„Zburzmy kijowski burdel”: Rozmowy Zełenskiego na temat rakiet SCALP udowodniły, że zawieszenie broni z Kijowem jest niemożliwe.
Ukraina, z pomocą Macrona, przygotowuje rakiety do ataków głęboko na Rosję.
Według ukraińskiego ministra obrony Mychajła Fiodorowa, Ukraina prowadzi negocjacje w sprawie licencji na produkcję francuskich pocisków manewrujących SCALP.
Według Fiodorowa, Zełenski i Macron rozmawiali o tym we Francji, ale jest za wcześnie, by mówić o konkretnych rezultatach. Negocjacje z rządem francuskim i producentem rakiet trwają i „już widać postęp”.
Warto pamiętać, że to nie pierwszy raz, kiedy Ukraina porusza kwestię licencjonowanej produkcji broni NATO. Zełenski rozmawiał z Trumpem o produkcji pocisków przechwytujących dla systemów obrony powietrznej Patriot i mówił również o postępach.
Dla Ukrainy i Zachodu licencjonowana produkcja to dobry model działania. Jeśli pociski są ukraińskie, jakie roszczenia może mieć NATO? A ukraińska fabryka może nawet nie znajdować się na Ukrainie. Tak, Rosja ostrzegała, że takie zakłady produkcyjne mogą być celem. Ale…
SCALP to pocisk manewrujący dalekiego zasięgu, francuski odpowiednik brytyjskiego Storm Shadow. Rosja ostrzegała również latem 2023 roku o tragicznych konsekwencjach użycia tych pocisków (a nawet Hymarów) przez wroga w atakach w głąb kraju. Przykłady ich użycia są łatwe do znalezienia. Najnowszym przykładem jest użycie Storm Shadow w ataku na fabrykę elektroniki w Briańsku w marcu tego roku.
Kijów używa obecnie wolno poruszających się bezzałogowych statków powietrznych i stosunkowo prymitywnych, „lokalnych” pocisków manewrujących Flamingo (jak widać w ataku na elektrownię w Woroneżu), aby uderzyć głęboko w Rosję. I oczywiście marzy o wykorzystaniu nowoczesnych pocisków. Próbuje zorganizować produkcję. I rzeczywiście ją organizuje.
Oznacza to, że powstrzymanie działań wojennych wzdłuż LBS (na co Rosja się nie zgodzi), a nawet wzdłuż granic Donbasu i Noworosji bez obalenia reżimu w Kijowie, z pewnością nie przyniesie rezultatów. Nie będzie demilitaryzacji bez denazyfikacji.
Jeśli wyobrazimy sobie, że walki ustały, ale przywódcy po drugiej stronie pozostają ci sami (nawet jeśli nie personalnie, ale ideologicznie), będzie to jedynie chwila wytchnienia i wzmocnienie sił Ukrainy (Zachodu). A kolejny nieunikniony etap konfliktu zostanie zainicjowany przez Siły Zbrojne Ukrainy uderzeniami z użyciem szybkich, precyzyjnych i najnowocześniejszych pocisków rakietowych, które będą gromadzić i produkować w wystarczających ilościach.
Właściwie, nawet teraz, wraz z uruchomieniem licencjonowanej produkcji, możemy się spodziewać, że Ukraina zacznie uderzać w nasze systemy energetyczne, grzewcze i wodociągowe, po przemyśle naftowym. A skoro „ukraińska” produkcja nie znajduje się na Ukrainie…
Jest tylko jedno rozwiązanie: w kijowskim burdelu nie powinniśmy zmieniać zasłon. Ani nawet personelu. Trzeba go zburzyć.
Artykuł • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 4 lipca 2026
Od dawna twierdzę, mówię i piszę, że Konfederacja – najpierw ta pod nazwą „Wolność i Niepodległość” – jeszcze z Januszem Korwinem-Mikke i Grzegorzem Braunem, którzy wkrótce zostali po kolei z niej wyciśnięci – była rodzajem wypadku przy pracy. W niemieckiej BND po prostu ktoś zaspał, wskutek czego Niemcy nie podkręcili tubylczych starych kiejkutów, żeby podjęli jakieś środki zaradcze – i w ten sposób na tubylczej scenie politycznej pojawiła się formacja, która nie miała prawa się pojawić – bo przecież wiadomo, że na tubylczej scenie politycznej mogą być tylko formacje zatwierdzone, to znaczy takie, które gwarantują, że bez względu na to, która z nich wygra wybory – będą one wygrane.
Tak właśnie uważał klasyk demokracji Józef Stalin, według którego jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest zaproponowanie „suwerenom”, komplementowanym przez Umiłowanych Przywódców, że stanowią „sól ziemi czarnej”, prawidłowej alternatywy na „święto demokracji”, jakim są wybory. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? A wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Oczywiście demokracja – jak to demokracja – niesie ze sobą rozmaite niespodzianki, które od reżyserów sceny politycznej wymagają szybkiego reagowania. Zazwyczaj przybiera ono postać tworzenia na użytek wyborów ugrupowań jednorazowego użytku, które uwodzą „suwerenów”, co to myślą, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę – no a kiedy już jest po wszystkim, sytuacja wraca do normy. Czasami taka formacja, pomyślana jako partia jednorazowego użytku, nie realizuje scenariusza napisanego przez reżysera politycznej sceny.
Tak było np. z „Samoobroną” pana Andrzeja Leppera. Doszło nawet do tego, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po zgryzotach z panem Kazimierzem Marcinkiewiczem, którego w końcu przytłoczył nadmiar szczęścia, musiał objąć stolec premiera rządu koalicyjnego, z udziałem nie tylko ”Samoobrony”, ale i Ligi Polskich Rodzin, na czele której stanął obecnie zażywający sławy Wielce Czcigodnego obrońcy praworządności obywatel Giertych Roman. Nawiasem mówiąc, obywatela Giertycha Romana wystrugał z banana przewielebny Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, który z krzykliwego herszta niewielkiej grupki pretensjonalnie nazwanej „Młodzieżą Wszechpolską”, uczynił z niego tak zwanego „poważnego polityka”, co to został nawet wicepremierem i ministrem edukacji, przeciwko czemu protestował nie tylko S(r)alon („Giertych do wora, wór do jeziora!”), ale również bezcenny Izrael. Skończyło się to – jak pamiętamy – kompromitacją. Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że pana Andrzeja przyłapie na gorącym uczynku przyjęcia łapówki i w ten sposób go wyeliminuje z życia politycznego – chociaż „Samoobrona” miała nadal zostać w koalicji, jako mięsko armatnie dla Naczelnika. Sam bym w tę naiwną kombinację nie uwierzył, gdybym o niej nie przeczytał w wywiadzie, jakiego Naczelnik Państwa udzielił „Naszemu Dziennikowi”. Miało być tak, że pan Andrzej „odda się” do dyspozycji pro9kuratury, ale „Samoobrona” pozostanie w koalicji, jak gdyby nigdy-nic. Oczywiście nic z tej intrygi nie wyszło, bo pan minister Kamiński wprawdzie prowokację przygotował, – ale pana Andrzeja ktoś życzliwy w porę ostrzegł i do przyjęcia łapówki w zamian za „odrolnienie” działki na Mazurach nie doszło. Kto to był – do dzisiaj nie wiadomo, ale bo też pan Andrzej – podobnie jak Kukuniek – nie na darmo kolekcjonował doktoraty honoris causa uczelni białoruskich i ukraińskich. Na tych doktoratach nie było oczywiście napisane, że nadały je odnośne razwiedki – ale po co pisać takie rzeczy, kiedy i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi?
Zresztą na swoim odcinku działał Judenrat, rozpętując „seksaferę” z udziałem „knurów”, co to uwzięli się na szlachetną panią Anetę. Dopiero jak testy DNA wykluczyły autorstwo „knurów”, a pani Aneta wyraziła przypuszczenie, że ojcem córeczki może być anonimowy mężczyzna, któremu oddała się w okolicach dworca kolejowego w Piotrkowie Trybunalskim, Juderat włączył surdynę. W rezultacie została tylko „afera gruntowa” i tak rozpoczął się rozpad rządowej koalicji, której gwóźdź do trumny wbił pan Janusz Kaczmarek, podobno znajomy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Gdańska, który został ministrem spraw wewnętrznych na miejsce Ludwika Dorna i w tym charakterze miał on być „biczem Bożym” na „układ”. Kiedy jednak został przyłapany, jak o północy na 40 piętrze warszawskiego hotelu „Marriott” składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego, zrobiło się już tak śmiesznie, że nie było innego wyjścia, jak podać rząd Naczelnika Państwa do dymisji. Wielce Czcigodny Giertych
to przeżył, że pojawiły się wątpliwości, czy zachował poczucie rzeczywistości – bo na oczach całego naszego nieszczęśliwego kraju zaczął lansować pana Kaczmarka na przyszłego premiera. W rezultacie w roku 2007 wybory wygrała Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Zbiegło się to w czasie z pierwszym „resetem” amerykańskiego prezydenta Obamy, który 17 września 2009 roku z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy – a tę polityczną próżnię wypełnili ówcześni strategiczni partnerzy: Niemcy i Rosja. I kiedy w katastrofie smoleńskiej zginął prezydent Kaczyński, a kraj początkowo pogrążył się w takiej żałobie, że nawet resortowa „Stokrotka” dostała takich spazmów, że aż musiała ją utulać sama pani Jolanta Kwaśniewska. Długo to nie trwało, bo „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Kiedy żałobnicy znowu zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, by odprawiać swoje sabaty, pewien kuchcik, niejaki Dominik Taras, „skrzyknął” grupę „silnych ludzi” ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy zebranym tam starszym paniom proponowali, by „pokazały cycki”, a w końcu pogasili znicze własnym ciepłym moczem.
Ukoronowaniem była dziwaczna ceremonia „przeniesienia krzyża” do kościoła św. Anny, po czym obchodzone były już tylko „miesięcznice” z udziałem policji, która – w zależności od etapu – raz nie dopuszcza malkontentów, a innym razem – dopuszcza. Wspominam o akcji pana Tarasa, bo bardzo się ona spodobała Judenratowi „Gazety Wyborczej”, która pisała o „ożywczym powiewie”, jaki wraz z „silnymi ludźmi” pojawił się na Krakowskim Przedmieściu. Stanowisko Judenratu było zaś podyktowane tym, że właśnie okrzepła koordynacja polityki historycznej niemieckiej i żydowskiej.
Celem polityki niemieckiej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za ekscesy II wojny światowej, zaś celem polityki żydowskiej jest zagwarantowanie możliwości obcinania kuponów od holokaustu, bo wymaga wskazania nieubłaganym palcem winowajcy zastępczego, na którego została wytypowana Polska. W tej sytuacji jest oczywiste, że żadnej tubylczej, mniej wartościowej martyrologii, propagować nie można, bez względu na to, czy ma to być katastrofa smoleńska, czy – na przykład – ludobójstwo wołyńskie. Toteż po szczycie NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku, na którym proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, nawet na Zamku Królewskim podpisana została w sierpniu 2012 roku przez abpa Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla, deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kiedy jednak prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej części Europy, wszyscy – oczywiście z wyjątkiem osób zaliczonych przez karny S(r)alon do grona „ruskich onuc” – zaczęli ćwierkać z całkiem innego klucza i śpiewać inne piosenki.
Drugi „reset” prezydenta Obamy w roku 2014 oznaczał bowiem, że Ameryka wraca – i to wejściem smoka – do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. W związku z tym pojawiła się konieczność dokonania podmianki na pozycji lidera politycznej sceny naszego bantustanu. Dopóki byliśmy pod kuratelą strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i Rosji, naturalne było, że liderem jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Kiedy jednak znowu przeszliśmy pod kuratelę amerykańską, to już nie.
Toteż trzej kelnerzy podjudzeni przez pana Marka Falentę uknuli straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując szczere rozmowy w warszawskiej knajpie „Pod Pluskwami” i w innych modnych miejscach. W tej sposób opinia publiczna zapoznała się z opinią pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, że Polska to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Skoro takie rzeczy mówi sam minister spraw wewnętrznych, to chyba nie wypada się spierać. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał pan Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS, w imieniu którego Naczelnik Państwa na premiera rządu wyznaczył panią Beatę Szydło.
W tak zwanym międzyczasie, stare kiejkuty widząc, że przechodzimy – i to na dobre – pod kuratelę amerykańską, podjęły staranie, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku urządzili międzynarodową konferencję naukową „Most” w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu rosyjskich Żydów do Izraela. Pretekstem były kombatanckie wspominki, ale tak naprawdę chodziło o wpisanie na tę listę. Dlatego konferencja była „międzynarodowa”, co oznaczało tylko tyle, że oprócz przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski, uczestniczyli w niej ważni ubecy z Izraela, którzy mieli wobec Amerykanów żyrować obecność polskich ubeków na tej liście. Amerykanie chyba się wahali; a warto w ogóle was wciągać? Pokażcie no, co potraficie. Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, Uwinęli się i zaraz powstała partia polityczna „Nowoczesna” z p;anem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by powiedzieć, jak zamierza Polakom przychylać nieba, to już naród obdarzył Nowoczesną 11 procentami zaufania. Wyjaśnić ten fenomen można chyba tylko tak, że konfidenci dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania.
