„Zawsze jest tak, że gdy Bóg zamierza upomnieć świat, przed wymierzeniem kary proponuje, z pewną obawą, ostatnią drogę ocalenia: Swoją Najświętszą Matkę. Jeśli zlekceważymy i odepchniemy ten ostatni środek ocalenia, wtedy nie będzie już dla nas ratunku.” s. Łucja z Fatimy
Podczas 2 Wojny Światowej, w sierpniu 1943 r. Matka Boża zaczęła objawić się w Warszawie na Siekierkach dwóm osobom: 13-letniej Władysławie Fronczakównie (później Papis) i 36-letniej Bronisławie Kuczewskiej. Bogurodzica chce, by ludzie mieli świadomość, że nieszczęście które im grozi, nie będzie „przejawem gniewu Boga wobec swego ludu, ale samozniszczeniem narodu poprzez grzech”.
Legalna aborcja w Polsce
9 marca 1943 r. po raz pierwszy w dziejach narodu zezwolono polskim kobietom na praktycznie nieograniczone „przerywanie ciąży”. Zrobili to hitlerowcy w czwartym roku okupacji, przy czym samym Niemkom było to nadal zabronione pod karą śmierci. Podczas okupacji, szczególnie w Warszawie, w obliczu ciągłego śmiertelnego zagrożenia życia wielu miało postawę „żyje się raz” i korzystało z każdej chwili życia. Konsekwencją takiego trybu życia były niechciane ciąże. Gabinety ginekologiczne podczas II wojny światowej nie próżnowały i od czasu ogłoszenia ustawy aborcyjnej, już nie w pokątnych gabinetach, ale oficjalnie w szpitalach i prywatnych klinikach można było przerwać ciążę.
Objawienia Matki Bożej w Warszawie
Dwa miesiące później, 3 maja 1943 roku, Matka Boża objawi się w Warszawie, mieście, któremu patronuje od 291 lat. Objawia się w osadzie Siekierki, mając nadzieję, że uchroni Warszawę od losu jaki jest udziałem żydowskiej dzielnicy miasta (16 lutego 1943 r. hitlerowcy wydali rozkaz likwidacji getta i wymordowania całej ludności). Z Siekierek widać kłęby czarnego dymu unoszące się z palącej się dzielnicy. W jakże innej scenerii ukazuje się Matka Boża [na Siekierkach]. Pojawia się na kwitnącym drzewie obsypanym białymi, słodko pachnącymi kwiatami. Mimo sielskiej scenerii słowa Bogurodzicy zapisane przez 13-letnią Władysławę Fronczakównę są poważne i brzmią złowieszczo:
„Módlcie się, bo idzie na was kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia”.
Dlaczego Warszawa miała być ukarana?
Skąd tak twarde słowa pod adresem warszawian? Otóż w okresie międzywojennym społeczeństwo polskie zaczęło coraz powszechniej lekceważyć prawa Dekalogu. Żony zmieniali politycy, wielu artystów prowadziło bujne życie erotyczne z wieloma partnerami, następowało coraz większe rozluźnienie obyczajów, również nie krępowano się związków jednopłciowych i biseksualnych. Konsekwencją rozwiązłego życia były niechciane ciąże, a co za tym idzie aborcje. Tuż przed II wojną światową Chrystus Pan zapowiedział Rozalii Celakównie: „Nastaną straszne czasy dla Polski. Polska ma być ukarana za to […], że naród odwrócił się od Boga, […] popełnia straszne grzechy i zbrodnie, a najgłośniejsze z nich są grzechy nieczyste”. „Moje dziecko, za grzechy: zbrodnię zabijania dzieci poczętych i rozpustę, popełniane przez ludzkość na całym świecie, ześle Bóg straszna karę. Sprawiedliwość Boża nie może znieść dłużej tych występków”.
Matka Boża prosi o modlitwę, ale jest to lekceważone
Maryja prosi o powszechną modlitwę, taką jak w pamiętnym sierpniu roku 1920, gdy do bram Warszawy dochodziła bolszewicka Armia Czerwona. Niestety, po 23 latach atmosfera w stolicy jest diametralnie różna i w niczym nie przypomina modlitewnej mobilizacji narodu z 1920 r.
Wydawało się oczywiste, że księża pełniący posługę na Siekierkach (…) upowszechnią te orędzia. Tak się jednak nie stanie. Lekceważenie objawień i brak współpracy duchowieństwa Kościoła [z władzami Podziemnej Polski – przyp. Ł] będą główną przyczyną niepowodzenia tej misji.
Wybuch Powstania Warszawskiego
1 sierpnia 1944 r. wybucha Powstanie Warszawskie. Młodych warszawiaków rozpiera chęć walki.
„Pomścimy wreszcie lata zgrozy / […] i egzekucje i obozy. / Dzielności naszej się poszczęści / Gdy Sprawiedliwy, Wielki Bóg / pobłogosławi naszej pięści”.
Nie zawierzono Powstania Warszawskiego Bogu ani Maryi
Bóg nie pobłogosławił pięści, ponieważ dowódcy akcji zbrojnej o to nie prosili. Nie było żadnego oficjalnego zawierzenia Powstania Warszawskiego Bogu, a tym bardziej Bogurodzicy, Patronce Warszawy.
Matka Boża przez 15 miesięcy poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego wielokrotnie powtarzała, że „jedynym sposobem na zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta”. Nic nie wspominała o „pięściach” i „butelkach z benzyną”. Natomiast młodzi warszawianie bezgranicznie ufali w „moc pieści” i swoje siły, i nie widzieli powodu aby w swoje ambitne plany wtajemniczać Boga.
W roku 1944 nie pamiętano, że to co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły, czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga! W roku 1920 (…) hierarchowie wraz z władzą świecką dokonali aktu poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a ludność w całej Polsce rozpoczęła gorące modlitwy w intencji Ojczyzny. [Natomiast] 1 sierpnia 1944 r. o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału i młodzieńczych wizji z realnymi możliwościami i brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna podjęta bez jej oficjalnego zawierzenia Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się niewyobrażalną klęską. Warszawa została niemalże zrównana z ziemią, zginęło pół miliona mieszkańców.
Rok wcześniej, przed Powstaniem
[Druga wizjonerka] Bronisława Kuczewska na rok przed wybuchem powstania miała objawienie [w którym] „Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą się liczyć z nami”.
Prorocze słowa zostały zlekceważone. I oto co się wydarzyło z tym miejscem: „Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób”. [Chodzi najpewniej o krwawą “pacyfikację” Woli przez oddziały niemieckich i ukraińskich zbrodniarzy pod dowództwem Dirlewangera – przyp. PL].
Obietnica Matki Bożej
W jednym z orędzi na Siekierkach w listopadzie 1943 roku, Matka Boża powiedziała przez W. Fronczakównę do Warszawian: „Jeśli wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i NIC się wam nie stanie!”. Dowódcom Armii Krajowej, z pewnością nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło wiary i zaufania aby Powstanie oficjalnie, przez ręce Bogurodzicy, powierzyć Bogu. Nie byli z Matką Bożą, dlatego [Jej] obietnica nie mogła zostać spełniona.
Gdyby orędzia Matki Bożej zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (tak jak w sierpniu 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej.
Ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za grzechy. Oni mieli zaledwie czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku.
Opracowano (z niewielkimi skrótami – PŁ) na podstawie książki „Przepowiednie Maryi o losach Polski” Ewy J.P. Storożyńskiej i Józefa Marii Bartnika SJ (Wydawnictwo AA 2012 r.)
Nigdy nie lekceważ Jemenu. Jemen zdecydowanie odpowie na każdą eskalację kontr-eskalacją, tak jak robi to Iran.
Podzielone kraje islamskie nigdy nie przestają zaskakiwać – i oszukiwać – jeśli chodzi o dalszą jawną zdradę zasad islamu.
Ród Saudów utworzył „koalicję” przeciwko Jemenowi – pod pretekstem ochrony żeglugi na Morzu Czerwonym.
Jednak tylko statki z Arabii Saudyjskiej są blokowane na Morzu Czerwonym przez jemeńską Ansarallah. To „oblężenie w odpowiedzi na oblężenie”: w końcu Sana znajduje się pod nielegalną blokadą Arabii Saudyjskiej od ponad jedenastu lat.
Cieśnina Bab al-Mandab nie jest zablokowana – ale tylko dla Saudyjczyków. A jeśli jesteś saudyjskim tankowcem transportującym ropę do Chin, możesz kontynuować podróż bez przeszkód.
„Koalicja” pod wodzą Arabii Saudyjskiej jest tak żałosna, jak to tylko możliwe. Kilka uczestniczących państw arabskich nie ma nawet marynarki wojennej – w tym członkowie Rady Współpracy Zatoki Perskiej: Bahrajn, Kuwejt i Katar, a także Jordania.
Trzema potęgami są Pakistan, Turcja i Egipt. NATO jest pomijane. W praktyce zadaniem tej „koalicji” islamskich, głównie arabskich petroszejków, elit kompradorskich i wasali jest wykonywanie brudnej roboty dla syndykatu Epsteina.
W całym świecie islamskim ludzie będą pytać, dlaczego nigdy nie powstała „koalicja” mająca na celu ochronę Gazy przed kultem śmierci.
Jemen jest skutecznie oblężony przez niemal wszystkich sąsiadów. Zasada „dziel i rządź” nadal w pełni funkcjonuje, szczególnie wzdłuż linii sunnicko-szyickiej. Wszyscy członkowie „koalicji” mają sunnicką większość.
Ale tylko głupcy uwierzą, że imperium piractwa i ponadnarodowy syndykat Epsteina nie kontrolują tego konfliktu wewnątrz-arabskiego, wewnątrz-muzułmańskiego i wewnątrz-islamskiego, podczas gdy Waszyngton działa w ścisłej koordynacji z Rijadem – jak to niedawno miało miejsce w przypadku bombardowania Jednostek Mobilizacji Ludowej (PMU) i cywilów w Iraku.
Można się założyć, że zbliżające się bombardowanie Jemenu będzie koordynowane przez NATO i będzie angażować saudyjskie myśliwce, aby zapewnić wiarygodne zaprzeczenie. Pozostaje pytanie, czy Pakistan i Egipt wezmą w tym udział – po tym, jak wcześniej prezentowali się jako mediatorzy i zwolennicy procesu pokojowego między USA a Iranem.
Brak Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Maroka, dwóch znaczących krajów, rodzi pytania. Cóż, wtedy plan byłby zbyt oczywisty, skoro oba są uważane za jawne kolonie anglo-syjonistyczne.
ZEA zbudowały porty i bazy wojskowe wokół cieśniny Bab al-Mandab – w tym w Adenie, Sokotrze, Somalilandzie i Dżibuti – jednocześnie finansując udowodnione ludobójstwo w Sudanie, Somalii i Jemenie. Maroko jest siedliskiem szpiegów, oddziałów szturmowych i prowokacji przeciwko Algierii.
Są też Nigeria i Bangladesz, oba kraje oddalone od Jemenu. Jak jednak zauważa bystry obserwator AHHfrican, chodzi tu o „opresję psychologiczną”; łączna populacja licząca 421 milionów ludzi ma na celu zastraszenie Jemeńczyków.
Jemeńczycy najwyraźniej nie dadzą się zastraszyć, bo wiedzą – zwłaszcza z kontaktów z Rijadem i Abu Zabi – że prawdziwego oporu nie da się pokonać wojną psychologiczną, lawiną kłamstw i blokadą ekonomiczną. Postrzegają powstanie tej barwnej „koalicji” jako zaszczyt.
Nigdy nie lekceważ Jemenu. W swoim cotygodniowym przemówieniu wczoraj, przywódca Abdul Malik al-Huti jasno i jednoznacznie wskazał kierunek: Jemen stanowczo odpowie na każdą eskalację kontr-eskalacją. Tak jak Iran.
Co może położyć kres strategicznemu ograniczeniu Iranu
Iran nie tylko odrzucił formułę omańską 50/50 dotyczącą wspólnego administrowania Cieśniną Ormuz (choć kontakty robocze między Maskatem a Teheranem są kontynuowane); Teheran wręcz zwiększył presję militarną – jako część szerszej strategii przymusu.
Iran pokazuje w praktyce, że w całej Azji Zachodniej trzeba płacić wysoką cenę za wspieranie operacji wojskowych USA, jednocześnie spodziewając się, że jego własne terytorium, porty, infrastruktura energetyczna i szlaki handlowe nie poniosą żadnych konsekwencji.
