NCZAS.INFO | Książki oraz cenzura i menora. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay (kolaż)
„Garbate nosy – kulisy judaizacji”, „Niewolnictwo Słowian”, „Poradnik świadomego narodu”, „Myśli Nowoczesnego Polaka”, czy „Talmud o gojach” i „Protokoły mędrców Syjonu” – m.in. te pozycje oburzyły pewnego społecznika, który dostrzegł je w witrynie jednej z łódzkich księgarni – Klubu Książki Patriotycznej. Poszedł z zawiadomieniem do prokuratury.
Na wystawie działającej w centrum Łodzi księgarni Klubu Książki Patriotycznej łódzki społecznik Stanisław Roszczyk dostrzegł niepokojące go tytuły. Sprawa trafiła do Prokuratury Rejonowej Łódź-Górna.
„W tej sprawie nie mają znaczenia sympatie polityczne. Na antysemityzm i ksenofobię po prostu nie może być miejsca w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w Łodzi, w mieście, w którym w czasie Holokaustu zginęła jedna trzecia mieszkańców. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się szczucie na drugiego człowieka” – grzmiał, cytowany przez radiolodzy.pl.
„Można znaleźć u nas publikacje niewygodne, których próżno szukać w popularnych sieciach. Czytelnik nie musi się z nimi zgadzać, ale powinien mieć możliwość samodzielnego czytania, myślenia czy wyrobienia sobie opinii” – odpowiedział natomiast prowadzący księgarnię Kornel Kapuściński.
O jakie książki chodzi? Na zamieszczonym przez portal Radia Łódź zdjęciu widać m.in. następujące pozycje:
„Bij Ukraińca – wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce” – już sam tytuł napawał strachem. Grozą powiało także w zapowiedzi programu: „Relacje polsko-ukraińskie ulegają wyraźnemu pogorszeniu na tle rosnącej niechęci i incydentów wymierzonych w Ukraińców. Agresja przybiera postać nasilającej się mowy nienawiści w internecie i przestrzeni publicznej, a także bezpośrednich ataków werbalnych oraz napaści fizycznych. W audycji postawimy pytanie o potencjalne wykorzystanie tych napięć w rosyjskich operacjach wpływu. Były prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej Rafał Dzięciołowski przedstawi zagrożenia dla obu krajów i możliwości naprawy relacji”.
Gdy Radio Wnet wyemitowało program, to okazało się, że to dzień pamięci ofiar zbrodni na Wołyniu, że to tuż po tym, gdy we Wrocławiu 18-letni Ukrainiec wszedł za 30-letnią Polką do klatki schodowej i dźgnął ją nożem, a kobieta w stanie krytycznym walczy o życie i że to dokładnie rok po tym, gdy niejaka Natalia Panczenko trafnie (i skutecznie) przewidziała plagi, jakie spadną na Polaków, gdy będą sprzeciwiać się Ukraińcom.
Bohater programu przemówił: „Rozwija się zdziczenie Polaków (…) „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”. Na koniec, łypiąc spode łba bandyckimi ślepiami zapytał lub raczej podsunął pomysł na „naprawę relacji polsko-ukraińskich”: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. I chyba nie trzeba wyjaśniać, że przez „tego” miał na myśli nas, Polaków. A co do nienawistnych ślepiów, to trudno było odpędzić wrażenie, że takimi ślepiami łypał ukraiński rezun, gdy zarzynał Polaka.
Wyliczając krzywdy, jakie spotykają Ukraińców i złorzecząc na „polskich nienawistników”, ani słowem nie wspomniał, że „zdziczeni” ugościli w lutym 2022 roku milion jego ziomków, że do dziś zapewniają nierobom wikt i opierunek i że wydali na to kilkanaście miliardów złotych. Nie wspomniał też o tym zaproszony do programu wolontariusz Igor Tracz, bo opowiadając o niesionej Ukrainie pomocy ani słowem nie powiedział, kto ją „niesie” i kto za nią płaci. Podsumowując: uchodzące za tubę prawicowych patriotów radio, doszlusowało do akcji polowania na Polaków i przyłączyło się do ataku na „brunatną, szowinistyczną, przepełnioną nienawiścią do gości polską prawicę”.
Co to za jeden? Sam o sobie mówi: „Od zawsze zajmowałem się Polakami na Wschodzie”. My dodajmy, że jego nazwisko pojawia się, też od zawsze, we władzach wszystkich fundacji zajmujących się „pomocą Polakom na Wschodzie” i że na jego przykładzie prześledzić można, jak fundacje te, zamiast zajmować się Polakami na Wschodzie, zajmują się Ukraińcami na Ukrainie. A jeśli już „zajmują się” Polakami, to tak, jak on w Radiu Wnet.
O Dzięciołowski Radio Wnet pisze: „to były prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej”. Przyjrzyjmy się zatem tej fundacji. Przypomnijmy, kto ją założył i czym się zajmowała. A to było tak: Za „Pierwszego Tuska” ministrem sprawa zagranicznych zostaje Radek Sikorski. Na tym stanowisku wykazuje wielką aktywność, ale nie w sprawach dotyczących polskiego interesu narodowego i niekoniecznie najpilniejszych. Na zastępcę dobiera sobie Krzysztofa Stanowskiego, wcześniej wiceministra Edukacji Narodowej, współorganizatora przewrotu ideologicznego w szkolnictwie, etatowego propagatora i rzecznika wdrożenia w programach szkolnych ideologii „społeczeństwa otwartego”.
Radek przydziela Stanowskiemu nadzór nad tzw. pomocą rozwojową, ale – jak się później okazało – chodziło mu o reorganizację dystrybucji takiej pomocy, poprzez wyprowadzenie przeznaczonych na nią publicznych pieniędzy poza MSZ. A to wyglądało tak: Stanowski tworzy Fundację Solidarności Międzynarodowej, odchodzi z MSZ i zostaje prezesem zarządu fundacji, która „obsługuje” dystrybucję pieniędzy. Takiej machinacji kibicuje „Gazeta Wyborcza” i to dzięki niej dowiedzieliśmy się, o co w tym wszystkim chodziło: Podstawowym działaniem Fundacji będzie wspieranie organizacji pozarządowych poprzez finansowe granty […] Fundację powołano mając na uwadze ograniczenia instytucjonalne administracji rządowej przy realizowaniu projektów pomocowych, aby dzielić się solidarnie tym, co mamy – doświadczeniem skutecznej transformacji.
W skład Rady Fundacji wchodzą Marek Borowski, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa i Henryk Wujec. Taki egzotyczny skład Rady nie był żadną osobliwością, bo nikogo nie dziwiło, że promocją „praw człowieka” i ich eksportem zajmuje się ferajna Michnika. W zarządzie fundacji Radek umieszcza swego rzecznika prasowego Marcina Wojciechowskiego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”, autora filmów poświęconych dziejom Żydów polskich na Wschodzie jak również zakłamanych artykułów opisujących relacje polsko-ukraińskie, w tym rzezie na Wołyniu.
Według tego samego schematu, Stanowski dokonuje selekcji kadr dla nowo powstałej fundacji. W wywiadzie dla „Polityki” wygaduje się: „Doradztwo na Wschodzie to sprawa delikatna, także pod względem etnicznym i historycznym. Ale mamy swoje sposoby, aby dobrać właściwych ludzi do tej pracy. Już na etapie zgłoszenia patrzę, jak ktoś pisze na przykład o Ukrainie. Czy ‘sąsiedzi’, czy ‘Kresy’. Jeśli ‘Kresy’ to wiadomo, że nie ma go tam po co wysyłać. Tylko sprowokuje konflikty”.
Wśród form działalności Fundacji, czyli „Spółki Stanowski & Sikorski” jest „ a także udzielanie kredytów i pożyczek. Do odbiorców tego wsparcia i tych pożyczek wyznaczono opozycjonistów na Ukraina oraz na Białorusi (a nawet w Kazachstan).
Jednak dopiero lektura statusu Fundacji pozwala zrozumieć, po co ją powołano i że celem nie była sama pomoc, a skierowanie przeznaczonych na nią w budżecie MSZ środków na konto Fundacji Stanowskiego. Odpowiednie zapisy statutu czynią z niego organ decyzyjny w zakresie dystrybucji pieniędzy: „W przypadku państw niedemokratycznych lub o niestabilnej sytuacji politycznej” ich rozdział będzie się odbywał „bez konieczności organizowania przetargów publicznych”. A zatem Stanowski sam decydował, komu i za ile udzielić pożyczki. A jeśli konkurs był organizowany, to „ze względu na szczególne warunki polityczne w krajach, do których adresowane są wybrane projekty (a w szczególności – bezpieczeństwo beneficjentów i realizatorów projektów) zarząd Fundacji może zdecydować o niezamieszczaniu szczegółowych informacji na temat wybranych projektów”.
