Prace nad KRAJOWĄ STRATEGIĄ PRZECIWDZIAŁANIA ANTYSEMITYZMOWI. Wprowadzą zakaz używania gaśnic?

Katarzyna/Treter-Sierpińska

Katarzyna Treter-Sierpińska @katarzyna_ts

Gdybyście przeoczyli, to informuję, że trwają prace nad KRAJOWĄ STRATEGIĄ PRZECIWDZIAŁANIA ANTYSEMITYZMOWI. Wprowadzą zakaz używania gaśnic?

Min. Sprawiedliwości @MS_GOV_PL 27 lut

⚖️ Minister @Adbodnar spotkał się z przedstawicielami środowiska żydowskiego w ramach prac nad krajową strategią przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania społeczności żydowskiej.

Zdjęcie

Zdjęcie

Zdjęcie

Zdjęcie

5 5 784 wyświetlenia

Trump zerwał rozmowy z Ukrainą po konsultacji z doradcami. „Nadszedł czas, aby Zełenski odszedł”.

Trump zerwał rozmowy z Zełenskim po konsultacji z doradcami

28.02.2025 trump-zerwal-rozmowy-z-zelenskim-po-konsultacji-z-doradcami

Wołodymyr Zełenski i Donald Trump w Białym Domu. Foto: PAP/EPA
Wołodymyr Zełenski i Donald Trump w Białym Domu. Foto: PAP/EPA

Po tym, jak Donald Trump i Wołodymyr Zełenski wdali się w kłótnię w Białym Domu, amerykański prezydent zwołał zebranie swoich głównych doradców – opisuje CNN kulisy fiaska rozmów obu prezydentów w sprawie umowy o zasobach mineralnych Ukrainy.

Według CNN Trump konsultował się z wiceprezydentem J.D. Vance’em, sekretarzem stanu Marco Rubio, ministrem skarbu Scottem Bessentem i innymi swoimi głównymi doradcami. To wtedy prezydent USA ostatecznie zdecydował, że Zełenski „nie jest w stanie negocjować”.

Następnie Trump polecił Rubio i swojemu doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Mike’owi Waltzowi przekazanie wiadomości stronie ukraińskiej: „nadszedł czas, aby Zełenski odszedł”.

W tym czasie ukraińska delegacja przebywała w sąsiednim pokoju, co jest standardem w przypadku wizyt zagranicznych delegacji.

Zdaniem CNN, która powołuje się na jednego z urzędników Białego Domu, ukraińska delegacja protestowała przeciwko zerwaniu rozmów i chciała kontynuować spotkanie. Spotkała się jednak z odmową, po czym Zełenski opuścił Biały Dom.

Trump odprawił Zełenskiego z kwitkiem. Nie będzie żadnej umowy. „Zełenski został wyrzucony”.

Trump odprawił Zełenskiego z kwitkiem. Nie będzie żadnej umowy.

28.02.2025 https://nczas.info/2025/02/28/pilne-trump-odprawil-zelenskiego-z-kwitkiem-nie-bedzie-zadnej-umowy/

Wołodymyr Zełenski i Donald Trump w Białym Domu. Foto: PAP/EPA
Wołodymyr Zełenski i Donald Trump w Białym Domu. Foto: PAP/EPA

Wizyta prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w USA zakończyła się porażką.

Prezydent USA Donald Trump odprawił ukraińskiego gościa z niczym, po kłótni, którą miała miejsce przed kamerami w Białym Domu.

Podczas spotkania Zełenskiego z Trumpem w gabinecie Owalnym Białego Domu doszło do kłótni pomiędzy nimi, także z udziałem wiceprezydenta USA JD. Vancem. Pisaliśmy o tym:

Tego jeszcze nie było. Ostra kłótnia pomiędzy Zełenskim, Trumpem i Vancem w Białym Domu [VIDEO]

Niedługo potem Biały Dom poinformował, że konferencja prezydentów z podpisania umowy zostaje odwołana a Donald Trump wydał oficjalne oświadczenie na swoich mediach społecznościowych, w którym jasno wskazał, że porozumienia z Ukrainą nie będzie.

Oświadczenie prezydenta Trumpa:

„Dzisiaj w Białym Domu odbyło się bardzo znaczące spotkanie. Wiele się dowiedzieliśmy, czego nie można byłoby zrozumieć bez rozmowy pod taką presją i ogniem. To niesamowite, co wychodzi przez emocje, i doszedłem do wniosku, że Prezydent Zełenski nie jest gotowy na pokój, jeśli Ameryka jest zaangażowana, ponieważ czuje, że nasze zaangażowanie daje mu dużą przewagę w negocjacjach. Nie chcę przewagi, chcę POKOJU. On okazał brak szacunku dla Stanów Zjednoczonych Ameryki w Gabinecie Owalnym. Może wrócić, kiedy będzie gotowy na Pokój.”

Prezydent Ukrainy opuścił Biały Dom bez pożegnania, podobno na prośbę Donalda Trumpa. Urzędnik Białego Domu powiedział, że „Zełenski został wyrzucony”.

Ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że cała sytuacja była zaplanowana. Ta kłótnia w Gabinecie Owalnym przed kamerami i w obecności wielu dziennikarzy była bardzo teatralna. Najwyraźniej tak się miało stać, świat i Amerykanie mieli to zobaczyć. Trump dał kopniaka Zełenskiemu.

Tego jeszcze nie było. Ostra kłótnia pomiędzy Zełenskim, Trumpem i Vancem w Białym Domu [VIDEO]

Tego jeszcze nie było. Ostra kłótnia pomiędzy Zełenskim, Trumpem i Vancem w Białym Domu [VIDEO]

28.02.2025 nczas/tego-jeszcze-nie-bylo-ostra-klotnia-pomiedzy-zelenskim-trumpem-i-vancem-w-bialym-domu

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, prezydent USA Donald Trump i wiceprezydent USA J.D. Vance w Gabinecie Owalnym w Białym Domu. Foto: pront screen X
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, prezydent USA Donald Trump i wiceprezydent USA J.D. Vance w Gabinecie Owalnym w Białym Domu. Foto: pront screen X

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyleciał do Waszyngtonu żeby spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i podpisać umowę pomiędzy oboma krajami ws. eksploatacji ukraińskich zasobów naturalnych. W Gabinecie Owalnym Białego Domu w obecności kamer doszło do ostrego sporu pomiędzy ukraińskim gościem a prezydentem i wiceprezydentem USA.

Prezydent Ukrainy przybył do Białego Domu, by podpisać umowę ramową o partnerstwie w wydobyciu minerałów krytycznych i innych zasobów naturalnych Ukrainy. Według Trumpa ma to być zarówno forma zapłaty za środki zainwestowane we wsparcie Ukrainy, jak i gwarancja bezpieczeństwa i obecności USA w Ukrainie.

Zełenski został powitany przez Trumpa przed Białym Domem w towarzystwie asysty honorowej żołnierzy z flagami wszystkich stanów i terytoriów. Przywódcy nie odpowiedzieli na pytania prasy i skierowali się do Gabinetu Owalnego. Tam czekał już wiceprezydent USA James David Vance i licznie zgromadzeni dziennikarze.

„Mamy coś, co jest bardzo uczciwym układem, i nie możemy się doczekać, by kopać, kopać, kopać i pracować nad tymi ziemiami rzadkimi. To oznacza, że będziemy tam i to jest duże zobowiązanie ze strony Stanów Zjednoczonych” – powiedział Trump na początku spotkania w Gabinecie Owalnym.

Zełenski stwierdził, że liczy, iż podpisanie umowy o surowcach będzie „pierwszym krokiem ku prawdziwym gwarancjom bezpieczeństwa”. Zapowiedział też jednak, że poruszy temat wojsk stabilizacyjnych w Ukrainie, o których mówią Francja i Wielka Brytania, lecz zaznaczył, że potrzebne jest też zaangażowanie USA.

„Wiemy, że Europa jest gotowa, ale bez Stanów Zjednoczonych nie będzie na tyle silna, jak tego potrzebujemy” – powiedział.

„Bardzo liczę na pana silne stanowisko, by powstrzymać Putina. Mówił pan, że wojny już wystarczy. I myślę, że to ważne, by powiedzieć te słowa Putinowi (…), bo jest zabójcą i terrorystą. Ale razem, mam nadzieję, że możemy go powstrzymać” – zadeklarował ukraiński prezydent w Gabinecie Owalnym.

Zełenski mówił przy tym o potrzebie dostaw kolejnych zestawów obrony powietrznej.

„Myślę, że zawsze będzie trzeba iść na kompromis. Nie możesz zawierać żadnych umów bez kompromisów. Więc on (Zełenski) na pewno będzie musiał pójść na pewne kompromisy, ale mam nadzieję, że nie będą tak duże, jak niektórzy myślą (…) Jestem tutaj jako arbiter, jako mediator, do pewnego stopnia, między dwiema stronami, które są bardzo wrogie” – powiedział Trump pytany jak zamierza zakończyć wojnę.

„Jestem bardzo zaangażowany na rzecz Polski. Myślę, że Polska naprawdę stanęła na wysokości zadania i wykonała świetną robotę dla NATO. Jak wiesz, zapłacili więcej, niż musieli. To jedna z najlepszych grup ludzi, jakie kiedykolwiek poznałem. Jestem bardzo zobowiązany wobec Polski” – powiedział Trump, odpowiadając na pytanie dziennikarza Polskiego Radia na temat podtrzymania zobowiązań sojuszniczych w NATO. Trump stwierdził, że podtrzymuje zobowiązanie wobec państw bałtyckich i całego NATO, choć zaznaczył, że NATO musi zwiększyć wydatki na obronność.

Zełenski ostrzegł, że jeśli Ukraina nie powstrzyma Putina, Rosja „pójdzie dalej, do państw bałtyckich i Polski”.

„Ale najpierw ruszy na państwa bałtyckie, bo one były republikami ZSRR i Putin chce je przyłączyć z powrotem do swojego imperium” – powiedział ukraiński prezydent.

Ostra kłótnia prezydentów

Do gorącej wymiany doszło po tym, jak Zełenski powiedział Trumpowi, że nie powinien ufać Putinowi, bo ten 25 razy złamał zawarte porozumienia.

„Powiem ci coś, Putin przeszedł ze mną przez piekło” – powiedział Trump, przekonując, że Putin mógł oszukiwać innych prezydentów, lecz nie jego.

Potem do rozmowy włączył się wiceprezydent JD Vance, który poradził Zełenskiemu, by podziękował Trumpowi. Trump dodał, że Zełenski nie okazuje mu szacunku. Vance mówił, że Zełenski ma problem z pozyskaniem żołnierzy a przyjeżdża do Białego Domu i atakuje rząd USA, który chce zapobiec niszczeniu jego kraju. Zełenski odpowiedział, że każdy w czasie wojny ma problem, i kiedyś nawet USA mogą poczuć co to znaczy, chociaż są za wielkim oceanem.

„Nie mów nam, co będziemy czuć. Czujemy się bardzo dobrze i bardzo silni. Próbujemy rozwiązać problem. Nie mów nam, co mamy czuć. Nie jesteś w dobrej pozycji, aby dyktować. To właśnie robisz. Nie masz teraz żadnych kart w ręku” – powiedział Trump.

„Nie gram w karty” – odpowiedział Zełenski.

„Grasz w karty. Grasz życiem milionów ludzi, grasz z trzecią wojnę światową i to co robisz, jest brakiem szacunku do mojego kraju” – mówił Trump.

„Powiedziałeś kiedyś dziękuję?” – wtrącił Vance.

„Wielokrotnie” – odparł Zełenski.

Vance zarzucił Zełenskiemu, ze przyleciał do USA w październiku wspierać Demokratów.

„Twój kraj jest w wielkim kłopocie” – mówił Trump. „Nie wygrywasz tego. Miałeś szanse wyjść z tego. Nie byłeś sam, poprzednik głupi prezydent (Biden – przyp. red.) dał ci 350 miliardów dolarów, daliśmy ci sprzęt wojskowy, gdybyś go nie miał, ta wojna skończyłaby się w dwa tygodnie” – powiedział Trump.

„W trzy dni, słyszałem to już od Putina” – odparł Zełenski.

„Musisz być wdzięczny, ludzie umierają, nie masz żołnierzy, a mówisz 'nie chcę zawieszenia broni’. Możesz mieć zawieszenie broni zaraz. Musisz być wdzięczny. Z nami masz kary, bez nas nie masz żadnych kart” – mówił Trump.

Cała wymiana zdań w nagraniu poniżej:

tutaj z tli

Tłumaczenie:

Prezydencie, ułaskaw Weronikę!

Prezydencie, ułaskaw Weronikę!

zemsta/aborterów

Prezydencie, Ułaskaw Weronikę

LICZBA PODPISÓW: 1968


Piszemy do Prezydenta Andrzeja Dudy, aby ułaskawił Weronikęmatkę, która uratowała własnego synka przed aborterem, a potem ostrzegła inne kobiety przed ginekologiem-mordercą poczętych dzieci. 

Prezydencie, ułaskaw Weronikę!

Przeczytaj treść petycji Tak, zgadzam się polityka prywatności *

https://www.google.com/recaptcha/api2/anchor?ar=1&k=6Lel5XoiAAAAAJEhkdGdtBCoE8n80jIALcC7kT3L&co=aHR0cHM6Ly90d29qZXBldHljamUucGw6NDQz&hl=pl&v=rW64dpMGAGrjU7JJQr9xxPl8&size=normal&cb=rcohc6hzwqk8

Powiesz o tej petycji innym? Udostępnij dalej!

TREŚĆ PETYCJI “Prezydencie, ułaskaw Weronikę!”

Szanowny Panie Prezydencie!

Apeluję o skorzystanie przez Pana z prawa łaski wobec Weroniki, mamy skazanej za ostrzeganie innych kobiet przed lekarzem-aborterem. 

Weronika Krawczyk nie pozwoliła lekarzowi zabić swojego syna i została skazana za ostrzeganie innych kobiet przed ginekologiem-aborterem Piotrem A. Sędzia Wojciech Jankowski ze Starogardu Gdańskiego skazał kobietę na 4 miesiące prac społecznych, zwrot kosztów w wysokości 1812 złotych dla abortera i nakazał jej zamieścić w mediach przeprosiny.

W 2016 r. Pani Weronika usłyszała, że jej synek będzie miał Zespół Downa. Piotr A. namawiał Weronikę do zabicia dziecka, jednak ona stanowczo odmówiła. Chłopiec urodził się zdrowy. Niestety stres, jaki spowodował lekarz, wpłynął negatywnie zarówno na maleństwo jak i mamę, a konsekwencje trwają u dziecka do dziś.

W 2022 roku Weronika w odpowiedzi na zapytanie jednej z kobiet na forum internetowym o opinię na temat Piotra A. opowiedziała o swoim doświadczeniu i odradziła tego lekarza do prowadzenia ciąży. Wtedy A. oskarżył ją o zniesławienie. Będąc w dziewiątym miesiącu ciąży z kolejnym dzieckiem otrzymała wezwanie na policję, gdzie była poddana procedurze pobrania materiału biologicznego, choć do spraw o zniesławienie nie jest to w ogóle konieczne ani potrzebne.

Sprawa toczyła się przez ponad dwa lata. Pomoc w procesie zapewniła Weronice Fundacja Życie i Rodzina. W trakcie procesu Fundacja dotarła do informacji, z których wynika, że mężczyzna o takim samym imieniu i pierwszej literze nazwiska, co ginekolog oskarżający Weronikę, był w przeszłości skazany za przeprowadzanie licznych nielegalnych aborcji.