W istocie chodzi o Cieśninę Ormuz w powiązaniu z kontrolą nad drabiną eskalacji. I wszyscy powinni pamiętać o oczywistości: Iran gra na czas. I dzień po dniu Teheran udowadnia swoją pozycję: rozwiązanie problemu architektury militarnej otaczającej Iran jest nierozerwalnie związane z walką o Cieśninę Ormuz i nowym, bardziej kompleksowym porządkiem bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej.
Pakistan wkracza obecnie na niezwykle trudne wody i, jak przyznają nasze źródła w Protokole Przejściowym, porusza się jednocześnie po dwóch newralgicznych torach.
Jesteśmy zatem świadkami przystąpienia Islamabadu do „koalicji” pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Teheran uważnie obserwuje konsekwencje i wyciąga z nich wnioski. Jednocześnie Pakistan nadal prezentuje się – zarówno publicznie, jak i za kulisami – jako najbardziej aktywny mediator między Waszyngtonem a Teheranem.
Na dłuższą metę to nie może działać.
Pakistańscy mediatorzy opisują to jako „trudny, ale świadomie wybrany balans”. Cóż za niedopowiedzenie. Nie da się jednocześnie chronić więzi obronnych i gospodarczych z Arabią Saudyjską – w tym niedawno rozszerzonego paktu wojskowego – i utrzymać zaufania zbudowanego z Iranem.
Jak dotąd irańskie media nie przedstawiały stanowiska Pakistanu jako zdrady. Kanał mediacji – choć bardziej kruchy niż wcześniej – pozostaje otwarty. Sytuacja może się jednak zmienić w zależności od tego, jak agresywnie Pakistan będzie działał wobec Jemenu.
Drabina eskalacji pozostaje aktywna, z przewidywalnymi wahaniami. Bardzo pobłażliwa interpretacja sugerowałaby, że jest to celowe działanie obu stron, mające na celu pozostawienie pola do pośrednich negocjacji.
Nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że Teheran trzyma się wszystkich opcji militarnych, ale jednocześnie, jako wyraźny znak dyplomatycznej finezji, unika stanowiska politycznego, które uniemożliwiłoby deeskalację.
To samo dotyczy Cieśniny Ormuz. Przepłynięcie tankowca QatarEnergy LNG w drodze do Pakistanu pokazuje, że Teheran preferuje selektywną kontrolę i nie nałoży całkowicie bezkrytycznej blokady morskiej (czyli tak, jak zrobił to Jemen na Morzu Czerwonym; tam blokada jest skierowana wyłącznie przeciwko statkom saudyjskim).
Front iracki wkrótce osiągnie poważną eskalację. Na przykład Kataib Hezbollah rozszerzył swoje ostrzeżenia i zapowiedział podjęcie działań przeciwko amerykańskim placówkom operującym z terytorium Arabii Saudyjskiej.
To poważny sygnał eskalacji.
Krótko mówiąc: powściągliwość Iranu ma charakter strategiczny, a nie bierny. Pole bitwy się rozszerza: to powiązana regionalna architektura wojenna. Nie jest to zaskakujące, ponieważ 28 lutego rozpoczął się kolejny etap amerykańsko-izraelsko-syjonistycznej wojny międzynarodowej przeciwko całej Osi Oporu.
Chiny są głęboko zaangażowane w ten rozwój. Pakistańskie źródła wywiadowcze ponownie potwierdziły, że Pekin wysłał dużą paczkę systemów obrony powietrznej do Iranu przez port Gwadar, kluczowy węzeł chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego (CPEC). Dostawy broni są transportowane drogą morską.
Składają się one z wielopoziomowej mieszanki MANPADS i nowocześniejszych systemów obrony powietrznej, w tym do 400 przenośnych systemów obrony powietrznej serii QW i FN. Na przykład QW-12 posiada dwupasmową głowicę na podczerwień, która pozwala odróżnić prawdziwe cele od wabików.
Iran modernizuje również swoją mobilną obronę przeciwlotniczą za pomocą rosyjskiego pakietu o wartości 580 milionów dolarów, na który składa się 500 wyrzutni Werba i 2500 pocisków.
Zarówno Pakistan, jak i Chiny wielokrotnie i publicznie zaprzeczały dostarczaniu broni – z oczywistych względów bezpieczeństwa narodowego i aby uniknąć bezpośredniego prowokowania Neo-Krassusa.
Nadal nie jest jasne, czy administracja Trumpa – lub środowisko zdominowane przez Neo-Krassusa – zaakceptuje fakt, że kanały prowadzące przez Pakistan i Oman mogą nadal stanowić drogę powrotną do stołu negocjacyjnego.
Jeśli Waszyngton ucieknie się do bombardowań podobnych do „Bram Piekieł” przeciwko irańskiej infrastrukturze rakietowej, dowodzenia i obrony wybrzeża, obecna powściągliwość Teheranu zniknie raz na zawsze.
Skutki byłyby absolutnie katastrofalne i wpłynęłyby na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej, pozostałości amerykańskich baz wojskowych w regionie, niechronione terytorium Arabii Saudyjskiej oraz kluczowe korytarze morskie między Cieśniną Ormuz a Morzem Czerwonym.
Irańskie siły uderzeniowe częściowo zamykają rafinerię ropy naftowej w Hajfie
Dzisiaj nie ma podcastów. Podróżowałem z Florydy do Tennessee, aby wziąć udział w konwencji Roberta Barnesa 1776 LAW CENTER CONVENTION , gdzie będę przemawiał razem z Danielem Davisem, Alexandrem Mercourisem i Alexem Christoforou, między innymi. Znalazłem świetny pub: Hair of the Dog. Można tam zapalić cygara, zjeść pyszne jedzenie i wypić kufel piwa za 2,50 dolara. Całkiem rozsądna cena.
A teraz przejdźmy do najnowszych wydarzeń. CBS News poinformowało dzisiaj (piątek, 31 lipca, aktualizacja o 19:38 czasu wschodniego), że USA i Izrael planują jedną z najcięższych kampanii bombardowań w historii Iranu, wymierzonych w infrastrukturę energetyczną. Według wielu źródeł ataki mogą się odbyć w ciągu całego weekendu.
Według CBS, celem jest infrastruktura energetyczna – co stanowi odejście od celów wojskowych i nadmorskich z wcześniejszych cykli ataków. CBS poinformowało, że USA rozważają atak na infrastrukturę energetyczną, w tym rafinerie ropy naftowej i elektrownie, co oznaczałoby znaczącą zmianę w ustalonym celu. Spowodowałoby to również potencjalnie niszczycielską kontrofensywę Iranu na rafinerie i elektrownie państw arabskich Zatoki Perskiej.
CBS podaje, że Izraelczycy zostali powiadomieni i współpracują ze Stanami Zjednoczonymi, według licznych źródeł w USA. Należy zauważyć, że jest to o tyle istotne, że po raz pierwszy od wielu tygodni zaangażowane byłoby izraelskie wojsko, a eskalacja prawdopodobnie sprowokowałaby irańskie ataki rakietowe na Izrael.
W chwili pisania tego tekstu w Iranie jest poranek i nie ma żadnych doniesień o żadnych atakach… Przynajmniej na razie. CBS poinformowało, że prezydent nie wydał ostatecznego rozkazu rozpoczęcia ataków. Axios potwierdza: amerykański urzędnik powiedział, że Trump poważnie rozważa ataki w ciągu kilku dni, ale nie wydał jeszcze ostatecznego rozkazu.
Najbardziej wymownym szczegółem jest to, że moment ataku ustalają rynki, a nie pole bitwy. Według CHX, dyskutowano o próbie zakończenia ataków przed otwarciem rynków finansowych w poniedziałek, z obawy o wpływ bombardowań na gospodarkę USA i świat, choć nie ustalono jeszcze ostatecznego terminu.
To właśnie ten fragment jest najbardziej istotny dla decyzji Trumpa o wydaniu rozkazu ataku… próbuje on skrócić atak na irańską infrastrukturę energetyczną do weekendowego okienka, aby wyprzedzić reakcję cen ropy i rynków – co jest dorozumianym przyznaniem, jak poważne mogą być spodziewane konsekwencje dla rynku energii.
Planowany atak był omawiany na posiedzeniu gabinetu, które Trump odbył w piątek w Camp David… i CBS nie było w tym osamotnione — CBS News i Wall Street Journal jako pierwsze poinformowały o potencjalnych atakach, przy czym WSJ przedstawiło to tak, jakby Trump wydał rozkaz ataków, aby zmusić Iran do „kapitulacji”, a Trump powiedział na posiedzeniu gabinetu: „Uderzymy w nich bardzo mocno… w pewnym momencie powiedzą, że po prostu nie możemy tego dłużej znosić”. Tak więc doniesienia CBS na temat infrastruktury energetycznej są potwierdzone przez WSJ i Axios — nie są to informacje pochodzące z jednego źródła.
Jeśli Trump zdecyduje się zaatakować irańskie rafinerie i elektrownie, ta eskalacja bezpośrednio zagrozi sytuacji w eksporcie i rafinacji ropy naftowej, o której pisałem w poprzednich artykułach. Irańska rafineria i terminale eksportowe (w tym Charg jako węzeł krytyczny) są w tej kwestii zagrożone – a atak na nie, w połączeniu z ograniczeniem przepustowości cieśniny Ormuz i blokadą Bab al-Mandab przez Huti, oznacza trójstronną presję na podaż. Szczegóły dotyczące synchronizacji rynku w raporcie CBS wskazują, że planiści o tym wiedzą.
Sprawa rozwija się dziś wieczorem, a ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta, więc może się szybko zmienić. Postaram się zaktualizować informacje w ciągu dnia w sobotę.
Jestem endekiem. Moje stanowisko względem masowej emigracji nie zmieniło się od 30 lat. Mój naród i moje państwo są dla mnie ważniejsze, niż różnorakie zrodzone w jawnych i tajnych koteriach „prawa”. Bezpieczeństwo i pomyślność Polaków są dla mnie priorytetem. Nie mam w sobie imperatywu nakazującego mi zbawiać cały świat.
Nigdy mnie nie przerażała konieczność posiadania paszportu i przejścia odprawy paszportowej, gdy wyjeżdżałem poza Polskę. Nawet dzisiaj, gdy mogę liczne granice przekraczać z dowodem osobistym zdecydowanie wolę paszport. Uważam, że ludzie przyjeżdżający do Polski powinni go również posiadać. Jestem kartoflany, pszenny i buraczany – mogę wyjechać na wakacje, ale nie potrafię mieszkać poza Polską. Taka przypadłość – można się przyzwyczaić.
Nie przekonuje mnie argumentacja, że Polacy też mieszkają poza Polską. Zazwyczaj ciężko pracowali na swoja pozycję, i mieszkają w danym kraju legalnie. Jeśli przebywają w jakimś państwie nielegalnie należy ich deportować. Zresztą niezwykle głupie są władze krajów, które na to pozwalają.
Ale ogarnia mnie pusty śmiech, gdy politycy i dziennikarze głównego nurtu w Polsce rwą włosy z głowy, bo na teren Hiszpanii szturmem dostało się 60 000 migrantów z Afryki. Czemu oczywiście jestem temu przeciwny. Idzie mi o to, że oburzenie wyrażają ludzie, którzy z radością opowiadali się za wpuszczeniem po 2022 roku do Polski nie 60 000 a wszystkich obcokrajowców zza wschodniej granicy.
Czy naprawdę główno-nurtowcy wierzą w to, że na Ukrainie jest niebezpiecznej i biedniej, niż w znacznej części Afryki?
T. R. Glover, Świat starożytny, uwaga sprzed wieku, o Rzymie z III wieku AD.:
Znajdujemy więc barbarzyńców u bram Cesarstwa, wojska barbarzyńskie trzymające przy nich straż, mizerne postacie na tronie, triumfującą biurokrację oraz ludność upadającą liczebnie i na duchu. I ludzie pytają się, dlaczego upadło Imperium Rzymskie !
Raczej dlaczego jeszcze nie upadło?
————————————–
Sigma, już parę lat temu:
Tapir gryzmolił na karteczce wszystkie podobieństwa z naszą rzeczywistością:
miliony imigrantów na socjalu
rosnące bezrobocie
korupcja na najwyższym szczeblu
rosnąca armia biurokratów
triumfująca zasada „więcej państwa w państwie”
masowa depopulacja
demoralizacja
zarazy
kryzys ekonomiczny
I sam siebie się pytał: Jakim cudem to jeszcze trwa?
