„Proszę się nie bać, bo nie ma piekła ani czyśćca. Jest tylko niebo, w którym teraz jesteście, królestwo dzieciństwa, młodości, pełne marzeń” – łobuz gada w obecności Franciszka dzieciom…

Fałszywy komik mówi dzieciom w obecności Franciszka, że „jest tylko niebo” bluźniercze/brednie

„Proszę się nie bać, bo nie ma piekła ani czyśćca. Jest tylko niebo, w którym teraz jesteście, królestwo dzieciństwa, młodości, pełne marzeń„.

Roberto Benigni, włoski komik, skłamał na temat wieczności w obecności papieża Franciszka podczas pierwszego Światowego Dnia Dziecka w Watykanie 26 maja.

„Nie mogę kłamać przed Jego Świątobliwością”, udawał Benigni, „proszę nie zmuszać mnie do kłamania przed papieżem, ponieważ później, kiedy umrę, będę stał tam ze świętym Piotrem, a on powie mi: „Och, Benigni, skłamał pan przed papieżem. Teraz muszę wysłać pana do piekła lub czyśćca”: 50 lat! Mamma mia! Co za szok!”

„Ale zawsze myślę, że kiedy umrę, będę stał u bram nieba ze świętym Piotrem czekającym, by mnie osądzić i zawsze mam nadzieję, że da mi szansę i pozwoli mi odejść: Benigni, nie każ mi się więcej zastanawiać – idź! Zawsze mam taką nadzieję”.

„Ale proszę się nie bać, bo nie ma piekła ani czyśćca. Jest tylko niebo, w którym teraz jesteście, królestwo dzieciństwa, młodości, pełne marzeń„.

Judenrat postrzyga i zaplata

Judenrat postrzyga i zaplata

Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  11 czerwca 2024 judenrat

Niepodobna nie zauważyć, że Judenrat „Gazety Wyborczej” kontynuuje tradycje żydowskich arywistów, których Stalin wysłał do Polski, by tresowali nasz mniej wartościowy naród tubylczy do komunizmu. Józef Stalin uważał bowiem, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło do krowy, więc przysłani do Polski Żydowie mieli jedno z drugim dopasować. Toteż jedni kierowali Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, czyli tak zwanym „resortem”, a z kolei innym Stalin powierzył sprawowanie w Polsce rządu dusz. Jedni zostali postawieni na odcinku terroru, podczas gdy drudzy Żydowie – na odcinku duraczenia. Gwoli duraczenia powstała cała rozbudowana struktura, przy której Fundusz Sprawiedliwości, o którym dzisiaj tak głośno, to jest jakiś Liliput przy Guliwerze. Na czele aparatu duraczenia została postawiona Polska Akademia Nauk, która – mimo sławnej transformacji ustrojowej – nadal pozostaje wierna swemu pierwotnemu przeznaczeniu. Ważną rolę odgrywał też Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli tak zwana „cenzura”, której obecnie już „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych, albo izraelskiej broni jądrowej. O ile PAN miała za zadanie przygotowanie rewolucyjnej teorii duraczenia, to „cenzura” była jej pasem transmisyjnym do bezpośrednio duraczących, czyli mediów głównego nurtu, które zajmowały się już rewolucyjną praktyką.

Rewolucyjna praktyka, zgodnie z przykazaniami Lenina („odchodząc od nas nakazał nam towarzysz Lenin umacniać organizacyjną funkcję prasy” – mówił Józef Stalin podczas pogrzebu Lenina i dodawał: przysięgamy ci towarzyszu Leninie, że wiernie wypełnimy również i to twoje przykazanie).

I właśnie w tej dziedzinie zaznacza się kontynuacja dzieła żydowskich arywistów w dziele duraczenia mniej wartościowego narodu tubylczego. Z tego powodu, zarówno wtedy, jak i teraz, Judenrat „Gazety Wyborczej” za swojego głównego przeciwnika uznaje „reakcyjny kler”, przeciwko któremu próbuje obracać opinię publiczną. Czyni to dość zręcznie, skrupulatnie ukrywając, o co chodzi mu naprawdę, toteż koncentruje się na przypisywaniu „reakcyjnemu klerowi” rozmaitych sprośnych łajdactw Niebu obrzydłych, wśród których na plan pierwszy wysuwa się molestowanie. Stanowiący publiczność Judenratu tubylczy mikrocefale, lubią bowiem ekscytować się tak zwanymi „momentami”, co sprawia, że tematyka dobrze się sprzedaje – ale te „momenty”, w ramach wychowawczej funkcji prasy – Judenrat zaprawia tak zwanym „smrodkiem dydaktycznym”, dzięki któremu mikrocefale odczuwają zarówno dreszczyki, jak i umacniają się w poczuciu wyższości nie tylko nad „reakcyjnym klerem”, ale jego logistycznym zapleczem, które przy okazji jest drenowane z pieniędzy przez prawdziwe lub urojone ofiary molestowania, co to nauczyły się, że „z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda”, przy pomocy zaangażowanych mecenasów i zblatowanych niezawisłych sądów, które potrafią puścić z torbami każdego, kogo nieubłaganym palcem wskażą im oficerowie prowadzący z watahy starych kiejkutów, lub jakiejś innej.

Ale przemysł molestowania, w którym Judenrat uczestniczy w charakterze naganiacza, organizuje gniew zagniewanego ludu, umiejętnie dodając dramatyzmu opowieściom rozmaitych ofiar, które na ogół nie wyglądają na specjalnie wiarygodne. Jeśli na przykład jakiś dorosły jegomość przypomina sobie, jak to przez kilka lat dzień w dzień nieprzerwanie był „gwałcony” dzięki temu że się gwałcicielowi swemu regularnie nadstawiał, albo że jakaś panienka była „więziona”, a jednocześnie regularnie chodziła do szkoły, mimo „złamania miednicy” podczas jakiegoś szczególnie intensywnego spółkowania, to bez „dramatyzmu” trudno w takie rzeczy uwierzyć, nie będąc mikrocefalem. Mikrocefale natomiast wierzą we wszystko, co tam Judenrat dla nich przygotuje i w ten sposób – jak to się mówiło przed wojną w sferach kupieckich – biznes sze kręczy.

Jednak organizatorskie ambicje Judenratu idą jeszcze dalej, w czym też dostrzegamy kontynuację. Kiedy za pierwszej komuny, nie udało się wytrzebić z mniej wartościowego narodu tubylczego zamiłowania do uroczystości religijnych, jak np, chrzest, bierzmowanie, czy zawarcie małżeństwa, ówczesny Judenrat, skupiony wokół „Trybuny Ludu” urządził przy KC PZPR specjalną komórkę do wymyślania obrzędowości świeckiej. Tam semiccy i aryjscy mełamedowie, viribus unitis wymyślali rytuały „nadania imienia” bądź „wręczania dowodziku osobistego”, jak i tak zwane „śluby cywilne”, czy świeckie pogrzeby. Wszystko to było rodzajem niezamierzonej parodii obrzędów religijnych, bo żydowscy handełesowie, nawet jeśli zajmują się akurat nie handlem śledziami, tylko obrzędowością świecką, nie są w stanie wyjść poza tandetę.

I oto Judenrat „Gazety Wyborczej” w ramach uprawiania organizacyjnej funkcji prasy, właśnie ogłosił nową inicjatywę w postaci namiastki religijnego obrzędu Pierwszej Komunii Świętej. Artyleryjskie przygotowanie do zniechęcenia mikrocefali do uczestnictwa w tych obrzędach zostało przeprowadzone już wcześniej, w postaci kampanii przeciwko pierwszej spowiedzi dzieci. Wyróżniła się tu para faworytów Judenratu w osobach pani prof. Katarzyny Popiołek i byłego jezuity, pana Stanisława Obirka. Dołączył tego grona przewielebny ksiądz Adam Boniecki z „Tygodnika Powszechnego”, w którym dzisiaj rej wodzą mikrocefale pobożni. To znaczy – pobożni są teraz, bo do 2007 roku „Tygodnik” był współwłasnością grupy ITI, założonej przez wywiad wojskowy za pieniądze ukradzione z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego jeszcze za komuny, gwoli stworzenia medialnego holdingu dla politycznych i – nazwijmy to – duchowych potrzeb starych kiejkutów i ich konfidentów. W 2007 roku stare kiejkuty najwyraźniej uznając, że świadoma dyscyplina zatriumfowała w „Tygodniku” na dobre, podarowały wszystkie swoje udziały spółce „Tygodnik Powszechny”, która już spółkuje na własną rękę.

Więc ostatnio Judenrat zaproponował, by zamiast Pierwszej Komunii, gdzie trzeba się spowiadać, wskutek czego dzieci cierpią niewymowne katiusze, urządzać „postrzyżyny-zapleciny”. Chodzi o to, by mikrocefalne dzieci nie też miały pretekst do otrzymania prezentów. A sam rytuał postrzyżyn-zaplecin? No, tego możemy się domyślać; dzieciom w pewnym wieku zaczynają wyrastać włosy, które w związku z tym trzeba rytualnie przystrzyc, a potem, w ramach „zaplecin” dosztukować je w postaci tresy do włosów na głowie. Z pozostałej reszty – jak to radzi popularna francuska piosenka – można zrobić szczotki.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Żydowskie ataki na chrześcijan. Pierwszy raport izraelski dokumentujący przemoc.

10 czerwca 2024 pch24/zydowskie-ataki-na-chrzescijan

Żydowskie ataki na chrześcijan. Pierwszy raport dokumentujący przemoc.

Pierwszy raz w historii przedłożono raport dokumentujący akty przemocy wobec chrześcijan… w Ziemi Świętej.

Od kilku lat sytuacja chrześcijan w Jerozolimie jest coraz gorsza. Agresywni ortodoksyjni żydzi lżą chrześcijan, opluwają ich albo atakują fizycznie. Niszczą też chrześcijańskie budowle, w tym mury kościołów. Żydzi nie wahają się podnieść ręki nawet na duchownych. Jak wielokrotnie zaświadczał opat benedyktynów w Jerozolimie, o. Nikodemus Schnabel, z przejawami nienawiści spotyka się niemal każdego dnia.

Raport na temat przemocy wobec chrześcijan przygotowała izraelska organizacja pozarządowa Rossing Center. Grupa zajmuje się dialog międzyreligijnym. Według oficjalnej narracji władz Izraela państwo robi bardzo dużo, by bronić chrześcijan. Z raportu Rossing Center wyłania się jednak inny obraz: izraelskie władze albo nie chcą, albo nie potrafią przeciwdziałać przemocy.

W raporcie Rossing Center ujęto w sumie 90 przypadków przemocy: 11 ataków słownych, 9 fizycznych, 32 ataki na kościoły i budynki kościelne, zniszczenie cmentarza i 30 przypadków opluwania księży, zakonników i pielgrzymów. Opisane 90 przypadków to według autorów raportu „tylko wierzchołek góry lodowej o wiele szerszego fenomenu”.

Większości aktów przemocy dopuszczają się przeważnie młodzi dorośli ortodoksyjni żydzi, którzy w społeczeństwie stanowią mniejszość; oficjalnie od ataków odcinają się nawet zwierzchnicy wspólnot, do których należą.

Źródło: Katholisches.info Pach

Planeta płonie! Wszystko zielone staje się czerwone. Har-Magedon!

wawel, 10 czerwca 2024 ekspedyt/planeta-plonie-wszystko-zielone-staje-sie-czerwone

Planeta płonie ;).

Jutro w Polsce przeważnie kilkanaście stopni. Na Wyspach Brytyjskich dzisiaj 14 stopni. A na dokładkę lud w wyborach stopniowo odsuwa Zielonych na śmietnik historii (bez recyklingu).

Czarnoskórzy (binarni niebiali gwałtownicy) pasażerowie flotylli łodzi finansowanych przez setki fundacji Sorosa zmuszeni są opalać się na Adama. Gorący żar się z nieba leje, do ciężkich pięt się asfalt lepi i nawet lodziarz nie ma siły cię zaczepić.

