Walka „dobra” ze „złem”

Walka „dobra” ze „złem”

24. lipca 2026 Marek Wojcik world-scam/walka-dobra-ze-zlem

Kiedy przed ponad 40 laty wybrałem wolność i pozostałem na Zachodzie, zastanawiałem się, jak silne są struktury demokratyczne, oraz czy mogłoby się komuś udać, przejąć tu władzę i wprowadzić dyktaturę. Zapewniano mnie, że coś takiego nie może się wydarzyć. Po kilku dekadach już nikt nie daje takich gwarancji.

U nas jest na głowę po dwa samochody.
Zbudowaliśmy najwyższy świata gmach.
Nasza demokracja daje nam swobody,
których oczekuje cały świat we łzach.

Śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence Spotkanie w porcie.

Także ja widziałem wtedy świat w czarno-białych barwach: dobre USA i zły ZSRR. A wystarczyłoby zgłębić się na temat wojny w Wietnamie i jak do niej doszło… Jednak to zrobiłem znacznie później. Pocieszam się, że wiele osób do dzisiaj nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak kłamstwo dotyczące rzekomego ataku w Zatoce Tonkińskiej albo ogromne zniszczenia spowodowane żądzą wojny prezydentów Johnsona i Nixona oraz tysiące ofiar wśród ludności Nikaragui, które były możliwe wyłącznie dzięki zbrodniczemu wsparciu, jakie Stany Zjednoczone udzieliły rzeźnikowi Somozzie. Już od czasów McCarthy’ego w 1947 roku Rosja była postrzegana jako „zły diabeł”, którego należy wyeliminować.

Zdjęcie przedstawia uroczystość upamiętniającą przy pomniku poświęconym żołnierzom radzieckim poległym w Afganistanie podczas walk z afgańskimi rebeliantami w latach 80. XX wieku, która odbyła się 15 lutego 2024 r. w Sankt Petersburgu. Rosja, podobnie jak wiele innych byłych republik radzieckich, obchodzi rocznicę wycofania wojsk radzieckich z Afganistanu. Każda wojna to śmierć i zniszczenie.

Z drugiej strony mamy bratnią pomoc ZSRR na Węgrzech (1956 r.), inwazję „przyjaciół” na Czechosłowację w roku 1968, wojnę w Afganistanie (1979-1989) oraz dzięki usilnym staraniom dzisiejszego prezydenta Rosji wojnę o ropę w Czeczenii (1999-2009). Jednak porównywanie Rosji i Stanów Zjednoczonych pod względem przestępczości wojennej jest bardzo naiwne i świadczy o wyjątkowo pobieżnej znajomości historii.

Od dobrych 100–120 lat lwia część odpowiedzialności za grabież ziemi, eksploatację światowych zasobów naturalnych, wojny i konflikty, kłamstwa oraz wynikające z nich destabilizacje w wielu krajach na świecie, a także ofiary śmiertelne i rannych, spoczywa na koncie tych tak bardzo „dobrych” bohaterów i wyzwolicieli ludzkości – Stanów Zjednoczonych.

To nie Rosja jest zagrożeniem dla Europy, To niepohamowana żądza władzy i zasobów naturalnych ze strony USA stanowi zagrożenie dla całego świata!

Po lewej: Oliver North w latach 80., skazany za kluczową rolę w nielegalnej sprzedaży rakiet Iranowi w ramach skandalu Iran-Contras.
Po prawej: ten sam Oliver North kilkadziesiąt lat później w programie Fox News (Hannity Special) w roli „analityka wojskowego”, wyjaśniającego, dlaczego Iran zdecydowanie nie powinien posiadać rakiet.
Dziwne, jak bezwstydni są ci ludzie!

Dla tych, którzy nie pamiętają – afera Iran-Contras (1985–1987): Urzędnicy rządowi USA nielegalnie sprzedawali broń do Iranu, a uzyskane w ten sposób środki wykorzystywali do finansowania rebeliantów z ruchu Contras w Nikaragui, pomimo zakazu nałożonego przez Kongres.

Dobre kraje w porównaniu ze złymi w oczach zachodniej propagandy.

Ocena w powyższym filmie opiera się na wieloletniej manipulacji opinią publiczną i nie ma z rzeczywistością wiele wspólnego. Samo porównanie całego kraju do drugiego bazuje jedynie na polityce tego państwa, a ta niewiele świadczy o jego mieszkańcach.

Moim zdaniem polityka USA zasługuje na pierwsze miejsce w tym rankingu i nie będę za was decydował, do jakiej kategorii trzeba ją zaliczyć.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Rytuał satanistów NWO w tunelu św. Gotarda

Rytuał w tunelu św. Gotarda

Published on By chrismiekina

2 czerwca (2016) oficjalnie otwarto Gotthard Base Tunnel – najdłuższy, bo liczący sobie 57 km tunel na świecie. Tunel powstał kosztem 11 miliardów euro i wydrążenie go w alpejskich zboczach zajęło aż 17 lat. Dzięki temu podróż z Zurychu do Mediolanu skrócona została o godzinę (!!!).

Można próbować zrozumieć intencje oszczędnych Szwajcarów, ale nawet dla laika staje się jasne, że taka potężna inwestycja będzie się zwracać przez stulecia, co stawia pod znakiem zapytania jej ekonomiczny sens. Chyba, że sens powstania tego tunelu leży zupełnie gdzie indziej…

Na uroczyste otwarcie zaproszono najpotężniejszych ludzi dzisiejszej Europy z kanclerz Merkel i prezydentem Hollandem na czele. To prawda, że tunel jest przedsięwzięciem unikalnym, ale ilość i ranga dygnitarzy zadziwia i znów każe podejrzewać, że nie chodzi tu tylko o sam tunel , ale coś jeszcze. Przypomina to kontrowersje wokół lotniska w Denver, które również powstało olbrzymim, niczym nieuzasadnionym wysiłkiem finansowym. Sama ilość materiału jaki wywieziono z terenu budowy lotniska sugeruje podziemną instalację a kto wie może nawet cale podziemne miasto. Czy coś podobnego stworzono w szwajcarskich Alpach i zbudowano tam podobnie jak w przypadku amerykańskiego Denver “zapasową” stolicę – tym razem dla Europy?


Na dodatek ceremonii otwarcia towarzyszył dziwaczny, niepokojący i przyprawiający o gęsią skórkę mroczny rytuał…

Ceremonia rozpoczęła się wewnątrz tunelu od wejścia ubranej na pomarańczowo grupy, symbolizującej robotników pracujących przy tunelu. Weszli oni w wojskowej formacji w rytm miarowego dźwięku bębnów. Jak armia beznamiętnych zombie…

Zaraz po nich, na dużej platformie kolejowej pojawiła się następna grupa – żeby było dziwniej ubrana jedynie w białą bieliznę. Obraz ten miał podobno symbolizować ludzi, którzy będą podróżować tunelem.

Z niewiadomych przyczyn ludzie ci zaczęli się nagle obejmować w sposób daleki od powszechnie przyjętego. Seksualna natura tego aktu wydaje się być oczywista i niezwykle sugestywna zwłaszcza, gdy popatrzeć na to z homoseksualnego punktu widzenia.

W pewnym momencie pod sufitem tunelu pojawiła się latająca postać o brzydkiej, abnormalnie dużej głowie wykrzywionego w grymasie dziecka. Nie sposób odgadnąć płci stworzenia ze względu na kobiece piersi co nie powinno dziwić bo żyjemy w czasach, w których tradycyjny podział na dwie płcie rozpada się na naszych oczach. Jest coś diabelskiego w tej paskudnej postaci – jakby sam Lucyfer albo inny upadły anioł wydostał się z piekielnej czeluści do jakiej dokopali się robotnicy budujący tunel. A może był to sam Baphomet? Postać o kożlej, rogatej głowie, kobiecych piersiach, siedząca na ujarzmionym świecie?
Nie ma koźlej głowy? Popatrzcie na następne zdjęcie…

Ceremonia a właściwie satanistyczny rytuał przeniósł się na zewnątrz tunelu i pojawił się kozioł… Podobno miał symbolizować alpejskie kozice. Jeśli tak, to dlaczego wszyscy dookoła oddają mu wiernopoddańczą cześć? Zebrani wokół niego ludzie kłaniają mu się, widząc w nim kogoś, kto ma nad nimi władzę… Kozica ma władzę???? Chyba nie…

Następnie wyruszyła procesja, niosąc ze sobą rogatą czaszkę…..

Po niej kolejna, tym razem złożona z kobiet, które przystawiły sobie do głowy kozie rogi.

Dookoła procesji biegał główny kozioł w szaleńczym, ekspresyjnym tańcu.

Procesja wyszła na zewnątrz. Na szatana (?) i jego wyznawców czekał szpaler robotników zombie

A za nim podążała grupa młodych kobiet i mężczyzn w białych majtkach.

Kilku zombie robotników powieszono w niezwykle sugestywny sposób. Nie chcieli być zombie???

Na zewnątrz stał ogromny ekran z którego patrzyło wielkie wszystkwidzące oko (!) Wokół niego unosiły się duchy a może dusze tych , których złożono w ofierze krwiożerczemu bogu…

Tymczasem procesja, która towarzyszyła Baphometowi okryła się welonem – jakby idąc z nim do ślubu.

On sam miotał się i wrzeszczał dziko na scenie. Na ekranie pojawiła się jego upiorna wykrzywiona w grymasie twarz i … egipskie skarabeusze…

Ludzie z procesji padli na twarz przed kozłem w wyrazie uległości i oddania a na ekranie pojawiły się kręgi złożone z uważnie wpatrzonych oczu

Jedna z kobiet zarzuciła na kozła biały welon mówiąc: „Teraz jesteś panem świata!”

Na ekranie pojawił się jeszcze zegar który podążał raz do przodu a raz wstecz symbolizując ponadczasowość. Za każdym razem kiedy wskazówki zegara zmieniały kierunek na ułamek sekundy zatrzymywały się na godzinie 9:11….

Przypominam: Poprawna ocena ofiar Czarnobyla: półtora miliona (jak dotąd)

[To dane po 25 latach. Obecnie (2026) – w postaci potworków i poronień – o wiele więcej md]

Poprawna ocena ofiar Czarnobyla: półtora miliona (jak dotąd)

AJ: Ogólna liczba ofiar w ciągu 25 lat od katastrofy na całym świecie przewyższyła milion. Nie wli­czam w to poronień i narodzin martwych dzieci (a to będzie jesz­cze kilkaset tysięcy)

[Z : Zielone Wiadomości, kwiecień/maj 2011, www.zielonewiadomosci.pl   MD]

W tym roku mija 25 rocznica ka­tastrofy czarnobylskiej, tymczasem opinia publiczna jest nadal karmiona mitami o „nieznacz­nych skutkach ekologicznych i zdrowotnych” tej katastrofy, Kłamstwom i przemilczeniom od­powiedzialnych instytucji prze­ciwstawiają się od lat niezależni naukowcy. Z ,,Zielonymi Wiadomościami” rozmawia wybitny ro­syjski biolog i ekolog, profesor ALEKSIEJ W. JABŁOKOW

REDAKCJA „ZW”: Panie pro­fesorze: skąd u Pana – biologa i ekologa – zainteresowanie dzie­dziną energetyki jądrowej?

Prof. ALEKSIEJ JABŁOKOW: Moje zainteresowanie problemami energetyki jądrowej zaczęło się w 1988 roku. Byłem wtedy członkiem pań­stwowej komisji ekspertów do spraw Południowo-ukraińskiej Elek­trowni Atomowej i mogłem szcze­gółowo zapoznać się z budową i działaniem elektrowni jądrowych. Potem, już jako wiceprzewodni­czący Komitetu d.s. Ekologii Rady Najwyższej ZSRR, miałem dostęp do wielu materiałów; zrozumiałem wtedy, że skażenie promieniotwórcze jest jednym z najboleśniejszych problemów Związku Radzieckiego. Jako doradca Prezydenta do spraw. ekologii i ochrony zdrowia miałem możliwość odwiedzić wszystkie ważniejsze zakłady atomowe w Rosji. Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem przewodniczącym komisji rządowej, zajmującej się skutkami usuwania odpadów ra­dioaktywnych do rosyjskich mórz, przewodniczyłem również komisji Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej do spraw awa­rii jądrowej w Tomsku-7. Jako przewodniczący państwowej komisji do spraw bezpieczeństwa ekologicznego przy Radzie Bezpieczeństwa Fe­deracji Rosyjskiej zajmowałem się wieloma problemami związanymi z energetyką jądrową, w tym także skutkami katastrofy w Czarnobylu.

W toku tej działalności poznałem wielu zwolenników energii atomo­wej. Często się z nimi spierałem. W końcu napisałem długi arty­kuł w miesięczniku „Nowyj Mir” („Nowy Świat”), który zatytułowa­łem: Mitologia atomowa. To było chy­ba w 1993 roku. Ten artykuł prze­drukował potem niemiecki „Der Spiegel”. Wówczas Aleksander Jan­szyn, wiceprzewodniczący Rosyj­skiej Akademii Nauk zaproponował mi, żebym dokładniej przedstawił moje podejście do problemu ener­getyki jądrowej. Na początku były to prace komisji Rosyjskiej Akade­mii Nauk, zajmującej się dziedzic­twem Władimira Wiernadskiego, po dwóch latach w Moskwie, w wy­dawnictwie Nauka, została wydana książka Mitologia atomowa (1997).

Centrum Polityki Ekologicznej Ro­sji, którego byłem wtedy preze­sem, wydało jeden z rozdziałów tej książki w rozszerzonej wersji jako Mit o niewielkim znaczeniu skutków katastrofy w Czarnobylu (Moskwa, 2001). Jeszcze wcześniej, na dziesię­ciolecie katastrofy, byłem pomysło­dawcą i redaktorem dwóch tomów Konsekwencje katastrofy w Czarnobylu („Zdrowie środowiska i Zdrowie człowie­ka” Moskwa, 1996). Dwa razy prze­mawiałem w Kongresie USA na te­maty jądrowe. W latach 2002 – 2003 byłem jednym z założycieli Euro­pejskiego Komitetu do spraw Ryzy­ka Radiacyjnego.

RED: Niedawno w Nowym Jor­ku ukazała się książka pańskie­go współautorstwa: Czarnobyl. Skutki katastrofy dla ludzi i śro­dowiska. Jak doszło do napisa­nia tej książki?

AJ: Bezpośrednią przyczyną na­szej książki była wcześniejsza pu­blikacja IAEA i WHO („Forum Czarnobylskie”, 2005),. w której prawdę o katastrofie wypaczo­no do takiego stopnia, że wraz z profesorem Wasilijem Nesterenko z Mińska, byłym dyrektorem In­stytutu Energetyki Jądrowej, który po katastrofie w Czarnobylu w całości poświęcił się ratowaniu biało­ruskich dzieci, postanowiliśmy ze­brać w jednej publikacji naukowe dowody mówiące o prawdziwych skutkach katastrofy. Podstawą książki była analiza około pięciu tysięcy publikacji, wydawanych przede wszystkim w językach sło­wiańskich, mało lub w ogóle nie­znanych na Zachodzie.

RED: Czy książka Czarnobyl. Skutki katastrofy dla ludzi i śro­dowiska była publikowana w kra­jach najbardziej dotkniętych: na Białorusi, Ukrainie, w Rosji?

AJ: Początkowo książka zosta­ła wydana w Sankt Petersburgu w wydawnictwie Nauka. Jest sze­roko dostępna, można ją ściągnąć z różnych stron internetowych. 26 kwietnia w Kijowie wyjdzie trzecie, poszerzone wydanie.

RED: Jak ocenia Pan skutki zdro­wotne katastrofy w Czarnobylu. Na czym one polegają i jakie to są schorzenia?

AJ: Łatwiej jest mi powiedzieć, ja­kie choroby nie są związane z katastrofą.

W wyniku Czarnobyla znacznie wzrosły zachorowania na choroby układu krążenia, układu nerwowego, pokarmowego i od­dechowego, a także na choroby układu moczowego. Częstsze sta­ły się choroby endokrynologiczne i onkologiczne, zaburzenia układu odpornościowego, i rzecz jasna ­zaburzenia genetyczne. Dynami­ka zachorowań na poszczególne choroby jest różna. Niektóre z tych chorób były szczególnie widoczne w ciągu pierwszych 10 -15 lat, potem liczba zachorowań zmalała; liczba. zachorowań .na inne scho­rzenia wciąż rośnie.

RED: Jakie będą skutki zdrowot­ne napromieniowania dla następ­nych pokoleń? Jak to się odbiło na zdrowiu reprodukcyjnym?

AJ: Na razie możemy mówić tylko o pierwszych, początkowych skut­kach, ponieważ radionuklidy (cez, stront, pluton i ameryk) jeszcze znajdują się w ekosystemach. Ge­netyczne konsekwencje pierwsze­go wybuchu w 1986 roku (wtedy napromieniowane radionuklida­mi z Czarnobyla w Europie było tysiąc razy większe) będą widocz­ne w ciągu kilku pokoleń. Oczywi­ście liczba ofiar będzie zmniejszać się wraz z upływem czasu.

RED: Dane dotyczące liczby ofiar śmiertelnych katastrofy są bardzo rozbieżne w zależności od źródeł. Według dostępnych w Polsce ofi­cjalnych danych zginęło tylko ok. 100 osób. Jaka jest rzeczywista liczba ofiar według pana badań?

AJ: Ogólna liczba ofiar w ciągu 25 lat od katastrofy na całym świecie przewyższyła milion. Nie wli­czam w to poronień i narodzin martwych dzieci (a to będzie jesz­cze kilkaset tysięcy- jak uważa nie­miecki badacz H. Scherb).

RED: Sto osób a milion, to szoku­jąca rozbieżność: 10 tysięcy razy! Na czym polega różnica pomię­dzy metodologią stosowaną przez Pana do oceny skutków zdrowot­nych Czarnobyla, a np. metodo­logią autorów raportu Chernobyl Legacy (WHO, IAEA)? Chcieli­byśmy, aby nasi czytelnicy mogli wyrobić sobie zdanie co do wia­rygodności obu metod.

AJ: Oficjalna metodologia osza­cowania liczby ofiar opiera się na dosyć umownej, indywidualnej dawce promieniowania. (która jest wyliczana na podstawie ogrom­nej liczby założeń, np. ile człowiek mógł wypić skażonego mleka, ile czasu znajdował się poza pomiesz­czeniem itp.). Poza tym współczynniki, które wykorzystuje się do wylicze­nia ryzyka napromieniowania są bardzo niepewne (bazują na mało wiarygodnych danych o skutkach Hiroszimy i Nagasaki).

My wybraliśmy inne podejście ba­dawcze. Porównaliśmy zachorowa­nia i śmiertelność na silnie i słabo skażonych terenach, które według wszystkich innych wskaźników; z wyjątkiem stopnia skażenia pro­mieniowaniem, są do siebie podob­ne. Takie wyliczenia są dostępne dla Rosji, Białorusi, Ukrainy, a tak­że dla Szwecji i Norwegii. Okazało się, że w ciągu pierwszych 15 – 20 lat po katastrofie poziom śmiertel­ności na silnie skażonych terenach jest większy o około 4%. Opierając się na tych wynikach, można oszacować przybliżoną liczbę ofiar.

RED: Jak ocenia Pan skutki zdro­wotne Czarnobyla w Polsce?

AJ: Według różnych wyliczeń do Polski dotarło około 1% szkodli­wych substancji z Czarnobyla (jeśli wziąć pod uwagę cez-137). W niewielkim stopniu był skażony cały kraj, największe skażenie objęło około 3 – 4 tys. kilometrów kwadra­towych. Skażenie to ma charakter plamisty i jakieś plamy obejmujące dziesiątki kilometrów kwadrato­wych mogły być nie wykryte. Jestem pewien, że jeśli przeanalizowaliby­śmy statystyki dotyczące martwych urodzeń, poronień, zespołu Downa, śmiertelności noworodków – ślad po Czarnobylu będzie widoczny również w Polsce. Na niektórych terenach w znacznym stopniu wzro­sła liczba problemów z tarczycą.

A’ propos, nie znalazłem map ska­żenia Polski innymi radionukli­dami, oprócz cezu-137. A takie skażenie, krótko żyjącymi radionu­klidami: jodem-131, tellurem-132, cezem-l34 i innymi było. Według prognoz M. Malko ogólna liczba zachorowań na raka tarczycy w Polsce w wyniku katastrofy wy­niesie więcej niż 3200 przypadków (w tym około 900 śmiertelnych), białaczki – około 170 (w tym 120 śmiertelnych), innych typów raka – ponad 1700 (około 1000 śmiertel­nych). A trzeba wiedzieć, że rak nie jest główną przyczyną zwiększenia się „poczarnobylskiej” śmiertelno­ści. O stopniu skażenia radioaktywnego w Polsce znacząco i obrazowo mówi pewne zdarzenie: w czerw­cu 1987 roku Bangladesz zwrócił Polsce 1600 ton mleka w proszku ze względu na jego niebezpieczną radioaktywność.

RED: Jakie były społeczne skut­ki katastrofy, co obecnie dzieje się z ewakuowana ludnością, czy mają pracę lub inne środki do ży­cia, czy pomoc medyczna jest za­bezpieczona?

AJ: Nie będę mówił o problemach społecznych, jestem biologiem i ekologiem. Przypomnę tylko, że koszty poniesione przez kraje do­tknięte katastrofą w celu minima­lizacji jej skutków są ogromne. Bia­łoruś w niektórych latach traciła do 25% całego budżetu „na Czar­nobyl”, Ukraina – do 5%, Rosja­ do 1%. W sumie, „czarnobylskie” wydatki tylko tych krajów wynio­sły ponad 550 miliardów dolarów w ciągu 25 lat. A przecież Niemcy, Szwecja, Norwegia, Wielka Bryta­nia i inne kraje do dzisiaj jeszcze wydają ogromne sumy.

RED: Co sądzi Pan na temat pro­pozycji autorów raportu Chermo­byl  Legacy, aby odebrać ludziom zasiłki i przeznaczyć je na inwe­stycje we wspieranie. lokalnej przedsiębiorczości i biznesu?

AJ : Uważają oni, że „czarnobyl­skie” choroby są skutkiem radio­fobii i strachu, a nie promieniowania. Jednak poziom radiofobii na skażonych terenach spada, a licz­ba zachorowań rośnie. I jaka może być radiofobia u myszy i żab, u których spotykamy takie same choroby jak u ludzi, żyjących na skażonych terenach?

RED: Co sadzi Pan na temat skut­ków zdrowotnych obecnej kata­strofy w Fukushimie?

AJ: Katastrofa w Fukushimie jeszcze się nie skończyła, cały czas następuje tam wyciek radionuklidów. W gor­szym wypadku skutki tej katastrofy mogą być cięższe niż w Czarnobylu. Wyliczenia prof. Ouisa Busby we­dług stanu sprzed dwóch tygodni informują o możliwości pojawienia się w ciągu następnych 50 lat do 420 tysięcy dodatkowych zachorowań na raka (połowa z nich w pierwszym dziesięcioleciu).

RED: A jak ocenia pan skutki tej katastrofy dla rolnictwa?

AJ: Na kilku tysiącach kilometrów kwadratowych nie można będzie, jak dawniej, zajmować się rolnic­twem – trzeba będzie zmieniać ży­cie milionów ludzi. Będzie znisz­czone lokalne rybołówstwo (do stu kilometrów od Fukushimy).

Czy skażenie morza będzie postę­powało dalej – na razie nie wiado­mo. Jednak może rozszerzyć się i do tysiąca kilometrów (bez wzglę­du na zmniejszenie się koncentracji dalej od źródła, może mieć miejsce bio-koncentracja i bio-akumulacja radionuklidów, w związku z którą w organizmach żywych koncentra­cja radionuklidów może być więk­sza dziesiątki tysięcy razy).

RED: Czy na skażonych terenach istnieje monitoring dzikiej przy­rody? Czy mógłby pan coś na ten temat powiedzieć?  [około Czarnobyla md]

AJ: Zamknięcie tych terenów (trzydziestokilometrowa strefa) przyciąga wiele zwierząt, ponie­waż nie ma tam presji antropoge­nicznej. Jednak badania pokazują w strefie wysoki poziom mutacji; możemy też obserwować inne negatywne skutki silnego napro­mieniowania. Z zewnątrz wszyst­ko wygląda w porządku, jednak w rzeczywistości strefa – to „czar­na dziura”, mieląca pule genowe. Mikro-ewolucyjne skutki katastro­fy jeszcze czekają na wyjaśnienie.

RED: Był Pan kilka dni temu go­ściem kongresu w Berlinie na te­mat 25-lecia katastrofy w Czarno­bylu. Czy może się Pan podzielić z naszymi czytelnikami wraże­niami z tej konferencji?

To była inicjatywa ruchu „Leka­rze przeciw wojnie nuklearnej” (IPPNW), którzy w swoim czasie otrzymali Pokojową Nagrodę No­bla. W Berlinie w zasadzie odbyły się dwie konferencje – jedna oficjal­na, na której wygłoszono rozmaite wykłady, i druga – publiczna, infor­macyjno-emocjonalna. Obie były na swój sposób ważne~ 26 kwiet­nia w Kijowie będą miały miejsce również dwie konferencje. Jedna ­oficjalna i druga – publiczna. Kon­flikt prawdy z półprawdami nadal będzie aktualny. Przypomnę, że już czwarty rok w Genewie, która jest siedzibą Światowej Organiza­cji Zdrowia ma miejsce beztermi­nowy’ protest: codziennie. od rana do wieczora dwoje, troje ludzi z plakatami: „Powiedzcie prawdę o Czarnobylu!”, „Przypomnijcie so­bie przysięgę Hipokratesa!”, „Ko­niec niegodnemu porozumieniu z IAEA z 1959 r.”

RED: W jaką energię radzi Pan zainwestować polskiemu rządo­wi i dlaczego? Czy ma pan rady dla polskiego rządu?

AJ: Nawet część środków, które Polska planuje wydać na budowę pierwszej elektrowni atomowej (3-4 miliardy euro) starczyłaby na przekształcenie nie ekologicznych elektrowni węglowych w bardziej czyste. W Polsce (tak jak w każ­dym kraju świata)niekończą­ce się źródła niskotemperaturowej energii geotermalnej – w dowol­nym miejscu można wywiercić dziurę w ziemi i na głębokości 1-2 kilometrów otrzymać wodę o tem­peraturze około 100 stopni. To zu­pełnie wystarczy dla dzisiejszych sposobów otrzymania energii elektrycznej. W Polsce są ogromne rezerwy gazu łupkowego. Energia atomowa w Polsce sprawi wiele kłopotów – ekologicznych, ekono­micznych i politycznych.

Ciągła zależność od dostaw pa­liwa jądrowego, nierozwiązane nigdzie na świecie ogromne pro­blemy z przechowywaniem od­padów radioaktywnych i, oczywi­ście, nieunikniony wpływ nawet najmniejszych wycieków z elek­trowni atomowej na zdrowie lu­dzi, nie mówiąc już o ryzyku no­wego Czarnobyla czy Fukushimy – ponieważ nie ma bezpiecznych reaktorów atomowych, co by nie mówili na ten temat zwolennicy energii atomowej. Taniość energii jądrowej to jeszcze jedno wielkie kłamstwo jej protagonistów.

RED: Dziękujemy serdecznie!

MEM-y sobotnie. Handel strachem.

———————————

—————————————————

——————————————–

————————–

——————————————————————

——————————————–

————————————————–

————————————————————

————————————————–

Za parawanem nieudolności

Stanisław Michalkiewicz: Za parawanem nieudolności magnapolonia

   Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło.

Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.

Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swyrydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów.

Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje. Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii  już niczemu się nie sprzeciwiają.

No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.

Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz. Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”.

Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze?

Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą.

„My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza  Szpotańskiego.

   Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia  taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą  kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa.

To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać. A jak nie doczeka, to co z ni  będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści.

Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie. Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji.

Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka. Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić.

Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.

   I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.

Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jolanty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy.

A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.

Operacja „Biurokracja”. NFZ rozbuduje aparat kontroli

Operacja „Biurokracja”. NFZ rozbuduje aparat kontroli

24.07.2026 nczas/operacja-biurokracja-nfz-rozbuduje-aparat-kontroli

Nic tak wspaniale nie leczy chorych pacjentów i nie skraca kolejek do specjalistów, jak zaciąg dodatkowych niemal pięciuset urzędników. Z takiego założenia wychodzi najwyraźniej minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, która twierdzi, że „system kontrolerski Narodowego Funduszu Zdrowia musi być powiększony”.

Jolanta Sobierańska-Grenda w wywiadzie dla PAP, podsumowującym rok pracy w resorcie po objęciu przez nią teki ministra, powiedziała, że jedną z refleksji, jakie ma po tym czasie, jest konieczność powiększenia korpusu kontrolerskiego w NFZ.

– Po rozmowach z kierownictwem Narodowego Funduszu Zdrowia wiem, że korpus kontrolerski jest zbyt mały. 115 kontrolerów na 40 tysięcy umów, które są zawierane przez płatnika, to naprawdę niewielka grupa osób, które są w stanie w sposób rzetelny i taki, którego byśmy oczekiwali jako społeczeństwo, kontrolować wydatkowanie środków publicznych – powiedziała minister.

W opublikowanych w tym tygodniu założeniach do wielowątkowej noweli resort zdrowia zaproponował stworzenie mechanizmów, które umożliwią NFZ pozyskiwanie wysoko wykwalifikowanych pracowników.

„Docelowo przewiduje się zwiększenie zatrudnienia w NFZ o około 480 osób” – napisano w dokumencie. W tym 432 miałyby poszerzyć szeregi Departamentu Kontroli NFZ.
Ma to zwiększyć możliwości wykrywania nieprawidłowości w podmiotach mających umowy z NFZ.

– Oczywiście wolałabym, żeby instytucje reagowały na bieżąco i żebyśmy byli w stanie uszczelnić wydatkowanie środków tam, gdzie to potrzebne – powiedziała szefowa resortu.

Szkoda, że na całą bolączkę państwowej służby zdrowia jedynym „logicznym” rozwiązaniem w głowie polityka jest rzucenie do walki kolejnej armii urzędników. Biurokracja rozrasta się po to, by sprostać potrzebom rozrastającej się biurokracji.

PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU: Konstrukcja RBMK.

PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU: Konstrukcja RBMK.
 [Natrafiłem przy szukaniu czegoś innego – to kopiuję. 24 lipca 2026 MD]
12.04.2016.
PRZYCZYNY KATASTROFY W CZARNOBYLU. [na dziewiętnastą rocznicę katastrofy]

Konstrukcja reaktora czarnobylskiego nie była jedną z wielu, ani główną, lecz jedyną przyczyną awarii.
    Nowszych, poważnych danych nie znalazłem. Ten tekst jest uczciwy. W oryginale – dużo zdjęć, wykresów. Czerwień  w tekście – moja. MD    abazior ekologika [zabawne… w ciągu paru DNI znikł artykuł źródłowy.. czary czy co?? piszą : „Nic nie znaleziono!”Mirosław Dakowski]
  Jest jednak na poniższym adresie:] Sobota, 27 Grudzień 2008 17:56 web.archive.org/web/20150812180853/http://ekologika.pl/publikacje/45-energia-atomu/1773-przyczyna-katastrofy-w-czarnobylu-na-dziewitnast-rocznic-awarii  Tolko Google „nie widzą”…
=========================
dobra, aktualna kopia  z wykresami i zdjęciami jest już u Jacka:  http://www.wyszperane.info/2016/04/14/przyczyny-katastrofy-w-czarnobylu {Tylko dobry informatyk może to odczytać…. md)
 =================
  Elektrowni czarnobylskiej już nie ma, w grudniu 2000 r. została wyłączona. Na jej terenie rozpoczęto budowę specjalnego – obliczonego na 30 lat eksploatacji – przechowalnika stałych promieniotwórczych odpadów i zakładu ich przerobu. Wszakże po upływie dziewiętnastu lat od pamiętnej daty 26 kwietnia 1986 r., katastrofa w Czarnobylu jest nadal symbolem groźnego i nie do końca poznanego zjawiska – synonimem atomowej zagłady. Między innymi dlatego, iż powstałe skażenia promieniotwórcze były nieporównywalnie większe od tych w Hiroszimie. Kojarzenie owych dwóch wydarzeń przyczyniło się do znacznego zahamowania rozwoju energetyki jądrowej, a jednocześnie – jakby to nie brzmiało paradoksalnie – w żadnym stopniu nie powstrzymało produkcji broni jądrowej. Opinia publiczna protestuje przeciwko wykorzystaniu energii atomowej w cywilnych celach, a zarazem jest prawie całkiem obojętna wobec jej zastosowania w celach militarnych. Dzieje się tak dlatego, iż prawda o katastrofie była głęboko ukrywana, (podobnie jak dziś o broni jądrowej), a najważniejsze fakty o przyczynach jej powstania opublikowano dopiero po upływie prawie siedmiu lat.