Co więcej, był w podobnym wieku (miał wtedy 37 lat) i prowadził gabinet w Gdańsku w tym samym miejscu, co oskarżyciel Weroniki – przy ul. Przemyskiej. Piotr A. został skazany na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu. Jednak sąd nie odebrał mu wówczas prawa wykonywania zawodu, więc mógł dalej pracować jako ginekolog.

Tymczasem 10 lutego 2025 sędzia Wojciech Jankowski wydał skandaliczny wyrok. Skazał matkę, która ostrzegała przed aborterem, na 4 miesiące prac społecznych, zamieszczenie przeprosin w mediach oraz pokrycie kosztów finansowych procesu. Wyrok jest rażąco niesprawiedliwy. To Weronika oraz jej dziecko są ofiarami zaistniałej sytuacji. Tymczasem sąd nakazał ofierze przepraszać sprawcę.

Wyrok ze Starogardu pojawia się dokładnie w czasie, gdy w USA Prezydent Donald Trump ułaskawił 23 osoby skazane za obronę życia. Wnoszę, aby – wzorem amerykańskiego Prezydenta – Pan Prezydent Andrzej Duda ułaskawił Weronikę. Poprzez ostrzeganie przed aborterem uratowała ona wiele dzieci.

Z poważaniem,

PODPISZ TERAZ

O śrubce od zegarka oraz gilotynie.

O śrubce od zegarka oraz gilotynie.

Mirosław Dakowski

Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku – pisał Cyprian Kamil optymistycznie w Vade mecum.

Ja próbuję coś niecoś z moich przygód życiowych opowiedzieć wnukom, ale niewiele je to interesuje. Spiszę więc, bo może jakiś prawnuk zechce jednak przeczytać.

Moja ukochana ciocia, Janina Baudouin de Courtenay mieszkała w latach wczesnych 70-tych zeszłego wieku na ulicy Stalowej, 6 lub 8. Mieszkali z bratem, który był inżynierem mechanikiem. Był bardzo uzdolnionym wynalazcą. On to m. inn. zaprojektował i zbudował żurawie, które umożliwiły czy ułatwiły budowę Pałacu Kultury im. Józefa Stalina. Potem latami procesował się, by uzyskać za to zapłatę.

U nas na strychu była jego duralowa ciupaga, bo bardzo lubił chodzić po Tatrach, ale nie lubił się schylać. Więc w rurce ciupagi wywiercił dwie dziurki, na dole i na górze, dolną wstawiał do potoku, a górną wypijał wodę. Również na strychu jeszcze niedawno leżała jako ozdoba jego kotwica do łódki, motorówki, którą z pół roku spawał i budował w ich mieszkaniu na drugim piętrze. O tej sprawie za chwilę.

Ale najpierw o rozwiązaniu kłopotów z gazem, bo tam na Stalowej ciśnienie gazu było bardzo małe. Wiadomo – socjalizm. Więc wujek zaadaptował suszarkę do włosów w ten sposób, że włączył ją do rury gazowej i Ciocia miała i w kuchni i w łazience duże, właściwe ciśnienie gazu. Kiedyś jednak pojechała na dwa tygodnie na „wczasy pracownicze” nad morze. Po powrocie zauważyła, że brat, a właściwie ciało brata leży w wannie z wodą, bo może tydzień wcześniej włączył tę pompkę do gazu, ale jakoś zapomniał o zapaleniu samego gazu.

Wrócę jednak do wcześniejszej budowy motorówki. Miała ona około 5 m długości i ważyła na pewno ponad tonę. Gdy wreszcie po paru miesiącach walenia młotem i spawania, ku udręce swojej siostry, motorówkę zbudował, okazało się, że nie przewidział jak z tego mieszkania na drugim piętrze ją zwodować na Wisłę. Dla wynalazcy jednak nic trudnego. Rozwalił ścianę i sprowadzonym dźwigiem spuścił tę motorówkę na podwórze. Dalsze losy motorówki nie są mi znane.

Ale pozostała jeszcze ogromna kupa gruzu w mieszkaniu. Więc wyrzucał, chyba szuflą, ten gruz przez wybitą ścianę. Miał jednak na ręce zegarek, a wtedy zegarki były mechaniczne, więc miały śrubkę do codziennego nakręcania, i te śrubka mu wpadła w stos gruzu. Dzielny a uparty budowniczy siadł sobie na stołeczku i powoli, systematycznie wyrzucał kolejne kawałki gruzu wiedząc przecież, że wreszcie trafi na tę śrubkę. I rzeczywiście: po paru dniach takiego starannego oglądania każdego wyrzucanego kawałka krzyknął triumfalnie: mam tę cholerę! I odruchowo wyrzucił ją, tak jak poprzednie tysiące kawałków gruzu, przez dziurę w ścianie.

Syn cioci Janki, Janek Grzegorzewski zarządzał na początku lat 80-tych jakąś małą drukarenką na zapleczu redakcji Szpilek, przy ulicy Nowy Świat na rogu Placu Trzech Krzyży. Oczywiście wszystkie drukarnie były pod ścisłą kontrolą, raczej inwigilacją ubecji. Bywałem u niego rzadko, by się nie dekonspirować, ale czasem gdy ubecja zgarnęła nasze, tj. Wydawnictwa albo tygodnika Wola blachy, to wpadałem do niego by zrobić blachy awaryjne. Naświetlone blachy – to matryce do druku płaskiego.

Spytał mnie kiedyś: A czy nie potrzebujesz przypadkiem gilotyny do papieru? Ależ tak, odpowiedziałem.

Janek był jednym z najmłodszych uczestników Powstania Warszawskiego. Miał wtedy 13 czy 14 lat. Był celnym CKM-istą. Po ” wyzwoleniu” oczywiście dalej konspirował. Gdy go w 1946, a może już w 45 złapali, dostał chłopaczyna 3 KS-y [ KS – to kara śmierci] i w sumie 169 lat więzienia. Matka dała gdzie trzeba garść szlachetnych kamieni, jakichś resztek klejnotów rodowych – i syna wypuszczono.

Więc gdy w lutym czy marcu 1981 zaproponował mi gilotynę, z radością przyjąłem propozycję. Jego przyjaciel z Powstania był dyrektorem wielkiej firmy blisko Filharmonii. Pojechaliśmy więc do niego, z ogromną przyjemnością kazał przynieść i dał nam wyciągniętą z magazynu gilotynę. Pojeździliśmy trochę samochodem Janka, by sprawdzić czy nie ma ogona, i wreszcie gdzieś przy parku na dole Książęcej przerzuciliśmy gilotynę do mojego samochodu i pojechałem do Anina. Po paru miesiącach musieliśmy na dzień czy dwa oddać gilotynę właścicielom, bo potrzebna była do inwentaryzacji, czy remanentu. Po tych dniach, również z wielką ostrożnością zabrałem gilotynę do dalszej pracy.

Gilotyna wtedy służyła przy obcinaniu książek w cichym domku na Jelonkach. Przy odbiorze obciętych już książek właściciel mimochodem powiedział, że ostatnio nad Jelonkami latał systematycznie, w te i wewte jakiś mały samolot. Przyjąłem to do wiadomości. Gilotynę przywiozłem do Międzylesia, gdzie Andrzej P. miał domek, a 200 m dalej warsztat ślusarski. Po paru tygodniach zawiadomił mnie, że przy ich domu na ulicy Czarnołęckiej ustawia się samochód, w którym kolejne pary zmieniają się co 8 godzin [24 na 24] . Oczywiście przestał w warsztacie obcinać egzemplarze kolejnej książki. Parki w samochodach więc z nudów się gziły. Jednak w tym samym czasie nad Międzylesiem zaczął latać w te i wewte helikopter. Andrzej przerwał więc zupełnie obcinanie książek i z zainteresowaniem patrzył na latający wciąż helikopter.

Na wszelki wypadek to miejsce uśpiłem, a ponieważ noże gilotyny się już stępiły, przewiozłem do Instytutu Fizyki na Hożej, gdzie zaprzyjaźnieni mechanicy zajęli się ostrzeniem. Następnego dnia przychodzi do mnie trochę wzburzony kierownik warsztatów i pyta czy ta gilotyna jest na tranzystorach? Odpowiadam że oczywiście nie. Więc triumfująco wyciąga z kieszeni fartucha jakąś elektronikę i 4 duże baterie; wtedy te duże miały średnicę chyba 3,5 centymetra. Były to jednak baterie litowe, ukryte w ramie.

Opowiadam Jankowi G. tę przygodę – wściekł się. Pytam, bo niepokoję się, czym mu to grozi. Roześmiał się i pokazał wielką, świeżą szramę na głowie. Ne boim se, mam rakowinu – zacytował dowcip niby czeski. Zmarł rzeczywiście niedługo po tym.

Wtedy było sporo „nadziewanych” przesyłek, szczególnie drukarek, offsetów ze Szwecji. Przesyłał, za pieniądze zebrane patriotycznie na Zachodzie, Szechter czy Michnik, pisujący również w Kulturze Giedroycia. Koordynował te transporty Komitet Solidarności z Brukseli, całkowicie opanowany przez SB.

Oczywiście gilotynę oczyściliśmy i dalej pracowała z pożytkiem. W Centralnych Warsztatach Doświadczalnych w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku zrobiliśmy pięć kopii tej gilotyny – dla innych. Dyrektorem był tam po zamianie UB na SB „Paznokietek” Przeździak, kapitan UB ze Szczecina. Jego wcześniejszą specjalnością było wbijanie więźniem zardzewiałych gwoździ pod paznokcie.

Potem był wice-dyrektorem [administracyjnym, na szczęście] Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej. Tam moja żona Małgorzata uczyła go francuskiego. Robił doskonałe dżemy pomarańczowe.

Na początku lat 90-tych z rozczuleniem zobaczyłem jedną z moich gilotyn na wystawie „podziemia” w Krakowie.

Przyjaciel elektronik w Świerku, Maciek, rozszyfrował tę elektronikę. Był to nadajnik na częstotliwości 200 kilkanaście megaherców, który nadawał sygnały tylko wtedy, kiedy gilotyna była używana. Nic więc dziwnego, że parki w samochodzie w Międzylesiu się nudziły, bo oczywiście kiedy Andrzej ich [je?] obserwował, to nie obcinał książek. Ostrzeżenie i schemat nadajnika opublikowałem w kilku pisemkach podziemnych, a oryginał przesłałem do Muzeum Podziemia w Centrali Solidarności Mazowsze. Oczywiście nie wiedzieliśmy wtedy, że Zbyszek Bujak i jego ekipa – to agenci.

Wcześniej kupiłem czteroletniemu synkowi Mikołajowi w New Yorku czołg, którym można było sterować przy pomocy joysticka na drucie. Zwykłe bateryjki, te kupne, starczały synkowi na dzień zabawy. Gdy włożyłem jednak baterie znalezione w gilotynie, bawił się tym czołgiem około roku. Pokazałem potem w sklepie specjalistycznym, w Paryżu, a może we Frankfurcie tę baterię, pytając czy mają podobne. Okazało się że nigdy takiej wielkiej litowej nie widzieli ani o niej nie słyszeli. A ubecja już takie używała. Był to szczyt postępu.

Teraz na podobnych jeżdżą samochody.

Fałszywy ekumenizm. Sodomia, kłamstwa i profanacje

1 lutego 2024 https://pch24.pl/falszywy-ekumenizm-sodomia-klamstwa-i-profanacje/

Fałszywy ekumenizm. Sodomia, kłamstwa i profanacje

W dniach 18 – 25 stycznia Kościół katolicki obchodził tak zwany Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Ekumenizm na początku 2024 roku wygląda pod wieloma względami zupełnie inaczej niż jeszcze choćby dziesięć lat temu.

Dialog zszedł na drugi plan; dziś liczą się przede wszystkim „ekumeniczne czyny”. Różnice teologiczne przestają mieć znaczenie. Zostały poświęcone dla uzyskania choćby pozoru widzialnej jedności.

Fałszywa jedność z anglikanami

13 września 1896 roku papież Leon XIII ogłosił list apostolski Apostolicae curae, w którym orzekł, że święcenia w tzw. Kościele anglikańskim są nieważne. Od czasów II Soboru Watykańskiego Kościół katolicki w praktyce postępuje tak, jakby odrzucił to nauczanie, bo podczas oficjalnych spotkań z anglikanami – podobnie jak zresztą z innymi protestantami – używa tytułów biskupa etc., którymi określają się anglikańscy pasterze.

W ciągu minionego roku to praktyczne odrzucenie nauczania Leona XIII weszło jednak na zupełnie inny poziom. W kwietniu 2023 roku w Bazylice św. Jana na Lateranie grupa anglikanów – wraz ze swoim „biskupem” – odprawiła swoją liturgię. Celebracja wywołała wielki skandal i władze Bazyliki przeprosiły, twierdząc, że chodziło tu tylko o błąd komunikacyjny: otóż władze Bazyliki miały sądzić, że liturgię będą sprawować katolicy, a nie anglikanie. Tłumaczenie karkołomne, ale zostało wówczas przyjęte. Chyba przedwcześnie.

26 stycznia 2024 roku Justin Welby, tzw. arcybiskup Canterbury, odprawił anglikańską liturgię w Bazylice św. Bartłomieja położonej na Wyspie Tyberyjskiej. Zrobił to za osobistą zgodą papieża Franciszka, o czym przypomniał na początku ceremonii. Papież zadziałał zadziałał zatem tak, jakby uznawał święcenia Welby’ego, choć formalnie nie ma po temu żadnych podstaw. W homilii, którą sam wygłosił podczas ekumenicznego nabożeństwa celebrowanego wcześniej razem z Welbym, mówił, że różnice nie powinny nas dziś zanadto zajmować, bo liczy się przede wszystkim wspólnota chrztu: należy porzucić mentalność „barykadowania się” i skupiania na „własnym interesie”, zamiast tego budując przyszłość właśnie na gruncie sakramentu chrztu.

Projekt holenderskich protestantów

Z okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan z awangardową inicjatywą ekumeniczną wyszli z kolei Holendrzy. Środowiska katolickie i ewangelickie zebrane w grupie „Platform Rome Reformatie” zaproponowały po prostu pełne zjednoczenie, jakkolwiek przy zachowaniu różnych istniejących różnić. Kościół katolicki miałby pojednać się z protestantami pod hasłem „jedności w różnorodności” albo też „pojednania przeciwieństw”.

Holendrzy zaproponowali kilka konkretnych kroków. Pierwszym z nich byłoby utworzenie nowatorskiego „rytu protestanckiego”, który łączyłby oba wyznania. Drugim – wprowadzenie inter-komunii, a w każdym razie podjęcie decyzji o zezwoleniu katolikom na uczestnictwo w protestanckiej Wieczerzy, a protestantom – we Mszy świętej z prawem do przyjęcia Komunii świętej. Katolicy mieliby też uznać protestanckich pastorów za pełnoprawnych duchownych, a protestanci, ze swojej strony, przyjąć zwierzchnictwo papieża jako „pasterza pasterzy”. Holenderska inicjatywa jest o tyle szczególna, że podpisał się pod nią – między innymi – katolicki biskup, Gerard de Korte z diecezji s’-Hertogenbosch.

„Gościnność eucharystyczna” w Niemczech

Najdalej zaawansowane działania ekumeniczne są podejmowane, oczywiście, w Niemczech. 18 stycznia, a zatem w dniu rozpoczęcia Tygodnia Modlitw, na łamach portalu „Aussicht Online” ukazał się ciekawy wywiad z prepozytem kapituły katedralnej diecezji Osnabrück księdzem Reinhardem Molitorem oraz z osnabrüdzkim pastorem, Günterem Baumem. Duchowni opowiedzieli o zaprowadzonej w Osnabrück „gościnności eucharystycznej”. Otóż w marcu 2023 roku biskup diecezjalny Osnabrück, Franz-Josef Bode, zaakceptował dokument przygotowany przez ekumeniczną komisję diecezjalną zatytułowany „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga”.

