Publikujemy raport stowarzyszenia „Wszystko dla Oławy” w sprawie ścieków z firmy Jack-Pol:
17.02.2022 Kilkanaście lat temu powstał w naszym mieście zakład przerobu makulatury Jack-Pol. Oprócz ekologicznych aspektów działania firmy jest niestety także drugie dno. Mianowicie dno rzeki Odry, na którym od wielu lat osadzają się tony odpadów z produkcji pocelulozowej spuszczanych przez zakład do kanału żeglownego rzeki.
Podczas procesu produkcji masy celulozowej i papieru zużywane są olbrzymie ilości wody i energii. Skutkiem ubocznym produkcji jest masa pocelulozowa. Zakłady papiernicze uwalniają także do wód i powietrza wiele szkodliwych substancji chemicznych oraz produkują odpady, które trafiają na składowiska, oczywiście w teorii, bowiem w Oławie tony tych odpadów przez lata wędrowały prosto do drugiej co do wielkości polskiej rzeki. Najbardziej szkodliwym etapem produkcji papieru jest wybielanie masy celulozowej za pomocą chloru gazowego lub związków chloru, co powoduje uwalnianie do ścieków z zakładów papierniczych niebezpiecznych zanieczyszczeń chlorowcoorganicznych. Organiczne związki chloru poddawane działaniu wysokich temperatur, w jakich odbywa się bielenie, często przekształcają się w trwałe i wysoce toksyczne związki zwane dioksynami. Jak wykazały różne badania, substancje te można znaleźć nie tylko w ściekach pochodzących z papierni, ale także w samych produktach papierowych (w tym produktach higieny osobistej, takich jak papier toaletowy i chusteczki). Najbardziej niebezpiecznym związkiem z grupy dioksyn jest 2,3,7,8-TCDD. Jest on silnie toksyczny nawet w śladowych ilościach i może wywołać zmiany w systemie odpornościowym, uszkodzenia płodu, zaburzenia płodności, uszkodzenia narządów wewnętrznych. Mamy też potwierdzone informacje, że w tym procesie wytwarzana jest dość duża ilość rtęci, która także może przedostawać się do środowiska. Jak bardzo może to być szkodliwe dla środowiska, pokazuje reakcja oławskiego ZWiK, który odmówił firmie Jack-pol odprowadzania tej substancji do sieci kanalizacyjnej obawiając się o florę bakteryjną naszej miejskiej oczyszczalni ścieków. Normalnie powinno to być utylizowane. Jednak ponieważ jest to drogi proces i żaden pobliski zakład nie chce tego przyjmować, najłatwiej było więc spuszczać to do rzeki.
Od kilkunastu już lat z dużą regularnością lokalne media po sygnałach od mieszkańców informowały, że biała substancja wlewa się do rowu (roboczo zwanego S-B) przy ul. Zwierzynieckiej i dalej płynie prosto do kanału żeglownego rzeki Odry tuż poniżej śluzy. Wielokrotnie powiadamiane były wszystkie możliwe służby i instytucje takie jak Policja, Straż Miejska, Straż Pożarna, Burmistrz, Powiatowy Inspektor Ochrony Środowiska, PGW Wody Polskie (dawny RZGW) i inne. Tak, proszę Państwa, przez kilkanaście lat ww. instytucje państwowe nie potrafiły zlokalizować sprawcy zrzutu tej trucizny, a także zbadać jej składu chemicznego. To pokazuje bezradność systemu, w jakim obecnie żyjemy. Płacimy podatki, utrzymujemy te instytucje, a jednak jest, jak jest.
Nasze stowarzyszenie „Wszystko dla Oławy” ma zapis w statucie „dbanie i troskę o środowisko naturalne”. Dlatego postanowiliśmy się zająć tą sprawą. Kilka miesięcy zajęło nam namierzenie sprawcy. Ale po kolei. Najpierw ustaliliśmy, do kogo należy działka, na której zlokalizowane jest ujście, z którego wypływała podejrzana substancja. Otóż okazało się, że nieruchomość jest w użytkowaniu wieczystym PKP. Zapytaliśmy więc kolejarzy, czy wiedzą, co to jest za budowla. Potwierdzili, że zostało to zbudowane przez firmę Jack-pol, która zwróciła się do nich o zgodę na budowę, firma miała też zgodę na odprowadzanie wód opadowych. Jednak, jak twierdzą kolejarze, Jack-pol miał spełnić pewne warunki postawione przez PKP. Niestety, jak się okazuje, nigdy tego nie zrobił!!! To treść odpowiedzi od PKP: „W uzupełnieniu chciałam dodać, że Polskie Koleje Państwowe S.A. będące właścicielem części rowu S-B (w obrębie działki nr 30, AM-62 obręb Oława) podczas rozprawy administracyjnej przeprowadzonej dnia 1 czerwca 2016 r. w Starostwie Powiatowym w Oławie w sprawie odprowadzanie do rowu melioracyjnego S-B wód opadowych z terenu Jack-Pol Sp. z o.o. obejmującego działki nr 4/33, 3/3 oraz 3/1 AM-68, obręb Oława wyraziły wstępną zgodę na odprowadzenie wód opadowych i roztopowych, pod warunkiem zawarcia pisemnej umowy z Producentem Wyrobów Papierniczych Jack-Pol Sp. z o.o., jednak taka umowa nie została nigdy podpisana oraz zgoda na odprowadzanie wód opadowych i roztopowych do rowu melioracyjnego S-B w obrębie działki nr 30 AM-62 w Oławie z terenu Producenta Wyrobów Papierniczych Jack-Pol Sp. z o.o. nigdy nie została wydana.”
Tak więc proszę sobie wyobrazić, że przez te wszystkie lata cokolwiek było tędy spuszczane przez tego truciciela, było robione nielegalnie. Nikt z ww. służb, instytucji, a przede wszystkim burmistrz miasta, wielokrotnie o tym informowany tego nie zweryfikował. Dlaczego ? Nie wiadomo, może nie chciał. My pokazaliśmy, że nie było to wcale takie trudne.
Większościowy pakiet udziałów Jack-Polu posiada wrocławska firma Merida. Gdy zaczęło być już coraz głośniej o sprawie, właściciele truciciela wpadli na pomysł, że trzeba zmienić miejsce zrzutu, kupując działkę przy ul. Portowej, gdzie zamierzają wybudować przemysłową oczyszczalnię ścieków. Przekopano się pod ul. Portową i pod pozorem prób szczelności regularnie co kilka dni rozcieńczone odpady pocelulozowe spuszczano bezpośrednio do kanału żeglownego Odry powyżej śluzy. Liczono zapewne na to, że jest to mniej dostępne miejsce i cały proceder będzie mógł trwać następne lata. Jednak po sygnałach wędkarzy we wrześniu zorganizowaliśmy spotkanie grupy roboczej złożonej z przedstawicieli stowarzyszenia, mieszkańców, ekologów (Eko Unia z Wrocławia), wędkarzy i dziennikarzy. W spotkaniu udział wzięli także zaproszeni przez nas przedstawiciele zakładu, którzy zaprzeczali wszystkiemu, pytani czy coś wiedzą na temat tych zrzutów, z uśmiechem i zdziwieniem tłumaczyli, że to nie oni. A jeśli coś było, to przypadkowo na skutek przeprowadzania tzw. prób szczelności systemu. Przedstawiciele zakładu zapraszali też członków stowarzyszenia do wizyty w zakładzie, jednak gdy doszło do dopinania szczegółów wycofali się z tego, najpierw żądając zbyt dużo szczegółowych informacji na temat uczestników wizytacji, a później zasłaniając się covidem. Pracownicy firmy twierdzili także, że zakład ma pozwolenie na zrzut ścieków. Sprawdziliśmy, owszem, zostało firmie Jack-pol wydane pozwolenie zintegrowane na zrzut oczyszczonych ścieków przemysłowych i wód opadowych. Jednak jak te odpady mogą być oczyszczone, skoro nie ukończona została budowa oczyszczalni. Świadkowie, najczęściej wędkarze, co jakiś czas informowali media, że śmierdząca biała substancja jest spuszczana przez Jack – pol do Odry. Może to cały czas próby szczelności systemu ? Obawiamy się, że to ciąg dalszy trwającego od kilkunastu lat procederu. Tym razem robione jest to w mniej dostępnym miejscu, odpady są rozcieńczane wodą pobieraną z Odry, i spuszczane co kilka godzin w krótkich cyklach do kanału Odry ok. 200 m powyżej śluzy.
Zawiadomiliśmy Starostwo Powiatowe w Oławie o prawdopodobieństwie wygaśnięcia tego pozwolenia, bowiem firma nie spełniła wymogu budowy w ciągu dwóch lat biologicznej oczyszczalni ścieków. Poinformowaliśmy przy okazji o tym Ministerstwo Środowiska i Klimatu, WIOŚ, PGW Wody Polskie. W odpowiedzi otrzymaliśmy pismo z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska potwierdzające obawy mieszkańców. W zakładzie przeprowadzono skrupulatną kontrolę, podczas której stwierdzono szereg naruszeń pozwolenia zintegrowanego oraz zastosowano wobec osoby odpowiedzialnej przewidzianą prawem sankcję. Ponadto firma musiała wystąpić o zmianę pozwolenia zintegrowanego o zapis dotyczący wywożenia ścieków bytowych przez firmę asenizacyjną. Zakład wystąpił też o pozwolenie na rozbudowę i co za tym idzie zwiększenie produkcji. Stworzono, jak się okazuje, na potrzeby firmy raport oddziaływania na środowisko, który wg nas zawiera wiele błędów i wątpliwości. W raporcie analizę wpływu ścieków odprowadzanych do rzeki przeprowadzono w oparciu o wadliwe przyjęty przepływ rzeki Odry. Założono przepływ rzeki 45,576 m3/ sekundę, co jest ogromnym błędem. Miejsce odprowadzania ścieków znajduje się na kanale żeglownym rzeki Odry, a nie bezpośrednio na brzegu rzeki. W kanale żeglownym większość czasu woda stoi i nie ma żadnego przepływu, zatem wpływ emisji zanieczyszczeń do rzeki będzie o wiele intensywniejszy i wywoła większe skutki. Ponadto nie wykonano badania ścieków i ich wpływu na rzekę dla chlorków i siarczanów, związków wyjątkowo nie korzystnie wpływających na środowisko. Kolejną istotną rzeczą jest brak przeprowadzenia badań siedliskowych. Oławscy wędkarze doskonale wiedzą, że kanał żeglugowy powyżej i poniżej śluzy jest zbiornikiem zaporowym, w którym większość czasu woda nie płynie. Przepływ i to krótkotrwały występuje tylko w momentach śluzowania przepływających tam barek i jachtów. Są to zbiorniki, w których następuje wybitnie gromadzenie się rybostanu – zimą na tzw. „zimowisku„ a wiosną akweny te są z kolei tarliskami ryb i powinny podlegać szczególnej ochronie. Ponadto w tym miejscu są siedliska chronionych bobrów. Poinformowaliśmy o tym urzędników, którzy będą odpowiadać za wydanie decyzji o rozbudowie zakładu. Jednocześnie wystąpiliśmy o uznanie nas za stronę w postępowaniu. Uważamy, że lokalizacja oczyszczalni ścieków jest nietrafiona.
Zastanawia fakt, o co w tym wszystkim chodzi. Czy tak poważna firma o zasięgu międzynarodowym, jaką jest Merida (właściciel Jack-Pol) naprawdę musi bawić się w taki proceder ? Otóż Szanowni Państwo, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Te odpady powinny być utylizowane w profesjonalny sposób. To oczywiście kosztuje, więc najłatwiej jest je spuścić prosto do rzeki, są to potężne oszczędności dla zakładu. Na przestrzeni kilkunastu lat mogły to być już setki lub nawet tysiące ton…! Jest to także narażanie na straty Skarb Państwa, choćby z tytułu nieodprowadzania podatku VAT od procesu utylizacji. Oczywiście, to wszystko są na tym etapie nasze przypuszczenia, które jednak krok po kroku będziemy starać się udowadniać.
Obecnie dzięki działaniom WIOŚ proceder ustał. Kontrolujemy, zaglądamy na miejsce wylotu i stwierdzamy, że w ostatnim czasie nie widać, aby substancja była spuszczana do rzeki. Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska we Wrocławiu był jedyną instytucją, która pomogła nam w sprawie, doprowadzając do zaniechania zrzutów. Dlatego też zdecydowaliśmy się na wystosowanie specjalnych podziękowań dla tej instytucji, która przywróciła nam wiarę w sens naszego społecznego działania.
My jako stowarzyszenie mieszkańców Oławy nie odpuścimy. Będziemy konsekwentni w działaniu, dopóki Jack -Pol nie zaniecha trucia środowiska.
1920-2020 – Niech przemówią świadkowie (3) WSPOMNIENIA GENERAŁA MACHALSKIEGO
Od redakcji PP:
Na oficjalnej stronie rządowej poświęconej Bitwie Warszawskiej 1920 roku [bitwa1920.gov.pl] wciąż jest, mimo upływu 100 lat, mowa o planie Marszałka Piłsudskiego zwanego tym razem „Wielką Kombinacją”. Jak skrótowo przedstawialiśmy to już TUTAJ, autorem planu Bitwy Warszawskiej 1920 roku był gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski, który wydał symboliczny rozkaz nr 10.000, gdy tymczasem Marszałek Piłsudski 12 sierpnia opuścił Warszawę i udał się w okolice Tarnowa do p. Aleksandry Szczerbińskiej na ok. 2 dni, po czym zagościł w Puławach oczekując na rezultat potyczki polsko-bolszewickiej. Następnie wykonał opóźniony w stosunku do planów manewr znad rzeki Wieprz i dlatego nieskuteczny.
Polacy, czas po 100 latach stanąć w prawdzie i odkłamać mity i legendy stworzone przez sanację i „chłopców Piłsudskiego”, którzy bohaterów Bitwy Warszawskiej 1920 roku, szczególnie po zamachu 1926 roku, skazywali na zapomnienie, więzienia, a nawet śmierć (gen. Włodzimierz Zagórski i prawdopodobnie gen. Tadeusz Rozwadowski i inni). W PRL nie było nam to dane, w III RP ponownie zakwitł, na nasze polskie nieszczęście, „kult Piłsudskiego”, dyktatora i niszczyciela demokracji parlamentarnej.
Niech Maryja Królowa Polski nam w tym dopomoże !
Przedstawiamy w odcinkach, dzień po dniu, wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń.
ODCINEK III. WSPOMNIENIA GENERAŁA MACHALSKIEGO
Geniusz Piłsudskiego odniósł wiekopomne zwycięstwo pod Warszawą i uratował Ojczyznę od zagłady. Taki jest dogmat głoszony przez obóz legionistów. Wielu ulega tej sugestii i mało kto zastanawia się nad tym, że cała ta bitwa była najzupełniej niepotrzebna i że wcale do niej by nie doszło, gdyby Piłsudski zgodnie z postawą sejmu, przyjął propozycje pokojowe Lenina. Pojawienie się bolszewików pod Warszawą było tylko odpowiedzią na wkroczenie Piłsudskiego do Kijowa. Trudno zatem mówić, że Piłsudski uratował Ojczyznę od zagłady, skoro swoją pomyłką doprowadził ją nad skraj przepaści, a potem złożył dowództwo i usunął się do Puław, pozostawiając gen. Rozwadowskiemu trud dalszego dowodzenia.
Fotokopia rozkazu Nr 10.000 do bitwy warszawskiej została już wielokrotnie opublikowana, ostatnio przez b. ministra Jędrzejewicza. („Wiadomości” Nr. 1071). Można więc przypuszczać, że nie stanowi już żadnej sensacji. Z tej fotokopii wynikają niezbicie dwie rzeczy: jedna że gen. Rozwadowski napisał cały ten rozkaz, od początku do końca sam własnoręcznie, co świadczy że musiały zaistnieć jakieś bardzo poważne powody ku temu, bo nie jest ręczą normalną by szef sztabu generalnego własnoręcznie pisał rozkazy; druga rzecz, która wynika z tej fotokopii, to fakt, że rozkaz ten podpisał gen. Rozwadowski, a nie marszałek Piłsudski, którego podpis figuruje na koncepcie rozkazu na równi z podpisami innych generałów, jak gen. Latinika, Sikorskiego, Hallera i kilku innych, którzy podpisem swoim świadczyli tylko, że rozkaz ten przeczytali i przyjęli do wiadomości. By usunąć wszelkie wątpliwości kto jest rzeczywistym autowego rozkazu, wystarczy przytoczyć protokół posiedzenia Rady Państwa z dnia 27 grudnia 1920 roku, na którym Piłsudski stwierdził, że wykonano plan gen. Rozwadowskiego, w którym poczynił tylko pewne zmiany. (Zresztą nie bardzo fortunne). Marszałek Piłsudski uważał, że przewidziany przez gen. Rozwadowskiego rejon Garwolina jako miejsce skoncentrowania grupy uderzeniowej, jest zbyt blisko Warszawy i dlatego domagał się przesunięcia rejonu bardziej na południe, aż za rzekę Wieprz, co w swoim następstwie przyczyniło się do tego, że potem w decydującym momencie bitwy grupa uderzeniowa straciła wiele cennego czasu, by forsownymi marszami pojawić się znowu na polu bitwy.
Drugie zastrzeżenie Piłsudskiego polegało na tym, że gen. Rozwadowski przeznaczył zbyt wiele sił do biernej obrony, a za mało do grupy uderzeniowej, w czym widział zupełny nonsens. Skoro jednak tylko myślał o zmniejszeniu obrony odcinka pasywnego na korzyść odcinka aktywnego, zaraz budziły się w nim wątpliwości czy Warszawa wytrzyma. Męczyło go i drażniło, że ile razy robił próby przekonania siebie o konieczności nienakazywania tak oczywistego dla niego nonsensu, tyle razy musiał cofnąć się przed decyzją pod naciskiem odpowiedzialności za państwo. W końcu nie umiejąc znaleźć z tego wyjścia, nie chcąc przyjmować na siebie odpowiedzialności za plan, który mu nie odpowiadał, zrzekł się dowodzenia i wyjechał do Puław, pozostawiając gen. Rozwadowskiego w Warszawie własnemu losowi.
Gen. Rozwadowski nie uległ tej sugestii Piłsudskiego. Wiedział dobrze o tym, że front wiążący nieprzyjaciela, musi być zdolny wytrzymać jego napór, bo jeżeli padnie, cały plan stanie się niewykonalny.
Dlatego nie osłabił północnego odcinka, ale wręcz przeciwnie, wzmocnił go jeszcze bardziej, kierując przybyłą spod Brodów 18 dyw. piech. na skrajne północne skrzydło. Decyzje te gen. Rozwadowski powziął na własną odpowiedzialność, czym przyczynił się w wielkiej mierze do ostatecznego naszego zwycięstwa i w tym leży jego wielka zasługa.
W ubiegłym roku omówiłem na łamach „Kroniki” przebieg wydarzeń na naszym prawym, południowym skrzydle bitwy warszawskiej. Dziś pragnę omówić wypadki, które rozegrały się na naszym lewym, północnym skrzydle.
Ocena sytuacji, która służyła jako podstawa dla ułożenia planu bitwy w dniu 6 i 10 sierpnia, uległa w następnych dniach poważnej zmianie. Początkowo liczono się z uderzeniem głównych sił przeciwnika na południowym brzegu Bugu, wprost ze wschodu na zachód na Warszawę. W związku z tym spodziewano się, że uda się rozbić stosunkowo słabszą północną grupę przeciwnika, koncentrycznym natarciem z Modlina i Pułtuska, by utrwalić nasze lewe skrzydło wzdłuż rzeki Omulew i dalej wzdłuż linii Rożany-Pułtusk-Zegrze. Wnet jednak okazało się, że zadanie to stało się niewykonalne. Nieprzyjaciel bowiem przeniósł punkt ciężkości swego uderzenia bardziej na północ i całą siłą parł naprzód, by z Pułtuska i Ciechanowa uderzyć w kierunku południowym na Warszawę. W tych warunkach nie mogło być mowy o powstrzymaniu nawały bolszewickiej chociażby tylko na krótki czas, aż do przybycia posiłków. Żołnierze bosi, obdarci, zgłodniali, nieludzko przemęczeni, robili raczej wrażenie cieni, tkwiących z uporem na wyznaczonych im stanowiskach, ale nie byli w stanie przeszkodzić temu, by wezbrana fala czerwonych wojsk posunęła się luką wytworzoną między Pułtuskiem a granicą pruską, tak szybko naprzód, że przednie jej oddziały przekroczyły już linię kolejową Modlin-Ciechanów-Mława. W tych warunkach nie pozostało nic innego, jak cofnięcie naszego lewego skrzydła za rzekę Wkrę i bronienie przepraw na tej rzece aż do ukończenia koncentracji tworzącej się nowej 5 armii gen. Sikorskiego. 12 sierpnia gen. Rozwadowski przybył do Modlina dla osobistego omówienia z gen. Sikorskim organizacji i planu działania Armii.
W czasie, w którym koncentracja 5 armii była w pełnym toku, w naszym naczelnym dowództwie przyłapano radiodepeszę, z której wynikało, że 14 sierpnia nastąpi generalne uderzenie na Warszawę. Sytuacja była krytyczna. Przyczółek warszawski był bowiem niedostatecznie rozbudowany i mogło się zdarzyć, że pod uderzeniami „zmasowanych dywizji sowieckich załoga nasza nie wytrzyma i podzieli los wielu dotychczasowych bojów. Dlatego dowództwo frontu nakazało przyspieszenie ofensywy 5 armii, wyznaczając podjęcie natarcia już 14 sierpnia o świcie, by odciążyć 1 armię na przedpolu Warszawy. W natarciu 5 armii leży decyzja całej bitwy, mówił gen. Haller do gen. Sikorskiego. Podjęcie ofensywy 5 armii o świcie 14 sierpnia okazało się jednak, pomimo najlepszych chęci, niemożliwe.
Tworząca się dopiero 5 armia nie ukończyła jeszcze swojej koncentracji, niektóre dywizje były dopiero w marszu do wyznaczonych im rejonów. Niektóre oddziały były w stanie pełnej, gorączkowej reorganizacji i przezbrojenia, nieraz nawet bez amunicji. Nawet przesunięcie terminu i podjęcie ofensywy, zamiast o świcie, w południe, zawierało w sobie poważne ryzyko i było trudne do przeprowadzenia. Na ten temat doszło do dramatycznej wymiany zdań między gen. Zagórskim, szefem sztabu Frontu Północnego, a gen. Sikorskim dowódcą 5 armii, ale wszystko to nie mogło już nic zmienić w katastrofalnym wprost stanie rzeczy.
14 sierpnia dywizje sowieckie ruszyły na całym froncie do natarcia odnosząc dość poważne sukcesy. Na odcinku 5 armii udało się przekroczyć Wkrę na dość szerokim odcinku, tu jednak zostały zatrzymane. Gorzej natomiast przedstawiała się sytuacja na sąsiednim odcinku 1 armii, gdzie nieprzyjaciel zdołał zająć Radzymin i dojść do drugiej i ostatniej linii przyczółka warszawskiego opierającego się o wydmę piaszczystą, okoloną od wschodu mokradłami i ciągnącą się od Nieporętu do Rembertowa. Przeciwnatarciem zdołaliśmy wprawdzie odebrać Radzymin, około południa, ale po kilkugodzinnych walkach, zmuszeni byliśmy znowu go opuścić, nie mogąc utrzymać się w miejscu wobec przewagi przeciwnika. Po powtórnym upadku Radzymina patrole bolszewickie podeszły aż do linii Wołomin-Izabelin-Nieporęt. Komuniści zapowiadali na noc wkroczenie do miasta. Na tyłach powstał popłoch, który jednak został opanowany.
Wzywając do największego wysiłku w dniu następnym, 15 sierpnia gen. Sikorski powiedział w swojej odezwie do żołnierzy między innymi:
„W dniu dzisiejszym rozpoczyna się z dawna przez armię polską i przez cały Naród oczekiwana nasza kontrofensywa.
Piątej armii przypadło to najszczytniejsze dziś zadanie, by pierwszym uderzeniem rozpocząć i zdecydować rozstrzygający okres polsko-rosyjskiej wojny.
Żołnierze, gdy w wichurze ognia ruszycie do ataku, pamiętajcie, że nie tylko o wiekopomną sławę, lecz o wolność i potęgę naszej Ojczyzny walczycie.
Na ostrzach Waszych bagnetów niesiecie dziś przyszłość Polski.
Sercem i myślą jest z Wami cały Naród. Cała Polska wierzy i ufa, że w walce, która się dziś na śmierć i życie zaczyna, jeden może być wynik: Zwycięstwo i triumf wojsk Rzeczypospolitej Polskiej…”
Słowa te najlepiej oddają panujące wówczas nastroje.
