
—————————————–

———————————————–

—————————————–

———————————————————

————————————————————-

—————————————————

—————————

——————————————-


—————————————–

———————————————–

—————————————–

———————————————————

————————————————————-

—————————————————

—————————

——————————————-


———————————————–

—————————————-

——————————————

—————————————————————————-

———————————————————

——————————————————–

—————————————

—————————————–

——————————————————-

MD
Grok:
Polskie magazyny gazu ziemnego są obecnie wypełnione w ok. 99,2% (stan na 26 października 2026 r.).
Według danych Gas Infrastructure Europe (AGSI+) w magazynach znajduje się około 36,56 TWh gazu przy pojemności technicznej ok. 36,85 TWh. Operator Gas Storage Poland (część grupy GAZ-SYSTEM) zarządza instalacjami o łącznej pojemności czynnej ok. 3,3 mld m³.
29.10.2026 Adam Wielomski nczas/memiczny-rzad-donalda-tuska

Podobnie jak cała Polska dowiedziałem się ostatnio, że służby prowadzą akcję w związku z zagrożeniem życia premiera Donalda Tuska i szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza. Domniemany sprawca został sprawnie ujęty. W jego domu znaleziono… kuszę ze strzałami (bełtami), domowej roboty materiał wybuchowy, a jego „siatka” ma liczyć w sumie kilkaset osób.
Sprawa wyglądała początkowo nawet poważnie, póki użytkownicy mediów społecznościowych nie zaczęli udostępniać „manifestu” domniemanego przywódcy grupy terrorystycznej.
Zobaczyliśmy pana lat 66, rzucającego „mięsem” w obu wspomnianych polityków. No i wtedy można było się już tylko poturlać ze śmiechu. Potem dowiedzieliśmy się, że przywódca grupy terrorystycznej jest w takim stanie zdrowia, że policja musiała mieć zgodę lekarza na transport podejrzanego z jednego aresztu do innego…
Jest to jeden z przypadków wskazujących na rosnący potencjał memiczny rządu Tuska, czyli stania się dogodnym materiałem do internetowej satyry. Szczególnie że poszczególni ministrowie i politycy koalicji robią, co tylko mogą, aby ilość materiału do satyry tylko rosła. Oto minister Tomasz Siemoniak publicznie ogłosił, że po jednym z ukraińskich ataków dronowych czy rakietowych na rosyjskie centra danych ruch prorosyjskich botów w Europie spadł o 2/3, co udokumentował stosownym wykresem dostarczonym mu przez służby. Pech chciał, że zaraz potem okazało się, że wykres jest dziełem niemieckiego dwudziestolatka i został sporządzony za pomocą AI. Słowem, fake news, w który uwierzył minister Siemoniak, a może i polskie służby.
Żadnego spadku liczby treści niechętnych Ukrainie w Internecie nie zaobserwowano. Oczywiście potencjał memiczny rządzących nie byłby pełny, gdybym nie wspomniał o humorystycznym filmiku, na którym wiceminister Michał Kołodziejczak kroczy do delegatury ABW, ochraniany przez specyficznie ufryzowanego i ubranego detektywa Rutkowskiego. Media społecznościowe zostały wprost zalane memami. No i na koniec ogłoszono wielką imprezę w postaci Europejskiego Forum Nowych Idei, w którym — obok Donalda Tuska i wielu ministrów z jego rządu — wziąć udział mają prof. Barbara Gorgoń-Mróz i mgr Jakub Wiech, potwierdzając swoją rangę „ekspertów”.
Wizerunkowo rząd Donalda Tuska idzie od klęski do klęski i z kolejnymi mniejszymi i większymi katastrofami mamy już do czynienia dosłownie co drugi dzień. Ich liczba wzrasta, a nie posądzam ani samego Tuska, ani jego ludzi i specjalistów od pijaru o to, by celowo prowadzili politykę ośmieszania się i podkładania się twórcom internetowych memów. To efekt innego zjawiska. Tusk przypomina w tej chwili tonącego, który nie umie lub nie ma siły dłużej pływać i dlatego wymachuje bezładnie i w rozpaczy rękami na prawo i lewo. Chcąc się w ten sposób utrzymać na powierzchni, w istocie tonie jeszcze szybciej. Skąd to pijarowskie wzmożenie?
Zaraz miną trzy lata rządów liberalno-lewicowej koalicji pod przywództwem Donalda Tuska. I oferuję konia z rzędem temu, kto wymieni jakieś trzy znaczące sukcesy tego rządu. Sukcesy oczywiście są, ale mają one charakter negatywny: po pierwsze, odsunięto od władzy znienawidzony PiS; po drugie, koalicja, której nic nie łączy i która nie ma żadnego pomysłu, trwa już prawie trzy lata i wcale się nie rozpadła; po trzecie, w obawie przed powrotem PiS do władzy KO nadal utrzymuje wysokie sondaże i prowadzi w nich (acz nic nie wskazuje na to, aby miała szansę rządzić po kolejnych wyborach). Problem w tym, że żaden z tych „sukcesów” nie ma charakteru pozytywnego. Polska nie osiągnęła żadnego sukcesu w polityce zagranicznej, wewnętrznej czy gospodarczej. Państwo jest coraz bardziej antywolnościowe, podatki rosną, deficyt budżetowy jest gigantyczny, a wojna ukraińsko-rosyjska generuje wyłącznie koszty po naszej stronie. Z punktu widzenia polityki partyjnej i osobistych karier rządzących polityków sytuacja wygląda źle. KO wprawdzie nie traci poparcia, lecz dzieje się to tylko kosztem pożerania elektoratów mniejszych koalicjantów, którzy najprawdopodobniej nie wejdą do przyszłego Sejmu: Polski 2050, Lewicy i, w mniejszym stopniu, PSL. Nawet jeśli KO wygra wybory za rok, to znajdzie się w opozycji, w całkowitej izolacji. Tusk i jego współpracownicy dobrze zdają sobie sprawę, że czeka ich okres rozliczeń, uchylania immunitetów i pukania do drzwi o 6.00 rano. Mecenas Roman Giertych już mógłby zacząć prowadzić szkolenia dla kolegów z omdlewania na żądanie. Prawdę mówiąc, przypuszczam, że Donald Tusk czy Waldemar Żurek będą musieli uciekać na emigrację, podobnie jak czynią to teraz Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski.
W tej rozpaczliwej sytuacji, gdy ekipa rządząca nie potrafi poradzić sobie z rzeczywistymi problemami, pozostały jej działania pijarowskie, a im gorsza będzie sytuacja, tym bardziej będą one improwizowane i humorystyczne. Prawdę mówiąc, uważam, że rządząca ekipa ma już tylko jedną drogę: rozmontowanie mechanizmów wyborczych. Stąd wszystkie rządowe pomysły na wprowadzenie faktycznej i pozakonstytucyjnej cenzury Internetu.
Rząd słusznie skonstatował, że Internet to największe źródło zagrożenia w postaci wolnej myśli i w miarę swobodnej krytyki rządu i jego poczynań. Wreszcie, pamiętając o różnych rewolucjach zaczynających się właśnie w Internecie, rządzący patrzą na problem cenzury w perspektywie rodzącej się w ich głowach koncepcji, aby w przyszłym roku wybory w ogóle się nie odbyły.
Ta sama koncepcja najprawdopodobniej kołacze się coraz wyraźniej w głowach otoczenia Emmanuela Macrona we Francji i Friedricha Merza w Niemczech, których obozom grozi polityczne tsunami, a nawet dezintegracja Unii Europejskiej. Jedynym powodem, dla którego wybory mogłyby się nie odbyć, jest konflikt zbrojny z Rosją, a przynajmniej jego pozór: atak dronów, zagubiony pocisk balistyczny, zamachy terrorystyczne etc. W sytuacji stanu wyjątkowego wybory nie mogą bowiem zostać zorganizowane. Liberalne rządy utracą swój charakter memiczny, gdy zapanuje dyktatura „demokracji walczącej”.
Przemysław Piasta myslpolska/polska-i-wegry-dwa-pazdzierniki
W październiku 1956 roku Polska i Węgry znalazły się na pozór w podobnym położeniu. W obu krajach pękał stalinowski porządek. W obu społeczeństwa miały dość terroru, politycznej podległości i gospodarczej niewydolności. W obu nadzieje na zmianę wiązano z komunistami odsuniętymi wcześniej od władzy. A jednak finał był zasadniczo odmienny. W Polsce kryzys zakończył się politycznym przesileniem i ograniczonymi reformami. Na Węgrzech przerodził się w rewolucję, którą zdławiły radzieckie czołgi.
Najłatwiej byłoby uznać, że Polacy okazali się ostrożniejsi, Węgrzy zaś bardziej radykalni. Albo że Gomułka był sprawniejszym politykiem niż Imre Nagy. Takie wyjaśnienia są jednak niewystarczające. O wyniku przesądziły wcześniejsze doświadczenia obu społeczeństw, reakcje elit, postawa wojska i kalkulacje Moskwy. Tymczasem klucz do zrozumienia roku 1956 jest skomplikowany. Budapesztu nie sposób zrozumieć bez Warszawy, a Warszawy bez Poznania.
Zrozumienie wydarzeń 1956 roku wymaga zatem czegoś więcej niż porównania charakterów dwóch przywódców. Polska i Węgry znalazły się w podobnym kryzysie, lecz ich społeczeństwa, elity polityczne i instytucje państwowe reagowały na niego w odmienny sposób. Nie mniej istotne były kalkulacje Kremla oraz geopolityczne znaczenie obu państw. Historia polskiego Października i węgierskiej rewolucji to nie dwie zupełnie odrębne opowieści, lecz powiązane ze sobą procesy, które ujawniły zarówno siłę społeczeństw, jak i granice dopuszczalnych zmian w radzieckiej strefie wpływów.
Poznań, czyli ostrzeżenie
W Polsce wybuch nastąpił już w czerwcu. Robotnicy Zakładów im. Stalina w Poznaniu (obecne zakłady im. Hipolita Cegielskiego, a w zasadzie ich marne resztki) protestowali przeciw warunkom pracy, płacom i złemu zaopatrzeniu. Delegacja wysłana do Warszawy nie osiągnęła swoich celów, czyli obniżenia norm i podwyżki płac, a pogłoska o jej aresztowaniu zaogniła i tak złe nastroje. Protesty rozpoczęły się pod hasłami socjalnymi: „chleba i pracy”, lecz szybko pojawiły się też postulaty polityczne. Pokojowy protest zmienił się w zamieszki. Uwolniono więźniów, zdobyto broń, zaatakowano gmach bezpieczeństwa. Padły strzały. Państwo i partia odpowiedziały siłą.
Nie wolno sprowadzać Poznańskiego Czerwca do buntu o podwyżkę. Protest szybko nabrał charakteru politycznego. Jednak punkt wyjścia był inny niż na Węgrzech: poznański robotnik domagał się przede wszystkim ulżenia w nieznośnych warunkach życia; węgierski student już 23 października żądał zmian w stosunkach z ZSRR i usunięcia stalinowskich przywódców. Oba protesty godziły w istniejący porządek, lecz od początku uderzały w różne jego elementy.
Nie oznacza to jednak, że polskie społeczeństwo mniej pragnęło niepodległości albo że Węgrzy byli z natury bardziej radykalni. W Poznaniu protest rozpoczął się od postulatów socjalnych, ale szybko ujawnił również sprzeciw wobec politycznego podporządkowania. Na Węgrzech natomiast kwestia suwerenności narodowej, obecności wojsk radzieckich i przebudowy systemu politycznego od początku ściśle się ze sobą łączyły. Oba ruchy podważały istniejący porządek, lecz czyniły to z nieco innych punktów wyjścia.
