Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.
Za zabicie Ghislaine Maxwell wyznaczono milion dolarów! Tak twierdzi sama Ghislaine w wywiadzie, którego udzieliła właśnie dziennikarce Daphne Barak. Barak, która zasłynęła po napisaniu bestsellerowej książki „Saving Amy”, o przedwcześnie zmarłej piosenkarce Amy Winehouse, namówiła do rozmowy byłą wspólniczkę Jeffreya Epstein’a. Ghislaine, która otrzymała wyrok 20 lat więzienia, opuściła mury więzienia na Brooklynie, w Nowym Jorku, gdzie podobno próbowano ją zabić podczas snu i została przewieziona w środku nocy 22 lipca do ośrodka o złagodzonym rygorze w Tallahassee, na Florydzie.
Osadzona nie czuje się jednak dużo lepiej, bo musi dzielić mikroskopijnej wielkości celę z trzema innymi więźniarkami. Wyjść z niej może zaledwie na jedną godzinę dziennie, a i to tylko pozostając wewnątrz murów, bez szansy na spacer na świeżym powietrzu. Maxwell skarży się też na ograniczenia w korzystaniu z prysznica, monotonne wyżywienie, brak dostępu do Internetu i fakt, że pisać może tylko do osób z ograniczonej listy adresatów, do tego – jedynie na 30-letniej maszynie do pisania. Narzeka także na brak dostępu do telefonu, ponieważ do publicznego automatu ustawia się notorycznie kolejka chętnych.
Ghislaine w swej opowieści przedstawia się oczywiście z jak najlepszej strony, wskazując, że pracuje w więziennej bibliotece, a współwięźniarki uczy języka angielskiego i pomaga im w pisaniu podań oraz tłumaczeniu dokumentów. Trudno jej zrozumieć brak w codziennej diecie pomarańczy, uskarża się na zimne noce i nie mniej zimne, ledowe światło w celi, które przyrównuje do używanego w obozach koncentracyjnych.
Trudno ocenić, z jakich źródeł czerpie inspirację do tych porównań, ale z ogromną determinacją powtarza, że nie ma myśli samobójczych, a słynna fotografia księcia Andrzeja z 17-letnią Virginią Roberts, jest fałszywa. Jest przekonana, że za jej głowę wyznaczono nagrodę w wysokości miliona dolarów i mówi, żyje z przeświadczeniem, że ktoś się na to pokusi, mimo ciągłego dozoru dwóch kamer. Opowiadając o swym smutnym życiu nie ukrywa jednak, że w poprzednim miejscu odosobnienia było gorzej, bo z głodu musiała jeść wazelinę, a strażnicy więzienni w ogóle nie kryli się z rozprowadzaniem narkotyków. Dużą nadzieję pokłada w złożonej przez siebie apelacji, podkreśla też, że nie czuje się ofiarą, dodając na koniec, że „oczywiście, takie doświadczenie zmienia, ale jestem w pewnym stopniu tą samą osobą, którą byłam. Więc zamiast patrzeć na to, co straciłam, staram się widzieć, co zyskałam”.
Naturalnie, w całej tej łzawej historii nie pojawiła się nawet krótka wzmianka na temat jej byłego partnera i wspólnika, a już tym bardziej nie pochylono się nad jednym choćby przypadkiem spośród tych setek dziewcząt, które ofiarami zbrodniczej pary czują się do dziś.
Na podstawie książki Daphne Barak o Winehouse, zrobiono 8-odcinkowy dokument telewizyjny, w którego przygotowanie zaangażował się znany, brytyjski dziennikarz Mal Young. Barak przeprowadzała w swym życiu wywiady z takimi osobami, jak Hillary Clinton, czy Nelson Mandela, nie jest więc nowicjuszką na rynku medialnym. Jestem przekonany, że i to przedsięwzięcie znajdzie wsparcie, zarówno w amerykańskich, jak i brytyjskich mediach głównego nurtu, a historia Ghislaine Maxwell będzie kolejnym sukcesem, choć z pewnością nie wszystkich zainteresowanych.
Sławomir M. Kozak, Warszawska Gazeta nr 45/2022
Tych, którzy wolą posłuchać, niż czytać, zapraszam na podcast w Anchor:
Korzystając z okazji, zapraszam również na mój nowy program „Prosto z Mostu” na platformie BanBye:
https://banbye.com/channel/ch_EfFB36YJNeLU
===================================
mail:
„z głodu musiała jeść wazelinę”. To chyba określa prawdomówność obu pań.
Czyżby szykowali jej fikcyjną „śmierć”? Kłaniają się z plaż południa m. inn. Adamowicz i Kulczyk.
Zgromadzenie Ogólne ONZ przytłaczającą większością głosów przegłosowało rezolucję zobowiązującą Izrael do pozbycia się broni jądrowej, do posiadania której kraj ten nigdy się nie przyznał.
Rezolucję zgłosiła Autonomia Palestyńska i 19 innych krajów, między innymi Bahrajn, Jordania, Maroko i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Pięć państw, które sprzeciwiły się rezolucji w sprawie ryzyka rozprzestrzeniania broni jądrowej na Bliskim Wschodzie, to: Kanada, Izrael, Mikronezja, Palau i Stany Zjednoczone.
Kolejne 24 kraje wstrzymały się od głosu; są wśród nich członkowie UE, w tym Polska. [Nic dziwnego – no bo jak „nie ma”, to po co protestować? MD]
Rezolucja nie wspomina o Iranie, który rozwija program broni jądrowej, ale zakłada, że Izrael musi pozbyć się całej swojej broni atomowej i oddać swoje obiekty jądrowe pod nadzór Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.
Wzywa Tel Awiw do przystąpienia do Układu bez dalszej zwłoki, nierozwijania, nieprodukowania, nietestowania ani nienabywania w inny sposób broni jądrowej, do wyrzeczenia się posiadania broni jądrowej oraz do objęcia wszystkich izraelskich obiektów jądrowych pełnym zakresem zabezpieczeń Agencji, jako „ważnego środka budowy zaufania wśród wszystkich państw regionu oraz jako kroku w kierunku wzmocnienia pokoju i bezpieczeństwa”.
Komitet zatwierdził również 170 głosami – w tym Iranu – wezwanie do utworzenia na Bliskim Wschodzie strefy wolnej od broni jądrowej. Izrael był jedynym krajem, który się temu sprzeciwił. Od głosu wstrzymały się cztery kraje: Stany Zjednoczone, Kamerun, Komory i Tanzania.
Znamienna karta rewolucji – zbezczeszczenie grobów Saint-Denis Jean Raspail, KRÓL ZZA MORZA, Klub Książki Katolickiej , ul. Dąbrówki 7, 62-006 Dębogóra e-mail: klub@kkk.com.pl MD] …
Oto zatem odczytujemy znamienną kartę naszej rewolucji – zbezczeszczenie grobów Saint-Denis, dokonane z rozkazu Konwentu, w dniach 12-25 października 1793 roku. Trzynaście dni hańby. W śród zachęcających okrzyków podnieconego tłumu rozpoczęto w pobliżu bazyliki kopanie dwóch kwadratowych dołów. Pierwszy był przeznaczony na kości Burbonów, drugi zaś na szczątki Walezjuszy i Kapetyngów oraz innych królów spokrewnionych z tymi dwoma rodami, o ile by takowych znaleziono. Potem taranem wyważono drzwi krypty, w której na kilku różnych poziomach rzędami leżały trumny królów. Pierwszym „tyranem” wyrwanym z wiecznego odpoczynku był dobry król Henryk IV. Kiedy odbito wieko trumny, jego ciało zdało się niemal nietknięte. W rozrzedzonym powietrzu krypty rozszedł się silny, aromatyczny zapach. Pięknie pachniał ten król. Czego nie można powiedzieć o pozostałych. Jego twarz zachowała się w niemal idealnym stanie broda śnieżnobiała, rysy niezmienione. Trupa wywleczono z trumny i postawiono – niczym manekina opierając go o kolumnę. Otaczający go tłum z wrażenia wstrzymał oddech. Czy upadnie na kolana na znak należnego władcy szacunku? Ale prawo tłumu nie zna wyjątków – ton nadaje zawsze najpodlejszy z podłych. Przepchnąwszy się do pierwszego rzędu, jakiś zuchwały żołdak „)’ciągnął z pochwy szablę i odciął pukiel królewskiej brody, po czym – przy wtórze śmiechów i oklasków – uczynił z niej sobie sztuczne wąsy. Po nim do króla zbliżyła się jakaś megiera, która z całej siły spoliczkowała władcę i ciało upadło na ziemię. Po kilku godzinach obelg i poniewierki, doprowadzone do niewyobrażalnego stanu zwłoki króla bez ceremonii wrzucono – jako pierwsze – do przeznaczonego dla Burbonów dołu.Ludwik XIII trafił doń nie poczęstowany nawet obelgą – za bardzo cuchnął. Za to z Ludwikiem XIV lud miał swoje porachunki. Jego ciało zostało rozprute nożem z brzucha wydostały się pakuły, którymi zastąpiono wnętrzności. Potem oprawca, tym samym nożem, siłą otworzył królowi usta, rozwierając zaciśnięte od siedemdziesięciu lat szczęki. Wyrwawszy stamtąd spróchniały pieniek zęba, ukazał go tłumowi niczym trofeum. Tym razem, obojętny na wydostający się z królewskich ust smród, lud zawył z rozkoszy. Do dołu wrzucono też królową Marię Teresę – małżonkę Ludwika XIV i córkę Filipa IV Hiszpańskiego. Wpadła tam z głową wykręconą do tyłu i rozrzuconymi, uniesionymi ku górze nogami – ona, tak cnotliwa za życia – co tłum powitał wulgarnym rechotem. Nie lepiej potraktowano Marię Medycejską. Ciśnięto ją do dołu bardzo szybko, ponieważ jej ciało miało konsystencję starego, lejącego się sera. Patrioci wydzierali sobie z rąk kilka włosów, które unosiły się na powierzchni tej smrodliwej mazi. Anna Austriaczka, dumna Anna, królowa płaszcza i szpady, została wrzucona do dołu w wielkim pośpiechu. Jej członki nie trzymały się już ciała, a zgromadzony wokół cuchnących jam motłoch zatykał sobie nosy. Do dołu zwalono Burbonów, delfinów, następców tronu – dojrzałych i małoletnich, dorosłe i niepełnoletnie królewny, kilku Orleańczyków, paru książąt Burgundii, Andegawenii, Akwitanii, Bretanii i Montpensier, kilkoro zmarłych przy narodzinach, których oklaskiwały zgromadzone megiery, bowiem „ci przynajmniej długo nie pożyli”, jedną zabłąkaną tutaj księżniczkę z rodu Stuartów, księżne Parmy, Artois, Berry, Palatynatu i Turenne, Wielkiego Kondeusza, a także wiele cór Francji, noszących imiona Maria, Maria Zefiryna, Maria Adelajda, Ludwika Maria, Maria Elżbieta, Maria Anna, których ciała wypływały z ołowianych trumien niczym zdroje śmierci. W bazylice trudno już było oddychać. Motłoch dyszał wściekle.Wtedy odkryto ciało Ludwika XV.Bóg jeden wie, jak bardzo na niego czekano, by pokazać, jak ów „umiłowany” król straszliwie był znienawidzony! Czyż nie mówiono, że umarł na syfilis, że zgnił za życia, a po śmierci nie został nawet zabalsamowany, gdyż balsamiści padali jak muchy, ledwie-się go dotknęli? Wszystkich rozczarował. Jego trumna nawet nie cuchnęła. Ciało było dobrze zakonserwowane, skóra biała i świeża – zupełnie jakby dopiero go pochowano. Można by rzec, że król bierze kąpiel, gdyż ciało jego unosiło się na powierzchni obficie wypełniającego trumnę roztworu morskiej soli. Gdy jednak wodę wylano, stała się rzecz straszna. Ciało „Umiłowanego” zaczęło się błyskawicznie rozkładać, aż został z niego jakby cień na dnie trumny, z której unosił się obłok potwornego smrodu. Podpalono mnóstwo prochu, wystrzelono nawet kilka salw w nadziei na oczyszczenie powietrza – jak podczas epidemii dżumy. Tak oddano hołd królowi Ludwikowi XV. Było to dnia 16 października 1793 roku, dokładnie w godzinie, w której na rozklekotanym wózku wieziono na szafot królową Marię Antoninę, stojącą tyłem do konia, z rękoma związanymi za plecami i włosami luźno opadającymi na kark. . .Czy mam mówić dalej, Miłościwy Panie? Przyznaję, że to bardzo nieprzyjemny sposób wspominania dziejów Twego rodu w tamtych dniach 1793 roku, gdy Francja i Francuzi przestali kochać swoich królów. A może ta nienawiść ludu była tak naprawdę rodzajem hołdu złożonego sponiewieranemu Majestatowi? Znienawidzono was tak bardzo, bo tak długo byliście wszystkim. Wasza kaźń była ceną za dobro, które kraj był wam winien, i wielkość, którą mu zapewniliście. Gdy dnia 21 stycznia 1793 roku, o dziesiątej dwadzieścia dwie, głowa Ludwika XVI spadła do wiklinowego kosza, nad Paryżem, aż po ogrody Tuileries, zawisła wielka cisza i spoczęła na nieprzebranym tłumie. Nienawiść na chwilę zwolniła biegu i dokonała się ostateczna komunia Francji i jej królów. Tej komunii już nie ma, Miłościwy Panie. Jej miejsce zajęły obojętność i ignorancja, a w najlepszym razie – u tych Francuzów, którzy wiedzą o Twoim istnieniu (powinienem napisać: o tym, że przeżyłeś) – ta odrobina współczucia i wzruszenia, które wywołują sprawy z góry spisane na niepowodzenie. Sprawy przegrane. Czy to Ci wystarczy na całe życie? Ale wróćmy do bezczeszczenia grobów Saint-Denis. Może właśnie stamtąd mógłbyś czerpać siły i wolę bycia czymś więcej niż tylko wspomnieniem… Kiedy dół Burbonów się zapełnił, zajęto się tym przeznaczonym dla Walezjuszy. W tej samej upiornej atmosferze przez dwa dni wrzucano doń ciała, których stos rósł tak szybko, że jeden z robotników zauważył, iż „zabraknie miejsca dla wszystkich”. Potem sprawy się skomplikowały. By znaleźć wejście do grobowca Franciszka l, potrzeba było wielu próbnych wykopów i kreciego pełzania. Twórca College de France spoczywał tam wraz ze swą rodziną – matką, królową Ludwiką, żoną Klaudią i trójką spośród ich dzieci. W zetknięciu z powietrzem ich ciała zmieniły się w kleistą i cuchnącą maź, którą wiadrami – niczym ekskrementy – przeniesiono do dołu. To był ostatni władca, który śmierdział i wielu bardzo tego żałowało, gdyż smród podżegał do nienawiści. Ale od XVI wieku nie robiono już ołowianych trumien, zastępując je kamiennymi sarkofagami. Ciała zmarłych obracały się w nich w proch. Niektóre zostały wygotowywane, by w ten sposób oddzielić kości od mięsa i pochować tylko szkielety obciągnięte skórą. Teraz kości i czaszki zagęszczały tę zupę w nieokreślonym kolorze, zmieszaną z gaszonym wapnem, niemal przelewającą się przez brzegi dołu i będącą swego rodzaju koncentratem, kwintesencją naszych królów. Przedstawiciele ludu pluli do niej, gdyż łup w postaci drogocennych przedmiotów nie spełnił ich oczekiwań. Nasi książęta często chowani byli w samej koszuli, bez biżuterii ani insygniów władzy królewskiej – na znak chrześcijańskiej pokory. Wraz z nimi do dołu wrzucono cały tłum dygnitarzy, opatów, ministrów, konetabli, szambelanów, seneszala de Beaucaire, kawalera de Barbazan, wielkiego Sugera, opata Saint-Denis, Bernarda Duguesclin i Leona de Lusignan, ostatniego frankońskiego króla Armenii i pierwszego z długiej listy chrześcijańskich uchodźców we Francji.. .Nigdy nie odnaleziono grobu Ludwika Świętego, także pochowanego w Saint-Denis. Łatwo sobie wyobrazić, jak gorliwie szukano tego króla – znienawidzonego podwójnie: jako władca i jako święty – drążąc tunele z jednej krypty do drugiej. Na próżno. Jego wielki, opiekuńczy cień wciąż pochylał się nad starą, plądrowaną bazyliką. A najeźdźcy nie przestawali kopać. Było coś przerażająco świętego – jakaś świętość ludu, która przeciwstawia się świętości Boga i każe w Niego wątpić – w tym zapamiętaniu rabusiów cmentarnych, ryjących niczym termity w fundamentach pierwszych wieków, jakby nad przeszłością panowało teraz nowe prawo życia i śmierci, prawo wynikające w sposób naturalny z Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Wyczerpani, plujący i dławiący się padlinożercy zaczęli przekopywać tunel ku najstarszym poziomom nekropolii. Szło im ciężko. Dnia 21 października 1793 roku, załatwiwszy się z grobowcem zmarłego w 1223 roku Filipa Augusta, natrafili na teren zupełnie nieznany, po którym poruszali się bez planu i punktów orientacyjnych, kopiąc tunele, które trzeba było stemplować i napowietrzać. Być może, prócz ciężaru wieków, zaczęli czuć na swych barkach ciężar wstydu. Trudno im odmówić zadziwiającej odwagi. Na światło dnia wywleczono i ciśnięto do dołu króla Ludwika VII Młodego i jego ojca, Ludwika IV Grubego, z którego została jedynie garstka jasnego prochu, potem Henryka I i jego małżonkę Annę, córkę króla wikingów z Kijowa, i jeszcze wielu innych, aż po Roberta II Pobożnego, drugiego z Kapetyngów, urodzonego w roku 970. Wraz z nim łupieżcy grobów przekroczyli próg tysiąclecia, zmieniając jednocześnie dynastię, i zapuścili się w labirynt wąskich i pochyłych korytarzy nekropolii, leżących pod płytami chóru bazyliki.Tutaj na wielu poziomach tłoczyli się Karolingowie i Merowingowie. Napisy na grobach były zatarte. W kamiennych korytkach odnaleziono stosy kości, których anonimowość nie uchroniła przed wylądowaniem w dole Walezjuszy. Zidentyfikowano natomiast szczątki Karola Łysego, odnalezione wewnątrz małego, drewnianego i świetnie zachowanego kuferka, na którym widniał wyraźny monogram. Wszystko to spoczywało wewnątrz kamiennego sarkofagu. Karol II Łysy, król Francji, sygnatariusz słynnego traktatu z Verdun podpisanego w 843 roku, być może prawdziwy twórca Twojego królestwa po podziale cesarstwa Karola Wielkiego… Jego kuferek pływał przez kilka chwil na powierzchni wypełniającej dół mazi, wśród wielkich i smrodliwych bąbli, po czym zakołysał się niczym tonący okręt i zniknął w odmętach królewskiej magmy.Jednak ostatecznym tryumfem podłości stało się odnalezienie szczątków Dagoberta I. Nareszcie! Zniszczono opactwo, zdewastowano bazylikę, unicestwiono nekropolię – wszystko po to, by teraz móc radośnie rozprawić sięz despotą, który dał ternu wszystkiemu początek, twórcą opactwa podniesionego do rangi królewskiego grobowca, Dagobertem, Salomonem Franków! Gdy po długiej, podziemnej harówce synowie ludu dotarli wreszcie do jego sarkofagu, ze zdurnieniem stwierdzili, że nie spoczywał tam samotnie. Jego małżonka, królowa Nantylda, którą w tak romantycznych okolicznościach porwał z klasztoru, leżała obok niego w dwudzielnej skrzyni, teraz już będąc tylko małą kupką kości zawiniętych w kawałek jedwabnej tkaniny. Na skrzyni dało się jeszcze odczytać dwie wyryte inskrypcje: Hic jacet corpus Dagoberti oraz Hic jacet corpus Nantildis. Tryumf szybko przerodził się we frustrację, gdyż ten lubujący się w zbytku władca Merowingów kazał się pochować jak ostatni żebrak. Kości obojga rozłożono na kamiennych płytach posadzki. Ani jednego klejnotu, ani jednego złotego pierścienia! Łopatą i miotłą połączono Dagoberta z Nantyldą i bez ceremonii wrzucono do dołu.Dół Burbonów został zasypany dnia 16 października 1793 roku. Dół Walezjuszy i innych władców – dnia 25 tego samego miesiąca. W ten oto sposób dokonała się druga śmierć naszych królów, druga śmierć, Miłościwy Panie, wszystkich władców, których jesteś potomkiem. Oba doły wypełniono po brzegi. Oba zasypano ziemią. Oba starannie udeptano. Po obu przejechały ciągnięte przez konie walce. Przy obu postawiono straże, by uniknąć ewentualnych manifestacji niewczesnej ludowej żarliwości. Niepotrzebnie. Lud utracił pamięć. I do tej pory jej nie odzyskał. Na skutek licznych i przemyślanych zamachów na ciągłość historii Francji, po przeszło stu latach walczącego laicyzmu republikańskiego i gorliwego niszczenia wszystkiego, co święte, pamięć ludu zapadła w ciemną otchłań, skąd wydobyć ją może jedynie cud. Czy wierzysz w cuda, Miłościwy Panie?
O przypadkach dręczenia diabelskiego, któremu podlegali ludzie uznani za świętych.
Dręczenie diabelskie (obsessio)
Andrzej Sarwa
W tym rozdziale opowiemy o przypadkach (oczywiście niektórych tylko, wybranych) dręczenia diabelskiego, któremu podlegali ludzie uznani za świętych, bądź zgaśli w opinii świętości. (Chociaż nie tylko oni owej przypadłości mogą podlegać, co wyraźnie zaznaczyć należy).
Ponieważ Szatan nie ma dostępu do serc i umysłów ludzi dobrych, bo te zajmuje jedynie miłość i chęć pełnienia woli Bożej, działa na nich w inny sposób. Napotykając na tak silny opór woli człowieka, że nie może nań wywrzeć najmniejszego nawet wpływu, doprowadzony tym do wściekłości, stosuje wobec tych dusz wiernych Panu, nie tylko ataki w sferze psychicznej, ale również i w fizycznej.
Na początku opowiemy o dręczeniu diabelskim, jakiego doświadczał za życia św. Ojciec Pio, stygmatyk włoski, należący do zakonu kapucynów, zmarły 23. września 1968 roku.
Zarówno z własnoręcznych zapisków O. Pio (a konkretnie jego listów do kierowników duchowych), jak i w oparciu o świadectwa tych, którzy widywali napaści szatańskie na owego niezwykłego człowieka, niezbicie wynika, że był on dręczony w sposób szczególny, i to przez lata całe (poczynając od dzieciństwa, aż po schyłek życia).
Sam O. Pio tak mówi na ów temat: ''Moje słabe zdrowie (...) ma swoje lepsze i gorsze chwile. Prawdą jest, że cierpię, ale cieszę się bardzo, że przez moje cierpienie Pan daje mi przeżyć niewyrażalną radość! Jeśliby nie było tych cierpień, tej ustawicznej walki, którą szatan nieustannie toczy ze mną (...) chyba już byłbym w raju. Tymczasem czuję, że tkwię w pazurach szatana, który usiłuje mnie wyrwać z rąk Jezusa. Mój Boże! Jakaż to okrutna, przejmująca bitwa!
