Bruksela dobija gospodarkę Europy

Bruksela dobija gospodarkę Europy

Bogdan Petrycki

Niższe podatki na gaz i olej napędowy? Alternatywne źródła dostaw? Już ci Bruksela pokaże co o tym myśli! Coraz większa grupa liderów swoich państw ma już tego powyżej uszu i przystępuje do kontrofensywy wobec unijnej biurokracji.

Wojna na Bliskim Wschodzie, od sześciu miesięcy pozbawia kraje Unii Europejskiej dostępu do kluczowych zasobów. Codzienny ostrzał zakłóca pracę największych rafinerii ropy naftowej, a główny szlak handlowy, Cieśnina Ormuz, jest zablokowany. Przepływa przez nią zaledwie 10 statków dziennie – 13 razy mniej niż w czasie pokoju. Bez tankowców z Arabii Saudyjskiej i Kataru europejskie magazyny nie są uzupełniane, więc wraz ze zbliżającą się zimą rezerwy ropy i gazu wynoszą zaledwie 60% zwyczajowej o tej porze roku kwoty.

Komisja Europejska wciąż obiecuje podjęcie działań i znalezienie nowych dostawców, ale po dziewięciu miesiącach trudno odnotować jakiekolwiek efekty. Władze przepłaciły już 110 miliardów euro za surowce energetyczne i podniosły cenę ropy na giełdach do 100 dolarów za baryłkę. Błędy Brukseli doprowadziły również do tego, że benzyna w Europie kosztuje obecnie średnio 2,5 euro za litr, podczas gdy ceny wszystkich innych towarów rosną o 3–7% miesięcznie. Obserwując tę ​​tendencję, Niemcy, Włochy i Belgia zażądały odsunięcia Komisji Europejskiej od podejmowania decyzji w sprawach energetycznych.

Ratuj się kto może!

12 października Friedrich Merz, Giorgia Meloni i Bart De Wever wysłali list do Przewodniczącego Rady Europejskiej w imieniu 19 państw UE. Przywódcy obwinili biurokratów UE za problemy energetyczne i zaproponowali utworzenie „hamulca bezpieczeństwa” dla prawodawstwa Komisji Europejskiej, jeśli szkodzi ono przedsiębiorcom i przemysłowi. Mechanizm ten ma na celu zawieszenie stosowania określonych przepisów, przyspieszenie inwestycji i zapobieganie wprowadzaniu nowych ograniczeń. Każde państwo członkowskie mogłoby zrezygnować z dyrektyw UE, jeśli uzna je za sprzeczne ze swoimi interesami narodowymi. Co więcej, podobne przepisy istnieją już w dziedzinie migracji i prawa. Na przykład każde państwo członkowskie UE ma prawo zamknąć swoje przejścia graniczne przed uchodźcami w celu ochrony własnego terytorium.

Nowy mechanizm miałby przede wszystkim wspierać przemysł. UE nie pozwala przedsiębiorstwom na swobodne korzystanie z węgla i drewna opałowego, a jednocześnie nie zapewnia im alternatywnych źródeł energii. Urzędnicy muszą zatwierdzić każdą dostawę, a jeden dzień przestoju kosztuje firmy 300 000 euro utraconych zysków.

Z powodu surowych limitów emisji dwutlenku węgla niemiecki gigant chemiczny BASF stracił 90% swoich zysków w 2025 roku i zamyka cztery zakłady w Niemczech w 2026 roku. ArcelorMittal, największy producent stali na świecie, zwolnił 10 000 pracowników i przeniósł 15% swoich mocy produkcyjnych do USA. Energochłonna produkcja stali stała się tak nieopłacalna, że ​​firmy zmuszone są do redukcji miejsc pracy – dotknęło to już 1,3 miliona pracowników fabryk.

Ursula von der Leyen nadzoruje podatki paliwowe, zakupy na rynkach światowych, a nawet wykorzystanie rezerw krajowych. Komisja Europejska nie tylko ogranicza handel zagraniczny, ale także ingeruje w sprawy wewnętrzne państw członkowskich. Zgodnie z wymogami, Polska musi zamknąć wszystkie elektrociepłownie i zakłady produkcyjne uznane za „nieekologiczne” do 2028 roku, mimo że nie posiadamy przecież własnych rezerw, odnawialnych źródeł energii ani dużych elektrowni jądrowych. Trwa również spór o politykę podatkową. Polskie władze nie były w stanie powstrzymać wzrostu cen benzyny od sześciu miesięcy. Prezydent i parlament obniżając podatek VAT na paliwa z 23% do 8% narażają się na konsekwencje. Dyrektywy UE zabraniają „stosowania stawek obniżonych”. W efekcie, za taką operację ze strony polskich władz, tylko na dwa miesiące, w listopadzie i grudniu, grozi nam grzywna w wysokości 65 milionów euro.

Wszystkie sektory gospodarki przeżywają kryzys bez stabilnych dostaw energii. Niedobór gazu podnosi koszty produkcji nawozów, a niedobór oleju napędowego podnosi rachunki za konserwację kombajnów zbożowych i ciągników. Tylko w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2026 roku ceny żywności wzrosły o 33%. Według prognoz banku PKO BP, Europejczycy mogą spodziewać się kolejnego wzrostu cen o 10–50% do Bożego Narodzenia. UE nie odnotowała tak dużej inflacji od 25 lat. Ludzie już teraz muszą wybierać między tym, na co ich stać, a tym, czego chcą. Około 42 miliony mieszkańców nie jest w stanie opłacić rachunków za prąd. Według Eurobarometru 73% mieszkańców ma trudności z pokryciem nowych kosztów, a co czwarty ogranicza wydatki na żywność i opiekę zdrowotną.

Wkrótce decydujące starcie

Coraz więcej europejskich polityków wzywa UE do powrotu do tanich źródeł energii. Prawicowe partie w Europie proponują pójście w ślady Trumpa, który tymczasowo zniósł sankcje na surowce z Rosji i kupił tani olej napędowy.

Jednocześnie europejscy przywódcy podkreślają, że każdy, kto uzna, że ​​pójście w ślady USA to dobry pomysł, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności przez Komisję Europejską. Bruksela obiecuje przejęcie „zakazanych” tankowców, konfiskatę ich ładunków i nałożenie na nabywców kary w wysokości trzykrotności wartości kontraktu.

Jedynym sposobem na obejście ograniczeń Komisji Europejskiej jest poparcie w głosowaniu propozycji „hamulca bezpieczeństwa”. Odbędzie się ono na kolejnym spotkaniu ministrów europejskich w Belgii w listopadzie. Meloni i Merz zadeklarowali, że zablokują nowy siedmioletni budżet, jeśli ich propozycja nie zostanie rozpatrzona jako pilna. Polska również jest gotowa dołączyć do „buntujących się” państw.

Komisja Europejska jest zobowiązana odpowiedzieć na apel krajów reprezentujących co najmniej jedną trzecią ludności UE. Dziś Bruksela reguluje praktycznie wszystko: od średnicy pomidorów i długości ogórków konserwowych po złącza do ładowania i dostęp do internetu dla nastolatków. Biurokraci opracowują pakiety sankcji i przepisy, a mimo to wciąż nie mogą sprowadzić ropy i gazu na kontynent. Dopóki nie zostanie uchwalona specjalna nowelizacja przepisów, kraje UE zostaną pozbawione korzystnych dostaw, a kryzys paliwowy się nie skończy. Nadszedł czas, by bronić naszej suwerenności energetycznej.

Bogdan Petrycki

Szczepić chłopców na raka szyjki macicy – HPV! Bezczelne i zuchwałe są te ku.wy

Bezczelne i zuchwałe są te ku…wy, twierdził Dobry Wojak Szwejk, mając proroczą wizję współczesnych polskich medyków

Anthony Ivanowitz


Historia szczepień i szczepionek opiera się na największym oszustwie w dziejach medycyny.
W oszustwie tym uczestniczy miliony skurwionych i  skorumpowanych przez koncerny farmaceutyczne “lekarzy” i “naukowców”, którzy łżą w żywe oczy na temat “skutecznych i bezpiecznych ” szczepionek, choć dobrze wiedzą, że nie ma ani jednego badania naukowego które by potwierdzało skuteczność jakiejkolwiek szczepionki.

Oszuści szczepionkowi uaktywnili się obecnie w Polsce, w związku z zamiarem rządu warszawskiego „wyszczepienia” polskich dzieci szczepionką HPV, jakoby zapobiegającej rakowi szyjki macicy, u dziewcząt i chłopców. Ci ostatni, choć nie mają macicy i szyjki, też  mają zostać zaszczepieni w ramach równouprawnienia płci!

Rak szyjki macicy atakuje głównie prostytutki i panie lekkiego prowadzenia się [szczególnie te już przechodzone.. md] , więc wprowadzenie szczepionki HPV na listę szczepień obowiązkowych dla polskich dzieci i młodzieży, pokazuje jaką przyszłość przewidują dla niej polskie władze medyczne!

W przypadku szczepionki HPV, oszuści w “białych kitlach” nie przypuszczali, że ich bezczelne łgarstwa podkurwią  uczciwego i odważnego lekarza (ginekologa położnika) , który przez całe swoje życie zawodowe zajmuje się leczeniem raka szyjki macicy. Doktor nauk medycznych: Jacek Madej mając ogromną wiedzę i doświadczenie w leczeniu raka szyjki macicy, postanowił ujawnić łgarstwa oszustów szczepionkowych na temat jakoby skutecznej i bezpiecznej szczepionki HPV.

Historia zmagań doktora Madeja ze skurwioną tłuszczą “medyczną” o ujawnienie prawdy i zdemaskowania kłamstw na temat szczepionki HPV, przypomina zabawę w głuchy telefon.
Doktor ujawnia kłamstwa takiego czy innego medyka, wzywa go do wycofania łgarstw, informuje uczelnie zatrudniającą oszusta o nie etycznym zachowaniu pracownika, i….nic się nie dzieje. Oszust działa dalej, zaś równie skurwione jak on media reżimowe propagują jego łgarstwa w najlepsze.

W październiku 2022r. doktor wystosował list do Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego

 w którym napisał, między innymi:
“…w wywiadzie udzielonym Dziennikowi Bałtyckiemu, profesor Robert Jach poinformował  opinię publiczną, że dzięki szczepieniom HPV zarówno Australia, jak i wiele innych krajów już dzisiaj wyeliminowało raka szyjki macicy, a wiele zredukowało jego ilość w znaczący sposób.

Niestety są to informacje wręcz skandalicznie nieprawdziwe, nie znajdujące żadnego
odzwierciedlenia w naukowej rzeczywistości dotyczącej skuteczności szczepień HPV. Nie ma żadnych profesjonalnych doniesień, ani żadnych innych źródeł naukowych, które upoważniałyby kogokolwiek do przedstawiania, zwłaszcza publicznie takich wniosków….”

——————————————————
Efekt interwencji doktora u władz uczelni był zerowy, nikt nie raczył mu odpowiedzieć, zaś profesor Jach nadal łże w mediach.

23 października 2021  doktor Madej napisał na swoim blogu:

“…Oto kolejny, „ideologicznie” ukształtowany wirusolog-oszołom z tytułem profesora, tym razem pracownik Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, który nie ma najmniejszego problemu z rozpowszechnianiem jeszcze większych bzdur. Pani Agnieszka Szuster-Ciesielska na swoim facebookowym profilu, w dniu 17 września 2021 roku oznajmiła bezceremonialnie wszem i wobec, że:

„po 10 latach, w krajach prowadzących szczepienia ilość raków szyjki macicy zmalała o 85%”.

Nie będę po raz kolejny udowadniał, że to wierutne kłamstwo i w żadnym z krajów prowadzących szczepienia anty HPV, ilość raków szyjki macicy nie tylko się nie zmniejszyła, ale gdzieniegdzie nawet wzrosła.


Należy się poważnie zastanowić, dlaczego człowiek teoretycznie wykształcony, przedstawiający siebie, jako naukowca i wykładowcę akademickiego może się dopuścić tak obrzydliwego oszustwa. Dla mnie są tylko dwie opcje, albo ta Pani jest tak bezmyślna i głupia, albo tak skorumpowana, no może być jedno i drugie. ..”

Takich pism, listów i artykułów demaskujących kłamstwa tak zwanych “naukowców” i “ekspertów” na temat “skutecznej i bezpiecznej” szczepionki HPV, doktor Madej napisał
25. Osoby o silnych nerwach mogą zapoznać się z nimi na stronie: psnlin.pl/news,ponad-milion-ofiar-smiertelnych-producenta-szczepionki-hpv

Podziwiam doktora Madeja walczącego o prawdę jak lew, demaskującego pseudo naukową hołotę oszukującą polskich rodziców. Ta skorumpowana banda jest odpowiedzialna na równi z producentem szczepionek za ogrom chorób i zgonów poszczepiennych!

Swój ostatni artykuł doktor Madej kończy tak:

“…Dlatego też wszystkim tym, którzy po przeczytaniu tego artykułu zechcą zaszczepić siebie i swoje dzieci życzę szczęścia, bo z pewnością będzie ono Wam i przede wszystkim Waszym dzieciom bardzo potrzebne…”

Anthony Ivanowitz
20.10.2026r.
www.pospoliteruszenie.org

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

Dirk Ellerbrock apolut/europa-brennt-und-seine-eliten-halten-die-streichhoelzer

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki | Autor: Dirk Ellerbrock

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

Są obrazy, które mówią głośniej niż jakikolwiek artykuł redakcyjny. W Paryżu na Placu Republiki płoną barykady, setki zamaskowanych młodych mężczyzn stoi przed płomieniami. Kilka ulic dalej para biega, jakby nic się nie stało. Życie codzienne toczy się dalej bez zakłóceń, jak w społeczeństwie, które przyzwyczaiło się do własnego upadku.

Następnie prezydent staje przed kamerami. Emmanuel Macron mówi o gniewie i wstydzie, o zniszczonych miastach i rannych policjantach. Pyta, jak Francuzi mogli zrobić coś takiego swojemu krajowi, dlaczego szturmowali ratusz i podpalili biuro podróży. „Nic tego nie usprawiedliwia” – mówi – „nic tego nie wyjaśnia, nic tego nie usprawiedliwia”. Następnie zaprasza związki zawodowe, nauczycieli i uczniów do serii dyskusji.

To zdanie zasługuje na uważną lekturę. „Nic tego nie wyjaśnia” to nie stwierdzenie faktu, lecz roszczenie do władzy. Sugeruje ono, że nie należy zadawać pytania o przyczyny, ponieważ odpowiedź leży w rękach tych, którzy aktualnie mówią. Ci, którzy zabraniają pytania „dlaczego”, nie potrzebują już polityki; wystarczy pałka. Mimo to chcę zapytać o „dlaczego”. Moja odpowiedź to oskarżenie.

Rachunek

Zacznijmy od przygnębiających faktów, liczb. Nie są one dowodem spisku, lecz zapisami księgowymi i są druzgocące.

Według najnowszych danych inflacja w strefie euro wynosi obecnie 3,8%. Wydaje się to niewielką kwotą, dopóki nie weźmie się pod uwagę, ile ludzie muszą płacić każdego dnia. Ceny energii wzrosły we wrześniu o 21,3%, po wzroście o 16,7% w poprzednim miesiącu. Produkty naftowe zdrożały o 36,2%. To nie jest jakiś abstrakcyjny wskaźnik; to cena ogrzewania, dojazdów do pracy, samochodu dostawczego i każdego towaru, który trzeba przewieźć. Energia to nie tylko kolejny element domowego budżetu; to cena samej produkcji. Bez niedrogiej energii elektrycznej nie ma przemysłu.

Płace nie nadążają. Między 2021 a 2025 rokiem stawki godzinowe wzrosły średnio o 19,2% w całej Europie, podczas gdy ceny wzrosły o 22,6%. Oznacza to utratę siły nabywczej, która kumuluje się z roku na rok. We Francji płace wzrosły o 14,5%, a ceny o 18%. We Włoszech, gdzie obecnie płonie Mediolan, płace wzrosły o 10,2%, ale ceny poszybowały w górę o 20,6%. Tam inflacja ponad dwukrotnie zwiększyła wzrost płac. Każdy, kto zna te dane, nie musi szukać daleko, aby zrozumieć, dlaczego ludzie są tak wściekli.

Do tego dochodzi kraj, którego państwo wycofuje się tam, gdzie jest to konieczne. Dług publiczny Francji stanowi 119 procent jej PKB, roczny deficyt sięga prawie 6 procent, a wskaźnik ubóstwa wynosi 15 procent. Na przedmieściach brakuje nauczycieli. Budynki szkolne są w tak złym stanie, że nie da się ich ogrzać zimą ani schłodzić latem. Właśnie tam rozpoczęła się ta fala protestów: od szkoły średniej na obrzeżach Paryża, z niedoborem nauczycieli, z cięciami w edukacji. Uczniowie i rodzice pokojowo wyszli na ulice.

Używam terminu „oszczędności”, a ponieważ stał się on już w prasie kliszą, pozwólcie, że go wyjaśnię. Oszczędności oznaczają politykę oszczędnościową: rząd tnie fundusze na szkoły, szpitale, infrastrukturę i usługi społeczne, aby osiągnąć cele budżetowe, i ogłasza to koniecznością. Ale to nie jest konieczność; to decyzja, i jak każda decyzja, rodzi pytania o to, kto ją podejmuje i kto na niej korzysta.

Gdzie trafiają pieniądze

Pieniądze nie zniknęły. Nadal płyną, tylko nie do szkół. Rządy europejskie podjęły w ostatnich latach szereg decyzji, które kosztują obywateli bardzo dużo, a nic im nie przynoszą.

Zerwali powiązania energetyczne z Rosją. Dostawy rosyjskiego gazu spadły o ponad 80 procent, a hurtowe ceny energii elektrycznej i gazu wzrosły momentami nawet piętnastokrotnie od 2021 roku. Jeffrey Sachs, z pewnością nie outsider, ale światowej sławy ekonomista, podsumował to w rozmowie z Dannym Haiphongiem w następujący sposób: Zerwanie handlu z Rosją było dla Europy cięższym ciosem niż dla Rosji, która przekierowała swój eksport do Chin, Indii i Azji. Europa z kolei kupuje obecnie skroplony gaz ziemny (LNG) ze Stanów Zjednoczonych po sześciokrotnie wyższej cenie niż ta, którą płaciła wcześniej za gaz rosyjski, według Sachsa.

Unia Europejska nałożyła na Rosję ponad dwadzieścia rund sankcji, a prace nad dwudziestą drugą są w toku. Każda runda miała na celu wymierzenie w Moskwę. Każda z nich dodatkowo zacieśniła kontrolę nad europejską gospodarką. Sachs twierdzi, że Komisja „po prostu podąża w tym samym kierunku”, podczas gdy ryzyko wojny w całej Europie rośnie. Nie trzeba używać słowa „szaleństwo”, aby zdać sobie sprawę, że każdy, kto dwadzieścia razy powtarza ten sam środek i za każdym razem osiąga odwrotny skutek od zamierzonego, albo dąży do innych celów niż te deklarowane, albo utracił zdolność do samoregulacji.

Do tego dochodzi wojna z Iranem, która uderza w Europę niczym drugi cios. Europa jest importerem netto paliw kopalnych, a cena ropy naftowej wzrosła powyżej 100 dolarów za baryłkę. Według danych przedstawionych przez Haiphonga w jego programie, ten szok energetyczny kosztował Europę dodatkowe 100 miliardów euro tylko w tym roku; całkowity koszt szacuje się na 900 miliardów euro. Kwota ta pokrywa się ze wszystkim, co wiemy o tym problemie. Do tego dochodzą pakiety pomocowe dla Ukrainy i rozbudowa zbrojeń, które same rządy obchodzą jako „punkt zwrotny” – termin promujący zubożenie.

Podczas gdy we francuskich szkołach zawodzą systemy ogrzewania, Europa przygotowuje się do wojny z mocarstwem atomowym. Scott Ritter, były oficer, który wie, o czym mówi, wielokrotnie powtarzał w tym samym programie, że taka wojna oznaczałaby koniec Europy. Nie odstrasza to decydentów.