———————————————————-
Boimy się, potęg finansowych, wojennych, a głównie piętrowych planów ludzi Zła. Narzekamy.
Ale przecież są też potęgi, często, może nawet zwykle, ukrywane, tej darowanej nam siły „naturalnego” dobra.
Te nurty czasem [czemu tylko czasem?] wypływają na powierzchnię, mogą decydować. Umacniajmy je.
Przecież Cywilizację Łacińską tworzyliśmy przez wiele stuleci. Ona, wbrew wysiłkom planistów anty-cywilizacji – istnieje.
Reżim Łukaszenki wsadza ludzi do więzienia za mówienie po białorusku!
Mirosław Dakowski
Właśnie dowiedziałem się, że pani Cichanouska jest w Polsce i organizowane są dla niej spotkania z wpływowymi osobistościami. Pewien Międzynarodowy Profesor trochę o nich opowiadał.
Pytałem niewinne dziewczę od której to usłyszałem: „A kto to jest ta pani Cichanouska?” Odpowiedź: „No… prezydent Białorusi”. Na moje zszokowane milczenie dodała wyjaśnienie: „no… na uchodźstwie, na wygnaniu”.
Wyjaśniłem jej, że pani Cichanouska ma dla władz Białorusi znaczenie chyba mniejsze niż kleszcz na drzewie, szczególnie gdy drzewo to nie rośnie na Białorusi.
Jednak Polska nagłaśnia i futruje taką panią, co dla Polski jest szkodliwe. Siarhiej Cichanouski, mąż Swiatłany, który został uwolniony przez białoruski reżim w ubiegłym roku, przebywa z dziećmi w Stanach Zjednoczonych. Mogłaby sobie tam pojechać.
Białorusi od dziesięcioleci zależało i zależy na dobrych kontaktach z Polską. Między innymi z powodu możliwości korzystnych kontaktów handlowych. Nawet w Małaszewiczach zbudowano duży terminal przeładunkowy, mający służyć jako port przeładunkowy towarów z Chin idących budowanym Nowym Jedwabnym Szlakiem. Towary te byłyby, z korzyścią oczywiście również dla Polski, kierowane do całej Europy. Niestety władze warszawskie zachowują się w stosunku do Białorusi wrogo. A tymczasem Łukaszenka również z przyczyn politycznych potrzebuję sojuszników na Zachodzie, by nie zależeć tak bardzo od Rosji Putina.
Międzynarodowy Profesor opowiadał ostatnio, że na takim spotkaniu spotkał rozmawiał z człowiekiem, który opowiadał mu, że siedział w białoruskim w więzieniu za mówienie po białorusku.
Odruchowo krzyknąłem że to brednia, że to wymysł. Popatrzono na mnie z politowaniem.
Po ochłonięciu doszedłem do wniosku że może być w tej opowieści duża część prawdy. Jeśli ten działacz był obywatelem wrogiego Białorusi państwa, a usiłował podać się za Białorusina, to pewnie czujne służby to zauważyły – i za jego działalność go zapuszkowały.
Jakaż tu różnica z obecną Polską, gdy osobniki mówiące w domu po niemiecku lub ukraińsku, czy też w jidisz, może po hebrajsku, są tu nie tylko mile widziane, ale są Sternikami Biznesu, zasiadają w Sejmie, w Senacie czy rządzie tak zwanej „niepodległej” Polski.
1 sierpnia 1944 r. w Warszawie wybuchło powstanie, które – pomimo bohaterstwa żołnierzy i cywilów – zakończyło się klęską, śmiercią ok. 200 tys. osób i olbrzymimi stratami materialnymi. Z okazji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego przypominamy opinię na jego temat lidera Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
W Warszawie 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Powstanie planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w stolicy zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych.
Poległo również ok. 3,5 tys. żołnierzy z Dywizji Kościuszkowskiej, którzy we wrześniu 1944 roku przeprawili się przez Wisłę, aby pomóc walczącemu miastu.
Straty wśród ludności cywilnej wyniosły ok. 180 tys. zabitych. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, ok. 500 tys., wypędzono ze zniszczonego miasta, które po powstaniu Niemcy niemal całkowicie zburzyli.
Braun o Powstaniu Warszawskim
Z perspektywy czasu decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie krytycznie ocenia prezes Konfederacji Korony Polskiej i polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun.
– Bardzo chciałbym, aby młodzi Polscy patrioci nie zatrzymywali się na poziomie auto egzaltacji tą hekatombą, tym horrorem, chciałbym, aby czcząc pamięć dzielnych rodaków, żołnierzy, z których nie wszyscy byli profesjonalnymi żołnierzami, żeby nie popadali w pochwałę amatorszczyzny w prowadzeniu wojny. Żeby nikt nie czcił składania ofiary z 11-letnich chłopców na ołtarzu ojczyzny. Bardzo chciałbym, abyśmy wydorośleli – komentuje Powstanie Warszawskie i kult wokół niego stworzony Grzegorz Braun.
– Zróbmy Polskę tak, żeby to nie wymagało składania ofiary z dzieci. Każdy niech złoży ofiarę z własnego życia, jeśli uzna to za stosowne, ale niech nie rozporządza cudzym życiem – podkreślił poseł.
– Zaprawiajmy się do profesjonalnej wojaczki, a nie rozpaczliwych aktów, które jak się okazuje nikogo do niczego nie przekonują i nie dają nam żadnej gwarancji, polisy ubezpieczeniowej, przed spychaniem do kategorii najgorszych wyrzutków historii. Mimo Powstania Warszawskiego, przecież Polacy są bardzo łatwo zaliczani do obozu nazistów, antysemitów, faszystów i winowajców II wojny światowej i Powstanie Warszawskie nas przed tym w żaden sposób nie zabezpiecza – powiedział Braun.
– Nigdy więcej, niech nigdy więcej wojskowi nie wyręczają się cywilami, niech nigdy więcej dorośli nie wyręczają nieletnimi, mężczyźni niech się nie zasłaniają kobietami, nigdy więcej niech się to nie powtórzy. My sobie w cichości ducha tak mówmy, niech inni na około myślą, że jesteśmy wariatami skłonnymi do samobójstw, ale my na poziomie elity przywódczej nigdy więcej nie traktujmy insurekcjonizmu jako wzorcu, po który wolno sięgnąć polskiemu politykowi, liderowi, przywódcy – podkreślił. Lider Konfederacji KP przypomniał, że kiedyś nieudane samobójstwa były karane – nawet więzieniem.
Nie ma znaczenia, że Roman Dmowski zmarł w 1939 roku, a powstanie w Warszawie wybuchło w 1944 roku. Jego nauka – trzeźwy sposób patrzenia na politykę – żył wtedy i żyje dzisiaj. Dzięki temu co pisał nauczyliśmy się analizować sytuację polityczną, rozumieć nasze położenie i patrzeć na świat przez pryzmat narodu. Endecy wtedy jak i dzisiaj pozostali krytyczni względem tego zrywu. Z wielkim szacunkiem darzą Powstańców, którzy dzielnie walczyli z Niemcami. Najsurowsze oceny wystawiają tym co doprowadzili do wybuchu, krwawego przebiegu i klęski powstania w Warszawie.
Roman Dmowski w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” pisał: „Iluż to ludzi w trzech pokoleniach słuchało z rozrzewnieniem patriotycznych słów pieśni: Powstań Polsko, skrusz kajdany. Dziś twój triumf albo zgon. Co do mnie, to te słowa obrażają moje najgłębsze uczucia, mój zmysł moralny. Człowiek, który w tym wypadku myśli to, co śpiewa, jest przestępcą. Sama myśl o tym, że Polska może skonać, jest zbrodnią.
Wolno każdemu, może być obowiązkiem, zaryzykować wszystko, co jest jego osobistą własnością, oddać majątek, przynieść w życie w ofierze. Ale bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu ani nawet jednego pokolenia. Należy ona do całego łańcucha pokoleń, wszystkich tych, które były i które będą. Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”. Czy nie odnosicie wrażenia, że powtarzamy historię?
Tak jak Roman Dmowski zżymał się na słowa „Warszawianki”, tak ja zżymam się słysząc wesołe piosneczki o powstaniu w 1944 roku. Odpustowe harce odprawiane w rocznicę powstania w Warszawie budzą moją szczerą niechęć. Nie potrafię zrozumieć z jakiego to powodu politycy i celebryci szczerzą zęby w rocznicę pogrzebu Warszawy. Co oni świętują?
„Każdy chłopaczek chce być ranny… Sanitariuszki – morowe panny, I gdy cię kula trafi jaka, Poprosisz pannę – da ci buziaka, hej!”
Z całą pewnością chcieli tracić nogi, rękę, mieć urwane ucho lub stracić wzrok. Albo znaleźć trupa swojej dziewczyny, żony, matki lub swoich dzieci.
Zanim w telewizorni i radiu puszczą skoczne piosenki jak ta przywołana, czyli „Pałacyk Michla”. Zanim pojawia się pląsy, oklaski i kłamstwa – że było warto – pomyślmy co się stało.
W momencie wybuchu powstania w Warszawie miasto liczyło około 1 000 000 mieszkańców. W walce z niemieckim okupantem poległo około 16 000 polskich żołnierzy, zginęło około 200 000 polskiej ludności cywilnej. Na śmierć poszły polskie dzieci. Polegli młodzi ludzie, którzy mieli tworzyć zręby narodowej Polski po 1945 roku. Oni je mieli tworzyć – nie Bermany! Ogrom ludzi został kalekami. Około jedna trzecia ofiar zginęła wskutek okrutnych masowych mordów, których sprawcami były oddziały niemieckie i ich kolaboranci w tym Ukraińcy, które na początku sierpnia 1944 roku wymordowały ok. 63 000 mieszkańców warszawskiej Woli. Masowe mordy na ludności cywilnej miały miejsce również w innych dzielnicach, takich jak: Służewiec, Mokotów, Marymont, Powiśle, Sadyba, Czerniaków. Przepadły skarby kultury narodowej – nasze zabytki, muzea, kościoły, infrastruktura, przemysł, księgozbiory.
W ujęciu szczegółowym stan zniszczeń przedstawiał się następująco: mosty 100%; kubatura budynków przemysłowych 90%; budynki zabytkowe (w tym kościoły) 90%; kubatura obiektów kultury 95%; kubatura obiektów służby zdrowia 90%; kubatura obiektów szkolnictwa 70%; izby mieszkalne 72,1%. Straciliśmy Zamek Królewski. Straciliśmy stolicę.
Polaków jak wspominałem poległo ok. 200 000. Niemców ok. 1600. Warto było? Powstanie lepiej spełniło polityczne cele Niemiec niż nasze – polskie.
Nasz naród nie potrzebuje kolejnych trupów. Niech kłamliwi stronnicy insurekcyjnego szaleństwa przestaną bredzić o konieczności nawilżania naszej ziemi polską krwią! Trzeba skończyć z kłamliwymi deklaracjami, że tym powstaniem coś udowodniliśmy światu. Jesteśmy dla innych krajów zazwyczaj narzędziem lub problemem. Świat miał wtedy i ma dzisiaj Polaków tam gdzie plecy kończą swoją szlachetna nazwę. Polska jest potrzebna tylko i wyłącznie mam Polakom. Czasem trzeba umierać za ojczyznę, ale ważniejsze by mądrze dla niej żyć. Nie wolno nam powtarzać tych niewybaczalnych błędów i zaprzestać słuchania obcych podszeptów o konieczności walki „za naszą i waszą wolność”, czy „Chrystusie narodów”. Trzeba promować trzeźwy patriotyzm i uczciwe myślenie o polityce. Odrzućmy wreszcie ten cholerny zatruty insurekcyjnym i mesjanizm!
Redaktor „Sztuki i Narodu” Tadeusz Gajcy – tak mądrze przypominany przez Kolegę Arkadiusza Miksę – napisał najprawdopodobniej dzień przed swoją śmiercią w powstaniu wiersz, który znacznie mądrzej obrazuje to co się działo, niż przypominane piosenki …
*** Święty kucharz od Hipciego
„Święty kucharz od Hipciego Wszyscy święci, hej, do stołu! W niebie uczta: polskie flaczki wprost z rynsztoków Kilińskiego! Salcesonów misa pełna, Świeże, chrupkie Pachną trupkiem: To z Przedmurza! Do godów, święci, do godów, Przegryźcie Chrystusem Narodów!”
