Stanisław Michalkiewicz: Stojąc u bram piekielnych
Już czwarta osoba została zatrzymana w związku z wysyłaniem fałszywych alarmów do straży pożarnej i policji. Z wcześniejszych deklaracji prokuratury i pana ministra Kierwińskiego wiedzieliśmy, że sprawa jest „rozwojowa”, ale tempo zatrzymań pokazuje, że jest wyjątkowo rozwojowa. I słusznie – bo jak jest rozkaz, żeby zatrzymywać, to policja zatrzyma każdego, kto akurat się nada. Wykona plan i pokaże, że nie bierze pieniędzy za darmo. Z kolei z komunikatu prokuratury wyłania się zagadkowy obraz „organizacji przestępczej”, która właśnie przy pomocy wspomnianej fali zatrzymań, jest rozgramiana.
Przyzwyczailiśmy się bowiem, że celem organizacji przestępczych jest osiąganie jakichś korzyści materialnych – a tu nic z tych rzeczy. Z fałszywych alarmów, po których policja wchodzi do mieszkania razem z drzwiami i futryną, żadna organizacja przestępcza korzyści materialnych nie odniesie, nawet, gdyby składała się ze stolarzy i cieśli. Tymczasem z przecieków wynika, że żadnych stolarzy, ani cieśli w tej organizacji przestępczej nie ma.
Składa się ona z 20-latków, którzy podobno nawet się wzajemnie nie znają, ale mimo to przestrzegają „ścisłej hierarchii” i nawet „kontrolują wykonywanie zadań”, które chyba sami sobie nawzajem stawiają – chociaż z ostatnich komunikatów wynika, że prokuratura dostała rozkaz skierowania energicznego śledztwa w kierunku wykrycia powiązań wspomnianej organizacji przestępczej z „obcymi służbami”.
Czegoś takiego się spodziewałem od samego początku, tylko w naiwności swojej myślałem, że energiczne śledztwo od razu, po nitce do kłębka, wykaże, że do straży pożarnej i na policję dzwonił Putin – ale rozumiem, że napięcie trzeba dozować stopniowo, jak w filmach Hitchcocka – najpierw wybucha bomba atomowa, a potem napięcie narasta. Poza tym, natychmiastowe wykrycie Putina jako sprawcy fałszywych alarmów, mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to aby na pewno prawda, podczas gdy w sytuacji, gdy energiczne śledztwo będzie posuwało się po nitce do kłębka, to jest szansa, że żadne wątpliwości się nie pojawią.
Inna sprawa z tą zagadkową organizacją przestępczą. Gdyby nie to, że śledztwo jest energiczne, a policja wykonując rozkaz zatrzymywania, wykazuje nadzwyczajną gorliwość, to można by powiedzieć, że przypomina ona opis dziwnego samochodu w pijackim monologu Antoniego Słonimskiego: „Wsiadam na rogu do samochodu – ale to jakiś dziwny samochód, Kierownicy nie ma, kół nie ma, nie ma nawet karoserii, tylko stoi jakiś facet i bije mnie po mordzie.” Któż jednak może na pewno wiedzieć, czy w epoce sztucznej inteligencji nie pojawią się takie dziwne organizacje przestępcze?
Podejrzliwcy, którzy nie brakuje, zwłaszcza w opozycji – bo mikrocefale stanowiące środowisko entuzjastów Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda i formacji kierowanych przez jego aktualnych kolaborantów, wierzą we wszystko, co powie pan minister Kierwiński, a nawet – obywatel Żurek Waldemar – więc wspomniani podejrzliwcy wysuwają podejrzenia, że skoro pan minister Kierwiński dostał od obywatela Tuska Donalda rozkaz wyłapania nieznanych sprawców, to policja od razu łapie tych, co są akurat pod ręką, a dopiero potem niezależna prokuratura będzie musiała sprokurować im jakieś powiązania.
Z kim? Niechby nawet i z Putinem. Tak było za pierwszej komuny, więc dlaczegóż by nie powtórzyć tego tricku i teraz tym bardziej, że Putin jest dobry na wszystko, a już specjalnie – na przykrycie operacji podjętej przez stare kiejkuty, gwoli przekonania pana prezydenta Karola Nawrockiego, by nie dopuszczał się „antypaństwowego” czynu w postaci publikacji „Aneksu”?
Obywatelską odpowiedzialnością wykazał się Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który – po ostrzeżeniu ze strony pana generała Marka Dukaczewskiego, że publikacja „Aneksu” byłaby czynem „antypaństwowym” – na wszelki wypadek nawet nie otworzył worka z Pandorą, żeby nie padło nań jakieś podejrzenie, podobnie też zachowała się posągowa pani Kidawa-Błońska Małgorzata – co pokazuje, że jak ktoś w młodości nasiąknął świadomą dyscypliną, to trąci nią również w wieku dojrzałym.
Ani w jednym, an i w drugim przypadku nie trzeba było organizować żadnych fałszywych alarmów, ani wchodzenia do mieszkania razem z drzwiami i futryną – podczas gdy w przypadku pana prezydenta Karola Nawrockiego takiej pewności widocznie nie było – bo o panu redaktorze Tomaszu Sakiewiczu nawet nie ma co wspominać.
Wprawdzie Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław dawał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” to nie ma żadnych rewelacji, tylko kiepska „publicystyka” – ale wypadki pokazały, że niestety jego też trzeba dyscyplinować – bo w przypadku mianowania pana sędziego Zbigniewa Kapińskiego na I Prezesa Sądu Najwyższego, czynił panu prezydentowi gorzkie wyrzuty – chociaż nominacja ta została ogłoszona już po fałszywych alarmach.
Tymczasem okazało się, że pan prezes Kapiński wcale nie należy do Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w dodatku uważa go za „neosędzię” – chociaż trudno powiedzieć, dlaczego właściwie, bo przy orzekaniu w sprawie oświadczenie lustracyjnego „Kukuńka” zachował się na poziomie – co na tamtym etapie musiał przyznać nawet Judenrat „Gazety Wyborczej”. Jak pamiętamy, niezawisły sąd uznał wtedy, że Kukuniek złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, że nie był konfidentem SB i że to SB produkowała na niego fałszywe kompromaty.
