























Agnieszka Wolska @agnieszkawolsk9
Wstrząsające odkrycie węgierskiej policji. W domu jednego z działaczy ANTIFy znaleziono 70 tys. materiałòw z pornografią dziecięcą, w tym sceny gwałtòw i bestialskich tortur na 2, 3 latkach. Wkròtce po rewizji właściciel „zbioru” odebrał sobie życie (?).
Ze strony heimatkurier.at ·39,5 tys. Wyświetlenia

To krótka wiadomość o kolejnych pokazach filmu dokumentalnego o aborcji w Polsce „Miało nie żyć”.
W najbliższy czwartek odbędzie się pokaz w Warszawie – o godzinie 20:00 w Centrum Edukacji Młodzieży „Kuźnia”, ul. Stawki 43 lok. U1.
Serdecznie Pana zapraszam, bo na chwilę obecną nie są planowane kolejne pokazy w Stolicy.

Poza tym przesyłam listę miejsc, gdzie będzie można zobaczyć film w najbliższych tygodniach – proszę kliknąć w link:
https://ratujzycie.pl/pokazy-filmu-mialo-nie-zyc-zobacz-liste-miejsc/.
Warto zachować ten link, bo lista będzie systematycznie uzupełniana.
| Jerzy Karwelis 22 kwietnia dziennikzarazy.pl/22-04-mydlenie-oczu Kiedy Iran zaatakował w niesłusznym odwecie Izrael (jak sami wiemy odwety są słuszne i niesłuszne, bo gdyby tak Iran ubił kilku żydowskich generałów w izraelskiej ambasadzie gdzieś tam na świecie, to odwet Izraela byłby w pełni akceptowany przez tzw. społeczność międzynarodową), a więc kiedy Iran niesłusznie się odwinął na niewinnych jak pustynne łątki Żydów, USA wskazało, że za takie akty to grożą kolejne sankcje nałożone na Iran. I tu się Waszyngton kompletnie wysypał, gdyż, jak wychwycił doktor Szewko, USA zagroziło, że wstrzyma dostawy do Iranu swoich komponentów, by Teheran nie mógł z nich produkować swych dronów, które atakują Izrael. Reductio ad Holokaustum I wyszło szydło z worka (co po angielsku się wykłada, że to kot z niego wyskoczył). Z komunikatu Stanów wyszło bowiem, że do tej pory USA dostarczały takie komponenty Iranowi, choć ten produkował z ich udziałem drony sprzedawane Putinowi, których ten potwór używał na Ukrainie. Wtedy, do zatargu z Iranem, było wszystko w porządku i gdyby nie ten straszny Iran (a właściwie, gdyby nie Żydzi pocelowali w ambasadę w Damaszku), to byśmy się nigdy o tym nie dowiedzieli, że układy scalone „made in USA” fruwają nad Ukrainą i ją demolują z powietrza. Ale też okazało się, że są drony dobre i złe, choć mogą to być te same drony, zrobione przez tego samego producenta, z tych samych komponentów. Wyszło, że jak latają w służbie zimnego ruskiego czekisty to jest ok, zaś jak napadają na dzierżawców Ziemi Świętej, to nie jest ok. Nie wiem jak z tego Stany teraz wyjdą, ale chyba nie trzeba się będzie tłumaczyć, bo komu? Ukraińcom? A kto ich tam słucha… Opinii publicznej? A gdzie tam – ta jest zakneblowana syndromem izraelskim, który powoduje, że jak Naród Wybrany atakuje, to ma powody, zaś jak jest atakowany, to staje się automatycznie niewinną ofiarą w dodatku w oparach dziedzictwa Holokaustu.To uniwersalne jest. Reductio ad holocaustum to zgrany chwyt, na który mogą się nabierać albo zaczadzeni, albo kraje, które wciąż mają kompleks, że w tamtych czasach światowej pogardy zachowały się podle. Ale w Polsce można chyba to zakwestionować. Jak wygląda takie reductio? Proszę bardzo: ostatnio zapytany szef rządu izraelskiego na okoliczność tego, czy rzeczywiście prawdziwe są zdjęcia palestyńskich marketów pełnych jedzenia, kiedy 2 miliony wygnańców z północy Strefy Gazy do Rafalah są na skraju klęski głodu odpowiedział, że chyba minister spraw zagranicznych Niemiec dociekająca tej kwestii nie myśli, że Żydzi są dziś tak jak naziści w II wojnie światowej, kiedy ci pokazywali uładzone obrazki z obozów koncentracyjnych, a wiadomo jak to było naprawdę. I to zamyka wszelkie pytania. Oświęcim i nie ma się z czego tłumaczyć.Zachodnie poczucie winyUważam to za skrajną podłość, mimo tego (a może właśnie dlatego), że nabiera się na to cały świat. A więc weźmy tego byka za rogi. Jak to było z tym Holokaustem? Hitler namordował miliony Żydów, ale to co się działo wokół tego i w czasie tej hekatomby, i potem, to już osobna sprawa. Świat przymykał na to oczy, zaś losy statku St. Louis, czy katastrofa misji Karskiego są tylko probierzem ogólnej tendencji. Świat miał to gdzieś, ginęli inni, w dodatku gdzieś tam na odległych krańcach jakichś dzikich Słowian. Były inne kłopoty rozwiniętych społeczeństw i nie w głowie były jakieś brania się za sprawę w imię humanitarnych przesłanek. Dziś, a jakże, dalejże, że to okropieństwa, zaś nasze milczenie pokrywa się pomstowaniem na tych strasznych nazistów, bo tak naprawdę cóż było robić? Hitler się uparł, ma czołgi i nie podskoczysz. Co prawda trudno wytłumaczyć ochotność wydawania Żydów okupantom, ale tu znajdziemy sobie innych winnych zastępczych – choćby takich Polaków. A z nimi łatwo, bo to na krzywe drzewo każda winna koza wskoczy, zaś sami Polaczkowie dostarczają Zachodowi argumentów własnej winy przepraszając i kręcąc o tym samodemaskacyjne filmy. Ale to tylko „gotowość” do przyjmowania wspólnych oskarżeń, za grzechy przodków przecież. Bo my teraz na Zachodzie to byśmy do tego nie dopuścili, czego najlepszym przykładem były znalezione kiedyś przez mnie oskarżenia Warszawiaków, którzy przecież bezczynnie przypatrywali się jak taki Korczak odprowadza dzieci do gazu, a przecież – jak pomstowała jakaś internautka – trzeba było zrobić jakąś demonstrację, akcję plakatową, wlepki i strajk. Tyle Zachód – wtedy i dziś. I Żydzi nie bez winy Ale Himalaje hipokryzji są i po stronie Żydowskiej. Trudno znaleźć coś bardziej obrzydliwego niż instrumentalne wykorzystywanie tragedii własnego narodu w celach w sumie… powtórki z historii a rebour. To, co teraz Żydzi wyprawiają z Palestyńczykami, to obiekt nie tylko procesów przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, gdzie oskarżane jest o ludobójstwo państwo Izrael, ale i przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, gdzie ma stanąć już premier Izraela Netanjahu oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości.Żydzi w swej narracji używają holkaustycznych argumentów, by nie tyle uzasadnić, ale rozgrzeszyć swe współczesne uczynki. To straszne, kiedy dymy Oświęcimia, rozbuchane taktyczną propagandą, mają przykryć niecne uczynki państwa, które deklaruje otwarty rasizm i wprowadza go w życie. No, to przypomnę. Po pierwsze – czynią to członkowie narodu, którzy – z przyczyn oczywistych – w większości nie są nawet potomkami tych wyrżniętych w Europie. Po prostu – te geny nie zostały przekazane, gdyż rozwiały się na polach „skrwawionych ziem”. Wiem, że to będzie potworne uproszczenie, ale użyję go dla lepszego zrozumienia. Otóż, pomijając diasporę rozrzuconą po świecie, mieliśmy dwa centra – Żydów zachodnich, dobrze wykształconych, umieszczonych w elitach w różnych obszarach, z państwowymi włącznie. To było oczywiste – naród bez ziemi musiał sobie jakoś radzić, wchodził więc w struktury, organizacje, więcej myślał niż się trudził. Ale była też druga, większa diaspora. Środkowo-europejska.Tam były masy żydowskie, które nie przeszły dwóch procesów, które były udziałem ich zachodnich pobratymców. Nie załapali się na benefity rewolucji przemysłowej, gdyż ta w małym tylko stopniu dotknęła Europę Środkowo-Wschodnią i – po drugie – nie zasymilowali się z lokalsami. Pierwsze powodowało, że w swej masie Żydzi wykonywali zawody uzupełniające, poza wyjątkami, nie sublimowali się w elitę dołączoną, stanowili w sumie biedotę, rozsianą bardziej po wioskach niż miastach. Drugą cechą była rzeczona nieasymilowalność. Po pierwsze wskazuje to na dość… tolerancyjne podejście państw goszczących, które nie przykręcały śruby w kierunku izolacji lub wymuszanej asymilacji. Na Zachodzie Żydzi bardziej „rozpuszczali się” w lokalnym żywiole, na Wschodzie nie asymilowali się, nawet nie integrowali, trochę żyli obok, ale w sumie w samoobronnej izolacji. Powodowało to dwie tendencje – zatopieni we własnych społecznościach nie znali lokalnego języka i byli też skupieni wokół ortodoksyjnych form własnej wiary, która stanowiła dla nich wyznacznik jednoczący rozproszoną wspólnotę i nadzieję na jej zjednoczenie. Brak języka był podstawową przyczyną, dla której Żyd podczas okupacji nie miał żadnych szans, bo nawet nie mógł się skomunikować z lokalsem, by ten mu pomógł, o rozmowie z esesmanem już nie mówiąc. Ortodoksja religijna była czynnikiem, który jeszcze przed II wojną światową… zrażał do nich oświecone gremia zachodniej części żydowskiej diaspory. Ci pejsaci, kiwający się pobratymcy byli kłopotliwymi krajanami dla aspirujących zachodnich Żydów. Żeby uświadomić współcześnie żyjącym i rozpolitykowanym Rodakom: Żydzi zachodni myśleli i mówili o tych wschodnich mniej więcej tak samo jak… dzisiejsi platformersi o dzisiejszych pisowcach: w sumie ten sam naród, ale wstyd na cały świat. Mydło I teraz druga zawrotka. I ci, którzy przed wojną tak pogardzali swymi pejsatymi krajanami, jak się zmieniły obroty światowe, wzięli tych wyklętych na sztandary swych roszczeń. Niezły numer, co? To tak, jakby w ramach własnych korzyści, peowcy powoływaliby się na martyrologię pisowców. Dowód? Proszę. Gdy dumny Izrael dostał od społeczności międzynarodowej prawo do państwowości przez pierwszy okres nazywał niedobitków z Europy Środkowo-Wschodniej, osiedlających się w nowej ojczyźnie mianem „sabon”. Sabon, to znaczy – mydło. Żydzi, ci którzy zjechali z całego świata, a Holokaustu nie przeżyli, z przyczyn oczywistych (bo by nie przyjechali z powodu tego, że by nie żyli), byli na tyle bezczelni, że uważali tych niedorżniętych za wstyd narodowy. Żyd powinien walczyć, a tu się poddał. Ten wstyd za krajanów osadzony był na potwornej ignorancji, bo tylko ci co przeżyli nie wiedzą czemu poddano tych, którzy nie przeżyli. Ci mieli usta pełne piachu dołów kościotrupów i nie mogli nic powiedzieć na swoją obronę, że szli pokornie na rzeź. I tak samo szliby ci, którzy wyzywali ich od mydła. Ta narracja zmienia się w okolicach procesu Eichmanna. Izrael triumfuje, porywa zbrodniarza na drugim końcu świata, sprowadza do siebie i osądza. To jest przełom, jednak od mydlenia Żydów ocalałych z Holokaustu mija sporo lat, bo mamy rok 1961.I teraz następuje fenomenalny fikołek. „Sabony” stają się bohaterami narodowymi. Każdy ślad, wspomnienie, pamiętnik, dziadek-babcia stają się świętością. I z tym przekazem Izrael wchodzi na salony. Do tej pory to był jakiś kraik nie wiadomo gdzie, jakaś tam terytorialna rekompensata za grzeszki Zachodu, łatwa i tania, zwłaszcza, że na koszt Palestyńczyków. Wcześniejszy wstyd narodowy staje się nie tylko dumą, ale i podstawą „Przedsiębiorstwa Holokaust”. Staje się też podstawą narracji dyplomatycznej Izraela, która coraz częściej zaczyna być używana do uniwersalnego uzasadniania, a właściwie rozgrzeszania, wszelkich poczynań Izraela. I tak to jedzie do dziś, z tym, że mamy do czynienia z dawkami rosnącymi. Izrael coraz więcej broi i jednocześnie coraz więcej oskarża za przewiny wobec przodków, których i w czasach zagłady, i jak widać teraz – traktował i traktuje instrumentalnie. Niedobra o tym mówić? Jestem zdegustowany, że takie rozważania, jak te moje tutaj, łapią się na antysemityzm. Mechanizm takiej dystrybucji jest dwojaki. To, że Żydzi używają tego argumentu to ich mentalne prawo, jednak należy brać każdorazowo po uwagę wyliczone wyżej okoliczności. Każdy naród ma swój sposób walki o swoją reputację. Szkoda, że nasz wybrał samobójczą drogę samobiczowania za głównie nie swoje winy i powiela to pedagogiką wstydu. Niech sobie Żydzi robią z własnym image co chcą. Chodzi o tych działań percepcję. Wiem, że większość z czytających ten tekst podziela moje poglądy, ale akurat w „tym temacie” następuje jakieś odrętwienie. Racja racją, ale „niedobra o tym mówić”. Tak? A więc mamy jakieś święte krowy, które dbają o to, by ich wcale nie świętość była omijana łukiem, w co najmniej w milczeniu, jeśli już nie taktycznym uwielbieniu? Dlaczego? Bo obejmie nas wdrażany i importowany ostracyzm? Znam wielu Żydów. Jednych lubię, drugich – nie. Tak samo jak mam z Amerykanami, Niemcami czy Rosjanami. I nie ma to nic wspólnego z pochodzeniem. Po prostu jak z każdym człowiekiem i narodem – zdarzają się różni po drodze i nie ma czegoś takiego jak zbiorowa odpowiedzialność, choć pewne wyznaczniki wspólnoty mentalu może i istnieją. A może i nie? No, bo jak się posłucha takiego np. pisowca i zaraz potem pełowca, to człowiek ma duże wątpliwości czy należą do tego samego narodu, nawet wspólnoty. Pewnie tak samo jest i z Żydami – co chatka, to zagadka. Ale – moim zdaniem – państwo im się nie bardzo udało. Jeśli domaga się szacunku na fałszywym kredycie z przeszłości, jeśli świeci w oczy wszystkim ofiarami, nad którymi albo przechodziło się wcześniej do porządku, albo wyśmiewano, to jest to słabe. A jeśli to ma uzasadnić obecne ludobójstwo to jest to słabe do kwadratu. W dodatku sami Żydzi się na to godzą, że każde zakwestionowanie działań, choćby znienawidzonego przez wielu Żydów rządu, to plucie na piece Oświęcimia, że każdy sprzeciw wobec choćby najbardziej będącego w błędzie Żyda, to poplecznictwo piekłoszczyka Hitlera. Ja się na to nie godzę i będę o Żydach, i o Izraelu mówił i sądził, jak o każdym innym narodzie. Wedle zasług i przewin.I to jest może najlepsza propozycja dla tego narodu i kraju. Normalność. Bo za bycie Narodem Wybranym w końcu płacił zawsze ten, co miał takie uroszczenia. Dziś za nie płaci coraz więcej innych, niewybranych narodów. Życzę więc sobie i wszystkim… normalności. |
USA: CDC potwierdza, że od czasu „zatwierdzenia” szczepionki na Covid-19 doszło do ponad 1 miliona dodatkowych zgonów wśród osób starszych
21 KWIETNIA 2024 r. expose/1m-exccess-deaths-elderly-usa-covid-vaccines
Szokujące statystyki, niezauważalnie, prawie potajemnie opublikowane przez amerykańskie Centra Kontroli Chorób (CDC), ujawniają, że od czasu, gdy Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) wydała zezwolenie na użycie w sytuacjach nadzwyczajnych (EUA) [Emergency Use Authorisation szczepionki wirusa Covid, odnotowano ponad milion dodatkowych zgonów wśród osób w wieku 65 lat i starszych.
