Polacy finansowali katownię Azowa? Panczenko i Kramek zbierali.

Polacy finansowali katownię Azowa?

magnapolonia/polacy-finansowali-katownie-azowa

[A dlaczego te dwie mordy zasłonięte?? ]

Ponad 12 milionów złotych zebrano w ramach akcji „Ciepło z Polski dla Kijowa”, której współorganizatorką była Natalia Panczenko. W przedsięwzięcie zaangażował się również Bartosz Kramek z Fundacji Otwarty Dialog. Za zgromadzone pieniądze kupowano m.in. agregaty prądotwórcze i stacje zasilające, mające pomóc mieszkańcom ukraińskiej stolicy w czasie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną.

W styczniu 2026 roku ukrofil Mateusz Lachowski poinformował, że trzy generatory zakupione w ramach zbiórki przekazano 13. Brygadzie Gwardii Narodowej Ukrainy „Chartija”.

Polacy finansowali brygadę odpowiadającą za skandal w ośrodku, gdzie znęcano się nad żołnierzami i dzieckiem? „Chartija” – to właśnie ta nazwa powinna zwrócić szczególną uwagę polskich darczyńców. Jest to bowiem nie tylko nazwą ukraińskiej jednostki wojskowej, ale również fundacji powołanej w czerwcu 2022 roku przez Wsiewołoda Kożemiakę do zbierania i transferowania datków na ukraińskie wojsko. Według ukraińskich publikacji jej głównym beneficjentem jest brygada nosząca tę samą nazwę. Mamy więc do czynienia ze strukturą, w której działalność fundacyjna i wojskowa są ze sobą ściśle powiązane.

Kim jest człowiek stojący za tym przedsięwzięciem? Wsiewołod Kożemiako to jeden z najzamożniejszych ukraińskich przedsiębiorców, założyciel i właściciel grupy Agrotrade. W 2020 roku „Forbes” szacował jego majątek na około 100 milionów dolarów. Jego holding rolniczy dysponuje ogromnym bankiem ziemi – obecnie około 65 tysięcy hektarów, choć wcześniejsze dane mówiły o ponad 70 tysiącach. Nie jest to zatem człowiek, któremu grozi ubóstwo ani przedsiębiorca pozbawiony własnego zaplecza finansowego.

Dlaczego Polacy, którzy wpłacali pieniądze na pomoc mieszkańcom Kijowa, mieliby finansować sprzęt dla formacji związanej z fundacją ukraińskiego oligarchy? Wiemy, że sprzęt zakupiony z polskich pieniędzy trafił do brygady, której głównym zapleczem fundacyjnym jest organizacja założona przez tego biznesmena. To wystarczający powód, by domagać się szczegółowych informacji o kryteriach wyboru odbiorców i sposobie dysponowania pieniędzmi.

Na tym jednak kontrowersje się nie kończą. W mediach społecznościowych pojawiły się oskarżenia dotyczące miejsca przetrzymywania i maltretowania ukraińskich żołnierzy, którzy opuścili swoje jednostki. Część wpisów przypisywała takie praktyki nie tylko żołnierzom Azowa ale też „Chartiji”. Co więcej, same ukraińskie media przypisują Chartiji współodpowiedzialność za prowadzenie katowni dla dezerterów. Ofiarami katów z Azowa byli wszak jej żołnierze, służący w strukturach ukraińskiej Gwardii Narodowej.

Trudno przypuszczać, by dowództwo jednostki nie wiedziało, co robią z jej dezerterami ukronaziści z Azowa. Dlatego też kluczowy jest polityczny wymiar tej historii. Natalia Panczenko jest w Polsce postacią doskonale znaną w środowiskach proukraińskich. Organizuje akcje, występuje publicznie, buduje kontakty i korzysta z ogromnego kapitału społecznego, jaki przez ostatnie lata zgromadziły inicjatywy pomocowe dla Ukrainy. Dlaczego tak rzadko rozmawiamy o przejrzystości tych przedsięwzięć, ich ukraińskich beneficjentach i politycznych powiązaniach?

Aż strach pomyśleć, jakie wygibasy intelektualne zobaczymy, kiedy w nadchodzących wyborach któraś z polskich partii postanowi przytulić Natalię Panczenko na swoje listy. Nagle okaże się zapewne, że pytania o pieniądze, ukraińskie struktury i odpowiedzialność organizatorów zbiórek są przejawem ksenofobii, a dociekliwość dziennikarska stanowi „ruski onucyzm” i zagrożenie dla bezpieczeństwa całej Europy.

Nie zabraknie oczywiście wykładów o „prawach człowieka”, „transparentności” i „standardach demokratycznych”. Wygłoszą je bez wątpienia ci sami ludzie, którzy potrafią uznać, że pytanie o los pieniędzy, które wpłacali Polacy jest czystym aktem wrogości wobec Ukrainy i działalnością na rzecz Kremla.

No cóż, ciepełko dla Kijowa musi płynąć. Jeśli ktoś pyta, dokąd rzeczywiście płynie, ten najwyraźniej nie rozumie europejskiej „solidarności”.

——————————

Cel zbiórki przekroczony ponad 30-krotnie
W ciągu jednego miesiąca od 400 000 zł do ponad 11 000 000 zł
10 197 518,62 zł /~2 394 000 EUR
Wydaliśmy:
1 997 319,28 zł

Czasem trzeba przegrać bitwę o Texas… MEM-y II.

———————————–

———————————–

——————————–

————————————-

———————————————

————————————————

—————————————

=====================================

Pakiecik memów przysłała mi Aga… MEM-y IV [uzup.]

Rządzą uśmiechnięci

============================

——————————————–

————————————————–

————————-

——————————————–

—————————————-

———————————————–

————————————————————

——————————————–

————————————————————————-

======================================

BONUS:

==============================

Dodaję dla pewności, bo powyższe „nie chce wchodzić”

=============================


Partie grabią i niszczą Polskę

Szlęzak: Partie niszczą Polskę

Jan Engelgard [?? md] Andrzej Szlęzak

=======================================

[A w PRL-u mieliśmy często subotniki pt. „Partia grabi Polskę”. Wszyscy więc entuzjastycznie łapaliśmy za grabie. Partyjni i bezpartyjni; wierzący i niewierzący; praktykujący i niepraktykujący. A my – po cichu, z grabiami w krzaki – i roberek lub dwa… MD]

=============================

Polska nierządem stoi. Tę myśl w XVII wieku ukuł poeta Wacław Potocki. Ta myśl definiuje dzisiejszą sytuację polityczno-prawną w obecnej formie polskiej państwowości. [Ale Potocki był dumny z tego – my mniej… md]

Tu już nikt nikogo nie słucha. Każdy ma swoją niezachwianą rację, podpartą przez zastępy prawników. Mam w związku z tym trzy istotne myśli.  Pierwszą powtarzam od lat. Za największą słabość, ułomność i zagrożenie dla porządku politycznego w Polsce uważam istniejący obecnie system partyjny. Widać wyraźnie, że ten system wręcz zagraża istnieniu obecnej formy polskiej państwowości. Ten system istnieje już sam dla siebie. Jego mechanizmy wykluczają dążenie do realizacji polskich interesów narodowych.

Przejawia się to w podporządkowaniu państwa partyjnym interesom i rozkradaniu co tylko się da z tego państwa. Dwie dominujące od ponad dwudziestu lat partie robią wszystko, by zapewnić sobie władzę, umożliwiającą przede wszystkim bezkarne rozkradanie państwa. To rozkradanie nie polega tylko na osobistym przywłaszczaniu sobie różnych dóbr.

Dla możliwości bezkarnego zawłaszczania dla siebie, oddają wszystko, czego zażądają siły zewnętrzne. Zarówno gdy rządził PiS i teraz gdy rządzi KO ( do niedawna PO) zarówno USA, Unia Europejska, a osobno Niemcy czy nawet Ukraina, dostają wszystko, czego zażądają.

Jak patrzę na obrzydliwą osobistą pazerność ludzi z PiS-u i KO i ich „hojność” dla sił Polsce nieprzychylnych, to nabieram przekonania, że jak ostatecznie rozwali się obecna forma polskiej państwowości oni nadal będą się kłócić o to, żeby móc nadal bezkarnie okradać nawet trupa Polski i nadal będą zabiegać, żeby mieć na to przyzwolenie swoich amerykańskich, żydowskich, niemieckich czy nawet ukraińskich mocodawców. Co więcej, działając nawet bez porozumienia, będę bezwzględnie niszczyć każdą formację polityczną i każdego z osobna, kto będzie chciał im to rozkradanie uniemożliwić. Z resztą już to robią.

Omówienie drugiej myśli muszę zacząć od stwierdzenie, że Polska znajduje się w opłakanym stanie niemal pod każdym względem. Jeszcze jakoś funkcjonuje gospodarka, ale dużo mądrzejsi ode mnie w tych sprawach, mówią mi, że to łabędzi śpiew. Ten opłakany stan państwa to efekt naprzemiennych rządów PiS i KO (PO). To, co w ostatnich dniach dzieje się w i z Trybunałem Konstytucyjnym jest kulminacją tego całego opłakanego stanu państwa, a nie sporem o kształt tego sądu. Potwierdzeniem tego jest to, że żadna ze stron nie dąży do tego, żeby Trybunał był niezawisłym sądem, ale do tego, by uczynić z niego posłuszne narzędzie realizacji własnej polityki.

Ten fakt pokazuje, że sytuacja państwa jest już tak zła, iż chodzi albo o zapewnienie sobie bezkarności na wypadek utraty władzy, jako cel minimum, albo o utrzymanie władzy za wszelką cenę, jako cel maksimum. Sądzę, że zarówno politycy PiS-u, jak i KO (PO) mało przejmują się jakim kosztem tę władzę zdobędą albo utrzymają.

Trzecia myśl podsumowuje dwie poprzednie. Zatem cokolwiek politycy obu tych partii zaproponują, by choć w niektórych dziedzinach naprawić stan państwa, nic z tego nie będzie. Faktycznie sprowadzi się to do zapewnienia możliwości bezkarnego rozkradania państwa. Oni to już wielokrotnie udowodnili! Dlatego żadne nawet najmądrzejsze i najśmielsze reformy państwa, włącznie ze zmianą konstytucji, nie udadzą się dopóty, dopóki będzie istniał obecny system partyjny z KO(PO) i PiS, jako największymi i wiodącymi siłami politycznymi. Na ile znam polskie życie polityczne, to obawiam się, że nawet obecnie krytykujące ten system partie polityczne, gdyby zdobyły władzę, szybko wejdą w buty KO(PO) i PiS-u.

