Arabscy i murzyńscy handlarze niewolnikami. „Zapomniane ludobójstwo”

Arabscy handlarze niewolnikami. „Zapomniane ludobójstwo”

30.05.2026 :Bogdan Dobosz nczas/arabscy-handlarze-niewolnikami-zapomniane-ludobojstwo

NCZAS.INFO | Mer miasta Saint-Denis Bally Bagayoko.
NCZAS.INFO | Mer miasta Saint-Denis Bally Bagayoko. / Foto: Télé Matin, CC BY 4.0, Wikimedia Commons

Francuski mer miasta Saint-Denis Bally Bagayoko, z partii Zbuntowana Francja (LFI), obarcza Francję winą m.in. za lata kolonializmu i handel niewolnikami. Otrzymał jednak ciekawą ripostę od eurodeputowanej prawicy Maron Marechal, która stwierdziła, że „Bally Bagayoko jest bardziej prawdopodobnym potomkiem właścicieli niewolników niż np. ja”. Polityk wskazała, że sam Bally Bagayoko twierdzi, że należy do malijskiej rodziny powiązanej z kastą „kowali”, którą przedstawia jako potomków afrykańskiej „szlachty”.
Jeszcze 26 marca Bally Bagayoko w wywiadzie dla Radia Nova mówił, że należy do malijskiej rodziny związanej z bogatą kastą, a jego wuj pełnił funkcję gubernatora Mali. Rodzina miała powiązania z Soninke, ludem zachodnioafrykańskim, mieszkającym m.in. w Mali, a ta społeczność ma długą historię zaangażowania w handel niewolnikami i zarabiania na procederze dostarczania na statki „tego typ „towaru”.

Marion Maréchal podkreśliła, że „pamięć o niewolnictwie, które jest ohydą, nie powinna dotyczyć wyłącznie win Europejczyków i Francuzów”. Bally Bagayoko nie jest pierwszym „aktywistą antyrasistowskim”, który został skonfrontowany ze swoim rzekomo „niewolniczym” pochodzeniem. W 2022 roku autorka i aktywistka Rokhaya Diallo, głęboko zaangażowana w tzw. kwestie „dekolonializmu”, Francuzka pochodzenia fulanickiego, również została zapytana o swoje pochodzenie. Okazało się, że plemię Fulani ma na sobie znacznie więcej krwi niewolniczej niż przeciętny, rdzenny Francuz.

Riposta Marion Marechal miała związek z nagonką medialną na prawicowego mera miasta Vierzon, który odwołał uroczystości upamiętniające zniesienie niewolnictwa zaplanowane tam na 10 maja. Eurodeputowana wyjaśniła, że ona sama takie wydarzenie by zorganizowała, ale wspominając wszystkie aspekty niewolnictwa. Świat np. dziwnie zapomniał o arabsko-muzułmańskim handlu niewolnikami, czy takim procederze wewnątrzafrykańskim. Cała wina spada na cywilizację zachodnią, która pod wpływem zasad religii chrześcijańskich jako pierwsza z tego procederu się jednak wyzwoliła i nawet narzuciła zniesienie niewolnictwa innym cywilizacjom.

Arabsko-muzułmańscy handlarze

W tej samej sprawie zabrał głos także deputowany Zjednoczenia Narodowego Julien Odoul, który wezwał do przypomnienia i zbadania zbrodniczego handlu niewolnikami między Arabami i muzułmanami. Jego zdaniem to „zapomniane ludobójstwo”, długo przemilczane w debacie publicznej i w zbiorowej pamięci Francji. Odul skrytykował też „ciszę otaczającą arabsko-muzułmański handel niewolnikami”.

Okazją było tu wyznaczone na 12 maja odsłonięcie przez przewodniczącą parlamentu Yaël Braun-Pivet pięciu tablic pamiątkowych na Dziedzińcu Honorowym Palais Bourbon. Upamiętniają one abolicjonistów – Victora Hugo, Alphonse’a de Lamartine’a, Louisy’ego Mathieu, Victora Schœlchera i Alexisa de Tocqueville’a. Odul pochwalił inicjatywę, ale wskazał, że jednoczesne przemilczanie niewolnictwa arabskiego buduje w świadomości słabo znających historię młodych ludzi, fałszywy obraz tego procederu, który wskazuje Francję jako główną winowajczynię takiego procederu.

„Niech jednak nikt, rozpamiętując po raz setny własną winę, nie myśli, że wyczerpał pamięć o niewolnictwie. Francja je zniosła, Republika umieściła Schoelchera w Panteonie i przez sto siedemdziesiąt osiem lat biczowała się z pokutną regularnością. Stworzono pułapkę, kiedy ta nieustanna samokrytyka kończy się wymazywaniem czynów innych narodów i tego, co działo się gdzie indziej”.

Odul przypomina, że „były też inne rodzaje handlu niewolnikami”, których Republika nie upamiętnia i za które „nie ponosi żadnej odpowiedzialności”. Czyżby tylko winy Europejczyków zasługiwały na tablicę pamiątkową, a zbrodnie innych były jedynie regionalnym folklorem? – pyta poseł.

13 wieków zbrodni

Tymczasem niewolnictwo arabskie trwało trzynaście wieków i przyniosło siedemnaście milionów ofiar. I chociaż „arabsko-muzułmański handel niewolnikami spustoszył kontynent afrykański, to jednak do dziś jest tematem tabu i pozostaje niewidoczny”.

„Atlantycki handel niewolnikami, o którym naucza się we wszystkich naszych szkołach i który Francja uznała za zbrodnię przeciwko ludzkości w 2001 roku, trwał cztery wieki, doprowadzając do deportacji od dziewięciu do jedenastu milionów Afrykanów do Ameryki. Ci mężczyźni i kobiety przetrwali jako naród: dziś mają około siedemdziesięciu milionów żyjących potomków, którzy kontynuują ich pamięć, ich cierpienie, ich literaturę i ich muzykę. Arabsko-muzułmański handel niewolnikami, zarówno transsaharyjski, jak i wschodni, trwał nieprzerwanie od VII do XX wieku. Siedemnaście milionów Afrykanów zostało porwanych i deportowanych do Maghrebu, Egiptu, na Półwysep Arabski, na Ocean Indyjski i do Imperium Osmańskiego. Dziś żyje tam tylko milion ich potomków”.

Odul wyjaśnia ten paradoks: „Cztery stulecia, jedenaście milionów deportowanych, siedemdziesiąt milionów potomków i trzynaście stuleci, siedemnaście milionów deportowanych i milion spadkobierców. Zapytaj dowolnego francuskiego ucznia gimnazjum lub liceum: gdzie się podziało brakujące szesnaście milionów? Odpowiedzią jest kastracja. Kastrowano ich. Nożem. Bez znieczulenia, bez uznania, że są istotami ludzkimi. Ponieważ prawo islamskie zabraniało muzułmanom samodzielnego wykonywania operacji, zlecano ją chirurgom chrześcijańskim lub żydowskim. Co najmniej połowa zmarła w wyniku amputacji z powodu wykrwawienia, ocaleni kończyli jako eunuchowie w haremach, strażnicy kobiecych kwater swoich panów lub niewolnicy w kopalniach soli. Żaden z nich nie ustanowił linii rodowej. Trzynaście wieków przymusowej sterylizacji. W każdym słowniku nazywa się to ludobójstwem”.

I dalej apeluje: „niech nikt nie próbuje nam wmówić, że to lokalne zaniedbanie, nieco prymitywny, stary zwyczaj, handel z innej epoki, jak każdy inny. Arabsko-muzułmański handel niewolnikami był przestudiowany i UDOWODNIONY przez uczonych, i to przez najwybitniejszych z nich. Ibn Chaldun, XIV-wieczny tunezyjski filozof, wykładany dziś na Sorbonie, w Sciences Po i na Harvardzie jako ojciec i twórca socjologii, napisał w swoim głównym dziele, Al-Mukaddimie: „większość czarnoskórych ludzi pada ofiarą niewolnictwa, ponieważ mają niewiele wspólnego z tym, co jest w istocie ludzkiej, a ich cechy są bliskie cechom niemych zwierząt”. Deputowany retorycznie dodaje – „wyobraź sobie przez chwilę, że XIV-wieczny europejski teolog napisałby dokładnie to samo i ujawniono by to obecnie. Jego pomnik zostałby obalony następnego dnia, jego nazwisko usunięte z podręczników, a media miałyby dwa tygodnie nieprzerwanego oburzenia onego programu”.

Temat tabu i islamofobia

Odul zauważa, że kiedy „we Francji w 2026 roku masz nieszczęście ujawnić takie udokumentowane fakty, to jesteś nazywany »islamofobem«. Ten »leksykalny dar« Bractwa Muzułmańskiego stał się odruchem Pawłowa francuskiej debaty historycznej”. Tu warto wspomnieć, że gdy w 2002 roku historyk Olivier Pétré-Grenouilleau, w „Les Traites négrières” („Handlu niewolnikami”) odważył się użyć liczby mnogiej i przypomnieć, że było kilka rodzajów niewolnictwa, w tym najdłuższy i najbardziej śmiercionośny arabsko-muzułmański, to został oskarżony w 2005 roku na podstawie ustawy Taubiry za „fałszowanie historii”. Dopiero w obliczu protestów wielu historyków do skazania naukowca nie doszło.

Poseł Odul przypomniał, że zmarły w 2025 roku historyk Tidiane N’Diaye był pierwszym afrykańskim badaczem, który udokumentował i oszacował skalę arabskiego handlu ludźmi. Był też byłym podoficerem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej i laureatem nagród historycznych. Nie ma jednak tablicy pamiątkowej, nie uczcił go parlament „minutą ciszy”, nie ma swojej ulicy, bo „odważył się napisać prawdę historyczną”.

Za takim traktowaniem historii stoi lewicowa ideologia. Duży odsetek historyków to nadal szkoła marksistowska, a przez ostatnie dwadzieścia lat część francuskiej lewicy i „ruchu praw rdzennej ludności” uczyniła sobie z wyłącznego potępienia białego rasizmu i zachodniego niewolnictwa ważny punkt swojego programu. Arabsko-muzułmański handel niewolnikami komplikuje im ideologiczną narrację. Rynek jest zarzucony opracowaniami o przeładowaniu muzułmanów, francuskim kolonializmie w Algierii, de-kolonialnej emancypacji ludów globalnego Południa, o handlu niewolnikami itp.

To paliwo dla aktywistów lewicy i ich tez o „Afryce wiecznie prześladowanej przez Europę” czy „europejskich rasistach”, co usprawiedliwia negatywne strony „wielokulturowości” i wspiera masową imigrację z Afryki. Tymczasem, jak przypomina Odul, właśnie grupy etniczne z Sahelu „były przez wieki dostawcami i pośrednikami dla transsaharyjskich handlarzy”. „Żadna religia, żadna kultura, żadna cywilizacja nie powinny być zwolnione z pamięci. Nie ma śmierci drugiej kategorii. Najwyższy czas ujawnić wszystkie zbrodnie przeciwko ludzkości!” – kończy swój esej Julien Odoul.


Temat handlu niewolnikami, ale na terenach słowiańszczyzny, w okresie wczesnego średniowiecza, opisaliśmy szczegółowo w książce Tomasza Szkopka pt. „Niewolnictwo Słowian”. Ten zapomniany handel żywym towarem, w kontekście obecnych terenów Polski, prowadzili żydowscy kupcy, tzw. radanici, przy współpracy władców germańskich, ruskich i czeskich. Odbiorcą niewolników były zaś kraje islamskie leżące zarówno na zachód, jak i na wschód od Polski. Publikacja opisuje także wspomniane w tekście p. Dobosza barbarzyństwo odbiorców niewolników. Zdecydowanie polecamy tę przełomową lekturę!

Kim jest Matka Najświętsza?

ks. Piotr Dzierżak FSSPX

Od Redakcji piusx.org.pl/zawsze_wierni

Drodzy czytelnicy, odpowiedź na tytułowe pytanie tylko pozornie jest łatwa. Kim bowiem jest Ona? Niepokalana – jednocześnie zamykająca w swym przeczystym łonie jedynego Zbawcę i Króla, nadto wydająca Go potem na świat bez najmniejszego uszczerbku dla swego dziewictwa. Jest zatem prawdziwie Matką Bożą: porodziła Drugą Osobę Trójcy Świętej; sama będąc stworzeniem, powiła Osobę niestworzoną, posiadającą niewyobrażalną, nieskończoną godność. Oprócz tego jest Ona nową Ewą, rodzącą do wiecznego życia nas…

Mimo tylu nabożeństw, modlitw, kazań i rekolekcji, a wreszcie poświęconych Jej pism i traktatów teologicznych wciąż nie możemy dostatecznie zgłębić tajemnicy Najświętszej Maryi Panny. Wciąż nie jest Ona tak znana i miłowana, jak być powinna. I choć faktycznie do powstania niniejszego numeru dwumiesięcznika „Zawsze Wierni” w znacznym stopniu przyczyniła się nieszczęsna nota doktrynalna Mater Populi fidelis z 4 listopada 2025 roku, to jednak powyższa zasada ma wymiar ogólny. Dlatego zawsze warto i zawsze należy głosić chwałę Maryi.

Jednak, nieco paradoksalnie, pisanie o Matce Najświętszej jest bardzo skomplikowane i kłopotliwe, pomimo że nie jest Ona dla nas kimś obcym, a wręcz przeciwnie: jest Kimś bardzo bliskim. Trudność bierze się stąd, iż Niepokalana znajduje się pomiędzy dwiema rzeczywistościami, skrajnie zresztą różnymi – tą niestworzoną, Boską, i tą stworzoną, ludzką. Ponieważ Ona nie jest Bogiem, nie można Jej przypisać wszystkich tych atrybutów, które przypisujemy Osobom Boskim: nieskończonego majestatu; odwiecznego istnienia bez jakiegokolwiek początku; mocy do czynienia tego wszystkiego, co tylko samo w sobie niesprzeczne; mądrości i miłości stapiającej się w jedno i wszystko przekraczającej; wreszcie pełni bezgranicznego życia, które stwarza – ogranicza, będąc przy tym nieograniczonym. Z drugiej strony, choć ściśle rzecz biorąc, należy Ona do świata stworzeń, to jednak, szczególnie z naszej perspektywy, niemal nieskończenie góruje nad Ziemią i jej mieszkańcami. Jest przecież Maryja Niepokalaną – wolną od zmazy wszelkiego grzechu. To jedno pojęcie już wystarczy, by uzmysłowić sobie, że zdolna była do przyjęcia łaski jak żadne inne stworzenie. Dlatego też Bóg, w dziele naprawy ludzkiej natury, mógł się Nią posłużyć w sposób zupełnie szczególny i niepowtarzalny. Stąd właśnie, logicznie i niemal koniecznie, wypływa Jej wyjątkowa rola jako Pośredniczki, Współodkupicielki i Królowej.

Nie są to tylko piękne i poetyckie metafory czy teologiczne hipotezy. Są to objawione przez Boga i podane przez Kościół do wierzenia prawdy:

Aby zrozumieć, kim jest Najświętsza Maryja Panna, należy rozważyć sześć prawd wiary, które mówią nam o Jej osobie, roli i działaniu. Z tych sześciu prawd tylko cztery zostały uroczyście zdefiniowane przez papieży jako dogmaty. Przypomnijmy je pokrótce [w porządku hierarchicznym]:

  1. Dogmat o Maryi Matce Bożej (Theotokos) – zdefiniowany przez Sobór Efeski w 431 roku – stwierdza, że Maryja jest prawdziwie Matką Boga, ponieważ zrodziła według ciała Jezusa Chrystusa, którego natura jako prawdziwego człowieka jest zjednoczona z Jego naturą Boską, pozostając jednocześnie od niej odrębną.
  2. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi – zdefiniowany przez Piusa IX bullą Ineffabilis Deus w 1854 roku – stwierdza, że Maryja na mocy szczególnej łaski od pierwszej chwili swego poczęcia została zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego ze względu na zasługi Chrystusa.
  3. Dogmat o Maryi Zawsze Dziewicy (Aeiparthenos) – zdefiniowany przez II Sobór w Konstantynopolu w roku 553 – stwierdza, że Maryja, z racji zachowania od grzechu pierworodnego, pozostała dziewicą zarówno duchowo, jak i fizycznie: przed, w trakcie i po narodzeniu swego Syna.
  4. Dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny – zdefiniowany przez Piusa XII konstytucją apostolską Munificentissimus Deus w roku 1950 – stwierdza, że Maryja po zakończeniu swojego ziemskiego życia została wzięta do chwały Nieba z duszą i ciałem.

Poza tymi dogmatami mamy również dwie prawdy wiary, które są uznawane za takie nie tylko z tego powodu, że były wyznawane zawsze, wszędzie i przez wszystkich (trzy warunki konieczne do uznania prawdy za należącą do wiary), ale także dlatego, że wynikają one logicznie z powyższych dogmatów – choć kwestionowane były przez pewnych teologów i heretyków, do dnia dzisiejszego nigdy nie zostały uroczyście zdefiniowane w sposób dogmatyczny przez papieży czy sobory. Tymi dwiema prawdami wiary są:

  1. Współudział Maryi w dziele Odkupienia. Najświętsza Panna została w sposób szczególny i uprzywilejowany włączona w odkupieńcze dzieło Chrystusa – innymi słowy w Jego mękę i śmierć – aby stać się w pełni i prawdziwie Matką Kościoła.
  2. Królewska władza Maryi1.

W czasach tak wielkiego pomieszania, zarówno doktrynalnego, jak i moralnego, starajmy się zawsze być blisko Najświętszej Maryi Panny, naszej niezrównanej Matki i Piastunki!

Przypisy

  1. G. Masciullo, Czy Maryja jest Współodkupicielką?, „The Remnant”, listopad 2025, tłum. T. Maszczyk.

JKM: O dwóch zabobonach

JKM: O dwóch zabobonach

Janusz Korwin-Mikke myslpolska/jkm-o-dwoch-zabobonach

Powszechnym przesądem panującym w Świecie Białego Człowieka jest dziś wiara w D***krację (przypominam, że myśl o tym, że L*d ma rządzić, jest dla mnie tak obrzydliwa, że ją wykropkowuję).

W Polsce powszechniejszą wiarą polityczną jest tylko przekonanie, że Rosja jest potworem, który trzeba zniszczyć. W innych krajach przekonanie o dobroczynnym wpływie d***kracji jest jedna najważniejszym kanonem nauki o polityce. D***kracja sprzyja też rozwojowi nauki i sztuki – tu d***kraci uwielbiają podawać przykład Aten…

Nikt chyba (poza mną…) nie zauważa, że praktycznie WSZYSCY wielcy myśliciele, matematycy, logicy itp.  pochodzili spoza Aten:

Archimedes z Syrakuz

Arystarch z Samos

Arystoteles ze Stagiry

Chryzyp z Soloi

Demokryt z Abdery

Diokles z Karystos

Empedokles z Akragas

Epikur z Samos

Eratostenes z Cyreny

Euklides (geometra) z Aleksandrii

Euklides (filozof) z Megary

Filon z Megary

Heron z Aleksandrii

Hipokrates z Kos

Hypatia z Aleksandrii

Parmenides z Elei

Pitagoras z Samos (później Tarent)

Tales z Miletu

Zenon (dialektyk) z Elei

Zenon (matematyk) z Sydonu

Z Aten pochodzili nieliczni, np. Platon (który nienawidził d***kracji ateńskiej i wychwalał Spartę).

Są tacy dziwacy, jak p. prof. Herman Hoppe, który napisał książeczkę „Demokracja – Bóg, który zawiódł” czy niżej podpisany – ale jesteśmy wyjątkami. Każdy, komu nie podoba się obecny ustrój (jaki by on nie był) twierdzi, że przyczyną zła jest niedostatek d***kracji. Po czym pisze traktaty domagające się głosowania większościowego zamiast proporcjonalnego – albo odwrotnie.

