Tak umierał Chopin. „Bez ciebie byłbym zdechł – jak świnia”

Tak umierał Chopin. „Bez ciebie byłbym zdechł – jak świnia”

Marzena Nykiel  kultura/tak-umieral-chopin-bez-ciebie-bylbym-zdechl-jak-swinia

Chwila śmierci Fryderyka Chopina jest równie poruszająca jak jego muzyka. Zmarł 176 lat temu, 17 października 1849 r. w Paryżu, mając zaledwie 39 lat. Następnego dnia Cyprian Kamil Norwid ogłosił w „Dzienniku Polskim”: „Rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem – świata Obywatel, Fryderyk Chopin, zeszedł z tego świata”.

Ostatnie momenty jego życia opisał ks. Aleksander Jełowicki, który wyspowiadał kompozytora i opatrzył sakramentami. „W końcu on, co zawsze był wykwintnym w mowie, chcąc mi wyrazić całą wdzięczność swoją, a oraz i nieszczęście tych, co bez Sakramentów umierają, nie wahał się powiedzieć: „Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł — jak świnia!” W samym skonaniu jeszcze raz powtórzył Najsłodsze Imiona: Jezus, Maria, Józef, przycisnął krzyż do ust i do serca swego i ostatnim tchnieniem wymówił te słowa: „Jestem już u źródła szczęścia!…” I skonał. Tak umarł Chopin. Módlcie się za nim, ażeby żył wiecznie”.

Prośba o „Requiem” i zabranie serca do Polski

Fryderyk Chopin odchodząc, wyraził kilka ważnych próśb. Chciał, by ludzie w przyszłości uprawiali tylko wartościową muzykę, by na pogrzebie zagrano mu „Requiem” Mozarta, by jego serce powróciło do Ojczyzny, a do grobu złożona została ojczysta ziemia. Serce przewiozła potajemnie do Warszawy siostra artysty, Ludwika Jędrzejewiczowa, w wypełnionym alkoholem słoju, który ukryła pod ubraniem. Przekazała je do kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, parafialnej świątyni rodziny Chopinów, gdzie trzymano je w skrzynce złożonej w katakumbach. W 1879 roku, w tajemnicy przed władzami rosyjskimi, serce wmurowano w jeden z filarów w nawie kościoła, ozdobiono marmurowym popiersiem kompozytora dłuta Leonarda Marconiego i tablicą z napisem: „Fryderykowi Chopinowi – rodacy” oraz cytatem z Ewangelii św. Mateusza: „Gdzie skarb Twój, tam serce Twoje”.

Co roku przy sercu Chopina, w dniu jego śmierci, zbierają się czciciele jego pamięci, by modlić się wspólnie przy uroczystym „Requiem”, które sam wybrał. Podobnie będzie i dziś, choć niestety mniej uroczyście z uwagi na zmiany, jakie od kilku lat wprowadza Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Dzieło Mozarta nie zabrzmi w postaci, jakiej oczekiwał największy polski kompozytor, czyli z orkiestrą i chórem, ale zostanie wykonane na fortepianie solo przez ukraińskiego pianistę.

Łzy, spowiedź i spotkanie z Bogiem

Fryderyk Chopin nie prowadził życia religijnego, choć katolickie wychowanie wyniósł z domu. Jego matka, Justyna z Krzyżanowskich, była gorliwą patriotką i oddaną katoliczką. Pomimo życiowych zawirowań, kompozytor postanowił na łożu śmierci odzyskać wiarę i do Kościoła. Przyczynił się do tego jego przyjaciel – ks. Aleksander Jełowicki, niezwykły duszpasterz Wielkiej Emigracji, który widząc pogarszający się stan zdrowia wirtuoza, usilnie zabiegał o jego nawrócenie. Prowadził z Fryderykiem rozmowy o domu rodzinnymi i Ojczyźnie, próbował ożywić ducha wiary i gorliwie modlił się w intencji nawrócenia kompozytora. Ks. Jełowicki był postacią niezwykle barwną, dobrym duchem Polaków w Paryżu. Był nie tylko kapłanem, ale i poetą, pisarzem, tłumaczem, a także uczestnikiem Powstania Listopadowego. W Paryżu poza opieką duchową nad polskimi emigrantami, zajmował się krzewieniem polskiej kultury. Własnym nakładem wydawał dzieła polskich poetów, krzepiących naród w walce o niepodległość, m.in. III część „Dziadów”, „Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” oraz „Pana Tadeusza”.

Modlitwy i starania ks. Jełowickiego przyniosły upragnione owoce. Fryderyk Chopin doświadczył płomiennego nawrócenia. Świadectwo towarzyszącego mu w tym przyjaciela dowidzi, jak wielką przeżył przemianę, pełen pokory i gorliwego żalu. Ks. Jełowicki opisał ostatnie dni i sekundy życia Chopina w liście do Ksawery  Grocholskiej.

Świadectwo spowiednika — przyjaciela Chopina

List paryskiego jezuity jest tak poruszający, że trzeba go odczytać w całości. Poniżej jego pełna treść:

Przezacna Pani! Jeszcze pod wrażeniem śmierci Chopina piszę o niej słowo. Umarł 17 października 1849 roku o godzinie drugiej z rana.

Od lat mnogich życie Chopina było jak na włosku.

Ciało jego, zawsze mdłe i słabe, coraz bardziej się wytrawiało od ognia jego geniuszu. Wszyscy się dziwili, że w tak wyniszczonym ciele dusza jeszcze mieszka i nie traci na bystrości rozumu i gorącości serca. Twarz jego jak alabaster zimną była, białą i przejrzystą; a oczy jego, zwykle mgłą przykryte, iskrzyły się niekiedy blaskami wejrzenia. Zawsze słodki i miły, i dowcipem wrzący, a czuły nad miarę, zdawał się już mało należeć do ziemi. Ale niestety, o Niebie nie myślał. Miał on niewiele dobrych przyjaciół, a złych, tj. bez wiary, bardzo wielu; ci zwłaszcza byli jego czcicielami. A triumfy jego w sztuce najwnikliwszej zagłuszyły mu w sercu Ducha Św. jęki niewypowiedziane. Pobożność, którą z łona matki Polki był wyssał, była mu już tylko rodzinnym wspomnieniem. A bezbożność towarzyszów i towarzyszek jego lat ostatnich wsiąkała coraz bardziej w chwytny umysł jego i na duszy jego jak chmurą ołowianą osiadła zwątpieniem. I tylko już mocą wykwintnej przyzwoitości jego się stawało, że się nie naśmiewał głośno z rzeczy świętych, że jeszcze nie szydził.

W takim to opłakanym stanie schwyciła go śmiertelna piersiowa choroba. Wieść o tym, blada zbliżającą się śmiercią Chopina, spotkała mię więc przy powrocie moim z Rzymu do Paryża. Wnet po biegłem do tego od lat dziecinnych przyjaciela mego, którego dusza tym droższa mi była. Uścisnęliśmy się wzajem, a, wzajemne łzy nasze wskazały nam, że już ostatkami gonił. Nędzniał i gasł widocznie; a jednak nie nad sobą, ale nade mną raczej zapłakał użalając się morderczej śmierci brata mego Edwarda, którego też kochał. 

Skorzystałem z tej tkliwości jego, aby mu przypomnieć Matkę… i jej wspomnieniem rozbudzić w nim wiarę, której go była nauczyła. „Ach, rozumie cię, rzekł mi, nie chciałbym umrzeć bez Sakramentów, aby nie zasmucić Matki mej ukochanej; ale ich przyjąć nie mogę, bo już ich nie rozumiem po twojemu. Pojąłbym jeszcze słodycz spowiedzi płynącą ze zwierzenia się przyjacielowi; ale spowiedzi jako Sakramentu zgoła nie pojmuję. Jeżeli chcesz, to dla twej przyjaźni wyspowiadam się u ciebie, ale inaczej to nie”. Na te i tym podobne słowa Chopina ścisnęło mi się serce i zapłakałem. Żal mi było, żal mi tej miłej duszy. Upieszczałem ją, czym mogłem, już to Najświętszą Panną, już Panem Jezusem, już najtkliwszymi obrazami miłosierdzia Bożego. Nic nie pomagało. Ofiarowałem się przyprowadzić mu, jakiego zechce, spowiednika. A on mi w końcu powiedział: „Jeśli kiedy zechcę się wyspowiadać, to pewno u Ciebie.” Tego się właśnie po tym wszystkim, co mi powiedział, najbardziej lękałem.

Upłynęły długie miesiące w częstych odwiedzinach moich, ale bez innego skutku. Modliłem się wszakże z ufnością, że nie zaginie ta dusza. Modliliśmy się o to wszyscy zmartwychwstańcy, zwłaszcza czasu rekolekcji. Aż oto 12 bm. wieczorem przyzywa mię co prędzej doktor Cruveiller mówiąc, że za nic nie ręczy. Drżący od wzruszenia stanąłem u drzwi Chopina, które po raz pierwszy przede mną zamknięto. Jednak po chwili kazał mię wpuścić, lecz tylko na to, aby mi rękę uścisnąć i powiedzieć: „Kocham cię bardzo, ale nic nie mów, idź spać”.

Wystaw sobie, kto możesz, jaką noc przebyłem! Nazajutrz przypadł dzień św. Edwarda, patrona ukochanego brata mojego. Ofiarując za jego duszę mszę świętą, tak prosiłem Boga: O Boże, litości! Jeżeli dusza brata mego Edwarda miłą jest Tobie, daj mi dzisiaj duszę Fryderyka!

Więc ze zdwojoną troską szedłem do Chopina. Zastałem go u śniadania, do którego gdy mię prosił, ja rzekłem: „Przyjacielu mój kochany, dziś są imieniny mego brata Edwarda.” Chopin westchnął, a ja mówiłem tak dalej: „W dzień mego brata daj mi wiązanie.” „Dam ci, co zechcesz”, odpowiedział Chopin, a ja odrzekłem: „Daj mi duszę twoją!” „Rozumiem cię, weź ją!”, odpowiedział Chopin i usiadł na łóżku.

Wtedy radość niewymowna, ale oraz i trwoga ogarnęły mię. Jakżeż wziąć tę miłą duszę, by ją oddać Bogu? Padłem na kolana, a w sercu moim zawołałem do Pana: „Bierz ją sam!” I podałem Chopinowi Pana Jezusa ukrzyżowanego, składając Go w milczeniu na jego dwie ręce. I z obu oczu trysnęły mu łzy.

„Czy wierzysz?”, zapytałem. Odpowiedział: „Wierzę.” „Jak cię matka nauczyła?” Odpowiedział: „Jak mię nauczyła matka”! I wpatrując się w Pana Jezusa ukrzyżowanego, w potoku łez swoich odbył spowiedź świętą. I tuż przyjął Wiatyk i Ostatnie Pomazanie, o które sam prosił. Po chwili kazał dać zakrystianowi dwadzieścia razy tyle, co zwykle się daje, a ja rzekłem: „To za wiele.” „Nie za wiele – odpowiedział – bo to, com przyjął, jest nad wszelką cenę.” I od tej chwili przemieniony łaską Bożą, owszem, samym Bogiem, stał się jakoby innym człowiekiem, rzekłbym, że już świętym.

Tegoż dnia poczęło się konanie Chopina, które trwało dni i nocy cztery. Cierpliwość, zdanie się na Boga, a często i rozradowanie towarzyszyły mu aż do ostatniego tchnienia. Wpośród najwyższych boleści wypowiedział szczęście swoje i dziękował Bogu, że aż wykrzykiwał miłość swą ku Niemu i żądzę połączenia się z Nim co prędzej. I opowiadał swe szczęście przyjaciołom, co go żegnać przychodzili, a i w pobocznych izbach czuwali. Już tchu nie stawało, już się zdawał, że kona, już jęk nawet był umilkł, przytomność odbiegła. Strwożyli się wszyscy i tłumem się do pokoju jego byli nacisnęli czekając z biciem serca już ostatniej chwili. Wtem Chopin otworzywszy oczy i ten tłum ujrzawszy, zapytał: „Co oni tu robią? Czemu się nie modlą?” I padli wszyscy ze mną na kolana, i odmówiłem Litanię do Wszystkich ŚŚ., na którą i protestanci odpowiadali.

Dzień i noc prawie ciągle trzymał mię za obie ręce, nie chcąc mię opuścić, a mówiąc: „Ty mnie nie odstąpisz w tej stanowczej chwili.” I tulił się do mnie, jak zwykło dziecię czasu niebezpiecznego tulić się do matki. I co chwila wołał: „Jezus, Maria!”, i całował krzyż z zachwytem wiary i nadziei, i wielkiej miłości. Niekiedy przemawiał do obecnych, z największą tkliwością mówiąc: „Kocham Boga i ludzi!… Dobrze mi, że tak umieram… Siostro moja kochana, nie płacz. Nie płaczcie, przyjaciele moi. Jam szczęśliwy! Czuję, że umieram. Módlcie się za mną! Do widzenia w Niebie”.

To znowu do lekarzów usiłujących przytrzymać w nim życie powiadał: „Puśćcie mię, niech umrę. Już mi Bóg przebaczył, już mię woła do siebie! Puśćcie mię; chcę umrzeć!” I znowu: „O, pięknaż to umiejętność przedłużać cierpienia. Gdybyż jeszcze na co dobrego, na jaką ofiarę! Ale na umęczanie mnie i tych, co mnie kochają, piękna umiejętność!” I znowu: „Zadajecie mi na próżno cierpienia srogie. Możeście się pomylili. Ale Bóg się nie pomylił. On mię oczyszcza, O, jakże Bóg dobry, że mię na tym świecie karze! O, jakże Bóg dobry!”

W końcu on, co zawsze był wykwintnym w mowie, chcąc mi wyrazić całą wdzięczność swoją, a oraz i nieszczęście tych, co bez Sakramentów umierają, nie wahał się powiedzieć: „Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł – jak świnia!”.

W samym skonaniu jeszcze raz powtórzył Najsłodsze Imiona: Jezus, Maria, Józef, przycisnął krzyż do ust i do serca swego i ostatnim tchnieniem wymówił te słowa: „Jestem już u źródła szczęścia!…”.

I skonał.

Tak umarł Chopin! Módlcie się za nim, ażeby żył wiecznie.

Uniżony wasz w Chrystusie sługa. Z. A. Jełowicki.

Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/743340-tak-umieral-chopin-bez-ciebie-bylbym-zdechl-jak-swinia

MEM prawdę ci powie

[Polska jest we Wszechświecie, więc należą też do mieszkańców Mgławicy Andromedy, jako najbliżej nas leżącej md]

=========================================

TuSSk won!

————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Szkolenia Bloomberga. Polskie miasta sterowane przez „kartel klimatyczny”

Szkolenia Bloomberga. Polskie miasta sterowane przez „kartel klimatyczny”

Agnieszka Stelmach https://pch24.pl/szkolenia-bloomberga-polskie-miasta-sterowane-przez-kartel-klimatyczny/

=======================

Bloomberg wraz z byłym szefem Banku Anglii i Kanady, a obecnym premierem Kanady, Markiem Carney’em jest objęty formalnym dochodzeniem prowadzonym przez Komisję Sądownictwa Izby Reprezentantów USA

=============================================

„Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski został wybrany do udziału w pierwszej edycji pionierskiego programu Bloomberg LSE European City Leadership, który ma na celu przyspieszenie wdrażania działań korzystnych dla mieszkańców” – donosi „Dziennik Polski”. Gazeta zadała magistratowi szereg pytań wokół zasadności 9-miesięcznego szkolenia prezydenta wraz z wybranymi urzędnikami, usiłując dowiedzieć się, co przez to zyska Kraków.

Jednocześnie, radny Łukasz Gibała przekonuje, że Miszalski powinien przestać być prezydentem, ponieważ nie ma pomysłu, jak poradzić sobie z bardzo złą sytuacją finansową miasta. Co zatem może zaoferować program szkoleń nastawionych na propagowanie „zielonej transformacji” i „inkluzji”?

Oponent obecnego włodarza Krakowa w wywiadzie dla DoRzeczy.pl mówił niedawno, że „ludzie rozważają emigrację” i pośród krakowian „dojmujące jest poczucie beznadziei”

Gibała zarzuca prezydentowi „zaniechania” i brak działań w obecnej „bardzo złej sytuacji finansowej” „najbardziej zadłużonego miasta w Polsce, licząc dług na mieszkańca”. „Władze Miasta nie mają żadnego pomysłu na rozwiązanie tego problemu. Na razie łupią krakowian opłatami za parkowanie, komunikację czy śmieci. Do tego dochodzą idiotyczne oszczędności, które realnie przynoszą więcej szkód mieszkańcom niż zysku miejskiej kasie. Na przykład „Librus” – miasto przestało płacić za licencję na aplikację mobilną, przerzucając to na rodziców” – wymienia radny. Dodając do tego ograniczenie pieniędzy na wsparcie seniorów, np. zamiast dotychczasowych 50 godzin miesięcznej pomocy asystenckiej od pracowników społecznych dla osób 85+, będzie 25 godzin.

Z powodów oszczędnościowych nie napełniono latem sadzawki w Parku Jordana. Jednak w tym samym czasie prezydent „szerokim gestem rozdziela miejską kasę wśród swoich przyjaciół i znajomych”, reformując magistrat w ten sposób, że „stworzył nowe stanowiska kierownicze, na których lądują ludzie, których jak informują media – może złośliwie, ale nie bez pewnej dozy prawdopodobieństwa – główną kompetencją są zdjęcia z Miszalskim z czasów jego kampanii”. Zaraz po objęciu urzędu nowy prezydent rzeczywiście stworzył osiem departamentów.

Włodarz miasta w październiku udał się z grupą urzędników do USA i – jak zaznaczył Gibała – właściwie nie wiadomo, po co. Spotkał się tam z Konsulem RP w Nowym Jorku i z Bogdanem Klichem, którego prezydent Nawrocki nie chce mianować na ambasadora Polski w Waszyngtonie.

Zdaniem radnego, prezydent Miszalski ma „żyć w zupełnym oderwaniu od problemów mieszkańców”.

Na domiar złego, coraz częściej mówi się o grupowych zwolnieniach w centrach biznesowych, co ma o tyle istotne znacznie, że około 125 tysięcy krakowian pracuje w korporacyjnych centrach usług wspólnych, w IT (ponad 20 proc.). Może się to zatem negatywnie odbić na mniejszych biznesach, które dotąd obsługiwały tę dobrze zarabiającą grupę. Niektórzy zaczynają porównywać Kraków do Detroit – niegdyś świetnie prosperującego, a potem upadłego z powodu potencjalnego wysokiego bezrobocia i zapaści gospodarczej.

W ogólnopolskim rankingu „Business Insidera”, badającego jakość życia w dużych miastach, gród Kraka także nie wypada dobrze, zajmując ostatnie miejsce.

Zatem, czy szkolenia organizowane przez Bloomberg Philantropies pomogą prezydentowi i jego najbliższym współpracownikom w lepszym zarządzaniu miastem i w pokonaniu trudności, z którymi się ono zmaga?

Szkolenia Bloomberga nauczą walczyć z „prawicowym populizmem”

Z założenia szkolenia, do których wybrano 30 burmistrzów i łącznie 60 urzędników miejskich z 17 krajów, głownie Europy, mają „łączyć wiedzę specjalistyczną London School of Economics and Political Science, Hertie School w Berlinie oraz ponad dziesięcioletnie doświadczenie Bloomberg Philanthropies w zakresie wzmacniania potencjału urzędów miejskich na całym świecie”.

Program ma zapewnić „pionierską wiedzę specjalistyczną w zakresie rozwiązywania problemów, modernizacji usług, usprawniania działań i poprawy jakości życia mieszkańców – przyczyniając się do postępów w najważniejszych dla mieszkańców kwestiach – od mieszkalnictwa przez transport po szanse dla młodzieży”.

– Zależy mi, by Kraków był miejscem, w którym rodzą się nowoczesne rozwiązania – zarówno w zakresie mobilności, zielonej transformacji, jak i usług publicznych. Udział w programie Bloomberg LSE European City Leadership Initiative to szansa, by korzystać z doświadczeń najlepszych i jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby krakowian. Współpraca i wymiana wiedzy z liderami z całej Europy pomogą nam wprowadzać zmiany, które realnie poprawią jakość życia w naszym mieście – przekonuje prezydent Miszalski.

Program ma dostarczyć wiedzy w zakresie zarządzania, pewnych strategii i sieć kontaktów.

Brytyjski „The Independent” jednoznacznie wskazuje, że „Regionalni liderzy i burmistrzowie z 30 krajów europejskich mają być przygotowani do walki z rosnącą popularnością prawicowego populizmu na kontynencie w ramach nowego projektu o wartości 50 mln dolarów, realizowanego z wiodącym brytyjskim uniwersytetem”.

Dodaje, że „były burmistrz Nowego Jorku i magnat medialny Mike Bloomberg łączy siły z London School of Economics and Political Science (LSE), aby zorganizować pierwszy w historii profesjonalny kurs przywództwa i zarządzania, skierowany do liderów samorządowych” z regionu.

„Projekt postrzega miasta jako laboratoria demokracji – pragmatyczne, rozwiązujące problemy i najbliższe potrzebom obywateli, co sprawia, że ​​politycy, którzy nimi zarządzają, stanowią istotną ostoję dla rozwoju partii takich jak Reform” Nigela Farage’a. Inicjatywa ma pomóc w formacji „kolejnego pokolenia postępowych liderów”, „wyposażając ich w umiejętności, strategie, zasoby i wspólną siłę, aby kształtować przyszłość Europy”.

„Z Gertem Wildersem na czele największej partii w Holandii, rosnącym poparciem Marine Le Pen we francuskim Zgromadzeniu Narodowym i 13-punktową przewagą Farage’a nad Partią Pracy w sondażach, liderzy samorządowi są obecnie postrzegani jako kluczowa linia obrony przed populizmem” – konstatuje brytyjskie medium.

Burmistrzowie i prezydenci jako główni wykonawcy globalnej polityki

– Kontynuujemy globalną ekspansję naszych programów przywództwa miejskiego, ponieważ widzimy, jak dobrze działają i chcemy, aby skorzystało z nich więcej miast – przekonuje inicjator szkoleń realizowanych w USA od 2017 r., Mike Bloomberg, założyciel Bloomberg L.P. i Bloomberg Philanthropies, 108. burmistrz Nowego Jorku i niedoszły prezydent USA.

 – W związku z tym, że Europa coraz częściej oczekuje od samorządów przywództwa, z radością łączymy siły z London School of Economics and Political Science oraz Hertie School w ramach tej nowej inicjatywy. Razem możemy zapewnić burmistrzom i wyższym urzędnikom narzędzia, szkolenia i sieci partnerskie, których potrzebują, aby stawić czoła największym wyzwaniom – i odnieść sukces – dodał.

To w miastach pojawiają się nasze najbardziej złożone i pilne wyzwania, a zatem to właśnie tam często zaczynają się prawdziwe rozwiązania – komentował profesor Larry Kramer, rektor i wicekanclerz LSE. – Burmistrzowie w całej Europie chcą przewodzić. Jednak, by rozwiązywać wyjątkowe problemy, z którymi się borykają i wykorzystywać nowe możliwości, potrzebują sprawnego zarządzania, silnych zespołów i umiejętności innowacyjnych – dodał.