W dniu 11 grudnia 2020 r. FDA wydała zezwolenie na użycie pod kontrolą (EUA) Emergency Use Authorisation szczepionki Pfizer-BioNTech przeciwko Covid-19, co czyni ją pierwszą szczepionką na Covid-19, która otrzymała takie zezwolenie w Stanach Zjednoczonych.
Następnie szczepionka Moderna Covid-19 otrzymała EUA 18 grudnia 2020 r., a szczepionka Janssen (Johnson & Johnson) Covid-19 otrzymała EUA 27 lutego 2021 r.
W pierwszej kolejności zaproponowano szczepionkę na Covid-19 osobom starszym, a liczba odnotowanych dodatkowych zgonów była zdumiewająca. W ciągu pierwszych 20 tygodni 2021 r. odnotowano 150 085 dodatkowych zgonów wśród osób w wieku powyżej 65 lat w porównaniu ze średnią z pięciu lat od 2015 do 2019 r.

Następnie od 21. do 40. tygodnia 2021 r. odnotowano zdumiewającą liczbę 165 387 dodatkowych zgonów wśród osób w wieku 65 lat i starszych. Spowodowało to, że łączna nadwyżka zgonów od 1. do 40. tygodnia 2021 r. wyniosła 315 472 wśród osób, które z największym prawdopodobieństwem otrzymały szczepionkę „przeciwko Covid-19”.

W pozostałej części 2021 r. odnotowano 133 268 dodatkowych zgonów. Zwiększenie całkowitej nadwyżki zgonów w ciągu roku wśród osób powyżej 65. roku życia do 448 740.

Oznacza to, że w okresie, w którym spodziewano się radykalnego ograniczenia nadmiernej liczby zgonów, w związku z podaniem pozornie bezpiecznej i skutecznej szczepionki w celu powstrzymania fali zgonów rzekomo spowodowanych śmiercionośną chorobą, zmarło prawie pół miliona więcej osób w wieku 65 lat i więcej, niż oczekiwano.
Rok 2022 poprawił nieznacznie te dane, ale nadal odnotował szokującą liczbę nadmiernych zgonów – 371 466 odnotowano wśród osób w wieku powyżej 65 lat.

W 2023 r. odnotowano 257 415 dodatkowych zgonów wśród osób w wieku 65 lat i starszych, przy czym najnowsze dane opublikowane przez CDC potwierdzają, że jedynie w pierwszym tygodniu 2024 r. odnotowano 5482 nadmierne zgonów.

Oznacza to, że ogółem odnotowano 1 069 943 dodatkowych zgonów wśród osób w wieku powyżej 65 lat od chwili, gdy po raz pierwszy zaproponowano im szczepionkę przeciwko Covid-19 do 1. tygodnia 2024 r.
To szokująca liczba nadmiernych zgonów w porównaniu ze średnią pięcioletnią w latach 2015–2019. Szczepionki na Covid-19 miały zmniejszyć liczbę zgonów, a nie ją zwiększyć.

Zdumiewająca liczba dodatkowych zgonów, sięgająca ponad miliona w ciągu trzech lat, to więcej niż wystarczający dowód na to, że szczepionki przeciwko Covid-19 są dalekie od bezpieczeństwa i skuteczności. Publikowane po cichu dane dowodzą, że te szczepionki są niezwykle niebezpieczne.
W USA osobom w wieku powyżej 65 lat zaproponowano kilka szczepionek przeciwko Covid-19 w ramach zezwolenia na użycie pod kontrolą (EUA) Emergency Use Authorisation
Początkowo szczepionki te były przeznaczone przede wszystkim dla osób starszych, między innymi ze względu na rzekome wyższe ryzyko ciężkiej choroby wywołanej przez „COVID-19”.
Z biegiem czasu zalecono także dawki przypominające, ponieważ zastrzyki wyraźnie nie działały. Gdyby były skuteczne, czy odnotowano by ponad milion dodatkowych zgonów wśród osób, które otrzymały więcej zastrzyków niż jakakolwiek inna grupa wiekowa?
Dr Ignacy Nowopolski Apr 22, 2024 dr-ignacy-nowopolski
Ukraina, która w momencie rozpadu ZSRR liczyła 52 miliony mieszkańców i była najbardziej uprzemysłowiona ze wszystkich sowieckich republik, oraz dzięki czarnoziemowi, stanowiła zagłębie agrarne dla Sowietów, posiadała wszelkie atrybuty do szybkiego rozwoju, przynajmniej na poziomie państewek bałtyckich.
Niestety, banderowska Ukraina, która powstała po zorganizowanej przez CIA „kolorowej rewolucji” w 2014 roku, ogarnięta nienawiścią do wszystkiego co nie banderowskie, tak długo atakowała na Donbasie Rosję, że doczekała się militarnej interwencji z jej strony.
Wbrew nieustannej propagandzie medialnej Zachodu, sławiącej „bohaterskich Ukraińców” i militarną wyższość sprzętu NATO nad rosyjskim, wojna proxy kończy się dla Ukrainy całkowitą katastrofą. Według szacunkowych danych, na Ukrainie pozostało nie więcej niż 20 milionów mieszkańców. Większość z nich to kobiety, starcy, inwalidzi fizyczni i/lub mentalni. Infrastruktura i przemysł zostały ostatecznie skasowane przez rosyjskie siły powietrzne, a sam sztuczny twór państwowy, jakim jest Ukraina, nadaje się już tylko do kasacji.
Pomimo sprawiedliwości dziejowej jaką przechodzi obecnie to państwo i społeczeństwo, trudno nie zauważyć straszliwej katastrofy jaką przeżywają i przeżywać będą nadal jej mieszkańcy i uchodźcy w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej.
Truizmem jest stwierdzenie, że „humanitarnego” Zachodu nic nie obchodzą rezultaty wepchnięcia banderowszczyzny w konflikt z Rosją. Jedyne co go interesuje jest osłabienie lub zniszczenie FR, tak by cudzymi rękami utrzymać swą światową hegemonię.
Upadek Ukrainy stanowi poważny problem dla Zachodu, gdyż zmusza USA i UE do ekspresowego zastępstwa banderowców kolejnym przysłowiowym frajerem.
III RP od dawna stanowi głównego kandydata to tej „zaszczytnej funkcji”.
Problem tkwi jednak w tym, że FR nie daje się nabrać na kolejne zachodnie prowokacje i nieustanne werbalne ataki, a nawet akcje kinetyczne, jak zniszczenie miejskiego centrum koncertowego w Moskwie, które spowodowało śmierć ponad 160 osób.
Z tego też powodu propagandziści zachodni ukuli nowy wojskowy termin dla WP, a mianowicie „obronny atak”. Zakładając, że Rosja i Białoruś nie dadzą się sprowokować do agresji, trzeba będzie wydać „polskim władzom” pod egidą gauleitera Tuska i jego „euroentuzjastycznej” kliki, polecenie militarnego ataku „obronnego” na Rosję lub Białoruś.
W tym celu należy „przeszkolić” polskojęzyczne społeczeństwo w zakresie nowej globalistycznej logiki, w której jedno zdanie zawiera dwie wzajemnie wykluczające się informacje!
[Chcęcego losy prowadzą, opornego ciągną siłą ]
Corrispondenza Romana 17 kwietnia 2024 r
Podczas gdy rakiety i drony przemierzają niebo od Morza Czarnego po Morze Śródziemne, zachodnie dyplomacje wydają się skupiać na jak największym opóźnieniu powszechnej pożogi, która według wszystkich jest nieunikniona. Jednym z powodów tego pesymizmu jest widoczny brak dalszego działania w obliczu coraz trudniejszych do rozwiązania problemów międzynarodowych, takich jak te na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie.
Tylko aksjologiczny pogląd na politykę mógłby rzucić przebłysk światła, ale dziś każde państwo, każda koalicja przypisuje sobie kategorie Carla Schmitta, zgodnie z którymi to ci, którzy kierują losami narodów, decydują od czasu do czasu, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Tradycyjnemu porządkowi społecznemu, opartemu na augustianskim „spokoju w porządku” (De Civitate Dei, lib. 19, ok. 12, 1), Schmitt przeciwstawia jako normę polityki zasadę nieporządku, opartą na teorii Hobbesa homo homini toczeń.
Jednak w dobie międzynarodowego chaosu niczego nie można przewidzieć i obliczyć z całą pewnością, a polityka zamienia się w grę losową, której jedyną zasadą jest to, co nieuchwytne. Prawdopodobnie ani Rosja nie obliczyła dobrze ryzyka inwazji na Ukrainę, ani Hamas konsekwencji ataku z 7 października. Proces kolejnych zdarzeń jest obarczony niepewnością i przypadkowością.
Z tej perspektywy dyskusja o odpowiedzialności za wydarzenia jest sama w sobie jałowa, bo nikt od początku nie chciał, aby sprawy potoczyły się tak katastrofalnie. Po erze spisków, w której można było wszystko uporządkować, nadeszła era permanentnego chaosu. Słowa Seneki „ ducunt fata volentem, nolentem trahunt ” („Los prowadzi tego, kto chce, aby go prowadzono, ciągnie tego, kto nie chce”, Listy do Luciliusa, 107, 11, 5) odnoszą się do sytuacji, w której świat, który odwraca swój los nie zwracając się ku Bogu, jedynemu Panu historii, zostaje poddany nieubłaganemu prawu losu, nad którym nie panuje.
Należy zatem przenieść spojrzenie z punktu początkowego na możliwy punkt końcowy wydarzeń.
Jeśli chodzi o Bliski Wschód, przeciąganie liny Teheran–Tel Awiw ma dwa możliwe zakończenia: upadek irańskiego reżimu lub unicestwienie państwa Izrael. W pierwszym przypadku niebezpieczeństwo interwencji nuklearnej Iranu zostałoby zażegnane, a Izrael mógłby powrócić na ścieżkę „Porozumień Abrahamowych”, które zostały zerwane po ataku z 7 października, w celu budowania stosunków pokojowych z niektórymi krajami arabskimi. W drugim przypadku zniknięcie Państwa Izrael byłoby postrzegane przez islamską ummę jako symbol upadku Zachodu i początku muzułmańskiego podboju Europy. Ziemie należące do islamu, od Sycylii po Andaluzję, zostaną więc zajęte, a ideologiczny i demograficzny projekt Eurabii stanie się rzeczywistością.
Co mogłoby się wydarzyć jednocześnie na Ukrainie? Tutaj znowu mamy do czynienia z dwoma możliwymi obrazami. W pierwszym przypadku zwycięzca nadchodzących wyborów w USA – czy to Biden, czy Trump – w dalszym ciągu zapewnia Ukrainie broń do walki, pozwalając Zełenskiemu stawić opór Putinowi i – w oparciu o tę równowagę sił – szukać akceptowalnych negocjacji.
W drugim przypadku natomiast Stany Zjednoczone i Europa pozostawiają Kijów własnemu losowi, armia rosyjska wkracza pod Lwów, Ukraina ponownie staje się częścią Imperium Rosyjskiego, a zwycięstwo skłania Putina do rozszerzenia swojego ekspansjonistycznego projektu na terytorium krajach będących częścią rozwiązanego Związku Radzieckiego i nałożeniu swojego protektoratu na państwa z nimi graniczące. [Sądzę, że Putinowi wystarczy wschodnia, uprzemysłowiona część obecnej Ukrainy. md]
W obu przypadkach porzucenie Izraela i Ukrainy oznaczałoby upadek Zachodu. Europa Południowa wpadłaby pod jarzmo islamu na warunkach dhimmitude, a Europa Wschodnia, aż po Bałkany, stałaby się wasalami Moskwy. Ponieważ jednak między Rosją a światem islamskim panuje od wieków wrogość, nie można wykluczyć, że Europa może w tym przypadku stać się krainą konfrontacji między obydwoma imperializmami, jak to miało miejsce, gdy w XVI w. Francja i Hiszpania walczyły o zajęcie Półwyspu Apenińskiego.
W sytuacji, w której zdecydowana będzie postawa Stanów Zjednoczonych, najmądrzejszą rzeczą, jaką może zrobić Europa, to się zbroić, nawet za cenę obniżenia poziomu życia w wyniku tego wyboru. Ale czy Europejczycy będą chcieli to zrobić, czy też będą woleli bez końca spierać się o brak zasobów ekonomicznych i trudność podjęcia kroków prawnych wymaganych do prowadzenia wojny? Do uzbrojenia potrzebny jest duch walki, który na przestrzeni wieków uczynił Europę wielką i który wywodzi się z nauczania Ewangelii, że Chrystus przyszedł, aby przynieść nie pokój, ale miecz (Mt 10:34-35; Łk 12:51-). 53). Dziś jednak o pokój zabiega się za wszelką cenę, a dawne hasło „lepiej czerwone niż martwe” zastąpiono hasłem „lepsza uległość niż wojna”.
Papież Franciszek nieustannie apeluje o pokój, podobnie jak jego poprzednicy w przededniu dwóch wielkich konfliktów światowych XX wieku. Jednak papieże XX wieku jako przyczynę wojny upatrywali porzucenia prawa Bożego w życiu międzynarodowym i jako jedyny warunek ustanowienia prawdziwego pokoju wskazywali powrót do prawa naturalnego i wiary Chrystusowej.
Pokoju z pewnością nie zapewni tak zwany „porządek liberalny”. Marzenie o budowie cywilizacji na zasadach Oświecenia i Rewolucji Francuskiej poniosło fiasko. Z pewnością nie w imię tych wartości Zachód może się łudzić, że jest w stanie przeciwstawić się atakującemu go wrogowi. Jeszcze bardziej iluzoryczne jest jednak wyobrażanie sobie, że można znaleźć kompromis ze światem islamskim, który nas atakuje, lub myślenie, że bastionem chroniącym przed chaosem może być Putinowska Rosja.
To prawda: ani w krajach islamskich, ani w Rosji nie ma miejsca na małżeństwa homoseksualne ani na teorię gender, ale nie ma też w nich miejsca na szerzenie wiary katolickiej. Z kolei na Zachodzie dyktatura relatywizmu prześladuje chrześcijan, ale młodzi ludzie wracają do Boga, zapełniając kościoły i zapełniając seminaria, gdy[i gdzie md] religia katolicka jest oferowana według tradycyjnej doktryny i liturgii. To odrodzenie jest wykluczone zarówno w kraju islamu, gdzie świadectwo chrześcijańskie jest karane śmiercią, jak i w prawosławnej Rosji, gdzie prawa zabraniają katolikom apostolatu. Na skorumpowanym Zachodzie nadal istnieje wolność i powrót do cywilizacji, która z Bożą pomocą uczyniła Europę wielką, jest nadal możliwy.
Niech nie będzie złudzeń. Hazard aktorów na wielkiej scenie jest zgubny, a apele o bezwarunkowy pokój nie zagłuszą huku broni. Ogień można ugasić jedynie miłością do cywilizacji chrześcijańskiej, gotowej do najwyższego poświęcenia.
[A apel Matki Boga o poświęcenie Rosji ciągle nie został spełniony. MD]
Właśnie doszło do potężnego wybuchu. Poinformowały o tym zagraniczne media. Z kolei władze palestyńskie podały , że siły izraelskie zabiły 14 Palestyńczyków podczas nalotu na okupowany Zachodni Brzeg w weekend, a kierowca ambulansu zginął, gdy jechał po rannych po oddzielnym ataku brutalnych osadników żydowskich.
Siły izraelskie rozpoczęły długotrwały nalot w piątek wczesnym rankiem w rejonie Nur Shams, w pobliżu palestyńskiego miasta Tulkarm, będącego punktem zapalnym, i do soboty nadal prowadziły wymianę ognia z uzbrojonymi bojownikami. Zgromadziły się izraelskie pojazdy wojskowe i słychać było serię strzałów, a co najmniej trzy drony unosiły się nad Nur Shams, obszarem, w którym przebywali uchodźcy i ich potomkowie podczas wojny w 1948 r., która towarzyszyła powstaniu państwa Izrael.
Zachodni Brzeg, obszar w kształcie nerki, długi na około 100 kilometrów i szeroki na 50 kilometrów, znajduje się w centrum konfliktu izraelsko-palestyńskiego od czasu zajęcia go przez Izrael podczas wojny na Bliskim Wschodzie w 1967 roku.
Przypomnijmy, że pd początku wojny w Gazie tysiące Palestyńczyków zostało aresztowanych, a setki zabitych podczas regularnych operacji izraelskiej armii i policji, większość członków grup zbrojnych, ale także rzucająca kamieniami młodzież i niezaangażowana ludność cywilna.
