Teheran w sobotę ponownie skomentował nowy plan Trumpa Bessant, zakładający długoterminowe „uduszenie” i izolację gospodarczą. Według Sekretarza Skarbu USA, ma on na celu „doprowadzenie irańskiego rządu na skraj upadku” poprzez „najsurowsze sankcje w historii ”. Oznacza to oczywiście, że Waszyngton musi jednocześnie wywierać presję na inne kraje prowadzące interesy z Teheranem, aby natychmiast zaprzestały takich działań – co może być trudnym zadaniem, biorąc pod uwagę, że Chiny i Rosja już teraz mówią, że nie zastosują się do tego planu.
Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Esmaeil Baghaei, oświadczył, że nowa inicjatywa sankcji jest równoznaczna z „wypowiedzeniem wojny” wszystkim krajom i wykracza poza „nielegalną wojnę ekonomiczną przeciwko pojedynczemu państwu”.
Baghaei powiedział: „Ogłoszenie nowych sankcji stanowi próbę Stanów Zjednoczonych, aby sprawować eksterytorialną suwerenność nad wszystkimi niezależnymi państwami członkowskimi ONZ”.
„Żaden rząd nie ma prawa zmuszać zagranicznych banków, firm ani lotnisk, z których każde działa pod wyłączną jurysdykcją własnego państwa, do powstrzymania się od legalnego handlu z państwem trzecim” – dodał, według agencji prasowej Fars.
Ministerstwo dodało, że „takie sankcje wtórne nie mają żadnej podstawy w prawie międzynarodowym” i „naruszają podstawową zasadę suwerennej równości zapisaną w artykule 2 ust. 1 Karty Narodów Zjednoczonych”.
Baghaei ostrzegał, że poddanie się takiemu „zastraszaniu” doprowadzi do całkowitej erozji suwerenności narodowej i będzie oznaczać „katastrofalny powrót do jawnego, wszechobecnego kolonializmu” .
To ewidentna próba ostrzeżenia innych krajów i wezwania ich do nieuczestniczenia w grze Waszyngtonu. Apel może spotkać się ze szczególnie entuzjastycznym odbiorem wśród państw BRICS i krajów Globalnego Południa.
Oświadczenie pojawiło się zaledwie kilka dni po tym, jak irańskie wojsko wydało bardziej bezpośrednie ostrzeżenie i groźbę pod adresem regionalnych sojuszników USA w Zatoce Perskiej. W środę Ali Abdollahi, szef sztabu irańskich sił zbrojnych , oświadczył, że „wszelkie wsparcie lub pomoc udzielana agresywnej armii USA jest równoznaczne z udziałem w operacji wojskowej USA”.
„Wydaje się mało prawdopodobne, aby tak duża liczba samolotów wojskowych, zwłaszcza samolotów-cystern, mogła znajdować się w regionalnych bazach bez wiedzy państw-gospodarzy” – powiedział Abdollahi.
Wszystko to jest reakcją na retorykę Bessenta w stylu Busha: „Albo jesteście z nami, albo przeciwko nam”.
Tymczasem Mohammad Bagher Ghalibaf, przewodniczący irańskiego parlamentu i główny negocjator, wydał nowe oświadczenia. Twierdził, że Teheran otrzymał „liczne wiadomości” dotyczące nowych porozumień w zakresie bezpieczeństwa i gospodarki w regionie w wyniku amerykańsko-izraelskiej agresji.
„Stany Zjednoczone, poprzez nękanie i całkowite lekceważenie interesów swoich sojuszników, naraziły na szwank bezpieczeństwo każdego ze swoich sojuszników – na korzyść Izraela – do tego stopnia, że na krótki czas ich istnienie zostało zagrożone ” – oświadczył Ghalibaf na antenie X.
„Tworzy, niezależny porządek to prawdziwy pokój i bezpieczeństwo” – dodał. Iran od miesięcy twierdzi, że różne kraje próbują wynegocjować własne, odrębne umowy dotyczące żeglugi przez Cieśninę Ormuz – co, jeśli okaże się prawdą, dałoby Republice Islamskiej dodatkowe wpływy. Biały Dom stara się jednak przeciwdziałać tej narracji, dostarczając agencji Axios raporty…
Axios twierdzi obecnie , że miliony baryłek ropy naftowej nadal są transportowane przez „tajny” korytarz zabezpieczony przez Marynarkę Wojenną USA, ale wielu wyraża wątpliwości. Rzeczywiście, w ostatnich dniach nie doszło do żadnych nowych ataków na obce statki w cieśninie, a sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana ze względu na sprzeczne narracje – zwłaszcza że Irańczycy odrzucili doniesienia Axios jako sfabrykowane.
Amerykański Departament Energii przedstawił w broszurce informacyjnej szczegółowe plany USA dotyczące wydatkowania łupów uzyskanych po porwaniu prezydenta Maduro w Wenezueli:
Rząd Stanów Zjednoczonych rozpoczął sprzedaż wenezuelskiej ropy naftowej na rynkach światowych, co przyniesie korzyści Stanom Zjednoczonym, Wenezueli i naszym sojusznikom. … Wszystkie wpływy ze sprzedaży wenezuelskiej ropy naftowej i produktów naftowych zostaną najpierw przelane na kontrolowane przez USA rachunki w bankach o globalnym uznaniu… Środki te zostaną przekazane na rzecz narodu amerykańskiego i narodu wenezuelskiego według uznania rządu USA. Jedyny sposób transportu ropy naftowej do i z Wenezueli będzie się odbywał legalnymi i autoryzowanymi kanałami, zgodnymi z prawem USA i bezpieczeństwem narodowym. Cytat z artykułu opublikowanego 12 sierpnia na michael-hudson.com: Ostatnia linia obrony dolara.Źródło.
19 sierpnia minęła 73 rocznica tajnej operacji CIA i MI6 w Iranie pod kryptonimem „Ajax”. Doprowadziła ona do obalenia demokratycznie wybranego premiera Iranu, Mohammada Mosaddegha, i umocnienia władzy szacha Mohammada Rezy Pahlawiego. Powodem była nacjonalizacja przez premiera Mosaddegha irańskiego przemysłu naftowego w 1951 roku, która odebrała kontrolę nad zasobami irańskiej ropy brytyjskiemu koncernowi (obecnie BP).
Kampania mająca na celu ustanowienie prozachodniego rządu w Iranie. Pierwsza strona opublikowanego po 60 latach dokumentu o przewrocie CIA.
Podobnie dla „dobra narodu”, przeprowadzono Arabską Wiosnę w Libii w roku 2011. Zakończyła się zamordowaniem Muammara al-Kaddafiego i trwającym do dzisiaj chaosem politycznym w tym kraju.
Nie tylko USA prowadzi taką imperialną politykę w celu kradzieży ropy zwanej powszechnie „czarną krwią”. Także aktualny prezydent Rosji doprowadził w roku 1999 do drugiej wojny czeczeńskiej, co przyniosło Putinowi ogromną popularność w kraju i otworzyło mu drogę do prezydentury.
Nie ma dobrej wojny! Czeczenia 7 października 1999 r., ofiary bombardowania w Elistanżi.
Upadek dolara został przypieczętowany 113 lat temu, przez stworzenie prywatnego banku centralnego w USA zwanego FED-em. Stworzono system stale rosnącego długu państw, który musiał doprowadzić w końcu do załamania się mechanizmu finansowego pod ciężarem kosztów obsługi kredytu.
Ponad 100 lat życia w zakłamanym dobrobycie wraz z jego wzrostami i upadkami. Nieodłącznym elementem wysokiej jakości życia były wojny. Ktoś musiał umrzeć, żeby ktoś inny mógł dobrze żyć. Brutalne prawo natury? Ależ skąd – prawo pięści – działające tak długo, aż mięśnie nie odmówią posłuszeństwa. Energia stojąca za dobrobytem podtrzymywana potęgą pieniądza zanika właśnie na naszych oczach.
W jaki sposób powstaje państwowe zadłużenie? Poprzez obligacje – pożyczki na zmienny procent, których stopę reguluje sytuacja na rynku. W USA poziom zadłużenia przekroczył ostatnio markę 40 bilionów dolarów. Liczba dobra jak każda inna. Problemem jest oprocentowanie tego kredytu, które bezwzględnie musi być spłacane. Inaczej grozi państwu bankructwo, a co za tym idzie utrata kontroli na rzecz wierzycieli.
Na chwilę obecną koszt pokrycia tego oprocentowania wynosi w USA ponad bilion dolarów. Skąd Stany Zjednoczone biorą pieniądze na spłatę odsetek? Może z podatków? Ależ skąd – podatki idą na bieżące wydatki jak służba zdrowia, armia i wszelkie koszty administracyjne. Żeby spłacać odsetki, USA wystawia na sprzedaż kolejne obligacje, powiększając w ten sposób zadłużenie państwa. Jednak brakuje chętnych na zakup tak niepewnych pożyczek.
Jest jednak znacznie gorzej – właściciele obligacji – jak ostatnio próbowała Japonia – pozbywają się tych zagrożonych upadłością małowartościowych papierów.
W takiej sytuacji jest tylko jedna firma zobowiązana do wykupu obligacji według aktualnej ceny. Tą firmą jest bank centralny USA – FED. Jedyna na świecie organizacja uprawniona do drukowania dolarów. Nietrudno zgadnąć skąd FED weźmie pieniądze na wykup obligacji. Uruchomi fizyczne lub wirtualne drukarki. Nie muszą to być koniecznie banknoty. Wystarczy, że System Rezerwy Federalne (FED) przeleje odpowiednią kwotę, by opłacić cenę obligacji.
Kilka dni temu FED wydał 10 miliardów euro (by chronić, przynajmniej psychologiczne dolara) na ratowanie japońskiego jena. Można by to nazwać jałmużną. Dla wsparcia japońskiej waluty konieczne byłoby 500 miliardów. Takie zabiegi służą testowaniu zachowań rynku.
Do czego prowadzi polityka drukowania pieniędzy bez pokrycia? Do utraty wartości pieniądza – do inflacji. W skrócie inflację można określić jako rabunek. Zarabia na niej państwo. Dług pozostaje co nominalnie ten sam, ale wartość pieniądza maleje.
Proces ten prowadzi do hiperinflacji, kiedy wartość papierków zwanych dolarami będzie z każdą minutą spadać. To jest jeszcze przed nami. Na chwilę obecną mamy kwitnącą gospodarkę, która jest gwarantem rozwoju, jak lubi powtarzać Donald Trump. Do wyborów połówkowych mamy jeszcze ponad dwa miesiące, a on chce, by Republikanie je wygrali.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
NCZAS.INFO | Prof. Radosław Zenderowski i Barbara Mróz-Gorgoń / fot. PAP / Fb / Barbara Mróz-Gorgoń (kolaż)
Profesor UKSW Radosław Zenderowski opublikował mocny wpis na temat afery z raportem AI Barbary Mróz-Gorgoń, tytułowanej doktor habilitowaną. Formalnie zażądał odebrania tego tytułu kobiecie zapowiadając, że w przeciwnym przypadku on zrzeknie się tytułu profesora.
Mróz-Gorgoń zasłynęła z afery dotyczącej raportu za 200 tys. zł, który wygenerowany został przez sztuczną inteligencję i nie wprowadzono do niego nawet kosmetycznych poprawek. Znajdowały się w nim „AI-owe” zwroty, absurdalne błędy i nieścisłości.
Wskutek ujawnienia afery Mróz-Gorgoń podała się do dymisji z funkcji Pełnomocniczka Rządu do spraw promocji marki Polski. Jak przekonywała przy tej okazji, powodem miał być „hejt”.
Nie przeprosiła w żaden sposób za to, co zrobiła i zapewne pieniędzy też nigdy nie zwróci. Więcej o tym przeczytacie w artykułach poniżej.
Sprawa wywołuje wielkie emocje. Warta podkreślenia jest reakcja profesora UKSW Radosława Zenderowskiego. W ostrych słowach skrytykował czyn Barbary Mróz-Gorgoń i zapowiedział, że jeśli w ciągu miesiąca nie utraci ona tytułu naukowego, on sam zrzeknie się tytułu profesora.
„Ponad 30 lat pracowałem na swój tytuł profesorski. Mam w dorobku kilkadziesiąt monografii i kilkaset artykułów. Mam nawet jako taką cytowalność, która umiejscawia mnie w pierwszej dziesiątce polskich politologów. Wystarczy wejść na Google Scholar” – napisał na Facebooku prof. Zenderowski.
Następnie stwierdził, że „pani Barbara, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego, spektakularnie obsrała mój tytuł”.
„To tak, jakby ktoś załatwił się na wycieraczce. Jak można szanować profesora nauk humanistycznych po czymś takim? Przecież ta kobieta w kilka godzin zdewaluowała stopnie i tytuły naukowe. Gdyby były one pozycjonowane na giełdzie, mielibyśmy nie czarny czwartek, ale czarną dupę, z której nie ma wyjścia” – podkreślił profesor UKSW.
„Skala demoralizacji i korupcji polskich 'akademików’ (nie lubię tego słowa, bo to rusycyzm) powinna być przedmiotem badań patologów, a potem prokuratorów. W tej kolejności. To, w jaki sposób przewalane są pieniądze publiczne na nibynaukowców woła o pomstę do Nieba. W tym przypadku przynajmniej uczelnie prywatne się samofinansują” – napisał prof. Zenderowski.
Następnie wyjaśnił, że w „polskiej nauce dominuje zasada” że „głupi promuje głupszego”. Zaznaczył, że „są liczne wyjątki” od tej reguły.
„Kretyn do kwadratu promuje kretyna do sześcianu i takim sposobem osiąga się – level – zero – używając słów najwybitniejszej pani profesor ds. marki polskiej” – ironizował.
„Nie wiem, jak to wygląda od strony proceduralnej, ale jak pani Barbara pozostanie na funkcji dra hab. to ja zrzekam się swojego tytułu. Dość już tych upokorzeń i politycznych przekrętów. Czekam 30 dni. Potem, jak będzie trzeba, zrzekam się profesury” – podsumował prof. Radosław Zenderowski.
Ktoś może pomyśleć, że (chwilowo) zwariowałem i zafiksowałem się na ewidentnym przekręcie w wykonaniu prof. Barbary z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu (jestem ciekaw, jak zarząd tego akademickiego podwórka posprząta po tej aferze). Tak w ramach wychodzenia z atmosfery sezonu ogórkowego.
Jasne, to pewnie przykrywka, bo bokiem idą większe afery. Akurat pani Barbara miała ten niefart, że wlazła w rolę zająca. Idę o zakład, że teraz bokiem przechodzą afery o milion razy większe. A pani Barbara być może została celowo złożona na ołtarzu.
Ale dlaczego się tak zawziąłem? Odpowiadam: ponad 30 lat pracowałem na swój tytuł profesorski. Mam w dorobku kilkadziesiąt monografii i kilkaset artykułów. Mam nawet jako taką cytowalność, która umiejscawia mnie w pierwszej dziesiątce polskich politologów. Wystarczy wejść na Google Scholar.
Pani Barbara, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego, spektakularnie obsrała mój tytuł. To tak, jakby ktoś załatwił się na wycieraczce. Jak można szanować profesora nauk humanistycznych po czymś takim? Przecież ta kobieta w kilka godzin zdewaluowała stopnie i tytuły naukowe. Gdyby były one pozycjonowane na giełdzie, mielibyśmy nie czarny czwartek, ale czarną dupę, z której nie ma wyjścia.
Skala demoralizacji i korupcji polskich „akademików” (nie lubię tego słowa, bo to rusycyzm) powinna być przedmiotem badań patologów, a potem prokuratorów. W tej kolejności. To, w jaki sposób przewalane są pieniądze publiczne na nibynaukowców woła o pomstę do Nieba. W tym przypadku przynajmniej uczelnie prywatne się samofinansują.
W polskiej nauce dominuje zasada (ale są liczne wyjątki na szczęście), że głupi promuje głupszego. Kretyn do kwadratu promuje kretyna do sześcianu i takim sposobem osiąga się – level – zero – używając słów najwybitniejszej pani profesor ds. marki polskiej.
Nie wiem, jak to wygląda od strony proceduralnej, ale jak pani Barbara pozostanie na funkcji dra hab. to ja zrzekam się swojego tytułu. Dość już tych upokorzeń i politycznych przekrętów.
Czekam 30 dni. Potem, jak będzie trzeba, zrzekam się profesury.
===============================
Wszystkie reakcje:
Portal dorzeczy.pl zaznaczył, że przepisy w III RP nie przewidują formalnego zrzeczenia się ani nieprzyjęcia nadanego przez prezydenta tytułu profesora.
„Tytuł ten ma charakter dożywotni i państwowy, co oznacza, że jednostka nie może go jednostronnie wymazać ani się go zrzec” – napisano.
„Zbombardujemy Oman”. „Iran musi wywiesić białą flagę”. Pod koniec tygodnia, w którym Donald Trump groził zniszczeniem kraju, który nawet nie jest stroną konfliktu, w wywiadzie dla Fox News, republikańska kongresmenka Marjorie Taylor Greene napisała, że w Białym Domu trwają dyskusje na temat użycia broni jądrowej. Nie była to plotka z drugiej ręki, lecz twierdzenie pochodzące z jego własnej partii. Pytanie, które się nasuwa, nie brzmi, czy to prawda. Pytanie brzmi: co tak naprawdę powstrzymuje prezydenta w tej chwili – i jak długo jeszcze?
Trzech niezależnych obserwatorów z trzech różnych środowisk podjęło w ostatnich dniach próbę odpowiedzi na to pytanie. Godne uwagi jest nie to, że doszli do tego samego wstępnego wniosku – nie teraz, nie jeszcze – ale to, jak odmiennie go uzasadniają. Alastair Crooke, były brytyjski dyplomata, wskazuje na przeszkody instytucjonalne: wojsko już uznało taki rozkaz za zbrodnię wojenną; musi go zatwierdzić rząd, nie może to być działanie jednostronne.
Scott Ritter, były inspektor ONZ ds. broni, stawia ostrzejszą granicę: Stany Zjednoczone używają broni jądrowej, gdy stają w obliczu egzystencjalnej porażki, obecnie zaś przeżywają polityczną kompromitację, a to zasadnicza różnica.
A z trzeciego, pro-pakistańskiego kręgu analityków pochodzi najbardziej konkretna wersja: Trump otwarcie zapytał swojego szefa sztabu, czy mógłby skorzystać z opcji nuklearnej – jak dziecko proszące o pozwolenie na zabawę niebezpieczną zabawką – i otrzymał odmowę. Trzy perspektywy, jeden wspólny wniosek: w systemie wciąż są hamulce. Trzymają. Na razie. To, co łączy te trzy oceny, jest ciekawsze niż każda z nich z osobna: opisują system, w którym indywidualna drażliwość prezydenta może nawet stać się tematem na pierwszej stronie gazety.
