Źródło: https://www.marinetraffic.com/en/ais/home/centerx:7.3/centery:52.6/zoom:6#google_vignette
po kliknięciu w link mamy aktualny ruch morski na.świecie. Można przybliżając sprawdzać pojedyncze statki.
Wygląda to tak:

Źródło: https://www.marinetraffic.com/en/ais/home/centerx:7.3/centery:52.6/zoom:6#google_vignette
po kliknięciu w link mamy aktualny ruch morski na.świecie. Można przybliżając sprawdzać pojedyncze statki.
Wygląda to tak:

Jeden kontenerowiec w ciągu roku wytwarza tyle trujących związków, ile 50 milionów samochodów

To już pewne. Komisja Europejska zabiła samochody spalinowe. I to w tempie ekspresowym. Padła propozycja, by od 2035 roku zakazać rejestracji spalinowych aut. Mam wrażenie, że choć Komisja Europejska tego głośno nie mówi, chce drastycznie ograniczyć liczbę samochodów w ogóle, a ograniczenie emisji jest tylko narzędziem do osiągnięcia tego celu.
Komisja Europejska zaproponowała wreszcie wprowadzenie zakazu sprzedaży nowych samochodów z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi od 2035 roku. Propozycja znalazła się w szerokim pakiecie legislacyjnym na rzecz walki z globalnym ociepleniem. Wszystko, by zredukować emisję CO2 w transporcie o 55 proc. do 2030 roku i o 100 proc. do 2035 roku. De facto wyklucza to z rynku pojazdy napędzane paliwami kopalnymi na terenie Wspólnoty.

Zakaz ma pomóc w przyspieszeniu przejścia na nieemisyjne pojazdy elektryczne, pytanie tylko, czy ktoś kogoś pytał o zdanie? W obliczu coraz częstszych katastrof klimatycznych sprawa wydaje się oczywista.
Nie jestem zatwardziałym petroheadem i dostrzegam potrzebę ograniczenia emisji szkodliwych cząstek spalin. Uwielbiam dźwięk silnika V8, ale z równie wielką przyjemnością wsiadam do każdego elektrycznego samochodu i wciskam gaz w podłogę. Zresztą nie trzeba mnie do nich szczególnie przekonywać i to mimo ciągle pojawiających się głosów, że elektryki są niebezpieczne, bo akumulatory, prąd z procesu spalania no i ślad węglowy. Obojętnie jakby nie liczyć, zawsze samochód elektryczny wyjdzie na plus.
Słowem, o zaletach samochodu elektrycznego mógłbym długo mówić. Nie mogę jednak wyjść z podziwu z jaką determinacją i pasją KE, a wraz z nią wiele organizacji pozarządowych, instytucji, naukowców i ekologów, uwzięło się na branżę moto i de facto wszystkich, którzy z samochodów korzystają.
Droga normy emisji spalin Euro1 do 6, a już niebawem 7, przeszła długą drogę. W ostatnich latach jednak znacznie przyspieszyła dzięki właśnie unijnym urzędnikom, którzy samochodom i ich producentom ostro przykręcili śrubę. Robili to z resztą umiejętnie i stopniowa, wciągając z dziecinną łatwością w tę grę wszystkich zainteresowanych.
Dały się w nią wmanewrować największe koncerny motoryzacyjne i my kierowcy. Można się zastanawiać dlaczego. Afera Dieselgate była tutaj kluczowa, ale odkrycie, że nie tylko dwutlenek węgla jest groźny, ale także tlenki azotu i cząstki stałe, odtworzyły worek o nazwie emisja. Zaledwie dwóch szefów największych producentów w branży motor zwróciło ostatnio uwagę, że tempo zmian, to nie wymysł branży, a regulatora.
Prezes koncernu Stellantis, Carlos Tavares, powiedział wprost — samochody elektryczne są droższe, więc mniej ludzi będzie na nie stać. W dodatku do ich produkcji nie jest potrzebna ekspercka wiedza na temat budowy silników, zatem część osób pracujących w branży stracić z pewnością pracę.
Podczas konferencji Financial Times Future Tavares podkreślił, że przestawienie całej branży na elektryfikację nie jest korzystne. Naukowa decyzja o jej wyborze nie została podjęta jednak przez przemysł motoryzacyjny tylko regulatora. A to prowadzi nas do prostej konkluzji, skoro samochody elektryczne są droższe i będą jeszcze przez dłuższy czas, stać na nie będzie wyłącznie bogatych. Na drogach zostaną więc starsze auta o wysokim poziomie emisji. I to wszystko za sprawą urzędniczej decyzji, a nie firm motoryzacyjnych, które „musiały się tylko dostosować”.
Wtóruje mu Luca de Meo, prezes koncernu Seat, który już kilka lat temu powiedział, że elektryczną rewolucję napędzą najbogatsi, a nie młodzi czy ekolodzy. – Politycy przyzwyczaili się, że to koncerny są od spełniania wszystkich, coraz bardziej szalonych wymogów, więc wymyślają nowe, jeszcze bardziej szalone – mówił de Meo o pomyśle ograniczenie emisji z 115 g/km do 95 gr/h.
I co? I koncerny spełniły ten wymóg. Kto za to zapłacić. Pan, Pani, ja. Bo ceny samochodów, ceny technologii, które umożliwiają spełnienie tych wymogów, kosztują. A wśród producentów samochodów jakoś trudno znaleźć mi filantropów.
W wielu krajach nie chcą już samochodów spalinowych. Lawina ruszyła. Samochody spalinowe są be i kropka. Odnoszę wrażenie, że z dużą ulgą znaleziono wspólnego wroga. Motoryzację, która zdaniem wielu odpowiedzialna jest za wszelkie zło na ziemi, ocieplenie klimatu, burze i nawet trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz, jak mówił klasyk.
Tak się jednak dziwnie składa, że ci, którzy lobbują za szybkim zakazem ich rejestracji, nie uczestniczą w wielkim torcie o nazwie przemysł motoryzacyjny. A chcą tego najbardziej i najszybciej Dania, Norwegia, Holandia i Belgia.
Jeśli uznać prognozę Tavaersa za słuszną można odnieść wrażenie, że Unia Europejska niedługo może przypominać Kubę. Z jedną różnicą. Tam stare samochody spalinowy były w cenie, bo na nowe było embargo, kubański rząd jednak nie starał się nakładać na istniejące auta kolejnych ograniczeń. W UE jest jasne, że wcześniej czy później pałka się znajdzie. W zasadzie już się znalazła. To dyrektywa dotycząca opodatkowania wyrobów energetycznych, która może od 2023 roku drastycznie podnieść ceny benzyny i węgla. Jak wyliczyła „Rzeczpospolita”, jeśli polski rząd nie znajdzie sposobu na łagodzenie skutków tej podwyżki, głównie chodzi o akcyzę, litr paliwa może kosztować nawet 8 zł.
Na koniec chyba najważniejsze. Jak twierdzi brukselski think-tank Transport&Environment (T&E), samochody spalinowe odpowiadają za 12 proc. całej emisji gazów cieplarnianych w Europie. Życzyłbym sobie, aby z równie dużą determinacją i zaciętością, być może nawet symetryzmem, Komisja Europejska wzięła się za inne gałęzie gospodarki: przemysł, rolnictwo, ale także transport, szczególnie lotniczy i morski.

Jeden kontenerowiec w ciągu roku wytwarza tyle trujących związków, ile 50 milionów samochodów
Dlaczego? Bo jak się okazuje, największymi trucicielami na świecie nie są samochody spalinowe, a kontenerowce i branża lotnicza. Jak pisze brytyjski „The Guardian”, tylko jeden duży kontenerowiec wytwarza tyle trujących związków w ciągu roku, ile 50 milionów samochodów. Paliwo statków, czyli mazut, produkt uboczny rafinacji ropy, zawiera 2 tysiące razy więcej siarki niż olej napędowy wlewany do baków samochodów. Zdaniem specjalistów transport morski odpowiada za 18 do 30 procent światowego zanieczyszczenia tlenkami azotu i stoi za 9 procentami zanieczyszczenia tlenkami siarki.
Z kolei jeden Boeing 747 w ciągu 24h lotu emituje tyle CO2, ile 250 aut przez rok. Specjaliści zauważają także, że spaliny wypuszczane do atmosfery na dużej wysokości są dodatkowo znacznie groźniejsze dla klimatu, niż te, pozostawiona tutaj na ziemi.
Moglibyśmy się przerzucać kto jest bardziej winny, kto w większym stopniu odpowiada za katastrofę klimatyczną, na progu której stoimy [gówno prawda.. md] . Nie ma to znaczenia, bo dotyczy ona wszystkich nas – ludzi. Dlaczego jednak unijni urzędnicy i ekolodzy nie zajmą się tropieniem szkodliwych emisji w innych gałęziach gospodarek? Bo samolotem wygodnie polatać, a kontenerowiec kopci z dala o ich oczu? Tego nie wiem.
Nie twierdzę, że samochody spalinowe nie mają negatywnego wpływu na środowisko. Jednak uważam, że na zmiany klimatyczne wpływ ma znacznie więcej dziedzin gospodarki niż sama motoryzacja. Warto to zauważyć opowiadając o emisji, zagrożeniach związanych ze szkodliwymi cząstkami i wygodnym życiu.