Płoną akcje wartości dwóch miliardów, która zainwestował Soros 20 lat temu na rzecz technologii i modeli biznesowych związanych ze zmianami klimatu. U babci Rothschildowej pod łóżkiem termometr jednak wciąż pokazuje, że mamy najgorętszy czerwiec od czasu Wielkiego Wybuchu. Babcia czuje się jak w piekle. Jej odczucia powielają medialne córy Koryntu.

Płoną udziały firm walczących z energetyką węglową, miliony wyłożone dorodusznie i filantropijnie przez kompanię filantropijną o nazwie Arcadia Fund w Radzie Konsultacyjnej której zasiada sam Lord Jacob Rothschild. Topi się stal wieżowców Europejskiej Fundacji Klimatyczej. Istny Har-Magedon (miejsce zapowiadanej w Apokalipsie św. Jana ostatecznej bitwy między siłami dobra i zła).

Edward Goldsmith (z konkurencyjnego wobec Rothschildów, frankfurckiego rodu bankierów) zgodnie ze swoją teorią, że marksizm trzeba zastąpić teorią powrotu do stanu dzikości pierwotnych plemion  – zalega na dachu swojego pałacu w stroju z liścia palmowego niepokojąco przyjmując zabarwienie murzynka Bambo.

Fizyk-teoretyk Hans Joachim “John” Schellnhuber, który stworzył (wyssał z palca) “podstawy „naukowe” dla dogmatu klimatycznego doznał pomieszania zmysłów (nie wiadomo czy z głodu, chłodu, czy gorąca) i siedząc na tronie przyszłego, zaprojektowanego przez siebie Trybunału Planetarnego wykrzykuje w kierunku ściany: “Płoniemy! Hades! Hades! Ratuj się, kto może! Marszałkowie do mnie!”. Morawiecki nie odbiera komórki…

Lud nie chce kupować samochodów walczących z klimatem. Fabryki produkujące “proklimatyczne auta niegasnące” zwalniają pracowników i likwidują wydziały. Zgroza! Faszyzm! Onucyzm!

Klaus Schwab z tego wszystkiego przebiera się w kobiece ciuszki (jak kiedyś senator i reżyser moralistyczny dekalogowy Piesiewicz).

Elity proklimatyczne i progenderowe (oraz militarystyczne) zużywają coraz większe ilości białego proszku. Nosy furczą. Od wciąganych ścieżek ku świetlistej przyszłości.

Wszystko co zielone zmienia się w czerwone. Gorąco wszędzie! Co to będzie, co to będzie?

image

Płonąca planeta na okładce książki “Samospalenie” papieża klimatycznego, Schellnhubera (książki, której nikt nie chce kupować oprócz sąsiadów Grety Thunberg).

Kardynałowie i biskupi na służbie Rewolucji. Czy zdołają nas uśpić?

Paweł Chmielewski kardynalowie-i-biskupi-na-sluzbie-rewolucji

Tak jak w spirali – pniemy się do góry stopniowo, krok po kroku. Nie można sięgać zbyt wysoko, idąc powoli – osiągnie się w końcu twarde rezultaty. Tak o swojej taktyce mówią dziś rewolucjoniści, reagując na kryzys wywołany przez Fiducia supplicans o błogosławieniu par LGBT. Rewolucja cały czas chce iść naprzód – ale potrzebuje chwilowego spowolnienia. Po to, by uśpić czujność…

Za pontyfikatu Franciszka Rewolucja osiągnęła bardzo wiele. Antychrześcijańska ideologia, która politycznie podbiła niemal cały świat Zachodu już lata temu, została z sukcesem przeszczepiona na grunt Kościoła. Toczą się jeszcze peryferyjne bitwy, ujarzmia się jakiejś lokalne bunty; zasadniczo jednak w świecie Zachodu umacnia się pax antichristiana. Do ostatecznego triumfu Rewolucji jednak wciąż daleko. Potrzebuje podbić cały świat, rozciągając kontrolę nad wszystkimi ludami, tak, aby skutecznie strawestować psalm: niechby wszystkie ludy zamiast wyśpiewywać chwałę Panu oddały pokłon diabłu.

Granice wpływów Rewolucji pokazała deklaracja Fiducia supplicans z 18 grudnia 2023 roku. Podczas gdy elity kościelne i polityczne świata Zachodu przyjęły ten dokument z entuzjazmem albo przynajmniej z milczącą akceptacją, w pozostałych częściach świata reakcja była zupełnie inna: krytyczna, niechętna, niekiedy po prostu wroga. W tej sytuacji dalsze umacnianie nienaturalnego i karykaturalnego porządku byłoby dla Rewolucji samobójcze. Nadeszła pora na szybką zmianę taktyki.

Mówił o tym niedawno zupełnie wprost jeden z czołowych rewolucjonistów kościelnych, kardynał Jean-Claude Hollerich, metropolita Luksemburga, relator generalny Synodu o Synodalności, jezuita i zaufany człowiek papieża. Hollerich udzielił wywiadu szwajcarskiej feministce, która walczy o wprowadzenie w Kościele kapłaństwa kobiet. Jeszcze w 2020 roku Luksemburczyk deklarował wprost, że jest „otwarty” na wprowadzenie w Kościele katolickim kapłaństwa kobiet. W kolejnych latach wypowiadał się coraz ostrożniej, by teraz, we wspomnianym wywiadzie, całkowicie odmówić wyrażenia swojego zdania na ten temat. Z dobrych powodów.

– Potrzeba czasu – powiedział. Gdyby się spieszyć powstałoby wrażenie, że kapłaństwo kobiet zostało „przepchnięte przez liberalnych katolików”. – Potrzeba taktu i cierpliwości, jeżeli chce się osiągnąć prawdziwe rezultaty. Kiedy sięga się zbyt wysoko, niewiele można osiągnąć. Trzeba być ostrożnym, iść do przodu krok po kroku i w ten sposób można zajść daleko. Musimy bardzo uważać, żeby nie wywołać wielkiej reakcji przeciwnej. Sądzę, że na innych kontynentach wybuchłaby burza, gdyby jutro wprowadzić kapłaństwo kobiet. Watykan musiałby się wycofać – mówił dalej.

Jako przykład wskazał właśnie Fiducia supplicans. – Przy Fiducia supplicans doszło do wielkiego wybuchu. A to niewielka sprawa – podkreślił.

Hollerich rozmawiał ze szwajcarską dziennikarką dość długo. Kobieta dociskała go, nieustannie zadawała to samo pytanie. Jest naprawdę zaangażowaną feministką i jak można sądzić, autentycznie chciała wyciągnąć z kardynała konkretną deklarację. Hollerich wiedział, że rozmawia z kimś, kto jest mu ideowo bliski, ale zarazem zbyt zapalczywy. Zdobył się na szczerość, jak gdyby mówiąc: Zrobimy wszystko, o czym marzysz. Daj nam tylko czas. W przeciwnym razie Afrykanie narobią dymu i jak będziemy z tym wszystkim wyglądać?…

Na początku pontyfikatu Franciszka rewolucjoniści nie mieli takich oporów. Dał temu wyraz jeden z głównych elektorów Jorge Mario Bergoglia, kardynał Walter Kasper. W 2014 roku, podczas pierwszego z synodów Franciszka, został nagrany bez swojej wiedzy. Mówił o planowanych reformach i Afryce. – Nie powinni mówić zbyt wiele na temat tego, co mamy robić – stwierdził o biskupach z Afryki. Nieco później kardynał Reinhard Marx deklarował, że Kościół w Niemczech „nie jest filią Rzymu”, więc nikt nie będzie mu rozkazywać. Cóż, tak to rzeczywiście działało: w 2016 roku mimo oporu Afrykanów czy Europejczyków ze wschodu przepchnięto komunię dla rozwodników, w 2018 roku w samych Niemczech komunię dla protestantów, ostatnio znowu błogosławienie par LGBT… Rewolucja doszła jednak do granicy; że się do niej zbliża wyczuwano już po Synodzie Amazońskim, który, wbrew pierwotnym założeniom, nie przesądził o zniesieniu celibatu.

Na konieczność ostrożnego postępowania naprzód zwracał wówczas uwagę bp Franz-Josef Bode, do 2023 roku biskup diecezji Osnabrück. To jeden z najodważniejszych wykonawców planu liberalnej podmiany katolicyzmu. Tuż przed swoim odejściem wprowadził w swojej diecezji oficjalną interkomunię z protestantami, zmieniając w ten sposób naukę na temat realnej obecności Pana Jezusa pod postaciami eucharystycznymi. Nie wywołało to żadnej reakcji, bo i Bode wiedział, jak działać: wprowadził stosowne rozwiązania najpierw tylko w katedrze, zalecając, by w pozostałych kościołach były implementowane stopniowo, krok po kroku, już po jego odejściu z urzędu…

Działał w ten sposób zgodnie z taktyką, o której powiedział publicznie w 2021 roku. Rozmawiał z protestanckimi dziennikarzami z Niemiec, chcącymi wiedzieć, kiedy wreszcie Kościół katolicki porzuci swoją naukę. Bode zdobył się na chwilę szczerości. Powiedział, że nie należy oczekiwać od Kościoła zbyt szybkich zmian, bo to wywołałoby negatywną reakcję. Trzeba działać z wyrachowaniem. – Tak jak w spirali – idziemy do celu powoli, ale cały czas coraz bliżej – tłumaczył zaniepokojonym protestantom. Przywołał na swoją obronę historię ostatnich 50 lat: jak wiele osiągnięto po II Soborze Watykańskim metodą małych kroków?…

Ktoś powie: redaktorze, nie odkrywasz Ameryki, przecież znamy tę metodę od lat. Sowiecka taktyka salami, syndrom gotowanej żaby… Cóż, tak, to prawda: znamy to wszystko. Problem w tym, że chociaż znamy – cały czas dajemy się nabierać. Gdy w kotle rośnie temperatura może chwile pokrzyczymy, ale zaraz się przyzwyczajamy. No tak, tak to już jest, udzielają tej komunii rozwodnikom i protestantom, błogosławią pary LGBT, przyjaźnią się z aborcjonistami… Co zrobić.

Właśnie po to, by nikt niczego nie robił – nadszedł czas spowolnienia. 2 kwietnia Dykasteria Nauki Wiary ogłosiła deklarację Dignitas infinita, która, choć jak każdy dokument za Franciszka wywołała pewne kontrowersje, została przyjęta na świecie zasadniczo dobrze. 17 maja ta sama Dykasteria ogłosiła nowe normy dotyczące domniemanych objawień i wydarzeń cudownych, bardzo wyważone. Kilka dni temu papież ogłosił, że we wrześniu ogłosi dokument poświęcony upowszechnianiu kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa. Czyżby zatem rok 2024 miał nieoczekiwanie zapisać się w historii Kościoła katolickiego jako rok zasadniczo… katolicki? Niewykluczone, że tak właśnie będzie; niech nas jednak ten spokój nie zmyli. To tylko cisza przed burzą: u władzy w Kościele są wciąż te same siły, które doprowadziły do wcześniejszych zmian. Nie porzuciły swoich celów. Chwilowo zmieniły tylko taktykę.

Trzeba iść powoli – żeby zajść daleko, powiada Jean-Claude Hollerich.

Paweł Chmielewski

Jak wyłonić wspólnego kandydata środowisk antysystemowych na Prezydenta RP?

Jak wyłonić wspólnego kandydata środowisk antysystemowych na Prezydenta RP?

cze 10, 2024 | Aktualności, Historia Antypartii

Wszystkim niezależnym środowiskom antysystemowym, którym leży na sercu los naszej Ojczyzny, proponujemy przystąpienie do procedury wyłonienia jednego, wspólnego kandydata na Prezydenta RP.

Czekamy na modyfikacje przedstawionych tu propozycji. Najnowsza historia Polski pokazała już niejednokrotnie, iż po uzyskaniu względnie dobrego wyniku w wyborach prezydenckich, powstawały formacje polityczne, które odrywały istotną rolę na polskiej scenie politycznej.