Nowe szkolenia dla włodarzy miejskich mają zapewnić pozostanie na wytyczonym kursie zmierzania do tak zwanej gospodarki zeroemisyjnej, gdy słabnie poparcie dla „zielonych ładów”. Miasta odgrywają kluczową rolę w zakresie realizacji globalnych programów: celów porozumienia paryskiego z 2015 r. powiązanego z Agendą 2030 z tego samego roku. Muszą one zrealizować ponad 65 proc. wszystkich celów Agendy 2030 (tzw. lokalizacja celów) wbrew woli mieszkańców, którzy sprzeciwiają się kosztownej i często bezsensownej polityce budowania „odporności” klimatycznej oraz „inkluzji” (promocja ideologii gender, otwartość na imigrantów i uchodźców itp.).

To włodarze miast muszą znaleźć sposób na polaryzację społeczną i zlikwidować sprzeciw wobec głębokiej ingerencji w życie mieszkańców miast.

Bloomberg LSE European City Leadership Initiative ma – podczas dziewięciomiesięcznego intensywnego szkolenia – nauczyć włodarzy miejskich zwiększać wydajność, ambicje w zakresie polityki klimatycznej i odbudować zaufanie do władzy.

Program europejski jest rozszerzeniem projektu Bloomberg Harvard City Leadership Initiative realizowanego od 2017 r., gdy po raz pierwszy 40 burmistrzów i 80 kierowników miejskich wzięło udział w intensywnym programie coachingu z zakresu przywództwa i zarządzania prowadzonego przez wykładowców z Harvard Kennedy School i Harvard Business School.

Bloomberg Philanthropies wraz z Harvardem stworzyli w dalszej kolejności Centrum Bloomberga, które miało przynieść „pogłębione zaangażowanie w odważne przywództwo w miastach”. Szkoli ono burmistrzów i nowe pokolenie urzędników w zakresie polityki behawioralnej. A w sytuacjach kryzysowych, takich jak „pandemia” covidowa, ekipa Bloomberga poprzez cotygodniowe spotkania wskazywała urzędnikom, jakie mają wprowadzać zarządzenia. Centrum zajęło się koordynacją publicznej polityki zdrowotnej w miastach. W czasie „pandemii COVID-19”, w latach 2020–2021 w cotygodniowych spotkaniach burmistrzów i ich zespołów brało udział 379 burmistrzów i 826 liderów miast z 49 krajów.

Nakręcanie popytu na „zielone technologie”

Programy Inicjatywy Bloomberg Harvard City Leadership w USA zapewniły szkolenia i wsparcie 159 burmistrzom i ich 800 najważniejszym doradcom. Wywierają silny wpływ na politykę miejską i krajową. Ich promotorzy chcą jednak kształtować również strategie władz w skali globalnej.

Bloomberg uruchomił programy ułatwiające tworzenie sieci kontaktów między samorządowcami, umożliwiając przepływ wskazówek dotyczących zdrowia publicznego, raportowania o postępach w zakresie walki z emisjami dwutlenku węgla, zarządzania kryzysowego, propagowania inkluzji itp.

Właściciel Bloomberg Philantropies, były burmistrz Nowego Jorku (3 kadencje), znany jest z upodobania do wprowadzania tak zwanych podatków behawioralnych. Walczy nie tylko z paleniem papierosów, ale także ze słodkimi napojami gazowanymi, tłuszczami trans, z samochodami prywatnymi itd.

Jednak Bloomberg, były specjalny wysłannik ONZ ds. zmian klimatu i miast, od lat jest zaangażowany w batalię z paliwami kopalnymi. Jego fundacja zainwestowała swoje środki w ponad 810 miastach i 170 krajach na całym świecie.

Inwestor z Wall Street, który zarobił duże pieniądze na terminalach, zaawansowanych platformach finansowych pozwalających na raportowanie niemal w czasie rzeczywistym różnych danych, w samym tylko 2020 r. rozdysponował 1,6 miliarda dolarów ramach projektów przeznaczonych dla miast.

Stworzył Bloomberg Cities Idea Exchange, propagując gotowy zestaw 11 polityk, które mają być upowszechniane i skalowane. Włodarze uczestniczący w szkoleniach otrzymują konkretne wskazówki i porady techniczne od pracowników organizacji.

Jak zaznacza James Anderson, dyrektor ds. innowacji rządowych w Bloomberg Philantropies, ideą jest „wyciągnięcie wniosków z licznych eksperymentów na całym świecie” i „stworzenie infrastruktury, która szczerze mówiąc nie istnieje (…) i pomóc ją urzeczywistnić, aby przetrwała”.

Propaguje się „na początek” 11 interwencji politycznych obejmujących: instalację czujników jakości powietrza w szkołach i ośrodkach zdrowia dla dzieci, termomodernizację budynków publicznych, żywienie stołówkowe w szkołach przygotowywane z produktów rolnych i mięsa pochodzących ze zrównoważonych upraw (np. sztuczne mięso), digitalizację procesu uzyskiwania licencji biznesowych i innych zezwoleń, zapewnienie chłodni dla lokalnych sprzedawców produktów rolnych, oferowanie większej liczby letnich programów edukacyjnych dla dzieci, łączenie potrzebujących z sąsiadami, wprowadzanie zakazów palenia i innych behawioralnych rozwiązań, przekształcanie kontenerów transportowych w tymczasowe domy dla osób bezdomnych, wprowadzanie ograniczeń prędkości aut w miastach, włączenie osób nieformalnie zbierających śmieci do grona pracowników sektora publicznego.

Największą wartością szkoleń jest – jak wskazuje Yonah Freemark, główny współpracownik naukowy w Centrum Polityki Mieszkaniowej i Społeczności Metropolii w Urban Institute – kojarzenie ze sobą samorządowców. Dzielą się oni swoimi doświadczeniami i wskazują konkretne firmy oferujące dane rozwiązania, np. czujniki badające jakość powietrza albo konkretne oprogramowania. Freemark podał przykład Peru. – Mieszkańcy innych miast mogą interesować się zanieczyszczeniem powietrza, ale nie wiedzą, z kim się skontaktować w tej sprawie. Nie wiedzą, z kim [Lima] się skontaktowała. Ta osoba w Limie powie im, kto był ich kontaktem w Microsoft lub innej firmie, która przekazała im czujnik powietrza i pomoże im nawiązać kontakt. To nigdy by się nie wydarzyło bez tego rodzaju bezpośredniej komunikacji – zachwalał szkolenia Freemark.

Bloomberg propaguje kampanię „It’s In The Air”, którą uzupełnia program „Breathe Cities” C40 opracowany we współpracy z Bloomberg Philanthropies i Clear Air Fund. Chodzi o rozmieszczanie czujników jakości powietrza w najbardziej zanieczyszczonych miejscach miast, aby uzasadniać surową i dyskryminacyjną politykę tworzenia większej liczby stref czystego transportu, tak zwanej niskiej emisji i „miast 15-minutowych”, radykalnie przekształcając ulice i przestrzeń publiczną poprzez zamykanie, zwężanie, przeznaczanie na ruch pieszy i rowerowy. Więcej na ten temat można znaleźć w przewodniku dla innych miast: „The Breathe London Blueprint” .

Anderson zaznacza, że projekt przywództwa Bloomberga koncentruje się na stronie popytu, na generowaniu zainteresowania pomysłami politycznymi wśród osób, które faktycznie będą je wdrażać, a następnie na zapewnianiu wsparcia dla ich działań. Samorządowcy otrzymują konkretne pomysły, rozwiązania i kontakty firm, które… akurat mają odpowiednie rozwiązania technologiczne. Na tym polega zapewnienie zasobów i wsparcia.

„Burmistrz świata” i ambicje globalne

Bloomberg stał się mentorem burmistrzów na całym świecie. Potentat medialny, który znajduje się wśród dziesięciu (czasami w II dziesiątce) najzamożniejszych osób na świecie z majątkiem obecnie szacowanym na ponad 100 miliardów USD) wykorzystuje – podobnie jak inni miliarderzy – filantropię, aby zmienić sposób zarządzania miastami i zrealizować własne ambicje „ulepszania” świata.

Za pośrednictwem Bloomberg Philanthropies zapewnia „finansowanie i wsparcie techniczne” około 700 samorządom miejskim w 150 krajach, zyskując unikalną i niezwykle wpływową pozycję quasi-publiczną. Czasami, nawet naukowcy, dają mu przydomek „burmistrza świata”, zwracając uwagę na brak demokratycznej legitymacji do tak silnego oddziaływania na władzę.

Zresztą, jak sam powtarza: liczą się partnerstwa między filantropami a rządem. To „idealne dopasowanie”. – Filantropi dysponują zasobami, których rządy potrzebują do innowacji, a rządy mają uprawnienia, których filantropi potrzebują do rozwiązywania problemów – podkreśla Bloomberg.

By jeszcze bardziej „zachęcać” burmistrzów do wejścia w swoje inicjatywy Bloomberg organizuje konkurs „Mayors Challenge” – od 2021 roku rozszerzył go na cały świat – oferując zwycięskim miastom po 1 milionie dolarów i jeszcze większe wsparcie techniczne. Bloomberg Philantropies tworzy „zespoły ds. innowacji” w ramach samorządów miejskich, oferując certyfikaty i wsparcie dla smart cities (inteligentnych miast), które jeszcze więcej zbierają danych i raportują do instytucji globalnych o postępach swojej polityki, wprowadzają więcej innowacji (np. Bloomberg Philanthropies’ City Data Alliance, Bloomberg CityLab itd.).

Bloomberg Philanthropies preferuje model miękkiej siły, pilnując jednak, by setki ratuszy na całym świecie nie odeszły od eko-społecznej transformacji cyfrowej, generując popyt na „zieloną” gospodarkę opartą na danych i pełniąc rolę „meta-rządu”.

Nie bez znaczenia jest fakt, iż „Bloomberg oferuje innowacyjne narzędzia ułatwiające ocenę i ujawnianie emisji dwutlenku węgla. Terminal oferuje narzędzie Portfolio Carbon Footprinting Tool oraz narzędzie Carbon Tracker 2 Degree Scenario Analysis Tool. BloombergNEF, nasze branżowe ramię badawcze, pomaga użytkownikom generować możliwości, zapewniając dogłębną analizę czterech kluczowych obszarów – czystej energii, zaawansowanego transportu, surowców i nowych technologii” – informuje na swojej stronie.

Organizacja opracowała wraz z Zespołem Roboczym Rady Stabilności Finansowej ds. Ujawnień Finansowych Związanych z Klimatem (TCFD) oraz Radą Standardów Rachunkowości Zrównoważonego Rozwoju (SASB) wytyczne dotyczące raportowania pozafinansowego ESG, promując przejście na gospodarkę niskoemisyjną i próbuje – poprzez różne globalne sojusze – wymusić na firmach podporządkowanie się polityce klimatycznej.

Znamienne jest, że kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych, który nie uzyskał nominacji Partii Demokratycznej, w 2017 roku uruchomił program finansowania asystentów stanowych prokuratorów generalnych. Ich rola polegała na pozywaniu firm i administracji Donalda Trumpa z powodu nierespektowania radykalnej polityki klimatycznej.

Fundacja Bloomberga zawarła porozumienie z New York University School of Law State Energy & Environmental Impact Center dotyczące pokrywania pensji dla prawników toczących batalie z oponentami porozumienia paryskiego w sprawie klimatu. Oficjalnie 5,6 mln dolarów było przeznaczone na stypendia badawcze. Niektórzy prokuratorzy zgłaszali sprzeciw wobec finansowania pracowników rządu przez prywatną organizację. Zdaniem waszyngtońskiego prawnika Chrisa Hornera, oczywistym było, że za fasadą etyki neutralności kryły się cele o charakterze „postępowym”.

Prokurator generalny Maryland Brian Frosh przyznał, że korzystał z usług prawników Impact Center do walki z pierwszą administracją prezydenta Donalda Trumpa, która ogłosiła wycofanie się z porozumienia paryskiego.

„Prokuratorzy od klimatu”, jak określano prawników opłacanych przez Bloomberga, skierowali pozew w imieniu miasta Baltimore przeciw producentom paliw kopalnych. Domagali się od nich odszkodowania z powodu zanieczyszczeń oraz zmian klimatu rzekomo powodowanych przez te firmy.

Miliarder, właściciel m.in. Bloomberg L.P. – największej na świecie agencji prasowej, specjalizującej się w dostarczaniu informacji na temat rynków finansowych – pełniąc funkcję przedstawiciela ONZ ds. miast i zmian klimatu zażądał podczas szczytu klimatycznego w Bonn w 2017 r. przyznania amerykańskiej koalicji miast, stanów i firm statusu, jaki przysługuje jedynie państwom. Bloomberg twierdził, że podmioty niepaństwowe mogą – mimo wycofania USA z umowy klimatycznej przez administrację prezydenta Trumpa – wypełniać zobowiązania klimatyczne. Muszą jednak uzyskać dostęp do stołu negocjacyjnego ONZ.

Miliarder przekonywał, że koalicja miast, stanów i firm reprezentowała ponad połowę gospodarki USA. Dodał, że „niepaństwowi aktorzy” znajdują się „w połowie drogi” do realizacji celów przewidzianych w umowie paryskiej, a dotyczących redukcji emisji dwutlenku węgla. Odnosząc się do powołanej koalicji America’s Pledge, zaznaczył, że „reprezentuje ona ponad połowę gospodarki USA”. – Gdyby ta grupa była krajem, mielibyśmy trzecią co do wielkości gospodarkę na świecie. Innymi słowy, grupa obywateli, stanów i firm, które pozostają zaangażowane w porozumienie paryskie, reprezentuje większą gospodarkę niż jakikolwiek kraj na świecie, poza USA i Chinami. Dodał także: – Powinniśmy mieć miejsce przy stole i zdolność do pracy z naszymi kolegami z innych krajów. Taki jest cel naszej koalicji.

Rzecznik Bloomberg Philanthropies potwierdził, że miliarder i inni biznesmeni oraz samorządowcy chcieli uczestniczyć w międzynarodowych negocjacjach na równych prawach jak państwa i raportować o działaniach na rzecz klimatu. Pozwoliłoby to „ominąć” amerykańskie przepisy i rozliczać podmioty zgłoszone do koalicji (m.in. samorządy miast) z postępów w zakresie realizacji porozumienia paryskiego, pomimo sprzeciwu prezydenta Donalda Trumpa wobec niej.

„America’s Pledge” chciała przyłączyć się do UE jako awangardy w realizacji Agendy 2030, to jest przyjmując bardziej rygorystyczne rozwiązania „zwalczania zmian klimatycznych” oraz wdrażania „zrównoważonego rozwoju” w znacznie krótszym czasie niż to przewidują międzynarodowe umowy z 2015 r.

Bloomberg osobiście zaangażował się w zwalczanie prezydentury Trumpa. Jeszcze przed wyścigiem na prezydenta w 2020 r. obiecał przeznaczyć 500 milionów dolarów na pokonanie kandydata Republikanów. Chociaż zdawał sobie sprawę, że będzie miał problemy z uzyskaniem partyjnej nominacji, sam wystartował jako kandydat, angażując setki milionów dolarów na kampanię i stawiając na walkę o uznanie uroszczeń subkultury mniejszości seksualnych oraz tzw. prawa do aborcji jako „prawa człowieka”.

Zainicjował szereg innych działań związanych z porozumieniami burmistrzów. Między innymi powołał do istnienia – wraz z sekretarzem generalnym ONZ Ban Ki-moonem oraz sieciami miast: C40 Cities Climate Leadership Group (C40), ICLEI (Samorządy Lokalne na rzecz Zrównoważonego Rozwoju) oraz UCLG (Zjednoczone Miasta i Samorządy Lokalne), przy wsparciu UN-Habitat, wiodącej agencji ONZ ds. miast – Nowe Globalne Porozumienie Burmistrzów na rzecz Klimatu i Energii.

Stając na jego czele podkreślił, że nigdy wcześniej nie było tak, by włodarze miast działali pod egidą jednej globalnej organizacji, walcząc ze zmianami klimatu. – W jedności siła, a to nowe Globalne Porozumienie Burmistrzów na rzecz Klimatu i Energii pomoże przyspieszyć postępy miast i zwiększyć ich wpływ na arenie międzynarodowej. To ogromny krok naprzód w dążeniu do osiągnięcia celów, które państwa uzgodniły w Paryżu – komentował, dodając, że pozwoli to na wykorzystanie potencjału Unii Europejskiej i Bloomberg Philanthropies, by wzmocnić widoczność władz lokalnych podczas szczytów klimatycznych. Zwrócił uwagę na sieci C40, ICLEI, UCLG, Eurocities, Energy Cities i Climate Alliance oraz raportowanie na temat postępów w zmierzaniu do zeroemisyjności do CDP Cities i Carbonn Climate Registry.

Podczas COP28, Bloomberg Philanthropies wraz z prezydencją COP28 zorganizowali pierwszy w historii szczyt przywódców subnarodowych, w którym wzięło udział ponad 450 osób z ponad 60 krajów, w tym ponad 250 burmistrzów i gubernatorów. Podczas tego szczytu zainicjowano „Koalicję na rzecz ambitnych partnerstw wielopoziomowych” (CHAMP). Celem było doprowadzenie do zwiększania ambicji klimatycznych miast poprzez przedstawianie i wywieranie presji na rząd w sprawie aktualizowanych co 5 lat ambitnych wkładów redukcji emisji ustalonych na szczeblu krajowym (NDC).

Bloomberg, który w 2004 roku jako burmistrz podczas Narodowej Konwencji Republikanów w Nowym Jorku nakazał policji aresztować bezprawnie prawie 2 000 osób i przetrzymywał je na obskurnym dworcu autobusowym, odmawiając podstawowych praw (sędzia oskarżył miasto o obrazę sądu za nieprzestrzeganie przepisów), słynął z korzystania z systemów inwigilacji i profilowania mieszkańców Nowego Jorku. Robił to na tak dużą skalę, że aż oddział terenowy FBI interweniował, bo miał „psuć robotę” funkcjonariuszom.

Jak wielu innych tak zwanych centrystów, Bloomberg nie tylko opowiadał się, ale także prowadził politykę inwazyjnej ingerencji w życie obywateli. Pierwsze co zrobił po objęciu urzędu burmistrza Nowego Jorku, to podniósł podatki od nieruchomości o 18,5%. Przyznał wysokie podwyżki płac urzędnikom miejskim, jednocześnie drastycznie tnąc wydatki socjalne. By znieść bariery budowlane dla dużych deweloperów, wykorzystał władzę w celu masowego wywłaszczania na Brooklynie, gdzie przejmował nieruchomości utrudniające budowę Atlantic Yards (obecnie Pacific Park).

Bloomberg i „kartel klimatyczny”. Dochodzenia w USA

Jednak co najważniejsze, Bloomberg wraz z byłym szefem Banku Anglii i Kanady, a obecnym premierem Kanady, Markiem Carney’em jest objęty formalnym dochodzeniem prowadzonym przez Komisję Sądownictwa Izby Reprezentantów USA w związku z jego rolą w domniemanym globalnym spisku mającym na celu ograniczenie inwestycji w paliwa kopalne poprzez praktyki związane z raportowaniem ESG.

Dochodzenie w sprawie „kartelu klimatycznego” koncentruje się na roli GFANZ (Glasgow Financial Alliance for Net Zero), inicjatywy skupiającej instytucje finansowe, które oskarża się o naruszenie amerykańskiego prawa antymonopolowego poprzez koordynowanie działań głównych instytucji finansowych w celu ograniczenia dostępu do kapitału dla firm naftowych, gazowych i węglowych, wpływając w ten sposób na globalne rynki energii i potencjalnie podnosząc koszty dla amerykańskich konsumentów.

Według raportu Komisji Sądownictwa z czerwca 2024 r. zatytułowanego „Kontrola klimatu: ujawnienie zmowy w sprawie dekarbonizacji w inwestycjach ESG”, komisja oskarża GFANZ, BlackRock, Vanguard i inne podmioty o utworzenie kartelu, który manipuluje przepływami finansowymi w sposób polityczny, a nie w oparciu o obowiązki powiernicze lub zwroty z inwestycji.

Czołowe banki na świecie opuściły sojusz w związku z narastającą presją polityczną i prawną ze strony Partii Republikańskiej. Przedstawia ona inwestowanie w ESG jako zawoalowaną próbę bojkotu przemysłu paliw kopalnych. W zeszłym roku Teksas i 10 innych stanów pod rządami Republikanów pozwały BlackRock, Vanguard i State Street, twierdząc, że naruszyli oni prawo antymonopolowe poprzez aktywizm klimatyczny, który doprowadził do zmniejszenia produkcji węgla i wzrostu cen energii.

Carney, Bloomberg i inni liderzy GFANZ mieli forsować politykę dekarbonizacyjną poprzez zakulisowe wpływy w globalnych instytucjach finansowych.

Śledztwo jest w toku. Komisja zwraca się z kolejnymi wnioskami o udostepnienie informacji. Szereg wpływowych funduszy wycofało się już z GFANZ i zatrudniło najlepsze kancelarie prawne, obawiając się daleko idących konsekwencji.

Na celowniku komisji znalazły się różne globalne sojusze klimatyczne. 8 sierpnia 2025 r. prokuratorzy generalni 23 stanów USA, w których większość stanowią republikanie wysłali list do Science Based Targets Initiative („SBTi”), brytyjskiej organizacji non-profit działającej na rzecz klimatu, wyrażając zaniepokojenie inicjatywami klimatycznymi SBTi. Wcześniej otrzymało ono wezwanie sądowe od prokuratora generalnego Florydy Jamesa Uthmeiera w związku z prowadzonym przez jego biuro śledztwem w sprawie „kartelu klimatycznego”, który według niego obejmuje SBTi i CDP (Carbon Disclosure Project). Notabene, do CDP w swojej nadgorliwości krakowscy włodarze raportują w sprawie postępów w zakresie polityki klimatycznej.

Zarówno SBTi, jak i CDP zapewniają firmom i organizacjom narzędzia do wyznaczania celów środowiskowych i klimatycznych. Sprawdzają stan realizacji tych postępów (wskaźniki). Według doniesień prawie 23 000 firm i organizacji oraz setki miast, stanów i regionów z całego świata ujawniło CDP informacje dotyczące realizacji celów klimatycznych.

W liście do SBTi z 8 sierpnia prokuratorzy generalni twierdzą, że standard zerowej emisji netto SBTi oraz „programy zerowej emisji netto są nierealistyczne i szkodzą zarówno amerykańskiemu rolnictwu, jak i przemysłowi”. Dodano, że „SBTi i instytucje finansowe, które zobowiązują się do przestrzegania [norm zerowej emisji netto], ryzykują naruszeniem federalnych i stanowych przepisów antymonopolowych, a także stanowych przepisów o ochronie konsumentów. Niektóre porozumienia gospodarcze są nielegalne, ponieważ są nieuczciwe lub w nieuzasadniony sposób szkodliwe dla konkurencji”.

Prokuratorzy sugerują przyłączenie się do Florydy w prowadzeniu formalnych dochodzeń w sprawie praktyk SBTi, członkostwa i finansowania.

