrożenia. Niemniej jednak dziesiątki dronów MQ-9 i kilka załogowych samolotów bojowych zostało zestrzelonych – co wskazuje, że inne części irańskiej przestrzeni powietrznej pozostają niebezpieczne.
Raport Bloomberga pojawił się w momencie, gdy Axios podchwycił wcześniejszą wiadomość, że prezydent Trump ma zostać poinformowany 30.04. przez dowódcę CENTCOM, admirała Brada Coopera, o nowych planach ewentualnej akcji militarnej przeciwko Iranowi. Informacja ta sygnalizuje, że „Trump poważnie rozważa wznowienie szerszych działań bojowych – albo w celu przerwania impasu w negocjacjach, albo w celu zadania ostatecznego ciosu przed końcem wojny”.
Tymczasem strona irańska twierdzi, że dziesiątki jej okrętów przełamały blokadę morską USA – twierdzeniu temu zaprzecza Pentagon. Inni twierdzą, że chociaż niektóre okręty przepłynęły przez cieśninę, blokada nie została całkowicie przełamana.
Szef MAEA o globalnym kryzysie energetycznym i naftowym
Szef Międzynarodowej Agencji Energetycznej w ostatnich oświadczeniach podkreślił, że świat stoi w obliczu największego kryzysu energetycznego w swojej historii z powodu wojny.
„Rynki ropy naftowej i gazu są w opłakanym stanie. Ostatnim razem, gdy sprawdzałem, cena ropy przekraczała 120 dolarów, co stawia wiele krajów pod znaczną presją” – powiedział dyrektor wykonawczy Fatih Birol na konferencji w Paryżu. „Nasz świat stoi w obliczu poważnego wyzwania gospodarczego i energetycznego”.
Co więcej, cena ropy Brent, będącej punktem odniesienia dla dostaw w czerwcu, w czwartek osiągnęła cenę 126 dolarów za baryłkę, po czym spadła do 114 dolarów. Jednocześnie ceny ropy wzrosły do najwyższego poziomu od 2022 r., ponieważ Trump rozważa przedłużenie blokady Iranu przy użyciu sił zbrojnych.
Tymczasem irańscy przywódcy wyśmiewają Stany Zjednoczone za rosnące ceny ropy i gazu, wykorzystując przy tym znaczną pozycję geograficzną tego kraju na rynkach światowych…
Po trzech dniach nie doszło do eksplozji żadnego odwiertu. Moglibyśmy przedłużyć go do 30 dni i transmitować odwiert na żywo. To dokładnie takie bzdury, jakie rząd USA otrzymuje od ludzi takich jak Bessent, którzy również promują teorię zatorów i doprowadzili do wzrostu cen ropy do ponad 120. Następny przystanek: 140. Problemem nie jest teoria, ale nastawienie.
========================================
Dalsze bieżące wydarzenia
za pośrednictwem Newsquawk
Amerykańskie dowództwo centralne (CENTCOM) poinformuje w czwartek prezydenta Trumpa o nowych planach ewentualnej akcji militarnej przeciwko Iranowi, poinformował serwis Axios, powołując się na źródła. Plan zakłada krótki, ale silny atak, potencjalnie wymierzony w infrastrukturę, w celu przełamania impasu nuklearnego. Inne opcje obejmują plan zajęcia części cieśniny, aby umożliwić żeglugę handlową, co mogłoby wymagać zaangażowania wojsk lądowych, oraz wysłanie jednostki specjalnej do zabezpieczenia irańskich zapasów uranu.
Jak podaje Bloomberg, powołując się na źródła, dowództwo CENTCOM USA zwróciło się z prośbą o wysłanie hipersonicznego pocisku rakietowego armii na Bliski Wschód.
US CENTCOM ogłosiło, że Marynarka Wojenna USA skierowała 42 statki z blokady Cieśniny Ormuz, a wojsko jest w pełni gotowe do egzekwowania blokady.
Prezydent USA Trump powiedział premierowi Izraela Netanjahu, że Izrael powinien prowadzić w Libanie jedynie ukierunkowane działania militarne i unikać całkowitego wznowienia wojny, podał portal Axios.