Moja wielka słabość napawa mnie lękiem i sprawia, że zimny pot oblewa me ciało. Szatan w swej przewrotnej strategii, wojując ze mną, nie męczy się nigdy (...) Diabeł czyni potworny zamęt i nieustannie wydaje ryki, krążąc wokół mnie, wokół mej ubogiej woli. (...) W pewnych chwilach staję jakby na krawędzi zatracenia i wydaje mi się, że ta walka służy raczej mojemu ośmieszeniu przez tych strasznych łajdaków. Wszystko to przeżywam, odczuwając uderzenia bolesnych ciosów.
Diabeł za wszelką cenę chce mnie zdobyć dla siebie. Proszę mi wierzyć, że to wszystko znoszę i cierpię dlatego, że jestem chrześcijaninem. Gdybym nim nie był, to by tego nie było. Nie znam jednak powodu, dla którego Bóg dopuszcza to wszystko na mnie i dotychczas nie ulitował się nade mną, i nie uwolnił mnie od tego. Tylko to wiem, że On nie działa bez celu i że wszystko ma swój najświętszy sens i pożytek dla mej duszy. (...)
Odnoszę wrażenie (...), że znajduję się w rękach szatana, który chce mnie wyrwać z rąk Jezusa. Jakaż to wielka walka, o mój Boże, którą szatan podejmuje przeciwko mnie. To prawda, że pokusy, na które zostałem wystawiony, są okrutne. Pokładam jednak ufność w Bożej Opatrzności i mam nadzieję, że nie wpadnę w otchłań kusiciela.'' (Ojciec Pio, oprac. Irena Burchacka, Warszawa 1986, s. 26.).
Warto również powołać się na świadectwo jednego ze współbraci zakonnych O. Pio, mianowicie na świadectwo O. Alberto d'Apolito, który widział i słyszał, jak demony nękają stygmatyka:
''My, braciszkowie, bywaliśmy często budzeni ze snu w środku nocy przerażającym odgłosem rzucanych mocno łańcuchów, zgrzytem żelaza, krzykami i jękami dochodzącymi z celi numer 5, w której przebywał O. Pio. Chłopcy naciągali kołdry na głowy, drżąc ze strachu. O. Pio, pragnąc ich uspokoić, zapewniał, że demon nie będzie ich dręczył ani nie zrobi im nic złego, że całą złość i nienawiść kieruje ku niemu. Raz jeden z chłopców rzekł, chcąc ujść za śmiałka: ''Gdyby mi się ukazał, przegoniłbym go precz''. Na to O. Pio: ''Nie wiesz co mówisz. Gdybyś ujrzał demona, umarłbyś z przerażenia.'' (Tamże.).
Pewnego razu zdarzyło się, że demon obsiedliwszy ciało opętanej dziewczyny publicznie, w obecności licznie zgromadzonych wiernych, którzy czekali na odprawienie przez O. Pio Mszy św., szczycił się, iż minionej nocy tak dotkliwie uderzył zakonnika, iż ten nie będzie miał siły przyjść do kościoła. Jak potwierdzili to świadkowie, współbracia zakonni stygmatyka, fakt taki istotnie miał miejsce i od owego pobicia musiało upłynąć kilka dni, by O. Pio mógł znów podjąć swoje normalne obowiązki kapłańskie.
***
Wielka święta, jaką była Katarzyna Sieneńska, także doświadczała napaści ze strony złych duchów. I to zarówno w sferze psychicznej, jak i fizycznej, o czym można dowiedzieć się z jej biografii, która wyszła spod pióra jej spowiednika O. Rajmunda z Kapui.
Katarzyna była atakowana niezmiernie ciężkimi pokusami, myślami natrętnymi i koszmarami nocnymi. Demony ukazywały się jej także i w postaci widzialnej, unosząc się w powietrze, pokazując jej i mówiąc rzeczy obrzydliwe.
Broniąc się przed owymi napaściami diabelskimi, św. Katarzyna czyniła ostrą pokutę, biczując się, opasując żelaznymi łańcuchami i pozbawiając snu. Ale niewiele to pomagało. Demony, nieraz w bardzo wielkiej liczbie, unosząc się w powietrzu, przybierając przerażające postaci, naśmiewały się z niej, albo przeciwnie - użalały się nad nią, mówiąc:
- Czemu tak nędzne życie prowadzisz? Znęcając się nad własnym ciałem, co najwyżej możesz je o śmierć przyprawić. Nie myśl sobie, że dasz radę wytrzymać w tak srogiej pokucie. Lepiej dla ciebie będzie, kiedy to wszystko porzucisz, zanim samą siebie zamordujesz. Jeszcze masz dość czasu! Jeszcze możesz dobrze użyć świata! Młodaś jeszcze! Żyj jak inne dziewczęta! Idź za mąż i wychowuj dzieci. Przyczyniaj się do rozmnażania rodzaju ludzkiego!
Na owe jawne pokusy święta zupełnie nie reagowała, nie odpowiadając demonom i nie wdając się z nimi w żadne dysputy. Bywało jednak, że ponad miarę udręczona, traciła już siły psychiczne, i wtedy modliła się tymi słowy:
- Ufam Panu Jezusowi Chrystusowi, a nie samej sobie!
Wówczas przerażające widzenia ją opuszczały i doznawała ulgi. (Żywot przedziwny świętey dziewice KATHARZYNY SENENSKIEY, przez wielebnego oyca Raymunda Kapuana, Generała Zakonu Dominika S. na ten czas Spowiednika tey ś. Panny napisany, y od niegoż, THEOLOGIA MYSTICA, nazwany, iż taiemne nauki Boskie w sobie zamyka. Z łacińskiego na polskie przez X. Symona Wysockiego, Societetis Iesu, przełożony, y tu y owdzie potrosze skrocony, w Drukarni Mikołaja Loba, Kraków 1609, s. 101 – 103.).
Kiedy nie skutkowały pokusy, widziadła i natrętne namowy, czart używał względem św. Katarzyny przemocy fizycznej.
Pewnego razu, w obecności licznych wiarygodnych świadków, diabeł wrzucił świętą w środek płonącego ognia. Gdy przerażeni świadkowie usiłowali ją czym prędzej stamtąd wydobyć, lękając się o jej życie, ona z uśmiechem mówiła:
- Nie bójcie się, szatan to sprawił, ale żadna krzywda mnie nie spotka.
Po czym nietknięta przez ogień ani na ciele, ani na ubraniu, wyszła zeń.
Drugim razem przytrafiło się, że gdy leżała chora w łóżku, ustawiono obok niej dużą glinianą donicę, napełnioną żarzącymi się węglami, aby świętej było ciepło, diabeł z całej siły pchnął jej głowę w ową donicę, że padając twarzą w węgle, uderzyła z taką siłą, iż naczynie roztrzaskała się na kawałki. I tym razem z opresji owej wyszła bez szwanku. (Tamże, s. 138 – 139.).
Świadkowie potwierdzili również, iż widzieli na ciele świętej rany, ślady i blizny od uderzeń zadawanych jej przez duchy nieczyste, oraz że w roku jej śmierci dało się słyszeć głosy straszliwe, wołające:
- O przeklęta! Dotychczas wszędzie nas i zawsze prześladowałaś, ale wreszcie przyszedł czas, że teraz my wypędzimy życie z ciebie!
I przy tych słowach jakieś niewidzialne ręce zadawały jej bolesne razy. A męka ta trwała przez kilka tygodni, aż do samego dnia jej śmierci. (Tamże, s. 408 – 409.).
Przeważnie tak się dzieje, że dusze szczególnie miłe Bogu, które doświadczają napaści szatańskich, srodze cierpiąc z tego powodu, mają równocześnie wielką władzę nad złymi duchami, które wyrzucają z ciał osób opętanych.
Święta Katarzyna również tę władzę nad demonami posiadała i wiele osób spod wpływu mocy ciemności w imię Jezusa uwolniła.
***
Wróćmy po raz kolejny do postaci, sługi Bożej, siostry Józefy Menendez, zakonnicy która zmarła 1923 roku, a jej proces beatyfikacyjny jest w toku.
Opisy tego, co Szatan wyczyniał z ową kobietą, gdyby nie pewność, że świadectwa jej współ-sióstr, które na własne oczy widywały, co się z nią działo, są absolutnie uczciwe, można by uznać je za przejaw bujnej wyobraźni, tak to wszystko wygląda fantastycznie. Udręki jednak były prawdziwe, a ponieważ doświadczała mąk nadzwyczaj okrutnych, trzeba podziwiać jej wytrzymałość i samozaparcie.
Szatan dręczył ją na najrozmaitsze sposoby, szczególnie przecież upodobał sobie fizyczne znęcanie się nad zakonnicą. Siostra Józefa była ustawicznie dotkliwie bita po całym ciele. Zły duch przeszkadzał jej w modlitwie, bardzo często nie pozwalał wchodzić do kaplicy klasztornej, lub - o ile się już tam znalazła - wyciągał ją gwałtem na zewnątrz.
Albo też - a działo się to wszystko na oczach innych zakonnic - porywał ją (co wyglądało w ten sposób, że Józefa naraz znikała) - by po dłuższym, bądź krótszym czasie porzucić ją w którymś z rzadka uczęszczanych, lub trudno dostępnych zakamarków klasztoru. Przez długi czas działo się to każdego dnia.
Innym z prześladowań diabła było palenie żywym ogniem ciała Józefy. Przełożona i współsiostry widziały, jak ni stąd ni zowąd ubranie Józefy stawało w płomieniach, a ciało pokrywało się głębokimi oparzeliznami.
W tym samym czasie udręczona kobieta doznawała dodatkowo katuszy innego rodzaju, katuszy duchowych, bowiem objawiał się jej sam Szatan pod najrozmaitszymi postaciami, od postaci Jezusa poczynając, poprzez rozmaite zwierzęce kształty, a na posturze najbardziej przerażającej i odrażającej - ludzkiej postaci - kończąc, kusząc ją i namawiając na najrozmaitsze sposoby do odstępstwa od Prawdy i Miłości. Podsuwał też wówczas myśli plugawe i bluźniercze, które nie opuszczały jej przez długie godziny, a nieraz nawet dnie i noce.
Bywała też porywana do piekła, gdzie cierpiała niewyobrażalne wprost męki ognia, smrodu, rozpaczy, musząc wysłuchiwać zawodzeń, wycia, ryków, obelg, bluźnierstw i przekleństw potępionych. W owym miejscu katuszy nie doświadczała jedynie nienawiści, choć czuła się opuszczona i pozbawiona miłości, zatracając jednocześnie poczucie czasu, tak iż sądziła, że jej pobyt w czeluściach piekielnych trwa w wieczności. Jak wynika z jej słów, do otchłani boleści i rozpaczy była przenoszona ponad sto razy! (L.G. de Ségur: Piekło. Czy istnieje? Czym jest?, Wrocław 1993, [w:] Dodatek. Wybór tekstów pod redakcją Walentego Barczaka, s. 77 – 110).
Jedno z uprowadzeń diabelskich siostra Józefa opisuje tak oto: ''... wleczono mnie przez długą drogę pogrążoną w ciemnościach. Ze wszystkich stron słyszę straszliwe krzyki. W ścianach tego wąskiego korytarzyka, znajdowały się zagłębienia jedne na przeciw drugich, skąd wychodził dym niemal bez płomienia, a zapach jego był nieznośny. Stąd też głosy potępionych miotały różnego rodzaju bluźnierstwa i brudne słowa. Jedni przeklinali swe ciało, drudzy - swych rodziców. Inni wyrzucali sobie, że nie korzystali ze sposobności i ze światła, aby porzucić zło. A wreszcie była to wrzawa pełna wściekłości i rozpaczy.
Wleczono mnie przez to przejście, w rodzaju korytarza, który nie miał końca. A potem otrzymałam tak gwałtowne uderzenie, że zgiętą we dwoje, wepchnięto mnie do jednej z tych nisz. Czułam się jakby ściśnięta między rozżarzonymi igłami. Naprzeciw i obok mnie przeklinały mnie dusze i bluźniły. To sprawiało mi najwięcej cierpienia... Ale, co nie może być porównane z żadną katuszą, to udręka duszy widzącej, że jest odrzucona przez Boga...
Zdawało mi się, że spędziłam długie lata w tym piekle, a przecież trwało to tylko sześć do siedmiu godzin... Nagle szarpnięto mnie gwałtownie i znalazłam się w ciemnym miejscu, gdzie szatan, uderzywszy mnie zniknął i zostawił mnie wolną... Nie potrafię wypowiedzieć, co czułam w duszy, kiedy zdałam sobie sprawę, że żyję jeszcze i że mogę miłować Boga (...)
Widzę jasno, że wszystkie cierpienia świata są niczym w porównaniu z bólem, jaki sprawia świadomość, że już więcej nie można miłować, gdyż tam oddycha się tylko nienawiścią i pragnieniem zatracenia dusz...'' (L.G. de Ségur: Piekło..., s. 96 – 97.).
UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY
opowieści o szatańskim zniewoleniu
z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał
Andrzej Sarwa
* * *
Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:
Piękna kobieta o smagłej cerze – ni to Indianka, ni Europejka, taka, którą Meksykanie zowią Morenita, stojąca na szczycie góry spoglądała na wielkie, wspaniałe, urzekające miasto rozciągające się u jej stóp. Miasto budziło podziw. Ogromne, przecudne, zbudowane na obszernej wyspie rozłożonej pośrodku jeziora Texcoco, wgryzające się w toń jeziora pływającymi sztucznymi trzcinowymi wysepkami-ogrodami. Od miasta ku brzegom, ku stałemu lądowi, prowadziło kilka grobli. Był to bajecznie bogaty Tenochtitlan, stolica imperium Azteków.
Gwarne było i ludne, zasiedlone przez ponad dwieście tysięcy mieszkańców… Pełne zasobnych domów, pałaców i świątyń. Rezydował tu cesarz, a był nim podówczas Montezuma II1. Władca świecki i najwyższy kapłan zarazem.
Kobieta stała nieporuszona, tylko łagodny wiatr szarpał lekko kosmykiem jej ciemnokasztanowych włosów, który niesfornie wysunął się spod brzegu ciemnobłękitnego płaszcza obszytego ciężką złotą lamówką, który miała narzucony na głowę niczym welon. Płaszcz okrywał suknię w kolorze delikatnego różu zdobną kwiatami, a przepasaną w talii szarfą czarną, jak to u indiańskich ciężarnych mężatek było w zwyczaju.
Naraz, skądś zza rozłożystego i dość pokracznego drzewka jukki o ciemnozielonych, twardych, mieczowatych liściach i dzwonkowatych kremowobiałych kwiatach, rosnącego niedaleko potężnego świętego drzewa ceiby2, gęsto pokrytego różowym wonnym kwieciem, a wspierającego kolosalny pień na deskowatych korzeniach podporowych, drzewa zwanego przez tubylców pochote albo yaxché, wysunął się mężczyzna. Cerę, choć również smagłą, miał jednak zdecydowanie jaśniejszą niż kobieta, w której stronę zmierzał, przedzierając się przez zarośla złożone z krzewów białej szałwi, która nie wiadomo skąd się wzięła w tym miejscu, bo to nie były jej ojczyste strony, więc zapewne musiał ją ktoś przywieźć i celowo tu zasadzić, oraz rosnącej w cieniu tej pierwszej, szałwi wieszczej, która również nie była tutejszą rośliną3, obydwie owe krzewinki wydzielały upajające i odurzające aromaty, a to, że tu się znajdowały, mogło wskazywać tylko na jedno – mimo iż okolica była dzika i nie wyglądała na zbyt często odwiedzaną, sądząc po ledwie zarysowanej w chaszczach wąziuchnej ścieżynie, musiała posiadać charakter sakralny. Mężczyzna ubrany był w czarny płaszcz uszyty z najdelikatniejszej tkaniny bawełnianej, narzucony na gołe ciało i przepasany czymś w rodzaju powroza uplecionego z surowych włókien agawy. We włosach, nad lewym uchem, niczym zastygła stróżka krwi zwieszało mu się karmazynowe pióro świętego kwezala4.
– Podziwiasz moje królestwo? – zagadnął kobietę.
– Twoje, Quetzalcoatlu?
– A i owszem. Moje. Czyż nie jestem księciem tego świata? Bogiem tego świata? Patronem wszelkiej wiedzy, nauki, sztuki, rzemiosła, stanu kapłańskiego? Czyż nie do mnie przynależy Gwiazda Zaranna, Jutrzenka? Czyż nie jestem pierzastym wężem? Panem grzechotnikiem przystrojonym w pióra kwezala i ary? Czyż nie jestem władcą wichru? Czyż nie jestem panem deszczu? Czyż nie władam światem z centrum mojego wspaniałego miasta Cholula, gdzie ze szczytu poświęconej mi piramidy spadają tysiące i dziesiątki tysięcy trupów? Gdzie na moją cześć tryska krew przeobficie, gdzie wyrywa się gorące i bijące jeszcze serca z ludzkich piersi? Czy to nie tam żywych ludzi obdziera się skóry i czyż kapłani nie ubierają się w te skóry, by modlitewnie tańczyć na moją cześć? Czyż to nie tam wyrywa się paznokcie maleńkim dzieciom, kiedy kraj dotyka susza, by ich płacz, by ich łzy przebłagały mnie, iżbym zesłał deszcz, który napoi ziemię, a ta wyda plon złocistych kukurydzianych kaczanów, pękatych strąków fasoli, pomidorów o delikatnym miąższu, mięsistych owoców papryki, złotych jagód uchuva5, bulw ziemniaczanych i nie będzie głodu i smutku, a sytość i radość? Widzisz? Kto jest potężniejszy ode mnie? Kto mnie pokona? Kto by się zresztą ośmielił?
– Ja.
– Ty??? A kimże ty jesteś?… Cóż ty możesz?… Kobieto… – słowa te wypowiedział z nieskrywaną pogardą.
– Twierdzisz, żeś jest bogiem, a nie rozpoznałeś mnie?
Quetzalcoatl cofnął się o krok i teraz wyjątkowo bacznie zlustrował pytającą, zamilkł na chwilę, a potem nieswoim głosem zapytał:
– A jakie jest twoje imię? Zdradzisz mi je?…
– Coatlaxopueh.
– Coatlaxopueh… Ta, która zmiażdży węża… – Quetzalcoatl aż skulił się ze strachu i wyszeptał w przerażeniu. To ty… Lecz przecie nie tak do tej pory się ukazywałaś… Pani Coatlaxopueh… Dziewico-Matko… – zawiesił głos, a potem nieomal krzyknął: – Ale ja nie poddam się bez walki. Nie poddam!…
– Przegrasz… starodawny wężu… morderco i łgarzu, wiesz o tym doskonale…
– Może jako Pierzasty Wąż przegram tę batalię. Tę tutaj. Ale jako diuk Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio6, bo tak się teraz nazwę – dla nowych panów, dla nowych władców tego czasu i tego wymiaru – popróbuję jeszcze sił. I pewnie nie raz się spotkamy. Chociaż, przyznam to szczerze, wolałbym cię już nigdy więcej nie oglądać.
Dopowiedziawszy tych słów, Pierzasty Wąż gwałtownie cofnął się w chaszcze, a potem oddalił śpiesznym krokiem, kierując się w stronę miasta. Jeszcze tylko przez krótki czas słychać było trzask uschłych gałązek, łamanych jego stopami, a potem wszystko ucichło. Ptaki zaś, które zamilkły, gdy się tu pojawił, znów zaczęły śpiewać.
* * *
Letni dzień roku Pańskiego 1517 szarzał i ciemniał spowijany delikatną opończą zmierzchu.
Francisco Hernández de Córdoba7, hiszpański hidalgo, postawny, prosty niczym świeca, szeroki w barach i wąski w biodrach, o twarzy pociągłej, pokrytej czarnym zarostem i dość krótko przyciętych włosach, stał wsparty o burtę karaweli i wpatrywał się w horyzont, na którym majaczył zarys lądu.
Oto właśnie przecierał nowy szlak morski wiodący od Antyli do nieznanego wcześniej Jukatanu…
* * *
Poranek 31 października 1517 roku był szary, zimny, zamglony nieco i przesycony mikroskopijnymi kropelkami wody. Katolicki niemiecki zakonnik w augustiańskim habicie energicznie wywijał młotkiem. Jeszcze jedno, ostatnie uderzenie, wbity ostatni gwóźdź i na drzwiach kościoła zamkowego w Wittemberdze odznaczył się jasną prostokątną plamą dokument, który wówczas może nie wydawał się zbyt ważny, bo też i nikomu by do głowy nie przyszło, jakiej to rewolucji i kościelnej i z czasem społecznej da on początek.
Mnichem z młotkiem był wielebny ojciec doktor Marcin Luter, OSA, a owym dokumentem jego słynne 95 tez, zwanych potocznie przeciw odpustom.
Lecz w głowie Lutra wylęgły się i inne poglądy, te odpusty, czy raczej publiczne wystąpienie przeciwko nim, to było już tylko ostateczne przekroczenie granicy, przed której przekroczeniem wcześniej się wzdragał i rozpoczęcie rozgłaszania nauk, jakich do tej pory żaden chrześcijanin nie odważyłby się głosić. Ba! Nie tylko chrześcijanin, ale i wyznający dualizm gnostyk! Żaden bogomił, żaden albigens! Żaden „pełnokrwisty” manichejczyk8 nawet!
Doktor Luter wszelako się odważył, oznajmiając:
„Nie życzę sobie, iżby ktokolwiek naukę moją osądzał – ni ludzie, ni też i wszyscy aniołowie. Albowiem pewien jestem i chcę także przez tę naukę swoją, iżbym był nie tylko waszym, lecz również i aniołów sędzią… Tedy więc, kto mojej nauki nie przyjmie, ten niech nie stanie się błogosławionym, a to dlatego, iż moja nauka boska jest, nie moja. Dlatego też i sąd mój jest również boski, a nie mój”9.
A ponieważ owa nauka była – jak twierdził – boska, to bez szemrania należało przyjmować wszystko, co głosił ów niemieckidoktor w augustiańskim habicie.
Nielicho musiał zaskoczyć i zwolenników i oponentów, kiedy ujawnił się i z takim poglądem, że:
Bóg nie może być Bogiem; On najpierw musi stać się diabłem… Muszę przyznać boskość diabłu na krótką godzinę i niech szatańskość będzie przypisana do naszego Boga. Ale to wczesne dni jeszcze. W końcu rzeczywiście możemy powiedzieć: Jego dobroć i sprawiedliwość trwa nad nami10.
