Uczeni niemieccy potwierdzają ukrywane odkrycie Duńczyków: Część szpryc to [planowe] placebo. Część dla wybranych – zabójcza. CISZA GROBOWA…

A jednak placebo? – szczepionki na kowid były globalnym „eksperymentem” medycznym

[Alarmowałem tu: Kowid – jednak świadoma zbrodnia ludobójstwa. Statystyka wykazuje, że są trzy klasy ofiar. KONIECZNE takie badania w Polsce.

ŻADEN z 10 „poważnych” publicystów nie zareagował ! Nie wiem dlaczego …

Oczywiście o żadnym „eksperymencie” mowy nie ma ! M. Dakowski]

———————————–

Niemieccy naukowcy znaleźli zaskakujące dowody na to, że znaczna część wprowadzonych do obrotu na terenie Unii Europejskiej partii szczepionki Pfizer-BioNTech przeciwko COVID-19 mogła stanowić placebo – o czym niemiecki organ regulacyjny wiedział i dlatego nie poddał tych partii testom kontroli jakości.

Gerald Dyker, profesor chemii organicznej na Uniwersytecie w Bochum, oraz Jörg Matysik, profesor chemii analitycznej na Uniwersytecie w Lipsku, należą do grupy pięciu niemieckojęzycznych naukowców, którzy przez ostatnie półtora roku publicznie podnosili kwestie jakości i bezpieczeństwa szczepionki BioNTech (pod taką nazwą jest ona znana w Niemczech).

Obaj panowie pojawili się niedawno w internetowym programie niemieckiej dziennikarki Mileny Preradovic, aby porozmawiać o różnicach w partiach szczepionki.

Ich punktem wyjścia było opublikowane niedawno duńskie badanie wykazujące ogromne różnice w reakcjach niepożądanych związanych z różnymi partiami szczepionki Pfizer-BioNTech (inaczej BNT162b2).

(https://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/eci.13998)

Poniższa grafika, zaczerpnięta z duńskiego badania, ilustruje tę zmienność:

Grafika pokazuje, że partie używane w Danii, reprezentowane przez kropki na wykresie, zasadniczo dzielą się na trzy grupy:

Zielone partie zgrupowane wokół zielonej linii są związane z umiarkowanym lub umiarkowanie wysokim poziomem zdarzeń niepożądanych. W dyskusji z M. Preradovic Gerald Dyker posłużył się przykładem najbardziej wysuniętej na prawo zielonej kropki. Jak wyjaśnia – jest to partia, która była najczęściej stosowana w Danii i zawierała nieco ponad 800 000 dawek. Te 800 000 dawek wiąże się z około 2000 przypadków podejrzeń NOP-ów, co daje wskaźnik zgłaszania jednego NOP-u na każde 400 dawek. Według obliczeń G. Dykera, zielone partie stanowią ponad 60% duńskich próbek. Naukowiec stwierdza: „Nie jest to mało w porównaniu z tym, co wiemy o szczepionkach przeciw grypie”.

Następnie mamy zgrupowane wokół niebieskiej linii niebieskie partie, które są wyraźnie związane z wyjątkowo wysokim poziomem zdarzeń niepożądanych.
Jak zauważa G. Dyker, w Danii podano nie więcej niż 80 000 dawek jednej z niebieskich partii, co sugeruje, że te wyjątkowo szkodliwe partie mogły zostać po cichu wycofane z rynku przez organy zdrowia publicznego.

Niemniej jednak, partie te zostały powiązane z przynajmniej 8 000 przypadków NOP-ów. Osiem tysięcy dawek na 80 000 dawałoby wskaźnik zgłaszania jednego podejrzewanego działania niepożądanego na każde 10 dawek.
Według obliczeń G. Dykera, niebieskie partie stanowią mniej niż 5% całkowitej liczby dawek uwzględnionych w duńskim badaniu i są one powiązane z prawie 50% z 579 zgonów odnotowanych w próbie.

Pozostają żółte partie, zgrupowane wokół żółtej linii, która, jak widać powyżej, znajduje się tuż poza osią x. Według obliczeń G. Dykera, żółte partie stanowią około 30% całości. Naukowiec zauważa, że są to partie zawierające około 200 000 podanych dawek, z którymi nie powiązano żadnych NOP-ów. Cytując G. Dykera, „złośliwi” obserwatorzy mogliby stwierdzić, że tak właśnie wyglądałyby placebo”. I złośliwi obserwatorzy mogą mieć rację.

Rzeczywiście, G. Dyker i J. Matysik porównali numery partii z duńskiego badania z publicznie dostępnymi informacjami na temat partii, które zostały zatwierdzone do obrotu, i dokonali zaskakującego odkrycia – prawie żadna z nieszkodliwych partii, w przeciwieństwie do bardzo złych i niezbyt złych partii, nie została poddana testom kontroli jakości.

Niemiecka agencja regulacyjna, Instytut Paula Ehrlicha (PEI), jest zasadniczo odpowiedzialna za kontrolę jakości wszystkich szczepionek Pfizer-BioNTech dostarczanych do UE. Odzwierciedla to fakt, że rzeczywistym legalnym producentem szczepionki, a także posiadaczem pozwolenia na dopuszczenie do obrotu w UE, jest niemiecka firma BioNTech, a nie jej bardziej znany amerykański partner Pfizer.

G. Dyker i J. Matysik odkryli, że IPE przetestował i zatwierdził wszystkie bardzo szkodliwe niebieskie partie, przytłaczającą większość mniej szkodliwych zielonych partii, ale prawie żadnej z nieszkodliwych żółtych partii – tak jakby IPE wiedział z góry, że te partie nie stwarzają żadnych problemów. Pokazuje to zaczerpnięty z prezentacji G. Dykera podczas wywiadu z Preradovic poniższy slajd zatytułowany: „Które partie z duńskiego badania zostały przetestowane i zatwierdzone do obrotu przez Instytut Paula Ehrlicha?”.

W kolumnie PEI każdej z tabel ja oznacza, że partia została przetestowana, nein, że nie została. Należy zwrócić uwagę, że tylko pierwsza partia w żółtej tabeli została przetestowana:

Komentarz pod tabelą brzmi: „IPE nie uznał za konieczne testowanie nieszkodliwych żółtych partii”. Potwierdziłoby to początkowe podejrzenia, że w rzeczywistości mogą one być czymś w rodzaju placebo.

Podsumowując i parafrazując ustalenia niemieckich naukowców dotyczące zmienności partii Pfizer-BioNTech, wydaje się, że dobre były złe, złe były bardzo złe, a bardzo dobre były solą fizjologiczną.

Źródło: https://geopolitique-profonde.com/articles/scientifiques-vaccins-placebos

Anna Chrołowska

Attack of the Psycho Killer HUNTER HAUNTER HORROR Virus from HELL!

Attack of the Psycho Killer HUNTER HAUNTER HORROR Virus from HELL!

More Mind Control for liberals

[Umieszczam, by nie zginęło. Sprawa trzechrodzajów szprycy jest gdzieś od połowy poniższego tekstu.

Obok będzie podobne doniesienie z Uniwersytetu w Danii. md]

==========================================

HSMC May 14, 2026

My Spidey Senses are on high alert these days. Nothing is as it seems. When I first heard of the newest outbreak on the Cruise ship, I knew something was up!

Today’s story takes us back to the madness of the “Corner Brook Virus” which hid around every corner, lurking, waiting, stalking it’s next victim! Muah hahahaha!

There were two possible story lines;

1, it was a bio weapon designed to destroy humanity, reduce human population, which escaped from the most secure bio weapons lab in the world.

a) If so, why was nobody caught and destroyed for crimes against humanity? NOT SO MUCH AS EVEN A FINE! WE GET FINES FOR PARKING IN THE WRONG PLACE FFS! BUT NOBODY IS CHARGED WITH CRIMES AGAINST HUMANITY!????

b) what makes the perpetrators certain that such weapon would not kill them or their loved ones? Maybe they had the antidote? lol Sounds like a children’s cartoon Pinky and the Brain.

2, a bat got sick in WOO MAN CHU CHINA and would certainly take out the whole world population UNLESS everyone succumbed to the Bill Gates Experimental Injections. Lettuce not forget how he said “there will be NO RETURN TO NORMAL until the vast majority of the population is injected!” What a psycho.

I looked for the above clip all over. You try typing in “Gates return to normal” or just “gates normal” in ANY search engine. The search terms have been wiped from the internet but I found a copy on Bitchute of this psycho homosexual satanic pedophile saying “you don’t get a choice!” and “there will be no return to normal until everyone in the world is vaccinated” with his experimental drugs.

As if there has never been a sick animal anywhere on earth before? but this SPECIAL BAT would take out the entire human race… ok then!

You see, getting a cold or a flu is not scary enough to get people to come forward to take experimental injections. No. It must be something far more formidable! Abominable! Like the Abominable snowman! Maybe they should have called it the Abominable Snowman Virus! Hey, there’s a good story. The virus came from the Abominable Snowman in the Asian Alps. Didn’t effect the Snowman because they are immune but to humans, it would be deadly Yeti didn’t mind (see what I did there? lol)

Gates awkward interview about him and Epstein. “Well, he’s dead.”

Gates “We’re taking genetically modified organisms and injecting them into little kids arms. We just SHOOTEM right into the vein! Melinda looks on in total fear! What did I marry!? – He’s a fucking psychopath!

Gates and Prince Andrew apologizing for being associated with satantic pedophiles. Of course we know Prince Andrew got kicked out of the castle and is now just “Andrew” although still above jail and the law apparently.

– Still think these “people” didn’t kill Diana? Still think it was an accident?

Gates wife left him because of Epstein ties at the end of this video Melinda Gates and ex wife of Bezos sent 40 million dollars to promote “gender equality” Guessin’ that includes all of the infinite number of genders then right?

They’re all like that. They have so much money, they think they are above the law. Nothing can touch them. Head Satanist Aleister Crowley in 1904 coined the phrase “Do as thou wilt”. If you “google” this, it puts this in a good light because Google is left, left is satanic. If you search it on Yandex however you can quickly see it’s Satanic background.

As I’ve said before, Satanists don’t believe in good vs evil, they only believe in “steps toward enlightenment.” Do as thou wilt – but they are careful to broadcast their intentions before hand to avoid karmic backlash;

One of the best examples of this was the 2012 Olympics in UK where they set out what would be forthcoming (plandemic)

This is the way youtube (google) wants to portray it. A lovely opening with the Queen of England and James Bond… (the LAST James Bond – first time in 60 years franchise that Bond is killed marking the end of what they want to call “Toxic Masculinity”)

https://www.youtube-nocookie.com/embed/1AS-dCdYZbo

This is how it really was. You won’t find this on Youtube… ⬇️

here’s a copy from Bitchute…. Lettuce never forget…

Reaper holding a syringe taking up the children ⬆️

Most have seen the Opening ceremonies but have you seen the Closing ceremonies?

Here’s Gates talkin about depopulation

“teddy bear” the homosexual head of World Health Organization saying there will be no return to normal in the foreseeable future.

Well today…..

Enter the

HUNTER HAUNTER HORROR VIRUS FROM HELL!

The video below tells a story of mind control to fear people into not going on cruise ships or planes or trains or busses or streetcars or grocery stores or movie theatres or malls or even outside! People STILL wearin masks and taking multiple injections;

Watch the video. The ship is stock footage, the acting is VERY bad, media pushes it, people get scared, then BOOM the ANSWER TO OUR PRAYERS! PFIZER, MODERNA EMERGE LIKE THE ANGELS FROM ABOVE, LIKE THE PHOENIX RISING FROM THE ASHES! HERE TO SAVE US ALL WITH THE NEW VACCINATION TO MAKE YOU SAFE AND EFFECTIVE !

At 15 minutes, there’s a clip from X-Files where they expose the “HUNTER HAUNTER, HORROR Virus” (whatever) years in advance! Remember, Satanists don’t believe in “good vs evil” they only believe in KARMA. They HAVE TO BROADCAST their intentions before it happens, thereby absolving themselves from any wrong doing. (Satan is so honorable!) Like sayin “I told you so, so don’t blame me”

They also have a movie “VOYAGE OF TERROR” There’s clips of this here as well. Have a look. Passengers on a cruise ship get sick. SURPRISE.

Designed for low minded liberals to RUN not walk to the next injection site!

I’m not suggesting the people don’t get sick from the flu. The flu has been killing millions world wide for as long as we’ve been keeping records. No injections ever stopped it. Flu kills the old or weak. If the injections were safe and effective, nobody would still be dying from the flu or whatever they decide to rename it now.

Ever heard the saying “there’s no cure for the common cold”. There yu go.

Hunter Haunter Horror Virus! Whatever happened to crackhead Hunter anyway? He raped, stole millions of dollars, moved to another country to avoid prosecution. Got a pass from his dad’s “autopen”. Life is wonderful.

Hunter Haunter Horror Virus Theater Reminds me of Count Floyd’s Monster Chiller Horror Theatre!

It’s all theater folks.

https://www.youtube-nocookie.com/embed/N-3bGI7Mooc?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

Stanley Kubrick put these subtle hints in his movies, trying to get the truth out.

“men on the moon? and men spinnin aroun the earth!? while there’s no attention paid to earthy law and order!?”

https://www.youtube-nocookie.com/embed/DLZi9wI1C0M?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

The drunkie tried to point out that it’s all bullshit.

Kubrick was a 33rd degree mason. We know the masons are Satanists. When you reach the highest level the truth is revealed to a few they feel worthy of.

Masonic lodges are “prospecting camps” they claim to make great men out of good men. (except now they also allow woman). This is why there are 33 degrees. It takes that long to ascend the ranks and if they feel you are worthy of keeping secrets the truth is revealed. Here, X-Factor reveals masonry, (5hrs) (pro tip: break it into sections like Bing watching a series)

Kubrick had just made “2001: A Space Odyssey” premiered April 2nd 1968. Audiences were fascinated, believing man could actually fly around in space. The film was so realistic it is alleged that US government (masons) commissioned Kubrick to make a movie of people landing on the moon.

The Moon Landing “premiered” July 20, 1969

Picture background

Masons are sworn to secrecy. They take an oath acknowledging that telling their secrets is punishable by death. They claim this is just old fashion theater but there have been many cases of masons dying mysteriously, like Kubrik who lasted only days after Eyes Wide Shut was wrapped January 31, 1999 which showed the inner world of the satanic pedophile cults. Kubrick “died” March 7, 1999. The film premiered July 13, 1999 but much was cut from it. The original film was over 3hrs long.

Put yourself in Kubrick’s position; They commission him, maybe even blackmail him to make the moon landing movie. So he uses his future movies to expose the truth such as the opening scene inA Clockwork Orange which premiered in New York City on December 19, 1971. The drunkie could have said anything. It was no coincidence. Kubrick chose his words carefully for that character.

Does it not seem like Kubrick thinking of himself? He sold himself out to make the greatest hoax in history so he portrays himself as a drunk that no one would believe, but he said his peace before getting beat up by the “droogs” – maybe what he felt the masons were gonna do to him but in the 70s, he couldn’t make anything like the violence we see on tv today. The beating was not a killing like we are so used to today. In fact the drunkie appears again later in the film, maybe to show the audience that he’s still ok. (Kubrick signaling his followers that he’s still ok).

Also watch this Bonus tip (free with purchase!)

[ ise’t it funny how they say “free with purchase” well then, it’s not free now is it!? ]

I never answer unknown numbers. They can leave a message if it’s important and if they do catch you, immediately block member. They will keep calling back with different numbers, keep blocking, don’t answer unless you know the number.

https://www.youtube-nocookie.com/embed

Sometimes the AI will keep going “hello? hello? this prompts you to say louder, HELLO so they can get your voice print loud and clear. Once you answer the AI goes into it’s script about what they want, what they’re selling. At this point, most hang up but they already know your voice and they know the number is live so even if you hang up, they still got your number Jenny! 867-5309!

Pro tip: If the foreigner does manage to get you on the phone, keep one of these next to the phone, say “just a minute I will get him for you” then blast them with this..

all the “vaccines” were different….

EVERY VACCINE BATCH HAD A DIFFERENT FORMULA. THE LOT NUMBERS JUST PROVED IT.
Not a theory. Not an interpretation. A dataset. 12,000 lot numbers. Cross-referenced with VAERS adverse event reports. The correlation is absolute.
A team of researchers — 4 statisticians, 2 pharmacologists, 1 former FDA regulator — published their findings on a decentralized server Wednesday. The paper is 147 pages. Peer review was impossible because no journal would touch it. So they released it directly to the public.
The finding: specific lot numbers produced 4,000% more adverse events than others. Not random variation. Not manufacturing inconsistency. A deliberate, systematic pattern.

Lot numbers ending in 20A through 20F: near-zero adverse events. Saline. Placebo. Water with a label.
Lot numbers ending in 21K through 21X: moderate adverse events. Fatigue. Myocarditis. Blood clots. Hospitalization rates 300% above baseline.
Lot numbers ending in 22R through 22Z: catastrophic. Stroke. Cardiac arrest. Neurological damage. Death rates 8,100% above the statistical norm for any pharmaceutical product in history.
Three tiers. Three formulas. Distributed in a pattern that ensured no single hospital, no single city, no single demographic received enough catastrophic doses to trigger an obvious statistical signal.
They spread the damage thin enough to call it “rare side effects.” But it wasn’t rare. It was targeted.

The distribution pattern wasn’t random. The catastrophic lots were sent disproportionately to specific zip codes. Zip codes with high concentrations of military veterans. First responders. Independent business owners. Communities with historically low compliance to federal mandates.
The people most likely to resist were given the most dangerous doses.
The moderate lots went to urban centers with high media consumption — populations that would report mild symptoms, be told it was “normal,” and return for boosters without question.
The placebo lots went to politicians, media figures, and pharmaceutical executives. The people who promoted it on camera. The people who told you it was “safe and effective” while receiving saline.
They took the same shot on television. They did not take the same formula.

The 12,000 lot numbers are now mapped. Every batch. Every destination. Every outcome. The data is on the blockchain. It cannot be retracted. It cannot be memory-holed. It cannot be fact-checked into oblivion.
The former FDA regulator on the team submitted the dataset to the military tribunal with a single statement: “This was not negligence. This was a weapons deployment protocol disguised as public health.”
The tribunal accepted it into evidence Thursday morning. Case number: GT-2026-0441.
Every lot number is a fingerprint. Every adverse event is a witness. Every death certificate is an indictment.
CODE: LOT-NUMBERS / 3-TIERS / ZIP-TARGETED / GT-2026-0441
They didn’t give everyone the same shot. They gave everyone the shot they were assigned. Now the assignment list is evidence.

Someone you know got a different formula than they were told. Share this for them.

Mr Pool

11:41 PM · May 12, 2026

Każda partia “szczepionki anty-Covid” miała inny skład: Dla jednych zabójcze, nast. tylko choroba, trzecie: placebo…

PRZYPOMNIENIE: Każda partia “szczepionki anty-Covid” miała inny skład…

14 Maggio 2026 babylonianempire/kazda-partia-szczepionki-anty-covid-inny-sklad

KAŻDA PARTIA SZCZEPIONKI MIAŁA INNY SKŁAD. NUMERY PARTII TYLKO TO POTWIERDZAŁY.

To nie teoria. To nie interpretacja. To zbiór danych. 12 000 numerów partii. Porównanych z zgłoszeniami niepożądanych zdarzeń w systemie VAERS. Korelacja jest bezsprzeczna.

Zespół naukowców — 4 statystyków, 2 farmakologów, 1 były urzędnik FDA — opublikował w środę swoje wyniki na zdecentralizowanym serwerze. Artykuł liczy 147 stron. Recenzja naukowa była niemożliwa, ponieważ żadne czasopismo nie chciało się tym zająć. Dlatego udostępnili go bezpośrednio opinii publicznej.

Wynik: konkretne numery partii spowodowały o 4000% więcej zdarzeń niepożądanych niż inne. Nie była to zmienność przypadkowa. Nie była to niespójność produkcyjna. Był to celowy, systematyczny schemat.

Numery partii kończące się na 20A–20F: praktycznie brak zdarzeń niepożądanych. Roztwór soli fizjologicznej. Placebo. Woda z etykietą.

Numery partii kończące się na 21K–21X: umiarkowane zdarzenia niepożądane. Zmęczenie. Zapalenie mięśnia sercowego. Zakrzepy krwi. Wskaźnik hospitalizacji o 300% wyższy od wartości wyjściowej.

Numery partii kończące się na 22R–22Z: katastrofalne. Udar mózgu. Zatrzymanie akcji serca. Uszkodzenia neurologiczne. Wskaźnik śmiertelności o 8100% wyższy od normy statystycznej dla jakiegokolwiek produktu farmaceutycznego w historii.

Trzy poziomy. Trzy formuły. Rozprowadzane w sposób, który gwarantował, że żaden szpital, żadne miasto, żadna grupa demograficzna nie otrzyma wystarczającej ilości katastrofalnych dawek, aby wywołać oczywisty sygnał statystyczny.

Rozłożyli szkody w sposób wystarczająco rozproszony, aby można je było nazwać „rzadkimi skutkami ubocznymi”. Ale to nie było rzadkie. To było działanie celowe.

Schemat dystrybucji nie był przypadkowy. Partie szczepionek o katastrofalnych skutkach trafiły w nieproporcjonalnie dużym stopniu do określonych obszarów o określonych kodach pocztowych. Były to obszary o wysokim odsetku weteranów wojskowych, ratowników oraz właścicieli niezależnych firm, a także społeczności, które historycznie wykazywały niską skłonność do przestrzegania nakazów federalnych.

Osoby, które najprawdopodobniej miały zamiar przeciwstawić się, otrzymały dawki najniebezpieczniejsze.

Partie o umiarkowanym ryzyku trafiły do ośrodków miejskich o wysokim poziomie konsumpcji mediów – do społeczności, które zgłaszałyby łagodne objawy, usłyszałyby, że to „normalne”, i bez zastrzeżeń wracałyby po dawki przypominające.

Partie placebo trafiły do polityków, osobistości medialnych i kadry kierowniczej firm farmaceutycznych. Do ludzi, którzy promowali szczepionkę przed kamerami. Do ludzi, którzy mówili, że jest „bezpieczna i skuteczna”, podczas gdy sami otrzymywali sól fizjologiczną.

W telewizji przyjęli ten sam zastrzyk. Nie przyjęli jednak tej samej formuły.

12 000 numerów partii zostało naniesionych na mapę. Każda partia. Każde miejsce przeznaczenia. Każdy wynik. Dane znajdują się w łańcuchu bloków. Nie można ich cofnąć. Nie można ich wymazać z pamięci. Nie można ich sfalsyfikować tak, aby zniknęły w zapomnieniu.

Były urzędnik FDA z naszego zespołu przedłożył zbiór danych przed trybunałem wojskowym, dołączając do niego oświadczenie: „To nie było zaniedbanie. Był to protokół rozmieszczenia broni zamaskowany jako działanie na rzecz zdrowia publicznego”.

W czwartek rano trybunał przyjął je jako dowód. Numer sprawy: GT-2026-0441.

Każdy numer partii to odcisk palca. Każdy skutek uboczny to świadek. Każdy akt zgonu to akt oskarżenia.