  1. Do końca września 2024 środowiska antysystemowe zgłaszają swych kandydatów na Prezydenta RP.
  2. Kandydaci nagrywają swe 15-minutowe wystąpienia – prezentacje, które umieszczane są w Internecie wraz z CV kandydatów.
  3. Każdy kandydat wpłaca „kaucję” w wysokości X złotych (suma do uzgodnienia) na utworzone w tym tylko celu konto, którego zbiorowym (wspólnym) dysponentem jest grupa osób wybrana wcześniej przez zgłaszające kandydatów środowiska antysystemowe. Pieniądze te będą przeznaczone na kampanię wyborczą jednego, wspólnego kandydata na Prezydenta RP.
  4. W/w środowiska – do końca października – zamawiają sondaż w wybranej wspólnie profesjonalnej pracowni, która przeprowadza sondaż, kierując ankietowanych – przed oddaniem głosu – do w/w nagrań wystąpień kandydatów.
  5. Kandydat, który uzyska największą liczbę głosów, jest wspólnym kandydatem wszystkich w/w środowisk antysystemowych w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Kandydatura ta zaprezentowana zostanie 11 listopada 2024 roku.
  6. Wszystkie w/w środowiska antysystemowe zobowiązują się do wspierania wspólnego kandydata na Prezydenta RP w czasie kampanii wyborczej oraz do dalszych wspólnych działań politycznych w przyszłości (np. do stworzenia wspólnej listy wyborczej w wyborach parlamentarnych etc.).

Czekamy na Wasze opinie dotyczące tej propozycji współpracy.  

tel. 601 255 849

P.S.

W 2015 roku PODZIEMNA TV i stowarzyszeni OBURZENI zorganizowały debatę antysystemowych kandydatów na Prezydenta RP, która jednak niestety nie doprowadziła do wyłonienia jednego wspólnego kandydata. Oczywiście później wszyscy przegrali. Bądźmy Polakami mądrymi po szkodzie….

Patrz relacja filmowa z tej debaty:

https://youtube.com/watch?v=m1AmAXnP_5A%3Ffeature%3Doembed

← Poprzedni artykuł

The Good News About the Environment is that the Bad News was Always Wrong

The Good News About the Environment is That the Bad News Was Always Wrong

by Edwin BensonMay 29, 2024 good-news-about-the-environment

The Good News About the Environment is That the Bad News Was Always Wrong
The Good News About the Environment is That the Bad News Was Always Wrong

Ever since the Cuyahoga River caught fire on June 22, 1969, the media have exposed Americans to a lot of environmental news—the majority of it bad. Even when the reports are speculative—as in the case of “climate change”—the assumption is that the real story is bad and destined to get worse.

An Atmosphere of Pessimism

Those expectations make a recent symposium at the American Enterprise Institute (AEI) especially remarkable. The title was 30 Years of Environmental Progress: Is It Time at Last to Be Optimistic?

Wait a minute! Optimistic about the environment? Wasn’t the AEI listening in 2019 when that paragon of leftist virtue, Alexandria Ocasio Cortez, announced the nation had only twelve years to pass her “Green New Deal” before the planet rebels against all humanity? How can anyone possibly be optimistic?

The AEI’s optimism does construct a sunny scenario. After all, there is evidence that Earth’s atmosphere is getting warmer. The optimism results from two assumptions: First, this warming is not particularly harmful. Second, there are ways to deal with whatever harm the warming trend might cause.

Optimists with Credentials

The contributors to the AEI symposium are experts in their fields.

Dr. Roger Pielke, Jr., is one of those rare academics who is comfortable in both the sciences and the humanities. His Ph.D. is in political science, but he served as a professor in the Department of Environmental Studies at the University of Colorado (Boulder) from 2004-2023. Before that, he was a scientist for the National Center for Atmospheric Research.

Dr. Steven F. Hayward also lives on the fault line between politics and the environment. His current academic home is the famously liberal University of California at Berkeley. Most of his writings are political, including a biography of Ronald Reagan. However, after completing his work on Reagan, Dr. Hayward wrote the controversial 2011 Almanac of Environmental Trends.

On April 22, 2024, the two men met at AEI’s headquarters in Washington, D.C., to discuss their guarded optimism about the environment.

The Disaster that Never Occurred

The first point of optimism is that the long-foreseen environmental catastrophes never happened. In 1998, for example, 57 percent of Americans agreed, “The next ten years will be the last decade when humans have a chance to save the earth from environmental catastrophe.” Despite the prevailing pessimism, that ten-year point passed sixteen years ago, and the environment is improving.

Another convenient truth is that all conventional air quality measures (including the dreaded CO2) are lower now than in 1990. During those thirty-four years, there have been significant economic gains, population growth and increased vehicle miles traveled. Everything that the environmentalists said caused air pollution went up while the actual pollution went down.

In 2007, environmentalist Seymour Garte wrote, “Most things that concern us as humans on the planet Earth have been improving. The air and water are getting cleaner; we have more and better food to eat; life spans are increasing and infant mortality is decreasing; diseases are being conquered; endangered species are being rescued; the forests are doing well.”

Certain areas of environmental policy have still been unsuccessful. Wetlands are diminishing, but at a vastly lower rate than during the three decades from 1950 to 1980. Additionally, the oxygen levels in the waters of parts of the Gulf of Mexico remain low because of nitrate runoffs coming down the Mississippi River. On the other hand, similar measures in the Chesapeake Bay and Long Island Sound are significantly better.

Retracting the Predictions of Disaster

Even among “climate change” activists, the predictions of actual change have decreased. In Sept 2021, U.S. “Climate Envoy” John Kerry voiced dire predictions for the rest of the century. “Currently, as we are talking today, we are regrettably on course to his somewhere between 3 [or] 4 degrees [Celcius] at the current rate.” By September 2023, his prediction was between 2.4 to 2.5 degrees of warming over the same period. A degree and a half may not sound like much to the average person. However, Mr. Kerry’s current predictions are twenty to forty percent below his figures, which were only two years earlier. In this arena, that is significant.

Dr. Pielke calls the science behind the reduction “the best-kept secret in climate science.” The simple fact is that the actual increase in temperatures to date has not confirmed the predictions on which Mr. Kerry relied in 2021. Nonetheless, most of the “climate scientists” in the Biden Administration and much of the media are still using outdated computer models.

“Climate change is real and a problem. In recent years, understandings of likely future emissions and, thus, change have become much less extreme. And that is good news!”

The simple fact is that the accepted scenario was flawed. The assumptions of twenty years ago overstated the case. The alarmists’ numbers suited the bureaucrats’ political ambitions and ideological agenda, so they used those numbers.

Economic Realities Intrude on Nightmare Fantasies

Basic economics also works against climate change advocates. First, experiments in harnessing wind and solar power have failed miserably. The technology has not developed much, despite the billions pumped into it. Second, the anti-growth agenda in places like California has resulted in skyrocketing housing and other prices. Even the liberals are beginning to notice.

Perhaps the most important element is that the entire world economy depends on the price of energy. Therefore, everyone is harmed—often in several ways—when the cost of energy increases. Such conditions rapidly become the death knell of any politician the public blames for them. As Dr. Pielke pointed out, “People are not going to sit by and let their economies go bankrupt—it’s just not going to happen…if there are consequences, you will see a backlash.” When that backlash occurs, he posits, the madness over climate will diminish as the need for energy grows.

Unfortunately, politics moves more slowly than science. Once committed to extreme policies, any retreat, however justified, can prove politically disastrous. The scientific consensus appears to be changing—or at least adapting to changing circumstances. Meanwhile, the administration is “very quickly painting itself into a corner on climate.” Consider, for instance, the vehicle pollution standards that the EPA released in March 2024. The administration brags that they are the “strongest-ever pollution standards for cars and trucks.”

However, those regulations are based on unduly pessimistic predictions. Americans face difficult alternatives. Citizens may reject the new standards at the ballot box. They may be forced to pay a high and unnecessary economic price. The final possibility is they may be forced to give up private vehicles. Voters will punish those who forced them into such a situation.

Impossible Commitments

Indeed, President Biden’s EPA is increasingly committed to limiting carbon, regardless of the changing scenario. The most likely course is that the administration will cling to the extreme targets set by the misnamed “Inflation Reduction Act.” As those targets appear increasingly unnecessary, the nation will reject the social and economic costs of the stringent regulations.

Nor will the administration be able to claim success. Based on figures from the Energy Information Administration, a government agency populated by environmentalists, the Biden administration’s emissions reduction records are likely to average 0.7% per year, a far cry from their target annual reduction of eight to nine percent or more. That failure will make Progressives howl.

However, the cries of the Woke will be nothing compared to the wrath of those who pay the bills.

Property Owners and Consumers Pay the Tab for Climate Alarmism

Property Owners and Consumers Pay the Tab for Climate Alarmism

by Gary Isbell June 10, 2024 tfp/property-owners-and-consumers-pay

Property Owners and Consumers Pay the Tab for Climate Alarmism
Property Owners and Consumers Pay the Tab for Climate Alarmism

Middle-class households feel the pinch of rising costs associated with environmental regulations that impose additional taxes and stringent penalties for not towing the “green line.”

In Paris, for instance, if a building is old and fails an energy efficiency assessment, it can result in substantial financial burdens. Owners of thermally inefficient homes must conduct an energy audit when placing them for rent or sale and are required to disclose anticipated energy costs to potential buyers or renters. Moreover, they are barred from raising rent until renovating to enhance energy efficiency. The common-sense principle of having something “grandfathered in” does not apply in such cases.

The burden of energy transition is shifting directly to owners. Initially, subsidies were used to incentivize the adoption of green practices. As governments face budget constraints, they are being phased out. As subsidies evaporate, carbon emission-related taxes are being introduced, and costly renovation mandates are being enacted.

Many need help with the financial burdens. Sudden and unjust mandates have led to protests by European farmers facing rising diesel costs and German households resisting mandates to replace gas boilers.

In California, homeowners and small businesses installing solar panels have faced challenges due to new metering regulations that significantly reduce compensation for excess electricity sold back to the grid.

Many governments established a range of climate measures during a period of relatively low interest rates and seemingly plentiful energy supplies. Still, governments and citizens are now confronted with a new set of challenges.

The current landscape, shaped by conflicts such as those in the Ukraine and Gaza, is compelling Western governments to allocate more resources to defense amidst rising energy costs and inflation. Thus, the West has done what communist regimes refuse to do. French President Emmanuel Macron has proposed a regulatory pause for Europe to absorb the repercussions of the Ukraine conflict, leading the European Union to scale back some climate initiatives in favor of defense spending.

Weary energy consumers may welcome the respite, as 70 percent feel they have reached their sustainability limit, a sentiment echoed in a recent Ernst & Young survey. The three-year comprehensive survey of nearly 100,000 residential energy consumers in 20 countries found declining consumer confidence regarding their energy future, highlighting shortcomings in affordability, access and appeal.

Indeed, only 30 percent felt confident about the future affordability of green energy, with 72 percent unable to afford a 10 percent raise in cost. Furthermore, despite green energy’s high media profile, just 26 percent clearly understand key terms like renewable energy and sustainability. This lack of understanding and adherence highlights the utter failure of climate activists to convince the public that their alarmist rhetoric is true.

Energy transition disproportionately burdens the low- and middle-income, who perceive that it primarily benefits its more affluent talking heads.

Families are grappling with escalating costs imposed by developing or upgrading critical infrastructure to support energy transition. Electricity rates charged by California’s Pacific Gas and Electric Company have surged 127 percent over the past decade. Coupled with increased expenses for wildfire prevention and grid enhancements, this has resulted in more than one million customers falling behind on their payments.

The irony of “soak-the-rich-corporations” sloganeering is that utility companies can only absorb the transitioning costs by passing them on to consumers. Do climate alarmists really think that businesses can shoulder these expenses without consequence?

California has set a 100 percent clean energy goal by 2045, yet faces challenges with excess solar power generation in some areas. The loss of government subsidies, changes in metering rules aimed at distributing grid development costs and homeowner investment in energy storage have led to a 75 percent drop in new rooftop solar installations, causing job losses. In addition, the unjust application of electricity pricing based on personal income has further divided the clean-energy community.

