Zakopać Skarb ! MEM-y IV.

——————————————-

——————————————–

—————————

————————————

———————————————-

—————————

——————————————-

————————————-

——————————————————–

Prekursor suwerenizmu. Andrzej Lepper.

Prekursor suwerenizmu

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-prekursor-suwerenizmu

W ubiegłym tygodniu minęła kolejna, już piętnasta rocznica śmierci założyciela i lidera Samoobrony, Andrzeja Leppera. Okolicznościowe publikacje na jej temat koncentrowały się głownie na wątkach pobocznych jego działalności i wpływu, jaki niewątpliwie wywarł na nasze życie publiczne.

Warto jednak sięgnąć nieco głębiej i dokonać próby spojrzenia na rolę polskiego buntownika przeciwko neoliberalnej transformacji na tle szerszej panoramy polskiej debaty publicznej. Po pierwsze, Lepper był niewątpliwie zwolennikiem suwerenizacji polskiej polityki. Wiedział, że jest ona warunkiem uprawiania jakiejkolwiek polityki. Bez niej nie ma przecież mowy na przykład o rewizji stosunków własnościowych wykreowanych w naszym kraju po 1989 roku. Lepper utrzymywał, że te stosunki własnościowe można w dużym stopniu zmienić. Uznał, że gotowość do takich zmian wykażą jego partnerzy koalicyjni (przecież gwarantował to swoim popisem Jarosław Kaczyński, o którym być może lider Samoobrony nie miał wystarczającego rozeznania, pozostając głuchym na przestrogi bardziej doświadczonych polityków próbujących mu uświadomić, że prezes PiS był i pozostaje notorycznym oszustem i manipulantem). Lepper domagał się rzeczy na pierwszy rzut oka prostej: rewizji prywatyzacji lat 1990., czyli podjęcia próby odzyskania przynajmniej części polskiej własności i majątku narodowego. Odpowiednią procedurą miała zająć się specjalnie do tego powołana komisja, która badałaby każdy przypadek prywatyzacji z osobna. W przypadkach, w których okazywałoby się, że najczęściej zagraniczny nabywca danego zakładu pracy nie wywiązał się z przyjętych zobowiązań (na przykład odpowiednich inwestycji, badań rozwojowych czy utrzymania poziomu zatrudnienia), akt prywatyzacji byłby unieważniany, a dany podmiot wracałby we władanie Skarbu Państwa.

Lepper uwierzył również, że państwo suwerenne nie może pozwalać na pewne praktyki na swoim terytorium wojskom i służbom obcym. Dotyczyło to zarówno stacjonowania w naszym kraju żołnierzy amerykańskich, jak i działania ośrodków kontrolowanych przez obce wywiady bądź służby specjalne (takich, jak te na Mazurach, gdzie bezprawnie i przetrzymywano na naszym terytorium obywateli państw trzecich). Mówił zatem lider Samoobrony o konieczności wyrwania się Polski spod kurateli amerykańskiej.

Jednocześnie zwracał też uwagę na problem zadłużenia zagranicznego naszego kraju. Tu znów postulował suwerenność, czyli maksymalne ograniczenie naszej zależności od międzynarodowych, najczęściej po prostu zachodnich instytucji finansowych. Rozumiał doskonale, że zależność ta w praktyce uniemożliwia realizację jakichkolwiek działań prowadzących do samodzielnej polityki gospodarczej. Za liniami kredytowymi szedł bowiem polityczny dyktat, znany pod nazwą konsensusu waszyngtońskiego. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy w zamian za udzielane nam wówczas wsparcie żądały otwarcie, m. in. wspomnianej już prywatyzacji, ale także deregulacji czy powolnej, rzeczywistej likwidacji usług publicznych.

Mówił zatem Lepper przez wszystkie lata swojej politycznej drogi o trzech suwerennościach: 1) gospodarczej; 2) polityczno-militarnej oraz 3) finansowej. Bez osiągnięcia każdej z nich nie ma mowy o prowadzeniu jakiejkolwiek polityki, bo ogranicza się ona do zarządzania, pozostawiającego jedynie skrajnie wąski margines modelowania określonych decyzji i adresowania ich do poszczególnych grup interesu. Polityka przeradza się w administrowanie nie swoimi zasobami.

Andrzej Lepper nawołujący do suwerenizacji wspomnianych trzech obszarów nie mógł być jeszcze świadkiem skrajnie daleko posuniętej utraty rządności władz polskich związanej z coraz bardziej żarłoczną ekspansją kompetencyjną Unii Europejskiej. Nie doczekał też czasów wykorzystywania polskiego terytorium do transferów broni na cudzą wojnę, ani bezpośrednich, publicznych i nieskrywanych ingerencji jednej z placówek dyplomatycznych w Warszawie w prawo tworzone w polskim parlamencie. Po jego śmierci zrobiło się zatem jeszcze gorzej.

To jednak on może zostać uznany za jednego z prekursorów polskiego suwerenizmu. A że oskarżano go o populizm? Żadna ujma. Kolejne ekipy rządzące reprezentowały bowiem i reprezentują interesy mniejszości (np. najzamożniejszych kompradorów i zarządców zatrudnionych przez obce korporacje, a z drugiej strony lobbystów hałaśliwych mniejszości kulturowych i obyczajowych). Ten aspekt jego dorobku w polskim życiu publicznym jakoś wielu z nas umyka. Niesłusznie.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Nie na próżno krążą te ciężarówki… MEM-y II.

——————————————

——————————–

———————————————

———————————-

———————————————-

——————————————–

——————————————-

————————————

———————————————

Jeb… Pomyli się i policzyli z łapówką. MEM-y I.

—————————————-

………………………..

————————————————

—————————————–

———————————————

——————————

————————

——————————————

——————————————–

USS Abraham Lincoln – po 250 dniach bez przepustek na ląd nerwy marynarzy są poza skrajem wytrzymałości

USS Abraham Lincoln – po 250 dniach bez przepustek na ląd nerwy marynarzy są na skraju wytrzymałości

USS Abraham Lincoln to jeden z najpotężniejszych okrętów wojennych na świecie i symbol amerykańskiej potęgi militarnej. Chociaż lotniskowiec od miesięcy jest wykorzystywany w wojnie z Iranem, na jego pokładzie najwyraźniej nastąpił kryzys, który nie ma nic wspólnego z pociskami rakietowymi ani myśliwcami: podobno członkowie załogi próbowali wyskoczyć za burtę, a krewni zgłaszają problemy psychiczne i katastrofalne warunki życia.

Lotniskowiec jest już dziewięć miesięcy na morzu. Na pokładzie znajduje się około 5000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej. Co szczególnie niezwykłe: według ‚The Guardian’  załoga spędziła 250 kolejnych dni na morzu, nie stawiając stopy na lądzie – to rekord dla współczesnego amerykańskiego lotniskowca. To, co pierwotnie miało być misją na Pacyfiku, było wielokrotnie przedłużane z powodu eskalacji konfliktu z Iranem. Lincoln uczestniczy w operacjach bojowych przeciwko Iranowi od pięciu miesięcy.

Krewni biją na alarm

Raporty z ‚Navy Times’  i ‚Stars and Stripes’  ujawniają, jak poważna stała się sytuacja. Według tych doniesień, członkowie załogi wielokrotnie próbowali wyskoczyć za burtę. Jedna z żon zgłosiła, że jej mąż po wielokrotnym przedłużaniu misji próbował wyskoczyć z okrętu. W innym przypadku członek załogi – rzekomo w ostatniej chwili – powstrzymał towarzysza przed wypadnięciem za burtę.

Podczas emocjonalnego spotkania z około 200 krewnymi i dowództwem Marynarki Wojennej USA w San Diego frustracja sięgnęła zenitu. Pewna kobieta opowiedziała o wiadomości od męża z tego samego dnia: miał on nadzieję, że nie obudzi się następnego ranka. Inny krewny oskarżył dowództwo Marynarki Wojennej o zniszczenie zaufania do armii i państwa.

Pleśń, zepsute toalety i brak porządnych posiłków

Wygląda jednak na to, że problemem jest nie tylko długość misji. Kongresmen Partii Demokratycznej Mike Levin opublikował drastyczny opis warunków na pokładzie: zatęchłe prysznice, zepsute toalety, pralnia nieczynna przez tygodnie, okresowy brak ciepłej wody oraz niedobory mydła, pasty do zębów i dezodorantu.

Podobno występowały również ogromne problemy z racjami żywnościowymi. Posiłek czasami składał się zaledwie z porcji ryżu i dwóch tortilli. To znacząco podważa wizerunek amerykańskiej przewagi militarnej. Waszyngton może utrzymywać lotniskowiec o napędzie atomowym z dala od wybrzeży wroga przez miesiące, wystrzeliwać myśliwce i wywierać presję militarną. Jednak kluczowego zasobu nie da się rozciągnąć w nieskończoność: odporności ludzi na pokładzie.

Wojna z Iranem zbiera swoje żniwo. Straty wojenne zazwyczaj mierzy się zestrzelonymi samolotami, zniszczonymi okrętami lub poległymi żołnierzami. Jednak wielomiesięczna, intensywna operacja wyniszcza siły zbrojne, nawet jeśli żaden wróg nie zatopi lotniskowca. USS Abraham Lincoln pokazuje, jak może wyglądać to zużycie. Misja jest przedłużana, urlopy na lądzie odwoływane, narastają problemy techniczne i higieniczne, a rodziny czekają miesiącami – podczas gdy załoga ma nadal funkcjonować.

Nawet amerykańscy ustawodawcy biją na alarm. Jason Crow, były żołnierz Rangersów, a obecnie kongresmen, który służył w Afganistanie i Iraku, ostrzega, że presja na żołnierzy i ich rodziny rośnie ‚z tygodnia na tydzień’. Jeden z najbardziej widocznych symboli amerykańskiej potęgi militarnej staje się w ten sposób symbolem innej rzeczywistości: lotniskowiec może być zaopatrywany w paliwo i broń niemal bez ograniczeń. Jego załoga niekoniecznie.

uncutnews.ch/selbstmordversuche-auf-us-flugzeugtraeger-nach-250-tagen-ohne-landgang-liegen-die-nerven-blank

** * * * * *

A tymczasem Donald Trump w swoim najnowszym wpisie opublikowanym w środę na Truth Social   powtarza dobrze znane twierdzenie (które prawdopodobnie będzie powtarzał aż do listopadowych wyborów uzupełniających) i twierdzi, że Stany Zjednoczone mają ‚pełną kontrolę’  nad Cieśniną Ormuz oraz że ‚myślę, że ją zachowamy’. Jest to również kolejne potwierdzenie tego, że opowiada się on za blokadą gospodarczą, ponieważ kampania militarna USA jest obecnie wstrzymana. Zakończył swój wpis swoim ‚chwała Allahowi!‚ (Tyler Durden)

Opracował: Zygmunt Białas

Trump mówi o „całkowitej kontroli”, Iran mówi NIE

Larry i Pepe demaskują najbardziej absurdalne twierdzenie Bessenta – Trump mówi o „całkowitej kontroli”, Iran mówi NIE

12 sierpnia 2026 roku niezależny kanał medialny Transition Protocol wyemitował dogłębną analizę obecnej sytuacji geopolitycznej. Prowadzący (pan Z) powitał dwóch stałych gości: Pepe Escobara (międzynarodowo uznanego reportera geopolitycznego) i Larry’ego Johnsona (doświadczonego analityka wojskowego). Rozmowa koncentrowała się wokół deklaracji Donalda Trumpa o „całkowitej kontroli” nad Cieśniną Ormuz, kontrowersyjnych wypowiedzi Scotta Bessenta, tzw. „umowy z Mekki” między Turcją, Pakistanem i Arabią Saudyjską oraz kwestii, czy i jak deeskalacja konfliktu z Iranem jest możliwa. Uczestnicy analizowali realia gospodarcze, wojskowe i dyplomatyczne wykraczające poza narrację zachodnich mediów.

Cieśnina Ormuz, „najgłupsze twierdzenie” Bessenta i utrata kontaktu Trumpa z rzeczywistością

Larry Johnson rozpoczął dyskusję od jasnego oświadczenia: Pomimo gróźb Donalda Trumpa i ciągłej dezinformacji ze strony jego administracji – zwłaszcza sekretarza skarbu Scotta Bessenta – wojna z Iranem została tymczasowo zawieszona. Trump najwyraźniej uważa, że ​​irańska gospodarka jest tak niestabilna, że ​​ciągła presja doprowadzi do jej załamania.

Właśnie w tym momencie Johnson przypuścił zjadliwy atak na Bessenta. Sekretarz Skarbu, jak powiedział, wygłosił jedno z „niezwykle głupich oświadczeń” w historii amerykańskiego sekretarza skarbu, twierdząc, że irańska kontrola nad Cieśniną Ormuz jest jedynie tymczasowa. Dodał, że zostaną zbudowane alternatywne rurociągi, co położy kres wpływom Iranu. Johnson odparł: „Stary, nie wiesz, że 25 procent światowego skroplonego gazu ziemnego (LNG) pochodzi z Zatoki Perskiej? To jest odcięcie. Od 30 do 40 procent światowego helu – kluczowego dla chipów komputerowych i dysków twardych – pochodzi stamtąd. Mocznik i siarka, kluczowe składniki nawozów i licznych procesów przemysłowych, stanowią od 30 do 35 procent globalnego zaopatrzenia. Żadnego z tych czterech surowców nie da się transportować rurociągami”.

Nawet gdyby ropa płynęła alternatywnymi szlakami, Cieśnina Ormuz pozostałaby pod pełną kontrolą Iranu. W ten sposób Iran zachowuje kluczową pozycję. Pogląd, że Iran jest izolowany i blokowany, jest absurdalny. Rosja, Chiny i Pakistan są teraz pełnoprawnymi partnerami handlowymi; północny szlak przez Morze Kaspijskie, połączenie wschód-zachód przez stary i nowy Jedwabny Szlak oraz szlaki przez porty pakistańskie są otwarte.

Później Johnson odczytał na głos niedawny wpis Donalda Trumpa na portalu Truth Social, który pojawił się około cztery godziny wcześniej: „USA mają całkowitą kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Myślę, że ją utrzymamy. Nasza blokada morska znana jest wszystkim jako „Mur ze Stali”, a Iran nic z tym nie może zrobić. Nie mają marynarki wojennej ani sił powietrznych. Pozostali żołnierze nie otrzymują wynagrodzenia. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest zdziesiątkowany i ucieka. Przywódcy są w najlepszym razie niepewni. Nie mają pieniędzy. Ich kraj jest skończony. Mają tylko fałszywe wiadomości i 300-procentową inflację, która stale rośnie. Iran to tylko słowa, a nic nie robi. Tyran Bliskiego Wschodu już nie istnieje. Chwała Allahowi, prezydencie Donaldzie J. Trumpie”.

Johnson bez ogródek nazwał ten wpis słowami Horses Ass (odpowiednik polskiego „dupek”, „jełop” lub „baran”) i zapytał: Czy Cieśnina Ormuz jest teraz zablokowana, czy otwarta? Jeśli jest zamknięta, to wina Stanów Zjednoczonych, a nie Iranu. Trump i Bessent ograniczali wszystko do ropy – fatalny błąd. Rzeczywiste niedobory LNG, helu, mocznika i siarki miały już znaczący negatywny wpływ na światową gospodarkę. Globalna recesja już trwała; oficjalne statystyki po prostu pozostawały w tyle. Kolejnym zagrożeniem była globalna depresja. Strategiczne Rezerwy Ropy Naftowej (SPR) były już prawie na wyczerpaniu. Działania Trumpa tylko pogłębiały kryzys.

Johnson zwrócił również uwagę na dotkliwe globalne niedobory nafty, paliwa lotniczego i oleju napędowego – około 20% dostaw jest zakłóconych od trzech do czterech miesięcy. Ceny rosną w Azji, Afryce i coraz bardziej w Ameryce Południowej. Niedobór nawozów wpływa na nadchodzący sezon siewu na półkuli południowej. Ponadto terminale naftowe i LNG, a także magazyny części zamiennych, zostały uszkodzone. Ze względów bezpieczeństwa ekipy konserwacyjne opuściły region. Nawet jeśli zostaną ponownie otwarte, szybka naprawa jest wątpliwa. Negocjacje to jedynie dodatek – prawdziwym zagrożeniem jest zbliżająca się katastrofa gospodarcza.

Umowa z Mekki – sesja zdjęciowa czy strategiczne odstraszanie?

Johnson ironicznie nazwał porozumienie między Turcją, Pakistanem i Arabią Saudyjską „Organizacją Traktatu Bliskowschodniego” (METO) – lub „MeToo”. Na papierze Turcja wnosi największą w regionie konwencjonalną armię, Pakistan mocarstwo nuklearne, a Arabia Saudyjska książeczkę czekową. Podpisanie umowy w Mekce, a nie w Rijadzie, było celowym wyborem, mającym na celu podkreślenie muzułmańskiego charakteru. Jednak motto „Atak na jednego to atak na wszystkich” okazało się już puste: powtarzające się ataki Ansar Allah (Huti) na Arabię ​​Saudyjską spotykały się z całkowitym milczeniem ze strony Turcji i Pakistanu.

Hakan Fidan, minister spraw zagranicznych Turcji, jasno dał do zrozumienia, że ​​Iran nie był celem ataku. Wszelkie potencjalne ataki na Izrael pozostały spekulacyjne. Jednocześnie Turcja zagroziła Rosji zamknięciem ukraińskich portów nad Morzem Czarnym – na co Rosja odpowiedziała, wskazując, że Turcja wcześniej milczała na temat ataków na rosyjskie statki. Johnson wątpił, aby Pakistan i Arabia Saudyjska poszły w ślady Turcji i wdały się w konflikt z Rosją.

Pepe Escobar, który właśnie był świadkiem zaćmienia Słońca w pobliżu swojego domu na francuskiej wsi, umieścił to wszystko w perspektywie kosmicznej: ludzkie znaczenie, jak argumentował, było znikome w porównaniu z takimi wydarzeniami. Nazwał porozumienie w sprawie Mekki zwykłą „sesją zdjęciową”, odbitą rzeczywistością niczym w Alicji po drugiej stronie lustra . Twierdził, że trzej przywódcy byli jedynie aktorami pomocniczymi w znacznie większym planie. Umma, jak twierdził, poparłaby takie porozumienie tylko wtedy, gdyby dotyczyło ono Gazy i Palestyny ​​– a nie „porozumienia sunnickiego na wzór NATO”.

Ani Turcja, ani Pakistan nie poświęciłyby swoich strategicznych interesów (odpowiednio powiązań z NATO i wiarygodności nuklearnej, a także roli mediatora) na rzecz Arabii Saudyjskiej, gdyby Rijad podjął dalsze działania przeciwko Jemenowi. Escobar postrzegał to raczej jako ostrzeżenie dla potencjalnego sojuszu „Imperium Chaosu/Kultu Śmierci” (Izrael i jego sojusznicy), który jego zdaniem ma na celu przede wszystkim Turcję. Umowa z pewnością nie jest wymierzona w Iran – Ankara rozmawiała z Teheranem przed jej podpisaniem. Niejednoznaczność Pakistanu jest interesująca z geopolitycznego punktu widzenia: umowę można interpretować jako rozszerzenie pakistańskiego parasola nuklearnego na Turcję i Arabię ​​Saudyjską. Nikt jednak nie zna pełnych implikacji. Escobar nazwał to „teatralnym odstraszaniem”.

Przywołał historyczną Wielką Grę i zdiagnozował nową: anglo-amerykańską elitę przeciwko trzem cywilizacyjnym narodom: Iranowi, Rosji i Chinom jednocześnie. Wracając do Cieśniny Ormuz: Mohsen Rezaei – obecnie Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i osobisty przedstawiciel Najwyższego Przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego – jasno dał do zrozumienia w wywiadzie udzielonym przed nominacją: Cieśnina pozostanie zamknięta, dopóki Amerykanie nie zmienią swojego postępowania i nie wdrożą pięciu punktów Porozumienia. Escobar obszernie zacytował Rezaei: Irańczycy działają bardziej odpowiedzialnie niż USA i chcą zagwarantować bezpieczeństwo globalnego handlu. Dopóki USA będą stwarzać poczucie niepewności, cieśnina pozostanie zamknięta.

Escobar nie ma wyjścia. Spełnienie żądań Iranu (zwrot zamrożonych funduszy, zniesienie sankcji nałożonych dekadami) jest politycznie, geopolitycznie i imperialnie niemożliwe dla żadnej administracji USA. Zbliża się kolejna Wieczna Wojna.

Perspektywa pakistańska i kwestia nadziei

Pan Z przedstawił inną perspektywę, opartą na źródłach w Islamabadzie, biurze irańskiego Najwyższego Przywódcy oraz kontaktach między pakistańskimi władzami a Arabią Saudyjską i Turcją. Wzrost znaczenia Mohsena Rezaei jest postrzegany w Pakistanie jako istotny impuls dla relacji irańsko-pakistańskich. Wpływowy pakistański polityk Mohsin Naqvi (blisko spokrewniony z dowódcą wojskowym Asimem Munirem i powiązany z czołowym szyickim duchownym Allamą Naqvim) natychmiast odwiedził Rezaei. Oczekuje się przybycia irańskiej delegacji pod przewodnictwem Alego Larijaniego (drugiej najważniejszej osoby po Rezaei).

Według pana Z. postępy między Iranem, Pakistanem i Stanami Zjednoczonymi są celowo spowalniane, ponieważ „globalne lobby syjonistyczne” (nazywane przez uczestników „Kultem Śmierci”) aktywnie próbuje storpedować jakiekolwiek zbliżenie. Biuro J.D. Vance’a jest w to głęboko zaangażowane.

Ogłoszenie może nastąpić już w przyszłym tygodniu, po czym nastąpią pośrednie rozmowy z Pakistanem jako mediatorem i Katarem jako stroną wspierającą. Iran nie chce szybkiego porozumienia, lecz trwałego pokoju i jest gotowy wytrwać tak długo, jak będzie to konieczne. Porty i szlaki lądowe (Gwadar, lądowy, Beludżystan) są otwarte; Chiny w pełni popierają Iran. Porozumienie w Mekce jest głębsze, a strategiczna niejednoznaczność bardziej realna, niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Pan Z. wyraził większą nadzieję: porozumienie może zostać osiągnięte w najbliższych dniach.

Pepe Escobar i Larry Johnson pozostali sceptyczni. Escobar podkreślał, że wszystko, co powiedział Rezaei, nosiło piętno Najwyższego Przywódcy. Rezaei był teraz drugim najpotężniejszym człowiekiem w Iranie. Nawet najlepsi pakistańscy mediatorzy (wspierani przez Katar, Oman, a być może także Turcję i Chiny w tle) nie byli w stanie przekonać Amerykanów do zmiany postępowania. Trump był „całkowicie oderwany od rzeczywistości”. Zdezorganizowana administracja Trumpa, z niekompetentnym „Sekretarzem Wiecznych Wojen”, nie spełniłaby irańskich nakazów. Irańskie stanowisko w sprawie ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz nie było propozycjami negocjacyjnymi, lecz stanowczymi nakazami.

Johnson podkreślił, że dopóki Trump trzyma stery i wierzy w mit o załamaniu gospodarczym Iranu, nie widać szans na porozumienie. Szlaki handlowe z Pakistanem, Chinami i Rosją były szeroko otwarte – Iran nie był już tak odizolowany, jak dziesięć lat temu. Należy skupić się na tym, co faktycznie jest przedmiotem rozmów między Pakistanem a Stanami Zjednoczonymi. Obecnie wydawało się, że to Trump – a nie Vance – podejmuje decyzje.

Zakończenie rundy

Trio wyciągnęło nieco pesymistyczny wniosek. Konsekwencje ekonomiczne ciągłych zakłóceń w Cieśninie Ormuz – niedobory energii, nawozów i surowców krytycznych – groziły globalną katastrofą. Choć rozmowy mogły toczyć się za kulisami, przeszkody strukturalne pozostały ogromne. Pan Z. zapowiedział, że natychmiast poinformuje o wszelkich nowych wydarzeniach; w przeciwnym razie standardowy harmonogram będzie kontynuowany (Larry we wtorek, Pepe w środę, wszyscy trzej razem).

W tym szaleństwie jest metoda

W tym szaleństwie jest metoda

13. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/w-tym-szalenstwie-jest-metoda

OBWE – Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie powstała 1 stycznia 1995 r. Celem tej organizacji jest zapobieganie powstawaniu konfliktów w Europie. Francuski oficer rezerwy Benoît Paré służył na Ukrainie w ramach Specjalnej Misji Monitorującej OBWE w latach 2015-2022.

W opublikowanym we wtorek artykule: To, co widziałem na Ukrainie, nie jest tematem rozmów na Zachodzie, źródło, SWISSVOX pisze:

Francuz nie śledził wojny ze studia telewizyjnego. W latach 2015–2022 pracował dla Specjalnej Misji Monitorującej Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Stacjonował m.in. w Kijowie, Doniecku, Kramatorsku, Mariupolu i Ługańsku. Jako oficer rezerwy i były analityk armii francuskiej, posiadał również doświadczenie wojskowe zdobyte podczas poprzednich misji. To, co tam zobaczył, jak sam twierdzi, skłoniło go do napisania książki „Ce que j’ai vu en Ukraine” – „Co widziałem na Ukrainie”.

Sensacyjna informacja od obserwatora OBWE: Stronniczość i ślepe punkty, które podsycały konflikt w Donbasie.
Polska ścieżka dźwiękowa.