Polskie kierownictwo zareagowało brutalnie i bez większego problemu samodzielnie zdławiło bunt w zarodku. Wojsko i aparat bezpieczeństwa w większości wykonały rozkazy. Jednak już po stłumieniu protestu władze zrozumiały, że dalsze ignorowanie społecznych pretensji, skądinąd słusznych i uzasadnionych, grozi kolejnym wybuchem. Edward Ochab mówił o bezduszności i biurokratyzmie aparatu partyjno-państwowego. Nadal jednak w partii doszukiwano się zorganizowanej prowokacji; nawet Edward Gierek uważał wydarzenia za przygotowany spisek. Obie postawy, represyjna i reformatorska, współistniały wewnątrz tego samego kierownictwa.
Co ciekawe o antypaństwowym spisku i inspiracji sił zewnętrznych mówili i pisali też ludzie, których trudno posadzić o sympatie do komunizmu. Przykładem takiej postaci był Jędrzej Giertych, który opublikował broszurę. „Po wypadkach poznańskich. Na alarm!”. Przestrzegał w niej społeczeństwo przed uleganiem wpływowi obcych agentur dążących do rozchwiania sytuacji politycznej w Polsce. Wszelkie rozruchy wewnętrzne w sytuacji realnego braku suwerenności, jak słusznie konkludował polityk, choć dają upust autentycznemu społecznemu niezadowoleniu, w istocie rzeczy służą jedynie rozgrywaniu światowych interesów mocarstw.
Rozumowanie Giertycha wskazuje na istotny dylemat polityczny: ostrożność wobec obcych wpływów nie musi oznaczać akceptacji istniejącego systemu. Zewnętrzne mocarstwo może próbować wykorzystać wewnętrzny kryzys do realizacji własnych interesów, lecz nie wynika z tego, że społeczne niezadowolenie jest nieautentyczne albo że zgłaszane postulaty są nieuzasadnione. Wydarzenia polskie i węgierskie pokazują, jak trudno jednocześnie przeciwstawiać się wewnętrznemu uciskowi i zewnętrznej zależności.
Poznański czerwiec zatem był dla partyjnych elit w Polsce doświadczeniem ostrzegawczym. Przekonał je, że nie da się już rządzić wyłącznie dotychczasowymi metodami. Zarazem nauczył, że można częściowo odpowiedzieć na postulaty społeczne, nie rezygnując z monopolu PZPR, obecności w bloku sowieckim ani podstaw istniejącego ustroju. Dla Moskwy miało znaczenie również to, że polskie kierownictwo potrafiło opanować dramatyczny kryzys własnymi siłami. Oznaczało, że Kreml widział w Warszawie ośrodek zdolny samodzielnie utrzymać władzę.
Węgierski Październik nie miał podobnego wstępu. Nie było odpowiednika Poznania, który zawczasu zmusiłby rządzących do uznania skali zagrożenia. Kiedy nastąpił wybuch, aparat władzy nie był przygotowany ani do kompromisu, ani do skutecznego działania.
Nie znaczy to, że na Węgrzech nie istniały wcześniejsze sygnały nadchodzącego kryzysu. Debaty Koła Petőfiego, wystąpienia pisarzy i studentów, ponowny pochówek László Rajka oraz narastające problemy gospodarcze już wcześniej ujawniały erozję społecznej legitymacji systemu. Różnica polegała raczej na tym, że węgierskie kierownictwo nie potrafiło w porę odpowiedzieć na te sygnały wiarygodnymi reformami politycznymi.
Ochab ustępował, Rákosi trwał
Różnica zaczynała się od samej struktury władzy. W Polsce śmierć Bolesława Bieruta i następstwa XX Zjazdu KPZR uruchomiły proces przesunięć wewnątrz partii. Edward Ochab był komunistą lojalnym wobec Moskwy, ale okazał się zdolny do kompromisu. Ostatecznie dopuścił do powrotu Gomułki i zmiany kierownictwa PZPR. Nie była to demokratyzacja systemu. Była to jednak zmiana personalna, która otworzyła drogę do kontrolowanego politycznego odwrotu od części praktyk stalinizmu.
Na Węgrzech Mátyás Rákosi kurczowo trzymał się władzy. Po objęciu przez Imre Nagya stanowiska premiera w 1953 roku sabotował jego Nowy Kurs, który miał przynieść złagodzenie terroru i ustępstwa gospodarcze. Rákosi pozostawał pierwszym sekretarzem, mimo odpowiedzialności za wcześniejsze czystki. Dwuwładza pogłębiała konflikt. Po upadku Malenkowa w Moskwie Nagya odsunięto i usunięto z partii. Rákosi umocnił pozycję, choć społeczeństwo coraz wyraźniej widziało w Nagyu alternatywę.
Na Węgrzech szczególne znaczenie miała pamięć o stalinowskim terrorze i procesie László Rajka, straconego w 1949 roku. Narastał konflikt między komunistami związanymi z Moskwą a działaczami krajowymi. Coraz śmielsza krytyka znajdowała ujście w debatach Koła Petőfiego. Po referacie Chruszczowa przeszłość, którą próbowano uznać za zamkniętą, wróciła jako bieżący problem polityczny. Trzeba było odpowiedzieć nie tylko na pytanie, co zmienić, ale też kto odpowiada za dotychczasowe zbrodnie.
Dla węgierskiego społeczeństwa ujawnienie zbrodni stalinizmu nie oznaczało jedynie konieczności wymiany kilku przywódców. Rehabilitacja Rajka pokazywała, że sam aparat partyjny wytwarzał spiski i oskarżenia, które następnie służyły uzasadnianiu represji. Pytanie coraz rzadziej dotyczyło tego, który komunista powinien zastąpić innego, a coraz częściej tego, czy wiarygodna reforma jest w ogóle możliwa w ramach tych samych instytucji.
Rákosi ustąpił dopiero w lipcu 1956 roku. Co gorsza, jego następcą został Ernő Gerő, polityk tej samej orientacji. Dla obywateli nie była to wiarygodna zapowiedź odnowy. System trwał przy własnych kompromitujących symbolach w chwili, gdy coraz większa część społeczeństwa odrzucała ich legitymację. Polska partia znalazła sposób, aby wprowadzić do kierownictwa człowieka postrzeganego jako ofiara stalinizmu. Węgierska partia przeciągała tę decyzję do chwili, w której mogła ona już nie wystarczyć.
W Polsce przesilenie wewnątrz partii nastąpiło, zanim październikowy protest przerodził się w rewolucję. Na Węgrzech decyzje odwlekano, aż inicjatywę przejęła ulica.
Od pomnika Bema do barykad
Wydarzenia w Budapeszcie 23 października zaczęły się od demonstracji studentów. Symboliczna była już jej trasa: spod pomnika Sándora Petőfiego pod pomnik polskiego generała Józefa Bema, bohatera węgierskiej rewolucji lat 1848–1849. Wznoszono hasła solidarności z Polską, niesiono polskie flagi i sztandary węgierskie z usuniętym emblematem komunistycznym. Polski Październik był dla demonstrantów inspiracją. Powrót Gomułki miał znaleźć odpowiednik w przywróceniu Nagya.
Podobieństwo symboli nie oznaczało jednak tożsamości żądań. Węgierskie szesnaście punktów obejmowało usunięcie Gerő, powrót Nagya, wycofanie wojsk sowieckich oraz rzeczywistą niezależność kraju. Były to postulaty, których realizacja uderzała bezpośrednio w podstawy sowieckiej kontroli. W Polsce radykalne nastroje społeczne również miały wymiar antyradziecki, ale kierownictwo polityczne starało się oddzielić zmianę wewnętrzną od zerwania sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Na Węgrzech oba procesy szybko zaczęły się splatać.
Wśród postulatów studentów znalazły się również żądania rozszerzenia praw politycznych, poprawy sytuacji gospodarczej, reformy rolnictwa oraz oparcia stosunków węgiersko-radzieckich na zasadach równości. Nie chodziło zatem wyłącznie o zastąpienie jednego przywódcy komunistycznego innym. Studenci domagali się państwa, które samo mogłoby decydować o swoim ustroju politycznym i modelu gospodarczym.
Trzeba przy tym odróżnić pierwotne szesnaście punktów od późniejszych decyzji rządu Nagya. Wystąpienie z Układu Warszawskiego i ogłoszenie neutralności nie stanowiły w tej samej formie centralnych zapisów pierwotnego programu studentów. Imre Nagy ogłosił neutralność Węgier i zamiar wystąpienia z Układu Warszawskiego 1 listopada, kiedy rewolucja weszła już w nową fazę. Było to poważne wyzwanie strategiczne dla Moskwy, ale nie tłumaczy samo w sobie decyzji o ponownej interwencji wojskowej.
Równie wymowna była reakcja władz. Gdy w Poznaniu wybuchły rozruchy, polscy przywódcy przebywali w kraju, a aparat państwowy zachował zdolność podejmowania decyzji. W czasie narastania węgierskiego kryzysu Gerő i kilku najważniejszych działaczy przebywali w Jugosławii. Wrócili dopiero 23 października, w dniu demonstracji. Nikt nie mógł już cofnąć czasu straconego na zaniechania. Chruszczow później nie krył zdumienia, że węgierskie kierownictwo zajmowało się podróżami, choć istniały sygnały zbliżającego się przesilenia.
Po powrocie Gerő nie próbował rozładować napięcia. Wieczorem wygłosił przez radio przemówienie ostro potępiające demonstrantów jako kontrrewolucjonistów. Był to akt politycznej ślepoty w chwili, gdy protest stawał się masowym ruchem. Węgierskie wojsko reagowało inaczej niż siły polskie w czerwcu: jednostki wahały się, część żołnierzy przechodziła na stronę powstańców, a najsilniej z aparatem represji identyfikowano funkcjonariuszy bezpieczeństwa państwowego. Słabnąca kontrola nad wojskiem sprawiła, że przywódcy partii zwrócili się ku rozwiązaniu, po które w Poznaniu nie sięgnięto.
Nie należy jednak traktować węgierskiej armii jako jednolitej formacji, która w całości stanęła po stronie rewolucji. Postawy żołnierzy i jednostek były zróżnicowane. Mimo to wahania w wykonywaniu rozkazów, przekazywanie broni oraz przechodzenie niektórych oddziałów na stronę powstańców zasadniczo zmieniły sytuację. W Polsce w czerwcu kierownictwo mogło oprzeć się na własnych siłach zbrojnych. Na Węgrzech w październiku coraz mniej pewne było, czy państwowe instytucje pozostaną posłuszne swoim przełożonym.
Kto wezwał sowieckie czołgi?
Pierwsza interwencja sowiecka na Węgrzech rozpoczęła się w dniach 23–24 października na prośbę węgierskiego kierownictwa. Nie była to jeszcze decyzja o ostatecznym, listopadowym zdławieniu rewolucji. Pierwsze wezwanie wojsk i późniejsza pełnoskalowa inwazja stanowiły dwa odrębne etapy. Węgierscy komuniści zakładali, że zewnętrzna siła pomoże im odzyskać kontrolę. Obecność sowieckich czołgów jeszcze bardziej zradykalizowała jednak społeczeństwo. Rozwijała się walka zbrojna, dochodziło do samosądów na funkcjonariuszach bezpieczeństwa, a aparat partyjny się rozpadał. Interwencja mająca ocalić system przyspieszyła jego rozkład.
W Polsce mechanizm był odwrotny. W czerwcu przywódcy nie prosili o obce wsparcie. W październiku Gomułka i Ochab zapewniali Kreml, że zmiany personalne nie oznaczają utraty kontroli nad krajem. Moskwa nie musiała wierzyć im bez zastrzeżeń, lecz widziała w Warszawie zdolny do działania ośrodek władzy. W Budapeszcie coraz trudniej było wskazać kogokolwiek, kto rzeczywiście kontrolował wydarzenia.
