NATO Flag – Close-up photo of waving original and simple NATO flag. NATO is an intergovernmental military alliance based on the North Atlantic Treaty which was signed on 4 April 1949.
Dwie „prywatne rozmowy” przeprowadzono ze scenarzystami, reżyserami i producentami, a trzecia jest zaplanowana na czerwiec.
Jak ustalił “Guardian”, NATO organizuje zamknięte spotkania z twórcami filmowymi i telewizyjnymi – scenarzystami, reżyserami i producentami – w całej Europie i USA. Wywołuje to oskarżenia, że sojusz próbuje wykorzystać sztukę do tworzenia „propagandy” na własną korzyść.
Sojusz przeprowadził już trzy spotkania z profesjonalistami z branży filmowej i telewizyjnej w Los Angeles, Brukseli i Paryżu. Kolejne z cyklu „prywatnych rozmów” odbędzie się w przyszłym miesiącu w Londynie, ze scenarzystami – członkami brytyjskiego Gildii Pisarzy (Writers’ Guild of Great Britain, WGGB).
Planowane spotkanie w Londynie wywołało konsternację wśród części zaproszonych, którzy poczuli, że prosi się ich o „przyczynienie się do propagandy na rzecz NATO”.
Tematem rozmowy podczas spotkania (odbywającego się na zasadach reguły Chatham House, czyli anonimowości uczestników) będzie „zmieniająca się sytuacja w zakresie bezpieczeństwa w Europie i poza nią”. Były rzecznik NATO James Appathurai, obecnie zastępca sekretarza generalnego ds. hybrydowych, cyber i nowych technologii, prawdopodobnie weźmie w nim udział wraz z innymi urzędnikami Sojuszu.
W e-mailu WGGB widzianym przez “Guardiana” zasugerowano, że spotkania zaowocowały już „trzema oddzielnymi projektami” w fazie rozwoju, które są „zainspirowane, przynajmniej częściowo, tymi rozmowami”. Napisano również, że NATO jest „zbudowane na przekonaniu, iż współpraca, kompromis oraz pielęgnowanie przyjaźni i sojuszy to droga naprzód”, a „nawet tak proste przesłanie, jeśli trafi do jakiejś przyszłej historii, będzie wystarczające” – według organizatorów wydarzenia.
Alan O’Gorman, scenarzysta filmu “Christy” (nagrodzonego na Irish Film & Television Awards w 2026 r.), nazwał planowane spotkanie „oburzającym” i „czystą propagandą”. „Uznałem, że to niesmaczne i szalone przedstawiać to jako jakąś pozytywną okazję. Wiele osób, w tym ja, ma przyjaciół, rodzinę lub sami pochodzi z krajów, które nie są w NATO i które ucierpiały w wojnach, w które NATO wchodziło i które propagowało” – powiedział. Uważa, że spotkania są próbą „wpuszczenia przez NATO swoich przekazów do filmów i telewizji”. „Myślę, że w całej Europie panuje straszenie, że nasze obrony są osłabione. Widzę to w kontekście irlandzkim, gdzie poprzez część mediów i rząd następuje promowanie pozytywnego wizerunku NATO i bliższego sojuszu z nim. Sądzę, że Irlandczycy w większości nie chcą mieć nic wspólnego z wojnami na obcych ziemiach” – dodał.
Wydatki Irlandii na obronę wzrosły do rekordowego poziomu po inwazji Rosji na Ukrainę, co uzyskało poparcie wszystkich partii i szeroką aprobatę społeczeństwa, choć poparcie dla akcesji do NATO pozostaje niskie. Według sondażu Ipsos z zeszłego roku, w przypadku zjednoczenia Irlandii 49% wyborców w Republice Irlandii jest przeciwnych dołączeniu do Sojuszu, 19% jest za, a 22% nie wie.
O’Gorman powiedział, że inni scenarzyści zaproszeni na spotkanie byli „dość oburzeni, że sztuka miałaby być wykorzystywana w sposób wspierający wojnę” i czuli, że prosi się ich o „przyczynienie się do propagandy na rzecz NATO”.