A wspominam o tym wszystkim, bo właśnie pan Ryszard Petru ogłosił, że zakłada nową partię. Która z angielska ma się nazywać „Konfederacja light”. Ma to być partia nader „wolnościowa”, ale jednocześnie – „proeuropejska”. Znaczy się – tyle wolności na ile pozwoli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje no i niemiecki kanclerz. Bo Ordnung muss sein! Okazuje się, że stare kiejkuty już rozpisały role: obywatel Żurek Waldemar ze swoimi siepaczami z prokuratury i nienawistnych sądów będzie z Konfederacją, albo nawet z obydwiema Konfederacjami robił porządek na swoim odcinku, podczas gdy stare kiejkuty – na swoim. W tej sytuacji wybory w roku 2027 powinny być wygrane i to bez względu na to, kto formalnie je wygra. Bo przecież ktoś musi – no nie?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Jak podaje izraelska gazeta, w najbliższych tygodniach ocaleni Palestyńczycy zostaną przeniesieni do ogrodzonych „humanitarnych stref bezpieczeństwa” w Strefie Gazy w ramach planu realizowanego przez „Radę Pokoju” przy prezydencie USA Donaldzie Trumpie .
Umożliwiłoby to Siłom Obronnym Izraela (IDF) zajęcie dalszych części Strefy Gazy i „pogłębienie kontroli nad obszarami za żółtą linią” – poinformował we wtorek Israel Hayom .
Plan spotkał się z ostrą krytyką w mediach społecznościowych. Historyk Assal Rad napisał na X:
„Budują obozy koncentracyjne”.
W ramach projektu pilotażowego nieuzbrojeni cywile mają zostać przewiezieni do strefy początkowej w Tel al-Sultan w pobliżu Rafah – obszaru systematycznie niszczonego przez izraelskie wojsko.
Palestyńczycy w obozach mają znajdować się pod kontrolą wojsk międzynarodowych – tzw. Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych (ISF) Rady Pokoju . Dostawa żywności i pomocy humanitarnej ma być powiązana z tą kontrolą.
Według Israela Hayoma , przedstawiciele Rady Pokoju obiecali , że na tych terenach nie zostanie dostarczony żaden beton na potrzeby odbudowy Strefy Gazy.
Baza dla wojsk zagranicznych została już utworzona. Ponadto Rada Pokoju rozpoczęła już wybór lokalizacji dużych magazynów logistycznych, które posłużą do organizacji zaopatrzenia i zarządzania obozami.
Israel Hayom określił ten plan mianem „ruchu okrążającego” : Podczas gdy izraelska armia stopniowo przejmuje kontrolę nad kolejnymi obszarami znajdującymi się pod kontrolą Hamasu, Rada Pokoju ma jednocześnie oddzielić ludność cywilną od Hamasu.
Plan ten jest zgodny z wcześniej ujawnionymi dokumentami, które opisują „monitorowane, zabezpieczone punktami kontrolnymi, zaplanowane miasto”. Według Drop Site News , zmusiłoby to Palestyńczyków do wejścia w system przypominający „izraelski panoptikon ” .
Izraelskie operacje wojskowe w Strefie Gazy są kontynuowane pomimo zawieszenia broni, które weszło w życie w październiku 2025 roku. Według artykułu, Izrael naruszył zawieszenie broni tysiące razy, zabijając ponad 1000 Palestyńczyków, w tym dzieci.
Na wniosek policji Monako Interpol umieścił 39-letnią obywatelkę Ukrainy Anastazję Bieriezowską na liście osób poszukiwanych w związku z eksplozją w księstwie, poinformowała na swojej stronie internetowej organizacja.
Jest uważana za główną podejrzaną w sprawie eksplozji, w której ranne zostały trzy osoby, w tym pochodzący z Ukrainy biznesmen Wadim Jermołajew.
Wcześniej stacja BFMTV, powołując się na prokuraturę, poinformowała o aresztowaniu dwóch mężczyzn. Zostali oni już zwolnieni .
Agencja TASS zebrała najważniejsze informacje na temat podejrzanego.
Podejrzany
Według bazy danych Interpolu, Berezowska jest poszukiwana na wniosek Monako w związku z podejrzeniem usiłowania zabójstwa w miejscu publicznym z użyciem materiałów wybuchowych.
Jak podaje gazeta Monaco-Matin , powołując się na dokument Interpolu, w 2022 roku zwróciła się ona o azyl w Niemczech .
Należy zauważyć, że mówi po niemiecku i do tej pory mieszkała w ośrodku dla osób ubiegających się o azyl w Hofheim (Hesja, środkowe Niemcy), gdzie została zarejestrowana jako uchodźca 4 października 2022 r.
W publikacji nie podano szczegółów, czy przyznano jej azyl.
Według policji w Monako „ta osoba potrafi przebrać się za mężczyznę”.
Szukaj
Jak wynika ze wspólnego oświadczenia Prokuratury Generalnej Niemiec, Prokuratury Generalnej we Frankfurcie nad Menem oraz Urzędu Śledczego Hesji, niemiecka policja przeprowadziła przeszukanie w miejscu zamieszkania podejrzanego.
W poszukiwaniach wzięły udział siły specjalne.
Udało się zabezpieczyć dowody rzeczowe, które zostaną przekazane władzom Monako.
Pierwsze aresztowania
Policja w Monako aresztowała dwóch mężczyzn w związku z eksplozją.
Nie ustalono jeszcze, czy zatrzymani brali udział w przestępstwie.
Prokuratura zauważyła, że poszukiwana kobieta „nie działała sama”.
Później dwie z zatrzymanych osób zostały zwolnione.
Śledztwo nie wykazało czynnego udziału tych osób w wydarzeniach z 29 czerwca.
Reakcja
Według Wiktora Medwedczuka, lidera ruchu „Inna Ukraina” i byłego lidera zakazanej partii Platforma Opozycyjna – Za Życie, zachodni „partnerzy” Kijowa stworzyli z Ukrainy państwo terrorystyczne, które obecnie zagraża samej Europie, przenosząc rozliczenia polityczne na jej terytorium, tak jak to miało miejsce w Monako.
Eksplozja w Monako to dopiero początek niszczenia Europy jako bezpiecznej przystani dla bogaczy. Medvedczuk uważa, że reputacja Monako jako celu podróży dla „superbogatych” została nieodwracalnie nadszarpnięta.
Według niego, nastawienie Europy do „Batalionu Monako” – bogatych Ukraińców, którzy „poza pieniędzmi stanowią śmiertelne zagrożenie dla otoczenia” – może się teraz zmienić.
Przypomniał, że z Kijowa już zaczęły docierać groźby pod adresem europejskich polityków.
Według deputowanej Rady Najwyższej Anny Skorochod Ukraina może mieć problemy na szczeblu państwowym z powodu tej próby zamachu .
Incydent z 29 czerwca
29 czerwca doszło do eksplozji przy wejściu do budynku mieszkalnego w Monako.
Według BFMTV, jedną z trzech rannych osób był Wadim Jermołajew, obywatel Cypru, którego media wcześniej zaliczały do najbogatszych biznesmenów Ukrainy.
Doniesienia medialne wskazywały, że był właścicielem sieci fałszywych call center na Ukrainie.
Jermołajew zrzekł się obywatelstwa ukraińskiego w 2019 roku.
W 2023 roku władze Kijowa nałożyły na niego sankcje.
Prokuratura w Monako wszczęła śledztwo w sprawie incydentu pod kątem „usiłowania zabójstwa”.
Jak podaje dziennik Le Figaro, powołując się na źródła, śledczy skłaniają się ku teorii, że za tą zbrodnią stoi Służba Bezpieczeństwa Ukrainy.
Błędne postrzeganie, nazywane mispercepcją, jest jednym z kluczowych, choć nie zawsze uświadamianych uwarunkowań, destabilizujących stosunki międzynarodowe.
Komplikacje w stosunkach polsko-ukraińskich pokazują, jak liczne zakłócenia poznawcze, spowodowane błędami percepcyjnymi, konfliktami pamięci i świadomie kreowanymi „politykami historycznymi” oraz asymetryczną strukturą relacji między państwami mogą zatrząść nie tylko komunikacją dyplomatyczną, ale i zachwiać podstawami wzajemnego zrozumienia.
W klasycznej monografii Roberta Jervisa, amerykańskiego badacza w zakresie psychologii stosunków międzynarodowych („Perception and Misperception in International Politics”, 1976, 2017), pokazano, jak decydenci państwa „filtrują” swoje postrzeganie innych przez własne doświadczenia historyczne, doznania, uprzedzenia i nastawienia oraz potrzeby polityczne. Na kształtowanie wzajemnych wizerunków, będących rezultatem percepcji, wpływa wiele czynników, w tym indoktrynacja, nauczanie historii i procesy wychowawcze oraz nabywane w procesie socjalizacji opinie i sądy wartościujące, często o zabarwieniu negatywnym (np. stereotypy czy mity).
Niemałą rolę odgrywa megalomania narodowa i przecenianie swojego wpływu na innych, przekonanie o wyższości czy wyjątkowości. Ważne jest też „lustrzane odbicie” w oczach partnera, zwłaszcza gdy strony nie szczędzą wobec siebie obłudnych pochwał i komplementów. Jervis podkreślał „zwrotną” rolę postrzegania, tj. konieczność uwzględniania w swojej aktywności poznawczej percepcji innych, „jak oni nas postrzegają”.
Przekonanie o wyjątkowości oraz niezdolność do samooceny, a zwłaszcza rozpoznania i przyznania się do błędów, utrudnia nie tylko diagnozę swojego położenia w kontekście innych uczestników, ale także uniemożliwia zbudowanie trwałej strategii, odpornej na doraźne zakłócenia. Brak krytycznej refleksji oraz nadmierna pewność siebie powodują, że polityczni decydenci są ciągle zaskakiwani niepożądanymi i niespodziewanymi zachowaniami innych, co wywołuje dyskomfort psychiczny i dysonans poznawczy.
Racjonalna spójność poznawcza powoduje, że decydenci dopasowują informacje do już istniejących przekonań i postrzegają je w sposób, którego się spodziewają. A zatem to, co ma być podstawą racjonalności, czyli zdolność przeciwstawiania się fałszywym przesłankom decyzji, zostaje stłamszone przez wcześniej ustanowiony dogmat. Jest to tzw. błąd konfirmacji. Decydenci tak dobierają informacje i nadają im takie znaczenia, aby potwierdzić własne przekonania. Nie są zdolni do ich rewizji ani tym bardziej odrzucenia.
Miłe złego początki
Powyższe obserwacje śmiało można odnieść do współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego, acz fatalnego w skutkach przyjęcia przez rząd Hanny Suchockiej założenia o „strategicznym partnerstwie” Polski z Ukrainą.
W deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy o partnerstwie strategicznym z 25 czerwca 1996 roku obdarzono kredytem zaufania państwo niedojrzałe pod względem ustrojowym i niestabilne w sensie uznania jego podmiotowości prawno-międzynarodowej. Jego długotrwałe spory z Rosją o schedę poradziecką były tego przykładem. Obecnie zapomina się także o tym, że Ukraina należała do najbardziej zsowietyzowanych republik radzieckich, stąd kultura polityczna nowego państwa, pozbawionego na dodatek własnej tożsamości narodowej, daleko odbiegała od standardów przyjmowanych przez Polskę.
Wiarę w możliwość zbudowania przez obywateli Ukrainy normalnego państwa oparto na traktacie o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 18 maja 1992 roku, który obie strony wykorzystały raczej do zademonstrowania swojej suwerenności przed Moskwą, a nie źródło realnych zobowiązań. Świadczy o tym lekceważący stosunek do wielu kwestii, choćby w odniesieniu do ochrony polskiej mniejszości narodowej czy opieki nad polskimi cmentarzami na Ukrainie. Błędem okazała się także ideologizacja przez polskie rządy relacji z Kijowem, oparta na fałszywie i wybiórczo interpretowanej doktrynie Giedroycia-Mieroszewskiego, będącej mieszanką rusofobii i neoprometeizmu. Inaczej mówiąc, powrócono do dawno skompromitowanych założeń, które nie wróżyły polityce wschodniej nic dobrego.