Na zdjęciu autorstwa Sylwestra Brauna widzimy Alinę Balińską klęczącą przed grobem swojego 15-letniego brata zabitego w powstaniu. Jest jakaś piosenka o tym?
W roku 2022, kiedy jeszcze udzielałem się w internetowej telewizji PL1, nagrałem w swoim cyklicznym programie „Po prostej” materiał zatytułowany „Klub Bilderberg, a Powstanie Warszawskie”. Trafił on zresztą do książki „Rocznik sadystyczny 2020/2022”, której lekturę nadal polecam.
Jako że mamy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pozwalam sobie ten tekst Państwu przypomnieć, uzupełniając go o kilka szczegółów, których w oryginale nie było.
Niedaleko miejscowości Arnhem, nad Dolnym Renem w Holandii, w ramach operacji Market Garden, we wrześniu 1944 roku, wylądowała brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa, a po niej polska 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa. Jak podaje Wikipedia, desant został zaskoczony przez dwie odpoczywające w okolicy dywizje pancerne Waffen-SS. W wyniku walk alianci ponieśli klęskę (brytyjska dywizja przestała istnieć), a miasto zostało prawie całkowicie zniszczone.
3,5 kilometra na zachód od tego miasta, leży mieścina Oosterbeek, a kolejny kilometr na zachód od jej centrum, znajduje się hotel o znanej już powszechnie dziś nazwie „Bilderberg”. Pisząc o nim kilkanaście lat wcześniej w książce „Oko Cyklopa”, byłem postrzegany jako zwolennik teorii spiskowych.
To tu, w roku 1954, odbyło się pierwsze spotkanie grupy osób, które, choć mają zakaz ujawniania podejmowanych przez siebie decyzji, kreują światową politykę, a z pewnością tę europejską. Podobnych organizacji jest na naszym globie kilka, jednak to grupa Bilderberg jest uważana za główny „rząd równoległy”, który w tajemnicy ustala polityczną i gospodarczą agendę Unii Europejskiej. Składa się ze 120 najpotężniejszych i najbardziej wpływowych mężczyzn i kobiet na świecie – w tym głów państw, polityków wysokiego szczebla, rodzin królewskich, czołowych przemysłowców, finansistów, naukowców i ludzi mediów – spotykają się oni każdego roku – pod koniec maja i na początku czerwca. Wszelkie spotkania, odbywające się obecnie w innych już miejscach, otacza nimb tajemnicy, dlatego trudno dowiedzieć się o szczegółach, jednak czasami, głównie za sprawą personelu, który je obsługuje, dziennikarzom udaje się pozyskać odrobinę danych. Podczas spotkań prowadzone są „nieformalne” dyskusje na temat „bieżących spraw”.
Spotkania Bilderbergów odbywają się w różnych krajach Europy, w luksusowych hotelach, a co czwarty rok, w latach wyborczych, co nie jest przypadkiem, w Stanach Zjednoczonych. Najczęściej, w Chantilly w stanie Wirginia, które znajduje się w niedużej odległości od Waszyngtonu, co pozwala amerykańskim politykom i członkom establishmentu ze wschodniego wybrzeża USA uczestniczyć w konferencji bez kłopotów, ponieważ nie muszą opuszczać kraju i tłumaczyć się ze swojej kilkudniowej nieobecności.
Delegaci pochodzą z USA, Kanady i Europy. Jednak Amerykanie mają tam najsilniejszą pozycję, od dziesięcioleci regularnie uczestniczyli w spotkaniach (i pomagali w jej finansowaniu) tacy ludzie, jak na przykład David Rockefeller i były Sekretarz Stanu Henry Kissinger; Lloyd Bentsen, były sekretarz skarbu USA, bankowe szychy, takie jak prezesi lub przewodniczący z Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, Goldman Sachs, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, JP Morgan Chase, American Express, szefowie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Bywali też przedstawiciele wywiadu i armii, jak generał Keith Alexander (były szef NSA, czyli Amerykańskiej wewnętrznej Agencji Wywiadowczej); nieżyjący już Donald Rumsfeld – były sekretarz obrony i jeden z architektów wojny w Iraku; były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – generał Colin Powell; czy sekretarz generalny NATO. Uczestniczyli w tych spędach czołowi amerykańscy politycy, jak sekretarz stanu John Kerry, senatorowie John Edwards, Tom Daschele, Chuck Hagel, Hillary Clinton, ale także członkowie brytyjskiego parlamentu i europejskie rodziny królewskie.
Bywają tam jednak osobnicy nie mający w żyłach grama błękitnej krwi, jak choćby sprawca naszych niedawnych nieszczęść Bill Gates, którego ojciec, zagorzały eugenik był w grupie inicjatywnej Klubu.
Wspomniana przeze mnie na początku polska Brygada Spadochronowa, dowodzona przez generała Stanisława Sosabowskiego, miała wziąć udział w walkach w Polsce i stanowiła zasadniczy element koncepcji sztabowej Naczelnego Wodza w Londynie, według której „głównym zadaniem Armii Krajowej było przygotowanie i zwycięskie przeprowadzenie powstania zbrojnego, z chwilą wkroczenia na ziemie polskie regularnych wojsk polskich odtworzonych na obczyźnie”. Nasi ówcześni alianci zdecydowali jednak inaczej i zrzucili ją w ramach operacji „Market Garden” na pola Holandii. Cała ta operacja była jedną, wielką porażką dowództwa sił sprzymierzonych, mało tego – uważa się, że Niemcy odnieśli wówczas swoje ostatnie, ogromne zwycięstwo taktyczne, ponieważ ich kontrofensywa spowodowała większe straty wśród sprzymierzonych, niż te, które alianci odnieśli podczas lądowania w Normandii.
Polacy walczyli dzielnie, pomimo nie najlepiej przygotowanych planów marszałka Montgomery’ego, który rywalizował o pierwszeństwo w dotarciu do terenów przemysłowych III Rzeszy z lepszym o klasę dowódcą amerykańskiej 3 Armii – generałem George’m Pattonem. Choć, wbrew temu, co mówią dziś podręczniki, nie o ambicje chodziło, ale to temat na odrębną pogawędkę.
Nasi żołnierze walczyli, mimo fatalnego rozpoznania dokonanego przez aliancki wywiad i późniejszych błędów generała Eisenhowera. Generał Sosabowski, za bitwę pod Arnhem został odznaczony Krzyżem Walecznych. Pomimo tego, generał Browning, Brytyjczyk, który skonfliktował się z Sosabowskim już na etapie przygotowań do operacji Market Garden, doprowadził swymi knowaniami do odebrania mu dowództwa Brygady. A, po wojnie, w lipcu 1948 roku ten wybitny, doświadczony polski generał, został zdemobilizowany.
Przypomnijmy, że miał wówczas na utrzymaniu żonę i syna, których udało mu się ściągnąć po wojnie do siebie. Warto wspomnieć i o tym, że jego syn Jacek, postrzelił się śmiertelnie, z pistoletu ojca, na rok przed wybuchem wojny. Drugi syn – Stanisław Janusz, który z matką dołączył do generała w Anglii, jeszcze jako dziecko stracił w wypadku lewe oko. W życiu dojrzałym, wykazał nieprzeciętny hart ducha. Był lekarzem, doktorem nauk medycznych, majorem Wojska Polskiego, oficerem Kedywu Armii Krajowej, uczestnikiem kampanii wrześniowej, powstańcem warszawskim i kawalerem Orderu Virtuti Militari. 1 sierpnia 1944 roku dowodził oddziałem, który uwolnił więzioną w magazynach SS na Umschlagplatz, 50-osobową grupę żydów z Węgier i Grecji, jeńców tak zwanej Gęsiówki, obozu zlokalizowanego przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa. Wkrótce potem, podczas kolejnej akcji, został ciężko ranny w twarz i stracił prawe oko.
Generał Sosabowski musiał więc zapewnić byt żonie i ociemniałemu synowi. Nie mając możliwości powrotu do Ojczyzny, bez żadnego wsparcia ze strony niedawnych aliantów, zmuszony był pracować jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych. Jak sam o sobie później mówił – on, generał polskich spadochroniarzy prowadził przez kolejnych kilkanaście lat żywot fabrycznego szeregowca! Tak odwdzięczyli się temu wybitnemu patriocie i Polakowi rzekomi sojusznicy, jeszcze nie tak dawno dający polskiemu państwu gwarancje w wojnie koalicyjnej z III Rzeszą. Pamiętajmy o tym, zwłaszcza dziś, kiedy po raz kolejny zachęcają nas do egzotycznych koalicji.
Dlaczego w ogóle łączę te dwa, z pozoru odrębne w czasie, różne przecież wydarzenia historyczne, jak bitwa pod Arnhem i powołanie do życia organizacji w nieodległym Oosterbeek, 10 lat później?
Bo, jak wspominałem, nasza Brygada Spadochronowa miała się bić bezpośrednio o Polskę, zrzucona na jej terytorium między innymi przez naszych, polskich lotników, odtwarzać państwowe struktury, polską administrację i wobec idących od wschodu „wyzwolicieli” występować w roli gospodarzy państwa polskiego. Nie było im to dane, wobec zdrady sprzymierzonych, którzy z tymi „wyzwolicielami” zaledwie 9 miesięcy wcześniej, w Teheranie, inne poczynili ustalenia, a w Jałcie, w niecały miesiąc po ich wejściu do zrujnowanej Warszawy, Churchill, Roosevelt i Stalin, bez udziału Polaków, dopinali kształt powojennej Europy.
Jak co roku, będziemy niedługo obchodzili kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Tego powstania, w wyniku którego zabito 200 tysięcy osób spośród ludności cywilnej, a kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy- powstańców zginęło lub trafiło do niewoli. Przez resztę życia tysiące ocalałych musiały żyć z traumą doznanych krzywd, gwałtów, w kalectwie, na skutek gehenny doznanej w obozach koncentracyjnych lub w trakcie walk w samym powstaniu, jak wspominany wcześniej syn generała Sosabowskiego. Stolicę dumnego państwa, nazywaną Paryżem północy, zrównano z ziemią, bezpowrotnie grabiąc i niszcząc jej wielowiekowy kształt architektoniczny, dorobek kulturalny i naukowy. W tym samym czasie, żołnierze Sosabowskiego seniora, wykrwawiali się na polach Holandii, niedaleko Arnhem.
Trzy miesiące przed wybuchem Powstania, do Polski zrzucono człowieka, który w przekonaniu wielu historyków, odegrał kluczową rolę w zainicjowaniu tej hekatomby miasta i jego mieszkańców. Spotkał się wówczas z przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego. Jego udział w podjęciu przez nich decyzji o rozpoczęciu Powstania jest właściwie pewien.
Jeszcze jako doradca premiera Władysława Sikorskiego, Józef Retinger bywał z nim wszędzie, niczym cień. Tylko raz zabrakło go przy premierze, 4 lipca 1943 roku, kiedy doszło do zamachu w Gibraltarze. W swoim podłym życiu zdążył być wcześniej doradcą prezydentów Alvaro Obregona i Plutarcha Callesa, w trakcie krwawej, antykatolickiej rewolucji meksykańskiej. Był też przedstawicielem Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, organizacji w zasadzie tożsamej ówcześnie z Socjalistyczną Międzynarodówką Robotniczą. Tę postać szczegółowo opisał Henryk Pająk w książce „Retinger – mason i agent syjonizmu”. Gorąco polecam tę pozycję.
Retinger, był zresztą agentem kilku różnych wywiadów: na pewno sowieckiego, brytyjskiego i amerykańskiego. Jego mocodawcy musieli być zdeterminowani wysyłając go, kiedy miał już 56 lat na nocny skok spadochronowy do Kraju, w ramach operacji „Salamander”. Mając doskonałe rozeznanie w charakterze jego misji, podjęto kilka prób wykonania wyroku śmierci na tego dywersanta, zarówno przez oddział likwidacyjny Komendy Głównej Armii Krajowej, jak i Grupę Szańca oraz władze Narodowych Sił Zbrojnych. Niestety, z rozmaitych powodów, skończyły się one niepowodzeniem. Nie mamy na to czasu, by rozważać teraz w czyje ręce trafił majątek, w złocie i dolarach, który z Londynu wiózł wówczas ze sobą do Kraju i na co został on spożytkowany.