Dotąd nieznana jest dokładna liczba śmiertelnych ofiar – spośród owej ponad sześćset-tysięcznej armii młodych ludzi, tzw. likwidatorów – poniesiona w walce z promieniotwórczym żywiołem. Nieoficjalnie wymienia się liczbę kilku tysięcy. Któż to jednak może obecnie zliczyć, kiedy rozjechali się oni po całym terytorium upadłego imperium. Ich drogi życiowe się zacierają, i nikt już zapewne nie będzie w stanie stwierdzić, ilu umarło „czarnobylską śmiercią „. Sowieckim władzom o to właśnie szło: zataić rozmiary tragedii i zminimalizować szok, jaki w opinii publicznej świata wywołała największa w dziejach cywilizacji technologiczna katastrofa. Jej przyczyny i przebieg – w niespełna cztery miesiące po wybuchu reaktora – zostały ukazane w sfabrykowanym z pośpiechem, obszernym, 370 stronicowym referacie (raporcie), przedstawionym ekspertom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA).
Gorbaczowowskiej pierestrojce należy zawdzięczać, iż ów referat mógł w ogóle ujrzeć światło dzienne.
Skala katastrofy była bowiem globalna i nie pozwalała już wówczas na obronę doktryny głoszącej: Pri socjalizmie awarij nie bywajet. Zwolennicy ujawnienia – niechby nawet zdeformowanej prawdy – o mało nie doznali fiaska. Jeden z cenzorów owego raportu pisał: „Dokument zawiera wiadomości absolutnie tajne. Uważam, że za rozgłaszanie tajemnicy państwowej autorów należy pociągnąć do partyjnej i państwowej odpowiedzialności.” W partii pojawiały się opinie, iż prawda o awarii przyczyni się do upadku prestiżu ZSRR, „przodującego państwa w dziedzinie naukowo – technicznej„. Trwający bez przerwy, pięciogodzinny referat wzbudził wielkie zainteresowanie pięćsetosobowego gremium i uzyskał aprobatę nie tylko ekspertów Agencji, lecz także szerokiego kręgu specjalistów na świecie.
Wynikała bowiem z niego – jak się wówczas także nam postronnym specjalistom wydawało – logiczna sekwencja zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy. Eksperci zaś byli zauroczeni otwartością informacji, z jaką po raz pierwszy spotkali się ze strony sowieckiej. Przyjęli ją owacją na stojąco. Zachwycone były także media. Tytuł jednej z wiedeńskich gazet głosił: „Nareszcie radzieccy uczeni mówią prawdę.” Uwiarygodniała ją również osoba referenta, wybitnego uczonego, wicedyrektora Instytutu Energii Atomowej im. I. W. Kurczatowa, akademika Walerego Legasowa. Był chemikiem, nie zajmował się w żadnym stopniu reaktorami typu czarnobylskiego. Zapewne jednak nie mógł odmówić powierzonego mu zadania. Tym bardziej, iż wchodził w skład państwowej komisji do zbadania katastrofy i ofiarnie – w ciągu prawie trzech miesięcy – uczestniczył w akcji jej likwidacji, podczas której został silnie napromieniony.
Wkrótce po konferencji autorytet Legasowa zaczął słabnąć; tracił też poparcie czynników państwowych i partyjnych. Jego nazwisko nie znalazło się na liście nagrodzonych likwidatorów awarii. Powodem był m. in. stawiany mu zarzut o wybór i realizację błędnego sposobu gaszenia pożaru reaktora za pomocą piasku i ołowiu, zrzucanych w workach z helikopterów. Przyczyniło się to do śmierci lotników. Poniósł również prestiżowe porażki: jego propozycja powołania instytutu badań technologicznych awarii, w Akademii Nauk spotkała się z obojętnością, a artykuł na temat przyczyn czarnobylskiej katastrofy – w którym odpowiedzialnością obarczał sowiecki system- na łamach gazety „Prawda” nie został opublikowany.
W drugą rocznicę katastrofy – z objawami choroby popromiennej – powiesił się w swym domu na klatce schodowej … [Zostawiając wstrząsający oskarżający list, nie opublikowany. Widziałem kopię, nie mam.  MD]
Dopiero po latach można było z całą pewnością stwierdzić, iż przygotowany przez sowieckich specjalistów raport zawierał wiele faktów nieprawdziwych, specjalnie spreparowanych w celu zmylenia fachowców i opinii publicznej. Ich wykrycie okazało się zadaniem wyjątkowo trudnym, wymagającym wieloletniej, żmudnej pracy naukowców. Niestety, bezkrytyczne zaaprobowanie przez międzynarodowych ekspertów sowieckiej wersji przyczyn katastrofy stało się powodem wielu ludzkich tragedii i zakamuflowania rzeczywistego stanu sowieckich reaktorów. Świadome, jak dziś wiemy, przedstawienie niezgodnych z prawdą wydarzeń, pozwoliło obciążyć całą winą za katastrofę personel elektrowni, zdyskredytować go w opinii publicznej, ochronić przed odpowiedzialnością – wysoko postawionych w partyjnej hierarchii – uczonych, i tym sposobem nie dopuścić do zachwiania przekonania o prymacie sowieckiej nauki w świecie.
Sfabrykowano więc oskarżenie i postawiono przed sądem wyselekcjonowaną grupę kozłów ofiarnych, w tym m.in.: Wiktora Briuchanowa – dyrektora elektrowni, Nikołaja Fomina – naczelnego inżyniera, Anatolija Diatlowa – zastępcę naczelnego inżyniera, A. Kowałenko – kierownika zmiany elektrowni i J. Łauszkina – inspektora dozoru państwowego. Na ławie oskarżonych znaleźliby się niechybnie także starszy operator reaktora, dwudziestosześcioletni inżynier Leonid Toptunow i kierownik zmiany bloku Aleksander Akimow, którym owej tragicznej nocy przyszło sterować reaktorem. Nie doszło do tego tylko z powodu ich męczeńskiej śmierci, którą – po dwóch tygodniach od wybuchu reaktora -ponieśli w moskiewskiej 6 klinice. Ich żony zostały zawiadomione listownie, iż w zaistniałych okolicznościach żadne postępowanie przeciw nim nie zostanie wszczęte. Umarli wskutek porażenia ogromnymi dawkami promieniowania. Pozostawali na swych stanowiskach nawet wówczas, gdy już się skręcali z wymiotów… Toptunowowi nie pomógł także przeszczep- ofiarowanego mu przez ojca – szpiku, a Akimowowi – szpik brata – bliźniaka. Atmosfera wokół sądu przypominała rozprawę nad kryminalistami: główną ulicę, prowadzącą do odremontowanego na tę okazję Domu Kultury, przegrodzono barierkami, zwiększono liczbę patroli. Było w tym coś z ponurej kafkowskiej scenerii: proces przy drzwiach otwartych, w silnie skażonej substancjami promieniotwórczymi, ogrodzonej drutem kolczastym zamkniętej strefie o promieniu 30 km.
Władza działała zgodnie z duchem powziętej – po dwóch miesiącach od wybuchu reaktora – decyzji o nie rozgłaszaniu szczegółów awarii, wyników leczenia ludzi i stopnia porażenia promieniowaniem osób biorących udział w likwidacji jej skutków. Na rozprawę dopuszczono 36 sowieckich korespondentów i 13 zagranicznych, lecz wyłącznie na dwie sesje: otwarcia i zamknięcia. Nie był to już jednakże okres kapturowych procesów lat trzydziestych. Pozostało wszakże z owych czasów bezprawia, głęboko zakorzenione przeświadczenie o potrzebie skazywania niewinnych, gdy wymagało tego „dobro sprawy”, tzn. za wszelką cenę nie dopuścić do „oskarżenia” sowieckiej nauki.
W tekście autorstwa kolegium redakcyjnego gazety „Prawda” – z 1 sierpnia 1987 – można było przeczytać: „Poważną nauką, srogim ostrzeżeniem przed mazgajstwem, niezdyscyplinowaniem, nieodpowiedzialnym wykonywaniem służbowych obowiązków, stał się wyrok na winnych awarii elektrowni czarnobylskiej. Przesłuchano dziesiątki świadków i ofiar, zanalizowano materiały śledztwa, wyniki pracy komisji państwowej, wnioski ekspertów i specjalistów. Wszystko to pozwoliło jeszcze raz się przekonać o właściwych przyczynach awarii, odtworzyć prawdziwy obraz zdarzenia, niezbicie udowodnić winę podsądnych…”. Pozostanie tajemnicą, w jaki sposób udało się między innymi udowodnić „naruszenie zasad bezpieczeństwa w przedsiębiorstwie szczególnie niebezpiecznym pod wzglądem wybuchowym”, do którego ani w owym czasie, ani teraz – elektrownie atomowe nie były i nie są zaliczane. Oskarżeni nie przyznali się do zarzucanych im przestępczych czynów. Sąd skazał W. Briuchanowa, N. Fomina, A. Diatłowa na dziesięć, B. Rogożkina (kierownika zmiany elektrowni, tej fatalnej nocy)- na pięć, A. Kowałenko – na trzy, a J. Łauszkina – na dwa lata pozbawienia wolności. Skazanych więzili, jak kryminalistów. Dyrektora Briuchanowa skierowano do kolonii karnej. Siedział wspólnie z pospolitymi przestępcami i kryminalistami, w otoczonym drutem kolczastym baraku z trzypiętrowymi pryczami. Los inż. Fomina był jeszcze cięższy: kilka lat odbywał wyrok w psychiatrycznym więziennym szpitalu . Nie pomogła diagnoza Instytutu Ogólnej Psychiatrii Sądowej im. prof. W.P. Serbskiego, kwalifikująca skazanego do zwolnienia od odbywania kary. A i pozostałym więźniom nie powodziło się zapewne lepiej. Później, W. A. Żilcow – występujący na rozprawie w charakterze eksperta – wypowiedział się o niej zupełnie jednoznacznie: „…
Tak jak ja rozumiałem, jak rozumiała większość mych kolegów, gra toczyła się do jednej bramki: udowodnić w sposób niepodważalny winę personelu eksploatacyjnego, i jak widać z wyroku, udało się to w pełni. Twierdzę, iż właściwi winowajcy, twórcy apokalipsy, uniknęli kary. Na ławie oskarżonych znaleźli się szeregowi wykonawcy, którzy wywołali awarię nieświadomie…”. N. A. Steinberg, pracownik elektrowni w Czarnobylu i uczestnik likwidacji awarii, późniejszy zastępca przewodniczącego Państwowego Komitetu ZSSR ds. Nadzoru nad Bezpieczeństwem Prac w Przemyśle i Energetyce Jądrowej ( dzisiaj, szef dozoru nad bezpieczeństwem jądrowym Ukrainy), wspominał:
„…Miało się wrażenie, iż proces odbywał się w pośpiechu, wielu spraw nie udało się wyjaśnić. Do dziś nie rozumiem, po co zostałem powołany na świadka. Przesłuchanie trwało nie więcej niż 10-15 minut. Szczegółowo odpowiedzieć na pytania i zadać je oskarżonym, członkom komisji, ekspertom – nie udało się . Teraz, gdy opublikowane zostały wyniki naszych i zagranicznych prac badawczych, stało się całkowicie jasne, iż nie same błędy obsługi doprowadziły do katastrofalnych skutków. Myślę, iż właściwiej by było przeprowadzić śledztwo dodatkowe. Prawda i sprawiedliwość powinny być przywrócone…”
Dwa lata później – na znak protestu przeciw sfingowanemu procesowi – wystąpił z partii. Sąd wprawdzie postanowił wszcząć osobne postępowanie w odniesieniu do osób odpowiedzialnych za projekt reaktora, jednakże do tego nigdy nie doszło. Władza nie była zainteresowana w rozszerzaniu śledztwa, gdyż wyświetlanie technicznych przyczyn awarii mogło się przyczynić do dyskredytacji sowieckiej atomowej energetyki. W świetle obecnego stanu wiedzy, praktycznie wszystkie zarzuty odnośnie do błędnego lub niezgodnego z zasadami postępowania operatorów zostały również zrewidowane. Większość była bowiem sformułowana w perfidny sposób: na podstawie domniemanego pogwałcenia zasad, które wprowadzono do regulaminu dopiero po awarii. Anatolij Diatłow, po odsiedzeniu czterech lat więzienia, w emocjonalnym piśmie do MAEA podnosił m. in. i tę kwestię. Postanowił dać świadectwo prawdzie i zainicjować kampanię oczyszczania siebie, swych kolegów i podwładnych (niektórych już pośmiertnie) – od bezpodstawnego zarzutu winy o spowodowanie katastrofy. Zapewne nikt lepiej od niego nie orientował się w sytuacji jaka owej fatalnej nocy zaistniała na reaktorze czwartego bloku. Był przecież odpowiedzialny za przebieg przeprowadzanego wówczas eksperymentu.

[Czarnobylski reaktora typu RBMK – 1000 (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj; moc elektryczna: 1000 MW, poziom obsługi: 19,2 m, poziom suwnicy: 44,67 m, reaktor jest usytuowany w szybie o wymiarach 21,6×21,6×25,5 m, średnica rdzenia reaktora: 11,8 m, grubość górnej płyty o średnicy 17,5 m wynosi 3 m) ] Doświadczalnie starano się o sprawdzić, czy w awaryjnej sytuacji nagłego odłączenia się elektrowni od państwowej sieci, można utrzymać – przez dostateczny czas – zasilanie elektryczne układu chłodzenia reaktora, wykorzystując w tym celu energię wirującego (pod wpływem siły bezwładności) turbogeneratora. Rezerwowym źródłem zasilania były prądnice napędzane silnikami Diesla. Jednakże (od momentu uruchomienia) osiągały one moc znamionową dopiero po 65 sekundach, co mogłoby być zbyt długą przerwą w działaniu głównych pomp cyrkulacyjnych, a wirujący jakiś czas turbogenerator (z odpowiednim układem regulacji napięcia)- przez skrócenie bezprądowego okresu – pozwoliłby temu zapobiec. Na ok. 20 minut przed wybuchem operator uregulował moc na poziomie, określonym w programie mającego się odbyć doświadczenia.
Jednakże wskutek zachodzących w reaktorze procesów fizycznych stan reaktora nie był stabilny. Moc samoczynnie wolno wzrastała, a jej rozkład przestrzenny w rdzeniu odznaczał się dużą niejednorodnością: w dolnej połowie gęstość mocy była znacznie większa niż w górnej. Zmuszało to operatora do ciągłej regulacji. Gdy stwierdzono, iż dalsze zabiegi nie doprowadzają do ustabilizowania pracy reaktora, zdecydowano się na natychmiastowe wyłączenie. Charakteryzując sytuację w tym czasie, Diatłow pisał w artykule „26 April 1986” („Nuclear Engineering International”, April 1996) m.in.: „W sterowni panowała cisza, nie było rozmów. Gdy ktoś się odezwał odwróciłem się i spostrzegłem, że operator Leonid Toptunow mówił coś do Aleksandra Akimowa (kierownika zmiany). Znajdowałem się o ok. 10 metrów od nich i nie mogłem zrozumieć, co powiedział operator. Sasza Akimow, wskazując palcem: „naciśnij przycisk”, polecił mu reaktor wyłączyć (tzn. zrzucić pręty bezpieczeństwa). Sam zaś zbliżył się do pulpitu sterowania i obserwował przyrządy. W ich zachowaniu nie było jakiegoś specjalnego zaniepokojenia. Rozmawiali cicho, a i polecenie wydane było niegłośno.
Potwierdził to G. P. Metłenko (z zakładu „Donenergo”, producenta generatorów, odpowiedzialnego za nadzór nad elektrotechniczną częścią doświadczenia), a także brygadzista A. Kuchar z działu elektrycznego, który przed chwilą był wszedł do sterowni…. Nagle rozległ się wybuch. Z sufitu posypały się odłamki płytek. Spojrzałem na górę, i w tym momencie całym budynkiem wstrząsnął drugi wybuch. Światło zgasło i szybko się pojawiło. Na wielu wskaźnikach światło pulsowało… Sądziłem, że reaktor został wyłączony. Spojrzałem na pulpit, pręty bezpieczeństwa ( nie osiągnąwszy krańcowej dolnej pozycji) zatrzymały się w połowie wysokości rdzeniu reaktora… Operatorzy nie wiedzieli co czynić, podobnie jak i ja…” W sterowni powstało zamieszanie. „Nic nie rozumiem! Co za diabelstwo?! Postępowaliśmy prawidłowo.. ” – wykrzykiwał zdenerwowany Akimow. Nikt z obecnych nie mógł zrozumieć, co się stało, tym bardziej, iż postępowanie operatorów cechowało opanowanie, nie było w nim żadnych oznak zdenerwowania, a nade wszystko, z punktu widzenia zasad bezpieczeństwa, było całkowicie poprawne.
Zasady mówią bowiem, iż niezależnie od jakichkolwiek okoliczności, jeśli kierownik zmiany jest przekonany o konieczności wyłączenia reaktora – może to zawsze uczynić, bez uzgodnienia swej decyzji z kimkolwiek. Jest to jego prawo, a zarazem obowiązek. I tak właśnie postąpił Akimow.
W pierwszej chwili podejrzenie padło na zbiornik wody w układzie chłodzenia, a nie na reaktor. Chwilę później skonstatowali, iż mógł to być wybuch powstałej mieszaniny piorunującej wodoru i tlenu. Wkrótce jednak, rozwój sytuacji radiologicznej zmusił do ustalenia innej diagnozy. Diatłow długo nie mógł pojąc przyczyny zdarzenia. W rozmowach z operatorami powracał do tej sprawy również w palarni papierosów moskiewskiego szpitala, w którym – wskutek porażenia promieniowaniem (otrzymał dawkę ok. 400 rem = 4 Sv, co odpowiada 50% letalnej dawki, tzn. powodującej śmierć połowy osobników ) – wraz z nimi się znalazł. Odkrywanie prawdy było procesem mozolnym. Obalenie oficjalnej sowieckiej wersji przyczyn katastrofy wymagało przeszło sześciu lat. Dopiero bowiem po tym okresie, MAEA opublikowała dokument rewidujący jej pierwotne stanowisko (Safety series No. 7S-INSAG-7, IAEA, Vienna, 1992). Jak się to mogło stać, iż Międzynarodowy Zespól Doradców ds. Bezpieczeństwa (MZDB) potrzebował tylu lat, by skorygować swą pierwotną opinię o katastrofie, podkreślmy – w całej rozciągłości zaakceptowaną na Zachodzie? Przecież już wkrótce po pierwszym posiedzeniu MZDB (sierpień, 1986), szef sowieckiej delegacji Legasow zauważył enigmatycznie, iż w swym referacie zawarł jedynie połowę historii.
W związku z takim obrotem sprawy nie brakuje obecnie wątpliwości, co do efektywności pracy MZDB, niezawisłości jego sądów i dociekliwości w poszukiwaniu prawdziwych przyczyn awarii. Dlaczego eksperci MAEA z takim uporem wzbraniali się przed bezpośrednimi rozmowami z inżynieriami, obecnymi owej nocy – z 25 na 26 kwietnia 1986 r. – na zmianie? Czyż nie należało poddać sprawdzeniu sowiecką informację, iż „naruszenie zatwierdzonego programu realizacji eksperymentu, niedbalstwo przy sterowaniu reaktorem – świadczą o niedostatecznym rozumieniu przez personel specyfiki zachodzących w reaktorze jądrowym procesów technologicznych i utracie przezeń poczucia niebezpieczeństwa”? Awaria, według sowieckich ekspertów, przybrała rozmiary katastrofalne dlatego, iż personel doprowadził reaktor do takiego – niezgodnego z przepisami – stanu, w którym nastąpił jego samoczynny rozbieg, czyli ciągły (dodajmy: względnie powolny) wzrost mocy. Gdyby nawet przyjąć, że personel rzeczywiście doprowadził do takiego nienormalnego stanu, co w świetle nowej, zrewidowanej opinii MAEA nie miało miejsca, to dlaczego reaktor nie wyłączył się automatycznie, lecz – uprzedzając działanie automatyki – usiłował uczynić to operator. No, i pytanie najważniejsze: dlaczego zawczasu uruchomiony przez operatora system awaryjnego wyłączania nie spowodował zatrzymanie pracy reaktora, czyli nie spełnił swej funkcji? Już po upływie zaledwie paru miesięcy od sprawozdania Legasowa – w wyniku niezależnie przeprowadzonej analizy za pomocą modelowania matematycznego – Departament Energetyki USA wykazał, iż podczas wyłączania reaktora wystąpił impuls mocy. Pierwsze komputerowe obliczenia (charakterystyka 2 na rys. 2.) były przeprowadzone na podstawie sowieckich danych przy założeniu, iż impuls mocy został wywołany efektem parowania wody, tzn. w miarę spadku gęstości właściwej wody, współczynnik mnożenia neutronów wzrastał, czyli następował proces przyspieszenia reakcji łańcuchowej.
Rozbieżność między ich obliczeniami a sowieckimi dawało się usunąć jedynie przy sztucznym zwiększeniu współczynnika mnożenia ponad wartość, będącą wyłącznie skutkiem procesu parowania wody. Okazało się bowiem, iż sam wzrost temperatury wody wywołujący parowanie był efektem niedostatecznym. Ten dziwny zabieg naprowadził amerykańskich analityków na myśl, iż potencjalną przyczyną – dla której trzeba było wprowadzić dodatkowy przyrost współczynnika mnożenia – stał się defekt układu zabezpieczeń reaktora. Amerykanie nazwali go żargonowo: „positive scram„, co w wolnym przekładzie można by oddać jako: dodatni efekt szybkiego wyłączenia, czyli zrzut prętów bezpieczeństwa (polegający na odwzbudzeniu elektromagnesów, za których pomocą były podtrzymywane) powodował przyrost współczynnika mnożenia.
Stwierdzono, iż ów „positive scram” mógł w znacznym stopniu przyczynić się do wzrostu piku mocy. Była to pierwsza publiczna wiadomość, wskazująca na fakt zdawałoby się zupełnie niewiarygodny: uruchomienie systemu wyłączenia reaktora, zamiast „wygaszania” reakcji łańcuchowej – zintensyfikowało jej lawinowy rozwój. Obrazowo mówiąc, powstała sytuacja jak z samochodem, który wskutek naciśnięcia pedału hamulca doznaje nagle przyspieszenia. Konstrukcję pręta regulacyjnego (bezpieczeństwa ) – wykonanego z materiału silnie pochłaniającego neutrony – ilustruje rysunek 3. W celu wyeliminowania słupa wody, który zapełniał kanał regulacyjny (gdy pręt znajdował sie w pozycji krańcowej górnej), zawieszono pod nim specjalny wypełniacz z grafitu – materiału słabo pochłaniającego neutrony. Woda w kanale (ze względu na własności fizyczne) w przeważającym stopniu odgrywała rolę pochłaniacza neutronów. Wobec tego, w przypadku jej usuwania przez opadający pręt następowałoby zintensyfikowanie reakcji łańcuchowej, czyli wzrost współczynnika mnożenia neutronów. Temu zjawisku właśnie miał zapobiegać ów grafitowy wypełniacz. Jednakże wskutek błędnej konstrukcji pokrywał kanał jedynie na odcinku 4,5 m, pozostawiając nad i pod nim słupy wody o wysokości 1,25 m. Podczas wchodzenia pręta do górnej przestrzeni rdzenia, następowało niewielkie zmniejszenie współczynnika mnożenia, natomiast wypełniacz, wypychając wodę w dolnej części (gdzie gęstość mocy była o wiele większa, niż w górnej połowie rdzenia) – przyczyniał się do znacznego wzrostu współczynnika. Z obliczeń wynikało, iż uruchomiony przez operatorów system awaryjnego wyłączenia reaktora spowodował przekroczenie progowej wartości współczynnika mnożenia, poza którą przebieg reakcji łańcuchowej (w każdym reaktorze) przybiera nie dający się opanować gwałtowny charakter. W ślad za Amerykanami, głębszą analizę przeprowadzili kanadyjscy naukowcy.
Nie tylko potwierdzili amerykańską diagnozę, lecz określili również, iż w ciągu ok. 2 sekund od naciśnięcia przycisku awaryjnego wyłączania reaktora, moc wzrosła ponad stokrotnie.
Na rysunku 4 widać paradoksalny obraz: mianowicie, gdyby operator nie uruchomił awaryjnego systemu wyłączania, nie powstałby impuls mocy („positive scram”) i do katastrofy by nie doszło. Przyrost mocy byłby powolny, wzrost ciśnienia pary spowodowałby zmniejszenie intensywności parowania, a przez to – redukcję mocy, i nie doprowadziłby do zniszczenia reaktora. Niestety, ani kierownik zmiany wydający polecenie wyłączenia reaktora, ani nikt w elektrowni nie był tego świadom. Nikt w Czarnobylu nie wiedział o tym, iż błędnie skonstruowany układ zabezpieczeń, w pewnych sprzyjających okolicznościach, mógł się stać przyczyną awarii. Mogło do niej dojść w jakiejkolwiek innej tego typu elektrowni. Jedynie przypadkowy splot zdarzeń sprawił, że stało się to udziałem elektrowni czarnobylskiej.
Reaktor był w znacznym stopniu przemoderowany, co oznacza, że miał nadmiar materiału spowalniającego prędkość neutronów: grafitu i wody. W przypadku wzrostu temperatury – moc reaktora rosła. Zachowanie się reaktora w takiej sytuacji ilustruje rys. 5. [—-]. Z tego wynika, że reaktor nie posiadał inherentnych cech biernego bezpieczeństwa, tzn. takich, które hamują rozwój reakcji łańcuchowej przy awaryjnym wzroście temperatury. Obecnie, na podstawie wielu niezależnych analiz (w tym także rosyjskich) można sformułować wniosek, iż naciśnięcie przez operatora – o 1 godz. 23 min. 40 sek., dnia 26 kwietnia 1986 roku – awaryjnego przycisku, było logiczną, całkowicie zgodną z zasadami, próbą wyłączenia niewłaściwie zachowującego się reaktora, a stało się impulsem do powstania awarii. Obok nienormalnego zjawiska wzrostu mocy podczas wyłączania, reaktor typu czarnobylskiego, dodatkowo odznaczał się wyjątkowo niebezpieczną charakterystyką fizyczną, z której powodu nigdy nie powinno się go było dopuścić do eksploatacji.
Chodzi bowiem o to, że w sprzyjających warunkach, wcale nierzadko występujących, reaktor w sposób samoczynny – bez jakiejkolwiek ingerencji operatora – mógł zwiększyć moc. Zjawisko to stało się przyczyną awarii elektrowni leningradzkiej 30 listopada 1975 r., w której wyniku doszło do uszkodzenia elementów paliwowych i skażenia promieniotwórczymi substancjami . A pięć lat później, podobne zdarzenie powstało na drugim bloku elektrowni czarnobylskiej. Natomiast groźny efekt nagłego wzrostu mocy, uwarunkowany błędem konstrukcyjnym układu zabezpieczeń, czyli tzw. „positive scram” został zaobserwowany w 1983 r. w elektrowni litewskiej (również typu czarnobylskiego), w Ignalinie. Sowieccy specjaliści wiedzieli więc, że problem jest wątkowo poważny, na co wskazywał dokument dr. W. A. Sidorenki – pracownika naukowego Instytutu im. I. W. Kurczatowa – z 23 grudnia 1983 r., a mimo to zaradczych kroków nie podjęli. [w oryginale: Pierwsza strona listu dr W. A. Sidorenki do I. J. Jemieljanowa, wicedyrektora Naukowo – Badawczego i Konstrukcyjnego Instytutu Energetycznej Techniki (NIKIET: Nauczno – Issledowatelskij i Konstruktorskij Institut Energeticzeskoj Techniki) i E. W. Kulikowa z Ministerstwa Przemysłu Maszyn Średnich.] (…W czasie rozruchu reaktora RBMK, przy opuszczaniu pręta regulacyjnego do rdzenia zaobserwowano wzrost reaktywności (tzn. wzrost współczynnika mnożenia neutronów), gdy pręt znajdował się na głębokości 1,2 m. Z punktu widzenia fizyki efekt jest uwarunkowany tym, iż podczas wprowadzanie pręta do górnej części rdzenia, z jego dolnej części następuje wypychanie słupa wody przez znajdujący się tam wypełniacz….). Nuclear Engineering International”, April 1996 r.; dr n. t. Wiktor Aleksiejewicz Sidorenko, od 1952 r. pracownik Instytutu im. I. W. Kurczatowa, był dyr. ds. naukowych, od 29.12.1981 r. członek – korespondent Ros. Akademii Nauk, wybitny specjalista w dziedzinie bezpieczeństwa reaktorów. 20 lat później Sidorenko powróci do treści tego listu. W artykule: „Uwagi do przyczyn i skutków czarnobylskiej awarii” („Energija”, 2003, nr 4) napisze:
„…Możliwość wystąpienia wielkiej awarii reaktora RBMK została zanalizowana na podstawie, zakończonych w 1983 r., naukowo – technicznych badań w Instytucie Energii Atomowej (IEA) im. I. W. Kurczatowa. … Za naukowe opracowanie projektu RBMK odpowiadał IEA im. I. W. Kurczatowa (personalnie, akademik A. P. Aleksandrow), a za konstrukcję – Naukowo Badawczy i Konstrukcyjny Instytut Energetycznej Techniki (personalnie, akademik N. A. Dolleżal). Rozwój sytuacji wokół badań prowadzonych w IEA faktycznie odzwierciedlał nadzwyczaj beztroski (ogólny) stosunek do prawdopodobieństwa wystąpienia poważnej awarii w atomowej elektrowni. Badania pokazywały, że możliwość wystąpienia ciężkiej awarii RBMK została stwierdzona nie jako zdarzenie hipotetyczne, ale jako przypadek realny, mogący powstać wskutek wad w konstrukcji urządzeń sterowania reaktora. Specjalistów IEA – zajmujących się fizyką rdzenia RBMK – niepokoił wzrost reaktywności (czyli współczynnika mnożenia neutronów) przy opuszczaniu pochłaniających (neutrony) prętów systemu sterowania i zabezpieczeń. Wiązało się to z konstrukcyjną osobliwością wykonawczych organów(prętów bezpieczeństwa), co zostało udowodnione na podstawie obliczeń i ustalone doświadczalnie podczas rozruchu atomowych elektrowni. Przeprowadzona była również obliczeniowa analiza – możliwych do powstania – awaryjnych procesów w niekorzystnych sytuacjach rdzenia reaktora i warunkach eksploatacji. Analitycy byli wynikami przestraszeni, gdyż skala możliwej awarii wykraczała daleko poza ramy projektowych awaryjnych procesów.
Pismo na temat otrzymanych wyników, skierowane do Ministerstwa Budowy Maszyn Średnich (zakamuflowana organizacja budowy atomowych elektrowni) i głównego konstruktora RBMK, zostało zredagowane bez panikarskiego zabarwienia, jednakże z wyraźnym wskazaniem na konieczność usunięcia ujawnionego w konstrukcji defektu . W odpowiedzi głównego konstruktora, uzgodnionej z Głównym Zarządem Ministerstwa, z naciskiem podkreślano, że defekt jest znany, wystąpienie niebezpiecznej sytuacji w warunkach eksploatacyjnych reaktora jest mało prawdopodobne, i że zasadnicze rozwiązanie problemu zostaje przesunięte na czas planowanej w przyszłości rekonstrukcji organów sterowania. Naukowe kierownictwo (w celu naprawy zaistniałej sytuacji) nie przejawiło wytrwałości w stopniu odpowiadającemu realnemu zagrożeniu, związanemu z eksploatacją urządzeń sterowania. I krąg (spraw) się zamknął.” Dobitniej wskazać na personalną odpowiedzialność za czarnobylską tragedię nie można. Czy o tym wszystkim mogli nie wiedzieć akademik Legasow i towarzyszący mu w Wiedniu eksperci? Istniała również znacznie aktualniejsza – bo sporządzona parę dni po awarii – informacja wskazująca, że bardzo prawdopodobną przyczyną awarii stał się wadliwie skonstruowany system awaryjnego wyłączania reaktora, a nie błędy, czy niezgodne z zasadami poczynania operatorów.
Jej autorem był W. P. Wołkow, pracownik naukowy Instytutu im. I. W. Kurczatowa, zajmujący się zagadnieniami bezpieczeństwa reaktorów typu czarnobylskiego (RBMK). A pod koniec maja 1986r., w raporcie Ministerstwa Energetyki również znalazł się postulat o potencjalnej przyczynie wybuchu reaktora, tkwiącej w owym nieszczęsnym systemie awaryjnego wyłączania. Niepodważalnym dowodem tendencyjnego przedstawienia faktów stały się dwa posiedzenia (2 i 17 czerwca 1986) Międzyresortowej Rady ds. Nauki i Technologii, którym przewodniczył ówczesny prezes Akademii Nauk ZSSR, a zarazem dyrektor Instytutu im. I. W. Kurczatowa (głównej placówki naukowej w dziedzinie rozwoju reaktorów typu czarnobylskiego) – A. P. Aleksandrow. Zaprezentowane tam obliczenia, wskazujące, iż awaria powstała przede wszystkim w wyniku defektów w konstrukcji reaktora, zostały zbagatelizowane, a za wyłączną przyczynę uznano błędne postępowanie operatorów. W następstwie owej decyzji Rady, informacje sowieckich ekspertów przedstawione później MAEA i opinii publicznej – zostały zafałszowane. Referat sowiecki stwarza wrażenie, iż personel reaktora nie posiadał odpowiedniej wiedzy o procesach fizycznych w nim zachodzących, jak gdyby obsługiwali go ludzie o niedostatecznych kwalifikacjach. Wszakże o fachowości i wysokim profesjonalizmie Diatlowa świadczą dobitnie nie tylko jego publikacje, lecz również wypowiedzi współpracowników, dla których był niezaprzeczalnym autorytetem. W grudniu 1995 r., w wieku 65 lat umarł w Kijowie wskutek choroby popromiennej. Młody, bo zaledwie trzydziestotrzyletni Aleksander Akimow również był doskonale przygotowany do sprawowania swej funkcji. Maturę zdał z wyróżnieniem, z podobnym wynikiem ukończył Moskiewski Instytut Energetyki, w którym uzyskał dyplom inżyniera w dziedzinie automatyki układów sterowania elektrowni jądrowych. Miał za sobą dziesięcioletni staż pracy w tych elektrowniach. Kilkakrotnie przechodził 3-4 miesięczne, specjalistyczne przeszkolenie w Obninsku – centrum szkolenia kadry dla elektrowni atomowych – gdzie uzyskiwał noty celujące i posiadał doskonalą opinię. Wyniki analiz cech osobowych i charakterystyk socjo-psychologicznych operatorów czarnobylskiej elektrowni , przeprowadzonych przed i po awarii przez Laboratorium Badań Psychologicznych przy Ministerstwie Energetyki Atomowej ZSSR, potwierdzają opinię, iż personel był zupełnie typowy, odpowiedzialny, o dostatecznych kwalifikacjach.
Słowem, nie był ani lepszy, ani gorszy od personelu innych elektrowni jądrowych ZSSR, co wyklucza istnienie u niego cech nadzwyczajnych, mogących być przyczyną przypisywanych mu błędów, czy pogwałcenia zasad eksploatacji. To nie byli troglodyci ani samobójcy. Problemy socjopsychologiczne, warunkujące bezpieczną eksploatację, wiązały się ściśle z poziomem bytu materialnego pracowników elektrowni jądrowych w ogóle, operatorów zaś w szczególności. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, iż za pulpitem operatorskim stali ludzie, których swoboda działania była ograniczona omnipotencją systemu sowieckiego. Przejawem tego były strach przed wyrzuceniem z względnie dobrze opłacanej pracy, całkowita uległość wobec przełożonych, bezkrytyczny stosunek do wydawanych poleceń i brak odwagi w podejmowaniu samodzielnych decyzji .
O warunki bytowania trzeba było uporczywe się starać. Jaskrawym przykładem może być sytuacja kierownika zmiany I. Kazaczkowa, który będąc starszym operatorem, mieszkał z pięcioosobową rodziną w jednopokojowym mieszkaniu. O odpoczynku, rzecz jasna, nie było mowy. Zwrócił się więc do dyrektora, by jakoś tę sprawę rozwiązać, wskazując przy tym, iż niedawno przyjęta do pracy sprzątaczka dostała trzypokojowe mieszkanie . „Dajcie lepiej mnie, ona przecież jest sprzątaczką, a ja odpowiadam za blok” – argumentował. W odpowiedzi usłyszał: „A czemuż ty uważasz, iż jesteś więcej wart, niż sprzątaczka? Ona jest człowiekiem sowieckim, i ty jesteś człowiekiem sowieckim„.
Oto dlaczego, będąc kierownikiem zmiany bał się przejawiać samodzielność, był bowiem zależny od „systemu” pod każdym względem: finansowym i moralnym. Mogli z nim – jak sam przyznawał – robić, co chcieli. MAEA, w swej konkluzji dotyczącej przyczyn katastrofy, usilnie zwraca uwagę na ogólny brak w ZSSR kultury w dziedzinie bezpieczeństwa energetyki atomowej. W warunkach partio-kratycznego systemu i powszechnego bezprawia, zasady bezpieczeństwa były gwałcone na wszystkich etapach konstruowania i eksploatacji atomowych elektrowni. Jeśli więc katastrofę czarnobylską rozpatrywać w kategoriach odnoszących się do pojęcia: „kultura bezpieczeństwa”, to można stwierdzić, iż deprecjonowanie owej kultury było nagminne: ustawowych norm bezpieczeństwa nie przestrzegali naukowcy, konstruktorzy, ciała ministerialne i dozór jądrowy, a także personel eksploatacyjny elektrowni. Potwierdza to, opublikowany w 1991 r. raport komisji powołanej przez Państwowy Komitet ZSSR ds. Nadzoru nad Bezpieczeństwem Prac w Przemyśle i Energetyce Jądrowej na temat przyczyn katastrofy czarnobylskiej. Komisja składająca się z wybitnych ekspertów, pracująca pod przewodnictwem N. A. Steinberga, po wszechstronnym zanalizowaniu sowieckich i zagranicznych ocen przyczyn awarii, doszła do następujących zasadniczych wniosków. 1. Konstrukcja reaktora nie spełniała kilkunastu podstawowych norm i zasad bezpieczeństwa, ujętych w wytycznych projektowania elektrowni atomowych, oficjalnym dokumencie prawnym obowiązującym wówczas w ZSSR.
Aby nie epatować Czytelnika specjalistycznymi terminami i wywodami, z owych norm – dla ilustracji -przytoczmy jedynie kilka, odnoszących się do podstawowych kanonów bezpieczeństwa. Paragraf 3.3.1 stanowi: „Systemy kontroli i zabezpieczeń reaktora muszą gwarantować pewność kontroli mocy (reakcji łańcuchowej) i szybkie wyłączanie reaktora”. Paragraf 3.3.21 stanowi: „Systemy kontroli i zabezpieczeń reaktora muszą zawierać szybko-działający układ awaryjny, zapewniający – w awaryjnej sytuacji – automatyczne wyłączanie”. Paragraf 3.3.26 stanowi m.in.: „System awaryjnego wyłączania reaktora musi – w przypadku naciśnięcia awaryjnego przycisku – w sposób automatyczny, szybki i pewny zatrzymywać rozwój reakcji łańcuchowej”. 2. „Działania personelu eksploatacyjnego nie były całkowicie zgodne z instrukcją operacyjną. Niektóre odstępstwa nie miały w ogóle wpływu na rozwój awarii, inne przyczyniły się do powstania sprzyjających warunków, w których przejawiły się ujemne cechy konstrukcyjne reaktora. Te nieprawidłowe działania personelu były w większości skutkiem niedostatecznej eksploatacyjnej dokumentacji , nieadekwatnej do niskiej jakości konstrukcji reaktora. Personel nie był świadom istnienia owych ujemnych, groźnych cech reaktora, przeto nie zdawał sobie sprawy ze skutków ewentualnych odstępstw od niektórych eksploatacyjnych przepisów. Fakty te wskazują na ewidentny brak „kultury bezpieczeństwa” u personelu, lecz przede wszystkim także u konstruktorów i organizacji eksploatujących elektrownie jądrowe.” Komisja stwierdziła, iż „awaria została zainicjowana w wyniku naciśnięcia przez starszego operatora przycisku awaryjnego wyłączania reaktora”.
Pozwala to – za Anatolijem Diatłowem – skonstatować, że konstrukcja reaktora czarnobylskiego nie była jedną z wielu, ani główną, lecz jedyną przyczyną awarii. Wielokrotnie przy omawianiu niedostatków i wad konstrukcyjnych reaktora typu RBMK, podkreślano brak nad tym reaktorem kopuły, tzw. obudowy bezpieczeństwa, która by mogła zapobiec czarnobylskiej katastrofie.
Dla zobrazowania parametrów takiej gazoszczelnej kopuły – stosowanej przy budowie reaktora wodnego ciśnieniowego – podamy, iż np. konstrukcja o wysokości ponad 50 m i średnicy ok. 45 m jest zdolna do wytrzymania nadciśnienia ok. 4,0 MPa (150 st. C) i wstrząsów sejsmicznych: maks.7 stopni w skali Richtera. Grubość zewnętrznej powłoki ze wstępnie sprężonego betonu osiąga ok. 1,5 m, a wewnętrznej stalowej wykładziny: 6 – 12 mm. W związku z tym akademik Sidorenko zwraca uwagę na to, iż żaden projekt obudowy bezpieczeństwa reaktora typu RBMK nie byłby oparty na założeniu opanowania maksymalnej awarii, podobnej do zaistniałej w Czarnobylu, gdyż możliwość jej powstania – na podstawie istniejących norm – powinna była być wykluczona. Zatem, skonstruowana obudowa nieuchronnie uległaby zburzeniu. Najprawdopodobniej zmniejszyłaby się wysokość przenikania promieniotwórczych substancji do atmosfery, a co za tym – skala ich globalnego rozprzestrzeniania się. Jednocześnie mogły by znacząco wzrosnąć skażenia wokół elektrowni oraz w pobliskich miejscowościach. Bardziej dokładna ilościowa analiza wymaga matematycznego modelowania.