Wywiad z Benoîtem Parém i jego artykuł potwierdzają główną tezę mojego blogu. Mianowicie, że wszystkie ważniejsze konflikty na świecie zostały precyzyjnie zaplanowane i przeprowadzone z wojskową precyzją. Dotyczy to zarówno wojny biologicznej zwanej kowidozą, jak i wojny na Ukrainie, a także tej w Zatoce Perskiej.

Sceptykom zadam konkretne pytanie:

Jak jest możliwe, żeby praktycznie cały medialno-polityczny zachodni świat miał jedno i to samo fałszywe zdanie na temat: kto jest wrogiem (kowid, Putin czy władze Iranu) i w jaki sposób trzeba z nim walczyć? Czyżby tak spontanicznie zniknęła wcześniejsza, wielowarstwowa postawa kreatorów opinii publicznej?

Aby tego dokonać, potrzebne są olbrzymie pieniądze i militarna organizacja zajmująca się realizacją tego planu. Wymieniłem jedynie niewielką część dziedzin zaplanowanych przez ONZ w Agendzie 2030.

Ukraina zaproponowała, by część Donbasu nazwać „Donnyland” na cześć Trumpa.

Już Ukraina oficjalnie przeprosiła za „przypadkowy” atak na irański okręt na morzu Kaspijskim. Podobnie jak tutaj źle ocenili intencje Trumpa. Takie podlizywanie się prezydentowi USA przynosi czasem efekty, jednak nie jest w stanie uzupełnić braki w zaopatrzeniu w rakiety.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Od Gazy po Zachodni Brzeg

Od Gazy po Zachodni Brzeg

Opublikowano: 13.08.2026 wolnemedia/od-gazy-po-zachodni-brzeg

Od prawie dwóch lat pojawia się wiele publikacji na temat tego, co często mylnie określa się jako „konflikt izraelsko-palestyński”. Większość z nich podkreśla jego kolonialny wymiar i rzuca światło na stawkę obecnych rozgrywek na Bliskim Wschodzie. Niektóre z nich wskazują również na współodpowiedzialność Zachodu za agresję na Strefę Gazy lub rozprawiają się z mirażem „rozwiązania dwupaństwowego”.

7 listopada 2023 r., miesiąc po palestyńskich atakach na Izrael – podczas gdy zapowiedziany przez premiera Binjamina Netanjahu odwet z całą mocą uderzał w Strefę Gazy – Fayard, wydawca książki Le Nettoyage ethnique de la Palestine (2008) izraelskiego historyka Ilana Pappé (która ukazała się po raz pierwszy w 2006 r. w języku angielskim) postanowił wstrzymać sprzedaż książki pomimo wzrostu zainteresowania. Wydawnictwo Hachette, przejmowane właśnie przez ultraprawicowego miliardera Vincenta Bolloré, stwierdziło, że umowa z Oneworld, pierwotnym wydawcą książki, wygasła. Rzeczywisty powód tej decyzji był jednak związany raczej z zaangażowanym charakterem książki Pappégo, antysyjonistycznego intelektualisty i czołowej postaci izraelskich „nowych historyków”, których prace zdemontowały narodową narrację na temat powstania państwa Izrael (proklamowanego 14 maja 1948 r.). Książka, która w końcu została ponownie opublikowana przez La Fabrique [1], odnosi się do korzeni izraelsko-palestyńskiego „konfliktu” i kwestii uchodźców, a także kolonialnego wymiaru ruchu syjonistycznego (promującego od końca XIX w. projekt państwa żydowskiego w Palestynie).

W książce tej Pappé, opierając się na solidnych dowodach, obala izraelskie twierdzenie, jakoby exodus 800 tys. Palestyńczyków w 1948 r. (spośród ogólnej liczby 1,4 mln ówcześnie) wynikał z dobrowolnych wyjazdów, by uniknąć walk trwających podczas wojny między Izraelem a armiami arabskimi (15 maja 1948 r. – 20 lipca 1949 r.). W jego przekonaniu ta idea jest „mitem”, „czystą fabrykacją”, której celem jest przede wszystkim ukrycie odpowiedzialności Izraela za palestyńską „katastrofę” (Nakba). W rzeczywistości, wyjaśnia historyk, masowe wyjazdy były bezpośrednim rezultatem „systematycznego wypędzania Palestyńczyków z szerokich połaci kraju” oraz zniszczeń i okrucieństw popełnianych przez bojówki syjonistyczne w następstwie przegłosowania w ONZ (29 listopada 1947 r.) nierównego podziału Palestyny na dwa państwa, a później przez armię izraelską (utworzoną pod koniec maja 1948 r.) w celu zagwarantowania etnicznej jednorodności przydzielonego Żydom państwa i powiększenia jego terytorium.

Uporczywa obojętność

Korzystając z archiwów wojskowych i administracyjnych z pierwszej ręki oraz dzienników przywódców politycznych, a także dokumentów palestyńskich, wywiadów z ocalałymi czy naocznymi świadkami, Pappé opisuje „znaczną liczbę okrucieństw” popełnionych przez syjonistów wobec arabskich „autochtonów”: zbiorowe egzekucje, masakry na dużą skalę, bombardowanie wiosek, gwałty, grabieże, tworzenie „specjalnych obozów pracy” itp. Autor przedstawia, w jaki sposób „plan czystek etnicznych” („plan Dalet”) został sfinalizowany przez żydowskich przywódców 10 marca 1948 r., ponad dwa miesiące przed rozpoczęciem konfliktu izraelsko-arabskiego. Gdy rozpoczynała się wojna, „siłom żydowskim udało się już wypędzić przy użyciu przemocy prawie 250 tys. Palestyńczyków”, wyjaśnia historyk. Niespełna rok później około 60% palestyńskiej populacji przebywało w obozach dla uchodźców rozsianych po Zachodnim Brzegu, Strefie Gazy i krajach sąsiednich. Ze swojej strony Izrael podbił o jedną trzecią więcej terytorium niż przewidywał plan „podziału” ONZ i okupował 78% historycznej Palestyny (pozostałe 22% wpadły w jego ręce po wojnie w czerwcu 1967 r.).

Praca Pappégo, która opisuje okoliczności, w jakich powstał Izrael, podkreśla kolonialną i rasistowską naturę syjonizmu, który opowiada się za zastąpieniem rdzennej ludności inną, obcego pochodzenia. Ta czystka etniczna może opierać się jedynie na logice eksterminacji i „musi być zakotwiczona w naszej pamięci i naszej świadomości”, pisze historyk, „jako zbrodnia przeciwko ludzkości”. Dlatego wzywa do zmiany spojrzenia na formowanie się państwa izraelskiego, które nie dokonało się dzięki „wojnie o niepodległość”, zgodnie z ustalonym dyskursem, lecz w wyniku spustoszenia. „Paradygmat czystek etnicznych powinien zastąpić paradygmat wojny”, uznaje Pappé.

W przedmowie do nowego francuskiego wydania swojej książki historyk wskazuje, że pojęcie czystek etnicznych można również zastosować w odniesieniu do izraelskiej polityki prowadzonej od prawie 80 lat wobec Palestyńczyków z Izraela i terytoriów okupowanych – co sami określają jako „nieustającą Nakbę” – innymi słowy, że „nie wyszliśmy z tego historycznego momentu”. Potwierdzają to masowe wysiedlenia prowadzone w całym kraju, również we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu, aby „stworzyć nową rzeczywistość demograficzną w terenie” i wzmocnić judaizację całego regionu, „od rzeki Jordan aż do morza”, za pomocą nowych osiedli. Zachodni Brzeg (łącznie ze Wschodnią Jerozolimą), który obejmuje obszar 5 660 kilometrów kwadratowych, mieści obecnie prawie 300 izraelskich „osiedli” z 750 tys. osadników, wobec 3,3 mln Palestyńczyków.

Chociaż praktyki te są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, Tel Awiw może liczyć na „apatię” i „uporczywą obojętność” zachodnich przywódców politycznych i mediów. W ten sam sposób, kontynuuje Pappé, masakry dokonane przez izraelską armię w 1948 r. nie wywołały „żadnej reakcji ze strony tych – redaktorów naczelnych dzienników, urzędników ONZ czy szefów organizacji międzynarodowych – którzy doskonale wiedzieli, co się dzieje”. Zdaniem historyka „przesłanie społeczności międzynarodowej do Izraela było jasne: czystki etniczne w Palestynie – jakkolwiek nielegalne, niemoralne i nieludzkie – będą tolerowane”. Nawet dziś izraelski reżim wie doskonale, że dzięki wsparciu Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej może cieszyć się zupełną bezkarnością.

Bilans 17 lat blokady

Najnowsza książka Pappégo, napisana w świetle obecnej sytuacji w Palestynie, ma zadanie dydaktyczne [2]. Historyk poświęca jeden z rozdziałów na przedstawienie „moralnego, i politycznego kontekstu 7 października 2023 r.”. Według niego, ogień tlił się od dawna z powodu „bezlitosnego oblężenia nałożonego na Gazę od 17 lat”, wyniszczających wojen rozpętywanych w tym okresie przez Tel Awiw przeciwko enklawie, nie wspominając już o kwestii tysięcy palestyńskich więźniów politycznych w Izraelu, prowokacjach osadników na Esplanadzie Meczetów we Wschodniej Jerozolimie itp. Przypomina nam również, że Strefa Gazy, której w 1948 r. przybyło ponad 200 tys. Palestyńczyków [3], częściowo pochodzących z okolicznych wiosek, została stworzona przez Izrael jako „obszar wydzielony w celu przeprowadzenia czystek etnicznych w innych regionach historycznej Palestyny ”. To terytorium o powierzchni 365 kilometrów kwadratowych, które liczyło w przededniu 1948 r. 80 tys. mieszkańców (w tym 35 tys. w mieście Gaza), jest obecnie domem dla ponad 70% uchodźców i ich potomków.

Większość Gazańczyków, z których 65% ma poniżej 25 lat, dorastała w cieniu izraelskiej blokady wojskowej (lądowej, powietrznej i morskiej) nałożonej w 2007 r., której integralną częścią były liczne bombardowania. „Bojownicy Hamasu, którzy zaatakowali Izrael 7 października, podkreśla Pappé, byli w większości młodymi ludźmi, którzy nauczyli się języka przemocy pod bombami zrzucanymi na nich przez Izrael”. Według historyka, Tel Awiw wykorzystał ten atak „jako pretekst do zastosowania swej ludobójczej polityki” wobec ponad 2 milionów ludzi żyjących w więzieniu pod gołym niebem, jakim jest Gaza.

7 października nie spadł z nieba

Umieszczenie „w specyficznym kontekście historycznym” [4], wojny o unicestwienie, o której zadecydowano po ataku przeprowadzonym przez główne frakcje w Strefie Gazy pod przywództwem Hamasu, jest również celem zbiorowej pracy Deluge: Gaza and Israel from Crisis to Cataclysm. Książka ta, skupiająca prace 13 autorów palestyńskich, izraelskich i innych narodowości (naukowców, ekspertów, dziennikarzy itp.), jest jedną z pierwszych prac opublikowanych na ten temat w języku angielskim. Brytyjsko-izraelski historyk Avi Shlaïm, rozprawiając się z powszechną opinią, wskazuje, że atak 7 października 2023 r. „nie spadł z nieba”, ale wziął się z „nielegalnej i niezwykle brutalnej izraelskiej okupacji wojskowej terytoriów palestyńskich od czerwca 1967 r.” oraz „duszącej blokady ekonomicznej” (a w kolejnych latach całkowitego oblężenia) nałożonej na Gazę w 2006 r., po miażdżącym zwycięstwie Hamasu w wyborach parlamentarnych w styczniu tego roku odniesionym nad Fatahem, kierowanym przez prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa.

Wbrew narracji, że Hamas stawia sobie za cel zniszczenie Izraela, Shlaïm, palestyński naukowiec Khaled Hroub i brytyjski badacz Colter Louwerse przypominają w tej książce, że od czasu objęcia władzy, islamistyczny ruch wysyłał wiele sygnałów gotowości do kompromisu z Tel Awiwem: wielokrotnie wskazywał „że jest gotowy złagodzić swój program w celu osiągnięcia wynegocjowanego porozumienia” z Izraelczykami i „zaoferował im [w tym celu] trwały rozejm”. Jego przywódcy w pewien sposób uznali istnienie Izraela „akceptując rozwiązanie dwupaństwowe” (przynajmniej tymczasowo, przez kilka dekad), oparte na wycofaniu się Izraela do granic z 4 czerwca 1967 r. (sprzed wojny sześciodniowej). W marcu 2007 r., po miesiącach bojkotu rządu islamistycznego przez Tel Awiw i Zachód, opierającego się na założeniu, że Hamas miałby być „organizacją terrorystyczną”, ten ostatni utworzył gabinet jedności narodowej z Fatahem („umiarkowany rząd, złożony z technokratów zamiast polityków”), pomimo wzajemnej wrogości. Jednak wszystkie te gesty zostały odrzucone przez Izrael.

Strategia odrozwoju

Blokada i niszczycielskie działania prowadzone przeciwko Gazie po 2007 r. w odpowiedzi na wystrzeliwane stamtąd rakiety sprawiły, że ten przybrzeżny pas ziemi, będący i tak już najbiedniejszym palestyńskim terytorium, pogrążył się w głębokim kryzysie ekonomicznym. Amerykańska ekonomistka Sara Roy w tym samym dziele określiła całkowitą blokadę oraz niszczenie infrastruktury tego terytorium przez Izrael mianem ekonobójstwa, a jego częścią uznała zrzucanie na ONZ i organizacje humanitarne zadania zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności (żywność, mieszkania, opieka zdrowotna, edukacja itd.). Jej zdaniem, strategia ta wpisuje się w izraelską politykę „odrozwoju” prowadzoną wobec Gazy. Koncept ten ukuła na określenie ogółu środków stosowanych przez Tel Awiw od 1967 r. w celu „pozbawienia gospodarki palestyńskiej jej zdolności produkcyjnych i jakichkolwiek możliwości znaczącego wzrostu strukturalnego, a także zamknięcia rynku wewnętrznego terytoriów okupowanych, aby uzależnić go od importu towarów izraelskich” [5]. To przedsięwzięcie gospodarczej i społecznej dekonstrukcji, które pogrążyło znaczną część mieszkańców tego terytorium w skrajnym ubóstwie i doprowadziło do bardzo wysokiego bezrobocia, bezpośrednio przyczyniło się do przekształcenia Gazy w beczkę prochu.

Jeśli ataki z 7 października 2023 r. nie wzięły się z niczego, lecz są produktem dziesięcioleci ucisku, to dlaczego Hamas wybrał właśnie ten moment na rozpoczęcie ataku i jakie były jego cele? W tej kwestii autorzy książki różnią się w swoich interpretacjach. Według Shlaïma, palestyńskie ataki zostały przeprowadzone głównie w celu udaremnienia, dokonującego się wówczas i promowanego przez Waszyngton, zbliżenia między Izraelem a Arabią Saudyjską, które miało włączyć Rijad do porozumień normalizacyjnych podpisanych w 2020 r. przez Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Bahrajn, Sudan i Maroko. Według Hrouba oraz holendersko-palestyńskiego analityka Mouina Rabbaniego, chodziło raczej o skłonienie Tel Awiwu do zakończenia blokady i oblężenia wojskowego, uwolnienia palestyńskich więźniów politycznych i powstrzymania profanacji świętych miejsc w Jerozolimie przez osadników, lecz również o zaangażowanie „osi oporu”, kierowanej przez Iran, w celu osłabienia Izraela i jego sojuszników w regionie. Podczas gdy uwolnienie tysięcy palestyńskich więźniów zostało uzyskane w zamian za uwolnienie izraelskich jeńców przetrzymywanych w enklawie od 7 października 2023 r. – inne cele nie zostały osiągnięte. Co gorsza, „wojna totalna”, rozpoczęta dzień po ataku przez Tel Awiw, przyniosła, przy całkowitej obojętności Zachodu, masakrę ludności na wielką skalę – unicestwienie 80% przybrzeżnego pasa i przymusowe wysiedlenie 90% jego ludności.

Nie jesteśmy liczbami

Jeden ze współautorów Deluge, Ahmed Alnaouq, napisał bardzo osobistą relację z codziennego życia pod blokadą i oblężeniem. Pochodzący z enklawy i od 2019 r. mieszkający w Londynie, palestyński dziennikarz stracił około 20 członków rodziny w izraelskim bombardowaniu domu jego rodziców w październiku 2023 r. (jeden z jego braci zginął już podczas wojny w 2014 r.). „Dla mnie i ocalałych członków mojej rodziny jest to wyjątkowa tragedia, mówi. Jest to również wyjątkowa tragedia dla świata. Ponieważ to, na co przymyka oczy w Strefie Gazy, od 2023 r. i wcześniej, jest plamą, której nigdy nie uda się wymazać”. Alnaouq jest także współzałożycielem – obok innego gazańskiego poety i nauczyciela Refaata Alareera (zabitego w grudniu 2023 r.) – kolektywu We Are Not Numbers (WANN, „Nie jesteśmy liczbami”), istniejącego od 2015 r.

Celem WANN jest oddanie głosu palestyńskiej młodzieży poprzez umożliwienie aspirującym pisarzom z Gazy, wspieranym przez profesjonalnych autorów, publikacji ich tekstów na stronie internetowej WANN. Ma to na celu udokumentowanie tragedii doświadczanej przez Palestyńczyków, lecz także „ich nadziei i pasji”, oraz walkę przeciwko odczłowieczaniu ich przez Izrael i zachodnie media. WANN zamieścił na swojej stronie internetowej zbiór tekstów wybranych spośród tysięcy opublikowanych w latach 2015-2024 [6]. Uszeregowane według roku powstania, dziesięć rozdziałów książki zawiera teksty w różnych formach (opowiadania, eseje, wiersze). Książkę otwierają i zamykają fragmenty słynnego już wiersza Refaata Alareera If I Must Die, (Jeśli muszę umrzeć) napisanego na krótko przed jego śmiercią: Jeśli muszę umrzeć, / Ty musisz żyć, / żeby opowiedzieć moją historię, / żeby sprzedać moje rzeczy, / kupić kawałek płótna / i trochę sznurka, / (…) Żeby gdzieś w Gazie dziecko, / patrzące w oczy niebiosom, / zobaczyło latawiec / i pomyślało przez chwilę, / że to anioł”.

Walka z odczłowieczaniem Palestyńczyków „poprzez opowiadanie o horrorze”, który muszą znosić i „poprzez obalanie argumentów uzasadniających ludobójstwo” jest również celem książki dziennikarki Meriem Laribi [7]. Od 7 października 2023 r. do 7 października 2024 r. prowadziła ona dziennik trwającej w Strefie Gazy wojny eksterminacyjnej. Opierająca się na różnych źródłach – informacjach dostarczanych przez palestyńskich korespondentów na miejscu oraz przez niezależne media w języku arabskim, angielskim, francuskim, w tym również izraelskie (jak strona internetowa +972 Magazine), raporty organizacji praw człowieka itp. – jej praca pomaga „poukładać puzzle tej tragedii”. Stosując „antykolonialistyczne” podejście i „nie-zachodni punkt widzenia”, Laribi obnaża współodpowiedzialną bierność „społeczności międzynarodowej” i manipulacje stronniczej prasy. „We Francji – pisze – większość dziennikarzy telewizyjnych pada plackiem przed francuskojęzycznym rzecznikiem izraelskiej armii, Olivierem Rafowiczem – małym, aroganckim, lecz niezbyt imponującym mężczyzną, którego można zobaczyć absolutnie wszędzie i w każdej chwili”. Autorka podkreśla fakt, że Izrael zakazuje dziennikarzom wjazdu do Gazy, żeby łatwiej było mu „ukryć masakrę”. Pisze, że „zachodnie media stosują się do tej cenzury i dokładają kolejną warstwę poprzez ignorowanie lub lekceważenie pracy gazańskich dziennikarzy, którzy w każdej chwili ryzykują własnym życiem (…). Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy nic o tym, co dzieje się w Gazie. To lekceważenie dziennikarskiej profesji stawia ich w jeszcze większym niebezpieczeństwie, ponieważ izraelska armia czuje się uprawniona do ich eliminowania, co nie wywołuje najmniejszych sprzeciwów”.

Mapy widma i matryce kolonizacji

Obok książek historycznych i esejów opublikowanych w ostatnich miesiącach, pojawiło się wiele prac łączących mapy, ilustracje, kalendaria i dane liczbowe, które pozwalają stworzyć sobie obraz obecnej sytuacji i zrozumieć jej korzenie. Kilka z nich wyróżnia się oryginalnością przedstawionej dokumentacji i klarownością analiz. Na przykład praca autorstwa geografa-kartografa Philippe’a Rekacewicza i dziennikarza Dominique’a Vidala [8] – korzystając z bogatego materiału kartograficznego i często mało znanych archiwów, obaj autorzy postanowili „prześledzić półtora wieku bardzo burzliwej historii”. Książka, wzbogacona o kalendaria wydarzeń i ramki tematyczne, wyjaśnia, w jaki sposób Wielka Brytania wspierała syjonizm na początku XX w. i ideę stworzenia w Palestynie państwa żydowskiego – mającego stanowić wysunięty przyczółek Zachodu – w imię przede wszystkim swoich interesów geostrategicznych. Przedstawia również „mapy-widmo” z projektów pokojowych tworzonych w latach 2000., które pozostały tylko na papierze. Aby lepiej zrozumieć „matrycę okupacji” i paradygmat aneksji, pokazuje fragmentację Zachodniego Brzegu za pomocą rozległej sieci izraelskich osiedli, dróg przeznaczonych wyłącznie dla osadników i wojska, setek punktów kontrolnych, którymi usiane jest terytorium palestyńskie, „muru separacyjnego” itd. Wreszcie, przygląda się narzuconej judaizacji Wschodniej Jerozolimy dokonującej się w miarę radykalizacji kolejnych izraelskich rządów.

Zdecydowanie wart wspomnienia jest opublikowany pierwotnie w 2011 r. i wielokrotnie aktualizowany atlas emerytowanego profesora uniwersyteckiego Jeana-Paula Chagnollauda oraz badacza i wykładowcy z dziedziny geopolityki Pierre’a Blanca [9]. Przygląda się on drodze pokonanej przez Palestyńczyków od końca XIX w., czasów osmańskich, aż do ostatnich wydarzeń. Wspominają o „szoku 7 października”, jak również o podziałach dyplomatycznych wśród państw europejskich, „niezachwianym wsparciu” Waszyngtonu dla Izraela, a także dwulicowości państw arabskich wobec Palestyny od 1948 r. O ile walory edukacyjne tego dzieła są niezaprzeczalne, o tyle niektóre stwierdzenia wydają się dyskusyjne. Widać to na przykładzie „rozwiązania dwupaństwowego”, które autorzy uznają za „politycznie konieczne i materialnie możliwe”, wbrew kolonialnej rzeczywistości w terenie oraz odrzuceniu tej idei przez większość młodych Palestyńczyków.

Spojrzenia w przyszłość

W książce (Comprendre la Palestine), będącej owocem dziesięcioletnich badań, rysowniczka Alizée De Pin i badacz Xavier Guignard proponują dogłębny przegląd historii Palestyny – historii, jak piszą, „wywłaszczenia, walki, segregacji i suwerenności, która stała się niemożliwa” [10]. Dwójka autorów naświetla tak potrzebne – i rzadko analizowane dogłębnie – tematy jak: szczegółowe funkcjonowanie Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa („państwo z papieru” i „instrument kontrolowania Palestyńczyków na terytoriach okupowanych”), kwestia prawa do zbrojnego oporu, przejmowanie przez władze okupacyjne palestyńskich zasobów naturalnych (w tym warstw wodonośnych na Zachodnim Brzegu) na rzecz osadników, czy ruch więźniów zapoczątkowany w latach 1980. Główną wartością dodaną tej pracy jest wybór jako jej przewodniego tematu kwestii podziału Palestyny, narzuconego przez ONZ w 1947 r., odrzuconego wówczas przez Palestyńczyków, którzy opowiadali się za jednym państwem skupiającym Arabów i Żydów. Autorzy postanowili pokazać, w jaki sposób idea podziału Palestyny na dwa podmioty polityczne „pojawiła się, jeszcze zanim przekształciła się w mrzonkę”. W świetle obecnej sytuacji, uznają, że „rozwiązanie dwupaństwowe”, ta „prawdziwa mantra dyplomatyczna” społeczności międzynarodowej jest „ułudą”: „Separacja, której wymagałby podziała na dwa państwa, nigdy nie była równie niemożliwa, umacniając dominację” Izraela nad Palestyńczykami. Ich zdaniem „jedyną alternatywą jest kohabitacja” w ramach tego samego państwa „opierającego się na zasadzie całkowitej równości między wszystkimi obywatelami”.

Opinia ta jest sprzeczna z przemyśleniami wielu specjalistów zajmujących się „konfliktem” izraelsko-palestyńskim, w tym Jeana-Pierre’a Filiu, gorącego orędownika „rozwiązania dwupaństwowego”, z „demokratycznym i zdemilitaryzowanym” państwem palestyńskim mającym funkcjonować obok państwa izraelskiego. W swojej książce Comment la Palestine fut perdu [11] historyk wyjaśnia, że model ten stanowi „jedyny horyzont dla przyszłego współistnienia na tej samej ziemi dwóch narodów, i to na podstawie równowagi sił będących obecnie w przeważającej mierze po stronie Izraela”. Bez tych ram współistnienia – dodaje – „ten układ sił nie przyniesie państwu żydowskiemu ani bezpieczeństwa, ani stabilności”. Natomiast odwrotnie jest według Pappégo, który zgadza się ze stanowiskiem De Pina i Guignarda – jedynym sposobem na rozwiązanie problemu uchodźców i palestyńskiej mniejszości w Izraelu jest stworzenie „jednego demokratycznego państwa, w którym każdy, czy to Palestyńczyk, czy Izraelczyk, cieszyłby się równymi prawami i swobodą przemieszczania się na terenie całej historycznej Palestyny”.