Drugi m w kolejności jest przekonanie, że należy Walczyć o Pokój. Pokój, czyli brak wojny, jest istotnie miłym okresem w dziejach – jednak cała historia Białego Człowieka to historia wojen, a na piedestałach wszędzie stoją jacyś generałowie, admirałowie (generalissimusi są chwilowo niemodni!), pułkownicy – a czasem zwykli cywile, ale bardzo wojowniczy – jak no. Wilhelm Tell. Potępienie wojny jako takiej to zaprzeczenie całej historii europejskiej – i nie tylko. Jednak od czasów Związku Sowieckiego, który dwa razy dziennie przypominał o Walce o Pokój , to przekonanie jest bardzo silne. Nie tak silne jak wiara w D***krację – ale zawżdyć. Jest tak silne, że JE Włodzimierz Putin nie prowadzi z Ukrainą wojny – On prowadzi Operację Specjalną i w gruncie rzeczy Walczy o Pokój. Co zresztą nie jest bez podstaw, bo Ukraina w NATO oznaczałaby Bardzo Wielką Wojnę – a tak, to mamy tylko Małą Operację Specjalną…

Jedna ze znanych (nie tylko psychologom) cech ludzkiego umysłu jest tendencja do uzgadniania swoich przekonań. Ludzie wierzą w rzeczy ze sobą sprzeczne – ale wieża też, że one sprzeczne nie są. Kto narusza tę wiarę, narusza spokój ludzkiego umysłu.

Z czego wynika zgodne z Prawdą stwierdzenie, że D***kracja prowadzi do Pokoju.

Jest to w sposób oczywisty sprzeczne z rzeczywistością. Kolebka nowoczesnej d***kracji, czyli Stany Zjednoczone, mimo oddalenia od Europy prowadziły nieustanne wojny, a to z Anglią, a to z Hiszpanią (która pomogła Stanom w walce o Niepodległość), a to z Meksykiem… W dzisiejszych czasach przerzuciły się na Operacje Specjalne – a to na Granadzie, a to w Iranie… Wynika to stąd, że wedle amerykańskiej d***kratycznej Konstytucji prezydent może prowadzić działania wojenne przez 60 dni bez pytania Kongresu o zgodę – a potem to już tylko Operacje Specjalne. Ponieważ ciężko jest najpierw zacząć wojnę, a po dwóch miesiącach twierdzić, że jest to Operacja Specjalna, to USA zaczynają od Operacyj Specjalnych, które potem płynnie przechodzą we wojny. Ciekawe, kiedy JE Włodzimierz Putin  ogłosi, że Chwalebna Operacja Specjalna przerodziła się w Nie Mniej Chwalebną Wojnę? Najprawdopodobniej wtedy, gdy stwierdzi, że jednak trzeba będzie wprowadzić pobór do wojska… Bo na razie to prowadzi tę woj… pardon: Operację Specjalną – nie wstając z krzesła.

Ja nie mam zamiaru wytykać D***kracjom, że prowadzą wojny – republiki i monarchie również prowadzą wojny, i obliczanie, która forma rządów jest bardziej wojownicza jest bez sensu. Tym bardziej, że prowadzenie wojen jest czymś naturalnym, a czasem koniecznym – bo wojna to jest tylko polityka prowadzona innymi środkami, jak już zauważył był śp. Karol von Clausewitz.

Co do rozwoju nauki i sztuki: kiedyś w świecie prym w tej dziedzinie bezsprzecznie wiodła monarchia francuska – i można pokazać, jak w miarę postępów d***kracji upadała w tym kraju zarówno sztuka, jak i nauka. Co prawda: przenosiły się głównie do Stanów Zjednoczonych, które akurat zwiększały poziom d***kracji…

Ciekawe, kiedy – za piłkarzami – zaczną przenosić się do monarchij arabskich?

Janusz Korwin-Mikke

Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)

„Zielony Ład” kosztem krwi i śmierci dzieci.

gloria.tv/post/E

Zielony Ład na plecach dzieci.

Europa lubi dziś mówić o moralności. O ratowaniu planety. O „zielonej transformacji”, która ma uczynić świat lepszym, czystszym i bardziej humanitarnym.

Politycy fotografują się przy elektrycznych samochodach, korporacje zmieniają logotypy na zielone, a celebryci pouczają zwykłych ludzi, że powinni ograniczyć emisję CO₂. Wszystko wygląda pięknie — dopóki nie spojrzymy pod ziemię w Kongu.

Tam nie ma konferencji klimatycznych. Nie ma ekologicznych sloganów. Są za to dzieci schodzące do prymitywnych szybów po kobalt — metal niezbędny do produkcji baterii litowo-jonowych. To właśnie dzięki niemu europejski kierowca może z dumą powiedzieć, że jeździ „zeroemisyjnym” autem.

Tyle, że ta rzekoma czystość ma kolor czerwonego pyłu i dziecięcej krwi.
Kilkunastoletni chłopcy kopią gołymi rękami w niestabilnych tunelach. Dziewczynki taszczą worki cięższe, od nich samych.

Bez masek, bez zabezpieczeń, bez szkoły. Za kilka dolarów dziennie. Część z nich ginie pod ziemią. Inni powoli zatruwają organizm toksycznym pyłem. To nie są wyjątki. To fundament współczesnej „zielonej rewolucji”.

Do tej listy trzeba dziś dopisać jeszcze lit — „białe złoto” zielonej transformacji. Bez niego nie byłoby baterii do samochodów elektrycznych, magazynów energii ani całej opowieści o przyszłości bez paliw kopalnych. I znów słyszymy tę samą historię: dla dobra planety trzeba wydobywać więcej, szybciej i taniej.

Tyle że za ekologicznymi sloganami kryją się wysuszone rzeki Ameryki Południowej, zdewastowane krajobrazy i społeczności, którym odbiera się wodę potrzebną do życia.
W Chile, Argentynie czy Boliwii gigantyczne ilości wody pompowane są do przemysłowego wydobycia litu, podczas gdy miejscowi rolnicy patrzą, jak ziemia zamienia się w pustynię.

Zielona energia dla bogatych państw coraz częściej oznacza ekologiczne i społeczne koszty przerzucone na biedniejsze regiony świata.
Oczywiście europejskie elity powiedzą, że „pracują nad standardami”, że „monitorują łańcuch dostaw”, że „sytuacja jest skomplikowana”. Jak wygodne.

Gdy trzeba nakładać podatki klimatyczne na własnych obywateli — decyzje zapadają błyskawicznie. Gdy trzeba odpowiedzieć za dzieci harujące przy wydobyciu surowców dla ekologicznego przemysłu — nagle wszystko staje się trudne i niejednoznaczne.

Największa hipokryzja polega jednak na czymś innym. Zielony Ład sprzedawany jest Europejczykom jako projekt etyczny.

Jako moralna wyższość nad światem opartym na „brudnej energii”. Tymczasem cała ta moralność kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się afrykańska kopalnia.


Europa eksportuje brud poza własne granice, a potem ogłasza się zbawcą planety.
To nie jest żadna ekologiczna utopia.

To kolonializm w nowym opakowaniu. Dawniej Europa potrzebowała kauczuku, złota i diamentów. Dziś potrzebuje litu i kobaltu.

Zmieniły się hasła reklamowe, ale mechanizm pozostał ten sam: bogaty świat buduje swoje wygodne sumienie na cierpieniu najbiedniejszych.
To właśnie największy paradoks współczesnej ideologii klimatycznej: w imię ratowania środowiska tworzy się nową gorączkę surowcową na gigantyczną skalę.

Potrzeba coraz więcej kopalń, coraz więcej metali ziem rzadkich, coraz większej eksploatacji natury. Zielony Ład miał podobno ograniczyć rabunkową gospodarkę wobec planety.

Tymczasem często jedynie zmienia rodzaj rabunku — z ropy i węgla na lit i kobalt.



I warto zadać pytanie, którego wielu boi się wypowiedzieć głośno: ile dziecięcych dłoni potrzeba, żeby europejski polityk mógł ogłosić kolejny sukces klimatyczny?

Okiem Polaka

Czego możemy się dowiedzieć o zaangażowaniu UE w wojnę z incydentu z dronem w Rumunii

Thomas Röper anti-spiegel.ru/was-wir-aus-dem-drohnenvorfall-in-rumaenien-ueber-die-kriegsbeteiligung-der-eu-lernen

Czego możemy się dowiedzieć o zaangażowaniu UE w wojnę z incydentu z dronem w Rumunii.

W piątek w Rumunii rozbił się dron, a Zachód twierdzi, że był to dron rosyjski. Reakcje UE po raz kolejny potwierdzają moją tezę, że UE od dawna jest stroną wojny z Rosją.

Anti-Spiegel 30 maj 2026

W piątek katastrofa drona w Rumunii trafiła na pierwsze strony gazet. Rumunia twierdzi, że był to rosyjski dron i stanowczo reaguje. UE oferuje Rumunii wsparcie i ostro krytykuje Rosję.

Dlaczego ten incydent jest dla mnie kolejnym potwierdzeniem, że UE od dawna jest stroną konfliktu z Rosją? Aby to wyjaśnić, musimy przyjrzeć się temu, co się wydarzyło; wtedy wszystko stanie się jasne.

Incydent

W piątek rano dron rozbił się o dom we wschodniorumuńskim mieście Gałacz, niedaleko granic z Ukrainą i Mołdawią. Dron spadł na dach budynku mieszkalnego, powodując pożar. Dwie osoby zostały lekko ranne, a około 70 mieszkańców musiało opuścić budynek podczas akcji gaśniczej.

Oświadczenie rumuńskiego Ministerstwa Obrony w sprawie incydentu rozpoczyna się od słów: „W nocy z 28 na 29 maja Federacja Rosyjska wznowiła ataki dronów na cele cywilne i infrastrukturalne na Ukrainie w pobliżu granicy rzecznej z Rumunią”. W dalszej części oświadczenia opisano sam incydent, zaznaczając, że dron był „śledzony przez systemy radarowe aż do miasta Gałacz na południu”. Został więc wcześnie wykryty, ale nie zestrzelony.

Rumuńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że incydent stanowił „poważną i nieodpowiedzialną eskalację ze strony Federacji Rosyjskiej”. Bukareszt poinformował Sekretarza Generalnego NATO Rutte i „zaapelował o podjęcie działań mających na celu przyspieszenie przekazania Rumunii zdolności w zakresie obrony przed dronami”.

Wszystkie doniesienia wskazują, że był to rosyjski dron, ale nie przedstawiono żadnych dowodów ani zdjęć wraku drona, które by to potwierdzały.

Reakcja Rumunii

Rumuński rząd zareagował natychmiast, a wczesnym rankiem pełniący obowiązki premiera ogłosił, że w Bukareszcie odbywa się posiedzenie Najwyższej Rady Obrony, dodając:

„Obecnie działamy na trzech frontach. Pierwszym jest front dyplomatyczny, a dziś rano uzgodniliśmy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych démarche, które zostanie przedstawione na posiedzeniu Najwyższej Rady Obrony w celu nałożenia sankcji na rosyjskich dyplomatów w Bukareszcie”.

Wkrótce później ujawniono szczegóły démarche. Rząd Rumunii podjął decyzję o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Konstancy i uznaniu konsula generalnego za personę non grata.

Co to oznacza

Niedawno opublikowałem obszerny artykuł na temat incydentów z udziałem dronów w państwach bałtyckich w maju, gdzie ukraińskie drony niemal codziennie, dziesiątkami, wykorzystywały przestrzeń powietrzną państw bałtyckich do ataków na cele w Rosji. Drony również wielokrotnie rozbijały się w tych krajach. Ponieważ mieszkańcy dotkniętych incydentem państw wiedzą, że oznacza to de facto udział ich krajów w wojnie, niosąc ze sobą ryzyko rosyjskiej odpowiedzi, wzrosła nerwowość.

W związku z tym na początku maja państwa bałtyckie zaczęły z coraz większą stanowczością twierdzić, że nie zezwoliły Ukrainie na korzystanie z ich przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję. W ramach demonstracji siły, kilka odizolowanych ukraińskich dronów zostało nawet zestrzelonych.

W moim artykule, a także w niedawnej audycji w programie Tacheles, gdzie szczegółowo omówiliśmy ten temat – stwierdziłem, że jest to jedynie pokazówka, mająca na celu zasugerowanie mieszkańcom dotkniętych incydentem państw, że Ukraina nie ma pozwolenia na korzystanie z ich przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję, podczas gdy w rzeczywistości ataki są dozwolone i nic się z nimi nie robi poza symbolicznymi gestami.

W audycji „Tacheles” zapytałem, czy państwa bałtyckie zareagowałyby z taką samą powściągliwością, gdyby drony, o których mowa, były rosyjskie i zmierzały w kierunku Ukrainy, czy też reakcja byłaby bardziej zdecydowana. Ta różnica w reakcjach mogłaby ujawnić, czy państwa bałtyckie rzeczywiście sprzeciwiają się wykorzystywaniu swojej przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję.

Incydent w Rumunii dał nam odpowiedź, ponieważ państwa bałtyckie mogły zareagować na obecność ukraińskich dronów w ich przestrzeni powietrznej gwałtownymi protestami, zamknięciem ukraińskich konsulatów i wydaleniem ukraińskich dyplomatów. Zablokowanie unijnej pomocy finansowej dla Kijowa do czasu zakończenia przelotów dronów również byłoby możliwe. Państwa bałtyckie jednak nic takiego nie zrobiły, co pokazuje, że przyzwalają na ukraińskie ataki na Rosję z wykorzystaniem ich terytorium.

Reakcja zachodnich mediów również wiele mówi. Sam „Der Spiegel” poświęcił dwa artykuły piątkowemu incydentowi w Rumunii, jednocześnie przemilczając niezliczone incydenty z udziałem dronów, które miały miejsce w krajach bałtyckich w samym maju.

W ten sposób reakcja UE na incydent w Rumunii nieumyślnie pokazuje, w jakim stopniu państwa członkowskie UE są już współwinne wojnie z Rosją.

Czy to w ogóle był rosyjski dron?

Oczywiście, możliwe jest, że rosyjski dron zboczył z kursu i rozbił się w Gałaczu, leżącym praktycznie na granicy z Ukrainą. Ale są pytania.

Pierwszym znakiem zapytania jest fakt, że dron nie wyrządził praktycznie żadnych szkód. Rozbił się na dachu budynku mieszkalnego i wzniecił niewielki pożar. Zdjęcia ukraińskich dronów uderzających w budynki w Rosji wyglądają inaczej, ukazując skutki eksplozji, które powodują znaczne zniszczenia w dotkniętych blokach mieszkalnych. Wygląda to niemal tak, jakby dron, który rozbił się w Gałaczu, nie miał głowicy bojowej, a raczej, że pożar został spowodowany przez paliwo znajdujące się na pokładzie.

Kolejną osobliwością jest to, że w piątek miał miejsce jeszcze co najmniej jeden kolejny incydent z udziałem drona, który wleciał w rumuńską przestrzeń powietrzną, o czym media nie wspomniały w swoich artykułach na temat incydentu w Rumunii. Rumuńska agencja prasowa Mediafax, powołując się na Reuters, poinformowała o kolejnym dronie, który rozbił się w Rumunii, ale nie miał on głowicy bojowej.

Przypomina mi to incydenty z dronami w Polsce we wrześniu 2025 roku. Wtedy około 20 dronów z Ukrainy wleciało w polską przestrzeń powietrzną, a media twierdziły, że były to drony rosyjskie. Było to jednak niemożliwe, ponieważ drony typu Geranium, które rzekomo brały udział w tym incydencie, po prostu nie miały wystarczającego zasięgu, aby dotrzeć do Polski.

Cała ta sprawa była w rzeczywistości ukraińską prowokacją, w której przechwycone rosyjskie drony zostały naprawione, a następnie wysłane do Polski. Żaden z dronów nie miał głowicy bojowej, ale oczywiście zachodnie media nie zwróciły na to uwagi, ponieważ wtedy byłoby jasne, że nie mogły to być drony rosyjskie.

Władze Ukrainy chcą wciągnąć NATO, a przynajmniej UE, w wojnę z Rosją. Dlatego, podczas gdy świat oczekuje kolejnych rosyjskich ataków odwetowych za ukraiński atak na akademik w obwodzie ługańskim, Kijów ma motyw, by sfabrykować doniesienia o rzekomych incydentach z udziałem rosyjskich dronów w krajach UE.

Ale podobnie jak w przypadku incydentów z udziałem dronów w Polsce we wrześniu ubiegłego roku, zachodnie media nie zadają krytycznych pytań, a gdy później okaże się, że wstępne doniesienia o rosyjskich dronach były fałszywe, nie poinformują o tym swoich czytelników.

SpaceX buduje na orbicie elektrownię PV o mocy jeden gigawat : To początek kosmicznej rewolucji energetycznej

SpaceX buduje gigantyczną elektrownię na orbicie: Starlink to dopiero początek kosmicznej rewolucji energetycznej

30/05/2026 – zmianynaziemi/spacex-buduje-gigantyczna-elektrownie-na-orbicie-starlink-dopiero-poczatek-kosmicznej

Wokół Starlinka narosła już cała mitologia. Dla milionów ludzi w odległych zakątkach planety stał się on pierwszym w życiu szybkim łączem internetowym, a dla rynku telekomunikacyjnego prawdziwą rewolucją. Tymczasem najnowsze dane pokazują, że Internet to być może najmniej ekscytujący element tej układanki. Pod powierzchnią sieci komunikacyjnej SpaceX po cichu konstruuje coś znacznie większego: największą instalację energetyczną, jaką ludzkość kiedykolwiek umieściła poza Ziemią.

Cała historia da się streścić w jednej liczbie, która powtarza się co kilka lat: dziesięć. Pierwsza generacja konstelacji, czyli około trzech tysięcy satelitów Starlink Gen 1, generowała na orbicie mniej więcej dziesięć megawatów energii słonecznej. Druga generacja, licząca już około siedmiu tysięcy satelitów Gen 2, podniosła tę wartość do około stu megawatów. Trzecia generacja, której start zaplanowano na rok 2026, ma według szacunków osiągnąć około tysiąca megawatów, czyli jeden pełny gigawat mocy słonecznej krążącej nad naszymi głowami.

Każdy z tych kroków oznacza dziesięciokrotny wzrost. Twórca platformy MidJourney, David Holz, opisał to zjawisko jednym zdaniem: SpaceX zasadniczo dziesięciokrotnie zwiększa moc słoneczną w kosmosie co kilka lat. Elon Musk nie tylko potwierdził tę obserwację, ale dorzucił komentarz, który nadaje jej zupełnie nowy wymiar — stwierdził, że trend ten utrzyma się przez wiele kolejnych lat. To nie jest pojedynczy skok technologiczny, lecz świadomie podtrzymywana krzywa wzrostu, przypominająca to, co przez dekady obserwowaliśmy w przypadku mocy obliczeniowej procesorów.

Warto przy tym pamiętać, dlaczego akurat orbita jest tak atrakcyjna dla pozyskiwania energii słonecznej. Satelity umieszczone na odpowiednio dobranych orbitach, zwłaszcza tak zwanych heliosynchronicznych, pozostają w świetle słonecznym przez ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu. Nie ma tam nocy, nie ma chmur, nie ma pór roku w ziemskim rozumieniu. Panele słoneczne pracują niemal bez przerwy, a sama energia jest praktycznie darmowa po wyniesieniu sprzętu na orbitę. Co więcej, ogniwa stosowane w kosmosie nie przypominają tych z dachów domów — muszą być lekkie, wyjątkowo wydajne i odporne na lata promieniowania, dlatego buduje się je najczęściej z arsenku galu i germanu.

I tu pojawia się sedno sprawy. Każda nowa generacja Starlinka to nie tylko więcej satelitów i większa przepustowość łącza. To przede wszystkim rozbudowa orbitalnej infrastruktury energetycznej. Więcej satelitów oznacza więcej paneli, więcej paneli oznacza więcej energii, a więcej energii otwiera możliwości, które wykraczają daleko poza dostarczanie internetu. Przyszłość, jaką rysuje SpaceX, to satelity służące komunikacji, sieci czujników, kosmiczne sieci przesyłu danych, a docelowo orbitalna moc obliczeniowa sztucznej inteligencji zasilana bezpośrednio promieniowaniem Słońca.

Że nie są to puste deklaracje, pokazuje wniosek złożony przez SpaceX do amerykańskiej Federalnej Komisji Łączności pod koniec stycznia 2026 roku. Firma zwróciła się o zgodę na wyniesienie aż miliona satelitów, które miałyby działać jako rozproszone orbitalne centra danych dla sztucznej inteligencji. W dokumentacji SpaceX określiła ten system jako pierwszy krok w stronę cywilizacji typu drugiego w skali Kardaszewa, czyli takiej, która potrafi wykorzystać pełną energię swojej gwiazdy. Satelity miałyby krążyć na wysokościach od pięciuset do dwóch tysięcy kilometrów, w powłokach oddalonych od siebie o około pięćdziesiąt kilometrów, dobranych tak, by maksymalizować czas przebywania w świetle Słońca.