W dokumencie wprowadza się możliwość przystępowania przez katolików do Wieczerzy, a przez protestantów do Komunii świętej – przy okazji, jak to określa tekst, „gęstych ekumenicznie okazji” („ökumenisch dichte Gelegenheiten”). Chodzi o mieszane wyznaniowo śluby czy pogrzeby, chrzty dzieci z mieszanych małżeństw, wreszcie o Msze albo protestanckie nabożeństwa upamiętniające jakieś postaci ważne dla lokalnej społeczności chrześcijańskiej. Dokument „Wstań, jedz” zdecydowanie unika stwierdzenia, jakoby zaprowadzał „interkomunię”, czyli pełne wzajemne uznanie Eucharystii/Wieczerzy. Zamiast tego mówi o „gościnności eucharystycznej” (niem. „Eucharistische Gastfreundschaft”). W ten sposób autorzy tekstu chcą uniknąć oskarżeń o wchodzenie w kompetencje Stolicy Apostolskiej i kreują swoje rozwiązania na mające wymiar duszpasterski, a nie doktrynalny. W efekcie jednak w Osnabrück – jako w pierwszej diecezji w Niemczech i zarazem na całym świecie – wprowadzono oficjalną Komunię świętą dla protestantów. Co ważne, dokument „Wstań, jedz” nie wymaga od protestanta, aby zmieniał swoje przekonania na temat Eucharystii: może sądzić o niej dalej to, co sądził zawsze. Tymczasem jak powiedział pastor Baum, dotąd po protestanckich Wieczerzach w Osnabrück resztki chleba podawanego wiernym zabierali rolnicy – i dawali gęsiom. Teraz ci sami ludzie będą mogli przyjmować rzeczywiste Ciało Chrystusa.

Wspólnota… sodomii?

Jakby tego wszystkiego było mało, rozwija się też – przepraszam za wyrażenie – ekumenizm sodomski. W pierwszej kolejności dotyczy anglikanów, ale protestanci są tuż-tuż. Niesławna deklaracja doktrynalna Fiducia supplicans nie bez przyczyny została opublikowana właśnie 18 grudnia 2023 roku. Dokładnie dzień wcześniej, w niedzielę 17 grudnia, błogosławienie związków homoseksualnych wprowadził tzw. Kościół Anglii. W ten sposób katolicy i anglikanie niemal jednocześnie przekroczyli to, co wcześniej wydawało się nieprzekraczalne: błogosławienie parom, które opierają swoją relację na grzechu wołającym o pomstę do nieba. W obu wspólnotach wywołało to ogromne zawirowania, przede wszystkim ze względu na zaciekły opór Afrykanów. Jednak zarówno dla jednych jak i dla drugich wykonanie gestu na rzecz ruchu LGBT było ważniejsze niż dobra jakość relacji z wiernymi z Czarnego Lądu. Przy okazji zacieśniły się też więzy ekumeniczne, tyle, że właśnie w sodomskim kluczu.

Jednocześnie bardzo dobrze rozwijają się ekumeniczne organizacje LGBT, zwłaszcza w przestrzeni niemieckojęzycznej. U naszych zachodnich sąsiadów już w 1977 roku powstała organizacja o wdzięcznej nazwie „Homosexuelle und Kirche”, czyli „Homoseksualiści i Kościół”. Od samego początku miała profil ekumeniczny. Na marginesie warto dodać, że również… pedofilski. Do grupy należał między innymi znany psychiatra i socjolog Helmut Kentler, który promował przekazywanie przez niemieckie Jugendamty chłopców w ręce pedofilów, z intencją utrzymywania przez opiekunów relacji seksualnych ze swoimi podopiecznymi, co miałoby cementować ich więź.

Od lat 70. aż do lat 90. w „Homosexuelle und Kirche” promocja pedofili opartej na rzekomej „konsensualności” obu stron była czymś normalnym. Dziś grupa się od niej odcina. Wracając jednak do właściwego tematu; z 1985 roku z kolei powstała inna barwna ekumeniczna grupa: „Lesben in der Kiche”, czyli „Lesbijki w Kościele”. Później nastąpił ich cały wysp. Ostatnio swoje 25-lecie obchodziła na przykład ekumeniczna „Wspólnota Różnorodności” („Queergemeinde”) z Münster. Na obchodach był obecny emerytowany biskup pomocniczy, a ordynariusz miejsca przesłał swoje serdeczne życzenia.

Inni mają dość…

Czytelnik zauważy, że wszystkie te opisane wyżej inicjatywy dotyczą chrześcijan o liberalnych zapatrywaniach. Anglikanie z Wysp Brytyjskich, holenderscy protestanci, niemieccy ewangelicy… Żadna z tych grup nie wyznaje ortodoksyjnej nauki moralnej, wszystkie za to chętnie i blisko współpracują z progresywną agendą świeckiego mainstreamu. Działania podejmowane przez Stolicę Apostolską budzą coraz większy opór wśród tych, którzy stoją na przeciwnym stanowisku. Co gorsza, dotyczy to zwłaszcza chrześcijan prawosławnych – a więc tych, do których ze względów doktrynalnych powinno być katolikom najbliżej. Być może wskutek wybuchu wojny na Ukrainie i nieudanych prób zbliżenia się do Moskwy papież Franciszek postawił już na prawosławiu krzyżyk i stwierdził, że zbuduje jedność z tymi, z którymi ma podobne lub zbliżone poglądy: czyli z zachodnimi progresistami.

Zwiedzenie

Wszystko to dokonuje się na ołtarzu pozorów i fałszu. Nauczanie Kościoła o anglikanach nie zmieniło się, bo przecież nie może się zmienić: anglikanie nie wierzą w ofiarny charakter Mszy świętej i odrzucają realną obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi. Co z nich zatem za biskupi i księża, abstrahując już od znaczącej przecież kwestii ważności święceń? To samo dotyczy protestantów: chcą przystępować do Komunii świętej, bo dla nich jest to tylko chlebek, który można po nabożeństwie rzucić gęsiom. W pewnym sensie, mają rację: na ich Wieczerzach to rzeczywiście „tylko” chleb; ale na Mszy – to realne Ciało Chrystusa. Widzialna jedność przed prawdą – to szalenie niepokojące. Przecież Katechizm, idąc za wyraźnymi zapowiedziami Pisma Świętego (św. Paweł, św. Jan) wyraźnie wskazuje na „końcową próbę” dla Kościoła związaną z „oszukańczą religią”, która da ludziom „pozorne rozwiązanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy”.

Czy pozorna jedność chrześcijan, a jeszcze bardziej jedność w błogosławieniu grzechu, nie jest właśnie takim oszustwem?

Paweł Chmielewski

https://pch24.tv/ekumenizm-sodomy-nadchodzi-zjednoczenie/embed/#?secret=7vfRA60vy4#?secret=2PaPHuim0B

Kard. Ryś, protestantyzm i synodalny model ekumenizmu dla Polski

3 stycznia 2025 pch24.pl/kard-rys-protestantyzm-i-synodalny-model-ekumenizmu

Kard. Ryś, protestantyzm i synodalny model ekumenizmu dla Polski

(Oprac. PCh24.pl)

W Archidiecezji Łódzkiej kontakty katolików z protestantami są coraz ściślejsze. Kardynał Grzegorz Ryś realizuje w ten sposób zasadnicze wskazania procesu synodalnego. Czy model Łodzi będzie wzorcowy dla całej Polski?

Relacje z protestantami w Łodzi

W Archidiecezji Łódzkiej zacieśnia się w ostatnich miesiącach i latach współpraca z protestantami.

29 grudnia 2024 roku kardynał Grzegorz Ryś postanowił w nietuzinkowy sposób rozpocząć świętowanie Roku Jubileuszowego, który ogłosił papież Franciszek. Obchody rozpoczęły się nie w archikatedrze, ale w parafii luterańskiej. Kardynał zaprosił w tamtym dniu wiernych na godzinę 18:30 do zboru pw. św. Mateusza. Wierni wysłuchali tam Ewangelii, odczytano im również bullę papieską o Roku Jubileuszowym. Dopiero po wizycie w zborze zebrano się i ruszono procesyjnie do łódzkiej archikatedry.

Trzy lata wcześniej dość podobnie kardynał zachował się w związku z inauguracją Procesu Synodalnego. Wtedy zaprosił do swojej katedry Marka Izdebskiego, jednego z głównych duchownych kalwińskich w Polsce. Izdebski wygłosił z ambony kilka uwag na temat synodalności, opowiadając o tym, jak problemy sprawowania władzy rozwiązany jest w jego kalwińskiej wspólnocie.

Już po zakończeniu Synodu o Synodalności 27 października 2024 roku kardynał Ryś ogłosił, że dokona ekumenicznej zmiany w archidiecezji. Postanowił zaprosić do pracy w Radzie Diecezjalnej jednego z łódzkich protestantów.

W Archidiecezji Łódzkiej intensywna jest też współpraca z protestantami w przestrzeni duchowości zielonoświątkowej (pentakostalnej). Chodzi o wspólnoty charyzmatyczne. Przykładowo w lutym 2022 roku między innymi pod patronatem Archidiecezji odbyło się tam spotkanie „Już czas!” w którym obok katolickich duchownych uczestniczyli również pastorzy i liderzy grup protestanckich. W informacjach przedstawiano rzecz jako spotkanie „liderów Kościoła”, sugerując wyraźnie, że Kościół katolicki oraz wspólnoty protestanckie w jakiś sposób tworzą już jeden „Kościół”.  

Synod o Synodalności

Ekumeniczne ukierunkowanie Archidiecezji Łódzkiej pod rządami kardynała Grzegorza Rysia doskonale odpowiada intencjom Synodu o Synodalności. W najbliższych miesiącach będziemy najpewniej świadkami wielu dużych wydarzeń ekumenicznych, a to w związku z 1700. Rocznicą Soboru Nicejskiego. Sobór obradował późnią wiosną i latem 325 roku. Wprost odnosi się do niego punkt 139 „Dokumentu końcowego” Synodu, gdzie czytamy o 1700. rocznicy między innymi jako okazji „wprowadzania form synodalności wśród chrześcijan wszystkich tradycji”.

Jedną z takich form synodalności może być reinterpretacja prymatu papieskiego. W punkcie 130 „Dokumentu końcowego” czytamy o tym, że proces synodalny „pomógł na nowo spojrzeć na sposoby sprawowania posługi Biskupa Rzymu w świetle synodalności”. Po podkreśleniu roli biskupa Rzymu dla Kościoła proponuje się nową refleksję nad wykonywaniem posługi Piotrowej. Jak mówi punkt 134, należy prowadzić tę refleksję „z perspektywy zbawiennej decentralizacji”, w tym sensie, by przeprowadzić studium teologiczne i kanoniczne celem określenia, „które kwestie powinny być zastrzeżone dla papieża (reservatio papalis), a które mogą zostać przekazane biskupom w ich Kościołach lub grupach Kościołów”.

Decentralizacja i ekumenizm

W tym momencie wydaje się, że pozostajemy wyłącznie na gruncie Kościoła katolickiego. Decentralizacja i wydzielenie kwestii zastrzeżonych wyłącznie dla papieża – to elementy budowania nowego systemu relacji władzy między Kościołami lokalnymi a Stolicą Apostolską. W praktyce rzecz dotyczy tego, co komu przysługuje: czy krajowy episkopat albo nawet tylko jeden lub kilku biskupów mogą wprowadzać swoją własną „interpretację” doktryny i moralności lub też nowatorskie rozwiązania duszpasterskie i liturgiczne? Jeżeli tak – to w jakim zakresie? Odwołanie się przez „Dokument końcowy” do terminu „zbawienna decentralizacja”, który pochodzi od papieża Franciszka, wskazuje wyraźnie na kierunek „ogałacania” władzy papieskiej na rzecz wzmacniania Kościoła „na miejscu”. Innymi słowy, na skutek synodalnej reformy papiestwa papież ma móc mniej, a biskup i jego struktury synodalne – więcej.

„Dokument końcowy” Synodu o Synodalności wskazuje jednak, że reforma papiestwa ma dotyczyć również wymiaru ekumenicznego. W punkcie 137 tego tekstu czytamy: „Jednym z ważniejszych owoców Synodu 2021-2024 jest wzmożone zaangażowanie ekumeniczne. Potrzeba znalezienia «takiej formy sprawowania prymatu, która […] byłaby otwarta na nową sytuację» stanowi fundamentalne wyzwanie zarówno dla misyjnego Kościoła synodalnego, jak i dla jedności chrześcijan”.

„Dokument końcowy” odwołuje się następnie do ważnego tekstu Kurii Rzymskiej na temat ekumenizmu z 2024 roku; za chwilę napiszę o nim więcej. Tu wskażę tylko, jakie na podstawie tego tekstu wnioski wysuwa Synod o Synodalności. Chodziłoby o „reinterpretację lub oficjalny komentarz do dogmatycznych definicji Soboru Watykańskiego I na temat prymatu”. Ponadto należałoby przeprowadzić „rozróżnienie zakresów odpowiedzialności papieża, promowania synodalności oraz poszukiwania modelu jedności opartego na eklezjologii komunii”, co pozwoliłoby otworzyć „obiecujące perspektywy dla drogi ekumenicznej”.  Według „Dokumentu końcowego” Synodu „posługa jedności Biskupa Rzymu” powinna być uznawana przez wszystkich chrześcijan za „posługę miłości”.

Nowe rozumienie papiestwa

Jak zatem konkretnie miałby zmienić się prymat? „Dokument końcowy” Synodu odwołał się do tekstu, jaki 13 czerwca 2024 roku opublikowała watykańska Dykasteria ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Tekst nosi tytuł „Biskup Rzymu. Prymat i synodalność w ekumenicznych dialogach i w odpowiedziach na encyklikę Ut unum sint”. Jego autorem jest szwajcarski kardynał Kurt Koch, osoba o zasadniczo dość konserwatywnych poglądach, jakkolwiek zaangażowana w dialog ekumeniczny i stąd dość otwarta na różne „nowinki” w tym względzie, nawet jeżeli stroniąca od największych patologii w stylu ekumenizmu niemieckiego (np. Komunia dla protestantów). Tekst ma w sumie 150 stron. Sam w sobie nie posiada autorytetu nauczycielskiego – to raczej zbiór pewnych refleksji oraz wniosków. Jako że do tekstu odwołał się jednak „Dokument końcowy” Synodu o Synodalności, wskazując go jako drogowskaz w sprawach ekumenizmu, nie można odmówić mu dużej wagi.

W dokumencie z 13 czerwca Dykasteria pod kierunkiem kardynała Kocha zaproponowała „reinterpretację” nauczania I Soboru Watykańskiego. Chodziłoby o to, aby oddzielić od siebie to, co w tym nauczaniu niezmienne, od tego, co tymczasowe. Dokument nie wskazuje na nic konkretnego, ale można domyślać się, że chodziłoby o jakieś ponowne, wyraźne wyodrębnienie nieomylnych wypowiedzi papieskich od pozostałych. Mogłoby to w praktyce wyraźniej ukazać prawosławnym i protestantom te momenty, w których biskup Rzymu domaga się posłuszeństwa – a jeżeli byłyby to momenty bardzo ogólne, odwołujące się do podstaw wiary chrześcijańskiej, to potencjalnie mogłoby to znaleźć ich akceptację i w ten sposób otworzyć drogę do uznania papieskiego „prymatu w miłości”. Dokument kardynała Kocha wskazuje też, że należy położyć nacisk nie tyle na nieomylność papieża – co raczej na „nieomylność Kościoła”. W tekście wskazuje się, że papież nie stoi „ponad Kościołem”, to znaczy że jego nieomylność nie jest związana z żadną z politycznych funkcji, które sprawuje, ale wynika z faktu jego umiejscowienia w Kościele Chrystusowym.