Autor: AlterCabrio , 21 kwietnia 2024
Mamy zatem do czynienia z dwiema wyraźnie rozdzielonymi osobowościami – idyllicznym „Filozofem Klausem” przekazującym inteligencji frazesy interesariuszy oraz zdeprawowanym „Architektem Klausem” budującym brutalistyczne więzienie biometryczne pod pretekstem inkluzji. Albo rozpoznamy w nich dwie twarze tego samego aspirującego do rządzenia światem tyrana, albo poddamy się jego manipulatorskiej grze opartej na metodzie dziel i rządź.
−∗−
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
−∗−
Krótki i prosty przewodnik dla tych, którzy wciąż nie chcą zrozumieć.
Tak zwany „Wielki Reset”, którego orędownikiem jest Klaus Schwab i Światowe Forum Ekonomiczne, to nikczemny plan zamaskowany retoryką ekologii i sprawiedliwości społecznej. Nie dajcie się zwieść łagodnej fasadzie – jest to zuchwałe przejęcie władzy przez światowe elity w celu przekształcenia świata w ich technokratyczną wizję.
Pożyteczni idioci wśród liberalnej inteligencji mogą kupować humanitarną postawę Schwaba, ale racjonalni myśliciele postrzegają go jako megalomańskiego złoczyńcę, jakim jest. Wspierany przez instytucje takie jak MFW – który sam w sobie jest narzędziem zachodniej imperialistycznej grabieży – WEF opowiada się za ponownym wynalezieniem kapitalizmu, w którym nie będziesz posiadać niczego i będziesz szczęśliwy”… pod ich totalitarną kontrolą.
Schwab cynicznie ostrzega przed pandemiami i zagrożeniami cybernetycznymi, siejąc strach, aby usprawiedliwiać drakońską politykę. Ale on nie jest Nostradamusem – jest w zmowie z tymi samymi istotami, które wywołują te kryzysy! Jego „przepowiednie” to słabo zawoalowane groźby ze strony terrorysty trzymającego świat jako zakładnika w ramach obłąkanego utopijnego eksperymentu.
„Zielona” fasada programu Schwaba to wyraźna farsa, biorąc pod uwagę służbę WEF na rzecz drapieżnych korporacji i zachodniej hegemonii. Pożyteczni idioci, od grup ekologicznych po partie socjaldemokratyczne, wspierają tego konia trojańskiego, łudząc się, że utożsamia on postępowe ideały, a nie regresywny neofeudalny koszmar.
Zmiana przez Światowe Forum Ekonomiczne nazwy „kapitalizmu akcjonariuszy” na „kapitalizm interesariuszy” jest dwulicowym chwytem mającym na celu zamaskowanie ich nikczemnej agendy technokratycznego zniewolenia. Te globalistyczne żmije propagują „społeczną odpowiedzialność biznesu” jako postępowe panaceum, ale jest to regresywne zejście w neofeudalną pańszczyznę.
Pojęcie życzliwego kapitalizmu „interesariuszy” jest po prostu odgrzewaną ideologią wyjętą z faszystowskich, korporacyjnych marzeń sprzed stu lat. Nie dajcie się zwieść nowej etykiecie [branding] – to ten sam stary szwindel polegający na przekonaniu, że oddanie władzy prywatnemu kapitałowi leży w interesie społeczeństwa. Mit „wspólnego dobrobytu” Henry’ego Forda był przedwczesną próbą tego zwodniczego kłamstwa.
Następnie neoliberalni naśladowcy Reagana-Thatcher zrezygnowali z tej farsy, już bez ogródek stawiając zysk ponad człowieka w ramach rakotwórczej doktryny „prymatu akcjonariuszy” Friedmana. Teraz ponadnarodowa oligarchia WEF po prostu powraca do pierwotnej linii partyjnej mówiącej o korporacjach podnoszących na duchu masy w drodze do cementowania globalnej hegemonii.
Ale brutalna rzeczywistość jest taka, że retoryka „kapitalizmu 2.0” po prostu maskuje przyspieszenie w stronę postmodernistycznego feudalizmu. Wielkie masy staną się naddatkiem podklasy, poddanymi elity technologicznej praktykującej niekontrolowany rentierski korporacjonizm i nadzór nad populacją.
Ci złośliwi inżynierowie społeczni tak naprawdę nie ewoluują w kierunku „społeczeństwa interesariuszy” – to nowomowa kamuflująca ich figuranta dla totalitarnej technokracji. Pożyteczni idioci ze środowiska akademickiego mogą poprzeć tego konia trojańskiego, łudząc się, że wzmocni on siłę roboczą, ale zorganizowani robotnicy zostaną bezlitośnie zmiażdżeni, jak wszystkie przeszkody na drodze do supremacji elit.
Nie daj się nabrać na świętowanie własnego pozbawienia praw obywatelskich! Ten „Wielki Reset” nie jest aksamitną rewolucją, ale brutalną korporacyjną kontrrewolucją mającą na celu zapobiegawczą likwidację resztek demokracji, samostanowienia i godności ludzkiej, zanim uśpione masy przebudzą się. Lord Acton ostrzegał, że władza korumpuje, a ekipa WEF to nie postępowi prorocy, ale żarłoczni drapieżnicy upojeni megalomanią.
Otrząśnij się z tej usypiającej propagandy i stanowczo sprzeciwiaj się temu Wielkiemu Oszustwu wszelkimi niezbędnymi środkami! Przyszłość waszych dzieci zależy od przeciwstawienia się orwellowskiej „zrównoważonej” dystopii WEF i odzyskania prawdziwej ekonomicznej i politycznej emancypacji od tych pasożytniczych alchemików społecznych. To walka na śmierć i życie pomiędzy wolnością a unowocześnioną odmianą ekofaszystowskiego feudalizmu. Którą ścieżkę wybierzesz?
Dwulicowość Klausa Schwaba i jego Światowego Forum Ekonomicznego nie zna granic. Za cukierkową retoryką na temat walki z biedą kryje się prawdziwie złośliwy program – ugruntowanie redystrybucji bogactwa w górę wśród globalistycznej oligarchii i jej kapitalistycznych władców.
Nie dajcie się zwieść orwellowskiej grze półsłówek WEF polegającej na przemianowaniu wyzysku na „inkluzję” i masowej prywatyzacji na „wzrost gospodarczy”. Ich szczyty poświęcone ograniczaniu globalnego ubóstwa to zwykłe widowisko zapewniające postępową przykrywkę dla dyktatów MFW dotyczących oszczędności, które wyniszczają świat rozwijający się.
Każdy kraj odchodzący od neoliberalnych dyktatów i ośmielający się stawiać swoich obywateli ponad drapieżnymi finansistami, jest potępiany jako „skorumpowany” i poddany destabilizacji.
Syreni śpiew WEF o „przejrzystości” to kod pozbawiania narodów suwerenności w celu ułatwienia kapitalistycznej grabieży zasobów i pracy na rzecz ponadnarodowego oligopolu.
W swoim cynicznym kostiumie zatroskanego humanitaryzmu te żmije nawiązują nawet do dystopijnych fikcji, takich jak „Opowieść podręcznej” [“The Handmaid’s Tale”] – nie jako straszne ostrzeżenie, ale beta test dla koszmarnej przyszłości, którą konstruują! „Rozwiązanie” uwięzione w ciężkich, opasłych tomach autorstwa Schwaba jest ohydną zapowiedzią transhumanistycznej technokracji Wielkiego Resetu.
Ścieżka „kapitalizmu interesariuszy” i „inkluzywności”, którą zachwalają, jest prostą drogą do masowej jednorazowości i automatyzacji nadwyżek niższej klasy.
Opowiadając się za „odbudową” po covid-19, ślinią się na myśl o ujarzmianiu ludzkości w formie kodów węglowych [„śladów” md] w ramach sztuczki neofeudalnego naukowca mającego na celu określenie, komu oszczędzi się ich ekofaszystowskiego uboju.
Dość zawrotnych kłamstw WEF i przemianowanych tyranii! Dostrzegamy prawdziwe oblicze kapitalizmu interesariuszy w chińskim systemie kredytu społecznego opartym na sztucznej inteligencji – najnowocześniejszym mechanizmie niewoli zaawansowanych technologii opracowanym przez korporacyjny zespół ekspertów Schwaba. Zrównoważony rozwój to po prostu eufemizm oznaczający racjonowanie i niedostatek pod dyktatorskim nadzorem.
To ostateczny plan działania w kierunku biotechnologicznej rewitalizacji despotyzmu, w którym masy istnieją jedynie jako utylitarny wkład, który można eksplorować i optymalizować lub ignorować jako przestarzały odpad węglowy. Musimy całkowicie odrzucić i pohańbić tę mizantropijną wizję, zanim nasze dzieci zostaną nieodwołalnie zapisane jako aktywa w odczłowieczonych bilansach technokratów.
Prawdziwa natura Klausa Schwaba to ideologiczny doktor Mengele – psycho-inżynier wykorzystujący traumę jako broń, aby zmienić sposób postrzegania rzeczywistości przez ludzkość. Podobnie jak fikcyjny doktor Naehring z Wyspy Tajemnic [Shutter Island], Schwab jest mistrzem wykorzystywania kryzysu i strachu jako „leczenia”, aby ogłupić masy by zaakceptowały własne zniewolenie.
Pod złośliwym przewodnictwem Schwaba Światowe Forum Ekonomiczne odwróciło rzeczywistość poprzez podstępny program manipulacji i odwracania uwagi. Zbrodnie i niedostatki narzucane ludziom przez klasy rządzące są przedstawiane jako rany, które sami sobie zadaliśmy, i które mogą uleczyć jedynie bardziej autorytarne „środki naprawcze”. Opór przekształca się w dysfunkcję społeczną wymagającą kary.
Zawodowi oszuści z WEF tak naprawdę nie muszą zajmować się skargami opinii publicznej – polegają na osądzie środowisk akademickich, aby zsyntetyzować iluzję troski, jednocześnie utrwalając opresyjny paradygmat. To teatr pluralizmu, oszałamiający taniec demagogicznego dwójmyślenia stwarzającego pozory reformy, jednocześnie stopniowo przyspieszający w kierunku neofeudalnych skrajności.
Ta technokratyczna oligarchia zapożycza estetykę i slogany dotyczące sprawiedliwości społecznej, podczas gdy jej polityka brutalnie miażdży, przewrotnie wykorzystując sprawiedliwość jako pałkę na drodze do wymuszenia uległości. W przeciwieństwie do dawnych faszystów, ci postmodernistyczni tyrani stronią od nacjonalistycznej prawicy i zamiast tego wykorzystują lewicową politykę tożsamości, aby dzielić i rozbrajać opozycję.
To wyjaśnia wywrócenie partii Zielonych i socjaldemokratów w ramach Wielkiego Resetu do roli pożytecznych idiotów wdrażających regresywny program bezpieczeństwa biologicznego. Jest to przewidywalne i racjonalne – te polityczne mody zachowują na tyle popularność ulicy, że można je wykorzystać jako wstępną przykrywkę dla rosnącego biorewolucyjnego despotyzmu Schwaba.
Nawet niektóre partie centroprawicowe sumiennie się dopasowują, dawno porzuciwszy populizm by rozkoszować się łupami korporacjonizmu w ramach publiczno-prywatnej „synergii” WEF – rzeczywistości nie do odróżnienia od korporacyjnego etatyzmu faszyzmów XX wieku. Jedyną różnicą są oszukańcze szaty humanitarnego progresywizmu, używane przez nowych totalitarystów jako retoryczny kamuflaż.
Mamy zatem do czynienia z dwiema wyraźnie rozdzielonymi osobowościami – idyllicznym „Filozofem Klausem” przekazującym inteligencji frazesy interesariuszy oraz zdeprawowanym „Architektem Klausem” budującym brutalistyczne więzienie biometryczne pod pretekstem inkluzji. Albo rozpoznamy w nich dwie twarze tego samego aspirującego do rządzenia światem tyrana, albo poddamy się jego manipulatorskiej grze opartej na metodzie dziel i rządź.
Dołączając do litanii oszustw korporacyjnego Borga mediów społecznościowych, które podążają śladem programu Schwaba, cynicznie rozdmuchując widma „skrajnie prawicowego ekstremizmu” i „antyszczepionkowej dezinformacji”, aby usprawiedliwić cenzurę i kontrolę wypowiedzi na skalę cywilizacyjną dorównującą czystkom stalinowskim.
W swoim zuchwałym manifeście dwójmyślenia arcymanipulator Schwab angażuje się w karnawał fałszywej samokrytyki – cytując odniesienia sprzeczne z paradygmatem neo-Stasi WEF, ale tylko po to, by pod płaszczykiem udawanego pluralizmu biurokratycznie wchłonąć i obalić prawdziwy sprzeciw. Jest to wyreżyserowana oddolna „krytyka” kontrolowana całkowicie przez własnych archontów systemu.
Ta automitologizująca farsa „rozpoznawania wad” jest podstawową techniką totalitarnego IPA (Iluzji Potencjalnej Aktualizacji) stosowanej przez wszystkie współczesne ideologie cywilizacyjne. Fałszywy grymas uzasadnionej introspekcji w przejrzysty sposób maskuje nieprzejednany fanatyzm pędzący w kierunku ekodystopijnej nicości.
Dla mas trwale oddalających się od wpływu na władzę polityczną i gospodarczą pod rządami wkraczającego państwa światowego Korporacyjnego Lewiatana, ta przynęta stanowi ostateczną manipulację. Nawet jeśli działania sekty rządzącej potwierdzają nasze najmroczniejsze obawy przed Światowym Więzieniem Ekonomicznym, arogancko celebrują tę cywilizacyjną dekadencję jako „inkluzywność” i „zrównoważony rozwój”.
Każde demoralizujące poniżenie, każde odebranie praw i autonomii, każdy kopniak wojskowego buciora w nasze twarze – wszystko to jest propagowane poprzez milion orwellowskich wersji „Lepszej odbudowy” [Building Back Better]. Dla kogo to, wy terroryści duszy? Dla jakiej wyobrażalnej apoteozy chciwości tej plutokracji?
Niech więc maska w końcu opadnie, awangardo Wielkiego Resetu! Zobaczymy wreszcie pompatyczne, pomarszczone oblicze despotyzmu, które współdzielicie – dwie postacie Jekylla/Hyde’a należące do TEGO SAMEGO ZŁEGO IDEOLOGA, pełne bigoterii, pouczające nas, a jednocześnie knujące całkowite podporządkowanie się waszej krótkowzrocznej, antyludzkiej sekcie. Dość kłamstw i pseudoerudycji, Herr Schwab!
________________
How to Explain the World Economic Forum’s Agenda to Idiots, A Lily Bit, Mar 31, 2024
−∗−
Tagi:Davos, despotyzm, dystopia, kapitalizm interesariuszy, Klaus Schwab, neofeudalizm, Światowe Forum Ekonomiczne, transhumanizm, wef, Wielki Reset
If you don’t know what freedom is, better figure it out now!
===============================
amantadyna 22 kwietnia 2024 godz. 03:41
W holu hotelu Bilderberg obok Davida Rockefellera wisi wizerunek Henrego Kissingera o którego pół roku temu w wieku stu lat upomniało się piekło..
Koszerny Kissinger,przestępca wojenny którego za życia nigdy nie dopadła ,,ręka sprawiedliwości”,,macher” od wszystkiego złego na tym świecie ,,stworzył i wyciągnąl z kapelusza” Klausa Schwaba.. Za kilka dni będzie równa siedemdziesiąta rocznica od pierwszego spotkania tu elitarnej grupy która od tego hotelu wzięła nazwę..
–
,, Kto kontroluje pieniądze,kontroluje świat.” ,,Żołnierze są tępymi,głupimi zwierzętami używanymi w polityce zagranicznej.” ,,Narody rzadko wyciągają wnioski z przeszlości, jeszcze rzadziej wyciągają z niej właściwe wnioski.” ,,Władza to największy afrodyzjak” . -Henry Kissinger
Stanisław Michalkiewicz: Sprawy „inne”, czyli polskie? sprawy-inne-czyli-polskie
Czyżby coś drgnęło? Czyżby w tunelu pana prezydenta Andrzeja Dudy pojawiło się jakieś światełko? Dotychczas bowiem ani nic nie drgnęło, ani też w tunelu pana prezydenta Dudy nie pojawiało się żadne światełko. Sprawiał on wrażenie rzecznika rządu ukraińskiego, albo izraelskiego, zwłaszcza, gdy całkiem niedawno zadeklarował „pełną zgodność” poglądów z Generalnym Gubernatorem Donaldem Tuskiem w kwestii przekazywania Ukrainie jakiegoś ułamka polskiego PKB, a tymczasem teraz… – ale incipiam.