Consider a California farmer who installed solar panels in 2017 to power irrigation pumps and reduce electricity costs. The metering system in 2024 now forces him to sell solar power generated back to the grid at low rates and then repurchase it later at high rates when most needed the most, scarcely an incentive for investment.

Europe faces challenges transitioning to cleaner energy, especially after Russia’s aggression in Ukraine severely disrupted energy prices. Germany’s dependence on Russian energy has caused it to struggle with high energy costs that have impacted its economy, leading to budget cuts and the inability to redirect funds for future green initiatives.

The transition has raised questions regarding whose financial responsibility it is, but the end-user will inevitably pay the tab. Berlin has announced a series of measures, including increasing carbon prices and taxing aviation fuel and plastics. It has ended subsidies for grid fees and electric vehicle buyers while reducing incentives for diesel fuel used in agriculture and solar panel installations.

Token measures will not satisfy the radical demands of climate alarmists. Bjorn Lomborg, a Nobel Prize-winning economist from the Copenhagen Consensus Center, stated in Imprimis that lowering the temperature by a few degrees could cost between 20 and 100 trillion dollars, with global cooperation being highly improbable. The undeniable certainty is that the greatest financial burden will fall upon American consumers.

The proposed solution’s cost far outweighs the purported cost of the potential damage that has yet to be proven to be anthropogenic. The United States federal government plans to allocate $400 billion of taxpayer money for green energy projects, signaling the initial steps in addressing climate transition.

News reports suggest that the Biden administration is exploring controversial techniques to mitigate global warming, such as stratospheric aerosol injection and marine cloud brightening to partially block the sun. In the face of public concerns, the White House has stated that there are no immediate plans for solar modification research.

Meanwhile, affluent climate activist jet-setters fly around the globe demanding costly “solutions” for a problematic “crisis” and demanding that average citizens pay the price tag for their alarmist hyperbole.

Polacy – ci bogaci ale głupi – słono przepłacają za elektryki Tesli. Np. o 60 tys. euro..

Polacy słono przepłacają za elektryki Tesli. Model 3 jest droższy o 60% niż w innych krajach

Przemysław Tabor 10.06.2024

Tesla Model 3 oferowana w Polsce jest jedną z najdroższych na świecie, wynika ze strony producenta. W Norwegii ceny są nawet o 40% niższe niż w naszym kraju. Dlaczego Polacy przepłacają za Teslę?

Polacy słono przepłacają za elektryki Tesli. Model 3 jest droższy o 60% niż w innych krajach
Tesla Model 3, Elon Musk.

Tesla Model 3 w Polsce jest jedną z najdroższych na świecie

[Np w Polsce 245 tys euro – a w Norwegii 185…

Tesla Model 3 w Polsce w najuboższym wyposażeniu kosztuje 195 tys. i jest o 29% droższa niż na Litwie, Łotwie czy Słowacji. md]

Przeanalizowaliśmy aktualne ceny najlepiej sprzedającego się modelu Tesla i widać, że to Polacy mocno przepłacają w salonach za tego “elektryka”.

Porównując ceny dla najtańszej wersji Tesla Model 3 z napędem na tylne koła, nominalnie więcej za ten samochód zapłacić należy tylko w Singapurze, Tajwanie czy Wielkiej Brytanii. Według witryny internetowej Tesli, cena tego pojazdu w Polsce jest czwartą najwyższą na blisko 50 krajów dystrybucji.

Polska Tesla Model 3 w najuboższym wyposażeniu kosztuje 194 tys. 990 PLN i jest o 29% droższa niż na Litwie, Łotwie czy Słowacji. W porównaniu do ceny w USA należy zapłacić więcej o 43%, a do Norwegii nawet 62%!

Z kolei najdroższa wersja Tesla Model 3 w wersji Performance jest już w Polsce wyceniana nieco korzystniej (244 990 PLN). Jest ona droższa niż w naszym kraju tylko na 13 rynkach krajowych. 

Wciąż, Tesla Model 3 Performance jest o 4% tańsza w Katarze, o 16% w Estonii czy na Łotwie lub Słowacji. W Chinach za ten model zapłacimy o 25% mniej niż w Polsce, a w USA o ponad 30%.

Tabela: Ceny poszczególnych wersji Tesla Model 3 dla poszczególnych krajów. Ceny w PLN, stan na 10 czerwca 2024 roku

Źródło: Opracowanie własne FXMAG, dane na podstawie Tesla.com dla Model 3 (stan na 10 czerwca 2024).

Ceny, które przywołujemy w tym artykule zostały przez nas sprawdzone 10 czerwca 2024 roku na oficjalnej stronie Tesli. Do porównania wykorzystaliśmy aktualne kursy walutowe z tego samego dnia na postawie Google. 

To, że Polacy słono płacą za pojazdy Tesla nie jest nowością. W 2022 roku było podobnie, wynika z danych portalu Globalproductprices.com. 

We wrześniu 2022 roku Tesla Model 3 w polskiej dystrybucji miała czwartą najwyższą cenę na świecie. Wśród “najtańszych” krajów ponownie były Japonia czy Norwegia, podobnie jak w czerwcu 2024 roku.

Wykres: Porównanie cen Tesla Model 3 w poszczególnych krajach we wrześniu 2022 roku

Źródło: Globalproductprices.com. 

Wygląda na to, że w Polsce ten “elektryk” jest dobrem luksusowym podczas gdy w Norwegii czy Stanach Zjednoczonych jest to naprawdę tani i przystępny samochód.

Dlaczego ceny Tesla Model 3 tak mocno różnią się na całym świecie?

Cena Tesla Model 3 różni się znacznie w zależności od krajowego rynku z kilku kluczowych powodów. Przede wszystkim, różnice w podatkach, cłach i opłatach importowych mogą znacznie podwyższyć koszt samochodu w niektórych regionach. 

Ważną rolę odgrywają również różnice kursowe. Wpływają one bowiem na ostateczną cenę w lokalnej walucie. Infrastruktura sprzedaży czy serwisu Tesli, a także dostępność salonów i warsztatów również wpływają na koszty operacyjne. Te przenoszone są na konsumentów.

Podobnie jest w przypadku kosztów transportu i logistyki. To czynnik istotny zwłaszcza w przypadku krajów oddalonych od głównych fabryk Tesli. To zwiększa finalną cenę pojazdu.

Bardzo ważne są również różnice w polityce rządowej dotyczącej subsydiów i zachęt do zakupu pojazdów elektrycznych. Sprawiają one, że w niektórych krajach cena Tesla Model 3 jest bardziej atrakcyjna niż w innych.

Oprócz tego, konkurencja na lokalnym rynku motoryzacyjnym wpływa na strategię cenową danego koncernu. Dostosowuje on ceny w zależności od siły nabywczej konsumentów. 

Jednak najważniejszym czynnikiem, który wpływa na cenę pojazdu w danym kraju, jest to czy podyktowana przez producenta cena zostanie zaakceptowana przez klientów. Skoro Polacy są skłonni płacić wyższą sumę za taki sam pojazd jak np. Niemcy czy Słowacy, to Tesla może taką cenę narzucić.

Jeśli popyt jest wysoki, firma może zaproponować wyższą cenę niż na innych rynkach, bo potencjalny klient i tak jest w stanie ją zapłacić.

Dlaczego Tesla jest o 40% niższa w Norwegii względem Polski?

Cena Modelu 3 od Tesli jest stosunkowo niska w Norwegii z kilku kluczowych powodów. Przede wszystkim, norweski rząd oferuje znaczące subsydia i ulgi podatkowe dla pojazdów elektrycznych. Jest to między innymi zwolnienie z podatku VAT oraz brak opłat importowych. To ma bardzo duże znaczenie w obniżeniu kosztu zakupu.

Norwegia ma również dobrze rozwiniętą infrastrukturę do ładowania samochodów elektrycznych, co dodatkowo zachęca do ich zakupu i użytkowania. 

Norweski rząd ma ambitne cele dotyczące redukcji emisji CO2, co sprzyja promowaniu samochodów elektrycznych przez władze lokalne i centralne. 

Wysoka świadomość ekologiczna wśród Norwegów sprawia, że pojazdy elektryczne cieszą się dużym zainteresowaniem, co zwiększa popyt na tyle, że producent chce oferować korzystniejsze ceny trafiając do szerszego grona klientów. 

Wiosną 2024 roku ponad 90% nowych rejestracji samochodów stanowiły pojazdy elektryczne. Z kolei na ulicach Oslo połowa pojazdów posiada napęd elektryczny.

Prorok czy Planista? „Ludzka przestarzałość” 1956 r. Anders Günther

cytat z książki „Ludzka przestarzałość” 1956 r. Anders Günther, ur. jako Günther Siegmund Stern (1902 Wrocław – 1992 Wiedeń)

„Prędzej , czy później publiczność otrzeźwieje i się w tym kancie połapie, a wtedy gniew może być straszny”.
Do tego „strasznego gniewu” nigdy nie dojdzie. My się po prostu utopimy w dobrobycie. Jak myszy/szczury z „mysiego raju” zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Eksperyment_Calhouna). Trochę jasniej opisał to Gueter Anders :

„Aby z góry stłumić wszelkie bunty, nie należy robić tego brutalnie. Archaiczne metody jak Hitler, są zdecydowanie przestarzałe. Wystarczy stworzyć zbiorowe uwarunkowanie tak potężne, że sama idea buntu nie przyjdzie już nawet do głowy. Najlepszym sposobem byłoby formatowanie ludzi od urodzenia poprzez ograniczenie ich wrodzonych zdolności biologicznych…” I dalej kontynuował:
“Następnie kontynuujemy uwarunkowanie poprzez

drastyczne obniżenie poziomu i jakości edukacji, sprowadzając ją do formy bezwysiłkowego zajęcia. Osoba niewykształcona ma ograniczony horyzont myślenia, a im bardziej ograniczone jest jego myślenie – materialne, mierne, tym mniej może się buntować. Należy sprawić, aby

dostęp do wiedzy stał się coraz trudniejszy i elitarny… Niech pogłębia się przepaść między ludźmi a nauką tak, aby informacje skierowane do ogółu społeczeństwa zostały znieczulone wszelkimi możliwymi treściami – szczególnie bez filozofii. Znów należy użyć przekonywania, a nie bezpośredniej przemocy: będziemy transmitować masowo za

pośrednictwem telewizji rozrywkę, która zawsze pochlebia emocjom i instynktowi. Zajmiemy umysły tym, co jest daremne i zabawne – nieustanną gadką i muzyką, aby nie zadawać sobie pytań, nie uruchamiać myślenia.

Seksualność będzie najważniejsza – jako znieczulenie społeczne, nie ma nic lepszego. Ogólnie rzecz biorąc, należy zabronić powagi egzystencji,

wyśmiewać wszystko, co ma wysoką wartość, utrzymywać ciągła

apologię lekkości, tak aby euforia reklamy i konsumpcji stała się cenną składową standardu ludzkiego szczęścia i wzorem wolności.

Tego typu napór na zbiorowość sam w sobie spowoduje taką integrację, że jedynym lękiem (który trzeba będzie podtrzymywać) jest wykluczenie z systemu i tym samym utrata dostępu do warunków materialnych niezbędnych do szczęścia. Masowy człowiek, tak wyprodukowany, powinien być traktowany takim, jakim jest: produktem, cielęciem i musi być monitorowany tak, jak powinno być stado.

Wszystko, co pozwala uśpić jego jasność, jego krytyczny umysł jest dobre społecznie, zaś to co mogłoby go obudzić, musi być zwalczone, wyśmiewane, duszone… Wszelkie doktryny kwestionujące system muszą być najpierw określone jako wywrotowe i terrorystyczne, a ci, którzy ją popierają, traktowani jako wrogowie publiczni.”

NAGLĄCA POTRZEBA WOLNOŚCI RELIGIJNEJ. Źródła obecnej sytuacji w Watykanie.

