NIE dla związków partnerskich! Powiedz STOP pomysłom Katarzyny Kotuli!

NIE dla związków partnerskich!

Powiedz STOP

pomysłom Katarzyny Kotuli!

facebook.com/fundacjazycieirodzina

Sejm pracuje nad przepisami o statusie osoby najbliższej. Pod pojęciem statusu osoby najbliższej ukrywają się związki partnerskie, w tym homoseksualne. Procedowane przepisy podważają normalny model rodziny, oparty na małżeństwie kobiety i mężczyzny, który Konstytucja RP wyraźnie chroni jako podstawę społeczeństwa (Art. 18 Konstytucji). Związki partnerskie to zamach na rodzinę, na “mamę i tatę”, to także furtka do dalszych zmian sprzecznych z prawem naturalnym i stanowiących zagrożenie dla dzieci, tj. do homoadopcji. 

Wszędzie, gdzie zalegalizowano związki jednopłciowe, a następnie oddano im dzieci, stało się to ze szkodą dla dzieci są one zagrożone zaniedbaniem, wykorzystaniem seksualnym, a nawet fizyczną krzywdą, bo pary osób zboczonych – w domowym zaciszu – realizują na dzieciach swoje najbardziej odrażające pomysły. 

Podpisz petycję, ratuj życie dzieci, broń wartości, które gwarantują porządek społeczny. Nie pozwól, by ideologia wygrała z bezpieczeństwem najmłodszych.

– Treść petycji

=========================================

Szanowni Państwo Posłowie, Senatorowie, Panie Prezydencie!

Apeluję o niedopuszczenie do uchwalenia przepisów o statusie osoby najbliższej. Projektowane rozwiązania, wbrew swojej równościowej narracji, są poważnym zagrożeniem dla fundamentów polskiego społeczeństwa. Zagrażają także modelowi rodziny oraz porządku moralnego, który od wieków kształtuje naszą tożsamość narodową. Są również wielkim zagrożeniem dla dzieci. To dlatego, że legalizację związków partnerskich wprowadza się głównie po to, by z czasem oddać dzieci do adopcji parom homoseksualnym.

Takie propozycje legislacyjne podważają konstytucyjną ochronę małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny (Art. 18 Konstytucji RP). Małżeństwo, jako fundament rodziny, jest instytucją niezastąpioną, a jego unikalny charakter powinien podlegać ochronie przed wszelkimi próbami rozmycia jego znaczenia.

Doświadczenia innych krajów pokazują, że wprowadzenie związków partnerskich jest często pierwszym krokiem do legalizacji adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Praktyka w państwach, które poprzez związki partnerskie doszły do homoadopcji, pokazuje, że dzieci w takich układach są zagrożone licznymi patologiami – wykorzystywaniem seksualnym, skrajnym zaniedbaniem, są ofiarami hedonizmu opiekunów, a także przedmiotem realizacji ich perwersyjnych skłonności. Za wszelką cenę należy przed podobnym losem uchronić polskie dzieci!

Przepisy o statusie osoby najbliższej są forsowane pomimo braku szerokiego konsensusu społecznego. Polskie społeczeństwo w przeważającej mierze opowiada się za ochroną tradycyjnych wartości. Wprowadzanie tak kontrowersyjnych zmian to gwałt na porządku prawnym, normach cywilizacyjnych i zagrożenie dla najmłodszych Polaków.

Wzywam Sejm, Senat oraz Prezydenta RP do zablokowania procedowania i wejścia w życie ustaw o statusie osoby najbliższej – na każdym możliwym etapie ich procedowania, z wetem prezydenckim włącznie.

Z poważaniem,

Wiesław Helak – „Nad Zbruczem”.

Krzysztof Masłoń lubimyczytac.pl/ksiazka/nad-zbruczem

Triumf literatury polskiej. Swoją nową powieścią Wiesław Helak przywraca jej wielkość, bezpowrotnie – zdawałoby się – utraconą wraz z odejściem w przeszłość Sienkiewicza i Reymonta, Żeromskiego i Orzeszkowej. Do tej ostatniej pisarz nawiązuje wprost tytułem swojej książki, najprostszym z możliwych, a przecież mówiącym wszystko – „Nad Zbruczem”.
Odnalazł w niej Helak czysty, wręcz krystaliczny ton polszczyzny, stylistyką wywodzący się od Jana Kochanowskiego i Biblii Jakuba Wujka. Ewangeliczna nuta pobrzmiewa tu zresztą co i rusz; jeśli ktoś nie wiedział, co to jest literatura katolicka i czym być może w najwspanialszych swoich porywach, to teraz już wie. Wiesław Helak opowiada o Polsce, która istniała jedynie w pamięci i w snach naszych przodków, a której bronili przed rosyjską, a później sowiecką przemocą, przed terrorem germanizacji, ale i wynarodowieniem, do czego zachęcał trzeci z zaborców – austriacki, może najbardziej podstępny.

Opowiada o determinacji i heroizmie tych, o których Zygmunt Krasiński przedwcześnie, ale jednak proroczo napisał, że zniknęli z powierzchni ziemi i wielkie milczenie jest po nich. Otóż, Helak milczenie to przerywa. Nieprzypadkowo sytuując fabułę swej powieści u stóp Okopów Świętej Trójcy.
W trakcie lektury „Nad Zbruczem” nie natrafimy na choćby jeden fałszywy ton. Zgodnie z dewizą ojca Konstantego, bohatera powieści podporządkowana jest ona dwu zasadom: harmonii i piękna. Dobro nazywane jest tu po imieniu, podobnie jak zło; o żadnych relatywizmach czy względach poprawnościowych nie ma mowy. Kto to powiedział?

„Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie; są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”.

No więc, „Nad Zbruczem” jest książką o dążeniach do osiągnięcia możliwie najwyższego stopnia człowieczeństwa. Na drodze tej Konstanty upada, lecz podnosi się, ponosi klęski, by w rezultacie zwyciężyć, dokonuje błędnych wyborów, ale potrafi winy te odkupić.
Od lat nie odezwał się w naszej literaturze tak donośny głos.


Krzysztof Masłoń

Niemiecki ambasador wsparł LGBT w Sejmie !!!


Niemiecki ambasador wsparł LGBT w Sejmie
RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Sejm zdecydował: związki homoseksualne przechodzą do dalszych prac w Sejmie. W debacie nie uczestniczyli wyłącznie polscy parlamentarzyści – z sejmowej galerii bacznie obserwowali ją ambasadorzy obcych państw, m.in. Niemiec, Islandii, Szwecji i Norwegii. I wyrażali poparcie dla rewolucji LGBT.

Godność i bezpieczeństwo, pewność prawna dla obywateli w związkach jednopłciowych. Jestem w Sejmie z innymi dyplomatami, aby wyrazić poparcie dla Katarzyny Kotuli i projektu ustawy o statusie osoby najbliższej – napisał Miguel Berger, ambasador Niemiec. Obecność zagranicznych ambasadorów była wyraźnym manifestem poparcia dla projektowanych rozwiązań prawnych. Manifestem, przeciw któremu musimy opowiedzieć się z całą mocą.

Wspieram

O co tu w ogóle chodzi? Sejmowa lewica już jakiś czas temu zdała sobie sprawę, że będzie jej bardzo trudno przepchnąć ustawę, która wprost zalegalizuje związki homoseksualne. Najpierw próbowała ukryć swoje pomysły pod frazą „związki partnerskie”, ale i tego Polacy nie zaakceptowali.

Katarzyna Kotula wpadła więc na pomysł, aby nazwać swój projekt ustawą o statusie osoby najbliższej. A co do meritum zawrzeć w proponowanych przepisach to wszystko, czego chce dla siebie lobby LGBT: rejestrację związku u notariusza i następnie w urzędzie stanu cywilnego, możliwość automatycznego dziedziczenia, prawa majątkowe, proceduralne, podatkowe i medyczne. Czyli to, co dziś mają mąż i żona.

Sejm właśnie zdecydował, że powoła specjalną komisję, która zajmie się tymi pomysłami, aby następnie poddać je pod kolejne głosowanie, przekazać do Senatu, a potem do podpisu przez Prezydenta.

Pomysły Kotuli mają stworzyć układ konkurencyjny dla normalnego małżeństwa i przez to osłabić jego rolę społeczną. Także – odciągnąć jeszcze więcej młodych ludzi od zakładania normalnych rodzin. A przede wszystkim – mają dać gejom i lesbijkom możliwość tworzenia układów paramałżeńskich, które będą odskocznią dla dalszych żądań: zrównania w prawach z małżeństwem oraz – najważniejsze – adopcji dzieci przez pary homoseksualistów.

Co to będzie oznaczać dla zwykłego Polaka? Że jeśli np. zginie w wypadku samochodowym lub umrze przedwcześnie na jakąś chorobę, jego dzieci mogą trafić do adopcji przez parę zboczeńców. I nikt nie odważy się zaprotestować – w imię praw LGBT.