Dla mnie jedną z najistotniejszych zasad demokracji jest zrozumienie istoty samoograniczającej się władzy. W naszym kręgu kultury politycznej demokracja, to system wzajemnie blokujących się władz ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Obecna sytuacja w Polsce pokazuje, że to albo nie działa, albo ten system został dokumentnie zniszczony. Czy to PiS, czy KO(PO) po objęciu władzy, dążyły i dążą do podporządkowania sobie wszystkich władz w państwie. Jakimś ratunkiem byłaby stanowcza reakcja opinii publicznej. Niestety tego nie ma i nie będzie. Polska opinia publiczna odznacza się niską kulturą polityczną i jest dramatycznie rozdarta wzdłuż podziałów partyjnych, co tylko ten niski stan kultury politycznej potwierdza. Muszę przyznać, że sam nie mam pomysłu, co zrobić, żeby Polacy chcieli skończyć z tym patologicznym systemem partyjnym.

Andrzej Szlęzak

[A wybór posłów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych? Od dziesięcioleci o tym piszemy – ale Cenzor ma ostre nożyczki. Mirosław Dakowski]

Życie to teatr

Miksa: Życie to teatr

Rosyjski pisarz Wiktor Pielewin, w jednej ze swoich książek stwierdził, że „życie to teatr”. Natomiast w Polsce od trzech dekad królują spektakle oparte na kanwie twórczości dwóch wybitnych dramaturgów Jarosława Kaczyńskiego oraz Donalda Tuska. Przez kilka dekad potrafią swoją twórczością skupić na sobie wzrok i słuch milionów Polaków. Czasem bawią, czasem zmuszają do refleksji a innym razem straszą. Wystawiane na podstawie ich twórczości dramy mają mieszaną obsadę. Mamy tu zarówno aktorów o długim stażu aktorskim jak i mało doświadczony narybek. Klakierzy w nagrodę za bicie braw obsadzają główne role, a starzy wyjadacze sceniczni, tracą pozycje z dnia na dzień.

Jest to ewenement na skalę Europy i Świata. Żeby dwóch dramaturgów potrafiło zdominować scenę w jednym państwie na tak długie lata. Pozornie skrajnie odmienni a jednak nie potrafiący bez siebie żyć. Napędzają się i wspierają w trudnych momentach. Kiedy wydaje się, że nadchodzi kres jednego z nich i jego dramaty trafią do lamusa, to drugi przychodzi mu z odsieczą. Ich ostatnia sztuka została wystawiona na ulicy mimo chłodnego jesiennego wieczoru, w centrum Warszawy. Choć role były rozpisane klasycznie, to jednak cała reszta, to wypisz wymaluj teatr eksperymentalny. Aktorzy i widzowie dzielą tę samą przestrzeń i jest to przestrzeń miejska. Można tu dostrzec wpływy Jerzego Grotowskiego i jego laboratorium artystycznego. Teatr traktowany jest tu jako miejsce badań nad możliwościami ludzkiego ciała, głosu i psychiki. Jest spora dawka improwizacji oraz odniesień do polskich mitów – husaria, ZOMO, stan wojenny.

Fajne jest również to, że dwaj autorzy dramatu sami często grają w nich ważne role. Tak było i tym razem. Jarosław Kaczyński zagrał na głównej ulicznej scenie a Donald Tusk czując ducha teatru eksperymentalnego wystąpił w innym miejscu Warszawy, choć też w centrum.

Jednym z największych zaskoczeń jest rola odgrywana przez Grzegorza Brauna, dotychczas w dramatach obstawiano go w podrzędnych rolach czarnych charakterów, a tym razem pozwolono mu wystąpić w epizodzie z Kaczyńskim, to wielka nobilitacja i powrót na salony. Talent aktorski Brauna został w końcu dostrzeżony i zanosi się że w przyszłym roku, to on będzie należał do aktorów występujących w najbardziej kasowych sztukach i to w roli protagonisty.

Bardzo zgrabnym motywem był ten akt spektaklu w którym Karol Nawrocki wraca z Czarnego Lądu przez morze. To jest kapitalne nawiązanie do hetmana Czarneckiego, który dla ojczyzny ratowania wrócił się przez morze. Najsłabiej wypadli aktorzy grający ochronę prezydenta, mieli to być aktorzy zawodowi a tymczasem zagrali jak chałturzyści.

Tylko służby specjalne uznały, że widownia i część aktorów, to element kooperacji polsko-rosyjskiej. Biorąc pod uwagę fakt, że tylko w samej Moskwie jest około 250 teatrów a Konstatnin Stanisławski to Rosjanin, tęgie głowy smutnych panów mogą słusznie dedukować.

Nasz teatr „dwóch tenorów” absorbuje całe pokolenia, absorbuje potencjał państwa. Wystawny, hałaśliwy, pełen groteski i dramaturgii, bogaty a przy tym drogi. Kiedy Chińczycy ciągną autostrady nad korytami rzek, my ciągniemy długie szpalery białych kasków aby te broniły konstytucji przed Narodem. Sztuki wystawiane w Polsce Anno Domini 2026, jako żywo przypominać zaczynają te rodem z wieku XVIII. „Miałeś chamie, złoty róg …”.

Arkadiusz Miksa

Co ma przykryć wojna o TK?! Nadciąga diabelski druk 3003. „Urzędowy terror i pełzająca tyrania”

Co ma przykryć wojna o TK?! Nadciąga diabelski druk 3003. „Urzędowy terror i pełzająca tyrania”

3.11.2026 nczas/co-ma-przykryc-wojna-o-tk-nadciaga-diabelski-druk-3003-urzedowy-terror-i-pelzajaca-tyrania

STOP CENZURZE INTERNETU! Rząd znowu chce nam zamknąć usta. Druk 3003 do kosza.
NCZAS.INFO | STOP CENZURZE INTERNETU! Rząd znowu chce nam zamknąć usta. Druk 3003 do kosza. Obrazek ilustracyjny. Źródło: AI

Powstała petycja do premiera rządu warszawskiego Donalda Tuska ws. głośnego druku sejmowego nr 3003. „Stop nowelizacyjnemu bezprawiu! „Druk 3003” to krok ku państwu policyjnemu” – czytamy.

Już 5 listopada o godz. 16.00 pod Sejmem odbędzie się pikieta przeciwko tym przepisom.

Chodzi o rządowy projekt ustawy o środkach ograniczających, znany szerzej jako druk nr 3003, bo taki właśnie numer nadano mu w polskim Sejmie.

Przypomnijmy, że 5 listopada przed Sejmem planowana jest pikieta przeciwko tym przepisom, organizowana przez środowisko „Najwyższego Czas-u!”. Rozpocznie się ona o godz. 16.00.

„Działając w obronie praw obywatelskich, wolności słowa oraz zasad demokratycznego państwa prawnego, domagam się i wnoszę o całkowite odrzucenie projektu ustawy o środkach ograniczających („druk nr 3003”) w zakresie, w jakim wykracza on daleko poza minimalne wdrożenie unijnej dyrektywy 2024/1226” – napisali autorzy petycji.

„Kwestionowany projekt w obecnym kształcie:

  • Tworzy pozasądowy system represji, pozwalając na arbitralne wpisywanie obywateli, organizacji i przedsiębiorców na krajowe listy sankcyjne jednoosobową decyzją ministra.
  • Narusza wolność słowa (art. 54 Konstytucji RP) poprzez wprowadzenie nieostrych, nieprecyzyjnych pojęć dotyczących tzw. FIMI (obcej ingerencji i manipulacji informacyjnych), co stwarza bezpośrednie ryzyko karania mnie i innych obywateli za legalną krytykę działań rządu.
  • Narusza moje prawo własności oraz prawo do rzetelnego procesu sądowego (art. 45 i 46 Konstytucji RP) poprzez natychmiastową wykonalność decyzji administracyjnych, zamrażanie majątków i wprowadzanie zarządów przymusowych bez wyroku niezależnego sądu” – wskazano.

Autorzy petycji przypomnieli, że projekt ustawy o środkach ograniczających powstał pod pretekstem wdrożenia unijnych dyrektyw sankcyjnych, idzie jednak dużo dalej. „Rząd pragnie przyznać administracji publicznej i ministrom absolutną, niekontrolowaną władzę nad majątkiem obywateli, firm oraz niezależnych mediów” – czytamy.

„Najbardziej przerażające jest to, że projekt zakłada natychmiastową wykonalność decyzji oraz wprowadzanie zarządów przymusowych i zamrażanie aktywów bez wyroku niezależnego sądu, a co gorsza – bez jakiejkolwiek wcześniejszej wiedzy zainteresowanego, że w ogóle toczy się wobec niego jakiekolwiek postępowanie. O tym, że zostałeś „uznany za zagrożenie” lub że Twoja firma została sparaliżowana, dowiesz się dopiero w momencie, gdy bank zablokuje Twoje konto, a urzędnicy przejmą kontrolę nad Twoim dobytkiem” – podkreślono.


CZYTAJ WIĘCEJ:


Wśród najbardziej dotkliwych, wymierzanych drogą decyzji administracyjnej – bez wyroku sądu – znalazły się kara pieniężna do 20 mln zł czy nawet do 12 lat więzienia. W grę wchodzą także zamrożenie środków finansowych i majątku. To wszystko za tzw. obcą ingerencję i manipulację informacyjną. Kryteria jednak są na tyle niejasne, że wiele przypadków może być traktowana uznaniowo – w zależności od opinii urzędnika.

nczas.info/2026/10/25/druk-3003-cenzura-bez-sadu

W ocenie autorów petycji przeciwko projektowi stanowi on „systemowe narzędzie politycznego i gospodarczego terroru”.

„Bierność wobec tak jawnego zamachu na święte prawo własności i konstytucyjne wolności obywatelskie oznacza cichą zgodę na tyranię. Nie pozwólmy odebrać sobie podstawowych praw” – zaapelowali.