15 sierpnia z brzaskiem dnia wojska sowieckie zdołały ubiec oddziały 5 armii i rozpoczęły uderzenie na całym odcinku Wkry. Wszystkie ataki zostały wprawdzie odrzucone, niemniej jednak opóźniło to, a częściowo nawet i zmieniło ustalony plan działania, a przede wszystkim koncentryczne natarcie na Nasielsk. Zdołano wprawdzie zatrzymać i złamać rozpęd przeciwnika, ale nie starczyło już sił, by poderwać się do nowego natarcia. Sytuacja stawała się groźna, gdyż na tyłach 5 armii, jak ciężka chmura gradowa, zawisły oddziały 4 sowieckiej armii wraz z Korpusem Konnym Gaj Chana, które każdej chwili mogły runąć na nią. Sytuację uratował zagon naszej kawalerii, której udało się w rannych godzinach wpaść do Ciechanowa, rozpędzić tam sztab 4 armii sowieckiej, zdobyć całą kancelarię dowództwa i zniszczyć radiostację, która stanowiła jedyny ośrodek łączności między dowódcą armii a daleko na zachód wysuniętymi oddziałami. Sam dowódca salwował się ucieczką i był przez kilka dni nieuchwytny. Na skutek powstałej dezorganizacji, zagon naszej kawalerii wyeliminował z pola bitwy całą 4 armię sowiecką wraz ze wszystkimi oddziałami Korpusu Konnego, które zamiast skręcić na południe, by od tyłu uderzyć na bezbronną 5 armię i zlikwidować ją, nie otrzymując żadnych rozkazów i nie orientując się w położeniu, spokojnie maszerowały dalej na zachód, z dniem każdym oddalając się od pola bitwy. Ten udany zagon naszej kawalerii wywołał po przeciwnej stronie zrozumiałe zaniepokojenie, ściągając na Ciechanów odwody 15 armii sowieckiej sprzed frontu naszej 5 armii, co z kolei ułatwiło działania naszej 18 dyw. piech. na naszym lewym skrzydle, która skręciwszy na południe, mogła do wieczora zdobyć Nowe Miasto, zmuszając przeciwnika do wycofania się za Wkrę. Rozpęd ofensywy sowieckiej został złamany. Szala wojenna przechyliła się na naszą stronę.
W dniu tym grupa uderzeniowa nie ruszyła się jeszcze znad Wieprza.
16 sierpnia około godz. 7.00 bitwa o Nasielsk rozgorzała na całym froncie, gdzie na stosunkowo niewielkiej przestrzeni przeciwnik skoncentrował aż 4 dywizje, których nie można było rozbić uderzeniem czołowym od zachodu. Jedynie zamknięcie kleszczów od południa i północy mogło dać pożądany rezultat. Dzięki takiemu dwustronnemu uderzeniu, po zaciętej walce oddziały nasze około godz. 16.00 wdarły się do Nasielska. Pomimo, że po stronie sowieckiej zaczęła zaznaczać się niepewność i bezplanowość działania, żołnierze nasi, którzy od kilku dni i nocy stali w nieustającym boju, byli tak przemęczeni i wyczerpani, że musieli naprzód coś zjeść, a potem choć kilka godzin przespać się, zanim mogli podjąć pościg za uchodzącym przeciwnikiem.
Dowództwo sowieckie, wykorzystując przymusowy brak pościgu ze strony 5 armii, wytężyło w nocy z 16 na 17 sierpnia wszystkie siły, by opanować powstałą pod Nasielskiem panikę.
Niestety, siły naszej grupy uderzeniowej, która aczkolwiek ruszyła tego dnia znad Wieprza, nie zdołały nawet nawiązać styczności z nieprzyjacielem.
Ziarno zwycięstwa, zasiane 6 i 10 sierpnia, wschodziło 15 sierpnia. Nasze zwycięstwo pod Nasielskiem zdecydowało o zwrocie na naszą korzyść, po czym lokalny początkowo odwrót, pod wpływem uderzenia znad Wieprza przemienił się w ogólną ucieczkę wojsk sowieckich na wschód.
Gen. Weygand, bezstronny, naoczny świadek, w rozmowie z naszym ambasadorem w Turcji Sokolnickim powiedział mu, że gdyby nie bitwa Sikorskiego na północy cały manewr znad Wieprza byłby się nie udał. Jest to ważne stwierdzenie, tym bardziej, że świadectwo Weyganda przekazał nie przeciwnik Piłsudskiego, ale jego najgorętszy zwolennik i wielbiciel.
Bitwa warszawska, która uratowała Polskę, ma wielkie podobieństwa z bitwą na Marną, która uratowała Francję. Gdy po wojnie, grono dziennikarzy zwróciło się do marszałka Joffra z zapytaniem, kto właściwie bitwę tę wygrał, bo różnie się o tym mówi, marszałek powiedział jowialnie: „Kto ją wygrał, moi Panowie, tego nie wiem pomimo że tą bitwą dowodziłem. Wiem tylko, że gdybyśmy tę bitwę przegrali, ja jeden byłbym za wszystko odpowiedzialny. Ponieważ jednak bitwę wygraliśmy, znalazło się wielu amatorów do dzielenia laurów”. Jest w tym pewna analogia z bitwą warszawską. Gdybyśmy ją przegrali, niezawodnie ciężar winy spadłby na gen. Rozwadowskiego, bo przecież Piłsudski przestał dowodzić i nie ponosił żadnej odpowiedzialności za to co się działo. Ponieważ jednak bitwę wygraliśmy, Piłsudski wykazując wielką elastyczność, wysunął się znowu naprzód i zapominając o swojej dymisji, bez najmniejszych skrupułów przywłaszczył sobie laury zwycięstwa.
Gen. Rozwadowski w swojej lojalności nie protestował. Po wypadkach majowych Piłsudski, dostawszy się do władzy, zamiast mianować gen. Rozwadowskiego marszałkiem i nadać mu wielką wstęgę Virtuti Militari za wygraną wojnę, wtrącił gen. Rozwadowskiego do więzienia na Antokolu, pozbywając się w ten sposób niewygodnego świadka (pogr. Polityka Polska).
Gdy rodzina generała, chcąc rehabilitować go, wydała jego biografię, płk Biegański zwrócił się do gen. Juliana Stachiewicza, ówczesnego szefa Wojskowego Biura Historycznego z propozycją, by biuro zajęło oficjalne stanowisko w sprawie świeżo wydanego studium. Gen. Julian Stachiewicz odpowiedział na tę propozycję krótko, że „Gen. Rozwadowski zasłużył sobie na większy i trwalszy pomnik, niż mu wystawił jego bratanek”i tym zamknął dalszą dyskusję. By wypowiedzieć takie słowa w Polsce pomajowej i zająć w stosunku do gen. Rozwadowskiego takie stanowisko, jakie zajął gen. Julian Stachiewicz, trzeba było wiele odwagi i charakteru. Mógł sobie na to pozwolić tylko człowiek o tak kryształowym sercu i gorący patriota, jakim był gen. Julian Stachiewicz, zwolennik Piłsudskiego, którego uwielbiał i któremu oddany był całą duszą.
Stwierdzenie, że bitwą warszawską dowodził gen. Rozwadowski, że rozpęd przeciwnika złamany został na północnym, a nie na południowym skrzydle i że uderzenie znad Wieprza tylko dobiło uchodzącego już nieprzyjaciela, w niczym nie zmniejsza wielkości odniesionego zwycięstwa, które nie ma w historii wiele równych sobie.
(Tadeusz Machalski „Bitwa Warszawska”, „Kronika”, Londyn, 5-12 sierpnia 1967 roku. Podkreślenia moje – J.G.).
Mieszcząca się na Tajwanie Republika Chińska, jest kolejnym krajem – po Ukrainie, Polsce i Litwie – któremu Stany Zjednoczone obiecały, że będą go bronić do ostatniej kropli krwi. Te zapewnienia padły z pięknych ust pani Nancy Pelosi, która w tym właśnie celu na Tajwan przyjechała. Wszystko zatem jest w jak najlepszym porządku; Republika Chińska w razie czego będzie się broniła aż do ostatniego Chińczyka, podobnie jak Ukraina – do ostatniego Ukraińca, no i Polska, do ostatniego…, no, mniejsza z tym.
Z jednej strony wymaga to gorliwości i determinacji, ale z drugiej – niepodobna nie zauważyć, że zaczyna wkradać się tu pewna nerwowość. Wprawdzie ostateczne zwycięstwo jest tuż-tuż, w zasięgu ręki – ale uchodźcy uchodzą nieprzerwanym strumieniem, a kultowe zawołanie: „idi na chuj!” które tak spodobało się w Hollywood, że pewnie na tej kanwie zostanie nakręcony jakiś thiller z Angeliną Jolie, albo Julią Roberts, zaczyna podlegać trawestacjom.
Oto Amnesty International ogłosiła raport, z którego wynika, że niezwyciężona ukraińska armia posługuje się cywilami, jako żywymi tarczami, ustawiając między blokami mieszkalnymi armaty i wyrzutnie rakiet. Wyjaśnia to fenomen, dlaczego zbrodniarz wojenny Putin tak się uwziął właśnie na ukraińskich cywilów, którzy zresztą uciekają, gdzie tylko mogą, ale również wprowadza atmosferę nerwowości, która udziela się tamtejszym parlamentarzystom, a nawet radnym municypalnym. Oto parlamentarzysta Najwyższego Sowietu Oleg Gonczarenko poinformował Amnesty International, że jest „bezwartościowym gównem”, a radna miejska Kijowa, pani Alina Mychajłowa poinformowała szefową Amnesty International, Agnieszkę Callamard, że ma w ustach „ruskiego chuja”. Słowem – Amnesty International dołączyła do grona „ruskich onuc”, które tropią i demaskują nie tylko „sygnaliści” w osobie Cezarego Łazarewicza, ale i oddział Propaganda Abteilung z Woronicza, co to właśnie po raz kolejny zdemaskował Grzegorza Brauna i Janusza Korwin-Mikke, jako ruskich agentów.
Wiadomo; kto nie jest agentem ukraińskim, a przynajmniej nie chce być „sługą narody ukraińskiego”, ten musi być agentem ruskim. Taki jest widać rozkaz, a poza tym wiadomo też, że nic tak nie gorszy, jak prawda.
Z drugiej strony to obfite rzucanie „gównami” i „chujami” może świadczyć o wkradającej się nerwowości. Skoro USA właśnie zapewniły Republikę Chińską, że w jej obronie będą walczyły do ostatniej kropli krwi, to czy przypadkiem nie oznacza to, że będą starały się wygaszać konflikty na innych kierunkach? Taki jaskółczy niepokój można było wyczuć w buńczucznym oświadczeniu prezydenta Zełeńskiego, że Ukraina „na pewno nie da się wmanewrować w dyplomatyczne bagno, jakim jest zamrożony konflikt” – a na taką właśnie możliwość, jako „jedną z możliwości”, wskazała pani Julianna Smith, ambasador USA przy NATO.
„Na pewno”, to takie samo sformułowanie, jak „nigdy”. Wyjaśnił to kiedyś Winston Churchill premierowi Mikołajczykowi, który podobnie buńczucznie mu oświadczył, że Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Wilna i Lwowa. – „Nigdy, nigdy… – mruknął Churchill. – To jest słowo, którego nikomu nie można zabronić wymawiać”. I chyba słuszna jego racja, bo gdyby ktoś teraz wspomniał o myślozbrodni, czyli o Wilnie i Lwowie, to zostałby napiętnowany jako „ruska onuca”, albo nawet agent, co powtarza ruską propagandę po Miedwiediewie. „Na pewno”, to wszyscy umrzemy.
Tymczasem „zamrożenie” jest „jedną z możliwości” jeszcze z jednego powodu. Oto Chris Powell, działacz GATA, czyli organizacji ekonomistów i menedżerów, zajmującej się badaniem przepływów złota, 18 lipca podał informację, że USA przejęły ukraińskie rezerwy złota wartości około 12 miliardów dolarów. Jakby tego było mało, we włoskich mediach pojawiły się fałszywe pogłoski, że to złoto zostało przejęte przez Amerykanów już w roku 2015, podobnie jak ukraińskie rezerwy walutowe. Tymczasem wartość amerykańskiej pomocy dla Ukrainy od roku 2014 do chwili obecnej wynosi 11,8 mld dolarów, a więc prawie tyle, ile wartość wziętych przez USA na przechowanie ukraińskich rezerw złota. W tej sytuacji „zamrożenie” byłoby całkiem logiczne, mimo kategorycznego sprzeciwu prezydenta Zełeńskiego. Bo – w odróżnieniu od złota, którego zasoby jednak są ograniczone – w prezydentach możemy – to znaczy nie my, uchowaj nas Boże od takiej pychy! – ale na przykład Stany Zjednoczone, mogą w prezydentach przebierać jak w ulęgałkach. Jak mi kiedyś w Denver w Colorado powiedział pewien starszy pan – jeśli jakiś rząd za bardzo nam, to znaczy Ameryce, podskakuje, to my go zmieniamy. Warto zwrócić uwagę, że przebierać można nie tylko w prezydentach. Kiedy wdowa po Leninie, Nadieżda Krupska, próbowała podskakiwać Stalinowi, ten dobrotliwie ją ostrzegł, że „towarzyszowi Leninowi możemy znaleźć jakąś inną żonę”.
Na domiar złego Chris Powell podaje, że z tym złotem to są same zgryzoty. Otóż – jak powiada – „zaksięgowanych” jest 30 tys. ton – ale fizycznie jest tylko 15 tysięcy, bo reszta została sprzedana, albo „wypożyczona” – cokolwiek by to miało znaczyć. Ale to jeszcze nic w porównaniu z fałszywymi pogłoskami, rozpowszechnianymi przez ruskich agentów w Italii. Przypominają oni, że takie Niemcy zdeponowały w USA około 300 ton złota i przez całe lata nie mogły się doprosić, żeby ichni inspektorzy mogli przynajmniej zobaczyć, czy to złoto istnieje. W końcu z tych 300 ton udało im się odzyskać podobno tylko 5 – i pewnie dlatego przewodniczący opozycyjnej CDU, w rozmowie z Naczelnikiem Państwa, który musiał go molestować w sprawie reparacji, wymijająco odpowiedział, że trudno będzie znaleźć niemiecki rząd, który by się na reparacje zgodził – i to nawet w sytuacji, kiedy pan Jan Zbigniew hrabia Potocki przecież ponad 800 miliardów dolarów tytułem reparacji wyprocesował dla Polski od Niemiec przed Europejskim Sądem Arbitrażowym – Sądem Polubownym w Ciechanowie, utworzonym przez Regionalną Radę Biznesu w Opinogórze.
Wynika z tego, że państwa poważne, owszem, pomagają Ukrainie – ale w granicach rozsądku. Co innego nasz nieszczęśliwy kraj, który hojności swojej dla Ukrainy nie stawia żadnych barier. Oto niedawno nasi Umiłowani Przywódcy z dumą poinformowali, że wartość polskiej pomocy dla Ukrainy stanowi równowartość 1 procenta Produktu Krajowego Brutto, czyli w liczbach bezwzględnych – około 26 – 27 miliardów złotych. Śledzenie przepływów ukraińskich rezerw złota rzuca też snop światła na rosnącą rezerwę wobec zaspokajania ukraińskich żądań przez poważne państwa Europy Zachodniej, mimo, iż pod pretekstem wojny, Stany Zjednoczone mocno chwyciły je za twarz.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
You were instructed to stay at home to protect the healthcare system. But while you did so, hospitals essentially had a holiday, and this is backed up by official data. You were told the answer to everyone’s prayers was to get the Covid-19 injection. But now that you have done so, the healthcare system is on the brink of collapse.
Waiting times for ambulances are at an all-time high. The number of emergency calls due to people suffering cardiac arrest is at an all-time high. The number of people dying is at an all-time high, with hundreds of thousands of excess deaths occurring around the world every single week.
And official Government reports prove without a shadow of a doubt that it is all thanks to the Covid-19 vaccines.
Exhibit A: The Healthcare System is overwhelmed
Ambulances in England are taking almost an hour to reach patients who have had a suspected stroke or heart attack, more than three times the 18-minute maximum wait, the latest NHS data shows. When people call 999 they can no longer be confident that they will get the emergency care they need.
Why?
The following chart is taken from the UK Health Security Agency’s ‘Ambulance Syndromic Surveillance System – Week 30′ bulletin, and it shows the daily number of 999 calls requesting an ambulance due to suffering cardiac arrest in England vs the expected rate (black dotted line).
The daily number of calls has been way above average since at least August 2021.
The National Health Service (NHS) has also confirmed in response to a freedom of information request that ambulance call-outs relating to immediate care required for a debilitating condition affecting the heart nearly doubled in the whole of 2021 and are still on the rise further in 2022.
On the 25th April 2022, Duncan Husband sent a Freedom of Information (FOI) request to the West Midlands Ambulance Service University NHS Foundation Trust requesting to know the number of call-outs for patients with heart conditions per year, between 1st January 2017 and the present day.
The NHS responded on the 18th May with a spreadsheet containing the requested information.
The following chart visualised the data made available in the spreadsheet –
ambulance call-ours for high conditions have been higher overall since January 2021, and have been increasing month on month. It was not until April 2021 that we saw a significant increase among people under the age of 30 though, and it again has increased month on month since then.
The following chart shows the overall total call-outs by year for everyone and those aged 0 to 29 –
The average number of annual call-outs between 2017 and 2020 equates to 24,463. Meaning the number of call-outs increased by 48% in 2021. The average number of annual call-outs among under 30’s between 2017 and 2020 equates to 3,940. Meaning the number of call-outs increased by 82% in 2021.
The following chart shows the monthly average number of ambulance call-outs for conditions relating to the heart by year –
There was a significant increase in 2021 among all age groups, and unfortunately, things got even worse in the first few months of 2022.
The question is, why?
Exhibit B: Covid-19 Vaccination can damage the heart, that is a FACT
Let’s look at the fact that it is now known without any doubt that Covid-19 vaccination can cause serious damage to the heart. Myocarditis and Pericarditis are just two of the handful of adverse events medicine regulators have been forced to admit can occur due to Covid-19 vaccination.
They claim it is rare, but they are lying. The fact their hand has been forced in admitting they can occur means they are much more common than the average person on the street would like to think.
This means Covid vaccination increases the risk of suffering myocarditis by a shocking 13,200%.
Myocarditis is a condition that causes inflammation of the heart muscle and reduces the heart’s ability to pump blood and can cause rapid or abnormal heart rhythms.
Eventually, myocarditis weakens the heart so that the rest of the body doesn’t get enough blood. Clots can then form in the heart, leading to a stroke or heart attack. Other complications of the condition include sudden cardiac death.
There is no mild version of myocarditis, it is extremely serious due to the fact that the heart muscle is incapable of regenerating. Therefore, one the damage is done there is no rewinding the clock.
Is there any wonder the number of ambulance call-outs in England relating to conditions affecting the heart is at an all-time high?
Exhibit C: Hundreds of thousands of Excess Deaths are being recorded every week
The Office for National Statistics (ONS) publishes weekly figures on deaths registered in England and Wales. The most recent data shows deaths up to 29th July 2022.
The following chart, created by the ONS, shows the number of deaths per week compared to the five-year average –
As you can see from the above, from around May 2021 onwards, England and Wales recorded a huge amount of excess deaths that were not attributed to Covid-19 compared to the five-year average. It then appears that excess deaths dropped at the start of 2022.
But appearances can be deceiving, and the only reason they dropped is that the ONS decided to include the 2021 data in the 5-year-average. This makes it all the more concerning that excess deaths have been recorded every week since the end of April 2022 compared to the five-year average (2016 to 2019 + 2021).
The most recent week shows that there were 11,013 deaths in England and Wales, equating to 1,678 excess deaths against the five-year average. Only 810 of those deaths were attributed to Covid-19.
Most of Europe is also recording a significant amount of excess deaths, as can be seen in the following official chart compiled by Eurostat showing excess mortality across Europe in May 2022 –
The world is experiencing an extremely serious issue where tens to hundreds of thousands more people are dying than what is expected every single week.
But how can we prove these deaths are definitively due to Covid-19 vaccination? The answer lies in comparing the age-standardised mortality rates per 100,00 among the vaccinated and unvaccinated.
Exhibit D: Mortality Rates are lowest among the Unvaccinated in all age-groups
The following is indisputable evidence that the Covid-19 vaccines are deadly and killing people in the thousands.
The following charts show the monthly age-standardised mortality rates by vaccination status among each age group for Non-Covid-19 deaths in England between January and May 2022, the figures can be found in table 2 of a recently published dataset collated by the UK Government agency, the Office for National Statistics –
In every single month since the beginning of 2022, partly vaccinated and double vaccinated 18-39-year-olds have been more likely to die than unvaccinated 18 to 39-year-olds. Triple vaccinated 18 to 39-year-olds however have had a mortality rate that has worsened by the month following the mass Booster campaign that occurred in the UK in December 2021.
We also see a similar pattern among every single other age group.
40-49
50-59
60-69
70-79
80-89
90+
These are age-standardised figures. There is no other conclusion that can be found for the fact mortality rates per 100,000 are the lowest among the unvaccinated other than that the Covid-19 injections are killing people.
But just in case that isn’t enough to finally open your eyes tot his devastating fact, here’s several more pieces of indisputable evidence to back up this fact.
Exhibit E: 1 in every 246 Vaccinated People died within 60 Days of Covid-19 Vaccination
The UK Government has revealed that 1 in every 246 people vaccinated against Covid-19 in England has died within 60 days of receiving a dose of the Covid-19 vaccine.
Table 9 of the ONS ‘Deaths by vaccination status, England’ dataset contains figures on ‘Whole period counts of all registered deaths grouped by how many weeks after vaccination the deaths occurred; for deaths involving COVID-19 and deaths not involving COVID-19, deaths occurring between 1 January 2021 and 31 May 2022, England’.
Here’s a chart showing the number of deaths within 60 days of Covid-19 vaccination in England between 1st Jan 2021 and 31st March 2022, according to the Office for National Statistics dataset –
Between 1st Jan 21 and 31st May 2022, a total of 14,103 people died with Covid-19 within 60 days of vaccination, and a total of 166,556 people died of any other cause within 60 days of vaccination.
This means that in all, 180,659 people died within 60 days of Covid-19 vaccination between January 2021 and May 2022 in England.
According to the UKHA, 44.48 million people have had a single dose, 41.8 million people have had two doses, and 32.9 million people have had three doses as of July 3rd 2022.
Therefore, using simple maths, we find that 1 in every 246 vaccinated people has died within 60 days of Covid-19 Vaccination in England.
44,480,115 (People vaccinated) / 180,659 (deaths) = 246 = 1 death for every 246 people vaccinated
Exhibit F: COVID-19 Vaccines are at least a shocking 7,402% deadlier than all other Vaccines combined
The UK Medicine Regulator has confirmed that over a period of nineteen months the Covid-19 Vaccines have caused at least 5.5x as many deaths as all other available vaccines combined in the past 21 years. This means, that when compared side by side, the Covid-19 injections are a shocking 7,402% more deadly than every other vaccine available in the UK.
The Medicine and Healthcare product Regulatory Agency (MHRA) confirmed in response to a Freedom of Information request (FOI) that had received a grand total of 404 reported adverse reactions to all available vaccines (excluding the Covid-19 injections) associated with a fatal outcome between the 1st January 2001 and the 25th August 2021 – a time frame of 20 years and 8 months.
The MHRA also confirmed, separately, in their weekly Yellow Card report summary that they had received a grand total of 2,213 adverse reactions to the Covid-19 injections associated with a fatal outcome between January 2021 and July 2022, a period of 19 months –
Meaning, there have officially been 5.5x as many deaths in just 19 months due to the Covid-19 vaccines than there have been due to every other available vaccine combined since the year 2001.
Twenty years and 8 months is a period that is 13.7 x longer than the nineteen-month period where the Covid-19 vaccines have been rolled out.
Therefore, the number of deaths reported to all other vaccines combined in the same time frame of nineteen months equates to 29.5 deaths.
This means the Covid-19 injections are proving to be a shocking 7,402% more deadly than every other vaccine available in the UK.
Exhibit G: Athlete Deaths are 1700% higher than expected since the COVID Vaccine roll-out
The number of athletes who have died since the beginning of 2021 has risen exponentially compared to the yearly number of deaths of athletes officially recorded between 1966 and 2004.
So much so that the monthly average number of deaths between January 2021 and April 2022 is 1,700% higher than the monthly average between 1966 and 2004, and the current trend for 2022 so far shows this could increase to 4,120% if the increased number of deaths continues, with the number of deaths in March 2022 alone 3 times higher than the previous annual average.