A zatem? Z Szatana wyewoluował Bóg? Więc to Szatan jest tym Odwiecznym? Pierwotnym? Pierwszym i Przedwiecznym? Ale czy przeistaczając się w Boga, przestał być Szatanem? Bo skoro tak, to…
…żaden grzech nie może mi zaszkodzić… Grzech nie może cię oderwać od Niego [Chrystusa], nawet jeśli cudzołożysz sto razy dziennie i tyleż morderstw popełniasz…11 Czyż bowiem i sam Jezus nie cudzołożył? Cudzołożył! I to nie raz: Chrystus był cudzołożnikiem: pierwszy raz z kobietą przy studni, gdy było mówione: »Nikt nie wie, co On z nią robi«. Ponownie, z Marią Magdaleną i jeszcze raz z kobietą przyłapaną na cudzołóstwie, którą oddalił tak lekko. Zatem i sprawiedliwy Chrystus musiał przed śmiercią stać się cudzołożnikiem…12
Ta boska nauka nie mogła tedy nie być atrakcyjna… więc boska nauka jęła się szerzyć niczym pożar dotkniętego suszą lasu, i to po całej Europie… a że ani cudzołóstwo, ani morderstwo nie mogło wierzącego oderwać od Chrystusa, to, chociaż i wcześniej niezbyt mocno się przed takimi uczynkami wzdragano, to teraz i cudzołożono i jeszcze więcej mordowano – nader ochoczo, rzec by można.
Uczynki przecie nie miały żadnego znaczenia, albowiem sprawiedliwy z wiary żyć będzie, co akcentował niemieckidoktor w augustiańskim habicie… a ponieważ jego zwolennicy pamiętali i o pozostałej części zdania: jeśli się cofnie, nie upodoba sobie dusza moja w nim13, nie cofali się tedy i cofać się nie zamierzali – w niczym…
A kiedy jeszcze drugi z patriarchów reformacji, zda się jeszcze żarliwszy od Lutra zwolennik wyleczenia chrześcijaństwa z jego półtora tysiąca lat trwającej tradycji i wiary od czasów apostolskich licząc, niejaki Kalwin, jął głosić, że Bóg z góry przeznaczył niektórych do zbawienia, a niektórych skazał na potępienie, to już nikt nie musiał się w niczym krępować – bo i tak niebieskie podwoje stały dla niego otworem… pod warunkiem oczywiście, że został przez Boga wybrany… a jeśli nie został wybrany, to i tak było mu już wszystko jedno…
Jako że jednak nie wszyscy podzielali te światłe i postępowe opinie, więc Europa znów spłynęła potokami krwi…
* * *
8 sierpnia 1535 roku w Genewie zapanowało niezwykłe podniecenie. Zgraja młodzieniaszków, pełna uniesienia, pragnąca zasłużyć się Bogu, podekscytowana wspaniałym kazaniem Kalwina ruszyła na miasto.
– Do najbliższego kościoła! Gdzie najbliższy papistowski kościół14? – słychać było ich krzyki i nawoływania.
– Jest, jest!
– Wyrąbać drzwi!
Lecz wyrąbywać ich nie było potrzeby. Stały otworem.
Gromada młodzieniaszków wpadła do środka, ale gdy przeszli przez kruchtę i znaleźli się w nawie, mimo wszystko zatrzymali się onieśmieleni. Powaga i dostojeństwo wieków, pełgający czerwonawo płomyk wiecznej lampki i ta cisza, cisza wręcz paraliżująca.
Krótko to jednak trwało. Jeden z napastników ruszył ku prezbiterium.
– Chodźcie, nie ma się czego bać!
Inni ruszyli za nim.
Kopniakiem otworzył zamknięte na zasuwkę drzwiczki balustrady, przy której wierni komunikowali15, w kilku susach dopadł ołtarza, rozbił drzwiczki tabernakulum, z pozłocistej puszki na ołtarzową mensę wytrząsnął Najświętszy Sakrament, sam nabrał pełną garść komunikantów i zachęcił innych, by poszli w jego ślady.
A później, tak jak wpadli do wnętrza, tak i wypadli na ulicę – nieomal pędem.
A potem szli jej środkiem, pewni siebie, butni, odważni – bo w tłumie.
– Hej, ludzie! Luuudzie!!! Mamy tu sporo katolickich bogów! Kto ich chce trochę? Nikomu nie poskąpimy!
Ale nie było odzewu.
Któryś z owych zacnych i pobożnych kalwińskich młodzieńców swoją porcję komunikantów rzucił w górę, a wiatr je rozniósł. Pospadały na ziemię niczym ogromne śniegowe płatki.
– Nie marnuj tego dobra, lepiej niech ktoś z niego skorzysta! – zaprotestował jeden z kompanów. – O! Spójrz, może on?
Pod nadjedzonym liszajami grzyba murem kamienicy siedział bezdomny wynędzniały pies. Zaczęli go wabić. Pies w pierwszej chwili próbował się ratować ucieczką, ale otoczony ze wszystkich stron nie miał na to szansy. Dał za wygraną, bezradnie tylko szczerzył wykruszone ze starości i niedożywienia zęby. Wtedy jeden z najbardziej gorliwych w swej wierze młodzieńców, przykucnął przed nim i wprost przed pysk cisnął mu zabrane z kościoła hostie.
– Na! Żryj!
Było ich dużo. Bardzo dużo. Kilkadziesiąt. Pies nieufnie obwąchał ów dziwny Chleb, a potem ostrożnie, jakby z niejakim nabożeństwem, delikatnie zbierając językiem, zjadł to, co przed niego rzucono. I po raz pierwszy od wielu, wielu tygodni poczuł się szczęśliwy i syty… Zaskomlił radośnie i, zległszy na ziemi, wsparł łeb na łapach i przymknął powieki…
* * *
Rześki ranek 20 sierpnia 1566 roku zapowiadał bardzo upalny dzień. Mrowie protestanckich mieszkańców Antwerpii w religijnym zapale wędrowało przez miasto, wznosząc wrogie antypapieskie okrzyki, szukając pretekstu, aby pobić, a jeszcze lepiej zakatować na śmierć jakiegoś katolickiego klechę, ale miasto wyglądało na wyludnione. Trzeźwiejsi i rozsądniejsi mieszkańcy poukrywali się w domach i bali się nawet zerkać przez okna. Protestantów jednakże rozsadzała energia i ogromne pragnienie przypodobania się Bogu. I oto naraz na ich drodze znalazła się cudowna niczym senne marzenie, ogromna świątynia. Katolicka!
– Katedra… Tfu… Najświętszej Maryi Panny… Tfu!
Jakiś dryblas o czerwonym od opilstwa, nalanym pysku i nieomal filetowym nosie, perorował zawzięcie, wygłaszając swoje mądrości do zebranego wokół niego tłumu, równie zajadłych, co i on sam, prymitywnych ludzi. Bluźnił przy tym, przeklinał i potrząsał solidną dębową pałą, którą dzierżył w garści.
– Czy my, kur…, pozwolimy, żeby coś, kur…, takiego, to siedlisko papistowskich, kur…, diabłów, ściągało nędzę i Boskie, kur….., przekleństwo, na kur…, nasze, kur…, sławne miasto, kur…?
– Nie! – ryknął tłum. – Nie! Niedoczekanie ich!
– Więc co nam, kur…, czynić trzeba? – zakrzyknął dryblas, a, iż zakrzyknął tak głośno, że aż mu gardło odmówiło posłuszeństwa, musiał je od razu przepłukać winem, co też i uczynił i, nie skąpiąc sobie, pociągnął tęgi łyk, a potem drugi i trzeci. Wino było dobre, mszalne, zrabowane onegdaj w zakrystii, któregoś z wcześniej sprofanowanych kościołów.
– Spalić! Spalić! – wrzeszczeli ci najgorliwsi.
– Nie! Budynek zająć, a tylko bałwany powyrzucać! – wrzeszczeli inni.
Ostatecznie opinia tych drugich zwyciężyła.
Solidne dębowe drzwi katedry ustąpiły pod ciosami, rozpękły się na kilka części i rozwarło się wejście dla dzikiego tłumu. A ów rzucił się w kierunku wielkiego ołtarza, nad którym wisiał ogromny krucyfiks z rozpiętym na nim Chrystusem Panem, zaś po lewej i prawej jego stronie mniejsze krzyże, na których wisiało dwóch łotrów. Tych ostatnich nie ruszano, widać bliżsi byli sercom pobożnych protestantów, niźli ów Pan Jezus gwoździami do Drzewa przybity. Nie darowali Mu, zarzucili powróz na szyję i zwalili na posadzkę, a potem rzucili się na Niego, z czym kto miał – z drągami, siekierami, kamieniami, młotami i tłukli, i walili, i cięli, aż rozpadł się w drzazgi, a potem i te drzazgi deptali stopami, jakby chcąc je zetrzeć na pył. A dwóch łotrów spokojnie, z wysokości, przyglądało się tej nabożności. Temu przydawaniu chwały Bogu. Temu zacnemu czynowi gorliwych Jego czcicieli.
Gdy jedni zajmowali się unicestwianiem krucyfiksu, inni wydarli drzwiczki do tabernakulum, z puszek i cyboriów wytrząsnęli na podłogę konsekrowane hostie i komunikanty, deptali stopami i na nie pluli. Naczyń liturgicznych, a jakże, nie potrzaskali bynajmniej, a pochowali za pazuchy i do worów. Cóż, wszak były one ze szlachetnych kruszców, to nie godziło się z nimi źle obchodzić, a nie daj Boże, uszkodzić, iżby nie straciły na wartości, bo Żyd mógłby za nie zapłacić tylko cenę kruszcu, a nie wyrobu…
Jeszcze inni zaś wdarłszy się do zakrystii, powywlekali z szuflad komód i kredencji16 pyszne, złotem i srebrem tkane bądź haftowane ornaty, kapy, dalmatyki, welony kielichowe, ubierali się w nie i z wrzaskiem obłąkańców biegali po ulicach.
Jakiś filut i żartowniś poupychał trochę konsekrowanych komunikantów po kieszeniach i wypatrzywszy stadko gołębi, karmił je nimi… Zasłyszał był bowiem, że ongiś jakiś pobożny niemiecki luteranin karmił hostiami swoją papugę.
Tego dnia bez wątpienia była wielka radość w niebie i sam Pan Bóg klaskał w dłonie z ogromnej uciechy. A już szczególnie się uradował, gdy jakiemuś przypadkowemu przechodniowi, który nie chciał się przyłączyć do tych gorliwych chrześcijan, wybito wszystkie zęby i skopano go po nerkach, aż zamiast moczu oddał krew…
Marzyło się pobożnym mężom, aby złowić jakąś zakonnicę, iżby ją zgwałcić, ale tego dnia nie mieli szczęścia do zakonnic… Pech jakiś, czy coś?…
Na koniec, bo zmierzch nadchodził, pomyślano i o modlitwie, więc zaczęto śpiewać psalmy na ponurą nutę…
* * *
Jak psy wściekłe, jak zajadłe brytany, gryźli się między sobą członkowie protestanckich denominacji. Luteranie nienawidzili kalwinistów, kalwiniści luteran, jedni i drudzy antytrynitarzy17, a najsławetniejszego z tych ostatnich, Miguela Serveta18, kazał spalić na stosie nie byle kto, bo sam Kalwin przecie! Ale oni wszyscy w jednym byli zgodni – w nienawiści do katolików. Czemu dawali wyraz w napaściach na ludzi, bezczeszczeniu świątyń, profanacjach, bluźnierstwach i znieważaniu wszystkiego, co do tej pory uważane było za święte.
Katolicy byli tymczasem w wyraźnej defensywie. W krajach urzędowo protestanckich musieli się kryć lub ponosili śmierć męczeńską, w innych, jak choćby we Francji, kalwińscy protestanci – hugenoci, śmiało i bez zahamowań, z jakąś diabelską zajadłością, prześladowali katolików, burzyli kościoły, klasztory, a nawet – nie wiedzieć czemu – szpitale, które przecie i im samym służyły. Lubowali się w mordach popełnianych na zakonnikach i gwałceniu zakonnic. Tak! Ci sami hugenoci, których się daje za przykład katolickiego okrucieństwa i nietolerancji. Na domiar szczycili się tymi czynami.
Aż wreszcie… nadeszła noc krwi i grozy…
Hugenockie poczynania – hugenockie mordy, hugenockie bluźnierstwa i świętokradztwa, katolickie odpowiedzi na nie – nie mniej okrutne, ale w początkowej fazie konfliktu nie aż tak okrutne. Inaczej bowiem jest, gdy ktoś się broni przed agresorem, a inaczej, gdy sam tym agresorem się staje.
Francja pogrążona w chaosie, niepewność, co dalej będzie z państwem, niechęć protestantów do domu panującego, pogłębiająca się nienawiść mogąca Francję ostatecznie doprowadzić do ruiny, szczególnie gdyby – tak, jak tego pragnęli hugenoci – udało się sprowokować króla do wojny z Hiszpanią. To wszystko ani nie wyglądało, ani nie wróżyło dobrze.
A hugenoci rośli w siłę. W większości miast, szczególnie tych dużych, liczących się, nie mieli co prawda przewagi, lecz w mniejszych, w miasteczkach i na wsiach, sytuacja wyglądała już inaczej. Ich liczba rosła – było ich w kraju kilkaset tysięcy i przybywało, a w miarę, jak ich siła rosła, rosła też i bezczelność, a szczególnie ciekła im ślinka na zawładnięcie Paryżem. Nie byli to bowiem anieli w ludzkiej skórze, jak to później oświeceniowi prorocy i wszelkiej maści lewactwo wmówiło tak zwanym ludziom, inaczej masom, niegdyś określanymi prostymi, trafnymi słowy: pospólstwem, gawiedzią, czy też jeszcze trafniej – motłochem.
Ale król, chociaż pozostający pod dużym wpływem admirała Gasparda de Coligny19, protestanta, którego nawet wyjątkowo zaszczycał, nazywając go ojcem, nie miał raczej zbyt wiele do powiedzenia, więc choćby i przejawiał wolę, iżby mocniej poprzeć kalwinistów, nie bardzo dysponował taką siłą, by to przeprowadzić. Ponad królem, chociaż nie formalnie, to przecież faktycznie, stała jego matka, Katarzyna Medycejska ciesząca się zdecydowanie złą sławą.
A ona nie życzyła sobie bynajmniej żadnych wojen, wręcz przeciwnie, na rękę by jej było uspokojenie nastrojów w królestwie i osiągnięcie równowagi między katolikami a hugenotami.
Katoliczką była tylko z nazwy, naprawdę chrześcijaństwo, w jakimkolwiek wydaniu, raczej jej nie obchodziło. Miała za to niepohamowane ambicje zdobycia królewskiego tronu dla każdego ze swych dzieci i prowadziła własną twardą politykę zmierzającą w tym kierunku.
Do tego zaś potrzebowała pokoju, nie zaś wojny, albo, jeśli na pokój nie mogła liczyć… wyeliminowania przeciwnika, wyrugowania go ze sceny politycznej.
To było dla niej ważne, a nie, w co kto wierzy. A niechby i wierzył w kopkę siana, póki nie zagrażał jej planom oraz interesom dynastycznym, to mógł sobie wierzyć…
Franciszek II i Karol IX zasiadali po kolei na tronie Francji, trzeci z braci podle starszeństwa, Henryk, raczej nie miał widoków na koronę, no, chyba żeby i Karol IX umarł przedwcześnie i bezpotomnie, ale na to przecie liczyć nie można było.
Zatem katolicka władczyni, królowa-matka Katarzyna, chciała go najpierw ożenić z protestancką królową Anglii, Elżbietą Tudor, nie bacząc na to, że byłby wówczas zmuszony przejść na protestantyzm, a kiedy nic z owych planów nie wyszło, próbowała osadzić go na tronie Algierii, co byłoby równoznaczne, gdyby się owo zamierzenie powiodło, z przejściem przez Henryka na islam. A kiedy i tego nie udało się przeprowadzić, zaczęła się starać dla niego o tron polski, a w Polsce musiałby być katolikiem…
Taki to właśnie katolicyzm fanatyczny i bezkompromisowy, jak się można dowiedzieć z licznych opinii protestanckich, a i nie tylko protestanckich także, tak zwanych historyków, panował na paryskim dworze Walezjuszy.
Lecz to, że chrześcijaństwo – w żadnym wydaniu, ani ortodoksyjnym, ani heterodoksyjnym – nie miało dla Katarzyny żadnego znaczenia, nie oznacza bynajmniej, iż w nic nie wierzyła, o nie, była bowiem żarliwą wyznawczynią innego kultu. Jakiego? O tym będzie później.
Tymczasem, chcąc uspokoić nastroje panujące w królestwie, Medyceuszka wpadła na pomysł, iżby swoją jedyną córkę Marguerite, po naszemu Małgorzatę, de Valois, zdrobniale nazywaną Margot, wydać za hugenockiego króla Nawarry, Henryka.
Była co prawda potrzebna do tego dyspensa papieska, jako że Henryk był nie tylko innej wiary, ekskomunikowanymheretykiem, ale na dodatek także i krewniakiem Margot, lecz Katarzyna ową dyspensę lekceważyła.
Podobnie lekceważyła ją Margot, no i narzeczony, król Henryk też, ale przynajmniej w jego przypadku nie może budzić to zdziwienia ani potępienia, albowiem uważał papieża rzymskiego za antychrysta.
Co więc postanowiono, to i przeprowadzono.
Mimo drobnej przeszkody, jaką była śmierć matki pana młodego, która ślub odsunęła nieco w czasie, to przecie plan Katarzyny się ziścił. I chociaż kontrakt ślubny podpisano już w kwietniu, to oficjalne zaręczyny nastąpiły dopiero 17 sierpnia 1572 roku, zaś sam ślub w dzień później, 18 sierpnia.
Dziwaczne to było widowisko, albowiem ceremonia, po zapewnieniu kardynała Karola de Bourbon, wuja pana młodego, iż dyspensa papieska lada chwila dotrze do Paryża, w co on udawał, że wierzy, bo inaczej nie mógłby legalnie Henrykowi i Margot udzielić ślubu, odbyła się nie w kościele, ale na placu przed nim, konkretnie przed paryską katedrą Notre-Dame.
A czemu tak? Ano, bo gorliwy protestant, hugenot, Henryk z Nawarry zdecydowanie odmówił wejścia do świątyni i uczestniczenia we Mszy. Sumienie mu na to, jak twierdził, nie pozwalało.
Zatem młodą parę jęto wiązać węzłem małżeńskim na placu przed katedrą. Henryk podczas ceremonii ślubnej nie robił już żadnych trudności, natomiast Margot i owszem.
Śmierdziało jej owo polityczne małżeństwo bardzo – to w przenośni. Śmierdział jej też przyszły małżonek – czosnkiem i kozami – a to już bez przenośni. Brzydziła się nim jako mężczyzną. I to okrutnie. Już chyba wolałaby parzyć się z capem niż z nim.
Chyba więc dlatego, gdy kardynał zadał jej rytualne pytanie, czy chce pojąć Henryka za męża, nie odpowiedziała na nie. Milczała. Pytanie ponowił, milczała uparcie.
Ten i ów zaczął chrząkać.
W takiej sytuacji nie wiadomo było, co robić. Pytać po raz kolejny i kolejny, z nadzieją, że w końcu coś powie? A jak nie powie? Pewności nie było.
Plan matrymonialny Katarzyny Medycejskiej ocalił i sytuację uratował książę Henryk, brat Margot i późniejszy król Polski, który w nagłym olśnieniu, stojąc z tyłu, palnął pannę młodą z całej siły pięścią w tył głowy tak, że musiała nią kiwnąć, co kardynał z ulgą odczytał jako znak wyrażający zgodę.
Ślub dobiegł końca.
Po zakończeniu ceremonii nastały dni zabaw, które trwały do 21 sierpnia, a więc, jak na królewskie weselisko, raczej skromnie i krótko.
* * *
Równocześnie z Henrykiem z Nawarry przybyło do Paryża, iżby uczestniczyć w ślubie, całe mrowie hugenotów. Zachowywali się butnie. Jakby dając w ten sposób do zrozumienia, że dzięki owemu mariażowi, odczytywanemu przez wielu, nie ważne czy słusznie, czy nie, za kapitulację katolików przed protestantami, że teraz oni są górą, że trzeba się z nimi liczyć, bynajmniej nie pozornie, ale naprawdę.
Królową Katarzynę ogarnęła wściekłość. Nie dość, iż plan pogodzenia i zjednoczenia Francuzów – katolików i protestantów, wydawał się zagrożony, to i równowaga sił na samym szczycie była zachwiana na korzyść hugenotów.
Stało się to zaraz po zamordowaniu François de Guise20, skrytobójczo, strzałem z pistoletu, przez Jeana de Poltrot21, 24 lutego 1563 roku. A mówiło się przy tym, choć on sam się tego wypierał, że wydarzyło się owo z poduszczenia admirała de Coligny.
Wtedy Katarzyna uznała, że miarka się przebiera i admirał stał się jej solą w oku, paląc je niemiłosiernie.
Nie czuła się panią we własnym państwie. A to Hiszpanie bezpardonowo mieszali się w wewnętrzne sprawy Francji, a to hugenoci coraz wyżej podnosili głowy, a to wreszcie jej syn, jej ukochany Karol IX, zaczął wierzgać i wyrywać się z matczynych pęt, zaraz po tym, jak poślubił Elżbietę Austriacką i, mimo że żona była katoliczką, sam rzucał się w objęcia znienawidzonego protestanta, admirała Coligny’ego, ulegając jego wpływom.
Nie, tak być nie mogło! Jej plany, marzenia, zamierzenia lada moment mogły obrócić się w perzynę. Więc?… Trzeba było zrobić z tym wszystkim porządek! W radykalny sposób! Dość już miała półśrodków, które niczego pozytywnego nie przynosiły. Dosyć!
Coligny… był to, wedle opinii nie tylko hugenotów, ale i katolików, człowiek uczciwy i stateczny… Ale może nie tak do końca? Wypierał się, ale czego innego można się było spodziewać? Że przyzna się do podżegania do skrytobójczego mordu na Gwizjuszu? Że choć nie osobiście, ale to jednak on pokierował ręką Jeana de Poltrot? To by może i przełknęła, ale Coligny wszedł na jej teren, zawłaszczając monarchę. Nie, nie monarchę, bo tak o nim nie myślała, wszak rzeczywistym królem była ona, zatem nie monarchę, ale jej syna!…
Wyrzucała nie raz Karolowi, iż ją zdradził, choć ocaliła go zarówno przed Gwizjuszami, jak i hugenotami, że posadziła go na tronie Francji, a doczekała się wyłącznie niewdzięczności i spiskowania z admirałem. Groziła mu, że wróci do Italii, a jego porzuci na pastwę losu. Lecz Karol, człowiek mocno niezrównoważony, mało się tym przejmował.
Wtedy podjęła decyzję. Kalwiński admirał Gaspard de Coligny będzie musiał zniknąć z tego świata. W sercu Katarzyny zapadł na niego wyrok. Ostateczny i nieodwołalny.
A uroczystości ślubne i zabawy i weselisko, dawały ku temu doskonałą okazję. Można przecież było upozorować wypadek… a w ostateczności, gdyby to nie wyszło – skrytobójstwo.
22 sierpnia Charles de Louviers de Maurevert22, schowany w domu kanonika Villemur, czatował na pojawienie się admirała, który tamtędy zwykł był chadzać. I doczekał się. Wypatrzywszy Colignego na ulicy, po dwakroć wypalił doń z arkebuza. Marny był jednakowoż z niego strzelec. Jedna z kul naderwała bowiem admirałowi palec, druga utkwiła w ramieniu.
