Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.
===============
POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.
=============================
ZAMOŚĆ – o godz. 15-tej Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.
Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17-tej parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski).
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.
Jak zawsze 13. dnia miesiąca, w wałbrzyskiej kolegiacie Św. Aniołów Stróżów o godz. 18 będzie sprawowana Msza św. za Ojczyznę, poprzedzona czuwaniem Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę od godz. 15. Odbywać się będzie ono w trakcie 3-dniowego zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski, które rozpoczyna się dziś i potrwa do piątku. A ta 400. już sesja plenarna KEP może się okazać najważniejszą ze wszystkich dotychczasowych. Jeśli bowiem mówi się o nadchodzących wyborach prezydenckich, że są one kluczowe dla losów Ojczyzny naszej, to albo jesteśmy wyzwani, by odnieść zwycięstwo, które jeśli przyjdzie, przyjdzie przez Maryję, albo skazani na „domknięcie systemu”. A o jaki tu system idzie? – Oczywiście o europejskie totalitarne super-państwo, systemowo budowane metodą pełzającego zamachu stanu, mające być więzieniem narodów całkowicie pozbawionych suwerenności. Tak czy inaczej, owo „domknięcie systemu” zostało już obmyślane w Berlinie i Brukseli, bo rządzące Polską marionetki nie mogą przegrać tych wyborów, jako że spalili za sobą mosty dopuszczając się przestępstw, za które grożą wyroki wieloletniego więzienia. (Dowodem na to, że już mają gotowy plan sfałszowania bądź unieważnienia wyborów, uzgodniony z gangsterami rządzącymi UE, jest fakt, że nawet w roku wyborczym bardziej zależy im na podlizaniu się Niemcom, niżeli na pozyskaniu serc polskich wyborców. Bo czym było kłamstwo historyczne ministry Barbary Nowackiej wypowiedziane podczas międzynarodowej konferencji w 80. rocznicę wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, jeśli nie wasalnym trybutem dla Niemiec?… Lecz jeśli twierdzi ona, że obóz koncentracyjny, którego pierwszymi więźniami byli Polacy, budowali „polscy naziści”, to czy konsekwentnie będzie ona twierdzić, że również 1 września 1939 r. na Polskę wspólnie z Niemcami napadli polscy naziści?…)
Przykład takiego zwycięstwa dał 10 lat temu JE Bp Prof. Ignacy Dec, który jako przewodniczący Rady Apostolstwa Świeckich KEP odważnie zaapelował w Liście Otwartym do ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego, by nie podpisywał genderowej Konwencji Rady Europy, jawnie sprzecznej z Jasnogórskimi Ślubami Narodu. Prezydent jednak to zlekceważył. Wówczas nasz Arcypasterz wydał list pasterski o odnowieniu Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę w naszej diecezji, w którym znalazło się też konkretne wezwanie, by w samym dniu wyborów, które wypadły w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, we wszystkich kościołach naszej diecezji został odmówiony Różaniec św. o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. I oto Bronisław Komorowski, któremu wszystkie sondaże dawały miażdżącą przewagę nad wszystkimi kontrkandydatami gwarantując elekcję w I turze, w obu turach przegrał z Andrzejem Dudą, który zaraz po zwycięstwie przybył na Jasną Górę, by za nie podziękować Królowej Polski i dać wyraz swemu przekonaniu, komu je zawdzięcza.
Podobnież w ostatnich wyborach prezydenckich w USA sondaże wskazywały, że różnica między Donaldem Trumpem a Kamalą Harris będzie minimalna. I jakież było zdziwienie, gdy się okazało, że Trump wręcz „znokautował” kandydatkę demokratów, bo na rzecz kampanii Harris pracowała cała machina show-businessu, sprawująca w Ameryce rząd dusz. Kamala miała się tylko uśmiechać i głosić politycznie słuszne hasła – i to miało wystarczyć. Ale sondaże nie uwzględniały tego, że to nie tylko wybór między dwojgiem kandydatów, ale także między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci, a na rzecz Trumpa działała moc modlitwy ogromnych rzesz obrońców życia – i nie tylko w samej Ameryce, ale i na całym świecie.
Tym razem zaś mamy wybór najzupełniej zero-jedynkowy: Między szczerą miłością Ojczyzny a bałwochwalczym kosmopolityzmem, między świadkiem wiary a próżniakiem manifestującym swoją bezbożność, między człowiekiem, który wszystko zawdzięcza pracowitości i ćwiczeniu się w cnotach, a karierowiczem najgorszego sortu, szkodnikiem i sprzedawczykiem – między duchowym synem żołnierzy wyklętych a wytworem kultury masowej, będącej kuźnią zaprzaństwa.
Wystarczy więc, jeśli Biskupi Polscy wezwą to zdezorientowane społeczeństwo do wielkiej narodowej modlitwy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu, a Bóg, który ma dostęp do każdego serca, sprawi, że obecny lider sondaży zacznie szorować doły społecznego poparcia.
Zatem jutro nasze comiesięczne czuwanie w kolegiacie od godz. 15 będzie potężnym modlitewnym szturmem głównie za naszych Pasterzy. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie zbojkotowania wyborów prezydenckich, to tym bardziej niech postanowi, by nie zbojkotować tego jutrzejszego czuwania, jeśli tylko może w nim uczestniczyć, abyśmy przez zestrzelenie się w jednomyślność przyczynili się do zwycięstwa, które jeśli przyjdzie, przyjdzie przez Maryję.
Kilka dni temu Sejm poparł ustawę o karaniu tzw. „mowy nienawiści”. Tymczasem wyroki za rzekomą „mowę nienawiści” przeciwko wolontariuszom Fundacji Pro-Prawo do Życia zapadają bez przerwy od lat, mimo że żadnej ustawy w tej sprawie jeszcze nie ma i nie było. Fundacja przygotowała krótką kronikę policyjno-sądową aby zobrazować jak wyglądają takie represje.
6 marca Sejm przyjął tzw. „ustawę kagańcową”, w świetle której przestępstwem będzie „mowa nienawiści”, czyli np. mówienie na temat skutków ideologii LGBT i gender oraz konsekwencji homoseksualnego stylu życia. Za popełnienie przestępstwa inspirowanego taką „nienawiścią” grozić ma do 5 lat więzienia.
Fundacja Pro-Prawo do Życia przypomina, że takie ustawy od dawna funkcjonują już na Zachodzie i służą zastraszaniu i kneblowaniu wszystkich ludzi, którzy chcieliby powiedzieć prawdę w przestrzeni publicznej lub w mediach. Pomimo tego, że ustawa nie weszła jeszcze w życie (musi ją poprzeć Senat a potem podpisać Prezydent), to wyroki za „mowę nienawiści” de facto zapadają w Polsce już od wielu lat. W ocenie Fundacji, ustawa „kagańcowa” ma jeszcze bardziej zaostrzyć represje, które od dawna już są stosowane.
Rok temu członek zarządu Fundacji Mariusz Dzierżawski został skazany prawomocnym wyrokiem sądu na rok ograniczenia wolności i 15 000 zł kary za organizację kampanii „Stop pedofilii”, w ramach której Fundacja podawała do wiadomości publicznej wyniki badań naukowych na temat powiązań homoseksualnego stylu życia z pedofilią. W ocenie gdańskiego sądu, Mariusz Dzierżawski „znieważył” w ten sposób aktywistów LGBT i utrudnił im „działalność edukacyjną”, którą środowiska te prowadzą m.in. wśród dzieci i młodzieży. Kilka miesięcy później w Gdańsku zapadł inny wyrok sądu – były wiceprezydent miasta ds. edukacji Piotr K., który wdrażał w gdańskich szkołach „edukację seksualną” i współpracował z trójmiejskimi aktywistami LGBT, został skazany za molestowanie nieletniego. Wcześniej Piotr K. publicznie domagał się ukarania Fundacji za organizację akcji „Stop pedofilii”.
Podobna sytuacja miała miejsce w Szczecinie. Tamtejszy sąd skazał kierowcę fundacyjnej furgonetki na 30 000 zł kary za „zniesławienie” aktywisty LGBT poprzez informowanie mieszkańców miasta o powiązaniach homoseksualizmu z pedofilią. Niedługo później do wiadomości publicznej przedostała się informacja, że lider środowisk LGBT w Szczecinie przebywa w więzieniu za pedofilię, gdyż wykorzystał seksualnie 13-letniego chłopca.
Tego typu prześladowania to od wielu lat codzienność wolontariuszy Fundacji Pro – Prawo do Życia. Aby lepiej to zobrazować, Fundacja przygotowała fragment kroniki policyjno-sądowej za okres jednego tygodnia: 27 lutego – 6 marca.
27 lutego, Oleśnica – rozprawa wolontariuszki Kasi, zarzut: organizacja akcji informacyjnej na temat aborcji pod tamtejszym szpitalem,
28 lutego, Warszawa – rozprawa wolontariusza Jana, zarzut: organizacja zgromadzenia publicznego,
28 lutego, Oleśnica – wyrok nakazowy, grzywna 1200 zł dla wolontariuszki Kasi za organizację akcji antyaborcyjnej na Rynku w Oleśnicy,
28 lutego, Wrocław – wyrok nakazowy, grzywna 1000 zł dla Mariusza Dzierżawskiego dotyczący akcji informacyjnych na terenie miasta,
3 marca, Wrocław – wpływa 12 wniosków o ukaranie Mariusza Dzierżawskiego w związku z organizacją ulicznych akcji informacyjnych,
4 marca, Wrocław – wpływa kolejny wniosek o ukaranie Mariusza Dzierżawskiego,
4 marca, Wrocław – wyrok nakazowy, grzywna 1500 zł dla Mariusza Dzierżawskiego za organizację akcji na ulicach miasta,
5 marca, Wrocław – wyrok nakazowy, grzywna 400 zł dla Mariusza Dzierżawskiego za organizację akcji ulicznych,
6 marca, Szamotuły – rozprawa wolontariusza Adama, zarzut: prezentowanie prawdy o aborcji w przestrzeni publicznej,
6 marca, Wrocław – rozprawa wolontariusza Adama w związku z organizacją akcji ulicznej,
6 marca, Wrocław – rozprawa wolontariusza Adama w związku z organizacją akcji antyaborcyjnej pod szpitalem,
6 marca, Rzeszów – przesłuchanie na policji wolontariuszy Krzysztofa i Arkadiusza, zarzuty: prezentowanie prawdy o aborcji podczas finału WOŚP.
Fundacja podkreśla, że to tylko tydzień z życia wolontariuszy. Tak właśnie wygląda ich codzienność – nieustanne przesłuchania i rozprawy sądowe. Niektórzy wolontariusze, w szczególności koordynatorzy regionalni odpowiadający za organizację ulicznych akcji informacyjnych i publicznych różańców, czasami kilka razy tego samego dnia muszą stawiać się w sądzie lub na policji. Zdarzały się sytuacje, że rozprawy przeciwko jednej osobie odbywały się tego samego dnia w dwóch różnych miastach.
Jak mówi Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji:
„Taka sytuacja trwa od lat. Poprzednia władza PiS przez 8 lat nic z tym nie zrobiła. Pomimo naszych licznych apeli do rządu oraz Komendanta Głównego Policji, sprawę zignorowano, dając przyzwolenie na dalsze prześladowania sądowo-policyjne. Teraz aborcyjna koalicja Tuska aktywnie te represje wspiera oraz usiłuje przeforsować kolejne zmiany, takie jak ustawa „kagańcowa” o tzw. „mowie nienawiści”, których celem jest zaprowadzenie totalnej cenzury. Trzeba się temu przeciwstawić poprzez mobilizację kolejnych osób do działania i organizację kolejnych akcji w przestrzeni publicznej.”
Kilka dni temu w Rzeszowie odbyła się konwencja wyborcza Rafała Trzaskowskiego, w której brała udział również minister Barbara Nowacka, forsująca w szkołach „edukację seksualną” dzieci przesyconą ideologią LGBT i zachętami do rozwiązłości. W związku z tym, zjawili się tam też wolontariusze Fundacji, aby ostrzec zgromadzonych przed konsekwencjami deprawacji. Jeszcze zanim działacze Fundacji przyjechali na miejsce, czekał już na nich agresywny urzędnik miejski w asyście policji, aby szukać pretekstu prawnego do rozwiązania legalnego, pokojowego zgromadzenia. Jak relacjonuje koordynatorka akcji Marta:
„Bojowy urzędnik, uzbrojony w skórzaną teczkę, czekał już na nas na miejscu pikiety. Próbował coś perswadować, ale jak rozmawiać o ewentualnej pikiecie skoro ona jeszcze nie ma miejsca? Urzędnik wydelegowany przez Pana Prezydenta wraz z grupą policjantów gorączkowo przerzucał dokumenty z tajemniczej teczki, jakiś policjant gdzieś dzwonił. Kolejną próbę rozwiązania pikiety czas zacząć!”
Urzędnik i policjanci zaczęli wymyślać kolejne, kuriozalne argumenty, aby przestraszyć wolontariuszy i rozwiązać zgromadzenie, zanim zdążyło się one rozpocząć. Działacze Fundacji nie ugięli się jednak i kontynuowali akcję głosząc prawdę na temat „edukacji seksualnej” i ideologii LGBT. Wywołało to wściekłość aktywistów Koalicji Obywatelskiej. Jak relacjonuje Marta:
„Staramy się docierać do ludzi, kształtować ich świadomość i budzić ich sumienia. To zadanie trudne, wymagające poświęcenia, wyrzeczeń i znoszenia prześladowań. Ale właśnie to musimy robić. Wiele środowisk mówi prawdę o takich zjawiskach jak LGBT i aborcja, ale czyni to w kierunku osób już przekonanych i uświadomionych.
Przekonywanie przekonanych nie ma sensu, więc kontynuujemy nasze kampanie w przestrzeni publicznej tak, aby zobaczyło i usłyszało je jak najwięcej osób. Jakiś czas temu, w trakcie podobnej akcji, podszedł do nas działacz Koalicji Obywatelskiej, który zaczął zarzucać nam głoszenie rzekomych kłamstw na temat aborcji. Nasi wolontariusze na bieżąco odpowiadali na jego „argumenty”, po czym członek KO… podziękował nam za rozmowę i podał rękę naszym działaczom. Tak właśnie działa kontakt z prawdą, o ile tylko ktoś na przyjęcie tej prawdy jest otwarty.”
Badacze z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu sprawdzali jak my, Polacy zapatrujemy się na kwestię konsumowania tak zwanej nowej żywności: mięsa produkowanego laboratoryjnie oraz białka pochodzącego od owadów. Ponieważ dominującym uczuciem wśród ankietowanych w perspektywie jedzenia świerszczy i larw było obrzydzenie, „uczeni” podpowiadają, w jaki sposób można pokonać tę barierę.
