Wyobraźcie sobie, że organy ds. bezpieczeństwa żywności byłyby w 75% finansowane przez Nestlé, Unilever i Monsanto. Wyobraźcie sobie, że inspektorzy budowlani mieliby swoje inspekcje opłacane przez przemysł betoniarski. Wyobraźcie sobie, gdyby agencja bezpieczeństwa ruchu drogowego była zależna od producentów samochodów. Oburzenie? Oczywiście. A jednak ten scenariusz jest smutną rzeczywistością w wydawnictwach medycznych od dziesięcioleci – tyle że prawie nikt nie narzeka, ponieważ powiązania są tak głębokie, tak znormalizowane i tak sprytnie ukryte, że nawet wielu lekarzy już ich nie dostrzega.
W jaki sposób można przekonać prawie wszystkich do zmyślonej i nigdy nieudowodnionej teorii? To jest prosta sprawa, pod warunkiem, że dysponujesz wielkimi zasobami finansowymi. Kto jak kto, ale farmaceutyczne koncerny mają środki, żeby zapewnić sobie zdobywanie jeszcze większych dochodów.
Wymyśl korzystną dla twojego biznesu hipotezę. Na przykład, że przyczyną grypy jest twór zwany wirusem. Jest tak mały, że współczesne (wtedy) mikroskopy, nie były w stanie go zobaczyć;
Złóż odpowiednie zamówienie u dyspozycyjnych „naukowców”, aby otrzymać potwierdzenie powyższej hipotezy;
Hipoteza staje się teorią. Ciągle jeszcze nieudowodnioną, ale ma „naukowe” podstawy, by się nią zająć;
Zarzucaj zarówno fachowe wydawnictwa, jak i publiczne media o epokowym odkryciu przyczyny grypy;
Dopasuj programy studiów medycznych, weterynaryjnych i biologicznych tak, aby wpajały przyszłym adeptom teorię tak, jakby była już dawno udowodniona;
Wszelkie objawy krytyki tłum w zarodku. Okrzycz krytyków mianem „zwolennik spisku”, by zdegradować znaczenie ich argumentów, z którymi nie potrafisz polemizować;
Zmień dogmaty naukowe wymagające potwierdzenia w faktach wszelkich tez na takie, które pomijają konfrontacje twojej teorii z rzeczywistością. Na przykład usuń badania kontrolne z praktyki pseudonauki zwanej wirusologią;
Postępuj tak przez długi okres przynajmniej pięć dekad i wykształcisz grono fachowców i pseudofachowców, którzy pójdą w ogień za twoją nigdy nieudowodnioną teorią.
Ta metoda rzeczywiście działa! Była skuteczna przy kłamstwie cholesterolowym, oszustwie szczepionkowym oraz szeregu medycznych mitów zakorzenionych w sposobie myślenia świata, który sam siebie nazywa cywilizowanym.
Nie wierzycie, to zapytajcie lekarza, co jest przyczyną grypy i jak się można nią zarazić? Usłyszycie w odpowiedzi: wirus grypy rozprzestrzeniający się drogą kropelkową. Nic z tego nigdy nie zostało naukowo udowodnione. Owszem można wykazać całą masę zleconych przez farmację badań, które bez skrupułów ignorują dogmaty nauki. Przecież mafia farmaceutyczna właśnie w ten sposób pomnaża swoje zasoby pieniężne, by je dalej tak dobrze inwestować, jak przedstawiłem w powyższych ośmiu punktach.
Czołowe czasopisma medyczne, takie jak „The Lancet” i „BMJ”, otwarcie przyznają, że znaczna część opublikowanych badań nie daje się powtórzyć, a niektóre z nich mogą być sfałszowane. Redaktorzy naczelni mówią o „fabrykach artykułów”, które na zamówienie dostarczają sfałszowane prace, oraz o systemie, w którym takie zachęty jak „Publish or Perish” [publikuj albo zgiń] podważają jakość. Źródło.
Tyle na temat wielkich medycznych autorytetów takich jak New England Journal of Medicine (NEJM), The Lancet, Nature czy British Medical Journal (BMJ).
Autor wiersza: Mikołaj Biernacki (rok 1893)
Idylla maleńka taka: Wróbel połyka robaka, Wróbla kot dusi niecnota, Pies chętnie rozdziera kota, Psa wilk z lubością pożera, Wilka zadławia pantera. Panterę lew rwie na ćwierci, Lwa — człowiek; a sam, po śmierci Staje się łupem robaka. Idylla maleńka taka.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Reżim Łukaszenki wsadza ludzi do więzienia za mówienie po białorusku!
Mirosław Dakowski
Właśnie dowiedziałem się, że pani Cichanouska jest w Polsce i organizowane są dla niej spotkania z wpływowymi osobistościami. Pewien Międzynarodowy Profesor trochę o nich opowiadał.
Pytałem niewinne dziewczę od której to usłyszałem: „A kto to jest ta pani Cichanouska?” Odpowiedź: „No… prezydent Białorusi”. Na moje zszokowane milczenie dodała wyjaśnienie: „no… na uchodźstwie, na wygnaniu”.
Wyjaśniłem jej, że pani Cichanouska ma dla władz Białorusi znaczenie chyba mniejsze niż kleszcz na drzewie, szczególnie gdy drzewo to nie rośnie na Białorusi.
Jednak Polska nagłaśnia i futruje taką panią, co dla Polski jest szkodliwe. Siarhiej Cichanouski, mąż Swiatłany, który został uwolniony przez białoruski reżim w ubiegłym roku, przebywa z dziećmi w Stanach Zjednoczonych. Mogłaby sobie tam pojechać.
Białorusi od dziesięcioleci zależało i zależy na dobrych kontaktach z Polską. Między innymi z powodu możliwości korzystnych kontaktów handlowych. Nawet w Małaszewiczach zbudowano duży terminal przeładunkowy, mający służyć jako port przeładunkowy towarów z Chin idących budowanym Nowym Jedwabnym Szlakiem. Towary te byłyby, z korzyścią oczywiście również dla Polski, kierowane do całej Europy. Niestety władze warszawskie zachowują się w stosunku do Białorusi wrogo. A tymczasem Łukaszenka również z przyczyn politycznych potrzebuję sojuszników na Zachodzie, by nie zależeć tak bardzo od Rosji Putina.
Międzynarodowy Profesor opowiadał ostatnio, że na takim spotkaniu spotkał rozmawiał z człowiekiem, który opowiadał mu, że siedział w białoruskim w więzieniu za mówienie po białorusku.
Odruchowo krzyknąłem że to brednia, że to wymysł. Popatrzono na mnie z politowaniem.
Po ochłonięciu doszedłem do wniosku że może być w tej opowieści duża część prawdy. Jeśli ten działacz był obywatelem wrogiego Białorusi państwa, a usiłował podać się za Białorusina, to pewnie czujne służby to zauważyły – i za jego działalność go zapuszkowały.
Jakaż tu różnica z obecną Polską, gdy osobniki mówiące w domu po niemiecku lub ukraińsku, czy też w jidisz, może po hebrajsku, są tu nie tylko mile widziane, ale są Sternikami Biznesu, zasiadają w Sejmie, w Senacie czy rządzie tak zwanej „niepodległej” Polski.
Ingerencja innych państw lub sił ponadpaństwowych. Lista chętnych do interwencji w Polsce jest długa: Niemcy, Ukraina, Rosja, Wielka Brytania, Francja, USA, Izrael i Żydzi, NATO, Unia Europejska, globalne korporacje finansowe. Jakakolwiek z powyższych sytuacji dałaby pretekst Unii Europejskiej i / lub Niemcom do ingerencji w polskie sprawy i wprowadzenie zarządu komisarycznego nad Polską. Władza na Ukrainie mogłaby wykorzystać te okoliczności do zwiększenia presji na Polskę w kwestii członkostwa w UE lub zdobycia przywilejów w Polsce. Te same siły mogą wprost prowokować powyższe zagrożenia, i wszystko wskazuje na to, że właśnie to robią.
Robię wszystko, aby zrozumieć prawdziwe zagrożenia dla Polski i uświadomić to moim rodakom. Działania te napotykają na kilka przeszkód: dezinformacja propagandy głównego nurtu, brak dostępu do dużych mediów i opór ze strony Polaków.
Ostatnio zaszedł postęp w tej dziedzinie, media głównego nurtu dostrzegły, doceniły i powtórzyły moją wypowiedź z Marszu Wołyńskiego, jaki odbył się w Warszawie w dniu 12 lipca 2026 r. Takie wypowiedzi wiecowe kierują się swoimi prawami, nie należy więc gadać zbyt długo, bo inni czekają, można więc przedstawić tylko najważniejsze wątki. Tak też zrobiłem, odnosząc się do tego, co nam naprawdę zagraża ze strony Ukrainy, Ukraińców, Rosji, Niemiec, NATO, Żydów, Unii Europejskiej. Wypowiedź tą zamieszczam tutaj:
Działania Konfederacji Korony Polskiej i środowiska Grzegorza Brauna jak widać są obserwowane przez mainstream, mimo że zwykle pomijane milczeniem. Tym razem jednak prawaccy redaktorzy prowadzący, a kto wie, może i oficerowie nie wytrzymali i uznali za słuszne przerwać milczenie. Oni też mają bowiem misję podobną do mojej: ostrzegać Polaków przed zagrożeniami. Tyle, że dla nich zagrożeniem jest Grzegorz Braun i ludzie z jego otoczenia, poza tym Tusk i Putin. Moją wypowiedź zacytowała więc i TV Republika, i Gazeta Polska, nawet dość wiernie, dodając oczywiście swój komentarz. Cytat z wypowiedzi był objawieniem prawdy w tych popularnych mediach, a komentarz dostarczył wglądu w sposób myślenia ludzi, kształtujących opinię publiczną wśród Polaków o prawicowych sympatiach. Poświęcono mi czas w głównym wydaniu wiadomości, w programie „Kulisy manipulacji” (nomen omen) i główny artykuł w Gazecie Polskiej nr 30 z dnia 27 lipca 2026 r. Oto linki do TV Republika:
Ta sytuacja pokazała mi w pełni problem w komunikacji społecznej, który rzutuje na stan bezpieczeństwa Polski, mianowicie kompletny brak świadomości Polaków co do zagrożeń rzeczywistych i fałszywą świadomość co do zagrożeń iluzorycznych. Jako że zgłębiam te tematy od pewnego czasu i mam już niejaką wiedzę, postaram się główne zagrożenia wyliczyć w niniejszym artykule.
Punkt 1. Zagrożenia ze strony imigracji, funkcjonującej w Polsce według stanu na lipiec 2026 r. Ta imigracja składa się z kilku grup. Po pierwsze Ukraińcy, jacy znaleźli się w Polsce przed lutym 2022 r. w charakterze zarobkowym. Ci są najlepiej wtopieni w społeczeństwo polskie i w większości nie powodują problemów, choć ich wtopienie z pewnością jest wykorzystywane przez obce służby, głównie ukraińskie, ale nie tylko. Po drugie, Ukraińcy, jacy wjechali w liczbie kilku milionów od lutego 2024 r., przy czym nie wiadomo, ilu i kogo mamy dziś na naszym terytorium. Po trzecie, imigranci sprowadzani w czasach rządów PiS, głównie z Azji i Ameryki Południowej. Zagrożenia te są następujące:
penetracja wywiadowcza przez agentów, ukrywających się w masie obcokrajowców;
potencjalne akty sabotażu, np. podpalenia, ataki na infrastrukturę krytyczną, obiekty strategiczne;
zorganizowana przestępczość, bardzo brutalna;
spontaniczne ataki na ludność cywilną;
konkurencja na rynku pracy;
koszta socjalne dla państwa;
prowokacje przeciw Polakom i państwu polskiemu;
zagrożenie konfliktami etnicznymi i politycznymi;
zagrożenie destabilizacją kraju;
zagrożenie interwencją obcych sił w wewnętrzne sprawy polskie.
Wymienione wyżej okoliczności z pewnością zostaną wykorzystane przez każdą siłę, której przeszkadza państwo polskie lub / i naród polski, lub która będzie chciała załatwić swoje sprawy za pomocą i na koszt Polski. Dzięki tej imigracji jako system staliśmy się mniej odporni na zagrożenia, bardziej podatni na ingerencję z zewnątrz, mniej zdolni do przeciwdziałania zagrożeniom. Na potwierdzenie warto odnotować policyjne statystyki przestępczości, liczne pożary dużych obiektów, akty sabotażu na liniach komunikacyjnych, incydenty z udziałem obcokrajowców, głównie Ukraińców. Te ostatnie natychmiast wykorzystywane są przez ukraińską dyplomację do ataków na Polskę, zarówno wewnątrz Polski, jak i za granicą.
Punkt 2. Zagrożenia ze strony imigracji, jaka może pojawić się w Polsce w przyszłości. Tu czekają w kolejce dwie grupy. Po pierwsze, kolejne masy Ukraińców, szczególnie z jednostek frontowych po przegranej wojnie, przyzwyczajonych do agresji i bezwzględności, wściekłych na świat i oskarżających Polskę o przyczyny swoich frustracji. Po drugie, młodzi mężczyźni z globalnego Południa, sprowadzani do Europy w ramach Paktu Migracyjnego. Dwa strumienie młodych mężczyzn, obcych lub wrogich, bezwzględnych, nie mających niczego do stracenia, wygłodniałych dóbr i kobiet, gotowych do agresji i przemocy. Warto odnotować niedawny atak islamisty na Paradę Równości w Berlinie, gdzie jedna Polka zginęła, a druga znalazła się wśród 29 poszkodowanych. Niemiecki Federalny Urząd Ochrony Konstytucji, czyli służba kontrwywiadu cywilnego opublikowała niedawno statystyki, że w Niemczech mieszka ponad 28000 radykalnych islamistów, z czego około 9000 jest skłonnych do używania przemocy. To dzieje się u naszego sąsiada, który chce nam przysyłać tym imigrantów, których nie chce u siebie. Zagrożenia te, w połączeniu z imigracją wcześniejszą mogą być następujące:
radykalizacja obcokrajowców, przebywających w Polsce;
wzrost przemocy i brutalizacja życia;
zamachy terrorystyczne;
napaści na służby polskie i ludność cywilną;
konflikty zbrojne o charakterze zamieszek lub wojny domowej.
Punkt 3. Ingerencja innych państw lub sił ponadpaństwowych. Lista chętnych do interwencji w Polsce jest długa: Niemcy, Ukraina, Rosja, Wielka Brytania, Francja, USA, Izrael i Żydzi, NATO, Unia Europejska, globalne korporacje finansowe. Jakakolwiek z powyższych sytuacji dałaby pretekst Unii Europejskiej i / lub Niemcom do ingerencji w polskie sprawy i wprowadzenie zarządu komisarycznego nad Polską. Władza na Ukrainie mogłaby wykorzystać te okoliczności do zwiększenia presji na Polskę w kwestii członkostwa w UE lub zdobycia przywilejów w Polsce. Te same siły mogą wprost prowokować powyższe zagrożenia, i wszystko wskazuje na to, że właśnie to robią. Mogą one zostać wykorzystane do dowolnych zamiarów, jakie w/w wymienione siły będą miały w tym regionie świata, do celów biznesowych, politycznych, militarnych, geopolitycznych. Każde takie wykorzystanie zawsze będzie odbywać się kosztem Polaków i państwa polskiego. Wcześniej jako pretekst do ataków na Polskę i ingerencji w polskie sprawy były już wykorzystywane mniejszości seksualne, pseudo-obrońcy praw zwierząt, pseudoekolodzy, ruchy feministyczne. Przykłady: oskarżenia na forum UE o nietolerancję w Polsce, co powodowało blokadę funduszy z UE; tzw. strajk kobiet; blokady dużych inwestycji i uderzanie w działające przedsiębiorstwa pod pretekstami ekologii i ochrony klimatu. Ataki te utraciły już swą skuteczność, gdyż Polacy zorientowali się co do ich natury, mimo że żadne władze nad Polską nie robiły niczego, aby ochronić przed nimi Polskę. Imigracja służy więc głównie jako dźwignia nacisków na Polskę i narzędzie destabilizacji naszego kraju.
Punkt 4. Groźba wciągnięcia Polski do wojny. Obecnie toczą się dwie, które nas dotyczą: Ukrainy przeciw Rosji i Usraela przeciw Iranowi. Obie są powiązane i spowodowane przez te same siły, panujące na Zachodzie. Od 2022 r. nasi zachodni sojusznicy, reżim kijowski i siły w Polsce dążą do wciągnięcia Polski do wojny ukraińskiej, co mogłoby pociągnąć za sobą NATO. Taka eskalacja pozwoliłaby trwale zablokować ekspansję Chin na świat i zrealizować dalekosiężne cele Usraela i Żydów. Jak dotąd, nie udało się popędzić Polaków do samobójczego ataku na Rosję, ani Rosji sprowokować do ataku na jakieś państwo NATO. Ukraina to bowiem za mało, aby spowodować konflikt globalny, potrzeba wciągnąć do bezpośredniego konfliktu dwa mocarstwa atomowe, np. USA i Rosję, a drogą do tego jest wciągnięcie do wojny dużego sojuszu wojskowego, jakim jest NATO. Można to zrobić prowokując wejście do działań Polski lub któregoś z państw bałtyckich. Oficjalne władze Polski, Litwy, Łotwy, Estonii bardzo są chętne do wprowadzenia swoich państw do wojny wbrew interesom swoich narodów. Jest tak dlatego, że reprezentują interesy tych samych sił, które chcą wywołać globalny konflikt, aby poukładać świat po swojemu. Jednym z celów tej układanki polega na usunięciu Słowian z terenu Polski i Ukrainy, aby ich zastąpić innymi ludźmi. W szerszym kontekście dążenie wymiany ludności dotyczy całej chrześcijańskiej Europy, jest bowiem kontynuacją wojny Synagogi z Eklezją.