According to a scientific study conducted by the ‘Division of Pediatric Cardiology, University Hospital of Lausanne, Lausanne, Switzerland which was published in 2006, between the years 1966 and 2004 there were 1,101 sudden deaths among athletes under the age of 35.
Now, thanks to the GoodSciencing.com team, we have a comprehensive list of athletes who have collapsed and/or died since January 2021, a month after the first Covid-19 injection was administered to the general public.
Because it is such as long list we are not including it in this article so that full list can be accessed in full here.
The following chart shows the number of recorded athlete collapses and deaths between January 2021 and April 2022, courtesy of the linked list above –
As you can see there has undoubtedly been a rise from January 2021 onwards, the question is whether this was ordinary and to be expected.
In all between Jan 21 and April 22 a total number of 673 athletes are known to have died. This number could, however, be much higher. So that’s 428 less than the number to have died between 1966 and 2004. The difference here though is that the 1,101 deaths occurred over 39 years, whereas 673 recent deaths have occurred over 16 months.
The yearly average number of deaths between 1966 and 2004 equates to 28. January 2022 saw 3 times as many athlete deaths as this previous annual average, as did March 2022. So this is obviously highly indicative of a problem.
The 2021 total equates to 394 deaths, 14x higher than the 1966 to 2004 annual average. The Jan to April 2022 total, a period of 4 months, equates to 279 deaths, 9.96x higher than the annual average between 1966 and 2004.
However, if we divide the 66 to 04 annual average by 3 to make it equivalent to the 4 months’ worth of deaths so far in 2022, we get 9.3 deaths. So in effect, 2022 so far has seen deaths 10x higher than the expected rate.
The following chart shows the monthly average number of recorded athlete deaths –
The yearly average number of deaths between 1966 and 2004 equates to 28. January 2022 saw 3 times as many athlete deaths as this previous annual average, as did March 2022. So this is obviously highly indicative of a problem.
The 2021 total equates to 394 deaths, 14x higher than the 1966 to 2004 annual average. The Jan to April 2022 total, a period of 4 months, equates to 279 deaths, 9.96x higher than the annual average between 1966 and 2004.
However, if we divide the 66 to 04 annual average by 3 to make it equivalent to the 4 months’ worth of deaths so far in 2022, we get 9.3 deaths. So in effect, 2022 so far has seen deaths 10x higher than the expected rate.
The following chart shows the monthly average number of recorded athlete deaths –
So between 1966 and 2004. the monthly average number of deaths equates to 2.35. But between January 2021 and April 2022, the monthly average equates to 42. This is an increase of 1,696%.
Closing Arguments: The data doesn’t lie
There is plenty more evidence out there to prove that the Covid-19 injections are killing hundreds of thousands of people every single week. For instance, the UK Government has confirmed fully vaccinated young adults are 92% more likely to die than unvaccinated young adults (see here).
They’ve also confirmed COVID vaccinated children are at least 4423% more likely to die of any cause & 13,633% more likely to die of COVID-19 than unvaccinated children (see here).
But the most damning evidence of all lies in 4 simple facts.
Fact No.1: Medicine Regulators have been forced to admit the Covid-19 vaccine can damage the heart.
Fact No.2: Record-breaking numbers of people are requesting an ambulance due to conditions affecting the heart.
Fact No.3: Hundreds of thousands of excess deaths are being recorded around the world on a weekly basis, but only a small minority can be attributed to Covid-19.
Fact No.4: Age-standardised mortality rates are lowest among the unvaccinated population in every single age group.
These are not baseless claims. They are official Government statistics and they are found in official Government reports.
Therefore, official Government reports prove without a shadow of a doubt that hundreds of thousands of people are dying every single week due to Covid-19 vaccination.
*
Note to readers: Please click the share buttons above or below. Follow us on Instagram and Twitter and subscribe to our Telegram Channel. Feel free to repost and share widely Global Research articles.
Firma Johnson & Johnson została zmuszona do wycofania z rynku jednego ze swoich produktów. Mimo że produkowany przez nią puder dla niemowląt na bazie talku jest produktem kultowym, będącym w sprzedaży od 128 lat, w przyszłym roku ma się to zmienić. Wszystko przez 38 tys. procesów w USA.
Johnson & Johnson zapowiedział zakończenie produkcji jednego ze swoich najpopularniejszych produktów. Puder dla niemowląt, którego głównym składnikiem jest talk, ma być zastąpiony przez puder na bazie skrobi kukurydzianej.
Według „Mail Online” decyzja ta jest pokłosiem procesów, jakie toczyły się przeciwko gigantowi farmaceutycznemu. Zmusiły one firmę do wypłaty odszkodowań – liczonych w setkach miliardów dolarów – kobietom, które twierdziły, że zawarty w pudrze azbest spowodował u nich nowotwory. Od 2020 roku popularny baby powder nie jest już dostępny w USA i Kanadzie. W przyszłym roku ma zniknąć z półek sklepowych na całym świecie.
Talk jest minerałem naturalnie występującym w przyrodzie. Sęk w tym, że zazwyczaj jego złoża znajdują się w sąsiedztwie azbestu, którego cienkie włókna (o grubości zaledwie 0,01 mikrona) mogą łatwo zanieczyścić talk. Pojedyncze włókna mogą stać się przyczyną powstawania nowotworów. Z tego powodu nawet niewielka zawartość azbestu w produktach kosmetycznych jest niedopuszczalna.
W 2018 roku „Reuters” ujawnił, że szefowie firmy Johnson & Johnson od dawna mieli wiedzieć, że w pudrze dla niemowląt znaleziono ślady azbestu. Wewnętrzne dokumenty, zeznania procesowe i inne dowody wykazały, że od 1971 roku aż do początku XXI w. zarówno wykorzystywany do produkcji talk, jak i gotowe pudry Johnson & Johnson zawierały azbest.
Ponadto w 2019 roku azbest w 9 z 43 testowanych butelkach tego produktu wykryła amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA). Nakazała wycofanie go ze sprzedaży.
Mimo tych ustaleń i przegranych procesów Johnson & Johnson wciąż utrzymuje, że puder dla dzieci nie zawiera azbestu i jest w pełni bezpieczny.
– Zdecydowanie zgadzamy się z wynikami prowadzonych na przestrzeni dziesięcioleci niezależnych analiz wykonanych przez ekspertów medycznych na całym świecie, które potwierdzają, że Johnson’s Baby Powder na bazie talku jest bezpieczny, nie zawiera azbestu i nie powoduje raka – oświadczył rzecznik koncernu.
Johnson & Johnson zamierza jednak zastąpić swój produkt pudrem na bazie skrobi kukurydzianej. Twierdzi jednak, że to wynik „chęci podążania za zmieniającymi się światowymi trendami”.
Niektórzy wysoko wykwalifikowani ludzie twierdzą, że ten „nowy wirus” istnieje tylko jako teoria. W krzemionce – czyli we wnętrzu komputera. Cyfrowo wyrażona koncepcja myślenia o tym, jak DNA rzekomego nowego koronawirusa SARS mogłoby wyglądać na poziomie genetycznym.
−∗−
Tłumaczenie artykułu z serwisu Off-Guardian na temat nowych wirusów, nowych testów oraz nowych chorób i jak te elementy wykorzystać do gry. W trzy kubki. //AlterCabrio
____________***____________
– gra w trzy kubki
Oszustwo „covid” było/jest szachrajstwem [shell game], które składa się z trzech części.
Rzekomy „nowy wirus”
Rzekomy test na „nowego wirusa”
Rzekoma „nowa choroba” wywołana przez „nowego wirusa”.
Zręczna manipulacja tymi trzema koncepcjami – niczym gra w trzy kubki pod wesołym miasteczkiem – spowodowała, że tak wielu ludzi było przekonanych, iż patrzą na coś niezaprzeczalnie rzeczywistego.
MUSI być nowy wirus – bo jest na niego NOWY test
MUSI istnieć ważny test – ponieważ może zidentyfikować nowego wirusa
MUSI być nowa choroba, ponieważ ma wszystkie te NOWE objawy.
Ludzie widzieli te trzy punkty i rysowali linie łączące je w zgrabny trójkąt.
Wirus – Test – Choroba
Niewielu zdawało sobie sprawę, że ten pozorny związek był tylko domniemany, urojony. Rodzaj pareidolii.
Między tymi trzema rzeczami NIGDY nie było żadnego związku. Mówią nam to nawet w oficjalnej narracji – jeśli tylko zwrócicie uwagę.
Iluzja połączenia to po prostu szybkość propagandy oszukującej oko.
Rozbijmy to.
1. NOWY WIRUS
Raz po raz ludzie mówią: „musi być jakaś nowa choroba – ZNALEŹLI TEGO WIRUSA”.
Niektórzy wysoko wykwalifikowani ludzie twierdzą, że ten „nowy wirus” istnieje tylko jako teoria. W krzemionce – czyli we wnętrzu komputera. Cyfrowo wyrażona koncepcja myślenia o tym, jak DNA rzekomego nowego koronawirusa SARS mogłoby wyglądać na poziomie genetycznym.
Ale nawet jeśli jest to prawdziwe fizyczne odkrycie, spójrzmy na to z dystansu.
Niektórzy uważają, że znalezienie „nowego wirusa” jest równie niezwykłe i znaczące jak znalezienie nowego gatunku małpy człekokształtnej lub wielkiego kota. Godny uwagi moment. Coś, co warto zauważyć.
Nie, tak nie jest.
Znalezienie nowego wirusa w dowolnym momencie jest równie niezwykłe, jak znalezienie pszczoły w ulu. W ulu zawierającym kilka miliardów pszczół, które nieustannie się rozmnażają i mutują.
Teoria wirusów dyktuje, że „nowe” wirusy pojawiają się każdego dnia w milionach. Dosłownie mówi się, że na planecie jest 10 nonylionów wirusów – to jedynka, po której następuje trzydzieści jeden zer. [Poza krajami stosującymi tzw. krótką skalę /głównie kraje anglojęzyczne/, to jedynka i 54 zera w zapisie dziesiętnym -tłum.]
Tak więc znalezienie nowego – jeśli go szukasz – powinno być dość częste.
A szansa, że coś, co znajdziesz, jest tym samym, co powoduje jakiś nowy objaw u jakiegoś człowieka, jest mniej więcej tak duża, jak twoja szansa na zanurzenie się w miliardowym ulu i wybranie pszczoły, którą wczoraj widziałeś na krzaku lawendy.
Tak więc, nawet jeśli bezwarunkowo zaakceptujesz teorię wirusologii, „nowy wirus” sam w sobie nic nie znaczy, chyba że jest coś, co łączy tego wirusa z możliwą do zidentyfikowania, unikalną chorobą.
I oczywiście w tym miejscu pojawia się test… prawda?
2. TEST
Wiele osób, nawet tych sceptycznie nastawionych do szczepień i całej tej „pandemicznej” narracji, wciąż wydaje się być uzależnionymi od „testu”.
W sensie – to jest test. To na pewno coś testuje.
A co więcej – znajduje to!
Ludzie otrzymują „pozytywny test”.
Jak możesz uzyskać pozytywny wynik testu na coś, czego nie ma?
Cóż, oczywiście wynalazca PCR, który zginął tragicznie w 2019 roku, mógłby ci dokładnie powiedzieć, jak można uzyskać pozytywny wynik testu na coś, czego nie ma. A gdyby nie umarł, to mógłbyś postawić fortunę, którą wydałeś na maseczki, że mówiłby ci to głośno i często.
PCR NIE IDENTYFIKUJE OBECNOŚCI DOMNIEMANEGO NOWEGO WIRUSA.
Nie może. Dosłownie nie może. Nawet jeśli wykonano go prawidłowo. A zwłaszcza gdy wykonano go źle – jak było to z większością „covidowych” PCRów.
Test „pozytywny” może oznaczać, że znaleziono fragmenty RNA, które należały do nieswoistego koronawirusa. Lub może to oznaczać, że właśnie znaleziono jakieś śmieci w twoim systemie.
To nigdy nie oznaczało, że dosłownie znaleziono SARS-COV-2.
Tak więc założona linia łącząca te dwa punkty trójkąta w rzeczywistości nigdy nie istniała.
Bez testu PCR nie ma dosłownie nic, co łączyłoby rzekomego „nowego wirusa” z rzekomą „nową chorobą”.
Ale to tylko takie czepianie się, prawda? To znaczy, jest nowa choroba, więc jest oczywiste, że musi ją wywołać nowy wirus. Nawet jeśli test jest beznadziejnie błędny, a nawet bezużyteczny, to z pewnością sam fakt, że w tym samym czasie pojawia się nowy wirus i nowa choroba, musi oznaczać przyczynę i skutek?
3. NOWA CHOROBA
Choroba jest klasyfikowana jako „nowa”, gdy przedstawia unikalny, powtarzający się wzór objawów klinicznych i patologii.
Pomijając wszystko, co przyswoiłeś z mediów i memów, NIE MA żadnych unikalnych objawów klinicznych związanych z „covid”.
Jasne, niektóre były kreowane na takowe, ale to było wszystko – szum medialny.
Dwa przykłady –
Utrata smaku i węchu? Dość powszechny objaw wirusa układu oddechowego, w niektórych przypadkach może być długotrwały z powodu uszkodzenia nerwów.
Zacienienia typu matowej szyby? Och, proszę, GGO są powszechnym niespecyficznym rozpoznaniem w patologii płuc. Możesz je mieć z dowolnego powodu, od wdychania substancji drażniącej po zapalenie płuc lub gruźlicę.
Prawda jest taka, że każdy rzekomy „objaw choroby” jest również objawem „grypy” lub objawem przeziębienia lub objawem „powszechnej sezonowej infekcji dróg oddechowych” lub objawem męczliwości po chorobie wirusowej.
Niezależnie od tego, z jaką wrzawą medialną miałeś do czynienia, jest to oczywista prawda (którą wkrótce omówimy szczegółowo w naszej zaktualizowanej ściągawce covidowej).
W rzeczywistości jedyną „nową” cechą „covid” jest nazwa.
I związana z tym ogromna machina PR-owa.
Reszta, w rzeczywistości cała percepcja solidnej, wieloogniskowej „rzeczywistości”, była tylko tworem, sprytnym kawałkiem manipulacji tą percepcją i wywołała przesunięcie uwagi.
Innymi słowy – sztuczka.
Jak więc teraz wygląda nasz trójkąt łączący?
Cóż, to właściwie tylko trzy niepołączone losowe kropki.
„Nowy” wirus, jeden z milionów pojawiających się każdego dnia, który mógł, ale nie musiał, zostać wyizolowany
„Test” dla powyższego, który w rzeczywistości go nie wykrywa
Kilka starych objawów, które otrzymało nową nazwę…
Dosłownie nic prawdziwego, aby to w ogóle połączyć. W żadnym z tych szybko poruszających się kubków, które oszałamiają twoje oko, nigdy nic się nie znajdowało.
Ci jarmarczni kuglarze po prostu ogrywali wielu z nas jak głupców.
“Pandemia” w epoce mózgu łupanego [23.10.2022r] Kilka lat temu określiłem stan podatności umysłów współczesnych Polaków na propagandę mianem “epoki mózgu łupanego”. Pamiętam, że byłem wówczas zdumiony stopniem ogłupienia polskiego społeczeństwa, które prezentowało się jako całkowicie bezbronne […]
______________
Izolacja zabobonów czyli co by tu jeszcze zsekwencjonować Ponieważ nie ufam opracowaniom opartym na badaniach prowadzonych w prestiżowych laboratoriach, do których nie dopuszcza się żadnych niezależnych osób z zewnątrz. I tak wygląda sytuacja, jeśli chodzi o rzekomą izolację […]
______________
Covid-19 jako Eksperyment Ascha Nazywa się to konformizmem i strachem przed nonkonformizmem, a ten wielki eksperyment może kosztować każdego z nich zdrowie, środki do życia, prawa człowieka, wolności medyczne i każdy posiadany grosz. […]
______________
To nie wirus, to kontrola Coraz więcej ludzi dostrzega kłamstwa antywolnościowej lewicy. Te kłamstwa to wszystko, co mają w walce z pragnieniem wolności. Mogą do woli nazywać zwykłych ludzi terrorystami, ale fakty mówią same za […]
Alors que les pompiers sont fortement mobilisés pour lutter contre les incendies, des élus de droite et de gauche interpellent le gouvernement pour réintroduire en urgence les près de 5.000 pompiers non-vaccinés contre le Covid-19. Sur Europe 1, le vice-président des sapeurs-pompiers de France estime toutefois que ce n’est pas une bonne solution.
Voilà un sujet qui peut réunir la gauche et la droite. À l’Assemblée nationale, des élus des deux grandes sensibilités politiques interpellent le ministre de l’Intérieur Gérald Darmanin sur une possible réintroduction des pompiers suspendus car non-vaccinés contre le Covid-19, alors que de nombreux incendies ravagent plusieurs forêts de France. Selon le SDIS, ils sont 5.000 pompiers volontaires et 140 titulaires à ne pas pouvoir être mobilisés. Et face à l’urgence, cette décision reste une incompréhension pour l’opposition.
C’est le cas pour le député Rassemblement national du Var, Frédéric Boccaletti. „On est victime d’incendies sans précédent sur notre territoire. Les pompiers sur le terrain sont épuisés. Ils sont mis à rude épreuve depuis maintenant plusieurs semaines”, rappelle le député au micro d’Europe 1. Celui-ci poursuit : „Je pense que le ministre de l’Intérieur doit prendre ses responsabilités et réintégrer en urgence les sapeurs-pompiers suspendus. Face aux flammes, le vaccin ne protège pas”, lance-t-il, ” par contre, nos pompiers, eux, nous protègent.”
Une fausse bonne idée pour le vice-président des sapeurs-pompiers
Ce sujet a déjà été abordé en juillet, mais le gouvernement avait décidé de maintenir la suspension. Une décision légitime pour Norbert Berginiat, vice-président des sapeurs-pompiers de France. Selon lui, réintroduire les pompiers non-vaccinés serait une fausse bonne idée. „Déjà que l’on est en déficit collectif, si on a une épidémie parmi nos sapeurs-pompiers, ce sera une grosse catastrophe”, argumente-t-il auprès d’Europe 1.
„Réintroduire des gens non-vaccinés, c’est prendre le risque de mettre à plat notre capacité d’intervention. C’est pour cela que ça peut être dangereux”, explique Norbert Berginiat. Un dilemme cornélien qui n’est pas encore tranché par le ministre de l’Intérieur.
Przyjeżdżający na pomoc do Francji strażacy, nie muszą być zaszczepieni. Francuscy niezaszczepieni strażacy są zawieszeni i nie mogą gasić pożarów. Czego nie rozumicie? Logika spłonęła już dawno
Pojazd, który był kontrolowany w obecności Mateusza Morawieckiego, to supernowoczesny autokar należący do państwowego przewoźnika. Jest on wykorzystywany podczas imprez promocyjnych.
Centrum Informacyjne Rządu w odpowiedzi na pytania Wirtualnej Polski wskazało, że była to „przykładowa kontrola”.
Główny Inspektorat Transportu Drogowego w ogóle nie chciał komentować sprawy – odesłał nas do rządu.
Premier sprawdza
10 sierpnia 2022 r., Brwinów.
– Sprawność pojazdów jest kluczowa – to dlatego między innymi poleciłem Inspekcji Transportu Drogowego zintensyfikowanie wszystkich weryfikacji sprawności pojazdów, zwłaszcza pojazdów autobusowych – autokarów dzieci, które wyjeżdżają na różnego rodzaju kolonie, wakacje. Rodzice muszą mieć pewność, że dzieci poruszają się bezpiecznym pojazdem – mówi premier Mateusz Morawiecki podczas konferencji prasowej.
W wydarzeniu uczestniczy Główny Inspektor Transportu Drogowego oraz wielu pracowników inspekcji.
Do wyrywkowej kontroli zostaje zatrzymany autokar. Premier, w świetle jupiterów oraz przy relacji na żywo pokazywanej w TVP Info, sprawdza stan techniczny pojazdu wraz z kontrolerami.
Państwowy superbus
Zatrzymany autokar – akurat bez pasażerów – należy do spółki PKS Polonus. 100 proc. udziałów posiada w niej Skarb Państwa.
Pojazd o numerze rejestracyjnym WGM 40587 to jeden z najnowszych nabytków państwowego przewoźnika. Został zakupiony w 2018 r. jako supernowoczesny autokar.
I od tego czasu jest chętnie pokazywany przez firmę.
Naliczyliśmy co najmniej kilkanaście wydarzeń, w których spółka chwaliła się swoim nabytkiem.
Ten konkretny autokar był pokazywany podczas święta niepodległości, reklamowano nim tłusty czwartek obchodzony na pokładach wszystkich pojazdów należących do Polonusa.
Autokar brał też udział między innymi w przygotowanej w związku z pandemią koronawirusa akcji „LOT do domu”, był bohaterem „Dnia Kierowcy Zawodowego”, a także pokazywano go w towarzystwie cysterny Orlen Paliwa.
Ogólnie: to jeden z dwóch najchętniej pokazywanych autokarów Polonusa i bodaj najczęściej wykorzystywany podczas wydarzeń o charakterze promocyjnym.
Przykładowa kontrola
– Oczywiście można zakładać, że to zupełny przypadek, iż spośród tysięcy autokarów tło dla premiera robił ten jeden z najnowocześniejszych w Polsce, w biało-czerwonych barwach i akurat należący do państwowej spółki. Ale ja bym w przypadki nie wierzył – mówi nam anonimowo osoba dobrze zorientowana w rządowych realiach. I dodaje, że sprawa kontroli autokaru jest bliźniaczo podobna do sytuacji, w której premier przemawiał na wsi, a za swoimi plecami miał wypożyczone [dla tej akcji md] ciągniki.
Spytaliśmy Główny Inspektorat Transportu Drogowego, na jakiej zasadzie wytypowano do kontroli pojazd – czy został on zatrzymany „w trasie”, czy też kontrola tego konkretnego autokaru była wcześniej zaplanowana. Spytaliśmy też o rezultat kontroli.
Główny Inspektorat Transportu Drogowego jednak odmówił udzielenia odpowiedzi na pytania, wskazując, że powinniśmy oprzeć się w tej kwestii na stanowisku Centrum Informacyjnego Rządu.
Centrum Informacyjnego Rządu spostrzegło też, że uprawnienia do kontrolowania stanu technicznego pojazdów ma Inspekcja Transportu Drogowego.
„Prezes Rady Ministrów został zaproszony na przykładową kontrolę zorganizowaną przez ITD” – zaznaczyli urzędnicy kancelarii premiera.
O sprawę spytaliśmy też spółkę PKS Polonus. Ta chętnie pochwaliła się, że kontrola nie wykazała jakichkolwiek nieprawidłowości.
Autokar zaś – jak przekonuje Polonus – został zatrzymany w drodze z Warszawy do Łodzi. W środku nie było pasażerów, bo ci mieli wsiąść dopiero w Łodzi, by pojazd wraz z nimi wrócił do Warszawy.
Prezes koncernu farmaceutycznego Pfizer Albert Bourla otrzymał pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa, o czym poinformował na Twitterze.
[Przecież wykazano wielokrotnie, że to NIE JEST wiarygodne. A o PEWNYCH czyli sprawdzonych lekarstwach nawet się nie zająknie!! Mirosław Dakowski]
60-letni Bourla przyjął cztery dawki szczepionki przeciw Covid-19 produkcji swojej firmy. Jak napisał, ma „bardzo łagodne symptomy” choroby i zamierza się izolować. Przekazał także, że rozpoczął przyjmowanie leku Paxlovid, czyli jednego z dwóch preparatów przeciw koronawirusowi, które zostały dopuszczone do stosowania przez amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA).
Prezydent USA Joe Biden i jego główny doradca medyczny Anthony Fauci niedawno zakazili się koronawirusem, mimo że przyjęli wcześniej drugą dawkę przypominającą szczepionki. Podobnie jak Bourla, obaj mężczyźni rozpoczęli terapię Paxlovidem. Obaj doświadczyli też później „odbicia Paxlovidu”, co oznacza, że ponownie otrzymali pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa po początkowym negatywnym teście wkrótce po zakończeniu terapii lekowej – podał amerykański portal The Hill.
Bourla jest zakażony subwariantem Omikronu BA.5, który dominuje obecnie w Stanach Zjednoczonych, stanowiąc prawie 90 proc. przypadków zakażenia koronawirusem w tym kraju.
Jest koniec lipca 2022 roku, a na świecie trwa przewrót o ogromnych rozmiarach. Jego oddziaływanie jest tak ogromne, że trzeba zadać pytanie: czy czasem nie jesteśmy świadkami nie tylko Wielkiego Resetu, ale także początku III wojny światowej?