W czasie, gdy umacnia się system apartheidu wprowadzony przez Izraelczyków, oraz gdy intensyfikują się działania na rzecz aneksji terytoriów okupowanych, bardziej niż kiedykolwiek konieczne jest zbadanie możliwości wyrwania się z kolonialnego paradygmatu nieodłącznie związanego z syjonizmem, tak, aby zbudować wspólne państwo i uniknąć pogrążenia regionu w jeszcze głębszym chaosie. Już w 2006 r., w wizjonerskim fragmencie w podsumowaniu swojej książki na temat czystek etnicznych w Palestynie, Pappé ostrzegał: „[Palestyńczycy] nigdy nie będą mogli stać się częścią syjonistycznego państwa i przestrzeni. Dlatego nadal będą walczyć. Miejmy nadzieję, że ich walka będzie pokojowa i zwycięska. Jeśli nie, stanie się desperacka i mściwa, i, jak cyklon, wciągnie nas wszystkich w ogromną i nieustającą burzę piaskową”. Dwie dekady później, słowa te wybrzmiewają z całą mocą.

Autorstwo: Olivier Pironet
Tłumaczenie: Ewa Cylwik
Źródło: Monde-Diplomatique

Przypisy

[1] Ilan Pappé, Le Nettoyage ethnique de la Palestine, tłum. z ang. Paul Chemla, La Fabrique, Paryż 2024.

[2] Ilan Pappé, A Very Short History of the Israel-Palestine Conflict, Oneworld Publications, Londyn 2024.

[3] Na temat historii Gazy od czasów starożytnych czyt. zwłaszcza Gerald Butt, Gaza, au carrefour de l’histoire (tłum. z ang. Christophe Oberlin), Erick Bonnier, Paryż 2011; oraz Jean-Pierre Filiu, Histoire de Gaza, Fayard, Paryż 2024 (wyd. I 2012).

[4] Avi Shlaïm, przedmowa do Jamie Stern-Weiner (red.), Deluge: Gaza and Israel from Crisis to Cataclysm, OR Books, Nowy Jork 2024.

[5] Por. Sara Roy, The Gaza Strip: The Political Economy of De-development, Institute for Palestine Studies, Waszyngton, 2016 (wyd. I 1995).

[6] Ahmed Alnaouq i Pam Bailey (pod red.), We Are Not Numbers: The Voices of Gaza’s Youth, Hutchinson Heinemann, Londyn 2025.

[7] Meriem Laribi, Ci-gît l’humanité. Gaza, le génocide et les médias, z przedmową Alaina Gresha, Éditions Critiques, Paryż 2025.

[8] Philippe Rekacewicz i Dominique Vidal, Palestine-Israël. Une histoire visuelle, Seuil, Paryż 2024.

[9] Pierre Blanc i Jean-Paul Chagnollaud, Atlas des Palestiniens. Itinéraire d’un peuple sans État, kartografia Madeleine Benoit-Guyod, Autrement, Paryż 2025 (wyd. IV).

[10] Alizée De Pin i Xavier Guignard, Comprendre la Palestine. Une enquête graphique, Les Arènes, Paryż 2025.

[11] Jean-Pierre Filiu, Comment la Palestine fut perdue. Et pourquoi Israël n’a pas gagné. Histoire d’un conflit (XIX e-XXIe siècle), Seuil, Paryż 2024.

Japonia: 桜咲く国 [akura saku kuni] – kraj, w którym kwitną wiśnie

Japonia: 桜咲く国 [akura saku kuni] – kraj, w którym kwitną wiśnie

Pielgrzymi podczas dorocznej pielgrzymki FSSPX do Akity

Japonia, nazywana również Krajem Wschodzącego Słońca, pozostaje jednym z najtrudniejszych terenów misyjnych dla Kościoła katolickiego. Katolicy stanowią tam mniej niż 0,5% społeczeństwa, a chrześcijaństwo pozostaje religią mniejszościową. Mimo to od kilkudziesięciu lat rozwija się tam apostolat Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, który stopniowo obejmuje kolejne środowiska wiernych przywiązanych do Tradycji katolickiej.

Historia apostolatu FSSPX w Japonii sięga jeszcze czasów abp. Marcela Lefebvre’a. Pierwsza Msza św. celebrowana przez kapłana Bractwa na ziemi japońskiej, została odprawiona przez ks. Ryszarda Williamsona FSSPX już w 1978 r. Kolejna celebracja była możliwa dopiero w 1985 r., co pokazuje, jak sporadyczna była wówczas obecność kapłanów Bractwa w tym kraju. Od 1987 r. kapłani Bractwa zaczęli przyjeżdżać z Australii kilka razy w roku, aby odprawiać Mszę św. i udzielać sakramentów nielicznej grupie wiernych.

Natomiast początki regularnego apostolatu przypadają na lata dziewięćdziesiąte. Dużą rolę odegrał wówczas ks. Nanasaki z Nagoi, wierny celebrans tradycyjnej Mszy. Przed swoją śmiercią zachęcił parafian do zwrócenia się do abp. Marcela Lefebvre’a z prośbą o przysłanie kapłanów Bractwa do Japonii. Prośba ta została wysłuchana i stała się początkiem systematycznej obecności FSSPX w tym kraju.

W czerwcu 1993 r. święcenia kapłańskie przyjął ks. Tomasz Onoda FSSPX. Od 1994 roku rozpoczęto regularne, comiesięczne odprawianie Mszy św. w Tokio i Osace, co zapoczątkowało stałą działalność misyjną Bractwa w Japonii. Przez wiele kolejnych lat to właśnie ks. Onoda był głównym filarem apostolatu. Początkowo regularnie przybywał z Filipin, aby udzielać sakramentów i opiekować się wiernymi rozsianymi po całym kraju. Dzięki jego wytrwałej pracy wspólnoty w Tokio i Osace mogły rozwijać się pomimo licznych trudności.

Owocem wytrwałej pracy apostolskiej w Japonii są kolejne rodziny, które dzięki Bożemu błogosławieństwu wzrastają w wierze

Przełomowym wydarzeniem było utworzenie na północ od Tokio w styczniu 2021 r. pierwszego przeoratu Bractwa w Japonii (Stella Matutina). Pisaliśmy o tym TU. Jego pierwszymi mieszkańcami zostali ks. Tomasz Onoda FSSPX i ks. Stefan Demornex FSSPX. Później ks. Demornexa zastąpił ks. Benedykt Wailliez FSSPX, a obecnie do apostolatu dołączył również ks. Iwo Fillebeen FSSPX. Otwarcie przeoratu zakończyło, trwający blisko trzy dekady, etap misji prowadzonej głównie przez kapłanów przybywających z zagranicy i zapewniło wiernym stałą opiekę duszpasterską.

Obecnie Bractwo prowadzi stałe ośrodki w Omiya koło Tokio oraz w Takatsuki niedaleko Osaki. Msza św. jest także regularnie odprawiana w Nagoi, a kapłani odwiedzają Sapporo i inne miasta, gdzie organizowane są nabożeństwa dla wiernych.

Wspólnota wiernych pozostaje niewielka. Około 120 osób uczestniczy regularnie w życiu kaplicy w Tokio, a około 60 w Osace. Mimo tej skromnej liczby, widoczne są konkretne owoce apostolatu. W ostatnich miesiącach zawarto dwa małżeństwa oraz udzielono jedenastu chrztów, w tym wielu osobom nowo nawróconym na wiarę katolicką.

https://youtube.com/watch?v=igDcOoczElc%3Ffeature%3Doembed

Działalność Bractwa obejmuje nie tylko regularne odprawianie Mszy św. (można ich wysłuchać na żywo na oficjalnym kanale ) i udzielanie sakramentów, ale także rekolekcje, katechezę, formację dzieci i młodzieży oraz pielgrzymki, w tym coroczną pielgrzymkę do sanktuarium w Akicie. Dla wielu Japończyków zetknięcie się z tradycyjną liturgią rzymską jest pierwszym spotkaniem z pełnią katolickiej Tradycji.

Historia apostolatu w Japonii pokazuje, że nawet na terenach, gdzie katolicy stanowią tak niewielki ułamek społeczeństwa, cierpliwa i wytrwała praca misyjna przynosi owoce. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X kontynuuje tam dzieło przekazywania Tradycji katolickiej, nawiązując do dziedzictwa św. Franciszka Ksawerego, św. Maksymiliana Marii Kolbego oraz japońskich męczenników, którzy przed wiekami oddali życie za wiarę.

W październiku 2025 roku polscy wierni odbyli pielgrzymkę do Japonii śladami św. Maksymiliana Marii Kolbego. Przewodniczył jej przełożony Dystryktu Polski – ks. Karol Stehlin FSSPX, a pielgrzymom towarzyszył również ks. Onoda. Miejsca związane z życiem św. Maksymiliana oraz działalnością Bractwa w Japonii można obejrzeć na kanale „Triumf Niepokalanej”.

Pielgrzymi podczas dorocznej pielgrzymki FSSPX do Akity
Owocem wytrwałej pracy apostolskiej w Japonii są kolejne rodziny, które dzięki Bożemu błogosławieństwu wzrastają w wierze

Źródło

O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego

O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego

magnapolonia/o-katolickich-zasadach-tolerancji-religijnej-wedlug-kard-ottavianiego

O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego

       Znana katolicka sentencja stanowi, że błąd nie ma żadnych praw, przede wszystkim zaś obiektywnie nie ma prawa istnieć. Jak bowiem stwierdził Pius XII, żadna władza publiczna nie ma kompetencji, aby komukolwiek wydać pozytywne upoważnienie do głoszenia czegoś, co sprzeciwia się prawdzie katolickiej[1]. W innym zaś miejscu wspomniany papież przypomina, że granicą wolności sumienia każdego człowieka jest prawdziwość Bożego Objawienia[2]. Jeśli tej ramy zabraknie, to – jak naucza Grzegorz XVI – owa wolność stanie się w istocie wolnością błądzenia, od której to nie ma bardziej nieszczęśliwej śmierci dla duszy[3]. Wprowadzenie takiej wolności w państwach było – jak potwierdza Pius VII – celem wolnomularstwa[4].

            Powyższe nie oznacza jednak, że katolickie władze publiczne mają bezwzględny obowiązek zawsze z całą surowością zwalczać każde przejawy fałszywego kultu. Faktem jest, że Pius XII w przemówieniu Ci Riesce (1953 r.) obwieszcza istnienie „obowiązku tłumienia błędu moralnego i religijnego”, także „przy pomocy praw cywilnych lub środków przymusu”[5]. Papież zaznacza jednak, że ten obowiązek nie jest dla rządu państwowego ostatecznym kryterium postępowania. Mogą bowiem istnieć racje praktyczne, które w określonych okolicznościach wskażą nam tolerancję jako roztropniejszy (lub nawet poniekąd nakazany) sposób postępowania.

            W niniejszym artykule zwięźle omówimy katolickie zasady odnoszące się do tolerancji religijnej, bazując przede wszystkim na spisanym po łacinie podręczniku Compendium iuris publici ecclesiastici, autorstwa Alfredo kard. Ottavianiego. Począwszy od 1928 roku, Ottaviani pracował w kurii rzymskiej, zaś od 1935 roku w stojącej na straży czystości doktryny Kongregacji Świętego Oficjum. Był ostatnim kardynałem, który faktycznie[6] stał na czele tego urzędu kurialnego, zastąpionego w 1966 roku Kongregacją Nauki Wiary. W okresie przed II Soborem Watykańskim wskazana pozycja książkowa uzyskała status referencyjnej, wyznaczając standardy nauczania w swojej dziedzinie. Używana była przede wszystkim jako podręcznik w rzymskich seminariach i na uniwersytetach papieskich. Pomocniczo będziemy korzystali również z innych podręczników.

Tolerancja a wolność religijna

            Wywód odnoszący się do relacji państwa o ustroju katolickim względem fałszywych religii odnajdziemy w części III podręcznika, dotyczącej stosunków między Kościołem a państwem. W artykule V, zatytułowanym „O tolerancji fałszywych kultów”, Kardynał przedstawia na wstępie definicję samej tolerancji. Przypomina, że oznacza ona cierpliwe znoszenie czegoś, co zasadniczo uważamy za złe, nam samym przeciwne lub uciążliwe. Nie wiąże się ona więc z aprobatą zjawiska, które jesteśmy zmuszeni w tych lub innych okolicznościach tolerować. Jak wskazuje Ottaviani, w odniesieniu do fałszywych religii, tolerancja dozwolona jest na zasadzie tzw. dopuszczenia komparatywnego (porównawczego). Oznacza to, że państwo musi zważyć, czy istnieją jakiegoś rodzaju racje praktyczne, które w danych okolicznościach wystarczająco usprawiedliwiają tolerowanie błędu religijnego. Sam fałszywy kult nie ma bowiem prawa do istnienia.

            Jednocześnie Autor kategorycznie przeciwstawia tak rozumianą tolerancję religijną rozporządzeniom prawnym, które przyznają wszystkim kultom pełnię wolności oraz równe prawa w sferze praktyk religijnych. Takie regulacje uważa za konsekwencję błędu, jakim jest fałszywa wolność sumienia. Cechuje ona państwa liberalne, które na tej samej płaszczyźnie stawiają religię katolicką z fałszywymi wyznaniami, zrównując tym samym prawdę z błędem. W takiej sytuacji nie mówimy o tolerancji, lecz o praktycznym indyferentyzmie państwa. Jest on, w ocenie Kardynała, w istocie swojej równy ateizmowi. Wynika to z faktu, że w tak postępującym państwie za zasadę nie jest uznawany ekskluzywizm katolicyzmu, lecz wolność kultu.

            Ottaviani stwierdza, że cechująca państwa liberalne wolność sumienia stanowi współdziałanie władz publicznych w szerzeniu błędu oraz ich udział w pomnażaniu niebezpieczeństw dla zbawienia dusz poddanych. Tymczasem tolerancja rozumiana po katolicku jest – jak podkreśla Autor – „cierpliwym znoszeniem zła w celu uniknięcia większych nieszczęść”. Nie może ona oznaczać przyznania innowiercom przez państwo istotowego prawa do błędu. Jeśli stosowana jest tolerancja, dzieje się to wyłącznie na mocy ludzkiego prawa pozytywnego, w drodze uzasadnionego wyjątku, gdyż fałszywe religie nie mają jakichkolwiek praw przyrodzonych.

Zakaz fałszywych kultów

            Przy zestawieniu liberalnej idei wolności sumienia z pojmowaną po katolicku tolerancją, najważniejszy jest więc punkt wyjścia. W pierwszym przypadku, jest nim domniemane „prawo” innowierców do praktykowania fałszywego kultu. Z kolei w drugim, obiektywny (choć dopuszczający praktyczne wyjątki) obowiązek zakazania przez państwo kultu niekatolickiego. Jak stwierdza kard. Ottaviani, „w normalnym stanie społeczeństwa katolickiego nie ma miejsca na tolerancję polityczną, lecz zachodzi ona wtedy i tylko wtedy, gdy istnieją racje, które tę tolerancję uzasadniają”. Tolerancja jest więc przykrym odstępstwem od ogólnej zasady, dopuszczalnym z przyczyn praktycznych, a nie automatyczną niemalże regułą. Autor podkreśla to tymi słowy:

„W płaszczyźnie bowiem zasad, które należy stosować za każdym razem, gdy można przywrócić prawidłowy stan rzeczy bez poważniejszych niedogodności dla państwa, nie ma nic bardziej oczywistego niż to, że na rządzących chrześcijanami, w społeczeństwie katolickim, ciąży obowiązek zakazania kultów heterodoksyjnych (niekatolickich).

Oznacza to, że choć „racje, które tę tolerancję uzasadniają” we współczesnych czasach pojawiają się częściej, niż to miało miejsce w przeszłości (co kard. Ottaviani odnotowuje), prawidłowym stanem rzeczy, do którego należy konsekwentnie dążyć, jest wykluczenie z państwa wszelkiego kultu niekatolickiego. Zatem „za każdym razem, gdy można przywrócić prawidłowy stan rzeczy bez poważniejszych niedogodności dla państwa”, na władzy publicznej „ciąży obowiązek zakazania” fałszywych religii.

W podobny sposób, co Ottaviani, kwestię tę ujmuje Louis kard. Billot SJ. W traktacie De Ecclesia Christi wśród zadań władzy publicznej wymienia „prawny i całkowity zakaz fałszywych kultów na terenie państwa”, gdy tylko jest to możliwe bez poważniejszych skutków ubocznych. Jak stwierdza, „samo dobro prawdziwej religii zachowuje się poprzez wykluczenie fałszywych religii”. Dodaje przy tym, że „zamykanie wstępu do państwa fałszywym religiom leży we władzy suwerena świeckiego”[7]. Analogicznie sprawę wykłada niemiecki teolog, ks. Anton Straub SJ, podkreślając iż w normalnych okolicznościach „Kościół per se nie może aprobować tolerancji politycznej, w ramach której władza państwowa nie powstrzymuje fałszywych religii przed szerzeniem się”[8].

Wśród racji, które nakładają na katolickie władze państwowe obowiązek zakazania kultu niekatolickiego, kard. Ottaviani wymienia argumenty należące zarówno do porządku doczesnego, jak i nadprzyrodzonego. Pisze o obowiązku społeczeństwa cywilnego do przyjęcia prawdziwej religii, obowiązku państwa do strzeżenia nie tylko materialnych dóbr obywateli, ale w pierwszej kolejności dóbr moralnych i duchowych, jak również o obowiązku wspierania i ochrony Kościoła, którym związane jest państwo chrześcijańskie na mocy pośredniego podporządkowania wymiaru doczesnego porządkowi duchowemu. Wreszcie, uznaje że zakaz fałszywych kultów jest użyteczny dla samego państwa „ponieważ popierając jedynie prawdziwą religię i zakazując fałszywych kultów, władca czy też państwo chroni pokój społeczny, który utrzymuje się dzięki jedności religijnej, oraz promuje moralność publiczną, dzięki której życie chrześcijańskie rozwija się w najwyższym stopniu”.

Z kolei ks. Franciszek Bączkowicz CM w swoim podręczniku (wydanie z 1957 roku) stwierdza, że „zezwolenie władzy świeckiej na istnienie różnych wyznań w obrębie państwa” należy zasadniczo potępić, jako że „każda władza świecka powinna popierać tylko prawdziwą religię, a usuwać wyznania fałszywe” oraz „nikt, więc także i państwo, nie ma przyczyniać się do rozszerzania błędów”. Autor powołuje się przy tym na encyklikę Leona XIII – Immortale Dei[9].

Dopuszczalność tolerancji

Kiedy więc dopuszczalna jest tolerancja fałszywych kultów przez państwo chrześcijańskie? Autor przedstawia tutaj racje praktyczne, odnoszące się do porządku publicznego, podpierając swój wywód nauką Leona XIII. Wymienia w tym miejscu przykłady, takie jak spodziewane niepokoje społeczne, w razie gdyby państwo podjęło taki sam w sobie słuszny krok, tj. zakazało religii niekatolickich. Jak już wspomniano, Ottaviani zaznacza, że należy uwzględnić, iż we współczesnych realiach tego typu okoliczności rzeczywiście występują częściej, niż to miało miejsce w przeszłości.

Jednocześnie, chcąc podkreślić, że nie jest to stan, który należy uznać za obiektywnie optymalny, Kardynał przywołuje w tym miejscu błędy potępione przez Syllabus papieża Piusa IX. Jak przypomina, w tym dokumencie napiętnowano takie stwierdzenia, jak: „W naszej epoce nie jest już użyteczne, by religia katolicka miała status jedynej religii państwowej, z wykluczeniem wszystkich innych wyznań” oraz „Chwalebne jest więc, że w pewnych krajach uważanych za katolickie ustawy zezwalają, by przybysze mogli tam sprawować publicznie swoje nabożeństwa”.

Jak stwierdza kard. Ottaviani:

            „(…) gdy zachodzą takie okoliczności, mając na uwadze dobro zarówno Kościoła, jak i państwa, mniejszym złem (lub mniejszym błędem) jest tolerowanie fałszywej religii niż jej nietolerowanie; władcy wolno wówczas pozwolić swoim [innowierczym] poddanym na wyznawanie religii odmiennej od prawdziwej i na praktykowanie fałszywego kultu”

            W swojej pracy Autor rozróżnia dwa stopnie takiej tolerancji, mianowicie: religię czysto tolerowaną (ut mere tolerata haberi) oraz uznaną (recepta), która oprócz samego zezwolenia na sprawowanie kultu otrzymuje od państwa także pewne prawa cywilne, np. do zarządzania własnymi dobrami i prowadzenia jakiegoś rodzaju działalności społecznej. Ottaviani uznaje, że „racja uniknięcia niezgody cywilnej może być tak wielka”, iż niekiedy nawet to może być dopuszczalne. Zaznacza, iż bywa tak, że innowiercy chronieni są przez umowy międzynarodowe, od których odstąpienie może wiązać się dla państwa z praktycznymi trudnościami. Jako przykład podaje, m. in. Polskę oraz mały traktat wersalski, chroniący mniejszości religijne i narodowe.

            W świetle Compendium iuris publici ecclesiastici, tolerancja wobec fałszywych religii jest więc pewnym ustępstwem ze strony państwa katolickiego. Tolerujemy, a więc z bólem znosimy, coś co uważamy za złe i wstrętne, albowiem chcemy w ten sposób uniknąć większego zła. Jednocześnie, kiedy to „bez poważniejszych niedogodności dla państwa” możliwe jest zakazanie fałszywych kultów, władza publiczna ma obowiązek tego rodzaju zakaz wdrożyć. W warstwie obiektywnej nie istnieje bowiem coś takiego, jak „prawo” innowiercy do praktykowania fałszywego kultu. Wyznawca fałszywej religii rzeczywiście może tkwić w nieprzezwyciężalnym błędzie, co zwalnia go z moralnej odpowiedzialności za tkwienie w fałszu. Fakt, że błądzący w dobrej wierze kroczy za swoim sumieniem, nie sprawia jednak, że sam czyn staje się obiektywnie dobry. Nie może więc taki czyn być w sferze obiektywnej źródłem jakiegokolwiek „prawa”.

            W innym uznanym rzymskim podręczniku autorstwa Camillo kard. Tarquini, w wydaniu z 1887 roku, czytamy że tolerancja przez państwo kultów innowierczych jest zasadniczo niedozwolona i to jest stan, który Autor uznaje za domyślny. Uzasadnia to w następujący sposób: „grzechem jest współdziałać z przesądami innowierców; tudzież ponieważ grzechem jest wystawiać katolików na niebezpieczeństwo zwiedzenia”. Aby możliwe było usprawiedliwienie tolerancji wobec fałszywych religii, „konieczne są te warunki, które są powszechnie przekazywane przez teologów do usprawiedliwienia współdziałania w grzechu innego człowieka, jak również do godziwego wystawienia się na okazję lub niebezpieczeństwo grzechu”. Wobec faktu, że – jak stwierdza kard. Tarquini – tolerancja jest co do zasady zabroniona, aby państwo mogło godziwie ją stosować powinno się uprzednio skonsultować z Najwyższym Pasterzem. W tym miejscu Autor odwołuje się do Syllabusa, przytaczając potępione tezy od 77 do 80, a więc m. in. następujący błąd: „W naszej epoce nie jest już użyteczne, by religia katolicka miała status jedynej religii państwowej, z wykluczeniem wszystkich innych wyznań”[10].

Podsumowanie

            W innych częściach omawianego rozdziału Compendium iuris publici ecclesiastici odnajdziemy zasady odnoszące się do przypadków szczegółowych. Dla przykładu, kard. Ottaviani omawia, na jakie ustępstwa w praktyce może się zgodzić Kościół, gdy religia katolicka w danym państwie nie stanowi wiary większości obywateli. Nie jest to jednak przedmiotem niniejszego artykułu, który to odnosi się do ogólnych zasad tolerancji religijnej w państwie o ustroju katolickim.

            W swojej pracy kard. Ottaviani odpowiada również na zarzut rzekomej hipokryzji, jako że Kościół w państwie katolickim dąży do ograniczenia, a w stanie idealnym wręcz zakazania fałszywych religii, zaś w państwie liberalnym domaga się dla siebie praw co najmniej takich samych, jak owe błędne kulty. Powołując się na kard. Billota Autor stwierdza, że takie stanowisko Kościoła jest w pełni spójne i logiczne. Skoro bowiem Kościół posiada przymioty wskazujące, że jest jedyną prawdziwą wiarą, nie może docelowo godzić się na traktowanie go tak samo, jak błędu. Jeśli tak czyni, to wyłącznie z konieczności. W ocenie Ottavianiego, gdyby Kościół w warstwie teoretycznej zaaprobował obowiązywanie w państwie zasady wolności religijnej, logicznie rzecz biorąc powinien przestać uważać się za jedyną prawdziwą religię.

