Troska o bezpieczeństwo czy tresura w strachu? Władze wracają do scenariusza z „pandemii”

Troska o bezpieczeństwo czy tresura w strachu? Władze wracają do scenariusza z „pandemii”

20 października 2026 pch24/troska-o-bezpieczenstwo-czy-tresura-w-strachu-wladze-wracaja-do-scenariusza-z-pandemii

sz.jpg

Roztaczanie wokół szkół atmosfery zagrożenia coraz bardziej przypomina niesławne strategie „paniki covidowej”. Zakazy wstępu dla rodziców, rzeczywiste choć wybiórcze alarmy zamiast zapowiedzianych z góry ćwiczeń, ministerialne rozporządzenia, codzienne alerty wojenne, bardziej służą sianu paniki niż wzmacniają poczucie bezpieczeństwa. Odczuwają to dotkliwie mieszkańcy województw przygranicznych.

„Zakaz przyjeżdżania rodziców po dzieci podczas alarmu. Nowe wytyczne MEN” – ogłosiły media (RMF.fm). Decyzja resortu edukacji dotyczy „aktualizacji zasad postępowania w sytuacjach zagrożenia w szkołach i przedszkolach”. Wyznacza dyrektorom, nauczycielom i pozostałym pracownikom placówek oświatowych precyzyjne zasady postępowania w sytuacjach kryzysowych. Pojawiają się niepokojące sformułowania mówiące o „zagrożeniach z powietrza”, alarmach, ewakuacjach.

Dyrektorzy mają obowiązek wyznaczyć „bezpieczne miejsca” przebywania podległych sobie osób w kryzysowych przypadkach. Muszą zadbać o apteczki, wodę, koce, zapasowe baterie, środki łączności, worki i awaryjne oświetlenie. Personel każdej placówki ma zostać odpowiednio przeszkolony. Szkoły i przedszkola powinny zorganizować próbne alarmy połączone z opuszczeniem budynku przez osoby, które w nim przebywają.

„(…) nowe procedury przewidują, że w trakcie trwania alarmu rodzice nie mogą odbierać dzieci z placówki ani gromadzić się przed szkołą. Dzieci pozostają pod opieką szkoły aż do odwołania alarmu. Szkoły mają obowiązek informować rodziców o zasadach postępowania już na początku roku szkolnego oraz podczas sytuacji kryzysowej” – opisuje portal.

Zakaz odbierania dzieci ze szkół ma być motywowany tym, że zwiększony ruch wokół placówek utrudni dojazd służbom.

Właśnie ten aspekt rozporządzenia spotkał się ze szczególnie negatywnym odzewem, zwłaszcza wśród mieszkańców województw wschodniej Polski. Głosy te były na tyle donośne, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opublikowało dementi „fałszywych informacji, jakoby „Krajowy Plan Ewakuacji był planem masowego wysiedlenia Polaków”, a ewakuacje wiązały się z  niemożnością powrotu do miejsc zamieszkania”.

„Publikowane na Facebooku materiały opisywały, że plan ewakuacji jest rzekomym porozumieniem Berlina i Kijowa, który ma pomóc wielkim tego świata ruszyć na Moskwę. Dodatkowo aktorzy dezinformacji fałszywie informowali, że osoby opuszczające swój dom już do niego nie wrócą” – czytamy w serwisie Forsal, omawiającym reakcję MSWiA na falę niepokoju.

Resort tłumaczył, że sporządzenie planu jest konsekwencją zapisów ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. „Krajowy Plan Ewakuacji jest tworzony na podstawie wojewódzkich planów ewakuacji ludności i opracowuje się go na okres trzech lat. Zawarte w nim informacje wskazują, ile osób może wymagać ewakuacji na danym terenie, jak zorganizować dla nich transport oraz kto odpowiada za koordynację całego procesu. Aktualny plan ewakuacji został zatwierdzony w lipcu 2026 r.” – głosi informacja. Chodzi ponoć o to, by w razie wojny lub zagrożenia nią, czy też klęski żywiołowej, mieszkańcy terenów zagrożonych mogli szybko przemieścić się w bezpieczniejsze części kraju.

Władze mogą wydać nakaz ewakuacji tylko w warunkach stanu nadzwyczajnego.

„Możliwość powrotu do miejsca zamieszkania w przypadku ewakuacji zależy od skali zagrożenia i może być rozciągnięta w czasie. Inaczej bowiem sytuacja może wyglądać w przypadku klęski żywiołowej, a inaczej w czasie wojny” – podało Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, cytowane przez portal sprawdzamto.pl.

Covidowe „modus operandi”

Nie kończy się jednak tylko na aktualizowaniu procedur. Jak wiemy, mieszkańcy województw lubelskiego czy podlaskiego codziennie bądź nawet dwukrotnie w ciągu doby alarmowani są alertami RCB na temat rzekomych zagrożeń atakami z powietrza. Częstotliwość tych powiadomień sprawia, że naturalnym odruchem staje się blokowanie powiadomień i „znieczulenie” na tego typu komunikaty.

W sieci internetowej krąży zapis wystąpienia Andrzeja Wójtowicza z Zamościa, jednego z liderów Ruchu Wielka Polska. 28 września, na sesji miejskiej rady mówił on o pojawiających się „sugestiach oraz działaniach zmierzających do wysiedlenia polskiej ludności, szczególnie z terenów Polski wschodniej i środkowej”. Według jego relacji, w gminach województwa lubelskiego organizowane są spotkania z mieszkańcami. Przedstawiciele gmin i wojskowi radzą im szukać sobie na zachodzie kraju osób czy rodzin, które mogłyby ich przyjąć w przypadku wojny i wkroczenia obcych żołnierzy. Żyją bowiem na terenie, który w razie działań zbrojnych znajdzie się na szlaku wojsk.

Tego rodzaju sugestie traktowane są przez część ludności jako próby zastraszania czy też nawet zapowiedź wysiedleń i ewakuacji na dużą skalę.

– Jako suweren mamy prawo do ochrony swoich domów oraz dorobku życiowego, często budowanego przez wiele pokoleń. Nawet w sytuacji zagrożenia pamiętać należy o swoich prawach i obowiązkach wynikających z obowiązujących przepisów – iż mamy prawo do pozostania w miejscu zamieszkania, gdzie usiłuje nam się wmówić, że musimy się ewakuować na czyjeś widzimisię i polecenie – mówił pan Wójtowicz podczas sesji rady miasta. – Musimy sobie zdać sprawę z tego, że po opuszczeniu naszych miejsc zamieszkania nie będzie możliwości powrotu, a nasze domy są przygotowywane pod przyjęcie innych narodowości, podobnie jak to miało miejsce z okupacji niemieckiej – ostrzegał.

W wypowiedzi dla naszej redakcji działacz RWP wskazał na jego zdaniem trafną analogię z okresem covidowego reżimu sanitarnego. Władze publiczne eskalowały wówczas atmosferę zagrożenia by skłonić społeczeństwo do wypełniania niejednokrotnie bzdurnych „zaleceń” czy zakazów oraz do masowego przyjmowania eksperymentalnych zastrzyków.

Nasz rozmówca przywołał też wydarzenia z dalszej przeszłości. Ludność Zamojszczyzny i innych terenów doświadczyła bowiem masowych wysiedleń w trakcie II wojny światowej. Ludzie przymusowo opuszczający własne domy jedynie z tym dobytkiem, który byli w stanie zabrać, mijali się na drogach z zajmujących ich majątki osadnikami niemieckimi. Takie historie pozostają żywe w rodzinnych przekazach i rzutują na obecne obawy.

Skierowaliśmy zapytania do jednej z podlubelskich gmin, w której – jak powiedzieli nam informatorzy – miało odbyć się utrzymane w alarmistycznym tonie spotkanie z mieszkańcami. Ludzie, według tych doniesień, usłyszeli tam wspomniane wcześniej zapowiedzi ewakuacji i zachęty do szukania sobie bezpiecznych schronień „gdzieś na zachodzie”.

Jednak wskazany na stronie urzędu gminy telefoniczny numer Referatu Gospodarki i Infrastruktury (zajmuje się on m.in. „obroną cywilną, zarządzaniem kryzysowym, sprawami wojskowymi”) milczał jak zablokowany. Wyczekujemy więc  odpowiedzi na zadane drogą e-mailową pytania. Dotyczą one treści spotkania oraz jego uczestników.

Niepokój podsycany jest także przez sposób reakcji władz na przeloty dronów wojskowych w pobliżu naszej wschodniej granicy, po stronie ukraińskiej. Jak uważa mieszkająca na obrzeżach Lublina pani Agnieszka Borc, wątpliwości budzą na przykład alarmy i ewakuacje, które zarządzano w ostatnich tygodniach jedynie w odniesieniu do szkół i przedszkoli. Równocześnie polecenie opuszczenia sal szkolnych przez osoby obecne otrzymywały właśnie placówki oświatowe. Nie dotyczyło to już instytucji czy firm. Zdarzały się bardzo nerwowe reakcje dzieci.

– Nic nie słyszeliśmy o tym, żeby były ewakuowane szpitale, urzędy, autobusy, galerie. To jest takie dziwne, bo skoro jest zagrożenie, to dlaczego wszystkie instytucje nie podjęły ewakuacji tylko szkoły i przedszkola? – zastanawiała się nasza rozmówczyni.

W jej okolicy alarmy ogłaszano już trzykrotnie, w tym jeden raz w godzinach nauki. Bywało, że młodsze dzieci płakały. Rodzice uczniów szkół podstawowych mieli problemy z odebraniem swoich pociech. Później dyrekcje zapowiedziały, że w przyszłości w podobnych przypadkach w ogóle nie będzie to możliwe.

Niektórzy od tego czasu nie posyłają już dzieci do szkoły. Wprawdzie bowiem skończyło się na kilku alarmach, jednak alerty ostrzegawcze wciąż są wysyłane do ludności. Bywa, że nawet parę razy dziennie. – Rodzice się boją, panikują – relacjonuje pani Agnieszka.

Do tego od czasu niedawnych, szeroko nagłaśnianych przez media wydarzeń z udziałem faktycznych bądź domniemanych nożowników część szkół zakazuje wstępu rodzicom. Dyrekcje innych nie poddały się jednak urzędowym sugestiom i placówki te funkcjonują normalnie. Mimo to wśród ludzi szerzy się niepokój. Wywołuje go chociażby brak informacji o miejscach ewentualnej ewakuacji dzieci.

Nie dać się panice

Działająca w organizacjach prorodzinnych pani Teresa Tasarz opowiada nam o spotkaniach przedstawicieli władz publicznych z dyrektorami szkół. Ci zazwyczaj ulegają naciskom i roztaczanej tam atmosferze zagrożenia, gdyż w razie sprzeciwu ryzykowaliby posadami. O ile można więc liczyć na głosy rozsądku, to wyjdą one raczej od kierujących placówkami prywatnymi, w tym katolickimi.

– Jeżeli, przykładowo, siostry zakonne prowadzące szkoły czy przedszkola w całej Polsce nie pozwolą sobie na to, żeby narazić dziecko na utratę zdrowia, życia lub przynajmniej bezpieczeństwa dzieci im powierzonych, to da do myślenia szefom innych placówek oświatowych: „Co się dzieje? Dlaczego tam jest inaczej?”. Dlatego, że organami nadzorującymi przedszkoli zakonnych są zgromadzenia – wyjaśnia Teresa Tesarz.

Jak się dowiadujemy, dyrekcje szkół katolickich nie zawsze są zapraszane na spotkania poświęcone ewakuacjom. Wynika to zapewne z pewnej dozy ich autonomii wobec władz lokalnych, które decydują o obsadzie etatów w instytucjach publicznych.

– Znana mi pani dyrektor szkoły była ostatnio na szkoleniu z udziałem straży pożarnej. Studziła atmosferę, bo dyrektorzy się bardzo boją o swoje stanowiska. Często nie wiedzą, jak postąpić w takiej sytuacji. Ta pani dyrektor mówiła do kolegów i koleżanek: „Słuchajcie, bez paniki, przecież to jest ściema, to jest sztuczne kreowanie zagrożenia, proszę zachować spokój. Ja nigdzie dzieci nie będę ewakuować, nikomu nie wydam dzieci i koniec, kropka” – mówi Teresa Tesarz.

Natomiast dyrekcja jednej z mazowieckich szkół niepublicznych – zapewne pod presją ze strony kuratorium oświaty – przekazała rodzicom materiały otrzymane od  Komendy Głównej Policji oraz ministerstwa edukacji. Pliki opatrzone zostały jednak  komentarzem: „Jeśli chodzi o poradnik do przekazywania wiedzy o bezpieczeństwie najmłodszym dzieciom, nie będziemy tego robić na terenie szkoły. Dzieci są na bardzo różnym poziomie wiedzy i nie chcemy ingerować w ich wrażliwość” – napisała dyrektor placówki.

„Przesyłamy materiały, z których możecie Państwo skorzystać w domu, sami decydując jak daleko chcecie Państwo wprowadzić swoje dzieci w tematy. Oczywiście podstawowa wiedza (np. nr 112  jak i kiedy z niego korzystać) zawsze była w programie nauczania i te lekcje będą odbywały się normalnie, natomiast przekazanie dzieciom kwestii ewakuacji, plecaków ratunkowych itp. zostawiamy do Państwa decyzji” – czytamy w liście do rodziców. „W klasach starszych (4 – 8) nauczyciele już od kilku lat mają w programie godzin wychowawczych tematy o udzielaniu pierwszej pomocy i bezpieczeństwie, więc poradnik będzie dla nich pomocą w prowadzeniu tych lekcji. Państwo ze swojej strony mogą się z nim zapoznać i również przygotować dzieci na informacje, które mogą pojawić się na lekcji jeśli uważacie Państwo, że tak będzie dla nich lepiej”.

Roman Motoła

Klasa Vb

Klasa Vb

Klasa Vb na poznańskiej Wildzie w roku 1966 liczyła 42 uczniów. Nikt nikogo nie zamordował. Były tego przyczyny…

1.
Dzieci z Vb miały – prawie wszystkie – matki i ojców. Własnych. Matki szyły, prały, gotowały. Ojcowie wczesnym świtem z czterema „skibkami” zawiniętymi w pergamin wsiadali do „bimby”, by przed szóstą przejść przez bramę „ceglorza”.
Ojcowie: tokarze, ślusarze pracowali w trudnym do wyobrażenia zgiełku. Ich wspólnym dziełem były jednak gigantycznych rozmiarów okrętowe silniki, stalowe serca okrętów pływających po wszystkich morzach świata. Ojcowie dzieci z Vb byli dumni ze swej pracy, a ich dzieci były dumne ze swych ojców.
Zapamiętajcie: dzieci szanowały swych ojców. Za to, kim byli, co umieli, jak żyli. Nie za to, co posiadali.

2.
W klasie Vb każde z dzieci było w czymś dobre lub najlepsze. Staszek – w rysunkach. Zbyszek – w chemicznych eksperymentach, Ania – w biegach na 60 metrów, Genek w piłce nożnej, Benio w siłowaniu, Eugeniusz w opiece nad porzuconymi zwierzątkami, Wiesiek – w budowaniu tratw, Iwonka – w plotkowaniu, Mirek – rozczytywał się w filozofach, Zenek – górował w podliczaniu słupków, Agatka – recytowała z przejęciem. No a Władek był klasowym chuliganem. Na miarę czasów, których symbolicznym ogranicznikiem była drewniana linijka, uszy czasami czerwone od testów na elastyczność.

3.
Wszyscy czytali książki. Czytali, bo umieli. Pod koniec pierwszej klasy tylko jeden Romek sylabizował. Co czytali? „Serce” Amicisa, „Winnetou” Karola May’a, nowele Prusa. No i dużo, dużo Konopnickiej. Dzieci z Vb wiedziały, że nie wolno zabijać, kraść, należy szanować starszych, kobiety zwłaszcza w ciąży, ludzi ociemniałych przeprowadzać grzecznie przez ulicę, nigdy, ale to nigdy nie wyśmiewać ludzi kalekich. Szanowały śmierć i gdy chodnikiem spieszył ksiądż z wiatykiem, wzorem swych rodziców – klękały.
Skąd to wszystko wiedziały? Ze szkoły, bo nauczyciele nie przygotowywali ich do rozwiązywania testów, a dość swobodnie kierowali zadanym sobie procesem nauczania. Znajdowali czas na opowiadania, anegdoty. Nie kończyli swych powinności na dzwonku.
No i z kościoła. 10 przykazań, nazwy grzechów głównych. I egzemplifikacje na każdym kazaniu.

4.
Dzieci z Vb przybiegały do szkoły same. Z tymi samymi skórzanymi tornistrami, które nie ważyły tony, kupowanymi raz na cały czas nauki, w codziennie prasowanych fartuszkach z białymi kołnierzykami. Z tarczami na rękawach, które pełniły dwojaką rolę. Gdy uczeń bił się na ulicy, przechodnie od razu informowali, gdzie pójdą ze skargą. Gdy był bity, ulica stawała w jego obronie. Uczeń z tarczą i w mundurku był jak święty.

5.

Po lekcjach uczniowie Vb wracali w grupach koleżeńskich do domów, gdzie czekał obiad. Ziemniaki, kotlecik, kapusta plus kompot. Matka pytała, co w szkole, ojciec po pracy sprawdzał dzienniczek. Potem odrabiało się lekcje. Po lewej to, co do zrobienia, po prawej – to, co już przepisane, nauczone. A potem się biegło. Na trening koszykówki, piłki nożnej, na gimnastykę, do bibliotecznego teatrzyku z kukiełkami, na lekcje muzyki. Wszystko było za darmo lub prawie za darmo. I – co najważniejsze – pełno było w tych działaniach ludzi, którzy „mieli czas”.

6.

Zdarzało się, że uczeń taki lub taki zachorował. Wtedy na pytanie nauczyciela: kto pójdzie w odwiedziny, wznosił się las rąk.

7.

W klasie Vb byli synowie i córy nie tylko robotników, także – dyrektorów i kierowników. Także – co tu kryć kobiet źle się prowadzących. W klasie jednak wszyscy byli traktowani równo. A ściślej – proporcjonalnie do okazywanych chęci do nauki. Tak było, bo nauczyciele tak właśnie zostali do swego zawodu przysposobieni. W „komunistycznych” liceach pedagogicznych, gdzie oprócz ideologicznych nawiedzeńców pracowali jeszcze tacy, co pamiętali nauczycielskie kuźnie sprzed wojny. Naznaczone marzeniem o równości narodów, ras, klas.

I o absolutnej wyższości nauki i kultury nad wszystkim innym.

Zielono malowane blaty dębowych twardych ławek, kałamarze z granatowym atramentem, stalówki i drewniane piórniki i ten szalony pan od przyrody, gdy lamentował nad każdą wyrwaną z zeszytu niesłusznie kartką. – Dzieci, co robicie. Ty, Władku, wyrwiesz kartkę i Ty, Danusiu… I nic po wielkiej puszczy amazońskiej nie zostanie…

8.
Dzieci z Vb nie znały tik-toka, ani „społeczności” TCC, nie stawiały sobie „wyzwań”, nie drwiły ani z nauczycielek ani z koleżanek ani tym bardziej z miejscowego księdza, który utykał na lewą nogę.

Fascynował ich za to mały bandzior z „opowiadań niedzielnych” Amicisa, co własnym ciałem osłonił przed śmiercią babkę, chciały być jak Old Shaterhand, potrafiły w ciszy słuchać o strasznych i wspaniałych dziejach dr. Korczaka…
Dzieci z Vb chciały być dobrymi dziećmi. Na początek. A później dobrymi ludźmi, którzy noża używają do krojenia chleba, zaraz po tym jak ostrzem skreślą na tym chlebie znak krzyża.

Małgorzata Bratek

Nadchodzą porywaczki dzieci

Marucha w dniu 2026-10-11 marucha/nadchodza-porywaczki-dzieci

Monika Horna-Cieślak

Sprawa Moniki Horny-Cieślak, odpowiedzialnej za urzędowe uprowadzenie dwojga dzieci, szybko ulegnie zapomnieniu. Skoro działo się tak właściwie z każdą bulwersującą aferą, dlaczego tym razem miałoby być inaczej? 