https://pch24.pl/roberto-de-mattei-kto-wytrwa-do-konca-ten-bedzie-zbawiony

(Fot. David Macchi/Flickr, lic. CC BY-NC-ND 2.0)
Kościół katolicki pogrąża się w wielkim kryzysie – zarówno doktrynalnym, jak i moralnym. Cierpienia Kościoła powinny jednak umacniać naszą wiarę. Kiedy Matka Boża patrzyła na Mękę Chrystusa, Jej miłość Boga wzrastała. Tak samy wzrastajmy i my, trwając w Kościele. Bo jak powiedział nasz Pan, kto wytrwa do końca – ten będzie zbawiony. Pisze o tym włoski historyk, profesor Roberto de Mattei.
Jak wyjaśniają teologowie, Kościół założony przez Jezusa Chrystusa jest Królestwem Bożym na tym świecie, wypełnieniem Odkupienia, doskonałością dzieła Ducha Świętego, najchwalebniejszą manifestacją Trójcy Świętej.
Uwielbienie Trójcy Świętej jest ostatecznym celem Kościoła i całego stworzenia. Świętość Boga, Jednego i Trójjedynego, stanowi przyczynę świętości Kościoła, który ze swej natury jest wewnętrznie święty, czysty i niepokalany, nawet jeśli składa się z grzeszników. O tej świętości świadczą jego członkowie. Niezależnie od tego, jak wielkie może być zepsucie w Kościele, zawsze będzie wystarczająca liczba świętych, którzy zachowują prawdziwą wiarę i prowadzą życie w doskonałości.
Świętość Mistycznego Ciała nie wymaga, by wszyscy jego członkowie byli święci, ale by w ogóle byli święci i by ich świętość jawiła się jako owoc zasad i reguł świętości powierzonych Kościołowi przez Chrystusa (Conrad Algermissen, The Church and the Churches, Morcelliana 1942, s. 3-15).
Niestety, ten nadprzyrodzony wymiar Kościoła jest obcy nie tylko tym, którzy go zwalczają, ale czasami także tym, którzy go bronią. Kościół zawsze miał swoich przeciwników i obrońców, ale dziś istnieje ryzyko, że nawet ci drudzy mogą postrzegać go w taki sam sposób, jak biznes lub ruch polityczny.
Na przykład papież Franciszek często jawi się jako przywódca polityczny, a nie następca Piotra. Jednak poza wątpliwościami dotyczącymi sprawowania przez niego rządów i jego wizerunku w mediach, pozostaje on prawowitym Wikariuszem Chrystusa, 266. papieżem Kościoła katolickiego.
Prawowitymi następcami Apostołów są również kardynałowie do których należy wybór jego następcy. Jednak kontrowersje wokół postaci panującego papieża rozciągają się również na Święte Kolegium, ze względu na błędy publicznie wyznawane przez niektórych kardynałów i skandale obyczajowe, które słusznie lub nie, przypisywane są niektórym z nich. Skandale i błędy towarzyszyły życiu Kościoła od samych jego początków, a Kościół ustanowił w trybunały, które mogły weryfikować oskarżenia i nakładać na winnych należne kary kościelne. Niepokojącym faktem jest dziś to, że wyroki skazujące i uniewinniające są ogłaszane w mediach, zanim zostaną ogłoszone w kościelnych salach sądowych, co przekreśla tradycję dyskrecji i sprawiedliwości, która zawsze charakteryzowała wewnętrzne działania Kościoła.
W ostatnich dniach prasa międzynarodowa zwróciła szczególną uwagę na sprawę peruwiańskiego kardynała Juana Luisa Ciprianiego Thorne’a, arcybiskupa Limy. Zgodnie z rekonstrukcją sprawy przeprowadzoną 25 stycznia przez hiszpański dziennik El País, został poddany przez Stolicę Apostolską środkom ograniczającym jego działalność publiczną i używanie insygniów kardynalskich oraz związanych z jego miejscem zamieszkania. Dzieje się tak, ponieważ papież wydaje się uważać, że jest on winny poważnych przestępstw w kwestiach moralnych i nałożył na niego sankcje karne. Nikt nie zna dowodów, na których opierają się te sankcje. Na razie kardynał Cipriani zadeklarował niewinność i zaprzeczył, jakoby nie przestrzegał przepisów prawa. Podobnie zachował się peruwiański arcybiskup José Antonio Eguren, który był zaangażowany w niedawne wydarzenia związane z likwidacją Sodalitium Christianae Vitae. Potępił on to, że został poddany procesowi, w którym nie przestrzegano jego praw, sugerując, że Stolica Apostolska postępuje na poziomie prawnym, stosując praktyki niegodne Kościoła Chrystusowego.
Istnieje ryzyko, że na nadużycia moralne, o które oskarżani są ci prałaci, nałożą się równie poważne nadużycia prawne. Może to wywołać mgłę niepewności wokół licznych skandali, które w ostatnich latach pontyfikatu dotknęły Kolegium Kardynalskie, począwszy od sprawy amerykańskiego kardynała Theodore’a McCarricka, który został usunięty ze stanu duchownego przez papieża Franciszka w lutym 2019 r. za nadużycia seksualne.
Miesiąc później, w marcu 2019 r., emerytowany arcybiskup Santiago de Chile Ricardo Ezzati Andrello, mianowany kardynałem przez samego papieża Bergoglio w 2014 r., musiał zrezygnować ze stanowiska arcybiskupa za tuszowanie doniesień o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich. W tym samym czasie we Francji kardynał Philippe Barbarin został skazany na sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu za niezgłoszenie nadużyć seksualnych popełnionych przez księdza w jego diecezji. Chociaż wyrok skazujący został później uchylony w wyniku apelacji w styczniu 2020 r., Barbarin złożył rezygnację ze stanowiska arcybiskupa Lyonu, którą papież Franciszek przyjął w marcu 2020 r.
24 września 2020 r. papież Franciszek przyjął zrzeczenie się przez kardynała Becciu „praw związanych z kardynalatem”, w tym prawa do udziału w przyszłym konklawe. Becciu był zamieszany w skandal związany z inwestycjami w nieruchomości w Londynie. Zawsze twierdził, że jest niewinny, ale w grudniu 2023 r. sąd watykański, złożony wyłącznie ze świeckich sędziów, skazał go na pięć lat i sześć miesięcy pozbawienia wolności, z bezterminowym pozbawieniem prawa do pełnienia funkcji publicznych za przestępstwa finansowe, w tym defraudację, pranie pieniędzy, oszustwa, wymuszenia i nadużycie urzędu. Z drugiej strony, sprawa kardynała Óscara Rodrígueza Maradiagi, arcybiskupa Tegucigalpy, koordynatora grupy powołanej do doradzania papieżowi w sprawie zarządzania Kościołem, nie wydaje się mieć żadnych konsekwencji karnych. W 2017 r. honduraski kardynał znalazł się w centrum oskarżeń o niegospodarność finansową, w tym o przyjmowanie dużych sum pieniędzy od Katolickiego Uniwersytetu Hondurasu, którego był kanclerzem, ale nie zrezygnował ze urzędu arcybiskupa diecezji aż do 2023 r., kiedy ukończył 81 lat.
Skandale doktrynalne i moralne przenikają obecnie całe ciało społeczne Kościoła, zniekształcając jego wizerunek. Każdy, kto odwiedza wspólnoty kościelne, wie, w jak smutnej sytuacji znajduje się wiele z nich. Obraz przedstawia oportunistycznych i tchórzliwych proboszczów; biskupów nastawionych na biznes, ignorantów w dziedzinie teologii i prawa kanonicznego; przełożonych zakonów bardziej zainteresowanych organizowaniem lobby w swoich kongregacjach niż dobrem wiernych; zakonników i zakonnice niezadowolonych z Kościoła, lekceważących swoje śluby zakonne. Nie wspominając już o stanie ruiny, w jakim znajdują się budynki kościelne, gdy nie są wspierane przez państwo lub pieniądze z Unii Europejskiej; najbardziej uderzające jest jednak niechlujstwo i obojętność, z jaką sprawowana jest Najświętsza Ofiara Mszy, coraz bardziej odległa od apostolskiej, nie tylko w formie, ale także w duchu.
Czy jest to powód, aby widzialny Kościół wyrzucić z pogardą za burtę? Nie tak postąpiłaby Matka Boża, która u stóp Krzyża tylko umocniła swoją miłość do zranionego Ciała naszego Pana. Kościół na ziemi jest samym Chrystusem, przeżywanym w mistyczny sposób. Historia Kościoła odzwierciedla Jego życie. Całe życie Syna Bożego było Drogą Krzyżową i takie jest życie Kościoła poprzez niespokojne wydarzenia historii. Tak jak w życiu Jezusa po Wielkim Piątku nastąpiła triumfalna Niedziela Wielkanocna, tak członkowie Kościoła pewnego dnia będą uczestniczyć w Jego uwielbieniu, Dlatego Jezus powiedział do swoich uczniów: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13-14).
Rany zadawane Kościołowi przez jego członków muszą zatem umacniać naszą wytrwałość i naszą ufność w nieskazitelność Kościoła. Im bardziej Kościół cierpi, tym bardziej musi wzrastać nasze pragnienie jego wywyższenia i uwielbienia.
Wielkoduszne serca ufają w ostateczny triumf Kościoła. Kościół zajaśnieje, święty i niepokalany – nie tylko na końcu czasów, ale także w historycznej przyszłości, którą da nam Opatrzność, zgodnie ze swoimi nieznanymi nam planami.
Roberto de Mattei
Źródło: corrispondenzaromana.it Pach

(fot. PAP/Radek Pietruszka)
Rząd Tuska dał kolejny sygnał, że propaganda ideologiczna jest stałym, o ile nie najważniejszym, elementem jego programu. Wiceminister edukacji, Joanna Mucha stwierdziła podczas konferencji prasowej, że antynaukowa ideologia ekologizmu „ma” być implementowana do wszystkich przedmiotów.
Podczas poniedziałkowej konferencji prasowej wiceminister poinformowała, że w grudniu za pieniądze polskich podatników powołano w tym celu specjalny zespół, jednak w „trybie roboczym” pracuje od lata ubiegłego roku.
– Edukacja klimatyczna jest nam wszystkim niezwykle potrzebna – przekonywała Mucha. – Wciąż powtarzam, że ta zmiana, która wiąże się z trendem klimatycznym, zdefiniuje nasze życie na kolejne dekady, jeśli nie setki lat, więc naszym obowiązkiem jest przygotowanie uczniów do tego, że by żyli w tym zmieniającym się świecie, żeby odnajdywali się na zmieniającym się rynku pracy (…), gdzie „zielone kompetencje” będą niezwykle istotne, być może będą kluczowe – powiedziała.
Jednak na tworzeniu dziwotworów słownych w rodzaju „zielonych kompetencji” sprawa się nie skończyła, gdyż polityk dodała, że zespół ma stanowić wsparcie dla Ministerstwa Edukacji Narodowej przy tworzeniu podstawy programowej, przy wprowadzaniu propagandy „klimatyczno-środowiskowej” do szkół oraz do edukacji, która będzie odbywała się w każdym wieku i na każdym etapie życia.
– Nie chcemy tworzyć oddzielnego przedmiotu edukacja klimatyczna; chcemy, by pojawiała się na każdym przedmiocie, w określonym oczywiście zakresie – zaznaczyła Mucha.
Oświadczyła, że edukacja klimatyczno-środowiskowa ma być holistyczna i interdyscyplinarna (cokolwiek to oznacza), ponadprzedmiotowa, a jednocześnie lokalna oraz by dawała uczniom poczucie sprawczości (uwaga – j.w.). Ma chodzić o to, by dzieci rozejrzały się „w swojej małej ojczyźnie i z niej czerpały zasoby edukacyjne związane z klimatem”.
Mucha przekazała, że w skład zespołu wchodzi 36 rzekomych „specjalistów” z różnych dziedzin. Są wśród nich przedstawiciele organizacji pozarządowych, środowisk akademickich i nauczycielki uczące w szkole, popularyzatorzy i aktywiści, a także tzw. „edukatorzy ekologiczni”. To m.in. prof. Szymon Malinowski, Piotr Siergiej z Polskiego Alarmu Smogowego, Mirosław Proppe z WWF Polska czy aktywistka Dominika Lasota.
Zgodnie z zapowiedziami MEN, 1 września 2026 r. nowa podstawa programowa wejdzie do klas I i IV szkół podstawowych oraz do przedszkoli, a rok później – 1 września 2027 r. – do szkół ponadpodstawowych.
Źródło: PAP
https://pch24.pl/ksiadz-z-klobucka-zostal-napadniety-i-zamordowany
W czwartkowy wieczór miał miejsce brutalny napad na księdza z plebanii parafii Matki Boskiej Fatimskiej w Kłobucku. 59-letni duchowny został skrępowany i zamordowany. Nieoficjalne informacje, które dotarły do mediów, mówią o prawdopodobnym motywie rabunkowym zbrodni.
Według lokalnego portalu klobucka.pl, posługujący w miejscowej parafii ksiądz wjechał wieczorem do garażu położonego przy plebanii. Na podwórzu sprawca bądź sprawcy napadli, skrępowali i zamordowali go w piwnicy.
„Na plebanii parafii obecnie pracują policyjni technicy. Z nieoficjalnych informacji wynika, że morderstwo może mieć charakter rabunkowy” – czytamy w informacji zamieszczonej przez DziennikZachodni.pl. Śledczy podejrzewają to gdyż podczas Mszy świętej ksiądz poinformował o sumie zebranej łącznie podczas tegorocznej kolędy.
Aspirant Michał Tomanek z zespołu prasowego śląskiej policji powiedział PAP, że policjanci w jednym z budynków mieszkalnych przy ul. Kochanowskiego w Kłobucku ujawnili zwłoki 59-letniego mężczyzny. [Nie piszą, że zamordowano KSIĘDZA md]
– Wstępne ustalenia wskazują, że to zdarzenie ma charakter kryminalny. Do sprawy na ten moment został zatrzymany jeden mężczyzna. Na miejscu trwają czynności pod nadzorem prokuratora – dodał. [Już przesądza przyczynę.. md]
Piotr Wróblewski z Prokuratury Okręgowej w Częstochowie przekazał PAP, że w czwartek wieczorem osoba przechodząca ulicą zgłosiła policji, że słyszy odgłosy awantury, krzyki – jakby ktoś potrzebował pomocy. – Policja w ciągu kilku minut była na miejscu, ujawniono uciekającego mężczyznę, który po pościgu został zatrzymany. W budynku parafii zostały ujawnione zwłoki księdza – zrelacjonował prok. Wróblewski.
Prawdopodobnie w piątek zostanie wydane formalnie postanowienie o wszczęciu śledztwa.
Śledczy nie przesądzają [sic!!! md] tego jaką rolę w morderstwie odegrał 52-latek, którego policja zatrzymała po bezpośrednim pościgu. Próbował on zbiec z miejsca zbrodni.
https://pch24.pl/koniec-usaid-pomor-lewicy-w-polsce