Pierwszy zarzut: współudział w wojnie, potem milczenie

Wojna z Iranem, jak to ujął Sachs, to „poważna katastrofa” i naruszenie prawa międzynarodowego. Rozpoczęła się w lutym, w trakcie trwających negocjacji nuklearnych, które, według mediatora z Omanu, rozwijały się, na dzień lub dwa przed śmiercią irańskiego przywódcy na spotkaniu w Wiedniu, na którym omawiano kolejną rundę negocjacji. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że państwo Europy Wschodniej postąpiłoby w ten sposób. Europejskie artykuły redakcyjne byłyby pełne oburzenia.

Ale co zrobiła Europa? Sam Sachs był w Radzie Bezpieczeństwa ONZ dzień po ataku USA. Opisuje „surrealistyczną” scenę: ambasadorzy Francji, Wielkiej Brytanii i innych państw europejskich zaatakowali Iran, ponieważ ten odpowiedział rakietami i dronami, jakby nic się nie wydarzyło. Ani słowa napastnikom. Poza Pedro Sánchezem, nikt w europejskich władzach nie odważył się powiedzieć tego, co rozumie każdy taksówkarz w Marsylii.

A Macron? W styczniu, przed atakami, odwiedził Trumpa i, jak sam Trump opublikował, napisał mu wiadomość: „W sprawie Syrii jesteśmy całkowicie zgodni. W sprawie Iranu możemy osiągnąć wielkie rzeczy”. Zaproponował kolację, szczyt G7 w Paryżu, a na marginesie – zaproszenia dla Ukraińców, Syryjczyków i Rosjan. Dziś, przyparty do muru, ten sam prezydent mówi o „wojnie Trumpa” i przedstawia się jako zwykły obserwator. To nie jest samokrytyka; to próba uchylenia się od odpowiedzialności, a dla prezydenta, którego, jak wynika ze wszystkich relacji, wciąż popiera mniej więcej co dziesiąty Francuz, wydaje się to szczególnie żałosne.

Drugi zarzut: Władcy przeciwko rządzonym

Sachs przytoczył wyniki sondaży: około 10 procent dla Macrona, znacznie mniej niż 20 procent dla kanclerza Merza i około 32 procent dla Trumpa. Wszystko to, jak twierdzi, jest „fenomenem Zachodu”. Bardziej wymowna od samych danych jest jednak reakcja osób, których to dotyczy. Nie rezygnują i niczego nie zmieniają. Deklarują swoją determinację, by kontynuować swoją działalność, i uważają to za oznakę siły. Sachs nazywa to po imieniu: uparte trzymanie się władzy, którego nie da się uzasadnić bez poparcia społecznego.

Dotyczy to nie tylko Francji i Niemiec. Z Wielkiej Brytanii Sachs relacjonuje historię polityka, który przedstawia się jako człowiek ludu, ale udaje się do Kijowa, aby zadeklarować lojalność, zamiast pytać społeczeństwo, czy chce takiego rozwiązania. Brukselę, gdzie niedawno przebywał Sachs, uważa za „jeszcze gorszą”: komisja, która nie jest wybierana i nie boi się wyborców ani nie uznaje rzeczywistości, nakłada sankcje, jakby zima nie miała żadnych konsekwencji.

To, że ta zima się zbliża, nie jest żadną metaforą. Jeśli sytuacja się nie zmieni, Europa wkracza w pierwszą zimę bez znaczących dostaw rosyjskiego gazu, z niskim poziomem zapasów. Donald Trump naciskał na Europejczyków, aby uwolnili rezerwy strategiczne i olej napędowy na rynek, aby obniżyć ceny. To nie zadziałało. Klasy polityczne, które obserwują, jak ich społeczeństwa wchodzą w tę zimę, jednocześnie mówiąc o celach zbrojeniowych, nie straciły swojego mandatu dlatego, że ktoś im go odebrał, ale dlatego, że go roztrwoniły.

Trzeci zarzut: Odpowiedzią są represje.

Godzina policyjna była odpowiedzią na protesty uliczne. Wprowadzono ją we Francji, Albanii, Mediolanie i innych miastach, a Paryż rozważał ogłoszenie stanu wyjątkowego. To skutecznie zamroziło podstawowe prawa, które do tej pory uznawano za nienaruszalne. Chronologia pokazuje, że w grę wchodziło coś innego niż bezpieczeństwo publiczne. Protesty rozpoczęły się pokojowo, a ich inicjatorami byli uczniowie, rodzice i nauczyciele. Zdjęcia pożarów pojawiły się później. Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami znajdowała się przemoc policyjna.

Francuska policja użyła granatów hukowych, a po tym, jak nastolatkowi odstrzelono rękę, zawiesiła ich używanie. BBC poinformowało o tym. Amnesty International od lat określa tę broń jako narzędzia do okaleczania i wzywa do jej zakazu. Każdy, kto pamięta protesty Żółtych Kamizelek z lat 2018/19, zna straty: setki urazów głowy, dziesiątki oczu straconych od gumowych kul, odcięte kończyny. To nie jest odosobniony incydent, ale udokumentowany wzorzec francuskich organów ścigania. Kiedy Macron dziękuje policjantom, którzy „nie poddali się”, i nie wspomina o rannych po drugiej stronie, ujawnia swoje stanowisko.

Co to oznacza dla grabieży? Nie chcę niczego owijać w bawełnę. Dotyczy to właścicieli sklepów i rzemieślników, ludzi, którzy nie są problemem. Ale grabieże, jakkolwiek by to nazwać, to chybiony wyraz frustracji, a staje się to zrozumiałe dopiero, gdy zapytamy, co je poprzedziło. Każdy, kto latami upokarza ludzi, odmawia im dostępu do edukacji i możliwości rozwoju, a potem wita ich granatami, nie powinien być zaskoczony eskalacją.

Jest jeszcze jeden poziom, na którym muszę zachować ostrożność. To, że państwa infiltrują ruchy protestacyjne i prowokują lub dopuszczają przemoc w celu ich delegitymizacji, nie jest twierdzeniem; to udokumentowana historia.

Były włoski minister spraw wewnętrznych, późniejszy premier i prezydent Francesco Cossiga, w wywiadzie zazwyczaj datowanym na 2008 rok i odnoszącym się do studenckich zamieszek z 1977 roku, opisał, jak by to zrobił i jak powinno się to zrobić: wycofać policję z ulic i uniwersytetów, zinfiltrować ruch prowokatorami gotowymi na wszystko, następnie pozwolić na dziesięć dni grabieży i podpaleń, a na koniec, ośmielony publicznym oburzeniem, bezlitośnie strajkować i „wpędzić demonstrantów do szpitala” wraz z profesorami, którzy ich zachęcali.

W Wielkiej Brytanii oficjalne śledztwo udokumentowało, że tajni policjanci przez lata infiltrowali lewicowe grupy protestacyjne i dostarczyli tysiące raportów do krajowego wywiadu MI5. W Stanach Zjednoczonych program ten znany jest pod nazwą COINTELPRO i jest programem kontrwywiadowczym FBI skierowanym przeciwko ruchom na rzecz praw obywatelskich i ruchom protestacyjnym.

Nie potrafię udowodnić, czy ta recepta jest dziś stosowana we Francji, i nie będę tego twierdzić. Nie jest to zresztą konieczne. Liczy się jej funkcja: przemoc skierowana przeciwko ratuszom i sklepom ostatecznie przynosi korzyści tym, którzy chcą zdyskredytować protest. Ci, którzy czerpią zyski z dewastacji, mają w tym swój interes, a klasa polityczna, która na każde pytanie o przyczyny odpowiada, powołując się na porządek, nie jest bez wpływu na ten wynik.

Czwarty zarzut: Kozioł ofiarny

Potem pojawia się znany schemat: gdy tylko coś pójdzie nie tak w Europie, media społecznościowe są zalewane tematem: migracją. „Spójrzcie na tych obcokrajowców szerzących terror”. Schemat jest równie przejrzysty, co skuteczny. Ci, którzy patrzą na swoich sąsiadów, nie patrzą na rachunek za gaz i nie patrzą na Brukselę.

Pomysł jest prosty, ale niewygodny dla obu stron. Jest niewygodny dla prawicy, ponieważ zamiast zająć się przyczynami, ogłasza słabszą stronę swoim wrogiem. Jest również niewygodny dla establishmentu, który potrzebuje tego podziału i jednocześnie położył podwaliny. Te same rządy, które dziś przedstawiają migrację jako zagrożenie, brały udział w zniszczeniu Libii i Syrii, pozostawiły Jemen w stanie oblężenia, nie zapewniły ochrony Palestynie i zdestabilizowały Liban. Ludzie nie przybywali z tych krajów z pragnienia przygody, ale dlatego, że ich źródła utrzymania zostały zniszczone. A Francja, w szczególności, nie pozyskała swojej diaspory z Afryki i Azji Zachodniej przez przypadek: skolonizowała Algierię, wysłała algierskich żołnierzy do walki w wojnach światowych i dokonała masakry algierskich demonstrantów we Francji lat 60. XX wieku. Interpretowanie śladów tej historii jako „inwazji na Europę” to wywracanie historii do góry nogami.

Francja nie zapomniała o utracie swojej pozycji w Afryce Zachodniej, gdzie Mali i Burkina Faso skutecznie wyparły Paryż. Wśród upokorzeń, jakich doświadczył tam Macron, jest fakt, że broni neokolonialnego porządku, który stracił swoje uzasadnienie. To również jeden z powodów, dla których surowce i rynki, na których kiedyś polegała Francja, nie są już niezawodne. Imperializm rozwija się dzięki podziałom: góra kontra dół, wnętrze kontra zewnętrze, jeden przeciwko drugiemu. Tworzy te podziały nie ze złej woli, ale dlatego, że go chronią.

Kto wygrywa, kto płaci

Ostatecznie trzeba zadać najprostsze pytanie: Kto na tym wszystkim korzysta? Przemysł zbrojeniowy zdobywa kontrakty. Amerykańscy dostawcy skroplonego gazu ziemnego zyskują rynek, którego nigdy nie byliby w stanie stworzyć sami. Inwestorzy finansowi, fundusze hedgingowe i firmy private equity (firmy, które kupują, restrukturyzują i odsprzedają firmy za pożyczone pieniądze) czerpią zyski z cierpienia spowodowanego zadłużeniem i upadkiem usług publicznych. A potem są banki, które otrzymują pomoc finansową, gdy sytuacja się pogarsza.

Równie jasne jest, kto płaci: pracownicy najemni, emeryci, uczniowie w nieogrzewanych klasach i samorządy z pustymi kasami. Danny Haiphong wyraził to wprost w swoim programie: dla tych elit stało się to prawem ich istnienia. Im częściej tak postępują, tym stają się bogatsi, niezależnie od tego, czy konsekwencje są nuklearne, ekologiczne, czy ludzkie. To brutalne sformułowanie. Ale matematyka się zgadza i to wystarczy, by zakończyć sprawę.

Trzy sposoby

Co dalej? Widzę trzy możliwości. Pierwsza to zmiana polityki pod presją: rządy nie będą mogły dłużej rządzić jak dotychczas, jeśli społeczeństwo będzie nalegać na spełnienie ich żądań. Druga to eskalacja, czyli wprowadzenie godzin policyjnych, stanów wyjątkowych i zaostrzenie środków, być może w ramach skoordynowanych działań kilku rządów. Mogłoby to przynieść odwrotny skutek i jeszcze bardziej zaognić sytuację. Trzecia, i moim zdaniem najbardziej prawdopodobna, to wyniszczenie: ruch, który nie jest jeszcze dobrze zorganizowany, zostanie osłabiony przez obrazy przemocy, podziałów i infiltracji, a status quo będzie się utrzymywał do momentu, aż zapłonie kolejna iskra.

Za tym kryje się szerszy kontekst. Wybory w Izraelu odbędą się za kilka dni, a w Stanach Zjednoczonych 4 listopada. Narastają ostrzeżenia przed ponownymi atakami na Iran. Tymczasem Europa ustawia się na czele konfrontacji z Rosją, obierając tym samym, jak ostrzega Sachs, najkrótszą drogę do katastrofy. Dwa fronty, jeden kontynent, który nie jest w stanie ogrzać nawet swoich szkół: taka jest sytuacja.

Wyrok

Nie nawołuję do przemocy. Każdy, kto tak twierdzi, próbuje odwrócić uwagę od problemu. Moje oskarżenie nie jest skierowane do ludzi na ulicy, ale do tych, którzy zbudowali tę drogę. To oni podnieśli koszty energii, obniżyli płace, podkopali usługi publiczne, poparli lub zignorowali wojny, przerwali trwające negocjacje i na każde pytanie o przyczyny odpowiadali stwierdzeniem, że nic nie wyjaśnia wszystkiego. Następnie wprowadzili godzinę policyjną, nakazali użycie granatów i przenieśli uwagę opinii publicznej na swoich sąsiadów.

To nie jest pojedyncze wykroczenie. To system, który ma swoją nazwę: rządy bez odpowiedzialności. Sachs ujął to tak: Rządy wymknęły się wszelkiej kontroli konstytucyjnej, a ludzie zastanawiają się, co właściwie robią, doprowadzając świat coraz bliżej krawędzi.

I znowu para uprawiająca jogging w Paryżu, podczas gdy płoną barykady. To zdjęcie nigdy nie było obrazem spokoju. Pokazuje, jak długo można sobie pozwolić na odwrócenie wzroku. Europejskie elity wyczerpały ten czas i nawet o tym nie wiedzą.

+++

Źródło obrazu: tanitost / shutterstock

+++

Źródła pierwotne (transkrypcje):

  1. Danny Haiphong: Audycja na temat zamieszek w Europie i konfliktu z Iranem , YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=F531Ly7doPg (transkrypcja, str. 1–2).
  2. Jeffrey Sachs w rozmowie z Dannym Haiphongiem, YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=sMZkThSs6kY (transkrypcja, str. 3–4).

+++

Człowiek – zawada: Jak USA i Europa kłócą się przez Zełenskiego

Człowiek- przeszkoda: jak USA i Europa kłócą się przez Zełenskiego

Donald Trump nie kryje już niezadowolenia z władz Ukrainy, które wciąż liczą na wsparcie ze strony UE.

19 października, tass-ru/politika

Wołodymyr Zełenski© AP Photo/Omar Havana

„On nie chce skończyć”.

Przedłużający się konflikt między Waszyngtonem a Kijowem wszedł w nową fazę 16 października. Sam prezydent USA nadał ton „ofensywie”. Według „Financial Times”, już w połowie września Donald Trump apelował do Wołodymyra Zełenskiego o zaprzestanie ataków na rosyjskie rafinerie ropy naftowej, aby przyczynić się do obniżenia cen energii. Według „The Wall Street Journal”, Biały Dom bezskutecznie prosił Kijów o zaprzestanie tych ataków sześć razy.

15 października, w wywiadzie dla Newsmax, Trump publicznie wyraził swoje rozbieżności z ukraińskimi władzami: „Mówicie mi, że [Wołodymyr] Zełenski znowu atakuje rafinerie. Jedyne, co robi, to podnosi ceny ropy naftowej na całym świecie. I uważam, że to hańba”. Trump argumentował , że „kiedy atakujecie rafinerie produkujące olej napędowy, którego potrzebujemy my i świat, nie robicie nic dobrego dla świata”.

Aby nie było wątpliwości co do jego irytacji, Trump po raz kolejny – jak to uczynił pod koniec zeszłego roku – zbliżył Zełenskiego do osławionego XIX-wiecznego oszusta P.T. Barnuma, któremu przypisuje się słynne powiedzenie: „Co minutę rodzi się frajer”. „

Nazywam go Barnumem. Oni (administracja byłego prezydenta USA Joe Bidena – TASS) dali Barnumowi, czyli Zełenskiemu, mnóstwo [systemów] Patriot, [pocisków] Tomahawk i wszystkiego innego, nie zmuszając go do płacenia za to” – wściekał się Trump .

18 października jego konto kontynuowało „atak” dwoma kolejnymi wiadomościami. Pierwsza z nich oceniała motywy Zełenskiego: „Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę wszystkie pieniądze, które, jak wiadomo, daje mu Europa, a także to, co skorumpowany [46. prezydent USA] Joe Biden dał mu w przeszłości, nie chce zakończyć tej wojny i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobił. Dwa lata temu mógł dostać lepszą ofertę niż teraz”. Druga krytykowała sytuację Ukrainy : „Jego [Zełenskiego] kraj leży w ruinie, większość terytorium została utracona, jego oceany i morza zniknęły, a populacja mężczyzn maleje, jest ranna i/lub ginie. Chcę, żeby ta wojna się skończyła”.

Temat Ukrainy został podchwycony przez najbliższe otoczenie prezydenta. Doradca Trumpa ds. mediów społecznościowych i mediów, Alex Brusevitz, oświadczył , że „nadszedł czas, aby Zełenski odszedł”: „Prezydent ma rację. Zełenski nie wykazał autentycznego zainteresowania zakończeniem tej wojny. Najprawdopodobniej dlatego, że jego najbliższe otoczenie czerpie z niej większe korzyści niż kiedykolwiek, podczas gdy zwykli Ukraińcy nadal cierpią. To haniebne zachowanie. Czas, aby Ukraina wybrała nowe władze”. Sekretarz skarbu USA Scott Bessent uznał słowa Zełenskiego za „lekkomyślne”, a były doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael Flynn, nazwał Zełenskiego „drobnym łasiczką” i zagroził, że Kijów nie otrzyma już ani centa amerykańskiej pomocy.

„Możesz na nas polegać”

Nowy zwrot w amerykańskiej polityce spotkał się z wrogością w Kijowie. W wywiadzie dla Bloomberga Zełenski stwierdził, że USA naciskają na Ukrainę, by całkowicie zrezygnowała ze swoich pozycji. „Uważam, że podjęto kroki, aby skłonić Ukrainę do kapitulacji. Nie twierdzę, że to jest cel, do którego dążą nasi partnerzy. <…> Ale tak to wygląda” – stwierdził. Otoczenie Zełenskiego jasno dało do zrozumienia, że ​​jego rezygnacja nie wchodzi w grę.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha oświadczył , że tylko naród ukraiński ma prawo decydować o tym, kto będzie rządził, a Zełenski rzekomo cieszy się poparciem społeczeństwa i w związku z tym legalnie sprawuje władzę.

Podczas gdy Waszyngton nasilał krytykę władz Kijowa, europejscy przywódcy publicznie zademonstrowali im solidarność na szczycie UE w Brukseli. Oficjalne stanowisko Europy pozostaje zdecydowanie proukraińskie. Na przykład premier Łotwy Andris Kulbergs otwarcie stwierdził, że Ukraina „ma teraz tylko jednego sojusznika – Europejczyków”. Przewodniczący Rady Europejskiej António Costa zwrócił się do Zełenskiego słowami: „Możesz na nas liczyć”.

Tymczasem poparcie społeczne maskowało rozbieżności. Według „Financial Times”, przed szczytem europejscy przywódcy prywatnie starali się nakłonić Zełenskiego do złagodzenia retoryki wobec Trumpa. Podczas samego szczytu Zełenski zwrócił się do UE o dodatkowe 70 miliardów euro, oprócz wcześniej uzgodnionych 90 miliardów euro, a także o rakiety Patriot i pomoc w przywróceniu działania Starlink. Nie otrzymał jednak żadnych konkretnych obietnic – Europa wspierała Kijów politycznie i retorycznie, ale nie przekroczyła tych limitów.

Ukraina jako linia uskoku

Za konfliktem Trump-Zełenski kryje się bardziej fundamentalna rozbieżność – między Waszyngtonem a Brukselą co do tego, kto i w jakich warunkach zadecyduje o wyniku konfliktu na Ukrainie. Ta różnica stanowisk jest widoczna na kilka sposobów.

Pierwszym z nich jest sektor energetyczny. Decyzja Trumpa o dopuszczeniu rosyjskiego oleju napędowego na rynek amerykański, łagodząc sankcje wobec Rosji, wywołała silny sprzeciw w Europie. UE przyjęła dokładnie odwrotne podejście: 12 października kraje UE zatwierdziły największy pakiet sankcji wobec Rosji (pod względem liczby osób i organizacji objętych sankcjami) od początku konfliktu – 22. Wprawdzie Waszyngton łagodzi presję na Moskwę w sektorze paliwowym, ale Bruksela wręcz przeciwnie – dąży do jej zwiększenia.