Petycję można podpisać TUTAJ.

Do podpisania dokumentu zachęca w mediach społecznościowych lider Konfederacji Korony Polskiej Grzegorz Braun.

„W cieniu obecnych wydarzeń związanych z Trybunałem Konstytucyjnym, rząd stara się przeforsować wyjątkowo szkodliwą ustawę rodem z najmroczniejszych antyutopii – Druk 3003. W praktyce daje on urzędnikom i ministrom absolutną, jednoosobową władzę nad majątkiem obywateli, firm i niezależnych mediów” – czytamy.

„Wystarczy dowolna, płynna przesłanka, by bez żadnego wyroku sądu zablokować Twoje konto bankowe, zamrozić aktywa i przejąć dorobek całego życia zanim w ogóle dowiesz się, że jesteś na «czarnej liście»! 🛑

Nie ma naszej zgody na urzędowy terror i pełzającą tyranię w biały dzień” – oświadczył.

„Zapisz datę: Już 5 listopada widzimy się na wielkiej pikiety protestacyjnej pod Sejmem RP w Warszawie! Pokażmy, że Polacy potrafią się zjednoczyć i obronić swoje prawa. ✊” – przypomniał lider Konfederacji Korony Polskiej.

Czy uratowanie Polski z rąk łajdaków i nieudaczników jest możliwe?

Filip Obara: Czy uratowanie Polski z rąk łajdaków i nieudaczników jest możliwe?

3 listopada 2026 Filip Obara pch24/czy-uratowanie-polski-z-rak-lajdakow-i-nieudacznikow-jest-mozliwe

==================================

Jeżeli kobieta, która rzuciła się na prezydenta, sekundę później nie leżała twarzą do ziemi, ze złamaną i skrępowaną kajdankami ręką i nie została jak worek ziemniaków wrzucona do radiowozu, to znaczy, że państwo polskie wyzbyło się wszelkich nawet pozorów powagi.

==================================================

Stanczyk przed Trybunałem Konstytucyjnym (1).png
fot. AA/ABACA / Abaca Press / Forum /Oprac. PCh24.pl

W momencie, gdy system III RP chwieje się w posadach, prawdziwym sprawdzianem cnoty obywatelskiej Polaków będzie to, czy pozwolimy tej klasie politycznej wymrzeć śmiercią naturalną, czy też wykopiemy ją na zbity pysk…

Morze słów wylano już na temat resetu w Trybunale Konstytucyjnym. Znacznie mniej mówiono o tym, czy ten trybunał jest nam w ogóle potrzebny, skoro mamy Sąd Najwyższy. Jeszcze mniej – o tym, czy uzdrowienie TK naprawdę pomoże Polsce, w której cały system wymagałby zastosowania zasady „wszystkich won”. Dlatego nie będę już grzebał się w „bieżączce”, lecz zaproponuję Czytelnikowi refleksję na temat czegoś znacznie bardziej pierwotnego niż ustrój państwowy i system polityczny – a bez czego nie może być mowy o normalnym funkcjonowaniu państwa.

Sumienie w życiu publicznym

Bodaj najlepszym sprawdzianem tego, ile sumienia pozostało w społeczeństwie, jest stan moralny funkcjonariuszy policji. „Bunt” w służbie najbardziej kojarzonej z codziennym aparatem represji to objaw tego, że sumienie jeszcze w narodzie nie umarło.

To ono jest głosem rozumu, który rozpoznaje wolę Bożą wyrażoną w obiektywnym porządku moralnym. Jeżeli policjanci nie popadają w bezkrytyczne wykonywanie rozkazów i egzekwowanie nawet najabsurdalniejszych przepisów, to znaczy, że prymat sumienia nad ślepym posłuszeństwem wciąż jest w społeczeństwie obecny.

Przy okazji sędziów TK mówi się o tym, że podlegają oni jedynie Konstytucji, a więc nie stosują się do ich statusu żadne ustawy i rozporządzenia. Podobnie jest z sumieniem, niezawisłym od ludzkich praw i przepisów. Jedyne prawo, jakie w nim obowiązuje, to prawo naturalne. Każde inne obliguje o tyle, o ile pozostaje zgodne z prawem naturalnym. Mamy zaś obowiązek sprzeciwić się wszelkim prawom, które są z tym nadrzędnym sprzeczne.

Ale sumienie – żeby podpowiadało nam to, co jest faktycznie rozumne i zbieżne z obiektywnym dobrem – musi być poprawnie ukształtowane. Tu swoją rolę do odegrania mają klasyczna formacja etyczna oraz katechizacja w duchu scholastycznym. Bez tego jesteśmy zdani wyłącznie na własną intuicję i mam wrażenie, że w przypadku policjantów bardzo często sumienie działa, ale nie wykracza poza podstawowe, intuicyjne pojęcia.

Jest w tym ogromna wina systemu III RP, który nie przygotowuje nas do świadomego życia społecznego. Jest to system etatystyczny, momentami wręcz pruski, który zakorzenia w nas przekonanie, że mamy bezkrytycznie przyjmować wszystko, co stanowi władza, ponieważ ponad nią nie ma żadnej innej normy. Co gorsza, z takiego przekonania nie wytrąca nas polski Kościół, którego hierarchowie wolą żyć w bezproblemowej symbiozie z władzą świecką niż narazić się przypomnieniem, że władza ta powinna stosować się do normy, która jest od niej wyższa i ważniejsza – do prawa naturalnego i Bożego.

Przekonanie o wyższości prawa naturalnego nad stanowionym jest logiczną konsekwencją kierowania się sumieniem w służbie publicznej i każdy policjant (oraz każdy obywatel) powinien rozumieć różnicę pomiędzy tymi dwoma rodzajami prawa.

Sumienie w życiu publicznym samo przez się oznacza również przekonanie o zdolności rozumu do poznania oraz o tym, że mamy przyrodzone i niezbywalne prawo do podążania za rozumem – także przeciwko władzy, która depcze jego wskazania.

Precz z polityką!

Patologiczne upolitycznienie Polaków sprawiło, że zapomnieliśmy, iż społeczeństwo jest żywym organizmem, a nie „zasobem ludzkim” podlegającym manipulacjom socjotechniki. Bez końca rozprawiamy o polityce, gdy w tym samym czasie szwankują absolutne podstawy naszej rzeczywistości.

Tak jak prawo wyrasta z obyczajów, tak zdolność do działań politycznych bierze się z oddolnej samorządności narodu. Tymczasem, kiedy zadajemy sobie pytanie, jak naprawić Polskę, to zazwyczaj myślimy o rozwiązaniach politycznych, pomijając fakt, że nie będzie zdrowej polityki, jeżeli społeczeństwo pozostanie pogrążone w marazmie.

Podam przykład. Za każdym razem, gdy wsiadam w godzinach szczytu do podmiejskiego pociągu, powtarza się ten sam schemat: dziki tłum ludzi przy wejściach i mnóstwo wolnego miejsca w głębi wagonów. Kiedy proszę ludzi, by się przesunęli, widzę zazwyczaj zblazowane miny i słyszę coś w rodzaju „ale jaaak”. „Ludzie, nie można bać się przejść przez pociąg” – odpowiadam, po czym zajmuję komfortowo miejsce na paru metrach kwadratowych wolnej przestrzeni.

Przykład jest trochę naciągany, ale i tak zadam pytanie: Skoro Polacy nie są zdolni zorganizować się na tyle, by uniknąć tego komunikacyjnego absurdu, to jak mają przygotować ogólnokrajowy, skuteczny opór przeciwko władzy?

Walka z etatystyczną mentalnością (przekonaniem, że do władzy należy uporządkowanie wszystkich aspektów naszego życia) jest naszym kluczowym zadaniem, począwszy od wychowania dzieci, a skończywszy na organizowaniu się w lokalną samopomoc.

Mamy sprzeczne oczekiwania. Chcemy zdrowego systemu politycznego bez zdrowej podstawy społecznej. Bez świadomości etapowości kształtowania się organizmów państwowych. Dopiero kiedy urośniemy w siłę w nieformalnych strukturach sąsiedzkich czy szkolnych, będzie można mówić, że istnieje jakiś zawiązek potencjału politycznego. Bo polityka wyrasta z lokalnej samorządności, tak jak instytucja państwa wyrosła z instytucji rodziny i jak władza polityczna wyrosła z władzy rodzicielskiej.

Zmiana prawa niewiele da, jeżeli u jej podstaw nie leży zakorzeniona w społeczeństwie kultura prawna. Podobnie zmiana struktur władzy – teoretycznie mogłaby pomóc, ale pytanie, czy do niej dojdzie i czy będzie wydajna, skoro również nie ma się na czym oprzeć?

Jeżeli już zaś mamy mówić o polityce, to jest jedna rzecz, której odpuścić nam nie wolno: obecnego w klasycznej filozofii twierdzenia, że polityka jest przedłużeniem etyki. Polityka to nic innego, jak sztuka wprowadzania zasad moralnych do życia publicznego. Jeżeli w jakikolwiek inny sposób rozumiemy politykę, to stajemy się doskonałym materiałem do formowania przez wszelakiej maści oszustów i manipulatorów.

Precz z dyktaturą psychologów!

Żadnego ze szkicowanych tu celów nie uda się osiągnąć, jeżeli model wychowawczy i system edukacji będą nadal podlegały fundamentalnym błędom filozoficznym (czy też antropologicznym).

Jesteśmy spacyfikowani już na poziomie wychowania. Kiedy „osoba sędziowska” uzurpująca sobie władzę nad Trybunałem Konstytucyjnym wygadywała w mediach, że prezydent Nawrocki „staranował nas i zaczął krzyczeć”, to w normalnej rzeczywistości popukalibyśmy się po głowie. Ale dziś krzyk został oficjalnie uznany za narzędzie przemocy.

Jednak w istocie to zupełnie normalne, że w pewnych okolicznościach (na przykład ze względu na bezpieczeństwo albo po prostu dlatego, że jest głośno) czy dla wyrażenia określonych emocji człowiek krzyczy. Po to ma gardło i struny głosowe, żeby dobierać ton do okazji.