Oto gdy tylko – w związku z zuchwałym, chociaż nader ostrożnym, irańskim uderzeniem na bezcenny Izrael – zebrał się tamtejszy „gabinet wojenny”, czyli rząd jedności narodowej z Beniaminem Netanjahu, co to jeszcze wczesną jesienią ub. roku uchodził za kandydata do odsiadki za rozmaite bezeceństwa, a teraz jest naukochańszą duszeńką całego miłującego pokój świata – w Warszawie odbyła się pod przewodnictwem pana prezydenta podobna wojenna narada, bo jużci – gdy konie kują, to żaba nie może się powstrzymać przed podstawieniem swojej nogi.
Aliści podczas tej narady, kiedy okazało się, że pan premier, to znaczy – Generalny Gubernator Donald Tusk oznajmił, że Polska znajdzie się pod „europejską żelazną kopułą” i że wcale mu nie przeszkadza, że to jest inicjatywa niemiecka, pan prezydent przyjął tę deklarację z rezerwą oznajmiając, iż ta cała „kopuła” to taki niemiecki „projekt biznesowy”.
Przy okazji gruchnęła wieść, że właśnie wybiera się do Ameryki, żeby odbyć „prywatną rozmowę” z Donaldem Trumpem, który zamierza stanąć do jesiennych, amerykańskich wyborów prezydenckich, ale na razie został zawleczony przed tamtejszy niezawisły sąd. Chodzi o to, że jakaś dama przypomniała sobie, że zapłacił jej, czy może chciał jej zapłacić za dyskretne milczenie o jakichś obyczajowych figlikach.
Na razie jednak trwa kompletowanie ławy przysięgłych, to znaczy – jakichś 12 gniewnych ludzi, którzy zdobyliby się na chwalebny obiektywizm, oświadczając, że nigdy nie słyszeli o żadnym Donaldzie Trumpie, ani nie wyrobili sobie opinii, o co tu naprawdę chodzi. Podobno z 90 kandydatów wyeliminowano już kilkudziesięciu, którzy na taki chwalebny obiektywizm się nie zdobyli.
Jestem jednak pewien, że gdy idzie o świętą sprawiedliwość, to w końcu znajdzie się jakaś „parszywa dwynastka”, która przysięgnie na wszystkie świętości, co tam będzie trzeba, bo wiadomo: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – jak bunczucznie twierdził w latach 40-tych Władysław Gomułka.
Zamiar przeprowadzenia przez pana prezydenta rozmowy z Donaldem Trumpem zaraz skrytykował Judenrat „Gazety Wyborczej”, bo na tym etapie Judenrat stoi na nieubłaganym gruncie kolaboracji z Niemcami, najwyraźniej mając nadzieję, że tym razem Niemcy skorzystają z doświadczeń Józefa Stalina i administrowanie Generalnym Gubernatorstwem powierzą Żydom, no a Żydowie już tam będą wiedzieli, jak utrzymać w ryzach mniej wartościowy, w dodatku porażony „antysemityzmem”, naród tubylczy.
Chodzi o to, by naród ten nie wierzgał przeciwko ościeniowi i nie przeszkadzał w realizacji „niemieckiego dzieła odbudowy”.
Pan prezydent puścił te zastrzeżenia mimo uszu, chociaż dołączył do nich również Książę Małżonek – i do Ameryki zaraz poleciał.
Tam odbył dwu i półgodzinną, prywatną rozmowę z Donadem Trumpem, a prywatny charakter tej rozmowy dodatkowo podkreślała okoliczność, iż odbyła się ona w prywatnym mieszkaniu Donalda Trumpa, którego wystrój, a zwłaszcza drzwi, niezwykle uraziły subtelny zmysł estetyczny Księcia Małżonka, który – jak wiemy – wytworne gusta odziedziczył również po królu – swoim ojcu. Z lakonicznego komunikatu dowiedzieliśmy się, że rozmówcy rozmawiali o wojnie na Ukrainie i o sytuacji na Bliskim Wschodzie – ale również o „innych sprawach”.
Co tam pan prezydent mógł powiedzieć o wojnie na Ukrainie, czy o sytuacji na Bliskim Wschodzie, to mniej więcej wiemy – ale co to za „inne sprawy”, o których też rozmawiano? Czyżby chodziło tylko o wysondowanie Donalda Trumpa, jaką prestiżową synekurą udelektowałby pana prezydenta Dudę, kiedy już w 2025 roku skończy mu się dobry fart na stanowisku tubylczego prezydenta, czy również o jakieś polskie interesy państwowe?
Uprzejmie zakładam, że wykluczyć tego nie można, bo inicjatywa utworzenia „europejskiej żelaznej kopuły” oznacza nie tylko niemiecki „projekt biznesowy”, ale przede wszystkim – polityczny. Konkretnie chodzi o to, że „kopuła” może być, a skoro może być, to pewnie też jest, rodzajem embrionu „europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO”. Jak pamiętamy, Niemcy od ponad 30 lat pielęgnują tę inicjatywę, której dotychczas amerykańscy twardziele stanowczo się sprzeciwiali – ale od marca ub. roku mogło się to zmienić.
Rzecz w tym, że właśnie wtedy obecny prezydent USA, Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, pozwolił był Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, w związku z tym pragną oni stworzyć fakty dokonane jeszcze przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w Ameryce – a szybkie utworzenie „europejskiej żelaznej kopuły” byłoby ważnym krokiem na drodze do budowy IV Rzeszy i zainstalowania w Polsce Generalnego Gubernatorstwa w miejsce safandulskiej III RP.
Zatem uprzejmie zakładam, że deklaracja Donalda Tuska mogła zainspirować pana prezydenta Dudę również do próby wysondowania, co też Donald Trump na ten temat sądzi.
Jak bowiem pamiętamy, w lipcu 2017 roku, prezydent USA Donald Trump, podczas wizyty w Warszawie, na konferencji prasowej zadeklarował, iż projekt Trójmorza bardzo mu się podoba i że Stany Zjednoczone będą go wspierały. Co to jest, ten cały „projekt Trójmorza”? Jest to nawiązanie do rozgonionej w początkach lat 90-tych inicjatywy politycznej państw Europy Środkowej w postaci Heksagonale, to znaczy – utworzenia w Europie Środkowej systemu reasekuracji niepodległości leżących tam państw.
Wadą tej inicjatywy był brak silnego lidera, a nawet – silnego protektora – co sprawiło, że Niemcy bez trudu tę inicjatywę wysadziły w powietrze i odtąd same wypełniają polityczną próżnię po ewakuacji sowieckiego imperium z tej części Europy, rozszerzając na wschód Unię Europejską, której są politycznym kierownikiem.
Warto dodać, że zrealizowany projekt Trójmorza godziłby w trzy ważne interesy niemieckie: podważałby niemiecką hegemonię w Europie, blokowałby budowę IV Rzeszy i pozwalałby państwom Europy Środkowej na uwolnienie się od ograniczeń, narzuconych im przez niemiecki projekt „Mitteleuropa” z roku 1915, który w fazę realizacji wszedł dopiero po 1 maja 2004 roku, to znaczy – po Anschlussie szeregu państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej.
Poparcie tej inicjatywy przez USA ustami Donalda Trumpa sprawiło, że zaniepokojone Niemcy nawet zgłosiły akces do Trójmorza, najwyraźniej kierując się indiańskim porzekadłem, że jeśli nie możesz ich pokonać – przyłącz się do nich.
W związku z tym wszystkim wydaje się szalenie ciekawe, co to były za „inne sprawy”, o których w prywatnym mieszkaniu Donalda Trumpa rozmawiano i czy Donald Trump coś panu prezydentowi Dudzie w jednej z tych „innych spraw” obiecał, a jeśli obiecał – to konkretnie co?
Tego oczywiście od razu się nie dowiemy, ale z tym większym zaangażowaniem będziemy interesowali się listopadowymi wyborami prezydenckimi w USA, bo kto wie, czy od ich wyniku nie będzie zależało, czy zostaniemy już na wieki przykryci „europejską żelazną kopułą”, czy też nadal, po staremu, będziemy mieli czyste niebo nad głową?
Autor: CzarnaLimuzyna , 22 kwietnia 2024
Podsemityzm połączony w teatralnym uścisku ze starszymi braćmi w antykulturze wydaje się rodzajem wiodącej orientacji o wiele bardziej zwinnej od tańca na „politycznej rurze” i ważniejszej od kLGBTQ+p-f.
———————–
Tyle tytułem dość krótkiego wstępu, by nie zerkać zbyt głęboko do ideologicznych fundamentów, mówiąc nie wprost „tam”, gdzie gromadzi się elita podsemitów, by nie pisać zbyt wulgarnie o zawartości w ich jelitach, marnych resztkach – ćwiartkach duszy.
Jeden ze znanych podsemitów, Jarosław, wieloletni strategiczny sojusznik Tuska, rozstał się z władzą na zawsze. Stało się to podobno wbrew jego woli, ale za to w pełnej zgodzie ze znanym, dziś ponoć rasistowskim powiedzeniem: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. O murzyńskości polegającej na „robieniu laski Amerykanom” mówił swego czasu były minister PiS, Sikorski. Dlaczego nic nie mówił o Żydach lub Żydówkach? Jako angielski dżentelmen i mąż dobrze ustosunkowanej w USA, Żydówki, Sikorski doskonale potrafi gospodarować nawet najmniejszą częścią rzeczywistości, najmniejszą, ale za to jak obficie wypełniającą swoją zawartością – aż po same brzegi ramy programów informacyjno-publicystycznych.
Ale co z tym Jarosławem? Poruszyła mnie deklaracja prezesa PiS, że gdyby to on, gdyby to on rządził, wywaliłby ambasadora Izraela z Polski w domyśle „na zbity pysk”. Teraz już wiem dlaczego stracił „władzę”. Przez osiem długich lat panowie Jonny Daniels, Michael Schudrich, a ostatnio nawet Jakov Liwne (ambasador Izraela) nie znając dnia ani godziny swojego wydalenia z Polski oblewali się zimnym potem na samą myśl o możliwej decyzji Jarosława. Tak dłużej być nie może – powiedział wreszcie, któregoś dnia, ktoś ”starszy ”. Nie będzie Polak pluć nam w kalendarz wyborczy i dzieci swoje tumanić nam zabraniał. To nie dobra jest. Kto to mógł być?
A swoją drogą człowiek uczy się przez całe życie. Nie wiedziałem, że Michael Schudrich urodzony w Nowym Jorku to według Wikipedii „amerykańsko-polski religioznawca i historyk”; Jonny Daniels urodzony w Londynie – izraelski aktywista był „powiązany ze skrajną polską prawicą” (The Times of Israel), a Jakov Liwne, co już prawie wszystkim wiadomo urodził się w Moskwie czyli w stolicy naszego ówczesnego, przypominam, „wiernego po wsze czasy” sojusznika. Widać, że wielu „polskich i żydowskich aktywistów” mieszkających dziś w Polsce, przychodzi na świat w oddalonych od siebie różnych zakątkach kuli ziemskiej.
Co dalej z podsemitami? Wiemy już, że Jarosław Kaczyński przestał, dość nagle, być podsemitą. Pojawiło się nawet podejrzenie, że gdyby nie Braun, o Grzegorz Braun, o Grzegorz Braun, to Jarosław sam osobiście lub kogoś delegując… ale nie ulegajmy fantazji. Na pewno, w takiej delegacji, nie mógłby znaleźć się Czarnek, który z mównicy wytknął Braunowi, że „zaatakował dzieci gaśnicą”. Czarnek jako kandydat na prezesa PiS, popełnił pozornie mały, ale istotny błąd. Powinien powiedzieć: zaatakował żydowskie dzieci gaśnicą. Parafrazując Barbarę Engelking: dla dzieci ogólnie, dla polskich dzieci atak gaśnicą to jest kwestia biologiczna, naturalna, gaśnica jak gaśnica. Dla dzieci żydowskich to tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka. Na szczęście nikt nie atakował dzieci gaśnicą, ale i tak trzeba jednoznacznie stwierdzić, że Przemysław Czarnek nic nie zrobił! Nic nie zrobił, aby uratować kogokolwiek przed gaśnicą Brauna.
Tymczasem, oficjalna linia polityczna podsemitów pozostała nienaruszona. Wielu pełniących funkcje współczesnych politruków zadeklarowało po ostatnich wydarzeniach na Bliskim Wschodzie, że nazywane Polską i zarządzane przez nich „państwo” stanie po stronie największego zła. Teraz już nikt nie zaprzeczy, że w Polsce panuje podsemityzm.
Data as of March 5, 2024 https://www.hrsa.gov/cicp/cicp-data/table-4
This table displays the countermeasure, injury, and amount of compensation paid for each compensated CICP claim filed between Fiscal Years 2010 and 2024.
Please note that the number column within the tables are not assigned numbers for a particular claim, but reflect the number of listed items in a given table. Further details concerning the table contents are provided below.
| Number | Covered Countermeasure | Covered Injury | Compensation Amount |
|---|---|---|---|
| 1 | H1N1 Vaccine | Guillain-Barrè Syndrome (GBS) | $2,310 |
| 2 | H1N1 Vaccine | Bursitis | $385 |
| 3 | H1N1 Vaccine | Anaphylaxis | $1,885 |
| 4 | Smallpox Vaccine | Myocarditis | $323,036 |
| 5 | H1N1 Vaccine | Anaphylaxis | $2,995 |
| 6 | H1N1 Vaccine | Shoulder Pain | $182 |
| 7 | H1N1 Vaccine | GBS | $1,762,921 |
| 8 | H1N1 Vaccine | GBS | $185,480 |
| 9 | H1N1 Vaccine | GBS | $15,662 |
| 10 | H1N1 Vaccine | GBS | $106,724 |
| 11 | H1N1 Vaccine | GBS | $211 |
| 12 | H1N1 Vaccine | GBS | $2,361 |
| 13 | H1N1 Vaccine | GBS | $2,365 |
| 14 | H1N1 Vaccine | GBS | $3,534 |
| 15 | H1N1 Vaccine | GBS | $6,966 |
| 16 | H1N1 Vaccine | GBS | $553,946 |
| 17 | H1N1 Vaccine | GBS | $7,623 |
| 18 | H1N1 Vaccine | GBS | $2,295,930 |
| 19 | H1N1 Vaccine | GBS | $13,582 |
| 20 | H1N1 Vaccine | GBS | $27,379 |
| 21 | H1N1 Vaccine | GBS | $5,678 |
| 22 | H1N1 Vaccine | GBS | $127,435 |
| 23 | H1N1 Vaccine | GBS | $31 |
| 24 | H1N1 Vaccine | GBS | $3,500 |
| 25 | H1N1 Vaccine | GBS | $2,316 |
| 26 | H1N1 Vaccine | GBS | $571,635 |
| 27 | H1N1 Vaccine | GBS | $49,759 |
| 28 | H1N1 Vaccine | GBS | $220 |
| 29 | H1N1 Vaccine | GBS | $1,922 |
| 30 | H1N1 Vaccine | GBS | $39 |
| 31 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis / Pericarditis | $8,962 |
| 32 | COVID-19 Vaccine | Myopericarditis | $4,230 |
| 33 | COVID-19 Vaccine | Myopericarditis | $4,183 |
| 34 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis | $1,583 |
| 35 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis | $1,033 |
| 36 | COVID-19 Vaccine | Anaphylaxis | $2,020 |
| 37 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis | $3,958 |
| 38 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis | $4,919 |
| 39 | COVID-19 Vaccine | Myopericarditis | $4,934 |
| 40 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis | $1,171 |
| 41 | COVID-19 Vaccine | Myocarditis | $1,900 |
| Total | $6,116,903 |
Date Last Reviewed:
March 2024
| ROBERT W MALONE MD, MS APR 21 |














”Who is Robert Malone” is a reader-supported publication. Please consider a paid subscription to support our work.

„Pierwsze powstanie palestyńscy Arabowie wywołali w roku 1936. Zostało ono brutalnie stłumione przez Brytyjczyków”, pisze na łamach magazynu „Historia Do Rzeczy” Piotr Zychowicz.
Publicysta przytacza relację opisującą, jak Brytyjczycy „stłumili” powstanie palestyńskich Arabów w dużej arabskiej wiosce Al-Bassa w pobliżu Akry 7 października 1938 roku. Pod wieloma względami było ono podobne do tego, co obecnie wobec Palestyńczyków robi Żydzi.