W obliczu rosnącego zapotrzebowania na żywność i wyzwań związanych z hodowlą zwierząt, coraz częściej proponuje się alternatywne źródła białka w diecie, takie jak owady i mięso produkowane poza organizmem, czyli tzw. mięso in vitro – wyjaśnia serwis PAP
Owady są bogate w białko i powszechnie stosowane jako żywność w wielu kulturach, a ich pozyskiwanie jest mniej obciążające dla środowiska. Mięso komórkowe pozyskuje się bez uboju zwierząt, w przewidywalnych, kontrolowanych warunkach, a docelowe linie produkcyjne mają być konkurencyjne pod względem śladu węglowego i wodnego w porównaniu do tradycyjnej hodowli zwierząt – wylicza PAP potencjalne argumenty mające stać za upowszechnieniem nowego jadłospisu Polaków.
Rezultaty badań przeprowadzonych przez uczonych z Poznania zostały zamieszczone na łamach czasopism „European Food Research Technology” oraz „Nutrients”.
W analizie wzięło udział ponad 1,5 tys. osób. Ponad połowa (54 procent) respondentów zadeklarowała gotowość do zakupu mięsa hodowanego komórkowo. Natomiast znaczna mniejszość, bo 28 procent, zamierza spróbować produktów zawierających owady. – Akceptacja mięsa komórkowego była relatywnie wysoka, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że produkty tego typu nie zostały jeszcze wprowadzone na rynek europejski – cieszy się Dominika Sikora, doktorantka Zakładu Medycyny Środowiskowej.
Obawy dotyczące bezpieczeństwa takiej konsumpcji towarzyszą połowie przeciwników „nowej żywności”. Podziela je również sporo, bo 39 procent tych, którzy są skłonni sięgnąć po eksperymentalne produkty.
– Powinno być to wskazówką dla regulatorów, wprowadzających w przyszłości takie mięso na rynki. Nawet jeżeli Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności dokona szczegółowej analizy takiego mięsa pod różnym względem, konieczne będzie odpowiednie, przejrzyste i zrozumiałe zakomunikowanie tego konsumentom. Podobnie jak wyjaśnienie samego procesu produkcyjnego. To ważne, bo przecież nowe produkty naturalnie budzą niepewność i obawy. Sama autoryzacja nie wystarczy – kluczowy jest transparentny dialog z konsumentami – wyjaśniła Dominika Sikora.
Głównym powodem braku akceptacji owadów jako jedzenia było uczucie wstrętu. Według badaczy, nie było to zaskakujące, ponieważ owady w naszej kulturze nie mają tradycji występowania w charakterze dań, a wielu osobom kojarzą się ze szkodnikami. Jak zaznaczają jednak uczeni, wiele produktów zawiera nie całe owady, a jedynie ich białko, co „może wzbogacać ich wartość odżywczą” oraz „zmniejszać uczucie obrzydzenia u konsumenta”.
– Wiele produktów może być wzbogaconych białkiem owadzim, np. makarony, batoniki, pieczywo, wypieki czy odżywki dla sportowców. W takiej formie ich spożycie może być łatwiejsze do zaakceptowania i jednocześnie przynosić korzyści żywieniowe – tłumaczy Sikora.
Kto byłby skłonny już teraz sięgnąć po mięso komórkowe lub żywność zawierającą owady? Według przeprowadzonych badań częściej są to kobiety, osoby do 40. roku życia oraz ludzie „otwarci na nowe doświadczenia i świadomi wpływu hodowli zwierząt na środowisko”.
W przypadku mięsa komórkowego większą akceptację wykazywały osoby jedzące mięso niż wegetarianie i weganie. Jeśli chodzi o owady – aż 75 proc. badanych, którzy je akceptowali, wskazało, że ich główną motywacją do spróbowania byłaby ciekawość i chęć eksperymentowania. Nie wiadomo jednak, czy przełożyłoby się to na stałe włączenie ich do diety, czy jedynie sporadyczną degustację.
– Historia pokazuje, że dieta człowieka nieustannie ewoluowała – od zbieractwa i łowiectwa, przez rolnictwo, aż po nowoczesne technologie produkcji. To, co dziś wydaje się egzotyczne lub budzi wątpliwości, może w przyszłości stać się codziennością – tak jak kiedyś ziemniaki, pomidory czy sushi – uważa Dominika Sikora.
To było kryminalne szaleństwo, że USA zaangażowały się w wojnę graniczną między dwoma krajami po drugiej stronie świata. Niewielu Amerykanów wie, że „Ukraina”, która wcześniej zawsze była znana jako „Ukraina”, oznacza pogranicze. Był to po prostu region, taki jak Kurdystan, z nieokreślonymi, ruchomymi granicami, dopóki Lenin nie stworzył jej w 1921 roku.
Dlaczego, możesz zapytać, Zachód miałby podjąć ryzyko i rozpocząć III wojnę światową z powodu najbardziej skorumpowanego kraju w Europie?
Kilka powodów. Po pierwsze, Ukraina była bardzo skuteczną pralnią. Gigantyczne kwoty amerykańskich podatków zniknęły w czarnej dziurze, by ponownie pojawić się w kieszeniach organizacji pozarządowych, udając pomoc. Po drugie, powiązani łajdacy, tacy jak Bidenowie, nabrali tłuszczu. Dziesiątki miliardów zostały redystrybuowane do producentów broni, wykonawców wojskowych i Bóg wie kogo jeszcze. I oczywiście, duża grupa neokonserwatystów w DC zrobiła karierę, próbując zniszczyć Rosję za wszelką cenę.
Mam tylko nadzieję, że gdy Trump zbada, gdzie podziały się wszystkie pieniądze, dojdzie do masowych odzyskań pieniędzy i długich kar więzienia dla wielu osób, zarówno w USA, jak i w Europie.
International Man: Co sądzi Pan o przyszłości Zełenskiego i Ukrainy?
Doug Casey: Jak Zełenski, drugorzędny aktor w biednym kraju, stał się niezwykle bogaty, to opowieść, która powinna być szeroko rozpowszechniona. Kilka lat temu Panama Papers pokazały, że Zełenski był już wart około 300 milionów dolarów i miał dwa ultra drogie domy na południowej Florydzie. Ale do dziś nikt nie zbadał pochodzenia tej fortuny. Jestem pewien, że w międzyczasie wzrosła do miliardów.
Oto praktyczna zasada: dyktatorzy odpowiedzialni za masowe zniszczenia, miliony ofiar i masowe grabieże powinni skończyć jak Mussolini, którego powieszono za pięty na latarni.
Gdyby Zełenski był mądry, uciekłby do kraju bez ekstradycji. Izrael mógłby zadziałać, chociaż odmówili schronienia Meyerowi Lansky’emu, który również miał prawa powrotu.
Było zabawnie patrzeć, jak Trump traktował go z szacunkiem, na jaki zasługiwał w Białym Domu, zanim go wyrzucił ( link ).
International Man: Jakie są szersze geopolityczne konsekwencje zwycięstwa Rosji na Ukrainie?
Jaki wpływ może to mieć na NATO, UE i Europę jako całość?
Doug Casey: Mimo że Putin powiedział, że tęskni za granicami dawnego Związku Radzieckiego, szanse na to, że Rosja spróbuje podbić Europę, są zerowe. W rzeczywistości szanse są takie, że sama Rosja — która jest wielokulturowym imperium wewnętrznym — rozpadnie się na wiele mniejszych jednostek w ciągu najbliższych kilku dekad.
Ludzie nie rozumieją, że rzeczy są zupełnie inne niż w czasach Cesarstwa Rzymskiego, a nawet przed I wojną światową. Wtedy miałoby to sens, gdybyś podbił lub skolonizował inny kraj.
Życie było tanie; jeśli wygrałeś, mogłeś ukraść złoto, bydło, dzieła sztuki i niewolników. Dziś jest inaczej. Gdyby Rosja była na tyle głupia, żeby spróbować ponownie włączyć stary ZSRR — zapomnij o reszcie Europy — odkryje, że w dzisiejszym świecie istnieje niewiele bogactw „możliwych do kradzieży”. Skończyliby z niezwykle kosztowną wojną, po której nastąpiłaby niekończąca się wojna partyzancka, która doprowadziłaby do całkowitego upadku Rosji. Nie ma absolutnie nic do zyskania, a wszystko do stracenia.
Skąd w ogóle biorą się takie szalone memy? Są ku temu powody psychologiczne, ale teraz nie jest czas, abyśmy wpadali w tę króliczą norę. Rosyjska inwazja na Europę to mylący trop podsunięty przez amerykańskich i natowskich podżegaczy wojennych. Tylko bardzo głupi i nieświadomi ludzie w ogóle o tym myślą. Ale to nie znaczy, że nie wprowadzono wielkich niebezpieczeństw.
Rosja musiała potroić liczebność swojej armii, a to jest kosztowne. Jeśli wojna się skończy, będzie musiała rozwiązać większość armii, co spowoduje kolejne zniekształcenia, zawirowania w jej gospodarce.
Innym prawdopodobieństwem jest to, że NATO — które powinno zostać zniesione po rozpadzie Związku Radzieckiego na początku lat 90., ale nadal rośnie jak rak, mimo że nie służy już żadnemu użytecznemu celowi — w końcu się rozpadnie. To dobrze, ponieważ NATO jest niczym innym, jak prowokacją dla Rosji i Chin.
Będzie fala emigrantów z Ukrainy, dołączając do milionów, którzy już wyjechali. Większość Ukraińców jest w miarę dobrze wykształcona. Kto chce zostać w dotkniętym biedą, rozdartym wojną kraju z drapieżnym rządem? Miliony więcej przeniesie się na Zachód.
Jeśli chodzi o odbudowę Ukrainy, pomysł planu Marshalla jest kontr-produktywny. Jeśli obcokrajowcy chcą przyjechać i przywłaszczyć sobie pieniądze, to jedno. Ale bankrutujące rządy USA lub UE rzucające tam pieniędzmi tylko pogorszą sytuację. Nieuchronnie trafią one do kieszeni dobrze sytuowanych bogatych facetów, korumpując zarówno dającego, jak i otrzymującego.
Ukraina powinna być całkowicie wolna dla handlu. Przedsiębiorcy szybko się tam pojawią, nie po to, by stworzyć altruistyczną farsę, współczesną wioskę Potiomkinowską, ale by zarobić. Ale kto wie? Może ONZ i UE prowizorycznie sfabrykują jakieś rozwiązanie, a miejsce będzie przypominało wieczną Gazę lub powojenne Niemcy Wschodnie.
International Man: Po przelaniu tak dużej ilości krwi, skarbów i kapitału politycznego w ukraińskim bagnie, porażka będzie gorzką pigułką dla Deep State i zwolenników tej wojny. Histeria antyrosyjska pozostaje głęboko zakorzeniona w dużych segmentach amerykańskiego i europejskiego społeczeństwa.
Jak ci ludzie poradzą sobie ze zderzeniem z rzeczywistością, skoro przez lata obiecywano im zwycięstwo?
Czy sądzisz, że Głębokie Państwo podejmie próbę zablokowania jakiegokolwiek zbliżenia USA z Rosją?
Doug Casey: Rosja i Związek Radziecki były bête noire — wrogiem narodowym — USA odkąd byłem małym dzieckiem. Wszyscy ćwiczyliśmy chowanie się i krycie pod biurkami ze strachu przed ewidentnie niesprowokowanym atakiem złych Rosjan.
Amerykanie powinni zdać sobie sprawę, że wrogiem nigdy nie był naród rosyjski, było to państwo radzieckie przesiąknięte dogmatami marksizmu-leninizmu. I niemal równie patologiczne Deep State USA, zamieszkane przez naszą własną grupę podżegaczy wojennych, oportunistów i socjopatów.
Przez ostatnie 30 lat na samych amerykańskich uniwersytetach było więcej komunistów niż w całej Rosji. Prawdziwym zagrożeniem są socjaliści, faszyści, komuniści i Przebudzeni Europejczycy, którzy przejęli władzę w większości europejskich rządów.
W USA kompleks Deep State (z jego wojskowymi, korporacyjnymi, akademickimi, finansowymi i rozrywkowymi mackami) nie powinien być niedoceniany. Potrzebuje wrogów, aby machina wojenna produkowała zasadniczo bezużyteczne i przestarzałe śmieci. A jego ramię informacyjno-rozrywkowe utrzymywało pospólstwo w strachu, chętnie wspierając rząd, który twierdzi, że ich „broni”.
Prawdziwe niebezpieczeństwo, jak sugerował JD Vance w swoim przemówieniu w Monachium, kryje się wewnątrz nas.
Czy uważam, że Głębokie Państwo będzie próbowało zablokować jakiekolwiek zbliżenie z Rosją?
Absolutnie. Nie chcą, aby chaos się skończył, ponieważ ujawniłoby to głębokie pokłady przestępczości i korupcji, które są tak samo złe w całym rządzie USA, jak i na samej Ukrainie. Zakończenie chaosu wojennego ujawniłoby rząd USA jako pełen aroganckich i roszczeniowych oszustów.
Byłoby dla nich bardzo niewygodne, gdyby wojna na Ukrainie, być może najskuteczniejsza pralnia pieniędzy w historii, zniknęła. Następnie przeprowadzono by dogłębne śledztwo, aby ustalić, gdzie podziały się pieniądze. Oczywiście, będą chcieli zablokować jakiekolwiek zbliżenie z Rosją.
Jeśli jednak Departament „Obrony” i 15 agencji w tzw. „Wspólnocie Wywiadowczej” zostaną dokładnie zbadane, życie śledczych będzie poważnie zagrożone. To ryzykowne zajęcie rozbijać miski ryżu tych kolesi.
International Man: Poprzedni rząd USA zamroził cały obrót rosyjskimi akcjami i obligacjami na zachodnich rynkach finansowych.
Można przypuszczać, że po zakończeniu wojny aktywa te zostaną odmrożone i staną się dostępne dla zachodnich inwestorów.
Co sądzisz o rosyjskich akcjach?
Biorąc pod uwagę dalekosiężne konsekwencje przegranej Ukrainy w wojnie z Rosją, jakie inne implikacje inwestycyjne przewiduje Pan?
Doug Casey: Będzie wspaniale, gdy znów będzie można kupować rosyjskie akcje i obligacje.
W tym momencie mogą być oferowane niesamowite okazje. Pozwólcie mi podkreślić to, co powiedziałem wcześniej: sama Rosja ostatecznie rozpadnie się na wiele mniejszych krajów, tak jak Związek Radziecki 30 lat temu. Rosja nie jest najbardziej stabilnym krajem na świecie, ale jest o kilka odchyleń standardowych lepsza niż jakiekolwiek miejsce w Afryce, na przykład.
Nie postrzegam Rosji jako inwestycji, ale raczej jako spekulację o wysokim potencjale po ponownym otwarciu rynków. Kraj nie ma długu i mógłby łatwo przejść na rubla opartego na złocie. Secesja posiadłości nierosyjskich mogłaby być bardzo dobrą rzeczą.
Tymczasem na Zachodzie jest prawdopodobne, że zobaczymy załamanie finansowe i gospodarcze, ponieważ Trump będzie usuwał liczne zniekształcenia w tym samym czasie, gdy będzie wprowadzał nowe. Wielki Kryzys prawdopodobnie przywróci Demokratów do władzy, co jest złą wiadomością.