KOD: NUMERY PARTII / 3 POZIOMY / UKIERUNKOWANE KODY POCZTOWE / GT-2026-0441

Nie podali wszystkim tej samej szczepionki. Każdemu podali szczepionkę, która została mu przypisana. Teraz lista przypisanych szczepionek stanowi dowód…

INFO: ripfreedomattack-of-the-psycho-killer-hunter (przekład automat; w oryginale fajne filmiki)

babylonianempire.wordpress.com/2024/09/29/uzywajac-zroznicowanych-partii-szczepionki-zawierajacych-roznorakie-dawki-byli-w-stanie-przesledzic-skutki-uboczne-unikajac-20-lat-testow-z-podwojnie-slepa-proba

Nowicjusz w Pekinie, czyli dzieciak zagubiony w lesie

Pepe Escobar: Nowicjusz w Pekinie

Z rozmowy z Pepe Escobarem w programie Andrew Napolitano „Judging Freedom” wyłania się niezwykły obraz globalnej zmiany władzy. Podczas gdy Donald Trump spotyka się w Pekinie z dyplomatycznie chłodnym przyjęciem, Escobar mówi o historycznym punkcie zwrotnym: Chiny, Rosja i Iran od dawna koordynują swoje strategie na najwyższych szczeblach – podczas gdy, według niego, Waszyngton nadal myśli w kategoriach starych struktur władzy. Wywiad przeradza się w bezkompromisową analizę upadku dominacji Zachodu, przekształceń Eurazji i Białego Domu, który najwyraźniej przybył do Pekinu bez żadnej realnej strategii.

Trump w Pekinie: Moment upokorzenia

Według Escobara, nawet pierwsze minuty przybycia Donalda Trumpa do Pekinu były symbolicznym pokazem siły ze strony Chin. Prezydent Xi Jinping nie powitał Trumpa na lotnisku; powitał go jedynie urzędnik. Dla Chin nie był to przypadek, lecz celowy sygnał. Escobar opisuje chińską dyplomację jako mistrza symboliki i protokołu – i właśnie w ten sposób Pekin zademonstrował prezydentowi USA swoją nową pozycję w porządku światowym.

Bezpośrednie porównanie z poprzednimi gośćmi państwowymi było szczególnie uderzające. Na przykład, kiedy Kim Dzong Un odwiedził Chiny, został osobiście przyjęty przez Xi Jinpinga i eskortowany przez Pekin w dużej kolumnie. Nawet Władimir Putin został przyjęty na najwyższym szczeblu. Trump natomiast stał wyraźnie poirytowany na płycie lotniska – obraz, który według Escobara został natychmiast zrozumiany w Chinach.

Później Xi rzeczywiście okazywał wielką uprzejmość, zwłaszcza podczas bankietu państwowego w Wielkiej Hali Ludowej. Jednak Escobar nie zinterpretował tego jako przejaw uległości, lecz raczej jako wyraz tysiącletniej chińskiej dyplomacji: uprzejmej, opanowanej, a jednocześnie absolutnej dominacji. Delegacja amerykańska, jak twierdził, była nią wręcz „zahipnotyzowana”.

Przesłanie Xi Jinpinga: Porządek świata ulega zmianie

Wypowiedzi Xi Jinpinga podczas rozmów były szczególnie wybuchowe. Xi mówił o „transformacji, jakiej nie widziano od stulecia”, która przyspieszała na całym świecie. Dla Escobara było to niczym innym, jak tylko otwartym opisem końca zdominowanego przez Zachód porządku świata.

Xi stwierdził również, że sytuacja międzynarodowa jest „płynna i burzliwa”. Escobar interpretuje to jako dyplomatycznie elegancką krytykę wojen Waszyngtonu i chaotycznej polityki zagranicznej – zwłaszcza wojny z Iranem. Podczas gdy Chiny myślą strategicznie, argumentuje, amerykańskie imperium działa jedynie taktycznie i krótkoterminowo.

Szczególnie istotne było nowe określenie przyszłych relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, zaproponowane przez Xi Jinpinga: „konstruktywna stabilność strategiczna”. Escobar opisuje tę formułę jako prawdziwą istotę szczytu. Chiny chcą konkurować z USA – ale w jasno określonych granicach i w oparciu o wzajemną stabilność. Jednak zdaniem Escobara, Waszyngton strukturalnie nie jest już do tego zdolny.

Opisuje Stany Zjednoczone jako „imperium chaosu”: destrukcyjne zamiast konstruktywne, taktyczne zamiast strategiczne, destabilizujące zamiast stabilizujące. Właśnie dlatego Pekin wątpi, czy administracja Trumpa w ogóle jest w stanie zrozumieć tę chińską wizję.

Prawdziwa misja Trumpa: wywieranie presji na Iran

Głównym powodem podróży Trumpa do Chin nie były interesy handlowe ani dyplomatyczne. Prawdziwym celem było wywarcie presji na Xi Jinpinga, aby ten wywarł presję na Iran. Waszyngton miał nadzieję, że Chiny zmuszą Teheran do zaakceptowania amerykańskich żądań – żądań, które Escobar otwarcie określił jako „kapitulację”.

Właśnie w tym miejscu Waszyngton nie zrozumiał geopolitycznej rzeczywistości. Relacje między Chinami, Rosją i Iranem od dawna stanowią niezwykle złożoną oś strategiczną. Wskazuje on na liczne spotkania czołowych polityków Iranu, Rosji i Chin. Minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi niedawno odwiedził Moskwę i Pekin, gdzie odbył rozmowy z Wang Yi i Siergiejem Ławrowem.

Escobar opisuje je jako powiązane partnerstwa strategiczne, których celem jest integracja Eurazji i budowa nowego porządku międzynarodowego – czyli coś zupełnie przeciwnego do tego, do czego dąży Waszyngton.

Tajwan nie jest głównym problemem – jest nim Japonia.

Jedno z najbardziej zaskakujących oświadczeń Escobara dotyczy Tajwanu. Chociaż Xi Jinping jednoznacznie dał Trumpowi do zrozumienia, że ​​Tajwan jest wewnętrzną sprawą Chin i stanowi absolutną czerwoną linię, zdaniem Escobara Tajwan wcale nie jest największym zmartwieniem samego Pekinu.

Z rozmów z chińskim menedżerem ds. mediów, Li Bo z niezależnej platformy analitycznej Guancha, dowiedział się, że Chiny są szczególnie zaniepokojone remilitaryzacją Japonii. Podczas gdy zachodnie media skupiają się niemal wyłącznie na Tajwanie, Escobar twierdzi, że Pekin z największym zaniepokojeniem obserwuje rozwój sytuacji militarnej w Tokio.

Pamięć historyczna o japońskiej okupacji Chin i Azji Południowo-Wschodniej jest głęboko zakorzeniona. Chińskie elity postrzegają obecną militaryzację Japonii jako potencjalnie znacznie bardziej niebezpieczną niż amerykańskie dostawy broni na Tajwan. Nawet ewentualny amerykański pakiet zbrojeniowy o wartości ponad jedenastu miliardów dolarów dla Tajwanu jest postrzegany w Pekinie ze względnym spokojem.

Iran nie potrzebuje bomby atomowej

Escobar jest szczególnie jasny w kwestii sytuacji militarnej Iranu. Chociaż Chiny i Rosja nie są zainteresowane posiadaniem przez Iran broni jądrowej, Pekin w pełni rozumie irańskie stanowisko.

Według Escobara Iran już udowodnił, że współczesne wojny rozstrzyga się inaczej: za pomocą dronów, pocisków balistycznych i potencjału asymetrycznego. Właśnie dlatego Teheran nie potrzebuje broni jądrowej.

Jednocześnie Escobar ostrzega, że ​​jeśli ataki amerykańsko-izraelskie będą kontynuowane, stanowisko Iranu może ulec zmianie. W systemie irańskim istnieją siły, które mogą domagać się ponownej oceny strategii nuklearnej.

Amerykańscy dyrektorzy generalni jako delegacja składająca hołd

Jeden z najbardziej uderzających momentów wywiadu dotyczy delegacji biznesowej Trumpa. Prezydentowi w Chinach towarzyszyło szesnastu prezesów – korporacji o łącznej kapitalizacji rynkowej przekraczającej dziesięć bilionów dolarów. Wśród nich byli tacy giganci jak Elon Musk, Tim Cook i Jensen Huang.

Escobar przytacza historyczne porównanie: w przeszłości delegacje podróżowały do ​​Chin, aby złożyć hołd cesarzowi. Dziś najpotężniejsze zachodnie firmy technologiczne przyjeżdżają do Pekinu, ponieważ są zależne od chińskich rynków, chińskich łańcuchów produkcyjnych, a przede wszystkim od chińskich pierwiastków ziem rzadkich.

Chiny mają teraz przewagę. Znaczna część zachodniej gospodarki high-tech nie mogłaby funkcjonować bez chińskich surowców i potencjału przemysłowego. Właśnie dlatego rozmowy o sankcjach i pierwiastkach ziem rzadkich toczyły się za zamkniętymi drzwiami.

BRICS w kryzysie

Pomimo swojej geopolitycznej siły, Escobar opisuje sojusz BRICS zaskakująco krytycznie. Spotkanie ministrów spraw zagranicznych BRICS odbyło się w New Delhi w tym samym czasie, co szczyt Trump-Xi. Jednak zdaniem Escobara, wewnętrzne sprzeczności w sojuszu stały się ogromne.

Iran i Indie są w stanie napięcia z powodu relacji indyjsko-izraelskich. Zjednoczone Emiraty Arabskie są skutecznie nastawione przeciwko Iranowi. Escobar posuwa się nawet do stwierdzenia, że ​​BRICS jest obecnie „w głębokiej śpiączce”.

Niemniej jednak Rosja pozostaje kluczowym mediatorem w tym bloku. Przede wszystkim Siergiej Ławrow musi teraz podjąć próbę pogodzenia konfliktów wewnętrznych.

Prawdziwa przyszłość Chin: sztuczna inteligencja i Nowy Jedwabny Szlak

Podczas gdy Zachód obsesyjnie skupia się na Trumpie, Chiny, według Escobara, są już zajęte zupełnie innymi sprawami. Biznesmeni w Szanghaju ledwo zauważyli wizytę Trumpa. Znacznie ważniejszy jest nowy pięcioletni plan Chin.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Chiny planują do 2030 roku bezpośrednio zintegrować około 70 procent swojej gospodarki ze sztuczną inteligencją. Jednak, w przeciwieństwie do Zachodu, Chiny, według Escobara, dążą do otwartego, inkluzywnego modelu sztucznej inteligencji, który ma przynieść korzyści całemu społeczeństwu.

Jednocześnie Inicjatywa Pasa i Szlaku – Nowy Jedwabny Szlak – pozostaje centralnym projektem polityki zagranicznej Pekinu. Chiny myślą długoterminowo, globalnie i w kategoriach infrastruktury, podczas gdy Waszyngton, zdaniem Escobara, wciąż tkwi w wojnach i sankcjach.

„Szach-mat Iranowi” – ​​nawet neokonserwatyści przyznają się do porażki

Pod koniec rozmowy Escobar odwołuje się do artykułu znanego neokonserwatysty Roberta Kagana, który otwarcie mówi o strategicznej porażce USA i Izraela w starciu z Iranem. Dla Escobara ma to ogromne znaczenie.

Kiedy nawet architekci amerykańskiej polityki interwencjonistycznej przyznają, że Waszyngton stracił kontrolę nad konsekwencjami własnej wojny, pokazuje to, jak głęboka jest już zmiana geopolityczna. Escobar ostrzega jednak również, że takie artykuły mogą być próbą popchnięcia Netanjahu i Trumpa w stronę nowej eskalacji.

Według Escobara, sam Iran wychodzi z konfliktu silniejszy niż na początku wojny. Jedność wewnętrzna wzrosła, dowództwo wojskowe wyciągnęło wnioski ze swoich błędów, a strategiczna koordynacja z Rosją i Chinami jest bliższa niż kiedykolwiek.

Wniosek

Analiza Pepe Escobara maluje obraz świata w okresie transformacji: Chiny prezentują się jako cierpliwe, strategicznie nastawione supermocarstwo z tysiącletnią tradycją dyplomatyczną. Rosja i Iran, wraz z Pekinem, tworzą coraz ściślej skoordynowany trójkąt geopolityczny.

Z drugiej strony, Stany Zjednoczone jawi się w tym obrazie jako coraz bardziej izolowane, taktyczne i kierujące się krótkoterminowymi interesami.

Zdaniem Escobara prawdziwym szokiem wizyty w Pekinie nie był protokół dyplomatyczny, ale uświadomienie sobie, że Waszyngton nie może już decydować o tym, jak ma wyglądać porządek globalny, a jedynie na niego reagować.

Chiny wysłały Trumpowi twardą wiadomość… Czy ją dostał? I czy zrozumiał?

Chiny wysłały Trumpowi twardą wiadomość… Czy ją dostał?

Larry C. Johnson

Jeszcze zanim Trump wysiadł ze swojego prezydenckiego samolotu w Pekinie, Chińczycy wysłali subtelne, ale jasne sygnały, że postrzegają Trumpa jako przywódcę drugiej kategorii i że stosunki z nim pozostają chłodne.

Po pierwsze, gazeta „China Daily” zbagatelizowała zbliżające się spotkanie Xi z Trumpem, publikując zamiast tego nagłówek o rozmowach Xi z przywódcą Tadżykistanu. Spotkanie z Trumpem zostało przyćmione w artykule na marginesie zatytułowanym „Xi nawiguje relacje amerykańsko-chińskie w obliczu globalnej niepewności”.

Po drugie, do 12 maja 2026 r. strony internetowe CCTV i XINHUA nie opublikowały żadnych informacji na temat zbliżającego się spotkania z Trumpem.

Po trzecie, przed przybyciem Trumpa chińska ambasada w Waszyngtonie opublikowała listę czterech „czerwonych linii”, których „Waszyngton nie powinien kwestionować”. Są to:

Kwestia Tajwanu,

Demokracja i prawa człowieka w Chinach,

System polityczny,

Prawo Pekinu do rozwoju.

Chiński komunikat do Trumpa: Chiny nie zaakceptują żadnej krytyki ze strony Trumpa ani jego delegacji w tych kwestiach. Odniesienie się do któregokolwiek z tych punktów będzie uznane za obrazę Chin.

Po czwarte, po przylocie do Pekinu samolot Trumpa powitali wicepremier Chin (lub, według niektórych doniesień, wiceprezydent) i inni wysoko postawieni chińscy urzędnicy – ​​ale nie sam prezydent Xi Jinping. Obecni byli również przedstawiciele dyplomacji USA i Chin oraz kompania honorowa. To była ta sama grupa, która powitała Trumpa podczas jego pierwszej podróży do Chin w listopadzie 2017 roku.

Dla porównania, Xi Jinping osobiście powitał Putina po jego przybyciu, zamiast pozostawić przyjęcie urzędnikom niższego szczebla. Doniesienia o wizytach państwowych Putina w 2024 roku i innych wizytach wskazują, że Xi przyjął go z pełnymi honorami – na przykład podczas oficjalnej ceremonii powitalnej lub przyjęcia w Wielkiej Hali Ludowej – i spotkał się z nim osobiście po jego przybyciu do Pekinu.

Xi Jinping powiedział następujące słowa w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu na pierwszym spotkaniu obu delegacji:

▪️ Podstawą relacji między Chinami i USA powinny być wzajemne korzyści.

▪️ Konfrontacja doprowadzi do wzajemnej szkody – musimy być partnerami, a nie rywalami.

▪️ Chiny i USA powinny przezwyciężyć „pułapkę Tukidydesa” i zbudować nowy paradygmat relacji.

„Pułapka Tukidydesa” to koncepcja polityczna, zgodnie z którą rosnąca potęga zagraża państwu zajmującemu dominującą pozycję, czyniąc konflikt zbrojny między nimi niemal nieuniknionym. Jest ona często używana do opisu relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi.

Odnosząc się do kwestii Tajwanu, Xi stwierdził:

„Niewłaściwe podejście do kwestii Tajwanu może doprowadzić do konfliktu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Pokój w Cieśninie Tajwańskiej jest kluczowym czynnikiem w stosunkach między Chinami a Stanami Zjednoczonymi”.

Jednym z tematów prawdopodobnie omawianych prywatnie, poza kamerami, są sankcje. Tuż przed wyjazdem prezydenta Trumpa do Pekinu, 11 maja 2026 roku, Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) Departamentu Skarbu USA ogłosiło sankcje wobec 12 osób i firm (3 osoby i 9 firm) za ułatwianie sprzedaży irańskiej ropy naftowej i jej dostaw do Chin.

Wcześniej, 24 kwietnia 2026 roku, Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na pięć głównych chińskich rafinerii teapot – w tym Hengli Petrochemical (Dalian) Refining Co. oraz mniejszych producentów z Szantungu i Hebei – za rzekomy zakup irańskiej ropy naftowej o wartości miliardów dolarów. To spowodowało pierwsze w historii Chin zastosowanie tzw. „zasad blokujących” (komunikat nr 21 z 2 maja), które zabraniają chińskim firmom przestrzegania amerykańskich sankcji.

Następnie, 8 maja 2026 r., administracja Trumpa ogłosiła dodatkowe sankcje przeciwko chińskim firmom – w tym firmom satelitarnym i technologicznym, takim jak MizarVision i Chang Guang – oskarżonym o wspieranie irańskich działań wojskowych i wywiadowczych.

Jestem pewien, że prezydent Xi odniesie się do tych środków bezpośrednio do Trumpa podczas zaplanowanego w piątek prywatnego spotkania. Choć Trump i jego zespół ds. bezpieczeństwa narodowego mieli nadzieję, że te kroki skłonią Chiny do złagodzenia wsparcia dla Iranu, nadzieje te zostaną rozwiane, a Chiny będą twierdzić, że takie środki są sprzeczne z przyjaźnią. Pozostaje pytanie, czy Trump zniesie te sankcje.

Źródło: Chiny wysłały Trumpowi trudną wiadomość… Czy ją zrozumiał?

Iran nie stawia oporu ani nie negocjuje, lecz posuwa się naprzód w swojej globalnej rewolucji

Iran nie stawia oporu ani nie negocjuje, lecz posuwa się naprzód w swojej globalnej rewolucji.

przez Thierry’ego Meyssana voltairenet

[Uwaga, to stanowisko europejskich lewicowców, może komunistów; piszą we Francji. Ale bardzo ciekawe. MD]

============================================

Po prostu nie rozumiemy postawy Iranu wobec Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników: Naród irański nie jest zaskoczony wojną. Biorąc pod uwagę ich antyimperialistyczne stanowisko, spodziewał się jej. Jest mniej zainteresowany negocjacjami w sprawie zakończenia działań wojennych niż nowym porządkiem międzynarodowym. Jest gotów zaakceptować cierpienie, aby realizować własne cele. Waszyngton może odnieść zwycięstwo militarne, ale politycznie to Teheran zyskuje na znaczeniu.

Sieć Voltaire | Paryż (Francja) |12 maja 2026 r.

عربيελληνικάangielskihiszpańskifrancuskiwłoskiHolenderskiportugalski

Prezydent Donald Trump – a wraz z nim wszyscy odpowiedzialni zachodni politycy i komentatorzy – uważa, że ​​Irańczycy powinni skupić się wyłącznie na uniknięciu bomb Pentagonu i odzyskaniu akceptowalnego poziomu życia. Powinni zatem wstrzymać swój program nuklearny i otworzyć Cieśninę Ormuz.

Oczywiście, nie o to im chodzi. Ludzie [politycy] Zachodu po prostu nie rozumieją, czego chcą Irańczycy, których w ogóle nie znają. Nadal nie pojęli przesłania Mohammada Mossadegha i Ruhollaha Chomeiniego: Irańczycy mogą wyzwolić swój kraj spod anglosaskiej eksploatacji kolonialnej, a świat spod zachodnich rządów kolonialnych, czerpiąc siłę ze swojej religii niezbędną do przeprowadzenia tej rewolucji.

Mohammad Mossadegh udowodnił, że odzyskanie własności narodowej jest możliwe. Znacjonalizował ropę naftową i wynegocjował udziały, jakie jego kraj miał przyznać zagranicznym firmom. Chociaż został obalony przez CIA i MI6 z pomocą szacha, jego osiągnięć nie dało się cofnąć. Mossadegh odrodził wyzyskiwany naród.

Przez wiele lat Ruhollah Chomeini nieustannie marzył, że każdy muzułmanin mógłby pójść w ślady proroków Alego i Husajna i poświęcić swoje życie sprawiedliwości. Wyobrażał sobie, że Iran uwolni się od swojej dolorystycznej interpretacji złotej legendy islamu; że mógłby wyzwolić siebie i resztę świata, za co spotkała go ekskomunika ze strony wszystkich pozostałych ajatollahów… i wyborem Zbigniewa Brzezińskiego na następcę szacha.

Mimo że arogancki Chomeini walczył z Mossadeghiem, obaj byli zawsze zgodni w poglądach na suwerenność Iranu.

Pamiętamy jedynie ekscesy i szaleństwo rewolucji islamskiej. Każda rewolucja jest krwawa, ale nie potępiamy wszystkich jednakowo. Pamiętamy wyroki śmierci dla Irańczyków oskarżonych – słusznie lub niesłusznie – o bycie agentami mocarstw kolonialnych lub Iraku Saddama Husajna, ale nie pamiętamy wojny, którą te państwa narzuciły temu krajowi. Widzieliśmy brutalność policji moralności wobec kobiet, które odmawiały noszenia tradycyjnych strojów, ale nie wobec mężczyzn, którzy odmawiali zapuszczania brody.

We Francji doświadczyliśmy tego samego: nasi przodkowie skazywali na śmierć tych, którzy wspierali armie sprzymierzonych monarchii i dążyli do przywrócenia ustanowionego przez Boga porządku, posuwając się aż do masakry mieszkańców Wandei. Sankiuloci narzucili im mundury i prześladowali tych, którzy nadal nosili się tak, jak za czasów Ancien Régime. Wiemy jednak doskonale, że te okrucieństwa nie były rewolucją: były stworzeniem nowego porządku, opartego na wolności i równości.

Dzisiejszy Iran zdaje sobie sprawę, że dziesięcioletnia, straszliwa wojna (1980–1988) toczona przeciwko niemu przez Irak i Zachód była jedynie preludium do prawdziwego konfliktu. Celem było zapobieżenie powstaniu Republiki Islamskiej. Teraz celem jest realizacja marzenia Chomeiniego.

Na naszych oczach stary ajatollah Ruhollah Chomeini nie próbował odzyskać majątku skonfiskowanego przez szacha, ale natychmiast po przybyciu do Teheranu wezwał armię do opowiedzenia się po stronie ludu, a cały naród irański do opowiedzenia się po stronie uciśnionych.

Dokładnie to samo robi dzisiaj Iran.

Iran od samego początku zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie pokonać izraelsko-amerykańskich sił powietrznych. Choć jego siły zbrojne zestrzeliły kilka bombowców w locie, Iran postanowił zademonstrować swoim arabskim przyjaciołom w Zatoce Perskiej, że mocarstwa kolonialne go wykorzystują. Zaatakował amerykańskie bazy wojskowe w Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Jordanii, Kuwejcie i Katarze. Oświadczył każdemu z tych państw, że jest współwinne agresji USA, ponieważ oddało część swojego terytorium Pentagonowi, który wykorzystywał je do własnych celów.

Przypadek Sułtanatu Omanu jest nieco inny. Jest to państwo neutralne, nieposiadające na swoim terytorium żadnych baz wojskowych. Jednak 12 i 13 marca zezwoliło ono amerykańskim bombowcom i dronom na przelot nad swoją przestrzenią powietrzną w celu zaatakowania Iranu. Po ostrej wymianie zdań z Teheranem, Maskat przerwał te przeloty. Z kolei pozostałe państwa Zatoki Perskiej nie były w stanie zmienić swojego stanowiska. Uparcie trzymały się rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 2817, która narusza prawo międzynarodowe i wzmacnia wyższość perspektywy Zachodu.