11 lipca 2025 r. prokurator generalny stanu Missouri Andrew Bailey ogłosił, że jego biuro prowadzi dochodzenie w sprawie dwóch firm doradztwa w zakresie pełnomocnictw pod kątem potencjalnych naruszeń prawa stanu Missouri dotyczącego ochrony konsumentów poprzez „manipulację” gospodarką USA w związku z rekomendowaniem raportowania ESG. Podobnie koalicja 11 stanów, na czele z Teksasem, wysłała w styczniu 2025 r. list do dużych instytucji finansowych, ostrzegając je, że zobowiązania w zakresie ESG mogą naruszać zobowiązania prawne, umowne i powiernicze poprzez przedkładanie kwestii ochrony środowiska nad zysk.

1 sierpnia 2025 r. Wschodni Okręg Teksasu zezwolił 13 stanom na wszczęcie postępowania przeciwko inwestorom instytucjonalnym, odrzucając ich wniosek o oddalenie federalnych roszczeń antymonopolowych stanów dotyczących działań związanych z klimatem. Stany twierdzą, że inwestorzy – wszyscy udziałowcy spółek wydobywających węgiel – wykorzystali te stanowiska do wywierania presji na spółki, aby ograniczyły produkcję węgla, co ich zdaniem narusza zarówno Sekcję 7 Ustawy Claytona, jak i Sekcję 1 Ustawy Shermana.

Czy w Polsce można liczyć na podobne postępowania antymonopolowe i w obronie konsumentów – wymierzone w lobbystów, którzy zakłócają działania rynku i uczestniczą w różnych globalnych sojuszach proklimatycznych, wymuszając prowadzenie polityki szkodliwej dla obywateli?

Jeśliby do tego doszło, to na pewno nie nastąpi to bez znacznej mobilizacji obywateli.

„Miasta pionierskie”. „Kontrakt Klimatyczny dla Krakowa”

W Europie – w przeciwieństwie do USA – im gorzej jest, tym bardziej promuje się zabójcze rozwiązania polityki zeroemisyjnej. Kraków wraz z Warszawą, Łodzią, Rzeszowem i Wrocławiem w 2022 roku zostały wytypowane przez KE jako „miasta pionierskie”, które jeszcze szybciej, bo do końca obecnej dekady, ograniczą więcej emisji dwutlenku węgla. Mają stać się neutralnymi dla klimatu, „odpornymi” i „inteligentnymi”.

Jak mówiła szefowa KE Ursula von der Leyen, „zawsze potrzebni są pionierzy, którzy stawiają sobie jeszcze wyższe cele”. Włodarze miast w „kontraktach klimatycznych” mieli przedstawić ogólny plan osiągnięcia neutralności klimatycznej w sektorach takich, jak: energia, budownictwo, gospodarka odpadami i transport wraz z powiązanymi planami inwestycyjnymi.

We wrześniu 2024 r. minister klimatu Paulina Hennig-Kloska podpisała listy poparcia dla „Kontraktu klimatycznego dla Krakowa” oraz memorandum w sprawie współpracy przy wdrażaniu Miejskich Kontraktów Klimatycznych w pięciu miastach.

Co znalazło się w „Kontrakcie Klimatycznym dla Krakowa”? Otóż składa się on z trzech części. Pierwsza opisuje zobowiązania związane z szybszą dekarbonizacją kluczowych sektorów energochłonnych oraz zawiera deklarację dotyczącą podjęcia działań, by osiągnąć cel redukcji emisji aż o 80 proc. do 2030 r. w porównaniu z poziomem z 2018 r. Druga część to „Plan działania”, a trzecia to „Plan finansowy”. Dotyczy nie tylko stanu finansów miasta, ale także planowanych inwestycji, które miałyby przyspieszyć transformację w celu osiągnięcia tak zwanej neutralności klimatycznej np. słynna już budowa metra, na którą nie ma wystarczających środków.

Kontrakt, co istotne, opracowali dla Krakowa – przy wsparciu doradców Banku Światowego i NetZeroCities – eksperci z Universidad Politécnica de Madrid, znanego z modelowania klimatycznego. Tamtejsi inżynierowie wykorzystali dane z inwentaryzacji emisji przeprowadzonej w Krakowie.

Prezydent Aleksander Miszalski zobowiązał się w kontrakcie do osiągniecia neutralności klimatycznej w przyspieszonym tempie, to jest już do 2030 roku!

Twórcy kontraktu uznali „kryzys klimatyczny” za „największe współczesne wyzwanie” i zaznaczyli, że Kraków już od dawna „realizuje systemowe podejście do transformacji klimatycznej” i chce włączyć się do „przeciwdziałania globalnemu ociepleniu”.

Transformację klimatyczną rozpisano na 7 etapów. W tym ostatnie etapy to „nowa normalność (replikacja, skalowanie, utrwalanie, formalizowanie), budowanie inkluzywnego środowiska sprzyjającego zmianom”.

Zaznaczono w kontrakcie klimatycznym, że droga do neutralności klimatycznej nie została jeszcze wytyczona, dlatego eksperymentując włodarze miasta będą się uczyć, jak osiągnąć zeroemisyjność i w związku z tym strategie oraz plany mają być stopniowo udoskonalane.

Koszt tych „eksperymentów” i działań oszacowano na kwotę 28 769 mln złotych. Dodajmy jednak, że autorzy kontraktu przyznają, iż tak naprawdę nikt nigdy nie oszacował, ile miałaby kosztować dekarbonizacja Krakowa. Szacunki zawarte w kontrakcie są pierwszymi tego typu wyliczeniami.

Nie znając kosztów transformacji miasto już wiele lata temu zdecydowało się na realizację eksperymentów z dekarbonizacją.

Redukcja emisji dokona się przede wszystkim dzięki podmiotom prywatnym: firmom energetycznym, przedsiębiorstwom oraz właścicielom i zarządcom budynków.

Miasto przewiduje innowacje w zakresie zarządzania. Polegają one na dopuszczeniu specjalistów zewnętrznych do współrządzenia miastem, do koordynacji polityki, organizowania panelów obywatelskich, tworzenia rozbudowanych struktur zarządzania klimatycznego, rekomendowaniu tworzenia więcej rozwiązań niskoemisyjnych. Powstają portfele projektów, np. „Zeroemisyjny Kraków” i „Smart City”, by miasto stało się „zrównoważone”.

Podczas szkoleń organizowanych przez Fundacją Bloomberga – jak można przypuszczać – prezydenci, burmistrzowie i miejscy kierownicy zapoznają się nie tylko z podstawowymi technikami zarządzania, ale konkretnymi wytycznymi i rekomendacjami dotyczącymi realizacji celów zapisanych w kontraktach klimatycznych.

Agnieszka Stelmach

Szwajcaria byłaby oazą ładu, gdyby nie imigranci

Szwajcaria byłaby oazą ładu, gdyby nie imigranci?

17.10.2025 https://nczas.info/2025/10/17/szwajcaria-bylaby-oaza-ladu-gdyby-nie-imigranci/

Szwajcaria Flaga
Flaga Szwajcarii. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

W Szwajcarii 62% wyroków skazujących wydanych przez sądy w 2024 r. dotyczyło cudzoziemców. Wśród skazywanych obcokrajowców dużą część stanowili np. Algierczycy. 4 października Federalny Urząd Statystyczny (FSO) opublikował dane dające jasny przegląd wyroków wydanych w tym kraju według narodowości.

Szwajcarzy przodują w rankingu, co specjalnie nie dziwi, bo to ciągle ich kraj, chociaż w wielu przypadkach może chodzić o „naturalizowanych” Szwajcarów, czego już statystyka nie ujmuje. W sumie w 2024 roku skazano 33 088 osób, z czego 12 642 obywateli Szwajcarii.

Jeśłi porównamy dane z liczbą ludności w każdej społeczności, okaże się, że prawdziwym liderem przestępczości są… Gruzinie. 2,06% skazanych obywateli tego kraju na w sumie niewielką diasporę. Tuż za nimi plasują się obywatele Angoli (2,05%), co oznacza znacznie wyższy wskaźnik niż „średnia szwajcarska” wynosząca 0,18%. Nadreprezentacja obcokrajowców w tych statystykach jest oczywista i powinna skłaniać do pewnych wniosków także w innych krajach.

Algierczycy z kolei zajmują drugie miejsce po Szwajcarach w liczbach bezwzględnych. Obywatele tego kraju zapracowali sobie na 1888 spraw sądowych dotyczących mężczyzn i 22 kobiet. Na dalszych miejscach plasują się Francuzi (1721) i Włosi (1518).

Jeśli chodzi o przestępstwa związane z „życiem i nietykalnością cielesną ”, na 4299 skazanych osób znalazło się 1999 Szwajcarów, którzy wyprzedzili Portugalczyków (229), Francuzów (199) i Włochów (196). Statystyka narodowościowa zmienia się jednak już przy wyrokach skazujących za kradzieże i zniszczenie mienia. Dotyczy to 15 972 osób, w tym 1600 Algierczyków (51 stałych rezydentów), następnie Rumunów (1174) i Francuzów (878).

Za przestępstwa seksualne wśród 1105 skazanych znajduje się 705 Szwajcarów, wyprzedzając Portugalczyków (51), Niemców (40) i Włochów (35). FSO precyzuje, że dane te nie uwzględniają kontekstu społecznego, ale pokazują, że niektóre narodowości, pomimo niewielkiej liczebności, są nadreprezentowane w szwajcarskich więzieniach.

Źródło: Valeurs

PiS i judaizanci. Niebezpieczne związki partii Jarosława Kaczyńskiego

PiS i judaizanci. Niebezpieczne związki partii Jarosława Kaczyńskiego

17.10.2025Tomasz Sommer https://nczas.info/2025/10/17/pis-i-judaizanci-niebezpieczne-zwiazki-partii-jaroslawa-kaczynskiego

Prezes PiS Jarosław Kaczyński. Foto: PAP
Prezes PiS Jarosław Kaczyński. Foto: PAP

Partia Jarosława Kaczyńskiego weszła w niepokojące związki ze skrajnym odłamem amerykańskich ewangelikanów, którzy pełnią obecnie decyzyjne funkcje w amerykańskiej strukturze władzy. Doktryna dyspensacjonalistów-judaizantów, do których należy m.in. obecny amerykański sekretarz stanu Marco Rubio i sekretarz wojny Pete Hegseth, głosi, że czasy ostateczne już się rozpoczęły, a warunkiem powrotu na świat Chrystusa jest… budowa Wielkiego Izraela.

Wizja świata prezentowana przez dyspensacjonalistów-judaizantów nie jest spójna i jest przedstawiana w wielu wersjach, ale sprowadza się do przekonania, że wraz z powstaniem państwa Izrael w 1948 r., a zwłaszcza odzyskaniem przez nie faktycznej kontroli nad Wzgórzem Świątynnym w Jerozolimie, co z kolei nastąpiło w 1967 r., rozpoczęły się czasy ostateczne – scenariusz apokaliptyczny prowadzący do paruzji, czyli powrotu Jezusa Chrystusa na Ziemię i końca świata.

Koniec świata się zbliża

By jednak paruzja zaistniała, potrzebne jest spełnienie kilku warunków wyinterpretowanych przez dyspensacjonalistów-judaizantów z Biblii. Takim zupełnie zasadniczym warunkiem jest budowa Trzeciej Świątyni na miejscu jerozolimskiej judaistycznej świątyni zburzonej przez cesarza rzymskiego Tytusa w 70 r. po Chr., gdyż to właśnie w niej ma zamieszkać Antychryst, którego następnie pokona Jezus Chrystus z porwanymi wcześniej do nieba „sprawiedliwymi chrześcijanami”.

Aby jednak ta świątynia została odbudowana, musi zaistnieć „tysiącletnie królestwo”, które do tego doprowadzi. W rozumieniu ewangelikanów tym „tysiącletnim królestwem” jest właśnie Izrael, który odbuduje świątynię, a wcześniej pozbędzie się stojących na Wzgórzu Świątynnym budowli islamskich – Kopuły na Skale i Meczetu Al-Aksa. To właśnie dlatego powstanie państwa Izrael jest przez dyspensacjonalistów-judaizantów interpretowane jako początek procesu apokaliptycznego i to dlatego też za swoją misję dziejową uznają oni popieranie Izraela na każdym polu i za wszelką cenę. Gdyby tego nie robili – proces apokaliptyczny mógłby bowiem nie dojść do skutku.

Sojusz z synagogą

Abstrahując od kwestii, na ile wyznawcy dyspensacjonalizmu naprawdę wierzą w powyższy scenariusz, stanowi on wygodne, metafizyczne uzasadnienie dla działania zgodnie z instrukcjami izraelskiego lobby i to zarówno na poziomie politycznym, jak i religijnym. To właśnie te koncepcje są przyczyną, dla której z pozoru nagle rozpoczęła się akcja promowania w krajach Zachodu żydowskich świąt ze słynną Chanuką na czele. Żydzi odkryli bowiem, że w ich interesie jest popieranie dyspensacjonalistów-judaizantów i za pomocą ich wpływów mogą lewarować swoje interesy dosłownie na każdym poziomie. Bo dla dużej i wpływowej części amerykańskiego establishmentu politycznego stali się niepomijalnym elementem scenariusza prowadzącego do wyczekiwanej paruzji.

Oczywiście wielu polityków z tego środowiska nie wierzy w te doktryny, ale mają oni świadomość, że millenaryzm, czyli głoszenie końca świata to od tysiącleci użyteczne narzędzie sprawowania władzy. Ostatnio wykorzystywali je głównie klimatyści, którzy głosili, że „za pięć lat planeta spłonie”, albo przynajmniej zostanie zalana przez wodę z topniejącego lodu. Gdy jednak strachy klimatyczne zostały naukowo skompromitowane, millenaryzm można oprzeć na kwestiach metafizycznych, które niejako z definicji są nieweryfikowalne, ale jakiś czas mogą skutecznie działać.

Sojusz dyspesacjonalistów-judaizantów z Izraelem, abstrahując od kwestii czasów ostatecznych, stał się więc faktem. I to właśnie temu sojuszowi można przypisać poparcie Stanów Zjednoczonych dla syjonizmu, który przybrał ostatnio religijno-nacjonalistyczne oblicze. To właśnie z powodu tego sojuszu Stany Zjednoczone publicznie tolerują ludobójcze działania Izraela w Strefie Gazy – w końcu przecież mała Strefa Gazy nie może stanąć na drodze do wypełnienia się czasów.

PiS i judaizanci

– To, co robi Braun, to jest uderzenie w nasze najbardziej elementarne interesy. Mówienie, że nie było Holokaustu po pierwsze jest haniebnym kłamstwem historycznym, ale też niszczy nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi – oświadczył niedawno prezes PiS Jarosław Kaczyński. – To są rzeczy nie tylko haniebne, ale także skrajnie szkodliwe i chyba robione jednak z pewnym przemyśleniem, z pewną koncepcją – dodał.

Prezes PiS przy okazji tej wypowiedzi nawiązał też do wydarzeń z Sejmu z 14 grudnia 2023 roku, kiedy Grzegorz Braun zgasił za pomocą gaśnicy świecę chanukową.

– Co prawda niby-proces się zaczyna, ale jakoś to wszystko bardzo wolno i mało energicznie idzie – ocenił Kaczyński, który wcześniej kazał klubowi PiS głosować za zdjęciem Braunowi immunitetu parlamentarnego.

Prezes Kaczyński zdradził tym sposobem, że jest w taktycznym sojuszu z sektą dyspensacjonalistów-judaizantów i jest przekonany, że działanie na szkodę tego sojuszu to działanie na szkodę Polski. To dlatego tak go dotknęło zgaszenie świecy chanukowej, a także poddawanie w wątpliwość dogmatów holokaustowych. Rzeczywiście z punktu widzenia PiS, które dostało od Amerykanów licencję na pilnowanie amerykańsko-izraelskich interesów w Polsce, takie zachowania są szkodliwe.

Nawiązywanie przez PiS związków z tym środowiskiem trwa już zresztą od wielu lat. To przecież marszałek sejmu zatwierdzony przez PiS, czyli Marek Jurek, wprowadził Chanukę do sejmu. To w efekcie tych związków podczas trzech kadencji PiS u władzy zawsze w ich otoczeniu, nagle zaczęli pojawiać się w dużej ilości rozmaici rabini i Żydzi świeccy, jak słynny przed laty Jonny Daniels.

To dlatego również wielkim poważaniem w środowisku PiS ciągle cieszy się Michael Schudrich, który w 2001 r. wymógł na Lechu Kaczyńskim przerwanie ekshumacji w Jedwabnem, co zresztą ma charakter syndromu sztokholmskiego.

Oczywiście środowiska żydowskie też ewoluują i dostosowują się do sytuacji. O ile przed laty najbardziej wpływowi byli w Ameryce Żydzi świeccy, o tyle obecnie prym wiodą Żydzi religijni. Stąd za czasów premiera Mateusza Morawieckiego rozpoczęła się niezwykła fascynacja wyższych kręgów PiS rabinem Shmuleyem Boteachem. Od kilku lat żadna wizyta PiS-owskiego dygnitarza w Ameryce nie mogła się odbyć bez sweet-foci z tym człowiekiem – ma ją i były premier Morawiecki, i były prezydent Andrzej Duda, ale także np. gwiazdor telewizji Republika Michał Rachoń. Każdy z nich jest prawdopodobnie święcie przekonany, że takie zdjęcie da mu dobre postrzeganie w amerykańskich kręgach politycznych.

Rabin Shmuley, dysydent z sekty Chabad Lubawicz, jest zapewne zwykłym hucpiarzem. Dość powiedzieć, że oprócz występów na TikToku zajmuje się… koszernym seksem, co nie przeszkodziło mu wiosną w próbie wymuszenia na umierającym wtedy papieżu Franciszku podpisania… deklaracji lojalistycznej wobec Żydów. Jednak szczególna rewerencja wobec tego człowieka wśród dygnitarzy PiS wypływa przecież z rozpoznania przez nich własnych interesów. Podczas kampanii prezydenckiej rabin Shmuley przyleciał do Polski, a owocem tej wizyty była sweet-focia z ówczesnym kandydatem na prezydenta, a obecnym prezydentem Korolem Nawrockim, które reprodukujemy na okładce.

Lojalność wobec Izraela jako racja stanu

Efektem wejścia PiS w orbitę wpływów dyspensacjonalistów-judaizantów jest nie tylko uległość tej formacji wobec Stanów Zjednoczonych, co ma jej zapewnić określone korzyści, ale przede wszystkim skrajnie syjonistyczna perspektywa zajmowana wobec państwa Izrael i wszystkich związanych z tym państwem problemów. To dlatego PiS zawsze, w każdym aspekcie popiera decyzje izraelskich władz, co w przekonaniu Jarosława Kaczyńskiego gwarantuje mu poparcie Ameryki. Stąd też każda krytyka Żydów czy Izraela obierana jest przez kręgi decyzyjne PiS, jako atak na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

W tym sensie, podobnie jak w doktrynie dyspensacjonalistów-judaizantów, Jarosław Kaczyński niejako z zasady musi w każdej sprawie popierać Izrael, choć nie z powodów nadejścia czasów ostatecznych, a z powodu domniemanej perspektywy utraty amerykańskiego sojusznika. Kaczyński i jego partia PiS w ten sposób stali się zakładnikami proizraelskiej polityki amerykański ewangelikanów. W jego przekonaniu interes polski jest w zasadzie ściśle i bezpośrednio uzależniony od interesu żydowskiego. A sytuacji konfliktu interesów zawsze nadrzędny jest interes Izraela, bo to on przecież warunkuje dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi. W przekonaniu Kaczyńskiego Polska w zasadzie jest zakładnikiem izraelskiego lobby w Waszyngtonie.

Polska nie Izrael

Oczywiście przyjęcie takiej pozycji jest skrajnie nieracjonalne i szkodliwe dla Polski. Interesy polityczne i gospodarcze z Ameryką muszą odbywać się bezpośrednio, bez żadnych złudzeń, że żydowskie lobby w czymkolwiek Polsce pomoże. Jest dokładnie odwrotnie – to lobby nigdy przecież nie poświęci żadnego ze swoich interesów na rzecz Polski – zwłaszcza w sytuacji przekonania części polskich polityków o bezalternatywności takich relacji. Polska klasa polityczna może być mamiona takimi perspektywami, w praktyce jednak nigdy one się nie zniszczą, bo Izrael nie będzie przecież wydatkował swoich sił politycznych na rzecz ubezwłasnowolnionego klienta. Polska polityka w Stanach Zjednoczonych musi więc całkowicie abstrahować od interesów izraelskich. Korzystanie z jakichkolwiek żydowskich pośredników, co praktykował PiS, jest przecież nie tylko bezsensowne, ale ociera się o zdradę dyplomatyczną.

Jest jeszcze dodatkowy powód, dla którego pro-izraelskość PiS to sztandarowe hasło Jarosława Kaczyńskiego – jest nim oczywiście walka z prawicą w Polsce. Przy pomocy narzędzia pro-izraelskości, Kaczyński może się prezentować jako „prawica proizraelska” wobec przylepianej adwersarzom łatki „prawicy antysemickiej”, co tę drugą w jego przekonaniu na zawsze wyklucza z salonów władzy.

Tymczasem Polsce nie jest potrzebna ani prawica proizraelska, ani antysemicka, tylko taka, która zajmuje się interesami Polski, a nie Izraela. By jednak do tego doszło, trzeba zlikwidować w Polsce przywileje dla żydowskiego interesu politycznego w Polsce, a także promowanych na siłę, często popierających jawną nieprawdę instytucji zajmujących się historią i tradycją Żydów w Polsce. A gwarancją tych żydowskich przywilejów w Polsce jest partia Prawo i Sprawiedliwość ciągle dowodzona przez Jarosława Kaczyńskiego.

Lenino to była zbrodnia na Polskim narodzie

Lenino to była zbrodnia na Polskim narodzie


https://www.salon24.pl/u/zdecydowany/1468328,lenino-to-byla-zbrodnia-na-polskim-narodzie

Historia prawdziwa co się zdarzyło pod Lenino w 1943 roku. Przeżyjecie szok.

KATASTROFA POD LENINO

12 października, obchodzimy 82. rocznicę bitwy pod Połzuchami i Trygubową, znanej szerzej jako bitwa pod Lenino. Bitwy tragicznej, ale symptomatycznej dla „ludowego” Wojska Polskiego na Wschodzie.

Bitwy, o której napisano całe Studebakery kłamstw. Wykreowano kłamliwy obraz heroicznego zwycięstwa, powodu do dumy. Ukryto prawdziwe oblicze: dotkliwej klęski, pełnej dramatu i rozpaczy, oraz wstydliwą kartę dezercji chwackich „kościuszkowców’ na niemiecką stronę.

O formowaniu polskojęzycznej 1. Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki, o kulisach i intrygach sowieckich, o zdradzie Berlinga i kliki jemu podobnych oportunistów, o komunistycznej propagandzie i terrorze – stworzyłem osobny wpis. Link poniżej.

Dzisiaj więc tylko wpis o samej bitwie pod Lenino. O jej październikowej tragedii. Jest to zmodyfikowana wersja tekstu, jaki pojawia się u mnie od 2019 roku, a na tej stronie był w 2021 i 2023 roku.

====================================================================

Pierwotnie polskojęzyczna dywizja, sformowana w maju 1943 roku w Sielcach nad Oką, miała trafić na front w połowie września. Jednak polscy komuniści obawiali się, że data ta zbiegnie się z rocznicą agresji ZSRR na Polskę 17 września, dlatego wymusili zmianę daty na 1 września z przyczyn propagandowych – w 4. rocznicę agresji niemieckiej na Polskę.