W funkcjonującym podziale władzy pytanie o to, jak człowiek reaguje na zniewagę, byłoby jedynie przypisem. Staje się kwestią egzystencjalną, ponieważ hamulce są w rękach władzy – ta sama erozja mechanizmów kontroli i równowagi, którą obserwujemy w Waszyngtonie w relacjach między prezydentem a Sztabem Generalnym, w Berlinie w reformie wywiadu, a w Brukseli w architekturze sankcji pozbawionej odpowiedzialności parlamentarnej. „Kult jednostki”, zdiagnozowany nawet przez Scotta Rittera, nie jest zjawiskiem psychologicznym, lecz wynikiem struktury decyzyjnej, która coraz bardziej skupia się na jednym punkcie, ponieważ otaczające ją redundancje zostały systematycznie rozmontowane.
A ta erozja ma przyczynę, której nie można doszukiwać się w pojedynczej osobie, lecz w bilansie. „Gospodarczy D-Day” przeciwko Iranowi, groźba stuprocentowych sankcji wtórnych wobec każdego nabywcy irańskiej ropy – dokładnie w tygodniu, w którym Waszyngton przygotowuje czerwony dywan na wizytę państwową Xi Jinpinga – rynek obligacji, którego rosnące stopy procentowe grożą pęknięciem bańki spekulacyjnej AI, podczas gdy jednocześnie podtrzymywana jest wojna na Bliskim Wschodzie: to nie są wyrazy charakteru. To konstelacje interesów.
Nie trzeba wiedzieć, co dzieje się w głowie prezydenta, żeby wyjaśnić, dlaczego administracja, która nie potrafi ustabilizować własnego rynku obligacji, zaostrzałaby klęskę w polityce zagranicznej, zamiast się do tego przyznać. Nie potrzeba żadnej odległej diagnozy. Wystarczy spojrzeć na stan finansów publicznych.
Prawdziwą wiadomością tego tygodnia nie jest zatem to, że dyskutowano o broni jądrowej. Chodzi o to, że trzy niezależne głosy – realista, były inspektor ds. uzbrojenia i sieć informatorów – zgadzają się, że hamulce wciąż działają, ale żaden z nich nie mówi, jak długo jeszcze.
Porządek regionalny, który panuje od 1991 roku, jest jedną z wielu ofiar wojny amerykańsko-izraelskiej z Iranem. Niepowodzenie Amerykanów i Izraelczyków w obaleniu reżimu w Teheranie dowiodło bankructwa dekad sankcji i przemocy. Niezdolność Stanów Zjednoczonych do ochrony sojuszników z Zatoki Perskiej przed atakami irańskimi lub do utrzymania otwartej Cieśniny Ormuz podważyła fundamentalne porozumienie w sprawie bezpieczeństwa, które uzasadniało istnienie sieci baz wojskowych w regionie. Coraz bardziej groźna postawa Izraela i porzucenie wszelkich pozorów zainteresowania osiągnięciem porozumienia z Palestyńczykami położyły kres trwającej dekady misji Waszyngtonu, polegającej na nawiązaniu trwałego partnerstwa w zakresie bezpieczeństwa między arabskimi sojusznikami a Izraelem.
Krótko mówiąc: Bezkompromisowe dążenie Izraela do akceleracjonizmu w kontekście planów geopolitycznych zniszczyło fundamenty, na których opierała się dominacja Izraela i Ameryki w regionie.
W artykule autorzy dowodzą, że tak jak kryzys sueski z 1956 roku był „ostatnim tchnieniem” francuskiej i brytyjskiej potęgi kolonialnej na Bliskim Wschodzie, tak wojna z Iranem będzie dla amerykańskiej hegemonii.
W dalszej części artykułu autorzy szczegółowo opisują ostrożne balansowanie, jakie Stany Zjednoczone próbują prowadzić na Bliskim Wschodzie od dziesięcioleci, zazwyczaj wykorzystując swoją rzekomo niezrównaną potęgę, jednocześnie na ogół ignorując rzeczywiste interesy Arabów w regionie.
…architekci tej wojny znacznie wyolbrzymili możliwości militarne, nie docenili zdolności adwersarzy do adaptacji, założyli, że sojusznicy podporządkują się im i bezdusznie zlekceważyli życie zwykłych ludzi. Niefortunny incydent Waszyngtonu nie był aberracją, lecz ostatecznym wyrazem wady tkwiącej w jego strategii bliskowschodniej.
Problem polega jednak na tym, że cały system od samego początku opierał się na szeregu kruchych sprzeczności, z których jedną z najważniejszych jest zakaz posiadania przez Izrael broni jądrowej, co stanowi okoliczność destabilizującą i praktycznie gwarantuje, że Iran będzie mógł prowadzić asymetryczne działania odstraszające w regionie na poziomie egzystencjalnym.
Larry C. Johnson jest byłym oficerem CIA i analitykiem wywiadowczym, a także byłym specjalistą ds. planowania i doradcą w Biurze ds. Zwalczania Terroryzmu Departamentu Stanu USA. Jako niezależny wykonawca od 24 lat prowadzi szkolenia dla służb operacji specjalnych Sił Zbrojnych USA. W opublikowanym przez niego we wtorek na sonar21.com artykule:Iran a twierdzenie o „głównym sponsorze terroryzmu”(źródło), możemy przeczytać:
Hamas i Hezbollah wystrzeliły tysiące rakiet w kierunku Izraela w ciągu 25 lat. Liczba ofiar śmiertelnych tych rakiet w latach 2001–2025 wynosi od 50 do 75 osób – a nie „tysiące”, jak sugerują relacje. Różnica między tymi dwiema liczbami jest sednem sprawy. W tym kontekście pojawia się asymetria, której nie da się pominąć w uczciwym rachunku. Szacuje się, że Izrael zabił 11 200–11 500 Palestyńczyków między 2000 a 6 października 2023 roku. Według danych Ministerstwa Zdrowia Gazy, od 7 października liczba ofiar w Strefie Gazy przekroczyła 73 000 – liczba ta została faktycznie przyznana przez izraelskiego urzędnika wojskowego w styczniu 2026 roku, uznając, że ponad 71 000 osób zginęło w bezpośrednim ostrzale izraelskim.
Terror to jest przemoc wobec cywilów w celach politycznych.
Według ciągle jeszcze urzędującego premiera Izraela Benjamina Netanjahu terror to: przemoc wobec cywilów w celach politycznych. Trafne określenie polityki państwa okupującego Palestynę. Jak pisze Larry C. Johnson, dane z Departament Stanu USA przeczą medialnej narracji o irańskim terroryzmie. Nie po raz pierwszy masowa propaganda opiera się na masowych kłamstwach. Jest jak u Orwella: kłamstwo, to prawda, wojna to pokój, a walka z terroryzmem to jest pretekst dla terroryzmu.
Kiedy upadł pod własnym ciężarem ZSRR, blady strach padł na wysokich rangą generałów z Pentagonu. Jak uzasadnić wysokie wydatki na armię, kiedy twój wróg przestał ci zagrażać? Odpowiedź jest prosta: znajdź innego wroga. I w ten sposób zrodził się pomysł walki z terroryzmem.
Al Kaida i terroryzm z Manhattanu 11 września 2001 roku zostały stworzone, ponieważ istniało zapotrzebowanie na terroryzm. Potrzebny był pretekst, by usprawiedliwić tyranię. Dzisiaj wiemy, że za tym stała CIA.
W latach 80 ubiegłego wieku światem wstrząsały zamachy autentycznych grup terrorystycznych. Były to Frakcja Czerwonej Armii RAF w Niemczech, bojówki Baskijscy ETA w Hiszpanii, czy IRA – Irlandzka Armia Republikańska, Czerwone Brygady we Włoszech.
Nie tylko Europa była wtedy „placem zabaw” dla zamachowców. Żeby uzasadnić wojnę z terrorystami, USA tworzyły, uzbrajały i finansowały takie organizacje jak Al-Kaida założona przez agenta CIA Osamę Bin Ladena, Państwo Islamskie (ISIS), Talibowie – afgański fundamentalistyczny ruch islamistyczny szkolony przez CIA w Pakistanie, albo Boko Haram: Działająca głównie w Nigerii i rejonie jeziora Czad brutalna sekta islamistyczna, powiązana dawniej z ISIS.
Ciała 50 Palestyńczyków, odnalezione w ciągu ostatnich kilku dni przez ekipy Obrony Cywilnej w kompleksie medycznym Al-Shifa w zachodniej części miasta Gaza, są obecnie chowane. Źródło: Telegram 20.08.2026 r. 17:38.
Izrael walczy z terroryzmem, stosując terroryzm. Usiłuje powstrzymać Iran przed nuklearnym uzbrojeniem, a jednocześnie ma w gotowości kilkaset rakiet z bronią jądrową. Przecież musimy się bronić przed terroryzmem – głosi Hasbara – izraelska propaganda tłumacząca, dlaczego Izrael może mordować cywilów. Co z tego, że mordujemy dzieci w Strefie Gazy, to są przecież przyszli terroryści! Bo Izraelowi przecież wszystko wolno. Nie zgadzasz się? To jesteś antysemitą!
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Zacznę od tego, co ja rozumiem przez określenie „lobby”. Lapidarnie ujmując, jest to zalegalizowana korupcja. Rozmiar wpływu wielkich korporacji farmaceutycznych na zachowanie przy głosowaniu kongresmenów w USA jest tego najlepszym dowodem. Innymi słowy, lobby to skuteczne narzędzie służące redukcji podwalin demokracji. Inne znane w USA lobby wspiera łapownictwo na korzyść przemysłu zbrojeniowego oraz proizraelską politykę przez AIPAC.
Europejskim odpowiednikiem AIPAC jest ELNET założony 2007 roku przez byłego pracownika AIPAC Raanana Eliaza.
Europejska Sieć Przywództwa (ELNET) organizuje dla wybranych urzędników wyjazdy do Izraela w celu nawiązywania kontaktów, prowadzi wydarzenia z udziałem członków europejskich parlamentów oraz prowadzi działania lobbingowe w kwestiach polityki zagranicznej — podobnie jak działa w Stanach Zjednoczonych Amerykański Komitet Spraw Publicznych Izraela (AIPAC).
Jej współzałożyciel, Raanan Eliaz, jest byłym konsultantem AIPAC i byłym pracownikiem biura premiera Izraela. Grupa przypisuje sobie zasługi za kluczowe proizraelskie decyzje w zakresie polityki zagranicznej, w tym skłonienie Niemiec do zatwierdzenia umowy o wartości 3,5 miliarda dolarów na zakup izraelskich dronów i rakiet – największej w historii Izraela. Źródło.
Niemiecka racja stanu w 2026 roku: huczne przyjęcia z szampanem z udziałem sieci lobbingowej Elnet, zajmującej się sprawami Izraela. Huczne imprezy po zamordowaniu ponad 20 tysięcy dzieci i co najmniej 60 tysięcy cywilów, w obliczu przemocy o charakterze ludobójczym, apartheidu, zbrodni wojennych, codziennej przemocy ze strony osadników, powszechnego zniszczenia i wysiedleń. Źródło.
„W miarę jak coraz więcej amerykańskich polityków odmawia przyjmowania funduszy od grup podżegających do wojny, takich jak AIPAC, wydaje się, że amerykańscy darczyńcy coraz częściej przekazują darowizny za granicę, próbując pozyskać poparcie dla izraelskiej armii w całej Europie” – powiedziała Beth Miller, dyrektorka ds. politycznych organizacji Jewish Voice for Peace Action. „To wstyd, że tak wiele osób tutaj, w Stanach Zjednoczonych, odgrywa kluczową rolę w trwającym apartheidzie i ludobójstwie wobec Palestyńczyków”. Źródło.
Prezydent Izraela Isaac Herzog na konferencji bezpieczeństwa w Monachium w 2015 r. – źródło: Wikimedia.
Jak podaje Le Monde: według sondaży z sierpnia 2025 r. 80 procent Niemców opowiada się za zaprzestaniem dostaw broni do Izraela. Ponadto 62 procent uważa, że Niemcy powinny wywierać większą presję polityczną na Izrael.10 Jednak europejscy politycy, w tym przedstawiciele Partii Zielonych i Lewicy, nadal uczestniczą w wydarzeniach organizowanych przez Elnet i podróżują z tą organizacją po Izraelu.
Dzięki wojnie z Iranem podróże lobbyingowe do Izraela ustały. Nie wstrzymało to jednak przepływu gotówki – korupcji polityków. W wielu przypadkach pieniądz ma olbrzymią moc przekonywania i pacyfikacji takich uczuć jak współczucie wobec ofiar ludobójstwa. Tak wygląda moralność większości polityków, na których tak chętnie oddajemy nasze głosy.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Nadmierne rozszerzenie imperialne prowadzi do porażki wojny USA z Iranem
Komentarz Rainera Ruppa
Wstępna ocena brutalnej, niesprowokowanej i nielegalnej wojny agresji USA-Izraela przeciwko Iranowi maluje obraz upadającego imperium i chwiejnego porządku świata. Dotychczasowej porażki wojny nie można mierzyć liczbą zdobytych terytoriów, lecz raczej zachwianymi geostrategicznymi „pewnikami”, na których zbudowano hegemoniczny porządek świata USA – pewnikami, które zostały zachwiane do głębi przez stanowczy i skuteczny opór Iranu.
Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny z pozycji dominacji globalnej, którą utrzymywały przez dziesięciolecia, opierając się zarówno na projekcji siły militarnej, jak i na dźwigni ekonomicznej i finansowej. Po rozpadzie Związku Radzieckiego Stany Zjednoczone broniły swoich interesów na całym świecie poprzez sankcje, wstrząsy polityczne i „kolorowe rewolucje”, ograniczone interwencje wojskowe oraz przedłużające się wojny. Ta epoka ukształtowała polityczne i strategiczne przywództwo, które przyzwyczaiło się do praktycznie niekwestionowanej amerykańskiej supremacji.
Wojna z Iranem ujawniła jednak coraz większą przepaść między hegemonicznymi ambicjami Waszyngtonu a jego rzeczywistym potencjałem militarnym, przemysłowym i społecznym. Między innymi, brakuje mu kluczowych zasobów (takich jak pierwiastki ziem rzadkich), a także wystarczającego potencjału przemysłowego i wojskowo-technologicznego, aby utrzymać wojnę trwającą dłużej niż kilka tygodni. Jednocześnie nowe, stosunkowo niedrogie systemy uzbrojenia zmieniły obraz współczesnej wojny. W szczególności drony i precyzyjne pociski przeciwokrętowe dalekiego zasięgu umożliwiają państwom słabszym ekonomicznie, ale odpornym społecznie, skuteczniejsze przeciwdziałanie tradycyjnej przewadze militarnej Zachodu.
Rozwój ten jest szczególnie widoczny w przypadku amerykańskich grup uderzeniowych lotniskowców. Przez długi czas stanowiły one centralny filar globalnej projekcji siły militarnej Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie instrument politycznego szantażu poprzez tworzenie atmosfery zagrożenia. Jednak pojawienie się tanich, celnych i coraz bardziej dalekiego zasięgu pocisków przeciwokrętowych, a także pocisków o wysokiej mobilności, jasno pokazało, że era lotniskowców dobiega końca.
Rosyjski minister obrony przewidział ten rozwój sytuacji już dziesięć lat temu, mówiąc: „Nie potrzebujemy lotniskowców, potrzebujemy taniego i niezawodnego środka do ich zatapiania”. Rosja i Chiny osiągnęły ten cel kilka lat temu, ale teraz regionalne mocarstwo, Iran, również odniosło sukces. Wycofanie, a raczej przegrupowanie, amerykańskich sił morskich z Zatoki Perskiej można zatem postrzegać jako dowód na strategiczną porażkę amerykańskich sił morskich.
Iran przetrwał amerykański atak, nie tracąc swojej suwerenności państwowej, a irański program nuklearny pozostał nienaruszony.
Sytuacja wokół Cieśniny Ormuz również odzwierciedla tę zmianę w układzie sił. Dowodzą tego wydarzenia ostatnich dni.
Zgodnie z instrukcjami i „gwarancjami ochrony” Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM), kilka tankowców i statków towarowych było przygotowanych do zignorowania ostrzeżeń Iranu i przepłynięcia Cieśniny Ormuz od strony Omanu. Zostały one zatrzymane przez irańskie pociski, mimo że CENTCOM groził wcześniej Iranowi ogniem i siarką, jeśli spróbuje zatrzymać statki. Jednak wcześniej zapowiadany odwet CENTCOM i późniejsze masowe ataki USA na Iran, zapowiadane przez Trumpa, wciąż nie zostały zrealizowane. Zamiast tego, reżim Trumpa grozi Iranowi wojną gospodarczą i finansową, grożąc mu Armagedonem.
Doniesienia o pustych amerykańskich arsenałach pocisków i innej broni dalekiego zasięgu, które trafiły nawet do amerykańskich mediów, takich jak „New York Times”, są ewidentnie prawdziwe. To kolejny dowód na to, że nie tylko amerykańska marynarka wojenna straciła kluczową część swojego tradycyjnego potencjału ofensywnego, ale także siły powietrzne USA, z jednej strony z powodu braku broni dalekiego zasięgu, a z drugiej strony, z powodu możliwości irańskiej obrony powietrznej, która do tej pory zestrzeliła lub zniszczyła około 40 niezwykle kosztownych amerykańskich samolotów.
Nadmierna ekspansja militarna imperium USA jest związana ze strukturalnymi problemami amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Zapasy kluczowych systemów uzbrojenia zostały poważnie uszczuplone, a nawet ochrona własnych baz, nie mówiąc już o bazach państw sojuszniczych w zasięgu irańskich pocisków, stała się praktycznie niemożliwa. Kiedy plany amerykańskich sił powietrznych dotyczące wykorzystania baz na Cyprze i w Rumunii do ataków na Iran ujrzały światło dzienne, irański minister spraw zagranicznych ostrzegł oba kraje, że w ten sposób staną się one uprawnionymi celami dla irańskich pocisków.
Ogólnie rzecz biorąc, imperialny zasięg armii USA nie ma już wystarczającego poparcia militarno-przemysłowego. Utrudnia to utrzymanie strategii opartej na globalnej obecności militarnej i zdolności do jednoczesnego odstraszania wielu przeciwników.
Bunt na pokładzie USS Abraham Lincoln, w którym, jak donoszą ostatnie doniesienia, zginęło siedmiu marynarzy, można postrzegać jako szczególnie drastyczny symbol tego kryzysu. Wydarzenia na pokładzie Lincolna i reakcja Waszyngtonu na nie wskazują na rozbitą strukturę dowodzenia, ucieleśnienie strategii, której nadmierne rozbudowanie ostatecznie pochłonęło własne struktury wojskowe. W połączeniu z opisanymi powyżej zmianami technologicznymi, obraz ten przedstawia potęgę morską USA, której najdroższe i najbardziej widoczne instrumenty wydają się coraz bardziej bezbronne wobec asymetrycznej wojny Iranu.