Ale w dyktaturze psychologów, w której żyjemy, wszystko, co budzi najmniejszy dyskomfort, jest utożsamiane ze złem. To istotne, żeby to zrozumieć, ponieważ jazgot mediów na temat interwencji Prezydenta to nie tylko celowe nakręcanie histerii, ale także konsekwencja błędnej na poziomie filozoficznym definicji przemocy. Funkcjonuje ona w naszym systemie i ostatecznie sprowadza się już nawet nie do tego, że tylko władza może korzystać z przemocy – ale tylko władza z odpowiedniego nadania i ciesząca się błogosławieństwem przewodniczącego Komisji Europejskiej!

W pełni zgadzam się z Krzysztofem Stanowskim, że „jeżeli ktoś podnosi rękę na mojego prezydenta, to ta ręka ma być wykręcona albo i złamana”.

Jeżeli kobieta, która rzuciła się na prezydenta, sekundę później nie leżała twarzą do ziemi, ze złamaną i skrępowaną kajdankami ręką i nie została jak worek ziemniaków wrzucona do radiowozu, to znaczy, że państwo polskie wyzbyło się wszelkich nawet pozorów powagi.

W sytuacji podniesienia ręki na ostatni bastion Majestatu Rzeczypospolitej nie ma bowiem różnicy na płeć, nie ma względu na stanowisko, a nawet na immunitet. Wchodzi w grę tylko i wyłącznie ochrona nienaruszalności Głowy Państwa jako pierwszej osoby w tym państwie, a za niedopełnienie swoich obowiązków do odpowiedzialności powinni być pociągnięci również agenci SOP-u, którzy dosłownie chowali się za Prezydentem.

Tylko że zrozumienie kwestii dotyczących obowiązku, hierarchii, autorytetu, jak również powinności wynikających z cnoty męstwa, zaczyna się właśnie na poziomie wychowania. Gdyby legalny prezes Trybunału Konstytucyjnego był pod tym względem inaczej uformowany, to nie kryłby się po kątach, nie wysyłałby do TK swojego zastępcy, ale okopałby się na miejscu, aby nie pozwolić na siłowe przejęcie instytucji, za którą jest odpowiedzialny.

Zmęczeni demokracją – niegotowi na dyktaturę?

Jeżeli czekamy aż tyrani w perukach demokratów wymrą i co najwyżej w wyjątkowych okolicznościach wychodzimy na ulicę, to pozostajemy na pozycjach biernego oporu.

Ma to ten pozorny plus, że zachowujemy względny święty spokój, a ten minus – że tracimy dziejową szansę na wykazanie się cnotą obywatelską i wzięcie spraw państwowych we własne ręce.

Myśl o tym, że duopol PO-PiS (którego poprzedniczką jest banda czworga) po prostu zniknie ze względu na wymianę pokoleniową, napawa mnie głębokim żalem i poczuciem bezsilności. Nic nie trwa wiecznie i nie będzie naszą zasługą, jeżeli zajmiemy opustoszałe miejsca.

Dlatego pomimo ogromnego dystansu, jaki mam do bieżącej polityki, doceniam obecność w niej osób, które pomimo marginalności swojej pozycji próbują realizować ideały prawdziwie konserwatywne.

Sytuacja wokół Trybunału Konstytucyjnego i trwające od dekad partyjniackie przeciąganie liny, w którym nie chodzi o dobro Polski, ale wyłącznie o interes stronnictwa, to formuła, która – jak śmiem suponować – jest na wyczerpaniu.

Przy okazji sporu o TK wyszła sprawa wewnętrznego podzielenia władzy i blokowania się nawzajem owych filarów trójpodziału. Takie rozdarcie jest złe, ale – jak sądzę – przy założeniu, że władza jest zdrowa, a władza jest zdrowa – jako się rzekło – kiedy wypływa ze zdrowego społeczeństwa. W przeciwnym wypadku nie mam przekonania, czy faktycznie chcemy, by władza była skuteczna, kiedy jest patologiczna. Jesteśmy w metapolitycznym klinczu.

Nie jestem fanem demokracji powszechnej i wolałbym oddać swoje prawo do głosu za odrobinę praworządności i uszanowania moich przyrodzonych praw. Ale nie potrafię uniknąć wrażenia, że w obecnym kryzysie (szerzej potraktowanym) nawet zagorzali demoliberałowie zaczynają mieć problem z obecną odsłoną demokracji.

Jednocześnie przez te wszystkie lata nie zdołaliśmy wytworzyć dojrzałych struktur społecznych zdolnych do wywierania realnego wpływu na kształt polityki. Nieodmiennie jesteśmy zakładnikami głównych graczy zabetonowanego systemu i szczerze mówiąc, mam niewielką nadzieję, że metodami demokratycznymi uda się to zmienić.

Powstaje pytanie, czy kryzys da się przezwyciężyć na drodze demokratycznej, która wymaga takiej czy innej większości, a więc – dojrzałości przynajmniej połowy społeczeństwa? To pociąga za sobą kolejne: Czy w takim razie jedynym wyjściem nie jest jakaś forma autorytaryzmu – niekoniecznie wojskowego, ale rozumnego, szanującego polską i europejską tożsamość, opartego na przesłankach wynikających z prawa naturalnego?

Proszę mi zarzucić pesymizm, ale stwierdzę, że i tu nie ma wielkiej nadziei. Żeby władza autorytarna – albo choćby system z silnym przywództwem prezydenta – działała właściwie, to potrzebny jest bezpiecznik w postaci silnego społeczeństwa, które jest w stanie bronić praworządności, gdy narusza ją władza.

Co nam po dobrym systemie ze spójną i sprawczą władzą, jeżeli – po pierwsze – sami nie wiemy, czego chcemy, a po drugie, nie mamy dość cnoty i narzędzi, by stawiać tamę nieuprawnionym zakusom takiej władzy?

Z tym pytaniem pozostawię Czytelnika, dodając tylko to, co jak mantrę – do przekonania Polaków – powinniśmy powtarzać:

Uratowanie Polski z rąk łajdaków i nieudaczników nigdy nie stanie się realne bez pracy organicznej, bez wpojenia naszym dzieciom zdrowych pojęć i uchronienia ich przed zgubnym wpływem systemu, a przede wszystkim bez ukształtowania w nich cnoty obywatelskiej i przekonania, że jest coś więcej niż ja.

Filip Obara

Prowokatora od zaraz wynajmę!! MEM-y II.

——————————————————–

—————————————————

————————————–

—————————————————–

——————————————–

———————————————

————————————-

——————————————————

Rodzi się EuroReich? MEM-y I.

———————————————–

———————————–

———————————————

—————————————–

——————————–

————————————————-

—————————————————-

———————————————————–

Jak znaczące jest to, że trzej polscy ambasadorzy właśnie zrezygnowali na znak protestu przeciwko zamachowi stanu Tuska?

Jak znaczące jest to, że trzej polscy ambasadorzy właśnie zrezygnowali na znak protestu przeciwko zamachowi stanu Tuska?

[Stan wojenny – czy trochę przepocony stanik pani Korwin-Piotrowskiej? Oba warianty są groźne. md]

Andrzej Korybko korybko-substack-/how-significant-is-it-that-three

Co ważne, sprowokowali Sikorskiego do popełnienia gafy polegającej na porównaniu zamachu stanu Tuska z okresem stanu wojennego w Polsce, co może nastawić przeciwko niemu jeszcze większą liczbę Polaków niż jest ich obecnie.

Kolejny polski ambasador właśnie zrezygnował ze stanowiska w proteście przeciwko zamachowi stanu liberalnego premiera Donalda Tuska, który w rzeczywistości jest niemieckim przejęciem władzy w Polsce przez pośredników , aby przygotować Europę do wojny z Rosją . Stały Przedstawiciel przy ONZ, profesor Krzysztof Szczerski, poszedł w piątek w ślady ambasadora w Chinach Jakuba Kumocha i ambasadora w Rumunii Pawła Solocha. Minister spraw zagranicznych Radek Sikorski nie jest zadowolony z tego rozwoju sytuacji i dał wyraz swoim odczuciom w poście oznaczonym jako X.

Według niego , „Kiedy w proteście przeciwko stanowi wojennemu ambasadorowie [PRL] Rurarz i Spasowski złożyli rezygnację, narazili się na zemstę ze strony komunistycznego reżimu. Dziś [konserwatywny prezydent Karol Nawrocki] wzywa ambasadorów do rezygnacji z misji i z pewnością zostanie sowicie wynagrodzony za swoje bohaterskie czyny. »Historia rymuje się, najpierw jako tragedia, potem jako farsa«”. Niektórzy zauważyli, jak bardzo Sikorski kompromitował się, porównując zamach stanu Tuska z okresem stanu wojennego w Polsce.

Kumoch odpowiedział Sikorskiemu, pisząc: „Przykro mi, że muszę to zrobić, ponieważ miałem nadzieję, że ta sprawa została już załatwiona. Nie rozmawiałem ani nie komunikowałem się z panem prezydentem przed podjęciem decyzji”. Sprawę skomentował również szef Biura Polityki Międzynarodowej Nawrockiego, Marcin Przydacz. Jego zdaniem : „W krytycznym momencie, gdy Polska przygotowuje się do szczytu G20, a Rosja kontynuuje agresję na Ukrainę, nasza dyplomacja traci trzech bardzo doświadczonych dyplomatów”. Dodał:

„Wszyscy trzej uzasadnili swoje decyzje, odwołując się do działań polskiego rządu, których nie mogli zaakceptować jako polscy obywatele i których nie chcieli popierać, kontynuując swoje misje dyplomatyczne. Polska przez ponad trzy dekady budowała swoją reputację stabilnego, bezpiecznego i wiarygodnego partnera międzynarodowego. Dziś świat widzi obrazy policjantów rozlokowanych w jednej z najważniejszych polskich instytucji konstytucyjnych, a także rezygnacje wysokich rangą polskich dyplomatów”.

Przydacz podziękował im za służbę i powiedział, że szanuje ich „odwagę w podejmowaniu trudnych osobistych decyzji w odpowiedzi na działania rządu, które naruszają prawo i podważają wiarygodność Polski jako stabilnego partnera międzynarodowego”.

