Forsa i sojusze

No i stało się. Podczas gdy Polską wstrząsały spory, ilu było uczestników „marszu miliona serc” złamanych w Warszawie, albo reklama, jaką rząd „dobrej zmiany” zrobił za darmo pani reżyserowej, aż zdezorientowany Watykan przyznał jej też specjalną nagrodę, co może być wstępem do beatyfikacji – Unia Europejska podjęła decyzję w sprawie migrantów. Jest ona całkowicie zgodna z wnioskami, jakie pani Urszula von der Layen wciągnęła po obejrzeniu dantejskich scen na Lampedusie, gdzie wybrała się razem z włoską premier Giorgią Meloni. O ile pani Meloni wyciągnęła wniosek, że trzeba zatrzymać napływ migrantów do Europy, o tyle pani Urszula wyciągnęła wniosek inny, idący po myśli gangu brukselskich biurokratów, którzy myślą tylko o poszerzeniu swojej władzy, również kosztem Europy – że nie ma rady, tylko trzeba przyjąć rozwiązanie problemu w postaci relokacji, to znaczy – rozdzielaniu przybywających do Europy migrantów według brukselskiego rozdzielnika. I właśnie w dniach ostatnich – najwyraźniej nadchodzą zapowiadane „dni ostatnie” – ambasadorowie członkowskich bantustanów przegłosowali obowiązkową relokację migrantów – a jeśli jakiś bantustan nie będzie chciał przyjąć wyznaczonej przez brukselski gang kwoty – będzie musiał zapłacić 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego migranta. Ambasadorowie Węgier i Polski głosowali przeciw, a trzech innych (czeski, słowacki i austriacki) wstrzymało się od głosu. Teraz, z inicjatywy Europeische Volksdeutsche Partei, do której należą posłowie PO i PSL, Parlament Europejski ma w podskokach przygotować odpowiednie przepisy w tej sprawie. W podskokach, bo – jak zauważył wiceszef Komisji Europejskiej, Grek Margarits Schinas – zwłoka sprawi, że sprawa migrantów stanie się wodą na młyn „wrogów demokracji”. A wiadomo, że demokracja, to rzecz święta, której trzeba przed wrogami bronić za wszelką cenę – toteż wszystkie członkowskie bantustany mają zostać zobowiązane do „solidarności”, to znaczy – do składania się na bantustany, które przez migrantów są szczególnie ukochane, m.in. Niemcy. Właśnie przez brak solidarności, to znaczy – przez niechęć niektórych państw do przyjmowania migrantów – powiadają, dotychczasowa polityka UE nie wypaliła. Gdyby wszyscy migrantów przyjmowali chlebem i solą, ewentualnie – kieliszkiem sznapsa – wszystko byłoby gites, tenteges.

Podczas sesji Parlamentu Europejskiego pani Beata Szydło żałośliwym głosem poinformowała, że Polska „nigdy” nie zgodzi się na przyjmowanie migrantów, ani na ich relokację. Jak pamiętamy z rozmowy Winstona Churchilla ze Stanisławem Mikołajczykiem, który brytyjskiemu premierowi powiedział, że Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Wilna i Lwowa – nikomu nie można zabronić wypowiadania tego słowa. Toteż pani Beata Szydło bez ceregieli z tego przyzwolenia korzysta. Czy jednak ma to oznaczać, że Polska nie zapłaci 20 tysięcy euro za każdego migranta, którego nie przyjmie? To już nie jest takie pewne, bo Komisja Europejska wypracowała skuteczne sposoby omijania polskiej nieustępliwości. Na przykład pod pretekstem nieprawidłowej reformy sądownictwa TSUE nałożył na Polskę karę w wysokości miliona euro dziennie, którą w kwietniu br. zmniejszył o połowę po tym, jak zlikwidowana została Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego. Od 27 października 2021 roku trochę się tego uzbierało, a jeśli Naczelnik Państwa po wyborach utrzyma władzę, albo Sejm zostanie rozwiązany i będą rozpisane nowe wybory, to licznik będzie bił przez cały czas. W ten sposób do kwoty ponad 500 mln euro, którą licznik nabił według starej taryfy, czyli miliona euro dziennie, dochodzi już ponad 100 milionów euro według taryfy nowej – a przecież to nie koniec walki o praworządność w Polsce, bo jeśli nawet Volksdeutsche Partei zlikwidowałaby nie tylko Izbę Odpowiedzialności Zawodowej SN, ale w ogóle – cały Sąd Najwyższy – to przecież Komisja Europejska znajdzie jakiś inny pretekst, a luksemburscy przebierańcy już tam powinność swojej służby zrozumieją. Jak wiadomo, kary te Unia Europejska potrąca sobie z pieniędzy, które miałyby Polsce przypaść, czy to z tytułu „odbudowy” po wariactwach towarzyszących epidemii zbrodniczego koronawirusa, czy to z innych tytułów. W ten sposób Polska może stać się płatnikiem netto jeszcze przed 2027 rokiem, kiedy to ma nim zostać urzędowo.

Tymczasem sprawa migrantów i ich relokacji jest przedmiotem przewidzianego na 15 października referendum, jakie ma się odbyć razem z wyborami. Jest chyba sprawą oczywistą, że jeśli nawet cały nasz mniej wartościowy naród tubylczy odpowiedziałby na to pytanie jak się należy, to znaczy – że nie – to nie miałoby to przecież żadnego wpływu na naliczanie Polsce 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego migranta, które Komisja Europejska potrąci sobie z przypadających na Polskę unijnych pieniędzy. Ciekawe, w jaki sposób w tej sytuacji Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński będzie bronił „suwerenności” Polski, o której mówił na niedawnym wiecu w Bogatyni. Jak pamiętamy, powiedział wtedy, że w Unii Europejskiej jesteśmy i być chcemy – ale suwerenni. W dodatku, w czerwcu 2021 roku sam przyłożył rękę do przeforsowania ratyfikacji ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, na podstawie której Komisja Europejska uzyskała dwie nowe kompetencje: zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii oraz nakładania „unijnych” podatków. Dzięki ratyfikowaniu tej ustawy przez parlamenty wszystkich członkowskich bantustanów, Komisja Europejska pożyczyła 750 mld euro, z których utworzyła tzw. Fundusz Odbudowy, skąd środki miałyby być rozdzielone między poszczególne bantustany. Ale ze względu na wspomniane kary Polska żadnych środków z tego funduszu nie dostała, natomiast będzie musiała spłacić przypadającą na nią część zaciągniętego przez KE długu – niezależnie od składki członkowskiej.

Wspominam o tym również dlatego, że w tygodniku „Do Rzeczy” pan red. Tomasz Cukiernik opublikował artykuł, że Polska powinna z Unii Europejskiej wystąpić. Wywołał on wśród europejsów ogromny klangor – ale nie od strony merytorycznej, bo „koń jaki jest – każdy widzi” – tylko w postaci świętego oburzenia, jak autor, a także redakcja tygodnika, mogli dopuścić się takiego świętokradztwa. Okazuje się, że nie tylko za pierwszej komuny sojusze uchodziły za rzecz świętą. Wtedy na przykład, na zakończenie szkolenia wojskowego, dowództwo 7 kołobrzeskiego pułku piechoty hurtowo wystawiało podchorążym certyfikaty, że są „do krajów socjalistycznych ustosunkowani pozytywnie”. Jestem pewien, że tylko patrzeć, jak podobne certyfikaty będą wystawiały i władze wojskowe i wszelkie inne – że delikwenci są pozytywnie ustosunkowani do uczestnictwa Polski w IV Rzeszy.

Stanisław Michalkiewicz

A. Mularczyk: rząd niemiecki wymaga od swoich obywateli 300 euro za miejsce w samolocie z Izraela

Rząd niemiecki wymaga od swoich obywateli 300 euro za miejsce w samolocie z Izraela, a z drugiej strony płaci 790 000 euro niemieckiej organizacji pozarządowej na wsparcie operacji ratunkowych dla migrantów w środkowej części Morza Śródziemnego – stwierdził w czwartek wiceszef MSZ Arkadiusz Mularczyk.

„Rząd niemiecki wymaga od swoich obywateli 300 euro za miejsce w samolocie z Izraela, a z drugiej strony płaci 790 000 euro niemieckiej organizacji pozarządowej Sos Humanity na wsparcie operacji ratunkowych dla migrantów i uchodźców w niebezpieczeństwie w środkowej części Morza Śródziemnego. Czego nie rozumiecie?” – napisał w czwartek w serwisie X wiceminister spraw zagranicznych Arkadiusz Mularczyk.

https://www.wnp.pl/parlamentarny/wydarzenia/a-mularczyk-rzad-niemiecki-wymaga-od-swoich-obywateli-300-euro-za-miejsce-w-samolocie-z-izraela,762304.html

Pokój będzie straszny?

Najwyraźniej wojna na Ukrainie powoli się wypala i zbliża do nieuchronnego końca. Nie tylko dlatego, że zapowiadana z takim przytupem ukraińska kontrofensywa okazała się niewypałem i w rezultacie niezwyciężona armia ukraińska ugrzęzła na rubieżach głęboko urzutowanej rosyjskiej obrony, zadając wprawdzie straty, ale również je ponosząc. Wprawdzie ukraiński sztab generalny, a za nim nasze niezależne media, pamiętające o obowiązku rzetelnego informowania, o żadnych ukraińskich stratach nie wspominają, ale z innych źródeł wiadomo, że liczba żołnierzy zabitych przekracza pół miliona, nie licząc tych, który stracili ręce lub nogi, no i tych, którzy uciekli za granicę, korzystając z kupionych za łapówki zwolnień od służby wojskowej. Ale nawet nie to jest główną przyczyną, dla której wojna na Ukrainie powoli się wypala i zbliża do nieuchronnego końca. Główną przyczyną są bowiem przyszłoroczne wybory w Stanach Zjednoczonych, w których z ramienia Partii Demokratycznej na prezydenta ma kandydować Józio Biden, co to najwyraźniej postanowił służyć światu i Ameryce do upadłego, a ze strony Partii Republikańskiej albo Donald Trump, albo Ron de Santis, albo Vivek Ramaswamy, multimilioner hinduskiego pochodzenia. Ci wszyscy republikańscy faworyci zgodnie głoszą konieczność zakończenia ukraińskiej awantury, wobec czego ta sprawa niewątpliwie będzie obecna w przyszłorocznej kampanii wyborczej, a może nawet ją zdominuje. Gdyby tak właśnie było, to przyszłoroczna kampania może być podobna do tej z 1968 roku, kiedy to Ameryka ugrzęzła w Wietnamie. Nie tylko ugrzęzła, ale w dodatku telewizje na wyścigi pokazywały obrazki z pierwszej linii, te wszystkie pourywane ręce i nogi, rozprute brzuchy z bebechami na wierzchu, które amerykańskie rodziny oglądały sobie na żywo każdego wieczora. Dopiero później tamtejsi Umiłowani Przywódcy poszli po rozum do głowy i już podczas „Pustynnej Burzy” dziennikarze telewizyjni siedzieli w hotelach, a gotowca dostarczali im pierwszorzędni fachowcy z wojska, dzięki czemu ginęli tylko Irakijczycy, aż przyjemnie było popatrzeć. W 1968 roku walka o wolność słowa dopiero się zaczynała, toteż wybory prezydenckie wygrał wtedy „sprytny Rysio”, czyli Ryszard Nixon, obiecując, że wojnę w Wietnamie zakończy – i tak zrobił. A skoro przyszłoroczna kampania może być podobna do tej z 1968 roku, to nie tylko Republikanie, ale i Demokraci będą musieli się do tego dostroić.