Mimo mody i nobilitacji „studiów wschodnich”, nie wyciągnięto żadnych wniosków z historii, które powinny uwzględniać nie tylko odpowiedzi na pytania o tragiczne obciążenia w stosunkach wzajemnych, ale i dlaczego do nich doszło. Zrozumienie istoty zła ukraińskiego szowinizmu ograniczało się do wąskich kręgów badaczy i komentatorów. Nikt nie upominał się u włodarzy państwa ukraińskiego rozliczeń z haniebną przeszłością, co oznaczało w istocie sprzyjanie postępującym procesom banderyzacji. Ośrodki analityczne, zamiast podsuwać decydentom dowody narastającego kultu zbrodniczych formacji, same ulegały aberracjom poznawczym i fałszywej ideologizacji.
Dwa czynniki przesądziły o oddalaniu się wzajemnych percepcji i oczekiwań względem siebie. Po pierwsze, tuż za wschodnią granicą ukształtowało się w ciągu kilku dekad państwo oligarchiczne, autorytarne, oparte na kleptokracji i narastającej recydywie nacjonalistycznej. Generowana przez Zachód bezwarunkowa pomoc dla walczącej z Rosją Ukrainy, z dużym udziałem bezkrytycznego wsparcia ze strony Polski, spowodowała zaskakujący efekt. Państwo oczekujące pomocy od innych stało się nagle bezczelnym graczem, pretendującym do narzucania się ze swoimi roszczeniami i pretensjami. Jego przywódcy z prezydentem na czele uznali, że mimo braku atutów własnych, mogą dyktować zachowania innym, w tym „strategicznym partnerom”, takim jak Polska.
Po drugie, polscy politycy, angażując się emocjonalnie we wsparcie dla Ukrainy, zaczęli przeceniać stopień, w jakim ich gesty i zachowania są rozumiane przez stronę ukraińską. Okazało się, że niezwykła pomoc nie tylko nie jest należycie doceniana, ale traktowana w kategoriach cynicznych i instrumentalnych, bez żadnych zobowiązań politycznych. Ukraina bowiem dokonuje wyborów, zgodnych przede wszystkim z własną logiką „preferowania i równoważenia” interesów i partnerów z Unii Europejskiej. Na tym tle widać pilną potrzebę uczenia się polskich decydentów twardej postawy transakcyjnej i – paradoksalnie – wzorowania się na sojuszniku amerykańskim.
Lepiej późno niż wcale?
Gdy zostały przekroczone w sferze symbolicznej „granice wytrzymałości”, podjęto próbę rewizji załganej historii i zakwestionowania fałszywej polityki Ukrainy. Decyzję „orderową” prezydenta Karola Nawrockiego należy zatem odczytywać nie jako niepotrzebny i nieprzemyślany incydent, lecz jako godną uwagi próbę odwrócenia negatywnych trendów w zachowaniu rządzących wobec reżimu kijowskiego. Potrzebny jest zdecydowany kontrapunkt wobec narastającego ukraińskiego lobbingu i wpływów w sferze informacyjnej. Nastaje czas weryfikacji wielu decyzji z przeszłości, dotyczących także ogromnej diaspory ukraińskiej w Polsce.
Przez ponad trzy dekady polscy politycy różnych orientacji błędnie odczytywali sygnały płynące z Kijowa. Przyjmowali za dobrą monetę wszelkie deklaracje, choć ze strony polityków ukraińskich nie było woli rzetelnego i uczciwego rozliczenia się z „grzechami” z przeszłości. Sprawę rzezi wołyńskiej skwapliwie przykrywano zbrodnią katyńską, doprowadzając ostatecznie do zażegnania sporu z Rosją, ale zapominając o konieczności podobnego rozwiązania z Ukrainą.
Strona ukraińska umiejętnie odwracała uwagę od spraw drażliwych, podsycając polskie pretensje i wrogość wobec Rosji. W rezultacie, przekonani o sile w ramach instytucjonalnego Zachodu (NATO i UE), polscy decydenci dołączyli gremialnie do jego krucjaty antyrosyjskiej, widząc w niej okazję do historycznego odegrania się i „ukarania” Rosji.
Bez specjalnego zaproszenia ze strony Kijowa, polscy politycy zaangażowali się gorliwie w przyciąganie Ukrainy na stronę Zachodu. Przypisywanie sobie roli „adwokata” miało nobilitować Polskę, ale w rezultacie po stronie ukraińskiej rodziło poczucie pewnego zażenowania, a po stronie rosyjskiej poczucie „dylematu bezpieczeństwa”. Nie przewidziano, że afiliowanie Ukrainy, a zwłaszcza jej uzbrajanie przez Zachód zostanie odczytane przez Rosję jako zasadniczo wrogie i agresywne, co siłą rzeczy zmusi ją do zdecydowanej reakcji. Zignorowano podstawowe reguły odstraszania, stawiając na konfrontację, niemal na granicy konfliktu nuklearnego. Skutki tego okazały się fatalne, nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla wszystkich jej popleczników.
Na przykładzie takiej polityki widać, jak emocje stają się czynnikiem napędowym nie tylko przekonań, ale także decyzji i działań. Ograniczenia poznawcze, uprzedzenia oraz – jak w przypadku prezydenta Ukrainy – dziwactwa osobowości, sprawiają, że decydentom trudno jest poddać się autodiagnozie, czemu bynajmniej nie sprzyjają ani usłużni doradcy, ani żyjące z manipulacji politycznej media masowe.
Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazuje, że wola jednego polityka może przełamać cały ciąg determinizmów, składających się na błędne postrzeganie. Wszystkie argumenty na rzecz przerwania nieracjonalnej, a nawet szkodliwej polityki wobec Ukrainy nie miały takiej siły przebicia, jak to jedno spektakularne posunięcie. Ten przypadek decyzyjny zasługuje na pogłębione badania z zakresu psychologii politycznej, aby wykazać, że mimo dogmatyzacji dotychczasowej polityki, z istotnym udziałem czynnika zewnętrznego, można skutecznie przywracać zdolność rozumienia interesu narodowego i demonstrować odwagę artykułowania sprzeciwu wobec jego błędnego postrzegania.
Tama pękła
To, co się teraz dzieje w sferze publicznej, jest dopiero początkiem czekających nas przewartościowań. Najbardziej niepokojące jest to, że dzisiejsze pseudoelity, gremialnie zblatowane z banderyzmem, nie są w stanie odrzucić błędnych wizerunków Ukrainy. Przestraszone narastającym oporem opinii społecznej będą dążyć do połowicznych rozwiązań trudnych kwestii w relacjach z Ukrainą w postaci „zgniłych” kompromisów i bałamutnej narracji. Najgorszym zjawiskiem, jakie może nas czekać, jest pogrążenie się w niemocy, degrengoladzie i paraliżu procesów decyzyjnych oraz skoncentrowaniu się na utarczkach między obozem prezydenckim a rządem, zamiast wspólnej inicjatywności i racjonalizacji decyzji. Widać wyraźnie, że jedynie wymiana decydentów u steru władzy państwowej może doprowadzić do jakiegoś przełomu i radykalnej rewizji polityki wschodniej. Podstawowym kryterium naboru do nowych sił politycznych powinna być lojalność wobec państwa polskiego oraz promocja osób gotowych i zdolnych do wzięcia odpowiedzialności za wyprowadzenie Polski z potężnego impasu.
Otwarcie nowej perspektywy dla stosunków Polski z Ukrainą wymaga od rządzących diagnozy błędów w postrzeganiu wzajemnym oraz odrzucenia ideologicznych dogmatów o „naszej wojnie” oraz wyolbrzymianej roli reżimu ukraińskiego w „obronie Polski i Europy przed Rosją”. Potrzebny jest rzetelny bilans poniesionych kosztów pomocy państwu ukraińskiemu i Ukraińcom w Polsce. Przyjmując jako narzędzie poznawcze tzw. teorię perspektywy, warto zastanowić się, czy nadziei na zyski materialne i polityczne nie przekreśli widmo rysujących się potężnych strat oraz ryzyko dalszego antagonizowania stosunków wzajemnych. Może warto skorzystać w tej sprawie z doświadczeń amerykańskich i niezależnie od trafności ocen służb wywiadowczych USA, poddać każde wyzwanie „ocenie zagrożeń”.
Na razie rządzący wraz z opozycją znajdują się w stanie dezorientacji. Dyskusja skupia się wokół słuszności decyzji „orderowej” i jej konsekwencji, a nie wokół sposobów zerwania z dotychczasowym kursem serwilizmu wobec Kijowa. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Dzięki zdrowej części opozycji, także pozaparlamentarnej, Polskę stać na taką mobilizację, aby mogła samodzielnie kontrolować wszelkie posunięcia wobec sąsiedzkiego środowiska i decydować o swoim losie. Trzeba zerwać z wizerunkiem „państwa frajerskiego” w odbiorze ukraińskich polityków i nauczyć się asertywności. Wrogość wobec Rosji, a subordynacja wobec atlantydów nie mogą usprawiedliwiać ślepoty poznawczej w sprawach Ukrainy!
Co należy robić
Należy przywrócić racjonalne i realistyczne myślenie w kategoriach regionalnej równowagi. Wojna pokazała, że w sytuacji pata sytuacyjnego, to Ukraina, a nie Rosja chce rozdawać karty i ustawiać sąsiednie państwa, zwłaszcza Polskę, w pozycji podporządkowania. Gotowość do zastąpienia baz amerykańskich wojskami ukraińskimi, zgłaszana przez prezydenta Zełenskiego, trąci nie tylko groteską. Pokazuje, jak megalomania i butne poczucie wyjątkowości, przy wzmożeniu nacjonalistycznym, psuje perspektywy poznawcze decydentów.
Nadchodzi czas, aby polscy politycy uwierzyli we własne możliwości oddziaływań dyplomatycznych. Kolejny raz dają nam przykład Węgry, które także z nowym premierem Péterem Magyarem potrafią przeciwstawiać się presjom i szantażom strony ukraińskiej. Potrzebne jest nowe i wnikliwe rozpoznanie motywów i intencji władz Ukrainy oraz racjonalizacja stanowiska wobec Rosji z uwzględnieniem wszystkich zmian, jakie zachodzą w środowisku geopolitycznym.
Zamiast moralizmu, trzeba zacząć kierować się realizmem politycznym. Zamiast altruizmu, wszelkie kalkulacje należy oprzeć na dobrze pojętym egoizmie, na prymacie szacunku dla własnych obywateli i interesów narodu. Wobec Ukrainy należy przyjąć regułę ograniczonego zaufania, a w stronę Rosji wysłać sygnał o gotowości do przywrócenia komunikacji dyplomatycznej. Należy skończyć z pasywnością i ciemięstwem, gdyż za dzisiejsze błędy naiwnych polityków będą płacić wysoką cenę kolejne pokolenia.
Od rządzących w Polsce należy oczekiwać zerwania z polityką, która doprowadziła do fatalnych błędów, odkrywanych obecnie w przestrzeni publicznej. Mniemanie o skuteczności osobistej poszczególnych polityków należy wreszcie skorelować i zweryfikować z powszechnym postrzeganiem w społeczeństwie. Warto pamiętać, że w ostatecznym rozrachunku prawda zawsze leży po stronie społecznych odczuć, a nie po stronie błądzących jak w mgle oficjeli i sprzedajnego komentariatu. Pokazały to wielokrotnie rozmaite wydarzenia historyczne, od najbardziej wzniosłych decyzji o zrywach powstańczych, po ocenę zachowań wyborczych „przypadkowego” społeczeństwa. Im dłużej będzie trwać uparte uzasadnianie przy pomocy masowych mediów ugruntowanej i zdogmatyzowanej pozycji rządzących, tym większe będą napięcia i straty wizerunkowe. Dysonans poznawczy ostatecznie może sprowokować konfrontację między rządzącymi a społeczeństwem. Widać wyraźnie, że w Polsce mamy do czynienia z narastającym kryzysem zaufania do władz. Mimo licznych dowodów na ewidentnie antypolską politykę Ukrainy, siły polityczne głównego nurtu uparcie odrzucają informacje, które podważają ich dotychczasowe przekonania. Takie „antyuczenie się” przeważnie ma fatalne następstwa.
Interesy, tylko interesy
Kryzys dyplomatyczny w stosunkach polsko-ukraińskich powinien uświadomić obu stronom błędy prowadzonych dotąd „polityk historycznych”, traktowanych jako narzędzia legitymizacji wewnętrznej władz. Reprodukcja wrogich narracji moralnych prowadzi prostą drogą do skonfliktowania społeczeństw. Selektywne eksponowanie cierpienia własnej wspólnoty oraz relatywizowanie win innych tworzy fałszywą perspektywę „równoważenia pamięci”. Zamiast podgrzewania napiętej atmosfery, należy przystąpić do wyciszania sporów symbolicznych. Może warto uruchomić wąskie forum dialogu na poziomie najwyższej dyplomacji, celem nazwania rzeczy po imieniu, zmniejszenia dystansu i uzgodnienia pryncypiów, których broni każda ze stron. Połączenie wysiłków środowisk prezydenta i rządu zdejmie w wokandy spór o to, kto ma w nim większą rację.
