Czy Iran planuje zamach na Netanjahu? Prof. Marandi omawia wojnę gospodarczą, odporność Iranu i możliwą nową fazę militarną.

Czy Iran planuje zamach na Netanjahu? Profesor Seyed Mohammad Marandi omawia wojnę gospodarczą, odporność Iranu i możliwą nową fazę militarną.

Na początku dyskusji moderator serdecznie powitał teherańskiego profesora Seyeda Mohammada Marandiego i zapytał go, jak się czuje, po czym przeszedł bezpośrednio do amerykańskiej strategii wojny gospodarczej.

Centralnym pytaniem był prawdziwy stan irańskiej gospodarki – pomiędzy skrajnościami rzekomo nieuchronnej implozji i powstania a twierdzeniem, że gospodarka jest silniejsza niż przed wojną. Marandiego poproszono o umiejscowienie sytuacji gdzieś pośrodku, zwłaszcza w świetle tego, co sekretarz skarbu USA Scott Bessent nazwał ekonomicznym „D-Day”.

Wywiad z profesorem literatury angielskiej i orientalistyki Uniwersytetu w Teheranie, który regularnie występuje jako analityk polityczny, odbył się 29 sierpnia 2026 roku. Dotyczą one obecnego konfliktu między Iranem, Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, fazy, którą Marandi opisuje jako wojnę ekonomiczną z możliwością ponownej eskalacji militarnej. Wypowiedzi są wypowiedziami profesora i odzwierciedlają irańską perspektywę.

https://youtube.com/watch?v=CHCQwG9oMjQ%3Ffeature%3Doembed

Sytuacja gospodarcza: Ani załamanie, ani siła jak poprzednio

Marandi jednoznacznie odrzucił oba skrajne stanowiska. Gospodarka Iranu nie załamywała się, ale nie była też lepsza niż przed wojną. Życie w Iranie było dziś trudniejsze niż w zeszłym roku. Wojna, oblężenie, maksymalne sankcje i naloty sprawiły, że codzienne życie stało się trudniejsze. Jednak odporność narodu irańskiego była wyjątkowa.

Jego zdaniem zachodni dyplomaci i obserwatorzy błędnie interpretują typowe irańskie narzekania. Irańczycy zawsze narzekają – na złe zarządzanie, sytuację lub rząd. Nie oznacza to jednak, że kraj się rozpada. Jako dowód przytoczył ogromne tłumy na pogrzebach w Teheranie (około 16 milionów) i w Meszhedzie. Ci sami ludzie, którzy protestowali lub narzekali na ulicach, często mówili w rozmowach, że sytuacja była straszna. To, jak argumentował, odróżnia Iran od wielu krajów regionu sprzymierzonych z USA, gdzie taka otwarta krytyka jest bardziej ryzykowna.

Niewielka część społeczeństwa popiera drugą stronę, nawet podczas nalotów. Rząd przechodzi na gospodarkę wojenną, co wskazuje, że Teheran spodziewa się przedłużającego się konfliktu. Obie strony wywierają presję, ale żadna nie jest w stanie szybko wyeliminować drugiej.

Pomimo blokad, ropa nadal płynie – Marandi wymienił około sześciu milionów baryłek dziennie, z czego znaczną część stanowi ropa irańska, której eksport odbywa się za zgodą Iranu. Wyjaśnił, że istnieją złożone modele biznesowe, takie jak transport ropy z Zatoki Perskiej małymi statkami do supertankowców wzdłuż wybrzeża Omanu.

Nawet przeciwnicy, tacy jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, które wspierały Stany Zjednoczone w wojnie z Iranem, utrzymują kontakty handlowe z Teheranem. Iran zezwala na przepływ irackiej ropy i nie zamyka całkowicie Cieśniny Ormuz, aby uniknąć niepotrzebnego obciążania państw sojuszniczych. Chińskie statki i mniejsze łodzie mogą przepłynąć. Handlu z Chinami i Rosją nie da się po prostu odciąć.

Niedobór amunicji na Zachodzie i powiązania z Ukrainą

Moderator połączył doniesienia z „Wall Street Journal” i Associated Press o niedoborach pocisków przechwytujących Patriot, taktycznych pocisków balistycznych, systemów THAAD i zdolności do zwalczania bezzałogowych statków powietrznych. EUCOM dostarczył amunicję do CENTCOM na potrzeby konfliktu z Iranem.

Europa ledwo wytrzymałaby ciągły atak rakietowy Rosji i miałaby trudności nawet z pojedynczymi pociskami. Takie ostrzeżenia były ignorowane przed wojną z Iranem.

Marandi postrzegał to jako konsekwencję czterech lat polityki wobec Ukrainy i bezpośredniej wojny z Iranem. Obie te sytuacje katastrofalnie osłabiły Stany Zjednoczone. Wspomniał o informacji, że dyrektor CIA udał się do Moskwy, aby szukać rozwiązania, ponieważ sytuacja na Ukrainie była katastrofalna. Amerykańskie niepowodzenie w Europie miałoby pozytywny wpływ na Azję Zachodnią i Iran. Niedobór amunicji nie był wyłącznie winą Iranu.

Choć Stany Zjednoczone są potężne, nie dysponują nieograniczonymi możliwościami przechwytywania. Marandi nie wykluczył wznowienia fazy militarnej – niekoniecznie przez USA. Iran mógłby wznowić konflikt. Polityka Iranu jest wyrachowana, podczas gdy polityka Zachodu często opiera się na emocjach.

Dziesięciolecia przygotowań i rosnąca siła militarna

Iran planował tę wojnę od lat 80. i 90. XX wieku, zwłaszcza po 11 września i amerykańskiej obecności w Afganistanie i Iraku. Cieśnina Ormuz odegrała kluczową rolę w tym planie. Podziemne instalacje, technologia dronów i rakiet były rozwijane przez dekady. Iran niedawno po raz pierwszy ujawnił podziemną fabrykę rakiet. Marandi odrzucił twierdzenia, że ​​Izrael zniszczył zakłady produkcyjne, twierdząc, że nawet ich nie tknięto.

Iran dynamicznie produkuje nowe, bardziej precyzyjne i zwrotne pociski rakietowe oraz drony. Z czasem jego przewaga nad USA, które borykają się z problemami związanymi z pierwiastkami ziem rzadkich, mechanizmami produkcji i korupcją w systemie, będzie rosła. W Iranie państwo kontroluje przemysł zbrojeniowy.

Irańskie siły zbrojne są dziś silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Rząd zapewnia znaczne środki. Budowane są nowe podziemne bazy i centra dowodzenia.

Oświadczenie dotyczące Netanjahu: interpretacja jako długoterminowy zamiar

Kluczowym punktem było oświadczenie nowego przewodniczącego Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, generała Mohsena Rezaei, który w wywiadzie dla libańskiej stacji telewizyjnej Al-Manar oświadczył, że Netanjahu prędzej czy później zostanie „zesłany do piekła”. Marandi zinterpretował to jednoznacznie jako groźbę przemocy, a nie jedynie retorykę czy symbolikę. Oznaczało to, że Iran planował zabić Netanjahu w pewnym momencie – czy to teraz, czy za dziesięć, czy za dwadzieścia lat.

Marandi podkreślił, że nie był to priorytet, lecz forma kary. Netanjahu zabił tysiące niewinnych ludzi i zbombardował szpitale i budynki mieszkalne. Jako przykład podał budynek mieszkalny z bankiem na parterze w Teheranie, który został zaatakowany. Zachodnie media określiły to wówczas mianem precyzyjnych ataków. Podobne tendencje można było zaobserwować w Strefie Gazy i Bejrucie.

Moderator jasno dał do zrozumienia, że ​​jest przeciwny zabójstwu jakiegokolwiek przywódcy państwa, w tym Netanjahu, i zwrócił uwagę, że Izrael i Stany Zjednoczone wystosowały podobne groźby pod adresem irańskich przywódców. Marandi odpowiedział, że priorytetem Iranu jest opuszczenie Libanu przez Izrael i zakończenie ludobójstwa w Strefie Gazy. Rezaei wspomniał o obu tych kwestiach w tym samym wywiadzie. Iran zapewniłby to, niezależnie od wsparcia Zachodu dla Izraela.

Ewentualne wdrożenie byłoby spekulatywne i uzależnione od stworzenia wystarczających środków odstraszających, aby zapobiec wybuchowi kolejnej poważnej wojny. Marandi wspomniał o różnych możliwych scenariuszach, nie podając szczegółów.

Presja ekonomiczna jako dźwignia i potencjalna eskalacja

Iran stopniowo zwiększa presję na Trumpa. Środki gospodarcze są coraz bardziej intensywne. Teheran domaga się wdrożenia Porozumienia o Porozumieniu (MoU): zakończenia ludobójstwa, zwrotu skradzionych irańskich aktywów i zakończenia okupacji Libanu. Z perspektywy Iranu, poprzednie negocjacje były fikcyjne – przed, w trakcie i po 12-dniowej wojnie. Stany Zjednoczone podważyły ​​Porozumienie, zaostrzyły sankcje, nie zwróciły aktywów i otworzyły własny korytarz.

Iran ma przewagę: rynki obligacji, jena oraz niedobory helu, siarki i oleju napędowego. Obecnie może pozwolić na przepływ około dziesięciu milionów baryłek ropy naftowej z Półwyspu Arabskiego. Może to szybko lub stopniowo spaść do zera. Handel innymi towarami jest trudniejszy niż ropa naftowa, więc ich niedobory rosną szybciej.

Kraje Zatoki Perskiej zainwestowały ogromne środki w amerykańskie obligacje, akcje i sektor sztucznej inteligencji. Ponieważ same zużywają ogromne ilości gotówki, a końca kryzysu nie widać, są zmuszone do sprzedaży aktywów. To zwiększa presję na gospodarkę USA. Stany Zjednoczone zaoferowały już linie swapowe Emirates.

Nie ma zawieszenia broni. Państwa Zatoki Perskiej gościły bazy USA, tankowce, żołnierzy i sprzęt. Jeśli irańska gospodarka zostanie poważnie uszkodzona, na przykład w wyniku ataków na sektor bankowy, Iran mógłby zaatakować amerykańskie banki lub infrastrukturę sztucznej inteligencji w Dubaju (inwestycja warta wiele miliardów dolarów). Rezaei został mianowany, aby reprezentować bardziej asertywne podejście.

Sankcje i kwestia pierwszego uderzenia

Moderator argumentował, że sankcje i tak zawiodą: gdyby okazały się nieskuteczne, Iran po prostu przeczekałby globalne skutki gospodarcze. Gdyby okazały się skuteczne i wywołały niepokoje, Iran mógłby gwałtownie wznowić konflikt i wciągnąć Stany Zjednoczone w wojnę, w której Teheran miałby przewagę dzięki niedoborom amunicji. Marandi uznał to za rozsądną ocenę.

Trudno powiedzieć, czy „Operacja D-Day” miała charakter symboliczny. Rząd USA zachowuje się inaczej niż poprzednie administracje. Zdecydowane deklaracje bez ich realizacji podważają wiarygodność. Jeśli Bessent poważnie myśli o obaleniu reżimu, konflikt jest nieunikniony.

Marandi zwrócił również uwagę na zachodnie wsparcie dla ideologii ekstremistycznych – od Afganistanu, przez Syrię, Irak i Libię, po Afrykę i Zachód. Nie ma to nic wspólnego ze zwykłym sunnickim islamem ani judaizmem. Pierwsze podręczniki szkolne takfiri zostały wydrukowane w USA.

Na koniec polecił książki takie jak te autorstwa Alastair Crooke’a i inne analizy spoza głównego nurtu zachodnich mediów i ośrodków analitycznych, które miały pomóc zrozumieć Iran.

Wywiad przedstawia obraz przedłużającego się konfliktu, w którym siły gospodarcze, militarne i polityczne są ze sobą powiązane. Marandi dostrzega wzrost militarny Iranu i jest gotowy do zwiększenia presji, jeśli Waszyngton nie wdroży Porozumienia. Interpretacja oświadczenia Netanjahu jako konkretnego, długoterminowego zamiaru pozostaje w gestii profesora, opartego na słowach przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa. Sytuacja pozostaje niestabilna, z ryzykiem wznowienia działań militarnych po obu stronach.

Muzeum katolickiej pisarki pięknieje. Dom Zofii Kossak po remoncie

30 sierpnia 2026 pch24/muzeum-katolickiej-pisarki-dom-zofii-kossak-po-remoncie

Zofia-Kossak-Szczucka-1.jpg

Zofia Kossak należała [i dalej należy, synek… md] do jednych z najbardziej wybitnych polskich powieściopisarzy. Jednocześnie była oddaną katoliczką, a ze względu na jej poglądy autorką cenzurowaną przez komunistów. [No i dalej jest cenzurowana, przemilczana. MD]

Właśnie zakończył się remont muzeum poświęconego tej imponującej postaci.

Zakończył się kompleksowy remont „domku ogrodnika” w Górkach Wielkich, który jest siedzibą muzeum poświęconego pisarce Zofii Kossak – poinformowała PAP Dorota Kohut, rzecznik cieszyńskiego starostwa, do którego należy placówka.

To w tym domu mieszkała i tworzyła po powrocie z emigracji Zofia Kossak.

Starosta cieszyńska Janina Żagan powiedziała, że remont został przeprowadzony w ramach projektu Centrum Edukacyjno-Kulturalne „U Kossaków”. – Przywracamy w ten sposób należne miejsce dziedzictwu rodziny Kossaków. Zależało nam, aby budynek zachował historyczny charakter, a jednocześnie był dostępny i przyjazny dla wszystkich odwiedzających – wskazała Żagan cytowana w komunikacie władz powiatu.

Dorota Kohut dodała, że prace objęły remont dachu i ścian, modernizację instalacji oraz termomodernizację. Budynek został również dostosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnością ruchową.

Kohut zaznaczyła, że na czas remontu Muzeum Zofii Kossak zostało przeniesione do znajdującego obok dworu Kossaków i tam udostępnione. Można tam zobaczyć między innymi osobiste pamiątki po pisarce, w tym maszynę do pisania, rękopisy, fotografie, pierwsze wydania książek oraz medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, który otrzymała od Instytutu Yad Vashem.

– We wrześniu rozpoczną się prace związane z powrotem ekspozycji do stałej siedziby – powiedziała rzecznik starostwa.

Dorota Kohut dodała, że równolegle trwają jeszcze prace w parku i ogrodzie. – Pielęgnowane są drzewa i krzewy. W parku zamontowane zostaną multimedialne tablice prezentujące życie i dorobek Zofii Kossak oraz historię jej rodziny – zaznaczyła.

Łączna wartość remontu domku ogrodnika i rewitalizacji jego otoczenia wynosi 1,76 mln zł. Dofinansowanie z funduszy UE wyniosło 1,49 mln zł. Różnicę pokrył powiat cieszyński.

Remont „domku ogrodnika” to krok w tworzeniu kompleksu Centrum Edukacyjno-Kulturalnego „U Kossaków”. Oprócz siedziby muzeum obejmuje ono pozostałości dworu rodzinnego, a także zabytkowy, 300-letni spichlerz, w którym mieści się ta jednostka kultury. Centrum zainaugurowało działalność w połowie października ubiegłego roku. Instytucja skupia w sobie życie artystyczne i edukację, a jednocześnie popularyzuje spuściznę po pisarce.

Zofia Kossak była córką Tadeusza Kossaka, bliźniaka malarza Wojciecha, wnuczką Juliusza oraz kuzynką Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Po śmierci męża Stefana Szczuckiego w 1923 roku zamieszkała w dworze w Górkach Wielkich. Dwa lata później ponownie wyszła za mąż za Zygmunta Szatkowskiego.

Podczas wojny pisarka założyła konspiracyjne organizacje Front Odrodzenia Polski oraz Radę Pomocy Żydom Żegota. Była więźniarką niemieckiego obozu Auschwitz. Została skazana na śmierć. Dzięki staraniom władz podziemia udało się doprowadzić do jej uwolnienia. Uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim. W 1945 roku wyjechała do Londynu. Po powrocie z emigracji zamieszkała w Górkach Wielkich w domu ogrodnika położonym obok dworu, który spłonął. Zmarła w 1968 roku. Spoczywa na góreckim cmentarzu.

(PAP)/oprac. FA

Sen wariata z bombą w łapie. MEM-y III.

—————————–

————————-

———————————————

—————————————–

———————————————

——————————–

——————————-

————————————-

——————————————–

———————————

————————-

———————————–

Surowiec to nie paliwo: Dlaczego wenezuelska ropa nie rozwiąże problemu niedoboru oleju napędowego i paliwa samolotów odrzutowych

Surowiec to nie paliwo: Dlaczego wenezuelska ropa naftowa nie rozwiąże problemu niedoboru oleju napędowego i paliwa samolotów odrzutowych

29 sierpnia 2026 Larry C. Johnson sonar21/feedstock-is-not-fuel-why-venezuelan-crude-cannot-fix-the-diesel-and-jet-shortage

Mój przyjaciel, Karl Miller, opublikował świetny artykuł, który demaskuje twierdzenia Trumpa dotyczące wenezuelskiej ropy jako masowy przykład gaslightingu. Streszczam jego artykuł zatytułowany „Wenezuelska ropa naftowa: Fizyczna baryłka i ustawa kapitałowa”, ponieważ nie jest on publicznie dostępny za pośrednictwem linku.

27 sierpnia 2026 roku prezydent Trump ogłosił, jak to określił, największą umowę naftową w historii świata – porozumienie między USA a Wenezuelą, dające Stanom Zjednoczonym większościową kontrolę nad ponad 65 miliardami baryłek wenezuelskich rezerw, co, jak powiedział, „znacznie obniży ceny benzyny dla wszystkich Amerykanów”. Oferta została przyjęta z ceną benzyny wynoszącą około 4,09 dolara za galon, o około 27% wyższą niż rok wcześniej i zmierzającą do najdroższego sierpnia w historii, ponieważ sześciomiesięczna wojna z Iranem i zakłócenia w Ormuzie nadwątliły jedną piątą światowych zasobów – a wybory uzupełniające odbyły się za dwa miesiące.

Niezależni analitycy zauważyli błędy arytmetyczne w tym harmonogramie: 30–50 milionów baryłek, o których mówił Trump, to mniej niż połowa dziennego globalnego zużycia, 65 miliardów to szacunki zasobów, a nie dostępne zapasy, a wpływ na cenę będzie odczuwalny dopiero za kilka lat.
Informacja Millera jest ukryta pod tym zarzutem, ale też bardziej fundamentalnym: wenezuelska ropa naftowa nie jest substancją, która mogłaby rozwiązać problem niedoborów odczuwanych przez Amerykanów na stacjach benzynowych. To nie jest magiczne rozwiązanie. W krótkiej perspektywie to w ogóle nie rozwiąże problemu.

Punkt, który najczęściej jest pomijany

Obecny niedobór dotyczy produktów – oleju napędowego i paliwa lotniczego – a wenezuelska ropa naftowa o wysokiej zawartości węgla nie jest produktem. Jest surowcem rafineryjnym. Nie da się załagodzić niedoboru destylatu średniego za pomocą baryłki, która wciąż musi zostać rozcieńczona, zmieszana, uszlachetniona, poddana koksowaniu i hydrorafinacji, zanim uzyska się z niej galon nadający się do użytku.