Nie trzeba dodawać, że takim „niedemokratycznym” krajem była wówczas Ukraina jęcząca pod jarzmem Wiktora Janukowycza. Pytany o to w Sejmie, Stanowski oświadczył: „”. Tylko w pierwszym roku działalności Spółka Stanowski & Sikorski „dofinansowała” w takim utajnionym trybie kilkadziesiąt projektów na łączną kwotę 22 mln zł.
Gdy stery Fundacji, a konkretnie jej fundusze przejmuje Rafał Dzięciołowski, szczyci się: „Opracowałem i wdrożyłem sprawny system pomocy humanitarnej, obejmujący analizę potrzeb, proces zakupowy i logistykę oraz dystrybucję na terenie Ukrainy”. Informuje też z dumą, że zorganizował ponad 50 konwojów humanitarnych do 120 hromad z obszarów wschodniej i centralnej części Ukrainy oraz zapowiada kontynuowanie pomocy „nawet na większą skalę”.
Dzięciołowski zajmuje się też Polakami na Wschodzie. Zasiada we władzach Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, która w swym statucie ma zapis „Niesienie pomocy i wspieranie Polaków zamieszkałych w krajach byłego ZSRR”, ale zajmuje się wyłącznie pomocą Ukraińcom, i to nie tylko tymi na Wschodzie, ale i tym koczującymi w Polsce. Prowadzi zbiórkę pieniędzy „na rzecz ofiar wojny w Ukrainie, dla potrzebujących przebywających zarówno po polskiej jak i ukraińskiej stronie granicy, uchodźców przebywających w Polsce oraz osób w potrzebie, które przebywają w Ukrainie”. Tak więc, zamiast Polakom na Wschodzie, pomaga ciemiężycielom Polaków na Wschodzie. Nic też dziwnego, że tamtejsi Polacy pytają, czy nie powinna nosić nazwę „Fundacja Nękania Polaków na Wschodzie”.
Ale to nie wszystko – na swojej witrynie internetowej szczyci się: „Przy dystrybucji pomocy korzystamy z rozgałęzionej sieci kontaktów z organizacjami polskiej mniejszości narodowej, polskimi szkółkami i parafiami rzymskokatolickimi”. Tak, więc, zamiast służyć Polakom na Wschodzie przerabia tamtejszych Polaków na sługi narodu ukraińskiego.
Przez władze fundacji „pomagającej Polakom na Wschodzie” przewijają się rotacyjnie osobnicy, których łączy jedno: Nie są Polakami. Przyjrzyjmy się bliżej Elizie Dzwonkiewicz. To była konsul generalny RP we Lwowie, „Nie mogę już dłużej milczeć. Z miłości do własnej Ojczyzny. Nie mogę udawać, że nie widzę tych hańbiących Polskę działań na granicy polsko-ukraińskiej. Przepraszam Was, drodzy ukraińscy Przyjaciele. To, co się dzieje, nie może być dziełem moich rodaków. Hańba i wstyd” – takimi pogardliwymi słowami wyzwała tych, którzy protestowali przeciw zalewaniu Polski ukraińskim zbożem.
Gdy Ukraina zablokowała tranzyt pociągów jadących do Polski z Chin, ta sama Dzwonkiewicz milczała. Gdy z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza ulicami Lwowa przeszedł marsz ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która spaliła żywcem tysiąc kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej, też milczała. Dlaczego na placówkę wymagającą najwyższych kompetencji, wysłano dyletantkę? Bo posiadła podstawową kwalifikację – jest Ukrainką. No i wcześniej pracowała w Ośrodku KARTA, wówczas gdy przejęli go Ukraińcy i niszczyli zdeponowane tam archiwa dokumentujące zbrodnie UPA na Polakach.
Rafał Dzięciołowski nie poprzestał na „pomocy” Polakom na Ukrainie. Zabrał się też za Polaków na Litwie. Wziął czynny udział w bitwie z polskością na Litwie wytoczonej przez sitwę wyznającą doktrynę, że przeszkodą w budowaniu dobrych relacji z sąsiadami na Wschodzie są tamtejsi Polacy i liderzy organizacji zrzeszających Polaków. Sekundowała mu ambasador RP w Wilnie Urszula Doroszewska. Nawiasem mówiąc, zadanie takie nikt nie mógł wykonać lepiej niż była aktywistka KOR i współpracowniczka Kuronia, zwolennika depolonizacji Kresów przekształcenia tamtejszych Polaków w grupy folklorystyczne i autora słów: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest miastem ukraińskim”.
W antypolskiej akcji brała udział Maria Przełomiec, sekretarz Rady inkryminowanej fundacji, która określiła lidera Polaków na Litwie mianem „łobuza”, a równocześnie chełpiła się „przyjaźnią” z hołubionym przez Geremka i Michnika największym antypolskim draniem Vytautasem Landsbergisem, pogromcą polskich samorządów na Litwie i autorem polityki dyskryminacji Polaków. Nawiasem mówiąc Radek Sikorski, którego zasługi na polu pomocy Polakom na Wschodzie są nie do przecenienia, nadał Przełomiec odznakę Bene Merito („za działalność wzmacniającą znaczenie Polski na arenie międzynarodowej”), a odznaczeniem „Zasłużony dla kultury polskiej” wyróżnił ministra kultury Litwy, mimo że ten popierał rugowanie języka polskiego ze szkół.
Wszyscy, zamiast wspierania rodaków na Wileńszczyźnie, kolaborowali z litewskimi nacjonalistami. Nieprzychylne dla polskich szkół projekty uzgadniali (za plecami Polaków) z władzami Litwy. Nie protestowali, gdy mer Wilna odrzucił pomysł, by w wileńskiej katedrze mogła być odprawiana msza w j. polskim. Tolerowali politykę historyczną Litwy o „zbrodniach polskich okupantów”. Akceptowali judaizowanie pamięci zbrodni na Polakach w Ponarach. Uznawali reprezentację Polaków na Litwie za „ruską agenturę”.
Doszło do tego, że organizacje Polaków na Litwie zwróciły się do Andrzeja Dudy z apelem o odwołanie Dzięciołowskiego z Narodowej Rady Rozwoju. W apelu pisali o haniebnych atakach Dzięciołowskiego na polskie organizacje i ich liderów, o jego nieskrywanie wrogiej i nienawistnej postawie wobec Polaków na Wileńszczyźnie i w ogóle na Kresach, z pełną premedytacją wykonującego działania o charakterze rozbijackim. W apelu widnieje zdanie: „Urzędnik kilku centralnych fundacji, na eksponowanych stanowiskach w centralnych fundacjach w Polsce, które z definicji powinny wspierać Kresy i Kresowiaków, ma na swoim koncie kilka co najmniej wysoce niestosownych, a wręcz hańbiących dokonań w rozdzielaniu publicznych środków finansowych na projekty polonijne”.
Lidera Związku Polaków na Litwie zaatakował także Mikołaj Falkowski, dziś prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, a wówczas prezes Fundacji Wolność i Demokracja/WiD, która podobnie jak wszystkie wcześniej wymienione ma we władzach Dzięciołowskiego i ma w statucie zapis: Organizacja pozarządowa działająca w obszarze pomoc Polakom i polskim mediom na Wschodzie i niesienie pomocy oraz wspieranie Polaków zamieszkałych w krajach byłego ZSRR. Tymczasem zajmuje się wyłącznie pomocą dla Ukraińców, tych na Ukrainie i tych koczujących w Polsce. Na swojej internetowej witrynie epatuje: wyekspediowaniem 100 TIR-ów z pomocą humanitarną dla Ukrainy; ewakuacją 7,2 tys. ukraińskich rodzin z kompleksowym wsparciem rzeczowym i finansowym; pomocą dla kilkunastu ukraińskich szpitali wojskowych. A fundacja ma z czego „wspomagać”, bo płynie do niej rzeka rządowych pieniędzy, tylko w latach 2017-21 otrzymała 64 mln dotacji.
Członkiem Rady programowej WiD jest oczywiście nasz dobry znajomy Rafał Dzięciołowski. Z innych osób związanych z fundacją wymienićtrzeba Roberta Czyżewskiego. Ten wprost chwali się ukraiński pochodzeniem. To wnuk ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej. Poza chwaleniem się ukraińskimi korzeniami, Czyżewski w wywiadzie dla „Monitora Wołyńskiego” (dwujęzycznego pisma finansowanego przez WiD a redagowanego przez Ukraińców) ogłosił: „Może my, Polacy, powinniśmy zgrzytnąć zębami, niech im ten Bandera stoi, skoro się uparli. Bandera, człowiek, który walczył o wolną Ukrainę, zabijał polskich polityków. Przykro nam, Polakom? No przykro, ale w ostateczności nie on bezpośrednio mordował, ale wydawał rozkazy tak jak Hitler […] Jak się Ukraińcy uparli stawić mu pomniki, to może my powinniśmy odpuścić. Może niech przez polskie gardło przejdzie, że ten cel ukraiński jednak był słuszny. Strona polska również nie jest bez winy, bo reakcja polska była brutalna i również naznaczona akcjami o charakterze zbrodni wojennych”.