Misja zmiany reżimów udaremniona: Jemeńska Ansarallah odkrywa siatkę szpiegowską Arabii Saudyjskiej, Mossadu i CIA.

Misja zmiany reżimów udaremniona: Jemeńska Ansarallah odkrywa siatkę szpiegowską Arabii Saudyjskiej, Mossadu i CIA, której celem było obalenie przywódców

Autorzy: Robert Inlakesh i Ahmed Abdulkareem

Niedawno ujawnione dokumenty ujawniają, że podczas gdy siły jemeńskie nasiliły działania militarne i blokadę Morza Czerwonego przeciwko Izraelowi podczas ludobójstwa w Strefie Gazy, jednocześnie powstał tajny sojusz wywiadowczy i zaawansowana sieć szpiegowska pomiędzy saudyjskim wywiadem, izraelskim Mosadem i CIA w Rijadzie, której celem była zmiana reżimu w Sanie poprzez zabójstwa polityczne, wewnętrzny rozpad Ansarallah, dezercję personelu wojskowego i zdobywanie informacji za pośrednictwem organizacji charytatywnych.

Niedawno odkryte dokumenty, w połączeniu z zeznaniami domniemanych członków siatki szpiegowskiej działającej w Jemenie, ujawniają plan wykraczający daleko poza gromadzenie informacji wywiadowczych w celu zbudowania bazy danych celów w kraju. Władze Jemenu twierdzą, że plan zakładał zamordowanie czołowych przywódców politycznych i wojskowych kraju, a jednocześnie demontaż obecnej struktury rządowej Ansarallah. Argumentują, że przygotowywany jest reżim kontrolowany przez Arabię ​​Saudyjską, który miałby go zastąpić, co zniechęciłoby Jemen do wspierania sprawy palestyńskiej.

Według jemeńskich śledczych, operacja przypominała kampanie wywiadowcze prowadzone wcześniej przeciwko Hezbollahowi w Libanie, a także te mające na celu umożliwienie ataków dekapitacyjnych na wysoko postawionych irańskich urzędników. Domniemanymi celami byli m.in. przywódca Ansar Allah Abdulmalik al-Huti, prezydent Mahdi al-Mashat, minister obrony, szef sztabu, członkowie biura politycznego Ansar Allah oraz liczni wysoko postawieni dowódcy wojskowi. W centrum domniemanej zmiany władzy politycznej znajdował się były generał wywiadu wojskowego Ali al-Sajani, który, według jemeńskich urzędników, był przygotowywany za granicą do kierowania pro-rijadzkim rządem po zamachu stanu.

Odkryto tajne pomieszczenie operacyjne

Pod koniec ubiegłego roku siły bezpieczeństwa w Sanie ogłosiły, że rozbiły „wyrafinowaną siatkę szpiegowską”. Później jednak odkryły szereg siatek powiązanych ze wspólnymi centrami operacyjnymi – obsługiwanymi przez członków saudyjskiego wywiadu, CIA i Mossadu – działających z Rijadu.

Jemeńscy urzędnicy stwierdzili, że sieć składała się z kilku odizolowanych komórek wywiadowczych rozproszonych w prowincjach Sana, Sa’da i Al-Hudajda. Każda komórka podobno działała niezależnie, pozostając jednocześnie w kontakcie z centralnym ośrodkiem dowodzenia znajdującym się po drugiej stronie granicy, w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej.

Władze Jemenu twierdziły, że agenci mieli za zadanie zbierać informacje wywiadowcze na temat wysokich rangą urzędników rządowych, przywódców Ansar Allah, dowódców wojskowych i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Komórki otrzymały również polecenie mapowania siedzib rządowych, monitorowania ruchów urzędników oraz identyfikowania krytycznej infrastruktury wojskowej, w tym zakładów produkujących broń oraz wyrzutni pocisków balistycznych i dronów.

W wywiadzie dla MintPress News Nasr al-Din Amer, wysoki rangą przedstawiciel Ansar Allah i zastępca szefa wydziału medialnego tego ruchu, opisał to, co nazwał próbą demontażu całej struktury przywódczej Jemenu.

„Istniał szeroko zakrojony plan wymierzony w struktury kierownicze administracji cywilnej, wojska, służb bezpieczeństwa, a nawet mediów. Rozbite komórki były częścią operacji wywiadowczej, której celem było osłabienie potencjału ofensywnego i defensywnego, a której celem było całkowite obalenie reżimu w Sanie”.

Amer twierdził, że celem kampanii nie było wyłącznie odsunięcie przywódców Jemenu, ale także uniemożliwienie mu kontynuowania działań wojennych.

„Celem było również uniemożliwienie nam wspierania Strefy Gazy i zabezpieczenie przepływu izraelskich statków przez Morze Czerwone, ale nic z tego nie zostało osiągnięte, ponieważ nasze operacje nie zostały przerwane, reżim w Sanie nie został obalony, a Jemen stał się o wiele silniejszy”.

Instalacja reżimu marionetkowego

Jemenicki organ śledczy stwierdził, że wspólne centrum operacyjne USA, Izraela i Arabii Saudyjskiej zrekrutowało byłych jemeńskich oficerów wojskowych, w tym generała dywizji Alego Ahmeda Al-Sayaniego, Farouka Aliego Rajiha i byłego generała brygady sił powietrznych Abdullaha Al-Haifiego.

Rajih został aresztowany przez Ansarallah, a następnie skazany na śmierć wraz z 16 innymi aktywistami. W swoim zeznaniu twierdził, że saudyjski oficer wywiadu znany jako Abu Khalid osobiście poinformował go, że wysocy rangą urzędnicy saudyjscy chcą spotkać się z generałem Al-Sayanim za granicą, ponieważ Jemen „stoi u progu poważnej transformacji”, wspieranej przez kilka rządów zagranicznych.

Ze względu na powiązania Al-Sayaniego z innymi byłymi przywódcami wojskowymi, uznano go za idealną osobę do poprowadzenia transformacji politycznej – pod warunkiem, że plan wspólnego amerykańsko-izraelsko-saudyjskiego centrum operacyjnego ds. zmiany reżimu pójdzie zgodnie z planem.

Rajih później twierdził:

Spotkanie rzeczywiście odbyło się w stolicy Egiptu, Kairze, i poczyniono przygotowania do wojskowego zamachu stanu w Jemenie. W tym celu utworzono jednostki wojskowe, wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt komunikacyjny oraz duże sumy pieniędzy.

Amer powiedział MintPress, że to samo wspólne centrum operacyjne odegrało kluczową rolę w zamachu na premiera Jemenu Ahmeda Ghaleba Nassera al-Rahawiego, który zginął w serii izraelskich nalotów 28 sierpnia 2025 roku. W tych atakach zginęło również dziewięciu ministrów i szef sztabu kraju.

„Nie ma wątpliwości, że komórki te odegrały znaczącą rolę w operacji przeciwko rządowi. Dowodzą tego śledztwa, dowody i dokumenty będące w posiadaniu służb bezpieczeństwa”.

Władze w Sanie twierdzą, że zakrojona na szeroką skalę operacja ostatecznie zakończyła się niepowodzeniem z powodu czujności ich własnych służb bezpieczeństwa, którym udało się wykryć siatkę, zanim jej cele zostały osiągnięte.

Choć przyznają, że w niektórych izraelskich atakach zginęli wysoko postawieni urzędnicy, władze opisują te przypadki jako pojedyncze sukcesy, a nie jako dowód skutecznej kampanii wywiadowczej. Ich wersję potwierdza fakt, że jedyne udane zamachy miały miejsce w publicznie znanych miejscach, a nie w miejscach o szczególnym znaczeniu i ścisłej ochronie.

Amer ze swojej strony uznał całą operację za porażkę.

„W ciągu ostatnich kilku lat zyskaliśmy specjalistyczną wiedzę w dziedzinie bezpieczeństwa i bierzemy udział w rywalizacji wywiadowczej z najbardziej zaawansowanymi agencjami bezpieczeństwa świata”.

Ścięcie przywódców wojskowych

Podczas gdy jedna gałąź siatki szpiegowskiej koncentrowała się na przywódcach politycznych, inna, według władz Jemenu, koncentrowała się na dowództwie wojskowym kraju, w miarę jak Jemen zintensyfikował działania wspierające Strefę Gazy.

Głównymi celami tej komórki były wojska rakietowe, jednostki dronów, siły morskie, minister obrony, szef sztabu oraz dowódcy odpowiedzialni za jemeńskie operacje rakietowe i dronów.

Podczas śledztwa w Sanie ujawniono, że Centrum Operacji Połączonych zwerbowało mężczyznę o nazwisku pułkownik Ali Muthanna Naser, byłego szefa Departamentu Bezpieczeństwa Wojskowego w jemeńskim wywiadzie wojskowym.

Projekt amerykańsko-izraelsko-saudyjski powierzył następnie temu informatorowi zadanie monitorowania ministra obrony, generała dywizji Mohammeda Nassera Al-Atifiego, oraz szefa sztabu, generała porucznika Mohammeda Abdelkarima Al-Ghamariego. Władze twierdzą, że Naser dostarczył szczegółowych informacji, w tym miejsc spotkań dowództwa wojskowego, planów operacyjnych, ruchów wojsk oraz kopii tajnych raportów krążących w Departamencie Bezpieczeństwa Wojskowego. Informacje te okazały się później nieocenione dla wsparcia szerszej kampanii ofensywnej.

Zaledwie sześć dni po wejściu w życie kruchego, wspieranego przez USA zawieszenia broni między Izraelem a Hamasem w Strefie Gazy, Al-Ghamari został zamordowany w izraelskim ataku. Wkrótce potem Izrael publicznie przyznał się do odpowiedzialności za zamach, a minister obrony Israel Katz oświadczył, że Al-Ghamari został „wyeliminowany”.

Do zabójstwa doszło kilka miesięcy po kolejnym izraelskim ataku, w którym premier Ahmed al-Rahawi i kilku ministrów rządu zginęło podczas oficjalnego posiedzenia rządu w Sanie. Jemeńscy śledczy twierdzą, że oba ataki były możliwe dzięki wyrafinowanej operacji wywiadowczej, w którą zaangażowanych było jednocześnie wiele wyspecjalizowanych komórek.

Agencja MintPress została poinformowana, że ​​komórka przeprowadziła wstępny nadzór nad siedzibą rządu w dzielnicy Haddah w Sanie. Druga komórka podobno zainstalowała ukryte kamery monitorujące w betonowych blokach ustawionych w pobliżu wejścia na teren kompleksu, a w okolicy umieszczono ukryte urządzenia podsłuchowe, aby rejestrować aktywność na terenie kompleksu. Po weryfikacji informacji, jak poinformowali śledczy, wyniki przekazano do centrum operacyjnego. Władze twierdzą również, że inny zespół pozostał w pobliżu celu bezpośrednio po ataku, dysponując pojazdami wyposażonymi w urządzenia do nagrywania na żywo, aby udokumentować zarówno sam atak, jak i jego skutki.

Czwarta komórka podobno śledziła ruchy wysokich rangą urzędników przed i w trakcie operacji, aby określić optymalny moment ataku. Ogólnie rzecz biorąc, źródła w Ansarallah opisują operację jako coś znacznie więcej niż konwencjonalne działanie wywiadowcze. Twierdzą raczej, że była to skoordynowana kampania mająca na celu dostarczanie informacji o celach izraelskich nalotów w czasie rzeczywistym, przy jednoczesnym osłabianiu jemeńskiego kierownictwa cywilnego i wojskowego.

Organizacje humanitarne jako przykrywka

Jednym z najbardziej szokujących ujawnień operacji wywiadowczej było rzekome wykorzystanie organizacji podszywających się pod organizacje humanitarne i pomoc rozwojową. Według kilku funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, wielu agentów, którzy przeniknęli do organizacji międzynarodowych i regionalnych, rzekomo przeprowadzało misje szpiegowskie, podszywając się pod pracowników pomocy humanitarnej lub ekspertów ds. rozwoju.

Jedna z najgłośniejszych spraw dotyczy osoby o nazwisku Bashir Ali Mahdi, która została aresztowana 20 marca 2025 roku. Władze w Sanie oskarżają Mahdiego o prowadzenie operacji wywiadowczych pod przykrywką projektów humanitarnych za pośrednictwem „Organizacji Qudrah na rzecz Zrównoważonego Rozwoju”, której przewodzi.

Mahdi podobno przyznał, że został zwerbowany w Etiopii przez Rebeccę Cataldi, starszą dyrektor programową Międzynarodowego Centrum Religii i Dyplomacji (ICRD). Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa twierdzą ponadto, że Matt Selinsky, dyrektor programu Bliskiego Wschodu w Partners Worldwide, był jednym z tych, którzy kierowali częścią szerszej operacji wywiadowczej ze wspólnego centrum operacyjnego.

Według źródeł rządowych Jemenu, zadania Mahdiego wykraczały poza samo gromadzenie informacji. Podobno zwerbował dodatkowych agentów i jednocześnie organizował inicjatywy mające na celu podsycanie społecznego sprzeciwu wobec Ansarallah, wykorzystując pogarszającą się sytuację gospodarczą – taką jak rosnące ceny żywności, rosnące czynsze i trudną sytuację przesiedlonej ludności cywilnej.

Mahdi opisał te działania podczas przesłuchania w następujący sposób:

„Pracowaliśmy nad podburzeniem opinii publicznej przeciwko Ansar Allah, tworząc rady dzielnicowe i szkoląc w niektórych z nich trzydziestu uczestników pod pretekstem „wzmacniania spójności społecznej”, a także poprzez program „Głos Młodzieży dla Młodzieży” we współpracy z niemiecką organizacją GIZ i Unią Europejską”.

Twierdził również, że przygotowania do domniemanego zamachu stanu były omawiane na spotkaniach w Kairze.

„Podczas spotkania w Kairze Rebecca powiedziała mi, że planują oni zakrojoną na szeroką skalę operację wojskowo-gospodarczą w Jemenie, dlatego też konieczne było zintensyfikowanie działań wywiadowczych i gromadzenia informacji na temat Ansar Allah i sił zbrojnych. W tym czasie przeprowadziłem już około 70 operacji”.

Następnie Mahdi opisał standardową procedurę wyboru celów stosowaną przez sieć, według śledczych. „Najpierw zbieramy wstępne informacje. W drugiej fazie dokładność tych celów jest sprawdzana i weryfikowana za pomocą sprzętu o wysokiej rozdzielczości do obserwacji, nadzoru i obrazowania, który inny zespół umieszcza w pobliżu celów. Współrzędne są następnie przesyłane do wspólnego centrum operacyjnego”.

Inny domniemany aktywista, Khaled Qassem Abdullah, podobno pracował dla Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, zanim został zrekrutowany w 2024 roku. Według jemeńskich śledczych, Abdullah monitorował 23 rezydencje wysoko postawionych urzędników rządowych w dzielnicy Al-Haddah w Sanie.

Według nich przyznał się do zainstalowania sprzętu dozorowego w kilku z tych lokalizacji. „Z powodzeniem zainstalowałem najnowocześniejsze kamery i urządzenia podsłuchowe w siedmiu domach i siedzibach. Umieściłem kamerę szpiegowską w betonowym bloku obok domu przy ulicy Iran w Haddzie. Dom ten został trafiony tej nocy przez izraelski nalot”.

Śledczy uzyskali nagranie z monitoringu, które również zostało przejrzane przez MintPress News. Na nagraniu widać, jak Abdullah umieszcza betonowy blok z ukrytą kamerą obok budynku mieszkalnego przy ulicy Teheran w dzielnicy Al-Haddah, po czym odjeżdża Toyotą RAV4. Władze Jemenu twierdzą, że Abdullah później potwierdził autentyczność nagrania.

Operacja miała miejsce 21 grudnia 2024 roku. Była częścią drugiej fazy weryfikacji celu. Dom stał się celem ataku później.

W komentarzu do aresztowań, Nasr ad-Din Amer argumentował dla MintPress, że zagraniczne służby wywiadowcze skutecznie zinfiltrowały część międzynarodowej społeczności humanitarnej działającej w Jemenie. Zwrócił również uwagę, że niektóre reakcje organizacji międzynarodowych po aresztowaniach wymagają bliższego zbadania.

„Zapał niektórych urzędników ONZ w obronie domniemanych izraelskich szpiegów rodzi pytania o rolę tych przywódców, którzy tuszują szpiegostwo i powierzają mu odpowiedzialne stanowiska”.

Tymczasem organizacje międzynarodowe wysuwają własne oskarżenia przeciwko Ansarallah, twierdząc, że utrudnia ona operacje humanitarne w północnym Jemenie; protestują również przeciwko zatrzymaniu kilku pracowników organizacji pomocowych. Władze w Sanie odrzucają tę krytykę, podkreślając, że choć wiele organizacji prowadzi legalną działalność humanitarną, innym nie udało się zapobiec wykorzystywaniu ich personelu i operacji przez zagraniczne służby wywiadowcze do celów szpiegowskich.

Zaawansowana sieć wywiadowcza

Siatka szpiegowska w Jemenie opierała się w dużej mierze na tych samych taktykach, które już stosowano w operacjach wywiadowczych przeciwko Hezbollahowi w Libanie i funkcjonariuszom IRGC w Iranie: połączenie międzynarodowej współpracy wywiadowczej, zaawansowanej technologii nadzoru, szeroko zakrojonego lokalnego werbunku i starannie zaplanowanych ataków wojskowych z wykorzystaniem technologii sztucznej inteligencji, zdjęć satelitarnych i obserwatorów.

Chociaż operacja ta wykazała wysoki poziom zaawansowania technologicznego, jemeńskie służby wywiadowcze ostatecznie zdołały udaremnić szerszą kampanię, zanim udało się osiągnąć jej cele strategiczne.

Nasr ad-Din Amer argumentował, że siatka, wykorzystująca organizacje międzynarodowe jako przykrywkę operacyjną, ma realne konsekwencje. Osoby aresztowane w związku z komórkami szpiegowskimi posiadały zaawansowany sprzęt do inwigilacji, w tym ukryte kamery, urządzenia podsłuchowe, systemy śledzenia GPS, szyfrowane narzędzia komunikacyjne oraz technologię transmisji na żywo przeznaczoną do tajnych działań wywiadowczych.

Władze twierdzą ponadto, że wielu agentów zostało wywiezionych za granicę i przeszło specjalne szkolenie w Arabii Saudyjskiej pod okiem amerykańskich, izraelskich i saudyjskich oficerów wywiadu, zanim zostali odesłani do Jemenu.

Jeden z oskarżonych, Magdi Mohamed Hussein, rzekomo prowadził pojazd wyposażony w zaawansowaną technologię transmisji strumieniowej na żywo, do której wspólne centrum operacyjne miało zdalny dostęp. Pojazd ten służył do monitorowania parkingów w pobliżu obiektów cywilnych i rządowych, identyfikując pojazdy powiązane z funkcjonariuszami, których działania były celem ataku. Według doniesień pojazd był wielokrotnie umieszczany w pobliżu spodziewanych celów, aby automatycznie rejestrować naloty i dokumentować w czasie rzeczywistym ofiary, ratowników, karetki pogotowia oraz skutki ataków.

Inny podejrzany, Sinan Abdulaziz Ali, podczas zatrzymania opisywał, że twierdził, iż został zwerbowany i wyszkolony.

„Moje pozwolenie na pobyt w Arabii Saudyjskiej zostało przedłużone pod warunkiem, że będę pracować dla wspólnego centrum operacyjnego. W Rijadzie odbywałem szkolenie naprzemiennie u saudyjskich oficerów Abdullaha i Saada oraz amerykańskich oficerów Johna i Michaela. Szkolono mnie w zakresie rozpoznania, obserwacji i raportowania. Dostarczono mi zdalnie sterowaną kamerę oraz kamper Camry wyposażony w ukryte kamery, urządzenia do transmisji na żywo oraz podsłuchy, które analizowały głosy za pomocą techniki znanej jako „odcisk głosu”, aby namierzyć przywódców Ansar Allah”.

Według władz, inny agent, Anas Ahmed Saleh, pracował bezpośrednio pod nadzorem saudyjskiego oficera wywiadu znanego jako Abu Saif. Saleh został oskarżony o fotografowanie domów, pojazdów służbowych, kamer monitoringu, cywilnych ochroniarzy i infrastruktury internetowej związanej z wcześniej wybranymi celami. Twierdzą, że dostarczył informacje o co najmniej 25 nieruchomościach mieszkalnych, w szczególności wokół byłej ambasady USA w dystrykcie Sa’wan we wschodniej Sanie.

Saleh opisał również swoją rolę po jednym z izraelskich nalotów. „Po tym, jak miejsce za halą widowiskową Sam Social Events Hall zostało zaatakowane, Abu Saif poprosił mnie, abym udał się tam i udokumentował tłum, akcję ratunkową i karetki pogotowia, aby zidentyfikować ciała ofiar. Misja przebiegła pomyślnie. Była to jedna z ponad 100 misji, które przeprowadziłem dla saudyjskich, amerykańskich i izraelskich służb wywiadowczych”.

Jemeńscy śledczy uważają, że takie oświadczenia świadczą nie tylko o gromadzeniu informacji wywiadowczych przed atakami, ale także o systematycznym dokumentowaniu ich skutków.

Infiltracja Jemeńskich Sił Mobilizacji Ludowej

Wraz z rozwojem operacji wojskowych Jemenu wspierających Strefę Gazy, poparcie dla Ansarallah w kraju gwałtownie rosło, co doprowadziło do szybkiej ekspansji tzw. Sił Mobilizacji Ogólnej – sieci liczącej według doniesień około miliona bojowników, kierowanej na szczeblu lokalnym przez przywódców plemiennych i lokalnych. Wkrótce stała się ona głównym celem infiltracji.

Wśród osób aresztowanych w związku z komórką odpowiedzialną za infiltrację Sił Mobilizacji Ogólnej (GMO) znalazł się Imad Shayea Ezz El-Din, szejk plemienny i urzędnik Ministerstwa Samorządu Lokalnego. Władze twierdzą, że jego rolą była stopniowa infiltracja Ansarallah, uzyskanie awansów w jego szeregach, rekrutacja większej liczby aktywistów oraz gromadzenie informacji wywiadowczych na temat przywódców plemiennych i formacji wojskowych wspierających jemeńską kampanię przeciwko Izraelowi.

Podczas przesłuchania Ezz El-Din opisał swoją rzekomą misję.

„Moim zadaniem było zinfiltrowanie Ansar Allah i objęcie wysokich stanowisk w jego strukturze organizacyjnej, a także rekrutowanie szpiegów w ramach ruchu i zdobywanie ich prywatnych numerów telefonów w celu przeprowadzania cyberataków”.

Choć przyznał, że próba w dużej mierze zakończyła się niepowodzeniem z powodu wewnętrznych środków bezpieczeństwa Ansarallah, śledczy twierdzą, że mimo to zidentyfikował kilka wyrzutni rakiet balistycznych i dronów. Niektóre z tych miejsc stały się później celem amerykańskich i izraelskich nalotów, które podobno nie osiągnęły zamierzonych celów militarnych, a przede wszystkim doprowadziły do ​​zniszczenia krytycznej infrastruktury cywilnej w kraju, który i tak był już zdewastowany przez lata walk.

Po kampanii wojskowej prowadzonej przez Arabię ​​Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie, która spowodowała ogromne zniszczenia w Jemenie, nowe ataki jeszcze bardziej zaostrzyły kryzys humanitarny, w wyniku którego zginęły setki Jemeńczyków, w tym kobiety i dzieci.

Rola lokalnych informatorów stała się kluczowym elementem w zrozumieniu sposobu identyfikacji celów. W kolejnym zeznaniu, uzyskanym przez władze jemeńskie podczas jego pobytu w areszcie, Ezz ad-Din oświadczył: „Przekazałem wspólnemu centrum operacyjnemu 50 celów, w tym kluczowe obiekty. Udzieliłem im również informacji o redakcjach gazet w dystrykcie Al-Tahrir”.

Odkrycia te przyczyniły się do nalotów, które zdewastowały obszary cywilne, w tym dzielnicę Al-Tahrir, gdzie w wyniku izraelskich nalotów zginęło ponad 150 mieszkańców. Wśród poszkodowanych cywilów byli dziennikarze, personel medyczny i pracownicy rządowi. Ataki objęły całą dzielnicę, a akcja ratunkowa trwała dwa tygodnie, podczas których ekipy wydobywały z gruzów zabitych i rannych.

Ujawniono kolejną sprawę dotyczącą domniemanej współpracy w sferze służb wywiadowczych po aresztowaniu Daifallaha Saleha, który rzekomo został zwerbowany podczas szerszego konfliktu regionalnego w Strefie Gazy.

Saleh zeznał, że mężczyzna o nazwisku „Abu Abdullah Al-Saudi” przesłał mu współrzędne ośrodka zatrzymań, powiedział, że to obóz wojskowy i poprosił o jego sfotografowanie. „Kilka dni później ośrodek został zaatakowany przez naloty” – powiedział Saleh. „Powiedziałem Abdullahowi, że wszyscy zmarli to afrykańscy migranci. Odpowiedział, że to nie ma znaczenia”.

Po aresztowaniu Saleha, śledczy podobno zabezpieczyli wiadomości głosowe z jego telefonu komórkowego zawierające informacje związane z atakiem na ośrodek detencyjny. Amnesty International stwierdziła, że ​​atak USA na ośrodek detencyjny dla migrantów w Sa’dah stanowił zbrodnię wojenną, co rodzi dalsze pytania dotyczące ochrony ludności cywilnej, odpowiedzialności i konsekwencji operacji wojskowych prowadzonych przez wywiad.

Jemen od lat znajduje się w czołówce krajów najbardziej dotkniętych wojną, narażonych na rozległe bombardowania, interwencje zagraniczne i rozległe zniszczenia. Mimo skali zniszczeń, Jemen nadal podkreśla swoją rolę w konfliktach regionalnych, przedstawiając swoje działania jako opór wobec izraelskich operacji wojskowych w Palestynie, Libanie i Iranie.

Przedstawiciele rządu Jemenu wielokrotnie oświadczali, że ich siły zbrojne są gotowe odpowiedzieć na to, co określają mianem agresji wobec krajów w regionie – zapewniając tym samym, że Jemen pozostaje głównym i kontrowersyjnym graczem w rozwijającej się geopolitycznej rywalizacji na Bliskim Wschodzie.

Źródło: Misja zmiany reżimu udaremniona: Ansarallah z Jemenu odkrywa sieć szpiegowską Arabii Saudyjskiej, Mossadu i CIA, mającą na celu dekapitację

Rzeczywista wielkość strat ludzkich USA na Bliskim Wschodzie

Rzeczywista wielkość strat ludzkich USA na Bliskim Wschodzie

Amerykańskie media zaczynają same przyznawać, że USA ukrywają swoje ofiary w obecnej wojnie agresji przeciwko Iranowi. Chociaż amerykańscy urzędnicy twierdzą, że liczba zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy jest minimalna, istnieją mocne dowody na to, że rzeczywiste liczby są znacznie wyższe niż oficjalnie podano. Sugeruje to, że Waszyngton stoi w obliczu poważnych trudności w konflikcie i jest zmuszony ukrywać straty, aby zapobiec publicznemu oburzeniu.