Organizacje lewicowe w Polsce od kilku dni są na skraju załamania nerwowego. Trudno się dziwić: prezydent USA Donald Trump podjął decyzję o skutkach dla wielu tych organizacji po prostu druzgocących. Wstrzymał pomoc finansową udzielaną im w ramach programu USAID. Cierpią lewicowe media, cierpią grupy promigracyjne i „progejowskie”.
Część z nich znalazła się w sytuacji bez wyjścia – bez pomocy z rządu USA grozi im po prostu likwidacja.
Tysiące, setki tysięcy, miliony dolarów…
Lista organizacji zależnych od amerykańskiego programu pomocowego robi wrażenie. Stowarzyszenie na rzecz osób LGBT Tolerado (49,7 tys. dol.), Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę (48,5 tys. dol., na program LGBT Plus Me); Federacja Znaki Równości (30 tys. dol.), Fundacja Herstory (39,7 tys. dol.); Fundacja Wspomagania Wsi (ok. 100 tys. dol., w tym na budowę społeczności LGBT na obszarach wiejskich)… To tylko drobny element dużego lewicowego środowiska, które dostawało amerykańskie pieniądze, wybrałem grupy otwarcie progejowskie. Kwoty, ktoś powie, nie są wcale takie duże. Znany aktywista LGBT „Bart” Staszewski napisał w serwisie „X”, że robienie wokół tego afery jest niepotrzebne, bo chodzi w sumie o „drobne” pieniądze.
UWAGA! DŁUGĄ LISTĘ ORGANIZACJI, KTÓRE OTRZYMYWAŁY WSPARCIE Z USA, ZAMIESZCZAMY NA DOLE TEKSTU
Czy na pewno? Kiedy zsumuje się wszystkie dotacje, jakie popłynęły w ostatnich latach z USAID dla tylko dla organizacji pro-gejowskich, kwota zrobi się wcale niebagatelna: mówimy w końcu o dolarach, trzeba to wszystko jeszcze czterokrotnie zwiększyć, żeby otrzymać wynik w złotówkach… Tymczasem każde kilka, kilkanaście tysięcy to sfinansowanie miesięcznej pracy jakiegoś lewicowego aktywisty. Zaangażowany w krzewienie wywrotowych tęczowych idei człowiek przez miesiąc może zrobić nie mało. Proszę to teraz przełożyć na wszystkich opłacanych przez miesiące i lata aktywistów…
Jakie te pieniądze dawały rezultaty, nie da się stwierdzić jednoznacznie; ale przecież nie trafiały w próżnię. Wystarczy jednak eksperyment myślowy: ilu ludziom namieszano w głowach w polskich wsiach, wspierając budowę wiejskich społeczności LGBT? To konkrety: ktoś mógłby w ogóle nie przejmować się tematyką rewolucji seksualnej, ale w swojej własnej wsi „do ręki” wciśnięto mu jakieś materiały. Zainteresował się, poczytał, zaczął zmieniać myślenie… Kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym padaniem. Nierzadko nie chodziło zresztą tylko o „krople”. Przykładowo organizacja „Kampania Przeciw Homofobii” miała obiecane 350 tysięcy złotych na kampanię społeczną o związkach partnerskich. Tych już całkiem konkretnych pieniędzy jednak nie otrzyma. W efekcie nie powstanie szereg publikacji wspierających ideę związków jednopłciowych, nie pojawią się też być może jakieś billboardy i tak dalej. Gdyby Trump USAID nie zatrzymał – to wszystko by zaistniało. Jest różnica, prawda?
Problem z wyborami
Pomoc z USA mogła też pośrednio wpływać na wynik wyborów. Przykładem „Latarnik Wyborczy” – znana inicjatywa, która ma podpowiadać wyborcom, na jaką partię powinni głosować w związku ze swoimi poglądami. „Latarnik” był finansowany częściowo ze środków unijnych, częściowo właśnie z USAID (za pośrednictwem „The German Marshall Fund of the United States”. „Latarnik” jest bardzo promowany w mediach lewicowych i centrowych. Co ciekawe, nawet część dziennikarzy z tych mediów uważała, że inicjatywa jest „lewoskrętna” – takie głosy pojawiały się w „TOK FM” czy na Oko.press”. Lewoskrętność miałaby polegać na takim ustawieniu pytań, że klikanie odpowiedzi „tak” – co miałoby być w internecie typowe – promuje partie lewicowe. Rzeczywiście, jeżeli tak podejść do „Latarnika”, choćby wersja przed wyborami do PE w 2024 roku sugerowała głosowanie na KO czy Lewicę niż na PiS albo Konfederację. Z drugiej strony gdy ja sam wykonałem ten „test” dla wyborów do PE, wynik był jednoznacznie „prawicowy”. Lewicowy krytycy „Latarnika” wskazywali, że projekt miał być adresowany głównie do niezdecydowanych wyborców, a co za tym idzie – mógł w ich ocenie po prostu premiować centrum i lewicę, w efekcie stanowiąc formę finansowanego z zagranicy wpływu na polskie wybory. To też zupełnie namacalny konkret – a przecież ewentualna „lewoskrętność” Latarnika to tylko drobiazg. Prawdziwym problemem dla polskiej polityki są poglądy szerzone przez aktywistów i dziennikarzy zupełnie wprost agitujących za partiami lewicowymi, właśnie na podstawie zagranicznego wsparcia…
Problem z mediami
Pieniądze straciły też takie media jak „Krytyka Polityczna”, „Tygodnik Powszechny” czy „Kultura Liberalna”. Każde „kilka stów” to jakiś artykuł. Lewicowa propaganda może albo zatruwać infosferę, albo nie – to zależy tylko od pieniędzy, które teraz przestają płynąć… W sieci pisze się też dużo o „Gazecie Wyborczej”, która miałaby otrzymać 20 mln zł z USAID; jednak portal „Niezależna.pl”, który podał tę informację, artykuł później usunął. Chodziłoby o nieprecyzyjne informacje dotyczące faktycznego adresata pomocy; dziennikarze śledczy pewnie wkrótce to ustalą. Wiadomo jednak na przykład, że „Gazeta Wyborca” współpracowała z podmiotami zrzeszającymi reporterów przedstawiających się jako „niezależni”, a otrzymujących wsparcie właśnie z USAID. Ta praca się teraz po prostu skończy, bo dla pieniędzy z Ameryki – nie ma alternatywy.
Pozbawieni wsparcia dziennikarze piszą o tym wprost. Na łamach „Wyborczej” już siódmego lutego ukazał się artykuł pt. „Trump tnie, bigtechy zmieniają front. Czy Unia podoła wyzwaniu”, który napisali Wojciech Cieśla i Anna Gielewska z „Fundacji Reporterów”. Przyznali, że kilka lat temu świadomie zdecydowali się na ubieganie się o zagraniczne granty. Teraz, bez wsparcia z USA, są w kropce: w Unii Europejskiej nie ma analogicznych programów wsparcia. Cieśla i Gielewska przytaczają przykłady swojej działalności i trudno zaprzeczyć, że część z niej mogła być wartościowa (to na przykład opisywanie potencjalnych skandali finansowych z udziałem polityków z obozu PiS). Z drugiej strony pisali też na przykład o „rosnących wpływach Ordo Iuris”, oczywiście w ujęciu alarmistycznym. Teraz z tym wszystkim koniec.
Zamrażając USAID administracja Donalda Trumpa zadała lewicowym organizacjom w Polsce naprawdę bolesny cios. W debacie, która rozpętała się po tej decyzji, często wskazuje się na całkowity szok: w przeszłości środki z Ameryki płynęły do tych grup regularnie, nie tylko za Bidena, ale również za „poprzedniego Trumpa”. Lewicowcy wprawdzie nie kwestionują prawa Waszyngtonu do tego, by wsparcie zatrzymać, ale twierdzą, że zaszkodzi to demokracji.
Takie twierdzenie trzeba zdywersyfikować. Środki z USAID płynęły w Polsce na wiele inicjatyw jednoznacznie ideologicznych i lewackich. Do tej grupy należą organizacje LGBT czy na przykład różne grupy działające na obszarze migracji, również otrzymujące środki (np. Polskie Forum Migracyjne). Odcięcie im finansowania jest jednoznacznie pozytywne. Myślę, że zgodzi się z tym nawet wielu Polaków, którzy nie są wcale przekonanymi konserwatystami. Ostatecznie mało kto uważa, że finansowanie przez obce mocarstwo określonego projektu ideologicznego jest rzeczą chwalebną – a z tym mieliśmy do czynienia.
Osobnym problemem są media czy jakieś w ogóle „ośrodki dziennikarskie”. Na pozór wydaje się, że krytycy Donalda Trumpa mają rację: dobre dziennikarstwo trudno utrzymać na gruncie czysto komercyjnym. Ludzie nie chcą płacić za rzetelne treści, woląc klikać w darmowy kontent niskiej jakości. Na przestrzeni ostatnich lat widać zresztą dramatyczny upadek internetowej „prasy”. W tej perspektywie tylko „demokratyczna pomoc” z USA czy innych krajów mogłaby ratować rzetelne dziennikarstwo. Tak jednak nie jest. Nikt nie kwestionuje, że trzeba patrzeć rządowi na ręce i ujawniać afery finansowe. Tym między innymi zajmowali się na przykład wzmiankowani wyżej dziennikarze z „Fundacji Reporterów”. Jednak już po przejęciu władzy przez Donalda Tuska pisali o… Marcinie Romanowskim czy Danielu Obajtku. Komu patrzy się na tu na ręce? Jasne, te sprawy też należy wyjaśniać, ale z perspektywy interesu publicznego o wiele ważniejsze jest przyglądanie się temu, co robią ministrowie rządu Tuska, a nie ludzie związani z dawnym obozem władzy. Wsparcie od liberalnej administracji Bidena najwyraźniej wiązało się jednak z innym kierunkiem zainteresowania. W ten sposób dziennikarstwo zależne od zagranicznych grantów pozwalało się nierzadko sprowadzić do bycia narzędziem w sporze politycznym, po jednej stronie.
Z oczywistych względów dyskutujemy w ostatnich dniach o finansowaniu organizacji i mediów przez rząd Stanów Zjednoczonych. Trzeba jednak pamiętać, że USAID to przecież tylko jeden z elementów całej układanki. W grze są jeszcze pieniądze z wielu innych krajów, od Niemiec po Norwegię. Do tego dochodzą duże pieniądze przekazywane polskim podmiotom przez ośrodki prywatne ze sztandarową Open Society Sorosa na czele.
Zależność – tylko od czytelników
Cała ta afera, sądzę, powinna prowadzić do jednego wniosku: warto postawić na inny model. Na przykład taki, w jakim funkcjonuje PCh24.pl. Nasz portal jest wydawany przez Stowarzyszenie ks. Piotra Skargi. To polska organizacja – wspierana wyłącznie przez polskich darczyńców. Żadnych dotacji od rządu w Warszawie, żadnych od rządu w Waszyngtonie – ani grosza od jakichkolwiek zorganizowanych podmiotów. PCh24.pl działa dlatego, że chcą tego czytelnicy portalu i widzowie kanału PCh24 TV oraz wszyscy ci, którzy wspierają dzieła Stowarzyszenia ks. Skargi. Wydaje się, że tego rodzaju model funkcjonowania jest autentyczną gwarancją niezależności: jedyną naszą zależnością jest podleganie wierze Kościoła katolickiego i sympatii tych, którzy chcą z naszych dzieł korzystać. Pewnie, nasza działalność może się wielu ludziom nie podobać: zbyt konserwatywna, za mało ekumeniczna, niesynodalna… Piszemy i mówimy to, w co wierzymy i co uważamy za obiektywnie prawdziwe – a nie to, do czego „zachęca” finansowa sugestia zagranicznych ośrodków.
Można mieć tylko nadzieję, że w ten sposób będzie chciało funkcjonować coraz więcej organizacji i mediów, stawiając na Polaków i własnych czytelników, a nie na obce granty.
To, uważam, po prostu kwestia elementarnej uczciwości.
Paweł Chmielewski
LISTA ORGANIZACJI
Listę – bynajmniej niepełną – opublikował portal „Money.pl”. Jak podali autorzy, nazwy projektów zostały zaczerpnięte bezpośrednio z bazy USAspending.gov. Prezentujemy tutaj te elementy listy, które mają wydźwięk wyraźnie ideologiczny.
Autor: CzarnaLimuzyna , 13 lutego 2025 https://ekspedyt.org/2025/02/13/wolnosc-polska-jako-kult-dzialan-pozornych/