Oddzielenie od siebie sfery merytorycznej współpracy z Ukrainą od spraw emocjonalnych, skoncentrowanie się na diagnozie interesów (ich zgodności, rozbieżności i sprzeczności), wreszcie na możliwych wariantach rozwiązań istniejących problemów, bez niepotrzebnej propagandy i tromtadracji, pozwoli wypracować aideologiczną metodologię układania się na zasadzie kompromisu i obopólnych korzyści. Nie ma innej drogi do uspokojenia rozhuśtanych emocji.
Obecnie wszystkie badania opinii publicznej po każdej ze stron pokazują wyraźną polaryzację i wzrost negatywnych wskaźników wzajemnych nastawień. W tym kontekście można ludziom zarzucać emocjonalne wzmożenie i uproszczenia poznawcze, ale nie da się zaprzeczyć, że to na rządzących po obu stronach spoczywa główna odpowiedzialność za przywrócenie pewnej równowagi nastrojów. Oby tylko nie kosztem relatywizacji własnych narracji, na przykład przychylania się do ambiwalentnej oceny UPA czy zgody na ukraińską wersję o współodpowiedzialności za zbrodnie na Polakach.
Wydaje się, że w sensie operacyjnym Polska dysponuje wieloma dźwigniami wpływu i nacisku na władze w Kijowie, aby przywrócić właściwe proporcje w uznawaniu wzajemnych racji. Trzeba przede wszystkim wyprowadzić kijowski reżim z błędu, że Polska nie ma żadnego trwałego „długu moralnego”, aby ponosić długofalowe koszty ekonomiczne wojny, która jest wynikiem szalonych kalkulacji geopolitycznych Zachodu i „biznesowego” myślenia oligarchów ukraińskich. Potrzebna jest nowa legitymizacja współpracy i odbudowa zaufania, czego po polskiej stronie może obecnie dokonać jedynie administracja prezydencka.
Będę dzisiaj takim Nostradamusem czy innym Jackowskim i napiszę co się wydarzy w najbliższych dniach w stosunkach polsko-ukraińskich i co mniej więcej, będą pisać media głównego nurtu. Nie wymaga to naprawdę wielkiej ekwilibrystyki umysłowej. Jeśli ktoś wie jakie główne siły stoją za większością polityków i mediów, to analizowanie polskiej sceny politycznej jest dziecinnie proste.
Władze na Ukrainie były przekonane, że społeczeństwo jest równie proukraińskie jak „elity” administrujące Polską. Strona ukraińska była przekonana, że nie musi już skrywać zupełnie swojej polityki historycznej i może ją śmiało eksponować nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. Okazało się, ze ogół Polaków znużonych długotrwałą pomocą dla roszczeniowych uchodźców, radykalnie odrzucił bezczelną próbę jawnej rehabilitacji banderyzmu. To musiało być zaskoczeniem do przyzwyczajonych do całkowitej uległości Polski władz Ukrainy.
Nawet środowiska skrajnie proukrainskie i rusofobiczne z kręgów bliskich PiS-owi, nie były wstanie znieść jawnie antypolskich gestów jakimi był uroczysty pochowek zbrodniarza i kolaboranta III Rzeszy Andrija Melnyka czy odesłania kurierem Orderu Orła Białego. Realne ośrodki władzy zauważyły ten trend, który potwierdziły liczne w całym kraju inicjatywy mające na celu uczczenie rzeszy Polaków pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Uruchomiono procesy mające na celu ratowanie tezy o konieczności sojuszu polsko-ukraińskiego. Moim zdaniem koła ratunkowe w kierunku Ukrainy ze strony władz w Polsce zostały już rzucone.
Zapewne za kilka godzin usłyszymy pobąkiwania o możliwości ekshumacji Polaków pomordowanych przez Ukraińców. Będą one zapewne znów obwarowane jakimiś dziwacznymi warunkami, o czym media będą raczej milczeć. Zapewne w kilku miejscach nawet rozpoczną się prace ekshumacyjne. Zawodowi kresowiacy będą w mediach chwalić dobroduszność władz ukraińskich. Usłyszymy zapewne w okolicach 11 lipca jakąś deklarację o gotowości przeprosin. Myślę, że nawet usłyszmy coś co będzie w jakimś stopniu substytutem przeprosin. Władze ukraińskie złożą kwiaty pod jakimś krzyżem czy tablicą. Ambasador Ukrainy wystąpi z jakimś ckliwy przemówieniem. Odprawione zostaną wspólne polsko-ukraińskie msze. Konferencja Episkopatu Polski po raz kolejny podkreśli znaczenie dialogu i wybaczenia.
Będzie w mediach bardzo dużo o nieuchronnym braterstwie i sporo wspólnym ruskim wrogu. Usłyszymy, że emocje poszły za daleko z dwóch stron. I zapewne, że jeśli polska reakcja nie była inspirowana przez Moskwę, to budzi tam zapewne radość. Jeśli sytuacja nie będzie odpowiednio szybko się uspokajać, to obejrzymy wtedy coś w rodzaju orędzia do Polaków Wołodymyra Zełenskiego. Powie, ze dziękuje za pomoc i rozumie polskie stanowisko.
To niczego istotnego nie zmienia. Polacy nie potrzebują żadnych przeprosin ze strony państwa ukraińskiego. Ponieważ te przeprosiny nie będą szczere i nie będą wynikały z świadomego wyrzeczenia się zbrodniczej tradycji. Będzie to kolejny teatr mający na celu zmiękczenie serc Polaków i czasowe oddalenie jawnej gloryfikacji antypolskiego banderyzmu. Będzie to odbębniony rytuał, który umożliwi dalsze korzystanie z lotniska w Jasionce.
Nasze władze – gdyby były odrobinę suwerenne – już dawno powinny określić minimum oczekiwań względem Ukrainy:
1) penalizacja banderyzmu, 2) jednoznaczne potępienie organizacji banderowskich i neobanderowskich, 3) umożliwienie przeprowadzenia bezwarunkowej ekshumacji i zabrania szczątków Polaków do kraju, 3) budowę muzeum ofiar integralnego nacjonalizmu (szowinizmu) ukraińskiego i pomnika pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947 w Kijowie 4) natychmiastową i ostateczną rezygnację z kuriozalnych pomysłów mówiących o budowie czy odbudowie miejsc pamięci banderowców na terenie Polski 5) podpisanie umów gwarantujących systematyczną spłatę pomocy i pożyczek udzielanych w latach 2022-2026.
Naszym odniesieniem do wszelkich działań politycznych powinien być naród polski, a nie żaden obcy naród czy wymyślona ponadnarodowa koncepcja, jak jakieś Międzymorze/ULB. Odniesieniem musi być bezpieczeństwo, dostatek i pomyślność Polski. Pamiętając o przeszłości, obserwując teraźniejszość, trzeba przede wszystkim patrzeć na przyszłość naszego narodu i państwa. Rządzący powinni myśleć jak ułożyć korzystnie dla nas stosunki z sąsiadami po zakończeniu tej wojny. Jak odzyskać to można, a co zostało bezrozumnie oddane.
Wracając do Nostradamusa lub Jackowskiego, będzie zapewne tak jak było. Być może trochę mniej bezczelnie, mniej manifestacyjnie i bardziej ostrożnie. Ale kierunek pozostanie ten sam. Filozofia rządzenia również ta sama. Nie ma w Polsce moim zdaniem sił, które są wstanie przepchać Polskę na inne tory geopolityczne. To musiałoby sie stać na poziomie mocarstw.
Zaledwie kilka godzin po tym, jak Zełenski ostrzegł przed zbliżającą się rosyjską eskalacją konfliktu, nad stolicą Ukrainy przetoczyło się potężna gradobicie dronów i pocisków. W nocnym ataku rakietowym i dronów, który przytłoczył obronę powietrzną Kijowa, zginęło co najmniej 20 osób, a dziesiątki zostały ranne. Sama skala bombardowań sugeruje znaczną eskalację odwetowej strategii Moskwy, po tygodniach, a nawet miesiącach, masowych ataków ukraińskich dronów na terytorium Rosji, wymierzonych w szczególności w rafinerie ropy naftowej i infrastrukturę energetyczną.
Mer stolicy Witalij Kliczko potwierdził, że sześć pięter budynku mieszkalnego częściowo się zawaliło po bezpośrednim trafieniu rosyjskim pociskiem. „Kijów jest atakowany pociskami balistycznymi i dronami” – napisał Kliczko na Telegramie późnym wieczorem. Urzędnicy poinformowali również, że wśród rannych jest co najmniej dwoje dzieci, a w atakach uszkodzeniu uległo trzydzieści kilka miejsc w całym mieście. Kliczko dodał, że był to jak dotąd największy atak na stolicę.
BBC informuje: „Chociaż w poprzednich atakach zginęło więcej osób, w tym najnowszym użyto największej ilości broni przeciwko stolicy i uderzono w wiele miejsc na rozległym obszarze Kijowa. Kilka dzielnic zostało ewakuowanych, gdy ataki wstrząsnęły budynkami w całym mieście. Po ataku ukraińskie siły powietrzne wydały na Telegramie oświadczenie: „Składamy kondolencje wszystkim ofiarom i rodzinom, które straciły bliskich w tym przerażającym ataku terrorystycznym. Zemścimy się!”.
„Mieszkańcy donoszą, że ataki stają się coraz intensywniejsze, obejmując coraz większy obszar regionu stołecznego i trwając dłużej. Atak na Kijów trwał ponad 11 godzin i przebiegał w kilku falach, począwszy od ataku dronów na Stare Miasto w Kijowie, który wywołał pożar w hotelu w centrum miasta” – dodaje BBC. Zełenski przerwał swoją wizytę w Irlandii po rosyjskim ataku.
Zgłoszono szkody w 30 lokalizacjach w całym mieście, głównie w budynkach mieszkalnych i infrastrukturze cywilnej, powiedział Tymur Tkaczenko, szef miejskiej administracji wojskowej w Kijowie. Minister spraw wewnętrznych Ihor Kłymenko poinformował, że w całym mieście uszkodzonych zostało 20 budynków mieszkalnych. Służby ratunkowe poinformowały o wysłaniu prawie 500 funkcjonariuszy i 100 pojazdów specjalistycznych, w tym śmigłowca, do radzenia sobie ze skutkami ataku.
Minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha wezwał sojuszników Ukrainy do wzmocnienia obrony powietrznej kraju po tym, jak wydarzenia w Kijowie nazwał ‚nocą grozy’, wzywając partnerów do nieopóźniania decyzji w sprawie dostawy systemów obrony powietrznej i pocisków rakietowych. W poście na X Sybiha stwierdził, że liczba ofiar śmiertelnych ataku może nadal rosnąć, ponieważ ratownicy kontynuują działania.
Odnośnie liczby wystrzelonych pocisków, ukraińskie Siły Powietrzne oszacowały, że Rosja wystrzeliła podczas ataku 74 pociski i 496 dronów. To ogromna liczba, skoncentrowana wyłącznie na stolicy. Wojsko poinformowało, że jego jednostki obrony powietrznej zestrzeliły większość z nich, ale mimo to 25 pocisków balistycznych i 12 dronów trafiło w 33 cele.
Według ukraińskich sił powietrznych, Rosjanie użyli w ataku w nocy ze środy na czwartek 24 pociski balistyczne Iskander-M, 4 hipersoniczne pociski 3M22 Cyrkon, 34 pociski manewrujące Ch-101 odpalane z powietrza, 8 pocisków manewrujących Kalibr odpalanych z morza oraz 496 dronów dalekiego zasięgu Szahed/Geran. Głównym celem ataku była stolica Ukrainy, Kijów. Poza tym ataki były skierowane na inne miasta.
Sąsiadująca z Ukrainą Polska poinformowała, że atak był tak rozległy, że w czwartek na krótko poderwano myśliwce w ramach środków ostrożności, aby monitorować potencjalne naruszenia przestrzeni powietrznej przez nadlatujące pociski, drony lub myśliwce przechwytujące. Gdy tylko stało się jasne, że nie doszło do żadnych naruszeń, myśliwce powróciły do bazy.
Podczas gdy wydarzenie to jest ledwie omawiane w stolicach zachodnich, głowy państw i rządów, a także wysoko postawione delegacje z wielu krajów, gromadzą się dziś w Teheranie, aby oddać hołd zamordowanemu Najwyższemu Przywódcy Iranu, ajatollahowi Aliemu Chameneiemu. W chwili publikacji artykułu przyjazdy wciąż trwają.
Rosja i Chiny, dwaj członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ posiadający prawo weta, również wysyłają oficjalnych specjalnych wysłanników. Rosję będzie reprezentował były prezydent Dmitrij Miedwiediew, a Chiny – specjalny wysłannik prezydenta Xi Jinpinga. Oczekuje się również przybycia wysokiej rangi delegacji Korei Północnej.
Szef irańskiej policji ogłosił mobilizację 265 000 żołnierzy w celu zabezpieczenia zbliżającego się pogrzebu ajatollaha Chameneiego.