Dla kierownictwa radzieckiego nie liczyło się wyłącznie to, jak dużym poparciem społecznym cieszyły się partie komunistyczne. Równie istotna była zdolność tych partii do utrzymywania funkcjonowania państwa, kontrolowania wojska i gwarantowania strategicznych interesów ZSRR. Węgierscy przywódcy najpierw zwrócili się o pomoc wojskową, a następnie stopniowo tracili kontrolę nad własnym społeczeństwem i instytucjami. Z perspektywy Moskwy oznaczało to załamanie politycznej wiarygodności dotychczasowego kierownictwa.
Sam fakt, że węgierscy komuniści niemal automatycznie utożsamiali wystąpienie przeciw sowieckiej dominacji z wystąpieniem przeciw socjalizmowi, zawężał ich pole manewru. Kiedy uznali, że przeciwnikami są nie tylko demonstranci, lecz także fundamenty całego ich systemu, zaczęli postrzegać radziecką interwencję jako jedyną gwarancję ocalenia. Tymczasem zaproszenie obcej armii do walki z własnym społeczeństwem podważyło resztki ich politycznego autorytetu.
Nie można jednak utożsamiać pierwszej interwencji z decyzją o listopadowej inwazji. Działania wojsk radzieckich z 23–24 października miały na celu stłumienie narastającego kryzysu i zostały podjęte na prośbę węgierskiego kierownictwa komunistycznego. Operacja rozpoczęta 4 listopada była znacznie większą interwencją, której celem stało się ostateczne zdławienie rewolucji. Z dostępnych dokumentów wynika, że polityczna decyzja o ponownym uderzeniu zapadła w Moskwie już 31 października. Nie była więc wyłącznie reakcją na ogłoszoną dzień później neutralność Węgier.
Dwaj przywódcy, dwa sposoby uprawiania polityki
Zestawienie Gomułki i Nagya narzuca się samo. Obaj byli komunistami, których wcześniej usunięto z kierownictwa. Obaj krytykowali najbardziej brutalne praktyki stalinizmu i nadmiernie forsowaną kolektywizację. Obaj stali się w 1956 roku symbolami nadziei na zmianę. Żaden z nich nie rozpoczynał kariery jako rzecznik zerwania z ideologią marksistowską. W ich biografiach było też doświadczenie związku z Moskwą. Nie byli politycznymi przybyszami z innego świata. Wyrastali z systemu, który mieli reformować.
Na tym podobieństwa zaczynały się kończyć. Gomułka był doświadczonym organizatorem politycznym, wywodzącym się z robotniczego ruchu komunistycznego i okupacyjnej konspiracji. Znał mechanizmy władzy, znaczenie partyjnych stanowisk i wagę politycznej dyscypliny. Potrafił występować w imieniu społecznego niezadowolenia, ale nie zamierzał oddawać mu prawa do wyznaczania granic własnej polityki. Jego celem nie była likwidacja systemu, lecz przejęcie nad nim kontroli i zmiana najbardziej kompromitujących praktyk.
Nagy reprezentował inny temperament. Długie lata przebywał w Związku Radzieckim i prowadził prace naukowe nad rolnictwem. Skłaniał się raczej do przekonywania argumentami niż do brutalnej walki o stanowiska. Nagy został ponownie przyjęty do partii zaledwie kilka dni przed wybuchem rewolucji. Na czele rządu stanął dopiero w trakcie wydarzeń. Nie stworzył ruchu, którym następnie kierował; musiał odpowiadać na ruch, który rozwijał się niezależnie od niego. Gomułka potrafił skanalizować nastroje społeczne wokół nowego kierownictwa partii. Nagy coraz częściej znajdował się pod presją ośrodków politycznych, organizacji i uzbrojonych grup, które działały poza jego kontrolą.
Gomułka próbował powstrzymać rewolucyjną dynamikę; Nagy – dotrzymać jej kroku. Pierwszy wyznaczał granice ustępstw, drugi przesuwał je pod naciskiem wydarzeń. Nie chodzi o ich osobistą odwagę, lecz o odmienne sposoby uprawiania polityki.
Dla Gomułki poparcie społeczne wzmacniało pozycję negocjacyjną, ale nie oznaczało zgody na rezygnację z monopolu partii. Dla Nagya coraz bardziej oczywiste stawało się, że rząd nie odzyska wiarygodności, jeśli odrzuci podstawowe postulaty rewolucji. Nie musi to wynikać wyłącznie z osobistego idealizmu. W warunkach rozpadu węgierskich instytucji państwowych i partyjnych uznanie społecznego ruchu stało się dla premiera jedną z niewielu dróg do odbudowy porządku politycznego.
Gomułka wiedział, gdzie przebiega granica
Polski Październik nie był dla Moskwy wydarzeniem obojętnym ani z góry zaakceptowanym. Delegacja Chruszczowa przybyła do Warszawy 19 października w atmosferze wyraźnego napięcia. Sowieci obawiali się nie tyle samego Gomułki i jego legendy, ile charakteru zmian w polskim kierownictwie i rosnących nastrojów antyradzieckich. Gomułka również rozumiał, że jego popularność opiera się w znacznej mierze na sprzeciwie wobec dotychczasowej zależności. Wiedział jednak, że ten sam społeczny mandat może stać się dla niego zagrożeniem, jeśli uzna go za przyzwolenie na zerwanie z Moskwą.
Nie jest prawdą jakoby twarda postawa Gomułki podczas rozmów w Warszawie sama w sobie przekonała Chruszczowa do rezygnacji z interwencji. Przeciwnie, radzieccy przywódcy nadal rozważali działania przeciw Polsce. Jeszcze 24 października byli poważnie zaniepokojeni sytuacją. Nie wystarczyło więc kilka mocnych zdań wypowiedzianych za zamkniętymi drzwiami. Istotne było to, co Gomułka zrobił po VIII Plenum i jakie granice wyznaczył swojej polityce.
Gomułka traktował sowiecką obecność wojskową jako gwarancję zachodniej granicy Polski. Niemiecki rewizjonizm uważał za realne zagrożenie, a ZSRR za jedyne mocarstwo zdolne zabezpieczyć powojenny stan terytorialny. Polska była dla Kremla strategicznym połączeniem z NRD, gdzie stacjonowały wielkie sowieckie siły. Interesy obu stron nie były tożsame, ale w tej sprawie pozostawały zbieżne. Stwarzało to przestrzeń do kompromisu.
Gomułka żądał usunięcia sowieckich oficerów w tym marszałka Konstantego Rokossowskiego z kluczowych stanowisk w polskim aparacie władzy. Nie domagał się jednak natychmiastowego wyjścia Polski z Układu Warszawskiego ani likwidacji sowieckiej obecności wojskowej. Reformy miały ograniczać represje, przymusową kolektywizację i prześladowania Kościoła, lecz zachować gospodarkę nakazową oraz monopol PZPR. Była to polityka ściśle limitowanej samodzielności. Można uznać ją za politykę mych kroków.
Niebezpieczeństwo nie minęło wraz z odlotem Chruszczowa. W polskich miastach nadal organizowano wiece i protesty, a sympatia do walczących Węgrów wzmacniała nastroje antyradzieckie. Gomułka musiał więc stale dowodzić, że panuje nad sytuacją. Jego użyteczność dla Kremla wynikała z popularności społecznej i jednoczesnej gotowości do utrzymania Polski w radzieckim systemie bezpieczeństwa.
Nagy szukał porozumienia z ulicą
Na Węgrzech podobna formuła okazywała się coraz mniej realna. W końcu października wydarzenia postępowały szybciej niż decyzje rządu. Nagy nie miał pewności, czy podległe mu struktury wykonują jego polecenia. Jedne ośrodki negocjowały zawieszenie broni, inne przygotowywały ofensywę przeciw powstańcom. Szczególnie wymowny był spór o atak na grupy zbrojne w rejonie pasażu Corvina. Nagy próbował operację powstrzymać, mimo to została podjęta i zakończyła się niepowodzeniem. Sam premier przyznawał, że w kierownictwie panuje chaos.
Gomułka podporządkowywał społeczne oczekiwania własnej kalkulacji politycznej. Nagy dochodził do przekonania, że bez uznania postulatów demonstrantów nie zdoła zatrzymać ani wojny wewnętrznej, ani sowieckiej interwencji. Odrzucał kwalifikowanie całego ruchu jako kontrrewolucji, ponieważ rozumiał, że takie rozpoznanie otwiera drogę do zdławienia go czołgami. Chciał oprzeć rząd na autentycznym ruchu narodowym i stanąć na jego czele. W praktyce było jednak coraz mniej jasne, czy ruch ten jeszcze na to pozwoli.
28 października rząd węgierski ogłosił zawieszenie broni i zapowiedział amnestię, zmiany społeczne oraz wycofanie wojsk sowieckich z Budapesztu, a następnie z całego kraju. Nagy uznał powstanie za ruch zmierzający do niepodległości i demokratyzacji, nie za kontrrewolucję. Zapowiedział także rozwiązanie znienawidzonego aparatu bezpieczeństwa. Dwa dni później przywrócono system wielopartyjny, a do rządu weszli politycy niezwiązani z komunistycznym monopolem. Był to jakościowo inny proces niż korekty ustrojowe dokonywane w Polsce.
W Polsce reformowano rządy partii, na Węgrzech zaczęto demontować jej wyłączność na władzę. Warszawa zabiegała o autonomię wewnątrz sojuszu; Budapeszt zmierzał do zmiany stosunków z Moskwą. Węgierski rząd tracił przy tym kontrolę nad własnym aparatem.
Węgierskie postulaty nie pochodziły przy tym od jednego środowiska politycznego. Robotnicy, studenci, intelektualiści, lokalne komitety rewolucyjne i rady robotnicze formułowali różne, choć często uzupełniające się żądania. Jedni kładli nacisk na demokrację wielopartyjną i niepodległość narodową, inni na samorządność w zakładach pracy, udział robotników w podejmowaniu decyzji i sprawiedliwość gospodarczą. Rewolucji nie da się zatem sprowadzić ani wyłącznie do liberalno-demokratycznego programu, ani do powstania o charakterze nacjonalistycznym.
Nie należy przy tym odwracać kolejności zdarzeń. Formalna deklaracja neutralności Węgier z 1 listopada nie była początkiem sowieckiej decyzji o nowej inwazji. Z dostępnych dokumentów wynika, że polityczne rozstrzygnięcie w tej sprawie zapadło w Moskwie już 31 października. Nie można zatem sprowadzić klęski Nagya do jednego, rzekomo zbyt radykalnego posunięcia. Decyzja Moskwy dojrzewała wcześniej, w odpowiedzi na cały proces utraty kontroli nad węgierskim państwem.
Moskwa wybierała między ryzykami
Wyjaśnienie, że Polskę uratowała stanowczość Gomułki, a Węgry pogrążył idealizm Nagya, jest uproszczaniem. Kreml nie oceniał moralnych przymiotów obu polityków. Liczyło się to, gdzie można utrzymać interesy bez wojny, a gdzie pozostaje już tylko siła.
W Polsce interwencja groziła długim konfliktem. Polacy byli gotowi do oporu, aparat państwowy zachował sprawność, a Gomułka proponował porozumienie gwarantujące ciągłość kluczowych zależności wojskowych i politycznych. Chruszczow rozumiał, że rozpoczęcie starcia byłoby łatwiejsze niż jego zakończenie.
Kryzys węgierski wybuchł jednocześnie i zmniejszył swobodę działania Kremla. Moskwa musiała rozdzielać uwagę i zasoby wojskowe między dwa zagrożenia. Co ważniejsze, mogła porównywać dwa modele zachowania partyjnych kierownictw. Warszawa zapewniała, że utrzyma porządek, pozostanie w sojuszu i będzie reformować system stopniowo. Budapeszt wezwał sowieckie wojska, potem utracił kontrolę nad armią, aparatem bezpieczeństwa i partią, a następnie zaczął odchodzić od podstaw powojennego porządku politycznego. Dla sowieckich decydentów te różnice były rozstrzygające.