Eklezjologiczna puszka Pandory

Tutaj otwiera się przysłowiowa puszka Pandory. „Nieomylność Kościoła” wymaga dalszych wyjaśnień, a przede wszystkim zdefiniowania tego, czym jest… Kościół. W teologii po II Soborze Watykańskim używa się chętnie określenia „Lud Boży” dla opisania Kościoła. Konstytucja soborowa „Lumen gentium” mówi też o nieomylności Ludu Bożego – o tym, że ogół wiernych nie może zbłądzić w wierze. Nazywa się to sensus fidei fidelium – zmysłem wiary wierzących. Międzynarodowa Komisja Teologiczna – jedno z najważniejszych katolickich gremiów teologicznych, poddane Kurii Rzymskiej – wskazywało kiedyś w obszernej analizie, że istnieją pewne określone warunki „uprawniające” do udziału w sensus fidei. To życie łaską sakramentalną, życie modlitewne czy też – to bardzo ważne – przyjmowanie całości nauki Kościoła.

Jednak w procesie synodalnym dochodzi do reinterpretacji tego nauczania. Dokumenty synodalne nie mówią już o żadnych warunkach – poza jednym, chrztem. W punkcie 23 „Dokumentu końcowego czytamy: „Poprzez chrzest wszyscy chrześcijanie uczestniczą w sensus fidei. Dlatego jest to nie tylko zasada synodalności, ale także podstawa ekumenizmu”. Jeżeli tak, to należy uznać, że można słuchać luteranina albo kalwina, bo jako ochrzczony uczestniczy on w sensus fidei – jest członkiem szerokiej chrześcijańskiej wspólnoty, która nie może zbłądzić we wierze. Jak to połączyć z faktem odrzucania przez tegoż szeregu dogmatów – nie jestem w stanie wytłumaczyć, chyba, żeby uznać na drodze „reinterpretacji” te dogmaty za drugorzędne. W każdym razie wyłania nam się z tego obraz, gdzie można zapraszać luteranina albo kalwina do udziału w różnych kościelnych aktywnościach, słuchać jego nauczania etc. – tak, jak to się dzieje do pewnego stopnia w Archidiecezji Łódzkiej.

Dokument kardynała Kocha mówi jeszcze o innych zmianach dotyczących prymatu, na przykład wyraźnego oddzielenia funkcji papieża jako „strażnika jedności” chrześcijan od jego funkcji jako „patriarchy Zachodu” czy „prymasa Kościoła łacińskiego”. Chodziłoby tu o pokazanie prawosławnym i protestantom, że niektóre papieskie decyzje czy zarządzenia wynikają z jego „zachodniej” funkcji, a co za tym idzie, nie muszą być przez nich traktowane jako potencjalnie zobowiązujące i ograniczające w ten sposób ich autonomię. Dokument odwołuje się wprost do idei „decentralizacji”. To pokazuje, że „decentralizacja” Kościoła jest bardzo szerokim przedsięwzięciem. Ma zmienić nie tylko relacje władzy pomiędzy biskupem Rzymu a Kościołami lokalnymi, ale – o ile będzie do tego obustronna wola – również relacje między Stolicą Apostolską a wspólnotami niekatolickimi. Jeżeli wszyscy uznaliby „prymat miłości” papieża, to może mogliby zostać uznani za faktyczną część Kościoła powszechnego – nawet mimo odrzucania jakichś dogmatów?

Łódź modelem dla całej Polski?

Jak widzi Czytelnik, w sprawie ekumenicznego charakteru Kościoła synodalnego więcej jest pytań niż odpowiedzi. Rzecz dopiero się wykuwa. Nie ma jednak wątpliwości, że kardynał Grzegorz Ryś, inaugurując Rok Jubileuszowy w luterańskiej parafii w Łodzi, idzie zdecydowanym krokiem w stronę, jaką wskazuje Synod o Synodalności. Należy się spodziewać, że ekumeniczny model życia kościelnego kształtujący się w jego archidiecezji będzie z biegiem czasu coraz silniej promowany jako model docelowy i właściwy dla wszystkich.

Jakąś szansą na to, że nie zatrze to do końca konturów katolickości w Polsce jest to, że protestantów mieszka w naszym kraju relatywnie niewielu; stąd wysiłki ekumeniczne będą natrafiać w wielu diecezjach w konieczny sposób na znaczącą trudność. Czy ta naturalna bariera wystarczy – zobaczymy.

Paweł Chmielewski

Ruch charyzmatyczny. Od ortodoksji -> ku protestantyzmowi i szamanizmowi.

Ruch charyzmatyczny. Między ortodoksją a protestantyzmem i szamanizmem

https://pch24.pl/ruch-charyzmatyczny-miedzy-ortodoksja-a-protestantyzmem-i-szamanizmem 5 czerwca 2022

Sposób przeżywania wiary chrześcijańskiej przez setki tysięcy Polaków głęboko się zmienia. Z roku na rok w siłę rosną wspólnoty charyzmatyczne. Niektóre z nich utrzymują się w pełni w granicach katolickiej ortodoksji; inne czerpią ze źródeł protestanckich czy zgoła szamanistycznych, stwarzając poważne ryzyko deprawacji wiary swoich członków. Polscy biskupi muszą dołożyć wszelkich starań, by z jednej strony wyjść naprzeciw potrzebie bardziej emocjonalnego chrześcijaństwa, którego łakną zwłaszcza ludzie młodzi, a z drugiej nie dopuścić do utraty przez polski katolicyzm jego racjonalnych rysów.

Czym jest pentekostalizm (charyzmatyzm)?
Ruch charyzmatyczny jako taki ma swoje korzenie w ewangelicko-protestanckich środowiskach Stanów Zjednoczonych. Współcześni charyzmatycy odwołują się chętnie do spotkania modlitewnego, które odbywało się przy Azusa Street w Los Angeles w 1906 roku. Miało tam dojść do tak zwanego przebudzenia czy też wylania Ducha Świętego. Od lat 50. religijność zielonoświątkowa zaczęła przenikać do Kościoła katolickiego i tradycyjnego protestantyzmu w Ameryce Północnej, a od lat 60. również w Europie. Prawdziwy „boom” nastąpił w latach 80. Dzisiaj na wszystkich kontynentach istnieją już niezliczone „wolne kościoły” czy wspólnoty o bardzo luźnej bądź nawet płynnej identyfikacji, co wiąże się z budowaniem przekonania o powstawaniu „chrześcijaństwa ponad-denominacyjnego”.

W roku 2019 żyło na świcie około 650 mln protestantów zielonoświątkowych. Dziś jest to już niewątpliwie wiele milionów więcej. Niestety, nie chodzi wyłącznie o przyrost naturalny, ale również o konwersje z katolicyzmu. W Ameryce Łacińskiej to ogromna plaga. W największym kraju tego kontynentu, Brazylii, katolicy stanowili w 1970 roku 90 proc. ludności. Dzisiaj – zaledwie 50 procent. Większość przechodzi do wspólnot zielonoświątkowego protestantyzmu, które zrzeszają dziś już około 30 proc. Brazylijczyków. Nieznana liczba katolików pozostaje formalnie w Kościele, ale wiąże się z takimi wspólnotami charyzmatycznymi, których katolickość jest tylko nominalna. Problem jest coraz poważniejszy także także w innych krajach – i to nie tylko Ameryki Łacińskiej.

Emotywizm jako atrakcja i pułapka

Nowy ruch charyzmatyczny zyskuje sobie wielką popularność, bo bazuje na emocjach, co z niezwykłą siłą przemawia do wielu współczesnych chrześcijan. Zarówno w protestanckiej jak i katolickiej odsłonie bazuje często na domniemanych cudach i uzdrowieniach, ekstatycznych praktykach pobożnościowych, rytuałach z pogranicza psychomanipulacji. Nie sposób wyobrazić sobie nieokiełznanego charyzmatyzmu bez nabożeństw czy zgoła Mszy świętych „o uzdrowienie”, ignorujących instrukcję Kongregacji Nauki Wiary Ardens felicitatis desiderium, która reguluje problematykę modlitwy o uzdrowienie.

Na spotkaniach grup charyzmatycznych często gra sentymentalna muzyka, wprowadzająca specyficzny, nieco hipnotyczny nastrój; lider wylewa z siebie nieustanny potok słów pełnych krzykliwych emocji, zapraszając do siebie kolejne osoby z tłumu i przekazując im poprzez położenie na nich rąk „moc Ducha”, która ma ich uzdrawiać. Nikt, rzecz prosta, nie bada trwałości takich domniemanych uzdrowień; można podejrzewać, że w większości przypadków chodzi o pozorny tylko efekt ustania jakiejś dolegliwości związany raczej z emocjonalnym uniesieniem, które niweluje odczuwanie danego problemu.

Niezwykle popularnym zjawiskiem we wspólnotach charyzmatycznych jest wprowadzanie wiernych w stan swoistego omdlenia, co liderzy określają mianem „spoczynku w Duchu Świętym”. Wymuszone odcięcie wiernego od kontaktu z rzeczywistością odbywa się zwykle poprzez dotyk lub pchnięcie, a otępiałym na pewien czas wiernym wmawia się, jakoby poprze utratę świadomości otwierali się na Boże działanie. Inną niezwykle popularną praktyką jest tak zwana glosolalia: lider i skupieni wokół niego wierni przez dłuższy czas wydają nieartykułowane dźwięki, co ma stanowić formę pozaracjonalnej modlitwy. Ta praktyka przybiera niekiedy skrajnie patologiczną formę, znaną jako „Toronto blessing”: lider bądź wierni doprowadzają się do stanu regularnego ogłupienia, między innymi imitując zwierzęta. „Błogosławieństwo” z Toronto jest, na szczęście, zjawiskiem tyleż krzykliwym, co zwłaszcza w Polsce dość marginalnym. Inaczej z poprzednio opisanymi praktykami, glosolalią i „spoczynkiem w Duchu”. Niestety, „spoczynek” często stosowany jest przez charyzmatycznych liderów wobec dzieci i młodzieży. W Polsce doszło przynajmniej do dwóch przypadków masowego wprowadzania nieletnich w stan otępienia, w roku 2016 w Lesznie, a w 2020 w Koszarawie. Ze względu na problemy psychiczne i fizyczne, z jakimi borykały się zahipnotyzowane dzieci w tym drugim przypadku, śledztwo wszczęła nawet prokuratura.

„Chrzest w Duchu Świętym”
Podczas gdy opisane powyżej praktyki są wykorzystywane w różnych wspólnotach w rozmaitym natężeniu, fundamentalnym elementem ruchu zielonoświątkowego jest tak zwany „chrzest w Duchu Świętym”. Rytuał udzielania takiego „chrztu” odbywa się poprzez nałożenie przez lidera wspólnoty rąk na głowę wiernego. W teorii „chrzest w Duchu” ma doprowadzić do „odrodzenia” w Chrystusie czy też „odnowienia” darów Ducha Świętego. Ów „chrzest” jest naturalnie praktyką pozasakramentalną, a jego udzielanie budzi ogromne wątpliwości z perspektywy teologicznej i socjologicznej. Nazwa rytuału może wprowadzać poważne zamieszanie, sugerując, jakoby chrzest wodą nie był dla chrześcijan wystarczający i dla prawidłowego przeżywania wiary konieczny był jeszcze drugi chrzest, „w Duchu”.

Co więcej udzielanie tego „chrztu” może prowadzić do powstawania mentalności sekciarskiej i ekskluzywistycznej, kategoryzując chrześcijan na gorszych i lepszych, w zależności od tego, czy przeszli już ten inicjacyjny rytuał. Skupienie ruchu charyzmatycznego na chrzcie dezawuuje też wartość Najświętszego Sakramentu; jest to jednak nieuniknione, skoro we wspólnotach charyzmatycznych obecni są zarówno katolicy, jak i protestanci. Udział tych drugich uniemożliwia wspólnocie koncentrację na Eucharystii, stąd potrzeba wynalezienia jakiejś zastępczej, pozasakramentalnej formy rytualnej, która będzie mogła łączyć chrześcijan niezależnie od ich przynależności do Kościoła lub „kościołów” heretyckich.

Oblicza charyzmatyzmu


Ze względu na olbrzymie zróżnicowanie ruchu charyzmatycznego trudno jest opisywać to zjawisko jako całość. W Polsce działają rozmaite środowiska, które w mniejszym lub większym stopniu czerpią z charyzmatyzmu. Przykładowo Ruch Światło-Życie, choć cechuje się elementami charyzmatycznymi, jest w dość dużej mierze poddany właściwym rygorom katolickości i koncentruje się na sakramentach, a nie na pobożności szamańskiej. Większe problemy wzbudzają grupy Odnowy w Duchu Świętym, które różnią się zakresem czerpania z wykrzywionego charyzmatyzmu w zależności od lokalnego lidera; są wszelako do pewnego stopnia kontrolowane przez władze diecezjalne. Największy problem jest z mniejszymi formacjami, które powstają oddolnie. Część z nich nie potrafi lub w ogóle nie chce zachować dystansu wobec protestantyzmu, co nierzadko generuje postawy graniczące lub nawet przekraczające granicę heretyckiego indyferentyzmu – przekonania, jakoby nie stanowiło różnicy, czy przynależy się do Kościoła katolickiego, czy też nie.

Niestety, jak dotąd Kościół katolicki w Polsce nie zdołał wynaleźć metody, która pozwoliłaby na narzucenie tym grupom w pełni ortodoksyjnego reżimu. Część biskupów ma, niestety, bezrefleksyjnie pozytywne stanowisko wobec charyzmatyzmu jako takiego. Efektem są takie wydarzenia, jak spotkanie „Już czas”, które odbyło się w lutym tego roku na terenie archidiecezji łódzkiej; zgromadzili się tam zarówno katolicy jak i protestanci – i wszyscy byli określani w oficjalnych zapowiedziach jako „liderzy Kościoła”, co całkowicie zacierało granicę między prawdą katolicyzmu a błędem protestantyzmu. Nie wszyscy hierarchowie chcą dowiedzieć się, w czym tkwi problem.

Przykład: w roku 2016 ks. prof. Andrzej Kobyliński, jeden z nielicznych polskich ekspertów krytycznie zajmujących się ruchem pentekostalnym, miał wygłosić przemówienie na posiedzeniu plenarnym KEP na temat charyzmatyzmu. Jego wykład został jednak zablokowany i kapłanowi uniemożliwiono prezentację problematyki. Taka postawa ogółu biskupów ma swoje konsekwencje.

Sprawą zajął się Watykan, chcąc – w teorii – wprzęgnąć katolicki ruch charyzmatyczny na całym świecie w jedną strukturę. 9 czerwca 2019 roku, w święto Zesłania Ducha Świętego, papież Franciszek powołał do życia Charis, Międzynarodową Służbę Odnowy Charyzmatycznej. Charis działa dziś intensywnie również w Polsce.

Niestety, ta watykańska struktura jest głęboko wadliwa. W jej statutach można przeczytać, że akces do Charis mogą zgłaszać grupy… niezależnie od przynależności kościelnej; podstawą jest tylko stawianie przez nich w centrum rytuału „chrztu w Duchu Świętym”. W naszym kraju to właśnie Charis patronowała skandalicznemu spotkaniu „Już czas” z lutego; widać więc w praktyce, że struktura ta jest niezdolna do ustrzeżenia charyzmatyzmu przed podstawowym zagrożeniem, czyli indyferentyzmem religijnym.