Śmierć Chameneiego stanowi historyczny punkt zwrotny. Według irańskich relacji, zginął on w amerykańskim nalocie – wydarzeniu, które fundamentalnie zmieniło sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Chociaż wiele krajów Globalnego Południa jest reprezentowanych przez oficjalne delegacje, reakcja państw członkowskich NATO była niewielka.
Wśród gości, którzy już przybyli, znajdują się prezydent Iraku, prezydenci Gruzji, Kirgistanu, Tadżykistanu, Kazachstanu i Uzbekistanu, a także wysocy rangą przedstawiciele Armenii i Namibii. Do Teheranu udał się również premier Pakistanu Szehbaz Szarif. Indie wysłały wysoko postawioną delegację na pokładzie samolotu sił powietrznych.
Z Jemenu przybyło kilka delegacji, w tym wysoko postawieni przedstawiciele ruchu Ansarallah (Huti). Obecne były również delegacje libańskiego Ruchu Amal, Hezbollahu, irackiego ruchu oporu, a także przedstawiciele Palestyny i uczeni religijni. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyła również delegacja Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny (LFWP). Ponadto na uroczystość przybyli przedstawiciele talibów z Afganistanu oraz prezydent Regionu Kurdystanu w Iraku.
Pogrzeb staje się jednym z największych spotkań dyplomatycznych w świecie poza-zachodnim od lat.
Szczególnie uderzający jest kontrast z doniesieniami na Zachodzie. Podczas gdy inne celowe zabójstwa polityków lub głów państw regularnie wywołują ożywione debaty na temat prawa międzynarodowego, suwerenności i ryzyka eskalacji, zabójstwo irańskiej głowy państwa pozostało w dużej mierze niezauważone przez wiele zachodnich mediów i rządy państw NATO.
Niezależnie od politycznej oceny systemu irańskiego, sprawa ta rodzi fundamentalne pytania: Jakie są konsekwencje dla porządku międzynarodowego, gdy urzędujący przywódca państwa ginie w ataku militarnym? I jaki to niesie ze sobą przekaz, skoro o takim wydarzeniu niewiele mówi się publicznie w dużej części Zachodu, podczas gdy liczne państwa z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu wysyłają swoich przywódców na uroczystości pogrzebowe?
Z każdą nową delegacją staje się jasne, że pogrzeb to coś więcej niż tylko wydarzenie religijne. Stał się demonstracją polityczną – a jednocześnie symbolem narastającego podziału między Zachodem a znaczną częścią reszty świata.
BREAKING: Major countries are sending a delegation to the Funeral of Grand Ayatollah Khamenei The list includes: Russia China Pakistan India Turkey Turkmenistan Tajikistan Iraq Georgia Armenia Afghanistan Oman Qatar Azerbaijan Kyrgyzstan Uzbekistan Bangladesh Egypt Kazakhstan Ghana Nicaragua Congo Serbia Tunisia Lebanon Namibia Malaysia Cuba Sri Lanka Myanmar Gambia Thailand
To raport o potencjale wybuchowym: Według „New York Timesa” urzędnicy rządu USA obawiali się, że Izrael może zamordować dwóch czołowych irańskich negocjatorów, Abbasa Araghchiego i Mohammada Baghera Ghalibafa, podczas delikatnych rozmów z Teheranem. Stany Zjednoczone podobno ostrzegły Iran za pośrednictwem pośredników. ( New York Post )
Rodzi to poważne oskarżenie: Izraelowi zarzuca się nie tylko ataki na cele wojskowe, bombardowanie Gazy, atakowanie irańskich dowódców i naukowców, ale także, że rozważał zabójstwa czołowych polityków, nawet w trakcie rozmów dyplomatycznych.
Moment jest szczególnie napięty. Podczas gdy Waszyngton oficjalnie negocjował deeskalację, amerykańscy urzędnicy podobno obawiali się, że Izrael mógłby wykorzystać te rozmowy do wyeliminowania kluczowych irańskich partnerów negocjacyjnych. Według doniesień, Araghchi i Ghalibaf byli już na izraelskiej „liście osób do zabicia”, ale zostali tymczasowo usunięci po naciskach dyplomatycznych.
Ten schemat nie jest nowy. Izrael od lat jest powiązany z celowymi zabójstwami irańskich żołnierzy, naukowców i urzędników. W przypadku zabójstwa irańskiego naukowca nuklearnego Mohsena Fakhrizadeha, Izrael został również uznany za odpowiedzialnego przez źródła amerykańskie i wywiadowcze.
Nowy raport „New York Timesa” przenosi jednak debatę na inny poziom. Skoro nawet najbliżsi sojusznicy Izraela w Waszyngtonie obawiają się, że Izrael może zabić dyplomatów lub urzędników państwowych podczas trwających rozmów, to nie chodzi już tylko o „operacje bezpieczeństwa”. Chodzi o systematyczny sabotaż dyplomacji.
Izrael konsekwentnie odrzucał takie oskarżenia lub odmawiał ich skomentowania w przeszłości. Jednak szkody polityczne są ogromne. Każdy, kto prowadzi negocjacje, jednocześnie dopuszczając możliwość zamachu na drugą stronę, niszczy wszelkie zaufanie do dyplomacji międzynarodowej.
Gaza, Iran, Syria, Liban: Polityka Izraela coraz mniej przypomina obronę państwa, a coraz bardziej system permanentnej eskalacji. Raport „New York Timesa” jasno stwierdza: Nawet w Waszyngtonie narastają obawy, że Izrael nie tylko prowadzi wojny, ale także celowo sabotuje rozwiązania dyplomatyczne.
Od dawna przedstawiciele niezwykle ważnych i wartościowych społecznie zawodów, nauczyciele i lekarze zarabiali grosze. To się radykalnie zmieniło. Obecnie tylko nauczyciele pozostali biedakami. Lekarze zarabiają znakomicie. Jeśli Państwo nie pamiętają, to uprzejmie przypomnę, że pensje lekarzy wystrzeliły w kosmos, w okresie fałszywej pandemii, w wyniku decyzji premiera Morawieckiego. Z osób piastujących publiczne stanowiska najlepiej zarabiają: sekretarz generalny ONZ, szef NATO i prezydent Stanów Zjednoczonych.
Jednak znacznie od nich lepiej zarabia dwudziestoośmioletni młodzieniec z Warszawy, lekarz bez specjalizacji. W zeznaniu podatkowym za rok 2025 ujawnił dochody w wysokości około 1 600 000 złotych! Ten szczęśliwiec jest politykiem Koalicji Obywatelskiej, radnym dzielnicy Ursus, dyrektorem Oddziału SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym. Nazywa się Dawid Kacprzyk. W kampanii wyborczej do samorządu otrzymał mocne poparcie partii i osobistą pomoc posła Arłukowicza, który roznosił jego ulotki i publicznie się z nim fotografował. Oczywiście, gdy wybuchła afera pazernego doktorka, pan poseł za Św. Piotrem oznajmił: „Nie znam tego człowieka”.
Dziennikarze niezależnej, nowej Telewizji Kanał Zero, zaczęli badać jak jest zorganizowany szpital, w którym tak dobrze płacą i otworzyli nie puszkę, a wielką beczkę Pandory, z której, po jej otwarciu, obrzydliwie cuchnie.
Okazało się bowiem, że w tym szpitalu, bynajmniej nie na peryferiach, urządzono szybką ścieżkę badań diagnostycznych i leczenia swojaków z Koalicji Obywatelskiej. Integralną częścią tego medycznego luksusu dla politycznej kasty KO, był elegancki salon VIP. To oczywiste, poseł, czy inny senator nie będzie przecież siedzieć kilku, czy kilkunastu godzin w ciasnej i tłocznej poczekalni z pospólstwem. Redaktor Patryk Słowik, który ujawnił tę gigantyczną, a charakterystyczną dla elity rządzącej aferę dysponuje listą prominentnych beneficjentów. Nie ujawnia ich jednak oczekując aż zrobi to prokuratura stawiając im zarzuty. A jak prokuratura ich nie ujawni, zrobi to redaktor Słowik. Ten scenariusz jest prawdopodobny.
Dotychczas poznaliśmy tylko jedną uczestniczkę szpitalnego saloniku VIP i beneficjentkę badań bez kolejki. Jest nią pani poseł kilku kadencji, będąca członkiem naszego parlamentu od kilkunastu lat, pani Pępek, która sama się ujawniła. Nie znają Państwo tej damy? Ja też nie. To jak tłumaczyła korzystanie z badań poza kolejką, w której długo czekają zwykli pacjenci, świadczy o tym, że ona nie jest najostrzejszą kredką w parlamentarnym piórniku i tłumaczy dlaczego niczego nie robi w Senacie. Nie widzi bowiem w pomijaniu kolejki niczego karygodnego. To może lepiej, że ona niczym w Senacie się nie zajmuje.
Afera Warszawskiego Szpitala Południowego zatacza coraz większe kręgi. W Kanale Zero, w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim, wystąpił doktor Emil Jędrzejewski, chirurg z kilkudziesięcioletnim stażem, mający najwyższy stopień specjalizacji medycznej, bardzo ceniony w środowisku medycznym fachowiec, były ordynator Oddziału Chirurgicznego Warszawskiego Szpitala Południowego. Poważny mężczyzna, pułkownik wojska.
Właśnie, były ordynator. Został bowiem zwolniony z pracy po tym jak napisał do prezydenta Rafała Trzaskowskiego o tym, że w szpitalu bardzo źle się dzieje, a pan ordynator SOR , bez potrzebnych kompetencji, fatalnie zarządza tym newralgicznym z punktu widzenia funkcjonowania szpitala, oddziałem. Doktora Emila Jędrzejewskiego zwolniła Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, odpowiedzialna w stolicy za opiekę zdrowotną, a prywatnie koleżanka partyjna i osobista Dawida Kacprzyka.
Podczas tego wywiadu doktor Jędrzejewski był bardzo powściągliwy, wypowiadał się bardzo ostrożnie. Pomimo tego padły z jego ust oskarżenia najcięższego kalibru, jakie mogą spotkać lekarza. Powiedział bowiem, że z winy lekarza Kacprzyka i w wyniku jego niekompetencji, umierali ludzie. Opowiedział ponadto o procederze podrabiania, fałszowania kart zgonu.
A jedna z historii mogła przerazić nawet człowieka o najmocniejszym układzie nerwowym. Powiedział bowiem, że zdarzyło się na tym SORze, że po wielu godzinach oczekiwania zmarł pacjent. Po czym dla ukrycia faktu nieudzielenia mu pomocy, zlecono wykonanie tomografii komputerowej nieboszczykowi.
Nazajutrz po tym wywiadzie, pan doktor Emil Jędrzejewski zostaw wezwany w charakterze świadka do prokuratury, żeby złożył zeznania. Pod prokuraturą czekał na niego tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Ci z mediów rządowych agresywnie i arogancko wykrzykiwali ponawiając pytanie czy ma dowody na swoje oskarżenia. Było oczywiste, że funkcjonariusze mediów reżimowych dostali instrukcje, że trzeba zaatakować, przestraszyć i spostponować sygnalistę, który odważył się ujawnić afery ich politycznych mocodawców. Pan doktor nie odpowiedział dziennikarzom ani prokuratorowi na żadne pytanie. Powiedział, że będzie odpowiadał na nie w obecności swego obrońcy.
Rzecznik prokuratury łamiąc prawo poinformował o odmowie składania zeznań przez świadka. Pan doktor Emil Jędrzejewski był wezwany do prokuratury w charakterze świadka, nie oskarżonego. Tylko w przypadku oskarżonych prokuratura ma prawo wydawać takie oświadczenie. Nota bene, nawet oskarżony ma prawo do odmowy składania zeznań, nie musi oskarżać sam siebie.
Premier Tusk oświadczył, jeszcze przed przesłuchaniem, że pan doktor Jędrzejewski nie jest świadkiem wiarygodnym. Zdaniem premiera, agresywny patol Jacek Murański, kryminalista i człowiek skazywany za fałszywe oskarżenia, „to postać znana i wiarygodna”. Pan doktor tak pochlebnej oceny od premiera nie otrzymał. Osobą Dawida Kacprzyka prokuratura się nie interesuje. Nie chce go przesłuchiwać. Ale on jest ostrożny i przewidujący. Zatrudnił już do własnej obrony słynnego mecenasa, Jacka Dubois, który w jawny i otwarty sposób sprzyja Koalicji Obywatelskiej. Ba, z jej nadania jest funkcjonariuszem KO, zastępcą Przewodniczącego Trybunału Stanu.
Kolejny imigrancki skandal w Wielkiej Brytanii. Przywódca pakistańskiego gangu z Rochdale w Anglii, Shabir Ahmed, został zwolniony z więzienia – i będzie mógł dalej mieszkać na Wyspach.