Nie oznacza to, że decyzja o zdławieniu rewolucji była nieuchronna od pierwszego dnia. Jeszcze pod koniec października sowieccy przywódcy rozważali wycofanie wojsk z Budapesztu, uzależniając je od zawieszenia walk i rozbrojenia powstańców. Porozumienie rozbijało się jednak o wzajemną nieufność. Powstańcy nie zamierzali oddać broni przed odejściem wojsk sowieckich. Sowieci uznawali zaś, że bez rozbrojenia nie ma mowy o pokojowej likwidacji ognisk oporu. Rząd Nagya próbował działać pomiędzy stronami, ale nie miał narzędzi, by narzucić im własne rozstrzygnięcie.
Niepokoiła Moskwę także postawa węgierskiej armii. Sowieccy doradcy ostrzegali, że miejscowi oficerowie tracą zaufanie, a jednostki wysłane przeciw powstańcom mogą do nich dołączyć. Raporty KGB opisywały rozpad struktur partyjnych i zabijanie komunistów. Sowieci zaczęli uważać, że tylko własną armią może odwrócić przemiany, które z punktu ich perspektywy zaszły już za daleko. 4 listopada rozpoczęła się druga interwencja.
Decyzji tej nie wyjaśnia jednak wyłącznie przebieg walk na Węgrzech ani przemoc wobec funkcjonariuszy komunistycznych. Moskwa obawiała się również, że neutralność Węgier i wystąpienie z Układu Warszawskiego stworzą precedens dla innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Gdyby Budapeszt mógł opuścić radziecki system wojskowy, konsekwencją byłaby nie tylko utrata jednego państwa, lecz także osłabienie całej struktury imperialnej kontroli. W oczach Kremla kwestia węgierska stała się zatem problemem trwałości całego bloku radzieckiego.
Różnica między reformą a rewolucją
Poznań dowodzi, że Polacy potrafili wystąpić przeciw przemocy z determinacją i odwagą. Budapeszt nie dowodzi, że Węgrzy byli nierozsądni lub politycznie niedojrzali. Ich żądania niepodległościowe wynikały z doświadczenia podporządkowania, represji i zawiedzionych prób reform. Inaczej potoczyła się sekwencja wydarzeń i inaczej zachowali się przywódcy odpowiedzialni za państwo.
Polski system zdołał wytworzyć we własnych strukturach mechanizm rozładowania kryzysu. Nie dał społeczeństwu pełnej suwerenności ani demokracji. Dał jednak dostatecznie istotne zmiany, by ograniczyć groźbę powszechnego powstania. Z perspektywy Moskwy oznaczyło to dostateczne gwarancje ciągłości jej dominacji. Na Węgrzech wieloletnie blokowanie reform zniszczyło podobną możliwość. Gdy wymuszona zmiana wreszcie nadeszła, władza nie była już w stanie kontrolować oczekiwań ani nawet własnych instytucji.
Różnica między Gomułką a Nagyem była istotna, ale nie wystarcza do wyjaśnienia różnic w przebiegu wydarzeń. Gomułka wyznaczał granice zmian według własnej oceny układu sił. Nagy coraz silniej utożsamiał ocalenie kraju z uznaniem ruchu rewolucyjnego. Pierwszy zawarł kompromis z Moskwą kosztem pozostawienia Polski w sowieckim systemie. Wkroczył na ścieżkę do dalszego odzyskiwania suwerenności przez nasz kraj.
Drugi próbował pogodzić emancypację społeczeństwa z uniknięciem wojny z ZSRR. Nie zdołał osiągnąć żadnego z tych celów i zapłacił za to najwyższa cenę.
Rady robotnicze, które powstały podczas węgierskiej rewolucji, szczególnie wyraźnie pokazują, jak złożony był jej społeczny program. W wielu zakładach pracy robotnicy tworzyli własne, wybierane przez siebie organy i domagali się wpływu na produkcję, warunki zatrudnienia oraz zarządzanie gospodarką. Rady te nie były jedynie lokalnymi strukturami dawnego państwa partyjnego, lecz wyrażały zdolność społeczeństwa do samoorganizacji. Dla części węgierskich reformatorów inspiracją był jugosłowiański model samorządności pracowniczej. Nie oznacza to jednak, że rady węgierskie były prostą kopią tego systemu. Jugosławia również pozostawała państwem jednopartyjnym, choć decentralizowała zarządzanie gospodarką i próbowała odejść od radzieckiego modelu centralizacji.
Istotnym elementem geopolitycznego tła była także sytuacja Austrii. Traktat państwowy przywracający jej suwerenność podpisano 15 maja 1955 roku, a ustawę o wieczystej neutralności uchwalono 26 października tego samego roku. Wcześniejszą obecność wojsk radzieckich na Węgrzech częściowo uzasadniano potrzebą utrzymywania połączeń z wojskami radzieckimi stacjonującymi w Austrii. Po uregulowaniu statusu Austrii argument ten stracił na znaczeniu, choć utworzenie Układu Warszawskiego w maju 1955 roku stworzyło nową ramę polityczną i wojskową dla radzieckiej dominacji w regionie. Dążenie Węgier do neutralności nie było więc dla Moskwy wyłącznie wewnętrzną reformą polityczną, lecz wyzwaniem dla strategicznego porządku w całej Europie Środkowej.
Zachód nie zaoferował Węgrom gwarancji bezpieczeństwa, na których rząd Nagya mógłby oprzeć swoją politykę. Sympatia dla rewolucji i publiczne poparcie dla węgierskich dążeń nie oznaczały zamiaru interwencji wojskowej. Węgierscy powstańcy walczyli zatem o niepodległość w sytuacji, w której nie mogli liczyć na zewnętrzną pomoc militarną równoważącą radziecką przewagę. Okoliczność ta dodatkowo ograniczała możliwości przywódców rewolucji, nie odbierając jednak sensu ich walce o wolność.
Historia Polski i Węgier w 1956 roku nie jest więc jedynie opowieścią o dwóch przywódcach podejmujących odmienne decyzje. Pokazuje dwa różne przebiegi kryzysu: w jednym system zdołał zachować się dzięki ograniczonym ustępstwom, w drugim blokowanie reform doprowadziło do rewolucji podważającej same podstawy ustroju. Polski kompromis nie przyniósł demokracji, a węgierska rewolucja poniosła klęskę militarną.
Znaczenia obu wydarzeń nie można jednak oceniać wyłącznie na podstawie ich bezpośrednich rezultatów. Ujawniły one, jak głęboko społeczne niezadowolenie, dążenie do narodowej samodzielności i ograniczenia radzieckiej władzy kształtowały historię Europy Środkowej.
Przemysław Piasta
Szabó Balázs
Szabó Balázs, węgierski politolog, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego oraz polityki obronnej, radny Ogólnokrajowego Samorządu Polskiej na Węgrzech, założyciel i prezes Stowarzyszenia Myśli Nowoczesnego Polaka w Budapeszcie.
Przygotowując niniejszy tekst korzystaliśmy z kilku opracowań, najobficiej jednak ze znakomitego studium sr Johanny Granville „1956 Reconsidered: Why Hungary and Not Poland?”.
Dr Johanna Granville to amerykańska badaczka historii Europy Środkowo-Wschodniej i stosunków międzynarodowych, absolwentka Fletcher School na Tufts University. Specjalizuje się w zimnej wojnie i rewolucji węgierskiej 1956 roku. Autorka książek „The First Domino” (2004) i „The Hungarian Revolution of 1956” (2026). Wykładała m.in. na Węgrzech i w Rosji jako stypendystka programu Fulbrighta.
==============================
Najpierw o realiach pracy:
M: ważny, ale strasznie deprecjonujący Polskę.
Że też takich głupców mamy na czele…
A: tak, ale takie są realia i nie ma co pudrować noska tym knurom u władzy, lecz otwierać oczy oczadziałym, naiwnym wyborcom
M: To chyba jednak wieprze… Nasz czyta jednak raczej elita, która wstydzi się, że takie pajace nas nie tylko ośmieszają, ale i deprecjonują w oczach „świata”.
A: Czy ludzie [„wyborcy”…] widzą to??
M. Ci od oglądania telewizora i popularnych internetów – na pewno nie.
A: Taki Radek, rzeczywiście pełen pychy dureń, ale za darmo by się tak nie ośmieszał. Tylko – kto mu za to płaci?
M: Pokorne cielę dwie matki ssie. Nie spekulujmy ! Ale żenujące, bo tak [nas przecież !] obcy widzą… Boli. Pfuj !
A. To co, dajemy?
M. Z tymi objaśnieniami – możemy
————————————–
A tak wyglądają realia pracy:
Mirku, nie da się przesłać linka, zatem kolejny etap przechytrzenia systemu: kliknij w poniższy, a potem wrzuć w aktywne okno ten następny (źródłowy) i wymuś tłumaczenie automatyczne , Tekst ważny
https://translate.google.pl/?sl=en&tl=pl&op=websites
źródłowy do wklejenia:
https://journal-neo.su/2026/10/20/six-weeks-to-defeat-russia-the-cost-missing-from-sikorski’s-calculation/
M: Ten serwer, czy wordpress – znów zablokował. Q !!
Była ogromna liczba ataków, „tysiące „zapytań, -ciągły atak – więc Krzyś ustawił Cerbera. Warczał, gryzł, ale.. wściekł się – i zaczął gryźć nasz portal, którego miał strzec.
A: Krzyś nie odbiera maili ani telefonów
M: Blokada totalna…
A: No cóż, wojna. Na studium wojskowym pałkownik wrzeszczał: Zacięcie?? Przeładować i strzelać dalej !!
M: Aha, a Krzyś jedzie właśnie na skuterze.. Kiedyś dojedzie. To i wtedy powalczy. Bo ze skutera nie da się uspokoić Cerbera !
Po godzinie:
A: Aha, K. jakoś uśpił tego Cerbera!
Jazda??
M: Nie spekulujmy ! Ale żenujące, bo tak [nas przecież !] obcy widzą… Boli. Pfuj !
A. To co, dajemy?
M. Z tymi objaśnieniami – możemy
=====================================================
Adrian Korczyński, 20 października 2026 r journal-neo.su/six-weeks-to-defeat-russia-the-cost-missing-from-sikorski’s-calculation
Minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski podczas konferencji Strategii Europejskiej w Jałcie, która odbyła się w Kijowie 12 września, wygłosił niezwykle pewną ocenę hipotetycznej wojny między NATO a Rosją.
„Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my zdjęlibyśmy rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko” – powiedział Sikorski. „Mamy miażdżącą przewagę w powietrzu nad Rosją”. Argumentował również, że ta przewaga pozostałaby miażdżąca nawet bez Stanów Zjednoczonych.
Jednak to jego ocena tego, jak szybko ta przewaga może przełożyć się na wyniki militarne, sprawiła, że argument ten wydał się szczególnie uderzający.
Sześć tygodni
„Jeśli Ukraińcy w ciągu sześciu miesięcy wyłączyli połowę rosyjskich mocy przerobowych, my moglibyśmy zrobić to samo w ciągu sześciu tygodni i wyeliminować pozostałą połowę”.
Sześć tygodni brzmi uspokajająco krótko, gdy o wojnie mówi się na konferencji. Brzmi to zupełnie inaczej, gdy krajem, który ma przyjąć pierwsze ataki, jest Polska.
Argument Sikorskiego zaczyna się od prostego porównania. Europa dysponuje dużą liczbą nowoczesnych samolotów bojowych i coraz bardziej skuteczną bronią dalekiego zasięgu. Jednak zapasy samolotów to nie plany wojenne, a liczba dostępnych samolotów to nie to samo, co zdolność do prowadzenia długotrwałej kampanii powietrznej przeciwko Rosji.
Kraj mierzy zwycięstwo nie tylko liczbą zniszczonych celów wroga. Mierzy je również tym, co pozostało na jego własnym terytorium.