W nielicznych opracowaniach na jego temat pojawia się on na ogół w kwestii polskiej dopiero w londyńskim otoczeniu gen. Sikorskiego, tymczasem nieznaną szerzej ciekawostkę na jego temat ujawnił w jednym ze swych materiałów pan Krzysztof Zagozda, filolog i publicysta. Otóż, w lutym 1939 roku, w mieszkaniu profesora KUL Stefana Glasera, na tajnym spotkaniu pojawił się przybyły z Londynu Retinger, który już wtedy przygotowywał przyszły, polski rząd na emigracji, mający skupić się w nieodległym czasie wokół gen. Sikorskiego! Wówczas był to naturalnie rząd nielegalny. W niezwykle interesującym nagraniu zatytułowanym O tym Polacy wiedzieć nie mają! Krzysztof Zagozda odwołuje się do omówienia jego składu, jakiego dokonał biskup Józef Gawlina wykazując bezpośrednie związki poszczególnych uczestników z masonerią. Byli to Stanisław Kot, Stanisław Stroński, August Zaleski, Aleksander Ładoś, Adam Koc, Henryk Strasburger, Karol Popiel, Zygmunt Graliński.
Ten sam Retinger, po wojnie miał wolny wstęp na salony Downing Street 10 w Londynie, Białego Domu w Waszyngtonie, ale też tych za murami Watykanu. Jak to się dzisiaj pisze w poprawnych politycznie opracowaniach, w owym czasie „był orędownikiem zjednoczenia Europy”.
Już co najmniej od roku 1950 angażował się w zorganizowanie spotkania ludzi mogących mieć wpływ na losy świata, oczywiście poza plecami opinii publicznej. Uważam, że działał wówczas na polecenie wywiadu brytyjskiego. Wśród inicjatorów tej grupy znalazł się książę Bernard, Niemiec z pochodzenia, o którym Daniel Estulin w książce „Prawdziwa historia Klubu Bilderberg” pisze, że „na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku służył w jednostce Reiter SS i zasiadał w radzie Farben Bilder, spółki zależnej I. G. Farben. Estulin, powołując się na Gyeorgosa Hatonna, badacza tej historii, twierdzi też, że „książę Bernard, tworząc „supertajną grupę kształtującą politykę”, oparł się na swoich nazistowskich doświadczeniach w zarządzaniu, a nazwa Bilderberg pochodzi od nazwy Farben Bilder na pamiątkę inicjatywy podjętej przez zarząd Farben – stworzenia „koła przyjaciół” Heinricha Himmlera, czyli elity bogatych przywódców, którzy hojnie wynagradzali Himmlera za ochronę, jakiej im udzielał przez cały okres istnienia Trzeciej Rzeszy.
Jak wspominałem, pierwsze spotkanie odbyło się 28 maja 1954 roku, na ścianie hotelu wisi do dziś skan zaproszenia wysyłanego w kwietniu tamtego roku do uczestników. Józef Retinger występował w jego trakcie w charakterze sekretarza i uczestniczył we wszystkich kolejnych mityngach, aż do swojej śmierci. Jak twierdził Giovanni Agnelli, nieżyjący już prezes Fiata, lord Rothschild i Laurence Rockefeller, kluczowi członkowie dwóch najbardziej wpływowych rodzin na świecie, osobiście wybrali ze światowej elity sto osób do realizacji swego sekretnego celu regionalizacji Europy. Agnelli powiedział: „Integracja europejska jest naszym celem, a tam, gdzie politykom się nie udało, my, przemysłowcy, mamy nadzieję odnieść sukces”.
Estulin pisze też, że intencją przyświecającą każdemu spotkaniu Grupy Bilderberg jest uzgadnianie polityki, spraw gospodarczych i strategii we wspólnym rządzeniu światem. Ich głównym polem działalności było zawsze NATO, ponieważ dawało im pretekst do realizacji planów «ciągłej wojny», a przynajmniej polityki «nuklearnego szantażu». Tak jest po dziś dzień.
Oczywiście, tego typu ośrodków całkowicie prywatnych i mających przełożenie na politykę jest mnóstwo, jednak najważniejsze z nich, to Komisja Trójstronna, w skład której wchodzi kilkaset osób z Europy, Stanów Zjednoczonych i Japonii – nastawiona na kształtowanie polityki głównie w części azjatyckiej, Rada Stosunków Zagranicznych skoncentrowana na Stanach Zjednoczonych i najważniejsza dla nas Grupa Bilderberg, która ma bezpośrednie i najistotniejsze przełożenie na to, co dzieje się w naszym, europejskim obszarze. Do swego stałego grona dopraszają corocznie ludzi z różnych państw, którzy realizują koncepcje globalistów lub mogą coś znaczyć w przyszłości, oczywiście z namaszczenia tej grupy i na których lojalność można bezwarunkowo liczyć. Naturalnie, od co najmniej 30 lat zapraszane są również osoby z Polski, nie inaczej było i w tym roku.
W roku 2016 z kolei, na 4 lata przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej i na 6 lat przed wydarzeniami nadal rozgrywającymi się za naszą wschodnia granicą, w książce „Operacja Terror” pisałem:
Wiemy, że o kształcie polityki nie decydują ci, którzy wrzucają do urn swe głosy, a ci, którzy je potem liczą. W demokracji, z zasady, nie rządzi lud, a ci, którzy stoją w cieniu i robią wiele, by nie zmieniło się nic. Dlatego demokracja jest i będzie broniona do ostatniej kropli krwi. Oczywiście, krwi owego ludu. Intensyfikacja spotkań znaczących polityków amerykańskich z ich odpowiednikami brytyjskimi w czasie krótko poprzedzającym tak zwany Brexit, świadczy o tym, że w planach na najbliższe lata, może dekadę, nie ma miejsca na Wielką Brytanię w Unii.
Nasilenie takich spotkań pomiędzy premierem brytyjskim i prezydentem Rosji świadczy również o tym, że figury na szachownicy są właśnie bardzo starannie rozstawiane. Tym bardziej, że w tym samym czasie Cameron, który zaszczycił Polskę jedną wizytą kilka lat wcześniej, w ostatnich miesiącach nawiedzał nas czterokrotnie. Tylko, że podczas wizyt w naszym kraju nawoływał do umacniania wschodniej flanki, przyjaźni z Ukrainą i tę samą Rosję Polakom zohydzał. Amerykański sekretarz Kerry w tym samym czasie bywał regularnym gościem w Kijowie, pewnie nie tylko dlatego, że jego syn prowadzi tam poważne interesy.
Zastanawiające jest, czy globalistyczne siły powołały już nam do życia nowy rząd na uchodźstwie, bo coraz więcej wydarzeń wokół nas mogłoby wskazywać na powtórkę scenariusza sprzed lat. Tym razem jest jednak o wiele gorzej, bo całkowite rozbrojenie polskiej armii nie daje nam nadziei na choćby miesięczną obronę państwa. Wojsko nie potrafi zestrzelić jednej rakiety, niezależnie od kierunku, z którego nadlatuje. W potencjalnym konflikcie nadlecą ich setki. W jednym ataku.
Do Powstania Warszawskiego, nucąc zwrotkę powstania poprzedniego „poszli nasi w bój bez broni”. Młodzi ludzie nie mieli zbytniego wyboru i szli na czołgi z pieśnią mówiącą, że „na Tygrysy mamy visy”. Choć w rzeczywistości nawet tych visów nie mieli, bo decydenci pokroju Retingera dopilnowali i tego. Podobnie jak tego, by na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność pozostała bezbronna. Tym razem nawet o benzynę nie będzie łatwo, a i butelki już w większości plastikowe, z unijnymi nakrętkami dyndającymi u ich szyjek. Z pewnością nie zabraknie tylko szmat, bo coraz więcej ich dookoła nas.
Sławomir M. Kozak
(fotografia hotelu Bilderberg – Krzysztof Błędowski)
Rozmowa portalu Ukraina.ru z red. Konradem Rękasem.
Ukraina.ru: Panie Redaktorze, niedawno Pan prezydent Rosji Władimir Putin wyraził przekonanie, że prędzej czy później Ukraina utraci swoje zachodnie ziemie na rzecz ich historycznych właścicieli, wspominając między innymi o byłych ziemiach polskich. Czy sama Polska przygotowuje się na taki scenariusz?
Konrad Rękas: III Rzeczpospolita, czyli obecna forma państwowości polskiej – nie, bo jest całkowicie niesamodzielna wobec Anglosasów i prędzej sama stałaby się częścią UkroPolinu, pro-zachodniej unii polsko-ukraińskiej niż ośmieliłaby się oficjalnie zgłosić roszczenia wobec historycznych ziem polskich pod tymczasowym zarządem ukraińskim.
Natomiast naród polski tak, jak najbardziej jest gotów powrócić na polskie Kresy Wschodnie i połączyć się w jednym państwie z naszymi rodakami, zamieszkującymi obecną Ukrainę, siłą oddzielonymi od ojczyzny i narażonymi na szowinistyczną politykę Kijowa skierowaną przeciw wszystkim mniejszościom.
Jedyną wątpliwością, wyrażaną niekiedy przez Polaków, żywo dyskutujących w internecie, bywa kwestia Ukraińców zamieszkujących obecnie Lwów, Łuck, Równe, Tarnopol, Stanisławów, Żytomierz, Winnicę i Kamieniec Podolski. „Po co nam więcej Ukraińców?!” – pytają, odnosząc się do przeszło 3,5-milionowej rzeszy ukraińskich nachodźców, zamieszkujących obecnie w Polsce.
Takie obawy łatwo jednak można rozproszyć. Wszak kiedy po wygranej II wojnie światowej Polska odzyskiwała swoje historyczne Ziemie Zachodnie – takie miasta jak Wrocław, Gdańsk czy Szczecin były wciąż pełne Niemców. A jednak w ciągu ledwie kilkunastu miesięcy gremialnie opuścili oni odradzające się państwo polskie.
Zmiana granic pociąga za sobą zmiany etniczne, wiedzą o tym mieszkańcy serbskiej Krainy czy Cypru. Kiedy polskie Wilno przyłączono do Litwy w 1939 r. było tam mniej niż 1 procent Litwinów, Lwów przed 1944 r. był miastem od kilku stuleci rdzennie polskim. Powrót tych miast do Polski przywróciłby ich pierwotny skład etniczny, a dynamiczna akcja repolonizacyjna zatarłaby szybko powierzchowne ślady ukrainizacji czy lituanizacji. Wystarczy jeden szybki ruch i ukraiński epizod w długiej historii Lwowa i całych Kresów odszedłby w niepamięć, na którą zasłużył. Ukraina jest pasożytem na ziemiach polskich i jak pasożyt powinna zostać potraktowana.
Ukraina.ru: We wrześniu br. w Polsce odbędą się ćwiczenia wojskowe tzw. koalicji chętnych. Oprócz żołnierzy polskich, zapowiedziano udział 1500 żołnierzy francuskich i brytyjskich. Organizatorzy tych ćwiczeń nie kryją, że ich celem jest przygotowanie do rozmieszczenia wojsk europejskich na Ukrainie. Czy Pana zdaniem jest to możliwe, a jeśli tak, to na jakich warunkach?
KR: Siły europejskie nie muszą wchodzić na Ukrainę, bo już tam są, wystarczy, że się ujawnią. Bez zachodniej, a dokładniej amerykańskiej pomocy nie byłyby możliwe ukraińskie ataki dalekiego zasięgu na cele w głębi Rosji. Bez brytyjskiego i niemieckiego udziału nie byłyby możliwe ukraińskie akty sabotażu i dywersji. Polscy żołnierze udający najemników działają na Ukrainie od euromajdanu.
Rozszerzenie i umiędzynarodowienie konfliktu można uzyskać także w inny sposób, relokując kijowskie bojówki do krajów bałtyckich, do Mołdawii, a także do Polski, gdzie mogłyby służyć zdyscyplinowaniu Polaków buntujących się przeciw ukraińskiej dominacji.
Nie miejmy złudzeń, Rosja walczy z koalicją zachodnią już co najmniej od 2014 r., od 2022 roku wreszcie czyni to zbrojnie, jednak cały czas wypiera się to z rosyjskiej świadomości. Rosjanie zostali napadnięci przez taką samą międzynarodową koalicję, jaka stanęła w szeregach Kawalerów Mieczowych przeciw Aleksandrowi Newskiemu, u boku Karola XII przeciw Piotrowi Wielkiemu, pod wodzą Napoleona przeciw Kutuzowowi i pod przewodem Hitlera przeciw narodom sowieckim. Ta wojna wróciła i dalej trwa.