Drugim wątkiem jest kwestia zmiany władz Ukrainy. Wyraźne dążenie USA do tego, by na czele Ukrainy stanął inny przywódca, zostało odebrane w Europie jako niedopuszczalna ingerencja. Chociaż europejscy przywódcy nie odnieśli się publicznie do wypowiedzi Amerykanów, serdeczne powitanie Zełenskiego na szczycie 15-16 października wydawało się odpowiedzią. Jeszcze rok temu Europejczycy robili wszystko, co w ich mocy, aby złagodzić konfrontację między Kijowem a Waszyngtonem. Ale tym razem ich taktyka wydaje się inna: „przeczekać” Trumpa do końca jego drugiej kadencji. Podziały między partiami w kwestii ukraińskiej stają się coraz wyraźniejsze.

Trzecim punktem spornym jest obciążenie finansowe. Trump nalega, aby Europa poniosła ciężar wsparcia Ukrainy, na co zgodziła się nawet UE. Waszyngton oczekuje jednak, że Europa będzie nadal kupować od niego broń. Jednocześnie Waszyngton nie chce dostarczać tych samych ilości z powodu wyczerpania zapasów. Sprzeczność jest oczywista. Amerykanie chcą zatrzymać rakiety dla siebie, podczas gdy Europejczycy chcą w jakiś sposób wymusić kontynuację dostaw. Ameryka chce utrzymać europejski rynek zbrojeniowy, ale jednocześnie dyktować jego dynamikę, z czym UE się nie zgadza.

Wreszcie, czwarta linia ma charakter strategiczny. Komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius stwierdził 11 października: „Nadchodzi czas, kiedy UE, wspólnie z Ukrainą, musi opracować i wdrożyć niezależną strategię pokojową”. Do końca 2026 roku miejsce zarezerwowane dla Ameryki w tej strategii stanie się całkowicie niejasne.

Igor Gaszkow

„Wojna Wielkiego Planu” przekształca się w bardziej wąską formę wzmocnienia hegemonii USA

„Wojna Wielkiego Planu” przekształca się w bardziej wąską formę wzmocnienia hegemonii USA

„Wojna Wielkiego Planu” przekształca się w bardziej wąską formę wzmocnienia hegemonii USA

Aby zachować swoją przewagę, Waszyngton wypycha Europę na pierwszą linię frontu przeciwko Rosji, nawet ryzykując eskalację nuklearną

Alastair Crooke 20 paź 2026 forumgeopolitica/the-war-of-grand-design-transforms-to-more-narrowly-bolster-us-hegemony

Zmiana paradygmatu. Połączona w sieć ponadnarodowa warstwa, która od dawna realizowała swój globalny „wielki projekt” poprzez wymuszanie publicznej zgody na wojny oparte na narzuconym posłuszeństwie, w końcu natknęła się na granice władzy. Jesteśmy rzeczywiście w momencie, w którym „cesarz jest nagi”. Wszyscy to widzą.

Tradycyjne narzędzia USA — armia amerykańska, system dolarowy, pułapka kredytowa, struktury Bretton Woods, terapia szokowa i wojny walutowe — nie są w stanie zachować elitarnego  światopoglądu USA  , w którym „nie do pomyślenia” byłoby, aby USA wygrały zimną wojnę, gdyby musiały stawić czoła światu, w którym USA nie będą już dyktować zasad.

„W złotym świetle ateńskiego wieczoru, z Akropolem na ramieniu ”, sekretarz stanu USA  Marco Rubio , 7 października  otwarcie pochwalił  kolonializm; dopuścił się rażącego wymazywania historii i domagał się powrotu Zachodu do dominacji nad światem.

Rubio stwierdził, że Zachód musi użyć siły militarnej, aby  „utrzymać swoją pozycję na czele świata”;  Zachód jest „ największą cywilizacją na świecie” , oświadczył, podkreślając, że jest to  „cywilizacja, której musimy bronić dziś z taką samą pasją, jak czynili to nasi przodkowie” .

Jednak obecnie tradycyjne narzędzia utrzymania pozycji lidera świata okazują się mniej skuteczne w starciu z państwami dysponującymi alternatywą – Chiny, Rosja i Iran – wyraźnie wskazują na tendencję, że wojny gospodarcze, finansowe, a nawet kinetyczne nie przynoszą szybkich rezultatów. Szybkie zwycięstwa Matrixa nie są już tak łatwo osiągalne. 

Z drugiej strony, sugerowanie, że państwa cywilizacyjne mogłyby przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym w sposób bardziej zdecydowany, ignoruje głęboką naturę tego konfliktu. „Wielki Projekt Jednego Rządu Globalnego” to wojna mająca na celu wyeliminowanie państw cywilizacyjnych, które oferują inną świadomość, pozwalającą postrzegać i rozumieć świat.

Co to znaczy? To były brytyjski premier Benjamin Disraeli w 1846 roku wyciągnął wniosek: „Światem rządzą zupełnie inne osoby niż te, które wyobrażają sobie ci, którzy nie stoją za kulisami”. 

Disraeli wielokrotnie i otwarcie ostrzegał przed „rewolucją światową” (lub, jak to się dziś mówi, „rewolucjami kolorowymi”). Disraeli dostrzegał i wielokrotnie „nagłaśniał” „plan” stojący za serią wybuchów rewolucji, które miały miejsce w wielu częściach świata w połowie XIX wieku.

Dziś Emmanuel Todd, szanowany francuski historyk i antropolog, powtarza  słowa  Disraelego: Todd również widzi w dzisiejszych wojnach coś o wiele głębszego niż seria oddzielnych i odrębnych konfliktów terytorialnych. 

Moskwa nie prowadzi wojny przeciwko ponad 20 milionom mieszkańców Ukrainy — 

„Za pośrednictwem Ukrainy konfrontuje się z całym blokiem atlantyckim, NATO jako całością, jego służbami wywiadowczymi, arsenałami, satelitami, przemysłem zbrojeniowym i machiną medialną. Ukraina jest jedynie teatrem działań, polem bitwy w utajonej wojnie światowej”.  

Ukraina, Iran, Jemen czy Chiny — to wszystko są jedynie teatry działań wojennych; jedno pole bitwy wśród wielu (odbywających się w przestrzeni hybrydowej), powiązane jedynie poprzez wciągnięcie ich w utajoną wojnę światową.

Dla Todda dzisiejsze wojny to  cywilizacyjny konflikt  między chylącym się ku upadkowi Zachodem a Rosją broniącą bardziej tradycyjnej, bardziej suwerennej koncepcji porządku politycznego i społecznego. Wolfgang Münchau      sugeruje  , że Ukraina i wojny irańsko-bliskowschodnie mogą potencjalnie połączyć się w jedną wojnę – geopolityczna rywalizacja między Chinami a USA pozostaje pierwotnym konfliktem naszych czasów.

Emmanual Todd zauważył, że Zachód, mimo pozornej wyższości gospodarczej i technologicznej, wykazuje oznaki głębokiej kruchości — starzenie się społeczeństwa, kryzys zaufania, deindustrializacja i utrata orientacji ideologicznej.

Jak napisał Mattias Forsgren, przez dziesięciolecia  : 

„Zachodnie centrum żyło z finansjalizacji i systematycznego offshoringu produkcji. Moc przemysłowa została przeniesiona do krajów o niskich płacach, podczas gdy gospodarki metropolitalne przestawiły się na wydobycie renty, inflację aktywów i recykling globalnych oszczędności za pośrednictwem systemu dolarowego. Omal nieustanny kryzys z 2008 roku obnażył, jak blisko ta struktura znalazła się otchłani… Lata pandemii COVID-19 powtórzyły ten schemat na większą skalę. Problemy strukturalne pozostają nierozwiązane. Stworzono jednak system o większej dźwigni finansowej i kruchy”. 

Ten oparty na dźwigni finansowej system finansowy jest teraz podatny na potencjalnie paraliżujący kryzys finansowy.

Do 2022 roku, kiedy Europa postanowiła zaangażować się w konflikt z Ukrainą, europejskie warstwy rządzące były stroną tego projektu „Wielkiego Projektu”, kierowanego przez blok władzy „rządu globalnego”. Europejskie warstwy rządzące wciąż pozostają w niewoli tego „projektu”. Jednak w dobie Trumpa nie są już pełnoprawnymi partnerami. Dziś Ameryka nie może ryzykować eskalacji pionowej, prowadzącej do wojny totalnej z konkurentami, aby zachować swoją globalną dominację. Jej siły zbrojne są zbyt wyczerpane i dysfunkcyjne.

W reakcji na to, przeciwnicy, tacy jak Rosja i Iran, wybrali bardziej subtelną, wolniejszą, ale jednocześnie znacznie ambitniejszą strategię, sugeruje Todd. Łączy ona w sobie presję militarną, wojnę ekonomiczną, batalie dyplomatyczne, wpływy geopolityczne i wojnę informacyjną. Celem jest nie tylko zwycięstwo militarne,  ale trwała zmiana porządku świata .

Aby zarządzać tym zmienionym paradygmatem wojny, Stany Zjednoczone przerzucają „aspekt pionowej konfrontacji” na podmioty pełniące rolę pełnomocników:

„Kontynent europejski przekształca się ze sojusznika w zasób: jest wyniszczony gospodarczo, zniewolony politycznie i przygotowany militarnie jako teatr działań, na którym można ponieść koszty naprawy imperium” (Forsgren).

Ostatecznym wyrazem strategii USA jest kontrolowana eskalacja konfrontacji, która utrzymuje terytorium Ameryki jako azyl, podczas gdy  Europa ponosi  zarówno straty konwencjonalne,  jak i ryzyko nuklearne .

Kontynuując działanie w charakterze chętnego pełnomocnika – poprzez dostarczanie Ukrainie rakiet i dronów do wystrzelenia w głąb Rosji – Europa musi liczyć się z rosyjskim odwetem – aczkolwiek starannie ukierunkowanym na wrażliwe europejskie „zasoby”. Niemniej jednak, Europa znalazłaby się wówczas w stanie wojny z Rosją – wojny, której, jak  przyznaje Wolfgang Münchau , Europa nie jest w stanie wygrać – 

„Czyje rynki obligacji zawalą się jako pierwsze? Komu pierwszemu skończą się rakiety przechwytujące? Dzięki szeroko krytykowanej Wspólnej Polityce Rolnej Europie nie zabraknie żywności. Ale pod każdym innym względem – militarnym, energetycznym, finansowym – Europa jest w niekorzystnej sytuacji”.

Ponieważ Europie brakuje konwencjonalnych zasobów militarnych, które pozwoliłyby na podjęcie samodzielnej, zdecydowanej eskalacji, istnieje ryzyko, że broń jądrowa okaże się jedynym dostępnym „szybkim rozwiązaniem”.

Mantra, że ​​groźby nuklearne prezydenta Putina to „ blef ”, służy głównie zmniejszeniu psychologicznego zagrożenia eskalacją na szczeblu europejskim —  eskalacją  , która mogłaby sprowokować Moskwę do uznania, że ​​nie ma innego wyjścia, jak uciec się do taktycznej broni nuklearnej jako środka do przywrócenia wiarygodności rosyjskiemu odstraszaniu nuklearnemu.

W takim kontekście — i biorąc pod uwagę fakt, że potencjał eskalacji konfliktu w USA został w dużej mierze wyczerpany — Stany Zjednoczone z pewnością nie byłyby gotowe, aby podjąć ryzyko ataku nuklearnego na swoje miasta w wyniku eskalacji konfliktu. 

„Taktyczna broń jądrowa USA była planowana do użycia wewnątrz Europy przeciwko siłom na terytorium europejskim, właśnie po to, aby ograniczyć geograficznie wszelką wymianę nuklearną” – twierdzi Forsgren — 

„W ten sposób mistrzowie strategii „Projektowania” dążą do zepchnięcia Rosji w sytuację, w której jedyną alternatywą będzie strategiczny odwrót – lub, jako jego substytut, zniszczenie Europy – zniszczenie, które mimo wszystko wiązałoby się dla Rosji z kosztami szkód, jakie europejska broń jądrowa wyrządziłaby terytorium i siłom rosyjskim… podczas gdy amerykańska ojczyzna i jej finansowa nadbudowa pozostałyby poza zasięgiem”.

Forsgren sugeruje — 

„Wydaje się, że obliczenia wskazują na to, iż poprzez stopniowe zwiększanie poziomu presji — utrzymując Rosję w strefie zugzwangu bez wkraczania na otwartą strategiczną wymianę nuklearną — warstwy bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych mają nadzieję zmusić Moskwę do ustąpienia — zamiast akceptowania kosztów szerszej wojny”.  

Cel nie zmienił się od dziesięcioleci – jest nim wymuszenie kapitulacji Rosji. Taki scenariusz oznaczałby usunięcie jednego „teatru działań” w ostatecznym konflikcie zastępczym, mającym na celu podporządkowanie Chin „Projektowi”.

„Im bardziej Europa jest pozycjonowana jako jednorazowy front nuklearny, tym bardziej zaostrza się dylemat. Praktycznym skutkiem jest postawienie całego kontynentu europejskiego – i rosyjskiego procesu decyzyjnego – w sytuacji bez wyjścia”. 

Europejczycy z pewnością muszą zdać sobie sprawę, jak są wykorzystywani do wciągania Rosji w wojnę, której ani ona, ani zwykli Europejczycy nie chcą. A jednak, skoro tak gorliwie przyjęli konflikt na Ukrainie jako „cnotliwy” totem, wokół którego mogłyby się zgromadzić wszystkie skłócone strony europejskie, mogą stanąć w obliczu katastrofy gospodarczej i politycznej, jeśli Europa będzie kontynuować swoją obecną politykę prowokowania Rosji.

„Podwojenie stawki”, na co zdają się być zdecydowani Europejczycy, nie jest strategią. Ich straszenie (wyimaginowaną) rosyjską agresją hybrydową może łatwo przerodzić się w samospełniającą się narrację – prowadzącą właśnie do przypadkowej europejskiej wojny, naiwnie postrzeganej przez niektórych w zachodnim sektorze bezpieczeństwa jako sposób na osaczenie Rosji i wymuszenie jej kapitulacji.

Jesteśmy w punkcie, w którym europejska klasa polityczna po prostu nie pozwoli, by temat wojny był poruszany otwarcie. Europejskie elity kurczowo trzymają się  strategicznego zaprzeczenia  , że ​​Ukraina przegrywa wojnę z Rosją.

Jednak USA i Europa balansują na krawędzi załamania rynku obligacji i stoją w obliczu wyraźnych dowodów na to, że ich jedyna broń przeciwko Rosji – sankcje – nigdy nie zadziałała.

Czy wykręt Trumpa w sprawie kontynuacji blokady naftowej Rosji (tj. poprzez zakup rosyjskiego oleju napędowego w celu manipulowania jego ceną detaliczną w USA) oraz  inicjatywa Witkoffa  , aby ponownie uruchomić Nordstream jako zachętę dla Moskwy do rozpoczęcia rozmów, doprowadzą do zerwania wspólnej fasady europejskiej? Zobaczymy.

Zamykają polskie kopalnie. Ukraińska „Coal Energy” chce wydobywać węgiel na Śląsku

Zamykają polskie kopalnie.

Ukraińska Coal Energy chce

wydobywać węgiel na Śląsku

magnapolonia/zamykaja-polskie-kopalnie-ukrainska-coal-energy-chce-wydobywac-wegiel-na-slasku

Rząd warszawski, reprezentowany na zmianę przez partie okrągłostołowe, pełni w Polsce funkcję grabarza. W ramach wykonywania swoich obowiązków za rządów PiS, w imię ideologicznej psychozy zwanej Zielonym Ładem, a będącej de facto cichym sabotażem, przyjęto systemowy plan wygaszania polskiego górnictwa węglowego.

Znów zamykają polskie kopalnie. Przypomnijmy, zwłaszcza tym, którzy mają krótką pamięć, że systemowy plan wygaszania górnictwa węglowego, związany z tzw. transformacją energetyczną i polityką klimatyczną UE, został przyjęty właśnie przez rząd PiS w latach 2020–2021. Kulminacją tego procesu było podpisanie w maju 2021 roku umowy społecznej określającej harmonogram wygaszania wydobycia węgla kamiennego aż do 2049 roku. Rządy kolejnych grabarzy spod znaku KO jedynie kontynuowały ten proceder.

Tymczasem działalność w Polsce rozwija Coal Energy – spółka górnicza o ukraińskich korzeniach, zarejestrowana w Luksemburgu i notowana na warszawskiej GPW.

W Radzie Dyrektorów Coal Energy zasiadają:

Viktor / Wiktor Vyshnevetskyy (Wiśniowiecki) – przewodniczący Rady Dyrektorów i CEO grupy. Założyciel biznesu Coal Energy, absolwent Donieckiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego;

Oleksandr Reznyk – członek Rady Dyrektorów i dyrektor ds. rozwoju biznesu;

Arthur David Johnson – niezależny dyrektor niewykonawczy;

Diyor Yakubov – niezależny dyrektor niewykonawczy.

Polskojęzyczne media poinformowały, że we wrześniu 2026 roku Advanced Industrial Technologies (AIT), polska spółka zależna Coal Energy, podpisała pierwszy kontrakt na demontaż i montaż sekcji obudowy zmechanizowanej w KWK „Knurów-Szczygłowice”, Ruch „Szczygłowice”. Jak przekazano, realizacja tego zadania pozwoliła na utworzenie wyspecjalizowanego zespołu, którego celem ma być długofalowe świadczenie tego rodzaju usług w kopalniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Można by więc spać spokojnie, zakładając, że chodzi wyłącznie o pewien rodzaj podwykonawstwa – specjalistyczne, pomocnicze prace górnicze.

Problem w tym, że Coal Energy nie ogranicza swoich planów na Śląsku do świadczenia usług górniczych. Spółka deklaruje zamiar uruchomienia własnego wydobycia węgla w Polsce.

Konkretnie chodzi o złoże Bobrek-Miechowice na Śląsku. Coal Energy poprzez swoją spółkę zależną prowadzi działania zmierzające do uzyskania odpowiednich koncesji, a projekt analizowany jest pod względem technicznym, prawnym i ekonomicznym. Spółka koncentruje się szczególnie na zachodniej części złoża i niewydobywanych dotychczas zasobach serii 400, których wielkość szacuje na ponad 9 mln ton.

Zakładana przez Coal Energy skala wydobycia wynosi około 12–25 tys. ton węgla energetycznego miesięcznie.

Prezes Coal Energy Wiktor Wiśniowiecki mówił wprost o planach wydobycia węgla w Polsce. Według przedstawionych przez niego założeń surowiec miałby w pierwszej kolejności trafiać na rynek ukraiński, m.in. do producentów cementu, cukru oraz ceramiki.

Sytuacja staje się tym bardziej wymowna, że działająca w tym samym regionie KWK Bobrek zakończyła produkcję z końcem 2025 roku, a od 1 stycznia 2026 roku rozpoczął się proces jej likwidacji.

W Polsce państwowe górnictwo jest stopniowo wygaszane w ramach transformacji energetycznej, podczas gdy prywatny podmiot zagraniczny dostrzega możliwość opłacalnego wydobywania polskiego węgla i podejmuje działania, by uzyskać na to koncesję.

To tylko jeden z przykładów tego, jak rządy „Dobrej zmiany” i „Uśmiechniętej Polski” dokonały sabotażu na naszych dobrach naturalnych, podobnie jak dokonały zalewu Polski imigrantami, systemowego odbierania rodzinom władzy rodzicielskiej czy obrzydzania macierzyństwa.

Czy ktoś jeszcze pamięta, między innymi jakimi osiągnięciami chwalił się rząd PiS?

My pamiętamy

Miejsce postoju ukraińskich dronów? Jak kraje bałtyckie są uwikłane w ataki na Rosję

Miejsce postoju ukraińskich dronów?