Aby uzasadnić to pytanie, spójrzmy na dwie pozostałe wojny światowe:
Pierwsza wojna światowa w latach 1914-1918 była walką o miejsce po Wielkiej Brytanii jako wiodącej potęgi światowej i o jej bogate w zasoby naturalne kolonie. Kandydatami na następcę były Rzesza Niemiecka i USA, które w drugiej połowie XIX wieku przeżyły ogromny rozkwit gospodarczy.
Wielkim przegranym pod koniec I wojny światowej była Rzesza Niemiecka, która w 1919 roku została zobowiązana na mocy Traktatu Wersalskiego do wypłacenia wysokich reparacji, głównie Wielkiej Brytanii, Francji i Włochom.
Jednak wielkim zwycięzcą nie były Stany Zjednoczone jako naród, ale wielkie banki z Wall Street. Początkowo finansowali wojnę, udzielając pożyczek różnym walczącym frakcjom. W 1917 roku, kiedy Niemcy pokazały , że mogą wygrać wojnę, szantażowali rząd w Waszyngtonie, który przez trzy lata nie uczestniczył w tej wojnie, i wezwali go do interwencji. W ten sposób odzyskali pieniądze wraz z odsetkami od rządów Londynu, Paryża i Rzymu poprzez wypłaty reparacji.
Trzeba więc zdać sobie sprawę, że w ciągu czterech lat, w których 16 milionów ludzi straciło życie, to wielkie banki z Wall Street sfinansowały wojnę za kulisami, podsyciły ją i ostatecznie najwięcej z niej skorzystały. [To one też finansowały rewoltę Lenina i Trockiego – też z zyskiem. MD]
Nie inaczej było w czasie II wojny światowej. Jest nam ona zawsze przedstawiana jako walka demokracji z faszyzmem. Ale to nie jest prawda. Naziści nigdy nie doszliby do władzy bez polityki pieniężnej Wall Street. To wielkie amerykańskie banki umożliwiły szaleństwo konsumenckie lat 20-tych XX wieku poprzez masowe pożyczki i doprowadziły do jego końca wraz z krachem 1929 roku. Masowe bezrobocie, które położyło podwaliny pod powstanie NSDAP, było przede wszystkim konsekwencją tego krachu.
Podczas wojny banki amerykańskie ponownie działały w tle jako podżegacze wojenni, zapewniając wsparcie finansowe wszystkim stronom. W końcu zostali za to nawet sowicie wynagrodzeni: po tym, jak tym razem straciło życie 66 milionów ludzi, politycy w 1944 roku w Bretton Woods stworzyli dla nich nowy globalny system finansowy, dzięki któremu mogli finansowo dotrzeć do najdalszych zakątków globu. Świat w następnych latach mógł się rozwijać.
W międzyczasie minęły trzy ćwierćwiecza, podczas których najpierw widzieliśmy powojenny boom, a potem deregulację systemu finansowego. W wyniku obu procesów siła Wall Street jest dziś większa niż kiedykolwiek wcześniej. Ponadto w tle uformowała się nowa siła, która jest znacznie silniejsza niż poszczególne banki. To są menedżerowie dużych pieniędzy, kierowani przez BlackRock i Vanguard. Są teraz jednymi z głównych akcjonariuszy wszystkich głównych banków na Wall Street – czy to JPMorgan, Citigroup, Bank of America czy Goldman Sachs – a najważniejsze banki centralne świata również się im poddały.
Mamy więc do czynienia z największą koncentracją władzy w systemie finansowym wszechczasów. Ponadto, wraz z firmami IT w Dolinie Krzemowej, pojawiła się nowa branża, która teraz połączyła się z tymi zarządzającymi aktywami. BlackRock, Vanguard and Co. są również głównymi udziałowcami Alphabet, Amazon, Apple i Microsoft.
Ten absolutnie gigantyczny kartel zarządzających majątkiem i firmami IT przejął więcej władzy niż jakakolwiek siła w całej historii ludzkości, ponieważ kontroluje nie tylko pieniądze, ale także dane na całym świecie. Ma jednak również historyczny problem:
Rynki finansowe, doprowadzone do rekordowych maksimów, żądają coraz więcej pieniędzy i coraz niższych stóp procentowych. Ponieważ jednak osiągnęliśmy zerowe stopy procentowe w 2020 r. i nie można ich zepchnąć do wartości ujemnych, jedyne, co pozostaje, to kreacja pieniądza. Ale to prowadzi do dewaluacji waluty. Aby to ograniczyć, musisz podnieść stopy procentowe. Ale to utrudnia spłatę kredytów, które są obecnie na najwyższym poziomie. Ponadto świat dryfuje w recesję, czyli kurczenie się produkcji gospodarczej.
Kompleks cyfrowo-finansowy znajduje się zatem w historycznej pułapce. Więc co robić?
Cóż, wojny zapewniają wzrost cen dla firm zbrojeniowych, napędzają rynki finansowe, zwiększają popyt na kredyt z powodu przejścia z gospodarki czasu pokoju do gospodarki wojennej i tworzą masę miejsc pracy po zniszczeniach spowodowanych odbudową. Wojny są potężnym motorem ekonomicznym.
Ale wojny są również doskonałym sposobem odwrócenia uwagi od rzeczywistych problemów dzisiejszych czasów. Bardzo łatwo jest wprowadzić w błąd większość populacji, tworząc wizerunki wrogów.
Jeśli przyjrzysz się trzeźwo obecnej sytuacji, musisz zdać sobie sprawę, że wszystko, co niesie ze sobą wojna, jest obecnie bardzo potrzebne. Cóż więc może być bardziej oczywistego dla potężnych w tej sytuacji niż iść na wojnę i albo rozpalić istniejące źródła konfliktu – jak to już stało się na Ukrainie – albo – jak na Tajwanie czy na Bliskim Wschodzie – pozwolić im stale dusić się na wolnym ogniu aby w razie potrzeby je podpalić.
Jeśli I i II wojna światowa nauczyły nas czegokolwiek, to tego: to nie politycy podejmują decyzje. W dzisiejszych czasach nie ma sensu patrzeć na Scholza, Macrona, Bidena, Putina czy Xi Jinpinga. Ich funkcją jest rozpraszanie nas wszystkich, wprowadzanie nas w błąd i w ten sposób torowanie drogi dla agendy innej siły. Jeśli chcemy wiedzieć, co nam zagraża, musimy spojrzeć na tę inną siłę w tle, a tam zobaczymy:
Wszystkie warunki do wybuchu III wojny światowej są obecnie spełnione. A politycy już pokazują na Ukrainie, że po raz kolejny bez skrupułów podporządkowują się agendzie w tle i wysyłają ludzi na śmierć.
To nie są dobre perspektywy, ale powinniśmy sobie ciągle przypominać: większość ludzi pozwala na to wszystko tylko dlatego, że nie widzi tła i ufa polityce i mediom.
Jednak zaufanie to zostało już poważnie zachwiane w ciągu ostatnich dwóch i pół roku, a w nadchodzących tygodniach i miesiącach będzie jeszcze bardziej zachwiane. Kompleks cyfrowo-finansowy trzyma się swojej bezkompromisowej strategii tylko z jednego powodu: ponieważ nie ma innego sposobu, aby utrzymać swoją siłę.
Ale to nie oznacza nic innego, jak to, że otwiera się dla nas wszystkich historyczne okno czasowe, w którym oświecenie może znaleźć podatny grunt, otworzyć oczy wielu i w ten sposób prawdopodobnie zapoczątkować historyczny punkt zwrotny.
Ernst Wolf
Tłumaczył : Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Sławomir M. Kozak https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/cenzura-wiecznie-zywa,p897825321
2022-08-12
Sierpień, to miesiąc, w którym toczymy gorące dyskusje na temat Powstania Warszawskiego. Na ogół, wcześniej, czy później, w tych rozmowach dochodzimy do kwestii zdrady, jakiej dopuścili się wobec Polski, nasi ówcześni alianci. Do konferencji teherańskiej przede wszystkim, jako tej, podczas której przesądzono losy Polski, już na przełomie listopada i grudnia 1943 roku, na wiele miesięcy przed wybuchem Powstania. Późniejsze, jałtańska i poczdamska, przypieczętowały tylko ustalenia wcześniejsze. Jednak, mało kto sięga dalej wstecz, do tzw. Konferencji w Quebecu, na którą nie przybył Stalin, ale już był zaproszony przez jej inicjatorów. Konferencja była oczywiście ściśle tajna, nosiła kryptonim „Quadrant” i odbyła się w dniach 17-24 sierpnia 1943, czyli prawie na rok przed zrywem w Warszawie. Teoretycznie zorganizowali ją przywódcy Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Kanady, ale kanadyjski premier William Mackenzie King, był tylko gospodarzem, zapewniał miejsce i kwestie techniczne, a do rozmów nie został nawet włączony, bo przecież Kanada nie była nigdy równoprawnym partnerem dla Churchilla i Roosevelta. Już wówczas, powojenne losy świata kreśliła wielka trójka, pomimo formalnej nieobecności na tym sabacie przywódcy Związku Sowieckiego. To wtedy dopinano szczegóły dotyczące inwazji na Francję, czyli operacji Overlord, usunięcia Włoch z sojuszu państw Osi i zajęcia ich wraz z Korsyką, omawiano plany współpracy w budowie bomby atomowej, ale też kwestię posunięć wobec Japonii. O tym wszystkim możemy przeczytać w Wikipedii, choć pomiędzy angielską wersją hasła „Konferencja w Quebecu”, a polską, istnieje pewna różnica. W naszej wersji językowej pominięto jeden istotny fragment.
„Zdecydowano, że operacje na Bałkanach powinny być ograniczone do zaopatrywania partyzantów, natomiast operacje przeciwko Japonii zostaną zintensyfikowane w celu wyczerpania zasobów japońskich, przecięcia ich linii komunikacyjnych i zabezpieczenia baz wypadowych, z których można by zaatakować kontynent japoński.
Oprócz dyskusji strategicznych, o których poinformowano Związek Sowiecki i Czang Kaj-Szeka w Chinach, konferencja wydała również wspólne oświadczenie w sprawie Palestyny, mające na celu uspokojenie napięć, gdyż okupacja brytyjska stawała się coraz trudniejsza do utrzymania. Konferencja potępiła również niemieckie okrucieństwa w Polsce”. (tłum. smk).
Dlaczego akurat jedyne zdanie, w którym podniesiono kwestię naszego kraju, zostało pominięte w polskiej wersji językowej, nie wiemy. Żadne logiczne wytłumaczenie, poza konsekwentnym wypychaniem ze świadomości Polaków, nazwanego po imieniu niemieckiego ludobójstwa na naszym narodzie, nie przychodzi do głowy. To pokazuje wiarygodność tego źródła (dez)informacji. Z tego powodu, w swoich felietonach i książkach, częściej sięgam do zasobów anglojęzycznych, bo choć one również skażone są cenzurą politycznej poprawności, to nadal na mniejszą skalę. Brytyjczycy nie obawiają się mimo wszystko pisać, że prowadzili okupację Palestyny, która stawała się „coraz trudniejsza”, choć oczywiście takie stwierdzenie pojawiło się tylko dlatego, by umacniać odbiorców w przekonaniu o nieuchronności, mającego nastąpić 5 lat później, powstania państwa Izrael. Ale, dobra psu i mucha! Polskiemu czytelnikowi taka wiedza nie jest do niczego potrzebna, a wręcz mogłaby zaważyć na formowaniu niewygodnej opinii na temat naszego sojusznika. I to tego, który coraz poważniej myśli o wejściu w buty wuja Sama na podwórku europejskim.
Oczywiście, wycięty urywek wskazuje na jeszcze kilka innych, istotnych elementów. Przede wszystkim, na podjętą już wówczas decyzję o nieangażowaniu się poważnie w działania na Bałkanach, gwarantując Stalinowi swobodny marsz na zachód bez obaw o zajęcie Europy przez aliantów od jej miękkiego podbrzusza, czyli strony południowej. Pokazuje też kontynuację silnej współpracy z Chinami, które Amerykanie poważnie wspierali finansowo i militarnie jeszcze przed wybuchem wojny japońsko-chińskiej, co nadal pozostaje tematem tabu, bo podcina utrzymywaną od ponad 80 lat bajkę dla naiwnych o niespodziewanym, niesprowokowanym ataku na Pearl Harbor.
Tymczasem, już 23 czerwca 1941 r., Sekretarz Departamentu Zasobów Wewnętrznych USA, Harold L. Ickes pisał do Roosevelta, że „nigdy nie będzie tak dobrego momentu na zablokowanie transportów ropy do Japonii jak teraz. . . . Z embarga na ropę może powstać sytuacja, która sprawi, że nie tylko możliwe, ale i łatwe będzie skuteczne włączenie się do tej wojny. A gdybyśmy w ten sposób pośrednio zostali do niej wciągnięci, uniknęlibyśmy krytyki, że weszliśmy do niej, jako sojusznik komunistycznej Rosji.” (tłum. smk).
Ten współtwórca tzw. Nowego Ładu pisał tak nie bez przyczyny, albowiem zaledwie dzień wcześniej Niemcy z sojusznikami uruchomiły Operację Barbarossa, czyli atak na Związek Sowiecki. Ickes realizował tym samym sugestie komandora Arthura McColluma z wywiadu Marynarki Wojennej, w którego planie prowokacji przeciwko Japonii, jeden z punktów zakładał „całkowite embargo na handel USA z Japonią, we współpracy z podobnym embargiem nałożonym przez Imperium Brytyjskie” i podkreślał, że „jeśli za pomocą tych środków można skłonić Japonię do popełnienia jawnego aktu wojny, tym lepiej”.[1] (tłum. smk).
Jak widzimy, z tak krótkiego fragmentu tekstu, którego zabrakło w polskojęzycznej wersji internetowej encyklopedii, bardzo wiele można wywnioskować. Między innymi o daleko posuniętej naiwności tych wszystkich, którzy wierzyli w gwarancje składane nam przez naszych sojuszników. Jeszcze na rok przed wybuchem Powstania. A, zainteresowanych niezwykle ciekawym rozdziałem historii stosunków amerykańsko-brytyjsko-japońskich, zachęcam do sięgnięcia po moją najnowszą książkę, „Requiem dla Amelii Earhart”, która pojawi się w Polskiej Księgarni Narodowej w drugiej połowie sierpnia.
Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 31/2022
[1] „Day of Deceit: The Truth about FDR and Pearl Harbor”, Robert Stinnett, Touchstone, 2000.
Wygląda na to, że rządy w całym świecie zachodnim są zdecydowane zniszczyć hodowców bydła i trzody, a Nowa Zelandia nie jest tu wyjątkiem.
Według radykałów klimatycznych w tym kraju, bekanie krów i owiec jest zbyt szkodliwe dla środowiska ze względu na uwalniany metan i należy to zjawisko ograniczyć.
„Nie ma wątpliwości, że musimy zmniejszyć ilość metanu, który wprowadzamy do atmosfery, a skuteczny system cen emisji dla rolnictwa będzie odgrywał kluczową rolę w tym, jak to osiągniemy” – powiedziała BBC minister ds. zmian klimatu Nowej Zelandii James Shaw czytamy na portalu https://thecountersignal.com/[James to dotąd był chłop!! Już jest babą?? MD]
Zgodnie z proponowanymi przepisami, rząd zacząłby opodatkować hodowców za emisje gazów od 2025 r., oferując zachęty i niższe stawki podatkowe rolnikom, którzy karmią zwierzęta według specjalnej diety zapobiegającej odbijaniu się i sadzą więcej drzew, aby zrównoważyć domniemane emisje z hodowli zwierząt.
Według WebMD inne zalecane przez rząd rozwiązania obejmują „maski dla krów, które wychwytują i zamieniają metan w wodę i dwutlenek węgla, metodę, która zmniejsza emisje o ponad 50% ..
Niektórzy rolnicy już eksperymentują z paszą z wodorostów . A naukowcy majstrują przy genetyce krów, aby zwiększyć ich wydajność trawienia”.
[Przecież dobrze nażarta krowa wypiarduje ok 1 m3 metanu na dobę. Też łapać! A ludzie?? Może ministerki zaczęłyby od siebie – balonik na pupie i drugi na gębie.. Może ten Franciszek z Watykanu by sobie i swoim nakazał? Pachamama by go chwaliła! MD]
Ostateczna decyzja w sprawie wprowadzenia podatku od bekania ma zapaść do grudnia tego roku.
W całym tym nieszczęśliwym kraju nastał „dzień gniewu i klęski“. Tysiąc już piór krwią pisząc, opowiedziało te straszliwe epizody dreszcz budzące. Sine, z rozpłataną piersią widma, krążą w mrocznem wspomnieniu, tak, że się myśleć o tem nie chce, dusza się bowiem wzdryga. Ze wszystkich zakątków, ze wszystkich dróg i gościńców waliły się rozkrzyczane wieści bieżały rozełkane echa, gonił płacz i krwią napęczniały jęk: ukraińska dzicz morduje cywilizację. Niepodobne to było do wiary, żeby to się działo w takim stopniu, w jakim się działo istotnie, z opowieści tych bowiem wynikało, że Atylla to był baranek, Tymur Kulawy miał duszę anielską. Nad tą ziemią bogatą i śliczną, zapanował zwierz, nietylko morderczy, lecz złośliwy, ohydnie złośliwy, dla którego na ziemiach cywilizowanych miejsca być nie powinno. [ 90 ]Straszliwy rezun, wnuk Gonty i Żeleźniaka, a krewny paryskich „dyplomatów“, mordował szlachcica, bo uważał to za przykazanie swoje główne, mordował jego żonę, bo ta urządziła mu szpital, a kiedy dziki zwierz ukraiński skaleczył się w lesie przy kradzieży drzewa, opatrywała mu dobremi rękoma ranę; rozcinał brzuchy panienkom ze dworu, bo uczyły czytania młodych rezunów i głaskały je po wszawych głowach. Kiedy wymordował wszystkich, wtedy rabował dom wedle swojej metody; nie wiedział, co uczynić z jakimkolwiek sprzętem, więc go rozbijał siekierą; plądrował wśród bezcennych pamiątek, podpaliwszy starą bibliotekę, aby mu było widno wśród walpurgicznej nocy; z pasją tłukł zwierciadła, darł obrazy, wyrywał posadzki, tłukł marmury. Jednakże niczego z taką nie palił lubością, jak książki. Ta krwawa imitacja człowieka miała przed zbiorem książek jakiś niesamowity, niepojęty lęk; mówił sobie ukraiński Hotentot — (tylko z braku lepszego porównania śmiem obrazić poczciwych Hotentotów,) — że ktoby te wszystkie książki przeczytał, ten byłby mędrszym, niż sam …Kiereński, trzeba je tedy spalić.
Tak oto przez setki lat gromadzone pomniki kultury zmieniły się w kupę popiołu, zalanego [ 91 ]krwią. w czasie kilku nocy, których Bóg się pewnie przeraził, w męczeńskim ogniu umarła dusza tego kraju. Ludzie umierali, jak bohaterowie, jak męczeńscy misjonarze wśród dzikich, kobiety umierały, wystrzeliwszy wszystkie ładunki po obronie rozpaczliwej i strasznej.
W epidemji zbrodni, te były najohydniejsze, których nikt pojąć nie zdoła. Zdarzyło się, że do rodzącej czarownicy, trzeba było wezwać lekarza. Pojechał do niego rezun i całował po rękach prosząc, by się udał z pomocą. Lekarza tego uważano za świętego człowieka, szedł naprzeciwko tyfusowej śmierci bez wahania do najbiedniejszego, w tej chwili tedy udał się z pomocą do rezunów. Kiedy czynność swoją spełnił, zamordowano go ohydnie, potem zamordowano jego córkę.
Jest coś w tych opowieściach, czego dobry Bóg chrześcijański w nieskończonym swym rozumie nie pojmie nigdy. Ludzkość została sponiewieraną po tysiącu lat chrześcijaństwa w tym kraju. Zdumiałby się członek paryskiego towarzystwa geograficznego, który ze zgrozą wspomina o tem, jak w czternastym wieku Nowo-Zelandczycy powiesili misjonarza, kobiety wyłupiły mu oczy i zjadły mózg, zdumiałby się i nie jechałby już po opowieści z czternastego [ 92 ]wieku na wyspach Eioji, albo w cieśninie Torrés.
Rzeczy okropniejsze działy się w środku Europy w 1918 roku. Popełniał je człowiek napół cywilizowany, po namyśle, po przygotowaniach, z lubością i rozkoszą, chytry i czający się za węgłem, lecz ohydny w swojej psiej pokorze, jeśli został rozbrojony; wtedy pada na kolana i całuje nogi i Boga woła na świadectwo, że jest niewinny. Taka jest dziwna plugawa podłość w tym strasznym rezunie, że zbrodniarz, schwytany, lecz hardo idący na szubienicę, jest wobec niego, jak bohater wobec wściekłego psa.
Ostatecznie pojąć można szał zniszczenia u człowieka, dotkniętego zbrodniczym obłędem, któremu widok pożaru pałacu sprawia sadystyczną rozkosz. Uważał pana za swojego wroga i spalił jego dom, hajdamackie zaś czarownice, półnagie, pijane i straszne, zarażone syfilisem przez żołdactwo, z frontu uciekające, tańczą dokoła pożaru. Jest to rodzajowy obraz wiosennej, ślicznej nocy ukraińskiej. Wtedy jednak zaczynają się znów rzeczy niepojęte; ludzi już wymordowano, morderczy zaś szał woła o ofiarę. Wtedy ten syn ziemi, którego po strasznej śmierci ziemia w siebie przyjąć nie zechce, rozwija całą łotrowską pomysłowość i z dworskiej stajni wyprowadza krowę. [ 93 ]Nieszczęsne zwierzę zawieszono na drzewie, pod niem zaś rozpalono ognisko i „pańska“ krowa, oszalała z bólu, pieczona żywcem, wydaje z siebie rzężenia i jęki potworne ku obłąkanej radości tych ludzi, którzy w „spokojnem“ życiu codziennem uważają za obowiązek kopnięcia przy każdem spotkaniu najprzyjaźniejszego psa, pewnie z głuchej wściekłości, że nieszczęsny, ukraiński pies uczciwszą ma duszę.
Niema, zdaje się, już w środkowej Afryce podobnego plemienia, nie powinno się tedy po rozmaitych europejskich Praterach obwozić dobrookich Aszantów i chudonogich Syngalezów, lecz w mocnych żelaznych klatkach pokazywać zdumionej Europie tych szermierzy wolności, pupilów zjełczałej dyplomacji. Zdumiałaby się Europa, podwika bezzębna, którą Barnum bawił dotąd niepomysłowo.
Cała ziemia ukraińska spłynęła męczeńską krwią; płynęła ona po pochyłych ulicach Kijowa, wsiąkała w pszeniczną ziemię wsi, w każdej zaś tliły zgliszcza odwiecznych, dobroczynnych siedzib ludzkich. Noc ukraińska krwawiła niebo bezustannie, — krew była na ziemi i na niebie. Bóg się skrył w chmurach, a ziemia bez Boga oszalała, zalana łzami.
Wszystko to odbywało się na tle [ 94 ]idjotycznego politycznego rozdziału, bo Kijów zajęli ukraińscy bolszewicy, reszta kraju była w mocy Ukraińców „wolnościowców“. Był to rozdział farsowy, w który dotychczas wierzą tylko ludzie, tak beznadziejnie naiwni, jak dyplomaci.
Tu i tam mordował ten sam zwierz. Cała Ukraina przepojona jest bolszewizmem, a o nomenklaturę sprzeczają się tylko łotry naczelne, polityczne kondotjery, dowódcy rezunów. Jedną ten cały kraj ma duszę, zarażoną wścieklizną, która czasem dla politycznego szachrajstwa udaje podział na „szlachetną“ i na bolszewicką. Chłop ukraiński, fachowy bolszewik i niefachowy bolszewik, morduje wedle tej samej metody i wedle tego samego hasła. Hasłem jest zniszczenie wszystkiego, co polskie, zniszczenie aż do fundamentów. Agitator tłumaczył chłopu, że przedewszystkiem należy zrównać z ziemią dom pański, pan bowiem, nie mając do czego powrócić, nie powróci; stąd pochodziła przedewszystkiem ta niepojęta zaciekłość i wytrwałość w niszczeniu domu, który temu oszalałemu chłopu mógłby się przydać na szkołę czy na szpital.
W tem była metoda, reszta należała do nadzwyczajnych przyjemności. Jedną z najkalpitalniejszych było rozbijanie gorzelń, to już było [ 95 ]więcej, niż przyjemność, to było dumne narodowe święto, którego nie widział Dante, bo był tylko w piekle, nie był jednak na Ukrainie.