29.07.2013. [z Archiwum]
NAGLĄCA POTRZEBA WOLNOŚCI RELIGIJNEJ

   PAPIEŻ ASYŻU [rozważania i analizy aktualne wobec zapowiedzi rychłej kanonizacji. MD]    
[ks. de La Rocque. PAPIEŻ ASYŻU str. 109 i nn., wyd. Te Deum, 2012]   [wszystkie odnośniki, źródła – w oryginale md]
  W myśl koncepcji Jana Pawła II modlitwa jako istotny składnik prawdziwej ludzkiej wolności, wyrażana w różnorodnych formu­łach religijnych, powinna być chroniona przez prawa cywilne. W ten sposób ukazuje się naszym oczom trzeci wielki środek sprzyjający ustanowieniu odrodzonego świata poprzez powszechne braterskie współżycie: wolność religijna. Jan Paweł II nie przestawał jej bronić, promować i krzewić. Według niego wolność religijna jest „zasadą i podstawą pokojowego współżycia”, „filarem nośnym i funda­mentem każdego naprawdę wolnego społeczeństwa”, „kamieniem węgielnym gmachu praw ludzkich” oraz” probierzem innych pod­stawowych praw”. Wolność religijna w ujęciu Jana Pawła II nie polega tylko na przy­znaniu – wraz z Kościołem katolickim na przestrzeni całej histo­rii – że nikt nie może być przymuszany do wyznawania religii. Bynajmniej nie polega ona również na sformułowaniu roztropnej zasady, określanej mianem tolerancji religijnej, w myśl której czę­sto – dla uniknięcia większego zła – należy tolerować istnienie i praktykowanie fałszywych kultów.
W sensie ścisłym, według Jana Pawła II, polega ona na uznaniu pewnego absolutnego i niezbywal­nego prawa, „prawa do swobodnego wyznawania i praktykowania własnego religijnego credo”, „w pojedynkę lub z innymi, prywatnie i publicznie”. Prawo to jest traktowane jak absolut. Nie można go odebrać nawet wtedy, gdyby zostało źle wykorzystane:
„To prawo jest prawem człowieka, a więc prawem powszechnym, ponieważ nie jest pochodną uczciwego postępowania osób ani ich prawego sumienia, lecz ma swoje źródło w samych osobach, to znaczy w ich wewnętrznej istocie, która w podstawowych elementach składo­wych jest zasadniczo taka sama u wszystkich ludzi. A więc jest to prawo, które zawsze przynależy każdej osobie ludzkiej, nawet w przypadku, gdyby nie było ono praktykowane bądź zostało pogwałcone przez same te podmioty, dla których jest ono właści­we jako rzecz przyrodzona”.
Prawo to nie jest wyłącznie udziałem jednostek. Ono przynależy również do grup ludzi, a więc wspólnot wyznaniowych i religijnych: „Prawo to dotyczy nie tylko jednostek, ale wszystkich wspólnot religijnych i obejmuje swobodne manife­stowanie przekonań religijnych zarówno w życiu indywidualnym, jak i zbiorowym. Wynika stąd, że mniejszości religijne winny mieć zapewnioną możliwość wspólnotowego sprawowania kultu według własnych obrządków. Winno się im również umożliwić dążenie do religijnego wykształcenia na drodze odpowiedniego nauczania, a także dysponowanie koniecznymi środkami [materialnymi]”. Również w tym przypadku prawo wspólnot jest niezbywalne nawet wtedy, gdyby zostało źle użyte: „Prawo to [do wolności religijnej] pozostaje niezmienne również wówczas, gdy dana grupa czy któryś z jej członków działa przeciwko dobru wspólnemu”.

Prawo to odbija się w samej logice społeczeństwa personali­stycznego, będącego przedmiotem marzenia Jana Pawła II. Papież odmalował je pod postacią cywilizacji miłości. Wolność religijna jest dla niej w takiej samej mierze koniecznością religijną, jak i cywil­ną. Powiedzieliśmy już, na jakiej zasadzie przyjęto, że religie będą sprzyjać ustanowieniu cywilizacji miłości, zarówno poprzez gwa­rantowaną przez nie styczność z „bóstwem”, jak i poprzez przeży­wany w duchu solidarności pluralizm. Z tego względu prawo do wolności religijnej staje się koniecznością tak dla jednostek, jak i ­w jeszcze większym stopniu – dla grup. Z obywatelskiego punktu widzenia wolność religijna jest wręcz warunkiem solidarności. W przypadku państwa uznanie wolności religijnej sprowadza się do uznania transcendentnego wymiaru osoby ludzkiej. Jeśli pań­stwo akceptuje pogląd, że „prawda o człowieku” jest jedyną prawdą jednoczącą ludzi i – w konsekwencji – określa się jako instytucja działająca w służbie człowieka, to nie pozostaje mu nic innego, jak uznać własną niekompetencję w sferze religijnej i szanować przeja­wy religijności każdego człowieka.
Dlatego Jan Paweł II twierdził: „Państwo nie może rozciągać swej kompetencji – pośrednio lub bezpośrednio – na sferę religijnych przekonań ludzi. Nie może ono rościć sobie prawa do narzucania bądź zabraniania poszczególnej osobie bądź wspólnocie wyznawania i publicznego praktykowania wiary. (…) Organizacja życia państwowego nie może w żadnym wypadku zastępować sumienia obywateli ani ograniczać przestrzeni życiowej czy też zajmować miejsca stowarzyszeń religijnych” . Pań­stwo zatem, jeśli pragnie włączyć się w budowę cywilizacji miłości, w żadnym przypadku nie może uczynić religii – nawet gdyby to była religia katolicka – jednym ze swych fundamentów. Dlatego dyplomacja Jana Pawła II domagała się zmiany konstytucji w kra­jach, które wciąż określały się jako katolickie.
  * * *  
Dla członków odnowionego społeczeństwa miłości prawo do wol­ności religijnej jawi się jako absolutna konieczność, dotyczy wręcz jego istnienia. Według takiej koncepcji akt założycielski jakiegokol­wiek stowarzyszenia może polegać wyłącznie na prawnym uzna­niu podmiotowości osoby (prawo do wolności sumienia oraz jej transcendentnego powołania (prawo do wolności religijnej). Dla Jana Pawła II uznanie nieograniczonej wolności religijnej stało się umową społeczną nowego społeczeństwa, o jakim marzył, mimo że ta doktryna wielokrotnie została potępiona przez wcześniejszych papieży. Wszelkie ograniczenie tego prawa byłoby czymś więcej niż przewinieniem w stosunku do osób, które stały się jego ofiarami. Dotknęłoby ono transcendentnego wymiaru osoby ludzkiej, który Jan Paweł II uczynił rzeczywistą przyczyną swojej nadziei, jak rów­nież uderzyłoby w same fundamenty nowego społeczeństwa.
===============

mail:

“prawa do swobodnego wyznawania i praktykowania własnego religijnego credo”