Ta rewolucja jest coraz bliżej.

Musimy działać.

Wspieram

Przede wszystkim – musimy pokazać masowy opór przeciw pomysłom Kotuli.

Szanowny Panie,

Bardzo proszę o podpisanie petycji do posłów, senatorów i samego Prezydenta Karola Nawrockiego – aby zatrzymali wprowadzanie niebezpiecznych przepisów do polskiego prawa. Podpisało ją już niemal 20 tysięcy osób i liczba ta wciąż rośnie.

Petycja jest w linku:

– proszę ją kliknąć i podpisać, a następnie przekazać link dalej – do kolejnych osób, które mogą pomóc osiągnąć jak największą liczbę podpisów.

To naprawdę ważne, abyśmy zbiorowo powiedzieli NIE lewackiemu szaleństwu.

W Sejmie jest większość do uchwalenia tych groźnych przepisów.

Potem lewicowi radykałowie będą szantażować Prezydenta, aby się ugiął i podpisał im ustawę – uruchomią wszelkie środki nacisku.

To my – obywatele – musimy zatrzymać lobby LGBT.

Jeszcze raz podaje link do petycji: https://twojepetycje.pl/petycja/nie-dla-zwiazkow-partnerskich-powiedz-stop-pomyslom-katarzyny-kotuli.

Zmobilizujmy się i dajmy politykom do zrozumienia, że nie wolno im działać wbrew normalnym ludziom.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Kilka dni temu Parlament Europejski zagłosował PRZECIW stwierdzeniu, że tylko kobieta może zajść w ciążę. Teraz obcy ambasadorzy panoszą się w naszym Sejmie i chcą nam pisać sześciokolorowe prawo. Postawmy im zdecydowaną tamę.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Dugin: Akta Epsteina ujawniają prawdę: Zachód to satanistyczne imperium, które rozpada się na naszych oczach.

Z powodu ujawnienia listy Epsteina – parę twardych wniosków.

Zachód upada na naszych oczach.

Prawie wszystkie teorie spiskowe zostały potwierdzone i przekroczyły wszystkie wcześniejsze wyobrażenia. Zachód ukazał się jako demoniczny system cywilizacyjny w którego sercu stoi satanistyczna kanibalistyczna sekta wykorzystująca dzieci, handlująca kobietami, tworząca prowokacje na całym świecie, manipulująca rynkami finansowymi i procesami politycznymi oraz odprawiają czarne msze.

Tylko nieliczni zachodni politycy nie są powiązani z siecią Epsteina. Co teraz mają zrobić zwykli ludzie na Zachodzie, szczególnie w USA? W przeszłości gdy nie lubili demokratów to głosowali na republikanów, a gdy ci ich zawiedli wracali do demokratów.

Ale teraz na kogo mają głosować? I co mamy zrobić teraz,gdy ludzkość zaadoptowała tyle zachodnich wzorców edukacji, uwierzyliśmy w ich kulturę, tworzyliśmy remake ich filmów, dalej zależymy od ich systemu finansowego.Sytuacja dla świata, dla ludzkości jest naprawdę wyjątkowa. Żyjemy obecnie w globalnym stanie zagrożenia, stanie wyjątkowym. Nikt nie zagwarantuje przestrzegania praw, umów, porozumień – wszystko zostało anulowane.

To że elity przyjeżdżały na wyspę Epsteina to nie niespodzianka. Dla nich nie ma czerwonych linii nie do przekroczenia. Widzicie  – te pedofilskie, satanistyczne elity zadecydowały że Putin jest zły, że Iran jest zły lub Xi Jinping jest zły i są wstanie rozpętać wojnę nuklearną i zniszczyć ludzkość. Przy okazji sam Epstein współuczestniczył w tworzeniu bunkrów dla tej elity.

Gdy napięcia będą rosnąć a upadek przyśpieszy, jeżeli procesy socjologiczne wymkną się z pod kontroli tej elity, ponieważ ludzie zaczynają sobie uzmysławiać że są z mały wyjątkami rządzeni przez pedofili i satanistów z każdej partii i rządu.

Chiny i Rosja mówią już od dawna o potrzebie wielobiegunowego świata. Przez to byliśmy potępiani i spotkaliśmy się z ostracyzmem.

Ale teraz to jasne że mieliśmy rację. Tzw Zachód to toksyczne korzeń od którego reszta świata musi się odciąć. Musi powstać nowy porządek z pominięciem zachodu.W tym historycznym momencie Rosja i Chiny stoją przed możliwością zostania beneficjentami całkowitego upadku Zachodu.

==============================

To jasne podejście. Może cyniczne, na pewno nie mające na celu Dobra, lecz chęć przejęcia władzy nad światem przez inną ateistyczną, może anty-Bożą [Chiny na pewno] grupę władców. Mirosław Dakowski

Pogrobowy jęk Kaczora

Jarosław Kaczyński @OficjalnyJK

Szanowni Państwo, w związku z ostatnimi publicznymi wypowiedziami niektórych członków PiS informuję, iż każdy, kto zabierze w tej szkodliwej dyskusji głos, niezależnie od zasług i partyjnej pozycji, zostanie zawieszony w prawach członka PiS, co będzie miało oczywisty wpływ także na jego polityczną przyszłość. Takie zachowania skrajnie szkodzą Polsce i PiS.

766,4 tys. wyświetleń

Wyświetl cytaty

Mirosław Dakowski

Wyborcza o Epsteinie. MEM-y III.

——————————————-

——————————————-

——————————————————————–

————————————

—————————————

————————————————–

—————————————————-

—————————————————

Co robili z niezjedzonym mięsem dzieci? MEM-y II.

——————————————-

——————————————————-

———————————————————

———————————————

———————————————

——————————————

I on przeżył..

———————–

———————————————–

Epsteiniada. Zmarł dzień przed śmiercią. MEM-y I.

———————————————-

—————————-

To już był – PRAWIE NA PEWNO – sobowtór Hawkinga. MD

==============================

————————————————————————

———————

————————————

——————————————————

Walentynki to nie tylko laicki zwyczaj. Chrześcijańskie obyczaje związane ze świętem zakochanych

chrzescijanskie-obyczaje-zwiazane-ze-swietem-zakochanych

Walentynki to nie tylko laicki zwyczaj. Chrześcijańskie obyczaje związane ze świętem zakochanych

(Tristan i Izolda – bohaterowie legend arturiańskich, które stały się inspiracją dla średniowiecznych twórców literatury europejskiej dotyczącej miłości. Edmund Leighton [Public domain], via Wikimedia Commons)

Walentynki, święto zakochanych obchodzone 14 lutego, niesłusznie bywa stawiane w jednym rzędzie z Halloween, jako kolejny eksportowany do Polski produkt kultury anglosaskiej. Okazuje się bowiem, że wspominany tego dnia w kalendarzu liturgicznym św. Walenty, od którego imienia pochodzi nazwa święta, został ogłoszony patronem zakochanych już w 1496 r. przez papieża Aleksandra VI.

Rzymska geneza

Początków dzisiejszych walentynek szukać trzeba nie w chrześcijaństwie, lecz w pogańskim Rzymie. O ich dacie zadecydowała sama przyroda. W połowie lutego bowiem ptaki gnieżdżące się w Wiecznym Mieście zaczynały miłosne zaloty i łączyły się w pary. Uważano to za symboliczne przebudzenie się natury, zwiastujące rychłe nadejście wiosny. Z tej racji Rzymianie na 15 lutego wyznaczyli datę świętowania luperkaliów – festynu ku czci boga płodności Faunusa Lupercusa. W przeddzień obchodów odbywała się miłosna loteria: imiona dziewcząt zapisywano na skrawkach papieru, po czym losowali je chłopcy. W ten sposób dziewczyny stawały się ich partnerkami podczas luperkaliów. Bywało, że odtąd chodzili ze sobą przez cały rok, a nawet zostawali parą na całe życie…

Gdy w IV w. chrześcijaństwo stało się religią panującą w cesarstwie rzymskim, pogańskie obchody stopniowo zastępowano przez święta chrześcijańskie. Luperkalia były na tyle popularne, że utrzymały się aż do końca V w. Zniósł je dopiero w 496 r. papież Gelazy I, zastępując je najbliższym w kalendarzu liturgicznym świętem męczennika Walentego. Okazuje się jednak, że miał on wiele wspólnego z zakochanymi.

Jeden czy dwóch Walentych?

Za panowania cesarza Klaudiusza Gockiego Rzym był uwikłany w krwawe i niepopularne wojny do tego stopnia, że mężczyźni nie chcieli wstępować do wojska. Cesarz uznał, że powodem takiego postępowania była ich niechęć do opuszczania swoich narzeczonych i żon. Dlatego odwołał wszystkie planowane zaręczyny i śluby. Kapłan Walenty pomagał parom, które pobierały się potajemnie. Został jednak przyłapany i skazany na śmierć. Bito go, aż skonał, po czym odcięto mu głowę. Było to 14 lutego 269 lub 270 r. – w dniu, w którym urządzano miłosne loterie.