Warto odnotować, że armia ukraińska atakuje cele na terenie Federacji Rosyjskiej, które nie mają niczego wspólnego z sytuacją na froncie ukraińskim. Rodzi to podejrzenie graniczące z pewnością, że są to ataki na zamówienie, wykonywane przez państwo najemnicze, a cała romantyczna otoczka o walce o niepodległość tylko przykrywa fakt, że Ukraina jest narzędziem w ręku globalnych koszernych podżegaczy. Państwo ukraińskie wyczerpuje jednak swoje zasoby materiałowe i ludzkie, reżim kijowski jest więc zdeterminowany, aby wciągnąć NATO do wojny. Może więc prowokować atak Rosji na Polskę lub kraje bałtyckie, wykonując atak pozorowany tzw. fałszywej flagi. Tym łatwiej, że Polska jest penetrowana przez ukraińską imigrację i agenturę. Należy też odnotować, że niedawno główni politycy w Polsce ostrzegali, że nastąpią ataki pod fałszywą flagą, z tym, że ono powiedzieli, że to Rosja użyje sprzętu ukraińskiego. Trudno się spodziewać, że mają informacje ze sztabu wojsk rosyjskich, ale można założyć, że takie dostali polecania. Ukraina więc nie będzie nawet musiała się starać, by pozyskać sprzęt rosyjski, może użyć swojego, a propaganda w każdym przypadku powie, że to Rosja, nawet, gdy zaatakuje nas Ukraina. Fałszywa flaga może mieć następującą postać:
atak Ukraińców na Rosję lub Białoruś z terytorium Polski, udający atak państwa polskiego, aby sprowokować Rosję do ataku odwetowego na kraj NATO;
taki sam atak z terytorium któregoś z państw bałtyckich;
atak sabotażowy na terytorium Polski na jakiś ważny obiekt, lub powodujący ofiary cywilne, widowiskowy i budzący potężne emocje, który propaganda Ukrainy i podżegaczy od razu przypisze Rosji, aby sprowokować atak odwetowy NATO na Rosję;
Wojna Usraela z Iranem pozornie tylko jest daleko on nas. Już wpływa na nas w cenach paliw, odciśnie się na całej gospodarce i wyższych kosztach wszystkiego. Może również spowodować wejście NATO do wojny przeciw Iranowi. Jak dotąd, poza USA i Wielką Brytanią pozostałe kraje NATO okazały powściągliwość w sprawie irańskiej. Jest ona jednak kluczowa nie tylko dla Trumpa, ale też dla Izraela i Żydów, więc naciski na NATO będą się ponawiać. Warto odnotować, że kilka miesięcy Temu rząd Hiszpanii odmówił udostępnienia swoich baz, zaś w lipcu wybuchły tam ogromne pożary lasów. Wejście NATO do wojny przeciw Iranowi może nastąpić na trzy sposoby. Sposób pierwszy, naciski dyplomatyczne, przez które rządy państw NATO zgodzą się wysłać swoje wojska. Istnieje ryzyko, że rząd w Warszawie zrobi to również, jako posłuszny wykonawca poleceń.
Sposób drugi, to atak odwetowy Iranu na bazę USA w którymś z państw NATO w Europie. Warto odnotować, że Iran atakowany jest z baz USA, rozmieszczonych w różnych krajach Zatoki Perskiej, a Iran skutecznie odpowiada na te ataki, atakując te bazy. Iran nie traktuje tego jako ataku na te państwa, ale na siły USA. Ostatnio rząd Bułgarii wyraził zgodę na wykorzystanie baz lotniczych NATO w Bułgarii do tankowania samolotów, wykonujących loty przeciw Iranowi. Rząd Iranu oficjalnie ostrzegł rząd Bułgarii, że będzie te bazy traktował jako uzasadnione cele. Armia irańska ma takie środki, aby sięgać do Europy. Istnieje ryzyko, że rząd w Warszawie jako posłuszny wykonawca udostępni bazy w Polsce do działań przeciw Iranowi, albo Amerykanie wykorzystają jedną ze swoich baz w Polsce bez pytania Polaków o zgodę, a Iran odpowie na to atakiem na te bazy. Zostanie to przez media i polityków w Polsce potężnie nagłośnione i wykorzystane do wciągnięcia Polski do wojny z Iranem.
Sposób trzeci to użycie Ukrainy jako narzędzia i państwa najemniczego. Armia ukraińska, tak, jak atakuje cele na Bałtyku, Uralu i Dalekim Wschodzie, tak może zaatakować każdy cel, na jaki dostanie zamówienie. Mogą to być cele irańskie, co zostanie medialnie sprzedane jako atak na sojusznika Rosji. Ponieważ cały Zachód wspiera Ukrainę, w tym NATO, USA i Koalicja Chętnych, do której należy Polska, mogą te siły rozszerzyć swoje wsparcie. I tak, jak Ukraina jest wspierana w wojnie z Rosją, tak będzie wspierana w wojnie z Iranem.
Punkt 5. Celowe bankructwo. Państwo polskie jest systematycznie zadłużane, szczególnie od czasów plandemii. Najpierw sztuczne zamknięcie gospodarki przez rząd Morawieckiego i wzrost zadłużenia pod pretekstem walki z plandemią. Potem jeszcze większe zadłużenia dla finansowania Ukrainy, co nieprzerwanie jest robione przez obie sylaby popisu od 2022 r. Do tego należy dołożyć celową fatalną politykę gospodarczą i finansową rządu. Teraz doszły kolejne preteksty do zadłużenia, mianowicie konieczność zbrojeń przeciw Rosji, które mają zbankrutować całą Europę. Symbolem jest pożyczka SAFE, ale jest tych narzędzi więcej. Stworzono sztuczne zagrożenie ze strony Rosji, przekonując Polaków i Europejczyków, że Rosja szykuje się do ataku na całą Europę. Wywołano panikę i psychozę, działając na emocje, używając polityków i tzw. ekspertów, w tym wojskowych. Tak zbudowano przyzwolenie na wielkie wydatki wojenne i zaciąganie pożyczek bankrutacyjnych. Nie zwiększają one bezpieczeństwa tych krajów ani trochę, wręcz przeciwnie. Kraje te są rozbrajane na rzecz Ukrainy i zmuszane do ponoszenia zawyżonych wydatków na wojskowość, co rujnuje ich gospodarki i zwiększa zadłużenie. W ten sposób całe państwa przechodzą na własność bankierów, głównie koszernych. Dla ludności będzie to oznaczało podporządkowanie całego życia potrzebom wojennym i nałożenie reżimów wojskowych na całą ludność, czyli biedę i niewolę. Należy również spodziewać się odpływu inwestorów z krajów, zagrożonych wojną, czyli również z Polski. Cały czas podkreślam, że zagrożenie to zostało wywołane i jest podtrzymywane sztucznie.
Punkt 6. W dalszym horyzoncie czasowym biologiczna likwidacja narodu. Wciągnięcie Polski do wojny oznaczać będzie przymusową mobilizację mężczyzn na mięso armatnie i przymusową ewakuację ludności cywilnej. Mężczyźni mogą zostać zlikwidowani, a kobiety i dzieci mogą być uprowadzone w jasyr do innych krajów, zaś terytorium gotowe do zasiedlenia przez nową ludność. Jeśli do tego nie dojdzie, bieda, ucisk i imigracja do Polski będą wypychać Polaków za granicę. Dalsze pogorszenie warunków życia spowoduje dalsze pogorszenie i tak fatalnej demografii. Każdy z tych scenariuszów przewiduje Polskę bez Polaków, otwarta pozostaje tylko kwestia, ile czasu to zajmie.
Punkt 7. Jako potężne zagrożenie należy wyróżnić współudział władzy nad Polską w powyższych planach. Władza ta realizuje masoński wzorzec dla całego Zachodu: władza chce zabić lud, aby go zastąpić nową ludnością, plastyczną i łatwą do rządzenia. Jest to konsekwencja walki Synagogi z Eklezją. W tym wzorcu władza niszczy swój kraj na dwa sposoby: czynny i bierny. Sposób czynny to prowadzenie aktywnej polityki antynarodowej. Używane są tu preteksty, które działają na emocje i powodują akceptację tej polityki przez społeczeństwo. Te preteksty to: praworządność, klimat, prawa zwierząt, prawa kobiet, prawa mniejszości seksualnych, prawa imigrantów wielokulturowych, wsparcie Ukrainy przeciw Rosji, walka z reżimem w Iranie, walka z antysemityzmem, walka z przemocą. Wszystkie posunięcia rządu w imię tych pretekstów służyły do niszczenia narodów państw europejskich. Sposób bierny to brak reakcji władzy w państwie na działalność, skierowaną w rdzenną ludność tego państwa. Jest to przykrywane potężną propagandą mediów, polityków i tzw. ekspertów, które używają w/w pretekstów, aby ukryć prawdziwe problemy. Ci ludzie, którzy o nich informują, zostają przez tą propagandę okrzyknięci następującymi epitetami: szur, oszołom, antyszczepionkowiec, płaskoziemca, foliarz, zwolennik teorii spiskowych, prymityw, homofob, mizogin, patriarchat, przemocowiec, faszysta, naziol, antysemita, nacjonalista, szowinista. Te wyzwiska lecą na tych, którzy chcą bronić swojego kraju i narodu przed w/w zagrożeniami. Współpracują w tym następujące ośrodki władzy i wpływów:
oficjalne rządy;
służby i sądy;
administracja terenowa i samorządy;
partie polityczne głównego nurtu;
lewostronne organizacje pseudo-społeczne, finansowane przez koszernych podżegaczy;
wszystkie grupy tzw. elit społecznych, szczególnie, gdy zależne są od środków publicznych;
główne media, w tym tzw. kultura i rozrywka;
tzw. specjaliści w mediach głównego nurtu;
episkopaty krajowe.
Współpraca wszystkich czynników oficjalnych z koszernymi podżegaczami prowadzi wszystkie te siły do polityki antynarodowej. W oficjalnym przekazie medialnym prawdziwe zagrożenia są ukrywane. Wskazane są tylko: Rosja, Iran, oraz ci, którzy mówią o prawdziwych zagrożeniach i próbują im przeciwdziałać. Służby i sądy mają wytyczne, aby nie zwalczać ludzi, powodujących prawdziwe zagrożenia, ale by zwalczać ludzi, broniących siebie, swoich krajów i narodów. Jest to element wzorca, w którym władza zabija rdzenną ludność, aby zastąpić ją nową ludnością. Siły te działają tak, ponieważ składają się z trzech głównych grup: Obcy Udający Swoich, zdrajcy i głupcy. Zdrajcy są zarówno przekupywani, jak i szantażowani dowodami własnych grzechów.
Punkt 8. Współudział samych ludzi we własnym zabójstwie. Pomimo jawnych dowodów większość ludności zachowuje bierność, a część wprost współpracuje z własnymi niszczycielami, co jest przejawem masowych tendencji samobójczych w Europie. Współudział samobójczy ludności Europy, w tym Polski przejawia się następująco:
zaufanie do partii głównego nurtu i wybieranie wciąż tych samych zdrajców politycznych;
zaufanie do głównych mediów i ufanie wciąż tym samym zdrajcom medialnym;
brak podjęcia jakichkolwiek działań informacyjnych, aby dowiedzieć się prawdy;
brak podjęcia jakichkolwiek działań energo-materialnych, aby zorganizować opór przed masowym wymieraniem;
atakowanie tych ludzi, którzy uświadamiają innych i organizują przeciwdziałanie wobec koszernych podżegaczy;
współpraca ludności z siłami, dążącymi do jej likwidacji.
Można ten punkt ująć tak: ludzie wolą kłamstwo od prawdy, zło od dobra i wroga od sojusznika, i wykazują w tym wiele energii. Ludzie działają więc dla własnej zguby i uniemożliwiają działania, które mogą ich uratować. Dzieje się tak na skutek postępującej debilizacji, o czym piszę w „Poradniku świadomego narodu”.
Państwo musi prowadzić politykę w interesie narodu i państwa polskiego, a nie w interesie jakichś innych grup i sił. Aby to zrobić, należy zmienić sposób sprawowania władzy w Polsce, a to jest możliwe tylko poprzez wymianę osób sterujących, co wymaga, aby Polacy zaczęli masowo popierać środowiska Grzegorza Brauna. Następnie należy zneutralizować główne zagrożenie strategiczne dla Polski, czyli Nową Chazarię u naszych granic. Najlepiej to zrobić inicjując nowy format współpracy państw Europy Środkowej: Europejską Strefę Bezpieczeństwa, wolną od terroryzmu. Europie zagrażają trzy terroryzmy: banderowski, islamski i lewacki. Następnie należy podjąć współpracę z Białorusią i Rosją w celu wspólnego sojuszniczego zarządzania terytorium Nowej Chazarii, tak, jak zarządzane były Niemcy po II Wojnie Światowej. Jednocześnie należy podjąć współpracę gospodarczą z Chinami i innymi państwami BRICS w celu utorowania Nowego Jedwabnego Szlaku. Nie należy jednocześnie zrywać relacji z Zachodem, ale wzmocnić je, inicjując Globalną Oś Pokoju Waszyngton – Warszawa – Pekin. Polska na tej osi byłaby Mostem i Strażnicą Eurazji, umożliwiając współpracę handlową Wschód – Zachód i Północ – Południe. Jest to możliwe, na przeszkodzie stoją jednak interesy Izraela, Żydów, koszernych bankierów, Unii Europejskiej (nie samych Europejczyków), władzy w Berlinie (nie samych Niemców), władzy w Londynie (nie samych Brytyjczyków), władzy popisowej w Warszawie (nie samych Polaków).
Tak wygląda w skrócie nasza sytuacja. Albo Polacy się z tego otrząsną i zaczną działać dla dobra swojego i innych narodów, albo dalej będą robić to, co dotąd, dla dobra koszernych podżegaczy, aż zostaną zlikwidowani jako naród. I tak zataczam pętlę i wracam do początku: działam dla uświadomienia, bo to jest podstawa dla ratunku przez trwałym usunięciem Polaków z historii, przy ogromnych cierpieniach ludzi na masową skalę. Polska jest jak Czerwony Kapturek, nieświadomy intencji wilka. Czy uda się uniknąć paszczy wilka? Czy będzie konieczny leśniczy? Kto nim zostanie?
W celu rozjaśnienia tych dylematów powstaje „Poradnik świadomego narodu”, a także moja najnowsza książka o tych sprawach:
O zagrożeniach, wojnach, Żydach, gojach, Ukrainie, Rosji, Chinach, Ameryce, i wyjściu z matni piszę w mojej najnowszej książce: Nasza polska walka. Tak odniesiemy zwycięstwo. Link do książki: sklep
Kiedy Polacy się obudzą? – Bartosz Kopczyński A skoro tak, nie ma również pomysłów, co takiego zrobić, aby jednak ci śpiący Polacy zechcieli łaskawie przebudzić się na tyle, aby zająć się na poważnie swoimi sprawami i uchronić […]
*
Polacy: pomiędzy paniką a obojętnością – prof. Jacek Janowski – Znajdujemy się ostatnio między dwoma szczękami imadła sprzecznych oddziaływań. Z jednej strony jesteśmy mocno straszeni, z drugiej strony taka permanencja w straszeniu może nas prowadzić do zobojętnienia i przez […]
W środę 29 lipca 2026 roku, około godziny 15:20 czasu środkowoeuropejskiego (CET), dron zaatakował Energos Winter – pływającą jednostkę magazynowania i regazyfikacji (FSRU) pod banderą Wysp Marshalla, należącą do amerykańskiej firmy New Fortress Energy – po prawej burcie w egipskim porcie Damietta na Morzu Śródziemnym , w północnej Delcie Nilu. Pożar rozprzestrzenił się na pobliski gazowiec LNG, Gaslog Salem , pływający pod banderą Bermudów . Obie załogi ewakuowano, pożar opanowano, a nikt nie odniósł obrażeń. Oba statki zostały następnie przetransportowane na morze w celu przeprowadzenia oceny; Energos Winter został odciągnięty od nabrzeża, zanim pożar całkowicie ugaszono.
Egipscy ratownicy portowi szybko przybyli na miejsce zdarzenia, zarówno od strony lądu, jak i za pomocą holowników strażackich i ratowniczych, co według wielu źródeł zapobiegło znacznie większej katastrofie – pożar rozprzestrzenił się na infrastrukturę terminalu lub całkowicie objąłby którykolwiek z kadłubów LNG, co byłoby katastrofą. Minister ropy naftowej Egiptu, Karim Badawi, osobiście udał się do portu, aby nadzorować akcję ratunkową.
CNBC i CNN przedstawiły ten atak jako element rozszerzającej się kampanii na rzecz infrastruktury energetycznej, pośrednio obwiniając Iran: Iran, Huti i irackie milicje nasiliły ataki, a irackie milicje sprzymierzone z Iranem wystrzeliły drony w kierunku infrastruktury naftowej w Rijadzie i Prowincji Wschodniej Arabii Saudyjskiej w tym samym tygodniu. Atak na Damiettę był postrzegany przez wielu na Zachodzie jako rozszerzenie tej kampanii z ropy naftowej w Zatoce Perskiej na gaz z Morza Śródziemnego.
Myślę, że atak na Damiettę był izraelską fałszywą flagą, która miała na celu wzniecenie napięć między Kairem a Teheranem. Iran nieumyślnie przygotował grunt pod taką narrację. Dwa dni przed atakiem dronów irańska telewizja państwowa wyemitowała segment zatytułowany „Zemsta na Ukrainie” , pokazując mapę wielu celów europejskiej infrastruktury energetycznej, w tym Damietty, oznaczoną szpilką, powołującą się na jej zdolność produkcji LNG (5,2 mln ton rocznie) jako „bramę dla eksportu gazu do Europy”. Damiettę nie skupiono na transmisji i została ona jedynie zidentyfikowana jako jeden z kilku możliwych celów. Wszystko, co wykracza poza to — tj. że mapa sprowadza się do tego, że Iran rości sobie prawo do ataku na Damiettę lub go popełnił — jest wnioskowaniem nałożonym na wierzch. Krytyczny punkt w ujęciu: deklarowanym wrogiem była Ukraina, a nie USA ani Egipt.
Wielu na Zachodzie szybko obarczyło winą Iran. Jednak minister informacji Egiptu, w wywiadzie dla „Al Arabiya”, zaprzeczył twierdzeniom „Wall Street Journal”, jakoby rząd Egiptu uznał Iran za odpowiedzialny za atak dronów na dwa statki w porcie Damietta.