Argument SpaceX jest prosty i z perspektywy energetyki ziemskiej wręcz prowokacyjny. Naziemne centra danych pochłaniają gigantyczne ilości prądu, zajmują ziemię, zużywają wodę do chłodzenia i obciążają sieci energetyczne. Orbitalne centra danych miałyby korzystać z niemal nieprzerwanego dopływu darmowej energii słonecznej, przy minimalnych kosztach eksploatacji i bez ziemskiego śladu środowiskowego. Musk twierdzi nawet, że rakieta Starship mogłaby rocznie dostarczać na orbitę satelity AI o łącznej mocy rzędu trzystu do pięciuset gigawatów. Dla porównania to skala porównywalna z mocą całych krajowych systemów energetycznych.

Oczywiście droga do tej wizji jest najeżona przeszkodami, o których eksperci mówią otwarcie. Największym wyzwaniem pozostaje odprowadzanie ciepła — w próżni kosmicznej nie ma powietrza, które mogłoby chłodzić układy scalone, więc nadmiar energii trzeba wypromieniowywać za pomocą gigantycznych radiatorów. Dochodzą do tego ryzyko uszkodzenia procesorów przez promieniowanie kosmiczne, ograniczenia przepustowości łączy oraz potrzeba bezprecedensowej liczby startów rakiet. Sam regulator bywa ostrożny — w przeszłości z ambitnych planów SpaceX zatwierdzano jedynie ułamek wnioskowanej liczby satelitów.

Niezależnie jednak od tego, jak szybko ziści się scenariusz orbitalnych serwerowni, jedno wydaje się jasne. SpaceX nie buduje wyłącznie sieci internetowej. Firma krok po kroku, generacja po generacji, mnożąc dostępną moc razy dziesięć, konstruuje energetyczny i komunikacyjny kręgosłup dla następnej ery infrastruktury w przestrzeni kosmicznej. Starlink, który dziś kojarzymy z internetem na wsi i na morzu, może okazać się jedynie fundamentem pod coś, czego pełnych konsekwencji dopiero zaczynamy się domyślać.

Niech algorytm będzie z wami! – Pierwsza encyklika Leona XIV i priorytety Kościoła

Niech algorytm będzie z wami!

– Pierwsza encyklika Leona XIV

i priorytety Kościoła

Date: 22 Maggio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/niech-algorytm-bedzie-z-wami-pierwsza-encyklika-leona-xiv-i-priorytety-kosciola

Kościoły (z wyjątkiem tych, w których odprawia się liturgię tradycyjną) pustoszeją, wierni znikają, organizacje religijne zamierają; Kościół traci wiarygodność, ludzie zapomnieli o dziesięciu przykazaniach, szerzą się herezje, katolicy w wielu częściach świata są prześladowani, wiara w Realną Obecność staje się coraz bardziej odległym wspomnieniem, a co robi papież? – Poświęca swoją pierwszą encyklikę sztucznej inteligencji. Oczywiście papież ma prawo zajmować się tym, czym chce, nie ma co do tego wątpliwości.

Ale czy jesteśmy pewni, że z punktu widzenia Kościoła Katolickiego sztuczna inteligencja jest dziś priorytetem?

To jasne, że problem istnieje i że słowo papieża w tej sprawie może pomóc w zrozumieniu tego zjawiska. Ale czy namiestnik Chrystusa nie powinien przede wszystkim, zwłaszcza w tej chwili, zająć się innymi sprawami? – Zapytacie, jakimi? – Cóż, powiedziałbym na przykład kryzysem powołań, zapaścią życia zakonnego, postępującym spadkiem frekwencji na mszach świętych, a także zanikiem przekonania, że zbawienie można znaleźć wyłącznie w Kościele Katolickim.

Może porozmawiajmy o relacjach wewnętrznych, między katolikami? – Istniele totalny podział, a różnice są coraz poważniejsze, do tego stopnia, że może się zdarzyć, iż bracia w wierze nie rozumieją się. Pomimo tego papież zajmuje się sztuczną inteligencją. Czyżby sądził, że z pomocą systemu informatycznego uda się ponownie nawiązać dialog i zrozumieć się nawzajem? – A może znalazł algorytm, który rozwiązuje wszystkie problemy?

Encyklika została podpisana przez papieża w 135-lecie „Rerum novarum”  Leona XIII, więc wszyscy komentują: widać wyraźny związek między dokumentem, który położył podwaliny pod społeczną doktrynę Kościoła, a tym, który ma je położyć w dziedzinie technologii. Tak, ale jest tu jeden “drobny” szczegół, którego nie należy lekceważyć. „Rerum novarum” nie była pierwszą z osiemdziesięciu sześciu encyklik Leona XIII, lecz czternastą. A jakimi tematami zajmował się papież Pecci, zanim napisał czternastą?

Cóż, takimi “drobiazgami” jak Kościół Boży i zbawienie dusz, zagrożenia związane z rozprzestrzenianiem się „sekty tych, którzy pod różnymi, niemal barbarzyńskimi imionami nazywają się socjalistami, komunistami i nihilistami, dokładniejsza i szersza wiedza o rzeczach, w które się wierzy”, lepsze zrozumienie tajemnic wiary, małżeństwo katolickie, ewangelizacja ludów słowiańskich, pomoc dla świętych misji, kwestia wrogów Kościoła we Włoszech i tak dalej. Krótko mówiąc, Leon XIII z pewnością przekształcił doktrynę społeczną, ale najpierw poświęcił się umacnianiu metafizycznych, teologicznych i moralnych podstaw wiary.  A była to epoka, w której podstawy te były nieskończenie solidniejsze niż są dzisiaj.

Leon XIV natomiast sprawia wrażenie, jakby zaczynał budowę od dachu. Co z pewnością przysporzy mu oklasków ze strony świata, ale zadajmy sobie pytanie: czy my, katolicy, naprawdę potrzebujemy analizy sztucznej inteligencji, choćby była ona jak najlepiej przeprowadzona? – Coraz bardziej zagubieni, coraz mniej utwierdzeni w wierze, czyż nie potrzebowalibyśmy czegoś innego w tym tak burzliwym okresie i po pontyfikacie Bergoglia, który był katastrofalny z punktu widzenia doktryny, moralności i teologii?

25 maja 2026 odbędzie się prezentacja encykliki, o której mowa, i wystarczy przejrzeć listę prelegentów, by dostać pokrzywki.

W kolejności: niesamowity pan prefekt Dykasterii ds. Doktryny Wiary – Tucho «Besame Mucho»; kardynał jezuita Michael Czerny – prefekt Dykasterii ds. Służby na rzecz Całościowego Rozwoju Człowieka, a także bliski współpracownik Bergoglia; Anna Rowlands – wykładowczyni „Teologii politycznej i etyki teologicznej migracji ludzkich”, która wniosła swój wkład jako zaufana konsultantka w tworzeniu encykliki Bergoglia „Fratelli tutti”; Christopher Olah – współzałożyciel firmy zajmującej się sztuczną inteligencją Anthropic i zagorzały ateista. Ostatnią prelegentką będzie Leocadie Lushombo – wykładowczyni „Teologii politycznej i katolickiej myśli społecznej” na Jesuit School of Theology przy Uniwersytecie Santa Clara w Kalifornii, badaczka znana przede wszystkim ze współpracy z Bergogliem w kwestiach “sprawiedliwości społecznej”. Wystąpienia zamknie sekretarz stanu Parolin, a na zakończenie błogosławieństwo udzieli Leon XIV. Wydaje się, że na imprezie nie będzie androidów. Ale czy można być tego pewnym?

Aha, przy okazji. Wiecie, co powiedział Philip Dick, autor między innymi powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” (powieści, która stała się inspiracją dla filmu „Blade Runner”, skupiającej się na granicach między człowieczeństwem a sztuczną inteligencją)? – Powiedział, że „podstawowym narzędziem manipulacji rzeczywistością jest manipulacja słowami”. Zastanówcie się nad tym, ludziska.

I niech algorytm będzie z wami!

INFO: aldomariavalli.it/che-lalgoritmo-sia-con-voi-la-prima-enciclica-di-leone-xiv-e-le-priorita-della-chiesa

Literatura w służbie bezpieczeństwa

Literatura w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz 30 maja 2026 michalkiewicz

Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka” – śpiewali przed laty „Skaldowie” w piosence Agnieszki Osieckiej, która w ten delikatny sposób zasiewała wątpliwości w jedyną słuszność materializmu dialektycznego. Za pierwszej komuny bowiem, kiedy to rządy objęli chłopscy filozofowie, padł rozkaz, by wierzyć w materializm dialektyczny. Toteż wielu ambicjonerów zaraz z materializm dialektyczny uwierzyło, a jeśli nawet nie uwierzyło, to sprytnie taką wiarę markowało. W rezultacie prof. Leopold Seidler, rektor UMCS, na pierwszym wykładzie dla I roku studentów tamtejszego Wydziału Prawa w październiku 1965 roku, zwrócił się do słuchaczy z przerażającą deklaracją:my marksiści”. Wkrótce jednak okazało się, że aż tak źle nie jest, że wielu podziela wątpliwości Agnieszki Osieckiej co do materializmu dialektycznego i tak dotrwaliśmy do wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża i stanu wojennego, kiedy to zapanowała moda na pobożność do tego stopnia, że nawet literat Andrzej Szczypiorski nie tylko się ochrzcił, ale nawet na łamach „Tygodnika Powszechnego” opisał swoje duchowe przełomy. Niestety na mieście zaraz pojawiły się fałszywe pogłoski, że pierwszy chrzest mu się nie przyjął, a potem nawet wyjaśniło się – dlaczego. Otóż Andrzej Szczypiorski był bardzo wydajnym konfidentem SB, w związku z czym nie można wykluczyć, że ten cały chrzest był jakimś kolejnym zadaniem – a w tej sytuacji nic dziwnego, że się nie przyjął.

Widząc, co się stało z Andrzejem Szczypiorskim, wielu świeżo nawróconych zaczęło mieć wątpliwości, czy słusznie się nawrócili – a kiedy okazało się, że na Zachodzie nie potrzebują już kościelnych certyfikatów przyzwoitości, to pan red. Michnik, co to wcześniej molestował ks. prałata Jankowskiego, żeby mu przynajmniej ochrzcił syna, w imieniu Judenratu wydał wojnę „ajatollahom” pod pretekstem, że chcą w naszym bantustanie zainstalować ”państwo wyznaniowe”. Chodziło, ma się rozumieć, o wyznanie katolickie, bo gdyby tak „ajatollahowie” forsowali wyznanie mojżeszowe, to Judenrat nie miałby chyba nic przeciwko temu. Ale to wszystko było na innym etapie, kiedy Grzegorz Ryś dopiero co został wyświęcony, więc raczej słuchał starszych i mądrzejszych, niż „nauczał” – jak to czyni teraz, kiedy mamy całkiem inny etap. Wracając do „państwa wyznaniowego”, to oczywiście w tych zarzutach nie było ani słowa prawdy, bo „ajatollahowie” nie byli pewni, co w archiwach MSW znalazła „komisja Michnika”, więc na wszelki wypadek skwapliwie korzystali z okazji, by siedzieć cicho. Oczywiście do czasu, bo potem Judenrat, w ramach kształtowania pożądanego oblicza tubylczego Kościoła, wyciągał ze swojego skarbca „rzeczy stare i nowe” – i tak doszło do pojawienia się uniwersalnej formuły „bez swojej wiedzy i zgody”.

Wspominam o tym wszystkim nie bez żalu, bo właśnie laureatka literackiej Nagrody Nobla, pani Olga Tokarczuk oświadczyła, że nie będzie już pisała powieści, bo „nikt ich nie czyta”, więc będzie pisała najwyżej krótkie opowiadania. Z tymi powieściami to akurat prawda; nie ma żadnego powodu, by je czytać, zwłaszcza, gdy autorką jest nasza noblistka – ale być może nie tyle ze względu na mały talent, co ze względu na wybór tematu. Gdyby w Polsce mieszkało tylu Żydów, co przed wojną, to może pani Tokarczuk miałaby więcej czytelników, ale tak nie jest. Pan red. Michnik nie wystarczy za miliony. Gdyby jednak zwróciła ona swoje literackie zainteresowania na przykład na fenomen Aleksandra Kwaśniewskiego i to nawet nie tyle na kwestię, czy ma on duszę, czy nie – chociaż ta sprawa też wydaje się smakowita z punktu widzenia literackiego – co na obecny renesans jego politycznej aktywności, to kto wie?

Bo „nie ma przypadków’ są tylko znaki” – mawiał przewielebny ks. Bronisław Bozowski – więc czy może być przypadkiem to, że wspomniany renesans politycznej aktywności Aleksandra Kwaśniewskiego przypada na apogeum naszego podlizywania się Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi? W tej dziedzinie Aleksander Kwaśniewski z pewnością nie pozwoli nikomu wyprzedzić się w gorliwości, chociaż oczywiście nie jest już prezydentem naszego bantustanu i nie może frymarczyć jego interesami, jak za czasów swej prezydentury – ale intencje też się przecież liczą.

Zwłaszcza teraz, kiedy w związku z zawirowaniami „rotacyjnymi” w kierowniczych kręgach naszego bantustanu zapanował jaskółczy niepokój, czy przypadkiem narwany prezydent Donald Trump naprawdę nie ewakuuje amerykańskich wojsk z naszego nieszczęśliwego kraju. Do Waszyngtonu wybrali się w związku z tym obydwaj wiceministrowie obrony – podobno żeby zabiegać o zwiększenie amerykańskiego kontyngentu. Czy to ich gorące modlitwy w końcu doleciały do prezydenta Trumpa, czy też chwilowo przypomniał on sobie, że jego przyjacielem jest przecież polski prezydent Karol Nawrocki – dość, że gruchnęła wieść, iż „podjął on decyzję”, że do Polski zostanie skierowanych nie 4, ale 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Aż gwałtowny wicher zerwał się z powodu westchnienia ulgi, jakie wyrwało się z wezbranych piersi Naszych Umiłowanych Przywódców na tę wiadomość. Schowani za amerykańską „żywą tarczą” Nasi Umiłowani Przywódcy coraz śmielej ciągnęli zimnego ruskiego czekistę Putina, a to za ogon, a to za wąsy – więc nawet zwyczajne „opóźnienie rotacji” wywołało w nich atak paniki, że na skutek ich dokazywania również nasz nieszczęśliwy kraj zostanie wkręcony w maszynkę do mięsa. Wprawdzie „armia nasza jest zwycięska. Buffalo Bill, Buffalo” – jak to śpiewało się za moich czasów w kołach wojskowych, ale lepiej nie kusić losu, chociaż oczywiście ostateczne zwycięstwo jest zatwierdzone. Taki jest rozkaz – a w każdym razie tak mówią wszyscy dygnitarze cywilni i wojskowi. Cywilni – zwłaszcza vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda – wiadomo, że nie są w stanie ogarnąć nawet skutków własnych działań – jak szczerze wyznała Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna – że „nie przyszło jej go głowy” zastanawiać się np. nad rozwodami forsowanych przez nią „małżeństw jednopłciowych” – według jakiej procedury będą się one odbywały, no i czy przed sądami, czy w komisariatach policji. Co tam w tej głowie jest – Bóg jeden wie – bo w głowach naszej niezwyciężonej armii dominuje chyba jedno pragnienie – dotrwać do emerytury, bo dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie.

W tej sytuacji nie jest aż tak ważne, czy płacimy haracz Tatarom – jak to przewidywał traktat w Buczaczu za króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, czy Rosjanom, czy Amerykanom. Skoro tak, to czy bardziej nie opłacałoby się nam przyłączenie Polski do Stanów Zjednoczonych? Płacilibyśmy wtedy wprawdzie podatki, ale nie musielibyśmy obawiać się ani Generalnej Guberni, ani Zielonego Ładu, ani konsekwencji „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, ani nawet żydowskich roszczeń majątkowych – bo ustawa nr 447 mówi, że to Polska powinna je zrealizować, a nie USA.

Stanisław Michalkiewicz

Papież Leon XIV i pani Mullally

Leon XIV i pani Mullally

Leon XIV przyjmuje w Watykanie anglikańską „arcybiskupkę”

Ignorując prośby przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X o udzielenie audiencji, w poniedziałek 27 kwietnia Leon XIV przyjął w Watykanie, z wszelkimi honorami należnymi arcybiskupowi, oficjalną przedstawicielkę schizmy anglikańskiej – osobę, która wspiera środowiska LGBT, opowiada się za legalizacją aborcji i, gardząc prawem Bożym, przyjęła nieważne święcenia.

Osobliwa wizyta

„Kobieta mająca na sobie fioletową sutannę, pas, rzymską koloratkę, pektorał i pierścień biskupi przemierza dziedziniec św. Damazego w Watykanie. Kardynałowie witają ją, otwierają przed nią drzwi i eskortują do gabinetu papieża. Będzie pozować u boku Leona XIV. Zostaną jej oddane honory należne prymasowi. Udzieli błogosławieństwa w formie zastrzeżonej dla biskupa. Zdjęcia z tego spotkania trafią na pierwsze strony gazet, pojawią się w wieczornych wiadomościach telewizyjnych i zostaną wydrukowane w podręcznikach historii ekumenizmu. Mówią one same za siebie i mają głęboką wymowę: dla tej osoby i dla następcy Piotra insygnia oraz gesty związane z łaską sakramentalną nie mają większego znaczenia.

Ten obraz swoistej równowagi jest fałszywy i jest to niezwykle ważne, ponieważ owe insygnia i gesty nie są jedynie ozdobnikami protokolarnymi. Są tym, co św. Augustyn określał mianem verba visibilia, widzialnymi słowami: wyrażają rzeczywistość teologiczną. […] Oznaczają, że ten, kto się nimi posługuje, otrzymał poprzez nałożenie rąk w nieprzerwanej sukcesji apostolskiej władzę święceń, znamię sakramentalne. […] Dla katolika ta władza jest jedynym powodem, dla którego biskup ubiera się i błogosławi w określony sposób. Oddzielone od swej treści, święte znaki nie pozostają neutralne: zaczynają oddziaływać w przeciwnym kierunku. Sugerują bowiem, że treść nigdy tak naprawdę nie miała znaczenia.”1

„Tego rodzaju gesty nie mają nic wspólnego z ekumenizmem opartym na jasności doktrynalnej, ale zacierają granice, które sam Kościół precyzyjnie zdefiniował.”2

Powyższą opinię wyraża portal Infovaticana, konserwatywny serwis założony przez hiszpańskiego dziennikarza Gabriela Arizę3. Wydaje się, że każdy, kto zachował wiarę katolicką i zdrowy rozsądek, powinien się z nią zgodzić. Cóż jeszcze można by do tego dodać?

Korzenie anglikanizmu

Kobietą przemierzającą pod koniec kwietnia 2026 r. korytarze Watykanu była Sara Mullally, prymas Wspólnoty Anglikańskiej i arcybiskup Canterbury. Papież Leon XIV faktycznie spotkał się z nią rano, w poniedziałek 27 kwietnia 2026 r. Nie zmienia to jednak faktu, że jest ona zwierzchnikiem pseudo-kościoła, będącego owocem zerwania – poprzez schizmę i herezję – z prawdziwym Kościołem.

Wspólnota Anglikańska wywodzi się bowiem ze schizmy wywołanej w 1534 roku przez króla Anglii, Henryka VIII (1509–1547), przez ogłoszenie Aktu supremacji, stanowiącego fundament odrzucenia jurysdykcji papieskiej. Co gorsza, za następcy Henryka VIII, młodego króla Edwarda VI (1547–1553), z poduszczenia arcybiskupa Canterbury, Tomasza Cranmera, Anglia stała się formalnie krajem protestanckim. W 1549 r. Cranmer zniósł dawną liturgię i ułożył Book of Common Prayer, odpowiednik katolickiego mszału i brewiarza dla angielskich protestantów. Równolegle, w 1550 r., pojawił się nowy anglikański pontyfikał, zawierający obrzędy święceń, które Leon XIII w 1896 r. uznał za nieważne. Ostatecznie, w 1552 r., Cranmer opublikował wyznanie wiary w 42 artykułach o charakterze zasadniczo kalwińskim, z elementami doktryny luterańskiej, zwingliańskiej i katolickiej.