Gdy król dowiedział się przy śniadaniu o zamachu, czym prędzej odwiedził poszkodowanego w towarzystwie matki i braci, biorąc ze sobą najlepszego chirurga, którym wonczas uznawano pana Ambroise’a Paré23. Król był wściekły i przyrzekł admirałowi, że znajdzie sprawców i srogo ich ukaże. Skończyło się jednak na słowach. Bo tyle tylko ten król mógł – gadać.
Ranny admirał natomiast, przeczuwając, że zbliżają się jego ostatnie chwile, że wyrok nań już został wydany, błagał władcę, iżby wyzwolił się spod wpływów matki i sam zaczął rządzić Francją.
Na jego nieszczęście owa matka wszystko to słyszała, co zapewne całą sprawę przyśpieszyło…
* * *
Nad Paryżem słońce zachodziło krwawo. W gabinecie Karola IX królowa Katarzyna i jej zaufani siedzieli nieruchomo, w ciszy. Król natomiast nerwowo przemierzał komnatę – od drzwi do jednego z okien i na powrót. Kręcił głową, jakby nie mogąc się pogodzić z tym, co usłyszał z ust matki. A ona poinformowała go, że hugenoci, w tym i Coligny, zawiązali spisek na jego życie.
– Nie, nie i nie! To podłe kłamstwa, to oszczerstwa. Nie! Nigdy w to nie uwierzę! Nigdy!!! Coligny? To jest po prostu niemożliwe!
Katarzyna zaczęła tracić cierpliwość, porwała się gwałtownie z fotela i, zastąpiwszy Karolowi drogę, spojrzała mu głęboko w oczy.
– Wychowałam cię, chroniłam, zapewniłam koronę, ustrzegłam od śmierci z rąk wrogów, a ty mi zarzucasz kłamstwo?! I to kiedy? W jakiej chwili? Wtedy, gdy znów chcę cię ocalić? Synu!…
Katarzyna prawie krzyczała. Król zaś poczerwieniał na twarzy, oczy mu się zwęziły, zaciśnięte wargi zaczęły drżeć. Dłonie zwierał w pięści i rozprostowywał je gwałtownie. Widać było, że z całych sił się hamuje, iżby nie rzucić się z tymi pięściami na matkę. A ona nie przestawała.
I tak się mocowali ze sobą i bez słów i krzycząc na siebie nawzajem. Czas płynął… minęła jedna godzina… druga… aż w końcu król uległ. Nie zdzierżył nacisku, nie wytrzymał napięcia. Rzucił się ku drzwiom, krzycząc:
– Skoro musicie, skoro tylko to was zadowoli, to zabijcie ich wszystkich… Słyszycie? Wszystkich! Niechże ten problem zniknie już ostatecznie! Raz na zawsze! Zamknąć bramy miejskie, aby nikt się nie wymknął!
Królowa i jej zaufani odetchnęli z ulgą.
* * *
Książę Henri de Guise24 ze zgrają żądnych krwi towarzyszy czym prędzej udał się pod dom, w którym leżał ranny admirał. Gwizjusz został na zewnątrz, reszta wbiegła do środka. Kilka sztyletów przebiło pierś de Colignego. Admirał zacharczał, ale po chwili umilkł już na zawsze.
– Co z nim? Co z admirałem? – wołał zza okna Gwizjusz.
– Koniec, panie, koniec.
– Tedy wyrzućcie go na ulicę.
Mordercy powlekli trupa ku oknu i wypchnęli na zewnątrz.
Trup upadł u stóp Gwizjusza, u stóp diuka Henri de Guise, który wreszcie zaspokoił pragnienie zemsty na starym admirale za to, że ów kazał zabić jego ojca… Rachunki wyrównane?… Nie, jeszcze nie…
– Odetnijcie mu głowę i zanieście królowej na dowód, że zadość się stało jej życzeniu – rozkazał.
– A ciało? – zapytał któryś z napastników.
– Ciało? – de Guise wzruszył ramionami. – Ciało? – de Guise kopnął trupa. Zróbcie z nim, co chcecie.
* * *
Śmierć admirała Gasparda de Coligny to był dopiero początek. Ludzie Gwizjusza rozpoczęli polowanie na przywódców hugenockich, a paryski tłum dzielnie im w tym pomagał. Zaskoczeni protestanci prawie nie stawiali oporu. Krew lała się strumieniami, trupy zaścielały ulice. Gwałty i rabunki. Miłosierdzie uciekło z Paryża… mimo zamkniętych miejskich bram…
Kto z hugenotów uszedł żywy z tej rzezi, jaka miała miejsce w noc 24 sierpnia, kiedy to przypadało wspomnienie Apostoła Bartłomieja, ten świętemu mógł był podziękować za to, iż doświadczył cudu…
Oszczędzono życie Henryka z Nawarry, bynajmniej nie dlatego, że był bliskim krewniakiem Walezjuszy, nie dlatego, że był zięciem królowej, bo ta usilnie namawiała córkę, iżby natychmiast wystąpiła o unieważnienie małżeństwa, ale z czystego politycznego wyrachowania, ponieważ jeśliby kazała zaszlachtować i tego Burbona, to Gwizjusze mogliby ponad miarę wzrosnąć w siłę. I co wówczas? Na to pytanie nie potrafiła znaleźć dobrej odpowiedzi, dlatego cuchnący czosnkiem i kozami Henryk przeżył…
* * *
Sytuacja we Francji powoli się uspokajała. Katarzyna koiła nerwy. Jej plany się ziszczały. Nadzieja na tron dla Henryka rosła. Z Polski dochodziły radosne dla niej informacje, bo od kiedy król Zygmunt August zgasł, szanse na tron krakowski dla jej syna stawały się coraz bardziej realne. A kiedy wreszcie posłaniec przybył z wieścią, że dnia 11 maja 1573 roku polscy elektorzy na swego pana wybrali jej Henryka, księcia Angoulême, Orleanu i Andegawenii, mogła wreszcie odetchnąć z ulgą… Przynajmniej na razie…
3Biała szałwia (Salvia apiana) gatunek kalifornijskiej szałwi używanej w rytuałach oczyszczających ludzi, miejsca i pomieszczenia; szałwia boska (Salvia divinorum), inaczej wieszcza, endemit występujący w naturze wyłącznie w niektórych miejscach meksykańskiej Sierra Mazateca – roślina posiadająca właściwości psychoaktywne, wywołujące wizje i inne duchowe doświadczenia. Mazatekowie, po podboju kraju przez Hiszpanów poświęcili tę roślinę Najświętszej Maryi Pannie.
4Kwezal, quetzal (Pharomachrus mocinno), święty ptak pogańskich mieszkańców Meksyku.
8Gnostyk, manichejczyk, bogomił, albigens – wyznawcy religii opierających się na dualizmie i gnozie, czyli na wierze w dwóch równorzędnych sobie bogów – dobrego i złego oraz wiedzy, przeznaczonej dla wtajemniczonych. Uważający Boga chrześcijan za złego, za stwórcę materii i wszelkiego zła, którego należy zwalczać. Gnostycyzm powstał na Bliskim Wschodzie, manicheizm narodził się w Persji, potem dał początek bułgarskim bogomiłom i oksytańskim albigensom.
9Por.: Wider den falsch genannten geistlichen Stand [Against the falsely named spiritual state], Index verborum, Martin Luther´s German Writings, 1516-1525, Boston College 1999, volume 10 / 2, p. 107), [w:] So speaks Martin Luther, so speaks Jesus of Nazareth, [w:] Protestant Theology: Martin Luther and Jesus of Nazareth – Contradictions, Theologian No 3, [w:] Internet: http://www.theologe.de/theologian3.htm (dostęp 30 września 2016 r.).
10Wider die stürmenden Bauern [Against the storming peasants] Weimar Edition of Luther’s Writings 18 (Schriften 1525), p. 249 f., źródło: Theologian, Editor Dieter Potzel, Edition N°3: So speaks Martin Luther, so speaks Jesus of Nazareth, Wertheim 1999, English Translation: Wertheim 2001, [w:] http://www.theologe.de/theologian3.htm, version from 10 th May 2016, [dostęp: 11 października 2016].
12Luther’s Works, American Edition, Volume 54, p 154, także: D. Martin Luthers Werke, kritische Gesamtausgabe [Hermann Bohlau Verlag, 1893], vol. 2, no. 1472, April 7 – May 1, 1532, p. 33.
13Z Listu św. Pawła Apostoła do Hebrajczyków, Rozdział 10, wers 38.
15Komunikowali – dawna forma: przystępowali do Komunii św.
16Dziś stolik w prezbiterium, na którym ustawia się naczynia liturgiczne, oraz wino i wodę w ampułkach, dawniej rodzaj komody z szufladami w dolnej części, w których przechowywano szaty liturgiczne i nadstawką z zamykanymi szafkami, w których umieszczano naczynia liturgiczne.
17Antytrynitarze – zwolennicy herezji Ariusza (256-336), negujący naukę o Trójcy Świętej, twierdzący, że Bóg istnieje tylko w jednej osobie – dziś najbardziej znanymi w Polsce antytrynitarzami są Świadkowie Jehowy.
Dzisiaj jest jedno z najważniejszych świąt słowiańskich.
W nocy z 21 na 22 czerwca nastąpi najkrótsza noc w roku, pełna magii, czarów, miłości, wróżb i potężnej mocy.
Inne nazwy Święta to Święto Litha, Sabat Litha, Noc Kupalna, Kupalnocka, Wianki, Sobótka, Palinocka, ( uwaga: to nie jest Noc Świętojańska, która wypada dopiero z 23 na 24 czerwca, czyli w wigilię Świętego Jana i powstała jako chrześcijańska odpowiedź na Noc Kupały).
Sobótka to święto ognia, wody, słońca, księżyca, miłości, życia, zdrowia, płodności, uzdrawiania i oczyszczania.
Dzisiejszej nocy warto rozpalić ognisko, do którego według tradycji należy wrzucać magiczne zioła a można także zapisane na kartce prośby i modlitwy. Nieodzownym elementem podczas obchodów Sobótki jest skakanie przez ognisko oraz tańczenie przy nim co zapewni oczyszczenie i ochronę przed złymi mocami.
Noc Kupały to również doskonały moment na oczyszczającą kąpiel, czy to w naturalnych zbiornikach wodnych czy w wannie.
Wianki plecione z kwiatów i ziół to ważny element związany z wróżeniem podczas dzisiejszej nocy. Symbolizują one kobiecość a rzucane w nurt rzeki odsyłają niespełnione lub nieszczęśliwe uczucia przyciągając nowego partnera i miłość.
Dawniej wianki pleciono również w celach ochronnych oraz aby zapewniały obfitość, a świeżymi ziołami i kwiatami przyozdabiano domy oraz zwierzęta gospodarskie.
Legenda głosi, że dzisiejszej nocy zakwita na bardzo krótki czas perunowy kwiat czyli kwiat paproci. Znalezienie go zapewniało szczęście i bogactwo a odnaleźć kwiat paproci mógł tylko człowiek sprawiedliwy o czystym sercu pełnym bezwarunkowej miłości.
Bania, sauna, szałas potu albo, po prostu, łaźnia. Miejsce oczyszczenia ciała i ducha.
Opisywał je u naszych Przodków Ibrahim ibn Jakub tak: „Otwierają się im pory i wychodzą zbędne substancje z ich ciał. Płyną z nich strugi i nie zostaje na żadnym z nich ślad świerzbu czy strupa. Domek ten nazywają oni: al-istba.”…
Zdaje się same bogi domagają się naszego oczyszczenia…
Co za draństwo: Już 30 (!) tankowców jest zaparkowanych u wybrzeży Europy
Lichwiarstwo z naszymi cenami energii jest widoczna już dla wszystkich, widać to tuż u wybrzeży Europy i nikt nic z tym nie robi. Już 30 gigantycznych tankowców z gazem płynnym nie dokuje w terminalach rozładunkowych, aby nie obniżać ceny gazu ziemnego w krajach UE.
My raz po raz słyszymy te same stwierdzenia, że za wysokie ceny gazu odpowiada Władimir Putin (choć jego firma energetyczna Gazprom nadal jak zwykle dostarcza gaz do Austrii tanio i ekologicznie). Ale teraz staje się coraz bardziej jasne, kto powoduje eksplozję naszych kosztów energii. To spekulanci nie pozwalają na zwiększenie dostaw na rynek europejski, ponieważ ta dodatkowa dostawa gazu oczywiście natychmiast obniżyłaby ceny gazu ziemnego i energii na giełdzie.
U wybrzeży Europy pływa już 30 gigantycznych tankowców LNG – te olbrzymy mają na pokładzie do 150 000 metrów sześciennych skroplonego gazu ziemnego (LNG), a jeden ładunek może zasilić 65 000 gospodarstw domowych przez cały rok. My Europejczycy, jesteśmy obecnie pozbawieni wystarczającej ilości gazu ziemnego z powodów chciwości lichwiarskiej. Czekają na lepsze czasy
W każdym razie rynek LNG jest niezwykle dynamiczny. Armatorzy wybierają rynek, który przyniesie im największy profit. Jeśli ceny w Azji są wyższe niż na przykład w Europie, statki po prostu zawracają i znikają z wybrzeża Europy. Główni dostawcy – przede wszystkim USA i Katar – ze względu na spadające ceny gazu znacznie ograniczyli prędkość transportu do Europy i wolą poczekać na lepsze czasy na otwartym morzu. I to pomimo ogromnych sum, jakie pożerają takie statki. Czarter pojedynczych tankowców LNG na podróż przez Atlantyk kosztował pod koniec października 400 000 euro – każdego dnia!
Jednocześnie USA, tak samo jak Chiny czy Indie, są największymi producentami CO2 i się tym wcale nie przejmują, i w tych krajach mamy tendencje wzrostowe emisji CO2.
A więc o co tu chodzi? Tu może tylko chodzić o zniszczenie gospodarki EU.
Wieczór Welesa w Domu Kultury ŚWIT. Koncerty, wykłady, zajęcia.
Dyskusję z wykładowcami poprowadzi Robert Sigmundsson Kotschmarów: filozof, ekolog, tłumacz, społecznik i miejski aktywista, rekonstruktor historyczny i gospodarz Wioski Żywej Archeologii
Dom Kultury ŚWIT w Dzielnicy Targówek zaprasza na „Wieczór Welesa” w ramach Miejskiego Roku Obrzędowego. 26 lutego przy Wysockiego 11 przeniesiecie się w świat niesamowitej słowiańszczyzny za sprawą koncertów, wykładów i warsztatów. Wieczór Welesa to pełne zanurzenie w świat nauki i sztuki, pod znakiem dawnych wierzeń i obrzędów. Weles – strażnik przysiąg, patron nauki, sztuki i wieszczenia zabierze Was w podróż do niezwykłego świata Przodków.
Program wydarzenia:
#StandUpScience – część akademicka (godz. 16.00-18.30)
O Welesie może zapomniano, ale jego kult nie zaginął” (16.00-16:30 + 15 min dyskusji). Michał Kołyszko, pisarz gamebookowy i religioznawca
wykład: „Kwantechizm 2.0 czyli kwantowo-relatywistyczny stand up.” (17.00 – 17:30 + 15 min dyskusji). Andrzej Dragan – fizyk, fotograf, filmowiec, „Człowiek Rekonesansu” naukowego, artystycznego, duchowego, który we wszystkich tych dziedzinach odnosi sukcesy, a swoimi talentami mógłby obdarować co najmniej kilka osób.
Panel dyskusyjny z wykładowcami: „O naturze rzeczy i uprawianiu nauki – Jak myśleć w XXI wieku.” Dyskusję z wykładowcami poprowadzi Robert Sigmundsson Kotschmarów: filozof, ekolog, tłumacz, społecznik i miejski aktywista, rekonstruktor historyczny i gospodarz Wioski Żywej Archeologii
Koncert „Słowiańskie Korzenie”
Żniwa (godz. 19.00) – Duet-małżeństwo grający pagan folk – elementy muzyki dawnej i współczesnej.
Córy Mary (godz. 20.00) – repertuar Cór Mary obejmuje archaiczne pieśni obrzędowe Słowian i Bałtów.
Derwana (godz. 21.00) – Rock słowiański. Mocny wokal, bogate instrumentarium, skrzypce, flety, niezwyczajne klimaty. Dzikość i natura.
Zajęcia:
Zapustne Zajęcia ze śpiewu białego (godz. 15.00), Magdalena Sobczak
Zajęcia String Art Deska (dwie grupy: 15.00-16:30 ; 16:30-18.00), Natalia Gierasimiuk
Najserdeczniejsze życzenia kolegom – kaliskim przewodnikom turystycznym z okazji ich dnia składa Towarzystwo Żywej Archeologii Kaliskiego Grodu Piastów na
Gdyby nie covidowe testy, to nie byłoby tzw. pandemii? „To one zaważyły, że nie leczono pacjentów”. „Grypa nagle wraca” i to dokładnie w momencie, gdy koronawirus znika.
„Mamy odwrócony fenomen. Tak jak grypa zniknęła w czasie COVID, robiąc mu miejsce (…) tak teraz następuje zmiana”, zauważa na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Jerzy Karwelis.
Publicysta zauważa, że „grypa nagle wraca” i to dokładnie w momencie, gdy koronawirus znika. „Widać, że spadająca liczba zakażeń koronawirusem jest wypełniana grypą. Skąd to się bierze? Po pierwsze – grypę do tej pory diagnozowało się u lekarza na podstawie objawów, nikt nikomu niczego do nosa nie pchał, nie izolował rodzin i nie posyłał na obowiązkową kwarantannę, nie zamykał zakładów pracy. Cały cyrk zaczął się od tego, że zaczęliśmy się – na koronę – testować. I widać już, że te testy – nie ma innego wytłumaczenia dla wyparcia jednej choroby przez drugą – po prostu mieszały je obie”, tłumaczy.
W ocenie autora „Do Rzeczy” problemem są same testy. „Te nie tylko często nie rozróżniały poczciwej grypy od śmiertelnego koronawirusa, ale w dodatku – wedle wielu badań – dawały w ponad połowie przypadków fałszywie pozytywne rezultaty”, dodaje.
„Widzę coraz bardziej, że gdyby nie te testy, to nic wielkiego by się nie działo. Ale zareagowaliśmy nadmiarowo i potem widzieliśmy już efekty nie wirusa, ale ludzkiego kombinowania z dostępem do służby zdrowia. I potem – jak test PCR z grypą i COVID – sami myliliśmy dwie różne materie: efekty samego wirusa i efekty kardynalnych błędów, kiedy zdecydowano, że medycyna nie będzie leczyć pacjentów”, podsumowuje Jerzy Karwelis.
Demonstracje ogarniają powoli eurokołchoz. Ludzie nie chcą gospodarczego samobójstwa, do czego sprowadza się udział w wymuszonych przez hegemona „sankcjach na Rosję”. Wiedzą że nie chodzi tu o Rosję lecz o walkę hegemona o utrzymanie swojej hegemonii, co wymaga całkowitego zwasalizowania EU. Do tego prowadzi postępująca de-industrializacja kontynentu, stawiająca wiele kompanii z energochłonną produkcją przed dylematem zakończenia działalności albo przeniesienia produkcji poza EU. O masowych demonstracjach donoszą nawet z Czech, nie znanych dotychczas ze specjalnej asertywności.
Jedynie znajdujące się wciąż w oparach ukraińskiego amoku społeczeństwo polskie siedzi jakoś cicho, zadowolone najwyraźniej z 17% inflacji i kosmicznych cen energii. Zdobyło się jedynie na zadeklarowanie Rosji przez senat jako „państwa terrorystycznego„. A gdy wam honor, wolność, majątki odjęto, wy bolejecie że króla o mil trzysta ścięto… Historia się powtarza…
Wydawało się początkowo że to tylko okresowy przejaw polskiej głupoty. Istnieje jednak obawa że może to być zainscenizowane przez hegemona przygotowanie do wejścia polskiego wasala do wojny na Ukrainie. Z państwami terrorystycznymi się przecież nie negocjuje, państwa terrorystyczne się zwalcza. O tym jakie państwa są terrorystyczne decyduje naturalnie hegemon w ramach swoich rules-based order. Nie należy mylić tego z prawem międzynarodowym. Dlatego jako państwo terrorystyczne zadeklarował Serbię, Irak, Libię, i cały szereg innych. Zwalczaniem państw terrorystycznych zajmuje się następnie NATO. Na Ukrainie NATO walczy już z Rosją a więc uznanie Rosji za „państwo terrorystyczne” ma swoją logikę. Tyle że z Rosją łatwo mu nie pójdzie i że konieczne mogą być w końcu jakieś negocjacje. A zatem na wszelki wypadek bezpieczniej jest Rosji jednak tak nie nazywać, bo potem będzie głupio.
Nie ma takich obaw natomiast wasal polski który wali wprost co mu przykażą, paląc jednocześnie za sobą mosty. Po co mu mosty skoro NATO ma przeprawy pontonowe? Wasal nie wyczuwa niuansów, jak tego że gdy hegemonowi skończy ukraińskie mięso armatnie a terrorystyczna Rosja wciąż stoi to on może być następny. Po ostatnim Ukraińcu hegemon może walczyć do ostatniego Polaka, a co to mu szkodzi? Skoro senat zadeklarował już Rosję jako państwo terrorystyczne to chętnych do walki z terrorem nie powinno zabraknąć. I może w efekcie nie zabraknąć durniów którzy wciągną kraj do cudzej wojny o anglo-syjonistyczne interesy.
Szkoda w sumie bo oto nasz odwieczny zachodni wróg rozpada się właśnie w oczach. Całe pokolenia przez stulecia czekały na ten moment, a tu, proszę bardzo. Zajętemu jednak NATO-wską burdą na wschodzie wasalowi polskiemu nie w głowie jest wykorzystywać dziejowe szanse na zachodzie… Wystarczy zestawić dwa niemieckie wydarzenia, oba z 4 listopada, aby oniemieć z wrażenia.
Wydarzenie #1 – kanclerz Scholtz jedzie do Pekinu gdzie rozmawia z Xi Jinpingiem. Bierze z sobą delegację szefów czołowych kompanii niemieckich, zainteresowanych w rozwijaniu linków z Chinami, w tym szefów BMW i BASF. Jednodniowa wizyta musi być ważna a jej pośpiech jest zdumiewający – 40h w obie strony, w tym 11h na miejscu. O czym rozmawiano jest nie całkiem jasne. Z pewnością jednak o czymś o czym hegemon wiedzieć raczej nie powinien. Zmuszony do popełnienia narodowego samobójstwa przez udział w „sankcjach na Rosję” wasal niemiecki szuka najwyraźniej opcji ratunkowej. Byłoby nią utrzymanie powiązań z Chinami. Wzajemna wymiana towarowa jest znaczna i wynosi około $230B rocznie. To dużo więcej niż z USA i nieporównanie więcej niż z Rosją. Ale czy utrzymanie tej wymiany, i przez to pozycji eksportowej Niemiec, będzie możliwe jeśli hegemon już zmusił wasala do przerwania kluczowych powiązań z Rosją? Zważywszy że po trupie EU dąży on do zachowania swojej hegemonii trudno o optymizm. :
Wydarzenie #2 – Do zachowania swojej dominacji hegemon potrzebuje osłabienia Chin, przez odcięcie ich od rynków zbytu w EU. Pomocna w tym zadaniu okazuje się podwładna Scholtza, zielona pożyteczna idiotka Baerbock, w roli ministra spraw zagranicznych Niemiec. Gra przez to otwarcie przeciwko linii szefa rządu i jej zwierzchnika. Baerbock była instrumentalna przy wprowadzaniu sankcji „przeciwko Rosji”. W ten sam sposób hegemon chce też rozegrać zerwanie powiązań niemiecko-chińskich. Sankcje „przeciwko Chinom” są więc w powietrzu, jedynie Chińczycy spóźniają się coś z tym „wyzwalaniem” Tajwanu… Aby sankcje dopiąć podczas gdy Scholtz jest z misją w Pekinie, Baerbock podejmuje więc w Niemczech czołowych żydowskich neoconów, w tym Nuland (Nudelman), tę samą od „f.ck the EU” na Majdanie w Kijowie w 2014. Ironią jest że spotkanie odbywa się w Muenster, historycznym miejscu które dało początek prawu międzynarodowemu. Tymczasem hegemon, reprezentowany przez czołowego neocona Blinkena, robi właśnie wszystko co z tym prawem jest sprzeczne. Bezceremonialnie wciska wasalom jego amerykański substytut rules-based order. Czytaj porządek wg reguł ustalanych przez hegemona i zmienianych kiedy mu wygodnie.