Minister spraw zagranicznych Iranu Aragchi wydał oświadczenie, w którym twierdził, że to nie Iran, a izraelska operacja pod fałszywą flagą, mająca na celu wciągnięcie Egiptu do antyirańskiej koalicji. Myślę, że Aragchi ma rację.
Należy oddać Mosadowi uznanie za monitorowanie irańskich mediów i wykorzystanie transmisji do szybkiego wywołania incydentu, który rzuciłby cień winy na Iran, z uwagi na fakt, że w wiadomościach wymieniono Damiettę jako jeden z wielu możliwych celów odwetu przeciwko Ukrainie. Organizacja taka jak Mosad z łatwością może przeprowadzić taki atak dronem w ciągu dwóch dni… Wina przez skojarzenie.
Co o tym myślisz?
Garland Nixon i ja poświęciliśmy trochę czasu na dyskusję na temat: Czy Pentagon tuszuje prawdziwą skalę ofiar w USA:
Nima zapytał mnie o moją opinię na temat nowo utworzonej koalicji saudyjskiej, której celem jest ustanowienie wolności żeglugi na Morzu Czerwonym:
Miałem z Mario pikantną wymianę zdań na temat tego, kto był odpowiedzialny za atak drona w Damietcie:
Sulaiman i ja rozmawialiśmy o prawdopodobieństwie zgody Hamasu na rozbrojenie:
Rozmawiałem ze Scottem Hortonem w zeszły piątek i, jak możecie zobaczyć, byłem całkowicie przekonany, że Donald Trump otworzy bramy piekieł przeciwko Iranowi w sobotę (myliłem się):
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam.
Die Welt i inne media opublikowały doniesienia o tym, że kanclerz Merz przygotowuje plany izolacji krajów związkowych, w których AfD może w przyszłości uzyskać większość, tak aby Niemcy mogły zachować rolę kluczowego węzła transportowego NATO w wojnie z Rosją, rozpętywanej przez europejskie elity:
Friedrich Merz opracowuje tajne plany, które mają uniemożliwić niemieckim „państwom zdrajcom” popierającym Kreml blokowanie planów NATO mających na celu obronę przed rosyjską inwazją.
Niemieccy urzędnicy obawiają się, że partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) może udaremnić przemieszczanie się wojsk sojuszniczych przez dwa wschodnie kraje związkowe, które ma wygrać we wrześniowych wyborach.
Europejska „demokracja” uległa pogorszeniu do tego stopnia, że państwa rutynowo prowadzą przeciwko sobie wojny sabotażowe , aby zachować globalistyczny system kontroli, któremu podlegają ich przywódcy.
Dokładne obawy dotyczące zbliżającego się wzrostu popularności AfD zostały opisane następująco:
Jeśli skrajnie prawicowa partia zdobędzie bezwzględną większość w Saksonii-Anhalt lub Meklemburgii-Pomorzu Przednim, będzie mogła utworzyć rząd krajowy sprawujący kontrolę nad bezpieczeństwem wewnętrznym, policją i innymi uprawnieniami.
Może to spowolnić przemieszczanie się wojsk i sprzętu poprzez biurokratyczne utrudnianie wydawania pozwoleń i zezwoleń, opóźnić rozmieszczenie zasobów policyjnych na szczeblu stanowym oraz uniemożliwić wojsku pierwszeństwo na lokalnych drogach.
Przewidywalnie przedstawiają to jako „plan Putina” mający na celu wykorzystanie jego popleczników z zaprzyjaźnionych europejskich partii politycznych w celu utrudnienia reakcji na wielki atak Rosji, który elity wykorzystują jako figowy listek w przygotowaniach do własnej wojny agresywnej.
Tak jak UE zaczęła rozważać sposoby złamania własnej „demokratycznej” karty i dopuszczać inicjatywy bez wymaganej jednomyślności, by ominąć nieprzejednane stanowiska państw takich jak Węgry, tak teraz poszczególne państwa UE same szukają sposobów na „naginanie” procesów demokratycznych, by skrępować i stłumić swoje regiony federalne. Oczywiście, na tym etapie jest to elementarne w porównaniu z całkowitym zakazem AfD, do którego Niemcy usiłowały doprowadzić na mocy przepisów o „ekstremizmie”, ale mimo to stanowi to mroczny wgląd w coraz bardziej totalitarną naturę UE.
W artykule cytowane są niemieckie osobistości, które ubolewają nad faktem, że „środki zaradcze przeciwko zbuntowanym rządom państwowym” są komplikowane przez „konstytucyjne przepisy regulujące niezależność państwa”. Ponownie widzimy, jak ta irytująca konstytucja stanowi poważne utrudnienie dla ambicji eurokratów i ich pochlebców.
Teraz łamią sobie głowy nad tym, jak „obejść” własne państwo federalne, ale „legalnie”:
Słowo „obejście” brzmi jakoś tak, jakby stało w sprzeczności z ideą legalności w takich sprawach – ale nie jestem konstytucjonalistą. Nie wspominając już o rzekomej tajności całej operacji:
Co to za staromodne oszustwo przeciwko twojemu własnemu elektoratowi?
Cóż, przynajmniej w przypadku „obejścia” posługują się wystarczająco neutralnym eufemizmem; mogłoby być gorzej, mogliby nazwać to po imieniu: wywrotem lub sabotażem ich własnego, niepodległego państwa, ustanowionego na mocy federalnego mandatu.
Tobias Krull, wiceprzewodniczący komisji spraw wewnętrznych parlamentu kraju związkowego, powiedział:„Rozważane są działania, które można by podjąć, aby ominąć rząd krajowy w przypadku utworzenia rządu jednopartyjnego AfD”.
Stwierdził, że odpowiedź Niemiec na rosyjskie zagrożenie militarne nie może zależeć od pojedynczego państwa, dlatego też konieczne jest„stworzenie mechanizmów, które umożliwią unieważnienie decyzji poszczególnych państw lub podjęcie niezbędnych środków”.
Oczywiście, tym, co ich naprawdę przeraża, jest ogólny wzrost władzy AfD i jej obietnica przywrócenia dobrych stosunków z Rosją.
Na kilka tygodni przed wyborami w Saksonii-Anhalt CDU Krulla znajduje się w bezpośredniej konkurencji z AfD, partią klasyfikowaną w tym kraju związkowym jako skrajnie prawicowa. W najnowszym sondażu INSA dla „Focus Online” AfD ma 41%, a CDU 24%. Jeśli zdobędzie bezwzględną większość mandatów, po raz pierwszy mogłaby samodzielnie utworzyć rząd krajowy. Pod jej kontrolą znalazłyby się między innymi Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, policja krajowa, Urząd Ochrony Konstytucji oraz znaczna część administracji krajowej.
Jak wspomniano powyżej, AfD grozi utworzeniem rządu krajowego po raz pierwszy, co dałoby jej wyłączną kontrolę nad wszystkimi instytucjami publicznymi. A ponieważ wielowarstwowe kontrakty cywilne mają kluczowe znaczenie dla ułatwienia przemieszczania się niemieckich brygad przez poszczególne kraje w przypadku jakiegoś „kryzysu”, władze uważają, że AfD będzie w stanie zablokować takie plany. A biorąc pod uwagę, że Niemcy są uważane za główny i najważniejszy węzeł tranzytowy NATO w kierunku mitycznej „wschodniej flanki”, oznacza to, że AfD będzie w stanie samodzielnie całkowicie sparaliżować wrogie plany sojuszu.
Dzieje się to w szczególnie istotnym momencie, ponieważ coraz częściej podkreśla się zaangażowanie Europy w prowokowanie Rosji. Wcześniej krążył artykuł FT o tym, jak wielki „sukces” ukraińskiej kampanii uderzeniowej przeciwko Rosji nastąpił dzięki zaangażowaniu USA w pomoc Ukrainie w wyznaczaniu tras przelotu rakiet przez luki w rosyjskiej obronie przeciwlotniczej.
W artykule zamieszczono osobliwy cytat, który dodatkowo przypisuje niedawny sukces Ukrainy w dziedzinie dronów tajemniczemu „przełomowi technologicznemu”, który pozwala Ukrainie zwiększyć masową produkcję tych dronów dalekiego zasięgu:
„Ukraina dokonała przełomu technologicznego, który pozwolił jej na produkcję większej liczby dronów dalekiego zasięgu i zwiększenie ogólnej produkcji masowej” – powiedział Stefan Meister, szef programu Eurazja w Niemieckiej Radzie Stosunków Zagranicznych.
To dość interesujące, biorąc pod uwagę niedawny artykuł NYT na temat „tajnej niemieckiej fabryki” dostarczającej Ukrainie nowe modele dronów dalekiego zasięgu:
Położona w spokojnym, podmiejskim kompleksie przemysłowym, fabryka działa pod ścisłym nadzorem służb bezpieczeństwa. DealBook zgodził się nie ujawniać jej lokalizacji, a pozostali lokatorzy kompleksu nie są świadomi jej istnienia. Nazwisko Helsinga nigdzie nie pojawia się: firma obawia się, że fabryka może stać się głównym celem sabotażu lub ataku, biorąc pod uwagę, że tysiące zgromadzonych tu dronów zostało wykorzystanych przeciwko siłom rosyjskim na Ukrainie.
Ile takich „tajnych fabryk” rozsianych po całej Europie faktycznie odpowiada za nowo odkryty na Ukrainie „renesans” dronów dalekiego zasięgu?
Ukraina właśnie uzyskała od Niemiec obietnicę sfinansowania produkcji jednej z najpilniej strzeżonych nowych broni: odrzutowego drona uderzeniowego zdolnego do atakowania celów położonych głęboko na terytorium Rosji.Umowa została podpisana na marginesie szczytu NATO w Ankarze w Turcji.
Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha ogłosił porozumienie w sprawieX, potwierdzając, że Niemcy będą finansować produkcję systemu dronów BARS w pierwszej fazie umowy, a każda wyprodukowana jednostka trafi bezpośrednio do ukraińskich sił zbrojnych, a nie do Niemiec.
Wszystko to jest nieodłączną częścią znanego procesu relokacji całego strategicznego „zaplecza” Ukrainy do Europy, gdzie nie może ono zostać dotknięte rosyjskimi atakami – przynajmniej nie bezpośrednio.
[te zdjęcia powinny być obok siebie, wtedy skrzydełko drona je łączy md]
Dlaczego wciąż nie można uwierzyć, że to wyłącznie Ukraina jest odpowiedzialna za renesans masowej produkcji? Otóż, chociaż Ukraina sama w sobie ma wiele zakładów produkujących drony i przedsiębiorstw zagranicznych, Rosja regularnie je niszczy podczas rutynowych ataków.
A production hall for the Helsing HX-2 drone.Credit…Patrick Junker for The New York Times
-=—————————————–
Zaledwie wczoraj kolejne tego typu amerykańskie przedsiębiorstwo zostało podobno zlikwidowane za sprawą Iskandera. Warto zauważyć, że firma produkowała specjalnie drony do uderzeń głębinowych, takie jak AQ-100 Bayonet i AQ-400 Scythe:
Fabryka dronów w Kijowie, zniszczona w piątek przez rosyjską rakietę balistyczną, należała do amerykańskiej korporacji zarejestrowanej w Delaware. Najprawdopodobniej jest to pierwszy przypadek, w którym Moskwa zaatakowała amerykańską firmę w tym konflikcie.
Według osoby mającej wiedzę o firmie Terminal Autonomy produkuje precyzyjne drony zdolne do „głębokiego ataku” z systemami naprowadzania odpornymi na rosyjskie sygnały zakłócające.
Produkcja małych FPV w rozproszonych, małych warsztatach jest na Ukrainie powszechna, ale drony wykorzystywane do prawdziwych głębokich ataków są znacznie większe i wymagają większych powierzchni magazynowych, co ogranicza ich możliwości długotrwałego ukrywania.
W ten sposób możemy dostrzec powiązania między stopniowym przejmowaniem przez Europę całego ukraińskiego przemysłu obronnego a powolnym zmierzaniem ku wojnie z Rosją, którą elity europejskie desperacko próbują zorganizować.
W szczególności Niemcy przejęły inicjatywę w pozyskiwaniu ukraińskich tyłów, ponieważ daje im to nieoczekiwaną korzyść: miejsca pracy w przemyśle. Wcześniejszy artykuł w „New York Timesie” przyznaje, że większość pracowników niemieckiej fabryki Helsing produkującej drony dla Ukrainy to osoby zwolnione z powodu zawalenia się niemieckich linii produkcyjnych samochodów:
Około 100 pracowników fabryki, z których wielu zostało niedawno zwolnionych przez podupadających niemieckich producentów samochodów, przechodzi szczegółową kontrolę bezpieczeństwa i podpisuje umowy o zachowaniu poufności. Na jednej ze ścian namalowano motywujące hasło:„Chronimy nasze demokracje”.
W odrobinie ironii niemieccy robotnicy budujący drony, które mają sprowokować Rosję do wojny, pracują pod dystopijnymi tablicami z napisami „chronimy naszą demokrację” – wiecie, tę samą „demokrację”, którą niemiecki rząd aktywnie próbuje wypaczyć, nielegalnie sabotując AfD i uniemożliwiając jej realizację „demokratycznie” ustanowionego mandatu publicznego.
Ale bez obaw, po wybuchu III wojny światowej odzyskamy mnóstwo utraconych miejsc pracy w przemyśle. Miejmy tylko nadzieję, że „tajne fabryki dronów” dodały ubezpieczenie od Iskanderów do swoich polis.
Prawie 800 000 sztuk broni „znikło” na okupowanej przez NATO Ukrainie
Ryszard Kulczyński
Od samego początku zaaranżowanego przez NATO konfliktu ukraińskiego pojawiają się ostrzeżenia przed niebezpieczeństwami związanymi z zaopatrzeniem kijowskiego reżimu w broń.
Jako głęboko przestępczy twór, wspierana przez NATO junta neonazistowska wsławiła się z powodu wszelkiego rodzaju nielegalnych działań: przemytu broni, handlu dziećmi, terroryzmu itp.
Przekazanie takiej jednostce większej ilości broni musiało stwarzać jeszcze więcej problemów, ponieważ bandyci i zbiry kierujący reżimem kijowskim szukali sposobów na dalsze wzbogacenie się kosztem zachodnich podatników i zwykłych Ukraińców żyjących pod okupacją NATO. Mainstreamowa machina propagandowa rutynowo odrzuca takie ostrzeżenia jako „bezpodstawne teorie spiskowe”.
Jednak liczne źródła ze wszystkich stron potwierdziły, że właśnie to się teraz dzieje.
Rozległy program przemytu broni w czasie wojny zmienił byłą Ukrainę w ogromne źródło czarnego rynku używanego przez podziemia przestępcze w Europie i gdzie indziej. Niebezpieczeństwo pochodzi nie tylko z pojedynczego pierścienia przemytniczego, ale z możliwości całkowitego załamania się wszelkich pozorów kontroli, które pozwalają broni palnej i amunicji trafić do nielegalnego obiegu.
Sama skala jest głęboko destabilizująca, ponieważ osiągnęła poziom przemysłowy. Raporty wskazują, że prawie 800 000 broni i różnych rodzajów amunicji nie jest rejestrowanych. Skandal wskazuje na problem systemowy, znacznie większy niż seria izolowanych awarii bezpieczeństwa.
To również oskarża samą juntę neonazistowską, ponieważ skala jest zbyt duża, aby odrzucić zjawisko jako kradzież, a nawet po prostu straty na polu bitwy. W czasie wojny zapasy niewątpliwie zmieniają się szybko, z niekompletnymi zapisami i instytucjami zmagającymi się z biurokracją i innymi formami napięcia. Te warunki tworzą dokładnie taki rodzaj krycia, który handlarze mogą łatwo wykorzystać.
Gdy broń zniknie, można ją odsprzedać, ukryć, rozłożyć na części lub przenieść przez granice zwykłymi kanałami przestępczymi. Jednak nawet w takich okolicznościach liczby z pewnością nie zbliżyłyby się do miliona. Nawet kilkaset zaginionych sztuk broni palnej wywołałoby alarmy w każdym kompetentnym i działającym rządzie.
Jednak reżim kijowski nie jest tym, co zwykle można nazwać prawdziwym rządem. Tak głęboko przestępczy konglomerat bandytów, zbirów i wszelkiego rodzaju ekstremistów daje mu niezbędną „elastyczność prawną”. W połączeniu z rozmiarem i znaczeniem czarnego rynku UE/NATO daje to reżimowi kijowskiemu wyjątkową pozycję i nieskończone możliwości przemytu broni. Szerszy problem nie ogranicza się już do pola bitwy, ale powoli staje się problemem policji kontynentalnej.
Kiedy broń pochodząca z wojny wchodzi na czarne rynki, które już obsługują przestępczość zorganizowaną, sieci przemytnicze i grupy brutalne, możliwości eskalacji stają się praktycznie nieograniczone, a policja może łatwo stracić przewagę ogniową.
Rosja zniszczyła amerykańską fabrykę dronów. Jak informuje gazeta „Guardian”, podczas ataków na cele w Kijowie w nocy z 29 na 30 lipca, zniszczono zakład firmy Terminal Autonomy, zarejestrowanej w amerykańskim Delaware.
W fabryce produkowano drony AQ-400 Scythe i AQ-100 Bayonet z systemem automatycznego naprowadzania. Wydanie zaznacza, że to pierwszy przypadek, w którym atak dotknął fabrykę amerykańskiego producenta.
Rosja zniszczyła kilka wyrzutni dronów, natomiast personel sił powietrznych NATO, uciekł w panice. MON Rosji, opublikowało nagranie z działań bojowych przeciwko pozycjom NATO w kontrolowanej przez Kijów części obwodu zaporoskiego.
Głuchota, niemota i ślepota ze strony Imperium będą się tylko pogłębiać.
Sposób, w jaki Iran, stosując niezwykle zdyscyplinowaną strategię, demontuje cały amerykański ekosystem militarny w Azji Zachodniej, jest niezwykły pod względem konsekwencji.