„Opancerzone samochody marki Rolls-Royce z rykiem silników wyłoniły się zza wzgórz. Ciężkie karabiny maszynowe umieszczone na pojazdach pluły ogniem. Pociski posypały się na gęste zabudowania arabskiej wioski. Zaskoczeni mieszkańcy rozbiegli się z krzykiem w poszukiwaniu schronienia. Wioska była otoczona. Ucieczka była niemożliwa. Po 20 minutach morderczego ostrzału brytyjscy żołnierze wkroczyli między zabudowania. Zaczęli plądrować, podpalać i wysadzać w powietrze budynki. Napotkani cywile byli bici kijami i kolbami karabinów. Cztery osoby zostały zastrzelone. Następnie zaczęła się łapanka”, czytamy.
Nie był to odosobniony przypadek. Tego typu „praktyki” brytyjskiej armii były na porządku dziennym. Na potwierdzenie Zychowicz przywołuje również opis „akcji antypartyzanckiej” przeprowadzonej w maju 1939 r. we wsi Halhul położonej przy drodze między Hebronem a Betlejem.
„Wieś zaatakowana została przez szkocką jednostkę Regiment Czarnej Straży. Żołnierze utworzyli dwie klatki. W jednej z nich zamknęli schwytanych mężczyzn pod gołym niebem bez wody i jedzenia. Drugą umieścili w cieniu i wsadzili do niej dużą ilość wody i jedzenia. Aby przejść ze złej do dobrej klatki, wystarczyło wyjawić informację, gdzie jest ukryta broń. Problem w tym, że Bogu ducha winni arabscy wieśniacy nie mieli zielonego pojęcia, gdzie rebelianci ukryli broń. Efektem były wielogodzinne katusze w morderczych promieniach słońca. Zdesperowani ludzie pili własną urynę. Dziesięciu nieszczęśników zmarło, inni doznali straszliwych poparzeń”, czytamy na łamach magazynu „Historia Do Rzeczy”.
Zychowicz nie ma wątpliwości: „rozmaite żydowskie formacje paramilitarne walczące w latach 30. u boku Brytyjczyków (Policja Pomocnicza, Policja Osadnicza, samoobrona kibuców, Specjalne Oddziały Nocne) otrzymały od swoich protektorów lekcję, jak radzić sobie z oporem ze strony Arabów – dławić go przy pomocy najbrutalniejszych środków, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej”.
Źródło: magazyn „Historia Do Rzeczy” TG
Dowiedzieliśmy się z komunikatu krakowskiej Akademii Umiejętności, iż ta, ku wielkiemu swemu żalowi, nie mogła przyznać nagrody imienia Barczewskiego za rok bieżący prof. Aszkenazemu, a to dla jego brzydkiego wyznania, przeciw któremu zastrzegają się wyraźnie statuta fundacji. Nie wszystkim znane jest jednak wiekopomne a skrzydlate słowo prof. Aszkenazego, zrodzone w następstwie tego wyroku. Mianowicie, skrzywdzony autor «Łukasińskiego», w chwili pierwszego rozgoryczenia, miał się wyrazić do jednego z najpoważniejszych członków instytucji, prof Mor…skiego, że wobec tego Akademia powinna oglądać nie książki kandydatów, ale… zupełnie, ale to zupełnie co innego…
Jędrne to oświadczenie uczonego historyka natchnęło nas do zamknięcia niniejszego zdarzenia w ramy znanej fraszki naszego znakomitego protoplasty, Jana z Czarnolasu).
————————————————-
Sądziła Akademia dorocznym zwyczaiem,
Kto się w piórze nalepiey odznaczył przed kraiem.
O praemium się zabiegał, bez boskiey obrazy,
Tomkowic z Sodalicyi y pan Aszkenazy.
W długie się Akademia spory nie wdawała,
Ieno im obu z sobą do łaźniey kazała;
Iako że tam rozsądzać będzie komisyia,
Kto ma lepsze kondycye y nagroda czyia.
Męże co nayuczeńsze zasiadły u stoła,
A ci dway, z szat rozdziani (iako rzec?) do goła.
Pogląda Akademia kędy trza, a ono
Barzo nierowno obie skryby podzielono.
Tomkowic stawa śmiele, bo ma rzecz w porządku;
Zasię tamten Żydowin skrył się w ciemnym kątku.
«Wżdy, — rzeknie prezes — sądząc pomyśleniem zdrowem,
Iakoż mu dawać praemium z defektem takowem?»
Zaczem wszystkie iurory dały głos iednaki,
Że on dzieyopis cale ma poważne braki.
Pokraśniał aż Tomkowic, chlubnie odznaczony,
Zmówił krótki paciorek y wdział kalesony.
Aszkenazy zmarkotniał: łza mu w oku błyska;
Trudno: co raz człek stracił, tego nie odzyska.
Nie mył się biedny długo y iechał tem chutniey:
Nie każdy w Polszcze weźmie po Bekwarku
lutniey.
[1] Bekwark, własc. Bálint Bakfark a. Valentinus Greff Bakfark (zm. 1576) — pochodzący z Siedmiogrodu kompozytor, nadworny muzyk Zygmunta Augusta. Lutnia Bekwarka została opisana przez Jana Kochanowskiego we fraszce O Bekwarku. [przypis edytorski]
Autor: stan orda , 27 marca 2024
… zwłaszcza gdy są masonami.
(uzupełniłem brzmienie tytułu notki pod wpływem komentarza autorstwa “pokutującego łotra”).
Wyimki z „Esejów dla Kassandry” Jerzego Stempowskiego.
Jerzy Stempowski to jeden z (dwóch) najlepszych polskich eseistów XX wieku.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Stempowski
https://culture.pl/pl/tworca/jerzy-stempowski
Publikację zatytułowaną Eseje dla Kasandry napisał w 1950 r., ale pierwsze wydanie ukazało się w 1961 r., nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu. Pierwsze polskie wydanie to 1981 r. (z inicjatywy bezdebitowego krakowskiego wydawnictwa ABC). Po roku 1989 r. reprint Esejów, z zachowaniem okładki z wydania 1981 r. był dziełem gdańskiej oficyny wydawniczej o nazwie „słowo/obraz/terytoria”. Od czasu do czasu pisma literackie (oraz inne o niejedno- znacznie określonej proweniencji) zamieszczają pojedyncze eseje.
Tytułową publikację Jerzy Stempowski zadedykował: Cieniom L. R.*
*) L.R. – Ludwika Rettingerowa; nazywana przez przyjaciół Wichuną – żona Mieczysława Rettingera (dziennikarza i krytyka). https://tei.nplp.pl/entities/5343 ).
Zaprzyjaźniony z Rettingerami Jerzy Stempowski mieszkał z nimi przy ul. Flory 1 w Warszawie i przez 13 lat opiekował się bliską jego sercu, chorą na raka p. Ludwiką, kierując jej kuracją. Ludwika zmarła w 1940 r. w pensjonacie w Słobodzie Rungurskiej niedługo po opuszczeniu go przez J. Stempowskiego, który we wrześniu 1939 r. przekroczył granicę polsko-węgierską.
Słoboda Rungurska – wówczas (II RP) wieś w Galicji Podolskiej w województwie stanisławowskim (w RON – woj. ruskie; ziemia halicka) na przedgórzu Gorganów (wschodnie przedłużenie Bieszczadów), ok. 22 km na płd. zach. od Kołomyi; Po 1945 r. woj. stanisławowskie zostało włączone do terenu sowieckiej Ukrainy – S.O.).
Przytaczam kilka fragmentów z ww. zbioru esejów, które uzupełniłem linkami oraz przypisami (sygnatura: S.O.).
1.
Zdolność przewidywania przyszłych wypadków politycznych nie musi być rzeczą rzadką, bo w okresie międzywojennym słyszałem wiele przewidywań, które spełniły się dokładnie. Przewidywania te nie wychodziły nigdy z ust osób zajmujących wielkie urzędy, posiadających wszystkie dane materialne do słusznej oceny sytuacji i powołanych niejako do patrzenia w przyszłość. Mniemanie, że orzeczenia ekspertów, wyczerpujące dokumentacje i tajne raporty mogą zaciemnić najbardziej nawet przejrzyste sprawy, nie jest zatem bezpodstawne.
Patrząc obecnie na te czasy z oddalenia mam wrażenie, że w okresie międzywojennym zdolność przewidywania była przeszkodą we wszelkiej karierze politycznej. Zjawisko to wydaje mi się dziś nawet zrozumiałe. Przyszłość Europy była ciemna i ktokolwiek ją słusznie oceniał był czarnowidzem, którego nikt chętnie nie słucha. Ludzie dobrze wychowani unikali wszelkich wynurzeń na te tematy. Tragiczne w tej sytuacji było to, że przez długie lata niewielki nawet wysiłek ludzi dobrej woli mógł odwrócić grożącą naszemu kontynentowi katastrofę.
Wspominając ówczesnych proroków zagłady, na pierwszym miejscu powinienem wymienić Szymona Askenazego. https://sztetl.org.pl/pl/biogramy/5036-askenazy-szymon
Okres pracy twórczej i sławy Szymona Askenazego przypada na jego młodość, na lata poprzedzające pierwszą wojnę światową. Pochodzący, jak Julian Klaczko, z rabinicznej rodziny wileńskiej, ożeniony z zamożną warszawianką. (Felicja Tykociner z rodziny bankierów – S.O.) [wikipedia/Julian_Klaczko md]
Askenazy był przez długie lata profesorem historii nowożytnej uniwersytetu lwowskiego. Miał tam setki słuchaczy; w seminarium jego pracowało do 80 studentów, przetrząsających według wskazówek mistrza archiwa całej Europy. Co roku prawie ukazywała się jakaś nowa, rewelacyjna książka Askenazego: “Książę Józef“, “Łukasiński“, wiele tomów rozpraw i szkiców historycznych. Już wówczas zaczął się w Europie zmierzch historycyzmu, cechującego poprzednie stulecie. Najznakomitsi historycy Zachodu, Aulard, Chuquet czy Ferrero nie znajdowali większego audytorium i kontentowali się co najwyżej małą grupką uczniów.
https://fr.wikipedia.org/wiki/Alphonse_Aulard
https://fr.wikipedia.org/wiki/Arthur_Chuquethttps://fr.wikipedia.org/wiki/Guglielmo_Ferrero
W porównaniu z nimi Askenazy wyglądał na wielkiego szefa szkoły, sternika łodzi wiozącej młodzież zapalną i uczoną. Dopiero później miało się wyjaśnić, że ów późny historycyzm polski był w znacznej mierze zjawiskiem koniunkturalnym i przypadkowym. Młodzi ludzie, którzy w kraju niepodległym marzyliby o karierach dyplomatów, generałów lub bankierów, w Polsce porozbiorowej studiowali historię lub pisali sonety.
W 1914 Askenazy wyjechał zagranicę. Po powrocie do kraju, w odrodzonym uniwersytecie warszawskim słusznym tytułem pretendował do katedry historii. Obudzona do nowego życia Polska była jednak młoda, rozrzutna i kapryśna. W 1920 senat akademicki odrzucił kandydaturę Askenazego. [por. wcześniejszą jego, naszą przygodę, opisana przez Boya: O tem co w Polszcze dzieyopis mieć winien MD]
Powołany wkrótce potem na stanowisko delegata do Ligi Narodów, Askenazy porzucił na dwa lata kraj. Złożywszy dymisję jesienią1922 wrócił do Warszawy i pozostał tam aż do śmierci w 1935 r.
Zbliżyłem się doń w latach 1928 – 1932. W swym mieszkaniu przy ulicy Czackiego Askenazy żył wówczas samotnie i bezczynnie. Porzucił wszelką pracę naukową. Liczne rękopisy niektóre niemal gotowe do druku, drzemały na półce. Kiedy w 1932 uniwersytet warszawski ofiarował mu katedrę na wydziale prawnym, Askenazy odmówił.
“Miałem 12 lat czasu do zastanawiania się co im powiedzieć”, mówił o wizycie u niego delegatów senatu akademickiego. “Pocałujcie mnie w d… , powiedziałem im tylko trzy razy”.
Decyzja jego wydawała się słuszna. Od wielu lat już poziom uniwersytetu obniżył się do wymagań coraz liczniejszej młodzieży, oczekującej od studiów korzyści doraźnych, przede wszystkim dyplomów. Audytorium, jakie Askenazy posiadał niegdyś we Lwowie, nie było już ani w Polsce ani gdzie indziej. Askenazy był jak gdyby żywym świadectwem głębokich zmian, jakie zaszły w owych czasach, zmian, których nikt nie chciał widzieć. Był wysoki, koszmarnie chudy, z wielką głową, bardzo długim nosem i parą ciemnych, bystrych i nieżyczliwych oczu. Język i sąd jego były tnące jak nóż. W ostatnich latach życia był zupełnie samotny. Z biegiem czasu odwiedzano go coraz rzadziej. Być może dlatego, że moje myśli nie odbiegały wówczas zbytnio od jego własnych, Askenazy znosił mnie lepiej niż innych. Przychodziłem doń zwykle wczesnym popołudniem. Przez godzinę lub dwie opowiadał anegdoty z życia Adama Czartoryskiego, czytał czasami jakiś fragment porzuconego rękopisu. Potem około 5-tej ubierał melonik koloru brązowego zimą, perłowego latem i razem wychodziliśmy na miasto. Droga nasza prowadziła zazwyczaj przez Krakowskie Przedmieście, Miodową, plac Bankowy. Przed każdym starym domem Askenazy zatrzymywał się i opowiadał co się w tym domu działo w Noc Listopadową, jakie osoby były tam zebrane i o czym mówiono. Wersja słowna tej historii odbiegała nieraz znacznie od tej, jaką zostawił w “Łukasińskim“.
Z opowiadanych przezeń fragmentów wyłaniał się powoli obraz chaosu, rozbieżnych i bezwstydnych interesów, nieporadności. Bohaterstwo sąsiadowało z bezmyślnym egoizmem i prowokacją. Cień końcowej klęski zdawał się ciążyć na powstaniu od pierwszego dnia.
“Historię” – mówił – „pisałem w znacznej mierze ad usum delphini, dla młodzieży, którą starałem się wychować, przygotować moralnie do nowej walki o niepodległość. Dziś można by to oczywiście opowiedzieć na nowo, inaczej, ale dla kogo? Kto się tym interesuje? Komu taka wiadomość może być potrzebna?”.
W pogodny letni dzień 1932, obszedłszy utartym szlakiem starszą część miasta, wyszliśmy w aleję 3-go Maja i usiedliśmy na ławce. Naprzeciw zakładano właśnie fundamenty pod jakiś wielki budynek.
„Co też tu zamierzają budować?” – zapytał Askenazy”.
– „Słyszałem, że Muzeum Narodowe”.
“Że też ludzie mają zdrowie i ochotę wznosić tak kosztowne budynki w mieście na zagładę przeznaczonym”.
– „Dlaczego na zagładę?” – zapytałem.
“Kiedy tu z panem siedzę na ławce, widzę niemal jak Niemcy jadą w samolotach i rzucają bomby na miasto”.
I na moją sceptyczną uwagę o proroctwach, zawołał żywo:
“Jak pan tego nie widzi? Jak pan może tego nie widzieć? Niech się pan przez chwilę tylko zastanowi! Czy może być inaczej?”
Znałem wówczas nieźle sprawy niemieckie i jego dalsze wywody wydały mi się bardzo prawdopodobne. Tymczasem Askenazy rozwijał dalej swą wizję przyszłości:
“Tylko zupełnie naiwni mogą sobie wyobrażać, że Polska może toczyć wojnę inaczej niż na dwa fronty. Niemcy nie mogą przekroczyć granicy pod Zbąszyniem bez tego, aby Rosjanie przekroczyli ją ze swej strony pod Baranowiczami. Trzeba się liczyć z najprostszym mechanizmem takich wypadków. Przed uderzeniem na Polskę Niemcy zgromadzą przeważające siły i zapewnią sobie neutralność czy bezczynność mocarstw zachodnich. Będzie więc bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później zajmą kraj i dojdą aż do Baranowicz. Czy Rosjanie mogą czekać aż Niemcy dojdą do ich granicy? Nie. Elementarna przezorność każe im już przedtem przekroczyć granicę i zająć co się da, aby mieć coś w ręku przy pertraktacjach z Niemcami i w razie możliwego konfliktu trzymać ich jak najdalej od własnych granic. Czy tego dnia Unia Sowiecka będzie w aliansie z Niemcami czy też z Anglią i Francją, czy nawet z nami, będzie to zależne od gry aliansów na ten dzień, ale bynajmniej nie zmieni sprawy. Przejście granicy i zajęcie wschodniej części Polski będzie w owej chwili dla Rosji sprawą nierównie pilniejszą od gry aliansów”.