Trudno wyobrazić sobie lepszy sygnał degradacji i poniżenia Niemiec jak para Scholtz-Baerbock. Tragi-komiczny miękiszon Scholtz nie może równać się z mężami stanu przed nim, jak Brandt, Schmidt czy nawet Schroeder. Gość z jajami wywaliłby Baerbock na pysk będąc jeszcze w samolocie! Nie tolerowałby takiej niesubordynacji ze strony najwyższych rangą urzędników państwowych a Baerbock jest przecież jego podwładną! Dziadek Scholtza wiedziałby jak postąpić – na biurku Bearbock znalazłby się naładowany rewolver z jedną kulą…
Doprowadziłoby to oczywiście do przedterminowych wyborów. I co w tym złego? Niemcy mogliby się wypowiedzieć czy w imię anglo-syjonistycznych interesów i ukraińskiego clowna chcą rzeczywiście rozłożyć swoją gospodarkę, siedzieć w zimnie i przerobić Niemcy w zielony skansen bez znaczenia. Wyborcy Baerbock, która powiedziała wprost że będzie wpierała Ukrainę niezależnie od ich woli, mogliby potwierdzić że chcą takiego właśnie reprezentanta ich interesów. W demokracji zapytać się wyborców o ich zdanie podobno nigdy nie zaszkodzi.
Nie zaszkodziłoby to na pewno kanclerzowi Scholtzowi który zrobiłby tym jeden przynajmniej dobry ruch w swojej karierze. Pozbyłby się mianowicie z rządu agentury hegemona w postaci zielonych durniów w rodzaju Habecka i Baerbock. Względnie, odszedłby sam w chwale, walcząc z honorem do końca, jak jego dziadek Fritz pod Narwą.
Kto by pomyślał, że zdobędzie się na takie zuchwalstwo? Gdyby to był Putin, to co innego. Wiadomo, że Putin zdolny jest do wszystkiego, więc również do tego, by odbyć podróż pokutną do Kijowa. Ale Książę-Małżonek? – i to zaraz po tym, jak przez ekspertów z rządowej telewizji został urzędowo uznany za ruskiego agenta? Co prawda przyczyną tej nominacji było podziękowanie, jakie lekkomyślnie złożył Stanom Zjednoczonym po pomyślnych eksplozjach, dzięki którym nieznani sprawcy „rozszczelnili” bałtyckie gazociągi Nord Stream 1 i Nord Stream 2, ale wplatało się to w ruską „narrrację”, a w związku z tym pośrednio uderzało w Ukrainę.
Wprawdzie Amerykanie pobłażliwie uznali wypowiedź Księcia-Małżonka tylko za niefortunną, ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Amerykanie mogą sobie patrzeć na Księcia-Małżonka z pobłażaniem, ale u nas takie świętokradztwo płazem ujść nie może. Toteż nie tylko obóz dobrej zmiany obsmarował Księcia-Małżonka w telewizji, nakręcając specjalny film, w którym wielokrotnie został on zdemaskowany, jako ruski agent, ale również obóz zdrady i zaprzaństwa nakazał mu złożyć samokrytykę, a jeśli nawet nie, to zgodnie z zaleceniami orwellowskiego Ministerstwa Prawdy – zatrzeć haniebne podziękowanie w sieci. Książę posłusznie zatarł, ale niestety pozostał ślad po zatarciu, niczym u cesarza Klaudiusza, który kiedyś zatarł pewnemu obywatelowi naganę cenzorską.
Że obóz dobrej zmiany skorzystał z okazji, by Księcia-Małżonka natychmiast pryncypialnie zdemaskować, to nic dziwnego. Losy jego rządu wiszą bowiem na cienkiej nitce amerykańskiego poparcia, bez którego zostałby on w jednej chwili zdmuchnięty, jak gromnica, więc nawet ostatni ciura wie, że trzeba spełniać wszystkie życzenia Naszego Najważniejszego i chyba nawet Naszego Jedynego Sojusznika, nawet życzenia niewyrażone, bo w przeciwnym razie Nasz Jedyny Sojusznik może upodobać sobie w Rafału Trzaskowskim, który nie tylko jeszcze w maju dogadał się z amerykańskimi Żydami i to takimi, których żaden amerykański prezydent zlekceważyć się nie ośmieli, ale w dodatku podlizuje się sodomczykom i kobietom, które nie tylko za darmo, to znaczy – na koszt państwa – ale nawet własnoręcznie by powyskrobywał, więc dla tamtejszej Partii Komuni… to znaczy, pardon; jakiej tam znowu Komunistycznej, kiedy to przecież Partia Demokratyczna? – jest lepszym kandydatem na jasnego idola naszego bantustanu, niż starzejący się i popadający w coraz to gorsze, sprośne błędy Niebu obrzydłe, a w każdym razie obrzydłe Panu Naszemu z Waszyngtonu Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński.
Skoro nawet my to wiemy, to Naczelnik wie to jeszcze lepiej i uwija się jak w ukropie, żeby Naszemu Najważniejszemu, a może nawet Naszemu Jedynemu Sojusznikowi dogodzić. Stąd właśnie wszystkie niezależne media, futrowane przez strategiczne spółki Skarbu Państwa, dzięki czemu ceny paliw płynnych są u nas już wyższe, niż w Niemczech, zajęły takie pryncypialne stanowisko w sprawie demaskowania Księcia-Małżonka.
W tej sytuacji Księciu-Małżonku nie wystarczyła już pozycja Księcia-Małżonka, więc wpadł na pomysł, by w ramach politycznej terapii, odbyć pielgrzymkę ekspiacyjną do Kijowa, do którego pielgrzymują pielgrzymi z całego świata, a jeśli nawet nie z całego, to w każdym razie z tej jego części, która w ten czy inny sposób jest uzależniona od USA. Tedy do Kijowa pielgrzymował nie tylko Naczelnik Państwa, ale i prezydent Duda, nie tylko niemiecki kanclerz, ale i amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin, który przy okazji wyjaśnił, że celem tej wojny jest „osłabienie Rosji”, a w takim razie Ukraińcy mają z nią tyle wspólnego, że zostali wkręceni w maszynkę do mięsa, jak nie przymierzając Polska w 1939 roku. Pojechał tam także Jego Eminencja Konrad kardynał Krajewski, za pośrednictwem którego papież Franciszek okazał kiedyś serce „transseksualnym prostytutkom” z Ameryki Południowej. Ponieważ papież Franciszek wcześniej dopuścił się myślozbrodni przeciwko Panu Naszemu z Waszyngtonu, którą nieubłaganym palcem wytknął mu pan redaktor Tomasz Terlikowski, to pielgrzymka Jego Eminencji miała, przynajmniej częściowo, charakter pokutny. Toteż strona ukraińska zadbała o to, by pokuta Eminencji wypadła, jak się należy i kiedy już się roztasował, to zaraz usłyszał strzały, co skłoniło go do szybkiego wycofania się na z góry upatrzone pozycje.
O ile jednak dla odbycia pokuty, zresztą – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – zastępczej, wystarczyły odgłosy strzałów, to w przypadku Księcia-Małżonka trzeba było obmyślić pokutę poważniejszą. Toteż kiedy tylko dotarł do Kijowa z przebłagalnymi darami i znalazł się w hotelu, to natychmiast rozległ się alarm lotniczy. Księciu-Małżonku wyjaśniono, że „tu fałszywych alarmów nie ma”, w związku z czym polecono mu udać się do schronu, co uczynił skwapliwie, ale godnie – jak przystało na Księcia-Małżonka, co to się kulom nie kłaniał, jak w swoim czasie inny jasny idol w osobie generała Karola „Waltera” Świerczewskiego. Jak pamiętamy, podobny incydent heroiczny był udziałem pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który po pełnym proroczych wizji przemówieniu w Tbilisi, udał się w rejon walk, gdzie jednak usłyszał tylko, jak ktoś „strzela strzałami”. Tak właśnie wyraził się na wiecu w Lublinie w marcu 1968 roku pewien Syryjczyk, wyjaśniając, że interwencja ZOMO wobec studentów była łagodna, bo w Syrii, to „strzelali strzałami”. Okazuje się, że tradycję gościnnych Gruzinów przejęli serdeczni Ukraińcy, więc skoro wojna, jaką USA toczą tam z Rosją do ostatniego Ukraińca przechodzi w stan przewlekły, to w tej sytuacji każdy ma szansę wyleczyć się politycznie.
Mam na myśli szczególnie Donalda Tuska, którego obóz „dobrej zmiany” najwyraźniej podprowadza do sytuacji, w jakiej znalazł się jeden z bohaterów nieśmiertelnego poematu „Towarzysz Szmaciak”. Chodzi o byłego sekretarza partii Wardęgę, co to „samego jeszcze znał Stalina”. Miał on z żoną Sabiną o pierwszorzędnych korzeniach syna Aleksa, który – podobnie jak pan redaktor Michnik – miał „mózgowe zwoje” wskutek czego zaczął gęgać, a potem wdał się w „antypaństwową aferę”. „Szmaciak śmiał się, widząc jak stary, jak w ukropie, zwija się, by ratować chłopię”, Chociaż tedy wojna przechodzi w stan przewlekły, to jednak periculum in mora, bo właśnie dotarły do nas skrzydlate wieści, jak to prezydent Biden „podniósł głos” na prezydenta Zełeńskiego, kiedy ten, swoim zwyczajem, zaprezentował mu ukraińską postawę roszczeniową. Jeśli tedy prezydent Zełeński się nie utemperuje, to wojna na Ukrainie ze stanu przewlekłego może przejść w fazę „zamrożonego konfliktu”, zwłaszcza gdy jeszcze w wyniku wyborów do Izby Reprezentantów Kongresu w listopadzie w Kongresie większość uzyska Partia Republikańska.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Jak to jest z samochodami elektrycznymi (elektrykami)?
Mamy obecnie trynd na elektryki, bo to nowoczesne, wygodne i podobno ekologiczne. Niedługo tak będzie, że bez elektryka nie ma co się pokazywać w „towarzystwie”. Hybryda od biedy ujdzie, ale to raczej dla towarzystwa drugiego sortu.
A jak jest naprawdę?
Sprawność
Wyjdźmy od fizyki na poziomie wyższych klas szkoły podstawowej. Jest taki parametr jak sprawność energetyczna, który określa jak ma się energia otrzymana do włożonej. Zawsze ma wymiar mniejszy od jedności. Nawet prosty humanista powinien zrozumieć, że straty muszą być. Gdyby sprawność była =1 to machina by się kręciła bez końca (perpetuum mobile), jakby była >1 to byśmy byli w świecie, gdzie klasyczna fizyka zupełnie nie działa (przy =1 też nie działa).
Obecnie napędzamy się w samochodach silnikami cieplnymi – diesla i benzynowymi. Sprawność tych silników to odpowiednio ok. ssd=0,5 i ssb=0,4 to znaczy, że taka część energii cieplnej zawarta w paliwie jest zamieniana na mechaniczną (mieszanka buch, tłoki w ruch, koła się kręcą i popylamy).
Jak to jest w przypadku elektryka?
No trzeba jego akumulatory naładować prądem. Skąd prąd? Ano z gniazdka. A w gniazdku jest z elektrowni poprzez sieć energetyczną.
Oszacujmy więc sprawność energetyczną elektryka analizując „drogę” prądu od źródła do silnika elektrycznego.
W elektrowni prądnicę napędzają turbiny parowe. Para jest uzyskiwana poprzez spalanie paliw kopalnych (gaz, ropa, olej opałowy, węgiel, miał). Sprawność takich turbin jest na poziomie silnika diesla, czyli ssd=0,5. Pomijam elektrownie wodne, bo to jest wyjątek (np. Norwegia), czy atomowe bo tu koszty całkowite są wyższe od klasycznych elektrowni (koszt budowy, zabezpieczeń i utylizacji paliwa w okresie eksploatacji i po).
Do wyliczenia sprawności elektryka potrzebne będą następujące składowe: – sprawność generatora prądu elektrycznego w elektrowni – ok. sge=0.96, – sprawność transformacji i przesyłu energi elektrycznej do odbiorcy – ok. stp=0.85, – sprawność ładowania akumulatora w samochodzie – ok. sła=0.9, – sprawność odzyskania energii elektrycznej z akumulatora – ok. soe=0.95, – sprawność silnika elektrycznego – ok. sse=0.9,
Dla samochodu elektrycznego mamy sprawność energetyczną równą:
ssd x sge x stp x sła x soe x sse (0.5×0.96×0.85×0.9×0.95×0.9)= 0,31.
Wniosek jest prosty, samochodem z silnikiem Diesla (ssd=0,5) na tej samej ilości paliwa źródłowego przejedziemy o prawie 40 % dłuższą drogę (1 – 0,31/0,5). Samochód z silnikiem benzynowym (0.4) również góruje pod względem sprawności nad samochodem z silnikiem elektrycznym. Można teoretycznie rozważać wykorzystanie ogniw paliwowych, które w samym samochodzie zamieniają paliwo na energię elektryczną eliminując straty podczas transmisji energii na drodze elektrownia – elektryk. Sprawność takich ogniw to 0,4-0,6 ale dochodzi obecnie problem taniego wytwarzania wodoru. Jak byś się nie obrócił – dupa z tyłu.
Następna sprawa – gęstość upakowania energii czyli ile energii możemy zamknąć w danej objętości (lub masie). W 1 kg benzyny mamy ————— 12,9 kWh/kg. W 1 kg akumulatora mamy ———- 0,22 kWh/kg Uwzględniając sprawność silników cieplnych (zamiana en cieplnej na mechaniczną na poziomie 50% w stosunku do 95% elektryków) silniki diesla i beznynowe są bezkonkurencyjne. Zastępowanie samochodów z silnikiem spalinowym samochodami z silnikiem elektrycznym to zabieg czysto marketingowy, podrzucany przez cwaniaków od tzw. geszeftu ludziom z dużymi pieniędzmi i małym pomyślunkiem.
Ekologia
Faktem jest, że w miejscu poruszania się elektryk nie „smrodzi” jak np. samochód z silnikiem spalinowym, natomiast z uwagi na mniejszą sprawność energetyczną sumarycznie zostawia większy „ślad węglowy” – co by to nie oznaczało. Następna bardzo istotna sprawa – produkcja i utylizacja akumulatorów. Do produkcji potrzebne są lit, kobalt (najdroższy), nikiel, mangan, grafit. W procesie wydobycia zużywa się ogromne ilości wody i energii, degradowane jest środowisko. No i dzieci w Kongo są eksploatowane.
Utylizacja akumulatorów to kolejny problem. Aby odzyskać 1 kg litu trzeba przetworzyć 28 kg baterii co jest obecnie 5x droższe od wydobycia takiej samej ilości. Obecnie w Europie utylizowane jest ok 5% zużytych baterii. Zapewne wzrost cen surowców spowoduje, że recykling stanie się bardziej opłacalny.
Obecnie spalinowce muszą mieć filtry cząstek stałych DPF (diesel), GPF (benzyna). Elektryk z definicji nie musi mieć, natomiast wszystkie samochody a elektryki najwięcej (ciężar) generują zanieczyszczenia typu cząstki stałe z OPON. Po prostu guma się ściera i daje to podobno 1000 krotnie większe zanieczyszczenie niż wynikające z wydzielania cząstek stałych w spalinach.
Wygoda użytkowania
Co by nie napisali w ulotkach jak się włączy klimę lub ogrzewanie to elektryk daleko nie pojedzie (150 -380 km). Ładowanie szybkie zajmuje 1-2 godziny i daje zasięg 150-200 km, wolne (z konwencjonalnego gniazdka) może trwać nawet i dobę. Generalnie czas ładowania takiego pojazdu trwa dłużej niż jego jazda. Po 5 latach spadek sprawności akumulatorów powoduje że te wartości zmieniają się na niekorzyść o ok. 20-30 %. I kto ci kupi używanego elektryka w którym koszt wymiany baterii to 40% ceny nowego?
Jak mamy zrezygnować z węgla w energetyce to ciekawe jak te miliony aut przyszłości naładujemy? Wiatrakami, panelami słonecznymi?
W Polsce mamy obecnie ok. 24 mln samochodów. Jakby wszyscy się podłączyli do prądu to mamy blackout. Przesadziłem wystarczy że 1 mln się podłączy i klops.
Cena
Przykładowe miejskie elektryki: Citroen e-C4 – od 148 400 zł Fiat 500e – od 107 000 zł
Spalinowe miejskie: Citroen C4 wersja bazowa benzyna 73 300 zł Dacia Logan – od 57 900 PLN z LPG
Jak widać za elektryka płacimy 2x więcej. Jeżeli ktoś używa argumentu, że ma fotowoltaikę więc jeździ „za darmo” to trzeba mu powiedzieć, że żeby jeździł „za darmo” to musiał wydać wcześniej ekstra ok. 100 tys zł (39 000 zł za 10 kWh paneli + dopłacił resztę za elektryka). Te 10 kWh to w naszych warunkach teoria.
Wnioski
Obecne elektryki – nie są jak głoszą producenci i sprzedawcy ekologiczne – nie są praktyczne – nie są dostępne dla przeciętnego nabywcy
Hucpą jest że poprzez dopłaty i inne preferencje ludzie niezamożni finansują po części zachcianki bogatych snobów.
W historii postępu technicznego nigdy nie było tak, żeby zmuszano ludzi do korzystania z „dobrodziejstw” jakiegoś wynalazku. Po prostu jak coś jest lepsze to znajdzie nabywcę i nie trzeba stosować terroru i przymusu żeby „uszczęśliwiać” wszystkich na siłę. Nikt nie zmuszał do rezygnacji z transportu konnego, po prostu wynalazek kolei czy samochodu okazał się korzystny i ludzie samoistnie zaczęli z niego korzystać.
Na koniec coś dla rozluźnienia atmosfery z Moskwą w tle: https://www.youtube.com/embed/Zvd0JWlHU1o https://youtu.be/Zvd0JWlHU1o ps Mam nadzieję że do 2035 tak kretyńska organizacja o nazwie EU się rozpadnie lub Polska się wypisze z tego kołchozu.
Jak wskazuje Jan Piński, znajdujemy się obecnie w bardzo ciężkiej sytuacji gospodarczej. W końcu inflacja dobiła już do 17,9 proc. Jego zdaniem jedynym beneficjentem tego kryzysu jest władza. W końcu zgodnie z wyliczeniami ministerstwa finansów każdy procent inflacji generuje 4,7 mld zł więcej wpływów do państwowej kasy. Z tym że wszystko odbywa się kosztem gospodarki, a więc i zwykłych Polaków, którzy muszą w jakiś sposób prowadzić firmy oraz gospodarstwa domowe. Wystarczy wspomnieć, że pojawiają się już wstępne prognozy mówiące o zmniejszeniu się polskiego PKB w 2023 roku. Agencja Ratingowa Moody’s szacuje, że będzie to 0,2 proc. PKB. Jednak w przeświadczeniu Pińskiego spadek może wynieść nawet 3-6 proc. PKB.
„To, że PiS ma dziś jeszcze jakieś poparcie w społeczeństwie, wynika z faktu, iż niewiele osób rozumie, czym jest inflacja i kto ją powoduje. Dlatego wiele osób wierzy w kłamstwo kolportowane przez Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i innych polityków PiS, iż za inflację odpowiada Władimir Putin i wojna na Ukrainie, a wcześniej walka z koronawirusem. Powszechna inflacja, chociaż znacznie niższa niż w Polsce, jest oczywiście pochodną „walki z koronawirusem”. Po prostu rządzący PiS zrobił to, co inne rządy. Wykorzystał epidemię koronawirusa do tego, aby zrobić skok na kasę” – tłumaczy Jan Piński w artykule „Kierunek Wenezuela”, który został opublikowana w najnowszym wydaniu naszego magazynu.
Jan Piński: Polska jak Wenezuela
W dalszej części artykułu Jan Piński wyraził przekonanie, że Polska może skończyć jak socjalistyczna Wenezuela z Ameryki Południowej.
Obecna władza również uskutecznia politykę rozdawnictwa socjalnego, zadłuża państwo i wywołuje ogromną inflację. Warto zauważyć, że bezrobocie przekroczyło już 5,1 proc. i wciąż rośnie. Innymi słowy, rząd Prawa i Sprawiedliwości zafundował obywatelom masowe obniżki zarobków oraz drastyczne podniesienie kosztów życia. Biorąc te czynniki pod uwagę, trudno wskazać inny scenariusz niż załamanie gospodarcze, w tym załamanie poparcia dla obozu władzy.
„Polska weszła »na kurs i na ścieżkę« taką jak Wenezuela na przełomie XX i XXI wieku. Wówczas z jednego z najbogatszych państw Ameryki Południowej stoczyła się na samo dno. Nie przeszkadzało to Hugo Chavezowi, który jako prezydent szefował tej polityce, wygrywać kolejne wybory. Gdy zmarł w 2013 roku, gospodarka była już w ruinie. Wówczas zaczęto już fałszować wybory. Wenezuela zaś stała się krajem nędzy. Nie pomagają nawet jedne z największych złóż ropy, bo zostały znacjonalizowane i dziś nie ma sprzętu, aby efektywnie je eksploatować” – opowiada Jan Piński na łamach „Najwyższego Czasu!”.