Faisal A Qureshi, scenarzysta i producent z ponad 20-letnim stażem, zgłosił się na spotkanie, „by zobaczyć z pierwszej ręki, jak to jest”, ale musiał zrezygnować z powodu konfliktu terminów. Stwierdził, że „ryzyko dla każdego twórcy, który wkracza w ten niejawny świat wywiadu lub wojskowych briefingów, polega na tym, że może dać się uwieść myśleniu, iż posiada tajemną wiedzę. Że istnieje świat odcieni szarości, w którym moralność jest rozciągana, a łamanie praw człowieka jest akceptowalne, jeśli robi się to dla wyższego dobra”. Qureshi pyta, czy twórca będzie wystarczająco „kwestionował lub badał” informacje przekazane mu na takich spotkaniach. „Właśnie otrzymali coś, co ma pozór prawdy nadany przez autorytet, który rzadko obcuje z opinią publiczną, a sam dostęp daje poczucie przywileju” – powiedział.
Zwolennicy NATO opowiadają się za większymi relacjami ze środowiskami artystycznymi. Ośrodek analityczny Centre for European Reform opublikował w tym roku raport wzywający rządy do angażowania liderów kultury (w tym scenarzystów i producentów filmowych) w celu budowania poparcia społecznego dla większych wydatków na obronność i „lepszego opowiedzenia historii, dlaczego te inwestycje w obronę są potrzebne”.
W 2024 r. ośmiu scenarzystów (w tym scenarzysta i producent wykonawczy serialu „Przyjaciele”) zostało zaproszonych do kwatery głównej NATO w Brukseli przez waszyngtońskie Center for Strategic and International Studies, aby uczyć się o polityce bezpieczeństwa. Grupa (w skład której wchodził też scenarzysta długoletniego serialu „Prawo i bezprawie” oraz producent komediowego serialu detektywistycznego „High Potential”) spotkała się w trakcie wyjazdu z ówczesnym sekretarzem generalnym Sojuszu, Jensem Stoltenbergiem.
Przedstawiciel NATO powiedział: „Wspomniana inicjatywa to czwarta z serii sesji dla twórców fikcji w branży rozrywkowej (w tym scenarzystów, showrunnerów i autorów). Wynika ona z zainteresowania wyrażonego przez przedstawicieli branży, by dowiedzieć się więcej o tym, czym jest NATO i jak działa. Wydarzenia te obejmują spotkania z przedstawicielami NATO, społeczeństwa obywatelskiego i środowiska think tanków”.
Rzeczniczka WGGB powiedziała: „Jako związek zawodowy reprezentujący scenarzystów otrzymujemy zaproszenia od organizacji zewnętrznych na wydarzenia, które mogą być przydatne zawodowo lub interesujące dla naszych członków. Te interakcje nie oznaczają automatycznie poparcia dla tych organizacji. Zaproszenie, które przekazaliśmy od NATO naszym członkom-scenarzystom, dotyczyło wydarzenia oferującego dwustronną rozmowę, podczas której pisarze mogą zadawać własne pytania, swobodnie rozmawiać i wynieść ze spotkania wszystko, co uznają za użyteczne. Nasi członkowie są myślącymi samodzielnie – to cenna i istotna umiejętność, którą wykorzystują w swoim rzemiośle”.
NCZAS.INFO | Gwiazdy, celebryci, influencerzy… Obrazek ilustracyjny. Źródło: pixabay AI
Badanie węgierskich psychologów z ELTE Eötvös Loránd University, opublikowane w „Personality and Individual Differences”, potwierdza to, co konserwatyści od dawna widzieli gołym okiem: osoby o słabiej ukształtowanej tożsamości znacznie silniej fascynują się celebrytami i influencerami.
Słabi ludzie tworzą z celebrytami jednostronne, ale emocjonalnie intensywne więzi – szukają w nich rozrywki, inspiracji i przede wszystkim poczucia stabilności oraz kontroli, których sami nie potrafią wypracować.