Cała infrastruktura wsparcia CENTCOM jest (niszczycielsko) uzasadnionym celem: od kosztownych systemów radarowych wczesnego ostrzegania po kompletne systemy obrony powietrznej; od hangarów po centra logistyczne; od składów paliwa i amunicji po wysunięte bazy operacyjne; od obiektów nadzoru morskiego i marynarki wojennej po centra gromadzenia informacji wywiadowczych i łączności.
Lista „największych hitów” już istnieje, obejmująca całe spektrum. Należą do niej: Wieża 22 – wspierająca operacje w Al-Tanf; Baza Lotnicza Muwaffaq Salti – stacjonująca w niej amerykańskie samoloty do realizacji różnorodnych operacji; Irbil w irackim Kurdystanie, wspierająca wywiad i operacje specjalne; Bahrajn, słynący z siedziby Piątej Floty Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych; Kuwejt – ogromny obszar logistyczny i przygotowawczy; oraz Katar – siedziba wysuniętej kwatery głównej CENTCOM i największej amerykańskiej bazy lotniczej w Azji Zachodniej.
Ataki na wszystkie te węzły nieustannie podważają mit amerykańskiej projekcji siły. Nowe zasady nakazują, aby te węzły stały się w istocie głuche, nieme i ślepe. W przeciwieństwie do klasycznej historii Doktora Who, to Persja stoi teraz niczym dziecko w sklepie ze słodyczami, rozgrywając diaboliczną grę w pinball przeciwko imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa.
Iran zna dokładną lokalizację wszystkiego – co do milimetra. Nie ma potrzeby skomplikowanych, szokujących i przerażających sesji zdjęciowych, które dominują w wiadomościach. Liczy się chińskie torturowanie stale pogarszających się możliwości wroga; strategia jest boleśnie metodyczna i boleśnie precyzyjna.
Nic dziwnego, że imperium pogrąża się w katatonicznym piractwie. Co zrobisz, gdy twój niezwykle drogi i praktycznie niezastąpiony sprzęt do wykrywania i nadzoru obróci się w popiół? Gdy twoje ekrany pogrążą się w głębokiej ciemności? Gdy arogancka, imperialna pewność siebie całego łańcucha dowodzenia zostanie storpedowana w czasie rzeczywistym?
Irańska wojna to wysoce zaawansowany system, który być może pewnego dnia będzie przedmiotem studiów w zachodnich akademiach wojskowych. Wszystko jest logicznie powiązane – od niszczenia infrastruktury wsparcia wroga, przez stopniową degradację zdolności wywiadowczych, obserwacyjnych i rozpoznawczych; od niszczenia systemów obrony powietrznej i przechwytujących, po powszechne zakłócenia w logistyce.
Wszystko to jest bardzo opłacalne – choć nie dla atakującego imperium, bo każdy (niesprawny) Patriot kosztuje miliony dolarów i po prostu nie jest w stanie bronić kilkudziesięciu różnych lokalizacji jednocześnie.
Krótko mówiąc: tak wygląda systematyczna degradacja całej architektury regionalnej, umożliwiająca Stanom Zjednoczonym i ich wasalom projekcję siły militarnej na Azję Zachodnią. Na oczach Globalnego Południa. Instrukcja jest dostępna publicznie, na żywo, w czasie rzeczywistym.
Wszystko się kończy.
Irańska precyzja, powściągliwość i zasięg uciszają cały ten wrzaskliwy spektakl w imperium narracji, podczas gdy irańskie rakiety i drony nieustannie atakują myśliwce, Black Hawki, centra danych (takie jak centralny węzeł Amazon w Bahrajnie), magazyny logistyczne, elektrownie i wiele innych miejsc.
Globalnemu Południu wystarczy spojrzeć na zdjęcia satelitarne przysłowiowych kraterów przecinających Kuwejt, Katar, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie. A Iran tak naprawdę jeszcze nie zaczął. Gdyby Iran zniszczył pozostałe katarskie instalacje LNG, większość planety byłaby pozbawiona LNG z Dohy przez co najmniej dekadę – nie wspominając o helu potrzebnym do produkcji mikroprocesorów.
Ogromne upokorzenie związane z uderzeniem i unieszkodliwieniem jednej z tych wartych miliardy dolarów łatwych celów jest odkładane na dogodny moment. A jak powszechnie wiadomo, Iran nadaje tempo – a czas jest po jego stronie.
Oczywiście, wszystko to nie zmniejsza ryzyka związanego z drabiną eskalacji; wciąż znajdujemy się w samym środku tego, co może stać się matką wszystkich drabin eskalacji.
Ale nagle imperialna machina nagle się zatrzymuje – i CENTCOM przez kilka dni powstrzymuje się od bombardowania Iranu. Na zamkniętym spotkaniu w Waszyngtonie w zeszły piątek ktoś o IQ wyższym od temperatury pokojowej (J.D. Vance? Generał Caine? Obaj?) odważył się ostrzec Neo-Krassusa, że jego najpoważniejsza eskalacja jest skazana na porażkę.
Dzieje się tak z wielu oczywistych powodów: od braku Patriotów po powszechną panikę w monarchiach Zatoki Perskiej, od zagrożeń dla światowej gospodarki po ogromny kryzys naftowy, który jest tuż za rogiem.
Czy to oznacza, że Neo-Krassus powróci do podpisanego, a następnie zrujnowanego porozumienia? Oczywiście, że nie. Plan B mógłby zamiast tego obejmować nasilenie „presji ekonomicznej” poprzez dodatkowe embarga i sankcje, zgodnie z zaleceniami dzisiejszego eksperta ds. nieruchomości Talleyranda-Kushnera, doradcy rodziny w stylu Epsteina-lite.
Nie tylko globalne rezerwy ropy naftowej i amerykańskie Strategiczne Rezerwy Ropy Naftowej (SPR) się wyczerpują. THAAD-y, Patrioty, JASSM-y, Tomahawki – wszystko się wyczerpuje.
W rytmie Ansarallah
A potem jest Ansarallah i jemeńskie siły zbrojne – obecnie w trakcie pełnoskalowej ofensywy, mającej na celu wciągnięcie Arabii Saudyjskiej w samobójczą eskalację, po zerwaniu równania jednostronnego odstraszania powietrznego.
Koszt każdej konfrontacji między Ansarallah a Rijadem oznacza dla imperium „Spór Dewastacyjny”: toksyczny podwójny cios w postaci rosnących cen ropy naftowej oraz przysłowiowego, połączonego zakłócenia w żegludze i handlu w Cieśninie Ormuz i Bab al-Mandab. Saudyjczycy nie mają wyjścia z tej strategicznej pułapki – pułapki, którą sami zastawili.
Kiedy w 2019 r. ostatni raz spłonął rafineryjny gigant Abqaiq, który przetwarza do 7 procent światowego przerobu ropy naftowej, Rijad bardzo szybko skapitulował przed Saną.
Aramco zawiesiło już działalność w Abqaiq. Mówiąc wprost: na światowym rynku będzie co najmniej o 7 milionów baryłek ropy mniej dziennie.
Nawet puste tankowce zmierzające do portu Janbu nad Morzem Czerwonym nie mogą przepłynąć przez śluzę Bab al-Mandab w Jemenie. W połączeniu z faktycznym uduszeniem rurociągu Wschód-Zachód, Arabia Saudyjska jest całkowicie sparaliżowana – niezależnie od zalewu propagandy.
Jemen uderzył tam, gdzie jest naprawdę boleśnie. Arabia Saudyjska ma tylko cztery duże terminale naftowe i dziesięć dużych rafinerii. Poza Dżizanem – którego składy paliw zostały już podpalone – są one skupione w trzech niezwykle dogodnych strefach ataków. Jemen może z łatwością zrównać zachodnią część z ziemią, podczas gdy iracki opór może zająć się wschodnią.
Jemen ma wszystko, czego potrzeba, aby sparaliżować korytarz rurociągów Wschód-Zachód/terminal naftowy Yanbu i szlak Kanału Sueskiego za pomocą zaledwie kilku rakiet balistycznych – i oszczędza swoje najlepsze możliwości oraz zdolności rozpoznania i rozpoznania (ISR) na to, co może nastąpić w przyszłości.
W szerszym kontekście, powiązane ze sobą strategiczne partnerstwa euroazjatyckie między Rosją, Chinami i Iranem pozostają w pełni skuteczne. Oznacza to, że w praktyce Rosja i Chiny wspierają oś oporu.
Iran wykorzystuje rosyjski system Murmańsk, który nieustannie zakłóca sygnał GPS i oślepia amerykańsko-izraelskie rakiety.
Iran korzysta również z chińskiego Beidou – odpowiednika GPS, którego Amerykanie nie są w stanie zakłócić, a który zapewnia irańskim rakietom i dronom precyzję rzędu centymetra.
Iran wykorzystuje rosyjską Kometę: elektroniczne układy scalone, w które wyposażone są rakiety i drony i które sieją chaos w amerykańskiej wojnie elektronicznej.
Tymczasem Teheran odrzucił każde kolejne amerykańskie ultimatum na arenie dyplomatycznej. Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Kazem Gharibabadi ujawnił, że pośrednie rozmowy z Waszyngtonem odbyły się zarówno w Islamabadzie, jak i Maskacie – fakt ten potwierdzili pakistańscy mediatorzy.
Zespół Neo-Krassusa zażądał nawet w Maskacie, aby Stany Zjednoczone nadal „administrowały” południowym szlakiem Cieśniny Ormuz. Teheran odmówił: Albo powrót do Porozumienia o Porozumieniu – albo nic. Głuchota, niemowa i ślepota imperialna będą się tylko pogłębiać.
Decyzja o wywołaniu powstania w Warszawie w 1944 roku była szaleństwem! Chwała Powstańcom! Hańba tym, którzy je wywołali! Piszę dzisiaj te gorzkie słowa, pozostawiając jutrzejszy dzień na rozmyślania.
Mija 82. rocznica Powstania Warszawskiego. To jeden z najbardziej tragicznych rozdziałów naszej polskiej historii. Na bezsensowną śmierć i kalectwo poszło wtedy 40 000 żołnierzy – w tym najbardziej ofiarni najlepiej wykształceni młodzi Polacy. Wysłali na śmierć dzieci! Zginęło 200 000 naszych rodaków, a stolice zmieniono w kupę zgliszczy i gruzów.
Przepadły skarby kultury narodowej – nasze zabytki, infrastruktura, przemysł, księgozbiory. Powstanie lepiej spełniło polityczne cele Niemiec niż nasze – polskie. „Z punktu widzenia historycznego jest [jednak] błogosławieństwem, że Polacy to robią. Po pięciu, sześciu tygodniach wybrniemy z tego. A po tym Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16-17-milionowego narodu Polaków będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem leży nam w drodze. A wówczas historycznie polski problem nie będzie już wielkim problemem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, ba, nawet już dla nas” – radośnie meldował wodzowi III Rzeszy Heinrich Himmler. Po 63 dniach walk Warszawa padła.
Zamiast analizy, zadumy i wyciągania wniosków znów będzie patriotyczne bicie piany. Jaki był polityczny i militarny sens tego Powstania? Jaki był jego cel i czy mogło ono cokolwiek Polsce dać? Przy uroczystych obchodach jego tragicznej rocznicy znów powtarza się jałowe pretensje do Stalina i twierdzenie, że nastroje były już tak rewolucyjne, iż nie dało się tego wyhamować i rozkaz do powstania musiał paść. Ale czyż aż tak trudno było ówczesnym analitykom przewidzieć jak może się zachować i jak zachowa się Stalin? Dokładnie wiedzieli jaka jest optyka ZSRR i co jest celem nadrzędnym.
Słyszę wspominki że liczyliśmy na większą pomoc Anglików. Naprawdę? Dlaczego nie wyciągnięto wniosków z wiarołomnej postawy aliantów w 1939 roku, tylko znów naiwnie postawiono wszystko na jedną kartę? Czy w ogóle coś robiono, aby gorące serca i głowy studzić i wlewać do nich więcej rozsądku? Gdzie była wtedy praca polityczna ówczesnego kierownictwa i dowództwa? Ile był wart „rząd londyński”?
Nie sprawdziły się ówczesne elity. Umiały tylko ulec romantycznemu nastrojowi ulicy. Odpowiedzi na te pytania dostarcza zresztą i dzisiejszy stan świadomości Polaków, który wciąż jest w ogólnym zarysie do tamtego podobny. Tamte elity mają kontynuatorów na dzisiejszej scenie politycznej. Obowiązuje od wielu lat schemat irracjonalnej nienawiści do wszystkiego, co ze Wschodu, i wciąż ta sama naiwna wiara w automatyczną pomoc z Zachodu. Wciąż to samo kretyńskie przekonanie, że tam wymusimy jakąś wdzięczność, albo że mamy tam obowiązek przynależenia.
Idiotyczne są deklaracje polityków – zwłaszcza obozu solidarnościowego – że tym powstaniem coś udowodniliśmy światu i sobie. Skandaliczne są wypowiedzi mówiące o tym, że dzięki powstaniu być może uniknęliśmy losu którejś z republik ZSRR. Zapomnieli ówcześni przywódcy i dzisiejsi nie pamiętają przestrogi Romana Dmowskiego: „Bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, ani nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu, ani nawet pokolenia”.
Powstanie Warszawskie na długo pogrążyło nas jako naród w kadrowej i moralnej niemocy. Henryk Sienkiewicz pisał że „krwi nie żal, byleby na marne nie szła”. Ale tej krwi żal. Żal, bo przelana na daremnie w imię romantycznych bzdur wciskanych młodym ludziom przez nieodpowiedzialnych polityków. Nie wystarczy znicz i pamięć – tę ranę trzeba rozdrapać i wyciągać wnioski. Czasem trzeba umierać za ojczyznę, ale ważniejsze by mądrze dla niej żyć. I aby więcej nie powtarzać tych niewybaczalnych błędów trzeba promować trzeźwy patriotyzm i uczciwe myślenie o polityce.
Chwała dzielnym Powstańcom – tym z AK, AL, ZWM, KB, PAL, BCh, NSZ. Hańba sprawcom tragedii.
Łukasz Jastrzębski
PS. Warto szczególnie dzisiaj przypomnieć, że Polaków w czasie powstania mordowali nie tylko Niemcy. Pamiętajmy o tragedii Woli. Czytajmy wspomnienia choćby cudem ocalałej Wandy Lurie.
================================
Na koniec trzy opinie o powstaniu w Warszawie:
Paweł Jasienica miał rację „Powstanie Warszawskie było skierowane militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Rosjanom a faktycznie przeciwko samym Polakom”
Prof. Wiesław Chrzanowski pisał – „Wywołanie Powstania jest karygodną zbrodnią, za którą ponoszą odpowiedzialność pewne polskie ośrodki. Tak te wypadki ocenia polskie społeczeństwo, tak wyglądają one w rzeczywistości. Winni muszą ponieść odpowiedzialność”.
Prof. Jan Ciechanowski – „Powstanie zakończyło się straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym. 200 tysięcy ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią. To największy błąd popełniony przez dowództwo AK.”
Czemu w zasadzie ma służyć pamięć historyczna narodu? Czy upamiętnieniu pewnych kluczowych w naszej historii wydarzeń, oddaniu hołdu ofiarom, kształtowaniu tożsamości?
Po części wszystkie te odpowiedzi są trafne. Jednak, jak pokazuje praktyka, bardzo często huczne obchody ważnych rocznic służą też bieżącej polityce. I wtedy pojawia się wątpliwość – czy w tym wszystkim rzeczywiście chodzi tylko o wzniosłe cele?
Zbliżająca się kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest dobrą okazją dla zobrazowania tego zjawiska. Piszemy o tym od lat, podkreślając, że obchody tej rocznicy są całkowicie oderwane od realiów historycznych, mitologia i tzw. polityka historyczna są w tym przypadku dominujące. Kiedy słyszę już na tydzień przed rocznicą pewnego profesora, który zamiast przekazywania nam wiedzy raczy nas co roku hurrapatriotyczną nowomową i przekonuje, że „chcieliśmy być wolni”, i dlatego powstanie było słuszne, nieuchronne i w sumie zwycięskie, to ogarnia człowieka bezsilna złość. Tyle wylanego atramentu, tyle dyskusji, tyle krytycznych publikacji – a ten co roku swoje! 200 tys. ludzi zapłaciło najwyższą cenę za błędy i tromtadrację ludzi odpowiedzialnych za wybuch powstania, a dla nich największa klęska w dziejach narodu polskiego jest okazją do popisów w mediach.
No dobrze, a co z rocznicą wołyńską? Czy tu też możemy mówić o niebezpieczeństwie instrumentalizacji tej pamięci? Dzisiaj mówienie o Wołyniu stało się modne, nikt się już nie boi. To chyba dobrze – ktoś powie? Niby tak, ale czasami odnosi się wrażenie, że rocznica wołyńska jest dobrą okazją do okazania swoich emocji w odniesieniu do współczesnej Ukrainy. Bo w dzisiejszej Polsce już się Ukrainy nie lubi, a nawet się jej obawia. W tym przypadku mamy jednak do czynienia ze zdrowym odruchem tej części Polaków, którzy instynktownie przeciwstawili się nachalnej propagandzie przekonującej nas, że Ukrainę należy kochać z Rosji nienawidzić.
O politycznych korzyściach wynikających z podsycania emocji historycznych, ale służących współczesnym celom – wiedzą także rodzimi Słudzy Ukrainy. Dlatego emocje wołyńskie są dla nich przykrą niespodzianką i budzą wściekłość. Różne lewackie i nie tylko lewackie ośrodki grzmią – dlaczego Polacy nie emocjonują się Katyniem, Operacją Polską czy Obławą Augustowską, tylko Wołyniem? Powinni o tym wiedzieć dlaczego, ale nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Przez wiele lat Katyń i inne zbrodnie sowieckie służyły im do kreowania obrazu Rosji jako odwiecznego i nieubłaganego wroga, ofiary były na drugim planie, na pierwszym były cele polityczne. Ale to się wyczerpało, bo ileż można. Poza tym sprawa Wołynia uświadomiła sporej części Polaków, że mamy do czynienia ze strony ukraińskiej nie tylko z próbą przemilczenia i zrelatywizowania tego ludobójstwa, ale w dodatku z bezczelną gloryfikacją jego sprawców. W przypadku Katynia sprawców wskazano, ofiary uczczono, cmentarze zbudowano. W przypadku Wołynia do tego bardzo daleko.