Sekretarz Skarbu USA Bessent powiedział w wywiadzie dla Fox Business, że negocjacje z Iranem są na końcowym etapie i są gotowe nałożyć sankcje wtórne na nabywców irańskiej ropy. Dodał, że presja ekonomiczna rośnie z dnia na dzień. Zarekwirowano prawie pół miliarda dolarów w kryptowalutach powiązanych z Iranem. Konsumenci i rynki akcji odwracają się od Iranu. Zjednoczone Emiraty Arabskie i inne kraje wnioskowały o linie swapowe, ale nie były one formą ratunku.
Irański poseł Mottaki powiedział, że blokada morska jest równoznaczna z wypowiedzeniem wojny i że bojownicy mogą podjąć decyzję o usunięciu takich przeszkód militarnie już jutro lub w przyszłym tygodniu.
Dowódca irańskiej marynarki wojennej zapowiedział, że Republika Islamska wkrótce zaprezentuje nową broń, która głęboko zastraszy wroga, poinformowała agencja IRNA. Dodał, że Iran zamknął strategiczną Cieśninę Ormuz od strony Morza Arabskiego i potępił „nielegalne przejęcie” przez Stany Zjednoczone kilku irańskich statków w ramach blokady, nazywając to nie tylko „piractwem”, ale także „wzięciem zakładników”.
Według Press TV irański dowódca marynarki wojennej ostrzegł, że Iran wkrótce zmierzy się ze swoimi wrogami, używając do tego celu przerażającej broni.
Według gazety Al Hadath, pakistańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że kanały komunikacji z Waszyngtonem i Teheranem pozostają otwarte. „Zegar dyplomacji nie zatrzymał się. Nadal mamy nadzieję na rozwiązanie w drodze negocjacji i będziemy kontynuować nasze najszczersze wysiłki”.
Chińskie wojsko poinformowało w komunikacie prasowym, że przeprowadziło patrole bojowe w pobliżu Scarborough Shoal.
„Nie ma sensu” prowadzić negocjacji w sprawie zerowego wzbogacania – powiedział irański parlamentarzysta w wywiadzie dla Al Jazeery, dodając: „Nie mam nic przeciwko siadaniu do stołu negocjacyjnego, ale powinniśmy byli dokładniej rozważyć, jak postępować”.
Rząd USA wzywa kraje do przyłączenia się do nowej międzynarodowej koalicji, która umożliwiłaby statkom żeglugę przez Cieśninę Ormuz, donosi „Wall Street Journal”. „Konstrukcja Wolności Morskiej” miałaby być koalicją pod przewodnictwem USA, która dzieliłaby się informacjami, koordynowała działania dyplomatyczne i egzekwowała sankcje.
Według irackich źródeł bezpieczeństwa, dron rozpoznawczy został zestrzelony w pobliżu ambasady USA w Bagdadzie.
Dowódca irańskiej marynarki wojennej poinformował, że Cieśnina Ormuz została zamknięta od strony Morza Arabskiego i że jeśli wróg zacznie się zbliżać, zostaną podjęte szybkie działania – podała gazeta Al Araby.
Iran udaremnia amerykańskie plany syjonistyczne w Azji Zachodniej
Profesor Seyed M. Marandi z Uniwersytetu w Teheranie jest obecnie bardzo poszukiwanym gościem wywiadów na platformie informacyjnej YouTube, gdzie omawia niezwykle niebezpieczne wydarzenia w Azji Zachodniej. Poniżej znajduje się streszczenie najważniejszych fragmentów jednego z jego ostatnich oświadczeń.
Zwłaszcza w kontekście Iranu, Zatoki Perskiej i Półwyspu Arabskiego, profesor Marandi oferuje spostrzeżenia, które są albo nieznane w samozwańczych „wysokich jakościowo mediach” Zachodu, albo celowo ignorowane, ponieważ nie pasują do dominującej narracji i mogłyby zagrozić wcześniejszym sukcesom pro-syjonistycznej propagandy. 21 kwietnia Marandi udzielił szczególnie imponującego wywiadu na kanale YouTube swojemu znanemu koledze akademickiemu, profesorowi Nimie Alkhorshidowi, poruszając między innymi następujące tematy:
– Obecny nastrój w Iranie; bezskuteczne żądanie Trumpa dotyczące drugiego spotkania w Islamabadzie o zawieszenie broni.