– Kiedy ludzie nie są pewni, kim są, albo mają poczucie braku kontroli nad swoim życiem, celebryci stają się dla nich symbolem pewności siebie i sukcesu, a także wyznaczają kierunek działania. Daje to tymczasowe poczucie sprawczości, jasności i stabilności, szczególnie w okresach niepewności społecznej lub trudności w życiu osobistym – wyjaśniła powiedziała współautorka publikacji Agnes Zsila.
Młodsze pokolenia głupieją – nie umieją spojrzeć w lustro
Od lat naukowcy dokumentują odwrócenie efektu Flynna: w krajach zachodnich inteligencja kolejnych generacji spada. Średni IQ obniża się o kilka punktów na dekadę. Ludzie o niższej inteligencji nie są po prostu „mniej bystrzy” – są niezdolni do rzetelnej samooceny, głębszej refleksji nad własnym życiem ani spójnego podsumowania swojej osobowości. Ich tożsamość jest bardziej rozmyta i chaotyczna, podatna na każdy zewnętrzny wpływ. W efekcie zamiast budować siebie, szukają gotowych wzorców na Instagramie i w plotkarskich portalach.
Środowisko, cywilizacja i odżywianie – cicha broń przeciw rozumowi
Za ten regres odpowiadają czynniki cywilizacyjne. Zanieczyszczone bodźcami dopaminowymi środowisko, pola elektromagnetyczne, brak ruchu i naturalnego światła – to codzienny atak na mózg. Do tego dochodzi szkodliwa dieta: fast food, cukier, przetworzona żywność uboga w kwasy omega-3, jod, witaminy i minerały niezbędne do prawidłowego rozwoju intelektu, oraz współczesna medycyna, która na wszystko sprzedaje pigułkę na wszystkie choroby, szczególnie te autoimmunologiczne, a nie szuka prawdziwych przyczyn, które najczęściej tkwią w stylu życia.
Współczesna cywilizacja konsumpcyjna, promująca lenistwo i hedonizm, działa jak fabryka słabych umysłów. Efekt? Pokolenie, które nie potrafi samo siebie zrozumieć.
Kult idoli jako proteza dla słabych
W takiej rzeczywistości fascynacja celebrytami przestaje być niewinną rozrywką. Staje się kompensacją za brak kontroli i niezależności – dokładnie tak, jak piszą węgierscy badacze. Celebryta to symbol pewności siebie i sukcesu, którego fan nie potrafi osiągnąć sam. Daje chwilowe poczucie sprawczości i kierunku.
Naukowcy podkreślają, że większość takich relacji nie jest patologiczna, ale w kontekście spadającej inteligencji i kryzysu tożsamości staje się symptomem groźniejszej choroby całego społeczeństwa.
Czas najwyższy, by przestać udawać, że to tylko „kultura popularna”. Bez silnej, świadomej tożsamości – osobistej, rodzinnej i narodowej – Polska pójdzie drogą Zachodu: w stronę duchowego zniewolenia przez medialnych bożków i przejęcia lokalnej władzy społecznej, a potem centralnej politycznej, przez co prawda niezbyt inteligentnych, ale silnych i zdeterminowanych przybyszów.
Analizując wypowiedzi premiera Donalda Tuska, które znalazły się w głośnym w Polsce wywiadzie dla „Financial Times” w kontekście bieżących wydarzeń politycznych, dochodzę do wniosku, że Polska wspólnie z Francją w ramach „koalicji chętnych” zamierza przystąpić do bezpośrednich działań wojennych przeciwko Rosji.
Do kinetycznej wojny z Rosją.
Wsparcie z Polski
Cytując za „Polską Zbrojną” z 4 września 2025 roku, przypomnę, że „26 państw formalnie zgodziło się wysłać własne wojska do Ukrainy lub zapewnić wsparcie dla operujących nad Dnieprem sił koalicyjnych. Deklaracja tej treści padła z ust prezydenta Francji Emmanuela Macrona, po szczycie tzw. ’kolacji chętnych’, który odbył się w czwartek w Paryżu”. Polskę reprezentował na spotkaniu premier Donald Tusk.