Niedawny artykuł opublikowany przez The New York Times ujawnił istnienie wytycznych Pentagonu, aby pominąć prawdziwą liczbę ofiar USA w konflikcie z Iranem. Artykuł cytuje kilka źródeł zaznajomionych z tą sprawą, pokazując, jak liczby oficjalnie opublikowane przez rząd USA wydają się nierealistyczne. Według gazety, częste ataki Iranu na amerykańskie śmigłowce, myśliwce i bazy sugerują znacznie wyższą liczbę ofiar niż tylko 17 potwierdzonych do tej pory przez Waszyngton.

To nie tylko The New York Times; inne zachodnie gazety również sugerują coś podobnego. W wywiadzie dla CNN niezidentyfikowany urzędnik stwierdził, że wielu rannych nie znajduje się na oficjalnych listach ofiar – które są udokumentowane przez Defense Casualty Analysis System (DCAS), amerykańską krajową bazę danych. Urzędnik zauważył, że czasami potrzeba dni, a nawet tygodni, aby ranny żołnierz został oficjalnie zgłoszony jako ofiara. W tym okresie obrażenia mogą się pogorszyć, a żołnierze mogą umrzeć, co prowadzi do dalszych opóźnień w umieszczaniu zgonów w bazie danych. Wszystko to spowalnia proces liczenia ofiar.

Jednak nie tylko opóźnienia uniemożliwiają ukazanie prawdy o ofiarach; istnieje celowa strategia USA, aby zablokować dzielenie się informacjami na ten temat. Komentując sprawę, rzecznik Pentagonu Sean Parnell powiedział dziennikarzom, że ujawnianie danych o ofiarach w czasie rzeczywistym byłoby analogiczne do dostarczania danych bezpośrednio wrogowi – dlatego USA ukrywają takie dane i nadal będą to robić.

Parnell utrzymuje jednak, że dane są jedynie ukrywane przez pewien czas, zanim zostaną ujawnione. Twierdzi on, że Stany Zjednoczone w rzeczywistości nie ukrywają liczb, ale opóźniają ich ujawnienie, aby uniemożliwić Iranowi dostęp do danych w czasie rzeczywistym – ponieważ mogłoby to potencjalnie dać Iranowi przewagę militarną w jego planowaniu strategicznym, pozwalając Teheranowi ocenić, które ataki były najbardziej skuteczne i które cele powinny zostać trafione w nowych operacjach.

Parnell stwierdził również, że samo dzielenie się danymi wojennymi bez „kontekstualizacji” jest sposobem na szerzenie paniki i niepokoju wśród amerykańskich obywateli. Według niego liczby muszą być starannie wybierane i wydawane stopniowo, aby zapobiec popadnięciu ludności w niepotrzebną rozpacz.

„Dostarczanie mediom informacji w czasie rzeczywistym na temat ofiar nieśmiertelnych jest tym samym, co dostarczanie tych informacji bezpośrednio naszym przeciwnikom (…) [Istnieją] bezpodstawne i złośliwe oskarżenia o ukrywanie liczby obrażeń (…) Twierdzenia o ukrywaniu są fabrykacjami mającymi na celu pogłębianie niepokoju Amerykanów w następstwie ujawnienia trzech członków służby zabitych w akcji (…) propagowanie hiobowych wieści bez kontekstu maluje celowo wprowadzający w błąd i niekompletny obraz” – powiedział.

Podczas gdy Waszyngton potwierdza tylko 17 zgonów, władze irańskie donoszą o co najmniej 427 amerykańskich ofiarach – zarówno zabitych, jak i rannych. Rozbieżność w liczbach jest ogromna i wskazuje, że jedna strona mija się z prawdą. Chociaż można przypuszczać, że Iran wyolbrzymia swoje liczby, aby obniżyć amerykańskie morale, jest wysoce wątpliwe, że tylko 17 Amerykanów zginęło, biorąc pod uwagę częstotliwość i intensywność irańskich bombardowań baz wojskowych w Zatoce Perskiej i Jordanii, a także ataki na amerykańskie statki w Cieśninie Ormuz.

https://t.me/+OrKXp2URkhMzZmI0

„Szalony Król” Zachodu

„Szalony Król” Zachodu

unz.com/bhua/the-mad-king-of-the-west

Zachód powinien skupić się na przetrwaniu własnego “Szalonego Króla”, a nie cierpieć na bezsenność w nocy z powodu Chin lub Rosji.

Hoa Binh• 15 lipca 2026

Donald Trump przewrócił się i ponownie upadł.

Ogłosił wprowadzenie 20% opłaty dla wszystkich statków przechodzących przez cieśninę Ormuz w poniedziałek, 13-golipca. Odwołał swój rozkaz we wtorek, 14golipca.

Rynek ropy naftowej waha się a niektórzy sprytni traderzy mają okazję do kolejnych spekulacji na naftowych kontraktach terminowych.

Do tego momentu ludzie są już przyzwyczajeni do takich wahań. Wall street wprowadziła do użytku termin „Indeks TACO”, który śledzi, jak panika na rynku zmusza Trumpa do zmiany polityki.

Do wielu zauważalnych, ostatnich wyczynów prezydenta należą:

– Globalny odwrót od taryf po „Dniu wyzwolenia”, kiedy to ogłosił wprowadzenie sztywnych stawek celnych na import, w tym cła na chińskie towary ponad 100%, ale zmienił kurs zaledwie kilka dni później w 90-dniowej klauzuli.

Trump opublikował na Truth Social komunikat, w którym wezwał społeczeństwo i inwestorów, aby „ZACHOWAĆ zimną krew”, na przykład: „o co to całe zamieszanie, głupcy?”

– Zakaz chipów Nvidia, kiedy Trump zabronił sprzedawać procesory graficzne H20 Nvidia chińskim klientom w kwietniu 2025 roku, aby chronić „przewagę technologiczną USA”.

W lipcu dokonał zwrotu o 180 stopni, usuwając ograniczenia i żądając w zamian 15% od od chińskich przychodów Nvidia.

Póki co, jest to spadek o 15% w przybliżeniu równy zero, ponieważ same Chiny zabroniły Nvidia aby chronić chińską „technologiczną niezależność”.

– Przyłączenie Grenlandii i zagrożenie taryfowe UE. Trump uporczywie domagał się aneksji lub zakupu Grenlandii od Danii. Kiedy UE okazała opór, Trump zagroził wprowadzeniem 10% opłat na cały import z UE. Następnie cała historia jakby usunęła się w 15-minutowym cyklu wiadomości, a Trump i UE/NATO pogodzili się, jak para gołąbków.

– „Dziś w nocy umrze cała cywilizacja, która nigdy więcej nie będzie reaktywowana”. Kwietniowe groźby Trumpa o ludobójstwie, które obejmują również „chcemy przywrócić ich do wieku kamienia łupanego, gdzie jest ich miejsce”, zostały zawieszone tuż przed 12-m z powodu wewnętrznych gospodarczych ostrzeżeń i skoków cen ropy.

Wkrótce po tym Trump podpisał Memorandum o zawieszeniu broni, potocznie znane jako „Nowy Traktat Wersalski”.

==================================

W Chinach jest od tysięcy lat powiedzenie –„Cesarz nie mówi pustych słów”(君无戏言). Oczywiście, odnosi się to nie tylko do słów cesarza dosłownie. Każdy, kto chce, aby go traktować poważnie, jest związany swoimi słowami. Szczególnie wysocy rangą urzędnicy i ludzie, którzy są u władzy.

Na Zachodzie, przynajmniej w dawnych czasach, również istniały pojęcia, takie jak„słowo króla jest jego zobowiązaniem”. W szerszym znaczeniu – „słowo pana”.

Istniało nawet prawne pojęcie „honoru korony” lub „boskiego prawa królów”, które stanowiło, że wypowiedziane słowo monarchy jest absolutnym, niezmiennym dekretem.

Złamanie królewskiej obietnicy oznaczało obrazić Boga i podważyć zaufanie do państwa. Oczywiście, ta dziwna starożytna koncepcja upadła w nowoczesnej zachodniej polityce.

Monarchowie wciąż istnieją w niektórych częściach Europy, ale nominalną zasadą rządzenia jest „konstytucyjna demokracja”. USA nawet stały się jej pionierem.

Władza należy do urzędu, a nie do konkretnego człowieka, jak uczą na lekcjach prawa cywilnego. Nowocześni politycy związani są innym zestawem „zasad”, pośrednio i dosłownie, takich jak bezkarne wykorzystanie środków masowego przekazu do rozpowszechniania ekstremistycznych idei, znanych jako „próbne balony” i „retoryczne hiperbole”.

Jak zauważyła dziennikarka Salena Zito, „zwolennicy Trumpa traktują go poważnie, ale nie dosłownie”, podczas gdy jego krytycy postrzegają go „dosłownie, ale niepoważnie”.

Ponieważ jego otoczenie nie spodziewa się, że będzie odnosić się do każdego słowa jak do obowiązkowego dekretu, Trump nie poniesie politycznej kary za to, że wycofa się z nich.

Obrońcy twierdzą również, że dla starożytnego króla słowa były przeznaczone dla ustanowienia porządku i stabilności, podczas gdy dla Trumpa słowa – to narzędzia stosowane do uzyskania dźwigni wpływu w „transakcji”.

Honor – to nie jest koncepcja, z którą Trump kiedykolwiek był związany. Dla „transakcyjnego lidera” tworzenie niewypałów lub ekstremalnych zagrożeń – jest to cecha, a nie błąd.

To wstrząsa status quo i daje twórcy zagrożenia – według jego własnego uznania – „pozycję siły”.

Jednak taki argument całkowicie traci z oczu podstawowe etyczne znaczenie przysłowia:„Nie ma żadnych jałowych słów od cesarza”. Dotyczy to przede wszystkim uczciwości, zaufania i moralnej wagi przywódcy.

To nie tylko władza absolutna. Kiedy słowa lidera stają się bezsensowne lub„mózgowymi wypierdami”, narusza to niepisaną umowę społeczną między rządem a ludem.

W klasycznej zachodniej filozofii politycznej występuje właśnie ten problem, w związku z koncepcją „społecznej cnoty” i instytucjonalnego zaufania.

Tacy filozofowie, jak John Locke, ostrzegali, że gdy wysocy rangą urzędnicy odnoszą się do prawdy na zasadzie jednorazowego użytku, uruchamia to przewidywalny cykl instytucjonalnego upadku.

Filozofia Oświecenia rozważa rząd jako „fundusz fiducjarny”, który reprezentuje sobą stosunki w pełni oparte na zaufaniu i uczciwości. Walutą tego zaufania jest słowo wysokiego rangą urzędnika.

Zachodnia politologia szczegółowo dokumentuje, jak „puste słowa”, a na co dzień oszustwo przywódcy – „gnicie od góry” – mogą spowodować kaskadę szkód:

·  Erozja instytucjonalnej legitymacji: obywatele przestają wierzyć oficjalnej rządowej statystyce, raportom wywiadu lub dekretom prawnym, zakładając, że wszystko to tylko gra polityczna.

·  „Pułapka cynizmu”: kiedy kłamstwo staje się normą na górze, społeczeństwo staje się głęboko cyniczne. Ludzie przestają uczestniczyć w życiu publicznym, bo uważają, że cały system jest wadliwy.

·  Strategiczna wada: gdy wiadomo, że przywódca kraju stale blefuje lub zmienia kurs, zagraniczni sojusznicy i przeciwnicy odrzucają jego wypowiedzi jako świadomie zawodne.

Gwoli sprawiedliwości, Trump nie studiował historii czy filozofii. On chyba myśli, że John Locke lub Thomas Hobbes – to mało znani gracze baseball ze środkowego Zachodu.

Bardzo, bardzo niedoskonały człowiek

Długo się zastanawiałem, jak amerykański system, prawdopodobnie najbardziej „demokratyczny” i „zaawansowany”, mógł postawić kogoś takiego jak Trump na najwyższe stanowisko. JEŚLI to najwyższe stanowiski ma być traktowane poważnie.

Trump w istocie jest przysłowym wiejskim idiotą. Trump nie jest człowiekiem znikąd. Był znany publicznie przez dziesięciolecia, zanim przyszedł do polityki.

Biografowie i analitycy biznesowi, nawet autorzy jego tak zwanych „biznesowych bestsellerów”, analizowali jego taktykę, jego biznesowe transakcje i jego stosunek do prawdy w licznych dziennikarskich śledztwach i książkach. Do takich prac należą:”Trump: największe show na Ziemi” Wayne’a Barretta 1992 roku, „Prawda o Тrumpie” Michael D’Antonio 2015 roku i „Donald Trump i Tony Schwartz z 1987 roku Transakcja i mit: Trump – sztuka transakcji. Wszystkie one zostały opublikowane przed tym, jak został prezydentem.

Werdykt w odniesieniu do Trumpa jest jednoznaczny. Trump to nieetyczny, manipulacyjny i impulsywny narcyz, który rozważa wszystko w życiu jak surowy binarny system „wygrana-przegrana”. Dla niego związki są jednorazowe, a dominacja – ostatecznym celem. Jego główna taktyka biznesowa, oczywiście zastosowana w jego życiu politycznym, opiera się na kilku różnych psychologicznych i strategicznych manewrach:

1. „Drzwi przed nosem”

Pierwszy gambit Trumpa zawsze polega na tym, aby „myśleć w wielkim stylu”, wysuwając absurdalnie wysokie, szokujące lub zupełnie nierealistyczne wymagania wstępne.

Począwszy od skrajnej pozycji, Trump całkowicie zniekształca wyjściową linię negocjacji. Nawet gdy wycofuje swoje wymagania, ostateczny kompromis okazuje się znacznie bliżej tego, co początkowo chciał osiągnąć, niż gdyby prowadził rozsądne negocjacje z samego początku. Przynajmniej tak myślą Trump i jego zwolennicy. Rzeczywistość bardzo różni się od „teorii”, w zależności od tego, z kim ma do czynienia. Trump nigdy nie uzyskał znaczącego sukcesu w swoim podejściu „drzwi przed nosem” z prezydentem Xi lub Kim Dzong Un.

2. „Dwustopniowy atut”

Trump lubi sfabrykowany kryzys. Wdaje się w rozmowy, rzucając silne osobiste zniewagi, tworząc sztuczną nagłość lub grożąc skrajnymi konsekwencjami (np. pełne wycofanie z negocjacji lub sądowy pozew), aby zdezorientować i zastraszyć drugą stronę.

Jak tylko strona przeciwna wpada w panikę i próbuje ustabilizować sytuację, Trump robi krok do tyłu, oferuje niewielkie ustępstwo i ogłasza „transakcję”, w której prezentuje się jako przyjażnie rozwiązujący problemy.

Europejczycy, wygląda na to, wielokrotnie nabrali się na ten trick. Może po prostu wiedzą, kto jest ich właścicielem …

3. Psychologiczna niepewność i potrzeba próżności

Biografowie podkreślają wyjątkową lukę w jego zbroi chroniącej od twardych negocjacji: jego głęboką zależność od społecznej akceptacji i szacunku.

Trump często zgadza się na mniejszą ofertę, jeśli wolno powiedzieć o jego pełnym zwycięstwie przed kamerami.

Podobno przywódcy „sojuszników” USA wykorzystują tę wiedzę do „zarządzania” Тrumpem, choć dane empiryczne świadczą o tym, że to Trump jest górą.

4. Przytłaczający blef

W„Art of the deal” Trump, jak wiadomo, napisał, że najgorsze, co może zrobić uczestnik negocjacji, to wydać się zdesperowanym, bo przeciwnik „czuje zapach krwi”. Zamiast tego jego biografowie wskazują, że Trump mocno przesadza swoje możliwości, aby stworzyć fałszywą iluzję pełnego oddziaływania przez nacisk.

Trump aktywnie gardzi tradycyjną analizą danych lub zatrudnianiem „specjalistów od liczenia”; on woli działać wyłącznie na podstawie swojej intuicji. Wykorzystuje publiczne prezentacje, przecieki w MEDIACH i zagrożenie postępowaniem sądowym, aby przekonać drugą stronę, że jego pozycja jest niezachwiana, ukrywając wszelkie niedoskonałości swojej rzeczywistej pozycji za ścianą hałasu i teatralności.

Jego działania w czasie wojny w Iranie są przekonującym pokazem tej strategii blefowania, ale Irańczycy nie dali się na to nabrać. Jak tylko ujawnili jego blefy, pozostał bez kart.

5. Całkowite lekceważenie długoterminowych relacji

Standardowe zajęcia z biznesu lub etyki uczą, że udane negocjacje zachowują długoterminową wartość, zaufanie i współpracę w przyszłości.

Kariera Trumpa jest wyraźnie zbudowana na wprost przeciwnej filozofii. Ponieważ traktuje on negocjacje wyłącznie przez pryzmat dominacji, historycznie nie miał problemów ze spalaniem mostów, obrazą partnerów lub niewykonaniem swojej części umowy. Dla niego sprawiedliwość oznacza po prostu, że dominujący gracz otrzymuje największy udział, i kropka.

Z taką mentalnością nie ma żadnych szans, aby budować trwałe relacje z wielkimi mocarstwami, jak Chiny i Rosja, gdzie słowa ich liderów są traktowane poważnie. Pomimo powierzchownej uprzejmości, którą prezydent Xi i Putin wykazali się wobec Trumpa, prywatnie uważają go za godnego pogardy. I zupełnie niewiarygodnego.

Czy Trump jest szalonym królem?

Analiza psychologicznego stanu politycznego lidera, zwłaszcza takiej osoby z bardzo niekonwencjonalnym stylem jak Donald Trump, jest przedmiotem zaciętych dyskusji wśród psychologów, politologów i biografów.

Nie mając możliwości postawienia diagnozy Тrumpowi osobiście, klinicyści zamiast tego analizują publiczne zachowanie Trumpa przez pryzmat strategii prowadzenia negocjacji, rysów osobowości i stylu podejmowania decyzji.

Najwyraźniej , istnieje szeroki konsensus w odniesieniu do

„Transakcjonizmu” i „Przewidywalnej nieprzewidywalności”

Wielu rozważa takie zachowanie nie jako znak niestabilności poznawczej, a jak celową, głęboko zakorzenioną behawioralną strukturę, tkwiącą w transakcjach i rozrywce.

W tych psychologicznych ramach ekstremalne pierwotne żądanie (na przykład 20%-owej opłaty lub 100%-owej opłaty) nie jest dosłownym celem ale polityczną i psychologiczną kotwicą, która ma szokować, zdezorientować i osłabić przeciwnika do osiągnięcia kompromisu.

Psychicznie Trump wydaje się znajdować ukojenie w chaosie i nieprzewidywalności, biorąc pod uwagę konsekwentną politykę jak lukę, z której inni mogą skorzystać.

Wysoka czułość wobec sprzężenia zwrotnego i pochwał

Trump również cierpi na ostrą reakcję na natychmiastowe zewnętrzne pętle sprzężenia zwrotnego. Takie wskaźniki, jak „Indeks TACO”, sugerują, że poczucie własnej wartości i sukcesu Trumpa w dużej mierze wiąże się z widocznymi wskaźnikami, takimi jak rynek akcji, telewizyjne oceny i wskaźniki społeczne.

Gdy zagrożenie powoduje załamanie się rynku lub poważne negatywne reakcje wewnątrz kraju, jego pragnienie, aby przejść jako „zwycięzca” lub ratownik zachęca do szybkiego odwrotu, aby uniknąć oskarżeń o spowodowanie kryzysu.

– Konieczność „szerokiego gestu”

Jego niepowodzenia prawie zawsze są jako zwycięstwo, gdy domaga się ustępstw (np. „DUŻYCH” inwestycyjnych transakcji z Europą, Japonią i krajami Zatoki Perskiej).

Z psychologicznego punktu widzenia konkretny wynik polityki ma mniejszą wartość, niż opinia publiczna o tym, że on osobiście zmusił potężną organizację do poddania się.

Małe ideologiczne przywiązanie i wysoka intuicja

Trump działa przede wszystkim na podstawie instynktu i intuicji, a nie stałych ideologicznych doktryn lub długoterminowych planów strategicznych. Oznacza to, że nie jest obciążony psychologiczną potrzebą ideologicznej spójności. Jeśli sytuacja się zmienia, może on zrezygnować z dotychczasowej pozycji, nie doświadczając dysonansu poznawczego. Jego główną psychologiczną siłą napędową jest często określane jego dążenie do dominacji. Inicjowanie ogromnego zagrożenia potwierdza dominację; Trump wycofuje się w zamian za ofertę pozwalającą mu ubiegać się o rolę wielkodusznego autora transakcji.

Interpretacja zachowania Trumpa ostatecznie dzieli się na dwa główne obozy:

·  Krytycy twierdzą, że te szybkie skoki wskazują na impulsywne, kruche stany psychiczne charakteryzujące się niestabilnością ocen, brakiem zrozumienia konsekwencji i zamiłowaniem do odwrotu w momencie, gdy ma do czynienia z prawdziwym oporem.

·  Zwolennicy Trumpa traktują to jako psychologię doświadczonego pragmatyka. Widzą lidera, nie zepsutego politycznymi dogmatami i na tyle psychicznie elastycznego, aby dostosować się, gdy taktyka sprawdziła się.

Jest oczywiste, że zwolennicy Trumpa nie rozumieją, albo nie obchodzi ich, że jego zachowanie podważa wszelkie długoterminowe zaufanie do jego urzędu. Dla nich, jak i dla niego samego, natychmiastowa gratyfikacja przeważa jakąś długoterminowę szkodę.

Istnieje zasada „Goldwater Rule” ustanowiona w 1973 roku przez amerykańskie stowarzyszenie psychiatryczne, w której czytamy: „nie jest etyczne, aby psychiatrzy oferowali profesjonalną opinię lub diagnozy społeczne wobec działaczy publicznych, jeśli nie poddali się tradycyjnemu badaniu”. To była odpowiedź na spekulacje o stanie umysłu Nixona, które doprowadziły do jego impeachmentu. Mimo tej zasady, setki niezależnych specjalistów w zakresie zdrowia psychicznego publicznie ostrzegły, że Trump demonstruje podręcznikowe behawioralne objawy „złośliwego narcyzmu„. Złamali tradycyjne profesjonalne tabu, publicznie analizując zachowanie Trumpa w ramach „obowiązku ostrzegania”.

W 2017 roku, grupa 27 psychiatrów opublikowała książkę, w której twierdzą, że mają etyczny obowiązek informować opinię publiczną o tym, co publiczne zachowanie Trumpa pokazywało, że jest „niebezpiecznie niezrównoważony”.

W 2020 roku kilku psychologów wzięło udział w filmie dokumentalnym pod tytułem Unfit (Bezużyteczny), jednoznacznie nazywając Trumpa złym narcyzem, porównując jego retoryczne i behawioralne modele z historycznymi postaciami autokratycznymi.

W 2024 roku ponad 200 specjalistów w zakresie zdrowia psychicznego podpisało list, w którym stwierdzono, że u Trumpa pojawiają się objawy złośliwego narcyzmu — mieszanki narcyzmu, antyspołecznych zaburzeń osobowości, paranoi i sadyzmu, co sprawia „egzystencjalne zagrożenie dla demokracji”.

Zostawiam czytelnikom ocenę, czy Trump jest „szalonym królem”. Dla mnie jest on wyraźnie niesymetryczny, intelektualnie niepełnosprawny i głęboko zaburzoną osobą, która tylko zatruwa i poniża zajmowane stanowisko.

Dlaczego „szminka na świni” apologetów Trumpa nie działa?

Ci, którzy dają pocieszające wyjaśnienia brudnych machinacji Trumpa pod nazwą „Art of the deal”, są doskonałą „szminką na świni”.

Złożone systemy stosowane przez zachodnich politologów – określane jako „próbne balony”, „strategiczna nieprzewidywalność” i „retoryczna hiperbola” – w rzeczywistości są akademickimi eufemizmami. Opisują mechanikę tego, jak lider może przetrwać sprzeczne ze sobą wypowiedzi, ale nie usuwają etycznej rzeczywistości. Mogą nasmarować świnię szminką, ale nie mogą usunąć smrodu.

Definicja szybkich nawrotów o 180 stopni jako „mistrzowskiego pragmatyzmu” lub „taktyki negocjacji” zamienia brak spójności w cnotę. To przesuwa oczekiwania opinii publicznej z „Czy ten lider mówi prawdę?” na „Czy ten lider wygrywa w bieżącym cyklu wiadomości?”

Ostatecznie, choć te sztuczki pozwalają pokonać krótkoterminowe kryzysy lidera i zachować lojalność, w dłuższej perspektywie są one kosztowne. To obniża poprzeczkę dla urzędu i systemu politycznego.

Nieuniknionym produktem ubocznym obchodzenia się ze słowem wysokiego rangą urzędnika jak z czymś jednorazowym jest stopniowy upadek instytucji państwowych i głęboki upadek zaufania publicznego.

Oddziaływanie wykracza poza granice.

„Sojusznicy” USA, w tym NATO, Unii Europejskiej, Japonii i Korei Południowej, są zmuszeni żyć z tym nieprzewidywalnym stylem „przywódcy”, który można spotkać w każdym filmie o mafii. Do tej pory reakcja tych „sojuszników” polegała na podwojeniu publicznej niewoli i oburzającego poddaństwa.

Ich kalkulacja jest następująca:

„jeżeli król jest chory i głupi, padnijmy na kolana, prawmy mu komplementy i miejmy nadzieję na najlepsze”, i „jest za głupi, by poczuć nieszczerość, i, być może, będziemy mogli zarobić kilka punktów do przodu, kapitulując”.

Niestety, to pułapka wasalności. Z konstrukcyjnego punktu widzenia kraje te znalazły się w pułapce historycznej, głęboko zakorzenionej zależności, która ogranicza ich wybór.

Dekady zależności od „parasola bezpieczeństwa” USA zostawiły w wasalach ogromny rozdźwięk między ich stanowiskiem w stosunku do amerykańskich „wrogów” i ich własnymi możliwościami reagowania na takie wrogie działania.

Podobnie, są uzależnieni od rynku amerykańskiego, technologii i systemu dolara USA w funkcjonowaniu ich gospodarki.

W geopolityce słabszy partner zawsze idzie w kierunku silniejszego.

Wasale połykają swoją dumę i cierpią nieprzewidywalne zmiany w polityce, bo alternatywa – być całkowicie opuszczonym przez mistrza — jest znacznie bardziej katastrofalna, niż być upokorzonym.

Ostatecznie, to uległość jako i spokój za wszelką cenę służą jako „samo-zlizujące się lody”.

Dla wasali publiczna manifestacja pochlebstwa i ustępliwości używane są jako „tarcza”. To zapewnia Trumpowi publiczny teatr dominacji w zamian za ciągłe pochlebstwa. Jednak to podporządkowanie tylko wzmacnia najgorsze instynkty Trumpa w publicznym teatrze cyklicznego podporządkowania i dominacji. W psychologii i politycznej strategii jest to znane jako cykl pozytywnych opinii w reakcji na agresję. To także odsłania głęboki brak odwagi, suwerenności i strategicznej autonomii u zachodnich elit. Stale biorąć na siebie obelgi, ostre taryfowe zagrożenia i nieprzewidywalne polityczne zakręty, nie podejmując działań odwetowych, te rządy alienują się od swoich obywateli i stają się pośmiewiskiem dla reszty świata.

Wszyscy mogą traktować tych zachodnich przywódców jako prosty dodatek do chaotycznego dworu w Waszyngtonie.

Jak kończy „cesarz z pustymi słowami”

Kiedy słowa lidera nie mają stałej wartości, stosunek do ich wybuchowej zawartości jako racjonalnych argumentów negocjacji przestaje być „rozsądną strategią”.

Zamiast tego staje się to niebezpiecznym hazardem, który aktywnie przyspiesza upadek ładu międzynarodowego.

W historii, gdy nadworni, ministrowie i obce państwa miały do czynienia z nieprzewidywalnym, impulsywnym lub emocjonalnie niestabilnym władcą absolutnym – „szalonym królem” – nie mogli polegać na standardowej dyplomacji lub umowach prawnych. Zamiast tego opracowywali strategie z wysokimi stawkami, które pozwalały przetrwać, przekierować lub dyskretnie zneutralizować impulsy władcy.

Strategie te są podzielone na kilka kategorii:

1. „Regent za tronem”

Najczęstszą historyczną strategią było utworzenie ochronnej warstwy biurokratycznej wokół króla. Celem było, aby zagwarantować, że jego najdziksze dekrety nigdy nie wyjdą poza pałacowe mury. Lojalni ministrowie kiwali na znak zgody z najbardziej dzikimi i rozkazami króla, ale potem powoli odkładali je w czasie, kładli na niewłaściwe miejsce lub zmieniali treść dokumentów.

Podczas panowania króla Wielkiej Brytanii Jerzego III, który cierpiał na ciężkie napady choroby psychicznej, parlament i jego premier i ministrowie stopniowo pozbawiali monarchę rzeczywistej władzy wykonawczej.

W dzisiejszym Waszyngtonie istnieje zakorzeniona biurokracja, „głębokie państwo”, które służy jako „regent za tronem” od czasów Johna f. Kennedy’ego. Jednak Trump pomyślnie otoczył się potakiwaczami i sykopantami [donosiciel, oszczerca oraz pochlebca] , którzy są nikim bez jego względów. W ten sposób instytucjonalny „układ hamulcowy” w dużej mierze jest lekceważony.

2. Hedging

Gdy zagraniczne państwa zrozumiały, że supermocarstwem rządzi zmienny król, zrezygnowały z dwustronnych umów i przeszły do absolutnej pewności siebie i wspólnej obrony.

W 5 wieku pne zmienny i nieprzewidywalny perski cesarz Kserkses I zażądał „ziemi i wody” od greckich miast-państw.

Zdając sobie sprawę, że poddanie się jego zachciankom nie daje prawdziwego bezpieczeństwa, konkurujące ze sobą miasta, takie jak Ateny i Sparta, stworzyły jeden historyczny sojusz wojskowy, aby w pełni pokonać  go pod Maratonem i Salaminą.

Nie sądzę, że dzisiejsza Europa jest zdolna do takiego wyczynu –  na przykład, do ochrony Grenlandii – rzecz w tym, że tak było historycznie. Zabawne, że przeciwstawili się perskiemu królowi, ale wolą się płaszczyć przed amerykańskim.

3. Manipulacja pochlebstwem i fejkowymi wiadomościami

Dworzanie, którzy przez długi czas żyli obok tymczasowych władców, nauczyli się traktować psychologię króla jako zagrożenia, którymi trzeba zarządzać, a nie jak racjonalny umysł, z którym trzeba wchodzić w relacje. Nigdy otwarcie nie zaprzeczali władcy, ponieważ to powodowało to wybuch gniewu ze skutkiem śmiertelnym. Zamiast tego używali intensywnych publicznych pochlebstw, aby zaspokoić ego króla, jednocześnie manipulując królem, aby wykonywał ich rozkazy.

W czasie panowania cesarza Chongzhena (1627-1644), ostatniego władcy z dynastii Ming, cesarz stawał się coraz bardziej paranoikiem i skłonny był stracić bliskich doradców.

Jego dworzanie i urzędnicy przeżyli, przyjmując jego zmienny nastrój i donosili mu tylko „dobre wieści” o głodzie i wojnach domowych, szalejących w kraju. Oczywiście, były to fałszywe wiadomości. Jego dynastia została obalona i popełnił samobójstwo.

W historii Chin tragiczne dziedzictwo Chongzhena służy jako przykład lidera, który był mądry, niezwykle pracowity i pełny dobrych intencji, ale całkowicie zniszczył swoje imperium z powodu osobistej niepewności, paranoi i nieprzewidywalnego podejmowania decyzji. Kiedy cesarz wstąpił na tron w wieku zaledwie 16 lat, odziedziczył dynastię Ming znajdującą się na krawędzi całkowitego załamania strukturalnego. Dworem rządzili notorycznie skorumpowani eunuchowie, a rządy cesarza były przeklęte przez mini-lodowcowy okres, który spowodował katastrofalne ogólnonarodowe susze, głód i epidemie.

Cesarz zderzył się z egzystencjalnymi zagrożeniami ze strony masowych wewnętrznych chłopskich powstań, na czele z Li Zicheng i zewnętrznych najazdów ze strony sił Manchu na północy, którzy później założyli dynastię Qing.

W przeciwieństwie do wielu znanych ze swego lenistwa lub hedonizmu cesarzy z dynastii Ming, Chongzhen był określany jako pracoholik, który mało spał, żył skromnie i szczerze chciał ocalić swój lud. Jednak jego głęboko zakorzenione psychologiczne wady sparaliżowały pracę administracji.

Zasadniczo nie ufał własnym ministrom i generałom swojego wojska. Za jego 17-letnich rządów zmienił 50 Wielkich Sekretarzy (大学士), cywilnych urzędników najwyższej rangi, i karał lub uwięził dziesiątki swoich wyższych dowódców, w tym błyskotliwego generała Yuan Chonghuan. Stał się ofiarą prostej kampanii dezinformacji Manchu, którzy przegrali wszystkie bitwy przeciwko Yuan Chonghuan. Мanchu skorzystali z paranoi Chongzhena, aby usunąć jego najważniejszego obrońcę.