Tysiączna czerń otaczała gorzelnie, drżąca i niecierpliwa; w szlachetnym tłumie nie brakło nikogo, był tam ślepy stuletni starzec i trzyletnie dziecko. Każde z nich rozumiało powagę chwili i z radosnym niepokojem patrzyło wychodzącemi z orbit oczyma, jak mistrz ceremonji, albo stary, rutynowany pijak, albo rutynowany kryminalista czynił przygotowania do djabelskiego sabbatu. Metoda obrzędu była w części swojej pierwszej rozumna i zapowiadająca sprawiedliwy podział. W żelaznej cysternie, zawierającej spirytus, patentowany fachowiec czynił kilkanaście małych otworów, czerń zaś podstawiała pod te strugi, które są wynalazkiem Mefistofela z pierwszej części „Fausta“ — niezliczone naczynia. Gdyby czerń pijacką można było ex abrupto zorganizować w społeczeństwo po pijanemu nawet praworządne, wszystko byłoby nieciekawe, każdy bowiem rezun z pełnem naczyniem poszedłby się upić sprawiedliwie do swojej plugawej nory, obwieszonej porwanemi na strzępy dywanami z pałacu. „Lud“ ukraiński lubi jednakże rzeczy efektowne i niecodzienne. Każdy z takich [ 96 ]bandytów, napełniwszy naczynie, nie odchodził lecz pił na miejscu. Piły kobiety i dzieci, pili do nieprzytomności starzy i młodzi. Po chwili był ten i ów, jak piorunem rażony, wlawszy w siebie litr czystego spirytusu. Dzieci wiły się w konwulsjach, a po nich, tratując czasem na śmierć szczęśliwych już pijanych, wśród okrzyków rozpaczy, by nie zabrakło napoju, bieżał do Zdroju okropny tłum. Jeden drugiego darł za włosy i kąsał. Wreszcie zabrakło im cierpliwości, więc siekierami wydarto większy otwór w kadzi i zimny płomień wódki buchał, jak odkryte źródło. Otworzono drugą, rozbito trzecią kadź, dokoła oszalała czerń wyjąca djabelskim, okropnym spazmem, ciska precz konwie i garnki: to komplikuje pracę, którą można uczynić prostszą. Wódka zalewa ziemię, więc się tłum rzuca na kamienną podłogę gorzelni, straszny, potworny, błędny i wściekły; chwyta wódkę rękoma i podnosi do ust. Ale i to jest za mozolne, więc się rzucają na twarze i zanurzają je w powodzi spirytusu. Czasem się już taki nie podniesie i sinym, znagła obrzękłym pyskiem uderza o kamień. Kobiety rozchełstane i wściekłe drą palcami podłogę, albo poją dzieci; igrzysko czyni się szatańskie, powietrze jest oszalałe, twarze ludzkie straszne. Ktoś na [ 97 ]śmierć pijany stoczył się na bok, jego miejsce zajmuje w tej chwili inny pragnący i pije i żłopie i mlaska i rży i wyje z radości. Zdarzyło się podczas takiego rozpętania, że dzień minął, a wódki było jeszcze wiele; było jej tyle, że się wylało poza budynek, gdze ją ciżba zaczęła chłeptać z błota i z gnojówki. Zaległa jednak ciemność, wtedy za wyraźnem bożem zrządzeniem, zapalił ktoś zapałkę i cisnął ją w strugę spirytusu.
Tego dnia musiał być uroczysty festyn w piekle, bo wedle relacji dziennikarskich przeszło sto białych dusz ukrańskich wlazło w piekielny, ulubiony dziegieć.
Kiedyś, jakiś nowy Szewczenko, opisze w balladzie tych męczenników ideji, którym chytry Lach spreparował wódkę, aby się w niej spalili na węgiel.
I jakiś nowy Wyspiański, rozpamiętywując owe dni, z których następny był bardziej od poprzedniego krwawy, napisze owe poiskie: „myśmy wszystko zapomnieli…“
Gdyby bowiem kto chciał pamiętać, musiałby jeszcze za tysiąc lat nienawidzieć i za tysiąc jeszcze lat musiałby gardzić. My mamy to szlachetne, jedyne jakie jest piękne kalectwo duszy, że nie umiemy nienawidzieć. Powiemy [ 98 ]sobie i to będzie straszną prawdą, że ci dzicy ludzie byli przez zwierzęcość swoją najnieszczęśliwszymi na świecie, że nieszczęsny kraj ten to był jeden ogromny szpital obłąkanych. Początki obłędu zaszczepiła im wojna, rozwojowi obłędu sprzyjało krwawe wspomnienie, do furji szaleństwa przywiódł ludzkie zwierzę zapach pierwszej krwi. Potem już było wszystko jedno.
Szaleńców karać nie można, — pocóż nienawidzieć szaleńców?
Może przyjdzie jeszcze ten czas, że i ten człowiek oszalały, co piłą rzezał człowieka i gwałcił dzieci, stanie nagle nieprzytomny z lęku przed ohydnem widmem tego czynu i człowiek się w nim odezwie? Każdy szał, strasznie rozbudzony, przemija, — przeminie tedy i ten. Dziki człowiek z ukraińskiego stepu, w nędzy swojej duchowej i z głodu umierający na najżyźniejszej ziemi świata, pojmie może w niesłychanym trudzie, że się stało za jego sprawą coś strasznego, że krwawemi rękoma zabił duszę swojej ziemi, zamęczywszy ludzi i zwierzęta, splugawiwszy ziemię, poraniwszy drzewa.
I znowu trzeba będzie zapomnieć wszystko i znowu trzeba będzie budować ochronki i [ 99 ]szpitale w imię świętego ducha polskiego, który, zawsze „wszystko zapomina“.
Jeszcze jednak nie dziś, kiedy krew bulgoce coraz świeża, a stara nie wyschła jeszcze na zgliszczach polskiego domu, nie dziś jeszcze, kiedy na ukraińskim stepie szaleje krwawy, okropny, bezlitosny plugawy, wściekły rezun.
„Nowożytne niewolnictwo to bezwzględna dominacja białego człowieka nad czarną populacją Afryki” – taką narrację od dekad słyszymy w Ameryce. Tymczasem problematyka jest bardziej złożona, a niewolnictwo – które dopiero po wielu tysiącleciach zostało wykorzenione – również w okresie od XVI do XIX wieku dotykało ludzi białych, jak przypomina konserwatywny pisarz i publicysta Matt Walsh.
Ponad milion białych zostało zniewolonych w Afryce Północnej między XVI a XIX wiekiem, większość z nich została uprowadzona i sprzedana przez muzułmańskich piratów. Afrykanie przez setki lat najeżdżali Europę w poszukiwaniu niewolników. System szkolny całkowicie wymazał ten fakt z historii – pisze Walsh na Twitterze.
To fakty, o których nie chce pamiętać dzisiejsza poprawna politycznie edukacja w USA, ponieważ nie pasowałyby one do forsowanej przez rządzącą lewicę neomarksistowskiej ideologii zwanej krytyczną teorią rasy, w której biały człowiek występuje jako „suprematysta” od wieków krzywdzący Murzynów. Jeden z komentujących post Matta Walsha zwrócił uwagę, że takich treści jego dziecko nie poznaje w szkole publicznej.
Oczywiście biali ludzie byli brani do niewoli również w innych częściach Afryki i na całym świecie przez wieki. W tym w Ameryce Północnej, gdzie białych „sług” wysyłano do kolonii tysiącami – kontynuuje autor filmu Kim jest kobieta?, w którym rozprawia się również z ideologią gender. I dodaje: Niewolnictwo w Ameryce nie zaczęło się w 1619 roku. Wcześniej w koloniach porywano i sprzedawano do niewoli białe dzieci. I oczywiście niewolnictwo istniało w obu Amerykach przez setki lat, zanim Europejczycy postawili tutaj stopę. Wszystkie plemiona indiańskie praktykowały niewolnictwo.
Walsh oczywiście „Ameryki nie odkrył”, bo wiadomo, że niewolnictwo było powszechne od starożytności. Niemniej współcześni hunwejbini cancel culture chcieliby zawęzić rozumienie pewnych zjawisk, aby móc eskalować konflikt społeczny, podobnie jak antyklerykałowie próbują przypisywać Kościołowi winę za zjawiska, które stanowiły nieodłączną część danej epoki, a nieraz po prostu jeszcze niewykorzenioną spuściznę pogaństwa.
Niewolnictwo utrzymywało się w krajach niezachodnich długo po tym, jak zostało zniesione na zachodzie. Niewolnictwo było akceptowaną instytucją w Afryce i Azji przez tysiąclecia i wydaje się, że żadnemu z tych społeczeństw nigdy nie przyszło do głowy, że może być coś nie tak z tą praktyką – zauważa komentujący.
I oczywiście afrykański handel niewolnikami był głównie dostarczany przez Afrykanów [chodzi o Arabów – muzułmanów i murzynów. MD] , którzy chwytali innych Afrykanów i sprzedawali ich w niewolę. Afrykański handel niewolnikami został zniesiony przez Zachód, a nie przez Afrykę. Niewolnictwo pozostawało legalne w niektórych częściach Afryki aż do XX wieku – kwituje.
—————-
Matt Walsh jest katolikiem i konserwatystą, z wykształcenia biologiem oraz autorem czterech książek, w których porusza m. in. tematykę zamachu neomarksistów na świat tradycyjnych wartości i tchórzostwa osób wierzących wobec ideologicznej agresji strony przeciwnej. Jest on wyjątkowo nielubiany i szykanowany przez liberalne media, ponieważ celnie, z dystansem i poczuciem humoru punktuje absurdy lewicowego kreowania rzeczywistości.
W liście do uczestników Konferencji Młodzieży UE papież Franciszek zaleca, aby młodzi Europejczycy postrzegali planetę jako „wspólny dom”, który wymaga ochrony.
A jednym ze sposobów, aby to zrobić, jest rezygnacja Europejczyków z „rzeczy zbędnych”, takich jak spożywanie mięsa, by odwrócić „trend autodestrukcji”.
„Jeśli nie uda ci się odwrócić tego autodestrukcyjnego trendu, w przyszłości będzie to trudne dla innych… Istnieje pilna potrzeba zmniejszenia zużycia nie tylko paliw kopalnych, ale także wielu zbędnych rzeczy. Również w niektórych rejonach świata należałoby spożywać mniej mięsa: to również może pomóc w ratowaniu środowiska” – napisał papież Franciszek.
Jest pomysł, którego realizacja mogłaby obniżyć ceny energii. Sprawa musiałaby jednak mieć błogosławieństwo rządu i podparcie w przepisach. Mowa o budowie linii bezpośrednich łączących producentów energii z odbiorcami. Wszystko szło dobrze, pojawił się projekt przepisów podpisany przez resort rozwoju. Po czasie jednak ów zapis zniknął. Jak się okazuje – to efekt bratobójczej walki pomiędzy resortami rozwoju i środowiska.
Resort kierowany przez minister Annę Moskwę wykreślił z projektu ustawy przepisy dotyczące budowy linii bezpośrednich.
W Europie linie bezpośrednie jako pomysł na obniżenie cen energii od dawna nie są już żadną nowością. Gdy w Polsce trwa starcie opinii, państwa zachodnie już to realizują. Z takich rozwiązań korzystają już odbiorcy przemysłowi m.in. w Niemczech. Przykładem jest fabryka Airbusa w mieście Donauwörth w Bawarii, która będzie zasilana energią słoneczną. Jednak farma fotowoltaiki, która będzie napędzać zakład, zostanie wybudowana w odległości kilku kilometrów od niego. Z fabryką połączy ją specjalnie postawiona linia średniego napięcia.
Dzięki liniom bezpośrednim obniżą rachunki
Dlaczego przemysł w Europie korzysta z takich rozwiązań? Powód jest prosty. Budowa linii bezpośrednich to same korzyści — umożliwia rozwój OZE (odnawialne źródła energii), zwłaszcza lokalnie, a odbiorcom przemysłowym znacząco pomaga obniżyć rachunki za energię.
Niestety w Polsce dotąd takie rozwiązania nie były dostępne. Główną barierą był brak odpowiednich przepisów. Teoretycznie, zgodnie z obecnymi regulacjami, aby wybudować taką linię, trzeba wystąpić o zgodę do prezesa URE. W praktyce zgody jednak nie dostaniemy, bo takie rozwiązania są zarezerwowane dla odbiorców trwale odłączonych od sieci energetycznej.
Jednak w połowie ubiegłego roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska rozpoczęło prace nad nowelizacją ustawy Prawo energetyczne oraz ustawy o odnawialnych źródłach energii, które miały zmienić tę sytuację, czyli w praktyce umożliwić budowę linii bezpośrednich.
Operatorzy sieci są niechętni, bo mniej zarobią
Niestety, od razu zaczęły się schody. Kością niezgody stały się zwłaszcza opłaty dystrybucyjne. Dlaczego? W marcu pisaliśmy, że rozwój linii bezpośrednich jest nie na rękę operatorom sieci. Głównym powodem jest fakt, że takie linie umożliwiają dostarczenie energii z pominięciem transportu energii za pośrednictwem sieci, co teoretycznie oznacza brak konieczności wnoszenia opłaty dystrybucyjnej.
Zdaniem prezesa URE Rafała Gawina to nie jest korzystne. Powód?
– Odbiorcy korzystający z linii bezpośrednich byliby zwolnieni zarówno z opłat dystrybucyjnych, z opłat za korzystanie z sieci energetycznej, jak i z opłaty OZE, opłaty kogeneracyjnej i opłaty mocowej. Powstałaby zatem sytuacja, w której nie ponosiliby adekwatnych kosztów utrzymania funkcjonowania systemu elektroenergetycznego, pomimo że nadal korzystaliby z niego – wyjaśniał w maju na łamach portalu wnp.pl.
Prezes Urzędu Regulacji Energetyki na tym nie poprzestał i zaproponował, aby odbiorcy przyłączeni do linii bezpośredniej byli obciążeni stałymi opłatami związanymi z funkcjonowaniem systemu elektroenergetycznego – w podobnej wysokości, które ponoszą odbiorcy energii elektrycznej przyłączeni do sieci.
Anna Moskwa jest przeciwna, Olga Semeniuk to popiera
Tymczasem organizacje przedsiębiorców, które również chciały zgłosić swoje uwagi do projektu nowelizacji prawa energetycznego oraz ustawy o OZE, dowiedziały się, że resort klimatu, kierowany przez minister Annę Moskwę, całkowicie wykreślił z projektu ustawy przepisy dotyczące budowy linii bezpośrednich.
W dodatku stało się to wbrew stanowisku Ministerstwa Rozwoju i Technologii. Resort ten napisał więc w kolejnych uwagach do projektu, że: „nieprowadzenie rozwiązań ułatwiających wykorzystanie linii bezpośredniej przez poszczególne sektory gospodarki, zwłaszcza przemysł energochłonny, może w istotny sposób niekorzystnie wpłynąć na koszty produkcji, a nawet decydować o rentowności przedsiębiorstw krajowych”.
Olga Semeniuk, wiceminister resortu rozwoju jest wielką orędowniczką budowy linii bezpośrednich. Jej zdaniem mogą one ograniczyć wpływ rosnących cen energii na sektor przesyłu, który boryka się dziś ze wzrostem kosztów spowodowanym m.in. obecną sytuacją gospodarczą i geopolityczną, związaną z inwazją Rosji na Ukrainę i koniecznością zastąpienia importu surowców energetycznych z Rosji.
„Dlatego MRiT zastrzega sobie możliwość wniesienia całościowej propozycji zapisów regulujących tę kwestię na etapie Stałego Komitetu Rady Ministrów” – napisała wiceminister w uwagach do projektu.
To będzie bodziec do inwestowania w OZE
Przedstawiciele przemysłu są również zdziwieni wykreśleniem przepisów. Henryk Kaliś, prezes Izby Energetyki Przemysłowej i Odbiorców Energii, przewodniczący Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu w rozmowie z money.pl zaznacza, że stanowisko przedstawicieli przemysłu w tej kwestii jest jasne. Rezygnacja z budowy linii bezpośrednich przekreśli szansę na transformację polskiego przemysłu.
– Linie bezpośrednie umożliwią rozwój odnawialnej energetyki przemysłowej i stworzą zachęty do inwestowania w odnawialne źródła energii – przekonuje Henryk Kaliś.
Jego zdaniem energię odnawialną dostarczaną linią bezpośrednią należy więc zwolnić z obciążeń finansowych wynikających z funkcjonujących w energetyce systemów wsparcia, a także z podatku akcyzowego.
Henryk Kaliś przypomina także, że we Francji, w Wielkiej Brytanii, a także m.in. na Łotwie, w Holandii oraz w Szwecji budowa linii bezpośrednich nie jest obciążona żadnymi dodatkowymi kosztami.
Bez taniej energii przemysł widzi przyszłość w czarnych barwach
Przedstawiciele sektora przemysłu mówią, że bez dostępu do odnawialnych źródeł nie utrzymają konkurencyjności produkcji, polski przemysł nie będzie mógł także uniezależnić się od rosyjskich surowców.
– Wprowadzanie linii bezpośrednich nie byłoby konieczne, gdyby rząd zaproponował inny sposób, aby dostarczyć energochłonnym branżom tanią energię odnawialną. Problem w tym, że nie ma takich pomysłów. Dlatego perspektywy funkcjonowania firm z energochłonnych branż rysują się dziś w czarnych barwach – twierdzi Henryk Kaliś.
Dodaje, że przemysł nie może dłużej czekać. Budowa elektrowni atomowych się nie rozpoczęła, z kolei elektrownie wiatrowe mają powstać w większej liczbie na Bałtyku dopiero po 2030 roku.
– Dlatego trzeba jak najszybciej uwolnić te zasoby, które są możliwe do wykorzystania już dzisiaj, czyli lądową energetykę wiatrową, która może zapewnić przemysłowi tanią energię produkowaną samodzielnie lub dostarczaną z wykorzystaniem linii bezpośrednich – postuluje prezes.
Bez przepisów inwestorzy też sobie jakoś radzą
Dr hab. Robert Zajdler, ekspert ds. energetycznych Instytutu Sobieskiego uważa, że budowa linii bezpośrednich w Polsce powinna być ułatwiona, bo wynika to także z regulacji UE. Jego zdaniem wprowadzenie możliwości budowy takich linii byłoby także dodatkową presją na monopolistów, aby chętniej przyłączali nowych użytkowników do sieci. Tymczasem obecnie inwestorzy coraz częściej dostają odmowy, zarówno w przypadku przełączeń do sieci gazowej, jak i nowych źródeł OZE, a także farm fotowoltaicznych.
— Dlatego w momencie, gdy nie ma przejrzystych przepisów, inwestorzy radzą sobie w inny sposób, budują takie linie, następnie w umowie deklarują, że są one instalacją wewnętrzną lub źródłem energii na własne potrzeby — komentuje.
Jacek Kosiński, adwokat i partner w kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni, także uważa, że wykreślenie przepisów o liniach bezpośrednich jest złe. W dodatku jego zdaniem rządowy projekt ułatwiał ich budowę w ograniczonym stopniu.
– Aktualnie mamy kryzys przyłączania nowych jednostek OZE do sieci elektroenergetycznej. Linia bezpośrednia mogłaby częściowo wyjść naprzeciw potrzebom odbiorców. Ostatni projekt zmian ułatwiał to jednak w niewielkim stopniu – mówi.
Jako przykład podaje, że projekt wprowadzał np. ograniczenia dotyczące własności gruntów, na których mogłaby być zlokalizowana linia bezpośrednia i łącznej maksymalnej mocy przyłączanych jednostek wytwórczych. Niestety teraz nawet takie zmiany nie wejdą w życie.
Bez zielonej energii nie zbudujemy konkurencyjnej gospodarki
Nasi rozmówcy przyznają nieoficjalnie, że rysuje się wyraźna oś podziału sporu. Resort klimatu bierze pod uwagę głos operatorów sieci, a z kolei ministerstwo rozwoju przedstawicieli przemysłu.
Nasi rozmówcy dodają jednocześnie, że na całym świecie coraz ważniejszym elementem w produkcji przemysłowej staje się tzw. ślad węglowy i konieczność ograniczenia go. – Do tego celu niezbędna jest zielona energia. Najlepiej byłoby, aby trafiała do przemysłu bezpośrednio – mówi Piotr Czopek, dyrektor ds. regulacji w Polskim Stowarzyszeniu Energetyki Wiatrowej.
Druga sprawa, która jego zdaniem wiąże się z tym tematem, to zielony wodór. Surowiec, który uważany jest za przyszłość energetyki będzie wytwarzany w oparciu o energię elektryczną pochodzącą z OZE.
– Do tego celu niezbędna będzie linia bezpośrednia. Energia, która zostanie wykorzystana do wytworzenia wodoru, musi być energią odnawialną. Jeżeli chcemy więc stworzyć przyszłościową gospodarkę opartą na wodorze, musimy zacząć budować linie bezpośrednie – wyjaśnia.
Ekspert odnosi się także do zastrzeżeń URE związanych z nowymi regulacjami, w tym obaw, że w ich efekcie w sieci będzie mniej energii, dlatego opłaty dystrybucyjne mogą wzrosnąć, co odczują wszyscy odbiorcy.
– Naszym zdaniem to błędna teza, w kontekście linii bezpośrednich mówimy przecież o nowych źródłach wytwórczych i nowych projektach. Gospodarka, która chce się rozwijać, będzie potrzebowała nowej energii, dlatego obawy URE są na wyrost – ocenia Piotr Czopek.
Piotr Czopek uważa, że regulacje umożliwiające budowę linii bezpośrednich są także niezbędne z innego powodu. – Operatorzy sieci wydają coraz więcej odmów dla nowych instalacji OZE, dlatego wprowadzenie nowych regulacji umożliwiających budowę linii bezpośrednich nabiera coraz większego znaczenia. – mówi.
Przygotowując ten artykuł, wysłaliśmy we wtorek pytania do obu resortów, klimatu i rozwoju. Pierwszy zapytaliśmy o to, jaki był powód usunięcia zapisu o budowie linii bezpośrednich z ustawy. Na odpowiedzi obu resortów wciąż czekamy.
Amerykańscy naukowcy opracowali idealną baterię, którą rządowy Departament Energii przekazał… Chinom
https://www.bibula.com/?p=135660
W 2012 roku grupa naukowców zatrudnionych w rządowych laboratoriach przez amerykański Departament Energii (DOE) dokonała niewiarygodnego wynalazku: opracowali niemal idealną baterię.
Grupa kilkudziesięciu naukowców pracujących w Mukileto w stanie Waszyngton, przez kilkanaście lat zajmowała się pracami nad baterią, tzw. wanadową przepływową wykorzystującą reakcje redukcji i ulteniania, zwaną w skrócie baterią redox (VRFB).
Baterie redox można niemal błyskawicznie naładować, mają ogromną gęstość energii, mają wielkie możliwości magazynowania, nieograniczoną pojemność, mogą też bezterminowo trwać w stanie rozładowania bez żadnego uszczerbku, są bezpieczne, niepalne, pracują w temperaturze pokojowej, mogą osiągać do 20 tysięcy cykli ładowania/rozładowania, można je dowolnie skalować (powiększać moc poprzez proste dołączenie zbiorników z elektrolitem), itd.
Same zalety, a z wad chyba najważniejszą jak na razie jest dostępność wanadu i jego cena. [Sprawdzam: 40 zł/kg – to nie jest dużo. Uważam, że najważniejsze to to, że SĄ . kłótnie między państwami – to szczegół. MD]
Prace trwały.
W praktyce, bateria VFRB, wielkości lodówki domowej, mogłaby dostarczać energię dla średniego domu [jak długo? MD] i pracować przez 30 lat bez przerwy.
=====================
Teraz okazuje się – poprzez wybuchową relację amerykańskiego radia publicznego National Public Radio – że całą technologię, całą włożoną przez naukowców pracę, rządowy Departament Energii przekazał… Chinom.
Chińczycy nie ukradli technologii, nie skopiowali jej, lecz po prostu otrzymali ją od amerykańskiego DOE, która najpierw w 2017 roku udzieliła Chinom sublicencji, a w 2021 roku – przekazała pełną licencję. Przekazała stronie chińskiej, pomimo tego, że o licencję starały się firmy amerykańskie, w tym Forever Energy, z siedzibą w Bellevue (stan Waszyngton). Przekazała – w na razie niewyjaśnionych okolicznościach – efekt przełomowych prac opłacanych przez amerykańskiego podatnika.
Teraz Chiny przodują w projekcie największej, najdoskonalszej baterii na świecie, przy której litowo-jonowe baterie Tesli to relikt technologiczny. Prace są zaawansowane i ocenia się, że Stany Zjednoczone nie będą w stanie szybko nadrobić dystansu technologicznego.