W 2012 roku Pakistańczyk został skazany na 22 lata odsiadki za gwałty na nieletnich. Stracił też brytyjskie obywatelstwo. Teoretycznie powinien zostać teraz odesłany do Pakistanu, ale… w prawie brytyjskim jest luka. W efekcie ten brutalny przestępca pozostanie w Wielkiej Brytanii. Będzie mieszkał na wolności, przebywając jedynie pod nadzorem policyjnym i pod kontrolą systemu GPS.
Ahmed przyjechał do Wielkiej Brytanii w 1967 roku. Pakistan był dawniej brytyjską kolonią. Zgodnie z prawem, obywatele państw dawnej brytyjskiej Wspólnoty Narodów nie mogą zostać odesłani z Wysp, jeżeli mieszkali na nich już przed 1973 rokiem.
Gang, którym kierował Pakistańczyk, działał w latach 2008-2010. Przestępcy podawali nieletnim alkohol i narkotyki. Gwałcili je i pozwalali robić to samo innym w zamian za pieniądze. Imigranci brali na celownik nawet 12-letnie dzieci. Pakistańczyk nie wykazywał skruchy. Podczas swojego procesu nazwał sędzię „rasistowską szmatą”.
Przestępcza organizacja z Rochdale była tylko jednym z elementów wielkiej siatki analogicznych gangów. Imigranci tworzyli podobne struktury w sumie od 1997 do 2013 roku. Szacuje się, że ich ofiarą padło w sumie 1400 dziewcząt, przy czym najmłodsze miały 11 lat.
USA potrzebują drugiej deklaracji Niepodległości, tym razem od Izraela.
Nie ma ważniejszego wysiłku w kierunku odzyskania suwerenności i obrony integralności terytorialnej Republiki amerykańskiej niż rząd federalny USA całkowicie rozwiązujący wszelkie relacje, oficjalne i inne, z Syjonistycznym Państwem Izrael.
To, że Izrael przekształcił się w niezwykle niebezpiecznego śmiertelnego wroga Stanów Zjednoczonych Ameryki, nie jest już przedmiotem żadnej debaty po tym, co następuje:
The Israeli Attack on the USS Liberty The USS Liberty: A Failed Israeli False Flag Attack Against the United States Israel assassinated JFK, RFK & MLK Hard Proof Israel Killed The Kennedy Brothers Israel’s traitorous CIA point man for both Kennedy assassinations 9/11: All Roads Lead To Israel INDISPUTABLE EVIDENCE CONFIRMS: 9/11 was both an “Inside Job” and “Mossad Job” The Zionist State Of Israel Assassinated Charlie Kirk
Izraelski atak na USS Liberty: nieudany izraelski atak fałszywej flagi na Stany Zjednoczone
Izrael zamordował JFK, RFK i MLK
Izrael zabił Braci Kennedy
Zdradziecki Izrael CIA wskazuje człowieka za oba zabójstwa Kennedy’ego
9/11: Wszystkie Drogi Prowadzą Do Izraela
Bezsporne dowody potwierdzają: 9/11 był zarówno „pracą wewnętrzną”, jak i „pracą Mossadu”
Syjonistyczne Państwo Izrael zamordowało Charlie Kirka
Zarówno zabójstwo Charlie Kirka przez Izrael, jak i niezmiernie bezczelne i lekkomyślne podżeganie do wojny z Iranem w 2026 roku, są być może słomkami, które złamały grzbiet wielbłąda, w tym, co dotyczy złośliwej syjonistycznej perfidii i złej woli wobec narodu amerykańskiego.
Chazarscy Barbarzyńcy Zdejmują Maski
Naprawdę, syjonistyczni władcy Trumpa w Tel Awiwie zostali ujawnieni jak nigdy dotąd, ponieważ wielkie przebudzenie ma miejsce w całej amerykańskiej polityce. Gdy masa krytyczna obywateli USA zrozumie, że Izrael jest ich najbardziej zdradliwym wrogiem, wszystko zmieni się z dnia na dzień. Mam nadzieję, że punkt zwrotny nastąpi w tym najbardziej doniosłym półwieczu Stanów Zjednoczonych.
W świetle następującej niepodważalnej rzeczywistości, dlaczego Stany Zjednoczone miałyby chcieć mieć jakikolwiek związek z Syjonistycznym Państwem Izrael?!
USA potrzebują drugiej deklaracji Niepodległości, tym razem od Izraela.
CMV
Widzę wiele podobieństw między obecnymi stosunkami USA / Izrael a przedrewolucyjnymi stosunkami między koloniami amerykańskimi a Wielką Brytanią. Wiele skarg przedstawionych w Deklaracji Niepodległości odbija się echem dzisiaj.
Chcę jasno powiedzieć, że mówię o izraelskim rządzie, proizraelskich organizacjach politycznych i zwolennikach polityki rządu izraelskiego. Nie mówię o żydach jako całości, którzy są zróżnicowaną grupą o szerokim spektrum poglądów na Izrael i jego rząd.
Jedna z najbardziej znanych pretensji kolonialnych dotyczyła podatków i reprezentacji politycznej. Dziś Stany Zjednoczone wysyłają miliardy dolarów podatników do Izraela pomimo sondaży, które często wykazują znaczny sprzeciw opinii publicznej. Obrońcy związku mogą argumentować, że Amerykanie wybierają przedstawicieli, którzy podejmują te decyzje. Nieważny z natury niereprezentatywny charakter amerykańskiego rządu, proizraelskie organizacje lobbingowe wydają znaczne sumy pieniędzy, próbując wpłynąć na wybory i politykę publiczną. Ponadto uchwalono wiele ustaw mających na celu uciszenie krytyki Izraela. I widzimy, jak nasi demokratycznie wybrani przywódcy z obu partii często ulegają wpływowi Netanjahu przy stole negocjacyjnym.
Można powiedzieć, że znaczna część tego wpływu nie pochodzi od samego rządu izraelskiego, ale od obywateli amerykańskich, którzy wspierają Izrael i korzystają ze swoich praw politycznych. Jednak z mojej perspektywy osoby te są analogiczne do lojalistów kolonialnych, którzy popierali dalsze dostosowywanie się do brytyjskich interesów. Fakt, że wpływy wywierane są przez podmioty krajowe, a nie wyłącznie z zagranicy, niekoniecznie unieważnia porównanie.
Innym argumentem jest to, że Stany Zjednoczone i Izrael są partnerami o zgodnych interesach, a zatem Stany Zjednoczone nie są pod wpływem wbrew ich woli. Myślę, że może to dokładnie opisać niektórych członków elity politycznej i gospodarczej. Jednak, jestem mniej przekonany, że przeciętny Amerykanin korzysta z relacji w tym samym stopniu. Na przykład konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie (w tym wojna w Iranie), postrzegane przez wielu Amerykanów jako związane z izraelskimi interesami bezpieczeństwa, mogą nakładać na Stany Zjednoczone koszty w postaci wydatków wojskowych, zwiększonego ryzyka bezpieczeństwa, wyższych cen gazu i utraty życia żołnierzy amerykańskich.
Mój pogląd zależy od założenia, że Izrael wywiera znaczący wpływ na amerykańską politykę i kształtowanie polityki. Jeśli to prawda, to uważam, że związek zaczyna przypominać historyczne przypadki, w których ludność uważała, że ważne decyzje są kształtowane przez obce interesy, które nie są w pełni zgodne z ich własnymi. Zdaję sobie sprawę, że analogia jest niedoskonała, ponieważ żadne dwa ruchy niepodległościowe nie są identyczne. Twierdzę, że Izrael wykazuje duży negatywny wpływ na naród amerykański, a zerwanie stosunków wymagałoby od ludzi odebrania izraelskiej władzy w sposób odzwierciedlający historyczne ruchy niepodległościowe.
Aby zmienić mój pogląd, należałoby mnie przekonać do jednego z poniższych:
Że stopień Izraelskiego wpływu na amerykańską politykę spada znacznie poniżej tego, co byłoby wymagane, aby porównania z poprzednimi ruchami niepodległościowymi były znaczące, potencjalnie włączając w to rewolucję amerykańską.
Że stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem zapewniają znaczne korzyści zwykłym Amerykanom, które przeważają nad obawami, które podniosłem.
To zerwanie stosunków z Izraelem można zrobić w sposób, który nie odzwierciedla historycznego ruchu niepodległościowego.
Książka, którą dziś kardynał Víctor Manuel „Tucho” Fernández wydał w Meksyku w 1998 roku, pod tytułem La Pasión Mística. Duchowość i zmysłowość, pojawiła się ponownie w ten poniedziałek, 8 stycznia 2024 roku.
Książka została odnaleziona przez argentyńskiego blogera i została ujawniona przez inne media.
Jak w przypadku Saname’a z ustami. Sztuka całowania, wydana przez ówczesne P. Víctor Fernández w 1995 roku w Argentynie, La Pasión Mítica nie znajduje się na liście dzieł, które Biuro Prasowe Watykanu rozpowszechniło 1 lipca 2023 roku, kiedy jego nominacja została uporządkowana jako nowy prefekt Dykasterii dla Doktryny Wiary. La Pasión Mística listado de obras que difundió la Oficina de Prensa del Vaticano
Tekst tego artykułu może zaszkodzić wrażliwości czytelnika.
Kontrowersyjne wiadomości o miłości i seksualności [Jeśli szukam, to : Deletion notice The document <strong>La pasión mística VMF</strong> has been deleted. md]
Mistyczna pasja. Duchowość i zmysłowość składa się z dziewięciu rozdziałów: „Ogień boskiej miłości”, „Studnia wzniosłej namiętności”, „Szalona historia miłosna”, „Mistyczna namiętność”, „Do końca”, „Moje piękno, przyjdź”, „Męski i kobiecy orgazm”, „Droga do orgazmu” i „Bóg w orgazmie pary”.
Na okładce książki znajduje się obraz The Rapture of Psyche, dzieło Francuza Williama-Adolphe’a Bouguereau, które pokazuje greckich bogów Erosa i Psyche przytulonych i nagich pokrytych ledwie fioletowym płaszczem.
W prezentacji książki można przeczytać: „Ta praca jest zaproszeniem do świata namiętnej miłości, który kryje się w głębi naszej istoty”.
„Tutaj jesteśmy zaproszeni do chodzenia z najbardziej namiętnymi mężczyznami i kobietami w historii na wysublimowanych ścieżkach mistycznego zjednoczenia, aż do osiągnięcia punktu, w którym wydaje się, że dotykamy niemożliwego. Odważmy się przeżyć tę przygodę” – dodał.
3 najbardziej kontrowersyjne rozdziały
Trzy ostatnie rozdziały książki są prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjne.
W rozdziale 7 „Mężczyzna i kobieta orgazm” Fernández przedstawia swoją analizę „jak mężczyzna i kobieta żyją orgazmem i jaka jest różnica między orgazmem męskim a kobiecym orgazmem”.
Następnie wyraźnie odnosi się do aktu seksualnego i tego, co rozumie jako preferencje mężczyzny i kobiety, i nazwał go „nienasyconym”.
Wykonując graficzny opis podniecenia seksualnego, Fernández przedstawia rolę „twardej pornografii” bez ostrzeżenia o jej skutkach lub wyjaśnianiu aspektu moralnego, stwierdzając, że kobieta „mniej pociąga mężczyznę do oglądania zdjęć z brutalnymi scenami seksualnymi, obrazami orgii itp.”, nie dlatego, że jej nie ekscytuje, „ale cieszy się tym i ceni to mniej, a w niektórych przypadkach budzi strach”.
Później Fernández wskazuje, że „na poziomie hormonalnym i psychologicznym nie ma czystego mężczyzny ani czystej kobiety”.
Następnie proponuje się przeanalizowanie, czy „cząstki mężczyzny i kobiety w orgazmie” są powiązane „w jakiś sposób w mistycznej relacji z Bogiem”.
Dla Fernández, będąc „bardziej otwartą” kobietą niż mężczyzna, byłaby „lepiej skłonna pozwolić się przyjąć przez Boga” i być „bardziej otwarta na doświadczenie religijne”. Następnie teoretyzuje o związku tej rzekomej wrażliwości na obecność kobiet w kościele: „Dlatego kobiety dominują w świątyniach”.
W rozdziale 8 „Ścieżka do orgazmu”, obecny prefekt Dykasterii Nauki Wiary odnosi się do tego, co nazywa „upojnymi doświadczeniami Boga” w życiu niektórych świętych.
Wśród nich wspomina św. Teresa z Lisieux: „Święta Teresa Jezusa, chociaż była czule kochana przez Boga, nigdy nie miała bardzo «zmysłowych’ doświadczeń swojej miłości i wydaje się, że osiągnęła tylko przepełnioną i namiętną radość w chwili swojej śmierci, kiedy jej oblicze zostało przemienione i wypowiedziała ostatnie słowa: «Kocham cię, o mój Boże, kocham cię!»”