Staje się to szczególnie ważne, gdy Stany Zjednoczone zostaną wykluczone z równania. Europejskie NATO pozostaje w dużym stopniu uzależnione od amerykańskich zdolności, które cieszą się mniejszym zainteresowaniem opinii publicznej niż myśliwce, ale są kluczowe dla współczesnej wojny: wywiadu, obserwacji i rozpoznania, tankowania w powietrzu, walki elektronicznej, tłumienia obrony powietrznej wroga, logistyki strategicznej, zintegrowanych systemów dowodzenia oraz dużych zapasów precyzyjnej broni.
Bez tych czynników porównywanie wielkości flot staje się marnym wyznacznikiem tego, co europejskie siły zbrojne mogłyby faktycznie utrzymać.
Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych doszedł do wniosku, że bez wsparcia USA europejska przewaga powietrzna, o ile zostałaby osiągnięta, byłaby raczej lokalna i sporadyczna, a nie szybka, trwała i obejmująca cały teatr działań. Cykle namierzania celów uległyby spowolnieniu, głębokie uderzenia stałyby się trudniejsze do utrzymania, a tłumienie rozległej rosyjskiej sieci obrony powietrznej stałoby się trudniejsze.
Mimo to europejska retoryka polityczna ma tendencję do traktowania łącznych zasobów wojskowych tak, jakby były one wymienne z autonomicznymi zdolnościami do prowadzenia wojny.
Nie są.
A to jeszcze daleka droga do stwierdzenia, że Rosję można pokonać w sześć tygodni.
Czego rozkład jazdy nie mówi Polsce
Wojny nie opierają się na tabelach inwentarzowych.
Samoloty mają znaczenie, ale tak samo ważne są paliwo, amunicja, wywiad, logistyka, obrona powietrzna, potencjał przemysłowy i zdolność do kontynuowania działań wojennych po pierwszym tygodniu. Wojna NATO z Rosją wprowadziłaby wszystkie te zmienne na skalę, która sprawia, że każdy prosty harmonogram jest z natury niepewny.
Przewaga powietrzna to przewaga militarna. Nie jest to tarcza ochronna nad każdą fabryką, węzłem kolejowym, elektrownią, składem paliw, portem i miastem w państwie członkowskim sojuszu.
Zniszczenie infrastruktury przeciwnika i ochrona własnej to dwie odrębne misje. Sikorski mówi z przekonaniem o pierwszej, a znacznie mniej o drugiej.
Ta nierównowaga ma znaczenie, ponieważ europejska debata strategiczna coraz chętniej skupia się na dyskusjach o tym, jak duże szkody można wyrządzić Rosji, przywiązując coraz mniejszą wagę do tego, ile szkód może w zamian ponieść sama Europa, a w szczególności jej wschodnia flanka.
Wojna nie toczy się tylko po stronie wroga
Gdyby europejskie NATO walczyło z Rosją, podjęłoby próbę ataku na rosyjską infrastrukturę wojskową i strategiczną.
W zamian Rosja próbowałaby narzucić koszty na terytorium Europy.
To samo w sobie nic nie mówi o tym, kto ostatecznie zwycięży. To po prostu podstawowa logika bezpośredniej wojny między głównymi potęgami militarnymi.
Rosja nie musiałaby uzyskać przewagi powietrznej nad Europą, aby wyrządzić poważne szkody. Potrzebowałaby wystarczającej zdolności przetrwania, aby uderzyć w wybrane kluczowe cele, zakłócić logistykę, wyczerpać zasoby obronne i narazić się na koszty ekonomiczne.
Istotne pytanie brzmi zatem nie tylko, czy siły europejskie mogłyby dotrzeć do rosyjskiej infrastruktury. Chodzi o to, co Rosja mogłaby jeszcze zrobić, gdy Europa próbowała to zrobić. Wojna może rozwijać się pomyślnie na poziomie sojuszu, a jednocześnie stać się niezwykle destrukcyjna na poziomie narodowym dla państw położonych najbliżej pola bitwy.
Dla Polski to rozróżnienie jest fundamentalne.
Polska jako państwo frontowe
Geografia nie znika dlatego, że NATO ma więcej samolotów.
Ta sama infrastruktura, która sprawia, że Polska jest ważnym elementem logistyki sojuszu, tworzy również krytyczne węzły, które musiałyby pozostać sprawne w czasie wojny.
Dwie główne polskie rafinerie, w Płocku i Gdańsku, mają łączną zdolność przerobową wynoszącą około 26,8 miliona ton rocznie. W Gdańsku znajduje się również Naftoport, główny terminal importowy ropy naftowej.
Dalej na wschód, Rzeszów-Jasionka stał się centralnym węzłem logistycznym dla pomocy wojskowej dla Ukrainy. Według szacunków polskiego Ministerstwa Obrony ponad 80 procent darowizn wojskowych dla Ukrainy przechodzi przez Polskę. Żadna z tych placówek nie funkcjonuje w izolacji.
Rafinerie są uzależnione od energii elektrycznej, rurociągów, magazynów, dróg i kolei. Lotniska są uzależnione od paliwa, komunikacji i połączeń transportowych. Bazy wojskowe potrzebują amunicji, energii elektrycznej, konserwacji i możliwości przyjmowania posiłków.
Polska nie ma zatem do ochrony ani jednej rafinerii, lotniska ani bazy. Posiada całą sieć infrastruktury, której funkcje militarne i gospodarcze są od siebie zależne.
W tym miejscu argument Sikorskiego odzwierciedla powszechnie panujący w Warszawie zwyczaj traktowania przewagi militarnej sojuszu tak, jakby automatycznie zmniejszała ona podatność Polski na ataki z frontu.
Nie, nie.
Im ważniejsza staje się Polska jako węzeł logistyczny, obszar przejściowy i korytarz wojskowy, tym większego znaczenia strategicznego nabiera jej infrastruktura w bezpośredniej konfrontacji.
Obrona powietrzna ma swoje ograniczenia
Polska buduje wielowarstwowy system obrony powietrznej, obejmujący Patriot w ramach programów Wisła, Narew, Pilica i Pilica+, a także rozwijający się komponent zwalczania dronów. Program SAN ma również na celu dalsze rozszerzenie ochrony .
Istnieje jednak zasadnicza różnica między posiadaniem zaawansowanej obrony powietrznej a możliwością zagwarantowania, że każdy ważny cel pozostanie nietknięty podczas konfliktu na dużą skalę.
Zasoby myśliwców przechwytujących są ograniczone. Radary mają ograniczenia. Drony można łączyć z pociskami manewrującymi i balistycznymi. Obrońcy muszą zdecydować, co jest najważniejsze, gdy kilka celów jest zagrożonych jednocześnie.
Istotne pytanie nie brzmi zatem, czy Polska posiada obronę powietrzną, ale czy mogłaby ona chronić każdy ważny pod względem gospodarczym i militarnym punkt w czasie długotrwałej wojny.
Polityczne deklaracje dotyczące odstraszania są tanie. Interceptory, wzmocniona infrastruktura, redundantne sieci energetyczne i możliwości naprawcze – nie.
Problem eskalacji
Istnieje jeszcze jedna trudność w wyobrażeniu sobie wojny NATO z Rosją jako sześciotygodniowej kampanii konwencjonalnej. Zakłada ona, że konflikt pozostanie konwencjonalny. Tego nie można po prostu uznać za pewnik.
Rosja dysponuje jednym z największych arsenałów nuklearnych na świecie , a jej doktryna dopuszcza użycie broni jądrowej w określonych okolicznościach , w tym w przypadku konwencjonalnego ataku na Rosję lub Białoruś, który stwarza poważne zagrożenie dla ich suwerenności lub integralności terytorialnej.
Nie oznacza to, że Moskwa automatycznie użyłaby broni jądrowej w przypadku ataku na infrastrukturę wojskową lub energetyczną. Wielka Brytania i Francja posiadają własne siły nuklearne, a eskalacja nuklearna wprowadziłaby własne poziomy odstraszania i niepewności.
Ale gdy bezpośredni konflikt między mocarstwami nuklearnymi osiągnie punkt, w którym strategiczna infrastruktura jest systematycznie niszczona, eskalacja staje się elementem kalkulacji, niezależnie od tego, czy politycy zechcą o tym dyskutować, czy nie. Sześciotygodniowy harmonogram brzmi precyzyjnie.
Bezpośrednia konfrontacja między mocarstwami nuklearnymi byłaby czymś zupełnie innym.
Jak wygląda zwycięstwo po sześciu tygodniach?
Załóżmy, dla celów argumentacji, że główne założenie Sikorskiego jest słuszne. Załóżmy, że siły europejskie osiągną przewidywany przez niego poziom sukcesu operacyjnego i poniosą dotkliwe straty w rosyjskiej infrastrukturze wojskowej i strategicznej. Kwestia polska nadal pozostanie.
Jak będzie wyglądała Polska po tych sześciu tygodniach?
Ile rafinerii, węzłów kolejowych, portów, elektrowni i centrów logistycznych nadal działałoby w pełni? Ile produkcji przemysłowej uległoby zatrzymaniu? Jak kolejne strajki, zakłócenia w transporcie i mobilizacja w trybie pilnym wpłynęłyby na polską gospodarkę? To nie są argumenty za zwycięstwem Rosji. To pytania o to, ile kosztowałoby zwycięstwo.
Kraj może odnieść zwycięstwo militarne, a mimo to wyjść z tego biedniejszy, bardziej zniszczony i bardziej zależny od zewnętrznej pomocy niż przed wojną.
W retoryce strategicznej to rozróżnienie często ulega zatarciu.
„Zwycięstwo” jest omawiane na poziomie sojuszu. Zniszczenia są absorbowane lokalnie.
Sześciotygodniowy scenariusz Sikorskiego wiele mówi o tym, jak szybko Europa może zaszkodzić Rosji. Znacznie mniej mówi o tym, w jakiej kondycji może znaleźć się Polska po tych samych sześciu tygodniach.
Polski interes
Dla Warszawy istotnym pytaniem nie jest to, ile rosyjskich rafinerii mogłyby zniszczyć europejskie siły zbrojne. Pytanie brzmi, ile polskiej infrastruktury krytycznej nadal będzie funkcjonować po zakończeniu walk.
Jako przesłanie polityczne, oświadczenie Sikorskiego jest łatwe do zrozumienia. Emanuje zaufaniem, uspokaja sojuszników i sygnalizuje determinację Moskwie.
Jako poważne wyliczenie tego, co oznaczałaby dla Polski bezpośrednia wojna, jest to o wiele mniej satysfakcjonujące.
Odstraszanie i wojna to nie to samo. Przesłanie mające przekonać Moskwę, że konflikt będzie kosztowny, nie mówi Polsce, jaki byłby koszt, gdyby odstraszanie zawiodło. Polska polityka obronna wymaga zatem czegoś więcej niż tylko zdolności militarnych. Wymaga odporności: rezerw paliwa, rozproszonej infrastruktury, redundantnych szlaków transportowych, chronionych sieci energetycznych, wzmocnionych obiektów wojskowych, zapasów pocisków przechwytujących i amunicji, obrony cywilnej, potencjału przemysłowego oraz zdolności do naprawy uszkodzonej infrastruktury szybciej, niż przeciwnik jest w stanie ją unieszkodliwić.
Te rzeczy są mniej spektakularne niż liczenie myśliwców.
Mogą one mieć większe znaczenie dla kraju, który będzie musiał ponieść konsekwencje pierwszych ataków.
Dla Polski kluczowym pytaniem nie jest zatem po prostu to, czy europejskie NATO mogłoby ostatecznie zwyciężyć w wojnie z Rosją, ani to, czy sześć tygodni to realny harmonogram. Ważniejsze jest pytanie, jak wyglądałaby sama Polska po upływie tych sześciu tygodni.
Bruksela i Warszawa mogą rozmawiać o pokonaniu Rosji za sześć tygodni.
Polska będzie musiała przetrwać te sześć tygodni.
Kraj mierzy zwycięstwo nie tylko liczbą zniszczonych celów wroga. Mierzy je również tym, co pozostało na jego własnym terytorium.
I ta część obliczeń Sikorskiego zasługuje na dużo większą uwagę.