Ukraina.ru: W kwietniu ogłoszono, że Francja planuje wspólne ćwiczenia sił powietrznych z Polską z udziałem myśliwców wielozadaniowych Rafale uzbrojonych w pociski nuklearne. Ćwiczenia te mają obejmować symulowane ataki na cele w Rosji i na Białorusi. Jednocześnie władze Warszawy starają się o udział w programie Nuclear Sharing, który zakłada rozmieszczenie amerykańskich bomb atomowych. Skąd ta samobójcza chęć uczynienia z Polski celu nuklearnego?
KR: Taktyczna / ograniczona wojna jądrowa pozostaje jedną z metod akceptowalnych w ramach NATO-wskiego planu aktywnej obrony strategicznej, czyli faktycznie ataku wyprzedzającego na Rosję i Białoruś. Co konkretnie wyprzedzającego – dowódcy NATO nigdy nie uważali za stosowne wyjaśnić, grunt, żeby to ich kody odpalające zostały wczytane pierwsze. Bomby jądrowe mają zaś to do siebie, że muszą gdzieś wybuchnąć – oczywiście na terytorium wroga spadając na cele uznawane za istotne strategicznie, np. główne centra przemysłowe i decyzyjne kraju, zaś na własnym terenie… Cóż, na własnym terenie należy znaleźć i wyeksponować takie obszary, z których straty mogłyby zostać uznane za akceptowalne z punktu widzenia Londynu, Berlina i Paryża. Tak jak Polska, Rumunia i Pribałtika.
Ukraina.ru: W ostatnich miesiącach różne sondaże udokumentowały narastające negatywne nastawienie Polaków do Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainy i Ukraińców. Ten ostatni punkt potwierdzają trwające konflikty wewnętrzne z obywatelami Ukrainy w Polsce. W tej sytuacji zarówno rząd, jak i znaczna część opozycji apelują o utrzymanie poparcia dla Kijowa ze strony Warszawy. Czy nadchodzące wybory parlamentarne mogą odwrócić ten trend?
KR: Elity polityczno-medialne III RP dość długo myślały jak zareagować na falę wyraźnego społecznego przesytu pro-kijowską propagandą w Polsce. Wszystko, co w głównym nurcie umiano wymyślić to jednak tylko łzawe historyjki o biednych ukraińskich nastolatkach, na które ktoś nakrzyczał w tramwaju, bo kładły nogi w butach na oparciach siedzeń.
W tak opisywanej historii jeden burkliwy starszy Polak nie tylko miałby równoważyć kilkaset tysięcy Polaków ludobójczo pomordowanych przez ukraińskich nazistów podczas Rzezi Wołyńskiej. Polacy, którzy nie chcą dalej płacić Ukraińcom za darmowe zasiłki, przejazdy, leki, opiekę medyczną emerytury okazują się być nagle gorsi od „bomb Putina!”. Nie trzeba dodawać, że tak przerysowana, jeszcze bardziej histeryczna propaganda zamiast przekonywać Polaków do Kijowa i dalszego wspierania ukraińskich nazistów i oligarchów – działa tylko bardziej otrzeźwiająco i odstręczająco. Polacy się budzą i ani szantażowani ukraińskimi burdelami politycy, ani sprzedajni dziennikarze z mediów należących do niemieckiego i amerykańskiego kapitału zmienić już tego nie są w stanie.
Ukraina.ru: W lipcu w całej Polsce odbyły się masowe uroczystości upamiętniające ofiary Rzezi Wołyńskiej, w których sam Pan uczestniczył. Tymczasem na Ukrainie nasilają się gloryfikacje osób i organizacji, które dopuściły się tej zbrodni. Czy nie nadszedł czas, aby Polacy przypomnieli sobie tezę Jerzego Giedroycia, że Polska nie powinna wspierać nacjonalistycznego rządu na Ukrainie, a w takim przypadku Moskwa byłaby naturalnym, choć taktycznym, sojusznikiem Warszawy – jako przeciwwaga dla ukraińskiego nacjonalizmu?
KR: Nie trzeba ani lubić Rosji i Rosjan, ani nawet życzyć im zwycięstwa, by rozumieć, że Polska skazana jest na współpracę z Rosją – w swoim najlepszym interesie, zaś dla Rosjan Polacy mogliby być znakomitymi partnerami i pośrednikami w dziele odbudowie relacji z Europą, oczywiście z pominięciem jej wyalienowanych elit.
Dyplomacja narodów przeciw wojnie oligarchów byłaby najlepszym wyjściem z obecnego kryzysu, który w Europie Zachodniej objawia się wzrostem kosztów życia, spekulacją energetyczną, katastrofą imigracyjną i rozkładem cywilizacyjnym. Polska tyle razy i często bez własnego udziału była bramą do zachodnich inwazji na Rosję, najwyższy czas, byśmy wyciągnęli wnioski z historii i jak mówił polski ksiądz prymas, Stefan kardynał Wyszyński, oparli się o ścianę wschodnią, słowiańską.
Nasza współpraca znakomicie pomogłaby też w denazyfikacji Ukrainy, która potrzebuje naszej wspólnej pomocy w uwolnieniu spod jarzma międzynarodowej finansjery, rodzimych oligarchów i nazistów.
Ukraina.ru: W zeszłym tygodniu Prawo i Sprawiedliwość, największa partia opozycyjna w Polsce, rozpadła się po raz piąty. Czy powinniśmy spodziewać się w związku z tym znaczących zmian w polskiej klasie politycznej, czy skończy się to kolejnym „przestawianiem łóżek w burdelu”?
KR: Podział sceny politycznej III RP na liberalno-europejską PO i konserwatywno-amerykańskie PiS, zainicjowany po wyborach w 2005 r., nareszcie dobiega końca, podobnie jak wcześniejsza (równie fikcyjna) konkurencja post-Solidarności z post-komuną. Naturalne starzenie się frontmenów i dorastanie kolejnych pokoleń wyborców skłaniają do restrukturyzacji sceny politycznej.
Zmieniają się szyldy, poprzedni drugi szereg staje się nagle odświeżonym pierwszym, jednak w istocie w Polsce, podobnie jak i w innych państwach Europy Środkowej istnieją całe hodowle polityków partyjnych, prezenterów telewizyjnych, celebrytów, kierowników polityki gospodarczej, którzy mają służyć tylko jednemu celowi – utrzymaniu stanu zależności Polski od Zachodu, a Polaków w pułapce średniego wzrostu, dającego pozory spokojnego życia mimo skrajnie niskich zarobków i stałego wzrostu cen oraz braku samodzielności ekonomicznej.
Ruch z ex-premierem Morawieckim należy widzieć w tych właśnie kategoriach. To próba oddziaływania na wyborców zdezorientowanych, zrażonych do dotychczasowych partii, ale niegotowych, by całkowicie zerwać z dotychczasowym systemem, ciągle tymi samymi nazwiskami, twarzami i… kapitałami. To także rozpaczliwy odruch obronny systemu, przerażonego wzrostem nastrojów, nad którymi nie panuje i których nie jest w stanie zmanipulować. Nie udało się wypromować polityków PiS, ani PSL, wypróbowanych sług narodu ukraińskiego, na antybanderowskich patriotów, tworzone są więc byty, mające zapewnić pro-zachodnią i pro-kijowską większość po wyborach jesienią 2027 r.
Tymczasem jeśli za rok dojdzie do powstania jakiegoś rządu ocalenia narodowego przed populizmem i rosyjskimi agentami w Polsce, wówczas w ciągu najdalej kilkunastu miesięcy III RP się zawali, podobnie jak i jej układ zależności od Zachodu, a władzę w Polsce przejmą po prostu Polacy. I będą rządzić po polsku i w polskim interesie.
No chyba, że wówczas władza, wzmocniona wsparciem Zachodu i na jego rozkaz – zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. A wówczas, zgodnie z wielowiekową już tradycją, oby miał nam kto udzielić pomocy.
Poświadczenie bezpieczeństwa Q lub autoryzacja dostępu Q to poświadczenie bezpieczeństwa Departamentu Energii Stanów Zjednoczonych (DOE) wymagane przy dostępie do ściśle tajnych, zastrzeżonych danych i informacji bezpieczeństwa narodowego. Źródło.
Dzisiejszy artykuł rozpoczynam definicją, czym jest autoryzacja dostępu Q, ponieważ zdaję sobie sprawę, że dla większości – szczególnie tych, którzy nie mieszkają w krainie wszelakich możliwości, czyli w USA – jest to pojęcie abstrakcyjne.
Litera „Q” kojarzy mi się z fikcyjną postacią wykreowaną moim zdaniem, przez trzyliterowe amerykańskie służby, w celu wprowadzenia zamieszania wśród krytyków systemu. Mam na myśli aktywnego w roku 2020 podczas kampanii skradzionych wyborów prezydenckich w USA, Q-Anona.
Pomimo tych rewelacji o wielkim „filantropie”, przesłuchanie Fauciego w Senacie, a właściwie same pytania, były bardzo burzliwe. Nudne były wielokrotnie powtarzane odpowiedzi Fauciego, powołującego się na domniemane prawo odmowy zeznań zgodnie z piątą poprawką do konstytucji Stanów Zjednoczonych.
Interesująca natomiast jest wypowiedź senatora Johnsona (od 6. minuty na poniższym filmie):
„Czy nawiązałeś współpracę z Billem Gatesem w sprawie szczepionek?”: Rick Scott ostro przesłuchuje Fauciego podczas burzliwego przesłuchania w sprawie COVID-19. Można włączyć polską ścieżkę dźwiękową.
Jestem pełen uznania dla pracy Andrzeja Choińskiego (Andy Choinski), który przetłumaczył na język polski pełne przesłuchanie Fauciego przed senatem. Dla zainteresowanych poniższy film przedstawia 5 godzin – całość w języku polskim – z tego wydarzenia.
FAUCI MILCZY! Szokujące przesłuchanie w Senacie USA – Pełne Tłumaczenie PL
Jakkolwiek z pamiętników Fauciego wynika, że stawiał na pierwszym miejscu własną osobę i to, co świat o nim myśli, to w sytuacji zagrożenia machną ręką na opinię społeczną, która i tak już nigdy nie będzie po jego stronie i zeszmacił się dokumentnie milczącym przyznaniem, że ułaskawienie Bidena miało swoje uzasadnienie w popełnionych przez niego czynach.
Podobnie jak Al Capone – choć porównanie moim zdaniem ubliża gangsterowi z czasów wielkiej prohibicji – Fauci zostanie pewnie skazany za czyny niezwiązane z głównymi przestępstwami wobec ludzkości.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Tak na okrągło opowiadają nam politycy (wszyscy, prawie bez wyjątku), a oni przecież wiedzą wszystko najlepiej. Nie tylko na temat Rosji.
Przecież lepiej wiedzą od władz amerykańskich co jest w interesie USA, podobnie w przypadku władz w Kijowie, a nawet Chin. Co prawda ostatecznie państwa te okazują się „nieprzewidywalne”, bo nie dostosowują się do „ichnich” prognoz.
Może tylko dlatego, że tych prognoz nie znają, bo wtedy na pewno postępowałyby zgodnie z naszymi zaleceniami. Ciekawe, czy Rosja zna nasze prognozy i dokona „nieuchronnej” agresji? Na kogo? Z tego co wiemy z naszych obowiązujących prognoz, to na jakieś „państwo wschodniej flanki NATO”. Czyli może na nas. Jakie jest (nasze) uzasadnienie nieuchronności tej „agresji”? Do końca nie wiadomo, ale podawane są motywy ogólne, bo Rosja „ma (jakoby) cechy imperialne”, „chce przetestować jedność NATO” lub chcę „odtworzyć ZSRR”.
W dodatku w tych uzasadnieniach są rażące sprzeczności, bo od ponad czterech lat przekonują nas, że dopóki Ukraina walczy z Rosją to właśnie nas „ruskie” nie zaatakują. Przedtem słyszeliśmy, że po likwidacji banderowskich władz w Kijowie „Rosja się nie zatrzyma” i pójdzie dalej na Zachód po to, aby zdobyć zagraniczne hipermarkety umiejscowione w naszym kraju. Teraz dowiadujemy się, że jedno drugiemu nie przeszkadza i „ruszą na Zachód” już teraz. Jeśli brać to na serio, to nasze wsparcie dla „walczącej Ukrainy” nie miało żadnego sensu, bo Rosja, mimo że „przegrywa (naszą) wojnę”, musi nieuchronnie dalej atakować. Jak już rozsypią się te wszystkie „teorie”, pozostanie jeszcze na deser przekonanie o „nieprzewidywalności” Rosji.
