Antychryst, nowy Dawid i apokalipsa. Nieświęte wojny Donalda Trumpa
Antychryst, nowy Dawid i apokalipsa. Nieświęte wojny Donalda Trumpa
Piotr Relich
pch24.pl/antychryst-nowy-dawid-i-apokalipsa-nieswiete-wojny-donalda-trumpa
„Nie wiem czy jestem powołany do nieba (heaven-bound). Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło zapewnić mi miejsce w niebie, naprawdę (…). Nie wiem czy trafię do nieba, ale sprawiłem, że życie wielu ludzi stało się dużo lepsze” – oznajmił w przypływie szczerości Donald Trump.
Prezydent USA ma tu całkowitą rację. Przecież niebo nie jest w stanie pomieścić dwóch mesjaszów jednocześnie…
Pomazaniec…
Administracja Donalda Trumpa, jak żadna inna władza na zachodzie, zaczęła posługiwać się w polityce językiem religii. Problem w tym, że środek ciężkości przeniósł się z tradycyjnego amerykańskiego modelu „jednego narodu oddanego Bogu” (one nation under the God) na rzecz ewangelikalno-syjonistycznego fundamentalizmu. Dyżurni krytycy Trumpa nad Wisłą zdają się bagatelizować kwestie protestantyzacji Białego Domu, uciekając się do wygodnej erystyki przekonującej o sekciarstwie waszyngtońskiej administracji. Od katolickich zwolenników ekumenizmu nie dowiemy się jednak, że poparcie jakim cieszy się Trump, nierzadko uosabia esencję protestanckiej „teologii politycznej”; ideę władcy namaszczonego przez Boga, posiadającego nadprzyrodzony autorytet.
Wielu ewangelikanów przyznaje, że choć moralność prezydenta pozostawia wiele do życzenia, to jednocześnie postrzegają swojego przywódcę jako narzędzie realizacji Bożego planu. Podobnie jak w przypadku biblijnych królów Cyrusa i Dawida, którzy choć nieidealni, również zostali wykorzystani przez Boga do ochrony Jego ludu. Sam Donald Trump skrzętnie ukrywa swoje przekonania religijne. Nie wiemy do jakiego denominacji należy, a zapytany o ulubione cytaty z Biblii zasłania się, że to „szalenie prywatna sprawa”.
Jak ujawniło badanie Pew Research Center, w 2020 r. niemal połowa białych ewangelikanów uważała, że Trump „został zesłany przez Boga”. Przekonanie to jedynie wzmocnił nieudany zamach z sierpnia 2024 r., kiedy kula cudem minęła głowę kandydata Republikanów. Wyborcy z tzw. pasa biblijnego stanowią trzon jego zwolenników, który może liczyć tam na poparcie sięgające 80 proc. Czy również oni „nie tylko nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, ale są jego zaprzeczeniem”?
Kiedy doradca duchowy Białego Domu, Paula White-Cain porównuje prezydenta do Chrystusa, czy przekonuje, że sprzeciwienie się Trumpowi oznacza „odmówienie samemu Bogu”, wysyła tak naprawdę sygnał do swojego żelaznego elektoratu. Ludzi, dla których Trump – jak tłumaczy badaczka Katherine Stewart – jest długo wyczekiwanym „mocarzem”.
I choć według teologii protestanckiej, „namaszczony” władca nie stoi ponad prawem Bożym, z powodu braku wypracowania jednolitej doktryny, prerogatywy głowy państwa stanowią w istocie przedmiot nieustannej debaty. Dla jednych Trump wywołując wojny napastnicze łamie V przykazanie, dla innych z kolei, wypełnia obietnice zawarte w Piśmie Świętym, broniąc Naród Wybrany przed współczesną Persją (jak królowa Estera) lub niczym Jozue pomaga „oczyścić” Ziemię Obiecaną z plemion Amalekitów.
W praktyce oznacza to, że władza „bożego pomazańca” może okazać się właściwie nieograniczona, jak długo subiektywna interpretacja Pisma Świętego będzie w stanie usankcjonować nawet najbardziej niemoralne decyzje polityczne.
…czy Antychryst?