Świat wstrzymał oddech na wieść, że pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odchodzi nie tylko z vaginetu obywatela Tuska Donalda, ale również z partii Polska 2050, którą dotychczas kierowała. Bardzo ją za to pochwalił Wielce Czcigodny poseł Trela z koalicji 13 grudnia, która obecnie administruje naszym nieszczęśliwym krajem, zadłużając go po uszy u międzynarodowych lichwiarzy.
Ale w naszym fachu nie ma strachu – jak mówi przysłowie – i obywatel Tusk Donald zadziałał z wyprzedzeniem, występując do pana prezydenta Karola Nawrockiego, by awansował pana ministra finansów Andrzeja Domańskiego na wicepremiera.Na to stanowisko ostrzyła sobie podobno zęby właśnie pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – ale go nie dostała, bo obywatel Tusk Donald upodobał sobie bardziej w panu Domańskim – żeby osłodzić mu traumę po głosowaniu nad votum nieufności. Wiadomo bowiem, że samopoczucie każdego Umiłowanego Przywódcy zależy od tego właśnie, czy jest on umiłowany, czy nie, Jeśli tedy w Sejmie dochodzi do tak gorszących ekscesów, jak głosowanie nad votum nieufności, to możemy sobie wyobrazić, co taki Umiłowany Przywódca przeżywa, jakie przechodzi katiusze.
A tu jeszcze dochodzi do tego niepewność, czy pan prezydent Karol Nawrocki pana Andrzeja Domańskiego awansuje. Wyraził on bowiem publicznie zdumienie, że obywatel Tusk Donald przedstawił do awansu jegomościa, którego pan prezydent uważa za złego ministra finansów. Ale z awansami, to znaczy – z ich przyczynami – bywa rozmaicie, o czym informuje nas fragment nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego „Szmaciak w wojsku”.
Rzecz dzieje się w stanie wojennym, tuż przed szturmem naszej niezwyciężonej armii na kombinat, w którym, wśród strajkujących robotników, schronił się Aleks Wardęga, syn sekretarza Wardęgi i Sabiny, której urodziny przypadały w czerwcu 1967 roku, a która uważała, że Aleks ma „mózgowe zwoje” co najmniej tak samo rozwinięte, jak nasz niedawny Jubilat, któremu z tej okazji korpus autorytetów moralnych i elity naszego mniej wartościowego narodu tubylczego słały wyrazy masowego uwielbienia.
Operacją, to znaczy – „specjalną operacją wojskową” – dowodził generał Tumor, który przed „godziną W” odbył taką rozmowę z szefem MO Maczugą: „stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina. (to o sekretarzu Wardędze). Fakt, że ma głupawego syna – ale to zawsze syn rodzony. Wiec oszczędź Alka – bardzo proszę. Ja ze swej strony zaraz wnoszę pismo o awans”.
Więc jeśli w takich okolicznościach przyrody pan prezydent Karol Nawrocki nie awansuje pana Domańskiego na wicepremiera, to nie tylko dołoży jeszcze jeden występek, czy nawet delikt konstytucyjny do wydłużającej się listy swoich nieprawości, ale – bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – jednocześnie zapoczątkuje gwałtowny rozwój doktryny i orzecznictwa w przedmiocie konstytucji – czy mianowicie prezydent może czy nie może odmówić takiego awansu.
W swoim czasie zasypywał w tej sprawie pytaniami pewien widz moich komentarzy nagrywanych przed kamerą – ale okazuje się, że sprawa nie jest wcale taka prosta, bo zdania są podzielone. Jedni eksperci uważają, że jeśli obywatel Tusk Donald złożył wniosek, to prezydent musi awansować. Tak na przykład twierdzi Książę-Małżonek, zarzucając panu prezydentowi, że samowolnie próbuje rozszerzać swoje kompetencje – ale inni eksperci twierdzą, że wniosek, to tylko wniosek, zaś awans, to awans – a konstytucja decyzje o awansie składa w ręce prezydenta.
Jak tam będzie, tam tam będzie, bo w takiej niejasności głos powinien zabrać Trybunał Konstytucyjny. Ale z tym Trybunałem to właśnie mamy same zgryzoty. Oto pewien jegomość wybrany przez Sejm na sędziego tego Trybunału dał publicznie wyraz swoim żalom, że chociaż złożył ślubowanie wobec pana marszałka Czarzastego jako prezydenta, to nie jest dopuszczany do orzekania przez pana Bogdana Święczkowskiego, któremu się wydaje, iż jest prezesem tego Trybunału.
Co prawda owemu jegomościowi też się wydaje, że jest sędzią TK, ale mniejsza z tym, bo w środowisku naszych Umiłowanych Przywódców taka utrata poczucie rzeczywistości, to jakaś epidemia. W Prokuraturze Krajowej np. panuje identyczna sytuacja; jeden obywatel myśli, że jest prokuratorem krajowym i nawet zaraził tym objawem samego obywatela Żurka Waldemara – ale podobno prawdziwym prokuratorem krajowym jest ktoś zupełnie inny. To jest sytuacja orwellowska, która utrzymuje się u nas od dziesięcioleci.
Bodaj w roku 1991 zwróciłem uwagę ówczesnemu rzecznikowi praw obywatelskich, że ordynacja wyborcza do Sejmu, wbrew art. 81 obowiązującej podówczas konstytucji, który przewidywał kary za wszelką, to znaczy – zarówno pozytywną, jak i negatywną dyskryminację obywateli ze względu na narodowość – w ordynacji znalazły się przywileje dla przedstawicieli mniejszości niemieckiej.
Z przesiąkniętego fałszem i krętactwami pisma, jakie otrzymałem w odpowiedzi, można było wydestylować pogląd, że prawdziwa równość obywateli wobec prawa jest wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. To tak samo, jak z wolnością. Jest wolność zwyczajna i wolność prawdziwa, która – jak zauważył w jednej ze swoich sztuk Sławomir Mrożek – pojawia się tam, gdzie brak wolności zwyczajnej.
Ale to wszystko nic, w porównaniu ze wstrząsem, jakiego kręgi przywódcze w naszym nieszczęśliwym kraju doznały w związku z uchwałą sowieta ukraińskiego obwodu lwowskiego o mianowaniu roku 2027 rokiem UPA i Romana Szuchewycza, który na Ukrainie zażywa „sławy”, jako tamtejszy „heroj”. Książę-Małżonek wzbił się na wyżyny odwagi, wydając decyzję o uznaniu niejakiego pana Szeremety, który był inicjatorem tej uchwały, za osobę niepożądaną w Polsce, co oznacza, że gdyby pan Szeremeta chciał do Polski przyjechać, to Straż Graniczna mogłaby go nie wpuścić.
Gwałtownym oburzeniem zareagował też wicepremier vaginetu obywatela Tuska Donalda, Władysław Kosiniak-Kamysz, a poszczególne miasta naszego bantustanu rozważają zerwanie partnerstw z miastem Lwowem, chociaż to nie lwowski magistra podjął tę uchwałę, tylko sowiet obwodowy. Jak bowiem głosi stara piosenka, to „we Lwowie, w magistracie, wiszą gacie na szpagacie; kiwają się w lewo, w prawo, a publika bije brawo”.
U nas jest inaczej. Za pierwszej komuny było tak: „w Poroninie, na jedlinie, wiszą gacie po Leninie. Kto chce w Polsce awansować, musi gacie pocałować”.
Dzisiaj, po transformacji ustrojowej i odwróceniu sojuszy jest inaczej: „Tam na Czerskiej, na patyku, wiszą gacie po Michniku. Kto chce w Polsce awansować, musi …” – i tak dalej.
Może gdyby ktoś życzliwy zwrócił na to uwagę panu ministrowi Domańskiemu, to jego awans na wicepremiera nabrałby rumieńców? Jak widzimy, chociaż nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane, to przecież na brak zajęć narzekać nie mogą.
myslpolska/dom-wariatow-polska
Federacja Rosyjska prowadzi wojnę z Ukrainą. Władze na Ukrainie pragną być w obozie euroatlantyckim, czyli chcą być silnie związani między innymi z Stanami Zjednoczonymi. Głównym sojusznikiem Federacji Rosyjskiej jest zaś rządzona przez prezydenta Łukaszenkę Białoruś.
Rosja handluje ze Stanami Zjednoczonymi niezbędnym dla biznesu olejem napędowym. Moskwa jest już dogadana i wysyła pierwszą dostawę diesla do kraju będącego sojusznikiem Ukrainy. Prezydent tego kraju Donald Trump, informuje, że to konieczne bo jest korzystne dla mieszkańców USA.
Białoruś handluje z Stanami Zjednoczonymi dobrej jakości nawozami. Mińsk wysłał już pierwsze partie nawozów do kraju będącego stronnikiem Ukrainy. Prezydent tego kraju Donald Trump informuje, że łagodzi sankcje, bo jest to dla nich korzystne dla USA. Ale idźmy dalej …
Węgry i Słowacja pozostają głównymi importerami rosyjskiej ropy i gazu w UE, korzystając z unijnych wyłączeń spod sankcji. Nie za bardzo im wadzi kupować tańsze surowce z państwa rządzonego przez prezydenta Putina mimo tego, że są w tych samych organizacjach euroatlantyckich co Polska. Rządzący w Budapeszcie i Bratysławie uważają, że tak trzeba bo jest to korzystne dla mieszkańców ich krajów.
W Serbii wygrywa powszechnie uważana za proeuropejską i proukraińską „Lista Studencka – Studenci Zwyciężają”. Przedstawiciel tego ugrupowania Jovo Bakic informuje momentalnie po wygranych wyborach, że: „Szanujemy Rosję jako wielkie mocarstwo oraz jako naszego historycznie ważnego partnera, a w wielu przypadkach także obrońcę. Nie będzie żadnych zmian w tej kwestii”. Bo Serbowie rozumieją, że dla najistotniejszy jest interes ich narodu. Gdy Serbią rządził prorosyjski Aleksandar Vučić, Belgrad handlował bronią z Kijowem za pośrednictwem Waszyngtonu, Pragi czy Madrytu.
Broń Ukrainie sprzedawały państwa będące poza NATO i niepowiązane żadnymi umowami z Ukrainą – Marko, Pakistan, Nowa Zelandia czy Korea Południowa. Mający doskonałe relacje z Federacją Rosyjską Izrael dostarczył poprzez pośredników systemy antydronowe i systemy walki elektronicznej Ukrainie. W mediach regularnie pojawiają się doniesienia o niejawnych zakupach amunicji z państw takich jak Sudan czy Egipt, przez ukraiński wywiad wojskowy.
Nawet Niemcy, które są symbolem sprzeciwu wobec polityki Federacji Rosyjskiej w dalszym ciągu utrzymują wymianę handlową z Federacją Rosyjską na poziomie niecałych 10 000 000 000 euro.
Nie wspominam o wielkich graczach robiących interesy zarówno z Rosja jak i Ukrainą jak Chiny, Indie, Arabia Saudyjska czy Turcja. Warto dodać, że obroty handlowe między Rosją a Chinami już dawno przekraczają 244 000 000 000 dolarów rocznie! Ale rosną również obroty handlowe miedzy Pekinem a Kijowem.
Wszyscy z wszystkimi robią biznesy. No prawie wszyscy. Myśmy zlikwidowali nasze kopalnie i zrezygnowali z tanich rosyjskich surowców. Nie do końca, bo tylko kompletny bałwan wierzy na przykład w kosztowny sprowadzany do Polski w węgiel z Kazachstanu czy Czech. Bo musi powodować wesołość fakt, że węgiel energetyczny sprowadzany jest z unijnego kraju, gdzie zamknięto już ostatnie kopalnie tego typu surowca.
A Czarzasty z nimi wszystkimi. Boso, ale w ostrogach. Właśnie w radiu usłyszałem debili oświadczających, że Polacy są dumni z szefa związku piłki kopanej Cezarego Kuleszy, który oficjalnie zapowiedział, że reprezentacja Polski nie wyjdzie na boisko, jeśli w fazie pucharowej Mistrzostw Świata U-15 trafi na Rosję lub Białoruś.
łj