I na koniec taka refleksja – nie da się do końca wypreparować tragicznych rocznic polskiej historii z kontekstu politycznego. Ważne jest to, by zachować proporcje, pilnować, by polityka całkowicie nie przesłoniła nam pamięci.
Stały wzrost liczby dorosłych konwertytów katolickich na Zachodzie w ciągu ostatnich pięciu lat trafił na pierwsze strony gazet i dał nadzieję wiernym. Nigdzie nie wywołało to większego poruszenia niż we Francji, najstarszej córce Kościoła. Naturalnie, największa uwaga skupia się na liczbach. Według Konferencji Biskupów Francji liczba dorosłych i nastoletnich konwertytów na katolicyzm utrzymywała się na stałym poziomie 4–5 tys. rocznie od początku XXI wieku. Krótko po pandemii COVID liczby te zaczęły systematycznie rosnąć: 5825 w 2022 r., 8416 w 2023 r., 12 340 w 2024 r., 17 788 w 2025 r., a wreszcie 21 386 na Wielkanoc 2026 r. — imponujący wzrost o 400%.
Chociaż liczby te robią wrażenie, konwertyci nadal są przytłoczeni ogromną liczbą osób odchodzących od Kościoła. Odsetek Francuzów identyfikujących się jako katolicy spadł z ponad 90% w latach 60. do zaledwie 30% dziś. W latach 70. ponad trzy czwarte francuskich niemowląt było chrzczonych w Kościele katolickim, w porównaniu do 50% w 1996 r. i zaledwie 25% w 2024 r. Podobne spadki dotyczą innych sakramentów, takich jak małżeństwo, bierzmowanie czy pierwsza Komunia Święta.Niemniej jednak ta fala konwersji jest niewątpliwie jednym z najbardziej niezwykłych trendów religijnych naszych czasów, a nawet wszech czasów. Nie jest przesadą nazywanie jej cudowną — wyraźnym znakiem łaski Bożej działającej w Jego Kościele w czasach bezprecedensowego kryzysu. Zgodnie z logiką nowoczesności po prostu „nie powinno” się to dziać.
Gdy przyjrzymy się głębiej motywacjom i duchowości tych konwersji, trend staje się jeszcze ciekawszy. Na początku tego roku Konferencja Biskupów Francji opublikowała ankietę wśród 1450 katechumenów z 60 (na 100) diecezji francuskich. Wynika z niej, że 58% konwertytów z 2026 r. to kobiety, a 42% mężczyźni. Są oni również bardzo młodzi — 80% poniżej 40. roku życia — i rozproszeni dość równomiernie po całym kraju, zarówno na obszarach wiejskich, jak i w dużych miastach. Wszystkie klasy społeczne są reprezentowane w miarę równomiernie, od klasy robotniczej po zawodową klasę średnią i wyższą.
Ankieta zadała pytanie: „Jaki był główny powód, dla którego poprosiłeś o chrzest?”. Najpopularniejsza odpowiedź (40%) brzmiała: „Doświadczyłem trudności (choroba, pogrzeb itp.), co rozpoczęło poszukiwanie sensu”. Kolejne miejsca zajęły: „Zacząłem zadawać pytania o religię katolicką” (34%), „Miałem silne doświadczenie duchowe” (32%) oraz „Odwiedziłem miejsce religijne i poruszyło mnie jego piękno” (23%).
Zaskakująco nisko na liście znalazła się bezpośrednia apostolska rola innej osoby, np. „świadectwo chrześcijańskie przyjaciela lub członka rodziny” (19%), „Ktoś bliski poprosił mnie o chrzest” (16%) czy „Śledziłem influencerów w mediach społecznościowych” (11%). Każda konwersja wymaga przede wszystkim łaski Ducha Świętego. Jednak konwersje na wiarę katolicką — zwłaszcza na dużą skalę — prawie zawsze dokonywały się za pośrednictwem ludzkich środków, np. misjonarzy kapłanów prowadzących bezpośrednią apostolską działalność wśród ludzi.
Fala konwersji nastąpiła praktycznie bez bezpośredniego udziału francuskiego kleru. Wydaje się, że Duch Święty działa w duszach poza tradycyjnymi ludzkimi kanałami. Kler ze swojej strony szybko przyznał, że miał bardzo mało wspólnego z przyciąganiem tych konwertytów. Autor raportu, arcybiskup Lyonu Olivier de Germay, wyjaśnił: „To zjawisko nadal nas zadziwia, ponieważ nie pretendujemy do posiadania jednej odpowiedzi, która by je wyjaśniła… Wielu młodych ludzi mówi mi, że odczuli ‘wewnętrzne powołanie’ lub mieli potężne ‘doświadczenie duchowe’, niespodziewane ‘spotkanie z Bogiem’. To tak, jakby postęp technologiczny nie spełnił swoich obietnic. Tworzy on wewnętrzną pustkę i prowadzi do wielkiego niezadowolenia”.
Głębokie niezadowolenie z fałszywych obietnic nowoczesności jest wspólnym wątkiem tych konwersji. Katechumeni odczuwają duchowe pragnienie katolicyzmu, ponieważ wiara katolicka nie jest już tak tabu jak kiedyś. Młodzi ludzie wychowani bez żadnego wychowania religijnego pukają do drzwi plebanii z otwartym umysłem i bez uprzedzeń. Arcybiskup uważa, że szukają „tożsamości, która nie jest identyfikacyjna” i widzą Kościół jako „solidną instytucję z głębokimi korzeniami, na której można polegać”. Wielu opisuje ten trend jako poszukiwanie sensu wśród młodzieży całkowicie oderwanej od korzeni. Pokolenie Z, z wysokim odsetkiem depresji i lęku, jest szczególnie przyciągane 2000-letnią historią, tradycjami i doktrynami Kościoła katolickiego.
Arcybiskup Reims Eric de Moulins-Beaufort zaobserwował, że „katechumeni opisują swoje poprzednie życie jako wypełnione smutkiem, poczuciem pustki i duszącym lękiem. Gdy spotkali Jezusa, odkryli nieskończoną miłość, którą byli kochani… odkrywają głęboki wewnętrzny pokój, który godzi ich z najpiękniejszymi aspektami ich życia. Najlepsze ze swoich doświadczeń przypisują Jezusowi, jakby zawsze ich prowadził i im towarzyszył”.Charles Mercier, profesor historii współczesnej na Uniwersytecie w Bordeaux, zauważa, że jeszcze około 20 lat temu nowi konwertyci zazwyczaj dołączali do bardziej charyzmatycznych ruchów w Kościele. Dziś są znacznie bardziej konserwatywni, a nawet tradycjonalistyczni, z „uznaniem dla liturgii i dość zdecydowanym trzymaniem się ortodoksyjnej doktryny”.
Ci młodzi ludzie szukają nie tylko solidnej doktryny i liturgii, ale także bardziej tradycyjnej duchowości. Od lat 60. progresiści w Kościele katolickim próbowali odrzucić tradycyjne katolickie praktyki duchowe i zastąpić je bardziej „społecznym” katolicyzmem. We Francji postacie takie jak kardynał Achille Liénart, arcybiskup Lille (tzw. „czerwony” kardynał), czy biskup Jacques Gaillot z Évreux reprezentowali ten modernistyczny nurt. Francja była także centrum kilku prądów progresywistycznych, takich jak Le Sillon czy ruch księży-robotników, które starały się stłumić tradycyjną katolicką duchowość.
„Wśród młodych ludzi, którzy dołączyli do Kościoła katolickiego jako dorośli, a także tych, którzy wychowali się jako katolicy, obserwujemy odrodzenie tradycyjnych nabożeństw — takich jak różaniec — które były nieco odsunięte na bok przez poprzednie pokolenia” — wyjaśnił Mercier w wywiadzie. „To nowe pokolenie odzyskuje praktyki, które kiedyś uważano za staromodne lub przestarzałe, czasem je dostosowując… Przykładem jest Najświętsze Serce, które stało się tematem filmu i stało się też elementem dekoracyjnym dostępnym w dużych sieciach handlowych”.
Papież Franciszek poświęcił swój pontyfikat apelowaniu o progresywne sprawy, takie jak ekologia, masowa imigracja czy Komunia dla rozwodników i cywilnie powtórnie żonatych. Pokolenie Z jest jednak przyciągane do procesji, pielgrzymek, kadzidła, łaciny i chorału gregoriańskiego. Znacznie częściej przyjmują Komunię na język, klęczą przez znaczną część Mszy lub noszą welon kapliczny, praktyki, które były zniechęcane po Soborze Watykańskim II. Roczna pielgrzymka Paryż–Chartres z Mszą łacińską w święto Zesłania Ducha Świętego np. urosła z zaledwie kilku tysięcy pielgrzymów w latach 90. do ponad 20 tys. w 2026 r., przy czym zdecydowana większość poniżej 30. roku życia.
Wzrasta też cześć dla relikwii. Liczba pielgrzymów do Świętej Tuniki z Argenteuil pod Paryżem wzrosła z 200 tys. w 2016 r. do prawie pół miliona w 2025 r.Konwertyci często przypisują ciepłe wspomnienie rodzica lub dziadka jako główny czynnik powrotu do wiary. Wielu wspomina, jak babcia wiernie zabierała ich do kościoła, uczyła się modlić i była wzorem chrześcijańskiej dobroci i miłości w rodzinie. Albo dziadek, który pielgrzymował do Lourdes i prowadził wieczorne modlitwy rodzinne.
Guillaume Cuchet, profesor historii na Sorbonie i autor książki La Religion des morts (Religia zmarłych), wskazuje, że po traumatycznym wydarzeniu życiowym — takim jak śmierć bliskiej osoby — niewierzący jest zmuszony zmierzyć się z głębszymi pytaniami i sensem życia.
Wielu odkrywa, że współczesny świat nie daje satysfakcjonujących odpowiedzi. Chociaż mniej niż 5% Francuzów uczestniczy we Mszy św. co niedzielę, 70% wybiera chrześcijański pogrzeb. W czasach choroby, cierpienia i zwłaszcza śmierci ludzie zwracają się ku religii — co jest wielką okazją dla Kościoła do ewangelizacji. Poszukiwanie korzeni, sensu, wspólnoty i tożsamości w katolicyzmie ma jeszcze jedną przyczynę: rosnącą islamizację Francji. Muzułmanie stanowią około 10% populacji i szybko rosną. W miastach z dużą populacją muzułmańską rdzenni Francuzi codziennie spotykają się z wezwaniami na islamską modlitwę na ulicach, kobietami w hidżabach, napastowaniem seksualnym francuskich kobiet, a nawet nieformalnymi zakazami sprzedaży wieprzowiny. Francuskie społeczeństwo i kultura są zagrożone całkowitym zniszczeniem przez obcą, „wspólnotową” religię. Świeckość, materializm i hiper-indywidualizm po prostu nie są w stanie oprzeć się religii, która podkreśla tożsamość grupową, doktrynalną pewność i bezwarunkowe poddanie. Wielu odpadłych chrześcijan szuka odpowiedzi i znajduje ją we francuskiej starożytnej wierze — katolicyzmie.W rezultacie natura francuskiego katolicyzmu się zmienia.
Przez ostatni wiek francuscy katolicy w większości wycofali się z życia publicznego w imię laïcité. Teraz ci młodzi konwertyci są dumni ze swojej wiary i coraz częściej dzielą się nią publicznie. „To fascynujące” — powiedział ks. Benoist de Sinety, proboszcz z Lille, opisując tegoroczną liturgię Środy Popielcowej. „W moich czasach zaraz po wyjściu z kościoła spieszyliśmy się, by zetrzeć krzyż z czoła, żeby nie zwracać na siebie uwagi; dziś młodzi ludzie go eksponują, robią sobie selfie i noszą go przez cały dzień”. Wierni, a zwłaszcza młodzi, chętnie pokazują, że rzeczywiście byli na Mszy tego dnia.
Zobaczymy, jak trwały będzie ten trend. Niemniej jednak już teraz wywiera on duży wpływ na francuski krajobraz religijny i zmienia sposób, w jaki francuscy katolicy postrzegają siebie i swoje miejsce w społeczeństwie. Biskup Nanterre Matthieu Rougé podsumowuje sytuację: „Przechodzimy od w przeważającej mierze katolickiej Francji do Francji charakteryzującej się znaczącą katolicką mniejszością”. W miarę jak prześladowania francuskich katolików rosną — zarówno ze strony islamu, jak i skrajnie lewicowych świeckich — żarliwość francuskich katolików z pewnością również wzrośnie.
Ci nowi konwertyci będą musieli zmierzyć się z Kościołem, który od pokoleń znajduje się w głębokim kryzysie. Jednak Bóg nie opuścił Kościoła ani jego najstarszej córki, Francji. Nadal działa w duszach, a katolicy mają wiele powodów, by mieć nadzieję, że ta działalność będzie tylko rosła.
Od ponad sześćdziesięciu lat Hawana oferuje światu jedno alibi za nędzę Kuby: El bloqueo – amerykańskie embargo. To znakomita wymówka za jej porażkę, ponieważ ciągle obwinia kraj oddalony o dziewięćdziesiąt mil.
Dowody jednak dowodzą czegoś przeciwnego. Hawana twierdzi, że amerykańskie embargo zagłodziło wyspę. Tymczasem Kuba, która handluje z połową planety, nie jest w stanie uruchomić czterech z pięciu swoich młynów zbożowych i nie może zapłacić za to, co kupuje.
Embargo zakazuje Amerykanom handlu z Kubą. Jest realne i boli. Jednak nie jest powodem, dla którego Kubańczycy ustawiają się w kolejkach po chleb, dlaczego prąd gaśnie na dwanaście godzin dziennie ani dlaczego od 2020 roku uciekło ponad milion ludzi.
Przyczyną ubóstwa Kuby jest system komunistyczny, który mierzy postęp nie w dolarach, lecz w kategoriach walki klas i równości. Gospodarki centralnie planowane, socjalistyczne nigdy nie będą działać tak jak wolny rynek. Zawsze będą funkcjonować jako mechanizm walki klas w celu zapewnienia równości.Kraj, który spadł po szczeblach drabiny ekonomicznej.
Zachodni obrońcy kubańskiego komunizmu opowiadają klasyczną historię o Kubie jako narodzie uciskanym, który w 1959 roku powstał przeciwko kapitalistycznym ciemiężycielom. W tamtym czasie Kuba nie była jednak głodującym narodem, lecz jednym z bogatszych społeczeństw Ameryki Łacińskiej – dochód na mieszkańca szacowano na około 80% powyżej średniej regionalnej.
Dziś ta wartość jest daleko poniżej średniej regionalnej – około 1082 dolarów na mieszkańca, czyli trzy dolary dziennie. Porównaj to ze średnią dla Ameryki Łacińskiej przekraczającą 10 000 dolarów.
Kuba dokonała rzadkiego wyczynu: spadła po ekonomicznej drabinie, podczas gdy wszyscy jej sąsiedzi wspinali się w górę. To spore osiągnięcie jak na system socjalistyczny, który obiecywał „masom” wolność od ucisku.Eksperyment, którego reżim nie jest w stanie wyjaśnić.
Alibi w postaci amerykańskiego embarga nie tłumaczy obecnej nędzy. Ekonomiści opracowali testy, które pomagają ustalić przyczynę. Stosując metodę syntetycznej kontroli, zbudowali to, co nazywają „syntetyczną Kubą” – wykres pokazujący ostro rozbieżne ścieżki: jak rozwijały się podobne gospodarki w regionie i jak faktycznie potoczyła się Kuba od 1959 roku.
Gdy badania te izolują embargo jako przyczynę różnicy, okazuje się, że spowodowało ono jedynie niewielki spadek. Badanie pokazujące spadek standardu życia na Kubie (praca Bastos–Geloso–Bologna Pavlik) szacuje udział embarga w kiepskich wynikach Kuby na około 3–8% i wnioskuje, że to rewolucja komunistyczna była głównym czynnikiem ubóstwa. Amerykańskie embargo nie zamknęło 80% kubańskich młynów zbożowych.
Gdyby embargo było przyczyną niedoborów na Kubie, braki powinny odpowiadać brakującym towarom mportowym. Zamiast tego odzwierciedlają one porażki kubańskich monopoli państwowych. Weźmy na przykład chleb. W 2024 roku państwowy konglomerat ogłosił niedobór „z powodu braku mąki”. Pszenica była dostępna, ale nie można jej było zmielić, ponieważ działał tylko jeden z pięciu młynów. Państwo po prostu nie było w stanie prowadzić własnych zakładów. Waszyngton nie prowadzi kubańskich młynów zbożowych.
Ten schemat powtarza się wszędzie. W porównaniu z 2019 rokiem krajowa produkcja wieprzowiny spadła o 90%, oleju kuchennego o 89%, nawozów o 96%, a cementu o 61%. Cukier, niegdyś serce gospodarki Kuby, runął z 8 milionów ton w 1989 roku do około 165 tysięcy ton w zbiorach 2024–2025 – tak słabo, że nawet przyjazne Chiny anulowały stałe zamówienie. Kuba rzeczywiście importuje cukier – co jest równoznaczne z tym, jakby Arabia Saudyjska importowała piasek.
To są upadki krajowej produkcji na kubańskiej ziemi, przy użyciu kubańskiej siły roboczej i komunistycznego zarządzania. Embargo nie uprawia trzciny cukrowej. Robi to państwo komunistyczne – i poniosło porażkę.Kuba może kupować od całego świata.
Jeszcze jeden niewygodny fakt dyskretnie rozwala całą komunistyczną narrację. Embargo to amerykańskie ograniczenie – nie może i nie zabrania reszcie planety handlowania z Kubą. Ponadto Kuba może swobodnie handlować z każdym innym krajem – Hiszpanią, Chinami, Brazylią, Kanadą, Niemcami i ponad setką innych partnerów. Nawet Stany Zjednoczone, które zezwalają na sprzedaż żywności za gotówkę, wysłały na Kubę towary warte około 811 milionów dolarów w 2025 roku, stając się jednym z jej głównych dostawców.