Andrzej Sarwa
Zasady obowiązującew postępowaniu z opętanymi
Krótko i treściwie określa Rytuał rzymski (...); w końcu jednak po bliższe objaśnienia odsyła do ''autorów wiarygodnych''. (...) Najpierwsze tu, a nieraz i najtrudniejsze zadanie polega na zbadaniu i jasnym poznaniu stanu pacjenta. Słusznie ostrzega Rytuał rzymski, iż ''nie należy w danym razie przypuszczać zbyt łatwo opętania przez czarta; potrzeba zatem dokładnej znajomości oznak służących do osądzenia, czy dane indywiduum jest rzeczywiście opętane, czy też tylko cierpi na melancholię lub inną jaką chorobę''. O złudzenie albo i o oszustwo tu nie trudno; zjawiska te mają miejsce w ciemnej i tak już ujemnej stronie natury ludzkiej, a w tych ciemnościach różne rodzaje nędzy moralnej i fizycznej i przez czarta sprawionej, nieraz stykają się ze sobą; grzech i choroba, i urojenie, i świadome szalbierstwo, i kłamstwo, i ojciec jego diabeł, wszystko to razem plącze się nieraz w jedną nierozwikłaną gmatwaninę, albo nieraz i jedno wprost przybiera maskę drugiego. Znaki opętania wymienione w Rytuale, są niezawodne; chodzi tylko o ich sprawdzenie. Znaki te są następujące: ''Prowadzenie albo rozumienie dłuższych rozmów w języku obcym i opętanemu nieznanym; oznajmianie rzeczy ukrytych, albo w miejscu odległym się dziejących; dowody zdolności albo siły, przewyższających zgoła wiek opętanego, albo zwykły porządek natury, i inne tym podobne''. Ferraris i Brognoli te jeszcze znaki przytaczają jako również niewątpliwe: Dawanie odpowiedzi na pytania w myśli tylko zadane, albo spełnianie takich rozkazów; pewne objawy, skutkiem egzorcyzmu wstępnego (exorcismus probativus) są okazujące, a nie dające się wytłumaczyć w sposób przyrodzony, np. nagłe, na rozkaz nabrzmienie jakiejś części ciała i również nagły powrót tejże do stanu normalnego. Są inne znaki mniej pewne, i wówczas tylko, gdy kilka ich razem się zejdzie, stanowczo na nich polegać można; mianowicie: gdy człowiek skąd inąd dobry, doznaje niepojętych, a gwałtownych uczuć nienawiści do rzeczy świętych, do ludzi Bogu poświęconych, albo do osób mu bliskich i najdroższych; gdy człowiek skądinąd zdrowy i nie obłąkany, ma zmysły przepełnione halucynacjami, a wyobraźnię najsprośniejszymi i przerażającymi wyobrażeniami; gdy stanie się niezdolnym modlić, wymówić słowa święte, albo rzeczy świętych, np. relikwii, znaku krzyża, używać; gdy w człowieku czystego serca i dobrych obyczajów nagle i z niepowstrzymaną siłą objawi się upodobanie do wszystkiego złego, wstręt i nienawiść do rzeczy Bożych, szalony pęd do rozpaczy, do kaleczenia siebie, do samobójstwa. Są także pewne przypadłości fizyczne, które mniej więcej na pewno zdradzą obecność czarta, jako to: nagle zjawiająca się, i również nagle ustępująca ślepota lub głuchota, zwłaszcza gdy tego rodzaju objawy następują za użyciem środków duchownych; post nienaturalnie długotrwały bez upadku na siłach; wstręt do wszelkiego pokarmu i napoju, przy strasznym mimo to głodzie i pragnieniu; bolesne, jakby za przyłożeniem wody lodowatej lub ognia, ściskanie lub palenie w głowie, ustąpienie, albo - odwrotnie - powstające od włożenia rąk albo dotknięcia relikwiami; nienaturalne zrzucanie [wymiotowanie - przyp. A.S.] rzeczy, żadną miarą nie mogących służyć za pokarm, jak włosów, szkła, żelaza itp. Również i w tłumaczeniu zjawisk do obsesji się odnoszących, łatwo się omylić, biorąc za sprawą czartowską to, co nieraz bywa tylko skutkiem rozstroju systemu nerwowego, albo początkiem obłąkania. Cielesny nawet ból, jakoby od bicia albo ran, może niekiedy być prostym tylko skutkiem silnie rozdrażnionej i chorobliwej wyobraźni; tym bardziej jeszcze stosuje się to do halucynacji zmysłowych, które w wielu razach bywają zwiastunami obłąkania, choć czasem mogą być także znakiem opętania diabelskiego. (...) Co się tyczy - zdarzających się często przy obsesjach nadmiernych - pokus do rozpaczy, do nienawiści, do nieczystości, do samobójstwa, należy pamiętać o tym, że szatan nigdy i żadną miarą nie może zmusić człowieka do formalnego zgodzenia się i grzechu, materialne zaś przestąpienie (złamanie) przykazań Boskich, przez czyny z natury swojej od wolnej woli zależne, w takim tylko razie może, kiedy w człowieku nastąpi zupełne zawieszenie władz umysłowych. Takie całkowite, z nieświadomością połączone związanie wolnej woli, często się zdarza przy właściwym opętaniu, ale w obsesji może chyba tylko mieć miejsce w bardzo ograniczonej mierze (jako chwilowy raptus, czyli jakoby uprowadzenie woli); zwłaszcza też co się tyczy tych ludzi dobrych, albo tym bardziej świętych, żadną miarą tego przypuszczać nie można, by Bóg taką dawał czartowi władzę nad nimi, iżby tenże zdołał ich zmusić do czynów jawnie i grubo grzesznych i gorszących. (...)
Do uleczenia rzeczywistego opętania, środki czysto naturalne albo recepty lekarskie bezpośrednio nic pomóc nie zdołają; ponieważ jednak w takim stanie zwykle i ciało jest chore, więc z tego względu (...) i kuracja lekarska pośrednio mogą się przyczynić do uzdrowienia, albo nawet okazać się zgoła koniecznymi. Lekarską tę kurację egzorcysta, według wyraźnego przepisu Rytuału, powinien zostawić lekarzowi. Bezpośrednio działać tu mogą tylko środki natury duchowej, przede wszystkim egzorcyzmy kościelne. Tutaj dość będzie nadmienić, że skuteczność tych środków, a szczególnie egzorcyzmu, zależy w znacznej części od usposobienia pacjenta, a także i od usposobienia egzorcysty. Kiedy więc brakuje w pacjencie należytego usposobienia, potrzeba je wpierw, przed przystąpieniem do ostatecznego egzorcyzmu (exorcismus expulsivus) nauczaniem, ćwiczeniami ascetycznymi (...) modlitwą i innymi środkami, do nabycia łaski Bożej służącymi, obudzić w nim i utwierdzić. Przede wszystkim należy się postarać o oczyszczenie sumienia w Sakramencie Pokuty, w razie potrzeby i przez odbycie spowiedzi z całego życia; dalej potrzeba ćwiczyć pacjenta w aktach trzech cnót głównych, a szczególnie też w mocnej ufności w Bogu, co nieraz przedstawia wielkie trudności. Częstsze także, o ile roztropność wskaże, przystępowanie do Komunii św. przewodnik duchowny takiemu penitentowi przepisywać powinien, jak to (...) i Rytuał rzymski zaleca. Sakramentalia kościelne, jako to: błogosławieństwo kapłańskie, szkaplerze, znak krzyża św., woda święcona, relikwie (...) itp. skutecznie mogą poprzeć i ułatwić powyższe ćwiczenia, do nabycia należnego usposobienia potrzebne. Również i modlitwa, wstrzemięźliwość, albo i post, jak to sam Zbawiciel zaleca (Mat. 17, 20), okażą się najczęściej nieodzownym do należytego przygotowania warunkiem. Nie prędzej więc, powiada Brognoli, aż gdy po ścisłym zbadaniu pacjenta, przekona się o należnym jego usposobieniu, powinien egzorcysta przystąpić do czynności ostatecznej, t.j. do właściwego egzorcyzmu na wypędzanie czarta. W przeciwnym razie uzdrowienie albo wcale nie nastąpi, albo, choćby skutkiem żywej wiary egzorcysty nastąpiło, zawsze groziłaby recydywa. Zresztą sprawowanie egzorcyzmu zależy od pozwolenia biskupa (...). Dodajmy jeszcze, że na obsesję, jaką Bóg niekiedy dopuszcza na dusze święte, dla doświadczenia i oczyszczenia ich, żadne środki nie pomogą, dopóki Bóg celu swego nie osiągnie, i sam wszechmocną ręką Swą cierpiącego ze lwiej jamy nie wyprowadzi. Właściwy egzorcyzm na wypędzenie czarta stosuje się tylko do rzeczywistego opętania; inne jednak, wstępne formy egzorcyzmu, jak je podaje Rytuał (exorcisumus probativus, lenitivus) zdaje się, że mogą być zastosowane do obsesji.'' (Encyklopedia kościelna podług teologicznej encyklopedii Wetzera i Weltego z licznymi jej dopełnieniami, przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób, wydana przez X. Michała Nowodworskiego, Warszawa 1891, t.XVII, s. 346 – 357.).
***
I wreszcie, na zakończenie tego rozdziału, dotyczącego Szatana, jego stosunku do człowieka, jego wpływu na człowieka, mogącego manifestować się także i opętaniem, ostatni już cytat z książki teologicznej, traktującej o zjawiskach mistycznych, a konkretnie fragment rozdziału mówiący o zjawiskach pochodzenia szatańskiego.
“Opętanie niezupełne [obsessio]
Jego istota. Polega w swej istocie na szeregu pokus przewyższających gwałtownością i długim trwaniem pokusy zwyczajne. Jest ono zewnętrzne, gdy przez różne zjawy działa na zmysły zewnętrzne; wewnętrzne zaś, gdy powoduje wrażenia wewnętrzne. Często zewnętrzne jednak rzadko się zdarza, bowiem szatan po to tylko działa na zmysły, by tą drogą łatwiej niepokój do duszy wprowadzić. Byli jednak Święci, którzy choć dręczeni na zewnątrz wszelkiego rodzaju widmami, zachowywali w duszy spokój niezmącony.
Szatan może oddziaływać na wszelkie zmysły zewnętrzne:
a) Na wzrok, już to ukazuje się w postaci wstrętnej, by przerazić osoby kuszone i odwieść je od cnoty, jak to uczynił z czcig. Matką Agnieszką de Langeac i wielu innymi; już to w postaci ujmującej, by pociągnąć do złego, jak to się wydarzało częstokroć św. Alfonsowi Rodriguezowi.
b) Na słuch, przez słowa lub pieśni bluźniercze albo lubieżne, jak to czytamy w żywocie błog. Małgorzaty z Kortony; lub też strasząc przez hałasy, jak to się zdarzało niekiedy ze św. Magdaleną de Pazzi i św. Proboszczem z Ars.
c) Na dotyk w dwojaki sposób, przez zadawanie razów i ran, jak czytamy w bullach kanonizacyjnych św. Katarzyny Sieneńskiej, św. Franciszka Ksawerego i w żywocie św. Teresy; innym znów razem przez uściski mające na celu pobudzenie do złego, jak to opowiada sam św. Alfons Rodriguez. (...)
Szatan oddziaływa też na zmysły wewnętrzne, tj. na wyobraźnię i pamięć, oraz na namiętności, by je podniecić. Człowieka wbrew jego woli ogarniają natrętne i dręczące obrazy, które mimo energicznych wysiłków ustąpić nie chcą; czuje że się staje pastwą kipiącego w nim gniewu, niepokojów rozpaczy, instynktownych poruszeń spowodowanych uczuciem apatii, lub też przeciwnie, napadów niebezpiecznej tkliwości, których niczym, zda się, usprawiedliwić nie można. Trudno bez wątpienia niekiedy określić, czy zachodzi istotnie opętanie niezupełne; skoro jednak pokusy te pojawiają się z nagła i są zarazem gwałtowne, uporczywe i trudne do wytłumaczenia za pomocą przyczyn naturalnych, można słusznie uważać je za szczególniejsze działanie szatana. (...)
O całkowitym opętaniu. Istota właściwego opętania [possessio]
Jego pierwiastki składowe. Dwa pierwiastki stanowią opętanie: obecność szatana w ciele opętanego i władza, jaką posiada nad ciałem, a za jego pośrednictwem także i nad duszą. Ten ostatni punkt wymaga wyjaśnienia. Przy opętaniu szatan nie jest złączony z ciałem tak jak dusza; jest on w stosunku do duszy zewnętrznym tylko motorem; jeśli zaś na nią działa, to przez pośrednictwo ciała, w którym mieszka. Może on działać bezpośrednio na członki ciała i kazać im wykonywać rozmaite ruchy; pośrednio zaś działa na władze duszy w miarę, jak one czynnościach swych zależne są od ciała.
U opętanych rozróżnić można dwa odrębne stany: stan kryzysu i stan spokoju. Kryzys jest to jakby rodzaj gwałtownego ataku, w którym szatan objawia swą moc tyrańską, wprowadzając ciało w gorączkowe wzburzenie, objawiające się w skurczach, wybuchach wściekłości, słowach bezbożnych i bluźnierczych. Opętani, zda się, tracą wówczas wszelkie poczucie tego, co się w nich dzieje, a gdy przyjdą do siebie, nie pamiętają nic z tego, co mówili lub czynili, a raczej co szatan przez nich czynił. W pierwszej tylko chwili odczuwają napad szatański; potem zdają się tracić przytomność.
Zdarzają się wszakże wyjątki od tej ogólnej zasady. O. Surin, który egzorcyzmując Urszulanki z Loudun, sam stał się opętanym, zachował świadomość tego, co się z nim działo. Opisuje sam, jak to dusza jego była rozdzielona, otwarta z jednej strony na wrażenia szatańskie, z drugiej strony uległa całkowicie działaniu Boga; jak modlił się, podczas gdy ciało jego tarzało się po ziemi. I dodaje: ''Stan mój taki, iż bardzo mało pozostaje mi czynności, w których zachowuje wolną wolę. Gdy chcę mówić, język odmawia mi posłuszeństwa; podczas mszy św. zmuszony jestem znienacka zatrzymać się; przy stole nie mogę jedzenia do ust włożyć. Gdy spowiadam się, zapominam grzechów; i czuję to, że szatan jest we mnie jak u siebie w domu, wchodząc i wychodząc, jak mu się podoba.''
W chwilach spokoju nic nie zdradza obecności złego ducha: sądzić by można, że ustąpił. Niekiedy jednak obecność jego przejawia się w pewnym rodzaju chronicznej słabości, która wymyka się spod wszelkich zabiegów sztuki lekarskiej. Niekiedy kilku szatanów jednocześnie trzyma w opętaniu jedną osobę, co wskazuje na to, jak są słabi. - Opętanie zazwyczaj ima się samych tylko grzeszników; zdarzają się jednak wyjątki (...)1
Rytuał wskazuje, w jaki sposób postępować należy, i udziela egzorcystom (wyznaczonym przez miejscowego biskupa - przyp. A.S.) rad bardzo rozumnych. Główne tylko z nich na tym miejscu przypominamy. Kiedy wypadek opętania został stwierdzony i kiedy ktoś został delegowany do odprawienia egzorcyzmów:
a) Wypada mu przygotować się do tej tak niezmiernie ważnej czynności przez pokorną i szczerą spowiedź, aby szatan nie mógł egzorcystom wyrzucać własnych ich win; a także przygotować się postem i modlitwą, gdyż niektóre czarty przed tymi tylko środkami ustępują.
b) Na ogół egzorcyzmy odbywać się powinny w kościele lub kaplicy, o ile dla ważnych powodów nie jest wskazane dokonać ich w mieszkaniu prywatnym. W żadnym razie jednak egzorcysta nie powinien pozostawać sam na sam z opętanym; w towarzystwie jego znajdować się powinni świadkowie poważni i pobożni, a dość silni, by mogli powstrzymać opętanego w chwilach ataków. Jeśli chodzi o niewiastę, do powstrzymania jej używać należy posługi innych poważnych niewiast, wypróbowanej roztropności i cnoty; kapłan zaś ma się zachować z jak największą powściągliwością i skromnością.
c) Po odmówieniu przepisanych modłów egzorcysta przystąpić ma do stawiania pytań. Powinien je zadawać z powagą i ograniczać się do tych, które są rzeczywiście pożyteczne, i które zaleca Rytuał: jaka jest liczba i imiona duchów opętanych, kiedy i dlaczego wtargnęli; wzywa się czarta, by oświadczył, kiedy wyjdzie i po jakim znaku poznać jego ucieczkę, grożąc mu w razie upierania się zwiększeniem mąk stosownie do oporu. W tym celu ponowić należy te zaklęcia [egzorcyzmy - przyp. A.S.], które zdają się w większy wprowadzać go gniew, wzywać świętych imion Jezusa i Maryi, czynić znaki krzyża i kropić wodą święconą; należy zmusić czarty, by upadły przed Najświętszym Sakramentem, przed krzyżem, lub przed świętymi relikwiami. - Starannie unikać trzeba niepotrzebnej gadaniny, żartów, pytań zbytecznych; jeśli zły duch daje odpowiedzi uszczypliwe lub śmieszne i zaczyna odbiegać od przedmiotu, z powagą i godnością nakazuje mu się milczenie.
d) Świadkom - których zresztą niewielu być powinno - nie należy pozwalać na stawianie pytań; niech zachowują milczenie i skupienie i modlą się w zjednoczeniu z Tym, który czarty wypędza.
e) Mimo swej władzy nie powinien egzorcysta wypędzać czarta do tego czy innego miejsca; niech się ograniczy do wypędzenia złego ducha [z ciała opętanego - przyp. A.S.], pozostawiając dalszy jego los boskiej sprawiedliwości. Egzorcyzmy należy przeciągać przez kilka godzin, a nawet przez kilka dni z przerwami dla wytchnienia, dopóki szatan nie wyjdzie, a przynajmniej nie oświadczy, iż gotów jest wyjść z opętanego.
f) Gdy oswobodzenie zostało należycie stwierdzone, egzorcysta prosi Boga, ba zakazał szatanowi powrócić kiedykolwiek do tego ciała, które zmuszony był opuścić; składa dzięki Bogu i zachęca osobą uwolnioną od złego ducha, aby błogosławiła Bogu i pilnie unikała grzechu, by nie wpaść ponownie pod panowanie czarta.'' (O. AD. Tanquerey: Zarys teologii ascetycznej i mistycznej, przeł. z francuskiego Ks. Piotr Mańkowski Arcyb. Enejski, Kraków 1949, t. II, s. 710 – 723.).
==============================
UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY
opowieści o szatańskim zniewoleniu
z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał
Andrzej Sarwa
* * *
Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:
Światowi przywódcy i delegaci lecący do Egiptu na konferencję klimatyczną COP27 będą mogli zjeść najlepsze dania z mięsa. Co jest ciekawe, bo na tym samym szczycie będą przekonywać zwykłych ludzi, że powinni ograniczyć spożycie mięsa dla dobra planety.
Medaliony wołowe z wołowiny sezonowej Angus, kremowy łosoś, czy owoce morza – to tylko niektóre z dań, które politycy, dyplomaci i aktywiści będą mogli zjeść na forum klimatycznym COP27. Do tego wszystkiego oczywiście najdroższe wina.
Na tym samym szczycie ci sami ludzie będą przekonywać świat, że należy ograniczyć spożycie mięsa, by uratować planetę przed zmianami klimatycznymi, które wywołują m.in. gazy wydzielane przez krowy.
Będą również przekonywać do ograniczenia jedzenia ryb, by przestać naruszać naturalną gospodarkę morską.
To jednak nie koniec hipokryzji, bo warto też prześledzić, jak większość z nich dociera na konferencję. Klimatyści nieustannie przypominają, jak wielki ślad węglowy zostawiają samoloty.
Tymczasem większość delegatów dotrze na tę ekologiczną imprezę właśnie drogą powietrzną. Wątpliwe jednak, by media szerzej zwróciły na to wszystko uwagę.
Najwyraźniej te wszystkie ograniczenia mają być stosowane przez zwykłych szarych ludzi, a nie przez tych, którzy te szkodliwe slogany głoszą.
...De Hoc Mundo…Regnum meum non est de hoc mundo. „Królestwo moje nie jest z tego świata.” – Jn 18:36
1. Wprowadzenie
Rana zadana Kościołowi przed sześćdziesięciu laty przez Sobór Watykański II, a w konsekwencji, również całemu społeczeństwu, nie została niczym uleczona, a wręcz przeciwnie, na naszych oczach nadal ulega gangrenie. Entuzjastyczne i pełne samozadowolenia tony, którymi bergogliański Sanhedryn wychwala Sobór, nie są w stanie ukryć ruiny, jaką przyniósł ten Sobór Kościołowi i duszom wiernych.
W moim poprzednim eseju na temat samo-identyfokacji „kościoła soborowego”, zwróciłem uwagę na kilka istotnych aspektów kryzysu tożsamości, do których niedawno dołączył kolejny element, który uważam za fundamentalny dla zrozumienia wywrotowej natury Soboru. Mam na myśli list, który Benedykt XVI wysłał 7 października do rektora Uniwersytetu Franciszkańskiego w Steubenville. Chciałbym zająć się tym tematem głębiej. Zbadanie tezy Ratzingera jest niezbędne dla zidentyfikowania przesłankek ideologicznych oraz praktyki rewolucji, zainaugurowanej przez SWII na frontach: doktrynalnym, moralnym, liturgicznym i dyscyplinarnym.
2. Permanentna rewolucja
Użyłem wyrażenia „rewolucja zainaugurowana przez SW II”, ponieważ wydaje mi się teraz jasne, że niedopuszczalne ekscesy, których dopuszczał się Jorge Mario Bergoglio przez prawie dziesięć ostatnich lat, są po prostu praktycznym zastosowaniem w sferze kościelnej zasady permanentnej rewolucji, którą w sferze społecznej uknuli Marks, Engels i Trocki. Idea „permanentnej rewolucji” wywodzi się z pewnej obserwacji ideologów bolszewizmu, którzy doszli do wniosku, że proletariat nie był znów tak bardzo entuzjastycznie nastawiony do metod komunistycznych i że jeśli chcą oni rozprzestrzenić walkę klasową na cały świat, to trzeba ją wymusić siłą i uczynić nieodwracalną, ponieważ tylko w rewolucji pojawia się chaos, który napędza działania wywrotowe przeciwko porządkowi społecznemu.
Podobny sposób postępowania został przyjęty przez kościół bergogliański. Ponieważ rewolucja soborowa nie została przyjęta z entuzjazmem przez „proletariat katolicki”, Komitet Centralny Santa Marta ucieka się do tego, co Lenin nazwał „instrumentalizacją rewolucji”, rozszerzając mentalność SW II również na te obszary doktrynalne, których początkowo żaden z jego zwolenników nie odważyłby się dotknąć.
Dlatego konieczny jest synod o synodalności, czyli ustanowienie czegoś w rodzaju „stałego Soboru”, a raczej „stałego aggiornamento”, które czyni się promotorem rzekomych intencji bazy czyli kościelnej wersji proletariatu – takich jak diakonat kobiet i „radykalne włączenie” par rozwiedzionych i powtórnie żonatych, konkubinatów, poligamistów i par homoseksualnych z adoptowanymi dziećmi, które wyznają ideologię LGBTQ.
Zauważymy, że te intencje, które wszystkie są całkowicie niedopuszczalne z doktrynalnego i moralnego punktu widzenia Magisterium, nie stanowią wiernego i spontanicznego odbicia tego, czego Duchowieństwo i wierni domagają się od Najwyższej Władzy Kościoła, ale raczej jest oszukańczą fikcją bergogliańskiej propagandy, na wzór manipulacji, których doświadczono już wcześniej na Synodzie o Rodzinie, który zrodził heretyckie monstrum zwane Amoris Lætitia.