Wróćmy do Fundacji Solidarności Międzynarodowej. Znamienny jest skład jej władz: Władysław Teofil Bartoszewski – sekretarz stanu w MSZ (odpowiada za relacje z diasporą żydowską), którego ściga sąd za zdefraudowanie kilkunastu milionów złotych; Marcin Bosacki – były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i przewodniczący Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej; Aleksandra Uznańska-Wiśniewska – wiceprzewodnicząca Polsko-Tajskiej Grupy Parlamentarnej (co zrozumiałe, z uwagi na jej korzenie etniczne) oraz członkini sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą (co mniej zrozumiałe, bo Polonii w Tajlandii nie ma, chyba że za taką uznamy seksturystów, czego pokłosiem jest zresztą ona sama), też wiceprzewodnicząca Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej (i jako jedyna w Sejmie nie poparła uchwalenia 11 lipca Dniem Pamięci o ofiarach rzezi wołyńskiej). Prezeską Zarządu jest Justyna Janiszewska, która współpracowała z Fundacją Batorego i działa w zarządzie koalicji 55 organizacji pozarządowych zarejestrowanym pod nazwą Grupa Zagranica, sponsorowanych przez Fundację Batorego (czyli Sorosa) i Fundację Adenauera.
Rafała Dzięciołowskiego w Wikipedii nie ma, ale media piszą o nim: Dziennikarz, w latach 80. działacz Federacji Młodzieży Walczącej, kolporter wydawnictw podziemnych. Ale nie piszą, żeDzięciołowski i jego ferajna są niezwykle elastyczni: Przedwczoraj byli za partią Geremka, wczoraj za PiS a dziś są we frakcji kaszubskiej. Za PRL byli w Federacji Młodzieży Walczącej, a dziś są w Związku Ukraińców w Polsce. i tylko w takiej atmosferze możliwa jest sytuacja, że w Warszawie uchodzą za gorących polskich patriotów, a we Lwowie podają się za banderowców.
A co do kwalifikacji dziennikarskich, to przypomnijmy, że gdy na kijowskim Majdanie, w cieniu czerwono-czarnych flag UPA Jarosław Kaczyński, wyglądając spod pachy banderowca Kliczki i Oleha Tiahnyboka, szefa antypolskiej partii Swoboda, wygłosił przemówienie, kończąc je banderowskim pozdrowieniem „Sława Ukrainie”, to poniżającą dla Polaków scenę w sposób egzaltowany relacjonował z Kijowa Rafał Dzięciołowski, wówczas dziennikarz „Gazety Polskiej” (a wkrótce potem prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie).Dzięciołowski jest również członkiem rady fundacji „Niezależne Media”, założonej przez Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego ukraińskiej gazeta dla Polaków. Nawiasem mówiąc taką gazetą jest też wydawany przez Radio Wnet „Kurier Wnet”, na łamach którego często głos zabiera Dzięciołowski.
Na koniec kilka pytań:
– W co grają i dlaczego w tej grze karty rozdają Ukraińcy? Dlaczego los Polaków na Wschodzie złożyli na ołtarzu (lub raczej na stosie) sojuszu z Ukrainą i popierają żywioły nieprzyjazne Polakom?
– Kto pozwolił, aby sprawy Polaków na Wschodzie wzięła w łapy jednorodna etnicznie ekipa potomków tych, którzy mordowali Polaków na Wschodzie oraz na to, że gdy przejmują jakąś polską instytucję to dokonują wśród zatrudnionych w niej Polaków czystki etnicznej i że dotyczy to nawet sprzątaczek?
– Czy promując Dzięciołowskiego i jego nienawistną mowę, Radio Wnet nie wpisuje się w zamysł rządzącej Polską szajki mający na celu likwidację polskości na Kresach?
Konferencja Suwerenistów, która ma się odbyć 12 września w Warszawie, to ważna inicjatywa zmierzająca do integracji tych wszystkich, którym leży na sercu dobro wspólne.
Obecnie jesteśmy w dramatycznej sytuacji, gdyż Europa wpychana jest przez globalistów w wojnę z mocarstwem nuklearnym, jakim jest Rosja. Likwidowane są europejskie państwa narodowe poprzez zaplanowaną emigrację ludzi z różnych stron świata. Zachowanie suwerenności staje się potrzebą chwili. Jest gwarancją przetrwania.
Niebezpieczne narracje
Wszelkie próby oporu dławione są przy pomocy aparatu represji. Przykładem jest casus parlamentarzysty Grzegorza Brauna. Procesy polityczne to polska codzienność. W ten sposób niszczeni są ludzie, którym na sercu jest polska racja stanu. Ludzie, którzy pragną żyć w pokoju. W zgodzie z polskimi sąsiadami. Do głów Polaków wtłaczana jest niebezpieczna retoryka Batyra, przy którym powieściowy Nikodem Dyzma jawi się jako głos rozsądku i patriotyzmu.
Nawoływanie do zbrodni bezkarne
Obecną sytuację trafnie definiuje politolog Mateusz Piskorski: „Jeśli napiszecie coś o głębokich i złożonych przyczynach wojny za naszą południowo-wschodnią, może się okazać, że do waszych drzwi zapuka prokurator. Jeśli jednak politycy na najwyższych stanowiskach nawołują do mordowania ludzi lub chwalą się, że udało im się już jakąś ludność wymordować, to wszystko jest w porządku, świat zamyka na to oczy”.
Prawa człowieka?
Jak dalece w Polsce łamane są prawa człowieka: przykładem jest sprawa polskiego patrioty i autorytetu moralnego Mateusza Piskorskiego, przetrzymywanego bezpodstawnie latami w areszcie wydobywczym. Sądzonego przez ostatnich 10 lat na podstawie pomówień i paszkwili sprokurowanych przez ukraińską służbę bezpieczeństwa bez przedstawienia konkretnych dowodów jego winy. Wszystko na podstawie oskarżenia wspieranego przez krajową kanalię argumentami świadczącymi o paranoi donosiciela. Natomiast nie jest brane pod uwagę skierowane do polskich władz ONZ-owskie zalecenie wydane przez stosowną Komisję Praw Człowieka.
Notatnik Brzezińskiego
Polska usytuowana w sercu Europy, ma znakomite położenie geograficzne, aby funkcjonować jako europejskie wrota pomiędzy Wschodem a Zachodem. Zainstalowana przez globalistów w Polsce agentura, przekształciła to korzystne położenie w klin oddzielający Europę od Wschodu. Po wykrwawionej Ukrainie to właśnie Polska, ma zająć jej miejsce w agresji przeciwko Rosji. Stąd też retoryka Batyra i tym podobnych spadochroniarzy postsolidarnościowych wytypowanych do władzy z notatnika Zbigniewa Brzezińskiego, który przyleciał z USA do Polski, aby rozstawić pionki na polskiej szachownicy. O tym, między innymi można dowiedzieć się z książki Solidarność i dumaDonalda Tuska wydanej w 2005 roku. Autor dzieli się w niej refleksjami na temat polskiej transformacji, historii ruchu „Solidarność” oraz jego spotkania z Brzezińskim w Gdańsku, po którym awansował do polityki.
Kaszubski romantyk?
Romantyk z Kaszub, Donald Tusk, jest też wydawcą pierwszego w Polsce powojennego elementarza kaszubskiego pt. Kaszëbsczé abecadło. Twój pierszi elemeńtôrz (autorstwa Witołda Bóbrowscziego). Książka została wydana w 2000 roku przez kierowaną przez niego gdańską fundację „Dar Gdańska”. Tusk, będący obecnie premierem, zrzucił z siebie jagnięcą skórę i zaprezentował się jako obrońca obcych, anglosaskich interesów, za które płacić będą kolejne pokolenia Polaków.
Konieczna zmiana
Konieczna jest zmiana, bez której jako państwo narodowe nie przetrwamy. Tak twierdzi historyk wojskowości Przemysław Piasta w trakcie programu „Minął Tydzień”. Naszym marzeniem (mojego małżonka i moim) jest to, aby polski patriota, suwerenista, Przemysław Piasta został zaproszony jako gość honorowy na Konferencję, która ma się odbyć 12 września w Warszawie. Sądzimy, że sama jego obecność doda powagi i splendoru tej Konferencji. Być może zdecyduje się przyjąć zaproszenie i wystąpić przed zgromadzonymi.