Jednak – mówiąc Kisielem – „to nie kryzys, to rezultat”. Cała sprawa pokazała bowiem coś znacznie groźniejszego niż pojedyncze nadużycie władzy: w świadomości postępowej części społeczeństwa instytucjonalny kidnapping przestaje być „ostateczną ostatecznością”, a staje się uzasadnionym środkiem profilaktycznym.
Największym błędem byłoby myślenie, że mamy tu do czynienia ze spontanicznym „glitchem” w dobrze działającym systemie. Nie. Fanatyczna aktywistka, wypruwająca sobie żyły, żeby odbierać rodzicom dzieci na podstawie własnych histerycznych odczuć, jest produktem określonej ideologii. A fakt, że znalazła się na tak odpowiedzialnym stanowisku jak rzecznik praw dziecka, jest efektem określonego politycznego dealu. Świadczą o tym zresztą reakcje obronne na aferę, których motywacje można z grubsza podzielić na trzy kategorie.

Pierwsza to oczywiście obrona ludzi władzy za wszelką cenę. Nie jest chyba zaskoczeniem, że przodują w tym osoby odpowiedzialne za linię TVP Info. Wystarczy przypomnieć „cieplarniany” wywiad, jaki Aleksandra Pawlicka przeprowadziła z rzeczniczką. Tutaj właściwie nie ma o czym rozmawiać – jaki jest koń, każdy widzi. Druga, częściowo pokrywająca się z pierwszą, to wręcz patologiczna nienawiść salonu do Kanału Zero, który w jego oczach jest po prostu „ukrytą opcją pisowską” (trudno o większą głupotę).

Trzecia jest jednak najbardziej niepokojąca. To motywacja wynikająca z przekonania, że rodzina jest w gruncie rzeczy systemem opresyjnym. W takim ujęciu ingerencja państwa może więc być traktowana jako „profilaktyka” – i to bez wielkiej straty. Przecież nawet w razie błędu odebranie dziecka ze środowiska uznanego za złe „samo w sobie” nie jest żadną wielką tragedią. Ten sposób myślenia ujawnia się u wszystkich, którzy podnoszą argument o „uniknięciu czegoś gorszego” i wskazują na zamierzchłe, pojedyncze incydenty jako usprawiedliwienie dla tego, co wydarzyło się teraz.

U wszystkich tych, którzy krytykom instytucjonalnego kidnappingu zarzucają prawicowe tendencje do przemocy w rodzinie  (Magdalena Biejat), mizoginię (Agnieszka Gozdyra) albo wykorzystywanie dzieci (Janusz Schwertner). Co inteligentniejsi publicyści zdobyli się na bardziej zakamuflowane działania osłonowe. Jak choćby Tomasz Terlikowski, który wytykał „medialny lincz”na rzeczniczce (tak, ten sam Tomasz Terlikowski, który wraz z TVN-owskimi zakapiorami uprawiał pośmiertny lincz na Janie Pawle II).

Zmora Jugendamtu w Polsce

I właśnie te osoby pokazują, jak prawdziwa jest zgrana do bólu fraza: „idee mają konsekwencje”. Jeżeli setki dzieł popkultury, intelektualne wydaliny „zaangażowanych społecznie badaczy”, aktywistki-obsesjonatki, feministki i nieświadome własnego zindoktrynowania „psycholożki” od rana do wieczora wmawiają ludziom, jak straszna i traumatogenna jest rodzina, nic dziwnego, że zmiana postrzegania tej instytucji musi prowadzić do coraz większego przyzwolenia na „ratowanie” dzieci z „rodzinnego piekła”.

Jeśli dodamy do tego bezkrytyczny zachwyt Zachodem, gdzie szaleją zmory w rodzaju Jugendamtu czy Barnevernetu oraz absurdalne rozciągnięcie pojęcia „przemocy” tak, by mieściło się w nim właściwie wszystko, co związane jest z hierarchią i ograniczeniem swobody dziecka, nic dziwnego, że pojawiają się tabuny bojowniczek gotowych przeniknąć do urzędów i stamtąd prowadzić swoją „wychowawczą” rewolucję.

A jaka to rewolucja? Oczywiście „ekspercka”. Opiera się na przekonaniu, że istnieje jakaś „wiedza obiektywna” na temat wychowania dzieci, do której dostęp mają oczywiście tylko wspomniane urzędniczki-aktywistki i współpracujące z nimi „ekspertki”.

I choć trudno odmówić wielu z nich licznych lektur i szkoleń na ten temat, często nie rozumieją one rzeczy zasadniczej: konkretne trendy wychowawcze są przecież także emanacją idei panującego ustroju. Ustrój, jeśli chce się reprodukować, musi wychowywać młodych kapitalistycznych demoliberałów. Najlepiej zaś robić to, przedstawiając własne założenia jako bezstronną wiedzę naukową (bo słowo „ideologia” przecież śmierdzi).

Tym samym NGO-sowe działaczki, urzędniczki i „ekspertki” często nawet nie zdają sobie sprawy, że dysponują zaledwie wycinkiem wiedzy – starannie wyselekcjonowanym pod kątem wymogu „odtwarzania się” systemu kapitałowo-kulturowego. Elementy niewygodne można przecież skrzętnie pominąć.

W systemie liberalnym rozumiany na wszelkie sposoby „autorytaryzm” (również w wychowaniu) jest jednym z najgorszych grzechów. Szkoda tylko, że równie gorliwie nie traktuje się zaniedbywania dzieci przez rodziców pochłoniętych dorobkiewiczostwem, karierą i samorealizacją. To również może być potężne źródło patologii: od uzależnień po zaburzenia psychiczne. Ale nie. To z jakiejś przyczyny jest „mniejsze zło”.

Podział łupów

Jeśli komuś mało dowodów na wpływ „ducha ustroju” na kształtowanie się wyobrażenia o „naukowym wychowaniu”, przypomnijmy, że „libkowa Polska” była gotowa zabierać dzieci rodzicom nie tylko za prawdziwą lub wydumaną przemocowość, lecz również za zbyt ubogie warunki materialne. Proceder ten przerwał dopiero „znienawidzony Zbigniew Ziobro”.

To znakomity przykład priorytetów systemu: status materialny może okazać się ważniejszy niż więzi rodzinne. Jak przystało na system oparty na dyskretnym klasizmie – rodziny ubogie były (i są!) zagrożone odebraniem dzieci właśnie dlatego, że były ubogie. Szczęśliwie nie był to proceder szczególnie rozpowszechniony, ale być może bardziej dzięki rozsądkowi samych starych urzędników niż dlatego, że prawo stawiało tu mocną tamę.

Warto zresztą zadać pytanie: czy ktoś naprawdę ośmieliłby się odebrać dzieci rodzicom wpływowym, posiadającym kontakty, pieniądze i wysoką pozycję społeczną? To chyba pytanie retoryczne.

Wspomnieliśmy wcześniej o politycznym dealu, który sprawił, że osoby pokroju Hornej-Cieślak w ogóle dostały się na tego rodzaju urzędy. Wyjaśnienie wydaje się proste. Otóż w sojuszu lewicowo-liberalnym, przy podziale łupów władzy, liberałom przypadła ekonomia, zaś lewactwu – pola władzy „miękkiej”, kulturowej, które dla liberałów były raczej drugorzędne. Stąd łatwość przyzwalania na pełzającą rewolucję kulturową.

Mechanizm jest banalny: skoro musimy połączyć siły w walce z prawicą, a nas interesuje kasa, trzeba nasycić lewactwo szkołą, uczelniami, polityką seksualną, przepisami rodzinnymi i całą resztą kulturowego frontu. Nas to specjalnie nie interesuje, oni będą zachwyceni, a sojusz jakoś przetrwa.

I dlatego właśnie  Barbara Nowacka dostaje posadę „ministry” edukacji, Katarzyna Kotula zostaje pełnomocniczką ds. równości, a Monika Horna-Cieślak – rzecznikiem praw dziecka. Liberałowie (w tym przypadku Donald Tusk)  po prostu spłacają swoich sojuszników kosztem dzieci i rodziców. Widać więc, jak toksyczny, a w dłuższej perspektywie zabójczy, jest sojusz lewicy z liberałami.

Pora kopać fosy

Wszystko to pokazuje nam, że zbliżamy się do pewnego rodzaju krawędzi. Procesy, które na Zachodzie doprowadziły do podporządkowania rodziców postępackim modom, a także do normalizacji urzędowego kidnappingu, toczą się również w Polsce. I należy się obawiać, że wychowawcza „ekspertoza” oświeconych działaczek, rosnąca niechęć do instytucji rodziny oraz patosojusz kulturowych rewolucjonistów z białymi kołnierzykami doprowadzą w końcu do ośmielenia urzędowych porywaczy. A co jeszcze bardziej przerażające – do rosnącego społecznego przyzwolenia na ich działalność.

Dlatego stawka społecznej reakcji na uprowadzenie dzieci pary z warszawskiej Białołęki jest tak duża. Ospałość, brak zainteresowania czy aksamitne wybielanie rzecznik to kolejny krok w stronę samowoli „fanatyczek i fanatyków”, którym rodzina kojarzy się raczej z czymś podejrzanym i potencjalnie niebezpiecznym niż z dobrem, bezpieczeństwem i odpowiedzialnością.

Szczęśliwie tym razem emocja społeczna była po stronie rodziców i Kanału Zero, a otwarcie przeciwstawić się jej gotowi byli raczej nieliczni. Nie możemy jednak zakładać, że za każdym razem będzie podobnie.

Jeżeli naprawdę zdajemy sobie sprawę z kierunku, w którym zmierzają przemiany społeczne, potrzeba czegoś więcej niż jednorazowego oburzenia. Potrzebne są trwałe, profesjonalne komórki zdolne przeciwdziałać podobnym przypadkom w przyszłości. Potrzebna jest pomoc prawna, medialna i organizacyjna dla rodziców, zanim jeszcze urzędnik-porywacz zapuka do ich drzwi. A przede wszystkim potrzebna jest kulturowa ofensywa na rzecz „empowermentu” środowiska rodzinnego.

To więc nie koniec walki. To dopiero ostrzeżenie. Pora kopać fosy, wznosić mury, rozciągać zasieki i stawiać wieże strażnicze. Bo tu kończą się abstrakcje. Tu zaczyna się nasze być albo nie być.

Ludwik Pęzioł https://tysol.pl

Jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci – i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce. PODPISUJĘ PROTEST przeciwko planetarnemu IDIOTYZMOWI.

dajciedzieciommieso.pl

Jolanta Sobierańska-Grenda
Minister Zdrowia,

Barbara Nowacka
Minister Edukacji Narodowej

Szanowne Panie Minister,

jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci — i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce.

Od 1 września obowiązuje rozporządzenie, które mówi nam, że nasze dziecko może dostać obiad z mięsem najwyżej dwa razy w tygodniu, a w jeden dzień dostanie posiłek wyłącznie roślinny — bez względu na to, czy tego chcemy.

Nikt nas o to nie zapytał.

Nie jesteśmy przeciwni zdrowemu jedzeniu. Rozumiemy ograniczenia cukru, soli czy popularyzację warzyw. Ale nadwaga polskich dzieci nie bierze się z kotleta na obiad. Karanie za świeże mięso nie rozwiąże tego problemu.

Nasze dzieci rosną. Potrzebują białka, żelaza i witaminy B12 w formie, którą organizm przyswaja najlepiej. Kuchnie szkolne nie dostały na tę zmianę ani jednego szkolenia, ani jednej złotówki. Boimy się, że w praktyce zamiast wartościowych posiłków na stoły trafią posiłki, których dzieci po prostu nie zjedzą obiadu. Dla części z nich to jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia.

Dlatego wnosimy o:

  1. Zapisanie w rozporządzeniu, że dwa obiady mięsne w tygodniu to minimum, a nie maksimum — tak jak przy rybie i strączkach użyto już słów „co najmniej”.
  2. Żeby danie wyłącznie roślinne było w stołówce dostępne, a nie obowiązkowe.
  3. Zagwarantowanie dziecku, którego rodzice tego chcą, posiłku z produktami odzwierzęcymi każdego dnia — na tych samych zasadach, na jakich zagwarantowano danie roślinne.
  4. Realne rozmowy z rodzicami i radami rodziców, zanim ktoś znowu zdecyduje za nas.

Nie chcemy odbierać nikomu wyboru. Chcemy tylko, żeby nam go nie odbierano.

PODPISUJĘ PROTEST

Barbara Nowacka i przekreślony talerz z kotletem

Rząd ogranicza mięso dzieciom – wbrew ich zdrowiu!

Od 1 września obiad z mięsem może pojawić się w szkolnej stołówce tylko dwa razy w tygodniu. Jeden dzień jest obowiązkowo wegański – dla wszystkich, bez wyjątku.

A dzieci rosną. Potrzebują pełnowartościowego białka, żelaza, cynku i witaminy B12 – w formie, którą organizm faktycznie przyswaja.

Kuchnie szkolne nie dostały ani szkoleń, ani pieniędzy. Zamiast strączków na talerzu wyląduje makaron.

Protestujemy przeciwko absurdalnej wojnie rządu z mięsem. Wojnie, na której cierpią nasze dzieci!

PODPISUJĘ PROTEST

Prezerwatywy na lekcjach? Przyrządy do rozszerzania pochwy? Tak ma wyglądać „edukacja zdrowotna”.

Prezerwatywy na lekcjach? Tak ma wyglądać „edukacja zdrowotna”

magnapolonia.org/prezerwatywy-na-lekcjach-tak-ma-wygladac-edukacja-zdrowotna

Antonina Kopyt, lewacka aktywistka i edukator seksualna współtworząca podstawę programową edukacji zdrowotnej, pokazuje w swoich materiałach sposób prowadzenia zajęć dotyczących zakładania prezerwatywy. Materiał budzi poważne pytania o granice szkolnej edukacji oraz o to, czy pod pozorem troski o zdrowie do szkół nie jest wprowadzana coraz dalej idąca seksualizacja dzieci.

Prezerwatywy na lekcjach w szkole lada dzień mogą stać się faktem? Skrajnie lewicowa aktywistka Antonina Kopyt, która to zapowiada, była członkinią zespołu pracującego nad podstawą programową przedmiotu „edukacja zdrowotna”. Nie jest więc jedynie komentatorką reformy – należała do grona osób mających wpływ na kształt treści, które trafiają do polskich szkół.

W opublikowanym przez nią materiale przedstawiony zostaje praktyczny instruktaż dotyczący zakładania prezerwatywy. Kopyt prezentuje również przyrządy służące do rozszerzania pochwy, wskazując je jako pomoce, które mogą być wykorzystywane do ćwiczenia zakładania prezerwatyw. W materiale pojawia się także odniesienie do ich zastosowania przez dewiantów gender.

Przyjrzyjmy się faktom – uczniowie oczywiście powinni otrzymywać rzetelną wiedzę o dojrzewaniu, zdrowiu, chorobach przenoszonych drogą płciową czy zagrożeniach związanych z przemocą seksualną. Czym innym jest jednak przekazywanie wiedzy, a czym innym praktyczne oswajanie dzieci z seksualnością dewiacyjną, zboczeniami i uczenie ich technik związanych z nienormalną aktywnością seksualną. To właśnie przekroczenie tej granicy budzi największe obawy rodziców.

Rządzący przedstawiają „edukację zdrowotną” przede wszystkim jako nowoczesny program profilaktyki zdrowotnej. Problem polega na tym, że jego zakres obejmuje również zagadnienia dotyczące seksualności, antykoncepcji, relacji, tzw. orientacji seksualnej” czy tzw. 'tożsamości płciowej”.

Nazwa przedmiotu „edukacja zdrowotna” w tych warunkach brzmi neutralnie i uspokajająco, podczas gdy w praktyce część programu wkracza w obszar, który wielu rodziców uważa za należący przede wszystkim do rodziny. Trudno również nie zauważyć, że przyjęta przez lewackich edukatorów seksualnych filozofia zakłada coraz wcześniejsze oswajanie dzieci z tematyką seksualną. Prowadzi to do przesuwania granicy tego, co jeszcze kilka lat temu uznawano za domenę prywatności i wychowania rodzinnego.

Rodzice mają pełne prawo pytać, jakie materiały wykorzystywane są podczas zajęć oraz jak nauczyciele i edukatorzy interpretują podstawę programową. Nagranie Antoniny Kopyt pokazuje, że nie jest to abstrakcyjna dyskusja. Jeżeli osoba współtworząca podstawę programową przedstawia praktyczny sposób uczenia zakładania prezerwatyw, rodzice mają prawo zastanawiać się, czy właśnie tak ma wyglądać szkolna edukacja ich dzieci i dlaczego nie są o tym informowani – wszystko odbywa się za ich plecami.

NASZ KOMENTARZ: Szkoła ma przekazywać wiedzę i nie powinna stawać się miejscem darmowego siania lewicowej propagandy, eksperymentowania z granicami obyczajowymi i zastępowaniem rodziców w wychowaniu seksualnym dzieci. To prawdziwy skandal!

Badania uniwersytetu w Hiszpanii ukazują, że dzieci żywione „dietą planetarną” wykazały niedobór jodu (dawniej kretynizm lub matołectwo), witaminy B12 i wapnia

Barbara Nowak: Badania uniwersytetu w Hiszpanii ukazują, że dzieci żywione dietą planetarną wykazały niedobór jodu, witaminy B12 i wapnia. Wniosek jest prosty – to nie jest dobra dieta dla dzieci i młodzieży

9 września 2026 Radio Maryja

Dieta planetarna funkcjonuje już wiele lat w różnych krajach UE. Badania zespołu z uniwersytetu w Hiszpanii opublikowane w 2026 roku mówią o tym, że dzieci żywione „dietą planetarną”, we wszystkich grupach wiekowych, wykazały niedobór jodu, witaminy B12 i wapnia, więc wniosek jest prosty – to nie jest dobra dieta dla dzieci i młodzieży.

Jesteśmy bezsilni wobec niszczenia naszych dzieci, a tak nie powinno być – mówiła Barbara Nowak, była małopolska kurator oświaty, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.

Od 1 września w szkołach i przedszkolach wprowadzono dietę planetarną dla dzieci.

Według Ministerstwa Zdrowia ograniczenie spożycia mięsa ma wspierać zdrowie dzieci i ograniczać wpływ na klimat oraz środowisko. W rzeczywistości to wprowadzanie kolejnej ideologii i jednocześnie uderzenie w polskie rolnictwo.

– Resort edukacji i resort zdrowia za nic mają dobro dziecka. Pani Barbara Nowacka nie przyjmuje też do wiadomości, że dziecko nie jest małym dorosłym i że intensywnie rozwija się jego układ nerwowy, mózg, mięśnie i kości. W okresie rozwoju szczególnie ważne jest dostarczanie odpowiedniej pod względem ilości odżywczych białka, wapnia, jodu, żelaza, witamin i tak dalej. Mamy już informacje zwrotne, co do tego, jak wygląda i jakie skutki po sobie pozostawia ta „dieta planetarna”, ponieważ jest to wymysł Unii Europejskiej. Dieta planetarna funkcjonuje już wiele lat w różnych krajach UE. Badania zespołu z uniwersytetu w Hiszpanii opublikowane w 2026 roku mówią o tym, że dzieci żywione dietą planetarną, we wszystkich grupach wiekowych, wykazały niedobór jodu, witaminy B12 i wapnia, więc wniosek jest prosty – to nie jest dobra dieta dla dzieci i młodzieży – podkreśliła Barbara Nowak.

Była małopolska kurator oświaty wskazała, że wprowadzenie diety planetarnej do szkół jest działaniem z wykluczeniem rodziców, bo przecież to oni decydują o tym, jak wychowuje się dzieci, więc powinni też decydować co dzieci jedzą.

– Lewacka ideologia wyklucza naukę i uderza w dobro człowieka, traktując go jak bydło, któremu trzeba dać coś do jedzenia, ale nie po to, aby służyło jego rozwojowi, a jedynie zaspokajaniu głodu. To jest to, co oni nazywają dobrostanem i wyraźnie chcą zrównać człowieka ze zwierzęciem. Warto dodać, że konsultacje odnośnie do diety planetarnej prowadziła Sylwia Spurek, która reprezentuje organizację Green REV Institute, dążącą do weganizmu oraz zakładającą, że transformacja systemu żywności i rolnictwa musi iść w kierunku modelu etycznego i sprawiedliwego dla zwierząt. I pani Spurek, która zorganizowała konsultacje i przeprowadziła cały proces wprowadzenia diety planetarnej do szkoły, jest tą osobą, która została wysłuchana przez panią Nowacką, a organizacja Green REV Institute dzisiaj układa dietę żywieniową dla dzieci – zaznaczyła gość Radia Maryja.