Departament Energii odmówił udzielenia wywiadu i spotkania się z dziennikarzami radia publicznego NPR chcącymi ustalić czy chodzi np. o korupcję i wyjaśnić ten niewątpliwy skandal polityczno-biznesowy, a w tym czasie Chiny w swoich laboratoriach w miejscowości Dalian, doskonalą prace nad największą farmą bateryjną świata, złożoną z baterii wanadowych.
Właśnie dwa tygodnie temu, 21 lipca br. ogłoszono o uruchomieniu w Dalian pierwszej fazy największej na świecie farmy baterii VRFB o potężnej mocy 200 MW/800 MWh, a w Hubei planuje się już wybudowanie fabryki do masowej produkcji baterii, o rocznej zdolności produkcyjnej 1000 MWh.
W Hokkaido w 2015 roku japońska firma Sumitomo Electric uruchomiła dotychczas największą na świecie baterię VRFB, która jednak jest co najmniej 10 razy mniejsza (17 MW / 51 MWh) niż chiński olbrzym. W Stanach Zjednoczonych największą tego typu baterią – o mocy 2 MW/8 MWh – jest instalacja w Kalifornii, uruchomiona również przez japoński koncern Sumitomo.
REDDE RATIONEM VILLICATIONIS TUÆ, JAM ENIM NON POTERIS VILLICARE
Give an account of thy stewardship, for now thou canst be steward no longer
I wezwał go i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z włodarstwa twego; albowiem już włodarzyć nie będziesz mógł. [Łuk.16,2]
“My wife, when asked who converted her to Catholicism, always answers, ‘the devil’”. – G.K. Chesterton
Nie przypadkiem Szatan nazywany jest διάβολος, z podwójnym znaczeniem kłamcy i oskarżyciela. Szatan kłamie, bo nienawidzi Prawdy, czyli Boga w Jego Esencji. Kłamie, bo gdyby powiedział prawdę, ujawniłby swoje własne oszustwa. Kłamie, bo tylko kłamiąc może być także oskarżycielem naszych braci, „tym, który dniem i nocą oskarża ich przed naszym Bogiem” (Ap 12, 10). I tak jak Najświętsza Dziewica, tabernakulum Słowa Wcielonego, jest advocata nostra, tak szatan jest naszym oskarżycielem i tym, który wzbudza fałszywe świadectwo przeciwko sprawiedliwym.
Rewolucja – która jest obaleniem boskiego kosmosu w celu wprowadzenia piekielnego chaosu – nie mając argumentów na zdyskredytowanie Kościoła Chrystusowego i chrześcijańskiego społeczeństwa, które przez wieki było przez niego inspirowane i kierowane, ucieka się do oszczerstw i manipulacji rzeczywistością. Cancel Culture to nic innego, jak próba wystawienia Civitas Dei na próbę, aby ją potępić bez dowodów, narzucając civitas diaboli jako odpowiednik rzekomej wolności, równości i braterstwa. W tym celu, jak widać, uniemożliwia masom poznanie prawdy, ponieważ jego oszustwo opiera się na ignorancji i złej wierze.
Ta przesłanka jest konieczna, aby zrozumieć wagę zachowania tego, który uzurpuje sobie zastępczą władzę wynikającą z najwyższego autorytetu Kościoła, aby oczerniać i oskarżać go przed światem, w groteskowej parodii procesu Chrystusa przed Sanhedrynem i Piłatem. Przy tej okazji również władza cywilna wysłuchała fałszywych oskarżeń wysuwanych przeciwko naszemu Panu i chociaż uznała Jego niewinność, kazała Go ubiczować i ukoronować cierniem, aby zadowolić lud, który został podburzony przez arcykapłanów i uczonych w Piśmie, a następnie wysłała Go na śmierć, krzyżując Go z najbardziej upokarzającymi torturami. Członkowie Sanhedrynu nadużyli więc swojej władzy duchowej, tak jak prefekt Judei nadużył swojej władzy cywilnej.
Ta sama farsa powtarzała się w historii tysiące i tysiące razy, ponieważ za każdym kłamstwem, za każdym bezpodstawnym oskarżeniem przeciwko Chrystusowi i przeciwko Jego Mistycznemu Ciału, którym jest Kościół, kryje się diabeł, kłamca, oskarżyciel.
I jest oczywiste, ponad wszelką rozsądną wątpliwość, że to szatańskie działanie inspiruje wydarzenia relacjonowane w prasie w ostatnich dniach, od perfidnego mea culpa Bergoglio za rzekome grzechy Kościoła katolickiego popełnione w Kanadzie przeciwko rdzennym mieszkańcom, po jego udział w pogańskich obrzędach i piekielnych ceremoniach przywoływania zmarłych.
Jeśli chodzi o „winy” jezuickich misjonarzy, myślę, że Corrispondenza Romana odpowiedziała wyczerpująco, wyliczając brutalność, jakiej poddani byli męczennicy z Kanady z rąk Indian Irokezów. To samo dotyczy rzekomych oskarżeń związanych z indiańskimi szkołami z internatem, które państwo powierzyło Kościołowi katolickiemu i anglikanom w celu ucywilizowania rdzennej ludności i sprzyjania asymilacji do chrześcijańskiej kultury kraju.
Tym sposobem odkrywamy, że „Oblaci [Maryi Niepokalanej] byli jedynymi obrońcami tradycyjnego języka i sposobu życia Indian w Kanadzie, w przeciwieństwie do rządu i Kościoła Anglikańskiego, które nalegały na integrację, która wykorzeniła rdzennych mieszkańców z ich pochodzenia”. Dowiadujemy się również, że rzekome „kulturowe ludobójstwo” rdzennej ludności, którym Komisja de vérité et réconciliation miała się zająć w 2008 roku, zostało następnie przekształcone, bez żadnych podstaw czy prawdopodobieństwa, w „fizyczne ludobójstwo”, dzięki absolutnie fałszywej kampanii medialnej, którą wspierał premier Justin Trudeau, uczeń Klausa Schwaba i notoryczny zwolennik globalizmu i Agendy z Davos.
Pomimo, że prawda została oficjalnie uznana także przez ekspertów i bezstronnych historyków, to jednak kult kłamstwa kontynuował swój nieubłagany proces, którego kulminacją były oficjalne przeprosiny głowy Kościoła, zażądane przez Trudeau i natychmiast uczynione swoimi przez Bergoglio, który nie mógł się doczekać, aby po raz kolejny upokorzyć instytucję, którą niegodnie reprezentuje.
W swoim zapale, aby pobłażać oficjalnej narracji i zadowolić swoich mistrzów, Trudeau i Bergoglio uważają za nieistotny szczegół całkowity brak dowodów na temat rzekomych masowych grobów, w których rzekomo potajemnie pochowano setki dzieci. To powinno wystarczyć, aby wykazać ich złą wolę i pretensjonalność ich oskarżeń i mea culpa; również dlatego, że reżim prasowy żąda głów wrogów ludu i doraźnych procesów, ale nie spieszy się, gdy należy rehabilitować niewinnych ludzi, którzy są fałszywie oskarżeni.
Cel tej plugawej operacji medialnej jest aż nazbyt oczywisty: zdyskredytować przeszłość Kościoła katolickiego jako winną najgorszych okrucieństw, aby uprawomocnić jego obecne prześladowania, zarówno przez państwo, jak i przez samą Hierarchię. Ponieważ ten Kościół, „nietolerancyjny”, „sztywny” Kościół katolicki, który głosił Ewangelię wszystkim narodom i który pozwalał swoim misjonarzom na męczeństwo ze strony plemion zanurzonych w barbarzyństwie pogaństwa nie może już dłużej istnieć, nie może „prozelityzować” – jest to „poważny nonsens”, „bardzo poważny grzech przeciwko ekumenizmowi” – i nie może twierdzić, że posiada jakąkolwiek Prawdę, której mógłby nauczać narody dla zbawienia dusz.
Sam Bergoglio chce, żebyśmy wiedzieli, że nie ma nic wspólnego z tym Kościołem, nienawidzi doktryny, moralności i liturgii tego Kościoła, do tego stopnia, że bezlitośnie prześladuje wielu wiernych, którzy jeszcze nie zrezygnowali z podążania za nim w kierunku otchłani apostazji i którzy chcieliby czcić Boga apostolską Mszą.
Nie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek myślał, że Jorge Mario może być w jakikolwiek sposób katolikiem: każdy jego wyraz twarzy, każdy gest, każdy ruch zdradza taką niecierpliwość wobec tego, co choćby w najmniejszym stopniu przypomina naszego Pana, że teraz jego świadectwa bezwyznaniowości i świętokradczości są już zbyteczne.
Widząc go beznamiętnie przyglądającego się satanistycznym obrzędom przywoływania zmarłych, wykonywanym przez szamana, jeszcze bardziej pogłębia się skandal związany z oddawaniem bałwochwalczej czci piekielnej pachamamie w Bazylice Watykańskiej, a tym samym bezczeszczeniem jej bezpośrednio nad miejscem pochówku Księcia Apostołów.
Proszenie o przebaczenie za nieistniejące „grzechy misjonarzy” jest nikczemnym i świętokradczym aktem podporządkowania się Nowemu Porządkowi Świata, który znajduje doskonałe odzwierciedlenie we współudziale w milczeniu i skandalicznej ochronie, za którą Bergoglio jest odpowiedzialny wobec prawdziwych ofiar nadużyć swoich protegowanych. Możemy usłyszeć jak prosi o przebaczenie w Chinach, w Afryce i wśród gór lodowych Antarktydy, ale nigdy nie usłyszymy jak wypowiada mea culpa za nadużycia i zbrodnie popełnione w Argentynie, za okropności lawendowej mafii McCarricka i jego wspólników, oraz tych których promował jako swoich współpracowników.
Nigdy nie usłyszymy od niego wiarygodnych przeprosin za to, że dał się namówić na bycie celebrytą popierającym kampanię na rzecz szczepionki o której dziś wiemy, że jest przyczyną przerażającej liczby nagłych zgonów i działań niepożądanych. Nigdy nie będzie bił się w piersi za te grzechy; w rzeczywistości jest z nich dumny i wie, że gest szczerej skruchy nie zostałby doceniony przez jego głównych zwolenników, którzy są nie mniej winni niż on.
Oto więc stoimy przed kłamcą, oskarżycielem. Oto stoimy przed bezwzględnym prześladowcą dobrych duchownych i wiernych zarówno wczoraj, jak i dziś, gorliwym sprzymierzeńcem wrogów Chrystusa i Kościoła. Zaciekły przeciwnik katolickiej Mszy Świętej, który jest ekumenicznym uczestnikiem satanistycznych obrzędów i pogańskich ceremonii. Człowiek podzielony w duszy przez swoją podwójną rolę jako szefa sekty okupującej Watykan i jako inkwizytora Kościoła katolickiego. U jego boku, w tym obskurnym przedstawieniu, stoi jego ministrant Trudeau, który propaguje doktrynę gender i ideologię LGBTQ w imię inkluzywności i wolności, ale który nie zawahał się ani przez chwilę, by krwawo stłumić słuszne i uprawnione bunty narodu kanadyjskiego, któremu odebrano podstawowe prawa pod pretekstem zagrożenia pandemią.
Stanowią miłą parę, bez wątpienia! Obaj byli sponsorowani w swoich karierach przez antychrześcijańskie elity globalistów. Obaj zostali postawieni na czele instytucji z zadaniem jej zburzenia i rozproszenia jej członków. Obaj są zdrajcami swojej roli, sprawiedliwości i prawdy.
Te rozprawy w trybie przyspieszonym mogą być może zostać docenione przez współczesnych w złej wierze lub w niewiedzy, ale nie wytrzymują one osądu historii, a tym bardziej bezapelacyjnego sądu Bożego.
Nadejdzie dzień, w którym zostanie wezwany do złożenia sprawozdania ze swojego zarządzania: „Redde rationem villicationis tuæ: jam enim non poteris villica” (Łk 16, 2) – I wezwał go, i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Oddaj liczbę włodarstwa twego, abowiem już włodarzyć nie będziesz mógł, mówi pan w przypowieści z dzisiejszej Ewangelii. Do tego momentu, jako ochrzczeni i żyjący członkowie Mistycznego Ciała, módlmy się i czyńmy pokutę, aby zdjąć z nas kary, jakie te skandale ściągają na Kościół i świat. Przywołajmy wstawiennictwo Męczenników Kanady, którzy zostali znieważeni przez oskarżyciela zasiadającego na Tronie Piotrowym, aby uzyskali od Tronu Bożego wyzwolenie Kościoła od obecnej plagi.
+ Carlo Maria Viganó, Arcybiskup
1 sierpnia 2022 Św. Piotra w okowach, Świętych męczenników machabejskich
Co wy na to aby utrzymać papiestwo, a pogonić Bergoglio? – Chris Jackson
Kto jest kompetentny, by ogłosić, że papież jest w herezji?
https://www.bibula.com/?p=135601
Wkrótce po tym, jak biskup miejsca zabronił Nancy Pelosi przyjmowania Komunii Świętej z powodu jej poparcia dla „praw” do aborcji, wskoczyła ona na pokład samolotu do Watykanu. Tam pozowała do zdjęć, wymieniając się prezentami z uśmiechniętym i sympatycznym Franciszkiem. Następnie jakby nigdy nic przyjęła Komunię Świętą od księdza na sprawowanej przez Franciszka[i].
24 czerwca 2022 roku, orzeczenie Roe kontra Wade zostało ostatecznie obalone po pięćdziesięciu latach wysiłków obrońców życia. Franciszek spotkał się z proaborcyjną Pelosi zaledwie pięć dni później. Dopiero dziesięć dni po obaleniu Roe, Franciszek wydał zdawkowy komentarz na temat tej doniosłej decyzji i to tylko dlatego, że reporter przypadkiem go o to zapytał. Jakich słów użył Wikariusz Chrystusa, aby upamiętnić uwolnienie najpotężniejszego narodu świata od „prawa” do aborcji? Czy bił w dzwony u Św. Piotra? Czy kazał śpiewać Te Deum na wszystkich mszach w Stanach Zjednoczonych? Czy rozesłał wideo-wystąpienie z podziękowaniem dla Boga Wszechmogącego, jak również z podziękowaniem i gratulacjami dla wszystkich katolików Stanów Zjednoczonych, którzy walczyli o ten dzień od 1973 roku?
Nie. Zamiast tego czekaliśmy dziesięć pełnych dni, aby usłyszeć, jak Franciszek daje w odpowiedzi katolikom taką perełkę…
„Prawdę mówiąc, nie rozumiem tego z technicznego punktu widzenia” – wyjaśnił, dodając: „Muszę to przestudiować, bo tak naprawdę nie rozumiem (szczegółów) orzeczenia sprzed 50 lat i teraz nie mogę powiedzieć, czy z punktu widzenia sądownictwa zrobiono dobrze, czy źle.”[ii]
Tak, to była jego odpowiedź. Absolutnie haniebna odpowiedź ze strony jakiegokolwiek chrześcijanina-obrońcy życia, a tym bardziej Wikariusza Chrystusa. Ale czy nas to zaskakuje? Następnie, aby pogorszyć sprawę, dodał następujące zdanie:
„Kiedy Kościół traci swoją duszpasterską naturę, kiedy biskup traci swoją duszpasterską naturę, powoduje to problem polityczny. To wszystko, co mogę powiedzieć”[iii].
Innymi słowy, dla Franciszka „podejście duszpasterskie” oznacza uczestniczenie w sesjach zdjęciowych z proaborcyjnymi „katolickimi” politykami, uśmiechanie się z nimi, podawanie im ręki, wymianę prezentów, a następnie pozwolenie im na przyjęcie świętokradczej Komunii podczas jego papieskiej mszy.
Ale jest jeszcze gorzej. Jeśli wydawało wam się, że Franciszek dając zgodę na publiczne przyjmowanie Komunii Świętej przez cudzołożników pod pretekstem „towarzyszenia” im, zaledwie się mylił, to jeszcze mało wiecie. Zgodnie z przewidywaniami, sytuacyjna moralność Amoris Laetitia wkrótce zostanie zastosowana do antykoncepcji i sztucznego zapłodnienia. Jak donosi LifeSiteNews 8 lipca br:
„Watykan opublikował właśnie książkę, w której Papieska Akademia Życia proponuje zarówno antykoncepcję, jak i sztuczne zapłodnienie jako moralnie dopuszczalne, mimo że Magisterium definitywnie potępiło każdą z tych praktyk.
Książka, zatytułowana „Teologiczna etyka życia. Pismo Święte, Tradycja, Wyzwania praktyczne”, została opublikowana przez Libreria Editrice Vaticana, wydawnictwo Watykanu. Jest to zbiór esejów zaczerpniętych z trzydniowego interdyscyplinarnego seminarium sponsorowanego przez Papieską Akademię Życia…
Na temat praktyki sztucznej antykoncepcji, definitywnie potępionej we wszystkich jej formach przez papieża Św. Pawła VI w Humane Vitae, Akademia wypowiedziała się w swojej nowej książce tak, jakby była to kwestia otwarta…
Proponuje się, aby wszystkie możliwe techniki unikania poczęcia, z wyjątkiem środków aborcyjnych, były dostępne parze do rozważenia. Akademia twierdzi, że te formy antykoncepcji, które nie mają działania aborcyjnego, nie są niczym więcej niż… uniemożliwieniem życia. Akademia uzasadnia, że takie akty nie byłyby sprzeczne z bardziej uniwersalnym otwarciem na życie i że stanowiłoby to „mądre rozeznanie w konkretnym przypadku.”…
Podobnie jak w przypadku argumentów za utrzymaniem kwestii antykoncepcji jako tematu „otwartego”. Akademia proponuje w swojej książce, że moralnie dopuszczalne jest sztuczne zapłodnienie, czyli wspomagane medycznie zapłodnienie z użyciem nasienia męża…
Współautor książki twierdzi, że takie sztuczne zapłodnienie „nie może być w medycynie odrzucone a priori: Należy uczynić je przedmiotem rozeznania, aby upewnić się, czy spełnia ono funkcję opieki nad osobą.” Na tych podstawach interwencja medyczna byłaby uznana za „terapeutyczną”, „pozwalając relacji małżeńskiej niepłodnych małżonków osiągnąć pełną realizację, jako odpowiedzialnego dawcy nowego życia, otwierając ich miłość na generowanie nowego życia.”[iv]
Dodajmy te wydarzenia do innych eksponatów w długiej Sali Hańby Franciszka, która obejmuje również jego ciągłe wysiłki, by wyplenić starożytną Tradycyjną Mszę z życia parafialnego, jego biskupów zawieszających księży za odprawianie nawet Novus Ordo ad orientem[v], a nawet posuwających się do zakazu tradycyjnych szat[vi]. Jeszcze gorsze są jego bezczelnie i publiczne głoszone błędy, takie jak stwierdzenie, że Niebo jest otwarte dla ateistów, że kara śmierci jest „atakiem na nienaruszalność i godność osoby, „, że różnorodność religii jest wolą Boga, mówienie katolikom, że nie jest dozwolone przekonywanie niekatolików do swojej Wiary, twierdzenie, że katolicy i protestanci są zgodni w kwestii usprawiedliwienia, twierdzenie, że Luter nie mylił się w kwestii usprawiedliwienia, mówienie, że nie ma katolickiego Boga, dopuszczenie kultu Pachamamy w Ogrodach Watykańskich, nauczanie, że apostaci zaprzeczający Wierze są w komunii świętych, itd. etc.
Wydawało się, że już w 2016 roku byliśmy na dobrej drodze do odpowiedzi na pytanie zadane w tytule artykułu. Jak donosił wtedy National Catholic Register:
Z „głębokiej troski duszpasterskiej”, czterech kardynałów podjęło bardzo rzadki krok upublicznienia pięciu pytań, które wysłali papieżowi Franciszkowi w celu wyjaśnienia „poważnej dezorientacji i wielkiego zamieszania” wokół jego dokumentu podsumowującego synod o rodzinie, Amoris Laetitia (Radość miłości).
Kardynałowie – Włoch Carlo Caffarra, Amerykanin Raymond Burke oraz Niemcy Walter Brandmüller i Joachim Meisner – wysłali 19 września pięć pytań, zwanych jako Dubia (łac. „wątpliwości”) do Ojca Świętego i kardynała Gerharda Müllera, prefekta Kongregacji Doktryny Wiary (KDW), wraz z towarzyszącym im listem.
Dubia to formalne pytania kierowane do papieża i KDW, których celem jest uzyskanie odpowiedzi „tak” lub „nie”, „bez argumentacji teologicznej”. Praktyka ta jest długoletnim sposobem zwracania się do Stolicy Apostolskiej, nastawionym na uzyskanie jasności w nauczaniu Kościoła.
Kardynałowie powiedzieli, że celem jest wyjaśnienie „sprzecznych interpretacji” paragrafów 300-305 w rozdziale 8 Amoris Laetitia, które są jej najbardziej kontrowersyjnymi fragmentami odnoszącymi się do dopuszczenia ponownie żonatych rozwodników do sakramentów, a także nauczania moralnego Kościoła.[vii]
Zaledwie trzy miesiące później kardynał Burke udzielił wywiadu dla The Catholic World Report (CWR). Z wywiadu wynikało, że było więcej niż tylko czterech kardynałów, którzy zgadzali się z Dubiami:
CWR: Czy oprócz czterech kardynałów, którzy przedłożyli papieżowi Franciszkowi Dubia, są inni, którzy popierają to, co Eminencja mówi?
Kardynał Burke (KB): Tak
CWR: A nie wypowiadają się, ponieważ..?
KB: Z różnych powodów. jednym z nich jest sposób traktowania tych spraw przez media, które je zniekształcają, sprawiając wrażenie, że każdy, kto porusza kwestię Amoris Laetitia, jest nieposłuszny papieżowi lub jest jego wrogiem i tak dalej. Więc oni…
CWR: Nie wychylają się.
KB: Tak przypuszczam
Wywiad ujawnił również, że Dubia mogły być w zamyśle kardynała Burke, pierwszym etapem na drodze do obalenia Franciszka:
CWR: Niektórzy mówią, że papież może oddzielić się od komunii z Kościołem. Czy papież może zgodnie z prawem zostać ogłoszony jako pozostający w schizmie lub herezji?
KB: Gdyby papież formalnie wyznawał herezję, przestałby, przez sam ten akt, być papieżem. To jest automatyczne. I rzeczywiście, to może się zdarzyć.
CWR: To może się zdarzyć?
KB: Tak
CWR: To przerażająca myśl.
KB: To przerażająca myśl i mam nadzieję, że w najbliższym czasie nie będziemy tego świadkami.
CWR: Wracając do pytania o papieża popełniającego herezję. Co się wtedy dzieje, jeśli papież popełnia herezję i nie jest już papieżem? Czy odbywa się nowe konklawe? Kto jest odpowiedzialny wtedy za Kościół? A może po prostu nie chcemy nawet dotykać tych spraw?
KB: Istnieje już procedura, którą należy stosować, gdy papież przestaje pełnić swój urząd, tak jak to miało miejsce w przypadku abdykacji Benedykta XVI. Kościół nadal był rządzony w okresie przejściowym między datą skutecznej abdykacji a inauguracją posługi papieskiej papieża Franciszka.
CWR: Kto jest kompetentny, by ogłosić, że papież jest w herezji?
KB: Musieliby to być członkowie Kolegium Kardynalskiego.[ix]
Oczywistym oczekiwaniem większości tradycjonalistów w tamtym czasie było to, że kardynałowie będą czekać na odpowiedź na Dubia. Gdyby nie nadeszła odpowiedź, wówczas kardynał Burke wydałby Braterskie Napomnienie. Gdyby Franciszek uparcie je ignorował, byłoby to dowodem uporu, a wtedy kardynał Burke i inni kardynałowie mogliby ruszyć do przodu z ogłoszeniem herezji. Jak stwierdził artykuł National Catholic Register z sierpnia 2017 roku:
W nowym wywiadzie kardynał Raymond Burke powiedział, że „obecnie konieczne jest” wydanie deklaracji w sprawie kluczowych obszarów doktryny Kościoła, które „nie są jasne” w nauczaniu papieża Franciszka.
Kardynał Burke dodał: Ojciec Święty będzie wtedy „zobowiązany do odpowiedzi”, aby dostarczyć wyjaśnienie swojego nauczania.
Kardynał powiedział pismu The Wanderer 14 sierpnia, że na taki formalny akt korekty nie powoływano się „od kilku wieków” i do tej pory nigdy nie był on używany „w sposób doktrynalny”.
Powiedział jednak, że będzie to „dość proste” i będzie polegało na przedstawieniu z jednej strony „jasnego nauczania Kościoła”, a z drugiej „tego, co faktycznie jest nauczane przez rzymskiego papieża”. Nauczanie, o którym mowa, w szczególności odnosi się do kwestii doktrynalnych opublikowanych w adhortacji apostolskiej papieża z 2016 roku, Amoris laetitia.