Motto: „Znaj proporcją, mocium panie” (cześnik Raptusiewicz w rozmowie z Dyndalskim w I akcie komedii Zemsta Aleksandra Fredry).
Procesy sądowe, zwane w czasach PRL-u „pyskówkami”, obecnie zyskały nową nazwę i opisywane są przez współczesną nowomowę jako procesy sądowe związane z „mową nienawiści”.
Przestępstwo nieistniejące
Czym jest „mowa nienawiści” i na jakiej podstawie jest ścigana – tłumaczy Policja: „Mimo że w polskim prawie nie stworzono osobnej regulacji dotyczącej mowy nienawiści i zbrodni nienawiści, to oba te zjawiska są uznawane za niezgodne z istniejącym polskim prawem (przepisy Kodeksu karnego oraz Kodeksu cywilnego). Dla przykładu znieważanie, pomawianie, grożenie czy nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość jest zabronione i podlega karze na podstawie kodeksu karnego (art. 212, 216, 256, 257)”. Przywołane przepisy kodeksu karnego (art. 212, 216, 256, 257), miały swoje odpowiedniki w Kodeksie karnym z 1969 roku (prawie PRL-owskim). Natomiast w pierwszej połowie PRL (do 1969 roku) obowiązywał jeszcze przedwojenny Kodeks karny z 1932 roku (tak zwany Kodeks Makarewicza), który w PRL został jedynie unowocześniony. Innymi słowy, od kilkudziesięciu lat praźródłem polskich kodeksów karnych jest Kodeks Makarewicza z 1932 roku.
Pieniactwo
Chociaż w mozolnie budowanej współcześnie, pookrągłostołowej historii PRL-u, ówczesna socjalistyczna Polska celowo, propagandowo kojarzona jest głównie z procesami politycznymi oraz aferami gospodarczymi, to właśnie drobne „pyskówki” sąsiedzkie i pracownicze masowo zalewały ówczesne sądy powiatowe. Polacy niezwykle chętnie szukali sprawiedliwości na drodze formalnej za potoczne „nazywanie złodziejem” czy „lżenie” na klatce schodowej. Z czasem, aby odciążyć sądy powszechne od nawału spraw o błahe utarczki słowne, część tego typu konfliktów (zakwalifikowanych jako wybryki chuligańskie lub zakłócanie spokoju) zaczęły rozstrzygać Kolegia ds. Wykroczeń. PRL-owska władza i podległe jej sądownictwo traktowały te procesy jako przejaw „niskiej kultury osobistej” oraz pieniactwa.
W co gra amerykańska propaganda?
Od 2024 roku, dostrzegam niepokojącą asymetrię w stosunkach ukraińsko-polskich. Dałem temu wyraz w moim felietonie z 30 lipca 2024 roku. Wykazałem w nim dziwną nadwrażliwość mieszkających Ukraińców w Polsce, którzy pomimo wszczęcia wszelkich procedur polskim prawem przewidzianym, zwrócili się o „pomoc” do amerykańskiej rozgłośni (Radio Wolna Ukraina), finansowanej przez rząd USA, która opublikowała film: Насилля над українськими дітьми у Польщі: матері розповідають деталі (Przemoc wobec ukraińskich dzieci w Polsce: matki opowiadają szczegóły). Ten film wywołał sporo negatywnych emocji wobec Polski i Polaków w ukraińskich środowiskach, o czym świadczy ponad tysiąc czterysta agresywnych komentarzy. Podkreślam, iż zadziwiającym jest to, że przedstawianej w tym filmie sprawie nadano już stosowny bieg prawny przewidziany w polskim prawie. Sprawa się toczy! W tym stanie rzeczy, eksploatowanie tego tematu, w ten sposób jak to zrobiono w Radio Liberty o zasięgu międzynarodowym, rodzi pytanie: czemu to ma służyć? W co gra amerykańska propaganda?
Sybiha reaguje
W zaistniałej sytuacji w polskiej przestrzeni publicznej nie spotkałem się z ani jednym głosem sprzeciwu. Nie spotkałem się też z protestem polskich czynników rządowych. Nie zażądano wyjaśnień i sprostowania od amerykańskiej rozgłośni Радіо Свобода Україна (Radio Wolna Ukraina), finansowanej przez rząd USA! W grudniu, za sytuację „absolutnie nie do przyjęcia” uznał szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha przypadki nękania Ukraińców. Sybiha zaapelował do Polski o ukaranie osób przejawiających agresywną postawę wobec jego rodaków. „W naszym wspólnym interesie leży zapobieganie takiej niechęci i reagowanie na nią. Jako minister spraw zagranicznych Ukrainy nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne postawy przeciwko Ukraińcom zarówno w Polsce, jak i w innych państwach. Ukraińcy zdecydowanie na to nie zasłużyli” – czytamy w oświadczeniu. Ukraiński minister wyraził nadzieję, że „kilka demonstracyjnych przypadków odpowiedzialności za takie działania” będzie wystarczającym sygnałem, że nie ma miejsca na takie zachowania w europejskim społeczeństwie. Dodał, że ukraiński pion konsularny będzie śledzić wszystkie takie przypadki i reagować „szybko i zasadniczo”. „Nie będziemy tego tolerować” – podkreślił.
Żurek odpowiada
Na powyższe, odpowiedział ze sceny podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie minister sprawiedliwości Waldemar Żurek. Wygłosił przemówienie, w trakcie którego ogłosił mobilizację śledczych. Minister oświadczył, że powołał ponad 100 prokuratorów w całej Polsce, których zadaniem jest ściganie każdego przejawu nienawiści. Zapewnił o zdecydowanej i systemowej reakcji państwa na przestępstwa motywowane uprzedzeniami narodowościowymi i wezwał obywateli RP, aby pamiętali o ofierze ukraińskich żołnierzy broniących Europy przed agresją ze Wschodu.
Nadal słudzy
Po wystąpieniu ministra Waldemara Żurka na scenie teatrum imprezy: Dnia Niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 2026 roku na Placu Zamkowym w Warszawie, prześledziłem uważnie ukraińskie media. W ukraińskich mediach odtrąbiono je jako znaczący sukces ukraińskiej polityki zagranicznej i dyplomacji. Jako zasługę ministra Andrija Sybihy, systematycznie naciskającego na polskie władze. Odmiennego zdania były rosyjskie media. Nawiązano w nich do słów, które padły 29 marca 2022 roku z ust ówczesnego rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Łukasza Jasiny: „jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Następnie pokazano wypowiedź ministra Żurka. Przedstawiono ją jako dowód na kontynuację polskiej – służalczej polityki wobec banderowskiej Ukrainy.
Cios w powagę państwa polskiego
Z szacunkiem odnoszę się do działań polskich prokuratorów ścigających autentycznych przestępców. Przykładem tego jest sprawa opisana przez Natalię Grzybowską w artykule z 13 sierpnia Kokaina nabijana na kasę jako owoce. Ruszył proces w sprawie gdańskiego klubu nocnego: „W gdańskim klubie nocnym ’Rozi’ miało dochodzić do organizowania prostytucji, handlu kokainą i prania pieniędzy. W czwartek przed Sądem Okręgowym w Gdańsku rozpoczął się proces 32 oskarżonych”. Mój osobisty stosunek do wypowiedzi ministra Żurka, ma inny, nie polityczny charakter, lecz formalnoprawny. W Ustawie z dnia 28 stycznia 2016 roku Prawo o prokuraturze, w art.2, opisano czym powinna się zajmować prokuratura: „Prokuratura wykonuje zadania w zakresie ścigania przestępstw oraz stoi na straży praworządności”. Nie ma w tej Ustawie mowy o tym, że prokurator ma prawo wygłaszać oświadczenia polityczne. Ponadto zastanawia mnie ile trzeba wykonać ekwilibrystyki prawnej, aby do czynów, które kwalifikują się jako „pyskówki” czy też najzwyklejsze wybryki chuligańskie, koniecznym było powołanie aż ponad 100 prokuratorów w całej Polsce do ścigania wykroczeń w postaci pyskówek i drobnych przestępstw? Żeby nadać tym pospolitym, patologicznym zachowaniom wymiaru politycznego… Żeby do much strzelać ze 100 prokuratorskich armat! Podziwiam ekwilibrystykę ministra polegającą na robieniu z igły wideł. W mojej subiektywnej ocenie, tego typu działania godzą w powagę państwa polskiego.