            Jak widzimy, zasady przedstawione przez Alfredo kard. Ottavianiego stoją w rażącej sprzeczności z tym, czego władze kościelne nauczają obecnie, powołując się na deklarację Dignitatis humanae II Soboru Watykańskiego. Proklamuje ona „wolność od wszelkiego przymusu” w sprawach religijnych, obejmując nim również fałszywe kulty. Jako wyjątek od tej zasady przedstawia się kryterium „słusznych wymagań porządku publicznego”. O ile ono nie jest naruszone, także innowiercom ma rzekomo przysługiwać „prawo” do publicznego kultu i szerzenia swoich błędów w społeczeństwie. Nie byłoby więc możliwe ograniczanie ich działalności (nie mówiąc o zakazaniu) przez katolicką władzę publiczną z tego tylko powodu, że są fałszywe i stanowią zagrożenie dla zbawienia dusz innych obywateli. Takie ujęcie sprawy jest spójne ze światopoglądem wolnomularskim i liberalnym, który w świetle tradycyjnego Magisterium jest absolutnie niemożliwy do przyjęcia przez katolików.

Artykuł pt. O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego w zasadniczej części powstał na bazie następującego podręcznika:

Alfredo kard. Ottaviani, Compendium iuris publici ecclesiastici, Drukarnia Poliglotyczna (Watykańska), 1954, Imprimatur: Wikariat Państwa Watykańskiego, s. 304 – 314;

[1] Pius XII, Ci Riesce, Te Deum, Warszawa 2004, s. 10

[2] Pius XII, przemówienie Ecco che gia un anno, 6.10.1946, https://www.vatican.va/content/pius-xii/it/speeches/1946/documents/hf_p-xii_spe_19461006_roman-rota.html [dostęp: 11.08.2026]

[3] Grzegorz XVI, Mirari vos, Te Deum, Warszawa 2003, s. 14

[4] Pius VII, Ecclesiam a Jesu Christo, w: Encykliki o wolnomularstwie, Te Deum, Warszawa 2003, s. 34

[5] Pius XII, Ci Riesce…, dz. cyt., s. 12

[6] Aż do „reformy” Pawła VI formalnie na czele Kongregacji Świętego Oficjum stał osobiście papież

[7] Louis kard. Billot SJ, Tractatus De Ecclesia Christi. Tomus Secundus, Drukarnia i księgarnia Giachetti, Synowie i Spółka, 1910, Imprimatur: Alberto Lepidi OP Mistrz Świętego Pałacu Apostolskiego, Giuseppe Ceppetelli – Patriarcha Konstantynopola (łaciński), diecezja Prato, s. 106

[8] Ks. Antonius Straub SJ, Ecclesia Christi, Drukiem i nakładem Feliciana Raucha (L. Pustet), 1912, Imprimatur: Prowincja Austriacka Towarzystwa Jezusowego, diecezja Brixen w Tyrolu, s. 310

[9] Ks. Franciszek Bączkowicz CM, Prawo kanoniczne. Podręcznik dla duchowieństwa, Tom I, Wyd. Diecezjalne Św. Krzyża w Opolu, 1957, s. 159

[10] Camillo kard. Tarquini, Iuris Ecclesiastici Publici Institutiones. Drukarnia Poliglotyczna Świętej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, 1887, Reimprimatur: Agostinho Bausa, z Zakonu Kaznodziejskiego, Mistrz Świętego Pałacu Apostolskiego, Giulio Lenti, Wiceregent, s. 67

Chwila prawdy: Jak Zachód mierzy się z postępami militarnymi Rosji

Chwila prawdy: Zachód mierzy się z postępami militarnymi Rosji

[Umieszczam, przypominam jako przygotowanie do niedługo publikowanego tekstu. md]

przez Thierry’ego Meyssana voltairenet

Przez dwa lata my, Zachód, żyliśmy w micie, że rzucimy Rosję na kolana i wciągniemy Ukrainę do Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Osądzimy Władimira Putina i sprawimy, że Rosja zapłaci. Dziś ten mit zderza się z rzeczywistością: Moskwa dysponuje teraz niszczycielską bronią, niespotykaną na Zachodzie. Uniemożliwia ona jakąkolwiek nadzieję na zwycięstwo naszych koalicji. Będziemy musieli przyznać się do błędu. Nie chodzi o przepraszanie za błędy, ale o uwolnienie się od nich.

Sieć Voltaire | Paryż (Francja) |6 listopada 2025 r.

26 października prezydent Rosji Władimir Putin i jego szef sztabu Walerij Gierasimow ogłosili zakończenie projektu miniaturyzacji reaktora jądrowego i jego instalacji na pocisku rakietowym. Poinformowali o przeprowadzeniu testowego wystrzelenia pocisku 9M730 Buriewiestnik na dystansie 14 000 kilometrów. Unikalną cechą tego napędu jądrowego (a co za tym idzie, jej zasięg jest praktycznie nieograniczony) jest możliwość naprowadzania jej w taki sposób, aby omijała stanowiska przechwytujące. Według rosyjskich władz czyni to z niej pocisk nie do zatrzymania.

29 października prezydent Putin przeprowadził [tj. pewnie przyglądał się md] test torpedy Status-6 Poseidon, torpedy o napędzie jądrowym. W całym Związku Radzieckim euroazjatyccy badacze wojskowi wierzyli, że podwodne eksplozje jądrowe mogą wywołać potężne tsunami. Aby to osiągnąć, musieli być w stanie wystrzelić torpedy znacznie dalej niż było to możliwe w tamtym czasie, aby uniknąć kataklizmów, które planowali wywołać. Udało się to osiągnąć. Mega-tsunami mogłoby zdewastować miasta takie jak Waszyngton czy Nowy Jork, a nawet grupy morskie okrętów, takie jak amerykańskie lotniskowce. Torpeda Poseidon jest jednak znacznie dłuższa niż inne: ma 21 metrów. W związku z tym nie może być wystrzelona z gotowych okrętów podwodnych i wymaga dedykowanego statku do jej wystrzelenia. Fakt, że może operować pod wodą niemal bez końca, z nawiązką rekompensuje to ograniczenie. W każdym razie ta torpeda zapewnia Rosji możliwość przeprowadzenia drugiego uderzenia w przypadku ataku ze strony USA. Do tej pory ten, kto pierwszy przeprowadził atak nuklearny, miał gwarancję, że pozbawi wroga głównego środka odwetu.

Żadna broń nie jest w pełni ostateczna. Każda istnieje w kontinuum postępów technologicznych; każda jest zastępowana przez inną; i ostatecznie napotyka na skuteczne środki obrony lub czyhające na nią drapieżniki. Jednak na razie wydaje się, że nie ma odpowiedzi na tę broń, podobnie jak nie ma jej na rosyjskie pociski naddźwiękowe.

W ciągu około dwudziestu lat Rosja zdobyła mnóstwo nowej broni, która przewyższa wszystkie zachodnie technologie.

W książce *Under Our Eyes* wyjaśniłem, że Rosja zgodziła się przyjść Syrii z pomocą w 2012 roku, ale zaznaczyła tam swoją obecność dopiero pod koniec 2015 roku. Przez prawie trzy lata dążyła do opracowania nowej broni i przyjechała, by ją przetestować w Lewancie. Zauważyłem, że dysponuje ona ogromnymi możliwościami, znacznie przewyższającymi osiągnięcia Stanów Zjednoczonych w okresie zimnej wojny. Oczywiście, broń ta, będąca jedynie prototypami, była niezwykle rzadka, ale wszyscy już rozumieli, że dominacja Zachodu to nic więcej niż iluzja.

Na przykład Rosja posiadała zdolność do odłączania rozkazów NATO od własnej [natowskiej md] broni. Nie było to formą zagłuszania; broń po prostu przestała reagować na polecenia. Ponieważ niektórzy obserwatorzy wątpili w jego skuteczność, Rosja rozszerzyła ten system na całą Syrię. A ponieważ działał on w obszarze okrężnym, częściowo rozszerzyła go na dwa dni na Liban, Irak i Turcję. Żaden samolot cywilny nie mógł latać. Następnie Rosjanie rozmieścili tę broń w Kaliningradzie i na Morzu Czarnym.

Zachód testował również liczne rodzaje broni, takie jak taktyczna bomba atomowa, która później zniszczyła port w Bejrucie.

W 2018 roku, po zakończeniu wojny w Syrii, prezydent Władimir Putin przedstawił parlamentowi swój program zbrojeniowy  [ 1 ] . Program ten obejmował sześć zaawansowanych broni: rakiety Sarmat (które opuszczają atmosferę, krążą wokół Ziemi i wracają do atmosfery w dowolnym momencie) i Kinzhal (sztylet); wyrzutnie 9M730 Buriewiestnik i Status-6 Posejdon z napędem jądrowym; rakiety Avangard, które łączą cechy rakiet Sarmat i Kinzhal z dodatkową manewrowością; i wreszcie lasery przeciwrakietowe. Tylko te ostatnie nie są jeszcze ukończone.

To, co w latach 2010. było jedynie prototypami, stało się operacyjne i weszło do masowej produkcji w czasie wojny na Ukrainie.

Reakcja Zachodu była niemal niesłyszalna. Głos zabrał tylko prezydent USA Donald Trump. Żałował, że jego rosyjski odpowiednik uznał za stosowne ujawnić jego wyczyny, ponieważ w ten sposób na nowo rozpalił wyścig zbrojeń. Co więcej, ogłosił, że Stany Zjednoczone wznawiają próby nuklearne. Donald Trump nie mógł postąpić inaczej: potępiając wznowienie wyścigu zbrojeń w Rosji, tłumaczy, że badania wojskowe Pentagonu pozostają daleko w tyle i zapewnia o pokojowym nastawieniu Waszyngtonu. Zapowiedź wznowienia prób nuklearnych jest sposobem na zmianę punktu ciężkości, ponieważ żadna z nowych rosyjskich broni nie stanowi postępu w kategoriach nuklearnych, a jedynie w kategoriach wyrzutni bomb atomowych.

Twierdzenie, że zrobi to, aby utrzymać parytet z Rosją i Chinami, to bezczelne kłamstwo: Rosja nie przeprowadziła prób nuklearnych od 1990 roku, a Chiny od 1996 roku. Co więcej, odbudowa lub renowacja obiektów z czasów zimnej wojny, a tym samym rozpoczęcie tych prób, zajmie co najmniej dwa lata. Do tego czasu Stany Zjednoczone będą jedynie „papierowym tygrysem”.

Zbliżamy się do końca działań wojennych na Ukrainie. Armia rosyjska jest o krok od zdecydowanego zwycięstwa w Donbasie. Nie tylko zdobędzie Pokrowsk, ale także zada trzecią klęskę Białemu Führerowi, Andrijowi Biłeckiemu, którego 10 000 żołnierzy zostało okrążonych. Dowodził on podczas bitwy pod Mariupolem w Pułku Azow, będącym awangardą „integralnych nacjonalistów”. Dowodził również w bitwie pod Bachmutem, stojąc na czele 3. Brygady Szturmowej. Kierował również walkami w Donbasie w 3. Korpusie Armijnym. Jest mało prawdopodobne, aby Ukraińcy nadal podążali za nim po tej serii masakr i porażek.

Jednak głównym celem operacji specjalnej pozostaje eliminacja neonazistów. Rosja poinformowała również Stany Zjednoczone 20 października, że ​​nie zamierza ustąpić w kwestiach terytorialnych, redukcji liczebności ukraińskich sił zbrojnych ani gwarancji, że Ukraina nigdy nie przystąpi do NATO.

Wspaniałe marzenia UE zderzą się z rzeczywistością: może ona kontynuować tę wojnę jedynie zdradzając ideały, które rzekomo podtrzymuje. Co więcej, popadła już w złudzenia, udając ignorancję co do faktu, że rosyjska „operacja specjalna” nie jest wojną inwazyjną przeciwko Ukrainie, ale wdrażaniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa 2202. Przekonała samą siebie, że sprawi, że Rosja zapłaci za zbrodnie popełnione lub sprowokowane przez Zachód na Ukrainie i że będzie osądzać i skazywać Władimira Putina. Podobnie w latach 2010. przekonała samą siebie, że zmusi Syrię do kapitulacji i osądzi i skaże prezydenta Baszara al-Assada i całą Partię Baas  [ 2 ] .

To wszystko dobiega końca, w przeciwnym razie UE zostanie bezpośrednio wciągnięta w wojnę ze Słowianami, którą Wielka Brytania i Niemcy wywołały w 1933 roku [chodzi o dopuszczenie Hitlera do władzy. md] : II wojnę światową.

A armie UE, pozbawione arsenałów, nie mają szans na stawianie oporu dłużej niż dwa dni. Nie chodzi o chylenie czoła nowemu panu, Rosji, ale po prostu o przyznanie się do błędów, zanim będzie za późno.

Thierry Meyssan

O bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej

Kilka słów o bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej

Dodano: 2018-10-5 bibula [przypominam md]

Przedstawiamy poniżej tekst pisany z pozycji sedewakantystycznych, jakkolwiek nietrudno nie zgodzić się z podstawowym osądem oraz ukazaniem podobieństw prorokiń (fałszywych), których przesłania były potępione przez Święte Oficjum Kościoła katolickiego. Potępiono zarówno zjawy „Mateczki” jak i siostry Faustyny. Z tym, że ta ostatnia znalazła swych promotorów w kręgach posoborowych hierarchów i odwrócono wcześniejsze potępienia. Polecamy również Komentarz BIBUŁY dopisujący kilka faktów.

Warto jednocześnie przypomnieć, że pomimo tego iż nawet jeśli jakieś prywatne objawienia uznane zostały przez Kościół za autentyczne, to one „nie należą do depozytu wiary” (tak wyraźnie stwierdza KKK 67). Wobec tego katolik nie ma obowiązku wierzyć w te objawienia, a tym bardziej nie ma obowiązku wierzyć w te zjawiska, które były jednoznacznie odrzucone przez Kościół i uznane za fałszywe. A tak właśnie Kościół przedsoborowy, czyli nie dręczony szatańską wizją porozumienia się ze światem i nie wciągnięty w wir rewolucji masońsko-modernistycznej, wypowiadał się w stosunku co do objawień siostry Marii Franciszki Kozłowskiej oraz siostry Faustyny Kowalskiej. Co ciekawe oba te „objawienia” miały miejsce w tym samym mieście – co samo w sobie jest dziwnym zbiegiem okoliczności i nurtuje nawet uległych posoborowemu skrzywieniu teologów. W 1906 roku święty papież Pius X ogłosił antymariawicką encyklikę Tribus circiter i obłożył siostrzyczkę Kozłowską ekskomuniką. Co więcej, „mateczkę” objęła tzw. ekskomunika większa (zniesiona przez posoborowie), która oznaczała oprócz całkowitego wykluczenia z Kościoła również zakaz utrzymywania jakichkolwiek więzów towarzyskich z ekskomunikowaną osobą.

Podobnie wyglądała sytuacja z siostrzyczką Faustyną, której rzekome objawienia Kościół wyklął nie tylko jeden raz, ale dwa razy! Jednak w czasach posoborowej „odnowy” Paweł VI (pod wpływem polskiego młodego modernisty, kardynała Wojtyły), zniósł te zakazy i siostra Faustyna wraz z jej „objawieniami” stała się ikoną Nowego Kościoła. Dzisiaj jej kult jest symbolem posoborowego Kościoła a obrazy „zdobią” większą ilość kościołów niż innych świętych. Siostra Faustyna – ekskomunikowana przez Święte Oficjum nieskażonego Kościoła – została przez posoborowych hierarchów kanonizowana.

Red.

– – – – – ◊ – – – – –

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” – czyli słów kilka o bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej.

„Jak bowiem pomiędzy rzeczywistymi rzeczami nie sposób znaleźć takiej, która nie posiada w sobie jakiegoś dobra, tak niemożliwym jest trafić na wiedzę, która jest całkowicie fałszywa, bez jakiegokolwiek elementu prawdy…. Dlatego również nauczanie, które demony przekazują swoim prorokom, zawiera prawdy, które czynią je łatwiejszym do przyjęcia. Rozum bowiem pozwala się pozorami prawdy doprowadzić do fałszu, podobnie jak wola skłania się do złego, które ma pozory dobra” (Św. Tomasz z Akwinu, Sum.th. II-II, 172,6)

„Święte” siostry Feliksa (Maria Franciszka) Kozłowska i Maria Faustyna Kowalska

Wszyscy zapewne kojarzą najmniej chlubną historię w dziejach naszego Narodu, historię pewnej opętanej przez diabła zakonnicy i kilkunastu jej zwolenników – zbuntowanych przeciwko biskupom i Stolicy Apostolskiej kapłanów, na czele z x. Michałem Kowalskim, późniejszym „arcybiskupem”. Historię rzekomych „objawień” „Mateczki” Kozłowskiej, założycielki potępionego przez Papieża św. Piusa X w 1904 roku „zgromadzenia mariawitów”, czyli zwyczajnej heretyckiej i schizmatyckiej sekty, która niedługo później związała się ze starokatolikami, i od nich uzyskała nielegalną sukcesję. Sama Kozłowska była pierwszą kobietą ekskomunikowaną z imienia w dziejach Kościoła katolickiego, zaś przez swoją sektę została ogłoszona „świętą”, a przez niektóre jej odłamy wręcz „uosobieniem Ducha św.”. Same jednak rzekome „objawienia” wykazują niezwykłe podobieństwo do „objawień” s. Faustyny Kowalskiej, późniejszej „świętej” modernistycznego Neokościoła, czyli posoborowej sekty Novus Ordo, co przyznaje współczesny mariawita prof. Konrad Rudnicki. Posłannictwo Feliksy Kozłowskiej znane jest pod nazwą Dzieła Wielkiego Miłosierdzia. Faustyna nazywała siebie sekretarką Bożego Miłosierdzia. Fragment rozmowy z Konradem Rudnickim – „kapłanem” w Zgromadzeniu Mariawitów; ur. 1926 r., (za: portal www.ekumenizm.pl) :

Podobieństwo obu objawień jest bardzo ciekawym „zbiegiem okoliczności”. Mówiłem na ten temat obszerniej w referacie zamieszczonym w Zbiorze „Teologia Miłosierdzia Bożego”. Sprawa tożsamości objawień św. Marii Franciszki i św. Marii Faustyny wymaga bowiem dłuższego wyjaśnienia. Mówiąc krótko, a więc z konieczności upraszczając szczegóły, moim – i nie tylko moim – zdaniem mamy tu do czynienia z powtórzeniem tego samego objawienia – z tą różnicą, że objawienie dane naszej Założycielce wydaje się bardziej podstawowe. Zawiera bowiem ogólne zasady wcielania w życie Dzieła Miłosierdzia. Jeśli zatem ktoś chce realizować to dzieło w swoim życiu, to bez względu na to, kim jest i co jest jego szczegółowym powołaniem, ma w tym objawieniu wszystkie podstawowe dane jak realizować Boże wezwanie. Siostra Maria Faustyna otrzymała tymczasem objawienia o bardziej osobistym charakterze. Pan Jezus pokazuje jej, jak ona właśnie w swoim osobistym powołaniu ma kształtować swój los. Ponadto zapis Marii Franciszki zawiera tylko rzeczy istotne. Natomiast zapis Marii Faustyny przytacza wiele rzeczy pobocznych, na przykład objawienia fałszywe, które ona sama potem jako takie określa lub, o których dziś można powiedzieć, że były fałszywe. W stosunku do podstawowego objawienia danego Mateczce Kozłowskiej, objawienia Marii Faustyny mają charakter przykładowy.
Czyli s. Faustyna otrzymała objawienie dane wcześniej Mateczce Kozłowskiej, tyle że w wersji bardziej osobistej?
Nie wiem, czy Pan wie, że nie tylko ona. Po niej jeszcze szereg innych ludzi percypowało w poznaniu ponadzmysłowym Dzieło Miłosierdzia. Wszystkie te objawienia leżą w tej samej linii objawień, których początkiem był rok 1893. Są to – z wyjątkiem objawień Marii Faustyny – bardzo drobne fragmenty tego Dzieła Bożego, bardzo osobiste, jednostkowe aspekty Dzieła. Jest o tym mowa we wspomnianym moim referacie w książce „Teologia Miłosierdzia Bożego”
. (koniec cytatu)

Kościół Święty uznał jednak od początku „objawienia” „Mateczki” za urojenie i szatańskie mamienie, a mariawityzm za herezję. W 1906 roku Papież św. Pius X uroczyście potępił Feliksę Kozłowską oraz x. Michała Kowalskiego w Encyklice Tribus circiter. W powszechnej świadomości mariawityzm zapisał się dzięki wydarzeniom z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. Jego biskupi zaczęli wówczas udzielać kobietom „święceń” prezbiteratu i episkopatu, błogosławić małżeństwa pomiędzy księżmi a zakonnicami, pochwalać  – choć jak się wydaje tylko w teorii – poligamię. Najbardziej sławetne okazały się tzw. procesy mariawickie, gdy głowa sekty, Jan Maria Michał Kowalski, uczeń i następca „Mateczki”, wielokrotnie stawał przed sądem z oskarżenia o obrazę moralności i czyny lubieżne. Większość kompromitujących wydarzeń miała miejsce już po śmierci założycielki mariawityzmu, za rządów x. Kowalskiego. Odsunięcie go od władzy w 1935 r. i odwołanie części jego „reform” dało sposobność apologetom sekty – w tym także „katolickim” ekumenistom – do forsowania twierdzeń o rzekomej ortodoksyjności „oryginalnego” mariawityzmu, co oczywiście sprzeczne jest z jasnym orzecznictwem Kościoła, dekretami św. Inkwizycji i św. Piusa X.

Jak jednak widzimy, sami mariawici uznają „objawienia” dane s. Kowalskiej za „kontynuację” tych samych „objawień” danych wcześniej Kozłowskiej, i obie kobiety tytułują „świętymi”, które miały „osobistą relację z Jezusem”. Rzeczywiście podobieństw między tymi dwiema wizjami jest bardzo wiele, i rzeczywiście można je uznać za kontynuację, za to samo mamienie, które oczywiście nie pochodzi od Boga, jak chcieli by tego jego obrońcy, czy to z sekty mariawitów, czy z sekty novus ordo, tylko od złego ducha, który pod pozorem prawdy i „większej chwały Bożej”, wciska ludziom fałszywą naukę prowadzącą do wiecznego zatracenia. Uderzające podobieństwo „objawień” „Mateczki” i Faustyny może znaleźć swoje wytłumaczenie m.in. w tym, że „objawienia” Faustyny rozpoczęły się właśnie w czasie jej pobytu w Płocku i oddalonej od Płocka o 10 km Białej (lata 1930-1932). Pierwsza wizja „Jezusa Miłosiernego” i polecenie namalowania obrazu następuje 22 lutego 1931 roku. Faustyna była już wtedy w Płocku od niemal roku. Płock był główną siedzibą nowo powstałej sekty mariawitów [sic!]. Po śmierci „Mateczki” w roku 1920 władzę nad sektą mariawitów przejmuje x. Michał Kowalski, który podejmował kontrowersyjne reformy, takie jak liturgia w języku polskim, komunia w dwóch postaciach, zniesienie celibatu, „wyświęcanie” kapłanek. W roku 1922 wydane zostaje drukiem Dzieło wielkiego miłosierdzia. W Płocku musiało wrzeć na ten temat w środowiskach kościelnych. Teoretycznie Faustyna mogła więc przeczytać „objawienia” Feliksy Kozłowskiej i wpaść na pomysł małego plagiatu z uwzględnieniem „posłuszeństwa” wobec władz kościelnych, aby nie sprowadzić na siebie ekskomuniki. Nie była bowiem taka odważna jak Feliksa. Być może nie był to całkiem świadomy plagiat. Ale z pewnością mogła Faustyna zasugerować się pewnymi stwierdzeniami Dzieła. Pragnienie wielkości u „Mateczki” jest porównywalne z tym, którego doświadczała Faustyna. Poniżej kilka fragmentów z Dzienniczka Faustyny Kowalskiej: 

„…z żadną duszą nie łączę się tak ściśle i w ten sposób, jako z tobą…” (Dz. 587)

„…dlatego łączę się z tobą tak ściśle, jako z żadnem stworzeniem…” (Dz. 708 i 1546)

„…umiłowana perło Serca Mojego…” (Dz. 1061)

„…widzę miłość twoją tak czystą, więcej niźli Anielską…” (Dz. 1061)

„…ze względu na ciebie błogosławię świat…” (Dz. 1061)

Więcej cytatów z Dzienniczka, wraz z świetną ich analizą, można znaleźć w genialnym artykule „Kłamstwo Boże, czyli zjawy Faustyny Siostry Kowalskiej„, dostępnym na naszej stronie, pod tym linkiem. Czyż nie widać tu zaskakującego podobieństwa:

„…Ten jest węzeł mój małżeński z tobą na wieki…”

„…Tobie dam zwycięstwo i moc nad duchem nieczystym…”

„…Jeżeli każdy, kto chce, dostąpi mego Miłosierdzia, to ty dostąpiłaś w stopniu najwyższym – ty będziesz matką miłosierdzia…”

„…Po Najświętszej Pannie nikt tak nie wypełnił woli mojej, jak ty ją wypełnisz…” (Dzieło, s. 47)

„…Ze wszystkich łask, jakimi cię obdarzam, największą jest ta, że jak Najświętsza Panna wyjęta jest spod grzechu, tak ty wyjęta jesteś spod namiętności; tą drogą, jaką cię prowadzę, dotąd żadnej duszy nie prowadziłem, a podobieństwa swego szukaj w Najświętszej Pannie…”. 