Kryzys nie ogranicza się jednak do sfery militarnej. Ekonomiczne podstawy amerykańskiej potęgi również ulegają erozji, zwłaszcza w odniesieniu do…
o wysokim zadłużeniu rządu USA (40 bilionów dolarów i 120% PKB USA)
o coraz bardziej niestabilnej pozycji dolara amerykańskiego jako światowej waluty rezerwowej i
o erozji tych środków finansowych, których Waszyngton używał od dziesięcioleci w połączeniu ze swoją przewagą militarną, takich jak obligacje skarbowe USA.
W tym kontekście amerykańska polityka „maksymalnej presji” na Iran nie osiągnęła swojego celu. Zamiast izolować Iran, środki te wzmocniły „oś oporu”, czyli regionalną opozycję wobec Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie przyspieszyły rozwój alternatywnej architektury finansowej BRICS na arenie międzynarodowej , przyspieszając tym samym spadek dominacji dolara.
W tym kontekście Iran jawi się nie tylko jako państwo, które przetrwało atak, ale jako podmiot, którego możliwości międzynarodowe znacznie się poszerzyły. Teheran kontynuuje integrację z nowym bankiem rozwoju BRICS, pogłębiając globalne stosunki dyplomatyczne i współpracując z Moskwą w zakresie struktur cyberobrony. Pożądana bliższa integracja ze strukturami BRICS jest postrzegana jako element szerszej zmiany porządku międzynarodowego, w którym znaczenie zyskują alternatywne sieci polityczne i finansowe.
Równolegle do tych zmian w polityce zagranicznej, istotną rolę odgrywa również wewnętrzny kryzys polityczny i społeczny w Stanach Zjednoczonych. Według sondaży, dwie trzecie amerykańskiej opinii publicznej sprzeciwia się obecnie wojnie z Iranem. Jednak ten sprzeciw społeczny ma jedynie ograniczony wpływ na decyzje amerykańskiego kierownictwa politycznego, które znajduje się w kieszeniach globalistycznej arystokracji. Podczas gdy elity polityczne nadal trzymają się hegemonicznych celów globalistów, polityka ta staje się coraz bardziej sprzeczna z zasobami, którymi faktycznie dysponują Stany Zjednoczone.
Oprócz kryzysów strategicznych, gospodarczych i politycznych, narasta kryzys moralny, który nie tylko dzieli społeczeństwo amerykańskie, ale także podważa fundamenty wartości i tożsamości w całym świecie zachodnim. Ugodowe reakcje na ludobójstwo syjonistów w Strefie Gazy boleśnie uświadomiły światu te podwójne standardy zachodnich elit. Na Globalnym Południu zachodnie napomnienia o przestrzeganiu praw człowieka będą odtąd postrzegane jedynie jako przewrotny żart. To jeszcze bardziej pogłębi utratę władzy militarnej, politycznej i gospodarczej przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników z NATO, a także globalną utratę wiarygodności moralnej.
Wniosek
Wojna z Iranem nie powinna być postrzegana jako odosobniony epizod militarny, lecz raczej jako przejaw szerszego procesu nadmiernego rozrostu imperialnego przez amerykańskiego hegemona. Tradycyjne instrumenty amerykańskiej potęgi – grupy uderzeniowe lotniskowców, sankcje, dominacja finansowa i zdolność do politycznego dyscyplinowania sojuszników – zostały znacząco osłabione lub całkowicie straciły swoją skuteczność. Jednocześnie zmiany militarno-technologiczne obniżyły koszty wejścia asymetrycznej obrony przed amerykańskim tyranem i jego sojusznikami z NATO, zapewniając tym samym państwom Globalnego Południa dodatkowe środki do przeciwstawiania się zachodnim naciskom militarnym.
Kluczową ironią ostatnich wydarzeń na świecie jest to, że materialne podstawy utrzymania tzw. „porządku opartego na zasadach” w Stanach Zjednoczonych zostały już nadszarpnięte i nigdy nie powrócą. Podczas gdy Waszyngton kurczowo trzyma się instrumentów minionej ery jednobiegunowej dominacji, ogromne koszty tej strategii stały się widoczne w postaci uszczuplonych zasobów wojskowych, napięć społecznych, osłabienia gospodarczego i międzynarodowej alienacji. Iran natomiast nie tylko zachował swoją suwerenność państwową, ale wyszedł z tego kryzysu wzmocniony pod każdym względem. Udoskonalił swoje rakiety, rozszerzył globalne stosunki dyplomatyczne i przyspieszył zbliżenie z grupami BRICS.
Pod tym względem wojna USA i Izraela z Iranem to nie tylko nieudana kampania, ale także symptom końca ery, w której Waszyngton mógł niemal bez trudu łączyć przewagę militarną, gospodarczą i polityczną.
W nadchodzącej nowej erze Globalne Południe ma teraz szansę – coraz bardziej nieskrępowaną przez USA i Zachód – wspólnie z Chinami i Rosją zbudować nowy porządek świata bez hegemona.
Wielu wciąż postrzega go w zniekształcony sposób – jako człowieka w służbie proletariatu, tj. tego, który stworzył filozofię stanowiącą w owej zbiorowej wyobraźni swego rodzaju tarczę chroniącą robotnika, ubogiego czy tzw. wykluczonego. Niektórzy naprawdę uważają, że komunizm Karola Marksa był właśnie tym wszystkim, mimo że w żadnym momencie swojego istnienia, filozofia ta nigdy, nawet przez chwilę, nie działała na rzecz poprawy losu klas niższych, wyzyskiwanych i oszukiwanych przez ideę, która zaledwie doszła do władzy, zaczęła prześladować właśnie tych najsłabszych.
Marx nie urodził się bowiem po to, by wyzwolić robotnika wyzyskiwanego przez kapitalizm – ideologię, która po rewolucji francuskiej z 1789 roku faktycznie przejęła władzę nad europejskimi monarchiami, które stały się hierarchicznie podporządkowane władzy kapitału i banków, stanowiących prawdziwą siłę rządzącą od początku epoki nowożytnej.
Historia Karola Marksa jest interesująca już od samego początku, ale milczy się o niej, ponieważ poważna i dogłębna analiza bezlitośnie obala wszystkie fałszywe mity, które zbudowano wokół tej postaci. Marks urodził się w 1818 roku w Trewirze, niemieckiej miejscowości, w rodzinie żydowskich rabinów.
W rodzinie młodego Karla, rabinaty miały ogromne znaczenie. Jego dziadkowie ze strony ojca i matki byli rabinami, ponieważ zarówno rodzina Pressburgów, jak i Mordechajów należała bez wątpienia do najstarszych i najbardziej wpływowych dynastii rabinackich w świecie żydowskim. Środowisko, w którym dorastał młody Mordechaj, było zatem od samego początku przesiąknięte zasadami religii żydowskiej, z której Marks, decydując się na przyjęcie tego nazwiska, czerpał bardzo wiele.
Korzenie idei komunizmu
Komunizm, a właściwie socjalizm, według wielu rabinów jest w rzeczywistości niczym innym jak maską samego judaizmu.
„Judaizm to komunizm, internacjonalizm, powszechne braterstwo ludzkości, emancypacja klasy robotniczej i społeczeństwa ludzkiego. To właśnie za pomocą tychże duchowych broni Żydzi podbiją świat i ludzkość”.
W judaizmie silnie wybrzmiewają słowa i pojęcia, które w epoce oświecenia staną się filarami masonerii, przede wszystkim idea powszechnego braterstwa, a także zasada „emancypacji klasy robotniczej”, która stanie się filarem filozofii marksistowskiej, choć w rzeczywistości nie jest ona właściwie marksistowska.
W rzeczywistości, idee Marksa nie są jego własnym dziełem, co dobrze widać w innym fragmencie dzieła Watona, gdzie dokładnie wyjaśniono filozofię leżącą u podstaw współczesnego judaizmu.
„Żydzi z zadowoleniem przyjmują tę rewolucję w świecie chrześcijańskim i powinni dawać przykład. Nie jest przypadkiem, że judaizm dał początek marksizmowi, ani że Żydzi chętnie go przyjęli; wszystko to było w doskonałej zgodzie z rozwojem judaizmu i Żydów. Żydzi powinni zrozumieć, że Jahwe nie mieszka już w niebie, ale mieszka w nas tutaj, na ziemi; nie powinniśmy już postrzegać Jahwe jako istotę wyższą i znajdującą się poza nami, ale powinniśmy widzieć Go właśnie w nas samych”.
Amerykański rabin w praktyce po prostu wyjaśnił zasadę materializmu historycznego.
FOTO: Rabin Harry Waton
Podsumowując, Marksowi można by zarzucić plagiat, a mianowicie to, że zaczerpnął zasady filozoficzne i religijne z religii, którą – przynajmniej formalnie – odrzucał, aby włączyć je do struktury filozofii politycznej, która w ogromnym stopniu czerpała z talmudyzmu.
Marks twierdził, że szczęścia i zbawienia nie należy szukać w Niebie, lecz tutaj, na Ziemi, ponieważ idea życia pozaziemskiego była w jego oczach kłamstwem, środkiem znieczulającym służącym do otępiania mas lub, jak to ujął, opium dla ludu.
W rzeczywistości, „założyciel” komunizmu sam nie wymyślił absolutnie niczego. Czerpał po prostu ze współczesnej religii żydowskiej, która z niechęcią odnosi się do idei istnienia zbawienia w zaświatach.
Z odrzucenia życia pozagrobowego rodzi się dążenie do dominacji, poszukiwanie światowego przywódcy politycznego, który dysponowałby bezwzględną władzą i pozwoliłby judaizmowi ugruntować swoją pozycję w każdym zakątku planety – dokładnie tak, jak widać to obecnie w gorączkowym oczekiwaniu na mesjasza ze strony partii Likud Netanjahu.
Marx przejął zatem idee religii przekazywanej przez wiele stuleci w jego rodzinie, maskując je pozorem komunizmu, w ramach którego ostatecznie, robotnicy i pracownicy żyją w warunkach nędzy równych lub gorszych od tych, jakie oferuje kapitalizm.
Ukryty rodowód Karola Marksa
„Ojciec” manifestu partii komunistycznej miał jednak interes w popychaniu mas w kierunku tej moralnej i ekonomicznej nędzy, ponieważ jego historia nie jest taka, jak wielu sądzi.
W drzewie genealogicznym jego rodziny można znaleźć cenne informacje, które były nieznane jego współczesnym i które, gdyby zostały ujawnione od razu, prawdopodobnie otworzyłyby oczy wielu robotnikom poszukującym prawdziwego wyzwolenia społecznego.
Jeśli przyjrzymy się bowiem pradziadkom i prapradziadkom Marksa, natrafimy na bardzo interesujące nazwisko – Barent Cohen, przedstawiciel niezwykle zamożnej rodziny żydowskiej z Amsterdamu, jednego z najbardziej strategicznych ośrodków handlowych i finansowych dla finansów aszkenazyjskich.
Po „prawej stronie”, że tak powiem, rodziny Barenta Cohena spotykamy całą serię wpływowych postaci, ale najważniejszym nazwiskiem jest bez wątpienia Nathan Mayer Rothschild, syn Mayera Amschela, założyciela słynnej rodziny bankierów z Frankfurtu.
Nathan ożenił się bowiem z wnuczką Barenta Cohena, a z tego związku urodził się Lionel Baron de Rothschild, który poślubił swoją kuzynkę Charlotte Baronin von Rothschild.
Z małżeństwa Lionela i Charlotte w 1840 roku urodził się Nathan Mayer, który z kolei postanowił poślubić swoją kuzynkę, Emmę Louise von Rothschild, ponieważ frankfurcka rodzina bankierów tak bardzo dbała o swoje tajemnice i „czystość” genetyczną, że często preferowała zawieranie małżeństw między krewnymi, aby mieć pewność, że ich ogromny majątek nie opuści murów rodzinnego domu.
Nathan i Emma mieli syna, Lionela Waltera Rothschilda, który odziedziczył tytuł 2. barona Rothschilda – stanowisko to automatycznie uprawniało go do zasiadania w brytyjskiej Izbie Lordów.
Już w tamtych czasach, w pierwszej połowie XIX wieku, Rotszyldowie byli niekwestionowanymi władcami polityki europejskiej, prawdziwymi twórcami karier politycznych ówczesnych liberałów, którzy swoją nagłą fortunę zawdzięczali przystąpieniu do różnych lóż masońskich, z których byli oni wybierani za każdym razem przez najbogatszych bankierów świata, budujących w ten sposób klasę rządzącą będącą do ich usług.
Podczas gdy Lionel prawomocnie wchodził do brytyjskiej Izby Lordów, jego kuzyn w tych samych latach pisał Manifest Komunistyczny.
FOTO: Lionel Walter Rothschild
Nie, to nie jest pomyłka. Karl Marx był rzeczywiście spokrewniony z Lionelem i jego ojcem ze względu na wspólne pochodzenie ich rodzin.
W samym sercu Europy, w samym środku rzekomej walki między kapitalizmem a komunizmem, funkcjonowało więc znamienne, dość kłopotliwe pokrewieństwo między dwoma najsłynniejszymi przedstawicielami przeciwnych obozów.
Marx i Rothschildowie w Londynie
W niezwykle interesującym filmie dokumentalnym zrealizowanym przez Nacionalistas Hispanos, szczegółowo opowiedziano o tymże pokrewieństwie, o którym komunista Karl nigdy nie wspominał swoim zwolennikom, a już na pewno nie robotnikom, którzy byli uciskani właśnie przez tę rodzinę bankierów, z którą „twórca” doktryny materializmu historycznego był spokrewniony.
„Przypadek” sprawił, że obaj znaleźli się w tym samym miejscu w tym samym czasie, a mianowicie po tym, jak Marks został wydalony z Belgii za swoją działalność wywrotową; udał się on do miejsca, od którego teoretycznie powinien trzymać się z daleka – do Londynu, uprzywilejowanej siedziby kapitału i finansów Rotszyldów, którzy w tamtym czasie trzymali w swoich rękach losy korony i całej Europy.
Liberalni historycy mogliby, zgodnie ze swoim zwyczajem, szybko zbyć całą sprawę jako wynik łańcucha mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, ale istnieją niezbite dowody wskazujące, że Lionel finansował Karola Marksa.
W udokumentowanym artykule byłego podpułkownika armii argentyńskiej, Santiago Roque Alonso, szczegółowo analizuje się przemilczane powiązania między ojcem komunizmu a potężnym bankierem pochodzenia żydowskiego. studylib.es/carlos-marx-y-los-del-banquero-internacional-…?
Amerykański badacz William Josiah Sutton pisze w swojej pracy z 1983 roku zatytułowanej „Illuminati 666”, że to właśnie Lionel Rothschild podpisał czeki na rzecz Marksa, które – o ile nie zostały oczywiście usunięte – znajdowały się w zbiorach British Museum. Tę samą informację przytacza inny badacz, Paul Koch, który w swojej książce „Illuminati” podaje, że Lionel wystawił co najmniej dwa czeki na rzecz Ligi Sprawiedliwych, która w 1847 roku przekształciła się w Ligę Komunistów, z inicjatywy samego Marksa i jego nieodłącznego towarzysza, Fryderyka Engelsa. Koch zgadza się z Suttonem co do tego, że dowody owego finansowania są przechowywane w British Museum.
Lionel Rothschild postanowił przekazać hojne sumy organizacji o wyraźnie komunistycznym charakterze, aby wynagrodzić wykonaną pracę, a przede wszystkim twórczość Karola Marksa, która miała fundamentalne znaczenie dla rozpowszechnienia myśli komunistycznej.
Obaj znali się zatem i wytrwale pracowali nad tym, by poprowadzić Europę i cały świat w kierunku przepaści – społeczeństwa zsekularyzowanego, odchodzącego od chrześcijaństwa i nieuchronnie pozbawionego swoich korzeni.
Marks bez wątpienia działał jako agent Rothschildów.
Jego komunizm w żadnym momencie nie stanowił zagrożenia dla dominacji wielkiej finansjery, nawet gdy kilka lat później jego bezpośredni polityczni spadkobiercy, bolszewicy – w przeważającej większości pochodzenia aszkenazyjskiego – doszli do władzy w Rosji i zmasakrowali cara Mikołaja II, jego rodzinę oraz miliony chrześcijan.
Proletariat nigdy nie został wyzwolony, lecz raczej zmasakrowany.
Obalono rosyjską monarchię, zlikwidowano jej arystokrację, a na jej miejsce do władzy doszła burżuazja żydowskich intelektualistów, finansowana – co nie jest przypadkiem – właśnie przez ten kapitał z Wall Street, który teoretycznie powinien był wszelkimi sposobami przeciwstawiać się komunizmowi, a który w rzeczywistości go popierał i finansował.
Bez kapitału bankierów takich jak Rothschildowie komunizm z trudem stałby się dominującą ideologią, jaką stał się na przełomie XIX i XX wieku, i która została wykorzystana jako potężne narzędzie przeciwko wrogom „wielkiego” kapitału, przede wszystkim Rosji, znienawidzonej zarówno przez świat wielkich finansów, jak i przez samego Marksa.
Podejrzenia wobec Marksa zaczęły narastać nawet w kręgach komunistycznych po drugiej połowie XIX wieku.
Niektórzy “towarzysze podróży” kuzyna Lionela dostrzegli niezwykłą zbieżność między celami kapitalizmu a celami komunizmu.
Wśród nich był Michaił Bakunin, rewolucjonista pochodzenia rosyjskiego, który brał już udział w Pierwszej Międzynarodówce – kongresie komunistów z całej Europy, na którym obecna była również ogromna liczba masonów, w tym sam Marks wraz z Giuseppe Mazzinim, Benoit’em Malonem, Paulem Robinem, Victorem Le Lubezem, Charlesem Longuetem i Ettore Ferrarim, którzy – według historyka Borisa I. Nicolaevskiego – należeli do loży masońskiej Filadelfi.
FOTO: Michaił Bakunin
Bakunin żywił równie głęboką nienawiść do chrześcijaństwa i być może jego rozważania wynikały bardziej z „zazdrości”, że nie został wybrany na przywódcę rewolucji komunistycznej, ale jego uwagi na temat Marksa, wygłoszone w grudniu 1871 roku, są z pewnością interesujące.
Bakunin po prostu postrzegał Rothschilda jako swego rodzaju wtyczkę kapitału i oto, jak wypowiadał się na ten temat:
„Cóż, cały ten świat żydowski, który tworzy jedną wyzyskującą sektę, swego rodzaju pijawkę wsysającą krew ludu, niczym zbiorowy, żarłoczny i zorganizowany pasożyt, działający nie tylko ponad granicami państwowymi, ale także ponad wszelkimi różnicami poglądów politycznych – ten świat jest obecnie, przynajmniej w dużej mierze, do dyspozycji z jednej strony Marksa, a z drugiej strony Rotszyldów. Wiem, że Rotszyldowie, choć są i muszą być reakcjonistami, bardzo doceniają zasługi komunisty Marksa, a z kolei komunista Marks jest nieuchronnie przyciągany – instynktowną siłą i pełnym szacunku podziwem – ku finansowemu geniuszowi Rotszyldów. Żydowska solidarność, ta silna solidarność, która przetrwała na przestrzeni dziejów, łączy ich.