Zanim to nastąpiło, w więzieniu Walenty zaprzyjaźnił się z córką strażnika, która go odwiedzała i podnosiła na duchu. Aby się odwdzięczyć, zostawił jej na pożegnanie liść w formie serca, na którym napisał: „Od twojego Walentego”. Nad grobem męczennika przy Via Flaminia zbudowano bazylikę, jednak papież Paschalis I (817-24) przeniósł szczątki męczennika do kościoła św. Praksedy.

Z czasem postać kapłana Walentego zmieszała się z innym świętym męczennikiem noszącym to samo imię. Niektórzy badacze twierdzą nawet, że tak naprawdę chodzi o tę samą osobę. W 197 r. został on biskupem miasta Terni w Umbrii. Znany był z tego, że jako pierwszy pobłogosławił związek małżeński między poganinem i chrześcijanką. Wysyłał też do swych wiernych listy o miłości do Chrystusa. Zginął w Rzymie w 273 r., gdyż nie chciał zaprzestać nawracania pogan. Dziś to właśnie on jest bardziej znany i to do jego grobu w katedrze w Terni ściągają pielgrzymi. Na srebrnym relikwiarzu kryjącym jego szczątki znajduje się napis: „Święty Walenty, patron miłości”.

Nieraz też mówi się o św. Walentym jako patronie epileptyków. Faktycznie jednak chodzi tu o trzeciego świętego noszącego to imię. Żył on w V w. w Recji (na dzisiejszym pograniczu niemiecko-austriacko-szwajcarskim) i przypisywano mu moc uzdrawiania z tej choroby.

Będziesz moją walentynką…

Dzień św. Walentego stał się prawdziwym świętem zakochanych dopiero w średniowieczu, kiedy to pasjonowano się żywotami świętych i tłumnie pielgrzymowano do ich grobów, aby uczcić ich relikwie. Przypomniano więc sobie także dzieje św. Walentego. Święto najbardziej rozpowszechniło się w Anglii i Francji. Nadal, jak w antycznym Rzymie, losowano imiona, choć teraz także dziewczęta wyciągały imiona chłopców. Młodzież nosiła potem przez tydzień wylosowane kartki przypięte do rękawa.

Dziewczęta 14 lutego starały się odgadnąć, za kogo wyjdą za mąż. Aby się tego dowiedzieć, wypatrywały ptaków. Jeśli dziewczyna jako pierwszego zobaczyła rudzika, oznaczało to, że wyjdzie za marynarza; jeśli wróbla – za ubogiego, lecz mogła być pewna, że jej małżeństwo będzie szczęśliwe; jeśli łuszczaka – że poprosi ją o rękę człowiek bogaty. W Walii tego dnia ofiarowywano sobie drewniane łyżki z wyrzeźbionymi na nich sercami, kluczami i dziurkami od klucza. Podarunek zastępował wyrażoną słowami prośbę: „Otwórz moje serce”.

Od XVI w. w dniu św. Walentego ofiarowywano kobietom kwiaty. Wszystko zaczęło się od święta zorganizowanego przez jedną z córek króla Francji Henryka IV. Każda z obecnych dziewczyn otrzymała wówczas bukiet kwiatów od swego kawalera. Przede wszystkim jednak narzeczony był obowiązany 14 lutego wysłać swej ukochanej czuły liścik, nazwany walentynką. Zwyczaj ten zadomowił się nawet na dworze królewskim w Paryżu. Walentynki dekorowano sercami i kupidonami, wypisywano na nich wiersze. W XIX w. uważano je za najbardziej romantyczny sposób wyznania miłości. Treścią listów nieraz były słowa: „Będziesz moją walentynką”. W Stanach Zjednoczonych walentynkowe listy były anonimowe, dlatego kończyły się pytaniem: „Zgadnij, kto?”. W Europie anonimowy nadawca podpisywał się po prostu: „Twój walentyn”.

W 1800 r. Amerykanka Esther Howland zapoczątkowała tradycję wysyłania gotowych kart walentynkowych. Dziś są one wymieniane na całym świecie nie tylko przez zakochanych, ale także przez dzieci w szkołach. Najbardziej znanym ich twórcą był francuski rysownik Raymond Peynet. Zaczął je publikować w 1965 r., gdy 14 lutego został oficjalnie ogłoszony we Francji Świętem Zakochanych.

Święto Zaręczyn

W Austrii w dniu Sankt Valentin odbywają się uliczne pochody, w Anglii zakochani ofiarują sobie kartonowe serca ozdobione postaciami Romea i Julii, a w dzisiejszej Ameryce – po prostu wysyłają e-maile. Jednak najbardziej uroczyście obchodzi się ten dzień w ojczyźnie św. Walentego. Co roku w niedzielę najbliższą 14 lutego w katedrze w Terni odbywa się Święto Zaręczyn. Zgromadzone przy grobie św. Walentego setki par narzeczeńskich, przybyłych nieraz z różnych stron świata, przyrzekają sobie miłość i wierność na czas do dnia ślubu. W 1997 r. krótki list do zgromadzonych w Terni narzeczonych napisał papież Jan Paweł II. Jego treść została wyryta na płycie wmurowanej w pobliżu grobu św. Walentego.

Świętu towarzyszą koncerty, spektakle, projekcje filmów, konferencje, wystawy i imprezy sportowe, które trwają niemal przez cały luty. W tym roku ogłoszono także konkurs na najlepszy SMS o tematyce miłosnej. 14 lutego w Terni jest wręczana nagroda „Rok miłości”. Są tam też organizowane walentynki dla wdów i wdowców oraz ludzi starszych i chorych.

Polskie miasto zakochanych?

Wiele miast w Europie przyznaje się do posiadania relikwii św. Walentego, w tym Lublin, Kraków i Chełmno. Wszędzie tam 14 lutego organizowane są obchody ku czci patrona zakochanych. W bazylice św. Floriana w Krakowie gościem wieczoru, na który zaproszeni są nie tylko zakochani, ale także wszyscy szukający prawdziwej miłości, jest sam św. Walenty, jako że jego relikwie znajdują się w świątyni. W Chełmnie, obok modlitw przy relikwiach świętego ma miejsce barwny przemarsz ulicami miasta z orkiestrą dętą i ułożenie walentynkowego serca ze świec na rynku. W przemyskim kościele franciszkanów nabożeństwa ku czci św. Walentego są kultywowane nieprzerwanie od kilku wieków.

Modlitwa do św. Walentego

Święty Walenty, opiekunie tych, którzy się kochają, Ty, który z narażeniem życia urzeczywistniłeś i głosiłeś ewangeliczne przesłanie pokoju, Ty, który – dzięki męczeństwu przyjętemu z miłości – zwyciężyłeś wszystkie siły obojętności, nienawiści i śmierci, wysłuchaj naszą modlitwę: W obliczu rozdarć i podziałów w świecie daj nam zawsze kochać miłością pozbawioną egoizmu, abyśmy byli pośród ludzi wiernymi świadkami miłości Boga. Niech ożywiają nas miłość i zaufanie, które pozwolą nam przezwyciężać życiowe przeszkody. Prosimy Cię, wstawiaj się za nami do Boga, który jest źródłem wszelkiej miłości i wszelkiego piękna, i który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

(modlitwa pochodzi ze strony internetowej francuskiej miejscowości Saint-Valentin).

Źródło: KAI (Paweł Bieliński)

MWł

Zamiast świętowania – promocja grzechu. Czyli co zrobili z katolickimi świętami?

Zamiast świętowania – promocja grzechu.

Czyli co zrobili z katolickimi świętami?

Adrian Fyda pch24/zamiast-swietowania-promocja-grzechu-czyli-co-zrobili-z-katolickimi-swietami/

(opr. PCh24.pl / GS)

Św. Walenty jest patronem osób zakochanych, a zatem dzień jego liturgicznego wspomnienia jest tak naprawdę świętem czystej miłości.

Niestety coraz częściej dzień ten staje się okazją do promocji grzechu nieczystości i współżycia pozamałżeńskiego.

Podobnie stało się z innymi świętami, ponieważ uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny stały się „świętami” okultyzmu, Boże Narodzenie – konsumpcjonizmu, a obchodzony w krajach anglojęzycznych Dzień św. Patryka – pijaństwa. Cóż więc zrobiliśmy z katolickimi świętami, że stały się one promocją grzechu? [Kto zrobił? Ty, czy ja?? To „oni” robią !! MD]

Święty Walenty to żyjący w IV wieku rzymski lekarz, a według niektórych źródeł – również duchowny. Przekazy głoszą, iż wbrew rozkazowi cesarza błogosławił śluby młodych legionistów. Inna legenda znów głosi, że miał „talent” do łączenia młodych dziewcząt i chłopców w pary małżeńskie. Według jeszcze innej historii, został skazany na śmierć, a w przeddzień egzekucji wysłał swojej narzeczonej pierwszą w historii „walentynkę”, czyli list podpisany: „Od Twojego Walentego”.