– Dlaczego Iran nie udał się do Islamabadu na drugą rundę negocjacji o zawieszeniu broni
– Potencjał militarny Iranu, niewykorzystana broń i strategia wojenna
– Nieprofesjonalne zachowanie negocjacyjne USA i brak powagi
—————————————————————-
W odniesieniu do obecnego nastroju w Iranie: bezskuteczne żądanie Trumpa dotyczące drugiego spotkania w sprawie zawieszenia broni w Islamabadzie
Rozpoczynając swoją prezentację, profesor Marandi podkreślił, że nikt nie powinien tracić czasu na słuchanie zachodnich mediów, powołujących się na rzekomo anonimowe źródła irańskie i spekulujących na temat rozłamu w irańskim kierownictwie w związku z odwołaniem drugiego spotkania. Od początku było jasne, że delegacja irańska nie wyśle swojej delegacji na drugie spotkanie w Pakistanie, dopóki Stany Zjednoczone nie zmienią swojej polityki i nie zaprzestaną blokady irańskich portów oraz piractwa wobec cywilnych statków przewożących produkty z Iranu i dla Iranu.
Jeśli chodzi o kontynuację wojny, której grozi Waszyngton, Iran się nie boi. Irańskie wojsko od dziesięcioleci przygotowuje się na taki atak ze strony USA i Izraela. A jeśli Amerykanie lub reżim izraelski podejmą próbę popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości, na przykład celowo niszcząc ważną irańską infrastrukturę, Iran odpowie stosownym odwetem.
„Bo jeśli irańska infrastruktura krytyczna zostanie zniszczona, jak groził Trump, zginie jeszcze więcej dzieci i niewinnych ludzi. Bo tak się dzieje, gdy zabraknie prądu: ludzie umierają w szpitalach i na oddziałach położniczych. Dzieją się najróżniejsze straszne rzeczy. Iran będzie musiał zareagować, zwłaszcza przeciwko tym reżimom w Zatoce Perskiej, ponieważ Stany Zjednoczone wykorzystują je do ataków na nas. […] Bez tych reżimów Amerykanie nie mogliby prowadzić wojny z Iranem. Nie bez Emiratów, nie bez Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Kataru i Bahrajnu. Poniosą więc konsekwencje, a moja rada dla mieszkańców tego regionu to opuszczenie kraju już teraz, ponieważ w nadchodzących tygodniach w Zatoce Perskiej zrobi się bardzo gorąco i wilgotno ” .
Profesor Marandi zwraca uwagę, że bez prądu systemy chłodnicze nie mogą funkcjonować, a bez działających oczyszczalni ścieków nie będzie wody pitnej niezbędnej do przetrwania, od której niektóre państwa Zatoki Perskiej zależą nawet w 99% od swoich potrzeb. Dla porównania, góry Iranu zapewniają wystarczającą ilość wody pitnej, a kraj jest uzależniony od zakładów odsalania wody w południowym Iranie jedynie w 3%.
Oto kilka danych dotyczących zależności od wody pitnej pochodzącej z zakładów odsalania w państwach Zatoki Perskiej i Arabii Saudyjskiej:
Katar: do 99 procent
Bahrajn: ponad 90 procent
Kuwejt: około 90 procent
Oman: około 86 procent
Arabia Saudyjska: około 70 procent
ZEA: ok. 42 proc. (niektóre źródła podają wyższe wartości, nawet do 80 proc. dla wody pitnej)
Bez tych drogich, zasilanych energią elektryczną zakładów odsalania wody, współczesne miasta takie jak Doha, Dubaj, Kuwejt czy Rijad byłyby praktycznie niezdatne do zamieszkania. W najgorszym przypadku nastąpiłby chaotyczny, masowy exodus.
„Dlatego najlepiej byłoby, gdyby mieszkańcy państw Zatoki Perskiej opuścili je już teraz. Powinni przekroczyć pustynię i udać się do Iraku, a może nawet do Jemenu, a może do Omanu. W każdym razie ludzie powinni opuścić ten (gorący i suchy) region, a marynarze na statkach w Zatoce Perskiej również powinni być gotowi do ewakuacji swoich jednostek ” – radzi Marandi.
Ponieważ jeśli wojna się zaostrzy, te statki ostatecznie nie przetrwają, zwłaszcza te bliżej Cieśniny Ormuz. Zostaną namierzone i zniszczone. Dlatego najlepiej, aby wszyscy marynarze przygotowali się do natychmiastowej ewakuacji, uważa profesor Marandi. Wie, o czym mówi, ponieważ był częścią irańskiej delegacji na pierwszym spotkaniu z Amerykanami w stolicy Pakistanu, Islamabadzie. W tym kontekście po raz kolejny podkreśla, że Iran posiada potencjał militarny, który nie został jeszcze ujawniony. Krytyczna infrastruktura reżimu izraelskiego zostanie zniszczona, podobnie jak krytyczna infrastruktura wspieranych przez USA reżimów w Zatoce Perskiej.