Biorąc pod uwagę, że Kijów przegrywa wojnę z Moskwą, jest całkiem pewne, że teraz jest czas na sprzedaż akcji wojskowych/przemysłowych i wojennych. Jeśli Trumpowi uda się ograniczyć wydatki na wojsko, jak mówi, dużo pieniędzy przestanie płynąć do takich firm jak Lockheed, Raytheon i Boeing. Biznes „obronny” jest absolutnie pełen oszustw, głupoty i korupcji.
W ciągu ostatnich 30 lat radzili sobie znakomicie, ale biorąc pod uwagę zmiany w sytuacji makroekonomicznej, myślę, że impreza się skończyła. Nie dość, że to, to jeszcze technologia wojskowa zmienia się radykalnie. Rodzaj hi-tech-owego badziewia, które produkują — np. F-35, B21, lotniskowce i pociski artyleryjskie za 100 000 dolarów — ma tyle samo sensu, co produkcja pancerników pod koniec II wojny światowej. Tanie drony mają więcej sensu. Podobnie jak Terminatory za 20 000 dolarów.
Natura całego świata zmienia się pod każdym względem. Radykalnie.
Uwaga redaktora: Niestety, praktycznie rzecz biorąc, pojedyncza osoba może niewiele zrobić, aby zmienić bieg tych trendów.
Najlepsze, co możesz i powinieneś zrobić, to pozostać poinformowanym, aby móc jak najlepiej się chronić, a nawet skorzystać z tej sytuacji.
Właśnie dlatego poczytny autor Doug Casey i jego współpracownicy właśnie wydali pilny nowy raport PDF , w którym wyjaśniają, co może się wydarzyć dalej i co można z tym zrobić.
Grupa czołowych naukowców w Niemczech podniosła alarm po odkryciu ukrytych dowodów w oficjalnych danych niemieckiego rządu, które potwierdzają, że nadmierna liczba zgonów była spowodowana przez „szczepionki” mRNA, a nie przez COVID-19.
To szokujące badanie stanowi kolejne potwierdzenie , że wskaźniki nadmiernej śmiertelności nie wzrosły podczas pierwszych fal pandemii, pomimo oficjalnych doniesień o gwałtownym wzroście „liczby zgonów z powodu COVID-19”.
Jednakże wskaźniki nadmiernej śmiertelności gwałtownie wzrosły, ale stało się tak dopiero po udostępnieniu społeczeństwu „szczepionek” mRNA przeciwko Covid.
Co ciekawe, badanie wykazało, że największy wzrost śmiertelności w okresie pandemii nie był spowodowany przez COVID-19, ale przez falę grypy pod koniec 2022 roku.
Liczba zgonów gwałtownie wzrosła, ponieważ ludzie umierali na grypę po otrzymaniu „szczepionek” mRNA przeciwko Covid.
Wyniki recenzowanego badania opublikowano w czasopiśmie GSM Hygiene and Infection Control .
Badanie analizuje nadmierną śmiertelność we Frankfurcie nad Menem w latach 2020–2023.
Największy wzrost śmiertelności w tym okresie nie był spowodowany przez COVID-19, ale przez falę grypy pod koniec 2022 roku.
Co nam to mówi o skuteczności środków zaradczych w obliczu pandemii, wpływie masowych szczepień i wiarygodności narracji dotyczących zdrowia publicznego?
W badaniu tym przyjęto podejście uwzględniające współczynnik standaryzowanej śmiertelności (SMR) uwzględniające wiek i analizujące trendy śmiertelności we Frankfurcie w latach 2016–2023.
Autorzy korzystali z danych pochodzących z Urzędu Statystycznego Miasta Hesji, Krajowego Urzędu Zdrowia i Opieki Hesji oraz Instytutu Roberta Kocha.
Ich metodologia uwzględniała zmiany demograficzne związane z wiekiem, co pozwalało na szczegółową ocenę nadmiernej śmiertelności.
Manifest z Ventotene – czyli mroczna wizja eurointegracji
(MERKEL,RENZI, HOLLAND NA WYSPIE VENTOTENE fot. REUTERS/Carlo Hermann/Pool /FORUM)
Aktualne władze wiele mówią o walce o polskie interesy w Unii. Zapominają jednak, że unijna „tradycja” – a w każdym razie jej część – neguje istnienie suwerennych narodów. Nic nie pokazuje tego równie dobitnie, jak tak zwany manifest z Ventotene.
Manifest powstał w 1941 roku na wyspie Ventotene (stąd też jego nazwa). Tam bowiem przebywali jego autorzy: Altier Spinelli, Ernest Rossi i Eugenio Colorni. Więzieni przez faszystowski reżim włoscy socjaliści (o ile nie komuniści) przedstawili w nim wizję, ku jakiej powinna ich zdaniem zmierzać Europa po pokonaniu narodowego socjalizmu.
Na manifest powołuje się Komisja Europejska w swej „Białej księdze w sprawie przyszłości Europy. Refleksje i scenariusze dotyczące przyszłości UE-27 do 2025 r.” [ec.europa.eu]. Jak czytamy „manifest z Ventotene wzywał do stworzenia wolnej i zjednoczonej Europy, w której znikną dotychczasowe podziały, a byli sojusznicy i wrogowie będą ze sobą współpracować, aby nie dopuścić do powrotu dawnych absurdów Europy. Sześćdziesiąt lat temu członkowie założyciele UE, zainspirowani tą wizją pokojowej wspólnej przyszłości, rozpoczęli przełomowy proces ambitnej integracji europejskiej” [ec.europa.eu].
Co więcej, w 2011 roku w Parlamencie Europejskim powstała tak zwana Grupa Spinellego. Na jej czele stanęli prominentni lewicowi politycy tacy jak Daniel Cohn-Bendit i Joschka Fischer. Główny budynek europarlamentu w Brukseli nosi właśnie imię Spinellego.
W sierpniu 2016 r. na wyspie Ventotene hołd Spinelliemu oddali premier Włoch Matteo Renzi z prezydentem Francji Francois Hollande’em oraz kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Politycy złożyli na jego grobie kwiaty w kolorach UE: żółtym i niebieskim. [FOTO]
Manifest z Ventotene (w Polsce spopularyzowany przez Krzysztofa Karonia) wszedł więc do europejskiego politycznego mainstreamu. Przyjrzyjmy się mu zatem z bliska, zaczynając od krótkich statystyk.
Dokument składa się z ponad 16 stron znormalizowanego maszynopisu. Napisany jest językiem trudnym, a nawet bardzo trudnym. Dość powiedzieć, że przeciętne zdanie liczy 28,7 słów, a najdłuższe – bagatela – 99 słów. Tej rozwlekłości nie powstydziłby się nasz Władysław Gomułka, a może nawet Fidel Castro.
Nacjonalizm
Autorzy manifestu [dostępny w wersji angielskiej na stronie federalists.eu] sporo uwagi poświęcają kwestii nacjonalizmu. Ich zdaniem na pewnym etapie historii odegrał on pozytywną rolę. Umożliwił bowiem przekroczenie ciasnych granic własnej osady i wzbudził solidarność.
W suwerennych i demokratycznych państwach lud rozprawił się z dawnymi przywilejami, wykorzystując kartę wyborczą do pokonania możnych tego świata. Wkrótce jednak system suwerennych demokratycznych państw okazał się fasadą, konserwującą władzę gospodarczych elit. Garstka uprzywilejowanych, odgrodzona od ludu i obfitująca we wszelkie dobra żyła niczym olimpijscy bogowie, a lud tyrał ku ich uciesze.
Panujący powoływali się na ideały demokratyczno-liberalne dla uzasadnienia tego wyzysku. W efekcie utrwaliło się przekonanie, jakoby jedynym rozwiązaniem było pogwałcenie tej wolności i złożenie z niej ofiary na ołtarzu wszechpotężnego państwa. To zaś sprzyjało rozkwitowi totalitaryzmu.
W totalitarnej optyce „[…] naród stał się boską rzeczywistością, organizmem, który musimy postrzegać własną egzystencję, własny rozwój bez najmniejszej dbałości o szkody, jakie inni mogą cierpieć z tego powodu. Absolutna suwerenność państw narodowych doprowadziła do pragnienia każdego z nich do dominacji” oraz do powiększania przestrzeni życiowej.
Jest to czytelna aluzja do dążeń Niemców do zapewnienia przestrzeni życiowej dla własnego narodu i niemieckiego nacjonalizmu. Wszak manifest powstawał w mrocznych latach II wojny światowej, gdy niemieckie dążenia do powiększenia własnej przestrzeni życiowej, połączone z narodowym szowinizmem rozpętały globalną hekatombę.
Nacjonalizm z ruchu liberalnego stał się totalitarny i skupiony na celach wojennych. „Szkoły, nauka, produkcja, instytucje administracyjne zostały przeznaczone głównie do zwiększania siły wojskowej. […] Oto istota totalitarnego państwa narodowego” – piszą autorzy manifestu.
Głównym problemem wymagającym przezwyciężenia jest jednak państwo narodowe, prawdziwa bête noire autorów manifestu. To przeciwko niemu powinni zdaniem Spinellego skierować się rewolucjoniści. Czy jednak słuszne potępienie państwa totalitarnego musi prowadzić do odrzucenia narodowej suwerenności jako takiej? Jest to co najmniej wątpliwe.
Autorzy manifestu, podobnie jak jego zwolennicy postulują zatem stworzenie europejskiej federacji. To jest ich główny cel. A jakie są środki? Otóż co ciekawe niekoniecznie są one demokratyczne.
Razem z demokratami, razem z komunistami
Autorzy manifestu nie byli bezkrytycznymi demokratami. Zwracali bowiem uwagę, że demokraci nie radzą sobie rady w trudnych, rewolucyjnych czasach. Świadczą o tym przykłady republik w Rosji, Niemczech czy Hiszpanii, które okazały się krótkotrwałe. W momencie, gdy potrzebowano odwagi i wytyczenia jasnego kierunku, demokracja prowadziła do rozpraszania sił i niekończących się dyskusji.
Pod względem efektywności w trudnych czasach komuniści dysponują zatem przewagą nad demokratami. Potrafią bowiem powierzyć rządy przywódcom, śmiało realizującym swe postulaty. Problemem komunistów jest jednak fiksacja na punkcie dyktatury proletariatu. W efekcie odsuwają oni na boczny tor inne „postępowe” klasy. Autorzy manifestu z Ventotene zalecają zatem rewolucjonistom współpracę zarówno z demokratami, jak i komunistami oraz innymi postępowymi siłami.
Zaraz, zaraz. Teraz wiemy już, że komunizm doprowadził do śmierci około 80-100 milionów osób. W 1941 roku było to mniej, co nie usprawiedliwia jednak całkiem bielma na oczach autorów manifestu. Tym bardziej jednak nieusprawiedliwione jest powoływanie się na manifest teraz, co czyni teraz Komisja Europejska.
Czy szanowny Czytelniku żywisz jeszcze wątpliwości odnośnie do skrajnej lewicowości tych inspiratorów federalnej UE? Oto kolejna próbka słów jego autorów „podczas kryzysu rewolucyjnego na ruchu spoczywać będzie zadanie zorganizowania i kierowania siłami postępu przy wykorzystaniu wszystkich popularnych ciał spontanicznie tworzących jak żarzące się tygle, w których mieszają się rewolucyjne masy […]. Za sprawą dyktatury rewolucyjnej partii powstanie nowe państwo i wokół niego narodzi się nowa, prawdziwa demokracja”.
Dalej autorzy przekonują, że realizacja ich wizji nie doprowadzi bynajmniej do tyranii, w co jednak można wątpić. O rewolucyjności ich postawy najlepiej świadczy następujący passus. „Nadszedł czas by pozbyć się starych uciążliwych ciężarów i przygotować się na to, cokolwiek się pojawi, zazwyczaj tak odmiennego od tego, czego oczekiwano, by pozbyć się nieudolnych wśród starych i stworzyć nowe energie wśród młodych”.
Gospodarka głupcze? Tak, byle nie wolna
Pod koniec manifestu, Spinelli wyszczególnia cele, do jakich powinni dążyć Europejczycy w kwestiach gospodarczych. Chodzi tu o upaństwowienie niektórych firm, reformę rolą i przemysłową uwłaszczającą robotników, tworzącą kooperatywy et cetera. Autorzy upominają się także o równość szans i zapewnienie podstawowych dóbr.
Socjalistyczna euro-federacja na gruzach państw narodowych – oto ponury ideał autorów Manifestu z Ventotene i ich zwolenników.
Francja: Tysiące osób protestuje przeciwko polityce obronnej Macrona. „Nie umrzemy za Ukrainę!”
Tysiące protestujących wyszło w sobotę na ulice Paryża, aby zaprotestować przeciwko temu, co postrzegają jako próbę wciągnięcia ich w wojnę z Rosją ze strony prezydenta Francji .
Twierdzą, że nie zgadzają się z militarystycznym podejściem Emmanuela Macrona do polityki zagranicznej i jego brakiem zainteresowania osiągnięciem pokoju w konflikcie na Ukrainie.
Organizatorem demonstracji był Florian Philippot i jego partia, „Les Patriotes„
Tłum skandował hasła i niósł transparenty, takie jak „Nie chcemy umierać za Ukrainę” i „Macron, nie chcemy twojej wojny ”.
Macron zaproponował w środę rozszerzenie francuskiego odstraszania nuklearnego w celu ochrony krajów UE i wezwał europejskich członków NATO do wzięcia większej odpowiedzialności za własną obronę. Przytoczył niepewność co do zaangażowania Waszyngtonu na rzecz Ukrainy, zwłaszcza gdy stosunki między Kijowem a administracją prezydenta USA Donalda Trumpa uległy pogorszeniu po tym, jak Władimir Zełenski odrzucił wezwania do negocjacji pokojowych z Rosją.
Macron argumentował, że dalsza pomoc dla Ukrainy była kluczowa, ostrzegając, że jeśli prezydent Rosji Władimir Putin odniesie sukces na Ukrainie, nie poprzestanie na tym – twierdzenie, które Moskwa wielokrotnie odrzucała jako nonsens. Rosja uznała ekspansję NATO w kierunku swoich granic i obietnicę członkostwa Ukrainy przez blok kierowany przez USA za jedne z głównych powodów konfliktu.
Wielu demonstrantów na wiecu w Paryżu krytykowało Macrona za priorytetowe traktowanie spraw wojskowych ponad sprawy wewnętrzne. „Kiedy wypowiadasz wojnę, to po to, aby wymazać wszystkie inne niepowodzenia” – powiedział jeden z protestujących. Inny oskarżył Macrona o dążenie do konfliktu, podczas gdy przywódcy tacy jak Trump i Putin mówią o pokoju.
Zwracając się do tłumu, Philippot potępił podejście Macrona, oświadczając, że prezydent „absolutnie nie chce pokoju”. Philippot, były członek Frontu Narodowego, był głośnym krytykiem administracji Macrona i polityki UE. Jego partia sprzeciwia się temu, co postrzega jako niepotrzebne interwencje wojskowe i opowiada się za bardziej niezależną francuską polityką zagraniczną.