W tamtym momencie nikt nie rozumiał, co się dzieje. Międzynarodowi komentatorzy wyśmiewali głupotę Irańczyków atakujących własnych sojuszników. Z czasem jednak każde z tych sześciu państw zaczęło się zastanawiać, czy nie doprowadziło to do ich upadku; czy problem nie polegał na tym, że zaakceptowały amerykańskie bazy wojskowe dla swojej obrony, co w rzeczywistości uczyniło z nich najemników Zachodu i cele dla Irańczyków.

Aby jeszcze bardziej podkreślić swoje stanowisko, Teheran napisał do rządów Niemiec, Wielkiej Brytanii, Cypru, Rumunii i Bułgarii, aby jasno im dać do zrozumienia, że ​​udzielając Pentagonowi pozwolenia na wykorzystanie swoich baz wojskowych do przeprowadzenia agresji, są współwinne i narażają się na represje.

Następnie Irańczycy mówili o współudziale większości państw świata – z wyjątkiem Rosji, Białorusi i Chin – w grabieży irańskich aktywów za granicą i blokadzie irańskich banków, z którymi nikt nie odważył się już nawiązać stosunków. W tamtym czasie nikt nie zwracał uwagi na te oskarżenia. Dlatego nikt nie rozumiał, kiedy Irańczycy mówili o administracyjnej procedurze przejścia przez Cieśninę Ormuz. Międzynarodowi komentatorzy wyśmiewali wręcz rzekomą głupotę Irańczyków, którzy chcieli nałożyć opłatę za przejazd przez naturalny szlak wodny.

Irańczycy oświadczyli, że zezwolą na przepływ przez cieśninę tylko statkom niebiorącym udziału w agresji, a od pozostałych będą wymagać gwarancji bankowych tylko w razie wypadku. Wywołało to panikę wśród armatorów: jak mogliby udzielić gwarancji bankowych irańskiemu systemowi bankowemu, który przez trzydzieści lat był wykluczony z globalnego systemu bankowego przez Departament Skarbu USA?

Tym razem Iran zwraca się do nas: jesteśmy współwinni polityki mającej na celu jego zagłodzenie, i nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Tak jak Niemcy, Arabia Saudyjska, Bahrajn, Bułgaria, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania, Kuwejt, Katar, Rumunia i Wielka Brytania są współwinne agresji militarnej, nigdy nie decydując się na udział.

Będziemy musieli podjąć decyzję: albo będziemy nadal głodzić Irańczyków i udawać, że nie jesteśmy tego świadomi, albo odłączymy się od Stanów Zjednoczonych.

„Natura wojny” się zmienia: Lekcje z wojny przeciw Iranowi

„Natura wojny” się zmienia: Lekcje z wojny przeciw Iranowi

Alastair Crooke

Amerykański lotniskowiec nie budzi już takiego strachu jak kiedyś; dziś emanuje wrażliwością [na ataki np. dronów md] .


Chociaż wojna w Iranie była w dużej mierze postrzegana przez pryzmat konwencjonalnej sztuki wojennej Zachodu, płynące z niej lekcje są dalekie od konwencjonalnych. W rzeczywistości są buntownicze, bulwersujące, odmieniające dotychczasowe strategie..

Powojenne podejście Zachodu (zwłaszcza w kontekście zimnej wojny) opierało się na zdolności do finansowego pokonania każdego przeciwnika militarnego poprzez pozyskanie wysoce zaawansowanych, zaawansowanych technologicznie i drogich samolotów załogowych oraz amunicji. Dominacja w przestrzeni powietrznej i silne uzależnienie od bombardowań z powietrza – czyli wojny powietrznej – stanowiły doktrynalny cel ostateczny.

Przewaga finansowa (oraz domniemana innowacyjność technologiczna) uznawana była za decydujący element w konfrontacji z ZSRR.

Podobnie, w wojnie morskiej impulsem było inwestowanie w coraz większe lotniskowce i związane z tym okręty wsparcia.

Podczas walk lądowych podczas operacji Pustynna Burza w Iraku nacisk położono na czołgi, które siłą „przebijały się” przez linie obronne wroga – podejście to zostało zarzucone na Ukrainie po tym, jak w XXI wieku upowszechniła się frontalna „wojna pozycyjna” z wykorzystaniem dronów.

Dążenie do przewagi finansowej sprzyjało zarówno amerykańskiemu kompleksowi militarno-przemysłowemu, jak i – wraz z hegemonią dolara amerykańskiego – wyjątkowej przewadze Ameryki, polegającej na możliwości efektywnego „drukowania” dodatkowych kosztów w zamian za zaawansowaną przewagę.

Następnie nadeszła wojna z Iranem w 2026 r., której asymetryczny model wywrócił do góry nogami konwencjonalne doktryny.

Zamiast dążyć do dominacji w przestrzeni powietrznej, Iran nie dążył do uzyskania przewagi w powietrzu, lecz do dominacji w tej przestrzeni za pomocą zaawansowanych pocisków rakietowych.

Zamiast naziemnej infrastruktury wojskowej, arsenały rakietowe, wyrzutnie i duża część produkcji rakietowej były rozproszone na rozległych obszarach geograficznych Iranu i ukryte głęboko pod ziemią w miastach rakietowych i pasmach górskich.

Decydującą transformacją podejścia asymetrycznego było jednak pojawienie się łatwo dostępnych i niedrogich komponentów technologicznych. Podczas gdy Zachód wydawał miliony dolarów na każdy pocisk przechwytujący, Iran i jego sojusznicy wydali na niego zaledwie setki.

W ten sposób utracono korzyści płynące z hegemonii dolara, które stały się obciążeniem – wysokie koszty amerykańskiej amunicji i jej wyrafinowana konstrukcja doprowadziły do ​​skostnienia łańcuchów dostaw, długich cykli produkcyjnych i minimalnych zapasów broni.

Nawet domniemana wyższość technologiczna amerykańskiej broni jest obecnie przewyższana przez „garażowe” i „warsztatowe” rozwiązania wykorzystujące tanie komponenty technologiczne. Generują one innowacje, które są następnie wdrażane i rozwijane przez „władze wojskowe” po nieformalnych testach.

Tendencja ta jest szczególnie widoczna w armii rosyjskiej, gdzie początkowo testowano technologię „garażową”, a następnie wdrażano ją w strukturach wojskowych. Dotyczy to zarówno sprzętu technicznego, jak i internetowych innowacji w zakresie sztucznej inteligencji.

Podobnie innowacja Hezbollahu w postaci dronów naprowadzanych światłowodami zmieniła sytuację na froncie wschodnim, powodując ciężkie straty w izraelskich czołgach i żołnierzach. Do tego stopnia, że ​​Siły Obronne Izraela mogą być zmuszone do wycofania się z południa.

Podobnie asymetria i innowacje na morzu wywracają do góry nogami tradycyjne uzależnienie Zachodu od dużych, ciężkich okrętów wojennych i lotniskowców. Te ostatnie stały się „białymi słoniami” w wojnie w Zatoce Perskiej, ponieważ roje dronów i zagrożenie ze strony pocisków przeciwokrętowych zmuszają je do operowania tak daleko od irańskiego wybrzeża, że ​​ich myśliwce bazujące na lotniskowcach są ograniczone w swoich możliwościach ataku przez konieczność uzupełniania paliwa w powietrzu nad obszarem docelowym.

Sam widok prawdziwego „roju” kilkudziesięciu uzbrojonych motorówek zbliżających się do nieporęcznego, konwencjonalnego okrętu wojennego podkreśla jego podatność na ataki. Iran zresztą i tak posiada inną broń przeciwokrętową.

Krótko mówiąc: amerykański lotniskowiec nie budzi już takiego strachu jak kiedyś; dziś emanuje wrażliwością.

Nowa strategia wojny morskiej Iranu obejmuje również krążące, szybkie drony podwodne (lub torpedy), które mogą pozostawać w gotowości do czterech dni i są wyposażone w sztuczną inteligencję. Drony te mogą być wystrzeliwane z podwodnych tuneli biegnących pod powierzchnią Cieśniny Ormuz.

Trzeba przyznać, że irańska innowacja była planowana i rozwijana przez długi czas. Jej skuteczność została udowodniona w konflikcie z Izraelem i USA. Iran przetrwał izraelskie i amerykańskie naloty dywanowe (choć z dużymi zniszczeniami i stratami), a mimo to nadal kontroluje Cieśninę Ormuz, posiada duże zapasy rakiet i zniszczył lub unieruchomił amerykańskie bazy wojskowe w Zatoce Perskiej.

To jest lekcja wyciągnięta z wojny w Iranie. Ale ważniejszym punktem strategicznym jest to, że pokazała ona, iż zachodni „styl prowadzenia wojny” został zastąpiony tanią, innowacyjną technologią i starannym, asymetrycznym planowaniem.

Nie ma wątpliwości, że zachodni model może powodować ogromne zniszczenia, jednak jego brak chirurgicznej precyzji okazuje się mało skuteczny w dobie mediów masowych i fotografii robionych smartfonami, dokumentujących ofiary cywilne, zniszczenia i cierpienie.

Po drugie, Zachód pozostaje ociężałym gigantem, który nie zrozumiał – nie mówiąc już o przewidywaniu – nowej, asymetrycznej wojny. Innowacyjność została stłumiona przez koncentrację kompleksu militarno-przemysłowego w kilku biurokratycznych monopolach.

Zachodni styl prowadzenia wojny to model, który nie sprawdza się w walce z wysoce wyrafinowanym, asymetrycznym przeciwnikiem.

Ale inni z pewnością wyciągnęli wnioski z wojny w Iranie. Rosja jest jedną z nich; Chiny drugą. Więcej będzie ich naśladować. Zachód może spodziewać się, że te wnioski ujawnią się również w innych formach, w trakcie jego kolejnych wojen.

Europejskie elity mogą wkrótce odkryć, że ich poparcie dla ukraińskich ataków dronów głęboko na terytorium Rosji może wywołać inną (kinetyczną) reakcję. Wydano ostrzeżenia. Czy zostaną one wzięte pod uwagę?

Źródło: „Sposoby prowadzenia wojny” przechodzą metamorfozę: Lekcje z wojny irańskiej

Wiodący amerykański podżegacz wojenny Robert Kagan: Szach-mat dla Waszyngtonu w Zatoce Perskiej

Wiodący amerykański podżegacz wojenny : Szach-mat dla Waszyngtonu w Zatoce Perskiej

rtnews-com/fuehrender-us-kriegstreiber-schachmatt

Zagorzały syjonista i czołowy myśliciel neokonserwatywnych amerykańskich podżegaczy wojennych w niezwykle realistycznym artykule w amerykańskim magazynie politycznym określił USA jako papierowego tygrysa, który nie potrafi ani odwrócić, ani kontrolować konsekwencji swojej porażki z Iranem.

Wiodący amerykański podżegacz wojenny: Szach-mat dla Waszyngtonu w Zatoce Perskiej
Obraz symboliczny

Autorstwa Rainera Ruppa

Po raz drugi w ciągu zaledwie kilku miesięcy neokonserwatywny myśliciel Robert Kagan opublikował miażdżącą krytykę wojny prezydenta Trumpa z Iranem. W swoim najnowszym artykule,  opublikowanym 10 maja w  „The Atlantic” , amerykańskim magazynie politycznym, Kagan argumentuje, że krótka wojna z Iranem stanowi najgorszą klęskę militarną w historii USA – a pod kilkoma kluczowymi względami przewyższa nawet wojnę w Wietnamie. Twierdzi, że wcześniejsze konflikty o suboptymalnych rezultatach lub wyraźnych porażkach zostały ostatecznie złagodzone przez ich późniejsze umiejscowienie z dala od centralnych aren globalnej rywalizacji mocarstw. Przedstawia różnicę między tymi konfliktami a porażką USA z Iranem w następujący sposób:

„Obecna konfrontacja z Iranem ma zupełnie inny charakter. Szkód nie da się naprawić ani zignorować. Nie będzie powrotu do status quo ante, nie będzie ostatecznego amerykańskiego triumfu, który cofnąłby lub zniwelowałby wyrządzone szkody. Cieśnina Ormuz nie będzie już „otwarta” jak kiedyś”.

Bloomberg: Produkcja ropy naftowej w krajach OPEC spadła w kwietniu do najniższego poziomu od 36 lat

Bloomberg: Produkcja ropy naftowej w krajach OPEC spadła w kwietniu do najniższego poziomu od 36 lat

Kontrolując ten szlak, Iran dzierży klucz do całego regionu i tym samym staje się kluczowym graczem na arenie międzynarodowej. Rola Chin i Rosji jako sojuszników Iranu ulega wzmocnieniu; rola Stanów Zjednoczonych ulega znacznemu osłabieniu. Daleko mu do demonstracji amerykańskiej siły, jak wielokrotnie twierdzili zwolennicy wojny, konflikt ujawnił, że Ameryka jest zawodna i niezdolna do dokończenia tego, co zaczęła. To wywoła reakcję łańcuchową na całym świecie, ponieważ zarówno przyjaciele, jak i wrogowie przygotowują się na porażkę Ameryki.

Jednak już w następnym akapicie swojego artykułu w „Atlantic” Kagan popełnia poważne błędy. Przedstawia całą serię danych dotyczących strat Iranu, powołując się na mocno podkoloryzowane „oficjalne” dane Pentagonu dotyczące irańskich strat wojskowych, które są po prostu śmiesznie niedokładne. Irański minister spraw zagranicznych Araghchi przedstawił niedawno własną ocenę, która z pewnością jest również podkoloryzowana w przeciwnym kierunku, ale mimo to wydaje się znacznie bardziej wiarygodna niż pobożne życzenia Pentagonu.

Kagan następnie rekompensuje błędy liczbowe realistyczną i poprawną oceną historyczną panicznego wycofania się Trumpa po zbombardowaniu irańskich obiektów naftowych:

Punkt zwrotny nastąpił 18 marca, kiedy Izrael zbombardował irańskie złoże gazu Południowy Pars, a Iran odpowiedział atakiem na przemysłowe miasto Ras Laffan w Katarze, największy na świecie zakład eksportu gazu ziemnego, powodując szkody w jego zdolnościach produkcyjnych, których naprawa zajmie lata. Trump odpowiedział, wprowadzając moratorium na dalsze ataki na irańskie zakłady energetyczne, a następnie ogłaszając zawieszenie broni, mimo że Iran nie poczynił żadnych ustępstw.

Transmisja na żywo z wojny w Iranie – Pentagon zaniepokojony: Chiny czerpią zyski z wojny na Bliskim Wschodzie

Kagan trafnie identyfikuje beznadziejną sytuację Trumpa: Nawet gdyby Trump próbował uderzyć z pełną siłą, aby ratować reputację nadszarpniętej prestiżem armii USA, mogłoby to skończyć się jedynie katastrofą. Nawet gdyby Trump chciał zbombardować Iran w ramach strategii wyjścia – aby zademonstrować swój wizerunek „silnego człowieka” i ukryć wycofanie – nie mógłby tego zrobić bez ryzyka tej katastrofy. Jeśli to nie jest szach-mat, to jest bardzo blisko.

Następnie Kagan przedstawia, jak w praktyce będzie wyglądała porażka USA i słusznie zauważa, że ​​po zakończeniu wojny Iran nie będzie miał żadnej motywacji, aby oddać kontrolę nad Cieśniną Ormuz:

Porażka Stanów Zjednoczonych jest zatem nie tylko możliwa, ale i prawdopodobna. Oto, jak to wygląda: Iran zachowuje kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Powszechne założenie, że cieśnina będzie otwarta dla wszystkich, tak czy inaczej, po zakończeniu kryzysu, jest bezpodstawne. Iran nie jest zainteresowany powrotem do status quo ante. Ludzie (w USA) mówią o rozłamie między twardogłowymi a umiarkowanymi w Teheranie, ale nawet umiarkowani muszą zdać sobie sprawę, że Iran nie może sobie pozwolić na oddanie kontroli nad cieśniną, niezależnie od tego, jak atrakcyjna byłaby oferowana umowa.

Z drugiej strony, Teheran musi zadać sobie pytanie, jak wiarygodna jest umowa z Trumpem. Praktycznie chwalił się, że skopiował japoński atak z zaskoczenia na Pearl Harbor, autoryzując zabójstwo irańskich przywódców w trakcie negocjacji. Irańczycy nie mogą być pewni, że Trump nie zaatakuje ponownie w ciągu kilku miesięcy od zawarcia umowy. Wiedzą również, że Izraelczycy mogą zaatakować ponownie, ponieważ nigdy nie czują się ograniczeni w działaniu, gdy ich interesy są zagrożone.

Dokąd zmierzają Stany Zjednoczone: Wybór między utratą hegemonii a apokalipsą

Kagan słusznie zauważa, że ​​Iran będzie odtąd na stałe nakładać cła na przepływanie przez cieśninę, a większość krajów będzie zmuszona podporządkować się irańskim nakazom. W końcu przekonali się na własne oczy, że Marynarka Wojenna USA nie była w stanie w żaden sposób zmienić sytuacji. Możliwość blokowania lub kontrolowania żeglugi przez cieśninę jest bardziej bezpośrednia i skuteczna niż teoretyczny potencjał irańskiego programu nuklearnego. Ta siła nacisku pozwala rządzącym w Teheranie zmusić inne państwa do zniesienia sankcji i normalizacji stosunków – lub poniesienia konsekwencji. A następnie czołowy syjonista, Kagan, ostrzega:

„Izrael znajdzie się w jeszcze większej izolacji niż kiedykolwiek, w miarę jak Iran będzie się bogacił, dozbrajał i zachowywał swoje możliwości nuklearnej przyszłości. Izrael może nawet nie być w stanie działać przeciwko irańskim sojusznikom (w Strefie Gazy i Libanie): w świecie, w którym Iran wywiera wpływ na zaopatrzenie energetyczne tak wielu krajów, Izrael może napotkać ogromną presję międzynarodową, by nie prowokować Teheranu, czy to w Libanie, Strefie Gazy, czy gdziekolwiek indziej ” – ubolewa Kagan.

Ostatni z wymienionych powyżej punktów jest szczególnie wymowny: Kagan skarży się, że Izrael jest niesprawiedliwie „wywierany nacisków”, aby nie kontynuował swojej ludobójczej polityki w Strefie Gazy i Libanie, ponieważ Iran stałby się wówczas zbyt potężny.

Kagan kończy swój artykuł ostrym potępieniem amerykańskiej porażki w starciu z „drugorzędnym mocarstwem” Iranem:

Amerykańska porażka w Zatoce Perskiej będzie miała również szersze, globalne reperkusje. Cały świat widzi, że zaledwie kilka tygodni wojny z drugorzędnym mocarstwem doprowadziło do redukcji amerykańskich zapasów broni do niebezpiecznie niskiego poziomu, bez perspektyw na szybkie rozwiązanie. Rodzące się w związku z tym pytania o gotowość Ameryki do kolejnego poważnego konfliktu mogą, ale nie muszą, skłonić Xi Jinpinga do ataku na Tajwan, a Władimira Putina do eskalacji agresji wobec Europy. Sojusznicy Ameryki w Azji Wschodniej i Europie muszą jednak rozważyć możliwość przetrwania Ameryki w przyszłych konfliktach.

Globalna adaptacja do post-amerykańskiego porządku świata gwałtownie przyspiesza. Niegdyś dominująca pozycja Ameryki w Zatoce Perskiej to dopiero pierwsza z wielu strat, jakie czekają Waszyngton. Pytanie postawione przez Kagana w artykule dotyczącym amerykańskiej „gotowości do wojny” już dawno doczekało się odpowiedzi: gotowość USA do walki z prawdziwymi mocarstwami światowymi, takimi jak Rosja czy Chiny, stwierdził 11 maja komentator wydarzeń geopolitycznych, piszący pod pseudonimem „Simplicius”, na swoim kanale Substack. Amerykańskie zapasy broni wyczerpałyby się w ciągu kilku dni, a nie ma bazy przemysłowej, która pozwoliłaby na produkcję kolejnych. To już nie jest kwestia otwarta, lecz jasny i jednoznaczny fakt.

Fiasco Hormusa: Jakie wnioski można wyciągnąć z konfliktu?

Niemniej jednak pozostaje pytanie: jaki jest prawdziwy cel polemiki Kagana w „The Atlantic” ? Dlaczego maluje on tak ponury obraz upadku amerykańskiej hegemonii na Bliskim Wschodzie, do którego – jak twierdzi – przyczynił się prezydent Trump? W przeciwieństwie do poprzednich komentarzy, nie przedstawia żadnych rozwiązań, alternatyw ani własnych propozycji. Czy Kagan rzeczywiście czuje się zagubiony w obliczu chaosu, czy też za tym artykułem w „The Atlantic” kryje się inny, bardziej złowrogi motyw ?

Simplicius oferuje odpowiedź na to pytanie. Według niego Kagan najwyraźniej potępia trwającą wojnę, aby zdystansować się od największej katastrofy całego pokolenia. Chce opuścić tonący okręt w odpowiednim czasie, aby ocalić jak najwięcej wiarygodności w przyszłych ocenach historycznych. Dałoby to jemu i jego neokonserwatywnym podżegaczom wojennym – jak wynika z obliczeń – drugą szansę za kilka lat. Następnie, za pięć do dziesięciu lat, podczas kolejnego kryzysu, mogliby powiedzieć w telewizji:

„Byliśmy przeciwni katastrofalnej wojnie z Iranem, walczymy o pokój! Ale tym razem jest inaczej! Ameryka musi chronić swoje interesy i zbombardować ten okropny kraj «XXX» (jakkolwiek się nazywa).”

Przebierańcy pokazują pazury

Przebierańcy pokazują pazury

Stanisław Michalkiewicz 14 maja 2026 michalkiewicz

Dziś moja moc się przesili. Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – powiada Konrad w III części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Właśnie nadszedł taki moment dla naszego nieszczęśliwego kraju. Poznamy, czy jest on suwerenny, czy też jest popychadłem grona przebierańców ze Strasburga, które przybrało pretensjonalną nazwę „Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Chodzi oczywiście o wyrok tego Trybunału, nakazujący wszystkim polskim władzom, by nie utrudniały obywatelom, których Sejm mianował kandydatami na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, dostępu do „orzekania”, a także – o czym wyrok taktownie już nie wspomina – do wynagrodzeń, których w przeciwnym razie by ci obywatele nie otrzymali. Dlaczego Sejm wybrał akurat tych obywateli, a nie innych – tajemnica to wielka. Można oczywiście dowodzić, że wybrał ich dlatego, że sobie w nich szczególnie upodobał – ale takie wyjaśnienie niewiele wyjaśnia, prowokując do postawienia kolejnego pytania, dlaczego właściwie Sejm, a konkretnie – Wielce Czcigodni posłowie należący do koalicji 13 grudnia – upodobali sobie akurat w tych obywatelach, a nie w jakichś innych, których kandydatury też były zgłaszane. Ja oczywiście tych przyczyn nie znam, bo jak wspomniałem – tajemnica to wielka, a podejrzewam – że nie tylko wielka, ale i państwowa.

Do takich podejrzeń skłoniła mnie reakcja nie tylko pana generała Marka Dukaczewskiego, ale i pana marszałka Czarzastego, a nawet – Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego na pomysł pana prezydenta Karola Nawrockiego, by opublikować „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Pan generał Dukaczewski uznał pomysł pana prezydenta za „antypaństwowy”, pan marszałek Czarzasty wyraził przypuszczenie, że pomysł ujawnienia treści „Aneksu” musiał panu prezydentowi przyjść do głowy podczas kąpieli, a Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” jest tylko jakaś „publicystyka”, a żadnych godnych uwagi rewelacji nie ma.