„To musi wydawać się dziwne. Co w ogóle mogłoby łączyć socjalizm i wielkie banki?” Socjalizm autorytarny lub komunizm Marksa dąży do silnej centralizacji państwa, a tam, gdzie istnieje centralizacja państwa, musi koniecznie istnieć państwowy bank centralny, a tam, gdzie istnieje taki bank, Żydzi zawsze będą mieli pewność, że nie umrą z zimna ani z głodu”.
Spostrzeżenia Bakunina nie odbiegały zbytnio od rzeczywistości, co można było stwierdzić zaraz po rewolucji bolszewickiej. W tym przypadku, żydowskie kręgi finansowe czerpały korzyści nie tyle z kontroli nad rosyjskim bankiem centralnym, co z innego banku – Ruskombanku, założonego z inicjatywy Lenina w 1922 roku. https://theserapeum.com/wp-content/uploads/2022/07/Sutton_Wall_Street_and_the_bolshevik_revolution-5.pdf
Ruskombank stanowił dla bolszewików bramę wejściową na rynki międzynarodowe. Mimo że obowiązywało formalne embargo na utrzymywanie stosunków gospodarczych i handlowych ze Związkiem Radzieckim, bankierzy z Wall Street, nowojorscy magnaci finansowi, zdołali zgromadzić ogromne zyski dzięki różnym koncesjom górniczym za pośrednictwem Ruskombanku, którego byli bezpośrednimi finansistami.
Komunizm był zatem największą inwestycją dokonaną przez takie postaci jak J.P. Morgan, Jacob Schiff i Paul Warburg, którzy po sfinansowaniu bolszewików ogromnymi sumami w 1917 roku odzyskiwali swoje środki wraz z odsetkami.
Bakunin nie był zatem daleki od prawdy.
Zbieżność tych dwóch światów nie była niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności historycznych, lecz wynikiem zimnego planowania ze strony wielkiej finansjery, która w ten sposób przejmowała kontrolę nad strategicznymi zasobami kraju bogatego w surowce, jakim jest Rosja, a jednocześnie posługiwała się sierpem i młotem do prześladowania chrześcijaństwa – prawdziwej zmory komunizmu i talmudyzmu.
Marx i Lionel de Rothschild byli zatem dwoma obliczami tej samej władzy. Władzy, która pragnie zdominować świat i zniewolić masy poprzez absolutną dominację kapitału.
Władzy, która od 200 lat zawsze dbała o stworzenie fałszywej opozycji, kontrolowanej antynomii, która jak najlepiej służyłaby jej celom.
Karl Marx był tym wszystkim. Był wysłannikiem tejże władzy i człowiekiem, który oszukał miliony robotników na całym świecie.
Stanisław Michalkiewicz; serwis „Prawy.pl” 22 sierpnia 2026 michalkiewicz
Wprawdzie do 1 kwietnia jeszcze daleko, ale mimo to prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump już 15 sierpnia ogłosił, że „wkrótce” cieśnina Ormuz stanie się częścią terytorium Stanów Zjednoczonych. Niektórzy obserwatorzy widzą w tym akt desperacji prezydenta Trumpa, który już nie wie, jak zakończyć, a właściwie – jak wyplątać Amerykę z wojny, w którą wkręcił ją bezcenny Izrael. Rzeczywiście – wiele wskazuje na to, że prezydent Trump nie został przez premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela nawet poinformowany o celach tej wojny.
Inna sprawa, że Beniamin Netanjahu wcześniej publicznie deklarował, iż „czuje się związany” ideą „wielkiego Izraela” – a więc Izraela rozciągającego się „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat” – zgodnie z obietnicą, jaką Stwórca Wszechświata miał złożyć pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi. Realizacja tej idei jest już całkiem zaawansowana; Izrael, przy pomocy Stanów Zjednoczonych, doprowadził już do politycznego obezwładnienia państw leżących na tym obszarze – tak, że jedynie złowrogi Iran staje okoniem. Z punktu widzenia bezcennego Izraela rozgromienie złowrogiego Iranu nabiera zatem pozorów racjonalności.
Gorzej to wygląda z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych – ale wiadomo przecież, że amerykańscy twardziele w podskokach wykonują wszystkie zachcianki, jakich zażądają od nich Żydowie, a nawet zgadują ich życzenia. Niech by któryś amerykański twardziel się zawahał, albo ociągał, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu włożył mu rękę pod spódniczkę i zanim by się wyjaśniło, że to nieprawda, to trzeba by pożegnać się nie tylko z karierą, ale i majątkiem, bezlitośnie wyszlamowanym za pośrednictwem tamtejszych nienawisłych sądów. Jeśli wiemy to nawet my, w których bantustanie przemysł molestowania jest dziś chyba najbardziej dynamicznie rozwijającą się dziedziną gospodarki, to cóż dopiero – amerykańscy twardziele – skoro ta gałąź przemysłu narodziła się właśnie w Ameryce?
No dobrze – ale jeśli nawet Izraelowi uda się zrealizować ideę „Wielkiego Izraela”, to co z tego będzie miała Ameryka? Wygląda na to, że same zgryzoty, bo skoro na obronę i utrzymanie „małego Izraela” USA muszą co roku nie tylko wydawać krocie, ale również antagonizować przeciwko sobie narody, które wcale nie musiałyby być zantagonizowane – to cóż dopiero, gdy mały Izrael rozrósłby się w Izrael Wielki? Obawiam się, ze zasoby całej Ameryki mogłyby nie wystarczyć do sfinansowania tego eksperymentu, zwłaszcza gdyby władze bezcennego Izraela kontynuowały na całym tym obszarze politykę, jaką uprawiają w Strefie Gazy, Libanie, czy Zachodnim Brzegu. Ludobójstwo bowiem sprawia, ze na podbitych terytoriach jest coraz mniej osób, a w konsekwencji może nie być nawet nikogo, komu można by pożyczać pieniądze na procent – co jest głównym zajęciem środowisk żydowskich – oczywiście poza gorzelnictwem i wyszynkiem alkoholu. Ale wódkę też trzeba komuś sprzedawać, żeby biznes sze kręczył – a komu – jeśli w następstwie ludobójstwa obszar Wielkiego Izraela się wyludni?
Zresztą nawet gdyby się nie wyludnił, to i tak byłby problem, bo muzułmanie picie wódki mają przecież od proroka Mahometa surowo zakazane. Może z wyjątkiem muzułmanów spolonizowanych. Jak pisze autor opowiadania „Łostaje”, kwestarz bernardyn zaproszony przez pana Amurata, szlachcica polskiego tatarskiego pochodzenia na obiad, spotkał się z propozycją wypicia przed obiadem wódeczki dla konkokcji. – „Wódeczka u was?” – zdumiał się ojciec bernardyn – ale pan Amurat mu wyjaśnił: „Mahomet zabronił nam wina, miłościwy księżulu – ale o wódeczce w Al Koranie cyt!” Ale u nas muzułmanów jak na lekarstwo, więc z punktu widzenia biznesowego to żaden interes.
Więc w sytuacji gdy bezcenny Izrael skutecznie wkręcił Amerykę w tę wojnę, a teraz się z niej wycofał, prezydent Trump nie widzi innego wyjścia, jak kombinować po swojemu. Wojna, w którą został wkręcony, doprowadziła nie tylko do zablokowania cieśniny Ormuz, ale złowrogi Iran zamierza rozciągnąć nad jej obszarem własną suwerenność. Wcześniej, jak pamiętamy, ogłosił zamiar pobierania opłat od każdego statku, który tamtędy przepływa – a zdesperowany prezydent Donald Trump ogłosił, że opłaty w wysokości 20 procent wartości ładunku będzie pobierał on. Widocznie jednak ktoś starszy i mądrzejszy mu to wyperswadował – ale co z tego, skoro tej nieszczęsnej wojnie końca nie widać? Skoro tedy złowrogi Iran odgraża się, że rozciągnie swoją suwerenność na obszar cieśniny Ormuz, to prezydent Trump pomyślał sobie, że równie dobrze on może rozciągnąć na obszar cieśniny Ormuz suwerenność amerykańską.
To świetny pomysł – problem tylko – jak to zrobić. Trzeba by w tym celu kontynuować wojnę ze złowrogim Iranem – ale tego właśnie prezydent Trump wolałby uniknąć tym bardziej, że otrzymał niedawno wiadomość od generała dowodzącego siłami amerykańskimi na Bliskim Wschodzie, że dotychczasowe obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami tak zredukowało ich zapasy, że wojska amerykańskie nie byłyby już w stanie zapewnić bezpieczeństwa bezcennemu Izraelowi, gdyby złowrogi Iran zaczął znowu obrzucać go swoimi ponaddźwiękowymi dzidami. To jest dla Ameryki bardzo poważna zastawka, z której prezydent Trump musi wyciągnąć wnioski, jeśli nie chce zostać przez amerykańskich Żydów przerobiony na marmoladę. W takiej sytuacji tonący nawet brzytwy się chwyta, więc nic dziwnego, że również prezydent Trump wykombinował sobie, że najprościej będzie przyłączyć cieśninę Ormuz do terytorium amerykańskiego.
Dlaczego jednak tylko cieśninę Ormuz? Na świecie jest przecież mnóstwo miejsc, które też można by przyłączyć do USA. Na przykład – nasz bantustan. Wprawdzie obywatel Tusk Donald na defiladzie w Gdyni mówił o niepodległości – ale kto wierzy obywatelu Tusku, ten sam sobie szkodzi. Zresztą nawet gdyby – to z tą niepodległością są same zgryzoty; trzeba jej bronić, niczym socjalizmu i w ogóle. Gdyby zatem nasz bantustan został przyłączony do Ameryki, to Amerykanie musieliby się martwić nie tylko, jakby nas, to znaczy – nie „nas”, tylko siebie – obronić, ale również nie dopuścić, by Żydowie realizowali z naszego terytorium roszczenia majątkowe dotyczące „własności bezdziedzicznej”.
Do terytorium amerykańskiego Żydowie żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, więc czy nie powinniśmy wyciągnąć z tego wniosków? Zamiast tedy proponować referendum w sprawie „Zielonego Wała”, które Senat, pod przewodnictwem posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zresztą odrzucił, czy nie lepiej byłoby, by pan prezydent Karol Nawrocki zaproponował referendum w sprawie przyłączenia do Stanów Zjednoczonych również naszego bantustanu? Jak przyłączać, to przyłączać – nieprawdaż?
PEPE ESCOBAR: „Maksymalna presja” Trumpa na Iran nie powiodła się – Pakistan utrzymuje otwarte szlaki, brakuje 400 kg uranu, Waszyngton stracił ostatnią szansę.
W wyjątkowym piątkowym programie specjalnym na kanale „Transition Protocol” dziennikarz śledczy Pepe Escobar i jego kolega, pan Z, analizują obecną sytuację geopolityczną wokół Pakistanu, Iranu i nieudanych prób mediacji w Islamabadzie. Wykorzystując informacje rzekomo pochodzące bezpośrednio z otoczenia generała Asima Munira i pakistańskiego wicepremiera, przedstawiają obraz rosnącej izolacji administracji Trumpa i umacniania się osi euroazjatyckiej między Chinami, Pakistanem i Iranem.
Pakistan między młotem a kowadłem – i jasna decyzja Chin i Iranu
Pakistan znajduje się w niezwykle niezręcznej sytuacji: rozdarty między żądaniami administracji Trumpa a strategicznymi interesami Chin i Iranu. Trump „dyplomatycznie zdegradował” Islamabad, ponieważ Pakistan odmówił zamknięcia lądowych szlaków tranzytowych do Iranu. Istnieje łącznie sześć takich szlaków, a także port Gwadar, które są kluczowe dla irańskiej gospodarki. Towary z Chin i innych krajów trafiały i nadal trafiają do Iranu tymi szlakami, utrzymując irańską gospodarkę w ruchu.
Według źródeł pana Z., które określa on jako „aktualne, godzinę temu”, oraz bezpośrednio z najbliższego otoczenia generała Asima Munira, pakistańskie kierownictwo – zarówno cywilne, jak i wojskowe – podjęło jasną decyzję: szlaki pozostaną otwarte. Pakistan nie ustąpi ani o krok. Stanowisko to potwierdzają zapewnienia ze strony Chin. Pekin zdecydowanie popiera Islamabad i Teheran. Co więcej, kierownictwo w Islamabadzie kalkuluje, że Waszyngton nie ma realnych alternatyw poza Pakistanem. Katar i Oman nie mają takiej samej siły strategicznej, a Iran jednoznacznie dał Trumpowi do zrozumienia, że Porozumienie o Porozumieniu (MOU) z Islamabadu pozostaje punktem wyjścia wszelkich negocjacji.
Pepe Escobar podkreśla, że Trump zniszczył w ten sposób jedyny działający kanał mediacji w ciągu ostatnich dwóch i pół do trzech miesięcy. Do niedawna Trump dzwonił niemal codziennie do swojego „ulubionego feldmarszałka” Asima Munira, błagając o rozwiązanie konfliktu. Teraz ten kanał zniknął – i nikt nie jest w stanie go zastąpić, ani Katar, Oman, Turcja, ani Egipt.
Iran może utrzymać się do listopada, co stawia Trumpa w trudnej sytuacji.
Irańskie źródła potwierdzają, że Teheran jest w stanie wytrzymać maksymalną presję ze strony USA do listopada. Strategia polega na zagłodzeniu administracji Trumpa i doprowadzeniu prezydenta – którego Escobar polemicznie nazywa „czteroletnim psychopatą” – do rozpaczy. Trump nie ma już żadnych możliwości wyjścia z tej sytuacji. Jedyną „strategią” pozostającą Waszyngtonowi jest totalna wojna gospodarcza i finansowa z Iranem, w przekonaniu, że może ona zamienić kraj w odizolowaną wyspę. Escobar uważa to za absurd geograficzny i historyczny: Iran leży na skrzyżowaniu Eurazji.
Lądowe korytarze między Iranem, Pakistanem i Chinami pozostają nienaruszone. Chińskie firmy eksportujące do Iranu już omijają dolara amerykańskiego i są instruowane przez Pekin, aby ignorować sankcje wtórne. Ponadto istnieje połączenie Caspian Express z Rosją, którego amerykańskie drony nie mogą skutecznie zakłócić bez ryzyka bezpośredniego konfliktu z oboma krajami. Chińsko-irańska linia kolejowa przez Turkmenistan i Azję Środkową jest projektem Inicjatywy Pasa i Szlaku – atak na nią byłby równoznaczny z atakiem na Chiny, co jest wysoce nieprawdopodobne przed potencjalną wizytą Xi Jinpinga w Waszyngtonie. Ponadto, dwustronne spotkania z Rosją, Chinami, Iranem, Kazachstanem i Uzbekistanem podczas zbliżającego się szczytu BRICS w Delhi (za nieco ponad trzy tygodnie) dodatkowo wzmocnią relacje handlowe.
Pytanie za 10 miliardów dolarów i chińska sieć bezpieczeństwa
Prawdziwym narzędziem nacisku, jakiego USA używają przeciwko Pakistanowi, jest około 10 miliardów dolarów, których Islamabad potrzebuje od MFW. Pepe Escobar ubolewa, że Pakistan nie jest ani członkiem BRICS, ani członkiem Nowego Banku Rozwoju – w przeciwnym razie kraj ten mógłby pozyskać pieniądze stamtąd, a nie z MFW. Pan Z. relacjonuje jednak niepublikowaną wcześniej decyzję: podczas rozmów między pakistańskim wicepremierem Ishaqiem Darem (byłym ministrem finansów) a chińskim ministrem spraw zagranicznych Wang Yi uzgodniono, że Chiny wesprą Pakistan w kryzysie. Jeśli sytuacja się nie zmieni, Islamabad odwróci się od MFW i całkowicie zda się na Chiny. Pakistan jest gotowy podjąć ten krok.
Handel ZEA przenosi się do Pakistanu – i próba kupienia irańskiego generała
ZEA oficjalnie wstrzymały handel z Iranem – krok korzystny dla Pakistanu. Podjęto już ustalenia, aby w przyszłości znaczna część tego handlu była kierowana przez Pakistan. Jednocześnie pan Z. donosi o kolejnej desperackiej próbie Waszyngtonu: prezydent Regionu Kurdystanu, Nechirvan Barzani, rzekomo zaoferował generałowi Wahidiemu (IRGC) wsparcie USA dla wojskowego zamachu stanu i wprowadzenia stanu wojennego w Iranie, uznając go za nowego przywódcę. Wahidi podobno zerwał rozmowy w oburzeniu i zakazał dalszych kontaktów. Źródła pana Z. – w tym biuro Asima Munira i irańskiego Najwyższego Przywódcy – są tego świadome. To dowodzi całkowitej desperacji Trumpa: przekupstwo, pochlebstwa, działania militarne, a teraz wojna ekonomiczna – nic nie działa.
Ryzyko terroryzmu w Beludżystanie i szersza eurazjatycka partia szachów
Escobar ostrzega przed typową amerykańską taktyką: nasilonymi działaniami terrorystycznymi koordynowanymi przez CIA, MI6 i Mossad w obu regionach Beludżystanu, zwłaszcza w części pakistańskiej. To, jak twierdzi, klasyczny amerykański modus operandi na Globalnym Południu. Niemniej jednak, strategiczna oś Pekin-Islamabad-Teheran pozostaje nienaruszalna. Oba kraje są kluczowymi partnerami Chin w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku; 25-letnia umowa z Iranem o wartości 400 miliardów dolarów oraz inwestycje w chińsko-pakistański Korytarz Gospodarczy w Gwadarze zostaną dodatkowo wzmocnione.
Brakujący uran i utracone okno
Szczególnie wybuchowe: Zachód – a tym samym Trump – nie ma absolutnie żadnego wglądu w to, gdzie podziało się około 400 kg wzbogaconego materiału (określanego w transkrypcji jako „400 kg reżimu inflacyjnego”, a w tytule filmu jako 440 kg zaginionych). Pakistan jest jedynym pozostałym kanałem, przez który Trump mógł uzyskać jakiekolwiek informacje z Teheranu. Iran nie da się zastraszyć groźbami taktycznej broni jądrowej. Irańskie władze są technicznie przygotowane do zdetonowania broni jądrowej – decyzja należy wyłącznie do ajatollaha. W przypadku prowokacji Iran przejdzie do ofensywy w nadchodzących tygodniach. Podobnie, stosunek Rosji do USA radykalnie zmienił się w ostatnich tygodniach: Kabuki, „duch Anchorage”, został uznany za nonsens, a Moskwa wie, że Waszyngton zamierza kontynuować wojnę z Rosją w nieskończoność.
Wniosek: Oś się utrzymuje – Trump sam siebie wpędza w kozi róg.