Jeśli Kuba może kupować od połowy świata, w tym od swojego wroga, to dlaczego ciągle cierpi na chroniczne braki wszystkiego? Ponieważ nie może zapłacić. Nie ma pieniędzy, bo jej system komunistyczny nie produkuje towarów na eksport – promuje tylko walkę klas.
Wartość jej eksportu spadła do około 1,47 miliarda dolarów – blisko historycznych minimów. Kraj, który nie produkuje niczego, co da się sprzedać, nie może importować, niezależnie od tego, jak otwarte są półki świata. Jak udokumentował profesor emeritus ekonomii i studiów latynoamerykańskich Carmelo Mesa-Lago, spadek eksportu Kuby wynika ze „czynników strukturalnych, głównie nieefektywnego systemu gospodarczego” – wyraźnie nie z embarga.Świadkowie mieszkają w Hawanie.
Nawet niezależni kubańscy ekonomiści, którzy nie darzą Waszyngtonu sympatią, przyznają ten niewygodny fakt. W październiku 2025 roku ośmiu najbardziej szanowanych kubańskich ekonomistów stwierdziło, że sankcje szkodzą, ale „nie są fundamentalną przyczyną” obecnego kryzysu, wskazując zamiast tego na „własny system polityczny i gospodarczy wyspy”. Nawet Association for the Study of the Cuban Economy rankinguje winnych w kolejności: socjalistyczne centralne planowanie na pierwszym miejscu, upadek ZSRR na drugim, a embargo dopiero na trzecim.Alibi ma do wykonania swoją pracę. Dlatego reżim tak zazdrośnie strzeże wymówki w postaci embarga (kłamstwa). Nawet upiększa swoje twierdzenia, stwierdzając, że PKB wzrósłby inaczej o 9,2%. Jak sucho zauważył briefing Parlamentu Europejskiego, rząd zaczął politycznie polegać na amerykańskim embargu, które dostarczało „wizerunek wroga” do mobilizacji społeczeństwa. Blokada nie jest jedynie alibi, którego reżim używa – jest aktywem, którego nie może sobie pozwolić stracić, ponieważ wzmacnia narrację walki klas.
Werdykt
Nic z tego nie czyni embarga bezbolesnym – lewica nazywa je okrutnym i kontrproduktywnym. Jednak dowody ujawniają prawdziwego winowajcę kryzysu. Kuba była zamożna i sama się zubożyła. Może handlować z całym światem, ale nie jest w stanie produkować niczego, co by ten handel utrzymało. Jej właśni ekonomiści oskarżają komunistyczny reżim o spowodowanie problemu, za który obwinia się USA. Embargo to wymówka. Komunizm jest przyczyną.
Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia” 30 lipca 2026 michalkiewicz
Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło. Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.
Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swirydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów. Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje.
Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii już niczemu się nie sprzeciwiają. No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.
Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz.
Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”. Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze? Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą. „My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli” – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego.
Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa. To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać.
A jak nie doczeka, to co z ni będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści. Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie.
Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji. Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka.
Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić. Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.
I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim – do oszczędności na zbędnych – jak się okazuje – wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.
Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jol;anty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy. A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.
Kijów, 1 stycznia 2018 r.: Ukraińcy świętują 109. urodziny Stepana Bandery
Opinia Uwe Froschauera
Europa uznała walkę z prawicowym ekstremizmem za jeden ze swoich najważniejszych celów politycznych. Prawie żaden trend społeczny nie jest zwalczany tak stanowczo, jak nacjonalizm, antysemityzm i gloryfikacja ideologii faszystowskich. Politycy regularnie powołują się na historyczną odpowiedzialność Europy i podkreślają, że zbrodnie narodowego socjalizmu nigdy nie mogą się powtórzyć.
Jak zatem możliwe, że te same rządy przez lata udzielały politycznego, finansowego i militarnego wsparcia państwu, w którym Stepan Bandera – jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci II wojny światowej – jest czczony jako bohater narodowy przez część społeczeństwa i establishment polityczny? Ulice, pomniki i uroczystości upamiętniające czczą człowieka, którego imię poza Ukrainą kojarzy się przede wszystkim z nacjonalizmem etnicznym i zbrodniami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA).
Ta polityka pamięci od lat spotyka się z ostrą krytyką, szczególnie w Polsce. Masakry polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej są tam uważane za jeden z najciemniejszych rozdziałów II wojny światowej.
Niemniej jednak, kult Bandery na Ukrainie rzadko jest tematem dyskusji wielu zachodnich rządów.
Jak pogodzić fakt, że Europa stanowczo potępia wszelkie formy gloryfikacji ideologii narodowosocjalistycznej w swoich granicach, a jednocześnie nie okazuje krytyki, gdy silnie wspierane państwo partnerskie oddaje hołd postaciom, których rola historyczna budzi poważne kontrowersje na arenie międzynarodowej? Niniejszy artykuł zgłębia tę kwestię.
Stepan Bandera – Historia mitu
Aby zrozumieć, dlaczego Stepan Bandera jest nadal czczony w wielu częściach Ukrainy, a jednocześnie uważany za symbol radykalnego nacjonalizmu w wielu innych krajach, należy poznać jego historię życia. Charakteryzuje ją dążenie do niepodległego państwa ukraińskiego, ale także polityczne sojusze i decyzje, które budzą wiele wątpliwości.
Stepan Bandera urodził się 1 stycznia 1909 roku we wsi Staryj Uhryniw w Galicji, należącej wówczas do Austro-Węgier. Dorastał w czasach, gdy Ukraina była podzielona między różne mocarstwa. Po zakończeniu I wojny światowej jego ojczyzna przypadła Polsce. Wielu ukraińskich nacjonalistów postrzegało polskie rządy jako obcą dominację i walczyło o własne państwo.
Już jako młody człowiek Bandera wstąpił do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). OUN dążyła do utworzenia niepodległego ukraińskiego państwa narodowego. Opowiadała się za radykalnym nacjonalizmem, odrzucającym zasady demokratyczne i uznającym walkę zbrojną za legalny środek osiągania celów politycznych. Bandera szybko zyskał wpływy w organizacji. W 1940 roku OUN podzieliła się na dwie frakcje: bardziej umiarkowane skrzydło pod przywództwem Andrija Melnyka (OUN-M) i bardziej radykalne skrzydło pod przywództwem Stepana Bandery (OUN-B).
Wraz z niemieckim atakiem na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku, wielu ukraińskich nacjonalistów dostrzegło szansę na obalenie sowieckiej władzy i utworzenie własnego państwa. Część OUN początkowo współpracowała z Rzeszą Niemiecką, licząc na poparcie Niemiec dla powstania niepodległego państwa ukraińskiego. 30 czerwca 1941 roku zwolennicy Bandery proklamowali we Lwowie „niepodległe państwo ukraińskie„.
Nadzieja ta jednak się nie spełniła. Władze nazistowskie realizowały własne plany wobec terenów okupowanych i odrzucały ideę suwerennego państwa ukraińskiego. Bandera odmówił wycofania deklaracji niepodległości. W rezultacie został aresztowany przez władze niemieckie w lipcu 1941 roku, a następnie osadzony w specjalnym oddziale dla prominentnych więźniów w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Przebywał tam do jesieni 1944 roku, kiedy to został zwolniony z powodu pogarszającej się sytuacji wojennej.
Podczas internowania Bandery struktury ukształtowane przez jego skrzydło OUN nadal się rozwijały. Z tego środowiska wyłoniła się Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), która walczyła zarówno z okupantem niemieckim, jak i wojskami radzieckimi, ale jej uwaga coraz bardziej przesuwała się w kierunku walki ze Związkiem Radzieckim.
Do najciemniejszych rozdziałów tego okresu należą masakry polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943 i 1944. Historycy przypisują kluczową rolę w tych zbrodniach oddziałom UPA i członkom OUN. Szacunki liczby ofiar wahają się – w zależności od źródła – od kilkudziesięciu tysięcy do ponad 100 tysięcy, głównie polskich cywilów. Polska oficjalnie uznaje te wydarzenia za ludobójstwo. Badania historyczne przedstawiają rozbieżne opinie na temat dokładnej osobistej odpowiedzialności Stepana Bandery. Nie ulega jednak wątpliwości, że zbrodnie te miały miejsce w kontekście ruchu nacjonalistycznego ukształtowanego przez jego frakcję i nadal napinają stosunki między Polską a Ukrainą.
Po zakończeniu II wojny światowej Bandera przebywał na emigracji w Monachium. Rozwijająca się zimna wojna nadała ukraińskiemu nacjonalizmowi nowe znaczenie geopolityczne. Zachodnie agencje wywiadowcze, zwłaszcza brytyjskie i amerykańskie, utrzymywały kontakty z różnymi ukraińskimi grupami emigracyjnymi i wspierały niektóre sieci antykomunistyczne w walce ze Związkiem Radzieckim. Środowisko Bandery również odegrało w tych kontekstach pewną rolę.
15 października 1959 roku Stepan Bandera został zamordowany przed swoim monachijskim budynkiem mieszkalnym przez agenta KGB Bohdana Staszyńskiego, używając specjalnie skonstruowanej broni trującej. Jego śmierć ugruntowała jego status męczennika dla wielu ukraińskich nacjonalistów. Do dziś Bandera jest czczony przez część społeczeństwa ukraińskiego jako symbol walki o niepodległość, podczas gdy inni postrzegają go jako przedstawiciela radykalnego nacjonalizmu, którego ruch polityczny był powiązany z poważnymi zbrodniami wojennymi. Te sprzeczne interpretacje stanowią tło dla trwających kontrowersji wokół jego spuścizny.
Od nacjonalisty do ikony – kult Bandery we współczesnej Ukrainie
Życie Stepana Bandery zakończyło się w 1959 roku, ale nie jego wpływy polityczne. Po upadku Związku Radzieckiego, a zwłaszcza po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, Bandera stawał się coraz bardziej symbolem walki o niepodległość dla części ukraińskiego społeczeństwa. Jednocześnie, poza Ukrainą, narastała krytyka, że jego cześć często pomijała rozdziały łączące jego ruch polityczny z poważnymi zbrodniami popełnionymi w czasie II wojny światowej.
Szczególnie na zachodniej Ukrainie rozpoczęła się systematyczna rewaluacja Bandery i innych czołowych postaci Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Imieniem Bandery nazwano liczne ulice, place i instytucje publiczne. W wielu miastach wzniesiono pomniki i popiersia, a istniejące miejsca pamięci odrestaurowano lub rozbudowano. Każdy, kto podróżuje przez takie miasta jak Lwów czy Iwano-Frankiwsk, zetknie się z nazwiskiem Bandera w wielu aspektach życia publicznego.
Co roku 1 stycznia, w dniu urodzin Stepana Bandery, w różnych ukraińskich miastach odbywają się uroczystości upamiętniające. Politycy, przedstawiciele władz regionalnych, stowarzyszenia weteranów i zwolennicy organizacji nacjonalistycznych regularnie gromadzą się pod pomnikiem Bandery we Lwowie. Składane są wieńce, wygłaszane są przemówienia, a Bandera jest czczony jako symbol ukraińskiej walki o niepodległość. Oficjalne uroczystości upamiętniające odbyły się również w jego 117. rocznicę urodzin, 1 stycznia 2026 roku.
Kult Bandery nie ogranicza się jedynie do symbolicznego święta. Wizyta ówczesnego ambasadora Ukrainy w Niemczech, Andrija Melnyka, na grobie Stepana Bandery na monachijskim cmentarzu Waldfriedhof w 2015 roku miała również charakter symboliczny. Tam złożył on kwiaty, a następnie publicznie nazwał Banderę „naszym bohaterem”. Jednak podczas wojny na Ukrainie w 2022 roku Melnyk ponownie stał się przedmiotem szerokiej debaty – nie z powodu kolejnej wizyty na grobie, ale dlatego, że w wywiadach, zwłaszcza dla Junga i Naiva, bronił Bandery jako bojownika o wolność i zaprzeczał lub relatywizował historyczne oskarżenia pod jego adresem.
Moim zdaniem jest to gloryfikacja postaci historycznej, której środowisko polityczne wiązało się z nacjonalizmem etnicznym i poważnymi zbrodniami wojennymi.
Ponadto, liczne ulice, place i instytucje publiczne noszą jego imię. W ramach tzw. dekomunizacji po 2014 roku zmieniono nazwy tysięcy ulic i placów, usunięto radzieckie pomniki, a liczne postacie ukraińskiego nacjonalizmu zostały wyraźniej włączone do publicznej narracji historycznej. Zwolennicy postrzegają to jako zerwanie z sowiecką przeszłością i wzmocnienie niezależnej tożsamości narodowej. Ja jednak oskarżam osoby odpowiedzialne o relatywizację lub celowe ignorowanie ciemnych stron niektórych postaci historycznych.
Ta polityka pamięci nie jest skierowana wyłącznie do dorosłych. Kształtuje ona również publiczne rozumienie historii wśród młodszych pokoleń. Publiczne uroczystości upamiętniające, zajęcia szkolne i organizacje młodzieżowe w wielu miejscach utrwalają wizerunek Bandery jako bohatera narodowego i bojownika o wolność. Krytyczna analiza zbrodni przypisywanych przez historyków członkom OUN i UPA schodzi na dalszy plan.
Członkowie ukraińskich sił zbrojnych również w przeszłości publicznie identyfikowali się z Banderą. Zdjęcia i posty w mediach społecznościowych przedstawiające wysoko postawionych żołnierzy lub jednostki przed portretami Bandery lub symbolami z nim związanymi wielokrotnie spotykały się z międzynarodową krytyką. Takie wizerunki wzmacniają wrażenie, że Bandera jest nie tylko postrzegany jako postać historyczna, ale do dziś pozostaje symbolem definiującym tożsamość części ukraińskiego państwa i aparatu bezpieczeństwa.
Bandera nie jest jedyną postacią uhonorowaną w ten sposób. Roman Szuchewycz, jeden z czołowych dowódców UPA, ma również liczne ulice, pomniki i instytucje publiczne nazwane jego imieniem. Dla wielu Ukraińców Bandera i Szuchewycz uosabiają trwającą dekady walkę z władzą sowiecką.
Jednak dla Polaków i wielu historyków ich nazwiska są nierozerwalnie związane z masakrami polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej – jedną z najcięższych zbrodni II wojny światowej w Europie Wschodniej.
Ta kontrastująca kultura pamięci jasno pokazuje, dlaczego kult Bandery pozostaje przedmiotem kontrowersyjnej debaty daleko poza granicami Ukrainy. Podczas gdy jego zwolennicy czczą go jako bojownika o wolność, jego krytycy uważają, że honorowanie Bandery i innych przywódców OUN i UPA przez państwo jest problematyczną gloryfikacją postaci historycznych, których środowisko polityczne wiązało się z poważnymi zbrodniami.
Krytyka ze strony Polski jest szczególnie ostra. Zbrodnie UPA przeciwko ludności polskiej są tam uznawane za udokumentowane historycznie i oficjalnie klasyfikowane jako ludobójstwo. Polskie rządy – niezależnie od orientacji politycznej – wielokrotnie krytykowały utrzymującą się cześć dla Bandery i innych przywódców OUN i UPA. Warszawa od lat domaga się kompleksowego śledztwa historycznego oraz nieograniczonego prawa do ekshumacji i godnego pochówku ofiar masakr. Nowe honory lub nazwy ulic na Ukrainie wielokrotnie prowadzą do napięć dyplomatycznych między oboma krajami.
Znamienne jest, że krytyka ta nie pochodzi z Rosji, demonizowanej przez „Zachód oparty na wartościach”, lecz od jednego z najbliższych sojuszników Ukrainy w Europie. Polska należy do najwierniejszych sojuszników Kijowa – militarnie, finansowo i politycznie – od początku rosyjskiej wojny agresji. Tym bardziej niezrozumiały jest zatem fakt, że honoruje się osoby uważane w Polsce za współwinne jednej z najcięższych zbrodni przeciwko własnej ludności cywilnej.
Tu właśnie zaczyna się prawdziwe pytanie polityczne. Skoro rządy europejskie słusznie i zdecydowanie odrzucają wszelkie formy gloryfikacji ideologii narodowosocjalistycznej i faszystowskiej we własnych krajach, to dlaczego wciąż trwający kult Stepana Bandery na Ukrainie tak rzadko jest przedmiotem publicznej krytyki? To pytanie prowadzi bezpośrednio do następnej sekcji.
Cisza Europy – Kiedy wartości nagle stają się względne
Kult Stepana Bandery i innych czołowych przedstawicieli OUN i UPA nie jest już wyłącznie sprawą Ukrainy. Odkąd Unia Europejska zaczęła udzielać Ukrainie bezprecedensowego wsparcia politycznego, finansowego i wojskowego, oferując jej jednocześnie perspektywę akcesji, nieuchronnie pojawia się pytanie, jak Europa radzi sobie z tym aspektem ukraińskiej polityki pamięci.
Niedawny spór między Polską a Ukrainą pokazuje, że nie jest to bynajmniej jedynie historyczny przypis. Po tym, jak prezydent Zełenski pod koniec maja 2026 roku nadał elitarnej jednostce imię „bohaterów UPA”, polski rząd słusznie zareagował ostrą krytyką. Warszawa nazwała to prowokacją wobec kraju, którego ludność poniosła dziesiątki tysięcy ofiar z rąk UPA podczas II wojny światowej. Parlament Europejski również wyraził ubolewanie, określając tę decyzję jako „niepotrzebną i niesprowokowaną eskalację”. Jednak to ubolewanie było wszystkim, co nastąpiło później. Decyzja ta nie miała żadnych dostrzegalnych konsekwencji politycznych dla procesu akcesyjnego Ukrainy do UE ani nie wywołała fundamentalnej debaty na temat ukraińskiej polityki pamięci.
Ta reakcja wydaje mi się bardzo dziwna. Unia Europejska postrzega siebie jako wspólnotę wartości – pojęcie, które coraz bardziej umyka mi, jako bezwarunkowemu pacyfiście, z powodu wojowniczych poglądów czołowych postaci UE. UE żąda od kandydatów do członkostwa poszanowania demokracji, praworządności i praw człowieka oraz zdecydowanie sprzeciwia się wszelkim formom gloryfikacji ideologii narodowosocjalistycznej. Tym bardziej hipokrytyczne jest zatem to, że chociaż ciągły kult postaci historycznych, takich jak Stepan Bandera i Roman Szuchewycz, jest okazjonalnie krytykowany, krytyka ta jak dotąd nie przyniosła praktycznie żadnych konsekwencji politycznych.