Właśnie dlatego odruch „włączenia Wenezueli” zawodzi sam w sobie. Nawet pomijając kwestię, czy Caracas może wyprodukować więcej, istniejące już baryłki nie zwiększają podaży tam, gdzie rynek jest napięty. Szybkie dostawy z USA byłyby w dużej mierze przekierowane od obecnych odbiorców Wenezueli – Chin, Indii i Europy – a nie tworzone w oparciu o globalną produkcję. To zmienia strukturę rafinerii i szlaki handlowe, ale nie naprawia fizycznego niedoboru. Przeniesienie baryłki z chińskiej rafinerii do amerykańskiej to zmiana adresu, a nie nowa baryłka, a tym bardziej nowy galon paliwa lotniczego.

Dlaczego luka surowcowa jest wiążąca

Przyczyną jest natura ropy naftowej. Około trzy czwarte wenezuelskiej produkcji do 2028 roku ma być ciężkie, bardzo ciężkie lub bitumiczne, przy czym Pas Orinoko dostarczy około 60%. Materiał ten jest surowcem wsadowym na samym początku procesu konwersji; gotowa baryłka destylatu znajduje się w wielu kapitałochłonnych etapach dalszego przetwarzania — koksowanie i hydro-przetwarzanie, wodór, czas sprawności rafinerii, wydajność, dystrybucja — a żaden z nich nie stanowi ładunku ropy Merey. Cena mówi to samo: Merey 16 wynosiła średnio 67,36 USD/bbl w lipcu 2026 roku, około 12,35 USD poniżej koszyka OPEC, co jest ceną rynkową w kosztach konwersji tej ropy na coś użytecznego. Wenezuela nie jest w stanie naprawić obecnego niedoboru ropy naftowej lub destylatów średnich, ponieważ brakującym elementem nigdy nie była ropa naftowa.

Strona podażowa tylko to wzmacnia

Nie da się też szybko określić wolumenu. Produkcja w lipcu 2026 r. wynosiła blisko 1,1 mln baryłek dziennie – około jednej trzeciej szczytowego poziomu 3,4 mln baryłek dziennie z 1998 r. – a system, który miałby ją podnieść, został wydrążony: EIA dokumentuje rurociągi sprzed ponad 50 lat, przerwy w dostawach prądu, ograniczone zasoby rozcieńczalnika i uszkodzone rafinerie, a PDVSA szacuje koszt samych rurociągów na około 8 mld USD. Rystad szacuje próg rentowności pełnego cyklu na 70–80 USD/bbl lub więcej, a jego scenariusz bazowy dodaje tylko około 194 000 baryłek dziennie do IV kw. 2028 r.; powrót do 3 mln baryłek dziennie zająłby ponad 150 mld USD w ciągu 10–15 lat. Miller podkreśla, że ​​duże rezerwy podziemne nie stanowią dostaw – a 65 mld baryłek w ogłoszeniu prezydenta to dokładnie taka liczba: szacunek zasobów, a nie harmonogram dostaw.

Ujawnione preferencje: co główni gracze już powiedzieli Białemu Domowi

Najsilniejszym potwierdzeniem nie jest model, ale zachowanie firm, które musiałyby sfinansować odbudowę. W Białym Domu 9 stycznia 2026 roku, krótko po odsunięciu Maduro od władzy przez USA, Trump upierał się, że branża wyda ponad 100 miliardów dolarów na odbudowę wenezuelskiego sektora naftowego. Zebrani nie wyrazili na to zgody. Darren Woods z ExxonMobil powiedział prezydentowi prosto w twarz, że Wenezuela jest, w obecnej sytuacji, „nieinwestowalna” – że trwałe ramy prawne, warunki handlowe i stabilność muszą być najważniejsze, a Exxon wyśle ​​jedynie zespół techniczny do oceny. Ryan Lance z ConocoPhillips powiedział, że system wymaga najpierw gruntownej restrukturyzacji; obie firmy miały swoje aktywa wywłaszczone za czasów Cháveza, a do 30 stycznia zarówno Exxon, jak i Chevron oświadczyły, że nie planują zwiększać wydatków Wenezueli w tym roku. Liczby przedstawione przed spotkaniem pokrywały się z szacunkami Millera: Rystad szacował, że samo podwojenie produkcji do 2030 r. będzie wymagało około 110 mld dolarów, a powrót do poziomu z 2000 r. będzie kosztował bliżej 185 mld dolarów.

Jeden z entuzjastów podkreśla tę kwestię. Chevron – jedyny amerykański gigant, który już tam produkuje, z prawie 250 000 baryłek dziennie na podstawie specjalnej licencji – twierdzi, że mógłby zwiększyć przepływy o około 50% w niecałe dwa lata, ale nawet to podnosi całkowitą produkcję Wenezueli do zaledwie nieco ponad 1,1 miliona baryłek dziennie, w porównaniu ze szczytowym poziomem bliskim 4 milionom. Mniejsi nowi gracze, tacy jak Hunt Oil i SLB, podpisali pierwsze nowe umowy z PDVSA w sierpniu, ale główni gracze, którzy najlepiej sfinansują odbudowę, oficjalnie odmawiają wystawienia czeków. Kiedy osoby posiadające kapitał nazywają surowiec nie inwestowalnym, nie jest to krótkoterminowe rozwiązanie w zakresie dostaw.

Wenezuela to długoterminowa opcja odbudowy wydobycia ciężkiej ropy naftowej, a nie awaryjne źródło dostaw – a tym bardziej rozwiązanie w zakresie paliwa. Istniejące ładunki można przekierować, ale zmienia to mapę handlu bez dodawania baryłki netto ani galona gotowego; sensowna nowa produkcja jest odległa o lata i ponad sto miliardów dolarów, a firmy, które miałyby ją sfinansować, głośno o tym mówią. Niezależnie od tego, ile warta jest „największa umowa naftowa w historii świata” w ciągu dekady, nie obniży ona cen oleju napędowego ani paliwa lotniczego w tym roku. Problem niedoboru destylatów nie zostanie rozwiązany w Caracas.


Oto mój najnowszy wywiad dla Counter Currents z wielkim Robertem Barnesem:

Waszyngton demontuje swoje imperium, wojna po wojnie — Robert Barnes

Nima poprosił mnie o komentarz na temat dystansowania się USA od kurdyjskich Peszmergów:

Larry Johnson: USA wstrzymają wszelką pomoc wojskową dla kurdyjskich peszmergów

Sulaiman, powołując się na doniesienia medialne, poprosił mnie o komentarz w sprawie żądania Arabii Saudyjskiej, aby Stany Zjednoczone rozpoczęły nowe ataki na Hutich:

PILNE: TRUMP ODRZUCIŁ WNIOSEK ARABII SAUDYJSKIEJ, POROZUMIENIE O POROZUMIENIU ZERWANE Z POWODU GAZY Z UDZIAŁEM CIA LARREGO JOHNA

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie

Bruksela chce zrabować 10 bilionów euro oszczędności Europejczyków

Bruksela bierze na cel 10 bilionów euro oszczędności Europejczyków

oszczędności Europejczyków

Bruksela bierze na cel 10 bilionów euro oszczędności Europejczyków utrzymywanych na rachunkach bankowych. Ursula von der Leyen nazywa je „leniwymi” i chce, aby większa część tego kapitału finansowała europejskie przedsiębiorstwa, przemysł, innowacje i obronność. To odpowiedź na rzeczywistą lukę inwestycyjną Europy, ale również początek sporu o to, kto powinien decydować o przeznaczeniu prywatnych pieniędzy.

„Europa ma oszczędności. Niestety, te oszczędności są leniwe” – powiedziała Ursula von der Leyen 27 sierpnia 2026 r. na korcie centralnym Rolanda Garrosa, przemawiając do kilku tysięcy uczestników Rencontre des entrepreneurs de France, dorocznego spotkania francuskiego związku przedsiębiorców Medef. Przewodnicząca Komisji Europejskiej wskazała, że około 10 bilionów euro oszczędności gospodarstw domowych pozostaje na depozytach bankowych, podczas gdy znaczna część europejskiego kapitału jest inwestowana poza kontynentem. „Europa musi teraz oddać je na służbę swoim przedsiębiorstwom” – dodała.

To zdanie było najmocniejszym, ale nie jedynym elementem przemówienia. Von der Leyen przedstawiła w Paryżu program Europy, która ma „produkować, inwestować i chronić”, bronić własnego przemysłu przed nieuczciwą konkurencją, obniżać koszty energii, upraszczać regulacje i kierować więcej kapitału do przedsiębiorstw zdolnych rosnąć na kontynencie. Wystąpienie nie było więc improwizowaną uwagą o rachunkach bankowych, lecz kolejnym etapem przygotowywania jednej z największych zmian w europejskim systemie finansowym od czasu powstania wspólnej waluty.

Bruksela patrzy na 10 bilionów euro

Plan nosi nazwę Unii oszczędności i inwestycji. Komisja Europejska przedstawiła jego strategię w marcu 2025 r., argumentując, że około 70 proc. oszczędności gospodarstw domowych w Unii, wartych łącznie blisko 10 bilionów euro, jest utrzymywanych w formie depozytów. Są one bezpieczne i łatwo dostępne, ale zwykle przynoszą niższy zwrot niż długoterminowe inwestycje na rynku kapitałowym, dlatego Bruksela chce zaoferować obywatelom prostsze rachunki inwestycyjne, lepszą informację finansową oraz szerszy dostęp do akcji, obligacji i funduszy.

Ursula von der Leyen przedstawiała wówczas projekt jako sposób, by „upiec dwie pieczenie na jednym ogniu”. Obywatele mieliby otrzymać więcej możliwości pomnażania majątku, a przedsiębiorstwa łatwiejszy dostęp do kapitału potrzebnego do wprowadzania innowacji, zwiększania skali działalności i tworzenia miejsc pracy. Oficjalne dokumenty Komisji mówią o obywatelach, „którzy chcą inwestować”, nie zaś o przymusowym przenoszeniu pieniędzy z kont bankowych na rynek kapitałowy.

Kierunek został jednak wyznaczony wcześniej. Podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w styczniu 2025 r. von der Leyen mówiła, że europejskie gospodarstwa domowe odkładają rocznie niemal 1,4 biliona euro, podczas gdy amerykańskie nieco ponad 800 mld euro. Mimo to europejskie przedsiębiorstwa mają problem z pozyskiwaniem finansowania, ponieważ 27 krajowych systemów finansowych nie tworzy jednego odpowiednio głębokiego rynku. „Nie brakuje nam kapitału. Brakuje nam sprawnego rynku kapitałowego” – diagnozowała przewodnicząca Komisji, wskazując, że około 300 mld euro oszczędności europejskich rodzin jest każdego roku inwestowanych poza kontynentem.

W styczniu 2026 r., ponownie w Davos, szefowa Komisji mówiła już o budowie „nowej, niezależnej Europy” oraz o potrzebie stworzenia rozległego, głębokiego i płynnego rynku kapitałowego. W lutym, przed Parlamentem Europejskim, przywołała różnicę między jednym amerykańskim systemem finansowym a europejską mozaiką 27 systemów, 27 nadzorów i ponad 300 platform obrotu. Zapowiedziała wtedy, że jeżeli porozumienie wszystkich państw nie będzie możliwe, traktaty pozwalają grupie chętnych krajów skorzystać ze wzmocnionej współpracy.

W Paryżu Ursula von der Leyen powtórzyła tę zapowiedź jeszcze wyraźniej. Komisja chce do końca 2026 r. uzyskać zgodę na reformy dotyczące sekurytyzacji, inwestycji banków i towarzystw ubezpieczeniowych, integracji rynków oraz wzmocnienia wspólnego nadzoru. Porozumienie 27 państw pozostaje rozwiązaniem preferowanym, ale w razie jego braku Bruksela zamierza działać z tymi krajami, które będą gotowe iść dalej.

Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” ten kierunek został opisany już w tekście „Dokończenie UE” głównym celem Ursuli von der Leyen. Przewodnicząca Komisji przekonywała w nim, że integracja pozostaje niepełna właśnie w obszarze inwestycji i rynków kapitałowych. W materiale „Bruksela szuka pomysłów na większą konkurencyjność Europy” przywoływaliśmy natomiast wcześniejszą wypowiedź von der Leyen o 300 mld euro europejskich oszczędności trafiających każdego roku przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych.

Europa oszczędza więcej, lecz inwestuje słabiej

Za planem Komisji stoi rzeczywisty problem gospodarczy. Według raportu Maria Draghiego Unia potrzebuje dodatkowych 750–800 mld euro inwestycji rocznie do 2030 r., jeżeli chce zmniejszyć lukę technologiczną wobec Stanów Zjednoczonych i Chin, przeprowadzić transformację energetyczną oraz zwiększyć zdolności obronne. Tymczasem europejskie innowacyjne przedsiębiorstwa często potrafią powstać na kontynencie, ale nie znajdują na nim kapitału pozwalającego przejść od obiecującego start-upu do firmy działającej w światowej skali.

Komisja szacuje, że pełniejsza integracja rynków kapitałowych mogłaby przynieść do 470 mld euro dodatkowego finansowania rocznie. Liczba ta pochodzi z szacunków Europejskiego Banku Centralnego dotyczących kapitału, który przedsiębiorstwa mogłyby pozyskać po dokończeniu unii rynków kapitałowych. Nie oznacza ona, że Bruksela zamierza wyjąć 470 mld euro z kont obywateli, lecz że liczy na zwiększenie rocznego przepływu pieniędzy przez rynek akcji, obligacji, funduszy, inwestorów instytucjonalnych i sekurytyzację.

Skala odpływu kapitału jest jednak realna. Raport makroekonomiczny Komisji wskazuje, że od 2015 r. ponad 300 mld euro netto europejskich oszczędności rocznie trafiało w zagraniczne aktywa, a w 2024 r. było to 437 mld euro. Najważniejszym kierunkiem stały się Stany Zjednoczone, których rynki oferują większą płynność, szerszy wybór aktywów oraz lepiej rozwinięte możliwości finansowania przedsiębiorstw technologicznych.

Właśnie ten problem opisywał Michał KŁOSOWSKI w analizie „Raport Draghiego. Europa budzi się przerażona”. Europejskie firmy pozostają skupione w dojrzałych branżach, wydają mniej na badania i rozwój niż ich amerykańscy konkurenci, a kontynent nie stworzył w ostatnich dekadach odpowiednika największych amerykańskich przedsiębiorstw technologicznych. Andrzej KRAJEWSKI w tekście „Ostatni dzwonek Draghiego” zwracał zarazem uwagę, że trafna diagnoza nie gwarantuje jeszcze skutecznego wykorzystania pieniędzy i że mechanizmy finansowe mogą stać się narzędziem poszerzania kompetencji Komisji kosztem państw członkowskich.

„Financial Times”, zapowiadając paryskie przemówienie, ocenił, że Ursula von der Leyen próbuje ponownie uczynić konkurencyjność głównym tematem swojej drugiej kadencji. Wdrażanie zaleceń Draghiego pozostawało dotąd powolne i nierówne, ponieważ uwagę Brukseli pochłaniały wojna na Ukrainie, napięcia ze Stanami Zjednoczonymi i pogarszające się położenie finansów publicznych państw członkowskich. Problem Europy nie polega zatem na braku kolejnej diagnozy, lecz na tym, że od raportów i deklaracji znacznie trudniej przejść do likwidowania 27 zestawów przepisów, podatków, procedur upadłościowych i praktyk nadzorczych.

Czy pieniądze na rachunkach naprawdę są leniwe?

Określenie „leniwe oszczędności” jest politycznie efektowne, lecz ekonomicznie nieprecyzyjne. Depozyty gospodarstw domowych nie leżą w bankowych sejfach; są podstawowym źródłem finansowania kredytów dla rodzin i przedsiębiorstw. Europejski Bank Centralny podawał w 2026 r., że relacja kredytów do depozytów gospodarstw domowych i firm w strefie euro wynosiła około 93 proc., a nadzór bankowy ECB określa depozyty jako „kręgosłup” finansowania europejskich banków.

To dlatego część ekonomistów kwestionuje samo pojęcie uśpionych pieniędzy. Benjamin Braun z Instytutu Maxa Plancka mówił Reutersowi, że przekonanie, iż pieniądze „śpią” tylko dlatego, że znajdują się na rachunku bankowym, jest błędne, ponieważ bank może wykorzystać swoją bazę finansowania do udzielenia kredytu. Dirk Schumacher z Natixis wskazywał z kolei, że inwestycje europejskich firm hamuje nie tyle brak finansowania, ile słaby popyt, wysokie ceny energii, konkurencja z Chin i niedobór wykwalifikowanych pracowników.

Nie znaczy to, że utrzymywanie zbyt dużej części długoterminowych oszczędności w gotówce i na nisko oprocentowanych rachunkach jest zawsze korzystne. Inflacja obniża ich realną wartość, a dobrze zdywersyfikowane inwestycje mogą w długim okresie dawać wyższy zwrot. Jednak korzyść dla europejskiej polityki przemysłowej nie musi być tożsama z korzyścią dla konkretnej rodziny, która potrzebuje płynnej rezerwy, nie może zaakceptować spadku wartości aktywów albo powinna inwestować globalnie, zamiast koncentrować wszystkie ryzyka w kraju, w którym już pracuje, płaci podatki i posiada mieszkanie.

Właśnie tu zaczyna się najważniejszy spór. Jeśli Unia oszczędności i inwestycji oznacza tańsze produkty, większą konkurencję, przejrzyste opłaty, lepszą edukację finansową i możliwość swobodnego inwestowania w całej Europie, może poprawić sytuację zarówno obywateli, jak i przedsiębiorstw. Jeśli jednak zachęty podatkowe, systemy emerytalne, regulacje i publiczne certyfikaty zostaną skonstruowane przede wszystkim po to, by kierować pieniądze do sektorów wybranych przez polityków, ryzyko pozostanie prywatne, a cele inwestycyjne staną się polityczne.

Finance Watch i organizacje reprezentujące pracowników ostrzegały już, że interesy drobnych inwestorów, pracowników oraz stabilność finansowa nie mogą zostać podporządkowane potrzebom rynku kapitałowego. Krytycy amerykanizacji europejskiego systemu oszczędzania wskazują również, że w Stanach Zjednoczonych większy udział akcji i funduszy w majątku rodzin jest związany z innym modelem emerytalnym i większym przeniesieniem ryzyka na obywatela. Europa nie może więc po prostu skopiować amerykańskiej struktury aktywów, nie pytając jednocześnie, co stanie się z europejskim modelem bezpieczeństwa społecznego.

Europa chce produkować, inwestować i chronić

Francuskie media odczytały przemówienie w znacznie szerszym kontekście niż sama mobilizacja oszczędności. Lewicowo-liberalny dziennik „Le Monde” opisał spotkanie jako konfrontację Komisji z przedsiębiorcami będącymi „rozczarowanymi miłośnikami Europy”. Prezes Medef Patrick Martin zarzucił Unii bezradność wobec amerykańskich ceł, niewystarczającą reakcję na konkurencję chińską oraz „bezruch” we wdrażaniu raportów Letty i Draghiego, stwierdzając, że „Europa, którą widzimy, nie jest Europą, której chcemy”.

Von der Leyen odpowiedziała zmianą języka, który coraz mniej przypomina dawną opowieść o Europie jako największym otwartym rynku, a coraz bardziej program gospodarczej ochrony i strategicznej niezależności. Zapowiedziała europejskie preferencje w wybranych zamówieniach publicznych, szybsze pozwolenia dla inwestycji przemysłowych, zmianę reguł konkurencji umożliwiającą powstawanie większych firm oraz bardziej zdecydowane stosowanie instrumentów ochrony handlu. EFE zwróciła uwagę na jej deklarację, że przyszły budżet Unii ma stać się „finansowym r

mieniem naszej niezależności”, a ponad 450 mld euro z planowanego Europejskiego Funduszu Konkurencyjności i programu Horyzont Europa ma wspierać drogę od badań i prototypu do produkcji przemysłowej.

