Zaproponowano, aby tak ważną debatę na temat polskiego rolnictwa i polskiego rolnika rozpocząć modlitwą. Na co premier obecny rządu powiedział następujące słowa: ‘Absolutnie nie’.
«My, Polska XXI wieku, przed Świętami Wielkiej Nocy, Święta Zmartwychwstania Pańskiego, jesteśmy stawiani, także w świetle dzisiejszego Słowa, przed tą wykluczającą się alternatywą: czy Polska chce pozostać Boża, czy Polska chce pozostać Domem Bożym, w którym Pan Bóg w Trójcy Jedyny buduje swój Przybytek, czyli miejsce Swojego pobytu?»
«Ten niepokój, który może wielu naszym rodakom towarzyszy i jakoś w tych dniach nam wszystkim się udziela, on wynika z faktu, że chce się Polskę Bożą, Polskę katolicką, Apostolską, Polskę jako Przybytek dla Pana Boga w Trójcy Świętej Jedynego, zamienić na Polskę szatańską.»
«My zmagamy się z wyzwaniem szatana. On prowadzi wojnę przeciwko Bogu, żeby Go zabić. On prowadzi wojnę przeciw ludziom, żeby ich wszystkich wytracić.»
«Odbyło się drugie spotkanie premiera rządu polskiego w Warszawie, z przedstawicielami rolników. I ta osobistość, gdy spotkanie rozpoczynało się na dobre, wstała i poprosiła premiera polskiego rządu i wszystkich zgromadzonych, w tym także rolników, o to, aby tak ważną debatę na temat polskiego rolnictwa i polskiego rolnika rozpocząć modlitwą. Na co premier obecny rządu powiedział następujące słowa: ‘Absolutnie nie’.
To jeszcze nie było taką niespodzianką, ale co było i jest, i pozostaje wielką niespodzianką i wielką niewiadomą w duszach wielu rolników, to fakt, że zgromadzona część i to nie mała, a może i większość zgromadzonych rolników wystąpiła ze zdecydowanym protestem przeciwko temu postulatowi, żeby tamto zgromadzenie rozpocząć modlitwą.
Można powiedzieć, skracając, jeżeli tak, to polski rolnik nie przez Unię Europejską, tylko sam skazuje siebie na niebyt.»
−∗−
Rekolekcje dla TPAJ – ks. prof. Tadeusz Guz
Na zaproszenie Siostry Dr Bernadety Lipian i Towarzystwa Przyjaciół Anny Jenke na czele z Przewodniczący Rafałem Solskim, Ks. Prof. Tadeusz Guz wygłosił homilię dla członków i sympatyków Towarzystwa. Wydarzenie to miało odbyło się 23.03.2024r i miało charakter zamknięty, ale homilię i wykład mogę udostępnić. Do obejrzenia i wysłuchania serdecznie zapraszam.
«Tak nam spłycono, by nie powiedzieć właściwie nas od modlitwy, i we wnętrzu kościoła i poza kościołem – odcięto. Na tym polega m.in. sedno sekularyzacji i ateizacji. Zsekularyzowana modlitwa nie ma nic z Boga. Tam jest wszystko, tylko żeby nic z Boga. Tak samo zsekularyzowane powołanie, jakiekolwiek by to nie było, czy życia wedle chrztu świętego i powołań do małżeństwa, rodziny, narodu, zakonu, kapłaństwa. Dlaczego mamy taki kryzys wszystkich powołań?»
−∗−
=====================================
O autorze: AlterCabrio
If you don’t know what freedom is, better figure it out now!
5 komentarzy
AlterCabrio 25 marca 2024
Słowo polskiego rolnika ‘NIE’ dla Boga, to jest zarazem granicą kresu jego bytu. I powiedziałem jeszcze przed tym spotkaniem, przed tą próbą, na którą i premier, i przedstawiciele polskich rolników zostali w Warszawie wystawieni, to ja powiedziałem wcześniej: ‘Proszę pana, jeżeli polscy rolnicy nie chwycą za Różaniec i nie przyjmą mocy Bożych, to żaden z nich, przynajmniej na polskiej ziemi, śladu nie zostawi. A pan zdaje sobie sprawę, co to oznacza dla narodu…‘
AlterCabrio 25 marca 2024
A żebyście, Kochani, wiedzieli, i chcę to powiedzieć przy Ołtarzu Pańskim, jak dalece i jaka powaga nas dosięga w tych dniach (i to jest też wiadomość z ostatnich kilkunastu dni), pewien ksiądz biskup diecezjalny wezwał proboszcza pewnej parafii i jego wikariusza, o których słyszał, że oni używają pojęcia ‘Król Polski’ w odniesieniu do Pana Jezusa Chrystusa, i zakomunikował im przed kilkunastoma dniami, że jeżeli usłyszy, że któryś z tych kapłanów, albo obydwaj razem, jeden jedyny raz użyją pojęcia ‘Pan Jezus jako Król Polski’, to obydwaj zostaną z natychmiastowym skutkiem wydaleni z parafii i z pracy w tej diecezji.
Zatrzymania w Collegium Humanum. Sprawa ma związek z korupcją Dariusz Łapiński/Fakty TVN
„Collegium Humanum to nie był tylko biznes polegający na drukowaniu fałszywych dyplomów, to było przede wszystkim niszczenie ludzi” – powiedział w rozmowie z „Newsweekiem” były pracownik uczelni. Tygodnik opisuje kulisy funkcjonowania placówki, kilkukrotnie nagrodzonej tytułem Uczelni Roku w ogólnopolskim plebiscycie ogłaszanym przez należące do Orlenu wydawnictwo Polska Press. W artykule Renaty Kim zatytułowanym „Afera Collegium Humanum” czytamy także o obliczu wieloletniego rektora uczelni Pawła Cz. „Przyjaciel duchownych, polityków i przedsiębiorców. Wielbiący luksus mobber i drapieżca seksualny. Teraz – według prokuratora – szef grupy przestępczej” – podsumowuje dziennikarka.
Collegium Humanum powstało w 2018 roku w Warszawie. Dziennikarze m.in. „Newsweeka” ustalili, że prywatna uczelnia miała w ofercie błyskawiczne kursy, dzięki którym można było zdobyć dyplom MBA. Takie dyplomy ułatwiają m.in. ścieżkę do rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Wiarygodność tych dyplomów (pozwalających np. uniknąć konkursów na członków rad nadzorczych spółek skarbu państwa, na zakupy ziemi rolnej) miały gwarantować angielskie uczelnie. Tyle że one same okazywały się jedynie działalnościami gospodarczymi bez uprawnień do organizowania studiów MBA.
21 lutego agenci CBA zatrzymali sześć osób związanych z władzami uczelni Collegium Humanum. Usłyszeli oni zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej mającej na celu popełnienie przestępstw polegających na wystawianiu poświadczających nieprawdę dokumentów ukończenia studiów podyplomowych i przyjmowaniu w związku z tym korzyści majątkowych oraz osobistych.
Kierującemu zorganizowaną grupą przestępczą Pawłowi Cz. w związku z pełnieniem przez niego funkcji rektora wyższej uczelni niepublicznej prokurator zarzucił popełnienie łącznie 30 przestępstw, w tym przywłaszczenia mienia na szkodę uczelni, nadużycia stosunku zależności służbowej i doprowadzenia innych osób do obcowania płciowego lub poddania się innym czynnościom seksualnym, a także kierowania gróźb wobec świadków w celu wywarcia wpływu na ich zeznania w sprawie.
„Popłakałam się z ulgi, kiedy rektor został aresztowany” – wyznała w rozmowie z „Newsweekiem” była pracownica Collegium Humanum. Dodała jednak, że „ulga miesza się z ogromnym lękiem”. Inny pracownik powiedział, że „żadnej ulgi nie czuje, bo jest święcie przekonany, że rektor kieruje wieloma sprawami z więzienia”. „Wszyscy mówią, że nie zaznają spokoju, dopóki Paweł C. nie zostanie skazany na karę więzienia” – pisze w swoim artykule Renata Kim.
„Rektor kazał przed sobą klękać”, „łapał za genitalia”
Jak pisze „Newsweek”. rektor Collegium Humanum wzbudzał postrach wśród podwładnych. Czytamy o krzykach, wyzwiskach i przekleństwach. „Kiedy Jego Magnificencja wchodził do pomieszczenia, należało wstać i na baczność słuchać, co ma do powiedzenia. Byli tacy, którzy ze stresu przestawali w ogóle jeść, inni mdleli” – opisuje tygodnik. Z relacji pracowników Collegium Humanum wyłania się obraz „mobbera”, który wielokrotnie „przekraczał granice”:
Jeden z asystentów rektora zachorował na białaczkę. Odszedł dopiero, gdy szedł do szpitala na przeszczep szpiku. Rektor do ostatniego dnia wyzywał go od debili. Kiedy kolejnego asystenta zabrało pogotowie, powiedział: „O, k***a, następny z białaczką, trzeba było dać mu zdechnąć”.
Była pracownica Collegium Humanum dla „Newsweeka”
On sam siebie nazywał mobberem, był świadomy tego, co robił. Groził ludziom, że ich zniszczy albo wytoczy im proces. Wysyłał maile w nocy, a na odpowiedź dawał godzinę. Cieszył go widok przerażonego człowieka, wtedy triumfował. Była pracownica Collegium Humanum dla „Newsweeka”
To nie był zwykły mobbing, on się znęcał nad ludźmi. Potrafił powiedzieć do pracownika, że ma klęknąć i go przepraszać. I ludzie to robili.
Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
Ludzie się bali. Rektor ciągle im powtarzał, że są do niczego, więc zaczynali w to wierzyć. Były składane skargi do ZUS i Inspekcji Pracy, ale nic z tego nie wynikało, więc rosło w nas przekonanie, że on wszystko może, ma tyle pieniędzy, że jest w stanie każdego kupić.
Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
„Newsweek” pisze, że rektor często zatrudniał młodych przystojnych mężczyzn, którzy otrzymywali dyrektorskie stanowiska i wysokie pensje. „Na początku obsypywał ich komplementami, obiecywał szybki awans, ale niedługo potem zaczynał przekraczać granice” – czytamy. Pojawiały się propozycje wspólnych wyjazdów, zaczepki w mediach społecznościowych i portalach randkowych, wieczorne SMS-y i wysyłanie niecenzuralnych zdjęć.
„W pracy korzystał z każdej okazji, by go (pracownika – red.) dotknąć, poklepać po pośladkach czy złapać za genitalia” – opisuje tygodnik.
Mnie zapraszał do swojego gabinetu pod pretekstem szkolenia, a tam próbował przytulać i całować. Łapał mnie za genitalia, przyciskał do ściany w toalecie. Nie protestowałem, bo zależało mi na pracy. Wiedziałem, że jeśli powiem „nie”, to nie dostanę pieniędzy. A potem mnie zniszczy. Bo on ludzi miażdży, zrównuje z ziemią. Jak? Przychodzi do biura i mówi: „Jesteś k***ą. P******ę cię, ty szmato. Beze mnie nic nie masz”.
Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
Do dziś wydałem więcej na swego psychoterapeutę, niż zarobiłem przez rok pracy w Collegium. Żałuję, że nie mogę być tą samą osobą, którą kiedyś byłem. Wszędzie widzę zagrożenie.
Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
Byliśmy bezradni w obliczu ogromnej przemocy, która trwała tak długo. Przychodziły do nas kontrole z Państwowej Inspekcji Pracy, czekaliśmy na nie z utęsknieniem. I nie działo się kompletnie nic.
Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
„Fabryka” dyplomów
„Newsweek” opisuje także, jak wyglądał „handel dyplomami na masową skalę”, jaki praktykowano w Collegium Humanum.
Tygodnik cytuje prowadzącego sprawę prokuratora Piotra Żaka, według którego zgromadzony materiał dowodowy wskazuje, że dyplomy były wydawane pomimo tego, iż osoby, które je otrzymywały, nie ukończyły studiów. – W większości tych przypadków „studiowanie” ograniczało się do zapłaty za świadectwo kwoty wskazanej przez rektora lub z nim wynegocjowanej i odbioru świadectwa przez „absolwenta” – powiedział.
Jak pisał niedawno dziennikarz tvn24.pl Robert Zieliński, absolwentami Collegium Humanum, była m.in. elita polityczno-gospodarcza Zjednoczonej Prawicy. Wśród nich byli prezesi i członkowie zarządów spółek skarbu państwa, politycy, generałowie wojska i wysocy rangą oficerowie służb specjalnych.
„Rektor wydawał polecenie, by wydrukować komuś dyplom, a kurier stał już na progu. Albo ponaglał SMS-ami, że mija termin składania wniosków w jakimś konkursie i dyplom jest pilnie potrzebny. Zdarzało się, że dzwonił sam zainteresowany i żądał, by wydrukować dokument, bo idzie do rady nadzorczej spółki skarbu państwa i musi mieć MBA. Drukowano” – pisze „Newsweek”.
Dodaje, że był taki czas, kiedy uroczystości wręczenia dyplomów odbywały się co tydzień. „Przyjeżdżało po kilkadziesiąt osób: politycy, przede wszystkim ze szczebla samorządowego, ale także naukowcy, lekarze, policjanci, strażacy. Odbierali tysiące dyplomów. Czasem nie były one nawet odnotowywane w systemie, bo słuchacz otrzymywał dokument zaledwie dzień po tym, jak rozpoczął studia. A zagranicznych dyplomów nie wolno było nawet wpisywać, choć wydawano je na masową skalę” – donosi tygodnik.
Studia licencjackie i magisterskie były robione trochę skrupulatniej, bo tam trzeba było zakładać teczki, wpisywać studentów do systemu POL-on. Na podyplomowych panowała wolna amerykanka.
Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
Tygodnik pisze, że wizytacje Polskiej Komisji Akredytacyjnej w warszawskiej siedzibie uczelni oraz jej filiach kończyły się wystawieniem dobrych ocen, mimo iż o chaosie i nieprawidłowościach alarmowano od lat.
racownicy Collegium Humanum w rozmowie z tygodnikiem opowiadali, że jesienią 2022 roku otrzymali wiadomość o planowanej kontroli PKA, do której trzeba było się przygotować. Wspominali, że przekazano im wówczas listę dokumentów, które miały być sprawdzane. „Większości z nich nie było, więc musieli je wyprodukować ze wstecznymi datami. To były setki sprawozdań, protokołów zaliczenia przedmiotów, akt ukończenia studiów z kilku lat” – pisze „Newsweek”. Jak dodaje, studenci, którzy mieli się spotkać z komisarzami, dostali listę pytań z gotowymi odpowiedziami. Mieli mówić, że nie przeszkadza im brak sal wykładowych ani to, że trzeba dojeżdżać na zajęcia.
„Nie istniała też uczelniana biblioteka”, więc „kierowca rektora” został wysłany do sklepu, by kupić „wszystko, co było w dziale psychologia”. „Na czas wizytacji przesadzono pracowników w inne miejsca, by mogła powstać biblioteka. Inni stracili na kilka dni swoje biurka, bo trzeba było stworzyć pracownię komputerową” – opisuje dalej „Newsweek”.
Prowizja za studentów
Collegium Humanum cieszyło się dużą popularnością, a studentów przybywało z roku na rok. Było to w dużej mierze efektem – jak czytamy – „agresywnej reklamy w internecie i na billboardach”. Tygodnik dodaje, że uczelnia zatrudniała też rekruterów, którzy zajmowali się zdobywaniem studentów.
Każdy rekruter miał własny link od informatyka i jeśli kogoś zwerbował, był on automatycznie zapisywany na jego konto. Im więcej studentów, tym wyższa prowizja. Niektórzy rekruterzy wystawiali faktury nawet na setki tysięcy złotych. Były pracownik Collegium Humanum dla „Newsweeka”
Jak pisze „Newsweek”, dla uczelni pracowało w ten sposób kilkadziesiąt osób w całej Polsce, które często były związane z lokalnymi samorządami.
Prokurator Piotr Żak powiedział w rozmowie z tygodnikiem, że do tej pory postawiono zarzuty dwóm rekruterom. Zaznaczył przy tym, że chodzi wyłącznie o tych rekruterów, którzy pozyskiwali studentów i słuchaczy w sposób bezprawny. – Absolutnie nie można rozciągać negatywnej oceny na wszystkie osoby zajmujące się tego rodzaju aktywnością i wszystkie, które poprzez rekruterów rozpoczęły naukę na uczelni Collegium Humanum. Nie można też z góry zakładać, że wszystkie osoby pozyskane przez rekruterów, którym już ogłoszono zarzuty, uzyskały dyplom w sposób nielegalny – powiedział Żak.
Jeszcze kilka tygodni temu na kanale Manager Business Hub na YouTubie można było obejrzeć wywiad z byłym rektorem Collegium Humanum. Kiedy prowadzący wyliczył jego osiągnięcia, Paweł C. powiedział, że to niepełny życiorys, ale rzeczywiście imponujący.
Po tym, jak prokurator zarzucił mu m.in. kierowanie grupą przestępczą, która na masową skalę produkowała dyplomy MBA – filmik zniknął z sieci. – Bo teraz wstyd coś takiego pokazywać – mówią dawni znajomi. Kiedy były rektor został aresztowany, wymieniali SMS-y i ktoś napisał: „Świat bywa sprawiedliwy”.
Wilczy bilet Pawła C.
Paweł C., rocznik 1980, pochodzi z wioski Łany w gminie Markuszów, na trasie z
Puław do Lublina. W domu oprócz niego było jeszcze dwóch braci, nie przelewało się. – Rodzice to mili, dobrzy ludzie – mówi znajoma rodziny.
Z ojcem Paweł miał trudne relacje. Być może dlatego już w liceum często bywał u proboszcza Ryszarda Gołdy, założyciela parafii Miłosierdzia Bożego w Puławach, wpływowego kapłana lubelskiej archidiecezji.
W klasie Paweł nie był lubiany. – Traktował wszystkich z góry, z nikim nie nawiązał bliższych relacji, za to często rozmawiał z jednym ze szkolnych katechetów. Unikał ćwiczenia na lekcjach WF – opowiada dawna koleżanka.
Inni zapamiętali, że był uzdolniony humanistycznie, czytał „Historię filozofii” Tatarkiewicza i książki o historii współczesnej, ale nauki ścisłe mu nie leżały. Ubierał się inaczej niż koledzy: kiedy oni nosili dzwony, on w eleganckich spodniach i sweterkach polo wyglądał raczej jak student.
Nie miał dziewczyny, na studniówkę poszedł z koleżanką z rodzinnych stron. Maturę pisał z historii, ustnie zdawał język rosyjski, co w 1999 r. było dość nietypowe.
Po maturze poszedł do seminarium duchownego w Lublinie, ale na drugim roku wyleciał z niego z hukiem. Decyzję przekazał mu abp Józef Życiński: w trybie natychmiastowym ma się spakować i opuścić seminarium.
Nie wiadomo, dlaczego – Paweł C. wymazał ten epizod z biografii. Starał się potem dostać do innego seminarium, ale miał wilczy bilet. Ostatecznie wylądował na wydziale teologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Uczeń i mistrz
W 2003 r. na UKSW obronił pracę magisterską „Geneza, rozwój i działalność Kościoła starokatolickiego w Polsce w okresie międzywojennym”. Jej promotorem był ks. prof. Michał Czajkowski, przez wiele lat twarz tzw. katolicyzmu otwartego.
– To był jeden z najbardziej niebezpiecznych tajnych współpracowników komunistycznej SB w kręgach kościelnych. Posługiwał się pseudonimem
„Jankowski”. Motywem obyczajowym jego werbunku w 1960 r. było molestowanie seksualne dwóch nieletnich chłopców. W latach 1984-2006 ks. Czajkowski był asystentem kościelnym miesięcznika „Więź”. W 2006 r. redakcja pisma opublikowała bardzo rzetelny raport o wieloletniej działalności agenturalnej ks. Czajkowskiego – mówi ks. Andrzej Kobyliński, prof. UKSW, filozof i etyk.
Dodaje, że w tej historii – jak z książek Dostojewskiego – są elementy wręcz diaboliczne: cynizm, inteligencja, czar osobowości, umiejętność uwodzenia innych. – Nie wiem, co łączyło prywatnie ks. Czajkowskiego z jego magistrantem, ale podejrzewam, że mogła się pojawić między nimi wzajemna fascynacja – mówi.
Rok później ks. Czajkowski zostaje recenzentem pracy doktorskiej Pawła C. na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. – To już pachnie przekrętem. Jak można zrobić uczciwy doktorat w ciągu roku? – dziwi się ks. Kobyliński.
Zwraca uwagę na promotora tej pracy: to zmarły w ubiegłym roku prof. Wiktor Wysoczański, rektor CHAT, biskup Kościoła Polskokatolickiego w RP. Z Pawłem C. łączą go wspólne doświadczenia: on też był w seminarium rzymskokatolickim, tyle że w Paradyżu. Odszedł po pierwszym roku studiów.
Dziesięć lat później, w 2014 r., egzemplarz pracy doktorskiej Pawła C. trafił w ręce dr. hab. Marka Wrońskiego, tropiciela plagiatów. Znalazł w niej ponad 140 stron przepisanych z tekstów źródłowych.
Sprawą zajęła się Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów, a później komisja ds. nauczycieli akademickich w Wyższej Szkole Menedżerskiej w Warszawie, w której Paweł C. był wówczas rektorem. Ta zdecydowała, że o plagiacie nie ma mowy. Także Rada Wydziału Teologicznego CHAT utrzymała doktorat w mocy.
Dawna znajoma rektora: – Kto pozamiatał ten bałagan? Kluczem są kościelne kontakty Pawła C. On ma takie plecy w lawendowej mafii, że był nie do ruszenia.
Plagiat i koneksje
Pewne jest jedno: kariera naukowa Pawła C. rozwijała się błyskawicznie. Kiedy ludzie z jego rocznika pisali jeszcze magisterki, on już zdążył zrobić habilitację (poświęcił ją mariawitom) na Uniwersytecie w Rużomberku oraz uzyskać profesurę w Preszowie na Słowacji.
Tym razem też sprawa budziła wątpliwości. W książce „Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016” prof. Bogusław Śliwerski udowodnił, że przedstawiciele aż 18 dyscyplin naukowych jeździli m.in. do Bratysławy, Rużomberka, Preszowa i Nitry, aby tam – wykorzystując porozumienie między rządami – robić habilitacje nie ze swojej dyscypliny. – Paweł C. został profesorem, zanim ówczesny minister nauki Jarosław Gowin ukrócił ten proceder – mówi osoba znająca kulisy sprawy.
Habilitacje na Uniwersytecie Katolickim w Rużomberku zrobiły też dwie osoby blisko związane z byłym rektorem: jego wieloletni przyjaciel prof. Wojciech Słomski, wykładowca na ChAT, a także zmarły rok temu ks. Tadeusz Bąk, członek Polskiej Komisji Akredytacyjnej i kapłan archidiecezji lubelskiej. W ostatnich latach częsty gość Collegium Humanum.
Jak odkryło OKO.Press, na Słowacji Paweł C. obracał się w kręgu byłych komunistów, którzy po zmianie systemu zakładali prywatne uczelnie. Prawdopodobnie tam poznał Sebastiana Fullera, właściciela londyńskiej Apsley Business School, która wydaje dyplomy MBA i doktoraty, choć nie ma do tego prawa. Nie przeszkodziło to Pawłowi C. uczynić z Apsley uczelni partnerskiej Collegium Humanum. Został też ojcem chrzestnym dziecka Fullera.
Od wielu osób słyszę: były rektor wykorzystał know-how z ośrodków na Słowacji do stworzenia własnej uczelni. – Słowacy lubują się w tytułach i Paweł postanowił zrobić to samo: przygotował usługę edukacyjną, która zaspokaja ludzką potrzebę, by pochwalić się wysokimi kompetencjami, nakarmić kompleksy. Tanio i szybko – mówi były pracownik uczelni.
Tajemnica Collegium Humanum. Pomogła polityka
Sam też wszystko robił szybko. Jeszcze za pierwszych rządów PiS pracował jako specjalista w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej, a już w 2011 r. założył InstytutStudiów Międzynarodowych i Edukacji Humanum, który stał się później właścicielem Collegium Humanum. Dwa lata później był rektorem Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie.
W karierze biznesowej pomogła mu polityka: w 2017 r. zmieniły się przepisy dotyczące nominacji do rad nadzorczych państwowych spółek. Od tej pory jednym z wymogów było „posiadanie stopnia naukowego, tytułu zawodowego, certyfikatu, złożenie odpowiedniego egzaminu lub ukończenie studiów Master of Business Administration (MBA)”.
W lutym 2018 r. Instytut Studiów Międzynarodowych i Edukacji Humanum wystąpił do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z prośbą o utworzenie niepublicznej uczelni o nazwie Warszawska Wyższa Szkoła Menedżerska i nadanie jej uprawnień do prowadzenia studiów pierwszego i drugiego stopnia z zarządzania. Minister Gowin poprosił o opinię Polską Komisję Akredytacyjną, a ta nie widziała przeciwwskazań: w kwietniu 2018 r. uczelnia dostała uprawnienia, a siedem miesięcy później otworzyła studia Executive MBA.
Do dziś nie wiadomo, skąd 38-letni wówczas teolog miał pieniądze na otwarcie własnej uczelni i to od razu z oddziałami w Rzeszowie, Poznaniu i we Wrocławiu, a także na Słowacji, w Czechach, a nawet Uzbekistanie, gdzie wydawano dyplomy respektowane w UE. I jak to było możliwe, skoro Collegium Humanum nie mogło dostać zgody MSWiA na kształcenie cudzoziemców, bo nie istniało pięć lat. Uczelnia dostała tę zgodę dopiero w listopadzie 2023 r. Kto przez lata przymykał na to oczy?
Butelka i koperta. Collegium Humanum rośnie w siłę
Wiadomo, kto uczelnię wspierał: europoseł PiS Ryszard Czarnecki. Bywał na uroczystościach organizowanych przez uczelnię, podobnie jak inny europoseł Karol Karski. Wokół byłego rektora kręcili się też politycy PiS: Piotr Mueller, Jacek Żalek, Daniel Milewski i Grzegorz Woźniak.
Paweł C. często spotykał się z byłym już ministrem nauki Przemysławem Czarnkiem, wspominał też pracownikom o znajomości z wicepremierem Jackiem Sasinem. Regularnie spotykał się z prezydentami Wrocławia i Rzeszowa, obaj mają zresztą dyplomy MBA z Collegium Humanum. – Kiedy jechał z wizytą do tamtejszych filii uczelni, zawsze mówił, że trzeba mu zarezerwować czas dla prezydenta – opowiada były pracownik.
Na liście gości, których zapraszano na uczelniane uroczystości, są przedstawiciele wszystkich opcji: Andrzej Duda, Jadwiga Emilewicz, Ryszard Terlecki, ale także Krzysztof Bosak, Janusz Kowalski i Władysław Kosiniak-Kamysz. Do tego samorządowcy, komendanci policji, straży pożarnej i miejskiej oraz wojskowi. I oczywiście przedstawiciele Kościoła: kardynałowie, arcybiskupi i biskupi.
– Pan Paweł bywał co tydzień na śniadaniach u kardynała Nycza, a on przychodził do nas na wszystkie wydarzenia. Niemiecki kardynał Gerhard Ludwig Müller, były prefekt papieskiej Kongregacji Nauki i Wiary, zjawiał się jeszcze częściej. Bywał też jego asystent, ks. Sławek Śledziewski. Do rzeszowskiego biskupa Jana Wątroby wysyłałem listy – opowiada były pracownik. Dla biskupów pakował paczki: była w nich butelka alkoholu za kilkaset złotych i koperta.– To była pajęczyna powiązań między biznesem, polityką i Kościołem.
Pajęczyna, w której ogromnie ważnym czynnikiem była nieheteronormatywna seksualność w kręgach kościelnych i części centroprawicy – mówi znawca Kościoła.
Inni nazywają to dosadniej: sitwa, w której każdy jest z kimś powiązany. Pierwszy przykład: kiedy w lipcu 2023 r. córka ministra Czarnka wychodziła za mąż, mszę w kościele w Lublinie odprawił kardynał Müller. Drugi: Tomasz Misiak, były senator PO i przedsiębiorca, zasiadał w konwencie uczelni, podobnie jak Rafał Baniak z Pracodawców RP. Trzeci: przez jakiś czas w Collegium Humanum wykładał Mateusz Piskorski, były przewodniczący prorosyjskiej partii Zmiana, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji. Jak twierdzi OKO.Press, Paweł C. od wielu lat utrzymywał kontakty z Rosją i Białorusią.
Ludzie się bali rektora Pawła C.
Nawet teraz, kiedy siedzi w areszcie, nikt nie chce o nim mówić pod nazwiskiem. Także anonimowe wypowiedzi muszą być pozbawione szczegółów, żeby nie rozpoznał, kto mówi. – Jego Magnificencja rektor Collegium Humanum, prof. dr habilitowany, MBA, DBA, LLM. MPH, doktor honoris causa. Tak trzeba go było przedstawiać, kiedy występował publicznie – wymienia jednym tchem były pracownik.
– Wysoki, postawny facet w pięknym gabinecie obwieszonym jego własnymi zdjęciami w złotych ramach. Bardzo ładnie mówił, potrafił porwać słuchaczy. Kiedy się zaczynało u niego pracę, przez jakiś czas miało się poczucie, że się chwyciło pana Boga za nogi. Roztaczał wizję dużych zarobków, możliwości współpracy z różnymi instytucjami, otwierania nowych instytutów. A jednocześnie miał tę swoją drugą stronę: obrzydliwą, zepsutą, przestępczą – mówi były pracownik. „Mieliśmy schowany flakonik jego ulubionych perfum Precious Amber i kiedy rektor miał przyjść, spryskiwaliśmy biuro – opowiada były pracownik”. W nowym dziewięciopiętrowym budynku Collegium Humanum przy Alejach Jerozolimskich wciąż rozpylane są jego ulubione perfumy Precious Amber, o zapachu piżma. – Mieliśmy flakonik schowany w szufladzie i kiedy rektor miał przyjść, spryskiwaliśmy biuro – opowiada były pracownik.
Rektor zawsze musiał też mieć pod ręką colę zero w puszkach, schłodzoną, ale nie prosto z lodówki. Jak woda, to tylko ze szklanych butelek. No i była słynna „półka JM Rektora”, na której mogły stać tylko jego naczynia. Miał obsesję na punkcie czystości.
– Potrafił pracownikom powiedzieć, że śmierdzą albo że mają spocone ręce. Albo że śmierdzi im z buzi – wspomina były pracownik. Wszyscy się go bali. Ale odejść też nie było łatwo. Kiedy ktoś złożył wypowiedzenie, rektor potrafił powiedzieć: „Ja tu jestem, ku…, królem i ja decyduję, kiedy ktoś się zwalnia, a kiedy nie”.
To diabeł jest
– Kiedy przeczytałam, że Paweł kazał pracownikom klękać i go przepraszać, nie byłam zaskoczona. To samo działo się przecież w kurii białostockiej, klerycy musieli klękać przed biskupem. Paweł wykorzystywał wzorce wprost z lawendowej mafii. A oni człowieka i jego godność mają za nic – mówi dawna znajoma.
– Potrafił przy kardynale Müllerze, który zna polski, powiedzieć do kanclerza: „Do nogi, psie”. Bardzo go to bawiło – opowiada były pracownik. – Zdarzały się dni, gdy był miły. Lubił, gdy ludzie byli od niego zależni, bo miał nad nimi władzę, a na tym mu bardzo zależało. Ale najbardziej mu zależało na sławie i wizerunku, żeby ludzie o nim dobrze mówili – opowiada inny.
– Paweł cierpi na jakiś rodzaj manii prześladowczej, ciągle mu się wydaje, że ktoś coś knuje, spiskuje przeciwko niemu. Ma też manię wielkości, podkreśla, że może załatwić wszystko. I rzeczywiście jego macki sięgały wszędzie: od firmy produkującej kremy po Ministerstwo Edukacji i policję. To powodowało, że człowiek bał się zgłosić skargę do ZUS czy PIP. Wiedział, że to nic nie da – dodaje kolejna osoba.
Latami nie mówiło się głośno o molestowaniu pracowników. I dopiero kiedy taki zarzut postawił byłemu rektorowi prokurator, ludziom rozwiązały się języki. Opowiadali, że kiedy Paweł C. szukał kogoś do pracy, przeglądał zdjęcia kandydatów i mówił: najlepiej, żeby był gejem albo chociaż nieostentacyjnym hetero. Zatrudnionych mężczyzn nagabywał i obmacywał, składał niechciane propozycje. A w mediach społecznościowych pozował w objęciach z Aleksandrą Fajęcką, dyrektorką Instytutu Mediów i Dziennikarstwa na uczelni.
Nikogo nie lubił, nie miał nikogo bliskiego. – Był czas, gdy się zastanawiał, co by było, gdyby zginął w wypadku. Kto by poprowadził uczelnię? Komu przypadłby cały majątek? Rodzice są starzy, nie będą przecież wiecznie żyć. Któregoś razu zaklął i oświadczył, że zapisze wszystko na Kościół – wspomina były pracownik. I on, i inni ze strachem myślą, że teraz mógłby się wywinąć z zarzutów. Byli przerażeni, kiedy pojawiła się informacja, że chce zostać tzw. małym świadkiem koronnym, bo liczy, że dzięki temu wyjdzie z aresztu, a sąd złagodzi mu przyszły wyrok.
– Każdy podejrzany, który współdziałał z innymi osobami w popełnieniu przestępstw, może liczyć na taki status, jeśli nie tylko opisze okoliczności stawianych mu zarzutów, ale także ujawni informacje dotyczące osób współdziałających bądź nowe, nieznane prokuraturze poważne przestępstwa – tłumaczy prowadzący śledztwo prokurator Piotr Żak z Prokuratury Krajowej w Katowicach. Dodaje, że były rektor składa wyjaśnienia, w których odnosi się do długiej listy nazwisk osób, co do których istnieje podejrzenie, że kupowały lub dostawały za darmo dyplomy w jego uczelni.
– Dane takich osób pozyskaliśmy w czasie śledztwa, teraz je weryfikujemy. Sprawa nie dotyczy jednak wyłącznie wydawania poświadczających nieprawdę dyplomów, ma znacznie szerszy zakres. Obejmuje też przestępstwa korupcyjne, które mogły ułatwiać funkcjonowanie przestępczego procederu – mówi prokurator.
– Oby go nie wypuścili – martwi się były pracownik. Inny żartuje, że Paweł C. sypie, bo mu się pali pod tyłkiem. Potem poważnieje: – A co, jeśli jednak wyjdzie? Przecież to diabeł jest.
Wybitny i młody uczony w ciągu trzech lat od ukończenia studiów magisterskich obronił doktorat oraz uzyskał słowacką docenturę. Wszystkie trzy stopnie dotyczyły tego samego tematu. O tym, czy doktorat sprosta ponownej ocenie Centralnej Komisji, będziemy informować.
Paweł Czarnecki. Według „Newsweeka” to bratanek europosła Ryszarda Czarneckiego, który użycza Collegium Humanum swojego wizerunku. Jednak obydwaj temu zaprzeczają.
Paczka, którą dostałem jakiś czas temu z Łodzi, pochodziła od anonimowego „prof. Kowalskiego” i zawierała kilka kserokopii książek dotyczących historii Starokatolickiego Kościoła Mariawitów. Moją uwagę przykuł włożony do niej egzemplarz pracy doktorskiej mgr. lic. Pawła Stanisława Czarneckiego zatytułowanej „Geneza, rozwój i skutki rozłamu w Starokatolickim Kościele Mariawitów w roku 1935. Studium teologiczno-historyczne”. Pracę obroniono w 2004 r. na Wydziale Teologicznym Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Promotorem tej dysertacji był bp prof. dr hab. Wiktor Wysoczański, ówczesny rektor CHAT, zaś recenzentami: ks. prof. Michał Czajkowski (obecnie em. prof. Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego) oraz prof. Karol Karski (CHAT).
ks. prof. Michał Czajkowski
——————
Kiedy zacząłem wczytywać się w ciekawą historię tego mało znanego kościoła chrześcijańskiego, który obecnie ma w Polsce ok. 30 tys. wyznawców, zobaczyłem, że liczne kartki doktoratu są pokolorowane. Podobne kolory widniały na stronach przesłanych książek, którymi były: „Mariawityzm. Studium historyczne” autorstwa Stanisława Rybaka, wydana w Warszawie w 1992 r. oraz książka obecnego dr. hab. Krzysztofa Łojka „Rozłam w łonie Starokatolickiego Kościoła Mariawitów w 1935 roku”, Warszawa 2001 r.
Po porównaniu tekstów okazało się, że z książki S. Rybaka przejęto około 55 stron. Autor doktoratu, aczkolwiek odnotował powyższą pozycję we wstępie i w kilku przypisach, przejął tekst bezpośrednio. Co istotne, tam, gdzie zamieszczono przypisy, tekstu nie ujęto w cudzysłów, z kolei w innych miejscach wprowadzono drobne zmiany, polegające m.in. na dodaniu lub zamianie pojedynczego słowa lub kilku słów. Na przykład, Rybak, str. 20 : „Dnia 6 sierpnia, pod wpływem zaleceń M. Franciszki, 16 obecnych w Rzymie kapłanów mariawitów dokonało wyboru przełożonego zgromadzenia tzw. Ministra Generalnego Zgromadzenia Kapłanów Mariawistów. W tajnym głosowaniu, oprócz dwóch księży, pozostali oddali głosy na ks. Jana Kowalskiego (M. Michała)”; z kolei Czarnecki, str. 30 : „Stąd dnia 6 sierpnia na skutek zaleceń Marii Franciszki, 16 obecnych w Rzymie kapłanów mariawitów dokonało wyboru przełożonego zgromadzenia tzw. Ministra Generalnego Zgromadzenia Kapłanów Mariawitów. W tajnym głosowaniu, oprócz dwóch księży, pozostali oddali głosy na ks. Jana [Marii Michała] Kowalskiego52”. Ciekawe jest, że dalszych 11 linijek tekstu Rybaka Czarnecki włożył w całości do odnośnika (52). Innym zabiegiem jest rozbudowywanie przepisywanych zdań (np. Rybak str. 29, Czarnecki str. 36), czy też używanie szyku przestawnego (np. Rybak str. 27, Czarnecki str.35).
Z kolei z książki dr. hab. Krzysztofa Łojka (obecnego profesora uczelnianego w Wyższej Szkole Kadr Menedżerskich w Koninie) metodą „kopiuj i wklej” przejęto ponad 85 stron tekstu. Pozycji tej nie odnotowano i nie podano w bibliografii. Tekst Łojka zmieniany jest w podobny sposób jak tekst Rybaka: użycie synonimów, szyku przestawnego, próba parafrazy.
Podsumowując, doktorat Pawła S. Czarneckiego jest pracą niesamodzielną, w znaczącym stopniu naruszającą prawa autorskie innych osób. W związku z tym jego dysertacja powinna zostać wznowiona z urzędu przez Prezydium Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów.
Kto jest kim?
Sprawa jest o tyle poważna, że dr hab. Paweł S. Czarnecki (ur. w 1980 r.) jest obecnie rektorem Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie (prezydent: dr Stanisław Dawidziuk, prorektor: dr Joanna Michalak-Dawidziuk, kanclerz: mgr Radosław Dawidziuk) oraz profesorem uczelnianym tej prywatnej uczelni, o której burzliwych dziejach w minionych latach wiele pisała prasa.
W Wikipedii sylwetkę naukową rektora WSM opisano tak: „W 2003 ukończył Wydział Teologiczny Uniwersytetu im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie (UKSW). Promotorem był ks. prof. Michał Czajkowski, recenzentem ks. dr Andrzej Luter, a praca magisterska nosiła tytuł „Geneza, rozwój i działalność Kościoła starokatolickiego w Polsce w okresie międzywojennym”. W tym samym roku uzyskał prawo wykładania teologii katolickiej, otrzymując tytuł Licentiatus in Theologia Oecumenica na UKSW. Również w 2003 ukończył podyplomowe studia pedagogiczne na Papieskim Wydziale Teologicznym Bobolanum w Warszawie. W 2004 uzyskał stopień naukowy doktora nauk teologicznych w zakresie historii w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Tytuł dysertacji doktorskiej „Geneza, rozwój i skutki rozłamu w Starokatolickim Kościele Mariawitów w roku 1935. Studium teologiczno-historyczne”. W 2005 ukończył studia Master of Business Administration w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. W 2006 uzyskał stopień naukowy doktora habilitowanego nauk teologicznych na Wydziale Teologicznym w Koszycach Katolickiego Uniwersytetu w Rużomberku (Słowacja). Temat dysertacji habilitacyjnej „Geneza, rozwój i działalność Starokatolickiego Kościoła Mariawitów w Polsce w latach 1893-1935”. Recenzentami byli ks. prof. Cyryl Hisem, bp prof. Stanisław Stolarik i ks. prof. Michał Czajkowski.
W 2009 r. uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Preszowie (Słowacja). Tytuł rozprawy habilitacyjnej „Etyka mediów”. Recenzentami byli prof. Józef Jaroń, prof. PhDr. Jana Sošková, CSc. i doc. PhDr. Viera Bilasová, CSc. W 2009 na Wydziale Administracji i Stosunków Międzynarodowych Wyższej Szkoły Ekonomii i Innowacji w Lublinie uzyskał tytuł zawodowy magistra administracji. Tytuł pracy magisterskiej „Autorytaryzm i demokracja w Polsce w okresie transformacji ustrojowej”. Promotorem był prof. Marek Żmigrodzki, a recenzentem dr Marta Michalczuk-Wlizło”.
Na stronie uczelni osiągnięcia naukowe rektora Czarneckiego opisano tak: „Pedagog społeczny i etyk. Autor wielu artykułów i książek naukowych publikowanych w Polsce i zagranicą. min.: „Marii Ossowskiej nauka o moralności”, Warszawa 2006, „Etyka”, Warszawa 2006, „V oblasti etických úloh”, Prešov 2007, „Etyka mediów”, Warszawa 2008, „Zarys etyki”, Lublin 2008, „Dylematy etyczne współczesności”, Warszawa 2008, „Demokracja i autorytaryzm w Polsce”, Warszawa 2009, „Historia filozofii”, Warszawa 2011, „Ethics for a social worker”, Lublin 2011, „Praca socjalna”, Warszawa 2013, „Vybrané problémy sociálnej prace”, Bratysława 2012.
Jest redaktorem naczelnym czasopisma naukowego „Międzynarodowe Studia Społeczno-Humanistyczne Humanum”, członkiem Kolegium Redakcyjnego czasopisma naukowego „Zdravotníctvo a sociálna práca” w Bratysławie. Visiting professor in social work w St. Elisabeth University of Health and Social Sciences w Bratysławie. Jest ekspertem naukowym w Czech Science Foundation (GACR) w Pradze w Republice Czeskiej oraz w Slovak Research and Development Agency (APVV) w Bratysławie w Republice Słowackiej. Jest recenzentem takich czasopism naukowych jak: „Human Resource Management Research”, „Journal of Logistics Management”, „International Journal of Arts, Education” wydawanych przez Scientific & Academic Publishing Co. w USA. Członek Kolegium Naukowego św. Elżbiety przy St. Elisabeth University of Health and Social Sciences w Bratysławie. Ekspert w Narodowym Centrum Nauki w Krakowie”.
Jak można wywnioskować z powyższego życiorysu, ten wybitny i młody, bo 34-letni uczony, w ciągu trzech lat od ukończenia studiów magisterskich na UKSW w Warszawie obronił doktorat na CHAT oraz uzyskał słowacką docenturę w Rużomberku. Zwróciłem jednak uwagę, że wszystkie trzy stopnie dotyczyły tego samego tematu, jak również we wszystkich procedurach brał udział ks. prof. Michał Czajkowski. O tym, czy doktorat prof. Czarneckiego sprosta ponownej ocenie Centralnej Komisji, będziemy informować.
prof. dr hab. Paweł Czarnecki, MBA, dr h.c. mult. – Rektor
[Rektor Paweł Czarnecki. Według „Newsweeka” to bratanek europosła Ryszarda Czarneckiego, który użycza Collegium Humanum swojego wizerunku.]
——————————————-
Afery Collegium Humanum nigdy by nie było, gdyby nie… kościelna lawendowa mafia. Rektor Paweł C. był seminarzystą w Lublinie, a magisterkę i doktorat pisał pod okiem ks. prof. Michała Czajkowskiego, agenda SB zwerbowanego na tle molestowania seksualnego chłopców. Habilitację i profesurę zrobił na Słowacji, na uczelniach oferujących tzw. turystykę habilitacyjną, często właśnie środowiskom kościelnym.
—————————-
O lawendowej mafii i Pawle C. pisze w „Newsweeku” Renata Kim. Jak podaje, rektor Collegium Humanum Paweł C. w 1999 roku wstąpił do seminarium duchownego w Lublinie. Na drugim roku miał wylecieć – i to z hukiem. Abp Józef Życiński miał nakazać mu spakowanie się i opuszczenie seminarium „w trybie natychmiastowym”. Według „Newseeka” dostał wilczy bilet – nie udało mu się wstąpić do innego seminarium, pomimo prób. Podjął w efekcie studia teologiczne na UKSW w Warszawie.
W 2003 roku obronił pracę magisterską pt. „Geneza, rozwój i działalność Kościoła starokatolickiego w Polsce w okresie międzywojennym” u ks. prof. Michała Czajkowskiego. Jak wyjaśnił Renacie Kim ks. prof. Andrzej Kobyliński, – Czajkowski był „jednym z najbardziej niebezpiecznych tajnych współpracowników SB w kręgach kościelnych”. – Motywem obyczajowym jego werbunku w 1960 r. było molestowanie seksualne nieletnich chłopców – stwierdził ksiądz profesor. Michał Czajkowski w latach 1984 – 2006 był asystentem kościelnym miesięcznika „Więź”; w 2006 roku redaktorzy opublikowali raport o jego działalności agenturalnej.
Czajkowski nie ograniczył się do wypromowania magisterki Pawła C.; rok później został też recenzentem jego pracy doktorskiej pisanej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Kobyliński zastanawia się, jak to możliwe, że Paweł C. napisał doktorat w ciągu roku. Wymowne jest jednak, że promotorem doktoratu był prof. Wiktor Wysoczański. Wysoczański był „biskupem” tzw. Kościoła Polskokatolickiego w RP. Był w seminarium katolickim, ale odszedł po pierwszym roku i związał się z polskokatolikami.
Jak podaje Newsweek, w 2014 roku w doktoracie Pawła C. – dr hab. Marek Wroński, tropiciel plagiatów, znalazł ponad 140 strony przepisane z tekstów źródłowych. Prowadzono postępowania w tej sprawie, ale uznano, że plagiatu nie było…
Habilitację Paweł C. zrobił na Uniwersytecie w Rużomberku na Słowacji, a profesurę uzyskał w Preszowie w tym samym kraju. Oba miejsca są dobrze znane zwłaszcza w środowiskach kościelnych. Kilka lat temu ukazała się nawet książka pod znamiennym tytułem „Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016” autorstwa prof. Bogusława Śliwerskiego. Proceder robienia habilitacji na kilku słowackich uczelniach zablokował minister Jarosław Gowin.
W Rużomberku i Preszowie Paweł C. miał obracać się w kręgu byłych komunistów.
Jako rektor Collegium Humanum Paweł C. pozostawał w żywych kontaktach ze środowiskami kościelnymi; dbał o dobre relacje z archidiecezją warszawską i zapraszał do współpracy bardzo wielu duchownych.
Opublikował pan książkę „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”. No właśnie, jaki to bilans, bo polska opinia publiczna w ogromnej większości jest przekonana o samych dobrodziejstwach naszego członkostwa.
– Politycy i niedouczeni dziennikarze jako bilans członkostwa Polski w Unii Europejskiej przedstawiają z jednej strony wszystkie dotacje unijne, jakie otrzymała Polska, a z drugiej strony polską składkę. Przez te 20 lat wychodzi mniej więcej tak, jakby Polska wpłaciła 1 zł, a otrzymała 3 zł. Niestety jest to tylko jeden z możliwych bilansów i na dodatek mający niewielkie znaczenie. Saldo dotacji i składki w skali wieloletniej to zaledwie 2 proc. polskiego PKB. Nie są to pieniądze, które mogłyby mieć istotne znaczenie dla rozwoju gospodarczego. Co więcej, są to pieniądze szkodliwe z różnych powodów. Po pierwsze, generują dodatkowe niepotrzebne koszty zarówno w trakcie wydawanie tych pieniędzy, jak i późniejszego utrzymywania wybudowanych obiektów. Po drugie, są rodzajem szkodliwego interwencjonizmu państwowego, zgodnie z fałszywą zasadą, że urzędnik wie lepiej od właściciela, na co wydać jego pieniądze. Po trzecie, służą do szantażu ze strony Komisji Europejskiej, co było niejednokrotnie widać w przypadku i rządu PiS, i rządu Wiktora Orbana. Natomiast w mojej książce przedstawiam cały szereg bilansów dotyczących różnych dziedzin gospodarki, finansów publicznych czy emigracji: saldo wymiany towarowej i usług, saldo inwestycji, kwestia uzależnienia od kapitału zagranicznego i transferów pieniędzy za granicę przez zagraniczne koncerny czy straty związane z emigracją Polaków. Jednak najważniejszy jest bilans, który z jednej strony pokazuje korzyści płynące dla Polski ze wspólnego rynku, a z drugiej – straty związane z koniecznością wdrażania unijnych regulacji.
A czy może jest tak, że są jakieś korzyści naszego członkostwa w pierwszych powiedzmy 10-15 latach, ale teraz ten czas się kończy w związku z tym, że UE stała się już de facto biurokratycznym molochem, pętającym inicjatywę i wolność?
– Unia Europejska była biurokratycznym molochem już w roku 2004, kiedy do niej wstępowaliśmy. Ale rzeczywiście w miarę stopniowej coraz większej ingerencji Brukseli w gospodarkę poprzez coraz to nowsze i coraz bardziej absurdalne strategie, plany i regulacje sytuacja z roku na rok się pogarsza. Takim bardzo szkodliwym przykładem jest wprowadzenie ETS, czyli obowiązkowego zakupu pozwoleń do misji dwutlenku węgla. Natomiast do skokowego pogorszenia się sytuacji dojdzie w miarę wdrażania – pod urojonym pretekstem klimatycznym – skrajnie szkodliwej polityki Europejskiego Zielonego Ładu. W tym momencie możemy być pewni, że zyski z członkostwa są mniejsze niż korzyści. Mam na myśli zyski finansowe, ale do tego dochodzą jeszcze sprawy, których tak łatwo nie da się policzyć – dotyczące utraty wolności wyboru i ogólnie wolności. Chodzi o te wszystkie regulacje Zielonego Ładu zakazujące samochodów spalinowych (sam ten przepis mógłby być wystarczającym pretekstem Polexitu), kotłów na paliwa kopalne, kuchenek gazowych, zmuszające do niepotrzebnych remontów niemal wszystkich domów. A czekają nas jeszcze klimatyczne podatki od samochodów, od rolnictwa czy od ogrzewania domów – tzw. ETS 2.
Skąd, według pana, bierze się skrajny dogmatyzm Brukseli w kwestii tzw. zielonej rewolucji. Przecież już na pierwszy rzut oka jest to szaleństwo. Jeśli tak, to skąd ta determinacja?
– Trzeba sobie zdać sprawę z faktu, że politycy, którzy są na świeczniku – i ci w Unii Europejskiej, i ci w krajach członkowskich – to zwykłe kukiełki. Robią to, co im suflują – poprzez lobbystów i korupcję – prawdziwi władcy. W mojej książce wyróżniłem cztery grupy, które naprawdę rządzą Unią Europejską. Po pierwsze, koncerny międzynarodowe, farmaceutyczne, chemiczne czy przemysłu spożywczego itd. Po drugie, międzynarodowe instytucje finansowe, które pod pretekstem walki z terroryzmem doprowadzają do coraz większej inwigilacji praworządnych obywateli czy do ograniczenia wolności dysponowania gotówką. Po trzecie, są to służby specjalne poważnych państw unijnych, jak Niemcy czy Francja, działające konkretnie na korzyść swoich krajów. Po czwarte, służby specjalne poważnych państw pozaunijnych, jak Rosja, USA, Chiny, Izrael, a nawet państwa arabskie. W efekcie wewnątrz Unii Europejskiej dochodzi do kotłowania się lobbystów z eurokratami – każdy przeciąga linę na swoją stronę i próbuje coś ugrać dla swoich mocodawców. Jesteśmy świadkami przepychanek i bezpardonowej walki pomiędzy tymi grupami interesu. Działania tych wszystkich sił przenikają się w unijnej polityce, a ponieważ ich interesy niejednokrotnie są sprzeczne, to często unijne regulacje również są ze sobą sprzeczne. Na przykład najpierw jednym przepisem zmusza się ludzi do instalacji pomp ciepła, a zaraz potem drugim przepisem chce się zakazać gazów fluorowanych, bez których pompa ciepła nie może działać. I tu nie chodzi o żaden dogmatyzm, tylko o grube interesy, takie jak handel dwutlenkiem węgla w atmosferze, które załatwiane są pod wygodnym pretekstem klimatyzmu, co udało się ludziom wmówić wieloletnią propagandą i ci w końcu w to uwierzyli.
Obecnie ok. 20 proc. Polaków byłoby skłonne uznać wyjście z UE za dobre dla Polski. Czy to dużo, czy mało?
– Moim zdaniem to bardzo mało, ale jest to efekt tej właśnie wieloletniej propagandy wtłaczanej w mózgi ludzi dzień w dzień przez już jakieś 30 lat. Jeszcze w latach 90. przepaść w dobrobycie pomiędzy Europą Zachodnią a Polską była tak wielka, że niemal wszyscy chcieli, żeby i u nas było jak na Zachodzie. Propaganda przedreferendalna utwierdziła Polaków w przekonaniu, że wkrótce – za 10, a maksymalnie za 15 lat – po tym jak wejdziemy do Unii, będziemy tak bogaci jak oni. A jak jeszcze sypną dotacyjnym groszem, to w ogóle od razu będzie raj. Nic takiego oczywiście się nie stało – w 2021 roku eksperci Warsaw Enterprise Institute przewidywali, że Polska może dogonić Niemców już za… 34 lata, a wzrost dobrobytu w Polsce nie zawdzięczamy unijnym dotacjom ani tym bardziej regulacjom, a wyłącznie ciężkiej pracy Polaków. W pewnym stopniu z pewnością pomógł w tym dostęp dla polskich firm do wspólnego rynku. Propaganda rządu Leszka Millera stręczyła Polakom UE też tym, że po anszlusie będą mogli pracować na dobrobyt zachodnich społeczeństw. Tak się niestety stało. Do pracy wyjechało ponad 2 miliony Polaków, którzy zamiast budować bogactwo Polski, pracują na dobrobyt obcych.
Natomiast odtrutką na te wszystkie „działania informacyjne” i inne kłamstwa ze strony polskich i unijnych polityków i urzędników oraz jej apologetów ma być kampania AkcjaEwakuacjaZeu, której celem jest doprowadzenie w ciągu pięciu lat do zmniejszenia poparcia Polaków dla Unii z ok. 80 proc. do nie więcej niż 50 proc. A moja książka daje konkretne argumenty, by móc przekonać niezdecydowanych do tego, że Unia Europejska prowadzi nas na skraj przepaści finansowej, odbierze nam wolność i jakiś tam dobrobyt, który sami wypracowaliśmy przez te trzy i pół dekady, które minęły od tzw. transformacji ustrojowej. Na ulicach widzimy, że zrozumieli to już rolnicy, którzy swojego protestu nie skierowali przeciwko polskiemu rządowi, a Unii Europejskiej i jej Zielonemu Ładowi. Dodam, że w mojej książce analizuję i porównuję sytuację rolników przed członkostwem i teraz. Na przykład żeby kupić ciągnik, w 2004 roku rolnik musiał sprzedać 13,2 ton świń, a w 2022 roku – już 48,7 ton świń! Oznacza to wzrost ceny o 269 proc.! Nie inaczej jest w przypadku mleka. Żeby kupić ciągnik, w 2004 roku rolnik musiał sprzedać 63,6 tys. litrów mleka, a w 2022 roku – już 142 tys. litrów mleka, czyli 123 proc. więcej. Pamiętajmy, że to rolnicy dostali najwięcej dopłat z Brukseli i według propagandy to oni mieli być tym największym wygranym członkostwa Polski w Unii. A tymczasem skutek jest opłakany. Liczba gospodarstw rolnych spada w zastraszającym tempie, a z danych GUS wynika, że udział wartości dodanej brutto rolnictwa w PKB Polski spadł z 3,3 proc. w 2004 roku do 2,8 proc. w 2022 roku.
Czy według pana zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego mogą być przełomowe, czy jest szansa na odsunięcie ekipy Ursuli von der Leyen i zmianę polityki Komisji Europejskiej? I co może się stać, jeśli do tego nie dojdzie?
– Uważam, że wybory do Parlamentu Europejskiego nic zasadniczego nie zmienią. Tak jak powiedziałem, eurokraci są wyłącznie kukiełkami. Unia Europejska konsekwentnie i metodycznie idzie w kierunku budowy scentralizowanego superpaństwa i żadne wybory nie spowodują, że coś się w tej kwestii zmieni. Nie będzie Ursuli von der Leyen, to będzie inny Timmermans, Van Rompuy albo jeszcze ktoś inny, kto konsekwentnie będzie wdrażał tę samą politykę niemieckiego walca. Według wyliczeń francuskiego Institutu Rousseau na osiągnięcie tzw. neutralności klimatycznej Polska do 2050 roku ma marnować 13,6 proc. PKB rocznie. To 2,4 biliona euro, czyli ponad 10 bilionów złotych. Kwota ta jest niemal dziesięć razy wyższa niż wartość wszystkich unijnych dotacji dla Polski, które przez całe 20 lat wyniosły nieco ponad 1 bilion złotych! Polska nie może nie wdrażać Zielonego Ładu, a za nieposłuszeństwo w tej kwestii grożą olbrzymie kary finansowe od TSUE. Dlatego jeśli mielibyśmy przestać marnować gigantyczne zasoby na Europejski Zielony Ład, doprowadzając do likwidacji wielu firm, a całe rzesze Polaków do ubóstwa, o zamachu na naszą wolność nie wspominając, jedynym rozwiązaniem jest Polexit.
Rozmawiał: Jan Engelgard
Książka Tomasza Cukiernika „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa” jest do nabycia w księgarni internetowej www.tomaszcukiernik.pl
Feminizm jest formą oszukańczej manipulacji, stosowanej w celu zmiany porządku społecznego i tożsamości osobistej, co zostało przyspieszone przez rewolucję przemysłową i w następstwie tego nie można ignorować jej skutków, takich jak
łatwy rozwód, rozkład jedności rodziny i porzucenie tradycyjnych ról płciowych.
Sfeminizowani mężczyźni doskonale nadają się do planowania rodziny
Rachel Wilson o okultystycznych korzeniach feminizmu
Ruch wyzwolenia kobiet (feminizm) pozostawał pod silnym wpływem okultyzmu.
Historia wyzwolenia kobiet obejmuje pogaństwo, kult demonów, czary i CIA. Innymi słowy, przekonanie, że wyzwolenie kobiet, zwłaszcza na Zachodzie, przyniosło kobietom korzyści, jest fałszywe.
Feminizm nie jest otwarty na racjonalny dyskurs. Kłótnie nic nie dają. To świadomość ofiary.
∼Nieznany
W rezultacie zarówno kobiety, jak i mężczyźni doznali negatywnych konsekwencji.
Dodaje, że dążenie do egalitaryzmu zniewoliło kobiety przez wypychanie ich do pracy, aby konkurowały z mężczyznami, i rozbijanie rodziny, zachęcając do nieobecności rodziców w domu, a w konsekwencji opóźniając zawieranie małżeństw i posiadanie mniejszej liczby dzieci.
Wprowadzenie prawa wyborczego kobiet na początku XX wieku, a później rewolucja seksualna i jednoczesne pojawienie się studiów feministycznych jako dyscypliny akademickiej zakończyły proces przekształcania Zachodu w kulturę gynocentryczną, a nie patriarchalną.
Zauważa, że dzięki sufrażystkom kobiety stały się bardziej bezbronne.
Feminizm jest formą oszukańczej manipulacji, stosowanej w celu zmiany porządku społecznego i tożsamości osobistej, co zostało przyspieszone przez rewolucję przemysłową i w następstwie tego nie można ignorować jej skutków, takich jak
łatwy rozwód,
rozkład jedności rodziny i
porzucenie tradycyjnych ról płciowych.
Uogólnione cechy obu płci
Role płciowe mają znaczenie
We współczesnym społeczeństwie tradycyjne role płciowe są potępiane, co powoduje zamieszanie i brak równowagi. Na przykład męskość jest etykietowana jako „toksyczna”.
Dzięki feminizmowi mężczyźni i kobiety stają się sławni przez okazywanie cech płci przeciwnej.
Prowadzi to do zwiększonego zamieszania między mężczyznami i kobietami, co skutkuje niespełnionym życiem i problemami społecznymi.
Transgenderyzm
Promowanie transpłciowości u dzieci jako „miłości” i „akceptacji” to okropny pomysł.
W rzeczywistości chodzi o wprowadzanie w błąd dzieci i rodziców, zarówno w celu uzyskania korzyści finansowych, jak i depopulacji. To rozwijająca się branża, napędzana propagandą w szkołach, mediach społecznościowych oraz w całym Hollywood i przemyśle rozrywkowym.
Wkrada się nawet do coraz większej liczby instytucji religijnych.
Krótko mówiąc, mężczyźni powinni być obrońcami, żywicielami i przywódcami, podczas gdy kobiety powinny być opiekunkami, uzdrowicielkami i zajmować się domem.
Role te są zakorzenione w różnicach biologicznych i psychologicznych, a nie w konstruktach społecznych, i są spójne w różnych kulturach i społeczeństwach na przestrzeni dziejów. Gdyby usunięto wpływy społeczne (takie jak polityka i media), w naturalny sposób wyłoniłyby się domyślne role płciowe z powodu nieodłącznych różnic między mężczyznami i kobietami.
Wyzwolenie kobiet, paradoksalnie, nie wyzwoliło ani kobiet, ani mężczyzn.
Strącanie w pospolitość czyli maskulinizacja kobiet Ten współczesny krzykliwy feminizm, typowy dla różnych lewicowych aktywistek, który dąży do zmiany wszystkich wartości i maskulinizacji kobiety, czyli ściąga ją w pospolitość, musi znaleźć przeciwwagę w postaci feminizmu nowego, […]
Największy na świecie dostawca procederu dzieciobójstwa prenatalnego, Planned Parenthood, chwali się otrzymaniem od brytyjskiego rządu środków na „dostęp do bezpiecznej opieki aborcyjnej”, które zostaną przeznaczone m. in. na zabijanie dzieci na Ukrainie.
Wcześniej ten sam rząd przekazał Ukrainie 4,7 miliarda funtów na „wsparcie pozamilitarne”, również obejmujące finansowanie mordów prenatalnych.
Rząd Wielkiej Brytanii przekazał pieniądze 200 milionów funtów Międzynarodowej Federacji Planned Parenthood w ramach inicjatywy „mającej na celu rozwiązanie problemu nierówności płci na świecie”. Owo „rozwiązanie problemu nierówności” ma polegać na pomocy kobietom w zbrodniczym procederze zabijania dzieci nienarodzonych.
Moloch aborcyjny chwali się, że dzięki tym środkom będzie mógł objąć swoimi przestępczymi usługami aż 20 tysięcy kobiet. Środki zostaną rozdysponowane m. in. w Afryce, a 1,5 funtów trafi na Ukrainę.
Ponadto ta sama władza przekazała na Ukrainę 4,7 miliarda funtów w ramach „pomocy pozamilitarnej”, obejmującej „świadczenie usług w zakresie zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”, a więc popełnianie tzw. aborcji.
Wielka Brytania pod rządami „konserwatystów” prowadzi konsekwentna politykę promowania mordów prenatalnych, zobowiązując się przed ONZ do przekazania dodatkowych 600 milionów funtów na działania związane z „planowaniem rodziny”, obejmujące aborcję.
Rząd w Londynie podejmuje te działania na przekór większości Brytyjczyków. Jak pokazał najnowszy sondaż przeprowadzony przez firmę ComRes, 65 procent obywateli sprzeciwia się wydawaniu ich pieniędzy na finansowanie tzw. aborcji poza granicami kraju.
James Roguski na spotkaniu Zespołu Parlamentarnego ds. WHO: celem Traktatu Pandemicznego jest sprawienie, by kraje bogate sfinansowały inwestycje w przemysł farmaceutyczny w krajach biednych.
20 marca 2024 miało miejsce drugie posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Światowej Organizacji Zdrowia, na którym gościem był James Roguski – całe spotkanie, które było tłumaczone konsekutywnie, można obejrzeć na stronach iTV Sejm.
James Roguski podkreślał wielokrotnie w swoim wystąpieniu, że Traktat Pandemiczny i poprawki do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych IHR (2005) to dwa całkowicie różne, niezwiązane z sobą dokumenty, które często są przez opinię publiczną mylone. Negocjowany w świetle kamer dokument pod nazwą roboczą Porozumienie Pandemiczne czy Traktat Pandemiczny, którego kolejne wersje są dostępne na stronach WHO, skupia na sobie uwagę opinii publicznej, odwracając ją od prowadzonych skrycie negocjacji dotyczących zmian w IHR 2005.
Traktat Pandemiczny jest obecny w przestrzeni medialnej, istnieje wiele jego kolejnych wersji, ostatnia pochodzi z marca 2024. Jest przyczyną wielu kontrowersji, ponieważ niektóre państwa członkowskie wręcz kwestionują zasadność negocjowania takiego dokumentu prawa międzynarodowego. Jednak pomimo tej jawności, istnieje wiele nieporozumień dotyczących celu wprowadzania Traktatu, i jak się wydaje, większość ludzi nie rozumie jaką funkcję ma on pełnić.
Traktat Pandemiczny to porozumienie handlowe, którego celem jest sprawienie, by kraje bogate sfinansowały inwestycje w przemysł farmaceutyczny w krajach biednych.
Najnowsza oficjalna wersja projektu traktatu pochodzi z 13 marca 2024, i jeśli spojrzy się na art. 24 to można zauważyć, że – w porównaniu z wersjami poprzednimi – dodano nowe punkty (2 i 3), i zwłaszcza punkt 3 może zadziwić wielu krytyków wersji poprzednich – jak się okazuje, traktat nie jest atakiem na suwerenność państw członkowskich, nie jest też jego celem narzucanie obowiązku szczepień czy nakazywanie wprowadzania lockdownów.
Treść punktu trzeciego brzmi: „Żadne z postanowień Porozumienia WHO w sprawie pandemii nie może być interpretowane jako dające Sekretariatowi WHO, w tym Dyrektorowi Generalnemu WHO, jakiekolwiek uprawnienia do kierowania, nakazywania, zmieniania lub w inny sposób nakazywania krajowych przepisów lub polityk którejkolwiek ze Stron, lub do nakazywania lub w inny sposób nakładania jakichkolwiek wymogów, aby Strony podejmowały określone działania, takie jak zakaz lub przyjmowanie podróżnych, nakładanie mandatów szczepień lub środków terapeutycznych lub diagnostycznych, lub wdrażanie lockdownów”.
Celem podstawowym Traktatu czy Umowa Pandemicznej jest monitoring środowiska w poszukiwanie patogenów o potencjale pandemicznym właściwie we wszystkich sferach życia społecznego. Jako, że istnieje obawa o zagrożeniu odzwierzęcego rozprzestrzeniania się patogenów, szczególnym zainteresowaniem darzone są zwierzęta, łącznie z odpadami weterynaryjnymi, ściekami. Znalezione patogeny oraz ich sekwencje genetyczne przekazywane są do sieci laboratoriów koordynowanych przez WHO, które, jak wynika znegocjowanego porozumienia, ma udostępniać je zainteresowanym firmom farmaceutycznym, i w efekcie ma być głównym dystrybutorem produktów pandemicznych powstałych w wyniku przekazanych informacji. To właśnie stanowi kość niezgody wśród państw biedniejszych, które obawiają się, że zostaną wyłączone z podziału zysków związanych procedurą określaną jako P-ABS –Dostęp do patogenów i podział korzyści (Pathogen Access and Benefit-Sharing).
Obecnie wymiana patogenów odbywa się za pośrednictwem dziesiątek formalnych i nieformalnych sieci, i nie każdy ma zagwarantowany dostęp do danych. To właśnie ma regulować nowe Porozumienie Pandemiczne – ma zapewnić monopol WHO na dostęp do tych patogenów za pośrednictwem sieci laboratoriów koordynowanych przez WHO. Oczekuje się, że system będzie miał zastosowanie do „wszystkich patogenów o potencjale pandemicznym, w tym ich sekwencji genomowych”, co oznacza, że będzie obejmował zarówno materiały fizyczne – np. fiolkę zawierającą wyizolowany szczep patogenu, jak i informacje cyfrowe czyli sekwencję jego wariantów, tak jak to miało miejsce w przypadku wersji Omicron wirusa SARS-CoV-2.
Powodem, dla którego toczone są jakiekolwiek negocjacje w sprawie Traktatu Pandemicznego jest obawa biedniejszych państw, że zostaną pominięte, w podobny sposób jak RPA i Botswana przy Omikronie, przy podziale zysków, wynikających z równego dostępu do leków, szczepionek czy innych produktów pandemicznych, powstałych w oparciu o informacje o nowych patogenach. Republika Południowej Afryki i Botswana, mimo że afrykańscy naukowcy byli jednymi z pierwszych, którzy zidentyfikowali i opublikowali informacje na temat nowego wariantu SARS-CoV-2, nie miały dostępu do zaktualizowanych szczepionek przeciwko wariantowi Omicron, ani do zysków z ich sprzedaży. W podziękowaniu za udostępnienie patogenów, nałożono na te kraje restrykcje w podróżowaniu i lockdowny, a Pfizer zarobił dzięki tej informacji miliardy dolarów przy produkcji i sprzedaży szczepionek przypominających (boosterów).
Brak powiązania między dostępem do patogenów a dzieleniem się produktami związanymi z pandemią sięga lat wcześniejszych. Podczas epidemii ptasiej grypy H5N1 Indonezja udostępniła próbki grypy pandemicznej za pośrednictwem globalnej sieci laboratoriów grypy WHO, a mimo to miała poważne trudności w zapewnieniu dostępu do szczepionek opracowanych na podstawie „jej” próbek grypy, ze względu na umowy zakupu wynegocjowane przez inne kraje. W efekcie Indonezja przestała udostępniać próbki grypy.
W jaki sposób P-ABS w ramach nowego międzynarodowego traktatu dotyczącego zapobiegania pandemiom, gotowości i reagowania na nie (Pandemic Accord) wpłynie na firmy szczepionkowe, terapeutyczne i diagnostyczne? W zamyśle, system ma być podobny do ram gotowości na wypadek pandemii grypy z 2011 r („PIP Framework” – Pandemic Influenza Preparedness), które miały gromadzić „materiał biologicznego wirusa H5N1 i innych wirusów grypy o potencjale pandemicznym”. Gdy prywatna firma chciała otrzymać te materiały z sieci laboratoriów WHO, musiała najpierw zawrzeć Standardową Umowę Transferu Materiału („SMTA”) z Sekretariatem WHO. W zamian firma musiała zgodzić się na dostarczenie WHO określonych produktów. Na przykład, w przypadku producentów szczepionek, firma musiała zdecydować się np. na „przekazanie WHO co najmniej 10% produkcji szczepionek pandemicznych w czasie rzeczywistym” lub na „udzielenie producentom w krajach rozwijających się licencji na wzajemnie uzgodnionych warunkach, które powinny być sprawiedliwe i rozsądne, w tym w odniesieniu do przystępnych opłat licencyjnych”.
System stworzony przez PIP Framework jest wysoce kontrowersyjny. Wśród wielu krytycznych uwag, z prawnego punktu widzenia, negocjacje między WHO – wysoce upolitycznioną organizacją międzynarodową, która opiera się na przywilejach i immunitetach wynikających z prawa międzynarodowego – a prywatnym podmiotem komercyjnym są uciążliwe i mogą trwać latami. Co więcej, sektor prywatny wpłaca również miliony dolarów na rzecz PIP Framework oraz dla WHO, co rodzi pytania dotyczące przejrzystości finansowej i konfliktów interesów.
James Roguski twierdzi, że jest jeszcze inne, olbrzymie zagrożenie wynikające z Traktatu Pandemicznego, szczególnie z rozdziału III porozumienia. Przewiduje on zbudowanie ramowej umowy, na wzór konwencji klimatycznej, która pozwoli na stworzenie nowej biurokracji, która rok po roku będzie opracowywała szczegóły systemu i dystrybuowała produkty o wartości miliardów dolarów. Ta część umowy jest szczególnie chętnie negocjowana przez Unię Europejską.
W dzisiejszych czasach coraz częściej możemy spotkać się z kontrolą systemu i korupcją instytucjonalną, z wielką nagonką na naturoterapię, ziołolecznictwo i inne, pokrewne dziedziny. Co ciekawsze, w wielu kulturach, a nawet w krajach Europy Zachodniej, są to normalne, medycznie uznane praktyki i wcale nie przemianowane za „niebezpieczne”.
Przykładem może być Francja, Niemcy lub Szwajcaria, gdzie homeopatia jest na porządku dziennym. Nawet w Austrii czy Czechach, apteki wyglądają troszkę lepiej niż w Polsce i można w nich spotkać więcej fitoterapeutów. Myślę, że musi minąć jeszcze długi czas, zanim naród obudzi się i zobaczy naocznie, co jest złem, a co jest dobrem. Żywność XXI wieku jest zazwyczaj wysoce przetworzona i często genetycznie modyfikowana.
Jest to główna przyczyna niedoboru podstawowych związków odżywczych dla budowy naszego organizmu, zarówno jego zewnętrznych, jak i wewnętrznych narządów. Niedobory możemy uzupełnić. Najprostszą formą są pite regularnie herbaty ziołowe, które dostarczają nam niezbędnych minerałów. Zioła mogą być doskonałym ulepszaczem smaku i dodatkiem do sałatek i surówek. W Polsce ziołolecznictwo wśród dzieci zostaje coraz bardziej zapomniane. Stosowane jeszcze u współczesnych rodziców, dziś jest pominięte lub za sprawą systemu, celowo zwalczane.
Z całą pewnością, mogę powiedzieć, że właściwe stosowanie ziół w profilaktyce zarówno u dzieci, jak i dorosłych jest w 100% bezpieczne. Pod warunkiem, że wszystko stosujemy z umiarem i zgodnie ze wskazaniami. Warto stosować podstawowe rośliny lecznicze, takie jak: mniszek lekarski, piołun, korzeń lukrecji, mięta, szałwia, rumianek i koper włoski. Takie herbatki warto słodzić prawdziwym miodem, wówczas mamy pewność, że dobroczynne substancje szybciej wnikną do naszego organizmu i łatwiej się przyswoją. Nie możemy bać się stosowania ziół leczniczych u dzieci, jednak należy zachować ostrożność w ich dawkowaniu.
Jakie zioła możemy podawać naszym dzieciom?
Jeżówka pospolita, dziś szczególnie modna, wzmacnia odporność wśród dzieci;
Rumianek — pity codziennie np. przez dwa tygodnie i słodzony miodem, zapobiega przed infekcjami wirusowymi przenoszonymi szczególnie z przedszkola czy szkoły. Rumianek działa sedatywnie i jest przydatny w domowej apteczce niemal przez cały rok;
Koper włoski pomoże przy zaparciach i bolesnych obstrukcjach związanych z wypróżnianiem. Łagodzi ból brzucha — ten sposób powinna znać każda mama;
Mięta i szałwia — wspierają układ pokarmowy, poprawiają stan emocjonalny;
Dziewanna i babka lancetowata — pomagają w walce z suchym kaszlem;
Piołun — pomaga zachować właściwą florę bakteryjną jamy ustnej i przyzębia, zapobiega przed późniejszą paradontozą. Pomocny w grzybicy przewodu pokarmowego i zwalczaniu drożdżaków. Ma gorzki smak;
Korzeń lub ziele mniszka lekarskiego — pomaga na drogi żółciowe i problemach wątroby.
Podstawowa dawka to herbatka z 2 g, a więc 1 — 2 łyżeczek. Warto, aby zioła przyjmować regularnie, codziennie np. przez dwa tygodnie, po czym odstawiamy je na dwa tygodnie, a następnie możemy kurację powtórzyć. Zioła warto zbierać i suszyć samodzielnie, pod warunkiem, że właściwie je rozpoznajemy. W codziennej profilaktyce zalecałbym zamienne stosowanie herbatek. Przykładowo: rano pijemy rumianek, a po południu miętę czy na odwrót. Kolejnego dnia szałwię, potem piołun. Dostarczenie fitoskładników i soli mineralnych do brakującego pożywienia jest bardzo ważne i niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu.
Aby wzmocnić odporność dzieci, warto włączyć do diety samodzielnie przygotowane kompoty, a wykluczyć sztuczne, gotowe napoje w butelkach. Wprowadzić domowe, ręcznie robione dżemy z owoców i warzyw. Warto jeść także buraki czerwone i przetwory z nich pozyskane. Mogą wyregulować pracę jelit, wspomóc w zaparciach i uspokoić niespokojny układ trawienny. Są bogatym źródłem żelaza, dlatego zalecane są dzieciom z anemią i wysokim ryzykiem jej wystąpienia.
Duża ilość wypijanych płynów zarówno przez dzieci, jak i dorosłych jest niezwykle cenna zarówno dla naszego mózgu i jego aktywności, jak i dla całego organizmu oraz funkcjonowania układu krwionośnego. Pijmy zatem dużo wody mineralnej. Odstawmy sztuczne napoje, modyfikowaną, przetworzoną w wysokich temperaturach i pasteryzowaną żywność, a nasze zdrowie będzie lepsze.
Więcej wiedzy na temat zdrowia zdobędziesz na konferencji pt. Czego Ci lekarz nie powie
Te artykuły zyskują na popularności
Przykładem może być Francja, Niemcy lub Szwajcaria, gdzie homeopatia jest na porządku dziennym. Nawet w Austrii czy Czechach, apteki wyglądają troszkę lepiej niż w Polsce i można w nich spotkać więcej fitoterapeutów. Myślę, że musi minąć jeszcze długi czas, zanim naród obudzi się i zobaczy naocznie, co jest złem, a co jest dobrem. Żywność XXI wieku jest zazwyczaj wysoce przetworzona i często genetycznie modyfikowana.
Jest to główna przyczyna niedoboru podstawowych związków odżywczych dla budowy naszego organizmu, zarówno jego zewnętrznych, jak i wewnętrznych narządów. Niedobory możemy uzupełnić. Najprostszą formą są pite regularnie herbaty ziołowe, które dostarczają nam niezbędnych minerałów. Zioła mogą być doskonałym ulepszaczem smaku i dodatkiem do sałatek i surówek. W Polsce ziołolecznictwo wśród dzieci zostaje coraz bardziej zapomniane. Stosowane jeszcze u współczesnych rodziców, dziś jest pominięte lub za sprawą systemu, celowo zwalczane.
Z całą pewnością, mogę powiedzieć, że właściwe stosowanie ziół w profilaktyce zarówno u dzieci, jak i dorosłych jest w 100% bezpieczne. Pod warunkiem, że wszystko stosujemy z umiarem i zgodnie ze wskazaniami. Warto stosować podstawowe rośliny lecznicze, takie jak: mniszek lekarski, piołun, korzeń lukrecji, mięta, szałwia, rumianek i koper włoski. Takie herbatki warto słodzić prawdziwym miodem, wówczas mamy pewność, że dobroczynne substancje szybciej wnikną do naszego organizmu i łatwiej się przyswoją. Nie możemy bać się stosowania ziół leczniczych u dzieci, jednak należy zachować ostrożność w ich dawkowaniu.
Jakie zioła możemy podawać naszym dzieciom?
Jeżówka pospolita, dziś szczególnie modna, wzmacnia odporność wśród dzieci;
Rumianek — pity codziennie np. przez dwa tygodnie i słodzony miodem, zapobiega przed infekcjami wirusowymi przenoszonymi szczególnie z przedszkola czy szkoły. Rumianek działa sedatywnie i jest przydatny w domowej apteczce niemal przez cały rok;
Koper włoski pomoże przy zaparciach i bolesnych obstrukcjach związanych z wypróżnianiem. Łagodzi ból brzucha — ten sposób powinna znać każda mama;
Mięta i szałwia — wspierają układ pokarmowy, poprawiają stan emocjonalny;
Dziewanna i babka lancetowata — pomagają w walce z suchym kaszlem;
Piołun — pomaga zachować właściwą florę bakteryjną jamy ustnej i przyzębia, zapobiega przed późniejszą paradontozą. Pomocny w grzybicy przewodu pokarmowego i zwalczaniu drożdżaków. Ma gorzki smak;
Korzeń lub ziele mniszka lekarskiego — pomaga na drogi żółciowe i problemach wątroby.
Podstawowa dawka to herbatka z 2 g, a więc 1 — 2 łyżeczek. Warto, aby zioła przyjmować regularnie, codziennie np. przez dwa tygodnie, po czym odstawiamy je na dwa tygodnie, a następnie możemy kurację powtórzyć. Zioła warto zbierać i suszyć samodzielnie, pod warunkiem, że właściwie je rozpoznajemy. W codziennej profilaktyce zalecałbym zamienne stosowanie herbatek. Przykładowo: rano pijemy rumianek, a po południu miętę czy na odwrót. Kolejnego dnia szałwię, potem piołun. Dostarczenie fitoskładników i soli mineralnych do brakującego pożywienia jest bardzo ważne i niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu.
Aby wzmocnić odporność dzieci, warto włączyć do diety samodzielnie przygotowane kompoty, a wykluczyć sztuczne, gotowe napoje w butelkach. Wprowadzić domowe, ręcznie robione dżemy z owoców i warzyw. Warto jeść także buraki czerwone i przetwory z nich pozyskane. Mogą wyregulować pracę jelit, wspomóc w zaparciach i uspokoić niespokojny układ trawienny. Są bogatym źródłem żelaza, dlatego zalecane są dzieciom z anemią i wysokim ryzykiem jej wystąpienia.
Duża ilość wypijanych płynów zarówno przez dzieci, jak i dorosłych jest niezwykle cenna zarówno dla naszego mózgu i jego aktywności, jak i dla całego organizmu oraz funkcjonowania układu krwionośnego. Pijmy zatem dużo wody mineralnej. Odstawmy sztuczne napoje, modyfikowaną, przetworzoną w wysokich temperaturach i pasteryzowaną żywność, a nasze zdrowie będzie lepsze.
„Jeżeli ludzie się zgodzą, żeby rząd kontrolował ich jedzenie oraz leczenie, to w krótkim czasie ich zdrowie będzie w podobnie opłakanym stanie, jak dusza niewolnika”.
Thomas Jefferson
W poprzednim numerze opisałem główne przyczyny powstawania cukrzycy zarówno typu 1., jak i 2. Dziś zajmę się profilaktyką i skutecznymi metodami leczenia.
PROFILAKTYKA CUKRZYCY
O dziwo w żadnej pracy, a zapoznałem się z ponad 100 artykułami na temat cukrzycy, publikowanymi w Medycynie Praktycznej, nie znalazłem słowa ani zdania na temat profilaktyki. Nawet takie tuzy polskiej medycyny, jak profesorowie czy konsultanci jako jedyny środek zaradczy widzą szybkie badania poziomu cukru we krwi. Może się okazać, tak jak to przeprowadzili eksperci kardiologiczni, że poziom statyn podawany we wszystkich podręcznikach medycznych do lat 90. ubiegłego wieku i wynoszący 250 mg zostaje nagle obniżony do 100, ponieważ sprzedaż statyn była za niska. Dodatkowo specjaliści stwierdzili, że aż 30% społeczeństwa jeszcze nie wie, że choruje na cukrzycę, pomimo iż zwiększa ona ryzyko zgonu aż 3- krotnie.
JAK WYLECZYĆ CUKRZYCĘ
Przemysł medyczny jest nastawiony na sprzedaż preparatów, a nie na leczenie. Centralnie indoktrynowani diabetolodzy od razu przechodzą do stosowania insuliny. Leczenie to powoduje zaniechanie produkcji insuliny przez trzustkę chorego i całkowite uzależnienie pacjenta od zakupu leków. Nawet glukometry chorzy otrzymują za darmo, tylko po to, aby potem wydawać majątek na paski do glukometrów. Cukrzycę można jednak wyleczyć i skutecznie zminimalizować objawy choroby.
Osobom cierpiącym na cukrzycę warto podawać mieszankę ziół typu diabetosan. Mieszanka składa się z:
25 g rutwicy lekarskiej;
25 g owocni fasoli;
20 g liści borówki czernicy;
20 g pokrzywy;
5 g szałwii;
5 g korzenia mniszka lekarskiego.
2 łyżeczki przygotowanej mieszanki należy zalać 200 ml przegotowanej wody w temperaturze 95oC. Pozostawić pod przykryciem przez 15 minut. Odcedzić. Pić dwa razy dziennie po 1 szklance. Zioła wykazują właściwości przeciwcukrzycowe i regulują metabolizm węglowodanów we krwi. Rutwica lekarska i owocnia fasoli, dzięki wysokiej zawartości chromu, hamują rozpad insuliny w jelitach i jednocześnie pobudzają aktywność trzustki. Zwiększają wrażliwość organizmu na insulinę i spowalniają trawienie skrobi. Liście borówki czernicy, mniszka i pokrzywy zmniejszają wchłanianie glukozy i działają moczopędnie, pomagając pozbyć się nadmiaru wody z organizmu. Szałwia działa odkażająco i antyseptycznie. Leczenie cukrzycy mogą wspomagać także: liście borówki, koszyk rumianku, ziele ruty, kłącze perzu, ziele dziurawca, kwiat jasnoty białej. Można parzyć codziennie kubek takiego naparu lub przygotować nalewkę z tych ziół. Pragnę zwrócić uwagę, że picie ziół musi trwać przez cały czas leczenia, czyli około roku. Mamy wyleczonych pacjentów, nawet przyjmujących już insulinę.
W profilaktyce cukrzycy typu 2 doskonale działa witamina K-2, która znajduje się w brokułach, kalafiorze czy brukselce. Warto chorym podawać sałatki z tych surowych warzyw. Pokrojone warzywa można polać – w zależności od tego, co kto lubi, śmietaną lub kwaśnym mlekiem. Chory powinien jeść około 200-250 gramów takiej sałatki, co najmniej 3 razy w tygodniu. Pamiętajmy, że gotowanie niszczy prawie 90% witaminy, dlatego trzeba nauczyć się zjadać te warzywa na surowo. Osoby po 50. roku życia przyjmując dziennie 500 mcg witaminy K-2, są w stanie wyleczyć się z cukrzycy i przywrócić prawidłową pracę trzustki po około 6 -12 miesiącach jej przyjmowania oraz po odrzuceniu spożywania wszystkich produktów sprzedawanych w kubeczkach, kartonikach, czyli produktów wysoko przetworzonych. Witamina K-2 jest opisywana jako środek, który może znacznie zmniejszyć objawy cukrzycy, a nawet doprowadzić do regeneracji trzustki, pozwalając na uniknięcie zastrzyków i utrzymanie bardziej równomiernego poziomu glukozy we krwi. Z własnej praktyki zawodowej mogę stwierdzić, że podawanie witaminy K-2 łącznie z metforminą, pozwala na wycofanie się ze stosowania insuliny.
Witaminy D odgrywa istotną rolę w powstawaniu cukrzycy. Tak naprawdę jest hormonem sterydowym, który wpływa na pracę praktycznie każdej komórki w organizmie. Obecnie wiemy, że jej niedobór zmniejsza odporność na insulinę w cukrzycy zarówno tupu 1. jak i typu 2. Na każdą jednostkę wzrostu poziomu witaminy D, ryzyko progresji cukrzycy u osób ze stanem przed cukrzycowym maleje o 8%. Badania wykazały, że witamina D jest niezbędnym czynnikiem do normalnego wydzielania insuliny. W innym badaniu, opartym na analizie danych 5680 chorych wykazano, że suplementacja witaminą D zwiększa wrażliwość na insulinę o 54%. Pamiętajmy, aby w godzinach pomiędzy 11-13.00 przebywać jak najczęściej na zewnątrz, aby dostarczyć z promieniowania słonecznego naturalną witaminę D. Dziś, chęć zysku i ogłupianie społeczeństwa doprowadziło do unikania opalania, szczególnie przez osoby starsze oraz dzieci. Niedouczone matki smarują dzieci rozmaitego rodzaju preparatami, które rzekomo pochłaniają promieniowanie słoneczne, czyli w rzeczywistości uszkadzają swoje dzieci.
Oczywiście należy kontrolować pomiar cukru na czczo, po przebudzeniu. Miałem pacjentkę, która dokonywała pomiarów rano, po wypiciu 30 ml nalewki miodowo-spirytusowej i dziwiła się, że cukier jej podskakuje, a przecież śniadania jeszcze nie jadła.
U chorych na cukrzycę typu 2. należy zaniechać konsumpcję wszystkich przetworzonych produktów. Unikajmy spożywania przetworzonej żywności zawierającej fruktozę. Wszelkie syropy klonowe, słodziki syropy glukozowo -fruktozowe i inne substancje słodzące mają inny metabolizm, dzięki czemu łatwiej mogą wpłynąć na podwyższenie poziomu cukru w naszych komórkach. Pamiętajmy, że istotny jest indeks glikemiczny, czyli jak szybko podwyższa się poziom cukru w naszym organizmie po spożyciu danego produktu. Biały chleb zamieńmy na pełnoziarniste pieczywo ze zbóż z upraw ekologicznych. Unikanie batoników, ciasteczek czy innych produktów sztucznie słodzonych doprowadza do wyleczenia cukrzycy. Zamieńmy te desery na naturalny, własnoręcznie utarty kogel- mogel z miodem. Warto wprowadzić zakaz picia napojów, które znajdują się w kubeczkach, kartonikach i plastikowych butelkach. W nich bowiem znajdują się środki konserwujące niszczące trzustkę.
Warto dbać także o dobre bakterie w przewodzie pokarmowym. Najłatwiejszym sposobem utrzymania prawidłowej flory bakteryjnej jest picie mleka kwaśnego/zsiadłego od krowy. Jest to najtańszy sposób zadbania o własne zdrowie.
Zielony Ład do kosza. Unormowanie i zakaz importu żywności z Ukrainy. Żadnych zakazów hodowli zwierzęcej w Polsce. Opróżnienie magazynów.
==================================
Pod biurem posła Brejzy rolnicy zostawili skrzynkę z obornikiem / Agencja Gazeta / Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl
Pod biurem europosła Krzysztofa Brejzy z Koalicji Obywatelskiej rolnicy zostawili skrzynkę z obornikiem. Zapowiadali wcześniej, że ich protest zmieni w najbliższym czasie formę i będzie polegał na wizytach w biurach posłów i europosłów.
Skrzynka z obornikiem – jak mówili protestujący – jest pierwszym ostrzeżeniem. Dodali, że w razie braku reakcji europosła z Inowrocławia na ich postulaty wrócą w to miejsce z większą ilością obornika – z jego tonami.
Rolnicy stawiają żądania
– Po pierwsze, Zielony Ład do kosza. Po drugie, unormowanie i zakaz importu żywności z Ukrainy. Po trzecie, żadnych zakazów hodowli zwierzęcej w Polsce. Do tego opróżnienie magazynów, aby było gdzie sypać zboże po kolejnych żniwach – mówił Marcin Wroński ze Związku Zawodowego Rolnictwa Samoobrona.
Zapowiedział, że teraz protesty przybiorą nieco inną formę. Będzie mniej blokad dróg, a więcej „odwiedzin” w biurach posłów i europosłów każdej partii.
Amerykański gigant aborcyjny Planned Parenthood sprzedawał części ciał zabitych w aborcji dzieci. Jak podaje portal LifeNews.com, na filmach widać rozmowy o handlowaniu wątrobą zamordowanych dzieci za 1500 dolarów za sztukę.
Film pokazało Center of Medical Progress (Centrum Postępu Medycznego). Nagranie zostało odtworzone podczas przesłuchania w amerykańskim Kongresie. Formalnie mówiono nie o „cenie” za części ciała zamordowanych dzieci, ale o „finansowej zachęcie”. Eksperci ds. zabijania dzieci mówili też, w jaki sposób należy pozyskiwać organy z martwych ciał dziecięcych.
Nagranie odtworzyła kongresmanka Marjorie Taylor Greene podczas przesłuchania z udziałem republikanów Chipa Roya oraz Mary Miller. Chodzi o przesłuchanie w ramach badania tzw. czarnego rynku narządami zabitych w aborcjach dzieci.
– Moglibyśmy zapłacić za wątrobę od 1000 do 1500 dolarów – mówi reporter Center of Medical Progress podczas rozmowy z dyrektor medyczną ds. usług aborcyjnych z Planned Parenthood w Nowym Jorku, dr Stacy De-Lin. – Tak, to wspaniale – odparła dyrektor. – Myślę, że taka zachęta finansowa z waszej strony zachęci naszych ludzi, żeby to zatwierdzić, będą z tego bardzo zadowoleni – dodała.
W innym nagraniu dr Ann Schutt-Aine, pracująca na takim samym stanowisku jak De-Lin, tyle że w innym regionie USA, pouczała w sprawie przeprowadzania aborcji, które pozwoli obejść regulacje federalne i pozyskać wartościowe części działa zabitego dziecka.
Szczegóły są tak bestialskie, że nie będziemy ich tu nawet szczegółowo relacjonować; mówi się na przykład o odcinaniu nóg dziecka albo o wypadających gałkach ocznych, co – dodajmy – wzbudzało śmiech ludzi słuchających tych wynurzeń.
Biznes aborcyjny związany z pozyskiwaniem części ciała dzieci mordowanych w tzw. późnych aborcjach jest potencjalnie bardzo dochodowy, stąd duże zainteresowanie firm żyjących z zabijania dzieci sprzedawaniem narządów.
(“The last 3 million years” may be a slight exaggeration…)
Early spring is here. The weather earlier in the week was wonderful, and we were blessed with hundreds of bees collecting pollen from our peach trees. This is always a wonder to me. So many little bees appearing from nowhere, as soon as the blossoms arrive.
W publicznych uczelniach odbywają się w tym roku wybory rektorów. Kadencja rektora o ogromnej władzy akademickiej trwa 4 lata w uczelni publicznej, ale ta sama osoba może być rektorem takiej uczelni nie więcej niż przez dwie następujące po sobie kadencje.
Nie ma jednak przeszkód, aby po upływie dwóch kadencji rektorskich urząd rektora w tej samej uczelni sprawowała żona dotychczasowego rektora. Musi, co prawda, być wybrana przez kolegium rektorskie, ale polityka prorodzinna ma na polskich uczelniach długie tradycje i cieszy się uznaniem.
Taki stan rzeczy potwierdziły dokonane już wybory rektorskie w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych im. ks. Bronisława Markiewicza w Jarosławiu. Przez dwie kadencje rektorem tej uczelni od 2015 roku był prof. ucz. dr hab. Krzysztof Rejman, a w styczniu tego roku na urząd rektora została wybrana jego małżonka, dr n. hum. Beata Rejman. I to ona od 1 września będzie kontynuować tradycje rodzinne zarządzania podkarpacką uczelnią.
Mimo że nauka w Polsce – jak słyszymy – jest głodzona, to jednak na wielu uczelniach często pracują (głodują?) całe rodziny, o czym słyszymy rzadziej. Nepotyzm uczelniany, mimo protestów akademików, został co prawda ograniczony i żona bezpośrednio służbowo nie może podlegać mężowi, ale jak mąż przestaje placówką kierować, to żona może go zastąpić, aby budżet rodzinny nie poniósł szwanku.
Mimo głodowych pensji uczelnianych wynagrodzenia rektorów nie są małe – od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie – a jeszcze można sobie dorabiać, co nie podlega ujawnianiu. Jakoś da się związać koniec z końcem.
W tym roku mamy też wybory samorządowe i zdarza się, że rektorzy kandydują na stanowiska prezydentów miast, jak ma to miejsce w Krakowie. Wszyscy kandydaci są zobowiązani do ujawniania swych majątków i wyborcy mogą się z tymi danymi zapoznać, ale majątek rektorów nie podlega ujawnianiu! Wszyscy są równi wobec prawa, ale rektorzy są równiejsi. Może głupio jest ujawniać głodowe zasoby finansowe nieprzeciętnych kandydatów, którzy mają w końcu zapewnić dobrobyt przeciętnym mieszkańcom.
Aby garstka mogła dobrze żyć, tłumy muszą umierać.
Wyścig z czasem
Od dłuższego czasu słyszymy o epidemii cukrzycy nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Z cukrzycą miałem sporo do czynienia w związku z tzw. stopą cukrzycową, czyli przewlekłym ropieniem i stanami zapalnymi nóg, występującymi u cukrzyków. Miałem więc możność obserwacji przebiegu takich schorzeń i mogłem się trochę nauczyć. Zarówno w prasie ogólnej, jak i specjalistycznej ukazuje się duża liczba artykułów dotyczących cukrzycy. Wszystkie prace są pisane podobnie według jednego schematu, który ma unaocznić problem, czyli przestraszyć potencjalnych chorych.
Jest to próba wywołania epidemii masowego strachu przed cukrzycą i nalotu potencjalnych klientów do laboratoriów i sklepów oferujących różnego rodzaju gadżety związane z tą chorobą. Najpierw podaje się nie wyniki badań, tylko modne ostatnio pojęcie „szacunki ekspertów”. Co prawda, nikt nie wie jakich ekspertów czy od marketingu, public relations czy od medycyny, ale ładnie to brzmi. Wymienieni eksperci podają „szacunkową” liczbę chorych, określając ją zawsze w milionach czy też setkach milionów, nie podając ku temu żadnej podstawy. W pracach tych nigdy nie spotkałem się z rzeczowymi danymi statystycznymi. W jakimkolwiek portalu internetowym nie podaje się profilaktyki. Żaden portal nie wskazuje na czynniki, które są przyczyną powstawania cukrzycy typu drugiego. Te portale są po prostu reklamą koncernów farmakologicznych, nastawionych na handel lekami tak jak każdym innym towarem. Niestety, od 100 lat bankierzy zwietrzyli interes w chorobach, większy aniżeli w wojnach. Poza tym wydźwięk humanitarny jest zupełnie inny. Zarabiać na wojnie to be, a pomagać chorym to ok. Już w 2002 roku na czele listy 500 największych koncernów na świecie było 10 firm farmaceutycznych. Ich łączny dochód był większy, aniżeli tych pozostałych 490. Cukrzyca tworzy pacjentów przewlekłe chorych, a więc stałych kupców preparatów, zwanych lekami i płacenie VAT-u, czyli łapówki dla urzędników. Do tego samego grona można wpisać chorych na cukrzycę typu drugiego, czyli występującą głównie u starszych osób.
PRZYCZYNY CUKRZYCY
Na bazie cukrzycy rozwinął się przemysł produkcji tzw. preparatów odżywczych dla cukrzyków. Powstał on na jak najbardziej idiotycznym założeniu, że cukrzyca powstaje dlatego, że jesz cukier. W związku z tym powstała w ludowej wersji metoda zwalczania cukrzycy: nie jedz cukru, to nie będziesz miał cukrzycy. Niestety pomimo faktu, że jest to wierutna bzdura, to nadal pokutuje w medycznych uczelniach. Przeglądając prace naukowe jako przyczynę zachorowań na cukrzycę, zwykle wymienia się: otyłość, chorobę wieńcową, nadciśnienie, chorobę lipidową oraz urodzenie dziecka o masie powyżej 4 kg. I tutaj występuje problem. Wymienione przyczyny są objawami współistniejącymi, a nie czynnikami ryzyka. W ani jednej pracy nie podano zachorowań na cukrzycę w rozbiciu na regiony, gminy, czyli nie chodzi o wychwycenie czynników powodujących zachorowania ludzi, ale o straszenie i namawianie do sprzedaży leków. Przyczyny zachorowania na cukrzycę jednak występują:
1. FLUOR
Jednym z czynników uszkadzających trzustkę jest fluor. Wiadomo od lat, że fluor jest znaną neurotoksyną, wpływającą między innymi na przyspieszenie demencji u ludzi oraz jest jednym z istotnych czynników środowiskowych powodujących występowanie cukrzycy zarówno typu 1. jak i typu 2. Nie wspomnę, że fluor używano zarówno w niemieckich obozach koncentracyjnych, jak i sowieckich łagrach w celu otumaniania więźniów. Nasze badanie z końca lat 90. wykazały, że właśnie w gminie Pruszcz Gdański, narażonej na skażenie fluorem z odpadów poprodukcyjnych Gdańskich Zakładów Fosforowych, notujemy największy w Polsce wzrost zachorowań na cukrzycę u młodocianych. Zdawałoby się, że o ile produkty żywnościowe nie przechodzą żadnych badań dotyczących szkodliwości oddziaływania na nasze zdrowie, to przynajmniej spożywając lekarstwa kupowane na recepty, możemy być spokojni, że nas nie trują. Niestety, tak nie jest. Pragnę przypomnieć, że ani pediatrzy, ani Towarzystwa Diabetologiczne, nie ostrzegają rodziców o możliwości trucia dzieci np. pastami zawierającymi fluor czy w ogóle fluorem. Proszę mi pokazać, czy to konsultanta z pediatrii, czy zwykłego pediatrę, który skierował dziecko na badanie poziomu fluoru w organizmie! Usuwanie odpadów fluoru z przemysłu aluminiowego czy elektrowni atomowych, przekształcono w surowiec do past do zębów. Obecnie każdy sam się truje i w dodatku wmówiono społeczeństwu, że czyni to dla swojego dobra, czyli dobra swoich zębów. Wiadomo, że w czasie normalnego szczotkowania zębów dziecko może połknąć nawet do 5 mg fluoru, a dzienne zapotrzebowanie to ok. 1 mg. Do trzeciego roku życia narządy nie są w pełni wykształcone i dzieci nie potrafią wydalić takiej ilości toksyny. Nadmiar tego pierwiastka uszkadza m.in. trzustkę, kości itp. Ta neurotoksyna przechodzi przez barierę krew-mózg ułatwiając tym samym drogę do wniknięcia innych toksycznych pierwiastków jak aluminium. O związku skażenia środowiska fluorem z występowaniem cukrzycy, chorób nowotworowych, obniżeniem IQ, pisało w swoich pracach w końcu lat 80. i początku lat 90. wielu autorów. Ilość polskojęzycznych publikacji dotyczących tematu przekracza setkę.
2. STOSOWANIE NIEODPOWIEDNICH DIET
Przypomnę, że obecnie wmawiana jest społeczeństwu dieta węglowodanowa oraz zalecenie unikania jedzenia tłuszczy przez chorych na cukrzycę. Około 50% kalorii, według tzw. dietetyków, powinno być pokrywane węglowodanami. Okazuje się jednak, że nadmiar cukru niszczy florę bakteryjną. A to powoduje stany zapalne jelit i wszelkie konsekwencje z tego wynikające. Dodatkowo trzeba podkreślić, że wszelkiego rodzaju dodatki do żywności, tzw. konserwanty czy emulgatory, także wywołują stany zapalne jelit, szczególnie jelita grubego. Emulgatory dodawane są do wszelkiego rodzaju pieczywa, ciast, lodów, margaryn i masłopodobnych produktów. Proszę Czytelników o przekazanie mi, czy chociaż jeden diabetolog kiedykolwiek mówił o profilaktyce cukrzycy, czy tylko reklamuje leki?
3. SPOŻYWANIE PRODUKTÓW ZAWIERAJĄCYCH FRUKTOZĘ
Wiadomo, że wszelkie produkty kupowane w supermarketach, a będące w kubeczkach, kartonikach, słodzone fruktozą lub słodzikami, podwyższają poziom cukru we krwi. Niestety, także wszelkie napoje słodzone – nawet, na których piszą, że naturalnym cukrem lub fruktozą – powodują wzrost poziomu cukru, ponieważ producenci nie używają naturalnej fruktozy, tylko tzw. chlorowcopochodną fruktozy, która zawiera dwa atomu chloru w cząsteczce, ale za to jest około 600 razy słodsza od cukru. Ten chlor właśnie powoduje uszkodzenie komórek beta w trzustce, czyli jest bezpośrednią przyczyną cukrzycy. Fruktoza po spożyciu omija wątrobę, dostając się od razu do krwioobiegu i podwyższając poziom cukru. Jest to jedna z przyczyn cukrzycy typu 2. Duże spożycie fruktozy może prowadzić do stłuszczenia wątroby. Spożywanie fruktozy jest bowiem dla wątroby sygnałem do uwolnienia trójglicerydów i cholesterolu. Normalnie jak spożywamy cukier, to dostaje się on do wątroby, gdzie jest magazynowany. Fruktoza, jak podałem, omija wątrobę. Więc wątroba produkuje wymienione związki niepotrzebnie. Słodsze od sacharozy chlorowcopochodne fruktozy podawane są do wszelkiej maści słodyczy, od cukierków zaczynając, poprzez batoniki, ciasteczka, a na napojach kończąc. Zrozumiałe jest więc, że stosowanie jej w produktach powoduje obniżenie kosztów produkcji, a więc powiększa zysk producenta. Jak do tej pory żadna wyższa szkoła medyczna, dawniej zwana Akademią, nie wystąpiła z wnioskiem o wprowadzenie zakazu dodawania do produktów spożywczych, szczególnie przez duże koncerny zachodnie, tych chlorowcopochodnych. W większości przypadków producentami napojów czy batoników są te same konsorcja, które produkują leki przeciwcukrzycowe. Tylko nazwy firm są różne.
4. SPOŻYWANIE OWOCÓW
W owocach występuje głównie fruktoza. Pamiętam dziadka, który miał cukrzycę typu II tzw. wyrównaną, ale czasami cukier skakał mu na 300 mg i więcej. Zrozpaczona rodzina nie wiedziała, co robić, a lekarz diabetolog proponował przejście na insulinę. Ale dziadek był niewidomy, więc podawanie zastrzyków było problemem. Co się okazało? Dziadek lubił owoce i wysyłał wnuczka po winogrona czy gruszki. Staruszek, obawiając się, że mu je zabiorą, zjadał owoce od razu, przed przyjściem rodziny z pracy. Rodzina zastawała go w śpiączce cukrzycowej, a przyczyną była właśnie fruktoza zawarta w owocach.
5. SZTUCZNE SŁODZIKI
W sprzedaży znajdują się pod różnymi nazwami i składem chemicznym. Jest to aspartam, sacharyna, spelnda alias sukraloz, acesulfam potasu i wiele innych. Ich jedyną zaletą jest taniość, a więc zwiększają zysk producenta. Zastanówmy się, dlaczego chorzy na cukrzycę nie mogą przyjmować normalnego cukru, a rzekomo muszą przyjmować sztuczne słodziki? Załóżmy, że człowiek wypija 3-5 kaw czy herbat dziennie. Słodzenie to jest łyżeczka cukru, daje ok. 20 kcal, czyli w sumie jest to ok. 100 kcal. Mamy więc sytuacje, że musimy przyjąć 2000 kcal, a cukier to tylko 100 kcal, czyli mniej aniżeli 5%. Jest to wielkość pomijana w całodobowej ilości przyjmowanych kalorii. W słodzikach występuje aspartam, który jest 200 razy słodszy od cukru. Aspartam jest to związek chemiczny, składający się z kwasu asparaginowego, fenyloalaniny i estru metylowego. Blokuje on enzym zwany fosfatazą alkaliczną, a zablokowanie tego enzymu powoduje m.in. cukrzycę. Sztuczne słodziki powodują niszczenie tzw. dobrych bakterii w przewodzie pokarmowym. To z kolei powoduje powstanie ognisk zapalnych w ścianie przewodu pokarmowego, rozpoznawanych pod nazwą „nieswoiste zapalenie jelit”.
6. NAPOJE SŁODZONE
Jeżeli dziecko pije jedną taką porcję koło 33 ml dziennie napoju słodzonego typu coca-cola, to ma pewność wystąpienia cukrzycy typu 2 o 18% większą, aniżeli dzieci tego niepijące. Badania przeprowadzone przez Sharon Fowler wykazały, że każdy pijący takie napoje średnio przez 7 do 8 lat codziennie, jest narażony na nadwagę o 65% bardziej, aniżeli niepijący tych napojów. Badania wykazały jednoznacznie, że picie napojów dietetycznych, słodzonych sztucznymi słodzikami, zwiększa ryzyko cukrzycy typu II o 67%, bez względu na to, czy chory przytył, czy też nie. W tej samej grupie ryzyko zespołu metabolicznego wzrasta o 38%. Publikacja w czasopiśmie „Trend in Endocrynology and Metabolism” jednoznacznie wyjaśnia mechanizm takiego uszkodzenia szlaków metabolicznych.
7. GLUTAMINIAN SODU (MSG)
Glutaminian sodu, czyli wzmacniacz smaku praktycznie dodawany jest do wszystkich przetworzonych produktów żywnościowych, nieważne czy zamrożonych, czy w słoikach. Najczęściej nie występuje pod własną nazwą, tylko jako kwas glutaminowy, hydrolizowane białko, ekstrakt drożdżowy i dziesiątki innych. Przypomnę, że glutaminian zawarty w jednym batoniku, jest w stanie zlikwidować do 50% dobrych bakterii w naszym przewodzie pokarmowym. Glutaminian pierwotnie został opatentowany jako antybiotyk. Z powodu wywoływania powikłań, zmieniono jego użytkowanie na konserwant. Czy widziałeś osobę, która codziennie przez wiele dni, brałaby antybiotyk, a czy często kupujesz batoniki? Systematyczne likwidowanie tych dobrych bakterii, czyli np. częste jedzenie takich batoników, doprowadza do zapaleń przewodu pokarmowego, co niedouczeni lekarze nazywają zespołem jelita nadwrażliwego.
8. STATYNY
Statyny, którymi nas faszerują bez sensu kardiolodzy, mogą wywołać polekową cukrzycę. Podobnie cukrzycę mogą wywołać leki psychotropowe.
9. SZCZEPIENIA
Badania naukowe wykazały silny związek szczepień przeciwko pneumokokom z występowaniem cukrzycy u dzieci. W czasopiśmie medycznym Diabet Med. [czerwiec 2012, 29 (6); 761] z pracy Ramondetti i wsp. wynika jasno, że szczepienia przeciwko śwince, różyczce i chorobom wirusowym są związane z występowaniem cukrzycy typu I u dzieci. Także FDA podał, że szczepionki przeciwko pneumokokom mogą wywoływać epidemię cukrzycy wśród dzieci Immunoterapii Classen, Inc. 08 listopada 1999 Balitimore [BMJ 1999, 319; 1133]. W grupie szczepionych dzieci cukrzyca była aż o 26% częstsza aniżeli w grupie nieszczepionych [zero cukrzycy]. Autorzy tej pracy stwierdzają jednoznacznie, że dane są bardzo niepokojące, ponieważ ryzyko wystąpienia cukrzycy przewyższa w sposób istotny domniemane korzyści. Mimo badań naukowych „nasi” eksperci nadal twierdzą, że należy szczepić wszystkie dzieci. I oczywiście to dla dobra maluchów skazujemy je na dożywotnie leczenie insuliną, a jednocześnie uszczuplamy ich dochody o ileś tam złotych miesięcznie. Przecież my chcemy ich dobra, a że dobro kosztuje, to każdy wie. Już dawno zaobserwowano i udowodniono związek występowania cukrzycy u osób narażonych na działanie metali ciężkich, tj. rtęć, ołów, kadm czy aluminium. Rozwój bariery krew – mózg do 3. roku życia jest niezakończony, tak więc wszelkie toksyny podawane do krwi muszą po prostu uszkadzać mózg.
W następnym numerze [niestety, nie wiem – czego MD] omówię zagadnienie profilaktyki cukrzycy – czy w Polsce istnieje oraz przedstawię skuteczne metody wyleczenia tej choroby.
Rosja dodała „ruch LGBT” do listy organizacji ekstremistycznych i terrorystycznych, podały w piątek media państwowe.
Posunięcie to było zgodne z orzeczeniem Sądu Najwyższego Rosji z listopada ubiegłego roku, zgodnie z którym aktywiści LGBT powinni zostać uznani za ekstremistów, a przedstawiciele osób homoseksualnych i transpłciowych obawiają się, że doprowadzi to do aresztowań i postępowań karnych.
Listę prowadzi agencja Rosfinmonitoring, która ma uprawnienia do zamrażania rachunków bankowych ponad 14 000 osób i podmiotów uznawanych za ekstremistów i terrorystów. Są to zarówno Al-Kaida, amerykański gigant technologiczny Meta, jak i współpracownicy zmarłego przywódcy rosyjskiej opozycji Aleksieja Nawalnego.
Nowy wpis odnosi się do „międzynarodowego ruchu społecznego LGBT i jego jednostek strukturalnych” – podała państwowa agencja informacyjna RIA.
W ramach zwrotu za prezydenta Władimira Putina w stronę tego, co przedstawia jako wartości rodzinne, kontrastujące z dekadenckimi postawami Zachodu, Rosja zaostrzyła w ciągu ostatniej dekady ograniczenia dotyczące wyrażania orientacji seksualnej i tożsamości płciowej.
Przyjęła między innymi ustawy zakazujące promowania „nietradycyjnych” stosunków seksualnych oraz zakazujące prawnej lub medycznej zmiany płci.
Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) • 24 marca 2024 michalkiewicz
W Rosji odbyły się wybory prezydenckie, które przy frekwencji ponad 70 procent wygrał dotychczasowy prezydent Władimir Putin. Swojemu rozczarowaniu tym wynikiem dał wyraz Książę-Małżonek, którego Generalny Gubernator Donald Tusk odwołał w swoim czasie z Parlamentu Europejskiego, by dać mu fuchę ministra spraw zagranicznych. Rzeczywiście – Książę-Małżonek znacznie lepiej wiąże krawaty, niż, dajmy na to, pan prof. Zbigniew Rau, dodatkowo obciążony aferą wizową, podczas gdy Książę-Małżonek jeszcze żadnej afery nie zdążył zrobić, więc powody były. Tedy Książę-Małżonek dał wyraz swemu rozczarowaniu nie tylko tymi całymi wyborami, które „były bezprawne, kompletnie niedemokratyczne”, ale i tym całym Putinem. Chodzi o to, że Księciu-Małżonkowi się wydawało, iż Putin uzyska co najmniej 101 procent głosów, a tymczasem zadowolił się skromnymi 87-ma procentami. Toteż Unia Europejska tych wyborów „nie uznaje”. A co mówi Londyn? Jeszcze nie wiemy, być może po staremu powtarza, że „ona czarna, a on blondyn”, natomiast wiemy, co mówi Waszyngton. Administracja prezydenta Józia Bidena też tych wyborów „nie uznaje”, ale jednocześnie przyjmuje do wiadomości, że zimny ruski czekista Putin jest rosyjskim prezydentem i trzeba będzie jakoś się z nim układać.
Książę-Małżonek z Putinem układać się nie musi, jak zresztą z nikim innym też, bo nasi mężykowie stanu uprawianie prawdziwej polityki mają – jak wiadomo – surowo zabronione od Naszych Sojuszników. Toteż Książę-Małżonek na razie kombinuje, bo by tu zrobić, żeby Putin zaczął się martwić. Na razie wykombinował, żeby Putin myślał, że na przykład on mógłby zrobić coś, czego Putin się nie spodziewa. Najgorsze są nieproszone rady, ale czegóż się nie robi dla Polski? Toteż w czynie społecznym doradzam, by Książę-Małżonek spróbował zrobić kupę na dywanie podczas recepcji u Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen. To się mieści w jego możliwościach, więc sprawę można by uznać za załatwioną. Inna rzecz, by nie robił tego wcześniej, niż za dwa-trzy lata, bo i pan generał Rajmund Andrzejczak i pan prezydent Duda jednym głosem twierdzą, że Rosja zaatakuje NATO – ale dopiero za dwa-trzy lata. Taki widać jest rozkaz. Ciekawe, gdzie za trzy lata będzie pan prezydent Andrzej Duda, podobnie, jak Książę-Małżonek?
Na razie jednak i pan prezydent Duda, i Generalny Gubernator Donald Tusk i Książę-Małżonek, a nawet pan Paweł Graś, co to od lat pilnuje Donalda Tuska, żeby znowu nie zrobił jakiejś samowolki, jak mu się to przytrafiło w roku 2008 z panem Peterem Voglem, z czego wyszły rozmaite śmierdzące dmuchy, łącznie z aferą hazardową, której potem „nie było” , przeżywają upojenie po niedawnym dopuszczeniu do ucałowania ręki Pana Naszego w Waszyngtonie i wprawdzie nie mówią językami, ale za to – jednym głosem, zwłaszcza w służbie bezpieczeństwa. No a służba bezpieczeństwa teraz wyżywa się w sejmowych komisjach śledczych, m.in. w sprawie złowrogiego „Pegasusa”. Tutaj też wychodzą na jaw śmierdzące dmuchy, bo oto okazało się, iż złowrogiego Pegasusa zakupiła w bezcennym Izraelu firemka kontrolowana przez dawnych funkcjonariuszy SB, a CBA tylko go od niej odkupiła. Jak się okazuje, nawet nie zauważyła, że bezcenny Izrael też dysponuje wszystkimi zdobytymi informacjami, nawet w większym zakresie, niż bezpieczniacy tubylczy.
Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodnych komisarzy ten wątek specjalnie nie interesuje, jako że głównym celem, jaki sobie stawiają, jest przyłapanie Jarosława Kaczyńskiego na fałszywych zeznaniach. Celuje w tym zwłaszcza pani Magdalena Sroka, której przypadek potwierdza w całej rozciągłości słuszność spostrzeżenia, że „ten się błaźni, kto policjanta zaufa przyjaźni”. Pani Sroka bowiem najpierw związała się politycznie z PiS, ale potem wykombinowała sobie, że lepiej jej będzie u pobożnego posła Gowina, którego nawet zastąpiła na stanowisku prezesa. Ale co tam jakieś rachityczne „porozumienia” w porównaniu z dysponującym 100-procentową zdolnością koalicyjną (a w patriotycznych porywach nawet większą) Polskim Stronnictwem Ludowym? Toteż pani Magdalena nie wahała się ani chwili, bo gdzie można lepiej służyć Polsce, gdzie się dla niej poświęcać, jak nie w Polskim Stronnictwie Ludowym, zwłaszcza w ramach „Trzeciej Drogi”, którą Pan Nasz Miłosierny ostatecznie zapragnął zastąpić zaśmierdziałe PiS?
Uwzięła się tedy na Jarosława Kaczyńskiego prawie tak samo, jak pan mec. Roman Giertych, który na punkcie Jarosława Kaczyńskiego jest najwyraźniej zafiksowany. Zresztą nie tylko na nim, ale i na Zbigniewie Ziobrze, którego ze szpitalnego łoża boleści w Lublinie pragnie zawlec przed oblicze komisji śledczej. W tej sytuacji Zbigniew Ziobro nie będzie miał innego wyjścia, jak umrzeć w szpitalu, jako symulant, chyba, żeby skorzystał z wynalazku pana mec. Giertycha. Kiedy siepacze przyjdą po niego, powinien odwrócić się do ściany i zemdleć, a wtedy siepacze będą musieli odczytać mu wezwanie do odwrotnej strony medalu, co niezawisły sąd uzna za doręczenie wadliwe. Tak właśnie było w przypadku pana mec. Giertycha, dzięki czemu zażywa on reputacji autorytetu moralnego, chociaż Judenrat „Gazety Wyborczej” chyba jeszcze nie odpuścił mu wszystkich błędów młodości.
„Takie były zabawy, spory w one lata” – jak pisze Adam Mickiewicz. Podczas gdy komisje śledcze próbują zgromadzić „haki” na obóz „dobrej zmiany”, żeby w momencie, gdy w ramach operacji „Przywracanie Praworządności” pan minister Bodnar powyrzuca wszystkich niewygodnych prokuratorów i sędziów, a na opróżnione w ten sposób miejsca wprowadzi fagasów wskazanych mu nieubłaganym palcem przez stare kiejkuty, zaciągnąć ich przed surową rękę sprawiedliwości ludowej – zdesperowani rolnicy na 20 marca zaplanowali zablokowanie większości głównych dróg i prawie wszystkich większych miast w całej Polsce. Cały czas chodzi o dwie sprawy: ukraiński eksport na obszar UE, no i „Zielony Ład”, czyli pakiet szaleńczych pomysłów, zasuflowanych wariatom, co to zdominowali Parlament Europejski, przez banksterów, którzy w ten sposób, w myśl wytycznych starego grandziarza Klausa Schwaba, chcą doprowadzić do likwidacji własności prywatnej w Europie.
Jednak dotychczasowe doświadczenia z tymi protestami wskazują, że ani na ukraińskich oligarchach, którzy ten eksport forsują, ani na unijnych komisarzach, których podejrzewam, iż zostali przez oligarchów przekupieni, nie robią najmniejszego wrażenia. Co najwyżej chcą oni ratować sytuację odwlekaniem, licząc, że rolnicy kierowani instynktem, wiosną ruszą w pole – a jesienią się zobaczy.
Okazuje się, że demokracja też nie daje nikomu szczęścia, więc chyba Książę-Małżonek niepotrzebnie się tak nadyma.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Szanowny Panie, dzisiaj chciałbym opowiedzieć Panu o trwającym już „opiłowywaniu” polskich katolików, które zapowiadał jeszcze przed wyborami minister sportu Sławomir Nitras. Wtórował mu wtedy zresztą sam premier Donald Tusk, zapowiadając „natychmiast po wygranych przez PO wyborach, przeprowadzenie procesu oddzielenia Kościoła od państwa ze wszystkimi tego skutkami”. W radykalizmie ścigał się z nimi Szymon Hołownia, obiecujący osłabienie ochrony prawnej uczuć religijnych oraz likwidację funkcji oficjalnych kapelanów. W toku kampanii wyborczej ostrzegaliśmy, że te antykatolickie wystąpienia oznaczać będą szybki atak na nauczanie religii w szkole i na prawo do klauzuli sumienia, a także ideologizację edukacji, wypowiedzenie konkordatu i finansowy szantaż wobec Kościoła. Ostatnie miesiące dowiodły, że nasze przewidywania były trafne. Co więcej, takie wypowiedzi polityków ośmieliły aktywistów nienawidzących chrześcijan do ataków na nasze konstytucyjne prawa i wolności.Na początku marca po pomoc do naszych prawników zwrócili się rodzice dzieci z jednej ze szkół podstawowych na Mazowszu, gdzie dyrekcja odmówiła udostępnienia sali szkolnej na potrzeby rekolekcji wielkopostnych, które do tej pory odbywały się co roku w szkole. Przed podjęciem tej decyzji nie tylko nie pytano rodziców o opinię, ale nawet nie przekazano im informacji, że taka decyzja została podjęta. Z informacji uzyskanych od rodziców wynika, że zmiana dotycząca rekolekcji była wynikiem zastraszenia szkoły przez fundację „Wolność od religii”. Antychrześcijańscy aktywiści wysyłają do placówek oświatowych pogróżki wyciągnięcia konsekwencji prawnych za… organizowanie w szkołach wydarzeń, apeli lub uroczystości o chrześcijańskim charakterze. Ta sama fundacja zwalcza nawet szkolne „bale wszystkich świętych” i podburza w mediach społecznościowych uczniów do zgłaszania i protestowania przeciwko wszelkim tego typu wydarzeniom. O ile przez lata podobni radykałowie pozostawali marginesem, teraz mogą cieszyć się pełnym poparciem urzędników ministerstwa oraz kuratorów. Nasze wsparcie dla rodziców i szkół staje się więc pilną koniecznością.Dlatego opublikowaliśmy na naszej stronie internetowej i w naszym portalu „Vademecum katolika” szereg opracowań dotyczących praw dzieci i ich rodziców w szkole – między innymi poradniki prawne dla rodziców i dla nauczycieli, a nawet specjalne, odrębne poradniki na temat modlitwy i organizacji jasełek w szkole. Wyposażenie chrześcijan w wiedzę na temat ich praw jest bardzo istotne, gdy wrogowie wiary mogą liczyć na poklask i wsparcie nowego rządu. Jednocześnie reagujemy na zapowiedzi i działania rządu uderzające w prawa ludzi wierzących. Sam premier Donald Tusk straszył ostatnio prokuraturą lekarzy odmawiających zabijania dzieci nienarodzonych. W specjalnej opinii prawnej wskazaliśmy na przepisy prawa polskiego i międzynarodowego oraz wyroki sądów, które zapewniają każdemu Polakowi prawo do sprzeciwu sumienia.Klauzuli sumienia bronimy też przed sądami. Złożyliśmy kasację do Sądu Najwyższego w sprawie farmaceutki, która odmówiła pacjentce sprzedaży pigułki „Dzień po”. Zostaliśmy także poproszeni o trwałą współpracę, wsparcie i pomoc prawną dla członków ogólnopolskiego stowarzyszenia ginekologów, którzy obawiają się prześladowań za wierność wyznawanym wartościom i powoływanie się na gwarantowaną konstytucyjnie wolność sumienia.Wielkimi krokami zbliża się także ostateczna rozprawa z religią w szkołach, którą poprzedzono atakiem na rangę tego przedmiotu. Na początek, nowy rząd chce ograniczyć liczbę lekcji religii z 2 do 1 godziny w tygodniu, która ma być obligatoryjnie pierwszą lub ostatnią lekcją w ciągu dnia, usunąć ocenę z religii ze świadectwa szkolnego i wpływu na średnią ocen oraz usunąć katechetów z rad pedagogicznych. Sprzeciwiając się temu, sporządziliśmy już 3 analizy prawne. Wbrew kłamstwom radykałów, publiczne finansowanie lekcji religii w szkołach jest standardem w większości krajów UE. Niezbędne jest też wyjaśnianie, że pieniądze przeznaczone na ten cel są po prostu normalną pensją nauczycieli przedmiotu szkolnego, a obecność oceny z religii na szkolnym świadectwie wynika z samego faktu jej uznania jako przedmiotu szkolnego, co potwierdził Trybunał Konstytucyjny.Szkół dotyczą także, ogłoszone przez Ministerstwo Edukacji, potężne zmiany w programie nauczania, które nasi eksperci określili mianem „dechrystianizacji szkoły”. Budując koalicję organizacji nauczycielskich i ekspertów przedmiotowych, szykujemy się do walki z nadciągającą próbą zmiany rozporządzenia regulującego program kształcenia naszych dzieci. Odpowiedzieliśmy także na szeroko rozpowszechniane kłamstwa i manipulacje na temat źródeł finansowania Kościoła. Podczas konferencji zorganizowanej w Sekretariacie Episkopatu Polski, Łukasz Bernaciński z zarządu Ordo Iuris przypomniał, że Fundusz Kościelny powstał po to, by przekazywać poszkodowanym kościołom zyski z zagrabionych przez władze komunistyczne nieruchomości kościelnych. Przy okazji pokazaliśmy najlepsze sposoby na rozwiązanie stale nawracającego problemu. Przykładem państwa, które mogłoby być cenną inspiracją są między innymi Czechy, które zdecydowały się na częściową restytucję majątku odebranego w okresie komunistycznym Kościołowi w połączeniu z rozłożoną na roczne raty rekompensatą. Alternatywnym rozwiązaniem jest zastąpienie Funduszu dobrowolnym odpisem podatkowym działającym na podobnych zasadach co odpis na organizacje pożytku publicznego. Konferencja cieszyła się dużym zainteresowaniem mediów. Relacjonowały ją między innymi branżowe serwisy kościelne czy finansowe, a także najważniejsze portale ogólnopolskie jak Interia czy Onet. Jeśli chrześcijanie pozostaną bierni, gdy lewicowy rząd odpala piły mechaniczne by zrealizować politykę „opiłowywania” katolików z rzekomych przywilejów, to wkrótce wszyscy obudzimy się w państwie wojującego ateizmu, gdzie nie będzie można mówić o swojej wierze ani nosić publicznie symboli religijnych takich jak różaniec, krzyżyk czy medalik.Nie łudźmy się – radykałowie nie poprzestaną na likwidacji klauzuli sumienia i usunięciu religii ze szkół. Oni chcą wejść ze swą ateistyczną ideologią do naszych domów, rodzin, a nawet kościołów. Zobowiązanie ze strony prawników i ekspertów Ordo Iuris jest jednoznaczne – nie porzucimy żadnego Polaka prześladowanego i gnębionego ze względu na wiarę. Polska tradycja i polska konstytucja stoją po stronie państwa, które „współdziała” z Kościołem „dla dobra człowieka i dobra wspólnego” (art. 25 Konstytucji). Polska tradycja ustrojowa odrzuca wojujące modele „państwa świeckiego”. Będziemy tej pięknej tradycji bronić.Procesy w obronie katolickiego wychowania, prawa do odmowy aborcji, analizy chroniące prawo Kościoła do udziału w życiu społecznym – wymagają Pana wsparcia. Dlatego proszę dzisiaj o akt hojności, bez której nasza skuteczna pomoc – na niezbędną dziś w Polsce skalę – nie będzie możliwa. W kierunku dechrystianizacji polskiej szkoły Polska tożsamość od ponad 1000 lat jest oparta na fundamencie chrześcijańskim, co jest solą w oku radykałów chcących „opiłowywać” katolików. Aby rozerwać związek pomiędzy młodym pokoleniem Polaków a chrześcijańskim dziedzictwem naszego Narodu, rząd Donalda Tuska zamierza radykalnie przebudować podstawę programową, usuwając z niej treści i postaci świadczące o silnym związku polskości i chrześcijaństwa. Taki wniosek płynie z dokładnej analizy zaproponowanych przez zespół ekspertów Ministerstwa Edukacji Narodowej propozycji „odchudzenia” podstawy programowej.Minister Nowacka chce między innymi usunąć z podstawy programowej postać o. Augustyna Kordeckiego – obrońcy jasnogórskiego klasztoru w czasie potopu szwedzkiego, którego bohaterska postawa natchnęła Polaków do pokonania szwedzkiego najeźdźcy, św. o. Maksymiliana Kolbego, którego życiorys jak żaden inny stanowi przykład tragizmu i heroizmu losu Polaków w czasie II wojny światowej, a także treści dotyczące prześladowania Kościoła w okresie stalinowskim i Jasnogórskich Ślubów Narodu. Z kolei z listy lektur mają zniknąć nieliczne dzieła duchowych ojców naszego Narodu – św. Jana Pawła II i bł. kard. Stefana Wyszyńskiego. Odnosząc się do zmian na liście lektur, prof. Andrzej Waśko z UJ stwierdził, że zmiany „mają charakter ideologicznej cenzury: usuwa się utwory patriotyczne (…), radykalnie redukuje wątki chrześcijańskie, wykreśla pisarzy emigracyjnych i związanych z ruchem Solidarności”.Chcąc, aby polskie dzieci nadal mogły uczyć się w szkołach o chrześcijańskiej tożsamości naszego Narodu – we współpracy z zewnętrznymi ekspertami oraz organizacjami zajmującymi się edukacją – przygotowaliśmy szczegółową analizę ministerialnych propozycji zmian w podstawie programowej. Wskazaliśmy w niej między innymi, że usunięcie z listy lektur – w dodatku uzupełniających – dzieł św. Jana Pawła II i bł. kard. Stefana Wyszyńskiego nie znajduje racjonalnego uzasadnienia. Pozbawienie młodych ludzi możliwości zapoznania się w szkole z dziełami postaci, które są wielkim autorytetami dla większość Polaków, jest policzkiem wymierzonym rodzicom chcącym wychować swoje dzieci w duchu chrześcijańskiego dziedzictwa naszego Narodu. Przygotowany dokument przekazaliśmy Ministerstwu Edukacji Narodowej. Teraz czekamy na projekt rozporządzenia MEN w tej sprawie, który poddamy analizie natychmiast po publikacji. Polacy mają prawo do lekcji religii w szkoleW prawa chrześcijan uderza także radykalny postulat usunięcia lekcji religii ze szkół.Jednak licząc się z silnym sprzeciwem Polaków wobec tego pomysłu, rząd Donalda Tuska na razie skupia się na obniżaniu znaczeniu religii jako przedmiotu szkolnego, czemu służyć ma rezygnacja z wliczania oceny z religii do średniej ocen szkolnych, obowiązkowe przesunięcie religii na pierwszą lub ostatnią godzinę lekcyjną w ciągu dnia, redukcja tygodniowego wymiaru religii z dwóch do jednej godziny oraz propozycje usuwania katechetów z rad pedagogicznych. Sprzeciwiając się realizacji podobnych postulatów, przygotowaliśmy trzy analizy prawne. W pierwszej z nich wskazaliśmy, że obecnie funkcjonujący w Polsce model nauczania religii w szkołach jest wyrazem poszanowania wolności religijnej. Natomiast postulat usunięcia lekcji religii z placówek oświatowych będzie nie tylko ograniczeniem tej wolności, ale również uderzy w konstytucyjne prawo rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami. Wskazaliśmy, że – wbrew kłamliwej narracji lewicy – finansowanie lekcji religii ze środków publicznych nie jest formą dotowania kościołów i innych związków wyznaniowych, ale dochodem konkretnego nauczyciela, który jest zatrudniony odpowiednio do potrzeb związanych z liczbą osób wyrażających chęć uczęszczania na lekcje religii. Podkreśliliśmy przy tym, że nauczyciele religii mają taki sam status prawny, jak nauczyciele innych przedmiotów.W drugiej analizie zwróciliśmy uwagę na fakt, iż pomimo różnic wynikających z odmiennego przebiegu historycznych relacji pomiędzy państwem i związkami wyznaniowymi większość krajów Unii Europejskiej uznaje lekcje religii za niezbędny element swojego systemu edukacji i finansuje nauczanie tego przedmiotu z budżetu państwa. Zajęcia te różnią się zakresem tematycznym, ale w większości państw europejskich – podobnie jak w Polsce – mają one charakter dobrowolny i odbywają się w szkole. Trzecia analiza stanowi naszą odpowiedź na projekt rozporządzenia Ministerstwa Edukacji Narodowej, którego efektem będzie rezygnacja z wliczania oceny z religii do średniej ocen na koniec roku. W naszej analizie wskazaliśmy, że umieszczanie oceny z religii na świadectwie szkolnym podlega takim samym zasadom, jak umieszczanie na nim ocen z innych przedmiotów. Ocenie podlega wiedza ucznia, a nie jego udział w praktykach religijnych. Podkreślamy, że wliczanie ocen z religii do średniej wbrew zarzutom radykałów nie stanowi przejawu dyskryminacji. Przywołujemy orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który wyrokiem z 20 kwietnia 1993 roku, stwierdził, że obecność oceny z religii na świadectwie szkolnym wprost wynika z faktu organizacji tych lekcji w publicznych szkołach. Niestety wczoraj minister Nowacka podpisała rozporządzenie ws. niewliczania ocen z religii do średniej od nowego roku szkolnego. Klauzula sumienia pod ostrzałem Prawem każdej osoby, które chce zlikwidować rząd Donalda Tuska, jest możliwość odmowy wykonania określonej czynności z powodu sprzeciwu sumienia. Tak zwana klauzula sumienia wykorzystywana jest między innymi przez katolików pracujących w sektorze opieki medycznej do odmowy uczestnictwa w zabijaniu dzieci nienarodzonych. Radykałowie chcą zmusić lekarzy i pielęgniarki do dokonywania aborcji, a farmaceutów do sprzedaży śmiercionośnych pigułek poronnych. Sprzeciwiając się temu, przygotowaliśmy komentarz prawny, w którym przypomnieliśmy, że Konstytucja RP gwarantuje każdemu Polakowi prawo do sprzeciwu sumienia.Przywołaliśmy przy tym wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 7 października 2015 roku, który – jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego i bez udziału kwestionowanych przez rząd Donalda Tuska sędziów – stwierdził, że „w demokratycznym państwie prawnym wyrazem prawa do postępowania zgodnie z własnym sumieniem, a w konsekwencji także wyrazem wolności od przymusu postępowania wbrew własnemu sumieniu, jest klauzula sumienia (…). Wolność sumienia musi bowiem przejawiać się także w możliwości odmowy wykonania obowiązku nałożonego zgodnie z prawem z powołaniem się na przekonania naukowe, religijne lub moralne”. Podkreśliliśmy, że prawo do sprzeciwu sumienia jest standardem nie tylko polskiego, ale również europejskiego prawa. Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej „uznaje prawo do odmowy działania sprzecznego z własnym sumieniem, zgodnie z ustawami krajowymi regulującymi korzystanie z tego prawa”. Odkłamujemy przy tym fałszywą narrację lewicy, która twierdzi, że klauzula sumienia ma rzekomo zagrażać życiu kobiet. Przypominamy, że sprzeciw sumienia nie może być uzasadnieniem dla odstąpienia od czynności ratujących życie matki – nawet jeśli przyniesie to negatywne konsekwencje dla jej poczętego dziecka. Jednocześnie cały czas na salach sądowych bronimy pracowników sektora medycznego, którzy są represjonowani za korzystanie z prawa do sprzeciwu sumienia. W ubiegłym miesiącu złożyliśmy kasację do Sądu Najwyższego w sprawie farmaceutki, która odmówiła pacjentce sprzedaży pigułki poronnej. Aptekarka powołała się na klauzulę sumienia wskazując, że tabletka stanowi zagrożenie dla życia nienarodzonego dziecka. Początkowo Okręgowy Sąd Aptekarski w Krakowie odmówił kobiecie prawa do obrony, karząc ją naganą pod jej nieobecność.Dopiero włączenie się w sprawę naszych prawników odwróciło losy procesu. W postępowaniu odwoławczym domagaliśmy się uchylenia orzeczenia i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi pierwszej instancji w celu rzetelnego przeprowadzenia postępowania dowodowego, podnosząc, że obwiniona nie mogła skorzystać z prawa do obrony. Nasz wniosek poparł Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej. Naczelny Sąd Aptekarski uznał słuszność naszego stanowiska i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. W ponownym postępowaniu Okręgowy Sąd Aptekarski w Krakowie umorzył sprawę. Ponieważ w postanowieniu farmaceutka została uznana za winną, a o umorzeniu zdecydował „znikomy stopień społecznej szkodliwości” czynu, złożyliśmy odwołanie. Sąd drugiej instancji podtrzymał decyzję. Dlatego, chcąc, aby Sąd Najwyższy jasno potwierdził prawo do sprzeciwu sumienia farmaceutów, złożyliśmy kasację. Szczegółowo argumentujemy w niej, że w świetle prawa krajowego i międzynarodowego oraz orzecznictwa TK, farmaceuci mają prawo do sprzeciwu sumienia. Fundusz Kościelny pretekstem do ataków na Kościół Aby przekonać Polaków do poparcia ograniczania praw chrześcijan, radykałowie uderzają w Kościół katolicki zarzucając mu przyjmowanie publicznych środków z Funduszu Kościelnego. Lewica konsekwentnie pomija milczeniem genezę powołania Funduszu, który miały tworzyć zyski uzyskiwane z kościelnych nieruchomości ziemskich przejętych na własności Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wychodząc naprzeciw formułowanym zapowiedziom likwidacji Funduszu Kościelnego oraz chcąc, aby ta sprawa została rozwiązana w sposób sprawiedliwy i niekrzywdzący osób wierzących, poddaliśmy ten problem pogłębionej analizie. W naszych komentarzach prawnych zwracamy uwagę na to, że likwidacja Funduszu nie musi mieć wcale charakteru destrukcyjnego. Można tego uniknąć, korzystając z rozwiązań wypracowanych przez Czechów, którzy zadośćuczynili historycznym zobowiązaniom związanym z zagrabieniem przez komunistów mienia kościelnego, uchwalając zwrot części znacjonalizowanych majątków w połączeniu z rekompensatą finansową rozłożoną na 30 lat. Rozważamy także inne – demokratyczne i zgodne z konstytucją – warianty finansowania związków wyznaniowych, które są już stosowane w innych państwach UE. Przykładem takiego demokratycznego i prowolnościowego rozwiązania jest – przyjęta w Hiszpanii, na Węgrzech i we Włoszech – asygnata podatkowa. Wierni sami decydują tam, któremu związkowi wyznaniowemu chcą przekazać środki w postaci dobrowolnego odpisu podatkowego, którego funkcjonowanie nie powiększa zobowiązań podatkowych obywateli. Wyniki naszych analiz w tym temacie przedstawiliśmy podczas konferencji „Co dalej z Funduszem Kościelnym? Funkcjonowanie systemu opartego na dobrowolnym odpisie podatkowym na Kościoły i inne związki wyznaniowe w wybranych krajach”, zorganizowanej 13 lutego w siedzibie Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski. W wydarzeniu – obok Członka Zarządu Ordo Iuris Łukasza Bernacińskiego – głos zabierali także Członek Rady Naukowej naszego Instytutu ks. prof. Piotr Stanisz, Sekretarz Episkopatu bp Artur Miziński, prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski oraz dr Marcin Burzec z Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji KUL. Czym są „sekty biznesowe”? W ramach obrony praw chrześcijan, zwracamy uwagę Polaków na proceder tworzenia tzw. „sekt biznesowych”, czyli nowych związków wyznaniowych powoływanych nie w celu zaspokojenia potrzeb religijnych jej członków, ale dla uzyskania przywilejów ekonomicznych, w które polski ustawodawca wyposaża nawet najmniejsze związki wyznaniowe – od pierwszego dnia ich zarejestrowanego funkcjonowania. Przygotowaliśmy na ten temat dwie analizy prawne.W analizach dowiedliśmy między innymi, że obowiązujące w Polsce przepisy w zakresie rejestracji nowych związków wyznaniowych są zbyt liberalne, umożliwiając uzyskanie statusu zarejestrowanego związku wyznaniowego przez organizacje, których celem jest przede wszystkim zysk finansowy, a nie organizacja życia religijnego wyznawców nowej religii. Aby to zmienić postulujemy korektę prawa wyznaniowego, zakładającą dodatkowe warunki przyznawania przywilejów finansowych nowopowstającym związkom wyznaniowym. W tym celu przyjrzeliśmy się rozwiązaniom prawnym, które w tym zakresie obowiązują w wybranych krajach UE. Wskazaliśmy, że polskie przepisy są na tym tle wyjątkowo liberalne. Przykładowo w Niemczech szczególny status prawny uzyskują tylko te wspólnoty religijne, których struktura i liczebność gwarantują trwałość istnienia. W Czechach nowe związki wyznaniowe uzyskują przywileje prawne po 10 latach zgodnego z prawem funkcjonowania, a w Austrii po 20 latach. Aktualnie przygotowujemy kolejną analizę, która ujawni kontrowersyjne przypadki rejestracji związków wyznaniowych w Polsce.
Razem obronimy prawa chrześcijan Rząd Donalda Tuska zaczyna „opiłowywanie” praw chrześcijan od usuwania katechezy ze szkół, „dechrystianizacji” programu nauczania i ataku na wolność sumienia. Jeżeli chrześcijanie pozostaną obojętni, już wkrótce radykałowie przedstawią kolejne postulaty uderzające w nasze prawa. Prawnicy Ordo Iuris włączają się w obronę chrześcijan wszędzie tam, gdzie potrzebna jest pomoc prawna i rzetelna argumentacja. Każda z naszych interwencji wiąże się z konkretnymi kosztami finansowymi, które możemy ponosić tylko i wyłącznie dzięki hojności Darczyńców naszego Instytutu. Aby bronić wierzących oraz ocalić naszą wolność wyznawania i przekazywania wiary, musimy połączyć siły i sprostać wielkiemu wyzwaniu – zapewnienia wsparcia wszędzie tam, gdzie trwa atak na chrześcijan. Monitoring prac sejmu, senatu oraz rządu to miesięczny koszt nie mniejszy niż 6 000 zł.Pozwala nam to jednak na podjęcie natychmiastowych działań za każdym razem, gdy władza szykuje zamach na nasze prawa. Z kolei opracowanie pojedynczej analizy na temat projektu zmian w prawie to – w zależności od jego przedmiotu, zakresu i objętości – wydatek od 10 000 do nawet 15 000 zł. Niejednokrotnie nasze merytoryczne argumenty wpływały na decyzje głosujących nad zmianami w prawie polityków. Podjęcie każdej interwencji w obronie położnej, farmaceuty, lekarza, któremu odmawia się prawa do korzystania z konstytucyjnie gwarantowanego sprzeciwu sumienia, wymaga każdorazowo zabezpieczenia 12 000 zł. Kontynuowanie postępowania w obronie farmaceutki, która odmówiła pacjentce sprzedaży śmiercionośnej pigułki, to koszt 8 000 zł. W związku z kolejnymi zapowiedziami likwidacji klauzuli w Polsce w najbliższych tygodniach spodziewamy się kolejnych zgłoszeń w podobnych sprawach. Dlatego bardzo Pana proszę o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu prawnicy Ordo Iuris będą mogli skutecznie stawać w obronie praw chrześcijan w naszym kraju. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk
Z wyrazami szacunkuP.S. W Wielkim Tygodniu pamiętajmy, że owacyjnie witany Chrystus już kilka dni później był pojmany, przesłuchiwany niezgodnie z obowiązującym prawem, a wreszcie skazany pomimo braku winy – jedynie dla zaspokojenia oczekiwań społecznych. Prawa chrześcijan także padną ofiarą radykalnych polityków, jeśli zabraknie zdecydowanej reakcji i wyrażenia silnego sprzeciwu względem ograniczania wolności religijnej w Polsce. Nie pozwólmy by wyznawcy Chrystusa zostali wypchnięci poza margines debaty publicznej, tracąc prawo głosu i realny wpływ na rzeczywistość. Nadal możemy zatrzymać proces dechrystianizacji naszej Ojczyzny. Liczę, że pomoc ludzi takich jak Pan pomoże nam zatrzymać rewolucję prawną rządu Donalda Tuska.