Po krótkim powrocie do katolicyzmu za rządów Marii Tudor (1553–1558), za panowania Elżbiety I (1558–1603) Królestwo Anglii stało się definitywnie schizmatyckie i heretyckie. W 1559 r. królowa usunęła piętnastu biskupów, którzy odmówili złożenia przysięgi wierności Aktowi supremacji, co w konsekwencji pozbawiło wszystkie stolice biskupie pasterzy. Należało więc stworzyć nową hierarchię. 1 sierpnia 1559 r. kapituła wybrała na arcybiskupa Canterbury Matthew Parkera, którego konsekracja odbyła się 17 grudnia. Rozpoczęły się okrutne prześladowania katolików, w wyniku których wielu z nich poniosło śmierć męczeńską (wśród nich jezuita św. Edmund Campion).

Nieważne święcenia i pseudo-biskupi

Konsekracja Parkera, będąca źródłem całej hierarchii anglikańskiej, została w 1896 r. uznana za nieważną przez papieża Leona XIII.

W istocie papieże deklarowali jej nieważność na długo przed deklaracją Leona; przykładowo Juliusz III w 1554 r. oraz, rok później, Paweł IV. Aż do XIX wieku Kościół wymagał, aby [dokonujący konwersji na katolicyzm] duchowni anglikańscy, którzy przyjęli święcenia według rytu Edwarda VI, byli wyświęcani ponownie (nie sub conditioneprzyp. tłum.), uznając ich tym samym za zwykłych świeckich.

Uroczystym i nieomylnym aktem, który ostatecznie rozstrzyga o nieważności święceń anglikańskich, jest list apostolski Apostolicae curae z 18 września 1896 r.4 Papież Leon XIII wyjaśnia w nim, że stworzony i używany przez anglikanów ryt święceń nie jest prawdziwym rytem Kościoła.

Udzielone przy jego użyciu święcenia są nieważne z trzech powodów: po pierwsze, z powodu defektu formy; po drugie, z powodu defektu intencji, gdyż posługujący się tym rytem szafarz nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół (czyli używania jego rytu); po trzecie, z powodu braku właściwego szafarza, ponieważ od czasu konsekracji Parkera żaden duchowny Wspólnoty Anglikańskiej nie jest w rzeczywistości ani kapłanem, ani biskupem.

Nawet jeśli w ciągu ostatnich dwóch stuleci niektórym pseudo-biskupom anglikańskim udało się uzyskać ważne święcenia z rąk schizmatyckich biskupów prawosławnych, to i tak święcenia udzielane przez takich anglikańskich szafarzy pozostają nieważne z dwóch pierwszych powodów wskazanych powyżej.

Leon XIV: piętrzące się skandale

Po ekumenicznym Roku Jubileuszowym, podróży do Turcji i recytacji Credo z pominięciem Filioque, aby nie urazić prawosławnych, Leon XIV obecnie wkracza w sferę surrealizmu. Odwiedziny Sary Mullally w Watykanie daleko wykraczają poza ramy zwyczajnej wizyty dyplomatycznej. Mamy tu bowiem do czynienia z przyjęciem przywódcy religijnego przez innego lidera duchowego, arcybiskupa Canterbury przez biskupa Rzymu; spotykają się dwie głowy Kościołów, które uznają się za siostrzane. Już w przesłaniu skierowanym do p. Mullally 20 marca z okazji jej intronizacji5, papież wyraził oficjalne uznanie dla jej misji, wielokrotnie modląc się do Ducha Świętego o umacnianie jej w posłudze i prosząc dla niej o dar mądrości. Postępując w ten sposób, czyli zachęcając p. Mullally (będącą biskupem w takim samym stopniu, jak św. Joanna d’Arc) do wypełniania jej misji, Leon XIV sprawia wrażenie, jakby uznawał pseudokościół anglikański za narzędzie zbawienia.

Zgadzając się na cały ten ceremoniał, który – jak przypomina portal Infovaticana – odbiega od zwyczajowego protokołu dyplomatycznego, Leon XIV stawia się w opozycji do dwóch swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej: Leona XIII, który zadeklarował nieważność święceń anglikańskich, oraz Jana Pawła II, który w liście apostolskim Ordinatio sacerdotalis z 22 maja 1994 roku wykluczył możliwość udzielania święceń kapłańskich kobietom6.

Stan wyższej konieczności

W tej sytuacji powinny zniknąć wszelkie skrupuły i wątpliwości, jakie mogły zrodzić się u niektórych po ogłoszeniu przez przełożonego generalnego FSSPX nowych konsekracji biskupich, które zaplanowano na 1 lipca. Z tym wydarzeniem łączy się, bez wątpienia, pewien paradoks; chodzi bowiem o konsekrowanie biskupów wbrew woli papieża. Ale czy postawa Leona XIV, posuwającego ekumeniczną spolegliwość poza wszelkie granice, nie jest znacznie bardziej oburzająca? Jak mógłby zachować wiarygodność, gdyby po tym wszystkim ekskomunikował kogoś, kto chce dochować wierności nauczaniu Leona XIII, który uznał święcenia anglikańskie za nieważne, albo nauczaniu Jana Pawła II, który wykluczył możliwość wyświęcania kobiet na biskupów?

Czy zaplanowane na 1 lipca konsekracje biskupie skłonią Leona XIV – jak wieszczą niektórzy7 – do okazania, niespotykanej dotąd u niego, surowości i stanowczości? Gdyby tak się stało, Kościół święty, cierpiący wskutek nieustannych i coraz poważniejszych konsekwencji II Soboru Watykańskiego, stanąłby w obliczu niewyobrażalnego skandalu – aktu rażącej niesprawiedliwości. Nie odpowiadając na prośby ks. Dawida Pagliaraniego o udzielenie mu audiencji, papież równocześnie przyjmuje, z wszelkimi honorami należnymi arcybiskupowi, oficjalną przedstawicielkę schizmy anglikańskiej, wspierającą środowiska LGBT, opowiadającą się za legalizacją aborcji8; kobietę, która przyjęła nieważne święcenia, udzielone wbrew prawu Bożemu.

ks. Jan Michał Gleize

Źródło

Przypisy

  • 1https://infovaticana.com/fr/2026/04/26/qui-est-sarah-mullally-la-eveque-recue-avec-honneurs-a-rome/
  • 2https://infovaticana.com/fr/2026/04/26/qui-est-sarah-mullally-la-eveque-recue-avec-honneurs-a-rome/
  • 3Gabriel Ariza nie cieszy się dobrą opinią w Watykanie, cf. https://benoit-et-moi.fr/archives/2018/actualite/vatican-vs-infovaticana.html
  • 4https://www.vatican.va/content/leo-xiii/la/apost_letters/documents/litterae-apostolicae-apostolicae-curae-13-septembris-1896.html
  • 5https://www.vatican.va/content/leo-xiv/fr/messages/pont-messages/2026/documents/20260320-arcivescovo-canterbury.html
  • 6https://www.vatican.va/content/john-paul-ii/fr/apost_letters/1994/documents/hf_jp-ii_apl_19940522_ordinatio-sacerdotalis.html
  • 7https://tribunechretienne.com/le-pape-leon-xiv-serait-pret-a-excommunier-la-fraternite-saint-pie-x/
  • 8 http://www.belgicatho.be/archive/2025/10/04/une-femme-soutenant-l-avortement-et-la-cause-lgbt-nommee-nou-6565177.html Sarah Mullally wyraziła swoje poglądy na temat aborcji we wpisie na blogu w roku 2012: „Myślę, że określiłabym swoje podejście do tej kwestii raczej jako pro-choice niż pro-life [sic!], choć gdyby traktować to jako kontinuum, umieściłabym siebie gdzieś pomiędzy pro-life w odniesieniu do własnych wyborów, a pro-choice w odniesieniu do wyborów innych osób, jeśli ma to sens”.

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA. Krzysztof Baliński

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA

Krzysztof Baliński

Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.

Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski -Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.

Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.

„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.

Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).

Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury. Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy. A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.

Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.

Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.

To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to  uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.

Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.

Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).

„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym.  „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.

A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś  nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!

Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.

To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.

Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.

Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?

Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?

Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.

To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?

Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele.  Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.

Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.

Krzysztof Baliński

=========================================

Poseł to ma klawe życie

Poseł to ma klawe życie *

Izabela BRODACKA

Nic tak nie łączy polityków jak pieniądze, a dokładnie zgoda na dostęp do atrakcyjnych dóbr, przywilejów i świadczeń finansowanych z budżetu państwa. Znakomitym przykładem potwierdzającym tę tezę jest sytuacja polskich parlamentarzystów. Oprócz przyzwoitej kilkunastotysięcznej pensji, otrzymują oni kilka tysięcy nieopodatkowanej diety, okazały ryczałt na organizację, wynajem, wyposażenie i utrzymanie biur poselskich oraz telefony służbowe bez limitu połączeń i z pełnym dostępem do Internetu. Za pieniądze z naszych podatków, kupują meble, komputery, ekspresy do kawy i wszystko czego dusza zapragnie.

Ostatnio emocje rozgrzał temat tak zwanych poselskich kilometrówek, czyli pieniędzy otrzymywanych za jazdę własnymi samochodami. Niezorientowanym śpieszę wyjaśnić, że chodzi o deklarowaną przez posłów liczbę przejechanych kilometrów, za które otrzymują pieniądze. Za każdy kilometr jest określona kwota. Jest też suma maksymalna jaką można dostać. To jest około pięćdziesięciu tysięcy złotych w skali roku. Ergo, cała masa posłów dokonuje trudnego zadania matematycznego. ( Robi, to z powodzeniem także, o dziwo, pani poseł Anna Żukowska, która w rozmowie z redaktorem Jackiem Prusinowskim z Kanału Zero, wykazała się brakiem znajomości tabliczki mnożenia.) Dzielą oni owe pięćdziesiąt tysięcy przez stawkę za kilometr i wychodzi im gigantyczny dystans. Tę odległość deklarują jako drogę przejechaną i otrzymują górę pieniędzy. A jako, że nie muszą przedstawiać celu swych podróży, wystarczy zwykłe oświadczenie.

Oczywiście taka sytuacja nie dotyczy zwykłych śmiertelników. Każdy obywatel gdy wybiera się w podróż służbową musi wypełnić rutynowy formularz delegacji. Pisze w nim dokąd pojechał, po co, o której wyjechał i kiedy wrócił. Posłowie papierka z opisem delegacji wypełniać nie muszą.

To dorabianie kilometrówkami do poselskiego uposażenia obiecał zlikwidować pan marszałek Szymon Hołownia. Nie zlikwidował. Później zadeklarował koniec tego zjawiska, towarzysz marszałek Włodzimierz Czarzasty. Też mu się nie udało. Nie chcieli, nie umieli, tego nie wiem. A może uznali, że musi być jakiś obiektywny, a atrakcyjny element integracji braci poselskiej. Rzeczywiście, kilometrówki łączą. Niemal wszyscy je biorą, wielu w maksymalnym wymiarze, a przynależność partyjna nie ma tu znaczenia. W pierwszej dziesiątce, pięciu posłów jest z PIS, dwóch z PSL: lider rankingu Jarosław Rzepa i Mirosław Maliszewski. Jeden jest z KO: Piotr Kandyba. Jeden, po wyrzuceniu z PIS, niezrzeszony Łukasz Mejza. Jeden z SLD: Tomasz Trela. Poza dwoma pierwszymi w tym zestawieniu, którzy przytulili odpowiednio 49 808 i 49 100 złotych, kolejna ósemka złożyła oświadczenia na sumę, dokładnie 48 300 złotych. Czyli wszyscy przejechali w skali roku dokładnie taki sam dystans! Co do kilometra!

Co to znaczy? Otóż dokładnie to, że jest to lipa i bujda, nomen omen, na kółkach. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest mniejsze niż wygrania szóstki w totolotka.

Trzeba wiedzieć, że parlamentarzystom przysługuje prawo do bezpłatnego przejazdu wszelkimi środkami komunikacji publicznej na terenie Polski. Samolotami, pociągami, autobusami dalekobieżnymi i miejskimi, tramwajami i trolejbusami, a nawet… promami morskim i rzecznymi. Mogą też jeździć za darmo taksówkami na podstawie rachunków za przejazd.

Dlaczego więc deklarują horrendalne liczby przejechanych kilometrów własnymi samochodami? Odpowiedź jest taka, jakiej z rozbrajającą szczerością udzielił znany holenderski trener piłki nożnej Leo Benhakker na pytanie: „Leo, why?- For money” Pieniądze stanowią główną motywację udziału w polityce. Redaktor Robert Mazurek z Kanału Zero, zestawił ceny posiłków serwowanych posłom w stołówce sejmowej z cenami w studenckim barze Uniwersytetu Warszawskiego „Buwbar”. Dla przykładu porcja parówek w Sejmie kosztuje 2 złote i 50 groszy, a bigos całe 8 złotych. W barze dla studentów cena burgera to 38 złotych, a samych frytek, złotych 16. Dlatego, że posiłki w Sejmie są dotowane z budżetu państwa.

Jak posłowie tłumaczą swoje przejazdy? „Lider”, poseł Jarosław Rzepa milczy.

Podróże Łukasza Mejzy kosztowały w ubiegłym roku podatników ponad 200 000 złotych. Poseł KO, Piotr Kandyba, twierdzi natomiast, że jest posłem pielgrzymującym. Twierdzi, że peregrynuje do wyborców. Problem polega na tym, że mieszka w Piasecznie, które faktycznie styka się z Warszawą. Do Sejmu ma blisko. A jego podwarszawski okręg wyborczy jest bardzo mały i obiektywnie nie ma gdzie odbywać dalekich podróży.

Są w tej historii także bohaterowie super groteskowi. Pani minister Barbara Nowacka, która pobiera okazałą kilometrówkę mieszka w Warszawie, przy ulicy Wiejskiej. Tak, przy tej samej ulicy, przy której jest gmach Sejmu. Ponadto, jako minister jeździ służbową limuzyną z kierowcą. Nawet gdyby bardzo chciała zadeklarowanej liczby przejechanych kilometrów nie miałaby czasu, ani miejsca zrealizować. Zresztą ministrowie i wiceministrowie, których z racji istnienia rządu koalicyjnego jest tłum, też pobierają kilometrówki. Podobnie jest z szefami Klubów Parlamentarnych. Maja oni służbowe samochody z kierowcami, a pomimo tego rozliczają przejazdy samochodami prywatnymi. Ministrom z najwyższą wśród nich kilometrówką przewodzi minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski. Ale prawdziwą „gwiazdą” tej historii (afery?) jest pani posłanka SLD Anna Maria Wanna Żukowska. Ona deklaruje ogromną liczbę przejechanych kilometrów samochodem prywatnym, z tym, że … nie ma samochodu. Zdolna kobieta. W dodatku jako szefowa Klubu Parlamentarnego SLD. Jeździ samochodem służbowym prowadzonym przez opłacanego z budżetu kierowcę.

Sprawa kilometrówek bulwersuje społeczeństwo. Ma długą historię. Jest, jako się rzekło, sprawą ponadpartyjną. Tłumaczy ją ludzka zachłanność i pazerność, chęć nachapania się bezwstyd polityków. W sprawie kasy, politycy wszystkich partii łączą się ponad podziałami. Pamiętajmy o tej liście liderów kilometrówek, kiedy będziemy przy urnach wyborczych. Możemy tylko tyle i aż tyle.

===================

Wielobiegunowość kłamstwa. Fałszywa racja stanu

Wielobiegunowość kłamstwa. Fałszywa racja stanu

Autor: CzarnaLimuzyna, 30 maja 2026

Wielobiegunowość to rozproszenie dominacji i wpływów na kilku hegemonów. Ogromna część układów dwubiegunowych, a także wielobiegunowych wpisana jest w zasadę fałszywych alternatyw.

Postanowiłem w kontekście planowanego odebrania orderu Orła Białego prezydentowi banderowskiej Ukrainy wykazać fałszywość narracji Tuska reprezentującego opcję niemiecką oraz poddać krytyce narrację Nawrockiego, również fałszywą.

————————————————————-

Wypowiedź Tuska

Każdy naród ma prawo do swoich interpretacji.

Jeżeli każdy naród, to również Niemcy, Rosjanie i Żydzi, nieprawdaż?

Dalsza część wypowiedzi Tuska brzmiała tak:

Dla Polski i dla Ukrainy nasza przyjaźń i współpraca, sojusz wobec zagrożenia rosyjskiego, to było coś i jest coś bezcennego. Mogliśmy i ciągle mamy szansę przełamać ponure fragmenty naszej historii, które ciążyły nad naszymi relacjami, ale to wymaga wyobraźni i wrażliwości – i od jednego, i od drugiego – powiedział dziennikarzom w Sejmie Donald Tusk. – Oczekiwałbym od obu prezydentów, żeby raczej potrafili wznieść się ponad te historyczne emocje i próbować jednak budować tę trudną, ale konieczną przyjaźń i współpracę polsko-ukraińską – dodał.

Premier podkreślił, że bez umiejętności współpracy stracą obie strony, na czym najbardziej skorzysta Rosja. – Mam nadzieję, że obaj prezydenci zrozumieją wagę i powagę sprawy – oświadczył. /link/

Wypowiedź Nawrockiego

– Prezydent Ukrainy nadaniem ukraińskiej jednostce imienia “Bohaterów UPA” dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie. Oceniam tę decyzję bardzo krytycznie – powiedział Karol Nawrocki.

Nawrocki nie ograniczył się jedynie do krytyki samej decyzji. W piątek stwierdził, że działania władz w Kijowie podważają europejskie aspiracje Ukrainy. – Niestety prezydent Zełenski udowodnił, że Ukraina pod względem mentalnym, gloryfikowania bandytów, morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii nie jest gotowa do tego, aby być częścią rodziny europejskiej – powiedział.

Dodał, że “w rodzinie europejskiej nie można gloryfikować bandytów i morderców, którzy mordowali kobiety i dzieci, mordowali Polaków”. /link/

Ruchomy wektor nienawiści

Widać gołym okiem, że obydwaj politycy są zakładnikami narracji u podstaw której leży założenie, że Polska musi angażować się po którejś ze stron. Jest to fałszywa alternatywa ponieważ ani ze względów moralnych ani z powodu politycznej strategii – dwa byty: postsowiecka Rosja i banderowska Ukraina nie są warte naszych dotychczasowych strat, nie mówiąc już o kontynuacji dalszego okradania Polski i jej niszczenia przez dywersję niemiecką, rosyjską i ukraińską.

Ruchomy wektor nienawiści jakim jest banderyzm działał i działa tylko na dwóch kierunkach: antypolskim i antyrosyjskim. Z tego powodu polską racją stanu jest upadek banderowskiej Ukrainy z zachowaniem ukraińskiego buforu oddzielającego nas w sposób przynajmniej częściowy od Rosji.

Na szali jest ocalenie Polski

W tym momencie mogę po raz kolejny przypomnieć pogląd Marka Chodorowskiego, że każde ograniczenie lub zaniechanie realizacji trzech najbardziej ohydnych projektów Bestii jakimi są: Izrael, Unia i Ukraina może w znaczącym stopniu pomóc Polsce w uzyskaniu podmiotowości.

Karol Nawrocki uprawiający ględę o „rodzinie europejskiej” najprawdopodobniej jest mało bystrym obserwatorem, nie widzącym, że nie ma już „rodziny europejskiej”, która została zniszczona przez antyeuropejską Unię.

Prezydent trzeciej eRP nie radzi sobie również z wątkiem historiozoficznym na poziomie rozróżnienia cywilizacji żydowskiej i turańskiej od łacińskiej, której zgodnie z deklaracją zobowiązał się bronić, i która nigdy nie zintegruje się w sferze wartości z dwiema pierwszymi, chyba że w formie stręczonego od lat uwiądu pod nazwą „Ukropolin”.

Izrael rozszerza ofensywę, atakują Tyr. A ponad miliard „ich” dolarów przekazali do rąk Hamasu… –

https://gloria.tv/post Jan Cichocki

Izrael rozszerza ofensywę, atakują Tyr. Ludzie muszą uciekać.