Problem będzie narastać
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w najbliższych latach ruch charyzmatyczny będzie w Polsce rosnąć w siłę. Wynika to z głębokich zmian w religijności Polaków, którzy – a dotyczy to zwłaszcza młodych – w coraz mniejszej mierze postrzegają wiarę jako coś, co powinno kształtować ich życie w sposób uporządkowany i racjonalny, a coraz bardziej jako formę emocjonalnej terapii mającej gwarantować dobre samopoczucie.

Tego rodzaju zmiany są widoczne gołym okiem, ale zostały też potwierdzone w badaniach, które przeprowadziły między innymi prof. Ewa Wysocka w 2019 roku wśród studentów na Śląsku, a później, w Krośnie, Katarzyna Mosur wśród uczniów szkół średnich. Fakty są zatem, jakie są – nie ma sensu z nimi dyskutować. Skoro współcześni Polacy poszukują w religii komponentu emocjonalnego, nacechowanego też silną wspólnotowością i zarazem pewną indywidualizacją odrębną od charakteru przeciętnego życia parafialnego, to „oferty” tego rodzaju będą się pojawiać.

Rzecz w tym, by te pragnienia odpowiednio skanalizować – i wystąpić z taką propozycją, która nie będzie wiązać się z ryzykiem deprawacji duchowej w stronę szamańskiego charyzmatyzmu. Niestety, nie można liczyć na to, że powołana przez Franciszka organizacja Charis będzie w stanie zająć się tym w sposób pożądany. Być może konieczne jest rozwinięcie już istniejących stabilnych struktur, takich jak Ruch Światło-Życie oraz Odnowa w Duchu Świętym po to, by nadać im – zwłaszcza w tym drugim wypadku – bardziej racjonalny charakter. Jeżeli sprawy zostaną pozostawione samym sobie, doczekamy się ogromnych kłopotów i doprowadzimy do tego, że religijność Polaków zatraci swój rzymskokatolicki charakter. Nawet jeżeli będzie on w przyszłości w jakimś sensie katolicki, to już na pewno nie rzymski. Tymczasem chrześcijańska tożsamość Polski ufundowana jest na rzymskości właśnie, a nie na quasi-szamanistycznych praktykach o protestanckiej proweniencji. O zachowanie tej tożsamości trzeba pilnie zadbać – podobnie jak o ustrzeżenie polskiego katolicyzmu przed popadaniem w błąd indyferentyzmu.

Paweł Chmielewski

Polacy zawierają mniej małżeństw, niż w czasie lockdownu

Rekordowo niska liczba ślubów. Polacy zawierają mniej małżeństw, niż w czasie lockdownu

pch/rekordowo-niska-liczba-slubow-mniej-malzenstw-niz-w-czasie-lockdownu

[Toć ona ma pierścionek, nie obrączkę. md]

Liczba zawieranych w Polsce małżeństw przedstawia się niepokojąco nisko… Choć wydawałoby się, że to czas pandemicznych obostrzeń będzie najmniej sprzyjał ślubom, w ubiegłym roku zawarto ich jeszcze mniej, niż podczas sanitarnych restrykcji.

136 tysięcy par wzięło ślub w zeszłym roku w skali całego kraju. Liczba ta obejmuje zarówno pełnowartościowe śluby konkordatowe, jak i związki „cywilne” – które nie czynią prawdziwego małżeństwa i nie powinny mieć miejsca między ochrzczonymi.

Nawet w czasie obowiązywania pandemicznych restrykcji w 2020 roku swoje związki formalizowało więcej Polaków. Dane mówią o zawartych wtedy 145 tysięcy małżeństwach. Liczba ta podskoczyła w kolejnym roku do 168 tysięcy, a w 2022 spadła do 155 tys.

Spadająca liczba zawieranych związków niepokoi tym bardziej, że jest ona zarówno skutkiem, jak i zapowiedzią pogłębienia kryzysu demograficznego. – Kluczowe dla badania kondycji instytucji małżeństwa w Polsce jest pojęcie niżu i wyżu demograficznego. Gdy rodzi się nas więcej, to, co jest logiczne, ślubów będziemy zawierać więcej. Pokazują to dobrze historia naszego kraju i badania socjologiczne. Niemniej jednak w ostatnich latach mamy do czynienia z trendem, który wykracza poza ramy demografii. Polacy nie chcą zakładać rodzin – mówił w rozmowie z Naszym Dziennikiem prof. Stanisław Jankiewicz.

Źródło: opoka.org.pl FA

Afera wizowa nie zatrzymała imigrantów. Przodują Filipińczycy i Kolumbijczycy.

Afera wizowa nie zatrzymała imigrantów

21 lutego 2025, businessinsider/afera-wizowa-nie-zatrzymala-imigrantow

Filipińczycy i Kolumbijczycy dostali w 2024 r. najwięcej zezwoleń na pracę w Polsce — informuje „Rzeczpospolita”. Gazeta zauważa, że mimo większych trudności ze ściąganiem obcokrajowców trafiło do nich nieco więcej zezwoleń niż rok wcześniej.

Prawie 323 tys. zezwoleń na pracę w Polsce wydano w minionym roku cudzoziemcom spoza Unii Europejskiej – wynika ze statystyk Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, do których dotarła gazeta.

Dziennik zauważa, że przyznanych zezwoleń było w ubiegłym roku nieco więcej niż w 2023 r., gdy wybuch afery wizowej zwiększył kontrole nad konsulatami RP w krajach Afryki i Azji Południowo-Wschodniej, gdzie wydawano najwięcej podejrzanych wiz.

„Efekty tych kontroli widać w ubiegłorocznych statystykach, które pokazują dwucyfrowy spadek zezwoleń na pracę obywateli z Indii, Nepalu i Bangladeszu” — podkreślono.

==================

Mail:

Potwierdzam; mamy w firmie 5 kierowców hindusów i jednego czarnego z Kongo

Sensu zatrudnienia hindusów nie widzę – ZUS za nich płaci podatnik – bo w dwa tygodnie narobili sporo szkód w pojazdach.

Czy Polacy muszą wymrzeć? Polska spadła na ostatnie miejsce w Europie pod wzgl. współczynnika dzietności.

Fundacja Pro-Prawo do życia
Szanowny Panie Mirosławie! 
Wedle wstępnych szacunków za 2024 r., Polska spadła na ostatnie miejsce w Europie jeśli chodzi o współczynnik dzietności. 
Wedle aktualnych prognoz, za 75 lat populacja Polski spadnie do ok. 16-20 milionów ludzi, a w kolejnych dziesięcioleciach jeszcze bardziej się skurczy. 
Jak oficjalnie stwierdzono w rządowej Strategii Demograficznej Polski – „doprowadzi to do biologicznego zaniku polskiego narodu”. Równocześnie, kolejne rządy robią wszystko, aby taki właśnie scenariusz się zrealizował. Forsowane przez polityków rozwiązania nie tylko nie poprawiają sytuacji demograficznej, ale jeszcze bardziej ją pogarszają. Jak pokazuje historia Polski, sytuację demograficzną można odwrócić, ale konieczna jest do tego odnowa moralna narodu. Proszę, aby zaangażował się Pan w nasze działania na rzecz tej odnowy.Czy Polacy muszą wymrzeć? [foto]Jak donosi portal Business Insider:

„Nasze dzieci będą żyć w 20-milionowej Polsce (…) Tak przynajmniej mówią rządowe prognozy. Jest jednak jeszcze gorzej. W dużo dalszej perspektywie populacja naszego kraju może spaść do ok. 2 mln ludzi. To mniej więcej tyle, ile dziś żyje w Warszawie.”

Portal przypomina, że w 2024 roku urodziło się w Polsce tylko 250 000 dzieci. To najmniej w historii pomiarów sięgającej XIX wieku. Polska spadła przy tym na ostatnie miejsce w Europie jeśli chodzi o współczynnik dzietności. Magazyn przywołuje przy tym kilka różnych scenariuszy możliwego rozwoju sytuacji demograficznej Polski:

„W pierwszym scenariuszu liczba ludności Polski w 2100 r., czyli za 75 lat, spadłaby o 39,1 proc. do 23 mln. Natomiast w scenariuszu bardziej pesymistycznym na koniec XXI w. populacja naszego kraju wyniosłaby 16,3 mln, co oznacza spadek w stosunku do 2019 r. o 57,1 proc. Świadkami takiego stanu rzeczy będą więc prawdopodobnie ludzie urodzeni już w okolicach 2020 r. (…) w tej materii prognozy ekspertów często się nie sprawdzają i rzeczywistość jest znacznie bardziej bolesna. Można więc zakładać, że bez długofalowych zmian sytuacja będzie jeszcze gorsza.” 

Tendencje te skomentowane zostały m.in. w rządowej Strategii Demograficznej Polski. Jak stwierdzono:

„doprowadzi to do biologicznego zaniku polskiego narodu.”

Panie Mirosławie, od wielu lat kolejne grupy polityków, które co kilka lat wymieniają się na rządowych stołkach, realizują w Polsce „politykę rodzinną” i „politykę demograficzną”.  Polityka ta dotyczy m.in. kwestii mieszkaniowych, edukacyjnych, rynku pracy oraz ekonomicznych. W tych sprawach niemal wszystkie główne partie polityczne w Polsce mówią jednym głosem i niczym się od siebie nie różnią. Spójrzmy na główne założenia tej „polityki rodzinnej”: 

W zakresie mieszkaniowym – aby polskim rodzinom łatwiej było się zadłużać na całe życie i brać pożyczki w bankach kontrolowanych przez zagraniczny kapitał.

W zakresie edukacyjnym – więcej żłobków i przedszkoli, aby dzieci już od pierwszych lat życia były pod opieką „ekspertów” od wychowania, wykształconych na wydziałach pedagogiki opanowanych przez radykalną lewicę, a nie pod skrzydłami własnych rodziców.

W zakresie rynku pracy – aby maksymalnie utrudnić mężom i ojcom utrzymanie rodziny z jednej pensji oraz zmusić jak najwięcej kobiet do opuszczenia domu w celu pracy zarobkowej.

W zakresie ekonomicznym – aby uzależnić polskie rodziny od kolejnych programów socjalnych, generujących ogromne obciążenie dla budżetu, powodujących wzrost inflacji, podwyżki podatków i rozregulowanie rynku.

Efekty tej polityki właśnie widzimy – Polska spadła na ostatnie miejsce w Europie pod względem dzietności. Należy przy tym zaznaczyć, że reszta Europy nie jest wcale w lepszej sytuacji i również znajduje się w obliczu katastrofy demograficznej, gdyż realizuje podobną politykę. Opiera się ona na błędnym założeniu, że przyczyną kryzysu demograficznego są kwestie materialno-ekonomiczne. Tymczasem powody niskiej dzietności są przede wszystkim moralne, kulturowe i cywilizacyjne. 

1925 roku w II Rzeczpospolitej, wyniszczonej kilka lat wcześniej przez I wojnę światową i wojnę polsko-bolszewicką, urodziło się 1 037 000 dzieci. 1951 roku, gdy wiele miast wciąż leżało w gruzach po II wojnie światowej, w czasie rządów Bieruta i Stalina, urodziło się 783 600 dzieci. W 1982 roku, w trakcie stanu wojennego, gdy żywność była na kartki, urodziło się 705 400 dzieci. We wszystkich minionych epokach poprzednie pokolenia miały obiektywnie o wiele gorsze warunki materialne od nas dzisiaj. Pomimo tego rodziło się 3-4 razy więcej dzieci.  

Katastrofa demograficzna to rezultat upowszechniania w społeczeństwie rozwiązłości seksualnej, antykoncepcji i aborcji, promocji homoseksualizmu, promowaniu relacji damsko-męskich opartych na braku odpowiedzialności oraz bombardowaniu społeczeństwa medialną propagandą reklamującą bezdzietność jako rzekomo najlepszy styl życia. 

W wielu domach wciąż są jeszcze elementarze i podręczniki szkolne z komunistycznych czasów PRL, w których dzieci czytały historyjki o mamie, która gotuje i zajmuje się domem, tacie chodzącym do pracy oraz codziennych zajęciach kilkorga ich dzieci. Dzisiaj modelowym rodzajem „rodziny” jest bezdzietny związek partnerski dwojga ludzi różnej lub tej samej płci. Do tego dochodzi propaganda LGBT twierdząca, że można rzekomo nieustannie „zmieniać płeć” – dzisiaj możesz czuć się chłopcem, a jutro dziewczynką. Powoduje to destabilizację psychiki i uniemożliwia tworzenie jakichkolwiek stabilnych związków. 

Na to nakłada się rewolucja ideologiczna w wychowaniu dzieci zakładająca, że dzieciom nie należy stawiać wymagań i nie wolno nakładać na nie obowiązków. Zamiast tego należy koncentrować się na „dobrostanie” dzieci poprzez podtrzymywanie ich komfortu emocjonalnego oraz realizację kolejnych pasji i zainteresowań. Powoduje to, że po osiągnięciu pełnoletności młodzi ludzie są psychicznie niezdolni do podejmowania jakichkolwiek zobowiązań wymagających odpowiedzialności, poświęcenia i wyrzeczenia. 

Równolegle do tego wszystkiego działa ogromny biznes śmierci, którego celem jest eliminacja wszystkich dzieci, które pojawiają się w łonach matek. Niedawno Parlament Europejski opublikował raport, z którego wynika, że Polacy mają najgorszy w całej Unii Europejskiej dostęp do antykoncepcji. Jak to możliwe, skoro np. prezerwatywy można swobodnie kupić przy kasie w każdym supermarkecie lub na stacji benzynowej? Okazuje się, że nie chodzi o DOSTĘP do aborcji i antykoncepcji, który już dziś jest powszechny, a o to, żeby KAŻDA kobieta została zarażona mentalnością aborcyjną i antykoncepcyjną.
 Dlatego poprawa tego „dostępu” ma polegać m.in. na upowszechnianiu „edukacji seksualnej” w szkołach oraz refundacji pigułek poronnych, aby jak najwięcej kobiet zamordowało swoje dzieci lub uniemożliwiło ich poczęcie. Oto „polityka rodzinna” w praktyce, tolerowana lub wspierana przez kolejne rządy. 

Co w tej sytuacji robić? Wbrew pozorom, wszystko może się odwrócić, a jako naród możemy nie tylko przetrwać, ale również urosnąć w siłę.

XIX wiek był dla Polaków czasem rządów zaborców, kulturkampfu, niszczenia polskiej tradycji i kultury, wywózek na Syberię, ograniczania praw i wolności. Pomimo tak trudnej sytuacji, populacja Polaków bez własnego państwa, pod zaborami, podwoiła się! Liczba Polaków z ponad 15 mln w latach siedemdziesiątych XIX stulecia wzrosła do ponad 30 mln w przededniu wybuchu I wojny światowej. Średnia liczba dzieci przypadających na rodzinę wynosiła 5,9 (dzisiaj 1,1). Jak to możliwe? Odpowiedzi należy szukać w Gietrzwałdzie. 

W 1877 roku w Gietrzwałdzie objawiła się Matka Boża ze szczególnym przesłaniem do Narodu Polskiego. Po tych objawieniach setki tysięcy ludzi zaczęły pielgrzymować do Gietrzwałdu pomimo obostrzeń i represji stosowanych przez okupantów. Liczbę pielgrzymów tylko od połowy lipca do połowy września 1877 r. szacowano na od ćwierć do pół miliona.
Jak możemy przeczytać w relacjach:

„Pociągi w stronę Gietrzwałdu były przepełnione, pruscy urzędnicy kolejowi natrząsali się z tego pobożnego tłumu, który zajmował 70 wagonów pełnych po brzegi… Na każdej stacji tłumy ludzi się cisną, wszyscy jadą do Gietrzwałdu. Niezliczone rzesze przybywały do Gietrzwałdu z całej Polski”„

Masowa odpowiedź społeczeństwa na prośby Matki Bożej spowodowała ograniczenie pijaństwa, rozwiązłości, cudzołóstwa i lenistwa, a przede wszystkim doprowadził do tego, że Polacy, pomimo trudnych warunków, otworzyli się na życie. 
Z ludzkiego punktu widzenia sytuacja naszych przodków była beznadziejna – kraj pod zaborami, okupacja, prześladowania, rusyfikacja i germanizacja. Dokonała się jednak odnowa. Podobnie może być również dzisiaj. 