Przywrócenie języka religii na salony spowodowało wyniesienie debaty politycznej na poziom metafizyczny. A w sprawach ostatecznych nie ma miejsca na kompromisy, co pokazuje „wojna domowa” wewnątrz ruchu MAGA a także trwający spór prezydenta USA z papieżem Leonem XIV.
Cały świat wpadł w osłupienie, kiedy w otoczeniu Trumpa ujawniło się środowisko wyznawców tzw. chrześcijańskiego syjonizmu; herezji nakazującej bezwzględnie wspierać Izrael, nawet w wysiłku wojennym pochłaniającym tysiące niewinnych ofiar. W tej optyce, celowanie do palestyńskich dzieci czy spuszczanie rakiet na głowy 11-letnich dziewczynek ma w jakiś sposób przyspieszać nawrócenie narodu żydowskiego i ponowne przyjście Pana Jezusa. Z nie mniejszą krytyką spotkały się również sugestie części środowisk w samym Izraelu, przekonujące, że ostatecznym celem syjonistów jest przywrócenie kultu świątynnego.
Przełom nastąpił jednak w okresie wielkanocnym, kiedy Paula White-Cain w bluźnierczy sposób porównała prezydenta do samego Jezusa Chrystusa. – Zostałeś zdradzony, aresztowany i niesłusznie oskarżony. To schemat podobny do tego, jaki ukazał nasz Pan i Zbawca Jezus Chrystus (…). Panie prezydencie, za sprawą Jego Zmartwychwstania, Ty również zmartwychwstałeś. Ponieważ On zwyciężył, ty również okazałeś się zwycięzcą – mówiła z uniesieniem przy aprobacie członków komisji ds. wolności religijnej.
Tymczasem porównywany do Chrystusa Trump w samą Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego zagroził przeprowadzeniem ludobójstwa w Iranie. – Odblokujcie tą p********* cieśninę (…) albo obudzicie się w piekle. Tylko patrzcie i módlcie się do Allacha – napisał zupełnie nie w stylu Mistrza z Nazaretu. Jakby tego było mało, dzień później zagroził, że „cała cywilizacja zginie i nigdy się nie odrodzi”.
Niezwykle emocjonalnie na wpis Trumpa zareagował wpływowy publicysta Tucker Carlson, sugerując wręcz, że prezydent uzurpuje sobie boskie kompetencje, a przez to może być pod wpływem sił ciemności. – Tylko wtedy, gdy uważasz się za Boga, mówisz w ten sposób – powiedział były prezenter Fox News, nazywając słowa Trumpa „kpiną z chrześcijaństwa”. W tym kontekście zapytał, czy decyzja polityka o nietrzymaniu ręki na Biblii podczas ceremonii zaprzysiężenia, nie była celową zapowiedzią kierunku jego przyszłej administracji.
Kilka dni później Carlson zaprosił do swojego studia znanego egzorcystę, ks. Chada Rippergera, który wprost przyznał, że Stany Zjednoczone znajdują się pod panowaniem demonów (aborcji, homoseksualizmu, rozwiązłości seksualnej, pornografii etc.). W ocenie kapłana, szczególnie podatni na działanie złego ducha mają być zwłaszcza politycy. Skojarzeń z obecną administracją nie trzeba było daleko szukać.
Jakby tego było mało, na działania Donalda Trumpa w wyjątkowo ostry jak dla siebie sposób zareagował Leon XIV. Papież Prevost wprost oznajmił, że kto wzywa imienia Boga do niszczenia i zabijania, „nie ma Boga w sercu” i nie może cieszyć się Jego błogosławieństwem. Z kolei podczas rozważań różańcowych przed Niedzielą Miłosierdzia ogłosił, że wykorzystanie wojny jako narzędzia politycznego wynika z „bałwochwalstwa samego siebie i kultu pieniądza”.
Na odpowiedź, która jednoznacznie potwierdziła trafność diagnozy, nie trzeba było długo czekać. Donald Trump w obszernym wpisie ostro zaatakował papieża, zarzucając mu flirt z lewicowymi ideologiami. Co jednak najważniejsze – zasugerował, że Kościół katolicki powinien milczeć lub całkowicie wspierać Stany Zjednoczone, jako największego strażnika wartości chrześcijańskich na świecie. Sam Trump przekonywał, że robi dla katolików więcej niż sam papież.