Nacisk Macrona na zwiększenie wydatków na obronę napotyka przeszkody, ponieważ Francja zmaga się z deficytem budżetowym i presją ograniczenia wydatków. Zatwierdzenie budżetu na 2025 r. zostało opóźnione z powodu podzielonego parlamentu. W styczniu minister ds. budżetu Amelie de Montchalin ogłosiła plany cięcia wydatków publicznych o 32 mld euro (34,6 mld dolarów) przy jednoczesnym podniesieniu podatków o 21 mld euro.
Krytycy twierdzą, że te środki obciążą rodziny klasy średniej, właścicieli małych firm i emerytów, którzy już zmagają się z rosnącymi kosztami. Tymczasem premier Francois Bayrou odrzucił apele o konsultacje publiczne w sprawie głównych polityk obronnych, twierdząc, że takie decyzje leżą w gestii rządu. Zapytany w piątek, czy Francuzi powinni mieć coś do powiedzenia w sprawie zwiększonych wydatków wojskowych i przejścia na „gospodarkę wojenną”, Bayrou był stanowczy: „Odpowiedzialnością rządu jest powiedzieć, nie, nie możemy pozwolić, aby kraj został rozbrojony. To jest kluczowe”.
Perspektywa jaka się kształtuje, jeśli ten artykuł miałby stanowić jakikolwiek wyznacznik, jest taka, że jeśli wybuchnie pandemia ptasiej grypy, to będzie to wina Trumpa/Kennedy’ego. Jestem pewien, że nastąpi cudownie gwałtowna debata publiczna, co jest od ostatnich kilku lat bardzo ważnym celem niemal wszystkich mediów informacyjnych.
„W tym tygodniu w Nowej Normalności” to nasz cotygodniowy wykres postępu autokracji, autorytaryzmu i restrukturyzacji gospodarczej na całym świecie.
1. „Czy cokolwiek może powstrzymać ptasią grypę?”
Tak brzmi tytuł tego artykułu w New York Magazine. Gorączkowa i apokaliptyczna opowieść o wirusie, który może – i prawdopodobnie tak się stanie – zabić każdego człowieka w Stanach Zjednoczonych.
Ton jest pilny od samego początku. Epatowanie datami i nazwiskami jak w narracji w prawdziwym dokumencie kryminalnym. Jest też nudny i długi, więc nie będziemy rozwodzić się nad całością.
Najważniejszy wniosek jest taki: pomimo wyciszenia ptasiej grypy w następstwie szaleństwa z Trumpem i Muskiem, nie zniknęła ona jeszcze. W rzeczywistości artykuły takie jak ten sprawiają, że zaczynam wątpić w moją prognozę ptasiej grypy ze stycznia.
Perspektywa jaka się kształtuje, jeśli ten artykuł miałby stanowić jakikolwiek wyznacznik, jest taka, że jeśli wybuchnie pandemia ptasiej grypy, to będzie to wina Trumpa/Kennedy’ego. Jestem pewien, że nastąpi cudownie gwałtowna debata publiczna, co jest od ostatnich kilku lat bardzo ważnym celem niemal wszystkich mediów informacyjnych.
Mimo wszystko artykuł mnie rozśmieszył. Jest coś tak mrocznie zabawnego w jego defetyzmie w stylu Marvina. Autor pisze swoje dziesięć tysięcy słów do czytelników, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że już nie żyją.
«To gdzie jesteśmy, to żadna pociecha. Nasz rząd spędził ostatni rok pozwalając H5N1 rozprzestrzeniać się w całym kraju, a ostatnie dwa miesiące poświęcił demontowaniu niektórych z najlepszych metod obrony, jakie mamy przeciwko patogenom wszelkiego rodzaju. Jesteśmy osaczeni, podejrzliwi i na pierwszy rzut oka niezdolni do zbiorowego działania dla dobra ogółu. Jedyną rzeczą, która zapewnia nam bezpieczeństwo, na razie, jest sam wirus.»
2. Żegnaj wolności religijna
Sąd w Nowym Jorku orzekł, że dzieci Amiszów nie są zwolnione z obowiązku szczepień dla dzieci w wieku szkolnym obowiązującego w tym stanie.
«Dzieci Amiszów w Nowym Jorku stoją w obliczu obowiązkowych szczepień, ponieważ sąd ogranicza wolność religijną»
Żeby było jasne, są to szkoły Amiszów, prowadzone przez Amiszów dla dzieci Amiszów. Dzieci, o których mowa, nie uczęszczają do szkół publicznych. Amiszowie nie proszą o specjalne traktowanie, tylko o to, żeby ich zostawić w spokoju.
To jest jedyny cel Konstytucji: chronić ludzi, którzy chcą być pozostawieni w spokoju. Ustanawia się okropny precedens.
3. „Bezpieczeństwo żywnościowe wymaga alternatywnych białek, kluczowe jest zwiększenie innowacyjności”
To nagłówek z Euractive, ostrzegający, że musimy zmienić sposób odżywiania ze względu na klimatyczne to i zrównoważone tamto.
Znacie tę sztuczkę. I wiecie, co oznacza „alternatywne białko”.
Mój ulubiony cytat głosi, że „zmniejszenie spożycia mięsa mogłoby uratować życie 80 miliardom zwierząt rocznie”, co wydaje się sugerować, że – jeśli przestaniemy jeść świnie, krowy i tym podobne – farmy staną się czymś w rodzaju nudnych ogrodów zoologicznych, w których wszystkie zwierzęta zostaną pozostawione samym sobie, by mogły żyć w spokoju.
Schodząc na ziemię – te zwierzęta nie zostaną uratowane, te zwierzęta nigdy nie będą istnieć. Będziemy potrzebować ziemi, na której żyją, aby uprawiać pastę sojową i mleko z owadów (patrz poniżej).
To tak, jakby twierdzić, że antykoncepcja ratuje życie dzieci, bo niemowlęta, które nigdy się nie urodziły, nie mogą zginąć w wypadkach samochodowych.
Odrzuca również fakt, że 80 miliardów świń/owiec/kurczaków/krów – według wagi – to prawdopodobnie dziesiątki bilionów owadów, z których żaden nie chce być zjedzony. Ale sądzę, że te życia się nie liczą.
BONUS: Super-żywność tygodnia
Czy wiesz, że mleko karalucha jest cztery razy bardziej odżywcze niż mleko krowie?
Najtrudniejszą częścią jest znalezienie tych malutkich wymion.
[M.D.: Powstanie Instytut Poszukiwań Wymion Karaluchów [IPWK], za 129 milionów dolarów. Plany do 2069 roku.]
***
Podsumowując, był to dość intensywny tydzień dla „nowo normalnej” gawiedzi, a nawet nie wspomnieliśmy o tym, co wydarzy się w Serbii, ani o tym, że powinniśmy zdefiniować na nowo produkcję broni jako „etyczną” .
W sobotę, w cieniu Sejmu, Senatu i Kancelarii Prezydenta, otwarto „przychodnię aborcyjną AboTak” – miejsce, w którym otwarcie zapowiedziano dokonywanie nielegalnych aborcji. Organizatorzy tej inicjatywy nie kryją swoich zamiarów:
„Nie interesuje nas prawo z 1993 roku. W tym miejscu nie obowiązuje zakaz aborcji” – mówią otwarcie.
„Tu się będą odbywały aborcje grupowe”.
„Będziemy to robić same, bo nie mamy czasu na kompromisy”.
To nie jest jednorazowy wybryk, lecz zaplanowany atak na świętość życia. To otwarte szydzenie z prawa Bożego i ludzkiego oraz świadoma próba sprowadzenia Polski na drogę cywilizacji śmierci. Jeśli dziś nie powstaniemy w obronie życia, jutro kolejne miasta mogą stać się areną tego samego grzechu i bezprawia. Dzisiaj atakuje się życie nienarodzonych, a jutro może dojść do kolejnych naruszeń godności i praw człowieka.
47 000 zabitych dzieci rocznie – ile jeszcze?
Według raportów organizacji aborcyjnych, tylko w ubiegłym roku zamordowano w Polsce 47 000 nienarodzonych dzieci. Każde z nich mogło się urodzić, żyć, rozwijać. Teraz, pod przykrywką „wolności wyboru”, powstaje miejsce, gdzie w biały dzień będzie dochodziło do kolejnych tragedii. Jeśli społeczeństwo nie zareaguje, kolejne niewinne istoty zostaną pozbawione szansy na życie.
Nie możemy milczeć. To nie jest abstrakcyjna debata o prawach kobiet. To rzeczywiste życie, które jest niszczone. Jeśli dzisiaj nie zareagujemy, jutro będzie za późno.
Polska – kraj życia czy śmierci?
Jezus Chrystus powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Jaką odpowiedź daje Polska? Gdzie są instytucje, które powinny stać na straży prawa i życia? Dlaczego pozwalamy, by lewicowi aktywiści narzucali swoją ideologiczną dyktaturę całemu narodowi? Dlaczego państwo, które powinno chronić swoich obywateli, pozwala na jawne łamanie prawa i profanację zasad moralnych?
Nie możemy pozwolić, by Polska stała się miejscem, gdzie zabijanie dzieci stanie się codziennością. Milczenie wobec zła jest jego akceptacją. Obojętność dziś oznacza tragedię jutro.
Musimy działać natychmiast. Domagamy się zamknięcia tej placówki i ukarania wszystkich, którzy uczestniczą w tym procederze. Każda minuta zwłoki to kolejne nienarodzone dzieci, które nie otrzymają szansy na życie. Państwo polskie nie może udawać, że nic się nie dzieje – czas na zdecydowaną reakcję!
Nie bądźmy obojętni. Niech Polska pozostanie krajem, który stoi na straży życia!
Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo.
„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym — syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś”. (Ps 8, 5-6)
Psalm 8 przypomina nam, że człowiek został stworzony niewiele niższym od aniołów. Skoro tak, czy nie powinniśmy dążyć do tego, by nasze zachowanie i sposób bycia odzwierciedlały tę wyjątkową godność?
Mowa jako fundament cywilizacji chrześcijańskiej
Jednym z przejawów cywilizacji chrześcijańskiej jest kultura języka. W przeszłości ludzie, szanując swoje chrześcijańskie dziedzictwo, dbali o piękno i czystość mowy. Wulgaryzmy, przekleństwa i złorzeczenia były uznawane za oznakę moralnej degradacji. Nawet ci, którzy nie identyfikowali się z chrześcijaństwem, starali się unikać wulgarnego języka w przestrzeni publicznej.
Upadek barier przyzwoitości
Dziś obserwujemy powszechną akceptację wulgaryzmów. Język, który dawniej uważano za niedopuszczalny, stał się normą. Przekleństwa można usłyszeć wszędzie – w przestrzeni publicznej, mediach, a nawet w obecności dzieci, duchowieństwa czy osób starszych. Brak powściągliwości i kultury języka dotyczy wszystkich grup społecznych, bez względu na wiek, płeć czy status społeczny.
Co więcej, wulgarność często bywa traktowana jako wyraz „szczerości” lub „autentyczności”. W efekcie nawet osoby religijne, konserwatywne, pro-life czy prorodzinne niekiedy posługują się wulgarnym językiem, nie dostrzegając w tym niczego niestosownego. Tymczasem cywilizacja chrześcijańska opiera się na zasadach takich jak szacunek, piękno i godność – także w mowie.
Wulgarność jako broń ideologiczna
Wulgarne słownictwo często wykorzystywane jest jako narzędzie walki ideologicznej. Osoby broniące chrześcijańskich zasad nierzadko spotykają się z agresją werbalną. Przykładem są członkowie Towarzystwa na rzecz Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP), którzy podczas publicznych akcji modlitewnych i kampanii na rzecz moralności są obrzucani wulgarnymi obelgami. Przeciwnicy cywilizacji chrześcijańskiej, nie mając racjonalnych argumentów, sięgają po język nienawiści i pogardy.
Warto zauważyć, że wulgarność często towarzyszy manifestacjom nienawiści wobec wiary i zasad chrześcijańskich. Opisy przypadków opętań i satanistycznych manifestacji wskazują, że nieczyste duchy posługują się bluźnierstwami i wulgaryzmami. Można więc powiedzieć, że wulgarność jest językiem sprzecznym z tym, do czego Bóg powołał człowieka.
Dlaczego język się degraduje?
Przyczyn wzrostu wulgarności w przestrzeni publicznej jest wiele:
Zanikanie barier przyzwoitości – W przeszłości przeklinanie było surowo piętnowane. Dziś jest powszechnie akceptowane, a nawet promowane w mediach i popkulturze.
Kultura nihilizmu i moralnego relatywizmu – Społeczeństwa, które aprobują aborcję, pseudomałżeństwa czy pornografię, tracą wrażliwość na piękno i znaczenie ludzkiego życia. Gdy brak troski o duszę, zanika też troska o język.
Niedbałość w codziennym życiu – Ubiór i sposób bycia często odzwierciedlają podejście do języka. Kultura niedbałości i braku estetyki sprzyja używaniu wulgarnego słownictwa.
Odrzucić współczesną wulgarność
Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani do życia w sposób, który uwielbia Boga. Święty Paweł pisał: „Odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych!” (Kol 3,8). Powinniśmy zatem dążyć do czystości języka, unikając wulgaryzmów i zachęcając innych do kultury słowa.
Święty Klemens Aleksandryjski mówił:
„To, co wychodzi z ust, kala człowieka – pokazuje, że jest nieczysty, pogański, niewytrenowany, rozwiązły, a nie wybrany, właściwy, honorowy i umiarkowany”.
W dobie upadku kultury języka warto na nowo odkryć jego piękno i znaczenie. Nie pozwólmy, aby współczesna wulgarność oderwała nas od Boga i od godności, do której zostaliśmy stworzeni.
(Zdjęcie ilustracyjne, fot. Obraz kalhh z Pixabay )
Austria nie będzie przyjmować migrantów, którzy zostaną zawróceni na niemieckiej granicy. To reakcja rządu w Wiedniu na zapowiedzi dotyczące kształtu potencjalnej nowej koalicji rządzącej w Niemczech. Austriacka policja otrzymała już w tej sprawie szczegółowe wytyczne.
Ministerstwo spraw wewnętrznych Austrii poinformowało w niedzielę, że kraj ten nie będzie przyjmować azylantów, których odsyłanie zapowiadają nowe niemieckie władze. Oświadczenie to zostało przesłane przez austriacki resort agencji dpa. Jest ono reakcją na zapowiedzi konserwatywnej CDU/CSU oraz SPD, które w czasie trwających negocjacji koalicyjnych w Niemczech zadeklarowały, że po utworzeniu rządu mają zamiar odsyłać migrantów, którzy trafią na granicę.
Wiedeń stoi na stanowisku, że pomysł niemieckich polityków, by zawracać azylantów, którzy dotarli na granicę państwa, jest niezgodny z obowiązującym prawem unijnym. W związku z tym resort spraw wewnętrznych podjął już pierwsze działania.