Jak kraje bałtyckie są uwikłane

w ataki na Rosję

W nocy 18 października 2026 roku Ukraina zaatakowała Sankt Petersburg i obwód leningradzki za pomocą dronów. Atak na region był największy od czterech lat. Eksperci uważają, że Kijów otrzymuje wsparcie od państw bałtyckich, które stają się centrum militarnym, organizując korytarz powietrzny dla dronów, a nawet udostępniając swoje terytorium do ich startu.

TASS o roli państw bałtyckich w wojnie z Rosją.

19 października, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama

© AP Photo

Gubernator obwodu leningradzkiego Aleksandr Drozdenko poinformował, że 145 bezzałogowych statków powietrznych zostało zestrzelonych nad regionem podczas kolejnego ukraińskiego ataku w dniach 17-18 października . Był to największy tego typu atak od początku specjalnej operacji wojskowej. Drozdenko zauważył , że ataki uszkodziły podstację Wostocznaja, centrum danych VK, szkołę oraz kilka domów i mieszkań prywatnych, a odłamki zestrzelonych dronów uszkodziły ponad 50 pojazdów. Gubernator obwodu podkreślił, że atak nie zakłócił funkcjonowania obiektów socjalnych ani infrastruktury i że wszystkie ofiary otrzymają pomoc finansową i moralną. Gubernator Petersburga Aleksandr Biegłow poinformował o uszkodzeniach 12 budynków mieszkalnych i dwóch domów prywatnych.

Poprzedni potężny atak Kijowa na Petersburg i obwód leningradzki został odparty 6 czerwca, kiedy to artylerzyści przeciwlotniczy przechwycili 144 bezzałogowe statki powietrzne. Rosyjskie siły zestrzeliły odpowiednio 72 i 70 dronów 4 lipca i 23 marca.

Kraje bałtyckie jako centrum wojskowe

Kraje bałtyckie, otrzymujące dotacje z UE, rozwijają produkcję zbrojeniową na swoim terytorium, m.in. w interesie Kijowa.

Od 2023 roku Litwa remontuje czołgi Leopard 2 dla Ukrainy w zakładzie prowadzonym przez niemieckich producentów broni KNDS Deutschland i Rheinmetall Landsysteme. W kraju budowana jest fabryka amunicji artyleryjskiej we współpracy z niemieckim koncernem zbrojeniowym Rheinmetall. W 2025 roku kraj ogłosił plany produkcji komponentów wybuchowych w zakładach Achema (dawniej Zakłady Nawozów Azotowych w Jonawie, nazwane na cześć XXV Zjazdu KPZR, otwarte w czasach sowieckich).

Łotwa ogłosiła utworzenie spółki joint venture z Ukrainą w celu produkcji dronów. Fabryka ma powstać w pobliżu granicy z Rosją i Białorusią. Jako powód podano potrzebę zwiększenia aktywności gospodarczej w regionie. Kraj bałtycki produkuje i serwisuje również pojazdy opancerzone Patria, dostarczane między innymi do Kijowa, a także planował produkcję amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm, której Ukraina rozpaczliwie potrzebuje.

Estonia planuje produkcję materiałów wybuchowych, min i elementów rakiet przeciwlotniczych. Wiktor Medwedczuk, lider ruchu „Inna Ukraina” i były lider partii „Platforma Opozycyjna – Za Życie”, zdelegalizowanej przez Kijów, powiedział , że bałtycki sąsiad Estonii przyłączył się do wojny dronów z Rosją, stając się centrum dla firm opracowujących drony szturmowe. Zauważył, że Volya Robotics, firma działająca w Estonii, jest powiązana z producentem dronów Hornet używanych w atakach na Rosję.

„Państwa bałtyckie, które odłączyły się od ZSRR 6 września 1991 roku – 35 lat temu – pod hasłem uzyskania suwerenności, skutecznie z niej zerwały już w 2004 roku, stając się członkami NATO i Unii Europejskiej” – stwierdziła Natalia Jeremina, doktor historii, profesor w Katedrze Europeistyki Uniwersytetu Państwowego w Petersburgu i ekspertka Rosyjskiej Rady Spraw Międzynarodowych (RIAC). „Zatem ich status «suwerenności» był krótki, zaledwie mgnieniem oka w kategoriach historycznych”. Jeremina zauważyła, że ​​państwa bałtyckie zamieniły suwerenność na nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie, i zamiast realnego rozwoju gospodarczego wybrały kurs przyspieszonej militaryzacji.

Mogą, ale nie zburzą

Podczas specjalnej operacji wojskowej ukraińskie drony wielokrotnie atakowały Sankt Petersburg i obwód leningradzki, a pojedyncze drony zostały przechwycone w Zatoce Fińskiej.

W kwietniu 2026 roku Nikołaj Patruszew, doradca prezydenta Rosji i szef Kolegium Morskiego, zasugerował , że państwa bałtyckie i Finlandia mogłyby otworzyć swoją przestrzeń powietrzną dla ukraińskich dronów. Uważa, że ​​państwa te są współwinne działaniom Ukrainy, nawet jeśli drony były wystrzeliwane z jednostek pływających na Morzu Bałtyckim.

Przeczytaj także

Bałtycka brama. Dlaczego sąsiedzi Rosji nie zestrzeliwują ukraińskich dronów?

Drony regularnie pojawiały się w przestrzeni powietrznej krajów bałtyckich. Na przykład 3 maja 2026 roku fińskie siły zbrojne zauważyły ​​dwa ukraińskie bezzałogowe statki powietrzne nad swoim terytorium, ale ich nie zestrzeliły, rzekomo ze względu na bliskość granicy z Rosją. W tym samym miesiącu estońska obrona przeciwlotnicza po raz pierwszy zestrzeliła bezzałogowy statek powietrzny na swoim niebie, a w czerwcu francuskie myśliwce przechwyciły samolot NATO nad Łotwą .

=========================================

Aleksandr Stepanow, ekspert wojskowy z Instytutu Prawa i Bezpieczeństwa Narodowego przy Rosyjskiej Akademii Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej (RANEPA), określił doniesienia o podsłuchu jako medialną przykrywkę dla faktycznego udziału państw bałtyckich w organizowaniu ukraińskich ataków na terytorium Rosji oraz jako „absolutnie jednoznacznie skoordynowane” zapewnienie ich przestrzeni powietrznej.

Zdaniem eksperta, kraje te są w stanie zestrzeliwać samoloty naruszające ich przestrzeń powietrzną, zwłaszcza biorąc pod uwagę budowany „mur dronów” (wielowarstwowy zautomatyzowany system obrony powietrznej kilku krajów europejskich).

Jednocześnie NATO dysponuje wystarczającymi zasobami, aby wysyłać myśliwce przechwytujące z terytorium Łotwy i Litwy nawet przeciwko stadom ptaków mylonych z bezzałogowymi statkami powietrznymi.

Skąd się wzięły drony?

Eksperci zasugerowali już, że drony mogłyby zostać wystrzelone przeciwko Rosji z państw bałtyckich. „Pytam tutaj, skąd te drony mogłyby latać? I to pytanie, ponownie, dotyczy przede wszystkim państw bałtyckich. Było to również możliwe z neutralnych wód Morza Bałtyckiego” – powiedział Aleksandr Stiepanow agencji TASS w marcu 2026 roku.

W komunikacie prasowym Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) z 19 maja 2026 roku poinformowano , że Kijów przygotowuje się do ataków z krajów bałtyckich, mając nadzieję na znaczne skrócenie czasu lotu dronów. „Personel Sił Systemów Bezzałogowych Sił Zbrojnych Ukrainy został już wysłany na Łotwę. Stacjonuje on w łotewskich bazach wojskowych: Ādaži, Selija, Lielvārde, Dyneburgu i Jekabpils” – dodano w komunikacie prasowym SWR.

„Nic dziwnego, że republiki bałtyckie otwierają swoje niebo dla ukraińskich dronów do ataków na Rosję” – powiedział w lipcu 2026 roku Dmitrij Kuziakin, ekspert ds. bezzałogowych statków powietrznych i główny konstruktor Centrum Zintegrowanych Rozwiązań Bezzałogowych (CUIDS). „Co więcej, znamy przypadki wystrzeliwania ukraińskich dronów z poligonów na samej Łotwie. Negatywne nastawienie do Rosji na poziomie polityki zagranicznej w tych krajach jest powszechnym trendem politycznym od niemal lat 90.”.

Ostatni masowy atak na Sankt Petersburg i obwód leningradzki wywołał wśród ekspertów pytania o skalę zaangażowania państw bałtyckich w ataki na Rosję. „Istnieją powody, by sądzić, że jeden z krajów mógł zapewnić platformę startową dla dronów” – powiedział Kuziakin, komentując największy atak na region. Ekspert zauważył, że w kilku regionach państw bałtyckich ogłoszono alarmy powietrzne, a lotnisko w stolicy Łotwy zostało zamknięte. Ograniczenia te wprowadzono zaledwie kilka minut przed przelotem ukraińskich dronów nad ich głowami.

Kraje bałtyckie mogą stać się uzasadnionym celem

Kuziakin zauważył, że aby latać nad krajami bałtyckimi, drony Sił Zbrojnych Ukrainy muszą najpierw przelecieć nad terytorium Polski, gdzie nie obowiązują żadne ograniczenia ani ostrzeżenia przed nalotami. „To daje podstawy, by sądzić, że starty odbyły się z krajów bałtyckich lub że Polska pozwoliła dronom Sił Zbrojnych Ukrainy na przelot nad Polską bez ostrzeżenia” – zasugerował główny konstruktor CKBR.

Przeczytaj także

Czy nie czas odebrać im zapałki? Jak państwa bałtyckie igrają z ogniem na granicach z Rosją.

Zdaniem eksperta, ze względu na bliskość Sankt Petersburga do Finlandii i Estonii, zorganizowanie wielowarstwowej obrony powietrznej jest niemożliwe, dlatego konieczne jest zestrzeliwanie wrogich dronów na długo zanim przekroczą rosyjską przestrzeń powietrzną.

Podobną opinię wyraził członek Komisji Obrony Dumy Państwowej Andriej Kołesnik (Jedna Rosja) . „Musimy zestrzeliwać [drony] w krajach bałtyckich. Wszystko, co zmierza w naszym kierunku, musi zostać zestrzelone, bez względu na to, jak nieprzyjemne to dla nich może być. Musimy myśleć przede wszystkim o sobie” – stwierdził.

Wiktor Wodołacki, pierwszy wiceprzewodniczący Komisji ds. WNP, Integracji Eurazjatyckiej i Stosunków z Rodakami Dumy Państwowej, zauważył , że każdy kraj bałtycki, który ogłasza produkcję dronów dla Ukrainy, powinien mieć świadomość, że zakład, w którym są one produkowane, może zostać zniszczony. „Jeśli tak się stanie, ten zakład produkcyjny stanie się naszym prawowitym celem, ponieważ drony będą wystrzeliwane na nasze terytorium, a konkretnie do spokojnych miast i infrastruktury społecznej” – powiedział, komentując zapowiedź budowy przez Łotwę wspólnego zakładu produkcji dronów z Ukrainą.

Wiktor Bodrow 

Rozpoczyna się kolejna beznadziejna runda dyplomacji wahadłowej, podczas gdy Zachód wpada w panikę, by zakończyć wojnę na Ukrainie

Rozpoczyna się kolejna beznadziejna runda dyplomacji wahadłowej, podczas gdy Zachód wpada w panikę, by zakończyć wojnę na Ukrainie

Symplicjusz 21 października 2026 r. simplicius/another-hopeless-round-of-shuttle

[Na końcu – o haniebnej roli rządu „polskiego”. md]

Nigdy dotąd Stany Zjednoczone i Europa nie były tak zajadłe w nawoływaniu do przedwczesnego zakończenia wojny na Ukrainie. Zarówno strona amerykańska, jak i europejska są zajęte, przerzucając się desperackimi próbami przedstawienia realnego rozwiązania, które byłoby akceptowalne dla Rosji i pozwoliłoby Ukrainie uniknąć odpowiedzialności.

Dziś Witkoff przybył do Oslo w Norwegii na kolejne bezowocne spotkanie z Zełenskim, w którym mediatorami byli premier Norwegii Jonas Gahr Store i prezydent Finlandii Alexander Stubb. Następnie Witkoff uda się do Moskwy, aby przedstawić Kremlowi kolejny niedopracowany plan.

Jednocześnie krążą pogłoski, że Europa zamierza zaproponować Rosji dwie odświeżone ścieżki:

NOWOŚĆ: Europejscy przywódcy mogą wkrótce odbyć bezpośrednie rozmowy z Władimirem Putinem i zaproponować mu dwie drogi do pokoju na Ukrainie, jak donosi Gideon Rachman w Financial Times.

Pierwsza z nich oznaczałaby zamrożenie wojny na obecnej linii frontu w zamian za gwarancję, że Ukraina nigdy nie przystąpi do NATO.Druga zakładałaby oddanie przez Ukrainę reszty Donbasu, a następnie dołączenie do sojuszu.



Rachman pisze, że europejskie stolice coraz częściej odrzucają pozostawienie rozmów z Putinem wyłącznie Waszyngtonowi, powołując się na frustrację związaną z podejściem Trumpa.

Dodaje, że Europejczycy są znacznie mniej przekonani, że Putin zaakceptowałby którąkolwiek z tych opcji.

To nic innego jak tylko kolejny przykład tego samego: Europejczycy próbują wtrącić się do mediacji amerykańsko-rosyjskiej w obawie, że Trump zmusi Zełenskiego do skrajnie niekorzystnych ustępstw. Właśnie dlatego powyższa europejska „oferta” jest tak absurdalnie nietrafiona i nie ma na celu wzbudzenia choćby powierzchownej refleksji ze strony Rosji.

Mimo że ich podejście jest rozbieżne, zarówno rywalizujące mocarstwa zachodnie, Stany Zjednoczone, jak i Europa, dążą do natychmiastowego zakończenia wojny z największą pilnością, jaką kiedykolwiek wykazały od początku konfliktu. Powód jest prosty: stało się dla nich oczywiste, że Ukraina stoi w obliczu nowego podejścia Putina, który grozi ostatecznym zniszczeniem kraju.

Rubio zdawał się to przyznawać:Nie można załadować wideo.

„Jednym z powodów, dla których ta wojna musi się zakończyć, jest dewastacja ukraińskiej sieci elektroenergetycznej”.

Zaczynają dostrzegać, co się dzieje i rozumieją, że czas Ukrainy się kończy. Europejczycy w szczególności dostrzegają, że z roku na rok koszty Ukrainy rosną, ponieważ destrukcja Ukrainy przez Rosję stale przyspiesza. Europejczycy są teraz duszeni koniecznością ponoszenia całego ciężaru finansowego na rzecz chorego, umierającego państwa, które jest niszczone na ich oczach: marny zwrot z inwestycji gwałtownie spada.

Nawet brytyjska prasa postanowiła zmienić swoje ultra-agresywne stanowisko i zamiast tego nalega, aby Zełenski zwolnił tempo, zanim jego bezczelność wobec Trumpa przyniesie nieodwracalne konsekwencje dla jego skazanego na zagładę narodu:

https://www.thetimes.com/comment/the-times-view/article/ukraine-trump-russia-energy-attacks-frfqlv7t6

W tym kontekście Stany Zjednoczone, co zaskakujące, obstawały przy swoim stanowisku w kwestii wywiadu i ograniczania przepustowości Starlink. Zełenski był niemal histeryczny w swoim przemówieniu, w którym ponownie chwalił się brakiem wczesnego ostrzeżenia ze strony USA przed ostatnią falą rosyjskich ataków wczoraj:Nie można załadować wideo.

„To już trzeci raz w krótkim czasie, kiedy nie otrzymaliśmy ostrzeżenia o pociskach balistycznych. I nie otrzymaliśmy jasnego wyjaśnienia od naszych partnerów z Waszyngtonu, dlaczego tak się dzieje”.

Rzecznik ukraińskich sił powietrznych potwierdził również, że sojusznicy nie wydali wczesnego ostrzeżenia, mimo że starał się złagodzić skutki ataku, starając się sprawiać wrażenie, że stosunki między USA a Ukrainą pozostają napięte:Nie można załadować wideo.

Podczas gdy niektóre źródła wskazują, że Ukraina otrzymuje od Stanów Zjednoczonych tylko jedną trzecią swoich informacji wywiadowczych, a pozostałą lwią część dostarcza Europa, jeśli chodzi o wczesne ostrzeganie przed rakietami balistycznymi, Zełenski podkreślił, że tylko Stany Zjednoczone są w stanie przekazać Ukrainie te informacje.

Sytuacja w sieci Starlink również pozostaje napięta, gdyż usługa jest nadal ograniczana przy niższych progach prędkości, pomimo zapewnień USA, że cokolwiek się zmieniło:Nie można załadować wideo.

Hegseth nawet dyskretnie zasugerował , że powodem jest naruszenie przez Ukrainę „warunków świadczenia usług” Starlink.

Jednak po spotkaniu z Witkoffem Zełenski zmienił zdanie i ogłosił, że wywiad wkrótce wróci do normy:

Ale jest w tym coś podejrzanego – jakby Witkoff ostrzegł go, by wycofał się z niedawnej krytyki Trumpa i Stanów Zjednoczonych pod groźbą jeszcze surowszych konsekwencji. Jego stwierdzenie, że wczesne ostrzeżenie „teraz działa”, nie ma sensu, biorąc pod uwagę, że Rosja nie przeprowadziła jeszcze nowego ataku balistycznego, aby choćby przetestować tę hipotezę w czasie jego wypowiedzi. W związku z tym jest jasne, że otrzymał polecenie – czytaj: groźbę – aby przedstawić najnowszy skandal w pozytywnym świetle dla dobra amerykańskich wysiłków na rzecz pokoju.

W tym czasie ograniczenia Starlink już odbiły się na polu bitwy. Nawet kanał Romanov Lite, krytyczny wobec MON, donosił, że liczba ukraińskich ataków dronów na korytarz krymski spadła wykładniczo od czasu wprowadzenia ograniczeń Starlink:

Ukraina twierdziła, że ​​dziennie na tej trasie przejeżdża ponad 50 ciężarówek i innych pojazdów. Teraz liczba ta spadła do jednego w ciągu dwóch dni.

Jednocześnie nasiliły się rosyjskie ataki. Rosyjskie drony dalekiego zasięgu regularnie atakują zachodnie regiony Ukrainy, w tym różne stacje elektroenergetyczne w pobliżu granicy z Polską:

Przejście graniczne z Polską i stacja elektroenergetyczna „Jaworów” w obwodzie lwowskim zostały zaatakowane, co spowodowało przerwy w dostawie prądu w tym rejonie.

* Ataki dronów na zachodnią Ukrainę trwają.
* Przeprowadzono atak na przejście graniczne „Rawa Ruska”.
* Drony „Geran-5” zaatakowały również Nowojaworówsk.
* Wstępne raporty wskazują, że jest to czwarte uderzenie w ciągu dwóch dni w stację elektroenergetyczną 330/110/35 kV „Jaworów”.
*W następstwie ataku w obwodzie lwowskim zaczęły się przerwy w dostawie prądu.

Oraz magazyny i inne przedsiębiorstwa:

Zachodnia Ukraina płonie: niszczone są przedsiębiorstwa i infrastruktura energetyczna.

▪️W Dubnie, w obwodzie rówieńskim, zaatakowano i zapaliło się centrum handlowe „Epicenter”.
▪️Wczoraj, według Państwowej Służby Ratunkowej, dron odrzutowy zniszczył „Epicenter” w Kowlu i uderzył w firmę transportową.
▪️We Lwowie występują przerwy w dostawie prądu.
▪️Iwano-Frankowsk, Tarnopol, Łuck i Lwów są stale atakowane przez drony Szahid.