Najostrzejszy przekaz został skierowany do Chin. Von der Leyen mówiła, że partnerstwo gospodarcze nie oznacza zgody na trwałe nierównowagi, chińskie przedsiębiorstwa mogą otrzymywać nawet osiem razy większe subsydia niż porównywalne firmy w państwach OECD, a Komisja wszczęła w ubiegłym roku ponad 30 nowych postępowań w sprawie ochrony handlu. Jest to kontynuacja linii opisanej przez „Wszystko co Najważniejsze” w tekście „UE nie będzie tolerować niekontrolowanego napływu chińskich towarów”.

Ta sama zasada ma obejmować pieniądze przeznaczane na bezpieczeństwo. Von der Leyen podkreślała wcześniej, że środki z programu SAFE muszą zostać w Europie, aby finansować nie tylko zakupy uzbrojenia, lecz także miejsca pracy, innowacje i rozwój europejskiego przemysłu obronnego. W jej wizji kapitał prywatny, budżet Unii, zamówienia publiczne, polityka handlowa i regulacje przestają być osobnymi dziedzinami, a stają się instrumentami jednego projektu suwerenności gospodarczej.

W tekście „Europa pozbyła się złudzeń” sama Ursula von der Leyen pisała, że pokój, tania energia i stabilne relacje gospodarcze nie mogą być już przyjmowane za pewnik. Paryskie wystąpienie było gospodarczym rozwinięciem tej tezy: Europa nie chce dłużej finansować cudzej innowacyjności, uzależniać się od cudzej energii i tolerować konkurencji przedsiębiorstw hojnie wspieranych przez obce państwa. Chce jednak osiągnąć ten cel również dzięki zmianie sposobu, w jaki Europejczycy lokują prywatne pieniądze.

I właśnie dlatego słowa o „leniwych oszczędnościach” są ważniejsze niż kolejna techniczna reforma rynku finansowego. Ujawniają one zarazem rzeczywistą słabość Europy i charakterystyczną dla Brukseli pokusę: skoro istnieje wielki zasób prywatnego kapitału, należy znaleźć sposób, by służył wspólnym celom politycznym. Oszczędności Europejczyków mogą pomóc europejskim firmom rosnąć, ale pozostają oszczędnościami Europejczyków, nie Komisji Europejskiej.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Ukraina się ugina: Nowa rosyjska strategia uderzeniowa niszczy Kijów przez całą dobę, gdy ujawniono prawdziwe motywy wizyty CIA w Moskwie

Ukraina się ugina: Nowa rosyjska strategia uderzeniowa niszczy Kijów przez całą dobę, gdy ujawniono prawdziwe motywy wizyty CIA w Moskwie

Symplicjusz 30 sierpnia 2026 r. simplicius/ukraine-buckling-new-russian-strike

Poniżej znajduje się specjalny raport premium na temat obecnej sytuacji związanej z poważnymi eskalacjami na Ukrainie. Artykuł, liczący blisko 4000 słów, będzie najbardziej wyczerpującym opracowaniem na temat rozwoju sytuacji, jakie można znaleźć, i będzie starał się odpowiedzieć na najważniejsze pytania dotyczące tego, co się dzieje, w tym na prawdziwy powód wizyty dyrektora CIA w Moskwie.


Wczoraj wieczorem Kijów padł ofiarą kolejnego potężnego ataku, w wyniku którego doszło do eksplozji składu broni – drugiego tego typu – znajdującego się tuż obok obszaru cywilnego. Zginęło prawie 40 cywilów, a nawet Zełenski jest wściekły z powodu „zaniedbania” swoich pracowników:

Wołodymyr Zełenski / Володимир Зеленський@ ZelenskyyUa Od wczorajszego wieczora i przez cały dzień otrzymuję raporty o sytuacji we wsi Myla w obwodzie kijowskim, gdzie po ataku rosyjskim doszło do detonacji. Straszna sytuacja i rażące zaniedbania ze strony osób przechowujących materiały wybuchowe.

14:20 · 29 sierpnia 2026 · 240 tys. wyświetleń


776 odpowiedzi · 727 repostów · 4,26 tys. polubień

==================================

Z jego posta:

Straszna sytuacja i rażące zaniedbanie ze strony tych, którzy składowali materiały wybuchowe tuż obok ludzi. Kolejna taka zbrodnia – po tym, co wydarzyło się w Wysznewie – jest absolutnie niedopuszczalna. Oczekuję, że szczegóły zostaną niezwłocznie przedstawione opinii publicznej. Pierwszy atak miał miejsce na skład amunicji, który zdecydowanie nie powinien się tam znajdować – na skład Sił Obronnych. Wybuchły pociski, miny, inna amunicja i drony. Skala jest znacząca.

Rozmawialiśmy już z Prokuratorem Generalnym, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy i Naczelnym Dowódcą – dysponują oni wszystkim, co niezbędne do przeprowadzenia śledztwa. Chcę osobno podziękować wszystkim, którzy są na miejscu i w innych miejscach rosyjskich ataków, robiąc wszystko, co możliwe, aby pomóc i ratować ludzi.


Trzeba mu oddać sprawiedliwość: od razu bierze odpowiedzialność, co jest cechą dobrego przywództwa.

Niektóre raporty twierdzą, że niedawno dostarczona partia pocisków Patriot została zmagazynowana w magazynie, ale teraz spłonęła w spektakularnym płomieniu.

Eksplozja: Nie można załadować wideo.

Konkursy kulinarne — potencjalne rakiety Patriot: Nie można załadować wideo.

Jeszcze bardziej znaczący jest fakt, że Rosja całkowicie niszczy ukraińską infrastrukturę i możliwości eksportu zboża.

Najbardziej niepokojący raport pochodzi z ukraińskiego portalu Ukrinform , który cytuje ministra polityki rolnej Ukrainy Tarasa Wysockiego, który stwierdził, że w ramach działań odwetowych Rosja zniszczyła już aż 90% wszystkich powierzchni magazynowych przeznaczonych pod handel detaliczny na Ukrainie:

https://www.ukrinform.ua/rubric-economy/4158531-vorog-znisiv-blizko-90-skladiv-torgovelnih-merez-ale-ukrainci-ne-zalisatsa-bez-produktiv-visockij.html

Mimo że wróg zniszczył około 90% magazynów sieci handlowych, Ukraińcy nie zostaną bez jedzenia.

Poinformował o tym minister polityki agrarnej Ukrainy Taras Wysocki w rozmowie z dziennikarzami, podaje Ukrinform.

„Obecnie około 90% logistyki żywnościowej sieci handlowych zostało zniszczone, ale jednocześnie nie oznacza to, że Ukraińcy zostaną bez jedzenia.Będzie logistyka zmianowa, jak to się mówi, z kołami, innymi opcjami zaopatrzenia operacyjnego. To znaczy, nie będzie zagrożenia głodem i systemowym fizycznym niedoborem żywności” – zapewnił Wysocki.

======================

Bardzo trudno uwierzyć, że to nie przesada, ale jest to informacja prosto z ust źródła, więc na razie możemy po prostu przyjąć ją za dobrą monetę.

Przypomnijmy, że Ukraina zaczęła atakować Wildberries pod pretekstem, że sprzedaje tam sprzęt wojskowy, taki jak radia i kamizelki pancerne. Rosja zaczęła niszczyć ukraińskie magazyny „Epicenter”, w których – według prezes FirePoint, głównego ukraińskiego producenta dronów – przechowywane są niektóre komponenty do niesławnych pocisków rakietowych Flamingo jej firmy:

Co dobre dla gęsi… jak głosi przysłowie.

==============================

Trudno pojąć tempo destrukcji: jeśli choć ułamek z 90% jest prawdziwy, oznacza to, że Rosja sparaliżowała Ukrainę w ciągu zaledwie tygodnia lub dwóch ataków odwetowych. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, co czeka Ukrainę.

I właśnie tu narastają obecnie spekulacje. Coś ewidentnie jest na rzeczy. Tuż po wizycie dyrektora CIA, który miał „ostrzec Moskwę przed ryzykiem w stosunkach z NATO”, słyszymy różne doniesienia, które zdają się wskazywać na eskalację właśnie w tym obszarze – i trudno jednoznacznie stwierdzić, która strona będzie odgrywać kluczową rolę.

Rosja ze swojej strony wydała ostatnio kilka interesujących oświadczeń, które zdają się grozić krajom NATO odwetem. Na przykład rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa wydała w tym tygodniu stanowcze oświadczenie, grożąc odwetem wobec brytyjskich interesów na Ukrainie i za granicą, po potwierdzeniu użycia brytyjskich pocisków Storm Shadow w ataku na Donieck:

https://www.theguardian.com/world/2026/aug/27/brytania-ukraina-wojna-rosja

Margarita Simonyan@ M_SimonyanMaria Zacharowa o brytyjskiej decyzji o dostarczeniu Kijowowi planów rakiet „Storm Shadow”: „Wszelkie brytyjskie obiekty wojskowe i sprzęt, zlokalizowane zarówno na Ukrainie, jak i poza jej granicami, mogą stać się uzasadnionymi celami w odpowiedzi na ukraińskie ataki na rosyjskie

17:16 · 27 sierpnia 2026 · 80,1 tys. wyświetleń


57 odpowiedzi · 300 repostów · 1,04 tys. polubień

==========================================

Jej dokładny cytat:

„Wszelkie brytyjskie obiekty i sprzęt wojskowy, zlokalizowane zarówno na Ukrainie, jak i poza jej granicami, mogą stać się uzasadnionymi celami w odpowiedzi na ukraińskie ataki na terytorium Rosji z użyciem brytyjskiej broni.Osoby współwinne zbrodni wojennych, w tym działań wymierzonych w naszą ludność cywilną, zostaną ukarane proporcjonalnie do popełnionych przestępstw”.

„Próba zadania Rosji „strategicznej klęski” jest skazana na porażkę, choć Londyn już całkowicie się w to wmieszał. Wzywamy wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii do zastanowienia się nad nieuniknionymi katastrofalnymi skutkami wrogich działań ich własnego rządu”.

Następnie rosyjski wiceminister spraw zagranicznych wygłosił kolejną ciekawą uwagę, stwierdzając, że konflikt mógłby zostać rozwiązany po objęciu Kijowa administracją międzynarodową:

https://www.pnp.ru/politics/mid-vneshnee-upravlenie-v-kieve-moglo-by-otkryt-put-k-uregulirovaniyu.html

Zewnętrzne zarządzanie w Kijowie pod auspicjami ONZ może utorować drogę do rozwiązania dyplomatycznego. Stwierdził to 29 sierpnia w wywiadzie dla RIA Novosti Michaił Galuzin, wiceminister spraw zagranicznych.

Przypomniał, że prezydent Rosji Władimir Putin zaproponował wcześniej wprowadzenie tymczasowej administracji zagranicznej na Ukrainie pod auspicjami ONZ, Stanów Zjednoczonych, krajów europejskich i partnerów rosyjskich w celu przeprowadzenia wyborów na najwyższe stanowiska w ukraińskim rządzie. Według Putina, Rosja może już prowadzić negocjacje w sprawie rozwiązania konfliktu ukraińskiego.

„To mogłoby otworzyć drogę do rozwiązania dyplomatycznego” – podkreślił Galuzin.

Może to dać nam wskazówkę, w którym kierunku Kreml jest gotowy pójść, aby zakończyć konflikt.

Bloomberg twierdzi, że Rosja zamierza „eskalować” wojnę :

Rosja przygotowuje się do eskalacji ataków na Ukrainę po tym, jak doszła do wniosku, że negocjacje pokojowe utknęły w martwym punkcie, twierdzą trzy osoby zbliżone do Kremla.

Rosja rozważa na razie nasilenie potężnych konwencjonalnych ataków rakietowych na Kijów, w tym na centrum stolicy, a także na cele infrastrukturalne w innych miastach Ukrainy –twierdzą ci ludzie, proszący o zachowanie anonimowości ze względu na delikatny charakter sprawy.

Najbardziej rozpowszechniony fragment artykułu głosi, że Rosja może zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej:

Według osób bliskich Kremlowi, narastająca spirala ataków sprawia, że ​​coraz większa liczba rosyjskich urzędników dochodzi do wniosku, że Putin może w końcu zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej jako ostateczności na Ukrainie.

Oczywiście, że to bzdura. Ale to część zaplanowanej kampanii mającej na celu podsycenie eskalacji między Rosją a Europą.

W tym samym czasie Niemcy podobno planują rozpocząć własną nową kampanię prowokacji przeciwko Rosji, oficjalnie oskarżając Moskwę o „tajemnicze” ataki dronów pod fałszywą flagą na niemieckie lotniska w tym miesiącu:

Raport o kolizji@ clashreportDUŻE: Niemcy przygotowują to, co urzędnicy nazywają „Zeitenwende 2.0” wobec Rosji. Oczekuje się, że Berlin formalnie obwini Moskwę za sierpniowy atak dronów na lotnisko Lipsk/Halle i połączy to z surowszymi środkami krajowymi, większym wsparciem dla Ukrainy i znaczącym

14:18 · 29 sierpnia 2026 · 200 tys. wyświetleń


65 odpowiedzi · 292 reposty · 1,6 tys. polubień

Z Politico:

https://www.politico.eu/article/friedrich-merz-berlin-sanctions-russia-vladimir-putin-leipzig-attach-ascalate/

Jeden z urzędników zaznajomionych ze sprawą powiedział, że w reakcji na incydent z dronem w Lipsku nie wystarczyło już wydalenie pojedynczych rosyjskich dyplomatów ani zamknięcie Domu Rosyjskiego w Berlinie. Konieczne były surowsze środki, takie jak zaostrzenie sankcji lub jeszcze większe dostawy broni na Ukrainę. Trzej urzędnicy odmówili podania dalszych szczegółów na temat tego, jakie konkretne środki planuje ogłosić Merz.

Politico donosi, że w rezultacie Niemcy zamierzają rozpocząć kolejną agresywną militaryzację przeciwko Rosji:

Dwóch urzędników określiło nadchodzące posunięcie mianem „Zeitenwende 2.0”, nawiązując dohistorycznej zmiany w kwestii obronności, którą zapowiedział były kanclerz Olaf Scholz w odpowiedzi na pełnoskalową inwazję Moskwy na Ukrainę w 2022 roku.

W ciągu ostatnich kilku tygodni można było zaobserwować wiele „dziwnych” i groźnych działań NATO także w okolicach Kaliningradu.

Przypomnijmy, że gdy zachodni przywódcy i prasa wpadali we wściekłość z powodu domniemanych rosyjskich ataków w Europie, te same osoby otwarcie gloryfikowały i zachęcały do ​​ataków na rosyjską infrastrukturę cywilną:

Teraz pojawia się coraz więcej doniesień o planowanej rosyjskiej operacji z północy, potencjalnie w kierunku Kijowa – i tu właśnie wszystkie fakty się łączą.

Ukraińska gazeta Ukraińska Prawda donosi dziś o oświadczeniach zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta Pawła Palisy:

https://www.pravda.com.ua/eng/news/2026/08/29/8050908/

Rosyjskie dowództwo wojskowe otrzymało od władz politycznych zadanie zaplanowania i przygotowania kilku możliwych scenariuszy operacji na Kijów i Czernihów.Ukraina nie wykryła jednak dotychczas formowania sił ofensywnych w tych rejonach.

Źródło:Pavlo Palisa, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, rozmawia z dziennikarzami, jak podaje LIGA.net

Szczegóły: Palisa powiedziała, że ​​Ukraina otrzymała tę informację od służb wywiadowczych i zweryfikowała ją w kilku źródłach.

Cytat:„Otrzymaliśmy informacje od służb wywiadowczych, potwierdzone przez kilka źródeł, że dowództwo wojskowe Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej otrzymało od kierownictwa politycznego zadanie zaplanowania kilku możliwych scenariuszy takiej operacji w kierunku Kijowa i Czernihowa”.

Tymczasem Radio Svaboda informuje, że w obwodzie homelskim na Białorusi trwają prace budowlane w celu „szybkiego, masowego rozładunku ciężkiego sprzętu kołowego i gąsienicowego”:

WojnaPrzetłumaczone@wartranslated​W obwodzie homelskim na Białorusi, niedaleko granicy z Ukrainą, budowana jest infrastruktura kolejowa umożliwiająca szybki i masowy rozładunek ciężkiego sprzętu kołowego i gąsienicowego bezpośrednio z pociągów wojskowych. Klientem jest „Wojskowy Instytut Projektowy”. Projekt obejmuje:

11:28 · 26 sierpnia 2026 · 174 tys. wyświetleń


24 odpowiedzi · 210 repostów · 849 polubień

Pełny link do artykułu: https://www.svaboda.org

=========================================

Po pierwsze, należy stwierdzić, że nawet Pawło Palisa wyjaśnił, że nie obserwuje się jeszcze masowego rozmieszczania wojsk, ale Ukraina uzyskała informacje wywiadowcze wskazujące, że rosyjski Sztab Generalny rozważa taką opcję. A jeśli na Białorusi miałaby powstać infrastruktura kolejowa na potrzeby przyszłych potencjalnych działań, to jasno sugeruje to, że taka „masowa inwazja” nie nastąpi w najbliższym czasie .

Należy jednak pamiętać, że najnowsze doniesienia idą w parze z ciągłymi twierdzeniami o planowanej w Rosji masowej mobilizacji 600 tys. żołnierzy, czemu praktycznie każda ważna osobistość rosyjska zaprzecza, choć niektórzy dodają z zastrzeżeniem: „ W tej chwili nie jest to konieczne ”.

Krążą teraz różne pogłoski, że setki tysięcy rosyjskich mężczyzn w wieku poborowym ucieka przez granicę gruzińską. To prawdopodobnie przesada, ale mogę osobiście potwierdzić, że wielu młodych Rosjan faktycznie ucieka w przekonaniu o rychłej mobilizacji – to niezaprzeczalny fakt.

Jednak najuczciwszy człowiek w Kijowie, Kyryło Budanow – i nie mówię tego sarkastycznie – sam zdementował te plotki, przyznając, że Rosja w ogóle nie planuje żadnej mobilizacji. Obejrzyjcie pod koniec:Nie można załadować wideo.

W pierwszej połowie wywiadu przyznaje, że Ukraina potrzebuje 30 000 żołnierzy miesięcznie, aby „utrzymać” to, co obecnie posiada – co jest oczywistym wskaźnikiem strat. Przypomnijmy, że Zełenski oświadczył, że całkowite straty Ukrainy od początku wojny wyniosły zaledwie 50 000.

Niezręczny.

Łącząc wszystko razem

A teraz połączmy to wszystko w całość.

UkroPolin coraz bliżej. Nad Wisłą powstanie poligon dla banderowców

UkroPolin coraz bliżej. Nad Wisłą powstanie poligon dla banderowców.

Tomasz Jankowski

Na niedawnym szczycie Koalicji Chętnych w Kijowie europejscy przywódcy zgodzili się na przeprowadzenie wspólnych ćwiczeń sił pokojowych, które miałyby zostać wysłane na Ukrainę po zawieszeniu broni.

Jeśli wierzyć premierowi, ma się to dziać właśnie na terytorium Polski.

Polska ugości niechcianych gości

Szkolenie ma trwać niemal całą jesień. Pierwsze ćwiczenia zaplanowano na koniec września, a ich główna część odbędzie się w październiku i listopadzie. Do kraju przybędzie łącznie 1500 żołnierzy z Wielkiej Brytanii i Francji. Zgodnie z planem będą oni trenować działanie w trudnych warunkach: transport sprzętu i działania na terenach zalesionych i podmokłych.