“Wrogowie symetrii” – Awatary Tuska i Kaczyńskiego nad mapą Polski 2025/ AIX
Tytułową myśl przytoczył niedawno, nie pierwszy już raz, Stanisław Michalkiewicz. W oryginale autorem tej refleksji był Otto Magnus von Stackelberg pełniący funkcję rosyjskiego ambasadora w I Rzeczpospolitej.
Wolność polska ujawniała się zawsze w sferze imaginacji i przyzwyczaiła ten naród do kultu działań pozornych.
Otto Magnus von Stackelberg wiedział co mówi. To on osobiście położył solidne podwaliny pod czymś co wyrosło i w wybujałej formie należy do podstawowych insygniów władzy dzisiejszej demokracji europejskiej: kija i marchewki. Zjawisko dawniej znane jako jurgielt, dziś nazywane jest, w nielicznych porywach szczerości, demokracją sponsorowaną.
Stackelberg decydował m.in. o jurgielcie dla członków tzw. Rady Nieustającej.
“Rada Nieustająca (łac. Consilium Permanens) – Powołanie Rady Nieustającej odbyło się pod wpływem Katarzyny II i stanowiło jedną z decyzji działającego w latach 1773–1775 Sejmu Rozbiorowego. Projekt Rady opracował ambasador rosyjski Otto Magnus von Stackelberg. Nazywano ją „Zdradą Nieustającą”. /na podstawie historiabeztajemnic.pl/
Jednym z pięciu departamentów Rady był: “Departament Interesów Cudzoziemskich”. A dziś?
Złośliwi twierdzą, że jedną z najbardziej charakterystycznych różnic pomiędzy krajami rozwiniętymi a krajami rozwijającymi się jest różnica w rozwinięciu metod korupcji. Niezliczona liczba stypendiów, grantów i synekur jest jedną z największych zdobyczy demokracji liberalnej. Sponsorowanie piątej kolumny w Polsce przez USAID jest jednym z wielu przykładów.
Czy porównanie obfitego Unijnego Ciała opiniotwórczo- ustawodawczego do wdzięków ladacznicy jest pomówieniem Poliszynela czy jego tajemnicą? „Mądrej głowie dość dwie słowie”.
Wracając do tematu działań pozornych. Podam jeden, lecz jakże dobitny przykład.
Słowo “idioci” aż ciśnie się na usta. Idioci albo coś ponadto. Reforma narzędzia ideologicznego za pomocą którego dokonuje się zrównoważonego rozboju?
– Reforma?
Przypomina to reformę w czasach Absolutnej Dystopii, gdy zarządzeniem “Ministerstwa Miłości” zmniejszono liczbę przydziału magazynków do karabinów plutonu egzekucyjnego albo zmniejszono liczbę dronów bombardujących o 10%.
W dzisiejszych czasach w skład „Rady Nieustającej” wchodzą prawie wszystkie partie polityczne. Rodzaj i zakres działań pozornych ustawiony jest w zależności od inteligencji i stopnia zbydlęcenia poszczególnych elektoratów.
Apel otwarty do Prezydenta RP i kandydatów na Urząd Prezydenta