Wprawdzie trochę to kolidowało z wcześniejszymi przechwałkami Kukuńka, że „kupił sobie same oryginały”, ale niezawisły sąd tym przechwałkom nie dał wiary i w rezultacie zaordynował Kukuńkowi taką kurację przeczyszczającą, jakby go ktoś skropił hyzopem. Zatem teraz już chyba można ujawnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i trzeba tylko sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, żeby można było odprawować pełną liturgię przywracania praworządności z obywatelem Żurkiem Waldemarem, jako głównym celebransem.
Wstępem mogłoby być zdemaskowanie rozgramianej właśnie zagadkowej organizacji przestępczej, że działała na rozkaz Putina, nawet gdyby nie udało się udowodnić, że to on osobiście dzwonił do straży pożarnej i na posterunki policji. Zresztą – dlaczego właściwie nie można by tego udowodnić?
Liturgia praworządności przewiduje różne procedury, przy pomocy których można każdemu udowodnić wszystko, a odpowiednio pouczony niezawisły sąd już tam będzie wiedział, czemu dać wiarę, a czemu nie. W tej sytuacji nie ma rady, jak poczekać najpierw na wyniku energicznego śledztwa, no a potem – na konfesaty podejrzanych, którzy w całej rozciągłości ujawnią powiązania ze złowrogim Putinem, dzięki czemu stare kiejkuty pozostaną poza wszelkim podejrzeniem, a „Aneks” nie ujrzy światła dziennego – bo i po co go publikować, skoro wiadomo, że ciekawość, to pierwszy stopień do piekła?
Przed wylotem do Wielkiej Brytanii polski premier objaśnił przyczynę podpisania w Londynie traktatu, pomiędzy Polską a Wielką Brytanią.
Oto najważniejsze słowa premiera Tuska wyjaśniające powody jego zawarcia: „zagrożeniem strategicznym, także długoterminowym, dla Polski i dla Wielkiej Brytanii, dla NATO jest Rosja”. Premier (od 4 minuty 27 sekundy wyjaśnia), do czego, w jakim celu Polsce potrzebne są traktaty dwustronne: „otóż, rzeczą bardzo ważną jest, i tak czytamy oba traktaty (z NATO i z Wielką Brytanią – Traktat z Northolt), że niezależnie od reakcji NATO jako całości, będzie można liczyć i na Francję, i na Wielką Brytanię. Na szybkie reakcje dwustronne. W przypadku zagrożenia zanim zapadnie decyzja wszystkich 32 członków NATO”.
Traktat prowojenny
Przekładając ten histeryczny, ezopowy język premiera Donalda Tuska na język polski, znaczy to tyle, że po pierwsze – Polska z powodu rosyjskiego zagrożenia (stosując pewne określenie medyczne) niemalże jest w stanie terminalnym! Po drugie, w przypadku gdyby państwa zrzeszone w NATO, nie wsparły tych działań „obronnych” Polski z Rosją i nie uruchomiły art 5 NATO, rozpoczętą wojnę z Rosją, bezzwłocznie wesprze Francja i Wielka Brytania.
Obawa premiera o reakcje NATO jest słuszna, albowiem w przypadku, gdyby to Polska swoim działaniem sprowokowała wojnę z Rosją, wówczas wdrożenie art. 5 NATO byłoby bezpodstawne. Ponadto współczesne USA pod rządami Donalda Trumpa, będące głównym filarem NATO, nie chcą wejść głębiej w wojnę z Rosją. Chcą się wycofać z uczestnictwa w wojnie z nią prowadzonej na Ukrainie. Natomiast nowo zawarty traktat z Wielką Brytanią – traktat z Northolt – ma za zadanie kontynuowanie tej wojny, aż do czasu pełnej kapitulacji Rosji na Ukrainie!
Dla Ukrainy
Jego artykuł 1 „Współpraca w dziedzinie polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa”brzmi: „4. Strony podkreślają, że Federacja Rosyjska stanowi zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Strony potwierdzają swoje zaangażowanie w przeciwdziałanie i powstrzymywanie rosyjskiej agresji oraz wszelkich form ingerencji z jej strony. Strony są zdeterminowane wywierać odpowiednią presję na tych, którzy umożliwiają rosyjskie wrogie działania i agresję oraz działać wspólnie, także na forach międzynarodowych, aby pociągnąć Federację Rosyjską (w tym jej przywódców politycznych i wojskowych) do odpowiedzialności za naruszenia prawa międzynarodowego popełnione w tym kontekście, w tym międzynarodowego prawa humanitarnego i międzynarodowego prawa praw człowieka. Strony będą kontynuować współpracę z Ukrainą i innymi partnerami, aby zapewnić zgodne z prawem wywiązanie się przez Federację Rosyjską z obowiązku zapłaty za szkody wyrządzone Ukrainie. 5. Kierując się trwałym zaangażowaniem na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej międzynarodowo uznanych granicach, Strony potwierdzają swoje niesłabnące wsparcie wojskowe dla bezpieczeństwa i niepodległości Ukrainy oraz pomoc w jej odbudowie i rekonstrukcji, polegającą między innymi na wspieraniu Ukrainy w budowie odpornej gospodarki, tworzeniu silniejszych instytucji demokratycznych i pogłębianiu integracji euroatlantyckiej”.
Szyderstwo z Polaków
Dostrzegam podobieństwo do sytuacji z sierpnia 1939 roku. Zawarte traktaty z Francją i Wielką Brytanią nie pomogły Polsce. Wręcz odwrotnie, zaszkodziły jej. Polska, biorąc na siebie ściągnięcie niemieckiej nawałnicy, poniosła ogromne straty. Po zakończeniu wojny na paradach zwycięstwa w Wielkiej Brytanii zapomniano o polskich pilotach z Northolt. Walczących o niebo nad Wielką Brytanią.
W tym stanie rzeczy, nazywanie tego zgniłego traktatu traktatem z Northolt jest szyderstwem z Polski i Polaków.
Czytam i rozmyślam o setnej rocznicy zamachu majowego z 1926 roku. Tydzień temu minęła kolejna rocznica uchwalenia konstytucji 3 maja. To de facto również był zamach stanu. Wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku także było zamachem stanu. Do wniosków z tych faktów wrócę niebawem, a teraz kilka uwag nad tym czy obecnie w Polsce potrzebny byłby zamach stanu. Pisałem przed kilku laty o tym problemie, ale trzeba do niego wrócić.