Dlatego nasza Fundacja organizuje w całej Polsce publiczne modlitwy różańcowe połączone z akcjami informacyjnymi na temat aborcji i „edukacji seksualnej”. W trakcie różańców trzymamy m.in. duże banery z wizerunkiem Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.
Takich kampanii zorganizowaliśmy w 2024 r. ponad 1 000 na ulicach polskich miast. 
Tysiące ludzi w nich uczestniczyło, setki tysięcy widziało nas i słyszało. 
Kolejne osoby dołączają do nas i z naszą pomocą chcą działać w swoim miejscu zamieszkania, poszerzając w ten sposób zasięg naszego oddziaływania. 
Podczas jednej z ostatnich akcji w Rzeszowie podeszła do nas kobieta i zaczęła emocjonalnie mówić o aborcji językiem propagandy: „moja macica, moje ciało, mam prawo stanowić o sobie samej!„. Zaczęła jednak rozmawiać z naszymi wolontariuszami, którzy przedstawili jej wiele merytorycznych argumentów obalających medialne manipulacje aborcjonistów.
Pod koniec rozmowy  kobieta słuchała z wielkim zainteresowaniem. Opowiedzieliśmy jej, że oprócz głoszenia prawdy o mordowaniu dzieci w łonach matek zajmujemy się również pomocą kobietom będącym w trudnej sytuacji życiowej, które są przymuszane do aborcji. Wolontariuszka dała kobiecie naszą ulotkę kontaktową, którą ta z wielką wdzięcznością wzięła, mówiąc: „mam komu ją dać”. Kobieta zapytała, gdzie nas można spotkać i odeszła, żegnając się z nami słowami: „wiecie Państwo, ja też się dzisiaj czegoś nowego nauczyłam…”.

Trzeba w ten sposób budzić sumienia i kształtować świadomość kolejnych Polaków. 
Proszę, aby wsparł Pan te działania. Może Pan przekazać 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolną inną kwotę, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, i pomóc nam przeprowadzić kolejne kampanie na rzecz odnowy moralnej naszego narodu i budowania świadomości Polaków w kwestiach fundamentalnych dla naszej przyszłości. 
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl

Krucjata różańcowa w twoim mieście

Czy wiesz, jak zwyciężyli Austriacy w latach 1953-4? Filipińczycy w latach 80-tych?

Mirosław Dakowski

Czy wiesz, że w twoim mieście, czy też w twojej wiosce, może być n.p. co miesiąc publiczna krucjata różańcowa?

Czy uważasz, że Biłgoraj, Wałbrzych, Łomża, a nawet Warszawa są jakoś specjalnie wydzielone, wybrane?

Nie. Tam są jednak ludzie, którzy z uporem takie marsze różańcowe publiczne i uliczne organizują.

No ale u mnie nikt tego nie zorganizował!!”– myślisz sobie.

A ty? to co??

Przecież choć czasami zdajesz sobie sprawę że sytuacja nasza, Polski, twojej rodziny jest skrajnie trudna.

Dlaczego więc uważasz, że jakakolwiek inicjatywa, próba zorganizowana musi pochodzić od „onych „?

Boli mnie na przykład sprawa Krakowa czy Bochni czy Tarnowa. A – kiedyś druga stolica Polski – Sandomierz?? Czy tam mieszkają sami tchórzliwi impotenci? Chyba nie…

A wioski?

Czy takie Cikowice, czy Damienice czy Nagórzyce są gorsze? A Górzno [to miasto] ?? Czy one, ich mieszkańcy nie powinni się również bronić przed agresją satanizmu?

Jeśli myślisz,że „to mnie nie dotyczy”, to zrezygnuj z czytania mojej strony. Czytaj se „pudelka” czy „wybiórczą”. Wskazany też jest „Żydownik powszechny”.

Pomyśl, pomódl się. Przecież to do ciebie krzyczę !!!

Aktywista LGBT okazał się pedofilem, kierował też międzynarodową siatką pedofilską

Aktywista LGBT okazał się pedofilem, miał też kierować międzynarodową siatką pedofilską

27.02.2025 tysol/aktywista-lgbt-okazal-sie-pedofilem-mial-tez-kierowac-miedzynarodowa-siatka-pedofilska

Jesienią minionego roku okazało się, że Pierre Cottineau, aktywista LGBT z Francji, jest pedofilem, który gwałcił niepełnosprawną dziewczynkę.

Teraz pojawiają się informacje to tym, że lewicowy polityk nie tylko skrzywdził jedno dziecko, ale też miał kierować całą grupą pedofilów, która handlowała nieletnimi. Francuz miał wykorzystywać swoją pozycję społeczną i pracę, by „załatwiać” najmłodsze ofiary innym zwyrodnialcom.

Smutna dziewczynka. Ilustracja poglądowa Aktywista LGBT okazał się pedofilem, miał też kierować międzynarodową siatką pedofilską

Smutna dziewczynka. Ilustracja poglądowa / Pixabay.com

Media – tak polskie, jak i zagraniczne – pisały o nim najpierw tylko ogólnikowo – że był lewicowym działaczem. Od momentu aresztowania potwierdzono jednak, że Pierre Cottineau, aktywista i polityk lewicy, okazał się nie tylko pedofilem, ale też aktywnym działaczem organizacji LGBT. Teraz, w lutym 2025, śledztwo przeciwko tęczowemu działaczowi nabrało nowego wymiaru, ponieważ francuskie władze zdemaskował siatkę pedofilską, której Cottineau miał być organizatorem i liderem. 4 i 18 lutego aresztowano czterech dodatkowych podejrzanych, co rozszerzyło dochodzenie na skalę międzynarodową, obejmującą Francję i Belgię. Zarzuty wobec zatrzymanych mężczyzn obejmują nie tylko pedofilię, ale również handel ludźmi w zorganizowanej grupie przestępczej oraz rozpowszechnianie materiałów pedofilskich w sieci. Do dzisiaj zidentyfikowano cztery ofiary tej siatki przestępczej poniżej piątego roku życia. Śledczy podejrzewają jednak, że ofiar jest o wiele więcej.

Pierre-Alain Cottineau, zanim na jaw wyszły jego pedofilskie zbrodnie, był przez większość swojego dorosłego życia działaczem politycznym związanym z lewicą.

Urodzony w 1992 roku lewicowiec już w 2021 roku kandydował w wyborach regionalnych w kantonie Ancenis-Saint-Géréon w La France Insoumise (LFI), radykalnie lewicowej partii kierowanej przez Jeana-Luca Mélenchona. Partia ta to globaliści, słynący z walki z francuską prawicą i z wspierania tzn. grup mniejszościowych.

Cottineau był rzekomo znany jako zaangażowany mieszkaniec Oudon’u (zachodnia Francja), wspierający różne lokalne inicjatywy – od walki z zamykaniem urzędów pocztowych po rozdawanie materiałów edukacyjnych o przemocy wobec kobiet. W mediach społecznościowych chwalił się działalnością społeczną, podkreślając lewicowo i populistycznie, że chce „przywracać władzę ludowi, a nie elitom”.

Pedofil z ludu

Pedofilia lewicowca wyszła na jaw we wrześniu 2024 roku, gdy Cottineau został zatrzymany na lotnisku w Nantes po powrocie z wakacji w Tunezji. Aresztowanie było wynikiem śledztwa prowadzonego przez L’OFMIN (Biuro ds. Nieletnich i jednostka francuskiej Policji Narodowej; biuro zostało utworzone w celu zwalczania przestępstw na dzieciach i nastolatkach), które we współpracy z holenderskimi służbami natrafiło na drastyczne nagrania przemocy seksualnej wobec dzieci, rozprowadzane w Internecie. Na nagraniach widać było charakterystyczne łóżko, które doprowadziło śledczych do domu Cottineau. W trakcie przesłuchania mężczyzna przyznał się do znęcania się nad 4-letnią dziewczynką, którą opiekował się od grudnia 2023 roku, oraz do rozpowszechniania nagrań pedofilskich grupach online. Jak podkreślił prokurator Nantes, nagrania te wyróżniały się „wyjątkową przemocą” i „barbarzyństwem”.

Dalsze dochodzenie ujawniło jeszcze bardziej przerażające fakty. W tym miesiącu L’OFMIN zdemaskował bowiem rozległą siatkę pedofilską, która działała między Francją a Belgią. Według doniesień medialnych, Cottineau miał być głównym organizatorem procederu – grupy, która łączyła pedofilów ponad granicami państw – wykorzystującym swoje kontakty zawodowe do dostarczania ofiar innym pedofilom. Lewicowy polityk pracował bowiem jako asystent rodzinny i pracownik opieki nad dziećmi. W ramach zaplanowanych akcji, mężczyźni z różnych regionów Francji i Belgii gwałcili dzieci – w tym niemowlęta – nagrywając te bestialskie akty i transmitując je w najbardziej mrocznych zakamarkach Internetu.

Do tej pory aresztowano pięciu podejrzanych, w tym Cottineau oraz osobę wcześniej skazaną w Belgii za zabójstwo i gwałt na dziecku. Śledczy zidentyfikowali cztery ofiary poniżej piątego roku życia, ale L’OFMIN przypuszcza, że lista ta może się wydłużyć. Podejrzani staną przed sądem w Nantes, gdzie grozi im dożywocie.

Przeszłość Cottineau

Przed aresztowaniem Cottineau uchodził za wzorowego obywatela i aktywistę. Był założycielem i prezesem organizacji takich jak Esprit Arc-en-Ciel („Duch Tęczy), z którą w 2018 roku zorganizował pierwsze lokalne forum przeciwko homofobii i transfobii, oraz Oudon Solidarity and Mutual Aid Collective – grupy regionalnej pomocy wzajemnej. Jako członek Lily Cerise et Cie (Lilia i Wiśnia), grupy zajmującej się „edukacją seksualną” dzieci i walką z przemocą domową, promował również działania „edukacyjne” skierowane do najmłodszych, w tym wprowadzanie tematów LGBT do szkół. Jego aktywność polityczna skupiała się na promowaniu polityki „zero tolerancji” wobec wszelkiej dyskryminacji. Po ujawnieniu zarzutów partia natychmiast pedofila ze swoich szeregów wykluczyła, wyrażając „przerażenie” jego czynami.

Jako opiekun i asystent rodzinny lewicowiec z łatwością otrzymywał zgodę służb socjalnych na opiekę nad dziećmi do końca 2023. Według ustaleń śledztwa, mężczyzna specjalnie domagał się brania pod swoją opiekę dzieci poniżej szóstego roku życia – to właśnie dzięki pozycji takiego asystenta do Cottineau trafiła 4-letnia dziewczynka z poważnymi niepełnosprawnościami, która stała się jedną z jego ofiar.

Milczenie lewicy

Sprawa wywołała falę oburzenia, została ona bowiem przemilczana przez część mediów i środowisk lewicowych. Le Parisien w swoich relacjach unikał nawet podania nazwiska Cottineau, określając go jedynie jako „32-letniego asystenta rodzinnego z Loire-Atlantique”. Do dzisiaj w tytułach z jesieni minionego roku znajdujemy tylko wzmiankę o bliżej nieokreślonym działaczu politycznym, który skrzywdził jakąś jedną, konkretną dziewczynkę.

Co jednak będzie dalej z pedofilem z Francji i jego krajowymi i zagranicznymi współoskarżonymi? Proces sądowy w Nantes wciąż trwa, a śledczy analizują materiały cyfrowe, by ustalić pełen zasięg siatki oraz potencjalne kolejne ofiary. Tempo procesu może przyspieszyć fakt, że Cottineau przyznał się do części zarzutów, co ogranicza konieczność długotrwałego dowodzenia niektórych faktów.

Z drugiej strony, międzynarodowy charakter siatki i konieczność identyfikacji wszystkich ofiar mogą opóźnić sprawę. W najgorszym wypadku może okazać się, że skrzywdzonych zostało o wiele więcej dzieci, niż tylko czwórka. To jest, niestety, prawie pewne. Belgijskie władze nie ujawniły natomiast pełnych szczegółów procesu ze względu na ochronę dochodzenia i prawo do prywatności ofiar.

===================

Mail:

Gdy go ułaskawią, wypuszczą, przeproszą i finansowo zrekompensują – znów będzie zasiadał w Zarządach, Radach Nadzorczych i Organizacjach Humanitarnych?

Ostatnia zagrywka elit czyli III wojna światowa nadal jest prawdopodobna

Ostatnia zagrywka elit czyli III wojna światowa nadal jest na stole

Autor: AlterCabrio , 27 lutego 2025

Po stronie zachodniego establishmentu, urzędnicy państwowi i media bombardują opinię publiczną opowieściami o zbliżającym się rosyjskim blitzkriegu w Europie, jeśli Ukrainie pozwoli się upaść. Oczywiście, twierdzą również, że Rosja traci miliony żołnierzy w atakach typu „meat waves”, a ich armia jest sparaliżowana.

Maszyna propagandowa nie może mieć wszystkiego na raz – albo Rosja jest bezsilna, a jej wojsko kuleje, albo jest niepowstrzymanym molochem, który podbije całą Europę, jeśli mała Ukraina się zawali. Każdy element propagandy wojennej został starannie opracowany, aby przekonać ludność do poparcia bezpośredniej inwazji militarnej na region.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

III wojna światowa nadal jest na stole: „Europa” chce wysłać żołnierzy na Ukrainę

W okresie poprzedzającym wybory prezydenckie w USA w 2024r. administracja Bidena w zmowie z brytyjskimi, europejskimi i ukraińskimi partnerami opracowała plan „Trump Proof” wojny na Ukrainie. Innymi słowy, otwarcie przyznali, że chcieli uniemożliwić Trumpowi podjęcie jakichkolwiek działań, które mogłyby wymusić zakończenie wojny i doprowadzić do zawarcia poważnego porozumienia pokojowego.

Częścią tego planu było rozszerzone wykorzystanie pocisków kierowanych dalekiego zasięgu dostarczanych przez rządy zachodnie. Te pociski, aby je wystrzelić, wymagają danych lotu z zasobów NATO oraz personelu NATO – co oznacza, że ​​wszelkie ataki z udziałem tej broni wymagają bezpośredniego zaangażowania wojsk NATO. Zielone światło Bidena dla ataków dalekiego zasięgu na Rosję przy użyciu pocisków wyprodukowanych i kontrolowanych przez USA było oczywistą próbą wywołania eskalacji.

W trakcie wojny pisałem obszernie o moich obawach, że ostatecznym celem konfliktu jest wywołanie szerszej międzynarodowej pożogi. Globalistyczne interesy były zaangażowane na Ukrainie (konkretnie Atlantic Council) przez co najmniej dekadę, mieszając w kotle i prowokując Rosję do inwazji na region Donbasu. Pisałem o wpływach Atlantic Council na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie w moim artykule „The Atlantic Council has Big Plans For A War Between The US And Iran”.

Globaliści chcieli wykreować katastrofę i zrzucić winę na państwa narodowe, co mogliby wykorzystać do wymazania wszelkich granic i całkowitego przekształcenia świata. Jak dotąd nie osiągnęli tego celu, ale nie z powodu braku starań.