Do 1644 roku lider rebeliantów Li Zicheng poprowadził swoją armię prosto do bram Pekinu. Będąc w pułapce w środku Zakazanego miasta, Chongzhen nakazał bić w cesarskie dzwony, wzywając swoich ministrów i generałów na ostatnie spotkanie w obronie. Żaden urzędnik nie pojawił się; wszyscy albo uciekli z miasta, albo przygotowywali się do poddania. Zdając sobie sprawę, że wszystko jest stracone, Chongzhen zmusił swoją cesarzową do popełnienia samobójstwa i pozabijał mieczem własne córki, aby uratować je od przejęcia przez powstańców. Następnie wyszedł z pałacu na wzgórze Jingshan (Węglowe wzgórze) i powiesił się na drzewie w wieku 33 lat. Przed śmiercią Chongzhen ugryzł się w palec i napisał własną krwią na swojej jedwabnej szacie słynny gorzki list pożegnalny, w którym doskonale widoczna jest  jego odmowa uznania osobistej odpowiedzialności:

„Ja, człowiek skąpej cnoty, ściągnąłem na siebie gniew Niebios… Wszyscy moi ministrowie oszukali mnie. Umieram, nie mając możliwości spotkania się twarzą w twarz z moimi przodkami w podziemnym świecie… Niech powstańcy rozrąbią moje ciało na kawałki, ale nie skrzywdzą żadnego z moich obywateli”.

4. Pałacowe przewroty i wymuszone abdykacje

Gdy nieprzewidywalne zachowanie króla przechodzi granicę od irytujących zakłóceń do prawdziwego zagrożenia istnienia państwa, rządząca elita – wojskowi lub własna rodzina króla – czasami interweniuje, aby go skutecznie zastąpić.

W 1762 roku zmienny rosyjski car Piotr III odepchnął swoich wojskowych, swój kościół i swoich sojuszników, nagle zmieniając politykę zagraniczną Rosji w połowie wojny na rzecz Prus.

Zdając sobie sprawę, że jego nieprzewidywalne kaprysy niszczą imperium, jego własna żona Katarzyna Wielka wraz z wojskiem zrobiła gwałtowny przewrót pałacowy. Piotr III został zmuszony do abdykacji i był cicho zneutralizowany.

Dramat imperium Rzymskiego, pierwszego zachodniego imperium, stanowi jeden z najlepszych przykładów ocalałych tyranów, takich jak Kaligula lub Neron, którzy byli bardzo impulsywni, nieprzewidywalni i głęboko podejrzliwi w stosunku do politycznej elity.

Rzymscy historycy, jak Tacyt, Suetonius i Dion Cassius, udokumentowali historię w klasycznych pismach, takich jak The Annals and the HistoryTwelve Caesars  The Roman History. Biorąc pod uwagę objętość eseju nie będziemy zagłębiać się w nich. Rzecz w tym, że zachodnie kroniki pełne są przykładów tego, jak żyli „szaleni królowie”.

Lekcja jest prosta –Rzym upadł nie z rąk wrogów; on przegnił od wewnątrz.

Pytanie do Zachodu dzisiaj polega na tym, co zrobi z rządzącym Szalonym Królem.

Tłumaczenie: Ryszard Kulczyński

Pompeo z Wichita, Koch i milion od Stalina – oraz 447 i żona Alana Greenspana

[to z Archiwum, przy szukaniu o Greenspanie md]

==================================

Pompeo z Wichita, Koch i milion od Stalina – oraz 447 i żona Alana Greenspana.

pink-panther http://pink-panther.szkolanawigatorow.pl/pompeo-z-wichita-koch-i-milion-od-stalina-oraz-447-i-zona-alana-greenspana

Pan Mike Pompeo „człowiek z Wichita” pokazał właśnie nad Wisłą, co to znaczy pełnokrwisty absolwent West Point oraz szczęśliwy biznesmen z lotniczej branży wyrosły pod skrzydłami legendarnego klanu miliarderów Kochów, których wielki majątek ma swoje korzenie w kontrakcie z 1929 r. zawartego przez ich ojca Freda C. Kocha z sowiecką firmą Amtorg – na budowę instalacji krakingu na ukradzionych przez bolszewików polach naftowych Morza Kaspijskiego .
 

Ale zacznijmy od początku , żeby zrozumieć, dlaczego konserwatywny polityk zza oceanu Mike Pompeo jako swojego idola czasu II wojny światowej wskazuje faceta, który znalazł się na wystawie „Twarze kieleckiej bezpieki” .

 Kiedy inżynier Fred Chase Koch załapał się w przedstawicielstwie „handlowym” sowieckim Amtorg w imieniu firmy swojej i wspólnika Winkler – Koch na kontrakt na budowę kilku instalacji krakingu (przerób ciężkiej frakcji ropy na benzynę i oleje) w rejonie Morza Kaspijskiego i na Kaukazie , miał lat 29 , dyplom z inżynierii chemicznej z Massachusetts Institute of Technology i 44 pozwy na karku o prawdziwe lub nie – nielegalne używanie cudzej myśli technicznej do swojego pomysłu na technologię krakingu. Oraz zarejestrowaną w 1925 r. firmę Winkler Koch Engineering Company..

 Fred C. Koch, przyszły „wielki antykomunista” poszukujący zajęcia zgłosił się do Amtorg w Nowym Jorku , zupełnie świeżej firmy sowieckiej, powołanej 1924 r. przez Lenina i Armanda Hammera a właściwie przez Ludowy Komisariat Handlu Zagranicznego a udziały w wysokości 1 mln USD miał Wniesztorgbank i Centrosojuz (Centralny Związek Spółdzielczości Konsumenckiej ) pod zdolną ręką towarzysza Leonida Krasina.

 Teoretycznie była to firma handlu zagranicznego a praktycznie przykrywka dla sowieckiego wywiadu i dla Kominternu.

 W tym czasie Sowieci prowadzili negocjacje z innymi firmami amerykańskimi na odbudowę przemysłu, zupełnie zdewastowanego przez wojnę domową. Przemysłu, który miał swoich właścicieli, i którzy to właściciele w większości żyli. Podobnie jak właściciele pól naftowych w Baku.

 A wszystko przez to, że efekty tzw. komunizmu wojennego, który zastosowali po przechwyceniu władzy, a którą zdefiniował Nikołaj Bucharin:”… Przymus proletariacki we wszystkich swoich formach, poczynając od rozstrzeliwania, a kończąc na obowiązku pracy jest metodą tworzenia komunistycznego człowieka..” doprowadziły Rosję Sowiecką do totalnego załamania gospodarki.

 Wejście zagranicznych firm do gospodarki sowieckiej odbyło się w ramach systemu przyznawania koncesji zagranicznym firmom lub spółkom mieszanym z udziałem firm sowieckich.

 Jak podaje Antony C. Sutton w książce pt. „Western Technology and Soviet Economic Development 1917 – 1930” z 1968 r. na stronie 9, w okresie 1921 – 1929 złożonych zostało łącznie 2.670 aplikacji zagranicznych o koncesję. Liczna przyznanych koncesji typu I i II w latach 1921-1926 wyniosła – 330 , w latach 1927-29 – liczba przyznanych koncesji jest nieznana. Liczba przyznanych koncesji typu III wyniosła w całym okresie 1921-1930 wyniosła 134.

 Były one głównie przyznawane w dziedzinach strategicznych takich jak: wydobycie ropy naftowej i rafinerie, kopalnie węgla i rud metali, w tym złota, platyny, manganu, miedzi, hutnictwo żelaza i metali nieżelaznych, przemysł włókienniczy, industrializacja rolnictwa, również w zakresie technologii hodowli i nowych gatunków upraw.

 No i właśnie Fred C. Koch był wśród tych niewielu szczęśliwców, którzy się na taką koncesję załapali.

 Firma Winkler-Koch wybudowała pod koniec lat 20-tych15 krakingów na podstawie kilku kontraktów. Jeden z nich przewidywał, że Koch wyszkoli sowieckich inżynierów a skończyło się na tym, że Koch wyuczył sowieckie biura projektowe projektowania /rysowania krakingów . Potem już Sowieci dali sobie radę sami.

Podobno za ten trzyletni niespełna trud miał zarobić osobiście co najmniej 500 tysięcy USA. Chociaż inna wersja mówi, że przywiózł milion USD.
 

No a między innymi dzięki Winkler-Koch i Fredowi C. Kochowi Sowieci mogli przerabiać kradzioną ropę z ukradzionych prawowitym właścicielom pól naftowych i eksportować to wszytko przez sowiecką firmę Naphta Syndicate. M.in. do III Rzeszy Niemieckiej aż do 22 czerwca 1941 r.

  A dlaczego o tym piszę. A bo wśród poszkodowanych przez bezprawne sowieckie konfiskaty byli np. potomkowie śp. Witolda Zglenickiego, właściciela pól naftowych Baku i wynalazcy technologii do wydobycia ropy z dna morskiego.

  Wg jego testamentu dochody z polowy z jednej z działek zostały przeznaczone na zasilenie Kasy im. Mianowskiego a przez nią na badania naukowe i stypendia. No i w okresie 1908-1915 Kasa im. Mianowskiego otrzymała łącznie z tego źródła 1.383.744,10 rubli czyli ok. 700 tysięcy USD. Były to największe dochody w historii Kasy im. Mianowskiego.

  Ale wybuchła rewolucja i wszystko się skończyło. To znaczy skończyły się dochody dla setek i tysięcy legalnych właścicieli firm z tamtych okolic.

 A na to miejsce Sowieci zaprosili sobie „innych lepszych imperialistów”, takich jak m.in. Fred C. Koch i dali im się obłowić na odbudowie przemysłów w miejsce tych skonfiskowanych „złym kapitalistom” i zdewastowanych..

 No a szczęśliwy pan Fred. C. Koch po oszałamiających sukcesach w ZSRR miał wedle złych ludzi udać się w roku 1934 do III Rzeszy, gdzie na zamówienie rządu niemieckiego miał wspólnie z Williamem Rhodesem Daviesem wybudować trzecią co do wielkości rafinerię ,której pomysł miał zaaprobować sam Adolf Hitler. Na pewno nie wyjechał stratny.

A następnie powrócił do USA, gdzie w Wichita założył firmę Wood River Oil and Refining Company (później Koch Industries) i wraz z małżonką spłodził czterech synów. Firma została w rodzinie a synowie Charles i David poprowadzili ją do spektakularnego sukcesu, dzięki czemu należą do najbogatszych ludzi świata. Osobisty majątek Davida Kocha był szacowany na 50 mld USD a jego brata Charlesa na 54,2 mld USD.

  Sam Fred C. Koch został wyjątkowo ostentacyjnym antykomunistą, co mu nie przeszkodziło w 1956 r. odbyć podróż do ZSRR „w nieznanych celach”. A synowie też są ostentacyjnymi antykomunistami. Finansują „wszystko antykomunistyczne” co tylko się da. Ale kasy Kasie im. Mianowskiego raczej nie dali. No bo niby dlaczego, prawda?

  Dlaczego o tym piszę.

Ano dlatego, że firma Koch Industries z Wichita w 1998 r. zainwestowała parę groszy w firmę Thayer Aerospace, należącą do grupy dynamicznych absolwentów West Point , wśród których był kapitan Michael Richard Pompeo. Dokładnie 2%.

  Niby mała rzecz, ale trzeba mieć świadomość, że w Wichita rodzina Koch to rodzina królewska. A w nawet carska. Posiadanie takiego „wspólnika” to jak pasowanie na „obywatela lepszego sortu”. I on to doskonale zrozumiał i docenił.

  Kapitan Michael Richard Pompeo poszedł do biznesu po tym, jak po czterech latach poniewierania się w jednostkach pancernych, sorry ciężkiej i chwalebnej służby dla Armii Stanów Zjednoczonych na odcinku zaopatrzenia w części do czołgów lub czegoś w tym guście, zrobił doktorat z prawa na Harwardzie i próbował zrobić karierę w przesławnej firmie adwokackiej Williams & Connolly.

  Jest to firma „gwiazd” oczywiście prawniczych i dla gwiazd.

  Wśród wybitnych pracowników wymienia się aż dwoje Sędziów Sądu Najwyższego USA: Elenę Kagan nominowaną przez Baracka Obamę w 2010 i Bretta Kavanaugh nominowanego przez Donalda Trumpa w 2018 r.

  Firma ma wśród stałych klientów takie firmy jak Google, Disney czy Bank of America a reprezentowała m.in. George’a W. Busha, Baracka Obamę, Billa Clintona czy Bena Bernanke.

  No i Mike Pompeo po jakichś 2-3 latach rzucił ten cały luksusowy biznes prawniczy w Waszyngtonie i z kumplami z West Point w 1998 r. przeniósł się do Wichita w Kentucky i został „młodym biznesmenem”.z A panująca tam „rodzina królewska Koch” dorzuciła do młodego biznesu 2% i została „młodszym udziałowcem” jako Koch Industries.

  No więc Mike Pompeo , Brian Bulato i koledzy zakładają Thayer Aerospace i wśród swoich klientów wymieniają m.in. Cessna Aircraft, która ma centralę w Wichita czy Boeinga, który ma tam fabrykę. W 2006 r. sprzedają firmę a Mike Pompeo zostaje prezesem firmy Sentry International, która produkuje jakieś części i jest partnerem Koch Industries.   Biznes jakoś się kręci do roku 2006 i potem panowie się rozchodzą a Mike zostaje szefem Syntra International.

  A w roku 2010 następuje kolejny przełom i Mike Pompeo rzuca biznes i przechodzi do innej branży: do polityki. I czterokrotnie startuje do Izby Reprezentantów, zawsze z sukcesem, z Kansas oczywiście, dystrykt 4 czyli Wichita i okolice. A kto rządzi w Wichita i okolicy jak nie Koch Industries i jej poddostawcy?

  W latach 2010-2017 pan Pompeo startuje cztery razy i wygrywa. A jako kongresman zajmuje się głównie bezpieczeństwem i oczywiście energetyką i generalnie przemysłem.

  Jego wybory są oczywiście sponsorowane przez rodzinę Koch. Wg tamtejszych mediów na pierwszą kampanię w 2010 r. dali 80 tysięcy USD a łącznie w czterech kampaniach 375.500 USD zaś cały przemysł ropy i gazu zrobił zrzutkę na 1.1 mln USD.

  Mnie najbardziej interesują te 375.500 USD, z których nie byłoby ani jednego, gdyby senior rodu Fred nie pracował dla Stalina i nie „uratował Rosji Sowieckiej od niebytu”. W 1930 kiedy Stalin zaczął kolektywizację i prawdziwe ludobójstwo rolników „ Fred Koch tam by” i uczył bolszewickich inżynierów jak budować następne krakingi na skradzionych polach naftowych, bo on wybudował „tylko 15”. Nie on jeden oczywiście, ale tu chodzi o prawdziwe lub udawane szanowanie prawa własności.

  Rodzina Koch nie ma poczucia winy z tego powodu że ich tatko przywiózł milion USD skrwawionych krwią niewinnych ludzi. Zresztą sami są porządnymi ludźmi. Ostoje lokalnej społeczności. Prostolinijni protestanci jak za ojców założycieli.

  Mike Pompeo też jest protestantem. Konkretnie ewangelikalnym presbiterianiniem. Jak na Włocha , którego rodzina przywędrowała z Lombardii to dość ekscentryczne ale Mike rozejrzał się na pierwszym roku West Point „co i jak” i , jak mówi, „poznał Jezusa”. A w kampaniach wyborczych podkreśla, że „Biblia leży na jego biurku”.

  To szalenie ekscytujące w świetle tzw. detali z życiorysu. Choćby z ostatnich dni i tygodni.

Oto 14 stycznia 2019 r. Sekretarz Stanu (bo on Sekretarzem Stanu przy prezydencie Trumpie został w marcu 2018 r. daje do Fox News informację, że „urządzamy w Warszawie konferencję w sprawie Iranu i sprosiliśmy już gości”.

Władze nasze kochane w Warszawie przez moment zastygły jak sarenka w świetle reflektorów ale za całe kilka godzin ogłosiły „orbi et urbi”, że „jak najbardziej urządzamy WSPÓLNIE.

  No jasne , że WSPÓLNIE. Ktoś musi dać jeść, pić i dostarczyć spania w luksusowych hotelach. I to jest nasza specjalizacja w tym przedsięwzięciu. W tzw. międzyczasie ajatollahowie wymachują rękami (jak to oni) i wrzeszczą, że to jest absolutny skandal. Ja też myślę, że ogłaszanie konferencji zanim się gospodarz miejsca dowiedział to lepszy skandal. Ale mnie to raczej śmieszy i nie wymachuję rękami.

Ale numer z ogłaszaniem konferencji w Warszawie to był dopiero pierwszy „dyplomatyczny gest” .

Jak już pan Mike Pompeo przyjechał do „tutejszego kraju”, wypił i zakąsił (a zakąsić może, jak widać, jak to wojskowy, choć były) to do gospodarzy się odezwał w te słowa: „no dobrzy ludzie, a teraz proszę mi tu wydać te wszystkie srebrne łyżki, haftowane obrusy, złocone kryształy tudzież stół rzeźbiony a na dodatek budynek, w którym jedliśmy oraz jakieś pół królestwa , to jest chciałem powiedzieć, pół tej waszej całej republiki, czy co to tam jest”. Bo zalegacie dobrym Żydom amerykańskim, którzy NIGDY NIE MIELI PRZODKÓW I MAJĄTKÓW W POLSCE za to „mienie bezspadkowe” tych Żydów, którym USA NIE udzieliły pomocy w czasie Holocaustu”. Może nie dosłownie ale taki był ogólny sens.

  Bo konkretnie to pan Sekretarz Stanu Mike Pompeo łaskaw był powiedzieć we wtorek 12 lutego 2019 r. w rozmowie z tutejszym ministrem spraw zagranicznych Jackiem Czaputowiczem co następuje: ”…Zdajemy sobie także sprawę z wagi naprawienia ważnych spraw z przeszłości i ja PONAGLAM moich polskich kolegów aby poczynili postępy z legislacją w sprawie restytucji PRYWATNEJ WŁASNOŚCI DLA TYCH, KTÓRZY STRACILI i własność w czasie ery Holocaustu…”.

  Dla „tych, którzy stracili”? Dla tych „którzy stracili”, to jak przytomnie zauważył, jak zwykle pan premier Miller – PRL wypłacił USA pełne odszkodowanie na podstawie umowy z 16 kwietnia 1960 r.

Panu Czaputowiczowi oczywiście mowę odjęło i do dzisiaj jest „zaniemówiony” i jakiś taki „nieśmiały” na tych zdjęciach, ale my po paru dniach ochłonęliśmy i możemy przypomnieć przyjacielowi rodziny Koch, której cała gigantyczna fortuna stoi na połowie miliona USD zarobionych w Rosji Sowieckiej u towarzysza Stalina, że ówże Stalin, który „zrobił dobrze” Fredowi C. Koch i setkom amerykańskich firm , dając im milionowe zlecenia w latach 20-tych i 30tych XX w. został za te i inne gesty sowicie wynagrodzony przez poprzednika pryncypała pana Pompeo czyli Prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta.

Który lekką ręką podarował Stalinowi w Teheranie i Jałcie 51% terytorium Rzeczpospolitej Polskiej – sojusznika Aliantów czasu wojny, ze znajdującym się tam całym majątkiem nieruchomym i ruchomym. O ludziach ledwo wspomnę.

Pobożnemu panu Pompeo warto zwrócić uwagę, że wśród owych nieruchomości były liczne kościoły rzymsko katolickie, cerkwie, synagogi a nawet zbory protestanckie. I one zostały wysadzone, zamienione w kazamaty, magazyny nawozów sztucznych lub kina i tancbudy dla komunistycznych aktywistów. A święte Księgi , w tym tak ukochana przez niego Biblia, co to „leży na biurku”, wylądowały na śmietnikach, zostały spalone lub były darte publicznie ku uciesze gawiedzi .

  Jako biegłemu w rachunkach absolwentowi West Point i prawnikowi z doktoratem wspomnę , że pobieżny szacunek tego „podarunku państwa amerykańskiego dla Stalina” z 51% terytorium Rzeczpospolitej Polskiej ze wszystkim, co się na nim znajduje daje jakieś  plus minus 5 bilionów USD. I że odsetki lecą.
  Więc  jak już musi się wywiązać wobec jakichś „lobby” i realizować ustawę JUST, to niech może sobie odejmie owe 300-400 mld USD, które chce nam zabrać bez tytułu prawnego , z kwoty 5 bilionów USD, które są nam winne USA za lekkomyślne „podarunki Stalinowi”. Zostanie jeszcze 4,7 biliona USD do zapłacenia Polsce.

  No ale.

Kto zna trochę historię USA to zapewne wie, jak pracowicie USA pozbawiały katolickie Królestwo Hiszpanii jego terytoriów na kontynencie amerykańskim, zaczynając od zakładania masońskich agentur i wojen oraz utworzenia „ Cesarstwa Meksyk” . I jak na wieść o złożach np. złota „wybuchło powstanie amerykańskie w Kalifornii” w 1846 r. i „do zatoki Monterey wpłynął admirał US Navy John D. Sloat” i „rozpoczął okupację Kalifornii”.

I że te napaści słowne i dyplomatyczne na Polskę niebezpiecznie przypominają tamtą smutną historię. A my, ostatni kraj katolicki,  chyba jesteśmy kolejni po katolickiej Hiszpanii – do kasacji.

A że nie mamy bomby atomowej to nikt nie musi z nami grzecznie rozmawiać. Jak np. z tym sympatycznym koreańskim „czerwonym cesarzem” Kim Dzong Unem z Korei Płn. Miłośnikiem filmu, szampana i aktorek.

  Pan Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo był w Seulu, jak donosi The New York Times z 8 października 2018 r. i rozmawiał długo z „przywódcą narodu północnokoreańskiego”, który ogólnie „jest za”, ale żadnych obietnic w sprawie zdemontowania broni nuklearnej – nie złożył. I widzimy pana Mike Pompeo Sekretarza Stanu największego mocarstwa, jak się uśmiecha czule , żeby nie powiedzieć przymilnie do szefa państwa , które jest podobno „państwem –gułagiem”. Normalnie pełna dyplomacja, Francja elegancja, Szwecja dyskrecja. Do towarzysza Kim Dzong Una nikt nie robi kwaśnych min i nieprzyjemnych wycieczek historyczno majątkowych. I nie używa słowa „nalegam”.

  A Polska obejmuje w mediach amerykańskich rolę „najczarniejszego charakteru globu” mimo karmienia i pojenia Sekretarza Stanu Mike’a Pompeo różnymi smakołykami i pojenia najlepszymi alkoholami . Nic ni pomogło.

  Zaraz za Sekretarzem Stanu Pompeo wpadła do Warszawy małżonka byłego szefa Rezerwy Federalnej Alana Greenspana redaktorka ważnej stacji telewizyjnej Andrea Mitchell i walnęła z grubej rury „nową prawdą historyczną made in USA” : ”… Program wizyty Pana Pence’a przewidywał wizytę w Getcie Warszawskim, gdzie w 1943 r. Żydzi przez miesiąc walczyli przeciwko Polskiemu i Nazistowskiemu reżymowi a w piątek oczywiście wizyta w Auschwitz…”.

  Nie wiedziałam, że w Rzeczypospolitej Polskiej jest jakieś „Auschwitz”. W Polsce jest Oświęcim a niemiecki obóz koncentracyjny to jest Konzentrationslager Auschwitz. Co oczywiście przy rewelacji historycznej, że w 1943 był jakiś „polski reżym” jest mniej ciekawe. Domyślam się, że chodziło o „polski reżym w Londynie” . I to przeciwko niemu „walczyli przez miesiąc Żydzi w Getcie” .

Bo PKWD jeszcze Stalin nie założył.

  W tych okolicznościach bardzo blado wygląda ten cały „polski partyzant z niebyłych bitew pod Lubartowem” – Efraim Blaichman z Kamionki. Wiadomo, że był w październiku 1944 r. w Lublinie, gdzie stał PKWN i dywizje NKWD dla osłony i skąd tow. Franciszek Jóźwiak ówczesny małżonek Heleny Wolińskiej wysłał Blajchmana na odpowiedzialną placówkę Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lubartowie na stanowisko „przodownika” z dniem 5 października 1944 r. a następnie od 12 stycznia 1945 r. do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Pińczowie na odpowiedzialne stanowisko „wywiadowcy”.

  Czego się miał „wywiadywać” Blajchman w Pińczowie to nie wiem, bo za Niemca to jeszcze latem 1944 Żołnierze z Batalionów Chłopskich a nie „takie wielkie partyzanci” jak Frank Blajchman , tylko zwyczajni tutejsi włościanie polscy – dokonali dwukrotnie skutecznych napadów na niemieckie więzienie i : 10 czerwca 1944 r. uwolnili 281 więźniów, głównie rolników a 13 lipca 1944 opanowali więzienie, uwolnili więźniów, zdemolowali biurokrację a magazyny opróżnili.

No i na to wszystko pojawił się 12 stycznia 1945 r. w Pińczowie Franek Blajchman nie dość że wywiadowca, to jeszcze „pełniący obowiązki kierownika Wydziału Więzień i Obozów w WUBP w Kielcach.”. Trzeba było na nowo otwierać więzienia i sadzać w nich tych samych, co ich sadzali Niemcy.
Urządzone na obrzeżach konferencji „o Iranie” „jasełka historyczno- roszczeniowe” jakie zaprezentowali pan Sekretarz Stanu Mike Pompeo do spółki z żoną Greenspana , spowodowały, że pan Wiceprezydent USA Mike Pence wypadł strasznie blado, mimo , że też się starał.

Miał on powiedzieć podobno, że : ”… Stany Zjednoczone wraz ze swoimi sprzymierzeńcami użyją pełnej siły militarnej, aby wyrugować radykalny islamski terroryzm z powierzchni ziemi”.
Wyznam, że po próbkach dyplomacji w wykonaniu pana Mike Pompeo i żony Alana Greenspana – jakoś się nie czuję „sprzymierzeńcem Stanów Zjednoczonych”. Przynajmniej w tym tygodniu.



PS. Ciekawe, że rząd nasz kochany nie zawiózł był w wolnej chwili pana Wiceprezydenta Pence’a i pana Sekretarza Stanu Pompeo do Czyżewa, gdzie mieści się w dawnym budynku dawnej stacji kolejowej Muzeum Ziemi Czyżewskiej a tam stała wystawa poświęcona Polakom deportowanym w liczbie co najmniej 1.841 tysięcy w okresie 10 lutego 1940 – 22 czerwca 1941. W tym około miliona polskich dzieci. Wróciło około 57 tysięcy w tym dzieci nie było prawie wcale.

[a mnie wzięli jako „kapitalistcziskewo szpiona, gdy miałem 3 lata. I wróciłem. Achaaa,,.. MD]

https://www.truthdig.com/articles/tea-party-financiers-owe-their-fortune-to-josef-stalin/

https://en.wikipedia.org/wiki/Mike_Pompeo

https://en.wikipedia.org/wiki/Koch_Industries

https://en.wikipedia.org/wiki/Fred_C._Koch

https://pl.wikipedia.org/wiki/Amtorg

https://www.academia.edu/28986002/American_craking_for_Soviet_refining_Oil_of_Russia._2012._4._%D0%A0._84_-_87

http://mowiawieki.pl/templates/site_pic/files/Polskie-osiagniecia-naukowo-techniczne-odcinek-7.pdf

https://en.wikipedia.org/wiki/Williams_%26_Connolly

https://www.theguardian.com/us-news/2019/jan/11/trump-administration-evangelical-influence-support

https://qz.com/1227882/secretary-of-state-nominee-mike-pompeo-owes-his-political-career-to-the-koch-brothers

https://www.opensecrets.org/news/2018/04/trump-picks-top-koch-recipient-for-secretary-of-state

https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/68703

https://en.wikipedia.org/wiki/History_of_the_Philippines_(1898%E2%80%931946)

https://www.nytimes.com/2018/10/08/world/asia/mike-pompeo-kim-jong-un-north-korea.html

https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/68703

Niedoszłe energetyczne El Dorado

Wokół kosztów Energetyki Jądrowej

Mirosław Dakowski, maj 2011

Wieloznaczność pojęcia KOSZTY

Gdy kupujemy jaja czy jabłka na targu, wybieramy: towar powinien wyglądać jak świeży, kobiecie sprzedającej powinno dobrze patrzeć z oczu, najlepiej – powinna nam być znana choć od miesięcy. Wtedy wybieramy towar tańszy i płacimy od razu. Uczenie nazywa się to OVN (OVer Night).

Ja mam zwyczaj dodawać przekornie: Kupiłem taniej i lepszy produkt. Często jest to prawdą. Tak naturalne reguły stosują się jednak tylko do prostych zakupów.

            Gdy młodzi (lub względnie młodzi) chcą kupić dom – w obecnych czasach zwykle muszą rozejrzeć się za kredytem. Czyli – kupić najpierw pieniądze, za przyszłe zobowiązania. Tu już powyższe kryteria są trudne do spełnienia. Sprzedawca pieniędzy to zwykle anonimowy BANK, warunki, jakie stawia, są zwykle dla normalnego człowieka mało zrozumiałe, część z nich (najważniejsza!) jest ukryta w postaci t.zw. fine print (drobny druczkiem). Raty, zmienne stopy, stopy wymiany, czy jakieś spekulacje na giełdzie określają ostateczny koszt zakupu naszego domu. Jest on zwykle znacznie, często wielokrotnie wyższy, niż przy zakupie za gotówkę. A kupujemy od rekino-podobnego, anonimowego banku, lub „od państwa”, cokolwiek by to ostatecznie znaczyło.

„Nietrafione inwestycje”

            Gdy w swojej bezgranicznej bezczelności „tamci” (zwani eufemistycznie „finansistami”) się przeliczą, to padają nie tylko wielkie sieci przedsiębiorstw pożyczkowych  (np. Fannie Mae and Freddie Mac), lecz i miliony kredytobiorców, czyli ludzi:

Wynagrodzenie rabusia: 400 mln dol. : „…Podczas zeznań przed komisją Kongresu, jeden z większych złodziei – szef upadłego banku inwestycyjnego Lehman Brothers, Richard Fuld Jr, przyznał, że otrzymał z firmy w ramach wynagrodzenia za pracę 400 mln dol. I pieniądze te może zachować dla siebie, mimo że doprowadził do bankructwa bank, a do ruiny miliony ludzi!…”

Padają też setki banków realizując przy tym zyski prezesów i rad nadzorczych. A mózgi tego rabunku np. Alan Greenspan (ponoć z Bełżca) i później Ben Shalom Bernanke – inkasują swoje potwornej wysokości prowizje i „przepraszają za nieudane inwestycje”. Miliony ludzi tracą dorobek życia.

Pojęcie „ceny” czegokolwiek traci w tej sytuacji sens.

Dochodzimy do transakcji zawieranych między konsorcjami banków, a np. rządami państw. Są jeszcze bardziej niejasne i zagmatwane. Przypomnę w charakterze ilustracji, że na początku lat 90-tych dług po PRL-u, po epoce Gierka, który jednak kazano nam spłacać, wynosił 23 miliardy dolarów. Niedługo narósł do 42 miliardów ówczesnych dolarów. O absurdach, których my, zwykli płatnicy, nie rozumieliśmy i nie rozumiemy, świadczą m.inn. następujące fakty: Papiery dłużne po-PRL-owskie chodziły na światowych rynkach wtórnych w cenie 11-16 % ich wartości nominalnej (por. FOZZ). Komuś się ten handel opłacił. Potem wielomiliardowe pakiety długów „skonsolidowano” (używano były też inne słowa-wytrychy), obniżono dwukrotnie (czyli do połowy!!), a banki i państwa, które „Gierkowi” pożyczały i tak miały ogromne zyski.

            Podobnie jest teraz z „bankructwem” Islandii, Hiszpanii czy Grecji w UE.

            Dla przykładu z dziedziny EJ: w USA dla ożywienia zamówień na elektrownie jądrowe rząd dawał gwarancje kredytowe (przejmował więc ryzyko – ale na barki obywateli). Pozwolił również, by urzędy regulujące ceny zgodziły się na nakładanie zwiększonych opłat na konsumentów. Powstał paradoks: „tańsza energetyka jądrowa –wyższe ceny energii elektrycznej”.

Olkiluoto i Flamanville

[Poniższe, zaznaczone italikiem analizy i rozumowania wzięte są z pracy: Steve Thomas Ekonomika energetyki jądrowej, odnośnik na dole artykułu *)  ]

Te dwie elektrownie są szczególnie istotne, ponieważ stanowią jedyne obiekty generacji III+, które pozwoliły na zebranie już pewnych do­świadczeń – chociaż jest to doświadczenie jedy­nie w zakresie budowy, a nie eksploatacji.

Olkiluoto

Fińskie zamówienie na Olkiluoto 3 przemysł jądrowy postrzegał jako szczególnie ważne, po­nieważ zdawało się przeczyć znanej prawdzie, że liberalizacji rynków nie da się pogodzić z za­mówieniami na siłownie atomowe. Złożone 3 grudnia 2003 roku zlecenie na budowę reaktora Olkiluoto 3 było pierwszym zamówieniem w Eu­ropie Zachodniej i Ameryce Północnej od czasu realizacji obiektu Civaux 2 we Francji (1993) oraz pierwszym zamówieniem na reaktor generacji III/III+ pochodzącym spoza regionu Pacyfiku. Od 1992 roku fiński sektor jądrowy starał się uzyskać zgodę parlamentu na piątą instalację w kraju. Pro­jekt uzyskał ostatecznie akceptację w 2002 roku i bardzo ożywił całą branżę, a zwłaszcza koncern Areva NP. Przedstawiciele sektora zakładali, że obiekt ten będzie po ukończeniu instalacją poka­zową i źródłem referencji dla potencjalnych przy­szłych nabywców reaktorów EPR.

Finlandia jest częścią nordyckiego rynku energetycznego, obejmującego także Norwegię, Szwecję i Danię. Region ten uważa się powszech­nie za najbardziej konkurencyjny rynek energii na świecie. Finlandia cieszy się także dobrą opi­nią jako kraj eksploatujący już na swoim teryto­rium cztery reaktory, więc pojawiły się wielkie na­dzieje znalezienia odpowiedzi na liczne pytania związane z „renesansem energetyki jądrowej”. Jeżeli jednak przyjrzymy się tej transakcji bliżej, okaże się, że zawiera ona kilka elementów, które dowodzą, że nie została zawarta na warunkach reprezentatywnych dla pozostałych rynków.