Podobnie od namiętności uwolnił rzekomo „Jezus” także Faustynę! Od pewnego momentu była  ponoć wolna od pokus nieczystości, jak czytamy w Dzienniczku. Stała się Oblubienicą Jezusa i żadne pokusy już jej nie dręczyły… Próżno jest szukać innego takiego przykładu u prawdziwych Świętych mistyków Kościoła Katolickiego. Nietrudno się więc dziwić, że Watykan uznał te objawienia za herezje i halucynacje. Czy jednak nie widać, jak bardzo mogła być Dziełem zainspirowana Faustyna? Jeśli tzw. współcześni „katolicy” uznają jej Dzienniczek za autentyczne objawienia, coś tu się nie zgadza. Mamy tu tylko dwie opcje: albo obie „mistyczki” miały autentyczny kontakt z Jezusem, albo żadna z nich. Po tym co przeczytaliśmy wyżej, można mieć jednak absolutną wręcz pewność, że obie miały konszachty z diabłem… Wydaje się, że Feliksa nie poradziła sobie z misją obwieszczania światu „miłosierdzia”, dlatego „Jezus” szukał innej kandydatki i znalazł ją w osobie Faustyny. Czy jej misja się powiodła? Czego Kościół nie chciał przyjąć z rąk Feliksy, przyjął modernistyczny Neokościół z rąk Faustyny. Dlaczego? Może mania wielkości i pycha Feliksy były jednak większe niż Faustyny? Poza tym Feliksa chciała otwarcie być przewodniczką i nauczycielką kapłanów, przejawiała skłonności typowe dla guru, chcącego stworzyć swój kult (co jej się zresztą udało). Ambicje Faustyny co do świata zewnętrznego były skromniejsze: namalować obraz, założyć zgromadzenie i wprowadzić „Święto Miłosierdzia”. No i słynną „koronkę”…

„Mateczka” ułożyła „koronkę do Miłosierdzia Bożego”, zupełnie jak Faustyna. Teksty Feliksy wykazują podobieństwo do treści koronki Faustyny. Faustyna być może nawiązuje do treści przeczytanych u Feliksy. Pamiętamy zapewne, że w koronce Faustyny ofiaruje ona Ojcu Przedwiecznemu ciało i krew, duszę i bóstwo Jego Syna na przebłaganie za grzechy świata. Feliksie każe „Jezus” ofiarować Hostię (ulubione słówko Faustyny; „…kiedy przyjęłam Jezusa w Komunii Świętej, moje serce całą mocą zawołało: Jezu, przeistocz mnie w drugą Hostię!… i odpowiedział mi Pan: Jesteś żywą Hostią…” [Dz. 1826]) Ojcu Niebieskiemu „jako ofiarę błagalną za grzechy świata”. (Dzieło, s. 30) „Jezus” zapewnia Feliksę: „Ile razy w taki sposób ofiarujesz Mnie Ojcu Niebieskiemu, zawsze powstrzymasz sprawiedliwość i odwrócisz gniew Jego”. (Dzieło, s. 30) Wiemy z Dzienniczka, że „odwracanie gniewu” Boga było także priorytetem dla Faustyny. Co ciekawe, pewne słowa z koronki Faustyny są prawie dokładnym powtórzeniem słów z rekolekcji relacjonowanych przez x. Kowalskiego: rozpowszechniana przez mariawitów tzw. „Adoracja ubłagania” ma na celu przebłagać „Pana Jezusa” za nasze i całego świata grzechy dla dostąpienia miłosierdzia. Adoratorzy będą błagać „Zbawiciela”, żeby zmiłował się nad nami i nad całym światem. (Dzieło, s. 255) Faustyna pisze w swojej Koronce: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata” oraz „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Zadziwiająca zbieżność!

Dziś doskonale widzimy zgubne „owoce” tej „koronki” autorstwa Faustyny, i całego tego nowego, pseudo-katolickiego kultu. Całkowicie wyparła ona w posoborowym świecie tradycyjne nabożeństwa i dawne, katolickie formy pobożności. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa jest dziś praktycznie nie obecny. Z kościołów zniknęły obrazy (zastąpione najczęściej faustyniańskim obrazem „Jezu ufam Tobie„), nie odmawia się już litanii i tradycyjnych nabożeństw. Podobnie stało się z kultem Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny.  Koronka wyparła w znacznej mierze nawet Różaniec Święty. Na pielgrzymkach, pogrzebach, w parafiach generalnie prawie nie ma już różańca. Za to wszechobecne jest „Boże Miłosierdzie” Faustyny. Jest koronka, bo krótsza o połowę, modna i forsowana odgórnie. No i niestety, duma „narodowa” odgrywa też swoją rolę. Faustyna jednak to taka sama „chluba” Polski jak „Mateczka” Kozłowska. Faustyna była wpisana na Indexie Xiąg Zakazanych przez Papieża Piusa XII, a później dwukrotnie potępiona przez Święte Oficjum, dopiero „Papież Polak” – herezjarcha Karol Wojtyła ją „zrehabilitował”. Faustyna jest „świętą” posoborowia i trzeba być ślepym, aby nie widzieć zatrutych owoców posoborowia. Faustynę kochają i konserwatyści „novus ordo”, i pseudo „tradycjonaliści” (z FSSPX na czele, które w każdej kaplicy wiesza obraz „Jezu ufam Tobie„, i zaleca odmawianie „koronki”, w tym na bractwowych pielgrzymkach na Jasną Górę) i Bergoglio ps. „Franciszek” ze swoim homolobby. Proszę zobaczyć, że „Franciszek” nie poleca nigdy ani kultu NSPJ, ani kultu NPSM, ani innych nabożeństw. Ale faustyniańskie „miłosierdzie” idzie pełną parą. Stanowi ono bowiem jeden z głównych filarów posoborowej nowej religii. Religii która odrzuca katolickiego Boga (jak sam stwierdził pan Bergoglio), który jest po 1. Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze, oraz że 2. Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna (Główne Prawdy Wiary, Katechizm katolicki). Nowy „bóg” modernistów jest „bogiem” ślepym na ludzkie grzechy, którego miłosierdzie swym płaszczem zasłania bezgranicznie i bezwarunkowo każde zło, a więc zgodnie z tą nową doktryną, można wprost stwierdzić (jak wielu modernistów już uczyniło), że piekło jest puste, albo że po prostu „piekła nie ma”. Jest to największe możliwe zwycięstwo lucyfera!

Hipotetycznie, można się zastanowić, co by się stało z s. Kowalską gdyby modernistom nie udało się przejąć władzy nad widzialnymi strukturami Kościoła katolickiego w 1958 r. Gdyby w tymże roku wybrany został na konklawe np. kard. Siri, czy inny prawowierny katolicki purpurat, i został prawowitym Papieżem Kościoła katolickiego, to z pewnością potępiania dzienniczka s. Faustyny i jej fałszywego kultu, nikt by nigdy (a przynajmniej nie tak szybko) nie odwołał (dopiero 5 kwietnia 1978, na prośbę Karola Wojtyły odwołano Notyfikację zakazującą szerzenia kultu „miłosierdzia bożego” w formach pochodzących z „objawień” Faustyny). Czy gdyby Faustyna lub osoby z jej towarzystwa, jak np. x. Sopoćko, nie podporządkowały się tym jasnym zaleceniom i nakazom Stolicy Apostolskiej, to nie padła by kolejna ekskomunika, jak było w przypadku Kozłowskiej i x. Kowalskiego? Czy nie powstał by w wyniku tego kolejny „kościół” kolejnej „mateczki”? Są to oczywiście tylko spekulacje, ale jest możliwe, że tak by się ostatecznie stało. Patrząc na to z drugiej strony, wiemy że moderniści i masoni próbowali przejąć struktury kościelne już podczas konklawe w 1903 r., kiedy próbowali przepchnąć wybór kard. Rampolli, (cóż za podobieństwo nazwisk) najprawdopodobniej masona. Nie został wybrany z powodu zgłoszonego przez polskiego kardynała Jana Puzynę z Krakowa weta w imieniu cesarza Austrii Franciszka Józefa. W tym samym czasie w Rzymie przebywała Kozłowska wraz z jej zwolennikami… Czy to tylko przypadek, zbieg okoliczności? Czy gdyby wówczas wybrano liberała i masona, tak jak w 1958 r. wybrano Roncalliego, to czy ruch mariawitów odpadł by wówczas od Kościoła, czy stało by się podobnie jak z kultem Faustyny Kowalskiej, który z czasem, po 20 latach, został oficjalnie przez okupowany Rzym przyjęty i uznany za „katolicki”. Sytuacja jest wprost analogiczna. 

Na szczęście w 1903 roku Bóg dał nam wielkiego Papieża, największego niewątpliwie w XX stuleciu i jednego z największych w dziejach Kościoła – św. Piusa X, który imiennie potępił Kozłowską i jej zwolenników. Jest absolutnie pewne, że gdyby dziś żył Jego następca, to równie potępił by on, dokładnie za to samo, Faustynę Kowalską i jej fałszywy kult, nie mający nic wspólnego z prawdziwym Bożym miłosierdziem, które jest równoznaczne z Bożą sprawiedliwością! Módlmy się o rychły powrót Katolickiego Papieża, zwłaszcza teraz, w zbliżającą się, 60.tą rocznicę śmierci ostatniego katolickiego Papieża – tj. Piusa XII. Mamy Październik – miesiąc Różańca Świętego – módlmy się tak jak On…

Omnia ad maiorem Dei gloriam 
et Beatissimae Virginis Mariae honorem!

Michał Mikłaszewski,

3 X 2018, w św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Za: – Tenete Traditiones (3 października 2018)- [Org. tytuł: «”Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” – czyli słów kilka o bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej»]


KOMENTARZ BIBUŁY

Przypominamy stanowisko Redakcji BIBUŁY wyrażone w Komentarzu pod tekstem „W Łagiewnikach zaprezentowane zostały rękopisy listów świętej s. Faustyny Kowalskiej”. 
Tak jak pisaliśmy przed laty, nic się nie zmieniło… wątpliwości pozostały… nikt nie chce podjąć się dyskusji na tak ważny temat…

My pragnęlibyśmy aby wierni mogli wreszcie:

Dokumentacja medyczna

1. Zaznajomić się z dokumentacją medyczną przypadku ks. Ronalda Pytla z polskiej parafii Holy Rosary w Baltimore (gdzie był duszpasterzem w latach 1991-2003), którego to uzdrowienie posłużyło za ostateczny dowód w procesie kanonizacji siostry Faustyny, bowiem dostępne dane są bardziej słodkawymi opowiastkami zamiast rzetelnych dowodów lekarskich. Jak pisze sam ks. Pytel:

„16 listopada 1999 roku lekarze zaproszeni przez Kongregację ds. Świętych przegłosowali, że natychmiastowe uzdrowienie mojej bardzo uszkodzonej lewej komory serca nie jest medycznie wytłumaczalne. 9 grudnia watykańska komisja teologów potwierdziła, że jest to cud przypisywany wstawiennictwu bł. Siostry Faustyny Kowalskiej. Potem odbyła się komisja kardynałów, a 20 grudnia promulgacja dekretu o cudzie w obecności Ojca Świętego Jana Pawła II.”

Z tego opisu wynika, że „lekarze przegłosowali”, co oznacza, że prawdopodobnie miały miejsce zastrzeżenia uczestniczących w głosowaniu niektórych lekarzy, którzy głosowali przeciwko uznaniu przypadku ks. Pytla za cud, albo wstrzymali się od głosowania. Nie wiemy jak to było, zatem: czy możemy poznać dokumentację głosowania i zaznajomić się z opiniami tych bardziej wstrzemięźliwych lekarzy?

No i jak wytłumaczyć, że tak powolna machina jaką jest biurokracja watykańska – która potrafi mielić pewne sprawy całymi latami, a w przeszłosci w tak ważnych sprawach jak badania kanonizacycjne przeznaczać całe dziesięciolecia – z tak nieprawdopodobną werwą przypieczętowała „cud uzdrowienia”, że już w 16 roboczych dni (od 16 listopada do 9 grudnia) Watykan „potwierdził cud”, a po kolejnych siedmiu roboczych dniach ogłoszono promulgację cudu. Skąd to ekspresowe tempo? Czy może wynikało ono z tego, że na już zaplanowaną kanonizację należało szukać cudu? (W czasach Franciszka-Bergoglio już nie wysilają się i zatwierdzają kanonizacje bez wymaganego cudu…)

Swoją drogą, na krytyczną uwagę zasługuje historia ks. Pytla, który w pisanej przez przez siebie samego biografii wspomina: „Jako młody chłopak pamiętam jak widziałem obraz Miłosierdzia Bożego (Image of Devine Mercy) w naszej szkole, z napisem „Jezu, Ufam Tobie!”” Bardzo zastanawiające do jakiej to (katolickiej?) szkoły chodził przyszły ks. Pytel, w czasie kiedy te wizerunki „objawień” siostry Faustyny były zabronione przez Święte Oficjum? Cóż to za księża, zakonnicy prowadzili tę szkołę, która w jawny sposób sprzeciwiała się klarownym decyzjom Najwyższej Kongregacji Świętego Oficjum? Według świadectw, młody Ronald Pytel chodził do szkoły prowadzonej przy parafii Holy Rosary, która kilkadziesiąt lat później stała się mekką dla posoborowego fałszywego kultu.

I dalej: „Jednak dopiero w 1987 roku po raz pierwszy zapoznałem się z Koronką do Miłosierdzia Bożego, gdy byłem z pielgrzymką w Medjugorie.” Nie po raz pierwszy widzimy kolejne „owoce” szatańskich pseudo-objawień maryjnych w Medjugorie.

Samo „uzdrowienie” ks. Pytla – w parafii, gdzie był księdzem, a wcześniej gdzie wychował się; parafii którą 9 sierpnia 1978 roku wizytuje kard. Karol Wojtyła; parafii gdzie dokładnie w dniu watykańskiej beatyfikacji s. Faustyny miało miejsce – za sprawą ks. Pytla – drugie w archidiecezji nabożeństwo i odmówiona Koronka (pierwsze miało miejsce w katedrze Mary Our Queen w Baltimore, czyli sedesu kard. Keelara (judaizujący lewicowiec); parafii gdzie kard. Keeler ustanawia jako archidiecezjalne Sanktuarium Miłosierdzia Bożego; parafii którą po raz kolejny wizytuje w 1995 roku Jan Paweł II, no i na koniec w tak „przygotowanej” parafii po tym wszystkim wygodnie „przydarzył się cud” (sporo konicydencji…) – jest bardzo osobliwe z teologicznego punktu widzenia i na pewno nie jest ortodoksyjne. Jak opisuje to ks. Pytel:

5 października [1995 r.] obchodziliśmy całodzienne czuwanie przed Najświętszym Sakramentem z modlitwami, Koronką do Miłosierdzia Bożego, Różańcem i rozmowami o darze Miłosierdzia naszego Pana. Dzień zakończył się Mszą Świętą koncelebrowaną. Wszystko to było przygotowaniem do wizyty Ojca Świętego w Baltimore 8 października. Byłem celebransem tej Mszy. Mówiłem o zaufaniu i o tym jak czułem, że Pan dotyka mnie swoim miłosierdziem. Fizycznie czułem się i wyglądałem nieco lepiej. [Przypomnijmy, że ks. Pytel był po operacji serca. – Red.] Tego wieczoru grupa osób, które prowadzą posługę pod nazwą „Praca Naszego Ojca”, modliła się nade mną o dalsze uzdrowienie. Do modlitwy wezwano bł. Faustynę, a ja oddałem cześć pierwszorzędnej relikwii bł. Podczas modlitwy odpoczywałem w Duchu Świętym. Leżałem na podłodze przez około 15 minut. Byłem całkowicie przytomny i przebudzony, ale nie mogłem się ruszyć. Czułem się jak sparaliżowany, gdy posługa uzdrawiania i moi parafianie zgromadzili się wokół mnie i modlili się. Wieczorem zorientowałam się, że zapomniałem wziąć lekarstwa na serce. Wzięłem je około północy i zrelaksowałem się przed pójściem do łóżka. Przy głębokim wdechu zaczęłem odczuwać dyskomfort w klatce piersiowej.

Cóż to za posoborowa forma zbiorowej modlitwy, gdzie grupa parafian modli się o uzdrowienie leżącego plackiem na podłodze księdza przywołując jakiegoś „ducha świętego”? Znamy takie akty z repertuaru protestanckich sekt i nawiedzonych uzdrawiaczy, lecz nie są to rytuały katolickie i jako takie nie mogą przynosić dobrych owoców.

I dalej: „Do tego czasu nie miałem żadnych bólów w klatce piersiowej, poza tymi wynikającymi z nacięcia w klatce piersiowej po operacji. To było coś nowego. Czułem, że prawdopodobnie byłem tego dnia zbyt aktywny. Ból ten pojawiał się później codziennie, ale w pewnych okresach dnia był silniejszy. W następną niedzielę, kiedy Ojciec Święty odwiedził Baltimore, nasz autobus został zaparkowany 1,6 km od stadionu. Po Mszy św. w autobusie brakowało dwóch osób. Jedną osobą była moja mama. Pięć lub sześć razy biegałem między autobusem a stadionem szukając zaginionych osób. Nie odczuwałem żadnych trudności z oddychaniem, a był to bardzo ciepły październikowy dzień. Ból utrzymywał się każdego dnia i postanowiłem poświęcić trochę czasu na odosobnienie nad Oceanem. Będąc tam, zdałem sobie sprawę, że ból był najsilniejszy po zażyciu leków na serce. Następnego dnia nie brałem leków i nie było bólu.

Jak widzimy, po operacji serca ks. Pytel w stanie jakiejś ekstazy „biegał między autobusem a stadionem” pokonując z 17-19 kilometrów. Niezła kondycja po operacji, a swoją drogą właśnie taki wysiłek, taki ruch mógł być pomocny w autoregeneracji komórek. Nie jest chyba tajemnicą, że lekarze jak najszybciej po operacji każą pacjentowi wstać z łóżka i chodzić, a więc pooperacyjne bieganie mogło być pomocne organizmowi ks. Pytla.

Ponadto, nie próbujemy sugerować jakiemuś konsylium lekarskiemu czy „ekspertom” medycznym – bo ci i tak mają uszy zatkane i jako panaceum na choroby widzą jedynie farmaceutyki – ale doskonale znane są fakty, że pacjenci czują się dużo lepiej, również po operacjach, gdy przestają brać przepisane leki, które nie tylko bardzo często nie pomagają, lecz są zabójcze dla organizmu. (Zob. wpis o tym jak produkowane i nadzorowane są leki.) Być może i w tym przypadku mieliśmy do czynienia z regeneracją narządu i organizmu po zaprzestaniu brania szkodliwych substancji.

A jak po raz pierwszy zauważony został „cud” uzdrowienia komory serca ks. Pytla? Pisze on sam: „9 listopada [1995 r.] po raz kolejny odwiedziłem dr Fortuina na umówioną wizytę. Po wstępnym badaniu wykonano echokardiogram dopplerowski. Dr Fortuin obejrzał wyniki badania, a następnie wezwał mnie do swojego biura. Wpatrywał się we mnie w milczeniu przez coś, co wydawało się wiecznością, a potem przemówił. Według mojej najlepszej pamięci, to były jego dokładne słowa: „Ron, ktoś interweniował w twojej sprawie”. Zapytałem: „Co masz na myśli?”, a on odpowiedział: „Twoje serce jest w normie”. Zapytałem „Co?” A on powtórzył: „Twoje serce jest w normie”. Odpowiedziałem: „Cóż, doktor Green, chirurg, zasugerował, żeby zrobić echokardiogram, żeby sprawdzić, czy lewa komora serca się wzmacnia”, a doktor Fortuin powiedział: „Nie, nie… mówimy o normie. Nie byłem wcale optymistą co do twojego stanu. Nie potrafię tego wyjaśnić.” Kontynuował: „Nie ma pan żadnych ograniczeń, ma pan nie brać żadnych leków poza Coumadinem i zobaczymy się za rok”. Odpowiedziałem: „Za rok?”, a on na to: „Tak, za rok. Twoje serce jest w normie.”

Jakie rzewne są te historie, lecz jakże niespójne: czy rzeczywiście tak zachowuje się przyzwoity lekarz – a dr Fortuin był rzekomo w tamtym czasie sławą kardiologii – który po odkryciu niewyjaśnionego uzdrowienia serca każe przyjść pacjentowi… za rok??

Dr Fortuin powiedział też aby ks. Pytel zaprzestał stosowania jakichś niedookreślonych „tabletek w płynie” (fluid pills) oraz Zestril-u. Do skutków ubocznych stosowania Lizynoprylu (czyli Zestrilu jako ihibitora konwertazy angiotensyny) należą m.in: uciążliwy kaszel, niewydolność nerek, hiperkaliemia, obrzęk Quinckego, zaburzenia żołądkowo-jelitowe, męczliwość, znużenie, zaburzenia równowagi, zaburzenia snu, szum w uszach, bóle i zawroty głowy, kurcze mięśniowe, reakcje skórne, nadwrażliwość na światło, zaburzenia smaku, uczucie suchości w ustach, zaparcia, biegunki, zapalenie jamy ustnej i języka, wyciek z nosa, zapalenie oskrzeli, eozynofilowe zapalenie płuc, duszność, ginekomastia, zaburzenia czynności wątroby, zapalenie trzustki, fałszywie dodatni wynik testu na ANA, przyspieszenie OB, zapalenie stawów i mięśni, gorączka, zapalenie naczyń, eozynofilia, a w przypadku kaptoprylu neutropenia, białkomocz…. To niepełna lista działań niepożądanych Zestrilu. Nie należy się dziwić, że po zaprzestaniu stosowania tego „leku” pacjent mógł poczuć się lepiej.

Być może „dziwnym zbiegiem okoliczności” ks. Pytel, który – jak sam pisze – czuł się lepiej gdy nie brał przepisanego lekarstwa, dopomógł swemu sercu w autoregeneracji, po zaprzestaniu wprowadzania do swego organizmu trujących substancji. Oczywiście wzięcia pod uwagę takiej alternatywy ze strony konsylium lekarskiego – najczęściej złożonego z napęczniałych bufonów z wieloma tytułami naukowymi zdobytymi po przyswojeniu sobie wiedzy wykreowanej przez firmy farmaceutyczne – nie można liczyć.

Nieskrępowany, powszechny, pełny i szczegółowy dostęp (internetowy) do kopii wszystkich pism s. Faustyny

2. Zaznajomić się z oryginałem Dzienniczka siostry Faustyny oraz mieć pełny i nieskrępowany dostęp do pierwszego drukowanego wydania Dzienniczka. Niestety, wierni nie mają dostępu, żyjąc przecież w dobie internetowej, do tych dokumentów, poza kilkoma zdjęciami kilku kartek, kiedy to pozwolono z daleka zrobić zdjęcia podczas pierwszej publicznej prezentacji Dzienniczka. Nota bene dlaczego kazano czekać aż 18 lat od beatyfikacji i 11 lat od kanonizacji na pierwszą odsłonę skrawka rękopisów?!  Przecież przy skali propagowania przeżyć siostry Faustyny tego typu dokumenty powinny być od dawna – na długo przed jakimkolwiek procesem beatyfikacyjnym! – dostępne w każdej księgarni katolickiej, aby wierni sami mogli doświadczyć wielkości osoby mającej być błogosławioną czy świętą. Czy nie należy uznać takiego traktowania wiernych jako co najmniej lekceważące, jeśli nie świadczące o ukryciu jakichś faktów? 

Do tego należy dodać pytanie o prawa autorskie Dzienniczka siostry Faustyny. Zgodnie z międzynarodowymi konwencjami podpisanymi przez Polskę (np. Traktatem Światowej Organizacji Własności Intelektualnej o prawie autorskim), jak również prawami krajowymi, prawa autorskie wygasają po 70 latach od śmierci autora. Do dzisiaj jednak wszystkie wydania Dzienniczka opatrzone są notą 'Copyright by Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia’, a według oświadczenia s. Elżbiety Slepak, rzeczniczki Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, twierdzi ona że Zgromadzenie cały czas posiada prawa autorskie do Dzienniczka (informacja przekazana PAP w 2009 roku przez rzeczniczkę Zgromadzenia). Czy nie mamy do czynienia z uzurpacją i bezprawnym działaniem?

Konieczna dyskusja nad solidnością teologiczną zapisów s. Faustyny

3. Doczekać się rzetelnej dyskusji nad solidnością teologiczną wielu zapisów siostry Faustyny, bowiem niektóre co najmniej zahaczają o herezję, na co wskazują nawet posoborowi teologowie.

Nie dziwimy się, że kardynał Ottaviani, prefekt Świętego Oficjum umieścił Dzienniczek na Indeksie ksiąg zakazanych, którymi rzesze wiernych nie powinny być karmione i nie powinny czytać jako lektury kościelne, gdyż wprowadzają zamęt pojęciowy i oddalają od Boga. Nawet za pontyfikatu Jana XXIII Święta Kongregacja Świętego Oficjum wydała 19.XI.1958 r. następujący dekret:

„Przeżycia s. Faustyny ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia nie mają źródła nadprzyrodzonego. Wobec tego należy wycofać modlitwy i obrazki, pochodzące z tych rzekomych objawień. Święto Miłosierdzia nie powinno być ustanowione, a ks. M.Sopoćce należy udzielić najpoważniejszego upomnienia („gravissimum monitum”), by nie szerzył wiadomości o rzekomych objawieniach s. Faustyny.”