Ukraiński atak na Kursk w Rosji wraz z zatwierdzeniem ataków rakietowych dalekiego zasięgu zostały otwarcie nagłośnione w zachodnich mediach jako „dowód”, że „czerwone linie” Władimira Putina nie mają znaczenia i że Rosja nigdy nie użyje broni nuklearnej w odpowiedzi na operacje NATO. Wiedzą, że jedną z głównych obaw wśród zachodnich populacji jest wybuch globalnej wymiany nuklearnej. Elity myślą, że jeśli uda im się usunąć ten strach, wszyscy chętnie poprą wojska NATO na Ukrainie.

Są w błędzie.

Ani Amerykanie, ani Europejczycy nie mają żadnego interesu w walce i umieraniu o tak nieistotny kawałek ziemi jak Ukraina. Prezydent Ukrainy Władimir Zełenski konsekwentnie wzywał NATO do dostarczania wojsk na linię frontu. W rzeczywistości Zełenski zachowuje się tak, jakby ktoś obiecał mu ewentualną interwencję wojskową (Boris Johnson?).

Taktyka wyniszczająca Rosji okazała się bardzo skuteczna w osłabianiu ukraińskich linii frontu. Ważne jest, aby zrozumieć, że taktyka wyniszczająca obejmuje przejmowanie kluczowych strategicznych terenów, ale ważniejszym celem jest zniszczenie wrogich wojsk. Chociaż rosyjskie zdobycze mogą nie wydawać się znaczące dla przeciętnego człowieka bez wiedzy w zakresie strategii wojskowej, prawda jest taka, że ​​Ukraina jest teraz zdesperowana w kwestii zasobów ludzkich i nie ma środków na zastąpienie utraconych wojsk. Wojna się skończyła, tylko po prostu jeszcze tego nie przyznali.

Urojenia Zełenskiego na temat zdolności Ukrainy do wygrania wojny i odzyskania ogromnego terytorium, które utraciła, muszą być czymś napędzane. Mogę jedynie zakładać, że nadal wierzy, że interwencja NATO jest nieuchronna. UE i Wielka Brytania odegrały dużą rolę w dawaniu Zełenskiemu fałszywej nadziei i uniemożliwianiu praktycznych negocjacji pokojowych. Ukraina NIGDY nie odzyska regionu Donbasu. Muszą to zaakceptować i iść dalej.

Po stronie zachodniego establishmentu, urzędnicy państwowi i media bombardują opinię publiczną opowieściami o zbliżającym się rosyjskim blitzkriegu w Europie, jeśli Ukrainie pozwoli się upaść. Oczywiście, twierdzą również, że Rosja traci miliony żołnierzy w atakach ludzkiej fali [„meat waves”], a ich armia jest sparaliżowana.

Maszyna propagandowa nie może mieć wszystkiego na raz – albo Rosja jest bezsilna, a jej wojsko kuleje, albo jest niepowstrzymanym molochem, który podbije całą Europę, jeśli mała Ukraina się zawali. Każdy element propagandy wojennej został starannie opracowany, aby przekonać ludność do poparcia bezpośredniej inwazji militarnej na region.

Po powrocie Donalda Trumpa na Ukrainie wszystko się zmieniło. Trump ewidentnie nie jest pod wrażeniem Zełenskiego i chce szybko zakończyć rozlew krwi. Do takiego stopnia, że może negocjować warunki pokoju bez udziału Zełenskiego. Trump zażądał, aby Zełenski przeprowadził legalne wybory na Ukrainie, zanim USA będą kontynuować swoje wsparcie, a nawet nazwał Zełenskiego dyktatorem.

Bez USA nie ma NATO, a jeśli USA odetną dostawy broni, Ukraina skończy walkę. Chyba że Europa rzuci się na łeb na szyję do wojny…

Jak zauważyłem w sierpniu ubiegłego roku:

„Czas ofensywy na Kursk i wezwanie do ataków rakietowych na Rosję nie są przypadkowe. Trump twierdzi, że jego intencją jest zakończenie wojny na Ukrainie tak szybko, jak to możliwe, gdy tylko obejmie urząd”.

„Muszą wyeskalować wojnę w coś większego, coś, czego nie da się cofnąć. Właśnie teraz wojna może się zakończyć – wystarczy trochę dyplomacji i zmuszenie Ukrainy do zrozumienia, że ​​nie odzyskają Donbasu ani Krymu, bez względu na to, ile ofiar poświęcą”.

Droga do pokoju wydaje się coraz bardziej osiągalna, a moje przekonanie, że większa wojna jest nieunikniona, może być błędne (naprawdę mam taką nadzieję). Jednak globaliści wciąż próbują stworzyć desperacki scenariusz. Nie poddają się. Jeśli nie uda im się wciągnąć Amerykanów bezpośrednio do wojny, to mogą umieścić Europejczyków na linii frontu, ryzykując, że zmusi to USA do działania.

W tym miesiącu Zełenski wezwał do utworzenia „sił zbrojnych Europy” w odpowiedzi na naciski Trumpa na szybkie zawarcie porozumienia pokojowego. Wezwał również do uzbrojenia Ukrainy w broń jądrową.

Europejskie i brytyjskie elity oklaskiwały koncepcję armii UE i w pewnym sensie jest to ironiczne, ponieważ stanowi to przyznanie się, że Europa i większość Zachodu przez dziesięciolecia leniwie używały USA jako tarczy. Nie mają już pojęcia, jak się bronić.

https://youtube.com/watch?v=b9J4BrNFtR0%3Fsi%3DsyxlGxHMI9lXx3fy

Deklarowaną rolą tej europejskiej armii miałoby być „utrzymywanie pokoju” na Ukrainie. Problem w tym, że Putin wielokrotnie powtarzał, że jakakolwiek obecność wojsk zachodnich będzie traktowana jako akt agresji. Keir Starmer, premier Wielkiej Brytanii i zagorzały autorytarny przywódca, zaoferował już co najmniej 30 000 żołnierzy na rzecz tej sprawy. Urzędnicy francuscy, kanadyjscy i niemieccy również wyrazili zainteresowanie europejską armią i rozmieszczeniem jej na Ukrainie, choć przyznają, że nie chcą wydawać nawet minimum 2% swojego PKB na NATO. russia

Żeby było jasne, handlarze histerią mają rację, mówiąc, że Rosja mogłaby przejechać po europejskich systemach obronnych, gdyby tylko chciała (zakładając, że nikt nie odpala broni nuklearnej). UE i Wielka Brytania wykonały już większość roboty – niszcząc własne kraje otwartymi granicami i masową imigracją przez ostatnie dziesięć lat. Migranci z trzeciego świata nie są lojalni wobec Zachodu, a pokolenie Z jest całkowicie rozczarowane ideą dalszej wojny. Przywódcy europejscy z pewnością spróbują narzucić przymusowy pobór do wojska.

Nie oznacza to, że Putin zamierza iść na wojnę z Europą, tylko że mógłby ją łatwo pokonać na wyniszczenie, gdyby chciał. Należy wziąć pod uwagę dziwne przeszłe powiązania Putina z elementami ekipy z Davos. Zawsze istnieje szansa, że ​​Rosja jest po prostu kontrolowaną opozycją, a wojna jest z góry ustalona. Mimo to Putin jak dotąd nie zachowywał się jak człowiek szaleńczo pędzący w nuklearną nicość. Bardzo uważał, aby ograniczyć wojnę do Ukrainy.

Starmer i jemu podobni globaliści doskonale zdają sobie sprawę, że obecność wojsk brytyjskich lub unijnych sabotowałaby wszelkie negocjacje pokojowe rozpoczęte przez administrację Trumpa. O to właśnie chodzi. Wierzę, że globaliści sądzą, że mogą zmusić Amerykę do działania, kreując katastrofę tak rażącą, że USA będą musiały się zaangażować.

Kiedy brytyjscy urzędnicy mówią o uzyskaniu „gwarancji bezpieczeństwa” od Donalda Trumpa, mają na myśli właśnie to – poprzez lądowanie wojsk na Ukrainie w celu „utrzymania pokoju” próbują zobowiązać USA do odpowiedzi, gdy Rosja odpowie odwetem.

Amerykanie nie idą na wojnę za globalistów. Twierdziłbym, że jesteśmy o wiele bardziej zainteresowani marszem, aby wyeliminować globalistów, niż walką z narodem rosyjskim. Dlaczego nie pozbyć się problemu u źródła?

Jednak globaliści niekoniecznie potrzebują USA, aby rozszerzyć wojnę na Ukrainie. Na razie Trump ma ograniczony wpływ ekonomiczny na Wielką Brytanię i UE, a to nie wystarczy, aby zapobiec mobilizacji wojsk lub eskalacji. Może to być ostatnia zagrywka elit, która zapoczątkuje III wojnę światową.

________________

World War III Is Still On The Table: Europe Wants Boots On The Ground In Ukraine, Brandon Smith, February 27, 2025

−∗−

Warto porównać:

Czy będziemy ginąć za Ukropolin?
Wszyscy dotychczasowi rzecznicy Ukrainy mają teraz nie lada problem. Dotąd każdego, kto nie zgadzał się z oficjalną narracją triumfująco wyzywali od ruskich onuc i agentów Putina. Teraz musieliby powiedzieć to […]

________________

Co nam pozostanie po Ukrainie?
Ukraina, jako państwo upada. I nie chodzi tu jedynie o wojnę, którą bez wsparcia Zachodu nasi wschodni sąsiedzi ewidentnie przegrają. Nawet nie w tym rzecz, że po 3 latach konfliktu […]

________________

Dlaczego wybuchła wojna na Ukrainie
Mamy więc projekt ujednolicenia całej ludzkiej wiedzy i zaprowadzenia jednego porządku światowego, zawarty w twórczości Jana Amosa Komeńskiego, pedagoga, filozofa i spiskowca, dzięki któremu na świecie miało zapanować powszechne szczęście. […]

−∗−

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!

=======

komentarz:

  1. CzarnaLimuzyna 27 lutego 2025
  2. W mediach post-społecznościowych degeneraci starają się wciąż podsycać emocje, przygotowując Polaków, że może się stać coś strasznego, bo sytuacja jest wyjątkowa i niespotykana od kilkudziesięciu lat.Tak jakby chcieli wciąż utrzymywać opinię publiczną w gotowości na różne wydarzenia. A może jest to tylko otoczka trywialnego komunikatu: “musimy kraść” taktownie nie wymieniając z nazwy kradnących i okradanych?

Kto wygra wybory prezydenckie? Po mieście krążą fałszywe pogłoski

Kto wygra wybory prezydenckie? Po mieście krążą fałszywe pogłoski

Stanisław Michalkiewicz nczas/falszywe-pogloski 28.02.2025

Kampania prezydencka rozwija się w postępie – na razie chyba jeszcze arytmetycznym, ale wkrótce pewnie nabierze tempa i zacznie rozwijać się w postępie geometrycznym. Do takiego wniosku skłoniły mnie krążące od pewnego czasu po mieście fałszywe pogłoski, jakoby w wyborach prezydenckich zapragnął wziąć udział aktualny prezes Najwyższej Izby Kontroli pan Marian Banaś.

Jak mawiają gitowcy – wszystko gra i koliduje. Pan Marian Banaś urodzony nomen omen w Piekielniku, ze stanowiska ministra finansów w vaginecie Mateusza Morawieckiego 30 sierpnia 2019 roku został wybrany na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Zgodnie z art. 205 konstytucji prezes NIK jest wybierany na 6-letnią kadencję z możliwością ponownego wyboru tylko raz. I właśnie panu Marianowi Banasiowi 30 sierpnia 2025 roku kończy się ta 6-letnia kadencja, więc nic dziwnego, że jest „namawiany” na wysunięcie swojej kandydatury w tegorocznych wyborach prezydenckich. Mógłby co prawda kandydować jeszcze raz na stanowisko prezesa NIK, ale czy aby na pewno zostałby wybrany? Wprawdzie pierwotnie pan Banaś był w obozie „dobrej zmiany”, bo w przeciwnym razie nie miałby szans na objęcie stanowiska ministra finansów w vaginecie Mateusza Morawieckiego, ale – jak to wielokrotnie zdarzało się w innych przypadkach – te przyjazne stosunki zamieniły się w nieprzejednaną wrogość.

Zaczęło się od donosu ze strony stacji TVN, która – jak wiadomo – jest elementem szeroko pojętego obozu zdrady i zaprzaństwa, którego polityczną ekspozyturą jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda – że pan Banaś powiązany jest „ze światem przestępczym”. W związku z tym CBA, zamiast dojść do wniosku, że zarzuty mają charakter „polityczny”, w związku z czym nie zasługują na poważne ich potraktowanie – po wspomnianym prześwietleniu, skierowało do prokuratury doniesienie, jakoby pan Banaś złożył fałszywe oświadczenia majątkowe i że ma niejasne dochody. Na czym te niejasności mogłyby polegać, zasugerował Judenrat „Gazety Wyborczej” – że mianowicie pan Banaś prowadził w swojej kamienicy w Krakowie „dom schadzek”, a kiedy został prezesem NIK, zaraz się tej kamienicy pozbył.

Przypominam o tych wszystkich zaszłościach m.in. dlatego, by pokazać, że pan Banaś ubiegając się o ponowny wybór na prezesa NIK, chyba nie mógłby liczyć na poparcie ze strony obozu zdrady i zaprzaństwa obywatela Tuska Donalda. Tym bardziej nie mógłby liczyć na poparcie ze strony obozu „dobrej zmiany” – bo z jakichś tajemniczych powodów rozpętał aferę z tzw. „wyborami kopertowymi” przeciwko premierowi Morawieckiemu, w związku z czym Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński scharakteryzował go jako człowieka o „zbrukanej opinii”, który „nie ma kwalifikacji” do kierowania Najwyższą Izbą Kontroli.

Tymczasem jeszcze we wrześniu 2019 roku, kiedy obóz zdrady i zaprzaństwa wystąpił z pierwszymi donosami przeciwko panu Banasiowi, pan marszałek Senatu Stanisław Karczewski określał go jako „człowieka kryształowego, niezwykle uczciwego, bardzo solidnego i twardego polityka”. Jak widzimy na tym przykładzie, klauzula rebus sic stantibus („skoro sprawy przybrały taki obrót”) ma zastosowanie nie tylko w prawie traktatowym i stosunkach międzynarodowych, ale i w stosunkach politycznych, a nawet płciowych – jeśli dajmy na to, dama dojdzie do wniosku, że rozłożyła nogi przed dobiegaczem niewłaściwym, zwłaszcza gdy właśnie pojawił się ten jedyny, wymarzony. Coś takiego musiało przytrafić się Naczelnikowi Państwa, który od tej pory – podobnie jak obywatel Tusk Donald – chętnie utopiłby pana Mariana Banasia w łyżce wody.

No dobrze – ale przecież licznik bije nieubłaganie i kadencja prezesa skończy się panu Banasiowi 30 sierpnia. I co potem? Prezesowi NIK wbrew jego woli żadna siła zrobić nic nie może, ale po upływie kadencji, w sytuacji kiedy szansa na ponowny wybór na to stanowisko jest bliska zeru, pan Marian Banaś stoi wobec groźby wpadnięcia między ostrza potężnych szermierzy – kto wie – może nawet samego Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, który dopiero na stanowisku nietykalnego prezesa NIK byłby prawdziwym biczem Bożym.

Czy jednak obywatel Tusk Donald, który tak długo, jak tylko mógł, przezornie nie odcinał Wielce Czcigodnego Romana Giertycha od stryczka w sprawie „Polnordu”, zaryzykowałby powierzenie mu prezesury NIK? „Bo taka głupia, to ja już nie jestem; może głupia, ale taka to już nie” – śpiewała „Pod Baranami” Krystyna Zachwatowicz. Mniejsza zresztą o Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, który przecież też może zgłosić swoją kandydaturę w tegorocznych wyborach prezydenckich – a co miałby sobie żałować, zwłaszcza gdy konstytucja głosi, że prezydentem może zostać „każdy”? – ale my tu rozbieramy sobie z uwagą pana prezesa Mariana Banasia.