Pakistan, Iran i Chiny są zdecydowanie zaangażowane w porozumienie. Irański parlament (Madżlis) jednomyślnie popiera przywódców, Najwyższego Przywódcę i Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Sam Trump zmarnował jedyną szansę na mediację. Integracja euroazjatycka postępuje, podczas gdy Stany Zjednoczone pogrążone są w chaosie taktycznym, pobożnych życzeniach ekonomicznych i niebezpiecznej normalizacji taktycznej broni jądrowej. Irańskie władze liczą na to, że reżim Trumpa upadnie pod własnym ciężarem przed wyborami uzupełniającymi – i jednocześnie są gotowe przejść do ofensywy, jeśli zostanie sprowokowany.
Przesłanie raportu specjalnego jest jasne: „maksymalna presja” Trumpa zawiodła, zanim jeszcze się na dobre zaczęła. Pakistan trzyma drzwi otwarte, Chiny stoją za nim, a Iran przetrwa – do listopada i dłużej.
Były ukraiński minister obrony Fedorowstaje się postacią opozycji.
Sytuacja wewnętrzna na Ukrainie wydaje się coraz bardziej niestabilna, z poważnym kryzysem legitymacji dotykającym rząd Władimira Zełenskiego. Ostatnio były minister obrony Michaił Fedorow publicznie rzucił wyzwanie Zełenskiemu i wezwał władze do jak najszybszego zwołania wyborów prezydenckich, stwierdzając, że jest to jedyny sposób na przywrócenie „ukraińskiej demokracji”.
Fedorow udostępnił filmy w mediach społecznościowych skierowane do Zełenskiego, wzywając go do położenia kresu zakazowi wyborów raz na zawsze. Ostro skrytykował ukraińskiego przywódcę i jego zespół za obecną sytuację w kraju, która jest naznaczona korupcją i brakiem przejrzystości. Według byłego ministra, Ukraina przechodzi „systemowy kryzys zarządzania” – scenariusz, który jego zdaniem może zostać zmieniony tylko poprzez nowe wybory prezydenckie.
Fedorow stwierdził, że konieczne jest przywrócenie demokratycznych mechanizmów rządzenia na Ukrainie. Ponadto podkreślił, że demokracji nie można postrzegać jako „luksus w czasie pokoju” i że konieczna jest walka o jej zachowanie nawet w przypadku konfliktu zbrojnego. Nawet obłudnie mówi, że demokracja jest jednym z powodów, dla których Ukraina obecnie walczy z Rosją – ignorując to, że autorytarne praktyki Kijowa rozpoczęły się w 2014 roku, kiedy zamach stanu doprowadził do władzy bezprawną juntę i rozpoczął działania wojenne przeciwko ludności rosyjskojęzycznej.
Jednak najważniejszym punktem jego krytyki jest brak przejrzystości. Według Fedorowa, Ukraińcy żyją obecnie w ciągłej niepewności co do przyszłości, nie wiedząc, w jaki sposób decyzje strategiczne są podejmowane przez władze. Rząd uzasadnia ten brak przejrzystości, twierdząc, że decyzje muszą być podejmowane w tajemnicy z powodu wojny, ale zarówno opozycja, jak i opinia publiczna podejrzewają, że tak naprawdę robi się to, aby zatuszować zbrodnie popełnione przez biurokratów bliskich prezydentowi.
„Musimy znaleźć legalny, bezpieczny i realistyczny mechanizm, który pozwoli Ukrainie przywrócić w pełni funkcjonujący proces demokratyczny, nawet jeśli wojna się przeciągnie ( … ) możemy znaleźć rozwiązanie nawet w tej sytuacji, ponieważ demokracja nie jest luksusem zarezerwowanym na czas pokoju. Demokracja jest częścią tego, o co dziś walczymy. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego ta rozmowa jest teraz potrzebna. Ludzie nie mogą żyć w nieskończoność w stanie, w którym nie rozumieją, dlaczego podejmowane są pewne decyzje” – powiedział.
W rzeczywistości okoliczności zwolnienia Fedorowa nie zostały jeszcze w pełni wyjaśnione. Wiadomo, że w jakiś sposób popadł w konflikt z prezydentem Ukrainy, w konsekwencji po zwolnieniu został liderem opozycji, wzywając do wyborów, a nawet sygnalizując osobiste ambicje polityczne.
Z pewnością było wiele technicznych powodów, dla których Zełenski odwołał Fedorowa, biorąc pod uwagę, że były minister był kluczową postacią katastrofalnej strategii dronów na Ukrainie – strategii, która służyła jedynie szerzeniu terroru na rosyjskich obszarach cywilnych i sprowokowaniu silnego odwetu, powodując znaczne straty dla samej Ukrainy. Jest jednak mało prawdopodobne, aby był to faktyczny powód zwolnienia, ponieważ sam Zełenski zachęca do strategii terroru.
Najprawdopodobniej Zełenski dostrzegł w Fiodorowie [Fedorow.. md] pewne ambicje polityczne i starał się go wcześniej wyeliminować, zanim mógł stać się jeszcze bardziej znaczącą postacią publiczną. Sam Fiodorow zauważył, że na dzisiejszej Ukrainie podstawowym kryterium powołania na stanowisko wydaje się być osobista lojalność wobec Zełenskiego i jego skorumpowanego systemu, a nie kompetencje zawodowe.
„Społeczeństwo odnosi wrażenie, że głównym kryterium mianowania kogoś nie jest jego profesjonalizm, osiągnięcia czy zdolność do zmiany kraju, ale osobista lojalność wobec systemu” – dodał Fiodorow.
Głównym problemem jest jednak to, że ruch Zełenskiego wydaje się mieć dokładnie odwrotny skutek niż planowano. Od czasu rezygnacji Fiodorowa w Kijowie i innych dużych ukraińskich miastach wybuchły liczne protesty przeciwko Zełenskiemu i na znak poparcia byłego ministra. Wydaje się, że dymisja znacznie zwiększyła popularność Fiodorowa, co jest naturalne, biorąc pod uwagę, że naród ukraiński jest zmęczony wojną, niezadowolony z Zełenskiego, a zatem ma tendencję do poparcia każdej odpowiedniej postaci opozycji.
Co więcej, Zełenski wydaje się nie mieć zamiaru zmieniać swoich dyktatorskich postaw w świetle protestów. Wręcz przeciwnie, w niedawnym oświadczeniu w tej sprawie ubolewał nad brakiem jedności narodowej, ale dał jasno do zrozumienia, że nie chce pracować nad zmianą tej sytuacji. Wezwał ludzi do wyboru między byciem z rządem a opozycją, rzucając wyzwanie opinii publicznej groźnym tonem – sugerując, że wybór opozycji może mieć pewne konsekwencje.
„Bardzo chciałbym zobaczyć jedność. Strony tego nie znalazły. Problem leży nie tylko po bokach, ale także u mnie. Ale rzeczy są takie, jakie są. I w takiej sytuacji masz wybór: albo jedna, albo druga strona” – powiedział wtedy Zełenski.
Oczekuje się, że Żeleński jeszcze bardziej zintensyfikuje swoje autorytarne środki w najbliższej przyszłości. Osłabiony w kraju i stojący w obliczu malejącego wsparcia międzynarodowego, ukraiński przywódca nie ma innego wyjścia, jak poddać się woli ludu lub stać się jeszcze bardziej autorytarnym. Wiedząc, że nie ma politycznej przyszłości w przypadku wyborów, oczekuje się, że Zełenski wybierze ścieżkę dyktatury. Jednak w tym wyborze nie ma stabilnej przyszłości. W pewnym momencie niepopularność Zełenskiego stanie się tak wielka, że rządzenie stanie się niemożliwe. ⁃ Lucas Leiroz
Zapomniana książka, która ostrzegała świat przed tym, co ma nadejść…
Sto lat temu, w następstwie rewolucji rosyjskiej, były generał Arthur Czerep-Spiridovich opublikował książkę zatytułowaną:
„Tajny rząd światowy, czyli ukryta ręka.”
Pisząc z wygnania po rewolucji bolszewickiej, twierdził, że wydarzenia na świecie; rewolucje, wojny i powolne niszczenie cywilizacji chrześcijańskiej nie były spontaniczne, ale kierowane przez mały wewnętrzny krąg, który nazwał „ukrytą ręką”.
Według niego, ta sieć około 300 osób, kierowana przez Edouarda Rothschilda w Paryżu, rządziła narodami poprzez finanse, propagandę i rewolucję. Opisał ich jako „Judeo-Mongołów”, termin, który dziś uznalibyśmy za odnoszący się do chazarów podszywających się pod judaizm.
Spiridovich napisał:
„Prawie nikt nie wie, że wszystkie tak zwane siły satanistyczne są autokratycznie kierowane przez Pan-Judaizm, na czele którego stoi teraz Edouard Rothschild V w Paryżu … on i 300 innych tworzą rząd światowy, „ukrytą rękę”.
I gdzie indziej:
„Niepokoje na świecie są spowodowane żądzą morderstwa przez Judeo-Mongołów i ich zdecydowanym pragnieniem rozbicia Aryjczyków i obalenia wszystkiego, co chrześcijańskie.”
Dla Cherep-Spiridowicza wzór był jasny: Za każdą rewolucją, za prasą, bankami i nowymi ideologiami politycznymi stała ta sama inteligencja przewodnia, której celem było wymazanie chrześcijaństwa i zastąpienie go materialnym, napędzanym długiem, porządkiem światowym.
Widział, jak władza migruje od monarchów i rządów w kierunku wierzycieli, przemysłowców i niewidzialnych finansistów; klasa globalna, której lojalność nie spoczywała na narodach, ale polegała na ich własnej ciągłości. Opisał ich jako mistrzów trzech instrumentów:
* Finanse, ponieważ dług jest najsubtelniejszą formą rządów. * Rewolucja, ponieważ chaos resetuje społeczeństwa i wymazuje pamięć. * Informacje, ponieważ umysł publiczny jest prawdziwym polem bitwy.
Ostrzegł, że ta „ukryta ręka” użyje swoich narzędzi do rozbicia chrześcijańskiej cywilizacji i zastąpienia jej światem rządzonym przez materializm, dług i wieczny konflikt; system, w którym rządy będą służyć jako administratorzy głębszego programu.
Kiedy rozglądamy się dziś wokół zrównywania globalnych instytucji, korporacji i agencji wywiadowczych; na moralną inwersję mediów i edukacji; na wojny, które nigdy się nie kończą, i na to, kto trzyma struny władzy, czytanie jego słów jest szokujące. Ostrzegał nas przed wszystkim, co się wydarzyło.
Cherep-Spiridovich pisał w 1926 roku, ale opisywał architekturę naszych czasów.
Postulat aby sito nie gubiło diamentów towarzyszy nam od czasów realnego socjalizmu. Co roku jesteśmy świadkami podobnego spektaklu. Absolwenci podstawówek usiłują znaleźć miejsce w liceum. Zdesperowani rodzice krążą między szkołami usiłując wepchnąć dziecko najpierw do jakiejś szkoły o ustalonym prestiżu a potem do jakiejkolwiek szkoły średniej.
W tym roku sytuacja jest wyjątkowo trudna i wręcz podejrzana. Dla wielu dzieci zabrakło miejsca w jakimkolwiek liceum podczas gdy mamy obecnie podobno do czynienia z niżem demograficznym. Nic dziwnego, że wśród zdesperowanych rodziców i wśród dzieci krążą różne teorie spiskowe. Jedni twierdzą, że bezwzględne pierwszeństwo w przyjęciu do liceum mają dzieci ukraińskie. Bardzo w to wątpię, bo łatwo byłoby to sprawdzić śledząc listy przyjęć. Każda szkoła wyznacza liczbę punktów, które musi zdobyć dziecko aby w tej szkole znaleźć miejsce. Punkty są przyznawane za wyniki egzaminu ósmoklasisty, za oceny na świadectwie, za udział w konkursach oraz za wolontariaty.
Zamiast uczyć się do egzaminu dzieciaki walcząc o dodatkowe punkty wyprowadzają psy w schroniskach na spacer, startują w konkursach tańca i wycinanek łowickich. Walka o miejsce w liceum staje się rodzajem wolnej amerykanki w której dozwolone są wszystkie chwyty.
Czy faktycznie miejsce w liceum powinno być zagwarantowane wyłącznie dla dzieci z szóstkami na świadectwie? Wielu nauczycieli szkół podstawowych nie chcąc zamykać dzieciom drogi do liceum ofiarowuje im na pożegnanie piątki i szóstki nie koniecznie im należne. Potem okazuje się, że dziecko z szóstką z matematyki na świadectwie nie umie dodawać ułamków. Postulat „żeby sito nie gubiło diamentów” oznacza troskę aby system rekrutacji do szkół średnich i na wyższe uczelnie nie eliminował osób wybitnie utalentowanych na rzecz mniej utalentowanych lecz posiadających bardziej znaczące atuty.
Przede wszystkim protekcje i koneksje. Uczyłam w tych czasach w szkole średniej, która pomimo przyzwoitej kadry nauczycieli starej daty stała się typową szkołą czerwonej burżuazji. Mocno partyjny dyrektor szkoły miał zwyczaj przed rozpoczęciem rekrutacji mówić otwartym tekstem: „ jeżeli ktoś ma jakieś protekcje proszę to zgłaszać teraz żeby potem nie było pretensji”. Stanowczo zaprotestowałam, gdy na miejsce dziewczynki która świetnie zdała egzaminy wepchnął tępą i bezczelną córkę dyrektora znanych linii lotniczych. Przyjął niechętnie również tę pierwszą komentując ironicznie: „Nie wybierasz się czasem lotem czarterowym gdzieś na zachód?”. Gdybym nawet chciała nie mogłabym się wybrać, gdyż nagminnie nie dostawałam paszportu o czym zapewne doskonale wiedział.
W Szkole Teatralnej i w Akademii Sztuk Pięknych listy przyjętych były podobno ustalone na kilka lat naprzód. Oczywiście co roku przyjmowano kilku zdolnych prowincjuszy, bo ktoś musiał być mięsem armatnim tych prestiżowych uczelni. Absolwentki Akademii Sztuk Pięknych bez zaplecza w sferach elity, której herbem był sowiecki tank, uczyły potem plastyki w szkołach i przedszkolach. Tak było ale wcale nie minęło.
Świadczą o tym perypetie obecnych ósmoklasistów. Znam przypadek dziewczynki która z egzaminu z matematyki otrzymała 97%, z angielskiego 100% i została przyjęta do peryferyjnego liceum do którego dojazdy zajmą jej dwie godziny dziennie. Inne dzieci z jej szkoły nie dostały się nigdzie. Staranie o miejsce w liceum to strategia wymagająca nie tyle wiedzy i talentu lecz przede wszystkim cierpliwości i zapobiegliwości. Nie chcę rozwodzić się na temat metod pozaprawnych, ale pewien rodzić powiedział mi z całą otwartością: „Wolę zainwestować w miejsce w liceum publicznym niż płacić cztery lata za miejsce w liceum prywatnym o wiele gorszym od publicznego”. To dobry przykład zjawiska o którym Boy Żeleński pisał: „Oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi” Jak twierdzą dzieci i ich trzeźwo myślący rodzice dobra szkoła publiczna to taka, która nie uczy ale wymaga. Kiepska szkoła nie uczy i nie wymaga.
Optymalna strategia to dostać się do szkoły z dobrą renomą. W Warszawie będzie to Staszic, Batory czy Jeziorański. Natomiast uczyć się trzeba na korepetycjach w trakcie których nauczyciele prezentują talenty dydaktyczne jakich brakuje im często w miejscu pracy. Szkoły prywatne chcąc nie chcąc stały się przechowalnią dla dzieci, które nie znalazły miejsca w szkołach publicznych. Bardzo często są to dzieci z defektami intelektualnymi czy osobowościowymi. Poziom nauczania i wymagań jest na ogół z konieczności niższy niż w liceach publicznych. Zwolennicy prywatyzacji oświaty i służby zdrowia twierdzą, że droższa usługa to lepsza usługa i że po krótkim okresie fluktuacji zapanuje rynek usług oświatowych i medycznych honorujący prawa rynkowe a przede wszystkim prawo popytu i podaży. Stąd szumne hasła: „ pieniądz idzie za uczniem” czy ostatnio: „ pieniądz idzie za pacjentem”.
Nie potrafią zinterpretować zdumiewającego dla nich faktu, że na uczelniach prywatnych gorszych od publicznych ( a miały być lepsze) studiuje na ogół młodzież niezamożna ( a mieli studiować bogaci) z małych ośrodków, której nie stać na korepetycje, utrzymanie w wielkim mieście uniwersyteckim czy na łapówki. Okazało się, że nie uruchomił się mechanizm mający w założeniu dogmat „ droższe = lepsze”. Wręcz przeciwnie, plaga kiepskich prywatnych uczelni, których jedynym przeznaczeniem jest drukowanie dyplomów, wydała różne Collegium Tumanum obsługujące sfery polityczne i rządowe.
Podobnie utopijne jest hasło „ pieniądz idzie za pacjentem”. Dla lekarzy optymalna jest możliwość leczenia prywatnych pacjentów w publicznych placówkach bez ponoszenia kosztów utrzymania budynku, zakupu aparatury i odpowiedzialności związanej z własnością. Pacjentom też łatwiej jest zapłacić za kilka wizyt w prywatnej przychodni a potem korzystać z bezpłatnej opieki w szpitalu. Jak mówią ludzie wschodu: „Dopóki można coś załatwić dając bakczysz nie jest jeszcze źle, tragedia zaczyna się gdy nie ma komu dać łapówki albo nikt nie chce jej brać”.
Ta postać, niczym soczewka, skupia szyderstwo, jakie zafundowano Polsce. Na jego przykładzie widzimy, że żydowskie pochodzenie i wychowanie w kulcie komunizmu to szczególnie istotne atuty, by zaistnieć w kręgach „prawdziwych polskich patriotów”. Jest on wręcz emanacją bagna, w jakie wciągnięto naród polski.
Józef Orzeł – bo o nim mowa – to klasyczny przykład szarej eminencji. Nigdy nie był członkiem rządu, nie prezesuje żadnej partii politycznej, nie bryluje w mediach. Podejrzewam, że znaczna część moich Czytelników nie wie nawet o jego istnieniu. Najwyższy czas to zmienić, gdyż śmiem przypuszczać, że to właśnie on ma w Polsce więcej do gadania, niż politycy których wszyscy kojarzymy.
Urodził się 26 lutego 1946 roku w Charkowie, w Ukraińskiej SRR. W autobiografii „Orle gniazdo” (nie czytałam, zajrzałam do bryku) Józef Orzeł kreuje się na człowieka, który przeszedł niezwykłą drogę: z rodziny żydowsko-komunistycznej, przez doświadczenie PRL i Solidarności, odrzucenie komunizmu, zaangażowanie po prawej stronie sceny politycznej, relacje z Jarosławem Kaczyńskim, późne nawrócenie na katolicyzm.