Swoje uwagi zacznę od oczywistego – przynajmniej dla mnie – stwierdzenia, że Polska jako organizacja państwowa gnije. Procesy gnilne toczą niemal wszystkie najważniejsze instytucje i systemy decydujące o funkcjonowaniu państwa. Żeby cokolwiek zmienić na lepsze, żeby cokolwiek uratować przed rozpadem potrzeba szybkich, zdecydowanych i daleko idących zmian. Zmiany te powinny być przemyślane, czyli ich wprowadzaniu powinna towarzyszyć wizja państwa wolnego od plag, które je niszczą obecnie. Nie będę ukrywał, że nie widzę innej możliwości koniecznej i radykalnej naprawy państwa niż zamach stanu. Zamach stanu ze swej istoty, to właśnie zmiany szybkie, zdecydowane i daleko idące. Niestety obecny kształt systemu politycznego i prawnego Polski wyklucza możliwość owych koniecznych zmian.
Żadna siła polityczna czy społeczna nie jest w stanie zdobyć takiej przewagi, żeby na drodze zmian zgodnych z obecnym systemem prawnym – na czele z konstytucją – doprowadzić do tego, żeby Polska odzyskała możliwości decydowania o sobie w swoim interesie narodowym. Wrócę jeszcze do sensu zamachu stanu w obecnym kształcie państwa. Teraz chcę nawiązać do uwag o zamachach stanu w przeszłości.
Celowo wizję przemyślanych zmian jako celu zamachu stanu wymieniłem na końcu, ponieważ we wszystkich powyżej wspomnianych zamachach było z tym najgorzej. Konstytucja 3 maja z 1791 roku wydawała się taką przemyślaną zmianą, ale faktycznie nią nie była. Okazała się zbiorem postulatów w tamtych realiach niemożliwych do realizacji, a nawet paradoksalnie przyspieszających zagładę I Rzeczpospolitej.
Przewrót majowy miał w zasadzie jedną ideę, czyli cała władza w ręce Józefa Piłsudskiego. Nie stała za tym żadna wizja nowoczesnego państwa, przygotowanego na konfrontację z którymkolwiek z rosnących w siłę sąsiadów, a taka konfrontacja coraz szybciej stawała się nieuchronną.
Z kolei wprowadzenie stanu wojennego również pozbawione było jakiejkolwiek wizji naprawy upadającego PRL-u. Wszystkie te zamachy skończyły się katastrofą. Konstytucja 3 maja skończyła się rozbiorami.
Zamach majowy skończył się katastrofą września 1939 roku, a stan wojenny skończył się upadkiem PRL-u, co jednak paradoksalnie okazało się w dużej mierze błogosławionym skutkiem. Zatem jak widać zamachy stanu w naszej historii nie owocowały niczym dobrym dla Polski w sensie przemyślanych zmian. W tym kontekście paradoksalnie również o III RP, jako efekcie upadku PRL-u, trudno powiedzieć, że jest efektem przemyślanych zmian.
Wracam teraz do uwag na temat sensu zamachu stanu obecnie. Napisałem, że obecny system prawny i kształt życia politycznego wykluczają przeprowadzenie szybkich i daleko idących zmian. Jestem przekonany, że jeśli to się nie zmieni, to Polska zgnije od wewnątrz i zostanie rozdeptana od zewnątrz. Jaką sytuacją polityczną to się skończy pewności nie mam. Nawiążę tu do obrazu Petera Breugela „Upadek Ikara”, który traktuję jako metaforę tego, co stanie się z Polską. Na obrazie flamandzkiego mistrza wielkie wydarzenie jakim jest lot Ikara, kończy się katastrofą upadku do morza, ale cały świat wokół w ogóle tego nie zauważa i żadna z postaci na obrazie nie przerywa swoich codziennych czynności.
Innymi słowy Polska stanie się jak zgnieciona puszka po piwie. Niby to jeszcze nazywa się puszka – Polska, ale całkowicie zniekształcona i pozbawiona zawartości.
Po lewej stronie obrazu widać skały, które nadają namalowanej scenie głębi i podkreślają wrażenie przestrzeni. Dopiero na końcu zauważa się wystające z wody nogi tonącego człowieka – macha nimi, co wzburza wodę, a dookoła opada jeszcze kilka piór.
=================================
Co najgorsze, to nie widać żadnej siły, która mogłaby taki zamach przeprowadzić i uchronić nas przed losem Ikara z obrazu Breugela i staniu się zgniecioną puszką po piwie. Bardzo mnie to przygnębia i chciałbym, żeby choć ci, którzy przeczytają moje uwagi mieli jakąkolwiek świadomość tej sytuacji. To odrobinę zmniejszyłoby moje poczucie niemocy. To dla mnie ważne w kontekście sensu mojego pisania.
NCZAS.INFO | Marcin Kierwiński. / foto: screen TVN24
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska, radna oraz żona ministra Marcina Kierwińskiego, jako dyrektorka ds. strategii i rozwoju Kolei Mazowieckich zarabia ponad 340 tys. zł rocznie, czyli więcej niż prezydent Warszawy — donosi „Gazeta Wyborcza”.
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska to radna Koalicji Obywatelskiej, która od 2002 r. działała w Śródmieściu, przez dziewięć lat przewodnicząc radzie dzielnicy. W 2024 r. została wybrana do Rady Warszawy z pierwszego miejsca na liście.
Gierzyńska-Kierwińska w swoim biogramie na stronie Rady Warszawy przedstawia się jako samorządowiec, politolog i menedżer oświaty, specjalizujący się w pozyskiwaniu środków europejskich na projekty edukacyjne. Zapytana o swoje kompetencje do pracy w Kolejach Mazowieckich, podkreśla, że od wielu lat zajmuje się pozyskiwaniem i wykorzystywaniem funduszy unijnych, co — jak twierdzi — jest umiejętnością niezależną od branży.
Wyjaśnia, że wie, jak przygotować wniosek o dofinansowanie z UE i skutecznie go poprowadzić. Z oświadczeń majątkowych Agnieszki Gierzyńskiej-Kierwińskiej wynika, że jej wynagrodzenie w Kolejach Mazowieckich systematycznie rośnie. W 2023 r. zarobiła 270,1 tys. zł, w 2024 r. — 295,3 tys. zł, a w 2025 r. — już 342,7 tys. zł.
Oprócz pensji dyrektorskiej, Gierzyńska-Kierwińska w ubiegłym roku otrzymała także dietę radnej miejskiej w wysokości 55,6 tys. zł, z czego część była nieopodatkowana.