Hamas utworzyli żydzi wraz z USA ,po to by móc robić to co robią. Mordować kobiety i dzieci .To jest to… z jego ust…
Netanyahu finansował Hamas kwotą 35 milionów dolarów miesięcznie za pośrednictwem Kataru, wykorzystując amerykańskie podatki, i mówi śledczym:
„To jest poufne i nie może wyciec, dobrze? Mamy tu sąsiadów, zaciekłych wrogów. Nieustannie przekazuję im wiadomości. Dezorientuję ich, wprowadzam w błąd, kłamię, a potem UDERZAM ich w głowę.”
• Netanyahu dążył do utrzymania kontroli Hamasu nad Gazą i kontroli Fatahu nad Zachodnim Brzegiem, aby uniemożliwić im zjednoczenie.
• Netanyahu zorganizował dla Hamasu otrzymywanie 35 milionów dolarów miesięcznie z Kataru
—walizki z 35 milionami dolarów w amerykańskiej walucie, co miesiąc.
„Ponieważ Katar go znał, kazał mu złożyć wniosek na piśmie, ponieważ wiedzieli, że będzie kłamał w przyszłości.”
Rezultat? Ponad miliard dolarów trafił do rąk Hamasu… –

Rosja ostrzega USA przed wysyłaniem tysięcy żołnierzy w pobliże swoich granic: NATO zmierza w kierunku „samobójczego konfliktu”

Getty Images

Rosja ostrzega USA przed wysyłaniem tysięcy żołnierzy w pobliże swoich granic: NATO zmierza w kierunku „samobójczego konfliktu”.

Autorstwa Tylera Durdena

Rosja jest głęboko zaniepokojona planami USA dotyczącymi rozmieszczenia tysięcy dodatkowych żołnierzy na wschodniej flance NATO w Polsce. Moskwa uznała doniesienia z Waszyngtonu za niedopuszczalne i ostrzegła przed dalszą eskalacją wojny na Ukrainie.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa oświadczyła w czwartek na konferencji prasowej, że wysłanie dodatkowych żołnierzy amerykańskich do Polski „doprowadziłoby do eskalacji napięć w całej Europie” i że Moskwa będzie zmuszona podjąć „działania odwetowe”.

Jednocześnie przyznała, że ​​przesunięcie około 5000 żołnierzy z Niemiec do Polski jest zasadniczo sprzeczne z wcześniej ogłoszonymi planami redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Jej zdaniem, faktyczna redukcja obecności wojsk amerykańskich w Europie byłaby, ogólnie rzecz biorąc, „rozsądnym, uzasadnionym i dawno spóźnionym” krokiem w kierunku stabilizacji „niezrównoważonej” sytuacji bezpieczeństwa stworzonej przez NATO i politykę Zachodu.

Kilka tygodni temu Biały Dom zagroził znaczącą i historyczną redukcją wojsk w Niemczech po tym, jak przedstawiciele niemieckiego rządu wielokrotnie krytykowali wojnę USA i Izraela z Iranem. Początkowo media przedstawiały to jako element szerszego wycofania wojsk z Europy. Jednak obecnie wydaje się, że siły amerykańskie zostaną jedynie przegrupowane – 5000 żołnierzy ma podobno zostać przesuniętych bliżej granicy z Rosją.

Według Zacharowej, rozmieszczenie dodatkowych wojsk w Polsce może skłonić Rosję do podjęcia „środków wojskowo-technicznych”. W najbardziej prowokacyjnym fragmencie swojego oświadczenia ostrzegła, że ​​NATO popycha kontynent europejski w stronę „samobójczego” konfliktu.

Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 000 żołnierzy amerykańskich w ramach systemu rotacyjnego. Nowe rozmieszczenie z Waszyngtonu zwiększyłoby tę liczbę o kilka tysięcy. Łącznie w Europie przebywa obecnie około 80 000 żołnierzy amerykańskich.

Polska graniczy bezpośrednio z rosyjską enklawą Kaliningrad. To nasila obawy Moskwy dotyczące potencjalnych celów wojskowych i aktywności dronów.

Zacharowa wyjaśniła:

„Rozmieszczenie dodatkowych sił zbrojnych USA w Polsce może doprowadzić do jakościowej eskalacji napięć między Rosją a Zachodem i zmusić Moskwę do podjęcia działań odwetowych”.

Wyjaśniła również, że liczba ataków dronów na terytorium Rosji z kierunku Europy i państw Europy Północnej rośnie.

Moskwa wyraziła również obawy, że ukraińskie drony mogłyby wykorzystywać przestrzeń powietrzną państw bałtyckich lub innych krajów europejskich do ataków na cele w Rosji. Twierdzenie to zostało odrzucone zarówno przez Kijów, jak i trzy państwa bałtyckie.

Warszawa natychmiast zareagowała na rosyjskie oskarżenia.

Szef polskiego MSZ Maciej Wewiór powiedział polskiej agencji prasowej PAP, że obecność wojsk sojuszniczych w Polsce jest „koniecznym wzmocnieniem wschodniej flanki NATO” w odpowiedzi na działania Rosji na Ukrainie i „eskalację retoryki” Kremla wobec sojuszu.

Wewiór dodał, że „prawdziwym źródłem eskalacji i napięć w Europie” pozostają „nielegalne i agresywne działania militarne” Moskwy, a nie środki podejmowane przez państwa NATO w celu ochrony swoich ludności i granic, które uważał za uzasadnione.

Źródło: Rosja ostrzega USA przed wysłaniem tysięcy kolejnych żołnierzy w pobliże swoich granic: zmierzamy w kierunku „konfliktu samobójczego”

Hucpa i wojna symboli. Dugin.

multipolarpress.com/p/chutzpah-and-the-war-of-symbols

[tłumaczenie – Grok, trochę poprawione. md]

Alexander Dugin potępia ukraiński atak, w którym zginęło 21 studentów, i ostro krytykuje nadmiernie moralistyczne podejście Rosji do wojny, wzywając do zdecydowanego zwycięstwa, strategicznej bezwzględności i fundamentalnej zmiany sposobu prowadzenia konfliktu.

Rozmowa z Alexandrem Duginem w programie telewizyjnym Sputnik „Eskalacja”.

Prowadzący: 22 maja Siły Zbrojne Ukrainy dokonały potwornego ataku terrorystycznego: w Starobielskim Kolegium Pedagogicznym Uniwersytetu Państwowego w Ługańsku zginęło 21 osób. W każdej takiej sytuacji pierwsze pytanie brzmi: dlaczego? Bo nawet za tak potwornymi zbrodniami zwykle stoi jakiś cel. Alexander Gelyevich [Dugin], z Twojego punktu widzenia — dlaczego to zrobili?

Alexander Dugin:

Mamy teraz do czynienia z wojną, w której ogromną rolę odgrywają symbole. W każdej wojnie cele symboliczne, działania i gesty mają wielkie znaczenie, ale w naszych czasach być może mają znaczenie główne. Nie ma znaczenia, co naprawdę się stało, kto w co trafił i co osiągnięto — liczy się symboliczne znaczenie, jakie w to wkładają. Właśnie w tej „wojnie symboli”, moim zdaniem, należy rozumieć ten potworny atak terrorystyczny, tę zbrodnię przeciwko ludzkości, przeciwko życiu, przeciwko młodzieży, dokonaną przez ukraińskich nazistów.

Oczywiście nie było w tym żadnego sensu militarnego. Niemniej jednak uderzyli precyzyjnie, wielokrotnie, w kilku falach. Przede wszystkim wyrażamy kondolencje rodzinom ofiar, Ługańskiej Republice Ludowej, Noworosji, Donbasowi i całemu naszemu narodowi — bo to są nasze dzieci. Zginęły nasze córki i nasi synowie, którzy nie zdążyli jeszcze osiągnąć niczego znaczącego w życiu, którzy dopiero się do tego przygotowywali. W tych czternasto- i piętnastolatków zainwestowano już tak wiele, tyle życia już przeżyli — i zginąć, zanim zdążyli się rozwinąć, to być może najstraszniejsze ze wszystkiego.

Starzy wierzyli, że nie ma większej kary dla człowieka niż pochowanie własnych dzieci. W języku nie ma nawet na to słowa: „wdowa” to ta, która straciła męża, „wdowiec” — żonę, „sierota” — rodziców. Ale dla tego, kto stracił dzieci, ludzki język nie ma słowa, bo jest to coś nienaturalnego i nie do zniesienia bolesnego. I oni zrobili to świadomie.

Próbuję odtworzyć logikę tej diabelskiej świadomości, naszego ontologicznego wroga, tej szatańskiej siły, z którą walczymy. Najwidoczniej zobaczyli, jak działali Izraelczycy i Amerykanie, uderzając na przykład w szkoły dziewczęce, i wyciągnęli wniosek, że demonstracja absolutnej pogardy dla wszelkich ludzkich norm jest oznaką siły.

Nieprzypadkowo gloryfikują nazistów — Banderę, Szuchewycza i wszystkich przestępców oraz łotrów zakazanych w Federacji Rosyjskiej. W istocie na Ukrainie ustanowiono neonazistowski reżim, a jedną z cech nazizmu było świadome odrzucenie humanizmu we wszystkich jego formach: nie ma nic świętego; jeśli to wróg, musi zostać zniszczony, nawet dzieci.

Jest w tym coś starotestamentowego. Nieprzypadkowo dziś także Izrael wyróżnia się bezgranicznym, całkowicie nieludzkim, diabelskim okrucieństwem. W Starym Testamencie, niestety, spotykamy historie, w których wrogów wyniszczano całkowicie, wraz z kobietami, dziećmi i starcami. To staje się normą współczesnych wojen — świadome przekraczanie granicy człowieczeństwa dla sake nowej symboliki: ten, kto ma rację, to ten, kto jest silny, kto może zrobić coś niewiarygodnego i nic mu za to nie będzie.

W amerykańskim slangu, opartym na żydowskim żargonie, istnieje termin „chutzpah”. Co to oznacza? To gdy przestępca schwytany na miejscu morderstwa lub gwałtu zaczyna dziko wrzeszczeć, że to ten, który pierwszy wszedł do pokoju, popełnił zbrodnię. Mówi z taką bezczelnością, zuchwałością i wewnętrznym przekonaniem, że to on jest niewinną ofiarą, a prawdziwy świadek jest katem, że nawet paraliżuje ludzi. To nieskończona, sadystyczna agresywność połączona z pragnieniem wzbudzenia litości dla siebie i zrzucenia winy na niewinnego. I cieszenia się, gdy tego niewinnego się straci.

To właśnie „chutzpah” demonstruje dziś Izrael: im więcej palestyńskich dzieci zabijają, tym głośniej wrzeszczą o wzroście antysemityzmu na świecie i o tym, że są ofiarami niesprawiedliwości. Im więcej zbrodni — tym głośniejszy wrzask. A ukraińscy naziści postępują dokładnie tak samo. To jest prawdziwa chutzpah.

Czyli popełnić potworną zbrodnię na oczach całego świata, obwinić o nią same ofiary, a potem, jakby nigdy nic, prosić o wsparcie, by kontynuować w tym samym duchu. Tym właśnie wyróżniają się zarówno Unia Europejska, Stany Zjednoczone, jak i Trump, który porywa przywódców, niszczy kierownictwo suwerennych państw, a potem, jakby nigdy nic, mówi: „Doskonale się z nimi dogadywałem, osiągnięto wspaniały deal”.

Weszliśmy w erę „chutzpah”. To całkowicie nienaturalny, nieludzki model zachowania, który demonstrują Ukraińcy wraz z Izraelczykami i Amerykanami. To już stało się stylem zbiorowego Zachodu: popełnić potworną zbrodnię na oczach wszystkich, zniszczyć niewinnych z szczególnym cynizmem, a potem domagać się uwagi. Nawet nie żałują ani się nie tłumaczą — wszystko zrzucają na innych, czyniąc same ofiary winnymi. Inaczej tego wyjaśnić nie można.Oczywiście można użyć greckiego terminu hybris, ale jest on zbyt akademicki. Grecy uważali hybris za grzech tytanów, gdy nawet boscy bohaterowie robili coś niedopuszczalnego — na przykład profanowali zwłoki pokonanych wrogów, wyniszczali ich rodziny czy gwałcili żony na oczach dzieci. Kultura grecka kategorycznie to odrzucała. Można więc nadać temu naukową nazwę „hybris” albo użyć współczesnego żargonu politologicznego — „chutzpah”.

Ale jest też drugi moment symboliczny, na niższym poziomie. Kijów chce pokazać mieszkańcom wyzwolonych terytoriów, że Rosja, która przyszła ich chronić — a my absolutnie słusznie mówimy, że przyszliśmy ich chronić i tak właśnie było — rzekomo nie jest w stanie tego zrobić.

Dzieci przeniesiono dalej od linii frontu. Ługańska Republika została wyzwolona, całe jej terytorium oczyszczono z tych terrorystycznych kijowskich grup, a oni z tamtej strony mówią: „Nie, nie cieszcie się. Przyszli was chronić, ale nie potrafią was chronić”. Przyznają, że terytorium Ługańskiej Republiki Ludowej zostało wyzwolone, ale wysyłają sygnał: „Wszyscy jesteście zagrożeni, bójcie się, drżyjcie. Uwierzyliście Moskwie — macie za to; i tak nie można im ufać, i tak pozostajecie bezbronni”.

Gdyby nie ta potworna zbrodnia, w której tak cynicznie i celowo zabito dzieci, dziewczynki, być może trudno byłoby im przekazać tę symboliczną ideę, tę wiadomość. Myślę, że było to działanie świadome. Klasyfikujemy to oczywiście jako zbrodnię wojenną i akt terroru. I jest to absolutnie słuszne. Przyciągamy uwagę społeczności międzynarodowej. Ale kogo chcemy przekonać? Tych, którzy z nami walczą? Tych, którzy to wszystko rozpoczęli, którzy uzbrajali i nadal uzbrajają nazistowski kijowski reżim po zęby, którzy podsuwają im takie symboliczne ruchy, będące przykładem zachowania z punktu widzenia „chutzpah” czy „hybris”? Z kim właściwie rozmawiamy?

I tu oczywiście pytanie jest bardzo poważne. Symboliczne cele, które sobie postawili, niestety zostały osiągnięte. To nie jest porażka, nie jest usterka, nie „się pomylili”. To część strategii symbolicznej wojny, którą prowadzą przeciwko nam, i należy oczekiwać kontynuacji eskalacji właśnie takich symbolicznych działań. Zwróćcie uwagę na ich precyzyjne ataki terrorystyczne na początku wojny, w których zginęła moja córka — uderzenie było skierowane przeciwko mnie — potem zabito Vladlena Tatarskiego, a celem był Zachar Prilepin. Te punktowe uderzenia miały czysto symboliczne znaczenie — nie w wojskowych specjalistów, nie w cele wojskowe. Uderzali w ludzi, którzy ucieleśniali ideę.

Zniszczenie naszych dzieci na oczach wszystkich jest także częścią tej symbolicznej strategii. W tym tkwi groza sytuacji. Projektujemy na naszych wrogów nasze własne postawy moralne i etyczne, ale oni ich nie mają. To społeczeństwo się zmieniło; przez te lata stało się naprawdę nazistowskie, rusofobiczne i rasistowskie z jednej strony, a liberalne i zachodnie z drugiej. Te rzeczy się nie wykluczają, lecz przeciwnie — uzupełniają się. Zamienili się w mieszankę tej niewiarygodnej zachodniej cywilizacji kłamstwa, w którą są zintegrowani. Ponadto jest to rodzaj poligonu doświadczalnego dla potwornych działań, które Zachód prowadzi nie tylko na Ukrainie. I tu pojawia się pytanie: jak na to odpowiedzieć?

Prowadzący: Właśnie tu wpada pytanie od słuchacza, związane z tym: „Cztery lata maratonu nienawiści, wszelkich możliwych historii o Rosjanach, o naszej armii. Jak będziemy w przyszłości współistnieć z takimi »ludźmi«?”

Alexander Dugin: To zasadne pytanie, rozumiem je, ale na razie nie mówmy za dużo o przyszłości, bo potrzebujemy Zwycięstwa. I ta przyszłość zostanie właśnie określona w trakcie naszego zwycięstwa. Teraz nawet myślenie o tym jest nieodpowiedzialne: jak będziemy żyć, kim są ci ludzie, jak to się ułoży — wszystko to zależy od tego, kiedy, jak i w jakiej formie wygramy tę wojnę. A to na razie pytanie otwarte.

W zależności od tego, jak będzie wyglądać nasze zwycięstwo — czy całkowite, gdy ostatecznie wyzwolimy Ukrainę od tej nazistowskiej bestii, czy częściowe — od tego wszystkiego zależy. Czy wyzwolimy Noworosję, czy weźmiemy Kijów, czy całe terytorium, czy zostawimy zachodnie regiony. Od tych parametrów, od formatów zwycięstwa zależy odpowiedź na pytanie słuchacza. Jak mamy z nimi postępować? Nie wiadomo, kim będą ci „oni” po naszym zwycięstwie. Czy w ogóle pozostaną jako tacy? Czy będą mieć państwowość? Jakąkolwiek reprezentację polityczną czy społeczną? Jeśli staną się naszymi obywatelami, to nosicieli takich cech będziemy traktować po prostu jako przestępców, maniaków, chorych psychicznie — to zupełnie inna sprawa.

Albo będziemy uważać ich za jakąś państwowość i zawierać z nimi umowy. To wszystko jest generalnie pytaniem otwartym. Moim zdaniem pytanie o naszą odpowiedź sprowadza się do tego, że całkowicie nie rozumiemy symboliki nowych wojen. Kierujemy się naszą własną wewnętrzną etyką i wewnętrzną logiką, ale nie bierzemy pod uwagę symboliki. I to jest bardzo poważny błąd.

Możemy zadać najcięższe straty i uderzyć w wroga — zarówno w odwecie, jak i wyprzedzając jego działania, karząc go lub po prostu realizując plany naszej specjalnej operacji wojskowej — ale potem nic o tym nie mówić, nic nie pokazać i skierować zarówno uwagę publiczną, jak i nasze rakiety w złym kierunku. W ten sposób w zasadzie nie angażujemy się i nie wykorzystujemy arsenału symbolicznej wojny i symbolicznych środków.I to jest niewątpliwie ważne: chodzi o nagrania, o narracje, o liczne strumienie informacyjne, które musimy kierować do globalnej społeczności, nawet gdy te kanały są wszędzie blokowane. Ale muszą być dobrze skonstruowane, muszą trafiać w symboliczne cele i tworzyć potężne obrazy.

Ta symboliczna wojna jest nie mniej ważna. Zwróćcie uwagę: po naszych uderzeniach, naszych odwetowych uderzeniach, Ukraińcy w zasadzie nic sensownego nikomu nie powiedzieli. Nic szczególnego nie pokazali, nie krzyczeli: „Dajcie nam nowe wsparcie!” Mówią to codziennie i tak.Jeśli spojrzymy na to, co mówili tydzień temu — jest dokładnie tak samo. W rzeczywistości wszystko jest tak samo. A co my osiągnęliśmy? W wielkim obrazie nie przestraszyliśmy ani Ukraińców, ani Zachodu. Nie trafiliśmy w ani jeden symboliczny cel.Chcę podkreślić, że to nie jest krytyka. Po prostu mówię o symbolicznej wojnie. Możliwe, że trafiliśmy w bardzo ważne cele wojskowe. Problem w tym, że prawie nikt o tym naprawdę nie wie — ani nasza ludność, ani Zachód, ani nawet sami Ukraińcy. Bo wojna symboli to zupełnie co innego. Działa na zupełnie innym poziomie.I jeśli używamy jakiejś bardzo poważnej broni i zadajemy znaczący cios wroga, to przede wszystkim — nie drugorzędnie, lecz na pierwszym miejscu — musi to być atak medialno-informacyjno-symboliczny. Czyli muszą zostać dotknięte jasne, globalnie rozpoznawalne osobowości, międzynarodowo zrozumiałe budynki, cele, ludzie i struktury.