I właśnie się dostrajają. Administracja prezydenta Bidena nie tylko zamierza wysłać, czy może nawet już wysłała na Ukrainę komisję, która ma sprawdzić, co naprawdę stało się z prawie 140 miliardami dolarów amerykańskiej pomocy – bo różnie o tym gadają – a niezależnie od tego wystosowała dla Ukrainy coś w rodzaju ultimatum, że jeśli prezydent Zełeński najdalej w ciągu 18 miesięcy, a więc mniej więcej do momentu, w którym kolejny prezydent USA będzie rozpoczynał urzędowanie, nie przeprowadzi gruntownej kuracji przeczyszczającej, obejmującej wszystkie struktury państwa, to Ameryka wstrzyma pomoc. I wreszcie stało się to, czego mało kto się spodziewał. 30 września kończy się w USA rok budżetowy, a Kongres nie uchwalił nowego budżetu, z uwagi na obstrukcję Republikanów, którzy stawiali rozmaite warunki – również wstrzymania pomocy dla Ukrainy. Groziło to czymś w rodzaju paraliżu państwa, bo funkcjonariusze federalni nie mogliby dostać pensji, a najgorsze – że również żołnierze żołdu. Żeby tedy zapobiec najgorszemu, Kongres uchwalił doraźną ustawę o tymczasowym budżecie na najbliższe 45 dni, co sprawiło, że sekretarz obrony Lloyd Austin mógł odetchnąć z ulgą – ale w tym budżecie nie znalazły się pieniądze na pomoc dla Ukrainy. Co będzie w ustawie budżetowej – tego oczywiście dzisiaj jeszcze nie wiemy, ale jeśli kuracja przeczyszczająca na Ukrainie też ugrzęźnie, a na dodatek komisja dopatrzy się jakichś nieprawidłowości, to może się okazać, że Kongres zapomni umieścić środki na pomoc dla Ukrainy również tam – no a wtedy wojna będzie musiała się zakończyć prawdopodobnie „zamrożeniem konfliktu” – o czym wspominała jeszcze w połowie ubiegłego roku ambasadoressa USA przy NATO. Taka sytuacja byłaby szalenie trudna dla prezydenta Zełeńskiego tym bardziej, że w przyszłym roku wybory prezydenckie przewidziane są również na Ukrainie, a w charakterze rywali obecnego prezydenta mają stanąć do nich Witalij Kliczko i były prezydent Piotr Poroszenko. Zwłaszcza ten ostatni może podnieść sprawę odrzucenia przez prezydenta Zełeńskiego porozumień mińskich, których rezultaty były dla Ukrainy znacznie łagodniejsze, niż skutki dotychczasowej wojny, w następstwie której Ukraina straciła około 20 procent terytorium na rzecz Rosji, nie licząc tych obszarów państwa, które zostały zaminowane przez wojsko ukraińskie.

Jak to się może przełożyć na sytuację w Polsce, gdzie właśnie obserwujemy całkowite bankructwo dotychczasowego postępowania rządu „dobrej zmiany” wobec Ukrainy – bo tego postępowania w żadnym wypadku nie można nazwać polityką. Polityka bowiem powinna mieć jakiś cel – a tymczasem w postępowaniu rządu „dobrej zmiany” tego celu niepodobna się dopatrzeć – bo nie jest nim powtarzana jak mantra propagandowa teza ukraińskiego sztabu generalnego, że Ukraina „broni Europy” a Polski w szczególności. Ukraina niczego nie broni, tylko wysłuchawszy zachęty rządu amerykańskiego, pozwoliła się wkręcić w maszynkę do mięsa, no a teraz Amerykanie będą chcieli się z tej awantury wyplątać tym chętniej, że właściwie swoje cele osiągnęli. Rzeczywiście – udało im się uwikłać Rosję w trudną wojnę, podobną do tej w Wietnamie, dzięki czemu Stany Zjednoczone już nie będą musiały się denerwować na myśl, jak zachowa się Rosja w momencie, gdy USA przystąpią do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej. I o to właśnie chodziło – co otwartym tekstem przyznał w swoim czasie wspomniany sekretarz obrony Lloyd Austin.

Jeśli tedy wojna zakończy się jakimś oficjalnym, czy nieoficjalnym zawieszeniem broni, to znaczna część zmobilizowanych Ukraińców będzie chciała połączyć się z rodzinami w Polsce – czemu nikt nie będzie w stanie przeszkodzić. W tej sytuacji warto pamiętać, że na Ukrainie jest kilkadziesiąt tysięcy nieewidencjonowanych sztuk broni, a Polskę czeka kolejna fala przybyszów, kto wie, czy nie w ilości 100 tysięcy na dobę, których nikt nie będzie w stanie skontrolować. Jeśli dodać do tego – jak dowiedziałem się podczas ostatniego pobytu na Podkarpaciu – że SBU intensywnie penetruje nie tylko to województwo, ale również części innych, wchodzących w skład tzw. „zakierzonija”, to mamy się i my nad czym zastanawiać, bo najwyraźniej mamy do czynienia z jakimś planem.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5477

„Proces 2”– utajnione badanie firmy Pfizer pokazuje, że zatwierdzono zupełnie inną szczepionkę

„Proces 2”– utajnione badanie firmy Pfizer pokazuje, że zatwierdzono zupełnie inną szczepionkę

Międzynarodowi dziennikarze mediów alternatywnych badają dokładny proces opracowywania, testowania i dystrybucji tzw. „szczepionek” przeciwko Covid-19. Teraz nastąpił kolejny przełom, który całkowicie zmienia oficjalną wersję: tak zwany „Proces 2”, badanie przeprowadzone w ramach badania zatwierdzającego firmy Pfizer, było do niedawna pilnie strzeżoną tajemnicą. Z dokumentów wynika, że szczepionki dystrybuowane na całym świecie zostały wyprodukowane przy użyciu innej, znacznie bardziej niebezpiecznej i problematycznej metody produkcji niż zatwierdzona.

Wskazówki dotyczące „Procesu 2” były przez cały czas ukryte w badaniu klinicznym szczepionki przeciwko COVID firmy Pfizer. Ustalenia dziennikarzy War Room i DailyClout są zarówno przytłaczające, jak i szokujące. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) była świadoma, że niepożądane skutki uboczne występowały bardzo często u uczestników Procesu 2, ale nie ma dowodów na to, że agencja podjęła działania w oparciu o te alarmujące ustalenia.

„Próba w ramach procesu 2” została odkryta na początku tego roku w dziesiątkach tysięcy dokumentów firmy Pfizer opublikowanych przez FDA. Zespoły DailyClout przeglądały zeznania ekspertów dr Josh Guetzkow z Uniwersytetu Hebrajskiego w Tel Awiwie, które wykorzystano w procesie sądowym w Wielkiej Brytanii, i rozpoczęli poszukiwania dowodów dotyczących około 250 osób, które mogły wziąć udział w eksperymencie prowadzonym w imieniu Europejskiej Agencji Leków (EMA).

Wolontariuszka War Room/DailyClout, farmaceutka Erika Delph, zauważyła anomalię w liczbach randomizacyjnych, które zgadzały się z liczbami i datami w załączonym „badanie w ramach badania”. Analitycy danych i eksperci medyczni przeanalizowali te dane. To, co odkryli, jest szokujące: 502 osoby wzięły udział w „próbie w ramach badania” szczepionki przeciwko COVID firmy Pfizer i otrzymały lek zanieczyszczony niedopuszczalnie wysokim poziomem plazmidów DNA. Można by spróbować odrzucić to jako przeoczenie lub wypadek. Z zapisów dokumentacji wynika jednak, że było to celowe i że firma Pfizer wiedziała, że podała 252 pechowym badanym zupełnie inny zastrzyk niż ten, na który się zapisali. Już sam ten fakt narusza Kodeks Norymberski z 1947 r., który stanowi, że nielegalne jest przeprowadzanie eksperymentów na ludziach bez zgody po uzyskaniu szczegółowych i pełnych informacji.

Co to jest Proces 2 i po co to całe zamieszanie?

Terminy „Proces 1” i „Proces 2” były wymieniane przez firmę Pfizer w różnych iteracjach protokołu badania klinicznego tej nowatorskiej platformy leków, która była przeznaczona do stosowania na całym świecie. „Proces” odnosi się do sposobu, w jaki „szczepionka” została wyprodukowana.
W pierwotnym procesie produkcyjnym BNT162b2, „szczepionki” firmy Pfizer stosowanej w badaniach klinicznych przeciwko COVID, wykorzystano technikę replikacji (amplifikacji) informacyjnego RNA znaną jako PCR (reakcja łańcuchowa polimerazy). Zasadniczo działa jak kserokopiarka, w której oryginalny mRNA jest replikowany/klonowany. Nazywa się to „Procesem 1”.

Z komercyjnego punktu widzenia tego typu proces jest kosztowny i musiałby zostać znacznie przyspieszony, aby zapewnić dawki dla całego świata. Do komercyjnego skalowania produktu wykorzystano sprawdzony sposób masowej produkcji z wykorzystaniem m.in. bakterie coli. Ta technika produkcji masowej to „Proces 2”. Drażliwą kwestią było to, że w „Procesu 2” zastosowano zupełnie inny proces produkcyjny niż ten zastosowany w przypadku produktu w badaniu klinicznym (Proces 1), a zezwolenie na użycie w sytuacjach awaryjnych (EUA) dla „szczepionki” zostało wydane w oparciu o Proces 1. Ponadto Proces 2 nie był zgodny z Dobrą Praktyką Wytwarzania (GMP). Należy zwrócić uwagę na kontrakty krajowe FOIAed z firmą Pfizer zAfryka PołudniowaIAlbania.

Wyniki sekwencjonowania genetycznego pozostałości produktu w fiolkach wykonane w ramach Procesu 2 przez Kevina McKernana potwierdzają doniesienia innych grup, że istnieje znaczne zanieczyszczenie zmodyfikowanego mRNA wysokim poziomem fragmentów plazmidu DNA.
Zanieczyszczenie to przypisuje się zastosowaniu bakterii E.Coli podczas produkcji. Bakterie te występują naturalnie w ludzkiej florze jelitowej i są powszechnym środkiem masowej produkcji sekwencji mRNA. Wymagany gen jest wstawiany do pierścienia DNA, a bakterie w sposób ciągły replikują te plazmidy.

Plazmidy wytwarzane w tym procesie są oczyszczane przy użyciu enzymów (DNAazy) i mają uregulowaną górną granicę w produkcie końcowym ze względu na teoretyczne obawy dotyczące włączenia tego DNA do genomu ludzkiego gospodarza.
Chociaż składnik aktywny w Procesie 2 był identyczny z Procesem 1, Europejska Agencja Leków (EMA) odnotowała poziom skażenia plazmidami DNA i wyraziła zaniepokojenie, ponieważ znacznie przekraczał on wcześniej opublikowane poziomy bezpieczeństwa. EMA była tak zaniepokojona, że poprosiła firmę Pfizer i FDA o włączenie nowej procedury do końca badania klinicznego z udziałem około 250 uczestników.

Jakie wcześniej ukryte informacje odkryli badacze z War Room/DailyClout?

Zidentyfikowali unikalną kohortę na podstawie nieprawidłowych liczb randomizacyjnych, które nie miały sensu w porównaniu z sekwencjami stosowanymi w głównej części badania klinicznego. Zidentyfikowali także nieprawidłowe numery partii zawierających produkty opracowane w ramach Procesu 2. Tych 502 uczestników przebadano w czterech ośrodkach w Stanach Zjednoczonych, z czego 250 otrzymało placebo, a pozostałych 252 otrzymało produkt Procesu 2.

Produkt miał unikalny numer partii dostawcy „ EE8493Z ” określony w dokumencie inwentarza partii/partii firmy Pfizer ( https://www.phmpt.org/wp-content/uploads/2022/06/125742_S1_M5_5351_c4591001-interim-mth6-patient-batches .pdf

Kohortę oddzielono także od osób, które otrzymały Proces 1 oraz od niezaślepionej części badania po przyznaniu EUA, w której praktycznie cała grupa placebo z głównego badania otrzymała „szczepionkę”.

Powiększając dane Procesu 2, łatwiej jest dostrzec separację obiektów.

Wystąpiła istotna różnica w liczbie zdarzeń niepożądanych w grupie pacjentów Procesu 2. Powinno to wzbudzić alarm wśród organów regulacyjnych, ponieważ wyniki były znacznie bardziej niepokojące niż znaczące skutki uboczne, które wystąpiły w poprzednich badaniach klinicznych (Proces 1).

Chociaż działania niepożądane były „niewielkie”, istniała duża różnica między grupą otrzymującą placebo a grupą leczoną, 65 w porównaniu do 155, czyli 2,4 razy więcej. W związku z tym można było spodziewać się dalszych badań w celu ustalenia przyczyny, ponieważ była to nowa procedura mająca na celu globalne wdrożenie.

Co nowego i niepokojącego kryje się w odkryciach?

Doniesienia z Europy opierały się na zeznaniach świadków na temat „partii ratunkowej” EJ0553 zastosowanej u 11 pacjentów w czterech ośrodkach innych niż te objęte mini badaniem klinicznym (ośrodki 1001, 1002, 1003 i 1007). W dokumencie numeru partii firmy Pfizer produkt „Proces 2” ma również oznaczenie „Z”, które mogło zostać użyte do identyfikacji produktu wytworzonego przy użyciu nowego procesu. W przypadku Stanów Zjednoczonych nie należy stosować żadnego produktu wyprodukowanego poza granicami kraju. Istnieją jednak dowody pochodzące od australijskiego organu regulacyjnego, Therapeutic Goods Administration (TGA), w dokumencie ( FOI 3659, dokument 4) zatytułowany „BNT162b2 (PF-07302048) Comparability Report for PPQ Drug Product Partie” – zgodnie z nim partia EJ0553Z została wyprodukowana w Puurs w Belgii i wypuszczona jako „zaopatrzenie awaryjne”.

Nowe ustalenia dotyczące szczepionek i Procesu 2 opierają się na dowodach empirycznych, które zostały już opublikowane w dokumentach firmy Pfizer .

W rezultacie różne profile skutków ubocznych wykazały, że produkt Procesu 2 różnił się od produktu Procesu 1. Biorąc pod uwagę ten sygnał dotyczący bezpieczeństwa, FDA powinna była wziąć to pod uwagę i ustalić, że badanie kliniczne należy powtórzyć, ponieważ był to inny produkt o innym profilu bezpieczeństwa.

Wnioski

Proces 2 powinien był być przedmiotem oddzielnego badania klinicznego, ponieważ niewielka liczba uczestników przebadanych pod koniec badania klinicznego przed zatwierdzeniem przez EUA wyłoniła istotne sygnały dotyczące bezpieczeństwa. Zanieczyszczenie wykryte fragmentami plazmidu DNA wielokrotnie przekroczyło maksymalną wartość dozwoloną przez EMA.
Dane zawarte w dokumentach firmy Pfizer pokazują, że u wszystkich 502 pacjentów, którzy włączyli się do dodatkowego „badania w ramach badania”, wykazano silny sygnał dotyczący bezpieczeństwa ze względu na wyższy odsetek działań niepożądanych.
Przetestowany i zatwierdzony proces nigdy nie został publicznie rozpoczęty i udostępniony ludności świata. Zamiast tego społeczeństwo otrzymało jedynie produkt Procesu 2 zanieczyszczony plazmidami DNA.
Gdyby te twierdzenia udało się udowodnić w sądzie w oparciu o dowody z Daily Clout i War Room, zmieniłoby to wszystko – ponieważ szczepionki podawane na całym świecie nie mają nigdzie zgody – byłby to przypadek celowego oszukiwania społeczeństwa .

9 tys. ton śmierdzącej kukurydzy z Ukrainy zalega na bocznicy kolejowej w Dorohusku!

Odór gnijącej od miesięcy w wagonach kolejowych kukurydzy najpierw zatruwał życie mieszkańców w Chełmie, a teraz te same składy stoją na bocznicy kolejowej w Dorohusku, blisko przejścia granicznego z Ukrainą. Kto odpowiada za 9 tysięcy ton śmierdzącej kukurydzy?

Wagony z gnijącą kukurydzą przepychane z kąta w kąt

Na początku września mieszkańcy Chełma w woj. lubelskim, miejscowości położonej zaledwie 21 km od granicy z Ukrainą nagminnie skarżyli się na uciążliwy odór unoszący się w powietrzu. Wówczas władze lokalne zrzucały winę za tą sytuację na lokalną oczyszczalnię ścieków. Jednak zdaniem mieszkańców nie było to jedyne źródło nieprzyjemnego zapachu.

Zatruwający powietrze zapach siarkowodowru unosić się miał wówczas znad dwóch wahadeł kolejowych zasypanych sprowadzoną z Ukrainy kukurydzą. Pojechaliśmy na miejsce, by zbadać całą sytuację.

Po dotarciu naszej redakcji na miejsce okazało się, że wahadła z Chełma zniknęły. Kilka dni temu zostały przepchnięte kilkanaście kilometrów dalej, do oddalonego nieopodal Dorohuska.

9 tys. ton gnijącej kukurydzy

Na bocznicy kolejowej w Dorohusku zastaliśmy dwa składy towarowe zasypane, chociaż w tym przypadku bardziej zasadne byłoby użycie słowa „zalane” po brzegi kukurydzą. To co ujrzeliśmy pod plandeką przykrywającą wagony przeszło nasze oczekiwania. Cały towar był przemoknięty i zalany wodą, która nagromadziła się w wagonach jeszcze po ukraińskiej stronie, czekając na rozładunek w Polsce.

Już w kwietniu alarmowaliśmy o hałdach zgniłego zboża, które było ściągane z wierzchu transportu, przeznaczonego „rzekomo” na tranzyt na port. Zepsuty towar wysypywany był wówczas na przygraniczne pola uprawne.

Kto zapłaci za utylizację zepsutego ziarna?

Przepychane z miejsca na miejsce od kilku miesięcy wahadła uciążliwego jak się okazuje transportu to wg. ostrożnych szacunków blisko 9 tysięcy ton ziarna kukurydzy, które w porcie miałoby wartość nawet 7 milionów złotych. Warto zadać sobie pytanie, jakimi pieniędzmi dysponują firmy, które to zboże importują, skoro mogą pozwolić sobie na straty rzędu kilku milionów złotych oraz kto zapłaci za utylizację takich potężnych ilości zepsutego towaru?

O sytuacji fatalnej jakości zboża, które przyjeżdża z Ukrainy alarmowali od początku całej afery zbożowej rolnicy, m. in. przedstawiciele Zamojskiego Towarzystwa Rolniczego.

– Jesteśmy w przededniu zbioru kukurydzy. Z doniesień medialnych wiemy o raporcie NIK, który mówi, że na 73 próbki importowanego z Ukrainy zboża w 17 stwierdzono występowanie salmonelli, w innych 17 – pestycydów, dodatkowo kukurydzę GMO, mykotoksyny oraz metale ciężkie – mówi Wiesław Gryn, wiceprezes Zamojskiego Towarzystwa Rolniczego. – Widzimy, co się stanie z naszymi plonami, ceny będą katastrofalnie niskie. Na glebach lżejszych nawet nie pokryją kosztów produkcji.

Rolnik z woj. lubelskiego podkreśla, że w Polsce zalega 4 miliony ton zboża, które trzeba wyeksportować. Zwraca tez uwagę na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego, które jest w takiej sytuacji bardzo zagrożone.

Jak dba się o zdrowie nas Polaków, Europejczyków, jeśli wprowadza się takie ilości nieprzebadanego zboża, które powinno być wycofane? Rolnicy w Polsce doskonale wiedzą, ile razy zdarza się, że zostajemy odesłani z kwitkiem z punktu skupu, bo mamy za mało białka, zbyt wilgotne zboże. Czy na granicy choć jeden wagon podjechał z Polski z powrotem, bo nie trzymał jakości? Nie, do nas wchodzi wszystko, stajemy się praktycznie śmietnikiem Europy.

Dlaczego zepsuty towar nie wróci z powrotem do Ukrainy?

Dzisiaj widzimy namacalny dowód w Chełmie, gdzie stoją całe pociągi zepsutej kukurydzy, która nie powinna wjechać do kraju i nie ma co opowiadać, że ta kukurydza się zepsuła po polskiej stronie. Jeśli to by była dobra kukurydza kontrahent by ją odebrał i teraz pytamy, dlaczego nikt tego nie wycofa z powrotem na Ukrainę? Tak się nie powinno dziać. Jeśli ja zawiozę do punktu, czy jakikolwiek rolnik, zboże niespełniające wymagań, od razu muszę to zabrać na swój koszt. Widzimy, że państwo nie działa, bo nikt tego nie odbiera – komentuje całą sytuację Wiesław Gryn.

W ujawnionych nieoficjalnie wynikach raportu Najwyższej Izby Kontroli można przeczytać, że od stycznia do maja 2023 roku obecność szkodliwych czynników stwierdzono w 35 proc. pobranych próbek.

Wunderwaffe czyli czas ołowiu

Inne spojrzenie na problem w kraju położonym w Palestynie.

http://gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/wunderwaffe-czyli-czas-oowiu

Głupota ludzka, jak wiemy, nie zna granic. Gorsza od tej głupoty jest pycha i przekonanie, że nic na świecie się nie zmienia. Dołożyć do tego można jeszcze pewność, że człowiek będzie żył wiecznie i mamy gotowy zestaw cech osobniczych i zbiorowych stanowiących podstawę wielkich tragedii.

Sobotnie wypadki w Izraelu, czyli otworzenie nowego frontu proxy – jak mawiał Bartosiak swego czasu – wojny pomiędzy Rosją i Chinami a USA, powinno do końca i ostatecznie przekonać wszystkich, dokąd zmierza ten świat. Tak zwani uchodźcy, uzbrojeni po zęby, nie tylko w broń automatyczną, ale także w doktrynę i fanatyzm religijny, a także w lewicową propagandę, która stanowi dla nich osłonową propagandę, posłużą Niemcom i Rosji do zapanowania nad Europą. I możecie sobie gadać ile chcecie, że w Izraelu żyje wielu emigrantów z Rosji i to wpływa na sytuację oraz czyni ją nieoczywistą. Jasne, że wpływa – na niekorzyść dla Izraela i zachodu. Rosyjski emigrant bowiem rozumie tylko język siły i pieniądza, wszelkie inne subtelności są poza jego percepcjami. To są dekoracje, które zawsze prowadzą go do demaskacji ostatecznych czyli do uznania, że liczy się siła i pieniądz. Przedwczoraj okazało się, że to co mówiono o izraelskiej armii i służbach nie do końca jest prawdą. Od razu też podniosły się głosy, że atak na tereny położone w pobliżu strefy Gazy to prowokacja i montaż. To na pewno nie jest prawda, a świadczą o tym głosy, które natychmiast odezwały się w kluczowych stolicach Europy i Bliskiego Wschodu. Szczególnie głos Erdogana, który powiedział, że musi powstać niepodległa Palestyna ze stolicą w Jerozolimie. To jest otwarte poparcie dla wojny na Bliskim Wschodzie, którego efektem nie będzie rzecz jasna powstanie niepodległej Palestyny ze stolicą w Jerozolimie, ale zalanie Europy uchodźcami z tejże Palestyny. I nie będą to mili oraz sympatyczni ludzie, choć tak będą wyglądali. Jak ci panowie z brzuszkami, co wywozili na motorach niczego nie rozumiejących Izraelczyków i gości odwiedzających do państwo, gdzieś w nieznane. W jakieś miejsca gdzie dokonywano zbiorowych gwałtów, morderstw i pobić. Nikomu bowiem, poza garścią bardzo prostodusznych Palestyńczyków, nie jest potrzebne palestyńskie państwo ze stolicą w Jerozolimie. Najmniej zaś jest ono potrzebne Erdoganowi, Putinowi i Scholzowi. Tym ludziom potrzebni są migranci, którzy zdestabilizują Europę całkowicie i uczynią piekło z życia jej mieszkańców. Na pierwszy ogień zaś pójdzie wolność słowa. Nikt nie będzie już spokojnie pisał krytyk w sieci, albowiem cenzura będzie powszechna i egzekwować ją będą organizacje terrorystyczne. Taką organizacją jest też Federacja Rosyjska, a więc mieszkający w Izraelu Rosjanie udający Żydów, w przeważającej większości lojalni wobec Moskwy i wtajemniczeń przez tę Moskwę proponowanych i lansowanych, doskonale się w takich rzeczywistości odnajdą. Świat bowiem bez wolności słowa podzielony zostanie na bezprizornych, politycznych i zeków. I cała ta ruska swołocz, która nosi tę klasyfikację w sercu, która wysysa ją z mlekiem matki, odetchnie wreszcie z ulgą. I będzie wiedziała jak się zachowywać. Arabowie w Europie rozpoczną zaś mozolną edukację naiwnych, którym się zdawało, że żyją w wolności. I potrzeba im jeszcze więcej wolności polegającej na tym, że nie można mówić źle o kolorowych i trzeba koniecznie wskazywać na własne winy wobec nich popełnione w epoce kolonialnej. Najlepiej zaś wskazywać na winy innych białych, którzy co prawda nikogo nie kolonizowali, ale są biali i to już wystarczy. Problemu tego nie będą mieć Niemcy, albowiem oni w tej aranżacji wiodą prym i działają z największą premedytacją. Tylko skończony głupek może myśleć, że Makreli chodziło o to, by pomóc uchodźcom. Ona traktowała ich tak samo instrumentalnie, jak Hitler wsad do konclagrów. Tylko, że jemy nie zależało na wizerunku medialnym. Jej zaś tak. Dziś zaś po prostu opadły maski. Tym wszystkim, którzy twierdzą, że za całą operacją może stać Mosad przypomnę jak wyglądały tatarskie najazdy na Rzeczpospolitą. Były to dobrze przygotowane operacje, które całkowicie zaskakiwały wojsko kwarciane. Były one tak dobrze przygotowane, że chłopi, których zabierano w niewolę, byli wręcz wypędzani na pola przez karbowych, żeby ich można było łatwiej pojmać. Rzeczpospolita była wtedy wielkim państwem, a Krym małym półwyspem, bardzo gęsto zaludnionym. Na tym półwyspie stale rezydował francuski ambasador, a tatarskie najazdy nie ustawały bynajmniej w czasach kiedy Francuzki były żonami polskich królów i realizowały na miejscu politykę Paryża. I nie było raczej mowy o tym, by panoszący się w Polsce francuscy agenci zrobili coś, co powstrzymałoby najazdy. I dziś jest tak samo. Tych najazdów nie powstrzymają ani Turcy, ani Niemcy, ani Rosjanie. Niemcy, zupełnie dla pucu, będą jeszcze wyrażać ubolewanie i troskę. Możemy też, na sobotnim przykładzie, uzmysłowić sobie co takiego robili Tatarzy z Krymu z porwaną ludnością, zanim ta trafiła na targi niewolników. Jak to ujmują pamiętniki z epoki – czynili im przykrości. Pod tym eufemizmem kryło się wszystko, czego ówczesna obyczajowość nie była w stanie ująć słowem. A jeśli próbowała, wyglądało to całkiem nieadekwatnie do faktów.

W tamtych czasach też zapewne byli tacy, którzy próbowali tłumaczyć światu, że system ekonomiczny działający w krajach islamskich po prostu wymaga pracy niewolniczej, nie możemy więc się tak bardzo oburzać na te porwania. Dziś ludzie na twitterze ekscytują się nową wojną tak, jakby chodziło o mecz piłkarski. – Ja kibicuję Palestyńczykom – pisze jeden, – a ja uważam, że Izrael przestrzelił – dodaje drugi. – A jak tam sytuacja Polski w tabeli – zastanawia się trzeci. To jest psychiatryk. I nie porównujcie sytuacji Palestyńczyków do sytuacji Polaków w XIX wieku, bo tego się porównać nie da. Głównie z tego względu, że Polakami nie rządziła w czasie zaborów zorganizowana mafia dozbrajana, w jej własnym interesie, przez mocarstwa wrogie zaborcom. Przygotowanie każdego powstania było złożoną operacją propagandową i wojskową, w którą angażowali się ludzie ryzykujący życie, majątek, wolność i stabilizację. Palestyńczycy mają jeden cel – zniszczyć Izrael i wierzą, że im się to uda. Jeśli tak, to wespół z Iranem, Moskwą i Berlinem. Tyle, że to będzie fatalna wiadomość dla nas. I z tego trzeba sobie zdać sprawę już teraz, zanim będzie za późno. Do Polski bowiem z całą pewnością nie trafią dzieci i kobiety ze strefy Gazy. Możecie o tym zapomnieć. One zostaną przewiezione do Niemiec, Turcji i Rosji i tam będą używane jako broń propagandowa. Przy ewentualnej relokacji przyjadą tu żołnierze lub poborowi, którzy będą się szkolić do dalszych akcji, przy milczącej akceptacji środowisk lewicowych, która narzucą nam cenzurę i poprawność polityczną o jakiej jeszcze nie słyszeliście. Mogę to nazwać jeszcze dobitniej – relokacja uchodźców do Polski oznaczać będzie zdegradowanie Polaków do poddanych drugiej kategorii. I podział kraju, o czym już pisałem. Bo ci uchodźcy będą dla Niemców tylko pretekstem do zajęcia ziem zachodnich. Ten plan jest realizowany konsekwentnie i właśnie zaczął się kolejny jego etap. Następnym są wybory w Polsce, które na pewno będą obfitować w niezwykłe i niebezpieczne wydarzenia. I nie czas doprawdy teraz na dyskusje o mieniu bez spadkowym i ustawie 447. No chyba, że ktoś zamierza współdziałać z tymi, co chcą relokacji. Jak sądzę jednak nie ma takich na tym blogu.

Szkocka policja utworzyła nową jednostkę do walki z „przestępstwami z nienawiści”, takimi jak mylenie płci i odmawianie mężczyznom dostępu do damskich toalet

https://www.scottishdailyexpress.co.uk/news/scottish-news/police-scotland-set-up-new-30983808

Specjalna jednostka zostanie uruchomiona w listopadzie, kiedy znienawidzone przepisy Humza Yousaf dotyczące przestępstw z nienawiści – które mogą skutkować karaniem ludzi za to, co myślą lub mówią we własnych domach – w końcu wejdą w życie w 2024 r.

Komentarz: Za chwilę w UK będą potrzebni Politruki i tęczowe NKWD. Na miejscu Polaków w UK wracałbym natychmiast do Polski – tam za parę lat będzie totalitaryzm jak w sowietach w latach 20. Bierność społeczeństwa przeraża.

Niemcy będą dalej finansować przerzut migrantów do Włoch.

Wbrew doniesieniom mediów rząd federalny będzie nadal „promował” cywilne ratownictwo morskie na Morzu Śródziemnym aż do 2026 r. — pisze „Die Welt”. Innymi słowy, będzie dawać pieniądze organizacjom, które pomagają dostać się migrantom na włoskie wybrzeże. Wiąże się to z wielomilionowymi funduszami państwowymi. Od początku roku podczas przeprawy zginęły lub zaginęły 2384 osoby.

W transporcie migrantów do Włoch pomagają organizacje finansowane przez niemiecki rząd
W transporcie migrantów do Włoch pomagają organizacje finansowane przez niemiecki rząd | Foto: Alessio Tricani / Shutterstock

Rząd federalny planuje w nadchodzących latach w dalszym ciągu wspierać finansowo akcję ratowania migrantów na Morzu Śródziemnym — pisze niemiecki dziennik „Die Welt”. „Ministerstwo Spraw Zagranicznych realizuje mandat Bundestagu dotyczący promowania cywilnego ratownictwa morskiego poprzez projekty na lądzie i na morzu” – powiedział DPA w sobotę rzecznik MSZ. Doniesienia prasowe mówiące o zatrzymaniu środków były według tego oświadczenia błędne.

– Z powodu niedopatrzeń technicznych w obecnym projekcie budżetu na 2024 r. początkowo nie oszacowano jednoznacznie odpowiednich środków budżetowych – wyjaśnił rzecznik.

Naprawienie tego błędu planowano od kilku tygodni. Dalej napisano: „Promocja ratownictwa morskiego za zgodą Bundestagu planowana jest również na lata 2024–2026. Wdrożymy je.”

Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprzecza tym samym doniesieniom dziennika „Bild” na temat przyszłego finansowania prywatnych organizacji ratownictwa morskiego z budżetu federalnego. W sobotnim wydaniu gazeta podała, że „​rząd federalny chce wstrzymać płatności w przyszłym roku”. Jednakże w odpowiedzi na prośbę Evangelical Press Service (epd) rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych stwierdził, że jest to „niewłaściwe”.

Tłem tej sytuacji jest uchwała Bundestagu podjęta pod koniec ubiegłego roku o przekazaniu na rzecz cywilnego ratownictwa morskiego na Morzu Śródziemnym w latach 2023–2026 dwóch milionów euro rocznie ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Meloni oburzona postawą Niemiec

„Ze zdumieniem dowiedziałem się, że wasza administracja – bez koordynacji z rządem włoskim – rzekomo zdecydowała się wesprzeć znacznymi funduszami organizacje pozarządowe zaangażowane w przyjmowanie nielegalnych migrantów na terytorium Włoch oraz podczas akcji ratowniczych na Morzu Śródziemnym” – napisała dwa tygodnie temu do kanclerza Olafa Scholza premier Włoch, Giorgia Meloni.

Niemcy stwierdzili, że ratowanie ludzi na morzu jest „prawnym, humanitarnym i moralnym obowiązkiem”. Jednocześnie informują, że nie mają już zasobów, żeby przyjmować do siebie kolejnych fal imigrantów i w związku z tym wprowadzili kontrole na granicy z Polską i Czechami.

Meloni stanowczo sprzeciwia się nielegalnej imigracji, a we Włoszech odnotowano w tym roku gwałtowny wzrost napływu migrantów – do tej pory na brzeg przybyło około 133 000 migrantów w porównaniu z około 69 800 w tym samym okresie w 2022 r.

Premier Włoch Giorgia Meloni i kanclerz Niemiec Olaf Scholz rozmawiali w piątek o migracji i spotkają się ponownie pod koniec listopada

Organizacje charytatywne zaprzeczają, jakoby ich łodzie ratunkowe działały jako „czynnik przyciągający” migrantów do wypłynięcia do Europy. Wielu imigrantów do brzegu Włoch dociera jednak właśnie ich statkami.

źródło: https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/niemcy-beda-dalej-finansowac-przerzut-migrantow-do-wloch-oto-kwoty/s347x7q

Konflikt Palestyńsko – Żydowski Aktualizacja 09.10.2023

Wyróżnione

Tutaj przekaz live

Komentarz dr Stanisława Krajskiego

Członkowie Hamasu aresztowani :

Linki do filmów – mogą zawierać treści nie odpowiednie dla osób poniżej 18 roku życia.

https://www.sadistic.pl/zelazna-kopula-sobotniej-nocy-maly-zbiorczy-temat-izreala-vt581460.htm

https://www.sadistic.pl/wesolej-nocy-israel-vt581517.htm

https://www.sadistic.pl/slodkich-snow-w-strefie-gazy-vt581514.htm

https://www.sadistic.pl/hamas-vs-koszerni-vt581501.htm

Ciekawy komentarz z Neon24

https://cygnus.neon24.org/post/173594,palestyna-watpliwosci

„Przede wszystkim – świat, przynajmniej zachodni, zajęty jest Ukrainą. Brak zaś zainteresowania Izraelem. To bardzo dobry czas na „załatwienie” niedokończonych spraw, czyli likwidacja problemów związanych z Palestyńczykami i to zarówno w Strefie Gazy jak i na Zachodnim Brzegu i oczywiście przejęcie pełnej kontroli nad Jerozolimą.

Ostatnie działania Izraela w tych kwestiach cechowały się narastającą agresją. Czyli – to Izraelici byli stroną atakującą. Jednak do „rozwiązania” problemu w taki sposób brak było istotnych powodów, a opinia publiczna raczej opowiadała się po stronie Palestyńczyków.

Czyli – potrzeba było wstrząsu i to na dużą skalę.

Akcja Hezbollahu  – daje podstawy do takich przemian w opinii publicznej. Owszem, są straty – pewnie kilkaset zabitych i kilka tysięcy rannych. Tyle, że to i tak niewysoka cena za to by uzyskać powód dla palestyńskiego Endlosung.

Dochodzi jeszcze jeden czynnik. Sprawa meczetu Al – Aksa zbudowanego na ruinach Drugiej Świątyni. To było i jest „solą w oku” Żydów.Religijnym dążeniem każdego Żyda jest doprowadzenie do odbudowy Świątyni, a tego bez zburzenia meczetu Al Aksa nie da się zrobić. 

A tu ciekawostka – cała akcja jest nazwana Al – Aksa. Można zatem spodziewać się istotnych działań z tym związanych.

Można sądzić, że najbliższy czas pokaże jakie były faktyczne cele wywołanego konfliktu. I oczywiście – czy nie rozleje się on na cały Bliski Wschód.

Moim zdaniem – Izrael będzie dążył do ograniczenia zasięgu akcji do samego Izraela traktując ją jako problem wewnętrzny – i, co oczywiste, realizując swoje cele, czyli pełną pacyfikację Palestyńczyków i prawdopodobnie zburzenie Al – Aksa.

Bardzo wątpię, aby było inaczej.”

https://twitter.com/i/status/1710611344892854461

G20 przyjęło wprowadzenie cyfrowych walut i dowodów

Ekonomia

Ruch w kierunku jednego światowego totalitarnego rządu postępuje. Indie są obecnie przewodniczącym grupy G20. Przywódcy G20 osiągnęli w weekend porozumienie w sprawie narzucenia cyfrowych walut cyfrowych identyfikatorów swoim populacjom.

Kraje G20:

Umożliwi im to monitorowanie wydatków swoich obywateli i tłumienie sprzeciwu. Cyfrowe identyfikatory będą działały w jednej wspólnej sieci, w której będzie można odmówić podróżowania tym którzy wyrażają sprzeciw wobec takiej tyranii. Na tym polega problem, gdy mamy do czynienia z zawodowymi politykami, ponieważ nie są oni po naszej stronie, lecz siedzą nad nami i patrzą na nas z pogardą.

W weekend w New Delhi grupa G20 przyjęła pod przewodnictwem Indii ostateczną deklarację w tej sprawie. Celem waluty cyfrowej jest wyeliminowanie szarej strefy. Rezygnacja z pieniądza papierowego uniemożliwi płacenie gotówką pod stołem. Twierdzą, że wyeliminuje to wszelką przestępczość, taką jak napady na banki, a nawet prostytucję. Twierdzą również, że wyeliminuje to możliwość zaistnienia runów na banki. Szacunki dotyczące nieopodatkowanej strefy gospodarki  wahają się od 20% do 40%. Choć sprytnie stwierdzili, że nie ma dyskusji na temat wyeliminowania kryptowalut, to chcą przejąć wszystkie kryptowaluty, które pozwoliły by nadal na istnienie szarej strefy.

Christine Lagarde przyznała, że cyfrowej waluty będą miały wbudowane systemy kontroli. G20 ogłosiło, że zgodziło się na budowę infrastruktury niezbędnej do wdrożenia cyfrowych walut i identyfikatorów. Jak ostrzegałem, to wszystko jest częścią roku 2032. Te wszystkie działania się nie powiodą ale ostatecznie doprowadzą do rewolucji. Cyfrowa waluta przynosi zerowe korzyści ekonomiczne. Robią to wyłącznie po to, by kontrolować gospodarkę i eliminować szarą strefę.

Link do oryginalnego artykułu: LINK

źródło : https://www.prisonplanet.pl/ekonomia/g20_przyjelo,p1523348715

Forsa i sojusze

Stanisław Michalkiewicz: Forsa i sojusze magnapolonia

No i stało się. Podczas gdy Polską wstrząsały  spory, ilu było uczestników „marszu miliona serc” złamanych w Warszawie, albo reklama, jaką rząd „dobrej zmiany” zrobił za darmo pani reżyserowej, aż zdezorientowany Watykan przyznał jej też specjalną nagrodę, co może być wstępem do beatyfikacji – Unia Europejska podjęła decyzję w sprawie migrantów. Jest ona całkowice zgodna z wnioskami, jakie pani Urszula von der Layen wciągnęła po obejrzeniu dantejskich scen na Lampedusie, gdzie wybrała się razem z włoską premier Giorgią Meloni.

O ile pani Meloni wyciągnęła wniosek, że trzeba zatrzymać napływ migrantów do Europy, o tyle pani Urszula wyciągnęła wniosek inny, idący po myśli gangu brukselskich biurokratów, którzy myślą tylko o poszerzeniu swojej  władzy, również kosztem Europy – że nie ma rady, tylko trzeba przyjąć rozwiązanie problemu w postaci relokacji, to znaczy – rozdzielaniu przybywajacych do Europy migranów według brukselskiego rozdzielnika.

I właśnie w dniach ostatnich – najwyraźniej nadchodzą zapowiadane „dni ostatnie” – ambasadorowie członkowskich bantustanów przegłosowali obowiązkową relokację migrantów – a jeśli jakiś bantustan nie będzie chciał przyjąć wyznaczonej przez bruselski gang kwoty – będzie musiał zapłacić 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego migranta. Ambasadorowie Węgier i Polski głosowali przeciw, a trzech innych (czeski, słowacki i austriacki) wstrzymało się od głosu.

Teraz, z inicjatywy Europeische Volksdeutsche Partei, do której należą posłowie PO i PSL, Parlament Europejski ma w podskokach przygotować odpowiednie przepisy w tej sprawie. W podskokach, bo – jak zauważył wiceszef Komisji Europejskiej, Grek Margarits Schinas – zwłoka sprawi, że sprawa migrantów stanie się wodą na młyn „wrogów demokracji”.

A wiadomo, że demokracja, to rzecz święta, której trzeba przed wrogami bronić za wszelką cenę – toteż wszyskie członkowskie bantustany mają zostać zobowiązane do „solidarności”, to znaczy – do składania się na bantustany, które przez migrantów  są szczególnie ukochane, m.in. Niemcy. Właśnie przez brak solidarności, to znaczy – przez niechęć niektórych państw do przyjmowania migrantów – powiadają, dotychczasowa polityka UE nie wypaliła. Gdyby wszyscy migrantów przyjmowali chlebem i solą, ewentualnie – kieliszkiem sznapsa – wszystko byłoby gites, tenteges.

Podczas sesji Parlamentu Europejskiego pani Beata Szydło żałośliwym głosem poinformowała, że Polska „nigdy” nie zgodzi się na przyjmowanie migrantów, ani na ich relokację. Jak pamiętamy z rozmowy Winstona Churchilla ze Stanisławem Mikołajczykiem, który brytyjskiemu premierowi powiedział, że Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Wilna i Lwowa – nikomu nie można zabronić wypowiadania tego słowa. Toteż pani Beata Szydło bez ceregieli z tego przyzwolenia korzysta.

Czy jednak ma to oznaczać, że Polska nie zapłaci 20 tysięcy euro za każdego migranta, którego nie przyjmie? To już nie jest takie pewne, bo Komisja Europejska wypracowała skuteczne sposoby omijania polskiej nieustępliwości. Na przykład  pod pretekstem nieprawidłowej reformy sądownictwa TSUE nałożył na Polskę karę w wysokości miliona euro dziennie, którą w kwietniu br. zmniejszył o połowę po tym, jak zlikwidowana została Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego.

Od 27 października 2021 roku trochę się tego uzbierało, a jeśli Naczelnik Państwa po wyborach utrzyma władzę, albo Sejm zostanie rozwiązany i będą rozpisane nowe wybory, to licznik będzie bił przez cały czas.

W ten sposób do kwoty ponad 500 mln euro, którą licznik nabił według starej taryfy, czyli miliona euro dziennie, dochodzi już ponad 100 milionów euro według taryfy nowej – a przecież  to nie koniec walki o praworządność w Polsce, bo jeśli nawet Volksdeutsche Partei zlikwidowałaby nie tylko Izbę Odpowiedzialności Zawodowej SN, ale w ogóle – cały Sąd Najwyższy – to przecież Komisja Europejska znajdzie jakiś inny pretekst, a luksemburscy przebierańcy już tam powinność swojej służby zrozumieją.

Jak wiadomo, kary te Unia Europejska potrąca sobie z pieniędzy, które miałyby Polsce przypaść, czy to z tytułu „odbudowy” po wariactwach towarzyszących epidemii zbrodniczego koronawirusa, czy to z innych tytułów. W ten sposób Polska może stać się płatnikiem netto jeszcze przed 2027 rokiem, kiedy to ma nim zostać urzędowo.

Tymczasem sprawa migrantów i ich relokacji jest przedmiotem przewidzianego na 15 października referendum, jakie ma się odbyć razem z wyborami. Jest chyba sprawą oczywistą, że jeśli nawet cały nasz mniej wartościowy naród tubylczy odpowiedziałby na to pytanie jak się należy, to znaczy – że nie – to nie miałoby to przecież żadnego wpływu na naliczanie Polsce 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego migranta, które Komisja Europejska potrąci sobie z przypadających na Polskę unijnych pieniędzy.

Ciekawe, w jaki sposób w tej sytuacji Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński będzie bronił „suwerenności” Polski, o której mówił na niedawnym wiecu w Bogatyni. Jak pamiętamy, powiedział wtedy, że w Unii Europejskiej jesteśmy i być chcemy – ale suwerenni. W dodatku, w czerwcu 2021 roku sam przyłożył rękę do przeforsowania ratyfikacji ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, na podstawie której Komisja Europejska uzyskała dwie nowe kompetencje: zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii oraz nakładania „unijnych” podatków.

Dzięki ratyfikowaniu tej ustawy przez parlamenty wszystkich członkowskich bantustanów, Komisja Europejska pożyczyła 750 mld euro, z których utworzyła tzw. Fundusz Odbudowy, skąd środki miałyby być rozdzielone między poszczególne bantustany. Ale ze względu na wspomniane kary Polska żadnych środków z tego funduszu nie dostała, natomiast będzie musiała spłacić przypadającą na nią część zaciągniętego przez KE długu – niezależnie od składki członkowskiej.

Wspominam o tym również dlatego, że w tygodniku „Do Rzeczy” pan red. Tomasz Cukiernik opublikował artykuł, że Polska powinna z Unii Europejskiej wystąpić. Wywołał on wśród europejsów ogromny klangor – ale nie od strony merytorycznej, bo „koń jaki jest – każdy widzi” – tylko w postaci świętego oburzenia, jak autor, a także redakcja tygodnika, mogli dopuścić się takiego świętokradztwa. Okazuje się, że nie tylko za pierwszej komuny sojusze uchodziły za rzecz świętą.

Wtedy na przykład, na zakończenie szkolenia wojskowego, dowództwo 7 kołobrzeskiego pułku piechoty hurtowo wystawiało podchorążym certyfikaty, że są „do krajów socjalistycznych ustosunkowani pozytywnie”. Jestem pewien, że tylko patrzeć, jak podobne certyfikaty będą wystawiały i władze wojskowe i wszelkie inne – że delikwenci są pozytywnie ustosunkowani do uczestnictwa Polski w IV Rzeszy.

Wraca nowe

Wraca nowe 

Izabela Brodacka

Wszyscy pamiętamy uroczą książeczkę dla dzieci Janusza Korczaka pod tytułem: „Król Maciuś Pierwszy”. Korczak dobrotliwie przekonuje w niej dzieci, że nie wystarczą dobre intencje i chęć dogodzenia wszystkim, że rządzenie państwem jest trudną i odpowiedzialną sztuką, a każdy błąd ma poważne konsekwencje.

Donald Tusk przez niektórych uważany za Króla Donalda Pierwszego nie ma raczej dobrych intencji. Jednak w czasie wyścigu obietnic związanym z kampanią wyborczą, chcąc dogodzić wszystkim, zdecydowanie prześciga innych kandydatów w proponowanych głupotach. Jedną ze stu idiotycznych obietnic Tuska jest obietnica zlikwidowania prac domowych zadawanych dzieciom i młodzieży, które nazwane zostało przez niego reliktem dziewiętnastowiecznego modelu oświaty. Cały system obowiązkowej oświaty powszechnej jest wynalazkiem dziewiętnastego wieku, ale jak na razie nikt nie kwestionuje jego skuteczności i poprawności poza libertarianami czy anarchistami, którzy jak słynny Kononowicz chcieliby żeby nie było niczego. Bezpłatnej oświaty, bezpłatnego lecznictwa, ubezpieczeń społecznych i innych instytucji współczesnego państwa. Tymczasem z powszechną oświatą jest podobnie jak z demokracją – jest to system pełen wad lecz jak na razie nie wymyślono nic lepszego. Zwolnienie od prac domowych, to znaczy zakaz zadawania prac domowych przez nauczycieli, oznaczałby zwolnienie ucznia z obowiązku samodzielnej pracy.

Tymczasem jak wiadomo nie wystarczy zrozumienie jakiegoś tematu czy problemu, które można uzyskać na lekcji, żeby się w tym temacie swobodnie poruszać, żeby zdobytą wiedzą operować. Nie wystarczy na przykład rozumieć zasady algebry żeby nie robić błędów rachunkowych w obliczeniach. Trzeba zdobyte umiejętności wyćwiczyć. Moim uczniom, którzy zgłaszają podobne jak Tusk idiotyczne postulaty nieodmiennie tłumaczę- wysłuchaj na przykład zrozumiałego dla ciebie wykładu na temat narciarstwa i zjedź z Kasprowego, albo wysłuchaj wykładu na temat konnej jazdy i wygraj wyścig, albo po zdaniu egzaminu z przepisów drogowych, bez lekcji jazdy, siądź za kółkiem. Bez treningu, bez wyrobienia sobie tego co można nazwać pamięcią mięśniową nie da się uprawiać żadnego sportu, ani prowadzić samochodu, ani wykonywać niezbędnych dla pracy inżyniera obliczeń. Uczniowi który pyta mnie do czego będą mu w życiu potrzebne „ tangensy i logarytmy” odpowiadam brutalnie-  „zapewniam cię, że jeżeli będziesz sprzedawał buraki na bazarze nie będą ci do niczego potrzebne”. Powinnam chyba dodawać- „ również  jeżeli będziesz politykiem a w szczególności europosłem nie będą ci do niczego potrzebne”.

Większość  uczniów rozumie znaczenie własnej pracy w zdobywaniu wiedzy, domagają się wręcz żeby im coś zadawać do domu, albo proszą o sprawdzenie nie zadanych wypracowań czy rozwiązanych dobrowolnie w domu zadań. Problem pracy samodzielnej ucznia można oczywiście rozwiązywać na różne sposoby. Można wprowadzić -jak we Francji -popołudniowe zajęcia szkolne podczas których uczniowie odrabiają lekcje pod kierunkiem nauczyciela. Można – jak w szkołach brytyjskich- wprowadzić instytucję tutora, który opiekuje się uczniem i pomaga mu w samodzielnej pracy. Prace domowe mogą nie być przymusowe. Ich przydatność dla miejsca na wyższej uczelni, czy dobrego wykształcenia gwarantującego później pracę weryfikuje życie. Tuskowi sekunduje w idiotycznych pomysłach Hołownia proponujący tęczowe paski na świadectwach co ośmiesza ideę wyróżniającego dobrego ucznia paska białoczerwonego. To tyko zwykła głupota i ukłon w kierunku środowisk LGBT. Naprawdę groźna jest jednak kolejna propozycja Hołowni. Chce on zlikwidować ocenę z zachowania, którą uważa za represyjną i wprowadzić w jej miejsce samoocenę uczniów. Hołownia jest zbyt młody, albo za słabo wykształcony żeby rozumieć, że budzi w ten sposób ducha Makarenki. Samocena uczniów, albo co gorsza ocena ich przez kolektyw były praktykowane w czasach stalinowskich. W mojej szkole podstawowej uczniowie, na których doniósł ktoś z kolektywu czyli gorliwy kolega o zetempowskiej mentalności, musieli składać na apelu samokrytykę przed całą szkołą. Do dziś pamiętam chłopczyka, który stojąc na apelu przed kolegami i nauczycielami nie mógł wydusić ani słowa a potem wypłynęła mu na oczach całej szkoły kałuża moczu z nogawki. Na drzwiach naszej klasy partyjna wychowawczyni, awansowana z PGR, umieściła specjalną skrzynkę, do której gorliwi wrzucali donosy na kolegów. Potem uczniowie musieli tłumaczyć się przed całą klasą a klasa oceniała ich postawę. To właśnie nazywało się wówczas samooceną albo oceną przez kolektyw. Była to replika podobnych seansów donosicielstwa, które odbywały się w zakładach pracy. Nazywane były potocznie „rozrabianiem kogoś”. Osoba  „rozrabiana” , wskazana przez tak zwany kolektyw czyli przez złośliwych, gorliwych albo po prostu głupich kolegów zmuszana była do składania publicznej samokrytyki, do upokarzania się przed dyrekcją i kapusiami uważającymi się za cenzorów moralności. Takie seanse podłości i nienawiści wzorowane były na sowieckiej Rosji gdzie skazani na karę śmierci składali przed partyjnymi kolegami samokrytykę a czasem dziękowali za otrzymany wyrok albo domagali się surowego wyroku również dla kolegów równie niewinnych jak oni. Wyroki były pokłosiem rozgrywek Stalina z kolejnymi ekipami uważanymi przez niego za konkurencję.

Natomiast na Uniwersytecie Warszawskim grupa hunwejbinów wśród których był Leszek Kołakowski sowieckim wzorem „rozrobiła” profesora Tatarkiewicza. Młodzi nie pamiętają tych ponurych czasów lecz powinni rozumieć, że ocena ludzi opiera się i powinna opierać na ścisłym podziale na oceniających i ocenianych. Pomieszanie tych grup oznacza zawsze albo stalinizm, albo nepotyzm i łapownictwo. Uczniowie krytykujący swoich kolegów albo podlizują się nauczycielom  łamiąc uczniowską solidarność grupową albo uczestniczą w zbiorowym oszustwie oceniając zaprzyjaźnionych kolegów zbyt wysoko. Zarówno Tuskowi jak Hołowni brakuje wyraźnie wykształcenia i umiejętności logicznego myślenia.

WYBORCZE ZMAGANIA ZA WIELKĄ WODĄ

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/wyborcze-zmagania-za-wielka-woda,p1219243352

WYBORCZE ZMAGANIA ZA WIELKĄ WODĄ

2023-10-06 Sławomir M. Kozak

Miesiąc temu dwa znane magazyny, The Wall Street Journal (WSJ) oraz The New York Times niespodziewanie powróciły do sprawy Jeffrey’a Epsteina. Pierwszy z nich podał, że dziennikarze gazety dotarli do niepublikowanych wcześniej dokumentów, w tym tysięcy e-maili z lat 2013-2017. Drugi ujawnił, że pozyskał, na wniosek skierowany do prokuratora generalnego Wysp Dziewiczych, harmonogramy spotkań Epstein’a, które miały miejsce już po tym, kiedy w 2008 roku zawarł z prokuraturą ugodę i odsiedział 13 miesięcy w areszcie domowym. Jak pisałem o tym w książce „TerraMar Utopia elit”, 22 lutego 2019 roku, sąd federalny orzekł, że ugoda z roku 2008 była nielegalna, ponieważ były prokurator, Alexander Acosta, zataił ją przed ofiarami Epsteina, co było naruszeniem prawa. Acosta, w jednym z wywiadów przyznał, że na wyciszenie sprawy nalegały służby wywiadu i w zasadzie był bezradny. 11 marca 2019 roku, federalny sąd apelacyjny w Nowym Jorku, dał Jeffreyowi Epsteinowi i jego byłej partnerce Ghislaine Maxwell czas do 19 marca, na przedstawienie uzasadnionych powodów, dla których dokumenty z ich poprzedniej sprawy powinny pozostać utajnione. Jeśli tego nie zrobią, wyrok i dokumenty uzupełniające zostaną upublicznione. 19 marca 2019 roku, dwie anonimowe osoby złożyły skargi przeciw ujawnieniu dokumentów sądowych, powołując się na kwestie prywatności i obawy przed publiczną identyfikacją, jako osób trzecich. Jak już wiemy, niewiele to pomogło i Epstein trafił ponownie do aresztu, gdzie czekał na proces sądowy. W areszcie dopadła go któregoś dnia dziwna dolegliwość, po której stracił przytomność, mimo, że na nic się wcześniej nie uskarżał. Kilka dni później, 10 sierpnia 2019 roku Jeffrey Epstein, według oficjalnej wersji, powiesił się na prześcieradle. 