Dodał dosłownie:
„Iran nie chce tej wojny. To nie Iran ją rozpoczął. Iran nigdy nie zaostrzył konfliktu w trakcie wojny. Ale Iran nie zaakceptuje jej zniszczenia i będzie patrzył, jak ci, którzy są współwinni tej zbrodniczej wojny – feudalne reżimy w Zatoce Perskiej – pozostają bezkarni”.
Dlaczego Iran nie udał się do Islamabadu na drugą rundę negocjacji o zawieszeniu broni
Marandi od razu przeszedł do rzeczy:
„Oczywiste jest, że nie mamy zawieszenia broni. Mieliśmy porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi, a Stany Zjednoczone jawnie naruszyły to zawieszenie broni, nakładając blokadę na irańskie porty w Zatoce Perskiej. To niedopuszczalne. To naruszenie porozumienia i dlatego nie możemy negocjować w tych okolicznościach. Następnie Amerykanie zaczęli również przejmować irańskie statki, co jeszcze bardziej utrudnia wznowienie negocjacji”.
Odnosząc się do sytuacji militarno-politycznej, Marandi wyraził przekonanie: Amerykanie nie mieli dobrych opcji, absolutnie żadnych. Nie mieli żadnych atutów. Dalsze walki z Iranem tylko pogorszyłyby sytuację Stanów Zjednoczonych. Zwracając się do zebranych, zaapelował:
„Każdy na świecie powinien zdać sobie sprawę, że ta wojna jest dziełem Netanjahu, syjonistów i Trumpa. Kiedy ludzie, na przykład w Argentynie, odczują konsekwencje tej wojny, będą wiedzieć, kogo obarczyć odpowiedzialnością. Ludzie na całym świecie powinni wiedzieć – i już wiedzą – kto jest odpowiedzialny za tę narastającą katastrofę. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe nieszczęście, niestety, dopiero nadejdzie”.
Potencjał militarny Iranu, niewykorzystana broń i strategia wojenna
W tej części Marandi potwierdził oceny większości międzynarodowych ekspertów, którym Mossad ani CIA nie płaciły za podtrzymywanie sprzecznej z faktami narracji Trumpa o druzgocącej porażce Iranu. Argumentował, że potencjał militarny Iranu jest „nadal w pełni nienaruszony”, ponieważ jego główne fabryki i ośrodki badawczo-rozwojowe znajdują się głęboko pod ziemią. Co więcej, wiele irańskich baz rakietowych nie zostało jeszcze uruchomionych; nie były one wykorzystywane. Iran wykorzystywał jedynie ograniczoną liczbę swoich baz rakietowych, twierdził, ponieważ nie chciał, aby reżimy amerykańskie i Netanjahu dowiedziały się zbyt wiele o pozostałych.
Na przykład podziemne bazy morskie do dziś pozostają nietknięte, podobnie jak większość baz rakietowych i podziemnych ośrodków badawczo-rozwojowych, a także fabryki produkujące pociski i inną zaawansowaną technologicznie broń. Iran jest dziś lepiej przygotowany niż kiedyś, mimo że Amerykanie wciąż twierdzą, że Iranowi kończą się rakiety i drony. Powtarzają to każdego dnia od początku wojny. Marandi zwrócił uwagę, że Iran atakował coraz mocniej w ciągu dwóch tygodni poprzedzających zawieszenie broni. To nie jest wojna, którą Amerykanie mogą wygrać.
A co by się stało w przypadku amerykańskiej ofensywy lądowej? „Wpuścimy najeźdźców do kraju, praktycznie ich wciągniemy” – powiedział irański profesor. Iran nie zbuduje silnej obrony lądowej, aby utrzymać każdy fragment swojego terytorium. Wręcz przeciwnie: Iran chce, aby najeźdźcy wkroczyli do kraju, aby uwikłać ich i rozmontować w swoim złożonym i nieprzejrzystym wnętrzu.