„Jeśli istnieje sprzeczność, papież rzymski jest wezwany do dostosowania własnego nauczania w posłuszeństwie Chrystusowi i Magisterium Kościoła” – wyjaśnił kardynał, dodając, że Ojcu Świętemu zostanie przedłożona „formalna deklaracja”, na którą będzie on „zobowiązany odpowiedzieć”…
Kardynał, były prefekt Sygnatury Apostolskiej, najwyższego sądu kościelnego, nie podał terminu korekty, ale zasygnalizował jej pilny charakter, podkreślając, że Kościół jest obecnie „rozdarty przez zamieszanie i podziały”, a stawką jest jedność.
„Trzeba wezwać Ojca Świętego, by skorzystał ze swego urzędu, aby położyć temu kres” – powiedział.
W październiku 2017 roku kardynał Burke nadal planował wydanie Braterskiego Napomnienia. Jak donosił wtedy SSPX.org:
3 października 2017 r. w rozmowie z watykanistą Edwardem Pentinem z National Catholic Register kardynał Raymond Burke wyjaśnił, że jego nominacja z 30 września na członka Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej nie jest stanowiskiem pełnoetatowym, ale że będzie czasami zapraszany, by służyć jako sędzia w sporadycznych sprawach.
Powiedział też, że jego nominacja nie zmieni, ani nie opóźni planów wydania Braterskiego Napomnienia papieża Franciszka na temat adhortacji apostolskiej Amoris Laetitia….
Niektórzy rzymscy obserwatorzy uważają, że publikacja Braterskiego Napomnienia jest nieuchronna.[x]
„Nieuchronna”. Więc teraz, w 2022 roku, sześć lat po tym jak kardynałowie wysłali swoje Dubia do Franciszka, i pięć lat po tym jak kardynał Burke powiedział, że zamierza napisać swoje Braterskie Napomnienie, w którym jesteśmy miejscu?
Niestety, stoimy dokładnie w tym samym miejscu, w którym staliśmy w 2016 roku, po tym jak Dubia zostały wysłane do Franciszka. Z nieznanych nam powodów kardynał Burke nigdy nie wydał tego Braterskiego Napomnienia, pomimo wielokrotnego stwierdzenia, jak bardzo było ono „konieczne”. A jeśli było ono konieczne w 2017 roku, to o ile bardziej konieczne jest teraz, po tym jak Franciszek w ciągu ostatnich pięciu lat podniósł swoje straszne wypowiedzi i czyny na jeszcze wyższy poziom?
Czy to czas na poprawienie Soboru Watykańskiego I?
Jednym z podejść, jakie przyjęli ostatnio niektórzy mający dobre intencje tradycjonaliści, jest ponowne przeanalizowanie Soboru Watykańskiego I. Wydaje im się, że całą winą należy obarczyć tych wstrętnych „ultramontan”, którzy spowodowali nasz obecny problem, przyznając Wikariuszowi Chrystusa na ziemi zbyt dużą władzę. Wydaje im się, że ojcowie Soboru Watykańskiego I nie wzięli pod uwagę faktu, że zapisując w swoim Soborze tradycyjną naukę o papiestwie, nieświadomie ustawili scenę dla szaleńca, który miałby wstąpić na tron i zniszczyć Kościół. Tak myślał pewien były właściciel tradycyjnej strony internetowej, który otwarcie pytał, czy SW I nie pomylił się. Niestety, obecnie nie jest on praktykującym katolikiem.
Czy jednak wszyscy ojcowie Soboru Watykańskiego I byli aż tak krótkowzroczni? Czy to przeciwnicy nauczania SW I o papiestwie byli prawdziwymi, niezłomnymi obrońcami Tradycji? Na przykład ludzie tacy jak dr Dollinger, który próbował udowodnić, że wielu papieży w historii było heretykami, a później został ekskomunikowany za odmowę zgody na Sobór Watykański I ? Co ze spuścizną tych, którzy odrzucili SW I i stali się schizmatykami, tak zwanymi starokatolikami? Są oni obecnie w „pełnej komunii” z Ewangelicko-Luterańskim Kościołem Szwecji[xi] i Wspólnotą Anglikańską[xii], która niedawno przyznała, że nie potrafi zdefiniować, czym jest kobieta[xiii].
Za artykułem z Wikipedii na temat „Kościół starokatolicki”:
W 1994 r. biskupi niemieccy podjęli decyzję o wyświęcaniu kobiet na księży, a 27 maja 1996 r. wprowadzili ją w życie. Podobne decyzje i praktyki nastąpiły w Austrii, Szwajcarii i Holandii. W 2020 roku również szwajcarski kościół opowiedział się za małżeństwami osób tej samej płci. Małżeństwa pomiędzy dwoma mężczyznami i dwiema kobietami będą prowadzone w taki sam sposób jak małżeństwa heteroseksualne. Unia Utrechcka pozwala osobom rozwiedzionym na zawarcie nowego małżeństwa w kościele, nie ma też szczególnego nauczania na temat aborcji, pozostawiając takie decyzje parze małżeńskiej.[xiv]
Brzmi to jak deklaracja zwycięstwa odstępców. Jest jednak wręcz przeciwnie, to właśnie ci „okropni” ultramontanie” stanęli po stronie tradycji na Soborze Watykańskim I. Liberalne media świeckie w tamtym czasie były hurtowo przeciwne jakiejkolwiek definicji nieomylności czy zapisaniu w soborze tradycyjnych nauk o autorytecie papieża. W rzeczywistości robiły wszystko, aby temu zapobiec. Poniższy fragment pochodzi z artykułu pana Arthura Marshalla w The American Catholic Quarterly Review z 1890 roku, opisującego angielską relację prasową z SW I. Brzmi to jak zapowiedź współczesnych fake news:
Anglicy, którzy pamiętają zgromadzenie Soboru Watykańskiego i którzy obserwowali jego postęp od początku do końca (chociaż, prawdę mówiąc, nie został on zakończony, a jedynie zatrzymany przez przeszkody polityczne rzucone na jego drodze), będą również pamiętać ton angielskiej prasy w odniesieniu do jego przedmiotu i obrad. Zakładano, że Sobór Watykański został zainicjowany przez Jezuitów w celu narzucenia nowego dogmatu nieomylności, niechętnym sumieniom katolickiego świata.
Gdy to zostało uznane za oczywiste, należało wykazać, że Sobór „nie był wolny w swoich obradach”; nieliczni dysydenci, którzy odważyli się wypowiedzieć swoje zdanie, zostali szlachetnie przeciwstawieni rzeszom tych, którzy nie mieli odwagi tego zrobić. Wreszcie, gdy papież ogłosił dogmat, zdecydowana większość Soboru została określona „strachliwymi”, a nieliczni dysydenci lub kontestatorzy byli wychwalani pod niebiosa – dopóki nie dali przykładu posłuszeństwa. Angielska prasa, będąc rozczarowana tym „bezwolnym” podporządkowaniem się autorytetowi, była zmuszona szukać pociechy poza soborem, a wybuch małej schizmy w Niemczech wywołał w niej niewypowiedzianą radość.[xv]
Co więcej, czy głoszenie, że papież nie jest nieomylny było w ogóle możliwe na Soborze Watykańskim I? Mówi się, że żaden biskup na SW I nie sprzeciwiał się temu, że papież jest nieomylny, raczej ci, którzy sprzeciwiali się zdefiniowaniu dogmatu po prostu uważali, że jest to nieodpowiedni moment, aby to zrobić. W dalszej części swojego artykułu pan Marshall opisuje absurd, który powstałby, gdyby Pius IX zrobił to, czego chciała lewicowa prasa i protestanci na Soborze Watykańskim I:
A teraz przypuśćmy, dla sprawdzenia błędu protestantów, że papież naucza, że papieże nie są nieomylni; innymi słowy, że papieże, gdy nauczają tego, co jest prawdą (oczywiście tylko w odniesieniu do doktryn niezbędnych do zbawienia), mogą lub byli dopuszczeni przez Ducha Świętego, do nauczania kłamstw jako Boskich Prawd chrześcijaństwa. Jakie musiały być konsekwencje tej decyzji? Po pierwsze, nastąpiłby koniec Boskiej Wiary, ponieważ byłoby absolutną niemożliwością dla ludzkiego intelektu mieć Boską Wiarę w to, co zostało ogłoszone jako tylko ludzki wymysł.
Papież nie jest nieomylny, a wszystkie sobory są podzielone, papież nie mógłby nigdy autoryzować decyzji żadnego soboru i żaden sobór nie mógł uczyć papieża, w co ma wierzyć. Głowa, podobnie jak ciało, jest zawodna i cały Kościół popadłby w zawodność. Odszedłby nauczający, Boski Kościół. Przepadłaby pierwotna idea objawienia, które nie jest objawieniem wolności ludzkich opinii, ale obowiązkiem wiary tylko w to, co Boskie. „Nie” Soboru Watykańskiego oznaczałoby: że „Ciało Kościelne nie jest nieomylne; Głowa nie jest nieomylna; cały Kościół pozostaje bez Boskiego Głosu lub przewodnictwa; więc wierzcie w to, co wam się podoba; twórzcie i przestrzegajcie własnych doktryn; i niech waszym chrześcijaństwem będzie L’Eglise, c’est moi! (Kościół to ja)”[xvi].
Na szczęście dla nas, Pius IX tego nie zrobił. Zamiast tego napisał po Soborze w „Pastor Aeternus” co następuje:
6. Duch Święty został bowiem obiecany następcom Piotra nie po to, aby przez Jego objawienie mogli poznać jakąś nową naukę, ale po to, aby przy Jego pomocy mogli strzec i wiernie wykładać objawienie lub depozyt wiary przekazany przez apostołów.
Zaiste, ich apostolską naukę przyjęli wszyscy czcigodni ojcowie, a czcili i naśladowali wszyscy święci doktorzy prawowierni, gdyż dobrze wiedzieli, że Stolica Św. Piotra zawsze pozostaje nieskalana żadnym błędem, zgodnie z Boską obietnicą naszego Pana i Zbawiciela daną księciu Jego uczniów:alem ja prosił za tobą, aby nie ustała wiara twoja. A ty, niekiedy nawróciwszy się, potwierdzaj bracią twoję.
7. Ten dar prawdy i nigdy niezachwianej wiary został więc w sposób Boski udzielony Piotrowi i jego następcom na tej Stolicy, aby mogli pełnić swój wywyższony urząd dla zbawienia wszystkich i aby cała trzoda Chrystusa była przez nich zachowana z dala od trującego pokarmu błędu i była karmiona strawą niebiańskiej nauki. W ten sposób usuwa się skłonność do schizmy i cały Kościół zostaje zachowany w jedności, a opierając się na swoim fundamencie, może stanąć mocno przeciwko bramom piekielnym.[xvii]
Czas pozbyć się Bergoglio
Czy zatem powyższe cytaty w jakikolwiek sposób opisują Franciszka? Oczywiście, że nie. W rzeczywistości opisują one dokładne przeciwieństwo Franciszka. Co więc robić? Czy próbujemy wskrzesić i zrehabilitować ducha gallikanizmu? Czy próbujemy wytłumaczyć te paragrafy SW I jako gorączkę głupich „ultramontan”, którzy trochę za bardzo dali się ponieść swojej paplaninie? Czy z perspektywy czasu upominamy tych biednych, pozbawionych orientacji ojców soborowych, którzy nigdy nie przestali zadawać sobie pytania: „Co będzie, jeśli w przyszłości jakiś szalony argentyński jezuita zostanie wybrany na papieża i zacznie wylewać z siebie błędy z intensywnością węża strażackiego? Czy nie będzie to oznaczało, że Kościół uległ awarii?”.
Nie, oczywiście nigdy nie zadali sobie tego pytania, ponieważ odpowiedź była dla nich oczywista. Jeśli, mówiąc słowami arcybiskupa Viganò, macie „niekatolickiego papieża”, który bez przerwy pluje błędami, to ci sami ojcowie soborowi powiedzieliby, że ten człowiek oczywiście nie jest papieżem, ale wilkiem. Bo gdyby był papieżem, to byłby chroniony przez Ducha Świętego, „nieskalany żadnym błędem”, posiadający „nigdy nieskalaną wiarę” i trzymający całą trzodę Chrystusa z dala „od trującego pokarmu błędu”, takiego jak cudzołożnicy i politycy proaborcyjni przyjmujący świętokradczą Komunię Świętą. Jak stwierdził prałat Joseph Clifford Fenton odnośnie nieomylnych nauk papieża, mają one być dla nas bezpieczne i nie prowadzić nas do zguby:
Magisterium Kościoła zostało wyposażone w pomoc Bożą, dzięki której pierwszy rodzaj nauczania daje nieomylną prawdę, a drugi – nieomylne bezpieczeństwo, działając nie po to, by definiować, lecz by podejmować te kroki, które uzna za konieczne dla zabezpieczenia wiary. Jest to auctoritas providentiae doctrinalis(doktrynalny autorytet opatrzności). Temu auctoritas providentiae doctrinalis i naukom, które on przedstawia, wierni winni są posłuszeństwo, pełne szacunku milczenie i wewnętrzną mentalną zgodę, zgodnie z którą przedstawiona w ten sposób propozycja jest przyjmowana nie jako nieomylnie prawdziwa, ale jako bezpieczna, jako gwarantowana przez ten autorytet, któremu Bóg zlecił opiekę nad wiarą chrześcijańską.[xviii]
Św. Robert Bellarmine, Doktor Kościoła, powiedział: „Byłby to najbardziej nieszczęśliwy stan Kościoła, gdyby był zmuszony uznać wilka, który ewidentnie grasuje, za pasterza”[xix] Innymi słowy, samo to pojęcie jest absurdalne. Papiestwo zdefiniowane na SW I jest propozycją typu „wszystko albo nic” i to jest sekret, którego wielu dzisiejszych tradycjonalistów nie zrozumiało. Albo człowiek podający się za papieża jest papieżem i ma asystencję Ducha Świętego, która chroni go (i nas) przed koniecznością wyrażenia zgody na świętokradzkie przyjmowanie Komunii Świętej, albo nim nie jest.
Co zatem robić? To, co należy zrobić teraz, to właśnie to, co kardynał Burke wyłożył w 2007 roku:
KB: Gdyby papież formalnie wyznawał herezję, przestałby, przez ten akt, być papieżem. To jest automatyczne. I tak mogłoby się stać…
CWR: Wracając do pytania o papieża popełniającego herezję. Co się wtedy dzieje, jeśli papież popełnia herezję i nie jest już papieżem? Czy odbywa się nowe konklawe? Kto jest odpowiedzialny za Kościół? A może po prostu nie chcemy nawet dotykać tych spraw?
KB: Istnieje już procedura, którą należy stosować, gdy papież przestaje pełnić swój urząd, tak jak to miało miejsce w przypadku abdykacji Benedykta XVI. Kościół nadal był rządzony w okresie przejściowym między datą skutecznej abdykacji a inauguracją posługi papieskiej papieża Franciszka.
CWR: Kto jest kompetentny, by ogłosić, że papież jest w herezji?
KB: Musieliby to być członkowie Kolegium Kardynalskiego
Na co więc dokładnie czekają kardynałowie w Rzymie, którzy wciąż mają wiarę? Po pierwsze, Franciszek głosił liczne herezje i nawet sam przyznał w pewnym momencie, że to, co powiedział, może być uznane za herezję, ale i tak to powiedział.[xxi] Jesteśmy już daleko od punktu zwrotnego, o ile w ogóle trzeba to w tym przypadku udowadniać. W rzeczywistości, każdy katolicki kardynał może również udowodnić, że Franciszek nigdy nie został papieżem, ponieważ jest niemożliwe, aby publiczny lub notoryczny heretyk został papieżem, jeśli zostanie wybrany.
Wydaje mi się, że pamiętam, jak nasz szanowny przyjaciel Franciszek uczestniczył w niechrześcijańskim (a tym bardziej niekatolickim) kulcie w Argentynie jako biskup, a także głosił heretyckie wypowiedzi na długo przed tym, jak został wybrany na papieża.[xxii] Tak więc, wszystko, co kardynałowie musieliby zrobić, to przytoczyć te wypowiedzi i akty i zastosować Prawo Boskie wyrażone wspaniale w Cum ex Apostolatus Officio przez papieża Pawła IV, który powiedział:
Ponadto [przez tę Naszą Konstytucję, która ma pozostać ważna na wieki, uchwalamy, określamy, dekretujemy i definiujemy:], że jeśli kiedykolwiek okaże się, że jakikolwiek Biskup, choćby działał jako Arcybiskup, Patriarcha lub Prymas; lub jakikolwiek Kardynał wspomnianego Kościoła Rzymskiego, lub, jak już wspomniano, jakikolwiek legat, lub nawet Papież Rzymski, przed jego promocją lub wyniesieniem na stanowisko Kardynała lub Papieża Rzymskiego, odstąpił od Wiary Katolickiej lub popadł w jakąś herezję:
(i) awans lub wyniesienie, nawet jeśli było bezsporne i za jednomyślną zgodą wszystkich kardynałów, jest nieważne, bezskuteczne i bezwartościowe;
(ii) nie jest możliwe, aby nabył on ważność (ani aby można było powiedzieć, że w ten sposób nabył ważność) przez przyjęcie urzędu, konsekrację, późniejszą władzę, ani przez posiadanie administracji, ani przez domniemaną intronizację Papieża Rzymskiego, ani przez cześć, ani przez posłuszeństwo udzielane mu przez wszystkich, ani przez upływ jakiegokolwiek czasu w powyższej sytuacji;
(iii) nie jest w żaden sposób uznawana za częściowo uzasadnioną;
(iv) każdemu, kto w ten sposób zostanie promowany na Biskupów, Arcybiskupów, Patriarchów, Prymasów lub wyniesiony na Kardynałów, czy też na Papieża Rzymskiego, nie zostanie przyznana żadna władza, ani nie będzie się jej uważać za przyznaną, ani w dziedzinie duchowej, ani w dziedzinie doczesnej;
(v) wszystkie ich słowa, czyny, działania i postanowienia, niezależnie od tego, jak zostały podjęte, oraz wszystko, co może z nich wynikać, są pozbawione mocy i nie dają nikomu żadnej trwałości ani prawa;
(vi) osoby w ten sposób awansowane lub wyniesione zostają pozbawione automatycznie i bez potrzeby składania jakichkolwiek dalszych oświadczeń, wszelkich godności, stanowisk, honorów, tytułów, autorytetów, urzędów i władzy.[xxiii]
A jeśli jakiś neokatolicki apologeta twierdzi, że Cum ex Apostolatus Officio zostało zastąpione przez jakiś późniejszy dokument papieski, to najwyraźniej nie zrozumiał, o co chodzi. Zasady ustanowione przez Cum ex Apostolatus Officio nie były jedynie doczesnym ustawodawstwem papieża Pawła IV, ale wyrazem zasady Prawa Boskiego, że heretyk nie może sprawować władzy w Kościele. Uświadamia to artykuł Encyklopedii Katolickiej prawie 400 lat później, w którym stwierdzono: „Oczywiście, [papieski] wybór heretyka, schizmatyka lub kobiety byłby nieważny.”[xxiv]
Co muszą zrobić kardynałowie?
To, co kardynał Burke (i wszyscy pozostali katoliccy kardynałowie) muszą zrobić, to kontynuować to, co wyłożył on w 2016 roku. Muszą oficjalnie i publicznie oświadczyć, że Franciszek albo stracił swój urząd przez liczne publiczne herezje, albo inaczej, że nigdy nie osiągnął urzędu, ponieważ „odszedł od wiary katolickiej” na długo przed wyborem na papieża.
Jak stwierdził papież Pius XII w Mystici Corporis, „Tylko ci są włączeni jako członkowie Kościoła, którzy zostali ochrzczeni i wyznają prawdziwą wiarę…”[xxv] Franciszek nie wyznaje prawdziwej wiary i nie wyznał prawdziwej wiary, ale wyznaje fałszywą wiarę. Czyni to już od lat i nie wykazuje żadnych oznak zaprzestania. Wręcz przeciwnie, jego błędy mnożą się, co widać na przykładzie jego Papieskiej Akademii Życia, która teraz otwarcie dyskutuje o moralnej legalności aktów wewnętrznie złych, takich jak antykoncepcja i sztuczne zapłodnienie.
Jednym z przykładów, jaki podał Św. Robert Bellarmine, w którym kardynałowie porzucili podporządkowanie się papieżowi, była sprawa papieża Liberiusza:
Następnie dwa lata później nastąpił upadek Liberiusza, o którym mówiliśmy wyżej. Wtedy rzeczywiście duchowni rzymscy, pozbawiając Liberiusza godności pontyfikalnej, poparli Feliksa, o którym wiedzieli [wtedy], że jest katolikiem. Od tego czasu Feliks zaczął być prawdziwym papieżem. Bo chociaż Liberiusz nie był heretykiem, to jednak był za niego uważany, ze względu na pokój, który zawarł z arianami, i przez to domniemanie pontyfikat mógł być słusznie [merito] od niego odebrany: bo ludzie nie są związani, ani nie potrafią czytać serc; ale kiedy widzą, że ktoś jest heretykiem przez swoje zewnętrzne uczynki, oceniają go jako heretyka czystego i prostego [simpliciter], i potępiają go jako heretyka.[xxvi]
Jest to jeszcze mocniejszy dowód na to, że zachowani jeszcze katoliccy kardynałowie mają prawo wycofać poddanie się władzy Franciszka poprzez deklarację. W przypadku Liberiusza nie był on bowiem nawet heretykiem. Mimo to, przez swoje publiczne czyny, został za niego uznany ze względu na pokój, który zawarł z heretykami. Nawet jeśli było to tylko domniemanie herezji na podstawie jego czynów, to i tak uzasadnione było odebranie mu władzy i posłuszeństwa, gdyż kardynałowie nie byli związani ani nie mogli czytać serc. Jednakże, jeśli widzą, że ktoś jest heretykiem przez swoje zewnętrzne dzieła (Pachamama ?) mogą osądzić go jako heretyka czystego i prostego i wycofać posłuszeństwo.
Kiedy jakakolwiek liczba ostałych się jeszcze katolickich kardynałów publicznie uzna, że Franciszek albo sam pozbawił się papiestwa, albo nigdy go nie uzyskał (z powodu jego niezliczonych niekatolickich publicznych słów i czynów przed wyborem), będą mogli przystąpić do zwołania konklawe, na którym wybiorą jednego z siebie na papieża, aby wypełnić wakat. Ważne jest, aby pamiętać, że podejmując to działanie, ci kardynałowie nie będą „osądzać” papieża, ponieważ Pierwsza Stolica nie jest osądzana przez nikogo, a niżsi nie mogą osądzać przełożonego. Zamiast tego kardynałowie publicznie ogłosiliby fakt, który już miał miejsce na mocy Prawa Bożego, aby następnie mogli przejść do następnego kroku, jakim jest konklawe.
A co z pozostałymi kardynałami, powiecie? Oni na pewno nie pójdą na to, a Franciszek na pewno ekskomunikuje tych kardynałów, którzy to zrobią. Odpowiadam: no i co z tego? Ekskomunika zdeklarowanego niekatolickiego heretyka, który nie pełni już urzędu w Kościele, nie miałaby żadnego skutku. Co do pozostałych kardynałów lojalnych wobec Franciszka, byliby oni w tym momencie odpowiednikami kardynałów, którzy uznawali i podążali za antypapieżami na przestrzeni dziejów, tak jak to miało miejsce podczas Wielkiej Schizmy Zachodniej. Byliby schizmatykami (choć wielu z nich w dobrej wierze), podczas gdy nowo wybrany katolicki papież i jego zwolennicy byliby prawdziwym papieżem i prawdziwym Kościołem.