Dwa dni przedtem spisał ostatnią wolę, w której podsumował swój majątek na kwotę 577 milionów dolarów. Świadkiem tej czynności była 26-letnia prawnik, Mariel Colon Miro, która mimo swego niewielkiego doświadczenia, występowała też w charakterze obrońcy szefa kartelu Sinaloa, El Chapo! Tematem całkowicie pominiętym w mediach jest to, że wykonawcą swego testamentu Epstein uczynił wieloletniego doradcę naukowego Billa Gatesa, niejakiego Borisa Nikolic, członka Światowego Forum Ekonomicznego i dyrektora Biomatics Capital, który ponoć dowiedziawszy się o tym, wpadł w popłoch, odżegnując się od znajomości ze zmarłym. Sam Gates uparcie zaprzeczał swoim zażyłym kontaktom z Epsteinem, a musiały być one bliskie, jeśli to on, bo doradca to najpewniej zwykły figurant, ma przejąć schedę po zmarłym pedofilu.

WSJ donosi, że Gates miał na początku 2010 r. romans z brydżystką o nazwisku Mila Antonova, co Epstein próbował wykorzystywać przeciwko współzałożycielowi Microsoftu. Gates, zapalony brydżysta, poznał ją na turnieju w 2010 r., kiedy był jeszcze żonaty z Melindą. Antonova szukała później pieniędzy na sfinansowanie start-upu, który miałby być pomocny w nauce gry w Internecie. To właśnie Boris Nikolic przedstawił Antonovą Epsteinowi w 2013 r.. Epstein nie zgodził się sfinansować przedsięwzięcia, ale opłacił brydżystce szkołę dla programistów. W r.2017 Epstein wysłał podobno wiadomość e-mail do Gatesa z prośbą o zwrot kosztów nauki. Miało to miejsce wkrótce po tym, kiedy Gates odrzucił starania Epsteina o uruchomienie dużego funduszu charytatywnego z JPMorgan Chase. 

W ujawnionych dokumentach pojawiają się poza tym nazwiska takich osób, jak Sergey Brin – założyciel Google, Ehud Barak – były premier Izraela, William Burns – dyrektor CIA, Joshua Cooper Ramo – członek Rady Nadzorczej firmy FedEx, Ariane de Rothschild – przewodnicząca Grupy Rothschild, Kathryn Ruemmler – doradca Goldman Sachs, czy słynny filozof i językoznawca Noam Chomsky.

Pojawiły się również dwa nazwiska, które moim zdaniem są w tym zestawieniu kluczowe. To, opisywany przeze mnie w tym roku na łamach Warszawskiej Gazety Peter Thiel – urodzony w niemieckim Frankfurcie bliski przyjaciel Donalda Trumpa, od r. 2019 związany małżeńskim (!) węzłem z niejakim Mattem Danzeisen’em, wiceprezesem powszechnie już dziś znanego funduszu  BlackRock. Druga postać, to Tom Barrack – sojusznik Trumpa, znający się z Epsteinem jeszcze w latach 80.. WSJ informuje, że Epstein próbował odnowić tę znajomość w 2016 r., po tym, gdy Trump zdobył nominację Republikanów. W sierpniu tego roku Epstein umówił się na obiad z Barrackiem, który był wówczas nieformalnym doradcą kampanii Trumpa. Barrack został również zaproszony do kamienicy Epsteina w Upper East Side we wrześniu 2016 r., wraz z rosyjskim ambasadorem przy ONZ Witalijem Czurkinem i reżyserem Woody Allenem. W ten sposób odżywa ponownie temat powiązań Donalda Trumpa z Rosją, co doskonale wpisuje się w narrację przedwyborczą Demokratów, choć do wyborów w USA jeszcze ponad rok.

Nie zawahano się więc, by podać kilka głośnych nazwisk, choć trzeba zauważyć, że niektóre z nich, jak choćby księcia Andrzeja, czy Leona Black – współzałożyciela i byłego prezesa firmy inwestycyjnej Apollo Global Management, od dawna pojawiały się w mediach, kiedy pisano o Epsteinie. 

WSJ pisze także o Cecile de Jongh, byłej Pierwszej Damie amerykańskich Wysp Dziewiczych. Według dokumentów sądowych złożonych przez JPMorgan Chase, w odpowiedzi na pozew cywilny wniesiony przeciwko bankowi przez Wyspy Dziewicze, de Jongh zaczęła pracować dla Epsteina od 2000 r. i kontynuowała ją, gdy jej mąż, John de Jongh, pełnił funkcję gubernatora tego terytorium (od 2007 do 2015 r.). Można w nich przeczytać, że pani de Jongh pomagała w załatwianiu wiz dla niektórych ofiar Epsteina. Nie mamy zatem monopolu na afery wizowe.

Śmierć Epstein’a dla wielu nie jest wcale oczywista. Samobójstwo zakwestionował światowej sławy amerykański patolog, specjalista medycyny sądowej Michael Baden, nawiasem mówiąc – ten sam, któremu odmówiono możliwości badania ciał ofiar katastrofy smoleńskiej. Przez cztery godziny, na wniosek brata zmarłego, uczestniczył w autopsji i przedstawił całkiem sporo wątpliwości dotyczących jej wyników. Z drugiej strony, należy wspomnieć, że poza nim badało go jeszcze dwóch innych patologów i każdy wystawił zupełnie inną diagnozę. Stąd, naturalna stała się tak zwana „spiskowa teoria”, mówiąca o tym, że Epstein uniknął śmierci, a pochowano zupełnie kogoś innego. Biorąc pod uwagę jego koneksje, każda wersja może być prawdopodobna, choć uważam, że po prostu został zamordowany, bo stał się już zbyt wielkim obciążeniem dla wielu osób. Na zakładce do swojej książki umieściłem zdanie, które wypowiedział jeden z przywołanych wyżej „bohaterów” tej opowieści – Noam Chomsky.

„Większość populacji nie rozumie, co się naprawdę dzieje. I nawet nie ma pojęcia, że nie rozumie”.

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

Przedwyborcze otrzeźwienie „władzy”: Kandydat Kowalski: Obca kulturowo dzicz chce zmienić życie Polek i Polaków w koszmar

Przedwyborcze otrzeźwienie „władzy”: Janusz Kowalski dla Frondy: Obca kulturowo dzicz chce zmienić życie Polek i Polaków w koszmar

[Zabawne, że przed wyborami nawet TVP zaczyna mówić ludzkim głosem. Wczoraj, 5 października, to zobaczyłem. Więc i poseł-kandydat chce nagonić ”dających głos” do swojej zagrody. Korzystajmy. Mirosław Dakowski]

obca-kulturowo-dzicz-chce-zmienic-zycie-Polek-i-Polakow-w-koszmar

„To jest dzicz, to jest inwazja, to jest obco kulturowa zgraja, która napada na kobiety i dzieci i nie ma żadnego szacunku dla życia drugiego człowieka. Jest to wreszcie dzicz, która uderza w chrześcijaństwo, w nasz porządek rzymsko-katolicki, w naszą cywilizację i trzeba tę hordę najzwyczajniej w świecie zatrzymać” – powiedział Janusz Kowalski w rozmowie z portalem Fronda.pl, poświęconej nielegalnej migracji.

Mariusz Paszko: Jak Pan Poseł widzi przyjęty wczoraj przez Komisję Europejska tzw. pakt migracyjny?

Janusz Kowalski, poseł Suwerennej Polski, kandydat do Sejmu z listy Prawa i Sprawiedliwości: Jest to oczywista chęć narzucenia Polsce rozwiązań tzw. przymusowej relokacji, które są zawarte w pakcie migracyjnym. Tam stoi napisane wprost, że albo się płaci 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego migranta, albo narzuca się ich przyjmowanie. Szef Donalda Tuska, Manfred Weber i cała Europejska Partia Ludowa wyjątkowo szczerze mówią jednym głosem, że burmistrzowie miast w Niemczech i Austrii zakomunikowali, że brakuje im wolnych mieszkań dla imigrantów z Afryki i Azji i w związku z tym chcą się „podzielić” tymi najeźdźcami z Polską. I na to kategorycznie nie ma zgody!

Suwerenna a wcześniej Solidarna Polska mówi o tych zagrożeniach już od roku 2015.

Proszę zauważyć, że na ten temat należy spojrzeć szerzej. Tych migrantów chciała nam relokować Angela Merkel, która za tym wszystkim stoi. Gdyby więc w roku 2015 wyborów nie wygrało Prawo i Sprawiedliwość i została zrealizowana ta koncepcja, o której mówili Cezary Tomczyk, Ewa Kopacz i Donald Tusk, to byłoby bardzo nieciekawie.

Wszyscy przecież doskonale pamiętamy z jednej strony wypowiedź ówczesnego rzecznika prasowego rządu PO-PSL Cezarego Tomczyka, że ówczesny rząd był przygotowany na każdą ilość uchodźców, których początkowo miało być 12 tysięcy.

Następnie pamiętamy też słowa ówczesnego szefa Rady Europejskiej z nadania Angeli Merkel, a więc Donalda Tuska, który groził polskiemu rządowi sankcjami finansowymi. Gdyby więc wtedy Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało wyborów parlamentarnych, to dzisiaj mielibyśmy dziesiątki, a może nawet setki tysięcy tych migrantów.

Te osiem lat rządów obecnej władzy to przede wszystkim jednak brak zgody i twarde polskie weto, jeżeli chodzi o mechanizm relokacji. Dzisiaj jesteśmy na ostatniej prostej tego działania Parlamentu Europejskiego, ponieważ Niemcy chcą przeforsować takie rozwiązanie, które jest sprzeczne z interesami Polski i zasadą suwerenności państwa polskiego.

Co więcej, Niemcy doskonale wiedzą, że w roku 2024 po wyborach do Parlamentu Europejskiego architektura polityczna będzie tam całkowicie inna. Wygrają partie prawicowe i tę ekipę Manfreda Webera, Fransa Timmeramansa i Ursuli von der Leyen – prorosyjską i pro-migracyjną – po prostu rozliczą.

Czym grożą te rozwiązania przepychane przez Niemcy w Parlamencie Europejskim?

Przede wszystkim tym, że polskie ulice i polskie miasta przestałyby być bezpieczne. Jeśli ktoś włączy telewizor i zobaczy to, co dzisiaj dzieje się w Paryżu, w Dortmundzie, Berlinie, Malmo czy Sztokholmie i wszystkich państwach starej piętnastki Unii Europejskiej, gdzie na naszych oczach polityka migracyjna doprowadziła po prostu do katastrofy.