„Ministerstwo spraw wewnętrznych poleciło policji państwowej, aby nie akceptowała decyzji o odmowie wjazdu, wydanych przez niemieckie władze i naruszających prawo UE, a także by niezwłocznie informowała o wszelkich (swoich) spostrzeżeniach” – czytamy w oświadczeniu przesłanym dpa. Oznacza to, że Austria nie przyjmie z powrotem migrantów, którzy zostali zawróceni na granicy austriacko-niemieckiej przez Niemcy.
Odrzuconych przez Wiedeń azylantów z chęcią przyjmie natomiast Polska. 1 marca został otwarty ośrodek w Eisenhuettenstadt przy granicy z Polską. Zostaną tam osadzone osoby przeznaczone do odesłania do innych krajów UE. Zdaniem niemieckich polityków, decyzja miała być już uzgodniona z władzami w Warszawie. W Polsce jednocześnie trwa budowa 49 tzw. Centrów Integracji Cudzoziemców. Placówki powstają – kosztem ponad 432 milionów złotych – w ramach unijnego Programu Funduszu Azylu, Migracji i Integracji na lata 2021 –2027. Są w 90 procentach finansowane przez fundusze rozdzielane przez Brukselę.
W ubiegłym roku władze niemieckie wystąpiły do innych krajów UE o przyjęcie 74 tys. imigrantów, uzyskując zgodę na odesłanie 44 tys. osób. W rzeczywistości niespełna 6 tys. imigrantów zostało odesłanych do innych krajów. Ośrodki dublińskie mają powstać we wszystkich 16 landach tworzących RFN.
Kiedy w 1991 rokuUkraina uzyskała niepodległość, wydawało się, że posiada wszystkie wymagania, aby być odnoszącym sukcesy, szczęśliwym i zamożnym narodem. Spośród piętnastu suwerennych państw, które powstały po upadku Związku Radzieckiego, Ukraina była najwyraźniej najbardziej uprzywilejowana. Jej rozległe połacie bardzo żyznych gruntów rolnych, czarnoziemu, produkowały ogromne ilości pszenicy, kukurydzy i ziemniaków. Jednocześnie Ukraina była potęgą przemysłową, a produkcja koncentrowała się w miastach takich jak Donieck i Charków (gdzie mieści się słynna fabryka samolotów Antonow). W 1975 roku ukraińska produkcja stali dorównywała produkcji Niemiec Zachodnich, europejskiej potęgi przemysłowej. W 1988 roku, kiedy była jeszcze republiką radziecką, ukraiński PKB uczyniłby ją jedenastą co do wielkości gospodarką świata.
Obecnie zajmuje czterdzieste piąte miejsce. Ze względu na PKB na mieszkańca (PPP) Ukraina jest jednym z najbiedniejszych krajów europejskich. Straciła ponad połowę z 52 milionów mieszkańców, którymi szczyciła się w momencie uzyskania niepodległości, ponieważ na obszarze kontrolowanym przez reżim kijowski pozostało co najwyżej około 25 milionów. Całkiem imponujące osiągnięcie w ciągu zaledwie trzydziestu pięciu lat niepodległości.
A jednak niepodległość wydawała się tak obiecująca ! Rząd USA i wielu Amerykanów z ukraińskimi przodkami i korzeniami natychmiast żywo zainteresowało się nowym suwerennym państwem. Byli to potomkowie słowiańskich imigrantów z Ukrainy, czyli Małej Rosji, jak nazywano ją jeszcze nieco ponad sto lat temu, ale głównie potomkowie Żydów, którzy opuścili tę część Rosji, aby znaleźć lepsze życie w Nowym Świecie.
Amerykanie przybyli z całym swoim arsenałem, w tym z typowym wachlarzem organizacji pozarządowych i przede wszystkim „międzynarodowych” podmiotów finansowych, takich jak Bank Światowy i MFW. Instrumenty te okazały się niezwykle skuteczne w podporządkowaniu i utrzymaniu kontroli USA nad krajami Ameryki Łacińskiej.
USA rozpoczęły więc demontaż gospodarki Ukrainy, zabierając to, co wydawało się najcenniejsze i pozbywając się reszty, przykuwając kraj do USA i zdominowanych przez USA organizacji międzynarodowych, jednocześnie przejmując kontrolę nad jego finansami. W tym procesie ukraiński przemysł wytwórczy, zatrudniający miliony, został wypatroszony i ostatecznie rozebrany. Ukraińscy politycy byli tylko zbyt chętni, aby grać i nie przegapić złotej okazji, aby wypchać swoje kieszenie. Według Wskaźnika Percepcji Korupcji (CPI) Ukraina jest jednym z najbardziej skorumpowanych krajów Europy, wśród znanych miejsc, takich jak Mołdawia. Innymi słowy, można powiedzieć, że Ukraina stała się europejskim klonem klasycznej latynoamerykańskiej republiki bananowej, takiej jak Nikaragua czy Honduras.
W 1994 r. Ukraina została całkowicie podporządkowana banksterom z Wall Street, MFW i Banku Światowego, gdy Wiktor Juszczenko został mianowany szefem banku centralnego kraju. Gdy amerykańscy rabusie i doradcy, a za nimi chętni spekulanci z Europy, zalali kraj, rozpoczęła się kolejna wielka kradzież.
Dziesięć lat później, w 2004 r., za pośrednictwem organizacji pozarządowych i innych instrumentów, takich jak National Endowment for Democracy, USA zorganizowały lokalną rewolucję kolorową, „pomarańczową rewolucję”, która doprowadziła do wyboru Juszczenki na prezydenta. W tym czasie Ukraina już (w 2003 r.) dała dowód swojej lojalności wobec USA, wysyłając 1600 żołnierzy na okupację Iraku po tym, jak USA go podbiły.
Można powiedzieć, że Ukraina przekształcała się w europejski odpowiednik Kuby w latach 60.: bastion supermocarstwa na progu innego supermocarstwa, taki, jakim Kuba była dla Związku Radzieckiego na progu Ameryki. Różnica polegała na tym, że Ukraina była rządzona dokładnie tak samo jak Kuba od 1902 do 1959 r.: jako zwykły protektorat USA, z lokalnym ambasadorem USA jako prokonsulem.
Kolejną dekadę później, w 2014 roku, po tym, jak prezydent Wiktor Janukowycz, ulegając zdrowemu rozsądkowi i rosyjskiej presji, wycofał się z podpisania umowy o wolnym handlu i stowarzyszeniu z Unią Europejską (politycznym ramieniem NATO), USA zorganizowały „Rewolucję Godności”, znaną również jako Euromajdan. Interwencja zakończyła się sukcesem, co doprowadziło do wyboru nowego prezydenta: cara czekolady Petra Poroszenki. Przystępując do uchwalania serii antyrosyjskich dekretów, nowy reżim sprowokował bunt w regionach (obwodach) donieckim i ługańskim, w których większość stanowią rosyjskojęzyczni. Oba regiony ogłosiły następnie autonomię, po czym reżim w Kijowie rozpętał falę odwetowej przemocy wobec lokalnej ludności cywilnej, co do 2022 roku doprowadziło do śmierci ponad 14 000 mieszkańców.
Amerykanie, którzy teraz mieli pełną kontrolę nad Ukrainą, postanowili przejąć bazę morską w Sewastopolu na Półwyspie Krymskim. Region ten był również w przeważającej mierze zamieszkany przez rosyjskojęzycznych. Przejęcie bazy przez USA pozbawiłoby rosyjską marynarkę wojenną strategicznej bazy południowej, która była absolutnie niezbędna. W ciągu kilku dni od zakończenia „Rewolucji Godności” jednostki armii rosyjskiej zostały wysłane na Krym, aby zabezpieczyć go dla Rosji i uniemożliwić USA przejęcie bazy w Sewastopolu. 11 marca krymski parlament regionalny i rada miejska Sewastopola ogłosiły niepodległość regionu, która została zatwierdzona w referendum kilka dni później. Miesiąc później Krym dołączył do Federacji Rosyjskiej.
Amerykanie wrzeli z bezsilnej wściekłości, gdy ich plan przejęcia Sewastopola upadł. W pewnym stopniu złagodzili to, sprawiając, że ich „społeczność międzynarodowa” odmówiła uznania legalności przyłączenia Krymu do Federacji Rosyjskiej. Ale co dalej? Reżim Obamy, w którym neokonserwatyści z PNAC odegrali kluczową rolę, zdecydował się na incydent pod fałszywą flagą, aby doprowadzić do zbrojnej konfrontacji z Rosją, którą, jak byli całkowicie pewni, USA i NATO wygrają bezapelacyjnie. 17 lipca 2014 r. Amerykanie, za przyzwoleniem, jeśli nie pomocą holenderskiego rządu Rutte, zorganizowali zestrzelenie przez ukraińskie myśliwce malezyjskiego samolotu pasażerskiego, na pokładzie którego znajdowało się dwustu obywateli Holandii. Samolot MH-17 został zestrzelony i rozbił się w oderwanym regionie Doniecka. Rosjanie, oskarżeni o tajne wspieranie rebeliantów w Doniecku, zostali natychmiast obwinieni o zestrzelenie samolotu pasażerskiego. Nie trzeba dodawać, że nie ma żadnych dowodów na poparcie tego twierdzenia. [Nawiasem mówiąc, można przypuszczać, że nominacja Rutte’a na stanowisko Genseka NATO jest nagrodą za jego lojalną współpracę w sprawie oszustwa związanego z lotem MH-17 .]
Chociaż „wojna rosyjsko-ukraińska” rozpoczęła się w 2014 r., była prowadzona w bardzo dyskretny sposób, szczególnie po stronie rosyjskiej. Ukraińcy z kolei, wspomagani i podżegani, często wręcz prowadzeni przez Amerykanów i ich wasali z NATO (zwłaszcza Anglików), rozpoczęli szeroko zakrojony program zbrojeniowy w ramach przygotowań do poważnej konfrontacji z Rosją.
Pod koniec 2021 r. prezydent Rosji Władimir Putin, w celu zakończenia rozlewu krwi w Doniecku i Ługańsku oraz trwałego rozwiązania problemu, wysłał wielokrotne propozycje do reżimu Bidena w USA i do NATO. Jednak ponieważ nikt nie chciał odpowiedzieć, w lutym 2022 r. Rosja rozpoczęła Specjalną Operację Wojskową (SMO).
Po raz kolejny USA i ich europejscy wasale wrzeszczeli z wściekłości na kolejne naruszenie ich „opartego na zasadach” porządku. W rzeczywistości, zgodnie z tymi zasadami, tylko USA i Izrael mają prawo robić to, co właśnie zrobiła Rosja. Jednak stworzyło to dokładnie taką sytuację, do której USA i NATO przygotowywały się przez cały czas. W ten sposób rozpoczęła się wojna zastępcza NATO przeciwko Rosji, która miała doprowadzić do upadku i podziału Federacji Rosyjskiej.
W swojej trwającej przez dziesięciolecia zarozumiałości i pysze zachodnie elity rządzące, ich media i różni „eksperci” byli przekonani, że ich lepsza zachodnia broń z łatwością zwycięży. Ku ich całkowitemu zaskoczeniu, broń zachodnia okazała się gorsza od rosyjskiej. Co więcej, ukraińskie siły zbrojne zostały wyszkolone według standardów NATO, które same w sobie są gorsze od standardów rosyjskich sił zbrojnych. Chociaż poszczególnym ukraińskim żołnierzom z pewnością nie brakowało odwagi i zaangażowania, okazali się mięsem armatnim dla rosyjskiej armii i jej lepszej broni.
W tej chwili, trzy lata po rozpoczęciu SMO, klęski ukraińskiej armii nie da się już ukryć przed opinią publiczną za pomocą fake newsów i codziennych dawek dezinformacji.
Na polu bitwy zginęło ponad milion ukraińskich żołnierzy, co oznacza, że co najmniej dwa miliony innych zostało rannych, z których wielu pozostanie kalekami do końca życia.
Chociaż dzięki rosyjskiej taktyce straty cywilne są bardzo niskie, nie będzie przesadą stwierdzenie, że wojna pogłębiła upadek demograficzny Ukrainy. Miliony Ukraińców, w tym wielu mężczyzn w wieku poborowym, uciekło do innych krajów europejskich. Ponad dwa miliony znalazło schronienie w Polsce, gdzie ukraińscy lekarze i pielęgniarki przejęli szerokie połacie systemu medycznego. Ponad milion jest teraz w Niemczech, prawie milion w Czechach. Duże kolonie Ukraińców znajdują się (w kolejności malejącej) we Włoszech, Rumunii, Słowacji i Holandii. Przed wybuchem wojny setki tysięcy Ukraińców opuściło już swoją ukochaną ojczyznę, aby znaleźć lepsze życie w Ameryce, ale także w Rosji, gdzie istnieje duże zapotrzebowanie na wszelkie możliwe rodzaje pracy. Tyle o patriotyzmie Ukraińców!
Mając na uwadze ostateczną porażkę ukraińskich sił zbrojnych i ich sponsorów z NATO i USA, zrozumiałe jest, że w obu obozach podejmowane są działania w celu osiągnięcia formalnego porozumienia. Nowo wybrany prezydent USA Donald Trump działa obecnie jak katalizator w tym delikatnym procesie.
Prezydent Ukrainy Władimir Zełenski, nie pozbawiony talentu komik, który został starannie wybrany i przygotowany do pełnienia urzędu, pozostaje wierny swojej roli niezłomnego przywódcy wojennego wbrew przytłaczającym przeciwnościom i prezentuje pokaz odporności i determinacji. Jednak coraz bardziej wygląda na to, że jest przywódcą pustej skorupy. Ukraińska gospodarka ogromnie ucierpiała z powodu wojny. Sieć energetyczna musi zostać całkowicie przebudowana, a inne elementy infrastruktury również wymagają ogromnych inwestycji i wysiłku, aby przywrócić je do normy.
Ostatnie wystąpienie Zełenskiego w Białym Domu w sporze z Trumpem i wiceprezydentem Vance’em nie powinno odwracać uwagi od tego, co prawdopodobnie zostało już ustalone przez Trumpa i Putina. Obaj chcą zakończenia operacji wojskowej na Ukrainie, ale to Rosja dyktuje warunki. Zełenski i Trump chcą ratować twarz, a Putin z pewnością pozwoli Trumpowi to zrobić.
Ukraina wyjdzie z tego amputowana i pokryta bliznami, opłakując swoich zmarłych i żywiąc urazę do milionów Ukraińców, którzy wyjechali i prawdopodobnie nie wrócą. Będzie to swego rodzaju cud, jeśli szczątkowa Ukraina wokół Kijowa, bezpiecznie związana z Rosją, przetrwa.
Historia zna niewiele przykładów, w których naród posiadający wszelkiego rodzaju zalety został zniszczony w ciągu zaledwie czterech dekad. Ukraina stanowi wyjątkowy przypadek z tej sytuacji.
Jest niezwykle smutne, że Ukraina nie została zniszczona przez zwykłych Ukraińców. Wszystko, czego chcą, to to, czego naprawdę pragnie większość ludzi na świecie: prowadzić zdrowe, szczęśliwe życie z rodziną i przyjaciółmi, być bezpiecznym i jeść przyzwoite jedzenie. Kraj został zniszczony przez USA i ich wasali z NATO oraz klikę banksterów, wspomaganą przez małą klikę bezwzględnych ukraińskich polityków.