Wojna ponad wszystko
Zwracam uwagę na fakt, iż w moim felietonie z 23 stycznia 2024 roku Biali i puszyści przedstawiłem szczegółową analizę wypowiedzi premiera Donalda Tuska, które padły na jego pierwszej konferencji prasowej po uzyskaniu nominacji na premiera RP (Premier Donald Tusk – wywiad, 12.01.2024).
Konkludując napisałem: „Parafrazując wypowiedź pana premiera, jednym zdaniem można rzec – wojna na Ukrainie, ponad wszystko! Pan premier próbuje nam, Polakom, wmówić, że w obecnej chwili polską racją stanu jest wojna na wschodzie, że ewentualnie wygrane wybory w USA przez Donalda Trumpa, który w swej obecnej kampanii wyborczej jako jedno z haseł głosi zakończenie wojny na Ukrainie i wycofanie się z niej przez USA, czy też wystąpienie pokojowych sił w Europie (takich jak na Węgrzech i – dodam od siebie – na Słowacji) zagraża jej. Zagraża bezpieczeństwu europejskiemu. Pan premier jest zdania, że najważniejsze są zbrojenia, zakupy broni itd.”.
Wyścig do militaryzacji
Natomiast w felietonie Nadchodzi rewolucja przypomniałem, że po spotkaniu premiera Donalda Tuska z prezydentem Emmanuelem Macronem Paryż i Warszawa ogłosiły, że wkrótce przeprowadzą ćwiczenia sił powietrznych, w których uczestniczyć będą myśliwce Dassault Rafale zdolne do przenoszenia broni jądrowej. Powołałem się na francuski „Le Monde”, gdzie w artykule z 24 kwietnia Boris Pistorius, the man preparing Germany for war autorka Elsa Conesa (korespondentka „Le Monde” z Berlina) analizuje kroki podejmowane przez rząd RFN i przypomina: „Trzeba pamiętać, że z konkurencyjną propozycją militaryzacji występuje Emmanuel Macron, który w Gdańsku miał ostatnio namawiać premiera Donalda Tuska do rozmieszczenia w Polsce samolotów wyposażonych w broń atomową. Obie stolice – Paryż i Berlin – biorą obecnie udział w wyścigu o palmę pierwszeństwa po spodziewanym wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Europy, lub w ogóle z NATO”.
Wojenna euforia Macrona
Leonid Słucki, rosyjski działacz polityczny, deputowany do Dumy Państwowej, objaśnia przyczynę euforii prezydenta Francji Emmanuela Macrona w związku z prowadzonymi na dużą skalę ćwiczeniami wojskowymi Orion-26 (to zakrojone na szeroką skalę francuskie ćwiczenia wojskowe, które rozpoczęły się w lutym 2026 roku. Są to jedne z największych manewrów w Europie od czasów zimnej wojny, mające na celu przygotowanie sił zbrojnych Francji i jej sojuszników do konfliktu o wysokiej intensywności). „Paryż przeprowadził ćwiczenia w celu przeciwdziałania porozumieniom pokojowym na Ukrainie w celu wywołania agresji i podżegania do rusofobii” – pisze. Przytacza też wypowiedź prezydenta Francji: „To bardzo wyraźny sygnał wysyłany do naszych ukraińskich partnerów, którzy oczekują od nas działań w tym kierunku, a także do wszystkich naszych europejskich współpracowników”. Macron dodał przy tym zdanie o „przydatności” ćwiczeń z punktu widzenia „organizacji potencjalnej misji bezpieczeństwa” na Ukrainie w ramach „koalicji chętnych”.