Na przykład: rakieta „Orzesznik” trafia nie w lotnisko w Białej Cerkwi, lecz w Majdan Niepodległości — i w miejscu Majdanu jest ogromny krater. Tam się to wszystko zaczęło, całe to nazistowskie plugastwo na Ukrainie. I teraz każdy, kto tam przyjdzie, każdy odwiedzający spotyka się z tym ogromnym kraterem. A tuż obok — zniszczony budynek Rady i w efekcie pozostałości ukraińskiego kierownictwa politycznego. To byłby symboliczny akt, który mógłby naprawdę odpowiedzieć za zbrodnię tego samego rodzaju. Pozostałby widoczny. Bardzo trudno byłoby go nie zauważyć, bo każda wizyta zagranicznych delegacji zaczynałaby się właśnie od tego.

Albo uderzenia powinny być przeprowadzane na takie krytyczne węzły logistyczne, że zachodnia broń po prostu fizycznie nie byłaby w stanie dotrzeć na Ukrainę. Są bolesne punkty, które oprócz nowej fali nienawiści do nas i zwykłych zachodnich ofert dalszej pomocy Ukrainie wywołałyby też inną reakcję — grozę przed nami, strach przed dalszą eskalacją i jasne zrozumienie, co będzie następnym krokiem.

Czyli: teraz likwidujemy kilku ukraińskich przywódców, Majdan już nie istnieje, Rady Najwyższej już nie ma, być może Jermaka czy jakiejś innej postaci już nie ma — nie ma znaczenia, czy byli aktywni, czy czysto symboliczni. I ta „czarownica”, która za nimi stała, też być może już nie istnieje.

I gdy po naszej nocnej, porannej czy dziennej operacji takie symboliczne postaci, obiekty, modele infrastruktury i systemy przestają istnieć — wtedy naprawdę przesuwamy figury na szachownicy symbolicznej wojny. Rozumiem, że chcemy mówić, iż uderzamy tylko w cele wojskowe, ale to na nikim nie robi wrażenia. Więc planujmy nasze uderzenia na cele wojskowe w taki sposób, by nad tymi obiektami unosiły się przerażające, ciężkie i złowrogie chmury. Będziemy uderzać w cele wojskowe, ale chmury wzniosą się w sferę symboliczną i nie będzie można ich zignorować.

Porównajcie obrazy, które pokazali nam po uderzeniu na Kijów, z tym, co widzimy w Gazie, w Iranie czy nawet w Libanie — i zgodzicie się, że w końcu jest to nieprzekonujące. Po prostu nieprzekonujące. Zwłaszcza że wszystko jest pokazywane jakoś ukradkiem, pod stołem… Znajdźmy sposoby, by pokazać: Kijów płonie, Kijów już nie istnieje taki, jaki był, Rady nie ma, tu był plac Majdanu — a teraz jest krater!..

Są nawet sposoby, by to pokazać bez robienia tego w pełnej rzeczywistości, rozumiecie? Właśnie pokazywanie tego na poziomie symbolicznej wojny jest konieczne i jest najważniejszym rezultatem.

Prowadzący: Mam jeszcze jedno pytanie związane z tą zbrodnią. W Stanach Zjednoczonych istnieje firma Palantir. Między innymi rozwija oprogramowanie do broni z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. A Ameryka w kontekście konfliktu irańskiego powiedziała, że testuje broń z AI — wtedy był atak na irańską szkołę dziewczęcą. Dwa tygodnie temu szef Palantiru przyjechał do Kijowa i otwarcie stwierdził, że Ukraina planuje i integruje sztuczną inteligencję tej firmy do planowania uderzeń głęboko na terytorium Rosji. A potem — następuje uderzenie na kolegium w Starobielsku. Czy to zbieg okoliczności, czy sztuczna inteligencja w tym przypadku działa jako rodzaj napędu tych strasznych wydarzeń, jeśli można tak to nazwać?

Alexander Dugin: Myślę, że sztuczna inteligencja jeszcze nie podejmuje w tych wojnach w pełni samodzielnych decyzji. Jest używana instrumentalnie, nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie oznacza to, że tak będzie zawsze lub jeszcze długo. W pewnym momencie będzie naprawdę zdolna nie tylko obliczać cele, ale też odpalać uderzenia. Na razie jestem przekonany, że to nie istnieje, nawet w formie eksperymentalnej. Może doradzać, rekomendować, ale ostateczną decyzję nadal podejmuje operator — czyli czynnik ludzki.

Niemniej jednak symboliczna wojna, o której mówiłem, jest także rozumiana i przetwarzana przez sztuczną inteligencję. AI jest już całkiem zdolna do jej pojmowania i oceny. Przy okazji, aktywnie z nią pracuję filozoficznie, używając różnych modeli. Niektóre modele są tak zaawansowane, że już daleko przewyższają poziom kandydata nauk w produktywności całych instytutów, i to w najbardziej poważnych dziedzinach. Czyli ma rozumowanie — zdolność do rozumowania.

Tym właśnie zajmuje się Palantir i Alex Karp (który przyjechał spotkać się z przywódcą ukraińskich nazistów, Zełenskim). To sztuczne rozumowanie, ta zdolność myślenia, jest całkiem wystarczająca, by sztuczna inteligencja zamieniła symboliczną wojnę w dość jasną mapę, system orientacji i priorytetów. Ale by wycelować rakietę w niemilitarny budynek, kolegium zawodowe, w którym mieszkają przyszli nauczyciele, sztuczna inteligencja nie jest potrzebna — to dość prosto zorganizować.

Ściśle mówiąc, sztuczna inteligencja (nie wykluczam tego) mogła powiedzieć, że ta akcja będzie przydatna przede wszystkim do zademonstrowania tego, o czym mówiliśmy: „Rosjanie przyszli nas ratować, ale nie potrafili nas uratować”. To bardzo poważny moralny i psychologiczny cios. Po drugie, jest potrzebna, by sprowokować jakąś ostrą odpowiedź, która, choć poważna, nie uderzy w naprawdę ważne cele symboliczne — a potem mogliby prosić o nową broń, wywołać nową falę protestów i wsparcia Zachodu, nawet jeśli nic naprawdę decydującego by się nie stało. To też można obliczyć.

A sztuczna inteligencja może obliczyć naszą logikę i naszą psychologię: że nie zniszczymy Rady, że nie uderzymy w Majdan prawdziwym „Orzesznikiem”, że znajdziemy nowe cele wojskowe i uderzymy właśnie w nie.

W wielkim obrazie jest to przemyślany krok w stronę eskalacji bez większych strat dla nich. To przemyślany krok, by zadać nam symboliczne i moralne szkody, podczas gdy naszą reakcję — zwłaszcza w sferze humanitarnej — można łatwo zignorować.

I wszystko to sztuczna inteligencja jest w stanie obliczyć w ułamku sekundy. Czego nie rozumiem, to dlaczego my nie zadajemy jej pytania: co my moglibyśmy zrobić? Dlaczego nie skonsultować się ze sztuczną inteligencją?Na razie jest ona stosunkowo neutralna, i do tego nie potrzeba Alexa Karpa ani Palantiru — każdy nowoczesny model AI można spokojnie użyć, by ustawić parametry: „Prowadzimy symboliczną wojnę z Ukrainą”.

Prowadzący: Być może przeważa tu w jakimś stopniu komponent etyczny?

Alexander Dugin: No oczywiście. Czyli my z tego nie korzystamy. Komponent etyczny przeważa u nas we wszystkim i czasem powołujemy się na niego, by usprawiedliwić nasze porażki. To niedobrze. Etyka to etyka, moralność to moralność. Nie jesteśmy jak oni — to jasne. Ale najpierw wygrywajmy, a potem możemy być inni niż oni.

Jeśli ani nie wygrywamy, ani nie jesteśmy inni niż oni, to pojawiają się pytania do wszystkich. Absolutnie wszystkich. Pojawiają się w naszym własnym społeczeństwie: dlaczego nie wygrywamy? Co to za moralność, która wymaga od nas takich ofiar i nadal nie potrafi złamać oporu wroga? Nasza moralność jest odczytywana na Ukrainie jako słabość i jest mnożona wiele razy. Nasze zasady moralne są postrzegane przez Zachód jako możliwość przesuwania czerwonych linii, ignorowania wszelkich porozumień, wysadzania i zabijania kogokolwiek chcą, wiedząc, że nic im za to nie będzie.

I tak stopniowo to, co jest moralnością na poziomie ludzkim, zamienia się po prostu w nieadekwatne zachowanie na poziomie polityki.

Kiedyś — nie lubię o tym szczególnie mówić, ale jednak — był znakomity (choć raczej złowrogi) filozof polityki, Niccolò Machiavelli. W swoim słynnym dziele Książę, które nadal studiuje się na wszystkich wydziałach politologii, napisał, że istnieją dwie moralności: moralność zwykłego człowieka i moralność władcy, księcia. Dla zwykłego człowieka bezwzględne przestrzeganie zasad etycznych i moralnych jest absolutnie konieczne i nic nie jest od tego wyższe — inaczej społeczeństwo popadnie w chaos. Ale dla władcy logika jest nieco inna. Dla władcy pierwotną koniecznością jest zapewnienie suwerenności, dobrobytu, wolności i niepodległości swojej Ojczyzny. Jego osobiste cechy moralne są drugorzędne. Bo co z tego, jeśli jest dobrym, cnotliwym obywatelem, ale zawiedzie swoje państwo, które potem stanie się łatwą zdobyczą o wiele okrutniejszego i bardziej cynicznego sąsiada? Po prostu zawiedzie w najważniejszej sprawie — w końcu powierzono mu życie wielu. Dlatego Machiavelli mówił, że nie ma prawa być miłym; nie ma prawa przestrzegać zasad osobistej moralności, jeśli stoi to w sprzeczności z interesami państwa.

W naszej historii widzimy bardzo jaskrawy przykład tego, jak społeczeństwo rozumie ten problem. W XX wieku mamy wspaniałego, cnotliwego, głębokiego i świętego człowieka — Mikołaja II, naszego zamordowanego Cara, męczennika i patrona ziemi rosyjskiej. Jego cnotliwe postępowanie, w tym niechęć do poważnego i twardego przeciwstawienia się wrogom wewnętrznym i zewnętrznym, gdy było to konieczne, doprowadziło Rosję do takiej katastrofy, że przelano morza krwi, a miliony ofiar stały się, jeśli chcecie, ceną za jego pobożność.

A mamy inną postać — Józefa Stalina, człowieka surowego i skrajnie okrutnego. Z indywidualnego punktu widzenia trudno nawet opisać brutalne decyzje, które podejmował. Ale pomnożył naszą suwerenność i umocnił nasze państwo. Ludzie nie oceniają ich po cechach osobistych — oceniają ich jako książąt.

Mikołaj II jako książę był niestety całkowicie nieudolny, podczas gdy skrajnie surowy tyran Stalin pozostaje do dziś obiektem najgłębszego szacunku, uwagi i miłości narodu, który ocenia według zupełnie innych standardów i kryteriów.

W żadnym wypadku nie usprawiedliwiam ani Machiavellego, ani tego podejścia dwóch moralności. Uważam, że lepiej próbować połączyć oba. Ale w niektórych przypadkach pytanie staje się ostre. Ci, którzy przede wszystkim dbają o ratowanie swojego osobistego wizerunku moralnego i pobożności, lepiej niech idą do klasztoru — to wspaniała rzecz. W takim przypadku idźcie do Boga, całkowicie Mu się powierzcie i przekażcie rządy kraju tym, którzy rozumieją znaczenie i odpowiedzialność zachowania suwerenności. Tu moralność władzy i moralność społeczeństwa naprawdę się różnią; nie ma między nimi bezpośredniej odpowiedniości.

Nie usprawiedliwiam ani nie potępiam nikogo. Uznaję świętość naszego cara-męczennika i jestem bardzo krytyczny wobec Stalina, który wyrządził naszemu narodowi wiele zła. Ale jeśli weźmiemy rzeczy w kategoriach absolutnych: w jednym przypadku mamy sukces polityczny, silne niepodległe państwo, broń jądrową, pół świata pod kontrolą i sprawiedliwość społeczną. Naród dostaje dwie rzeczy życiowe — suwerenność przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrzną sprawiedliwość. Za jaką cenę? Straszliwą, ogromną cenę. Ale ogólnie jest to historyczny plus.

Jeśli z najlepszych intencji i ze strachu przed surowymi działaniami pozwolimy społeczeństwu się zdegradować, suwerenności osłabnąć, a wrogowi zadać strategiczną porażkę, to żadne rozważania moralne tego nie usprawiedliwią.To lekcja historii i lekcja filozofii polityki. I w tej chwili wydaje mi się, że trochę się pogubiliśmy właśnie w tym punkcie: gdzie niepotrzebnie się ograniczamy, a gdzie jest prawdziwa granica naszych możliwości? Ale jeśli przestaniemy się ograniczać, te możliwości się pojawią. Musimy tylko spojrzeć, co musimy zrobić, co dodać, uzupełnić, rozwinąć i wdrożyć, by osiągnąć nasze decydujące, silne, jaskrawe i przekonujące zwycięstwo nad Zachodem na Ukrainie — a potem na nowo przemyślimy to, co już mamy. To jest ważne.

Jeśli wychodzimy z założenia zwycięstwa — projekt „Zwycięstwo”, kropka — to od tego zwycięstwa, przez rodzaj inżynierii odwrotnej, przez odwrotną temporalność, o której teraz mówi się w strategii wojskowej, zrozumiemy zasoby, które obecnie posiadamy, na nowo je przemyślimy, uświadomimy sobie, czego nam brakuje, i oczywiście skupimy na tym uwagę.

Ale jeśli zadaniem jest chronienie społeczeństwa przed pełnym uświadomieniem sobie, że jest zarówno na wojnie, jak i nie na wojnie, bez uznania powagi sytuacji historycznej, w jakiej znalazła się Rosja — jeśli trzeba utrzymywać pozory porządku, spokoju i pokojowego życia — to wydaje mi się, że jest to całkowicie demotywujące i demoralizujące. Do tego dochodzi te ciągłe obietnice zawieszenia broni. Dzięki Bogu, ludzie chyba zapomnieli o Anchorage. Ale ludzie na linii kontaktu, którzy codziennie poświęcają życie, słyszą, że zawieszenie broni jest tuż za rogiem. Nikt nie chce umrzeć w ostatnim dniu wojny — a jednak to „ostatni dzień” jest ciągle nadawany i ogłaszany.

Ta historia z Anchorage ciągnie się już prawie rok, od sierpnia zeszłego roku. Z symbolicznego punktu widzenia jest to całkowicie nieadekwatna kampania.Dlatego byłbym bardzo ostrożny z moralnością. Tak, nie jesteśmy jak oni. Tak, nie chcemy szkodzić cywilom. Ale spójrzcie: gdy nasze rakiety są zestrzeliwane, a odłamki obrony przeciwlotniczej spadają na budynki mieszkalne — widzieliśmy to w Kijowie. Czy naprawdę myślicie, że jakikolwiek Ukrainiec uwierzy, że to ich własna obrona przeciwlotnicza? Oczywiście, że nie. Bo wszystkich od razu umieszcza się w gotowym kontekście, że Rosjanie to łajdacy. W końcu nie chcieliśmy nikogo trafić, jesteśmy uczciwi wobec siebie, ale cała ukraińska ludność i cały świat wierzy, że nasze rakiety celowo uderzyły w domy cywilne.

Prowadzący: Bo przekonująco im to mówią.

Alexander Dugin: Właśnie — bo to jest symboliczna wojna, dlatego przekonująco im to mówią. I nie tylko mówią, ale przekonująco — bo to jest właśnie ta zupełnie nowa sfera wojny informacyjnej, której my, wybaczcie, nie prowadzimy na właściwym poziomie. Właśnie dlatego, że jesteśmy dobrzy, mili, uczciwi, szczerzy i prawdziwi. Tak, wszystko to jest słuszne. Szczerze wierzę, że nasze państwo i nasz naród obecnie ucieleśniają prawdę w tej niezwykle trudnej i złożonej globalnej sytuacji. Tak, jesteśmy biegunem prawdy. Tak, walczymy o prawdę, światło i sprawiedliwość, i nie tylko o własne interesy. Mamy w tej wojnie świętą misję. Więc mówmy o tym, wyjaśnijmy to i — co najważniejsze — przejdźmy do potężnych akordów symbolicznej wojny.

Powiedziano im, że domy cywilne trafione rakietami zostały uderzone przez Rosjan. Tam też wyciągają ludzi spod gruzów — prawdopodobnie martwe dzieci — i robi to bardzo silne wrażenie. I właśnie to jest pokazywane wszędzie. Ale dopóki Rada jeszcze stoi, dopóki po Majdanie chodzą ludzie i jeżdżą samochody, nie mamy symbolicznego argumentu. Gdyby tam był krater, wszelka zachodnia propaganda informacyjna po prostu by zamarła. Ale dopóki w ich świadomości „Rosjanie uderzają w obiekty cywilne” — tak właśnie to formułują, choć to ich własna obrona przeciwlotnicza powoduje te ofiary — nikt nie uwierzy w nic innego. I nie będziemy w stanie do nich dotrzeć. Bo ich kanały docierają do nas, ale nasze ledwo do nich.

I tak jest ze wszystkim. Nie potrafimy nawet porządnie nastawić się na zwycięstwo. Sami demonstrujemy w rozmowach z własnym narodem pewną połowiczność i niezdecydowanie. Musimy teraz zdecydowanie wszystko zmienić. Jest oczywiste, że by wygrać, kraj musi bardzo dużo zmienić. Musimy o tym myśleć, musimy to zrobić i musimy też nadać temu wymiar symboliczny. A my na coś czekamy. Tego nie da się już wyjaśnić moralnością.

Prowadzący: Więc może na to właśnie czekamy? Ostatnio coraz częściej mówi się, że Białoruś jest zagrożona wciągnięciem w konflikt. Ukraina już buduje okrężne umocnienia w obwodzie wołyńskim, Zełenski bezpośrednio grozi, a Łukaszenka przyjmuje białoruskich opozycjonistów (w cudzysłowie). Być może to stanie się spustem, gdy zaczną się prowokacje wobec Białorusi?

Alexander Dugin: Po pierwsze, tak jest od samego początku wojny — już w 2022 roku ciągle o tym mówili. Myślę, że nic to nie zmieni. A co by zmieniło? Tak, Łukaszenka jest po naszej stronie, nas wspiera. Dostarczyliśmy temu krajowi broń jądrową. To nasz najbliższy sojusznik, w zasadzie jedno wschodniosłowiańskie, eurazjatyckie terytorium, część naszego większego świata rosyjskiego. No i co? Czy nasze codzienne doświadczenia nie wystarczą? Czy nasze straty nie wystarczą?

Nic się nie zmieni, jeśli to się zacznie. Przy okazji Łukaszenka nie chce być wciągany w ten konflikt — unika go na wszelkie sposoby. Być może ma rację ze swojego punktu widzenia. Wydaje mi się, że to niczego by nie rozwiązało. Oczywiście prawdopodobieństwo wciągnięcia Białorusi w konflikt zawsze istniało, ale nic by nie zmieniło — ludność tam nie jest taka duża. Jeśli Białoruś dołączy, może stać się spustem dla krajów europejskich, krajów UE — bezpośrednio Polski na przykład czy państw bałtyckich. Dostalibyśmy nowe fronty, praktycznie gwarantowane uderzenie na Kaliningrad. I co by to zmieniło?

W rzeczywistości wszystko już się stało — o to chodzi. Po prostu nie ma na co więcej czekać. Wydaje mi się, że gdzieś w naszej świadomości, na dość wysokim poziomie, klatka się zatrzymała. Coś zamarzło w rozumieniu sytuacji historycznej, w jakiej się znajdujemy — rodzaj zamrożonej klatki. Ale to już wszystko się stało, już wszystko tu jest. Nie ma na co więcej czekać. Poważne, decydujące działania nie powinny być podejmowane w odpowiedzi na kolejną zbrodnię. W każdym razie nikogo nie przekonamy, że mieliśmy podstawy do tego czy tamtego. Jakie podstawy mieli Stany Zjednoczone, by zniszczyć całe kierownictwo polityczne, religijne i wojskowe suwerennego, dużego kraju jak Iran, który nic Stanom nie zrobił? Jakie mieli uzasadnienie?

Prowadzący: Na poziomie podstawowym jest to postrzegane jako „oni mogą, więc robią”.