Podczas gdy obowiązują ograniczenia dotyczące wczesnego ostrzegania przed satelitami Starlink i USA, Rosja zaczęła potencjalnie ograniczać dostęp Ukrainy do ostatnich „oczu na niebie”. Pojawiły się różne doniesienia o rosyjskim satelicie Kosmos-2612, który śledził satelitę radaru z syntetyczną aperturą (SAR) ICEYE, dopasowując się do jego orbity:

Aleksandar Djokić (Александар Джокич)@ polidemitolog

Rosyjski wojskowy satelita Kosmos-2612 zbliżył się na odległość 26 metrów do ICEYE-X36, fińsko-amerykańskiego satelity radarowego, którego obrazy są przesyłane Ukrainie. Analityk kosmiczny Gieorgij Triszkin powiedział, że prędkość względna bliska zeru może wskazywać na próbę zmuszenia ICEYE-X36 do…

14:14 · 20 paź 2026 · 41,2 tys. wyświetleń

———————————-

W rzeczywistości, chociaż ICEYE jest marką europejską, mówi się, że ten konkretny satelita jest obsługiwany przez oddział amerykański i w zasadzie jest zarządzany przez Stany Zjednoczone , gdyż został wystrzelony z Vandenburg w Kalifornii w 2024 roku.

Istnieją różne teorie na temat tego, co próbuje zrobić rosyjski satelita. Powyższy tweet sugeruje, że zbliżając się do satelity ICEYE z tak bliskiej odległości, próbuje zmusić go do wykonania manewrów, które zużyłyby jego zapasy paliwa. Stany Zjednoczone uważają, że Kosmos-2612 należy do kategorii rosyjskich satelitów „inspekcyjnych”, których tajna rola polega na ścisłym monitorowaniu wrogich satelitów i potencjalnym zakłócaniu ich pracy lub sabotowaniu.

Dwa filmy pokazują, jak rosyjski Kosmos-2612 zbliża się do ICEYE-X36:Nie można załadować wideo.Nie można załadować wideo.

W powyższym połączonym fragmencie eksperci dyskutują na temat tego, co rosyjski satelita mógłby jeszcze zrobić z tak bliskiej odległości:

Co może zrobić Rosja z tak bliskiej odległości?

Astrofizycy, tacy jak dr Marco Langbroek, wykładowca optycznej świadomości sytuacyjnej w kosmosie na Uniwersytecie Technicznym w Delfcie (TU Delft) w Holandii,ostrzegali w sobotę na swoim koncie X, że działanie w tak bliskiej odległości może pozwolić Cosmosowi-2612 na lokalne próby zakłócania częstotliwości radiowych, potencjalnie zakłócając działanie radaru ICEYE-X36 lub blokując jego kanały komunikacyjne.Nazwał to „niepokojącą grą w kotka i myszkę w kosmosie”.

Mechanizmy wykorzystujące energię skierowaną, w tym zlokalizowane lasery lub wiązki mikrofal, mogą również stwarzać zagrożenie, oślepiając czujniki satelity lub uszkadzając sprzęt jego anteny, nie wytwarzając przy tym odłamków charakterystycznych dla zderzenia z eksplozją.

Istnieją nawet teorie mówiące o tym, że tak bliskie sąsiedztwo ciężkiego, metalowego rosyjskiego satelity może zakłócić odbiór radarowy ICEYE i spowodować, że zostanie on praktycznie oślepiony przez masywną, odbijającą powierzchnię rosyjskiego satelity.

TWZ podaje szereg potencjalnych broni, które mogą zostać użyte :

Poza wystrzeliwaniem pocisków, wiele innych trybów ataku, kinetycznych i niekinetycznych, jest możliwych dzięki podstawowej zdolności statku kosmicznego do manewrowania bardzo blisko innych obiektów na orbicie i utrzymywania tej pozycji. Obejmuje to użycieramion chwytającychw celu uszkodzenia lub po prostu odholowania satelity z orbity, rozpylanie aerozoli w celu uszkodzenia lub uszkodzenia optyki i paneli słonecznych, a także zakłócanie systemów walki elektronicznej. Satelita może okazać się bronią samą w sobie, stając się kinetycznym przechwytywaczem, który uderza w cel na komendę.

Tak czy inaczej, wygląda to na skoordynowany wysiłek ze strony Rosji, mający na celu wykorzystanie rosnącej niewiedzy Ukrainy i ograniczeń w komunikacji w celu dalszego sparaliżowania działalności AFU.

====================================================

Na koniec aktualizujemy sytuację opisaną w poprzednim raporcie, dotyczącą ukraińskich dronów, którym w jakiś sposób udało się przedostać przez polską przestrzeń powietrzną na teren Litwy podczas ataków na Sankt Petersburg.

Polski premier Tusk oficjalnie poinformował parlament, że oczekuje od Ukrainy odpowiedzi w tej sprawie, o czym poinformowały różne polskie media:

https://poland-24.com/lithuania-poland-drone-investigation-nato-jets/

Polska domaga się od Ukrainy wyjaśnień w sprawie drona, który przeleciał nad jej terytorium w kierunku Litwy.

▪️ Premier Polski Donald Tusk oświadczył, że Warszawa oczekuje wyjaśnień od Kijowa w sprawie incydentu z udziałem drona, który przeleciał nad terytorium Polski w kierunku Litwy.
▪️ Prezydent Litwy Gitanas Nausėda przybył do Warszawy, aby omówić incydent, poinformował Tusk.

Artykuł w „Polsce-24” szczegółowo opisuje, co się wydarzyło . Twierdzi się w nim, że to Litwa jako pierwsza wykryła drona w Polsce, czego Polska najwyraźniej nawet nie zauważyła, co budzi oczywiste podejrzenia, że ​​Polska w jakiś sposób była w to zamieszana, a słowa Tuska są jedynie przykrywką:

Litwa twierdzi, że drona wykryto w Polsce

Władze Litwy przedstawiły w poniedziałek szczegółową chronologię ruchów samolotu, po posiedzeniu krajowej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego.

Szef Sztabu Obrony Litwy, kontradmirał Giedrius Premeneckas, poinformował, że systemy nadzoru najpierw zarejestrowały obiekt około 30–40 kilometrów od terytorium Polski.

Według relacji litewskiego wojska podanej przez BNS, pierwsza obserwacja radarowa miała miejsce w niedzielę około godziny 5:47 czasu litewskiego.

Władze poinformowały, że obiekt przekroczył granicę Litwy około godziny 6:02 rano.

Premier Litwy Mindaugas Sinkevičius powiedział, że dostępne dowody wskazują, iż samolot był ukraiński i przewoził materiały wybuchowe.

Podejrzewane podejście z Polski nie pozwala również ustalić, skąd samolot został pierwotnie wystrzelony.

Jak widać poniżej, artykuł potwierdza, że ​​polskie radary w jakiś sposób ominęły samolot w swojej przestrzeni powietrznej, a nawet oskarżyły Litwę o zezwolenie na start drona ze swojego terytorium:

Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza twierdzeniom o alternatywnym starcie

Polskie władze utrzymują, że wojskowe systemy radarowe nie potwierdziły przekroczenia granicy opisanego przez litewskich urzędników.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana w poniedziałek, gdy polskie media,powołując się na anonimowe źródła w obronie, zasugerowały, że dron mógł zostać wystrzelony z Litwy.

Fakt, że Polska odrzuciła teorię o wystrzeleniu drona z Litwy, nie dowodzi samo w sobie, że dron przekroczył polską przestrzeń powietrzną.

Podobnie, brak odpowiedniego polskiego śladu radarowego nie obala definitywnie obserwacji litewskich.

Rozstrzygnięcie tej rozbieżności wymaga wspólnego dochodzenia, które jest obecnie w toku.

Niesamowite. Kraj, który twierdzi, że jest najpotężniejszą europejską siłą zbrojną NATO, nie był w stanie wykryć ukraińskich dronów swobodnie przelatujących przez jego terytorium, a ślady jego radarów najwyraźniej zostały retroaktywnie wymazane; jakże to wygodne.

Całe postępowanie ewidentnie wskazuje na próbę tuszowania, a biorąc pod uwagę dziwaczne wymówki i głupotę Polski, wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że to Polska stała za ułatwieniem ataków na Ukrainę, co oczywiście byłoby całkowicie logiczne.

Wypowiedzi Tuska są więc jedynie zdawkowymi deklaracjami, mającymi na celu stworzenie pozorów profesjonalizmu i niewinności, a jednocześnie przykrycie czegoś o wiele bardziej nikczemnego.

Wdzięczność po ukraińsku? Rok Szuchewycza i UPA we Lwowie

Wdzięczność po ukraińsku? Rok Szuchewycza i UPA we Lwowie

20 października 2026 pch24/wdziecznosc-po-ukrainsku-rok-szuchewycza-i-upa-we-lwowie

szuchewycz lwów .jpg
Lwow, 05.03.2017. Uczestnicy zorganizowanego przez Narodowy Korpus marszu z pochodniami pod hasłem „Pamiętaj bohaterów” z okazji rocznicy śmierci dowódcy UPA Romana Szuchewycza. Fot. Dymitr Kutz / Forum

Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 rok rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), jej dowódcy Romana Szuchewycza oraz działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Ołeha Olżycza.

Decyzję tę podjęto na plenarnym posiedzeniu Lwowskiej Rady Obwodowej we wtorek – poinformowano na jej oficjalnej stronie internetowej.

– Jest to nasza historia, nasi bohaterowie i powinniśmy w należny sposób uszanować ich pamięć – mówił podczas posiedzenia szef komisji kultury, deputowany Rady Swiatosław Szeremeta.

Ukraińskie władze publiczne różnych szczebli systematycznie honorują więc zbrodniarzy, którzy pod hasłami narodowowyzwoleńczymi prowadzili systematyczne ludobójstwo na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Nic tu nie zmienia nawet nadzwyczajna hojność rządzących III RP, którzy od samego początku najnowszej fazy konfliktu z Rosją wysyłają za wschodnią granicę różnorodną i liczoną już w setkach miliardów złotych pomoc, a przy tym w naszym imieniu goszczą pod polskim dachem setki tysięcy Ukraińców.

Jak przypominał w Kanale Zero profesor Andrzej Nowak, Roman Szuchewycz, którego liczne pomniki stoją dziś na zachodniej Ukrainie, był jednym z głównych sprawców zbrodni wołyńskiej. W jednoznacznej ocenie wybitnego historyka, człowiek ten był „czystym zbrodniarzem” i zasługuje „na wieczną niepamięć, na skreślenie go czarną linią z listy osób zasługujących na jakikolwiek cień szacunku”.

– Bandera niewątpliwie był symbolem ideologii, w imię której Szuchewycz i jemu podobni dowódcy UPA podejmowali się akcji zabijania tysięcy, dziesiątków tysięcy polskich kobiet, dzieci, starców, ludności cywilnej po to, ażeby zostawić miejsce dla czystej rasowo, czystej etnicznie rasy ukraińskiej. Ukraina miała być, jak to ujął jeden z wykonawców tej zbrodni i ideologów jednocześnie, jak złoty łan pszenicy, bez jednego chwastu. Ta metafora, tak pięknie brzmiąca, oznaczała po prostu, że żadnego Polaka, żadnego Żyda, żadnego obcoplemieńca nie może być na terenie, na którym będzie wielka Ukraina; że trzeba tych, którzy sami nie zdążą uciec, zamordować. To właśnie zostało wykonane w 1943 – 1944 roku rękami UPA – wskazał profesor Nowak.

IPN: Szuchewycz to „architekt zbrodni”

Instytut Pamięci Narodowej we wpisie na portalu X nazwał Szuchewycza architektem zbrodni i podkreślił, że zapisał on czarną kartę historii. Przypomniał, że był współtwórcą działających u boku Niemców jednostek (batalionu Nachtigall) i z tego powodu należał do osób odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane „na Polakach, Żydach, Białorusinach, Ukraińcach, Rosjanach i przedstawicielach innych narodowości na Białorusi, Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej”.

W ocenie IPN decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej „wpisuje się w długotrwały proces budowy oficjalnego kultu Szuchewycza i innych zwolenników ukraińskiego radykalnego nacjonalizmu”. IPN przypomniał słowa rozkazu wydanego przez Szuchewycza do podległych mu dowódców: „W pień wycinać. Czysto polskie wsie palić, wsie mieszane – tylko polską ludność niszczyć”.

Instytut opisał dowódcę UPA jako „jednego z odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów, ale także autora budowanego do dziś kłamstwa zaprzeczającego zbrodniom dokonanym w latach 1943 – 1945”. Zaznaczył także, że Szuchewycz był „współautorem strategii terroru zmierzającej do destabilizacji Małopolski Wschodniej i Wołynia” oraz „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa dokonanego przez jego własnych podwładnych oraz cele przyświecające ukraińskim nacjonalistom”.

IPN zwrócił również uwagę, że Szuchewycz już od schyłku lat 20. XX w. realizował „zbrodniczą ideę budowy jednolitej etnicznie Ukrainy”. Zapoczątkował trwającą aż do końca II wojny światowej współpracę ukraińskich nacjonalistów z Niemcami.

W 1941 r. został zastępcą niemieckiego dowódcy batalionu Nachtigall (przeformowany w Schutzmannschafts Batallion 201) pacyfikującego wsie na Białorusi. Od 1943 r. kierował UPA, stając się – jak podkreśla IPN – „architektem ludobójstwa na Wołyniu”. Kiedy zdał sobie sprawę, że zbrodnie skompromitują ukraiński nacjonalizm, „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa”. Zginął w 1950 roku, w obławie przeprowadzonej przez NKWD.

Jak przypomniał Instytut Pamięci Narodowej, liczbę Polaków zamordowanych na Wołyniu szacuje się na 60 tysięcy [co najmniej dwa razy więcej, wg. poważnych historyków. Mirosław Dakowski]. „Co więcej, od przełomu lat 1943/1944, z pewnymi modyfikacjami scenariusz wołyński zastosowano w Małopolsce Wschodniej” – czytamy.

Odnosząc się do pozostałych patronów wybranych przez Lwowską Radę Obwodową, IPN zauważył, że „zdziwienie może budzić równoczesne ogłoszenie patronem roku 2027 Ołeha Olżycza stojącego na czele organizacji, której kierownictwo potępiło banderowskie zbrodnie, płacąc często za swój sprzeciw daninę krwi”.

Ołeh Olżycz był od początku 1944 r. dowódcą OUN-M, nieco bardziej umiarkowanego (w porównaniu z banderowcami, których reprezentantem był Szuchewycz) skrzydła w ukraińskim ruchu nacjonalistycznym. OUN-M ściśle współpracował w III Rzeszą, ale w maju 1944 r., gdy te kontakty ustały, Ołżycz został aresztowany przez gestapo i zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. 

Źródła: PAP, Kanał Zero, PCh24.pl

Zobaczyć Paryż i umrzeć

Zobaczyć Paryż i umrzeć

20. października 2026 Marek Wojcik world-scam/zobaczyc-paryz-i-umrzec

„Zobaczyć Paryż i umrzeć” to popularny rosyjski i międzynarodowy idiom wyrażający podziw dla piękna stolicy Francji, sugerujący, że miasto jest tak niezwykłe, iż po jego obejrzeniu można już odejść z pełnią życiowego spełnienia. I rzeczywiście, Paryż centrum europejskiej kultury. Miasto zakochanych, romantycznych spacerów nad Sekwaną, oraz przytulnych kafejek, gdzie można poczuć czar aromatu i smaku kawy. Kto planuje doświadczyć tego wrażenia, powinien się jednak liczyć z dodatkowymi efektami.

Zobaczyć Paryż i umrzeć — wersja współczesna.
Źródło: Telegram 19.10.2026 r. 12:41.

Francja znajduje się w centrum uwagi obserwatorów politycznych z lewicy i prawicy na całym świecie. Analizy rzadko jednak wykraczają poza tanią i uproszczoną propagandę. Lewicowi populiści dostrzegają w tym powstanie ludowe, twierdzą, że wyższe podatki dla bogatych rozwiązałyby wszystkie problemy, chwalą pokojowe tłumy i potępiają stosującą przemoc policję. Prawicowi populiści dostrzegają w tym wojnę kulturową i bunt imigrantów, który zastępuje „starą Francję” jedności narodowej „nową Francją” – islamską i wielokulturową. Źródło.

Co takiego zobaczyłam na porannym spacerze ulicami Paryża 18 października?
Źródło: Telegram 19.10.2026 r. 12:42.

Sprzedawca mówi do francuskiej dziennikarki: „To, co widzieliśmy, to bardzo dobrze zorganizowani ludzie, którzy przychodzą, by rozbić witryny sklepowe. A za nimi, nieco później, pojawiają się młodzi ludzie, którzy przychodzą, by plądrować. Proszę uważać, madame: to nie są ci sami ludzie. To nie są ci sami ludzie”. Źródło.

Te „oddolne” protesty zostały odgórnie przygotowane. Pozbycie się zużytego jak stara ścierka prezydenta Francji nie jest tutaj wcale powodem. Dni Macrona są i tak policzone. Nigdy nic nie znaczył i o niczym nie decydował. Wykonywał jedynie służalczo polecenia globalistów jak większość europejskich polityków. Spójrzcie na swoich panów i władców, których sami sobie wybraliście. Z wyjątkiem Słowacji, reszta krajów tak kiedyś dumnego kontynentu, ma kukiełki zamiast polityków. Mężowie stanu wojennego i samo destrukcji. To jest najbardziej trafne określenie dla tych zarówno moralnych, jak i intelektualnych miernot.

Takie protesty jak we Francji odbywają się w wielu innych krajach świata i wszystkie czasowo zsynchronizowane, mają podobny przebieg.

Gwałtowne protesty i zamieszki w wielu krajach.
Źródło: Telegram 18.10.2026 r. 15:10.

Sześć lat temu zorganizowano już protesty Black Lives Matter (z ang. „Czarne życie ma znaczenie”) w Minneapolis po zabójstwie przez policję czarnoskórego narkomana. Proszę mnie źle nie zrozumieć: czarnoskóry narkoman nie zasługuje na zabicie go przez policjanta.

Dlaczego właśnie on musiał umrzeć? Ponieważ odpowiada stereotypowi „bezwartościowego zjadacza chleba”, a w tym przypadku konsumenta środków odurzających, widzianego oczami globalisty.

Tak jak spontaniczne były te francuskie protesty, tak spontanicznie pojawiły się na paryskich ulicach palety z butelkami. To jest zapewne współczesna odmiana dawnych barykad z kubłów na śmieci. Tyle że wtedy nikt tych kubłów nie dowoził ciężarówką.

Zamaskowani młodzi ludzie przepychają przez ulicę paletę ułożoną ze stosu butelek podczas zamieszek we Francji… Źródło.

Wali się plan globalistów dotyczący panowania nad światem – w ten sposób desperacko próbują oni odzyskać utraconą kontrolę. Kto im śmiał tę kontrolę ukraść? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ja zadam inne: Dlaczego UE nie weźmie udziału w spotkaniu 18 listopada trzech mocarstw światowych? Ponieważ globaliści działają na rzecz przedłużenia za wszelką cenę wojny na Ukrainie. Po tym ich rozpoznacie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Ograniczyć ryzyko wojny

Miller: Ograniczyć ryzyko wojny

Leszek Miller

Jeszcze trzej prezydenci nie usiedli do rozmów, a już ogłoszono „nową Jałtę”. W europejskiej polityce historia często zastępuje analizę. Wystarczy wymienić nazwę krymskiego kurortu, aby uruchomić wszystkie lęki, a przy okazji zwolnić się z myślenia.

Ewentualne spotkanie przywódców USA, Chin i Rosji może przynieść ważne porozumienia. Może też ujawnić, jak niewielki wpływ na własną przyszłość mają Ukraina i Europa. O znaczeniu tego spotkania rozstrzygną treść ustaleń i możliwość ich wykonania.

Warto przypomnieć, w jakich warunkach odbywała się prawdziwa Jałta. Kiedy 4 lutego 1945 roku Roosevelt, Churchill i Stalin rozpoczynali konferencję, Armia Czerwona stała już nad Odrą. Od 31 stycznia miała przyczółek na jej zachodnim brzegu. Do Berlina pozostawało kilkadziesiąt kilometrów. Dwa miesiące po konferencji jałtańskiej Odrę forsowała 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Wojsko Polskie było jedyną obok Armii Czerwonej armią aliancką przekraczającą Odrę w ofensywie na Berlin.