…i musiało być jak było. Żadne większe wydatki na zbrojenia nic by nie dały, bo różnica potencjałów była zbyt duża. Jedyne co może mogliśmy zrobić, to oddać Niemcom Gdańsk z korytarzem i próbować stworzyć jakieś polskie Vichy.
Straty ludzkie byłyby być może mniejsze, ale czy uzyskalibyśmy tak korzystne granice na końcu wojny? Istnieje spore prawdopodobieństwo że w sumie stracilibyśmy wtedy jeszcze więcej. Co ciekawe, ci sami, którzy plują na Zaleszczyki i na to jak to zła sanacja się skompromitowała (ja też sanacji delikatnie mówiąc ani nie lubię ani zbytnio nie cenię) uważają, że wojnę dzięki komunistom i ZSRR Polacy wygrali [??? md] . To ocena słuszna jedynie geograficznie, bo naród, który stracił cała warstwę przywódczą i mizerniutką klasę średnią, którego miliony albo wymordowano albo wykorzeniono i przegnano z kresowych siedzib i historycznych centrów kultury, który stracił autentyczną niepodległość, któremu po wojnie przez kolejne 10 lat dorzynano warstwy kulturotwórcze, a przez 45 narzucono absurdalny ustrój i negatywną selekcję, taki naród wojny nie wygrał, choć znalazł się w obozie zwycięzców i uzyskał wymarzone granice.[??? md]
Do tego ostatniego w pewnej mierze przyczyniły się zarówno Zaleszczyki, jak i ta część komunistów, którą reprezentował Władysław Gomułka – po wojnie rodzaj polskiego Petaina a rebours. Wbrew zbyt łatwo plującym żółcią, w oczach opinii publicznej w krajach możnych tego świata, ale także w rzeczywistości, Zaleszczyki nie oznaczały ucieczki, ale dalszą walkę, tak samo „uciekł” de Gaulle, a Petain został, i tak samo obaj byli francuskimi patriotami. Różnica polegała na tym, że protektorzy Petaina przegrali, a Gomułki wygrali.
Czy mogło być lepiej? We wrześniu 1939 r. nie mogło. Dwa zasadnicze błędy popełniono wcześniej: najpierw w 1919 r. Józef Piłsudski przekombinował politycznie, a na głębszej płaszczyźnie zdradził cywilizację de facto pomagając zwyciężyć bolszewikom, których rok później cudem odepchnięto spod Warszawy. Gdyby tego błędu nie zrobił, nie byłoby ludobójstwa Polaków w ramach operacji polskiej NKWD, Rosja zawdzięczałaby Polsce uratowanie przed katastrofą i sojusz z nią byłby możliwy. To był błąd zasadniczy, a jednocześnie zaparcie się wartości stanowiących o naszej tożsamości.
Potem w 1938 r. błędem było nie próbować pomóc Czechosłowacji, choć z uwagi na jej nikczemne zachowanie w 1919 i w 1920 r. było to politycznie i psychologicznie prawie nierealne, ale można było przynajmniej próbować nie zachować się tak głupio i podle jak się zachowano. Czytam właśnie wspomnienia Zofii Kossak „Z otchłani”, jaką był obóz niemiecki w Oświęcimiu i Beaty Obertyńskiej „W domu niewoli”, jakim były więzienia i łagry w ZSRR. Choć derywacje ideowe oprawców pozornie krańcowo różne, to wrażenia i realia zderzenia z barbarzyństwem podobne, oba świadectwa powinny zawsze otrzeźwiać wszystkich, którzy majaczą dzisiaj o sojuszach z Hitlerem czy Stalinem. Są momenty, kiedy nie ma dobrych rozwiązań, ale tragiczna sytuacja z reguły jest efektem dłuższego procesu i ciągu wcześniejszych błędów, tak było 83 lata temu i na podobnej drodze jesteśmy dzisiaj.
Szukający poklasku krzykacze lubią powtarzać, że Polska jest skazana na wielkość, że będzie albo wielka albo nie będzie jej wcale. Prawda jest zupełnie inna. Polska jest średnia, położona pomiędzy większymi narodami – cywilizacjami i dlatego skazana nie na niemożliwy do wygrania wyścig zbrojeń i puste slogany, ale na dojrzałą dyplomację a przede wszystkim na dalekowzroczną, mądrą pracę polityczno-cywilizacyjną. Taką lekcję warto sobie co roku 1 września powtarzać.
CBŚP oraz funkcjonariusze Straży Granicznej zatrzymali na Okęciu obywatela Gruzji posiadającego status „wora w zakonie”, czyli wysoką pozycję w postsowieckiej mafii. Podczas weryfikacji ustalono, że mógł posługiwać się on aż 39 tożsamościami.
Jak przekazało we wtorek CBŚP, funkcjonariusze uzyskali informację, że rejsem z Grecji do Warszawy może przylecieć obywatel Gruzji, posiadający status „wora w zakonie”. Po wylądowaniu na lotnisku Okęcie mężczyzna został zatrzymany przez funkcjonariuszy Straży Granicznej. Ustalono, że przebywa on na terytorium Polski nielegalnie.
„Szczegółowa weryfikacja w systemach teleinformatycznych Straży Granicznej wykazała, że Gruzin figuruje w bazach danych pod kątem możliwości posługiwania się innymi danymi osobowymi” – podało CBŚP.
Służby potwierdziły, że na wcześniej używane dane osobowe dokonano wpisów przez służby francuskie i niemieckie. CBŚP poinformowało, że strona francuska wskazała, że cudzoziemcowi należy odmówić wjazdu i pobytu na terytorium państw członkowskich z uwagi na wcześniejszy wyrok skazujący za przestępstwo zagrożone karą co najmniej roku pozbawienia wolności. Z kolei strona niemiecka wskazała jako podstawę wpisu udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego.
„Z ustaleń funkcjonariuszy wynika ponadto, że mężczyzna mógł posługiwać się 39 innymi danymi osobowymi” – przekazało CBŚP.
Wobec obywatela Gruzji zostało wszczęte postępowanie administracyjne. Wydano decyzję zobowiązującą cudzoziemca do powrotu, orzekając jednocześnie o 10-letnim zakazie ponownego wjazdu na terytorium RP oraz pozostałych państw obszaru Schengen.
Funkcjonariusze zajęli się też sprawą posługiwania się nieprawdziwymi danymi. Gruzinowi przedstawiono zarzut dotyczący składania fałszywego oświadczenia, a następnie przesłuchano go w charakterze podejrzanego. Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i złożył wyjaśnienia.
Po zakończeniu czynności opuścił Polskę, odlatując najbliższym samolotem do Tbilisi.
Targowice różnych orientacji i różnych prędkości czyli wyniki sondażu IBRiS.
grafika IBRiS wykorzystana w ikonie wpisu pochodzi z X.
Preferencje samobójcze Polaków zwane wyborczymi nie zaskakują. Jest stabilnie. Na samym czele targowica radykalna, a za nią o 10% mniej znajduje się targowica umiarkowana. Potem jest Konfederacja z konserwatywno-zachowawczym mottem “niepodległości odzyskiwać nie będziemy” oraz Konfederacja Korony Polskiej.
Za nimi horroru ciąg dalszy: targowica tradycyjna zwana lewicą oraz targowica plus. To właśnie targowica plus ma nadzieję zadecydować, którym ośrodkom zagranicznym będzie służyć nowa koalicja.
Mam też niespodziankę – ranking zaufania i nieufności
Na marginesie sondaży i przyszłości. ______________
W Rosji wiosną 1917 roku może rzeczywiście nie wiedzieli, kto i jakie buty im już na jesień szykuje…W Szwajcarii wiosną 1917 roku kończyły się negocjacje pomiędzy W. Leninem a wywiadem wojskowym Prus. Wywiad sztabu generalnego Prus oprócz eksterytorialności pociągu wiozącego rewolucjonistów ze Szwajcarii do Rosji przez terytorium Prus zaoferował W. Leninowi 400 tysięcy marek jako zwrot kosztów za wywołanie rewolucji w Rosji. 400 tysięcy marek za cesarza Wilhelma II wymienialne było na 400 000 x 0,36 grama złota, czyli w sumie jakieś 143 kg złota.
Pociąg ten wyruszył z Zurychu przez Sassnitz i dalej Trelleborg, a potem dookoła zatoki Botnickiej w kwietniu 1917 roku.Przenosząc historię na dzisiejsze realia: z faktu, że w Polsce nikt nie wie, jak będzie Ona wyglądała na wiosnę przyszłego roku nie wynika, że poza Polską też tego nie wiadomo. Nie wiemy (ani my, którzy to czytamy, ani ci, co im tam pies m*rdę lizał) kto z kim co knuje, tym bardziej nie wiemy, który wywiad którego emigranta opłaca.