Alexander Dugin: Dokładnie. Ale dla nas — i nie tylko dla nas — jest to postrzegane na tym poziomie jako: „My nie możemy, albo się boimy, albo od kogoś zależymy, albo mamy z kimś porozumienie, albo wszędzie są agenci”. Tak to wygląda. I dlatego nic nie robimy. Jeśli nie robimy, to znaczy, że nie możemy. A jeśli nie możemy — no to przepraszamy. Jeśli nie mogliśmy, ale jednak zaczęliśmy, to powinno być nam bardzo źle. Ale skoro już zaczęliśmy, to przede wszystkim mogliśmy i musimy być w stanie kontynuować. Nie ma drogi powrotnej.

Wydaje się, że wciąż możemy z kimś dojść do jakiegoś porozumienia. To absolutnie błędne. Alex Karp, szef Palantiru, który przyjeżdża do Kijowa — to nie jest Unia Europejska, to najczystsze trumpiści, tak jak Peter Thiel i inni podobni konserwatywni trumpiści. To nie jest jakaś oddzielna, inna siła. To jest zbiorowy Zachód, w tym Stany Zjednoczone. Naiwne i bezsensowne jest wierzenie, że Trump jest naszym zbawieniem i że wyjdzie nam naprzeciw. Nie wyjdzie. Tak, jego priorytetem nie jest Rosja, lecz Iran. Ale w każdym razie mogą nas wykorzystać, by zmienić fokus po porażce z Iranem.

Bo Iran, przy okazji, jest wspaniałym przykładem: Iran, nie będąc w stanie zadać symetrycznego uderzenia w Amerykę, uderzył w jej proxy i poradził sobie z tym znakomicie. Potem ogromna potęga państwa amerykańskiego wycofała się przed stosunkowo małym Iranem. Tak, ponieśli ciężkie straty, tak, oni też stracili dzieci, ale po ataku na dziewczynki w Minab zebrali się w sobie i zrobili to, co konieczne — naprawdę znaleźli słaby punkt przeciwnika.

Naszym zadaniem teraz jest zrobić to samo.Jest wiele asymetrycznych lub nawet symetrycznych odpowiedzi, które moglibyśmy podjąć. Ale z jakiegoś powodu my… Czym jesteśmy zahipnotyzowani? Dlaczego tego nie robimy? W tej chwili nikt nie ma na to odpowiedzi — ani nasi przyjaciele, ani my sami, ani nawet nasi wrogowie.

Bóg nie gra w kości: Jak Einstein przegrał główny spór w historii fizyki, ale okazał się prorokiem

Bóg nie gra w kości: jak Einstein przegrał główny spór w historii fizyki, ale okazał się prorokiem

[To tekst o filozofii fizyki. Za trudny dla laików. Sprawa JEST ZA TRUDNA DLA zwykłych fizyków. Ale usiłujemy zrozumieć choć małą część Zamysłu Boga.

Zdołałem poprawić jedynie część błędów tłumacza.. . Mirosław Dakowski. ]

Gruzji Łazariew tolk.ws/@uralets

Refleksje na temat różnych pomysłów zebranych z książek, nauki i filmów

Opublikowano 18 maja


Alberta Einsteina. Dla całego świata jest symbolem geniuszu, autorem teorii względności i formuły E=mc2. Jednak niewiele osób wie, że Einstein był najbardziej zaciekłym krytykiem mechaniki kwantowej. Tak, osoba, która otrzymała Nagrodę Nobla za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego (zjawiska kwantowego przecież !@) do końca życia, nie chciała uwierzyć, że Wszechświat został zbudowany na czystym prawdopodobieństwie.

„Bóg nie gra w kości” – to zdanie, wrzucone w spór z Nielsem Bohrem, stało się symbolem największego konfliktu intelektualnego XX wieku. W tym artykule przeanalizujemy historię eksperymentalną, która rozpoczęła się od doświadczenia psychicznego Einsteina w 1935 roku, a zakończyła na dowód najdziwniejszej cechy rzeczywistości: nielokalności.

Jak Einstein „złamał” prędkość światła jeszcze przed kłótnią

Aby zrozumieć horror Einsteina nad mechaniką kwantową, musimy pamiętać, jak „uszeregował” grawitację Newtona.

Newton wierzył w zasięgu ręki. Gdyby Słońce nagle zniknęło, wzdłuż Newton, Ziemia natychmiast wykoleiłaby się z orbity. Einstein był oburzony. Wyobraź sobie poruszającego obserwatora: dla niego efekt (odejście ziemi) może pojawić się przed przyczyną (zniknięcie Słońca). To paradoks.

Decyzja Einsteina jest ogólną teorią względności. Grawitacja nie jest siłą natychmiastową, ale krzywizną czasoprzestrzeni. Zmiany rozchodzą się jako fale z prędkością końcową (prędkość światła). Taka jest zasada lokalmności: powód zawsze poprzedza dochodzenie dla wszystkich obserwatorów. Prędkość światła jest absolutną granicą.

Po skorygowaniu grawitacji Einstein zajął się fizyką kwantową. I odkrył, że ona… naruszyła tę świętą zasadę.

Eksperyment myślowy, który przyciągnął Bohra (1927)

Słynna fotografia Kongresu Solvevsky z 1927 roku zgromadziła wszystkich ojców założycieli mechaniki kwantowej. Einstein powiedział, że teoria jest niepełna. Jego argumentacja była prosta i elegancka.

  1. Problem. Mechanika kwantowa opisuje cząstkę z funkcją falową. Prawdopodobieństwo znalezienia elektronu w punkcie to kwadrat amplitudy fali w tym punkcie.
  2. Załamanie. Kiedy przeprowadzamy pomiar i znajdujemy elektron w jednym miejscu, funkcja fali natychmiast zmienia się w zero we wszystkich innych miejscach we wszechświecie. W przeciwnym razie istniałaby szansa na znalezienie tego samego elektronu wszędzie.
  3. Wniosek Einsteina. Jest to natychmiastowa zmiana funkcji falowej w dowolnej odległości – „zasięg duchowy”. Łamie zasadę względności zakazującą przekazywania informacji szybciej niż światło.

Niels Bohr, lider interpretacji w Kopenhadze, był zdezorientowany. Jego credo brzmiało: „Zadanie fizyki polega na przewidywaniu wyników pomiarów, a nie fantazjowanie o tym, co elektron robi, gdy nie jest oglądany”. Upadek funkcji? Cóż, to tylko matematyka. Ale Bohr nie miał przekonującej odpowiedzi na Einsteina.

Uwaga: historycy uważają, że Bohr nie rozumiał istoty twierdzeń Einsteina. W późniejszym sporze o „foton z fotonami” Bohr namalował schemat eksperymentu Einsteina nieprawidłowo – bez lustra. Ale historia fizyki przypomniała sobie to „zwycięstwo” Bohra.

Paradoks EPR: Ostatnia próba Einsteina (1935)

Do 1935 roku Einstein postanowił wykończyć „nielokalną” mechanikę kwantową. Wraz z Podolskym i Rosenem wymyślił eksperyment myślowy, który później został nazwany paradoksem EPR.

Istota eksperymentu:

  1. Weź foton z zerowym spinem i przekształć go w dwie cząstki: elektron i pozytron. Zgodnie z prawem zachowania, ich parametry są zawsze ściśle przeciwne.
  2. Разносим эти частицы на огромное расстояние (например, на разные концы Галактики). [widzisz, co autom. tłumacz wyczynia?? md]
  3. Mechanika kwantowa stwierdza: dopóki nie zostanie zdefiniowany spin każdej cząstki (superpozycja). Tylko wtedy, gdy mierzymy spin elektronu i dostajemy, powiedzmy, „w górę”, funkcja fali pozytonu natychmiast zapada się w stan „spadku”.
  4. Problem: Wynik pomiaru elektronu powinien osiągnąć pozyton szybciej niż światło. Jak inaczej pozytron „nauczy się” czego chcesz?

Co zaoferował Einstein? Najbardziej logicznym wyjściem jest teoria ukrytych parametrów. Wyobraź sobie, że po urodzeniu każda cząstka otrzymuje „kopertę” z planem: „Jeśli jesteś elektronem, twój spin jest w górę, jeśli pozytron jest w dół”. Jest to lokalnie (plan jest ustawiony z wyprzedzeniem, blisko) i nie wymaga superlekkiej komunikacji. Einstein podsumował: mechanika kwantowa jest nielokalna i błędna, zostanie zastąpiona lokalną teorią ukrytych parametrów.

Społeczność fizyczna jest podzielona. Schrödinger (autor kota) wspierał Einsteina. Bohr napisał niesprzyjającą odpowiedź, której nikt nie zrozumiał, ale wszyscy uważali, że „obalił” EPR.

W rezultacie zatriumfowano stanowisko „Zamknij się i licz”: mechanika kwantowa działa – jaka jest różnica, czy jest lokalna, czy nie? Spór został uznany za czysto filozoficzny [ja w swej pracy zawsze tak zakładałem, by zdążyć mieć prawdziwe wyniki, a nie ich „różne interpretacje”. MD] , a Einstein został uznany za starzejącego się ekscentryka.

John Bell: Człowiek, który zamienił filozofię w eksperyment (1964)

Przez następne 30 lat na półkach kurzył się paradoks EPR. Podczas gdy w 1964 roku fizyk John Bell zadał sobie pytanie: „A co, jeśli się nie zamkniesz i nie sprawdzisz?”

Bell zrozumiał coś genialnego. Okazał się teoretycznie: jeśli natura jest lokalna (istnieją ukryte parametry, które ustawiają wynik z wyprzedzeniem), to korelacje między wymiarami dwóch zawiłych cząstek nie mogą przekroczyć pewnej sztywnej granicy. Jeśli natura jest nielokalna (jak w mechanice kwantowej), korelacje będą silniejsze.

Uproszczona logika Bella:
Wyobraźmy sobie, że mierzymy spiny dwóch splecionych cząstek pod różnymi kątami (0°, 120°, 240°).

  • Przewidywanie mechaniki kwantowej (nielokalne): Prawdopodobieństwo rozbieżności spinu pod różnymi kątami = 25%.
  • Przewidywanie lokalnej teorii ukrytych parametrów: Bez względu na to, co cząstki „zgadzają się z góry”, prawdopodobieństwo rozbieżności wyniesie co najmniej 33%.

Jest różnica między 25% a 33%. Można to zmierzyć w laboratorium.

Aspe Experiment (1982) i jego szokujący wynik

W latach 1980-tych Alain Aspe przeprowadził decydujący eksperyment. Użył splątanych fotonów i obrotowych polaryzatorów, jak w twierdzeniu Bella.

Wynik: 25%. Mechanicy kwantowi mają rację.

Co to znaczy?

  1. Lokalne teorie ukrytych parametrów, dla których Einstein miał nadzieję, są niemożliwe.
  2. Natura jest naprawdę nielokalna. Pomiar jednej mylącej cząstki natychmiast wpływa na inną, gdziekolwiek jest, bez przesyłania sygnału w zwykłym znaczeniu.

Einstein miał rację w swoim oświadczeniu o problemie, ale mylił się w rozwiązywaniu. Problem był prawdziwy, ale świat jest jeszcze dziwniejszy, niż się spodziewał.

Najważniejsze błędne przekonanie (i to, co robią nielokalne koty)

Wynik Bella jest często pokręcony. Mówią: „Teoria ukrytych parametrów została obalona”. To nie do końca. Sam Bell był oburzony tym uproszczeniem.

Twierdzenie Bella nie obala wszystkich teorii ukrytych parametrów. To tylko odpiera lokalne teorie. I istnieją nielokalne teorie ukrytych parametrów, na przykład mechanik Bohm (teoria „fali pilota”). Działają, ale kosztem uznania, że wszechświat jest natychmiast połączony [jako całośc md].

Ponadto istnieje interpretacja wielookrągła (Everteta). Oferuje błyskotliwe obejście: załamanie funkcji fali nie występuje. Zamiast tego rzeczywistość w każdym momencie jest podzielona na gałęzie, w których obie opcje pomiaru są zaimplementowane. W tym przypadku nie ma „wpływu” szybciej niż światło – następuje po prostu rozszczepienie uwikłanych obserwatorów.

Najbardziej niesamowite jest to, że chociaż nielokalność jest prawdziwa, nie można jej wykorzystać do komunikacji superluminalnej. Dlaczego? Ponieważ wyniki pomiarów każdej cząstki są nadal losowe. Tak, twoja przyjaciółka w innej galaktyce zobaczy odwrotny obrót, ale nie może się dowiedzieć, czy już zmierzyłeś swoją cząstkę, czy nie. Informacje nie mogą być przekazywane. Tak więc mechanika kwantowa i względność zawierają chwiejny rozejm: nie naruszają nawzajem swoich praw, ale są sprzeczne z ich duchem.

Dlaczego jednak Einstein był jeszcze świetny

Pragmatyczni naukowcy często przedstawiają Einsteina jako przegranego, który nie rozumiał „oczywistego”. To nieprawda.

To dzięki jego uporowi i niechęci do „zamknięcia i liczenia” odkryto dwie najbardziej fundamentalne właściwości naszej rzeczywistości:

  1. Splątanie kwantowe (termin i istota – z paradoksów EPR).
  2. Nielokalność (sprawdzona przez eksperymenty, do których doprowadził spór Einsteina z Bohrem)).

John Bell, który zmarł w 1990 roku, nie otrzymując Nagrody Nobla (choć był nominowany), podsumował: „Myślę, że będę musiał rozwodzić się nad płatami. Nie znam żadnego lokalnego wyjaśnienia zgodnego z mechaniką kwantową”.

„Bóg” Einsteina tak naprawdę nie gra w kości. Ale, jak się okazało, ten „Bóg” nie jest przeciwko magii na odległość, która działa szybciej niż światło, ale jednocześnie nie pozwala na przekazywanie nawet jednej odrobiny informacji. To jest prawdziwa rzeczywistość kwantowa: przerażająca, logicznie niezrozumiała, ale eksperymentalnie potwierdzona.

PRZEŁOM na froncie prolife. Krwawe sekrety szpitali ujawnione, aborcyjna mafia do Prokuratury

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Trwa wielka ofensywa prolife. Dzięki niezłomności wolontariuszy Fundacji Życie i Rodzina oraz dzięki Pańskiemu wsparciu modlitewnemu i finansowemu, rozbijamy mur milczenia i bezkarności, który przez lata chronił aborcjonistów. W ostatnim czasie działania Fundacji przynoszą faktyczne, spektakularne sukcesy – zmuszamy szpitale do odwrotu i stawiamy pod ścianą tych, którzy dorabiają się na krwi najmniejszych.

Chcę ukarania aborterów – wspieram prolife

Wspieram

Przekazuję Panu najważniejsze informacje z ostatnich dni.

1. HORROR W LUBLINIE: Nasz zespół prawny dokonał wstrząsającego odkrycia.

Przebiliśmy się przez zmowę milczenia i uzyskaliśmy oficjalne, porażające informacje ze szpitala: w Lublinie dziecko przeżyło aborcję. Żyło, ale już nie żyje, a pytania o jego śmierć budzą popłoch w szpitalu.

W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego przy Al. Kraśnickiej w Lublinie dokonała się rzeź, która wymknęła się oprawcom spod kontroli. Abortowany maluch urodził się ŻYWY. Zamiast ratunku, podjęto działania, które doprowadziły do zgonu. Szpital nie chce przekazać szczegółów. I powołuje się na gładkie, oficjalne formułki. Noworodka skazano na śmierć, ale nie wiadomo, w jaki sposób ta śmierć przyszła, kto był przy niej obecny i jaka była jego rola.

Stop zbrodniom w szpitalach – pomagam przełamać zmowę milczenia.

Wspieram

Dyrekcja placówki ucieka w proceduralny żargon i ukrywa prawdę o tym, jak długo dziecko konało:

„Każde żywe urodzenie podlega przekazaniu Zespołowi Neonatologicznemu. W tygodniu ciąży 23-24 reanimacja wykonywana jest na prośbę matki. Jeśli rodzice wyrażają wolę ratowania życia dziecka za wszelką cenę, podejmowane są próby ratowania go przez lekarza specjalistę neonatologa oraz pielęgniarkę/położną neonatologiczną”. 

Czy słyszy Pan, co oni tam robią? Zamiast bezkompromisowo stać na straży życia pacjentów, ratują dziecko tylko jeśli rodzice chcą „za wszelką cenę”. To porażający fragment pisma.

Nie odpuścimy tej zbrodni. Fundacja Życie i Rodzina złożyła już zawiadomienie do Prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa nieudzielenia pomocy dziecku będącemu w stanie zagrożenia życia. A już 1 czerwca – w Dzień Dziecka – zapraszamy na Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji o godzinie 17:00 pod szpitalem w Lublinie przy Alei Kraśnickiej 100. Otoczymy modlitwą zabite maleństwo i wszystkie inne dzieci, które w ostatnich latach straciły życie w szpitalu im. Wyszyńskiego.

2. ABORTAK ROZPRACOWANY: Właściciele nielegalnego biznesu trafiają przed oblicze sprawiedliwości.

Koniec z poczuciem bezkarności aborcyjnych przestępców. Ustaliliśmy nazwisko i adres do korespondencji właścicielki Abotaku. W tej pseudoprzychodni aborcyjnej handluje się śmiercią i oferuje instruktaż zabijania dzieci. Właścicielka lokalu przy Wiejskiej w Warszawie – Małgorzata S.-M. – oraz pomagająca jej Ewa P. od miesięcy udostępniają to miejsce na działalność Aborcyjnego Dream Teamu i nie reagują na systemowe łamanie prawa na terenie ich nieruchomości. To także dzięki nim doszło ostatnio do zabójstwa dziecka z ciąży bliźniaczej.

Pomagam obrońcom życia rozmontować środowiska aborcyjne.

Wspieram

Użyczając lokalu i czerpiąc z tego korzyści finansowe, Małgorzata S.-M. wyczerpuje przepisy o pomocnictwie w aborcji. W Abotaku jest nawet specjalny pokój, w którym dokonuje się aborcji nazwany „Mizolatką” – osoby, które udostępniają takie miejsce kobietom robiącym aborcję, podlegają ściganiu. Dlatego złożyliśmy już zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez S.-M. oraz P. Prokuratura powinna postawić im zarzuty – jak najszybciej. 

Rozbijamy aborcyjny układ.

3. KOLEJNE ZWYCIĘSTWO W GDAŃSKU: Szpital na Zaspie oficjalnie wycofuje się ze stosowania chlorku potasu do zabijania dzieci przed „przerwaniem ciąży”.

To jest istotny, namacalny sukces. Zarząd szpitala na gdańskiej Zaspie wydał oficjalne oświadczenie: w placówce NIE JEST JUŻ stosowany chlorek potasu do uśmiercania dzieci w łonach matek.

Co doprowadziło do tej kapitulacji? Konsekwentny, comiesięczny Publiczny Różaniec pod szpitalem i liczne pikiety w rejonie lecznicy. Pokazaliśmy, że głośny, publiczny krzyk sprzeciwu i szturm do Nieba są w stanie sparaliżować mordercze plany i zmusić aborterów do odwrotu. Sytuacja na Zaspie to dowód, że presja ma sens.



Nie ustajemy w działaniach w Gdańsku, bo szpital wciąż nie wycofał się z aborcji jako takich. Wciąż będziemy tam przychodzić i ostrzegać, że część pacjentów tego szpitala przeznaczana jest na śmierć – i traci życie poprzez aborcję. Upomnimy się o każde dziecko.

Pomagam organizować Publiczne Różańce – wspieram finansowo.

Wspieram

Pozostaje także sprawa w Prokuraturze Gdańsk-Oliwa. Spółka Copernicus musi jak najszybciej wydać dokumenty dotyczące 5 zabójstw zastrzykami dosercowymi, do których doszło w 2025 roku. Postępowanie trwa, a nikt nie ma prawa odmawiać prokuratorowi akt, gdy są potrzebne, aby ustalić, kto i jak dokonał morderstw na dzieciach.

Jak sam Pan widzi, działamy niezwykle intensywnie. Bo sytuacja tego wymaga. I raz po raz doświadczamy tego, że nawet przy najbardziej nieprzyjaznym rządzie, przy wrogich życiu samorządach i wobec proaborcyjnej elity w szpitalach – dobrze zorganizowane akcje prolife przynoszą owoce.

Nie jesteśmy tylko teoretykami – tam, gdzie inni rozkładają ręce, my wchodzimy z pełnym rozmachem, prawnym orężem i publiczną modlitwą różańcową. Rozbrajamy aborcyjne podziemie, ścigamy przestępców i zmuszamy dyrektorów szpitali do wycofywania się z morderczych planów wobec dzieci.