np. praktykowania prawa dzihadu, lub kultów satanistycznych

Dosyć Polski z Dykty

Dosyć Polski z Dykty

9 czerwca, wpis nr 1271

No i mamy koniec maratońskiej triady wyborczej. Są już jakieś wyniki, ale nie o tym dziś chcę mówić, no – może trochę więcej będzie eurosceptyków w Brukseli, ale w bezzębnym europarlamencie. Zmieni się bardziej na Zachodzie, niż u nas, bo my jesteśmy o jedną fazę spóźnienie wobec trendów zachodnich.
Bo najważniejsze rzeczy działy się przed wyborami i nie były z nimi związane. To stan państwa, który ze względu na wybory był, jest i będzie zamulany. Już o tym pisałem, że polska polityka, poza zdobyciem i utrzymaniem władzy nie ma żadnej treści. Państwo jest już tylko partyjnym łupem, zaś rozemocjonowane plemiona patrzą tylko jak dojechać przeciwnika, nawet za cenę państwa z dykty.Podzielam konstatację redaktora Stanowskiego, że partie zajmują się wyłącznie kampaniami wyborczymi, których mieliśmy teraz kumulację, ale myliłby się ten, kto uważałby, że to koniec. Nie – wrócimy w stare koleiny, bo politycy tylko to potrafią – naparzać się, kosztem Państwa (czyli Was, obywatele) i państwa jako organizmu. A mamy do czynienia z kluczowym momentem i to wcale nie ze względu na wybory. A więc jak mówi redaktor Lisicki – do rzeczy.
Testowanie
Za komuny co raz to było tak, że granice NATO naruszał jakiś samolot radziecki. Było to pod progiem wojny, wlatywał, przeleciał się, albo się tylko zbliżał do granicy i o to chodziło. To był test. Dzięki temu Ruscy dowiadywali się dużo i to małym kosztem. Można było zobaczyć skąd, w jakim czasie wystartują myśliwce przechwytujące. Jaki jest czas od namiaru do reakcji. Kto do kogo dzwoni. Jak szybko dolecą i czym, wreszcie – jaka będzie reakcja wojskowej dyplomacji. To były cenne dane, bo taki sondażowy naruszyciel przestrzeni to tylko jaskółka, zwiadowca całych eskadr stacjonujących na lotniskach, zaś reakcja przeciwnika to podstawa do rozpisania scenariusza do pełnoskalowych działań.
To, co mamy na naszej granicy z Białorusią to właśnie taki test. Za myśliwców-naruszycieli robią tu nachodźcy, ale wyniki takich testów to już gotowe podstawy do pełnoskalowych scenariuszy już nie dla przebierańców, ale w pełni umundurowanych sił. Tak należy traktować to, co się tam dzieje. Pora więc na remanent czego nauczyli się wschodni na naszym przykładzie? A właściwie co już wiedzą coraz więcej, bo to przecież granica nie zapłonęła wczoraj, a lekcje z poprzednich testów stanowią dzisiaj tylko dalszy ciąg posępnego scenariusza, jaki wyłania się z testowania nie tyle granicy, ale spoistości i siły państwa polskiego.
Co więc już wiedzą Putin z Łukaszenką?
Zacznijmy od podstaw, czyli rzeczy, które dzieją się na granicy. A więc państwo polskie zakuwa na oczach innych żołnierzy w kajdanki ich kolegów, by doprowadzić ich do prokuratury, aby postawić im zarzuty, za to że oddali strzały ostrzegawcze do szturmujących granicę nachodźców. Wiedzą Ruskie też, że u nas wysyła się wojsko i policję jako mobilne tarcze strzelnicze. Bo jak nazwać zdjęcia przesłane przez żołnierzy, z których wynika, że magazynki karabinów są przed pójściem na patrol na rozkaz dowództwa zaklejane taśmą klejącą, zaś kandydat do parlamentu minister Kierwiński dopiero dwa dni temu zezwolił policji na noszenie broni w trakcie działań w obszarze nadgranicznym? To znaczy, że do tej pory była to tylko pokazówa. I – uwaga – myśmy się o tym dopiero teraz dowiedzieli, ale, jestem pewien, Ruskie o tych rewelacjach wiedzieli od razu. W ogóle to tak jest, że Ruskie tam wszystko wiedzą o naszym państwie z dykty i nawet tego nie testują, tylko czekają na okazję, by ten stan trwał jak najdłużej, zaś takie demaskacje popychają tylko dyktowe państwo do (być może) jakichś reakcji. Dodajmy – których by nie było, gdyby się sprawa nie wydała. To jest tak, jak z cyber-bezpieczeństwem. Wrogowie wiedzą i mogą o wiele więcej niż pokazują i nie jest w ich interesie, by przeciwnik się dowiedział co wiedzą lub mogą, bo jeszcze by zareagował, a tu trzeba, jak przyjdzie co do czego, wywalić ze wszystkich cyber-armat naraz. I tak jest z granicznymi ekscesami. Ale wrócimy do tego na końcu.
Wróg drugiego poziomu
Co jeszcze wiedzą Ruskie? Ano, że u nas za plecami żołnierzy nie wszyscy stoją murem za mundurem. Za PiS-u byliśmy świadkami takiego pęknięcia wzdłuż szwów podziału wojny polsko-polskiej. Odbywały się szarże posłów nad granicą, celebryci pluli na mundur, filmy się kręciło i nagrody zbierało (nawet w Watykanie!)  za to, żeby w sumie osłabiać morale armii oraz narażać integralność państwa, czego podstawą jest szczelna granica. Wszystko w imię chorych ideologii „willkommen” oraz humanitarnej pały do walenia w PiS. W dodatku, za pierwszego ataku Łukaszenki Niemcy jeszcze byli w nordstreamowym układzie przyjaźni z Putinem.
Teraz Tusk, wzorem swych pryncypałów z Berlina zmienił opcję taktyczną na Putina. Teraz to jego i Polaków największy wróg, choć jeszcze niedawno o rusofobię był tymi samymi usty oskarżany PiS. Ale to tylko odbicie zmiany – dodajmy, narracyjnej – niemieckiej opowieści. Jakże potrzebnej przed wyborami do Brukseli, co – jak widać po wynikach – kupił twardy elektorat Platformy, bo to były wybory ultrasów, gdyż wahacze pozostali w domach, zniesmaczeni diabelską alternatywą proniemieckiego Tuska i kapitulanckiego wobec Unii Kaczyńskiego.Rosjanie wiedzą także jak bardzo się certolimy ze stanowczością. Wiedzą, że polskie wojsko jest obezwładnione swą niepewną sytuacją prawną nad granicą, gdyż pracuje ono w reżymie prawnym przystosowanym do straży granicznej, zaś ustawa określająca zasady użycia broni jest jak to mówią u prezydenta Dudy „mrożąca”.
Mrożące jest także wysyłanie żandarmerii kajdankującej żołnierzy na oczach towarzyszy broni. W każdej armii, ba – państwie,  stoi się bezwzględnie za mundurem, jakiekolwiek przekroczenia w przepisach są sprawą wewnętrzną armii, a nie pokazuchą, gdzie odbiera się godność żołnierzom, zanim nawet się osądzi sprawę. Zawsze tak jest – inne postępowanie jest samobójstwem państwa. PiS, który posłał w trakcie pierwszego kryzysu na granicę wojsko nie zadbał o skreślenie dosłownie kilku zdań z ustawy regulującej użycie broni, by żołnierze wiedzieli, że co najmniej prawo ich chroni, nie są zaś oddani na pastwę nadgorliwości urzędników wojskowych realizujących polecenie polityków, którzy o wojsku mają nijakie pojęcie. PiS tego nie zmienił, przez pół roku budowania tarczy wschodnich, fortyfikacji i umocnień, deklarowanych w piwocie Tuska, obecni rządzący też nic nie zrobili. To wiedzą Ruscy.Wiedzą też, że mamy bajzel kompetencyjny. Napad Bodnara na Prokuraturę Krajową, nielegalne odwołanie Prokuratora Krajowego, kompletne zbocznikowanie jego zastępców w przypadku relacji prokuratury z wojskiem doprowadziło do ubezwłasnowolnienia nielegalnie odwołanego prokuratora Janeczka, zastąpienie go wybrańcem Bodnara Dariuszem Kornelukiem. Stworzyło to sytuację, na której wyniki nie trzeba było długo czekać.
W dodatku Bodnar powołał specjalny oddział prokuratury w Siedlcach, mający ścigać… przekroczenia prawa w wykonaniu żołnierzy przy granicy. Było to już PO skandalicznym aresztowaniu trzech polskich żołnierzy, a więc jest to sygnał – również dla żołnierzy -, że sprawa nie tyle będzie kontynuowana, co zaostrzana.
Mateusz Sitek
Zginął żołnierz z rąk nachodźcy. Dwa miesiące po tym, jak jego kolegów, za strzały ostrzegawcze, skuto i odwieziono na odwach. Czy gdyby nie ten efekt mrożący nasz żołnierz użyłby broni, by się uratować? Bo może, wiedząc na bank o losie swych kolegów, zawahał się? A może ktoś sprawdzi czy nie miał przypadkiem zaklejonego taśmą magazynku z nabojami w swej broni? Pojawiają się okropne wieści oparte na podejrzeniach, że on już nie żył na kilka dni przed ogłoszeniem jego zgonu. Że chodziło o to, żeby dociągnąć z tą wieścią do wyborów, bo ogłoszenie tego mogłoby zepsuć wyniki rządzącym. Sprawa się wydała po awanturach ze strony lekarzy i rodziny, ale jak widać po wynikach – nie zaszkodziła Tuskowi, który może odtrąbić pierwsze zwycięstwo procentowe nad PiS-em w triadzie wyborczej.Jest filmik w internecie, mocno zmontowany z tego morderstwa na granicy. Zresztą szkoda, bo nie widać co się stało, gdyż widać tylko akcję ratunkową rannego śmiertelnie żołnierza.
To straszny filmik, bo widać na nim… Polskę. Z dykty. W rowie leży ranny żołnierz, którego ratuje obrzucana ze strony nachodźców ratowniczka medyczna. Kilkanaście metrów od niej klęczy żołnierz z tarczą, nie podchodzi do niej by ją chronić, ratowniczka pochyla się nad rannym, rozpościera ręce by go osłonić, jest kompletnie sama, ale walczy o rannego.
To właśnie obraz naszego kraju. Zostaliśmy sami w kraju niemożności, postawieni wobec wroga, przed którym musimy się bronić gołymi rękami. Sami. Potem pojawiają się karetki, ale nachodźcy dalej rzucają w ten ratowniczy tłumek, tak bardzo, że znajdują się policjanci z tarczami, którzy nad rannym rozpościerają ochronny dach. A wystarczyłoby tylko puścić serię w tych tam, po drugiej stronie. I były spokój i to na wiele dni. I każdy by to zrozumiał.
Efekt mrożący
Czemu tak więc jest? Czemu nie strzelają? Wiem – uwaga! – bo się boją, co na to powie Kreml i Mińsk. Tak, bo ci rozedrą japę na całego. I dlatego wysyłamy tam nad granicę nieuzbrojonych żołnierzy i policjantów. I o tym wiedzą i uchodźcy, i Ruscy. Że się certolimy i będziemy certolić. Że wojna polsko-polska osłabia podstawowe funkcje państwa. Tak?Wszyscy mówią o artykule piątym Traktatu NATO. Że tam mają nam przyjść z pomocą, jaką będą chcieli itd. Ale istnieje przecież artykuł trzeci, który wymaga od każdego z krajów członkowskich przede wszystkim ogarnięcia… siebie. Nakłada obowiązki strzeżenia własnej granicy, utrzymywania wojska. Przede wszystkim po to by sojusz nie miał u siebie słabeuszy, których słabość prowokowałaby przeciwników do łatwego i skutecznego ataku. A czy my się tutaj ogarniamy? Wątpię. Inne kraje bronią swego żołnierza na wszelkie sposoby, jego poniżanie sprowadza się bowiem do upadku morale wśród innych żołnierzy, co jest prostą drogą do osłabienia państwa w wymiarze samobójczym. A my to robimy. I Ruscy też o tym wiedzą, nawet wydaj mi się, że specjalnie nie muszą tego stymulować agenturą, bo wojna polsko-polska sama wykonuję tę osłabiającą robotę.Jesteśmy krajem z dykty, tu akurat nowy ucieczkowy europoseł – Sienkiewicz – miał rację. W tej części świata takie numery nie uchodzą na sucho. Przychodzą, coraz szybciej, rachunki za państwową bylejakość. I tak te trzydzieści lat to był fuks, z którego nota bene nie skorzystaliśmy, by budować własną, suwerenną siłę. Zbudowaliśmy państwo słabe, mocne tylko wobec maluczkich, oddane na pastwę dwójpolówki pozornych zmian politycznych, gdy Polak musi wybierać wyłącznie mniejsze zło. A to oznacza, że ZAWSZE wybierze źle.
Co robić?
No, wiadomo, trzeba się ruszyć i wyjść z tego zaklętego kręgu bezowocnej nawalanki kosztem osłabiania państwa. Potrzebny jest ruch odpowiedzialnych Polaków, którym jeszcze zależy na kraju, nie na zwycięstwie któregoś z plemion, które obiecuje taktycznie tym razem kraść mniej. Mam nazwę na ten ruch – Dosyć Polski z Dykty (DPD). Wiadomo co robić, jakie powinny być postulaty, są do znudzenia powtarzane, czasem tylko kradzione przez polityczny mainstream, by coś tam obiecać, czego lud mówi, że chce, a czego, z powodu nierozliczania polityków z obietnic, i tak nie musi się dowozić.Taktycznie zaś z granicą to proste. Natychmiastowa zmiana kwestii użycia broni na granicy, pociągnięcie wyrywnych prokuratorów do odpowiedzialności, likwidacja specjalnego wydziału prokuratury w Siedlcach, pomoc prawna dla żołnierzy, by nie dochodziło do żenujących zrzutek w kompani wśród żołnierzy „na prawnika”. W sprawie samej granicy – po zapewnieniu, że żołnierze mogą strzelać – szkolenia i podniesienie morale armii.
Jeśli chodzi o płot, to bym zrobił tak, że obok tego, w głębi terytorium Polski postawiłbym drugi, jakieś 10 metrów od tego pierwszego. Obszar między płotami zaminowałbym i uczynił z tego obszaru pas śmierci. I każdego, kto by się tam nie wysadził traktowałbym ogniem od razu, za przekroczenie polskiej granicy. Teraz jest tak, że oni tam rozrabiają zza jedynego płotu z terenu Białorusi i jak którego postrzelimy, to wyjdzie, że strzelamy na teren obcego państwa z pewnymi konsekwencjami eskalacji konfliktu. A tak nachodźca dostanie kulkę u nas. Zrobić ze dwie transmisje z takich eventów, rozesłać po sieci i problem zniknie w jeden dzień, zdmuchnięty jak gromnica. Nikt się nie będzie pchał, tak jak teraz. Trzeba tylko zamienić filmiki. Te zachęcające – zaklejone magazynki taśmą, aresztowani żołnierze, śmiertelnie dźgnięty żołnierz, osłaniany ciałem przez ratowniczkę – na filmiki grozy z rozprawą w strefie śmierci.I zadanie dla naszego wywiadu. Chciałbym, by wytropił mordercę polskiego żołnierza. Tam, gdzie on jest. Chciałbym go widzieć na końcówce liny, tak jak widziałem uciekiniera Czeczkę, zdrajcę z polskiego wojska, którego znaleziono powieszonego. Chciałbym by było to jasne, że to on, i że to my pomogliśmy mu w przeniesieniu się na tamten świat. Tak by zrobiło państwo poważne, ale czy my nim jesteśmy?
Wynik testu
Ruscy nas testują na różne sposoby. Wynik wychodzi dla nich dobrze. Jesteśmy słabi, a to zachęca do eskalacji działań. Bezradność rozzuchwala. I będziemy świadkami eskalacji, na którą sobie zasłużyliśmy.
Ruscy zawsze mogą liczyć na mrożący efekt wojny polsko-polskiej.
Tusk wcale się nie zajął sprawą zmiany prawa, prokuraturą szalejącą przy granicy – nie, ona sobie znalazł kozła ofiarnego w postaci zastępcy Prokuratora Krajowego, którego najpierw zwolnił rękoma ministra Bodnara, aby go później oskarżyć o zakucie żołnierzy, z czym nie miał, bo nie mógł mieć decyzją Tuska, nic wspólnego. Dla Ruskich to nauka, że zawsze można na to liczyć – zamiast reformy popsutego systemu, zwalanie sprawy na straszny PiS, bo inaczej nam spadnie przed wyborami.W ten sposób wszystko się wyda – Ruscy zobaczą pozaklejane magazynki, kajdanki i ratowniczkę przykrywającą ciało zabitego żołnierza. My też to zobaczymy. I jeśli z tego nie wyjdzie jakiś szok dla nas, którym zmusimy polityków do działania, to będzie tylko gorzej. Nie bójcie się – oni tam nie analizują teraz ustaw o użyciu broni, tylko adhocowe badania, które zlecili, by się dowiedzieć czy to ważne dla suwerena. I zrobią tak jak im wyjdzie z badań, ale nie po to, by coś zmienić, tylko by ewentualnie uspokoić nastroje. I będzie więcej o wyborach niż o zabitym żołnierzu. Kolejna przykrywka. Sprawa przyschnie, inne będą bardziej pilnowane, by nie wyszły, czyli będzie gniło po staremu, zaś politycy będą ten smród zagłuszać perfumami PR-owskiej wojenki polsko-polskiej.
A Ruscy na bank wiedzą więcej od nas gdzie i jak jesteśmy słabi. I obawiam się, że wiedzą nie tylko więcej od naszej opinii publicznej, ale i od polityków, bo ci nie zajmują się państwem, tylko sobą.Ja pamiętam w swej historii III RP te kilka dni, kiedy czułem się naprawdę wolny – spadały bowiem zasłony i widać było prawdziwe konstrukcje III RP. Było tak kiedy Macierewicz przyniósł do Sejmu listę konfidentów, kiedy rozbił się w Smoleńsku samolot z prezydentem, a zwłaszcza dzień, w którym Rzepa opisała wykrycie trotylu we wraku tutki. To były dni, w których oczyma wyobraźni widziałem już te zbierane ad hoc grupki kryzysowe, które naradzały się nad tym jak z tego wyjść. Nie jaki to ma wpływ na państwo, tylko jak uratować swą polityczną DE i pogrążyć przeciwników. Co się tam dzieje daje pojęcie jeden wgląd, którego dokonała ekipa nagrywająca jak się naradza żmijowisko, by obalić rząd Olszewskiego i zakopać – skutecznie do dziś – proces lustracyjny. Kto ma nerwy – niech sobie zobaczy.
Tak samo było i teraz, kiedy wydała się sprawa z aresztowaniem żołnierzy i nie dało się dłużej ukrywać, że raniony na granicy żołnierz zmarł. Tak samo – naradzano się nad tym nie co zmienić w wojsku i systemie sprawiedliwości, a szerzej – prawnym, tylko jak to się będzie opowiadać, by uratować swoją DE przed wyborami. Nie minął jeden dzień i znalazł się winny wszystkiemu niedorżnięty pisowiec, który zakuł osobiście żołnierzy i pchnął dzidą żołnierza. I że to lud uśmiechniętej polski jagodnej kupi. I, jak widać z wyników tych wyborów – kupił. A więc dalej pobywamy w ułudzie państwa, Ruscy wiedzą o naszych słabościach więcej niż my sami i nic z tym nie zrobimy. I my, tak zwana opinia publiczna, i politycy, których wybraliśmy. Jedni swym wzmożeniem wojny polsko-polskiej, drudzy – większość – swym zaniechaniem.I zostanie tylko ta nasza Polska. Jej obrazem jest samotna i opuszczona ratowniczka, która własnym ciałem osłania rannego i umierającego żołnierza. I jeśli się na taką Polskę godzicie, to taką Polskę dostaniecie.
Napisał i opublikował Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na www.dziennikzarazy.pl