W rzeczywistości Ukraina to po prostu kolejne upadłe państwo, którego istnienie podtrzymują ogromne pieniądze, trafiające głównie do kieszeni rzesz skorumpowanych polityków i biznesmenów w USA, Europie, Izraelu i na Ukrainie.
Uczynić Kościół mniej męskim – oto nowe zadanie wyznaczone przez papieża Franciszka Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Takie jest przynajmniej oficjalne tłumaczenie użytego przez niego słowa smaschilizzare, które media anglojęzyczne przetłumaczyły jako „zdemaskulinizować” (demasculinize), tj. pozbawić cech męskich, wykastrować. „Rendere meno maschile” – czego Franciszek nie powiedział – znaczyłoby dosłownie „uczynić mniej męskim”.
Jak jednak ktokolwiek, a zwłaszcza papież, rozważać może demaskulinizację Kościoła, założonego przez jednorodzonego Syna Bożego, który zstąpił z nieba i stał się człowiekiem (mężczyzną)? Skąd Franciszek zaczerpnął ten dziwaczny i bluźnierczy pomysł?
Wyznaczając Międzynarodowej Komisji Teologicznej owo zadanie, papież cytował szwajcarskiego teologa Hansa Ursa von Balthasara, wedle którego: „Maryjny wymiar Kościoła wcześniejszy jest od wymiaru Piotrowego, nie pozostając jednak od niego rozdzielonym czy z nim sprzecznym”. Opierając się na myśli von Balthasara, Jan Paweł II pisał w swym liście apostolskim Mulieris dignitatem, iż „można powiedzieć, że Kościół jest zarazem «maryjny» i apostolsko-Piotrowy”1. W Katechizmie Kościoła katolickiego czytamy zaś, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy” (par. 773). Nigdzie nie czytamy tego, co stwierdza Franciszek, a mianowicie: „[wymiar] maryjny ważniejszy jest od Piotrowego”, przez co rozumie on, że w Kościele element niewieści ważniejszy jest od męskiego.
Franciszek wydaje się czerpać inspirację nie od von Balthasara, ale od radykalnej feministki i lesbijki Mary Daly, która w swej książce Beyond God the Father pisała, że wyzwolenie z patriarchatu
obejmuje kastrację słownictwa i obrazów, które odzwierciedlają i utrwalają struktury seksistowskiego świata. Kastruje ono w sensie odcięcia fallocentrycznego systemu wartości, narzuconego przez patriarchat. (…) [Jeśli] Bóg jest mężczyzną, mężczyzna jest Bogiem. (…) Idea wyjątkowego męskiego zbawiciela może być postrzegana jako jeszcze jedna próba legitymizacji dominacji mężczyzn. Słusznie można postrzegać ją jako próbę utrwalenia „grzechu pierworodnego” religii patriarchalnej, a mianowicie podporządkowania jej interesowi patriarchatu.
Franciszek zgadza się z Daly, że maskulinizacja Kościoła, którą nazywa ona służbą interesom patriarchatu, stanowi „jeden z wielkich grzechów”. Choć mówi, że grzech ten nie może zostać naprawiony drogą urzędu2, trudno zrozumieć, jak inaczej mogłoby to wyglądać. Jak można zdemaskulinizować Kościół bez wprowadzenia diakonek, kapłanek, biskupek, kardynałek, a ostatecznie papieżyc? Jeśli niewiasty są ważniejsze od mężczyzn – jak uważa Franciszek – nie ma sensu zamykanie im dostępu do urzędów3.
Oczywiście kapłanki i pełniące urząd papieski niewiasty stanowią elementy większego pakietu, obejmującego wszelkiego rodzaju teologiczne niespodzianki, a także pewne praktyki, które wydają się drogie sercu niewiast aspirujących do kapłaństwa. Widać to na przykładzie FutureChurch, organizacji zajmującej się „wyświęcaniem” niewiast na księży, która wyraża rozgoryczenie z powodu treści najnowszej syntezy Synodu o synodalności, ponieważ „w kwestii sprawiedliwości wobec osób LGBTQ+ oraz ich integracji [w życie Kościoła] (…) mętny i niezobowiązujący język dokumentu był szczególnie rozczarowujący, biorąc pod uwagę wcześniejsze uwagi Franciszka na temat błogosławienia związków homoseksualnych”.
FutureChurch zapowiada m.in. wydarzenie o nazwie: Co-Creating Beauty: Queer Bodies and Queer Loves Beyond the Anathemas4, podczas którego planuje się „badać, w jaki sposób nasze role jako współtwórców (z Bogiem) pozwalają na nowe sposoby zrozumieć prawdę objawioną przez seksualność i tożsamość płciową poza granicami hetero-normatywności”. Innym planowanym wydarzeniem jest Catholic Fasting Literature in a Context of Body Hatred: A Feminist Critique5, podczas którego prezenter „argumentuje, że praktyki będące owocem mizoginistycznej nienawiści do ciała oraz kultura wstrzemięźliwości podczas Wielkiego Postu utrwalają szkodliwe nawyki żywieniowe”.
Paradoksalnie organizacja, która propaguje samookaleczanie się osób transpłciowych, uważa umartwianie się podczas Wielkiego Postu za przejaw nienawiści do ciała.
Women’s Ordination Conference ma cele identyczne z FutureChurch, prezentuje się jednak w sposób bardziej subtelny. „Kościół – jak przekonuje – musi być otwarty na pełne i równe uczestnictwo we wszystkich swych posługach kobiet oraz osób wszelkich tożsamości płciowych”; a jej długofalowymi celami są „włączenie duchowości feministycznej, womanistycznej, mujerystycznej6 oraz innych duchowości wyzwoleńczych do codziennego katolicyzmu”.
Pierwszym etapem feminizacji Kościoła było wprowadzenie ministrantek, żeńskich lektorów oraz niewiast będących nadzwyczajnymi szafarkami Eucharystii; etap obecny zakłada wprowadzenie diakonek, co prawdopodobnie nastąpi po zakończeniu obecnego synodu. Jak stwierdza jego synteza: „przed kolejną sesją Synodu powinny zostać podjęte inicjatywy umożliwiające wspólne rozeznanie w kontrowersyjnych kwestiach doktrynalnych, duszpasterskich i etycznych”. Kolejnym etapem będzie zapewne wprowadzenie kapłanek – krok całkowicie logiczny po dopuszczeniu niewiast do diakonatu. Następnie pojawią się biskupki, kardynałki i ostatecznie papieżyce.
Czy kapłanki i papieżyce będą prawdziwymi niewiastami czy też transseksualistami? Obecnie, gdy transseksualistów dopuszcza się do sakramentu chrztu, uczestniczą oni również w „powszechnym kapłaństwie wiernych”. Uniemożliwianie im dostępu do kapłaństwa lub pełnienia urzędu papieskiego byłoby rażącym aktem indietrismo – „wstecznictwa”.
Habemus papessamoznaczać będzie spełnienie marzenia Franciszka o demaskulinizacji Kościoła.
Na zakończenie swego przemówienia do członków Międzynarodowej Komisji Teologicznej Franciszek, być może pragnąc się wykazać poczuciem humoru, poprosił teologów o dołączenie do niego w modlitwie do Boga Ojca, aby spełniła się Jego wola.
↑Współtworzenie piękna: queerowe ciała i queerowe miłości poza zasięgiem anatem (ang.) – przyp. red.
↑Katolicka literatura o poszczeniu w kontekście nienawiści do ciała – krytyka feministyczna (ang.) – przyp. red.
↑Od ang. womanism i hiszp. mujerismo – oba terminy znaczą to samo, nie są jednak jednoznaczne w swej definicji. Od feminizmu odróżnia je np. większe skupienie na interesach niewiast o innych kolorach skóry niż biały, ale nie tylko – zainteresowanie rozszerza się na różne potrzeby różnych osób z tzw. mniejszości – przyp. red.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 11 marca 2025 michalkiewicz
Pod koniec karnawału miały miejsce w Polsce doniosłe wydarzenia. Pierwsze wydarzenie miało charakter na poły polityczny, a na poły towarzyski. Mówię oczywiście o pogrzebie pana Mariana Turskiego, którego w mediach przedstawiano, jako „ocalałego z holokaustu”. Pan Marian Turski rzeczywiście ocalał, chociaż trafił najpierw do Auschwitzu, a potem – do Buchenwaldu, skąd uciekł. Ciekawe jednak, dlaczego żałobnicy zgodnie eksponowali tylko wątek martyrologiczny, chociaż pan Marian Turski po zakończeniu II wojny światowej żył jeszcze bardzo długo. Dlaczegoś jednak o tym – raczej sza! A przecież to było życie bujne i aktywne. Już w 1945 roku pan Marian Turski wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej, gdzie powierzano mu różne, odpowiedzialne zadania. Polska Partia Robotnicza w tym okresie, wspomagana przez Informację Wojskową, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, KBW i oczywiście – NKWD – zajmowała się tzw. „umacnianiem władzy ludowej” to znaczy – mordowaniem i terroryzowaniem rzeczywistych i domniemanych przeciwników sowieckiej okupacji Polski. Bo w latach 1944 – 1956 mieliśmy do czynienia de facto z okupacją, dla niepoznaki kamuflowaną suwerennościową fasadą. Pan Marian Turski chyba nikogo osobiście nie zamordował, bo wykonywał zadania właśnie na odcinku fasadowym i chyba się odznaczył, bo w 1947 roku partia wysłała go do Pragi na Kongres Pokoju. Potem z małpią zręcznością wspinał się po szczeblach kariery partyjnej i już w roku 1951, w czasie najczarniejszej stalinowskiej nocy, objął stanowisko „instruktora” w Wydziale Prasy i Wydawnictw KC PZPR, awansując w roku 1954 na „starszego instruktora” Wydziału Propagandy i Agitacji KC PZPR. Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że obydwa te wydziały były za pierwszej komuny odpowiednikiem Ministerstwa Propagandy, którym w III Rzeszy kierował Józef Goebbels.
W roku 1956, kiedy to uczestnicy komunistycznego aparatu terroru i duraczenia pochodzenia żydowskiego przepoczwarzać się zaczęli w „liberałów” („Zgoda, ja mogę być leberał, tylko wy o tem mnie powiedzcie” – prosił Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego), pan Marian Turski zarabiał na życie w utworzonym akurat przez partię tygodniku „Polityka” ale przede wszystkim aktywizował się na odcinku martyrologicznym, rozpamiętując – ale nie krzywdy ofiar zbrodni komunistycznych w Polsce, co to, to nie – tylko penetrując odcinek martyrologii żydowskiej.
W tym bowiem czasie wielu żydowskich uczestników komunistycznego aparatu terroru, wyjechało na Zachód. Tam nie bardzo mogli chwalić się uczestnictwem w komunistycznych zbrodniach, więc żeby zarobić na bułeczkę i masełko, prezentowali się zachodnim sponsorom, jako „ocalałe z holokaustu” ofiary „polskiego antysemityzmu”. Z czasem i pan Marian Turski zorientował się, z której strony chleb jest posmarowany i po tak zwanym „upadku komunizmu” poświęcił się już wyłącznie rozpamiętywaniu. Dzięki temu żadna Schwein nie ośmieliła się już wypominać mu heroicznej walki o umocnienie władzy ludowej na odcinku fasadowym, więc nic też nie stało na przeszkodzie umieszczenia go przez Judenrat w czołówce grona autorytetów moralnych, dzięki czemu mógł mentorować mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, po staremu tresując go w obowiązku wzmożonej czujności. Toteż jego pogrzeb na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej, na którego renowację pan minister Gliński wyłożył w swoim czasie 100 milionów złotych, stał się największym wydarzeniem towarzyskim mijającego karnawału. Obecni byli różnej rangi Żydowie, od pana rabina Schuldricha, poprzez pana Rafała Trzaskowskiego i rzeszę „ocalałych” drobniejszego płazu – a także liczne przedstawicielstwo koniunkturalnych elit mniej wartościowej ludności tubylczej, wśród których zwracała uwagę Mater Dolorosa, czyli Matka Boska Komorowska. Tak to dawne kulty łączą się z postępowymi kultami nowymi.
Ale to jeszcze nic w porównaniu z kolejnym wydarzeniem, bardziej politycznym, niż towarzyskim – chociaż akcenty towarzyskie wybrzmiały i przy tej okazji. Mam tu na myśli uroczyste obchody trzeciej rocznicy rozpoczęcia wojny na Ukrainie. Dlaczego akurat trzeciej – skoro przecież wiadomo, że wojna ta, co prawda jeszcze bez tylu ofiar, rozpoczęła się w roku 2014, kiedy to laureat Pokojowej Nagrody Nobla, amerykański prezydent Obama, wyłożył 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu” – od czego wszystko się zaczęło – tajemnica to wielka – chociaż pewną rolę odgrywa okoliczność, że jeszcze nie został odwołany rozkaz, według którego „agresorem” jest zimny ruski czekista Putin. Jak tam było, tak tam było, tym bardziej, że każdy powód jest dobry, żeby urządzić uroczyste obchody. Skoro starożytni Rzymianie twierdzili, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko co potrójne, jest doskonałe, to dlaczegoż by nie obchodzić trzeciej rocznicy?
Gdyby – jak to od początku było zatwierdzone – Ukraina tę wojnę wygrała, to obchody rocznicowe nie byłyby przede wszystkim uroczyste, tylko radosne, połączone na przykład z wesołymi egzekucjami ruskich zbrodniarzy wojennych i innymi ludowymi atrakcjami. Niestety wesoły nastrój został zwarzony przez złowrogiego amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który nie tylko nie okazał należytego szacunku ukraińskiemu prezydentowi Zełeńskiemu, ale w dodatku nie zaprosił go do Rijadu, by podyktował tam Rosji warunki bezwarunkowej kapitulacji. W związku z tym nastrój był – jak już wspomniałem – uroczysty.
Podkreślam to dlatego, że na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że aktywistki uczestniczącego w uroczystych obchodach trzeciej rocznicy wybuchu wojny na Ukrainie Strajku Kobiet przybyły na demonstrację bez majtek, by nie utrudniać sytuacji młodym Ukraińcom. W tych fałszywych pogłoskach nie ma oczywiście ani jednego słowa prawdy, chociaż rzeczywiście, Strajk Kobiet wziął udział w uroczystościach, podobnie jak Komitet Obrony Demokracji i inne organizacje, które utraciły amerykańskie subwencje, w związku z zakręceniem przez prezydenta Trumpa kurka z agencji USAID. Pewnie dlatego, że i Volksdeutsche Partei mogła – przynajmniej pośrednio – partycypować w tym jurgielcie, obywatel Tusk Donald wzbogacił rewolucyjną teorię, dorzucając kolejne kryterium do definicji człowieka przyzwoitego. Powiedział mianowicie, że „przyzwoici ludzie stoją dziś przy Ukrainie”. Jest to ważne novum dlatego, że w głosowaniu nad rezolucją w Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych, przeciwko wskazaniu nieubłaganym palcem, że agresorem jest Rosja, głosował między innymi Izrael. Według kryterium przyzwoitości, zaproponowanego przez obywatela Tuska Donalda, w Izraelu nie byłoby ludzi przyzwoitych. Tymczasem dotychczasowy dorobek w zakresie rewolucyjnej teorii dotyczącej przyzwoitości wskazuje na wysokie prawdopodobieństwo, że człowieki przyzwoite rozpoznają się w tłumie po zapachu. Do tego oczywiście trzeba mieć specjalnego nosa, ale w Izraelu, podobnie jak w Judenratach rozsianych po świecie, akurat z tym nie ma problemu. Wydaje się w związku z tym konieczne, by obywatel Tusk Donald jeszcze dopracował swoją rewolucyjną teorię, bo w przeciwnym razie może być z nim brzydka sprawa.