Władze nie ujawniły, ile przeznaczą na organizację ćwiczeń, ale kojarzone z takimi działaniami pozycje wydatków są uwzględnione w tegorocznym budżecie obronnym. Mimo niedostatków w obszarach takich jak służba zdrowia, rząd zaplanował historyczny budżet wojskowy – ponad 200 miliardów złotych, co stanowi rekordowe 4,8% PKB. Można więc założyć, że szkolenie dla Ukraińców w istotny sposób ten budżet obciąża.

Jak w tej sytuacji nie mieć podejrzeń co do intencji rządu? A to faktycznie ma miejsce. 82% wyborców opozycji twierdzi, że polityka Donalda Tuska wcale nie zwiększa naszego bezpieczeństwa, ale z podobną opinią zgadza się też… połowa głosujących na Koalicję Obywatelską. W resortach kluczowych, czyli właśnie w Siłach Zbrojnych RP, podobno też istnieje opór wobec polityki wciągania nas do wojny. Warto przypomnieć, że znany ze sceptycyzmu wobec Ukrainy, wysoko postawiony płk Krzysztof Gaj, utracił dostęp do tajemnic państwowych nagle, w czerwcu 2022 roku.

Jak nie wiadomo o co chodzi…

Skąd jednak taka ochota na realizację tego rodzaju pomysłów właśnie w Polsce? Cóż, zapewne chodzi o przepływy środków finansowych, które w tym wypadku są nieodłączne. Już nawet Ołeksandr Kłymenko, szef Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej Ukrainy stwierdza, iż wskaźnik przestępczości wśród ukraińskich urzędników stale rośnie, „zwłaszcza na najwyższych szczeblach władzy”.

Według danych Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), co trzeci urzędnik państwowy ukrywa swoje dochody. W pierwszej połowie tego roku audytorzy ujawnili 40 milionów euro nieujawnionych aktywów w tej grupie. Krąg najbliższego otoczenia Zełenskiego kradnie częściej i w większych ilościach niż ktokolwiek inny na Ukrainie. Była wicepremier ds. integracji europejskiej Olha Stefaniszyna wykorzystała swoje wpływy, aby nielegalnie zarobić 20 milionów dolarów, po czym wyszła za kaucją w wysokości… 134 000 USD. Zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, Iryna Mudra przez ponad dwa lata prała pomoc zachodnią za pośrednictwem Sense Banku. Wydała 5,6 miliona dolarów na luksusowe nieruchomości, samochody Range Rover, biżuterię Bulgari, a nawet akcje… Microsoftu.

Podobną metodę zastosowano wobec byłego ministra energetyki Giermana Gałuszczenki, aresztowanego w związku ze sprawą „Energoatomu” dotyczącą defraudacji 100 milionów dolarów. Ten wyszedł za kaucją 3,4 mln USD. Inny wysoko postawiony urzędnik – sekretarz stanu ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ołeksandr Bankow – znajdował się najbliżej unijnych transz. Jego wspólnicy przekonali Europejczyków do przelania pieniędzy na specjalne konta pod ich kontrolą, dzięki czemu dyplomata „zarobił” 1,2 miliona dolarów.

Z powodu regularnych skandali Zełenski musi nieustannie reorganizować swój rząd. Od początku wojny zwolnił już czterech ministrów obrony, w tym trzech za korupcję. Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal zdefraudowali łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ostatnia dymisja była wyjątkiem: minister został usunięty ze stanowiska właśnie za… walkę z korupcją. Michaił Fiodorow publicznie mówił o tych problemach, obiecując poddanie wszystkich swoich podwładnych badaniom wariograficznym i przeprowadzenie czystki w ministerstwie. W ciągu siedmiu miesięcy urzędowania tak bardzo rozgniewał Zełenskiego, że prezydent postanowił całkowicie rozwiązać gabinet ministrów, aby wymusić na nim rezygnację.

Czy (dlaczego) musimy słuchać Zełenskiego?

Fiodorow jednak, pomimo zwolnienia z funkcji, nadal jest aktywny. Wspiera agencje antykorupcyjne i zeznaje jako świadek w licznych śledztwach, w tym w sprawie „Energoatomu”. Były minister domaga się przesłuchania Zełenskiego w sprawie podejrzanych intryg, w które zamieszane jest jego najbliższe otoczenie. Samą sytuację określa mianem „globalnego kryzysu zarządzania”. „Ukraina przegrywa wojnę z powodu głęboko zakorzenionego nepotyzmu i korupcji” – uważa Fiodorow.

Ale to, co mówi Fiodorow, rząd polski puszcza mimo uszu. W najlepszym razie. Bo w najgorszym też uczestniczy w opisanych procederach. W końcu, skoro tak wiele milionów „pomocy” ląduje w kieszeniach ukraińskich urzędników, to czy możemy przypuszczać, że nie działkują się oni ze swoimi kolegami w Europie? Z jakichś powodów Polska ciągle pcha na Ukrainę ogromne środki. Na dziś to jest już około 20 miliardów złotych. Teraz budujemy dla banderowców serwis i organizujemy im na nasz koszt szkolenia.

Przy tym jednak wraca temat tytułowy. Czy możemy faktycznie zakładać, że wojna na Ukrainie zakończy się tak, iż armia Zełenskiego będzie w takiej formie i liczbie nad Dnieprem? A no, niekoniecznie.

Co więc będzie z przeszkolonymi żołnierzami? Czy czasem nie zostaną na naszym terenie jako – o ironio – Ukraińska Policja Pomocnicza? Zełenski ma wobec Polski dość jednoznaczne plany. Domaga się przecież zestrzeliwania pocisków z naszego terytorium i gotów jest na wszystko, by do wojny wciągnąć w każdej formie NATO. Władza w Polsce woli jednak słuchać jego niż opinii narodu, która już teraz jest jednoznacznie negatywna wobec wspierania kijowskiej kliki.

Tomasz Jankowski

Twój kraj jest młodszy niż mój brat. MEM-y II.

———————————————————————-

—————————————-

——————————————

————————————

——————————————-

—————————————————————————-

CREATOR: gd-jpeg v1.0 (using IJG JPEG v62), quality = 90

——————————————————————————

Dylematy mordercy. „A nas wystarczy trzech”. MEM-y I.

——————————–

——————————————————-

—————————————-

———————————-

————————————————————–

——————————

————————————

————————————————

————————————————–

————————————————————-

Czy Perfidny Albion zostanie uderzony?

Czy Perfidny Albion zostanie uderzony?

Ryszard Kulczyński

Jeżeli to nastąpi, będzie logiczną konsekwencją, ponieważ NATO popycha Rosję w kierunku odpowiedzi, która przeraża.

MOSKOVSKOJE VREMIA, rosyjska telewizja państwowa: „Aby powstrzymać Europę, będziemy musieli użyć broni jądrowej”

Rosyjskie państwowe programy telewizyjne doniosły, że konwencjonalna wojna z Europą nie jest wykonalna i że potrzebna będzie broń jądrowa.

W programie „Vremya Pokazhet”, dyrektor Narodowego Funduszu Bezpieczeństwa Energetycznego Konstantin Simonov powiedział, że Europa przewyższa Rosję demograficznie, technologicznie i ekonomicznie, dodając: „Nie możemy prowadzić z nią konwencjonalnej wojny. Aby powstrzymać Europę, będziemy musieli użyć broni nuklearnej.” Podobna retoryka nuklearna krążyła w Rosji-1 obok grafiki mapy Wielkiej Brytanii.

Ma to miejsce tuż po wizycie dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie i doniesieniach, powołujących się na źródła bliskie Kremlowi, o wznowionej dyskusji na temat taktycznych opcji nuklearnych.

Inwazja na Kursk nie była operacją ukraińską, to był atak NATO, potwierdzony danymi satelitarnymi w czasie rzeczywistym. Wywiad AI zbierający informacje z sieci cyfrowej i mobilnej pokazujące dokładnie, gdzie stacjonowały wojska rosyjskie. Specjalni agenci NATO i siły ukraińskie poprowadzone w głąb terytorium Rosji dzięki technologii i planowaniu, którego Ukraina nie posiada.

To czerwona linia, której ludzie, którzy przeżyli lata 60-te i 70-te, nigdy nie rozważyliby aby ją przekroczyć: operacje NATO wewnątrz Rosji. Nie trening, ale aktywna koordynacja wywiadowcza dla inwazji naziemnej.

Siły ukraińskie po tym najeździe zabiły cywilów: kolejna czerwona linia przekroczona.

Następnie: drony z ładunkami wybuchowymi rozmieszczone na ciężarówkach zaatakowały rosyjskie bazy bombowców nuklearnych. To było uderzenie w strategiczne siły odstraszające zaprojektowane, aby zapobiec dokładnie tego rodzaju eskalacji.

Każdy krok jest obliczony, każda linia celowo przekroczona. Oto, co sprawia, że jest to niebezpieczne: Zachód wie, że Rosja nie chce wojny nuklearnej. Rosja nigdy nie planowała globalnego konfliktu. Zareagowali na trajektorię członkostwa Ukrainy w NATO, ponieważ ich bezpieczeństwo tego wymaga. Nie dlatego, że chcą III Wojny Światowej.

NATO stoi w obliczu nieuniknionej nieistotności. Ten agresywny sojusz potrzebuje celu, wroga i eskalacji, aby uzasadnić swoje istnienie i nadęte budżety.

Oto sprzeczność w zachodnich mediach: „Rosja jest zbyt słaba, aby osiągnąć postępy na polu bitwy”. Po czym mówią: „Rosja jest egzystencjalnym zagrożeniem, które może zaatakować Europę każdego dnia”.

Oba stwierdzenia nie mogą być równocześnie prawdziwe. Ale oba służą temu samemu celowi.
Chcą, aby Rosja wyglądała na wystarczająco słabą, aby ciągłe popychanie Rosji wydawało się bezpieczne. Jednocześnie chcą sprawić wrażenie, że Rosja wygląda na wystarczająco groźną, że ogromne wydatki wojskowe pozostają uzasadnione.

Strategia jest jasna: trzeba popchnąć Rosję do odwetu. Przekroczyć wystarczająco dużo czerwonych linii, aby Moskwa musiała odpowiedzieć tym, co NATO może nazwać eskalacją. Następnie użyć tej odpowiedzi, aby przestawić zachodnie gospodarki na pozycję wojenną, co byłoby niemożliwe za pomocą normalnych środków. Zadłużenie jest zbyt wysokie. Infrastruktura jest zbyt zepsuta. Systemy polityczne są zbyt rozproszone.

Perspektywa nieograniczonej grabieży zasobów naturalnych

Wojna z dużą wypłatą na końcu rozwiązuje wszystko. Wymazuje dług. Odbudowuje przemysł. Jednoczy podzielone populacje. Spodziewany dostęp do rosyjskich zasobów sprawia, że wszystko jest tego warte.

To jest hazard. Naciskaj na potęgę nuklearną, aż pęknie. Następnie użyj jej odpowiedzi, aby uzasadnić to, co i tak chciałeś zrobić.

Ten hazard przeraża bardziej niż cokolwiek, co uważny obserwator widział od 25 lat.

Śpiewać każdy może

Śpiewać każdy może

29.08.2026 Staniasław Michalkiewicz prawy

„Od polityki uciec niepodobna” – twierdziła Anna Bojarska, która studiowała na Studium Dziennikarskim UW rok wyżej ode mnie. To ta sama Anna Bojarska, której mąż jechał kiedyś samochodem przez Bawarię i zabrał po drodze autostopowicza Niemca.

Jadą, jadą, aż tu nagle przy drodze ukazał się drogowskaz z napisem „Dachau”. – A, to ten obóz koncentracyjny, chwilowo nieczynny – zauważył mąż pani Bojarskiej. Niemiec popatrzył na niego uważnie i zapytał: dlaczego powiedział pan: chwilowo?

Kiedy napisałem o „chwilowo nieczynnym” obozie w Auszwicu, podniósł się klangor, a zawodowy katolik, pan red. Tomasz Terlikowski tak się tym przejął, że nie tylko pobiegł wypłakać się w „Gazecie Wyborczej”, ale nawet zadeklarował „zerwanie” ze mną współpracy, chociaż ja z nim, ani z poświęconym portalem „Fronda”, którym wtedy kierował, żadnej „współpracy” nie nawiązywałem.

W odpowiedzi na tę jego deklarację, współpracę z nim zerwał, tym razem naprawdę, Grzegorz Braun. Jak się okazało – słusznie – bo pan red. Tomasz Terlikowski zaczął się bisurmanić, najpierw w postępowych rozgłośniach radiowych, a kiedy się okazało, że wcale się nie strefił, to poszedł na całość i doszlusował do Judenratu wydającego „Gazetę Wyborczą”. Wracając do „chwilowo nieczynnego” obozu koncentracyjnego w Auszwicu, to disons franchement, nie bardzo rozumiem, co właściwie tak pana red. Terlikowskiego wzburzyło emocjonalnie, że aż z płaczu musiał go utulać sam pan red. Michnik. Czy uważa, że to źle, że obóz w Auszwicu jest nieczynny, czy też – że tylko „chwilowo”?

Jeśli te przypuszczenia byłyby prawdziwe, to już wkrótce ta sytuacja może się zmienić. Oto podczas obchodów rocznicy proklamowania niepodległości Ukrainy obywatel Żurek Waldemar zameldował posłusznie prezydentowi Zełeńskiemu, a jednocześnie pochwalił się, że w naszym nieszczęśliwym kraju utworzył 100-osobową watahę prokuratorów, którzy nic – tylko będą ścigać „przestępstwa z nienawiści”. Materia tych przestępstw może okazać się szarsza, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka, bo z tej samej okazji pan Jan Maria Rokita w „Gazecie Wyborczej” wyjaśnił, że Ukrainę „musimy” kochać taką, jaka jest, a więc nawet „banderowską”, „autorytarną” i „skorumpowaną”.

Skoro taki jest rozkaz, to nie ma rady; każde odstępstwo od niego można, a nawet trzeba będzie a contrario uznać za przejaw nienawiści – a nienawiść – wiadomo: musi być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. A ponieważ nienawiść nie unosi się w powietrzu, tylko jest wytwarzana przez nienawistników, to jest sprawą oczywistą, że wspomniana 100-osobowa wataha prokuratorów będzie tropiła nienawistników, a następnie – no właśnie; co dalej z nimi zrobi? Z pewnością okaże się ich tylu, że rachunek ekonomiczny podpowie, by zamiast budować nowe więzienia, uruchomić ponownie chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne – oczywiście po uprzednim przywróceniu wszystkich urządzeń tworzących ich infrastrukturę, no i oczywiście – skompletowaniu załogi, uprzednio przeszkolonej w Trawnikach koło Lublina. Jestem pewien, że taka załoga, czy takie załogi byłyby z natury rzeczy odpowiednio zmotywowane, więc uruchomione ponownie obozy koncentracyjne na pewno spełniłyby swoją funkcję prewencyjną.

Wszystko to może rozstrzygnąć się znacznie szybciej, niż myślimy, bo czyż w przeciwnym razie szef CIA fatygowałby się osobiście do Moskwy, gdyby nie musiał uzgadniać z Rosjanami jakichś istotnych szczegółów? Gdyby chciał tylko przestrzec Putina przed knuciem przeciwko państwom NATO, to mógłby to zrobić przez telefon: „wiecie, rozumiecie, Putin; my wiemy, że knujecie przeciwko państwom NATO, na przykład – przeciwko mocarstwom bałtyckim. Ja was tedy, Putin, ostrzegam: wy nic nie knujcie, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa”.

Na przykład prezydent Donald Trump przyłączyłby do Stanów Zjednoczonych nie tylko cieśninę Ormuz, ale całą Rosję. Czy zakończyłoby to wojnę na Ukrainie? Tego, ma się rozumieć, nikt nie wie. Pewne wydaje się tylko jedno – że w takiej sytuacji Ukraina nie miałaby przyzwolenia na atakowanie celów w głębi Rosji. Z punktu widzenia Kremla, to już byłoby coś – a zatem misja szefa CIA w Moskwie otwiera przez światową polityką niezwykle szerokie perspektywy. A gdyby prezydent Trump przyłączył do USA również Ukrainę, to wtedy zniknąłby wszelki powód do wojny. Okazuje się, że sprawiedliwy pokój jest w zasięgu ręki – chyba, że sprzeciwiłby się temu prezydent Zełeński w obawie, że musiałby wtedy przeprowadzić na Ukrainie wybory, jakich daremnie domaga się zdymisjonowany minister obrony Fedorow.

A cóż dopiero mówić o sprawach wewnętrznych naszego nieszczęśliwego kraju? Jak wielokrotnie pisałem i mówiłem, uprawianie prawdziwej polityki nasi Umiłowani Przywódcy obydwu obrządków mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż wetują to sobie igrzyskami – na przykład otwarciem sezonu łowieckiego mimo że złota jesień dopiero nadchodzi. Przekłada się to na sytuację społeczną.

Za pierwszej komuny pod koniec lata sezonu łowieckiego nikt nie otwierał, nawet w 1980 roku, kiedy wydawał się on nieuchronny. Sezon łowiecki został jednak otwarty z opóźnieniem, dopiero 13 grudnia 1981 roku i dopiero wtedy w naszym nieszczęśliwym kraju rozbrzmiała na cały regulator pieśń myśliwska: „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój!” Dzisiaj sezon łowiecki rozpoczął się od wypchnięcia na linię strzału prezesa PKOL, pana Radosława Piesiewicza, a przecież nagonka, której przewodzi obywatel Żurek Waldemar, dopiero ruszyła.

Toteż nic dziwnego, że festiwal piosenki w Sopocie o nagrodę Bursztynowego Słowika, który za komuny sprawiał, iż ulice miast pustoszały, a szyby w oknach były „niebieskie od telewizorów”, dzisiaj, owszem, budzi zainteresowanie, ale – powiedzmy sobie szczerze – raczej umiarkowane. Może gdyby śpiewał tam Skolim, co to ma wziąć udział w imprezie u pana prezydenta Nawrockiego, to co innego, bo on śpiewa takie piosenki, których inni artyści zabraniają swoim dzieciom słuchać, a wiadomo, że dzieci powinny słuchać tylko piosenek zatwierdzonych przez zwierzchność, to znaczy – Wielce Czcigodną Nowacką Barbarę, a w ostateczności – Wielce Czcigodną Kotulę Katarzynę.

Ale wszystko ma swoje konsekwencje i dlatego większość społeczeństwa woli słuchać tego, co tam pod dyrekcją Wielce Czcigodnego Giertycha Romana śpiewa przed prokuraturą pan Przemysła Kral, niż tego, co w Operze Leśnej wyśpiewuje, dajmy na to, Margaret.

Stanisław Michalkiewicz

Kto ma władzę nad znaczeniem słów ten rządzi myślą, mową i uczynkiem

Kto ma władzę nad znaczeniem słów ten rządzi myślą, mową i uczynkiem

Autor: CzarnaLimuzyna , 29 sierpnia 2026

Dlaczego Polacy utracili rozum?

Temat ważny i naglący, a dysfunkcja dotyczy nie tylko Polaków, ale jest również dotkliwą bolączką całej ludzkości, idącą w parze z utratą moralnej busoli.

Niektórzy wyjaśniając skrótowo to zjawisko, mówią „Utrata Boga powoduje utratę rozumu”. Nie obejmuje to wszystkich przypadków, bo diabeł i pewna część jego akolitów utraciwszy Boga, nie straciła, szczególnie diabeł, inteligencji. Chyba że zróżnicujemy inteligencję z najwyższym przejawem rozumu czyli mądrością, która według św. Tomasza z Akwinu jest widzeniem świata z perspektywy celu ostatecznego i najważniejszego, jakim jest Bóg.