7 lutego 2025 http://jow.pl/apel-otwarty-do-prezydenta-rp-i-kandydatow-na-urzad-prezydenta/
APEL OTWARTY
do Prezydenta RP Andrzeja Dudy
oraz kandydatów na prezydenta RP –
Magdaleny Biejat,
Grzegorza Brauna,
Szymona Hołowni,
Marka Jakubiaka,
Wiesława Lewickiego,
Macieja Maciaka,
Sławomira Mentzena,
Karola Nawrockiego,
Rafała Trzaskowskiego,
Marka Wocha,
Adriana Zandberga
o podjęcie kwestii zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia ordynacji większościowej
opartej o regułę jednomandatowych okręgów wyborczych.
My, niżej podpisani uczestnicy Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, zwracamy się z apelem otwartym do Prezydenta RP i kandydatów na prezydenta RP, o rozpoczęcie działań politycznych na rzecz wprowadzenia ordynacji wyborczej do Sejmu RP opartej o regułę jednomandatowych okręgów wyborczych JOW.
Obecny głęboki kryzys polityczny polskiego państwa, z łamaniem Konstytucji RP oraz poszczególnych ustaw przez władzę wykonawczą za akceptacją władzy ustawodawczej, a przy narastającym chaosie władzy sądowniczej, drastycznie odsłonił fundamentalną wadę ustrojową polskiego państwa. Jest nią proporcjonalna, oparta na listach partyjnych, ordynacja wyborcza do Sejmu. Jej ostatecznym efektem jest trwająca już ponad 30 lat negatywna selekcja polskich polityków i ich narastające poczucie wyższości, buty i bezkarności.
Proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu odbiera obywatelom ich bierne prawo wyborcze, gdyż nie mogą kandydować do Sejmu jako obywatele. Mogą kandydować jedynie z partyjnych list wyborczych za zgodą i po akceptacji kierownictw poszczególnych partii. Ta ordynacja czyni równocześnie fikcję z czynnego prawa wyborczego, gdyż obywatele mogą głosować jedynie na kandydatów już wybranych przez partyjne oligarchie na ich listy wyborcze. W konsekwencji wybory stały się quasi demokratyczną fasadą ustroju oligarchii partyjnych, a formalny ustrój demokracji politycznej jest w rzeczywistości ustrojem partyjnej oligarchii.
Najgroźniejszym skutkiem proporcjonalnej ordynacji do Sejmu jest brak bezpośredniej zależności posłów, a w konsekwencji polityków, od wyborców, czyli ogółu społeczeństwa. Posłowie, a co za tym idzie polscy politycy, są bowiem bezpośrednio zależni od kierownictw swych partii, gdyż to one decydują o ich możliwości kandydowania. Acz również określają ich szanse wyborcze, decydując o kolejności na liście. Wybierani w ten sposób politycy nie są i nie czują się bezpośrednio zależni od wyborców, co tworzy ich poczucie wyższości w stosunku do społeczeństwa, a w rezultacie buty i bezkarności, z efektami w postaci korupcji i niekompetencji, aż po autorytarne, a nawet totalitarne skłonności.
To bowiem nie indywidualne i grupowe cechy aktualnie rządzącej koalicji partyjnej są przyczyną bezprawnych jej działań. One je co najwyżej wzmacniają i rozszerzają. Przyczyna jest ustrojowa. A dowodem na to było łamanie Konstytucji i poszczególnych ustaw przez poprzedni rząd, i to z poparciem ówczesnej opozycji, w trakcie tzw. pandemii Covid-19. Złamano Konstytucję wprowadzając na masową skalę okresowe zakazy działalności gospodarczej, powszechne zakazy zgromadzeń czy wręcz nieprzewidziane w prawie karnym swoiste areszty domowe na podstawie decyzji urzędników powiatowych, aż po totalitarne praktyki przymusu zaszczepień w MON eksperymentalnymi preparatami. I stało za tym również poczucie wyższości, buty i bezkarności ówcześnie rządzących oraz ta sama przyczyna – brak bezpośredniej zależności od wyborców i społeczeństwa, przez proporcjonalną ordynację wyborczą do Sejmu. Nigdy wszak nie zbadano przyczyn prawie 200 tys. nadmiarowych zgonów w Polsce w latach 2020-22, ponad 6 tys. na milion mieszkańców (0,6% ludności kraju), co jest najwyższym wskaźnikiem w Europie.
Założony w 1993 roku we Wrocławiu przez śp. prof. Jerzego Przystawę Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, zdiagnozował patologiczną rolę proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu i wysunął postulat naprawy III RP w postaci zmiany ordynacji i wprowadzenia ordynacji większościowej, opartej na regule jednomandatowych okręgów wyborczych. Mimo bezwzględnej medialnej i politycznej oraz naukowej cenzury, postulat wprowadzenia JOW stał się po ponad 30 latach działalności Ruchu postulatem znaczącej części społeczeństwa polskiego. W ogólnopolskim sondażu dla portalu w Polityce.pl z lipca 2022 roku, w odpowiedzi na pytanie jaka ordynacja wyborcza w wyborach parlamentarnych powinna obowiązywać w Polsce, aż 33 proc. respondentów wskazało na ordynację większościową JOW, 16 proc. na ordynację proporcjonalną, 11 proc. na ordynację mieszaną, a 40 proc. nie miało zdania.
Wprowadzenie ordynacji JOW jest wszakże niemożliwe drogą parlamentarną, gdyż jej przeciwnikiem są wszystkie parlamentarne partie polityczne oraz panujący establishment polityczny, medialny i naukowy. Usunięcie zaś tych partii z parlamentu jest praktycznie niemożliwe właśnie przez ordynację proporcjonalną, wzmocnioną ich dotowaniem z budżetu państwa. Jedyną drogą demokratyczną jest odwołanie się do bezpośredniej woli społeczeństwa i wprowadzenie zmiany ordynacji poprzez ogólnokrajowe referendum, dzięki odpowiedzi „Tak” na pytanie:
Czy jest Pani/Pan za zmianą ordynacji wyborczej do Sejmu i wyborem 460 posłów w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych o porównywalnej wielkości, z jedną turą głosowania, równą dla wszystkich uprawnionych obywateli swobodą kandydowania, z równym limitem wydatków na kampanię wyborczą i publicznym liczeniem głosów w okręgowych komisjach wyborczych?
Wymaga to politycznej mobilizacji polskiego społeczeństwa. A tę mobilizację ktoś zawsze musi zacząć.
Panie Prezydencie RP!
Zwracamy się do Pana z apelem o ogłoszenie ogólnokrajowego referendum w kwestii wprowadzenia większościowej ordynacji wyborczej do Sejmu opartej na regule jednomandatowych okręgów wyborczych, z jednoznacznym pytaniem referendalnym i ogłoszenia daty referendum na dzień I tury wyborów prezydenckich. Apelujemy równocześnie o uniemożliwienie lub co najmniej zasadnicze utrudnienie bojkotu tego referendum przez instytucje polskiego państwa, jaki zdarzył się przy referendum w 2015 roku – od Państwowej Komisji Wyborczej, przez media publiczne, a na samorządach terytorialnych kończąc.
Państwo kandydaci na Prezydenta RP!
Zwracamy się do Państwa z apelem o podjęcie w trakcie prezydenckiej kampanii wyborczej kwestii zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenia ordynacji większościowej opartej o regułę jednomandatowych okręgów wyborczych.
Polska, styczeń 2025
Podpisy:
Agnieszka Białek, nauczycielka, przedsiębiorca, uczestniczka Ruchu JOW od 2015
Józef Białek, publicysta, wydawca, uczestnik Ruchu JOW od początku
Piotr Biliński, architekt, uczestnik Ruchu JOW od 2015, organizator konferencji JOW
Wojciech Błasiak, dr n. społecznych, Krajowy Koordynator Ruchu JOW 1996-2006
Krzysztof Bukiel, lekarz, prezes OZZL 1991-2022, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Krzysztof Cena, profesor, uczestnik Ruchu JOW od jego założenia
Mirosław Dakowski, profesor, Krajowy Koordynator Ruchu JOW
Robert Grzeszczyk, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Elżbieta Hibner, dr n. tech., uczestnik Ruchu JOW od 2015, działacz samorządowy i rządowy
Jan Jagielski, były koordynator Ruchu JOW w woj. Świętokrzyskim
Antoni Kamiński, profesor, uczestnik Ruchu JOW od jego założenia
Tomasz J. Kaźmierski, profesor, Rektor PUNO w Londynie, Prezes Stowarzyszenia JOW
Ryszard Kijak, członek Zarządu Krajowego OZZL, uczestnik Ruchu JOW od 25 lat
Wojciech Kocik, uczestnik Ruchu JOW od 2012 roku
Krzysztof Końca, uczestnik Ruchu JOW od 2007
Andrzej Kostka, optymista JOW od początku
Henryk Kula, mgr inż., członek Stowarzyszenia Solidarność Walcząca, uczestnik Ruchu JOW
Bogdan Lewicki, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Aleksander Matwiejszyn, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Tomasz Mianowicz, publicysta i historyk, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Paweł Olewiński, uczestnik Ruchu JOW od 2012 r.
Grzegorz Osowski, uczestnik Ruchu JOW od wielu lat
Agnieszka Przystawa, uczestnik Ruchu JOW od 1993 r.
Stanisław Sauć, uczestnik Ruchu JOW od 1993 r.
Dariusz Skarżyński, uczestnik Ruchu na rzecz JOW
Maciej Skwara, uczestnik Ruchu JOW od 2012 r.
Piotr Smoter, Radny Rady Miejskiej w Nysie, uczestnik Ruchu JOW
Jan Staniek, uczestnik ruchu JOW od 2000 r.
Włodzimierz Urbańczak, uczestnik Ruchu JOW od 1998 r.
Piotr Wojtasik, prezes Nyskiego TSK, działacz Ruchu na rzecz JOW, radny Nysy 2014-2018
Marek Wolf, w JOW od początku tj. od marca 1993 r.
Edward Wóltański, woJOWnik antykomunistyczny SW, uczestnik Ruchu JOW od 1994 r.
Antoni Wysocki, uczestnik Ruchu JOW od początku
Autor: CzarnaLimuzyna , 13 lutego 2025

Sundar Pichai; Donald Tusk/AIX
Dostęp do danych wrażliwych oraz tworzenie i kontrola algorytmów zarządzających przepływem informacji oraz możliwość kontroli umysłów (zarządzanie percepcją danej populacji) to łakomy kąsek.
Niestety, dwie ostanie ekipy (PiS i KO) kontrolę nad tym fragmentem rzeczywistości powierzają ośrodkom o najwyższym stopniu niewiarygodności. Przedtem Izraelowi, a teraz Google.
Premier Donald Tusk i szef Google Sundar Pichai podpisali memorandum ws. wykorzystania sztucznej inteligencji w dziedzinach energetyki, cyberbezpieczeństwa i innych /Polsatnews.pl/
Słowa klucze to „CYBERBEZPIECZEŃSTWO i innych”. Inne obszary to podobno „ochrona zdrowia”. W kontekście ostatnich doświadczeń z big farmą należy zapytać: Ochrona czy niszczenie?
Prezes Google Sundar Pichai, powiedział, że rozmawiał z Tuskiem o “ogromnych szansach dla Polski w dziedzinie sztucznej inteligencji”.
Proponuję spojrzeć na to z perspektywy ogromnej, ostatniej klęski w dziedzinie inteligencji naturalnej.
Tam gdzie nie działają moralność i inteligencja naturalna, sztuczna niewiele pomoże tym bardziej, że nie jest inteligencją, lecz zbiorem programów korzystających z ocenzurowanej i zideologizowanej bazy danych. Będzie udoskonalonym narzędziem inwigilacji, cenzury i represji.
Dlaczego Google a nie polscy naukowcy?
Od strony admina widać, że MEMy są prawie dwa razy częściej czytane, niż artykuły polityczne. A prawie pięć razy – niż apele Krucjaty Różańcowej.
Tymczasem – jestem pewien, że Polskę można uratować jedynie, czy głównie, przez zwrócenie się do Pana Boga w Trójcy świętej – oraz do Królowej Nieba i ziemi.
Ale – ponieważ dużo czytelników wybiera MEMy, to będę je dawał dalej. Niech służą…

















13.02.2025 https://nczas.info/2025/02/13/w-monachium-zaatakowal-uchodzca-z-afganistanu/
Atak samochodowy w Monachium na ludzi przeprowadził kierowcą, którym jest 24-letni afgański azylant. Samochód potrącił wielu pieszych, a kierowca został aresztowany. Niemieckie media podały, że rannych zostało około 28 osób.
Do tego zamachu typowego dla terroryzmu islamskiego doszło w czwartek 13 lutego w stolicy Bawarii, Monachium. Burmistrz Monachium w oświadczeniu stwierdza, że jest „głęboko wstrząśnięty” atakiem na przechodniów.
Atak nastąpił tuż przed rozpoczęciem Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, na której spotykają się przedstawiciele światowej dyplomacji. Rozpędzony samochód prowadzony przez Afgańczyka wjechał w tłum.
Dieter Reiter, burmistrz Monachium związany z SPD, informował, że wśród rannych są dzieci. Do ataku doszło zaledwie kilka tygodni po podobnym, tragicznym ataku samochodowym w Magdeburgu, który wstrząsnął Niemcami.
Sprawcą staranowania samochodem tłumu jest 24-letni Afgańczyk ubiegający się o azyl, o czym poinformował wiceprezes monachijskiej policji Christian Huber. Bawarski minister spraw wewnętrznych Joachim Herrmann poinformował, że sprawca przebywa w Niemczech legalnie, chociaż jego wniosek o azyl został odrzucony. Był znany policji, m.in. z handlu narkotykami.
Stolica Bawarii przygotowuje się również na przyjęcie do niedzieli czołowych polityków z całego świata, w tym wiceprezydenta USA J.D. Vance’a, na tradycyjnej konferencji, której jednym z głównych tematów będzie wojna rozpętana przez Rosję na Ukrainie.












Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” • 13 lutego 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5771
Starożytni Rzymianie, którzy każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji, mawiali, że „habent sua fata libelli” – co się wykłada, że książki mają swoje losy. I oto na naszych oczach, za sprawą pana profesora Rafała Pankowskiego sprawdza się trafność tego spostrzeżenia. Ten pan Pankowski to osobliwa postać w ruchu robotniczym, bo pod pewnym względem podobny jest do ciotki felietonisty warszawskiej „Kultury” „Hamiltona”. Otóż ten Hamilton, który pozował na przestarego starca, tak naprawdę nazywał się Jan Zbigniew Słojewski i wolne chwile spędzał w winiarni „U Hopfera”, dzisiaj już nieistniejącej. Była tam jedna ława i jeden duży stół, za którym przeważnie siedział właśnie Hamilton, a reszta towarzystwa lokowała się, gdzie kto mógł – przeważnie na pustych kartonach po winie – zaś pani Stasia nalewała każdemu, ile kto chciał.
Otóż ten Hamilton napisał kiedyś o swojej ciotce, która miała takie dziwne natręctwo, że nie mogła wziąć na kolana kota, żeby mu zaraz nie szukać pcheł. Pan Rafał Pankowski jest do niej podobny, ale przy tym podobieństwie są i różnice. Pan Pankowski nie szuka żadnych pcheł, tylko antysemitników i ma takie natręctwo, że nie tylko widzi antysemitnika pod każdym krzakiem, ale w dodatku – zaraz go demaskuje przed surową ręką sprawiedliwości ludowej. Na tym uciułał sobie rozmaite naukowe tytuły a także inne wyrazy uznania, wśród których, niczym perła w koronie, błyszczy nagroda od żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej z Nowego Jorku, którą wręczył mu – niestety nie „sam główny Srul” – tylko delegat Ligi na Europę, pan Srulewicz. No cóż; jak to mówią, dobra psu i mucha.
Więc tym razem pan Pankowski i różni inni tropiciele – bo jak w jakiejś branży jest koniunktura, to zaraz pojawiają się entreprenerzy – a tak się składa, że koniunktura w branży tropienia antysemitników jest dziś wyjątkowo dobra – wytropił książkę pod tytułem „Księga win Judy”, którą wznowił pan Przemysław Holocher w wydawnictwie Magna Polonia. Tytuł jest mylący, bo sugeruje, że chodzi o wina, produkowane przez Judejczyków w Izraelu – a tymczasem książka skupia się na rozmaitych łajdactwach, których sprawcami mają być Żydowie.
Tropiciele antysemitników twierdzą, że to wszystko nieprawda, że niemiecki autor Wilhelm Meister, który tak naprawdę nazywał się Paul Bang, wszystko to sobie wyssał z brudnego palca. Skąd wiedzą, skąd on to sobie wyssał – tajemnica to wielka, bo autor, znaczy się – Wilhelm Meister napisał tę książkę w roku 1919, kiedy pana Rafała Pankowskiego jeszcze nie było na świecie (i komu to przeszkadzało?). Najwyraźniej jednak wspomniane natręctwo zmusza go, by karmił się takimi lekturami, a potem odkryte rewelacje tak go rozpierają, że w dyrdy biegnie do najbliższego posterunku Milicji Obywatelskiej i składa stosowne doniesienie. W związku z tym pan Przemysła Holocher właśnie dostał powiestkę z komisariatu, by złożył zeznania w sprawie myślozbrodni, znaczy – żeby przyznał się do wszystkiego, a zwłaszcza – propagowania „faszystowskiego ustroju państwa” – chociaż w roku 1919 to nawet Mussolini dopiero zaczynał eksperymentować z faszyzmem, a o Hitlerze nikt jeszcze nie słyszał. Ale to bez znaczenia, bo jak niezależny prokurator, a potem niezawisły sędzia odbierze telefon: wiecie rozumiecie, wy z tego całego Holochera to zróbcie marmoladę, taką, wiecie – pokazuchę – to chyba nikt nie ma wątpliwości, że posypią się piękne wyroki.
Ale co robi przewidujący i niezależność prokuratury i niezawisłość sądów i potrzeby pana Rafała Pankowskiego, który musi przecież zarobić na bułeczkę i masełko – Stwórca Wszechświata? Stwórca Wszechświata dopuszcza tak zwane przypadki. Oto premier bezcennego Izraela, Beniamin Netanjahu, wykonując manewr ucieczki do przodu przed więzieniem, sprowokował przy pomocy Mosadu „niespodziewany” atak rakietowy złowrogiego Hamasu na Izrael ze Strefy Gazy. W części dna morskiego należącego do Strefy Gazy, odkryto bowiem bogate złoża gazu i ropy, więc bezcenny Izrael bez wahania uderzył na Strefę Gazy, rozpoczynając w ten sposób operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej. Oczywiście o żadnym więzieniu nie było już od tej chwili mowy, a Beniamin Netanjahu, jako mąż opatrznościowy, stanął na czele izraelskiego rządu jedności narodowej. Wprawdzie ta cała Gaza została zrównania z ziemią, niczym warszawskie getto po stłumieniu powstania przez generała SS Jurgena Stroopa – ale złowrogiego Hamasu nie udało się wybić, ani nawet – odebrać z jego szponów izraelskich zakładników. Poza tym w USA zmieniła się ekipa, więc bezcenny Izrael zawarł ze znienawidzonym Hamasem zawieszenie broni, w ramach którego zakładnicy stopniowo są wypuszczani, podobnie jak palestyńscy więźniowie – w proporcjach 30 Palestyńczyków za jednego Żyda.
Tymczasem prezydent Trump przyjął premiera Netanjahu, jako pierwszego zagranicznego gościa w Białym domu i po dwustronnych rozmowach poinformował opinię międzynarodową, że USA chcą przejąć Strefę Gazy, uprzątnąć gruz i urządzić tam śródziemnomorski kurort – ale przedtem zamierzają przesiedlić 2 miliony tamtejszych Palestyńczyków. Na razie nie wiadomo dokąd, bo ani Egipt, ani Jordania, gdzie ci Palestyńczykowie mieliby – oczywiście dla własnego dobra, jakże by inaczej? – zostać przesiedleni, nie chcą o niczym słszeć, podobnie jak Palestyńczykowie – ale już wiadomo, jaki jest rozkaz. Premiera Netanjahu, który się temu przysłuchiwał, jakby ktoś na sto koni wsadził. Nic dziwnego, skoro Lebensraum tak się zaczyna poszerzać, to jakże się nie radować? Radowałby się z tego nawet wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler, a przecież premier Beniamin Netajnahu nie jest od niego gorszy.
No dobrze – ale gdzie tych Palestyńczyków przesiedlić? Gdyby żył Heinrich Himmler, Reinhardt Heydrich i Adolf Eichmann, to można by rozważyć ewentualne przesiedlenie ich „na Wschód” – ale żaden z tych specjalistów już nie żyje. W tej sytuacji muszę złożyć pomysł racjonalizatorski, by wykorzystać do tego doświadczenia zdobyte podczas kolektywizacji w ZSRR. Otóż pewien kontyngent chłopów wywieziono na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam zostawiono, tak, jak stali. Po roku komisja, która przybyła zobaczyć, co i jak, nie zastała już nikogo żywego, tylko białe kości, starannie oczyszczone przez morskie ptactwo. Dokonał się recykling, w dodatku nie tylko nieszkodliwy dla planety, tylko przeciwnie – pożyteczny. Dzięki temu lepiej rozumiemy przyczyny dla których prezydent Trump chciałby przyłączyć do USA Grenlandię, a także Kanadę. Moim zdaniem Kanada jest nawet lepsza, bo na kanadyjskim terytorium Nunawut jest sporo wysp na Oceanie Lodowatym, chyba nawet bezludnych, albo w najgorszym razie zasiedlonych przez jakąś stację badawczą, którą przecież można by zawsze przenieść gdzie indziej – i sprawa załatwiona. I pomyśleć, że w czasie, gdy starsi i mądrzejsi właśnie kreują nową postać świata, naszym przeznaczeniem jest zajmowanie się myślo-zbrodniami. Co za hańba, co za wstyd!
Stanisław Michalkiewicz
13.02.2025 https://nczas.info/2025/02/13/odwrot-disney-rezygnuje-z-teczowej-propagandy-oto-zmiany-jakie-zachodza/

Gigant medialny Disney wycofuje się ze swoich działań w ramach lewackiego programu DEI, czyli różnorodności, równości i inkluzji. To kolejna z dużych firm, która przestaje kłaniać się w pas LGBT.
Jak podaje „New York Post”, Disney już nie bawi się w „Reimagine Tomorrow”, czyli program, który zakładał między innymi, że 50% regularnych i powracających postaci w produkcjach Disneya będzie pochodzić z grup „niedostatecznie reprezentowanych”.
Chodziło o przedstawianie wyłącznie w pozytywnym świetle społeczności LGBT czy czarnoskórych i obsadzanie ich w głównych rolach.
W 2022 roku wyciekło nagranie z firmowej wideokonferencji, podczas której komuś się wymsknęło, że „niedostatecznie reprezentowanych” trzeba sztucznie promować w produkcjach filmowych. Inną formą działań na tym polu było np. ograniczanie do minimum zwrotów „panie i panowie, chłopcy i dziewczęta”, aby nie obrażać osób transseksualnych. Robiono to całkiem na poważnie, to nie jest żart.
Ponadto Disney podjął decyzję, że wycofuje się z ostatniej „aktualizacji” „The Disney Look”, czyli wytycznych dotyczących wyglądu i ubioru pracowników.
Od teraz firma nie będzie zachęcać, by ludzie „celebrowali autentyczne przejawy przynależności do danych grup społecznych”, a także by „wyrażali swoją kulturę i indywidualność”. W ostatnich latach robiono to w celu „stworzenia bardziej inkluzywnego środowiska pracy”. Tłumacząc na język zrozumiały, chodziło o zezwalanie i promowanie dziwactwa, by ludzie zaczęli uznawać to za coś normalnego.
To nie koniec zmian. Przed kreskówkami „Dumbo” i „Piotruś Pan” a także innymi starszymi produkcjami, w których doszukano się np. rasizmu, nie będą wyświetlać się „ostrzegające” napisy.
„Ten program zawiera negatywne obrazy i/lub złe traktowanie ludzi lub kultur. Te stereotypy były błędne wtedy i są błędne teraz. Zamiast usuwać te treści, chcemy przyznać się do ich szkodliwego wpływu, wyciągnąć z nich wnioski i zainicjować dyskusję, aby wspólnie stworzyć bardziej inkluzywną przyszłość. Disney jest zaangażowany w tworzenie historii o inspirujących i aspiracyjnych tematach, które odzwierciedlają bogatą różnorodność ludzkich doświadczeń na całym świecie” – takie „ostrzeżenie” wyświetlało się przed „niewłaściwymi” treściami. Niewłaściwymi z punktu widzenia niedawnego, lewackiego, etapu mądrości.
Od teraz wyświetlany będzie jedynie krótki komunikat: „Ten program jest prezentowany w oryginalnej formie i może zawierać stereotypy lub negatywne przedstawienia”.
Komentatorzy sugerują, że decyzja Disney’a może być związana z szerszym trendem w amerykańskim biznesie. Firmy obawiają się odpływu klientów, ale i potencjalnych procesów sądowych chociażby za dyskryminację osób nienależących do mniejszości.
Z programów różnorodności i równości zdążyły się się wycofać m.in. Walmart, Meta, Google, Microsoft, Zoom, Boeing, Ford, Toyota, Harley-Davidson, Jack Daniels czy John Deere.
Pewne działania podjął też nowy prezydent USA. Trump niedawno nakazał zakończenie programów DEI w administracji federalnej i u jej kontrahentów. Disney jest najwyraźniej kolejną firmą, która ma dość elastyczny kręgosłup i szybko dostosowuje się do nowej rzeczywistości. Po promocji LGBT niebawem nie będzie śladu, bo wielu firmom nigdy nie zależało na żadnej różnorodności czy równości (w złym znaczeniu), ale robili to, bo takie były trendy. Tak się jednak złożyło, że nowe trendy wyznacza Trump, który środowiskom LGBT, BLM i tym podobnym kłaniał się nie będzie.