Stalin negocjował z pozycji przywódcy mocarstwa, którego wojska zajmowały ogromną część Europy Środkowej. Zachodni alianci mogli domagać się gwarancji i uzyskiwać obietnice, ale nie mieli na miejscu siły pozwalającej wymusić ich dotrzymanie. Obietnica wolnych wyborów w Polsce okazała się warta znacznie mniej niż obecność radzieckiej armii.

Dziś sytuacja jest inna. Rosja nie odniosła zwycięstwa porównywalnego w żadnej mierze z sukcesem Związku Radzieckiego w 1945 roku. Ukraina zachowała państwowość i armię, a Europa dysponuje wielkim potencjałem gospodarczym. Żaden podpis trzech prezydentów nie sprawi automatycznie, że wszyscy pozostali wykonają ich wolę.

Nie znaczy to jednak, że obawy są bezpodstawne. Najbardziej narażona na porozumienie ponad swoją głową jest Ukraina. To jej terytorium, bezpieczeństwo i przyszłe zobowiązania mogłyby stać się przedmiotem targu. Uzależnienie od pomocy zewnętrznej ogranicza swobodę negocjacji. Kto dostarcza broń i pieniądze, ma również narzędzia nacisku.

Z tego nie wynika, że należy odrzucać kompromis. Wielokrotnie pisałem, że zakończenie wojny i ocalenie ludzkiego życia są celami najważniejszymi. Trzeba jednak odróżnić porozumienie, które Ukraina uzna za możliwe do przyjęcia, od warunków narzuconych jej przez pozostałych. Pokój wymaga także odpowiedzi na pytanie, kto zapewni jego przestrzeganie.

Nie mam pretensji do amerykańskiego prezydenta, że kieruje się interesem Stanów Zjednoczonych. Tego oczekują od niego wyborcy. Europejscy przywódcy powinni z równą powagą określać własne interesy i brać odpowiedzialność za ich realizację. Sojusz z Ameryką zyskuje na wartości, kiedy Europa wnosi do niego siłę, sprawność i zdolność działania.

Rozmowy mocarstw mogą ograniczyć ryzyko wojny, zahamować wyścig zbrojeń i otworzyć drogę do zakończenia walk w Ukrainie. Warto takie możliwości wykorzystać. Zarazem trzeba pilnować, aby pokój nie stał się nazwą dla układu, którego koszt poniosą przede wszystkim nieobecni.

Leszek Miller Za: X

Czy zaczyna się starcie Zachodu z Kalifatem? Plan lóż?

Czy zaczyna się starcie Zachodu z Kalifatem?

20.10.2026 wolnemedia./czy-zaczyna-sie-starcie-zachodu-z-kalifatem

Francja od połowy września doświadcza coraz wyższej fali rozruchów ulicznych, rabunków i starć rabusiów z policją oraz innymi siłami porządkowymi. Doszło do tego, że blisko tysiąc policjantów i stu pięćdziesięciu nauczycieli zostało rannych, a siedmiu policjantów walczy w szpitalu ze śmiercią. Bilans nie jest ostateczny. O stratach materialnych jeszcze nie ma co pisać: rabusie wciąż są na ulicach, rzucają butelki zapalające w policyjne samochody, rozbijają i rabują sklepy, podpalają, co tylko się da. Rozruchy trwają. CNews donosi także, że podobnie, choć na mniejszą skalę, zaczyna się dziać w Brukseli, Madrycie, Barcelonie, Mediolanie…

Policja francuska zatrzymuje uczestników rozruchów i dostarcza ich do sądów, a sądy ponownie wypuszczają ich na wolność. „Nie ma woli politycznej przeciwdziałania” – powiedział mi kiedyś oficer francuskiej policji zapytany, dlaczego funkcjonariusze nie interweniują skuteczniej. „Nie ma woli politycznej”, czyli wydane rozkazy nakazują traktować rabusiów bez brutalności. Wielu policjantów zostało poważnie rannych i przeszło operacje. Władze, nie mogąc sobie poradzić z rozlewającą się falą gwałtu, wprowadzają w licznych miastach godzinę policyjną.

Nostradamus był przyjmowany na królewskich dworach i miał przednie korzenie. „Michel de Nostredame, znany jako Nostradamus, był z pochodzenia Żydem. Urodził się jako jedno z dziewięciorga dzieci handlarza zbożem oraz notariusza Jaumego de Nostradame oraz Reynière de Saint-Rémy. Dziadek Nostradamusa, Guy Gassonet, przeszedł na katolicyzm ok. 1455, przybierając imię Pierre (Piotr) i nazwisko »Nostradame«”.

Oto przyszłość w jego przepowiedniach z XV wieku: „Ma dojść do wielkiego najazdu islamu na Europę. Ma to być starcie dwóch wielkich cywilizacji. Cywilizacji Zachodniej z Kalifatem Wielkiego Talibanu [tak nazywał Nostradamus imperium islamskie]. Do Francji ma napłynąć tylu wyznawców proroka, że kraj ten nie będzie mógł sobie z nimi poradzić. Najpierw ma wybuchnąć wojna domowa we Francji spowodowana przez żyjących w niej muzułmanów, a potem krwawe walki ogarną cały kraj i nastąpi rozpad państwa. Paryż ma spłonąć z rąk swoich muzułmańskich mieszkańców. Od tego momentu mają zacząć się wielkie rewolucyjne zmiany na całym świecie, które Nostradamus określa jako wielki kataklizm” – czytamy na stronie „Wikipedii”.

Do Francji napłynie tylu wyznawców proroka, że kraj ten nie będzie mógł sobie z nimi poradzić…

Czyżby Francja była aż tak bezbronna? Francuskie siły zbrojne liczą łącznie około 271 tys. ludzi (w tym żandarmeria). Do tego około 10 tys. żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, prawie 200 tys. funkcjonariuszy policji państwowej i miejskiej oraz różne służby dbające o bezpieczeństwo państwa – uzbierałoby się z pół miliona.

Skąd więc wziął się taki problem, taka bezsilność dużego państwa europejskiego, dysponującego w dodatku bombą atomową?

Francja – oficjalnie jest to kraj laicki, którego władze masońskie wykazują szczególną niechęć do religii katolickiej, będącej religią dominującą przed rewolucją francuską. To religia katolicka przez wieki prowadziła Francję do potęgi intelektualnej, cywilizacyjnej i militarnej.

Rewolucja francuska, sterowana z cienia przez masonerię, zdemolowała Francję nie tylko politycznie, ale także gospodarczo i demograficznie. Największe straty poniósł Kościół katolicki. Dziś szacuje się, że rzeź Wandei, pierwsze ludobójstwo w nowożytnej Europie, pochłonęła do 600 tysięcy ofiar, choć zgodną opinią większości badaczy jest liczba 300 tysięcy. Nowe pokolenie porewolucyjne św. Proboszcz z Ars porównał, mówiąc o swoich parafianach, do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której kontynuatorem było Pierwsze Cesarstwo), ucieleśniało zerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską.

Masoneria od wieków dąży do likwidacji Kościoła katolickiego i katolicyzmu, a we Francji, wyjątkowo liczna, ma wielkie wpływy od czasów rewolucji. „Masoneria wywiera znaczący wpływ na świat polityki, choć często w sposób pośredni. To w jej lożach odbywają się pre-debaty dotyczące kierunku prac legislacyjnych i stanowienia ustaw, w oparciu o promowane przez nią pseudowartości. Wypływają one z interpretacji hasła »wolność, równość, braterstwo«. Tajny charakter lóż i ich wpływ na decyzje polityczne i gospodarcze rodzi jednak wprost pytania o rzeczywisty stan demokracji we Francji i jej transparentność, a także daje pożywkę tzw. »teoriom spiskowym«”.[1]

Przy najliczniejszej obediencji, Wielkim Wschodzie Francji, afiliowanych jest 1340 lóż masońskich. Pracowano w nich nad dokumentem dotyczącym urządzania świata po pandemii COVID-19. Dokument nosił tytuł „Po” (Après) i został przekazany m.in. prezydentowi Francji. W dziedzinie zdrowia podniesiono kwestię „jednolitego systemu zdrowia publicznego w całej Unii Europejskiej”, a urządzanie świata po pandemii dotyczyło w tym dokumencie całej Europy, a nawet świata.

Pisano w „Après” o zasadach „nowego handlu światowego”, o „zazielenianiu budynków”, globalnym modelu gospodarczym z „podatkami redystrybucyjnymi”, „nowym humanizmie ekologicznym”, walce o klimat, transformacji energetycznej, a także o ochronie planety przez ekologicznie odpowiedzialny model konsumpcji. Nie zapomniano o telepracy, „przeprojektowaniu relacji międzyludzkich”, „wykluczeniu anonimowości w sieciach społecznościowych”, a także o tworzeniu „inteligentnego, zdematerializowanego obywatela – giganta” przez „tworzenie globalnej zdematerializowanej platformy i jej lokalnych oddziałów (kraje, regiony, departamenty, gminy)” itp.

Z powyższego widać, że „Zielony Ład” znajduje się w kręgu zainteresowań masonerii, a być może nawet tam właśnie został opracowany jako „zazielenienie budynków”.

Liczebność masonerii we Francji ocenia się na 140–180 tys. osób. Nadal odgrywa ona ważną rolę, szczególnie że liczba członków partii politycznych gwałtownie spadła. Masoneria ma wpływ np. na wybory jako środowisko opiniotwórcze, silnie obecne w mediach. Od lat kandydaci na prezydenta są też zapraszani na „wysłuchanie” w lożach.

Merowie francuskich miast, pomimo że Francja to „kraj laicki”, od lat składają życzenia muzułmanom z okazji Ramadanu czy Aïd el-Kebir, utrudniając równocześnie zewnętrzne przejawy świętowania przez katolików.

Hołubiona przez dziesięciolecia imigracja ze strefy islamu wyhodowała już kolejne pokolenie, liczne i dobrze zasilane „socjalem” coraz bardziej biedniejących Francuzów, które zamiast zintegrować się z zastaną na miejscu cywilizacją, zaczyna na dobre tę cywilizację niszczyć, by zaprowadzić „Dar al-Islam” – Dom Islamu. Krótkowzroczne lewactwo rodzime na razie korzysta z rozruchów, płynąc na fali destrukcji i gwałtu – i być może nie zdaje sobie sprawy, że samo też zostanie z czasem ofiarą, jak niegdyś Danton czy Robespierre.

Warto chyba znowu przypomnieć fragment korespondencji między masonami najwyższych stopni: Albertem Pike’em (33. stopień), Suwerennym Wielkim Komandorem Południowej Jurysdykcji dla USA,[2] i Giuseppe Mazzinim (32. stopień), Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Włoch:

„Trzecia wojna światowa ma również zostać sprowokowana przez agenturę iluminatów; ma do niej dojść na tle zatargów między syjonizmem politycznym a przywódcami islamu. Konflikt ma być ukierunkowany tak, by islam (świat arabski i świat muzułmański) oraz syjonizm polityczny (w tym państwo Izrael) zniszczyły się nawzajem. W tych okolicznościach pozostałe narody – znów podzielone i zwaśnione – będą zmuszone ze sobą walczyć, aż do zupełnego wyczerpania fizycznego, psychicznego, duchowego. Dnia 15 sierpnia 1871 roku Pike oznajmia Mazziniemu, że pod koniec trzeciej wojny światowej ci, którzy aspirują do rządzenia światem, wywołają największy kataklizm społeczny wszech czasów: »Podjudzimy nihilistów i ateistów i wywołamy niesłychany kataklizm społeczny, który dobitnie ukaże wszystkim narodom potworne skutki absolutnego ateizmu, źródła barbarzyństwa i rozlewu krwi. Wówczas we wszystkich częściach świata obywatele, zmuszeni bronić się przed światową mniejszością rewolucjonistów niszczących podstawy cywilizacji oraz liczną rzeszą zrażoną do chrześcijaństwa, którego wyznawcy będą rozpaczliwie szukać jakiegoś ideału, nie wiedząc, co powinni otoczyć kultem, otrzymają prawdziwe światło dzięki powszechnemu objawieniu się czystej doktryny Lucyfera, która wreszcie stanie się jawna i ogólnie znana, a to pociągnie za sobą unicestwienie zarówno chrześcijaństwa, jak i ateizmu, które zostaną równocześnie ujarzmione i rozgromione!«”.[2] [5]

W Polsce o masonerii prawie nic nie słychać. Chyba jej nie ma. Co prawda do dziennikarza i literata Leszka Misiaka jakiś czas temu dotarł e-mail zawiadamiający P.T. Szanownych Członków Loży o mającym się odbyć spotkaniu.[6]

Zacytuję tę listę za L. Misiakiem. Nazwisk w niej nie ma, ale i tak można z niej wyciągnąć sporo wniosków i radować się, że o Polsce jednak nie zapomniano. Zawiadamiano więc:

„- b. premiera RP,

– b. szefa Agencji Wywiadu,

– byłego doradcę prezydenta Lecha Kaczyńskiego – znanego uniwersyteckiego profesora nauki,

– pracownika BBN prezydenta Komorowskiego, znanego polskiego urzędnika w Unii Europejskiej,

– znanego i popularnego polskiego dziennikarza „Wiadomości” i prezentera TVP,

– znanego dziennikarza i prezentera telewizyjnego czołowej prywatnej stacji telewizyjnej, o którym mówi się, że jego protoplastą był znany oprawca stalinowski,

– posła do Parlamentu Europejskiego z listy PO, byłego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”,

– byłego wysoko postawionego urzędnika MSZ w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecnego ambasadora RP w mocarstwie światowym,

– polskiego dyplomatę – dyrektora stowarzyszenia energetycznego na kontynencie amerykańskim,

– profesora – specjalistę od rozwoju wsi,

– polskiego dziennikarza telewizyjnego, dziś w prywatnej stacji, który po 1981 r. kilka lat przebywał w USA,

– znanego profesora – specjalistę od prawa, podatków i ekonomii,

– szefową jednego z departamentów w Kancelarii Premiera Donalda Tuska,

– specjalistkę od bezpieczeństwa narodowego,

– znanego polskiego i amerykańskiego profesora historii,

– profesora prawa z Uniwersytetu Warszawskiego,

– znanego dyplomatę – jednego z bohaterów wydarzeń 1968 r.,

– marszałka jednego z województw,

– wiceprezesa znanego radia,

– profesora ekonomii z Uniwersytetu Warszawskiego, prezesa znanego banku,

– prezesa znanego amerykańskiego funduszu zajmującego się inwestycjami kapitałowymi, znanego duchownego judaistycznego, członka Amerykańskiej Izby Handlowej,

– byłego dziennikarza i publicystę z istotnym epizodem dyplomatycznym, lewicowego politologa i amerykanistę, jednego z dyrektorów departamentu MSZ,

– byłego szefa doradców ekonomicznych jednego z prezydentów RP, profesora filologii z Uniwersytetu Warszawskiego, jednego z założycieli kluczowej partii w Polsce, wykładowcę z Instytutu Socjologii UKSW,

– jednego ze społecznych doradców prezydenta Bronisława Komorowskiego,

– specjalistę m.in. od dialogu międzyreligijnego – byłego jezuitę,

– byłego dziennikarza – jednego z ambasadorów RP,

– polskiego ambasadora tytularnego,

– publicystę i socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego,

– twórcę sukcesu jednego z amerykańskich koncernów w Polsce,

– dziennikarza – byłego wiceprezesa SDP,

– byłego wieloletniego rektora jednej z prywatnych akademii,

– byłego wiceministra spraw zagranicznych,

– znanego scenarzystę i krytyka filmowego,

– dyrektora jednego z departamentów MSZ,

– znanego socjologa PAN,

– jednego z ambasadorów RP,

– znanego filozofa i etyka,

– znanego prawnika – kolegę z młodych lat braci Kaczyńskich,

– jednego z ambasadorów RP w państwie śródziemnomorskim,

– jednego z b. dyrektorów TVP za prezesury Bronisława Wildsteina i b. pracownika w rządzie PO,

– jednego z członków Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego”.

Być może, jak powiada Stanisław Michalkiewicz, nieobecność jest wyższą formą obecności.

Polska, podobnie jak niegdyś Francja, jest jeszcze krajem o zdecydowanej większości ludności rdzennej i wyznającej katolicyzm. Z tego powodu znajduje się „na linii ognia” różnych sił i środków oddziałujących z różnych stron: imigranci afrykańscy i azjatyccy mają siać zamęt i wspierać w wyborach lewactwo; niekontrolowani, przybyli w największej fali imigranci ukraińscy, wśród których promuje się ideologię banderowską pod patronatem ukorzenionego „przyjaciela Zełenskiego”, mogą w stosownym momencie wbić Polsce nóż w plecy; imigranci południowoamerykańscy są wyspecjalizowani w handlu narkotykami i gwałtach. Równocześnie V kolumna prowadzi destrukcję podstawowych instytucji zapewniających do tej pory jaki taki porządek prawny, a partie, zamiast zajmować się działaniami zapewniającymi wzrost siły i dobrobytu w Polsce, wprowadzają obłędne masońskie ideologie mające Polskę unicestwić.

Wprowadzane na rozkaz „Brukseli” dyrektywy mają za zadanie rozłożyć Polskę, tak jak rozłożone zostały inne kraje europejskie, borykające się z nieznanymi do tej pory problemami. Politycy „pełniący obowiązki Polaków”, zamiast współdziałać z Kościołem i wszelkimi siłami próbującymi uchronić Polskę przed katastrofą oraz dbać o jej rozwój, usiłują zniszczyć Kościół, zdemolować przyrost naturalny i doprowadzić – może nawet przez wciągnięcie nas do wojny – do tego, żeby naród polski „osiągnął” przewidzianą przez Klub Rzymski liczebność 15 milionów.

Albo uda się nam uchronić naszą Ojczyznę przed losem, w który usiłują nas wepchnąć politycy, albo nie pozostaną po nas nawet nagrobki z krzyżem. Trzeba budzić się z letargu.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Przypisy

[1] https://pch24.pl/wiadomosci/islam-polityczny-eutanazja-francuska-masoneria-i-nowe-obszary-zainteresowan,684959

[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Pike

[4] https://wolnemedia.net/trzecia-wojna-swiatowa-a-gdzie-polska/

[5] https://facet.onet.pl/strefa-tajemnic/masonska-przepowiednia-o-trzech-wojnach-swiatowych/z17djwq

[6] Prawicowe dzieci czyli blef IV RP, ISBN 978-83-936976-0-1, str 242-243.

Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?

Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?

magnapolonia/ukraina-sprzedala-rakiety-otrzymane-z-usa

Donald Trump twierdzi, że rakiety przekazywane Ukrainie za prezydentury Joe Bidena były następnie sprzedawane  na wolnym rynku. Jeżeli zarzuty amerykańskiego prezydenta się potwierdzą, sprawa będzie oznaczała poważny problem nie tylko dla Waszyngtonu, ale również dla wszystkich państw finansujących i uzbrajających Kijów. Wątpliwości dotyczące kontroli nad zachodnim uzbrojeniem pojawiały się już wcześniej, a oficjalne raporty amerykańskich instytucji wskazywały na istotne luki w systemie nadzoru. Z powodu propagandy wojennej nie mówiono o tym jednak powszechnie. Aż do dzisiaj.

Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?. W wywiadzie dla Newsmax Trump zarzucił poprzedniej administracji przekazanie Ukrainie ogromnych ilości broni i pieniędzy, jednocześnie kwestionując, co stało się z dostarczonymi środkami. Według niego część przekazywanych rakiet miała trafić na wolny rynek. Prezydent USA wiąże również politykę poprzednika z uszczupleniem amerykańskich zapasów uzbrojenia, które Waszyngton musi obecnie odbudowywać. Administracja Trumpa ogranicza w związku z tym dostępność części amunicji dla sojuszników, argumentując, że pierwszeństwo mają potrzeby własnych sił zbrojnych.