Europa wchodzi w sezon jesienno-zimowy z bagażem obaw dotyczącymi bezpieczeństwa energetycznego. Aktualne dane wskazują, że magazyny gazu w Unii Europejskiej są zapełnione jedynie w około 63%. Jest to wynik najniższy od 13 lat, co budzi uzasadniony niepokój analityków rynku energii oraz decydentów politycznych. Sytuacja wygląda szczególnie słabo w Niemczech, gdzie poziom zapasów wynosi zaledwie 52,5%, co stawia największą gospodarkę kontynentu w trudnym położeniu.
Obecny stan magazynów jest wynikiem splotu kilku niekorzystnych czynników. Po pierwsze, ubiegłoroczna zima okazała się wyjątkowo surowa, co wymusiło większe zużycie zapasów niż zakładano w optymistycznych scenariuszach. Efekt tego był widoczny już na początku wiosny. W kwietniu poziom wypełnienia magazynów w UE wynosił niespełna 29%, podczas gdy w analogicznym okresie poprzedniego roku wskaźnik ten był o 6 punktów procentowych wyższy. Taki start sezonu uzupełniania zapasów sprawił, że Europa musiała gonić normy przez całe lato.
Dla porównania warto spojrzeć na dane z 2023 roku, kiedy to magazyny osiągały poziom 80% już w lipcu, a w sierpniu przekraczały barierę 90%. W 2024 roku próg 90% został osiągnięty w sierpniu, jednak obecna dynamika wskazuje na znacznie większe trudności. Eksperci z EnergyRiskIQ ostrzegają, że tak głęboki deficyt w stosunku do normy, wynoszący ponad 14 punktów procentowych, jest historycznie sygnałem ostrzegawczym. Jeśli w okresie od września do października, kiedy zamyka się okno intensywnego zatłaczania gazu, dojdzie do jakichkolwiek zakłóceń w dostawach, rynek może wejść w fazę silnego stresu.
Na rynku gazu cena kształtuje się obecnie na poziomie 68 euro za MWh. Choć nie są to kwoty z okresu największego kryzysu energetycznego, to w połączeniu z niskimi zapasami tworzą one presję na ceny dla odbiorców końcowych. Każde gwałtowne ochłodzenie w październiku lub listopadzie może spowodować szybki skok cenowy, ponieważ margines bezpieczeństwa jest w tym roku wyjątkowo wąski.
Mimo tych niepokojących danych, niektórzy analitycy próbują tonować nastroje. Zgodnie z aktualnymi projekcjami, przy zachowaniu obecnego tempa zatłaczania gazu, które wynosi około 0,29 punktu procentowego dziennie, magazyny mogą osiągnąć poziom 83% do 1 listopada. Byłoby to zgodne z tzw. zrelaksowanym celem zapełnienia. Inni eksperci, w tym przedstawiciele szwajcarskiej grupy Axpo, szacują, że realny poziom zapasów przed szczytem zimy wyniesie od 70% do 75%. Jest to wartość niska, ale wciąż nie krytyczna, o ile nie wystąpią nagłe awarie rurociągów lub konflikty geopolityczne odcinające kluczowe szlaki dostaw.
Aby sprostać normom wypełnienia przed sezonem 2026-2027, Europa będzie musiała zatłoczyć do magazynów co najmniej 68 mld metrów sześciennych gazu. To ogromne wyzwanie logistyczne i finansowe, szczególnie w obliczu konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw i odejścia od surowców z Rosji. Unia Europejska dopuszcza 10% elastyczności w przypadku bardzo trudnych warunków zatłaczania, jednak w obecnej sytuacji każdy procent ma znaczenie.
Kluczowym pytaniem pozostaje to, jak zareagują rynki na ewentualne problemy z dostawami w najbliższych tygodniach. Jesień jest krytycznym momentem, ponieważ to właśnie teraz decyduje się, z jakim zapasem Europa wejdzie w najzimniejsze miesiące roku. Niskie stany magazynowe w Niemczech, które są hubem energetycznym dla wielu krajów regionu, mogą wpłynąć na stabilność dostaw w całej Europie Środkowej.
Podsumowując, Europa znajduje się w sytuacji ryzykownej, choć nie beznadziejnej. Najniższy od 13 lat poziom zapasów gazu w momencie wejścia w jesień pokazuje, jak bardzo kontynent jest wciąż wrażliwy na wstrząsy zewnętrzne. Choć prognozy wskazują na możliwość osiągnięcia poziomu 83% do listopada, margines błędu jest minimalny. Nadchodzące tygodnie pokażą, czy strategia uzupełniania zapasów w trybie przyspieszonym okaże się wystarczająca, by uniknąć kryzysu energetycznego przy pierwszej fali mrozów.
O złej kondycji nauki polskiej i równie złej kondycji – głównie materialnej i społecznej – środowiska akademickiego napisano wiele tomów. Dominuje w nich uzasadniony ton krytyki wyjątkowo niskiego finansowania badań i fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje.
Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze – nade wszystko z systemu grantowego, zawłaszczonego przez oligarchiczne, niezatapialne lobby, które żeruje poprzez system utajnionych recenzji na miliardach złotych zawłaszczanych z naszych podatków.
Gdy do tego dołączymy jednoczesne zatrudnienie wielu – nade wszystko samodzielnych – pracowników naukowych w kilku uczelniach publicznych i niepublicznych oraz PAN czy IPN – otrzymamy obraz niewiele odbiegający od tego z jakim mamy do czynienia w służbie zdrowia, gdzie łączenie praktyki prywatnej lekarzy z jednoczesnym zatrudnieniem w wielu jednostkach podlegających NFZ jest procesem nagminnym. Jeśli w nauce pogoń za zyskiem – osiąganym w każdy możliwy sposób – stała się dewizą funkcjonowania jednostek naukowych oraz celów życiowych wielu ich pracowników, trudno mówić o jakimś ich etosie.
Nauka i nauczanie bez etosu
Obecnie w nauce polskiej nie funkcjonuje żaden etos – ani zawodowy, ani moralny, ani patriotyczny – przypisywany niegdyś humanistyce. Dlatego trudno mówić o takim kształceniu młodzieży w polskich uczelniach, które zapewniałoby jej nie tylko zdobycie wybranego zawodu, ale również mądrości jako podstawy osiągania szlachetnych celów w życiu. Ten drugi nurt kształcenia, wywodzący się z greckiej tradycji eudajmonii – poszukiwania mądrości jako najlepszego sposobu życia – został całkowicie wyparty z naszych szkół wyższych.
Została z nich również wyparta – niestety, skutecznie – tradycja średniowiecznych uniwersytetów chrześcijańskiej Europy, które wypracowały koncepcję akademii jako miejsca nie tylko rozwoju nauki, ale również budowania wspólnoty uczonych i studentów, opartej na modelu mistrz i uczeń.
Ukształtowany w ramach wolnego rynku i funkcjonujący na zasadach liberalizmu filozoficzno-ekonomicznego obecny typ polskiej uczelni zrywa nie tylko z antyczną i średniowieczną tradycją uniwersytetu, ale narzuca obce jej uzależnienie od jakichkolwiek ideologii. One bowiem dewastują cel badań naukowych i jednocześnie cel kształcenia młodzieży, co jest widoczne nade wszystko w naukach humanistycznych i społecznych. O tym, jakie są skutki ich ideologizacji, świadczy historia nauki i szkolnictwa wyższego PRL. Wymienić można w tym miejscu tysiące pozycji, odwołujących się do marksizmu-leninizmu. Czy po totalnej dyskredytacji tej ideologii ktoś z poważnych uczonych – wyłączywszy lewacką aberrację – powołuje się na zawarte w nich „odkrycia”?
Upolitycznienie jeźdźcem Apokalipsy
Temu retorycznemu pytaniu towarzyszy drugie: jaką wartość obiektywną mają już teraz prace zdeterminowane ideologią politycznej poprawności – wymuszającej podporządkowanie nie tylko anty-aksjologicznemu postmodernizmowi, ale również dehumanizującemu genderyzmowi? Dodatkowym, najnowszym elementem ideologizacji nauki jest jej upolitycznienie, przynoszące ogromne szkody głównie w humanistyce – która obecnie jest już tylko post-humanistyką – oraz w naukach społecznych. Jak pokazuje uzależnienie nauki w epoce totalitaryzmu komunistycznego od „materializmu dialektycznego” – znanego pod uproszczonym skrótem diamat – oznaczało skazanie jej na upadek, którego skutki odczuwają do dnia dzisiejszego społeczeństwa dawnego bloku socjalistycznego.