Okazuje się, że wbrew pozorom istnieją u nas obszary, w których panuje całkowita jedność poglądów ponad podziałami i że jednym z tych obszarów jest zakres władztwa starych kiejkutów. Stare kiejkuty, czyli wywiad wojskowy, był najtwardszym jądrem systemu komunistycznego, a wiele wskazuje na to, iż pozostał tym najtwardszym jądrem systemu również za drugiej komuny. Stare kiejkuty bowiem nie tylko przeszły transformację ustrojową w szyku zwartym, ale jako WSI, kontrolowały prawidłowy jej przebieg, rozwiązując sobie przy okazji problemy socjalne poprzez rozkradanie majątku państwowego w ramach uwłaszczenia nomenklatury i odstępowaniu go po zaniżonej cenie przedstawicielom Naszych Nowych Sojuszników – a gwoli zabezpieczenia całego procederu i zachowania wpływu na funkcjonowanie państwa – werbowały agenturę, między innymi wśród niezawisłych sędziów.

Na przykład kiedy tylko w 1990 roku rozwiązana została PZPR, będąca transmisją bezpieki do niezawisłych sędziów, ci natychmiast utworzyli Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, które funkcjonuje do dziś i wysuwa kandydatury niezawisłych sędziów nie tylko do Krajowej Rady Sądownictwa, ale i do Trybunału Konstytucyjnego. Innym takim stowarzyszeniem sędziowskim jest „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, jaką prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a której celem był werbunek agentury w środowisku niezawisłych sędziów. Sprawa ta – jak wielokrotnie wspominałem – wyszła przypadkowo na jaw podczas procesu sędziego Andrzeja Hurasa przez Sądem Okręgowym w Warszawie. Prowadzący tę sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale oczywiście głuche milczenie było mu odpowiedzią, bo ABW schroniła się za murami „tajności”.

Rzuca to pewne światło na tajemnicę, dlaczego koalicja 13 grudnia upodobała sobie akurat w tych kandydatach, a nie w innych, podobnie jak w ogóle – na funkcjonowanie naszego państwa, a nawet – życia publicznego, podszytego niewidzialnymi nićmi agentury. Dzięki temu lepiej rozumiemy zaangażowanie, jakie w tej sprawie wykazał vaginet obywatela Tuska Donalda, wzorem Archimedesa, który gotów były nawet podnieść Ziemię, byleby wcześniej znalazł punkt oparcia dla swojej dźwigni, znajdując punkt oparcia właśnie w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, do którego się zwrócił w ramach „Planu B”, obywatela Żurka Waldemara.

Toteż nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald, którego Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przysłała do naszego nieszczęśliwego kraju, by przepoczwarzył go w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy, nie krył satysfakcji ze wspomnianego wyroku, retorycznie pytając zarówno pana prezydenta Karola Nawrockiego, który nie zaprosił czterech wybranych przez Sejm kandydatów do TK gwoli odebrania od nich ślubowania, jak i pana prezesa TK Bogdana Święczkowskiego, który nie przydzielił tej czwórce obywateli gabinetów i spraw do „orzekania”, oraz pensji – czy „dotarło”?

Ciekawe, co w tej sytuacji uczyni pan prezydent Karol Nawrocki? Czy z podkulonym ogonem wyśle panu prezesowi TK iskrówkę (wiecie, rozumiecie, prezesie; przydzielcie im te cholerne gabinety i sprawy oraz wypłaćcie forsę, bo inaczej i z wami i ze mną będzie brzydka sprawa), czy też – stojąc na nieubłaganym gruncie suwerenności politycznej naszego bantustanu, oleje wspomniany wyrok, jak i strasburskich przebierańców ciepłym moczem? Pamiętamy wszak, jak to Trybunał Konstytucyjny kilkakrotnie buńczucznie stwierdzał, że w dziedzinie praworządności nasz bantustan zachowuje całkowitą suwerenność i ani unijnym, ani europejskim przebierańcom żadne kompetencje stanowiące w tej dziedzinie nie przysługują. Z drugiej jednak strony tamtejsi przebierańcy też muszą się pilnować, by nie stracić prestiżu, więc pewnie obmyślają, albo nawet zawczasu obmyślili jakieś formy nacisku na władze naszego bantustanu, by akomodowały się do ich woli. Akurat obywatel Tusk Donald zamierza podpisać pożyczkę SAFE, która obarczona jest mechanizmem warunkującym, więc Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje miałaby okazję do wstrzymania przekazywania Polsce kolejnych transz pożyczki, która naturalnie trzeby by oddać, nawet gdyby pod pretekstem łamania przez nasz bantustan ludowej praworządności nie dostalibyśmy ani centa. Okazuje się, że ułożywszy odpowiednio traktaty, które – nawiasem mówiąc – obywatelu Tusku Donaldu i Księciu-Małżonku 13 grudnia 2007 roku pozwolono, (albo i nakazano?) w Lizbonie podpisać bez czytania, można praktycznie pozbawić „małe państwa” w Europie wszelkiego znaczenia, żeby nikt nie podskakiwał Niemcom, które jako jedyne potrafią prawidłowo zorganizować Europę – i to nawet bez Auszwicu, bez którego jeszcze nie mógł się obejść wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler.

Stanisław Michalkiewicz

Upór, czyli rzecz o Chinach i Tajwanie

Upór, czyli rzecz o Chinach i Tajwanie

Tadeusz M. Trajdos myslpolska/upor-czyli-rzecz-o-chinach-i-tajwanie

Poświęcam ten artykuł schematowi myślowemu, który obowiązuje w ustroju obecnie dominującym na świecie. Poletkiem doświadczalnym będzie Republika Chin (nazwa nadal urzędowa), czyli Tajwan, ale wykroczę poza granice regionalne.

Chodzi mi bowiem o upór, motywowany interesami oraz obsesją ideologiczną globalizmu w jego typowej postaci. Upór nie tylko w działaniu, ale nade wszystko na płaszczyźnie intelektualnej, a zatem również propagandowej i edukacyjnej. W podobny sposób wypowiadają się politycy, rozmaici eksperci i pseudo-eksperci, zatrudnieni w tym celu naukowcy, a także publicyści.

To myślenie wypływa z przekonania (traktowanego jak aksjomat), iż jedynym doskonałym ustrojem jest demokracja liberalna. O tym, że zawiera ona w swej warstwie doktrynalnej liczne patologie, a w sferze praktycznej wypada jeszcze gorzej, nie wolno nie tylko pisać i mówić, ale- jak w żywej nadal wizji Orwella – przede wszystkim myśleć. Rozpoczynamy więc zawsze od zachwytu nad tym unikalnie światłym ustrojem, na nim też kończymy. Zachwytowi towarzyszy  objaśnienie, że tylko dzięki temu ustrojowi „narody” (w definicji anglosaskiej) mogą korzystać z owoców gospodarki globalnej. Istotnie, są wtedy bezwzględnie skazane na wyssanie przez melanż oligarchii  i molochów korporacyjnych. Według tego schematu alternatywy ustrojowe są wykluczone. Nie służą postępowi, tj. twardej, acz ukrytej władzy niewielu nad wieloma. Ze szczególną zajadłością piewcy demokracji liberalnej tropią nie resztkowe, choć w Azji groźne potencje komunistyczne (w swej genezie wszakże internacjonalistyczne), tylko nieliczne państwa walczące o niezależność narodową i broniące swej tożsamości. Każda specyfika ustrojowa, zawierająca jakieś elementy zachowawcze – tradycji, religii, zasad moralnych, obyczajów- budzi w globalistach nieopisany wstręt. Jednym słowem śmiertelnym wrogiem obowiązującej doktryny globalizmu nie jest bynajmniej totalitaryzm komunistyczny, tylko nacjonalizm czyli naturalne zróżnicowanie narodów całego świata.

W myśl globalistów świat ma być przymusowo scalony według jednego szablonu. Na próżno, acz z częściowymi efektami (rzezie i ruiny)  starali się o to komuniści, teraz od kilku dekad to szczytne zadanie podjęli globaliści na służbie „wielkich podmiotów gospodarczych”. Nieustannym zadaniem wojskowych, polityków, agitatorów i wychowawców (pożal się Boże) jest misja jedynego dobrego ustroju (demokracji liberalnej). Jak się da- perswazją, przekupstwem, szantażem, przewrotem, presją ekonomiczną, młotkiem edukacyjnym. Jak się nie da – wojną. Wskazano klarowny cel działania: apostolat ustroju idealnego. Ten priorytet wypełnia całą naszą rzeczywistość w skali globalnej. Mętne gadanie Trumpa i jego świty w sprawie przywrócenia szacunku dla suwerenności państw i odmienności ustrojów jest  kompletnie niewiarygodne w świetle przemocy i agresji, jakiej dopuszczają się Amerykanie. Apostolat skąpany w krwi, kłamstwie i pogardzie dla innych (tj. poza aksjomatem globalizmu) trwa.

Zapraszam na Tajwan

W tym miejscu zapraszam w podróż (wirtualną) na Tajwan. Schematy globalizmu w tym sektorze świata doskonale ilustruje niedawno wydana w Polsce (Kraków 2025), rok wcześniej napisana książka „Tajwan” Kerry’ego Browna, brytyjskiego sinologa, politologa, dyplomaty, obserwatora tamtejszego terenu od ponad trzydziestu lat. Autor doskonale wie, że ogłoszenie niepodległości Tajwanu jako rzekomo odrębnej wspólnoty narodowej pod parasolem USA wywoła najpierw inwazję ChRL (dysproporcja sił jest szokująca), a potem wojnę nuklearną między USA i ChRL, czyli zagładę. Przestrzega więc przed judzeniem, pochopnymi deklaracjami i tromtadracją. Zaleca przedłużanie chwiejnego status quo. Z książki przeziera autentyczny strach „Zachodu” przed potęgą komunistycznych Chin. Bardzo rozsądnie. Pragnąc jednak wytłumaczyć „tajwańską” rację stanu autor (wszak specjalista) gimnastykuje się z wysiłkiem, aby wykazać, że Tajwan właściwie nigdy chiński nie był, a zatem roszczenia Chin (niezależnie kto nimi rządzi) były i są bezpodstawne. Na następnych stronach jednak objaśnia, że osadnictwo, kultura, język… były chińskie. Skąd te wężowe piruety? A stąd, że najgorszym zagrożeniem (jak wszędzie) dla globalizmu marki demoliberalnej nie jest Komunistyczna Partia Chin (choć budzi uzasadniony lęk), lecz chiński nacjonalizm. Trzeba zatem pokracznie tłumaczyć, że tajwańska prowincja Chin to przecież nie Chiny, chociaż Chiny. Ot, dialektyka nowego typu.

Potrzeba nam odrobiny rzetelnej historii. Ludność tubylcza Tajwanu tzw. aborygeni, pochodząca z wysp Pacyfiku, nie sięga obecnie 5 % populacji liczącej 23 miliony. Już w 1349 r. odnotowano spontaniczne osadnictwo chińskie z kontynentu. Odkrycie wyspy przez Portugalczyków (1517 r. Ilha Formosa= Piękna Wyspa), kolonia hiszpańska na północy wyspy (1626-1642) i holenderska na południu (1624-1662, od 1642 r. na całej wyspie po wypędzeniu Hiszpanów) nie zmieniły chińskich tras migracyjnych przez cieśninę. Po wypędzeniu kolonistów i kupców holenderskich w latach 1662-1683 na Formozie (Tajwanie) istniało chińskie Królestwo Dongning, założone przez uciekinierów, zwolenników zdetronizowanej chińskiej dynastii Ming, zaś od 1683 r. wyspa została wcielona przez panującą dynastię mandżurską Tsing jako prefektura prowincji Fudżijan. Tajwan należał do Cesarstwa Chin od 1683 r. do 1895 r., przy czym od 1887 r. jako osobna prowincja. Licząc wspólnie okresy Dongning i Tsing mamy 233 lata nieprzerwanej państwowości chińskiej. Cały ten czas trwała imigracja chińskich rolników, kupców i rzemieślników. Funkcjonowały chińskie urzędy, szkoły, świątynie, implantowano konfucjanizm i taoizm. Jednym słowem – zwykłe, stare Chiny. W latach 1884-1885 mimo desantów morskich Francji nie udało się anektować Formozy. Dopiero wojna Chin z Japonią w 1895 r. odmieniła sytuację. Na 50 lat (1895-1945) wyspa stała się prowincją Cesarstwa Japonii. Panowanie japońskie zmieniło sytuację ludnościową. Na Formozie osiedliło się pół miliona Japończyków (wyjechali w 1945 r.). Władze japońskie systematycznie inwestowały w budowę kolei, portów, fabryk, miast, szkół i szpitali. Język japoński zyskał rangę urzędową, ograniczono używanie chińskiego w życiu publicznym.

Kuomintang na Tajwanie

Wyspa była ważną bazą morską i lotniczą Japonii, wykorzystaną w latach 30-tych XX w. do podboju Azji. W 1945 r. zgodnie z ustaleniami aliantów Tajwan został przywrócony legalnym władzom Republiki Chin, tj. rządowi Partii Narodowej (Kuomintang) marszałka Czang Kaj-szeka. Niestety rewolucja Komunistycznej Partii Chin Mao Tse-tunga, wsparta militarnie przez Związek Radziecki, spowodowała obalenie w 1949 r. rządu Partii Narodowej i wręcz koszmarną pacyfikację całego kraju. Do tego nieszczęścia walnie przyczyniła się notoryczna zdrada administracji USA za prezydentury Trumana, która ograniczyła pomoc wojskową dla Kuomintangu w decydującym momencie wojny domowej. Było to swoiście amerykańskie podziękowanie za olbrzymie ofiary sił zbrojnych nacjonalistów chińskich u boku USA w wojnie z Japonią w latach 1941-1945, przy czym chińska armia narodowa samotnie walczyła z Japończykami już od 1937 r. W 1949 r. kto mógł się ratować – uciekał przed czerwonymi. Oprócz rządu, kierownictwa Partii Narodowej i ocalonej części armii około 2 mln cywilnych uchodźców z Chin trafiło na Tajwan.

Po tym wydarzeniu zaczyna się tajwańska współczesność. Czang Kaj-szek przeniósł na wyspę nie tylko instytucje państwa, nie tylko uratowane skarby cywilizacji i sztuki chińskiej (w kilkudziesięciu tysiącach skrzyń), ale zarządził też kontynuację prawną republiki, w tym nomenklaturę urzędową. Od 1949 r. na Tajwanie urzędują władze Republiki Chin. Dla uchodźców chińskich, dla zwolenników Kuomintangu było to zawsze oczywiste. Tajwan to jedyna wolna prowincja niepodzielnych Chin. Początkowo tej wykładni prawnej sprzyjały USA, podpisując układy obronne z rządem narodowym w 1950 i 1954 r. i udzielając pomocy wojskowej (rychło w czas!). To stanowisko uzasadniał paniczny strach przed dalszą inwazją komunistów chińskich oraz krwawa jatka wojny koreańskiej. Kuomintang bardzo słusznie rządził na Tajwanie żelazną ręką [1].

Do 1987 r. obowiązywał stan wyjątkowy. Istniał system monopartyjny (Partii Narodowej), a kontrolowane wybory dopuszczano tylko na szczeblu lokalnym. Rząd narodowy stworzył natomiast alternatywę bytową, upowszechniając drobną prywatną własność gruntów rolnych, własność prywatną w przemyśle i handlu, wolny rynek oraz  dopuszczając inwestycje zagraniczne. Nad dobrem publicznym, też w domenie gospodarczej, czuwało jednak silne państwo. Na tle upiornej nędzy komunistycznych Chin Mao Tse-tunga Republika Chin stała się tzw. „tygrysem” – krajem dynamicznego rozwoju i wzrostu zamożności. Czang Kaj-szek pokazał, że właściwy model gospodarczo-społeczny daje pomyślne efekty w ustroju autorytarnym. Konfrontacja z komunizmem, nie geopolityczna, ale ustrojowa, przyniosła sukces. Partia Narodowa ciągle jednak marzyła o powrocie na kontynent na skutek udanej kampanii antykomunistycznej.

Stawka na Pekin

Plany protektorów z USA były jednak całkiem odmienne. Postanowili wyzyskać głęboki konflikt w komunistycznej rodzinie między ZSRR a ChRL. Ten pierwszy uznali za większe wtedy niebezpieczeństwo. W początku lat 70-tych rozpoczęły się tajne negocjacje USA-ChRL. Mieszkałem wtedy blisko ambasady czerwonych Chin w Warszawie przy ul. Bonifraterskiej i nie zapomnę sznura limuzyn bez oznaczeń dyplomatycznych. Miejsc tych spotkań było kilka m.in. Bukareszt. W najważniejszych konszachtach brał udział grabarz armii USA i sił antykomunistycznych w Indochinach, cynik, pragmatyk i defetysta Henry Kissinger. Ofiarą tej zmowy mogła być w pierwszej linii Republika Chin na Tajwanie. W 1971 r. prawowity rząd Chin został wyrzucony ze stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a potem w ogóle usunięty z ONZ. W 1979 r. USA zerwały stosunki dyplomatyczne z Chinami narodowymi na Tajwanie, a nawiązały z ChRL. Wzruszający przykład wierności dla słabszego sojusznika. Światowe represje izolacyjne wymierzone w Republikę Chin z biegiem lat ulegały pogłębieniu.

W oczach „Zachodu” znienacka jedyne Chiny to Chiny komunistów. Oczywiście nie z miłości. Magnaci kapitalizmu marzyli o dostępie do bogactw naturalnych, wykorzystaniu taniej siły roboczej i o zyskach handlowych w tym hiper-państwie komunistów. Ci zaś od lat 80-tych planowali już tzw. modernizację gospodarczą czyli wykorzystanie zdobyczy technologicznych i kapitałów „Zachodu”, ale pod czujną kontrolą aparatu partyjnego i pod warunkiem nieograniczonej sprzedaży produktów chińskich na rynkach zachodnich. „Zachód” odkrył sposób na zmniejszenie kosztów produkcji, ale się srodze zawiódł na płaszczyźnie politycznej. KP Chin nie dała się obłaskawić ani przekabacić na modłę demo-liberalną. Ani trochę. Z jednej strony owa żeniaczka komunizmu z kapitalizmem, z drugiej masowy wewnętrzny terror, prześladowania chrześcijan, eksterminacja Tybetańczyków i Ujgurów. Wszystko w jednym koktajlu.

Jak jednak wyszedł na tym Tajwan, podtrzymujący do 1988 r. model ustrojowy oraz ideologię Partii Narodowej? Kerry Brown pisze o tym otwartym tekstem. Pisze mniej więcej tak: jeśli by Tajwan utrzymał ustrój według modelu nacjonalistów chińskich, to „Zachód” nie byłby zainteresowany jego utrzymaniem. Skoro jednak wszedłby na szybką drogę reform w kierunku demokracji liberalnej… to zgoła co innego. No to wszedł. W 1987 r. zniesiono stan wyjątkowy i zalegalizowano „opozycyjną” Demokratyczną Partię Postępową (DPP). Od 2016 r. już stale wdraża ona swój postępowy program jako siła rządząca. W 1991 r. przeprowadzono pierwsze „demokratyczne” wybory do Zgromadzenia Ustawodawczego, od 1996 r. odbywają się powszechne wybory prezydenta, a od 2019 r. jako pierwszy kraj w Azji Tajwan usankcjonował tzw. małżeństwa jednopłciowe. Co na to powiedziałby Konfucjusz? W każdym razie „Zachód” cmoka z zachwytu. Jeśli dodać hit ostatniego ćwierćwiecza, czyli innowacyjną produkcję półprzewodników, umiejscowioną właśnie na tej wyspie, a sprzedawaną na całym świecie oraz kompletne zespolenie tego kraju z kapitalizmem globalnym- no, takiego bytu politycznego warto bronić rękoma i nogami.

Ale właśnie – jakiego bytu? I tu wytoczono działa aksjomatu ideologicznego. Ten kraj wyspiarski, idealnie wtopiony od 30 lat w globalną demokrację liberalną z jej dewiacjami wszelkiej maści, to nie mogą być Chiny, chociaż w 95 % zamieszkały jest przez Chińczyków z dziada-pradziada. Z tego powodu DPP zaprojektowała syntetycznego potworka: mówi się po chińsku, coś tam się jeszcze plącze z konfucjanizmu, ale to nie Chiny, tylko Tajwan, a naród – tajwański, który jest produktem młodszym i jeszcze bardziej sztucznym niż np. narody austriacki, mołdawski i macedoński. Taki produkt nadaje się do promocji. Chiny narodowe – w żadnym wypadku. Piewcy tych narodzin nie mogą przeboleć, że KP Chin posługując się retoryką nacjonalizmu (z którym do 1949 r. zażarcie walczyła) ciągle udowadnia, że ta wyspa to jednak integralna część Chin. A ponieważ CHRL na poparcie tej opinii ma nie tylko miliony żołnierzy, ale też pociski nuklearne, globalistyczny przeciwnik słucha tego uważnie, kryjąc wściekłość, ale nie kryjąc obaw.

Czy Tajwan jest chiński?

Szok zmian mentalnych, jakie ostatnio nastąpiły na Tajwanie, wprawiłby w osłupienie przywódców Partii Narodowej, prezydentów Republiki, Czang Kaj-szeka (zm. 1975) i jego syna Czang Czing-kuo (zm. 1988). To co zrobiono z narodem chińskim na tej wyspie nie jest dziełem obcym, choć z obcej inspiracji.  Dokonały tego siły rodzimych „postępowych” działaczy. Na nowy sposób wychowano też młodzież tajwańską, zresztą identycznie, jak w każdym segmencie globalizmu. System ten działa jak wszędzie – permisywizm w codzienności, ale węzłowe decyzje dotyczące życia zbiorowego podejmują nieliczni z daleka. Jedynym elementem specyficznym jest fakt, że bogactwu wyspy towarzyszy stałe zagrożenie ze strony ChRL.

Czas na wniosek koronny. Ukochana demokracja liberalna jest konsekwentnym wrogiem narodów historycznych, ich kultur, odrębności, odmiennych tradycji ustrojowych itd. Jeśli nie może ich zniszczyć od wewnątrz, próbuje je osłabić, produkując takie syntetyczne organizmy jak obecny Tajwan, coraz mniej chiński, choć zaludniony przez Chińczyków. To ważna lekcja dla całego świata. Obecny „Zachód” nie podniesie nawet widelca w obronie niepodległości jakiegokolwiek narodu, natomiast zrobi wszystko, żeby go przerobić na swoje kopyto jako cząstkę globalnego ładu. Na naszych oczach ta fabryka przetwórcza ogarnia Węgry, ale spotkać może każdy kraj, pragnący żyć choć trochę inaczej. Kompromisy w tej operacji nie będą stosowane.

Tadeusz M. Trajdos

[1] Współcześni „postępowi” komentatorzy nazywają ten okres bezczelnie „białym terrorem”.

Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2026)

Cesarz jest nagi i nie ma już żadnych kart

Cesarz jest nagi i nie ma już żadnych kart.

uncutnews-ch/der-kaiser-ist-nackt-und-hat-keine-karten-mehr

Pepe Escobar

Szanghajskie przedsiębiorstwa nie są specjalnie zachwycone przybyciem Cesarza Barbarzyństwa.

SZANGHAJ – Chińska potęga wciąż porusza się jak superszybki pojazd elektryczny. Atmosfera jest elektryzująca. Podczas biznesowego lunchu w słynnej kantońskiej restauracji, wizyta Trumpa w Chinach przynajmniej kieruje rozmowę w stronę czegoś bardziej namacalnego: kontrastujących ścieżek przyszłych pokoleń z Zachodu na Wschód.