Ale mogło być jeszcze gorzej. Od kilku lat w tzw. kręgach dobrze poinformowanych powtarzana jest opowieść o planie udziału naszego państwa w… podziale Ukrainy wespół z Węgrami przy milczącej akceptacji Rosji, której udział w tym podziale byłby największy. Ostatnio przypomniał o tej legendzie (?) znany polityk będący również adwokatem, a jeden z ważnych ministrów upowszechnił jego wypowiedź. Przypomnę, że Węgry miałyby wziąć Zakarpacie, a my większość ziem, które należały przed wojną do II RP (łącznie z Wołyniem?). Ponoć koronnym dowodem prawdziwości tej opowieści była wizyta wysokich oficjeli jeszcze „PiS-owskiego rządu” na Ukrainie na początku tej wojny, gdy zaproponowaliśmy, żeby na te tereny wkroczyły „wojska NATO” (czyli polskie).
W ciągu ostatnich czterech lat opowiadano najbardziej absurdalne wizje naszej roli w stosunkach z Ukrainą. Byli nawet tacy, którzy chcieli nas do niej… przyłączyć: miały się odbywać wspólne posiedzenia parlamentów obu państw oraz ich rządów. Przy okazji wyjaśnię dlaczego używam słowa „przyłączenie” (a nie „połączenie”) i to w dodatku do Ukrainy (a nie odwrotnie – do Polski). Tę koncepcję lansowali (?) polscy komentatorzy, celebryci a nawet naukowcy, którzy obwieszali się flagami ukraińskimi, które powiewały również na gmachach publicznych naszego państwa (przypomnę, że na Ukrainie nikt polskich flag nie wywieszał) i nie bez powodu zasłużyli oni na miano „sług narodu ukraińskiego”. Zresztą owo przyłączanie było wyłącznie w interesie obecnych władz w Kijowie, a dla nas byłoby oczywistą katastrofą.
Była również wspomniana już koncepcja (równie absurdalna) owego podziału, czyli wchłonięcia przez państwo polskie kolebki banderyzmu, czyli na wskroś antypolskiej części tamtego państwa. Wraz z pomnikami UPA i ich przywódców. Byłby to z punktu widzenia Polski i Polaków krok samobójczy (w każdym tego słowa znaczeniu). Przypomnę, że przed wojną istniały na tych terenach zbrojne bojówki antypolskie, Ukraińcy zabijali polskich funkcjonariuszy publicznych (nawet ministra spraw wewnętrznych), a Wojsko Polskie pacyfikowało zbuntowane wsie ukraińskie. Opresyjna II RP rządzona niepodzielnie przez „Marszałka”, nie dawała sobie rady z banderowcami. O naszej słabej, w dodatku do cna skłóconej państwowości, która miałaby objąć we władanie ziemie zdominowane politycznie przez antypolską tradycję, lepiej nie myśleć: skończyło się to wojną, którą – podobnie jak przed 1939 rokiem – przegralibyśmy.
A wracając do „agresji rosyjskiej” – jedynym racjonalnym z punktu widzenia Moskwy wariantem zakończenia ich wojny jest właśnie pozostawienie samej sobie banderowskiej części Ukrainy, która jest (i będzie) zarówno antyrosyjska, jak i antypolska. Ma być ona „niepodległa” i powinna być przyjęta do UE. Wtedy nie będziemy mieć wyjścia: albo my albo oni, bo wstąpienie do UE okrojonej od wschodu Ukrainy będzie największym sukcesem politycznym Rosji, bo rozsadzi od wewnątrz tę organizację.
Każdy wariant przyszłości jest zły, albo nawet jeszcze gorszy. Przecież przez ostatnie lata „wyhodowaliśmy” najbardziej złowrogi dla nas wariant przyszłości. Gdyby ktoś tu umiał wykroczyć poza granice swojej nienawiści wobec Rosji, w dodatku w imię przeciwstawienia się „agresji rosyjskiej”, to po cichu nie przeszkadzałby podporządkowaniu Rosji całej Ukrainy, a przede wszystkim jej zachodnich rubieży: pacyfikacja tych ziem „okupanta” zużywałaby przez lata jej siły i środki bez szansy na sukces. Nawet nienawidząc Rosji i działając na jej szkodę, można postępować racjonalnie albo na własną szkodę. Jak dotąd (nawet z perspektywy rusofobów) popełniamy te same błędy.
Jak poszukiwania zaginionego Najwyższego Przywódcy Iranu, rozmieszczenie amerykańskich samolotów-cystern w Bułgarii i nowa saudyjska „koalicja ochronna” są ze sobą powiązane – i dlaczego żadnej z tych trzech wiadomości nie można rozumieć w oderwaniu od reszty.
Artykuł Dirka Ellerbrocka.
Polowanie w bunkrze
Streszczenie: CIA i Mossad od miesięcy poszukują nowego Najwyższego Przywódcy Iranu, Modżtaby Chameneiego – nie po to, by go zabić, ale po prostu po to, by ustalić, czy wciąż żyje. Ta sprawa pokazuje, jak bardzo współczesna wojna opiera się na dekapitacji i jak krucha pozostaje wiedza wywiadowcza, nawet w przypadku najpotężniejszych agencji wywiadowczych świata.
Sytuacja jest niezwykła, nawet obiektywnie rzecz biorąc: od czasu zabicia Alego Chameneiego w izraelskim nalocie 28 lutego 2026 roku – zaplanowanym przez Mosad i CIA, a przeprowadzonym przez izraelskie siły powietrzne przy wsparciu sił powietrznych i marynarki wojennej USA – jego syn i następca, Modżtaba Chamenei, nie pojawił się publicznie. Nie został ani widziany, ani usłyszany w nagraniu audio od czasu jego nominacji na początku marca, a nawet nie pojawił się na pogrzebie ojca.
Według brytyjskiej gazety „The Times”, powołującej się na byłych funkcjonariuszy wywiadu, głównym celem operacji nie jest już jego eliminacja, lecz jedynie sprawdzenie, czy wciąż żyje. Świadczy o tym wyraźny brak konsensusu w samej społeczności wywiadowczej w tej fundamentalnej kwestii – niektórzy analitycy uważają, że możliwe jest, iż Chamenei nie żyje, a Gwardia Rewolucyjna jedynie tuszuje jego śmierć, aby zachować swoją legitymację. Jednocześnie, pomimo ukrywania się, Chamenei nadal pełni funkcję figuranta w decyzjach wojskowych Gwardii Rewolucyjnej.
Porównanie do polowania na jego ojca jest technicznie wymowne: Ali Chamenei był śledzony głównie za pomocą elektronicznego wywiadu, w tym hakowania kamer ulicznych w Teheranie. Ta droga jest zamknięta dla jego syna – mówi się, że nie używał ani telefonu, ani laptopa przez około pięć miesięcy, co sprawia, że tradycyjny wywiad radiowy jest w dużej mierze nieskuteczny.
Były szef departamentu Mossadu, Rami Igra, przedstawił trafne porównanie do nieudanych poszukiwań zakładników w Strefie Gazy w wywiadzie dla The Times: Wtedy nie polegali na ludzkich źródłach, ale zamiast tego zainstalowali szeroko rozpowszechnioną technologię podsłuchu – i ostatecznie i tak się nie udało. Tym razem, według Igry, pozostała tylko pracochłonna droga za pośrednictwem kurierów: Jeśli Chamenei wciąż żyje, prawdopodobnie komunikuje się za pomocą odręcznych wiadomości i wielu warstw niczego niepodejrzewających lub poinformowanych posłańców – podobnie jak kurier Osamy bin Ladena, którego śledzenie ostatecznie doprowadziło CIA do jego kryjówki.
Przeszkoda jest ogromna: weryfikacja osób z najbliższego otoczenia Chameneiego jest uważana za niezwykle surową; przypuszczalnie nawet w Gwardii Rewolucyjnej tylko dwie lub trzy osoby wiedzą, jak się z nim skontaktować.
W tym miejscu należy się zatrzymać i nazwać ten proces po imieniu: dwie zagraniczne służby wywiadowcze – z których jedna zabiła już ojca w ataku lotniczym – stosują klasyczne metody zarządzania agentami, aby zinfiltrować wewnętrzne grono zaufanych osób urzędującego przywódcy państwa.
Niezależnie od politycznej oceny systemu irańskiego, jest to proces, który w każdym innym kontekście zostałby jasno określony: przygotowania do zabicia lub co najmniej neutralizacji kolejnej głowy państwa.
Miasto Bezmer: Jak „cywilny” parking staje się strefą wojny
Przeniesienie ośmiu amerykańskich samolotów-cystern do Bułgarii nie było nagłym krokiem, lecz wynikiem trwającego wiele tygodni sporu o lokalizację i jej legalność – podręcznikowy przykład tego, jak rzekomo „czysto logistyczna” decyzja może stać się linią frontu geopolitycznego, zanim jeszcze wykonano stamtąd choćby jedną misję bojową.
Oryginalny raport RT-DE wspomina o rozmowie telefonicznej Araghchiego z bułgarskim ministrem spraw zagranicznych, ale pomija kontekst, bez którego trudno zrozumieć sprawę. Osiem tankowców KC-135 nie stacjonowało początkowo w Bezmerze: początkowo stacjonowały na cywilnym lotnisku w Sofii i zostały stamtąd wycofane pod koniec czerwca, po tym jak to właśnie miejsce w pobliżu gęsto zaludnionej stolicy wywołało niezadowolenie społeczne – częściowo z powodu braku wcześniejszej zgody parlamentu.
Dopiero wtedy sprawa trafiła do parlamentu, z jednoznacznym, wręcz demonstracyjnym rezultatem: 136 posłów zagłosowało za stacjonowaniem do ośmiu samolotów-cystern i 250 żołnierzy w bazie wojskowej Bezmer, położonej około 260 kilometrów na południowy wschód od Sofii; tylko 13 głosowało przeciw, a dwóch wstrzymało się od głosu. Podstawa prawna nie jest wyjątkiem, lecz rutynową procedurą administracyjną: Bezmer jest obiektem użytkowanym wspólnie od bułgarsko-amerykańskiego porozumienia obronnego z 2006 roku, a każde nowe wykorzystanie bazy przez Stany Zjednoczone wymaga jedynie ponownej zgody parlamentu. Premier Radew zwięźle uzasadnił ten krok wiodącą rolą Waszyngtonu w polityce bezpieczeństwa. Wkrótce potem stało się jasne, że nie był to bynajmniej jedynie przypis: gdy prezydent USA Trump osobiście podziękował Radewowi za udostępnienie bazy, Teheran natychmiast wydał – podobno trzecie – ostrzeżenie dla Sofii.
To, co oficjalnie określa się jako krok „defensywny”, „czysto logistyczny” – Sofia i Waszyngton jednogłośnie podkreślają, że rozmieszczenie sił nie ma nic wspólnego z operacjami wojskowymi na Bliskim Wschodzie – jest jednak czymś zupełnie innym pod względem militarnym.
Tankowanie w powietrzu nie jest kwestią drugorzędną, lecz znacząco zwiększa zasięg, wytrzymałość operacyjną i elastyczność samolotów bojowych i szturmowych. Przedstawiciele Iranu postrzegają to jako moment przejścia od rzekomo neutralnego wsparcia do aktywnego udziału w działaniach wojennych. O tym, że ta ocena nie jest jedynie dyplomatyczną retoryką, świadczy lokalny opór: mieszkańcy regionu protestowali przeciwko przeniesieniu bazy, obawiając się, że sama baza może stać się celem wojskowym w obliczu narastających napięć.
Formuła „dostarczamy jedynie samoloty-cysterny, nie jest to udział w wojnie” jest zatem dokładnie tą figurą retoryczną, która zawsze umożliwiała prowadzenie wojen bez konieczności ich oficjalnego wypowiadania: zwiększenie zasięgu tak, odpowiedzialność nie.
Cypr i precedens Akrotiri
Podsumowanie: Ostrzeżenie Iranu skierowane do Cypru nie jest abstrakcyjną groźbą, ale lekcją wyciągniętą z własnych doświadczeń wojennych – brytyjska baza na wyspie została już raz zaatakowana, po tym jak uzyskała zgodę na wspieranie ataków obronnych przeciwko Iranowi.