Kobiety boją się tam po godzinie 18-tej wyjść na ulice czy place zabaw z dziećmi. Boją się, ponieważ są gwałcone, a dzieci stają się często ofiarami napadów i przemocy. Tam grasują hordy – to dzicz, która te kobiety molestuje. Mówię to otwartym tekstem i jeszcze raz podkreślę: To jest dzicz, to jest inwazja, to jest obco kulturowa zgraja, która napada na kobiety i dzieci i nie ma żadnego szacunku dla życia drugiego człowieka. Jest to wreszcie dzicz, która uderza w chrześcijaństwo, w nasz porządek rzymsko-katolicki, w naszą cywilizację i trzeba tę hordę najzwyczajniej w świecie zatrzymać.

Ktoś, kto mówi – jak na przykład Donald Tusk – o biednych ludziach, którzy szukają swojego miejsca na ziemi i dachu nad głową, jest kompletnie nieodpowiedzialny.

Natomiast my wszyscy zdrowo myślący Polacy, bez względu na poglądy polityczne, musimy bronić swoich ulic, miast, rodzin, kobiet i dzieci przed tą agresywną dziczą.

Kto tak naprawdę stoi i za tą migracją, poza Rosją i Niemcami rzecz jasna?

Należy tu jasno wskazać na środowiska liberalno-lewicowe, które od kilkudziesięciu lat hołdują polityce multi-kulti. One uderzają w ten sposób w chrześcijaństwo i chcą doprowadzić do tego, że ich baza społeczno-polityczna będzie szersza, ufając a nawet chyba ślepo wierząc, że wprowadzenie imigrantów zapewni trwałe poparcie dla lewicy – to jest czysty egoistyczny plan polityczny tych wszystkich środowisk, który miałby doprowadzić do trwałej destabilizacji cywilizacji zachodniej w Europie i niestety doprowadza. To co się dzieje dzisiaj we wspomnianych już państwach Unii Europejskiej, pokazuje, że ten plan jest tam niestety realizowany i tylko suwerenność poszczególnych państw w tym przypadku jest jedyną barierą. Stąd właśnie ten wielki napór na Polskę ze strony wszystkich liberalnych sił, które widząc już budzące się narody – w Niemczech, we Francji czy Szwecji – chcą ten projekt za wszelką cenę dopiąć. Należy to pokazać, że we Francji na przykład coraz częściej mówi się o takim jak w Polsce referendum i do tego namawiają tamtejsi konserwatyści, którzy nie zgadzają się z polityką tych liberalnych, zdegenerowanych polityków od lewa do prawa w Unii Europejskiej sprowadzających imigrantów.

To, co dzisiaj w tej sytuacji Polska może zrobić, to dać przykład, jak uratować Europę i tym przykładem będzie głosowanie przeciwko przymusowej relokacji migrantów w referendum już 15 października. Proszę też zauważyć, że na tym przykładzie widać, jaki stosunek do referendum – szczególnie do tego pytania o przymusową relokację – ma Platforma Obywatelka i sam Donald Tusk, który jest wiceprzewodniczącym EPL, a więc zastępcą Manfreda Webera. On przecież namawia do tego, żeby nie głosować i nie brać kart do referendum. Ktoś taki, kto namawia do tego, żeby Polacy nie zabezpieczyli swoich miast, miasteczek i wsi przed nielegalną imigracją, de facto tę imigrację popiera. Innymi słowy, i nie mam co do tego żadnych wątpliwości, gdyby Donald Tusk dzisiaj rządził, to już w pierwszym roku jego rządów po roku 2015 sprowadziłby do Polski co najmniej 100 tys. tych obcych nam kulturowo i groźnych ludzi z Afryki, co odbyłoby się rzecz jasna kosztem polskich rodzin. W efekcie odbierałby też mieszkania komunalne i socjalne, po to tylko, ażeby przypodobać się Niemcom. Sam natomiast – co już raz pokazał – wyjechałby do Brukseli na kolejne dobrze płatne stanowisko. Jestem tego więcej niż pewien.

Pan wiceminister Wąsik zwraca uwagę, że granica polsko-białoruska to obecnie najbardziej strzeżona granica w całej strefie Schengen. Jak w tym kontekście należałoby odnieść się do działań opozycji, która jest za rozebraniem muru chroniącego nas przed agresją przerzucanych przez Rosję i Białoruś migrantów?

Opozycja w tym względzie jest kompletnie nieodpowiedzialna. Zarówno partia Donalda Tuska, jak Szymona Hołowni i Lewica głosowały przeciwko zabezpieczeniu granicy z Białorusią, a więc wszystkie te ugrupowania wpisywały się w scenariusz, który był konsekwentnie realizowany przez białoruskie KGB i Władimira Putina i tego naporu na granicę polsko-białoruską.

Należy tu wyraźnie podkreślić, że partie głosujące przeciwko temu murowi na granicy z Białorusią zbankrutowały. To dobitnie świadczy przecież o tym, że kluczem dla zapewnienia bezpieczeństwa jest przewidywanie zagrożeń. Partie Tuska, Hołowni i Czarzastego głosowały przeciwko zagwarantowaniu Polsce bezpieczeństwa. Jeśli więc nie przewidywały i nie chciały przewidzieć tego zagrożenia, to znaczy, że kompletnie nie nadają się do rządzenia naszym krajem. Nie mam też żadnych wątpliwości, że w tych środowiskach jest bardzo silna chęć rozebrania tego muru pod naporem lewactwa urzędującego w strukturach Unii Europejskiej. Innymi słowy trzeba po prostu pójść do referendum i zagłosować przeciwko planom rozebrania muru na granicy polsko-białoruskiej i głosować przeciwko nielegalnej relokacji migrantów z obcych nam kulturowo regionów.

Uprzejmie dziękuję Panu Posłowi za rozmowę.

Energiewende, Europejski Zielony Ład i Fit for 55, to utopienie setek miliardów euro – w samych Niemczech.

Energiewende, Europejski Zielony Ład i Fit for 55, to utopienie setek miliardów euro w samych Niemczech. Europejski Zielony Ład (2.)

: Jacek Musiał europejski-zielony-lad-2

Energiewende, Europejski Zielony Ład i Fit for 55, zasygnalizowane w części 1. artykułu, to ciąg zdarzeń, którym tylko w samych Niemczech towarzyszyło bezpowrotne utopienie setek miliardów euro, i prawdopodobnie dodatkowe 3 razy tyle w pozostałych krajach UE

Dziś już, z perspektywy czasu, odnosi się wrażenie, jakby Energiewende pisane było pod dyktando Rosji, aby maksymalnie wyśrubować uzależnienie Niemiec od rosyjskiego gazu ziemnego, a już rękami niemieckimi – uzależnić w podobny sposób pozostałe kraje Unii Europejskiej. Nie można odebrać Rosji uznania za długofalową, systematyczną i skuteczną politykę imperialną. 

Pomijając wpływy Rosji, z punktu widzenia Europy program dekarbonizacyjny opiera się na dwóch punktach:

  1. Własne paliwa kopalne na terenie Unii Europejskiej ulegają wyczerpaniu. Nieliczni tylko członkowie UE, jak np. Polska, posiadają własne zasoby paliw, których jednak wydobycie na polskie potrzeby wydaje się być opłacalne tylko na najbliższe 25 lat. 
  2. Dekarbonizacja Europy, rozumiana jako zastępowanie tradycyjnej energetyki węglowej (w tym węglowodorowej) wydaje się koniecznością wynikającą z niedoboru własnych źródeł, lecz nie może się opierać na kłamstwie ekologicznym, że to dwutlenek węgla jest przyczyną globalnego ocieplenia (gdy znane są inne, faktyczne tego przyczyny).

Społeczeństwo europejskie przywykło do wysokiego standardu życia. Jak zostało to przedstawione w artykule „Energia a dobrobyt”, dobrobyt jest ściśle powiązany z wielkością utylizowanej energii. Mieszkańcy Europy już mocno przyzwyczaili się do dobrobytu, a wyczerpanie własnych lub brak zewnętrznych stabilnych źródeł energii to perspektywa jego spadku. Raport Klubu Rzymskiego „Granice Wzrostu” („ Limits to Growth”) z 1972 roku, pomimo odkrycia od tego czasu wielu nowych złóż paliw kopalnych, nie stracił na aktualności. Rosja posiada największe na świecie złoża gazu ziemnego, sięgające 50 bilionów m3. Możliwy był wzajemny wzrost dobrobytu i Europy, a jeszcze bardziej Rosji przez najbliższe 50 lat. 

Na świecie obserwuje się pewien wzrost średniej temperatury, zwany potocznie „globalnym ociepleniem”. Ten wzrost przyczynia się do tego, że dotychczasowe złoża gazu ziemnego przykryte wieczną zmarzliną zaczynają się ulatniać. Jeśli to nastąpi samoistnie – nikt z niego nie skorzysta, ani nikt na nim nie zarobi. 

Zatem gaz ziemny jako źródło energii powinien być wykorzystywany w pierwszej kolejności i to pomimo faktu, że jego spalanie wnosi wyraźnie większy wkład w globalne ocieplenie, aniżeli spalanie węgla. Przypomnijmy: globalne ocieplenie postępuje niezależnie od dwutlenku węgla, zaś zastąpienie węgla innymi sposobami pozyskiwania energii, np. tzw. OZE, może to ocieplenie tylko przyspieszyć, co zostało przedstawione w szeregu artykułów, a wkrótce będzie opublikowane w książce o przyczynach globalnego ocieplenia. 

Wspomniany Raport Klubu Rzymskiego dał asumpt do tendencji wzrostowej światowych cen paliw. Protokół z Kioto z 1997 roku, który narzucił najbardziej rozwiniętym krajom rezygnację z węgla, spowodował zaniżenie ceny węgla na rynkach światowych, z czego najbardziej skorzystały Indie (ojczyzna byłego przewodniczącego IPCC przy ONZ, który szczególnie przyczynił się do forsowania wątpliwej teorii globalnego ocieplenia od dwutlenku węgla), Chińska Republika Ludowa (mająca kiedyś doskonałe układy z Maurice Strongiem, byłym Sekretarzem Generalnym d.s. Środowiska przy ONZ, poprzedniczki IPCC i współzałożycielem giełdy spekulacyjnego handlu świadectwami emisyjnymi CO2) i Rosja

Te trzy potęgi nie realizowały postanowień z Kioto, a dzięki taniemu węglowi i przenoszeniu przemysłu z Europy, Ameryki i Australii, stały się superpotęgami gospodarczymi, dystansując Zachód w zaledwie ćwierć wieku. 

————————————

Czy teoria globalnego ocieplenia od dwutlenku węgla ma poważne podstawy naukowe? To twór tzw. konsensusu polityków, a nie naukowców. Od szeregu lat prawi naukowcy świata zachodniego próbują wołać, że „król jest nagi”. Ich wołanie jednak pozostaje zakrzyczane przez lobbystów i zindoktrynowany tłum. 

Ponad tysiąc naukowców na świecie oprotestowało teorię CO2-centryczną. Na terenie Unii Europejskiej, a szczególnie w nadgorliwej w poprawności politycznej Polsce, ten fakt był jednak praktycznie cenzurowany. W Polsce przez dwadzieścia lat w próżnię trafiały działania profesorów Zbigniewa Jaworowskiego, Bronisława Barchańskiego, Mariana Miłka, Władysława Mielczarskiego, Mirosława Dakowskiego, inżynierów Marka Zadrożniaka, Marka Adamczyka i wielu innych. 

Jacek Musiał