Zakaz ten powtórzono rok później, kiedy to Najwyższa Kongregacja Świętego Oficjum potępiła i zakazała propagowania nabożeństwo Miłosierdzia Bożego według form przedstawionych przez siostrę Faustynę i nakazała usunięcie wszelkich obrazów i pism:

Najwyższa Kongregacja Świętego Oficjum

Oświadczenie

Podaje się do wiadomości, że Najwyższa Kongregacja Świętego Oficjum, zbadawszy domniemane widzenia i objawienia siostry Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, zmarłej w 1938 roku nieopodal Krakowa, ustaliła to, co następuje:

1. należy zakazać rozpowszechniania obrazów i pism, które przedstawiają nabożeństwo Miłosierdzia Bożego podług form przedstawionych przez tęże siostrę Faustynę;

2. roztropności biskupów zostawia się obowiązek usunięcia wspomnianych obrazów, które przypadkiem mogłyby już być wystawione dla kultu.

Z pałacu Św. Oficjum, 6 marca 1959 roku.

Hugon O’Flaherty, Notariusz

Acta Apostolicae Sedis, tom 51 (1959), s. 271 (format PDF) [1] – w przypadku trudności z dotarciem do tego pliku PDF, link do strony głównej AAS – tutaj.

[1] Acta Apostolicae Sedis, tom 51 (1959), s. 271 – z języka włoskiego tłumaczył Pelagiusz z Asturii. Źródło: Pelagius Asturiensis

Zakaz ten obowiązywał w całym Kościele aż do momentu gdy pewien wpływowy – znany już ze skrajności modernistycznych podczas prac soborowych oraz rewolucyjnych zachowań – biskup z Polski o nazwisku Wojtyła rozpoczął w sprzyjącym posoborowym klimacie 1965 roku (dokładnie: 21 października 1965) usilne starania o zmianę statusu, na co przystał, równie modernistyczny papież Paweł VI. (Nota bene, ten sam który, jako biskup Montini sprawujący funkcję sekretarza Papieża Piusa XII, został z dnia na dzień pozbawiony tej funkcji i wyrzucony z Watykanu jako podejrzany o współpracę na rzecz Związku Sowieckiego; później jak wiele innych rzeczy, losy się odwróciły i został wybrany papieżem…) Zakaz publikacji Dzienniczka cofnięto na 4 miesiące przed śmiercią Pawła VI (publikacja w Acta Apostolicae Sedis), a na prośbę kard. Wojtyły odwołano – 5 kwietnia 1978 roku – Notyfikację zakazującą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w formach pochodzących z objawień siostry Faustyny. Dzisiaj naiwnym próbuje się wmówić, że przyczyną poprzednich zakazów były niedokładne tłumaczenia pism siostry Faustyny, natomiast późniejsze tłumaczenia przywróciły mądrość Watykanu i naprostowały na właściwe tory. Być może tak samo „naprostowały” jak i tysiące innych spraw, które w okresie przedsoborowym były przestarzałe i wymagały nowego, „świeżego” spojrzenia i „otwarcia się na świat”…

Zakaz szerzenia nowego kultu i związanych z nim zmian w kalendarzu kościelnym był do tamtej pory na tyle silny, że również i polscy hierarchowie wyrażali się negatywnie. Według siostry Faustyny objawienia Pana Jezusa przekazały żądanie ustanowienia w Kościele nowego święta – Święta Miłosierdzia Bożego, i umieszczenia go w kalendarzu w Oktawie Zmartwychwstania Pańskiego. Wizje te i rzekome żądania o umieszczenie nowego Święta w Białą Niedzielę były przyjęte niezwykle sceptycznie. I tak, w 1948 roku kardynał August Hlond wyraził negatywną opinię, a w trzy lata później powtórzył zakaz arcybiskup Romuald Jałbrzykowski. W 1953 roku wypowiedział się jasno Watykan uznając decyzją Świętego Oficjum, że nowego święta nie należy ustanawiać, a w 1958 roku Watykan zupełnie zamknął sprawę decydującym Dekretem (cytowanym powyżej).

Niestety, rewolucyjne zmiany posoborowe i zezwolenie na nowy kult otworzyły puszkę – albo wielką beczkę – Pandory teologicznych nieścisłości. Brak solidności teologicznej Dzienniczka siostry Faustyny do dzisiaj są problemem dla teologów. Sprawy te próbuje rozwikłać i usprawiedliwić np. ks. prof. Wincenty Granat czy też ks. prof. Czesław Bartnik pisząc na łamach półrocznika Towarzystwa Teologów Dogmatyów Teologia w Polsce (Nr 2,2 2008). Dla jasności przekazu oraz klarowności teologicznej ks. Bartnik proponuje zmianę obecnej formuły modlitwy Koronki do Miłosierdzia Bożego. Dziwne jednak, że tradycyjne modlitwy nie wymagają karkołomnych prób wyjaśniania i nie stwarzają takich dylematów.

A swoją drogą zadziwia, że w 6 tomach rękopisów Dzienniczka brak jakichkolwiek skreśleń czy korekt Autorki, co można wytłumaczyć, albo samym Bożym natchnieniem, albo… kunsztownym przepisaniem jakąś wprawniejszą ręką z oryginalnych rękopisów – o których istnieniu niestety nie wiemy, bo dostępu do biblioteki klauzurowej nie mamy. Jeśli jednak przyjmiemy to pierwsze, to dlaczego sam Bóg wprowadził na łamy Dzienniczka myśli i sentencje, które kłócą się z całą Tradycją i eklezjologią Kościoła?

Kiczowate obrazy

Równie tragicznie przedstawia się sprawa z cukierkowo-kiczowatym obrazem, którego nawet sam propagator nabożeństwa i spowiednik siostry Faustyny, ksiądz Michał Sopoćko powiedział, że „Ten obraz można zawiesić w salonie, jak to uczyniły SS. Karmelitanki w Częstochowie, ale nigdy w kościele.” Uwagi księdza Sopoćko dotyczyły pierwszej wersji obrazu, z 1934 roku, pędzla Eugeniusza Kazimirowskiego, natomiast znany nam dzisiaj i najbardziej rozpropagowany obraz – pędzla Adolfa Hyły – jest jeszcze bardziej kiczowaty i pasuje on jedynie do koszmarnej architektury kościelnej posoborowia, która tak dobrze reprezentowana jest przez nowe Sanktuarium w Łagiewnikach. 

Cenzura

Osobną kwestią jest czysta, politycznie poprawna cenzura posoborowa słów siostry Faustyny. Dla przykładu, dzisiejsze wydania Nowenny do Miłosierdzia Bożego, używają następujących słów rzekomo napisanych przez siostrę Faustynę:

„Dzień piąty
Dziś sprowadź Mi dusze braci odłączonych i zanurz ich w morzu miłosierdzia Mojego. W gorzkiej męce rozdzierali Mi ciało i Serce, to jest Kościół Mój. Kiedy wracają do jedności z Kościołem, goją się rany Moje i tym sposobem ulżą Mi w męce.”

W oryginale natomiast (co jest uwidocznione nawet w pierwszym polskim wydaniu z 1981 roku), siostra Faustyna pisała w tym miejscu:

Dziś sprowadź Mi dusze heretyków i odszczepieńców„.

Czy to jedyne ingerencje w prace siostry Faustyny? A może należałoby zbadać również – oczywiście po pełnym ich opublikowaniu – same tzw. rękopisy, czy czasami i tam, już na tym poziomie, nie doszło do jakichś „kosmetycznych” upiększeń.

Przyjdzie nam poczekać…

Najprawdopodobniej, na te i wiele, wiele innych pytań i wątpliwości przyjdzie nam poczekać aż nowe władze kościelne w nowej rzeczywistości odwrócą nadaną Kościołowi zgubną drogę, którą kroczy On od czasu soborowej rewolucji. Przyjdzie wtedy pora na rewizję wielu dekretów, nurtów i trendów oraz odwrócenie niektórych decyzji kanonizacyjnych. Na dzisiaj rada jest jedna: należy bardzo uważnie i nawet sceptycznie podchodzić do wszystkiego co jest usilnie promowane przez posoborowy Kościół (przede wszystkim Novus Ordo, ekumenizm, tzw. wolność religijna, kulty kontrowersyjnych postaci), i zarazem przylgnąć do tego wszystkiego czym dzisiejszy Kościół wzgardza, pomniejsza, a nawet zakazuje, a co stanowiło esencję życia i samego celu istnienia i działalności Kościoła przez całe wieki.

Redakcja BIBUŁY
2014-10-05, z uzupełnieniem 2023-04-16

O zabijaniu Rosjan

O zabijaniu Rosjan

Autorstwa Scotta Rittera

Szalona wizja niemieckiego dziennikarza nie wróży dobrze przyszłości tym, którzy ją przyjmą.

Niemiecki dziennikarz Michael Martens niedawno trafił na pierwsze strony gazet, gdy zapytał prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, jak Europa mogłaby pomóc Ukrainie w zabiciu kolejnych rosyjskich żołnierzy. Ostrzegam pana Martensa i wszystkich w Niemczech i Europie, którzy uważają takie żądanie za w jakiś sposób cnotliwe i wykonalne: Uważajcie, czego żądacie.

Michael Martens urodził się w 1973 roku w Hamburgu, wówczas części Niemiec Zachodnich. Hamburg był jednym z najważniejszych miast nazistowskich Niemiec i przypłacił ten status intensywnymi nalotami aliantów, w tym słynnym atakiem bomb zapalających na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku, który pochłonął około 37 000 ofiar. Dziś Hamburg jest drugim co do wielkości miastem Niemiec po Berlinie. Pomnik św. Mikołaja upamiętnia zniszczenia spowodowane nalotami bombowymi na Hamburg, stanowiąc dobitne świadectwo zniszczeń dokonanych przez wojnę. W Hamburgu zachowało się również kilka schronów przeciwlotniczych z tamtej epoki, które dodatkowo przypominają o koszmarze wojny.

Martens pracuje obecnie jako korespondent bałkański dla niemieckiego tabloidu Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) i w tej roli wziął udział w ubiegłą niedzielę w konferencji prasowej zwołanej z okazji wizyty prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Serbii. Martens zadał Zełenskiemu następujące pytanie: „Czy może pan powiedzieć nam, Europejczykom, jakie konkretne kroki możemy podjąć, aby pomóc panu zabić więcej Rosjan?”. Martens doprecyzował swoje pytanie, dodając: „Oczywiście więcej rosyjskich żołnierzy”, jakby pierwotny zamiar nie był wystarczająco jasny.

Pytanie Martensa wywołało uzasadnione oburzenie wśród ludzi o szerokich horyzontach. Jego redaktorzy w FAZ próbowali zdystansować się od pytania Martensa, deklarując w oświadczeniu opublikowanym po licznych apelach o jego dymisję: „Pytanie zostało sformułowane niejednoznacznie, co z przykrością stwierdzamy. Nie jest to zgodne ze stanowiskiem redakcyjnym Frankfurter Allgemeine Zeitung, że należy zabić jak najwięcej rosyjskich żołnierzy”. Redakcja FAZ utrzymywała natomiast, że prawdziwym problemem jest „w jaki sposób armia rosyjska mogłaby zostać poddana takiej presji kadrowej, która zmusiłaby Rosję do podjęcia negocjacji pokojowych”.

Sam Martens wyraził „zaskoczenie” publiczną krytyką swojego pytania, zauważając: „Poza światem Barbie, tak właśnie toczy się wojny” i dodał w dalszym komentarzu na temat kontrowersji: „Ponieważ aby zakończyć wojnę, ważne jest zabicie jak największej liczby rosyjskich żołnierzy”.

Martens to człowiek bez żadnego doświadczenia w walce ani w zabijaniu, które jej towarzyszy. Jego jedynym zetknięciem z czymś, co przypominałoby prawdziwą śmierć w wojsku, jest mit o Josefie Schulzu, niemieckim żołnierzu z 714. Dywizji Piechoty, który według legendy odmówił udziału w egzekucji 16 partyzantów 20 lipca 1941 roku w miejscowości Smederevska Palanka w Jugosławii. Za ten akt moralnej jasności sam Schulz został skazany na śmierć przez ten sam pluton egzekucyjny. Martens przyczynił się do utrwalenia tego mitu w swojej książce z 2011 roku pt. *W poszukiwaniu bohaterów: Historia żołnierza, który nie chciał zabijać*.

Historia ta była jednak kłamstwem; Schultz zginął już w walce z partyzantami dzień przed egzekucją. Sfabrykowany mit szlachetnego poświęcenia w obliczu zła otaczającego Schultza był propagowany przez tych, którzy dążyli do stworzenia i podtrzymania odpowiadającej mu mitologii szlachetnego niemieckiego żołnierza – żołnierza nie zaprogramowanego do zabijania, lecz stojącego przed straszliwym wyborem: albo wykonać okrutne rozkazy, albo stawić czoła pewnej śmierci.

Rehabilitacyjny charakter takich fikcji głęboko zakorzenił się w niemieckim DNA, choćby dlatego, że zbiorowa wina uczestników wojny za zbrodnie nazistowskich Niemiec stała się tak oczywista, że ​​Niemcy mogły się odbudować tylko wtedy, gdy dokonało się to na obrazie bohatera, który po prostu nie istniał, a biorąc pod uwagę fakt, że praktycznie całe Niemcy – a zwłaszcza Wehrmacht – były splamione grzechem zbrodni nazistowskich, w ogóle nie mogłyby istnieć.

Sam Martens musiał zmagać się z takimi demonami. Jest potomkiem dziadka, Hansa-Hermanna Martensa, który był nie tylko członkiem partii nazistowskiej, w której przed wojną pełnił funkcję prokuratora, ale także oficerem sztabu operacyjnego Wehrmachtu w czasie wojny, gdzie pełnił funkcję sędziego wojskowego i rzekomo skazywał niemieckich żołnierzy na śmierć za dezercję. Hans-Hermann pracował później jako prawnik i polityk w powojennych Niemczech Zachodnich – kolejny nazistowski zbrodniarz wojenny zrehabilitowany przez naród, który poddał się samo-narzuconej amnezji.

Ta amnezja trwała przez pokolenia do tego stopnia, że ​​Niemcy, tacy jak Michael Martens, „zapomnieli” o roli, jaką ich kraj odegrał nie tylko w dokonywaniu masowych mordów na narodzie rosyjskim, ale także w odrodzeniu i podtrzymywaniu złowrogiego ruchu Bandery – tej odrażającej ideologii zachodnioukraińskiej, tak ściśle związanej z korzeniami nazistowskimi, że Niemcy przemilczeli ją i zapomnieli.

W przeciwieństwie do Martensa, wiem co nieco o wojnie i koncepcji zabijania Rosjan. Od 1984 do 1988 roku spędzałem niemal każdą chwilę na kształceniu się w sztuce nowoczesnego konfliktu zbrojnego, koncentrując się wyłącznie na zagrożeniu ze strony Związku Radzieckiego (tj. Rosji). Studiowałem intensywnie rosyjską historię, kulturę, literaturę i język na poziomie uniwersyteckim, aby przygotować się do tej misji, która całkowicie mnie pochłonęła. Pomogła mi w tym propaganda Departamentu Obrony USA, który zaczął publikować coroczny raport o zagrożeniach zatytułowany „Sowiecka Potęga Wojskowa”. Publikacja ta była nie tylko lekturą obowiązkową, ale wybrana grupa „Myrmidonów”, takich jak ja, została również wysłana do Akademii Wywiadu Obronnego, aby wziąć udział w tygodniowym intensywnym programie – zgadliście – poświęconym „Sowieckiej Potędze Wojskowej”. Poprzez wykłady, briefingi, wycieczki i dyskusje zapoznaliśmy się z doktryną, strategią, ideologią i bronią, które razem stanowiły „Sowiecką Potęgę Wojskową”.

Ale te doświadczenia wpisywały się w kategorię „Dlaczego walczymy”, a nie „Jak walczymy”. Stało się to dla mnie jasne dopiero po przeniesieniu do Fleet Marine Force, a dokładniej do 5. Batalionu 11. Pułku Piechoty Morskiej – samobieżnej jednostki artylerii polowej, która służyła jako batalion bezpośredniego wsparcia wysuniętego dla 7. Brygady Amfibii Piechoty Morskiej, morskiego komponentu Sił Szybkiego Reagowania.

Kiedy przybyłem do batalionu, uświadomiłem sobie, że doktryna Korpusu Piechoty Morskiej dotycząca wsparcia ogniowego artylerii nie zmieniła się znacząco od czasów wojny w Wietnamie. Jeśli moje zanurzenie się w koncepcjach składających się na „sowiecką potęgę militarną” czegoś mnie nauczyło, to tego, że Sowieci cieszyli się ogromną przewagą artyleryjską, co oznaczało, że przegralibyśmy wojnę na wyniszczenie, gdybyśmy próbowali zaatakować ich w tradycyjny, liniowy sposób.

Jak młody porucznik bez doświadczenia bojowego i praktycznie zerowej znajomości zawiłości wojny może przekonać oficerów (i szeregowych) z dekadami doświadczenia w obu dziedzinach, że ich działania są nie tylko złe, ale że w razie starcia z radzieckim wrogiem będą ich kosztować życie? Ministerstwo Obrony opublikowało znakomitą, trzytomową serię – FM 100-2 – na temat Armii Radzieckiej, jej operacji, taktyki, doktryny i wyposażenia. Publikacje te były autorytatywnym źródłem jawnych informacji o radzieckich siłach lądowych i radzieckim modelu wojny połączonych rodzajów sił.

A jednak, mimo że były łatwo dostępne dla wszystkich żołnierzy piechoty morskiej, rzadko je czytano, a jeszcze rzadziej zwracano na nie uwagę.

Armia amerykańska miała tzw. OPFOR – „siły wroga” zorganizowane, wyszkolone i wyposażone do walki na wzór Sowietów – operujące z Narodowego Centrum Szkolenia (NTC) w Forcie Irwin, na północ od mojej bazy przy 29 Palms w Kalifornii. Armia amerykańska wysyłała rotacyjnie jednostki wielkości brygady do NTC, gdzie przechodziły serię ćwiczeń siłowych przeciwko dwóm pułkom OPFOR. Ćwiczenia zawsze kończyły się zmasowanym atakiem pancernym OPFOR, który niemal zawsze kończył się decydującą porażką uczestniczących sił armii amerykańskiej. Całe wydarzenie zostało zaprojektowane jako potężny sygnał ostrzegawczy dla uczestniczących jednostek – albo zaadaptować się do walki i pokonać sowiecką wojnę, albo zginąć.

Skontaktowałem się z OPFOR w Forcie Irwin i zorganizowałem obecność dowódcy mojego batalionu podczas ostatecznego ataku OPFOR na pozycje armii amerykańskiej. Efekt końcowy był dokładnie taki, jakiego się spodziewałem – OPFOR przeciął armię jak gorący nóż masło.

Zabijanie Rosjan – nawet symulowanych – wcale nie było łatwe.

Dowódca mojego batalionu odszedł ze świadomością, że jeśli wyruszymy na wojnę z zagrożeniem ze strony Związku Radzieckiego, opierając się na taktyce i technikach operacyjnych, w których byliśmy obecnie szkoleni, zostaniemy zniszczeni w podobny sposób.

Miałem praktycznie pełną swobodę w modyfikowaniu planu szkolenia batalionu i włączaniu bardziej realistycznych ćwiczeń, które kładły nacisk na strzelanie, przemieszczanie się i komunikację szybciej – znacznie szybciej – niż nasz radziecki wróg. Byliśmy jak Dawid walczący z Goliatem i musieliśmy zachować wystarczającą zwinność, aby uniknąć wpadnięcia w niszczycielską siłę ognia wroga, a jednocześnie być wystarczająco zręczni, aby użyć własnego ognia we właściwym czasie i miejscu, osłabiając wroga i umożliwiając jednostkom manewrowym Marynarki Wojennej wytropienie go i zniszczenie siłą ognia i manewrami.

Aby wesprzeć ćwiczenia, powołałem Grupę Kontroli Szkolenia Taktycznego i Ćwiczeń (TTECG) na szczeblu batalionu – w istocie system gier wojennych – który pozwolił mi opracowywać scenariusze, w których siły wroga stosowały doktrynalnie poprawne sowieckie taktyki i operacje. Korzystając z tego systemu TTECG, kierowałem batalionem w różnych ćwiczeniach, stosując coraz bardziej złożone scenariusze, mające na celu podkreślenie znaczenia manewrów i szybkości w walce z Rosjanami.

TTECG odniosła tak wielki sukces, że poproszono mnie o pomoc w szkoleniu innych jednostek morskich w 29 Palms, w tym batalionów piechoty i czołgów.

5/11 był batalionem zdolnym do użycia broni jądrowej, którego zadaniem było prowadzenie ognia artyleryjskiego z bronią jądrową za pomocą dział samobieżnych kalibru 155 mm i 203 mm. To czyniło nas głównym celem dla wszelkich napotkanych sił radzieckich. Aby lepiej przygotować się do walki z Rosjanami, utworzyłem własną jednostkę OPFOR, wzorowaną na radzieckich siłach specjalnych, Specnazie. Kiedy mój batalion wkroczył w teren, infiltrowałem moją jednostkę Specnazu w ich rejon działań, używając śmigłowców i pojazdów terenowych, a następnie namierzałem ich i eliminowałem. Zastawialiśmy zasadzki na baterie podczas ich natarcia, atakowaliśmy je w nocy, gdy zajmowały pozycje, i nękaliśmy przez całą operację. Krótko mówiąc, zabiliśmy o wiele więcej z nich, niż oni zabili nas.

Zabijanie Rosjan – nawet tych pozorowanych – nie było łatwym zadaniem.

Kiedy piechota morska przeprowadziła duże ćwiczenia na skalę dywizji w 29 Palms, powierzono mi zadanie przygotowania obrony w stylu radzieckim wspólnie z batalionem armii amerykańskiej z 7. Lekkiej Dywizji Piechoty, którą następnie zaatakowaliby piechota morska.

Stosując radzieckie taktyki i doktryny obronne, batalion ten zatrzymał piechotę morską w ich natarciu, zanim dotarli oni do wysuniętych pozycji obronnych.

Trzykrotnie instruktorzy przerywali ćwiczenia i przywracali do życia wszystkich „poległych” marines, aby scenariusz mógł zostać powtórzony. Za każdym razem rezultat był taki sam: atak marines został odparty, zanim jeszcze zdążył się rozpocząć.

Atak miał być pierwszym etapem trzyfazowego scenariusza, w którym marines mieli przełamać obronę i otoczyć radzieckich obrońców.

Ostatecznie dowódca generalny odwołał ćwiczenia i zebrał swój sztab, a także dowódców i sztabów podległych jednostek, aby udzielić im nagany za niezdolność do pokonania zagrożenia w stylu sowieckim. Wszyscy zostali odesłani do deski kreślarskiej, aby przemyśleli swoje podejście do szkolenia.

Dowódcy jednostek pancernych i piechoty, którzy korzystali z OPFOR TEECG w trakcie szkolenia, wielokrotnie próbowali przekonać sztaby pułków i dywizji, że ich proponowane plany nie powiodą się. Za każdym razem ich działania były odrzucane i kończyły się śmiercią.

Okazało się, że Rosjanie – nawet ci symulowani – byli całkiem dobrzy w zabijaniu marines.

Ale największe przebudzenie nastąpiło podczas odrębnych ćwiczeń dywizyjnych, podczas których mieliśmy za zadanie odeprzeć symulowaną inwazję sowiecką na Iran. Ostatecznie przeważające siły radzieckie przełamały linie obronne utworzone przez piechotę morską, a 11 maja otrzymał rozkaz wystrzelenia pocisku artyleryjskiego z głowicą nuklearną, aby powstrzymać sowieckie natarcie. Uczyniliśmy to, a następnie ćwiczenia nagle się zakończyły – Sowieci, zaatakowani bronią jądrową, odpowiedzieli przytłaczającym nuklearnym atakiem odwetowym, który zabił wszystkich.

Rosjanie – nawet ci symulowani – byli lepsi od nas w sianiu masowego zniszczenia.

Miałem to szczęście, że nigdy nie miałem okazji sprawdzić w praktyce mojej antyradzieckiej smykałki wojskowej. Zamiast tego zostałem wysłany do Związku Radzieckiego jako członek zespołu kontroli zbrojeń, którego zadaniem było wyeliminowanie tej samej broni, która zabiła nas podczas ćwiczeń w Iranie – pocisku rakietowego średniego zasięgu SS-20.

Ostatecznie nauczenie się pokojowego życia z Rosjanami okazało się o wiele bardziej sprzyjające życiu, wolności i dążeniu do szczęścia niż szkolenie mające na celu ich zabijanie.

Powinna to być uniwersalna lekcja na zawsze, taka, która zmotywuje przyszłe pokolenia do unikania pułapek związanych z wojną – zwłaszcza wojną z Rosją.

Michael Martens nie wziął sobie tej lekcji do serca, nawet po tym, jak czteroletni konflikt między Rosją a Ukrainą udowodnił, że próby zabijania Rosjan na polu bitwy nie dają żadnych rezultatów.

Lekcje, które Mongołowie, Szwedzi, Francuzi i Niemcy przyswoili już wcześniej.

Lekcję tę żołnierze piechoty morskiej odrobili już podczas symulowanych ćwiczeń w latach 80.

Według Martensa „nie ma nic »skandalicznego« w pytaniu, jak Europa może pomóc Ukrainie zabić więcej Rosjan. Właśnie tego potrzebujemy”.

Martens przygotowywał się na ten moment od miesięcy i poświęcił wiele czasu i wysiłku na napisanie eseju zatytułowanego „Zabijanie rosyjskich żołnierzy: Co musi zrobić Europa”.