Kościół uczynił więc świętego Walentego patronem osób zakochanych. Małżonkowie powinni modlić się do niego o pomoc w wytrwaniu w wierności małżeńskiej, osoby randkujące – o rozeznanie czy ich sympatia jest dobrym kandydatem czy kandydatką na małżonka, a osoby samotne – o znalezienie dobrego męża czy żony. Nic więc dziwnego, że 14 lutego – czyli dzień liturgicznego wspomnienia świętego męczennika – jest dniem szczególnym dla wszystkich zakochanych. Jest to bowiem święto czystej miłości, którą pragną obdarzyć siebie nawzajem. Stałym niemalże elementem walentynek jest obdarowywanie się ozdobnymi karteczkami opatrzonymi wierszykiem, a często i miłosnym wyznaniem.

Niestety w wyniku komercjalizacji i zmian kulturowych dzień ten nabrał charakteru święta erotycznego. Tak powstało popularne dziś skojarzenie z miłością cielesną, czy obdarowywanie się intymnymi prezentami. Dla wielu osób żyjących w związkach niesakramentalnych jest to okazja do manifestacji ich grzechu oraz spełnienia cielesnych pożądań. Tym bardziej, że takie „luźne” związki oparte są na egoizmie i dążeniu do własnej przyjemności – również tej cielesnej – a ich istotą jest możliwość zerwania relacji w chwili, gdy przestaje ona przynosić osobistą korzyść. Walentynki zatem – w założeniu święto czystej i ofiarnej miłości – stały się okazją do promowania romantyczności rozumianej jako erotyzm, a tym samym grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu.

Walentynki nie są jedynym katolickim świętem, które zastąpiono reklamą nieprawości. To samo stało się bowiem z Wigilią Wszystkich Świętych 31 października. Dla katolików uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to niezwykle ważne dni, które podkreślają jedność Kościoła walczącego – nas, którzy na ziemi wciąż zabiegamy o zbawienie, triumfującego – świętych w niebie i cierpiącego – dusz pokutujących w czyśćcu. Niestety wieczór poprzedzający uroczystość Wszystkich Świętych to coraz popularniejsze „Halloween”, będące okazją do promocji okultyzmu. Co ciekawe, nazwa halloween oznacza „Wigilię Wszystkich Świętych” (ang. All Hallows Eve), jednak znaczenie tego wieczora – odniesienie do duchów, demonów, wampirów, czy czarownic – ze wszystkimi świętymi nie ma bynajmniej żadnego związku.

Halloween rozpowszechniło się głównie w krajach anglosaskich, jednak coraz bardziej popularne staje się ono również w Polsce. Wydaje się, że istnieje pewna presja społeczna na kopiowanie zachodnich trendów, której (na szczęście!) katolicka część polskiego społeczeństwa wciąż stawia duży opór. My Polacy nie jesteśmy jednak wcale tacy święci! Już przecież w mickiewiczowskich „Dziadach” czytamy o gusłach odprawianych w noc przed dniem Wszystkich Świętych i wywołaniu duchów, co było polskim odpowiednikiem anglosaskiego „Halloween”.

W podobny sposób Boże Narodzenie stało się „świętem” konsumpcjonizmu. Istnieje nawet określenie „Christmas creep” („gorączka bożonarodzeniowa”) oznaczające czas świątecznych zakupów na długo przed Bożym Narodzeniem. Sprzedawcy wystawiają produkty bożonarodzeniowe wcześniej, aby wydłużyć czas rzekomo „świąteczny” i zwiększyć swoją sprzedaż. Sklepy zakładają, że trzymiesięczny okres: październik-listopad-grudzień winien być czasem największego utargu w roku. Zakupoholicy czują się wówczas jak w raju, bez trudu usprawiedliwiając kupowanie wszystkiego ponad miarę.

Bez wątpienia obdarowywanie się prezentami czy przygotowywanie świątecznej uczty jest rzeczą dobrą, pod warunkiem, że ma to nam pomóc w przeżywaniu radości z narodzin Zbawiciela. Niestety dla wielu osób święta Bożego Narodzenia stały się jednak pustym zwyczajem. Kiedy bowiem brakuje duchowego przygotowania do nich w Adwencie i liturgicznego świętowania ich w kościele, kupowanie prezentów czy ozdób staje się celem samym w sobie. Stworzyliśmy sobie świeckie „święto”, w którym sprzedawcom chodzi wyłącznie o to, by sprzedać jak najwięcej i zdobyć największy utarg, a kupującym – ulżyć niemal wszystkim swoim zakupowym zachciankom.

Ostatnim wreszcie „zniszczonym” świętem jest obchodzony 17 marca dzień św. Patryka, ewangelizatora Irlandii. Obchodzone w tym kraju święto upamiętnia przybycie świętego biskupa na wyspę, a wraz z nim – chrześcijaństwa. Wraz z imigracją Irlandczyków do innych krajów, obchód ten przyjął się w niemal wszystkich krajach anglojęzycznych. Niestety i to święto straciło swój katolicki wydźwięk, stając się jedynie okazją do pokazywania swoich irlandzkich korzeni i świętem irlandzkiej kultury. Nieodzownym elementem są tradycyjne dania, muzyka, ubieranie się na zielono, wszechobecne symbole koniczyny (wzięła się ona stąd, że św. Patryk wyjaśniał Trójcę Świętą z jej użyciem, ale dziś mało kto już o tym pamięta!), czy… piwo uznawane niemal za „obowiązkowy” napój tego dnia.

Nie ma niczego złego w tym, że ktoś chce „stać się Irlandczykiem” na jeden dzień, zakosztować irlandzkich dań, czy spotkać się z przyjaciółmi przy kuflu piwa lub dwóch. W praktyce jednak, jest to po prostu dzień pijaństwa. Mało kto potrafi skończyć na odpowiedniej ilości alkoholu, a wiele osób uważa ten dzień za wymówkę do picia piwa bez jakichkolwiek ograniczeń. W ten sposób przepiękne święto ewangelizatora „Zielonej Wyspy” przekształcono w międzynarodowy dzień upijania się piwem.

Czy da się jeszcze przywrócić prawdziwy wydźwięk katolickim świętom? Chociaż nie mamy wpływu na całe społeczeństwo, to możemy zacząć od siebie, a następnie dawać przykład innym. Przede wszystkim możemy zadbać w te dni o uczestnictwo we Mszy św. i modlitwę. Niech dzień św. Walentego będzie okazją do szczególnej modlitwy za męża, żonę, czy sympatię, i okazją do okazania im miłości. W pierwszych dniach listopada zadbajmy z kolei o uzyskanie odpustów za zmarłych. Do Bożego Narodzenia przygotujmy się przez udział w Roratach, a potem świętujmy z rodziną i znajomymi przy wspólnym śpiewie kolęd. Wreszcie jeśli komuś bliska jest Irlandia, niech w dzień św. Patryka modli się o nawrócenie tego kraju na katolicyzm.

Ważne jest również przekazanie dzieciom o co chodzi w katolickich świętach – tym bardziej, że od swoich rówieśników usłyszą zapewne inne treści. Trzeba im przypominać, że Boże Narodzenie czy Walentynki mają pierwotnie religijny sens i związane są z wiarą, a nie tylko komercją.

Adrian Fyda

Parlament Eur.: Grawitacja jest „koncepcją kulturową”, a nie zjawiskiem fizycznym

Co jeszcze mógłby przegłosować euro-parlament?

Krystian Kratiuk pch24.pl/kratiuk-co-jeszcze-moglby…

W Parlamencie Europejskim doszło do głosowania nad tym, czy tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę. Wyniki są szokujące – oczywiście dla tych z nas, którzy nie wierzyli, że absurdy genderowej polit-poprawności zaszły tak daleko.

Otóż 233 eurodeputowanych opowiedziało się przeciwko tej oczywistej prawdzie, 200 było „za” a 107… wstrzymało się od głosu.

Uważam, że europarlament czym prędzej powinien odrzucić w głosowaniu i inne faszystowskie tezy, oczywiście dla ochrony mniejszości, większości, przyzwoitości a może nawet godności planety, kosmosu i bigosu.