Wytykanie palcami

Nawiasem mówiąc, z tymi wszystkimi prezydentami to jest u nas tak jak w Ameryce. Jak pamiętamy, John Kennedy udowodnił, że nawet katolik może zostać prezydentem USA. Z kolei Ryszard Nixon pokazał, że nawet człowiek niezamożny może zostać prezydentem USA, zaś Gerald Ford – że prezydentem USA może zostać każdy. Wracając tedy do pana prezesa Mariana Banasia, wydaje się oczywiste, że w jego sytuacji wysunięcie swojej kandydatury w tegorocznych wyborach prezydenckich byłoby jakimś wyjściem z trudnej – co tu ukrywać – sytuacji. Jestem tedy prawie pewien, że perswazje, jakich pewnie panu prezesowi Banasiowi nie szczędzą jego przyjaciele, mogą paść na podatny grunt.

Ale nie tylko o to chodzi, żeby pan prezes na stanowisku prezydenta naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, ratował tylko własną skórę. Żeby w ogóle o tym można było mówić, to musiałby najpierw wygrać. Otóż uważam, że ma on całkiem spore szanse na pogrążenie w odmętach najsilniejszych konkurentów, w osobach pana Rafała Trzaskowskiego i pana Karola Nawrockiego.

Jak wiadomo, po licytowaniu się, czego to każdy z nich nie zrobi, jak już tym całym prezydentem zostanie – że podpali wodę w Wiśle i w ogóle – będzie dusił ludzi gołymi rękami – przeszli do wzajemnego wytykania sobie rozmaitych wstydliwych zakątków, a nawet łajdactw. Nawiasem mówiąc, ta licytacja całkowicie abstrahowała od konstytucyjnych kompetencji prezydenta, który tak naprawdę niewiele może. Jedynym ważnym – jak się w obecnej sytuacji okazało – uprawnieniem, jest możliwość wetowania ustaw – ale i ona jest skuteczna tylko dlatego, że obóz zdrady i zaprzaństwa nie ma w Sejmie większości wystarczającej do obalenia weta prezydenta, czyli 276 posłów – bo w przeciwnym razie prezydent byłby całkowicie bezradny, zwłaszcza w sytuacji gdy vaginet obywatela Tuska Donalda „nie uznaje” Trybunału Konstytucyjnego.

Otóż w sytuacji, gdy podjudzany przez Judenrat „Gazety Wyborczej” pan Rafał Trzaskowski nieubłaganym palcem wytknął panu Karolowi Nawrockiemu jego podróże po świecie, których koszty Judenrat skrupulatnie wyliczył (liczmy się, jak Żydzi!) na 800 tysięcy złotych, pan Mariusz Błaszczak podliczył panu Rafałowi Trzaskowskiemu, że spędził ponad 200 dni „w delegacjach”. Jak widać, te zarzuty to jakieś dziadostwo, jakby ani Judenrat, ani pan Trzaskowski, ani pan Nawrocki nie znał anegdoty, jak to Żydowie modlili się w synagodze. Jeden szczególnie wrzaskliwie domagał się od Najwyższego 500 dolarów. Te błagalne wrzaski zirytowały wreszcie pozostałych i najdostojniejszy podszedł do wrzeszczącego i powiedział: masz tu 500 dolarów i wynoś się, bo my tu się modlimy o większe pieniądze!

Nawiasem mówiąc, co sprawia, że obóz „dobrej zmiany” nieubłaganym palcem nie wytyka panu Rafałowi Trzaskowskiemu pierwszorzędnych i w dodatku podwójnych korzeni, to znaczy – jerozolimskich i ubeckich – o których na mieście ćwierkają od samego rana wszystkie wróbelki? Teraz może być już za późno, skoro prezydent Trump przysłał do Warszawy pana Tomasza Różę na ambasadora – ale wcześniej, gdy jeszcze pana Róży u nas nie było, można było chyba bez ryzyka ten wątek podjąć – a nie został podjęty.

Czyżbyśmy mieli do czynienia z ustawką w myśl wskazówki Józefa Stalina, że najważniejsze jest przedstawienie suwerenom prawidłowej alternatywy, która wtedy jest prawidłowa, gdy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane? Ładny interes! Nawiasem mówiąc, pan Róża już pokazał, że co jak co, ale korzenie mają u niego wysokie notowania. Oto nie mógł się nachwalić Księcia-Małżonka, że jako minister spraw zagranicznych jest wprost „geniuszem” i to nawet nie jakimś takim „karpackim”, jak Mikołaj Ceaucescu, tylko zwyczajnym.

Tymczasem, jak wiadomo, nie został jeszcze wynaleziony aparat fotograficzny, który mógłby utrwalić osiągnięcia Księcia-Małżonka na stanowisku ministra spraw zagranicznych – oczywiście poza wiązaniem krawatów, w której to dziedzinie Książę-Małżonek rzeczywiście ociera się o genialność. A przecież jest on zaledwie Księciem-Małżonkiem, świecącym światłem odbitym od naszej Jabłoneczki, która korzenie rzeczywiście ma pierwszorzędne.

Wszystko już wykryte…

Wracając do pana prezesa Banasia, to jak tylko rozległy się fałszywe pogłoski o delegacjach i innych wybrykach pana Rafała Trzaskowskiego, ogłoszono komunikat, że do jaskini warszawskiego ratusza wkracza Najwyższa Izba Kontroli. A jak Najwyższa Izba Kontroli gdzieś wkracza, to co robi, do jakiego finału dąży? Odpowiedzi dostarcza opowiadanie jakiegoś sowieckiego autora, co to pisał powiastki dla dzieci.

W jednej z nich dwaj chłopcy opowiadają o swoich ojcach i jeden, od razu widać, że wyszczekany, jak nie przymierzając – Wielce Czcigodna Katarzyna Lubnauer – mówi, że jego ojciec jest krytykiem. „On wszystkich krytykuje. Jak chcesz, to i twojego ojca skrytykuje!” Tymczasem ojciec tego drugiego chłopca jest zwrotniczym na kolei, więc on wcale nie chce, żeby tamten ojciec go krytykował. Więc jak Najwyższa Izba Kontroli gdzieś wkracza, to po to, żeby skontrolować. A nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że – jak mówią Rosjanie – „nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara”, więc jak już NIK zacznie szukać, to na pewno to i owo znajdzie.

W tej sytuacji pan prezes Banaś nawet nie musiałby tych rewelacji od razu ogłaszać, tylko najpierw przekazać Rafału Czaskoskiemu wiadomość następującą: wiecie, rozumiecie Czaskoski. Wszystko już wykryte, więc wy lepiej dla zdrowotności zrezygnujcie z tego kandydowania, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

A potem podobnie podejść do każdego z ważniejszych kandydatów i w ten oto prosty sposób oczyścić sobie przedpole do spektakularnego sukcesu wyborczego – oczywiście zapewniwszy uprzednio stare kiejkuty i Naszych Sojuszników, że ich interesy w naszym bantustanie pod jego prezydenturą nie zostaną naruszone, tylko będą ściśle respektowane…

Pomnik Mickiewicza zabezpieczony przed Ukraińcami! Sympatycy Brauna wpadli na oryginalny pomysł

Pomnik Mickiewicza zabezpieczony przed Ukraińcami! Sympatycy Brauna wpadli na oryginalny pomysł [FOTO]

28.02.2025 https://nczas.info/2025/02/28/pomnik-mickiewicza-zabezpieczony-przed-ukraincami-sympatycy-brauna-wpadli-na-oryginalny-pomysl-foto/

Ukraińska ekspansja w Polsce.
Ukraińcy na rynku w Krakowie – zdj. ilustracyjne. / Fot. Gabriela/Unsplash

Od wielu miesięcy spokój mieszkańców Krakowa zaburzają nocne manifestacje pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Krakowianie początkowo ze zrozumieniem patrzyli na tak niecodzienną inicjatywę solidarnościową [solidarni sami z sobą? w Obcym państwie? md] organizowaną przez Ukraińców, jednak poziom hałasu i częstotliwość tych wystąpień dały się we znaki nawet najbardziej tolerancyjnym gospodarzom miasta Kraka.

Sympatycy Grzegorza Brauna wpadli na oryginalny pomysł. Początkowo organizowali w tym miejscu zbiórki podpisów pod rejestracją swojego kandydata. Obecnie zamiast żółto-niebieskich barw pomnik szczelnie spowijają polskie barwy narodowe.

Pomnik Mickiewicza w Krakowie, źródło: screen X
Pomnik Mickiewicza w Krakowie, źródło: screen X

Taka forma zabezpieczenia pomnika wieszcza narodowego bardzo spodobała się internautom:

Piękne. Czyli są jakieś granice. – pisze jeden z nich. To już kolejna inicjatywa oddolna, obywatelska, mająca przywrócić  należne miejsce barwom państwa polskiego w jego najbardziej newralgicznych lokacjach.

Sobota: Łomża – Publiczny Różaniec Wynagradzający Niepokalanemu Sercu Matki i Królowej

01.03.25 Łomża – Publiczny Różaniec Wynagradzający Niepokalanemu Sercu Matki i Królowej

28/02/2025przez antyk2013

Krucjata Różańcowa za Ojczyznę prosi: Z Maryją Królową Polski módlmy się o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu


Jako przedstawiciele Kościoła walczącego wychodzimy na Publiczny Różaniec św. WYNAGRADZAJĄCY Niepokalanemu Sercu Matki i Królowej.


To nasz sprzeciw – i oręż – na bluźnierstwa i obelgi, które mają wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec Niepokalanej.
1 marca 2025 r. o godz.17-tej w Łomży na Starym Rynku

Tak toczymy duchową bitwę o Boży ład w Polsce i zaprzestanie publicznego obrażania Boga i Matki oraz zabijania i demoralizacji dzieci.

Zaczynamy o 16:45 Koronką do Miłosierdzia Bożego za braci błądzących i dusze w czyśćcu cierpiące.

Aby dokonało się DUCHOWE POWSTANIE NARODOWE Polaków!
Króluj nam Chryste, w Polsce i wszędzie!

Krucjata Różańcowa za Ojczyznę


DOŁĄCZ:

https://krucjatarozancowazaojczyzne.pl

Światowe zapasy w stylu klasycznym

Światowe zapasy w stylu klasycznym.

Andrzej Szlęzak

https://konserwatyzm.pl/szlezak-swiatowe-zapasy-w-stylu-klasycznym/

          W  Polsce  politycy  i  media  skupiają  uwagę  na  wojnie  rosyjsko – ukraińskiej windując do  absurdalnych  rozmiarów  antyrosyjskie  nastawienie. To kompletnie  zaciemnia  istotę  wojny  na  Ukrainie.  To,  co  zrobił  teraz  rząd  Donalda Trumpa  zrobiło  z  większości  polskich  polityków  i  dziennikarzy kompletnych durniów. Żeby zrozumieć istotę tego, co się dzieje w światowej polityce trzeba odsunąć punkt z którego spogląda się na nią. Kiedy się to zrobi wojna na Ukrainie nabiera innych proporcji.

         To,  co  jest kluczowe w  światowej polityce, to  konflikt między USA i Chinami.  Stosunek Amerykanów do wojny  na  Ukrainie  jest wypadkową tego konfliktu. Już o tym pisałem, że Rosja przestała być podmiotem światowej polityki, a stała się jej przedmiotem. Zarówno USA jak i Chiny wiedzą, że żeby pokonać rywala trzeba podporządkować sobie Rosję. Amerykanie wspierając Ukrainę chcieli doprowadzić Rosję do wykrwawienia, obalenia władzy Putina i wprowadzenia rządu co najmniej przychylnego dla siebie. Jednak rozwój wydarzeń pokazał, że te działania tylko mocniej wpychały Rosję w zależność od Chin. Prawdopodobnie Trump i jego polityczne zaplecze zrozumieli to i zmienili strategię. Uznali, że  nie  warto  walczyć  z Putinem, ale  go  sobie zjednać różnymi ustępstwami w zamian za porzucenie Chin. Czy Putin na to pójdzie? Moim zdaniem raczej nie, choć nie mam wiedzy, żeby to przesądzać.

          Co ta strategia Amerykanów zmienia w układzie sił  w  Europie?   Bardzo dużo. Amerykanie będą chcieli w jakiejś mierze zaspokoić ambicje Putina i stworzyć skuteczną barierę dla ekspansji Rosji poza to, na co sami chcą pozwolić. Nie chcą tego założenia opierać o Niemcy i Francję, ponieważ ci prędzej zaczną  z  Rosją  robić  interesy  niż  militarnie  powstrzymywać  jej  zapędy  do  odbudowy  wpływów  z  czasów  ZSRR.  Wybierają  Polskę,  Rumunię  i Skandynawów, bo z Rosją graniczą i czują się realnie przez nią zagrożeni. Problem Ukrainy staje się w tej sytuacji drugorzędny.

          Wszystko, co powyżej przedstawiłem zależy od tego czy Rosja zgodzi się na plany USA. Być może Rosja ma teraz większe pole manewru, ale kluczowe w  tym  będzie  stanowisko póki co wielkiego niemowy, czyli  Chin. Nie  wiem jak,  nie wiem kiedy,  ale jestem przekonany,  że  w  rozwoju  wydarzeń politycznych  na  tle  wojny  na  Ukrainie  Chiny  nie  pozwolą  na  ignorowanie siebie. Gołym  okiem  widać, że Amerykanie chcą  ich  ograć  i  izolować w rozgrywce, którą prowadzi Trump. Jestem przekonany, że lada dzień silnie odcisną swój ślad na tym, co się dzieje. Już najwyższa pora na  reakcję  Chin.

          Co to wszystko znaczy z punktu widzenia polskiego interesu narodowego? Niestety nic dobrego. Polska może  wybrać  albo  zacieśnienie  sojuszu, a faktycznie pogłębienie zależności od USA, albo zdanie się na europejski chaos, ponieważ najsilniejsze europejskie kraje ani cała Unia Europejska nie ma wizji zakończenia wojny na Ukrainie, a poza tym w tej sprawie nic nie jest w stanie zrobić bez NATO.

          Zacieśnienie sojuszu z USA jest faktycznie całkowitym podporządkowaniem  polityce  Amerykanów. Tu już  nie  będzie  przestrzeni dla  realizowania polskich interesów narodowych, której i tak było mało. Polska nie będzie miała własnej – mądrej czy głupiej – ale własnej, polityki wobec Rosji, Białorusi i Ukrainy. Podobnie  będzie  z Chinami.  Prawdopodobnie Amerykanie  pozwolą  tylko  na  kontrolowaną wrogość wobec tych państw z wyjątkiem  Ukrainy. Pogorszeniu ulegną pewnie relacje z poszczególnymi krajami zachodniej Europy i Unią Europejską.

       Do tej pory filarami polityki zagranicznej rządów PO i PiS były bezwarunkowa nienawiść do Rosji i podporządkowanie polskich interesów narodowych interesom Ukrainy. Ukraina miała wojować z Rosją do zwycięstwa. Zwycięstwa Ukrainy nie będzie. Rosja miała być wykluczona ze wspólnoty międzypaństwowej, a prezydent Włodzimierz Putin ścigany jako zbrodniarz. Bez-alternatywny sojusznik zakpił z tych pryncypiów i ma zamiar przywrócić Putina na światowe polityczne salony. Muszę z przykrością powtórzyć, co już napisałem jakiś czas temu. Otóż potwierdza się, że Ukraina wojnę przegrała. Przegrała ją również Polska, a rządzący w Polsce na przemian PiS i PO skompromitowały się.

Andrzej Szlęzak