——————————

——————————–

—————————————————

———————————————————

————————————————–

————————————–

————————

—————————————


———————————————————-

[to pontoniarze, syneczku… brak dyktand… ]
————————————

——————————————————-

———————————-

—————————————————————-

—————————————————-

[oto jeden, co „ma nadzieję”…]
=========================

————————————————————-


——————————————-

[tj. jedną trzecią z jednego…]
—————————————————

——————————

———————————————————

————————-

—————————-

———————————–

———————————————


———————————————

„ślub”…
=======================

—————————————————–

—————————————————–

———————————–

————————

———————————

—————————————————–

————————————————

———————————–


——————————————

——————————————–

Synku, tego się nie głosuje. To FAKT.
====================

———————————

===================================================

===============================================

——————————————-

———————————————

—————————————————-


————————————-

Nic dziwnego, to są przyjaciele zwierząt..
————————————–

———————————————————-

————————————

——————————————————–

——————————————

———————————–

————————————

———————————————-

Jakiś kompletny cymbał – z litości pominę przynależność partyjną – mówił o sukcesach Polski. Podobno jest ich tak wiele, że mógłby wymieniać do samego rana. Wymienił jednak kilka w tym: politykę związaną z ekologią, pomoc walczącej z „ruskimi” Ukrainie i aresztowanie nacjonalisty Wojciecha Olszańskiego „Jaszczura”.
W pierwszej sprawie bredził o czystym powietrzu i pomyśle budowy na terenie KWK „Wujek” w Katowicach Centrum Rozwoju Technologii Kosmicznych i Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego. Piszę poważnie. W ujęciu globalnym Polska znajdowała się na 4. miejscu na świecie pod względem wydobycia węgla kamiennego. Tak na prawdę śpimy na węglu kamiennym i brunatnym, ale na polskim go brakuje. Polsce nie opłaca się wydobycie, a Ukraińcy chcą to robić w naszym kraju. Rządzący dalej powtarzają unijne brednie dotyczące węgla. Facet dodatkowo mówił o budowie Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego. Litości – my nie mamy nawet jednej elektrowni atomowej, a ten będzie budował osiedla ma Marsie! Ostatnia wielka bodowa to była ubikacja Rafała Trzaskowskiego w Parku Skaryszewskim za prawie 650 000 złotych! Dobrze, ze przynajmniej o zakrętkach w mineralnej nie przypominał …
W drugiej sprawie nie ma nawet co pisać. Jak ktoś używa określenia „ruski” to oznacza, że jest ćwierćinteligentem chowy TVN i Gazety Wyborczej. To powinno być wystarczające by zaprzestać słuchania. Nie wiem gdzie ten człowiek widzi sukcesy. Płacimy, płacimy i płacimy a antypolonizm tam kwitnie. Na Ukrainie Bandera, Szuchewycz, Melnyk i inni zbrodniarze są patronami licznych ulic, placów i skwerów. Stoją liczne pomniki i obeliski sławiące Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińską Armię Powstańczą czy ukraińską 14 Dywizja Grenadierów SS. Mamy muzea, izby pamięci, festiwale i rajdy.
Dzieci w szkołach śpiewają „Bat’ko nasz Bandera, Ukrajina maty”, zaś duchowni cerkwi greckokatolickiej odprawiają modły za zbrodniarzy. Zełenski nazywa jednostkę wojskową imienia UPA i odsyła polskiemu prezydentowi Order Orła Białego pocztą. Jak to jest sukces to ciekawe jak wygląda w ich wykonaniu klęska?
Trzeci wymieniony sukces jest równie żałosny jak dwa pierwsze. A może nawet bardziej. W Polsce nie skazano tych, którzy wyprzedali za gówniane pieniądze majątek narodowy obcym. Nikt nie poniósł odpowiedzialności za wyniesienie naszych rodowych sreber jako daniny za to, że zostaliśmy przyjęci do Unii Europejskiej. Nie udało się wyjaśnić żadnej z wielkich afer. Nie udało się do końca wyjaśnić sprawy zamordowania premiera Piotra Jaroszewicza, premiera Andrzeja Leppera i komendanta głównego policji Marka Papały. A debil się raduje, bo udało się zapuszkować człowieka za mało eleganckie wypowiedzi w Internecie. Żeby było jeszcze żałośniej wspomniany lider Kamratów Wojciech Olszański „Jaszczur” wcale się nie ukrywał, tylko przyszedł do sądu …
Tak wyglądają sukcesy rządzących III RP …
łj
Andrzej Korybko 21 października 2026 r. korybko/there-might-be-a-cover-up-going-on