Oczywistością jest to, że nadanie przez przywódcę Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowej nazwy „imienia Bohaterów UPA” zabolało wszystkich świadomych Polaków.
Oczywistością jest również to, że Ukraińcy doskonale wiedzieli jakie reakcje wywoła to Polsce. Liczyli jednak, że skończy się burzą w szklance wody – spowoduje oburzenie w mediach i jak zwykle sprawa przycichnie. Musieli jednak zdawać sobie sprawę, że użytkownicy mediów społecznościowych, dziennikarze i komentatorzy zmuszą władze Polsce do reakcji. Tak się oczywiście stało.
Każdy naród i państwo muszą budować swoją tożsamość na bohaterach. Ukraina ma sprawę utrudnioną. Słusznie prof. Adam Wielomski napisał, że: „Tożsamość Ukrainy budowana jest na bohaterach, którzy mają polską krew na rękach. Bo wszyscy ci, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy walczyli o nią z Polską i z Rosją. Ukraina to południowa Ruś, którą historycznie Polacy i Rosjanie wydzierali sobie z rąk. Antypolskość i antyrosyjskość jest genetycznie wbudowana w polityczną tożsamość ukraińską”.
Więc nie mogło i nie może być inaczej. Co jakiś czas te sprawy będą wracać – bo czeka nas zapewne ekshumacja i honorowy pochowek Dmytro Doncowa i Stepana Bandery.
Prawda jest taka, że ukraińskie i polskie stanowisko historyczne się wykluczają.
Sytuacja zaangażowanej po stronie Ukrainy Polski stała się dla rządzących problematyczna. Ociężałe i delikatnie, zaprotestowało jednak polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Instytut Pamięci Narodowej. Sekretarz Stanu MSZ Marcin Bosacki rozmawiał w tej sprawie z ambasadorem Ukrainy w Polsce Wasylem Bodnarem. Polski dyplomata wyraził głębokie niezadowolenie. Chargé d’affaires Piotr Łukasiewicz z koli przekazał stanowisko strony polskiej wiceministrowi spraw zagranicznych Ukrainy Oleksandrowi Miszcze. Zarówno Ukraińcy, jak i polskie władze liczyły, że sprawa skończy się burzą w szklance wody – spowoduje oburzenie w mediach i jak zwykle sprawa przycichnie. Stało się jednak inaczej.
Nikt nie mógł przewidzieć reakcji Lecha Wałęsy. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla wprost stwierdził, że Zełenskiemu odmawia wsparcia. Myślę, że to zupełnie autonomiczny pomysł byłego lidera Solidarności. Od czasu do czasu niepilnowany wśród wielu bzdur mówi rzeczy niepopularne, słuszne i zdroworozsądkowe. W 2022 roku Wałęsa w wywiadzie dla rosyjskiego portalu RuBaltic powiedział następujące zdanie: „Zaczniemy budować dziś nowy świat. Bo z Gdańska i Warszawy do Moskwy jest zawsze bliżej, niż do Waszyngtonu. Bliżej, lepiej, taniej. Gdzie dwóch się bije – tam trzeci korzysta. Ile razy pozwalaliśmy innym czerpać zyski z tego momentu, ciągle się kłócąc i nie mogąc dojść do porozumienia”. Oburzenie proukraińskich elit wywołała z kolei wizyta byłego prezydenta w 2024 roku w Domostawie pod monumentalnym pomnikiem upamiętniającym Polaków wymordowanych przez Ukraińców „Rzeź Wołyńska”.
Lech Wałęsa jest dzisiaj bardzo słabą marką w Polsce, dużo lepszą w Unii Europejskiej i znaczącą w Stanach Zjednoczonych. Te wydarzenia związane z prezydentem Wałęsą są niedoceniane w Polsce, ale jednak zauważalne wśród elit Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. To z kolei powoduje, że mają znaczenia dla Ukrainy. Lech Wałęsa zapewne nieświadomie realnie zaszkodził przywódcy Ukrainy.
Strona ukraińska moim zdaniem spodziewała się reakcji w mediach społecznościowych i niezadowolenia wśród prawicowych polityków, Niespodzianką natomiast był dla nich ruch prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent chce – a przynajmniej zadeklarował chęć – odebrania przyznanego przez swojego poprzednika Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Prezydent Polski powiedział: „Wołodymyr Zełeński dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie swoją decyzją”. Stwierdził również, że zaproponuje „aby jednym z punktów kapituły Orderu Orła Białego było odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu”. Przyznaję, że również tego nie przewidziałem. Uważam, że ta decyzja nie była samodzielna.
Moim zdaniem decyzja o utarciu nosa Wołodymyrowi Zełeńskiemu przez prezydenta Polski Karola Nawrockiego prawdopodobnie mogła zapaść na ulicy Pięknej [amb. USA md] w Warszawie lub, co jest prawdopodobne, zyskała tam zrozumienie i aprobatę. Stany Zjednoczone oczywiście popierają Ukrainę w jej walce z Federacją Rosyjską, ale czynią to zupełnie inaczej niż zdecydowana większość krajów Unii Europejskiej i Wielka Brytania. Wspierają wywiadowczo, sprzedają jej zyskownie broń, ale jednocześnie prowadzą rozmowy z jej przeciwnikami. USA opowiadają się za czymś co Bogusław Jeznach nazywał „wojną w ryzach”. Amerykanie chcą konfliktu terytorialnie ograniczonego i politycznie kontrolowanego. Jawnie konfrontacyjne wypowiedzi liderów zachodnioeuropejskich wadzą procesowi negocjacyjnemu zakulisowo prowadzonemu przez USA z Białorusią i Federacją Rosyjską.
Zełenski dzięki bezwarunkowemu wsparciu ze strony Brukseli i Londynu umocnił swoją pozycję, co utrudnia uplastycznianie kijowskiego stanowiska przez Waszyngton – a dokładniej przez ekipę prezydenta Donalda Trumpa. Dokładnie tak też odczytuje fakt, że w pożyczce dla Ukrainy nie będą partycypować Węgry, Słowacja i Czechy. Uważam, że decyzja Budapesztu, Bratysławy i Pragi była konsultowana z Waszyngtonem. Pozostałe 24 państwa członkowskie – w tym Polska – będą w płacić około 3 000 000 000 euro odsetek rocznie. Myślę, że Polska również miała szansę wyślizgnięcia się z tej pułapki lub przynajmniej ograniczenia jej kosztów.