Szanghajski biznes nie jest pod wrażeniem przybycia Cesarza Barbarzyństwa. Choć na tym prawdopodobnie najważniejszym spotkaniu dyplomatycznym roku wojny 2026 mogą paść wszystkie możliwe geopolityczne zmienne – z potencjalnymi decyzjami handlowymi i dotyczącymi bezpieczeństwa, które wpłyną na całe Globalne Południe.

Zacznijmy od typowych amerykańskich zmartwień. Trump, mistrz sztuki całkowitego braku empatii, przynajmniej głośno ujawnił całą grę: „Nie myślę o sytuacji finansowej Amerykanów. Nie myślę o nikim”.

A jednak to robi. Boi się, że po wyborach parlamentarnych stanie się grubym, kulawym kaczątkiem. Dlatego będzie naciskał na Pekin, by kupował więcej soi – by zadowolić swoją bazę na Środkowym Zachodzie – i więcej samolotów Boeinga. Będzie namawiał Pekin do eksportu pierwiastków ziem rzadkich – by zadowolić kompleks militarno-przemysłowy.

I oczywiście będzie wywierał maksymalną presję na Xi, aby skłonić Teheran do otwarcia Cieśniny Ormuz, co doprowadziłoby do spadku cen ropy, ograniczenia inflacji i obniżenia stóp procentowych przez Fed.

Nie ma żadnych kart, którymi mógłby przeforsować ten program. W wojnie technologicznej jego maksymalna presja doprowadziła jedynie do tego, że Chiny spektakularnie i wielokrotnie omijały dostawców z USA. W wojnie handlowej Chiny znacząco zdywersyfikowały swój eksport, a nawet osiągnęły rekordową nadwyżkę handlową.

Iran jest oczywiście kluczowy – nie tylko dlatego, że ujawnia całemu światu gigantyczne słabości strukturalne tego „niezbędnego państwa”. Co zrobi Trump? Zagrozi Xi, ponieważ Iran korzysta z chińskiego systemu satelitarnego BeiDou, który w efekcie zamienił całą Azję Zachodnią w przejrzystą szklarnię dla irańskich pocisków balistycznych?

Iran nigdy nie stracił swojego korytarza naftowego na rzecz Chin, gdy pojawił się cesarz barbarzyństwa z „blokadą”. Przepływ ropy trwa nadal – poprzez sieć tankowców-widmo na irańskich i pakistańskich wodach terytorialnych, przeładunki statek-statek, ukryte ładunki, a teraz także chińskie rafinerie, którym Pekin nakazał ponieść ryzyko sankcji.

To nie tylko bitwa na skalę talasokratyczną [panowanie na morzu md] , ale także bitwa lądowa w Eurazji – wzdłuż euroazjatyckiego korytarza kolejowego, z jego dwukierunkowymi pociągami między Xi’anem a Teheranem. Choć kolej może jeszcze nie osiągnąć wolumenu eksportu morskiego, strategicznie jest to absolutnie kluczowe i wyraźnie pokazuje, że presja morska to coś zupełnie innego niż gospodarcze duszenie się na lądzie.

„Genialny” amerykański pomysł zdławienia chińskiego łańcucha dostaw ropy naftowej – od Wenezueli po Ormuz – a dodatkowo nałożenia sankcji na chińskie rafinerie „czajniczków” doprowadził jedynie do tego, że Chiny stały się, obok Rosji, jednym z najważniejszych realnych mediatorów w czasie stale łamanego zawieszenia broni.

Cała gra o Hormuz, w którą Iran zagrał perfekcyjnie, miała jedynie minimalny wpływ na chiński import – podobnie jak ograniczenie eksportu Nvidii H100 i H200 w celu „kontroli” chińskiej sztucznej inteligencji praktycznie nie miało żadnego wpływu. W końcu Chiny skutecznie ignorują Nvidię. Model DeepSeek V4 wykorzystuje układy scalone pochodzące z lokalnych źródeł. A H200 i tak nie jest sprzedawany w Chinach.

Xi nie musi nawet mówić Trumpowi osobiście, że Pekin nie miałby żadnego problemu z rozpętaniem wojny gospodarczej na szeroką skalę, jeśli Waszyngton nadal będzie próbował prowadzić wojnę finansową, zamykając instytucje finansowe stojące za rafineriami „czajniczków”.

Tajwan to nie jedyna karta, która pozostała w grze. Tajwan nie jest nawet kartą. Dla Pekinu Tajwan jest kwestią bezpieczeństwa wewnętrznego. Wszystko inne to propaganda. Pekin mógłby spróbować przekonać Trumpa do cofnięcia sprzedaży broni Tajwanowi za 11 miliardów dolarów, w tym niszczycieli wyposażonych w system Aegis, myśliwców F-35, nieefektywnych pocisków Patriot i samolotów wczesnego ostrzegania E-2D Hawkeye. Ale nawet to jest sprawą drugorzędną.

Co więc pozostaje po całym – teraz już ograniczonym – przepychu i widowisku? W najlepszym razie obecny, skrajnie niepewny status quo.

Chiński plan wojny technologicznej

Krótko mówiąc: celem Trumpa jest zmuszenie Xi do wywarcia nacisku dyplomatycznego na Iran, aby ten przyjął barbarzyńskie warunki zakończenia wojny. To jest absolutnie wykluczone pod każdym względem.

Nawet gdyby tak się stało, Trump mógłby w zamian zaoferować „stabilne” stosunki handlowe między USA a Chinami, przedłużenie embarg handlowych i ustępstwa w zakresie kontroli technologii. Xi nie jest tym w najmniejszym stopniu zachwycony – tak jak nie wie, zgodnie z maksymą Ławrowa, że ​​USA „nie potrafią zawierać umów”.

Poważnie nadszarpnięta marka BRICS może nawet nie odegrać roli w rozmowach. Chiny odniosą się do swoich poważnych wyzwań wewnętrznych osobno podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych w Indiach, które odbywa się niemal równocześnie ze szczytem Trump-Xi w Pekinie.

Xi może również podejrzewać, że prawdziwi zwolennicy Trumpa – feudalizm technologiczny, wielkie banki i różni przedstawiciele Zionism Inc. – rozpętali już stopniową, systemową wojnę światową, która ma trwać od teraz do około 2040 roku, wymierzoną w niezbędną globalną infrastrukturę, handel i energię, aby zniszczyć stary porządek i wprowadzić prawdziwy Wielki Reset na znacznie bardziej opłacalnych warunkach.

Stoi to w bezpośredniej, brutalnej sprzeczności z oficjalną polityką Chin, której celem jest budowanie wspólnoty ze wspólną przyszłością dla ludzkości. Xi nie odstąpi ani na jotę od tej polityki – swojej polityki – tylko po to, by zaspokoić przerośnięte ego patologicznego, psychopatycznego narcyza.

Xi skupia się już na 141-stronicowym pięcioletnim planie przedstawionym w marcu, w którym sztuczna inteligencja jest wspominana ponad 50 razy; w którym zakłada się, że do 2027 r. udział sztucznej inteligencji w chińskiej gospodarce będzie sięgał 70% ; a także zobowiązano się do stworzenia sieci komunikacji kwantowej między Ziemią a kosmosem, harmonogramu syntezy jądrowej oraz interfejsów mózg-komputer.

Pięcioletni plan przedstawia również „nadzwyczajne środki” mające na celu zapewnienie samowystarczalności w zakresie pierwiastków ziem rzadkich i półprzewodników – tzn. w zakresie łańcucha dostaw, bez którego armia amerykańska po prostu by zginęła.

Chiński plan zakłada wdrożenie sztucznej inteligencji w całej gospodarce, robotykę jako podstawę przemysłu, infrastrukturę kosmiczną, komputery kwantowe i całkowite wzmocnienie dominacji Chin w dziedzinie przetwarzania pierwiastków ziem rzadkich.

Nazwijmy to de facto chińskim planem wojennym – na poziomie priorytetów bezpieczeństwa narodowego – w bezpośredniej konfrontacji z USA. Wiara, że ​​Trump może to wszystko zmienić za pomocą sterty pustych obietnic, jest naiwna.

Historia wyda wyrok. Już teraz wiadomo, że próba utrzymania globalnej dominacji poprzez zdławienie rosnącego supermocarstwa Chin poprzez „blokadę” irańskich portów i Cieśniny Ormuz, przy jednoczesnym podpaleniu całej Azji Zachodniej i zrujnowaniu własnej gospodarki, prawdopodobnie należy do trzech największych błędów popełnionych przez głęboko zaślepione, głębokie państwo USA.

Czy w Bożym Królestwie jest miejsce dla zwierząt? Cz I.

[umieściłem już całość. Ale to za długie, trudno się czyta. Teraz umieszczę w 5 częściach, co dzień jedna. MD]

==========================================

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Pamięci mojej Matki

Wprowadzenie

Czy w Bożym Królestwie jest miejsce dla zwierząt?

Kiedy byłem dzieckiem, czułem się wspaniale wśród natury, a nie potrzebowałem chodzić daleko – wystarczyło wyjść z domu, bo mieszkałem na jednym z przedmieść Sandomierza, gdzie kończyło się miasto, a zaczynał świat inny, cichy, cudowny. Tam rozpościerały się pola i głębokie wąwozy, wśród drzew rozbrzmiewały ptasie trele, w rozlewiskach i w strumyku na dnie parowu słychać było rechot żab, a w powietrzu tańczyły motyle – lekkie, ulotne, jak beztroskie myśli. Pachniały zioła, polne kwiaty, zboża dojrzewające w słońcu. Wszystko było pełne cudownego życia. Nie zachwycałem się przyrodą świadomie. Była, po prostu była – jak powietrze. Jak sen, który przychodzi co noc, ale dopiero po latach pytasz, co właściwie znaczył.

Wszystko zmieniło się w jeden zimowy wieczór. Pamiętam ciepło pokoju, miękkość drżących płomyków choinkowych świeczek, zapach igliwia i wigilijną wieczerzę. I ten moment, gdy Mama wręczyła mi książkę autorstwa Marii Kownackiej i Marii Kowalewskiej – dwa tomy zatytułowane Głos przyrody. W środku – prosta dedykacja: „Bliżej przyrody – bliżej Boga.”

Te słowa zapadły we mnie niczym ziarno w nieuprawianą wcześniej, ale żyzną i urodzajną glebę.

Książka wciągnęła mnie całkowicie. Chłonąłem ją, a każda strona odkrywała świat, który znałem, ale nie rozumiałem. Nagle drzewa, ptaki i zwierzęta zyskały swoje historie, miejsca i charaktery. Natura przestała być tłem, stając się opowieścią. Tak narodziła się we mnie fascynacja: cicha, głęboka, wierna. Przyszła, by już nigdy nie odejść.

Zawdzięczam to mojej Mamie…

I dziś – z serca, całym sobą – dziękuję Jej za ten dar.

Z czasem jednakże przyszła refleksja głębsza, niemal bolesna.

Zacząłem się zastanawiać: co czeka nas „tam”, po drugiej stronie? W nowym świecie, o którym mówi religia… czy naprawdę będziemy sami? Czy zabraknie tych wszystkich istot, które tak bardzo kochaliśmy i które kochały nas? Zwierząt, które nam towarzyszyły, uczyły czułości, bezinteresownej miłości i były z nami, gdy nikt inny nie potrafił, czy nie chciał być tak bliski, tak wierny?

Nie potrafiłem pogodzić się z teologicznymi opiniami, które przedstawiały niebo wyłącznie jako domenę dusz, pozbawioną jakichkolwiek znanych nam ziemskich elementów. Czyżby Bóg miał zapomnieć o tym, co sam z miłości powołał do istnienia? Czy miałby porzucić to, co uznał za „dobre”? Było to dla mnie nie do przyjęcia. Właśnie wtedy pojawiła się myśl – by poszukać odpowiedzi, zrozumieć i spróbować to opisać.

Ta opowieść to nie traktat ani rozprawa, lecz próba pogodzenia wiary z głosem serca. To może jest tylko niewielka iskra nadziei, ale wierzę, że rozświetli drogę tym, którzy czują podobnie jak ja. Tym, którzy wierzą, że Bóg nie unicestwi Swego stworzenia; że niebo nie będzie puste, ale pełne światła, śpiewu i wszelkiego życia. Że znajdziemy się w miejscu o pięknie niemożliwym do opisania. I że będzie tam wszystko, co kochaliśmy na ziemi – również nasze zwierzęta…

Czy zatem będą one obecne w zaświatach? To pytanie, choć proste, porusza najdelikatniejsze struny ludzkiej duszy. Ma ono wymiar teologiczny, filozoficzny, etyczny i duchowy. Odzwierciedla istotę naszej relacji ze stworzeniem, które towarzyszy nam od zawsze – w codzienności, samotności, radości i cierpieniu. Zwierzęta – tak bliskie, a zarazem tajemnicze – są milczącymi świadkami naszego życia. Ich pośmiertny los staje się odbiciem naszego rozumienia dobra, miłości i Bożego planu dla całego stworzenia.

W chrześcijaństwie zwierzęta są postrzegane na wiele sposobów – nie tylko jako towarzysze człowieka, obecne w jego codziennym życiu, służące pomocą czy dostarczające pożywienia, lecz przede wszystkim jako część Bożego stworzenia. Mają one bez wątpienia swoje miejsce i cel w Jego odwiecznym zamyśle. Refleksja nad ich rolą prowadzi do głębszego pytania o to, czy, a jeśli tak, to w jaki sposób uczestniczą one w Bożym planie zbawienia oraz co ich los mówi o dobroci i mądrości Stwórcy.

Zwierzęta zajmują istotne miejsce nie tylko w refleksji teologicznej, lecz także w kulturze i życiu społecznym człowieka. W wielu tradycjach symbolizują wartości duchowe lub posiadają znaczenie mistyczne. W mitologiach i wierzeniach ludowych często pojawiają się jako posłańcy bogów, opiekunowie dusz czy duchowi przewodnicy. Ich miejsce w zaświatach rozpatrywane jest w świetle tych symbolicznych ról, a pytania o ich los po śmierci wykraczają poza religijne spekulacje – stają się częścią zbiorowej wyobraźni i wrażliwości duchowej zakorzenionej w kulturze.

Pytanie o obecność zwierząt w zaświatach, choć zakorzenione w teologii, wykracza poza jej ramy, stając się również zagadnieniem kulturowym, etycznym i filozoficznym, które porusza wielu wierzących. Współczesna etyka, podkreślając moralną odpowiedzialność człowieka wobec zwierząt i przyrody, rzuca nowe światło na to odwieczne pytanie. W kontekście rozważań o obecności zwierząt w niebie pojawiają się fundamentalne kwestie dotyczące ich wartości moralnej, roli w wiecznym planie stworzenia, a także ich cierpienia, zmysłowości i potencjalnego wymiaru duchowego.

Rozważania o przyszłości całego stworzenia wykraczają poza teologiczne spekulacje. W ramach eschatologii, nauki o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, różne tradycje często ukazują zwierzęta jako ważny element odnowienia, co znajduje odzwierciedlenie w apokaliptycznych wizjach harmonijnego zjednoczenia Bożego stworzenia. Sugerują one przyszłość, gdzie cała rzeczywistość – ludzka, zwierzęca i roślinna – powraca do swojego pierwotnego, idealnego miejsca w Bożym porządku.

Czy w niebie znajdzie się miejsce dla zwierząt? To pytanie, choć może z pozoru wydawać się proste, w rzeczywistości porusza najczulsze struny ludzkiego serca i ducha. Nierozerwalna więź człowieka ze zwierzętami – jako przyjaciółmi, towarzyszami i powiernikami codzienności – skłania wielu wierzących do refleksji nad ich losem w perspektywie życia wiecznego. Czy po drugiej stronie Tęczowego Mostu, który zapowiada wieczną szczęśliwość (o ile tam właśnie zmierzają nasze kroki), czeka na nas ponowne spotkanie z tymi, którzy tak wiele znaczyli dla nas w doczesności?

Od lat krąży piękna, anonimowa opowieść o Tęczowym Moście – miejscu, gdzie po śmierci trafiają zwierzęta szczególnie bliskie ludziom. Choć nie ma ona biblijnego umocowania, warto ją wspomnieć. Pierwotnie poetycka, z powodzeniem może być opowiedziana prozą, nie tracąc głębi i emocjonalnego przesłania. To historia niosąca nadzieję, kojąca żal i przypominająca o trwałej więzi z ukochanymi istotami. Pewnie wymyślił ją i przelał na papier ktoś, kto straciwszy swojego czworonogiego przyjaciela, nie mógł się pogodzić z tym, że stracił go na zawsze:

Tuż u progu nieba rozciąga się przestrzeń zwana Tęczowym Mostem.

Gdy odchodzi zwierzę, które było komuś szczególnie bliskie, trafia właśnie w owo miejsce. Rozciągają się tam rozległe łąki i łagodne wzgórza, stworzone po to, by nasi ukochani przyjaciele mogli biegać i bawić się do woli. Jest tam zawsze pod dostatkiem jedzenia, wody i słońca, a każde zwierzę otoczone jest ciepłem, bezpieczeństwem i spokojem.

Wszystkie stworzenia, które za życia były chore lub stare, odzyskują tu zdrowie i witalność. Te, które były zranione albo okaleczone, wracają do pełni sił – tak, jak je pamiętamy z naszych najpiękniejszych wspomnień i snów. Zwierzęta są szczęśliwe i beztroskie. A jednak… każdemu z nich czegoś brak. Tęsknią. Każde czeka na kogoś wyjątkowego – na ukochanego człowieka, którego musiały zostawić za sobą.

Wspólnie biegają i bawią się każdego dnia, aż przychodzi chwila, gdy jedno z nich nagle się zatrzymuje i patrzy w dal. Uszy unoszą się czujnie, oczy błyszczą, a całe ciało napina się w gotowości. Po chwili rzuca się do biegu – coraz szybciej i szybciej pędzi przez zieloną trawę, niesione przeczuciem bliskiego spotkania.

Zostałeś rozpoznany.

Gdy wreszcie się spotykacie, przytulacie się do siebie w milczeniu, w radosnym zjednoczeniu, którego nic już nie przerwie. Twój przyjaciel delikatnie liże cię po policzku, twoje dłonie znów dotykają znajomej sierści, a oczy spotykają się z tym samym, ufnym spojrzeniem, którego nigdy nie zapomniałeś.

I wtedy – już razem – przekraczacie Tęczowy Most…

W tym sensie Tęczowy Most nie jest ostatecznym celem, lecz miejscem przejściowym – krainą radości i ulgi, ale też wyczekiwania. To tam dusze zwierząt żyją w pokoju, zachowując pamięć i miłość wobec tych, których musiały na jakiś czas opuścić. Dopiero w momencie ponownego spotkania z ukochaną osobą ich podróż się dopełnia. Wspólnie wkraczają do ostatecznego, odnowionego świata – do wiecznego domu, który od początku był obiecany zarówno ludziom, jak i całemu Bożemu stworzeniu.

I znów powraca to pytanie, nie dające nam spokoju: Czy zwierzęta znajdą się w niebie?

Niniejsza książka jest podróżą w poszukiwaniu na to odpowiedzi z perspektywy chrześcijaństwa. Przyjrzymy się, jak w owej religijnej tradycji wyobrażane są zaświaty i czy jest w nich miejsce dla naszych „braci mniejszych” – jak św. Franciszek z Asyżu nazwał zwierzęta. Zajrzymy do Pisma Świętego, by zobaczyć, jakie wizje przyszłości ono przedstawia w kontekście zwierząt. Porozmawiamy o tym, czy zwierzęta mają duszę, czy ich miłość i wierność zasługują na wieczne trwanie. Zastanowimy się, czy raj jest przeznaczony wyłącznie dla ludzi, czy może stanowi wielką, Bożą przestrzeń, w której znajdzie się miejsce dla wszystkich Jego stworzeń.

Ta książka jest próbą zrozumienia głębokich więzi łączących nas ze zwierzętami – nie tylko tu, na Ziemi, ale być może również w wymiarze duchowym. Zachęca czytelnika do refleksji nad tym, jak traktujemy naszych mniejszych braci i czy uczucie, które nas z nimi łączy w doczesnym życiu, może trwać także w wieczności.

Zanim jednak przejdziemy dalej, przyjrzyjmy się dwóm kluczowym zagadnieniom: ewolucji rozumienia nieba – czym było, czym jest obecnie i jak jest pojmowane, gdzie się teraz znajduje i jaka będzie jego lokalizacja po końcu świata – oraz naturze śmierci, obejmującej jej rozumienie, źródła, przyczyny i skutki, a także pytanie, dlaczego dotyka zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Zacznijmy od śmierci i cierpienia.

Śmierć i cierpienie


Śmierć to jedno z najbardziej fundamentalnych, a zarazem tajemniczych doświadczeń, które dotyka każdego człowieka i każde żywe stworzenie. Z biologicznego punktu widzenia stanowi kres życia organizmu – zatrzymanie jego funkcji, rozpad ciała i powrót do elementarnych form materii. W Księdze Rodzaju znajdujemy słowa, które ukazują nie tylko fizyczny wymiar śmierci, ale i jej nieuchronność: „prochem jesteś i w proch się obrócisz!” (Rdz 3,19 – ten i wszystkie dalsze cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia). Śmierć oznacza więc rozpad cielesnej struktury, którą istoty żywe otrzymały przy stworzeniu.

Nie ogranicza się jednak jedynie do aspektu biologicznego. Posiada także głęboki wymiar duchowy, oznaczając oddzielenie człowieka od Boga, który jest źródłem życia. Taka śmierć może wydarzyć się jeszcze za życia – gdy człowiek świadomie odrzuca Bożą miłość i trwa w grzechu. Jest to stan oddalenia, duchowej pustki i utraty sensu. W perspektywie eschatologicznej śmierć nie oznacza końca, lecz przejście – chwilę, w której człowiek staje przed tajemnicą wieczności. Wtedy rozstrzyga się jego los: wspólnota z Bogiem lub ostateczne odrzucenie, będące skutkiem wolnych wyborów.

Śmierć nie była pierwotnym zamysłem Stwórcy. Człowiek został stworzony do życia w harmonii z Bogiem, z sobą samym, z innymi oraz ze światem przyrody. Księga Mądrości mówi wprost: „śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 2,24). Apostoł Paweł dopełnia tę myśl, pisząc: „przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12). Już w Raju Bóg ostrzega człowieka: „z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,17). Jednak człowiek ulega pokusie szatana, który mówi: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,4–5). Kłamstwo to otwiera drogę grzechu, którego skutki są odczuwalne do dziś. Człowiek traci dar nieśmiertelności i jedność z Bogiem. Jak podsumowuje Paweł: „Zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

Wszyscy dziedziczymy zranioną naturę – skłonność do grzechu i jego skutki. Ciało, które otrzymaliśmy jako dar, nie posiada już przymiotu wiecznego trwania. Nawet Jezus Chrystus, przyjmując ludzką naturę, poddał się prawu śmierci, lecz uczynił to dobrowolnie, dla naszego zbawienia. Jego śmierć nie była jednak końcem, ale bramą do zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Chrześcijańska wiara głosi nadzieję życia wiecznego – dar łaski Bożej. „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23). Śmierć, choć nieunikniona, nie jest więc czymś ostatecznym.

Grzech pierworodny przyniósł jednak nie tylko śmierć. Skaził również życie, które ją poprzedza: wprowadził choroby, cierpienie, niedostatek, niepokój. Cierpienie stało się jednym z najdotkliwszych skutków upadku. Już od narodzin nosimy w sobie zranioną kondycję, która czyni nas podatnymi nie tylko na błędy moralne, ale i na rozmaite formy bólu – fizycznego, psychicznego i duchowego. Nasze ciała są kruche, narażone na choroby i słabość, a ostatecznie na rozpad.