Otóż należy czym prędzej przegłosować, że:

– grawitacja jest „koncepcją kulturową”, a nie zjawiskiem fizycznym;

– Księżyc nie jest ciałem niebieskim, tylko słońcem widzianym z drugiej strony;

– matematyka jest „subiektywnym systemem narracyjnym”, więc 2+2 może mieć różne wyniki zależnie od kontekstu, geografii, kultury i rzecz jasna płci;

– biologia jako nauka nie opiera się na obserwowalnych cechach organizmów, ale na deklaratywnych definicjach; (w tym wypadku oczywiście należy rychło opracować techniki pozwalające na zebranie deklaracji płci, rasy i gatunku od psów, kotów, ślimaków oraz paprotek);

– prawa fizyki są wyłącznie „eurocentrycznym konstruktem opartym na patriarchacie” i należy je redefiniować w dokumentach politycznych;

– prawa termodynamiki obowiązują wyłącznie w określonych kontekstach kulturowych;

– mapa Europy powinna być stale „reinterpretowana”, gdyż granice geograficzne są zbyt obiektywne;

– noc i dzień to „tradycyjne narracje astronomiczne”, i w zależności od potrzeb można je redefiniować administracyjnie;

– woda nie musi być definiowana jako H₂O, lecz jako „subiektywnie doświadczana ciecz”;

– liczba kilometrów między miastami zależy od indywidualnych odczuć podróżnego;

– eksperymenty naukowe wymagają „równowagi narracyjnej”, a nie powtarzalności wyników;

– geometria euklidesowa jest „preferencją systemową”, a nie opisem przestrzeni;

– wprowadzenie pojęcia „pluralizmu fizycznego”, gdzie równolegle uznaje się sprzeczne modele rzeczywistości jako równie prawdziwe;

No i, co się rozumie samo przez się, można by też zagłosować w Sejmie w uśmiechniętej Polsce. Należałoby – w zależności od potrzeby chwili – przegłosować, że np. Roman Giertych jest niski a Jarosław Kaczyński wysoki.

A teraz, przez chwilę, na poważnie. W najnowszych analizach socjologów widać zwiększenie eurosceptycyzmu Polaków, do tej pory najbardziej euro-entuzjastycznych na świecie. Mimo, iż nadal zdecydowana większość sprzeciwia się opuszczeniu Unii, poparcie dla wyjścia z UE osiągnęło najwyższe poziomy od lat (ok. co czwarty Polak popiera „pol-exit”). Ciekawe dlaczego.

Krystian Kratiuk

Wszechobecna niedorzeczność

Szanowni Państwo! 
Oto siódmy w tym roku SOBOTNIK, wraz z DUCHEM CZASU. 
Z pozdrowieniami
Małgorzata Todd

www.mtodd.pl mtodd@mtodd.pl


Wszechobecna niedorzeczność   7/2026(761)

     Mówić przez półtorej godziny, jak się nie ma nic do powiedzenia, to talent, z którym trzeba się urodzić. Taki „mistrz” bierze na warsztat sławną postać, jak np. Kuklińskiego, lub znaną aktorkę i powtarza w kółko kilka tych samych zdań, jakie można przypisać każdemu. Niekiedy, już na samym początku, proponuje, żeby go „polubić”, zanim się go pozna, bo jak poznasz, to możesz nie polubić.

     Tak działają różni pseudo: publicyści, dziennikarze, artyści i politycy. Ci ostatni są najgroźniejsi, bo od nich dużo zależy, nawet jeśli kłamią tak otwarcie, jak Tusk. Teraz próbują właśnie „umoczyć” nas na miliardy, które spłacać będą jeszcze nasze wnuki. Za te nasze pieniądze Niemcy znowu chcą się zbroić. Wywołali dwie wojny światowe, które przegrali formalnie, ale co nam ukradli, to ich, więc wiedzą jak to się robi. Zamiast płacić, oni nam reparacje, to my im mamy płacić kolejną kontrybucję, jak w Generalnej Guberni.
     I to niestety, nie jest jakaś tam niedorzeczność, a kolejny szwabski plan rozbioru Polski.

Winien, czy ma?

‒ Gubię się w tych rachunkach – powiedziała Małgorzata.

‒ Zawsze podejrzewałem księgowych o machlojki – przyznał DUCH CZASU. – Samo nazewnictwo wygląda, jak rodem z mafii.

‒ Właśnie, w tym rzecz. Też nie rozumiem tego nazewnictwa. Czy jak „mam”, to znaczy, że jestem „winna”?

‒ Na to wygląda, co więcej, masz praktycznie tylko to, co i tak jesteś winna, czyli tak, czy siak posiadaczem jest zawsze ktoś inny.

‒ Bank?

‒ Dawniej bank przechowywał pieniądze depozytorów, za co im płacił i udzielał z nich kredytów, za co kredytobiorcy płacili – zauważył DUCH CZASU. ‒ Teraz dopisuje sobie zera, a tobie każe za nie płacić.

‒ Poczekajmy jak zlikwidują gotówkę, wówczas za jednym pociągnięciem będzie można pozbawić pieniędzy każdego nieprawomyślnego obywatela.

‒ Po to właśnie brukselscy biurokraci jeżdżą do Chin na szkolenia. Zgroza!

Parlament Europejski. P[osłom] mózgi odjęło…

Ewa Zajączkowska-Hernik @EwaZajaczkowska

Teraz trzymajcie się mocno. To głosowanie przejdzie do historii

Parlament Europejski zagłosował… PRZECIWKO poprawce stwierdzającej, że „Tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”

Czy większości europosłów, przepraszam, mózgi odjęło? 233 było przeciwko, 200 było za a 107 wstrzymało się od głosu.

Czyli łącznie 340 europosłów nie potrafiło poprzeć tego oczywistego, biologicznego faktu.

To jest jakiś kompletny upadek intelektualny i całkowite zaczadzenie umysłowe lewicową ideologią idiotów. Ci ludzie na serio sądzą, że również mężczyzna może zajść w ciążę. Was wszystkich to trzeba wysłać do wariatkowa, albo do podstawówki na biologię, a nie do europarlamentu.

Zdjęcie

128 tys. wyświetleń

Friday Funnies: Promises, Promises…

Friday Funnies: Promises, Promises…

And other true stories

DR. ROBERT W. MALONEFEB 13
 
READ IN APP
 




I had to look this one up…




BREAKING NEWS!

The FBI has made its first arrest in the Epstein case!


















Pro tip: Searching for „X” for Valentine’s Day memes is not a good idea. 

Not xure when my eyes will recover… Yuck!



Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid



Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share



In the United Lounge, getting ready to fly back from Austin – it has been a long week with a lot of fun and exciting stuff happening. More on that later!

Stay tuned!

Podobieństwo społeczeństw dzisiejszych Stanów i byłego Związku Sowieckiego

Podobieństwo społeczeństw

dzisiejszych Stanów

i byłego Związku Sowieckiego

Teraz kiedy stopa życiowa w USA zbliża się do poziomu Sowieckiej, poniższy artykuł nie powinien wywołać szoku!

DR IGNACY NOWOPOLSKI FEB 13

Podstawową cechą upodabniającą Amerykę & Sowiety, były rozmiary tych państw. USA są wielkie, ZSRR był ogromny, zajmując 1/6 powierzchni lądowej naszego globu.

Oba państwa były odizolowane od reszty świata. Ameryka oceanami i Arktyką, ZSRR pasmami górskimi na południu, Arktyką na północy, Oceanem Spokojnym na wschodzie i Tajgą na południu.

Jedyną granicą z cywilizowanym światem była zachodnia z Polską.

Co prawda Polska była „pośrednio” (proxy) okupowana przez stacjonujące na jej zachodnich obrzeżach wojska sowieckie, to były one całkowicie odizolowane od Polski, pozostając w koszarach, garnizonach i poligonach Legnicy i okolic.

Sowieci pamiętali trafne powiedzenie towarzysza Stalina, że „zrobić z Polaków komunistów jest tak trudno jak osiodłać krowę”.

Dlatego też wschodnia granica Polski z ZSRR, była de facto kordonem sanitarnym Sowietów, chroniącym ich przez „polską zarazą”.

W kontekście historycznym wojska „Północnej Grupy Operacyjnej”, czyli te stacjonujące w Polsce, były użyte tylko dwa razy do tłumienia buntów na Węgrzech i ówczesnej Czechosłowacji. Nigdy nie wytykały nosa na polskie terytorium.

Nie licząc „kordonu sanitarnego” na granicy z Polską, ZSRR, na podobieństwo Ameryki, był całkowicie izolowany od cywilizowanego świata. Przy czym stwierdzenie to odnosi się wyłącznie do zwykłych obywateli obu państw.

Co prawda metody izolacji obu społeczeństw od cywilizacji były diametralnie różne, to ich efekty praktycznie identyczne.

Przy czym z punktu widzenia ideologicznej propagandy, wyglądały one podobnie. Oba społeczeństwa wierzyły święcie, że żyją w „raju” (komunistycznym, lub odpowiednio kapitalistycznym), przez co nie ma co szukać poza ich granicami. Administracyjne metody były odmienne. W ZSSR był to wspomniany „kordon sanitarny”, a w USA finanse. Przeciętny Amerykanin, nie miał środków finansowych, rozeznania cywilizacyjnego, ani wiedzy by wybierać się w odległy świat. Wyższe (zamożniejsze) warstwy społeczne, studenci (amerykańska „elita intelektualna”) i tym podobni wybierali się periodycznie za granicę. Były to jednak jednostki. Jeśli z 350 milionowej populacji amerykańskiej co roku podróżowało circa 1 miliona, nie stanowi to nawet 1%, ale jest zauważalne w krajach docelowych.