3. Ratzingerowska synteza Ludu Bożego i Mistycznego Ciała
Benedykt XVI, w liście z 7 października 2022 r. wyłożył to, co już wcześniej stwierdził w przemówieniu do niemieckiego parlamentu 22 września 2011 r.. Jego pierwsze sformułowanie krytyki średniowiecznego augustianizmu[1] nastąpiło już dawno temu, w Paryżu, przy okazji Kongresu Augustyńskiego w 1954 r. , gdzie wygłosił konferencję „Lud i Dom Boży w augustyńskiej nauce o Kościele”.
Posługując się metodą wypracowaną przez szkołę Harnacka, Ratzinger stwierdza:
„Dwa Civitates nie oznaczały żadnych zbiorowości, lecz raczej reprezentację dwóch podstawowych sił; wiary i niewiary w historii. […] Civitas Dei nie jest po prostu tożsama z instytucją Kościoła. Pod tym względem Augustyn popełnił rzeczywiście fatalny błąd, który dziś, na szczęście, został ostatecznie przezwyciężony.”
Tematem podjętym w tej konferencji i pokrótce poruszonym we wspomnianym liście, jest doktryna o Mistycznym Ciele, której kres, zdaniem autora, przyniosła encyklika Piusa XII Mystici Corporis. W końcówce lat pięćdziesiątych, gdy Pius XII chorował, nastąpiło odrodzenie rerum novarum cupiditas[2](pragnienie rzeczy nowych) postępowych teologów, dla których nadprzyrodzony wymiar Kościoła był zbyt duchowy i dlatego należało go zastąpić bardziej uwodzicielskim augustiańskim zwrotem „lud Boży”, łatwo interpretowalnym zarówno w kluczu ekumenicznym ze względu na włączenie do niego narodu żydowskiego Starego Prawa, jak i w kluczu demokratycznym ze względu na możliwe zastosowanie socjologiczne i polityczne. Oczywiście, ta ideologiczna definicja ujawnia swoje modernistyczne tło, doskonale spójne z myślą Harnacka i jego ucznia.
Nie umyka naszej uwadze, że zagadnieniem poruszonym przez 25-letniego Ratzingera, zajął się również SWII, dlatego nie dziwi duma, z jaką emerytowany papież odnosi się do tematów, które były decydujące w jego formacji teologicznej i w jego karierze kościelnej, a które teraz są realizowane w praktyce, przez jego Następcę.
Podejście filozoficzne Josepha Ratzingera jest zasadniczo heglowskie, a więc przesiąknięte „idealizmem absolutnym”[3], przebiegającym według schematu „teza-antyteza-synteza”. W tym przypadku, ze starcia pomiędzy katolicką tezą Mistycznego Ciała a progresywistyczną antytezą ludu Bożego, SW II i posoborowie przyjęło syntezę, którą sformułował Ratzinger w swojej konferencji z 1954 roku: „Kościół jest ludem Bożym istniejącym jako Ciało Chrystusa”, w którym Chrystus udziela się wierzącemu jako Ciało i przekształca go w swoje Ciało.
Ta śmiała teza, która przy bliższym przyjrzeniu grozi pomyleniem istotnej różnicy między Ciałem Chrystusa rzeczywiście obecnym w całości w eucharystycznej Postaci a Ciałem Chrystusa urzeczywistnionym mistycznie przez zjednoczenie żywych członków Kościoła z jego boską Głową. To zamieszanie pozwoliło następnie, wcale nielicznym, postępowym lub całkowicie heretyckim teologom, na mruganie okiem do protestantów dzięki nieprecyzyjnemu sformułowaniu „Ciało Chrystusa”. Dało to również Franciszkowi okazję do przywłaszczenia sobie śmiałych pauperystyczno-eucharystycznych metafor Raniero Cantalamessy, który definiuje ubogich jako „prawdziwe Ciało Chrystusa”, którego „prawdziwa obecność” urzeczywistnia się rzekomo wśród tych, którzy przyjmując ich, przyjmują Jego.
4. Civitas Dei i civitas diaboli
Powstały problem jest złożony i rozbudowany. Składa się z dwóch aspektów, jednego ad intra, dotyczącego tego, czym jest i czym chce być „kościół soborowy”; drugiego ad extra, dotyczącego jego roli w świecie i relacji z innymi religiami. Aspekt ad intra dotyka samej natury instytucji, dążąc do jej dekonstrukcji w kluczu demokratycznym i synodalnym pod fałszywym pretekstem odkrycia na nowo „szerszego wymiaru duchowego” ze szkodą dla dogmatów. Aspekt ad extra zakłada „ekumeniczne” podejście do świata, dialog z sektami i fałszywymi religiami oraz rezygnację z ewangelizacji narodów, zastępując ją przesłaniem ekologicznym i filantropijnym, które nie posiada ani dogmatów, ani moralności.
Błąd „średniowiecznego augustianizmu”, zdaniem Emeryta, polegał rzekomo na tym, że chciał on utożsamić Civitas Dei z widzialnym Kościołem, choć jest to oczywiste, ponieważ obowiązuje on jako model Christianitas: to znaczy społeczeństwa ponadnarodowego, w którym prawa i przepisy realizują nadzieje Psalmisty: Beatus populus, cuius Dominus Deus eius – błogosławiony lud, którego PANem jest Bóg. (Ps 143, 15).
Doktryna uczy nas, że właśnie ze względu na swój ziemski wymiar, Kościół Walczący jest jednocześnie święty jak niebieskie Jeruzalem i grzeszny w swoich członkach, nieomylny w swoim Magisterium i zawodny w swoich sługach. Ani Augustyn ani jego średniowieczni komentatorzy nie wskazywali na państwo jako na civitas diaboli; przeciwnie, uznawali jego opatrznościową rolę w ekonomii zbawienia i konieczność podporządkowania władzy cywilnej nie tylko prawu naturalnemu, ale także katolickiemu Magisterium.
Jeśli istnieje civitas diaboli, rozpoznawalnE przez swoje ontologiczne zło, to należy je raczej widzieć w Nowym Porządku Świata i we wszystkich tych ponadnarodowych organizacjach, które działają na rzecz ustanowienia globalistycznej synarchii. Wyjątkiem nie jest tutaj sekta bergoglian, która nieprzypadkowo jest sojusznikiem i zwolennikiem tych wywrotowców i przestępców.
5. V. Ratzingerowska krytyka średniowiecznego augustianizmu
Inny bardzo poważny błąd teologiczny, który fałszuje prawdziwą naturę Kościoła, leży w zasadniczo sekularystycznych podstawach soborowej eklezjologii, która stara się dostosować obiektywną rzeczywistość do własnego schematu ideologicznego, ulegającego ciągłym mutacjom.
Używam terminu „sekularyzm” [„świeckość”], ponieważ wydaje mi się jasne, że wizja ta jest całkowicie pozbawiona spojrzenia nadprzyrodzonego czyli wszechogarniającego spojrzenia, które potrafi widzieć rzeczywistości ziemskie sub specie æternitatis ( z punktu widzenia wieczności) nie dla zwykłej spekulacji intelektualnej, ale dlatego, że jest ożywiona cnotami teologicznymi. Z nonsensów tych intelektualistów wyłania się beznadziejny brak namiętności, odwagi i ekspresji intelektualnej : wszystko jest teoretyczne, wszystko ustanowione w celu jałowego zaprzeczania Odkupienia i anulowania ordo christianus, stosując orwellowskie metody kultury anulowania. Ten błąd, suflowany w tekstach Soboru Watykańskiego II, a w szczególności w Dignitatis Humanæ dotyczącym wolności religijnej oraz w Nostra Aetate dotyczącym stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich i judaizmu, „po raz pierwszy”, według słów Benedykta XVI, stawia „kościół soborowy” w pozycji zerwania ciągłości z Kościołem katolickim. Stwierdza on:
„Odnosiła się ona do wolności wyboru i praktykowania religii, jak również do wolności jej zmiany, jako do podstawowych praw człowieka. Właśnie na mocy swoich najgłębszych racji, taka koncepcja nie mogła być obca wierze chrześcijańskiej, która weszła w świat z twierdzeniem, że państwo nie może decydować o prawdzie i nie może żądać żadnego rodzaju kultu. Wiara chrześcijańska domagała się wolności dla przekonań religijnych i dla ich praktykowania, nie naruszając tym samym prawa państwa do własnego porządku. Chrześcijanie modlili się za cesarza, ale nie oddawali mu czci. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że chrześcijaństwo wraz ze swoimi narodzinami przyniosło światu zasadę wolności wyznania.”[4]
Nieporozumienie wynika z podwójnego znaczenia, jakie przypisuje się terminowi „wolność wyznania”. W sensie katolickim wskazuje ono na wolność osoby ochrzczonej do publicznego wyznawania Prawdziwej Wiary, bez przeszkód ze strony państwa. W sensie modernistycznym odnosi się do abstrakcyjnej wolności każdego, kto posiada jakąkolwiek wiarę, do posiadania takich samych praw i takiej samej wolności, uznawanej i gwarantowanej przez państwo.
Inne nieporozumienie powstaje wtedy, gdy państwo uznające szczególne prawa i przywileje Kościoła jest porównywane z państwem, które wyznaje religię fałszywą lub ogłasza się „świeckim” i zabrania wyznawania Religii Prawdziwej lub zrównuje ją z jakimkolwiek innym kultem. Kościół w ciągu wieków zawsze starał się roztropnie godzić swoje prawa z różnorodnymi sytuacjami w państwach, w których katolicyzm nie był tolerowany lub był prześladowany. Prowokowanie antykatolickich władców do prześladowania swoich katolickich poddanych byłoby działaniem lekkomyślnym lub nierozważnym. Niemniej jednak fakt, że Kościół może prosić o tolerancję dla siebie i dla swoich wiernych w sytuacjach, gdy znajduje się w mniejszości, nie oznacza, że równe prawa dotyczą innych sytuacji, w których Kościół jest instytucjonalnie uznany przez państwo, które oficjalnie wyznaje katolicyzm.
Pomimo tego, w imię „wolności religijnej” sformułowanej przez SWII II, to sama Hierarchia zwróciła się do państw takich jak Hiszpania czy Włochy o rezygnację z uznania katolicyzmu za religię państwową, modyfikując Konkordaty i znosząc przywileje, którymi przez wieki cieszył się katolicyzm. Z tego punktu widzenia niewłaściwe jest więc stwierdzenie, że „chrześcijaństwo, wraz ze swoimi narodzinami, przyniosło światu zasadę wolności religijnej”, gdyż z powodu swojej odmienności musiało stawić czoła prześladowaniom i męczeństwu własnych wiernych. Pierwsi chrześcijanie nie prosili o przyjęcie Trójcy Przenajświętszej do Panteonu, ale raczej o pozostawienie im swobody praktykowania własnego monoteizmu, który tak zadziwiał Rzymian. Takiej „wolności religijnej” domagali się dla siebie, a już na pewno nie dla pogan, których pomimo prześladowań, starali się (z powodzeniem) nawracać na Prawdziwą Wiarę.
Wygląda na to, że ktoś zapomniał o tym, że Kościół jest posiadaczem praw, które pochodzą bezpośrednio od Boga, a do państwa należy ich uznanie i ochrona, nie tylko ze względów ilościowych, ale dlatego, że religia katolicka jest obiektywnie prawdziwa i społecznie niezbędna do realizacji dobra wspólnego. W tym względzie warto zacytować Leona XIII:
„Jeśli istnieje lekarstwo na zło świata, to nie może się to stać w żaden inny sposób, jak tylko przez powrót do chrześcijańskiego życia i obyczajów. Jest to podstawowy warunek podniesienia społeczeństwa z jego upadku. Należy przywrócić je do zasad, które doprowadziły do jego powstania. Doskonałość każdego społeczeństwa wyraża się poprzez wysiłki zmierzające do osiągnięcia jego celu. Zasady generujące ruchy i działania społeczne powinny być takie same, jak te, które leżały u powstania danej wspólnoty. Dlatego też, odejście od pierwotnego celu jest zepsuciem; powrót do niego jest zbawieniem.”[5]
Państwo może odmówić uznania tych praw, a Kościół może również postanowić, że nie będzie się narzucał; ale nie jest rolą Kościoła domaganie się praw dla tych, którzy szerzą błąd, tylko po to, by się z nimi zjednać lub dać dowód ekumenicznej gorliwości, która jest całkowicie obca Jego misji.
6. Fałszowanie rzeczywistości w celu nadania fałszywej idei pozorów prawdziwości
Tradycyjna myśl o wiele bardziej zwraca uwagę na rolę osób, które zajmują stanowiska instytucjonalne – papieży, królów, hierarchów, wiernych i poddanych – niż na abstrakcyjną koncepcję instytucji. Nasz Pan umarł, aby zbawić nasze dusze, a nie podmioty prawne. Kościół ma za zadanie nawrócić wszystkie ludy, w tym władców państw. Rola, którą oni odgrywają, może być ożywiona łaską i może przyczynić się do większego dobra ludzi, którymi rządzą.
Ten mityczny „średniowieczny augustianizm” nie popełnił żadnego błędu: ani we wskazaniu nadprzyrodzonego paradygmatu, do którego muszą się dostosować ziemskie władze – zarówno duchowe, jak i doczesne – ani w zasadzie podporządkowania władzy świeckiej, władzy religijnej, przy czym obie razem podlegają władzy Boga.
Fatalny błąd został raczej popełniony po stronie silnie zideologizowanego frontu kościelnego neomodernizmu i politycznego progresywizmu, którego zwolennicy starają się bez żadnych podstaw przypisać politycznemu augustianizmowi sformułowania doktrynalne, które według nich nie odpowiadają przesłaniu pierwszych wieków. Święty Augustyn nigdy nie twierdził, że autorytet państwa jest w jakiś sposób oderwany od prawdziwej Religii. Wręcz przeciwnie, biskup Hippony oświadcza:
„Powiadamy, że [chrześcijańscy władcy] są szczęśliwi, jeśli rządzą sprawiedliwie; jeśli nie unoszą się wśród pochwał tych, którzy oddają im wzniosłe honory, i posłuszeństwa tych, którzy pozdrawiają ich z nadmierną pokorą, ale pamiętają, że są ludźmi; jeśli czynią swoją władzę służebnicą Jego majestatu, używając jej do jak największego rozszerzenia Jego kultu; jeśli boją się, kochają i czczą Bog bardziej niż siebie, kochają to królestwo, w którym nie boją się mieć wrogów; jeśli są powolni w karaniu i skorzy do ułaskawienia; jeśli stosują karę tylko wtedy, gdy jest to konieczne do rządzenia i obrony państwa, a nie do zaspokojenia własnej rządzy; jeśli udzielają ułaskawienia, nie po to, aby naruszenie prawa mogło pozostać bezkarne, ale z nadzieją, że przestępca może zmienić swoje postępowanie.
Jeżeli surowe decyzje, które często zmuszeni są podejmować, rekompensują łagodnością współczucia i wspaniałomyślnością; jeżeli ograniczają swoje luksusy na tyle, na ile mogliby ich nieograniczać; jeżeli bardziej wolą panować nad własnymi zdeprawowanymi namiętnościami niż nad wieloma narodami i jeżeli postępują w ten sposób nie z tęsknoty za próżną chwałą, ale z miłości do wiecznej szczęśliwości; jeżeli nie zaniedbują składania prawdziwemu Bogu ofiary pokory, łaski i modlitwy za swoje własne grzechy. Mówimy zatem, że władcy chrześcijańscy obdarzeni takimi przymiotami są szczęśliwi w czasach w których żyją, a w przyszłości, która nastąpi, będą szczęśliwi, gdy przedmiot naszego oczekiwania się spełni.”[6]
Nie jest bowiem możliwe, aby społeczeństwo złożone z poszczególnych jednostek, z których każda ma moralny obowiązek uznania Bożego Objawienia i posłuszeństwa wobec przykazań Bożych oraz autorytetu Kościoła, uchylało się od tego obowiązku. Tak samo jak nie jest prawdą, że obecność innych religii, niezależnie od od ich liczebności i aberracji doktryny przez nie nauczanej, może legitymizować postawę rezygnacji i marginalizacji Jedynej Prawdziwej Religii. Nie jest to prawdą szczególnie wtedy, gdy ta utrata zgody i poparcia ze strony państwa i społeczeństwa wynika głównie z abdykacji Hierarchii Katolickiej na podstawie odstępstw soborowych.
7. Świętość władzy, a odchylenia totalitarne.
Słowa Św. Augustyna – które nie wyczerpują się jedynie w De Civitate Dei, ale znajdują obszerne ortodoksyjne wyjaśnienie w całym zestawie jego pism – należy odczytywać w spójności z Pismem Świętym i Magisterium katolickim, które również są świadectwem istnienia zastępczej wizji władzy świeckiej, która występowała w państwie izraelskim, a którego królowie byli przedstawicielami władzy Boga, podobnie jak monarchowie chrześcijańscy, począwszy od Bizancjum.
Sakralność władzy cywilnej, odziedziczona po cywilizacji grecko-rzymskiej, była tak głęboko zakorzeniona w świecie chrześcijańskim, że przybierała nawet uroczyste konotacje właściwe dla święceń. Mamy tutaj na myśli namaszczenie monarchy Krzyżmem, szaty liturgiczne cesarza Wschodu i carów Rosji, rytuał koronacji cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego i podobne ceremonie dotyczące doży Wenecji. Podobne zwyczaje panowały nawet w Comuni Italii, traktowanej jako bardziej „świecka” koncepcja dobrze uporządkowanej res publica w stosunku do Monarchii. Dowodem tego są freski Ambrogio Lorenzettiego w Palazzo Publico w Sienie, zatytułowane; Alegoria Dobrego Rządu.
Sztuczne rozdzielanie harmonii i hierarchicznego uzupełniania się władzy duchownej i władzy doczesnej było niefortunnym zabiegiem, który stwarzał przesłanki – ilekroć był realizowany – do tyranii lub anarchii. Przyczyna jest aż nazbyt oczywista: Chrystus jest Królem zarówno Kościoła, jak i państw, ponieważ wszelka władza pochodzi od Boga (Rz 13,1). Zaprzeczanie temu, że rządzący mają obowiązek poddania się panowaniu Chrystusa, jest bardzo poważnym błędem, ponieważ bez Prawa moralnego państwo może narzucać swoją wolę, niezależnie od woli Boga, a więc obalać boskie κόσμος(porządek) Civitas Dei, aby zastąpić go arbitralną wolną wolą i piekielnym χάος(chaos) civitas diaboli.
Mamy tutaj do czynienia z dwoma modelami świata. Rozumiemy również, jak za tymi wyłącznie intelektualnymi spekulacjami, kryje się idealistyczne stanowisko heglizmu, które wyrasta z pragnienia stworzenia fikcyjnej rzeczywistości, aby przeciwstawić się rzeczywistości zamierzonej przez Boga. Jest to w istocie, narzucenie prometejskiej alternatywy dla Męki Zbawiciela, co jest zgorszeniem właśnie z powodu Odkupieńczej roli Krzyża i faktu, że w ekonomii Odkupienia, Krzyż jest tronem królewskim: regnavit a ligno Deus. Przekonanie, że świat nie musi być chrześcijański i może obejść się bez Boga, że może istnieć sam, jest piekielnym i bluźnierczym urojeniem.
8. Sekularyzacja władzy kościelnej
Z drugiej strony, ci, którzy chcieli nadać teologiczną patynę świeckiej naturze państwa – jako koniecznej konsekwencji „wolności religijnej”, którą teoretycznie przyznano jednostkom – musieli koniecznie zanegować doktrynalne przesłanki Pisma Świętego, Ojców Kościoła i Magisterium, odwołując się do rzekomego zepsucia prawdziwego chrześcijańskiego przesłania przez średniowiecznych myślicieli. Jak widać, dewiacje doktrynalne zawsze opierają się na kłamstwie, fałszerstwie historycznym i ignorancji odbiorców, którym chcą narzucić swoje błędy.
Konsekwencje są druzgocące i widoczne dla wszystkich. Jeśli societas perfecta(doskonała wspólnota) nie musi uznawać Pana Jezusa za swojego Suwerena, to z konieczności musi to dotyczyć również ziemskiego Kościoła, którego Hierarchia może zatem zdecydować się na sprawowanie władzy po prostu w celu jej utrzymania, a nie w ściśle określonych granicach ustanowionych przez Jego Boskiego Założyciela. Nie jest przypadkiem, że okres posoborowy [il postconcilio] zrobił wszystko, aby unieważnić doktrynę o Królewskiej Godności Chrystusa, manipulując tekstami liturgicznymi święta ustanowionego przez Piusa XI w 1925 r.
Ratzinger mówi o „mojej eklezjologii”, stwierdzając, że Kościół nie może nazywać się Civitas Dei ani uważać za aktualną doktryny, którą Pius XII zdefiniował w encyklice Mystici Corporis z 1943 roku. Emeryt pisze: „Ale całkowite uduchowienie koncepcji Kościoła, ze swej strony, mija się z realizmem wiary i jej funkcjonowania w świecie. Tak więc na SWII, kwestia Kościoła w świecie, stała się w końcu prawdziwie centralnym problemem.” Tak centralnym, że aż modyfikującym doktrynę katolicką, aby dostosować się do współczesności, do dialogu, inkluzywości, dobroczynności.
Ale to właśnie utrata roli Domina gentium doprowadziła „kościół soborowy” do marginalizacji i nieistotnej społecznie roli. To pretium sanguinis(cena krwi), którą się splamił, zdradzając nakaz Chrystusa i pozwalając się pohańbić ideami świata. Jeśli Kościół aż do Piusa XII miał za wzór Civitas Dei i uważał się za Mistyczne Ciało Chrystusa, pomimo słabości jego członków, to wydaje się, że w ostatnich dziesięcioleciach modelem, który inspiruje zwolenników SW II, jest raczej model civitas diaboli, sądząc po wsparciu, jakie Stolica Apostolska oferuje ideologii globalistycznej, neomaltuzjańskim urojeniom „zielonej gospodarki”, transhumanizmowi oraz całemu repertuarowi gender i LGBTQ.
+ Carlo Maria Viganó, Arcybiskup
30 października 2022 r.
Domini Nostri Iesu Christi Regis
tłum. Sławomir Soja
1. Termin „średniowieczny augustianizm” oznacza rozwój myśli augustiańskiej, w szczególności w odniesieniu do politycznych i społecznych konsekwencji doktryny o Civitas Dei i civitas diaboli, która według innowatorów wypaczała pierwotną myśl Św. Augustyna, odnoszącą się np. teokratycznej wizji władzy, zarówno cywilnej, jak i kościelnej. Nie trzeba dodawać, że krytyka ta opiera się na zafałszowaniach danych historycznych. Idea, że wszelka władza pochodzi od Boga, była bardzo jasna dla biskupa Hippony, a jej wyjaśnienie w średniowiecznym augustynizmie politycznym jest doskonale spójne z Tradycją.
2. Sallust, Bellum Catilinæ, 48 Rerum novarum cupiditas Catilinæ animum incendebat. Katylina płonął pragnieniem rewolucji [dosłownie: pragnieniem nowości].