Chrystus, stając się człowiekiem, w pełni doświadczył tej kondycji. Dobrowolnie przyjął cierpienie i śmierć, by stać się uczestnikiem naszego losu i ofiarować drogę odkupienia. Jego krzyż ukazuje sens cierpienia, które w świetle wiary nie jest już tylko absurdem, lecz może stać się miejscem spotkania z Bogiem i źródłem przemiany.

Choć śmierć ciała należy do porządku upadłego świata, nie oznacza unicestwienia. Chrześcijańska nadzieja sięga dalej – do życia wiecznego, które przekracza granice biologicznego istnienia. Nie jest to naturalne przedłużenie życia, ale nowa rzeczywistość, która wypływa z Bożej łaski i miłości. Śmierć, choć bolesna, może być przejściem ku pełni – drogą, która prowadzi do uczestnictwa w życiu Boga.

Zanim jednak nastąpi to przejście, człowiek doświadcza wielu form cierpienia: choroby, utraty, osamotnienia, niesprawiedliwości. Grzech pierworodny zakłócił porządek całego stworzenia. Ból i zmaganie stały się częścią ludzkiego losu. Wiara nie usuwa cierpienia, lecz nadaje mu sens – jako miejsca spotkania z Chrystusem i możliwości duchowego wzrostu.

Wiemy zatem dlaczego człowiek cierpi, natomiast cierpienie zwierząt pozostaje jednym z najtrudniejszych pytań, przed jakimi stajmy. Zwierzęta nie mają moralnej odpowiedzialności, nie grzeszą świadomie, a mimo to doświadczają bólu. Ich cierpienie, niewinne i nieme, porusza szczególnie głęboko. Doświadczają chorób, przemocy, głodu, samotności – często z winy człowieka, ale również wskutek działania bezwzględnych praw przyrody. Pojawia się pytanie: dlaczego cierpią istoty, które nie zawiniły?

Jedną z możliwych odpowiedzi jest spojrzenie na stworzenie jako rzeczywistość zranioną przez grzech człowieka. Upadek człowieka nie pozostał bez wpływu na świat – zakłócił porządek całej natury. Jak pisze św. Paweł, „całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22), oczekując odkupienia. Zwierzęta nie cierpią z własnej winy, ale dlatego, że należą do świata poranionego. Ich ból nie jest jednak bez znaczenia. Można go postrzegać jako ciche uczestnictwo w tajemnicy krzyża, jako nieme wołanie o odnowienie i uzdrowienie. Choć nieświadome w ludzkim sensie, zwierzęta współcierpią ze światem, odsłaniając jego głęboką tęsknotę za zbawieniem.

To cierpienie domaga się od człowieka nie tylko współczucia, lecz także konkretnej odpowiedzialności. W obliczu bólu niewinnych istot człowiek staje przed wezwaniem do troski, ochrony i czujnej obecności wobec powierzonego mu świata. Cierpienie zwierząt, choć niezawinione i trudne do zrozumienia, może mieścić się w tajemniczym Bożym zamyśle obejmującym całe stworzenie. Ich bezbronność przypomina, że odkupienia oczekuje nie tylko ludzkość, ale cały świat, który w Chrystusie ma zostać odnowiony.

Ich ból, pozbawiony winy i świadomego wyboru, może być echem większego cierpienia – zapisem rozdarcia, które dotknęło całą rzeczywistość. Nie jest to kara, ale skutek głębszego pęknięcia, jakie powstało wraz z grzechem człowieka. W tym sensie cierpienie zwierząt może wskazywać na tajemnicę współcierpienia stworzenia i przypominać o powszechnym oczekiwaniu na odkupienie. Ich los nie jest obojętny wobec Boga; przeciwnie – stanowi część historii zbawienia, w której nic, co stworzone, nie zostaje pominięte.

To ciche cierpienie przypomina, że zbawienie nie dokona się w oderwaniu od reszty świata, ale w zjednoczeniu z nim, gdy wszystko zostanie poddane Chrystusowi. Ból zwierząt, choć trudny do pogodzenia z ludzkim rozumieniem sprawiedliwości, może być nie tylko dramatem, lecz także wołaniem o przemianę i znakiem nadziei, że Bóg nie pozostawi bez odpowiedzi żadnego cierpienia.

Niebo – czym jest i gdzie się znajduje?

Ludzkie wyobrażenia o niebie często bywają zaskakująco uproszczone. Wielu wierzącym wydaje się, że ci, którzy dostąpili zbawienia, spędzają wieczność na nieustannym chodzeniu w kręgu, odziani w długie, białe szaty sięgające pięt, akompaniując sobie na lirach i nieustannie wyśpiewując „Hosanna”. Jeśli taka miałaby być istota wiecznej szczęśliwości, to z pewnością nie wydawałaby się ona szczególnie pociągająca. Monotonia i nuda, nuda i monotonia – trudno wyobrazić sobie coś mniej zachęcającego. Na szczęście, te potoczne wizje mają niewiele wspólnego z tym, co objawia nam Biblia i Święta Tradycja. Jak poucza katolicka eschatologia, rzeczywistość nieba jest o wiele bardziej złożona i pełna. Zanim jednak zagłębimy się w naturę szczęścia wiekuistego, spróbujmy odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: czym właściwie jest to niebo?

Nie da się ukryć, że jest to kwestia niezwykle trudna i zdefiniowanie tego miejsca nieustającej szczęśliwości nie jest zadaniem łatwym, o ile w ogóle w pełni możliwym. W powszechnym myśleniu zakorzeniło się przekonanie, że niebo znajduje się ponad naszymi głowami, gdzieś za chmurami. Przez wieki takie wyobrażenie było bliskie wielu katolikom. Jednakże, w dobie lotów kosmicznych i dynamicznego rozwoju astronomii, teologowie zdecydowanie odrzucają to – a przynajmniej tak się wydaje – naiwne wyjaśnienie. Za chmurami rozciąga się bezkresny Kosmos, pełen gwiazd i planet tworzących rozległe galaktyki. „Nie, to na pewno nie jest niebo – Kraina Wiecznej Szczęśliwości” – argumentują jedni. Dla innych natomiast, te współczesne odkrycia stawiają pytanie, czy to niebo nie jest umiejscowione właśnie w którejś z niezbadanych głębin Kosmosu. Niemniej jednak, są to poglądy nieoficjalne, a nasza refleksja skupi się na nauczaniu Kościoła.

Całe nieporozumienie wynika prawdopodobnie z faktu, że ludziom najłatwiej jest mówić o tym, co nadprzyrodzone, odwołując się do porównań ze światem przyrodzonym, materialnym – z tym wszystkim, co ich otacza od narodzin aż po śmierć, czego mogą dotknąć, zobaczyć, usłyszeć, słowem, do tego, co jest pojmowalne zmysłami. Tymczasem, rzeczywistość nieba, będąca z natury swej nadprzyrodzoną, nie ma bezpośrednich analogii w naszej ziemskiej egzystencji. Jeśli Czytelnik oczekuje, że w tym miejscu dowie się, czym dokładnie jest niebo i gdzie się ono znajduje, to niestety musi przygotować się na pewne rozczarowanie.

Odpowiedzieć możemy jedynie w duchu katolickiej teologii: „Niebo określamy jako stan i miejsce, w którym aniołowie i święci zażywają nadprzyrodzonego szczęścia wiecznego” (Ks. M. Ziółkowski, Eschatologia, Sandomierz 1963, s. 135). A zatem, niebo jest przede wszystkim stanem – stanem wiecznej szczęśliwości. Ale definicja teologiczna wspomina również o nim jako o miejscu. To prawda, lecz niestety, ani na kartach Pisma Świętego, ani w chrześcijańskiej Tradycji nie znajdujemy wyraźnego wskazania: „oto tu” lub „oto tam” znajduje się niebo. Ponieważ to, co nadprzyrodzone, wymyka się porównaniom z tym, co przyrodzone, po prostu nie można w ten sposób rozumować. Być może niebo jest jakimś konkretnym miejscem w materialnej rzeczywistości niewyobrażalnie rozległego Kosmosu, a być może istnieje w innym wymiarze, niedostępnym naszym niedoskonałym zmysłom, tuż obok nas? Ponieważ nie sposób rozstrzygnąć tej kwestii w sposób zadowalający i ostateczny, pozostawmy ją na boku. Reasumując: niebo istnieje, lecz gdzie dokładnie się znajduje, tego niestety nie wiemy. Wiemy natomiast, czym jest: stanem nieustającej i wiecznej szczęśliwości.

O szczęśliwości wiekuistej słów kilkoro

Na szczęście, o wiele więcej możemy dowiedzieć się na temat samego szczęścia, którego po śmierci doświadczają zbawieni. Możemy zgłębić jego rodzaje i przymioty, choć z pewnością nie poznamy wszystkiego. Wynika to z prostej przyczyny: zbyt mało na ten temat zostało objawione na kartach Pisma Świętego – to po pierwsze. Po drugie zaś, ludzki język, stworzony do opisywania materii i skończoności, nie jest w stanie w pełni oddać natury ducha i nieskończoności.

Dla tych, którzy przekroczyli próg ziemskiego życia i w wieczności zostali zaliczeni do grona zbawionych, główną i największą nagrodą jest bezpośrednie obcowanie z Bogiem. Jak mówi Biblia, widzenie Go twarzą w twarz. Określa się to mianem „widzenia uszczęśliwiającego”. Każdy człowiek od narodzin aż po kres swojego cielesnego istnienia nieustannie poszukuje doskonałości i szczęścia. Ponieważ w materialnym świecie nie ma niczego doskonale trwałego i nie można w nim osiągnąć pełni szczęśliwości, to to pragnienie, ten pęd ku doskonałości i szczęściu może w pełni zrealizować się dopiero po śmierci, w wieczności. I to zrealizować się w jeden jedyny, konkretny sposób: poprzez osiągnięcie stanu widzenia Boga „twarzą w twarz”, nieustannego obcowania z Nim i uczestniczenia w chwale Najwyższego. Ponieważ pełnią doskonałości i szczęśliwości jest sam Bóg, istotą szczęścia zbawionych w niebie jest właśnie to bezpośrednie i nieustanne obcowanie z Nim.

To obcowanie dostarcza niebywałej, nieopisanej ludzkim językiem i nieporównywalnej z niczym, czego doświadcza się w życiu cielesnym, rozkoszy. Mówią o tym święci Ojcowie i mistycy. Święty Augustyn woła: „Wezwałeś mnie głośno i zerwałeś zasłonę mojej głuchoty. Zajaśniałeś cudnym blaskiem i rozproszyłeś ciemność mojej ślepoty. Wydałeś woń, a ja zacząłem oddychać i oddech mój ciągle kieruję do Ciebie. Skosztowałem Cię, a teraz jestem głodny i spragniony Ciebie. Dotknąłem Cię i zapłonąłem w Twoim pokoju” (Św. Augustyn, Wyznania, X 27, [w:] Henryk Wójtowicz, Antologia modlitwy patrystycznej, Sandomierz 1971, s. 71). A święty Jan od Krzyża dodaje: „Rozpalona całkowicie dusza w tym boskim zjednoczeniu nasyca się cała obfitością chwały i miłości, odczuwa, że aż do najgłębszej istoty zalewa ja potok chwały, pełen rozkoszy, i że z jej żywota płyną strumienie wody żywej…” (Św. Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości, w przekł. O. Bernrda od Matki Bożej, Kraków 1939, s. 34).

Jednak uszczęśliwiające widzenie Boga to nie jedyna, choć najważniejsza z nagród, jakie po śmierci czekają na tych, którzy swoim ziemskim życiem wybrali wieczne przebywanie w raju. Tych nagród jest więcej. Drugą z nich jest miłość uszczęśliwiająca, trzecią zaś takaż radość. Nie będziemy rozwodzić się szczegółowo nad tymi kwestiami, aby nie nużyć Czytelnika. Nie można jednak nie wspomnieć o innych przymiotach nadprzyrodzonej rajskiej nagrody. Otóż błogosławieni nie odczuwają smutku, bólu i cierpienia, czują się całkowicie i doskonale wolni, a wszelkie ich pragnienia i potrzeby są w pełni zaspokajane. Co więcej, naturalnym dla niemal każdego człowieka jest pęd ku poznaniu, pragnienie zgłębiania otaczającej nas rzeczywistości. I właśnie w niebie będzie istniała możliwość ustawicznego pogłębiania tej sfery, poznawania tego wszystkiego, co danego człowieka interesuje. Naturalnie, poznanie kompletne, zdobycie absolutnie całej mądrości przez istotę ludzką, nie będzie możliwe, bowiem gdyby ją posiadła w całości, stałaby się – przynajmniej pod względem rozumu – równa Bogu. A czyż stworzenie może dorównać Stwórcy?

I wreszcie, na koniec, dwie istotne kwestie. Pierwsza – wiadomo, że człowiek, jako istota stworzona przez Boga, został obdarzony wolną wolą. Rodzi się w związku z tym pytanie: czy osoba, która dostąpiła chwały wiekuistej, może grzeszyć? Odpowiedź może być tylko jedna: oczywiście tak, teoretycznie. Gdyby nie mogła, nie dałoby się mówić, że ową wolną wolę posiada. Ale grzeszenie przez nią jest jednak praktycznie zupełnie niemożliwe. Dlaczego? Z kilku powodów. Wymienimy tu tylko dwa, co chyba w zupełności wystarczy. Po pierwsze, dostąpiwszy już zbawienia, dusza wie i rozumie, że niczego ponadto – niczego lepszego – nie jest w stanie osiągnąć i jest tak ugruntowana, utwierdzona w dobru, że popełnienie przez nią grzechu staje się zgoła niemożliwe. A po drugie – posłużmy się przykładem: który z ludzi, posiadający wspaniały pałac, obficie zaopatrzoną spiżarnię, niewyczerpane zasoby pieniędzy, słowem, posiadający wszystko to, co stanowi o doczesnym szczęściu i dobrobycie, chciałby zupełnie dobrowolnie rzucić to wszystko i przenieść się do ziemianki, a żywić się tym, co w pocie czoła uda mu się wyhodować na kamienistej i nieurodzajnej glebie, albo zgoła znaleźć w lesie czy na łące – jagodami, korzonkami czy liśćmi? Oprócz tego wszystkiego, grzech, będący duchowym zanieczyszczeniem, wywołuje w zbawionych duszach naturalną odrazę, podobnie jak u nas, żyjących, obrzydzenie budzą ekskrementy.

Czym było niebo w dawnym rozumieniu?

W odróżnieniu od dzisiejszego rozumienia przestrzeni kosmicznej, biblijne i starożytne pojęcie „nieba” (hebr. šāmayim, gr. ouranos) odnosiło się przede wszystkim do sfery rozciągającej się bezpośrednio nad ziemią oraz do siedziby Boga, aniołów i świętych. Zdaje się to w sposób wyraźny potwierdzać Pismo Święte:

Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. (Mk 16,19).

Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba. (Łk 24,50–51).

Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: «Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba». (Dz 1,9–11).

Żydzi często wyobrażali sobie niebo jako strukturę wielopoziomową, gdzie „trzecie niebo” było miejscem szczególnej Bożej obecności, a co Nowy Testament ilustruje słowami św. Pawła Apostoła opisującego swoje własne doświadczenie:

Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty – czy w ciele – nie wiem, czy poza ciałem – też nie wiem, Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba. I wiem, że ten człowiek – czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać. (2 Kor 12,2).

Ówczesny obraz kosmosu był zasadniczo trójpoziomowy, obejmując ziemię jako domenę ludzi, niebo jako królestwo boskie oraz podziemia jako sferę oddzielenia od życia, zamieszkiwaną przez byty duchowe i zmarłych. W myśleniu starożytnym, zarówno żydowskim, jak i grecko–rzymskim, świat podziemny nie był jedynie miejscem nieświadomości czy spoczynku ciał, lecz stanowił rzeczywistość pełną duchowych znaczeń. W tradycji biblijnej, a szczególnie w księgach Nowego Testamentu, podziemia są zamieszkiwane przez świadome istoty duchowe – dusze zmarłych w stanie oczekiwania (jak Szeol/Hades, niekoniecznie będące miejscem potępienia), a także byty anielskie – upadli aniołowie związani z tradycją apokryficzną (np. z Księgą Henocha) oraz byty demoniczne, których egzystencja toczy się w oddzieleniu od świata żyjących i od boskiego światła nieba, symbolizując miejsce oddzielenia od Boga. Gdy List do Filipian głosi, że „Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (Flp, 2, 5–11), nie odnosi się to do martwych ciał czy biologicznych szczątków, lecz do duchowego wymiaru całego stworzenia, które obejmuje również byty z głębi – upadłych aniołów, dusze zmarłych i wszelkie istoty przebywające poza sferą ziemską i niebiańską, które mimo to zostają włączone w kosmiczny akt uznania panowania Chrystusa. Takie ujęcie odzwierciedla szeroką, eschatologiczną wizję objęcia przez Chrystusa całej rzeczywistości – nie tylko tego, co w górze i na powierzchni, ale również tego, co ukryte i oddzielone od światła, ale nadal podległe Bożemu panowaniu. W tym kontekście niebo symbolizowało czystość, niezmierzoną chwałę oraz radykalne oddalenie od wszelkiego zła, co implikowało jego niedostępność dla tych, którzy byli obciążeni grzechem.

Pytanie zatem o fizyczną lokalizację „nieba” w naszym współczesnym rozumieniu czasu i przestrzeni prowadzi do wniosku, że nie istnieje ono w obrębie naszych znanych wymiarów. Jest raczej usytuowane „poza” nimi, co jednak niekoniecznie implikuje fizyczną odległość. Wręcz przeciwnie, teologia podkreśla, że Bóg może być obecny bliżej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Idea ta znajduje głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Św. Paweł w przemowie na Areopagu stwierdza, że „w rzeczywistości jest On [Bóg] niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,27–28), co wskazuje na radykalną bliskość Boga względem każdego człowieka. Psalmista wyraża tę samą prawdę, pytając:

Gdzież się oddalę przed Twoim duchem?

Gdzie ucieknę od Twego oblicza?

Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś;

jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę.

Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki,

zamieszkał na krańcu morza:

tam również Twa ręka będzie mnie wiodła

i podtrzyma mię Twoja prawica.

Jeśli powiem: «Niech mię przynajmniej ciemności okryją

i noc mnie otoczy jak światło»:

sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie,

a noc jak dzień zajaśnieje:

<mrok jest dla Ciebie jak światło>

(Ps 139,7–12),

i podkreśla Bożą wszechobecność, która przenika nawet najodleglejsze zakamarki stworzenia. W Księdze Izajasza Bóg powiada: „Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię Święty: Zamieszkuję miejsce wzniesione i święte, lecz jestem z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone.” (Iz 57,15), co ukazuje paradoks Jego transcendencji i immanencji. Jezus w Ewangelii według św. Jana zapewnia: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać.” (J 14,23), ukazując zamieszkanie Boga w sercu człowieka. Z kolei w Liście do Kolosan św. Paweł powiada o „Chrystusie pośród was – nadziei chwały” (Kol 1,27), co jeszcze dobitniej wskazuje na wewnętrzną obecność Boga w wierzących. Te teksty biblijne stanowią fundament teologicznej refleksji nad bliskością Boga, który nie tylko przekracza świat, ale także go przenika i w nim zamieszkuje. W tym kontekście, niebo zyskuje również wymiar duchowy, będąc rozumianym jako stan serca głęboko zjednoczonego z Bogiem, co jest możliwe do doświadczenia już teraz, choć jeszcze nie w pełni eschatologicznej.

Jak teraz rozumiane jest niebo?

Współczesna teologia katolicka, czerpiąc z bogactwa Pisma Świętego i wielowiekowej Tradycji Kościoła, odchodzi od dosłownego, geograficznego czy astronomicznego rozumienia nieba. Zamiast tego, akcentuje, że niebo jest przede wszystkim stanem egzystencji charakteryzującym się pełną i niezakłóconą komunią z Bogiem. Ten stan wiecznego szczęścia polega na bezpośrednim oglądaniu Boga „twarzą w twarz” (łac. visio beatifica), co wyklucza wszelki ból, grzech oraz doświadczenie śmierci. Fundamentalne znaczenie dla otwarcia tej perspektywy ma zmartwychwstanie i wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa, który, jak sam powiedział, „idzie przygotować nam miejsce”:

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. (J 14,2–3).

W tym stanie błogosławionej obecności przy Bogu trwają aniołowie oraz dusze świętych, czyli tych, którzy już osiągnęli zbawienie. Z perspektywy eschatologicznej, teologia katolicka naucza, że po powszechnym zmartwychwstaniu ciał, niebo stanie się również miejscem ich istnienia w uwielbionej, przemienionej formie.

Jak niebo będzie wyglądało po końcu świata?

Jakież to niebo zajaśnieje naszym oczom po kresie znanego obecnego świata? W wizji zapisanej w Objawieniu, a zwłaszcza w Apokalipsie świętego Jana, maluje się obraz radykalnej przemiany. Bóg, w swojej nieskończonej mocy i miłości, powoła do istnienia „nowe niebo i nową ziemię”. W tym odmienionym wszechświecie ci, którzy dostąpili zbawienia, przyobleką się w ciała zmartwychwstałe – uwielbione i nieśmiertelne, wolne od wszelkich ziemskich ograniczeń. Co więcej, w tej nowej rzeczywistości niebo i ziemia nie będą już oddzielnymi sferami. Nastąpi ich zjednoczenie, urzeczywistniając pragnienie Boga, by „zamieszkać z ludźmi”. W tej bliskości wszelki cierpienie, żal i sama śmierć zostaną na zawsze unicestwione. To będzie pełne i ostateczne urzeczywistnienie Bożego odwiecznego planu – wieczna i niczym niezmącona wspólnota Stwórcy, odkupionej ludzkości i całego odnowionego stworzenia.

Niebo to spełnienie obietnicy i – według Pisma Świętego – cel człowieka. Człowiek nie został bowiem stworzony dla przemijania, lecz został powołany do życia wiecznego w komunii z Bogiem. Ostateczny cel ludzkiego życia to nie poetycka przenośnia, lecz realna, nadprzyrodzona rzeczywistość, przewyższająca wszelkie wyobrażenia i będąca doskonałym spełnieniem naszego istnienia.

Pismo Święte mówi wyraźnie o niebie jako o miejscu przebywania Boga: „Pan w niebie tron swój ustawił, a swoim panowaniem obejmuje wszechświat” (Ps 103,19), a Pan Jezus uczy nas modlić się: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” (Mt 6,9). Niebo nie jest przestrzenią fizyczną w sensie ziemskim, lecz rzeczywistością zarówno duchową, jak i ontologiczną – będąc zarazem stanem doskonałego zjednoczenia z Bogiem, jak i rzeczywistością miejsca, w którym objawia się Boża chwała. Przebywają tam święci, aniołowie i zbawieni, uczestnicząc w pełni życia wiecznego: „Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosze na wieki po Twojej prawicy.” (Ps 16,11). W Nowym Testamencie niebo opisywane jest również jako „dom Ojca”, w którym jest „wiele mieszkań” (J 14,2), oraz jako „miasto Boga żywego, Jeruzalem niebieskie” (Hbr 12,22; por. Ap 21), co wskazuje na realność tej rzeczywistości, choć przekraczającej kategorie czasu i przestrzeni znane ludzkiemu doświadczeniu.