Po forsownym marszu w deszczu i błocie przez 250 km pieszo, jednostkę dołączono do sowieckiej 33. Armii gen. Wasilija Gordowa w rejonie Orszy. To odbiło się nie tylko na jej zmęczeniu, ale też na wyposażeniu i wyszkoleniu. Żołnierze maszerowali dniami i nocami po ”koszmarnych karykaturach dróg, gdzie nie tylko każdy wóz, ale nawet każdy samochód i każde działo trzeba było co kilkadziesiąt metrów wyciągać z dziur rękami żołnierzy”, jak wspominał dowódca jednostki, awansowany przez Stalina na generała Zygmunt Berling.

Z powodu zniszczeń dróg i torów kolejowych wskutek działań wojennych i niemieckiej polityki spalonej ziemi, oraz opadów deszczu i potoków błota, nie dojechało do niej całe zaopatrzenie, szczególnie amunicja. Marszałek Błoto, tak wierny dotąd Armii Czerwonej, przywdział teraz mundur Wehrmachtu, by powstrzymać sowieckie uderzenie.

Celem było uderzenie na tzw. Linię Pantery – niemiecką linię obronną w tzw. Bramie Smoleńskiej – pasie ziemi między Dźwiną, a Dnieprem. Drzwi w głąb Rosji – i na zachód. Kto trzyma Bramę Smoleńską, ten ma dostęp nie tylko do Moskwy, ale i do Warszawy.

Wasilij Gordow był zawodowym żołnierzem, jednak niespecjalnie zdolnym. Popełniał wiele błędów i wielokrotnie odwoływany za nieudolność. Ale w oczach Stalina miał jedną zaletę: w 1920 roku brał udział w wojnie z Polakami, podobnie jak Stalin, i podobnie jak on, patologicznie ich nienawidził.

Dywizja miała atakować w centrum, po bokach mając dwie sowieckie jednostki: na północy 42. i na południu 290. Dywizje Strzeleckie. Pierwsza miała atakować Sukino, druga Lenino. Obie jednostki były dużo słabsze od polskiej. 1. Dywizja liczyła blisko 13 tys. ludzi, sowieckie – po 4 tysiące. Kulało rozpoznanie – nie zbadano ani niemieckich pozycji, ani nawet koryta biegnącej przed pozycjami błotnistej rzeczki Mierei, przez którą miały przejechać czołgi.

Dowodzący dywizją gen. Berling nie znał planów operacji i jej celu. Sam Berling zresztą nie miał pojęcia o dowodzeniu na nowoczesnym polu walki – ostatni raz udział w boju brał 23 lata wcześniej, podczas wojny polsko-bolszewickiej. Współdziałanie czołgów, artylerii, lotnictwa i piechoty na polu walki to widział chyba tylko na kronikach filmowych. Co gorsza, niemieckie pozycje były oparte o dwa ufortyfikowane wzgórza i trzy wsie, które można było zamienić w punkty oporu, a które górowały nad Miereją i pierwszą linią niemieckich okopów. Nie wiedziano też, że przeciwnikami Polaków ma być wzmocniona niemiecka 337. DP z XXXIX. Korpusu Pancernego, licząca 18 tys. ludzi.

Polacy atakować mieli w trzech rzutach dwoma pułkami, wcześniej miał nastąpić 100-minutowy ostrzał artyleryjski.

Tuż przed bitwą do niemieckich linii zdezerterowało kilkudziesięciu (mowa o od 21 do nawet 80) polskich żołnierzy. Ich liczba miała wzrosnąć do kilkuset w trakcie bitwy – w 1944 roku Niemcy podali listę 250 nazwisk dezerterów. Powiadomili Niemców o planach ataku, czasie rozpoczęcia, kierunkach natarcia. Niemcy dobrze wiedzieli, że przed nimi stoi polska dywizja. Przez megafony po polsku zachęcali do rozprawienia się z bolszewickimi politrukami, zapraszali na swoją stronę, odegrali też polski hymn.

Jak się miało ironicznie okazać, dla wielu żołnierzy 1. Dywizji żołnierz niemiecki był sojusznikiem, a nie wrogiem…

Sowieci rozkazali podjąć rozpoznanie bojem 1. batalionem przed operacją, co wywołało protesty polskich oficerów. Rozkaz wydano dwie godziny przed atakiem. Dowodzący batalionem major Bronisław Lachowicz powiedział wtedy: ”No, to połowy mojego batalionu już nie ma”.

Bitwa zaczęła się 12 października 1943 r. o 5:55 atakiem batalionu majora Lachowicza, a o 10:30 – pozostałych sił. Sowieci skrócili ostrzał ze 100 do 40 minut, po czym kazali Polakom nacierać. Skrócenie ostrzału wynikało z braku amunicji, której nie dostarczono na czas do jednostek. Przez kolejnych 30 minut Polacy stali w okopach, czekając na rozkazy do ataku. Gdy się ruszyli, wzbudzili uznanie. Szli do ataku wyprostowani. Jednak nie z powodu pogardy śmierci. Polscy żołnierze nie umieli posuwać się zakosami, nie osłaniali się wzajemnie ogniem, nie kryli się. Biegnąc i strzelając dodawali sobie animuszu. Dopadli do pierwszej linii okopów, ale szybko zaczęło im brakować amunicji.

Obie sowieckie dywizje zaległy daleko za polską, odsłaniając jej skrzydła. W efekcie polska dywizja została wystawiona na niemiecki atak z trzech stron. Sprawę pogorszył fakt, że Sowieci nieoczekiwanie skrócili wał artyleryjski, pod który wpadły polskie oddziały. Polacy, ostrzeliwani z każdej strony, w tym z tyłu, przez Sowietów – wpadli w panikę i zaczęli uciekać. W błotnistej Mierei ugrzęzły czołgi 1. pułku.

”Moje plutony znalazły się w samym korycie bagnistej Mierei. Upaplani w błocie niektórzy żołnierze zaczęli się tarzać i tracić grunt pod nogami. Tonąc, wzywali pomocy, która znikąd w takim wypadku w ciemności nadejść nie mogła. Krzyki tonących mieszały się z jazgotem artyleryjskim. Do dziś nie jestem w stanie określić strat podczas forsowania tej nieszczęsnej Mierei. Ilu ludzi tam zalało i ilu utopiło się w błocie”, wspominał porucznik Jan Komorowski z 1. pułku.

Niemcy zaś – konkretnie trzymający linię 688. pułk piechoty – sprawnie wycofali się z pierwszych linii obrony na przygotowane, ufortyfikowane pozycje. Co gorsza, zaczęli kontratakować – i w odróżnieniu od Polaków, posiadali na miejscu broń pancerną: 18 dział szturmowych StuG III ze 185. batalionu dział szturmowych i 8 niszczycieli czołgów Marder z 742. batalionu niszczycieli. Jedna niemiecka kompania była w stanie powstrzymywać i odrzucać ataki całego polskiego 1. pułku. ”Nie myśmy trzymali nieprzyjaciela za mordę, ale on nas”, pisał rozbrajająco szczerze Berling.

”Do mnie podszedł duży Niemiec, chwycił od przodu za hełm i począł ciągnąć do tyłu. Pasek od hełmu zaczął mnie dusić, więc rękami chwyciłem za hełm… w czasie tej szamotaniny spod hełmu wysunęła się furażerka z orłem. Gdy Niemiec to zobaczył zapytał

Rus?

Odpowiedziałem:

– Polak.

Wtedy przestał mnie dusić, dał papierosa i po polsku powiedział:

– Idź sto metrów do tyłu.”

Poległ major Lachowicz, przepadła połowa batalionu. Cały 1. pułk w kilka godzin stracił 3/4 stanu i został rozpędzony przez improwizowany kontratak kilkudziesięciu Niemców. Podpułkownik Franciszek Derks, dowódca pułku, podobno osiwiał w jedną noc, chociaż miał 36 lat. Po zakończeniu bitwy próbowano zrzucić na niego odpowiedzialność za katastrofę (pojawiły się doniesienia, że ukrywał się pijany w okopach ze swoją kochanką), ale wbrew Berlingowi wybronili go oficerowie jego własnego pułku.

Szwankowała łączność, brakowało map, Sowieci nadawali otwartym tekstem, a Niemcy tylko na to czekali i przewidywali kolejne ruchy atakujących. ”Polscy” oficerowie wydzierali się na żołnierzy po rosyjsku i dopiero na polu bitwy studiowali mapy. Połowa broni została porzucona, bo dramatycznie brakowało do niej amunicji. Samopowtarzalne karabiny SWT – obiekty zazdrości w Sielcach – zacinały się masowo od piachu i błota. Żołnierze zabierali broń rannym i zabitym, bo nie mieli czym walczyć, ani czym strzelać. Ranni zalegali w błocie i umierali z ran, bo nie ewakuowano ich spod ostrzału.

Sowieci co rusz otwierali ogień na pozycje zajęte przez Polaków. Na domiar złego, koło południa mgła się podniosła i do akcji wkroczyła Luftwaffe, demolując polskie oddziały atakami Stukasów. Niemcy szaleli w powietrzu bezkarnie – Sowieci nie zapewnili osłony lotniczej dla polskiej dywizji. Luftwaffe zresztą bardzo precyzyjnie zbombardowała sztab 33. Armii, bo położenie tego sztabu wskazali dezerterzy z 1. Dywizji.

Czołgi, przerzucone wieczorem, bardziej szkodziły niż pomagały. Dowódca 1. pułku czołgów, płk Anatol Wojnowski, leżał całkowicie pijany w jakiejś stodole, a dowodzenie pułkiem przejął jego szef sztabu, ppłk Piotr Czajnikow. Wojnowski, znany ze swojego pijaństwa, od dawna narzekał, że został przydzielony do ”polskiego” wojska wbrew swojej woli i że on czuje się obywatelem ZSRR, a nie Polakiem. Z podkomendnymi rozmawiał wyłącznie po rosyjsku. Wojnowski jeszcze zresztą z okresu formowania zasłynął historiami lżenia polskich żołnierzy, kradzieży żywności z magazynów, a nawet strzelania do wartowników po pijanemu.

Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie zniknęło pięć czołgów 1. pułku. Ten z etatowej liczby 39 pojazdów po bitwie miał sprawnych tylko 18…

”Ludzie ginęli, bo ktoś zapomniał dostarczyć amunicji, bo ktoś nie wiedział, że na drodze ataku znajduje się bagno, w którym trudno było się poruszać ludziom, a cóż dopiero czołgom, bo ktoś zaniedbał wezwanie na pomoc sowieckiego lotnictwa i żołnierze byli ostrzeliwani przez bezkarne niemieckie samoloty jak we wrześniu 1939 r. Ginęli, bo ktoś nie sprawdził sprawności radiostacji i pozbawił walczące oddziały elementarnej łączności. Ginęli, bo jacyś dowódcy idioci podrywali ich do ataku bez broni i amunicji”, pisał o bitwie nieżyjący już historyk, Dariusz Baliszewski.

By ratować sytuację, Sowieci rzucili do walk 5. Korpus Zmechanizowany, który przetoczył się po polskich pozycjach i zdarzało się, że czołgi rozjeżdżały polskich żołnierzy. Do 18 października sowiecki korpus został niemal w całości zniszczony przez Niemców, tracąc 70 % pojazdów.

Straszna, zimna noc z 12 na 13 października w mokrych, błotnistych okopach i polach pokrytych ciałami przeplatała się odgłosami wystrzałów i eksplozjami pocisków z odgrywaniem przez Niemców Mazurka Dąbrowskiego i krzykami zrozpaczonych Polaków. Będący po niemieckiej stronie frontu Ślązacy z Wehrmachtu nawoływali i prosili, by ich rodacy do nich przeszli. Obiecywali jedzenie, koce, papierosy, tylko chodźcie do nas i nie gińcie tam…

Ciężkie walki trwały i następnego dnia, a wsie Połzuchy i Trygubowa przechodziły z rąk do rąk, jednak gen. Gordow widział, że Polacy nie są w stanie kontynuować walki i do niczego się nie nadają. Linia niemieckiej obrony nie została przełamana. Po kłótni z Berlingiem, polskojęzyczna dywizja została wycofana.

Bitwa nie przyniosła absolutnie nic. Natarcie zostało zatrzymane, Polacy nie zdołali przełamać linii obronnych XXXIX. Panzerkorps, Niemcy wyprowadzali zaciekłe kontrataki i zdołali zlikwidować wyłom. Berling pokłócił się z Gordowem i wreszcie polską dywizję, poharataną w boju o jakieś dwie nic nie warte wiochy, pagórek i błotnistą rzeczkę, wycofano z frontu na rozkaz Stalina. Sowieci bali się, że cała dywizja pójdzie w rozsypkę i podda się Niemcom.

Polacy stracili 527 poległych, 776 zaginęło (spora część z nich dostała się do niewoli, albo zdezerterowała, ale wielu uznano za zabitych), rannych było 1772. Było to 25 % stanu wyjściowego dywizji. Z 2800 żołnierzy 1. pułku piechoty po bitwie doliczono się raptem 500…

Biorąc pod uwagę, że większość zaginionych w rzeczywistości zginęła, to wychodziłoby na to, że samego 12 października 1943 r. 1. Dywizja straciła więcej zabitych, niż cały 2. Korpus Polski podczas całej bitwy pod Monte-Cassino. I to wliczając jeszcze walki pod Piedimonte.  

Nazwać to katastrofą, to nie powiedzieć nic.

Niemieckie straty w propagandzie PRL mocno je zawyżono do 1800 ludzi zabitych, co jest absolutną bzdurą. 337. Dywizja Piechoty między 11, a 20 października 1943 na całej szerokości frontu (gdzie walczyła nie tylko z Polakami, ale też jednostkami sowieckimi) straciła… 418 zabitych, 1321 rannych i 268 zaginionych. Jednostki, które walczyły z Polakami, czyli 688. pułk i 261. batalion straciły w tym okresie odpowiednio 126 i 58 zabitych. Można więc przyjąć, że w trakcie bitwy pod Lenino Niemcy stracili najwyżej 80 zabitych.

Warto tutaj też dodać, że istnieją dowody na to, że polskie żołnierki z 1. kompanii kobiecej mordowały na miejscu branych niemieckich jeńców. Wstydliwy aspekt popełniania zbrodni przez część oddziałów także został ukryty – wszak w propagandzie PRL nie można było mówić, że „kościuszkowcy” zabijali bezbronnych jeńców…

Nie wiem, czy może być bardziej dobitny symbol klęski…

1. Dywizja wyszła ze swojego pierwszego boju tak straszliwie poharatana, że wycofano ją z frontu na osiem miesięcy i dopiero latem 1944 roku nań wróciła. Bramę Smoleńską zaś Niemcy utrzymywali aż do czerwca 1944 roku.

Bitwa była dla Niemców znakomitym prezentem propagandowym. Zdjęcia setek uśmiechniętych dezerterów i jeńców z ”polskiej” dywizji obiegły okupowaną Europę. Polscy dezerterzy zaś bardzo chętnie pozowali do zdjęć i udzielali wywiadów. Odwiedzali też zakłady w Generalnym Gubernatorstwie i opowiadali o sowieckim ”raju”. W 1944 wydano broszurę z listami polskich dezerterów i jeńców. W listach tych opisywali straszne warunki nie tylko w kołchozach i kopalniach, ale też w samej dywizji. Pierwsze co uderza z nich, to straszliwa bieda w jednostce: braki jedzenia, ciepłej odzieży, lekarstw. Serce się kraje, czytając listy tych prostych ludzi do rodzin. Historia polskich dezerterów był jednym z najbardziej skrywanych epizodów ”ludowego” Wojska Polskiego aż do końca PRL.

”Teraz ja zawsze dziękuję Bogu i proszę Boga o zwycięstwo dla nich, niech Bóg opiekuje się nimi, bo oni mnie życie uratowali”, pisał polski żołnierz.

Oczywiście, żołnierz ów nie miał bynajmniej na myśli Sowietów i Berlinga, nie mówił też o Aliantach…

Dla mnie symbolami jest znamienny los dwóch oficerów o tych samych nazwiskach. Obaj byli przedwojennymi oficerami i weteranami walk we wrześniu 1939 r.

Kapitan Władysław Wysocki, wykazał się wielką odwagą podczas obrony szkoły w Trygubowej, został śmiertelnie ranny. Pośmiertnie otrzymał Virtuti Militari oraz – jako jeden z trzech Polaków – tytuł Bohatera ZSRR. Pozostałymi byli szer. Aniela Krzywoń i major Juliusz Hübner.

Porucznik Adolf Wysocki, podczas walk, okrążony wraz z większością swojej kompanii, przeszedł na stronę niemiecką. W niewoli poszedł na współpracę z Niemcami i opowiadał w radio o sowieckim ”raju”. Był pracownikiem słynnej kolaboracyjnej radiostacji ”Wanda”. Nadawał audycje m.in. pod Monte Cassino. W 1945 roku został zatrzymany przez żołnierzy 2. Korpusu, ale ci po krótkim przesłuchaniu go wypuścili. Co ciekawe, w LWP uznano go za poległego i otrzymał on ”pośmiertnie” Virtuti Militari. Tymczasem zamieszkał po wojnie w Argentynie i domagał się wydania mu tego odznaczenia od władz PRL.

”Trup z naszej strony nadal gęsto padał. I wtedy błysnęła mi myśl: uciekać z tego piekła, przejść na stronę niemiecką, uratować życie. Rozumiałem, że przejdę do drugiego naszego śmiertelnego wroga. Lecz to nie Niemcy mnie aresztowali, to nie oni torturowali w śledztwie i nie u Niemców przeżyłem piekło Kołymy”, wspominał.

Tak różne losy charakteryzują dobrze sytuację tych, którzy ”najkrótszą drogą do Polski wracali”, wyrywając się z nieludzkiej ziemi.

Warto wymienić też innych ”bohaterów spod Lenino”.

Wacław Krzyżanowski – prokurator. Zasłynął zażądaniem dla niepełnoletniej Danuty Siedzikówny ”Inki” kary śmierci (wyrok wykonano), takiej samej kary dla niepełnosprawnego Heinza Baumanna (upolował sarnę ze znalezionego karabinu, wyrok wykonano), oraz takiej samej kary dla 16-letniego Benedykta Wyszeckiego, który zbierał do zabawy karabiny bez zamków (wyrok zamieniono na 7 lat więzienia).

Konrad Świetlik – politruk. Słuchacz kursu NKWD w Gorkim w 1941 roku. Od 1945 roku szef Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego WP, od 1946 roku dowódca KBW, odpowiedzialny za zwalczanie podziemia niepodległościowego. Od 1948 roku wiceminister bezpieczeństwa publicznego.

Eliasz Koton – ubek. Absolwent kursu NKWD w Kujbyszewie. Zastępca szefa WUBP kolejno: w Białymstoku, Krakowie, Szczecinie, Wrocławiu, Gdańsku. Brał udział w zwalczaniu oddziałów WiN i NZW w Białymstoku (m. in w walkach z oddziałami kapitana Romualda Rajsa ”Burego” z NZW). Ciężko ranny w wyniku wybuchu miny podłożonej przez Wyklętych. Przez to do końca życia kulał. Osobiście torturował wziętych do niewoli partyzantów AK. Nakazał aresztować ”Inkę”.

Znany już dobrze w tym roku Maksymilian Sznepf – ochotnik do Armii Czerwonej z 1940 roku. Uczestnik walk z podziemiem niepodległościowym. W lipcu 1945 roku dowódca dwóch kompanii z 1. Praskiego pułku piechoty, które uczestniczyły w tzw. obławie augustowskiej (zamordowano wówczas ok. 2000 Polaków).

Kazimierz Graff – prokurator. Zasłynął żądaniem kary śmierci dla kapitana Stanisława Sojczyńskiego ”Warszyca” z KWP i co najmniej 12 innych żołnierzy AK. Nakazywał stosowanie tortur w celu wymuszania zeznań. Prześladował byłych żołnierzy AK i PSZ. Kierownik Prokuratury Warszawskiego Okręgu Wojskowego.

Tadeusz Krawczuk – ubek. Pod Lenino był szefem kompanii zwiadu. Funkcjonariusz WUBP w Białymstoku. Na własną prośbę przeniesiony do ”walki z bandytyzmem” w Wysokiem Mazowieckiem. Dowódca grupy operacyjnej UB, która zamordowała majora Władysława Żwańskiego ”Błękita” z NZW. Za ten czyn otrzymał hojną nagrodę: awans o dwa stopnie, 20 tys. złotych, Krzyż Walecznych i przeniesienie do Legionowa. Zginął w wypadku kolejowym, gdy po pijaku wskakiwał do pociągu.

Hilary Minc, Józef Światło, Juliusz Hübner i inni ”bohaterowie” Polski Ludowej też tam byli. Oczywiście, nie znaczy to, że wszyscy żołnierze 1 DP byli komunistami i zdrajcami.

Ba, nawet nie była to większość, bo większość stanowili najzwyklejsi Polacy – prości ludzie, nierzadko bardzo, ale to bardzo patriotycznie usposobieni, próbujący uciec z specposiołków, kopalń i kołchozów, zostawiwszy na tyłach swoje rodziny. Opisywałem ich losy i tragedię w osobnym wpisie. Warto tu podkreślić, że po Lenino kontrwywiad Informacji Wojskowej – w rzeczywistości złożony w całości z funkcjonariuszy sowieckiego SMIERSZ – przeprowadził akcję czyszczenia szeregów 1. Dywizji z potencjalnych „wrogów ludu”, których aresztowano. Omawiałem to w lipcu.

Ale nie można zapomnieć, że ci wymienieni wyżej ludzie, stanowiący kadry i dywizji, i całego LWP, brali później czynny udział w instalacji komunizmu w Polsce.

1. Dywizja zresztą niemal od razu po zakończeniu wojny włączyła się w walkę o komunizm w Polsce. Aktywnie uczestniczyła w zwalczaniu polskiego podziemia niepodległościowego, jej jednostki brały udział w zbrodniczej Obławie Augustowskiej, a także fałszowaniu referendum ”3XTAK!”, zastraszaniu legalnej opozycji z PSL i agitacji propagandowej.

Smutną refleksją jest tylko to, że Polacy musieli walczyć obok armii, która dwukrotnie najechała Polskę (z czego raz z Niemcami), ograbiła ją z połowy ziem, rabowała i paliła całe wsie i miasta, mordowała jej obywateli, gwałciła kobiety, a na koniec uczyniła swoim wasalem.

Ludowe Wojsko Polskie było niczym więcej, jak sowiecką wersją ukraińskich, łotewskich i estońskich jednostek Waffen-SS. Tak samo jak Ukraińcy i Bałtowie zostali propagandowo wykorzystani przez Niemców, nierzadko przymusowo wcielani do tej formacji, tak i Polacy zostali wykorzystani przez Sowietów. Tu zasadza się tragedia tych, którzy „najkrótszą drogą wracali do Polski”.