3. Idealizm heglowski oznacza porzucenie logiki arystotelesowskiej (zwanej też logiką niesprzeczności) na rzecz nowej, tzw. logiki substancjalnej. Byt nie jest już statycznie przeciwstawiany niebytowi, lecz zrównuje się z nim poprzez przejście w stawanie się. Idealizm heglowski, rozwiązujący wszystkie sprzeczności rzeczywistości w absolutnym Rozumie, będzie miał efekt immanentystyczny, uznając w sobie, a nie w transcendentnej zasadzie, cel i ostateczne zadanie filozofii.
4. [4] Joseph Ratzinger, Opera omnia, tom VII/1, Gli insegnamenti del Concilio Vaticano II, Libreria Editrice Vaticana, 2016, Przedmowa (Castel Gandolfo, 2 sierpnia 2012).
Dawno, dawno temu, jeszcze przed epoką covid’a, zdarzało mi się chodzenie po poradę do przychodni zdrowia do lekarza. Po przepisowym odsiedzeniu w kolejce swoje pół godziny, i w kilkanaście minut po wyjściu od lekarza poprzedniego pacjenta, wszedłem do gabinetu ku widocznej niechęci madyka, który z trudem oderwał się od rozwiązywania krzyżówek i z męką w głosie zapytał „co panu przepisać”. Nie mówiłem mu więc o swoich dolegliwościach, tylko warknąłem nazwy jednego czy dwóch lekarstw, na które wystawił recepty. Wtedy byłem jeszcze na tyle silny i naiwny, że natychmiast opowiedziałem tę historię dyrektorce przychodni. Zrozumiała, usprawiedliwiała to trudnościami kadrowymi. W tej rozmowie szyderczo powiedziałem jej, że powinna zainstalować automat do wydawania recept w miejsce takiego durnego lekarza.
Minęło parę lat, ten dureń dalej tam „pracuje”. Przewaliła się epoka covid’a, w której rozpoczęły się teleporady. Ale po dwóch latach covid się jakby skończył, natomiast teleporady zostały. Przed paru tygodniami bardzo rozbolało mnie gardło, były też inne przykre objawy, więc rodzina poprosiła o wizytę lekarską w domu. Były objawy uniemożliwiające podróż do przychodni. Lekarka [J.] obiecała przyjść, ale przedtem od osób trzecich, telefonicznie, chciała się dowiedzieć szczegółów. Ze mną nie rozmawiała. Na podstawie tej rozmowy i badania plwociny, które zażądała, zdiagnozowała, że mam covid i że powinienem zostać przewieziony do szpitala. Oczywiście pozostałem w łóżku, pijąc mleko z miodem i czosnkiem, a babę cicho, tylko do siebie skląłem z ruska, brzydko [choć podobno słychać było w całym domu].
Po dwóch, może trzech tygodniach, dostałem gratulacje najpierw z Monachium – że tak dzielnie przeszedłem covid – a potem, przed paru dniami – dostałem również podobną wiadomość z Kanady. Skląłem więc kolejno w mailach kurze móżdżki jakiś pań, które nie mając nic do roboty rozpowiadają po całej planecie brednie, powiedziałem że kovid to może mieć papaja albo koza w Afryce, ale nie rozsądny człowiek.
Opowiedziałem tu całą tę historyjkę, by wykazać że najbardziej absurdalne pomysły mogą być w kraju rządzącej głupoty wykonane w rzeczywistości.
Od czasu covid, tak w naszej przychodni na Strusia [Wawer], jak i zapewne w większości innych przychodni nie cofnęła się moda na teleporady. Innymi słowy – chory zapisuje się telefonicznie i po jakimś czasie – np. tygodniu lekarz oddzwania i pyta „a co tam słychać”, czy też „jakie są objawy”. Piszę to, bo ostatnio zdarzyło mi się sytuacja jeszcze bardziej absurdalna. Mianowicie muszę brać jakieś najróżniejsze pigułki na żołądek, serce i tym podobne. Więc przeszło dwa tygodnie temu poprosiłem rodzinę by skorzystała z tego „tele-automatu do wydawania recept”. Okazało się właśnie, że najbliższa teleporada może być zrealizowana dopiero po dwóch tygodniach od sukcesu wpisania się w kolejkę w przychodni. W związku z tym – moje pigułki się już realnie skończyły, a ten lekarz pracujący jako automat do wydawania recept nie może się oderwać – przypuszczalnie – od swoich krzyżówek i w dalszym ciągu nie może podać tych kilku numerków które zastępują recepty. Przecież samo wklepanie do komputera, jakie recepty wystawia i przekazanie tych cyferek, który komputer [po kilku milisekundach] podaje w rezultacie, trwa powiedzmy 5 do 15 minut.
Czemu ten absurd „w zdrowiu” jest popierany i tolerowany, nie wiem, z tym pytaniem oczywiście nie zwrócę się do Ministra Zdrowia, bo tam poziom intelektualny chyba jest porównywalny do tej, wspomnianej już, kury, czy omawianej gdzie indziej rozwielitki.
Ale całą tę historię podaję państwu, bo to, jak ostatnio niestety często powtarzamy:
Это как с тигром – и страшно и смешно.
================
O remedium w postaci nalewek piszę oddzielnie, bo to jakby zupełnie inna sprawa.
Dobrzy lekarze, diagności od kilkudziesięciu lat alarmują, że z uczelni medycznych wycofywane są wykłady ziołolecznictwa. Przecież przez tysiące lat medycy, uczeni, lekarze wypróbowali ogromną ilość leków z Bożej Apteki. Prawdziwa wiedza, czyli nie bajeczki, była przekazywana z pokolenia na pokolenie, krytycznie opisana i dopiero pod koniec XIX w czy mocniej w drugiej połowie XX wieku z uczelni medycznych zostało ziołolecznictwo eliminowane, a jedynie nauczana była wiedza o leczeniu pigułkami, czyli chemioterapii.
Dzięki Bogu mam przyjaciela doktora JJ. Nie bez przyczyny nie podaję nazwiska, mimo że jest ono oczywiste, by nie spowodować kolejnych szykan przeciwko niemu. Od lat kilkunastu dostaję mieszankę ziołową zmienianą w rytm zmian mojego zdrowia, najpierw w postaci ziółek, potem w postaci nalewki na ziółkach, bo lekarz mówi że po pierwsze extrakt spirytusowy wyciąga 10 czy 20 razy więcej pożytecznych składników niż ziółka zaparzana a po drugie powiada że mężczyźni jednak wolą w postaci nalewki. Pozatem sprawdziłem, że w sklepach ziołowych niektórych ziółek już nie wolno sprzedawać – np. konwalia i naparstnica!!
Dzięki tym nalewkom nawet przy braku wszystkich środków ze wspomnianego w pierwszej części wypowiedzi automatu do wydawania recept trzymam się w miarę zdrowo.
Bo zdrowie podtrzymują mi również inni czytelnicy mego portalu, szczególnie ciepło myślę o panu Rafale, panu Marku czy Plebanie [tego pokonało GLS, rabujące „w majestacie przepisów” i ich bezczelnych prawników – powierzone im przesyłki; a przesyłał takie miłe „worki kartofli”]. Oni wysyłają mi co jakiś czas upominki w postaci niezwykle smacznych i zdrowych nalewek.
Te nalewki podtrzymują mnie w sytuacjach trudniejszych psychicznie, a do takiej należy myślenie o państwowej – za przeproszeniem – „służbie zdrowia” i o katastrofalnych wynikach, jakie dla narodu ta służba przynosi.
Dużo zdrowia, w tym szczególnie zdrowego rozsądku, życzę.
Pan Prezydent Duda postanowił reprezentować Polskę na szczycie klimatycznym COP 27, odbywającym się w tym roku w luksusowym, egipskim kurorcie Sharm el-Sheikh. Na szczyt Pan Prezydent poleciał prawdopodobnie rządowym samolotem Gulfstream G550.
Z Warszawy do Sharm el-Sheikh jest ok. 3000 km, które ten samolot pokonuje w ok. 4-5 godzin. Zgodnie ze specyfikacją techniczną samolot Gulfstream G550 spala na godzinę lotu ok. 1200 kg paliwa lotniczego, więc jak łatwo policzyć samolot Pana Prezydenta w tę i z powrotem spali ok. 10-12 ton paliwa i wyprodukuje ok. 30 ton dwutlenku węgla, którego obniżenie emisji na świecie jest – według organizatorów i uczestników – głównym celem konferencji COP 27. Żeby wyobrazić sobie, jak Pan Prezydent Duda przyczyni się swoją wyprawą do emisji dwutlenku węgla wystarczy porównać produkcję dwutlenku węgla przez samolot Pana Prezydenta z samochodem przeciętnego Polaka. Samochód przeciętnego Polaka produkuje ok 20-30 kg dwutlenku węgla na 100 km.
Żeby więc wyprodukować 30 ton CO2 samochód musi przejechać ok. 100 tys. km, co przy średniej eksploatacji 10 tys. km rocznie zajmie Polakowi 10 lat.
W IV wieku świat chrześcijański „wydał jęk zgrozy, stwierdzając, że jest ariański”, w XVI w. jedna trzecia Europy obudziła się protestancka. Dziś świat cały staje się jedną wielką Sodomą i Gomorą.
W historii nieraz się zdarzało, iż ludzkość nagle odnosiła wrażenie, że obudziła się jako inna. Przykładowo w starożytności, w IV wieku świat chrześcijański „wydał jęk zgrozy, stwierdzając, że jest ariański”, by przytoczyć znane słowa św. Hieronima. Podobnie w XVI w. jedna trzecia Europy nagle obudziła się jako protestancka. Zjawiska te oczywiście nie zachodziły z dnia na dzień, ale były poprzedzane przez cały ciąg wydarzeń będących ich przygotowaniem, niemniej i tak stanowiły pewne zaskoczenie, ponieważ ówcześni ludzie nie uświadamiali sobie powagi faktów zapowiadających owe katastrofy ani nie rozumieli ich konsekwencji. Całe narody stawały się ariańskie lub protestanckie, a kiedy to sobie uświadamiały, było już za późno.
Dziś, niestety, znajdujemy się w podobnej sytuacji. Jesteśmy świadkami różnego rodzaju gorszących wydarzeń, wypowiedzi i inicjatyw, jednak istnieje ryzyko, że nie rozumiemy w pełni ich znaczenia. Nierzadko postrzegamy je jako coś, co dotyczy innych, a nas samych z pewnością nigdy nie dotknie. Czytamy o nich, oburzamy się, a jednak w jakiś sposób w codziennym życiu ignorujemy je. Oznacza to, że nasze oczy nie zawsze są na tyle otwarte, abyśmy mogli zrozumieć wpływ tych wydarzeń na nas samych, a zwłaszcza na nasze dzieci. Trzeba to jasno powiedzieć: świat staje się jedną wielką Sodomą i Gomorą. Nie będziemy w stanie przed tym uciec przenosząc się w inne miejsce, ponieważ ta transformacja ma charakter powszechny. Musimy zachować spokój, a równocześnie już teraz przygotowywać się, wykorzystując wszystkie środki, jakie mamy do dyspozycji, żeby nie dać się zaskoczyć.
Powszechna Sodoma i Gomora
Nigdy nie jest łatwo być prorokiem zagłady, jednak niekiedy nie da się tego uniknąć. Każdego dnia diaboliczna kultura coraz głębiej zapuszcza w świecie swoje korzenie. Współczesny człowiek, który wybrawszy apostazję i ateizm odrzucił Boga, siłą rzeczy pragnie zająć Jego miejsce. Rezultaty są prawdziwie szatańskie: oto ten człowiek rości sobie prawo do decydowania o tym co jest dobre, a co złe; o tym czy żyć, czy umrzeć; czy być tym, czy tą; komu pozwolić żyć, a komu nie… Innymi słowy: do decydowania o wszystkim, o czym powinien decydować Bóg – i to na skalę powszechną.
Co jednak najgorsze, ewidentnie pragnie się wpoić te odrażające zasady istotom najbardziej niewinnym. Szczególną uwagę poświęca się dzieciom i młodzieży, chcąc od najmłodszych lat zaszczepiać im tę nową wizję rzeczywistości, deprawować i uczyć tego, co powinni wiedzieć jedynie dorośli – a także tego, czego w zdrowym społeczeństwie nie powinni wiedzieć nawet oni. Można mówić o faktycznym dążeniu do zniszczenia niewinności tam, gdzie powinna ona istnieć w sposób naturalny. Właśnie na tym etapie się znajdujemy. Problemem jest nie tylko grzech, który atakuje świat i zatruwa wszystko na swej drodze, ale także fakt, że jest on aprobowany i narzucany. Jest to znak, że Bóg, od którego człowiek się odwraca, w konsekwencji pozostawia go własnemu losowi.
Konsekwencje odrzucenia Boga
W nowej Sodomie miejsce wiary i miłości zajęły kłamstwo i egoizm.
Już św. Paweł w jednoznacznych słowach przedstawiał ostateczne konsekwencje apostazji: „Gdyż poznawszy Boga, nie oddawali mu chwały jak Bogu, ani nie dziękowali, ale znikczemnieli w myślach swoich i zaćmione jest ich bezrozumne serce […] Dlatego Bóg wydał ich pożądliwościom ich serca na nieczystość, aby między sobą hańbili swoje ciała, gdyż prawdę bożą przemienili w kłamstwo, i cześć oddawali i służyli raczej stworzeniu niż Stwórcy […] Dlatego Bóg oddał ich sromotnym namiętnościom. […] I jak im się nie podobało mieć w poznaniu Boga, poddał ich Bóg bezrozumnym myślom, aby czynili to, co nie przystoi, ich napełnionych wszelką nieprawością, złością, nierządem, łakomstwem, nikczemnością; pełnych zazdrości, mężobójstwa, swaru, zdrady, złośliwości; plotkarzy, obmówców, Bogu obmierzłych, zuchwalców, pysznych, wyniosłych, wynalazców złości, nieposłusznych rodzicom, bezrozumnych, nieukładnych, bez serca, nieprzejednanych, bez miłosierdzia. Choć sprawiedliwość Boga poznali, nie zrozumieli, że ci, co takie rzeczy czynią, godni są śmierci; a nie tylko ci, co je czynią, ale ci także, co z czyniącymi się zgadzają” (Rz 1, 21.32).
Słabość ludzi Kościoła
Skonfrontowany z tą rzeczywistością Kościół, przeobrażony przez II Sobór Watykański, znalazł się w ślepej uliczce. Było to nieuniknione od dnia, w którym dialogowanie zastąpiło głoszenie prawdy. Dzisiaj widzimy ostateczne konsekwencje pragnienia dostosowania się do świata, akceptowania go takim, jaki jest, bez potępiania jego wynaturzeń. Już teraz znaczna część Kościoła otwarcie opowiada się za akceptacją wspomnianych wyżej obrzydliwości; pozostała wydaje się nie wiedzieć, dlaczego należy się temu przeciwstawiać. Innymi słowy, wszystko jest gotowe na nową Sodomę i Gomorę.
Właściwe środki zaradcze
Pierwszym warunkiem znalezienia jakiegokolwiek rozwiązania jest otwarcie oczu i zrozumienie, że ten nowy paradygmat dotyka nas wszystkich. Stanowiąc element dominującej kultury, jest obecny wszędzie: w języku, w modzie, w sztuce, w rozrywce i na ulicy, a także – to znak naszych czasów – w przekazie medialnym. Musimy zawsze o tym pamiętać: powietrze, którym oddychamy, jest zatrute; Internet, z którego w coraz większym stopniu jesteśmy zmuszeni korzystać, jest zatruty i roznosi zarazę w najodleglejsze krańce ziemi. Wszystko to w sposób nieunikniony wywiera na nas wpływ. Najbardziej bezbronni wobec tej straszliwej trucizny są najmłodsi – dzieci i młodzież, przede wszystkim z naszych własnych rodzin.
Dwie zasadnicze cechy chrześcijańskiego heroizmu
Co jednak mamy czynić, skoro już przejrzeliśmy na oczy? Jeśli Pan Bóg dopuszcza, w stopniu większym niż kiedykolwiek wcześniej, taką powszechność zła, jeśli dopuszcza istnienie tego nowego pogańskiego imperium, to z pewnością ma na celu pobudzenie chrześcijańskiego świata do heroizmu. Nie możemy żyć poza tym imperium, możemy jednak żyć tak, abyśmy nie zostali przez nie unicestwieni. Jesteśmy w stanie przetrwać, o ile będziemy się od niego separować.
Ten heroizm, którym odznaczali się chrześcijanie żyjący w imperiach pogańskich, posiada dwie zasadnicze cechy.
Po pierwsze, rodzi się i rozwija w ukryciu. Aby dojrzewać, potrzebuje odosobnienia. Potrzebuje modlitwy, aby wzrastać w miłości do Boga oraz w bezkompromisowej nienawiści do grzechu. Nie da się tego osiągnąć z dnia na dzień. Wielkie akty zewnętrzne, wyrazy tego heroizmu, zawsze były rezultatem ukrytej stałości i niezłomnej wytrwałości. Heroizm krzyża poprzedzało ukryte życie w Betlejem i Nazarecie. Łaska ostatecznego wytrwania będzie dana jedynie tym, którzy w codziennym życiu i w swych najbardziej zwyczajnych czynnościach będą w stanie uchronić się od zła i powstrzymywać od grzechu z heroizmem, który zna i wynagrodzi jedynie Bóg, przenikający ludzkie serca i umysły. Zewnętrzne deklaracje i akty, które nie wypływają z czystości serca, z prawdziwego wewnętrznego nawrócenia, mogłyby prowadzić nas do złudzeń, a nawet hipokryzji. Takie właśnie czyste serce, utwierdzone w Bogu, posiadał Abraham – i to właśnie pozwoliło mu trzymać się z dala od wszystkiego, co reprezentowała sobą Sodoma. Lot, choć był człowiekiem sprawiedliwym (1 P 2, 7–8), postanowił jednak osiedlić się w Sodomie i pozostać w niej: to środowisko, pomimo wszystko, odpowiadało mu, a jego dzieci niestety nie uchroniły się od złych wpływów.
Drugą cechą tego heroizmu, która także musi rozwijać się przez całe lata, jest gotowość do złożenia całkowitego daru z siebie. Stanowi to widomy i pewny znak miłości. Wyznawanie wiary jest jedynie wówczas skuteczne, gdy towarzyszy mu prawdziwa wielkoduszność w ofiarowaniu się Bogu, każąca kochać wszystko to, co On sam kocha oraz nienawidzić tego, czego On nienawidzi. Bez tej miłości nie możemy posiadać tej nienawiści, a bez tej nienawiści nie będziemy w stanie opierać się uwodzeniu, które będzie coraz bardziej subtelne, podstępne i powszechne; uwodzeniu, przed którym rodzina Lota nie potrafiła całkowicie się obronić.
Credidimus caritati: trzy najskuteczniejsze środki
Otwórzmy więc nasze oczy, otwórzmy oczy naszych dzieci, zanim obudzimy się w nowej Sodomie. Uczmy zawczasu dzieci naszym własnym przykładem, naszą miłością i naszą nienawiścią. Nie zwlekajmy z zapewnieniem im ochrony. Usuńmy z naszych domów wszystko, co mogłoby ułatwić przeniknięcie do nich ducha tego świata – bez kompromisów, ale z łagodną i zdrową nieustępliwością. Nie bądźmy naiwni ani słabi: żaden człowiek ani żadna rodzina nie mogą uznać, że są bezpieczni. Zepsucie posunęło się dalej niż sądzimy, a jego postępu nie da się już powstrzymać.
Równocześnie nie zapominajmy jednak, że ta walka zasadniczo ma charakter nadprzyrodzony. Środki czysto naturalne są wobec podstępów diabelskich absolutnie niewystarczające. Mamy do swej dyspozycji trzy środki nadprzyrodzone, które musimy wciąż na nowo odkrywać.
Pierwszym jest Msza Święta: to poprzez nią Chrystus Pan nieustannie zwycięża szatana oraz grzech. Nigdy nie będziemy w stanie w pełni docenić tego środka ani też nie będziemy mogli polegać na nim za bardzo. Najdroższa Krew, ofiarowana na naszych ołtarzach, aż do końca czasów zachowa moc owocowania czystością i dziewictwem, nawet pośród nowej Sodomy. Msza jest arcydziełem miłości Zbawiciela do dusz i rozbudza w nich tę samą miłość, która je umacnia aż do całkowitego daru z siebie.
Drugim środkiem jest różaniec. Ten tak zwyczajny środek musi zostać w naszych rodzinach odkryty na nowo. Musimy widzieć w nim sposób na zanurzanie się coraz głębiej w wielkich tajemnicach życia Zbawiciela i Niepokalanej. Dzięki temu, prowadzeni przez naszą Matkę, staniemy się zdolni do naśladowania Ich w ofiarowaniu siebie Bogu, w duchu wyrzeczenia oraz czystości. Często nie potrafimy już, niestety, znaleźć czasu na wspólną modlitwę. Różaniec musi stać się najważniejszym wydarzeniem codziennego życia naszych rodzin, do którego będziemy dostosowywać cały harmonogram. W rodzinach, które będą trzymać się tej zasady, dzieci z pewnością otrzymają łaskę wytrwania.
Trzeci środek jest szczególnie istotny dla uzyskania daru wytrwania w obecnej sytuacji: jest nim Niepokalane Serce Najświętszej Maryi Panny. Opatrzność Boża zechciała zapewnić nam bezpieczne schronienie w tym imperium Sodomy i Gomory. To właśnie w Nim powinniśmy szukać ratunku. Innymi słowy musimy doprowadzić do takiej zażyłości pomiędzy naszymi sercami a Jej Sercem, abyśmy mogli poznać i kontemplować Jej życie wewnętrzne, dzielić Jej pragnienia, Jej radości, Jej smutki i Jej troski. Przede wszystkim jednak powinniśmy podzielać Jej bezwarunkową gotowość do współpracy w dziele odkupienia.
Cóż więc odkryjemy w tym Sercu, czego nie jesteśmy w stanie znaleźć nigdzie indziej? Przede wszystkim przemożną miłość, która czyni duszę niezwyciężoną. Tam właśnie znajduje się tajemnica zwycięstwa i tam należy jej szukać. Kiedy dusza kocha prawdziwe, jest gotowa stawić czoła każdej próbie. Znikają wówczas wszystkie uzasadnione i zrozumiałe obawy oraz słabości, zaś dusza staje się zdolna do heroizmu. W istocie wszystko, o czym wspomnieliśmy we wcześniejszych rozważaniach, sprowadza się do kwestii radykalnej miłości. Prawdziwa miłość, którą Bóg wlewa w nasze serca, zawsze zwycięża. Kiedy miłość króluje, podporządkowuje sobie wszystko. Miłość, o której mówimy, nie jest synonimem słabości, ale siły. Jest bronią, której nic nie może się oprzeć. Tylko miłość dusz gotowych na męczeństwo może zatryumfować nad imperium egoizmu i nieczystości. I to właśnie w Sercu Najświętszej Maryi Panny znajdziemy przykład oraz źródło tej miłości, której brak już w świecie, ale która musi ożywiać nasze dusze. Credidimus caritati.
Niech Bóg Wam błogosławi!
Menzingen, 3 września 2022, we wspomnienie św. Piusa X
ks. Dawid Pagliarani FSSPX przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X