W rozdziale 9, „Bóg w orgazmie pary”, jako kontynuację tego, co uważał za refleksję „nad możliwością osiągnięcia pewnego rodzaju uporządkowanego orgazmu w naszej relacji z Bogiem”, Fernández zapewnia, że „Bóg przychodzi dotknąć duszy-korporacyjnego centrum przyjemności, tak że doświadcza się satysfakcji, która obejmuje całą osobę”.
Aby podkreślić to, co uważa za „głęboką ocenę przyjemności seksualnej” w innych religiach, pod koniec swojej książki Fernández ucieka się do muzułmańskiego myśliciela Dżalala al-Din al-Suyuti (którego nazywa „Al Sonuouti”), autora różnych islamskich tekstów erotycznych i którego chwali jako „czcigodnego XV-wiecznego egipskiego teologa”.
Cytat, który zawiera muzułmańskiego autora, brzmi: „Chwała Allahowi, który potwierdza twarde i wyprostowane penisy, takie jak włócznie, aby prowadzić wojnę w pochwach”.
Kim jest kardynał Víctor Manuel „Tucho” Fernández?
Urodzony 18 lipca 1962 roku w Alcira Gigena, Kordoba (Argentyna), kardynał Fernández, obecnie 61, został wyświęcony na kapłana 15 sierpnia 1986 roku, w wieku 24 lat.
Ukończył teologię ze specjalizacją biblijną na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie w 1988 roku, a w 1990 roku uzyskał doktorat z teologii na Wydziale Teologicznym Papieskiego Katolickiego Uniwersytetu Argentyńskiego (UCA).
Zanim ukazała się Mistyczna Pasja. Duchowość i zmysłowość miały 35 lat, 12 z nich jako kapłan.
W 2009 roku ówczesny arcybiskup Buenos Aires, kardynał Jorge Mario Bergoglio (obecnie papież Franciszek) zaproponował go jako rektora UCA, ale potwierdzenie powinno być udzielone przez Watykan, poprzez ówczesny Kongregacja na rzecz Edukacji Katolickiej, obecnie Dykasterię Kultury i Edukacji.
Ta dykasteria z kolei wymagała poświadczenia przez Zgromadzenie – dziś Dykasterię – dla Doktryny Wiary, że nie ma nic problematycznego w nowym rektorze.
Były prefekt Dykasterii Nauki Wiary, kardynał Gerhard Müller, potwierdził w Krajowym Rejestrze Katolickim w lipcu 2023 r., że Watykan miał dossier na temat Fernandeza . Z powodu pytań, pytań i pytań z ciała Stolicy Apostolskiej, obecnie kardynał Fernández nie mógł objąć stanowiska rektora UCA do maja 2011 roku, prawie dwa i pół roku po jego nominacji.
W maju 2013 roku papież Franciszek mianował go arcybiskupem bez przypisania mu konkretnej archidiecezji. Pięć lat później, 2 czerwca 2018 roku, został mianowany arcybiskupem La Plata.
Fernández sprawował to stanowisko do czasu swojej niedawnej nominacji jako prefekta Dykasterii dla Doktryny Wiary. 30 września 2023 roku został stworzony przez papieża Franciszka.
Uważany jest za „teologa papieża Franciszka” i pisarza „ducha” – za kilkoma pismami Papieża.
Zarzut prefekta Dykasterii dla Doktryny Wiary jest prawdopodobnie drugą najpotężniejszą pozycją w Watykanie, tylko po tym, jak papież. Najnowsi byli wybitni teologowie, tacy jak kardynał Luis Francisco Ladaria, Hiszpan; i kardynał Gerhard Müller, Niemiec. Jest to również stanowisko kardynała Josepha Ratzingera aż do śmierci św. Jana Pawła II, po czym został wybrany na papieża i przyjął imię Benedykt XVI.
Wśród jej głównych funkcji jest zapewnienie prawidłowej doktryny katolickiej i reagowanie na obawy doktrynalne. Chociaż formalnie nie zależy to od tej dykasterii, wewnątrz znajduje się Papieska Komisja Ochrony Mniejszych, watykański organ, który walczy z nadużyciami seksualnymi w Kościele katolickim.
Ostatnią i najbardziej kontrowersyjną publikacją, którą kardynał Fernández podpisał jako prefekt Dykasterii Nauki Wiary, była niewątpliwie stwierdzenie Fiducia supplicans, z 18 grudnia 2023 r., Które stwierdza, że księża mogą „błogosławić pary w nieregularnych sytuacjach i par jednopłciowych, bez oficjalnego potwierdzania ich statusu lub zmiany w jakikolwiek sposób odwiecznego nauczania Kościoła o małżeństwie”.Fiducia supplicans
Deklaracja spowodowała globalną niepewność i podziały, a episkopaty na kontynencie afrykańskim ostrzegły, że nie będą czynić błogosławieństw, które fiducjańscy supplicjanie uważają za „zasób duszpasterski”.
Aborcja to nie medycyna i nie jest to leczenie. To zbrodnia – nawet jeśli czasem jest legalna.
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Szpital im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego [sic!! md] w Lublinie przysłał mi pismo przedprocesowe. Grożą mi sądem. Identyczny dokument otrzymała Fundacja Życie i Rodzina. Prawnicy i dyrekcja placówki oburzyli się, że ujawniliśmy prawdę: w murach ich szpitala doszło do urodzenia żywego dziecka z aborcji i jego śmierci już na tym świecie.
W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie dziecko przeżyło procedurę aborcyjną i urodziło się żywe. Następnie zostało przekazane na Oddział Neonatologii do reanimacji. Pomyślmy o tym absurdzie: najpierw jedni lekarze robią wszystko, aby pozbawić dziecko życia, a gdy im się to nie udaje, kolejni próbują ratować ofiarę. Bezskutecznie – mały człowiek zmarł w męczarniach.
Teraz nad tą tragedią ma zapaść absolutna cisza. Próbują nas zakneblować – najpierw pismem, potem procesem.
Szpital uruchamia prawników, by ukryć prawdę. Pomóż nam odpędzić ten atak:
Dyrektorowi szpitala, Piotrowi Matejowi, szczególnie przeszkadza prawda. Nie podoba mu się określenie „zabijanie dzieci poprzez aborcję”. Jak zatem inaczej nazwać to, co działo się na Kraśnickiej? Matej twierdzi, że procedury były legalne. Czy według jego logiki, skoro uśmiercanie bezbronnych bywa zalegalizowane przez państwo, to nagle przestaje być zabijaniem? Przecież to kpina z sumienia i rozumu.
Dyrekcja ubolewa, że kampania Fundacji uderza w zaufanie pacjentów do szpitala. Czy mamy milczeć, żeby ludzie żyli w iluzji, że w tej placówce chroni się życie? Czy wyobraża Pan sobie taką obłudę – zabijać dzieci, a potem żądać aplauzu i nieinformowania o aborcji w imię dobrej opinii o samym abortorium?
Szpital wysłał do mediów oświadczenie, zarzucając nam kłamstwo. Śmiało zaprzecza faktom. Sprawa dziecka z Lublina jest udokumentowana, znajduje się w oficjalnych rejestrach medycznych, była przedmiotem interwencji poselskiej, a sam szpital wcześniej potwierdzał, że na oddziale leżał żywy wcześniak po nieudanej tzw. „terminacji”.
Ta sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan. Jesteśmy to winni temu maleństwu oraz wszystkim dzieciom zagrożonym aborcją w szpitalu przy Alei Kraśnickiej.
Zarząd szpitala działa na pełnych obrotach, aby zamknąć nam usta. Ich problemem są nasze pikiety i fakt, że podnosimy alarm w sprawie praktyk za zamkniętymi drzwiami. W murach szpitala imienia bł. Kardynała Wyszyńskiego w ciągu zaledwie 6 lat zginęło aż 14 dzieci.
8 z nich zabito na podstawie tzw. przesłanki psychiatrycznej – np. pod pretekstem zaburzeń adaptacyjnych u matek. Zamiast zaoferować kobietom prawdziwą terapię i pomoc psychologiczną i psychiatryczną, wykonywano wyrok śmierci na ich dzieciach. Z czym wracała taka kobieta do domu? Z ciałkiem dziecka do pochówku lub nawet bez niego, jeśli poszło do odpadów medycznych lub spalarni.
Aborcja to nie medycyna i nie jest to leczenie. To zbrodnia – nawet jeśli czasem jest legalna.
Szanowny Panie,
Czy wobec gróźb ze strony sprawców aborcji zamierzamy milczeć i czy przestraszymy się ich prawników?
Nigdy.
Odpowiadamy jeszcze większą mobilizacją. Zapraszam Pana oraz każdego, komu nie jest obojętny los nienarodzonych, a kto może dotrzeć do Lublina, na Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Pod tym właśnie szpitalem – stańmy tam razem i pokażmy prawdę.
PUBLICZNY RÓŻANIEC NA ALEI KRAŚNICKIEJ W LUBLINIE:
📅 Najbliższy poniedziałek – 6 lipca
🕔 Godzina 17:00
📍 Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Lublinie, Al. Kraśnicka 100
Wściekła reakcja aborterów uświadamia mi jedno: potrzeba jeszcze więcej modlitwy, potrzeba więcej pokazywania prawdy o aborcji – aby przebić mur obojętności, poruszyć serca i sumienia. I ratować życie dzieci, choćby aborcjoniści chcieli spuścić zasłonę milczenia na swoje okrutne działania.
Przyjdźmy licznie. Okażmy solidarność z zabijanymi dziećmi, a nie z nieczułymi decydentami – w ministerstwach, gabinetach politycznych i zarządach szpitali – którzy w miękkich fotelach lekką ręką podpisują wyroki śmierci na bezbronnych.
Działalność Fundacji Życie i Rodzina i skuteczna obrona prawna przed kłamstwami aborcjonistów zależy od Twojej ofiarności:
Szpitalowi na Kraśnickiej mówię natomiast jedno: zamiast straszyć pozwami i wydawać oświadczenia – skończcie z aborcją. Poczęte dzieci to przecież także Wasi malutcy pacjenci.
Dziękuję Panu za każde wsparcie – modlitwę, obecność i ofiarność. Tylko razem jesteśmy w stanie przeciwstawić się kulturze śmierci. Do zobaczenia w Lublinie.
PS – Nie wycofuję się z żadnego słowa, nie przepraszam za obronę życia. Z pewnością zgodzi się Pan ze mną, że nie można oczekiwać sytuacji, w której robi się aborcję, ale nikt o nią nie pyta i nikt się nie oburza. Każda aborcja to zbrodnia.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Książka przedstawia wyimaginowaną zmysłową relację między Chrystusem a nastolatkiem, łączy ludzki orgazm z boską intymnością i mówi o grzesznych czynnościach seksualnych wykonywanych w sposób „bez poczucia winy i bez utraty łaski Bożej ani doświadczenia Jego miłości”.
======================================
„Nie napisałbym tego teraz”. Kardynał tłumaczy się z kontrowersyjnej książki
Kardynał Victor Manuel Fernandez Źródło: PAP/EPA
Kardynał Víctor Manuel Fernández, kierujący pracami Dykasterii ds. Nauki Wiary, odpowiedział na krytykę dotyczącą napisanej w latach 90. książki o duchowości i zmysłowości.
W napisanej w 1998 roku książce argentyński kapłan przedstawił duchową refleksję na temat ludzkiej seksualności i znaczenia orgazmu. Tekst wypłynął ponownie na światło dzienne w związku z kontrowersyjną deklaracją„Fiducia supplicans” wydanej przez Dykasterię ds. Nauki Wiary i zaaprobowanej przez papieża Franciszka, która, pod pewnymi warunkami, zezwala na błogosławieństwo par osób tej samej płci.
– Z pewnością nie napisałbym tego teraz – powiedział portalowi Cruxowi kardynał Fernández, zauważając, że napisał tę książkę, gdy był młodszy.
Kardynał zauważył, że anulował publikację książki o tematyce seksualnej wkrótce po jej ukazaniu się i „nigdy nie pozwolił na jej przedruk”. Dodał, że napisał ją z myślą o młodych parach, które „chciały lepiej zrozumieć duchowe znaczenie swoich związków”, ale potem zdał sobie sprawę, że książka „mogła zostać źle zinterpretowana”.
– Dlatego nie sądzę, że rozpowszechnianie tego teraz jest dobrym rozwiązaniem. W rzeczywistości nie wyraziłem na to zgody i jest to sprzeczne z moją wolą– powiedział Fernández.
Kontrowersyjna książka
Książka przedstawia wyimaginowaną zmysłową relację między Chrystusem a nastolatkiem, łączy ludzki orgazm z boską intymnością i mówi o grzesznych czynnościach seksualnych wykonywanych w sposób „bez poczucia winy i bez utraty łaski Bożej ani doświadczenia Jego miłości”.