Powiedział dosłownie:
„Będziemy uderzać i uderzać, raz po raz, tydzień po tygodniu, aż w końcu wycofają się upokorzeni. Iran nie lubi wojny. Iran nie chce wojny. Ale kiedy wojna się rozpoczęła, mówiliśmy, że będzie długa. Dlaczego? Ponieważ nie chcemy, żeby coś takiego nam się powtórzyło. Chcemy, żeby to się skończyło raz na zawsze. Po zakończeniu tej wojny Irańczycy chcą mieć pewność, że żaden kraj nigdy więcej nie pomyśli o ataku na Iran. I właśnie do tego Iran przygotowywał się od dziesięcioleci”.
Nieprofesjonalne zachowanie negocjacyjne USA i brak powagi
W tym kontekście profesor Marandi przedstawił kilka interesujących szczegółów. Potwierdzają one podejrzenia większości obserwatorów, że pojawienie się niewielkiej delegacji amerykańskiej na pierwszym spotkaniu w Islamabadzie przypominało farsę. W tej szaradzie udział wzięli dwaj syjonistyczni miliarderzy z Nowego Jorku, zajmujący się nieruchomościami, którzy nie mają absolutnie żadnego pojęcia o międzynarodowych kwestiach polityki militarnej, a których jedynym atutem jest fakt, że jeden z tych dwóch błaznów, Jared Kushner, a drugi, Steve Witkoff, są bliskimi przyjaciółmi Trumpa.
Ich jedyną możliwą funkcją w tym trumpowskim domu wariatów mogło być jedynie zapewnienie, że amerykański negocjator, wiceprezydent J.D. Vance, nie zgodzi się na żadną propozycję, która nie uzyskała osobistej aprobaty Netanjahu. Nawet niezależni zachodni obserwatorzy na spotkaniu w Islamabadzie potwierdzili, że J.D. Vance, a także jego dwaj doradcy o wyglądzie błazna, stale rozmawiali przez telefon z Trumpem i/lub Netanjahu. Trzecim doradcą u boku Vance’a był jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, Andrew Baker, jedyny z dużym doświadczeniem dyplomatycznym i w zakresie polityki bezpieczeństwa.
Irańskiej delegacji, w skład której weszło 70 ekspertów, przewodził negocjator i przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf. Towarzyszyli mu trzej prominentni towarzysze: minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi, który został również mianowany współprzewodniczącym; ambasador Iranu w Pakistanie Reza Amiri Moghadam; oraz Ali Akbar Ahmadian, członek Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
W tym kontekście szczególnie wymowna jest relacja prof. Marandiego z przebiegu spotkania obu delegacji, w którym osobiście uczestniczył.
Według Marandiego, dr Ghalibaf i Najwyższy Przywódca ajatollah Chamenei uzgodnili ramy rozmów w Islamabadzie przed negocjacjami, ramy, w ramach których on sam mógł podejmować wiążące decyzje. Kiedy dr Ghalibaf przybył do Islamabadu, nie musiał dzwonić do nikogo w Teheranie. Miał uprawnienia do podejmowania decyzji. Jego amerykański odpowiednik, JD Vance, z kolei, najwyraźniej nie miał żadnych uprawnień. Co więcej, otaczali go wpływowi syjoniści izraelscy. Marandi stwierdza dosłownie:
„Vance nieustannie rozmawiał przez telefon, a jednym z tych, do których zadzwonił, jak wszyscy wiemy, był Netanjahu. Netanjahu później powiedział również, że Vance złożył mu raport. Fakt, że Vance faktycznie musiał odpowiadać przed Netanjahu, jest szczególnie wymowny. Netanjahu powiedział: »Vance, podobnie jak inni wysocy rangą amerykańscy urzędnicy, otrzymuję od nich raporty każdego dnia«.
Najwyraźniej więc Netanjahu jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. Vance nie miał uprawnień decyzyjnych. To było oczywiste i właśnie dlatego Amerykanie pod koniec dnia stali się niechętni do współpracy. Chociaż plan zakładał kontynuację negocjacji następnego ranka, po prostu wyszli. Jakie więc negocjacje można prowadzić, skoro jedna strona nie ma uprawnień decyzyjnych? Ta strona jest wtedy tylko po to, by móc powiedzieć: byliśmy tam, negocjowaliśmy. Oczywiście kryje się za tym inny cel. Jeśli nie traktuje się negocjacji poważnie, to plan był od początku inny ” – wyjaśnia irański profesor i z pewnością się nie myli.