Jest to konieczne tym bardziej, że funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu, natychmiast zastosowali to kryterium w kampanii prezydenckiej, Miażdżącej krytyce poddany został pan Karol Nawrocki, że zamiast z okazji rocznicy nadstawić się jakiemuś Ukraińcowi, a przynajmniej – obsłużyć jakąś Ukrainkę – pojechał do Zakładów Mięsnych, gdzie na oczach całej Polski spożywał kiełbasę. Gdyby przynajmniej kiełbasa ta była zrobiona z Putina, a w ostateczności – z jakiegoś starego kurwiarza, to jeszcze można by mu ten wybryk wybaczyć, ale nic z tych rzeczy – była to bowiem kiełbasa wyborcza, w dodatku – podobno koszerna – a ta – jak wiadomo – może być używana tylko przez kandydata zatwierdzonego, czyli pana Rafała Trzaskowskiego
Największego świętokradztwa dopuścił się jednak pan Sławomir Mentzen z Konfederacji. Nie dość, że prowokacyjnie nie złożył przepisanego hołdu rocznicowego, to jeszcze ostentacyjnie pojechał do prastarego Lwowa. Tego było już za wiele dla lwowskiego mera, pana Andrija Sadowego, który nazwał pana Sławomira Mentzena „prorosyjskim politykiem”. Według obowiązujących na Ukrainie kryteriów, takie określenie stanowi największą obelgę. Tymczasem pan Sławomir Mentzen, zamiast posypać sobie głowę popiołem ze spalonego godła Federacji Rosyjskiej, najwyraźniej przebrał miarę w zuchwalstwie i to podwójnie. Po pierwsze – że zaczął się z panem Andrijem Sadowym nie zgadzać – a przecież wiadomo, że każdy przedstawiciel naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, powinien się obywateli Ukrainy, a zwłaszcza – pana Sadowego – słuchać i nie razsużdać. Po drugie – że pan Mentzen, jakby tego pierwszego zuchwalstwa było mu za mało – jeszcze nieubłaganym palcem wytknął panu Sadowemu, że za jego rządów postawiono we Lwowie pomniki Stefanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi – projektodawcy i wykonawcy ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w roku 1943 i później. W dodatku zaczął się odgrażać, że jak tylko wygra wybory, to zaraz się postara, by pan Sadowy otrzymał szlaban na wjazd do Polski.
No to już chyba wszyscy mają jasność, że pan Sławomir Mentzen w żadnym wypadku nie powinien tych wyborów wygrać. Myślę, że zgodnie z głoszonym przez pana Mariana Turskiego obowiązkiem wzmożonej czujności, trzeba porzucić pozory i stanąć na nieubłaganym gruncie demokracji kierowanej. Jak pamiętamy, kiedy w Rumunii w pierwszej turze wyborów prezydenckich najlepszy wynik uzyskał niezatwierdzony przez żaden sanhedryn kandydat Calin Georgescu, to tamtejszy niezawisły Sąd Najwyższy unieważnił te wybory i odłożył je ad calendas Graecas. Ponieważ jednak pan Georgescu nie dawał za wygraną i nadal prowokacyjnie uzyskiwał wysokie notowania w sondażach, tamtejsi bodnarowcy doszli do wniosku, że nie ma innej rady, tylko go zatrzymać, a następnie umieścić w areszcie wydobywczym. Jestem pewien, że i naszym bande… to znaczy pardon – nie żadnym „banderowcom” tylko oczywiście – bodnarowcom – nie trzeba będzie ani dwa razy tego powtarzać, ani rysować obrazka – żeby już nic nie zakłócało banderowskich zapustów.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
W Dżuddzie w Arabii Saudyjskiej spotkają się delegacje USA i Ukrainy. Prezydent Wołodymyr Zełeński zapewnił, że tym razem stanowisko Kijowa będzie „w pełni konstruktywne”. Wyraził też nadzieję, że uda się osiągnąć konkretne efekty w kierunku zakończenia wojny z Rosją.
„Mamy nadzieję na praktyczne rezultaty. Pozycja Ukrainy w tych rozmowach będzie w pełni konstruktywna” – napisał Zełeński na X.
Ukraiński prezydent poleciał do Arabii Saudyjskiej. Jednak nie będzie brał udziału w negocjacjach.
Delegacja ukraińska składa się m.in. z szefa gabinetu prezydenta Andrija Jermaka, ministra spraw zagranicznych Andrija Sybihy oraz ministra obrony Rustema Umierowa. Na czele amerykańskiej delegacji stoi sekretarz stanu Marco Rubio.
Jak podkreślił, jest optymistą przed rozmowami w Dżuddzie.
– Gdybym nie był, to bym tu nie przyjechał – powiedział Rubio.
Potwierdził, że Wołodymyr Zełeński nie weźmie udziału w negocjacjach. Nie wyklucza jednak spotkania z nim.
– Nie jest planowane, ale jest możliwe – zaznaczył Marco Rubio.
Będzie to pierwsze spotkanie przedstawicieli USA i Ukrainy od czasu skandalicznego zachowania Zełeńskiego w Gabinecie Owalnym w Białym Domu. W rozmowach nie przewidziano udziału Rosji.
Negocjacje USA-Ukraina mają rozpocząć się o godz. 12 czasu miejscowego, czyli godz. 10 czasu polskiego.
Amerykańska CNN opublikowała reportaż o pracy „jednostki dronów dalekiego zasięgu” wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Reporterzy przez 2 dni obserwowali przygotowania do wystrzelenia ponad 100 dronów na Rosję. Przy okazji reportażu na jaw wyszły sekrety ukraińskich uderzeń takimi dronami po terytorium Rosji. Te informacje wcześniej nie były publicznie ujawniane;
Zachód dostarcza na Ukrainę setki tysięcy różnych dronów. Na zdjęciu części dronów dla Ukrainy w fabryce na Cyprze. / ShutterStock
Sekretny dron „Wściekły” leci na Moskwę
Podstawowym dronem używanym w atakach jednostki jest dron „Lutyi” (polskie „Wściekły”). Dron „Lutyi” jest jednym z tajnych projektów władz Ukrainy. Dron ma długość prawie czterech metrów i szerokości około siedmiu. Według reportażu CNN, te drony mogą przenosić ładunek do 250 kilogramów materiału wybuchowego. Przy czym niektóre źródła podają, że na dalsze dystanse, a „Lutyi” mają zasięg do 1000 km, drony latają z ładunkiem 50 kg. To właśnie te drony atakują położone daleko od Ukrainy rosyjskie lotniska, rafinerie, składy amunicji i paliw, ale i miasta.
Kombinowane naloty i wabiki
Ujawniono żedrony „Lutyi” są wystrzeliwane wraz z mniejszymi dronami kamikaze „Rubaka”. Drony-kamikadze „Rubaka” (ładunek użyteczny 3-5 kg, zasięg około 500 km) są wystrzeliwane równolegle, aby wyczerpać obronę przeciwlotniczą i odwrócić uwagę od większych dronów „Lutyi”. Do skrzydeł dodano paski folii metalowej(ewentualnie owinięto je folią aluminiową), aby zmylić rosyjskie radary i skusić je do atakowania rakietami tych mniejszych celów. Po obłożeniu taką folią aluminiową odbicie radiolokacyjne tych dronów wzrasta i stają się one na ekranach większym i bardziej atrakcyjnym celem. Około 30% wszystkich wystrzelonych dronów będzie wykonywać fałszywe i dywersyjne zadania.
Drony lecą wężykiem
Dowódcy dronów dalekiego zasięgu oświadczyli reporterom CNN, że trasy przelotu dronów mogą zawierać ponad 1000 punktów. Wskazuje to na to że trasa jest starannie planowana tak by uniknąć wykrycia przez systemy obrony przeciwlotniczej. Ponieważ Ukraina nie posiada dużych możliwości w wykrywaniu stanowisk obrony w głębi Rosji można zakładać, że to kraje zachodnie prowadzą zwiad satelitarny i kierują drony „wężykiem” w głąb terytorium Rosji. Rosyjska obrona przeciwlotnicza w Rosji jest wielowarstwowa, dlatego trzeba znaleźć w niej „szczeliny i luki”. W tym Ukrainie pomaga grupa satelitów krajów NATO, która przekazuje dane o położeniu systemów obrony przeciwlotniczej.
Ocena rezultatów nalotu
Powodzenie misji dronów dalekiego zasięgu jest przez Ukrainę monitorowane na trzy sposoby: analiza zdjęć satelitarnych, wywiad agenturalny, wywiad osobowy w tym monitoring wiadomości w grupach Telegram. Innymi słowy poza zdjęciami satelitarnymi Ukraina stara się by w pobliżu atakowanych rosyjskich obiektów znaleźli się jej agenci, którzy ocenią skuteczność ataku. Jak wiemy z doniesień rosyjskich mediów, agenci ci są rekrutowani spośród rosyjskich obywateli (są to osoby o proukraińskich przekonaniach lub płatni agenci) lub migrantów (przykładowo niedawno w Rosji zatrzymano obywatela Uzbekistanu, który informował wywiad ukraiński o celach ataków na Moskwę).
Ukraina także prowadzi monitoring sieci społecznościowych i liczy na to ze sami obywatele Rosji zamieszcza informacje i zdjęcia efektów nalotu. Nawet film z zestrzelenia ukraińskiego drona może podpowiedzieć, gdzie stoją rosyjscy przeciwlotniczy. Wszystko to pokazuje jak ważna jest odpowiedzialność w publikowaniu zdjęć w sieciach społecznościowych. Przypomnijmy że w samej Ukrainie publikacja zdjęć efektów nalotów i zdjęć pracy wojsk przeciwlotniczych jest ściśle zabroniona.
Rosja zablokowała niedawno kanał Discord. Jak informowano był on wykorzystywany także przez Ukraiński wywiad, do kontaktu ze swymi agentami w Rosji. / ShutterStock
Rosyjski antydronowy parasol coraz bardziej szczelny
Jeden z ukraińskich dowódców zauważa, że„Jedyną opcją skutecznego ataku na obiekt na tyłach jest znalezienie 'okien’ w działaniu obrony przeciwlotniczej”. Ukrainie się to na razie udaje, ale zauważają zwiększoną skuteczność rosyjskiej obrony przeciwlotniczej (w tym wykorzystanie śmigłowców do przechwytywania dronów). Autor może od siebie dodać, ze Rosjanie do atakowania śmigłowcami dronów zaczęli używać prywatnych kontraktorów. Wyposażają „prywatne” firmy w śmigłowce i oddają im stare lotniska. Firmy rekrutują byłych pilotów i wojskowych i polują na ukraińskie drony. Odciąża to rosyjską armię i pozwala jej się skupić na wykonywaniu jej głównych zadań na froncie.
Dolny szczebel rosyjskiej obrony przeciwlotniczej stanowią systemy Pantsyr. Rozmieszczono je m.in. na platformach i budynkach wokół Moskwy. / ShutterStock
Największy sekret jednostki ujawniony przypadkiem?
Rosyjski analityczny kanał Telegram „Rybar” na podstawie reportażu ustalił, że lotnisko, z którego wystrzeliwano drony, to nie co innego jak Połtawa. W czasie II wojny światowej i w okresie związku radzieckiego lotnisko było wykorzystywane jako baza ciężkiego lotnictwa bombowego. Można oczekiwać, że teraz Rosjanie zaatakują swoimi dronami i rakietami ukraińską jednostkę będącą bohaterami reportażu. Ale być może już po nakręceniu reportażu jednostka zmieniła lokalizację.
Ukraina prosi o rakiety dalekiego zasięgu
Główne przesłanie reportażu to proszenie przez przedstawicieli ukraińskiego wywiadu o umożliwienie im atakowania Rosji rakietami dalekiego zasięgu i dostarczenia im większej ilości broni. Zachód słusznie ocenia że takie ataki stanowiłyby jego dalsze wciąganie w konflikt. Jak oświadczyła stała przedstawicielka USA przy NATO Julianne Smith „Podejście USA do ograniczeń w wykorzystaniu przez Ukrainę amerykańskiej broni dalekiego zasięgu pozostaje niezmienione”. Co więcej wielu ekspertów uważa, że nie ma cudownej broni która poprawiłaby sytuację Ukrainy w wojnie z Rosją.
Ukraina otrzymała już rakiety ATACAMS o zasięgu 300 km, ale nie ma pełnej swobody w atakowaniu nimi celów w głębi Rosji. / ShutterStock
„Współczuję wam, że się boicie”. Gorzkie słowa naczelnej Radia Profeto do episkopatu
Radio Profeto, katolicka rozgłośnia założona przez ks. Michała Olszewskiego SCJ została zamknięta wskutek zamrożenia środków przez prokuraturę. Ewelina Zamojska, redaktor naczelna radia w gorzkich słowach pożegnała się ze słuchaczami podczas ostatniej audycji.
Zamojska skierowała kilka słów pod adresem tych wszystkich, od których Radio Profeto nie doczekało się wsparcia w trudnej sytuacji. Szczególnie mocno dziennikarka skomentowała postawę episkopatu.
–Tym wszystkim, którzy schowali głowę w piasek, biskupom i Episkopatowi, księżom, którzy się wystraszyli, mediom katolickim, które się nie odezwały w pół słowa – współczuję wam, że się boicie, bo my nie chcemy się bać – mówiła.
– Chcę powiedzieć, że nie jestem idealna, nigdy nie byłam i nigdy nie będę, ale powinniśmy za sobą po prostu stać – podkreślała z żalem w głosie. – Powiedzenie, że prawda sama się obroni, dla mnie nie jest prawdziwe. Prawdę obronić możemy my, więc Kościele, przestań się bać! Powiem to jeszcze raz: potrzebujemy pasterzy, a nie ludzi, którzy chowają głowę w piasek; to tak delikatnie, choć chciałabym inaczej, ale na antenie naszego radia nie wypada inaczej – mówiła naczelna Radia Profeto.
Jak dodała, ważne jest, by na koniec pamiętać o jednej, najważniejszej rzeczy. – Pamiętajcie, żeby nasze serca nigdy, przenigdy nie miały w sobie żadnej żółci i nienawiści, żeby w naszych sercach był Kapitan Kapitanów, czyli Jezus – konkludowała.