Ogólne znaczenie tej sprawy, nawet jeśli zakończy się ona rezygnacją tylko tych trzech wysokich rangą dyplomatów, polega na tym, że zwróciła ona uwagę państw przyjmujących na fakt, że nie wszyscy członkowie Ministerstwa Spraw Zagranicznych popierają zamach stanu Tuska.

Ma to istotne znaczenie w kontekście rezygnacji Kumocha i Szczerskiego, ponieważ Chiny i Stany Zjednoczone mają znacznie większe znaczenie niż Rumunia. Co prawda, żadna ze stron raczej nie zainterweniuje w żaden sposób, aby przechylić szalę tego narastającego sporu na rzecz praworządności, ale nie zaszkodzi to również konstytucjonalistom, jeśli będą im sympatyzować. Najważniejsze znaczenie tych rezygnacji polega na tym, że sprowokowały one Sikorskiego do faux pas, jakim było porównanie zamachu stanu Tuska z okresem stanu wojennego w Polsce.

Zdecydowana większość Polaków sprzeciwiała się reżimowi wojskowemu i celebrowała Solidarność, więc jego gafa polega na tym, że może ona zrazić do Tuska jeszcze więcej Polaków niż dotychczas, co może doprowadzić do druzgocącej porażki rządzącej liberalnej koalicji w kolejnych wyborach do Sejmu jesienią 2027 roku.

Do tego czasu, w oczekiwaniu na mało prawdopodobne rozwiązanie tego impasu między puczystami a konstytucjonalistami, Polska pozostanie częściowo sparaliżowana na szczeblu ustawodawczym i sądowniczym z powodu tego impasu, kosztem interesów narodowych.

Putsch als Hebel: Berlin greift nach Warschau. Zamach stanu jako dźwignia: Berlin sięga po Warszawę

Zamach stanu jako dźwignia: Berlin sięga po Warszawę

3 listopada 2026 r. przez Andrzeja Korybko tkp-at/putsch-hebel-berlin-nach-warschau


Zamach stanu w Polsce można również interpretować jako próbę przejęcia władzy w Polsce przez Niemcy, mającą na celu przyspieszenie przygotowań UE do wojny z Rosją. Wynik w Warszawie może mieć globalne reperkusje.

W okresie poprzedzającym II wojnę światową nazistowskie Niemcy przejęły czechosłowackie rezerwy złota i potężny kompleks militarno-przemysłowy. Obecnie Niemcy zamierzają umieścić w Berlinie największą armię NATO pod swoim dowództwem, a także przejąć kontrolę nad polskimi rezerwami złota – w obawie przed potencjalną wojną z Rosją do 2030 roku.

Polski konserwatysta, zwolennik radykalnych poglądów, Dominik Tarczyński, oświadczył niedawno, że próba zamachu stanu podjęta przez liberalnego premiera Donalda Tuska miała na celu przejęcie kontroli nad bankiem centralnym, wprowadzenie euro i ostatecznie przekazanie polskich rezerw złota Europejskiemu Bankowi Centralnemu (EBC) w Niemczech. Polska posiada dziesiąte co do wielkości rezerwy złota na świecie: 550 ton (stan na styczeń) przewyższają one 506,5 tony EBC. W tym scenariuszu EBC ponad dwukrotnie zwiększyłby swoje rezerwy.

To kluczowy motyw stojący za tym, co postrzegane jest jako próba przejęcia władzy przez Niemcy w Polsce przez pełnomocników, poprzez zbrojną okupację Trybunału Konstytucyjnego przez Tuska, i wszystkim, co może z tego wyniknąć. Mogłoby to również wzmocnić euro, przynajmniej tymczasowo, podczas gdy większość jego członków – z których zdecydowana większość używa euro – szybko się regeneruje, przygotowując się do potencjalnej wojny z Rosją do 2030 roku. Faktyczny lider bloku, Niemcy, wyprzedzają wszystkich innych, planując program o wartości 800 miliardów euro.

Polska dowodzi największą armią w europejskim NATO (E-NATO), a jej konserwatywny prezydent, Karol Nawrocki, odrzuca unijne pożyczki w ramach programu „Bezpieczeństwo dla Europy” (SAFE), które również zakładałyby, że większość sprzętu musi być kupowana od członków bloku, a nie od amerykańskich i koreańskich partnerów Polski. W związku z tym zaproponował program „Polski SAFE 0%” o wartości 185 miliardów złotych (około 46 miliardów dolarów) – równowartość pożyczki UE – który rząd Tuska zatwierdził pomimo sprzeciwu Nawrockiego.

Gdyby trwająca próba przejęcia Polski przez Niemcy za pośrednictwem pełnomocników zakończyła się sukcesem, a Polska przystąpiłaby do strefy euro przed przeniesieniem wszystkich swoich rezerw złota, co ponad dwukrotnie zwiększyłoby rezerwy EBC, Niemcy mogłyby znacznie łatwiej realizować swój plan federalizacji UE i stać się dominującą siłą w jej ramach. W połączeniu z szybką militaryzacją całej UE, w której największa armia e-NATO znalazłaby się pod niemieckim dowództwem, zagrożenie na wzór tego z 1941 roku, przed którym ostrzegał Dmitrij Miedwiediew, stałoby się rzeczywistością.

Konfiskata polskich rezerw złota jest kluczowa dla tego scenariusza – dlatego należy się spodziewać, że Tusk poprze ją, wprowadzając euro, jeśli jego zamach stanu się powiedzie. Istnieje historyczny precedens dla jego domniemanego niemieckiego patrona realizującego tę politykę, która w rzeczywistości jest skierowana przeciwko Rosji: Hitler skonfiskował czechosłowackie rezerwy złota i jej potężny kompleks militarno-przemysłowy tuż przed II wojną światową – oba te elementy historycy uważają za kluczowe dla jego wysiłku wojennego.

Podobnie, w przewidywaniu potencjalnego konfliktu UE-Rosja do 2030 roku, obecne Niemcy próbują przejąć polskie rezerwy złota i oddać pod dowództwo Berlina największą armię e-NATO – dwa kroki, które byłyby niezbędne w tym scenariuszu. W przeciwieństwie do tamtych czasów, gdy Niemcy dowodziły inwazją na ZSRR z linii frontu, tym razem mogłyby zlecić swoim polskim podwładnym wysłanie Polaków na Ukrainę, aby tam zginęli w wojnie zastępczej NATO-Rosja lub aby rozpoczęli nową wojnę po zakończeniu obecnego konfliktu.

Biorąc pod uwagę stawkę – a mianowicie materializację kolejnego zagrożenia dla Rosji na wzór tego z 1941 roku, za pośrednictwem zdominowanej przez Niemcy federacji europejskiej, co mogłoby nastąpić po próbie przejęcia władzy w Polsce przez Berlin poprzez zamach stanu Tuska – kryzys polityczny w Polsce ma globalne znaczenie. Jego wynik może, bez przesady, zadecydować o wojnie lub pokoju, ponieważ ukształtuje powojenny porządek europejski na lata.


Andrew Korybko  jest amerykańskim analitykiem politycznym mieszkającym w Moskwie, specjalizującym się w globalnej transformacji systemowej do wielobiegunowości. Publikuje po angielsku na swoim  blogu Substack.  Jego niemieckojęzyczne treści są dostępne wyłącznie w TKP.

550 ton złota, największa armia UE w Europie i zacięta walka o władzę: Co jest naprawdę stawką w Polsce

Polskie siły zbrojne podnoszą flagi narodowe (za Wikimedia)

550 ton złota, największa armia UE w Europie i zacięta walka o władzę: Co jest naprawdę stawką w Polsce

Polska nie jest już zwykłym państwem członkowskim UE. Kraj dysponuje ogromnymi rezerwami złota, rozbudowuje swoje siły zbrojne szybciej niż niemal każdy inny kraj europejski i otrzymuje więcej funduszy z nowego europejskiego programu obronnego SAFE niż jakiekolwiek inne państwo członkowskie. Jednocześnie zaostrza się wewnętrzna walka o władzę między rządem Donalda Tuska a konserwatywnym obozem wokół prezydenta Karola Nawrockiego.

To połączenie siły gospodarczej, militarnej i politycznej wyjaśnia, dlaczego konflikt w Warszawie przyciąga obecnie uwagę krajów daleko poza granicami Polski.

550 ton złota – więcej niż posiada sam EBC

Polski bank centralny znacząco zwiększył swoje rezerwy złota w ostatnich latach. Na koniec 2025 roku Narodowy Bank Polski posiadał około 550 ton złota . To czyni Polskę jednym z krajów o największych rezerwach złota na świecie.

Warto zwrócić uwagę na porównanie z Europejskim Bankiem Centralnym: sam EBC posiada około 506,5 ton złota .

To porównanie staje się coraz bardziej nacechowane politycznie.

Konserwatywny polityk Dominik Tarczyński twierdzi, że strategia polityczna Tuska ma na celu najpierw objęcie kontrolą Trybunału Konstytucyjnego, a następnie Banku Centralnego, wprowadzenie Polski do strefy euro, a ostatecznie uzyskanie wpływu na polskie rezerwy złota.

Analityk geopolityczny Andrew Korybko podejmuje tę tezę i łączy ją z rosnącym znaczeniem militarnym Polski i wpływami Niemiec w Unii Europejskiej.

Jednakże ten rzekomy ciąg zdarzeń nie został udowodniony.

Ponadto rząd Tuska oświadczył, że obecnie nie prowadzi aktywnych działań mających na celu wprowadzenie euro .

Polska buduje najsilniejszą armię w UE

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, jeśli chodzi o znaczenie militarne Polski.

Według oficjalnych danych, kraj ten liczy obecnie około 221 000 żołnierzy , co czyni go największą armią spośród wszystkich państw członkowskich UE. W NATO Polska zajmuje trzecie miejsce po USA i Turcji.

Deklarowanym długoterminowym celem jest wyszkolenie około 300 000 żołnierzy.

Jednocześnie Warszawa inwestuje ogromne sumy w czołgi, artylerię, obronę przeciwlotniczą, rakiety, drony i infrastrukturę wojskową. Polska tradycyjnie ściśle współpracuje w tym zakresie z USA i Koreą Południową. Ta siła militarna czyni z Polski kluczowe państwo na wschodniej flance NATO – i ważny czynnik w przyszłej europejskiej architekturze bezpieczeństwa.