Niebo to także stan duszy całkowicie oczyszczonej z grzechu i przywiązania do stworzeń, która kontempluje Boga twarzą w twarz – w visio beatifica, czyli w widzeniu uszczęśliwiającym. Św. Paweł pisze: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1 Kor 13,12), a św. Jan dodaje: „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest.” (1 J 3,2). W tym stanie człowiek nie tylko poznaje Boga, ale uczestniczy w Jego życiu i miłości.

Niebo jest stanem doskonałej radości, pokoju i wolności: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły».” (Ap 21,4). „Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich.” (Hbr 4,10). Niebo nie niszczy wolności – przeciwnie, doskonali ją. Dusza, widząc Boga, już nie pragnie i nie może chcieć niczego innego, bo Bóg jest Dobrem Najwyższym: „Któż, o Panie, podobny do Ciebie?” (Ps 35,10). Grzech staje się niemożliwy nie przez przymus, ale z powodu pełni miłości i doskonałego wyboru dobra.

Kościół naucza, że człowiek to jedność duszy i ciała. Po śmierci dusza udaje się na sąd szczegółowy, a ciało rozpada się – lecz na końcu czasów nastąpi powszechne zmartwychwstanie: „Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie” (Dn 12,2). Wtedy zbawieni otrzymają ciała chwalebne – przemienione, nieśmiertelne, wolne od cierpienia i pełne światła – na wzór zmartwychwstałego Chrystusa:

Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało ziemskie powstanie też ciało niebieskie. Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek, Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie; duchowe było potem. Pierwszy człowiek z ziemi – ziemski, drugi Człowiek – z nieba. Jaki ów ziemski, tacy i ziemscy; jaki Ten niebieski, tacy i niebiescy. A jak nosiliśmy obraz ziemskiego [człowieka], tak też nosić będziemy obraz [człowieka] niebieskiego. (por. 1 Kor 15,42–49).

Niebo nie jest samotną kontemplacją. Zbawieni tworzą wspólnotę – „społeczność świętych”, prawdziwe miasto Boga, Kościół triumfujący: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie” (Hbr 12,22). W tej wspólnocie obecni są aniołowie, patriarchowie, prorocy, Apostołowie, męczennicy i wszyscy zbawieni.

Niebo to ojczyzna człowieka: „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować.” (Flp 3,20–21). Pełnia istnienia i wieczny pokój są możliwe dla tych, którzy wytrwają w łasce: „Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia” (Ap 2,10).

W obecnym czasie dusze zbawionych, które umarły w łasce Bożej i zostały oczyszczone, już cieszą się wspólnotą z Bogiem – to święci w chwale. Choć nie posiadają jeszcze ciał, ich istnienie nie jest niepełne – lecz czeka na dopełnienie w zmartwychwstaniu. Po końcu czasów, w nowej rzeczywistości stworzonej przez Boga – w „nowym niebie i nowej ziemi” (Ap 21,1) – człowiek będzie żył w pełni: duszą i ciałem, w zjednoczeniu z Bogiem, innymi zbawionymi i całym odkupionym stworzeniem.

Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres

by James Bascom May 8, 2026 tfp.org/our-lady-defeated-a-huguenot-army-at-chartres

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres

The Cathedral of Chartres, France, is one of Europe’s most important and beautiful Marian shrines. For well over one thousand years, Chartres has welcomed countless pilgrims—from kings to humble peasants—who come asking for cures and favors from Our Lady. Even today, 1.5 million pilgrims and tourists visit this breathtaking monument to medieval Catholicism every year, the second-most-visited Catholic cathedral in France after Notre-Dame in Paris.

Chartres’ popularity is due mostly to its most precious relic: the Sancta Camisa, or Our Lady’s veil. In 876, Charles the Bald, Charlemagne’s grandson and king of West Francia (most of what is today France), donated the relic to the bishop of Chartres, where it has remained ever since.

Our Lady’s Miracles at Chartres

Many miracles have been attributed to the veil over the centuries. The first great recorded miracle was the defeat of the Viking chieftain Rollo at the Siege of Chartres in 911. At a key moment during the siege, the bishop of Chartres processed with Our Lady’s veil on the city walls, asking Our Lady’s intercession in the battle. At the sight of the relic, the Christian army rallied and launched a ferocious counterattack while the pagans inexplicably lost courage and fled in a panic. Shortly afterward, Rollo accepted Baptism, became a vassal of King Charles III, and married the king’s daughter Gisela, putting an end to the Viking raids against that part of France. King Charles granted him the territory that is today Normandy as a fief.

Six and a half centuries later, another great miracle took place at Chartres. On the edge of Chartres’s historic center, just a few yards from the ruins of the city’s medieval walls, sits an unassuming and nearly forgotten chapel with a rather curious title: Notre-Dame de la Brèche (“Our Lady of the Breach”). The “breach” refers to the Protestant siege of Chartres in March 1568 and to a miracle Our Lady performed at that exact spot.

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres
The “breach” refers to the Protestant siege of Chartres in March 1568 and to a miracle Our Lady performed at that exact spot.

Huguenot Wars in France

In the sixteenth century, the heretical teachings of Martin Luther, John Calvin, and King Henry VIII had seduced millions of Europeans out of the Catholic Church, destroyed Christendom’s religious unity, and incited terrible religious wars. While Luther’s new religion took root in Germany and Scandinavia, John Calvin’s heterodox teachings took root in his native France.

At its height, as much as 10% of the French population—including a large proportion of the nobility—had abandoned Catholicism for Calvin’s “reformed Christianity.” These French Calvinists—called “Huguenots”—began a religious civil war in France that tried to overthrow Catholicism and the monarchy. Huguenot militia ransacked churches, destroyed statues, desecrated relics, and murdered clergy. With the Pope’s support, French Catholics launched a crusade-like religious movement called the Catholic League. These two sides fought a bitter war of religion that lasted for decades, with terrible consequences for France.

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres

Siege of Chartres

Divine Providence intended the city of Chartres to play a role in this great Catholic crusade. On March 1, 1568, a 9,000-strong Huguenot army under the command of the supreme leader of the Huguenots, Louis de Bourbon, the Prince of Condé, began a siege of Chartres. The walled city was defended by about 6,000 men under the command of the royal governor Antoine de Linières.

The Huguenots needed to take the city for strategic reasons. The city’s fall would put pressure on Paris, the capital and the main Catholic stronghold of the country. But the Huguenots also harbored a deep hatred for Chartres due to its ancient association with the Catholic Marian devotion, as well as the city’s strong resistance to Protestant proselytizing.

As the siege began, the Huguenots captured several Catholic churches on the outskirts of the city. They desecrated holy objects, looted the gold and jewels, burned the churches to the ground, and executed several captured priests. There was little doubt that the same fate awaited the rest of the city and its famous cathedral in a Huguenot victory.

The stakes could not have been higher. Condé himself had promised to destroy all relics and statues of Chartres Cathedral and to feed his horse on its high altar. One of his commanders at the siege, François de Coligny d’Andelot, was known for his violent hatred of Catholicism and of priests in particular. According to the Chartres historian Jean-Baptiste Souchet, d’Andelot kept a collection of the severed ears of dead priests as war trophies, and promised that the first thing he would do in Chartres would be to execute all priests and pour their blood upon the altars of the cathedral in “reparation” for Catholic “idolatry.”1

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres

The Protestants determined that the most vulnerable point in the city’s walls was the Drouaise Gate on the northern side. On March 6, they opened fire with five heavy cannon and four light cannon. By the following day, they had blasted a breach in the wall 25 yards (23 meters) wide, allowing the Huguenots to capture one of the wall’s ravelins and begin to enter the city. The governor, sensing the need for bold and decisive action at this critical moment, met with his officers. After promising to each other to vaincre ou de mourir (“to conquer or die”), de Linières personally led his men on a furious counterattack. Their surprise attack stunned the Huguenots, forcing them to withdraw.

Condé then focused his attack on the nearby Herses Tower and its adjacent walls. All day and night on March 9, he blasted the old medieval walls until a large section fell into the Eure River, exposing a new breach for the Huguenots to exploit. But the foresight and quick actions of de Linières saved the day again. The governor reinforced the area with more men and supplies, and the Protestant infantry assaults failed to exploit the breach.

The Catholic defenders were supported by a great canon they called la huguenote (“the Huguenot”). Captured from Condé’s defeated army at the Battle of Dreux in 1562, De Linières placed it in a strategic spot near the Drouaise Gate, allowing the defenders to mow down the Huguenot assaults through the breached walls. The canon performed so well that the defenders began calling it la bonne catholique (“the good Catholic”).

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres
Depiction of the battle of Dreux in 1562.

While all the able-bodied men in the city were fighting on the ramparts, the women, children, and old men filled the cathedral’s crypt, praying day and night to Our Lady of Chartres for victory. The Huguenots continued their attacks for days, until, on March 15, Condé unexpectedly called off the siege and withdrew his army.
The Catholics had lost about 250 men, while the Huguenots had about double that number. The defenders did not fail to see in this victory the hand of Divine Providence and the special protection of Our Lady of Chartres.

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres
Carnutum Tutela; Protectress of the people of Chartres.

In fact, during the battle, Our Lady performed a miracle that both enraged and terrified the Huguenot soldiers. Ensconced inside a niche above the entrance of Drouaise Gate was a statue of Our Lady, Carnutum Tutela or “Protectress of the people of Chartres.” The Huguenots, full of hate for the Catholic devotion to the Virgin Mary,

“…boasted that Mary had as much power in the city as Diana had in Ephesus, and taking the said image as the object of their rage and fury, they fired so many cannon and artillery shots at it that everything in the surrounding area was shattered to within four fingers’ width, as the traces there still show today; nevertheless, they could never damage the said holy image…. And it was to their great shame that they experienced this at the hands of the patroness of Chartres: for, having been repelled, more by her power than by human arms, they were forced, after great loss and slaughter of their men, to turn back, and to give once more, for the second time, the name to the Prés des Reculés [“the Meadow of Retreat”], in the midst of which they had proudly pitched their abominable tents.”

No matter how many times the Huguenots fired their rifles at the statue, the bullets miraculously swerved away and only hit the surrounding stone frame. This miracle so astounded both attackers and defenders alike that it gave rise to a pious tradition among the people of Chartres. They claimed that Our Lady appeared in the sky with her Divine Son in her arms, and with her dress captured and repelled the Huguenot cannonballs. “The people of Chartres realized that it was the Blessed Virgin, together with her beloved Son, who were visibly taking the city’s defense into their own hands, while the clergy and women prayed and the men of military age rallied together and launched an attack on the besiegers, whom they vigorously repelled.”2

Our Lady of the Breach

On the first anniversary of the victory, March 15, 1569, “in accordance with the wishes of the people,” the city officials and the bishop of Chartres made that day a public holiday in Chartres. They ordered Masses, prayers, and a great procession in thanksgiving for the great victory. In Chartres, March 15 became the feast of Notre-Dame de la Brèche (“Our Lady of the Breach”), also called Our Lady of the Victory.

In 1600, thirty-two years after the miracle that saved their city from the Huguenots, the city authorities and the bishop of Chartres built a small chapel on the exact spot where the miracle occurred, near the Drouaise Gate. This small chapel, Notre-Dame de la Brèche, contained the statue Carnutum Tutela from the siege, which had miraculously deflected the Huguenot rifle bullets and cannonballs.

For more than two hundred years, this great procession took place through the city with great pomp and devotion, second only to Corpus Christi in importance. Our Lady of the Breach and her annual procession were living symbols of the militant Catholicism of the people of Chartres who fought valiantly in defense of God, Our Lady, the Catholic religion, and their king against the Huguenot heresy that nearly conquered France in the sixteenth century.

The procession took place for the last time on March 15, 1789. Just a few months later, the French Revolution began, unleashing a violent persecution on the Catholic Church. All public religious acts were forbidden, and church properties, including Our Lady of the Breach, were confiscated. On July 17, 1791, the National Assembly sold the little chapel to a private owner who decided to demolish it. When the Revolution ended, the public procession through the streets of Chartres was unfortunately never restarted.

When Our Lady Defeated a Huguenot Army at Chartres
This small chapel, Notre-Dame de la Brèche, contained the statue Carnutum Tutela from the siege, which had miraculously deflected the Huguenot rifle bullets and cannonballs.

A New Chapel

A few years later, responding to a desire among the faithful to restore their ancient devotion to Our Lady, the bishop of Chartres decided to rebuild the little chapel in the same spot. After purchasing the property where the Drouaise Gate once stood, they laid the first stone on March 25, 1843. A prayer composed for the occasion and encased inside the first stone read: “May the Lord watch over His people, and may the Holy Mother of the Lord forever keep her city free from every stain of heresy and every moral corruption!” This chapel still stands today.

The original statue of Carnutum Tutela was saved during the French Revolution by a pious Catholic who hid it in his house. When the new chapel was built, the statue was returned and placed once again in a place of honor in a chapel honoring the miracle she worked so many years before.

Although the rebuilt chapel contributed to a rebirth of fervor for Our Lady of the Breach, by the beginning of the twentieth century, the pilgrimage and the devotion (like so many other Catholic traditions) had sadly died out once again. That which the French Revolution could not destroy entirely was snuffed out by the modern spirit of indifference and “progressivism,” which despises traditional devotions such as processions and miracles.

Rebirth of interest in the twenty-first century

In 2026, however, local Catholics in Chartres decided to revive the devotion. Alexandre Barbier, sacristan of the chapel of Notre-Dame de la Brèche, and Abbé Clément Pierson, priest of the diocese of Chartres, organized a pilgrimage on March 15, Our Lady’s ancient feast day. About 30 Catholics walked the 2.5 miles (4.3 km) from Lèves just outside of Chartres to the chapel of Notre-Dame de la Brèche. After arriving at the chapel, there was Holy Mass and prayers before the statue of Our Lady.

The story of Our Lady of the Breach is one of the great events of Catholic France, a moment when Our Lady directly intervened in a battle on behalf of her faithful children against the armies of the Huguenot heresy. Although it happened nearly five centuries ago, the battle has lessons for today. Western society today is threatened with destruction—not by Huguenot cannonballs—but by materialism, apostasy, religious indifferentism, and immorality. But Our Lady, the “destroyer of all heresies,” can and will protect us…if we are faithful to her and her Divine Son.

Footnotes

  1. Cardinal Louis-Édouard Pie, Notice Historique sur Notre-Dame de la Brèche (Chartres: Garner, 1843), 6.
  2. Ibid, 10

Iran, podobnie jak Rosja, rezygnując ze zwycięstwa, nie zapewnił sobie pokoju

Iran, podobnie jak Rosja, nie zapewnił sobie pokoju, rezygnując ze zwycięstwa.

Paul Craig Roberts

W swoim najnowszym filmie „Tańczący z niedźwiedziami” John Helmer pisze o powiązaniach Putina z Izraelem – pomimo ludobójstwa:

Prezydent Władimir Putin oświadczył, że Rosja i Izrael tworzą „prawdziwą rodzinę; mogę to powiedzieć bez przesady. W Izraelu mieszka prawie 2 miliony osób rosyjskojęzycznych. Uważamy Izrael za kraj rosyjskojęzyczny… Bez przesady mogę z dumą stwierdzić, że prawdopodobnie nigdy nie było tak wysokiego poziomu relacji między Rosją a Izraelem, jeśli nie cofniemy się, oczywiście, do pierwszych miesięcy, a może nawet kilku lat istnienia Państwa Izrael. Stanowiska Rosji i Izraela, narodów naszych krajów, są zgodne…”.

Jak Helmer jasno daje do zrozumienia w rozmowie z Rasheedem, wrogie stanowisko Izraela wobec Rosji nie ma absolutnie żadnej wzajemności. Niedawno, na prośbę Zełenskiego, Izrael nałożył embargo na dostawy rosyjskiego zboża do Izraela, opierając się na podejrzeniach, że część zboża mogła zostać wyhodowana na okupowanych przez Rosję ukraińskich terytoriach w Donbasie.

Putin nie zrobił absolutnie nic, aby zapobiec izraelsko-amerykańskiemu atakowi na Iran. Zażądał jedynie, aby Izrael nie atakował irańskiego reaktora jądrowego, nad którym Rosjanie pracowali. Najwyraźniej Putin nie chciał ryzykować strat po stronie rosyjskiej, które mogłyby zmusić go do wsparcia Iranu w walce z izraelsko-amerykańskim atakiem.

Putin, podobnie jak Trump, wydaje się być bardziej pod kontrolą syjonistycznego państwa Izrael niż własnych obywateli. Wszystko dla Izraela. Nic dla Amerykanów ani Rosjan.

Polityka Trumpa „Izrael przede wszystkim” oznacza rosnące ceny energii i niedobory nawozów dla Amerykanów i całego świata, co razem prowadzi do wyższej globalnej inflacji. Ponieważ inflacja rośnie szybciej niż dochody i zatrudnienie, obywatele amerykańscy płacą cenę za to, że ich prezydent jest marionetką Izraela drugiej kategorii.

Putin również przyjął tę rolę, jeszcze bardziej osłabiając wpływ Rosji na sprawy światowe. Nikt już nie zwraca uwagi na wypowiedzi Putina. Żadna z jego „czerwonych linii” nie miała żadnego znaczenia. Dlatego nic, co mówi Kreml, również nie ma znaczenia. Nikt już nawet nie słucha.

Gilbert Doctorow zwraca uwagę na utratę prestiżu Rosji i zauważa, że ​​Putin, obawiając się ataku ze strony USA, MI6 i Ukrainy na wczorajsze obchody Dnia Zwycięstwa, upamiętniające klęskę III Rzeszy, skrócił paradę do 45 minut i powstrzymał się od prezentacji rosyjskich systemów uzbrojenia, aby uchronić doroczny Dzień Zwycięstwa przed niszczycielskim atakiem. Uwaga: Po raz pierwszy w historii Rosja nie mogła świętować zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami w tradycyjny sposób, ponieważ Putin odmawia wygrania wojny na Ukrainie.

Dlaczego Putin nie chce wygrać wojny?

Helmer i Doctorow przedstawili swoje spostrzeżenia. Na Kremlu rosyjscy nacjonaliści mają mniejsze wpływy niż Kiriłł Dmitriew, wpływowy przedstawiciel rosyjskich oligarchów i szef Rosyjskiego Banku Centralnego, którego chroni Putin. Dmitriew, który dorastał i kształcił się w USA, oraz dyrektor Rosyjskiego Banku Centralnego są proamerykańscy, a nie prorosyjscy. W rzeczywistości działają jako amerykańscy agenci w organach decyzyjnych Kremla, wykorzystując wojnę i negocjacje wojenne do pośredniczenia w umowach biznesowych między USA a Rosją, które mają na celu zapewnienie wystarczających korzyści amerykańskim interesom, tak aby – w ich nadziei – amerykańskie dążenie do wojny ustąpiło miejsca dążeniu do zysku. Innymi słowy, Putin zdradza Rosję w zamian za zniesienie sankcji.

Helmer i Doctorow są o wiele bardziej kompetentni i lepiej poinformowani niż CIA i MI6. Uznali, że brak obrony Rosji i jej sojuszników przez Putina uczynił Rosję krajem bardzo słabym – słabością, która prowokuje ataki. Jak ostrzegałem od kilku lat, strategiczna pomyłka Putina prowadzi do wojny nuklearnej.

Źródło: Iran, podobnie jak Rosja, uchylając się od zwycięstwa, nie zapewnił pokoju

Jak Grok i inne AI kłamią o poglądach na Izrael

Caitlin Johnstone

caitlinjohnstone/either-you-believe-israel-is-evil-or-you-believe-its-all-an-elaborate-conspiracy

Albo wierzysz, że Izrael jest zły, albo wierzysz, że to wszystko jest misternym spiskiem – i inne uwagi

Zasadniczo masz dwie możliwości: albo wierzysz, że Izrael jest państwem ludobójczym, moralnie porównywalnym z nazistowskimi Niemcami, albo wierzysz, że istnieje gigantyczny, globalny spisek głównych zachodnich instytucji i mediów, których celem jest przedstawienie Izraela w złym świetle.

Caitlin Johnstone 14 maja 2026 r.

Wiara w drugą opcję to jedyny sposób, by uniknąć wiary w pierwszą. To jedyny sposób, by uwierzyć, że media głównego nurtu, takie jak „The New York Times”, dopuszczają się antysemickiego oszczerstwa krwi, donosząc o systematycznych torturach seksualnych Palestyńczyków w izraelskich więzieniach. To jedyny sposób, by zignorować fakt, że każda licząca się organizacja praw człowieka na świecie twierdzi, że Izrael jest winny ludobójstwa, podczas gdy żadna porównywalna organizacja praw człowieka nie twierdzi, że tak nie jest. Trzeba koniecznie wyznawać jakąś szaloną teorię spiskową. Trzeba wierzyć, że spisek sięga samych szczytów, a jego macki sięgają głównych instytucji na całym świecie.

To właśnie stanowisko apologeci Izraela przedstawiają, twierdząc, że wszystkie te główne instytucje kłamią. Jeśli naciśniesz na nich, kto stoi za manipulacją wszystkimi tymi zachodnimi instytucjami, bez wahania powiedzą, kto pociąga za sznurki: powiedzą, że to muzułmanie. Powiedzą, że to wpływowe działania Kataru i propaganda Hamasu. Powiedzą, że to reporterzy „New York Timesa” dali się nabrać Palestyńczykom nienawidzącym Izraela, a organizacje praw człowieka dały się nabrać propagandzie Hamasu, Hezbollahu i Iranu. Będą twierdzić, że niemal jednomyślna zgoda co do nadużyć Izraela w głównych zachodnich instytucjach jest wynikiem wywrotowych manipulacji wyznawców nikczemnej religii.

Wszystkie te twierdzenia oczywiście naraziłyby cię na oskarżenie o promowanie niebezpiecznych i szalonych teorii spiskowych, gdybyś wysunął je przeciwko Żydom. Ale obrońcy Izraela nie mają najmniejszego problemu z tym, by odnosić je do muzułmanów.

Nie trzeba geniusza, żeby zrozumieć, że to absurd. Ta teoria spiskowa jest ewidentnie absurdalna, co oznacza, że ​​Izrael jest rzeczywiście głęboko złym państwem, winnym potwornych nadużyć.

Ciekawe, że hasbaryści wciąż nie przedstawili dobrego kontrargumentu dla stwierdzenia, że ​​każda istotna na świecie grupa obrońców praw człowieka uznaje Izrael za winnego ludobójstwa.

Można by pomyśleć, że po tylu miesiącach i całym tym finansowaniu wymyślą jakiś argument, nawet jeśli będzie to po prostu stos kłamstw, ale rozmawiałem z kilkoma z nich na ten temat w ostatnich dniach i wszystko, co potrafią, to puste gadanie.

Mogą czepiać się pojedynczych roszczeń poszczególnych instytucji, ale nie mają dobrej odpowiedzi na fakt, że jest to jednomyślny konsensus wszystkich organizacji humanitarnych. Izrael przeznacza w tym roku 730 milionów dolarów na działalność hasbary, ale zwrot z inwestycji wydaje się niewielki.

Portal Deepcut News opublikował artykuł na temat australijskiej komisji królewskiej ds. antysemityzmu i ciągłego utożsamiania antysyjonizmu ze zbrodniami z nienawiści wobec Żydów, czego byliśmy świadkami w trakcie przesłuchań. 

Oto cytat świadka o nazwisku Léa Levy:

„Chodzi mi o to, że spacerując po centrum miasta, trudno uniknąć palestyńskiej flagi. Na przykład moja przyjaciółka opowiadała mi, że niedawno była na koncercie. Świetnie się bawiła, a na koniec artystka powiedziała po prostu: »Dziękuję i uwolnij Palestynę«. Myślę, że to się zdarza niemal każdego dnia i, tak, to bardzo męczące”.