Słowa – tak, działań brak
Były premier Mateusz Morawiecki, oceniając wywiad Tuska, pisze: „Donald Tusk w ostatnim głośnym wywiadzie dla ’Financial Times’ publicznie wyraził wątpliwości co do lojalności Stanów Zjednoczonych wobec zobowiązań sojuszniczych NATO. To nie jest błahy sygnał – to jest poważny błąd strategiczny i granie naszym bezpieczeństwem”. Natomiast Leszek Miller na Facebooku w dniu 24 kwietnia, między innymi pisze: „Donald Tusk postanowił ’wstrząsnąć’ opinią publiczną – tym razem wizją rosyjskich czołgów, które już ’za miesiące, nie lata’ mogą ruszyć na NATO. W pakiecie dorzucił wątpliwości co do realnej determinacji sojuszników, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, i gotowości do zastosowania artykułu 5. Premier państwa frontowego – graniczącego z Rosją, Białorusią i Ukrainą – publicznie sygnalizuje niepewność co do fundamentu bezpieczeństwa, na którym to państwo stoi. Jeśli to ma być ’wstrząs’, to rzeczywiście – tylko pytanie, czy wymierzony w opinię publiczną, czy w samą architekturę odstraszania. Bo jeśli – jak twierdzi Tusk – ’to nie są złudzenia, tylko wiedza’, to nie jest materiał na wywiad dla mediów czy konferencji prasowej, tylko na natychmiastowe działania państwa. W takiej sytuacji powinien szybko zebrać się Sejm i ocenić gotowość sił zbrojnych oraz instytucji państwa do odparcia agresji. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Polska powinna wystąpić o pilne konsultacje na forum Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jeżeli bowiem zagrożenie jest tak konkretne i bliskie, jak sugeruje premier, to każdy dzień bez reakcji oznacza albo brak konsekwencji, albo brak wiary we własne słowa”.
Wojenne przygotowania czy straszak?
„Problem w tym, że Donald Tusk w żaden sposób nie przygotowuje kraju do potencjalnej obrony przed rosyjskim atakiem. I tak nie jest prowadzona mobilizacja, ani szkolenie obywateli, aby byli zdolni do obsługi broni. Zakłady zbrojeniowe Łucznik oraz inne produkujące broń nie pracują pełną parą, a nawet więcej – mają problem z uzyskaniem od rządu zamówień na niezbędny do działań obronnych sprzęt. Nie ma prowadzonych ćwiczeń obrony cywilnej. W kolejnych miastach wprowadzane są strefy czystego transportu i planowane jest – jak na przykład w Warszawie – zwężanie ulic, co w sytuacji zagrożenia bardzo utrudni, jeżeli nie uniemożliwi, ewakuację” – pisze Anna Wiejak w artykule z 24 kwietnia Tusk przygotowuje Polskę nie do obrony przed Rosją, ale do przejęcia przez Niemcy.
Wgniatanie w ziemię
Polska od samego początku konfliktu za naszą wschodnią granicą uporczywie forsuje aktywny udział polskich wojsk w tym konflikcie. Poczynając od rządów PiS, o czym mówił Jarosław Kaczyński, sugerując wprowadzenie „pokojowych” wojsk NATO na Ukrainę (sic!) (zob.: artykułKaczyński proponuje wprowadzenie misji pokojowej NATO w Ukrainie), a skończywszy na obecnych rządach KO, których twarzą jest Szymon Hołownia, koalicjant Tuska, krzyczący„Putina wgnieciemy w ziemię!”.
Jak Goebbels
W mojej subiektywnej ocenie premier Donald Tusk, strasząc wojną i zagrożeniem ze Wschodu, działa podobnie, jak onegdaj w latach czterdziestych XX wieku, robił to Joseph Goebbels, przygotowujący Niemców do realizacji planu Barbarossa. Planu niemieckiej napaści na ZSRR, rozpoczętej 22 czerwca 1941 roku. Tusk, szerząc prowojenną propagandę, sugeruje Polakom nieuchronność militarnej konfrontacji z Rosją. Podobnie jak w 1939 roku, Polska ma zrealizować plany opracowane w USA, Londynie i Paryżu. Najsmutniejsze w tym jest to, że Kościół katolicki w Polsce w zaistniałej sytuacji zachowuje się biernie. Milczy, nie zabiera głosu w tej arcyważnej dla Polski i Polaków sprawie.
28 kwietnia 2026 roku doszło do wymiany więźniów na granicy polsko-białoruskiej. Wielu naiwnych wielo-wektorowców zaczyna wierzyć, że nadwiślańscy politykierzy zmądrzeli i chcą normalizacji relacji Warszawy z Mińskiem i Moskwą. Wymiana odbyła się w formule pięciu za pięciu.