Podana w 2004 roku cena kontraktowa Olkiluoto 3 wynosiła 3 mld EUR za elektrownię o mocy 1 600 MW. Następnie w publikacjach pojawiały się kwo­ty 3,2 mld oraz 3,3 mld EUR, Fiński organ dozoru jądrowego STIJK zatwierdził plany bezpieczeństwa obiektu w marcu 2005 roku, a w sierpniu 2005 roz­poczęto pierwsze istotne prace budowlane. W cza­sie gdy podpisywano kontrakt, jego cena stanowiła równowartość ok. 3,6-4 mld USD (w zależności od przyjętej wartości kontraktu), albo w przeliczeniu ok. 2250-2475 USD/kW (przy kursie 1 EUR= 1,2 USD). Koszt ten obejmował finansowanie projektu oraz dwa rdzenie reaktora; bez uwzględnienia odsetek kapitałowych i uwarunkowanych inflacją wzrostów cen (mówi się również o cenie „Overnight”) koszty za kilowatogodzinę byłyby zatem trochę niższe, chociaż koszty finansowe – o czym poniżej – przy bardzo ni­skim oprocentowaniu kredytu (2,6%) były niskie.

Chociaż opublikowane koszty znacznie prze­wyższały docelową wartość dla branży, podawaną jeszcze kilka lat wcześniej (1 000 USD/kW), krytycy i tak postrzegali je jako próbę przyciągnięcia klien­tów atrakcyjną ceną. Areva NP próbowała namówić EDF oraz przedsiębiorstwa niemieckie od końca lat 90. XX wieku do złożenia zamówienia na EPR i istniały obawy, że w przypadku nieotrzymania w miarę szybko żadnego zlecenia zacznie tracić kluczowych pracowników, a sama konstrukcja stanie się przestarzała. Areva NP potrzebowała także swoistego „okna wystawowego” dla technolo­gii EPR, a Olkiluoto 3 mogłoby posłużyć jako źródło referencji przy kolejnych zamówieniach. Dodat­kową zachętą było to, że na życzenie klienta Areva zaoferowała projekt „pod klucz”, z gwarancją stałej ceny końcowej, a także wzięła na siebie odpowie­dzialność za zarządzanie budową oraz za obiekty towarzyszące, czyli znacznie większy zakres prac niż tylko dostarczenie „części jądrowej” obiektu. Były to zadania, w których realizacji Areva nie miała wprawy. W przypadku 58 reaktorów PWR dostar­czonych przez poprzednika Arevy NP (Framatome) do Francji oraz na rynki zagraniczne (m.in. do Chin i RPA) tymi pracami i usługami zajmował się EDF.

Jak wynika z innych źródeł, projekt Olkilu­oto borykał się z poważnymi trudnościami od rozpoczęcia budowy [por. Nabici w REAKTOR (Finowie) ]. W marcu 2009 roku przy­znano, że ma on co najmniej trzy lata opóźnienia i przekroczył planowane koszty o 1,7 mld EUR. W sierpniu 2009 roku Areva NP ujawniła, że sza­cunkowe koszty osiągnęły poziom 5,3 mld EUR, co przy kursie wymiany 1 EUR=l,35 USD ozna­czałoby w przeliczeniu 4 500 USD/kW.

Kontrakt stał się także przedmiotem zażartego sporu mię­dzy Arevą NP i fińskim klientem, Teollisuuden Voitna Oy. Areva NP domaga się odszkodowania w wysokości ok. 1 mld EUR za rzekome błędy TVO, które z kolei – w kontr-pozwie z 29 stycznia 2009 roku – żąda od Arevy 2,4 mld EUR za opóź­nienia w realizacji projektu.

Nie wydaje się prawdopodobne, żeby udało się rozwiązać wszystkie problemy, które doprowadzi­ły do opóźnień i przekroczenia budżetu. Ostatecz­ny koszt projektu będzie znacznie wyższy niż pla­nowano. Rezultatem pozwu i kontr-pozwu Arevy i TVO będzie ustalenie – w ramach arbitrażu – jaka część nadwyżki kosztów przypadnie na daną fir­mę. Niezależnie od tego jest jednak jasne, że oba­wy inwestora co do kosztów i perspektyw ukończe­nia obiektu są w dalszym ciągu uzasadnione.

Flamanville

EDF zamówił ostatecznie reaktor EPR w stycz­niu 2007 roku. Ustalono, że nowy obiekt zostanie umieszczony w wykorzystywanej już przez EDF lokalizacji – Flamanville. Moc reaktora zwiększo­no do 1 630 MW, a prace rozpoczęto w grudniu 2007 roku. W maju 2006 EDF ocenił koszt pro­jektu na 3,3 mld EUR. Według ówczesnego kur­su (1 EUR=1,28 USD) stanowiło to równowartość 2590 USD/kW. Koszt ten nie obejmował jednak pierwszego załadunku paliwa, więc łączne koszty OVN były trochę wyższe. Kalkulacja nie obejmo­wała także kosztów finansowych.

EDF nie zdecydował się na projekt „pod klucz” obejmujący obiekty towarzyszące i postanowił sam zarządzać podwykonawcami – np. w zakresie dostawy turbogeneratora. Nie wiadomo, w jakim stopniu wpłynęły na tę decyzję złe doświadczenia z Olkiluoto, a w jakim potrzeba podtrzymywania własnego potencjału i umiejętności.

W maju 2008 roku francuski urząd dozoru jądrowego zarządził tymczasowe wstrzymanie prac z powodu problemów z jakością wylewa­nej betonowej płyty fundamentowej obudo­wy bezpieczeństwa. W związku z tym Areva skorygowała swoje prognozy i stwierdziła, że obiekt zostanie ukończony w 2013 roku (czyli z rocznym opóźnieniem). Jednak w listopa­dzie 2008 roku EDF oświadczył, że opóźnienie jest do nadrobienia, a budowa zostanie ukoń­czona w pierwotnym terminie (2012). EDF przyznał także, że prognozowany koszt budowy Flamanville wzrósł z 3,3 do 4 mld EUR. Suma ta stanowiła wtedy w przeliczeniu (po kursie l EUR= 1,33 USD) równowartość 3 265 USD/kW, czyli zdecydowanie więcej niż w przypadku ceny kontraktowej na Olkiluoto (wg. pewnej wersji oficjalnych danych), ale znacznie poniżej poziomu cen w Stanach Zjednoczo­nych oraz rzeczywistych kosztów fińskiego obiektu. Ponadto związki zawodowe pracow­ników zatrudnionych w projekcie twierdziły, że budowa Flamanville ma co najmniej dwuletnie opóźnienie. Przedstawiciel Arevy sugerował, że koszt instalacji EPR wyniesie przynajmniej 4,5 mld EUR, chociaż nie wspomniał, czy cho­dzi o koszty OVN.

Stany Zjednoczone

Dużo najnowszych prognoz kosztorysowych przed­siębiorstw nadeszło ze Stanów Zjednoczonych. Szacun­ki te mogą okazać się bardziej wiarygodne niż szacunki z innych krajów, ponieważ przedsiębiorstwa w USA muszą przedłożyć wiarygodne wyliczenia, aby uzyskać gwarancje kredytowe. Powinny także udokumentować  koszty (które będą ponosić) stanowym urzędom regu­lacji. Do szacunków amerykańskich można już także dodać dane z trzech rozstrzygniętych przetargów oraz doświadczenia z Olkiluoto i Flamanville.

Tabela : Koszty budowy elektrowni jądrowych w USA

ObiektTechnologia Szacunkowy koszt (w mld USD) Szacunkowy koszt w USD/kW
Bellefonte 3, 4AP 10005/6-10/4*2 500-4 600
Lee l, 2AP 100011*4900
Vogtle 3/ 4AP 10009,94190
Summer 2/ 3AP 1000H/54900
Levy l/ 2AP 1000145900
Turkey Point 6, 7AP 100015-183100-4500
South Texas 3, 4ABWR176500
Grand GulfESBWR10+6 600+
River BendESBWR10+6600+
Bell BendEPR13-158 100-10 000
FermiESBWR106600+

*) te szacunki to „koszty OVN”, czyli over night, czyli tak, jakbyśmy wyjęli portmonetkę i zapłacili. Pozostałe zawierają koszty odsetek

————

W tabeli zestawiono najnowsze szacunki kosz­tów budowy elektrowni jądrowych w USA. Z tabeli tej wynika kilka spostrzeżeń. Pierwsze jest takie, że większość szacunków – zwłaszcza tych najlepiej do­pracowanych – dotyczy konstrukcji AP 1000. Razem z ABWR są to jedyne dwie konstrukcje, które mają za sobą procedurę dopuszczeniową NRC (chociaż obie są teraz ponownie oceniane) – i łatwiej jest oszacować koszty budowy, ponieważ konstrukcja jest zbliżona do ostatecznej. Trudno jednak wyciągnąć jednoznaczne wnioski na podstawie tej tabeli – poza takim, że obecne szacunki okazują się co najmniej cztery razy wyższe niż koszty podawane przez branżę jądrową (1000 USD/ kW) jeszcze pod koniec lat 90. ubiegłego wieku oraz że pod koniec 2009 roku koszty nie przestawały rosnąć. Podstawa podanych kosztów jest zróżnicowana: nie­które obejmują finansowanie, a inne koszty przesyłu, bezpośrednie porównania nie są więc wiarygodne.

Podsumowanie

Jest oczywiste, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat koszty budowy nowych elektrowni jądrowych wzrosły kilkukrotnie – prawdopodobnie ponad pięciokrotnie – i nie widać żadnych oznak spowol­nienia tempa tego wzrostu. Doświadczenia z przeszło­ści dowodzą, że wszędzie tam, gdzie ustalono rze­czywiste koszty budowy, okazywały się one znacznie wyższe niż ich szacunki. Natomiast większą trudność sprawia określenie, czy bieżące szacunki są faktycznie znacząco wyższe od kosztów rzeczywistych, a jak tak, to dlaczego szacowane koszty wzrosły aż w takim stopniu.

Najnowsza brytyjska elektrownia jądrowa, Sizewell B, która nie przeżywała istotnych trudności podczas budowy, kosztowała ok. 3 mld. GBP, co pokrywało się z ówczesnymi szacunkami i odpowiadało także kosztom elektrowni amerykańskich, ukończonych w latach 90. Być może konstruktorzy zakładali, że nowe elektrownie – pozbawione „bagażu”, którego zastosowanie stało się konieczne w reaktorach, aby sprostać wymogom bezpieczeństwa po awariach w Three Mile Island i w Czarnobylu – będą mogły spełnić te wymogi dzięki znacznie prostszym kon­strukcjom (tańszym i sku­teczniejszym). Możliwe, że takie postrzeganie proble­mu okazało się iluzją, a kon­strukcje nie stały się wcale mniej skomplikowane. Wydaje się, że konieczność zapewnienia ochrony przed skutkami uderzenia sa­molotu również okazała się bardziej uciążliwa, niż przewidywała branża jądrowa.

Koszt l 000 USD/kW także nie był prawdopo­dobnie wynikiem procesu „oddolnego” (przyjmu­jącego za podstawę opracowania projektowe ), lecz „odgórnego” (czyli rozważań, że takiego właśnie kosztu potrzeba, żeby zapewnić energetyce jądro­wej konkurencyjność). Krótko mówiąc, cena l 000 USD/kW była narzuconym z góry celem, pozba­wionym podstaw technicznych.

Realistyczna ocena kosztów dla ewentualnej EJ w Polsce

            Obecnie reaktory mają moce rzędu 1 600 MW. Do szacunkowych porównań kosztów przyjmę koszt w przeliczeniu na 1 kW mocy elektrycznej z EJ.

W materiałach propagandowych lobbystów EJ jeszcze niedawno pisało się (i „udowadniało” na naukawych, propagandowych  konferencjach), że koszt 1 kW do się ograniczyć do 1 tys. $. Gdy jednak przystąpiono do trochę poważniejszych rozmów, mówiono o 1.2 tys. $/kW.

            Przed Fukushima propagandyści w Polsce przekonywali „rząd” że elektrownia z czterech reaktorów po 1600 MW może kosztować 32 miliardy złotych, tj. ok. 10 mld $. Dałoby to koszt znormalizowany do 1 kW: ok. 1600 $/kW.

            Z tej „najnowszej” generacji reaktorów (zaprojektowanych  jednak przed dwoma dziesięcioleciami) zwanej zachęcająco  „3+”  w Europie budowane są jedynie dwa reaktory: Flamanville we Francji (zamówienie z 2007 roku) i  Olkiluoto w Finlandii. W maju 2006 EDF (Electricité do France) ocenił koszt uruchomienia projektu na 3.3 mld. EUR. Stanowiło to wtedy równowartość 2 600 USD/kW. Jednak jak zwykle przy budowie EJ, koszt wzrósł . W 2008 EDF szacowało go na ok. 4 mld. EUR, co wynosiło równowartość 3265 USD/kW (odnośniki i przeliczniki w dobrej, powyżej cytowanej źródłowej pracy „Ekonomika energetyki jądrowej . Aktualizacja” Steve Thomasa).

Koszty EJ w USA podane są w powyższej Tabeli. Są one bardziej wiarygodne, niż podawane w innych częściach świata, bo w USA przedsiębiorstwa muszą przedstawiać wiarygodne wyliczenia, aby uzyskać gwarancje kredytowe.

Rozrzuty kosztów są ogromne: od jednego do dziesięciu.

Nie uwzględniają kosztów składowania wypalonego paliwa z prostej przyczyny: NIGDZIE na świecie nie ma składowisk ostatecznych. Są więc one niewyobrażalnie drogie. Jedyny wyjątek, to składowisko w Finlandii, ale jest ono małe i jego bezawaryjne użytkowanie przez najbliższe 100 tysięcy lat budzi duże, coraz większe wątpliwości.

Co można odpowiedzieć na argument, że ”może inwestycja jest droga, ale .. prąd potem będzie tani..”. Jak widać z powyższych analiz, koszty kredytów, ryzyka, składowisk przyszłościowych, przeróbki paliwa i usuwania starych, silnie radioaktywnych elektrowni nie są jawnie uwzględniane w ocenach kosztów. Więc przerzucane są w ceny „prądu”, czyli na użytkowników. Obecnych i przyszłych. Nie widać żadnych przesłanek, by przy tak ustanowionych wkładach kapitałowych ceny energii elektrycznej dla użytkownika były niewielkie.

Konkluzje proste

Koszty EJ przez ostatnie pół wieku systematycznie i znacznie rosną.

Nie ma w EJ „efektu skali”, czyli zmniejszania kosztów jednostek ze wzrostem urządzeń.

Koszty najdroższej dotąd odmiany energetyki odnawialnej – słonecznej fotowoltaiki (PV) obniżają się tak szybko, że nawet one stały się już  porównywalne z kosztami EJ.

Nowe zabezpieczenia i uwarunkowania EJ po FUKUSHIMA  koleiny raz podniosą koszty EJ o 30-40 %.

CODA

Największe przedsiębiorstwa energetyczne w Polsce mają zdolności kredytowe ok. 16-17 miliardów zł (ok. 5 mld $) (wg. prof. Władysława Mielczarskiego, np. Zielone Wiadomości, kwiecień 2011 Program energetyki jądrowej to ślepa uliczka dla polskiej gospodarki ).

Budowa elektrowni jądrowych, wspomnianych przez związanych z rządem propagatorów EJ, ma objąć cztery elektrownie po cztery reaktory po 1 600 MW każdy. Razem (docelowo??) 16 reaktorów.  Czyli 25 GW mocy podstawowej, nie nadającej się do regulacji. Byłaby to więc katastrofa energetyki od strony podażowej.

Prof. Mielczarski, za informacjami płynącymi z ministerstwa gospodarki, ocenia koszt pierwszej elektrowni na 40 mld złotych, t.j. na poniżej 1 600 $/kW. Jak wykazaliśmy powyżej, jest to koszt co najmniej dwukrotnie niedoszacowany.

Nawet taki kosztorys w sposób oczywisty jest nierealizowalny z pieniędzy i kredytów dostępnych dla polskich firm energetycznych, polskiej gospodarki.

Zobaczmy jednak, jedynie jako ćwiczenie wyobraźni i umysłu, dalsze konsekwencje finansowania „najtańszej energetyki” dla Polski.

Jeśli za realną miarę kosztów weźmiemy stan finansowy reaktorów EPR (tych „na trzy plus”…) w Europie w budowie, to koszty te mieszczą się w widełkach między 3.3 k$/kW a 4.5 k$/kW. [Pamiętajmy, że w USA dochodzą jednak do 10 k$/kW ].

Przeliczmy to, dla uzmysłowienia sobie skali i wagi sprawy, na jedną elektrownię oraz na projektowane cztery.

Jedna: co najmniej      6.4 GW * 3.3 k$/kW = 21 Mld $ = 60 Mld zł

A góra widełek:           6.4 GW * 4.5 k$/kW =  29 Mld $ = 90 Mld zł

Pomnóżmy to przez cztery, bo jak wspominał nasz UKOCHANY PRZYWÓDCA, w planach ma 4 elektrownie:

Jest to między 240 miliardów złotych  a 360 miliardów złotych 

Jeśli uwzględnimy spodziewane podwyżki „po FUKUSHIMA” rzędu 40%, to zapłacić mamy:

Od 336 miliardów złotych, a góra widełek  to 500 miliardów złotych.

Są to liczby niewyobrażalne nie tylko dla laika (mgr. historii, socjologii itp.) ale i dla inżynierów, fizyków , matematyków. Przy tak astronomicznych sumach niezbędne są gwarancje rządowe, co ewidentnie sprawi, że owe koszty poniesiemy my, nasze wnuki i prawnuki.

Czy mają może Państwo w portmonetce taką sumę, by zapłacić na warunkach OVN, czyli jak tej „babie z jajami” z początku artykułu?

Profesor Mielczarski i inni rozsądni energetycy wnioskują z takich i podobnych zestawień liczb, że Polska sobie EJ nie sprawi. Jest Pan optymistą, Profesorze. Miałby Pan rację, gdyby o losie gospodarki decydowali Polacy.

Dlatego na początku artykułu umieściłem rozdział „Nietrafione inwestycje”, jakby czego innego dotyczący.

Otóż komiwojażerowie EJ z USA i Francji mogą użyć „argumentu nie do odrzucenia”: [dodaję w 2021: Była taka, Żorżeta.. ]

My u was będziemy budować elektrownie jądrowe. Jeśli zbudujemy, będziemy mogli eksportować energię elektryczną na przykład  do Niemiec, Francji czy Danii. Z zyskiem dla nas. A czy zbudujemy czy nie, inwestować będziemy (t.j. znajdziemy banki kredytujące) np. w zamian za przekazanie nam własności złóż gazu łupkowego oraz złóż węgla kamiennego. Nie potraficie przecież tego gazu wydobyć. Kopalnie zostały co prawda zniszczone w ostatnich 20-tu latach, więc dla was nie są wiele warte. A my już sobie z nimi jakoś poradzimy.

A jeśli technologia „na trzy plus” okaże się równie zawodna, jak dotychczasowe technologie EJ na przestrzeni pół wieku? A, to już wasz, tubylców, problem. Od Niemiec jest wystarczająco daleko, a i wiatry są tu zwykle zachodnie. To samo dotyczy składowisk wypalonego paliwa i starych, promieniujących reaktorów. Może spróbujecie upchać gdzieś za Uralem?

No, dawajcie sobie, dzielni Polacy, radę! Jeśli potrafiliście szarżować z lancami na czołgi, to i teraz dacie se radę!

No, NAPRZÓD do Postępu i Zwycięstwa!

Vive la Pologne!!

*) Steve Thomas, Ekonomika energetyki jądrowej, marzec 2010,

Polecam też inne publikacje Fundacji im. Heinricha Bőlla:

– Gerd Rosenkranz, „Mity energetyki jądrowej: Jak oszukuje nas lobby energetyczne”, oraz

– Antony Froggatt i Mycle Schneider, „Systemy na rzecz zmian: Energia jądrowa kontra efektywność energetyczna i źródła odnawialne”.
Prace te analizują głównie osiągnięcia Europy zachodniej ,w szczególności Niemiec. Przypominam analizę sprzed 10 lat. Jest ciągle aktualna. Oczywiście – koszty w tym czasie wzrosły, a bezpieczeństwo ZMALAŁO. 4 grudzień 2021

Dodam jeszcze uwagę z 2013 roku, ciągle aktualną:

=====================geodetów spod Kłaja Gradów…

Oi ! Ostatni reaktor energetyczny w Japonii wyłączony. W ciągu ćwierćwiecza ilość reaktorów jądrowych energetycznych zmalała z ok. 440-tu do poniżej 400-tu. Koszt jednostkowy (za 1 MWe) wzrósł w tym czasie dwa do trzech razy, gdy w innych działach energetyki koszty szybko malały.

U nas – żywimy z EJ geodetę wioskowego Grada i jego rodzinę (też są to „eksperci”), a sprawdzeni, starzy oficerowie, jeszcze GRU i Informacji Wojskowej też testują swą wieczną niezbędność. I okupują prezesury, rabują profesury, dyrektury czy inne synekury.  Co, Haniu, trzymamy się? [Taka była, zdaje się, Trojanowska?? Osiadła na swoim, jak rodzinka geodetów spod Kłaja, Gradów.]

M. Dakowski

CZY EWOLUCJONIZM JEST NAUKĄ. MATEMATYKA EWOLUCJI A LOGIKA EWOLUCJONISTÓW

Motto: The great majority of sequences can never have been synthesized at all, at any time .
Sir Francis Crick o „podwójnej spirali”, [19], str. 51

===========================

Rozważania sklerotycznego informatyka o ewolucji:  Nigdy nie pamiętam, czy przodek człowieka to Enter czy @. ..…

————————————-

Na studium wojskowym [65 lat temu… ] lubiłem strzelać z CKM krótkimi seriami: to po 2-3 strzały. Wtedy jest celniej, niż przy dłuuuugiej serii. Dlatego umieszczam trzeci artykuł z nauk ścisłych koło siebie. 14. VI. 2022. Mirosław Dakowski

================================

Streszczenie

Podano różne zakresy pojęcia ewolucjonizm. Zebrano dostępne obliczenia lub oceny prawdopodobieństw różnych etapów „samoorganizacji materii”, od ewolucji chemikaliów przez „dobór naturalny” dla rozmnażania bezpłciowego oraz płciowego i wreszcie powstawania nowych gatunków. Przedstawiono implikacje tych rachunków dla prawdopodobieństw powstania życia i myśli we Wszechświecie w czasie od Wielkiego Wybuchu do teraz. Wyrażono zaniepokojenie dezinformacją w szkołach na temat zbioru poglądów, często sprzecznych między sobą lub błędnych, a nazywanych „teorią„.

Wyjaśnienie. Nie jest to polemika „kreacjonisty” z „ewolucjonistami”, lecz zastosowanie ogólnie przyjętych kryteriów naukowości i argumentów matematycznych do paradygmatu Ewolucji oraz do wierzeń o podłożu ideologicznym. 

Wiek Wszechświata.

Rozumowanie musimy zacząć od Początku. W pierwszych dziesięcioleciach XX w. fizycy, astrofizycy i astronomowie odkryli miarowe rozszerzanie się Wszechświata, co doprowadziło do sformułowania pojęcia stałej Hubble’a i do jej pomiaru, a dalej do uznania fizycznej realności Wielkiego Wybuchu.

W ostatnich osiemdziesięciu latach kosmologia rozwijała się wokół zagadnień związanych z faktem, że ok. 13 miliardów (±2 mld) lat temu powstały Czas i Przestrzeń oraz Materia i Energia, czyli cały ekspandujący Wszechświat. Bada się też zagadnienia dalszej jego ewolucji. Te ramy czasowe są dla dalszych wywodów istotne: Na powstanie pierwiastków i ewolucję pierwotnych galaktyk mamy więc „tylko” pierwsze miliardy lat. Zatem wszystkie hipotezy dotyczące ewolucji biologicznej „naturalnej”, t.j. opartej jedynie o prawa świata materialnego, muszą zmieścić ten proces (powstania i rozwoju życia w Kosmosie) w (10 ± 2) miliardach lat, jeśli ich autorzy myślą o realnym, istniejącym Kosmosie. Na ewolucję chemikaliów oraz na powstanie życia na Ziemi muszą wystarczyć małe setki milionów lat, a później na rozwój życia pozostaje jedynie ostatnie około czterech miliardów lat.

Obliczenia prawdopodobieństw zdarzeń i procesów komplikacji struktur materialnych muszą więc brać pod uwagą ten „warunek brzegowy”. Zobaczymy, co na temat tych prawdopodobieństw mówi matematyka ewolucji. Wyniki tych badań i obliczeń są bowiem przemilczane w niektórych gronach ewolucjonistów przekonanych do swych milczących założeń. Ludzie ci, szczególnie popularyzatorzy, zwykle nie zdają sobie sprawy ze ścisłych ram czasowych: między początkiem Czasu a chwilą obecną.

Twierdzenia Gödla a „pewniki” naturalistów.

Przyczyn i sposobu powstania Wszechświata nie znamy. Zostało też wykazane z matematyczną dokładnością, że w sensie czysto racjonalnym nigdy ich nie poznamy. Zabraniają bowiem tego matematyczne twierdzenia Gödla opublikowane w 1930r. [1]. Można je popularnie podsumować w zdaniu: „Żaden nietrywialny zbiór twierdzeń matematycznych nie może zawierać dowodu na swą niesprzeczność„. Pierwotnie Kurt Gödel udowodnił je dla zbiorów twierdzeń arytmetycznych. Można to twierdzenie uogólnić na twierdzenia dotyczące Wszechświata, t.j. jedynego bytu obejmującego przestrzeń i czas oraz całą materię mogącą z sobą oddziaływać.

Dość liczni fizycy mający ambicje pisania o dążeniu do Ogólnej Teorii Wszystkiego, w tym genialny Stephen Hawking, w swoim czasie zapewne nie zapoznali się z pracami i osiągnięciami Gödla. Inaczej nie pisali by np. o „chęci poznania myśli Boga” (p.[2], str. 161). Po latach Hawking wycofał się z tego stanowiska [30], ale chyba dalej nie docenił czy nie zrozumiał wagi twierdzeń Gödla (p.[30], str.5).

Różne znaczenia pojęcia ewolucja

Termin „ewolucja” jest pojęciem wieloznacznym. Tej wieloznaczności nie uwzględnia się zazwyczaj w dyskusjach. Utrudnia to porozumiewanie się i racjonalną dyskusję. Dobrze więc będzie podać i sprecyzować te różne pojęcia.

  1. Ewolucja Wszechświata,
  2. ewolucja chemikaliów w kierunku trwałej komplikacji
  3. pojawianie się struktur samo-replikujących (pierwocin życia)
  4. ewolucja, komplikacja istot żywych
  5. powstawanie nowych gatunków roślin i zwierząt.
  6. Jeśli dodatkowo zakłada się przypadkowe zmiany, oraz powstawanie gatunków drogą małych zmian (obecnie mówimy – wpływ pojedynczych mutacji genów) oraz doboru naturalnego, to dopiero przy takim zawężeniu pola zainteresowań mamy ewolucjonizm darwinowski czy neo-darwinowski.

Należy wspomnieć o innym nurcie ewolucjonizmu. Wymieniam go osobno, gdyż z nauką nie ma wiele wspólnego: Gdy pewni popularyzatorzy lub propagandyści przenoszą sprymitywizowane wersje darwinizmu (jako materialnej walki o byt będącej głównym motorem rozwoju) w obszar stosunków międzyludzkich, prowadzi to do „darwinizmu społecznego”. Ta postać „ewolucjonizmu” neguje rolę etyki i moralności w społeczeństwach. Jest jego przerzutem w dziedzinę działań ludzkich. Ci działacze polityczni, którzy traktują społeczeństwa jako hordy wyimaginowanych „zwierząt darwinowskich” usiłują uzasadnić „naukowo” zbrodnie rządzących, które obecnie już są widoczne gołym okiem w wielu krajach, wielu imperiach.

Przyczynowość a celowość

Ewolucjonizm naturalistyczny, którego niewielką częścią jest neodarwinizm, zakłada, że „naukowe” jest tylko to, co „naturalne, uzyskane przy pomocy znanych praw przyrody”. Jest to paradygmat „samoorganizacji materii”, ideologia z gruntu materialistyczna. Te manowce myśli w przypadku wąsko wyspecjalizowanych fizyków i kosmologów szerzej a porywająco omawia Stanley J. Jaki w [3 i 4].

Wiele osób piszących o „ewolucjonizmie” przyjęło milczące założenie, że termin ewolucja oznacza jedynie przemiany (rozwój materii martwej czy żywej i jej komplikacje) spowodowane przez prawa Natury, przy wykluczeniu (tak z hipotetycznej rzeczywistości, jak i z dyskusji) możliwości ingerencji Boga Stwórcy. Niektórzy „naturaliści” w trudniejszych sprawach podpierają swe poglądy wymyślonymi pojęciami typu Elan vital, Wieczna Żywina, Pierwiastek (Zasada) Życia istniejący w Naturze, lub Nieznane jeszcze prawa Natury. Są to hipotezy nieweryfikowalne i nieuzasadnione, więc poza dyskusją naukową. A ich twórcy i wyznawcy chyba zaliczają się do panteistów.

Będę wyraźnie odróżniał katolickie pojęcie ewolucji (i podobne poglądy innych uczonych wierzących w Boga Stwórcę). W ewolucji tak pojętej nie wyklucza się z naukowego dyskursu rozważania celowych działań Boga.

I tylko tyle. Natomiast ateiści czy anty-teiści usiłują możliwość takich rozważań zanegować.

Od epoki Oświecenia duża część ateistycznych naukowców rozpoczęła przekonywanie innych ludzi, w szczególności uczonych, że naukowe może być jedynie podejście poszukujące przyczyn zjawisk czy oddziaływań, i to jedynie wśród praw natury. Ukoronowanie tego podejścia można znaleźć w książce „Konieczność i przypadek” J. Monoda. Odrzucają oni (często z oburzeniem) podejście teleologiczne, szukające celuprocesów. Nie chcą zauważyć, że gdy na przykład badamy ścieżkę czy drogę, to ciekawsze są pytania o to, dokąd one prowadzą, oraz kto je zaprojektował i zbudował, a nie wyłącznie pytanie o budulec, trwałość drogi czy jej promień skrętu. Tymczasem przyczynowość i celowość są to drogi poznania intelektualnego uzupełniające się, a nie wykluczające. Nie należy metod nauki dopasowywać do wyznawanej ideologii. W książce Hellera i Życińskiego [5] ciekawie omówione są dylematy Monoda (str. 113 i nast. w [5]), ale obaj znani wyznawcy i popularyzatorzy ewolucjonizmu nawet nie wspominają o porażających (dla zwolenników naturalizmu) wnioskach wynikających z obliczeń matematyki genetycznej.

Niektóre ze skomplikowanych narządów istot żyjących są zbudowane w taki sposób, że można ich powstanie i istnienie racjonalnie uzasadnić tylko przy przyjęciu celowej ich budowy. Należą do nich (spośród setek układów) np. hemoglobina, skrzydło ptaka czy oko ssaka. O rozrzutności projektanta czy bogactwie projektu świadczy np. fakt, iż znaleziono już 38 zupełnie różnych urzeczywistnionych projektów budowy oka. Niemożliwe jest stopniowe przejście od „plamki światłoczułej” do oka (jak ukazują na filmikach propagandyści), gdyż – jak ktoś słusznie zauważył – 5% konstrukcji oka to nie jest 5% normalnego widzenia, lecz zupełna ślepota.

Michael Behe [28] układy takie nazwał „złożoności nieredukowalne”. Ich najprostszym przykładem jest pułapka na myszy. Składa się jedynie z siedmiu elementów, jest łatwo wytłumaczalna przy przyjęciu istnienia jej projektu, a prawdopodobieństwa jej powstania drogą kolejnych zmian przypadkowych (mutacji) jest niewyobrażalnie małe. To prawdopodobieństwo musi być wyliczone przez mnożenie prawdopodobieństw niezależnych na poszczególnych etapach konstrukcji. Sławne porównanie Hoyle’a (zniecierpliwionego trudnościami znalezienia płaszczyzny porozumienia matematyka z neo-darwinistami) głosi, że budowa komórki jest nieporównanie bardziej skomplikowana, niż budowa Boeinga 707. A jaka jest szansa powstania Boeinga poprzez działanie wichru na złomowisku? Jest tu implicite zawarte wskazanie, że również budowa komórki przedstawia złożoność nieredukowalną.

Wielki matematyk XX wieku Stanisław Ulam obliczył kiedyś górne granice prawdopodobieństwa samo-konstrukcji oka ssaka (p. Tablica ). Przy bardziej realistycznych założeniach możnaby to prawdopodobieństwo obniżyć jeszcze o wiele rzędów wielkości. Żadnego podważenia założeń Ulama i/lub metod rachunku ze strony neo-darwinistów nie było. Czy można rezultaty obliczeń kwitować jedynie milczeniem, jeśli są sprzeczne z dogmatami?

Prawdopodobieństwa

W Tabeli zebrano niektóre wyniki obliczeń prawdopodobieństw różnych stadiów „samoorganizacji materii”.

Uwaga wstępna: Przy badaniu procesów uwzględnionych w Tabeli natykamy się na trzy fenomeny nie poddające się żadnej analizie matematycznej ani nawet analizie w kategoriach filozofii Natury.

Są to:

  1. powstanie Przestrzeni/Materii z Niczego,
  2. powstanie życia,
  3. powstanie duszy czy jaźni człowieczej.

Dla uczonego są to Tajemnice. Możliwości liczenia prawdopodobieństw dotyczą tylko faktów bardziej szczegółowych.

Część pierwsza Tabeli dotyczy powstania materii i czasu. Dalej zebrano oceny prawdopodobieństw ewolucji pierwiastków, powstania złożonych związków chemicznych i ewolucji pre-biologicznej („ewolucja chemikaliów”). Od strony faktów doświadczalnych źródłowo i jasno opisuje to P. Johnson w [6] w rozdziale 8. Próbą obliczenia „złożoności nieredukowalnej”, jaką jest powstanie życia, przy założeniach przyczynowych, jest rachunek J. Ninio [9] i dlatego otrzymujemy liczby tak niewyobrażalnie małe.