43,7 mld euro z SAFE

Ponadto Polska otrzymuje około 43,7 mld euro z unijnego programu obronnego SAFE – więcej niż jakikolwiek inny kraj członkowski.

Pieniądze mają zostać przeznaczone między innymi na artylerię, obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową, systemy dronów, infrastrukturę wojskową oraz projekt „Tarcza Wschodnia”. Według polskiego rządu, znaczna część środków trafi bezpośrednio do polskiego przemysłu zbrojeniowego.

Konserwatywny prezydent Karol Nawrocki krytycznie odniósł się do programu i zaproponował krajową alternatywę. Mimo to rząd Tuska podpisał w maju umowę SAFE. Polska otrzyma w ten sposób długoterminowe pożyczki z UE o terminie zapadalności do 45 lat.

Co ciekawe, SAFE w żadnym wypadku nie oznacza, że ​​Polska musi zerwać więzi wojskowe z Waszyngtonem lub Seulem. Rząd wyraźnie podkreśla, że ​​zamówienia ze Stanów Zjednoczonych i Korei Południowej pozostają możliwe.

Prawdziwa walka o władzę

To pokazuje wyraźnie, o co naprawdę toczy się gra w Polsce.

Kraj dysponuje dużymi rezerwami finansowymi, buduje najsilniejszą armię w UE, jest największym beneficjentem europejskich pożyczek obronnych i ma strategiczne położenie między Niemcami, Ukrainą, Białorusią i Rosją. Jednocześnie toczy się zacięty konflikt instytucjonalny o to, kto kontroluje kluczowe instytucje państwowe.

Rząd Tuska argumentuje, że musi naprawić instytucje, które zostały upolitycznione za rządów PiS. Obóz konserwatywny oskarża jednak Tuska o przekroczenie granic konstytucyjnych pod pretekstem „przywrócenia praworządności”.

To właśnie z tego konfliktu Tarczyński i Korybko wysłali swoje dramatyczne ostrzeżenia.

Ich teza jest taka, że ​​ktokolwiek sprawuje kontrolę polityczną nad Polską, w dłuższej perspektywie będzie kontrolował nie tylko ważny kraj UE, ale także ogromną potęgę militarną, miliardy dolarów w funduszach obronnych i znaczne rezerwy finansowe.

Jest to interpretacja polityczna, ale wiąże się z realnymi czynnikami władzy.

Brak dowodów na niemiecki plan – ale prawdziwa walka o wpływy.

Jednakże hipoteza, że ​​Niemcy zamierzają za pośrednictwem Tuska przejąć polskie złoto i siły zbrojne lub wykorzystać Polskę jako narzędzie w przyszłej wojnie z Rosją, nie jest potwierdzona.

Nie ma na to jednoznacznych dowodów. Jednak same fakty są wystarczająco niezwykłe:

Polska posiada około 550 ton złota . Z około 221 000 żołnierzy, ma największą armię w UE . Otrzymuje 43,7 miliarda euro z SAFE , co czyni ją największym beneficjentem nowego europejskiego programu obronnego.

Jednocześnie kraj jest uwikłany w jedną z najzacieklejszych walk o władzę w najnowszej historii. Dlatego Polska jest dziś nie tylko areną wewnętrznego konfliktu politycznego, ale jednym z najważniejszych strategicznie państw w Europie.

A ten, kto tam zdobędzie władzę polityczną, będzie w przyszłości decydował, jaki kurs obierze jedna z największych sił militarnych Europy w stosunku do Brukseli, Waszyngtonu i Moskwy.

Źródła:

  • Polski rząd o liczebności sił zbrojnych: ok. 221 000 żołnierzy, największa armia w UE, trzecia co do wielkości w NATO. redakcja.www.gov.pl
  • Polski rząd o SAFE: 43,7 mld euro dla Polski. Gov.pl
  • Alokacja środków SAFE i inwestycje w polski przemysł zbrojeniowy. Gov.pl
  • MON o kontynuacji zakupów w USA i Korei Południowej. Gov.pl

Eh, jeszcze dokopię … ! A co ??! – MEM-y VIII.

—————————————————–

———————————————–

————————————————————

——————————————————

————————————–

————————————————

———————————————-

———————————————————

———————————–

Dojenie. MEM-y VII.

——————————————

————————————-

—————————————————

———————————————————-

————————-

————————————–

[bez nich również !]

——————————————————–

SŁOWNIK NOWOMOWY IMPERIALNEJ

SŁOWNIK NOWOMOWY IMPERIALNEJ

myslpolska/slownik-nowomowy-imperialnej

Donald Trump znowu rozrabia, bawi się w Brutusa i stawia fundamentalne pytanie: zdradza czy nie zdradza? To jeszcze sojusznik czy już tylko biznesmen na włościach? Ciężko się do tego odnieść na trzeźwo i bez ryzyka połknięcia własnego języka. Czas najwyższy wezwać na pomoc Zbigniewa Brzezińskiego. Inaczej nasza, pożal się Boże, scena polityczna, opiniotwórcza i ekspercka w tych swoich karkołomnych szpagatach nabawi się potężnej kontuzji – a na leczenie w budżecie przecież nie ma.
Wszak kto jak kto, ale dla polskojęzycznych „elit” państwowych prof. Brzeziński to w dziedzinie geopolityki absolutna, ponadpartyjna wyrocznia. Dla KO – autorytet totalny. Dla udających lewicę – ważny punkt odniesienia, bo przecież intelektualista, światowiec i modernizator. Dla PiS-u – skoro skutecznie wojował z komuną i ZSRR, to swój chłop. Konfederacja niby patrzy sceptycznie, ale kunsztu analitycznego odmówić mu nie potrafi. Najgorzej wypada u narodowców, co nie zmienia faktu, że dla miażdżącej większości warszawskiego salonu jawi się jako ikona i świecki święty polskiej racji stanu.

Więc, szanowny polskojęzyczny establishmencie, „elito” z Bożej łaski! Zamiast histeryzować, obrażać się na rzeczywistość, wygrażać pięściami w eterze i na własne życzenie szukać guza – wspomnijcie wreszcie słowa swojego mentora. Przeczytajcie je powoli, na głos i ze zrozumieniem: „Polska musi wreszcie dorosnąć i zrozumieć, że polityka zagraniczna USA nie opiera się na sentymentach, lecz na chłodnej kalkulacji interesów. Ewentualnych ustępstw Waszyngtonu wobec Moskwy w zamian za strategiczne korzyści w innym rejonie świata nie należy postrzegać w kategoriach zdrady. Trzeba się wyzbyć myślenia emocjonalnego na rzecz racjonalnego dbania o pozycję własnego kraju.” – Zbigniew Brzeziński, „Rzeczpospolita”, 2009 r.
Zrozum i zapamiętaj to sobie, histeryczna piaskownico: globalna dyplomacja mocarstw rządzi się twardymi prawami i trzeba umieć przyjąć to na klatę. Czas najwyższy wyrosnąć z infantylnego, życzeniowego myślenia. Polityka USA to nie kółko różańcowe ani klub bezinteresownych przyjaciół, ale brutalna gra o własne wpływy.

Ja rozumiem, że można ostentacyjnie nie słuchać argumentów wrzucanych do szufladki z napisem „ruskie onuce”. Ale nie znać wytycznych i ignorować słowa własnego, absolutnego autorytetu, a jednocześnie chcieć uchodzić za poważnych graczy? To jawna kpina i zniewaga dla inteligencji.

Tego dzisiejszego popłochu nie da się wytłumaczyć dysonansem poznawczym. Nie da się też ściemniać, że mentor nie przewidział obecnego scenariusza – bo taką ewentualność brał pod uwagę czarno na białym już w 2009 roku. Minęło tyle lat, przetoczyło się tyle lekcji, a u nas w kwestii dojrzałości geopolitycznej ciągle głębokie, obsikane przedszkole…

SŁOWNIK NOWOMOWY IMPERIALNEJ

Hasło: „Partnerstwo”
Skoro już ustaliliśmy, że musimy pilnie dorosnąć do mocarstwowej lekcji prof. Brzezińskiego, warto przy okazji zaktualizować podręcznikowy słownik. Kiedy zza oceanu słyszymy piękne, odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „PARTNERSTWO”, w wersji pozbawionej PR-owego lukru oznacza ono dokładnie taki zestaw „wspólnych wartości”:


P – Poddaństwo (przepakowane w ładny, prozachodni marketing)
A – Asymetria (oficjalnie nazywana „równością w różnorodności”)
R – Rozkaz (zamaskowany jako „serdeczna sugestia nie do odrzucenia”)
T – Tresura (bo niegrzeczni partnerzy dostają po łapkach cłami i sankcjami)
N – Narzucenie (własnych standardów jako jedynych słusznych na świecie)
E – Eksploatacja (twojego rynku, żeby tamtejsze koncerny miały zysk)
R – Rezygnacja (z własnych interesów narodowych w imię wyższej konieczności)
S – Serwilizm (oczekiwany od mniejszych graczy, najlepiej na kolanach)
T – Transakcyjność (gdzie ty dajesz bazy i ludzi, a oni dają ci fakturę do zapłaty)
W – Wiernopoddaństwo (podniesione do rangi najwyższej cnoty moralnej)
O – Obowiązek (ślepego popierania cudzych wojen i kupowania wszystkiego z nalepką „Made in USA”)

Więc głowa do góry, drogie „elity”! Odrzućcie te swoje lęki. CIA przecież nie szpieguje sojuszników, amerykańskie korporacje nie walczą o bezwzględną dominację, a Waszyngton wcale nie wykorzystuje zależności politycznych, technologicznych i militarnych do rozstawiania was po kątach.

To przecież czyste, kryształowe „partnerstwo”.

A wy, „ruskie onuce”, odrzućcie te swoje cyniczne podejrzenia, teorie spiskowe i antyamerykańskie fobie! Śpijcie spokojnie, starszy brat czuwa.

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

Zamach stanu. Jak co tydzień.

[Artykuł dyskusyjny. Z oceną min. Ziobry się nie zgadzam. md]

Zamach stanu. Jak co tydzień.