Bitwie ”pod Lenino” nadano bardzo duży rozgłos propagandowy. Stalinowi bardzo zależało na tym, by ”jego Polacy” wzięli udział w walce przed planowaną konferencją w Teheranie w listopadzie 1943 roku. Fakt poniesienia ciężkich strat został umiejętnie wykorzystany propagandowo. Sowiecki dyktator zaprezentował wówczas przywódcom USA i Wlk. Brytanii swój ”rząd” w postaci marionetek z tzw. Związku Patriotów Polskich jako alternatywę dla legalnego rządu polskiego w Londynie, w dodatku dysponującą własną siłą bojową, zdolną do walki na froncie. Kontrastowało to z Polskimi Siłami Zbrojnymi, które od lat nie walczyły w bitwach lądowych…

Przez cały okres PRL ”bitwę” tę (którą należałoby nazywać raczej rzezią) fetowano jako święto ”ludowego” Wojska Polskiego, powód do dumy i wielkie zwycięstwo.

Jeszcze jeden to przykład zbrodni na narodzie polskim, gdy został on tylko mięsem armatnim sowieckiego dyktatora…

https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/propaganda/113136,Bitwa-pod-Lenino-Falszywy-mit.html

Rocznica śmierci Chopina i kolejny zgrzyt! Ciche „Requiem”

Rocznica śmierci Chopina i kolejny zgrzyt! Ciche „Requiem”

Marzena Nykiel


https://wpolityce.pl/kultura/743304-rocznica-smierci-chopina-i-kolejny-zgrzyt-ciche-requiem

17 października 1849 roku odszedł Fryderyk Chopin. 176. rocznica jego śmierci wypada podczas XIX Konkursu Chopinowskiego, a więc w chwili, gdy pamięć o najwybitniejszym polskim kompozytorze można uczcić wyjątkowo uroczyście. Jak co roku w bazylice św. Krzyża, gdzie spoczywa serce wirtuoza, wybrzmi „Requiem” Mozarta. I tu pojawia się kolejny zgrzyt. Okazuje się, że zaraza remontów, która dotknęła Filharmonię Narodową i Pomnik Chopina, ma swoją mutację. Do kościoła nie można się swobodnie dostać, ponieważ warszawski ratusz wydał zgodę na zamknięcie tej części Krakowskiego Przedmieścia przez ekipę filmową „Lalki”. Nawet na niedzielną Mszę Świętą do bazyliki trzeba wchodzić przez zakrystię. Wątpliwości budzi też sam koncert, którego charakter NIFC zmienia od kilku lat. Zamiast podniosłego wykonania „Requiem” przez orkiestrę, chór i solistów, co miało miejsce przez dziesięciolecia, usłyszymy fortepianowe solo. Rodzą się więc kolejne pytania o stracone szanse, o utrzymanie chopinowskich tradycji i przyszłość konkursowego dziedzictwa. 

Powiedzmy wyraźnie, najsłynniejszy na świecie Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny, odbywający się co 5 lat w Warszawie i ściągający do Polski ludzi z całego globu, powinien być wydarzeniem absolutnie centralnym. To niepowtarzalna szansa promocji Polski, której nie zdołają zrównoważyć żadne kosztowne działania PR-owe. Jeśli wydaje się 19 milionów zł na organizację wydarzenia, obowiązkiem jest wykorzystanie wszystkich jego możliwości, a co za tym idzie należyte przygotowania miasta na przybycie gości. To podstawa, którą rozumie cały świat. Konkurs Chopinowski powinien stać w centrum wydarzeń. Dlaczego Rafał Trzaskowski nie jest w stanie tego pojąć? Czy chaos koordynacyjny i tak spektakularny kretynizm organizacyjny może być dziełem przypadku. Dopełnieniem tego barbarzyńskiego obrazu jest stan grobu rodziców Fryderyka Chopina na Warszawskich Powązkach.

„Ciało w Paryżu, serce w Warszawie”

Fryderyk Chopin zmarł w Paryżu, gdzie został pochowany. Odchodząc, wyraził kilka ważnych próśb. Chciał, by ludzie w przyszłości uprawiali tylko wartościową muzykę, by na pogrzebie zagrano mu „Requiem” Mozarta, by jego serce wróciło do Ojczyzny, a do grobu złożona została ojczysta ziemia, którą przywiózł do Paryża.

Nie było łatwo spełnić te życzenia w ówczesnych realiach, a jednak tego dokonano. Serce przewiozła potajemnie do Warszawy siostra artysty, Ludwika Jędrzejewiczowa, w wypełnionym alkoholem słoju, który ukryła pod ubraniem. Przekazała je do kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, parafialnej świątyni rodziny Chopinów, gdzie trzymano je w skrzynce złożonej w katakumbach. W 1879 roku, w tajemnicy przed władzami rosyjskimi, serce umieszczone w podwójnej puszce (ołowianej i drewnianej), wmurowano w jeden z filarów w nawie kościoła. Ozdobiono go marmurowym popiersiem kompozytora dłuta Leonarda Marconiego i tablicą z napisem: „Fryderykowi Chopinowi – rodacy” oraz cytatem z Ewangelii św. Mateusza: „Gdzie skarb Twój, tam serce Twoje”.

W czasie Powstania Warszawskiego serce ukryto w Milanówku, a cała historia jego przechowania i ocalenia to materiał na odrębną opowieść. Dość powiedzieć, że okupujący Polskę Niemcy uznawali Chopina za niebezpieczny symbol polskości. Jego pomnik w Łazienkach Królewskich był bodaj pierwszym, który w maju 1940 r. wysadzono w powietrze na polecenie gubernatora Hansa Franka. Dodatkowo pocięto go na części i wszczęto akcję zniszczenia wszelkich jego kopii.

Odbudowany po wojnie jest jednym z trzech głównych miejsc „pielgrzymek” wielbicieli polskiego kompozytora, obok bazyliki św. Krzyża i Filharmonii Narodowej. O tym, jak przygotowano te miejsca na XIX Konkurs Chopinowski, wie dziś cały świat. W powyższym kontekście sprawa nabiera dodatkowego niesmaku.

i

17 października – Requiem i modlitwa przy sercu Chopina

17 października 1945 r., w 96. rocznicę śmierci kompozytora, serce Fryderyka Chopina w asyście przedstawicieli władz państwowych oraz tysięcy warszawiaków wróciło do  kościoła św. Krzyża. Co roku, zgodnie z jego życzeniem i pielęgnowaną tradycją, w bazylice wybrzmiewa koncertowe wykonanie Requiem d-moll Wolfganga Amadeusa Mozarta. Jak będzie w tym roku?

Po pierwsze, od niemal pierwszych dni trwania Konkursu Chopinowskiego nie ma swobodnego dostępu do kościoła, ponieważ od 9-22 października trwają zdjęcia do „Lalki”. Nawet na Mszę Świętą trzeba wchodzić przez zakrystię. Być może na czas trwania koncertu filmowcy przesuną plan zdjęciowy i odblokują wejście do bazyliki, ale fakt jest taki, że na co dzień ta część Krakowskiego Przedmieścia jest zamknięta. Można oczywiście uznać to za atrakcję, ale czy naprawdę nie da się tak skoordynować działań, by godnie przyjąć ludzi przyjeżdżających na Konkurs Chopinowski często tylko raz w życiu? Dlaczego nie można było przygotować miasta tak, by mogli poczuć i poznać Chopina bez absurdalnych ograniczeń?

Po drugie, przez dziesięciolecia w dniu śmierci Chopina, „Requiem” wybrzmiewało w pełni – z chórem i orkiestrą. Tak, jak chciał tego sam Chopin i jak pielęgnowała to tradycja. Od pewnego czasu Narodowy Instytut Fryderyka Chopina dokonał zasadniczej zmiany,rezygnując z rozmachu. Przed rokiem – w 175 rocznicę – zaprezentowano arcydzieło Mozarta w transkrypcji na fortepian solo. Na fortepianie historycznym zagrał ukraiński pianista Vadym Kholodenko. Rok wcześniej chór i orkiestrę ograniczono do kwartetu smyczkowego. Tym razem także usłyszymy solową wersję fortepianową w wykonaniu tego samego, ukraińskiego pianisty.

A przecież rocznica śmierci kompozytora podczas Konkursu Chopinowskiego powinna zostać uczczona w sposób szczególnie podniosły. Jesienny termin został wybrany 100 lat temu nieprzypadkowo. Właśnie dlatego, by co 5 lat pianiści i wielbiciele Chopina gromadzili się na wspólnej zadumie i modlitwie przy jego sercu. Widać jednak, że wydarzenie to jest kameralizowane z premedytacją.

autor: Marzena Nykiel

Ostatnie chwile życia Chopina

Chwila śmierci Fryderyka Chopina jest równie poruszająca jak jego muzyka. Różnie było z wiarą w jego życiu. Po wyjeździe do Paryża traktował ją raczej swobodnie. Jednak w obliczu śmierci, zapałał pragnieniem nawrócenia, co opisał szczegółowo jego przyjaciel, kapelan Wielkiej Emigracji, ks. Aleksander Jełowicki:

— pisał ks. Jełowicki w liście do Ksawery Grocholskiej, informując że Chopin wyspowiadał się i przyjął Najświętszy Sakrament.

Patriotyzm i polska „soft power”

Muzyka Fryderyka Chopina tętni polskością. „Gdyby car rosyjski był człowiekiem rozumnym, powinien by zabronić w Polsce grywania polonezów i mazurków Chopina. To nie muzyka – to zarzewie powstańcze” – twierdził XIX wieczny muzyk austriacki. Z kolei Ignacy Jan Paderewski, wybitny pianista, kompozytor i premier II Rzeczypospolitej, jeden z ojców polskiej niepodległości, w Filharmonii Lwowskiej 23 października 1910 roku mówił tak:

„Zabraniano nam wszystkiego: mowy ojców, wiary przodków, czci dla świętych przeszłości pamiątek, strojów, obyczajów, pieśni narodowych… Słowackiego, Krasińskiego, Mickiewicza. Nie zabroniono nam tylko Chopina. A jednak w Chopinie tkwi wszystko, czego nam wzbraniano: barwne kontusze, pasy złotem lite, posępne czamarki, krakowskie wyzywające rogatywki, szlacheckich brzęk szabel, naszych kos chłopskich połyski, jęk piersi zranionej, bunt spętanego ducha, krzyże cmentarne, przydrożne wiejskie kościółki, modlitwy serc stroskanych, niewoli ból, wolności żal, tyranów przekleństwo i zwycięstwa radosna pieśń. Przez długie lata udręczeń, męki i prześladowań, przez długie lata znękanych myśli naszych najtajniejsze nici z nim się wiązały, ku niemu się tuliły zbolałe serca nasze. Ileż ich on ukoił, pokrzepił… a może i nawrócił”…

W muzyce Fryderyka Chopina wybrzmiewa wszystko, co polskie. Jak pisał Marian Hemar, „Polakom, gdy będą bezdomni, on muzyką ojczyznę zastąpi”. Zastępował, krzepił i jednoczył i umacniał rodaków, którzy nigdy nie rezygnowali z działań na rzecz sprawy polskiej i przywracania ojczyźnie niepodległości. To wielki przywilej mieć w narodzie ludzi wybitnych, których podziwia i za którymi chce podążać cały świat. 

Zachowanie nienaruszalności tego dziedzictwa jest oczywistym obowiązkiem. Nie może być przyzwolenia na jego rozmywanie, odpuszczanie, oddawanie w ręce wąskiego grona, które wykorzystuje wielkie sprawy do realizacji małych interesów. Jeśli więc odpowiedzialne za chopinowską spuściznę instytucje, polski rząd i władze Warszawy do tej pory nie rozumieją, że marnują kolejną wielką szansę na wzmacnianie siły Polski, to znaczy że nie są zdolni myśleć w kategoriach narodowego interesu.

Post scriptum

Po publikacji tego tekstu, otrzymałam informację, o tym jak wygląda dziś grób rodziców Fryderyka Chopina – Mikołaja i Justyny z Krzyżanowskich – na Warszawskich Powązkach. Czy w tej nawale rażących zaniedbań można jeszcze mówić o przypadku??…

Kto chce żeby Polska wymarła?

Fundacja Pro-Prawo do Życia
Szanowny Panie!
 „Czy Niemcy chcą żeby Polska wymarła?” – to tytuł reportażu, który ukazał się niedawno w jednym z tygodników. Dotyczy on sposobów deprawacji moralnej polskiego społeczeństwa w celu doprowadzenia do zagłady naszego narodu. Nie są to metody nowe. Nasza Fundacja już od kilkunastu lat ostrzega i alarmuje przed tymi zjawiskami. Na Zachodzie strategia deprawatorów stosowana jest już od dziesięcioleci, co doprowadziło do zapaści moralnej i demograficznej Europy. Co zrobić, aby uratować przed tym Polskę? Konieczne jest przebudzenie moralne oraz osobiste zaangażowanie każdego z nas, w szczególności w życie naszych rodzin i lokalnych społeczności. 
Proszę przeczytać naszą krótką analizę i wesprzeć dalszą walkę naszej Fundacji.Kto chce żeby Polska wymarła? [foto]Tygodnik Sieci opublikował artykuł pod tytułem: „Czy Niemcy chcą żeby Polska wymarła?”. Opisuje on medialną taktykę niemieckiego koncernu Ringier Axel Springer, który jest właścicielem polskojęzycznych mediów takich jak Onet, Fakt czy Newsweek. Tego typu media nieustannie bombardują Polaków artykułami, newsami, reportażami i tekstami zachęcającymi do rozwiązłości seksualnej, cudzołóstwa, rozwodów, zdrad małżeńskich oraz homoseksualnego stylu życia.
Jak zauważa Tygodnik Sieci: 

„W mediach koncernu Ringier Axel Springer Polska rodzina jest koszmarem, zdrada i rozwód są wolnością, a bezdzietność powodem do dumy.”

Tygodnik przytacza przy tym kilka przykładowych nagłówków medialnych, wybranych z tysięcy deprawacyjnych materiałów tego typu:

– „Mam 40 lat i żałuję bycia matką. Nigdy więcej bym na to nie poszła.”
– „Kacper ma 36 lat i zdradza żonę regularnie. Ale uważa, że jest uczciwy.”
– „Nigdy nie chciałam być matką. Dziś mam 47 lat, jestem bezdzietna i szczęśliwa.”
– „Mają 40 lat i decydują się na rozwód. Odzyskałam życie.”

Nasza Fundacja wielokrotnie informowała już o tym zjawisku. Dlatego publikujemy kilka istotnych uwag do artykułu Tygodnika Sieci.

Po pierwsze, na tytułowe pytanie: „czy Niemcy chcą żeby Polska wymarła?” należy oczywiście odpowiedzieć twierdząco. Trzeba jednak przy tym zaznaczyć, że chodzi o niemieckie elity polityczne, medialne i finansowe. Program deprawacji i depopulacji został najpierw wymierzony w niemieckie społeczeństwo – w zwykłe niemieckie rodziny, które jako pierwsze padły ofiarami całego procederu.

To właśnie w Niemczech powstały Standardy Edukacji Seksualnej w Europie – wytyczne, wedle których prowadzi się działania demoralizacyjne i depopulacyjne. Standardy te zakładają, że człowiek już od wczesnego dzieciństwa jest seksualny, dlatego należy oswajać go z rozwiązłością, masturbacją, pornografią oraz „różnymi rodzajami rodzin”. W świetle Standardów Edukacji Seksualnej nie istnieją żadne normy moralne w dziedzinie związków międzyludzkich. Przekaz jest prosty – „róbta co chceta” w dziedzinie seksualności.

Niemieckie media od dziesięcioleci „edukują” społeczeństwo według tych wytycznych. Równolegle, w niemieckich szkołach od kilku dekad obecna jest przymusowa „edukacja seksualna” prowadzona w oparciu o te Standardy. 
Doprowadziło to do katastrofy moralnej i demograficznej. Skala zjawisk takich jak aborcja, gwałty, przestępstwa seksualne, pedofilia czy dziecięca pornografia jest w Niemczech przerażająca. Jednocześnie od lat jednym z najpopularniejszych imion nadawanych noworodkom w Niemczech jest Mohammed. Następuje gwałtowna podmiana ludności na terenie Niemiec – zdeprawowane i zdemoralizowane społeczeństwo niemieckie nie chce mieć dzieci, więc jest zastępowane przez dzietnych i ekspansywnych muzułmanów. 

Społeczeństwo Niemiec było więc pierwszą ofiarą niemieckich wytycznych odnośnie deprawacji. Jak wskazuje nazwa opracowanego dokumentu – Standardy Edukacji Seksualnej w Europie – kolejne narody naszego kontynentu są demoralizowane według tego samego schematu.

Od lat jednym z głównych celów deprawatorów jest Polska. W 2013 roku, na konferencji organizowanej przez Ministerstwo Edukacji i Polską Akademię Nauk, po raz pierwszy w języku polskim zostały publicznie zaprezentowane Standardy Edukacji Seksualnej w Europie. Od 12 lat intensywnie wdrażana w szkołach jest „edukacja seksualna” w oparciu o te standardy.

Naszą reakcją na wydarzenia z 2013 roku było zapoczątkowanie ogólnopolskiej kampanii „Stop pedofilii”. W jej ramach dotarliśmy do milionów Polaków z ostrzeżeniem przed Standardami Edukacji Seksualnej oraz deprawatorami, którzy wchodzili do szkół pod pozorem lekcji o „dojrzewaniu” i „tolerancji”. Zebraliśmy kilkaset tysięcy podpisów pod obywatelskimi inicjatywami ustawodawczymi „Stop pedofilii”, których celem było wprowadzenie karalności za namawianie dzieci do aktywności seksualnych. 

Gdy nasza Fundacja, szereg innych organizacji oraz wielu rodziców zmobilizowanych do działania przez nasze kampanie, walczyło w całej Polsce z deprawatorami, sprzeciw polityków rządzących wobec demoralizacji i depopulacji narodu polskiego był wyłącznie werbalny. Nasze projekty „Stop pedofilii”, poparte przez setki tysięcy Polaków, zostały zamrożone w Sejmie (równolegle wszystkie nasze projekty „Stop aborcji” zostały odrzucone). Zabrakło woli politycznej do tego, aby podjąć realne działania w obronie polskich rodzin. 

Teraz demoralizacja coraz bardziej się nasila. Podobne standardy, które obowiązują w polskojęzycznych mediach zarządzanych przez niemieckie koncerny, od niedawna obowiązują w szkołach. Rząd Tuska wprowadził do szkół „edukację seksualną” według niemieckich standardów pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Wedle statystyk, ok. 40% uczniów szkół podstawowych chodzi na te demoralizujące zajęcia.

Wpływowi politycy aktualnej prawicowej opozycji deklarują, że gdy wrócą do władzy po kolejnych wyborach, to „edukacja seksualna” w szkołach dalej będzie, tylko pod inną nazwą. Zapowiadają również, że aborcja dalej będzie legalna de facto na żądanie do końca ciąży. Programy wyborcze największych partii aspirujących do przejęcia władzy w Polsce w ogóle nie zawierają obietnic zmian w zakresie ochrony życia dzieci przed aborcją oraz powstrzymania deprawatorów seksualnych przed niszczeniem sumień dzieci poprzez szkoły, media oraz działania w przestrzeni publicznej takie jak „parady równości”. 

Co w tej sytuacji trzeba robić?1) Dalej działać na rzecz wprowadzenia w Polsce dającego się egzekwować prawnego zakazu zachęcania dzieci do aktywności seksualnych oraz całkowitego zakazu aborcji. Najlepiej użyć do tego gotowych projektów „Stop pedofilii” oraz „Stop aborcji”, które mają poparcie milionów Polaków. Póki co po stronie większości polityków katolickiej prawicy brakuje woli do tego, aby takie rozwiązania przyjąć. Dlatego konieczna jest nieustanna presja. 

2) Całkowicie usunąć ze szkół „edukację seksualną” pod jakąkolwiek nazwą i postacią.

3) Przebudzić świadomość rodziców na temat deprawacji, ideologizacji i zgorszenia ich dzieci dokonującego się za pomocą mediów i ekranów smartfonów, przed którymi polska młodzież spędza nawet do 8 godzin dziennie. Warto przypomnieć, że blisko 25% nastoletnich chłopców w Polsce jest już uzależnionych od regularnego oglądania pornografii. Trzeba ratować przed tym dzieci i młodzież! 

4) Zmobilizować rodziców do przejęcia osobistej odpowiedzialności za wychowanie własnych dzieci.

5) Modlić się publicznie o odnowę moralną Polski i Polaków.

Powyższe punkty to długofalowy plan na ocalenie naszego narodu. Do jego realizacji konieczne jest zaangażowanie i pozyskanie wielu wolontariuszy oraz stała pomoc darczyńców. Nasza Fundacja pomimo prześladowań i represji, jakie na nas spadają, chce walczyć dalej. Zwycięstwo nad deprawatorami i aborcjonistami jest możliwe. Musimy tylko prowadzić konsekwentne, regularne działania u podstaw.

Organizacja kolejnych akcji ulicznych, wystaw, kampanii billboardowych, przejazdów furgonetek, szkolenie wolontariuszy, działania w internecie, ochrona prawna – to wszystko jest dla nas dużym wyzwaniem organizacyjnym i finansowym. Na ten miesiąc zaplanowaliśmy kilkadziesiąt akcji w całej Polsce (harmonogram na naszej stronie). Jak już też informowaliśmy, tylko w październiku sam koszt obrony prawnej naszych wolontariuszy przed sądami to ponad 10 000 zł. Na dalszą walkę w najbliższym czasie potrzebujemy Pańskiego wsparcia.
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana obecnie możliwa, aby umożliwić nam prowadzenie dalszej walki w przestrzeni publicznej, kształtować świadomość i docierać z prawdą do kolejnych Polaków.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunku, 
Mariusz Dzierżawski | Fundacja Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl

Czy roboty śnią o rachunkach za prąd?

Czy roboty śnią o rachunkach za prąd?

Autor: AlterCabrio, 16 października 2025

Wychowujemy pokolenie, które nie będzie w stanie odróżnić prawdy od fałszu, nie dlatego, że jest głupie, ale dlatego, że fałsz będzie bardziej prawdziwy niż rzeczywistość. Twarze generowane przez sztuczną inteligencję już wywołują silniejsze reakcje emocjonalne niż twarze ludzkie, jak wykazały niektóre badania – są hiperrealistyczne, zoptymalizowane pod kątem interakcji, zaprojektowane tak, by manipulować naszymi szlakami neuronowymi.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Czy roboty śnią o rachunkach za prąd?

Wewnątrz maszyny halucynogennej wartej bilion dolarów, na którą nikogo nie stać

Motyl ląduje na szafie serwerowej w najnowszym centrum danych Larry’ego Ellisona – a przynajmniej tak wyobraża to sobie mój mózg. Jakaś fantazja Willy’ego Wonki o wirujących maszynach i kaskadach wody, gdzie przyszłość jest tworzona z takim samym kaprysem jak tabliczki czekolady. Ale tu nie ma motyli. Tylko szum dziesięciu tysięcy wentylatorów chłodzących chipy, które palą się goręcej niż asfalt Arizony na zewnątrz, wysysając prawie dwadzieścia milionów litrów wody dziennie, podczas gdy warstwy wodonośne na zewnątrz wysychają.