Część następna dotyczy wyników obliczeń szansy zmian przypadkowych w kierunku komplikowania struktur żywych oddzielnie dla planów budowy i rozmnażania bezpłciowych, a dalej – dla rozmnażania płciowego.

Ostatnio D. Berlinski w najpoważniejszym piśmie neo-konserwatystów w USA Commentary [26] przedyskutował niemożność wyjaśnienia w kategoriach psychologii ewolucyjnej tak struktury mózgu ludzkiego jak i umysłu (a dalej – jaźni). Klarownie też rozróżnia między mózgiem, umysłem a duszą. W tej dziedzinie obliczenia probabilistyczne wydają się niemożliwe; trzecia Tajemnica.

Wszelkie „etapy pośrednie” między wyżej wymienionymi Tajemnicami poddają się próbom ocen czy obliczeń prawdopodobieństw. Cechą charakterystyczną, wspólną tych obliczeń jest, że:

  1. Zostało wykazane, że gdy dotyczą kolejnych etapów czy progów ewolucji, są prawdopodobieństwami niezależnymi. Dla oceny całkowitego prawdopodobieństwa wyniki obliczeń w etapach muszą być więc mnożone : pcałk. = p1*p2*…*pn
  2. Obliczenia dla konkretnego procesu, lecz wykonane przez różnych autorów i przy różnych (rozsądnych) założeniach dają zawsze wyniki wskazujące na zupełne nieprawdopodobieństwo danego procesu. Nie znalazłem w literaturze przedmiotu wyników obliczeń dających n.p. tak wielkie liczby, jak: 1>pi >0.01 (czyli między pewnością a 1% szans).

Oceny minimalnej wielkości ujemnego wykładnika n w wyrażeniu pcałkminim=10-n , prowadzą do wartości 700<n<5000, a dla niektórych autorów osiągają wielkość n=1011 (!) , zob. poniżej [9].

Ostatnio na temat „samoorganizacji chaosu” i powstania życia opublikował swe oceny czy rezultaty rachunków A.P. Widmaczenko [7]. Podaje on dla granic „samoorganizacji chaosu” na Ziemi prawdopodobieństwo 10-255 < p < 10-800 (p. Tabela). Pytanie postawione przez autora [7] brzmi jedynie: na Ziemi czy w Kosmosie? Dyskusję tego problemu przeprowadzę w końcowej części artykułu.

W bardzo ciekawej książce biochemika i biofizyka Marka Głogoczowskiego „Atrapy oraz paradoksy nowoczesnej biologii” [8] autor cytuje (w Aneksie) oceny samorodnego powstania życia podane przez J. Ninio [9]: Wykazują one, że p < (10)-1011. Jest to liczba niepojęcie mała, nawet dla matematyka. Potwierdza więc absolutną niemożność samorództwa życia przy przyjętych założeniach.

Tabela

Czas, prawdopodobieństwa a ewolucjonizm.

Proces lub zdarzeniep lub todnośnik
   
Powstanie przestrzeni i materii / energii (Wielki Wybuch)?Astrofizyka i filozofia
Czas istnienia materii13*109 lat
Ewolucja chemikaliów (pre-biologiczna):  
powstanie jednego enzymup < 10-20Fred Hoyle [27]
powstanie minimalnego budulca dla komórki (2000 enzymów dla budowy DNA)< (10-20)2000 =10-40 000” „
Prawdopodobieństwa powstania komórki (jeszcze martwej) z kompletu białek10-120 000Ch. Gyul [23] J.W. Johnson
Powstanie życia z istniejącego budulca? 
Prawdopodobieństwo „samoorganizacji chaosu”10-255 – 10-800A. Widmaczenko [7]
„Spontaniczna kreacja życia”(10)-1011A. Ninio [9]
Lewoskrętność aminokwasów (tylko u istot żywych)? p<<< 1, p ~= 0biochemia
Prawdopod. wytworzenia jednej molekuly białka (z nieskończ. magazynu)p < 10-320Ch. Gyul, J.W. Johnson
Prawdopod. utworzenia jednej molekuly białkap < 10-260F. Crick [19]
Czas potrzebny na wytworzenia jednej molekuly białka>10143 latJ.W. Johnson
Przysłanie życia z Kosmosu (kierowana panspermia)p<<<10-40 000 (wobec tWsz.=13*109y)astrofizyka
Przejście od rozmnaż. bezpłciowego do płciowegop~= 0F. Hoyle [10]
Korzystne zmiany przez dobór natur. przy rozmnażaniu bezpłciowym (bakterie, drożdże)Nie maFred Hoyle rozdz. 1
Korzystne zmiany przy cross-over (rozmnażanie płciowe)???, brak przy wielu równocz. mutacjachFred Hoyle, r.6
Powstanie nowych gatunków przez dobór płciowy0 gatunków zwierząt, p<<<<1Biologia, Fred Hoyle
Złożoności nieredukowalne (przykłady) Pułapka na myszy Histon-4 (białko w DNA), łańcuch 102 aminokwasów , 200 par zasad) Skrzydło ptaka oko głowonoga, oko ssaka *)? 4-200, t.j. ok. 10-120 ?, p niezwykle małe ? p<10-40Michael Behe [28] Fred Hoyle, s.131 Stanisław Ulam
Powstanie duszy ( świadomości, jaźni, myśli)? 

p – prawdopodobieństwo powstania przypadkowego, t – potrzebny czas w latach

*) znaleziono >38 niezależnych planów budowy oka u zwierząt

Pamiętamy, iż w nauce samorództwo tak wysoko zorganizowanych zwierząt, jak ropuchy czy węgorze, jeszcze w połowie XIX w. przyjmowano za fakt potwierdzony „świadectwami”. Dopiero Ludwik Pasteur wykazał doświadczalnie nie – zachodzenie samorództwa nawet dla bakterii. W języku matematyki te wyniki doświadczalne dają „tylko” ok. pbact. < ~10-5. Argumenty matematyczne obniżają tę liczbę o ogromną ilość rzędów wielkości.

Książka Głogoczowskiego znajduje się w nurcie silnego wśród biologów na Zachodzie lamarck’izmu. Postulowane przez lamarck’istów dziedziczenie cech nabytych przez złożone istoty żywe nie ma prostych, sprecyzowanych założeń matematycznych, niestety nie poddaje się więc ocenom probabilistycznym, odpowiednie prawdopodobieństwa nie są więc reprezentowane w Tabeli.

Zobaczmy, jakie są argumenty osób wierzących w spontaniczne powstanie życia. Ian Musgrove [32] podważa rachunki probabilistyczne dotyczące „ewolucji chemikaliów” m.inn. tym, że „wykonalność życia” (life feasibility) zależy od praw chemii i biochemii, które jeszcze są badane. Lepiej to brzmi w oryginale: „that we are still studying„. A prawdopodobieństwo powstania życia „is dependent on theoretical concepts still being developed, not coin flipping”. Muszę skomentować, że znane prawa chemii, sprawdzone i oparte o mechanikę kwantową, stosują teorię prawdopodobieństwa. Na odkrycie nowych praw można ew. mieć nadzieję, należy w tym kierunku pracować, ale nie można na tej podstawie podważać obliczeń opartych o znane i jasno sformułowane założenia i prawa świata materialnego. Dla przykładu: jakie „prawa chemii” mogłyby radykalnie zwiększyć prawdopodobieństwo syntezy histonu-4 ? Również argument, iż obecnie organizmy żywe są bardzo skomplikowane, ale pierwotne istoty „mogły być pojedynczą, samo-powielającą się molekułą” nie brzmi przekonywająco.

Matematyka Ewolucji

Najprecyzyjniejsze i jasno opisane obliczenia prawdopodobieństw utrwalenia się zmian przypadkowych a pozytywnych u istot żywych (przy przyjęciu założeń neo-darwinizmu, które na szczęście poddają się analizie ilościowej) opublikował Fred Hoyle [10]. Zastosowane przezeń narzędzia matematyczne znane są i wypróbowane w fizyce teoretycznej [11 i 12], a także stosowane przez innych badaczy w genetyce i badaniu rozwoju struktur żywych [13-16].

Książka Freda Hoyle [10] jest o tyle przydatna do racjonalnej debaty, iż autor podaje wszystkie swoje założenia, używa wypróbowanych metod matematycznych oraz ściśle uzasadnia stosowane przybliżenia. Nikt ich, jak dotąd, nie zakwestionował. Hoyle przyjmuje do obliczeń założenia neo-darwinizmu postulujące, że zmianami budowy istot żywych kierują przypadkowe mikro-mutacje. Cecha szczególna (A) charakteryzuje się odstępstwem od średniej, czyli typowej cechy (a) różną płodnością s ( s – od survival of the fittest..) , jak (1+s):1, gdzie s wynosi ok. 0.01 (tę ważną wielkość można oczywiście w obliczeniach zmieniać). Przyjmuje się, że tempo mutacji (czyli zmian przypadkowych) lambda (λ) wynosi ok. 0.3 na pokolenie. Autor przelicza, jaką szansę mają mutacje „korzystne” w „lawinie” (jak pisze) mutacji szkodliwych. Obliczenia prowadzono przy jednej lub kilku mutacjach na gen. Czytelników chcących poznać czy sprawdzić formalizm matematyczny odsyłam do rozdz. 1 w [10]. Rozwiązanie prostych (dla jednego rodzica, czyli przy rozmnażaniu bezpłciowym) równań różniczkowych daje zaskakujący rezultat: Przy rozmnażaniu bezpłciowym możliwe jest jedynie zachowanie dotychczasowego bogactwa genów, niemożliwe jest zaś powstanie nowych bardziej złożonych planów budowy. Natomiast skąd się to bogactwo wzięło – znane modele matematyczne (nie tylko Hoyle’a) nie potrafią odpowiedzieć.

Dla rozmnażania płciowego, z powodu włączenia procesu łączenia i częściowej eliminacji genów ojca i matki (cross over), tak model, jak i niezbędny aparat matematyczny znacznie się komplikuje. Wylicza się prawdopodobieństwa wystąpienia częstości genu A po wielu pokoleniach. Hoyle stosuje znane np. z [12] metody całkowania po trajektoriach. W porównaniu z rachunkami z mechaniki kwantowej obliczenia rozkładu genów w poddanej mutacjom populacji są bardziej skomplikowane, gdyż należy uwzględnić nie tylko czynniki liniowe w s (współczynnik płodności), lecz także kwadratowe (s2). Są też inne utrudnienia (p. str. 88-89 w [10]).

Po analizie okazuje się, że mutacje pozytywne mogą „wypłynąć” ponad duszące je mutacje zwykłe, czyli negatywne, jedynie, gdy niedaleko odbiegają od planu podstawowego istoty żywej (wiele małych kroków). Większe zmiany, t.j. dwie, trzy mutacje pozytywne, giną zupełnie po paru pokoleniach. Pozatem, gdyby nawet takie większe zmiany „przebiły się” przez właściwe dla nich nieprawdopodobieństwa, to zginą, ponieważ zmutowane osobniki są bezpłodne: nie mogą się rozmnażać z niezmutowanymi, a szansa znalezienia tak samo zmutowanego partnera jest policzalna, ale niezwykle mała (iloczyn paru bardzo małych a niezależnych prawdopodobieństw). Rachunki potwierdzają więc zdrowo-rozsądkowe obserwacje o niemożności rozwoju gatunków metodą „obiecujących potworów”, zaproponowaną np. w hipotezie R. Goldschmidta. Odpowiednie dane doświadczalne przedyskutowane są u Phillipa Johnsona [6] w rozdziale 3:  „Mutacje wielkie i małe”.

Z obliczeń Hoyle’a wynika jeszcze jeden, zaskakujący wniosek: Jakieś, niewielkie szanse na utrwalenie zmian pozytywnych dla organizmu istnieją jedynie przy procesie cross-over genów, możliwym jedynie przy rozmnażaniu płciowym. Hipoteza „ewolucji naturalistycznej” prowadzi więc do wniosku, że życie musiało od razu, od początku powstać w postaci „samczyka i samiczki”, a nie z mitycznego „pierwotnego bulionu”. Jest to zabawny paradoks paradygmatu naturalistycznego. Model implikuje ten rezultat dla całego hipotetycznego życia, w całym Wszechświecie.

Fred Hoyle był matematykiem, fizykiem i astronomem, znał też dobrze biologię. Miał ogromne osiągnięcia w dziedzinie poznania budowy gwiazd i nukleosyntezy w galaktykach i gwiazdach. Dotyczy to szczególnie syntezy pierwiastków ciężkich, niezbędnych jako budulec do powstania życia a powstających we wnętrzach gwiazd olbrzymów. Ciągle aktualna jest teoria nukleosyntezy, powstała przed pół wiekiem, w której autorzy Burbidge, Burbidge, Fowler i Hoyle (teoria znana wśród fizyków jako B2FH) na podstawie znanych już wtedy danych o przekrojach czynnych i rodzajach oddziaływania obliczają względne prawdopodobieństwa powstawania różnych pierwiastków we Wszechświecie. William Fowler za tę (głównie) i parę innych prac otrzymał nagrodę Nobla z fizyki. Hoyle był bardzo dobrym matematykiem wśród takich specjalistów genetyki matematycznej, jak J. Haldane, R.A. Fisher, Sewell Wright, i M.Kimura. Jednak, mimo ugruntowanej pozycji naukowej, rezultaty swych obliczeń p.t. „Matematyka Ewolucji” [10] (szlifowane w czasie wieloletnich wykładów dla studentów oraz biologów) ośmielił się wydać w formie książki dopiero parę lat przed śmiercią. Na tyle mocny był – przewidywany i rzeczywisty – wstrząs w środowiskach naukowych i popularyzatorskich traktujących ewolucjonizm darwinowski jako swoistą ideologię (lub quasi-religię). A reszcie narzucano pogląd, że jest to udowodniona teoria naukowa.

Fred Hoyle był zdeklarowanym ateistą. Był zarazem uczciwym i odważnym uczonym. Gdy więc wyliczył, że ewolucja naturalistyczna nie mogła, bo nie zdążyłaby, zajść na Ziemi, przyjął jako hipotezę roboczą, że zestawy genowe były okresowo przysyłane na Ziemię przez jakąś Inteligencję Kosmiczną. Postulował, wraz ze współpracownikami, szczególnie M.C. Wickramasinghe (np. w [17 i 18]), że te interwencje istot rozumnych z Kosmosu stały za zadziwiającymi „wybuchami” nowych planów życia i nowych gatunków, np. na przełomie proterozoiku i kambru (600-585 mln lat temu), czy permu i triasu (~280 mln), a może też ~65 mln lat temu (wymieranie gadów a nagłe różnicowanie się ptaków i ssaków)

Ściślej – argumentowali oni, że jedynie takie interwencje mogłyby uratować sensowność samorództwa jako hipotezy roboczej. Wielu sławnych uczonych, ale materialistów (np. F. Crick [19], por. Tabela) również czuło się zmuszonych do „wy-ekstrapolowania” założenia o samorództwie w hipotetyczny Inteligentny Kosmos. Jak jednak to zrobić, by nie narazić się na śmieszność?

Hipoteza Wielkich Powrotów a ewolucjonizm

Ze względu na ograniczenia spowodowane znaną datą Big Bang’u czas dostępny na „samoorganizację chaosu” (materii) jest jedynie trzykrotnie większy dla Wszechświata, niż dla Ziemi. W związku z tym naukowcy produkujący różne hipotezy o panspermii, a w szczególności o Inteligencji planowo przesyłającej na Ziemię gotowe zestawy genowe [17, 18, 19], które miałyby wyjaśnić kilkakrotne w historii Ziemi wybuchy nowych planów życia, są zmuszeni do zanegowania faktu Wielkiego Wybuchu. Muszą zakładać nieskończoność Wszechświata w czasie, czyli jego wieczność, przynajmniej w przeszłości. Próbowano więc „ratować” wieczność materii przez hipotezę kolejnych Wszechświatów rozpoczynających się Wielkim Wybuchem, a kończących Wielką Dziurą. Taki pomysł nie jest sprzeczny z ogólną teorią względności, choć stan przejścia do nowego Wybuchu nie poddaje się analizie matematycznej. Hipoteza jest jednak sprzeczna z II zasadą termodynamiki. Przy jej lansowaniu unikano więc wspominania o paru przeszkodach:

  1. Takie Kosmiczne Jo-jo nie mogłoby przekazać żadnej informacji (w tym o planach Życia z poprzedniego cyklu) przez punkt osobliwy, którego konsekwencje zwiemy Wielkim Wybuchem.
  2. Zapominano, że już w 1934 r. Tolman [20] wykazał, że takie hipotetyczne kolejne Wszechświaty miałyby swe maksymalne promienie szybko malejące, co jest sprzeczne z hipotezą wieczności.

Wymyślono więc inny model:

By ratować tak potrzebną dla paradygmatu materialistyczno-naturalistycznego hipotezę wieczności materii H. Bondi, T. Gold i F. Hoyle [21] zaproponowali Wszechświat „stwarzający się” ciągle: w ekspandującej czaso-przestrzeni pojawiają się „znikąd” nowe cząstki, które mają zapewnić stałą gęstość ciągle rozszerzającego się Wszechświata. Hipoteza ta łamie zasadę zachowania masy i energii, co dla autorów jakoś nie było przeszkodą. Jednak hipotezę tę obaliło co innego: Doświadczenie potwierdza z dużą dokładnością istnienie promieniowania reliktowego po Wielkim Wybuchu, a nie znaleziono promieniowania charakteryzującego „stwarzanie ciągłe”. Wielki Wybuch jako początek Czasu i Materii jest więc obecnie w środowiskach astrofizyków uznany za ugruntowany doświadczalnie fakt.

Szeroko o implikacjach (logicznych i filozoficznych) pomysłów istnienia wszechświatów oscylujących lub „stwarzających się ” pisze fizyk, filozof i teolog Stanley Jaki [3 i 4].

Nieoczekiwane wnioski dla Kosmosu.

Niezwykle małe wartości na prawdopodobieństwa różnych procesów na Ziemi, np. powstania życia (p. Tabela) można, jedynie po pomnożeniu przez trzy (!!) ekstrapolować na cały czas istnienia hipotetycznych planet przy najstarszych gwiazdach I pokolenia. Sumaryczny (ujemny) wykładnik potęgi przy prawdopodobieństwach powstania życia na Ziemi (p. wyżej), wynosi co najmniej n min > 700 do 5000 lub więcej. Policzmy: Maksymalną ilość gwiazd w naszej Galaktyce mogących posiadać jakiekolwiek planety ocenia się na ok. 100 mln. (~108), a ilość galaktyk w obserwowalnym Wszechświecie na ok. 100 mld (1011). Liczba nWsz=n-8-11=n-19 jest na tyle bliska liczbie n (np. 5000-19 = 4981), że możemy uznać, iż prawdopodobieństwo „samoorganizacji chaosu” (czy materii) pozostaje dla Wszechświata równie niewyobrażalnie małe, jak dlas Ziemi. Porównajmy ten szacunek z ocenami Carla Sagana [29], który był fanem Inteligencji Kosmicznych. Ocenił on, iż z ok. 1022 gwiazd we Wszechświecie ok. 104 może mieć planety podobne do Ziemi. Różnica między nami polega na tym, że on na podstawie „faktu” życia na Ziemi uznał, że z faktu, iż na Ziemi zycie istnieje, wynika, że musiało ono u nas przypadkowo powstać (pZiemi=1). Tymczasem przytoczona przeze mnie matematyka temu zaprzecza. Ale liczba nWszwynikająca z tak różnych ocen ilości planet nadających się dozamieszkania jest praktycznie taka sama.

Wynikają z tego następujące ciekawe konsekwencje:

  1. Wszelkie miliardy dolarów zdobyte na Projekty Poszukiwania Inteligencji Pozaziemskich (SETI, n.p. kiedyś bardzo lansowany projekt Carla Sagana [29], plakietki z rysunkami ludzików na sondach kosmicznych NASA Pioneer 10 i 11, czy Project Phoenix, Mountain View itp.) były i są wydawane nieracjonalnie. Dotyczy to też obecnych wypraw na Marsa, jeśli wśród uzasadnień znajduje się „poszukiwanie wody, w celu dowodzenia powstania życia” w sensie samorództwa.
  2. Wszelkie relacje, nawet te „najpoważniejsze”, o wizytach UFO i zielonych (zwykle) ludzikach z Plejad itp. nie mogą odnosić się do bytów realnych, fizycznych i statków materialnych. Ledwo wspomnę tu wewnętrzne wzajemne sprzeczności logiczne między tymi relacjami.

Tylko we Wszechświecie trwającym od Minus Nieskończoności w czasie możliwe byłoby powstanie „Starożytnych Cywilizacyj Kosmicznych”, „Galaktycznej Inżynierii Genetycznej „i „Panspermii Kierowanej” (por. [17-19] i pomysły wielu innych autorów-naukowców) metodą naturalistyczną. Tylko wieczność Wszechświata może zapewnić ramy czasowe umożliwiające wyewoluowanie Inteligencji Galaktycznej lub Wielkiego Budownika czy podobnych panteistycznych wierzeń. Przy znanym uporze osób „wierzących w jedyność (czy mądrość) materii” można teraz oczekiwać modeli postulujących przenoszenie Myśli czy Planów przez osobliwość Wielkiego Wybuchu. Na razie możemy podziwiać ten kierunek w science fiction, np. S. Lema „Głos Pana” [22], ale zapewne takie hipotezy pojawią się i w czasopismach naukawych. O paradoksach wynikających z rozumowań osób wierzących w „wieczne powroty” pisze pięknie Stanley Jaki w [3 i 4].

Konkluzje

Diagnoza

Metoda naukowa charakteryzuje się paroma istotnymi cechami:

  1. naukowa teoria powinna poddawać się falsyfikacji, czyli możliwe powinno być wskazywanie, jakie doświadczenia lub fakty mogłyby ją obalić.
  2. Doświadczenie służy też do uściślenia, lub poprawy teorii, czy nawet powstania nowej teorii
  3. Zwykle działa zasada korespondencji, t.j. nowa teoria nie jest przekreśleniem poprzedniej, lecz jej uogólnieniem lub przeniesieniem w nowe, rozszerzone warunki doświadczalne.

Natomiast dla różnych zakresów „ewolucji naturalistycznej” sytuacja jest odmienna:

  1. Irving Kristol, a niezależnie Stephen J. Gould w zasadzie zgadzali się, że ewolucjonizm od strony doświadczalnej (jako naturalistyczne wyjaśnienie bogactwa form i rozwoju istot żywych) można uznać za ideę będącą zlepkiem sprzecznych przypuszczeń, hipotez i wyjaśnień. Szerzej o tym u P. Johnsona [6], str. 24 i nast.
  2. Matematyka wykazuje, że różne hipotezy ewolucjonistyczne nie mają podstaw probabilistycznych.
  3. Pojęcie „ewolucji traktowanej jako fakt” ma silne podłoże ideologiczne, a żadnego naukowego. Ewolucjonizmy nie poddają się falsyfikacji. Chyba jedyne argumenty, z którymi zetknęliśmy się ze strony naukowców „wierzących” w ewolucję naturalistyczną, wobec argumentów uczonych posługujących się matematyką, to: „stan aktualny (np. przy pytaniu o powstanie oka ssaka – implicite drogą ewolucji naturalnej) wskazuje, że oko istnieje, więc musieliście przyjąć jakieś (??) błędne założenia. Poprawcie założenia”. Jest to rozczulająca bezradność intelektualna.

Te trzy powody łącznie wskazują, że próba intronizacji „ewolucjonizmu” jako teorii naukowej nie powiodła się. Czas wstydliwego przemilczania tej sprawy już upłynął. Na pytanie postawione w nad-tytule artykułu wypada odpowiedzieć negatywnie. Na spełniającą kryteria naukowości spójną teorię rozwoju (głównie życia) należy poczekać.

Apel.

Zadziwiające jest, i przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać daleko poza nauką, w jaki sposób biolodzy, uczeni, mogą dopuścić, by poglądy tak sprzeczne z matematyką, tak sprzeczne z logiką, i – co śmieszniejsze – tak sprzeczne wewnętrznie, między sobą (chodzi o neo-darwinizm oraz o syntetyczną teorię ewolucji) – mogły być wykładane na wyższych uczelniach i co gorsze – uczone w szkołach jako teorie naukowe ?! Przykładem może służyć podręcznik Jerzmanowskiego i inn. [24]. Np. podaje się tam jako prawdy naukowe, udowodnione i nie budzące wątpliwości, różne „drzewa genealogiczne” istot żywych. A tymczasem tak paleontologia ( p. np. książkę Phillipa Johnsona [6], rozdziały 4 do 6, czy artykuł D. Berlinski’ego z Commentary [25]), jak i genetyka matematyczna potwierdzają jedynie istnienie fazy stazy, t.j. niezmiennego trwania gatunków (często przez dziesiątki czy setki milionów lat, np. różne rekiny) lub najwyżej ich mikro-zmian w wąskich granicach zmienności. Staza poprzedzona jest stadium nagłego pojawienia się różnych planów i form życia.

Intelektualny zmierzch neo-darwinizmu nastąpił pod koniec XX wieku. Mimo przeszło stuletniej indoktrynacji jej wyniki okazują się mierne: Np. Autor w National Geographic [31] str.6, z żalem stwierdza, że obecnie „zaledwie 12% Amerykanów uważa, że ludzie rozwinęli się z innych form życia bez boskiej ingerencji”.

A propaganda trwa: Podaje się młodzieży do wierzenia jako „teorie przypadkowego powstania życia” dziennikarskie opisy „bulionu pierwotnego” czy „pierwotnej pizzy„, lub bezpłodne w dłuższym horyzoncie czasowym dywagacje sprzed 80-ciu lat o „koacerwatach”. Opisuje się zupełnie nieudane, bo nic nie udowadniające doświadczenia Millera – Urey’a sprzed lat 50-ciu. Nie pociągnęły one za sobą (jak to bywa przy owocnych odkryciach) serii następnych odkryć, nie doprowadziły do przełomu w poznaniu mechanizmów (i praw) komplikacji i replikacji chemikaliów. Omija się konieczny, szczególnie dla uczniów, komentarz, że był to ślepy zaułek prób stworzenia złożonych związków organicznych mających prowadzić do powstania zalążków życia. Takie deformacje prawdy przez popularyzatorów biologii teoretycznej i doświadczalnej są zdecydowanie szkodliwe dla kształtowania u młodzieży racjonalnych metod poznawania rzeczywistości.

Jaki będzie los Nauki?

Jest niewyobrażalne, by społeczność uczonych matematyków, fizyków czy chemików tolerowała w swej dziedzinie podobne skrzywienia w nauczaniu, spowodowane przestarzałym, uwiędłym paradygmatem. Czas więc chyba, by podjęto stanowcze procesy oczyszczenia nauki od dominacji ideologii (szczególnie w przekazywaniu młodzieży fałszywych wyników i metod nauki) również w ważnym dziale biologii – nauce o przemianach i rozwoju istot żywych.

W ostatnich dziesięcioleciach, a szczególnie ostatnich latach zauważalne jest i coraz częstsze przyspieszone odchodzenie od wypracowanej już w średniowieczu przez scholastyków metody, dzieki której w Europie stworzono nauki ścisłe: Ciągłe, ilościowe porównywanie modelu i doświadczenia; ich ulepszanie; nieuznawanie hipotez niesprawdzalnych; otwarta dyskusja założeń i wyników.

Obecnie upowszechnia się ignorowanie dowodów niewygodnych dla osób lub nurtów, które zdobyły „panowanie” w mediach. Osobiście, poza opisanym powyżej, natknąłem się na parę takich fenomenów: Przykładem mogą służyć „podstawy teoretyczne” leków homeopatycznych, jak też lansowanie „dobrotliwego” działania małych dawek promieniowań, jako „uzasadnienie” np. „braku ofiar po Czarnobylu”. Ci propagandyści celowo popełniają błąd logiczny: z „braku dowodów wpływu” wnioskują o „dowodzie braku wpływu”.

Narasta niepokojące zjawisko: W Polsce i na świecie powstały i istnieją „obozy” ekspertów. Powodują to jednak „lobbyści” i politycy z jasnej przyczyny: ogromne zyski grup finansowych. Ignoruje się wyniki pomiarów, dowody i argumenty „drugiej strony”. Jakby prawda miała strony… A w dyskusjach zwanych naukowymi zdarza się staranne ukrywanie założeń. Dlaczego w tych festiwalach propagandy biorą udział „uczeni”? Jak im nie wstyd? Szarlataneria nie budzi już powszechnej grozy, ani nie ośmiesza. Za czasów Hitlera to się już w Niemczech zdarzyło: promowano eugenikę (a skutek – naukowe zabijanie ludzi oraz hodowanie innych), obowiązująca się stawała „teoria” o wszechświecie z lodu. Zdarzyło się to też za Stalina w bolszewickiej Rosji: były próby krzyżowania małp bonobo z człowiekiem radzieckim, było „uczenie” pszenicy, by dawała plony na dalekiej północy itp. Teraz, pod uderzeniami mediów, znów wróciła fala bezkrytycyzmu. Zwie się to post-modernizmem. Czy nauka padnie pod naciskiem Interesu lub Ideologii? Przykład szerzej omówiony w tym artykule jest alarmujący. Czy długo będziemy tolerować zbiór sprzecznych hipotez jako zaakceptowaną przez „społeczność naukową” teorię naukową?

Takiego zjawiska w działach nauki, które zdobyły szacunek, w ostatnich stuleciach nie było. A w mniej szacownych – nie było to powszechne. W normalnie funkcjonującą naukę wbudowane są sposoby naturalnie i mało boleśnie eliminujące szarlatanów i kłamstwa.

Jak zmienić sygnalizowany proces? Tak traktowaną naukę może przecież czekać kolaps. To poważnie niebezpieczeństwo. Szkoda byłoby naszej cywilizacji.

Literatura

  1. Kurt Gödel, Monatshefte für Mathematik und Physik, 37, str. 349, 1930, oraz 38, 173 1931, oraz ang. Hao Wang, Reflections on Kurt Gödel, Cambridge Univ. Press, 1988
  2. S. W. Hawking, Krótka historia Czasu, str. 161, Alfa, Warszawa, 1990
  3. Stanley Jaki, Bóg i kosmologowie, RAF i Scriba TWE, Wrocław, 1995
  4. Stanley Jaki, Science and Creation, Scottish Academic Press, Edinburgh, 1986
  5. M. Heller, J. Życiński, Dylematy Ewolucji, Biblos, Tarnów, 1996
  6. Phillip E. Johnson, Sąd nad Darwinem, Vocatio, Warszawa, 1997
  7. A. P. Widmaczenko, Astronomiczne aspekty pochodzenia życia, (ros.) w : Kiniematika i Fizika Niebiesnych Tieł, Nr.4, str. 284, Kijev 2003
  8. Marek Głogoczowski, Atrapy oraz paradoksy nowoczesnej biologii, Wyd. „MG”, Kraków, 1993
  9. J. Ninio, Les approches moléculaires d’évolution, Paris, 1978, cytow. w [8]
  10. Fred Hoyle, Matematyka Ewolucji, Megas, 2003
  11. R. Courant and D.Hilbert, Methods of Mathematical Physics, NY, Interscience, 1953
  12. R.P. Feynman and A.R.Hibbs, Quantum Mechanics and Path Integrals, McGraw-Hill, 1965
  13. W. Fisher, Genetical Theory of Natural Selection, London 1928, vol. 4
  14. M. Kimura, The Neutral Theory of Molecular Evolution, Cambridge Univ. Press, 1983
  15. Sewell Wright, Evolution and the Genetics of Populations, 4 volumes, Univ. of Chicago Press 1984
  16. J. Maynard Smith, The Evolution of Sex, Cambridge Univ. Press, 1978
  17. F. Hoyle and N. Ch. Wickramasinghe, Our Place in the Cosmos, J. Dent, London, 1993
  18. F. Hoyle and N. Ch. Wickramasinghe, Astronomical Origin of Life: Steps towards Panspermia, Kluwer, Dordrecht, 2000
  19. Francis Crick, Life Itself, Simon and Schuster, New York, 1981
  20. Richard C. Tolman, Relativity, Thermodynamics and Cosmology, Clarendon Press, Oxford, 1934
  21. H. Bondi, T. Gold, The Steady-State Theory of the Expanding Universe, Monthly Notices of the Royal Astronomical Society, 108, 252-70, 1948
  22. Stanisław Lem, Głos Pana, Czytelnik, Warszawa, 1968
  23. J.W.G. Johnson, Na bezdrożach teorii ewolucji, Michalineum, Struga 1989
  24. Andrzej Jerzmanowski, et al., Biologia dla kl. IV o profilu biol.-chem., Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa, 1998
  25. David Berlinski, The Deniable Darwin, Commentary vol. 101, p.19, 1996
  26. David Berlinski, On the Origins of Mind, Commentary vol. 118, p.26, Novemrer 2004
  27. F. Hoyle, Hoyle on Evolution, Nature, 294, 148, 1981
  28. Michael J. Behe, Darwin’s Black Box, the Biochemical Challenge to Evolution, Free Press, 1996, USA
  29. Carl Sagan, New Scientist, Jan. 17, 1980
  30. S.W. Hawking, zob. www.damtp.cam.ac.uk/strtst/dirac/hawking/
  31. D. Quammen, Czy Darwin się mylił?, National Geographic (pl), Nr. 11 (62) 2004
  32. Ian Musgrove, też John Stockwell, obaj w : www.talkorigins.org/fags (2004r)

Czy: „Każdy ma swoją prawdę”? Może: „Prawdę osiągamy drogą kompromisu”?.

Każdy ma swoją prawdę”. „Prawdę osiągamy drogą kompromisu”.