Stany Zjednoczone mają jeszcze w rękawie specjalną kartę, której do tej pory nie chciały użyć. Jest nią karta izraelska. Waszyngton zawsze może użyć argumentu o skrajnym antysemityzmie formacji czczonych przez rządzących Ukrainą. Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował oczyścić z zarzutu antysemityzmu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii czy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien”. I moim zdaniem w ostatecznej rozgrywce argument ten zostanie przez Amerykanów użyty, mimo pewnego zabezpieczenia jakim jest pochodzenie przywódcy Ukrainy.
Na polskiej scenie politycznej praktycznie nie ma polityków przeciwnych euroatlantyckiemu, a co za tym idzie antyrosyjskiemu kierunkowi politycznemu. Prezydent Karol Nawrocki również jest euroatlantystą i rusofobem. Moim zdaniem nie jest jednak ideowym ukrainofilem. Jest politykiem bardziej z naciskiem na atlantyzm, niż europeizm. Nadaje się na umiarkowanego trumpistę. Nie ma on już tak nabożnego stosunku do Unii Europejskiej jakie mają weterani styropianu w rodzaju Donalda Tuska. Myślę, że strona amerykańska mogła zagrać z polskim prezydentem sugerując mu pomysł odebrania Orderu Orła Białego roszczeniowemu również względem Stanów Zjednoczonych przywódcy Ukrainy.
Takie stanowisko obecnego prezydenta Polski powoduje większy sceptycyzm polskiego społeczeństwa wobec polityki Ukrainy. Liczące się siły polityczne w Polsce – ze względu na nieprzewidywalność najbliższych lat – muszą brać pod uwagę odczucia społeczeństwa w stosunku do bezwarunkowego wspierania Ukrainy. Sprawa ukraińska stała się kluczowa, co widać po wynikach sondażowych Konfederacji i Korony. Osłabienie pozycji Wołodymyra Zełeńskiego na europejskiej – w tym polskiej – scenie politycznej jest w interesie Stanów Zjednoczonych. Moim zdaniem jest również interesie narodu polskiego. Polityka wewnętrzna krajów Unii Europejskiej ma bezpośrednie przełożenie na politykę wewnętrzną Ukrainy. Całościowo sytuacja może spowodować przyszłościowo większą elastyczność przywódcy Ukrainy względem procesu negocjacyjnego prowadzonego między Waszyngtonem a Mińskiem i Moskwą. W tym kontekście oceniam decyzję prezydenta Karola Nawrockiego za słuszną.
Jarosław Kaczyński, Sławomir Mentzen, Grzegorz Braun oraz Donald Tusk. / foto: PAP (kolaż)
Koalicja Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość tracą poparcie; najwięcej zyskują natomiast dwie Konfederacje – wynika z najnowszego sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu”.
Z opublikowanego w niedzielę 31 maja sondażu wynika, że na Koalicję Obywatelską chce głosować 32,98 proc. respondentów. Partia Donalda Tuska pozostaje na czele, ale traci aż 3 punkty procentowe w porównaniu do poprzedniego badania.
Na drugim miejscu znalazło się Prawo i Sprawiedliwość z wynikiem 26,66 proc. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego również traci, choć znacznie mniej, bo jedyne 0,23 pkt proc.
Podium zamyka Konfederacja Wolność i Niepodległość, której notowania wzrosły aż o 1,55 pkt proc. Na sojusz Nowej Nadziei i Ruchu Narodowego wskazało 13,29 proc. badanych.
Do Sejmu weszłyby jeszcze Nowa Lewica z poparciem 7,76 proc. ankietowanych (wzrost o 0,58 pkt proc.) oraz Konfederacja Korony Polskiej z wynikiem 7,03 proc. (wzrost o 1,5 pkt proc.).
To oznacza, że dwie Konfederacje notują największy wzrost poparcia, przy czym minimalnie lepiej wypada ugrupowanie Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka, niż partia Grzegorza Brauna.
Pod progiem wyborczym znalazłyby się: Partia Razem, którą wskazało 4,78 proc. badanych, Polskie Stronnictwo Ludowe z wynikiem 4,25 proc. oraz Polska 2050 z poparciem 2,71 proc. respondentów. 0,54 proc. ankietowanych wskazało na inną partię.
Badanie wykonano w dniach 28–29 maja na próbie 1057 dorosłych Polaków.
Podawanie oszacowań z dokładnością ułamków procenta [np trzech dziesięciotysięcznych], gdy na konkretną partię oddano np. 70 głosów, świadczy o bezczelności , ale i głupocie tak zamawiających te sondaże, jak i publikujących je. Przecież sigma z 70 to 8, więc wynik znamy z dokładnością ok 10 % jedynie.
Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.
Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski -Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.
Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.
„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.
Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).
Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury. Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy. A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.
Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.
Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.
To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.
Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.
Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).
„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym. „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.
A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!
Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.
To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.
Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.
Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?
Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?
Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.
To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?
Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele. Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.
Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.
Wielobiegunowość to rozproszenie dominacji i wpływów na kilku hegemonów. Ogromna część układów dwubiegunowych, a także wielobiegunowych wpisana jest w zasadę fałszywych alternatyw.
Postanowiłem w kontekście planowanego odebrania orderu Orła Białego prezydentowi banderowskiej Ukrainy wykazać fałszywość narracji Tuska reprezentującego opcję niemiecką oraz poddać krytyce narrację Nawrockiego, również fałszywą.
————————————————————-
Wypowiedź Tuska
Każdy naród ma prawo do swoich interpretacji.
Jeżeli każdy naród, to również Niemcy, Rosjanie i Żydzi, nieprawdaż?
Dalsza część wypowiedzi Tuska brzmiała tak:
– Dla Polski i dla Ukrainy nasza przyjaźń i współpraca, sojusz wobec zagrożenia rosyjskiego, to było coś i jest coś bezcennego. Mogliśmy i ciągle mamy szansę przełamać ponure fragmenty naszej historii, które ciążyły nad naszymi relacjami, ale to wymaga wyobraźni i wrażliwości – i od jednego, i od drugiego – powiedział dziennikarzom w Sejmie Donald Tusk. – Oczekiwałbym od obu prezydentów, żeby raczej potrafili wznieść się ponad te historyczne emocje i próbować jednak budować tę trudną, ale konieczną przyjaźń i współpracę polsko-ukraińską – dodał.