Szefostwo Radia Profeto w zeszłym tygodniu poinformowało o zamknięciu radia. W obszernym liście pożegnalnym, podpisanym m.in. przez ks. Michała Olszewskiego SCJ podkreślono, że zablokowanie środków przez prokuraturę spowodowało konieczność zakończenia działalności. Decyzja prokuratury ma związek ze sprawą zaangażowania ks. Olszewskiego w dzieła współfinansowane przez Fundusz Sprawiedliwości.
Zgodnie z przewidywaniami, osoba identyfikująca się jako „ministra edukacji” podpisała w ostatni czwartek projekty rozporządzeń w sprawie dwóch nowych przedmiotów – tzw. edukacja zdrowotna i tzw. edukacja obywatelska. Tak zwane, bo zawarte są w nich ukryte treści, o czym poniżej. W przygotowaniu znajduje się rozporządzenie zmieniające ramowe plany nauczania oraz rozporządzenie w sprawie szczegółowych kwalifikacji wymaganych od nauczycieli.
Pani Nowacka rozpoczynała urzędowanie pod hasłem odchudzenia podstaw programowych, aby ulżyć dzieciom, a jak dotąd dostarcza im nowych przedmiotów nauczania. Tzw. edukacja zdrowotna będzie co prawda nieobowiązkowa, ale zawdzięczamy to dwóm czynnikom – wielkiemu oporowi społecznemu oraz wyborom prezydenckim.
Możemy się spodziewać, że w niedługim czasie przedmiot ten również stanie się obowiązkowy. Póki co, trwają gorączkowe prace nad wprowadzeniem nowych przedmiotów do szkół, zwerbowaniem i przygotowaniem nauczycieli. Uruchomiono w tym celu darmowe studia podyplomowe.
Dzieje się to w sytuacji, gdy szkoły coraz bardziej odczuwają braki kadrowe nauczycieli normalnych przedmiotów nauczania. O tym jednak nie mówi się pod rządami Tuska, a za Morawieckiego przedstawiciele resortu wprost zaprzeczali istnieniu problemu. Problem jednak istnieje i staje się coraz bardziej palący, jednak od początku rewolucji w edukacji, czyli od połowy lat 90-tych konsekwentnie jest pomijany. Resort tradycyjnie zajmuje się czym innym – reformami, innowacjami, edukacją włączającą, nowymi przedmiotami, likwidacją polskiej szkoły. Tak jest w istocie – obecny rząd warszawski przystąpił do ostatecznej rozprawy z polską szkołą, aby zastąpić ją czymś innym.
Przyczyna jest zarazem prosta i skomplikowana. Jej prostota polega na tym, że skoro jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i podpisaliśmy wszystkie cyrografy, to posłusznie i potulnie zgadzamy się na wszystkie metamorfozy i mutacje, jakim chce nas poddać unijna kamaryla. A chce ona zbudować państwo federalne, wprzód likwidując odrębność państw narodowych, a potem tożsamość narodową ludności. To stało się już tak oczywiste, że nikogo to nie dziwi, jakby wszyscy się z tym pogodzili i zaakceptowali, że nie będą Polakami, lecz obywatelami UE.
Obecna ekipa warszawska w wielką werwą i energią przystąpiła do dzieła likwidacji polskości, gdyż jako lewakom to właśnie wychodzi im najlepiej. W ich umysłach nie ma już państwa polskiego, a polski naród jest jak ropiejący wrzód, który trzeba szybko uzdrowić. Według nich uzdrowienie oznacza wprowadzenie do Polski wielkiej ilości imigrantów – najpierw ze Wschodu, potem z Południa, a także takie przerobienie umysłów Polaków, aby nie byli Polakami, a także by się nie rozmnażali. Ta innowacja zakłada również pozbawienie Polaków logicznego myślenia i zdolności do efektywnej pracy. Ten cel osiąga się głównie poprzez edukację włączającą, likwidację wiedzy, wymagań i ocen oraz eliminację nauczycieli przedmiotowych i nasycenie szkół nowymi „specjalistami”, zajmującymi się psychologią i pokrewnymi dziedzinami.
Jest jednak dodatkowa komplikacja, kryjąca się w procesie likwidacyjnym polskiego szkolnictwa, polegająca na niedookreśloności tego, co ma powstać zamiast Polski i polskiej szkoły. Do niedawna myśleliśmy, że będzie to Unia Europejska. Ostatnio jednak Unia jakby się powiększyła, co widać na przykładzie awantur wokół wojny ukraińskiej. Oto bowiem Wielka Brytania, wcześniej Unię opuściwszy, teraz kroczy z nią za pan brat, a łącznikiem jest Ukraina, a właściwie jej zdolności do prowadzenia wojny z Rosją. Sojusz ten jest tak ścisły, że Europa chce wejść w nowy wyścig zbrojeń, nowe zadłużenie i militaryzację całej ludności. Nie mając zresztą po temu warunków, poza zadłużaniem się, to unijna kamaryla potrafi najbardziej.
Do Europejczyków, do Polaków także jeszcze nie dotarło, że wszystko, co narodowe musi zostać poświęcone Ukrainie. Wygląda więc na to, że Unia Europejska została poszerzona o Wielką Brytanię i Ukrainę. Gdzie w tym sens, zważywszy, że państwo ukraińskie prowadzi otwarty konflikt zbrojny, a Europa robi wszystko, aby się nie skończył?
Sens kryje się pod pojęciem Paneuropy, opisanej w książce Idealizm praktyczny, napisanej przez austriackiego arystokratę, Richarda Koudenhove – Kalergi w 1925 r. Zakłada on [postuluje, propaguje md] stworzenie jednego europejskiego państwa i jednego narodu. Państwa mają zostać wchłonięte politycznie, ekonomicznie i administracyjnie przez Paneuropę, natomiast naród ma powstać w drodze eugenicznej hodowli nowej rasy negroidów, poprzez masową imigrację z Afryki i Azji.
Projekt Paneuropy spodobał się Rotszyldowi (przedstawiać nie trzeba), który polecił go Maxowi Warburgowi (Wall Street, Rezerwa Federalna), a ten podał go dalej Bernardowi Baruchowi (Wall Street, doradca kilku prezydentów USA).
Po II Wojnie Światowej USA przejęła pieczę nad Europą i gładko wprowadzała w zjednoczenie. Oficjalnie była to Europa Schumanna, nieoficjalnie Europa federalna Spinelliego (komunistyczny Manifest z Ventonene), a tajemnie – Paneuropa.
Niedawno projekt zmodyfikowano, dodając element ukraiński. Państwo to stanowi narzędzie oddziaływania globalnego kapitału w tej części Europy i rezerwuar ludności do przesiedlania. W dokumentach unijnych Ukraińcy, którzy weszli do Polski i Europy Zachodniej po 24 lutego 2022 r. nie są nazywani „refugees” – uchodźcami, lecz „displaced” – przesiedleńcami.
Teraz dopiero okazuje się, z jakiego powodu tak nagle masy ukraińskich uczniów zostały wprowadzone do polskich szkół. Teraz wiadomo, dlaczego na uczelniach prowadzi się prace nad wielokulturowością dla Polaków, dlaczego prowadzi się prace nad porównaniem podstawy programowej ukraińskiej i polskiej, dlaczego to wszystko finansuje UNICEF, ten sam, który promuje Gender Transformative Education – edukację, zmieniającą pojęcie płci, ten sam, który promuje edukację seksualną typu B wg standardów WHO, która od września wchodzi do polskich szkół. Przyczyna nazywa się Paneuropa, i zawiera ona w sobie nie tylko kraje Unii Europejskiej, ale również Wielką Brytanię i Ukrainę. W umysłach unijnej kamaryli i rządu warszawskiego już nie ma Polski i Polaków, istnieje Paneuropa i nowa rasa, a to, co jeszcze przeszkadza, należy czym prędzej przekształcić.
Temu przekształceniu sposobu myślenia i zachowań służą dwa nowe przedmioty – tzw. edukacja zdrowotna i tzw. edukacja obywatelska. Wszystko, co w edukacji zdrowotnej jest dobrego, już wcześniej było obecne w polskiej podstawie programowej. Argumenty, że nowy przedmiot nauczy zdrowych zachowań bledną w zestawieniu ze świadomością, że wiedza o zachowaniach prozdrowotnych, która była nauczana w polskiej szkole będzie teraz likwidowana w 2026 r. wraz z likwidacją polskiej podstawy programowej.
Argumenty, że nowy przedmiot nauczy ludzi zdrowego życia brzmią złowrogo, jeśli weźmie się pod uwagę, jak zdrowe życie i tzw. zdrowie społeczne postrzega WHO. Jakby tego nie nazwać, jest to życie zaszczepione, bezpłodne i kontrolowane przez władzę, i to szkoła ma być środowiskiem, w którym takie życie ma być obowiązkowo nauczane. Edukacja seksualna Polaków, tak samo, jak i pozostałych białych chrześcijan Europy ma ich przygotować do dwóch aktywności życiowych – masturbacji i prostytucji.
Już więc na poziomie odruchów popędowych mają być warunkowani do tego, aby zajmowali się przyjemnością, szli tylko tam, gdzie natychmiastowa korzyść, i by nie bronili swojego terytorium. Dla Paneuropy jest bardzo ważne, aby biali Europejczycy się nie rozmnażali, łatwiej będzie wyhodować nową rasę negroidalną, jeśli miejscowi będą wymierać bezpotomnie. Opróżnione terytorium łatwiej będzie zapełnić nową ludnością za pomocą transferów milionów z Ukrainy, Afryki i Azji. Jeśli Europejczycy sami wymrą bezpotomnie, obejdzie się bez czystek etnicznych w stylu Wołynia.
Tzw. edukacja obywatelska również jest bardzo zasadna z punktu widzenia Paneuropy. Czytamy w podstawie programowej, że tzw. edukacja obywatelska zapewni „przygotowanie uczniów do świadomego i odpowiedzialnego zaangażowania obywatelskiego w społeczeństwie demokratycznym”, że przedmiot będzie „budował i wzmacniał postawy patriotyczne młodych ludzi oparte na poczuciu tożsamości i dumie z przynależności do wspólnoty, troski o małą i dużą Ojczyznę, poczuciu odpowiedzialności za jej kształt”, będzie też kształtować „otwartość i szacunek względem innych, empatię i solidarność z innymi oraz zaangażowanie na rzecz dobra wspólnego”.
Oczywiście nie podaje się do publicznej wiadomości, jaka to będzie ojczyzna, jaka wspólnota, jacy inni, jakie dobro wspólne. Aby odszukać tą wiedzę, trzeba poszperać w licznych dokumentach, pisanych ezoterycznym językiem, stanowiących wspólny dorobek unijno – globalistyczny. Znajdziemy wtedy, że owa „edukacja obywatelska” ma źródła marksistowskie, a jej celem jest zmiana sposobu myślenia i zachowań uczniów, w ten bowiem sposób zostanie zbudowane nowe społeczeństwo nowego świata i zostanie wprowadzony socjalizm. Polscy uczniowie dostaną więc obowiązkowy „instruktarz socjalistycznej zmiany świata”, poprzez rezygnację z własnego narodu, państwa i własności prywatnej. Zamiast tego młodzi Polacy mają być gotowi na wszelkie poświęcenia dla Planety (pisanej z dużej litery – to u nich bóstwo) i uchodźców. Pod tym określeniem normalność rozumie nachodźców, przesiedlanych celowo przez unijną władzę w ramach Paneuropy.
Tkwimy już w tym po uszy, na masową skalę finansujemy rzesze przesiedleńców, w tym grupy banderowskie, umieszczone w Polsce. Pomału jednak Polacy się z tego otrząsają i dostrzegają problem. Szkoła za pomocą tzw. edukacji obywatelskiej ma utrwalić akceptację masowych przesiedleń, będzie bowiem nauczać, że to normalne i tak trzeba, a kto się nie zgadza, ten faszysta.
Poza akceptacją wymiany ludności młodzi Polacy będą uczeni zaangażowania na rzecz dobra wspólnego, co w dokumentach UE oznacza samorealizację w ramach mobilności edukacyjnej i pracowniczej, czyli systemowe przemieszczanie ludzi po całej Unii dla potrzeb gospodarki europejskiej. Ludzie w najnowszych dokumentach unijnych nazywani są wprost „siłą roboczą”. W ramach unijnej mobilności zarządzanie siłą roboczą prowadzone jest przez całe życie za pomocą narzędzi cyfrowej inwigilacji. Ostatnie dni przynoszą nam istotną zmianę, która zapewne znajdzie też odbicie w unijnych dokumentach. Paneuropa chce się zbroić, aby „wspierać” Ukrainę w wojnie z Rosją. Ma to objąć również wysyłanie na teatr walk wojsk paneuropejskich. Tak więc do przeznaczenia „siły roboczej” może za chwilę dojść „siła bojowa” Unii Europejskiej. Eliminacja rodzin, narodu, państwa i własności prywatnej jak najbardziej tu pasuje. Siła robocza i bojowa jest o wiele bardziej mobilna, gdy nie ma żadnych przywiązań poza władzą, która ich żywi pożywnym białkiem z robaków.
Choć to wszystko brzmi, jak teorie spiskowe powinniśmy się tego bać, gdyż to staje się już zagrożeniem nie tylko kulturowym, duchowym i psychicznym, ale także fizycznym. Kamaryla europejska, te ludzkie kukły, napędzane energią diabła nie cofnie się, dopóki nie napotka realnego oporu. Póki co, możemy więc spodziewać się, iż rząd warszawski będzie realizował wszystkie najbardziej szalone pomysły unijne, zarówno w polityce zagranicznej, jak też wewnętrznej.
Teraz więc należy się przygotować, że szkoła przez pewien czas będzie miejscem niebezpiecznym, gdzie zamiast wiedzy będzie indoktrynacja, deprawacja, inwigilacja i debilizacja, gdzie ponadto mogą pojawić się grupy agresywnych, bezwzględnych obcych.
Nie potrwa to jednak długo. Paneuropa się chwieje, Unia Europejska pęka w posadach i zapewne nie przetrwa wyścigu zbrojeń.
Po tym rozpadzie i okresie turbulencji, po upadku tyranii Paneuropy, po ucieczce degeneratów i zdrajców, udających rządy ujawni się pilna potrzeba odbudowy struktur państwa, w tym też szkolnictwa. Będą potrzebni ludzie z tożsamością narodową i kulturową, potrafiący myśleć i pracować. Kto więc przytomny, niech pilnuje dzieci, aby ich nie zdeprawowano, niech sam edukuje z klasycznej wiedzy, niech daje narodową tożsamość, tradycyjną moralność i wiarę przodków.
Niech szuka sojuszników w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, w stowarzyszeniu Nauczyciele dla Wolności, Rodzice Chronią Dzieci i innych, wymienionych na stronie ratujmyszkole.pl. Warto też zapoznać się z poradnikami, dostępnymi na stronach Instytutu Ordo Iuris, oraz przeczytać już dostępny w sieci Poradnik świadomych rodziców. W przygotowaniu znajduje się duży Poradnik świadomego narodu. Nade wszystko zaś – nie tracić wiary, nadziei i miłości, nie dać się zabić, zdeprawować i ogłupić.