I po chwili namysłu:
“Ten sam mechanizm działa także w razie pokojowego przebiegu wypadków, jeżeli dla jakichś przyczyn Polska będzie musiała cedować Rosji Wilno i Lwów, następnego dnia będzie musiała oddać Niemcom Śląsk i Pomorze. Po oddaniu Lwowa i Wilna dalsza egzystencja Polski byłaby możliwa tylko w oparciu o Niemcy, i to oparcie kosztowałoby ją Śląsk i Pomorze. I na odwrót: w razie konieczności cedowania Niemcom Śląska i Pomorza dalsza egzystencja Polski byłaby możliwa tylko pod opieką Rosji, która w zamian zażądałaby Lwowa i Wilna. Zresztą po takim okrojeniu nie byłoby już mowy o jakiejś egzystencji niepodległej. Dla mocarstw zachodnich Polska jest tylko pionkiem do szachowania bądź Niemiec, bądź Rosji i po okrojeniu nie przedstawiałaby już żadnej wartości”.
W trzy lata po tej rozmowie Szymon Askenazy zmarł rzekomo na skutek niedomagania nerek. W istocie zabiły go własne myśli, świadomość nadchodzących wypadków, których nikt oprócz niego nie widział. Żona jego zmarła w 1940 w szpitalu warszawskim, jedyna zaś córka została zamordowana przez Niemców.
Nikomu zapewne nie przyjdzie na myśl szukać słusznych przewidywań u dziennikarzy, fabrykantów efemeryd, ważnych tylko na dzień bieżący i obracających się w makulaturę z chwilą ukazania się następnego numeru gazety. Od dawna już prasa utraciła ambicję informowania, kontentując się dostarczaniem czytelnikowi rozrywki dla osłodzenia nieuniknionej w gazecie codziennej sieczki wiadomości oficjalnych. Mimo to widziałem i dziennikarzy robiących na prywatny użytek trafne przewidywania. Możność osobistego poznania środowisk politycznych i parlamentarnych w krajach, gdzie przygotowywały się przyszłe wypadki, dawało im często przesłanki do słusznej oceny najbliższej przyszłości. Z okresu międzywojennego zostało mi w pamięci kilka rozmów z Robertem Dell’em, jednym z ostatnich dziennikarzy niezależnych. https://digital.janeaddams.ramapo.edu/items/show/8366
W listopadzie 1922 spotkałem go w Düsseldorfie. Wojska francuskie zajęły były właśnie okręg Ruhry. Od kilku tygodni między Francją l Anglią istniał stan, który dziś określamy mianem zimnej wojny. Anglicy dokładali starań do zrujnowania franka i stworzenia Francji trudności finansowych. Nikt nie wiedział, jak zachowa się w Ruhrze ludność niemiecka. Dowódca niewielkiej armii okupacyjnej, generał Mangin, nawiązał rozmowy z przybyłym do Ruhry Karolem Radkiem, podówczas kierownikiem polityki niemieckiej Kominternu. Paul-Prudent Painlevé, którego odwiedziłem poprzedniego tygodnia w Paryżu, oderwał się był od lektury Einsteina aby powiedzieć, że uważa sytuację za wręcz groźną i okupacja Ruhry wydaje mu się – tak z punktu widzenia wojskowego jak politycznego – niezmiernie ryzykowna.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Charles_Manginhttps://pl.wikipedia.org/wiki/Paul_Painlev%C3%A9
Niepokój ogarnął także sprzymierzeńców Francji. Niemcy sudeccy, sądząc że będą mogli znaleźć oparcie w Anglii, dążącej do osłabienia Francji także od strony czeskiej, zaczęli poszukiwać kontaktów w Londynie. W hallu hotelu, zbudowanego przez Hugo Stinnesa, zrobiliśmy krótki przegląd tych wypadków. https://en wikipedia.org/wiki/Hugo_Stinnes.
Dell był poważny i blady, jak gdyby czuł na sobie współodpowiedzialność za szaleństwa wielkich tego świata.
“System polityczny ustalony przez zwycięzców w 1919″ – powiedział – „leży już w gruzach. Ameryka cofnęła swój podpis, Anglia i Francja są tak poróżnione, że wpływy ich wzajemnie się znoszą, Rosja nie jest jeszcze gotowa do objęcia po nich spadku. Nie ma komu bronić pokoju z 1919. Niemcy są na razie w stanie chaosu, ale droga dla nich stoi otworem. Anglia nie chce, Francja sama nie potrafi bronić obecnego porządku. O tym czym będzie Europa decydowali będą Niemcy. Przyszłość Europy zależy od ewolucji wewnętrznej Niemiec”.
To co widziałem w ciągu następnych dni w Niemczech utwierdziło mnie w słuszności tej prognozy i napełniło złymi przeczuciami. Patrząc w przyszłość widziałem tylko ruinę wszystkiego, na czym od pokoju westfalskiego usiłowano oprzeć zgodne współżycie Europejczyków. W końcu grudnia kupiłem w Paryżu garść złotych dolarów, które przechowałem do 1939 i dzięki którym mogłem uciec z okupowanej Polski.
Della spotkałem znów w Genewie późną jesienią 1936. Wojna hiszpańska była już w pełnym biegu i Anglia zdążyła była narzucić Francji, trawionej kryzysem wewnętrznym, politykę nieinterwencji. Role więc były już podzielone: dywizje pancerne włoskie i lotnictwo niemieckie atakowały republikę hiszpańską, system nieinterwencji trzymał za ręce mogących jej przyjść z pomocą. Moskwa nie powzięła była jeszcze decyzji, i jej prasa wylewała co dzień kubeł pomyjów na republikę hiszpańską. Dell był bardzo niewesoły. Jego niezależna publicystyka przyniosła mu same zawody: został wydalony z Niemiec i z Francji. Mieszkając w Genewie pisywał korespondencje z Ligi Narodów, o której nie było już wiele do powiedzenia. Kiedyśmy zostali sami, zaczął mówić:
„Z Europy, w której wyrosłem i do której byłem głęboko przywiązany, nie zostało już nic. Jedynym logicznym dla mnie wyjściem z tej sytuacji byłoby samobójstwo. Jeżeli, mimo to wciąż żyję, ma to dwa powody: jako Anglik mam odrazę do skrajnych posunięć, po wtóre mam 67 lat i w tym wieku samobójstwo byłoby wyważaniem drzwi otwartych”.
Starałem się go pocieszyć jak umiałem, ale na próżno. Chcąc więc zwrócić jego myśli na inne tory, zacząłem mówić o sytuacji politycznej. Dell przerwał mi:
„Właściwie nie ma już o czym mówić. Sytuacja jest jasna. W ciągu ostatnich kilkunastu lat głównym celem polityki angielskiej było sprowadzenie Francji do rzędu Portugalii i ten cel został obecnie osiągnięty. Pozbywszy się jedynego możliwego alianta w Europie, Anglia w sprawach kontynentalnych nie będzie miała odtąd żadnego głosu. W ten sposób i los Polski został przesądzony. Na francuskiej Portugalii Polska opierać się nie może, Anglia zaś już zrzekła się głosu“.
Widząc go w coraz smutniejszym nastroju, zacząłem rozwijać fantazyjną teorię przeciwstawności pokoleń. Młodzież wychowana w dyscyplinie totalitarnych państw będzie musiała zrazu tajnie, potem jawnie tęsknić do jakiegoś nowego liberalizmu. Cytowałem przykłady takich zwrotów z różnych epok i zakończyłem takim mniej więcej obrazem przyszłości:
“Za 10 lub 15 lat zostaniemy obaj zaproszeni do Berlina na odsłonięcie pomnika Dickensa na Nollendorfplalz. Z tej okazji polski minister oświaty zaleci dzieła Godwina jako szkolną lekturę . Wieczorem w Kaiserhofie odbędzie się bankiet na cześć Garrisona-Villarda. Bzy będą kwitły na wszystkich skwerach Charlottenburgu. Będziemy pili jasne piwo z malinowym sokiem w radosnym i podniosłym nastroju, bo dokoła nas będą sami Niemcy życzliwi i liberalni”.
Mrużąc oczy Dell słuchał mnie z uśmiechem, jak człowiek chwytający się wszelkiego pretekstu do oderwania się od własnych myśli. potem sposępniał znów:
„Jak wszyscy Anglicy mego pokolenia byłem przez całe życie trochę germanofilem. Ostatnie lata uleczyły mnie z tej słabości. Pokoju w Europie nie będzie tak długo dopóki ogień nie spadnie z nieba i nie wypali miejsca, które nazywa się Germany“.
Tego wieczora Dell musiał być – jak się mówi o prorokach – “inspirowany”, bo nawet “ogień spadający z nieba”, który wówczas wydawał mi się tylko biblijną metaforą, okazał się później rzeczywistością.
Nawet w chaosie wypadków wojennych, gdzie wszystko wydaje się możliwe i brak punktu wyjścia do jakichkolwiek wiarygodnych kalkulacji, słyszałem uderzająco dokładne przewidywania. Latem 1940 mówiono wiele o nieuniknionym i bliskim konflikcie między armią niemiecką i dyktatorem. W razie zwycięstwa, rozumowano, generałowie zostaną zgładzeni przez Hitlera jako już niepotrzebni, w razie klęski – przy niemieckim sposobie prowadzenia wojny – zostaną rozstrzelani przez zwycięzców. Dopóki stoją na czele zwycięskiej armii powinni korzystać z sytuacji, która później nie wróci.
W tym czasie spotkałem wyższego oficera niezwykłej inteligencji, który związkom rodzinnym i wyszkoleniu zawdzięczał głęboką znajomość generalicji niemieckiej. Na moje pytanie odpowiedział:
“Niech pan nie pozwala sobie zawracać głowy tymi bzdurami. Wodzowie armii niemieckiej są najlepszymi w tej chwili technikami rzemiosła wojennego i mogą nawet dzięki temu wygrać wojnę. Obalenie dyktatury wymaga jednak zupełnie innych kwalifikacji, przede wszystkim zaś charakteru, którego nikt z nich nie posiada. Nic więc z tego nie będzie. To, że zginą powieszeni, wydaje mi się natomiast bardzo prawdopodobne”.
Kiedy myślę dziś o tej rozmowie, uderza mnie w niej najwięcej słowo “powieszeni”. W 1940 nikt jeszcze nie używał tego słowa mówiąc o osobach wojskowych, które według starego obyczaju rozstrzeliwano. Nawet Tuchaczewski zginął rozstrzelany. Słowo “powieszeni” posiada w sobie konkretność wizji wychodzącą poza ramy teoretycznej kalkulacji.
2.
W okresie międzywojennym nie brakło także proroctw pisanych. Przykłady ich znaleźć można np. w literaturze surrealistycznej. Właściwy sens jej, zaciemniony przez krytykę, uszedł uwagi czytelników. W latach 1939 – 1940, patrząc w różnych krajach na stłoczone na brzegach wód masy uciekających, poznawałem w nich klimat powieści Ribemont – Dessaignes’a “Les frontieres humaines“. Widok jadących sznurami automobili przykrytych modnymi wówczas materacami przypominał mi słowa czytanego przed wielu laty tzw. drugiego manifestu surrealistów: „Partez sur les routes. Semez les enfants au coin du bois“.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Georges_Ribemont-Dessaignes
Partez sur les routes. Semez les enfants au coin du bois – jedno z surrealistycznych haseł André Bretona. (Idźcie przez ulice/ ewentualnie: idźcie drogami. Siejcie dzieci na rogu lasu);
W przewidywaniach posiadających taką dokładność i konkretność uderza często prostota, suchość i niemal ubóstwo przesłanek rozumowania, wyodrębnionych z chaosu rzeczywistości. Przychodzi mi tu myśl proroctwa spełnione dopiero w połowie, które słyszałem w 1923 z ust Mahmuda Tarzy. https://en.wikipedia.org/wiki/Mahmud_Tarzi
Osoba jego wymaga krótkiego objaśnienia. Afganistan jest krajem górskim graniczącym z jednej strony z Indiami, z drugiej z rosyjskim Turkiestanem. Abdurrachman, ostatni emir z pierwszego okresu niepodległości mawiał o tej sytuacji:
„Jestem jak łabędź pływający po strumieniu. Po jednym brzegu strumienia, chodzi tygrys bengalski, po drugim niedźwiedź syberyjski, ja zaś pływam pośrodku, i woda nie jest za bardzo głęboka”.
Kiedy w 1882 rząd petersburski zaproponował mu ratyfikację granicy na Pamirze, emir przeląkł się tak, że zrezygnował z niepodległości i przyjął protektorat brytyjski.
https://en.wikipedia.org/wiki/Abdur_Rahman_Khan
W 1917 dwaj Afgańczycy, Weli Chan i Mahmud Tarzy, pojechali do Moskwy i przez półtora roku śledzili na miejscu bieg rewolucji.
(Mohammad Wali Khan Darwazi:https://www.ijrah.com/index.php/ijrah/article/view/192/352
Przyszedłszy do przekonania. że w ciągu najbliższych lat nic nie grozi Afganistanowi od północy, wrócili do kraju, obalili ówczesnego emira i osadzili na tronie głośnego później Ammanullacha, który niezwłocznie ogłosił niepodległość Afganistanu, wydał wojnę Wielkiej Brytanii i w wyniku jej osiągnął ponowne uznanie niepodległości kraju. Wkrótce potem emir poślubił córkę MahmudaTarzy. Odtąd z Weli Chanem dzierżyli na zmianę dowództwo armii i prezydencję rządu cywilnego. W 1923 Mahmud Tarzy wyjechał do Europy i po starannym zwiedzeniu Włoch, Francji i Anglii osiadł w Paryżu w charakterze posła swego kraju. Tam odwiedziłem go kilkakrotnie w towarzystwie muzuł- mańskich przyjaciół.
Weli Chan był niewielkiego wzrostu, z twarzą okrągłą jak księżyc, wyrażająca głębokie zadowolenie. Mahmud Tarzy był wyższy, szczuplejszy, skórę miał ciemną jak cholewa, nosił czarną brodę, patrzył najczęściej w ziemię i zdawał się nie przewidywać niczego dobrego. Pewnego razu objaśnił mi różnicę między wyglądem swoim i swego znakomitego kolegi.
„Czy pan rozmawiał kiedy z Weli Chanem w cztery oczy. Czy też widywał go pan w otoczeniu innych Afgańczyków?”
Odpowiedziałem, że nigdy nie widziałem go na osobności.
„W cztery oczy wydałby się panu mniej wniebowzięty. Uśmiech i zadowolenie jest u nas grzecznością, którą wykonujący władzę winien jest swoim poddanym. Aby jeden mógł być na wierzchu, wszyscy muszą się na to złożyć w pieniądzach, upokorzeniach i przykrościach! Byliby więc nieprzyjemnie zdziwieni, widząc że emir jest niezadowolony i ofiary ich były próżne”.
Tu wyjął z szuflady fotografię Weli Chena w otoczeniu kilkunastu Afgańczyków i ciągnął dalej:
„Patrząc na tę grupę może pan poznać od razu rangę każdej osoby. Twarz stojących na najniższych szczeblach wyraża skupioną uwagę i gotowość do usług. Twarz stojących wyżej wyraża gotowość do usług i przekonanie, że usługi ich będą należycie ocenione. Stojący na samym wierzchu patrzy trochę ponad głowy innych i ma taki wyraz twarzy, jak gdyby widział już z bliska raj Mahometa“.
Mahmud Tarzy był więc człowiekiem nie tylko doświadczonym, ale przywykłym do rozważania spraw ludzkich w ich wielkich aspektach. Korzystając z jego pogodnego nastroju, zapytałem go jakie wrażenia wyniósł z objazdu Europy i co myśli o jej przyszłości. Odpowiedział:
„Nic dobrego. Gdyby Europejczycy zajmowali się jak my wypasaniem kóz i nie mieli innych kłopotów, mogliby być może patrzyć pogodnie w przyszłość. Administracja tak wielkich bogactw i złożonych przedsiębiorstw wymaga jednak pewnej inteligencji, której tu nigdzie nie mogę się dopatrzyć. Dlatego myślę, że Europa stoi na progu bezprzykładnej katastrofy i że wy wszyscy zginiecie marnie, niesławnie jak zwierzęta idące pokornie pod nóż“. I po chwili dodał: „Najlepiej jeszcze podobali mi się Anglicy. Nie są mądrzejsi od innych, ale jeszcze na razie mają więcej pieniędzy”.