Ale co z Watykanem, powiecie? Franciszek i ci, którzy go uznają, nie opuszczą łatwo Watykanu ani żadnego z innych miejsc. Odpowiadam, że są jeszcze naprawdę ładne kościoły i pomieszczenia biurowe w Awinionie we Francji, gdzie siedmiu kolejnych Wikariuszy Chrystusa rezydowało łącznie przez 67 lat. To na razie wystarczy. Zgłaszam się również do rozpoczęcia kampanii GiveSendGo, aby sfinansować przeprowadzkę tych kardynałów i podejmuję się skontaktowania ich z francuskim agentem nieruchomości, jeśli skorzystają z mojej rady. Bo jak powiedział kiedyś Św. Atanazy:
„Niech Bóg was pocieszy! … To, co was smuci (…), to fakt, że inni przemocą zajęli kościoły, podczas gdy w tym czasie wy jesteście na zewnątrz. Faktem jest, że oni mają budynki – ale wy macie Wiarę Apostolską. Oni mogą zajmować nasze kościoły, ale są poza prawdziwą Wiarą. Wy pozostajecie poza miejscami kultu, lecz wiara mieszka w was. Zastanówmy się: co jest ważniejsze, miejsce czy wiara? Oczywiście prawdziwa wiara. Kto przegrał, a kto wygrał tę walkę – ten, kto trzyma się miejsca, czy ten, kto trzyma się wiary? To prawda, pomieszczenie jest dobre, ale tylko wtedy, gdy głosi się w nim wiarę apostolską; jest święte, gdy wszystko odbywa się w nim w sposób święty…
„Tak więc im gwałtowniej próbują zajmować miejsca kultu, tym bardziej oddzielają się od Kościoła. Twierdzą, że reprezentują Kościół; ale w rzeczywistości to oni sami się z niego wypędzają i schodzą na manowce. Nawet jeśli katolicy wierni Tradycji są zredukowani do garstki, to właśnie oni stanowią prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa.”[xxvii]
Dokonajcie kontynuacji Wielkiej Schizmy Zachodniej
Przyznam się wam, że właściwie zazdroszczę katolikom okresu Wielkiej Schizmy Zachodniej. Tak, było zamieszanie co do tego, który z trzech pretendentów do tytułu papieża był prawdziwym papieżem. Ale przynajmniej wszystkie ich wybory były katolickie. To właśnie sprawiło, że kryzys trwał tak długo. Żaden z trzech pretendentów nie wydawał heretyckich dokumentów, nie wydawał heretyckich oświadczeń, ani nie nadzorował kultu bogini ziemi w ogrodach swojej papieskiej bazyliki. Wtedy wybór byłby łatwy.
Jesteśmy w o wiele bardziej pożałowania godnej sytuacji niż oni wtedy. Aby posłużyć się słowami Św. Roberta Bellarmina, „byłoby to najbardziej żałosne położenie Kościoła, gdyby był zmuszony uznać wilka, ewidentnie grasującego, za pasterza.”[xxviii] W naszym smutnym przypadku mamy do wyboru: uznać wilka za papieża lub nikogo. Mówię, dajcie nam rzeczywisty wybór. Jeśli ocalali katoliccy kardynałowie zrobią to, o czym piszę powyżej, dadzą nam ten wybór i nowo wybrany papież byłby jedynym katolickim wyborem.
Z pewnością, którykolwiek z nich zostałby wybrany na papieża, zacząłby z niewielką grupą zwolenników, ale jestem pewien, że wkrótce wzrosłaby ona wykładniczo o prawdziwych katolików, a nie kompletnych oszustów, takich jak kardynał Kasper, kardynał Cupich, Nancy Pelosi, Joe Biden i cała lista posoborowych oszustów, którzy nigdy nie byli katolikami. W tym momencie schizmatycka sekta Bergoglio zacznie wykrwawiać się ze wszystkich członków. W końcu Franciszkowi pozostanie rozmowa z Jamesem Martinem, Austinem Ivereighem, Massimo Faggiolisa i Melindą Gates, bo wszyscy prawdziwi katolicy go opuszczą.
Co robić w międzyczasie?
Istnieją dwa historyczne precedensy, które moim zdaniem pokazują, co możemy zrobić jako prawdziwi katolicy, w czasie gdy Franciszek rozpyla herezję jak zraszacz na trawniku. Pierwszy ma związek z Nestoriuszem, biskupem, który zaczął głosić herezję w swojej diecezji. Później papież, św. Celestyn, ekskomunikował Nestoriusza. Powiedział jednak, co następuje:
’Jest oczywiste, że ten [który został ekskomunikowany przez Nestoriusza] pozostał i pozostaje w komunii z nami, i że nie uważamy za wyzutego [tj. pozbawionego urzędu, na mocy wyroku Nestoriusza], nikogo, kto został ekskomunikowany lub pozbawiony swojej władzy, czy to biskupiej, czy duchownej, przez biskupa Nestoriusza lub przez innych, którzy poszli za nim, po tym jak zaczęli głosić herezję. Ten bowiem, który już wcześniej okazał się zasługującym na ekskomunikę, nie mógł nikogo ekskomunikować swoim wyrokiem.”[xxix]
Podobnie Franciszek, który już pokazał, że jest godzien usunięcia z urzędu (nawet jeśli kardynałowie nie złożyli jeszcze deklaracji, że go utracił), nie może podjąć działań prawnych przeciwko żadnemu katolickiemu księdzu, który odprawia łacińską Mszę, nie może nas wiązać z błędami w swoim prawie dyscyplinarnym, ani żądać naszej zgody na jakikolwiek dekret dyscyplinarny. Tyle jeśli chodzi o Traditiones Custodes.
Jest też przykład Św. Wincentego Ferrera. Św. Wincenty Ferrer żył w czasach Wielkiej Schizmy Zachodniej i uznał za papieża Benedykta XIII. Ks. Stanisław Hogan, O.P. pisze w swojej książce z 1911 roku „Św. Wincenty Ferrer”:
Nie możemy zapominać, że w oczach Św. Wincentego i króla Aragonii Ferdynanda , Benedykt XIII był prawdziwym papieżem, stąd ich trudności i kłopotliwe położenie. W końcu jednak, gdy wszystkie wysiłki okazały się bezskuteczne, Ferdynand poprosił Św. Wincentego o ostateczne rozstrzygnięcie tej kwestii. Wincenty odpowiedział, że skoro Benedykt XIII oparł się wszelkim próbom doprowadzenia do tak potrzebnej unii, a jego postępowanie wywołało zgorszenie u wszystkich wiernych, to usprawiedliwione jest wycofanie posłuszeństwa wobec Benedykta. Decyzja ta została potwierdzona przez zgromadzenie biskupów zwołane przez Ferdynanda, a reprezentujące obediencję awiniońską, 6 stycznia 1416 roku, w święto Trzech Króli.
Św. Wincenty odśpiewał Mszę i wygłosił kazanie do około 10 000 osób. Po kazaniu odczytał w obecności króla, ambasadorów i ludu akt, na mocy którego wszyscy ci, którzy byli posłuszni Awinionowi, wycofali się z wierności Benedyktowi. Cesarz został o tym powiadomiony, a ojcowie soboru w Konstancji odśpiewali dziękczynne Te Deum. Gerson napisał do Św. Wincentego: Gdyby nie ty, ta unia nigdy nie mogłaby zostać zrealizowana. Schizma jest u kresu[xxx].
Zauważmy słowa „ponieważ jego postępowanie wywołało zgorszenie u wszystkich wiernych, byli oni usprawiedliwieni wycofując swoje posłuszeństwo wobec Benedykta”. Zauważmy, że Benedykt nie był nawet oskarżony o herezję. Był katolikiem, ale jego postępowanie wywołało zgorszenie wśród wiernych. Z tego powodu, wierni byli usprawiedliwieni wycofując wobec niego posłuszeństwo.
Tym bardziej człowiek, który nadzoruje kult pogańskiej bogini ziemi, wielokrotnie stwierdza, że grzechem jest przekonywanie kogoś do swojej wiary, że kara śmierci jest niedopuszczalna, że ateiści mogą iść do nieba, a dusze są unicestwiane zamiast być karane w Piekle, ma dokładnie ZERO uprawnień do zakazania łacińskiej Mszy lub ukarania pojedynczego księdza, który ją odprawia. Zamiast tego powinniśmy traktować jego niemoralne i nielegalne polecenia z takim samym przekonaniem, z jakim świeccy traktowali biskupa Nestoriusza od momentu, gdy po raz pierwszy usłyszeli go głoszącego herezję z ambony.
Zwróćmy uwagę na fakt, iż świeccy mieli rację nie uznając ekskomunik Nestoriusza, zostało to później potwierdzone przez papieża Celestyna, ale lud wycofał posłuszeństwo wobec Nestoriusza zanim Celestyn to potwierdził. Podobnie, mamy prawo wycofać posłuszeństwo wobec Franciszka, zanim któryś z kardynałów ostatecznie ogłosi fakt, że albo stracił on (albo nigdy nie uzyskał) swojego urzędu z powodu jego wielu gorszących aktów herezji, apostazji i bluźnierstwa.
Alternatywa: Okaleczenie papiestwa
Zamiast obrać wyżej opisany kurs, wielu moich przyjaciół tradycjonalistów wydaje się zmierzać w innym kierunku. Ignorując lub odrzucając fakt, że Franciszek już dawno zasłużył na usunięcie ze stolicy Św. Piotra za swoją nieustanną kawalkadę błędów i zgorszenia, starają się oni zmienić katolickie nauczanie o papiestwie lub w inny sposób wymyślić je na nowo lub „odkryć”, aby dostosować je do absurdalnych czynów i nauk Franciszka. W odpowiedzi powiedziałbym, że ci tradycjonaliści, którzy „ponownie rozważają” SW I, są jak William Roper w filmie „Człowiek na wszystkie pory roku”, ponieważ chcieliby, abyśmy zredukowali wszelkie prawa dotyczące papiestwa, aby tylko dopaść Franciszka.
„William Roper: „Więc teraz dajesz diabłu przywilej korzystania z prawa!
Sir Thomas More: „Tak! A ty co byś zrobił? Wyciął wielką drogę przez prawo, by tylko dopaść diabła?”.
William Roper: „Tak, wyciąłbym każde prawo w Anglii, żeby tylko to zrobić!”.
Sir Thomas More: „Ach tak? A kiedy ostatnie prawo byłoby już obalone i diabeł zabrałby się za ciebie, gdzie byś się wtedy ukrył Roper, gdy wszystkie prawa byłyby zrównane z ziemią ? Ten kraj jest usiany prawami, od wybrzeża do wybrzeża, prawami ludzkimi, nie Boskimi! A gdybyś je ściął, a jesteś człowiekiem, który może to zrobić, czy naprawdę myślisz, że mógłbyś stać prosto na wietrze, który by wtedy wiał? Tak, dałbym diabłu przywilej korzystania z prawa, dla własnego bezpieczeństwa![xxxi]
Podobnie prawa kościelne dotyczące papiestwa ustanowione na Soborze Watykańskim I są prawami dla naszego własnego bezpieczeństwa. Jeśli zniesiemy wszystkie prawa dotyczące papiestwa, aby dobrać się do skóry Franciszkowi i staniemy się neo-gallikanami (jeśli to w ogóle możliwe), co nam pozostanie? Jaką mamy szansę na odbudowę? Odcięlibyśmy jedyny dany przez Boga środek na przyszłość. Bylibyśmy wtedy na łasce bezsilnego, zdemokratyzowanego i kolegialnego Kościoła. Diabeł miałby nas w pułapce.
Na przykład, powiedzmy, że dajemy naszym szczerym tradycjonalistycznym krytykom SW I to, czego chcą. Powiedzmy, że zmieniliśmy prawa dotyczące papiestwa (jeśli coś takiego byłoby możliwe), aby ograniczyć Franciszka. Od tej pory papież może być sumiennie ignorowany, chyba że ogłasza jakąś doktrynę nieomylnie, jego kanonizacje mogą być ignorowane i podważane, każde nauczanie na temat wiary i moralności pochodzące z jego autentycznego Magisterium może być podobnie ignorowane, a każdy katolik musi założyć kapelusz Sherlocka Holmesa, aby samemu rozeznać, co jest katolickie, a co nie jest w każdej papieskiej encyklice i może swobodnie odrzucić wszystko, co uzna za niekatolickie. Prawa liturgiczne papieża mogą być swobodnie ignorowane, podobnie jak jego prawa dyscyplinarne. Powiedzmy, że jest to nowy paradygmat papiestwa, który ustanowimy w przyszłości.
Powiedzmy też, że jakimś cudem na następnym konklawe prawdziwy tradycyjny katolik zostaje wybrany na papieża i natychmiast przystępuje do odbudowy Kościoła. Jaką jednak ma teraz władzę? Cupichy, Walterzy Kaspersi, Martinsi mogliby wtedy zacytować tradycjonalistów przeciwnych Soborowi Watykańskiemu I jako uzasadnienie dla całkowitego odrzucenia nowego, tradycyjnego papieża, ponieważ w ich mniemaniu mają ku temu podstawy.
Wykorzystają nowy papieski paradygmat neo-gallikańskich tradycjonalistów, aby powiedzieć, że nowy, tradycyjny papież zaprzecza nauczaniu Franciszka, które było prawomocnym wdrożeniem SW II, ogólnego ekumenicznego soboru Kościoła i dlatego nie musi być przestrzegane. Pozbawiony niemal wszystkich Boskich uprawnień, które zostały nadane mu w Pastor Aeternus, co by nam pozostało z papieża? Monarcha z głową, taki jak królowa Anglii? Jaką władzę i jaki autorytet moralny miałoby takie papiestwo, aby zdyscyplinować tych nowych dysydentów, po tym jak pozbyliśmy się wielu papieskich prerogatyw, aby chronić nas przed posłuszeństwem wobec Franciszka?
Kolejną ironią jest to, że ci sami tradycjonaliści, którzy ganią nauczanie Vaticanum II o kolegialności, którzy wyśmiewają absurdalny „Synod o Synodalności” i mówią, że biskupi i konferencje biskupie mają zbyt wiele władzy, chcieliby osłabić papiestwo do tego stopnia, że Kościół stałby się zbiorem skłóconych terytoriów z prezydentem na czele, posiadającym ograniczoną władzę. W rzeczywistości mamy już niektórych, którzy rozkoszują się faktem, że w ich oczach Święta Matka Kościół stała się niczym więcej niż grą polityczną, w której dwie przeciwne strony knują i manewrują w celu zdobycia władzy. W absurdalnym artykule w The Catholic World Report, Christopher Altieri, po porównaniu Kościoła do gangu w Chicago i usunięciu kontrowersji wokół Amoris Laetitia, z uśmiechem pisze:
Aby zrozumieć nie tylko ten pontyfikat, ale także obecny moment w życiu Kościoła, potrzebujemy heurystyki politycznej. Częścią budowania tej heurystyki będzie odzyskanie rdzenia teologii jako przedsięwzięcia zasadniczo politycznego, to znaczy takiego, które ze swej natury z konieczności dotyczy „spraw miasta”, jakim jest Kościół.[xxxii]
Nie. Nie potrzebujemy „heurystyki politycznej”, by „zrozumieć” ten pontyfikat i „obecny moment w życiu Kościoła”. Boże broń! Czy nie mamy już dość polityki we własnym kraju? Czy stan zachodniej demokracji wygląda jak „heurystyka”, którą chcemy zastosować do Boskiej Instytucji? Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, są kolejne zakulisowe gry polityczne i machinacje lokalnych biskupów, którzy w przyszłym politycznym i zdecentralizowanym Kościele będą sprawować całą władzę. Czy Konferencja Biskupów Niemieckich wydaje się wam funkcjonalna?
Obecnie, katolickie media głównego nurtu są zalane nadętymi gadającymi głowami, które obsesyjnie mówią o Kościele w taki sam sposób, w jaki mówią o amerykańskiej polityce, tak jakby Kościół składał się z „konserwatystów” i „liberałów”, a papież był kimś w rodzaju prezydenta próbującego sprawdzić, jak bardzo może promować i wprowadzać w życie ideologię swojej partii ponad drugą. To jest mdłe. Jeśli kościół ekspertów medialnych jest naprawdę niczym więcej niż wielkim teatrem politycznym, jak oni to przedstawiają, to mówiąc słowami katolickiej autorki, Flannery O’Connor, „do diabła z tym”. Nie potrzebujemy „politycznej huerystyki”, potrzebujemy samego przeciwieństwa demokratycznej polityki. Potrzebujemy naszego monarchy. Potrzebujemy prawdziwie katolickiego papieża.
Jeśli chodzi o obecny „pontyfikat”, to nie tu nic do „zrozumienia”. Była to po prostu seria gorszących zachowań i heretyckich deklaracji ze strony człowieka, który już dawno temu był godny tego, by stracić ten urząd lub nawet nigdy go nie uzyskać. Sposób w jaki działa Kościół jest taki, że monarcha, Wikariusz Chrystusa, który jest chroniony przez Ducha Świętego, rządzi Kościołem i biskupami i działa jako nasza reguła wiary. Papież jest dosłowną Skałą, na której Chrystus zbudował swój Kościół, którego my i nasze dzieci powinniśmy móc bezpiecznie słuchać i być mu posłuszni bez wyrzutów sumienia.
Zamiast tego, kiedy uczymy nasze dzieci religii, uczymy je wszystkich wspaniałych katolickich nauk sprzed Soboru Watykańskiego II na temat papiestwa, ale po cichu mamy nadzieję, że nie zapytają nas, jak to wszystko odnosi się do obecnego bufonowatego apostaty żyjącego w Watykanie, który naucza, że cudzołożnicy mogą przyjmować Komunię, że konkubinat jest „prawdziwym małżeństwem”,[xxxiii] i porównuje Wielki Nakaz Misyjny Chrystusa z islamskim dżihadem.[xxxiv].
Doprawdy, jak długo jeszcze możemy kryć i pozwalać na taki stan rzeczy? Kto z nas potrafi spojrzeć w oczy naszym dzieciom i odpowiedzieć im, gdy czytają Pastor Aeternus, a jednocześnie widzą zło, którym nieustannie pluje Franciszek, i pytają nas, dlaczego nasz papież jest heretykiem? Pytają nas, czy Chrystus pozwoliłby swojemu Wikariuszowi uczyć nas zła? Pytają nas, czy to oznacza, że Kościół uległ błędom? Pytają nas, jak możemy oczekiwać, że nasi niekatoliccy krewni nawrócą się na taki Kościół? Pytają nas, czy bramy piekieł zwyciężyły? Czy w odpowiedzi, moi tradycjonalistyczni przyjaciele będą im poetycko opowiadać o „ultramontanach” i „hiperpapistach” rujnujących sprawy na SW I?
Jak powiedział Pius XII:
Wynika z tego, że Kościół Chrystusowy nie tylko istnieje dziś i zawsze, ale jest też dokładnie taki sam, jaki był w czasach Apostołów, chyba że mielibyśmy powiedzieć, uchowaj Boże, że Chrystus, nasz Pan, nie mógł zrealizować swojego celu, albo że pomylił się, gdy zapewniał, że bramy piekielne nigdy nie powinny go zwyciężyć[xxxv].
Papież Leon XIII, stwierdza, że:
Dlatego, jak wynika z tego, co zostało powiedziane, Chrystus ustanowił w Kościele żywe, autorytatywne i stałe Magisterium, które własną mocą umocnił, a przez Ducha Prawdy nauczał i cudami potwierdził. Chciał i nakazał, pod najcięższymi karami, aby jego nauka była przyjmowana jako Jego własna. Tak więc, jak często na mocy tej nauki oświadcza się, że to lub tamto jest zawarte w depozycie Boskiego objawienia, tak często każdy musi w to wierzyć jako w prawdę. Gdyby w jakikolwiek sposób mogło to być fałszywe, wynika z tego oczywista sprzeczność; wtedy bowiem sam Bóg byłby autorem błędu w człowieku. „Panie, jeśli jesteśmy w błędzie, to jesteśmy przez Ciebie zwodzeni”[xxxvi].
Tak, Kościół jest prawdą i Kościół nie ma i nie może mieć wad. Jednakże jednostki mogą z całą pewnością odpaść i przez to stawiają się poza Nim. Papież Leon XIII kontynuuje:
W ten sposób, po usunięciu wszelkich powodów do wątpliwości, czy może być dozwolone, aby ktoś odrzucił którąkolwiek z tych prawd bez popadnięcia w herezję a tym samym odłączył się od Kościoła? – odrzucając za jednym zamachem całą naukę chrześcijańską? (…) Absurdem jest wyobrażać sobie, że ten, kto jest na zewnątrz, może dowodzić w Kościele”.[xxxvii]
Czy Franciszek może „dowodzić w Kościele?”. Papież Leon XIII wykłada obietnice Chrystusa dla Piotra i to co może zrobić papież chroniony przez Ducha Świętego:
Takie są więc obowiązki pasterza: stawiać się jako przywódca na czele swej trzody, dostarczać jej odpowiedniego pokarmu, odpierać niebezpieczeństwa, strzec przed podstępnymi wrogami, bronić go przed przemocą, jednym słowem rządzić nim. Skoro zatem Piotr został postawiony jako pasterz chrześcijańskiej trzody, otrzymał władzę rządzenia wszystkimi ludźmi, dla których zbawienia Jezus Chrystus przelał swoją krew. „Dlaczego przelał swoją krew? Aby wykupić owce, które przekazał Piotrowi i jego następcom” (S. Joannes Chrysostomus, De Sacerdotio, lib. ii).
A ponieważ wszyscy chrześcijanie muszą być ściśle zjednoczeni w komunii jednej niezmiennej Wiary, Chrystus Pan, mocą swych modlitw uzyskał dla Piotra, aby w wypełnianiu swego urzędu nigdy nie odszedł od wiary. „alem ja prosił za tobą, aby nie ustała wiara twoja. A ty, niekiedy nawróciwszy się, potwierdzaj bracią twoję” (Łk. 22., 32), a ponadto polecił mu, aby udzielał światła i siły swoim braciom, ilekroć zajdzie taka potrzeba: „potwierdzaj bracią twoję” (tamże). Chciał więc, aby ten, którego wyznaczył na fundament Kościoła, był obrońcą jego wiary…
Czy taki jest Franciszek? Dlatego pokornie zachęcam kardynała Burke’a i wszelkich pozostałych katolickich kardynałów do ogłoszenia, że Franciszek albo stracił, albo nigdy nie uzyskał papiestwa z powodu jego wielu publicznych herezji i aktów apostazji, jak również jego odrażającej porażki w wyznawaniu prawdziwej wiary, która, jak uczy Pius XII, jest koniecznym warunkiem członkostwa w Kościele.[xxxviii]
2 sierpnia 2022 https://pch24.pl/polska-to-barachlo-a-polacy-to-niewolnicy-co-lord-dabernon-pisal-o-polsce-przed-bitwa-warszawska/
„Polska to barachło, a Polacy to niewolnicy”. Prof. Nowak tłumaczy, co lord D’Abernon pisał o Polsce przed Bitwą Warszawską
(fot. Krzysztof Wojciewski)
Brytyjski lord Edgar Vincent D’Abernon nazwał Bitwę Warszawską „18. przełomową”, czy też „18. najważniejszą bitwą w historii świata”. Był on wysłany na czele politycznej części misji alianckiej do Warszawy w końcu lipca 1920 roku.
Problem polega na tym, że napisał to kilkanaście lat później w swojej książce wspomnień, jakby dowartościowując swój udział i znaczenie Bitwy Warszawskiej, której się przyglądał, bo żadnej pomocy Polsce i Polakom nie udzielił.
Przestudiowałem w archiwum w Londynie zapiski lorda D’Abernona i raporty wysyłane bezpośrednio przez niego w lipcu i sierpniu 1920 roku do brytyjskiego premiera Davida Lloyda George’a. Początkowo, bo później się to zmienia, były one pełne pogardy i poczucia z jednej strony wyższości, a z drugiej zmarnowanego wysiłku lorda D’Abernona i jego współtowarzyszy w Warszawie.
„Po co pomagać tym Polakom? Przecież oni do niczego się nie nadają. Oni nie tylko nie obronią się przed bolszewikami, ale nawet nie zasługują na jakąkolwiek pomoc”, tak mniej więcej brzmiały notatki lorda D’Abernona. Jego zdaniem Europa zaczynała się od Niemiec i to dopiero Niemiec warto bronić.
Trzeba oddać lordowi D’Abernonowi, że był zdecydowanym antybolszewikiem i chciał bronić Europy przed czerwoną zarazą, ale powtarzam – dla niego Europa zaczynała się od Niemiec. To właśnie Niemcy były dla niego pierwszym krajem w obronie którego mogą stanąć Brytyjczycy. Wszystko na wschód od Niemiec to „barachło” i „niewolnicy” i nieważne kto tam będzie rządził, bo to nie są problemy zajmujące cywilizowanego człowieka.
Tak wygląda z bliska widziana prawda o osiemnastej najważniejszej bitwie świata. Lubimy czasem się pompować tym stwierdzeniem, bo przecież tak napisał angielski lord. W rzeczywistości ten lord pisał coś zupełnie innego w przededniu Bitwy Warszawskiej.
Dopiero kiedy zobaczył on polskie samotne zwycięstwo, przy którym Wielka Brytania zrobiła co mogła, żeby Polsce zaszkodzić, wtedy dopiero lord D’Abernon zmienił zdanie. Zrobił to jednak po to, żeby podźwignąć własną rolę, że był przy tej wielkiej bitwie i tym wielkim zwycięstwie.
Tak właśnie narodziło się to pojęcie, do którego specjalnie wiele osób na Zachodzie nie przywiązuje większej wagi.
Powyższy tekst stanowi fragment rozmowy z 11 maja 2020 roku, jaką z prof. Andrzejem Nowakiem przeprowadził Tomasz D. Kolanek.