Z atmosferą i językiem używanym w polskiej debacie publicznej jest jak z telefonem do mieszkańca bloku, w trakcie którego rozmówca informuje o podłożonej bombie. Za pierwszym razem adresat wiadomości przerazi się, za piątym przestraszy. A za dziesiątym? Machnie ręką i powie, że nic się nie stało. A co jeśli wtedy naprawdę będzie bomba? 

ODPORNOŚĆ NA PICIE WRZĄTKU  

Przywykliśmy do „dyktatury” na śniadanie, obiad i kolację. Przywykliśmy do kreatorów propagandy, wciąż przekonanych, że wbijanie młotkiem do głowy powoduje zmianę zdania, a nie tylko ból głowy. Przywykliśmy do picia wrzątku do każdego posiłku. Jak reagujemy? 

Mniej odporni ulegli całkowitemu poparzeniu – ci często naprawdę spokojni i mądrzy w swoich reakcjach na życiowe zakręty ludzie dostają dzikiego szału, gdy polityka puka w szybę. Bardziej odporni traktują wrzątek jak letnią wodę, a oburzonych aktorów widowiska, mistrzów pierwszej reakcji obydwu plemion traktują z uśmiechem jakby zapożyczonym od Mony Lisy: „Ty w to wierzysz czy liczysz, że ludzie ci uwierzą?”. Podkreślmy, cynizm nie musi być naturalną cechą zdystansowanych do wycia – on jest reakcją obronną na cynizm tych, których działania komentuje, a przy tym jeszcze jednym sposobem na to, by żyć tak, żeby nie zwariować.   

(NIE)BEZPIECZNY ŚWIAT ROZJAZDÓW 

I taka mnie naszła refleksja – czy zdarzenia przed Trybunałem Konstytucyjnym są jeszcze jednym spektaklem osób zawodowo dekretujących stan nadzwyczajny? Czy to po prostu jeszcze jedna sytuacja, jakich pełno na przestrzeni ostatnich lat, sytuacja, gdy plemiona skaczą sobie do gardeł, a wewnętrzna pustka idzie ramię w ramię z radykalizmem, radykalizmem adaptującym się do rzeczywistości rozbieganych oczu i jednozdaniowych przekazów? 

Jedyną ciekawą, z politologicznego punktu widzenia, obserwacją jest ta dotycząca swoistego przejścia Donalda Tuska z pozycji Karla Leowensteina, twórcy pojęcia „demokracji walczącej” (a dokładnie „demokracji obwarowanej”) na stanowisko Carla Schmitta, którego decyzjonizm rzekomo praktykował Jarosław Kaczyński. Zasadnicza różnica między tymi koncepcjami polega na akceptacji dla łamania prawa w celu utrzymania ładu, jaką zawiera decyzjonizm.  

Cała reszta to jakiś rodzaj nierzeczywistości.  

Mam wrażenie, że w polskiej debacie publicznej doszło do dwóch tak symptomatycznych, jak niebezpiecznych rozjazdów. 

Po pierwsze, świat słów żyje całkowicie odrębnie od świata zdarzeń. I tak jak Platon dowodził, że materia stanowi niedoskonałe odbicie świata idei, tak w naszym życiu publicznym wypowiedzi, dialogi, konfrontacje stanowią jakąś niewymiarową, niedopasowaną, pokraczną nakładę na dziejącą się rzeczywistość. Niemal nikomu już nie przeszkadza inflacja słów „średnich” – takich, które nie opisują świata jako złożonego z „kompromitacji” i „wybitności”, ze „zdrajców” i z „mężów stanu”.  

Po drugie, mamy do czynienia z rozjazdem powodu i racjonalizacji. Czyli – argumenty bazujące na logice, związkach przyczynowych i rozumowej perswazji pełnią funkcję nakładki na sympatie i powiązania ideowo-środowiskowe.  

Warto zaznaczyć, że fakty to nie to samo co prawda. I z 5 faktów ze 100 można skonstruować stuprocentowe kłamstwo. Na tym to trochę polega. Uczestnicy debaty nie chcą poznawać rzeczywistości, boją się ewoluowania w poglądach i stanowiskach – oni chcą potwierdzić to co i tak już uważają. Słuchając ekspertów, w większości przypadków wiemy, dla której strony sporu ich wypowiedź okaże się przychylna. 

Jest to oczywiście postawa w pewnym sensie zrozumiała z ludzkiego punktu widzenia – zazwyczaj stosujemy filtrowanie negatywne oceniając czyny człowieka, który wcześniej kilka razy zachował się nagannie. Tylko że w myśleniu politycznym powinniśmy możliwie precyzyjnie zajmować się konkretnymi sytuacjami. 

Zwykły rachunek prawdopodobieństwa dowodzi, że szansa na to, by jeden miał rację zawsze, zaś drugi nigdy jest taka jak na wygraną w Dużym Lotku. To założenie nieracjonalne, nierzeczywiste, sprzeczne z doświadczeniem, jednak takie odkrycia tylko nieznośnie podrażniają pozostających w plemiennej strefie komfortu.  

Obok racjonalizacji niezwykle istotnym pojęciem służącym zrozumieniu i opisowi polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej jest pojęcie wiary. Wiara jest milczącym wspólnikiem racjonalizacji, drugą stroną tego samego medalu. Wierzący nie tłumaczy, nie wyjaśnia, po prostu idzie za tym, którym bezwarunkowo wsparł.  

MIĘDZY PRAWEM A RACJONALIZACJĄ 

Ja po prostu nie ufam, że zwolennikom Prawa i Sprawiedliwości i zwolennikom tej partii chodzi o prawo, praworządność i demokrację. I ta nieufność nie wywodzi się ze słownika pojęć podobnych do wiary rozumianej tak, jak wyżej przedstawiłem. Po prostu musiałbym nie żyć w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości, by przyjąć narrację polityków tej partii. Przy czym warto zaznaczyć, że kwestie związane z Trybunałem Konstytucyjnym są zagmatwane, a pole gry znajduje się poza wzrokiem publiczności – stąd łatwiej tu być hipokrytą niż choćby w sprawie relacji polsko-ukraińskich.  

Obywateli, którzy nie ekscytują się treścią Konstytucji RP i mają dość niewielki zapał, by stawać w jej obronie można zrozumieć – bo w jakimś sensie to tak, jakby pasjonować się treścią kodeksu drogowego. Rzecz nawet nie w tym, że polskie prawo jest tak zapisane, że sprzeczne interpretacje formułują nawet prawnicy.

Chodzi o to, że łamanie przepisów, nie wsparte całym tłem ideowo-przemocowym (a takie było tu wyjątkowo wyraźne) – przywołując klasyka – nie wiedzie ludu na barykady. Lud może nawet mówić, że o prawo chodzi, lecz to jedynie racjonalizacja – często nieświadoma.  

Politycy, w przeciwieństwie do ludu, powinni zdawać sobie sprawę, że mało kto uwierzy, że chodzi im o prawo – a gdy pojawiają się postulaty rozpisania nowych wyborów to już w ogóle żadna wiarygodność i żadna retoryka nie pomoże. Politycy powinni zdawać sobie sprawę, że balansują na styku prawa, lojalności, układów, idei, emocji – i nawet, jeśli któremuś z nich w istocie chodzi o prawo, to i on postrzegany będzie przez pryzmat wspomnianych czynników. 

Oczywiście, można głosić narrację, że politycy opozycji przyjęli postawę państwowców, którzy wznieśli się ponad personalne antagonizmy, by bronić uniwersalnych zasad. Dlaczego jednak tych uniwersalnych zasad nie bronili przed Zbigniewem Ziobro i jego szajką? Być może, z punktu widzenia konieczności przestrzegania zasad legalizmu, powinno być bez znaczenia kto zasiada w Trybunale Konstytucyjnym – nie uwierzę jednak, że politycy nie zastanawiają się nad tym kto personalnie jest sędzią i jakie środowisko za nim stoi.  

PRAWICA NIE MOŻE UMIERAĆ ZA LUDZI ZIOBRY 

Nie można w tym kontekście nie odnieść się do Zbigniewa Ziobry, wszak prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski to jego człowiek, jedna z ikon jego systemu. 

Zbigniew Ziobro to jedna z najohydniejszych postaci [?? md] w historii polskiej polityki – co znamienne, jest nielubiany także w swoim środowisku politycznym. Liczba obiektywnie szkodliwych zmian w prawie wprowadzonych, gdy Ziobro był ministrem sprawiedliwości, liczba ludzi niszczonych przez niego w imię prywatnej zemsty, rzeczywistość aresztowa i więzienna za jego panowania – to wszystko tworzy monstrualny obraz destrukcji praw człowieka, praw obywatelskich i państwa prawa. Tu dwie istotne uwagi. 

Po pierwsze, kuriozalna autokreacja szeryfa, wpasowującego się w intuicje części elektoratu twardego wojownika o sprawiedliwość, nie wahającego się działać na granicy prawa dla dobra ludu to nie tyle zasłona dymna, co poza bazująca na fikcji. Ziobro nie ma zasług w staraniach o skuteczniejsze ściganie przestępców – istotą działania Ziobry nie było też dążenie do poprawy sytuacji osób poszkodowanych. Jakąkolwiek ideę czy etos odłóżmy w tym przypadku na półkę z bajkami dla grzecznych dzieci.  

Ziobro chciał się mścić, a także chciał mieć przychylność prokuratorów i funkcjonariuszy Służby Więziennej – dlatego za jego czasów dwukrotnie wzrosła liczba stosowanych aresztów, dlatego wprowadzono przepis pozwalający przeprowadzić rozprawę bez udziału oskarżonego, dlatego zlikwidowano przepis nakazujący prokuratorowi umorzenie śledztwa po cofnięciu wniosku o ściganie podejrzanego, dlatego normą uczyniono polowanie na ludzi, czyli zatrzymywanie skazanych bez wysłania im wezwania do stawiennictwa w zakładzie karnym (co ciekawe, właśnie w oparciu o ten przepis policja zatrzymała Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika). Można by napisać na ten temat książkę.  