Mirosław Dakowski, październik 2023, spod Turbacza, 12

Ksiądz Tischner był to taki góralski mądrala, gaduła z Łopusznej. „Postępowcy” nadęli go jednak do rozmiarów figury, teraz by się powiedziało – celebryty, niby jako swojego guru. Zrobili mu tym wielką krzywdę, bo rozbudzili w nim pychę, wiarę w swoją wyjątkowość i „charyzmę”. Wreszcie nawet zgadzał się uprzejmie, by go poważnie proponowano na Prymasa Polski. A na nabożeństwo i pijatykę z góralami pod Turbaczem, 15 sierpnia, zamiast wchodzić z nimi z Waksmundu, zaczął przylatywać helikopterem. Mówił prześmiewczo „prawda, cała prawda i gówno prawda”. Zapewne chodziło mu o wyśmianie „poglądów”, rzeczywiście slogan powyższy dotyczy doktryn i doktrynerów, pokazuje do czego oni prowadzą. Wykształceńcy jednak pojmowali to inaczej – że w istocie prawdy nie należy szukać ani o nią walczyć.

Tymczasem prawda istnieje realnie, tak materialna i jak i ta Najprawdziwsza.

W młodości, jako fizyk doświadczalnik, z ciekawości przecież, szukałem z kolegami na przykład „jaka to naprawdę cząstka leci jako trzecia z rozszczepienia plutonu 244?”, lub „deep inelastic – jaki to jest proces”?

Dzięki Bogu szukaliśmy tej prawdy małej, fizycznej, gdy nie było jeszcze dużego przymusu wypełniania bzdurnych formularzy, spełniania procedur itp, by dostać Grant na zamówioną przez górę „właściwą, poprawną prawdulę”.

– Przykład IPCC [- The Intergovernmental Panel on Climate Change (IPCC), the United Nations body for assessing the science related to climate change] wskazuje, że każdą brednię i każde oszustwo można nazwać „prawdą naukową”. Obecnie jest to już bezkarne!!

Przecież tak równanie Schroedingera, jak i proton, wszystkiego to istnieje naprawdę. Równanie – w przestrzeni abstraktów, a proton w czterech wymiarach: czasu i przestrzeni. A między opisem falowym protonu a jego opisem cząsteczkowym nie ma „kompromisu”, te różne opisy są tylko świadectwem ograniczoności ludzkiego rozumu. No i jego wielkich możliwości, w tym że do tych opisów jednak dotarł. Może istnieje jeszcze, trzeci opis? Bo ten przy pomocy teorii strun, ciekawy, okazał się wyraźnie chybionym.

Ta samo-kreująca się „elita” stara się nam, według nich – pospólstwu – wcisnąć, wydrukować, byśmy uznali za „swój pogląd” ich slogan, że „każdy ma swoją prawdę”. Tym sposobem można wcisnąć uległym duszom każde kłamstwo, każdy bełkot. A przecież ich arcykapłanom chodzi o takie przygotowanie naszych umysłów. Do czego? Sądzę, żebyśmy już byli gotowi do przyjścia Antychrysta.

Takich próbnych antychrystków było w ostatnich dziesięcioleciach sporo. Każdy jednak okazał się za mały i za wcześnie. Ale doskonalenie tego planu trwa.

Kończąc ten rozdział – chodzi o to, by każdy uznał „swój pogląd” [a ten pogląd chcą nam wcisnąć] za prawdę. Takimi ludźmi, półautomatami łatwiej można kierować.

Synkretyzm religii.

Masoni, którzy podstępem i szturmem zdobyli uznanie w ostatnim 60-leciu, we współpracy z braćmi z sekt, czyli z odstępcami z islamu [na przykład sufi] i z odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz] usiłują powołać „kościół synkretyczny”.

Między innymi wobec powyższych rozważań, religia synkretyczna jest pomysłem groźnym, piekielnym. Ale oczywiście nieziszczalnym, nie do zrealizowania, podobnie jak na mniejszą skalę, nie do zrealizowania jest „cywilizacja ogólnoludzka”. Jednoznacznie wykazał to Feliks Koneczny już ponad 80 lat temu, a ci anty boży i anty-ludzcy doktrynerzy, masoni, z uporem do tego dążą. To usiłowanie też musi się skończyć katastrofą. Czy oni to wiedzą i do tego dążą świadomie?

Prawda a kompromis.

T. Mazowiecki na początku „nowej rzeczywistości ” [ok. 1990] wcisnął masoński kompromis do preambuły konstytucji. [..my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł,.. – itd., itp. – prawda, jaki to bełkot??]

Rzeczywiście, dużo można osiągnąć drogą kompromisu, niekoniecznie kłótni czy rzezi. Na przykład podział zrabowanych w podbitym kraju łupów, podział porwanych przy tym kobiet… Jeśli w ordynacji „proporcjonalnej ” musisz wejść w koalicję z wrogiem, czy z dwoma, kompromisem można ustalić na przykład, które slogany dla tłumów wycofać, które wycofać tylko w cień, a które uznać za wspólne, do nagłośnienia, również których łobuzów dać na czołówkę, a których zachować, by na przykład kierowali z tylnego siedzenia. Tak „oni” widzą „prawdulę”. To samo robią w dziedzinie ideologii, która ma według nich zastąpić Poszukiwanie Prawdy.

Tymczasem prawda istnieje obiektywnie, realnie. Tak prawda o świecie, szukamy jej i coraz więcej odkrywamy w fizyce, chemii, uczciwej biologii. A istnieje przecież [„jeszcze bardziej „!!] prawda duchowa.

Jest nią Ten, który powiedział: „Jam jest prawdą, drogą i życiem„.

Nie wahajmy się więc zwalczać te głupie, ale bardzo szkodliwe slogany, wymienione w tytule, bo

w każdej dziedzinie prawda jest tam gdzie jest.

———————-

PS. To dodatek:

Niedowiarki szydzą: „Mówicie „Trójca„. Przecież to sprzeczność, nie mogę sobie tego wyobrazić”. A czy Wszechświat nieskończony w przestrzeni, potrafisz sobie wyobrazić? A czas biegnący od minus do plus nieskończoności? A czy potrafisz wyobrazić sobie przyczynę wszystkiego – bez Stwórcy? To tak, jak staruszka tłumacząca Feynmannowi „płaską” Ziemię. Zapytał ją: A na czym stoi ta płaska Ziemia? – Nie przejmuj się, synku, tam są same słonie odpowiedziała pani.

SEX-alfabet wkracza do szkół wraz z edukacją zdrowotną. Brońmy dzieci !!

Hanna Dobrowolska:

SEX-alfabet wkracza do szkół

wraz z edukacją zdrowotną

24 lipca 2026 pch24/sex-alfabet-wkracza-do-szkol-wraz-z-edukacja-zdrowotna

seksedukacja-szkola-dzieci_03.jpg
Oprac. PCh24.pl

Fakty o antyzdrowotnej antyedukacji od 1 września 2026.

Rozporządzenia minister Barbary Nowackiej dotyczące obowiązkowej edukacji zdrowotnej w polskich szkołach od 1 września 2026 r.  – podpisane. Jak było do przewidzenia, w środku wakacji, w dniach 15 i 17 lipca w Dzienniku Ustaw opublikowano rozporządzenia, których szkodliwość trudno wprost przewidzieć. 

MEN liczy na to, że „Zmora szkoły” [cyt. za B. Nowacka, minister edukacji], czyli rodzice, którzy w ponad 70% wypisali dzieci z zajęć edukacji zdrowotnej w roku szkolnym 2025/26, a ostatnio w liczbie 200 tysięcy wypowiedzieli się w petycjach odrzucających pomysły MEN,  nie będą mieli nic do powiedzenia.

Ale od determinacji społecznej zależy bardzo wiele i niech  B. Nowacka nie liczy na bezczynność polskich rodziców! Dość mają jej deform i chaosu w szkołach nauczyciele, dość siłowego wpychania dzieci w seksualizującą edukację zdrowotną – rodzice.

Przedmiot edukacja zdrowotna dla niepoznaki podzielono na 2 części, zgodnie z ostatnim konceptem lewackiej ekipy w MEN, by koniecznie wprowadzić konia trojańskiego do wnętrza polskiej szkoły, ukrywając ostrze rażenia. Edukacją zdrowotną obowiązkowo objętych zostanie ponad 4 miliony polskich uczniów, od klasy 4 począwszy. Przedmiot zawiera wiele zdradliwie ukrytych i niebezpiecznych treści, a całość jest skrajnie antyrodzinna, promuje moralny relatywizm i sieje chaos w kwestii tożsamości. Nie pozostawia złudzeń kierunek szkoleń i studiów dla nauczycieli – to pochwała genderyzmu bez hamulców.

W podręczniku dla nauczycieli przeznaczonym m.in. na studia podyplomowe i sfinansowanym przez MEN „różnorodność” to słowo kluczowe. W rozdziale zdrowie seksualne występuje aż 10 razy, m.in.:  różnorodność tożsamości płciowych, różnorodność zachowań i relacji seksualnych człowieka, różnorodności orientacji seksualnych etc.

Nadchodzi „nowa normalność”, o której pisze się w dokumentach unijnych dotyczących edukacji. Jednorodność, stabilność, pewność, zakotwiczenie mają zostać unieważnione przez nadchodzącą erę różnorodności.

Edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne ma być realizowana nieobowiązkowo w wymiarze 1 godziny w klasach 4-6, 2 godzin w klasach 7-8 oraz 3 godzin w szkołach ponadpodstawowych. Nadal nie ma podręczników dla uczniów, poza jednym. Ale i on nie uwzględnia podziału na części obowiązkową i nieobowiązkową, jak więc rodzic ma podjąć świadomie decyzję o udziale swojego dziecka w lekcjach? Otwartym też pozostaje pytanie, czy podręcznik będzie JEDEN, co grozi zetknięciem się ze szkodliwymi treściami uczniów formalnie wypisanych z zajęć?

Zdrowie seksualne jako genderowa „nowa normalność”

Czym jest w istocie „zdrowie seksualne”?  To „jeden z pięciu kluczowych aspektów strategii opracowanej przez WHO dotyczącej zdrowia reprodukcyjnego zaakceptowanej przez Światowe Zgromadzenie Zdrowia (World Health Assembly) w 2004 roku”. Zdrowie reprodukcyjne WHO to fałszywe pojęcie – zasłona dymna, które kryje we wszystkich kluczowych zapisach przede wszystkim dostęp do antykoncepcji i aborcji, zwanych „usługami wspierającymi swobodę wyboru w zakresie reprodukcji”.

Jak czytamy w Standardach WHO, czyli zaleceniach dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, obecnie tak definiuje się „zdrowie seksualne”:

Zdrowie seksualne jest dobrostanem fizycznym, emocjonalnym i społecznym w odniesieniu do seksualności; nie jest jedynie brakiem choroby, zaburzeń funkcji bądź ułomności. Zdrowie seksualne wymaga pozytywnego i pełnego szacunku podejścia do seksualności oraz związków seksualnych, jak również do możliwości posiadania dających przyjemność i bezpiecznych doświadczeń seksualnych, powinno być wolne od przymusu, dyskryminacji i przemocy. Aby osiągnąć i utrzymać zdrowie seksualne, stereotypy płciowe”. Zaproponowana definicja nie tylko podkreśla konieczność pozytywnego podejścia do istotnego aspektu, jakim jest przyjemność, ale także to, że zdrowie seksualne obejmuje nie tylko fizyczne, lecz również emocjonalne, psychiczne oraz społeczne aspekty.

[cyt. Standardy edukacji seksualnej w Europie – Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, 2012 r.]

Zdrowie seksualneto nie przypadek, że nazwano najpierw rozdział edukacji zdrowotnej, a teraz przedmiot tak właśnie! Dosięgły nas „standardy”, które zmieniają myślenie o człowieku, jego biologicznym wyposażeniu i rolach społecznych. Przyjemność i bezpieczeństwo [czyli unikanie niechcianej ciąży!]  doświadczeń seksualnych, a nie odpowiedzialność i założenie pełnej zdrowej rodziny – to model, jaki ma realizować polska szkoła, wychowując dobrostanowych sobków i depresyjnych singli uzależnionych od seksu.

SEX-alfabet dla uczniów podstawówek

Z dobrowolnych zajęć „zdrowia seksualnego” można się wypisać bezterminowo, a na miesiąc przed realizacją zajęć dyrektor szkoły jest zobowiązany zorganizować spotkanie informacyjne dla rodziców. Kiedy – nie wiadomo. Tak rozmiękczony, celowo niekonkretny sposób wprowadzenia edukacji zdrowotnej – zdrowie seksualne ma zdemobilizować rodziców i zniechęcić do szybkiej i jednoznacznej rezygnacji z dobrowolnych zajęć, wszak to tylko jedna godzina, jeszcze nie wiadomo, kiedy, i nie wiadomo, o czym…

O czym – jednak dobrze wiadomo! I po lekturze podstawy programowej nie ma w tym względzie wątpliwości. To obowiązkowy zestaw genderowych  terminów i haseł, z których ideologicznym i toksycznym charakterem od lat zmaga się zdrowy rozsądek każdego normalnego człowieka.

Oto SEX-alfabet, którego Nowacka – w ramach realizacji celów WHO, ONZ i UE – chce nauczyć polskich uczniów już w szkole podstawowej:

„zdrowie seksualne” i „jego wpływ na harmonijny rozwój człowieka przez całe życie [kl.4], „stereotypy płciowe” [kl.5],

„pojęcie seksualności oraz znaczenie wiedzy na jej temat na różnych etapach życia” [kl.7],

„świadoma zgoda”, „pojęcie orientacji psychoseksualnej i tożsamości płciowej”[kl.8].
=======================================================

Każdemu z tych ideologicznych pseudo-pojęć można przeciwstawić dziesiątki polemicznych wypowiedzi opartych na dowodach naukowych. Przywołajmy jedno, dotyczące następującego zapisu podstawy programowej: Uczeń wymienia stereotypy płciowe, które są najczęstsze w jego otoczeniu, oraz wyjaśnia ich możliwy wpływ na funkcjonowanie człowieka. – zakres kl.5

„Stereotypy płciowe” nie brzmią tak groźnie? A jednak już w 2020 r. Instytut Ordo Iuris poświęcił tej kwestii osobne stanowisko, którego fragment warto przytoczyć:

Pojęcie gender ma zatem swoje korzenie w konstrukcjonizmie i marksizmie. Po pierwsze, definiuje ono płeć jako konstrukcję społeczną, ignorując jej biologiczny wymiar. Po drugie sięga do dialektycznych koncepcji, szczególnie widocznych w doktrynie marksizmu. Różnicą jest zmiana środka ciężkości z walki klas na „odwieczną” walkę płci, którą zakończyć może jedynie zniesienie różnic między płciami. Należy podkreślić, że pojęcie płci społeczno-kulturowej jest naturalną konsekwencją doktryny indywidualistycznej, zgodnie z którą człowiek prawdziwie wolny może być wyłącznie wówczas, gdy zostanie wyzwolony z wszelkich narzuconych mu społecznych norm. W myśl doktryny feministycznej, jedną z tych norm społecznych, jest właśnie pojęcie płci i związanych z nią ról, a nierówne stosunki w dziedzinie reprodukcji mają być jedną z głównych przyczyn strukturalnej dyskryminacji kobiet, jaka ma miejsce od wielu stuleci” – za: https://ordoiuris.pl/analiza/stanowisko-instytutu-ordo-iuris-na-temat-pojec-gender-i-gender-equality/

Taki oto przedmiot po wielu latach walki z seksualizacją polskich uczniów i młodzieży  wprowadza do szkół od 1 września ekipa Tuska.

Rodzice zbudują mur obronny

Z takiego szkodliwego „zdrowia seksualnego” wypisujmy jak najszybciej nasze dzieci i zachęcajmy do tego innych rodziców.

Temu będą służyć oświadczenia rodzicielskie o odmowie uczestnictwa w seksualizujących lekcjach „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”.

Niezależne od tego brońmy praw rodzicielskich w każdy dostępny sposób.

Warto składać w szkołach oświadczenia obejmujące wykaz treści, które MEN zakwalifikował jako obowiązkowe, ale których rodzic nie dopuszcza dla swego dziecka na lekcjach, gdyż  wchodzą w obszar  wychowania zarezerwowany dla rodziców. Łamanie praw rodziców do wychowania dzieci – zagwarantowane w Konstytucji RP w art.48 i art. 53 – nigdy nie będzie normą w polskich szkołach!

Niebagatelna jest także rola Rad Rodziców w formowaniu statutów szkół. Może ona uwzględniać wprowadzenie do statutów zapisów chroniących uczniów przed demoralizacją i deprawacją oraz zachętę do wychowania prorodzinnego i wolnego od ideologii. Taka aktywność pojedynczych rodziców, ale również zaangażowanie Trójek klasowych i  Rad Rodziców ma szansę zbudować  mur obronny wokół polskich szkół przed falą lewackiego tsunami. Pamiętajmy, że nikt nie wzniesie go za nas!

Politycy opozycji, którzy rozumieją, że szkoła to nie poletko naiwnej propagandy lub niewygodny „gorący kartofel”, a pole walki o przyszłe pokolenia Polaków i… wyborców, powinni już dziś współtworzyć wraz ze stroną społeczną podwaliny Polskiego Obszaru Edukacji.

Nadal jednak można odnieść wrażenie, że lewicowi promotorzy różnorodności lepiej wiedzą, jak skutecznie kreować „nową normalność”, niż prawica – jak bronić tego, co naprawdę jest normalne, i jak konsekwentnie tworzyć suwerenny polski model.

Hanna Dobrowolska

Ekspert oświatowy

Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły/Ruch Ochrony Szkoły

ratujmyszkole.pl

takdlaedukacji.pl

Japonia; wysokotechnologiczne średniowieczne piekło na ziemi !




Japonia; wysokotechnologiczne średniowieczne piekło na ziemi!

We thought Japan would be forever. We were wrong.
https://youtu.be/idz3k7WFedQ

Japonia: OKROPNE Życie, IDEALNY System
https://youtu.be/BqrfDqqPRfQ
=========================================

Dr Ignacy Nowopolski Jul 24

Wraz z gwałtownym załamywaniem się globalistycznych struktur gospodarczych, coraz więcej uwagi zwraca na siebie Japonia.Jest ona swojego rodzaju kuriozum w każdym aspekcie jej funkcjonowania.Już sama „nowoczesna” gospodarka Japonii, musi u każdego myślącego człowieka powodować szok.
Według zgodnej opinii wszystkich „ekonomistów”, tonie ona w długach.I to pomimo faktu, że od lat prowadzi ona tzw. carry trade, czyli inwestuje ona astronomiczne sumy w US Treasuries & inne denominowane w dolarach instrumenty finansowe.Przedstawię tu skrótowo mechanizm tego fenomenu. Przy czym nie będę próbował ocenić logiki tego chorego absurdu, ze względu na jej całkowity brak.
Rząd japoński „pożycza” od banku centralnego Bank of Japan, jeny & w procesie carry trade, wymienia je na wyżej oprocentowane dolary. Należy tu podkreślić, że od lat stopy procentowe w Japonii są albo UJEMNE, albo praktycznie zerowe. W związku z tym procederem amerykańskie zagraniczne zadłużenie osiąga 40 bilionów dolarów. Proporcjonalnie rośnie „japońskie zadłużenie” w stosunku do samego siebie.

Nie będę dalej analizował wynikających z tego „poważnych konsekwencji” dla Japonii & całego złodziejskiego systemu walutowego świata, gdyż mogą tego profesjonalnie dokonać tylko „wybitni semiccy finansiści” po ich uprzednim zamknięciu w szpitalu wariatów, lub innym ośrodku odosobnienia.
Truizmem jest stwierdzenie, że Japończycy są tak samo obłąkani, jaki ich system gospodarczy. W podtytule do tego artykułu zamieszczam linki do całościowej oceny tego zbrodniczego społeczeństwa ( w języku polskim), oraz „osobistego” dokonanego przez Amerykanów japońskiego pochodzenia (w języku angielskim).

W obu przypadkach ich ocena nie wymaga komentarzy, jedynie znajomość języka polskiego & angielskiego.Wydaje się, że zarówno Polska jak & świat potrzebuje ostrzeżenia, w momencie totalnego załamania się struktur globalistycznych, w odniesieniu do USA, UE, Banderowców, a także japońskich barbarzyńców.O ile Polacy zaczynają trzeźwieć w odniesieniu do Bandery, o tyle są całkowicie zahipnotyzowani wizją dzikiej Japonii & zbrodniczych Niemiec.
Konająca w hańbie żydowska Ameryka, szuka swej kontynuacji pod płaszczykiem wymienionych powyżej nacji. Jest to palący problem vis-a-vis nieuniknionej anihilacji Izraela.Parafrazując komunistyczne hasło; „szatani wszystkich krajów jednoczcie się!”; zachęcam do otrzeźwienia. To jest sprawa egzystencjonalna nie tylko dla upodlonej Polski!

Ameryka wie o energetyce jądrowej. Ale po prostu nie może jej już budować. Niech Saudyjczycy się o tym dowiedzą.

Ameryka wie o energetyce jądrowej. Ale po prostu nie może jej już budować. Niech Saudyjczycy się o tym dowiedzą.

Larry C. Johnson

Donald Trump na krótko trafił na pierwsze strony gazet w tym tygodniu swoją propozycją cywilnej współpracy jądrowej z Arabią Saudyjską, która obejmowałaby wsparcie w budowie reaktorów jądrowych z wykorzystaniem amerykańskiej technologii. Nie jest to jednak nic nowego. Rozmowy między Stanami Zjednoczonymi a Arabią Saudyjską na temat formalnego porozumienia o cywilnej współpracy jądrowej (znanego jako „Porozumienie 123” na mocy amerykańskiej ustawy o energii atomowej) trwają od lat.

To, co sprawia, że ​​oświadczenie Trumpa wydaje się nowatorskie (i dziwne), to jego naleganie, aby Saudyjczycy podpisali Porozumienia Abrahama, aby sfinalizować umowę. A to będzie przeszkodą w jej realizacji, jeśli Saudyjczycy podtrzymają swoje stanowisko, że państwo palestyńskie musi powstać, zanim zaakceptują Porozumienia Abrahama.

Ale jest jeszcze inny, ważniejszy powód, który powinien dać Saudyjczykom powód do zastanowienia się dwa razy, zanim zwiążą swoją przyszłość nuklearną ze Stanami Zjednoczonymi… Amerykańskie doświadczenia w budowie elektrowni jądrowych okazały się kompletną klapą.

W sosnowych lasach wschodniej Georgii dwie potężne betonowe kopuły w końcu rozpoczęły rozszczepianie atomów w zeszłym roku – dwie dekady po ich powstaniu. Bloki 3 i 4 elektrowni jądrowej Vogtle kosztowały ponad 30 miliardów dolarów, miały siedem lat opóźnienia i omal nie doprowadziły ich budowniczego do bankructwa. Według standardów technicznych są to arcydzieła inżynierii. Ale są też nagrobkiem.

Vogtle to pierwszy nowy amerykański projekt elektrowni jądrowej, który osiągnął metę od ponad trzydziestu lat.

W tym samym czasie Chiny zbudowały sześćdziesiąt. Rosja zbudowała globalne imperium.

A Stany Zjednoczone – kraj, który uruchomił pierwszy komercyjny reaktor w 1957 roku, który udoskonalił projekt lekkiej elektrowni wodnej, z której świat korzysta do dziś, który kiedyś opanował zarówno atom, jak i mikroprocesor – zapomniały, jak wylewać beton, giąć stal i bilansować księgi.

Era atomowa wkracza w nowy rozdział. W miarę jak zbliżają się terminy klimatyczne, a bezpieczeństwo energetyczne stawia zachodnie stolice w niepewności, kraje, które mogą budować elektrownie jądrowe, odkrywają, że energetyka jądrowa to już nie tylko elektryczność. To dźwignia finansowa.

A teraz Ameryka stoi z boku, mając do dyspozycji stertę genialnych projektów, na których wdrożenie nie może sobie pozwolić.


Fartuch laboratoryjny i hełm ochronny

Każdy, kto przejdzie korytarzami Idaho National Laboratory lub biurami któregokolwiek z kilkunastu startupów nuklearnych w Dolinie Krzemowej, od razu poczuje amerykańską wyższość. Stany Zjednoczone projektują reaktory pływające, reaktory mieszczące się na ciężarówkach, reaktory zasilane zużytym paliwem jądrowym. Departament Energii finansuje zaawansowane projekty demonstracyjne od Wyoming po stan Waszyngton. Komisja Regulacji Jądrowych pozostaje światowym złotym standardem bezpieczeństwa – kopiowanym, szanowanym i budzącym strach.

Ale innowacja bez stoczni jest jedynie wnioskiem patentowym.

Debakl Vogtle’a ilustruje upadek. To, co miało być odrodzeniem – Westinghouse AP1000, bezpieczniejsza i prostsza konstrukcja generacji III+ – stało się krwawiącą raną.

Wykonawcy ponieśli porażkę. Plany budowy dotarły niekompletne. Moc produkcyjna kucia zbiorników reaktora została przeniesiona za granicę dekady wcześniej. Doświadczeni spawacze i monterzy rurociągów przeszli na emeryturę, a nikt nie przeszkolił ich następców. Każdy problem powodował opóźnienie; każde opóźnienie zawyżało budżet. Zanim w końcu popłynęły pierwsze nowe waty, szacunki się podwoiły, Westinghouse ogłosił upadłość, a każdy wykonawca usług komunalnych, który obserwował ten proces, po cichu usunął słowo „energia jądrowa” ze swojego słownika.

Stany Zjednoczone mogą zaprojektować cud techniki, ale nie mogą zbudować dwóch identycznych rzeczy, nie traktując każdego z nich jako indywidualnego projektu naukowego.


Rosyjski biznes reaktorowy

Podczas gdy Ameryka toczyła spór sama ze sobą, Moskwa budowała coś prostszego: machinę sprzedaży.

Rosatom, rosyjski państwowy gigant nuklearny, nie tylko sprzedaje reaktory. Sprzedaje relacje. Potrzebujesz elektrowni? Rosatom ją zaplanuje, sfinansuje, zbuduje, dostarczy paliwo, przeszkoli operatorów i usunie odpady. Pakiet obejmuje niskooprocentowane pożyczki z rosyjskich banków państwowych i geopolityczny akcent: Będziemy Twoim partnerem energetycznym przez sześćdziesiąt lat. Podpisz tutaj.

Sam produkt – WWER-1200 – nie jest rewolucyjny. To solidny, ewolucyjny reaktor wodny ciśnieniowy, który Rosatom nauczył się efektywnie budować w kraju i replikować za granicą. To, co czyni go atrakcyjnym dla nabywców z Turcji, Egiptu i Bangladeszu, to pewność, jaką oferuje Moskwa w sektorze, w którym pewność jest rzadkością. Brak bałaganu wśród prywatnych akcjonariuszy. Brak labiryntu jak w Krajowej Radzie ds. Energii. Brak pocenia się zarządów przedsiębiorstw energetycznych, gdy kwartalne wyniki zderzają się z twardniejącym betonem.

Wyniki mówią same za siebie. Rosatom kontroluje obecnie około 70 procent światowego rynku eksportu reaktorów. Portfel zamówień obejmuje cztery kontynenty. A ponieważ Rosja wzbogaca również prawie połowę światowego paliwa reaktorowego, jej klienci szybko odkrywają, że zakup elektrowni był dopiero początkiem ich uzależnienia.

W istocie jest to oszustwo, które Stany Zjednoczone pomogły wymyślić, a potem porzuciły.


Hala fabryczna w Chinach

Gdy Rosja gra w szachy, Chiny grają w masową produkcję.

Program nuklearny Pekinu rozpoczął się jako importer technologii, uczeń przepisujący prace domowe od Francuzów, Rosjan i Amerykanów. Dziś jest największą na świecie salą lekcyjną – i jej nauczycielem. Żaden kraj nie zbudował w tym stuleciu więcej reaktorów. Żaden kraj nie ma obecnie więcej w budowie.

Silnikiem napędowym jest Hualong One, samodzielny projekt generacji III+, powstały w wyniku lat cierpliwej inżynierii wstecznej i integracji sterowanej przez państwo. Ponieważ chińscy konstruktorzy reaktorów, organy regulacyjne, banki i huty stali ostatecznie odpowiadają przed tą samą centralą Partii Komunistycznej, kraj może egzekwować standaryzację z bezwzględnością niemożliwą do osiągnięcia na rozdrobnionych rynkach zachodnich. Kiedy Chiny budują Hualong One, budują ten sam Hualong One – raz po raz. Krzywa uczenia się jest stroma, harmonogramy przewidywalne – około pięciu do sześciu lat od wykopu do podłączenia do sieci – a koszty należą do najniższych na świecie.

Teraz Pekin eksportuje ten model. W ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku chińskie banki państwowe kopiują strategię Rosatomu, oferując gotowe elektrownie i finansowanie wiązane Pakistanowi, Argentynie, a potencjalnie także Arabii Saudyjskiej, a także dużym obszarom Azji Środkowej. Amerykański przemysł jądrowy, cierpiący z powodu braku finansowania eksportu i sparaliżowany przez trzy dekady bezczynności w kraju, nie ma podobnej oferty.


Reaktor geopolityczny

To nie jest tylko historia komercyjna. To opowieść strategiczna.

Elektrownie jądrowe to nie farmy wiatrowe. To zobowiązania na sześćdziesiąt lat. Wymagają paliwa, części zamiennych, wsparcia technicznego i stabilności dyplomatycznej na pokolenia. Kraj, który buduje reaktor na obcej ziemi, nie sprzedaje energii elektrycznej, lecz umieszcza flagę. Rosja zrozumiała to wcześnie. Chiny szybko się tego uczą. Stany Zjednoczone, pomimo ogromnych interesów bezpieczeństwa na stabilnych, niskoemisyjnych rynkach energii, skutecznie wycofały się z tego obszaru.

Waszyngton próbuje wstępnie skorygować kurs. Miliardy nowych funduszy federalnych napływają na zaawansowane projekty demonstracyjne reaktorów. Trwają prace nad odbudową krajowego wzbogacania uranu, po tym jak politycy zbyt późno zdali sobie sprawę, że rosyjskie paliwo napędza amerykańskie reaktory. Startupy o nazwach takich jak TerraPower i NuScale obiecują przyszłość, w której reaktory będą małe, modułowe i budowane w fabrykach – omijając gigantów budowlanych, które pochłonęły Vogtle’a.

Ale nadzieja nie jest strategią. A plany budowy nie generują wpływów dyplomatycznych.

Niewygodna prawda jest taka, że ​​kolejne dwie dekady globalnej ekspansji jądrowej będą w dużej mierze pisane cyrylicą i mandaryńskim – chyba że Stany Zjednoczone znajdą sposób na przełożenie swojego laboratoryjnego geniuszu na godziny pracy koparki. To za mało, by wynaleźć reaktor przyszłości. Ktoś wciąż potrzebuje wylania fundamentów – dwukrotnie i na tyle tanio, że minister finansów zagranicznych zgodzi się, zamiast odebrać telefon z Moskwy.

Atom narodził się w Ameryce. To, czy pozostanie amerykański, zależy być może już mniej od fizyków, a bardziej od instalatorów, kierowników projektów i systemu politycznego, który będzie traktował budowę elektrowni jądrowych jako infrastrukturę narodową, a nie hazard na Wall Street.

Beton jest obecnie utwardzany w Rosji i Chinach. Stany Zjednoczone wciąż czekają na pozwolenie na budowę.

Jeśli Trump nie zaoferuje darmowej instalacji złotych toalet jako części umowy, być może Saudyjczycy powinni porozmawiać z Rosjanami lub Chińczykami i rozważyć porozumienie, które nie będzie wymagało od nich uległości wobec Bibiego Netanjahu.

Źródło: Ameryka zna broń atomową. Po prostu nie może jej już budować. Powiedz to Saudyjczykom.

 Nie pozwólmy Jagielskiej zabijać kolejnych dzieci!


Fundacja Pro-Prawo do Życia Dzień dobry Panie Mirosławie. 
Nie pozwólmy Jagielskiej zabijać kolejnych dzieci!

Gizela Jagielska, odpowiedzialna za zabójstwo 9-miesięcznego Felka zastrzykiem w serce z chlorku potasu oraz masowe aborcje w Oleśnicy, ma zostać teraz zatrudniona na największej porodówce na Dolnym Śląsku – w szpitalu Falkiewicza we Wrocławiu.

Polityczni mocodawcy Jagielskiej szykują już grunt pod zmiany – zwolnili dotychczasową dyrektor, która sprzeciwiała się aborcji.
Ich kolejny cel wydaje się jasny – zrobić ze szpitala kolejną rzeźnię dzieci.

Dlatego już w najbliższy wtorek 28 lipca o 17:30 organizujemy pod szpitalem Falkiewicza akcję informacyjną połączoną z publicznym różańcem. 

Zapraszam Pana do udziału w tym wydarzeniu. 

Proszę również o to, aby udostępnił Pan poniższą krótką rolkę video swoim znajomym w mediach społecznościowych takich jak Facebook oraz na komunikatorach typu WhatsApp czy Telegram. 

W rolce nasza koordynatorka Ania krótko wyjaśnia, o co chodzi w sprawie szpitala Falkiewicza i co każdy z nas może zrobić aby powstrzymać Jagielską:Jeżeli nie może Pan osobiście wziąć udziału we wtorkowej akcji, prosimy o wsparcie finansowe, które umożliwi naszym wolontariuszom organizację kolejnych akcji we Wrocławiu oraz w pod innymi szpitalami w całej Polsce.

Potrzebne są środki m.in. na paliwo, transport, logistykę, wydruk nowych materiałów, bannery, megafony, namioty i wiele innych akcesoriów. Kluczowe jest także utrzymanie dalszej pracy naszego Centrum Prawnego, które chroni wolontariuszy przed prześladowaniami sądowymi.

Liczymy na Pana zaangażowanie. Razem możemy powstrzymać aborcjonistów.

WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 
Kinga Małecka-PrybyłoPodpis e-maila: Kinga Małecka-PrybyłoFundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków