W Teatrze Narodowym w Warszawie wystawiono sztukę interpretującą jedno z dzieł Johanna Wolfganga Goethe. W trakcie przedstawienia jeden z aktorów zaprezentował się szkolnej młodzieży kompletnie goły. Rodzice nie zostali uprzedzeni, że ich nieletnie dzieci będą świadkami takich scen.
O sprawie poinformował znany youtuber Marek Miśko, który opowiedział o zdarzeniu na swoim kanale „Marek Miśko, Czuwaj”. Okazuje się, że sprawę zna dokładnie, ponieważ przydarzyła się jego niepełnoletniemu synowi, który wziął udział w wycieczce szkolnej do Teatru Narodowego. To właśnie tam szkolna młodzież – bez wiedzy rodziców – była zmuszona do oglądania scen nagości.
– Dostaliśmy od syna smsa o treści: „za chwilę na scenie ma pojawić się facet, który będzie biegał z gołym przyrodzeniem. Siedzimy w pierwszym rzędzie. Jeśli tak będzie, natychmiast wychodzę. Nie chcę na to patrzeć” – relacjonuje słowa swojego syna Marek Miśko.
Youtuber natychmiast z oburzeniem postawił pytanie: „jakie możemy mieć dziś zaufanie do szkoły, skoro ta wysyła niepełnoletnią młodzież na spektakl, w którym aktorzy występują nago”?
Następnie retorycznie pytał o postępowanie i świadomość aktora, odkrywającego sceny nagości przed szkolną młodzieżą. – Czy aktor (…) ma choć odrobinę godności, aby wiedząc kto jest jego publicznością – przecież widzi – ma ten kontakt wzrokowy, (…) to nie wie, że należy zachować się z godnością? – pytał retorycznie Marek Miśko.
Internetowy publicysta kontynuuje historię i opowiada co wydarzyło się w drodze powrotnej. Syn Marka Miśko miał publicznie – w pobliżu nauczycieli – wyrażać dezaprobatę dla scen zobaczonych w Tatrze Narodowym. Usłyszała to jedna z „nowocześniejszych nauczycielek”.
– Przy wyjściu z autokaru ta oświecona nauczycielka powiedziała do syna coś mniej więcej takiego: „nie mów głośno, że nie zrozumiałeś tej sztuki, bo świadczy to tylko źle o tobie”. A syn na szczęście odpowiedział: „myślę, że jeśli to coś mogło się pani podobać, to świadczy to nie o mnie, ale źle o pani” – kończy relacjonowanie Miśko.
Szanowni Pastwo! Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Sławy nie zdobywa się kunsztem literackim, a układami. Nie bez znaczenia jest tu giętki kręgosłup. Z tym, że w balecie wymaga to wielu ćwiczeń, a w pisaniu wystarczy podły charakter i wyczucie skąd wiatr wieje. Miczurin uważał, że każde drzewo da się za młodu dowolnie ukształtować. Miał, czy nie miał racji, pozostawmy botanikom. A może inspirację czerpał z KGB, która stosuje tę metodę od zawsze. Trzeba wybrać odpowiednią latorośl, podsunąć jej materiały rzekomo kompromitujące Rosję i niech pisze, jak umie. Później wystarczy jej „dzieło” reklamować tak długo, aż stanie się powszechnie uznane. Wówczas autorka zostaje okrzyknięta „autorytetem” i odtąd wszelkie oszczerstwa spod jej pióra stają się „prawdą objawioną” nie podlegającą weryfikacji, ani tym bardziej krytyce. Kogo mam na myśli? Dobrze się Państwo domyślają – żonę pewnego nieudacznika, kandydata na kandydata na Prezydenta RP.
Kilka lat temu zainwestowali w fotowoltaikę, a teraz płacą kilkadziesiąt tysięcy złotych za prąd. — Gdybym miał słabsze serce, to z trzy razy zdążyłbym zejść na zawał. Najgorsza jest bezczelność i bezduszność tego systemu — mówi TVN24 pan Aleksy ze Szczecina. „Bezsilność jest paraliżująca” — dodają inni. Wysokie rachunki mogą być wynikiem błędów, ale nie tylko.
Problemy z fotowoltaiką dotyczą części odbiorców w całej Polsce. | Foto: Piotr Dziurman/REPORTER / East News
TVN24 opisuje historię kilku osób z różnych części Polski oraz korzystających z usług różnych operatorów. Wszystkich łączy jedno: kilka lat temu zainwestowali w fotowoltaikę. A teraz, zamiast płacić za prąd mniej, otrzymują rachunki na kilkadziesiąt tysięcy złotych.
„Pani Agnieszka z Rudy Kozielskiej (woj. śląskie) otrzymała 3 stycznia 2024 roku maila z firmy energetycznej Tauron, że jej zadłużenie wynosi 39 626,17 zł. Wyjaśnia nam, że na tę kwotę składa się rozliczenie za pobór prądu za rok 2022, około 19 tysięcy złotych, oraz faktura prognozowa w kwocie około 20 tysięcy złotych” — czytamy w serwisie.
Jak mówi czytelniczka, która w 2021 r. zainwestowała w panele słoneczne, wielokrotnie domagała się od Tauronu informacji na temat szczegółów zużycia.
— Aż mdli mnie od tego. Końca tego problemu nie widać, bo nowe rozliczenie i tak wynosi kolejne 15 tysięcy złotych. Na pewno nie zżarłam tyle prądu, bo niby z czego? — twierdzi. I dodaje, że stumetrowy dom ogrzewa ekogroszkiem, by nie korzystać z drogiego prądu.
Pan Aleksy ze Szczecina, czyli z drugiego końca Polski, mówi TVN24, że „gdyby miał słabsze serce, to już trzy razy zszedłby na zawał”. — W kwietniu tego roku zostajemy zaatakowani od Enei fakturą roczną na ponad 20 tysięcy złotych za prąd. Jest to rozliczenie zużycia za poprzedni rok. W związku z tym otrzymujemy również fakturę prognozową na kolejne 20 tysięcy złotych. Na dzień dobry mamy 40 tysięcy złotych zadłużenia — mówi serwisowi. Na fotowoltaikę wydał 70 tys. zł.
Z kolei pani Danuta z Chojnic otrzymała już rachunek na 11 tys. zł. — Wyjaśniamy tę sprawę od czerwca bieżącego roku. Obecnie mamy odłączony prąd. Na nasz wniosek został zabrany licznik do ekspertyzy — mówi klientka Enei.
— Żyjemy po ciemku. Dziecko trzeba jakoś wyszykować do szkoły, uprać, uprasować, umyć w ciepłej wodzie. Dla nas to jest nieosiągalne. Nie ma też mowy o podładowaniu telefonu, laptopa czy włączeniu telewizora. Ta bezsilność wobec instytucji, codzienne funkcjonowanie bez prądu odpowiedzialność za 9-letnią córkę jest paraliżująca — mówi w TVN24.
Izabela Dąbrowska-Antoniak, koordynator ds. negocjacji przy prezesie Urzędu Regulacji Energetyki, nie bagatelizuje tego typu spraw. Są one obecnie wyjaśniane. — Widzę problem, w 2023 roku do koordynatora wpłynęło 630 spraw. Spora część skarg i to takich, które się powtarzają, dotyczy wysokich rachunków za prąd. One oznaczają dla klientów spółek energetycznych problemy ze spłatą zadłużenia — zaznacza.
Jak dodaje, powodem może też czasami być słaba komunikacja poprzedniego rządu w sprawie mrożenia cen prądu.
— To niezrozumienie widać w przypadku osób, które korzystały z taryf dwustrefowych. Taryfa ta jest wybierana do ogrzewania domu lub mieszkania, bo na przykład wieczorem można włączyć pobór energii po niższych stawkach. Rząd wprowadził mechanizm mrożenia cen energii, ale być może słabo było przekazane opinii publicznej, że w przypadku przekroczenia limitów (3 lub 2 tysiące kWh) w 2023 roku, wchodziło się w cenę maksymalną. Mało kto z tych dwustrefowych klientów wiedział, że ta cena prądu będzie taka sama, na dzień i na noc — tłumaczy.
You know it’s bad when the socialist rag of Great Britain, which is mostly fit for using on your backend in the commode, had to opine.
Go WOKE, go broke. But will it ever end?
Almost fifty percent of the federal “workforce” never returned back to work after the lock-downs.
Watching the mass exodus of the federal “workforce” after Trump signs an executive order forcing all federal employees back to the office will be truly entertaining.
According to Vivek and DOGE, this will be the first step to reducing the federal budget.