Największym zagrożeniem dla twojej wolności jest twoje samozadowolenie. Tyrania wygody.

Tyrania wygody

Autor: AlterCabrio , 9 czerwca 2024 ekspedyt

Prawda jest taka, że ​​problem nie polega na tym, że sprzedaje się nam tyranię, ale raczej na tym, że już wpakowaliśmy się w to, co oni sprzedają. Jesteśmy tak głęboko uzależnieni od uroku wygody, że nie możemy sobie wyobrazić odwrotu, nawet gdy widzimy zaciskające się wokół nas łańcuchy naszego własnego zniewolenia.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Tyrania wygody

Największym zagrożeniem dla twojej wolności jest twoje samozadowolenie.

W naszych czasach pogoń za wygodą stała się pochłaniającą wszystko obsesją, napędzającą gospodarkę konsumencką, której celem jest uczynienie życia jeszcze łatwiejszym. To nieustające dążenie do wygody przekształciło się w samonapędzający się cykl popytu i podaży, a każde nowe udogodnienie jedynie podsyca głód na więcej. W tej technologicznej krainie cudów granice możliwości wyznaczane są jedynie przez zakres naszych linii kredytowych, ponieważ uwodzi nas natychmiastowa gratyfikacja.

Podobnie jak ćpun goniący za kolejnym hajem, współczesny nałogowiec wygody pozostaje w błogiej nieświadomości podstępnych szkód wyrządzanych przez ich kompulsywną potrzebę usprawnienia każdego aspektu życia. Prawdziwy koszt tej wygody jest starannie ukrywany za fasadą sprytnego marketingu i pustych obietnic, ponieważ korporacje wykorzystują naszą chęć do ułatwień, która napełnia ich kieszenie kosztem naszego dobrego samopoczucia.

W ciągu ostatnich sześciu do siedmiu dekad byliśmy świadkami zmiany naszych wartości kulturowych, w miarę jak konsumpcjonizm jednorazowego użytku stał się nową ewangelią. Pogląd, że życie musi być pozbawione wysiłku, został nam sprzedany jako ostateczna aspiracja, a przyziemne realia egzystencji przekształcone w przeszkody, które należy ominąć lub zlecić na zewnątrz w pogoni za czasem wolnym.

Programowanie to było tak skuteczne, że całe pokolenia przywiązują obecnie wagę niemal religijną do wygody, jednocześnie rozwijając patologiczną niechęć do nawet najmniejszej niedogodności.

Ta wykreowana nietolerancja dla niedogodności osiągnęła tak absurdalny poziom, że obecnie nawet chwilowe opóźnienia w dostarczaniu pożądanych przez nas udogodnień postrzegamy jako niedopuszczalną obrazę naszej uzasadnionej wrażliwości. Większość ludzi gubi ironię tej sytuacji, ponieważ nie dostrzegają, że ich uparte dążenie do wygody jest w rzeczywistości formą zniewolenia przez te same korporacje, które czerpią korzyści z ich uzależnienia.

Rozwój kultury wygody ma destrukcyjny wpływ na naszą tkankę społeczną, ponieważ w coraz większym stopniu zlecamy nawet najbardziej podstawowe interakcje międzyludzkie platformom i usługom cyfrowym. Rezultatem jest społeczeństwo bardziej odizolowane, odłączone i zahamowane emocjonalnie niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ poświęcamy prawdziwe ludzkie więzi na ołtarzu wygody.

Co więcej, powierzając podejmowanie decyzji i osobistą odpowiedzialność algorytmom i zautomatyzowanym systemom, stworzyliśmy społeczeństwo zasadniczo niezdolne do krytycznego myślenia, empatii i prawdziwych relacji międzyludzkich. Wchodzimy niczym lunatycy w przyszłość, w której każdy nasz ruch jest monitorowany, każdy nasz wybór jest z góry określony, a każda nasza myśl jest kształtowana przez te same istoty, które czerpią korzyści z naszego samozadowolenia.

Samo pojęcie niedogodności stało się przekleństwem, plagą, którą należy za wszelką cenę wykorzenić. Tak bardzo zakochaliśmy się w idei płynnej, pozbawionej tarć egzystencji, że ​​nieświadomie przywiązaliśmy się do stylu życia o coraz większej złożoności i zależności od wygody. Ta podstępna tyrania wygody jest być może najbardziej wszechobecną i uzależniającą formą ucisku w czasach nowożytnych, a mimo to w dużej mierze pozostajemy nieświadomi jej wpływu na nasze życie.

Kiedy myślimy o tyranii, nasze umysły często przywołują obrazy despotycznych przywódców i opresyjnych reżimów, takich jak Stalin, Mao czy Mur Berliński. Jednak bliższa analiza ludzkich zachowań ujawnia, że ​​o naszym życiu częściej decydują nasze własne nawyki i preferencje niż jakakolwiek siła zewnętrzna.

Narzucone przez samych siebie ograniczenia, które uniemożliwiają nam prowadzenie autentycznego i pełnego życia, są tak samo despotyczne, jak każdy dyktatorski dekret, a w epoce szalejącego konsumpcjonizmu i natychmiastowej satysfakcji rasa ludzka nigdy nie była bardziej podatna na manipulację.

„Ci, którzy zamieniliby wolność na wygodę, nie zasługują ani na wolność, ani na bezpieczeństwo i spotkają się z przeciwnościami”. – Zygmunt Freud

To właśnie w przyziemnych czynnościach naszego codziennego życia, w naszych nieelastycznych nawykach i podświadomych wzorcach tak naprawdę rezygnujemy z naszej wolności. To właśnie tam jesteśmy najbardziej narażeni na wyzysk, gdzie nasza prawdziwa tożsamość zostaje przejęta i zastąpiona oprogramowaniem, które zmusza nas przede wszystkim do dążenia do pustego, konsumpcyjnego ideału wygody.

Trudno powstrzymać się od refleksji, czy nie staliśmy się zwykłymi automatami, bezmyślnie wykonującymi programy, które mają nas utrzymywać w samozadowoleniu i służalczości. Czy jesteśmy niczym więcej niż niewolnikami, uwarunkowanymi do wykonywania określonych zadań w zamian za starannie skalibrowany system nagród i kar? W epoce bezprecedensowych wyzwań i złożonych problemów globalnych, kiedy większość społeczeństwa wydaje się zadowolona z ukrywania się za zasłoną dysonansu poznawczego, niezwykle ważne jest, abyśmy uwolnili się od nawyków i norm kulturowych, które trzymają nas w niewoli.

Od jedzenia, które jemy, po media, które konsumujemy, od sposobu, w jaki pracujemy, po sposób, w jaki wchodzimy w interakcje z innymi – pogoń za wygodą stała się siłą napędową naszych wyborów i zachowań. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do łatwości i szybkości współczesnego życia, że ​​straciliśmy z oczu wartość wysiłku, walki i prawdziwej więzi międzyludzkiej.

W imię wygody dobrowolnie zrzekliśmy się naszej prywatności i autonomii, wprowadzając nadzór korporacyjny i rządowy za pośrednictwem naszych inteligentnych urządzeń lub nawyków przeglądania Internetu. Tak bardzo zakochaliśmy się w idei życia bez tarć, że chętnie akceptujemy koncepcje takie jak cyfrowe waluty banku centralnego (CBDC) i cyfrowe identyfikatory, a wszystko po to, aby uniknąć drobnych niedogodności związanych z noszeniem torebki lub angażowaniem się w podstawowe interakcje międzyludzkie podczas zakupu butelki alkoholu, który utopi nasze smutki i uśmierzy naszą bolesną pustkę w środku.

Jesteśmy tak uwarunkowani, aby na pierwszym miejscu stawiać łatwość i efektywność, że nie dostrzegamy podstępnej erozji naszych podstawowych praw i wolności. Umożliwiając korporacjom i rządom nieograniczony dostęp do naszych danych osobowych i transakcji finansowych, skutecznie przekazujemy im klucze do naszego życia, dając im władzę do manipulowania, kontrolowania i wykorzystywania nas w sposób, którego nawet nie jesteśmy w stanie pojąć.

W szczególności wdrożenie CBDC stanowi niebezpieczny krok w kierunku całkowitej centralizacji władzy finansowej w rękach kilku niewybranych biurokratów i interesów korporacyjnych. Pod pozorem wygody i bezpieczeństwa te cyfrowe waluty grożą wyeliminowaniem wszelkich pozostałych śladów prywatności finansowej i autonomii, poddając każdą transakcję analizie i kontroli państwa.

Podobnie nacisk na identyfikatory cyfrowe to nic innego jak słabo zawoalowana próba stworzenia kompleksowego państwa inwigilacyjnego, w którym każdy aspekt naszego życia jest śledzony, monitorowany i analizowany z korzyścią dla osób sprawujących władzę. Łącząc nasze tożsamości ze scentralizowaną bazą danych, dostępną zarówno dla korporacji, jak i rządów, skutecznie rezygnujemy z naszego prawa do anonimowości i samostanowienia.

W naszej desperackiej próbie uniknięcia niedogodności związanych z prześladowaniem, zatrzymaniem, przesłuchaniem, karą grzywny, aresztowaniem, działaniem paralizatora lub zastrzeleniem przez coraz bardziej autorytarny rząd, chętnie oddaliśmy nasze wolności i godność.