Bez przywołania antycznej Kasandry, która wieszczyłaby podobny los tych nauk, już teraz możemy głosić ich upadek. Zapowiadało go – niczym jeździec Apokalipsy – w drugim dziesięcioleciu obecnego wieku stopniowe uzależnianie prac naukowych i procesu dydaktycznego od rosnącej w przestrzeni politycznej rusofobii. Powiązanie rusofobii ze sztuczną ukrainofilią i występującą z nią nieodłącznie banderyzacją polskiej nauki przyspieszyło proces jej upadku.
Można w tym miejscu wymienić dziesiątki rusofobicznych prac o „Putinowskiej Rosji”, zakłamujących do cna jej autentyczny obraz. I paralelnie – można zacytować długą listę publikacji prezentujących „poświęcającą się dla ludzkości” Ukrainę w jej walce z „Kremlowskim reżimem” i „ruskim mirem” – w których nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym, że oficjalną ideologią w tym „poświęceniu” jest odrodzony banderyzm. Ukrywanie w pracach naukowych faktu, iż ludobójcza ideologia jest od rozpadu ZSRR dźwignią ukraińskiej polityki jest najbardziej szkodliwą formą banderyzacji polskiej nauki. Rusofobia i banderyzacja to jedno wielkie piętno, które – podobnie jak niegdyś diamat – skazuje ją na upadek.
Upolitycznienie nauki jest dodatkowym, wyjątkowo silnym umocnieniem jej odwrotu od prawdy, realizowanego jednocześnie na gruncie postmodernizmu, politycznej poprawności i genderyzmu. Negacja prawdy w ramach upolitycznienia jest wyjątkowo skuteczna, gdyż panujący w Polsce system społeczno-polityczny przewiduje dla jej obrońców szereg restrykcji – od wykluczenia ze środowiska uniwersyteckiego i pozbawienia możliwości publikacji prac niezależnych od rusofobii i banderyzacji po odpowiedzialność sądową z różnych paragrafów kodeksu karnego. W programie unowocześniania polskich uczelni upolitycznienie nauki i nauczania stanowi również wyjątkowo skuteczną formę zrywania z tradycją uniwersytecką i destrukcji wspólnoty universitas.
Problematyka rosyjska jako obiektywny cel nauki polskiej obecnie nie istnieje. Nie istnieje w niej również obiektywne ujęcie wszelkiej problematyki ukraińskiej. Różnica w tym niezaistnieniu obiektywizmu jest jednak ogromna. W przypadku Rosji celem jest jej unicestwianie polityczne, militarne i cywilizacyjno-kulturowe. W przypadku Ukrainy – wszelkie formy jej poparcia w takim kształcie, jaki uzyskała po rozpadzie ZSRR – czyli neobanderowskim. Zgodnie z tymi dwoma przeciwstawnymi kierunkami upolitycznienia nauki dokonana została pacyfikacja rusycystyki i rosjoznawstwa na polskich uczelniach. Rozwijane na nich badania i kierunki studiów zostały podporządkowane rusofobicznej polityce polskich władz, narzuconej nam w ramach sojuszu z USA oraz członkostwa w NATO i UE. Nikt – oprócz działających poza uczelniami kilku emerytowanych profesorów nie protestował, nie przestrzegał przed przekształceniem idei wykluczania Rosji i Rosjan ze światowej rodziny narodów i odmawiania im prawa do istnienia – w nową formę nazizmu bądź rasizmu.
Zgaszony blask chwały
Rusofobia czyni spektakularne spustoszenie na gruncie nauk o Rosji – nade wszystko dlatego, że w samym swym założeniu degraduje cel ich badań i nauczania. Milczenie wobec odrzucenia prawdy o jej współczesnym obliczu, zgoda na demonizację nie tylko jej władz, ale również historii i kultury z „ruskim mirem” na czele, na – graniczące z rasizmem i agresywnym nacjonalizmem – odmawianie Rosji i Rosjanom prawa przynależności do wspólnoty międzynarodowej dyskwalifikuje na wielu poziomach przedstawicieli tych nauk jako kompetentnych badaczy. Świadczy o tym, że nie są w stanie dorównać swym poprzednikom – rusycystom i rosjoznawcom, którzy w warunkach zaborów, politycznego i ideowego skonfliktowania z Rosją radziecką w dwudziestoleciu międzywojenny, a następnie zniewolenia komunistycznego w ramach pojałtańskiego porządku światowego, pozostali wierni etosowi uczonego, służącego prawdzie i w jej imię odrzucającego uzależnienie od wszelkich ideologii.
To oni, mniej lub bardziej znani, przynieśli chwałę obiektywizmu i wolności polskiej nauce; wolności nie tylko od kłamstwa, ale także różnych subiektywizmów i partykularyzmów. Wyróżnia się pośród nich Marian Zdziechowski – wielki uczony końca XIX i pierwszego trzydziestolecia XX wieku, filozof, slawista, nade wszystko badacz kultury rosyjskiej XIX i XX wieku oraz stosunków polsko-rosyjskich, polski patriota zaangażowany w życie polityczne swej epoki. Zdziechowski stał się wzorem dla wielu pokoleń rusycystów – prezentujących opcję filologiczną – oraz rosjoznawców – ukierunkowanych na badania historyczno-kulturowe. Wzorem uczonego Polaka, który jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – w latach 1899-1919 – w okresie rozbiorowym Polski stworzył podwaliny dla wolnej od zakłamania nauki o Rosji. W tym okresie powstała fundamentalna dla późniejszych polskich badaczy jego praca porównująca polski mesjanizm z konserwatyzmem rosyjskiego słowianofilstwa Mesjaniści i słowianofile. Szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Próżno szukać w nich jakiejkolwiek zapowiedzi współczesnej rusofobii, która pogrąża polską naukę.
Jeszcze większe znaczenie pod tym względem posiada do dziś druga jego fundamentalna praca z tego zakresu Mesjaniści i słowianofile. Nowe szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Z tego tomu pochodzi określenie, jakim Zdziechowski podsumował Lwa Tołstoja jako anarchistę chrześcijańskiego, sprowadzającego wielkość chrześcijaństwa do samej tylko etyki, a ściślej do Kazania na Górze według św. Mateusza i uznania za jej istotę ideę niesprzeciwianie się złu siłą. Zdziechowski podjął polemikę z drugim najwybitniejszym obok Fiodora Dostojewskiego rosyjskim pisarzem jako równy mu polski uczony, który prezentuje swoje zdanie w poruszanych przez niego uniwersalnych kwestiach dobra i zła, życia i śmierci, ateizmu i wiary.
Do historii kultury – polskiej i rosyjskiej – weszła zarówno ta korespondencja, jak i ta, którą Zdziechowski podjął także z filozofami rosyjskiego renesansu religijnego: Nikołajem Bierdiajewem, Sergiejem Bułgakowem, Piotrem Struwe, Dmitrijem Mereżkowskim, Nikołajem Trubieckim. Kontakty z tymi wybitnymi myślicielami rosyjskimi utrzymywał także w czasie ich pobytu na Zachodzie – głównie we Francji – dokąd wyemigrowali po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej.
Również w dwudziestoleciu międzywojennym – już jako rektor Uniwersytetu Wileńskiego Zdziechowski był nie tylko natchnieniem, ale także sumieniem polskich badaczy zajmujących się Rosją – wówczas radziecką, zniewoloną przez utopię komunizmu i przez realizującą jej cele totalitarną władzę. Pisząc o radzieckiej Rosji polscy rusycyści i rosjoznawcy II Rzeczypospolitej – będącej na ideowych antypodach Związku Radzieckiego – nigdy nie posunęli się do utożsamienia z jego dehumanizacyjną machiną narodu rosyjskiego, nigdy nie odmówili mu prawa do istnienia w suwerenności i wolności. Nigdy nie przestrzegali Polski i świata przed Rosją i Rosjanami. Przestrzegali przed komunizmem w totalitarnej postaci bolszewizmu – jak to uczynił Zdziechowski w pracach z lat 30. ubiegłego wieku: Terror intelektualny w Rosji, W obliczu końca, Widmo przyszłości.
Przedwojennych, rzetelnych i obiektywnych badaczy Rosji było wielu. Wymienić należy w tym miejscu nade wszystko Wacława Lednickiego – syna Aleksandra Lednickiego – który kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim dzieło Zdziechowskiego, kierując Katedrą Literatury Rosyjskiej. Inny typ tematyki rosyjskiej na gruncie polskim tego okresu –wolną od politycznej presji publicystykę i krytykę literacką – reprezentował Rafał Blüth, związany z katolickim nurtem wydawniczym, zaś w latach 30. z działalnością emigracyjną rosyjskiej grupy literackiej Domek w Kołomnie, skupionej wokół Dmitrija Fiłosofowa. Na uwagę zasługuje ponadto zainteresowanie twórców polskich literaturą rosyjską. Należał do nich Teodor Parnicki, który podjął się jej popularyzacji w ramach wykładów, jakie wygłaszał na Uniwersytecie Lwowskim, oraz w uprawianej na łamach lwowskich czasopism krytyce literackiej.