Prezydent USA Donald Trump oświadczył w środę, że chciałby natychmiast zlikwidować Departament Edukacji (DOE). Nazwał ten resort „wielkim oszustwem”.
– Chciałbym, żeby został zamknięty natychmiast. Departament Edukacji to wielkie oszustwo – stwierdził prezydent Donald Trump.
Jak dodał, chce podzielić DOE na różne sekcje, które miałyby być zarządzane przez poszczególne stany. Krytykował pracowników resortu za pracę zdalną oraz pełnienie wielu stanowisk jednocześnie. Wyraził frustrację obecną strukturą departamentu.
W ubiegłym tygodniu Trump mówił, że chciałby zamknąć DOE za pomocą rozporządzenia wykonawczego. Jak przyznał, będzie potrzebował poparcia Kongresu oraz związków zawodowych nauczycieli, aby spełnić swoją obietnicę wyborczą.
Plany zamknięcia resortu edukacji wzbudziły obawy lewicy dotyczące wpływu tej decyzji na ochronę uczniów, pomoc finansową dla szkół oraz nadzór nad prawami edukacyjnymi dzieci niepełnosprawnych. Przeciwnicy projektu zwracają uwagę, że likwidacja DOE mogłaby zakłócić przepływ miliardów dolarów federalnego finansowania, które wspiera edukację w placówkach od przedszkoli po 12. klasę oraz pomaga w opłacaniu czesnego.
AP wskazuje, że zapowiedź zamknięcia departamentu koliduje z obecnym stanem rzeczy. Większością wydatków DOE i jego działalnością zarządza Kongres USA.
Planowane przez Trumpa rozporządzenie nakazałoby szefowej resortu rozpoczęcie jego likwidacji. Naciskał on także na Kongres, aby uchwalił odpowiednie przepisy w celu rozwiązania DOE.
W Białym Domu Trump zażartował niedawno na temat pierwszego zadania dla Lindy McMahon, jego kandydatki na sekretarza Departamentu Edukacji.
– Chcę, żeby Linda sama pozbawiła się pracy – stwierdził Donald Trump, cytowany przez AP.
Już w kampanii wyborczej Republikanin obiecywał zamknięcie resortu. Deklarował, że został zinfiltrowany przez „radykałów, fanatyków i marksistów”.
12.02.2025 https://www.tysol.pl/a135406-tusk-z-niemieckim-nozem-w-plecach
Każdego dnia pojawia się kolejne potwierdzenie tego, że przed polską opinią publiczną celowo ukrywane są istotne informacje dotyczące przyszłości polityki migracyjnej.
Powód jest prosty – trwa kampania wyborcza, a koalicja rządząca w Polsce chce za wszelką cenę „domknąć system” za pomocą swojego prezydenta i wtedy wszystko to, o czym dziś mówić wyborcom nie chce, będzie mogło zostać bez problemów wprowadzone w życie.

Donald Tusk / (aldg) PAP/Albert Zawada
Wbrew tym oczekiwaniom zaczynają powoli wychodzić na jaw szczegóły planów dotyczących relokacji migrantów do Polski, mimo iż władze starają się unikać tematu albo przy pomocy nowych wrzutek kreować kolejne, zastępcze.
Nie pomagają w tym Niemcy, którzy sami są na finiszu kampanii parlamentarnej, więc politycy pod presją opinii publicznej – pokazują jak twardą prowadzą politykę wobec… no właśnie, Polski. Tym samym muszą trochę zepsuć narrację swoim sojusznikom w Warszawie, bo waży się ich osobisty, polityczny los. I tak Republika Federalna Niemiec, która jednostronnie przedłużyła kontrole na wszystkich swoich granicach do września 2025 roku, oficjalnie argumentuje swoje działania koniecznością ochrony przed nielegalną migracją i przemytnikami ludzi. MSW Niemiec podkreśla, że skutecznie ogranicza liczbę wniosków azylowych oraz deportuje nielegalnych migrantów. W praktyce jednak oznacza to wzmocnienie granic niemieckich i jednoczesne zrzucenie problemu migracyjnego na sąsiadów, w tym Polskę.
Jak relacjonuje na łamach portalu Tysol.pl dziennikarka zajmująca się tematyką polityki niemieckiej i relacji między naszymi krajami, Aleksandra Fedorska – tamtejsza policja federalna, która pełni w Niemczech obowiązki służby granicznej, będzie po marcu dalej przeprowadzać kontrole na wszystkich granicach Niemiec, wstępnie do września 2025 roku. Co więcej, niemiecki rząd, wnioskując w Brukseli o przedłużenie kontroli granicznych, przedstawia migrację jako poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilności kraju.
Tymczasem w Parlamencie Europejskim politycy związani z obozem rządzącym w naszym kraju spotykają się z jednoznacznym przekazem od przedstawicieli sojuszniczych frakcji: Polska nie zostanie zwolniona z realizacji paktu migracyjnego. Hiszpański eurodeputowany Juan Fernando López Aguilar mówi wprost – wszystkie państwa członkowskie muszą się podporządkować i wdrożyć obowiązki wynikające z przepisów migracyjnych.
Obecny rząd, który w kampanii wyborczej przekonywał Polaków, że kraj nie zostanie objęty przymusową relokacją migrantów, a jeszcze w maju premier twierdził, że będziemy jego „beneficjentami”, dziś milczy na temat realnych konsekwencji polityki unijnej. Wydaje się, że temat ten jest niewygodny dla rządzących, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich, gdzie przyznanie się, że Polska będzie musiała, nawet już przyjmuje narzucone kwoty migrantów, mogłoby poważnie zaszkodzić ich notowaniom.
Czy po wyborach temat zostanie brutalnie odsłonięty i Polska, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, zostanie zmuszona do przyjęcia relokowanych migrantów? Wszystko wskazuje na to, że tak. Pozostaje pytanie, czy opinia publiczna jeszcze zanim dojdzie do głosowania dowie się tego, co miało zostać ukryte. Tylko w ten sposób wybór, jakiego dokonamy 18 maja i pewnie również 1 czerwca (II tura) będzie prawdziwie demokratyczny.
Wysłane przez: Marucha w dniu 2025-02-12
Z wykształcenia polonistka w randze Ministra Zdrowia (Izabela Leszczyna) i prawnik w randze Rzecznika Praw Pacjenta (Bartłomiej Chmielowiec) żonglują projektem ustawy zabraniającej jakichkolwiek terapii oprócz tych, które są stosowane w szpitalach.
Chcą zamknąć wszystkie gabinety, gdzie np. stosuje się ozonoterapię, wlewy różnego rodzaju, pijawki, pszczoły, klawiterapię, biorezonans itd…

Minister Zdrowia Izabela Leszczyna w tym swoim szale, nie mając bladego pojęcia ani wiedzy na temat zdrowia człowieka, ośmiela się nam odebrać wolność do dysponowania naszym ciałem.
Na przykład, taki urzędas Chmielowiec, za pieniądze podatników, uzurpuje sobie prawo do nakładania kar na właścicieli takich gabinetów w wysokości nawet 1 000 000 zł.
Oczywiście, w takim przypadku tysiące ludzi straciłoby pracę, ale to jest przysłowiowy pikuś. Tych dwoje ignorantów, nie mających wiedzy na temat tych terapii, nie wie o tym, że dziesiątki może setki tysięcy Polaków odzyskało zdrowie, a wielokrotnie i życie.
Polska stanie się chyba jedynym takim państwem na świecie. Polacy będą tracić zdrowie jak również, jak praktyka wskazuje, będą tracić życie. Czy za to, tych dwoje urzędasów kiedykolwiek odpowie? Nigdy. Jak niektórzy z Państwa wiedzą, w tym momencie, trwa wściekła nagonka na naturoterapię jakiej nie robi, tak jak wcześniej wyżej wspomniałem, żadne państwo na świecie.
Z obłędem w tych swoich oczach, jak w jakimś amoku, wrzucili wszystkie naturoterapeutyczne terapie do jednego worka. Mówią, że to jest pod pretekstem szarlatańskich metod jakie są stosowane przez naturoterapeutów.
Po części mają niestety rację. Ostatnio, zostali opisani w mediach naprawdę prawdziwy szarlatani stosujący rzeczywiście metody szarlatańskie. Do tego samego worka jednak wrzucili metody naturoterapeutyczne, które są stosowane od setek, a niektóre od tysięcy lat. Dzięki nim, wiele osób po prostu odzyskało zdrowie, a wielokrotnie życie.
Od 1 stycznia 2025 lekarze są zobowiązani przestrzegać zasad tak zwanej „terapii daremnej”. Czyli jeśli „oni” uznają, że pacjent nie „rokuje”, to nawet nie założą mu respiratora. Nie dadzą jeść stosując karmienie poprzez sondę. A przecież to już tak się dzieje. Za ujawnienie tego procederu dostałem wyrok skazujący.
Ten proceder jest nie do opisania. Dlatego bardzo proszę o zapoznanie się z tym przerażającym materiałem :
O. dr. Jacek Norkowski:
Jerzy Zięba
https://gloria.tv/post/GXk1VUvr81FH2FEDRHaQwanfo
W swoim liście otwartym do amerykańskich biskupów Franciszek w wielu słowach wezwał ich do przeciwstawienia się wysiłkom administracji Trumpa zmierzającym do egzekwowania amerykańskich przepisów imigracyjnych, które są mniej restrykcyjne niż te obowiązujące w Watykanie.
Nie wymieniając go z nazwiska, Franciszek bezpośrednio i histerycznie zaatakował wiceprezydenta JD Vance’a, konwertytę.
Vance w zeszłym miesiącu wyjaśnił „ordo caritatis” – hierarchię miłosierdzia – napisaną przez św. Tomasza z Akwinu: „Kochasz swoją rodzinę, a następnie kochasz bliźniego, a następnie kochasz swoją społeczność, a następnie kochasz swoich współobywateli we własnym kraju, a następnie możesz skupić się i nadać priorytet reszcie świata” – powiedział.
Franciszek myśli, że jest mądrzejszy od św. Tomasza z Akwinu [i Vance’a]: „Prawdziwe ordo amoris, które należy promować, to to, które odkrywamy poprzez ciągłe medytowanie nad przypowieścią o „dobrym Samarytaninie”, to znaczy poprzez medytowanie nad miłością, która buduje braterstwo otwarte dla wszystkich bez wyjątku” – napisał Franciszek, dodając: „Chrześcijańska miłość nie jest koncentrycznym rozszerzeniem interesów, stopniowo rozszerzanym na inne osoby i grupy”.
Przewidywalną ironią jest to, że Franciszek zaprzeczył sam sobie, jak to często robi. Przy kilku okazjach Franciszek powiedział, że miłość rzeczywiście rozszerza się w koncentrycznych kręgach – co jest zdrowym rozsądkiem.
We wrześniu 2021 roku Franciszek pochwalił ruch Focolare za jego poczucie jedności: „Jedność w Kościele, jedność między wszystkimi wiernymi i jedność na całym świecie – w koncentrycznych kręgach„.
W czerwcu 2019 r. Franciszek zastosował koncepcję koncentrycznych kręgów do pojednania, mówiąc franciszkanom: „Pojednanie z samym sobą, z Bogiem, z innymi i ze wszystkimi stworzeniami […]. Jest to pojednanie, które przybiera formę koncentrycznych kręgów, zaczynając od serca i sięgając do wszechświata”.
Nic więc dziwnego, że nikt już nie słucha Franciszka, ponieważ swoimi słowami próbuje manipulować, a nie przekazywać prawdę.
12 lutego 2025
Paweł Chmielewski pch24.pl/milczal-o-aborcji-grzmi-o-migrantach-dlaczego