Decyzja kończącego swoje urzędowanie prezydenta Józia Bidena o pozwoleniu Ukrainie na atakowanie celów w głębi Rosji amerykańskimi rakietami o zasięgu 300 kilometrów, wzbudziła ogromny rezonans, zwłaszcza w naszym i bez tego wystarczająco nieszczęśliwym kraju. Pan prezydent Andrzej Duda wyraził „satysfakcję” z tej decyzji, a wtóruje mu ponad podziałami Książę-Małżonek Radosław Sikorski, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda po raz kolejny dzierży fuchę ministra spraw zagranicznych. Też się z tej wiadomości uradował stwierdzając, że wreszcie Józio przemówił do Putina językiem siły, który – jako jedyny – robi na nim wrażenie. Co prawda szczegóły decyzji prezydenta Józia Bidena nie są dokładnie znane; jedni twierdzą, że chodzi o dowolne cele w głębi Rosji, podczas gdy inni – że Józio pozwolił tylko na użycie tych rakiet w obwodzie kurskim. Nie wiadomo też – na co zwrócił uwagę przedstawiciel supermocarstwa światowego, czyli Litwy – ile tych rakiet na Ukrainie już jest i czy w ogóle jakieś są. Jeśli nie ma, to znaczy, że będą musiały być szybko dostarczone, również po to, by niezwyciężona armia ukraińska nauczyła się, który guzik w wyrzutni przyciskać.
No a którędy mogą być te pociski szybko dostarczone. Jedynym sposobem jest ich przerzut samolotami transportowymi na lotnisko w Jasionce koło Rzeszowa, a stamtąd – na Ukrainę. Rodzi to dla Polski pewne ryzyko, chociaż nie wiemy, jak duże – bo prezydent Putin nie tak dawno powiedział, że jeśli USA pozwolą Ukrainie na atakowanie celów w głębi Rosji, to Moskwa uzna, że NATO znajduje się w stanie wojny z Rosją. Co to może oznaczać – tego na razie nikt nie wie, chociaż jest wysoce prawdopodobne, że Rosja, po pierwszym uderzeniu na cele w głębi swego terytorium, będzie musiała jakoś zareagować, choćby ze względów prestiżowych. W takich przypadkach państwa starają się choćby o jakiś pozór jeśli nie moralnego, to przynajmniej strategicznego uzasadnienia. I takim pozorem może być odwetowe uderzenie nie tylko na Ukrainę, ale również – na lotnisko w Jasionce, jako że tamtędy trafiać będą na Ukrainę te pociski.
Jak wtedy zareagowałoby NATO? Tego też nie wiemy, tym bardziej, że już 20 stycznia kadencja Józia Bidena się zakończy, a władzę przejmie Donald Trump, który odgraża się, że zakończy wojnę na Ukrainie w 24 godziny. Ale właśnie z uwagi na to, państwa Sojuszu Atlantyckiego mogą na ewentualne rosyjskie uderzenie na Jasionkę zareagować powściągliwie, na przykład – zgodnie z art. 5 traktatu waszyngtońskiego – wystosowując pod adresem Moskwy tak zwany „ostry protest”. A potem dym by się rozwiał, kurz by opadł, trupy by pochowano, gruz uprzątnięto i prezydent Trump zakończyłby wojnę. Taki rozwój wydarzeń jest całkiem prawdopodobny, toteż musi dziwić reakcja pana prezydenta Dudy, że jest „usatysfakcjonowany” decyzją prezydenta Józia Bidena. Najwyraźniej nie postawił sobie samemu pytania: no dobrze, Ukraina zacznie razić cele w głębi Rosji – i co dalej? Że Książę-Małżonek, który uważa, że zadaniem ministra spraw zagranicznych jest obsztorcowanie swoich rozmówców, aż im pójdzie w pięty, takich pytań sobie nie zadaje, to rzecz oczywista, bo to za duży wiatr na jego wełnę – ale że pan prezydent Duda nie jest mądrzejszy, to nie jest dobry znak. Jakiż w tym wszystkim znaleźć promyk nadziei?
Chyba tylko w postaci objawienia świętej siostry Faustyny Kowalskiej. W swoim „Dzienniczku” wspomina, jak to pewnego razu objawił się jej Pan Jezus i opowiadał, jak postępuje z zatwardziałymi grzesznikami. – Upominam ich – powiada – głosem sumienia, głosem Kościoła, zsyłam na nich rozmaite przygody, które mogą człowieka skłonić do opamiętania – a jak nic nie pomaga, to spełniam wszystkie ich pragnienia. W świetle tego wyjaśnienia widać, że Pan Jezus się nami interesuje, chociaż Jego zainteresowanie wskazuje raczej już na ostatnią fazę; kto wie – może ostatnią szansę – bo właśnie nasz nieszczęśliwy kraj powoli wkracza w kampanię prezydencką przez wyborami, jakie odbędą się w drugiej połowie maja przyszłego roku.
O tym, ze kampania już się rozpoczęła, świadczy ostateczne odrzucenie sprawozdania finansowego PiS przez Państwową Komisję Wyborczą. Wyczekała z decyzją do samego końca, co oznacza, że partia Naczelnika Państwa u progu kosztownej kampanii prezydenckiej zostanie pozbawiona co najmniej 75 milionów złotych. Tymczasem Volksdeutsche Partei znajduje się w sytuacji odwrotnej; właśnie na komisji sejmowej przedstawiciele tej partii, ale również – Polskiego Stronnictwa Ludowego – odrzucili wniosek Polski 2050, czyli partii Szymona Hołowni, by „odpolitycznić spółki Skarbu Państwa”. Wprawdzie taki priorytet koalicja 13 grudnia sobie wyznaczyła, ale kto to widział, żeby takie bezeceństwa robić przed wyborami prezydenckimi, kiedy wiadomo, że przyda się każdy grosz – a najprędzej – właśnie ze spółek Skarbu Państwa – ale oczywiście pod warunkiem, że nie zostaną one lekkomyślnie „odpolitycznione”?
Tymczasem panu prezydentowi Dudzie najwyraźniej nawet nie przyjdzie do głowy, by wysondować prezydenta-elekta Donalda Trumpa, czy potwierdzi on pozwolenie, jakiego w marcu ubiegłego roku prezydent Józio Biden udzielił Niemcom – żeby urządzali sobie Europę po swojemu, czy też to pozwolenie uchyli. Gdyby tak bezmyślnie nie rajcował się tą całą Ukrainą i spróbował to wysondować, to byłoby to z pożytkiem dla Polski. Po pierwsze dlatego, że dzięki temu wiedzielibyśmy na czym stoimy, to znaczy – czy naszym przeznaczeniem, wszystko jedno; czy przy Józiu, czy przy Donaldzie – jest Generalna Gubernia w ramach IV Rzeszy – czy też nie. Po drugie – gdyby się okazało, że prezydent Trump nie zamierza tego pozwolenia podtrzymać – to by oznaczało, że spod kurateli niemieckiej nasz nieszczęśliwy kraj znowu przechodzi pod kuratelę amerykańską – a w tej sytuacji kto wie – może konieczne byłoby nawet dokonanie podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, w następstwie której miejsce Volksdeutsche Partei zajęłoby może już nie PiS – ale na przykład – Polska 2050 pana Szymona Hołowni, który wystawił swoją kandydaturę na przyszłoroczne wybory prezydenckie, jako „kandydata niezależnego”? Brzmi to dzisiaj cokolwiek zabawnie, ale gdyby tak prezydent Trump cofnął Niemcom to pozwolenie, to wszystko mogłoby się rozstrzygnąć w całkiem innych kategoriach, zwłaszcza, że PiS właśnie zostało wyszlamowane z forsy.
Tymczasem niezależne media głównego nurtu usiłują stworzyć wrażenie, jakby walka o prezydenturę naszego nieszczęśliwego kraju właśnie teraz rozstrzygała się między Księciem-Małżonkiem, a panem Rafałem Trzaskowskim. Jasne, że wykonują rozkaz starych kiejkutów, które na razie słuchają niemieckiej BND – ale jak CIA wydałaby im inny rozkaz, to przecież zaczną ćwierkać z całkiem innego klucza
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Jeśli istnieje jedno słowo, którym można opisać dzisiejszy stan Kościoła katolickiego, to z pewnością jest to „chaos”. Normalną strukturą Kościoła jest coś w rodzaju piramidy, z Bożym Autorytetem zstępującym przez papieża, kardynałów, biskupów i kapłanów, wszystkich ustanowionych przez Boga, aby opiekowali się Jego owcami, czyli świeckimi, na poziomie fundamentu. Hierarchia ta składa się z omylnych ludzi, od góry do dołu, więc na wszystkich poziomach można popełniać błędy. Jeśli jednak w normalnych okolicznościach przełożony w hierarchii zachowa się niewłaściwie, zwykle ma własnego przełożonego, do którego mogę się odwołać od jego niewłaściwego zachowania, ponieważ każdy przełożony w Kościele zazwyczaj podejmuje decyzje zgodnie z prawem kanonicznym i, przy minimum dobrej woli, zgodnie z prawdą i sprawiedliwością. Tak więc, w normalnych okolicznościach, z niższego szczebla mogę odwoływać się aż do Rzymu.
Co się jednak stanie, gdy omylny człowiek na szczycie tej piramidy straci poczucie prawdy i sprawiedliwości, a nawet dobrą wolę? W Kościele może zapanować tylko chaos od góry do dołu, ponieważ Kościół Katolicki został zaprojektowany przez Boga jako monarchia, w której działa Jego Boski Autorytet w celu ochrony wielkich prawd dotyczących zbawienia, aby mógł zaludnić Niebo duszami, które będą mogły uczestniczyć w Jego szczęśliwości. Autorytet ten jest dostrzegany i sprawowany na wszystkich szczeblach hierarchii, ale przede wszystkim przez papieża, który nie ma nad sobą żadnego ludzkiego zwierzchnika, lecz jedynie Boga. Wynika z tego, że jeśli papież lub człowiek w bieli, który jest powszechnie uznawany za papieża, wydaje się tracić wszelkie poczucie Prawdy, dla której sam otrzymuje swój niesamowity Autorytet nad Kościołem, przyćmiewający wszystkie jedynie ludzkie autorytety, to Kościół pogrąża się w chaosie, od góry do dołu.
Pod tym względem Kościół katolicki przypomina lalkę na sznurku, składającą się z wielu kawałków kolorowego drewna, podtrzymywanych na sznurkach, które z kolei są trzymane przez lalkarza stojącego powyżej. Jeśli na choć jedną chwilę lalkarz puści sznurki, cała lalka rozpada się w stertę bezładnych kawałków drewna. Jeśli choć na chwilę Bóg Wszechmogący opuści papieża i kardynałów w Rzymie, biskupi, księża i świeccy zamienią się na całym świecie w bezładną stertę katolików, rozproszonych i podzielonych między sobą, z których wielu stara się odtworzyć w swoim małym zakątku pozory tego boskiego Autorytetu, który może pochodzić tylko od Boga. Cóż innego mogą zrobić? Mądrzy katolicy uznają swoją fundamentalną bezsilność, dopóki Bóg nie przywróci katolickiego papieża. W międzyczasie katolicy muszą zrobić wszystko, co w ich mocy, aby odbudować katolickie zakątki i pomóc wszystkim innym katolikom zrobić to samo, o ile tylko wyznają katolicką wiarę (i niech nikt nie próbuje udawać, że jest nieomylny!).
A co z papieżem czy też rzekomym papieżem? Prawidłowe spojrzenie na historię ludzkości wskazuje, że z powodu grzechu pierworodnego każda z jej Siedmiu Epok jest zapoczątkowana przez kluczową postać, po której następuje okres upadku, aż do czasu, gdy kolejna kluczowa postać zostanie wyznaczona przez Boga, aby ponownie podnieść ludzkość, aż do chwili, gdy Antychryst zakończy Siódmą Epokę Historii Kościoła, który ustanowił sam Bóg wraz ze swoim Wcieleniem, około 2000 lat temu. Wcielenie samego Boga było punktem zwrotnym ludzkiej historii, punktem kulminacyjnym wszystkich wieków, ponieważ Wcielenie trwa od tamtej pory poprzez Kościół Katolicki, Pan Jezus nadal żyje i zbawia dusze na wieczność wśród wszystkich ras i narodów.
Ale Bóg, aby zaszczycić człowieka, postanowił powierzyć swój Kościół nie aniołom, ale omylnym ludziom, nie zamieniając ich w roboty poprzez odebranie im wolnej woli. Oznacza to, że sam z góry założył możliwość, że ludzcy duchowni Jego Kościoła mogą nadużyć swojej wolnej woli i zniszczyć Jego Kościół. Tak właśnie stało się podczas Soboru Watykańskiego II (1962-1965). W 1968 roku Bóg dał ludzkości jeszcze jedną szansę, gdy poprowadził Pawła VI do potępienia sztucznej kontroli urodzeń w encyklice Humanae Vitae. Ale cała ludzkość, nie tylko katolicy, powstała w buncie, aby potępić starego człowieka ubranego na biało, mieszkającego w Rzymie, który jakoby nic nie wiedział o małżeństwie.
Bóg Wszechmogący niejako powiedział wtedy: W porządku. Róbcie po swojemu. Nie chcecie mojego Kościoła. Macie swój własny i zobaczcie, jak wam się podoba. Na razie do widzenia. Odezwijcie się, jak tylko będziecie pragnęli odzyskać mój Kościół. W międzyczasie będę go podtrzymywał w strapieniu. Będę czekał na wieści od Was. Wciąż was kocham.
Prezydent Joe Biden, drugi „katolicki” prezydent w historii USA, przyznał „Prezydencki Medal Wolności”, najwyższe odznaczenie cywilne w kraju, Cecile Richards.
Jest ona działaczką aborcyjną i prezesem firmy aborcyjnej Planned Parenthood od ponad dekady.
„Medal Wolności” jest często przyznawany podczas publicznej ceremonii. Ale Biden wręczył go Richards prywatnie 20 listopada.
Jest ona 37. osobą, której Biden przyznał medal, ale pierwszą znaną głównie z zaangażowania w zabijanie dzieci.
Biden powiedział, że Richards broniła i wspierała „prawa reprodukcyjne kobiet”.
Po tym, jak Richards otrzymała tę nagrodę, „Medal Wolności” nie jest już oznaką „cywilnego honoru”, ale cywilnego wstydu.
Anne Applebaum jest uroczą kobietą. Uśmiech, choć amerykański, ma śliczny. Mówi po polsku doskonale, z sympatycznym akcentem, który tylko pokazuje, ja wiele pracy, determinacji i wytrwałości, włożyła w opanowanie trudnego, niepierwszoligowego przecież, obcego języka.
Jej synkowie mówią już po polsku bez jakiegokolwiek akcentu i nawet uśmiechają się też zupełnie po polsku.
Anne Applebaum jest inteligentna i świetnie wykształcona, a jej dziennikarskie dokonania, mogą budzić tylko podziw.
Pochodzi z przezacnej rodziny, doskonale usadowionej w kręgach amerykańskiego establishmentu.
W każdym normalnym kraju Anne Applebaum byłaby uznana za doskonałą Pierwszą Damę.
W każdym normalnym kraju, ale nie w Polsce.
Polakom, Anne Applebaum, mimo wszystkich swoich zalet, na Pierwszą Damę nie pasuje, nawet na Kandydatkę na Pierwszą Damę też nie.
Bo wg Polaków Anne Applebaum ma niewybaczalny defekt. Defekt, który nam chwały nie przynosi. Który świadczy o nas niedobrze, a nawet źle. Który, choć nie mówimy o nim głośno, jest powszechnie znany i w kraju i zagranicą.
A skoro wszyscy wiemy, jaki – czas ten defekt nazwać głośno i po imieniu:
ten, uniemożliwiający Anne Applebaum zostanie Pierwszą Damą defekt, to Jej mąż – Radek.
Jak widać – wciąż jest aktualny. Inna sprawa, że “urząd” Prezydenta 3RP , w praktyce znaczy znacznie mniej, niż jeden tekst jakiejś dziennikarki z USA. Przykre, ale prawdziwe.
Partol obywatelski w Polkowicach. Foto: Facebook/FC Polkowice
Prokuratura Okręgowa w Legnicy prowadzi śledztwo w sprawie poważnego zdarzenia, do którego doszło w jednym z pubów w Polkowicach w miniony weekend. 29-letni mieszkaniec miasta został zaatakowany nożem i trafił do szpitala, gdzie przeszedł operację. Sprawcą był obcokrajowiec, a prokuratura nie chce ujawnić jego narodowości.
Śledczy zakwalifikowali zdarzenie jako bójkę z użyciem niebezpiecznego narzędzia, za co grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Kluczowym materiałem dowodowym w sprawie jest nagranie z monitoringu lokalu, które dokładnie dokumentuje przebieg zajścia i pozwala określić rolę każdego z uczestników. Chociaż w zdarzeniu brali udział obcokrajowcy, prokuratura nie chce ujawnić ich narodowości. Nieoficjalnie wiadomo, że to Czeczeni.
Wobec podejrzanych nie zastosowano tymczasowego aresztowania. Objęto ich dozorem policyjnym i zakazem kontaktowania się z pozostałymi uczestnikami zajścia.
Sprawa wywołała znaczne poruszenie w lokalnej społeczności. Mieszkańcy zorganizowali już spontaniczną manifestację i zapowiadają obywatelskie patrole.
W prawyborach w KO Rafał Trzaskowski uzyskał 74,75 proc. głosów, w związku z czym zostanie kandydatem ugrupowania na prezydenta. Jego kontrkandydat Radosław Sikorski uzyskał 25,25 proc. głosów. Wyniki piątkowych prawyborów ogłosił w sobotę podczas Rady Krajowej PO premier Donald Tusk.
Tusk poinformował, że w prawyborach oddano 22 tys. 126 głosów.
Głosowanie w prawyborach przeprowadzono w piątek, od godziny 8 do północy. Uprawnionych do głosowania było ponad 25 tys. działaczy partii wchodzących w skład KO, a więc PO, Nowoczesnej, Zielonych i Inicjatywy Polska. SMS z numerem 1 oznaczał głos na Rafała Trzaskowskiego, z numerem 2 – głos na Radosława Sikorskiego.
Trzaskowski: Mam bardzo mocny mandat i bardzo dużo energii, determinacji i odwagi, by wygrać z PiS
[—] dalej leja propagandową wodę, brudną. MD
=================================
Kandydatem PO na prezydenta został partyjny zastępca Donalda Tuska Rafał Trzaskowski – przeciwnik CPK i polskiego węgla, minister w prorosyjskich rządach koalicji PO-PSL, promotor ideologii gender zakazujący wieszania krzyży w przestrzeni publicznej. Jaka partia, taki kandydat – napisał poseł Janusz Kowalski.
Koncepcja „Kościoła synodalnego” jest sprzeczna z katolickim rozumieniem Kościoła, pisze kardynał Gerhard Müller na portalu FirstThings.com (22 listopada).
Tradycyjna zasada synodalności jako współpracy między biskupami została przejęta przez „frakcje o ukrytych motywach”, aby uczynić Kościół „zgodnym z neognostycką ideologią przebudzenia”, ostrzega Müller:
„Bezpośrednie boskie objawienie jest bronią, aby uczynić akceptowalną samo-relatywizację Kościoła Chrystusowego („wszystkie religie są ścieżkami do Boga”)”. Cytat Müllera w nawiasie pochodzi z wrześniowej wizyty Franciszka w Singapurze.
Dla Müllera każdy, kto próbuje pogodzić nauczanie Kościoła z ideologią wrogą Bożemu objawieniu, jest winny „grzechu przeciwko Duchowi Świętemu”. Jest to „opór wobec znanej prawdy”.
„Papież nie może ani spełnić, ani zawieść nadziei na zmianę objawionych doktryn wiary, ponieważ jego urząd nauczycielski nie jest ponad Słowem Bożym (Dei Verbum, 10)”.
Kolejnym grzechem przeciwko Duchowi Świętemu, według Müllera, jest „gdy pod pretekstem tak zwanej decentralizacji, jedność Kościoła w doktrynie wiary pozostawia się arbitralności i ignorancji lokalnych konferencji episkopatów, które rzekomo rozwijają się doktrynalnie w różnym tempie”.
Müller ostrzega również przed skreślaniem, a nawet sekularyzacją księży i biskupów „wyłącznie według własnego uznania, bez jakiejkolwiek procedury kanonicznej”. Wymienia obiektywne kryteria postępowania dyscyplinarnego wobec duchowieństwa, takie jak apostazja, schizma, herezja, wykroczenia moralne, rażąco nieduchowy styl życia i oczywista niezdolność do sprawowania urzędu.
Jako najbardziej aktualny grzech przeciwko Duchowi Świętemu, Müller identyfikuje zaprzeczanie nadprzyrodzonemu pochodzeniu i charakterowi chrześcijaństwa „w celu podporządkowania Kościoła Trójjedynego Boga celom i celom światowego projektu zbawienia, czy to eko-socjalistycznej neutralności klimatycznej, czy Agendy 2030 'globalistycznej elity'”.
Obowiązujący w Polsce system tzw. domniemanej zgody,skazuje pacjentów w śpiączce na śmierć. Przed ludźmi ukrywa się przerażającą prawdę na temat transplantologii. Społeczeństwo nie ma świadomości, że pobieranie organów do przeszczepów wiąże się z zabiciem dawcy. Transplantolodzy dobijają pacjentów dla zysku. Na domiar złego media powielają kłamliwą propagandę i trzymają sztamę z lekarską mafią.
W związku z powyższym, Konfederacja Korony Polskiej szykuje projekt ustawy mającej chronić Polaków przed zabójcami w kitlach. O współczesnym kanibalizmie – bo tym jest właśnie transplantologia – dyskutowano podczas III posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków. Wydarzeniu przewodniczył poseł Roman Fritz.
Temat mrożącej krew w żyłach debaty: „Zgoda domniemana w sprawie dawstwa narządów jako kategoria prawna: próba jej oceny w świetle ogólnych zasad prawa oraz faktów medycznych”. Do udziału w spotkaniu Zespołu zaproszono autorytety nauki i medycyny z zagranicy oraz znawców tematu z Polski.
Po wysłuchaniu ekspertów, nasuwa się konkretne pytanie. Dokąd zabrnęła ludzkość, skoro w szpitalach morduje się pacjentów zamiast ich ratować? Do niedawna myślałam, że zabójcom-transplantologom chodzi głównie o pieniądze. Teraz zaczynam nabierać przekonania, że mamy do czynienia z czymś więcej. To swoisty rytuał, którego celem jest odczłowieczenie poprzez oswajanie z ludożerstwem.
PRZEKRĘT Z DEFINICJĄ
Uczestnicy posiedzenia, to osoby doskonale zaznajomione z tematem. Nikt nie miał wątpliwości, że pobieranie organów ukrwionych – takich jak serce – wiąże się z zabiciem dawcy. Sęk w tym, że nie ma o tym pojęcia zdecydowana większość społeczeństwa. Zwykli ludzie często są przekonani, że dawcą zostaje się po śmierci, że jest to humanitarne i że wiąże się z aktem miłosierdzia wobec bliźniego.
W związku z tym, w wielu państwach na świecie obywatele dobrowolnie wyrażają zgodę na to, aby w razie śmierci pobrać od nich organy i przekazać je potrzebującym pacjentom. Problem w tym, że nie są oni informowani o kluczowym fakcie. Mianowicie, organy ukrwione pobrane od zmarłego nie nadają się do przeszczepu. Rzekoma śmierć dawców jest więc orzekana na podstawie przekłamanej definicji.
W Polsce sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Od 1995 roku obowiązuje u nas zasada domniemanej zgody na pobranie narządów, czyli niejako z automatu każdy obywatel RP jest potencjalnym dawcą organów, chyba że wcześniej zgłosi swój sprzeciw. Większość ludzi nie ma jednak pojęcia, że mogą (wręcz powinni) to zrobić.
DrPaul Byrne, neonatolog i pediatraze Stanów Zjednoczonych przestrzegł Polaków, że tzw. domniemana zgoda, to jest tak naprawdę brak zgody. „Przecież aby coś można było uznać za zgodę, to osoba zgadzająca się musiałaby dostać informacje” – wyjaśnił gość parlamentarnego posiedzenia.
Amerykanin powiedział wprost, że nie informuje się ani dawców, ani biorców, iż organ nadaje się do przeszczepu tylko wtedy, kiedy pobierze się go od pacjenta u którego nie ustało krążenie, ani akcja oddechowa, ponieważ bez tego organy bardzo szybko ulegają degradacji.
Jak to możliwe, że przekręt wszechczasów przeszedł? Zaczęło się w 1968 roku, kiedy specjalny komitet na Uniwersytecie Harvarda po raz pierwszy zaproponował orzekanie zgonu na podstawie kryteriów mózgowych. Od tamtej pory, w myśl nowej definicji, żyjących jeszcze pacjentów kwalifikuje się jako „zmarłych”, aby pobrać od nich organy. Oczywiście wiąże się z tym potężny biznes.
Na czym konkretnie polega przekręt z nową definicją? Dr Byrne powiedział, że orzeczenie stanu śmierci mózgowej odbywa się jedynie na podstawie braku pewnych funkcji. Tymczasem – jak wykazał – to nie wystarczy, by ogłosić faktyczny zgon.
Naukowiec zobrazował to na przykładzie komórki. Kiedy w komórce nie ma już życia, to jest zniszczona i następuje tzw. autoliza. W obrazie mikroskopowym widzimy to jako martwicę, co oznacza, że w tej komórce zamanifestowała się śmierć. Natomiast kiedy tylko w takiej komórce jest życie, to zawsze jest jakaś szansa.
W związku z powyższym, dr Byrne podkreślił, że nikt nie powinien zostać uznany za osobę zmarłą, jeśli nie doszło do zniszczenia trzech systemów: oddechowego, krążenia i całego mózgowia.
„Jeśli ktoś miałby zgodzić się na przeszczep organów, to wtedy taki dawca musi być świadomy na co w ogóle wyraża zgodę. W Stanach Zjednoczonych o tym się nie mówi” – przyznał amerykański lekarz. Dodał, że biorca również powinien być poinformowany, że organ nadający się do przeszczepu pochodzi od osoby żywej.
Zatem, pobranie organu takiego jak serce, wiąże się zawsze z uśmierceniem dawcy. Zdaniem dr. Byrne’a tego typu informacje są absolutnie kluczowe, żeby obie strony mogły wyrazić ewentualną zgodę.
DOBIJANIE PACJENTÓW
Dr Cicero Coimbra z Brazylii powiedział, że to co obecnie określa się jako śmierć mózgu, wcześniej było nazywane nieodwracalną śpiączką. Profesor neurologii i neurobiologii na Federalnym Uniwersytecie w Sao Paulo wykazał przy tym, że wprowadzenie nowej definicji w rzeczywistości zahamowało rozwój medycyny.
Naukowiec przypomniał, że medycyna zawsze stara się pokonać pewne granice nieodwracalności, walczyć z takimi zmianami, które uważane są za nieodwracalne, żeby jednak one były odwracalne. Tymczasem wprowadzenie definicji śmierci mózgowej jest dużą przeszkodą w procesie rozwijania nowoczesnych i bardziej skutecznych środków terapeutycznych, które zapobiegają pogorszeniu stanów pacjentów neurologicznych.
„Nikt nie tworzy nowych schematów leczenia dla pacjentów, których określono jako zmarłych. Nowe określenie zapobiega wszelkim wysiłkom mającym za zadanie stworzenie nowych i skuteczniejszych metod leczenia dla pacjentów, którzy są np. w stanie niedokrwienia przejściowego czy po urazie głowy” – wyjaśnił dr Coimbra.
Słynny brazylijski neurolog zapewnił jednocześnie, że przecież można doprowadzić do wyleczenia osób, u których doszło do uszkodzenia głowy albo miały niedokrwienie globalne i doszło do obrzęku mózgu. Zresztą, medycyna zna na to konkretne przykłady, które przedstawiono w dalszej części posiedzenia.
Tymczasem zamiast leczenia, pacjenci w stanie śpiączki są rutynowo poddawani tzw. testowi bezdechu. Dr Coimbra wyjaśnił, że jest to niezwykle szkodliwy test, który powoduje nieodwracalne uszkodzenia, a jego celem jest właściwie jedynie stwierdzenie diagnozy.
Test bezdechu polega na zatrzymaniu respiracji mechanicznej na około 10 minut. W tym czasie poziom dwutlenku węgla w mózgu wzrasta, konsekwencją jest nagły spadek ciśnienia, pogorszenie nadciśnienia tętniczego i wewnątrz czaszkowego. Wiąże się z tym potencjalne i nieodwracalne załamanie krążenia mózgowego, co dalej jeszcze uszkadza mózg.
Czy ktoś byłby w stanie przeżyć 10 minut bez oddechu? Czy pacjent w tego typu krytycznym stanie ma szansę przetrwać? – zapytał retorycznie dr Coimbra, który uważa, że test bezdechu zaprzecza głównej zasadzie praktyki lekarskiej: Po pierwsze, nie szkodzić!
„Pacjenci w śpiączce są obecnie pozbawieni skutecznych terapii, które mogłyby umożliwić ich neurologiczne wyzdrowienie, podczas gdy uszkodzenie ich mózgu faktycznie jest wywoływane przez test bezdechu dla dobra interesów transplantacji” – skwitował Brazylijczyk.
Jego zdaniem, gdyby członkom rodziny pacjenta w śpiączce udzielono prawdziwych informacji nt. testu bezdechu, nikt nie wyraziliby na to zgody.
UKRYWANIE FAKTÓW
Kolejnych szokujących informacji udzielił drAlan Shewmon ze Stanów Zjednoczonych. Profesor neurologii i pediatrii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles wskazał na różnicę między definicją prawną śmierci mózgowej a praktyką.
W USA prawna definicja wymaga braku wszelkich funkcji całego mózgu i musi to być nieodwracalny stan. Tymczasem w praktyce nie wszystkie funkcje muszą być nieobecne i nieodwracalność tak naprawdę nie jest ustalana.
Dr Shewmon nawiązał do 1968 roku, kiedy zaledwie trzyosobowy komitet Harvarda zaczął się tym zajmować. Twórcy kryteriów harwardzkich oświadczyli wówczas, że nieodwracalne zmiany to zgon. Jednak nie podano żadnych przyczyn ku temu, nie zdefiniowano co to jest zgon, co to jest śmierć i co to jest nieodwracalny uraz.
Od tamtej pory kryteria diagnostyczne śmierci mózgowej były stopniowo poluzowywane. Chodziło o to, by w celu rozwinięcia transplantologii, zwiększyć liczbę pacjentów, którzy otrzymują diagnozę śmierci mózgowej. Nie są to jednak ludzie martwi, gdyż serce dawcy musi bić, żeby je pobrać do przeszczepu.
Obecnie 50 proc. neurologów i lekarzy na oddziale intensywnej terapii uważa, że śmierć mózgowa związana jest z utratą świadomości.
Tymczasem, jak wyjaśnił dr Alan Shewmon, pacjent u którego stwierdzono tzw. śmierć mózgową niewiele różni się od innych pacjentów znajdujących się na oddziale intensywnej terapii – wymagają respiratora oraz leków na utrzymanie odpowiedniego ciśnienia krwi.
Amerykański neurolog przestrzega, że nikt nie jest informowany, iż po tym jak pacjent zostaje uznany za zmarłego, jego ciało utrzymuje procesy fizjologiczne. Oznacza to, że pacjent określony jako martwy na podstawie kryteriów mózgowych, nadal utrzymuje temperaturę, jego ciało asymiluje składniki odżywcze, rany ulegają gojeniu, a kobieta w ciąży może urodzić zdrowe dziecko.
Dr Shewmon zauważył, że większość osób, które rejestrują się jako dobrowolni dawcy organów, nie zdają sobie sprawy z wyżej wymienionych faktów, bo gdyby tak było, to wielu ludzi cofnęłoby swoją zgodę. Podobnie jak przedmówcy, przedstawiciel Uniwersytetu Kalifornijskiego jest zdania, że zgoda musi być świadomą zgodą, aby w ogóle zasługiwać na nazwę zgoda.
„Cały czas jest rozsiewana propaganda sektora transplantologicznego, a informacje przekazywane osobom zgadzających się na dawstwo, nie są pełne. Ludzie godzą się na dawanie organów, bo nie mają pojęcia z czym to się wiąże” – podsumował prelegent z USA.
OSZUKIWANIE SPOŁECZEŃSTWA
Jako kolejna głos zabrała drDoyen Nguyen, hematolog akademicki i bioetyk z Portugalskiego Uniwersytetu Katolickiego, autorka licznych publikacji naukowych, w tym obszernej – liczącej blisko 600 stron – monografii o nowych definicjach śmierci na potrzeby dawstwa organów.
Dr Nguyen na wstępie wyjaśniła czym jest śmierć. W ujęciu metafizycznym, śmierć jest oddzieleniem życia od ciała (cielesnej rzeczywistości osoby). W ujęciu biologicznym, śmieć jest to proces rozkładu; skutek „ustania wszystkich funkcji życiowych organizmu ludzkiego, czego dowodem jest brak akcji serca i oddechu, uniemożliwiający reanimację”.
W przypadku biologicznej śmierci, zwłoki (trup) niechybnie ulegają rozkładowi i gniciu, ciało blednie, etc. Tymczasem u pacjentów ze zdiagnozowaną śmiercią mózgu nie dochodzi do procesów gnilnych, ciało znajduje się w stanie podobnym do snu, może ruszać się, czerwienić, pocić, etc.
Dr Nguyen przytoczyła historię przerażonych pielęgniarek, które nie chciały brać udziału przy pobieraniu organów, gdyż doświadczyły sytuacji, kiedy uznani za zmarłych pacjenci (dawcy) poruszali się, a nawet dotykali je ręką.
To jeszcze nic. Takim pacjentom – oficjalnie nieżyjącym – podaje się środki znieczulające, hormony, monitoruje się pracę ich serca, kontroluje parametry respiratora, etc. Stąd konieczność postawienia następującego pytania. Czy zwłoki (prawdziwie martwe ciało) mogą reagować na powyższe interwencje terapeutyczne?
Dr Doyen Nguyen zwróciła uwagę na trzy podstawowe zasady moralne. Zachować niewinne życie (por. przysięga Hipokratesa: „Primum non nocere”, co znaczy „Po pierwsze nie szkodzić”). Nie czynić zła dla dobra. Osoba ludzka nie może być traktowana jako przedmiot użytkowania, czyli środek do celu (zasada etyki personalistycznej).
Czy te zasady etyczne są przestrzegane w obecnej praktyce donacji narządów? Wyżej przytoczone przykłady odpowiadają na to pytanie. Nie tylko dochodzi do zabójstw niewinnych osób, ale także z premedytacją wprowadza się ludzi w błąd. Okłamuje się zarówno dawców, ich rodziny, jak i biorców.
Prelegentka przytoczyła też argumenty zwolenników domniemanej zgody. Uważają oni, że ciało zmarłego jest przedmiotem; organy nie są już przydatne zmarłej osobie. Dlatego też organy „po śmierci” muszą być udostępniane w sposób maksymalizujący korzyści dla żywych pacjentów oczekujących na przeszczepy organów.
Kolejny argument, to dane z badań statystycznych, które wskazują, że społeczeństwo popiera oddawanie narządów. Na ich podstawie założono, że osoby które nie wyraziły sprzeciwu, chcą (mają zamiar) oddać swoje organy.
I wreszcie, zdaniem zwolenników domniemanej zgody, odmowa oddania swoich narządów pośmiertnie jest moralnie niedopuszczalna, ponieważ stawia interesy zmarłych ponad interesy osób żyjących.
Podstawowym założeniem ustawodawstwa dotyczącego domniemanej zgody jest utylitarny motyw, zgodnie z którym „każde działanie zwiększające liczbę przeszczepianych organów jest dobre”.
Tymczasem – jak zauważyła bioetyk – pobieranie organów służy interesom anonimowych osób trzecich, a nie dobru pacjentów u których zdiagnozowano śmierć mózgową (czyli pacjentów w śpiączce), których zgoda jest domniemana.
Dr Nguyen uważa, że z filozoficznego punktu widzenia domniemana zgoda jest nie do obrony. Chodzi o to, że zgoda jest „publicznym aktem autoryzacji”, a nie życzeniem, zamiarem lub pragnieniem wykonania określonej czynności. Zresztą, „życzenie, intencja, pragnienie to wiedza pierwszoosobowa lub stan umysłu, do którego żadna inna strona nie ma dostępu”.
I wreszcie, „domniemanie zgody nie oznacza, że można bezpiecznie założyć, że zgoda została udzielona (…)”. W związku z tym, prelegentka podkreśliła, że uchwalenie ustawodawstwa o domniemanej zgodzie – jakby hipoteza była rzeczywistą zgodą – jest oszustwem wobec społeczeństwa.
TOTALNE BEZPRAWIE
Najlepszym dowodem na to, że osoby ze zdiagnozowaną śmiercią mózgową żyją i mogą wrócić do pełni zdrowia, jest klinika prof.Jana Talara. Słynny polski lekarz i profesor nauk medycznych wybudził ze śpiączki wielu pacjentów, których inni lekarze chcieli pokroić na organy.
Prof. Talar jest uznanym specjalistą od rehabilitacji, rehabilitacji medycznej i chirurgii. Mimo oczywistych sukcesów w leczeniu, doświadcza potężnej nagonki, gdyż obnaża kłamstwa wokół transplantologii. W 2023 roku został ukarany przez Naczelny Sąd Lekarski zawieszeniem na rok prawa wykonywania zawodu. Powód? W jednym z wywiadów przedstawił swoje poglądy na temat stwierdzenia śmierci mózgu.
O historii prześladowanego profesora opowiedział ojciec dr nauk med. Jacek Maria Norkowski OP. Prelegent wskazał na złowrogą rolę Izb Lekarskich, które uniemożliwiają lekarzom leczenie zgodne z wiedzą i sumieniem, narzucają swoje standardy (w tym przypadku standardy śmierci pnia mózgu) oraz stosują karanie lekarzy, którzy mają inne zdanie.
Ojciec Norkowski powiedział, że profesor Talar podczas jednego z procesów w Izbie Lekarskiej pokazywał swoich pacjentów, których całkowicie wyleczył. Na tych konkretnych pacjentów w innych placówkach ostrzono już skalpel, by wyciąć im organy. Mimo oczywistego dowodu w postaci żywych i wyleczonych pacjentów, Izba Lekarska ukarała prof. Talara.
Wygląda więc na to, że kwestia ustawodawstwa o domniemanej zgodzie, to nie jedyny problem narażający życie i zdrowie Polaków. Największe zagrożenie stanowią lekarze, którzy mają za nic etykę i dobro pacjentów.
Ojciec Norkowski przestrzegł, że w Europie posługujemy się obecnie definicją, która została przyjęta na konferencji w Montrealu w 2012 roku.
«Śmierć jest to trwała utrata przytomności oraz trwała utrata wszystkich funkcji pnia mózgu. Może być spowodowana trwałym ustaniem krążenia lub krytycznym uszkodzeniem mózgu».
Prelegent wskazał, że tutaj nawet nie ma mowy o śmierci całego mózgu, jak jest chociażby w USA. W Polsce mówi się o trwałym ustaniu wszystkich czynności pnia mózgu i trwałym ustaniu przytomności. W praktyce oznacza to, że pacjenta, który w skali Glasgow otrzymał poniżej 7 punktów, można uznać za chorego, takiego który już trwale utracił przytomność i może być dawcą.
Tymczasem wiadomo, że chory nawet w stanie krytycznym (3-4 punkty w skali Glasgow, która służy do pomiaru przytomności i świadomości), jeśli będzie poddany prawidłowym proceturom medycznym, np. zastosuje się hipotermię terapeutyczną, to może być wyleczony. Niestety, jak powiedział o. Norkowski, w Polsce przy znacznie wyższym poziomie przytomności odmawia się pacjentom prawa do leczenia.
Zdaniem duchownego, ogromna propaganda spowodowała, że znaczna część społeczeństwa jest przekonana, iż organy pobiera się po śmierci. W związku z tym, zasada domniemanej zgody odbywa się na zasadzie niewiedzy. Jednocześnie prelegent wyraził ubolewanie, że Kościół katolicki milczy w tej sprawie i nie potępił publicznie głosów propagujących transplantologię.
Posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Życia i Zdrowia Polaków poświęcone powyższym zagadnieniom, było transmitowane na żywo, zostało nagrane w całości i opublikowane na YouTube. Oznacza to, że dostęp do rzetelnych informacji na temat kryteriów śmierci mózgowej i transplantologii, jest na wyciągnięcie ręki.
W tej sytuacji nic nie usprawiedliwi parlamentarzystów, jeśli odrzucą w Sejmie projekt ustawy Konfederacji Korony Polskiej, której celem jest zmiana dotychczasowego stanu prawnego zakładającego domniemanie zgody. Przecież w tej konkretnej sprawie chodzi o bezpieczeństwo i życie Polaków.
Każdy z nas – w tym niżej podpisana oraz parlamentarzyści i ich najbliżsi – może ulec nieszczęśliwemu wypadkowi i stracić na dłużej przytomność. Obowiązkiem osób ustanawiających prawo w Polsce, jest chronienie bezbronnych pacjentów w śpiączce przed zabójcami ze skalpelem.
Zanim jednak projekt ustawy trafi pod obrady Sejmu, warto już teraz wypełnić i wysłać formularz sprzeciwu dostępny na stronie poltransplant.org.pl. Agnieszka Piwar
Robert Kennedy Jr. wspomina Andrzeja Leppera (fot. PAP/Jacek Turczyk)
Robert F. Kennedy Jr. twierdzi, że amerykański gigant żywnościowy próbował przekupić Andrzeja Leppera, aby w Polsce została uchwalona ustawa, która faworyzowałaby korporację Smithfield Foods.
Nominowany na stanowisko sekretarza zdrowia w administracji Donalda Trumpa Robert F. Kennedy Jr. wspomina wydarzenia z 2003 r.
Wieprzowina i łapówki
W swoim autorskim podcaście powiedział, że korporacja Smithfield Foods, która przejęła stare polskie rzeźnie, próbowała przekupić Andrzeja Leppera, proponując mu 1 milion dolarów. Lider Samoobrony miał jednak odmówić i ujawnić próbę przekupstwa, choć nie powstrzymało to wprowadzenia nowych regulacji.
– Smithfield Foods kupił w Polsce stare rzeźnie, które były własnością państwa. Zasponsorował ustawę, według której nie można prowadzić rzeźni w Polsce, jeśli nie ma się w łazienkach laserowo zautomatyzowanych kranów. Firma za jednym zamachem pozbyła się swoich konkurentów, których nie było stać na nową technologię – wspomina Robert F. Kennedy Jr.
Kennedy Jr. w Polsce
Robert F. Kennedy Jr. poruszał tę sprawę już w 2003 r. podczas wizyty w Polsce. – Nie pozwólcie Smithfield Foods zostać monopolistą na polskim rynku produkcji wieprzowiny – apelował wówczas na konferencji prasowej w Warszawie.
Informował, że przedstawiciel Smithfield Foods przekonywał polskich senatorów do systemu kontraktacji.
– Firma przystawia pistolet do skroni rolnika i mówi: cena skupu jest tak niska, że nie masz szans wyjść na swoje, chyba że podpiszesz z nami kontrakt. Jego warunki my dyktujemy. Rolnik musi stworzyć infrastrukturę, po roku, kiedy kontrakt wygasa, rolnik zostaje z zaciągniętym kredytem. Smithfield wykupuje jego gospodarstwo. Rolnik traci wszystko – mówił Kennedy Jr.
Z komentarza w mediach, których nie zamierzam reklamować dowiedziałam się, że w Ameryce zwyciężył populizm. Zmiana znaczenia terminu populizm, którą chciałabym się tu zająć zaszła zapewne spontanicznie, być może nawet bez złych intencji, a jednak jest bardzo charakterystyczna dla naszych ponowoczesnych czasów. Populizm kiedyś oznaczał oczekiwania i żądania ludu. Mówiąc bardziej kategorycznie – motłochu. Motłochu, który w czasach rzymskich burząc się przeciwko władcy wykrzykiwał panem et circenses ( chleba i igrzysk- a na ogół wystarczały mu same igrzyska). Który chciał się tylko najeść do syta i oglądać krwawe walki gladiatorów albo okrutne mordowanie chrześcijan. Motłochu, który w czasie rewolucji francuskiej rozkoszował się widokiem obcinanych głów arystokracji i księży. Elita natomiast za swe powołanie uważała zawsze obronę kraju, troskę o wartości, zajmowanie się kulturą, sztuką i nauką.
Współczesny nam motłoch z satysfakcją przyjmuje torturowanie księdza, poniżanie niewinnych urzędniczek, prześladowanie umierającego człowieka, zakłócanie nabożeństw, opluwanie słowne przeciwników politycznych w mediach oraz dosłowne w czasie różnych manifestacji. Tym razem jednak podobno tak postępuje bynajmniej nie motłoch lecz elita. To elita pluje na PiS, wykrzykuje publicznie wulgarne słowa, niszczy pomniki i dzieła sztuki, a populistami nazywa tych którzy troszczą się o losy społeczeństwa i jego najsłabszych członków, o wolność jednostek, o niezależność państwa. Do elity należą podobno ci wszyscy ludzie sztuki wykrzykujący wulgarne hasła, do elity należy chyba pani Janda, której erotyczne fantazje na temat defekowania na jej głowę to kliniczny przypadek koprofilii. Zmiana znaczenia słowa populizm następowała powoli. Najpierw zamiast żądań ludu zaczęto tak nazywać wszelkie żądania formułowane w imieniu ludu, traktowanego jako nośnik autentycznych wartości w opozycji do żerującej na nim arystokracji. W chwili gdy elitą władzy w Polsce stał się motłoch role się odwróciły. Oczekiwania spauperyzowanej i odsuniętej od znaczenia arystokracji rodowej, jak i arystokracji ducha, jako skierowane przeciwko władzy stały się w ten sposób populistyczne, a obyczaje tej ustanowionej na sowieckich tankach władzy traktowane jako elitarne. Ten sam efekt obserwujemy na zachodzie w wyniku postulowanego przez Antonio Gramsciego „długiego marszu przez instytucje”. Populistą w tym sensie może być nazwany Trump, który troszczy się o swój kraj, o Amerykę, a za elitę uważa się marksistów kulturowych sprowadzających wolność ludzką do wolności kopulowania w dowolnych konfiguracjach oraz wolności zabijania nienarodzonych dzieci.
Mówiąc cokolwiek na temat zmiany znaczenia słów nie sposób nie powołać się na Orwella. Zwroty takie jak: „Wielki Brat patrzy” czy „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze” oraz takie pojęcia, jak „nowomowa” („new-speak”), „policja myśli” („thought police”), „dwójmyślenie” („doublethink”) i „myślozbrodnia” („thoughtcrime”) są używane nie tylko w specjalistycznych rozprawach poświęconych totalitaryzmowi, lecz również w potocznym języku. W latach 1936–1937 Orwell, podobnie jak wielu prominentnych komunistów, w tym polskich, brał udział w wojnie domowej w Hiszpanii. Jednak w przeciwieństwie do polskich komunistów, a byli to między innymi bracia Mołojcowie, Henryk Toruńczyk ( ojciec Barbary Toruńczyk) czy Grzegorz Korczyński, potrafił wyciągnąć wnioski z tego co zaobserwował i z tego co go osobiście spotkało. Choć walczył na froncie po stronie republikańskiej, po wybuchu w maju 1937 kolejnej wojny domowej, czyli niejako wojny domowej w trakcie wojny domowej, stał się – jak wielu innych- przedmiotem represji. Wojna domowa w czasie wojny domowej była to kierowana przez rezydenta NKWD Aleksandra Orłowa akcja mordowania swoich czyli tych, którzy opowiedzieli się po stronie republiki. Mordowanie swoich było jak wiadomo znakiem rozpoznawczym sowieckich komunistów. Orwellowi szczęśliwie udało się uciec do Anglii. W autobiograficznej książce „ W hołdzie Katalonii” wydanej w Anglii jeszcze w czasie trwania hiszpańskiej wojny domowej zdemaskował prawdziwą rolę jaką w niej odgrywały sowieckie służby specjalne NKWD i GRU.
Swoje doświadczenia Orwell podsumował również w dwóch najbardziej popularnych powieściach. Są to bajka polityczna pod tytułem „ Folwark zwierzęcy” oraz wydana w roku 1949 dystopia „ Rok 1984” czyli wizja państwa totalitarnego a więc sprawującego totalną kontrolę nad ludźmi, ich językiem, ich sposobem myślenia, a nawet nad ich przeszłością.
Częścią tak sprawowanej kontroli jest gwałcenie słów, zmiana ich znaczenia najczęściej na wręcz przeciwne do ukształtowanego przez tradycję językową. Taka zmiana robiona jest na ogół, celowo, w złych intencjach. Służy ogłupianiu ludzi oraz ukrywaniu prawdziwego oblicza systemu przemocy.
Cóż powiedziałby Orwell gdyby znalazł się w 2024 roku w Polsce? Gdyby był świadkiem szalejącego bezprawia, które nazywane jest przywracaniem prawa, demokracji walczącej która jest terrorem i zubożenia społeczeństwa nazywanego dobrobytem. Zapewne przeraziłby się, że to co mogło grozić Światu w roku 1984 stało się rzeczywistością w roku 2024.
Orwell przekonał się w Hiszpanii, że jak to sformułował Maksymilian Robespierre „rewolucja pożera własne dzieci”. Mordowanie swoich nie było przecież wyłącznie sowiecką specjalnością. Historia rewolucji francuskiej to nie tylko historia mordowania arystokracji i duchowieństwa. To historia wzajemnego mordowania się wcześniejszych sojuszników, w imię hasła „liberté, égalité, fraternité ou la mort” ( wolność, równość, braterstwo albo śmierć).
Jak powiada Adam Mickiewicz w „Lirykach lozańskich”.
„Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą,
I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.
Ręce za lud walczące sam lud poobcina.
Imion miłych ludowi lud pozapomina.
Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie”.
I właśnie ci ciemni, mali lecz niestety głośni ludzie nami obecnie rządzą.
Warto się zastanowić dlaczego Polska ma właśnie zostać tym liderem. Takie słowa padły ze strony europosłanki pani Adamowicz. Jest to związane przede wszystkim z tym, że w Polsce od lat ukazują się takie informacje w internecie, od lat takie informacje możemy pozyskać z prasy, że Polska ma niewielkie zasoby wody. Cały Niebieski Ład jest programem Unii Europejskiej, który jest ukierunkowany na by chronić wodę, żeby ją retencjonować, żeby faktycznie te zasoby wody, które mamy, wykorzystywać w jak najlepszym stopniu. Łącznie z tym, żeby nawet móc wykorzystywać, szczególnie w przemyśle po raz wtórny, po oczywiście jakimś wstępnym oczyszczeniu. Ta idea ma dosyć solidne podstawy teoretyczne.
Jeżeli byśmy przeniknęli przez te wszystkie warstwy opisujące ten Niebieski Ład, to na samym końcu faktycznie będziemy mieli do czynienia z pewnymi restrykcjami jeśli chodzi o zużycie wody. I to, co powinno budzić pewien niepokój, to to, że faktycznie w tej chwili zmierza się do tego, żeby móc opomiarować maksymalnie mocno każdą działalność związaną ze zużyciem wody. Nie dotyczy to tylko przemysłu. Dotyczy to również nas zwykłych obywateli. W związku z tym na samym końcu faktycznie można przypuszczać, że – zresztą takie słowa pojawiają się, były już takie małe konferencje ze strony niektórych polityków, którzy wprost wspominali o tym, że może to się równać z tym, że będą limitowane ilości wody na jednego obywatela i że będą to trzy metry sześcienne w miesiącu.
Kadry z filmu „Jedwabne. Historia prawdziwa” oraz „Gryga”. / foto: screen Rumble (kolaż)
Już w piątek 29 listopada startuje XV KONFERENCJA PRAWICY WOLNOŚCIOWEJ, która po raz pierwszy potrwa aż trzy dni. Pierwszego dnia odbędzie się Festiwal Filmowy. Na pokazy wstęp jest wolny, jednak, aby mieć gwarancję miejsca siedzącego obowiązują zapisy online.
Konferencja Prawicy Wolnościowej od lat cieszy się niesłabnącą popularnością. W tym roku odbędzie się w dniach 29.11-01.12 (piątek, sobota i niedziela) w Warszawie, przy ul. Freta 39 (rynek Nowego Miasta).
Wśród mówców pojawią się m.in. Stanisław Michalkiewicz, prof. Piotr Kowalczak, Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Braun czy Jan Fijor. Prelekcje i debaty przewidziano na sobotę oraz niedzielę, a już w piątek odbędzie się pierwszy w historii naszej konferencji Festiwal Filmowy.
W piątek 29 listopada odbędą się pokazy czterech filmów. Już o 14:30 premiera filmu Tomasza Sommera i Macieja Dębały „Ksiądz Skorupka”. Po filmie rozmowa z Maciejem Dębałą.
https://rumble.com/embed/v5p1kb8/?pub=4
Następnie o 16:00 premiera filmu Tomasza Sommera i Macieja Dębąły „Gryga”. Po filmie rozmowa z Tomaszem Sommerem.
https://rumble.com/embed/v5p1di8/?pub=4
O godzinie 17.30 pokaz filmu Tomasza Sommera i Macieja Dębały „Jedwabne. Historia Prawdziwa”. Po filmie rozmowa z Tomaszem Sommerem.
https://rumble.com/embed/v5p27kb/?pub=4
Na koniec dnia, o 19.00 pokaz filmu Grzegorza Brauna i Włodzimierza Skalika „Gietrzwałd 1877. Wojna światów”. Po filmie rozmowa z Grzegorzem Braunem.