Okazuje się jednak, że i bez wiary można osiągnąć wysoki stopień mądrości. Przykładem jest niewierzący Bogusław Wolniewicz, który za pomocą logiki oddzielał fakty od złudzeń, którym ulegają głupcy.

Ze swojej brzytwy robią użytek cybernetycy wskazując tylko na jedną i tę samą – wspólną przyczynę zła i głupoty twierdząc, że są one (zło i głupota) konsekwencją braku lub zniekształcenia danych (informacji). W ten sposób redukują przyczynę jedynie do braku informacji.

Cybernetycy postrzegani przez swoich apologetów jako współcześni mistrzowie oświeconych umysłów osiągnęli jedynie poziom Sokratesa, który twierdził, że wystarczy znać dobro, aby je wybrać. Wiemy już, że nie odnosi się to do całej ludzkości. Wielu wybiera zło z powodu zła.

Cybernetycy wskazują, że przyczyna – błąd wejścia oznacza błąd wyjścia czyli wprowadzenie fałszywej informacji powoduje konsekwencję fałszywej reakcji – skutku w postaci fałszywych wyborów pomiędzy dobrem a złem oraz kłamstwem a prawdą.

Pokaż mi swój algorytm, a powiem ci kim jesteś czyli klatka dla Polaków

“Gdybym oglądał telewizję, zniszczyłaby mi ona mózg. Jako filozof nie mogę ryzykować” – Tak mniej więcej brzmiały słowa ks. prof. Tadeusza Guza, które swego czasu usłyszałem. Chodzi oczywiście o media uprawiające propagandę, które stanowią w Polsce dominującą większość.

Słowa „gdybym oglądał telewizję…” wydały mi się wówczas przesadą, ale dziś, mając osobisty kontakt z katolikami, którzy nie stronią od tradycyjnej telewizji i mediów społecznościowych, wiem, że są prawdziwe.

To od wierzącej i praktykującej katoliczki, głosującej na Trzaskowskiego (!), usłyszałem, na własne uszy powszechnie używane przez lewactwo wyrażenia: Polacy też gwałcom oraz skrajna prawica. Po zadaniu pytania czym jest owa skrajna prawica usłyszałem: to ci, którzy nie szanują innych z powodu koloru ich skóry. Temat rozmowy obejmował swoim zasięgiem masowe napady i gwałty dokonywane również na dzieciach przez tzw. migrantów na zachodzie, szczególnie w Potwornej Brytanii.

Nazywanie rasistami ludzi, którzy nie życzą sobie intruzów z innej cywilizacji we własnym kraju jest częstym zabiegiem antypolskiej propagandy manipulującej znaczeniem słów i ich desygnatami. W przypadku mojej znajomej nie chodziło o jej złe intencję, bo ich nie ma, lecz właśnie o to, co jest nazywane, w zależności od stopnia dysfunkcji, ignorancją lub głupotą skostniałą z powodu poznawczej inercji.

Kto ma władzę nad znaczeniem słów ten rządzi myślą, mową i uczynkiem

Więcej na ten temat napisałem we wpisie: Antydiabelstwo i ksenofobia, wyrażając w nim rozczarowanie również i normalnymi – konserwatywnymi liderami opinii publicznej – komentatorami polskiej rzeczywistości, rzeczywistości, której ster trzymają, po raz kolejny w dziejach, wyznawcy totalitaryzmu.

Budanow niechcący ujawnił skalę strat Ukrainy w wojnie

Budanow niechcący ujawnił skalę strat Ukrainy w wojnie

Ukraińskie władze przyznały właśnie coś, co może mieć znacznie większe znaczenie dla oceny sytuacji na froncie, niż wynikałoby to z samego brzmienia komunikatu. Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy i jeden z najważniejszych przedstawicieli ukraińskich władz, powiedział, że Ukraina nie może mobilizować mniej niż 30 tysięcy ludzi miesięcznie, ponieważ jest to „minimalna liczba niezbędna do utrzymania tego, co jest”.

Innymi słowy przyznał, że mniej więcej tyle właśnie wynoszą miesięczne straty w personelu. To spora różnica z oficjalnie deklarowanymi przez kijowską propagandę liczbami.

Budanow niechcący ujawnił skalę strat Ukrainy w wojnie. Według tego przedstawiciela władz w Kijowie napływ 30 tysięcy nowych ludzi miesięcznie nie jest liczbą pozwalającą na rozbudowę armii, przygotowanie wielkiej ofensywy czy zwiększenie jej potencjału, lecz absolutnym minimum potrzebnym do utrzymania obecnego stanu na froncie. Ta wypowiedź jest niezwykle istotna, ponieważ zmusza do postawienia pytania, dlaczego armia ukraińska potrzebuje tak ogromnego, stałego dopływu nowych ludzi.

Jeżeli 30 tys. rekrutów miesięcznie stanowi jedynie poziom konieczny do utrzymania obecnych pozycji, oznacza to, że w tym samym czasie ukraińskie siły zbrojne tracą możliwość wykorzystywania porównywalnej liczby ludzi w dotychczasowych rolach. Nie oznacza to automatycznie, że dokładnie 30 tysięcy żołnierzy miesięcznie ginie na froncie, ponieważ część personelu może wypadać ze służby wskutek ran, chorób, wyczerpania, przeniesienia do innych zadań, zakończenia służby czy innych przyczyn, jednak sama skala koniecznego uzupełniania armii pokazuje, że jej miesięczne zapotrzebowanie na nowy personel jest ogromne.

Co więcej, Budanow nie mówił o wyjątkowym zapotrzebowaniu związanym z przygotowaniem konkretnej operacji wojskowej, lecz o stałym minimum. To właśnie ten element jego wypowiedzi powinien zwrócić szczególną uwagę, ponieważ oznacza, że ukraińska armia potrzebuje dziesiątek tysięcy nowych ludzi nie po to, by stać się liczniejsza, ale po to, by nie stać się słabsza. Przy utrzymaniu takiego poziomu mobilizacji mówimy o setkach tysięcy ludzi w skali roku, a więc o liczbach powoli przekraczających potencjał ludzki państwa prowadzącego już od kilku lat wyniszczającą wojnę.

W tym miejscu pojawia się zasadniczy problem z narracją dotyczącą ukraińskich strat, która przez znaczną część wojny była przedstawiana opinii publicznej w sposób sugerujący, że armia ukraińska ponosi stosunkowo niewielkie straty. W przekazach propagandowych i medialnych wielokrotnie eksponowano ogromne rosyjskie straty, podczas gdy informacje dotyczące strat ukraińskich były znacznie bardziej ograniczone, a ich rzeczywista skala pozostawała przedmiotem sporów i spekulacji.

Najnowsza deklaracja przedstawiciela władz w Kijowie pokazuje, że problem ukraińskich zasobów ludzkich jest znacznie poważniejszy, niż można byłoby sądzić na podstawie takich przekazów. Armia, która rzeczywiście ponosiłaby jedynie minimalne straty, nie powinna potrzebować stałego dopływu co najmniej 30 tysięcy nowych ludzi każdego miesiąca tylko po to, aby utrzymać istniejącą sytuację. Tak ogromne zapotrzebowanie kadrowe musi mieć swoją przyczynę, a najbardziej oczywistą jest stałe zużywanie potencjału osobowego przez działania wojenne – liczbę zabitych i rannych oraz dezerterów.

Skoro 30 tysięcy nowych ludzi miesięcznie jest według ukraińskich władz absolutnym minimum koniecznym do utrzymania obecnego stanu, to ukraińskie siły zbrojne muszą każdego miesiąca kompensować olbrzymi odpływ personelu. Nawet jeżeli część tego odpływu nie wynika bezpośrednio ze śmierci lub ranienia żołnierzy, nie sposób poważnie twierdzić, że mamy do czynienia z armią ponoszącą jedynie symboliczne czy marginalne straty osobowe.

Warto również zwrócić uwagę na kontekst, w którym Budanow wypowiedział te słowa. Jego zdaniem sama zmiana sposobu prowadzenia mobilizacji nie zmieni zasadniczego problemu, ponieważ zapotrzebowanie ilościowe pozostanie takie samo. Jednocześnie ukraińskie władze przyznają, że istnieją problemy społeczne związane z mobilizacją, w tym przypadki bezprawnego lub przymusowego wcielania ludzi do wojska, z którymi państwo powinno walczyć.

Nie jest to obraz sytuacji charakterystyczny dla państwa, które dysponuje niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i wygrywa wojnę. Przeciwnie, kolejne działania ukraińskich władz pokazują, że kwestia personelu staje się jednym z najpoważniejszych ograniczeń zdolności do prowadzenia wojny. Problem nie polega już wyłącznie na tym, ile broni, amunicji czy sprzętu można dostarczyć na front, lecz również na tym, ilu ludzi można jeszcze skierować do jednostek, które muszą utrzymywać linię walki.

Deklaracja Budanowa jest istotna również z innego powodu. Pokazuje bowiem, że rzeczywiste koszty wojny po stronie ukraińskiej są znacznie większe, niż można byłoby wywnioskować z oficjalnego przekazu propagandowego dotyczącego strat. Przez lata społeczeństwa zachodnie otrzymywały przede wszystkim informacje o stratach rosyjskich, podczas gdy straty ukraińskie pozostawały znacznie mniej przejrzyste. Teraz jeden z najważniejszych urzędników państwa ukraińskiego mówi o zapotrzebowaniu, którego nie da się pogodzić z obrazem wojny, w której ukraińskie straty miałyby być niewielkie.

Wypowiedź Budanowa można uznać za jedno z bardziej znaczących demaskacji kondycji ukraińskiej armii. Pokazuje, że Ukraina potrzebuje stałego dopływu ogromnej liczby nowych ludzi, ponieważ obecny zasób osobowy nie wystarcza do utrzymania działań wojennych bez ciągłego uzupełniania. Stoi w wyraźnej sprzeczności z obrazem wojny, w którym ukraińskie straty miałyby być minimalne, a problem niedoboru żołnierzy miałby wynikać przede wszystkim z niechęci społeczeństwa do mobilizacji.

W rzeczywistości jedno i drugie jest ze sobą bezpośrednio związane. Im większe jest zużycie ludzkiego potencjału armii, tym większa musi być mobilizacja, a im większa staje się mobilizacja, tym trudniej władzom przekonać społeczeństwo, że koszty prowadzonej wojny pozostają niewielkie. Dzisiejsze słowa Budanowa są więc przede wszystkim świadectwem tego, że problem ukraińskich strat osobowych i niedoboru ludzi osiągnął skalę, której nie można już łatwo ukryć za pozytywnymi komunikatami o sytuacji na froncie.

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

prof. Witold Modzelewski

Jak można skutecznie znokautować nas intelektualnie, pozbawiając zdolności rozumienia własnych interesów?

Wiemy od dawna: po pierwsze trzeba nas przekonać, że świat, w którym rządzą cudze interesy, jest uporządkowany i bezpieczny, a każda jego zmiana dla naszego dobra przyniesie chaos. Po drugie, trzeba nam narzucić kryteria racjonalności, które uzasadniają prymat i chronią cudze interesy; zgodnie z tą logiką wszelkie działania w naszym interesie są „absurdalne” i „nie mieszczą się w (racjonalnej) głowie”.

Przypomnienie tych dwóch, wydaje się oczywistych reguł, które wprost formułowali np. niemieccy politycy w czasie, gdy tworzyli atrapę polskiej państwowości w 1916 roku (Akt Dwóch Cesarzy), ma sens, zwłaszcza dziś. Wmówiono nam, że każda, nawet najbardziej absurdalna wersja urządzenia tej części świata przez wyimaginowany „Zachód” jest dla nas „bezpieczna” i jest to jedyny dobry wariant. Wmówiono nam również, że mamy przejmować wszystkie jak leci wzorce „europejskie” i „atlantyckie”, a nasz ewentualny sprzeciw w imię obrony naszych interesów jest „bez sensu”: gorzej – jest nawet „zdradą” i „wpisywaniem się w kremlowską propagandę”.

Przykładów jest aż nadto, więc tylko wspomnę: narzucono nam zasady „dekarbonizacji”, czyli scenariusz zniszczenia naszej energetyki; harmonizację prawa podatkowego, czyli destrukcję systemu fiskalnego; oraz „politykę migracyjną” Unii Europejskiej, czyli powolne, ale skuteczne zniszczenie pokoju społecznego. Przede wszystkim wmówiono nam, że świat, w którym obowiązują te wrogie zasady, jest dla nas „korzystny”.

Absurd? Oczywiście, ale my mamy w tym absurdzie czuć się „bezpiecznie” i bez szemrania godzić się, płacąc horrendalne ceny za nośniki energii, niszczyć swój przemysł oraz akceptować okradanie budżetu z naszych pieniędzy przy pomocy unijnej wersji VAT-u. Przecież są to działania wrogie, ale ich autorów mamy nazywać „sojusznikami”, a tym bardziej „przyjaciółmi”. Istotą mądrości jest umiejętność odróżnienia wrogów od przyjaciół.

Kiedyś, u zarania III RP, powstał ponadpartyjny konsensus na temat polityki zagranicznej, którą klasa polityczna łaskawie „wyjęła spod debaty politycznej”. Ich zdaniem „ciemny lud” nie ma nic do gadania na ten temat, bo oni wiedzą lepiej, że musimy bezwarunkowo i bez reszty „należeć do Zachodu” i np. za darmo pomagać „walczącej Ukrainie”, której idolami są „bohaterowie UPA”. Ten, kto a priori i bezwarunkowo podporządkuje się innym państwom (semper fidelis – „zawsze wierni”), nie nadaje się do jakiejkolwiek polityki, bo jej istotą jest możliwość manewru i groźba odwrócenia sojuszy. To wiedza podręcznikowa, której niedouczone „elity”, jak widać, nie posiadają.

Dziś już można w miarę otwarcie oceniać ich mizerne kompetencje, a przede wszystkim dziecinną naiwność w ocenie tzw. Zachodu. Przypominanie dziś ówczesnych wypowiedzi na temat „doskonałości” wszystkiego, co wymyślił ów Zachód, budzi już tylko zażenowanie. Nie będę litościwy i tylko wspomnę bzdury wypisywane w tasiemcowych wywiadach publikowanych swego czasu np. w „Gazecie Wyborczej” na temat „zalet unijnego VAT-u”: o masowych wyłudzeniach i oszustwach wtedy nie padło tam ani jedno słowo.

Czy owo aprioryczne podporządkowanie się, które daje drugiej stronie możliwość bezkarnej wrogości („widziały gały co brały”), wynikało tylko z głupoty, czy też naiwności? Nie będę drążyć tego tematu, bo mogłoby to nas doprowadzić do przygnębiających wniosków. Wszak już nie raz w przeszłości nasi polityczni aktywiści kierowali się zasadą „brać nie kwitować”. Ciekawe, czy pamiętamy, kto wypowiedział te słowa? Ale to było dawno, w czasach gdy „niepodległościowi” politycy kolaborowali z austriackim zaborcą. Dziś jest to oczywiście całkowicie niemożliwe.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Pustka państwa polskiego

Pustka państwa polskiego

Mateusz Piskorski

Żyjemy w czasach kontraktualizmu, czyli przekonania o tym, że państwo zawiera z obywatelami pewną umowę społeczną.

Współczesne państwo na tzw. Zachodzie, do którego przecież z dumą odnoszą się kolejni przedstawiciele polskiej klasy politycznej, opiera się właśnie na takim założeniu, za prekursora którego uchodzi jeden z fundatorów myśli liberalnej, John Locke. Jeśli zatem potraktujemy poważnie filozofię ustroju istniejącego w Polsce po 1989 roku, dojdziemy do wniosku, że działamy w ramach pewnej umowy, zresztą pisanej, bo określonej w Konstytucji. To ustawa zasadnicza stanowi przecież o naszych obowiązkach, ale też o tym, co należy nam się w zamian od państwa, które mamy uznawać za nasze.

Bankructwo owego państwa, przejawiające się w bardzo różnych sferach, każe jednak przypuszczać, że znajdujemy się na coraz szybszej drodze do jego delegitymizacji, czyli utraty wartości obecnej formuły państwowej w oczach obywateli. Oczywiście jakieś znaczenie może tu mieć wynikająca z historycznych doświadczeń mentalność Polaków, często w przeszłości, zasadnie bądź nie, uznających kolejne struktury władzy za wrogie sobie i polskim interesom.

Jak to wygląda współcześnie? Delegitymizacja państwa dokonywana przez klasę polityczną ma co najmniej trzy poziomy. Pierwszy poziom to reakcja na oczekiwania wobec nas ekstremalne, czyli liczenie przez władze warszawskie, że gotowi będziemy oddawać życie, zdrowie i mienie, by stawić czoła desygnowanemu przez nich wrogowi. Problem w tym, że nikt racjonalnie myślący w ich rozróżnienie przyjaciel – wróg dawno już nie wierzy. W efekcie rośnie liczba Polaków, która za to państwo w jego obecnej formule nie jest gotowa przelać nie tylko ani jednej kropli krwi, ale nawet ani jednej kropli potu i ani jednej złotówki. Poniżej 1/3 Polaków, według różnych przeprowadzanych w ostatnich latach sondaży, gotowa byłaby (deklaratywnie) zrealizować obowiązek obrony Ojczyzny w przypadku wybuchu wojny. To dość naturalne, bo Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym wojna jest, mając ją pod nosem, za południowo-wschodnią granicą. Wiedzą, że na pewno nie jest ona cukierkowatą, kiczowatą przestrzenią „heroizmu”, jak przedstawiały ją pseudopatriotyczne produkty kultury masowej rodem z TVP, szczególnie za rządów PiS.

Po drugie, Polacy stają się przeciwnikami podatków i danin. Wcale nie dlatego, że przekonali się do tez głoszonych przez libertarian. Większość z nich gotowa byłaby do ponoszenia ciężarów fiskalnych, gdyby mogła liczyć w rewanżu na państwo i jego struktury. Jak jednak przekonać Polaków do płacenia składek na ubezpieczenie, jeśli służba zdrowia wygląda tak, jak wygląda? Jak uzasadnić im konieczność płacenia podatków w sytuacji, w której nie mogą od swojego państwa oczekiwać wywiązywania się z zobowiązań w dziedzinie polityki społecznej, czyli po prostu – realizowania zawartej z nami wszystkimi umowy społecznej? Dlatego rośnie i wzrastać będzie nadal sentyment antypodatkowy, wcale nie doktrynalny czy doktrynerski, lecz po prostu sytuacyjny i racjonalny.

Po trzecie, państwo polskie od lat już nie oferuje żadnego porywającego projektu na poziomie celów, nawet tych odległych i wyobrażonych. A to przecież właśnie rozmaite projekty i dalekosiężne cele, ubrane w szaty porywających idei, mobilizują nas do działania na rzecz jakiejś struktury życia zbiorowego. Nieprzypadkowo okazało się ostatnio, że w toczących się wojnach i konfliktach determinacja i motywacja ideologiczna wciąż mają znaczenie, nawet w obliczu przewagi technologicznej i ogniowej wroga (najlepszym przykładem jest tu Iran).

W tych okolicznościach Polak po prostu nie może być państwowcem – znów: w rozumieniu praktycznym, a nie pewnej wzniosłej i pewnie bliskiej sercom i umysłom wielu z nas idei państwa. Po prostu łamiąca wobec niego zobowiązania III RP jest coraz mniej uznawana za państwo „jego”, a coraz częściej postrzegana jako wrogi instrument „ich”. Będzie to w przyszłości duży problem dla nas wszystkich. Obecna pustka znaczeniowa i niewiarygodność kontraktowa państwa polskiego powodują bowiem, że dalszej erozji ulega w oczach naszego narodu państwowość jako taka.