Zakres naszego działania jest ogromny, a koszty tej walki stale rosną. Przygotowanie zawiadomień do organów ścigania, opieka prawna, organizacja dynamicznych akcji terenowych oraz potężnego poruszenia społecznego – wymagają nakładów finansowych. Aborcyjna mafia ma wielkie budżety, my mamy tylko – i aż – ludzi dobrej woli, takich jak Pan.

Stoimy razem na pierwszej linii. I poruszamy Polskę. Nie pozwalamy, aby nad zabijanymi dziećmi rozpostarto zasłonę ciszy.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Formujemy silny front obrony życia i nie przyjmujemy do wiadomości, że „się nie da”. Bronimy życia dzieci tam, gdzie inni załamują ręce. Dziękuję, że jest Pan z nami.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Polska potrzebuje trupów

Polska potrzebuje trupów

Autorstwo: Daniel Tokar 29.05.2026 wolnemedia.net/polska-potrzebuje-trupow

Kiedy Rosja ostrzegła ambasadorów przed pozostaniem w Kijowie, Radek Sikorski oczywiście dumnie oświadczył, że każdy przypadek uderzenia w polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne Polska potraktuje jako celowy i zamierzony.

Wydaje się więc temu panu, że autorytet państwa, które niestety obdarowało go fotelem wicepremiera i ministra jest tak wielki, że ze strachu przed konsekwencjami ze strony tego państwa Federacja Rosyjska podkuli ogon i podda się bezzwłocznie. Otóż tak nie będzie.

Będzie za to polski trup, bo Radek Ciężki Przypadek nie wycofa personelu ambasady w tej nadziei, że rosyjska bomba spadnie tam i zabije jakiegoś pracownika, a najlepiej wszystkich. Bo to da pretekst do krzyków o zbrodniczej działalności Putina i napompuje martyrologię narodu polskiego, która przez stulecia napęczniała do rozmiarów wszechświata, ale idiotom z szabelkami i to za mało.

Rozsądne rządy ewakuują personel ze strefy działań wojennych, szczególnie po usłyszeniu ostrzeżenia z ust napastnika. Oznacza to bowiem, że będzie gorzej niż było dotąd.

Ale nie z nami takie numery, Putin.

My potrzebujemy świeżych, polskich trupów. Oczywiście poległych z ręki znienawidzonego Moskala. Zabici w Przewodowie nie mieszczą się w tym zbiorze i nie mogli być powodem do wypowiedzenia wojny. Chyba, że Ukrainie, ale przecież ona walczy, żebyśmy my nie musieli, więc jak tu się czepiać o ten niezamierzony, właściwie to całkiem niewinny przypadek śmierci. Zdarza się.

I chociaż wysyłamy zasoby Zełenskiemu, żebyśmy my nie musieli, to my, dokładnie to nasze rządy, bardzo chcą. A jak naród nie chce, ale „elyta” chce, to trzeba nieuświadomiony politycznie naród przekonać. A cóż lepiej przekona ludzi kierujących się emocyjkami prosto z serca dumnego jak dzięcielina, co panieńskim rumieńcem pała, a nie rozumem, że zbombardowanie polskiej ambasady to hańba, która krwi wymaga.

I hajda na Moskwę, śladem Słomki Adama, który co prawda najdalej dotarł bodajże do Lublina, ale zamiary się liczą, a nie czyny.

Gdy zaś już opadnie bitewny kurz, na Wielkiej Emigracji gdzieś w Londynie czy innym Nowym Jorku łkać będą nad Polską nasi politycy, którzy, co za przypadek, zdążyli uciec.

I znowu będzie polska Chrystusem narodów, a racja moralna będzie nasza, choć terytorium napromieniowane. Za to w podręcznikach do historii będzie o głupcach o szlachetnym sercu, którzy zginęli, by Zachód mógł robić interesy.

Autorstwo: Daniel Tokar
Źródło: Strajk.eu

Jak poważnie należy traktować rosyjskie ostrzeżenia przed zbliżającą się wojną z Europą?

Thomas Röper anti-spiegel.ru/wie-ernst-sind-russlands-warnungen-vor-einem-drohenden-krieg-mit-europa-zu-nehmen/

Skutki Starobielska

Jak poważnie należy traktować rosyjskie ostrzeżenia przed zbliżającą się wojną z Europą?

Ukraiński atak na Starobielsk mógł być punktem zwrotnym. Rosja zagroziła Ukrainie surowym odwetem i ostrzegła przed rozprzestrzenieniem się wojny na Europę. Czy rosyjskie „czerwone linie” zostały przekroczone, czy to tylko puste słowa?

Anti-Spiegel 29 maj 2026

Ukraiński atak na akademik w Starobielsku w obwodzie ługańskim w czwartek wieczorem był szokiem dla Rosji. Fakt, że od 10 do 20 ciężkich dronów zostało wystrzelonych w kierunku cywilnego celu, aby zmasakrować młodych ludzi kształcących się na nauczycieli, reprezentuje nowy poziom ukraińskich zbrodni wojennych.

Reakcja Zachodu, która albo całkowicie zaprzeczyła rzezi młodych ludzi, albo określiła akademik jako cel wojskowy, dodatkowo podsyciła gniew Rosji. Dotyczy to zarówno opinii publicznej, jak i ekspertów, którzy coraz częściej domagają się podjęcia działań przeciwko tym, którzy umożliwiają wojnę na Ukrainie poprzez wsparcie finansowe i dostawy broni – a mianowicie państwom europejskim.

W niniejszym artykule podsumowuję chronologicznie rosyjskie reakcje na masakrę.

Putin zapowiada odwet

Bezpośrednio po masakrze prezydent Putin potępił incydent w piątek, nazywając go „atakiem terrorystycznym reżimu neonazistowskiego” i zapowiedział zemstę. Ponadto polecił rosyjskiemu MSZ poinformowanie organizacji międzynarodowych i społeczności międzynarodowej o tej zbrodni. Obydwa działania zostały podjęte.

W sobotę rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło wszystkich zagranicznych dziennikarzy akredytowanych w Rosji do odwiedzenia miejsca tragedii. Oczywiście większość głównych zachodnich mediów odrzuciła zaproszenie, ale 55 dziennikarzy z całego świata przybyło w niedzielę do Starobielska, aby zobaczyć to na własne oczy. Byłem wśród nich; mój artykuł na ten temat można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/bericht-ueber-die-zerstoerung-der-berufsschule-nahe-von-lugansk-nach-dem-ukrainischen-kriegsverbrechen/, a szczegółowy wywiad ze zdjęciami tutaj https://www.youtube

Kiedy my, dziennikarze, w niedzielę wieczorem wyruszaliśmy do Ługańska, nastąpił odwet zapowiedziany przez Putina. Setki dronów i pocisków zaatakowały cele wojskowe na Ukrainie – w tym, po raz pierwszy, centrum Kijowa. Użyto nawet pocisku Oresznik. Pomimo masowego ataku, rosyjski odwet pochłonął mniej ofiar niż ukraińska masakra w Starobielsku, ponieważ Rosja nadal stara się minimalizować straty cywilne.

Rosyjski odwet zdominował relacje zachodnich mediów, podczas gdy ukraińska masakra spotkała się z niewielkim zainteresowaniem, uznając ją za „rosyjską propagandę”. Niemcy, Norwegia, Holandia, Polska, Francja, Hiszpania i inne państwa członkowskie UE wezwały ambasadorów Rosji w odpowiedzi na rosyjski atak odwetowy.

Ostrzeżenia Rosji dla Kijowa

Rosyjskie władze najwyraźniej zamierzają zająć twardsze stanowisko wobec ukraińskich decydentów i celów wojskowych, z których wiele Ukraina utworzyła na terenach mieszkalnych. W oficjalnym oświadczeniu wydanym w poniedziałek rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło dalsze „systematyczne ataki na przemysł zbrojeniowy w Kijowie” i inne cele wojskowe.

Powagę, z jaką Rosja wydaje się do tego podchodzić, potwierdza drugie oświadczenie rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z tego samego dnia. Poinformowano w nim, że ministrowie spraw zagranicznych Rosji i USA rozmawiali telefonicznie, a Ławrow ostrzegł Rubia przed rosyjskimi atakami odwetowymi i zalecił USA ewakuację dyplomatów z Kijowa dla ich własnego bezpieczeństwa. Jednocześnie rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegło ludność cywilną, aby trzymała się z dala od infrastruktury wojskowej i administracyjnej. Celem ataku będą wszystkie obiekty wojskowe w stolicy.

Przetłumaczyłem oba oświadczenia; można je przeczytać tutaj anti-spiegel.ru/russisches-aussenministerium-warnt-auslaender-und-diplomaten-kiew-wegen-kommender-angriffe-zu-verlassen/.

Zgodnie z oczekiwaniami, państwa członkowskie UE zareagowały buntowniczo i odmówiły wycofania swoich misji dyplomatycznych z Kijowa. Jeśli Rosja spełni swoje ostrzeżenia, celowo narażą na ryzyko własnych dyplomatów. Powód jest łatwy do zrozumienia: gdyby europejscy dyplomaci ponieśli szkodę, stanowiłoby to pożywkę dla antyrosyjskiej propagandy w UE.

Obrona powietrzna Kijowa jest osłabiona.

Dla Ukrainy rosyjski atak odwetowy – i będzie tak w przypadku kolejnych masowych ataków rosyjskich – był trudny do obrony. Ukraina od dawna narzeka na niedobór pocisków obrony powietrznej, a dostawy z Zachodu praktycznie ustały. Europejczycy w dużej mierze uszczuplili swoje arsenały na rzecz Ukrainy i nie mogą dostarczać kolejnych pocisków bez wsparcia ze strony USA. Jednak ponieważ Stany Zjednoczone zużyły duże ilości pocisków w wojnie irańskiej, w dużej mierze wstrzymały dostawy do Europy, aby uzupełnić własne arsenały.

Zełenski ponownie napisał więc list do rządu USA, domagając się [co za hutzpah! md] większej liczby pocisków, ale według doniesień medialnych list pozostał bez odpowiedzi. NBC News poinformowało między innymi, że USA nie skomentowały listu.

Ostrzeżenia dla Europy

RT-DE podsumował  w artykule reakcje rosyjskich ekspertów wojskowych, którzy mówią o zmianie paradygmatu i spodziewają się stopniowego wzrostu intensywności rosyjskich ataków. To reakcja Rosji na ukraińskie ataki terrorystyczne, których celem jest przede wszystkim ludność cywilna, a zarazem ostrzeżenie dla Europy, która, przenosząc ukraińską produkcję dronów do UE, w pierwszej kolejności umożliwiła wzrost liczby ukraińskich ataków terrorystycznych.

Ekspert Dmitrij Susłow, członek Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, stwierdził na przykład, że Europa służy reżimowi w Kijowie jako zaplecze, a w niektórych przypadkach nawet jako jego kwatera główna. Europa jest przyczyną nasilenia ataków na Rosję, których celem jest między innymi utrudnienie procesu negocjacyjnego, i ponosi główną odpowiedzialność za obecną eskalację. Dodał:

„Eskalacja ze strony Rosji jest ostatecznie ważnym sygnałem dla europejskich elit, które prowadzą wojnę z Rosją za pośrednictwem Ukrainy. Rosja rozpoczyna obecnie systematyczne ataki na Kijów. Kolejnym krokiem eskalacji będą ataki bezpośrednio na cele w krajach UE i NATO”.

Ostatnie ostrzeżenia Rosji?

W czwartek kilku wysoko postawionych rosyjskich urzędników ostrzegło przed rozszerzeniem wojny na Europę.

W ekskluzywnym wywiadzie opublikowanym w środę wieczorem w gazecie „Rossijskaja Gazieta” szef rosyjskiej straży granicznej ostrzegł, że obserwuje się wzmocnienie bezpieczeństwa granic wojskowych w Finlandii, krajach bałtyckich i Polsce. W tych krajach budowane są nowe bazy wojskowe, na szeroką skalę kupowane jest nowoczesne uzbrojenie, a możliwości logistyczne w zakresie transportu żołnierzy i sprzętu do granic Rosji są ulepszane. Zwiększyła się również liczba i zakres manewrów NATO.

Stały Przedstawiciel Rosji przy OBWE, Dmitrij Polanski, oskarżył w czwartek Europę o „szybkie” zmierzanie w kierunku wojny z Rosją. Oskarżył państwa europejskie o przyczynianie się do eskalacji poprzez swoją politykę wobec Ukrainy. Stwierdził, że gdy napięcia te się utrwalą, nie da się ich rozwiązać drogą dyplomatyczną.

Polianski oskarżył również UE o systematyczne podważanie inicjatyw pokojowych. Twierdził, że UE nadal wspiera reżim w Kijowie poprzez masowe dostawy broni, zwiększa swoją obecność wojskową w pobliżu granic Rosji i przygotowuje opinię publiczną na potencjalną konfrontację z Rosją.

Siergiej Szojgu, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji, ostrzegł w czwartek agencję TASS, że Rosja może w każdej chwili rozpocząć atak na Kijów, przed którym ostatnio ostrzegano. Moskwa dysponuje wszelkimi środkami, by przeprowadzić atak na stolicę Ukrainy. Armia rosyjska już pokazała, jak potężny może być taki atak. Ostrzeżenie dla zagranicznych dyplomatów, by opuścili Kijów, jest całkowicie poważne i celowe, podkreślił Szojgu.

Dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), Siergiej Naryszkin, stwierdził w przemówieniu wygłoszonym tego samego dnia, że ​​NATO aktywnie i realistycznie przygotowuje się do konfliktu zbrojnego na swoich wschodnich granicach. Według Naryszkina korzystne jest dla UE jak najdłuższe odwlekanie rozwiązania konfliktu między Moskwą a Kijowem, torpedując w ten sposób wszelkie próby pokojowego rozwiązania na drodze dyplomatycznej. Europejczycy chcą zrekompensować swoje straty finansowe poprzez przyszły wyzysk Rosji, wyjaśnił Naryszkin. To kolejny dowód na utrzymującą się w krajach zachodnich mentalność kolonialną. „Degenerująca się europejska klasa rządząca” po prostu nie może się pozbyć tej mentalności.

To tylko wypowiedzi najwyższych rangą rosyjskich urzędników z czwartku; rosnąca armia rosyjskich ekspertów podziela to przekonanie. Ostrzegają oni UE przed konsekwencjami jej polityki i domagają się, aby rosyjski rząd w końcu podjął działania przeciwko tym, którzy przedłużają wojnę na Ukrainie poprzez płatności finansowe i dostawy broni.

To dość istotna zmiana nastrojów w Rosji, zarówno wśród ekspertów, jak i – co rzeczywiście jest nowością – w wypowiedziach wysokich rangą rosyjskich urzędników państwowych.

Alibi dla sumienia: Dlaczego nowe sankcje UE wobec osadników Izraela są farsą

depositphotos.com

Alibi dla sumienia: Dlaczego nowe sankcje UE wobec osadników Izraela są farsą

UE znów podejmuje działania. Przynajmniej tak to wygląda. Wczoraj Rada Unii Europejskiej opublikowała komunikat prasowy , który początkowo brzmi jak przełom: Cztery organizacje i trzy osoby, wszyscy ekstremistyczni osadnicy izraelscy, zostają wpisani na listę sankcji UE. Zakazy podróżowania. Zamrożenie aktywów.

Jednak bliższe przyjrzenie się ujawnia, że ​​sankcje te nie mają być skuteczne. Mają jedynie stworzyć iluzję działania .

Wielki gest o niewielkim efekcie

Oficjalny język UE brzmi stanowczo. Mówi, że walczy z „poważnymi naruszeniami praw człowieka”, „przesiedleniami Palestyńczyków”, „zawłaszczaniem ziemi i przemocą” na Zachodnim Brzegu. To brzmi jak jasne oświadczenie.

Jednakże osoby dotknięte tym problemem z trudem to zauważą.

Którzy ekstremistyczni osadnicy posiadają znaczące aktywa w bankach UE? Który ultrareligijny aktywista z wzgórz Samarii regularnie podróżuje do Paryża lub Berlina? Rzeczywistość jest otrzeźwiająca: sankcje uderzają tam, gdzie ich nie ma – może poza tym, co widać na papierze.

Czego UE nie robi

Aby zrozumieć skalę tego symbolicznego wydarzenia, należy przyjrzeć się temu, czego UE celowo nie robi:

  • Nie nakłada ona sankcji na państwo Izrael, mimo że Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał ofensywę militarną w Rafah za „prawdopodobne ludobójstwo”.
  • Ustawa nie nakłada sankcji na izraelskich ministrów, takich jak Itamar Ben-Gvir czy Bezalel Smotrich, którzy politycznie promują budowę osiedli.
  • Nie wstrzymuje to jednak zawarcia Umowy stowarzyszeniowej z Izraelem, która stanowi gospodarcze serce relacji.
  • Nie zakazuje ona importu produktów pochodzących z osiedli, przez który co roku miliony ludzi trafiają do nielegalnych osiedli izraelskich.

To, co robi UE, to wytyczanie granicy między „ekstremistycznymi osadnikami” (objętymi sankcjami) a państwem izraelskim (które jest chronione). Granica ta w rzeczywistości praktycznie nie istnieje – ponieważ osiedla nie rozwijają się bez wsparcia państwa, uzbrojenia i infrastruktury zapewnianej przez Izrael.

Wewnętrzne podziały UE

Za kulisami Brukseli te sprzeczności są dobrze znane. Kilka państw członkowskich – w tym Niemcy, Węgry, Czechy i Austria – od miesięcy blokuje wszelkie surowsze środki wobec Izraela. Fakt, że obecne sankcje wobec osadników w ogóle zaszły, nie jest wynikiem nagłej determinacji, lecz raczej wewnątrzeuropejskich targów.

„Dajcie nam sankcje wobec Osadników, a zostawimy was w spokoju z embargiem handlowym”.

Efektem jest marny kompromis: na tyle symboliczny, by zadowolić aktywistów na rzecz praw człowieka, a na tyle nieskuteczny, by nie zdenerwować Izraela.

Kraj płonie – a UE patrzy.

Rozbieżność między tym, co dzieje się w regionie, a działaniami UE jest porażająca. Podczas gdy izraelska armia przedziera się przez Gazę, bombarduje Liban i zabija tysiące cywilów – w tym, według ONZ, ponad 30% dzieci w Gazie – UE odpowiada zakazem wjazdu dla kilkudziesięciu osadników.

To tak, jakby próbować ugasić pożar lasu konewką, a potem twierdzić, że zrobiono „wszystko, co możliwe”.

Co by naprawdę bolało

UE dysponuje potężnymi narzędziami. Mogłaby:

  • Wprowadzić zakazy importu produktów pochodzących z osiedli
  • Zamrożenie wymiany z izraelskimi uniwersytetami na terenach osiedlonych
  • Wspierać uznanie Państwa Palestyny
  • Nałożyć sankcje na izraelskich ministrów
  • Testowanie umowy stowarzyszeniowej

Nic takiego się nie dzieje. Zamiast tego otrzymujemy komunikat prasowy.

Prawdziwe przesłanie

Nakładając te sankcje, UE nie mówi: „Położymy kres niesprawiedliwości w kwestii osiedli”.
Mówi: „Przynajmniej się temu przyjrzeliśmy”.

To jak nauczyciel, który upomina ucznia za podpalenie szkoły – a potem klepie się po plecach. Działania pozostają te same, struktury pozostają te same, przemoc pozostaje ta sama. Tylko liczba komunikatów prasowych UE rośnie.

Wniosek: ogłoszenie upadłości

Te sankcje to deklaracja bankructwa europejskiej polityki zagranicznej. Pokazują, że choć UE może mówić językiem praw człowieka, brakuje jej woli politycznej, by wesprzeć je skutecznymi środkami.

Zamiast podjąć zdecydowane działania, Bruksela dokonuje symbolicznych gestów – i sprzedaje je jako postęp. Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu, którzy tracą domy, nie odniosą z tego żadnych korzyści. Podobnie jak ekstremistyczni osadnicy, którzy kontynuują swoje dotychczasowe działania.

Tylko europejskie sumienie na chwilę zostaje uspokojone.

Źródło: Ekstremalni osadnicy izraelscy: UE wymienia cztery podmioty i trzy osoby