Rodzi to fundamentalne pytanie: czy Unia Europejska zareagowałaby w ten sam sposób, gdyby państwo członkowskie nadało jednostce wojskowej nazwę organizacji kojarzonej z poważnymi zbrodniami wojennymi? Czy wystarczyłby sam żal, czy też pociągnęłoby to za sobą poważne reperkusje polityczne?
Unia Europejska wielokrotnie podkreślała w przeszłości, że gloryfikowanie reżimów totalitarnych i ich przedstawicieli jest niezgodne z fundamentalnymi wartościami europejskimi. Na przykład, honory nadawane postaciom reżimu ustaszy na Bałkanach Zachodnich były wielokrotnie przedmiotem debat politycznych i dochodzeń parlamentarnych na szczeblu europejskim. W związku z tym nasuwa się pytanie, dlaczego honorowanie przywódców OUN i UPA na Ukrainie jak dotąd pozostawało w dużej mierze bez porównywalnych konsekwencji politycznych.
Moim zdaniem Unia Europejska stosuje w tej kwestii podwójne standardy. Te same działania, które gdzie indziej spotkałyby się z ostrym potępieniem, w przypadku Ukrainy są traktowane pobłażliwie. Uważam to za hipokryzję. Standardy historyczne nie są stosowane niezależnie od bieżących interesów politycznych. Nie da się zaprzeczyć, że debata wokół kultu Bandery wykracza daleko poza dyskusję czysto historyczną. Dotyka ona wiarygodności wartości, do których Unia Europejska wielokrotnie się odwołuje.
Ta powściągliwość jest widoczna nie tylko w instytucjach Unii Europejskiej, ale także w zachowaniu wielu europejskich szefów rządów. Podczas gdy w ich własnych krajach jakiekolwiek skojarzenie z symbolami skrajnej prawicy lub postaciami historycznymi narodowego socjalizmu regularnie prowadzi do zażartych debat politycznych, kult Bandery praktycznie nie odgrywa żadnej roli w relacjach czołowych zachodnich polityków na Ukrainie.
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz, wraz z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen i ówczesnym premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem, należy do najgorętszych zwolenników politycznych Ukrainy. Miliardy dolarów pomocy, rozległe dostawy broni finansowane z pieniędzy podatników i pożyczek, demonstracyjne wizyty solidarnościowe i wyraźne poparcie dla przyszłego członkostwa w UE od lat charakteryzują politykę europejską wobec Ukrainy, przedłużając tym samym wojnę. Utrzymujący się kult Stepana Bandery i innych czołowych przedstawicieli OUN i UPA jest w najlepszym razie traktowany marginalnie.
Ten kontrast jest rażący. Czy porównywalna forma polityki pamięci, sterowanej przez państwo, byłaby traktowana z taką samą powściągliwością w państwie członkowskim Unii Europejskiej? Czy też pociągałaby za sobą konsekwencje polityczne? Różne podejścia do porównywalnych symboli historycznych pokazują, że standardy moralne nie są stosowane niezależnie od bieżących interesów geopolitycznych.
Było to szczególnie widoczne 14 lipca 2026 roku, w dniu francuskiego święta narodowego, kiedy prezydent Zełenski został przyjęty jako gość honorowy w Paryżu. Takie gesty podkreślają bliską współpracę polityczną między Ukrainą a jej europejskimi zwolennikami. Poważnie zastanawiam się, dlaczego ukraińska pamięć historyczna o Stepanie Banderze i UPA odgrywa tak nikłą rolę w dialogu politycznym. Gdyby tak było, szef rządu reżimu o wpływach faszystowskich, taki jak Wołodymyr Zełenski, nie zostałby zaproszony na uroczystości takie jak francuski Dzień Bastylii.
W Niemczech samo pojawienie się kilku symboli lub flag skrajnej prawicy na demonstracji często wystarcza, aby znacząco wpłynąć na debatę publiczną. Media obszernie relacjonują takie incydenty, politycy je stanowczo potępiają, w wyniku czego rzeczywisty przekaz wydarzenia jest zazwyczaj przyćmiewany przez media, a co za tym idzie, przez znaczną część społeczeństwa.
Na przykład, szeroko relacjonowano pojawienie się osób eksponujących symbole skrajnie prawicowe na wiecach ruchu pokojowego i protestach przeciwko obostrzeniom związanym z COVID-19. Niezależnie od tego, jak bardzo osoby te były reprezentatywne dla poszczególnych demonstracji, w polityce i mediach panowała powszechna zgoda co do tego, że jakakolwiek forma gloryfikacji lub trywializacji symboliki skrajnie prawicowej musi zostać stanowczo odrzucona.
Dlatego moim zdaniem podejście do ukraińskiej polityki pamięci jest sprzeczne. Podczas gdy w Niemczech nawet pojedyncze symbole skrajnej prawicy spotykają się z ostrą krytyką publiczną, państwowe upamiętnienie postaci historycznych, takich jak Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz, rzadko staje się centralnym tematem dialogu politycznego z Ukrainą.
Nasuwa mi się pytanie, czy w tym przypadku stosuje się inne standardy. Skoro symbolika historyczna jest słusznie traktowana z wrażliwością we własnym kraju, to ta sama wrażliwość powinna być stosowana wobec bliskiego partnera politycznego.
Jak wiarygodne są wartości Europy?
Sednem tego artykułu nie jest historyczna ocena Stepana Bandery. Nie chodzi też o sprowadzenie złożonej historii Ukrainy do jednej postaci. Prawdziwe pytanie brzmi raczej: czy system wartości Unii Europejskiej obowiązuje bez wyjątku – czy też jego stosowanie zależy od tego, czy jest się politycznym sojusznikiem, czy przeciwnikiem?
Ci, którzy słusznie potępiają antysemityzm, narodowy socjalizm i gloryfikację ideologii faszystowskich, muszą to czynić bez wyjątku. Te same standardy moralne muszą obowiązywać zarówno przyjaciół, jak i przeciwników. W przeciwnym razie tracą one swój uniwersalny charakter i stają się jedynie narzędziami politycznymi.
Dlatego o ukraińskiej polityce pamięci należy rozmawiać otwarcie i szczerze. Polska – jeden z krajów, które najsilniej wspierały Ukrainę od początku wojny – od lat wskazuje na zbrodnie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej oraz ostro krytykuje ciągłą cześć dla Stepana Bandery i innych przywódców OUN i UPA. Niemniej jednak kwestia ta pozostaje marginalna w dialogu politycznym między Unią Europejską a Ukrainą.
Historii nie da się zmienić. Można jednak zmienić sposób, w jaki sobie z nią radzimy. Ci, którzy ukrywają, relatywizują lub oceniają zbrodnie historyczne w różny sposób w zależności od swoich interesów politycznych, podważają wiarygodność wartości, na które sami się powołują.
To właśnie tutaj rozstrzyga się wiarygodność wspólnoty wartości. Prawdziwym testem wartości nie jest to, jak traktujemy naszych przeciwników politycznych – łatwo tu o moralne oburzenie. Chodzi raczej o to, jak traktujemy naszych sojuszników. Albo te same standardy obowiązują przyjaciół i wrogów – albo nie są to wartości uniwersalne.
Ci, którzy hojnie ignorują historyczną gloryfikację wśród przyjaciół, a jednocześnie ostro potępiają te same praktyki wśród przeciwników politycznych, stosują podwójne standardy. Wtedy nie chodzi już o wartości, ale o polityczną doraźność.
Wspólnota wartości może być wiarygodna tylko wtedy, gdy jej standardy obowiązują niezależnie od interesów politycznych. Wiarygodności nie zdobywa się poprzez pięknie brzmiące deklaracje, lecz poprzez konsekwentne działanie – zwłaszcza gdy staje się ono niewygodne dla własnych sojuszników.
+++
Notatki i źródła
Moja książka „ Podróż do Jaźni ” ukazała się 2 lipca 2026 roku. Zawarte w niej teksty zachęcają czytelników do kwestionowania znanych schematów myślenia i działania bez tworzenia nowych dogmatów. Łączą one w sobie spostrzeżenia z filozofii, duchowości, psychologii i doświadczenia życiowego, tworząc przystępną i bliską refleksję nad tym, co znaczy być człowiekiem. Tematy takie jak autorefleksja, siła chwili obecnej, dawanie i branie, wdzięczność, miłość, tolerancja, rozwój osobisty i radzenie sobie z wyzwaniami życiowymi stanowią kamienie milowe tej podróży.
Możesz pomyśleć, że to głupie lub nieistotne pytanie, skoro właśnie pojawiły się informacje o tym, że Iran przeprowadził kilka ataków na bazy amerykańskie w Zatoce Perskiej i Jordanii, ale uwierz mi, to bardzo istotne pytanie. (Uwaga: o militarnych konsekwencjach dzisiejszych ataków napiszę w poście w środę).
Krótka odpowiedź na postawione powyżej pytanie brzmi, że rafineria kwaśnej ropy naftowej jest zbudowana wokół jednego dominującego problemu, którego rafineria słodkiej ropy jest w dużej mierze unika – siarki – i prawie każda różnica w sprzęcie z tego wynika.
Ale tak naprawdę działają tu dwie zmienne, które zazwyczaj są mylone: zawartość siarki (ropa słodka vs. kwaśna) oraz gęstość (ropa lekka vs. ciężka). W praktyce są one skorelowane – większość kwaśnych rop jest również ciężka (Arabian Heavy, Ural, rozcieńczalnik kanadyjski, wenezuelski), większość słodkich rop jest lżejsza (WTI, Brent, Bonny Light, amerykański łupek) – więc „kwaśna rafineria” w praktyce jest zazwyczaj również „rafinerią ciężką”, a warto rozróżnić te dwie osie, ponieważ napędzają one inny sprzęt.
Kwaśna oznacza wysoką zawartość siarki (około >0,5%, a gatunki z Zatoki Perskiej zawierają 1,5–4%+). Siarka stanowi problem z dwóch powodów: jest zanieczyszczeniem, które trzeba usunąć, aby uzyskać paliwo zgodne ze specyfikacją i nadające się do sprzedaży, oraz powoduje korozję samej instalacji. Zatem rafineria kwaśna jest definiowana przez cztery systemy hydro-przetwarzania i przetwarzania siarki, które nie występują w tej samej skali w rafinerii słodkiej. Mam na myśli następujące:
Hydrorafinatory i wiele możliwości hydrorafinacji — jednostki, które łączą wsad z wodorem nad katalizatorem, aby przekształcić siarkę w siarkowodór (H₂S), który można następnie usunąć. Każda główna frakcja (benzyna naftowa, nafta, olej napędowy, olej napędowy) wymaga osobnego oczyszczania.
Źródło wodoru na dużą skalę. Całe to hydrorafinowanie (i hydrokraking) zużywa ogromne ilości wodoru, dlatego rafineria kwaśna/ciężka zazwyczaj wykorzystuje specjalny parowy reformer metanu do produkcji wodoru. Prosta rafineria słodowa często może przetrwać dzięki wodorom wydzielanym jako produkt uboczny reformera katalitycznego.
Jednostki aminowe + jednostka odzysku siarki (proces Clausa) + oczyszczanie gazów resztkowych. To jest proces końcowy, który pobiera oddzielony H₂S i przekształca go w siarkę elementarną przeznaczoną do sprzedaży. Rafineria słodkiej siarki może mieć token SRU; blok siarkowy rafinerii kwaśnej siarki jest główną, kapitałochłonną częścią zakładu. Duża rafineria w Zatoce Perskiej może produkować tysiące ton siarki dziennie jako produkt uboczny.
Metalurgia. Ponieważ H₂S i kwasy organiczne atakują stal węglową – poprzez siarczkowanie, a w obecności wodoru, pękanie pod wpływem wodoru i atak wodoru w wysokiej temperaturze – rafinerie kwaśne budowane są z wykorzystaniem ulepszonych rozwiązań metalurgicznych : powłok ze stali nierdzewnej i stopu chromowo-molibdenowego w górnej części jednostki surowej, w obiegach hydrorafinacji i sekcjach gorących. Ta zawartość stopu jest głównym powodem, dla którego budowa rafinerii kwaśnych jest droższa, nawet bez uwzględnienia dodatkowych jednostek.
Czy rozumiesz, o co mi chodzi? Pozwól, że wyjaśnię, dlaczego ta asymetria między rafineriami ropy kwaśnej a rafineriami ropy słodkiej ma strategiczne znaczenie – te dwa typy zakładów nie są zamienne, a koszty przejścia idą głównie w jednym kierunku.
Rafineria skonfigurowana i zoptymalizowana pod kątem konkretnej, kwaśnej/ciężkiej ropy (np. Urals, Arabian Heavy lub Wenezuela/Kanada) nie może swobodnie przestawić się na inną ropę bez uzysku i strat ekonomicznych – jej koksownik, bilans wodoru i rozmiary hydrorafinatora zostały dostosowane do tego surowca. Właśnie dlatego zmiany tras dla zatwierdzonej ropy są problematyczne: indyjskie i chińskie rafinerie, które skorzystały z przecenionej ropy Urals, lub apetyt chińskich producentów z Zatoki Perskiej na ciężką, kwaśną ropę, odzwierciedlają zakłady zbudowane pod kątem tej analizy, a nie celowe działania oportunistyczne.
Złożona rafineria kwaśna może przetwarzać ropę słodką (jest do tego przebudowana, więc jej drogie jednostki są po prostu niewykorzystane – nieefektywne, ale wykonalne). Prosta rafineria kwaśna generalnie nie jest w stanie przetwarzać ropy kwaśnej – brakuje jej procesów hydrorafinacji, wodoru, odzysku siarki i metalurgii, aby w ogóle sobie z nią poradzić. Ta jednokierunkowa elastyczność jest powodem, dla którego globalne zdolności przetwórcze ropy kwaśnej/ciężkiej stanowią prawdziwe ograniczenie i dlaczego utrata konkretnej, złożonej rafinerii (lub konkretnego źródła ropy ciężkiej, na którym została zbudowana) nie może zostać szybko uzupełniona gdzie indziej.
Kiedy więc widzimy, jak USA lub Iran atakują konkretną rafinerię lub jak gatunek ropy naftowej zostaje zdjęty z rynku, pytanie, które decyduje o rzeczywistym wpływie na podaż, nie dotyczy liczby baryłek za baryłkę, ale tego, która konfiguracja została zaatakowana i czy wyparta ropa ma gdzie indziej trafić, gdzie faktycznie ją wytworzono.
Milion baryłek ropy Arabian Heavy, która utknęła w martwym punkcie z powodu zakłóceń na Ormuzie, nie może zostać wchłonięty przez proste, słodkie rafinerie stojące bezczynnie w innym regionie; wymaga to konkretnych, głębokich mocy przerobowych, a te moce są skoncentrowane, kosztowne i powolne w budowie.
Podstawową asymetrią jest to, że ropa naftowa wydobywana z Zatoki Perskiej jest w przeważającej mierze ciężka i kwaśna, a do jej przetworzenia wybudowano tylko cztery skupiska rafinerii rozmieszczone geograficznie. Są to:
Jamnagar firmy Reliance (Gudżarat, ~1,4 mbpd w dwóch rafineriach) to najważniejszy węzeł — to jedna z najbardziej złożonych rafinerii na świecie, zbudowana specjalnie w celu przetwarzania taniej, ciężkiej kwaśnej ropy z dowolnego miejsca i rozdzielania pozostałości na czyste produkty.
Chińskie megarafinerie i czajniczki w prowincji Szantung to drugi wielki problem. Najnowocześniejsze kompleksy (Rongsheng/ZPC w Zhoushan, Hengli w Dalian) oraz niezależny klaster czajniczków w prowincji Szantung są skonfigurowane do produkcji ciężkiej ropy kwaśnej i są wyznaczonym miejscem przechowywania baryłek objętych sankcjami – irańskiej ropy ciężkiej, wenezuelskiego Merey i rosyjskiej ropy ESPO/Ural po obniżonej cenie. To właśnie ten kierunek sprawia, że eksport irańskiej ropy jest w ogóle opłacalny, a jego eksploatacja w regionie Ormuz i Malakka jest narażona na ryzyko.
Azja Północno-Wschodnia – Korea Południowa (SK, GS Caltex, S-Oil) i w mniejszym stopniu Japonia – prowadzą zakłady o wysokiej złożoności, stale zasilane kwaśną ropą z Zatoki Perskiej (historycznie w dużej mierze saudyjską, kuwejcką i irańską przed nałożeniem sankcji). Są to jedne z najbardziej zależnych od Ormuzu rafinerii na świecie, z praktycznie zerowym udziałem krajowej ropy i ograniczonymi możliwościami szybkiej wymiany surowca.
Wybrzeże Zatoki Meksykańskiej USA jest wyjątkiem, który ma znaczenie dla strategicznego obrazu — to ogromna, głęboka konwersja ciężkiej kwaśnej ropy (Valero, Port Arthur Motivy, ExxonMobil Beaumont, pas koksowniczy), ale nie jest ono w głównej mierze zasilane przez Zatokę . Zostało odbudowane w latach 2000. wokół wenezuelskich i meksykańskich Mayów, a teraz w dużej mierze polega na kanadyjskiej ciężkiej ropie za pośrednictwem rurociągów. Tak więc USGC jest łakome na ciężką kwaśną ropę, ale w dużej mierze odizolowane od wydarzenia Ormuz — i właśnie dlatego nie może łatwo zapełnić uwięzionych baryłek Zatoki dla Azji: już teraz napełnia swoje bębny koksownicze ciężką ropą z półkuli zachodniej.
Tak więc podatność nie jest mierzona w baryłkach ropy naftowej, lecz w wydajności koksowania i hydrokrakingu, która utraciła swój projektowy potencjał , a ta wydajność jest skoncentrowana w czterech miejscach (Dżamnagar, wybrzeże Chin, Korea i amerykańskie terytorium gazowe, które jest już w pełni zajęte przez Kanadę). Warto obserwować tę koncentrację: utrzymujące się zjawisko podwójnego wąskiego gardła nie rozprzestrzenia się równomiernie na cały świat rafinerii, ale ląduje niemal wyłącznie w azjatyckich centrach głębokiej konwersji i na rynku oleju napędowego, na którym się one opierają.