W rezultacie w obu omawianych państwach gros społeczeństwa był całkowicie otumaniony ideologicznie, pewien swej wyższości nad resztą świata.

Truizmem jest stwierdzenie, że stopa życiowa w USA była o niebo wyższa niż w Sowietach. Jednakowoż prymitywizm konsumpcji bardzo podobny.

Przeciętny Sowiet chlał wódkę i zakąszał ogórkiem. Przeciętny Amerykanin wcinał brudnymi paluchami obrzydliwe i szkodliwe dla zdrowia hamburgery i zapijał cienkim piwem.

Nie taka wielka różnica. Oba społeczeństwa oglądały swą telewizję, totalnie kontrolowaną przez władców: komunistyczną partię i globalną oligarchię finansową, odpowiednio, w zależności od omawianego kraju. Warto tu podkreślić, że „elity” rządzące w obu państwach należały do tej samej grupy etnicznej. Rezultaty musiały być więc podobne.

Jednakowoż, ponad nawet najbardziej wyrafinowaną propagandę, sygnały z pustego brzucha, muszą się w końcu przebić. O ile w ZSRR zajęło to około 70 lat, to w USA ćwierć milenium.

Z punktu widzenia Wszechmocnego, są to niezauważalne różnice czasowe . Natomiast dla twórców i wielbicieli obu szatańskich systemów, wieczność w piekle, będzie się zapewne dłużyć.

Polska jednym z trzech [najgłupszych] krajów w Europie: Statystyki wyszczepialności są ważniejsze, niż zdrowie i życie niemowląt

Polska jednym z trzech krajów w Europie.

Dr Martyka nie dowierza:

Statystyki wyszczepialności są ważniejsze,

niż zdrowie i życie niemowląt

13.02.2026 nczas/polska-jednym-z-trzech-krajow-w-europie-dr-martyka-nie-dowierza-statystyki-wyszczepialnosci-sa-wazniejsze-niz-zdrowie-i-zycie-niemowlat

Dr Zbigniew Martyka
Dr Zbigniew Martyka. / Foto: screen YouTube/NaZdrowie!

Polska pozostaje jednym z zaledwie trzech krajów w Europie – obok Bułgarii i Węgier – gdzie szczepienia podaje się noworodkom w pierwszej dobie życia. Dr Zbigniew Martyka w swoim najnowszym wpisie w mediach społecznościowych podnosi alarmującą kwestię bezpieczeństwa tej procedury, wskazując na niemożność wykluczenia przeciwwskazań u tak małych dzieci oraz na niepokojące decyzje kadrowe w ministerstwie zdrowia.

Teoretycznie powinno być tak, że przed szczepieniem wyklucza się przeciwwskazania, aby uniknąć ciężkich powikłań, wstrząsu anafilaktycznego czy nawet zgonu. Dr Martyka zauważa jednak, że w obecnym systemie jest to fikcja.

„W przypadku dziecka zaraz po urodzeniu NIE DA SIĘ wykluczyć przeciwwskazań do przyjęcia szczepionki. Tak naprawdę, w większości przypadków nie wiemy o noworodku zbyt wiele, poza ilością punktów w skali Apgar. Dlatego szczepienia noworodkowi podawane są właściwie na wyczucie, bez potwierdzenia wynikami badań” – czytamy we wpisie.

Dużo miejsca dr Martyka poświęca kwestii ciężkiego złożonego niedoboru odporności (SCID). Jest to schorzenie, które stanowi bezwzględne przeciwwskazanie do podania szczepionki przeciwko gruźlicy (BCG) – tej samej, którą w Polsce podaje się rutynowo zaraz po urodzeniu.

Wprowadzenie pilotażowego badania przesiewowego dawało nadzieję na zmianę standardów i wyłapywanie chorych dzieci przed podaniem preparatu. Gdy prof. Helwich rekomendowała szpitalom informowanie rodziców o możliwości zaszczepienia po otrzymaniu wyniku, który by jednoznacznie wskazywał, że nie ma przeciwwskazań do szczepienia, została natychmiast odwołana ze stanowiska konsultanta krajowego w dziedzinie neonatologii.

Dlaczego systemowi tak nie podoba się odważna postawa prof. Helwich? Dr Martyka przytacza fragment publikacji z „Medycyny Praktycznej”, w którym wprost stwierdzono, że celem badań przesiewowych jest leczenie, a nie kwalifikacja do szczepień. Argumentem za utrzymaniem natychmiastowych szczepień ma być obawa przed spadkiem statystyk.

„Po raz kolejny – statystyki wyszczepialności są ważniejsze, niż zdrowie i życie niemowląt” – gorzko konkluduje dr Martyka.

(Ministerstwo zdrowia) odwołano najlepszą specjalistkę w swojej dziedzinie za to, że apelowała – w trosce o tych najmłodszych – aby przed szczepieniem wykluczyć przeciwskazania” – nie dowierza lekarz.

Spod Monte Cassino do gułagu

[Przypominam z mego Archiwum. 2026. md]
Spod Monte Cassino do gułagu
Dominik Smyrgała 20-05-2009 