Od tego czasu minęło wiele lat. Słowa Mahmuda Tarzy przypominały mi się nieraz, ilekroć patrzyłem na zdumiewa- jącą dyscyplinę obecnych mrowisk ludzkich. Pod komendą szalonych dyktatorów czy nie mniej nieprzytomnych rządów demokratycznych całe narody szły “w karnych szeregach” do nieuniknionych i z dala widocznych katastrof. Nikt nie próbował myśleć samodzielnie, nikt nawet nie uciekał, chyba że porwany owczym pędem. Zmiany jakie zaszły w Europie, niegdyś centralnym laboratorium myśli krytycznej, są tak głębokie, że sami nie dostrzegamy już prawie groteskowości naszego zachowania się, które napełniało zdumieniem górala z Afganistanu.
3.
Zaczynając od Jakóba Burckhardta, wszyscy, którzy w ostatnich dziesiątkach lat widzieli jasno rzeczy przyszłe, byli samotni. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacob_Burckhardt
Ciążyła na nich samotność i bezużyteczność ich wiedzy. W czasach mojej młodości ze słusznych przewidywań można było wyciągnąć pewne skromne korzyści osobiste. Dziś i te możliwości są zamknięte. Z miejsca, w które ma uderzyć piorun, przezorność nakazuje uciekać. Ale dokąd? Wojna i chaos mogą się zacząć wszędzie. Wojna ostatnia zaczęła się w leżącej na uboczu Hiszpanii. Dyktatorzy rozważali także rozpoczęcie jej w Ameryce Południowej. Uciekać więc nie ma dokąd. Nieliczne kraje spokojniejsze strzegą swych przywilejów na użytek własnej ludności i zamykają granice dla obcych. Państwo nowożytne z jego drobiazgową reglamentacją życia nie daje zresztą obcym żadnego wartego zachodu azylu. Uciekać więc nie ma dokąd i nie ma po co.
Zdolność przewidywania nie jest potrzebna współobywatelom, którzy nie przypisują jej żadnego znaczenia. Nie jest potrzebna również samemu przewidującemu, który w obecnej organizacji społecznej nie może z niej wyciągnąć żadnej korzyści. Jest więc nieznośnym ciężarem, dziś trudniejszym do niesienia niż kiedykolwiek. Po co więc przewidywać? Jeden z przyjaciół zajmujący się polityką powiedział mi niedawno:
„Po 40 latach doświadczenia przyszedłem do pewności, że największy handicap naszego życia stanowią rozsądek i zastanowienie”.
Czy wobec jego całkowitej bezużyteczności uzdolnienie do widzenia rzeczy przyszłych będzie jeszcze nawiedzało wybranych? To pytanie przypomina mi bardzo już dawną rozmowę w laboratorium, do którego jako młody student przyniosłem kiedyś nową podówczas książkę Blaringhama o nagłych mutacjach roślin i zwierząt.
https://en.wikipedia.org/wiki/Louis_Blaringhem
Kierownik laboratorium, uczony fizjolog i członek wielu towarzystw naukowych, zainteresował się tą książką i czytał ją przez cały wieczór. Następnego dnia rankiem zapytał:
,,Studiował pan przedtem historię, czy pana zdaniem cywilizacje historyczne nie były, skutkiem mutacji podob- nych do tych, jakie opisuje Blaringham? Wszystko, co o tym wiemy, zdaje się na to wskazywać. Każda nowa cywilizacja była dziełem paru pokoleń, które – trafiając na pomyślne okoliczności – ujawniała nieznane przedtem uzdolnienia”. “To samo przychodzi mi na myśl, kiedy patrzę na rozwój nauk przyrodniczych. Uzdolnienia potrzebne do tego, co robimy obecnie w naszych laboratoriach, rozwinęły się dopiero u paru ostatnich pokoleń, i nie ma żadnego dowodu, aby istniały poprzednio”.
Tu westchnął i dodał:
„Wyciągam z tego wnioski bardzo dla nas wszystkich niepomyślne. Odmiany oparte na mutacjach są niestale i ulegają równie nagłej regresji. Możemy więc któregoś dnia obudzić się pośród kretynów niezdolnych w ogóle do zrozumienia tego, w co włożyliśmy tyle pracy i dowcipu”.
W pewnym węższym sensie słowa jego spełniły się, bo w dziesięć lat później, z okazji czystek politycznych w Niemczech, został usunięty z uniwersytetu i pozbawiony możności pracy naukowej.
*******
Z autorów przytoczonych wyżej przewidywań nikogo już prawie nie ma przy życiu.
(„prawie” odnosi się do czasu napisania eseju, czyli 75 lat temu – S.O.)
Uzdolnienia takie na pewno nie sprzyjają długowieczności. Nawet mnie, który ich tylko słuchałem w milczeniu, nie wyszło to na dobre. Tymczasem jest jasne, że dyscyplina i cierpliwość dziś nie wystarczy. Jeżeli Europa, zrujnowana tylu szaleństwami, ma uniknąć zagłady, mieszkańcy jej muszą nauczyć się lepiej przewidywać skutki swych czynów i nie mogą więcej lekceważyć tych, kto to potrafi. Dla starszych jest to już prawie obojętne. Myślę tu o młodych, mających całe życie przed sobą.
Kto z nich zechce ubrać płaszcz, o którym Kassandra mówi do Apollona:
„W tym płaszczu proroka wystawiłeś mnie na pośmiewisko swoich wrogów“.
lecturi te salutamus
========================================




21.04.2024 konieczne-dla-odzyskania-naszej-niepodleglosci

Rusza #AkcjaEwakuacjaZeu organizowana przez Fundację Kampanii Społecznych im. św. Stanisława Papczyńskiego. Inicjatorzy chcą przekonać Polaków do konieczności PolEXITU.
Jak wskazali organizatorzy, pierwszym celem ich kampanii jest „poszerzenie świadomości Polaków dotyczącej neokolonializmu, którego jednym z najniebezpieczniejszych narzędzi jest Unia Europejska”.
„Chcemy przedstawić Polakom prawdziwą historię i cele tzw. «ojców założycieli»” – dodali.
Organizatorzy kampanii #AkcjaEwakuacjaZeu podkreślili, że w wizji „ojców założycieli” od samego początku „Zjednoczona Europa nie mała być związkiem wolnych narodów a europejskim państwem”.
„Aby mogło ono powstać przeprowadza się powolną operację odzierania narodów europejskich z ich kompetencji, co na końcu musi skutkować odebraniem narodom ich prawa do samostanowienia” – czytamy.
Powołano się także na prof. Jerzego Chodorowskiego, który „udowodnił, że nie ma możliwości zmiany tak ustawionego kierunku integracji”. „Dlatego będziemy przekonywać Polaków do opuszczenia Unii Europejskiej jako projektu, który ma zamknąć naszą drogę do niepodległości” – oświadczono.
Zdaniem przedstawicieli Fundacji, najtrudniejsze będzie rozpoczęcie konsultacji społecznych „dotyczących powstania Europy niepodległych narodów, która będzie konkurencją dla unijnej utopii”. Według nich, podstawą konsultacji powinna być cywilizacja łacińska w rozumieniu prof. Feliksa Konecznego.
Organizatorzy kampanii za cel stawiają sobie podniesienie odsetka Polaków widzących konieczność wyjścia z Unii Europejskiej z 11 do 20 proc. w najbliższym roku. W ciągu trzech lat ma on osiągnąć już 30 proc. Do 2028 roku przekonana ma być już ponad połowa Polaków.
„Cele te chcemy realizować poprzez tworzenie struktur do regularnej pracy społecznej na ulicach polskich miast. Będziemy wychodzić z banerami i megafonami. Merytorycznie przygotowani do dyskusji wolontariusze będą poruszać tematy trudne ale konieczne dla odzyskania naszej niepodległości” – czytamy.

Autor: stan orda , 21 kwietnia 2024 ekspedyt/solzenicyn-oraz-o-solzenicynie
motto:
Tylko dla Boga człowiek posiada wartość samą w sobie
(A. Sołżenicyn)
Najpierw treść rozmowy o Sołżenicynie, a w drugiej części notki małe arcydziełko literackie A. Sołżenicyna, w Polsce praktycznie nieznane [dałem osobno. MD] . Tekst rozmowy o Aleksandrze Sołżenicynie i jego twórczości został pierwotnie opublikowany w Nr 4/328 „Kultury”; Paryż 1971. Reedycja w zbiorze „Godzina cieni. Eseje” autorstwa G. Herlinga-Grudzińskiego (ZNAK, Kraków 1991).
O Sołżenicynie rozmawiali Gustaw Herling-Grudziński i Nicola Chiaromonte.
https://culture.pl/pl/tworca/gustaw-herling-grudzinskihttps://www.treccani.it/enciclopedia/nicola-chiaromonte_(Dizionario-Biografico)/
**********
Nicola Chiaromonte:
– Losy pisarstwa Sołżenicyna poza granicami Rosji wydają mi się równie niezwykłe jak symptomatyczne dla obecnej sytuacji kulturalnej i moralnej w Europie. Z jednej strony mamy literatów, krytyków, publiczność tak zwaną kulturalną (co dziś oznacza po prostu oblataną w najświeższych modach). Ludzie tego pokroju uważają w przytłaczającej większości Sołżenicyna za pisarza “dokumentarnego”; za autora o silnej i szlachetnej naturze, lecz o skromnych możliwościach artystycznych; za herolda “socjalizmu ludzkiego”, czyli moralistycznego a nie politycznego, tym samym więc mało przekonywującego; za śmiałego obrońcę “destalinizacji”, i owszem, któż jednak na Zachodzie nie jest zwolennikiem “destalinizacji”, odkąd Chruszczow zainicjował tę niezbyt jasną i trudną do zdefiniowania operację? Krótko mówiąc, Sołżenicyn występuje tu jako piękna postać pisarza i człowiek z charakterem, ale jeśli chodzi o sztukę literacką plasuje go się daleko w tyle za naszymi zawrotnymi subtelnościami.
Z drugiej strony ktokolwiek ma okazję rozmawiać z osobami prostymi, wrażliwymi i uważnymi, które przeczytały Dzień Iwana Denisowicza, Pierwszy krąg, Oddział chorych na raka, nie może nie dostrzec głębokiego wrażenia jakie zrobiły na nich te książki. Czy to będą Włosi czy Francuzi, Anglicy czy Amerykanie, w Sołżenicynie znajdują oni typ pisarza od którego zdążyli już dawno odwyknąć we własnych krajach, pisarza przemawiającego równocześnie do serc i umysłów. Pisarza poważnego; dajmy spokój przymiotnikowi “wielki”, który w tych sprawach niewiele znaczy. Niezależnie od wieku, ci ludzie odkrywają na kartach powieści Sołżenicyna obraz świata społecznego i wszechświata moralnego. Światem społecznym jest dzisiejsze społeczeństwo sowieckie opisane od dołu do góry: od łagrów, więzień i szpitala dla chorych na raka, poprzez nędzną klasę średnią. biurokratów, aż po wysokich i najwyższych reprezentantów reżymu. Ale temu solidnemu i drobiazgowemu opisowi, i jakby przez niego pobudzana, towarzyszy. zrównoważona i surowa wizja egzystencji ludzkiej. W niej młodzi i starsi czytelnicy znajdują nie odpowiedź na pytania abstrakcyjne, lecz potwierdzenie elementarnego faktu, dziś straszliwie zaciemnionego: ,że godność człowieka – droga prawdziwego wyzwolenia – tkwi zgodnie z antyczną formułą w zdolności “cierpienia i rozumienia”, a nie delektowania się własnym rozdętym do skrajności Ja. Tym czytelnikom więzień Gerasimowicz z Pierwszego kręgu przypomina, że to co zwykliśmy nazywać “nieśmiertelną duszą” nie jest przez nas posiadane, ale zdobywane; i że tylko wydziedziczeni, ci którzy w drodze gwałtu lub z własnego wyboru przebywają poza światem “chciwych i głupkowatych użytkowników wyznaczonej racji wolności”, są zdolni ubiegać się o taką zdobycz. „Żaden los nie mógł być gorszy od ich losu. A przecież w ich duszach panował spokój. Była w nich nieustraszoność ludzi którzy stracili wszystko, nieustraszoność trudna do osiągnięcia, lecz trwała gdy się ją osiąga”.
Tak brzmi, pod koniec Pierwszego kręgu, komentarz autora do wysyłki grupy więźniów zamku mawrińskiego [1] znowu za druty łagrów. Dla czytelników o których mówię podobne słowa stanowią wstrząs nie same przez się, ale dlatego że rodzi je oszczędny i bezspornie wiarygodny opis rzeczywistości. W pewnym sensie wolno powiedzieć, że Sołżenicyn nie tyle “przedstawia”, nie tyle “puszcza wodze wyobraźni”, co zaszczepia w sumieniu czytelnika istnienie rzeczywistości, która jest przedmiotem jego opowiadania. W jego książkach widać więc odpowiedź, a raczej jasny zarys odpowiedzi, na piekielną udrękę która, nawet jeśli nie jest narzucona przez system autokratyczny, gnębi dziś każdą świadomą jednostkę ludzką; udrękę pędzenia z dnia na dzień życia pozbawionego sensu, życia w którym człowiek czuje, że gubi z dnia na dzień własną duszę.
[1] https://trojza.blogspot.com/2012/09/blog-post_6.html#more
Gustaw Herling-Grudziński:
– Duszę … Rzadko używa się obecnie w “środowisku kulturalnym” tego słowa, uchodzi ono za domenę albo staroświeckich księży, albo wariatów. Witkiewicz, w wydanym (…) we Włoszech Nienasyceniu, powiada że o duszy “wiedzą dziś naprawdę cokolwiek tylko wariaci”. Genialny Witkiewicz! Oto jak w roku 1927 prorokował likwidację duszy za pomocą Nowej Wiary i pigułek Murti Binga:
„Wiara i pigułki, dając wiele doraźnie, na każdą chwilę z osobna dostarczając środków do walki z osobowością (a cóż jest zło, jak nie trochę zanadto wybujała osobowość?), zabijały w wyznawcach i zjadaczach wszelką intuicję przyszłości, wszelką możność całkowania chwil w konstrukcję życia na dalszy dystans. Następowało zupełne rozproszkowanie jaźni na szeregi bezzwiązkowych momentów; na tle możności poddania się każdej, najgłupszej nawet mechanicznej dyscyplinie“.
https://kartkazbrulionu.wordpress.com/2019/04/05/z-piatku-na-niedziele-pigulki-murti-binga/
Czytam teraz Wspomnienia wdowy po Mandelsztamie, Nadzieżdy. Wspomina ona o „psychicznej ślepocie sowieckich ludzi”, działającej „rozkładowo na ich strukturę duchową”. Dodaje, że „pokolenie dobrowolnych ślepców” schodzi już naturalną koleją rzeczy ze sceny w miarę starzenia się. Co – pyta siedemdziesięcioletnia towarzyszka życia zamęczonego poety – przekazało ono w spadku swoim następcom? Czy wśród tych co posiadają dziś wzrok dużo jest takich, którzy nie tylko patrzą ale i widzą? Widzącym, a nie tylko patrzącym, jest niewątpliwie Sołżenicyn. Jego widzenie sięga poza specyficzną problematykę rosyjską, można co najwyżej wskazać jak dalece jest sycone przez obraz Rosji.
Prostych, wrażliwych i uważnych czytelników książek Sołżenicyna na Zachodzie wzrusza i zastanawia najbardziej to, że przywracają one znaczenie i jakby czysty dźwięk zdewaluowanym zdawałoby się i bezpowrotnie zużytym pojęciom: dusza, osobowość człowieka, dobro i zło, sprawiedliwość, prawość, miłość, prawda, głód nieśmiertelności. Innymi słowy, podziw dla Sołżenicyna wyraża ukryty a często i ledwie uświadomiony bunt przeciw światu, który “zabija
w ludziach wszelką intuicję przyszłości, wszelką możność całkowania chwil w konstrukcję życia na dalszy dystans”; który “jaźń ludzką rozproszkowuje na szereg nie powiązanych ze sobą momentów, by ją tym łatwiej poddać mechanicznej dyscyplinie”. Gdyby twórczość Sołżenicyna ograniczała się do Dnia Iwana Denisowicza, moglibyśmy mówić jedynie o carmen horrendum ustroju sowieckiego, jak Herzen mówił o carmen horrendum caratu w związku z Martwym domem Dostojewskiego. Ale w Zagrodzie Matriony, w Oddziale chorych na raka, a nawet w Pierwszym kręgu, Sołżenicyn wznosi się ponad rzeczywistość sowiecką i wkracza w rejony uniwersalne. Sprawiedliwy, bez którego nie ostoi się żadna wieś, ani żadne miasto; czym żyje i jak umiera człowiek; wolność wewnętrzna, rzucająca zwycięskie wyzwanie sile i przemocy. Aż dziw że znalazł się jeszcze na świecie pisarz, który ma odwagę tak myśleć i w taki sposób opowiadać. Literatów na Zachodzie, z nielicznymi wyjątkami, ni grzeją ni ziębią “poczciwe banały” w tym stylu. Tutejsze literackie “subtelności”, jak je nazywasz, są sztuką udawania przed sobą i innymi że się żyje i pisze, wyrafinowaną i jałową zarazem grą pozorów.