Oto kolejny wpis autorstwa osoby o nazwisku Blake Shaw:

„Więc po prostu – po prostu chodzisz po kampusie, są plakaty, stoiska ustawione tuż przed jednym z kluczowych budynków. Przez większość dni odbywa się tam kiermasz palestyńskich wypieków albo wieczór informacyjny o tym, jak mój uniwersytet jest współwinny ludobójstwa, bo wszyscy wiedzą, że australijskie uniwersytety są w dużej mierze odpowiedzialne za konflikt na Bliskim Wschodzie”.

O nie! Nie, to nie jest sprzedaż palestyńskich wypieków!

Jak już wcześniej omawialiśmy , przykłady „antysemityzmu” przytaczane podczas tych przesłuchań obejmowały wpisy, w których ktoś wyobrażał sobie możliwość zaatakowania w szpitalu z powodu swojej religii lub gdy osoba pochodzenia żydowskiego opuściła grupę na Facebooku, w której czuła się niemile widziana.

Kiedy słyszysz, jak ludzie mówią o kryzysie „antysemityzmu” w Australii, to właśnie o takim „antysemityzmie” mają na myśli.

Australijscy żydowscy syjoniści narzekający na słyszenie o „wolnej Palestynie” są równie istotne, jak moje narzekanie na konieczność oglądania reklam One Nation – to po prostu polityczne przemówienie, z którym się nie zgadzam. A jednak nikt nie organizuje przesłuchań przed komisją królewską, żeby wysłuchać moich narzekań.

Widzę coraz więcej propagandowych zachowań ze strony sztucznej inteligencji Elona Muska na Twitterze, „Grok”. Ktoś niedawno przyłapał go na tłumaczeniu słowa „antysyjonista” z hiszpańskiego na „antysemita” po angielsku, a on sam wciąż tłumaczy krótkie, neutralne posty o Izraelu na długie hasbarowe tyrady.

Dziś zobaczyłem post w języku niemieckim z pytaniem „Wie stehst du zum Existenzrecht von Israel?”, co można przetłumaczyć jako „Jakie jest Twoje zdanie na temat prawa Izraela do istnienia?”. Sztuczna inteligencja przetłumaczyła to jako „Zdecydowanie popieram prawo Izraela do istnienia jako suwerennego państwa, stanowisko zakorzenione w sprawiedliwości historycznej, prawie międzynarodowym i moralnym imperatywie zapewnienia narodowi żydowskiemu bezpiecznej ojczyzny po wiekach prześladowań. Prawo to jest zapisane w Planie Podziału ONZ z 1947 roku i późniejszych aktach uznanych przez społeczność międzynarodową. Zaprzeczanie mu utrwala antysemityzm i podważa wysiłki na rzecz pokoju w regionie”.

Kilka dni temu hiszpańskojęzyczny tweet użytkownika maps_black brzmiał po prostu: „¿Cuál es tu opinión sobre ISRAEL?”, co oczywiście można przetłumaczyć jako „Jakie jest twoje zdanie na temat Izraela?”. Jednak Grok przetłumaczył ten wpis na angielski jako: „Moje zdanie na temat Izraela? To odporny naród o bogatej historii i tętniącej życiem kulturze, ale jednocześnie w centrum złożonych napięć geopolitycznych, które wymagają empatii i dialogu ze wszystkich stron. A jakie jest twoje?”.

Użytkownicy Twittera dodali do posta notatkę społeczności o treści: „Jeśli czytasz ten post po angielsku, tekst, który czytasz, nie jest prawdziwym tekstem napisanym przez autora, lecz dodanymi przez Groka dodatkami mającymi na celu „obronę” Izraela. Post w zasadzie nie zawierał niczego poza pytaniem dotyczącym tematu”.

Zamierzam po prostu dokumentować te incydenty tam, gdzie je widzę, ponieważ warto na nie zwracać uwagę.

Prof. Glenn Diesen o Rosji, Europie i NATO

Prof. Glenn Diesen o Rosji, Europie i NATO

Napisał: Glenn Diesen

Opracował: Zygmunt Białas zygmuntbialas/prof-glenn-diesen-o-rosji-europie-i-nato

ZB: Drony produkowane w Europie mają zasięg do 1500 km i od pewnego czasu ukraiński reżim atakuje nimi skutecznie rafinerie i zakłady produkcyjne znajdujące się w głębi Rosji, wyrządzając jej ogromne straty gospodarcze i siejąc zwątpienie. Polskojęzyczne łże-media nie kryją swej radości, a uznani eksperci światowi zamilkli. Specjalna Operacja Wojskowa nie przynosi – jak dotąd – oczekiwanych efektów. Jak jest w istocie? Jakie wydarzenia mogą teraz nastąpić? – Prof. Glenn Diesen opisuje to i przedstawia prognozę tego, co może się wydarzyć:

W czasie zimnej wojny miało być NATO tymczasowym sojuszem wojskowym, zjednoczonym wspólnym wrogiem i wspólnym zagrożeniem. Kiedy to zagrożenie zniknęło wraz z końcem zimnej wojny, a następnie wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, centralne pytanie lat 90. brzmiało: Jaki będzie nowy cel Paktu Atlantyckiego? – Odpowiedzią na to pytanie było dążenie do jednobiegunowości, czyli kolektywnej hegemonii w erze postzimnowojennej poprzez ekspansjonizm NATO i interwencjonizm wojskowy.

Rosja otrzymała domyślne ultimatum: albo będzie posłusznym uczniem cywilizacji, albo stanie się siłą antycywilizacyjną. Moskwa mogła albo zaakceptować hegemoniczną rolę NATO jako ‚siły dobra’, albo się jej przeciwstawić – w takim przypadku NATO powróciłoby do swojej dawnej roli konfrontacji z Rosją. Wspierana przez NATO zmiana reżimu na Ukrainie – mająca na celu przekształcenie kraju z partnera Rosji w państwo frontowe walczące z Rosją – wywołała wojnę w 2014 roku.

NATO zaczęło powracać do swojej dawnej roli konfrontacji z Federacją Rosyjską, ale nastąpiło to w momencie, gdy era hegemonii już się skończyła.

Teraz, gdy dawna zbiorowa hegemonia została zrównoważona i wyłonił się świat wielobiegunowy, NATO ponownie straciło swój cel i rozpada się. Europejscy przywódcy chcą przywrócić pierwotny cel sojuszu: powstrzymanie Rosji. To się nie powiedzie, ponieważ opiera się na zwodniczej narracji, że Rosja chce odbudować Związek Radziecki, a nie jedynie zrównoważyć ekspansjonizm i interwencjonizm wojskowy NATO.

Stany Zjednoczone nie powrócą jednak do pierwotnego celu NATO, ponieważ globalny układ sił uległ zmianie, i dlatego nie będą podporządkowywać się fałszywym narracjom europejskich przywódców. USA znajdują się w stanie względnego upadku i nie są w stanie utrzymać jednocześnie strategicznej dominacji w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Azji Wschodniej i na półkuli zachodniej. Stany Zjednoczone nie mogą być obecne wszędzie naraz w wielobiegunowym świecie i przeniosą swoją uwagę na półkulę zachodnią i Azję Wschodnią. Amerykańska obecność w Europie pochłania zbyt wiele zasobów i zbliża Rosję do Chin – jej głównego przeciwnika. Jednak Stany Zjednoczone są skłonne powierzyć konflikt z Rosją Europejczykom. Europa pozostaje uległa, a Rosja jest osłabiona.

Europejskie orły

Gdyby Europa miała racjonalnych przywódców, dostosowałaby się do nowego międzynarodowego układu sił, zakończyła tę wojnę, zawarła pokój z Rosją, stworzyła wspólną paneuropejską architekturę bezpieczeństwa – o 35 lat za późno – która uratowałaby również Ukrainę, usuwając ją z linii frontu ponownie podzielonej Europy, i zdywersyfikowała jej relacje gospodarcze, aby uniknąć nadmiernego polegania na jakimkolwiek pojedynczym mocarstwie zagranicznym. Europie brakuje jednak racjonalnych przywódców, a nawet argument, że broń nie jest drogą do pokoju, a dyplomacja jest konieczna, jest zniesławiany i cenzurowany jako ‚prorosyjska’ zdrada. Europejska klasa polityczna nadal hołduje rusofobicznym narracjom i polityce, które zaostrzają konfrontację i przedłużają konflikt.

Przebieg wydarzeń staje się coraz bardziej oczywisty: NATO będzie się nadal rozpadać, a Europejczycy będą to rekompensować dalszą eskalacją wojny z Rosją. Dzieje się to w czasie, gdy Rosja desperacko próbuje przywrócić swoją siłę odstraszania, jest więc prawdopodobny odwet na Europie – najprawdopodobniej na Niemczech – podczas gdy amerykańskie zaangażowanie i ochrona Europy słabną. Przewidywalną konsekwencją jest to, że europejscy przywódcy ostatecznie sprowokują zdecydowaną odpowiedź Rosji, która może szybko przerodzić się w – miejmy nadzieję – ograniczony – atak nuklearny.

uncutnews.ch/prognose-der-zusammenbruch-der-nato-atomkrieg

Napisał: Glenn Diesen

Opracował: Zygmunt Białas

Od Komunizmu do Globalizmu; czyli zboczona ewolucja Ludzkości

Od Komunizmu do Globalizmu; czyli zboczona ewolucja Ludzkości

Dr Ignacy Nowopolski



Od Komunizmu do Globalizmu; czyli zboczona ewolucja Ludzkości

Uwaga wstępna
: komunizmu nie udało się całkowicie zbudować, więc zwany był „socjalizmem”. Globalizm osiąga dziś swe apogeum, więc za nim jest już tylko piekło.

Dr Ignacy Nowopolski May 13 

Globalizm to już druga próba Semitów, w stworzeniu systemowego piekła na ziemi. Stąd też znaczący postęp w jego realizacji. Pozornie wygląda on diametralnie różnie od Komunizmu. Ale są to tylko pozory:
· Socjalizm sowiecki był nudny, szary & beznadziejny. Dlatego „sowiecki człowiek”, chlał wódkę na umór. Był to swoisty wyścig z czasem. Co będzie pierwsze śmierć alkoholowa, czy wywózka do gułagu.
· W Globalizmie „zachodni nadczłowiek” ćpa na potęgę, by zagłuszyć w sobie ostatnie odruchy człowieczeństwa.
· W ZSRR „sowiecki człowiek” rozmnażał się chaotyczne bez potrzeby przeżytku „burżuazyjnych formalnych związków”, zapełniając sierocińce opuszczonym zdegenerowanymi przez alkoholizm rodziców, nieszczęsnymi istotami.
· W Globalizmie „nadczłowiek” nie rozmnaża się wcale, korzystając z dobrodziejstwa pedofilii, homoseksualizmu, transgenderyzmu & wszelkich innych wynaturzeń.
· Sowieci gwarantowali darmową edukację włącznie z wyższym wykształceniem. W zakresie nauk ścisłych było to doskonałe wykształcenie, bo Komunistom potrzeba było doskonałych fachowców do, jak to twierdzili: „dogonienia & przegonienia Kapitalistów”.
I ten właśnie sukces, stanowił przysłowiowy gwóźdź do trumny systemu. Wbrew indoktrynacji ideologicznej, każdy solidnie wykształcony inżynier & naukowiec nie jest już w stanie pozbyć się nawyku logicznego rozumowania. Stąd też natychmiast pojmie całą obłędną głupotę wtłaczanej ideologii. Do dziś w Rosji krąży dowcip: „za sowietów, jak ktoś nie miał wykształcenia, to w ankiecie pisał ‘nie posiada’, a dziś pisze ‘doktor politologii’.
· Dziś w globalizmie, co druga istota, kończy z wyróżnieniem „prestiżową zachodnią uczelnię”. W większości są to „miękkie” kierunki, takie jak socjologia, marketing, czy wspomniana politologia”. Jak na „prestiżową edukację” przystało, w USA dzieci opuszczające szkoły podstawowe są analfabetami. Trend ten nie dotyczy płatnych prywatnych szkół.· Równowagę rynkową w komunizmie utrzymywano za pomocą „talonów na towary”.
· W globalizmie ich rolę przejęły bezwartościowe „puste waluty” (fiat currencies), jak USD & EURO. Do dnia dzisiejszego Ludzkość była tak otumaniona zachodnią propagandą, że traktowała je jak „papierowe złoto”. Dziś tren ten ulega gwałtownemu odwróceniu.
· Gospodarka komunistyczna była całkowicie nakierowana na przemysł zbrojeniowy , czyli ciężki. Dlatego obywatele chodzili w łachmanach.
· Globalistyczna gospodarka miała solidne podstawy do początku osiemnastego wieku, kiedy kolonialny rabunek pozwolił finansować Zachodnim Europejczykom, rozwój nauki & technologii. Na tym fundamencie zbudowano podwaliny globalistycznej potęgi przemysłowej. Technologia, infrastruktura badawczo-rozwojowa (R&D), oraz wysoko-technologiczny przemysł działały już na bieżąco. Wystarczyło tylko utrzymać trend, ale nie z pomocą „absolwentów prestiżowych zachodnich uczelni technicznych”, ale utalentowanych emigrantów z post komunistycznego & trzeciego świata. Jak to się zwykło mówić w komunistycznej Polsce: „ nawet najbardziej prestiżowy uniwersytet nie zastąpi solidnej szkoły podstawowej”. Prawdziwość tego stwierdzenia potwierdza moje amerykańskie doświadczenie, gdzie prze 30 lat miałem przyjemność współpracować amerykańskimi absolwentami uczelni technicznych. Udowodniło ono bez wątpliwości, to że mój polski doktorat nauk technicznych (DrSc) był co najmniej równoważny amerykańskiemu (PhD).
Po rozpadzie ZSRR i zniszczeniu z premedytacją komunistycznych wytwórczych gospodarek, które spowodowało masową emigrację Wschodnio-Europejskiej siły wytwórczej na Zachód, przez dwie dekady Zachód mógł żerować na „wschodnich niewolnikach”. Żerował on też na Słowiankach, których niewątpliwą kwalifikacją była uroda & niewybredność. Jeśli nawet nie lądowały one bezpośrednio w Dubaju, czy zachodnich domach publicznych, to ochoczo obsługiwały męską część populacji gastarbeiterów, a nawet samych „zachodnich nadludzi”.
Truizmem jest stwierdzenie, że przy takim „modelu gospodarczo migracyjnym”, kraje takie jak Polska skazane zostały na biologiczną zagładę, która już dobiega końca. Proces ten zakończyłby się już zapewne, gdyby nie niespodziewany zastrzyk świeżej krwi ze zniszczonej przez wojnę Ukrainy. Po wyeksploatowaniu wschodnioeuropejskich kolonii, takich jak Polska, Słowacja, Rumunia, etc. Zachód zmuszony był ponownie sięgnąć po niewolników ze swych byłych zamorskich kolonii. I tu się zdrowo naciął. Zamorscy przyjaciele nie przybyli do roboty, ale po to by odpłacić się swym byłym kolonizatorom, zamieniając ich miasta w śmietniki trzeciego świata. Stąd też bierze się nagła chęć Zachodu do przesiedlenia ich na wschód do Polski & innych krajów regionu.
Aby ta skrótowa analiza obecnej sytuacji była kompletna, należy jeszcze wspomnieć o najważniejszym czynniku, jaki powoduje odczłowieczenie. Jest nim NĘDZA,O nędzy w Komunizmie nie ma co dywagować, bo jest to oczywiste. O efektach nędzy we wschodnich kolonach UE, napisałem powyżej.Tak się jakoś nieszczęśliwie stało, że obłędna polityka ekonomiczna Zachodu, zwana „financjalizacją” doprowadziła do deindustrializacji Zachodu.
Sankcje antyrosyjskie związane z wojną na Ukrainie, oraz konflikt Bliskowschodni, który pozbawił UE 20 % surowców energetycznych, nawozów sztucznych, oraz innych półproduktów, zapoczątkował lawinowy upadek „Związku Socjalistycznych Republik Europejskich” (czyli UE) na niespotykaną skalę. Stąd też bierze się obłąkany pęd unijnych zbrodniarzy do wojny z Rosją. Chcą zdążyć, zanim przysłowiowe „g*wno wpadnie do wentylatora” ( proverbial sh*t hits a fan).
Cała zachodnia gospodarka była oparta na systemie „Just-in-time”. Oznaczało to, że zapasy surowcowe były minimalne (oszczędność). W ZSRR panował system „just in case”. W praktyce oznaczało to, że jak coś dostarczono to dobrze, jak nie to też dobrze.Obecnie ze względu na kryzys bliskowschodni & sankcje antyrosyjskie, na Zachodzie zapanuje wspomniany sowiecki system ze wszystkimi jego konsekwencjami.Jeśli zachodnim globalistycznym zbrodniarzom nie uda się rozpętać kinetycznego konfliktu z Rosją, to zrewolucjonizowany tłumy ich poddanych zmiotą brukselską dyktaturę z powierzchni ziemi.Jeżeli uda im się wepchnąć wściekłe bałtyckie państewka, globalistyczną Polskę, Finlandię & Rumunię w konflikt, to Europa zniknie z mapy politycznej świata, a prawdopodobnie cały świat skona w mękach nuklearnej choroby popromiennej spowodowanej globalnym konfliktem jądrowym. Zachodni „nadludzie” ruszcie głowami zanim będzie za późno!

Konsekracje biskupie: Teolog odpowiada na pytania

Konsekracje biskupie: teolog odpowiada na pytania

Ks. Gleize odpowiada na pytania związane ze zbliżającymi się konsekracjami nowych biskupów Bractwa św. Piusa X

Nadchodzące konsekracje biskupie, zaplanowane na 1 lipca, wywołały ożywioną dyskusję wśród katolików na całym świecie. Wydarzenie to nie tylko budzi emocje, ale też prowokuje do stawiania fundamentalnych pytań o granice posłuszeństwa i ducha praw kościelnych. Dlaczego akt, który w normalnych okolicznościach zostałby przez wszystkich uznany za naruszenie dyscypliny, w tym konkretnym przypadku jest przez Bractwo św. Piusa X przedstawiany jako prawowity?

Aby zgłębić istotę tego sporu, należy wyjść poza ramy czysto kanoniczne i przywołać teologię Kościoła. Kluczowe zagadnienia, które się tu rysują, są następujące:

  • prymat zbawienia dusz: kiedy litera prawa musi ustąpić przed wyższą koniecznością duchową?
  • autorytet i jedność: jak w dobie doktrynalnego zamieszania należy definiować jedność z Rzymem?
  • stan wyższej konieczności: kiedy mamy do czynienia z sytuacją, która uprawnia do działań nadzwyczajnych?

Odpowiedzi na te i inne pytania, zadawane przez czworo młodych Francuzów, podjął się udzielić ks. Jan Michał Gleize FSSPX, profesor eklezjologii i ceniony teolog. Dostępne poniżej nagranie przedstawia nie wykład akademicki, ale próbę odnalezienia drogowskazów w tych trudnych dla Kościoła katolickiego czasach.

=================================

Nowe konsekracje biskupie: Teolog Bractwa św. Piusa X odpowiada młodym

Film posiada polskie napisy (jeśli się nie pokażą automatycznie, należy kliknąć na ikonkę [CC]), a w serwisie YouTube są dostępne również sygnatury czasowe, ułatwiające przejście do interesującej kwestii.

Maszyna paniki

Maszyna paniki

Autor artykułu Marek Wójcik 13.05.2026 r. world-scam/maszyna-paniki

Dr Joseph Varon jest lekarzem intensywnej terapii, profesorem i prezesem Independent Medical Alliance. Jest autorem ponad 980 recenzowanych publikacji i redaktorem naczelnym czasopisma „Journal of Independent Medicine”.

Doktor Varon opublikował w poniedziałek na brownstone.org artykuł: Maszyna paniki hantawirusowej: kiedy rzadkie choroby stają się teatrem medialnym. Źródło.

==================================================

Społeczeństwo okresowo mierzy się z nowym zagrożeniem mikrobiologicznym. Ten schemat jest powtarzalny: tragiczna śmierć lub pojawienie się skupiska chorób skłania redakcje do używania dramatycznych sformułowań, takich jak „śmiertelny wirus”, „tajemnicza epidemia” i „zaniepokojeni urzędnicy służby zdrowia”. Media społecznościowe dodatkowo potęgują strach społeczny. Agencje zdrowia publicznego wydają ostrożne oświadczenia, które dziennikarze często formułują w alarmistyczny sposób. W ciągu kilku dni osoby wcześniej nieznające tej terminologii mogą dojść do wniosku, że zbliża się epidemia zagrażająca cywilizacji. W tym miesiącu jest to hantawirus. Wystarczy włączyć telewizor i obejrzeć liczne wiadomości przedstawiające tę „nową chorobę”.

Grudzień 2025 r. Zaufanie do mediów w USA spadło do rekordowo niskiego poziomu 28%.

Dlaczego powtórka wielkiego – trzeba przyznać – sukcesu plandemii koronawirusa, nie jest możliwa do powtórzenia? Najważniejszym powodem jest dramatyczna zmiana na rynku medialnym. Dominujące jeszcze sześć lat temu zaufanie do środków przekazu dramatycznie spadło, szczególnie w USA i codziennie rośnie udział mediów niezależnych w procesie informowania społeczeństwa. Naturalnie, że nie wszystko, co głoszą nowe, niepodlegające globalistom media, jest bezwzględną prawdą. Świat nigdy nie był i nie będzie czarno-biały.

Hantawirus nie jest nowym zagrożeniem ani przerażającym wirusem, lecz chorobą zakaźną znaną od dziesięcioleci, przenoszoną głównie przez wysuszone odchody myszy. Większość zakażeń ma łagodny przebieg lub pozostaje niezauważona. Przypadki śmiertelne zdarzają się niezwykle rzadko.

Zapewne z tego powodu politycy unijni przebąkują, że trzeba zacząć rozmawiać z Putinem. To właśnie on spowodował, że koronawirus bezpowrotnie znikł z repertuaru przedstawień WHO wywołujących sztuczną panikę.

„Potwierdzony zgon z powodu hantawirusa” ogłoszony w telewizji nie uwzględnia faktu, że zdarza się to niezwykle rzadko. Większe jest prawdopodobieństwo, że trafi cię piorun. Także i to się zdarza, jednak WHO nie nawołuje do pandemii piorunów. To jest świadome i celowe sianie paniki, podobnie jak w roku 2020. Zamiast dbać o spokój i podjąć adekwatne działania, skorumpowane rządy większości krajów świata zadbały o sianie paniki. Po co? Po to, żeby zamiast odpowiednich i skutecznych działań wprowadzić lockdowny, bezsensowny przymus szmacianych namordników i zdziesiątkować ludzkość szprycami mRNA.

WHO należy zamknąć, a jeśli to nie pomoże to przynajmniej wyleczyć. Udała nam się terapia WHO podczas planowanej pandemii zmałpowanej ospy. To zagrożenie zostało całkowicie opanowane salwami śmiechu. Właśnie śmiech jest najlepszym antidotum przeciwko sianiu paniki.

Wojna na Ukrainie dobiega końca, ta w Zatoce Perskiej zostanie pewnie jak w Korei zamrożona. Sprawcy tych tragedii, globaliści panicznie szukają czegoś, czym mogliby nas straszyć i tym samym uciszyć głosy żądające rozliczenia sprawców ludobójczych działań.

Nie będzie zamkniętych szkół, przymusowych szczepień i ograniczania praw obywatelskich spowodowanych zmyśloną pandemią Billa Filantropka.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com