Do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii, którzy mieli nieszczęście urodzić się na Kresach Wschodnich – pisze historyk
            Los niektórych żołnierzy generała Władysława Andersa był wyjątkowo ponury. Po 1945 roku część zwycięzców spod Ankony i Monte Cassino dobrowolnie wróciła do Polski bądź została odesłana na mocy brytyjsko-sowieckiego porozumienia o repatriacji. Ci, którzy przed 17 września 1939 roku byli obywatelami ZSRR – choć w czasie wojny walczyli w polskich mundurach – zostali przejęci przez NKWD i wysłani do gułagu.             Jednym ze świadków tych wydarzeń był pochodzący z Katowic żołnierz i instruktor harcerski Jan Foyer. Po wojennych perypetiach znalazł się pod koniec wojny w armii Andersa. Stacjonował w północnych Włoszech, by w 1947 r. po rozformowaniu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie znaleźć się w Wielkiej Brytanii. Sytuacja polskich emigrantów politycznych nie była łatwa. Wyspa dopiero się podnosiła ze zniszczeń wojennych, imperium się rozpadało, a przestawiająca się z torów wojennych gospodarka nie była w stanie wszystkim zapewnić zatrudnienia. Jednym słowem – nie witano byłych żołnierzy armii sojuszniczej z otwartymi ramionami.
            Nic zatem dziwnego, że wielu Polaków myślało o powrocie do ojczyzny, nawet mimo że strony rodzinne wielu z nich znalazły się w ZSRR. Jan Foyer był w nieco lepszej sytuacji niż koledzy pochodzący z Kresów II Rzeczypospolitej. Jego mała ojczyzna znalazła się w granicach Polski, nikt z bliskiej rodziny nie zginął. A jednak mimo dojmującej tęsknoty za krajem nie zdecydował się na powrót.
Łagiernicy od Andersa
            Wśród emigracji osiadłej po II wojnie w Wielkiej Brytanii wiele mówiło się o żołnierzach z armii Andersa, którzy zdecydowali się wrócić do kraju i nigdy do niego nie dotarli. Mówiono, że na pełnym morzu przekazywani byli z okrętów brytyjskich na sowieckie. Widząc, co ich czeka, skakali do morza i płynęli wpław z powrotem do jednostek angielskich. Wspominano tych, którzy przepadli bez wieści lub trafili do łagrów na dalekiej północy i wschodzie Związku Radzieckiego, w tym szczególnie dużo do Workuty. W grudniu 1946 r. GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 r. mieszkały na terytorium ZSRR. Za punkt honoru (sic!!!! md) postawiono sobie sprowadzenie ich do kraju
            Toteż Jan Foyer i wielu byłych żołnierzy Andersa, którzy zostali na Zachodzie, aż do przełomu lat 80. i 90. obawiali się przyjeżdżać do ojczyzny nawet w charakterze turystów. Workuta jest sporym miastem, położnym za kręgiem polarnym, zbudowanym w latach 30. i 40. ubiegłego wieku przez mieszkańców archipelagu Gułag na potrzeby przemysłu energetyczno-zbrojeniowego sowieckiego imperium.
Panują tam skrajnie trudne warunki klimatyczne. Przez większą część roku ziemia jest skuta mrozem dochodzącym w najzimniejszych miesiącach do -50 stopni C i często nawiedzana przez śnieżne nawałnice. Nad krajobrazem dominują szyby kopalń, w których wydobywa się jeden z najlepszych gatunkowo rodzajów węgla na świecie. Przewinęli się przez nie przedstawiciele wielu narodów europejskich, w tym wielu Finów, Niemców, Bałtów oraz bardzo liczni Polacy. Większość z nich opuściła miasto po 1956 r
.             Dzisiaj, po upadku Związku Radzieckiego, miasto wciąż funkcjonuje, choć jego populacja stale spada. W latach 90. w Workucie zaczęła działać pozarządowa organizacja Memoriał – zajmująca się upamiętnianiem ofiar totalitarnych represji i badaniami archiwów zawierających dane więźniów sowieckich łagrów. W jej skład wchodzi wielu przedstawicieli miejscowej elity.
            Podczas badań prowadzonych pod koniec lat 90. uwagę pracowników Memoriału przyciągnęły powtarzające się biografie łagierników pochodzących z Kresów Wschodnich przedrozbiorowej Rzeczypospolitej – wspólnymi cechami ich życiorysów były służba w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a potem zesłanie do Workuty z tego samego paragrafu sowieckiego prawa. Jak wszyscy ci ludzie znaleźli się w drugiej połowie lat 40. na nieludzkiej ziemi?
Dlaczego było ich tak wielu?
            Od razu nasuwa się myśl, że nie było to dziełem przypadku. Wyglądało, jakby większość z nich trafiła w tym samym czasie pod władzę sowiecką, bo wyroki są mniej więcej z tego samego okresu. Może zatem trafili tam na mocy jakiegoś porozumienia? Zaczęły się kolejne skrupulatne poszukiwania.
            W końcu badacze rosyjscy trafili na tajną umowę brytyjsko-sowiecką. Tak naprawdę niczym nie różniła się ona od wcześniejszej umowy o repatriacji obywateli sowieckich z terenów wyzwolonych przez aliantów zachodnich, na mocy której przeprowadzono tzw. operację „Keelhaul” (dosł. „przeciąganie pod kilem”). Na jej podstawie wydano setki tysięcy obywateli ZSRR, którzy wybrali kolaborację z Niemcami Hitlera z nadzieją na wyzwolenie „ojczyzny wszystkich narodów” od tyranii „nauczyciela całej postępowej ludzkości”. Byli wśród nich żołnierze Własowa, ale także Kozacy dońscy, a nawet niektórzy biali Rosjanie, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. Widząc, co ich czeka, wielu skakało do rzek i podejmowało desperackie próby ucieczki. Na tych, którym się udało, jeszcze przez wiele miesięcy – dosłownie – polowano w górach i lasach.             W sowieckiej niewoli czekała ich śmierć bądź natychmiast po przejęciu (własowcy), bądź po miesiącach tortur i procesach pokazowych (gen. Paweł Krasnow), bądź w syberyjskich łagrach. Tę historię przejmująco opisał w „Kontrze” Józef Mackiewicz. Jedynym ratunkiem dla tych ludzi było obywatelstwo inne niż sowieckie. Na tej zasadzie udało się uratować żołnierzom Ukraińskiej Armii Narodowej (wielu rekrutowało się z niesławnej 14. Dywizji SS). Ocalenie zawdzięczają generałowi Andersowi, który po rozmowie z dowódcą UAN gen. Pawłem Szandrukiem potwierdził polskie obywatelstwo jej żołnierzy.
Podstępna repatriacja
            Tego szczęścia zabrakło wielu Polakom. W grudniu 1946 roku GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy II korpusu gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 roku mieszkały na terytorium ZSRR i miały sowieckie obywatelstwo. Zauważył to przy okazji operacji „Keelhaul” płk Paweł Grigorijewicz Jakowlew, szef Sowieckiej Misji Wojskowej we Włoszech. Szacował on ich liczbę nawet na 6000 ludzi. Jeszcze w tym samym miesiącu do Szkocji, gdzie rozlokowany był II korpus, wysłano specjalnego agenta, który miał zbadać sytuację na miejscu. Sowiecki wywiad wojskowy postawił sobie za punkt honoru ich „repatriację”. Aby uniknąć rozgłosu, przeprowadzono misterną operację. Opierała się ona na podstępnym zwabieniu tych żołnierzy do rzekomo wyzwolonej Polski, a tam przejęciu ich przez Komisję Repatriacyjną (trudno chyba o bardziej perfidną nazwę) i zesłaniu do łagrów.
            Akcja przeprowadzana była bardzo skrupulatnie. 1 marca 1947 roku generał Gołubiew, pełnomocnik Rady Komisarzy Ludowych ds. Repatriacji, wysłał poprzez tajną łączność GRU wiadomość do pułkownika Iwana Andriejewicza Kleszkanowa, członka Sowieckiej Komisji Repatriacyjnej w Wielkiej Brytanii. Pytał o przyczyny opóźnienia statku s/s „Edinburgh”, na którego pokładzie miało się znajdować 85 żołnierzy gen. Andersa – obywateli ZSRR – a który nie zawinął jeszcze do Gdańska. Wcześniej, w lutym 1947 roku, płk Kleszkanow otrzymał szczegółową instrukcję postępowania z repatriowanymi.
            Niestety, tylko niewielką jej część udało się rozszyfrować, tak więc jej pełna treść nie jest znana. 20 lutego Kleszkanow dostał depeszę expressis verbis polecającą uwzględnienie polskich żołnierzy w działaniach repatriacyjnych. Wkrótce wracający do kraju Polacy zaczęli ginąć bez wieści.
Historia zatoczyła koło
            Ostatnim akordem tej historii był los grupy Andersowców – obywateli II RP, którzy przed wojną mieszkali za linią Curzona, na obszarach wcielonych do ZSRR. Po powrocie do kraju trafili do 312. Obozu dla Wyzwolonych Jeńców Wojennych i Internowanych Obywateli w Grodnie. Wiosną 1951 roku zostali oni aresztowani wraz z całymi rodzinami (łącznie ok. 4,5 tys. osób) i deportowani do obwodu irkuckiego. Dopiero w okresie chruszczowowskiej odwilży zezwolono im na powroty do Polski.
            Najsmutniejsze w tej opowieści jest to, że do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili przecież zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii.
            Dla nich historia zatoczyła koło. Cudownie oswobodzeni z łagrów trafili do tworzonej w ZSRR armii polskiej i przeszli przez Taszkent, Krasnowodsk, Morze Kaspijskie, Iran, Bliski Wschód i całą kampanię włoską. Nie pokonał ich głód i zarazy w Azji Środkowej, tropikalny upał i niemieckie kule we Włoszech. I oto ci alianccy żołnierze zostali wydani na pastwę sowieckich obozów. Ci sami, o których słynny brytyjski marszałek Harold Alexander mówił, że gdyby kazano mu wybierać, chciałby ich właśnie mieć pod swoim dowództwem. Nie wolno zapomnieć także o tych, którzy do armii Andersa nigdy… nie dotarli. Wśród nich – o grupie żołnierzy z łagrów północno-syberyjskich, wyniszczonych przez polarny klimat, którzy w 1942 roku piechotą przez Syberię (po przewiezieniu ich na stały ląd) zmierzali do polskich oddziałów. Z kilkuset osób na miejsce dotarła tylko jedna, a i tak wkrótce zmarła.
            GRU interesowało się Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie jeszcze kilka lat po wojnie, także od strony czysto wojskowej. W ramach rozpracowania brytyjskiego systemu obrony radziecki wywiad wojskowy zlecił w lutym 1947 roku swojemu agentowi w Londynie zdobycie m.in. polskiej broszury na temat przygotowań żołnierza do walki na podstawie doświadczeń ze współczesnego pola walki oraz powieści Freda Majdalanyego „The Monastery” poświęconej zdobyciu Monte Cassino.
Autor jest wykładowcą Collegium Civitas i ekspertem Instytutu Jagiellońskiego Rzeczpospolita

Monte Cassino: Nieudolność czy zbrodnia

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia

[Przypominam w kolejną rocznicę. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia.MD]

Podobne można znaleźć u mnie [MD] w Archiwum, np. wpisując Monte Cassino.

Krzysztof Warecki 2014-5-17 pch24

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skuteczniekontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

 Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

 Na ratunek skarbom kultury

 Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

 Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.

Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

 Próby grabieży

 Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

 Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

 Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

 Ocalić klasztor

 Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

 Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

 Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

 Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

 Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

 Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

 Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

 Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

 Zbrodnicza nieudolność dowódcy

 Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

 Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

 Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

 Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

 W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

 Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

 Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

 Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

 Spektakl ludzkiej głupoty

 Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

 W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

 Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

 Przedwczesna radość

 Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

 Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

 Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

 Antykatolicka nienawiść

 Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

 Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

 Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

 Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

 KrzysztofWarecki

===================

Nienawiść masońskich dowódców USA i „sprzymierzonych”  do Kościoła katolickiego jest udokumentowana. Świadczy o niej również podwójna zbrodnia detonacji bomb jądrowych nad Hirosima i Nagasaki – miastami przecież cywilnymi. Nagasaki to ośrodek katolicyzmu w Japonii.