Nicola Chiaromonte:
– Tak, literatom na Zachodzie opowieści Sołżenicyna wydają się szlachetnie dokumentarne i basta. No cóż, wiadomo że współcześni literaci nie żywią szczególnego szacunku ani dla moralności ani dla prawdy. Nie jest kwestią przypadku, że to literat włoski wymyślił formułę ,,literatury jako kłamstwa”. Formułę znacznie bardziej tradycyjną we Włoszech, niż to na pierwszy rzut oka wygląda; i dającą się zastosować do wszystkiego niemal, co się dziś na Zachodzie pisze. Nie czytaliśmy może ostatnio, że wybitny intelektualista francuski Michel Foucault, powołany do College de France, wygłosił w surowych murach tej instytucji mowę, w której “wola prawdy” została uznana za formę represyjną wolności słowa? Odnoszę wrażenie że w tym miejscu dochodzimy do prawdziwej “żelaznej kurtyny”, która oddziela obecnie inteligencję w Europie Zachodniej od inteligencji w Europie Wschodniej . Carlo Bo, jeden z bardzo niewielu krytyków włoskich którzy sprawiedliwie ocenili twórczość Sołżenicyna, pisze właśnie: „To pewne że o wolność artystyczną walczy się dziś znacznie bardziej serio w kraju Sołżenicyna, niż gdzie indziej; powiedzmy otwarcie: niż u nas; wyjaśnia to również dlaczego ich literatura jest autentyczniejsza, szlachetniejsza, prawdziwsza, niż wszystkie nasze dwuznaczne smaczki i chwyty”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Carlo_Bo
Dodałbym od siebie, że w tym kontraście chodzi o znacznie więcej, niż o zwykłą wolność sztuki czy nawet wolność polityczną. Chodzi o wartość egzystencji ludzkiej, którą tu usiłuje się dziwnie upodlić i unicestwić, podczas gdy tam odkrywa się na nowo za cenę cierpienia jej fundamenty. Otóż według mnie nie ma rzeczy ważniejszej, dla kogoś kto pracuje intelektualnie i rości sobie prawa do wolności intelektualnej, niż odnaleźć nieodzowną jedność między tym co prawdziwe, tym co sprawiedliwe i tym co rozbudza w człowieku dążenie do prawdy i sprawiedliwości. Musimy wiedzieć, czy tragedia którą na Zachodzie i na Wschodzie narody Europy przeżywały i przeżywają od przeszło pięćdziesięciu lat, z towarzyszącym jej trzęsieniem ziemi w sumieniach ludzkich, jest faktem który trzeba brać poważnie, czy też czymś w rodzaju toru ślizgawkowego dla biegłych w piruetach łyżwiarskich.
Gustaw Herling-Grudziński:
– Zgadzam się z Bo, wiedząc że ma na myśli literaturę mniej lub więcej zakazaną. Zjawisko dotyczy zresztą nie samej tylko Rosji. Ilekroć „stamtąd” przychodzi książka rzeczywiście ważna, przewyższa swoim ciężarem gatunkowym “nowalijki” obcmokiwane na zachodnich giełdach literackich. Powstaje naturalnie pytanie: dlaczego? Słyszymy w odpowiedzi: „za cenę cierpienia”. Tak, ten nurt jest w literaturze rosyjskiej stary i głęboki. Znajduję w pamiętniku Nadieżdy Mandelsztam charakterystyczny epizod. Żona poety proponuje mu wspólne samobójstwo, żeby “położyć wreszcie kres cierpieniu”. Osip Emiliewicz wybucha: „Czemuś sobie wbiła w głowę, że musisz być koniecznie szczęśliwa?”. Nadieżda Jakowlewna przypomina sobie natychmiast słynny fragment z protopopa Awwakuma. ,,I oto moja żona, biedna dusza, zaczęła się skarżyć mówiąc: Jak długo, Awwakum Pietrowicz, będą trwać te cierpienia? Odrzekłem: Aż do naszej śmierci, Anastasja Markowna”.
https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBywot_protopopa_Awwakuma,_przez_niego_samego_nakre%C5%9Blony
Brzmi to jak apologia cierpienia. I w pewien sposób jest nią. Nie należy jednak wpadać w skrajność. Cierpienie przede wszystkim poniża. O wyłącznie poniżającej roli cierpienia mowa w pierwszej książce Sołżenicyna. [2] Gdy Iwan Denisowicz Szuchow podsumowuje wieczorem w myślach na obozowej pryczy swój ,,niczym nie zmącony i prawie szczęśliwy dzień”, oglądamy przy pracy machinę państwa totalitarnego wyciskającą z niewolnika resztki jego instynktu wolności. Ale cierpienie i poniża i może także oczyszczać. W pozostałych książkach Sołżenicyna działa dalej – wprost czy na drugim planie – dokładnie ten sam poniżający człowieka sowiecki „wszechświat koncentracyjny”, a przecież spotykamy się w nich równocześnie z zupełnie nowym elementem. Ludzie, którym odebrano zdawałoby się wszystko, odkrywają w sobie rezerwy duchowe nieporównanie bogatsze niż ci, którzy zdawałoby się wszystko posiadają. W gruncie rzeczy jedynym tematem najlepszych utworów Sołżenicyna jest ostateczna, graniczna próba człowieczeństwa. Na chwilę przed zgonem Szułubin z Oddziału chorych na raka czuje, że “to co jest w nim, to nie jest tylko on”, że tkwi w nim “coś absolutnie niezniszczalnego i wzniosłego, jakiś odłamek Ducha Uniwersalnego”. Czym jest ten „odłamek”? Co jest w nas niezniszczalne i wzniosłe? Takie pytania, nadające walor i życiu i literaturze coraz rzadziej stawia sobie współczesny człowiek w warunkach normalnych. Są to pytania religijne, nawet jeśli się nie wierzy w Boga. Stąd zdarza się słyszeć o Sołżenicynie jako pisarzu prezentacyjnym dla ,,zastrzyku religijnego”, jakim w okresie 1956-57 był dla ZSSR masowy powrót, po latach cierpień, katorżników z więzień, obozów i miejsc zesłania. Nie lekceważyłbym tego twierdzenia. Mniejsza o to czy i w jakim stopniu Sołżenicyn jest pisarzem świadomie religijnym. Istotne wydaje mi się jego poczucie pietas bez której nie ostoi się ludzki świat. W małym arcydziełku Procesja Wielkanocna uderza, bardziej może od obrazu chuligaństwa młodzieży nasłanej do Pieriedełkina, widok jasnych i czystych twarzy w święto Męki i Zmartwychwstania. Oczywiście kilka takich stroniczek mógł napisać tylko artysta dużej miary.
[2] „Jeden dzień Iwana Denisowicza” (1962)
Nicola Chiaromonte:
– W sprawie która dotyczy treści nie mniej niż formy, czyli w sprawie jakości sztuki Sołżenicyna niech powie za mnie parę słów włoska znawczyni literatury rosyjskiej Lia Wainstein [3]: „Wychodząc z zasady Czechowa, że w utworze literackim nic nie powinno być przypadkowe czy zbędne, i stosując ją systematycznie, Sołżenicyn zdołał osiągnąć całkowity stop formy i treści, tematu i stylu. Iwan Denisowicz przemawia własnym językiem, podobnie jak Nerżin, Matńona, Kostogłotow czy Niemow. Każde słowo spełnia swoją określoną i niezastąpioną funkcję, którą rzadko jest w stanie oddać tłumaczenie. By ocenić Sołżenicyna, trzeba go czytać w oryginale”. Od moich znajomych czytających po rosyjsku słyszę to samo. Stworzenie nowego języka przez pisarza wymaga jednak, jak sądzę, czegoś więcej niż zwykłego mistrzostwa stylistycznego: wymaga ucha wrażliwego na żywy język, na głos własnego narodu i własnej epoki; albo, jeśli kto woli, na kształtującą się rzeczywistość moralną i społeczną. Trudno mi się tu wypowiadać, skoro nie czytałem Sołżenicyna w oryginale i nigdy nie byłem w Rosji. Ale może ty, który znasz ,,inny świat” obozów sowieckich i ,,zeków”, potrafisz wyjaśnić na czym polega i co oznacza nowość języka Sołżenicyna w życiu narodu rosyjskiego. Włoskie wersje Sołżenicyna – szczególnie dw6ch jego wielkich powieści, Pierwszego kręgu i Oddziału chorych na raka – są tak mierne w por6wnaniu na przykład z angielskimi, że częściowo przynajmniej usprawiedliwiają nieuwagę krytyków i literatów.
[3] https://edizioniclichy.it/autore/lia-wainstein/
Gustaw Herling-Grudziński:
– Przypomnijmy najpierw Pasternaka: „Sztuka nie wydawała mi się nigdy przedmiotem czy aspektem formy, ale raczej tajemniczym składnikiem ukrytym w treści. Dzieła sztuki przemawiają na wiele sposobów: tematem, tezami, sytuacjami, postaciami. Lecz przede wszystkim przemawiają obecnością sztuki. Obecność sztuki w Zbrodni i karze jest bardziej wstrząsająca od zbrodni Raskolnikowa”. Zasada Czechowa, naturalnie słuszna, niewiele wyjaśnia: każdy poważny pisarz stara się pisać tak, żeby w jego utworach nie było rzeczy przypadkowych i zbędnych, żeby słowo spełniało w nich swoją określoną i niezastąpioną funkcję· Czemuż by tej funkcji słowa miał nie oddać dobry tłumacz, dopóki znajdujemy się w sferze czysto komunikatywnych cech języka? Wymyka się przekładowi cała reszta, którą Pasternak nazwał sztuką jako tajemniczym składnikiem ukrytym w treści. Pół biedy, gdy chodzi tylko o temat, tezy, sytuacje i postacie: ostatecznie nie brak świetnych przekładów Dostojewskiego, i czytelnik nie rosyjski odczuwa obecność sztuki w Zbrodni i karze równie ostro jak czytelnik rosyjski.
Ale czasem, właśnie jak w wypadku Sołżenicyna, do sposobów sztuki wymienionych przez Pasternaka przyłącza się jeszcze język wyrosły na glebie i karmiony echami bardzo specyficznych i wyjątkowych przeżyć. Ten jest najtrudniejszy do przekazania. W ciągu mojego pobytu w Rosji nauczyłem się dwukrotnie rosyjskiego. Z początku, dla potrzeb śledztwa i porozumiewania się w codziennych sprawach z towarzyszami więziennymi i obozowymi. Potem, dla rozumienia w tym co o sobie opowiadali, wszystkich aluzji, pauz milczenia, specjalnych wyrażeń, zdań znacząco modulowanych lub urywanych. Otóż wspominając tamte czasy i czytając w oryginale Sołżenicyna miałem wciąż takie uczucie, jakby pełnym i donośnym głosem odezwał się nagle ktoś przez długie lata przywykły do szeptu. Szczególny, dramatyczny ton dwurejestrowej prozy Sołżenicyna odnalazłem, wśród znanych mi przekładów, jedynie w polskim tłumaczeniu Pierwszego kręgu pióra Michała Kaniowskiego. [4] Kto wie, może działa tu jakieś prawo wspólnego obszaru doświadczeń narodowych i politycznych? Bo w końcu Sołżenicyn jest także rosyjskim powieścio- pisarzem politycznym.
[4] pseudonim literacki Jerzego Pomianowskiego;
https://culture.pl/pl/tworca/jerzy-pomianowski
Nicola Chiaromonte:
– Choć w prostej formie obrony i afirmacji “praw człowieka i obywatela”, Sołżenicyn i jego prześladowani towarzysze (Siniawskij, Daniel, Amalrik) poruszają ważny problem polityczny. Mówiąc o Sołżenicynie, nie można więc nie mówić o polityce. Ci Rosjanie piszą prawie wyłącznie o Rosji, z myślą o Rosji. Ale w rzeczywistości, właśnie dzięki temu upartemu naciskowi z jakim domagają się swoich praw jako pisarze i Rosjanie, zmuszają i nas do zastanowienia się nad sprawą wolności i sprawiedliwości wszędzie: w warunkach współczesnego społeczeństwa przemysłowego i technologicznego, pod ciężarem aparatów państwowych wyposażonych jak nigdy dotąd w instrumenty represji. Wolno chyba powiedzieć, ze Sołżenicyn nie jest tu ani pesymistą ani optymistą; postanowił po prostu nie milczeć. Pesymizm natomiast, jeśli chodzi o Rosję, wyczuwa się u Amalrika. Pamiętam jego słowa: „Ideologią masową tego kraju był zawsze kult własnej siły i rozległości, a tematem fundamentalnym jego kulturalnej mniejszości opis własnej słabości i izolacji; przykładem literatura rosyjska”.
Gdy rozważam sytuację w Europie Zachodniej, z wyjątkiem może Anglii, gdzie historia stosunków między intelektualistami a społeczeństwem jest zupełnie inna niż w krajach kontynentu, wydaje mi się trudna do uniknięcia konkluzja o analogicznym wydźwięku pesymistycznym. Z drugiej strony sądzę, że najgorszym dziś wrogiem ludzkości jest optymizm, w jakiejkolwiek formie występuje. Oznacza bowiem odmowę myślenia z obawy przed ewentualnymi wnioskami. Sądzę też że pierwszym pytaniem jakie należy sobie dziś stawiać nie jest “Co robić?”, lecz “Co myśleć?”. Stąd ogromna odpowiedzialność intelektualistów. Intelektualiści są mniejszością; w tej mniejszości ludzie gotowi wziąć na siebie taką odpowiedzialność, czyli nie myśleć wyłącznie jako specjaliści, są wszędzie nieliczni. Trzeba uznać się otwarcie za mniejszość, ale wcale nie bezsilną. Przeciwnie – tym silniejszą, im wyżej od obowiązku działania stawia obowiązek myślenia i wyrażania swych myśli za wszelką cenę. Co, dodam dla jasności, jest niemożliwe gdy się trwa w izolacji; musimy się czuć związani paktem, który nie uznaje żadnych granic politycznych i ideologicznych.
Gustaw Herling-Grudziński:
– W Rosji takie rozróżnienie między myśleniem i działaniem są dość akademickie. Bezkompromisowe, odważne myślenie i wypowiadanie za wszelką cenę tego co się myśli jest tam równo- znaczne z działaniem. We wrześniu 1967 roku, podczas „osądu” Oddziału chorych na raka na posiedzeniu sekretariatu Związku Pisarzy Sowieckich, Surkow zwrócił się w pewnej chwili do Sołżenicyna: „Musicie powiedzieć czy odcinacie się od roli przywódcy opozycji politycznej, którą przypisują wam na Zachodzie”. Na co Sołżenicyn, nie bez odcienia ironii: „Aleksiej Aleksandrowicz, nie wierzę własnym uszom. Artysta słowa i przywódca opozycji politycznej? Jak pogodzić te dwie rzeczy?”.
Prawda polega na tym że w Rosji, i dzięki tradycji i zwłaszcza w obecnych okolicznościach, można a nawet trzeba je pogodzić. Należy tylko zwrot “przywódca polityczny” brać mniej dosłownie. Pamiętamy z Pierwszego kręgu zdanie o pisarzu (oczywiście wybitnym), który w swoim kraju (oczywiście zniewolonym) staje się „drugim rządem”.
Z zebranych i uporządkowanych przez Sołżenicyna, po ukazaniu się Dnia Iwana Denisowicza listów od czytelników warto przytoczyć jeden na zakończenie naszego dialogu:
„W Rosji pisarze zajmowali zawsze szczególne miejsce. Jakkolwiek szły sprawy, życie wydawało nam się zawsze znośniejsze kiedyśmy mieli Turgieniewa, Tołstoja, Czechowa. Nie wystarczał nam pisarz dobry, albo nawet wielki. Potrzebny nam był pisarz, kt6rego można kochać … Była w Rosji Jasna Polana Tołstoja, było Mielichowo Czechowa, teraz jest Riazań Sołżenicyna”.