Może to prowadzić na umysłowe bezdroża: albo do przekonania, że skoro państwo nie zdaje egzaminu, to trzeba zastąpić je inną, bardziej wiarygodną, przynajmniej na pierwszy rzut oka, strukturą (np. Unią Europejską); albo do myśli anarcho-libertariańskiej, w ogóle odrzucającej sensowność tworzenia projektów państwowych i poszukującej innych, często dość utopijnych form organizacji społecznej. Wszystko to „zawdzięczamy” tym, którzy od kilku już dekad w sposób całkowicie nieudolny próbują przekonywać nas do tego, że wymyślona przez nich [dla nich… md] konstrukcja jest państwem polskim.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Po ujawnieniu tajnych planów nuklearnych Pentagonu Trumpowi grozi wszczęcie procedury impeachmentu

Po ujawnieniu tajnych planów nuklearnych Pentagonu Trumpowi grozi wszczęcie procedury impeachmentu. Joe Kent omawia dalsze kroki z Tuckerem.

Tucker Carlson przeprowadził wywiad z Joe Kentem 28 sierpnia 2026 roku. Kent był dyrektorem Narodowego Centrum Antyterrorystycznego i, według jego własnych relacji, opuścił administrację Trumpa z powodu wojny iracko-irańskiej. Film nosi tytuł „Impeachment wisi nad Trumpem po ujawnieniu planów nuklearnych Pentagonu: Joe Kent o tym, co dalej”. Carlson zabiera głos jako pierwszy, po czym następuje wywiad.

https://youtube.com/watch?v=9POOfL7fo7c%3Ffeature%3Doembed

Carlson: Wskazania na obniżający się próg nuklearny

Carlson zaczyna od tezy, że ludzki mózg odpiera możliwość katastrof. Świadkowie strzałów często mylą je z fajerwerkami, a pożar domu z przypalonym tostem. Wojna nuklearna jest zatem niewyobrażalna dla większości Amerykanów. Jednocześnie, argumentuje Carlson, pojawiają się coraz liczniejsze sygnały, że rządy ponownie rozważają ją jako opcję.

Jako dowód podaje następujące informacje:

  • Rosja zrewidowała swoją doktrynę nuklearną.
  • Stany Zjednoczone dokonują obecnie rewizji swojego prawa.
  • Izrael od dziesięcioleci grozi ofensywnym użyciem broni jądrowej.
  • Stany Zjednoczone i Izrael nie mają polityki „no-first use”.
  • Od 1945 roku broń jądrowa zapobiegła wojnie światowej, ponieważ nikt nie mógł jej wygrać. Sytuacja ulegnie zmianie, jeśli państwa zaczną myśleć o broni jądrowej, takiej jak artyleria czy pociski.

Według Carlsona, taktyczna broń jądrowa przeciwko Iranowi, w tym cele takie jak wyspa Kharg i góra Kilof, były omawiane w Pentagonie w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Stwierdził, że zaprezentowano slajdy na ten temat i uważa to za potwierdzone. Marjorie Taylor Greene wcześniej publicznie twierdziła, że ​​atak nuklearny na Iran jest omawiany na spotkaniach strategicznych. Biały Dom i Pentagon nie potwierdziły tego publicznie. Niezależnie, Elbridge Colby, podsekretarz obrony, ogłosił rewizję doktryny, mającą na celu zapewnienie prezydentowi „wiarygodnych, racjonalnych opcji nuklearnych”. Stany Zjednoczone zastrzegają już sobie prawo do użycia broni jądrowej jako pierwsze w pewnych okolicznościach.

Carlson twierdzi, że każdy, kto proponuje dobrowolne, ofensywne użycie broni jądrowej, zagraża życiu na planecie i powinien zostać odsunięty od wszelkich funkcji decyzyjnych.

Nie miało to miejsca podczas odpowiednich spotkań. Prezydent USA wielokrotnie groził „całkowitym zniszczeniem” Iranu i jego cywilizacji. Takie zniszczenie nie jest możliwe przy użyciu konwencjonalnych środków. Biały Dom zaprzecza, jakoby Trump proponował broń jądrową. Carlson uważa to za nieprawdę.

Rosja, Ukraina i lot do Moskwy

Carlson opisuje wojnę z Rosją jako nabierającą tempa, choć media amerykańskie poświęcają jej niewiele uwagi. Kraje NATO, Stany Zjednoczone i mocarstwa zachodnioeuropejskie wielokrotnie atakują dronami cele głęboko w Rosji, w tym obiekty energetyczne, plaże, szkołę i Kreml. Rosyjska gospodarka nie zostaje zniszczona, ale jest poszkodowana. Giną cywile.

Przed wyborami do Dumy 20 września w Rosji rośnie presja na władze, by podjęły działania przeciwko atakom, które Carlson przypisuje nie tylko Ukrainie, ale także jej sponsorom i celom, w tym CIA. Putin nie jest absolutnym dyktatorem i reaguje na nastroje ośrodków władzy i opinii publicznej.

Według Carlsona, zachodni decydenci chcieli sprowokować Rosję do radykalnej reakcji – na przykład przeciwko Kijowowi, Polsce lub Europie Zachodniej – aby przekształcić ją w otwartą wojnę, którą, jak wierzyli, mogli wygrać. Wskazuje on na Napoleona w 1812 roku i hitlerowską operację Barbarossa jako nieudane próby przejęcia kontroli nad Rosją siłą.

Carlson przedstawia fragment rozmowy z rosyjskim politykiem Leonidem Słuckim. Słucki stwierdza w niej, że Rosja nie planuje ataku nuklearnego, dopóki Zachód nie dostarczy Ukrainie taktycznej broni jądrowej. Gdyby do tego doszło, Moskwa musiałaby rozważyć „środki asymetryczne”. Carlson nazywa dostarczenie broni jądrowej Ukrainie pierwotną logiką wojny: Rosja nie chciała obcej broni jądrowej na swojej zachodniej granicy. Groźba przystąpienia Ukrainy do NATO za czasów Bidena i poprzednich rządów, w tym Busha, doprowadziła do inwazji. Konsekwencją były setki tysięcy ofiar śmiertelnych i wyludnienie Ukrainy.

Carlson porusza dwa kwestie:

Po pierwsze, USA toczą wojnę z Rosją. Nie chodzi o wyzwolenie Ukrainy. Waszyngton poparł zamach stanu w 2014 roku, aby przejąć kontrolę nad rządem. Celem jest podział Rosji i Ukrainy. Cytuje Zbigniewa Brzezińskiego: Razem tworzą supermocarstwo. Dyrektor CIA, John Ratcliffe, przyleciał do Moskwy kilka dni wcześniej amerykańskim samolotem wojskowym i polecił Kijowowi wstrzymać ofensywę na czas wizyty. Ktokolwiek może powstrzymać walki, prowadzi tę wojnę.

Po drugie, państwa stają się groźniejsze, gdy słabną. Silne mocarstwa chcą utrzymać status quo. Carlson wyjaśnia, że ​​Pentagon mówi o broni jądrowej przeciwko Iranowi nieposiadającemu broni jądrowej, stwierdzając, że Stany Zjednoczone nie kontrolują już konwencjonalnie Zatoki Perskiej. Marynarka wojenna nie może otworzyć Cieśniny Ormuz. Wycofanie się, jeśli Iran kontroluje cieśninę, byłoby równoznaczne z przegraną wojną, a konsekwencje sięgałyby potencjalnej utraty statusu waluty rezerwowej dolara. Opcje to wycofanie się lub przyspieszenie katastrofy nuklearnej. Powinno to zostać upublicznione do końca sierpnia 2026 roku, aby wywrzeć presję.

Kent: Zmiana reżimu i analogia do Japonii

Carlson pyta Kenta, czy USA zmierzają w stronę użycia jako pierwsi broni nuklearnej. Kent odpowiada, że ​​muszą działać zgodnie z kryteriami ustalonymi przez prezydenta. Trump domagał się całkowitej kapitulacji i zmiany reżimu, którą później złagodził, ale implicite nadal wzywał do upadku irańskiego przywództwa. Pod koniec sierpnia nie doszło do tego, biorąc pod uwagę dostępne zasoby wojskowe.

Sankcje i istniejąca kampania powietrzna okazały się niewystarczające. Pozostały dwie opcje: wojska lądowe lub broń masowego rażenia. Kent uważa inwazję za nieodpowiednią nawet przy mobilizacji takiej jak w 2003 roku i ówczesnej koalicji: Iran jest zbyt duży, teren zbyt trudny, a wola polityczna niewystarczająca. Obalenie rządu doprowadziłoby do powstania.

Jeśli skupimy się bardziej na niezdolności Iranu do zbudowania broni jądrowej i na Górze Kilofów, pokusa ograniczonego ataku taktycznego na cel wojskowy, a nie na miasto, staje się oczywista. Im dłużej się kalkuluje, tym bardziej zbliżamy się do japońskiego scenariusza z 1945 roku: brak gotowości do lądowania, stąd bomba. Rząd szuka wyjścia z sytuacji.

Niejasne cele wojny

Carlson pyta, czy żądanie bezwarunkowej kapitulacji było błędem. Kent twierdzi, że Waszyngton nie sformułował jasnego celu strategicznego przed przystąpieniem do wojny, a następnie kilkakrotnie podnosił poprzeczkę. Pentagon musi znaleźć rozwiązania, wykorzystując środki militarne, dla celu, który sam prezydent zmienia: upadek reżimu, otwarcie Ormuz, „Iran nigdy nie może posiadać bomby”.

Kent uważa, że ​​presja w tym zakresie pochodzi przede wszystkim ze strony Izraela. Przywódcy Izraela chcą dekapitacji reżimu i są gotowi zaakceptować trwałą destabilizację; Amerykanie nie, dlatego trzeba im wmówić cel. Negocjacje w sprawie programu nuklearnego zakończyły się sukcesem. Dlatego wojna została przyspieszona przed wojną dwunastodniową. Operacja Midnight Hammer miała zakończyć debatę na temat wzbogacania uranu. Iran powrócił do stołu negocjacyjnego. Później ponownie zażądano całkowitej kapitulacji.

Kent przytacza Memorandum of Understanding jako przykład pragmatycznego momentu: Trump stwierdził, że kraj stoi w obliczu katastrofy gospodarczej i że Cieśnina Ormuz musi zostać ponownie otwarta. Presja wewnętrzna podważyła to. Marco Rubio został wysłany do Libanu i zawarł umowę poboczną, która unieważniła Memorandum. Statki mogły przepływać przez cieśninę wbrew umowie. Z powodu tej niejasności Kent uważa możliwość ataku nuklearnego za poważną.

Usunięcie ze stanowiska

Carlson wyjaśnił, że sprzeciwiał się obu poprzednim procedurom impeachmentu, uważał stabilność za ważną i osobiście nie nienawidził Trumpa. Jednak każdy prezydent, który aktywnie rozważał pierwsze użycie broni jądrowej, powinien natychmiast ustąpić. Każdy, kto tolerował takie wypowiedzi podwładnych, nie nadawał się na urząd.

Kent zestawia to z twierdzeniem Trumpa, że ​​kwalifikował się do impeachmentu, ponieważ kwestionował głosowanie korespondencyjne i wzywał do protestów. Groźba zniszczenia cywilizacji wywołuje zaledwie marginalne komentarze opozycji podczas przesłuchań, na przykład w sprawie użycia pocisków przechwytujących. Wskazuje to na dwupartyjny konsensus w sprawie wojny, zwłaszcza z Iranem, oraz na wpływ lobby izraelskiego. Więcej kontrowersji wzbudziła wojna na Ukrainie. W przypadku wojny z Iranem większość opozycji pochodzi od republikanów lub byłych republikanów, którzy argumentują, że nie było to ich mandatem wyborczym.

Carlson stwierdza, że ​​to fakt, a nie przypuszczenie, że pierwszy atak ofensywny był omawiany na spotkaniach w Pentagonie i dokumentowany na slajdach. Greene został zdymisjonowany; w rządzie wiadomo, że to prawda.

Kent twierdzi, że odszedł z administracji, ponieważ kultura nakazuje podążać za szefem. Każdy, kto nie potrafi tego zrobić, powinien odejść. Brakuje kolejnych rezygnacji. Nikt nie mówi prezydentowi, że najlepszym rozwiązaniem jest teraz wycofanie się. System motywacyjny w Waszyngtonie i sposób doboru personelu stanowią problem strukturalny. Każdy przywódca państwa, który proponuje początkowe rozmieszczenie sił, utracił prawo do przewodzenia.

Liban i reakcja USA

Carlson posiada informacje wskazujące na możliwość eskalacji sytuacji przez rząd Netanjahu przed październikowymi wyborami w Libanie. Kent odpowiada, że ​​reakcja USA na działania Izraela w najlepszym przypadku polega na dystansowaniu społecznym, które następnie jest szybko wycofywane pod pretekstem samoobrony.

Relacje się nie zmieniły. Izrael nadal korzysta z dostępu do wrażliwych zasobów Departamentu Obrony i agencji wywiadowczych, a także z pomocy obronnej w wysokości około czterech miliardów dolarów. Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę na prośbę Izraela. Kent podaje koszty rzędu 300 miliardów dolarów i 18 ofiar śmiertelnych wśród Amerykanów.

Izrael mógł działać w Libanie bez amerykańskiej pomocy. Ponieważ wojna szła źle dla Waszyngtonu, Iran zmienił swoje wsparcie dla Hezbollahu z tajnego na jawne i wystrzelił rakiety balistyczne w kierunku Izraela. Liban był stroną Porozumienia o Porozumieniu. Jego pierwszym naruszeniem było dodatkowe porozumienie, które pozwoliło Izraelowi na przeprowadzenie ofensywy w tym kraju. Dla Likudu Liban był łatwiejszym sposobem na ponowne zaognienie konfliktu bez tak otwartego obrażania Trumpa przed wyborami uzupełniającymi, jak zrobiłby to, atakując Iran.

Carlson konkluduje, że przyszłość Stanów Zjednoczonych zależy od perspektyw wyborczych Likudu w kraju liczącym dziewięć milionów mieszkańców. Kent twierdzi, że brzmi to przesadnie, ale odzwierciedla bieg wydarzeń od czasu przystąpienia USA do wojny w lutym. Minister spraw zagranicznych i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio wyjaśnił, dlaczego Stany Zjednoczone interweniowały: Izrael był w obliczu ataku, a Iran tym razem miał odpowiedzieć odwetem. Działania Izraela doprowadziły do ​​śmierci partnerów negocjacyjnych i pozostawiły Teheran z twardszym przywództwem. Wszelkie próby wycofania się są udaremniane przez działania w Libanie. Trump jest uważany przez wielu w Izraelu za ostatniego prezydenta zdecydowanie pro-izraelskiego do stycznia 2029 roku.

Wpływy na Trumpa

Carlson pyta, dlaczego Trump pozostaje pod wpływem tych samych aktorów, którzy forsowali wojnę z Iranem, a wcześniej – antyrosyjskie stanowisko. Wojna niszczy jego dziedzictwo, jego rodzinę, jego kraj i jego partię. Trump publicznie wyraża swój gniew.

Kent nazywa to pytaniem epoki. Trump kandydował w 2016 i 2024 roku, krytykując wojnę w Iraku i wojnę na Ukrainie, a także imigrację i handel. Kent wspierał go od czasu, gdy Trump zaatakował wojnę w Iraku w debacie z Jebem Bushem. Pozostaje niejasne, dlaczego ktoś z takim instynktem wpadł w przewidywalną pułapkę.

Kent wymienia następujące możliwe czynniki: odwoływanie się do ego; operacja w Wenezueli, która stworzyła wrażenie, że przywódcy mogą zostać szybko pojmani lub zabici; oraz okno możliwości, w którym wojna była przedstawiana jako łatwa. Na początku 2025 roku Trump był przeciwny strategiom militarnym dla Iranu i polegał na negocjacjach Steve’a Witkoffa. Kent nie wie, dlaczego zmienił zdanie. Należy również zbadać działania Butlera, naruszenia bezpieczeństwa i zabójstwo Charliego Kirka, który sprzeciwiał się wojnie z Iranem. Kent nie łączy tych czynników z udowodnionym spiskiem, ale nie chce ich wykluczyć.

Carlson mówi, że osoby bliskie Trumpowi wskazały na Wenezuelę 4 stycznia i doniesienia Mossadu, że Iran można „rozwiązać” w podobny sposób jak Maduro: zabijając ajatollaha. Po tym, jak Izrael podważył rozwiązanie wynegocjowane, Trump wysłał wiceprezydenta, aby go skrytykował. Sytuacja przypominała tę z początków wojny. Nie można już twierdzić, że to oszustwo.

Kent twierdzi, że Trump mógłby przedstawić wycofanie jako zwycięstwo w polityce wewnętrznej. Fakt, że tego nie robi, mimo że Irańczycy nie podpisali jeszcze porozumienia na pożądanych warunkach, a kwestia Ormuzu podlega negocjacjom, wskazuje na głębsze wpływy niż ego czy dezinformacja.

Carlson twierdzi, że rozmawiał z Trumpem często przed wybuchem wojny i nie widział w nim entuzjazmu, lecz rezygnację. Uważa, że ​​każdy, kto odrzuca pytania o przyczynę wybuchu wojny, nazywając je teorią spiskową, jest nieuczciwy.

Kellogg i mobilizacja kobiet

Carlson ma na myśli Keitha Kellogga, byłego wysłannika Trumpa na Ukrainę. Kellogg powiedział w Kijowie, że kobiety powinny zostać zmobilizowane, ponieważ walczą równie dobrze jak mężczyźni. Rada Najwyższa oświadczyła następnie, że mobilizacja kobiet nie jest ani planowana, ani nie jest prowadzona. Kobiety mogą służyć dobrowolnie; niektóre grupy zawodowe muszą się zarejestrować, bez automatycznego wysyłania na linię frontu.

Carlson nazywa oświadczenie Kellogga podżeganiem do wysyłania ukraińskich kobiet na wojnę. Kent uważa, że ​​obecność obecnych i byłych urzędników USA w Kijowie jest problematyczna, ponieważ przedłuża wojnę. Ukraina jest wspierana przez USA, Wielką Brytanię i NATO. Waszyngton wykorzystuje ukraińskich żołnierzy jako narzędzie do osłabiania Rosji. Stanowisko Zełenskiego nie zostało potwierdzone w wyborach, ustanowił on państwo policyjne i zdelegalizował największy kościół chrześcijański. Carlson mówi o celowej depopulacji i planowanej imigracji jako o substytucie. Kent twierdzi, że połączenia zachodniego finansowania i rosyjskiej przewagi militarnej nie da się interpretować inaczej. Ograniczony atak nuklearny USA lub Izraela na Iran dałby Putinowi nową normę.

Wycieczka Ratcliffe’a do Moskwy

Kent rozważa dwie możliwe interpretacje. Korzystna: deeskalacja, mniej ataków na infrastrukturę i ludność cywilną, wstrzymanie realizacji celów energetycznych ze względu na sytuację w Ormuz. Druga: Rosja powinna zaakceptować dalsze ataki i nie podejmować działań odwetowych poza Ukrainą, ponieważ Waszyngton chce zachować otwartą drogę do eskalacji w Iranie.

Nie jest jasne, dlaczego Moskwa miałaby tego słuchać. Sankcje Bidena i wykluczenie ze SWIFT zmniejszyły wpływy Zachodu. Trump obiecał pokój, ale nie zaprzestał finansowania i pomocy wywiadowczej dla Ukrainy. Rosjanie zdają sobie sprawę z roli USA.