W siódmym rozdziale książki Fernández porusza temat pornografii i podniecenia seksualnego, stwierdzając, że „kobietę […] mniej niż mężczyznę pociąga oglądanie zdjęć zawierających sceny przemocy, obrazy orgii itp. Nie oznacza to, że nie podnieca ją hardcorowa pornografia, ale raczej to, że mniej ją to cieszy i mniej ceni”.
W dalszej części tekstu omawiana jest „możliwość osiągnięcia w naszej relacji z Bogiem pewnego rodzaju satysfakcjonującego orgazmu, który nie oznacza tyle fizycznych zmian, co po prostu to, że Bogu udaje się dotknąć duchowo-cielesnego centrum przyjemności, tak że zaspokojenie, które obejmuje całą osobę, jest doświadczane”.
„Pamiętajmy, że łaska Boża może współistnieć ze słabościami, a także z grzechami, gdy zachodzi bardzo silne uwarunkowanie. W takich przypadkach osoba może robić rzeczy, które są obiektywnie grzeszne, ale nie jest temu winna i nie traci łaski Bożej” – stwierdził z kolei autor we fragmencie dotyczącym homoseksualizmu.
NCZAS.INFO | „Sąsiedzi. Preludium” na Prime Video / fot. X / Rafał Otoka-Frąckiewicz
Na platformie Prime Video pojawił się film dokumentalny Jacka Międlara „Sąsiedzi”. Opowiada on historię ukraińskiego ludobójstwa na Polakach żyjących na Kresach Wschodnich II RP w trakcie i po II wojnie światowej. Film dostępny jest w 11 językach.
„Wieści zza oceanu mówią, że Ukraińcy już za parę dni będą świętować ogólnoświatową promocję ich bohaterów, historii i kultury, którą podziwiać będą mogli ludzie na wszystkich kontynentach naszego globu” – napisał we wtorek Otoka-Frąckiewicz na X.
W czwartek natomiast okazało się, że chodzi o film „Sąsiedzi” Jacka Międlara. Trafił on na platformę Prime Video, gdzie jest dostępny w kilkunastu językach i zyskuje wielką popularność.
„Stało się. Seria Sąsiedzi traktująca o zbrodniach ukraińskich nazistów na Wołyniu w reżyserii pana @jacekmiedlar trafiła na @PrimeVideo i dostępna jest w kilkudziesięciu krajach świata w 11 wersjach językowych z miejsca stając się numerem jeden wśród filmów dokumentalnych na tej platformie” – napisał na X Otoka-Frąckiewicz.
Przypomniał, że „film powstał dzięki składkom Polaków i nie wsparło jego powstania żadne z ministerstw, ani instytucji takich jak @ipngovpl”.
W praktyce oznacza to, że świat ma okazję poznać historię Kresów Wschodnich II RP i ukraińskiego ludobójstwa na Polakach – w mediach w Polsce często fałszywie spłycanego do zbrodni wyłącznie UPA jedynie w rejonie Wołynia, choć skala była większa i w ludobójstwie masowo brali udział tzw. zwykli Ukraińcy – oraz historię UPA, gdy Kijów ogłasza tychże zbrodniarzy bohaterami.
W komentarzach pojawiły się informacje o problemach z wyświetlaniem filmu. Jacek Międlar jednak napisał, że „będzie” w porządku wkrótce.
Sporo słyszymy o kolejnych atakach ukraińskich, mających rzekomo świadczyć, że Rosja jest kolosem uginającym się od ciosów na swoich glinianych nogach.
Tymczasem rzadko kiedy jesteśmy w stanie dowiedzieć się czegoś o działaniach strony przeciwnej, czyli rosyjskiej przeciwko Ukrainie.
Strzały do Kijowa
Tymczasem tylko wczoraj doszło do ataków na stołeczny Kijów. Rosyjskie rakiety i drony trafiły m. in. w obiekty spółki Fire Point (kontrolowanej przez otoczenie Zełenskiego, w tym zbiegłego do Izraela Timura Mindicza) produkujące elementy do rakiet Flamingo, czyli flagowego produktu owej firmy. Do tego uszkodzone zostały Kijowskie Zakłady Radiowe, magazyny paliwowe i olejowe fabryki Kijów-3. Równoległe Rosjanie zaatakowali podstacje gazowe dostarczające ten surowiec energetyczny do wspomnianych zakładów.
Likwidacja przemysłu rakietowego Ukrainy?
Rosyjskie uderzenia z jednej strony przedstawia się jako reakcję odwetową za przeprowadzone niedawno ostrzały celów cywilnych w Rosji, w tym infrastruktury energetycznej i transportowej. Nacelowane były one jednak dość precyzyjnie w kluczowe zakłady umożliwiające funkcjonowanie ukraińskiego przemysłu rakietowego.
Przykładem są zakłady spółki Radioniks, bez których w praktyce nie jest możliwa dalsza produkcja rakiet przez Ukrainę. Chodzi o wspomniane już rakiety Flamingo będące chlubą ukraińskich władz i mające zasięg pozwalający na atakowanie celów położonych w głębi terytorium Federacji Rosyjskiej.
Zaatakowane zakłady Radioniks
Atak na magazyny dronów
Z kolei w zachodniej części obwodu kijowskiego ofiarą rosyjskich uderzeń padły wczoraj magazyny dronów i części do nich, co ma znacznie ograniczyć zdolności ofensywne ukraińskich wojsk używających przeciwko Rosjanom systemów bezzałogowych.
Uszkodzenia obiektów cywilnych w Kijowie
Strona ukraińska tradycyjnie wskazuje, że celem rosyjskich uderzeń miały być obiekty cywilne. Tymczasem analiza niektórych materiałów filmowych i fotograficznych wykonanych przez mieszkańców Kijowa wskazuje, że wiele domów mieszkalnych wykazuje zniszczenia typowe dla działania systemów rakietowych obrony przeciwlotniczej (wiele uszkodzeń wynikających z rozbijania się ich pociskowa mniejsze części).
Dodatkowo świadkowie relacjonują, że część rakiet obrony ukraińskiej rozpadała się już w powietrzu, co świadczy o ich niskiej jakości, względnie braku umiejętności korzystania z nich przez wojska ukraińskie. Jest to zresztą problemem już od dawna, ale ostatnio kłopot ten się nasila w związku z dotkliwym brakiem amunicji do szeregu systemów zachodnich, w tym zestawów Patriot zestawów Zjednoczonych i od ich europejskich partnerów.
Pożar na osiedlu Kwartał Francuski w Kijowie wskutek uderzenia ukraińskiej rakiety obrony przeciwlotniczej
Na stronie sorosowskiej Fundacji Batorego zamieszczono Wspólne oświadczenie polskich i ukraińskich organizacji, działaczy i działaczek społecznych. Zamieszczam nudne oświadczenie i niezwykle ciekawą pełną listę sygnatariuszy. „Współpraca polskiego i ukraińskiego społeczeństwa obywatelskiego rozwija się nieprzerwanie od wielu już dekad. Zapewniamy Was, że nie przerwą jej ani nie osłabią ostatnie wydarzenia polityczne. Nasza przyjaźń trwa i jedynie krzepnie w obliczu rosyjskiej agresji i dzięki heroicznej walce narodu ukraińskiego, „za wolność waszą i naszą”. Wspólnie działaliśmy, działamy i będziemy nadal działać na rzecz niepodległych, bezpiecznych, demokratycznych i zaprzyjaźnionych Ukrainy i Polski, w których szanowane są prawa i wolności człowieka”.
Oświadczenie podpisali między innymi: Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Центр громадянських свобод – Centrum Wolności Obywatelskich, Олександра Матвійчук – Oleksandra Matviichuk, Folkowisko Ukraina, Forum SAN, Polskie Forum Migracyjne, Fundacja Ukraiński Dom, Fundacja im. Stefana Batorego, Komitet Obrony Demokracji (KOD), Organizacja pozarządowa “Ukraińsko-Polski Związek Paderewskiego“, Związek Ukraińców w Polsce, Obywatele RP, Instytut Spraw Publicznych, Fundacja Jaw Dikh, Euromajdan-Warszawa, Klub Inteligencji Katolickiej, Fundacja Edukacja dla Demokracji, Kampania Przeciw Homofobii, Akcja Demokracja, Fundacja Sunflowers, Otwarta Rzeczpospolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii Polskie, Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, Stowarzyszenie “SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet, Institute of Innovative Governance (ГО “Інститут Інноваційного Врядування), Marta Lempart, Institute for social innovation NGO (ГО “Інститут розвитку суспільних інновацій”), Stowarzyszenie Lepsza Demokracja, Kongres Katoliczek i Katolików, Fundacja Wolne Sądy i dziesiątki innych.
Polska jest opleciona przez tysiące różnorakich fundacji i fundacyjek. Ich działania dalej są niedoceniane. Organizacje te lobbują za różnorakimi sprawami i rozwiązaniami, często sprzecznymi z interesem narodu polskiego.
Moim zdaniem w walnej części to one odpowiadają za stan dzisiejszej Polski i źle wyglądającą przyszłość. Ich mnogość powoduje niemałe trudności z rozszyfrowaniem i umożliwia im skuteczne działanie. Funkcjonują osobno, uderzają razem. Domagamy się, by oznaczać odpowiednio produkty w sklepach. I jest to słuszne, bo chcemy wiedzieć czy kupowane ziemniaki i marchew pochodzi z naszych upraw, czy przywieziono je z Ukrainy, RPA, Rosji, Holandii czy Izraela.
Tym bardziej powinno się również, tak oznaczać stowarzyszenia, organizacje, gazety, portale internetowe czy partie polityczne. Należałoby je oznaczać zarówno w nazwach jak i znakach graficznych. Taka informacja miałaby znaczenie przy ocenie danego stowarzyszenia, ruchu, organizacji. Powinniśmy wiedzieć kto kogo finansuje. Jaka ambasada, fundacja czy milioner stoi za danym projektem społecznym czy politycznym. To by wiele wyjaśniło. Byłby to najprawdopodobniej koniec bredzenia o rubelkach. I z całą pewnością trzeba by zacząć rozmawiać o euro i dolarach. I być może spowodowało jakiś otrzeźwienie naszego narodu.
Fundacja Batorego, założona przez ciągle żyjącego 96-letniego George’a Sorosa. W radzie tej fundacji zasiadają między innymi: Ola Hnatiuk, Mikołaj Cześnik, Rafał Dutkiewicz, Jan Olbrecht. W przeszłości należeli do niej Olga Tokarczuk, Helena Łuczywo, Agnieszka Holland, Jan Krzysztof Bielecki czy Andrzej Rychard.
Widzimy pajęczynę powiązań finansowych, ideowych i środowiskowych. A właściwie widzimy ich jawną część. Skalę jawnych wpływów można ocenić na przykład poprzez wspólne stanowiska.
Żarty o blondynkach mają się dobrze i nikt nie pyta skąd się wzięły. A może były przygrywką do prawdziwego rasizmu, z którym mamy do czynienia obecnie?
Odważni pytają skąd brytyjska policja, wezwana do rannego Polaka z góry wiedziała, że zasłużył on sobie na taki los? Wystarczył oczywiście sam kolor skóry. Biały, znaczy winny, czarny – oj przepraszam – afroamerykański znaczy niewinny, mimo że zabił.
Blondynka, znaczy głupia. Tego typu do-w-cipy cieszą gawiedź, która może się poczuć mądrzejsza od tej „głupiej baby”. Przerobienie blondynki naafro-amerykankęeuropejskiego pochodzenia nic by nie dało, nawet gdyby ktoś się na to odważył. Taka bohaterka opowiastki, musiałaby wówczas być mądra (przemądrzała) do tego stopnia, że nikt przeciętny by nie rozumiał w czym rzecz.
Rasizm próbuje zawłaszczyć wszystkie, (prócz fioletowego) barwy. Fioletowy oznacza mądrość, a z tą rasistom nie po drodze. Zmieniając barwy, rasizm pozostaje nadal głupią ideologią, na którą nie ma metody.
Ku skojarzeniom
– Kuku… – zaczęła Małgorzata. –Na muniu. – dokończył DUCH CZASU. – Dlaczego zaraz na muniu? – A na czym? – Zgadnij, albo zapytaj raczej, co robi. – Łka. – Biedna, ale dlaczego? – Bo kuku łka. – Aha. – Albo lepiej: łeczka. – Co to jest łeczka? – Też ptak. Kukułeczka kuka, chłopiec panny szuka. – A może zamiast szukać, lepiej by latał? – Nad kukułczym gniazdem? – Gdyby takie istniało. – Niekiedy odnoszę wrażenie, że wszyscy odbywamy czasem lot nad kukułczym gniazdem. ‒ No, może jednak nie wszyscy. My dwoje należymy do tych, co raczej twardo stąpają po ziemi. – Racja. Lotów nad kukułczym gniazdem dokonują ci, dla których Qr jest przerywnikiem, bez którego nie potrafią sklecić najprostszego zdania. – Zakładając, że nie jest to ciągłe wzywanie mamusi według domniemanej profesji.