To właśnie tutaj postanowiliśmy budować jutro: w szarych, pozbawionych okien magazynach, które można by pomylić z centrami logistycznymi Amazona, gdyby nie uzbrojeni strażnicy i ceny sięgające 400 miliardów dolarów. Wewnątrz tych współczesnych pomników umysłowej degeneracji najbogatsi ludzie, jacy kiedykolwiek żyli, budują coś, co nie do końca działa, nie przynosi zysku i może nawet nie być konieczne. A i tak to robią. Nie dla pieniędzy – Larry Ellison zarobił 8,7 miliarda dolarów netto tylko w zeszłym tygodniu, cóż znaczy kolejny miliard? – ale dla czegoś o wiele bardziej urzekającego: możliwości decydowania o tym, co będzie się uznawać za prawdę w nadchodzącym stuleciu.

Witamy w bańce spekulacyjnej AI, gdzie 95% korporacji nie generuje zysków, gdzie OpenAI przepala 13,5 miliarda dolarów, przynosząc 4,3 miliarda dolarów zysku, gdzie Siedmiu Wspaniałych gigantów technologicznych rozrosło się, by pochłonąć 34% całego indeksu S&P 500 niczym jakaś kapitalistyczna czarna dziura. Liczby są tak absurdalne, że przestają wydawać się realne – 1,5 biliona dolarów już zainwestowano, 2,9 biliona dolarów prognozowane do 2028 roku – lesbijka, szefowa OpenAI, domaga się kolejnych 7 bilionów. To już nie są inwestycje, to religijne ofiary dla krzemowego boga, który przemawia w halucynacjach.

W mediach społecznościowych filmy mnożą się niczym cyfrowa szarańcza. Kobieta z Phoenix wpatruje się w swój rachunek za prąd: 3847 dolarów za miesiąc w pustym mieszkaniu do wynajęcia. Mężczyzna z Austin nagrywa się, jak dzwoni do firmy energetycznej, przekonany, że nastąpiła pomyłka – jego rachunek wzrósł ze 180 do 2100 dolarów, a zużycie nie uległo zmianie. Starsze małżeństwo z Sacramento płacze nad rachunkiem na 4500 dolarów, który oznacza konieczność wyboru między prądem a lekami.

Firmy energetyczne zrzucają winę na „modernizacje infrastruktury”. Nie do końca kłamią. Po prostu nie wspominają, dla kogo te modernizacje są przeznaczone.

Nasza sieć energetyczna gnije od dziesięcioleci. Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Budownictwa Lądowego i Wodnego wystawia jej ocenę C-minus, szacując [nasze 3 z minusem -tłum.], że potrzebujemy modernizacji o wartości 2 bilionów dolarów, aby utrzymać obecną niezawodność. Przez lata dostawcy energii twierdzili, że nie stać ich na ulepszenia. Potem firmy zajmujące się sztuczną inteligencją potrzebowały zasilania dla swoich centrów danych i nagle pieniądze pojawiły się jak manna z raju dla inwestorów venture capital.

Ale oto cudowna prawda: zamiast obciążać Microsoft lub OpenAI kosztami tych modernizacji, dostawcy usług komunalnych rozkładają koszty na każdego klienta indywidualnego w swoich obszarach. Twoja babcia z Tucson hojnie dofinansowuje maniackie eksperymenty Sama Altmana. Samotna matka pracująca na dwóch etatach w Oakland z radością płaci za serwerownie Larry’ego Ellisona. Infrastruktura nie jest modernizowana dla zwykłych Amerykanów, którzy cierpieli przez dekady przerw w dostawie prądu – jest modernizowana dla maszyn, które mają halucynacje.

Perwersja jest jeszcze głębsza, gdy uświadomisz sobie, że te same centra danych – te, które sprawiają, że rachunki za prąd zbliżają się do poziomu spłacania kredytów hipotecznych – otrzymują ogromne ulgi podatkowe od zdesperowanych samorządów. Oregon przyznał Google 1,2 miliarda dolarów ulg podatkowych na centra danych. Wirginia dała Amazonowi 750 milionów dolarów. Teksas zainwestował 850 milionów dolarów w różne firmy technologiczne, a wszystko to za przywilej posiadania obiektów zatrudniających mniej osób niż podmiejski Walmart.

Ale stany potrzebują dochodów. Szkoły potrzebują funduszy. Drogi wymagają remontów. Skąd więc pochodzą pieniądze? Oczywiście z podatków od nieruchomości. W hrabstwie Loudoun w Wirginii – światowej stolicy centrów danych – podatki od nieruchomości wzrosły o 42% w ciągu pięciu lat, podczas gdy firmy technologiczne płaciły stawki efektywne bliskie zeru. Radny hrabstwa naciskany potwierdził oczywistość: „Musimy gdzieś uzupełnić niedobór”.

W gospodarce to teoria skapywania [trickle-down economics] z jeszcze bardziej przewrotnym zamysłem niż tylko wzbogacanie bogatych: koszty spływają w dół, podczas gdy zyski nawet nie istnieją. OpenAI, pomimo swojej szlachetnej misji „zapewnienia korzyści całej ludzkości dzięki sztucznej inteligencji”, po cichu przekształciło się z organizacji non-profit w nastawioną na zysk, ponieważ najwyraźniej ludzkość korzysta najbardziej, gdy Sam Altman jeździ McLarenem za 3 miliony dolarów, a rachunek za prąd przekracza czynsz.

Ale chwila – ten kosmiczny żart ma puentę, której nawet Kafka by się nie spodziewał. W miarę jak internet zalewa coraz więcej treści generowanych przez sztuczną inteligencję, przyszłe systemy sztucznej inteligencji będą coraz częściej uczyć się na danych generowanych przez sztuczną inteligencję. To algorytmiczne kojarzenie wsobne, a rezultaty są dokładnie takie, jakich można się spodziewać.

Naukowcy nazywają to „załamaniem modelu” – wykwintnym określeniem na obrzydliwe zjawisko. Każde pokolenie sztucznej inteligencji, szkolone na treściach generowanych przez sztuczną inteligencję, staje się coraz bardziej zniekształcone, mniej precyzyjne, coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. Internet dosłownie zjada sam siebie, wypluwając własną syntetyczną żółć w nieskończonej pętli degradacji.

Wyobraź sobie, że uczysz dziecko języka, pozwalając mu rozmawiać tylko z innymi dziećmi, które uczyły się języka w ten sam sposób, które uczyły się od dzieci, które uczyły się od dzieci, i tak w nieskończoność.

Za kilka pokoleń język przestałby istnieć – pozostałby wyrafinowany bełkot, pewny siebie nonsens, artykułowane bezsensowne wypowiedzi. To właśnie jest nasz internet przyszłości: ogromna bańka informacyjna, w której maszyny szepczą sobie nawzajem zniekształcone sekrety, a ludzie płacą rachunek.

Porozmawiajmy o Davidzie Ellisonie, bo nepotyzm w erze sztucznej inteligencji przybiera apokaliptyczne rozmiary. David, potomek 245-miliardowej fortuny Larry’ego, jest właścicielem Skydance Media. Właśnie kupił Paramount za 8 miliardów dolarów – jego ojciec dał pieniądze – i teraz krąży wokół Warner Brothers Discovery niczym rekin wyczuwający krew w wodzie.

Tymczasem Papa Larry wkrótce przejmie większość udziałów w tej degeneracji jaką jest TikTok za pośrednictwem Oracle, firmy, którą zbudował na bazie projektu bazy danych CIA. Oracle, co ciekawe, jest również głównym inwestorem w OpenAI i zapewnia infrastrukturę chmury, w której te modele AI żyją, oddychają i kłamią.

Czy dostrzegasz wyłaniającą się architekturę kontroli? Jedna rodzina – jedna – potencjalnie kontrolująca:

– Moc obliczeniową (centra danych Oracle)

– Tworzenie treści (cztery główne studia filmowe w Hollywood)

– Dystrybucję (platformy streamingowe i potencjalnie TikTok)

– Systemy sztucznej inteligencji, które wkrótce będą generować treści

Za każdym razem, gdy miliarderzy z branży technologicznej przejmują firmy medialne, schemat jest identyczny: masowe zwolnienia, „optymalizacja wydajności” i zastępowanie ludzkich twórców algorytmicznymi alternatywami. Nie kupują tych studiów, żeby kręcić lepsze filmy. Kupują je, żeby wyeliminować uciążliwe koszty ludzkiej kreatywności.

Spośród 300 korporacyjnych wdrożeń generatywnej sztucznej inteligencji [generative AI], 95% nie przyniosło żadnego mierzalnego wpływu na zyski. Nie były to małe efekty. Nie były to rozczarowujące efekty. To nie były jakiekolwiek mierzalne wpływy. To firmy z rocznymi przychodami przekraczającymi 100 milionów dolarów, dysponujące zasobami i wiedzą specjalistyczną, a które nie potrafią sprawić, by magiczna maszyna drukowała pieniądze.

Ekonomiści Goldman Sachs przeprowadzili własną analizę i odkryli coś jeszcze bardziej druzgocącego: pomimo biliona dolarów inwestycji w sztuczną inteligencję, wydajność pracy w USA rosła zaledwie o 0,5% rocznie w latach 2019–2023. Podczas rewolucji komputerów osobistych w latach 90. produktywność rosła w tempie 1,5% rocznie. Podobne korzyści przyniósł boom internetowy. Ale sztuczna inteligencja? Statystycznie nieczytelny.

Naukowcy z MIT zdefiniowali sukces hojnie – jako „trwałe oddziaływanie na wydajność” lub wpływ na zysk firmy. Według tej miary chatboty stały się rzadkim przykładem sukcesu, ale tylko dlatego, że, jak zauważyli naukowcy, wszyscy i tak spodziewają się ich porażki. „Nie ma tu odpowiedzialności” – zauważył jeden z nich. „Chatboty nie muszą tworzyć czegoś niezawodnego i użytecznego”.

Instagram zniszczył poczucie własnej wartości – dowiodły tego wewnętrzne badania Facebooka. Dokumenty, które próbowali ukryć, pokazują, jak nastoletnie dziewczyny rozwijają zaburzenia odżywiania i myśli samobójcze z powodu porównywania się do przefiltrowanej perfekcji. Mniej znane, ale równie niepokojące są przypadki młodych mężczyzn zakochujących się w kobietach, których nie znają i prawdopodobnie nigdy nie poznają, i tracących miesiące, jeśli nie lata, życia na użalaniu się nad sobą i wątpliwościach. Tęsknią za związkiem, którego nigdy nie będą mieli, pochłonięci chorobą miłosną i unikający interakcji w prawdziwym życiu, które mogłyby prowadzić do satysfakcjonujących związków. Teraz wyobraź sobie sztuczną inteligencję tworzącą nie tylko przefiltrowane zdjęcia, ale całe syntetyczne życia idealnych ludzi: idealne domy, które nigdy nie istniały, idealne wakacje, które nigdy się nie wydarzyły, idealne rodziny wygenerowane na podstawie statystycznych średnich ludzkiego szczęścia.

Wychowujemy pokolenie, które nie będzie w stanie odróżnić prawdy od fałszu, nie dlatego, że jest głupie, ale dlatego, że fałsz będzie bardziej prawdziwy niż rzeczywistość. Twarze generowane przez sztuczną inteligencję już wywołują silniejsze reakcje emocjonalne niż twarze ludzkie, jak wykazały niektóre badania – są hiperrealistyczne, zoptymalizowane pod kątem interakcji, zaprojektowane tak, by manipulować naszymi szlakami neuronowymi.

Wyobraź sobie dziecko urodzone dzisiaj, wychowane na treściach generowanych przez sztuczną inteligencję, które uważa prawdziwą ludzką mimikę za dziwną i odpychającą, ponieważ brakuje mu optymalizacji algorytmicznej, do której jest przyzwyczajone. Uważa prawdziwe ludzkie rozmowy za nudne, ponieważ nie podążają za schematami dialogu maksymalizującymi zaangażowanie, charakterystycznymi dla sztucznej inteligencji. Preferuje syntetyczne relacje, ponieważ są bardziej przewidywalne, bardziej uzasadnione i lepiej dopasowane do jego/jej psychologicznych potrzeb.

Pieniądze krążą w kółko, niczym jakaś wypaczona protestancka etyka pracy wywrócona na drugą stronę. Nvidia inwestuje w OpenAI. OpenAI inwestuje w Oracle. Oracle kupuje chipy od Nvidii. AMD inwestuje w OpenAI. OpenAI, tracąc miliardy bez możliwości osiągnięcia rentowności, zawiera umowy ze wszystkimi, obiecując przyszłe zyski z rewolucji w dziedzinie sztucznej inteligencji, która – jak sugerują ich własne statystyki – nie nadejdzie.

OpenAI skorygowało swoje szacunki kosztów w górę o 250% – „błąd zaokrąglenia”, jak sarkastycznie zauważył jeden z inwestorów venture capital, wynoszący 80 miliardów dolarów. Gdyby to była spółka publiczna, akcje spadłyby o 90%. Jednak na rynkach prywatnych Doliny Krzemowej, gdzie należyta staranność umiera, po prostu pozyskują kolejną rundę finansowania przy wyższej wycenie. 157 miliardów dolarów kapitalizacji rynkowej dla firmy tracącej miliardy, której produkt daje błędne odpowiedzi z pewnością siebie przeciętnego członka zarządu.

Oprogramowanie nie przynosi wszystkim jednakowych korzyści. W ciągu ostatnich dwudziestu lat obserwowaliśmy, jak dyrektorzy technologiczni awansowali z milionerów na miliarderów, a niektórzy z nich pędzą teraz ku temu obscenicznemu słowu: bilioner. Bogaci dostają pracowników z AI, a my rozrywkę z AI. Oni dostają narzędzia do zwiększania produktywności, a my maszyny do rozpraszania uwagi. Oni dostają prąd, a my wyższe rachunki za prąd.

Ekonomista z Harvardu, Lawrence Summers, zauważył coś niepokojącego w najnowszych danych o PKB: budowa centrów danych odpowiada za 92% wzrostu PKB. Inwestycje w sprzęt i oprogramowanie do przetwarzania informacji stanowią kolejne 4%. Po wyłączeniu tych kategorii, gospodarka USA rosła w tempie 0,1% rocznie w pierwszej połowie 2025 roku.

Cała amerykańska gospodarka, pozbawiona inwestycji w sztuczną inteligencję, praktycznie stoi w miejscu.

Analitycy Morgan Stanley potwierdzają to przekłamanie: wydatki dużych firm technologicznych na infrastrukturę AI dodają obecnie około jednego punktu procentowego do wzrostu PKB USA, „dziesięciokrotnie przewyższając tempo wzrostu wydatków konsumenckich”. Nie budujemy już gospodarki, lecz pomnik algorytmicznych aspiracji, dosłownie Wieżę Babel zbudowaną z szaf serwerowych i pobożnych życzeń.

Każde zapytanie ChatGPT zużywa mniej więcej tyle, ile butelka wody. Instytut Ochrony Środowiska i Energii (Environmental and Energy Institute) ustalił, że duże centra danych mogą zużywać nawet 19 milionów litrów wody dziennie – jest to równowartość zużycia wody przez miasto liczące od 10 000 do 50 000 mieszkańców. Dzieje się tak, gdy poziom wody w rzece Kolorado spada do rekordowo niskiego poziomu, a warstwy wodonośne, których wypełnienie zajęło tysiąclecia, wysychają w ciągu dekad.

Emisja dwutlenku węgla Google’a wzrosła o 48% od 2019 roku, pomimo deklaracji ESG o neutralności węglowej – ale ESG jest martwe, jak twierdzi sam twórca, Larry Fink. Jakie to wygodne. Emisja Microsoftu wzrosła o 30%. Meta wzrosła o 39%. A wszystko to przy jednoczesnym propagowaniu odpowiedzialności za środowisko.

Dosłownie niszczymy biosferę, aby zbudować maszyny, które nie będą w stanie wiarygodnie powiedzieć ci, jak zresetować router WiFi.

Używałam ChatGPT i Claude’a do kodowania. Robi to całkiem dobrze. Bez własnego mózgu nie osiągnęłabym dobrych rezultatów, ale razem osiągnęliśmy cel. Niedawno zapytałam ChatGPT o proces odpalenia A320 ze stanu pełnego unieruchomienia – to informacja łatwo dostępna po prostym wyszukiwaniu w Google lub obejrzeniu dziesięciominutowego filmu entuzjasty symulatorów lotu. Sztuczna inteligencja odpowiedziała z krzemową pewnością siebie: „Oczywiście, oto jak”. Instrukcje były błędne. Po ich zakwestionowaniu, przeprosiła i zaproponowała nowe instrukcje. Też błędne. Po ponownym zakwestionowaniu, przeprosiła ponownie i zaproponowała trzeci zestaw, prawdopodobnie błędny, ale do tego czasu zaufanie wyparowało jak woda z systemu chłodzenia centrum danych.

To jest uśrednione doświadczenie. Sztuczna inteligencja, która ma zrewolucjonizować wydajność, marnuje czas na absolutne błędy. Wymyśla cytaty, halucynuje co do faktów, oszukuje użytkowników, którzy wiedzą lepiej. Pod presją przyznaje się do błędu, tylko po to, by popełniać nowe błędy, każdy z tą samą algorytmiczną pewnością.

Wyobraź sobie, że prowadzisz firmę i płacisz za sztuczną inteligencję generatywną, która ma pomagać pracownikom lub klientom. Kiedy musiała rozwiązać jakiś problem, nie tylko popełniła błąd, ale dokonała tego nie raz. Konsekwencje będą lawinowe: błędne porady medyczne mogą prowadzić do śmierci pacjentów, błędne odniesienia prawne mogą niszczyć sprawy, wadliwe analizy finansowe doprowadzą firmy do bankructwa – każdy błąd potęgowany przez niezdolność maszyny do rozpoznania własnych ograniczeń.

Bańka spekulacyjna na rynku sztucznej inteligencji pęknie. Żadna ilość kapitału wysokiego ryzyka [venture capital] nie wytrzyma niekończących się strat. Żadna ilość szumu medialnego nie przezwycięży fundamentalnej nieopłacalności. Pytanie nie brzmi czy, ale kiedy i co zostanie zniszczone w wyniku krachu.

Goldman Sachs szacuje, że bańka może być 17 razy większa niż krach dot-comów. Efekt domina zniszczyłby konta emerytalne, wywołał masowe zwolnienia, potencjalnie załamałby całe sektory gospodarki i prawdopodobnie usunąłby twój mały fundusz inwestycyjny S&P, który miałeś przez jakiś czas, bo „się zawalił” czy coś w tym stylu. Centra danych będą stały puste. Następna administracja będzie mogła je wykorzystać do przetrzymywania nielegalnych imigrantów (lub, co bardziej prawdopodobne: spłukanych Amerykanów), podczas gdy miliarderzy, którzy je zbudowali, wycofają się do swoich nowozelandzkich bunkrów, zostawiając nas z rachunkami za prąd za ich opuszczone serwerownie.

Ale może jednak jest w tym jakiś optymizm. Może bańka nie pęknie. Może po prostu powoli przystosowujemy się do świata, w którym nic nie działa do końca, w którym każda odpowiedź może być błędna, w którym prawda staje się dobrem luksusowym, kontrolowanym przez tego, kto ma najwięcej serwerów. Może uczymy się żyć ze smakiem syntetycznego wszystkiego – syntetycznej treści, syntetycznych relacji, syntetycznego znaczenia – aż zapomnimy, że cokolwiek innego kiedykolwiek istniało.

Woda wciąż przepływa przez te centra danych, parując w nicość, podczas gdy miasta racjonują, a rolnicy patrzą, jak ich pola obracają się w pył. Chipy wciąż się grzeją. Rachunki za prąd rosną. Internet wciąż sam się pożera. Kłamstwa wciąż płyną z pewnością maszyn, które nigdy nie zaznały wątpliwości.

I gdzieś w tej wspaniałej iluzji oczekuje się od nas, że uwierzymy, że to postęp. Że płacenie tysięcy dolarów za prąd w pustych domach, to innowacja. Że obserwowanie, jak internet pożera sam siebie, to ewolucja. Że oddanie ludzkiej kreatywności maszynom, które nie potrafią odróżnić prawdy od fikcji, to w jakiś sposób przyszłość, na którą czekaliśmy – a ludzie, którzy zapłacili absurdalnie wysokie kwoty za kody bonusowe do SORA, z pewnością w to uwierzą.

__________________

Do Robots Dream of Electricity Bills?, A Lily Bit, Oct 14, 2025

−∗−

Warto porównać:

Oszustwo warte siedem bilionów dolarów
Nie ma nic złego w tworzeniu narzędzi, które pomagają nam myśleć szybciej lub nieco jaśniej. Problemem jest udawanie, że te narzędzia potrafią myśleć, czuć lub tworzyć. Tragedią jest to, że […]

_____________

Chłopcy z Tech Ferajny czyli kto tu oszalał?
Proponuję alternatywę dla teorii Team Woke lub Team Musk. Rozważ przez chwilę myśl, że ci z Tech Ferajny nie są ani strasznymi złoczyńcami, ani zbawcami. Zamiast tego rozważ, że mogą […]

−∗−

Katastrofa „Edukacji Zdrowotnej” – ministerstwo ukrywa dane

Katastrofa „Edukacji Zdrowotnej” – ministerstwo ukrywa dane

https://polskakatolicka.org/pl/artykuly/katastrofa-edukacji-zdrowotnej–ministerstwo-ukrywa-dane

Katastrofa „Edukacji Zdrowotnej” – ministerstwo ukrywa dane

Rafał Topolski | 16/10/2025

Nowy przedmiot w szkołach okazał się totalnym fiaskiem.
Zajęcia z „Edukacji zdrowotnej” – reklamowane przez minister Barbarę Nowacką jako „niezbędne dla dobrostanu uczniów” – świecą pustkami.
W wielu szkołach w całej Polsce na lekcje nie zapisał się ani jeden uczeń.
To nie przypadek, lecz wyraźny znak sprzeciwu wobec ideologicznej indoktrynacji pod przykrywką troski o zdrowie.


Fatalna frekwencja – rodzice powiedzieli „dość”

Dane płynące z miast w całej Polsce są miażdżące.

·       W Szczecinie na zajęcia uczęszcza zaledwie 12 procent licealistów, w technikach – 7 procent.

·       W Radomiu – 12 procent.

·       W powiatach tatrzańskim i nowotarskim aż 98 procent uczniów zrezygnowało z uczestnictwa.

·       W Warszawie – 86 procent, w Rzeszowie – 81 procent, w Kielcach – 77 procent, a w Olsztynie – 72 procent.

To nie są pojedyncze przypadki. To masowy bunt rodziców, którzy nie pozwolą, by ich dzieci uczono treści sprzecznych z moralnością katolicką i zdrowym rozsądkiem.

Ministerstwo milczy, bo dane są kompromitujące

Minister Barbara Nowacka zapowiedziała, że oficjalne dane o frekwencji zostaną ujawnione 10 października. Tymczasem – cisza.

Zamiast transparentności pojawiły się wymówki o „pogłębianiu analizy” i „braku obowiązku szkół do przekazania informacji”. W rzeczywistości wszystko wskazuje na jedno: frekwencja jest katastrofalna, a ministerstwo próbuje ukryć skalę porażki.

Jeszcze bardziej szokujące jest to, że Nowacka uhonorowała medalami osoby odpowiedzialne za opracowanie programu, który okazał się totalnym fiaskiem.
To jakby nagradzać architektów budynku, który właśnie runął.

Dlaczego rodzice odrzucili „Edukację zdrowotną”?