(Fot: Eric/ABACA / Abaca Press / Forum)
Mam szczęście bycia polskim katolikiem, a nie – amerykańskim. Gdybym mieszkał w USA, musiałbym teraz wstydzić się za papieża. Jak to możliwe, że robi wielką aferę wokół migracji, a przez całe lata milczał, kiedy promowano masową aborcję?
[Mnie przeraża jego gorszenie katolików, i paskudzenie jasnej doktryny Bożej, a mieszkam w Polsce… md]
Papieża listowna ofensywa
Problem masowej migracji do Stanów Zjednoczonych jest skomplikowany – nikt temu nie zaprzeczy. Nawet papież Franciszek przyznaje, że coś trzeba zrobić. 10 lutego papież Franciszek skierował list do episkopatu USA, komentując politykę migracyjną administracji Trumpa. W liście są trzy zasadnicze punkty.
Po pierwsze – Franciszek akceptuje deportację przestępców.
Po drugie – uznaje możliwość regulowania migracji.
Po trzecie – sprzeciwia się deportowaniu ludzi wyłącznie za nielegalne przekroczenie
Przestępcy, sprawa jasna; a co z legalną migracją?
Pierwszy punkt nie wydaje się wzbudzać żadnych kontrowersji. Każdy rozumny człowiek – niezależnie od poglądów politycznych – popiera wyrzucanie z kraju ludzi, którzy są kradną, mordują, gwałcą czy handlują narkotykami. Są też, oczywiście, lewaccy ekstremiści, którzy chcą znosić granice w ogóle, ale podkreślam – rozumni ludzie nie mają z tym problemu.
Sytuacja jest już nieco trudniejsza gdy idzie o tworzenie polityki dotyczącej uporządkowanej i legalnej migracji. Zasadniczo żaden Amerykanin – podobnie jak Europejczyk – nie chce całkowicie zamykać granic i uważa, że ludzie powinni móc przemieszczać się między krajami, o ile ma to właściwe podstawy. Dyskusja zaczyna się na etapie o skalę otwartości granic. Można zaryzykować tezę, że większość prawicowców zgodziłaby się z następującą polityką: do danego kraju należy wpuszczać na dłuższy okres generalnie tylko wykwalifikowaną siłę roboczą oraz ludzi, którzy uciekają przed wojną lub poważnymi prześladowaniami; bardziej otwarte zasady można zastosować wobec ludzi z bliskiego nam kręgu kulturowego, co do których panuje powszechne domniemanie, że po przyjeździe będą pracować i błyskawicznie dostosują się do naszego kodu kulturowego.
W praktyce prawicowy Amerykanin nie ma problemu z rodziną Kanadyjczyków albo Niemców, którzy chcą zamieszkać w USA i prowadzić tam zwykłe życie; podobnie nie ma problemu z przyjęciem jakiejś rodziny z Meksyku, która ucieka zagrożona brutalną przemocą kartelu narkotykowego. Podobnie Polacy chętnie widzą nad Wisłą imigrantów z Włoch albo Francji i akceptują też przybyszów z Ukrainy, o ile tylko ci chcą pracować. Można zaryzykować twierdzenie, że prawicowe ujęcie problemy migracji wynika z ekstrapolowania na cały naród obrazu domu. Wpuścimy do domu ogrodnika, jeżeli potrzebujemy jego pracy. Wpuścimy też sąsiadów, jeżeli dom im spłonął i nie mają się gdzie podziać. W innych sytuacjach otwartość domu ma jednak swoje ograniczenia. Prawicowcy – a może po prostu większość ludzi – w podobnej perspektywie patrzy na swój kraj.
Papież Franciszek ma inną optykę. W swoim liście nie pisze tego wprost, ale poprzez różne sugestie w sumie bardzo wyraźnie opowiada się za polityką otwartych granic, wyłączającą tylko tych, którzy są przestępcami. Pisze o „prawdziwym dobru wspólnym” społeczeństwa, które miałoby istnieć tylko wtedy, kiedy kraj będzie „przyjmować, chronić, promować oraz integrować” ludzi „najbardziej wrażliwych, bezbronnych i narażonych na krzywdę”. Jak definiuje ich papież? W liście pisze o ludziach uciekających z kraju z powodu „skrajnego ubóstwa, braku bezpieczeństwa, wykorzystywania, prześladowań albo poważnej degradacji środowiska naturalnego”. W praktyce jest oczywiste, że w jednej z tych kategorii znajdzie się dosłownie każdy człowiek mieszkający w takich państwach jak Wenezuela, Kolumbia, Nigeria czy Pakistan. Nigdzie tam nie jest bezpiecznie, wszędzie panuje bieda, wszędzie niszczone jest środowisko naturalne. Można zatem zaryzykować tezę, że w optyce papieża właściwą polityką migracyjną byłaby ta, którą prowadzą niektóre państwa europejskie, zwłaszcza Niemcy: przyjmuje się zasadniczo każdego.
Niewłaściwy argument religijny
Problem polega na tym, że Ojciec Święty stosuje argumentację religijną. Porównuje imigrantów do Świętej Rodziny, która schroniła się w Egipcie przed Herodem; odwołuje się do obrazu miłosiernego Samarytanina; pisze, że Jezus Chrystus jest z każdym imigrantem i uchodźcą. Trudno oprzeć się przekonaniu, że mamy tu do czynienia z sakralizacją polityki. Papież ma prawo apelować o miłosierdzie, ale nie może ignorować realnych konsekwencji. Święta Rodzina nie emigrowała do Egiptu, by żyć na koszt jego obywateli. Samarytanin pomógł rannemu – ale nie sprowadził mu tysięcy krewnych i nie wymagał od innych, by ich utrzymywali.
Kościół katolicki na przestrzeni wieków nie był nigdy wspólnotą idealistycznych pięknoduchów, którzy sugerują rozwiązania polityczne oderwane od rzeczywistości. Przez wiele, wiele stuleci Kościół akceptował na przykład niewolnictwo: bynajmniej nie dlatego, żeby je aprobował jako takie, ale z tej przyczyny, iż rozumiał jego naturę. Niewolnictwo było instytucją rozpowszechnioną na całym świecie, wynikającą nie z prawa Bożego, ale z ius gentium – prawa narodów. Kościół radykalnie walczy z grzechem w życiu każdego człowieka, ale nie może domagać się rewolucyjnej polityki, której realizacji groziłaby wywróceniem do góry nogami jakiegoś ustabilizowanego porządku cywilizacyjnego. Pełne otwarcie granic do tego tymczasem prowadzi. Franciszek pisze w swoim liście krytycznie o tych, którzy chcą bardzo mocno ograniczać migrację w obawie o tożsamość własnego kraju. Czy jakakolwiek wspólnota może jednak rozwijać się bez tożsamości, z wieloma sprzecznościami kulturowymi? Oczywiście, że nie.
Optyka Franciszka zdaje się być pozbawiona cnoty długomyślności politycznej; zdaje się być motywowana raczej emocjonalnym stosunkiem do losu migrantów niż poważnym i racjonalnym namysłem. Spór jest nierozwiązywalny, bo papież wychodzi z całkowicie innych założeń, niż większość ludzi o prawicowym nastawieniu. Wydaje się jednak, że nie ma w nauce Kościoła katolickiego takiego punktu, który sankcjonowałby próbę argumentowania religijnego za szeroką otwartością granic. Sugerując taką otwartość papież wchodzi w czystą politykę – zupełnie niepotrzebnie.
Problem deportacji
Szczególnym problemem jest los tych, którzy już zostali do kraju przyjęci. Przestępców można deportować w ramach obrony własnego kraju, pisze papież; nie zgadza się jednak – i to nie zgadza się kategorycznie – z tymi, którzy przyjechali do Stanów Zjednoczonych nielegalnie, nie popełnili jednak żadnego przestępstwa. Można byłoby argumentować, że ma rację. Czym jest tak właściwie nielegalny przyjazd? W przypadku Stanów Zjednoczonych sprawa jest bardzo skomplikowana. Jest prawo pisane, ale przez wiele dekad kolejne administracje prowadziły politykę, która to pisane prawo ignorowała. Za prezydentury Joe Bidena aparat państwowy był de facto zaangażowany we wspieranie pozaprawnej migracji. Z perspektywy migranta, który przekracza „nielegalnie” granicę, ale otrzymuje od nowego państwa wielopostaciowy komunikat o „faktycznej” legalności znajduje się w specyficznej sytuacji. Jest oczywiste, że jeżeli władca ustanawia prawo, ale później go nie egzekwuje albo nawet zachęca do jego lekceważenia – to właśnie ten władca ponosi winę za to, że prawo jest łamane. W tej sytuacji można pewnie o wielu migrantach, którzy zostali „zaproszeni” do Stanów Zjednoczonych – nielegalnie, ale jednak de facto przez politykę rządu. Można byłoby nawet mówić o zawarciu między tym rządem a „nielegalnymi” migrantami pewnej niepisanej umowy. W tym ujęciu ich deportacja mogłaby być wewnętrzną sprzecznością. Być może właściwym rozwiązaniem byłoby rozróżnianie na tych migrantów, którzy przybyli do USA w sposób nie tylko nielegalny, ale jeszcze głęboko skryty, ukrywając się przed władzami – a tych, którzy przyjechali w ramach faktycznej „nielegalnej” współpracy z demokratycznymi władzami. Tych drugich należałoby potraktować inaczej. [A po co rozdzielać włos na czworo? md]
Problem tylko w tym, że Franciszek ani tego nie proponuje, ani nawet nie używa argumentów tego rodzaju. Odmawia po prostu władzom USA prawa do deportowania nielegalnych migrantów z powodu nielegalności, nie siląc się na żadne rozróżnienia. Ponownie wydaje się to nieprzemyślane i motywowane emocjami, a nie poważną refleksją.
[Ależ skądże !!! To należy do jego stałej ideologii. md]
Dlaczego papież milczał w innych sprawach?
Na tym nie koniec problemów. Z mojej perspektywy – widziałem zresztą, że wiele jest podobnych komentarzy wśród katolików w USA – największym zgorszeniem jest już sam fakt, że Franciszek zdecydował się na tak zdecydowaną krytykę obecnych władz Ameryki, chociaż uparcie milczał, kiedy poprzednia ekipa budowała antychrześcijańską „cywilizację śmierci”.
Gdy w USA legalizowano zabijanie dzieci do dziewiątego miesiąca ciąży – Franciszek milczał. Gdy Biden przeznaczał miliardy na propagandę transgender – Franciszek nie napisał ani słowa. Ale gdy deportuje się nielegalnych migrantów – wtedy nagle z Watykanu przychodzi list pełen wątpliwego moralizatorstwa.
Dlaczego papież zachował się w ten sposób? Z perspektywy nauczania Kościoła trudno to uzasadnić: prawo do życia jest absolutnie pierwszorzędnym prawem i jeżeli głos Kościoła jest w polityce konieczny i niezbędny, to właśnie w tej sprawie. Amerykańscy biskupi, owszem, ostatecznie Bidena nierzadko krytykowali. Franciszek jednak – nie. Zupełnie, jakby dobrostan migrantów był ważniejszy od życia dzieci poczętych. To całkowity absurd, który bardzo mocno podważa wiarygodność nauczania Franciszka.
Wydaje się, że papieża motywuje raczej polityczna ideologia lewicy, a nie nauczanie Kościoła. Za to rzeczywiście należałoby się po prostu wstydzić.
Paweł Chmielewski