Drugi adresat irańskich ostrzeżeń, Cypr, jest jedynie krótko wspomniany w oryginalnym raporcie. Jednak to właśnie tu kryje się prawdziwy precedens, wyjaśniający ostry ton Teheranu.
Na wyspie znajdują się dwie suwerenne brytyjskie bazy wojskowe, w tym baza RAF Akrotiri – a baza ta została zaatakowana przez irańskiego drona na początku marca, zaledwie kilka dni po tym, jak Izrael i Stany Zjednoczone rozpoczęły ataki na Iran. Powód: na początku wojny Londyn zgodził się na prośbę Amerykanów o wykorzystanie brytyjskich baz do przechwytywania ataków na irańskie pociski składowane w składach lub na wyrzutniach.
Innymi słowy, Iran nie zagraża Cyprowi arbitralnie, lecz przypomina mu o konsekwencjach, które już nastąpiły. Każdy, kto zaoferuje się jako platforma logistyczna w tej wojnie, traci status neutralnej strony trzeciej – i, logicznie rzecz biorąc, z perspektywy Iranu, sam staje się prawowitym celem. Nie jest to deklaracja moralna, lecz logika militarna, którą Zachód zastosowałby również w każdym innym konflikcie.
Koalicja 43 i nerwowość na giełdach
Streszczenie: Arabia Saudyjska tworzy międzynarodową koalicję w celu ochrony żeglugi na Morzu Czerwonym – oficjalnie w odpowiedzi na ataki Hutich, ale w rzeczywistości logiczną konsekwencją wojny, której eskalację państwa Zatoki Perskiej ledwo zainicjowały i której koszty obecnie ponoszą. W pierwotnym raporcie wymieniono 43 państwa uczestniczące oraz Unię Europejską, przy czym Arabia Saudyjska jest państwem założycielskim i wiodącym, a także jej siedzibą główną. Niezwykła jest nie tyle wielkość tej koalicji, co jej moment: nie powstaje ona z inicjatywy Rijadu, ale jako reakcja na ciąg eskalacji, który rozpoczął się gdzie indziej – w wojnie, która dotyka region Zatoki Perskiej, a państwa Zatoki nie miały żadnego wpływu na jej rozpoczęcie. Jednocześnie zgłaszany spadek na giełdach w Zatoce Perskiej jest ekonomicznym odruchem właśnie tej zewnętrznej kontroli: kapitał nie reaguje na ideologię, ale na premie za ryzyko – a te rosną dla wszystkich państw graniczących z konfliktem, którego nie rozpoczęły.
Klasyfikacja: Trzy raporty, jeden wzór
Podsumowanie: Te trzy wątki – polowanie na ścinanie głów, logistyka baz, budowanie koalicji – nie są niezależnymi doniesieniami, lecz raczej wyrazami tej samej logiki wojny: próby postawienia wroga na kolana za pomocą próżni przywódczej, rozszerzenia zakresu działań i wywierania nacisku dyplomatycznego na państwa trzecie, podczas gdy język stron zaangażowanych konsekwentnie unika taktyk „defensywnych” i „wsparcia”.
Błąd kategorii, który towarzyszy tej wojnie od jej początku w lutym, ujawnia się tutaj w dwóch formach.
Po pierwsze: próba „dekapitacji” państwa poprzez zabicie lub sparaliżowanie jego przywódców zakłada, że państwa funkcjonują jak organizacje z wymiennymi zarządcami – podczas gdy przypadek Iranu pokazuje, że Gwardia Rewolucyjna nadal legitymizuje i podejmuje decyzje wojskowe, nawet w obliczu niepewności co do losu swojego Najwyższego Przywódcy. Głowa może zaginąć, ale ciało nadal działa.
Po drugie, sformułowanie „czysto defensywnego”, „logistycznego” wsparcia – czy to dla samolotów-cystern w Bułgarii, czy dla ataków obronnych z Cypru – systematycznie zaciemnia fakt, że zwiększenie zasięgu i namierzanie celów nie są neutralnymi kategoriami wojskowymi. Z irańskiego punktu widzenia logiczne jest, że każdy, kto zapewnia tę logistykę, jest uznawany za stronę walczącą – a Akrotiri już dostarcza naocznych dowodów na to.
Pozostaje samonapędzająca się wojna, w której żadna ze stron nie może twierdzić, że znajduje się w fazie kontrolowanej eskalacji. Jeden kraj poluje na prawdopodobnie już martwego następcę zamordowanego przez siebie przywódcy. Państwo członkowskie UE dostarcza samoloty-cysterny i nazywa to partnerstwem w zakresie bezpieczeństwa. Państwo trzecie już nauczyło się we własnej bazie, co tak naprawdę oznacza „udział” w tej wojnie. 43 państwa budują koalicję, aby uporać się ze skutkami pożaru, którego nie wznieciły. To nie jest plan deeskalacji. To logistyka wojny, która dawno temu wymknęła się spod kontroli.
🇷🇺🚀Rosyjski pocisk balistyczny zniszczył w Kijowie fabrykę dronów Terminal Autonomy, należącą do amerykańskiej firmy wojskowej – pisze Guardian.
AQ-400 Scythe
Zakład produkował drony dalekiego zasięgu AQ-400 Scythe i AQ-100 Bayonet z systemami naprowadzania odpornymi na rosyjskie środki walki elektronicznej. Spółka twierdzi, że jej amunicja z AI jest już stosowana przeciwko Rosji. 🗣️
Rosjanom jest obojętne, do kogo należy zakład produkcyjny. Dla nich to i tak ten sam cel – powiedział były starszy oficer wywiadu USA Anthony Vinci.
Według źródła publikacji, w wyniku uderzenia nie było ofiar śmiertelnych.
W świecie idealnym samorządy rządzą się same. Ale we współczesnej Polsce daleko nam do idealnego świata. Za komuny samorządność lokalna była absolutną fikcją. Partia komunistyczna, dla niepoznaki zwana robotniczą, przekonywała, że najlepszym rozwiązaniem ustrojowym w zakresie sprawowania władzy centralnej, jak i lokalnej, jest wzorowanie się na rozwiązaniach marksistowsko-leninowskich, czyli takich, w których obywatele piją koniak ustami samozwańczych liderów. Jednym z najbardziej gorliwie realizowanych zadań owej partii było przekonywanie obywateli, że Związek Radziecki jest związkiem radosnym. Miastami i gminami rządzili naczelnicy wyznaczani przez partię, a lokalni sekretarze owej partii mieli nad nimi ideologiczną i faktyczną kontrolę. Byli też fikcyjni radni, których zadaniem było popieranie partii czynem, przydzielanie mieszkań komunalnych rodzinie i znajomym oraz kupowanie szynek i baleronów w sklepach za żółtymi firankami dla siebie, czyli uprzywilejowanych członków nadzwyczajnej, komunistycznej kasty.
A kiedy padła komuna (już dobrze wiemy, że na cztery łapy), rozpoczęła się dyskusja o tym jak mają wyglądać w Polsce samorządy. Prekursorem myśli samorządowej był prof. Jerzy Regulski, człowiek o pięknej wojennej karcie patriotycznej, ekonomista, inżynier i wielbiciel społeczeństwa obywatelskiego. Za swoje dokonania z zakresu projektowania demokratycznej ustawy samorządowej otrzymał zasłużenie Order Orła Białego. Ale profesor był idealistą. Wierzył bowiem w to, że można zbudować społeczeństwo obywatelskie bez świadomych i oświeconych obywateli, czyli bez elit. Miał przekonanie, że ludzie dobrzy, szlachetni, poprzez aktywność społeczną będą uczyć się demokracji lokalnej. Życie negatywnie zweryfikowało idealizm profesora Regulskiego. Prawdziwe polskie elity straciliśmy przecież w Katyniu i w Powstaniu Warszawskim. Sowieci na ich miejsce dostarczyli nam, na swoich tankach, kilkadziesiąt tysięcy niepiśmiennych utrwalaczy władzy ludowej i organizatorów Obławy Augustowskiej.
Już w pierwszych, prawdziwie demokratycznych, samorządowych wyborach lokalnych, w 1990 roku, ( nie tych oszukanych, kontraktowych jak te do Parlamentu z 4 czerwca 1989 roku) do władzy dostali się w ogromnej skali, cwaniacy polityczni. Zdołali oni zdominować ideowych radnych z komitetów obywatelskich, najczęściej mających rodowód solidarnościowy. Stworzyli oni nową samorządową kastę rządzącą Polską lokalną. To w wyniku tych mechanizmów i partyjno-samorządowych układów marszałek Struzik rządzi Mazowszem „od zawsze” i wiele wskazuje na to, że „na zawsze”. A ich sposób rządzenia ilustruje wystąpienie radnego niezrzeszonego, który na sesji rady gminy tak wyjaśnił świadomie tworzone zawiłości planu budżetu jego gminy: „Te zawiłe paragrafy, działy i rozdziały są po to, żeby chłopy nie wiedziały gdzie się ich pieniądze z podatków podziały”.
W pierwszych latach funkcjonowania samorządów wójtów i burmistrzów wybierały rady. To okazało się fatalnym rozwiązaniem. Tworzono bowiem przedziwne większościowe koalicje, a raczej sitwy, które rządziły praktycznie bez kontroli i w swoim partykularnym interesie. Obecnie włodarze wybierani są w wyborach powszechnych. Niestety nie poprawiło to wcale sytuacji. Współczesna technologia wyborcza jest równie patologiczna, a wygląda, na ogół, następująco. Liderzy dominujących partii wyznaczają swoich wojewódzkich pełnomocników. Są oni nazywani baronami, być może przez respekt dla tradycji arystokratycznych. Oni z kolei namaszczają spośród wiernych członków swojej partii kandydatów na wójtów i burmistrzów. Ci szczęśliwcy kandydujący z dużych partii, zwłaszcza z partii rządzącej, która w danej gminie wygrywa wybory parlamentarne, stają się faktycznie i niemal automatycznie włodarzami. Ich walory kompetencyjne, czy atrybuty moralne nie mają tu żadnego znaczenia. Ale wpływ baronów partyjnych na tym się nie kończy. On się tak naprawdę po wyborach zaczyna. Lokalny lider partii przyprowadza wójtowi, czy burmistrzowi jego zastępców, członków swojej partii, albo koterii towarzyskich, biznesowych, często deweloperskich. W ten sposób partia rządzi samorządami. Czasem ci zastępcy nie mieszkają w gminie, w której współrządzą. Tak jest w Konstancinie. Zastępcy są z Komorowa i Podkowy Leśnej. Nie znają charakteru gminy, jej specyfiki i potrzeb mieszkańców. Jeśli namaszczony burmistrz próbuje się wyemancypować dzieje się jak w Konstancinie-Jeziornie: Tam burmistrza Michała Wiśniewskiego wyznaczyła na swojego kandydata ówczesna Platforma Obywatelska. W jej imieniu poseł Piotr Kandyba, (ten od rekordowych kilometrówek, którego w szpitalach i przychodniach lekarskich przyjmują kawką w specjalnych pokoikach), gorąco i wytrwale promował pana Wiśniewskiego na stanowisko burmistrza Konstancina. Promowany kandydat PO wygrał wybory w Konstancinie i … odwrócił się od swych partyjnych mocodawców, którzy uczynili go kandydatem. W efekcie został wyrzucony z obecnej Koalicji Obywatelskiej. Obecnie z posłem pielgrzymującym za kilometrówki nie szczędzą sobie wzajemnie werbalnych szturchańców i burmistrz stał się zagorzałym wrogiem szefowej lokalnych struktur KO i jednocześnie radnej Konstancina-Jeziorny.
Nie tylko konflikty partyjne i personalne niszczą samorząd. Cała gama zjawisk patologicznych charakteryzuje polskie samorządy, zaczynając od stołecznej Warszawy, przez miasta duże, średnie, małe. Przynależność do partii rządzącej jest tam furtką, a czasem okazałą bramą do karier i karierek. Nepotyzm, niepisane prawo wspierania swoich i eliminowania wrogów politycznych doprowadza partyjniaków bez wykształcenia, kompetencji i niezbędnego doświadczenia do zarządów i rad nadzorczych miejskich spółek. Przedszkolanki w wodociągach i kierowcy w zarządach szpitali powiatowych nie gwarantują dobrego rządzenia. A pazerni deweloperzy w prezydentach miast, burmistrzach, wójtach i radnych mają rzeczników swoich lukratywnych interesów.