Rodzice dobrze wiedzą, że pod pozorem rozmów o „zdrowiu psychicznym” kryje się ideologia gender – wizja człowieka, który „może wybrać sobie płeć” i zrywa więź z Bożym porządkiem.

Program nie ma podręczników, nie ma jasno określonych treści, a nauczyciele nie potrzebują żadnych kwalifikacji. To nie edukacja – to eksperyment na dzieciach.

Zamiast prawdy o rodzinie, wierności i czystości, dzieci mają słuchać o „orientacjach psychoseksualnych” i „tożsamości płciowej”. Nic dziwnego, że rodzice masowo wypisują swoje dzieci z tych zajęć.

Rodzice wygrywają bitwę, ale wojna trwa

To pierwsze zwycięstwo rodziców – ale nie koniec walki.

Ministerstwo nie zamierza się poddać. Już dziś pojawiają się głosy, że „edukacja zdrowotna” ma być obowiązkowa od przyszłego roku.

Dlatego każdy katolik, każdy rodzic, każdy nauczyciel musi pozostać czujny. To właśnie rodzina wierna Chrystusowi jest dziś bastionem w obronie niewinności dzieci.

Zamiast indoktrynacji – prawda i Boży porządek

Zamiast pustych ideologii, polskie szkoły potrzebują prawdziwej edukacji opartej na fundamentach chrześcijańskich – o wierności, małżeństwie, rodzinie, skromności i szacunku do życia. To nie państwo, ale rodzice mają prawo i obowiązek wychowywać swoje dzieci zgodnie z wiarą.

Dlatego nasza kampania Polska Katolicka, nie laicka będzie nadal demaskować programy, które próbują podważać Boży porządek w wychowaniu.


Wezwani do działania

To, co wydarzyło się w szkołach, pokazuje jedno – Polacy nie dali się zwieść. Ale zwycięstwo trzeba obronić.
Wzywamy wszystkich rodziców, by nie ustępowali ani na krok.

Piast i Jagiełło, czyli o geopolityce dla opornych. I polemika.

Piast i Jagiełło, czyli o geopolityce dla opornych

Bazyli1969 https://www.salon24.pl/u/bazyli1969/1468133,piast-i-jagiello-czyli-o-geopolityce-dla-opornych

Wyglądać na coś i być czymś to dwie różne rzeczy.

M. Stiefvater

image

W powstałym w 1974 r. filmie pt. „Gniazdo” jest bardzo wymowna scena. Otóż młody Mieszko gawędzi, a właściwie spiera się z ojcem („Siemomysłem”) na temat polityki zagranicznej. Krew nie woda i nasz pierwszy historyczny władca stara się przekonać rodziciela o konieczności ekspandowania poza zmurszałe granice i chwycenia za rogi zagrożeń. Jego ojciec patrzy na te sprawy inaczej i gniewnym tonem zakazuje Mieszkowi wychylania się poza otaczające jego dziedzinę lasy, rzeki i bagna. Dla uargumentowania swej postawy powołuje się na „stare dobre obyczaje” i fakt, że za puszczą, za borem czają się… Sasy. Nie ma zatem sensu igrać z lichem.  Tym bardziej, że ono nigdy nie śpi! Cicho-sza, cicho-sza, cicho-sza… Jak mysz pod miotłą. Czy Mieszko posłuchał starego księcia? Odpowiedź znamy. Ale, ale… 

Jedną z największych bolączek sporów o przeszłość (mającą wszak zasadniczy wpływ na teraźniejszość) jest jakaś dziwna mania oskubywania dyskursu z kontekstu. A przecież nie da się postawić trafnej diagnozy i dokonać rzetelnej oceny bez uwzględnienia możliwie licznych oraz istotnych czynników. Wystawianie ocen naszym przodkom na podstawie wąskiego i lokalnego oglądu sytuacji to próby ukręcania bicza z… piasku. Krótko mówiąc: lipa! Bo czy byłaby możliwa ekspansja Hellenów na wschód, gdyby niezliczonych krain i kraików nie zjednoczył Filip, a jego syn zmagał się z Imperium Perskim nie wstrząsanym co rusz kryzysami wewnętrznymi? Czy potomek ubogiej szlachty z Korsyki, czyli Napoleon, miał szansę zasiąść na tronie Francji, gdyby nie rewolucja 1789 r.? Czy Rzymianie daliby radę stworzyć imperium, gdyby na początku drogi mieli za sąsiadów potężne organizmy państwowe a nie „autokefaliczne” plemiona? Nie, nie i nie! Znów – kontekst. To tyle tytułem wstępu.

Wczoraj albo przedwczoraj jeden z kolegów raczył popełnić notkę na temat serc sarmackich naszych przodków, w których krew – podobno –  pulsowała w takim tempie i tak chaotycznie, że z rzadka docierała do mózgów; z ogromną szkodą dla nich samych, a pośrednio i dla nas. No tak… To jedna z opinii dotyczących polskiego zaangażowania w „drakę Dzikich Pól”. Generalnie zaczyna – nie tylko na tym Forum – dominować przekonanie, iż mariaż z Litwą, a potem zawarcie Unii Lubelskiej to doskonały dowód na bezmyślność elit Polski, a potem elit polskich w Rzeczypospolitej. Te ganianie po stepach, ta przestrzeń, ci kozacy, ta wciągająca niczym bagno bezwładność. Włożyliśmy (my, Polacy) mnóstwo wysiłku, czasu, pieniędzy i krwi a efekt… Zamiast zamknąć się w granicach etnicznych i budować swój nadwiślański raj – ruszali z motyką na słońce. No co oni wyprawiali?! Gamonie! Czyżby?

Królestwo Polskie uzyskało rangę mocarstwa regionalnego po zwycięstwach pod Grunwaldem i Koronowem. Umocniło swą pozycję po długotrwałych zmaganiach z Zakonem Krzyżackim podczas tzw. Wojny Trzynastoletniej (1454-1466). Od czasu II Pokoju Toruńskiego Polska stałą się nie tylko rozgrywającym w naszej części Europy ale stała się mocarzem  w skali kontynentu. Przypadek? Dziwny zbieg  okoliczności? Wymodlenie pożytku u Boga? Nic z tych rzeczy. Stało się to możliwym przede wszystkim (bo nie wyłącznie) dzięki sojuszowi z… Litwą. Litwą, tj. najrozleglejszym państwem na naszym kontynencie. Zarządzanym przez sprawną dynastię, nie najbiedniejszym, zamieszkałym przez lud dość liczny i bitny. Sojusz z Giedyminowiczami zapewnił jako-taki pokój na wschodzie i umożliwił skoncentrowanie się na zagrożeniu północnym. A było ono niezwykle poważne, ponieważ mało brakowało, a Malbork wraz z Pragą oraz kilku mniejszymi szakalami dokonałby rozbiorów ziem nadwiślańskich już ponad sześćset lat temu. Nasi antenaci zagrali vabank i wygrali. Po Wojnie Trzynastoletniej nie istniała na tzw. bliskim nam Zachodzie żadna (sic!) siła, która byłaby w stanie zagrozić Polsce egzystencjalnie. Wprawdzie panowie z Wiednia próbowali spiskować i szukać nowych okazji do osłabienia Krakowa, lecz były to próby rachityczne i nieskuteczne. Gloria Polonia! Ale, ale… W przyrodzie nie ma zjawiska o nazwie „constans”. Panta rhei. 

Na dalekim Zalesiu zamieszkanym przez ugro-fińskich Merian, Muromców, Meszczerców, Czeremisów i resztki wschodnich Bałtów ukonstytuowało się Księstwo Moskiewskie. Jego elity składały się z potomków szwedzkich Rurykowiczów i różnoplemienny tłum. Dopiero od XII/XIII stulecia poczęli te odległe rejony zasiedlać w większej ilości Słowianie, którzy stopili się z innoplemieńcami tworząc wspólnotę nazwaną dziś Rosjanami.  Bezwzględność i terror stały się narzędziami książąt moskiewskich, a ich współpraca z Tatarami umożliwiła powolne ale systematyczne powiększanie dziedzin panów na moskiewskim Kremlu.

Od samego początku istnienia Moskwa wykazywała niemal wyjątkową agresywność. Rozpychała się na wszystkie strony świata (dzięki usłużności wobec Złotej Ordy) i gdy w 1380 r. na Kulikowym Polu poczyniła pierwszy krok ku emancypacji nic już nie było w stanie zatrzymać jej ekspansji. W ciągu kilku dziesięcioleci podbiła Baszkirów, Karelów, Permiaków, a następnie spacyfikowała kwitnącą do tej pory Republikę Wielkiego Nowogrodu, Chanat Kazański, Astrachański i Syberyjski. Rozkwitała w kolorze juchy. I z takim przeciwnikiem przyszło mierzyć się naszym sojusznikom, czyli Wielkiemu Księstwu Litewskiemu. A był to spór o wszystko. Jeszcze do czasów księcia Witolda dotychczasowa litewska przewaga zamieniła się w równowagę.

Koniec XV i początek następnego stulecia odsłoniły siłę Moskali. Tak np. po kolejnej wojnie (1503 r.) Litwa utraciła na rzecz Moskwy… 1/3 terytorium. Dopiero sławna bitwa pod Orszą (1514 r.) zatrzymała zwycięski pochód wschodniego sąsiada. Ale tylko na chwilę. I na nic się zdały przewagi litewskie wspierane przez wojska polskie. Ba! Nie wystarczały prawdziwe popisy umiejętności i hartu ducha wojsk litewsko-polskich, gdy np. w bitwie pod Newlem (1562 r.) przeciw 25 000 Moskali stanął Stanisław Leśniowolski z 1200 jazdy i 300 piechoty i… wygrał! Moskwa przełykała i takie klęski. Kąsała i czekała na możliwość zadania decydującego ciosu. A miała ku temu możliwości…

image

Olbrzym i…

image

…karły.

W 1517 r. jedna z krakowskich oficyn wydawniczych „wypuściła” na rynek „Opis Sarmacji azjatyckiej i europejskiej”. Maciej z Miechowa, który był autorem tej pracy dobrze znał stosunki panujące na wschód od granic Litwy. Nie tylko z lektury uczonych ksiąg, lecz również od polskich i litewskich wojaków, polityków i kupców ale także od bardzo licznych uciekinierów z Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Trzeba w tym miejscu wyrazić wielki szacunek naszemu rodakowi, bo już pięc wieków temu dostrzegał zagrożenie moskiewskie i niezwykłą intuicją rysował potrzebę przeciwdziałania zapędom Moskwy. Widział także, że wschodni rywal był w owym czasie najgroźniejszym, a motywował to w ten sposób:

„Księstwo Moskiewskie jest krainą bardzo długą i bardzo szeroką, gdyż od Smoleńska do Moskwy jest 100 mil (tzw. niemieckich, tj. 1 mila to 7,4 km), a od Moskwy do Wołogdy też 100 mil. Od Wołogdy do Ustiugi jest 100 mil, od Ustiugi do Wiatki 100 mil. A te  400 mil to jest wszystko terytorium Księstwa Moskiewskiego…” […] W skład Księstwa Moskiewskiego wchodzi wiele poszczególnych księstw. Jest księstwo, czyli ziemia moskiewska, z której idzie na wojnę 30 tysięcy zbrojnej szlachty, chłopów zaś 60 tysięcy. Jest księstwo, czyli ziemia twerska, z której dotąd szło na wojnę 40 tysięcy szlachty. […] Księstwo Chołmskie, które wystawia 7 tysięcy żołnierzy, Księstwo Zubczowskie wystawiające 4 tysiące i Księstwo Klińskie wystawiające 2 tysiące… […] Jest Księstwo Riazańskie, z którego wychodzi na wojnę 15 tysięcy zbrojnej szlachty. […] Jest też ziemia kazańska, zwana Ordą, zamieszkana przez Tatarówi wystawiająca 30 tysięcy wojska…”

 Już niebawem siły Moskwy powiększyły się o zasoby ludzkie Księstw Wierchowskich, Wielkiego Nowogrodu, Astrachania itd., itd. Mrowie! Z tej przyczyny, gdy Polska z Litwą, a potem Rzeczypospolita wysyłała w bój 10 lub 15 tysięcy wojaków to naprzeciw niej – nie raz i nie dwa – stawały siły dwu, trzy albo nawet kilkanaście razy liczniejsze. 

Trzeba zaznaczyć, że ok. połowy XVI stulecia najliczniejszym państwem na naszym kontynencie była Francja. Liczba jej ludności miała sięgać 16 milionów. Na obszarze Rzeszy, czyli Cesarstwa, żyło 12 milionów ludzi, zamieszkujących… setki księstw, hrabstw, biskupstw i wolnych miast. Na Płw. Apenińskim egzystowało jakieś 11 milionów ludzi. A na obszarze Rzeczypospolitej (od 1569 r.) jakieś 7,5 do 8 milionów. W tym jakieś 3,5-3,8 miliona rdzennych Polaków. Natomiast pod władzą wielkich książąt moskiewskich, a następnie carów jakieś 10,5 do 11,5 miliona. To oczywiście szacunki i o ile są one w miarę bliskie prawdzie w przypadku Europy, o tyle mogą być one znacząco różne od realiów w przypadku Moskwy. 

Spróbujmy wejść w skóry XVI wiecznych polskich statystów i spojrzeć z ich perspektywy na zagadnienia geopolityczne. Obraz jaki wyłania się z takiego eksperymentu dla wszystkich rozsądnych obserwatorów musi (!) być tylko jeden. Otóż z punktu widzenia Krakowa (a później Warszawy) widać było wyraźnie, iż w dobie Unii Lubelskiej (a nieco wcześniej takoż) pierwszoplanowym zagrożeniem była Moskwa. Nie rozbity i pogrążony w religijnych sporach Zachód, a właśnie Wschód. To tam wielcy książęta i carowie ogłaszali się panami Trzeciego Rzymu. To tam powstała i realizowana była idea zbierania ziem ruskich (uwaga!: Iwan Groźny uważał, że Ruś sięga aż po „Białą Wodę”, czyli… Wisłę). To tam cały ustrój państwa podporządkowany był ekspansji militarnej. To tam wszyscy mieszkańcy (włącznie ze szlachta/bojarami) byli li tylko narzędziami w rękach wielkiego księcia/cara. I z takim przeciwnikiem przyszło zmierzyć się naszym przodkom. 

Czy zatem „galopowanie polskich Sarmatów” po Dzikich Polach oraz inwestowanie w nie można uznać za dowód na brak politycznego rozsądku albo nawet głupotę naszych antenatów? W żadnym razie! Od Kazimierza Jagiellończyka, poprzez Zamoyskiego i Batorego, po Sobieskiego główna linia postępowania polegająca na powstrzymywaniu wschodniego zagrożenia była prawidłowa i uzasadniona. Rzecz jasna popełniono mnóstwo błędów. Czasami godnych kary głównej. Jednak zasadniczo starano się postępować zgodnie z kanonami dobrze rozumianej geopolityki. Przyczyna porażki albo nawet klęski leżała gdzie indziej. Nie znaleziono sposobu na skuteczne wprzęgnięcie żywiołu ruskiego w machinę Rzeczypospolitej. Można było zastosować w odpowiednim czasie przekonywanie i dialog. Można było wykorzystać siły rdzennej Polski do spacyfikowania elementów buntowniczych. Można było wreszcie przekupić ród kozacki ziemią i wykorzystać go do obrony interesów Rzeczypospolitej. Z różnych przyczyn to się nie udało. Ale Polska, ta Polska etnograficzna, dzięki „hasaniu po Dzikich Polach” uzyskała jedną, bezsprzeczną i zbawienną korzyść. Granica Rosji sięgnęła Bugu w roku 1795,  a nie półtora czy dwa wieki wcześniej. To dało nam czas na konsolidację, unowocześnienie i powstanie nowoczesnego narodu, obejmującego wszystkie warstwy społeczne. I to można, ba!, trzeba  nazwać tryumfem polskiej geopolityki. Jej odwiecznym imperatywem jest bowiem to, że aby skutecznie walczyć z jednym przeciwnikiem (np. z Zachodu) musimy mieć zapewniony spokój z drugiej flanki (np. ze Wschodu).

Ponadto trzeba być aktywnym. I dzięki Bogu wiedział o tym już   Mieszko I, który przyjął zasadę, iż aby przetrwać trzeba samemu pisać scenariusze, a nie odgrywać role pisane nam przez obcych. Amen!

e.

PS Wyjaśnienie przekazu notki dla Koleżanki @gini…

image

————————–

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych

===========================

mail:

Oczywiście,
ekspansję Polski na wschód zorganizowała Austria.
Nie przypadkiem stolica Królestwa Polskiego była tuż przy granicy 
austriackiej.
Skutkiem tego Polska zaniedbała sprawę odzyskania Śląska.
Dlatego wieczną bolączką Polski był brak pieniądza.
Bogactwo śląskich kopalń służyło Habsburgom.

Rzekomo potężna Polska nie umiała uporać się ani z hanzeatyckim Gdańskiem 
ani z Prusami.

Nieprawdziwe są analogie podane w artykule.

Azja Mniejsza została skolonizowana w czasach homeryckich,
i dzięki temu mozliwe były podboje Aleksandraa Macedońskiego.

Historyczny Rzym założyli królowie etruscy.
Dali oni miastu nie tylko nazwę, symboliczną wilczycę,
mit o Eneaszu,
ale i alfabet i cywilizację.
Płodność rodzin tubylczych była jednak na tyle silna,
że zwyciężyła łacina, a Etruria wymarła.

Opowieść o trzecim Rzymie stworzyli nie Rosjanie, ale papieże.
Zoe Paleolog została adaptowana przez Pawła II.
Jego następca Sykstus IV wyswatał ją z moskiewskim władcą Iwanem III, 
zwanym Srogim.
Ślub Zoe z iwanem odbył się per procura w Rzymie 1 czerwca 1472 r.
Zoe miała liczne potomstwo.
Jej córką była Helena, żona Aleksandra Jagiellończyka.

Dobre wiadomości

Dobre wiadomości

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 16 października 2025 michalkiewicz

Nareszcie jakaś dobra wiadomość. Oto letni, śródziemnomorski piknik aktywistów, zorganizowany pod pretekstem niesienia pomocy humanitarnej Palestyńczykom maltretowanym przez władze bezcennego Izraela w Strefie Gazy, nie tylko zakończył się wesołym oberkiem, ale w dodatku oberkiem zaprawionym nutką martyrologiczną w postaci możliwie najłagodniejszej – mianowicie w postaci męczeństwa na pluszowym krzyżu.

Ten rodzaj męczeństwa opisał przed laty Janusz Szpotański we „Wstępie” do „Gnomiady”:

Gdybym był Gęgacz, Gęgacz jak się patrzy, z małpią zręcznością wdrapałbym się na krzyż – ale pluszowy – bo to ważne przecie wisieć na krzyżu, który cię nie gniecie…

W ten oto sposób można połączyć piękne z pożytecznym – bo nikt przecież, z uwagi na szlachetną motywację, nie będzie nieubłaganym palcem wytykał aktywistom piknikowych przyjemności, a dzięki pogodnej nutce martyrologicznej, można będzie przyczepić sobie kolejny listek do wieńca sławy.

Toteż kiedy tylko Wielce Czcigodny Franciszek Sterczewski został powrócony na ojczyzny łono, zaraz nieubłaganym palcem wytknął Księciu-Małżonkowi bezduszność wobec cierpień aktywistów. Wprawdzie Książę-Małżonek próbował się tłumaczyć, że nie ma żadnych zakładników na wymianę, ale kto by tam wierzył w takie usprawiedliwienia, kiedy każde dziecko wie, że w naszym nieszczęśliwym kraju nie ma problemu z wtrąceniem kogokolwiek do aresztu wydobywczego, więc niby dlaczego miałoby brakować zakładników? Mam wszelako nadzieję, że kiedy Wielce Czcigodny znowu się w naszym nieszczęśliwym kraju zaaklimatyzuje, to przebaczy Księciu-Małżonku jego nieczułość na męczeństwo aktywistów, zwłaszcza gdyby dostał telefon: wiecie, rozumiecie, Sterczewski. My tu lansujemy Księcia-Małżonka na premiera, a w perspektywie – i na prezydenta, więc pohamujcie wy się z tymi swoimi żalami, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

Podczas kiedy aktywiści wrócili na ojczyzny łono, okazało się, że obywatel Żurek Waldemar przygotował rozporządzenie – że odtąd tylko jeden niezawisły sędzia ma być losowany, a dwaj pozostali niezawiśli sędziowie będą wyznaczani przez prezesów, których właśnie obywatel Żurek Waldemar powymieniał. Opozycja podniosła klangor, że to próba przejścia na ręczne sterowanie niezawisłymi sądami – i słuszna jej racja, bo przecież wcześniej i ona próbowała przejść na ręczne sterowanie niezawisłymi sądami, w czym nieco pomieszał jej szyki pan prezydent Andrzej Duda, w lipcu 2017 roku wetując ustawy sądowe po 45-minutowej rozmowie z Naszą Złotą Panią.

Na to rozporządzenie obywatela Żurka Waldemara zareagowała Krajowa Rada Sądownictwa, zawiadamiając Trybunał Konstytucyjny, że obywatel Żurek Waldemar swoim rozporządzeniem zmienił ustawę o ustroju sądów powszechnych, przekraczając w ten sposób swoje uprawnienia. Jeśli Trybunał Konstytucyjny, stojąc na nieubłaganym gruncie praworządności podzieli ten punkt widzenia, to brzydka sprawa może być również udziałem obywatela Żurka Waldemara – ale jeszcze nie teraz, tylko dopiero po upadku vaginetu obywatela Tuska Donalda. Z tą praworządnością to w ogóle mamy same zgryzoty, bo z jednej strony sędziowie są niezawiśli, ale z drugiej – ktoś musi przecież tym całym bajzlem kierować!

A perspektywa brzydkiej sprawy rysuje się z uwagi na pogróżki miotane przez marszałka Sejmu, pana Szymona Hołownię. Wprawdzie zadeklarował on, że odchodzi z polityki krajowej, bo aplikuje na stanowisko Wysokiego Komisarza do spraw Uchodźców w Organizacji Narodów Zjednoczonych – ale zanim nie dostanie tej fuchy, to może jeszcze nieźle nawywijać na tubylczej politycznej scenie. Jak wiadomo, chodzi o stanowisko wicepremiera dla partii Polska 2050, które objęłaby na przykład Wielce Czcigodna Pełczyńska-Nałęcz, a oprócz tego – stanowisko wicemarszałka – bo inaczej może być brzydka sprawa.

Brzydka sprawa zaś polega na tym, że zaczęły krążyć fałszywe pogłoski, jakoby PSL próbowało łowić w swoje sieci Wielce Czcigodnych posłów z Polski 2050. PSL oczywiście idzie w zaparte, ale pan marszałek widocznie coś musiał przewąchać, bo powiedział, że w takiej sytuacji to może być koniec koalicji. Rzeczywiście coś może być na rzeczy, bo partia pana marszałka ma w Sejmie 30 posłów. Gdyby ta trzydziestka opuściła koalicję, to vaginetowi obywatela Tuska Donalda zabrakłoby trzech głosów. Czym to może grozić – pamiętamy z roku 1993, kiedy to rząd panny Hanny Suchockiej upadł zaledwie jednym głosem, bo tak się fatalnie złożyło, że gdy głosowany był wniosek posła Alojzego Pietrzyka o votum nieufności dla rządu, to jeden z posłów rządowej koalicji akurat dostał ataku biegunki i w głosowaniu udziału nie wziął. A tu brakowałoby aż trzech – chyba że fałszywe pogłoski o łowieniu posłów Polski 2050 przez PSL by się potwierdziły, albo – gdyby po abdykacji Szymona Hołowni ster Polski 2050 przejął Wielce Czcigodny Ryszard Petru, ongiś lider Nowoczesnej.