Wygląda na to, że wygoda stała się o wiele bardziej podstępnym i skutecznym narzędziem tyranii niż lufa pistoletu. Nasz nowoczesny system bankowy stanowi doskonały przykład tej subtelnej formy ucisku, którego macki rozchodzą się we wszystkie strony, dotykając prawie każdego człowieka na planecie.

Nawet pobieżne zbadanie bankowości centralnej ujawnia, jak żeruje ona na naszym pragnieniu wygody, wciągając świat w nieuniknioną sieć długów. Te instytucje finansowe w wygodny sposób drukują tyle pieniędzy, ile zażąda świat, a w zamian my ślepo zgadzamy się na zadłużanie nas wykładniczo rosnącymi, matematycznie niemożliwymi do spłacenia sumami na rzecz prywatnej korporacji przez resztę wieczności. Choć na krótką metę może się to wydawać wygodne, koszty długoterminowe są zdumiewające.

Najbardziej niepokojące jest to, że nie poddajemy się tej tyranii ze strachu o swoje życie, ale raczej z głęboko zakorzenionego pragnienia wygody i niechęci do niedogodności. Zostaliśmy uwarunkowani tak, aby ignorować działanie w naszym własnym najlepiej pojętym interesie i abyśmy pozostawali samozadowoleni w obliczu naszego coraz bardziej złożonego i opresyjnego życia.

Prawda jest taka, że ​​problem nie polega na tym, że sprzedaje się nam tyranię, ale raczej na tym, że już wpakowaliśmy się w to, co oni sprzedają. Jesteśmy tak głęboko uzależnieni od uroku wygody, że nie możemy sobie wyobrazić odwrotu, nawet gdy widzimy zaciskające się wokół nas łańcuchy naszego własnego zniewolenia.

Nie jest to wezwanie do luddyzmu ani odrzucenie samej technologii, ale raczej apel o bardziej przemyślane, krytyczne i skupione na człowieku podejście do innowacji. Musimy żądać technologii, które dają nam siłę, a nie wyzyskują, oraz systemów, które służą naszym interesom, a nie elicie rządzącej. Musimy budować przyszłość, która ceni wolność, kreatywność i prawdziwy ludzki rozkwit ponad pustymi obietnicami wygody i „bezpieczeństwa”.

____________

The Tyranny of Convenience, A Lily Bit, May 21, 2024

Liczba aborcji spadła pięćdziesiąt razy. Tak działa nowe prawo w stanie Indiana

6 czerwca 2024 pch24/liczba-aborcji-spadla-50-razy

Liczba aborcji spadła o 98 procent. Tak działa nowe prawo w stanie Indiana

Liczba aborcji w stanie Indiana w USA spadła o 98 procent. Z danych ogłoszonych przez stanowy Departament Zdrowia wynika, że w pierwszym kwartale tego roku zabito 45 dzieci, podczas gdy w analogicznym okresie rok wcześniej – 1931.

W stanie Indiana wprowadzono ochronę życia dzieci poczętych po wyroku Sądu Najwyższego z 2022 roku, który uznał, że nie ma żadnych gwarancji konstytucyjnych dla swobody zabijania dzieci. W Indianie aborcja jest obecnie dopuszczalna w niewielu wypadkach, takich jak zagrożenie życia matki.

W ciągu 2023 roku lobby aborcyjne w Indianie walczyło o możliwość przywrócenia prawa do mordowania dzieci, ale bez skutku. Firma Planned Parenthood zajmująca się m.in. aborcją próbuje przeforsować nową interpretację prawa w Indianie, która pozwoliłaby na zabijanie z powodów tzw. ogólnozdrowotnych.

Podobne próby aborcjoniści podjęli niedawno w Teksasie, ponosząc jednak porażkę. Jest duża szansa na to, że tak samo będzie w Indianie.

Źródła: lifenews.com, PCh24.pl Pach

Szykują Polaków do wojny z Rosją. Realia polowania na mężczyzn na Ukrainie.

Szykując Polaków do wojny z Rosją

Spójrzmy na realia z którymi się zmierzą

DR IGNACY NOWOPOLSKI JUN 9
 
READ IN APP
 

Znajoma Ukrainka, która wraz z rodziną mieszka w Polsce już od wielu lat, wyraziła się, że wraz z mężem popełniła wielki błąd i w porę nie sprzedała domu na Ukrainie.  Teraz, mąż, który jest jego formalnym właścicielem nie może tam pojechać w celu dokonania stosownej transakcji, gdyż grozi mu natychmiastowy pobór do wojska.  Zaskoczyło mnie to, bo wiem, że jest kulejącym inwalidą, który na dodatek nie może stać, tak że w Polsce uzyskał pracę dla niepełnosprawnego.  Jednak na Ukrainie takie „drobiazgi” nie mają znaczenia.  Jej matka mieszka w Połtawie i prosi córkę o wizytę, ale ona planuje sprowadzenie jej do Polski, bo jak twierdzi: „nie po to ma  miesięczne urlopy, by je spędzać w piekle”, a tam czas spędza się w piwnicy, bez światła i mediów, w oczekiwaniu na kolejny alarm lotniczy.

Jak wiadomo „polscy przywódcy” robią co w ich mocy, by nakłonić obywateli do włączenia się w zachodnią krucjatę anty-rosyjską.  Szykuje się nawet ogólno-unijny pobór do wojska.

Chętnym do tytułu „bohatera”, proponuję najpierw przyjrzeć się realiom ukraińskim, przed wyruszeniem na Donbas.  

„Przychodzą codziennie”

„Chcę porozumienia pokojowego. Nie chcę walczyć, moi przyjaciele też” – przyznaje reporterom „The Times” Ukrainiec Andrey. Właśnie udało mu się z wielkim trudem przejść górskimi ścieżkami do Rumunii.

Korespondenci, którzy odwiedzili tereny przygraniczne Ukrainy, opowiadają o dużej liczbie mężczyzn, którzy z narażeniem życia próbowali uciec z kraju. Między innymi przez Cisę, którą ze względu na dziesiątki utopionych ludzi nazwano „rzeką śmierci”.

Mieszkańcy okolicznych wiosek są już przyzwyczajeni do obcych młodych ludzi na ulicy. „Przychodzą tu codziennie” – mówią miejscowi. Przepływ nie ustaje, mimo że straż graniczna zaostrzyła kontrole.

„Używają zębów”

Podobnie jak Andriej, miliony Ukraińców nie chcą iść do okopów. Ale Kijów nie chce ich słuchać. Łapanie mężczyzn na ulicach staje się coraz bardziej rygorystyczne. Teraz zaangażowana jest w to także policja patrolowa, a nie tylko przedstawiciele terytorialnych ośrodków werbunkowych (TCC ).

Starcia trwają. Czasami przypadkowym osobom udaje się schwytać rekruta. Często kobiety stają w obronie mężczyzn. W ten sposób mieszkanka Chersoniu ugryzła policjanta, próbując ratować syna. A kijowskie kobiety dosłownie wyrwały swojego rodaka z rąk patrolowców, którego prawie wsadzono do policyjnego radiowozu. Coraz częściej nagrywane są filmy przedstawiające brutalne aresztowania na ulicach stolicy Ukrainy.

Zastępca Rady Najwyższej Rusłan Gorbenko powiedział, że teraz zespoły TCC mogą użyć siły, jeśli ofiara stawia opór. Chociaż prawo pozwala na to wyłącznie policji. Jednak de facto ludzie w mundurach kamuflażowych od dawna uciekają się do przemocy.

I wydaje się, że w końcu przestali się powstrzymywać. W żytomierskim szpitalu zmarł mężczyzna z licznymi obrażeniami, zabrany z lokalnego centrum pobrań.

Według komisarzy wojskowych doznał obrażeń podczas ataku epilepsji. I ogólnie, mówią, był pijany. Opinia publiczna w to nie wierzyła: podejrzewała, że ​​został pobity na śmierć. W obliczu protestów prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie morderstwa.

Absolwenci, rodziny wielodzietne, osoby niepełnosprawne

Władze łatają ostatnie luki prawne. Nawet tym, którym przysługiwała rezerwa, grozi wysłanie na front. Tym samym mężczyźni posiadający wiele dzieci będą teraz musieli poświadczyć przed notariuszem, że faktycznie utrzymują swoje dzieci. Inaczej nie zostaną zwolnieni.

Warto zauważyć, że w ostatnim czasie dużą popularnością wśród Ukraińców cieszą się samotne matki wielodzietne i kobiety niepełnosprawne: fikcyjne małżeństwa umożliwiały uzyskanie statusu rezerwisty lub wyjazd za granicę.

Ponadto rekordowa liczba młodych ludzi zapisuje się na studia podyplomowe, aby uniknąć poboru do wojska. Ale jeśli wcześniej wynik pozytywny z języka angielskiego i testu kompetencji ogólnych wynosił odpowiednio 130 i 100, teraz oba podniesiono do 150.

Ukraińcy są oburzeni, że nie wyprowadzono na front wyszkolonych mężczyzn – policjantów i ratowników. Ta niesprawiedliwość zostanie częściowo naprawiona. Gabinet Ministrów przyjął uchwałę o rezerwie jedynie 50 proc. pracowników Państwowej Służby Ratunkowej . Funkcjonariusze organów ścigania zostali pozbawieni odroczenia od mobilizacji, ale otrzymali zawieszenie. Należy to jednak jeszcze potwierdzić.

„Schronienie w odpowiednim miejscu” 

Nie pomoże też podwójne obywatelstwo – od czerwca nawet takie osoby nie mogą wyjeżdżać za granicę. W związku z tym Ambasada USA w Kijowie zwróciła się do współobywateli posiadających ukraiński paszport z troskliwym ostrzeżeniem.

„Jeśli jesteś na Ukrainie i nie możesz opuścić kraju, schroń się w odpowiednim miejscu i przestrzegaj wszystkich poleceń. Jeśli obecnie nie przebywasz na Ukrainie, zdecydowanie odradzamy podróżowanie do tego kraju obywatelom USA płci męskiej w wieku od 18 do 60 lat, którzy również posiadają obywatelstwo ukraińskie. Istnieje niezwykle duże ryzyko, że nie będziesz mógł podróżować nawet z amerykańskim paszportem” – wyjaśniła misja dyplomatyczna.

Tym samym ambasada bezpośrednio ingeruje w uzupełnianie Sił Zbrojnych Ukrainy, co stoi w sprzeczności z niedawnymi wypowiedziami szefa amerykańskiej dyplomacji Antony’ego Blinkena, który podczas wizyty w Kijowie pilnie wzywał do szerszej mobilizacji.

Wywierają presję także na Ukraińców, którzy już wyjechali do Europy: bez rejestracji w systemie Reserve+ nie będą świadczyć usług za granicą. I nie tylko dla mężczyzn. Na przykład konsulat w Hiszpanii odmówił rejestracji noworodka, ponieważ jego ojciec nie okazał dokumentów rejestracyjnych w urzędzie rejestracji i poboru do wojska.

Porwania dla oklasków

Rezerwacja nie zawsze ich wcześniej ratowała. Czasami komisarze wojskowi po prostu ignorowali prawa osób złapanych na ulicach. Przedsiębiorstwa obronne (w których cały personel jest zwolniony z poboru do wojska) skarżą się, że pracownicy TCC mobilizują ich pracowników podczas uzgadniania danych.

Podobny incydent miał miejsce w przypadku ukraińskiego studenta studiującego na Uniwersytecie Saskatchewan w Kanadzie. We wrześniu 2023 roku został siłą zabrany do CTC w obwodzie tarnopolskim i wcielony do wojska. Większość jego braci w nieszczęściu nie ma powiązań z Kanadą, więc muszą walczyć.

Los zwykłych Ukraińców nie interesuje oczywiście zachodnich polityków. Któregoś dnia kongresmenka USA Marjorie Taylor Greene powiedziała, że ​​„mobilizacja na Ukrainie to porwanie”.

Jednak takie głosy są na Zachodzie bardzo rzadkie.

W Europie twierdzą, że Ukraina „spełnia wszystkie kryteria przystąpienia do UE”. I Zełenski jest tam dosłownie oklaskiwany. Wydaje się, że jest zadowolony ze swoich osiągnięć.