Barbara Nowak dodała, że obecnie problem nie dotyczy tylko diety oraz karmienia dzieci w stołówkach, ale dotyczy całej szkoły.

– Rodzice, którzy są świadomi tej całej sytuacji, są ogromnie zaniepokojeni, tym, jak traktuje się ich dzieci. Minister edukacji ogranicza dzieciom dostęp do nauki, deprawuje dzieci chociażby przez tzw. edukację zdrowotną, oprócz tego jeszcze niszczenie zdrowia dzieci poprzez „dietę planetarną”. Jesteśmy bezsilni wobec niszczenia naszych dzieci, a tak nie powinno być.

Ja cały czas czekam na obywatelskie nieposłuszeństwo. Do tego obywatelskiego nieposłuszeństwa wzywałam nauczycieli – zakończyła była małopolska kurator oświaty.

Całość audycji „Aktualności dnia” z udziałem Barbary Nowak dostępna [tutaj].

Protest głodowy: W Obronie Polskich Dzieci przed Demoralizacją i Wynarodowieniem

Protest głodowy:

W Obronie Polskich Dzieci

Przed Demoralizacją

i Wynarodowieniem

Autor: Józef Wieczorek , 8 września 2026

Protest głodowy  “W Obronie Polskich Dzieci Przed Demoralizacją i Wynarodowieniem”

We wtorek 8.09. 2026 r. Jan Karandziej, członek Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, od 1980 r. Komitetu Założycielskiego WZZW wraz ze Stanisławem Oroniem, przewodniczącym Organizacji Terenowej NSZZ „Solidarność” Emerytów i Rencistów Kolejowych w Lublinie, rozpoczęli w siedzibie NSZZ Solidarność w Częstochowie

PROTEST GŁODOWY W OBRONIE POLSKICH DZIECI

PRZED DEMORALIZACJĄ I WYNARODOWIENIEM

Jan Karandziej

Urodzony 15.05.1955 r. w Waczy w Karelii.

Działacz Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, które swoją działalnością doprowadziły do strajków w Gdańsku w 1980 r. i w końcu do powstania “Solidarności.”

W 2018 r. mówił o tym prezes IPN Jarosław Szarek: – Nie byłoby wolności i Solidarności bez was, bez waszej odwagi i wysiłku.

Uczestnik wielu akcji i manifestacji protestacyjnych przeciw władzom komunistycznym. Wielokrotnie aresztowany i zwalniany z pracy za swoją działalność antykomunistyczną.

Uczestnik głodówki o zwolnienie więźniów politycznych – maj 1980 r. w Podkowie Leśnej.

Od maja 1980 r. członek Komitetu Założycielskiego WZZW, kierownictwa tej organizacji (Razem z Andrzejem Gwiazdą, dwaj ostatni).

Współtwórca apelu wzywającego do obrony Anny Walentynowicz, zwolnionej ze stoczni. Współorganizator strajku w Jej obronie.

W sierpniu 1980 przywódca strajku w Gdańskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych. Po strajkach drukarz w drukarni Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego (MKZ) NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przywrócony do pracy w stoczni pod koniec 1980 r.

W 1981 r powrócił do pracy w drukarni “S” we Wrzeszczu, następnie podjął pracę w drukarni “S” Portu Gdańskiego. Tam zastał go stan wojenny. Załoga gdańskiego portu strajkowała najdłużej spośród trójmiejskich przedsiębiorstw. Drukarnia pracowała do końca strajku.

Ukrywał się do 30 grudnia. Namierzony i aresztowany, ostatecznie został internowany w Strzebielinku. Zwolniony 24.07.1982 r.

W marcu 1983 r. emigrował do Berlina Zach., a jesienią 1984 r. do Kalifornii. W czasie pobytu w Kalifornii, wraz z żoną, założył i prowadził bibliotekę polską. Był współzałożycielem i redaktorem biuletynu informacyjnego ‘Wiadomości”. Uczestniczył w fundacji zbierającej pieniądze na pomoc dla prześladowanych w Polsce działaczy niepodległościowych.

Do Polski powrócił 1989 r.

Uczestnik protestu głodowego o przywrócenie nauczania historii w szkołach – kwiecień 2012 r. w Częstochowie. W 2024 – inicjator i uczestnik protestu głodowego przeciw przetrzymywaniu w areszcie ks. Olszewskiego, p. Urszuli i p. Karoliny – urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości.

Wciąż aktywny w działaniach na rzecz niepodległości Polski.

Odznaczenia: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (2017), medal “Pro Patria”, “Medal Komisji Edukacji Narodowej”, Krzyż Wolności i Solidarności (2018).

Stanisław Oroń

Urodzony w Nałęczowie w 1957 r., uczestnik i członek Komitetu Strajkowego w Lokomotywowni i Węźle PKP Lublin w dniach 16-19.07.1980 r.  a od 18.08 tego roku – skarbnik nowo wybranej Rady Zakładowej Związków Zawodowych Pracowników Kolejowych Lokomotywowni PKP Lublin. 2.09. 1980 r. uczestniczył Oroń w delegacji tejże Rady Zakładowej do Komitetu Strajkowego w Gdańsku, która przekazała strajkującym dobrowolne składki od załogi Lokomotywowni w kwocie 70 tys zł. W listopadzie 1980 r., po przekształceniu się Rady Zakładowej w Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”, wszedł w skład Prezydium Komitetu z zachowaniem funkcji skarbnika. 25.11. 1980 r. brał udział w Strajku Ostrzegawczym zorganizowanym w Lokomotywowni PKP. Po wprowadzeniu stanu wojennego, aktywnie uczestniczył w pracach nielegalnej wtedy Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Węzła PKP.  Rozpowszechniał wśród załogi podziemne wydawnictwa. Brał udział w manifestacjach i uroczystościach patriotyczno-religijnych w Lublinie, Warszawie-Żoliborzu i na Jasnej Górze. Do udziału w nich przekonywał też innych kolejarzy. 30.05. 1983 r., przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski, odnowił znajdujący się na terenie Lokomotywowni Pomnik-Krzyż, upamiętniający strajki kolejarskie w lipcu 1980 r. Z tego powodu wszczęte zostało przeciw niemu postępowanie służbowe. Mimo to, wspólnie z innymi, dbał o to miejsce pamięci. W ramach represji za podejmowane działania, pod koniec grudnia 1984 r., został zwolniony z pracy w Lokomotywowni PKP Lublin.

Od 12 lat należy Stanisław Oroń do Organizacji Terenowej NSZZ „Solidarność” Emerytów i Rencistów Kolejowych W Lublinie, w której dużą grupę stanowią uczestnicy strajku z 1980 r. W bieżącym roku został jej przewodniczącym a od 10 lat jest sztandarowym. Należy również do Stowarzyszenia Represjonowanych w Stanie Wojennym, oddział w Lublinie. Uczestniczy jako przedstawiciel obu organizacji, w uroczystościach państwowych i religijnych.

Gdynia: Mała Szkoła św. Jana Bosko

Gdynia: Mała Szkoła św. Jana Bosko

Wejście do nowej szkoły opartej na klasycznym modelu edukacji

Fundacja Szkoły św. Jana Bosko uzyskała oficjalny wpis do ewidencji szkół i placówek oświatowych. Niepubliczna Szkoła Podstawowa Mała Szkoła św. Jana Bosko w Gdyni przyjmie pierwszych uczniów już 1 września 2026 r.

Inicjatywa wyszła od rodziców poszukujących dla swoich dzieci przestrzeni wolnej od współczesnych eksperymentów ideologicznych i zakorzenionej w dziedzictwie tradycji katolickiej oraz klasycznym modelu wychowania.

Klasyczna formacja intelektualna i duchowa

Mała Szkoła św. Jana Bosko opiera się na dwóch filarach: edukacji klasycznej oraz tradycyjnej formacji katolickiej. W ramach nauczania klasycznego stawiamy na poszukiwanie prawdy, dobra i piękna, logiczne myślenie, kulturę słowa oraz szacunek do źródeł cywilizacji łacińskiej. Z kolei formacja duchowa opiera się na niezmiennych zasadach wiary, kształtowaniu cnót, budowaniu charakteru i na systemie prewencyjnym św. Jana Bosko. Opiekę duszpasterską nad uczniami i kadrą Małej Szkoły sprawować będą kapłani z gdyńskiego przeoratu Bractwa św. Piusa X.
Celem, który przyświeca organizatorom jest to, aby dzięki Małej Szkole uczniowie i absolwenci stawali się ambitnymi młodymi ludźmi, pełnymi pasji i siły charakteru, mogącymi w przyszłości spełniać ważne życiowe role, zgodnie z Bożym powołaniem.

Wstawiennictwo św. Jana Bosko

W uwieńczonych sukcesem staraniach o rejestrację Małej Szkoły św. Jana Bosko, organizatorzy dopatrują się wyraźnego wstawiennictwa jej Patrona. W dniu wyjazdu do Ecône i Turynu (w celu nawiedzenia grobu św. Jana Bosko) otrzymali wiadomość, która w praktyce przekreślała szanse na otwarcie placówki. Zaledwie minutę po modlitwie przy relikwiach Świętego nastąpił, w cudowny sposób, przełom: wciąż jeszcze przebywając na terenie turyńskiego Oratorium, organizatorzy otrzymali telefonicznie informację o niespodziewanej ofercie wsparcia, które okazało się kluczowe dla uzyskania wpisu do ewidencji szkół.

Poza szkołą fundacja prowadzi od stycznia 2026 r. Oratorium Edukacji Domowej, czyli cotygodniowe, stacjonarne zajęcia wychowawczo-edukacyjne dla rodzin prowadzących edukację domową. Działalność ta będzie kontynuowana również w nadchodzącym roku szkolnym.

Przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego

Inicjatywę powierzamy dalszej modlitwie wszystkich wiernych! Przed Małą Szkołą bowiem stoją kolejne wyzwania, czyli adaptacja lokalu oraz czteromiesięczne funkcjonowanie bez dotacji oświatowej, która przyznawana jest od stycznia.

Poza stałymi kosztami funkcjonowania uwzględniającymi m.in. najem lokalu i wynagrodzenia kadry (szacowanymi w sumie na ok. 70 tys. zł miesięcznie), fundacja prowadzi zbiórkę na pokrycie koniecznych wydatków:

  • sfinansowanie pilnego remontu klimatyzacji i wentylacji (koszt to ok. 26 tys. zł);
  • zakup mebli szkolnych (ergonomiczne ławki i krzesła oraz szafki dla uczniów);
  • wyposażenie dydaktyczne sal (pomoce naukowe, tablice, materiały edukacyjne);
  • wyposażenie zaplecza socjalnego i sanitarnego (dostosowanie i wyposażenie pokoju nauczycielskiego, jadalni i toalet;
  • zakup sprzętu biurowego (urządzenie wielofunkcyjne lub drukarka na potrzeby sekretariatu i nauczycieli).

Wszystkie koszty w 2026 r. wyniosą ok. 357 tys. zł. Do stycznia 2027 r. Mała Szkoła nie otrzyma ani złotówki z budżetu państwa. Oznacza to, że całość kosztów za rok 2026 fundacja musi pokryć ze środków własnych i darowizn.

Twórcy dzieła zwracają się do czytelników Wiadomości Tradycji Katolickiej z prośbą o wsparcie modlitewne i materialne. Każda wpłata stanowi dar umożliwiający przygotowanie klas na 1 września.

Wsparcie finansowe można przekazać za pośrednictwem dedykowanej zbiórki internetowej: https://zrzutka.pl/małaszkoła lub przelewem bezpośrednio na numer konta fundacji:

Nr konta: 24 1020 4900 0000 8302 3852 0941
PKO Bank Polski
Tytuł: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
Odbiorca: FUNDACJA SZKOŁY ŚW. JANA BOSKO

Osoby pragnące wesprzeć Małą Szkołę w sposób szczególny, mogą zostać jej mecenasami, fundując czesne dla uczniów z rodzin znajdujących się w sytuacji materialnej, niepozwalającej im na opłacanie czesnego w pełnej wysokości.

Bezpośredni kontakt z Fundacją Szkoły św. Jana Bosko: szkola@bosko.edu.pl

Strona internetowa: https://bosko.edu.pl/

Ad maiorem Dei gloriam!

Wejście do nowej szkoły opartej na klasycznym modelu edukacji

Strach przed szkołą. MEM-y szkolne IV.

———————————-

———————————————

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„transform”:2},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

—————————————————

—————————–

———————————————

———————————–

—————————————

————————–

————————————

5! MEM-y szkolne III.

————————————-

—————————————–

————————————-

———————————-

—————————–

——————————

———————————————————-

—————————-

—————————————-

Co było na początku? MEM-y szkolne II.

————————————————————

——————————————————

———————————————-

—————————–

——————————————————

————————————————

——————————————–

————————————————-

—————————————————————-

Od Homera do TikToka i z powrotem? Krótka rzecz o polskiej szkole

Od Homera do TikToka i z powrotem? Krótka rzecz o polskiej szkole

1 września 2026 Stanisław Bukłowicz pch24/od-homera-do-tiktoka-i-z-powrotem-krotka-rzecz-o-polskiej-szkole,

szkola-Homer-tiltok.jpg
Oprac. PCh24.pl

„Gdzie jest mądrość, którą utraciliśmy w wiedzy? Gdzie jest wiedza, którą utraciliśmy w informacji?” – pytał w 1934 roku T.S. Eliot.

1 września 2026 roku pierwsi uczniowie zaczęli się uczyć według nowej podstawy programowej. Czy jednak wyjdą ze szkoły mądrzejsi – albo choćby bardziej wykształceni?

„Reforma26. Kompas Jutra” obejmie klasy I i IV szkoły podstawowej, a w następnych latach – kolejne roczniki.

Nowa podstawa mocno akcentuje kompetencje językowe, matematyczne i cyfrowe, a także krytyczne myślenie, kreatywność i sprawczość. Wyodrębnia sześć interdyscyplinarnych modułów: bezpieczeństwo i obronę, media, filozofię, ekonomię i finanse, klimat oraz kulturę. W szkołach ma być również więcej projektów i doświadczeń edukacyjnych.

Zróbmy to razem!

  • 25 zł
  • 50 zł
  • 100 zł
  • 200 zł
  • 500 zł

Zmiany te nie są jednak tak niewinne, jak mogłyby się z pozoru wydawać. Wystarczy tylko spojrzeć nieco głębiej.

Przykładem jest choćby uchwalona w maju 2026 roku ustawa o prawach i obowiązkach ucznia. Wcześniejsze zasady oceny zachowania odwoływały się do dobra społeczności szkolnej, honoru i tradycji szkoły, piękna mowy ojczystej, godnego zachowania czy szacunku dla innych. W ustawie znacznie większy nacisk położono choćby na przestrzeganie procedur i „ogólnie przyjętych norm społecznych”. Krytycy mówili w tym kontekście o „próżni aksjologicznej”. I trudno odmówić im słuszności.

Ustawa rozszerzała katalog praw ucznia i tworzyła system rzeczników praw uczniowskich na kilku szczeblach. Ostatecznie 2 lipca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki ją zawetował, wskazując między innymi na groźbę dalszej biurokratyzacji szkoły.

I dobrze, że tak się stało. Sam fakt uchwalenia podobnych rozwiązań pokazuje jednak, dokąd zmierza myślenie o szkole. Wychowanie ustępuje prawom, procedurom i skargom. Nauczyciel coraz mniej przypomina mistrza i wychowawcę, a coraz bardziej funkcjonariusza pilnującego regulaminu. Nietrudno dostrzec w tym drogę do dyktatu uczniowskich roszczeń i ich lewackich rzeczników. Drogę do świata, w którym już samo podjęcie kwestii wychowania może być traktowane z podejrzliwością.

Postępowe rozmiękczanie szkoły

Krytycy reformy oświaty słusznie zauważają więc, że nie chodzi tylko o kolejne przemeblowanie podstawy programowej. Spór dotyczy samego sensu szkoły.

W dokumentach reformy często przewijają się takie słowa jak sprawczość, dobrostan, inkluzja, kreatywność, współpraca, kompetencje przyszłości, uczenie się przez działanie. I właśnie to słownictwo wiele mówi o kierunku zmian. Coraz częściej pyta się o to, co uczeń powinien umieć zrobić, a coraz rzadziej — co powinien wiedzieć i rozumieć.

Problem rozmiękczania edukacji nie dotyczy tylko podstawówki. Widać go także w szkołach średnich i na uczelniach. W świecie, w którym rzetelne nauczanie i wychowywanie stają się passé, jedynie biurokracja trzyma system w ryzach. Szkoła jutra coraz bardziej przypomina dobrze naoliwioną maszynę: nauczyciele-trybiki stosują właściwe procedury w przepełnionych klasach, relacja mistrz–uczeń zanika, a po zajęciach pedagodzy toną w gąszczu coraz to nowych przepisów.

Do tego dochodzi zachwyt reformatorów nad „uczeniem przez działanie”. Projekty, praca zespołowa i praktyczne zadania mogą oczywiście mieć sens. Gorzej, jeśli zastępują mozolne zdobywanie wiedzy. Wtedy edukacja zaczyna przypominać szkolenie przyszłego pracownika: znajdź informację, rozwiąż problem, pokaż wynik, dogadaj się z zespołem.

Tyle że człowieka nie da się sprowadzić do zestawu kompetencji. Nie istnieje krytyczne myślenie bez wiedzy. Bez niej łatwo zamienia się ono w próżne mędrkowanie i pychę intelektualną – przekonanie, że gładką mową można przykryć nieznajomość rzeczy. Grecy dobrze znali niebezpieczeństwo takiego przekraczania własnej miary. Nazywali je hybris.

Szczególnie złudne jest hasło, że szkołę trzeba nieustannie dostosowywać do „świata przyszłości”. Brzmi efektownie. Tyle że przyszłości nie znamy. Wiemy natomiast, że przez stulecia człowiek potrzebował umiejętności jasnego wyrażania myśli, dobrej pamięci, dyscypliny, charakteru i znajomości własnej kultury. Będzie ich potrzebował również wtedy, gdy dzisiejsze kompetencje przyszłości staną się czymś przestarzałym.

Na tym polega paradoks całej tej reformacyjnej gorączki. Szkoła, obsesyjnie przygotowująca ucznia do przyszłości, może odebrać mu właśnie to, co pozwoliłoby mu zachować niezależność. 

Humanistyczne antidotum na kryzys edukacji

Wobec kultu praktyczności i odchodzenia od tradycyjnego kanonu lektur warto zaproponować zupełnie inny ideał. Oparty na humanistyce — rozumianej nie jako kilka przedmiotów dla przyszłych filologów, lecz jako całościowe kształcenie i wychowywanie człowieka przez literaturę, filozofię, historię, języki, muzykę i sztukę.

Ale samo pokazanie alternatywy nie wystarczy, aby odciągnąć ucznia od TikToka. Trzeba dać mu coś więcej. Coś, przy czym TikTok okaże się po prostu mały.

Oto jak mógłby wyglądać taki projekt w idealnej, inspirującej postaci.

Wzorem mogłyby być programy oparte na idei Great Books of the Western World, oczywiście poszerzone o polską klasykę i dopasowane do wieku uczniów. Nie chodzi oczywiście o to, by dziesięciolatek czytał Kanta albo przedzierał się przez tysiąc stron Dostojewskiego. Ale warto go stopniowo w ten świat wdrażać.

W podstawówce można więc zacząć od dobrze opowiedzianych mitów greckich, opowieści biblijnych jako jednego z podstawowych kodów naszej kultury, a także legend, baśni, klasycznej literatury dziecięcej i historii. Potem przyszedłby czas na Homera, tragedię grecką, Szekspira czy polskich klasyków. W szkole średniej można by sięgać po trudniejsze teksty filozoficzne, polityczne i religijne. Studia zaś powinny ten proces rozwijać, a nie zaczynać go od zera.

I nie chodzi przy tym o kolejną listę książek do „przerobienia”. Chodzi o stopniowe zapoznawanie młodego człowieka z najważniejszymi  dla naszej cywilizacji dziełami. A warto, bo lektura wielkich powieści pozwala zanurzyć się w innych światach i przeżyć życie bohaterów — często ciekawsze i zawsze inne od naszego. Trudno o lepszą naukę patrzenia na rzeczywistość cudzymi oczami.

Nie są to czcze słowa. Badanie Davida Kidda i Emanuele Castano z 2013 roku wykazało, że po lekturze ambitnej literatury pięknej badani lepiej radzili sobie z zadaniami wymagającymi rozpoznawania stanów psychicznych innych ludzi. Z kolei metaanaliza opublikowana w 2024 roku w „Journal of Experimental Psychology: General” wykazała niewielki, ale istotny pozytywny wpływ czytania fikcji na empatię i zdolność rozumienia stanów psychicznych innych ludzi.

Historia magistra vitae est

To samo dotyczy historii — zwłaszcza dziś. Nauka historii leczy nas z jednej z najczęstszych chorób współczesności: przekonania, że wszystko zaczęło się wczoraj. A przecież propaganda, wojny ideologiczne, kryzysy państw, konflikty pokoleń czy lęk przed zmianami technologicznymi pojawiały się już wcześniej, choć pod innymi nazwami.

Nauka historii Polski zakorzenia nas we wspólnocie narodowej i kształtuje świadomych obywateli. Nauka historii świata pozwala poznać inne perspektywy, ludzi z innych miejsc, epok i cywilizacji. Trudno o lepszą lekcję pokory.

Chcemy, by szkoła uczyła życia? Odsyłajmy uczniów do jego nauczycielki.

Czy piękno zbawi świat? Na pewno edukację

Pamiętajmy też, że homo sapiens to nie AI. Nie tylko myśli, lecz jest też istotą o bogatym życiu emocjonalnym i zmysłowym. Nie lekceważmy tego. A o to także powinna dbać szkoła – od najmłodszych lat. 

Jak bowiem pisał C.S. Lewis, „zadaniem współczesnego wychowawcy nie jest wycinać dżungle, lecz nawadniać pustynie”. Dobra szkoła nie powinna więc jedynie ograniczać złych nawyków czy chronić ucznia przed kolejnymi zagrożeniami. Powinna przede wszystkim rozbudzać w nim to, co wartościowe: ciekawość, smak, wyobraźnię, zdolność zachwytu nad tym, co piękne oraz pragnienie poznawania rzeczy większych od niego samego.

Człowiek, który tak naprawdę nigdy nie słuchał Bacha, Mozarta czy Chopina ani nie zatrzymał się przed Rembrandtem, Caravaggiem czy Matejką, traci coś więcej niż kilka nazwisk z historii kultury. Traci okazję do kształtowania uwagi, wrażliwości i smaku.

Sztuka wymaga od nas czasu. Symfonii nie da się przewinąć jak trzydziestosekundowej rolki, jeśli chce się ją naprawdę usłyszeć. Obrazowi należy się przyjrzeć, a nie tylko rzucić na niego okiem. Powieść wymaga od nas wejścia w świat kogoś innego i pozostania w nim przez wiele godzin.

W tym sensie klasyczna kultura jest niemal idealnym przeciwieństwem TikToka. Uczy skupienia zamiast rozproszenia, cierpliwości zamiast natychmiastowej gratyfikacji, hierarchii zamiast strumienia równorzędnych bodźców.

W końcu naszym celem nie jest chyba wychowanie pokolenia cyborgów, sprawnie posługujących się internetem i AI, lecz ludzi zdolnych do empatii, samodzielnego myślenia, rozumienia świata i dokonywania własnych wyborów.

Przywróćmy zatem sztuce należne jej miejsce w edukacji!

A krytyczne myślenie? Uczmy dzieci i młodzież filozofii! To prawdziwa królowa nauk, która przecież od dwóch i pół tysiąca lat uczy pytać, odróżniać argumenty od sloganów, dostrzegać sprzeczności i sprawdzać, co naprawdę wynika z przyjętych założeń. Jeśli chcemy wychować ludzi odpornych na manipulację, Platon może się okazać skuteczniejszy niż niejeden kurs rozpoznawania fake newsów.

Kształtowanie człowieka – prawdziwe zadanie szkoły

Szkoły podstawowe, średnie i uczelnie nie nadążą za każdą zmianą na rynku pracy. I może nawet nie powinny próbować. Mogą za to dać coś znacznie trwalszego: wychować osobę wolną, rozumną i cnotliwą w najlepszym, klasycznym znaczeniu tych słów.

Technologie nadal będą się zmieniać. Jedne zawody znikną, inne powstaną. Dzisiejsze modne umiejętności ustąpią miejsca kolejnym. Pozostanie jednak pytanie, czy człowiek jeszcze potrafi myśleć, odróżniać rzeczy ważne od błahych, rozpoznawać dobro i zło, zachować własny osąd i nie zdawać się tylko na algorytm. 

To właśnie taki rozwój człowieka jest najcenniejszą rzeczą, jaką może dać szkoła.

Stanisław Bukłowicz

Dieta planetarna w szkołach – ślad węglowy na talerzu

Dieta planetarna w szkołach – ślad węglowy na talerzu

hotnews.pl/polska/dieta-planetarna-w-szkolach-od-dzis-6-8-mln-uczniow-mieso-dwa-razy-w

Od 1 września szkolne stołówki mają ograniczać mięso, a jednym z powodów podanych przez resort są zmiany klimatyczne. W sześćdziesięcio-stronicowym uzasadnieniu nie ma jednak ani jednej liczby o emisjach. Klimat ma ratować siedmiolatek przy obiedzie, a nikt nie powiedział, ile z tego wyniknie.

Redakcja HOTNEWS.pl 1 września,

Stołówka w porze obiadowej w Szkole Podstawowej nr 12 w Tomaszowie Mazowieckim. Obiady w stołówkach je około 1,1 mln uczniów podstawówek. Fot. WrS.tm.pl / Wikimedia Commons, CC0
Stołówka w porze obiadowej w Szkole Podstawowej nr 12 w Tomaszowie Mazowieckim. Obiady w stołówkach je około 1,1 mln uczniów podstawówek. Fot. WrS.tm.pl / Wikimedia Commons, CC0

Od dziś obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia z 16 lutego 2026 r. (Dz. U. z 2026 r. poz. 197), a szkolna kuchnia dostała w nim zadanie, którego wcześniej nie miała. Mięso ma się pojawiać na obiad dwa razy w tygodniu, raz w tygodniu obowiązkowe jest danie ze strączków bez żadnego produktu odzwierzęcego, a każdą porcję mięsa, ryby i nabiału wolno wymienić na roślinną, jeśli rodzic tak zadeklaruje.

Powody podano dwa. Pierwszy jest zdrowotny i o nim mówi się głośno. Drugim są zmiany klimatyczne i to właśnie ta część zasługuje na osobną rozmowę, bo oznacza, że jednym z narzędzi polityki klimatycznej państwa stał się obiad siedmiolatka.

Sześćdziesiąt stron uzasadnienia bez jednej liczby o emisjach

Na gov.pl resort opublikował obszerny materiał „Podstawy założeń do nowego rozporządzenia”, liczący sześćdziesiąt stron opisu przyczyn, celów i tła zmiany. Przy diecie planetarnej pada w nim zdanie, że „projektodawca wskazuje w tym kontekście na zmiany klimatyczne, zasoby wody, koszty zagospodarowania odpadów i aspekty zdrowotne”.

Przeszukaliśmy ten dokument w całości. Wyrażenie „ślad węglowy” nie pada w nim ani razu, słowo „emisje” również nie występuje. Nie ma tam żadnej tony, żadnego procentu i żadnego wyniku, jest za to kierunek, powołanie się na unijną strategię „Od pola do stołu” z 2020 r. oraz na wytyczne WHO ogłoszone 27 stycznia 2026 r.

W samym rozporządzeniu nie ma nawet tyle. Tekst prawny mówi o wywarach warzywnych, oleju rzepakowym i porcjach mleka, a o klimacie nie wspomina w ogóle. W komunikacie prasowym Ministerstwa Zdrowia „dieta planetarna” pojawia się dwukrotnie, „ślad węglowy” i „klimat” — ani razu.

Prawodawca powołał się więc na zmiany klimatyczne, ale nigdzie nie napisał, o ile ta zmiana je ograniczy.

Nie chodzi o niedopatrzenie redakcyjne. Polityka publiczna, która nie potrafi podać własnego efektu, nie jest polityką, tylko deklaracją światopoglądową — i akurat tę wpisano do przepisu obowiązującego 36 tys. placówek.

Kotlet schabowy z ziemniakami i surówką na talerzu stołówkowym. Porcja mięsa ma się pojawiać dwa razy w tygodniu i musi pochodzić z mięsa świeżego. Fot. Marycha80 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Kotlet schabowy z ziemniakami i surówką na talerzu stołówkowym. Porcja mięsa ma się pojawiać dwa razy w tygodniu i musi pochodzić z mięsa świeżego. Fot. Marycha80 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Skąd wziął się ślad węglowy na dziecięcym talerzu

Pomysł nie urodził się w Warszawie. Nazwa „dieta planetarna” pochodzi z prac komisji EAT-Lancet, wspólnego przedsięwzięcia norweskiej fundacji EAT i tygodnika „The Lancet”, którego druga odsłona ukazała się 3 października 2025 r. Proponowany tam wzorzec żywienia dopuszcza 15 g czerwonego mięsa dziennie, czyli mniej więcej jedną porcję tygodniowo, podczas gdy dzisiejsze średnie spożycie wynosi około 52 g. Cel jest otwarcie środowiskowy, bo autorzy liczą na ograniczenie produkcji mięsa przeżuwaczy o 33 proc. i spadek emisji rolnictwa o 15 proc.

Ten sam tygodnik wydał osobny zestaw prac poświęconych wyłącznie posiłkom szkolnym. Wynika z nich, że gdyby do 2030 r. każde dziecko na świecie dostawało w szkole posiłek „zdrowy i zrównoważony”, środowiskowy wpływ żywności zmalałby o połowę. To w tym miejscu szkolny obiad przestaje być obiadem, a zaczyna być narzędziem polityki klimatycznej.

Trzecim elementem układanki jest unijna strategia „Od pola do stołu”, przyjęta w 2020 r. jako część Zielonego Ładu, na którą materiał resortu powołuje się wprost. Czwartym są organizacje, które o polski przepis zabiegały i po jego ogłoszeniu ogłosiły sukces, z fundacją ProVeg na czele.

Wszystkie te dokumenty operują na modelu całego świata. Do rozporządzenia obowiązującego w polskich szkołach trafiła z nich sama konkluzja, bez przełożenia na krajowe realia i bez pytania, czy stołówka jest właściwym miejscem, żeby taki model wdrażać.

Klimatu nie ratuje się na szkolnym talerzu

Warto zestawić skalę zjawisk. Krajowa inwentaryzacja KOBiZE za 2022 r. mówi o 380,51 mln ton CO2e wyemitowanych w Polsce w ciągu roku. Sama Elektrownia Bełchatów wypuszcza do atmosfery około 100 tys. ton dwutlenku węgla na dobę i w 2023 r. wyemitowała 37,6 mln ton, najwięcej ze wszystkich elektrowni w Europie.

To tam, w energetyce, transporcie i przemyśle, rozstrzyga się polski bilans emisji. Decyzje w tych sektorach są trudne, drogie i politycznie kosztowne, bo dotyczą kopalń, elektrowni, cen prądu i miejsc pracy. Zmiana jadłospisu w stołówce nie kosztuje rządzących nic. Nie wymaga inwestycji, nie wywoła strajku i nie pojawi się w rachunku za energię. Wymaga tylko, żeby ktoś inny — w tym wypadku dziecko, jego rodzice i intendentka — zrobił coś inaczej.

Na tym polega problem z tym sposobem walki o klimat. Jest tani dla tego, kto go ogłasza, i uciążliwy dla tego, kogo dotyczy. Daje poczucie działania bez konieczności zmierzenia się z sektorami, które faktycznie emitują. A ponieważ efektu nikt nie policzył, nie da się nawet sprawdzić, czy było warto.

Danie z soczewicy. Co najmniej raz w tygodniu obiad ma być przygotowany na bazie nasion roślin strączkowych, bez dodatku produktów odzwierzęcych. Fot. Whoisjohngalt / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Danie z soczewicy. Co najmniej raz w tygodniu obiad ma być przygotowany na bazie nasion roślin strączkowych, bez dodatku produktów odzwierzęcych. Fot. Whoisjohngalt / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Trzy powody, dla których nawet ten gest może nie zadziałać

Pierwszym jest kosz. Z badań Green Rev Institute i koalicji Future Food 4 Climate wynika, że około połowa jedzenia z polskich stołówek trafia do śmieci, a jedna trzecia uczniów nie zjada całej porcji. Przeciętny uczeń zostawia dziennie 25 g jedzenia, w skali roku ponad osiem kilogramów, najczęściej ziemniaki, pieczywo, owoce i warzywa. Wyrzucony obiad obciąża środowisko dokładnie tak samo jak zjedzony, tylko nikomu się nie przydał. Jeśli danie ze strączków będzie lądowało w koszu częściej niż kotlet, cała rzecz obróci się przeciwko własnemu celowi.

Drugim powodem jest kolacja. Dziecko, które nie zjadło obiadu w szkole, zje coś w domu, a jeśli będą to parówki, nic nie zostało ograniczone, tylko przesunięte ze stołówki do domowej kuchni. Model globalny tego nie widzi, bo zakłada, że posiłek szkolny zastępuje inny posiłek, podczas gdy w praktyce często go tylko poprzedza.

Trzeci powód jest najbardziej prozaiczny. W Systemie Informacji Oświatowej posiadania stołówki nie wykazało 8371 szkół podstawowych, czyli 58 proc. wszystkich, oraz 10 686 szkół ponadpodstawowych, czyli 97 proc. Przepis reguluje środowiskowy wymiar posiłku w placówkach, z których większość żadnego posiłku nie gotuje.

Po drugiej stronie rachunku stoi dziecko

Gdyby ta regulacja nic nie kosztowała, można by ją potraktować jako nieszkodliwy gest. Rzecz w tym, że kosztuje, i to nie tego, kto ją ogłosił.

W sierpniu 2025 r. Komitet Żywienia ESPGHAN, europejskiego towarzystwa gastroenterologii i żywienia dzieci, ogłosił stanowisko oparte na systematycznym przeglądzie piśmiennictwa, obejmujące dane o mniej więcej 1500 dzieciach na diecie wegańskiej („Journal of Pediatric Gastroenterology and Nutrition”, t. 81, nr 5). W podsumowaniu nowych ustaleń znalazło się zdanie, którego trudno nie zauważyć:

Nie ma udowodnionych korzyści zdrowotnych diety wegańskiej w dzieciństwie.

Wcześniejsze stanowisko tego samego komitetu z 2017 r. mówiło wprost, że dziecko rozszerzające dietę powinno dostawać produkty bogate w żelazo, w tym mięso.

Uczciwość każe dodać, że ESPGHAN stwierdza również brak istotnych różnic we wzroście i BMI w większości badań, a całość dowodów uznaje za niekonkluzywne. Za to warunki, jakie stawia, są bardzo konkretne i obejmują stały nadzór pediatry, regularne konsultacje dietetyka, suplementację witaminy B12 oraz monitorowanie żelaza, wapnia i witaminy D.

Polskie dane pochodzą z badania Małgorzaty Desmond i współpracowników, opublikowanego w „American Journal of Clinical Nutrition”, które objęło 187 dzieci w wieku od pięciu do dziesięciu lat: 52 wegan, 63 wegetarian i 72 dopasowanych rówieśników jedzących mięso. U dzieci wegańskich wyczerpane zapasy żelaza stwierdzono w 30,2 proc. przypadków wobec 12,8 proc. w grupie porównawczej, łagodną niedokrwistość u 6 proc. wobec zera, a prawdopodobny niedobór witaminy B12 u 13 proc. wobec 3 proc. Zawartość mineralna kości w odcinku lędźwiowym była u nich niższa o 5,6 proc. Czeskie badanie z tej samej serii wykazało niedobór jodu u 41,9 proc. dzieci wegańskich wobec 19,6 proc. jedzących wszystko.

Obraz nie jest jednostronny. Metaanaliza z 2025 r. w „Critical Reviews in Food Science and Nutrition”, która objęła 59 badań i 48 626 uczestników, pokazuje u dzieci na dietach roślinnych lepszy profil lipidowy i mniej tkanki tłuszczowej, ale zarazem niższą masę kostną, częstsze niedobory żelaza i witaminy B12 oraz niższy wzrost w grupie wegan.

Sedno sporu leży w przyswajalności. Żelazo hemowe z mięsa wchłania się wielokrotnie lepiej niż żelazo z fasoli, a obecne w daniach strączkowych fityniany i polifenole dodatkowo to wchłanianie blokują. Witamina B12 nie występuje w roślinach w formie przyswajalnej dla człowieka, a DHA, z którego zbudowane są błony neuronów i siatkówki, pochodzi z ryb i produktów zwierzęcych. Podobnie jest z jodem, wapniem, selenem i witaminą A.

Fasolka po bretońsku. Strączki mają być podstawą obowiązkowego dania bezmięsnego oraz alternatywą dla porcji mięsa i ryby. Fot. Abraham / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Fasolka po bretońsku. Strączki mają być podstawą obowiązkowego dania bezmięsnego oraz alternatywą dla porcji mięsa i ryby. Fot. Abraham / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Czego rozporządzenie nie dołożyło

Jedno zabezpieczenie w przepisie jest i trzeba to odnotować. Napoje roślinne dopuszczone do szkół muszą być wzbogacone co najmniej w wapń i witaminę B12, co wynika z § 1 ust. 1 pkt 7.

Poza tym nie ma nic. Rozporządzenie nie wymaga suplementacji, nie nakazuje monitorowania stanu odżywienia dziecka, dla którego rodzic zamówił wyłącznie warianty roślinne, i nie przewiduje żadnego kontaktu z dietetykiem. Żelazo, jod, DHA i witamina A zostają poza systemem, a więc dokładnie te składniki, których pilnowania wymaga ESPGHAN.

Powstaje z tego wymiana, której nikt nigdzie nie zapisał. Po jednej stronie jest wymierne ryzyko żywieniowe dziecka, po drugiej korzyść środowiskowa, której rozmiaru nie podał żaden dokument.

Szklanka mleka. Obie dzienne porcje mleka lub produktów mlecznych wolno zastąpić napojami roślinnymi, jeśli są wzbogacone w wapń i witaminę B12. Fot. PotatoCow25 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Szklanka mleka. Obie dzienne porcje mleka lub produktów mlecznych wolno zastąpić napojami roślinnymi, jeśli są wzbogacone w wapń i witaminę B12. Fot. PotatoCow25 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Część rodziców po prostu zrezygnuje

Obiad w szkolnej stołówce nie jest obowiązkowy. To usługa, za którą rodzic płaci od kilku do kilkunastu złotych dziennie i z której rezygnuje się przez niezapłacenie za kolejny miesiąc, bez wniosku, protestu i podawania powodów.

Nastroje już to zapowiadają. W badaniu Food Research Institute wprowadzenie co najmniej jednego posiłku roślinnego w tygodniu ocenia pozytywnie 38 proc. ogółu badanych, ale wśród samych rodziców już tylko 30 proc. Osiem punktów procentowych różnicy to nie szum statystyczny, tylko sygnał od grupy, która płaci rachunek. Dyrektorka jednej z małopolskich szkół podstawowych podsumowała rzecz w rozmowie z „Do Rzeczy” jednym zdaniem: „Nie wróżę nowym zasadom powodzenia”. Jej argument nie jest światopoglądowy, lecz obserwacyjny, bo dzieci wybierają drób i pierogi, a warzywa oddają.

I to jest prawdziwy koszt tej regulacji. Nie taki, że dzieci zachorują na krzywicę, tylko taki, że stołówka straci część rodzin. A szkolna stołówka bywa w polskich warunkach jedynym miejscem, w którym dziecko z domu, gdzie nikt nie gotuje, dostaje ciepły posiłek z warzywami. Jeśli reforma ogłoszona w imię klimatu wypchnie z niej choćby kilka procent rodzin, przegra na obu polach naraz.

Bo klimat wygrywa się na kopalniach, w elektrowniach i w transporcie, a nie na talerzu dziecka, które ma przed sobą piętnaście minut przerwy obiadowej. Przesuwanie tego ciężaru na siedmiolatka jest wygodne dla urzędu i trudne do obrony wobec rodzica. Zwłaszcza gdy nikt nie potrafi powiedzieć, ile z tego wyniknie.

Źródła: Dz. U. z 2026 r. poz. 197 — rozporządzenie MZ z 16 lutego 2026 r., materiał „Podstawy założeń do nowego rozporządzenia”, gov.pl, komunikat Ministerstwa Zdrowia, komisja EAT-Lancet 2025, KOBiZE — krajowa inwentaryzacja emisji, OKO.press o emisjach Elektrowni Bełchatów, ESPGHAN, „Vegan diet and nutritional status in infants, children and adolescents”, JPGN 2025, Desmond i in., American Journal of Clinical Nutrition, metaanaliza w Critical Reviews in Food Science and Nutrition, 2025, „Do Rzeczy” o reakcjach szkół, rp.pl o marnowaniu jedzenia w stołówkach

Lewacka ofensywa na szkołę. Czy to jeszcze nasze dzieci czy już dzieci państwowe?

Lewacka ofensywa na szkołę.

Czy to jeszcze nasze dzieci

czy już dzieci państwowe?

1 września 2026 Paweł Chmielewski pch24/lewacka-ofensywa-na-szkole-czy-to-jeszcze-nasze-dzieci-czy-juz-dzieci-panstwowe

Nowacka-neomarksizm_portal.jpg
PCh24TV

Barbara Nowacka kontynuuje realizację unijnego planu objęcia wszystkich polskich uczniów ideologiczną propagandą w obszarze seksualności. Jej wielkim sojusznikiem jest nowe „osiągnięcie” rządu Donalda Tuska, czyli transkrypcja pseudo-małżeństw jednopłciowych.

Od 1 września obowiązkowym przedmiotem w polskiej szkole stała się edukacja zdrowotna. Wynalazek Barbary Nowackiej został tym razem rozbity na dwie części. Przymusowa dla wszystkich jest partia większościowa, która obejmuje szeroko pojętą tematykę zdrowotną czy związaną z bezpieczeństwem.

Teoretycznie dobrowolna jest partia mniejsza, dotycząca seksualności. To efekt naprawdę znaczącego oporu społecznego, który wybuchł w 2025 roku. Początkowo Barbara Nowacka chciała wprowadzić do szkół jednolitą, obowiązkową edukację zdrowotną. Przeciwko temu zaprotestowało wiele środowisk – przede wszystkim rodzice, wsparci jednak również przez biskupów, licznych nauczycieli i część polityków. Powód tego oporu był bardzo prosty.

Propaganda antropologicznej rozpusty

Edukacja zdrowotna w tych miejscach, w których opowiada o związkach między ludźmi oraz o seksualności, odwołuje się do antropologii progresywnej. Nie ma tu miejsca dla Boga; małżeństwo nie jest uprzywilejowane; poczęcie nie jest naturalnym elementem aktu seksualnego. Związki i seksualność zostają sprowadzone do roli funkcjonalnego narzędzia, stają się sposobem maksymalizacji przyjemności i zadowolenia z życia. W tej perspektywie możliwa staje się aprobata rozwodów, wolnych związków, antykoncepcji, homoseksualizmu czy nawet aborcji.

Narracja, którą zamieszczono w edukacji zdrowotnej, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową – stanowi raczej świadome odcięcie się od antropologii katolickiej na rzecz antropologii świeckiej i liberalnej.

Właśnie dlatego tylu ludzi protestowało przeciwko koncepcji narzucenia edukacji zdrowotnej wszystkim, bez możliwości rezygnacji z zajęć. Barbara Nowacka zrobiła krok wstecz. W ubiegłym roku szkolnym edukacja zdrowotna pojawiła się w szkołach i domyślnie zostali nią objęci wszyscy uczniowie. Można było jednak wypisać się z zajęć, składając specjalną deklarację.

Skuteczna taktyka Nowackiej

W ten sposób Nowacka zrealizowała swój pierwotny cel, wprowadzając do szkół edukację zdrowotną z komponentem liberalnej seksualności, uspokajając zarazem protesty. W tym roku następuje intensyfikacja ministerialnego nacisku na uczniów. Niestety, taktyka Nowackiej okazała się skuteczna, bo reakcje krytyczne ograniczyły się tym razem do dość nielicznych manifestacji czy dyskusji w mediach. Zabrakło większego poruszenia społecznego, które pozwoliło zatrzymać plany rządowe poprzednim razem.

Na czym polega sukces Nowackiej? Po pierwsze, edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem groźnym wyłącznie w swoim komponencie stricte seksualnym, a więc tym, który jest dziś nieobowiązkowy. Elementy progresywnego światopoglądu w odniesieniu do związków i seksualności są rozsiane również w innych partiach tego przedmiotu. Sztandarowym przykładem jest zagadnienie depresji, które proponuje się ilustrować… depresję poporodową. Analogicznych zabiegów jest więcej. Uczeń, o ile tylko natrafi na liberalnego nauczyciela, może zostać skonfrontowany z ideologicznymi treściami nawet wtedy, jeżeli decyzją rodziców zostanie wypisany z części nieobowiązkowej.

Drugi problem polega na kształcie tej nieobowiązkowości. Tak jak w poprzednim roku szkolnym, z komponentu dotyczącego edukacji seksualnej trzeba się aktywnie wypisać – domyślnie każdy uczeń jest objęty tym komponentem, jako normalną częścią całości edukacji zdrowotnej. Można zakładać, że pewna część rodziców nie zachowa wystarczającej czujności i nie złoży formularza, co zwiększy zasięg oddziaływania propagandy progresywnej krzewionej przez rząd. Brak większych protestów sprawił, że ministerstwo nie czuło się zobowiązane by w jakiś sposób ułatwić wypisanie się z przedmiotu. Jest bardzo możliwe, że w ubiegłym roku wielu uczniów chciało rezygnować z edukacji zdrowotnej, bo zyskiwali wtedy godzinę wolną. Teraz wypisanie się już nic im nie da – nie otrzymają wolnego czasu.

Lewacki unijny taran idzie dalej

Prawdopodobny wzrost liczby uczniów uczestniczących w całości edukacji zdrowotnej i przyzwyczajenie społeczeństwa do obecności tego przedmiotu ma swój oczywisty skutek: jeżeli tylko obecna koalicja rządząca zachowa władzę, to będzie próbowała objąć wszystkich uczniów obowiązkiem uczestnictwa w całym przedmiocie – i może jej się to udać. Nawet jeżeli w kraju wybuchną spore protesty, to można zakładać, że z powodu przyzwyczajenia do nowego przedmiotu nie będą mieć już takiej siły, by faktycznie zmusić rządu do zmiany decyzji. Dlatego jedynym możliwym scenariuszem przeciwdziałania planom Nowackiej, obok protestów prowadzonych ze świadomością granic ich skuteczności, jest działanie na rzecz odsunięcia lewicowego rządu od władzy i naprawa systemu edukacji po osiągnięciu takiego rezultatu.

Barbara Nowacka dąży konsekwentnie do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, bo w ten sposób realizuje unijne wytyczne. Unia Europejska rozwija wspólny projekt edukacyjny, znany jako Europejski Obszar Gospodarczy. Jego celem jest częściowe ujednolicenie sposobu nauczania dzieci we wszystkich państwach członkowskich, co zakłada głęboką ideologizację szkoły – również w aspekcie seksualności. Oficjalny światopogląd unijny jest przecież skrajnie sekularystyczny – nie zna Boga ani prawa naturalnego. Z perspektywy wiodących socjotechników brukselskich, ludzkie związki można rozumieć wyłącznie hedonistycznie, a takie metody jak antykoncepcja czy nawet zabijanie dzieci poczętych są zupełnie zwykłą formą regulacji poczęć, ba, więcej – są „prawem” człowieka. Obecny lewicowy rząd Polski przyjmuje wyższość unijnego prawa, dlatego jest gotów pogwałcić konstytucyjne gwarancje dotyczące swobody rodziców w wychowywaniu dzieci. Polska ustawa zasadnicza uchodzi za drugorzędny dokument wobec woli przywódców Unii Europejskiej.

Homozwiązki jako prezent dla Nowackiej

Tak samo dzieje się w przypadku transkrypcji aktów „małżeńskich” zwieranych przez pary jednopłciowe poza granicami Polski. W listopadzie 2025 roku Trybunał „Sprawiedliwości” Unii Europejskiej orzekł, że wszystkie kraje członkowskie mają obowiązek wpisywać do swojego systemu prawnego takie akty. W marcu tego roku za wiążący uznał ten werdykt Naczelny Sąd Administracyjny. Już w maju w Warszawie dokonano pierwszej transkrypcji takiego aktu. Symbolicznie: chodziło o związek zawarty przez dwóch mężczyzn w Berlinie. Rafał Trzaskowski, autoryzując ich homoseksualne „małżeństwo”, w oczywisty sposób pogwałcił polską konstytucję, przyjmując nadrzędność de facto niemieckiego prawa.

Później analogicznych transkrypcji dokonano także w wielu innych urzędach stanu cywilnego w różnych miejscach kraju. Od niedzieli 23 sierpnia funkcjonuje jako legalne rozporządzenie ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, które przewiduje nową formułę transkrypcji; rząd oczekuje, że wszystkie samorządy będą dokonywać takich aktów, jak Trzaskowski. Jeszcze w sierpniu zrobiono to między innymi w Gdańsku. W ten sposób w polskim systemie prawnym, wbrew konstytucji, pojawiły się homozwiązki.

To ma swoje znaczenie również dla systemu edukacji. Przecież w ramach edukacji zdrowotnej uczy się dzieci o tym, jak wyglądają związki intymne między ludźmi. Jeszcze do niedawna od strony formalnej takie związki były tylko jednego rodzaju: małżeństwo między mężczyzną a kobietą. W roku szkolnym 2026/2027 sytuacja jest już inna. Nauczyciel może poinformować dzieci, że nad Wisłą żyją i współżyją ze sobą również pary jednopłciowe, ciesząc się prawną ochroną rządu Donalda Tuska; a co za tym idzie, że homoseksualność jest rzeczą zupełnie normalną, a może nawet godną pochwały. Nie wiem, czy koordynacja działań Nowackiej i Gawkowskiego jest przypadkowa, czy celowa – ale w każdym przypadku skutki są dokładnie te same. Wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej w progresywnym ujęciu, wespół z pseudo-legalizacją zawartych za granicą homozwiązków, konstytuuje potężny wyłom w ciągłości cywilizacyjnej Polski. Po tysiącu lat już nie doktryna chrześcijańska, ale rewolucyjna ideologia dyktuje rozumienie małżeństwa i seksualności. Nawet jeżeli żyjemy dziś w wolnym kraju, to pod względem poszanowania dla prawa naturalnego w tym obszarze sytuacja jest gorsza niż w okresie okupacji sowieckiej. Nie jest to zaskakujące, jako że unijna ideologia, której hołduje Barbara Nowacka, wyrasta z rewolucyjnego ducha, który zrodził również marksizm; niemniej rozpoznanie tego stanu rzeczy powinno mobilizować Polaków do intensywnego przeciwdziałania.

Potrzeba słusznego gniewu

To, co można zrobić w rozpoczynającym się roku szkolnym, to przede wszystkim bardzo konsekwentne wypisywanie dzieci z komponentu seksualnego edukacji zdrowotnej. Kto tylko może, niech informuje o tym innych rodziców i zachęca ich do podjęcia odpowiednich kroków. Potrzebne są też nowe protesty, wyraziste i szeroko zakrojone, podobne do tych, które przeszły przez Polskę w 2025 roku. Nie chodzi nawet o to, by „pokazać Nowackiej”, co myślą o niej konserwatywni Polacy, bo przecież Nowacka dobrze to wie; chodzi o to, by uświadomić bliźnim skalę problemu i zmaksymalizować słuszny gniew, tak, by wyborcza odpowiedź na haniebne postępowanie obecnej władzy była w 2027 roku jeszcze silniejsza, torując drogę do władzy prawicowym formacjom. Czy te formacje będą skłonne do wypalenia gorącym żelazem ideologicznego zepsucia prawa, które wprowadził obecny rząd – to już problem osobny, zależny w dużej mierze od konkretnego składu takiego hipotetycznego rządu.

Paweł Chmielewski

Dieta planetarna wchodzi do szkół

Dieta planetarna wchodzi do szkół.

„Mój syn tego nie będzie chciał jeść”

Marianna Lach, 25 sierpnia 2026, medonet/dieta-planetarna-w-szkolnych-stolowkach-nowe-rozporzadzenie-wzbudza-emocje/

Więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, mniej mięsa — od 1 września w szkołach i przedszkolach będzie obowiązywać tzw. rozporządzenie sklepikowe. — Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, skusi się na pizzę, coś na słodko, ale nie na warzywa — żali się w rozmowie z Medonetem jego mama Ala.

Dieta planetarna zawita od 1 września do szkolnych stołówek.

Nowe przepisy zakładają m.in. ograniczenie częstotliwości podawania w ramach obiadu potraw mięsnych do dwóch razy w tygodniu, przygotowywanie zup na wywarach warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu, uwzględnianie w obiedzie co najmniej raz w tygodniu potrawy na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych oraz — jeśli to możliwe — wykorzystywanie produktów pochodzenia lokalnego lub ekologicznego.

Nowe rozporządzenie wskazuje również jednoznacznie pełnoziarniste produkty zbożowe jako pożądane składniki przedszkolnych i szkolnych posiłków.

Dieta planetarna. O co tu chodzi?

Nowe przepisy kładą większy nacisk na realizację w żywieniu przedszkolnym i w stołówce szkolnej zasad tzw. diety planetarnej, modelu żywienia łączącego troskę o zdrowie i środowisko.

Podkreślają większy udział w tym żywieniu produktów pochodzenia roślinnego — warzyw, owoców, nasion roślin strączkowych, pełnoziarnistych produktów zbożowych, a także roślinnych alternatyw dla wyrobów mlecznych, wzbogaconych co najmniej w wapń i witaminę B12 oraz spełniających określone kryteria dotyczące zawartości cukrów, tłuszczu i soli.

Dyrektor szkoły: muszę kupić więcej pojemników na odpadki

— Doskonałe pomysły ma nasz resort zdrowia — kwituje dyrektor jednej z małopolskich gminnych szkół podstawowych, chcący zachować anonimowość. Na gwałt wysyła kucharki i intendentkę na szkolenia. — To chyba my w szkołach najlepiej wiemy, jak żywić dzieci w stołówkach, bo robimy to od lat. Nie wróżę nowym zasadom powodzenia, a sam muszę kupić więcej pojemników na odpadki, bo dzieci będą wyrzucać jeszcze więcej jedzenia — dodaje.

Jego zdaniem dzieci korzystające ze stołówki są wybredne — to raczej „niejadki”. Zupy wylewają do podstawionych pojemników, chyba że to rosół albo pieczarkowa. Grochowa nie ma szans na zjedzenie, podobnie kapuśniak.

Drugie dania? Mimo że nauczycielka albo opiekun świetlicy pilnują, maluchy potrafią zakopać surówkę pod ziemniakami i też ją wyrzucić. Z chęcią jedzą tylko drób (w różnych postaciach, choć najbardziej w formie kotletów), pierogi z mięsem albo owocami, naleśniki. Tarta marchew? Ogórek kiszony? Sałatka typu „coleslaw”? Do wiadra.

— W naszej szkole staramy się, aby posiłki były dostosowane do preferencji dzieciaków, żeby zjadały cały dwudaniowy obiad. Jeśli ktoś mięsa nie je, jest na coś uczulony albo choruje i wymaga innego żywienia, ma przygotowaną stosowną dietę. Wszystko jest obliczane — gramatura, kaloryczność, udział procentowy białka, tłuszczy; cyklicznie bada to też nasz sanepid. Nie wiem i nie rozumiem, po co to jeszcze bardziej regulować. Te dzieci, którym przepisy mają pomóc zdrowiej się odżywiać, zeszczupleć, i tak po szkole idą do sklepu, kupują pączki i colę — uważa dyrektor.

„Muszę sprawdzać, na co wydaje kieszonkowe”

Potwierdza to Magda Wróbel z Katowic, która ma 10-letnią córkę z nadwagą. Akurat ona jest entuzjastką zmian. — Bardzo się cieszę, że będą zmiany w szkolnych stołówkach i sklepikach jedzenie będzie zdrowsze, mniej tłuste i mniej słodsze. — To kolejny punkt na mojej drodze wyprowadzania córki z nadwagi — mówi Medonetowi Magda.

Jak dodaje, w domu może kontrolować to, co córka je, poza domem już nie do końca. — Zostaje mi kwestia sprawdzania, na co wydała kieszonkowe, a skoro w sklepiku nie kupi już croissanta z czekoladą ani słodzonego napoju, to tym lepiej. No i jeszcze będzie edukacja zdrowotna. Może w trakcie zajęć córka w końcu nauczy się, co jest dla niej niezdrowe.

Co będzie można kupić w sklepiku szkolnym?

Nowe przepisy, które wejdą w życie 1 września 2026 r., obejmą przedszkola, szkoły i inne jednostki systemu oświaty prowadzące żywienie dzieci i młodzieży oraz sprzedaż żywności na swoim terenie.

Dzieci nadal będą mogły korzystać ze sklepików szkolnych i stołówek. Zmiany dotyczą oferty dostępnej na terenie szkoły lub przedszkola. Zmieni się asortyment oferowany uczniom.

W katalogu znajdują się m.in.: pieczywo, pieczywo pół-cukiernicze i cukiernicze, kanapki, sałatki i surówki, mleko i produkty mleczne, napoje roślinne i alternatywy produktów mlecznych, produkty zbożowe (w tym śniadaniowe), warzywa, owoce, suszone warzywa i owoce, orzechy i nasiona bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, soki, przeciery i musy bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, koktajle na bazie mleka lub napojów roślinnych bez dodatku cukrów i substancji słodzących, naturalna woda mineralna, woda źródlana i stołowa, napoje przygotowywane na miejscu z ograniczoną ilością cukrów dodanych, inne napoje bez dodatku cukrów i substancji słodzących, bezcukrowe gumy do żucia, gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao. Wśród zaleceń jest też nieodpłatne udostępnienie wody do picia.

— Takie dystrybutory z wodą mamy od kilku lat na każdym z pięter szkoły, bo wiosną i przed wakacjami bywa gorąco — dopowiada cytowany wcześniej dyrektor.

Nieco inaczej do tematu podchodzi Ala, mieszkanka Wojnarowic. Do podstawówki uczęszcza jej 12-letni syn Kuba. W poprzednich latach korzystał ze stołówki.

— Doskonale znam nawyki żywieniowe własnego dziecka. A teraz się dowiaduję o tym, że na szkolnej stołówce posiłki będą według jakiejś roślinnej diety. Nie wiem, co mam robić, bo Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, pokusi się na pizzę, coś na słodko — owszem, pierogi, kopytka, spaghetti, a nie znosi fasolki, grochu, ogórków, warzywa to nie jest jego bajka, niestety. Ale tak ma chyba większość dzieci w jego wieku. Pracuję, nie mogę gotować w domu i dlatego nie jestem w stanie zrezygnować ze stołówki. A teraz takie zaskoczenie. Mam nadzieję, że nie będzie chodził głodny — żali się Medonetowi.

Rodzice nie wiedzą, pozytywna ocena od 30 proc.

Choć zapisy rozporządzenia konsultowano już od miesięcy i weszły w życie w lutym br., nadal wielu rodziców nie wie, że zmiany wejdą już 1 września (szkoły dostały trochę czasu na wdrożenie nowych zasad).

Potwierdza to badanie, zrealizowane przez Food Research Institute w ramach Barometru Rolniczego — wspólnej inicjatywy Food Research Institute oraz Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna: tylko 39 proc. Polaków wie o zmianach w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które zakładają zapewnienie co najmniej raz w tygodniu pełnowartościowego posiłku przygotowanego wyłącznie z produktów roślinnych. Wśród rodziców dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym świadomość zmian jest wyższa — wie o nich 55 proc. badanych. To wciąż mało.

Ponadto rodzice są mniej entuzjastycznie nastawieni do posiłków roślinnych niż ogół badanych. Wprowadzenie co najmniej jednego takiego posiłku tygodniowo jako zdecydowanie pozytywne ocenia 38 proc. wszystkich respondentów, natomiast wśród rodziców odsetek ten jest o osiem pkt proc. niższy i wynosi 30 proc.

Co pokazało badanie opinii publicznej?

Niemal połowa rodziców uważa, że w pełni roślinne posiłki powinny pojawiać się w szkołach i przedszkolach tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Pokazuje to, że choć sama idea jest akceptowana, większy udział posiłków roślinnych w jadłospisie może spotkać się z mniejszym poparciem.

Tylko 52 proc. rodziców wskazuje sposób żywienia jako główny element kształtujący zdrowie dziecka. W całej badanej populacji uważa tak 56 proc. respondentów. Oznacza to, że niemal połowa rodziców nie wskazuje żywienia jako jednego z podstawowych czynników zdrowego rozwoju dziecka.

Wyniki wskazują, że sama zmiana jadłospisów w placówkach może nie wystarczyć do trwałej zmiany nawyków żywieniowych dzieci. Kluczowe znaczenie może mieć spójność między tym, czego dzieci uczą się i co jedzą w szkole lub przedszkolu, a sposobem żywienia w domu. (Źródło: Food Research Institute / Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna).

— Jeżeli stworzymy dzieciom takie środowisko, w którym zdrowy wybór będzie łatwiejszy, to zyskamy większą szansę, że po niego sięgną — mówi cytowana przez Agencję Newseria dr n. med. Anna Liber, pediatra, gastroenterolog, kierownik Zakładu Żywienia w Instytucie Matki i Dziecka.

„Pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze”

— Dla mnie nowe zasady żywienia w szkole nie mają większego znaczenia. Kuchnia w szkole mojego syna jest tak koszmarna, że od razu nastawiam się na to, że będzie jadł drugi (a właściwie pierwszy) obiad w domu. Jeśli zje coś w szkole — super, ale wolę być przygotowana i mieć pewność, że dostanie pełnowartościowy i lubiany przez siebie posiłek — przyznaje w rozmowie z Medonetem Dorota z Krakowa, mama 7-letniego Antosia, który zaczyna właśnie nowy rozdział o nazwie „szkoła”.

Będzie uczęszczał do szkolnej stołówki, którą Dorota zna z opowieści innych rodziców z okolicy.

— Jestem całym sercem za wprowadzeniem do szkolnych kuchni większej ilości warzyw i potraw roślinnych, ale to nie produkty są problemem, a sposób ich przyrządzenia i podania. Niestety, w naszej szkole nawet uwielbiane zwykle przez dzieci pierogi ruskie czy naleśniki z serem są niezjadliwe; trudno więc oczekiwać, że danie roślinne i pełnoziarniste zyska aprobatę wybrednego małego podniebienia. Krótko mówiąc: pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze — podsumowuje.

Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej

Kaszotto z zieloną soczewicą, pieczarkami i marchewką (przepis na 10 porcji)

Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej, przepis na 10 porcji.

Składniki:

  • kasza jęczmienna perłowa, sucha — 300 g
  • zielona soczewica, sucha — 200 g
  • brokuły — 300 g
  • pieczarki — 300 g
  • marchew — 200 g
  • przecier pomidorowy — 100 g
  • nasiona słonecznika — 50 g
  • oliwa z oliwek lub olej rzepakowy — 50 g
  • przyprawy: pieprz mielony, zioła prowansalskie — wedle uznania, sól w ilości ograniczonej do niezbędnego minimum
  • natka pietruszki — 50 g

Sposób przygotowania: [—- md]

Najważniejsze zmiany w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które wypunktowała Państwowa Inspekcja Sanitarna, to m.in.:

  • zwiększony udział warzyw, owoców i produktów pochodzenia roślinnego w codziennych posiłkach;
  • Promowanie zasad diety planetarnej
  • ograniczenie ilości dodawanych cukrów w napojach przygotowywanych na miejscu;
  • częstsze wykorzystanie produktów pełnoziarnistych;
  • wprowadzenie obowiązkowej potrawy roślinnej w ramach obiadu raz w tygodniu;
  • uwzględnianie potrzeb osób, które nie spożywają produktów odzwierzęcych;
  • przygotowywanie zup na bazie wywarów warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu;
  • preferowanie wody jako podstawowego napoju podawanego dzieciom i młodzieży;
  • zachęcanie do wykorzystywania produktów lokalnych lub ekologicznych, jeśli jest to możliwe.

Nowe zasady mają promować zdrowsze i bardziej zrównoważone żywienie dzieci. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy szkolne jadłospisy zmienią codzienne wybory uczniów, jeśli ich preferencje i nawyki kształtują się przede wszystkim w domu? To właśnie od tej spójności, jak wskazują eksperci, zależy powodzenie reformy.

Źródło:Medonet

============================

mail:

Dzieci w szkołach docelowo maja być żywione bezmięsnie !!!???

Bo przecież planeta plonie… banda lobuzow!

Jak Lockheed Martin, Raytheon i BAE Systems używają nauczania przedmiotów ścisłych do propagowania wśród dzieci poparcia dla wojny

Jak Lockheed Martin, Raytheon i BAE Systems używają nauczania przedmiotów ścisłych do propagowania wśród dzieci poparcia dla wojny

Date: 8 agosto 2026Author: Uczta Baltazara babylonianempire/jak-lockheed-martin-raytheon-i-bae-systems-uzywaja-nauczania-przedmiotow-scislych-do-propagowania-wsrod-dzieci-poparcia-dla-wojny

Raytheon sponsoruje organizację Girl Scouts of America. BAE Systems czyta waszym maluchom ich ulubione bajki. A Lockheed Martin finansuje konkursy matematyczne oraz te poświęcone naukom ścisłym i technicznym (tzw. STEM – Science, Technology, Engineering, Mathematics) dla dzieci. Odbywa się to z wielką pompą, rzekomo po to, by zmotywować dzieci i zainspirować je do rozwijania pasji do nauki. W rzeczywistości jednak firmy te próbują wyczyścić swój wizerunek i zwerbować kolejne pokolenie, by stało się trybikami w kompleksie militarno-przemysłowym.

Tymczasem produkty tych instytucji są wykorzystywane na całym świecie przez Stany Zjednoczone i Izrael do popełniania zbrodni wojennych – w Iranie, Jemenie, Palestynie i nie tylko – wymierzonych w dzieci.

MintPress zgłębia mroczny świat firm zbrojeniowych, które uczą dzieci, jak bombardować inne dzieci.

NORMALIZACJA WOJNY WŚRÓD DZIECI

Kiedy wielu Amerykanów myśli o firmie Raytheon (obecnie oficjalnie działającej pod nazwą RTX Corporation), nie wyobrażają sobie rakiet ani pocisków manewrujących; myślą o matematyce. Od dziesięcioleci ten drugi co do wielkości producent broni na świecie finansuje szerokie grono organizacji, których celem jest rozbudzanie zainteresowania dzieci przedmiotami z zakresu STEM.

Od 2009 roku Raytheon jest głównym sponsorem MATHCOUNTS, organizacji non-profit, która oferuje ciekawie zaprojektowane programy matematyczne dla uczniów szkół gimnazjalnych we wszystkich stanach USA, a także organizuje konkursy matematyczne mające na celu wyłonienie najzdolniejszych dzieci w Ameryce.

W roku 2005, firma Raytheon uruchomiła program MathMovesU, którego celem, jak sama twierdzi, jest „zainspirowanie uczniów szkół średnich do zainteresowania się matematyką i naukami ścisłymi”. Oprócz dostarczanych materiałów firma przeznaczyła również miliony na stypendia, dotacje i nagrody dla tysięcy uczniów, nauczycieli i wolontariuszy.

Z kolei jej objazdowa wystawa „MathAlive!” obiecuje – w dość przestarzałym stylu marketingowym – przenieść matematykę do świata ekstremalnych wrażeń („2theXtreme”). Wystawa „MathAlive!” odwiedziła również kilka krajów Azji Zachodniej, w tym Katar, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabię Saudyjską – wszystkie te państwa należą do największych nabywców technologii zbrojeniowej firmy Raytheon.

Firma od dawna współpracuje również z organizacją Girl Scouts of the United States of America (GSUSA). Na przykład w 2017 roku uruchomiła pierwszy ogólnokrajowy program informatyczny GSUSA oraz konkurs cyberbezpieczeństwa dla dziewcząt ze szkół średnich i liceów.

„Należy przyspieszyć postępy w zakresie dywersyfikacji kadry pracowniczej w dziedzinie STEM… W czasach, gdy technologia zmienia sposób, w jaki żyjemy i pracujemy, możemy – i powinniśmy – wskazać młodym kobietom jasną ścieżkę do odgrywania aktywnej roli w tej transformacji” – powiedział Thomas A. Kennedy, ówczesny dyrektor generalny Raytheon; „Dzięki wspólnym działaniom Raytheon i Girl Scouts pomogą dziewczętom zbudować pewność siebie, aby mogły postrzegać siebie jako inżynierki robotyki, analityczki danych i specjalistki ds. cyberbezpieczeństwa, które stworzą lepszą przyszłość”.

Firma Raytheon stała się również liderem projektu GSUSA pod nazwą „Think Like a Programmer” („Myśl jak programista”), który zachęca dziewczęta do zgłębiania świata sztucznej inteligencji i cyberbezpieczeństwa; opracowała też wiele odznak dotyczących programowania dostępnych dla harcerek.

GSUSA wydaje się być dumna z tej współpracy. Na swojej stronie internetowej przedstawia sylwetkę jednej z byłych harcerek, która obecnie pracuje w firmie Raytheon, jako przykład sukcesu i wzór do naśladowania. Artykuł zawiera przewodnik krok po kroku oraz listę wskazówek dla tych, którzy chcą pójść w jej ślady.

Nie jest zaskoczeniem, że firma Raytheon ściśle współpracuje w tych kwestiach również z amerykańskimi siłami zbrojnymi, tworząc cztery nowe „centra innowacji” w dziedzinie STEM we współpracy z organizacją Boys & Girls Clubs of America w stanach Michigan, Oklahoma, Kolorado oraz w Waszyngtonie – wszystkie w pobliżu baz wojskowych.

Chociaż niektórych może zaskakiwać bliskość relacji między organizacją dziecięcą a producentem broni, warto pamiętać, że ruch skautowski został pierwotnie założony przez generała porucznika Roberta Baden-Powella jako pomost prowadzący chłopców do służby wojskowej. Baden-Powell był głęboko zaniepokojony tym, że angielscy chłopcy nie będą wystarczająco sprawni fizycznie, by walczyć za swój kraj w ewentualnych przyszłych wojnach, i stworzył organizację, która miała ich do tego przygotować zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Kirsten Bayes z organizacji „Campaign Against the Arms Trade” pozostała jednak sceptyczna wobec prób firmy Raytheon mających na celu poprawę jej wizerunku oraz szkolenie kolejnego pokolenia producentów broni. „Uważamy, że dla firm zbrojeniowych nie powinno być miejsca w szkołach ani na uczelniach, a już na pewno nie powinny one współpracować z organizacjami charytatywnymi zajmującymi się edukacją dzieci” – powiedziała w rozmowie z MintPress, dodając:

„Szkoły i inne placówki edukacyjne powinny być miejscami, w których dzieci mogą się uczyć, dorastać i w pełni rozwijać swój potencjał. Nie powinny one służyć jako pole rekrutacyjne, pozwalające firmom zbrojeniowym na wybielanie ich działalności”.

LOCKHEED MARTIN

Raytheon bynajmniej nie jest jedynym gigantem zbrojeniowym, który bezpośrednio kieruje swoją ofertę do amerykańskiej młodzieży. Lockheed Martin organizuje CYBERQUEST – coroczny konkurs dla uczniów szkół średnich, który zachęca młodzież do wyboru kariery w dziedzinie wywiadu i cyberbezpieczeństwa. W roku 2026, konkurs odbył się w 11 lokalizacjach w całym kraju, a także w formie wirtualnej na całym świecie. Ten gigant zbrojeniowy oferuje programy stażowe dla uczniów szkół średnich, mające na celu przyspieszenie wejścia najzdolniejszych młodych umysłów w Ameryce na ścieżki kariery w sektorze obronnym. Każdego roku Lockheed Martin zatrudnia tysiące młodych stażystów i twierdzi, że 60% z tych kandydatów otrzymuje następnie zatrudnienie w firmie.

Sponsoruje również dni „młodych umysłów w akcji”, organizując praktyczne eksperymenty, w których dzieci mogą się bawić, w tym eksperymenty z tzw. rakietami butelkowymi i nie tylko.

Uniwersytety stanowią kluczowe źródło rekrutacji. Korporacja przeznacza ogromne kwoty na przyciąganie najlepszych talentów, m.in. organizując „Lockheed Martin Day” w kilkunastu uczelniach w całym kraju, gdzie rekruterzy firmy mają wstęp na kampusy, by zachwycić studentów pokazami wirtualnej rzeczywistości, symulatorami lotu, a nawet lądowaniem helikopterów bezpośrednio na trawnikach uczelni.

Lockheed Martin nawiązał współpracę partnerską z kilkoma czołowymi uczelniami. Na przykład darowizna w wysokości 1,5 miliona dolarów przekazana Uniwersytetowi Teksańskiemu w Arlington zaowocowała zmianą nazwy jednego z budynków na „Lockheed Martin Career Development Center”.

Firma podkreśla swoją reputację jako bezpiecznego miejsca dla kobiet i pracowników LGBT i regularnie plasuje się na listach najlepszych pracodawców jak chodzi o tzw. inkluzywność. Jedną z kobiet, której profil przedstawia sama firma, jest Haley, która jako dziewczynka marzyła o zostaniu wynalazczynią. „Jako dziecko” – piszą – „Haley nie rozstawała się z notesem, w którym szkicowała swoje pomysły i wynalazki. Na okładce napisała: »Sposób Haley na lepsze życie«. Jej najlepszy pomysł? – Samoskładająca się choinka bożonarodzeniowa, sprytnie nazwana »Merry, Bright and Boxed«, która miała usprawnić sprzątanie po świętach”. Dziś, ta dziewczynka, która marzyła o uczynieniu świata lepszym miejscem, jest inżynierem ds. pocisków oraz systemów kierowania ogniem w firmie Lockheed Martin – opracowującym broń, która pozwala sprawnie zabijać ludzi na całej planecie.

PROGRAMY KIEROWANE DO MAŁYCH DZIECI

Również firma Boeing opracowała szereg projektów skierowanych do małych dzieci. Jej program „Engineering is Elementary” jest przeznaczony dla dzieci w wieku przedszkolnym oraz uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych i – podobnie jak programy firm Raytheon i Lockheed Martin – ma na celu nakierowanie młodych umysłów na karierę w branży produkcji broni. „Boeing realizuje strategiczną inicjatywę społeczną mającą na celu zwiększenie skuteczności nauczycieli w nauczaniu matematyki i przedmiotów ścisłych oraz zachęcenie większej liczby uczniów do wyboru kariery związanej z dziedzinami STEM” – powiedział przedstawiciel firmy, dodając:

„Program »Engineering is Elementary« zapewnia nauczycielom i uczniom lepsze zrozumienie inżynierii, a wszystko to odbywa się w zabawny, interaktywny sposób. Naszym celem jest wzbudzenie zainteresowania uczniów inżynierią już w młodym wieku oraz zwiększenie liczby naukowców i inżynierów”.

Producent sprzętu lotniczego i kosmicznego BAE Systems poszedł jednak o krok dalej. Ten londyński gigant, produkujący samoloty odrzutowe, pociski, haubice i okręty wojenne, opublikował serię niezwykłych filmów, w których zarówno pracownicy firmy, jak i członkowie brytyjskich sił zbrojnych czytają dzieciom klasyczne bajki. Wśród nich znalazły się: „Roszpunka”, „Jack i magiczna fasola”, „Złotowłosa i trzy misie”, „Kopciuszek” oraz „Jaś i Małgosia”. Do filmów dołączono arkusze ćwiczeń, które mają pomóc najmłodszym dzieciom w rozwijaniu umiejętności rozwiązywania problemów.

Czytanie bajek na dobranoc maluchom to tylko część szerszej strategii realizowanej przez BAE Systems, mającej na celu, jak sami twierdzą, „poprawę reputacji firmy zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym”. Inne inicjatywy obejmują organizację objazdowych pokazów w szkołach, festiwali robotyki, obozów naukowych oraz programów pomocy lokalnej społeczności – wszystkie skierowane do dzieci. Podczas pandemii COVID-19, firma wkroczyła również do akcji, dostarczając szkołom markowe materiały edukacyjne dla dzieci już od piątego roku życia.

Cytowana wcześniej Bayes, zbulwersowana działaniami firmy, stwierdziła:

“Jest nam wiadomo, że firma BAE Systems twierdzi, iż wydaje aż 100 mln funtów [134 mln dolarów amerykańskich] rocznie na działania edukacyjne. Twierdzi ona, że kieruje się motywami społecznymi, ale naszym zdaniem jest to część jej strategii rekrutacyjnej: dążenie do wywarcia wpływu na młodych ludzi bez przedstawiania pełnego obrazu tego, czym jest firma zbrojeniowa i jakie są konsekwencje pracy w takiej firmie”.

BAJKI I KOSZMARY

Choć firmy te starają się przedstawiać siebie w neutralny sposób jako podmioty o charakterze naukowym, w rzeczywistości ich główna działalność skupia się na produkcji sprzętu i uzbrojenia, które Stany Zjednoczone wykorzystują do dominacji nad światem.

Tylko w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, Stany Zjednoczone zbombardowały siedem krajów: Iran, Irak, Nigerię, Somalię, Syrię, Wenezuelę i Jemen. To właśnie firmy takie jak Raytheon i Lockheed Martin umożliwiają tego rodzaju niezwykłą przemoc na skalę globalną.

Na przykład 28 lutego, Stany Zjednoczone przeprowadziły atak na szkołę dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh w Minab w Iranie. Pocisk manewrujący Tomahawk – jedna z najprecyzyjniejszych broni kierowanych na świecie – został wystrzelony z pobliskiego okrętu wojennego i uderzył w budynek, powodując jego zawalenie się. Wkrótce potem, drugi pocisk uderzył w dziedziniec szkoły, gdzie gromadzili się zdesperowani ocalali.

Atak został zaplanowany tak, by wyrządzić jak największe szkody: nastąpił o godz. 10:45 rano w dzień szkolny. Zginęło co najmniej 156 osób, z których większość stanowili uczniowie tej szkoły, która nie służyła żadnym celom wojskowym ani nie znajdowała się w pobliżu żadnego celu wojskowego. Ponad 100 osób odniosło rany.

Wydarzenie to natychmiast potępiono jako poważną zbrodnię wojenną. Jednak sekretarz ds. wojny Pete Hegseth zbył sprawę, a później stwierdził: „Jedynymi, którzy powinni się teraz martwić, są Irańczycy, którzy myślą, że przeżyją”.

Pocisk manewrujący Tomahawk jest produkowany przez firmę Raytheon, zaś podsystemy wykorzystane w tej operacji zostały wyprodukowane przez spółkę zależną BAE Systems.

Waszyngton wykorzystuje również swoją przewagę w dziedzinie uzbrojenia do utrzymania władzy swoich sojuszników. Arabia Saudyjska jest zdecydowanie największym odbiorcą broni ze Stanów Zjednoczonych, kupując za setki miliardów dolarów zaawansowaną technologicznie broń, którą natychmiast wykorzystuje przeciwko Jemenowi oraz do tłumienia wewnętrznych ruchów opozycyjnych.

Rijad prowadził ludobójczą kampanię przeciwko infrastrukturze cywilnej w Jemenie, w tym przeciwko gospodarstwom rolnym, sieciom kanalizacyjnym i obiektom wodociągowym, co spowodowało śmierć setek tysięcy cywilów. W sierpniu 2018 roku zrzucił bombę o masie 227 kg (500 funtów) kierowaną laserowo na autobus szkolny w Dhahyan w północnym Jemenie. Fragmenty znalezione na miejscu zdarzenia pozwoliły zidentyfikować bombę jako wyprodukowaną przez firmę Lockheed Martin. W wyniku ataku zginęło czterdzieści dzieci – co nie jest bynajmniej rzadkością podczas prowadzonej przez Arabię Saudyjską kampanii mającej na celu obalenie rządów Ansar Allah.

O ile Arabia Saudyjska jest największym klientem Waszyngtonu, to Izrael jest głównym odbiorcą pomocy. Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet Browna wykazało, że w ciągu dwóch lat po ataku z 7 października 2023 r. Stany Zjednoczone wydały 21,7 mld dolarów na pomoc wojskową dla Izraela, w tym na samoloty, pociski i wszelkiego rodzaju amunicję do broni ręcznej.

Izrael wykorzystał tę broń do systematycznego atakowania dzieci w Strefie Gazy i poza nią. Uderzono w co najmniej 97% szkół na tym gęsto zaludnionym obszarze. Jednym z bardziej znanych przykładów była szkoła dla dziewcząt im. Khadiji w Deir al-Balah, która stała się celem ataku 27 lipca 2024 roku. Dochodzenie przeprowadzone przez organizację Human Rights Watch wykazało, że Izrael zrzucił na szkołę co najmniej dwie bomby typu GBU-39– amunicję wyprodukowaną w Stanach Zjednoczonych przez firmę Boeing.

Tak więc, podczas gdy producenci broni czytają zachodnim dzieciom bajki, dzieci na całym świecie są zmuszone przeżywać prawdziwy koszmar, w dużej mierze za sprawą właśnie tych firm.

Niezależnie jednak od tego, czy mieszkają w Stanach Zjednoczonych, czy też w jednym z krajów znajdujących się pod ich jarzmem, dzieci na całym świecie stają się celem tychże firm zbrojeniowych, choć na różne sposoby. W Stanach Zjednoczonych firmy takie jak Raytheon, Lockheed Martin, Boeing i inne wkroczyły do akcji, by wesprzeć borykające się z problemami finansowymi departamenty edukacji. Chociaż w swojej retoryce kładą nacisk na umożliwianie dzieciom – zwłaszcza dziewczynkom – realizacji marzeń związanych z naukami ścisłymi, ich prawdziwym zamiarem jest oczyszczenie swojej reputacji jako handlarzy śmiercią oraz wyszkolenie kolejnego pokolenia Amerykanów, by stali się chętnymi członkami amerykańskiej machiny wojennej.

Dzieci po drugiej stronie globu nie mają jednak tego rodzaju złudzeń i muszą żyć w ciągłym strachu, że staną się kolejnymi ofiarami tych firm. Wizerunek ten nie jest tym, jaki firmy takie jak Raytheon chciałyby nam wmówić, gdy myślimy o ich produktach, dlatego wydają miliony, próbując odwrócić naszą uwagę opowieściami o emancypacji i odkrywaniu świata. Tak wygląda świat, w którym żyjemy, gdzie firmy zbrojeniowe uczą dzieci, jak bombardować inne dzieci.

INFO: mintpressnews.com/how-lockheed-martin-raytheon-bae-systems-are-propagandizing-children-to-support-war-through-stem (przekład automatyczny; wszystkie odnośniki w oryginale tekstu)

Oto twarze dzieci z Donbasu: książka, której mało kto na Zachodzie zna

Oto twarze dzieci z Donbasu: książka, której mało kto na Zachodzie zna.

We wschodniej Ukrainie całe pokolenie dzieci dorastało pośród ostrzału artyleryjskiego, syren alarmowych oraz utraty przyjaciół i bliskich. Książka dokumentuje ich losy – i ujawnia obrazy i historie, które w zachodnich mediach są pomijane.

Książka, która na Zachodzie pozostaje w dużej mierze niezauważona

Niemiecka dziennikarka Alina Lipp, która od lat relacjonuje wydarzenia w Donbasie, rozmawiała z Anną Soroką, byłą wiceminister spraw zagranicznych samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej. Soroka wręczyła jej książkę dokumentującą losy dzieci, które, według jej relacji, zginęły w Donbasie w wyniku wojny.

Lipp opublikował fragment rozmowy w mediach społecznościowych i napisał, że to właśnie te dzieci były powodem rozpoczęcia przez Rosję operacji wojskowej.

Książka składa się z dwóch rozdziałów. Pierwszy upamiętnia dzieci, które zginęły w wyniku tego, co Soroka nazywa „straszliwą, niewypowiedzianą wojną”. Drugi koncentruje się na dzieciach, które przez ostatnie dwanaście lat żyły bezpośrednio na linii frontu. Przeżyły, ale ich dzieciństwo naznaczone było wojną.

Nie potrzeba rakiet, żeby zniszczyć pokolenie.

Soroka zwraca uwagę na aspekt, który jej zdaniem jest często pomijany w debacie na temat wojny i ludobójstwa. Ludobójstwa nie należy oceniać wyłącznie na podstawie liczby ofiar. Odwołuje się do definicji, które obejmują również poważne szkody psychiczne, a także warunki życia, które mogą zniszczyć lub zdemoralizować daną grupę populacyjną w dłuższej perspektywie.

Pogląd ten stoi w jaskrawej sprzeczności z dominującym wizerunkiem w wielu zachodnich mediach, które przedstawiają Rosję jako jedynego agresora. Według rozmówców, wydarzenia w Donbasie między 2014 rokiem a rozpoczęciem rosyjskiej operacji wojskowej w 2022 roku były w dużej mierze ignorowane lub jedynie poruszane.

Soroka obrazowo opisuje losy dziewczynki urodzonej w 2014 roku – roku wybuchu konfliktu w Donbasie. Dla niej wojna nie jest wyjątkiem, ale codziennością. Jej zabawkami były zużyte naboje i odłamki. Potrafiła rozpoznać ostrzał po odgłosie uderzeń, wiedziała, z której strony padają strzały i jak zachowywać się podczas ataków w szkole.

Niezależnie od klasyfikacji politycznej, takie raporty pokazują głębokie konsekwencje wieloletnich konfliktów zbrojnych dla dzieci, które musiały spędzić całe dzieciństwo w warunkach wojennych.

https://twitter.com/Alina_Lipp_X/status/2084736572155679199/video/1

Władze i media odwracają wzrok

Dziennikarze tacy jak Alina Lipp, którzy relacjonują wydarzenia w strefach konfliktu i udzielają głosu postaciom takim jak Anna Soroka, są przez krytyków określani mianem prorosyjskich lub propagandzistów. Jej treści są czasami ograniczane na niektórych platformach, znajduje się na listach sankcji, a według jej własnych oświadczeń, jej metody płatności zostały zablokowane.

Losy udokumentowane w książce pozostają jednak niezmienione. Jednocześnie jednak nasuwa się pytanie: dlaczego cierpienie ludności cywilnej, a zwłaszcza dzieci, w Donbasie przez wiele lat było stosunkowo mało dyskutowane na arenie międzynarodowej, podczas gdy wojna od 2022 roku cieszy się ogromnym zainteresowaniem na całym świecie?

Pamięć jako obowiązek

Alina Lipp apeluje, aby historie tych dzieci nie poszły w zapomnienie. W czasach, gdy debaty publiczne są coraz częściej kształtowane przez algorytmy, platformy i duże firmy medialne, jest to ważniejsze niż kiedykolwiek.

Książka przedstawia dzieci Donbasu: imiona, twarze i biografie. Niezależnie od politycznej oceny konfliktu, przypomina, że ​​wojny zawsze dotykają tych, którzy mają najmniejszy wpływ na ich przebieg.

Otwartym pytaniem pozostaje, czy międzynarodowa opinia publiczna jest gotowa zapoznać się z tymi historiami.

SEX-alfabet wkracza do szkół wraz z edukacją zdrowotną. Brońmy dzieci !!

Hanna Dobrowolska:

SEX-alfabet wkracza do szkół

wraz z edukacją zdrowotną

24 lipca 2026 pch24/sex-alfabet-wkracza-do-szkol-wraz-z-edukacja-zdrowotna

seksedukacja-szkola-dzieci_03.jpg
Oprac. PCh24.pl

Fakty o antyzdrowotnej antyedukacji od 1 września 2026.

Rozporządzenia minister Barbary Nowackiej dotyczące obowiązkowej edukacji zdrowotnej w polskich szkołach od 1 września 2026 r.  – podpisane. Jak było do przewidzenia, w środku wakacji, w dniach 15 i 17 lipca w Dzienniku Ustaw opublikowano rozporządzenia, których szkodliwość trudno wprost przewidzieć. 

MEN liczy na to, że „Zmora szkoły” [cyt. za B. Nowacka, minister edukacji], czyli rodzice, którzy w ponad 70% wypisali dzieci z zajęć edukacji zdrowotnej w roku szkolnym 2025/26, a ostatnio w liczbie 200 tysięcy wypowiedzieli się w petycjach odrzucających pomysły MEN,  nie będą mieli nic do powiedzenia.

Ale od determinacji społecznej zależy bardzo wiele i niech  B. Nowacka nie liczy na bezczynność polskich rodziców! Dość mają jej deform i chaosu w szkołach nauczyciele, dość siłowego wpychania dzieci w seksualizującą edukację zdrowotną – rodzice.

Przedmiot edukacja zdrowotna dla niepoznaki podzielono na 2 części, zgodnie z ostatnim konceptem lewackiej ekipy w MEN, by koniecznie wprowadzić konia trojańskiego do wnętrza polskiej szkoły, ukrywając ostrze rażenia. Edukacją zdrowotną obowiązkowo objętych zostanie ponad 4 miliony polskich uczniów, od klasy 4 począwszy. Przedmiot zawiera wiele zdradliwie ukrytych i niebezpiecznych treści, a całość jest skrajnie antyrodzinna, promuje moralny relatywizm i sieje chaos w kwestii tożsamości. Nie pozostawia złudzeń kierunek szkoleń i studiów dla nauczycieli – to pochwała genderyzmu bez hamulców.

W podręczniku dla nauczycieli przeznaczonym m.in. na studia podyplomowe i sfinansowanym przez MEN „różnorodność” to słowo kluczowe. W rozdziale zdrowie seksualne występuje aż 10 razy, m.in.:  różnorodność tożsamości płciowych, różnorodność zachowań i relacji seksualnych człowieka, różnorodności orientacji seksualnych etc.

Nadchodzi „nowa normalność”, o której pisze się w dokumentach unijnych dotyczących edukacji. Jednorodność, stabilność, pewność, zakotwiczenie mają zostać unieważnione przez nadchodzącą erę różnorodności.

Edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne ma być realizowana nieobowiązkowo w wymiarze 1 godziny w klasach 4-6, 2 godzin w klasach 7-8 oraz 3 godzin w szkołach ponadpodstawowych. Nadal nie ma podręczników dla uczniów, poza jednym. Ale i on nie uwzględnia podziału na części obowiązkową i nieobowiązkową, jak więc rodzic ma podjąć świadomie decyzję o udziale swojego dziecka w lekcjach? Otwartym też pozostaje pytanie, czy podręcznik będzie JEDEN, co grozi zetknięciem się ze szkodliwymi treściami uczniów formalnie wypisanych z zajęć?

Zdrowie seksualne jako genderowa „nowa normalność”

Czym jest w istocie „zdrowie seksualne”?  To „jeden z pięciu kluczowych aspektów strategii opracowanej przez WHO dotyczącej zdrowia reprodukcyjnego zaakceptowanej przez Światowe Zgromadzenie Zdrowia (World Health Assembly) w 2004 roku”. Zdrowie reprodukcyjne WHO to fałszywe pojęcie – zasłona dymna, które kryje we wszystkich kluczowych zapisach przede wszystkim dostęp do antykoncepcji i aborcji, zwanych „usługami wspierającymi swobodę wyboru w zakresie reprodukcji”.

Jak czytamy w Standardach WHO, czyli zaleceniach dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, obecnie tak definiuje się „zdrowie seksualne”:

„Zdrowie seksualne jest dobrostanem fizycznym, emocjonalnym i społecznym w odniesieniu do seksualności; nie jest jedynie brakiem choroby, zaburzeń funkcji bądź ułomności. Zdrowie seksualne wymaga pozytywnego i pełnego szacunku podejścia do seksualności oraz związków seksualnych, jak również do możliwości posiadania dających przyjemność i bezpiecznych doświadczeń seksualnych, powinno być wolne od przymusu, dyskryminacji i przemocy. Aby osiągnąć i utrzymać zdrowie seksualne, stereotypy płciowe”. Zaproponowana definicja nie tylko podkreśla konieczność pozytywnego podejścia do istotnego aspektu, jakim jest przyjemność, ale także to, że zdrowie seksualne obejmuje nie tylko fizyczne, lecz również emocjonalne, psychiczne oraz społeczne aspekty.

[cyt. Standardy edukacji seksualnej w Europie – Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, 2012 r.]

Zdrowie seksualne – to nie przypadek, że nazwano najpierw rozdział edukacji zdrowotnej, a teraz przedmiot tak właśnie! Dosięgły nas „standardy”, które zmieniają myślenie o człowieku, jego biologicznym wyposażeniu i rolach społecznych. Przyjemność i bezpieczeństwo [czyli unikanie niechcianej ciąży!]  doświadczeń seksualnych, a nie odpowiedzialność i założenie pełnej zdrowej rodziny – to model, jaki ma realizować polska szkoła, wychowując dobrostanowych sobków i depresyjnych singli uzależnionych od seksu.

SEX-alfabet dla uczniów podstawówek

Z dobrowolnych zajęć „zdrowia seksualnego” można się wypisać bezterminowo, a na miesiąc przed realizacją zajęć dyrektor szkoły jest zobowiązany zorganizować spotkanie informacyjne dla rodziców. Kiedy – nie wiadomo. Tak rozmiękczony, celowo niekonkretny sposób wprowadzenia edukacji zdrowotnej – zdrowie seksualne ma zdemobilizować rodziców i zniechęcić do szybkiej i jednoznacznej rezygnacji z dobrowolnych zajęć, wszak to tylko jedna godzina, jeszcze nie wiadomo, kiedy, i nie wiadomo, o czym…

O czym – jednak dobrze wiadomo! I po lekturze podstawy programowej nie ma w tym względzie wątpliwości. To obowiązkowy zestaw genderowych  terminów i haseł, z których ideologicznym i toksycznym charakterem od lat zmaga się zdrowy rozsądek każdego normalnego człowieka.

Oto SEX-alfabet, którego Nowacka – w ramach realizacji celów WHO, ONZ i UE – chce nauczyć polskich uczniów już w szkole podstawowej:

„zdrowie seksualne” i „jego wpływ na harmonijny rozwój człowieka przez całe życie [kl.4], „stereotypy płciowe” [kl.5],

„pojęcie seksualności oraz znaczenie wiedzy na jej temat na różnych etapach życia” [kl.7],

„świadoma zgoda”, „pojęcie orientacji psychoseksualnej i tożsamości płciowej”[kl.8].
=======================================================

Każdemu z tych ideologicznych pseudo-pojęć można przeciwstawić dziesiątki polemicznych wypowiedzi opartych na dowodach naukowych. Przywołajmy jedno, dotyczące następującego zapisu podstawy programowej: Uczeń wymienia stereotypy płciowe, które są najczęstsze w jego otoczeniu, oraz wyjaśnia ich możliwy wpływ na funkcjonowanie człowieka. – zakres kl.5

„Stereotypy płciowe” nie brzmią tak groźnie? A jednak już w 2020 r. Instytut Ordo Iuris poświęcił tej kwestii osobne stanowisko, którego fragment warto przytoczyć:

„Pojęcie gender ma zatem swoje korzenie w konstrukcjonizmie i marksizmie. Po pierwsze, definiuje ono płeć jako konstrukcję społeczną, ignorując jej biologiczny wymiar. Po drugie sięga do dialektycznych koncepcji, szczególnie widocznych w doktrynie marksizmu. Różnicą jest zmiana środka ciężkości z walki klas na „odwieczną” walkę płci, którą zakończyć może jedynie zniesienie różnic między płciami. Należy podkreślić, że pojęcie płci społeczno-kulturowej jest naturalną konsekwencją doktryny indywidualistycznej, zgodnie z którą człowiek prawdziwie wolny może być wyłącznie wówczas, gdy zostanie wyzwolony z wszelkich narzuconych mu społecznych norm. W myśl doktryny feministycznej, jedną z tych norm społecznych, jest właśnie pojęcie płci i związanych z nią ról, a nierówne stosunki w dziedzinie reprodukcji mają być jedną z głównych przyczyn strukturalnej dyskryminacji kobiet, jaka ma miejsce od wielu stuleci” – za: https://ordoiuris.pl/analiza/stanowisko-instytutu-ordo-iuris-na-temat-pojec-gender-i-gender-equality/

Taki oto przedmiot po wielu latach walki z seksualizacją polskich uczniów i młodzieży  wprowadza do szkół od 1 września ekipa Tuska.

Rodzice zbudują mur obronny

Z takiego szkodliwego „zdrowia seksualnego” wypisujmy jak najszybciej nasze dzieci i zachęcajmy do tego innych rodziców.

Temu będą służyć oświadczenia rodzicielskie o odmowie uczestnictwa w seksualizujących lekcjach „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”.

Niezależne od tego brońmy praw rodzicielskich w każdy dostępny sposób.

Warto składać w szkołach oświadczenia obejmujące wykaz treści, które MEN zakwalifikował jako obowiązkowe, ale których rodzic nie dopuszcza dla swego dziecka na lekcjach, gdyż  wchodzą w obszar  wychowania zarezerwowany dla rodziców. Łamanie praw rodziców do wychowania dzieci – zagwarantowane w Konstytucji RP w art.48 i art. 53 – nigdy nie będzie normą w polskich szkołach!

Niebagatelna jest także rola Rad Rodziców w formowaniu statutów szkół. Może ona uwzględniać wprowadzenie do statutów zapisów chroniących uczniów przed demoralizacją i deprawacją oraz zachętę do wychowania prorodzinnego i wolnego od ideologii. Taka aktywność pojedynczych rodziców, ale również zaangażowanie Trójek klasowych i  Rad Rodziców ma szansę zbudować  mur obronny wokół polskich szkół przed falą lewackiego tsunami. Pamiętajmy, że nikt nie wzniesie go za nas!

Politycy opozycji, którzy rozumieją, że szkoła to nie poletko naiwnej propagandy lub niewygodny „gorący kartofel”, a pole walki o przyszłe pokolenia Polaków i… wyborców, powinni już dziś współtworzyć wraz ze stroną społeczną podwaliny Polskiego Obszaru Edukacji.

Nadal jednak można odnieść wrażenie, że lewicowi promotorzy różnorodności lepiej wiedzą, jak skutecznie kreować „nową normalność”, niż prawica – jak bronić tego, co naprawdę jest normalne, i jak konsekwentnie tworzyć suwerenny polski model.

Hanna Dobrowolska

Ekspert oświatowy

Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły/Ruch Ochrony Szkoły

ratujmyszkole.pl

takdlaedukacji.pl

Aborcjonistka: Dzieci nie płaczą, bo przecinam im struny głosowe

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Aborcjonistka Leah Torres przyznała, że nie słyszy krzyku zabijanych dzieci, bo przecina im struny głosowe. Potem pokrętnie tłumaczyła, że chodziło jej o przecinanie pępowiny, jednak w pierwszej wypowiedzi wyraźnie mówiła o strunach i krtani.

Jej wypowiedź pokazuje skalę sadyzmu, jakiego dopuszczają się sprawcy aborcji. A przy okazji poziom znieczulicy, jaką osiągają – bo przecież nikt normalny nie pochwaliłby się takim okrucieństwem publicznie.

O brutalnych praktykach dr Torres piszemy w jednym z ostatnich artykułów na portalu „Ratuj Życie”.

Przesyłamy wybór tekstów, a w nich także o eutanazji Hiszpanki Noelii Castillo Ramos, konflikcie wokół in vitro w sądzie w Radomiu, edukacji pseudo-zdrowotnej oraz związkach homoseksualnych, których polska konstytucja nie przewiduje, ale lewicowi aktywiści koniecznie chcą wprowadzić do naszej praktyki.

Zapraszamy do lektury.

===================================

OPIS ZDJĘCIA

Aborcjonistka: dzieci nie płaczą, bo przecinam im struny głosowe!

Tweet z 2018 roku opublikowany przez Leah Torres, amerykańską aborcjonistkę, wywołał burzę w mediach społecznościowych. Tak dużą, że nawet Planned Parenthood, największy dostawca aborcji w Stanach Zjednoczonych, zdecydował się rozwiązać z nią kontrakt. Wszystko z powodu kilku słów prawdy zamieszczonych przez aborterkę w Internecie. Na pytanie, czy w snach nie słyszy krzyków pozabijanych przez siebie dzieci, kobieta odparowała ze złością, że nie, bo przecież nie mogą one krzyczeć. Na wszelki wypadek podcina im bowiem struny głosowe.Czytaj dalej    >

OPIS ZDJĘCIA

Matka bez praw, dziecko w zamrażarce. Sąd w Radomiu zakazuje urodzenia dziecka pozostałego z in vitro

Sąd Okręgowy w Radomiu orzekł, że kobieta, która po rozwodzie chciała urodzić dziecko poczęte wcześniej metodą in vitro i przebywające w zamrażarce, nie może zrobić transferu i donosić ciąży do porodu. A to ze względu na sprzeciw byłego męża – ojca tego dziecka. Maluch pozostanie więc zamrożony w ciekłym azocie. Sąd podjął taką decyzję powołując się na… „dobro dziecka”. Ponoć po urodzeniu miałoby nie mieć odpowiednich warunków z powodu rozpadu małżeństwa rodziców. Jednocześnie sąd nie okazał litości wobec dziecka, które przebywa od lat w ciekłym azocie.Czytaj dalej    >

OPIS ZDJĘCIA

Aktywistka aborcyjna w szoku po własnej aborcji. Opublikowała zdjęcie zabitego dziecka

Jedna z użytkowniczek forum proaborcyjnego zamieściła w sieci fotografię przedstawiającą jej własne abortowane dziecko. Internautka spodziewała się, że jej ciało opuści zaledwie „tkanka pozbawiona ludzkich cech”, jak napisano na jednym z lewicowych portali. Tymczasem zobaczyła maleńkie, ale już doskonale uformowane ludzkie ciało z oczami, kończynami i wykształconymi paluszkami. Rozmówczynie zgodziły się z kobietą, że informacje na temat wyglądu płodu na wczesnym etapie ciąży krążące w środowiskach proaborcyjnych bywają bardzo mylące.Czytaj dalej    >

OPIS ZDJĘCIA

Hiszpania: eutanazja 25-latki. Noelia Castillo Ramos nie żyje

W szpitalu koło Barcelony przeprowadzono eutanazję na 25-letniej Noelii Castillo Ramos. Lekarze zabili ją zastrzykiem, który doprowadził do zatrzymania oddychania. Młoda kobieta została kilka lat temu brutalnie, grupowo zgwałcona, prawdopodobnie przez imigrantów z krajów muzułmańskich. Po tym zdarzeniu zmagała się z ciężką depresją i podjęła próbę samobójczą, która spowodowała u niej częściowy paraliż. Następnie rozpoczęły się starania o jej eutanazję.Czytaj dalej    >

WSPIERAM

OPIS ZDJĘCIA

Przemyśl: martwe dziecko w śmietniku. Tak jak uczą aborcjonistki

W okolicach Przemyśla odnaleziono ciało chłopca urodzonego w siódmym lub ósmym miesiącu ciąży. Maluszek został owinięty warstwą ręczników papierowych i wrzucony do kosza na odpadki. Wstępne wyniki sekcji zwłok nie przesądzają, czy doszło do przedwczesnego porodu z przyczyn naturalnych, czy też do aborcji lub zabicia dziecka tuż po urodzeniu. Jedno wiadomo na pewno: ciało chłopczyka zostało wrzucone do kosza na śmieci, tak jak radzi Aborcyjny Dream Team i inne organizacje proaborcyjne. Jak widać, ich zbrodnicza nauka nie idzie w las… Ile dzieci musi jeszcze zginąć, by aborcjonistki poniosły wreszcie odpowiedzialność?Czytaj dalej    >

OPIS ZDJĘCIA

Gizela Jagielska odbiera nagrodę „Wysokich Obcasów”. I sprzęt do mordowania ludzi

Wypromowana przez „Gazetę Wyborczą” aborterka Gizela Jagielska została Superbohaterką Wysokich Obcasów za rok 2025. Dostała też 10 000 zł nagrody. Dodatkowo podczas samej gali Aborcyjny Dream Team wręczył jej pompy do aborcji próżniowej – czyli maszyny do mordowania ludzi, i to wyjątkowo sadystyczną metodą.Czytaj dalej    >

OPIS ZDJĘCIA

Szpital w Łodzi ukarany za odmowę zabicia małego Felka

Szpital kliniczny w Łodzi otrzymał karę za niewykonanie aborcji na małym Felku. Chodzi o dziecko, które ostatecznie zostało zabite chlorkiem potasu w Oleśnicy. Medycy zatrudnieni w łódzkiej placówce proponowali pani Anicie cesarskie cięcie i otoczenie malucha opieką. Ta odmówiła jednak wszelkiej pomocy i udała się do aborterki Gizeli Jagielskiej, która wykonała śmiertelny zastrzyk dziecku w 36. tygodniu życia płodowego.Czytaj dalej    >

————————————-

OPIS ZDJĘCIA

Geje drwią z dziecka, które płacze za mamą. „Jest tata i tata”

Świat obiegło nagranie, w którym dwaj amerykańscy homoseksualiści wyśmiewają płaczącego za mamą chłopca, którego adoptowali. Wideo to, choć nagrane przez pozbawionych empatii pseudo-rodziców w zupełnie innym celu, stało się doskonałą ilustracją krzywdy, jaką ponoszą dzieci adoptowane przez homoseksualistów. Zabrane od biologicznej matki i pozbawione jej bliskości, a oddane w ręce dwóch obcych mężczyzn, żyjących w dodatku w patologicznym związku!Czytaj dalej    >

OPIS ZDJĘCIA

Zbigniew Izdebski: kim jest i dlaczego promuje demoralizację dzieci?

Zespołowi ds. edukacji zdrowotnej, tworzącemu program przedmiotu wprowadzonego od roku szkolnego 2025/2026 do polskich placówek edukacyjnych, przewodniczył Zbigniew Izdebski. Warto wiedzieć, że ten seksuolog i pedagog, traktowany przez lewicowe media jako autorytet, jest postacią o szemranych powiązaniach. Głoszone przez niego hasła wzbudzają sprzeciw rodziców zatroskanych o normalny, zdrowy rozwój swoich dzieci. Podobnie jak treści, które mają być według niego serwowane najmłodszym w szkole. To właśnie z powodu tych treści zdecydowana większość Polaków zdecydowała się złożyć w szkołach rezygnację z edukacji zdrowotnej.Czytaj dalej    >

WSPIERAM

Szanowny Panie,

Bardzo prosimy o złożenie podpisu pod petycją o wycofanie ze szkół edukacji zdrowotnej – w całości. Ostatnie deklaracje Ministerstwa Edukacji Narodowej są takie, że przedmiot ten ma stać się obowiązkowy dla wszystkich uczniów od klasy 4 szkoły podstawowej aż do szkoły średniej włącznie. Jedynie komponent zawierający instruktaż seksualny miałby być dla chętnych. Takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Dzieci i tak będą mieć kontakt z niewłaściwymi treściami. Ponadto wiele innych komponentów tego przedmiotu opiera się na niezdrowej ideologii, przed którą należy dziecko chronić, a nie z nią oswajać.

Podpisujmy petycję w poniższym linku:

OPIS ZDJĘCIA

NIE dla edukacji „zdrowotnej” w szkołach!

Edukacja (pseudo)zdrowotna przymusowo dla wszystkich uczniów – to nowy pomysł Ministerstwa Edukacji. MEN twierdzi, że komponent związany z instruktażem seksualnym miałby być tylko dla chętnych, jednak po cichu przyznaje, że gdy zmusi dzieci do EZ, będzie wprowadzać treści seksualne stopniowo.Czytaj dalej    >

Czy podoba się Panu to, co robimy? Jeśli tak, to zapraszamy do korzystania z tekstów na portalu www.RatujZycie.pl i do śledzenia na bieżąco zamieszczanych tam treści.

Prosimy także o wsparcie modlitewne i finansowe. Prowadzenie serwisu z wiadomościami, które inni chcą przemilczeć, to znaczne koszty. Pańska pomoc pozwala nam docierać do ludzi z prawdą i aktywnie stawiać czoła złu.

Serdecznie pozdrawiamy –

Fundacja Życie i Rodzina

www.RatujZycie.pl

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Dlaczego edukacja zdrowotna nadal jest niebezpieczna i… pozbawiona sensu?

Dlaczego edukacja zdrowotna nadal jest niebezpieczna i… pozbawiona sensu?

Tomasz Figura pch24/dlaczego-edukacja-zdrowotna-nadal-jest-niebezpieczna-i-pozbawiona-sensu

Nawet bez obowiązkowej edukacji seksualnej, edukacja zdrowotna nadal pozostaje niebezpieczna dla dzieci i stanowi poważne zagrożenie dla władzy rodzicielskiej. Ostatecznie zaś, jest marnotrawieniem środków publicznych, wszak nie da się „nauczyć” zdrowego stylu życia, za to można skutecznie namieszać dzieciom w głowach zideologizowanym przekazem.

Minister edukacji Barbara Nowacka podjęła kolejną próbę wprowadzenia obowiązkowych zajęć z edukacji zdrowotnej, tym razem bez zawierającego edukację seksualną komponentu, uznawanego za najbardziej kontrowersyjny i budzącego niechęć wśród wielu rodziców. Ta zmiana wcale jednak nie oznacza, że edukacja zdrowotna przestała być projektem ideologicznym. Jest nim nadal i z tego powodu nadal pozostaje bardzo niebezpieczna.

Kwestia seksualności to tylko jeden z wielu niedopuszczalnych zakresów tematycznych, wpisanych w ten program. Jeśli zatem ktoś przekonuje Państwa – a takich ludzi nie brakuje również wśród konserwatywnych i katolickich publicystów – że edukacja zdrowotna to ważny przedmiot, który pozbawiony tzw. kontrowersyjnych zapisów, staje się istotnym dla zdrowia i przyszłości naszych dzieci, ten po prostu wprowadza Was w błąd. Tak, edukacja zdrowotna to poważne zagrożenie dla tego, w co wasze dzieci będą wierzyć i jaki system wartości wyznawać. Dlaczego?

Zdecyduje światopogląd nauczyciela

Po pierwsze, edukacja zdrowotna obejmuje programem szereg treści aksjologicznych. Wbrew temu, co sądzą jej zwolennicy, jest on pełen zagadnień dających nauczycielowi szerokie pole interpretacji, a co za tym idzie – przedstawienia ich w oparciu o własny światopogląd. O tym, że nauczyciele nie są maszynami klepiącymi wyuczone formułki, wie naprawdę wielu rodziców, którzy napotykali na różne problemy związane z ideologiczną edukacją ich dzieci. Przedstawianie średniowiecza jako wieków ciemnych, w którym nie zajmowano się niczym poza powtarzaniem w kółko „memento mori”, lub historii Polski jako dziejów warcholstwa, rozpasania szlachty i zgubnego liberum veto – to właściwie klasyki ze szkolnego nauczania. A mówimy o treściach jawiących się zazwyczaj jako „neutralne światopoglądowo”. Ale i tutaj światopogląd nauczyciela ma znaczenie i wpływ na sposób myślenia naszych dzieci.

Możemy sobie zatem tylko wyobrazić, jakie pole do popisu dostanie nauczyciel, jeśli przyjdzie mu opowiadać o różnorodności płciowej czy formach dyskryminacji. Wszystkie te terminy są nieokreślone i niezdefiniowane, a ich stosowanie jest silnie modelowane przez światopogląd osoby, która terminy te stosuje. Dyskryminacją może być rasizm – i to jest naganne – ale może nią być też na przykład sprzeciw wobec jednopłciowych pseudo-małżeństw. Co takiego w szkole usłyszą o tym dzieci? Na dwoje babka wróżyła.

Podobnie jest w przypadku tak prozaicznego tematu, jak zdrowa dieta. Mówimy o czymś, co w zasadzie nie powinno budzić większych kontrowersji. Musimy jednak pamiętać, że nie żyjemy w czasach, w których istnieją jakieś stałe punkty odniesienia. Możemy sobie wyobrazić zatem nauczyciela, który opowie dzieciom, że jedzenie mięsa jest szkodliwe i nieetyczne, a nadzieją dla świata pozostaje wegetarianizm.  

Edukacja zdrowotna takich pułapek ma zaszytych mnóstwo. Spójrzmy chociażby na kwestię dezinformacji w mediach. Jak wiadomo, za dezinformację uznawane są dzisiaj treści stające chociażby w sprzeczności z tzw. konsensusem społecznym czy naukowym. Swoisty szczyt „walki z dezinformacją” obserwowaliśmy chociażby w czasie pandemii COVID-19, kiedy za bezsprzeczny dowód naukowy uznawano skuteczność maseczki w powstrzymywaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Na ustalenia naukowców powoływano się też zamykając lasy czy cmentarze, wszak to podobno osławiona rada medyczna rekomendowała lockdowny.

Niektórzy z czytelników mogą też pamiętać aferę, jaka rozpętała się po wywiadzie udzielonym Bogdanowi Rymanowskiemu przez prof. Grażynę Cichosz, która proponowała zmianę piramidy żywienia i rezygnację z diety opartej na węglowodanach. W jej opinii, za choroby serca odpowiadają zgoła inne czynniki niż dieta tłuszczowa. Program został ostro skrytykowany i uznany za rodzaj dezinformacji. Tymczasem niedługo potem okazało się, że w Stanach Zjednoczonych zmieniono zalecenia zdrowej diety, dążąc do obniżenia spożycia węglowodanów.  

Jakie informacje odnośnie zdrowego żywienia przekaże naszym dzieciom nauczyciel? Czy będzie w stanie ocenić, czym jest dezinformacja i na jakich danych warto się opierać np. w kwestii zaleceń żywieniowych? W jaki sposób przedstawi inny sporny problem, jakim jest globalne ocieplenie i wpływ człowieka na ten proces? Możemy spekulować, a na pewno dowiemy się tego od naszych dzieci, które część tych opinii mogą potraktować poważnie.

Rodzic nic nie znaczy?

Wreszcie edukacja zdrowotna bagatelizuje wiele problemów, które wcale nie są tak proste jak pozornie mogą się wydawać. Mowa chociażby o transplantologii, uznanej przez ogromną część środowiska medycznego za wielkie osiągnięcie współczesnej medycyny. To prawda, że transplantacje uratowały wiele ludzkich istnień, ale całej procedurze towarzyszy też spór o szacunek dla życia potencjalnego dawcy. Istnieją przecież naukowcy kwestionujący, czy faktycznie stwierdzenie śmierci pnia mózgu jest wystarczające, by uznać ciało człowieka za martwe. Nie są to wcale teorie wariatów. Czy nauczyciel w trakcie edukacji zdrowotnej opowie o nich uczniom, przedstawiając sprawę jako realny problem, który warto zgłębiać?

Kolejna sprawa dotyczy obowiązkowych szczepień. Tu również opinie nie są jednoznaczne, a sam problem nie jest aksjologicznie zerojedynkowy. Mówimy przecież o procedurze medycznej, co do której istnieją spory. Nakłada się na nie lobbing firm farmaceutycznych, którego doświadczyliśmy chociażby w trakcie pandemii COVID-19. Czy zatem nauczyciel ma prawo jednoznacznie opowiadać się za przymusem szczepień? Jak takie twierdzenia pogodzić z prawem rodziców do wychowania dziecka i kształtowania jego światopoglądu? Dlaczego to akurat nauczyciel ma decydować o tym, co dziecko sądzi o przymusie szczepień, ale też innych kwestiach, które wcale nie są moralnie jednoznaczne, jak chociażby wspomniane już globalne ocieplenie?

Trudno mieć zatem wątpliwości, że edukacja zdrowotna to po prostu kolejny obszar, w którym państwo rości sobie prawo do oddziaływania na obywateli. Tym razem chodzi o kształtowanie opinii dzieci w bardzo konkretnych obszarach. Edukacja zdrowotna jest zatem przedmiotem zideologizowanym i jako taka nie powinna w ogóle pojawić się w szkole, nie mówiąc już o nadaniu jej rangi przedmiotu obowiązkowego.

Nawet jeśli część z tych spraw wydaje nam się jedynie nieszkodliwymi nadużyciami, to pamiętajmy, że jeśli w drobnych sprawach zgodzimy się na ograniczenia naszej władzy rodzicielskiej, za pewien czas zorientujemy się, że tracimy ją w znacznie większym stopniu i bezpowrotnie. Weźmy to pod uwagę, także wówczas, gdy w pewnych kwestiach zgodzimy się z założeniami edukacji zdrowotnej. To zrozumiałe, że część czytelników może być na przykład zwolennikami przymusu szczepień, jednak nie o to toczy się spór. Spór dotyczy prawa do wychowania naszych dzieci w zgodzie z wartościami, w które wierzymy. Dlatego, jeśli chcemy sami to prawo zachować, musimy go zdecydowanie bronić również wtedy, gdy nie zgadzamy się z opiniami, w których obronie występujemy. Trzeba bowiem strzec nienaruszalności samej zasady, nie zaś koncentrować się na przedmiocie sporu.

To jednak nie wyczerpuje jeszcze argumentów, dla których powinniśmy jak najszybciej pozbyć się edukacji zdrowotnej z polskiej szkoły. 

Płód chorej wyobraźni

Wprowadzany przez Barbarę Nowacką przedmiot stanowi kompleksowy zbiór zaleceń, formatujący określony styl życia. Obejmuje on naukę budowania relacji społecznych, unikania przemocy, model kształtowania życia rodzinnego, dietę, prowadzenie zdrowego trybu życia, opis badań, jakie powinniśmy wykonywać u lekarza, praktykowanie ćwiczeń fizycznych itd.

W ten sposób szkoła, która każdego roku ponosi porażkę w podstawowych obszarach edukacyjnych – np. w kwestii czytelnictwa – wkracza w obszar de facto formowania młodego człowieka. Mamy zatem sytuację, gdy szkoła abdykuje stopniowo ze swojej podstawowej kompetencji, jaką jest przekazywanie wiedzy, za to dokonuje ekspansji w kierunku formacyjnym, starając się wpływać na sposób myślenia uczniów, w dodatku bez zgody niemałej części rodziców.

Jeśli zatem rodzice delegują na szkołę kompetencje wychowawcze, to – pomijając już fakt rosnącej impotencji szkoły w obszarze edukacyjnym – resort edukacji powinien uzyskać wyraźną zgodę rodziców na wprowadzanie tak kompleksowego programu wychowawczego. Tej zgody jednak nie ma. A zatem edukacja zdrowotna nie powinna nigdy pojawić się w polskiej szkole.

Osobna sprawa dotyczy skuteczności takiego modelu wychowawczego. Wiele z tematów opisanych w programie edukacji zdrowotnej – styl życia, podejście do drugiego człowieka, stosunek do nowych technologii, uprawienie sportu – kształtuje się w relacji z drugim człowiekiem oraz na podstawie ludzkich doświadczeń. Nie można nikogo „nauczyć” miłości do sportu czy przestrzegania zdrowej diety. Nawyki te opierają się na swoistej „pamięci mięśniowej” naszego organizmu i umysłu, którą wypracowujemy latami.  

Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego szkoła ma marnotrawić publiczne pieniądze i instytucjonalne zasoby na „uczenie” czegoś, czego nauczyć się nie da. To podobnie jak z patriotyzmem. Nie można kogoś nauczyć patriotyzmu na kilku lekcjach, nawet z wykorzystaniem podręcznika napisanego przez wybitnego historyka. Patriotyzm jest postawą wypracowywaną dzięki wzorcom, poznawaniu historii, konkretnym doświadczeniom wspólnotowym itd.

Założenie, że uczeń nie jest w stanie przeczytać „Pana Tadeusza”, ale na pewno nauczy się odróżniać informację od dezinformacji, bo pani w szkole na jednej lekcji opowie mu, jak to robić, musiał poczynić jakiś kompletny idiota albo zideologizowany oszołom nieświadomy tego, czym jest w istocie proces wychowawczy. Znacznie lepiej bowiem takiemu uczniowi zrobiłoby rozszerzenie listy lektur, a jeśli już koniecznie mielibyśmy dodawać jakiś przedmiot, to świetnie byłoby rozwijać właśnie kształcenie klasyczne poprzez naukę filozofii czy łaciny. W ten sposób uczeń, poznając kulturę swojego kręgu cywilizacyjnego, gromadząc mądrość pokoleniową, potrafiłby znacznie lepiej zmierzyć się z problemami współczesności, niż po doświadczeniu najmądrzej nawet wygłoszonego wykładu na temat szkodliwości smartfonów.

Jeśli naprawdę czegoś możemy nauczyć nasze dzieci, to nie tego, by nie dotykały tej konkretnej trucizny, lecz by potrafiły zrozumieć, czym ta trucizna jest w takiej lub innej postaci.

Tomasz Figura