XV Konferencja prawicy wolnościowej
XV KONFERENCJA PRAWICY WOLNOŚCIOWEJ to także trzydniowe TARGI KSIĄŻKI BEZ CENZURY, w trakcie których około dwudziestu wydawnictw zaprezentuje najlepsze książki historyczne i patriotyczne.
Warszawa, 11.11.2024. Uczestnicy Marszu Niepodległości w Warszawie, 11 bm. Marsz pod hasłem „Wielkiej Polski moc to my” przeszedł ulicami Warszawy. (az/awol) PAP/Albert Zawada
Rekordowa frekwencja Marszu Niepodległości pokazała, że środowiska patriotyczne są o jeden milowy krok bliżej do odzyskania Polski.
Około 250 tysięcy osób, zdaniem organizatorów, wzięło udział w tegorocznym Marszu Niepodległości. Zdaniem stołecznego ratusza uczestników było ponad dwukrotnie mniej, bo niecałe 100 tysięcy. Mimo tych różnic, nie ulega wątpliwości, że tegoroczny marsz był najbardziej popularnym, a frekwencja była najwyższa w historii. Musiała to przyznać nawet niechętna polskim patriotom „Gazeta Wyborcza”.
O skali popularności marszu świadczy to, że wzięli w nim udział politycy PiS, dotychczas niechętni patriotycznym imprezom organizowanym nie przez ich partię. Mimo zapowiedzi policji marsz przebiegł spokojnie, zatrzymano tylko kilkadziesiąt osób za posiadanie rac i petard. Wszystko dlatego, że na ten akurat dzień (11 listopada) władze Warszawy wydały zakaz używania środków pirotechnicznych. Nie było żadnej agresji środowisk LGBT ani „antify”. I to jest kolejny sukces Marszu.
Przegrana „dupiarza”
Od kilku tygodni było jasne, że Marsz Niepodległości będzie wielką, patriotyczną imprezą. Obawiał się tego nienawidzący patriotyzmu Rafał Trzaskowski. Rasowy lewak zarządzający Warszawą robił, co mógł, aby zakazać marszu. Tyle, że poniósł porażkę. Organizatorzy wsparci prawnikami z Ordo Iuris na drodze prawnej doprowadzili do uchylania decyzji zakazujących marszu. Był też drugi powód: ogromna fala niezadowolenia środowisk patriotycznych z tej antypolskiej cenzury mogła doprowadzić do marszu nielegalnego. Polscy patrioci zapowiadali, że w wypadku delegalizacji imprezy, zbiorą się tak czy inaczej i pójdą zamanifestować swoje przywiązanie do Polski. Gdyby taka sytuacja miała miejsce, doprowadziłaby do konfrontacji patriotów z władzą, co mogłoby skończyć się starciem siłowym. A to z kolei byłoby potężną skazą na wizerunku Platformy Obywatelskiej i mogłoby posłużyć do ataków na rząd ze strony zagranicznych ośrodków. Dałoby to argumenty administracji Donalda Trumpa, który nie jest wymarzonym przez Tuska prezydentem USA. Determinacja patriotów i ich prawników oraz ich zjednoczenie doprowadziło do tego, że rząd musiał się ugiąć i wielka manifestacja polskich patriotów przeszła ulicami Warszawy. „Dupiarz” ostatecznie przegrał.
Wielka duma
To, co można było zauważyć na marszu, to fakt, iż Polacy przyjechali z najdalszych stron świata, aby wziąć udział w tej imprezie. Spotkałem polską rodzinę, która przyjechała z Urugwaju. Gdy wracałem do domu, wdałem się w sympatyczną konwersację z małżeństwem, które przyjechało z Los Angeles na urlop w Polsce i specjalnie zaplanowało wypoczynek, tak aby przyjechać do Warszawy i wziąć udział w wielkim patriotycznym pochodzie. W tym roku Polacy wynajmowali autobusy, by przyjechać z odległych miast i potrafili na imprezę jechać wiele godzin. Było też wiele rodzin z małymi dziećmi. Panowała atmosfera zjednoczenia wokół wartości polskich, duma narodowa, a w rozmowach przebijała troska o przyszłość Polski. Każdy, kto był tego dnia na Marszu, mógł czuć wielki wulkan polskiej energii. To bardzo dobry znak.
Krok do zwycięstwa
Okazja, by zamanifestować swój patriotyzm, to tylko jeden pozytywny aspekt Marszu Niepodległości. Impreza ma znaczenie polityczne i historyczne. Jest to bowiem potężny krok w stronę zjednoczenia Polaków i walki o wolną Polskę, czyli w stronę obalenia postkomunistycznego rządu i postkomunistycznego ustroju. Marsze, które zmieniają politykę, mają zresztą w Polsce długą historię. W 1956 roku demonstracje w Poznaniu doprowadziły do gomułkowskiej „odwilży”. Manifestacje z roku 1970 doprowadziły do upadku Gomułki zastąpienia go Gierkiem. Strajki i pochody robotników z Radomia w 1976 roku były początkiem końca ery gierkowskiej. Demonstracje z lata 1980 rozkręciły „karnawał Solidarności” później brutalnie przerwany przez czołgi Jaruzelskiego. W okresie postkomunistycznym marsze strajkujących grup zawodowych wywoływały naciski na rząd, który zmieniał przepisy na ich korzyść (co często było niekorzystne dla gospodarki). Marsze miały więc swoje polityczne skutki – powodowały zmiany w Polsce. Tym razem atmosfera patriotyczna, łącząca, na Marszu Niepodległości prowadzi do zjednoczenia środowisk patriotycznych, na czym zyskają – jak się wydaje – dwa patriotyczne ugrupowania: Konfederacja i Ruch Obrony Polaków. Na bazie marszu może wykiełkować ich współpraca i jeszcze większa aktywność, by polscy patrioci uzyskali swoją mocną reprezentację w parlamencie.
Zakręty historii
Marsz Niepodległości może się również zapisać w historii jako impreza, która była milowym krokiem dla odzyskiwania Polski dla Polaków. Jest to bowiem bardzo silny akcent środowisk patriotycznych, które z głębokiego ukrycia przechodzą do ofensywy. II wojna światowa była czasem eksterminacji polskich patriotów. Setki tysięcy najlepszych synów narodu zginęły w syberyjskich łagrach, w niemieckich obozach koncentracyjnych i na frontach przegranej wojny. Niedobitki kończyły w stalinowskich więzieniach i ubeckich miejscach straceń lub na emigracji. Polskie środowiska patriotyczne zostały prawie unicestwione. Prawie, bo część przeżyła w ukryciu, zdążyła spisać wspomnienia, wychować dzieci. Po odwilży gomułkowskiej zaczęły powstawać Kluby Inteligencji Katolickiej, Kluby Krzywego Koła itp. – wszystko infiltrowane przez władze, ale dające możliwości choćby prowadzenia dyskusji. W latach 60. środowiska propolskie gromadziły się wokół Kościoła, który – prowadzony silną ręką kardynała Stefana Wyszyńskiego – stał się ostoją polskiego patriotyzmu. W 1976 roku, po strajkach w Radomiu i Ursusie, powstał Komitet Obrony Robotników, po nim Konfederacja Polski Niepodległej – pierwsza prawdziwie antykomunistyczna organizacja opozycyjna. Potem „Solidarność”, podzielona przez SB i Okrągły Stół gwarantujący postkomunizm.
W 1987 roku powstała Unia Polityki Realnej powołana do życia przez Janusza Korwin-Mikkego, Stanisława Michalkiewicza i Stefana Kisielewskiego. Była to druga, obok KPN – organizacja opozycyjna, antysocjalistyczna. I dlatego właśnie, podobnie jak KPN, nie została zaproszona do Okrągłego Stołu. Okrągły Stół wprawdzie zabetonował scenę polityczną na trzy dekady, dzieląc ją pomiędzy partie okrągłostołowe. Na tej politycznej mapie środowiska patriotyczne nie miały swojej reprezentacji. Próbował je zawłaszczyć PiS, jednak mimo patriotycznej retoryki prowadził politykę skrajnie antypolską.
I tak doszło do roku 2019, kiedy 4 mandaty poselskie uzyskali przedstawiciele Konfederacji. Na fali ich popularności Konfederacja powtórzyła sukces – w 2023 roku wprowadziła do Sejmu już 18 deputowanych. W kolejnym roku kilkoro konfederatów uzyskało mandaty europosłów. W rezultacie mamy więc reprezentację polskich patriotów i w Warszawie, i w Brukseli. Ostatnie miesiące pokazały, że wszystkie konfederackie i około konfederackie rozwijają się. Przykładem tego są organizowane przeze mnie Targi Książki Patriotycznej, realizowane co sobotę w innym mieście Polski. Na imprezę przychodzą setki Polaków, często rodziny z całymi dziećmi, bo TKP dają im okazję do spotkań z wybitnymi pisarzami.
Marsz Niepodległości jest w tym kontekście imprezą, na której polscy patrioci mogą nie tylko zamanifestować swoją dumę i radość z bycia Polakami. Wokół tego marszu rosną w siłę Konfederacja i ROP – dwa ugrupowania, które będą reprezentantami polskich patriotów. I to właśnie jest największa zasługa organizatorów marszu.