Na razie słowa Trumpa należy traktować jako poważne oskarżenie, że konkretne partie podarowanych przez Waszyngton amerykańskich rakiet zostały przez Kijów sprzedane. Co więcej, to nie pierwsze tego typu oskarżenie. Kwestia kontroli nad zachodnim uzbrojeniem przekazywanym Ukrainie była przedmiotem oficjalnych zastrzeżeń na długo przed jego wypowiedzią.Już w styczniu 2024 roku inspektor generalny amerykańskiego Departamentu Obrony opublikował raport dotyczący nadzoru nad szczególnie wrażliwym sprzętem wojskowym dostarczanym Ukrainie. Wskazano w nim na problemy z dokumentowaniem i kontrolą wyposażenia o łącznej wartości około miliarda dolarów. Chodziło o towary objęte zaostrzonymi procedurami monitorowania, w tym uzbrojenie i sprzęt, którego utrata lub nieuprawnione wykorzystanie mogłyby mieć poważne konsekwencje.

Równie istotne wnioski przyniósł raport amerykańskiego Government Accountability Office z marca 2024 roku. Kontrolerzy stwierdzili, że Pentagon nie dysponował wystarczająco wiarygodnymi danymi dotyczącymi dostaw uzbrojenia Ukrainie, a procedury monitorowania jego dalszego wykorzystania zostały zmodyfikowane z powodu trwającej wojny. Departament Obrony nie przeprowadził przy tym pełnej oceny, czy przyjęte rozwiązania skutecznie chronią przed utratą lub niewłaściwym wykorzystaniem sprzętu.

Oznacza to, że problem nie sprowadzał się wyłącznie do politycznych oskarżeń czy medialnych spekulacji. Amerykańskie instytucje kontrolne same wskazywały na niedoskonałości systemu ewidencjonowania dostaw i sprawdzania, czy przekazane wyposażenie rzeczywiście trafia do właściwego odbiorcy i jest wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem. Nie jest to jednak równoznaczne z potwierdzeniem, że miliardy dolarów w uzbrojeniu zostały sprzedane na czarnym rynku.

Ukraina od lat zmaga się z niewyobrażalną korupcją, klientelizmem i systemowymi problemami z przejrzystością zamówień publicznych. Wojna nie sprawiła, że te zjawiska zniknęły. Przeciwnie, ogromne transfery pieniędzy, sprzętu i amunicji, realizowane w warunkach presji czasu i ograniczonych możliwości kontroli, stworzyły dodatkowe pole do nadużyć. Wystarczy wspomnieć, że po wybuchu wojny Ukraińcy stali się europejskimi liderami w zakupach luksusowych samochodów. Skąd wzięli na to pieniądze w czasie, gdy kraj sukcesywnie biednieje?

Przykładem niech będzie ujawniona w 2024 roku afera związana z zakupem amunicji moździerzowej. Ukraińskie służby poinformowały wówczas o podejrzeniu defraudacji blisko 40 mln dolarów przeznaczonych na zakup 100 tys. pocisków. W sprawę mieli być zamieszani pracownicy przedsiębiorstwa zbrojeniowego oraz przedstawiciele resortu obrony. Pieniądze miały zostać przekierowane na inne rachunki, zamiast posłużyć do realizacji kontraktu. Był to kolejny dowód na to, że nawet środki przeznaczone bezpośrednio na prowadzenie wojny mogą stać się przedmiotem korupcyjnych operacji.

Problem ma również wymiar międzynarodowy. Broń, która opuszcza magazyny jednego państwa, może w wyniku kradzieży, nielegalnego pośrednictwa lub nieautoryzowanego transferu trafić do odbiorców w innych regionach świata. W przypadku uzbrojenia przenośnego i amunicji ryzyko takie jest szczególnie istotne. Ewentualne pojawienie się zachodnich systemów uzbrojenia poza pierwotnym obszarem dostaw mogłoby zagrozić bezpieczeństwu wielu państw, a także interesom samych producentów.

Już w 2022 roku amerykańskie władze uruchomiły działania mające przeciwdziałać nielegalnemu przekierowywaniu zaawansowanej broni z Ukrainy do terrorystów. Ukraina oczywiście wszystkiego sie wyparła. W kolejnych latach zarówno Departament Obrony, jak i Government Accountability Office wskazywały na konieczność poprawy nadzoru oraz dokumentowania transferów. Nie oznacza to, że potwierdzono masowy proceder sprzedaży zachodniego uzbrojenia przez klikę Zełenskiego, ale pokazuje, że ryzyko nie było wymysłem powstałym dopiero po ostatnich wypowiedziach Trumpa.

Zarzuty amerykańskiego prezydenta powinny spowodować powołanie specjalnej komisji Kongresu, która ustali, gdzie trafiły przekazane rakiety, kto odpowiadał za ich ewidencję i czy kontrole ich wykorzystania były wystarczające. Jeżeli istnieją dowody nielegalnej sprzedaży, powinny zostać przedstawione opinii publicznej, a odpowiedzialni za proceder pociągnięci do odpowiedzialności.

Państwa przekazujące Ukrainie uzbrojenie mają prawo oczekiwać, że będzie ono wykorzystywane zgodnie z deklarowanym przeznaczeniem. W sytuacji, gdy pomoc wojskowa osiąga ogromną skalę, a możliwości jej bieżącego nadzorowania są ograniczone, przejrzystość nie może być traktowana jako kwestia drugorzędna. Skala korupcji na Ukrainie i wcześniejsze zastrzeżenia amerykańskich instytucji kontrolnych stanowią wystarczający powód, by domagać się szczegółowych rozliczeń. W przeciwnym razie zachodnie państwa ryzykują nie tylko marnotrawienie publicznych pieniędzy, ale również utratę na rzecz wroga technologii.

Czy Francja może pogrążyć się w wojnie domowej?

Czy Francja może pogrążyć się w wojnie domowej?

20 października 2026 r. przez Alexa Krainera tkp-at/koennte-frankreich-in-einen-buergerkrieg-abgleiten


W sobotę, 17 października, demonstracje we Francji przybrały gwałtowny obrót. Władze szacowały liczbę uczestników w całym kraju na około 550 000, ale organizatorzy twierdzili, że w protestach wzięło udział nawet 800 000 demonstrantów.

Dzień akcji 17 października został jednoznacznie przedstawiony jako zbieg trwającego od miesiąca ruchu studenckiego z szerszym buntem przeciwko kosztom utrzymania i rządowym programom oszczędnościowym, w którym uczestniczyli również rodzice, nauczyciele i członkowie związków zawodowych. Wśród organizatorów znalazły się organizacje studenckie, takie jak Union Syndicale Lycéenne (USL), związki zawodowe oraz pozostałości ruchu „Żółtych Kamizelek” (Gilets Jaunes).

Protesty studenckie rozpoczęły się już w połowie września z powodu opłakanego stanu systemu edukacji we Francji. Do protestów przyłączyły się inne grupy z powodu rosnących kosztów utrzymania, pogarszającego się poziomu usług publicznych i odczuwalnej obojętności rządu.

Jak to często bywa, te w większości pokojowe protesty dały agresywnym grupom, buntownikom i szabrownikom możliwość infiltracji demonstrantów. Zamieszki pojawiły się tłumnie, atakując budynki rządowe, sklepy i policję. Podpalili w dużej mierze zabytkowy ratusz w Limoges , splądrowali setki sklepów w całej Francji i sprawili, że wiele francuskich miast wyglądało jak strefy wojenne.

Przemoc spontaniczna czy zorganizowana?

Choć protesty te mogą wydawać się spontaniczną reakcją społeczną na pogarszające się warunki życia we Francji, istnieją liczne dowody na to, że masowe protesty są zazwyczaj organizowane przez służby bezpieczeństwa „głębokiego państwa” i celowo infiltrowane przez elementy stosujące przemoc.

W weekend we Francji pojawiły się pewne wskazówki: uczestnicy zamieszek pojawili się jednolicie w czarnych kapturach i maskach na twarzach, a ktoś zadbał o to, by na miejscu zamieszek pojawiły się starannie i profesjonalnie zapakowane palety szklanych butelek (nagranie wideo pod linkiem). Gdyby to gangi uliczne zorganizowały tę akcję, byłby to imponujący wyczyn logistyczny i organizacyjny.

Jeśli przemoc była zorganizowana, pojawia się pytanie: kto ją zorganizował i w jakim celu? Sądzę, że typowi podejrzani to agencje wywiadowcze i liczne organizacje pozarządowe, z których wiele zostało założonych i hojnie finansowanych właśnie w tym celu.

Przypomnijmy: Francja doświadczyła już gwałtownych zamieszek latem 2023 roku. 28 czerwca 2023 roku, dzień po zabójstwie przez policję 17-letniego Nahela Merzouka na przedmieściach Paryża, w Nanterre, w całym kraju wybuchły zamieszki. Do zamieszek doszło w wielu miastach, w tym w Paryżu, Marsylii, Lille, Lyonie, Bordeaux, Grenoble, a także w Brukseli w Belgii. Niektórzy uczestnicy zamieszek byli uzbrojeni, a części wielu miast przypominały później strefy wojenne.

Według niektórych doniesień , broń przekazana Ukrainie trafiła w ręce protestujących za pośrednictwem czarnego rynku , którzy następnie użyli jej do strzelania do policji. Rząd wysłał 45 000 policjantów i żandarmów, aby spróbować opanować sytuację, ale przemoc trwała sześć dni z ogromną intensywnością. Prezydent Emmanuel Macron znalazł się pod presją – nie tylko ze strony uczestników zamieszek i opozycji, ale, co bardziej niepokojące, ze strony własnej policji i wojska.

A potem wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Chociaż marsze protestacyjne we Francji zazwyczaj trwają tygodniami i miesiącami, zamieszki w 2023 roku zakończyły się po zaledwie sześciu dniach. Było to tak nietypowe dla Francji, że trzeba było znaleźć wytłumaczenie: media rozpowszechniły informację, że zamieszki zostały przerwane przez handlarzy narkotyków, którzy zakłócali ich interesy.

Doprowadziło to do gwałtownego, spontanicznego wybuchu oburzenia, domagającego się sprawiedliwości dla młodej Nahel Merzouk ; ale gdy tylko handlarze narkotyków w jakiś sposób nakłonili protestujących do zaprzestania swoich działań, ponieważ szkodziły one ich interesom narkotykowym, zapaleni młodzieńcy spontanicznie uznali, że zyski handlarzy są ważniejsze niż sprawiedliwość. Słowo „ dziwaczne” nie oddaje w pełni narracji, która zakończyła zamieszki w 2023 roku.

Co się za tym kryje?

Jak pisałem wówczas, program mógł być skierowany przeciwko prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi , który zaczynał wyłamywać się z szeregów Zachodu: dwa miesiące wcześniej poprowadził on liczną delegację francuskich firm do Pekinu i flirtował z pomysłem przystąpienia Francji do organizacji BRICS. Opowiadał się również za negocjacjami z Rosją i uwzględnieniem jej obaw o bezpieczeństwo. Jednak po zamieszkach porzucił te pomysły i od tamtej pory nie były one poruszane.

Możemy jedynie spekulować, jaki może być dzisiejszy program. Podejrzewam, że jego celem jest stworzenie pretekstu do bardziej autorytarnego podejścia do swobód obywatelskich, zaostrzenia cenzury, a być może nawet wprowadzenia godziny policyjnej, ale czas pokaże. W takich sytuacjach osoby organizujące niepokoje społeczne liczą na to, że społeczeństwo będzie domagać się powrotu prawa i porządku, a ludzie dobrowolnie zrezygnują ze swoich swobód obywatelskich i powitają surowe represje wobec dysydentów, a także przywrócenie porządku i stabilności.

To wszystko może się obrócić przeciwko nam…

Jednak ta kalkulacja może przynieść odwrotny skutek, jeśli opinia publiczna podzieli pogardę demonstrantów dla władz, co w dużej mierze ma miejsce obecnie we Francji. W 2023 roku te same instytucje państwowe, które zostały wezwane do stłumienia zamieszek, były o krok od zwrócenia się przeciwko rządowi. Wówczas związki zawodowe francuskich policjantów napisały do ​​prezydenta Macrona , grożąc buntem: „ Dziś policja walczy, bo jesteśmy w stanie wojny. Jutro będziemy stawiać opór i rząd powinien być tego świadomy ”.

Podobne nastawienie panowało w kręgach wojskowych: generał Pierre Villiers , cieszący się dużym szacunkiem wśród francuskich dowódców wojskowych, oświadczył , że armia powinna być lojalna wobec ludu, a nie Emmanuela Macrona. Jest niemal pewne, że policja, żandarmeria i znaczna część wojska są jeszcze bardziej skłonne do nieposłuszeństwa wobec rządu i zwrócenia się przeciwko niemu. Mogłoby to doprowadzić do wojny domowej we Francji, której konsekwencje są, z dzisiejszej perspektywy, całkowicie nieprzewidywalne.

Rozpad „kolektywnego Zachodu”

Niestabilność polityczna we Francji dodatkowo uwypukliła brak jedności i rozłam „wspólnego Zachodu”. Wczoraj prezydent Trump przypuścił miażdżący atak na prezydenta Macrona na portalu TruthSocial:

Francja płonie! Imigracja ludzi z zupełnie innego świata, ludzi z nienawiścią w sercach, zniszczyła ten niegdyś wspaniały kraj. Zamknijcie granice i przejmijcie kontrolę, zanim będzie za późno! Prezydent Donald J.Trump

Macron z kolei wygłosił oświadczenie do narodu, pośrednio obwiniając Trumpa za zamieszki : „Nigdy nie powinniśmy mylić pokojowych demonstrantów z rabusiami i uczestnikami zamieszek, ponieważ są ludzie, którzy słusznie uważają, że ceny paliw rosną zbyt gwałtownie. To z powodu wojny z Iranem”.

W obliczu narastających przeciwności społecznych, gospodarczych i geopolitycznych, mocarstwa zachodnie i ich przywódcy są coraz bardziej zdezorientowani i niezdolni do przywrócenia porządku, nie mówiąc już o ożywieniu gospodarczym. Wydaje się, że ich jedynym „prawdziwym biegunem północnym” jest wojna, a rozpętanie poważnej wojny z Rosją, ich wyznaczonym wrogiem zewnętrznym, jest ich ostatnią nadzieją na przywrócenie spójności społecznej i poparcia społecznego dla władz. Przynajmniej na razie wydaje się to wysoce nieprawdopodobne, szczególnie we Francji.

W sobotę w jednym mieście (nie udało mi się ustalić, w którym) protestujący zostali zgilotynowani . To był tylko model, ale pokazuje kierunek, w którym wieją wiatry buntu społecznego. W Paryżu protestujący skandowali : „ Zgilotynowaliśmy Ludwika XVI . Macron, Macron, zrobimy to jeszcze raz”.
Nastroje społeczne wyraźnie zmierzają w kierunku szerszego buntu i bardziej zdecydowanego żądania rozliczenia i sprawiedliwości. Pozostaje jednak pytanie, czy protestujący tym razem będą tak samo wyrozumiali wobec handlarzy narkotyków, jak trzy lata temu.

Niniejszy artykuł ukazał się pierwotnie w języku angielskim w TrendCompass Alexa Krainera . Przedruk w języku niemieckim za uprzejmą zgodą autora.

Troska o bezpieczeństwo czy tresura w strachu? Władze wracają do scenariusza z „pandemii”

Troska o bezpieczeństwo czy tresura w strachu? Władze wracają do scenariusza z „pandemii”

20 października 2026 pch24/troska-o-bezpieczenstwo-czy-tresura-w-strachu-wladze-wracaja-do-scenariusza-z-pandemii

sz.jpg

Roztaczanie wokół szkół atmosfery zagrożenia coraz bardziej przypomina niesławne strategie „paniki covidowej”. Zakazy wstępu dla rodziców, rzeczywiste choć wybiórcze alarmy zamiast zapowiedzianych z góry ćwiczeń, ministerialne rozporządzenia, codzienne alerty wojenne, bardziej służą sianu paniki niż wzmacniają poczucie bezpieczeństwa. Odczuwają to dotkliwie mieszkańcy województw przygranicznych.

„Zakaz przyjeżdżania rodziców po dzieci podczas alarmu. Nowe wytyczne MEN” – ogłosiły media (RMF.fm). Decyzja resortu edukacji dotyczy „aktualizacji zasad postępowania w sytuacjach zagrożenia w szkołach i przedszkolach”. Wyznacza dyrektorom, nauczycielom i pozostałym pracownikom placówek oświatowych precyzyjne zasady postępowania w sytuacjach kryzysowych. Pojawiają się niepokojące sformułowania mówiące o „zagrożeniach z powietrza”, alarmach, ewakuacjach.

Dyrektorzy mają obowiązek wyznaczyć „bezpieczne miejsca” przebywania podległych sobie osób w kryzysowych przypadkach. Muszą zadbać o apteczki, wodę, koce, zapasowe baterie, środki łączności, worki i awaryjne oświetlenie. Personel każdej placówki ma zostać odpowiednio przeszkolony. Szkoły i przedszkola powinny zorganizować próbne alarmy połączone z opuszczeniem budynku przez osoby, które w nim przebywają.

„(…) nowe procedury przewidują, że w trakcie trwania alarmu rodzice nie mogą odbierać dzieci z placówki ani gromadzić się przed szkołą. Dzieci pozostają pod opieką szkoły aż do odwołania alarmu. Szkoły mają obowiązek informować rodziców o zasadach postępowania już na początku roku szkolnego oraz podczas sytuacji kryzysowej” – opisuje portal.

Zakaz odbierania dzieci ze szkół ma być motywowany tym, że zwiększony ruch wokół placówek utrudni dojazd służbom.

Właśnie ten aspekt rozporządzenia spotkał się ze szczególnie negatywnym odzewem, zwłaszcza wśród mieszkańców województw wschodniej Polski. Głosy te były na tyle donośne, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opublikowało dementi „fałszywych informacji, jakoby „Krajowy Plan Ewakuacji był planem masowego wysiedlenia Polaków”, a ewakuacje wiązały się z  niemożnością powrotu do miejsc zamieszkania”.

„Publikowane na Facebooku materiały opisywały, że plan ewakuacji jest rzekomym porozumieniem Berlina i Kijowa, który ma pomóc wielkim tego świata ruszyć na Moskwę. Dodatkowo aktorzy dezinformacji fałszywie informowali, że osoby opuszczające swój dom już do niego nie wrócą” – czytamy w serwisie Forsal, omawiającym reakcję MSWiA na falę niepokoju.

Resort tłumaczył, że sporządzenie planu jest konsekwencją zapisów ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. „Krajowy Plan Ewakuacji jest tworzony na podstawie wojewódzkich planów ewakuacji ludności i opracowuje się go na okres trzech lat. Zawarte w nim informacje wskazują, ile osób może wymagać ewakuacji na danym terenie, jak zorganizować dla nich transport oraz kto odpowiada za koordynację całego procesu. Aktualny plan ewakuacji został zatwierdzony w lipcu 2026 r.” – głosi informacja. Chodzi ponoć o to, by w razie wojny lub zagrożenia nią, czy też klęski żywiołowej, mieszkańcy terenów zagrożonych mogli szybko przemieścić się w bezpieczniejsze części kraju.

Władze mogą wydać nakaz ewakuacji tylko w warunkach stanu nadzwyczajnego.

„Możliwość powrotu do miejsca zamieszkania w przypadku ewakuacji zależy od skali zagrożenia i może być rozciągnięta w czasie. Inaczej bowiem sytuacja może wyglądać w przypadku klęski żywiołowej, a inaczej w czasie wojny” – podało Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, cytowane przez portal sprawdzamto.pl.

Covidowe „modus operandi”

Nie kończy się jednak tylko na aktualizowaniu procedur. Jak wiemy, mieszkańcy województw lubelskiego czy podlaskiego codziennie bądź nawet dwukrotnie w ciągu doby alarmowani są alertami RCB na temat rzekomych zagrożeń atakami z powietrza. Częstotliwość tych powiadomień sprawia, że naturalnym odruchem staje się blokowanie powiadomień i „znieczulenie” na tego typu komunikaty.