Uważam, że jest to człowiek niebezpieczny. Nie będzie to jednak publikacja w gatunku tzw. dziennikarstwa śledczego, gdyż nigdy nie weszłam w układ z żadnym „smutnym panem”, który miałby zlecać mi pisanie artykułów i podsuwać dokumenty czy inne „dowody”, jak to ma miejsce w przypadku „dziennikarzy” uważających się za „śledczych”.
Swój artykuł oprę na dedukcji i własnej obserwacji, bo tak się składa, że kilka lat temu poznałam Józefa Orła osobiście. Nie liczcie jednak na ujawnienie jakichś chwytliwych sensacji z działu tajne przez poufne. To co odkryłam nie jest jakoś szczególnie zakryte, ale Polacy nie chcą tego widzieć, bo prawda jest bardzo nieprzyjemna.
DZIEL I RZĄDŹ!
Był 2010 rok, a ja byłam nieopierzoną dziennikarką, której jeszcze nikt nie kojarzył. Pewnego dnia znajomy dziennikarz, mający znacznie większe doświadczenie ode mnie, przyprowadził mnie do Klubu Ronina. W tamtym czasie można było tam wejść jedynie za sprawą osoby, która już tam bywała i mogła kogoś wprowadzić. Sprawiało to wrażenie jakiegoś tajemnego kręgu, dostępnego tylko dla wybranych.
Spotkania odbywały się wówczas w Bookhouse Cafe przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Przy drzwiach wejściowych czuwał sam Józef Orzeł – współzałożyciel Klubu Ronina obok Rafała Ziemkiewicza. Orzeł pełnił funkcję nie tylko gospodarza, ale także odhaczał przybyłych klubowiczów na liście obecności.
Przychodziły tam osoby o bardzo znanych nazwiskach, także z pierwszych stron gazet, a nawet szefowie tych gazet. Lokal był wypełniony po brzegi popularnymi facjatami. Byłam więc zaskoczona, że na ich tle Orzeł od razu mnie zapamiętał, czemu dawał wyraz, witając mnie po imieniu. Miałam wręcz poczucie, że bacznie, choć dyskretnie, mi się przyglądał, a może nawet robił rozeznanie.
Szybko zorientowałam się, że Józef Orzeł musi być kimś ważnym, skoro na jego spotkania przychodzą kluczowe postacie z kręgów post-solidarnościowych i nie tylko. Jego siła polega na sieci kontaktów, roli nieformalnego łącznika, prowadzeniu zakulisowych rozmów i dokonywaniu w ich ramach ustaleń.
Oficjalnie członkami Klubu Ronina nie mogą być czynni politycy, ale jako „goście specjalni” pojawiali się tam w najlepsze. Wielu ważnych ludzi przychodziło do tego miejsca jeszcze zanim objęli wysokie stanowiska. Spotykali się ministrowie, prezesi spółek, historycy, a także dziennikarze i publicyści stanowiący potężne zaplecze propagandowe dla ugrupowania Kaczyńskiego.
Naiwny jest ten, kto sądzi, że odbywały się tam jakieś sensowne rozmowy bystrzaków, którzy opracowali genialny plan, by odsunąć ówcześnie rządzącą ekipę Donalda Tuska od władzy. Przecież każdy kto logicznie myśli, doskonale wie, że środowiska Tuska i Kaczyńskiego niczym istotnym się od siebie nie różną, mają wspólny rodowód i posłusznie wypełniają rozkazy globalistów.
W Polsce władzę sprawuje ten sam byt ideologiczno-polityczny, podzielony pod publiczkę na poszczególne frakcje. Od czasu do czasu wymieniają się one większością parlamentarną, żeby dawać polskim wyborcom złudnie poczucie sprawczości i rzekomych zmian. W ten oto sposób tkwimy nieprzerwanie w tym samym syfie.
Pamiętam, że w tamtym czasie bywalcy posiedzeń Klubu Ronina często prymitywnie obgadywali ekipę Tuska, prezentując serię chamskich i szyderczych opinii na ich temat. Po co to robili, skoro wszyscy oni („PiS, PO – jedno zło!”) służą wspólnej sprawie i funkcjonują z nadania tych samych mocodawców?
Otóż wyglądało to jak wypracowywanie modelu, który miał pójść w Polskę. Chodziło o to, aby w oczach Polaków stworzyć iluzję alternatywy, czyli wybór między dwoma głównymi obozami politycznymi. Żeby nadać temu odpowiednią siłę, należało totalnie podzielić polskie społeczeństwo! Trzeba przyznać – wyszło im to doskonale.
KREOWANIE POCZUCIA WYŻSZOŚCI
Początkowo zaglądałam do Klubu Ronina dość regularnie, a nawet zaczęłam przyprowadzać tam swoich znajomych. Ktoś zapyta, po co w ogóle przychodziłam do takiego miejsca. Ano dla swoistej infiltracji, skoro nadarzyła się okazja.
Z czasem spotkania przybrały formułę otwartą, a nagrania z prowadzonych dyskusji zaczęły trafiać do Internetu, więc zniknęła otoczka „tajemniczości”. Wtedy przestałam tam chadzać. Bez żalu, bo absolutnie nigdy niczego mądrego od tych ludzi nie usłyszałam. Nie twierdzę jednak, że był to dla mnie czas stracony. Obserwując od środka to towarzystwo zrozumiałam coś konkretnego.
Spin doktorzy frakcji Prawa i Sprawiedliwości pogłębili karykaturowanie polskiego patriotyzmu i katolicyzmu, reprezentowanego przez wyborców tejże partii. Duchowni katoliccy wspierający publicznie PiS – a była i jest ich cała masa – udowodnili, że są koniunkturalistami i za nic mają nauczanie Chrystusa oraz chrześcijańskie wartości.
Bywalcy Klubu Ronina wkręcili sobie, że stanowią intelektualne zaplecze Polski. Wyglądało to tak, że na spotkaniach gadali jakieś farmazony, co spotykało się z aplauzem zebranych. Miałam wrażenie, że te znane osoby przychodziły tam po to, by inne znane osoby im przytakiwały, nawet jeśli powiedzą największą bzdurę. Czyli kółko wzajemnej adoracji, poprawiania sobie samopoczucia i łechtania ego.
Podobne zabiegi – w celu schlebiania kakistokracji – stosuje się, tworząc jakieś nagrody. Organizuje się przy tym uroczyste gale, podczas których statuetki trafiają do swoich. Odczytywana jest laudacja pełna pochwał dla laureatów, żeby budować miernotom legendę i przekonywać opinię publiczną, że oto mają do czynienia z kimś wspaniałym i wyjątkowym. Ludzie przeżarci pychą są niezwykle na to łasi.
Jeden z przykładów takiej nagrody to tytuł Człowieka Roku „Gazety Polskiej”. Na przestrzeni lat organizatorzy przyznawali to wyróżnienie czołowym postaciom PiS. Nagroda trafiła m.in. do Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, a także do Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA, oraz Tomasza Kaczmarka, znanego jako „Agent Tomek”.
Ten ostatni zasłynął z perfidnego uwodzenia i emocjonalnego manipulowania osobami rozpracowywanymi przez Centralne Biuro Antykorupcyjne (podległe wówczas pod rząd PiS) oraz prowokowania przestępstw i tworzenia fałszywych dowodów.
Przypominam, że środowisko tworzące PiS wykreowano na obrońców tradycyjnych i chrześcijańskich wartości, a miliony Polaków łyknęło ten bajer, co świadczy o fatalnej kondycji intelektualnej, moralnej i duchowej narodu polskiego. Ten tragiczny poziom polskiego społeczeństwa nie wziął się znikąd. Pracują nad tym takie postacie jak Józef Orzeł, dlatego na wstępie określiłam go jako człowieka niebezpiecznego.
Z PIEKŁA RODEM
Orzeł nie jest jedyny i nie był pierwszy. Społeczeństwo zamieszkujące polskie ziemie urabiane jest od setek lat. Przełomowy moment przypadł na połowę XVIII wieku, kiedy w Pierwszej Rzeczypospolitej działalność rozpoczął uważający się za mesjasza Jakub Frank i jego żydowska sekta.
Tysiące wyznawców – z Frankiem na czele – przyjęło katolicyzm, formalnie odrzuciło judaizm talmudyczny, traktując ten krok jako polityczną taktykę i kolejny etap wtajemniczenia w swojej sekcie.
Przyklasnęli temu ówczesny król August III Sas (który objął Franka państwową protekcją, dał mu list żelazny, a nawet został jego ojcem chrzestnym), polskie rody szlacheckie (które dzieliły się swoimi nazwiskami i herbami z nowo ochrzczonymi frankistami) oraz katolickie duchowieństwo, ochoczo udzielające chrztów.
Jak to możliwe, że z aplauzem przyjęli oni żydowskie przechrzty? Czy wynikło to z ich naiwności? A może ten brak rozeznania podstępu Jakuba Franka, to konsekwencja wcześniejszych herezji w jakie popadł Kościół katolicki?
Tymczasem frankiści przyjęli sobie polskobrzmiące nazwiska, wtopili się w polskie społeczeństwo oraz dotarli do szczytów władzy w polityce i kręgach kościelnych, co trwa w najlepsze do teraz.
Żydzi aktywnie praktykujący kabałę i okultyzm podbili katolicką Polskę niezwykle gładko. Właściwie weszli do nas jak w masło. Dla porównania, aby podbić prawosławną Rosję, gdzie nie byli już tak mile widziani, odpalili krwawą rewolucję, wymordowali miliony niewinnych ludzi, w tym cara i jego rodzinę oraz prawosławnych hierarchów.
Jak to możliwe, że w katolickim kraju kabalistom i okultystom poszło tak łatwo, a w prawosławnym musieli skorzystać z finansowego wsparcia Zachodu, ukatrupić cara, narzucić społeczeństwu krwawy terror oraz zgładzić duchowieństwo? Obawiam się, że Polacy nie są jeszcze gotowi na pełną odpowiedź. Niemniej jednak warto być świadomym, że i dla nas rozpisano scenariusz przynoszący pewne straty.
Wracając do antybohatera dzisiejszej publikacji i sekciarskich klimatów zaobserwowanych w jego Klubie Ronina – przewijało się tam coś jeszcze: obsesyjna nienawiść do Rosji i przekonanie o jakiejś niezwykłej roli Polski. Odniosłam wręcz wrażenie, że podopieczni Orła kultywują coś w rodzaju „mesjanizmu”.
Chodzi z grubsza o romantyczną ideę mesjanizmu narodowego, która zakładała, że cierpienie i rozbiory Polski mają głęboki sens religijny: naród polski cierpi za grzechy innych ludów, a jego męczeństwo przyniesie w przyszłości duchowe zmartwychwstanie i wolność całej Europie.
Takie pitolenie dla frajerów, żeby uzasadnić jakoś niecne plany wobec Polski. W rzeczywistości chodziło o to, żeby cynicznie używać Polaków, na przykład namawiając ich do zrywów przeciwko Rosjanom, bo globalni gracze mieli interes w osłabieniu Rosji.
Zgubny „mesjanizm” kultywowany jest do dzisiaj, o czym świadczy chociażby fakt uroczystego obchodzenia rocznic powstań, do których podpuszczano Polaków, a które przecież zakończyły się totalną klęską i narodową katastrofą.
Gloryfikowanie składania Polaków w ofierze odbywa się na różnych płaszczyznach. Wystarczy wspomnieć „beatyfikację” rodziny Ulmów, która poświęciła swoje polskie życie dla ratowania cudzego – żydowskiego (sic!). Najbardziej szokujące jest to, że wśród „wyniesionych na ołtarze” znalazł się także Józef Ulma – głowa rodziny, który jako mąż i ojciec siedmiorga dzieci miał obowiązek w pierwszej kolejności zadbać o bezpieczeństwo swoich najbliższych, ale z pełną świadomością tego nie zrobił.
PODŻEGANIE DO ZABIJANIA!
Przyznaję, że swego czasu i ja na swój sposób nabierałam się na pewne elementy ideologii „mesjanizmu”. Łykałam też ten cały etos o wyższości cywilizacji łacińskiej nad innymi. Wystarczy wspomnieć tytuł jednego z moich reportaży sprzed dekady, opisujący wyprawę z polskimi motocyklistami na Wschód: „Z błogosławioną misją przez Rosję”.
Serio kiedyś myślałam, że jesteśmy jakimś wyjątkowym narodem, wybranym do naprawiania świata. Jednak nie pasowałam w pełni do schematu, gdyż z Rosjanami zawsze szukałam dialogu i nigdy nie wyzywałam ich od najgorszych, za co sekta PiS okrzyknęła mnie „ruską agentką”.
Tymczasem Józef Orzeł zdaje sobie sprawę z tego, że „część «ludu pisowskiego» jest PiS-em zmęczona”. W związku z tym, udzielił wywiadu Interii, w którym obwieścił, że Jarosław Kaczyński powinien już oddać część inicjatywy w organizowaniu rozmów i budowaniu porozumienia całej prawicy. Jednocześnie Orzeł namaścił nowego guru prawicowej sceny.
Z wywiadu opublikowanego 6 sierpnia 2026 roku dowiadujemy się, że szara eminencja polskojęzycznej polityki bardzo pozytywnie patrzy na Karola Nawrockiego i przypisuje mu znacznie większą rolę niż tylko funkcję prezydenta. Orzeł widzi w nim potencjalnie kluczowego patrona i integratora całej prawicy, z Konfederacją włącznie.
Również 6 sierpnia ten sam Nawrocki (nomen omen, jego nazwisko wiąże się z historią nawrócenia/przechrzczenia przodków) w przemówieniu z okazji pierwszej rocznicy zaprzysiężenia na prezydenta wyraźnie dał do zrozumienia, że nie będzie wzywał do podjęcia rozmów pokojowych, by zaprzestać przelewania słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą.
Mityczny „mesjanizm” Polski w praktyce wygląda więc tak:
„Niech [Ukraińcy] mordują Sowietów [Rosjan], którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski” – powiedział prezydent RP.
Otóż prezydent Polski na pewno nie mówił w imieniu Polaków. Wrogość z Rosją nie ma najmniejszego przełożenia na interes Polski, co każdego dnia odczuwają zwykli Polacy, kiedy tankują auto i opłacają ogromne rachunki za gaz czy prąd. W naszym interesie jest utrzymywać dobre stosunki z sąsiadami, szczególnie silniejszymi, zamiast szukać z nimi konfliktu.
Przypominam po raz enty, że wojna na wschodniej Ukrainie leży w żydowskim (chazarskim) interesie. Rosjanie i Ukraińcy zostali podstępem napuszczeni przeciwko sobie, są wykorzystywani jako goje do wzajemnego wybijania się i oczyszczania terenów pod nowe zasiedlenie (ziem dawnego Kaganatu Chazarskiego).
Następni w kolejce są Polacy (stąd nieustanne podżeganie do konfliktu z Rosjanami, a ostatnio także z Ukraińcami), wszak wiele wskazuje na to, że scenariusz zakłada wielki exodus z Bliskiego Wschodu na ziemie przodków. Żydzi, którzy na terenach okupowanej Palestyny stworzyli sobie „państwo” Izrael, przybyli tam bowiem nie tylko z krajów byłego ZSRR – Ukrainy, Rosji i Białorusi – ale także, a nawet przede wszystkim, z Polski.
Gdyby Polskę reprezentowali chrześcijanie, dokładaliby wszelkich starań, aby nakłaniać Ukraińców i Rosjan do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewania krwi. Zamiast tego, od początku konfliktu przedstawiciele Polski zagrzewają do walki. Co gorsza, Polska dostarcza Ukrainie broń służącą do zabijania, którą finansują polscy podatnicy.
Równolegle żydowscy zarządcy Polską – podszywający się pod polskich patriotów i udający chrześcijan – w najlepsze kontynuują budowanie mitu wyjątkowości. To przekonanie o swojej wyższości charakteryzuje właśnie członków sekty Orła – listę nazwisk poznacie na Wikipedii pod hasłem „Klub Ronina”.
Tymczasem żydowską mentalność od chrześcijańskiej odróżnić można bardzo łatwo. Chrześcijański duch – który z Polski ulotnił się już dawno temu – brzydzi się zabijaniem oraz pychą i wyniosłością, które tak bardzo charakteryzują polskojęzycznych polityków z każdej frakcji bez wyjątku.
19 sierpnia 2026 roku chiński kontenerowiec Dubai Tower zawinął do portu w Murmańsku na północy Rosji. To nie był zwykły rejs, lecz historyczny moment, który zmienia mapę światowej logistyki. Po raz pierwszy w historii statek handlowy z Chin dotarł do Europy regularną linią przez Arktykę, omijając tradycyjne szlaki morskie.
Operatorem jest chińska firma Sea Legend Shipping, która 15 sierpnia wyruszyła z portu Ningbo-Zhoushan na wschodzie Chin. Statek przewoził około 500 kontenerów z częściami samochodowymi. Do końca sezonu nawigacyjnego, czyli do 3 października, zaplanowano osiem takich rejsów z cotygodniowymi odjazdami.
Arktyczny ekspres: krócej, taniej, bezpieczniej?
Północny Szlak Morski (NSR) to najkrótsza droga morska między Azją a Europą, o około jedną trzecią krótsza od trasy przez Kanał Sueski. Rejs testowy w 2025 roku trwał 20 dni zamiast 37 przez Kanał Sueski. To różnica dwóch tygodni i ogromne oszczędności w kosztach paliwa oraz obsługi.
Ale to nie tylko kwestia czasu. Tradycyjne szlaki są coraz bardziej zagrożone:
– Cieśnina Malakka — wąskie gardło kontrolowane przez Singapur i Malezję, narażone na piractwo i blokady.
– Bab el-Mandeb — przejście między Jemenem a Dżibuti, gdzie od miesięcy trwają ataki Huti na statki handlowe.
– Kanał Sueski — ograniczona przepustowość, wysokie opłaty, podatność na blokady i ataki terrorystyczne.
– Morze Śródziemne — narażenie na działania grup zbrojnych w Libii i na Bliskim Wschodzie.
Północny Szlak Morski omija wszystkie te punkty krytyczne. Zamiast przepływać przez ciepłe, niebezpieczne wody, statek płynie przez Arktykę — zimną, ale kontrolowaną.
Rosyjskie lodołamacze jako gwarancja bezpieczeństwa
Kluczowym elementem tej operacji jest Rosja. Koncern Rosatom zapewnia eskortę atomowych lodołamaczy, które torują drogę statkom handlowym przez zamarznięte wody. Szef Rosatomu Aleksiej Lichaczow podkreślił, że w odróżnieniu od wcześniejszych rejsów testowych, program na 2026 rok przewiduje pełnowartościowe, regularne połączenie.
W 2024 roku Rosatom i Sea Legend Shipping utworzyły spółkę joint venture Northern Sea Route Shipping Line, by rozwijać kontenerową żeglugę arktyczną. Chińska firma zapowiedziała też zainteresowanie inwestycjami w portach: Murmańsku, Archangielsku i Ust-Łudze.
Planowanych jest sześć arktycznych kontenerowców o ładowności około 4800 TEU — cztery mają wejść w eksploatację w październiku 2026 roku, a dwa w czerwcu 2027 roku. Celem jest transport do 1,2 miliona ton ładunków rocznie.
Lodowy Jedwabny Szlak rodzi się na nowo
Chińczycy nazywają to Lodowym Jedwabnym Szlakiem (Ice Silk Road). To rozwinięcie strategicznej inicjatywy Pasa i Szlaku, która szuka alternatywnych tras dla tradycyjnych korytarzy morskich i lądowych.
Ale ta nowa trasa ma fundamentalnie inną naturę niż historyczny Jedwabny Szlak. Nie jest to neutralna droga handlowa, lecz szlak kontrolowany przez dwie potęgi autorytarne. Rosja zapewnia infrastrukturę i bezpieczeństwo w postaci lodołamaczy atomowych, eskorty i portów, natomiast Chiny dostarczają ładunki i kapitał. Europa znajduje się na końcu łańcucha jako odbiorca, a nie partner.
Dlaczego to ważne? Przede wszystkim dlatego, że oznacza przemieszczenie się światowego handlu z kontrolowanych przez Zachód szlaków morskich, takich jak Suez czy Malakka, na szlaki kontrolowane przez Rosję i Chiny. To nie tylko logistyka, lecz geopolityka.
Europa na bocznym torze
Paradoksalnie Europa, będąca docelowym odbiorcą chińskich towarów, nie jest stroną w tym projekcie. Zachodnie linie żeglugowe nie operują na NSR ze względu na sankcje wobec Rosji i obawy o bezpieczeństwo. Europejskie porty są gotowe przyjmować chińskie kontenery, ale nie mają wpływu na trasę, którą one płyną.
Wynikiem jest sytuacja, w której Europa staje się coraz bardziej zależna od chińskich dostaw przesyłanych szlakiem kontrolowanym przez Rosję. Alternatywą jest dłuższa i droższa droga przez Suez, która jest jednocześnie coraz bardziej niebezpieczna.
Co się zmieniło w 2026 roku?
Do tej pory NSR był wykorzystywany głównie przez rosyjskie statki dostarczające surowce energetyczne oraz przez jednostki turystyczne. Kontenerowce to nowość, a regularna, cotygodniowa linia kontenerowa stanowi przełom.
Po pierwsze — zmiany klimatyczne. Ocieplenie Arktyki powoduje, że sezon nawigacyjny wydłuża się z kilku tygodni do kilku miesięcy. Niektóre trasy są już dostępne bez eskorty lodołamaczy przez większą część roku.
Po drugie — pogorszenie się sytuacji na tradycyjnych szlakach. Jak powiedział Lichaczow, Północna Droga Morska staje się szlakiem o światowym znaczeniu z powodu pogorszenia się sytuacji w Zatoce Perskiej. Wojna USA i Izraela z Iranem, ataki Huti na statki handlowe oraz zamknięcia Kanału Sueskiego zmuszają armatorów do szukania alternatyw.
Co to oznacza dla przyszłości?
Chińska strategia jest długoterminowa. Nie chodzi tylko o osiem rejsów w 2026 roku, lecz o stworzenie całej infrastruktury: portów, baz lodołamaczy, systemów nawigacyjnych i zapasów paliwa. To inwestycja na dekady.
Europa stoi przed dylematem: korzystać z tańszych i szybszych dostaw przez NSR, wzmacniając tym samym współpracę Rosji i Chin, czy utrzymywać sankcje i szukać alternatyw, płacąc więcej i czekając dłużej.
Dla światowego handlu oznacza to fundamentalną zmianę. Przez wieki szlaki morskie były w miarę neutralną przestrzenią, otwartą dla wszystkich i kontrolowaną przez międzynarodowe prawo morskie. NSR jest inny: to szlak własnościowy, kontrolowany przez dwa państwa, które coraz śmielej definiują zasady gry.
19 sierpnia 2026 roku chiński kontenerowiec w Murmańsku to nie tylko statek z 500 kontenerami. To symbol nowego układu sił, w którym Arktyka przestaje być bezpieczną, neutralną pustką, a staje się nowym polem rywalizacji geopolitycznej.
Wszystko zaczęło się od «świetlanej» idei. Trzy lata temu władze landu Szlezwik-Holsztyn, niemieckiego kraju związkowego graniczącego z Danią, wpadły na pomysł wymiany promu spalinowego na nowy, napędzany energią słoneczną. Stary prom “Missunde II” sprzedano za jedyne 17 tysięcy euro. Całkowity koszt nowego “Missunde III” wyniósł 6,5 miliona euro. Skutek? – Katastrofa, która odbiła się szerokim echem w całych Niemczech.
Prom, który nie pływa
Nowy prom solarne, który wyglądał jak źle złożony stolik z Ikei, od pierwszego dnia sprawiał problemy. Jego wielkie panele słoneczne na dachu działały jak żagiel podczas silnego wiatru. Prom miał trudności z radzeniem sobie z prądami rzeki Schlei, był zbyt ciężki dla swoich lin prowadzących, a do tego miał problemy z cumowaniem do nabrzeża-4. Testy wykazały, że przy wyższych prędkościach wiatru bezpieczne cumowanie było niemożliwe-8.
W międzyczasie, gdy władze majstrowały przy swoim absurdalnym projekcie prestiżowym, wszyscy dojeżdżający między Missunde a Brodersby musieli robić 30-kilometrowy objazd przez najbliższy most. Każdego dnia tego wydłużenia trasy dla kierowców (60 kilometrów w obie strony), w przeliczeniu na CO2, odpowiadało dwóm miesiącom lub więcej pracy starego promu, szczególnie w sezonie turystycznym, gdy codziennie przewożono dodatkowe sto samochodów.
Koszty rosną w zastraszającym tempie
Po roku, z powodu niemożności przeprojektowania promu i narastającego gniewu społeczności, Urząd Ochrony Wybrzeża zwrócił do nabywcy wycofanego z eksploatacji promu “Missunde II”. Były właściciel zgodził się odsprzedać go za 100 000 euro – tj. sześciokrotność ceny jego zakupu sprzed roku-3-8. Był to zaledwie początek finansowej spirali.
Pierwotnie prom miał kosztować około 2,5 miliona euro, ale ostateczna cena zamknęła się w kwocie 6,5 miliona euro-4-7. Do tego doszły koszty przeróbek;“Missunde III”wymagał dodatkowych prac za 1,3 miliona euro.
Symbol fiaska planowania
Chronologia problemów jest długa i bolesna. Budowę promu zlecono w 2020 roku, a miał on rozpocząć pracę jesienią 2022 roku, później w styczniu 2024, w końcu w kwietniu 2026-5-8.
Kiedy w końcu, pod koniec kwietnia 2026 roku, “Missunde III” rozpoczął regularne kursy, seria awarii nie miała końca:
Zaledwie kilka tygodni po starcie – głośny huk, prawdopodobnie mechanicznego pochodzenia, doprowadził do nieplanowanego postoju-5.
Uszkodzenie samochodu podczas wjeżdżania na pokład, gdy prom wysunął się z haka i cofnął-5.
Awaria obu pasów napędowych w długi weekend zielonoświątkowy – totalna awaria w szczycie sezonu, która wyłączyła prom z eksploatacji na trzy tygodnie-2-5.
Jakby tego było mało, nowy prom okazał się wolniejszy od starego – mimo większej ładowności przepuszczał mniej samochodów-2. Wyższe koszty i mniejsza wydajność stały się codziennością podróżnych.
Prawne następstwa i plany ratunkowe
Skala fiaska była tak wielka, że lokalni przedsiębiorcy, restauratorzy oraz armatorzy przygotowują pozew zbiorowy przeciwko landowi Szlezwik-Holsztyn-2-5. Minister transportu Claus Ruhe Madsen (CDU) w końcu ogłosił kapitulację. “Potrzebujemy promu, który niekoniecznie potrafi wszystko na papierze, ale który działa niezawodnie każdego dnia”-4. “Missunde III” zostanie wycofany z eksploatacji, a stary spalinowy prom “Missunde II” ma wrócić na trasę po technicznym przeglądzie w stoczni-1-4.
Stary-nowy plan
Zdaniem ministerstwa, “Missunde II” ma zabezpieczyć przeprawę do czasu zbudowania nowego promu. Obecnie planowany jest “Missunde IV”, ale nikt nie wie, kiedy zostanie zamówiony-6. Rząd przyznaje, że także u starej jednostki mogą pojawić się problemy, ale jej świadectwo zdatności do żeglugi obowiązuje do połowy 2029 roku-1-6. Potem sytuacja staje się niepewna. Co więcej, istnieją obawy, że może nastąpić okres, gdy żaden sprawny prom nie będzie dostępny. Certyfikat dla “Missunde II” wygasa w połowie 2029 roku, a nowy prom może nie być jeszcze gotowy-1-6.
Kto zapłaci?
Cała sprawa może mieć konsekwencje prawne dla biura inżynierskiego zleconego do wykonania prac. Według oświadczeń Ministerstwa Transportu, obecnie badane są możliwe roszczenia o odszkodowanie, a także zasięgane są odpowiednie opinie biegłych-6. “Missunde III” będzie utrzymywana w stanie umożliwiającym przeprowadzenie postępowania sądowego przeciwko konstruktorowi-6.
Przypadek “Missunde III” to klasyczny przykład tego, kiedy dobre intencje – w tym przypadku ekologia – mogą zderzyć się z twardą rzeczywistością. Region, który chciał promować zieloną energię, zamiast tego otrzymał wielomilionowy problem, który na lata zakłócił komunikację i stał się obiektem kpin w całych Niemczech.
Kiedy George Orwell opublikował swoje przełomowe dzieło „Rok 1984”, poprosił wydawców o przesłanie egzemplarza Aldousowi Huxleyowi, którego dystopijne arcydzieło „Nowy wspaniały świat” ukazało się 17 lat wcześniej. List Huxleya do Orwella to fascynujące porównanie dwóch kontrastujących wizji „ostatecznej rewolucji”.
Po raz pierwszy opublikowano w sierpniu 2015r., ale od tego czasu zapewne zyskało na znaczeniu…
Kiedy George Orwell opublikował swoje przełomowe dzieło „Rok 1984”, poprosił wydawców o przesłanie egzemplarza Aldousowi Huxleyowi, którego dystopijne arcydzieło „Nowy wspaniały świat” ukazało się 17 lat wcześniej. List Huxleya do Orwella to fascynujące porównanie dwóch kontrastujących wizji „ostatecznej rewolucji”.
∗
Wrightwood. Cal.
21 października 1949 r.
Szanowny Panie Orwell,
To bardzo miło z Pana strony, że poprosił Pan wydawcę o przesłanie mi egzemplarza swojej książki. Dotarła ona do mnie, gdy byłem w trakcie pracy nad dziełem, które wymagało ode mnie dużo czytania i korzystania z bibliografii. A ponieważ słaby wzrok zmusza mnie do oszczędzania czasu, musiałem długo czekać, zanim mogłem rozpocząć lekturę „Roku 1984”.
Zgadzając się ze wszystkim, co krytycy o niej napisali, nie muszę powtarzać, po raz kolejny, jak wspaniała i jak głęboko ważna jest ta książka. Niech wolno mi będzie zamiast tego mówić o tym, o czym książka traktuje – o ostatecznej rewolucji. Pierwsze oznaki filozofii ostatecznej rewolucji – rewolucji wykraczającej poza politykę i ekonomię, której celem jest całkowita subwersja [sabotaż] psychiki i fizjologii jednostki – można znaleźć u markiza de Sade, który uważał się za kontynuatora, dopełnienie Robespierre’a i Babeufa.
Filozofia rządzącej mniejszości w „Roku 1984” to sadyzm, który został doprowadzony do logicznego końca poprzez wyjście poza płeć i zaprzeczenie jej. Wątpliwe jest, czy w rzeczywistości polityka buta na twarzy może trwać w nieskończoność. Wierzę, że rządząca oligarchia znajdzie mniej mozolne i marnotrawne sposoby rządzenia i zaspokajania swojej żądzy władzy, a sposoby owe będą przypominać te, które opisałem w „Nowym wspaniałym świecie”. Niedawno miałem okazję przyjrzeć się historii magnetyzmu zwierzęcego [mesmeryzm] oraz hipnozy, i byłem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki przez sto pięćdziesiąt lat świat odmawiał poważnego uznania odkryć Mesmera, Braida, Esdaile’a i innych.
Częściowo z powodu panującego materializmu, a częściowo z powodu powszechnego poważania, XIX-wieczni filozofowie i ludzie nauki nie byli skłonni badać dziwniejszych faktów psychologii, aby praktycy, tacy jak politycy, żołnierze i policjanci, mogli je zastosować w rządzeniu. Dzięki dobrowolnej ignorancji naszych ojców nadejście ostatecznej rewolucji opóźniło się o pięć lub sześć pokoleń. Kolejnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności była niezdolność Freuda do skutecznej hipnozy i wynikająca z tego deprecjacja hipnozy. To opóźniło powszechne zastosowanie hipnozy w psychiatrii o co najmniej czterdzieści lat. Obecnie jednak psychoanalizę łączy się z hipnozą. A hipnoza stała się łatwa i nieskończenie rozszerzalna dzięki stosowaniu barbituranów, które wywołują stan hipnozy i podatności na sugestię nawet u najbardziej opornych osób.
Wierzę, że w ciągu następnego pokolenia władcy świata odkryją, że warunkowanie niemowląt i narkohipnoza są skuteczniejszymi narzędziami rządzenia niż maczugi i więzienia, a żądzę władzy można zaspokoić równie skutecznie, nakłaniając ludzi do pokochania swojej niewoli, jak i bijąc ich i kopiąc, by zmusić do posłuszeństwa. Innymi słowy, czuję, że koszmar z „Roku 1984” musi przekształcić się w koszmar świata bardziej przypominającego ten, który wyobraziłem sobie w „Nowym wspaniałym świecie”.
Zmiana nastąpi w wyniku odczuwanej potrzeby zwiększenia efektywności. Tymczasem, oczywiście, może wybuchnąć wojna biologiczna i atomowa na wielką skalę – w takim przypadku będziemy mieli koszmary innego rodzaju, trudne do wyobrażenia.
2 sierpnia 1944 r. na rozkaz Reinera Stahela, niemieckiego komendanta Warszawy, jego niemieccy podwładni zamordowali na Rakowieckiej 600 przetrzymywanych tam Polaków: strzałem w tył głowy – tę „tradycję” kontynuowali tu po wojnie bolszewicy.
=======================================
W katowni przy ul. Rakowieckiej komuniści represjonowali i mordowali także żołnierzy Powstania Warszawskiego. Potem zrzucali ich do bezimiennych dołów śmierci na Powązkach. Do dziś udało się tam odnaleźć szczątki niektórych uczestników bitwy o stolicę w sierpniu 1944 r.: ppłk Stanisława Kasznicy ps. „Wąsowski”, mjr Bolesława Żmudzina ps. „Kontrym” czy Tadeusza Bejta – żołnierza 2 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wciąż czekamy na identyfikację kolejnych: płk Jerzego Brońskiego, mjr Andrzeja Czaykowskiego, czy rtm Witolda Pileckiego.
Mjr Bolesław Kontrym
Mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin” – oficer Policji Państwowej II RP, miał za sobą udział w wojnie obronnej 1939 r., a po zrzuceniu do kraju jako cichociemny dowodził akcją sabotażowo- dywersyjną „Wachlarz” i wykonywał wyroki sądów specjalnych Polskiego Państwa Podziemnego na niemieckich agentach, konfidentach gestapo i szmalcownikach.
Mjr Bolesław Kontrym. Foto: wikimedia
O godzinie „W” z balkonu kamienicy przy placu Dąbrowskiego zaczął strzelać z rewolweru do niemieckich żandarmów, co przypłacił ranami ręki i nogi (łącznie w Powstaniu czterokrotnie ranny). Przez 63 dni walk dowodzona przez niego reduta obejmująca ulice Królewską, Kredytową i pl. Małachowskiego została utrzymana. 4 sierpnia poprowadził czwarty, wciąż nieudany atak na gmach Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (PAST-y) przy ul. Zielnej. 27 sierpnia 1944 r. odznaczony Krzyżem Walecznych (trzecim w swoim życiu), a 15 września 1944 r. Virtuti Militari.
Po ciężkim, wieloletnim śledztwie komuniści powiesili „Żmudzina” 2 stycznia 1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej (rodzina myślała, że wywieźli go do ZSRS, a tam być może przeżył). W ten sposób – jak pospolitego przestępcę – czerwoni okupanci Polski potraktowali jeszcze gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, szefa Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej. Szubienica, na której zostali zamordowani, odnalazła się kilka lat temu pod wykładziną w pomieszczeniu siłowni dla służby więziennej.
Ppłk Stanisław Kasznica
Kawalerem Virtuti Militari i Krzyża Walecznych (dwukrotnie), był również ostatni komendant Narodowych Sił Zbrojnych ppłk Stanisław Kasznica. Ten przedwojenny prawnik i działacz narodowy, żołnierz wojny obronnej 1939 r., mimo iż był przeciwny Powstaniu Warszawskiemu, wziął w nim udział, dowodząc grupą żołnierzy NSZ na Ochocie.
Ppłk Stanisław Kasznica. Foto: wikimedia
12 lutego 1948 r. reżimowe „Życie Warszawy” napisało: „Proces Kasznicy i innych [przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie] ukazuje równię pochyłą, po której żywioły ONR-owskie i endeckie spychała nienawiść do obozu postępu, spychał strach przed przebudową społeczną kraju”.
Ppłk Stanisław Kasznica został zamordowany w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 12 maja 1948 r. W tył głowy strzelił mu Piotr Śmietański, kat Mokotowa.
Rtm Witold Pilecki
13 dni później, w tej samej ubeckiej katowni, z rąk tego samego oprawcy zginie Witold Pilecki. Rotmistrz walczył wcześniej w sierpniowej wiktorii 1920 r. – Bitwie Warszawskiej, potem – co też dla tego wyjątkowego polskiego pokolenia było naturalne – bronił Ojczyzny we wrześniu 1939 r. Dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, jako jedyny na świecie poszedł na ochotnika do KL Auschwitz.
Rtm Witold Pilecki. Foto: wikimedia
W Powstaniu Warszawskim Pilecki bił Niemców – wobec braku zgody dowództwa, które przewidziało go do prowadzenia wywiadu przeciwko nadchodzącym Sowietom – jako zwykły strzelec w kompanii NSZ „Warszawianka”, później dowodził oddziałem w Zgrupowaniu Chrobry II. Reduty Witolda przy Placu Starynkiewicza Niemcy nigdy nie zdobyli.
Mjr Andrzej Czaykowski i „sędzia” Michnik
Major Andrzej Czaykowski, także wcześniej cichociemny, w sierpniowej batalii nie tylko przecież o stolicę, ale o Polskę, jako „Garda” walczył na Mokotowie. Łączniczka Teresa Bojarska „Dziunia-Klamerka” wspominała: „Rejon ulicy Chełmskiej i jego obrońca, rotmistrz Garda. Próbował odbijać dom po domu, tracił i zyskiwał, odgryzał się, własną szaleńczą, wręcz straceńczą odwagą, pociągając podkomendnych. [..] Meldujemy się u Gardy w piwnicy przy Stępińskiej chyba. Rotmistrz jest ranny. Leży na żelaznym łóżku podparty poduchami, ręka w brudnym bandażu, rozchylona na piersi koszula także nie kryje opatrunku”.
Mjr Andrzej Czaykowski. Foto: wikimedia
Mjr Andrzej Czaykowski wrócił do okupowanej przez sowietów Polski w 1949 r. Po dwóch latach aresztowany, 111 razy przesłuchiwany w katowni przy ul. Rakowieckiej. Wyrok śmierci wydał były AK-owiec (choć nie powstaniec warszawski) mjr Mieczysław Widaj. Inny morderca: Stefan Michnik brał udział w egzekucji. W przeciwieństwie do majora Widaja – major Czaykowski nie ma swojego grobu.
Matka Stefana Michnika – Helena – komunistyczna aktywistka Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie” – po 1945 r. była nauczycielką w Korpusie Kadetów KBW i autorką stalinowskich podręczników do historii. Ozjasz Szechter to przyrodni ojciec – przed wojną skazany za antypolską działalność w nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Po „wyzwoleniu” był kierownikiem Wydziału Prasowego Centralnej Rady Związków Zawodowych i zastępcą redaktora naczelnego „Głosu Pracy”.
Biologiczny ojciec Stefana Michnika – też komunista Samuel Rosenbusch – zginął w stalinowskich czystkach lat 30. Rzecz jasna Stefan Michnik nigdy z AK, a szerszej z walką o niepodległość Polski nie miał nic wspólnego.
Tadeusz Bejt i „sędzia” Badecki
Po aresztowaniu przez UB w czerwcu 1945 r. i wypuszczeniu Tadeusz Bejt nielegalnie opuścił skolonizowaną przez sowietów Polskę. Dotarł do Ankony, do sztabu II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa. Podjął misję stworzenia polskiej komórki wywiadowczej w Berlinie. Organizował drogi kurierskie i punkty przerzutu na Zachód osób ściganych przez komunistyczną bezpiekę oraz członków rodzin żołnierzy II Korpusu.
Tadeusz Bejt. Foto: wikimedia
Powojenna działalność Tadeusza Bejta była związana z antysowiecką, wywiadowczą pracą rtm. Witolda Pileckiego. Bejt podzielił los ochotnika do Auschwitz: został zamordowany przez komunistów.
Tadeusz Bejt, rocznik 1923, uczył się w Męskim Gimnazjum Towarzystwa im. Jana Zamoyskiego w Warszawie, a podczas okupacji na tajnych kompletach w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W Armii Krajowej był kurierem Komendy Głównej. Po odbyciu w styczniu 1944 r. szkolenia służb specjalnych, w kwietniu 1944 r. wysłany jako kurier na Wołyń, do 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. W lipcu 1944 r. polscy żołnierze zostali rozbrojeni przez Sowietów w Lasach Parczewskich.
W Powstaniu Warszawskim służył w drużynie kurierów zgrupowania „Radosław” – batalion „Czata 49”. Przeszedł szlak bojowy między Wolą, Starym Miastem, a potem kanałami do Śródmieścia.
Drugie powojenne aresztowanie okazuje się brzemienne w skutkach. Tym razem na początku 1947 r. Bejta zatrzymuje NKWD. Wcześniej jest oczywiście namierzany i śledzony. Po właściwej sowieckim służbom „obróbce” zostaje przekazany podwładnym kolegom: komunistycznej bezpiece w Polsce. Tu sprawa nabiera rumieńców. Brutalni śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, prowadzeni przez mocodawców- morderców zza biurka: wiceszefa MBP Romana Romkowskiego [Natan Grinszpan-Kikiel] i szefa departamentu śledczego Jacka Różańskiego [Józefa Goldberga] rozpoznają ślad przerzutu meldunków z Warszawy przez Szczecin. Tak trafiają na działalność mojego Ojca Tadeusza Płużańskiego i Jego dowódcy, szefa „grupy szpiegowskiej Andersa” Witolda Pileckiego.
18 listopada 1948 r. komunistyczny Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem mordercy sądowego mjr. Józefa Badeckiego skazał Tadeusza Bejta na karę śmierci [wobec polskich niepodległościowców Badecki orzekł co najmniej 29 kar śmierci]. Wyżej postawiony przez Stalina oprawca: Bolesław Bierut, pełniący obowiązki polskiego prezydenta, nie skorzystał z prawa łaski.
Tadeusz Bejt został zamordowany strzałem w tył głowy 11 lutego 1949 r. przez kata Mokotowa Aleksandra Dreja. Szczątki Tadeusza Bejta odnaleziono w wyniku prac ekshumacyjnych prowadzonych przez Instytut Pamięci Narodowej wiosną 2013 r. w kwaterze „Ł” Powązek Wojskowych w Warszawie.
Jan Rodowicz „Anoda”
W końcu mamy Powstańca Warszawskiego porucznika Jana Rodowicza „Anodę”. Ten żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, był w walkach czterokrotnie ranny, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari. Aresztowany przez bezpiekę, 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie (miał wyskoczyć z IV piętra gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – dziś Ministerstwo Sprawiedliwości przy ul. Koszykowej w Warszawie) – nikt w nią nie wierzy.
Jan Rodowicz „Anoda”. Foto: wikimedia
Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (sic!) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN. Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka Zofia tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 r., przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […], proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”.
16 marca rodzina przeprowadziła ekshumację i pochowała w rodzinnym grobie na Starych Powązkach. To właśnie bohaterskiemu porucznikowi Janowi Rodowiczowi „Anodzie” zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.
Wojna ekonomiczna Trumpa przeciwko Iranowi zniszczy gospodarkę USA
– wybuchowa analiza prof. Michaela Hudsona
Czas jest nie tylko po stronie Iranu, ale także Rosji, podkreśla Hudson już na początku. To równoległa walka między wojną Rosji z Ukrainą a kontrolą nad eksportem zboża. Ani Iran, ani Rosja nie korzystają z tego okresu w pierwszej kolejności; Stany Zjednoczone i ich sojusznicy znajdują się pod ogromną presją. Hudson doszukuje się historycznych paraleli: podczas wojen napoleońskich w 1812 roku rosyjska zima sprzyjała obrońcom, a wojska Napoleona zamarzły na śmierć. Sto lat później niemiecki atak na Związek Radziecki został opóźniony, ponieważ musieli czekać na wojska włoskie z Afryki; gdy Wehrmacht dotarł do Stalingradu i Leningradu, zima ponownie nadeszła i w decydujący sposób przyczyniła się do ich klęski. Dziś system finansowy odgrywa tę rolę: działa przeciwko USA.
Stany Zjednoczone znajdują się w opłakanym położeniu. Pomimo faktu, że ponad jedna czwarta światowego wydobycia ropy naftowej z Zatoki Perskiej nie jest eksportowana, Waszyngtonowi udało się sztucznie utrzymać niskie ceny ropy, uwalniając rezerwy ze Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej (SPR) oraz poprzez cła nakładane przez inne kraje. Rezerwy te są jednak systematycznie uszczuplane. W Stanach Zjednoczonych toczy się już zażarta debata na temat momentu, w którym opróżnienie podziemnych kawern solnych doprowadzi do zawalenia się, zanieczyszczenia środowiska lub zablokowania rurociągów.
Administracja Trumpa jest podobno gotowa zwiększyć eksploatację rezerw ponad punkt krytyczny, aby utrzymać niskie ceny ropy naftowej, a zwłaszcza ceny produktów pochodnych – oleju napędowego do ciężarówek, paliwa lotniczego i nawozów. Celem jest uniknięcie rozdrażnienia wyborców i ochrona Republikanów w nadchodzących wyborach uzupełniających w listopadzie. Listopad szybko się zbliża; Waszyngton ściga się z czasem.
Iran musi tylko czekać, odstraszyć bezpośredni atak i pozwolić, by amerykańska i europejska gospodarka uległy samozniszczeniu. Kryzys nie wynika wyłącznie z ropy naftowej, ale również z niedoborów żywności. Dwadzieścia siedem procent światowego handlu zbożem odbywa się przez Morze Bałtyckie. Ukraina rozpoczęła bombardowanie rosyjskich statków, aby pozbawić Rosję wpływów dewizowych z eksportu zboża (głównie do Indii i Azji Wschodniej). Rosja odpowiedziała atakiem na ukraińskie statki – zarówno te przewożące broń do Odessy, jak i te transportujące zboże.
Nadszedł czas żniw. Ukraińskie magazyny są pełne, a statki nie mogą być załadowane. Zazwyczaj większość ukraińskiego zboża trafia do Europy. Europa zmaga się zatem z jednoczesnym gwałtownym wzrostem cen żywności i ropy naftowej.
Gospodarki Zachodu są tak obciążone, że nie są w stanie wytrzymać gwałtownego wzrostu cen ropy naftowej. Całe gałęzie przemysłu stałyby się nierentowne, ciężarówki nie byłyby w stanie realizować opłacalnych dostaw, a dystrybucja żywności w USA stałaby się droższa. Presja ta narasta przede wszystkim na Zachodzie i w niektórych częściach Globalnego Południa. To właśnie determinuje dynamikę militarną: każda eskalacja, która zaburza równowagę gospodarczą, podważa sam cel polityki militarnej – kontrolę nad innymi krajami i ich gospodarkami.
Przez 80 lat Stany Zjednoczone kontrolowały większość światowych gospodarek nie poprzez inwazję, lecz za pomocą środków finansowych. Jednak wojna gospodarcza z Iranem, zainicjowana przez Trumpa, oraz wsparcie NATO dla wojny z Rosją niszczą właśnie te finansowe instrumenty kontroli. Sekretarz Skarbu Scott Bessent ogłosił plany zablokowania wszystkich tradycyjnych metod płatności stosowanych przez Iran. Jeśli Iran nie otrzyma zapłaty za swoją ropę, jej eksport stanie się nieopłacalny.
Zmusza to jednak nie tylko Iran, ale także banki, które płacą za irańską ropę – chińskie, azjatyckie i japońskie – do znalezienia sposobów na uniknięcie kontroli Departamentu Skarbu USA. Logiczną konsekwencją jest odejście od dolara.
Kontrola nad ropą OPEC, a zwłaszcza ropą z Zatoki Perskiej, była jednym z głównych instrumentów amerykańskiej potęgi finansowej. Handel ropą w dolarach i inwestowanie dochodów w gospodarkę USA lub amerykańskie banki wspierały system amerykański. Obecnie, wykorzystując handel ropą jako broń i punkt zapalny, Waszyngton pozbawia się właśnie tego instrumentu.
Prowadzący podsumowuje logikę i otrzymuje zgodę Hudsona: Iran cierpliwie blokuje Cieśninę Ormuz, Rosja blokuje eksport zboża z Ukrainy. To napędza wzrost cen energii i surowców w Europie, USA i Azji, generując inflację, hamując wzrost gospodarczy i wymuszając wyższe stopy procentowe. Kraje zachodnie są już mocno zadłużone; rentowność amerykańskich obligacji skarbowych jest najwyższa od 2007 roku, a rentowność japońskich obligacji jest najwyższa od dziesięcioleci. Koszty obsługi długu dramatycznie rosną. To pięta achillesowa gospodarek zachodnich – problem, przed którym ekonomiści tacy jak Hudson ostrzegają od lat. W Japonii jen jest zagrożony dewaluacją, a carry trade grozi załamanie. Istniejący „bandaż” – Japonia deponuje amerykańskie obligacje skarbowe i otrzymuje dolary w zamian za wsparcie własnej waluty – nigdy nie został w pełni wystawiony na próbę.
Po fiasku opcji kinetycznych, Trump ucieka się teraz do wojny gospodarczej, aby wymusić ustępstwa ze strony Iranu. Ale robiąc to, pokazuje światu – podobnie jak Biden w wojnie na Ukrainie, a poprzedni prezydenci w Iranie – że dolar może być użyty jako broń. To wypycha kraje z amerykańskiego systemu finansowego, który od dziesięcioleci rządzi globalną gospodarką. Trump zyskuje krótkoterminową przewagę, ale w dłuższej perspektywie strzela sobie w stopę. Iran z kolei winduje stopy procentowe poprzez wyższe ceny energii i surowców, co również osłabia pozycję USA.
Iran wie, że nie jest w stanie pokonać USA militarnie. Może zaatakować amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie, ale nie samą Amerykę. Odpowiedź: jeśli Iranowi nie wolno eksportować ropy, to nikt nie powinien jej eksportować. W ten sposób Teheran zrzuca odpowiedzialność na inne kraje – Azję, Globalne Południe, a zwłaszcza Chiny. Chiny są lepiej przygotowane niż inne: ogromne rezerwy, węgiel i ogromne inwestycje w energię słoneczną. Inne kraje zastanawiają się teraz, jak wspólnie powstrzymać USA i znormalizować ceny ropy. Odpowiedź brzmi: środki zaradcze, sankcje finansowe wobec samych Stanów Zjednoczonych i utworzenie alternatywnego międzynarodowego systemu bankowego – nie waluty BRICS, ale rzeczywistej alternatywy dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Większość krajów utrzymywała swoje rezerwy dolarowe na względnie stabilnym poziomie i inwestowała nadwyżki w złoto . Unia Europejska ma obecnie więcej rezerw złota niż rezerw dolarowych. Kraje mogły posiadać złoto lub waluty wzajemne – preferowaną walutą był juan chiński. Rosja miała złe doświadczenia z rupią indyjską. Chiny i Rosja stworzyły już własne systemy rozliczeniowe, które omijały SWIFT. Przez lata Ameryka groziła odcięciem nieposłusznych krajów od SWIFT; teraz pojawiły się alternatywy. Próbowano nawet kryptowalut – dopóki Bessent nie pochwalił się, że USA przejęły irańskie zasoby kryptowalut o wartości miliarda dolarów.
Potrzebny jest międzynarodowy system płatności i system rezerw. Jeśli Chiny pożyczają pieniądze innym krajom, aby zapłacić za droższą ropę i zboże, muszą stworzyć coś w rodzaju banku międzynarodowego – coś więcej niż tylko bank BRICS, ponieważ kraje BRICS mają zbyt duże różnice. Przywództwo powinno należeć do Chin, Rosji i Iranu („RIC”).
Bez MFW, dolara, systemu SWIFT i euro świat podzieli się na odrębne systemy finansowe. Kraje, które porzucą dolara, powiedzą: Trump spowodował dwa kryzysy – wyższe koszty gazu, instrumentów pochodnych, nawozów, chemikaliów i żywności. Musimy wybrać: czy dotować nasz przemysł i gospodarstwa domowe, aby nie musiały cierpieć z powodu braku ogrzewania i żywności zimą, czy obsługiwać obligacje dolarowe i długi wobec organizacji międzynarodowych? Nasze własne gospodarki są na pierwszym miejscu. Od 70 do 80 lat kraje tego pragną, ale brakowało im odpowiedniego narzędzia. Iran dostarczyłby ropę, Rosja ropę i zboże, Chiny ogromne rezerwy – a tym samym nastąpiłaby dedolaryzacja i wyłoniłby się alternatywny system monetarny. Wyeliminowałoby to instrumenty, za pomocą których Ameryka po II wojnie światowej przepisała reguły globalnej gospodarki we własnym interesie – wbrew pierwotnemu zamysłowi Johna Maynarda Keynesa, który leżał w interesie Anglii.
Na zarzut, że jakikolwiek alternatywny system – taki jak juan – mógłby później stać się równie użyteczny jak dolar, Hudson odpowiada: Istnieje lepsza alternatywa. Była ona szeroko dyskutowana między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi w 1944 roku. Keynes, reprezentujący brytyjskie ministerstwo skarbu, ostrzegał, opierając się na doświadczeniach I wojny światowej i niemieckich reparacjach, że model amerykański (pożyczki MFW z programami oszczędnościowymi i przymusową prywatyzacją) nie służy brytyjskim interesom. Wielka Brytania będzie kumulować deficyty, Ameryka – nadwyżki. Wiele krajów Globalnego Południa uszczupli swoje rezerwy walutowe z czasów wojny i popadnie w długi.
Rozwiązaniem Keynesa był międzynarodowy bank, który rozliczałby jedynie salda międzypaństwowe – „bancor”, mieszankę bankowego pieniądza fiducjarnego (obecnie elektronicznego) i złota. Celem było zapobieżenie gromadzeniu przez poszczególne kraje tak dużych nadwyżek, że ich odpowiedniki – deficyty innych – zmuszą je do zaciskania pasa i depresji. Dokładnie to wydarzyło się po 1918 roku: niemieckie oszczędności, francuska hiperinflacja i brytyjski strajk generalny w 1926 roku. W systemie Keynesa chroniczne, niespłacalne długi miały zostać umorzone – a wraz z nimi odpowiadające im aktywa krajów z nadwyżkami. Stany Zjednoczone odrzuciły to rozwiązanie, ponieważ to one były krajem z nadwyżkami.
Chiny mogłyby wspierać i pomagać w kształtowaniu właśnie tego modelu. Mogłyby wyjaśnić, że generowanie nadmiernych nadwyżek nie zaszkodzi innym krajom. Inwestycje w porty, koleje i infrastrukturę w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku mają na celu zwiększenie produktywności i zdolności do zarobkowania krajów-beneficjentów, umożliwiając im spłatę pożyczek – w przeciwieństwie do kryzysów zadłużenia w Ameryce Łacińskiej w latach 70. XX wieku, które doprowadziły do prywatyzacji i wyprzedaży aktywów. Chiny nie mają porównywalnego sektora finansowego i mogą ustrukturyzować system geopolitycznie, koncentrując się na produktywności, a nie wyłącznie na zysku czy stopach procentowych.
Rozwiązanie nie leży w istniejącym systemie finansowym i gospodarczym. To globalny kryzys. Konflikt zbrojny, wcześniej rozumiany jako zderzenie cywilizacji, ustępuje miejsca starciu systemów gospodarczych: modelowi napędzanemu przez wierzycieli i finansowanemu z konfrontacją z przemysłowym modelem kapitalistycznym lub socjalistycznym, wzorowanym na chińskim i azjatyckim. To jest prawdziwa konfrontacja, przed którą stoi świat.
Hudson podsumowuje: Koła nie trzeba wyważać. Zostało zaprojektowane już w 1944 roku i odrzucone przez ówczesny ośrodek władzy, Stany Zjednoczone. Powojenny porządek, który dominował na świecie od 1945 roku, dobiega końca.