Carlson pyta, dlaczego Trump nie zakończył wojny na Ukrainie, mimo że obwiniał o nią Bidena, obawiał się pojednania Rosji z Chinami i obiecał szybkie rozwiązanie. Kent odpowiada, że ​​Trumpowi nie udało się opanować CIA, aparatu wywiadowczego i przemysłu zbrojeniowego. Dostawy broni były biznesem, który teraz okazał się fiaskiem w wojnie iracko-irańskiej. Po Afganistanie CIA znalazła nową misję na Ukrainie. Trump zażądał negocjacji, ale nie wstrzymał ofensywy.

Kent dostrzega ten sam schemat w Syrii – gdzie zginęła jego żona – i w Afganistanie: prezydent chce się wycofać, ale machina działa dalej. Trump dawał powiernikom odręczne notatki, ponieważ nie ufał systemowi, ale nie wdrażał wycofywania wojsk krok po kroku. Putin widział, że sytuacja na miejscu się nie zmienia i mówił o „ludziach w ciemnych garniturach”. Ratcliffe był wcześniej dyrektorem wywiadu krajowego, ale nie wywodził się z wywiadu operacyjnego. W CIA są tylko dwaj nominaci polityczni. Bez znajomości programów operacyjnych kurs pozostaje niezmieniony. Z powodu rozczarowania Putinem, Trump dążył do kontynuacji wojny w Europie i krajach uprzemysłowionych.

Czy wojny można zakończyć w krótkim okresie

Kent uważa, że ​​na oba te aspekty można wpłynąć pod wpływem odpowiedniego przywództwa. Trump mógłby wycofać wojska i znieść blokadę Bliskiego Wschodu, znacznie ograniczyć pomoc dla Izraela i zaoferować Teheranowi złagodzenie sankcji w zamian za otwarcie Cieśniny Ormuz. Zmniejszyłoby to napięcia, ale nie rozwiązałoby wszystkich kwestii dyplomatycznych.

Ukraina jest w trudniejszej sytuacji. Rosja postrzega wojnę jako egzystencjalną. Stany Zjednoczone mogłyby oświadczyć, że Donbas i Krym nie są dla nich egzystencjalne, wycofać swoje wsparcie, przekonać partnerów z NATO do tego samego i zaoferować zawieszenie broni. Nie jest pewne, czy wojna zakończy się całkowicie. Kent uważa, że ​​ryzyko eskalacji nuklearnej może się zmniejszyć – pod warunkiem, że Trump będzie dążył do tego z taką samą intensywnością, jak do innych inicjatyw.

Carlson kończy stwierdzeniem, że Kent jako pierwszy publicznie podniósł kwestię przyczyn bezczynności.

Trump ukrył misję w Moskwie przed własnymi doradcami. Spekulacje, plotki…

Larry Johnson: Trump ukrył swoją misję w Moskwie przed własnymi doradcami. Ujawnił, co tak naprawdę oznaczał ten lot.

Dyrektor CIA John Ratcliffe poleciał do Moskwy niezapowiedzianym samolotem C-17 25 sierpnia 2026 roku. Oficjalnie miał ostrzec Rosję przed zbliżającym się atakiem na terytorium NATO. W wywiadzie dla Brandona Weicherta na kanale Mario Nawfala, były analityk CIA Larry Johnson wyjaśnia, dlaczego nie wierzy w tę interpretację – i co jego zdaniem tak naprawdę oznaczał ten lot.

https://youtube.com/watch?v=9MS_stwAeCk%3Ffeature%3Doembed

Poniższa rozmowa nie jest beznamiętnym podsumowaniem sytuacji. Johnson, który prowadzi bloga Sonar21, łączy tory lotów, logikę wojskową i spekulacje w kontrnarrację: Waszyngton zagraża nie z powodu siły, ale ze względu na słabość. Europa jest wydrążona. Ukraina chyli się ku upadkowi. A potencjalny atak nuklearny na Iran mógłby ogarnąć europejską strefę działań wojennych.

Tajny lot – i dlaczego Trump rzekomo nie poinformował o nim swoich doradców

25 sierpnia samolot C-17A Sił Powietrznych USA (sygnał wywoławczy REACH 4555) wylądował na lotnisku Moskwa-Wnukowo po międzylądowaniu w Rydze. Na pokładzie: dyrektor CIA John Ratcliffe. Była to pierwsza znana wizyta urzędującego dyrektora CIA w Rosji od czasu wizyty Williama Burnsa w listopadzie 2021 roku. Ani Biały Dom, ani CIA nie wyjaśniły publicznie celu wizyty. Kreml później mówił o kontaktach wywiadowczych, a nie o spotkaniu z Putinem.

„Wall Street Journal” doniósł później, że Trump utrzymywał w tajemnicy niektórych ze swoich najbliższych doradców w sprawie misji. Ratcliffe został osobiście wysłany przez prezydenta, bez udziału osób, które normalnie pomogłyby w przygotowaniu takiej wiadomości. Trump nazwał wizytę u Glenna Becka „pół-rutynową”. Nie jest. Dyrektorzy CIA nie latają do Moskwy co kilka miesięcy.

Oficjalna wersja, która później wyciekła, głosiła, że ​​Ratcliffe ostrzegał Rosję przed atakami na terytorium NATO, jednocześnie wywierając presję na nią, by ograniczyła wsparcie dla Iranu. Amerykańskie agencje wywiadowcze podobno wcześniej oceniały, że Rosja może rozpocząć ograniczoną ofensywę przeciwko państwu członkowskiemu Sojuszu w nadchodzących latach – w procesie „eskalacji do deeskalacji”. Waszyngton miał również prosić Kijów, aby w tym okresie nie przeprowadzał nalotów dalekiego zasięgu na Moskwę i Sankt Petersburg.

Johnson odrzuca ostrzeżenie jako zwykły teatr. Dwa dni później, jak zauważa moderator, Maria Zacharowa zwróciła się do prasy: jeśli Wielka Brytania będzie kontynuować ataki Storm Shadow, Rosja odpowie poza Ukrainą. Groźba nie jest zatem skierowana do „Europy jako całości”, lecz do konkretnych zachodnich dostaw broni i ich krajów pochodzenia.

Dlaczego C-17, a nie Gulfstream CIA?

Oto najbardziej spektakularne twierdzenie Johnsona. Dyrektor CIA ma Gulfstream V o zasięgu więcej niż wystarczającym na trasie Andrews-Moskwa. Istnieją również samoloty dowódcze bazujące na Boeingach 737 i 757. Dlaczego więc C-17?

Konwencjonalne wyjaśnienie jest proste: C-17 może przenosić kabinę konferencyjną typu roll-on SCIF, czyli „Roll-On Conference Capsule”, a także pojazdy, personel ochrony i sprzęt elektroniczny. W przypadku misji o szczególnym znaczeniu w rosyjskiej przestrzeni powietrznej jest to prawdopodobne.

Johnson i brytyjskie źródło („Commodore Jeremy”) uważają to za kiepską przykrywkę. C-17 został wybrany, jak twierdzą, ze względu na możliwość przewożenia trumien. Rosja rzekomo przekazała ciała zabitych paramilitarnych żołnierzy CIA, a Ratcliffe je zabrał. Gdyby to była prawda, byłby to ogromny skandal. Nie ma niezależnego potwierdzenia tej informacji. Ani amerykańskie media, ani rosyjskie władze nie poinformowały o żadnych repatriacjach zwłok. Ta teoria nie wyjaśnia wyboru samolotu lepiej niż udokumentowany sprzęt SCIF. Pozostaje to spekulacją.

Johnson wyciąga jednak strategiczny wniosek: gdyby dziesiątki agentów CIA zginęły, a Moskwa nadal nie przeprowadziła „pocztowego” ataku na Europę NATO, to Rosja nie chciałaby wojny z NATO. Argument ten jest uzasadniony lub nie, jeśli opiera się na tej nieudowodnionej przesłance.

Colby w Brukseli: Ameryka nie ustępuje rusofobii.

Weichert rozpoczyna od Financial Times : Elbridge Colby, podsekretarz stanu ds. polityki obronnej, skrytykował Europejczyków za „morze czerwieni” luk w militarnych strukturach i zażądał „więcej od Zjednoczonego Królestwa”. Colby przebywał w Brukseli w tym samym tygodniu w ramach przeglądu obecności wojsk w Europie, prowadzonego przez Stany Zjednoczone. Waszyngton chce, aby Europa przewodziła własnej obronie konwencjonalnej. Nie jest to potwierdzenie rychłej inwazji Rosji, a raczej presja na sojuszników, aby zlikwidowali luki, podczas gdy Stany Zjednoczone chcą utrzymać siły dostępne na innych teatrach działań.

Dla Johnsona to kluczowa kwestia: amerykańskie władze nie dają się nabrać na europejską narrację alarmistyczną. Ostrzeżenie Ratcliffe’a „nie dotyczy Rosji” to dyplomatyczny odpowiednik ostro sformułowanego listu – bo brakuje im Tomahawków, Patriotów, M777 i pocisków Abrams potrzebnych do rzeczywistej eskalacji.

Ukraina: Ostatni odcinek na zachód od Dniepru?

Johnson opisuje rosyjską mobilizację jako powolny, ale przemyślany proces. Po wygaśnięciu kontraktów latem 2022 roku powołano 300 000 rezerwistów, którzy – w przeciwieństwie do strony ukraińskiej – nie zostali po prostu „wypchnięci na front”, lecz przeszli szkolenie podstawowe, specjalistyczne i jednostkowe. Siły zbrojne wzrosły z około 750 000 do około 1,5 miliona. Uważa zachodnie dane o 1,4 miliona ofiar śmiertelnych w Rosji za absurdalne: takich strat nie da się ukryć ani pogodzić z trwającymi ofensywami. Powołuje się na analizę nekrologów przeprowadzoną przez Mediazonę i wspomina o około 180 000 ofiarach śmiertelnych w Rosji – liczbie, która jest kwestionowana nawet przez badaczy wojskowych i nie została niezależnie zweryfikowana.

Z militarnego punktu widzenia, miasta-twierdze w Donbasie postrzega jako kwestię czasu. Kolejna linia obrony na zachód od Dniepru jest pod względem terenu mniej korzystna niż Donieck. Zaporoże oferuje mniejszą głębię obronną. Jednocześnie informuje o koncentracji wojsk na północ od Czernihowa na Białorusi. Interpretuje weekendowe spotkanie Łukaszenki z Putinem jako głosowanie w sprawie ewentualnego drugiego frontu. Białoruskie wojska prawdopodobnie pozostaną w odwodzie na wypadek reakcji NATO; siły rosyjskie na Białorusi atakują Kijów.

Tutaj sprzeciwia się innemu bywalcowi tego samego miejsca, Andriejowi Martianowowi, który uważa zdobycie Kijowa za katastrofę administracyjną i zaleca izolację miasta. Johnson uważa, że ​​symboliczna waga ma kluczowe znaczenie – Kijów jako kolebka Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, z ponad 1200-letnią historią. Zełenski i „banderowcy” powinni zostać wyparci do Lwowa, niegdyś polskiego miasta. Po zakończeniu wojny Rosja będzie kontrolować Kijów i Odessę. Uważa port za niezbędny nie tylko dyplomatycznie, ale i militarnie. Ukraina jest już „uduszona”, cena pszenicy wzrosła, a Zachód ignoruje rosyjską blokadę Morza Czarnego.

Jeśli chodzi o czas trwania: rezygnuje z przewidywań, bo zbyt często się mylił. Wiktor But, którego, jak twierdzi, spotkał w 2023 roku, nie wierzy, że Ukraina przetrwa do końca roku. Gdy tylko Donieck i Zaporoże padną, gra się skończy – zakładając, że Kijów nadal chce zamienić szczątkowe państwo z dostępem do Morza Czarnego na ograniczoną armię i wykluczenie z NATO. Putin i tak zaakceptowałby porozumienie. Sztab Generalny i Ławrow – niekoniecznie. Ławrow nie jest podpalaczem; jeśli on, ze wszystkich ludzi, mówi, że czas na porozumienie minął, to „zapiera dech w piersiach”.

Dlaczego wojna trwa tak długo

Johnson powtarza standardowe wyjaśnienie szkoły wyniszczenia: celem od samego początku była demilitaryzacja Ukrainy, a nie blitzkrieg. 125 000 napastników przeciwko około 400 000 obrońców w 2022 roku byłoby antytezą podręcznika. Stambuł 2022 był momentem, w którym Kijów utrzymałby kontrolę nad Donbasem, ale zaakceptowałby międzynarodowe gwarancje dla rosyjskojęzycznych i Kościoła – do czasu interwencji Johnsona, Bidena i Austina. Potem pojawił się Plan B: Mariupol, Ługańsk, Donieck, rozbudowa armii, Bachmut w 2023 roku, Kursk i Pokrowsk w 2024 roku oraz równoległe ataki w Sumach, Charkowie, Doniecku, Dnieprze, Zaporożu i Chersoniu w latach 2025/26.

Wyjaśnia tę powolność wspomnieniem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Putin jest dzieckiem tego pokolenia; jego brat zmarł z głodu podczas oblężenia Leningradu. Podczas posiłku w Rosji wszyscy obecni Rosjanie stracili krewnych na wojnie, z wyjątkiem niego i sędziego Napolitano. Stany Zjednoczone poniosły stosunkowo niewiele ofiar w II wojnie światowej. Dlatego nie ma fal ludzi, nie ma zachodniego harmonogramu.

Johnson przypisuje ciągłe rozmowy Zachodu o „niedoborach rakiet”, „załamaniu gospodarczym” i „śmierci Putina” w latach 2022/23 fundamentalnemu błędowi w kalkulacjach: że Rosja była jedynym krajem, który można było odizolować, a jednocześnie dysponować energią, żywnością i przemysłem. Avril Haines i cała społeczność uwierzyli w bajkę o słabej rosyjskiej gospodarce.

Europa jako papierowy tygrys – i Pacyfik

Johnson uważa rosyjską inwazję na Europę Zachodnią za mało prawdopodobną. Europa jest wydrążona: Friedrich Merz mówi wprost, ale „nie ma kosza na śmieci” – fabryki VW są zamknięte, BMW ogranicza produkcję, energia jest droga, a oleju napędowego brakuje. Informator płaci równowartość dziewięciu dolarów za galon. Rosja nie chce okupacji pod „niebiesko-różowo-zielonymi włosami”. Siergiej Karaganow przekształcił się z eurofila w wschodniego stratega: „Jedź na wschód”. Putin rehabilituje Aleksandra III, budowniczego Kolei Transsyberyjskiej.

Weichert interpretuje wizytę Putina w kwaterze głównej Floty Pacyfiku jako sygnał: Ukraina prawie skończona, potem Pacyfik. Johnson bagatelizuje to: Rosja ma jedenaście stref czasowych, ogromne zasoby i niewielką populację. Rozkaz wysłania francuskich, brytyjskich i włoskich okrętów na Pacyfik nie jest zabiegiem kosmetycznym – ale Europa już unika tego obszaru. Eskalację na Ukrainie datuje na atak na szkołę, po którym „rękawiczki opadły”: bombardowania w dzień i w nocy na zachód od Dniepru, puste półki, 15-godzinne opóźnienia pociągów, korki między brzegami Kijowa „jak w Kansas City”.

Najniebezpieczniejszy fragment: amerykańska bomba atomowa na Iran

Ostateczny wynik nie jest kontrolowany przez Ukrainę, lecz przez Iran. Weichert, Marjorie Taylor Greene i Joe Kent od miesięcy słyszeli od źródeł bliskich Trumpowi o potencjalnym użyciu pocisku B61-13 przeciwko podziemnym obiektom („kilofoka”). Johnson traktuje to poważnie. Jeśli Trump przekroczy próg nuklearny, obawia się nie tyle reakcji Teheranu, co Rosji i Chin. Wówczas systemy Aegis Ashore w Polsce i Rumunii – wcześniej ignorowane, ale zdolne do przenoszenia broni jądrowej – zostaną zneutralizowane za pomocą Iskandera lub taktycznej broni jądrowej. Pakistan, Korea Południowa i Chiny wytyczą swoje granice.

Trump nie pojmuje, że Iran i europejska strefa wojny są ze sobą powiązane. Elbridge Colby i JD Vance to rozumieją, Pete Hegseth to „jaskiniowiec w garniturze”, a generał Dan Caine również jest zaniepokojony. W armii amerykańskiej może dojść do kryzysu: niesubordynacji, a następnie dymisji, dopóki ktoś nie wykona TEGO rozkazu.

Generał Randy Manner (dawniej z Agencji Redukcji Zagrożeń Obronnych) powiedział Weichertowi dwukrotnie, że pod pretekstem usunięcia „przebudzonych generałów” zwolniono właśnie tych oficerów flagowych, którzy sprzeciwili się bezprawnemu rozkazowi dotyczącemu broni nuklearnej. Johnson nie wyklucza teorii o „geniuszu nuklearnym”. Obaj moderatorzy twierdzą, że głosowali na Trumpa i czują się zdradzeni. Młodzi członkowie MAGA unikają wydarzeń telewizyjnych TPUSA; Izrael jest kluczowym powodem.

Co pozostaje po usunięciu mgły?

Udokumentowano, że Ratcliffe przebywał w Moskwie. Lot był tajny, jawny i politycznie drażliwy. Część Białego Domu podobno nie została o tym poinformowana z wyprzedzeniem. Według późniejszych przecieków, ambasada USA wydała ostrzeżenie NATO, oprócz ostrzeżenia dotyczącego Iranu. Jednocześnie Colby wzywa Europę do uzbrojenia się.

Brakuje dokumentów dotyczących: przekazania poległych oficerów CIA, nieuchronnego ataku Rosji na Wielką Brytanię lub terytorium NATO, nieuniknionego upadku Kijowa w ciągu kilku miesięcy oraz amerykańskiego ataku nuklearnego na Iran, co do którego już podjęto decyzję.

Johnson interpretuje to wszystko jako spójny obraz: Zachód wyczerpał się militarnie i przemysłowo, Rosja prowadzi wojnę na wyniszczenie we własnym tempie, Europa nie jest poważnym przeciwnikiem, a najgroźniejsza eskalacja grozi nie na wschodniej flance NATO, ale w przypadku, gdy Waszyngton przekroczy próg nuklearny w Iranie.

To, czy podążymy za jego tokiem rozumowania, zależy mniej od C-17, a bardziej od tego, który z tych argumentów uznamy za uzasadniony – a który jest jedynie przesadną interpretacją niezapowiedzianego lotu.

Patriot – mit o niezawodnym przechwytywaczu rozsypał się

Patriot – mit o niezawodnym przechwytywaczu rozsypał się

vtforeignpolicy/patriot-the-myth-of-the-infallible-interceptor

Theodore Postol przez dziesiątki lat wykładał w Instytucie Technologicznym Massachusetts, gdzie zajmował katedrę nauki, technologii i zasad bezpieczeństwa narodowego, dopóki nie został honorowym profesorem.

Fizyk z wykształcenia, doktor filozofii w zakresie inżynierii jądrowej, pracował w Argonne National Laboratory, zarządzaniu oceny technologii Kongresu USA i był naukowym konsultantem Połączonego Komitetu Szefów Sztabów marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych.

W ciągu całej swojej kariery Pentagon wielokrotnie zachęcał go do oceniania programu obrony przeciwrakietowej, i ta rola uczyniła go jednym z najbardziej renomowanych i najbardziej niewygodnych — uczestników debaty o rzeczywistej efektywności antyrakiet przechwytujących. Właśnie to doświadczenie umieściło go w centrum jednego z najbardziej zaciekłych sporów w najnowszej historii amerykańskiej obrony przeciwrakietowej.