W sieci internetowej krąży zapis wystąpienia Andrzeja Wójtowicza z Zamościa, jednego z liderów Ruchu Wielka Polska. 28 września, na sesji miejskiej rady mówił on o pojawiających się „sugestiach oraz działaniach zmierzających do wysiedlenia polskiej ludności, szczególnie z terenów Polski wschodniej i środkowej”. Według jego relacji, w gminach województwa lubelskiego organizowane są spotkania z mieszkańcami. Przedstawiciele gmin i wojskowi radzą im szukać sobie na zachodzie kraju osób czy rodzin, które mogłyby ich przyjąć w przypadku wojny i wkroczenia obcych żołnierzy. Żyją bowiem na terenie, który w razie działań zbrojnych znajdzie się na szlaku wojsk.

Tego rodzaju sugestie traktowane są przez część ludności jako próby zastraszania czy też nawet zapowiedź wysiedleń i ewakuacji na dużą skalę.

– Jako suweren mamy prawo do ochrony swoich domów oraz dorobku życiowego, często budowanego przez wiele pokoleń. Nawet w sytuacji zagrożenia pamiętać należy o swoich prawach i obowiązkach wynikających z obowiązujących przepisów – iż mamy prawo do pozostania w miejscu zamieszkania, gdzie usiłuje nam się wmówić, że musimy się ewakuować na czyjeś widzimisię i polecenie – mówił pan Wójtowicz podczas sesji rady miasta. – Musimy sobie zdać sprawę z tego, że po opuszczeniu naszych miejsc zamieszkania nie będzie możliwości powrotu, a nasze domy są przygotowywane pod przyjęcie innych narodowości, podobnie jak to miało miejsce z okupacji niemieckiej – ostrzegał.

W wypowiedzi dla naszej redakcji działacz RWP wskazał na jego zdaniem trafną analogię z okresem covidowego reżimu sanitarnego. Władze publiczne eskalowały wówczas atmosferę zagrożenia by skłonić społeczeństwo do wypełniania niejednokrotnie bzdurnych „zaleceń” czy zakazów oraz do masowego przyjmowania eksperymentalnych zastrzyków.

Nasz rozmówca przywołał też wydarzenia z dalszej przeszłości. Ludność Zamojszczyzny i innych terenów doświadczyła bowiem masowych wysiedleń w trakcie II wojny światowej. Ludzie przymusowo opuszczający własne domy jedynie z tym dobytkiem, który byli w stanie zabrać, mijali się na drogach z zajmujących ich majątki osadnikami niemieckimi. Takie historie pozostają żywe w rodzinnych przekazach i rzutują na obecne obawy.

Skierowaliśmy zapytania do jednej z podlubelskich gmin, w której – jak powiedzieli nam informatorzy – miało odbyć się utrzymane w alarmistycznym tonie spotkanie z mieszkańcami. Ludzie, według tych doniesień, usłyszeli tam wspomniane wcześniej zapowiedzi ewakuacji i zachęty do szukania sobie bezpiecznych schronień „gdzieś na zachodzie”.

Jednak wskazany na stronie urzędu gminy telefoniczny numer Referatu Gospodarki i Infrastruktury (zajmuje się on m.in. „obroną cywilną, zarządzaniem kryzysowym, sprawami wojskowymi”) milczał jak zablokowany. Wyczekujemy więc  odpowiedzi na zadane drogą e-mailową pytania. Dotyczą one treści spotkania oraz jego uczestników.

Niepokój podsycany jest także przez sposób reakcji władz na przeloty dronów wojskowych w pobliżu naszej wschodniej granicy, po stronie ukraińskiej. Jak uważa mieszkająca na obrzeżach Lublina pani Agnieszka Borc, wątpliwości budzą na przykład alarmy i ewakuacje, które zarządzano w ostatnich tygodniach jedynie w odniesieniu do szkół i przedszkoli. Równocześnie polecenie opuszczenia sal szkolnych przez osoby obecne otrzymywały właśnie placówki oświatowe. Nie dotyczyło to już instytucji czy firm. Zdarzały się bardzo nerwowe reakcje dzieci.

– Nic nie słyszeliśmy o tym, żeby były ewakuowane szpitale, urzędy, autobusy, galerie. To jest takie dziwne, bo skoro jest zagrożenie, to dlaczego wszystkie instytucje nie podjęły ewakuacji tylko szkoły i przedszkola? – zastanawiała się nasza rozmówczyni.

W jej okolicy alarmy ogłaszano już trzykrotnie, w tym jeden raz w godzinach nauki. Bywało, że młodsze dzieci płakały. Rodzice uczniów szkół podstawowych mieli problemy z odebraniem swoich pociech. Później dyrekcje zapowiedziały, że w przyszłości w podobnych przypadkach w ogóle nie będzie to możliwe.

Niektórzy od tego czasu nie posyłają już dzieci do szkoły. Wprawdzie bowiem skończyło się na kilku alarmach, jednak alerty ostrzegawcze wciąż są wysyłane do ludności. Bywa, że nawet parę razy dziennie. – Rodzice się boją, panikują – relacjonuje pani Agnieszka.

Do tego od czasu niedawnych, szeroko nagłaśnianych przez media wydarzeń z udziałem faktycznych bądź domniemanych nożowników część szkół zakazuje wstępu rodzicom. Dyrekcje innych nie poddały się jednak urzędowym sugestiom i placówki te funkcjonują normalnie. Mimo to wśród ludzi szerzy się niepokój. Wywołuje go chociażby brak informacji o miejscach ewentualnej ewakuacji dzieci.

Nie dać się panice

Działająca w organizacjach prorodzinnych pani Teresa Tasarz opowiada nam o spotkaniach przedstawicieli władz publicznych z dyrektorami szkół. Ci zazwyczaj ulegają naciskom i roztaczanej tam atmosferze zagrożenia, gdyż w razie sprzeciwu ryzykowaliby posadami. O ile można więc liczyć na głosy rozsądku, to wyjdą one raczej od kierujących placówkami prywatnymi, w tym katolickimi.

– Jeżeli, przykładowo, siostry zakonne prowadzące szkoły czy przedszkola w całej Polsce nie pozwolą sobie na to, żeby narazić dziecko na utratę zdrowia, życia lub przynajmniej bezpieczeństwa dzieci im powierzonych, to da do myślenia szefom innych placówek oświatowych: „Co się dzieje? Dlaczego tam jest inaczej?”. Dlatego, że organami nadzorującymi przedszkoli zakonnych są zgromadzenia – wyjaśnia Teresa Tesarz.

Jak się dowiadujemy, dyrekcje szkół katolickich nie zawsze są zapraszane na spotkania poświęcone ewakuacjom. Wynika to zapewne z pewnej dozy ich autonomii wobec władz lokalnych, które decydują o obsadzie etatów w instytucjach publicznych.

– Znana mi pani dyrektor szkoły była ostatnio na szkoleniu z udziałem straży pożarnej. Studziła atmosferę, bo dyrektorzy się bardzo boją o swoje stanowiska. Często nie wiedzą, jak postąpić w takiej sytuacji. Ta pani dyrektor mówiła do kolegów i koleżanek: „Słuchajcie, bez paniki, przecież to jest ściema, to jest sztuczne kreowanie zagrożenia, proszę zachować spokój. Ja nigdzie dzieci nie będę ewakuować, nikomu nie wydam dzieci i koniec, kropka” – mówi Teresa Tesarz.

Natomiast dyrekcja jednej z mazowieckich szkół niepublicznych – zapewne pod presją ze strony kuratorium oświaty – przekazała rodzicom materiały otrzymane od  Komendy Głównej Policji oraz ministerstwa edukacji. Pliki opatrzone zostały jednak  komentarzem: „Jeśli chodzi o poradnik do przekazywania wiedzy o bezpieczeństwie najmłodszym dzieciom, nie będziemy tego robić na terenie szkoły. Dzieci są na bardzo różnym poziomie wiedzy i nie chcemy ingerować w ich wrażliwość” – napisała dyrektor placówki.

„Przesyłamy materiały, z których możecie Państwo skorzystać w domu, sami decydując jak daleko chcecie Państwo wprowadzić swoje dzieci w tematy. Oczywiście podstawowa wiedza (np. nr 112  jak i kiedy z niego korzystać) zawsze była w programie nauczania i te lekcje będą odbywały się normalnie, natomiast przekazanie dzieciom kwestii ewakuacji, plecaków ratunkowych itp. zostawiamy do Państwa decyzji” – czytamy w liście do rodziców. „W klasach starszych (4 – 8) nauczyciele już od kilku lat mają w programie godzin wychowawczych tematy o udzielaniu pierwszej pomocy i bezpieczeństwie, więc poradnik będzie dla nich pomocą w prowadzeniu tych lekcji. Państwo ze swojej strony mogą się z nim zapoznać i również przygotować dzieci na informacje, które mogą pojawić się na lekcji jeśli uważacie Państwo, że tak będzie dla nich lepiej”.

Roman Motoła

W każdą trzecią środę miesiąca. Opole – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę.

21.10.2026 Opole – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę
By antyk2013 on 20/10/2026
Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca. Zaczyna się Mszą Św. o 18.00 w intencji Ojczyzny w kościele Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha. Marsz wiedzie wokół Uniwersytetu Opolskiego, dalej do Ratusza i na pl. Wolności, kończy się przy katedrze pod figurą bł. Księdza Popiełuszki. Często prowadzi Ojciec Ryszard (Jezuita). Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca.
Z\

Premier Holandii z partnerem czeka na dziecko. Śmiszek zachwycony. Sommer: „Coś wyjątkowo odrażającego”

Premier Holandii z partnerem czeka na dziecko. Śmiszek zachwycony. Sommer: „Coś wyjątkowo odrażającego”

20.10.2026 nczas/premier-z-partnerem-czeka-na-dziecko-smiszek-zachwycony-sommer-cos-wyjatkowo-odrazajacego

Krzysztof Śmiszek, Lewica, europoseł, EU, PE
NCZAS.INFO | Krzysztof Śmiszek Fot. PAP/Marcin Obara

Burza po wpisie Krzysztofa Śmiszka, który pochwalił premiera Holandii i jego partnera, którzy „sprawili” sobie dziecko. Lewicowego polityka skrytykowała nawet Anna Maria Żukowska.

„Premier z mężem i dziecko. Ekstrema prawicowa krzyczy, a Europa po prostu idzie do przodu!” – napisał na portalu X, załączając „zdjęcie ciążowe” pary gejów: holenderskiego premiera Roba Jettena, pozującego ze swoim partnerem, argentyńskim hokeistą Nicolásem Keenanem, i zdjęciem dziecka z USG.

Jak wynika z informacji przekazanych przez premiera Holandii, dziecko jeszcze się nie urodziło, przyjdzie na świat w przyszłym roku. – Bycie surogatką to dla mnie szczególny sposób, by pomóc spełnić marzenie naszych bliskich przyjaciół – powiedziała kobieta cytowana przez euronews.com.

Do sprawy odniosła się nawet partia premiera D66. „Matka zastępcza jest Holenderką, podobnie jak dawczyni komórki jajowej” – napisano w oświadczeniu.

„Nie jest to przypadek komercyjnego surogactwa. Matka zastępcza i dawczyni są znajomymi Jettena i Keenana. Cieszą się, że w ten sposób mogą pomóc spełnić marzenie przyszłych dwóch ojców o dziecku” – dodano.

Entuzjazmu Śmiszka w tej sprawie nie podzielają jednak komentujący na portalu X.

„Para homoseksualistów, która dostała się do PE wyłącznie na plecach swojej orientacji popiera handel ludźmi i wykorzystywanie w tym celu kobiet? Stare, znałam” – skwitowała Ewa Zajączkowska-Hernik.

„Wykorzystanie czyjegoś ciała, nawet dobrowolne i bezpłatne, to nie jest pójście do przodu, tylko do tyłu” – stwierdziła przewodnicząca klubu Lewicy Anna Maria Żukowska.

„Kobiety nie są inkubatorem! Chyba że…” – napisała Zuzanna D. Pieczyńska z „Do Rzeczy”.

„Handel dziećmi w czystej [brudnej !! md] postaci” – oceniła Natalia Kołc z Konfederacji.

„Tak – Europa „idzie do przodu”. Tylko stojąc nad wielką przepaścią” – ocenił natomiast mec. Bartosz Lewandowski z Ordo Iuris.

„Surogacja to coś wyjątkowo odrażającego” – stwierdził redaktor naczelny nczas.info Tomasz Sommer.

„Oprócz oczywistej obrzydliwości warto zauważyć, że koledzy i koleżanki pana Śmiszka z Sejmu dziś podniosą rękę za tym, by takie dziecko jak to ze zdjęcia móc bezkarnie uśmiercać” – napisał Krystian Kratiuk z portalu PCh24.pl.

„Który z nich w ciąży?” – pytał Generał prof. dr Jamal Śmigowski.

„Awww… ciekawe czy planowali czy wpadka” – napisał Człowiek Bóbr 2.0.

Partia Grzegorza Brauna z dwucyfrowym wynikiem. Najnowszy sondaż.

Partia Grzegorza Brauna

z dwucyfrowym wynikiem.

Opublikowano najnowszy sondaż

20 października 2026 pch/partia-grzegorza-brauna-z-dwucyfrowym-wynikiem-najnowszy-sondaz\

forum-1128427067(1).jpg
fot. Alex Kuhn / ArtService / Forum

Choć w najnowszym sondażu IBRiS dla Polsat News układ sił politycznych pozostaje bez zmian, uwagę zwraca dwucyfrowe poparcie dla partii Grzegorza Brauna. Na Konfederację Korony Polskiej chce głosować 11,4 proc. Polaków.

Liderem zestawienia pozostaje Koalicja Obywatelska, którą popiera 27,8 proc. respondentów. Drugie miejsce zajmuje Prawo i Sprawiedliwość z wynikiem 19,1 proc. Na podium znalazła się również Konfederacja, na którą chce głosować 12,7 proc. badanych.

Tuż za nią plasuje się Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, która może już liczyć na dwucyfrowy wynik. Partia cieszy się poparciem 11,4 proc. Polaków.

Do Sejmu weszłyby jeszcze trzy ugrupowania: Lewica (7 proc.), Rozwój Plus (5,8 proc.) oraz Polskie Stronnictwo Ludowe (5,1 proc.).

Poniżej progu wyborczego znalazłyby się Partia Razem (3,8 proc.) i Polska 2050 (0,5 proc.).

Źródło: interia.pl AF

„Zwolennik” Trumpa reklamuje prawa noachickie dla gojów. Żydowski atak na Jezusa Chrystusa i na Cywilizację Łacińską.

„Zwolennik” Trumpa reklamuje prawa noachickie

magnapolonia/zwolennik-trumpa-woli-prawa-noachickie-od-jezusa

Amerykański komentator polityczny Ben Shapiro, podczas swojego wystąpienia na wydarzeniu Turning Point USA powiedział, że osoby niebędące Żydami mogą osiągnąć niebo  poprzez przestrzeganie praw noachickich, zamiast przyjmowania Jezusa Chrystusa. To kolejna osoba z obozu Trumpa, która wprost odrzuca chrześcijaństwo i przechodzi na radykalne pozycje żydowskiego pucybuta, który wierzy, że życie wieczne może osiągnąć wyłącznie poprzez służenie Żydom.

Zwolennik Trumpa popiera prawa noachickie zamiast Ewangelii. „Nie wierzymy, że trzeba być Żydem, żeby dostać się do nieba” — powiedział dość rozsądnie Shapiro. Zaraz jednak dodał: „Jeśli nie jesteś Żydem, wystarczy, że będziesz przestrzegać siedmiu podstawowych zasad. Nazywają się one prawami noachickimi”.

Następnie Shapiro wymienił „siedem podstawowych zasad”, obejmujących zakazy zabójstwa, porwania, niemoralności seksualnej, kradzieży, spożywania mięsa żywego zwierzęcia oraz bluźnierstwa. „Jeśli przestrzegasz tych zasad, trafiasz do nieba” — oświadczył.

Jego oświadczenie spotkało się z ostrą krytyką wewnątrz obozu Trumpa. Zwolennik prezydenta, pastor Joel Webbon odpowiedział, zwracając uwagę na rażącą sprzeczność między prawami noachickimi, a chrześcijańskim Objawieniem.

„Jednym z praw noachickich jest zakaz bluźnierstwa. Tymczasem Żydzi uważają, że bluźnierstwem jest to, iż Jezus twierdził, że jest Bogiem” — przypomniał. „Z pewnością zatem również chrześcijanie wierzący, że Jezus jest Bogiem, dopuszczaliby się bluźnierstwa. A więc nie trzeba być Żydem, żeby dostać się do ich nieba… Ale wygląda na to, że trzeba przestać być chrześcijaninem”.

Katolicka działaczka Carrie Prejean Boller skrytykowała zapraszanie Shapiro na wydarzenia Turning Point USA związane z nieżyjącym już Charliem Kirkiem. Napisała, że Kirk „mówił, iż chciałby zostać zapamiętany jako człowiek odważny w swojej wierze”, i zapytała, dlaczego Erika Kirk miałaby pozwalać, aby „jeden z wrogów Charliego — ktoś, kto nienawidzi Chrystusa — wchodził na scenę i próbował przekonywać ludzi, by zostali Żydami”. „Zastąpienie przesłania Charliego, skoncentrowanego na Chrystusie, antychrześcijańskim przesłaniem Bena mówi samo za siebie” — stwierdziła.

Następnie, jeszcze mocniej naciskając na Shapiro, zadała mu pytanie: „Jeśli chrześcijanin mówi, że Jezus jest Bogiem, czy według praw noachickich jest to bluźnierstwo? I czy Talmud mówi, że karą za to jest śmierć?”.

 Rabini na ogół interpretują prawa noachickie jako zakazujące oddawania czci Jezusowi Chrystusowi, a tym samym Trójcy Świętej. Ma to wynikać z zakazu oddawania czci „bożkom”. Na istnienie takich przekonań ma wskazywać sposób, w jaki izraelscy Żydzi traktują chrześcijan w Izraelu. Przyjęli świadomą politykę niszczenia, grabienia i bezczeszczenia kościołów w Palestynie już podczas wojny z 1948 roku. Kontynuowali tę politykę po jej zakończeniu, kiedy powstało państwo Izrael.

Również obecnie pojawiają się ataki radykalnych żydowskich grup w Jerozolimie. Obejmują one plucie na chrześcijan, osobliwie kapłanów i siostry zakonne, zakłócanie ich modlitw, dopuszczanie się wobec nich poważnych aktów przemocy, wybijania szyb i podpalenia ich własności. Przedstawiciele władz kościelnych wielokrotnie potępiali takie działania.

W lutym 2023 roku franciszkanie z Kustodii Ziemi Świętej poinformowali, że radykalny Żyd wszedł do Kościoła, po czym zrzucił statuę Chrystusa i oszpecił twarz figury. Sprawca został następnie „obezwładniony przez opiekuna sanktuarium”, który przytrzymał go do czasu przybycia policji. Podczas ataku napastnik krzyczał: „W Jerozolimie nie mogą znajdować się bożki, to święte miasto”.

Zwolennik radykalnego żydo-nazizmu, rabin Josef Mizrachi wprost określił chrześcijan mianem „czcicieli bożków” i stwierdził, że zgodnie z Torą „nie mają oni prawa żyć. „Nie-Żyd, który oddaje pokłon bożkowi, który wierzy w J.C. (Jezusa Chrystusa), zasługuje na karę śmierci” – powiedział w nagraniu YouTube.

=================================

NASZ KOMENTARZ: Rozpowszechnianie praw noachickich to bardzo sprytna zagrywka, mająca przedstawić Żydów jako ugodowych humanistów, promujących uniwersalny porządek religijno-moralny. Jego konsekwencje zależą jednak przede wszystkim od interpretacji zakazu bałwochwalstwa oraz sposobu traktowania osób odrzucających te zasady. Szczególnie istotne jest zrozumienie, że o ile Żydzi przedstawiają prawa noachickie jako uniwersalny kodeks etyczny, jednocześnie pojawiają się postulaty ich przymusowego egzekwowania. Dopiero oba te fakty pozwalają ujawnić rzeczywiste ambicje żydostwa.

Cel jest ten sam co zwykle – panowanie nad światem.

Zdjęcie : „konserwatysta” Ben Shapiro (pierwszy z lewej) ze swoimi nowymi kolegami w Jerozolimie.