Jakby tego było mało, kilka godzin później Trump opublikował grafikę wygenerowaną przez AI i pokazującą prezydenta USA w roli Pana Jezusa uzdrawiającego chorego. Swojemu przełożonemu wtórował wiceprezydent J.D Vance, sugerując papieżowi (sic!) powstrzymanie się od komentowania amerykańskiej polityki przez pryzmat teologii. Ostatecznie obie strony starały się de-eskalować konflikt; Trump usunął skandaliczny obrazek, z kolei Leon XIV podkreślił, że jego kazanie nie było skierowane w stronę waszyngtońskiej administracji.
Nie zmienia to jednak faktu, że Biały Dom wyraził otwarty sprzeciw wobec prawa Stolicy Apostolskiej do obrony uniwersalnych prawd moralnych. Bezprecedensowy atak na papieża Prevosta, poprzedzony pół-złośliwymi zaczepkami (przebieranie się za papieża czy sugerowanie, że sam byłby najlepszym następcą św. Piotra) ujawnił przy okazji głęboki kompleks protestantyzmu wobec Kościoła rzymskiego, jakim jest chęć pretendowania do roli przewodnika świata chrześcijańskiego.
To zjawisko doskonale znane z historii. Purytanin i przywódca angielskiej rewolucji Olivier Cromwell zachęcał Karola Gustawa do ataku na Rzeczpospolitą, aby „utrącił róg katolickiej bestii” (drugi róg miał stanowić Rzym). Gustaw II Adolf podczas wojny trzydziestoletniej bronił „prawdziwego chrześcijaństwa” przez agresją Rzymu. Henryk VIII mimo zerwania z Kościołem wciąż uważał się za katolika i „Obrońcę Wiary” – tytuł jaki w młodości nadał mu papież. Angielski władca stworzył nawet doktrynę rezonującą przez wieki w świecie protestanckim, przekonującą, że to król, nie papież jest wyznaczonym przez Boga defensor fidei. Podobne znaczenie miał termin notbischofe (biskupów ratunkowych) popularny wśród książąt niemieckich.
Tymczasem dzisiaj zachodni świat na własnej skórze doświadcza błędów protestantyzmu, zwłaszcza w jego charyzmatycznym wydaniu, pełnym skrajnej emocjonalności i pobożności na pokaz. Na własnych oczach dostrzegliśmy jak przestrzeń zapewne szczerej wiary, modlitwy i chęci kontaktu z Bogiem może zamienić się w narzędzie manipulacji, również tej w wymiarze politycznym. Na jego tle Rzym jawi się jako ostoja wiary racjonalnej, posiadającej spójną doktrynę, pomimo targających nią wewnętrznych i zewnętrznych kryzysów wciąż potrafiąca rezonować i stanowić punkt odniesienia w epoce duchowych porywów serca i religijnych instynktów.
Z kolei sam prezydent USA powinien przypomnieć sobie historię króla Dawida. Mimo bycia pomazańcem Bożym, niewierność wobec Prawa Bożego kosztowała go śmierć syna, tragedie rodzinne oraz epidemię dziesiątkującą poddanych. Dopiero kiedy żydowski król skruszył się i wyznał przed Panem swoje grzechy, Bóg okazał mu swoją dobroć. Ale taka postawa wymaga to nie tylko pokory, ale przede wszystkim wiary w Opatrznościowe miłosierdzie i łaskę zdolną wybaczyć każdy grzech.
W tym kontekście przekonanie Trumpa, że nie jest „przeznaczony do nieba” wyraża bardziej głęboką rozpacz bliższą Judaszowi niż zaufanie i nadzieję Piotra. Dlatego rację mają wszyscy ci, którzy zamiast wieszać psy na amerykańskim prezydencie, wolą pomodlić się o jego nawrócenie.
Piotr Relich





