Poważny polski portal, powołując się na nieoficjalne ustalenia obrony, doniósł, że ukraiński dron wyładowany materiałami wybuchowymi, który rozbił się tego samego dnia, w którym miał miejsce poważny atak na Petersburg, został w rzeczywistości wystrzelony z terytorium Litwy, a nie z Polski, jak twierdzi Wilno.
Litwa twierdziła , że ukraiński dron uzbrojony w ładunki wybuchowe, który niedawno rozbił się na jej terytorium tego samego dnia, co poważny atak Ukrainy na Petersburg, wleciał do kraju z Polski. Polska natomiast oświadczyła , że zażąda od Ukrainy wyjaśnień w tej sprawie po upublicznieniu tej informacji. Niektórzy w Rosji od dawna podejrzewali, że Ukraina używa dronów nad przestrzenią powietrzną NATO w celu ułatwienia ataków na drugie co do wielkości miasto w kraju. Ten ostatni incydent potwierdza te doniesienia.
Choć jest to już wystarczająco niepokojące, ponieważ ewentualne przechwycenie przez Rosję ukraińskich dronów nad bałtycką przestrzenią powietrzną w ramach samoobrony mogłoby wywołać niekontrolowaną eskalację konfliktu z NATO, to według polskich mediów, w tej historii może być coś jeszcze gorszego.
Polsat News powołał się na „nieoficjalne ustalenia Ministerstwa Obrony Narodowej, które donosiły, że dron wystartował z terytorium Litwy – około 30 kilometrów od granicy z Polską – i wleciał w głąb kraju”.
Choć Ministerstwo Obrony [PL] zaprzeczyło tym doniesieniom, mogą one jednak być prawdziwe, co czyni kolejną grę oskarżeń przykrywką po katastrofie ukraińskiego drona na Litwie. Rosyjska Służba Wywiadu Zagranicznego ostrzegła na początku roku, że ich kraj jest gotowy do odwetu na Łotwie w związku z doniesieniami o planach Ukrainy wystrzelenia stamtąd dronów przeciwko Rosji. Do odwetu nigdy nie doszło, co sugeruje, że Łotwa porzuciła te plany, ale Litwa mogła zmienić swoją rolę.
Istnieją trzy powody, by podejrzewać, że tak jest. Po pierwsze, stosunki polsko-ukraińskie pozostają napięte po tym, jak Zełenski późną wiosną gloryfikował sprawców ludobójstwa wołyńskiego , czyli OUN-UPA , więc Polska może nie czuć się komfortowo, ryzykując poważny incydent bezpieczeństwa z Rosją w związku z ukraińskimi dronami przelatującymi nad jej przestrzenią powietrzną (nawet jeśli wcześniej na to zezwoliła).
Po drugie, choć argumentowano , że ukraińskie drony czasami przelatują nad neutralną przestrzenią powietrzną Białorusi, nadal mogą być śledzone, a następnie przechwytywane przez Rosję.
Wreszcie, wykorzystanie Litwy przez Ukrainę jako bazy dronów przeciwko Rosji niweluje wspomniane przeszkody w jej planach, a jej położenie pozwala im wszystkim zachować spokój, udając, że Ukraina latała dronami nad Litwą z Polski, gdyby coś poszło nie tak i sprawa wyszła na jaw, jak to, co właśnie się wydarzyło. Mimo to, ten ewentualny układ jest wciąż niezwykle ryzykowny dla Litwy, biorąc pod uwagę, że graniczy ona zarówno z rosyjską enklawą kaliningradzką, jak i sojuszniczą Białorusią, co czyni ją bardzo podatną na odwet.
Ta obserwacja dodatkowo kontekstualizuje wysiłki Litwy zmierzające do zmiany ustawodawstwa, tak aby mogła w przyszłości gościć amerykańską broń jądrową, gdyby Waszyngton kiedykolwiek zgodził się ją tam umieścić, równolegle z uzupełniającymi działaniami mającymi na celu utworzenie stałej bazy wojskowej USA. Wilno mogłoby sądzić, że takie rozmowy mogłyby powstrzymać Moskwę przed ewentualnym odwetem, takim jak ten, którym groziła Łotwie, ale w rzeczywistości mogłyby one zniechęcić Waszyngton do przystania na te propozycje, aby uniknąć ryzyka poważnej wojny z Rosją o Litwę.
Polsat News, źródło spekulacji o możliwości tuszowania ostatniego litewskiego incydentu z dronem, jest generalnie uważane za wiarygodne.[chłopie, nie pij tyle… ??? md]. Prawdopodobieństwo, że jego redaktorzy opublikują zmyśloną informację, że dron został wystrzelony z terytorium Litwy, a następnie przypiszą to Ministerstwu Obrony, jest niezwykle niskie. Dlatego też, niezależnie od tego, czy tak rzeczywiście było, czy nie, niemal na pewno słyszeli tę historię od urzędników obrony z nieuchwytnych [dla nas] przyczyn.

———————————————————-

———————————————–

——————————————-

——————————–

————————————-

————————————————————-

————————————–

———————————————————

—————————————

===============================================================


————————

——————————————–

[Nie Polacy, lecz tutejsze meRdia]
==========================

——————————-

—————————

——————————————————

————————————-

——————————————————–

———————————–


—————————-

—————————————————

———————————–

———————————-

[premierowaniem… ]
—————————————

———————————————–

—————————————————

——————————————-

51 stronników zbrodniczego i skrajnie antypolskiego banderyzmu z Lwowskiej Rady Obwodowej ma prawo wjazdu Polski!
Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 Rokiem Romana Szuchewycza, naczelnego dowódcy zbrodniczej Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Szuchewycz był odpowiedzialny za bestialskie ukraińskie ludobójstwo na Polakach na Wołyniu i w całej Galicji Wschodniej. Bezczelną uchwałę przyjęto 20 października 2026 roku. Równocześnie radni zdecydowali, że przyszły rok będzie w obwodzie lwowskim także samej Rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Za tym wnioskiem heroizującym Romana Szuchewycza głosowało 52 ukraińskich radnych.
Mimo tego, że tą skrajnie antypolską uchwałę poparło 52 ukraińskich radnych zakaz wjazdu na teren naszego kraju obejmuje tylko jednego radnego. Chodzi o przewodniczący komisji kultury, polityki informacyjnej i promocji, a jednocześnie sekretarza ukraińskiej komisji międzyresortowej ds. upamiętnień Swiatosław Szeremet. Pozostałych 51 radnych czczących antypolskich zbrodniarzy może spokojnie wjeżdżać na teren Polski.
Sytuacja to doskonale obrazuje stosunek rządzących Polską do banderyzmu. Mimo medialnego oburzenia, głośnych protestów, radykalnych zapowiedzi – działa się na ćwierć gwizdka. 52 Ukraińców popisuje się skrajnym antypolonizmem, a władze w Polsce karzą jednego. Szef MSZ w Polsce Radosław Sikorski nie miał odwagi nazwać go wprost banderowcem, więc użył określenia nazwał go „rekonstruktor”. Jest to kompletna kompromitacja. Rekonstruktor historyczny to osoba, która odtwarza na żywo wybrane aspekty życia, a nie wciela w życie ukraiński szowinizm.
Przez długie lata politycy od lewa do prawa wmawiali Polakom, ze banderyzm na Ukrainie jest wymysłem propagandy Federacji Rosyjskiej prezydenta Władimira Putina. Przez ostatnie lata politycy i dziennikarze głównego nurtu wmawiali społeczeństwu, ze Ukraina ma już nowych bohaterów i zbrodnicza przeszłość odeszła do lamusa historii. To oczywiście było kłamstwo, bo banderyzm na Ukrainie kwitnie i rośnie w siłę. Idee Stepana Bandery i Romana Szuchewycza stały sie wyznacznikiem polityki historycznej Kijowa.
Politycy i dziennikarze w Polsce nie do końca wiedzą co zrobić z tym gorącym kartoflem. Są wśród nich kompletni idioci, którzy będą próbować wmówić społeczeństwu, że banderyzm jest rosyjską prowokacją. Ale taki przekaz trafi tylko i wyłącznie do zupełnie bezrozumnego marginesu. Spodziewajmy się tego, że informacje pójdą dwojakim przekazem. Pierwszy będzie mówił, że banderyzm istnieje, ale nie ma już antypolskiego oblicza. Dzisiaj pozostaje już tylko antyrosyjski. Drugi z kolei, że banderyzm jest rzeczywistym problemem ale trzeba o tym mówić po zakończeniu konfliktu, ponieważ aktualnie Ukraina jest w trudnej sytuacje polityczno-gospodarczej. W obu wypadkach będzie się dalej mówić o tym, że Ukraina walczy za Polskę.
Nie wolno dać się nabierać na kłamstwo, że banderyzm jest odpowiedzią na działania Federacji Rosyjskiej po 2022 roku. Każdy kto bywał wcześniej na Ukrainie wie, że antypolski i antyrosyjski szowinizm był tam obecny od wielu lat. Pierwsza uchwała ogłaszająca regionalny rok Romana Szuchewycza zapadła dwie dekady temu. 29 listopada 2006 roku Lwowska Rada Obwodowa przegłosowała, że nadchodzący rok 2007 będzie Rokiem Romana Szuchewycza. Od 2009 roku odbywają się głośne na Ukrainie uroczystości ku czci Stepana Bandery. Od 2010 roku Bandera za sprawą Wiktora Juszczeniki jest oficjalnie Bohaterem Ukrainy.
Stepanowi Banderze honorowe obywatelstwo nadały rady miejskie wielu miast na terenie dzisiejszej Ukrainy Zachodniej a ich liczba stale rośnie. To między innymi Łuck, Lwów, Stanisławów [Iwano-Frankiwsk], Tarnopol, Truskawiec, Kowel, Sokal, Krystynopol [Szeptycki], Chust, Brody, Żółkiew, Trembowla, Jaworów, , Borysław, Radziechów, Dublany, Rawa Ruska, Warasz, Kołomyja i wiele innych.
Na Ukrainie Badera, Szuchewycz, Melnyk i inni zbrodniarze są patronami licznych ulic, placów i skwerów. Stoją pomniki i obeliski sławiące Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińską Armię Powstańczą czy ukraińską 14 Dywizja Grenadierów SS. Mamy muzea, izby pamięci, festiwale i rajdy. Dzieci w szkołach śpiewają „Bat’ko nasz Bandera, Ukrajina maty”, zaś duchowni cerkwi greckokatolickiej odprawiają modły za zbrodniarzy. Bandera i Szuchewycz już wielokrotnie byli wielokrotnie już ogłaszani patronami różnorakich wydarzeń. To, że patronem roku 2027 Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła Romana Szuchewycza nie jest nowością, to ukraińska tradycja.
Naszym polskim stanowiskiem jest antybanderyzm. Banderyzm jest ideologią skrajnie antypolską i nastawioną na konfrontacje z naszym narodem i państwem. Nie ma tutaj miejsca na żadną dyskusje i negocjacje. Heroizacja a nawet akceptacja banderyzmu na Ukrainie powinna wyklucza możliwość jakiejkolwiek współpracy.
Oczywiście, że uznanie Romana Szuchewycza za patrona jest skandalem. Ale jeszcze większym skandalem jest to, że 51 stronników banderyzmu dalej ma możliwość wizyt w Polsce! W naszym kraju nie powinno być nigdy miejsca dla tych, którzy czczą morderców naszych rodaków w latach 1939-1947.
Łukasz Jastrzębski