Inspiracją dla Martensa do tego projektu był sir Fitzroy Hew Royle Maclean, 1. baronet, którego wspomnienia Eastern Approaches , w których szczegółowo opisuje swój czas spędzony z partyzantami Tito w Jugosławii, tak bardzo zainspirowały Martensa – tytuł eseju Martensa pochodzi z rozmowy Winstona Churchilla z Macleanem, w której powiedział mu, że jego zadaniem było po prostu „dowiedzenie się, kto zabił większość Niemców i zaproponowanie środków, dzięki którym moglibyśmy im pomóc zabić jeszcze więcej”.

W tym momencie Martens zatracił się w wywołanej przez siebie żądzy krwi.

Celem misji Macleana byli niemieccy naziści, a środki, które zamierzał wykorzystać, polegały na zwerbowaniu partyzantów spośród ludności cywilnej, która była terroryzowana przez tych samych nazistów.

Motywacja jest kluczowa.

Zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi, których namawia się do zabijania.

Martensowi dobrze zrobiłoby przeczytanie klasycznej książki Davida Grossmana On Killing: The Psychological Cost of Learning to Kill in War and Society , w której opisano wrodzony opór większości żołnierzy przed zabijaniem podczas II wojny światowej – większość żołnierzy nie strzelała, a ci, którzy to robili, często robili to bez celowania.

Zabicie człowieka nie jest łatwą sprawą – Martens, który nigdy nie służył w wojsku, powinien się nad tym głęboko zastanowić.

Nawet jeśli udoskonalone techniki szkoleniowe mające na celu przełamanie istniejącej u większości ludzi bariery psychologicznej przed odbieraniem życia okażą się skuteczne, to za ten „sukces” płaci się wysoką cenę – psychologiczną destrukcję osoby, która zrobiła to, o co żaden człowiek nie powinien być proszony: zabiła innego człowieka.

Nie ma nic chwalebnego w wojnie, ponieważ w swojej najprostszej formie wojna polega po prostu na zabijaniu samej siebie przez ludzkość.

Czasem jednak sytuacja jest taka, że ​​społeczeństwo uznaje wojnę za jedyny sposób na przetrwanie.

W takim konflikcie brali udział także jugosłowiańscy partyzanci Tito.

Podobnie było z Rosjanami i innymi narodowościami Związku Radzieckiego.

Ich wspólnym wrogiem byli niemieccy naziści i ich sojusznicy, którzy stracili życie w dużych ilościach.

I co roku dzisiejsi Rosjanie świętują zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami – nie po to, by gloryfikować zabijanie, lecz by uczcić poległych.

27 milionów z nich.

Martensowi przydałby się kurs historii Rosji z tego okresu.

A może powinien sięgnąć po kino radzieckie. Poleciłbym mu obejrzeć cztery filmy: „Ballada o żołnierzu” , „Lecą żurawie” , „Los człowieka ” i „Chodź i patrz” .

Zabijanie jest łatwą częścią wojny.

Najtrudniejszą rzeczą jest poradzenie sobie ze skutkami zabijania.

Naród płaci tę cenę zbiorowo, a koszty te są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Nigdy nie należy przyjmować zabójstw z tak lekceważącym nastawieniem, jak zrobił to Martens.

Ale najbardziej nagannym aspektem ignoranckiej próby Martensa przedstawienia siebie jako współczesnego Fitzroya MacLeana jest strona, którą zajął, jednocześnie lekkomyślnie nawołując do zabijania innych.

Sprawa Ukrainy Zełenskiego, która jest dosłownie współczesnym ucieleśnieniem niemieckich nazistów, których Maclean miał za zadanie zabić.

Ci sami naziści, za których klęskę poświęcili życie przodkowie dzisiejszych walczących żołnierzy rosyjskich.

Martens powinien zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście ma to coś, co pozwala mu zabijać Rosjan.

Oczywiście, że tego nie zrobi – tchórze nigdy nie popełniają samobójstw, lecz stoją z boku, podczas gdy inni uczestniczą w tym krwawym sporcie w ich imieniu.

Marines, z którymi służyłem, nie byli tchórzami – byli gotowi stawić czoła radzieckiemu „zagrożeniu” w śmiertelnej walce, nawet jeśli wiedzieli, że oznacza to niemal pewną śmierć.

Martensowi brakuje takiej siły moralnej.

Ale co ważniejsze w tym kontekście: jego europejscy współobywatele również za nią tęsknią.

Weźmy na przykład Niemcy, w których Martens się znajduje, a które obecnie odgrywają wiodącą rolę w wywoływaniu wojennych wojów z Rosją.

Pomińmy fakt, że gospodarka niemiecka nie jest w stanie udźwignąć kosztów budowy machiny wojennej godnej Czwartej Rzeszy.

Porozmawiajmy o duchu walki niemieckich żołnierzy, którzy w takiej wojnie zostaliby wezwani do zabijania Rosjan.

To krótka rozmowa – po prostu brak woli walki.

Po rozpoczęciu ogromnej kampanii propagandowej, mającej na celu zachęcenie setek tysięcy niemieckich mężczyzn do przyłączenia się do sprawy Czwartej Rzeszy, niemiecka męskość wydała na świat zaledwie 530 takich osób.

Nie ma woli prowadzenia wojny, którą Martens i jemu podobni tak chętnie witają.

A gdyby niemiecki rząd był tak lekkomyślny i wprowadził obowiązek służby wojskowej, upadłby pod wpływem masowych protestów społecznych.

Całą Europę dotknął brak chęci służenia sprawie, za którą nikt nie wierzy, że warto umierać – elita polityczna i ekonomiczna Europy może chcieć zabijać Rosjan, ale ludność poszczególnych narodów europejskich już nie.

Oznacza to, że gdy dawni bohaterowie, tacy jak Martens, mówią o zabijaniu Rosjan, mają na myśli, że zabiją ich Ukraińcy.

W tym kontekście pozwólcie, że przypomnę Martensowi dwie trudne rzeczywistości: każdego miesiąca dziesiątki tysięcy rosyjskich mężczyzn zgłasza się na ochotnika, by podpisać kontrakty z rosyjskim Ministerstwem Obrony, aby móc walczyć w „specjalnej operacji wojskowej” – terminie używanym przez rosyjski rząd do opisania trwającego konfliktu z całym Zachodem.

Co miesiąc bandy ukraińskich „rekrutujących” siłą porywają tysiące Ukraińców, aby zmusić ich do służby w ukraińskiej armii.

Tego nie da się porównać.

Wezwanie Martensa do „zabijania Rosjan” ujawnia wszystko, co jest nie tak z dzisiejszą Europą. Ta ponura rzeczywistość ujawnia się od jakiegoś czasu. W 1993 roku sformułował ją George Soros, postulując nowe „partnerstwo” między USA a Europą, w którym „połączenie siły roboczej Europy Wschodniej z technicznym potencjałem NATO znacząco zwiększyłoby potencjał militarny partnerstwa, ponieważ zmniejszyłoby ryzyko worków na zwłoki dla państw NATO, co jest główną przeszkodą dla ich gotowości do działania”.

Inni powinni umierać za sprawy, których bronimy – takie jest motto Martensa i jemu podobnych.

A jaką sprawę popiera Martens? Wystarczy spojrzeć na narodowosocjalistyczne korzenie jego drzewa genealogicznego.

Generalplan Ost był wizją nazistowskich Niemiec zakładającą stworzenie zgermanizowanej przestrzeni życiowej , która miała zostać wydzielona z podbitych terytoriów Europy Wschodniej. Plan zakładał przeprowadzenie na szeroką skalę czystek etnicznych Słowian, w tym Rosjan i Ukraińców.

Za koncepcję i realizację tego planu odpowiadali niemieccy prawnicy, m.in. Hans-Hermann Martens, nazistowski dziadek Michaela Martensa.

Wygląda na to, że jabłko pada niedaleko od drzewa.

Martens udaje, że wspiera Ukraińców i twierdzi, że wszystko, czego chce, to „zabijanie Rosjan”.

Ale wojna, którą popiera, od początku jest zaprojektowana tak, aby także ukraińskie wojska zostały pochłonięte przez rzeź.

Zmienić Ukrainę w naród kamikadze, uparcie zmierzający ku samobójstwu.

Podburzając Słowian przeciwko sobie, Martens i wszyscy dawni „przyjaciele” Ukrainy pokazali, że są niczym więcej, jak tylko współczesnymi wersjami nazistowskiej plagi, która pokonała świat już w 1945 roku.

Jednak nazistów nigdy nie udało się wykorzenić, o czym świadczy los dziadka Martensa.

Zamiast tego zostali zrehabilitowani i uhonorowani, ich straszne zbrodnie zostały zatuszowane i umieszczone w intelektualnym zawieszeniu, aż ideologia nienawiści, która umożliwiła popełnienie tych zbrodni, zakorzeniła się w nowym pokoleniu niemieckich nazistów marzących o realizacji swoich chorych fantazji o „przestrzeni życiowej” opartej na zagładzie narodów słowiańskich.

Pewnego dnia ta wojna się skończy i gdy ten czas nadejdzie, ludzie tacy jak Michael Martens będą musieli zostać pociągnięci do odpowiedzialności za rolę, jaką odegrali w podżeganiu do obecnego ludobójstwa na słowiańskich narodach Europy.

Do tego czasu każdy, kto ma choć trochę moralności, musi publicznie potępić Martensa i jemu podobnych, którzy opowiadają się za „zabijaniem Rosjan”.

Ponieważ tak naprawdę mają na myśli ludobójstwo Słowian i promowanie europejskiej rasy panów (wystarczy pomyśleć o Josepie Borrellu, byłym Wysokim Przedstawicielu Unii Europejskiej, który porównał Europę do „ogrodu”, a resztę świata do „dżungli”).

„Zabijanie Rosjan” to chora metafora wszystkiego, co jest złe w dzisiejszej Europie i całym Zachodzie – przewrotna wizja hegemonii kulturowej, która może istnieć jedynie kosztem narodów słowiańskich.

Martens i jego kasta europejskich (i amerykańskich) „ogrodników” powinni wyciągnąć wnioski z historii: bądźcie ostrożni w tym, czego sobie życzycie.

Historia pokazała, że ​​ci, którzy opowiadają się za „zabijaniem Rosjan”, szybko odkrywają, że Rosjan nie tylko trudno zabić, ale także, że są mistrzami w zabijaniu tych, którzy stanowią egzystencjalne zagrożenie dla przetrwania ich jako narodu i kultury.

Źródło: O zabijaniu Rosjan

Moc okultyzmu, magii i [—-] w Diecezji Opolskiej, ordynator JE Andrzej Czaja

Moc okultyzmu, magii i [—-] w Diecezji Opolskiej, ordynator JE Andrzej Czaja

Modlitwa jest jedynym inteligentnym czynem
Nicolas Davila

pd


JE Andrzej Czaja
ordynariusz diecezji opolskiej wraz z ks. dyrektorem Wydziału Katechetycznego Kurii Diecezji Opolskiej [to ks. prof. Jerzy Kostorz] , wzbili się ostatnio na wyżyny intelektu i Wiary organizując koncert charytatywny na rzecz opolskiej katedry. [4 września 2026 r.]


Główną postacią tego eventu ma być ksiądz Guilherme Peixoto.
Muzyk znany ze swojego zamiłowania do muzyki techno i laserowych świateł
Ale nie tylko.
„Ksiądz-DJ” udzielił wywiadu 23 sierpnia 2020 roku dziennikarzom podcastu Maluco Beleza.

Dziennikarz Rui Unas zapytał:

„Jeżeli ktoś angażuje się w akt sodomii, ale za zgodą partnera, nawet jeżeli jest w tym akcie coś brutalnego, coś niekonwencjonalnego, coś niezwykłego w ich zachowaniu, ale obie osoby uważają w swoim sumieniu, że nie są winne i uważają, że nie naruszyły swojej godności, to wszystko jest w porządku?”
Na to ks. Peixoto odparł:
Tak sądzę. Uważam tak, bo to wzmocniło między nimi miłość; wszystko, co dzieje się w sypialni, to sprawa osobista.
Zapytany o masturbację, stwierdził: „To są bardzo osobiste sprawy. Nie sądzę, żeby miało jakikolwiek sens pytać o to księdza”. „Kościół nie musi używać jakichś reguł żeby dyktować, co każda osoba może robić, a czego nie w sprawach seksualności… Każdy sam musi wiedzieć, czy zrobił coś, co umniejsza jego ludzką godność czy nie”
(Ksiądz-DJ” ze Światowych Dni Młodzieży broni „brutalnego” seksu gejowskiego https://share.google/)
Mało tego,  13 maja 2022 roku Ksiądz Guilherme wystąpił na „Nocy Czarownic”  festiwalu muzycznym, który odbył się w Montalegre nawiązującym do okultyzmu, magii i zabobonów.


Podczas konferencji prasowej biskup opolski powiedział:
Padre Guilherme traktuje muzykę jako narzędzie przekazywania radosnej nowiny o Jezusie. Muzyką elektroniczną chce mówić o Chrystusie. Formy głoszenia Ewangelii są dzisiaj bardzo różne, a ta może dotrzeć również do osób, które pozostają nieco dalej od Kościoła.
Chcemy spojrzeć w górę, na Chrystusa wywyższonego na krzyżu, na nowo zachwycić się Jego miłością, umocnić swoją wiarę i odpowiedzieć miłością na miłość”


No cóż, ewangelizator na miarę organizatorów?
Na stronach diecezji opolskiej,  tuż przed zaproszeniem na koncert księdza DJ Peixoto, biskup ordynariusz złożył szczere podziękowania organizatorom szkoleń z zakresu ochrony dzieci i osób bezbronnych w kościele.
Realizacja szkolenia była możliwa dzięki wsparciu Fundacji Świętego Józefa Konferencji Episkopatu Polski, która dofinansowała jego organizację kwotą 4501,80 zł. Dziękujemy Fundacji za okazaną pomoc i zaangażowanie w działania na rzecz budowania bezpiecznego Kościoła.
Czyżby zaproszenie zwolennika sado- maso, wypełniało  program budowania „nowoczesnego i bezpiecznego kościoła”?

Fenomen chińskiego Kościoła podziemnego. Chyba ok. 10 milionów wiernych.

Latające seminaria i łamanie kości biskupom. Fenomen chińskiego Kościoła podziemnego

publikacja 24.05.22 – aktualizacja 30.07.26 aleteia/latajace-seminaria-i-lamanie-kosci-biskupom-fenomen-chinskiego-kosciola-podziemnego

Karol Wojteczek

Kościół podziemny w Chinach

Gdy trzy lata temu chińskie służby aresztowały 90-letniego wówczas kard. Josepha Zena, wyznaczyły jego rozprawę na 24 maja. Trudno uznać te datę za przypadkową. Tego dnia wypada bowiem Dzień Modlitw za Kościół w Chinach.

TODO MESSAGE :

Emerytowany ordynariusz Hongkongu to jeden z wielu duchownych, którzy doświadczyli aresztowania (czy raczej uprowadzenia) przez chińskie władze. Szczególne prześladowania dotykają środowiska katolików w mieście Baoding, położonym na południowy zachód od Pekinu. Miasto to uznawane jest za matecznik tzw. „podziemnego Kościoła” – fenomenu, którego skala nie znajduje swojego odpowiednika w żadnej innej antychrześcijańskiej dyktaturze świata.

Z racji specyfiki zjawiska i nieustannych prześladowań niemożliwa do oszacowania pozostaje dokładna liczba wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego w Państwie Środka. W prorządowym Patriotycznym Stowarzyszeniu Katolików Chińskich zrzeszonych jest ok. 5-6 mln członków. W podziemiu pozostawać może kolejne od 3 do nawet 8 mln wiernych. Liczby te jednak zmieniają się dynamicznie – według niektórych szacunków chrzest w jednej ze wspólnot przyjmować może nawet 2 mln Chińczyków rocznie.

Rozróżnienie pomiędzy wspomnianymi środowiskami nie jest przy tym całkowicie ostre. Według nieoficjalnych doniesień niektórzy „akredytowani” przy komunistach duchowni świadczą bowiem posługę również we wspólnotach podziemnych. Co ciekawe, stosunkowo silna jest w Chinach także licząca ok. 60 mln członków społeczność protestantów.

Narodziny dualizmu

Za moment narodzin współczesnego chińskiego Kościoła podziemnego uznać można umownie rok 1949 lub 1957. Pierwsza z tych dat odnosi się do zakończenia wygranej przez komunistów wojny domowej. Druga to rok ustanowienia wspomnianego już Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich.

Powołana przy państwowym Biurze ds. Religijnych organizacja miała być od tej pory jedynym dopuszczonym do funkcjonowania środowiskiem rzymskich katolików w Chinach. Wierni tego obrządku stanowili wówczas w Państwie Środka niespełna 1% z blisko 600-milionowej populacji kraju, ich liczba jednak dynamicznie rosła.

Odrzucenie przez PSKCh zwierzchności Rzymu (zakończone nałożoną przez Piusa XII ekskomuniką jego biskupów) i podporządkowanie Stowarzyszenia maoistowskiej władzy zaowocowały przejściem części duchownych i wiernych do działalności podziemnej. Wzorem pierwszych chrześcijan zaczęli się oni spotykać w domach, z dala od wścibskich oczu funkcjonariuszy nowego reżimu.

Jan Paweł II i „tajny” kardynał

Jeszcze jednak przed powołaniem PSKCh, chińscy komuniści podjęli starania o „oczyszczenie” miejscowego Kościoła katolickiego z „elementów wrogich” nowemu ustrojowi. Do historii przeszedł 8 września 1955 r., gdy w szeroko zakrojonej akcji policyjnej aresztowanych zostało przeszło 200 duchownych oraz grupa świeckich katolików z Szanghaju. Większość z nich skazano potem na więzienie za „działalność kontrrewolucyjną”, ewentualnie, w przypadku zagranicznych misjonarzy, za szpiegostwo.

Symbolicznym bohaterem tamtych wydarzeń stał się ordynariusz Szanghaju bp Ignatius Kung Pin-mei. Skazany na dożywocie pod zarzutem zdrady stanu, konsekwentnie odmawiał on autoryzowania swoim nazwiskiem działalności PSKCh. Więzienie opuścił dopiero w 1985 r. po trzydziestu latach od osadzenia. W 1979 r. Jan Paweł II mianował go kardynałem in pectore („w sercu”).

W pamięci chińskich wiernych zapisała się również postawa innego nieugiętego szanghajskiego duchownego, o. Bedy Changa SJ. 11 listopada 1951 r. zmarł on w więzieniu po dwóch miesiącach okrutnych tortur, a władze, dla uniknięcia wystąpień, ustawiły przy jego grobie straże. Wśród „podziemnych” chińskich katolików o. Beda Chang cieszy się dziś opinią świętości, istnieją również doniesienia o wyproszonych za jego wstawiennictwem cudach i łaskach.

Dwóch niezłomnych

Jak wspomnieliśmy już na początku, bastionem chińskich „podziemnych” katolików pozostaje miasto Baoding i otaczająca je prowincja Hebei. Według szacunków w regionie tym żyje ok. miliona wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego. Dla kondycji miejscowego Kościoła duże znaczenie ma postawa dwóch jego niezłomnych duszpasterzy.

Pierwszym z nich jest nieuznawany przez władze ordynariusz Baodingu, bp James Su Zimin. Duchowny, co do którego nie ma nawet pewności czy żyje, spędził w chińskich więzieniach łącznie przeszło 50 lat. Przetrzymywany przez komunistyczne władze od 1997 r., ostatni raz widziany był publicznie w 2003 r. Jeśli żyje, w lipcu br. ukończy 90 lat.

Poprzednikiem Zimina na tronie biskupim Baodingu był bp Peter Joseph Fan Xueyan. Jego więzienny „staż” jest zaledwie nieco krótszy niż następcy i sięga 46 lat w celi i obozach „reedukacyjnych” (de facto obozach pracy przymusowej). W listopadzie 1990 r. bp Xueyan „zaginął” po raz kolejny. 13 kwietnia 1992 r. jego ciało w plastikowym worku podrzucone zostało pod drzwi jego rodzinnego domu. Według oficjalnych komunikatów duchowny zmarł z powodu zapalenia płuc, jego szczątki nosiły jednak ślady tortur, w tym łamania kości. Wierni podziemnego Kościoła z Baodingu wysuwać mają wobec Watykanu postulat jego kanonizacji.

Po pierwsze złamać, zabijać w ostateczności

Tego rodzaju drastyczne działania uznać można jednak za pewnego rodzaju ostateczność, jeśli idzie o arsenał środków wykorzystywanych przez chińskie służby. Priorytetem dla nich jest „złamanie” duchownych i wiernych podziemnego Kościoła, i zmuszenie ich do przystąpienia do PSKCh (a tym samym do uznania prymatu władz i ideologii komunistycznej nad zwierzchnictwem Watykanu i doktryną wiary).

Dowodem pewnej skuteczności takiej strategii może być oficjalny następca bp. Zimina na stanowisku ordynariusza Baodingu, bp Francis An Shuxin. Aresztowany w 1996 r., jeszcze jako biskup pomocniczy, duchowny przystał po 10 latach osadzenia na współpracę z komunistami. W 2010 r., bez zgody Watykanu, mianowany został biskupem niepokornej diecezji.

Podobny los staje się prawdopodobnie udziałem 10 uprowadzonych w tym roku kapłanów z Baodingu. Wedle nieoficjalnych informacji poddawani są oni tzw. „guanzhi” – swoistemu aresztowi domowemu połączonemu z intensywną „reedukacją” polityczną. Jeśli wielogodzinne prokomunistyczne pogadanki nie przekonają ich do przystąpienia do PSKCh, grozi im przeniesienie do tradycyjnego zakładu karnego.

Zdrada czy pragnienie ochrony?

Sytuacja podziemnego Kościoła katolickiego w Państwie Środka kłopotliwa jest o tyle, że w pewnym dualiźmie tkwi również sama Stolica Apostolska. Dążąc do normalizacji stosunków dyplomatycznych na linii Watykan-Chiny, Państwo Kościelne porozumiało się z władzami co do większości (ok. 80%) nominacji biskupich.

Szczególne kontrowersje w tym względzie wywołała tymczasowa umowa z 22 września 2018 r., na mocy której rola Watykanu ograniczać się ma do opiniowania i ewentualnego wetowania kandydatów na hierarchów zaproponowanych przez PSKCh. Sądzony dziś kard. Zen nazwał ją nawet „zdradą wobec chińskich katolików„. Zwolennicy porozumienia wskazują z kolei, że jest ona jedynym narzędziem, dzięki któremu papież ma jakikolwiek wpływ na sytuację wyznawców Chrystusa w Państwie Środka.

Równocześnie jednak Stolica Apostolska utrzymuje nieoficjalne stosunki dyplomatyczne z chińskim Kościołem podziemnym. Ten zaś jeszcze w 1989 r. ustanowił własną, niezależną od władz, konferencję episkopatu. Prowadzi również sieć tajnych, niestacjonarnych seminariów duchownych, które przyrównać by można do naszego Uniwersytetu Latającego z czasów carskiego zaboru. Według szacunków do chińskiego Kościoła podziemnego przynależy w tym momencie ponad 40 biskupów, ok. 1200 kapłanów oraz ok. 1200-1300 sióstr zakonnych.

Chiny: władze usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek dla dzieci i młodzieży

Chiny: władze usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek dla dzieci i młodzieży

Czytaj artykuł

Chiny: zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

Chiny: zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

Czytaj artykuł

Bob Fu: tajny agent Boga. Być chrześcijaninem w Chinach to zgoda na prześladowania

Bob Fu: tajny agent Boga. Być chrześcijaninem w Chinach to zgoda na prześladowania

Czytaj artykuł

Katolicy w Chinach pod coraz większą presją. Szkolenia ideologiczne, kontrola duchownych i represje wobec Kościoła podziemnego

Katolicy w Chinach pod coraz większą presją. Szkolenia ideologiczne, kontrola duchownych i represje wobec Kościoła podziemnego

13 sierpnia 2026 pch24/katolicy-w-chinach-pod-coraz-wieksza-presja-szkolenia-ideologiczne-kontrola-duchownych-i-represje-wobec-kosciola-podziemnego

Chiny.jpg
Fragment okładki Polonia Christiana, nr 71. / autor: Tomasz Kumięga

Katolicy w Chinach mierzą się z nasilającymi się ograniczeniami wolności religijnej, a przepisy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) podporządkowują działalność Kościoła kontroli państwa – wynika z artykułu Nuali O’Loan opublikowanego w irlandzkim tygodniku „The Irish Catholic”.

Autorka zwraca uwagę, że w ramach prowadzonej przez władze polityki „sinizacji religii” duchowni poddawani są szkoleniom politycznym i ideologicznym, a od ich zaliczenia oraz deklaracji lojalności wobec KPCh może zależeć możliwość sprawowania posługi. Kontroli podlegają również materiały religijne, działalność duszpasterska i sposób prowadzenia katechezy.

O’Loan przypomina, że w 2018 r. Stolica Apostolska i Chiny zawarły porozumienie dotyczące mianowania biskupów. Jego treść nie została ujawniona. Według autorki nominacje pozostają w praktyce pod znaczącym wpływem władz w Pekinie, a biskupi związani są z Chińskim Katolickim Stowarzyszeniem Patriotycznym, kontrolowanym przez KPCh.

W artykule przywołano raport Human Rights Watch z kwietnia br., według którego po latach prowadzonej przez przewodniczącego ChRL Xi Jinpinga kampanii „sinizacji” katolicy w Chinach doświadczają nasilających się represji ograniczających wolność religijną.