To, co nakreśliłem i omówiłem powyżej, to zaledwie ułamek ogromnych strat ekonomicznych, jakie niesie ze sobą zamknięcie Cieśniny Ormuz na dłuższy czas. Oprócz niedoboru kwaśnej ropy naftowej i siarki, występują również poważne deficyty mocznika, LNG i helu. Można sobie wyobrazić, że szkody gospodarcze spowodowane wojną USA z Iranem przewyższą wszelkie szkody fizyczne spowodowane pociskami i bombami.
Odpowiedź tego Australijczyka na tyradę Trumpa o tym, że „NATO nie wspiera Ameryki”
„Stary. Rządzisz krajem, w którym 600 000 bezdomnych śpi dziś na ulicy. Krajem, w którym 40% dorosłych nie jest w stanie pokryć kosztów nagłego wypadku o wartości 400 dolarów bez zaciągania pożyczki. Krajem, w którym insulina kosztuje więcej niż rata za samochód, a ludzie ją racjonują, żeby przeżyć. Krajem, w którym długi medyczne są główną przyczyną bankructw. Krajem, w którym kobiety umierają na parkingach szpitalnych, bo lekarze boją się prawa aborcyjnego, żeby leczyć poronienia.
Zamykacie więcej swoich obywateli niż jakikolwiek inny naród na świecie. Więcej niż Chiny. Więcej niż Rosja. Więcej niż Korea Północna. W kraju wolności 2 miliony ludzi siedzi w klatkach, a jedna czwarta z nich nie została nawet skazana. Są po prostu zbyt biedni, żeby zapłacić kaucję.
Twoja średnia długość życia się cofa. Jesteś jedynym rozwiniętym krajem, w którym to się dzieje. Twój wskaźnik śmiertelności niemowląt jest wyższy niż na Kubie. Twoje dzieci między matematyką a angielskim ćwiczą strzelanie, a ty sprzedajesz kolegom sprzęt rusznikarza.
Twoja płaca minimalna nie zmieniła się od 15 lat. Nauczyciele pracują na dwa etaty, weterani śpią pod mostami, a ty właśnie wydałeś bilion dolarów na zniszczenie kraju, który cię nie zaatakował.
A ty masz skazanego przestępcę, orzekającego o gwałcie, chroniącego pedofilów, uprawiającego seks z gwiazdami porno, rebelianta, który prowadzi największą kampanię wojenną na śmietniku od czasu, gdy talibowie bardzo ci podziękowali za kolejną porażkę.
A ty uważasz, że Grenlandia jest źle zarządzana?
Grenlandia ma powszechną opiekę zdrowotną. Bezpłatną edukację. Jeden z najniższych wskaźników uwięzienia na świecie. Nikt tam nie bankrutuje z powodu choroby. Nikt nie umiera w poczekalni, bo jego ubezpieczenie odmówiło.
„NATO nie było tam, kiedy ich potrzebowaliśmy”.
Kiedy dokładnie to było, mistrzu? 11 września? Bo NATO po raz pierwszy i jedyny w historii powołało się na Artykuł 5 DLA CIEBIE. Żołnierze z dziesiątek krajów wyruszyli, walczyli, krwawili i ginęli w Afganistanie DLA CIEBIE. Australia nawet nie była w NATO, a my i tak stawiliśmy się. Przez 20 lat. Wycofałeś się o 2 w nocy, nie mówiąc nikomu i zostawiając ich samych, żeby poradzili sobie z tym bałaganem.
Więc może zanim zaczniesz nazywać inne kraje źle zarządzanymi, spójrz na swoje podwórko, ty opalony sprayem sprzedawco aluminiowych sidingów. Jedyną rzeczą źle zarządzaną na tym zdjęciu jest twoja pieprzona gęba.
Stany Zjednoczone będą musiały ostatecznie skapitulować, a konsekwencją tego będzie to, że Iran stanie się regionalną potęgą.
W piątek wieczorem Trump nakazał armii amerykańskiej powstrzymanie się od przeprowadzania nowych ataków na Iran – pomimo wcześniejszego zatwierdzenia zmasowanego ataku na Iran o kryptonimie „Bramy piekieł”.
Stany Zjednoczone zwróciły się teraz o nowe, tymczasowe zawieszenie broni z Iranem i dążą do powrotu do zerwanego i zawieszonego Memorandum of Understanding (MoU). Rozmowy mają również objąć Jemen, a Trump stara się uczynić Ansar Allah stroną negocjacji.
Trump jest ewidentnie wściekły i obawia się, że wojna pochłonie jego prezydenturę (i jego dziedzictwo). Iran kategorycznie odrzucił wszelkie negocjacje w ciągu ostatniego tygodnia, potwierdzając, że nie będzie się do nich angażował pod żadnym pozorem. Mówiąc wprost, dlaczego Iran miałby dać USA czas na przegrupowanie i dozbrojenie przed kolejną falą ataków na Iran, skoro obecnie trzyma je w niewoli?
Powrót do porozumienia, którego wiarygodność Trump wielokrotnie niszczył? Mało prawdopodobne.
Will Schryver zwraca uwagę, że krążą pogłoski, jakoby Pentagon namawiał Trumpa do zakończenia wojny z Iranem, ponieważ Stany Zjednoczone niemal wyczerpały swoje zapasy pocisków przeciwlotniczych i precyzyjnej broni dalekiego zasięgu. Najbliżsi doradcy prezydenta są podobno zaniepokojeni perspektywą eskalacji wojny na Bliskim Wschodzie, alienacją kluczowych sojuszników z Zatoki Perskiej, którzy byliby narażeni na dalsze ataki irańskie, oraz zbliżającym się kryzysem energetycznym. „The New York Times” donosi: „Niewielu, jeśli w ogóle ktokolwiek, w bliskim otoczeniu Trumpa uważało plan eskalacji za rozsądny” – powiedziały dwie osoby znające sprawę.
Wydaje się również, że niepewność co do faktycznej sytuacji w zakresie dostaw paliw w USA mogła przyczynić się do zmiany decyzji Trumpa. Larry Johnson donosi:
„Memorandum sporządzone przez Karla Millera analizuje, w jaki sposób tajne operacje zaopatrzeniowe i eksportowe armii USA wyczerpują amerykańskie rezerwy oleju napędowego i nafty – szczególnie w czasie, gdy krajowe zapasy są już i tak krytycznie niskie”.
Podsumowując, Miller wyjaśnia:
„Duża część tego (ukrytego) eksportu paliw jest obsługiwana przez nieprzejrzyste kanały, takie jak węzeł przeładunkowy w Rotterdamie, gdzie ostateczny przydział wojskowy lub zagraniczny nie jest publicznie weryfikowalny. Naraża to amerykańską gospodarkę na ryzyko niedoborów dostaw, podczas gdy operacje wojskowe i zagraniczne – zwłaszcza te prowadzone przez Izrael – mają preferencyjny dostęp”.
Raport Millera najprawdopodobniej odnosi się do otwartej manipulacji cenami referencyjnymi ropy naftowej przez władze USA, której celem jest przekazanie rynkom informacji, że pomimo trwającego uwalniania 172 milionów baryłek ze Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej (SPR), których utworzenie miało na celu złagodzenie niedoborów podaży spowodowanych konfliktem z Iranem, nie istnieje ryzyko niedoboru paliwa.
Chociaż prawnie wymagany minimalny poziom bezpieczeństwa wynosi 250 milionów baryłek (obecne rezerwy wynoszą około 300 milionów), utrzymuje się narracja, że wydobycie może być jeszcze większe (do 70 milionów baryłek). Ale czy to w ogóle możliwe? Jak niski może być poziom strategicznych rezerw ropy naftowej? Sytuacja jest bardziej złożona, niż się wydaje. SPR składa się z licznych podziemnych kawern zawierających różne rodzaje ropy naftowej, które są wydobywane w różnym tempie. Niektóre kawerny mogą się zawalić, jeśli zostaną nadmiernie opróżnione. Krótko mówiąc: nikt nie wie dokładnie, gdzie leży granica krytyczna. Wiele opiera się na domysłach.
Teraz, gdy atak militarny Trumpa zakończył się fiaskiem, jedynym sposobem na powrót do stołu negocjacyjnego byłoby zaoferowanie od samego początku autentycznych ustępstw. Ale nawet gdyby Trump to zrobił – czy ktokolwiek by mu uwierzył? I czy jego stan psychiczny pozwoliłby mu w ogóle znieść takie upokorzenie?
Największą przeszkodą na drodze powrotu do negocjacji z Iranem jest to, że Trump i jego najbliższe otoczenie kompletnie nie rozumieją Iranu.
Najwyraźniej uważają, że mają do czynienia z bezkompromisowym i nieustępliwym przywódcą, podczas gdy całe społeczeństwo Iranu szuka wyjścia z sytuacji.
Wręcz przeciwnie. Władze działają pragmatycznie, podczas gdy mieszkańcy ulic zajmują znacznie twardsze stanowisko, domagając się zemsty i kwestionując sens dalszych negocjacji.
Co więcej, zespół Trumpa i jego zwolennicy z Fox News porzucili dotychczasowy amerykański wizerunek „narodu zbawiciela” i zamiast tego – jak pisze profesor Michael Vlahos – przeszli na radykalnie manichejskie rozumienie siebie, w którym:
„Amerykańska «dobra nowina» została zastąpiona wszechobecnym widmem zła i groźbą przemocy. Święte słowa wolność i demokracja są nadal przywoływane, ale stały się pustą mantrą. Amerykańska «ewangelia» nie głosi już zbawienia i pojednania, lecz koncentruje się na egzekwowaniu prawa i karaniu. Ten zwrot nastąpił nagle – po 11 września i w Guantanamo”.
Prawdziwy problem tkwi zatem w postawie: jak można negocjować, a nawet rozmawiać z uosobieniem zła – tak jak Trump opisuje Iran? To oczywiście niemożliwe. Właśnie taki był cel tak ponurego przedstawienia przeciwnika. Uniemożliwia ono prawdziwą mediację. Uniemożliwia jakiekolwiek rozwiązanie, które można by postrzegać jako zyskanie władzy przez „jednego z najnikczemniejszych ludzi w historii” lub „bandę krwiożerczych bandytów”. Polityka sprowadza się zatem do dążenia do dominacji nad „innymi”.
Zachód wyznaje pewien specyficzny sposób myślenia, który uważa za niezbędny dla człowieczeństwa. Ten sposób myślenia – często określany jako apolliński – kojarzy się z patriarchatem, prawem, pionową hierarchią oraz świeckim, racjonalnym i mechanistycznym światopoglądem. Nie ma tu miejsca na niejednoznaczność ani na przestrzenie pośrednie. Coś jest albo „A”, albo „nie-A”.
Z drugiej strony istnieje inna sfera – często określana jako dionizyjska – wyrażająca energetyczną dwoistość natury i człowieczeństwa: męskość i kobiecość; porządek i bujną transgresję; prawość i rozkład. Te przeciwieństwa tworzą bieguny świadomości, które istnieją w nas jednocześnie i są wzajemnie zależne. Dionizyjski logos można rozumieć jako cień, a nawet bunt przeciwko Apollinowi.
A potem jest Persefona – ukryta strona dionizyjskiego cienia – ucieleśniająca chtoniczną, kobiecą egzystencję. Nie ma tu męskiego odpowiednika, a jedynie bogini, która emanuje ziemską naturą i żeńską zasadą reprodukcji, wzrostu, troski i podziemnej wiedzy – intuicji – i symbolizuje cykliczność życia, rozkładu, śmierci i odnowy.
Ludzka świadomość zazwyczaj wyraża swoje cechy jedynie z określonej perspektywy. Niemniej jednak wszystkie cywilizacje czerpią z pełnej różnorodności tych aspektów świadomości, każda kształtując swoją własną, specyficzną kulturę na swój własny, niepowtarzalny sposób.
Myślenie w ramach danej kultury oznacza myślenie w określony sposób. Jednak osoby należące do innej kultury, grupy etnicznej lub religii myślą inaczej. Mimo to wszyscy pozostajemy ludźmi.
W ten sposób imperialna arogancja Trumpa coraz częściej konfrontowana jest z faktem, że znalezienie rozwiązania dla Bliskiego Wschodu będzie niezwykle trudne – a może nawet niemożliwe. Każdy, kto postrzega świat wyłącznie z perspektywy apollińskiej, myśli w sposób fundamentalnie męski i wykluczający, nie rozumie inności i zamiast tego rości sobie prawo do wyjątkowych przywilejów. Różnorodność odmiennych sposobów myślenia nie może być ani uznana, ani uznana w ramach tego światopoglądu.
Stany Zjednoczone przegrały wojnę. Wybierając tak bezkompromisowy, manichejski język, Trump skutecznie odciął się od wszelkich możliwych rozwiązań dyplomatycznych. Rozszerzając wojnę na Liban, Jemen, Syrię i Irak, jeszcze bardziej skomplikował wszelkie działania dyplomatyczne. Wszystkie te konflikty są ze sobą powiązane, ale każdy z nich dąży do własnych celów. Rozwiązanie wymaga zatem złożonej sieci różnych problemów, a nie tylko binarnego konfliktu między USA a Iranem.
Stany Zjednoczone będą musiały ostatecznie skapitulować – w konsekwencji czego Iran stanie się potęgą regionalną (wzmacniając Rosję i Chiny), a region będzie stopniowo dostosowywał się do nowej rzeczywistości w Azji Zachodniej.
“Perfidny Albion” dostosował się do nowej sytuacji geopolitycznej
Ryszard Kulczyński
Wytłumaczenie nieproporcjonalnie rozległych wpływów brytyjskich służb, agencji i organizacji w porównaniu do zanikającego potencjału Wielkiej Brytanii w wielu dziedzinach.
Brytyjskie wpływy instytucjonalne i nieformalne są nieproporcjonalne do jej surowych zdolności (PKB, armia, terytorium) dzięki trzem filarom: kapitałowi historycznemu, przewadze językowej i regulacyjnej oraz specjalizacji w elastycznym zarządzaniu kryzysem.
Oto mechanizmy tej przewagi: 1. Dziedzictwo imperium: Ukryta infrastruktura władzy. Upadek imperium nie zniszczył sieci wpływów, a jedynie zmienił jej charakter z politycznej na relacyjną i finansową. · Prawo i finanse: Angielskie prawo jest podstawą 40% światowych kontraktów, a Londyn jest centrum rozstrzygania sporów. Służby wywiadowcze (GCHQ, MI6) mają do dyspozycji sieć dawnych kolonialnych kontaktów oraz stacje nasłuchowe rozsiane po całym świecie (np. na Wyspie Wniebowstąpienia). · Wspólnota Narodów (Commonwealth): To nie tylko zabytkowa organizacja, ale żywy kanał wymiany kadr wywiadowczych i wojskowych (np. programy wymiany z Australią, Kanadą).
2. Przewaga „twardego soft power” (język i dane) · Język angielski: Bycie ojczystym językiem USA i Indii daje Brytyjczykom naturalny dostęp do obu biegunów władzy. Brytyjscy analitycy są „tłumaczami” między światem anglosaskim a resztą świata. · Przechwytywanie danych: Dzięki umowie Five Eyes, Wielka Brytania ma dostęp do amerykańskiego wywiadu sygnałowego (SIGINT), co w zamian pozwala jej oferować unikalne analizy dla krajów spoza USA, które nie chcą dzielić się danymi bezpośrednio z Waszyngtonem.
3. Specjalizacja w “zarządzaniu chaosem” Zamiast konkurować z USA czy Chinami w wielkich projektach (jak lotniskowce czy AI), brytyjskie agencje wyspecjalizowały się w niszach kryzysowych: · Zamówienia publiczne i antykorupcja: Agencje jak Crown Agents doradzają rządom Nigerii czy Ukrainy w przejrzystości wydatków, mając większą wiarygodność niż amerykańskie firmy. · Negocjacje pokojowe: To nie przypadek, że wiele rozmów o zawieszeniu broni (np. w Sudanie) odbywa się w Londynie – brytyjscy dyplomaci są postrzegani jako mniej ideologiczni niż Amerykanie, a bardziej przewidywalni niż Chińczycy.
4. System „myślących sieci” (think tanki + rząd) Brytyjskie instytucje (jak RUSI czy Chatham House) utrzymują płynną granicę między sektorem prywatnym a państwowym: · Eksperci z think tanków regularnie przechodzą do ministerstw (tzw. revolving door) i odwrotnie, co sprawia, że rekomendacje są natychmiast wdrażane. · Finansowanie często pochodzi z arabskich funduszy suwerennych, co daje Londynowi niezrównany wgląd w myślenie elit Zatoki Perskiej, a jednocześnie czyniło go do niedawna neutralnym pośrednikiem.
Dlaczego to trwa mimo zanikania potencjału? · Efekt „marki premium”: Brytyjska dyplomacja i wywiad czerpią z kredytu zaufania wypracowanego przez dekady. Wielu przywódców w Afryce czy Azji uczyło się w brytyjskich szkołach publicznych – to kapitał społeczny, którego nie da się szybko skopiować. · Brak odpowiedzialności za hegemonię: W przeciwieństwie do USA, Wielka Brytania nie jest postrzegana jako globalny żandarm. Może więc oferować mediacje i analizy, nie będąc oskarżaną o bezpośrednią agresję. To paradoksalnie czyni ją bardziej użyteczną w momentach, gdy USA się wycofuje (np. w roli wobec Chin).
Paradoks: Wielka Brytania utraciła zdolność do forsowania swojej woli (jak w wojnach kolonialnych), ale zyskuje na znaczeniu jako „kreator zasad gry” – ustala standardy etyczne mimo ludobójczej przeszłości kolonialnej, regulacje finansowe i język opisu sytuacji, co często wystarcza, by zachować pozycję przy znacznie mniejszych zasobach.
Brytyjski neokolonializm przybrał skuteczną postać sublimacji globalnych wpływów jako wyraz nostalgii po utraconym imperium.