Premier podkreślił, że bez umiejętności współpracy stracą obie strony, na czym najbardziej skorzysta Rosja. – Mam nadzieję, że obaj prezydenci zrozumieją wagę i powagę sprawy – oświadczył. /link/
Wypowiedź Nawrockiego
– Prezydent Ukrainy nadaniem ukraińskiej jednostce imienia “Bohaterów UPA” dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie. Oceniam tę decyzję bardzo krytycznie – powiedział Karol Nawrocki.
Nawrocki nie ograniczył się jedynie do krytyki samej decyzji. W piątek stwierdził, że działania władz w Kijowie podważają europejskie aspiracje Ukrainy. – Niestety prezydent Zełenski udowodnił, że Ukraina pod względem mentalnym, gloryfikowania bandytów, morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii nie jest gotowa do tego, aby być częścią rodziny europejskiej – powiedział.
Dodał, że “w rodzinie europejskiej nie można gloryfikować bandytów i morderców, którzy mordowali kobiety i dzieci, mordowali Polaków”. /link/
Ruchomy wektor nienawiści
Widać gołym okiem, że obydwaj politycy są zakładnikami narracji u podstaw której leży założenie, że Polska musi angażować się po którejś ze stron. Jest to fałszywa alternatywa ponieważ ani ze względów moralnych ani z powodu politycznej strategii – dwa byty: postsowiecka Rosja i banderowska Ukraina nie są warte naszych dotychczasowych strat, nie mówiąc już o kontynuacji dalszego okradania Polski i jej niszczenia przez dywersję niemiecką, rosyjską i ukraińską.
Ruchomy wektor nienawiści jakim jest banderyzm działał i działa tylko na dwóch kierunkach: antypolskim i antyrosyjskim. Z tego powodu polską racją stanu jest upadek banderowskiej Ukrainy z zachowaniem ukraińskiego buforu oddzielającego nas w sposób przynajmniej częściowy od Rosji.
Na szali jest ocalenie Polski
W tym momencie mogę po raz kolejny przypomnieć pogląd Marka Chodorowskiego, że każde ograniczenie lub zaniechanie realizacji trzech najbardziej ohydnych projektów Bestii jakimi są: Izrael, Unia i Ukraina może w znaczącym stopniu pomóc Polsce w uzyskaniu podmiotowości.
Karol Nawrocki uprawiający ględę o „rodzinie europejskiej” najprawdopodobniej jest mało bystrym obserwatorem, nie widzącym, że nie ma już „rodziny europejskiej”, która została zniszczona przez antyeuropejską Unię.
Prezydent trzeciej eRP nie radzi sobie również z wątkiem historiozoficznym na poziomie rozróżnienia cywilizacji żydowskiej i turańskiej od łacińskiej, której zgodnie z deklaracją zobowiązał się bronić, i która nigdy nie zintegruje się w sferze wartości z dwiema pierwszymi, chyba że w formie stręczonego od lat uwiądu pod nazwą „Ukropolin”.
Rosja jest głęboko zaniepokojona planami USA dotyczącymi rozmieszczenia tysięcy dodatkowych żołnierzy na wschodniej flance NATO w Polsce. Moskwa uznała doniesienia z Waszyngtonu za niedopuszczalne i ostrzegła przed dalszą eskalacją wojny na Ukrainie.
Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa oświadczyła w czwartek na konferencji prasowej, że wysłanie dodatkowych żołnierzy amerykańskich do Polski „doprowadziłoby do eskalacji napięć w całej Europie” i że Moskwa będzie zmuszona podjąć „działania odwetowe”.
Jednocześnie przyznała, że przesunięcie około 5000 żołnierzy z Niemiec do Polski jest zasadniczo sprzeczne z wcześniej ogłoszonymi planami redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Jej zdaniem, faktyczna redukcja obecności wojsk amerykańskich w Europie byłaby, ogólnie rzecz biorąc, „rozsądnym, uzasadnionym i dawno spóźnionym” krokiem w kierunku stabilizacji „niezrównoważonej” sytuacji bezpieczeństwa stworzonej przez NATO i politykę Zachodu.
Kilka tygodni temu Biały Dom zagroził znaczącą i historyczną redukcją wojsk w Niemczech po tym, jak przedstawiciele niemieckiego rządu wielokrotnie krytykowali wojnę USA i Izraela z Iranem. Początkowo media przedstawiały to jako element szerszego wycofania wojsk z Europy. Jednak obecnie wydaje się, że siły amerykańskie zostaną jedynie przegrupowane – 5000 żołnierzy ma podobno zostać przesuniętych bliżej granicy z Rosją.
Według Zacharowej, rozmieszczenie dodatkowych wojsk w Polsce może skłonić Rosję do podjęcia „środków wojskowo-technicznych”. W najbardziej prowokacyjnym fragmencie swojego oświadczenia ostrzegła, że NATO popycha kontynent europejski w stronę „samobójczego” konfliktu.
Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 000 żołnierzy amerykańskich w ramach systemu rotacyjnego. Nowe rozmieszczenie z Waszyngtonu zwiększyłoby tę liczbę o kilka tysięcy. Łącznie w Europie przebywa obecnie około 80 000 żołnierzy amerykańskich.
Polska graniczy bezpośrednio z rosyjską enklawą Kaliningrad. To nasila obawy Moskwy dotyczące potencjalnych celów wojskowych i aktywności dronów.
Zacharowa wyjaśniła:
„Rozmieszczenie dodatkowych sił zbrojnych USA w Polsce może doprowadzić do jakościowej eskalacji napięć między Rosją a Zachodem i zmusić Moskwę do podjęcia działań odwetowych”.
Wyjaśniła również, że liczba ataków dronów na terytorium Rosji z kierunku Europy i państw Europy Północnej rośnie.
Moskwa wyraziła również obawy, że ukraińskie drony mogłyby wykorzystywać przestrzeń powietrzną państw bałtyckich lub innych krajów europejskich do ataków na cele w Rosji. Twierdzenie to zostało odrzucone zarówno przez Kijów, jak i trzy państwa bałtyckie.
Warszawa natychmiast zareagowała na rosyjskie oskarżenia.
Szef polskiego MSZ Maciej Wewiór powiedział polskiej agencji prasowej PAP, że obecność wojsk sojuszniczych w Polsce jest „koniecznym wzmocnieniem wschodniej flanki NATO” w odpowiedzi na działania Rosji na Ukrainie i „eskalację retoryki” Kremla wobec sojuszu.