Od 2018 r. władze wprowadziły szereg regulacji dotyczących działalności religijnej, m.in. zasad funkcjonowania organizacji religijnych, personelu duchownego, miejsc kultu oraz internetowych usług informacyjnych. Przepisy nakazują wspólnotom religijnym wspieranie przywództwa KPCh, systemu socjalistycznego i „podstawowych wartości socjalistycznych”, a także realizowanie polityki sinizacji religii.

Regulacje przewidują również kontrolę państwa nad personelem, finansami, majątkiem i dokumentacją wspólnot religijnych. Duchowni nie mogą bez zgody władz przyjmować nominacji od zagranicznych instytucji religijnych. Ograniczenia dotyczą także działalności duszpasterskiej i możliwości opuszczania kraju.

Szczególną presję władze wywierają na katolików należących do tzw. Kościoła podziemnego, którzy odmawiają podporządkowania się Chińskiemu Katolickiemu Stowarzyszeniu Patriotycznemu. Według O’Loan wobec duchownych i świeckich stosowane są m.in. zatrzymania, areszt domowy i inne formy represji.

Autorka opisuje również przypadek ks. Yu Heping, duchownego Kościoła podziemnego, który w 2015 r. zaginął podczas podróży. Jego ciało znaleziono później w rzece. Władze uznały jego śmierć za samobójstwo, czemu zaprzeczała rodzina oraz członkowie podziemnych wspólnot katolickich. O’Loan wyraża przekonanie, że ksiądz mógł zostać zabity z powodu swojej działalności duszpasterskiej.

Zdaniem autorki porozumienie Stolicy Apostolskiej z Chinami z 2018 r. nie przyniosło oczekiwanej [??? a któż to oczekiwał? md] poprawy sytuacji Kościoła, lecz mogło wzmocnić pozycję KPCh w jej dążeniu do kontroli nad życiem religijnym. Wzywa ona Stolicę Apostolską do ponownej oceny sytuacji katolików w Chinach oraz wpływu chińskiej polityki religijnej na zachowanie katolickiej doktryny i nauczania.

Źródło: KAI / The Irish Catholic

K. Baliński: Jak pozbyć się Polaków z Polski?

K. Baliński: Jak pozbyć się Polaków z Polski?

Październik 2016 roku – ambasada Kijowa w Warszawie wydaje „Poradnik dla obywateli Ukrainy w Polsce”. Dwustu-stronicowa broszura rozdawana w konsulatach ukraińskich, cerkwiach i w biurach organizacji pozarządowych ma pomóc Ukraińcom, którzy chcą osiedlić się na stałe w Polsce. Podpowiada, jak zalegalizować pobyt i jak zdobyć polską emeryturę (po jednym dniu pracy). To także poradnik, jak pozbyć się Polaków z Polski, jak stworzyć z Podkarpacia ukraiński okręg autonomiczny i jak powołać „Wolne Miasto Wrocław”.

Lipiec 2026 roku – ambasada Ukrainy w Warszawie publikuje poradnik „Obowiązki i prawa obywateli Ukrainy w Polsce”. To swoiste vademecum instruujące koczujących w Polsce Ukraińców, jak zachować się w sytuacjach konfliktowych z Polakami, jak reagować na „agresję” i „mowę nienawiści”. Poradnik zaleca robienie zdjęć, „dla wykorzystania, jako dowodu w sądzie, prokuraturze lub na policji”. Krótko mówiąc – zachęca do prowokowania Polaków i nagłaśniania tego w mediach. Ambasada Kijowa informuje też (oczywiście przypadkowo) o tworzeniu w prokuraturach wyspecjalizowanych komórek zajmujące się przestępstwami z nienawiści wymierzonych w Ukraińców.

No i, jak z dziurawego wora, posypały się filmiki rejestrujące przypadki „agresji” na bezbronnych uchodźców („którzy schronili się w Polsce przed rakietami Putina”). Że o prowokacje chodzi, świadczy nagranie „trzech Polakach, którzy pobili we Wrocławiu mężczyznę i kobietę”. Pierwsze przekazy mediów mówiły, że „nie wiadomo, co dokładnie działo się, a o ataku na tle narodowościowym świadczą jedynie słowa brata pobitej Ukrainki”. Także pierwsze informacje podane przez ministra spraw wewnętrznych oraz dolnośląską policję nie traktowały incydentu, jako konfliktu o podłożu narodowościowym. Odezwał się natomiast Jacek Sutryk, ukraiński prezydent polskiego Wrocławia: „Chcę jasno powiedzieć: w naszym mieście nie ma i nie będzie przyzwolenia na przemoc motywowaną nienawiścią, ksenofobią czy uprzedzeniami narodowościowymi”. Jego słowa podchwycił konsul Ukrainy, oświadczając: „Niestety, w ostatnim czasie czyny przemocy i agresji przeciwko ukraińskim obywatelom mają miejsce w Polsce. Każdy taki przypadek wymaga dokładnego śledztwa”.

Do akcji dołączyły TVN, TVP, „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”. Ale nie tylko. Uchodzące za tubę patriotów Radio Wnet wyemitowało program „Bij Ukraińca!”, w którym banderowiec o mordzie rezuna wyzywa Polaków: „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”; „Rozwija się zdziczenie Polaków”; „Zezwierzęciałe emocje, które wobec Ukraińców ma coraz większa część społeczeństwa polskiego”, a na koniec pyta: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. Przypominając wszystkie krzywdy, jakie spotkały Ukraińców w Polsce, media potępiały „polską ksenofobię i nienawiść o podłożu narodowościowym”. I robiły to bez umiaru i bez uwzględnienia faktu, że podobne incydenty niekoniecznie wynikają z uprzedzeń narodowościowych oraz że prowodyrami i sprawcami są najczęściej Ukraińcy, jak w przypadku zamordowania w Bytowie 36-letniego Polaka.

Media wróciły do incydentu w Bielsku-Białej, gdzie pasażera autobusu, sprowokowanego zachowaniem dziewuch wychowanych w koczowniczej kulturze Dzikich Stepów, poniosły nerwy: „Ksenofobiczny atak. Mężczyzna zaatakował i wyzywał wulgarnie trzy nastoletnie obywatelki Ukrainy”. Jeszcze tego samego dnia straszy mężczyzna usłyszał zarzut znieważenia trzech obywatelek Ukrainy, naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich i „szerzenia mowy nienawiści”.

Do machinacji dołączyli politycy. „Brutalny akt przemocy” potępił Donald Tusk, apelując o natychmiastowe zgłaszanie wszelkich przejawów przemocy wobec Ukraińców i zwracając się bezpośrednio do prezydenta, „aby przestał milczeć w tej sprawie”. Marcin Kierwiński (szef MSWiA) zapewnił o natychmiastowych działaniach policji i bezwzględnym egzekwowaniu prawa oraz przyjęcie zasady zero tolerancji dla ataków na tle narodowościowym. Ostrzegł też, że publiczne nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym, rasowym lub wyznaniowym podpada pod paragrafy Kodeksu Karnego. Ujawnił też, że służby monitorują publikowane w internecie treści nawołujące do nienawiści wobec obywateli Ukrainy. Włodzimierz Czarzasty (marszałek Sejmu) mówił o „polowaniu na Ukraińców”. Barbara Nowacka (minister edukacji) wskazała, że agresywne zachowania na ulicach są konsekwencją wcześniejszej nagonki i hejtu w przestrzeni publicznej. Adam Szłapka (rzecznik Rządu) zaznaczył, że obóz rządowy nie zgadza się na jakąkolwiek akceptację nienawiści i zapowiedział zdecydowaną walkę z takimi postawami. Krzysztof Bosak (Konfederacja) „stanowczo potępił ataki na dzieci i słabszych, a uzasadnianie przemocy własnymi uprzedzeniami uznał za zachowanie sprzeczne z normami cywilizacyjnym.

Na prowokację dała się nabrać cała Polska. Wszyscy potępili pasażera autobusu. W całym kraju odbyły się pikiety solidarności z Ukraińcami. Krótko mówiąc, „zbrodnia” jednego starego Polaka, który nakrzyczał na ukraińskie pindy zrównana została z wymordowaniem na Wołyniu 100 tysięcy Polaków. MSWiA przytoczyło „zatrważające” dane mające świadczyć o wzroście liczby aktów przemocy na tle narodowościowym: Liczba pokrzywdzonych w sprawach dotyczących znieważenia, przemocy i gróźb z powodu przynależności narodowej wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat z 95 do 273 (przy kilku milionach Ukraińców w Polsce!). Nie podało natomiast, że w ciągu ubiegłych dwóch lat Ukraińcy popełnili w Polsce 42 tysiące przestępstw, w tym 65 zabójstw i że tylko w ubiegłym roku zabili 11 Polaków. Jak i podało, że wśród 3949 obcokrajowców poszukiwanych listem gończym jest 3253 obywateli Ukrainy.

Gdy Wołodymyr wezwał Donalda do Lublina (czyli do siebie), w sali tranzytowej tamtejszego lotniska obwieścił: „Omówiłem z Tuskiem bezpieczeństwo obywateli ukraińskich, którzy znaleźli schronienie w Polsce”. Obwieszczenie było nie tylko szczytem bezczelności, ale potwierdziło, że Zełenski wytoczył Polsce wojnę informacyjną i odniósł w niej kolejny sukces. Ile będzie to kosztować nasze państwo dowiemy się w najbliższych dniach. Na dziś widzimy to w dyrektywach dla Policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które mają okrutnie karać „zbrodnie z nienawiści”, czyli wszelkie złe słowa skierowane przeciw Ukraińcom.

W sukurs uciśnionym Ukraińcom rzuciło się nie tylko całe rządowe i pozarządowe lewactwo, ale także warszawski Judenrat, który zaczął lansować pogląd, że w Polsce narasta „atmosfera pogromowa” wobec „gości” z Ukrainy. O polskich nazistach, pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mówił w Kijowie Adam Michnik. Doszło do tego, że każda ukraińska łajza poczuła się uprawniona do wtrącania w polskie sprawy, pouczania, szantażowania, domagania się kolejnych przywilejów, a nawet grożenia, że jak nie spełnisz tych żądań, to ci podpali dom.

Zełenski wie, że może z Polską zwyczajnie pogrywać i skutecznie Polaków ogrywać, bo ma w Polsce proukraiński rząd i proukraińską opozycję, bo ma potężne proukraińskie lobby i wpływową probanderowską V kolumnę, która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego i głosi, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły”. Przy czy na takie postępowanie pozwala sobie prezydent na wpół zdechłego, uzależnionego od naszej pomocy, skorumpowanego i rozkradanego kraiku na Dzikich Stepach oraz utrzymywani przez nas uchodźcy-żebracy.

Szok i niedowierzanie. Ambasador Rzeczypospolitej uderza we własne państwo, popiera narrację państwa wrogiego. Uprawia pedagogikę wstydu, czyli coś, w czym do tej pory specjalizowała się „Gazeta Wyborcza. Podczas obchodów upamiętniających ofiary rzezi na Wołyniu, Piotr Łukasiewicz (bo tak zwie się osobnik tak haniebnie się zachowujący) powiedział: „Oddając hołd polskim ofiarom ukraińskiej przemocy na Wołyniu, nie może pominąć także ukraińskich ofiar państwa polskiego przed wojną i w jej trakcie”. Czyli „ofiarami państwa polskiego” nazywa niemowlęta nabite na sztachety, dzieci z gwoździami wbijanymi w główki, zgwałcone dziewczyny z kosami w pochwach, matki z wyprutymi brzuchami, chłopów pociętych piłami.

Ale to nie wszystko – jeszcze gorzej było, gdy Łukasiewicz wskazał na dwa kraje, które zaczęły wojnę: „Niemcy, Japończycy i ICH KOLABORANCI. Bo sformułowania „kolaboranci” używają regularnie Żydzi, co pozwala im na rozszerzenie odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polaków. Łukasiewicz powielił zatem argument zabójczy dla polskiej polityki historycznej, wpychający do roli kolaborantów także Polaków.

Sprawę jeszcze pogorszył Radek Sikorski. Usprawiedliwiając swego wysłannika powiedział: „Przemawiał w duchu chrześcijańskiego pojednania i kierował się przesłaniem przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Czyli zadekretował ciszę nad dołami śmierci, do których wrzucono pomordowanych Polaków i zakończenie wszystkiego zawołaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ale nie tylko – 10 lipca zamieścił na portalu X wpis: „Dziś rocznica mordu w Jedwabnem, jutro krwawej niedzieli podczas Rzezi Wołyńskiej. Niech każdy naród zrobi swój rachunek sumienia tak, aby zbrodnie przeszłości już nigdy się nie powtórzyły”. Czyli polski minister zrównał stodołę w Jedwabnem z ludobójstwem na Wołyniu.

Ambasador Ukrainy w Warszawie daje wykłady o polityce historycznej Ukrainy, a ambasador RP w Kijowie wygłasza mowy popierające politykę historyczną Ukrainy. Ukraińcy koczujący w Polsce mają ambasadora, który ich broni. A Polacy na Ukrainie mają ambasadora, który im nakazuje pogodzenie się z pomnikami Bandery. Konsul Ukrainy w Warszawie opiekuje się swoimi obywatelami, a konsul RP w Kijowie szczyci się ukraińskim pochodzeniem, paraduje w ukraińskiej wyszywance, w Kijowie podaje się za Ukraińca, a w Warszawie za Polaka.

Ukraińcy mają poradnik, jak pozbyć się Polaków, a Polacy mają poradnik (od ministra obrony), jak spierdalać z Polski i jak zrobić sracz z wiadra. Mają też Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, która za pieniądze od Sorosa i z dotacji Fundacji Batorego wydała broszurę „Poradnik obywatela”, swoiste „Vademecum kapusia”, bo to prawniczy instruktaż dla adeptów trudnej sztuki donosicielstwa. Stowarzyszenie założyło też portal zglosnienawisc.otwarta.org, na którym domorośli konfidenci zgłaszają zawiadomienia o wychwyconych przypadkach „mowy nienawiści”, a administratorzy portalu, na tej podstawie składają doniesienia do prokuratury.

Wróćmy do „Polowania na Ukraińców”. Epizod wart, co najwyżej, odnotowania w kronice wybryków chuligańskich osiedlowej gazetki, zdominował scenę polityczną, a media reagowały jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Z marginalnego incydentu zrobiono wydarzenie polityczne roku i sprawę wagi państwowej. Cała Polska żyła nimi, ku rozbawieniu pomysłodawców machinacji. Przynętę złapali wszyscy politycy, jeden za drugim, ambasador Ukrainy przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo Polacy dali się podpuścić przy pomocy prymitywnego, wielokrotnie już przećwiczonego na Polakach modus operandi. Prowokacja z „wrzucaniem” do sieci filmików o prowokowanych i tracących cierpliwość Polakach była tak groteskowa, że nie trudno było odgadnąć, co się za nią kryje. Było oczywistym, że z Kijowa padł rozkaz: Wytropić Polaków, którzy biją Ukraińców!

Nie pamiętali przy tym, że Ukraińcy już wielokrotnie przećwiczyli na nas takie metody. Kiedy w Legnicy doszło do kradzieży krzyża z kopuły cerkwi. Oburzenie wyraził prezes Związku Ukraińców w Polsce Mirosław Skórka (Мирослав Скірка): „To nas po prostu przeraża. To gest ewidentnie symboliczny, pokazujący narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej”. Tymczasem „przerażającego” czynu dokonali miejscowi złomiarze. Skórce wtórował ambasador Ukrainy: „Zwracam się publicznie do organów ścigania – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca – wyroków sądu zgodnie z prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Zauważmy przy tym, że na opisanie incydentu użył słowa „zbrodnia” a o rzezi wołyńskiej mówi „wydarzenia”. Ukraiński minister, po tym jak w „Wyborczej” pojawiły się informacje o 15-letniej Ukraince, która miała doświadczyć przemocy psychicznej w formie obraźliwych wiadomości głosowych, wezwał Polskę do ukarania „przejawiających ksenofobiczną postawę wobec Ukraińców”. Na FB napisał: „Szkoda, że trzeba wracać do spraw haniebnego traktowania Ukraińców w Polsce. „Nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce. Uważam, że takie zachowanie nie może i nigdy nie będzie normą w cywilizowanym społeczeństwie europejskim”.

Machinacje takie łatwo można było łatwo rozszyfrować, wiedząc, że Ukraińcy naśladują Żydów. Przykład pierwszy z brzegu: Po emisji reportażu TVN o polskich neonazistach pijących toast za Hitlera, „polskich neonazistów” potępił premier, marszałek Sejmu zarządził debatę o neonazizmie w Polsce, a minister spraw wewnętrznych z sejmowej trybuny podziękował „dziennikarzom śledczym TVN”. Tymczasem śledztwo wykazało, że „naziści” działali z polecenia TVN i byli przez nią opłaceni. I nie trudno było odgadnąć, co się za prowokacją TVN kryło. Było oczywiste, że padł rozkaz – wytropić polskich nazistów i że rządzący Polską to idioci skwapliwe odgrywający rozpisane z góry role, tańczący tak, jak im zagra antypolska orkiestra. Jest i druga strona medalu – przepraszają za antysemitów, za nazistów, za Polaków bijących Ukraińców i każdy przypadek traktują, jako sprawę wagi państwowej. A ci, którzy takie afery wywołują kalkulują sobie: Przepraszajcie, a my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy, jak nie o rasiście w autobusie w Bielski-Białej, to ciemiężycielu sprzątaczki ukraińskiej. A gdyby takich zabrakło, zawsze „nazistowską” można będzie nazwać pielgrzymkę wiernych do Częstochowy.

Dlaczego Polaków nie oburza rząd, który wystąpił przeciwko prezydentowi własnego państwa i wsparł prezydenta państwa, który gloryfikuje morderców Polaków i pluje Polakom w twarz? Dlaczego nie oburzają się na ministra o chazarskiej mordzie, który popiera ambasadora Ukrainy w polowaniu na Polaków? Dlaczego nie roznoszą w pył rządu, którzy sekuje własnych obywateli?

Co robić i czego nie robić? Przestrzegać podstawowej zasady – nie przyjmować bitwy na warunkach przeciwnika. Żadnego kajania się. Nie bronić się, ale atakować. Nie liczyć na rząd, bo to banda nieudaczników sparaliżowanych strachem. Działać mądrze, spokojnie, konsekwentnie, aż ludzie na całym świecie dowiedzą się, że są tacy, którzy wstali z kolan i chodzą z podniesioną głową. A na koniec powiedzmy głośno: Nie ma żadnego polowania na Ukraińców – jest polowanie na Polaków. Nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich” – jest erupcja nienawiści Ukraińców do Polaków, i reakcja Polaków.

Krzysztof Baliński

Bilans polskiego członkostwa w Unii Europejskiej

Bilans polskiego członkostwa w Unii Europejskiej

wolnemedia.net/bilans-polskiego-czlonkostwa-w-unii-europejskiej

W czerwcu 2003 roku Polacy w dwudniowym referendum zdecydowali o przystąpieniu do Unii Europejskiej. Frekwencja wyniosła prawie 56 proc., a za wejściem opowiedziało się ponad 77 proc. głosujących. Entuzjazm był ogromny. 1 maja 2004 roku Polska stała się pełnoprawnym członkiem Wspólnoty. Po ponad dwudziestu latach Leszek Pietrzak na kanale „Zakazane Historie”, opierając się głównie na danych i analizach zawartych w książce Tomasza Cukiernika „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”, proponuje chłodne spojrzenie na efekty członkostwa – przez pryzmat liczb, a nie emocji i narracji.

https://youtube.com/watch?v=udWx9fRrG2o%3Frel%3D0

Finanse – netto na plus, ale z ukrytymi kosztami

Polska w latach 2004–2023 wpłaciła do budżetu unijnego około 83,7 mld euro składek członkowskich. W tym samym okresie otrzymała ponad 245 mld euro z funduszy unijnych. Saldo netto jest dodatnie i wynosi około 161–162 mld euro.

Autorzy analizy podkreślają jednak, że bilans ten nie uwzględnia kosztów po stronie polskiej. Fundusze unijne wymagają wkładu własnego, który często finansowano kredytami. W efekcie dług samorządów wzrósł z około 17 mld zł w 2003 r. do ponad 91 mld zł w 2023 r. (wzrost o około 450 proc.). Część środków unijnych generowała więc dodatkowe zadłużenie.

Handel – wzrost, ale wolniejszy niż przed akcesją i poza Unią

Eksport Polski do krajów UE wzrósł w latach 2003–2023 o około 606 proc., a import o 481 proc. Jednocześnie eksport do państw spoza Unii zwiększył się o 777 proc., a import o 636 proc. – mimo braku preferencyjnych warunków.

Tempo wzrostu handlu przed akcesją (ok. 317 proc. w dekadzie 1995–2003) było wyższe niż w pierwszej dekadzie członkostwa (ok. 177 proc. w latach 2004–2013/2014). Za spowolnienie odpowiada m.in. gąszcz regulacji unijnych: certyfikaty, rejestry, kontrole oraz dyrektywa o pracownikach delegowanych, która podniosła koszty polskich firm transportowych i ograniczyła ich konkurencyjność względem przedsiębiorstw z „starej Unii”.

Inwestycje i uzależnienie od kapitału zagranicznego

Wartość inwestycji w Polsce wzrosła nominalnie z około 120 mld zł w 2004 r. do około 500 mld zł w 2022 r. W relacji do PKB dynamika jednak osłabła: w latach 1995–2003 inwestycje stanowiły średnio około 21 proc. PKB rocznie (w szczytowych latach 1998–2000 nawet 24 proc.), a w okresie członkostwa około 19 proc.

Po dwóch dekadach Polska stała się – według autorów – gospodarką silnie uzależnioną od kapitału zagranicznego. Mechanizm ten jest częścią szerszego zjawiska drenażu środków z Europy Środkowo-Wschodniej do Zachodu.

Drenaż kapitału

Francuski ekonomista Thomas Piketty wskazywał, że w ramach Unii więcej kapitału płynie ze Wschodu na Zachód niż odwrotnie. Przykładem są spółki-córki zachodnich firm (m.in. duńskich) działające w Polsce: produkują lokalnie, fakturują z minimalną marżą, a większość zysku (nawet 15–40 punktów procentowych różnicy) realizowana jest w krajach macierzystych. Polskie spółki-córki osiągają przeciętnie niskie marże (ok. 3 proc.), podczas gdy spółki-matki – wyraźnie wyższe.

Deficyt i zadłużenie

Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrósł z 341 mld zł w 2003 r. do 1,1 bln zł w 2022 r. (z prognozami sięgającymi 2,5 bln zł w kolejnych latach). Koszty obsługi długu centralnego i samorządowego skoczyły z 29 mld zł w 2021 r. do 105 mld zł w 2024 r. Zadłużenie zagraniczne (publiczne i prywatne) wzrosło czterokrotnie – z 374 mld zł w 2003 r. do około 1,63 bln zł.

Ceny

Regulacje unijne przełożyły się na wzrost kosztów. Ceny gazu wzrosły około 3,5-krotnie. Energia elektryczna dla gospodarstw domowych – z około 40 groszy do ponad 80 groszy za kWh (wzrost o ponad 100 proc. z opłatami dystrybucyjnymi). Polityka klimatyczna i system handlu emisjami mają generować dodatkowe koszty rzędu setek złotych rocznie na przeciętne gospodarstwo. Opłaty za wodę i ścieki wzrosły o ponad 100 proc. Ceny mieszkań poszły w górę z około 2412 zł/m² w 2003/2004 r. do ponad 6400 zł/m², części. dzięki popytowi zagranicznemu. Wskazywane są też dualne standardy jakości i cen produktów importowanych.

Rolnictwo

Dopłaty bezpośrednie na hektar w Polsce pozostają wyraźnie niższe (nawet o 100–200 proc.) niż w krajach Europy Zachodniej. Krajowe wsparcie jest skromne w porównaniu z zachodnim. Liczba gospodarstw spadła z prawie 2,93 mln w 2002 r. do około 1,32 mln w 2020 r. Ceny ziemi rolnej wzrosły około dziesięciokrotnie, m.in. dzięki zakupom przez podmioty z innych krajów UE. Unijne wymogi zwiększyły też zużycie nawozów (z 99 kg/ha do 131 kg/ha), podnosząc koszty.

Hiper-biurokracja

Unia to – według filmu – struktura silnie scentralizowana i kosztowna: około 60 tys. urzędników, roczne koszty funkcjonowania rzędu 120 mld euro, regularne przenosiny Parlamentu Europejskiego między Brukselą a Strasburgiem generujące dodatkowe dziesiątki milionów euro. Obowiązuje dziesiątki tysięcy aktów prawnych, orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości i zaleceń. Szacowany koszt regulacji dla Polski to około 6 proc. PKB rocznie – w skali dwóch dekad może to oznaczać straty rzędu 2 bln zł.

Wnioski i pytanie o przyszłość

Film konfrontuje dominującą narrację o jednoznacznych korzyściach z danymi wskazującymi na koszty ukryte, spowolnienie dynamiki w niektórych obszarach, rosnące uzależnienie i ograniczenia suwerenności. Wolny przepływ osób wiąże się przede wszystkim ze strefą Schengen, a nie wyłącznie z członkostwem w UE. Fundusze unijne to tylko jedna strona medalu.

Pietrzak wskazuje dwie drogi: radykalną reformę Wspólnoty albo – jeśli reforma okaże się niemożliwa – rozważenie wyjścia w drodze nowego referendum z prostym pytaniem.

Autorstwo: Andrzej Kumor Na podstawie: YouTube.com Źródło: Goniec.net