Zaraz po wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 roku, gdy administracja Busha wywyższała system Patriot jako dowód przewagi technologicznej Ameryki, Postol wraz z fizykiem George H. Lewis zaczęli analizować filmy z działań wojennych w Arabii Saudyjskiej i Izraelu.

Badanie, opublikowane w 1993 roku w czasopiśmie Science and Global Security pod nazwą „Video Evidence on the Effectiveness of Patriot During the 1991 Gulf War” klatka po klatce pokazywał, że przechwytywacze prawie zawsze chybiały obok głowic „Scud”, które miały zniszczyć.

Postol już pokazywał te same zdjęcia w Izbie Reprezentantów w 1992 roku, w zeznaniu, które dało początek śledztwu w Kongresie. Kontrast z oficjalnymi oświadczeniami był uderzający.

W przemówieniu w firmie Raytheon, kilka tygodni po zakończeniu wojny, prezydent Bush mówił o 41 z 42 przechwyconych „Scud”, co stanowi około 97% sukcesu.

Komitet Izby Reprezentantów oceniający rządowe operacje w swoim raporcie na temat właściwości kompleksu rakietowego Patriot doszedł do zupełnie innego wniosku. Z 44 analizowanych działań wojennych w rzeczywistości zostało zniszczonych od 0 do 4 „Scud”.

Nic dziwnego, że wnioski Postola i Lewisa nie zostały zatwierdzone. Raytheon, firma budująca Patriot, wywarła bezpośredni nacisk na administrację Massachusetts Institute of Technology, aby zmusić profesora do milczenia, i, według rekonstrukcji, opublikowanej w tym czasie w Christian Science Monitor, sam Postol donosił o próbach zastraszania, w tym ze strony Pentagonu.

Krytyka metody Postola i Lewisa nie zanikła i w kolejnych latach, tak, że w 2000 roku obaj autorzy wrócili do tego tematu z nowym artykułem, ponownie w czasopiśmie Science and Global Security, zatytułowanym „Technical Debate over Patriot Performance in the Gulf War”.

Artykuł informował o przeglądzie przeprowadzonym przez niezależną komisję Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego, aby ocenić zasadność metodologii pierwszego badania. Komisja potwierdziła naukową podstawę wstępnej analizy, punkt po punkcie obalając zarzuty podniesione przez wojsko i producentów.

Przez ponad dwie dekady po tej wojnie, „Patriot” ani razu nie spotkał się z przeciwnikiem zdolnym do sprawdzenia – jak twierdzono – jego możliwości, i to sprawiło, że niewygodne wnioski Postola i Lewisa pozostawały na marginesie debaty publicznej.

Należy powiedzieć, że rakieta PAC-2, użyta w 1991 roku, była ciężkim i nieporęcznym przechwytywaczem, opartym na głowicy fragmentacyjnej, przeznaczonej raczej dla samolotów, niż dla rakiet balistycznych, i kosztowała około 1 milion dolarów każda.

Bieżąca wersja PAC-3, w szczególności MSE (Missile Segment Enhancement), znajdująca się w produkcji, jest innym, mniejszym systemem, przeznaczonym do bezpośredniego rażenia celu, a nie tylko do rozrzutu odłamków w jego pobliżu. Cena, jednak odpowiednio wzrosła i wynosi, według najnowszych szacunków, od 3,7 do 4,7 miliona dolarów za jeden przechwytywacz, a doktryna wdrożenia przewiduje uruchomienie co najmniej dwóch przeciwko każdej zbliżającej się rakiecie, co praktycznie podwaja prawdziwą cenę każdego starcia bojowego.

Lockheed Martin, która obecnie produkuje PAC-3, i Raytheon nadal cytują wskaźniki sukcesu około 90%, w pobliżu cyfr wspominanych trzydzieści lat temu w stosunku PAC-2, sprzecznych z faktami. Wydarzenia ostatnich lat dają możliwość upewnienia się, czy historia się nie powtarza.

To, jak działa system, pomaga zrozumieć, gdzie pojawiają się trudności. Naziemny radar, którego instalacja kosztuje od 200 do 300 milionów euro, wykrywa zbliżającą się rakietę i oblicza jej trajektorię. Przechwytywacz startuje do oczekiwanego miejsca zbliżenia i w ostatnich sekundach lotu wykorzystuje własny radar zamontowany na dziobie, aby ustalić cel i dostosować swój kurs. Aby zneutralizować zagrożenie, proste zbliżenie to za mało. Komponent musi trafić w cel. Rakieta musi uderzyć w przednią część rakiety będącej celem, gdzie znajduje się głowica, więc odłamki, powstające podczas eksplozji, uszkadzają jej ładunek.

Jeśli jednak uderzona zostanie tylna część lub korpus rakiety nośnej, jak wielokrotnie zademonstrowano na filmach w ostatnich latach, rakieta kontynuuje swój kurs i w każdym przypadku wybucha w pobliżu swojego pierwotnego celu.

Na Ukrainie Patriot długi czas pozostawał jedyną niezawodną ochroną od rosyjskich rakiet balistycznych, ale dane z 2023 roku, opowiadają bardziej skomplikowaną historię, niż podają oficjalne informacje prasowe.

Analiza Królewskiego Instytutu Połączonych Usług (RUSI) w Londynie, w oparciu o obserwowane ataki rakietowe przeciwko ukraińskim miastom, obliczyła, że z 939 rakiet „Iskander” i „Kinzhal”, wystrzelonych przez Rosję, tylko 227 przechwycono, co stanowi nieco mniej niż 25%, przy czym w ostatnich miesiącach wskaźnik ten zmniejsza się.

W raporcie agencji wywiadowczej Departamentu Obrony USA, opublikowanym na wyspecjalizowanej stronie The War Zone, udokumentowano, że 28 czerwca tego roku przechwycono tylko jedną z siedmiu rakiet balistycznych wystrzelonych na ukraińskie cele, podczas gdy 9 lipca, w obliczu największej intensywności wojny z użyciem trzynastu rakiet, środki obrony zatrzymały lub zmieniły trajektorię siedmiu rakiet.

Przedstawiciel sił powietrznych Ukrainy Jurij Ihnat wyjaśnił, że rosyjskie rakiety nie mają przewidywalnej balistycznej trajektorii, a zamiast tego robią manewry w końcowej fazie lotu, podczas gdy ukraiński wywiad wojskowy poinformował o wdrożeniu elektronicznych przynęt, specjalnie zaprojektowanych, aby zmylić radar Patriot.

Jeszcze bardziej surowym testem była ostatnia wojna między koalicją, na czele z USA a Iranem. Zdjęcia opublikowane przez niezależne źródła wykazały, że baterie Patriot, wdrożone w celu ochrony baz w Bahrajnie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, wielokrotnie przepuszczały zbliżające irańskie rakiety, zadające szkody cywilnej i wojskowej infrastrukturze, która miała być chroniona przez system obrony.

Według szacunków dostępnych w czasie konfliktu, w ciągu pierwszych czterech dni, siły koalicyjne zużyły przechwytywacze Patriot w ilości około 225 jednostek dziennie, podczas gdy produkcja w USA wynosi dziesiątą część tej liczby — co samo w sobie mówi o tym, na ile rzeczywisty popyt na te systemy przekracza moce przemysłowe do jego utrzymania.

Istnieje również problem przeżycia baterii na polu bitwy. Aby funkcjonować, Patriot musi obsługiwać fotoradar, emitujący duże ilości energii elektromagnetycznej. To sygnał, który satelity zwiadowcze, samoloty bezzałogowe i systemy naprowadzania przeciwnika mogą odkryć z względną łatwością, przekształcając środek ochrony w cel.

Bardziej nowoczesne rosyjskie systemy, takie jak rodziny S-300, S-400 i S-500, rozwiązują problem inaczej, przekazując namierzenie radaru między wieloma stacjami sieciowymi, a nie skupiając się na jednym urządzeniu. Aby zneutralizować całą baterię, przeciwnik musiałby jednocześnie razić kilka radarów, że jest znacznie bardziej złożone, niż zniszczenie jednego.

Dla uzupełnienia obrazu należy zauważyć, że w stosunku do wolniejszych i przewidywalnych celów, takich jak samoloty, Patriot działa dobrze, z wskaźnikiem sukcesu, zbliżonym do 100%, o czym donoszą niezależni analitycy. Problem w tym, że jest to bardzo kosztowne usuwanie zagrożeń, które można rozwiązać za pomocą tańszych systemów.

Według niedawnych analiz porównawczych, rakieta Aster 30, używana przez europejski system SAMP-T, kosztuje około milion dolarów taniej za sztukę, niż PAC-3 MSE, mimo, że jej cechy są uważane za praktycznie równoważne wobec zagrożeń powietrznych i przeciw wielu celom balistycznym krótkiego zasięgu.

Krótko mówiąc, jeśli celem jest ochrona od samolotów lub stosunkowo powolnych ofensywnych rakiet, to istnieją europejskie zamienniki, tańsze i nie mniej skuteczne.

Trudności stają się jeszcze bardziej widoczne, gdy celem jest nowoczesna rakieta balistyczna.

Większość znajdujących się obecnie na uzbrojeniu rosyjskich i irańskich rakiet mają z przodu stabilizatory manewrowania, pozwalające głowicy bojowej dopasować trajektorię w ostatnich chwilach lotu, dokładnie wtedy, kiedy przechwytywacze wymagają maksymalnej przewidywalności do rażenia celu.

Rosyjskie „Iskandery”, oprócz manewrów, uwalniają wabiki, które odtwarzają sygnaturę radarową prawdziwej głowicy, mnożąc liczbę celów, które Patriot powinien ocenić w ciągu kilku sekund.

Jeśli chodzi o rakiety hipersoniczne, których prędkość wynosi ponad pięć razy więcej niż prędkość dźwięku po częściowo zmiennych trajektoriach, sam Postol nie przebierał w słowach.

Odpowiadając na pytanie o rosyjskiej rakiecie Oreshnik powiedział: „Nie ma nic, co mogłoby uderzyć w ten system i zaoferować naprawdę skuteczną ochronę”, dodając, że takie wynalazki, jak Patriot, Aegis, THAAD i „Żelazna kopuła” są niedoskonałe z powodu samej swojej konstrukcji.

Sytuację również komplikuje wydajność zakładów produkcyjnych. Stany Zjednoczone produkują nieco ponad 600 przechwytywaczy PAC-3 rocznie, co daje około 620 jednostek w 2025 roku, podczas gdy popyt ze strony sojuszników już doprowadził do ponad 4300 niedostarczonych rakiet, co stanowi około siedem lat produkcji przy obecnych poziomach.

Na początku 2026 roku Pentagon i Lockheed Martin podpisali siedmioletnią umowę o zwiększeniu produkcji do 2000 sztuk rocznie do 2030 roku – cel, który ukazuje, jak rzeczywisty popyt różni się od oferty dostępnej dziś.

Jednak pieniądze i kontrakty same w sobie problemu nie rozwiązują. System naprowadzania PAC-3, który pozwala trafić w cel, zależy od obecności dwóch pierwiastków ziem rzadkich (samarium kobalt (SmCo) i itr), których dostawy są prawie w pełni kontrolowane przez Chiny.

Waszyngton chce więcej niż potrojenia mocy produkcyjnych broni, których najbardziej niezbędne elementy znajdują się na drugim końcu łańcucha dostaw, przechodzącego przez Pekin.

Były analityk CIA Larry Johnson informuje, że w okresie od 2020 do 2023 roku Chiny dostarczały 93% amerykańskiego importu itru. Dla samarium problem jest nie tyle w surowej rudzie, ile w separacji i recyklingu ciężkich pierwiastków ziem rzadkich w nadające się do użycia materiały, i tu dominacja Chin zbliża się do monopolu.

Do 2023 roku udział Chin stanowił około 99% światowego przerobu ciężkich pierwiastków ziem rzadkich; Jedyny znaczący konkurent, rafineria w Wietnamie, została zatrzymana z powodu sporu podatkowego, faktycznie pozostawiając Chiny jedynym źródłem.

Stany Zjednoczone obecnie praktycznie nie mają wewnętrznych zdolności do ekstrakcji ciężkich pierwiastków ziem rzadkich i – według szacunków rządu USA i źródeł akademickich – w 100% zależą od czystego importu gotowych magnesów ziem rzadkich.

Ponadto, samarium i itr znajdują się na liście kontroli eksportu Chin, wzmocnionej w styczniu 2026 roku, gdy Pekin zaostrzył szczególny nadzór nad połączeniami samarium. Na tym polega paradoks: Stany Zjednoczone chcą potroić produkcję broni – ich system naprowadzania i radar zależą od dwóch elementów, które strategiczny konkurent może ograniczyć według własnego uznania.

Tymczasem Ukraina chciała ominąć kolejkę oczekiwania i budować Patrioty na swojej własnej ziemi. Trump, obiecując to, szybko porzucił swoje obietnice, i Żeleński jest rozczarowany. Będzie musiał czekać na swoją kolej razem z resztą, która chce kupić najbardziej znany na świecie system obrony przeciwlotniczej.

Prezydent Nawrocki uratował w tym roku ponad 8 mld zł. Naszych.

Nawrocki odpowiada na propagandę i mówi jak jest. „To kłamstwo i czysta [brudna !! md] manipulacja”

28.08.2026 nczas/nawrocki-odpowiada-na-propagande-i-mowi-jak-jest-to-klamstwo-i-czysta-manipulacja

Prezydent Karol Nawrocki.
NCZAS.INFO | Prezydent Karol Nawrocki. / foto: screen X

W ostatnich dniach pojawiła się informacja, że z wyliczeń Ministerstwa Finansów dla „Rzeczpospolitej” wynika, iż na sześciu wetach prezydenta Karola Nawrockiego budżet może stracić w tym roku ponad 8 mld zł. W praktyce oznacza to, że więcej pieniędzy zostanie w kieszeniach Polaków.

We wtorkowej „Rzeczpospolitej” przedstawiono wyliczenia Ministerstwa Finansów, o które poprosiła gazeta, dotyczące skutków wet prezydenta dla budżetu państwa.

Jak wskazano w zestawieniu, sześć ustaw zawetowanych przez Karola Nawrockiego w pierwszym roku jego kadencji ma wartość 8,04 mld zł. Oznacza to, że takiej kwoty państwo nie zabierze podatnikom.

Czytaj również: Tyle Polacy zaoszczędzą na wetach Nawrockiego. Resort finansów przedstawił wyliczenia

W piątek na koncie Kancelarii Prezydenta RP na portalu X pojawiło się nagranie, w którym prezydent Nawrocki poinformował o swoich decyzjach w sprawie kolejnych ustaw.

Zanim jednak przeszedł do ich przedstawienia, odniósł się do wspomnianych doniesień, krótko i celnie wyjaśniając propagandowe stwierdzenia.

– Od kilku dni słyszymy, że prezydenckie weta kosztują miliardy złotych. To kłamstwo i czysta manipulacja. Weta nic nie kosztują Polaków. Weta chronią Polaków przed kolejnymi podatkami, opłatami i sięganiem do ich kieszeni – podkreślił Nawrocki.

– Nie zgadzam się z filozofią: „brakuje pieniędzy, więc zabierzmy więcej Polakom” – dodał.

– Jednocześnie oczekuję odpowiedzi na pytanie, co zrobiliście z pieniędzmi, które już obywatele dali? Wszyscy widzimy, co się dzieje. Milionowe podejrzenia wyłudzeń związanych ze świadczeniami medycznymi, kompromitujące raporty za setki tysięcy złotych dla znajomych, wyłudzane pieniądze dla powodzian, a przy KPO – jachty, sauny, solaria, czy ekspresy do kawy – kontynuował prezydent.

– Niemal każdego dnia słyszymy o kolejnych podejrzeniach nadużyć, niegospodarności i marnotrawstwa publicznych pieniędzy. Jednocześnie słyszymy: „budżet się nie spina. Musicie zapłacić więcej”. Wyższe podatki, wyższa akcyza, kolejna opłata, czy podatek paliwowy, który mają niby zapłacić giganci petrobranży, a efekt będzie taki, że ten koszt zostanie przeniesiony na każdego klienta stacji benzynowej – zaznaczył.

– Nie! Tak państwo nie może działać, jeżeli w domu cieknie dach, za naprawę nie wystawia się rachunku sąsiadowi. Jeżeli budżet przecieka, jak zardzewiały durszlak, nie dolewa się do niego kolejnych miliardów zabranych ludziom. Najpierw się naprawia, to, co nie działa, co zawodzi – podkreślił Nawrocki.

Propagandowe określenia krzyczące o tym, że „budżet stracił” albo „wpływy do budżetu są mniejsze” oznaczają tylko tyle, że więcej pieniędzy zostanie w kieszeniach obywateli.

Jednocześnie trzeba tu podkreślić, że lepiej jest, jeśli w budżecie państwa jest mniej pieniędzy, ponieważ każdy sam wydaje pieniądze lepiej, niż robi to rząd i urzędnicy.

Profanacja i bluźnierstwo we Włoszech. Pogrzeb buddystki w kościele, śpiewano mantrę, proboszcz chwalił Buddę

Skandal we Włoszech. Pogrzeb buddystki w kościele, śpiewano mantrę, proboszcz chwalił Buddę

29 sierpnia 2026 pch24/skandal-we-wloszech-pogrzeb-buddystki-w-kosciele-spiewano-mantre-proboszcz-chwalil-budde

budd.jpg
pixabay.com

W parafii św. Marcina w Como we Włoszech odbył się pogrzeb… buddystki. Kobietę wyznającą fałszywy kult pożegnali inni buddyści, wyśpiewując z ambony mantrę. Proboszcz… chwalił Buddę.

Skandal wydarzył się w parafii San Martino a Rebbio w Como na północy kraju. 20 sierpnia odbyła się tam uroczystość pożegnalna 59-letniej Marty Pezzati. Kobieta wyznawała buddyzm. Do kościoła zaproszono w związku z tym dwóch jej współwyznawców, którzy z ambony odśpiewali buddyjską mantrę. Na miejscu były obecny proboszcz ks. Giusto Della Valle. Jak podaje portal „La Nuova Bussola Quotidiana”, to duchowny dobrze znany z zaangażowania na rzecz migrantów.

Proboszcz, podobnie jak inny obecny na miejscu ksiądz, mieli szaty liturgiczne. Całość nie była jednak ani Mszą świętą, ani nabożeństwem – raczej quasi-duchowym pożegnaniem zmarłej. Buddyści mieli wybrać właśnie ten kościół na miejsce uroczystości, bo współpracowali wcześniej z proboszczem pełniąc dzieła charytatywne. 

Sam proboszcz przekonywał, że zmarła Maria Pezzati szukała Boga „na każdej możliwej drodze”, a ostatecznie znalazła Pana „w Buddzie, w Oświeconym, który przez wieki oświetlał drogę tak wielu ludziom”. Kapłan przekonywał, że ważne jest zagłębiać się „w korzenie swojego bytu”. 

Całe wydarzenie ewidentnie można zakwalifikować jako zakrawające na herezję indyferentyzmu religijnego. Mogłoby się wydawać, że nie ma żadnego znaczenia, czy wyznaje się religię katolicką, czy też buddyzm, bo „wszystkie drogi prowadzą do Boga”. Taką postawę papieże potępiali wielokrotnie jako niezwykle poważny błąd doktrynalny. Zbawienie, uczy Kościół katolicki, jest możliwe tylko poprzez Jezusa Chrystusa w Kościele katolickim.

Jak podał cytowany włoski portal, nie ma jak dotąd żadnej reakcji ze strony władz diecezji. 

Źródło: La Nuova Bussola Quotidiana