Wewiór dodał, że „prawdziwym źródłem eskalacji i napięć w Europie” pozostają „nielegalne i agresywne działania militarne” Moskwy, a nie środki podejmowane przez państwa NATO w celu ochrony swoich ludności i granic, które uważał za uzasadnione.
Kiedy Rosja ostrzegła ambasadorów przed pozostaniem w Kijowie, Radek Sikorski oczywiście dumnie oświadczył, że każdy przypadek uderzenia w polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne Polska potraktuje jako celowy i zamierzony.
Wydaje się więc temu panu, że autorytet państwa, które niestety obdarowało go fotelem wicepremiera i ministra jest tak wielki, że ze strachu przed konsekwencjami ze strony tego państwa Federacja Rosyjska podkuli ogon i podda się bezzwłocznie. Otóż tak nie będzie.
Będzie za to polski trup, bo Radek Ciężki Przypadek nie wycofa personelu ambasady w tej nadziei, że rosyjska bomba spadnie tam i zabije jakiegoś pracownika, a najlepiej wszystkich. Bo to da pretekst do krzyków o zbrodniczej działalności Putina i napompuje martyrologię narodu polskiego, która przez stulecia napęczniała do rozmiarów wszechświata, ale idiotom z szabelkami i to za mało.
Rozsądne rządy ewakuują personel ze strefy działań wojennych, szczególnie po usłyszeniu ostrzeżenia z ust napastnika. Oznacza to bowiem, że będzie gorzej niż było dotąd.
Ale nie z nami takie numery, Putin.
My potrzebujemy świeżych, polskich trupów. Oczywiście poległych z ręki znienawidzonego Moskala. Zabici w Przewodowie nie mieszczą się w tym zbiorze i nie mogli być powodem do wypowiedzenia wojny. Chyba, że Ukrainie, ale przecież ona walczy, żebyśmy my nie musieli, więc jak tu się czepiać o ten niezamierzony, właściwie to całkiem niewinny przypadek śmierci. Zdarza się.
I chociaż wysyłamy zasoby Zełenskiemu, żebyśmy my nie musieli, to my, dokładnie to nasze rządy, bardzo chcą. A jak naród nie chce, ale „elyta” chce, to trzeba nieuświadomiony politycznie naród przekonać. A cóż lepiej przekona ludzi kierujących się emocyjkami prosto z serca dumnego jak dzięcielina, co panieńskim rumieńcem pała, a nie rozumem, że zbombardowanie polskiej ambasady to hańba, która krwi wymaga.
I hajda na Moskwę, śladem Słomki Adama, który co prawda najdalej dotarł bodajże do Lublina, ale zamiary się liczą, a nie czyny.
Gdy zaś już opadnie bitewny kurz, na Wielkiej Emigracji gdzieś w Londynie czy innym Nowym Jorku łkać będą nad Polską nasi politycy, którzy, co za przypadek, zdążyli uciec.
I znowu będzie polska Chrystusem narodów, a racja moralna będzie nasza, choć terytorium napromieniowane. Za to w podręcznikach do historii będzie o głupcach o szlachetnym sercu, którzy zginęli, by Zachód mógł robić interesy.
Wbrew wypowiadanym ostatnio przez niektórych alarmistycznym głosom o rzekomej rosnącej potędze Niemiec, pogłoski o tym, że nasz zachodni sąsiad mozolnie odtwarza mogące nam zagrozić imperium, należą do tych mocno przesadzonych.
Dowodzą tego fakty, ale również opinie, których miałem okazję wysłuchać podczas rozmów, które przeprowadziłem ostatnio z niemieckimi politykami opozycyjnymi. W pierwszej kolejności straszeni jesteśmy rosnącą militaryzacją gospodarki niemieckiej. Ożywają historyczne demony. Niemcy budują armię, ładują kolejne miliardy euro, a – znając historię najnowszą – musi się to nieuchronnie skończyć źle.
Istotnie nie brzmi to najlepiej, ale tylko do momentu, w którym zaczynamy rozumieć, że potencjał niemiecki nie jest tworzony przez Niemców, a jego ewentualne przyszłe wykorzystanie również nie do końca od Niemców będzie zależało.
Gdy przyjrzymy się strukturze własności Rheinmetall i innych gigantów działającego w republice federalnej przemysłu, szybko zorientujemy się, że to firmy… nie całkiem niemieckie. Dużą część udziałów w nich kontrolują bowiem międzynarodowe, ogromne fundusze inwestycyjne z siedzibą zazwyczaj w Nowym Jorku, a zatem sieć kapitału atlantyckiego, politycznie wyrażana przez ideologię współczesnego globalizmu. A wykorzystanie gromadzonej broni możliwe będzie wyłącznie za zgodą, akceptacją i w interesie klasy rządzącej za Atlantykiem.
Możemy się o tym przekonać, czytając głośny ostatnio manifest korporacji Palantir sygnowany przez jej prezesa, Alexandra Karpa (tego samego, który niedawno odwiedził Kijów, zapowiadając współpracę z armią ukraińską w dziedzinie broni opartej na sztucznej inteligencji). Niemiecka potęga militarna nie będzie zatem w istocie niemiecka – Berlin ma w myśl koncepcji obecnie panującej stać się zbrojnym ramieniem prawicowej [?? md] odmiany globalizmu. Przeszłość Friedricha Merza w międzynarodowych, kontrolowanych przez Anglosasów strukturach finansowych to nie przypadek.
Po drugie, nieustannie wykorzystywany jest stary schemat straszenia nas sojuszem niemiecko-rosyjskim ponad naszymi głowami. Sojusz taki byłby jednak możliwy pod warunkiem realnej podmiotowości każdego z tych państw. Siły suwerenistyczne w Berlinie opowiadają się, owszem, za dialogiem z Moskwą. Ich postulaty ograniczają się wszakże do współpracy energetycznej, ze wszech miar dla nas również korzystnej.
Pamiętajmy, że to Polska jest naturalnym krajem tranzytowym dla rosyjskich surowców zmierzających do niemieckich odbiorców. A to ustawia nas w pozycji, z której każdy kraj kierujący się zdrowym rozsądkiem czerpałby pokaźne korzyści. Nie wspominamy już o tym, że – czy nam się to podoba, czy nie – wchodzimy w skład jednolitej przestrzeni ekonomicznej, a nasza gospodarka utrzymuje się w dużym stopniu dzięki roli podwykonawcy przemysłu niemieckiego.