Perfidny spryt Ziobry polega na tym, że nie formułował wypowiedzi, którymi wystawiał się na ostrzał, tak jak Waldemar Żurek mówiący o prokuratorach zajmujących się ściganiem przestępstw wymierzonych w Ukraińców (oczywiście, wypowiedź skandaliczna). Skutki działań Ziobry najczęściej widoczne były w przestrzeni zasłoniętej kurtyną, z kartką: „tylko nie mów nikomu”.  

Po drugie, błędem jest prezentowanie na pierwszym planie złodziejstwa Ziobry i jego ludzi. Ludzie w znacznej części uważają, że wszyscy politycy kradną, a wielu z nich gotowa jest usprawiedliwić „swoich”, zwłaszcza jeśli przekazują przywłaszczone pieniądze na cele społecznie ważne. Unikalność Ziobry nie tkwi w ilości przywłaszczonych pieniędzy. Ja bym nawet nie podejrzewał, że on w ogóle kradł – jego psychika jest tak skoncentrowana na zemście i represji, że wszystko inne wydaje się sprawiać mu mniejszą satysfakcję.  

Ziobro i jego ludzie walczący o „praworządność” i „demokrację” to nie jest jeszcze jedno kuriozum polskiego życia publicznego – to bardzo ponura kpina z ludzi, którzy za czasów tego osobnika byli katowani w więzieniach i pomawiani przez tzw. małych świadków koronnych. Jeśli ktoś uważa inaczej czy kreśli analogię między Ziobrą a innymi ministrami sprawiedliwości, powinien bardziej zainteresować się praktykami jego i jego ludzi. Mariusz Gosek czy Mariusz Kałużny straszący „reżimem” czy „dyktaturą” nie budzą rozbawienia a oburzenie – i jest to oburzenie prawdziwe, nie to rodem z promocji, którym posługują się politycy. Co ważne, to nie jest jeszcze jedna sprawa z niejasnymi zarzutami i wojną polityczną w tle – ci ludzie narobili bardzo konkretne, możliwe do precyzyjnego opisania szkody.  

I TAK ZYSKA PO-PiS 

Sprzeciw wobec pozaprawnych praktyk Donalda Tuska i jego rządu nie powinien przesłonić politykom zdystansowanym wobec duopolu zarówno realnych skutków wpisania się w narrację Prawa i Sprawiedliwości, jak i rzeczywistego charakteru wymiaru sprawiedliwości pod rządami tej formacji.  

Jeśli politycy ci nie dostrzegają, że na takiej konfrontacji, jak na tysiącu podobnych zyskuje PO i PiS, jeśli naprawdę sądzą, że ludzie uwierzą, iż na ulice zaciągnął ich szacunek do praworządności i postawa państwowca – to może naprawdę nie nadają się do sprawowania władzy. 

Jacek Tomczak 

Eurokraci podjęli próbę zamachu stanu w Polsce

Eurokraci podjęli próbę zamachu stanu w Polsce.

3 listopada 2026 r. przez Alexa Krainera TrendCompass tkp/die-eurokraten-versuchten-einen-staatsstreich-in-polen


Jakby sytuacja na świecie nie była wystarczająco burzliwa, miniony weekend rozpoczął się od niezwykle zaskakującej wiadomości z Polski: proeuropejski, „liberalny” rząd premiera Donalda Tuska podjął próbę dokonania niekonstytucyjnego zamachu stanu poprzez nielegalne przejęcie kontroli nad polskim Trybunałem Konstytucyjnym.

Jeśli zapoznałeś się już z wiadomościami o tym wydarzeniu, możesz pominąć ten fragment. W piątek, 31 października 2026 roku, po tym, jak prezydent Karol Nawrocki opuścił Warszawę w planowaną podróż do Senegalu, siedmiu sędziów wybranych przez parlament, na czele z najdłużej urzędującą sędzią, Anną Korwin-Piotrowską , weszło do budynku Trybunału Konstytucyjnego. Korwin-Piotrowska, która nie została zaprzysiężona przez prezydenta Nawrockiego, zgodnie z wymogami Konstytucji RP, ogłosiła się prezesem Trybunału Konstytucyjnego i odwołała z urzędu urzędującego prezesa Bogdana Święczkowskiego i jego zastępcę , Bartłomieja Sochańskiego .

Jednocześnie Prokurator Generalny Waldemar Żurek, pełniący również funkcję Ministra Sprawiedliwości w rządzie premiera Donalda Tuska, nakazał policji zamknięcie Trybunału Konstytucyjnego. W rezultacie, gdy prezydent Święczkowski próbował wejść do budynku, zastał bramy zamknięte łańcuchami i został powstrzymany przez oddziały prewencji. Prokurator Generalny uchylił również immunitet prawny prezydenta i jego zastępcy przed ściganiem.

Wiadomość o wydarzeniach wokół Trybunału Konstytucyjnego dotarła do prezydenta Nawrockiego w połowie lotu do Senegalu i natychmiast nakazał zawrócenie samolotu. Około godziny 1:00 w sobotę rano powrócił do Warszawy i przedarł się przez kordon policji do gmachu Trybunału Konstytucyjnego, wspierany przez setki osób, które zgromadziły się, by wyrazić poparcie dla prezydenta i sprzeciwić się przejęciu Trybunału Konstytucyjnego przez rząd.

Dlaczego rząd Donalda Tuska podjął próbę przeprowadzenia tego zamachu stanu?

Polski europoseł Dominik Tarczyński wyjaśnił powody próby przejęcia władzy:

Chcą obsadzić Trybunał Konstytucyjny swoimi ludźmi. Dlaczego? Ponieważ chcą znieść polską walutę; chcą zmusić nas do wejścia do strefy euro, bo Niemcy ich do tego naciskają. Co więcej, chcą znieść nasze bezpieczne granice, bo Niemcy chcą rozprowadzać nielegalnych imigrantów i wysyłać ich do Polski.

Zamierzają więc zrobić to: polska waluta, złoty, jest naszą walutą zgodnie z konstytucją. Muszą zmienić konstytucję – nie mogą tego zrobić bez Trybunału Konstytucyjnego. 1. Chcą znieść polską walutę. Chcą, żebyśmy przyjęli euro i dołączyli do strefy euro, żeby mogli przejąć nasze złoto.

Rzeczywiście, oświadczenie Tarczyńskiego odbiło się szerokim echem w mediach społecznościowych i wśród Polaków. Wprowadzenie Polski do strefy euro byłoby niezwykle ważne dla eurokratów w Brukseli, a nabycie polskich rezerw złota byłoby ogromnym sukcesem dla Europejskiego Banku Centralnego. Według Narodowego Banku Polskiego (NBP), polskie rezerwy złota we wrześniu tego roku wynosiły 672,9 tony, o wartości nieco ponad 90 miliardów dolarów.

Polska należy do najaktywniejszych nabywców złota w Europie; w styczniu 2026 roku zarząd Narodowego Banku Polskiego (NBP) wyznaczył cel na poziomie 700 ton. Do końca września brakowało im zaledwie około 27 ton do osiągnięcia tego celu. Dla Europejskiego Banku Centralnego stanowiłoby to znaczną ilość zabezpieczenia, którą prawdopodobnie mógłby wykorzystać znacznie lepiej niż niskiej jakości złoto polskie – wszyscy wiemy, ilu Polaków potrzeba do wkręcenia żarówki i tak dalej…

Ale jest jeszcze więcej… o wiele więcej

Choć przyjęcie Polski do strefy euro i splądrowanie jej rezerw złota może być pierwszym elementem planu, przejęcie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym otworzyłoby przed Polską wrota do zdobycia znacznie większej części europejskiej demokracji i wolności, które można „eksportować”.

Jak ujął to Włodzimierz Skalik , wicemarszałek Sejmu RP:

Jeśli pozwolimy im siłą przejąć kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym, jutro zrobią to samo, co dziś robią w Rumunii. Unieważnią wybory, zdyskwalifikują kandydatów i rozwiążą partie polityczne. Pod sprytnym pozorem rządów prawa narzucą autorytaryzm. Dziś Trybunał Konstytucyjny, jutro druga Rumunia.

W rzeczywistości Polska bardzo słabo radziła sobie z wdrażaniem postępowej, europejskiej wersji demokracji, a jej Trybunał Konstytucyjny był jedną z największych solą w oku Biura Politycznego UE w Brukseli i jego sojuszników w Polsce. Wydarzenia minionego weekendu były kulminacją ponad dekady sporu o rolę Trybunału Konstytucyjnego w polskiej demokracji.

Atak na Trybunał Konstytucyjny miał również na celu ostateczne osłabienie wszelkich ruchów suwerennościowych w Polsce, takich jak ten, który mógł planować prezydent Nawrocki. Dzięki wsparciu Trybunału Konstytucyjnego Nawrocki mógłby wdrożyć program reformy UE. W zeszłym roku szczegółowo przedstawił swoją wizję; zakładała ona przywrócenie suwerenności państwom członkowskim UE i przekształcenie UE w związek państw narodowych, a nie w federację polityczną zdominowaną przez Brukselę.

UE może nie przetrwać ataku na Polskę.

W rzeczywistości próba zamachu stanu w Polsce w ostatni weekend mogłaby przyspieszyć reformy planowane przez Nawrockiego (i innych). Ujawniła ona prawdziwą naturę UE: za cienką zasłoną wartości demokratycznych jawi się jako autorytarna tyrania, rządzona przez niewybieralnych biurokratów, nieodpowiedzialna ani przed państwami członkowskimi, ani przed ich wyborcami. Ich manewr w Polsce najwyraźniej się nie powiódł, ale nie poddadzą się tak łatwo.

Ku rozczarowaniu eurokratów, prezydent Nawrocki i zwolennicy suwerenności cieszą się poparciem większości Polaków, a także administracji Trumpa. Polska może okazać się górą lodową, która ostatecznie wywróci projekt Unii Europejskiej.

Niniejszy artykuł ukazał się pierwotnie w języku angielskim w TrendCompass Alexa Krainera . Przedruk w języku niemieckim za uprzejmą zgodą autora.

Latające dywany. MEM-y VI.

————————————-

—————————-

———————————

——————————————

Żurek niesprawiedliwości

———————————

————————————

——————————————————

——————————————-

Kto jest antysemitą? MEM-y V.

——————————-

—————————

—————————–

———————————–

—————————

———————————

———————————————-

—————————————————————