Gdy poznajemy bliżej ich dokonania, wnioskujemy jedno: nie mają dominującego obecnie tendencyjnego charakteru; są zbudowane na prawdzie i wierności faktom historycznym, co wyklucza zaistnienie w nich rusofobii. Jest ona dziełem zdehumanizowanej współczesności.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 30 sierpnia 2026 michalkiewicz
Co tu ukrywać; vaginet obywatela Tuska Donalda brnie od sukcesu do sukcesu. Pierwszym sukcesem było wynalezienie w korcu maku przez obywatela Tuska Donalda pani doktor habilitowanej Barbary Mróz-Gorgoń na pełnomocniczkę rządu do „promowania Polski”. Prezentując panią Barbarę obywatel Tusk Donald wprost nie mógł się jej nachwalić, jaka jest mądra i urocza, niczym małżonka Pana Karola ze słynnego wiersza Janusza Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” – dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu.
„Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą,
plus seraj rozkosznych kochanic.
A Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą
i romans ma z tkaczką z Pabianic.”
Idylla trwała całe trzy tygodnie, dopóki nie ukazał się raport pod tytułem „Marka polska – podstrategia turystyczna” pani Barbary, przygotowany – jak się okazało – przy udziale sztucznej inteligencji. Tak w każdym razie przyznała pani Barbara – ale ja myślę, że przesadziła – bo wszystko wskazuje na to, że w przygotowaniu raportu musiała uczestniczyć nie żadna tam „sztuczna inteligencja”, tylko – sztuczna półinteligencja. Świadczyły o tym np. rewelacje, że Katowice znajdują się w „północnym centrum” Polski – i tak dalej. Muszę powiedzieć, że ja panią Barbarę rozumiem: woli współpracować ze sztuczną półinteligencją, niż ze sztuczną inteligencją.
Sztuczna inteligencja mogłaby wpędzić ją w kompleksy, podczas gdy w towarzystwie sztucznej półinteligencji może odczuwać zrozumiały dobrostan. O ile sukces ma wielu ojców, o tyle klęska jest sierotą, więc do „Raportu” nikt nie chciał się przyznać, wskutek czego nie wiadomo, kto konkretnie i do czyich rąk wypłacił z tego tytułu 200 tys złotych. Ale zadawanie takich pytań przez osoby nie upoważnione przez obywatela Żurka Waldemara jest zakazane, toteż skończyło się na tym, iż pani Barbara zgłosiła swoją dymisję z powodu „hejtu”, jaki obrócił się na nią po ukazaniu się Raportu. Wprawdzie zaraz potem pojawiły się fałszywe pogłoski, że ma być ona gwiazdą „Pikniku Polska”, jaki w Olsztynie urządza pan Rafał Trzaskowski, ale pani Barbara energicznie je zdementowała. Zresztą – to nic, ponieważ w „Pikniku” będą uczestniczyć inni, równie wybitni luminarze tubylczej nauki, więc mikrocefale nie doznają z tego powodu żadnego uszczerbku.
A jeśli o „hejcie” mowa, to tak właśnie tłumaczyła się działaczka Volksdeutsche Partei z Dolnego Śląska, krytykowana przez złe języki za przydzielenie odszkodowań z tytułu powodzi swemu mężowi i osobom zaprzyjaźnionym. Wprawdzie – powiada – powódź może tam nie dotarła, ale za to zalała mnie taka fala „hejtu”, że przyznanie odszkodowań z tytułu powodzi było w tej sytuacji oczywiste.
Z tą powodzią to w ogóle mamy sto pociech. Cały kraj cierpi na „suszę hydrologiczną” z powodu „globalnego ocieplenia” – ale w Głuchołazach odwrotnie. Tam ni stąd ni zowąd wystąpiła powódź, chociaż pan minister Kierwiński jeszcze nie zdążył usunąć wszystkich szkód po powodzi poprzedniej. Mimo to „rządzi mądrze i wesoło”, a podobno znajomi witając się z nim pytają go – jak ci się powodzi?
Ale to jeszcze nic w porównaniu z sukcesem na odcinku związków partnerskich. Oto właśnie weszło w życie rozporządzenie vaginetu obywatela Tuska Donalda, nakazujące urzędom stanu cywilnego w całym kraju dokonywanie „transkrypcji” tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych. Osobą pilotującą ten projekt jest Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, co to w swoim czasie „robiła doktorat” w Wyższej Szkole Gotowania Na Gazie, dopóki się nie okazało, że legitymuje się wykształceniem średnim („coś się wie, coś się nie wie”). Wprawdzie niektórzy pedanci podnoszą, że konstytucja polska nie przewiduje żadnych „małżeństw” jednopłciowych, ale zarówno obywatel Tusk Donald, jak i Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nie przyjmują tego do wiadomości.
Skoro bowiem „transkrypcja” została zalecona przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości, któremu patronuje sama Riechsfuhrerin Urszula Wodęleje, a na jej polecenie „transkrypcję” dopuścił niezawisły Naczelny Sąd Administracyjny, to co tu ma do rzeczy jakaś tubylcza konstytucja? Wiadomo, że konstytucja to jest po to, żeby było ładniej, a obowiązują rozkazy Reichsfuhrerin, ewentualnie – polecenia oficerów prowadzących albo ze starych kiejkutów, albo z ABW. Najwyraźniej w przyszłorocznych wyborach sodomczykowie i gomorytki ławą zagłosują – no właśnie – czy na Volksdeutsche Partei, czy na Lewicę – bo chociaż obywatel Tusk nalega na stworzenie „wspólnej listy” pod jego egidą, to Lewica chce stawać do wyborów pod własną flagą, podobnie jak PSL, dufne w swój aparat wyborczy w gminach wiejskich i małych miasteczkach? To są ludzie, którzy jeszcze za komuny obsiedli tam wszystkie synekury w sektorze publicznym i nie wyznają żadnej ideologii, kierując się instynktem samozachowawczym. Ten zaś im podpowiada, że dopóki PSL będzie w Sejmie, to synekury są bezpieczne, więc „ludowcy z Marszałkowskiej” mogą na nich liczyć tym bardziej, że już machnęli ręką na reprezentowanie „wszy i rolnictwa”, tylko zasmakowali w bliskich spotkaniach III stopnia z przemysłem zbrojeniowym.
Ale sodomczykowie i gomorytki do tylko jeden z odcinków, bo vaginet przechodzi do ofensywy również na odcinku praworządności ludowej. Chodzi o to, że we wrześniu w Trybunale Konstytucyjnym kończy się kadencja tzw. „sędziego-dublera” Justyna Piskorskiego, na miejsce którego wysuwany jest przez obywatela Tuska pan Maciej Berek – do niedawna minister w vaginecie i jego prawa ręka. W styczniu zaś kończy się kadencja ostatniego „sędziego-dublera” Jarosława Wyrembaka, więc jest szansa, że Trybunał Konstytucyjny zostanie już obsadzony prawidłowo przez sędziów, na których można polegać – a wtedy nie tylko będzie można zrobić porządek z resztą Trybunału, nie tylko przed wyborami zdelegalizować „niepotrzebne” partie polityczne, ale również wysadzić w powietrze „uzurpatora”, czyli – jak Judenrat nazywa pana prezydenta Karola Nawrockiego – wykorzystując w tym celu mechanizm opisany w art. 131 konstytucji. Chodzi o stwierdzenie niemożności sprawowania przez prezydenta urzędu. Jeśli prezydent „nie może” zawiadomić o takiej niemożności marszałka Sejmu – na przykład dlatego, że nic o żadnej niemożności nie wie – to wtedy o „niemożności” orzeka Trybunał Konstytucyjny – oczywiście obsadzony przez sędziów, na których można polegać.
W rezultacie obowiązki prezydenta przejmuje marszałek Sejmu. Mechanizm jest prosty, jak budowa cepa – ale aż taka ostentacja budzi wątpliwości wśród niektórych przedstawicieli środowiska płomiennych szermierzy praworządności. Jedni są przeciw – inni, np. pan prof. Sadurski – są za – a reprezentująca autorytety moralne pani prof. Ewa Łętowska chciałaby tylko, żeby zostały zachowane pozory, w postaci „procedur”. To da się zrobić, a jeśli nawet pojawiłyby się przy tej okazji jakieś hałasy, to zostaną one stłumione jako „mowa nienawiści” – bo nie można usmażyć omletu, nie rozbijając jajek. Zatem sezon polityczny zapowiada się interesująco.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
______________