Wreszcie, zderzamy się z podobnymi wyzwaniami zewnętrznymi, na przykład w postaci migracji, w tym tej niekontrolowanej. Pamiętajmy, że destabilizacja najbliższego otoczenia Europy automatycznie powoduje napływ imigrantów, których oba nasze kraje nie są w stanie zaabsorbować, a tym bardziej zasymilować. Do tego dochodzi zagrożenie z kierunku ukraińskiego; w tym przypadku stajemy się nie tylko krajem docelowym, ale też tranzytowym na nowym szlaku przemytu ludzi, broni i substancji zabronionych, wiodącym również do Niemiec.
Mamy zatem wyraźne, wspólne interesy. Interesy te łączyć mogą suwerenistów polskich i niemieckich, rozumiejących, że jedziemy na tym samym wózku. Że obiektywnym interesem obu naszych krajów jest: 1) jak najszybsze zakończenie wojny na Ukrainie; 2) normalizacja stosunków z Rosją i przywrócenie bezpiecznych dostaw surowców energetycznych; 3) zabezpieczenie granic przed napływem imigrantów, w tym szlakiem ukraińskim.
Mamy zatem o czym rozmawiać. Być może w najbliższym czasie dojdzie do istotnych zmian politycznych u naszych zachodnich sąsiadów. Kolejne sondaże wskazują, że na pozycję lidera liczyć może Alternatywa dla Niemiec (AfD). Najpierw ugrupowanie to zdobyć może władzę w kilku landach wschodnich, a pamiętajmy, że w niemieckim systemie federalnym jest to już realny wpływ na politykę. Później – kto wie – nie możemy wykluczać, że to właśnie to ugrupowanie zdobędzie duży wpływ na rząd federalny w Berlinie. Dlatego poszukiwanie z nim nie tylko kontaktów, ale też wspólnych, łączących nas spraw ma sens. W przeciwieństwie do obrażania się na rzeczywistość i tkwienia w stereotypach każących uznawać niemieckich prawicowych suwerenistów za ludzi o poglądach z założenia antypolskich i rewizjonistycznych.
120 tysięcy wykroczeń drogowych. 3443 mandaty. Imigranci, zwłaszcza z Ukrainy wiedzą, że są w Polsce bezkarni.
Dane Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego są druzgocące. W 2025 roku fotoradary zarejestrowały ponad 120 tysięcy wykroczeń popełnionych przez kierowców aut spoza Unii Europejskiej (w zdecydowanej większości z Ukrainy). Nałożono 3443 mandaty. Ściągalność: 2,5 procent.
Skąd taka przepaść? Polska nie ma umów międzynarodowych pozwalających na identyfikację właścicieli aut z Ukrainy na podstawie tablicy rejestracyjnej z fotoradaru. Bez znajomości właściciela nie ma postępowania. Bez postępowania nie ma mandatu.
Kierowcy z Ukrainy popełnili w 2025 roku 77,2 tysiąca wykroczeń drogowych. Otrzymali 2500 mandatów — tylko w przypadku bezpośredniej kontroli na drodze. Reszta przeszła bezkarnie.
Rozwiązanie jest proste i tanie. Kamery na granicach zewnętrznych wystarczy podłączyć do systemu CANARD. Zdjęcie wjeżdżającego auta, weryfikacja bazy — jeśli jest nieopłacony mandat, kierowca nie wjeżdża.
Czechy już to zrobiły. Polska mogłaby zrobić to samo. Projekt ustawy homologacyjnej — który wymusiłby rejestrację aut ze Wschodu w polskim systemie po roku — miał trafić do Sejmu w pierwszym kwartale 2026 roku. Nie trafił. Ministerstwo Infrastruktury tłumaczy: „trwają uzgodnienia międzyresortowe.”
Polska zaostrzyła właśnie przepisy drogowe. Wyższe mandaty, konfiskata aut, więzienie za brawurę. Polacy płacą coraz więcej i coraz szybciej. Kierowcy z Ukrainy jeżdżą bez konsekwencji.
NCZAS.INFO | Leszek Miller i Wołodymyr Zełeński / fot. screen Polsat News / Michael Kappeler/dpa Dostawca: PAP/DPA (kolaż)
To jest otwarte plucie w twarz każdemu Polakowi – komentuje decyzję prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Leszek Miller.
26 maja Zełenski podpisał dekret nadający imię „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ”, działającemu w strukturach Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy. To właśnie to wydarzenie wywołało tak ostrą reakcję byłego premiera Polski.
„Żeleński nadał jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”. To jest otwarte plucie w twarz każdemu Polakowi, którego dziadkowie, babcie, wujowie i ciotki zostali wyrżnięci siekierami, widłami i piłami na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To jest kopniak w twarz dla pamięci o tysiącach zamordowanych dzieci, kobiet i starców – rzezi, którą UPA przeprowadziła z premedytacją, z takim bestialstwem, że nawet Niemcom robiło się niedobrze” – napisał Miller.
Miller interpretuje decyzję Zełenskiego jako świadome uhonorowanie formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków, a nie jedynie jako gest patriotyzmu ukraińskiego. Nawiązuje do tego porównaniem z Einsatzgruppen – mobilnymi oddziałami SS odpowiedzialnymi za masowe mordy podczas II wojny światowej
„Wyobraźcie sobie, że ktoś w Niemczech nazwałby jednostkę wojskową imieniem „Bohaterów Einsatzgruppen”. Świat by eksplodował. A tu? Cisza” – sugeruje podwójne standardy.
„To nie jest uhonorowanie walczących o niepodległość. To jest uhonorowanie rzeźników, którzy mordowali bezbronnych ludzi tylko dlatego, że mówili po polsku i chodzili do kościoła. I Zełenski, zamiast odcinać się od tego bandyckiego dziedzictwa, świadomie wali nim w twarz Polsce. Czuję obrzydzenie i palący wstyd za tych wszystkich, którzy to będą bagatelizować i mówić 'nie czas na protest’. Bo jest czas. Zawsze jest czas, żeby nie pozwolić, by mordercy zostali bohaterami” – kontynuuje emerytowany polityk.
Miller kończy wpis żądaniem, by prezydent Karol Nawrocki odebrał Zełenskiemu Order Orła Białego.