Oto 18 czerwca 2015 roku odbywała się w Warszawie Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Most”. Pretekstem do jej zorganizowania były kombatanckie wspominki w 25 rocznicę pierwszego transportu rosyjskich Żydów przez Warszawę do Izraela – ale tak naprawdę chodziło o to, że po zresetowaniu przez prezydenta Obamę swojego poprzedniego resetu w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, Polska znowu przeszła pod kuratelę amerykańską. W związku z tym stare kiejkuty i w ogóle – wszystkie ubeckie dynastie zapragnęły, by w tej sytuacji Amerykanie wciągnęli zarówno starych kiejkutów, jak i inne bezpieczniackie watahy na listę „naszych sukinsynów”. Dlatego na konferencję „Most” zaproszono ważnych ubeków z Izraela – żeby żyrowali u Amerykanów te starania. Amerykanie chyba początkowo się wahali – w w ogóle to warto wciągać was na listę „naszych sukinsynów”? Pokażcie no, co potraficie!

Starym kiekutom nie trzeba było dwa razy tego powtarzać; zakręcili się i w ciągu tygodnia nie tylko powstała partia Nowoczesna z panem Ryszardem na fasadzie, ale w dodatku, zanim jeszcze pan Ryszard zdążył otworzyć usta, żeby powiedzieć nam, jak nam będzie przychylał nieba, zachwycony naród obdarzył tę formację 11 procentami zaufania. Był to, jak wiadomo, pełny spontan i odlot, niczym w Wielkie Orkiestrze Świątecznej Pomocy „Jurka” Owsiaka – chociaż na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że ten sukces został osiągnięty dzięki temu, że konfidenci dostali od starych kiejkutów rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz! – i w ten sposób nie tylko partia powstała, ale i osiągnęła 11 procent zaufania. No a teraz pan Ryszard kombinuje, jakby tu zostać następcą pana Szymona Hołowni, który odkrył w sobie inną zgoła wokację. W ten sposób utrzymana zostałaby pewna ciągłość, a i scena polityczna zyskałaby na przewidywalności. Czegóż chcieć więcej?

Stanisław Michalkiewicz

W Portland „demokraci” są przeciw – ale nago…

Od Brendan Gutenschwager

Hollywood – ze snu do koszmaru. Dlatego dzieci celebrytów są tak często zaburzone psychicznie.

Hollywood – ze snu do koszmaru. Dlaczego dzieci celebrytów są tak często zaburzone psychicznie?

=================================

https://pch24.pl/hollywood-ze-snu-do-koszmaru-dlaczego-dzieci-celebrytow-sa-tak-czesto-zaburzone-psychicznie

„Hollywood jest straszne… tego już nawet nie da się ośmieszyć”

(PCh24TV)

Hollywoodzki światek od zarania swoich dziejów nie tylko przepoczwarzył się w olbrzymią machinę sławy i masowej rozrywki, ale też przerósł najbardziej szalone wyobrażenia parodystów. Nie sposób bowiem sparodiować całej masy ludzi twierdzących, że „trans-kobiety są kobietami. Trans-mężczyźni są mężczyznami. Osoby niebinarne są prawdziwe. Prawa osób trans to prawa człowieka”.

Celebryci uwięzieni w świecie pozbawionym logiki, rozsądku i prawdy zdają się nie potrzebować już teatralnych masek. Wystarczy, że przejrzą się w lustrze lub spojrzą na własne potomstwo.

Grammy Los Angeles 2025

Jest 2 lutego 2025 roku, podczas 67. gali rozdania nagród Grammy w Los Angeles wyróżnienie w kategorii Best Pop Duo/Group Performance otrzymują Bruno Mars i Lady Gaga za utwór pt. „Die with a Smile”. Przemawiający na scenie Mars zwraca się do swojej muzycznej partnerki oznajmiając z wiarą, iż to sam „Bóg dał im tę piosenkę do wspólnego śpiewania”. Pełna emocji Lady Gaga wyraża radość z możliwości tworzenia, by po chwili wygłosić z powagą przekonanie, iż „osoby transpłciowe nie są niewidzialne. Osoby transpłciowe zasługują na miłość. Społeczność queer zasługuje na wsparcie. Muzyka to miłość”. Zebrana publiczność przyznaje artystce słuszność owacją na stojąco.

„Hollywood is horrible… it’s beyond satire”

Niewiele zmieniło się w amerykańskiej branży rozrywkowej od czasu, gdy Fred Allen, legendarny komik, satyryk i autor licznych radiowych programów, wysłał do swojego przyjaciela, Altona Cooka, list, w którym przedstawił realia panujące w Hoolywood. Jak pisał Allen: „Ludzie tutaj wydają się żyć w małym świecie, który odcina ich od reszty wszechświata, i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby udawali życie. Aktorzy i pisarze żyją w strachu, i nic — włącznie z domami — nie wydaje się być trwałe”. I chociaż minęło od tego czasu kilka dekad, Fred Allen zmarł bowiem w 1959 roku, to cytowany opis w całości oddaje klimat panujący tam również dzisiaj.

Uwagi radiowca potwierdzają choćby tegoroczne pożary trawiące w Los Angeles niemal całe osiedla domów należących do znanych z ekranu właścicieli. O panującym w Hollywood strachu przed utratą pracy mówiła kilka lat temu w wywiadzie dla magazynu „Vouge” polska aktorka Joanna Kulig. Natomiast spostrzeżenie Allena w odniesieniu do odciętej od reszty świata małej, patrząc globalnie, społeczności wydają się potwierdzać przywołane słowa Lady Gagi.

Gdyby istniała maszyna przywracająca do życia zmarłych, wskrzeszony Fred Allen zgodziłby się zapewne ze słowami Grega Peada alias Yahoo Serious, australijskiego aktora, scenarzysty i producenta filmowego, który o przemyśle rozrywki w USA powiedział krótko: „Hollywood jest straszne… tego już nawet nie da się ośmieszyć”. I trudno się z nim nie zgodzić, parodiujemy zwykle rzeczywistość po to, by ukazać jej śmieszność, przesuwając granicę jeszcze dalej, ale kiedy rzeczywistość staje się sama w sobie karykaturą, satyra jest bezużyteczna. Absurdalny świat Hollywood nie potrzebuje już teatralnych czy filmowych masek, wystarczy, że przejrzy się w lustrze. I co tam zobaczy?

Całą masę ludzi twierdzących, że „trans-kobiety są kobietami. Trans-mężczyźni są mężczyznami. Osoby niebinarne są prawdziwe. Prawa osób trans to prawa człowieka”. Gdy zwierciadło przechyli się nieco w lewo, do chóru dołączą pisarze, rzeźbiarze, malarze, artyści zajmujący się fotografią. Wystarczy, że ktoś odważy się wyjść poza szereg, zostanie przykładnie ukarany. Dobitnie przekonała się o tym J.K. Rowling, znana autorka książek o Harrym Potterze. Spotkała się z ostrą reakcją w 2020 roku, po cyklu tweetów na temat „społeczności transpłciowej”. Do słów Rowling niemal natychmiast krytycznie odnieśli się aktorzy grający główne role w filmowej ekranizacji jej najbardziej znanej serii – Daniel Radcliffe, Emma Watson i Rupert Grint. W gronie krytyków Brytyjki znaleźli się niebawem, poza filmowymi gwiazdami, pisarze i członkowie amerykańskiej społeczności literackiej, sygnując swoim nazwiskiem list otwarty oferujący wsparcie społecznościom transpłciowym i niebinarnym w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Wcześniej podobny dokument podpisali twórcy z Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Hollywoodzki światek, o którym pisał w lipcu 1940 roku Fred Allen, nie tylko przepoczwarzył się w olbrzymią machinę sławy i masowej rozrywki. Przerósł też najbardziej szalone wyobrażenia parodystów. Rowling w swoim pierwszym komentarzu zauważyła jedynie żartobliwie, że nie ma czegoś takiego jak „osoby menstruujące” i że „kiedyś było na to słowo”. Po fali krytyki rozwinęła to stanowisko w kolejnym wpisie, argumentując: „Jeśli płeć nie istnieje, nie istnieje też pociąg osób tej samej płci. Jeśli płeć nie istnieje, znika rzeczywistość kobiet na całym świecie. Znam i kocham osoby transpłciowe, ale wymazanie pojęcia płci odbiera wielu możliwość sensownej rozmowy o ich życiu. To nie nienawiść mówić prawdę”.

Z pewnością mówienie prawdy nie jest nienawiścią. Mówienie prawdy w dzisiejszym świecie ma jednak swoją cenę i jest nią „hejt”. W opublikowanym niedawno przez Rowling oświadczeniu dotyczącym ostatniego wywiadu Emmy Watson, w którym aktorka wspomniała o transfobicznych poglądach brytyjskiej pisarki, czytamy: „Ludzie chcieli mnie zabić, zgwałcić, torturować. Musiałam znacznie wzmocnić środki bezpieczeństwa i nieustannie martwiłam się o bezpieczeństwo mojej rodziny. A Emma właśnie publicznie dolała oliwy do ognia i mimo to sądziła, że jedno zdanie wyrażające troskę zapewni mnie o jej fundamentalnej sympatii i życzliwości”.

Być może z tego powodu „celebryckie zastępy” tak chóralnie opiewają powielaną narrację trans-agendy. Jest równie prawdopodobne, że znakomita większość ludzi z branży szczerze w to wierzy. A poznać możemy ich po „owocach”. Jak zauważyli internauci, potomkowie „celebryckiej kasty” zmagają się z przypadłością w rozmiarach nieporównywalnych z innymi.

W jednym z postów użytkownika platformy „X” możemy przeczytać (@Oli London): „Córka Jennifer Garner= TRANS. Córka Cynthii Nixon = TRANS. Syn Roberta De Niro = TRANS. Syn Gabrielle Union = TRANS. Syn Naomi Watts = TRANS. Córka Marlona Wayansa = TRANS. Syn Charlize Theron = TRANS. Córka Cher = TRANS. Syn Jamie Lee Curtis = TRANS. Córka Rosie O’Donnell = Niebinarna. Córka Jennifer Lopez = Niebinarna”.

Przypadek? Nie sądzę, zwłaszcza że lista jest o wiele dłuższa.

„Bóg nie pozwoli z siebie szydzić” (por. Ga 6,7-8)

No cóż, pochodzące z Biblii przysłowie mówi: „kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”(por. Oz 8,7). Jednak bardziej odpowiedni w tym kontekście wydaje się być fragment z Listu św. Pawła do Galatów (Ga 6,7-8):

„Nie łudźcie się, Bóg nie da się z siebie naśmiewać. Co bowiem człowiek sieje, to też żąć będzie. Kto sieje dla swojego ciała, z ciała żąć będzie skażenie; a kto sieje dla Ducha, z Ducha żąć będzie życie wieczne”.

Słowo Boże od początku poucza nas, że płeć biologiczna i tożsamość płciowa są stworzone, dane i zachowane przez Boga. Co więcej, w mistrzowskim zamyśle Stwórcy zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo (por. Rdz 1,26-28). Bunt człowieka przeciw Bogu zniekształcił ten pierwotny doskonały rys, co sprawiło, że w jakimś sensie wszyscy mamy zaburzoną tożsamość. Ale to nie oznacza, że możemy się dowolnie definiować i wyrażać. Zewnętrzne oznaki ludzkiej cielesności mają znaczenie. Biblijne słowa: „stworzył mężczyzną i niewiastą” (por. Rdz 1,27) wyraźnie mówią bowiem o zróżnicowaniu płci jako nieusuwalnej kondycji i sednie człowieczeństwa. Z zaistnieniem ludzkiego ciała, z jego pięknem, ze zróżnicowaniem płci oraz z miłością, którą Bóg wpisał w relację mężczyzny i kobiety, wiąże się więc od początku godność tak wielka, iż sam Wszechmocny w osobie Jezusa Chrystusa stał się człowiekiem.

Dlatego trangenderyzm jest w najgłębszej istocie kolejną odsłoną buntu stworzenia wobec Stwórcy. Sprzeciw ten ma wyjątkowo szydercze oblicze, a jak już wiemy, Bóg nie pozwoli z siebie szydzić (por. Ga 6,7). Przez wzgląd na swoje miłosierdzie dopuszcza, póki co, jedynie konsekwencje ludzkiego działania. Ale przyjdzie taki dzień, w którym człowiek, o ile się nie nawróci, jako plon ciała zbierze zagładę (por. Ga 6,8).

Anna Nowogrodzka-Patryarcha

Przyszłość Chin: Państwo robotów. 300 tysięcy robotów ratuje chińskie fabryki z powodu klęski demograficznej.

300 tysięcy robotów ratuje chińskie fabryki z powodu demograficznego upadku populacji

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/300-tysiecy-robotow-ratuje-chinskie-fabryki-z-powodu-demograficznego-upadku-populacji


Chiny stoją przed bezprecedensowym wyzwaniem demograficznym, które mogłoby zagrozić ich pozycji światowej potęgi przemysłowej. Jednak w obliczu kurczącego się społeczeństwa, potężna armia robotów wkracza do akcji, zapewniając dalsze funkcjonowanie fabryk i utrzymując status “fabryki świata”.

Według najnowszych danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR), Chiny zainstalowały rekordową liczbę 295 000 nowych robotów przemysłowych w 2024 roku – więcej niż wszystkie pozostałe kraje razem wzięte. Ta imponująca liczba stanowi ponad połowę globalnych instalacji i przenosi łączną liczbę aktywnych robotów w chińskich fabrykach do bezprecedensowego poziomu 2,03 miliona jednostek.

Masowa robotyzacja nie jest przypadkowym trendem technologicznym, ale strategiczną odpowiedzią na poważny problem demograficzny. Od 2022 roku liczba ludności Chin systematycznie maleje – w ubiegłym roku zmniejszyła się o 1,39 miliona osób. Jeszcze bardziej niepokojące są długoterminowe prognozy ONZ, które przewidują, że do 2050 roku populacja Chin spadnie do 1,26 miliarda, przy czym aż 40% mieszkańców przekroczy 60. rok życia, a zaledwie 10% będzie miało poniżej 15 lat.

Ta demograficzna przepaść bezpośrednio wpływa na rynek pracy. Chińska populacja w wieku produkcyjnym (16-59 lat) skurczyła się z 896,4 miliona w 2019 roku do 875,6 miliona w 2022 roku, podczas gdy liczba osób powyżej 65 roku życia wzrosła ze 176 milionów do 209,78 milionów w tym samym okresie. Trend ten prawdopodobnie będzie się pogłębiał – eksperci przewidują, że do 2100 roku zaledwie 36% Chińczyków będzie w wieku produkcyjnym, w porównaniu do obecnych 59%.

W odpowiedzi na te wyzwania, chińskie fabryki przechodzą gwałtowną transformację. W zakładach, które kiedyś tętniły ludzką aktywnością, dziś słychać precyzyjny, mechaniczny rytm maszyn. Branże tradycyjnie opierające się na intensywnej pracy ludzkiej, takie jak przemysł tekstylny czy elektroniczny, masowo wdrażają zautomatyzowane rozwiązania. Przykładem jest firma Midea, która w ciągu sześciu lat zainwestowała 4 miliardy juanów (622 miliony dolarów) w transformację technologiczną, zwiększając wydajność o 62% i zmniejszając liczbę pracowników o 50 000.

Co istotne, Chiny nie tylko instalują więcej robotów niż jakikolwiek inny kraj, ale także zwiększają udział rodzimych producentów na własnym rynku. W 2024 roku chińscy producenci robotów po raz pierwszy wyprzedzili zagranicznych dostawców, osiągając 57% udziału w rynku krajowym, w porównaniu do średnio 28% w poprzedniej dekadzie. To znaczące przesunięcie w kierunku samowystarczalności technologicznej ma głębokie implikacje geopolityczne, szczególnie w kontekście rywalizacji z USA.

Wpływ tej robotycznej rewolucji na chińskie społeczeństwo jest wielowymiarowy. Z jednej strony, pozwala ona utrzymać konkurencyjność przemysłową mimo malejącej siły roboczej. Z drugiej strony, powoduje fundamentalną restrukturyzację rynku pracy, eliminując miejsca pracy dla pracowników nisko-kwalifikowanych, a jednocześnie tworząc popyt na specjalistów z umiejętnościami technicznymi. Badania wskazują, że około 77% chińskich miejsc pracy jest podatnych na automatyzację, a robotyzacja wywiera znaczący negatywny wpływ na zatrudnienie i płace, szczególnie wśród pracowników o niskich kwalifikacjach, mężczyzn i osób w średnim lub starszym wieku.

Mimo tych wyzwań, Chiny postrzegają robotyzację jako strategiczną konieczność. Rząd aktywnie wspiera tę transformację poprzez inicjatywy takie jak “Robot+ Application Action Plan”, dążąc do podwojenia gęstości robotów w kraju do 2025 roku. Dla Pekinu automatyzacja to nie tylko sposób na utrzymanie pozycji “fabryki świata”, ale także szansa na przejście z produkcji pracochłonnej o niskiej wartości do wytwarzania produktów zaawansowanych technologicznie.

Historyczne cywilizacje upadały, gdy brakowało im zasobów lub ludzi. Chiny, stojąc w obliczu bezprecedensowego spadku demograficznego, budują nowy rodzaj armii – ze stali i algorytmów – aby zabezpieczyć swoją pozycję ekonomiczną. Ten masowy eksperyment zastępowania ludzkiej siły roboczej maszynami nie tylko zdecyduje o przyszłości chińskiej gospodarki, ale stanie się lekcją dla innych starzejących się społeczeństw, w tym dla krajów zachodnich, które w najbliższych dekadach staną przed podobnymi wyzwaniami demograficznymi.

Źródła:

https://www.scmp.com/economy/china-economy/article/3327793/chinas-popul…
https://parameter.io/china-installs-300000-robots-amid-labor-shortage/
https://www.weforum.org/stories/2025/04/the-future-of-jobs-in-china-the…
https://technode.com/2025/10/02/china-installed-nearly-300000-industria…
https://www.washingtonpost.com/world/interactive/2025/china-population-…

Polska stoi przed próbą: Chrońmy świętość rodziny!


Polska stoi przed próbą: chrońmy świętość rodziny
Czy można sobie wyobrazić, że w Polsce – kraju o tysiącletniej tradycji chrześcijańskiej – rząd zaczyna podważać świętość małżeństwa?
 

A jednak to właśnie się dzieje.
 
Rząd Donalda Tuska, przy aktywnym udziale Władysława Kosiniaka-Kamysza, zapowiada wprowadzenie ustawy o tzw. „związkach partnerskich”.
 
Choć w oficjalnych komunikatach mówi się o „uregulowaniu statusu osoby najbliższej”, w rzeczywistości chodzi o zrównanie małżeństwa – sakramentu kobiety i mężczyzny – z relacjami sprzecznymi z prawem Bożym i naturalnym porządkiem.
 
To nie jest niewinna reforma – to rewolucja moralna.
 
Pod hasłami „równości” i „nowoczesności” próbuje się osłabić fundamenty prawdziwej rodziny.
 
Nie jest to kwestia administracyjna. To kwestia sumienia i wiary.
 
Małżeństwo nie jest wynalazkiem państwa ani „umową społeczną”, którą można zmieniać według aktualnie modnej zwodniczej ideologii.
 
To święte przymierze kobiety i mężczyzny, ustanowione przez Boga u początku stworzenia:
 
Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem”. (Rdz 2,24)
 
Gdy państwo zrównuje małżeństwo z innymi formami relacji, przestaje chronić rodzinę, a zaczyna rozbijać jej sens i godność.
 
Czy mamy pozwolić, by pod pozorem „tolerancji” zniszczono to, co święte?
 
Trzeba działać – zanim będzie za późno.
 
Dlatego postanowiłem napisać właśnie do Ciebie. 
 
Proszę, podpisz petycję do wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, by sprzeciwił się tej ustawie i stanął po stronie prawdziwego małżeństwa, rodziny i chrześcijańskiego porządku w Polsce.
Podpisz petycję: Brońmy świętości małżeństwa!

Ten apel to nie formalność – to realna presja na polityków, którzy muszą usłyszeć głos tysięcy Polaków broniących Bożego porządku.
 
Każdy podpis ma znaczenie.
 
Każdy podpis to świadectwo wiary, odwagi i miłości do prawdy.
 
To walka o duszę narodu.
 
Bo kiedy państwo legalizuje związki sprzeczne z naturą, przestaje być obrońcą dobra wspólnego.
 
Zamiast wychowywać młode pokolenia do odpowiedzialności, wierności i otwartości na życie – promuje fałszywe wzorce i oswaja z grzechem sodomskim.
 
W imię rzekomej „wolności” odbiera się sens słowom: ojciec, matka, rodzina.
 
Czy takiej Polski chcemy?
 
Czy chcemy, by nasze dzieci dorastały w kraju, gdzie Boże przykazania stają się tylko „kwestią opinii”?
 
Razem możemy to zatrzymać.
 
Nie raz już pokazaliśmy, że wspólnym wysiłkiem można obronić prawdę.
 
Dzięki wsparciu tysięcy osób udało się już:
przygotować i przeprowadzić liczne kampanie w obronie rodziny, życia i wiary, skierowane przeciwko bluźnierstwu, aborcji i eutanazji,
ujawnić i nagłośnić ideologiczne treści w szkołach, które miały demoralizować dzieci,
oraz rozpowszechnić materiały chroniące setki rodzin przed wpływem ideologii gender.
Te działania pokazują, że wspólnie potrafimy skutecznie reagować, by odbudować cywilizację chrześcijańską.
 
Dziś znów stoimy przed próbą.
 
Rząd chce uczynić z Polski kraj bez moralnych granic.
 
Nie możemy milczeć.
 
Podpisz petycję teraz – zanim w Sejmie zapadnie decyzja, która zmieni oblicze naszej ukochanej Ojczyzny.
 
Niech nasze „tak” dla świętości małżeństwa zabrzmi głośno.
 
Każdy podpis to głos za prawdą, za Bożym porządkiem, za prawdziwą rodziną.
 
Niech nasza wspólna modlitwa i działanie staną się świadectwem, że Polska – mimo ataków – pozostaje wierna Ewangelii.
 
„Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”. (Rz 12,21)
 
Niech Bóg błogosławi wszystkim, którzy stają w obronie świętości małżeństwa.
Z serca dziękuję za Twoją modlitwę i zaangażowanie, by walczyć o życie nienarodzonych – tych, którzy sami bronić się nie mogą.
Z wyrazami szacunku,
Jędrzej Stępkowski
Polska Katolicka, nie laicka

P.S. Twój głos ma znaczenie! Nie pozwól, by homoseksualne związki partnerskie zniszczyły świętość małżeństwa.
 
Podpisz petycję teraz i pokaż, że Polska pozostaje wierna Bożemu prawu.

www.polskakatolicka.org