Por.::

https://gloria.tv/post/qUPNdVLPZZ9N4qxfcPori1wMw

https://pch24.pl/zylismy-oredziem-fatimy

==================================================

Leo Szilard, jeden ze współautorów sławnego listu, podpisanego również przez Einsteina i zaadresowanego do Prezydenta Roosevelta – listu znanego jako początek Projektu „Manhattan”, napisał w 1960 roku, niedługo przed swoją śmiercią, że: „jeżeliby Niemcy rzucili na miasta bomby atomowe, to Amerykanie określili by takie bombardowanie, jako ‘zbrodnię wojenną’ oraz skazaliby w Norymberdze na śmierć przez powieszenie na szubienicy Niemców winnych tej zbrodni”.

Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 roku, gdzie „ground zero” czyli „wskazanym celem” była jedyna w Japonii katedra katolicka, było większą zbrodnią wojenną niż zbrodnie generałów japońskich, za które byli oni skazani na śmierć i uśmierceni w Tokio i w Manili .

Inny cytat: Nagasaki: Klasztor zbudowany został wówczas za miastem, za górą, ale jak się później okazało dzięki temu ocalał, gdy Amerykanie rzucili bombę atomową na Nagasaki. Poleciały tylko szyby!

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Przypominam następnemu pokoleniu, by historii nie pisali ciągle od nowa – kłamcy. Mirosław Dakowski. 13 luty 2026. Tekst z 2010 roku.

===================================================

Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza?(Messori)

            Dopiero osobiste spojrzenie na Opactwo na górze Monte Cassino pozwala mi na zadanie sobie pytania: Po co, w jakim celu dowództwo amerykańskie, czy aliantów, w 1944 roku zniszczyło serce katolicyzmu, klasztor, który założył św. Benedykt w roku 529?

            Fakty:

1)      był zakaz gen. Eisenhowera atakowania i niszczenia zabytków. Postąpiono wbrew niemu.

2)      Klasztor na początku 1944 r. nie był obsadzony przez wojska niemieckie. Dopiero po barbarzyńskim zburzeniu przez naloty alianckie oraz artylerię 15 lutego 1944 r., Niemcy zajęli ruiny.

3)      Klasztor i góra Monte Cassino nie miała strategicznego znaczenia jako bastion broniący drogi z Południa na Rzym: Między Monte Cassino a morzem Tyrreńskim mogły bez przeszkód przejść idąc koło siebie nie tylko dywizje, ale armie..

4)      Za zdobycie ruin SERCA KATOLICYZMU Polacy (katolicy) zapłacili śmiercią ok. tysiąca żołnierzy…

5)      Teraz jest tam piękna dla oka ATRAPA Opactwa, zbudowana od nowa przez (formalnie) rząd włoski (oddano mnichom w 1964 roku, jeszcze w r. 2010 część fresków nie jest namalowana od nowa), a w rzeczywistości sfinansowana przez Anglików i Amerykanów (wyrzuty sumienia? – toć „oni” chyba nie mają sumienia w naszym sensie tego słowa?… ).

Poniżej umieszczam tekst Vittorio Messori, który może nie zna dobrze „wkładu Polaków” w bitwę, ale… nie da się go zakwalifikować jako „polski ciemnogród”.

MONTE CASSINO

Vittorio Messori, „Czarne karty Kościoła”, Księgarnia św. Jacka, Katowice, 1998, str. 250 i nast.

            W czasie wakacyjnych podróży nie brakuje okazji do owocnych refleksji. Na przykład ci, którzy udają się na plaże, zbliżając się do Rzymu od południa, winni pomyśleć nieco o tym, dlaczego opactwo na Monte Cassino, niczym historyczny fałsz, nawet jeśli jest tylko całkowitą rekonstrukcją, góruje jeszcze na tym wzniesieniu.

            W ciągu następujących po wojnie światowej dziesięcioleci zaczęto przyjmować niezwykłą postawę, która wcześniej miała miejsce jedynie w manicheizmie: dobro istnieje tylko po jednej stronie, po stronie demokracji anglosaskiej, zawsze i wszędzie wprowadzającej cywilizację; zło przyszło z drugiej strony, z faszystowskich Niemiec, siedliska barbarzyństwa i zła.  [….]

            Wróćmy do Monte Cassino, gdyż od niego zaczęli­śmy naszą refleksję. Na wstępie zaznaczmy, że nienawiść antykatolicka (nie ma innego wytłumaczenia) doprowadziła do złamania schematu o „cywilizacji anglo-amerykańskiej przeciwko niemieckiemu barbarzyństwu”.

            Na tym sławnym wzgórzu, położonym na południe od Rzymu, właśnie faszyści okazali się „przyjaciółmi ludzi i kul­tury„. W tym bowiem rejonie Niemcy – między Włochami i aliantami – w pośpiechu utworzyli „Linię Gustawa„. Monte Cassino, pojedyncze, skaliste wzgórze, wznoszące się nad równiną, było idealnym miejscem na bazę, ale marszałek polny, Albert Kesselring, bawarski katolik, pochodzący ze starej, przed-nazistowskiej kasty wojskowej, która łączyła wojskowy dryl ze szczególnym pojęciem honoru, nie chciał się zdecydować na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem go na zniszczenie.

            Niemcy (mimo wszystko potomkowie jednego z najbar­dziej oświeconych krajów świata i katoliccy przynajmniej w jednej trzeciej swej ludności) dobrze wiedzieli, co oznacza dla powszechnej cywilizacji miejsce, w którym razem ze św. Scholastyką spoczywają szczątki Benedykta z Nursji, nie bez przyczyny głównego patrona Europy.

            Tutaj powstała Reguła, która w czasie załamywania się kla­sycznej kultury w wielkim stopniu przyczyniła się do zacho­wania tego, co było najlepsze w starożytnym świecie i do zainaugurowania nowego. Tutaj, w wielkich skryptoriach (skryptorium – pomieszczenie w średniowiecznych klasztorach lub kate­drach, w którym kopiowano księgi rękopiśmienne [przyp. red.].), zakonnicy przepisywali nieśmiertelne dzieła, dzięki czemu nie uległy one zniszczeniu i zapomnieniu. Tu­taj biło serce prawego rycerstwa, które od Szkocji po Sycylię przez ponad tysiąc lat poświęcało się wiecznemu zbawieniu człowieka oraz polepszaniu jego życia na ziemi.

            Tak więc wbrew wszelkiej taktyce i strategii, Kesselring wyłączył Monte Cassino z linii obronnej, pozwalając we wnę­trzu klasztornych murów znaleźć schronienie wielkiej liczbie uciekinierów, rannych, chorych oraz starców i kobiet przy­garniętych przez zakonników.

            Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amery­kanie, wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemiec­kiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego znisz­czenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunię­cia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. „katolickiego papizmu„. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

            W ten sposób zaoferowano Niemcom okazję, przynajm­niej w tym przypadku, zrehabilitowania się jako „przyjaciół” cywilizacji. Mimo dramatycznych trudności z transportem, Wehrmacht znalazł potrzebne ciężarówki, aby przewieźć do Watykanu przynajmniej część artystycznych i kultural­nych skarbów z klasztoru, poczynając od niezwykłego archi­wum, w którym znajduje się pierwszy dokument napisany w języku włoskim.

            Kiedy z klasztoru wywieziono już wspomniane osoby i rzeczy, 15 lutego 1944 roku, punktualnie o zapowiedzianej godzinie, pod niebem Monte Cassino ukazała się chmura amerykańskich samolotów, które rozpoczęły „precyzyjne” bombardowanie, zaś z równiny odezwały się alianckie działa ciężkiego kalibru. Bombardowanie i ostrzeliwanie trwało trzy dni, dopóki nie było pewności, że z klasztoru pozostały jedy­nie ruiny (później okazało się, że zniszczono wszystko oprócz krypty z relikwiami św. Benedykta i św. Scholastyki). Z całe­go wydarzenia zrobiono „spektakl”, filmując go przy pomocy zawodowych kamerzystów.

Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak dosko­nałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spo­czywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru.

            Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza? Być może ten płomień gniewu pomoże lepiej zrozumieć wielką klasztorną awanturę, uka­zując jej historyczną ważność, nawet za cenę rozpętania tak wielkiej destrukcyjnej furii.

            Gdyby znalazł się ktoś, kto wątpi w nasze podejrzenia co do poza-militarnych celów zbombardowania szacownego klaszto­ru, uważając nas za ogarniętych wyolbrzymioną manią prześla­dowczą, niech przeczyta, co na ten temat ma do powiedzenia między innymi Giorgio Spini. Można mu ufać, skoro nawet on, będąc waldensem i obrońcą protestanckiej dominacji, pisze o „wzrastającej w Stanach Zjednoczonych fali ruchów antykatolickich, niejednokrotnie połączonej z brutalnymi manifestacjami”. Wspomniany historyk dodaje: „Nawet pomijając już przykłady nietolerancji i histerii, bez wątpienia istnieje w historii północnoamerykańskiej stan alarmowy, spowodowany liczną migracją katolicką, która mo­głaby stanowić zagrożenie dla głównych instytucji amerykań­skich„.