Strona białoruska wypuściła duchownego rzymsko-katolickiego oskarżanego o szpiegostwo. Więzienie białoruskie opuścił też Andrzej Poczobut – covidianin, publicysta „Gazety Wyborczej”.
Sędzia z „Gazety Polskiej”
Do ojczyzny wrócił za to rosyjski archeolog Aleksandr Butiagin. Butiagin podróżował sobie po całej Europie, dopiero ze względu na kundlizm wobec kijowskiego reżimu Rosjanin został zatrzymany i aresztowany w naszej ojczyźnie. Na temat aresztu dla archeologa orzekał sędzia Dariusz Łubowski. Łubowski bardziej niż na sędziego pasuje na publicystę „Gazety Polskiej”, której redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz został odznaczony orderem przez siepaczy z SBU.
Łubowski wcześniej wypuścił z aresztu Wołodymyra Ż. podejrzewanego przez stronę niemiecką o wysadzenie gazociągu Nord Stream. Uzasadniając wypuszczenie obywatela Ukrainy nie użył nawet naciąganych argumentów prawnych; argumentacja była na poziomie prymitywnej publicystyki z PiSowskich gadzinówek. Wypuszczenie obywatela Ukrainy wywołało euforię wśród otępiałych wyznawców POPiS. Gdy Łubowski orzekał na korzyść ludzi Ziobry, to sędzia był ubóstwiany już jedynie przez wyznawców PiS.
Decyzja Waszyngtonu
W Waszyngtonie ścierają się różne frakcje. Część ludzi jankeskiego oligarchy i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa uważa, że SZA są wszechpotężne i mogą wojować z całym światem. W jankeskim establishmencie są też pragmatycy, którzy uważają, że należy prowadzić sprytną dyplomację. Na odcinku białoruskim, który łączy się w dużej mierze z odcinkiem rosyjskim, pojawiali się pragmatycy. Waszyngton chce doprowadzić do osłabienia relacji między Moskwą a Pekinem i Teheranem. Od 9 listopada 2025 roku specjalnym wysłannikiem do spraw Białorusi jest John Coale, który już przed objęciem nominacji doprowadził do wypuszczenia z więzień wielu białoruskich opozycjonistów. Jankesi w zamian za wypuszczanie opozycjonistów luzują część sankcji wobec Mińska (z racji tego, że Białoruś i Federacja Rosyjska są Państwem Związkowym, działanie to ma na celu nie tylko zmianę relacji z Mińskiem). Parę dni przed wymianą Coale spotkał się ze szkolonym przez Amerykanów Karolem Nawrockim. Amerykanie zakomunikowali swoim nadwiślańskim marionetkom, że ma dojść do wymiany (zarówno Nawrocki, jak i Tusk, byli szkoleni przez Jankesów).
Gruziński projekt
Dzień przed wymianą warszawski MSZ poinformował, że TVP będzie nadawało serwisy informacyjne w języku gruzińskim. Iście kuriozalny jest fragment opisu projektu: „Celem projektu jest dostarczanie rzetelnych informacji o wydarzeniach politycznych, społecznych i gospodarczych z europejskiej perspektywy oraz wspieranie procesów demokratycznych. Misją serwisu jest również wzmacnianie odporności odbiorców na manipulacje oraz przeciwdziałanie dezinformacji wymierzonej w Gruzję i jej partnerów międzynarodowych, w szczególności Unię Europejską”.
Media te będą walczyć z krytyką UE; dezinformacją będzie wszystko to, co jest krytyczne wobec kolektywnego Zachodu. Gdyby jeszcze projekt ten miał na celu wzmacnianie relacji gruzińsko-polskich i walki z dezinformacją wymierzoną w relacje polsko-gruzińskie… Nasze pieniądze idą na realizację interesów kolektywnego Zachodu, a nie interesy naszej ojczyzny, co pisze wprost w komunikacie nadwiślańskie MSZ.
Pragmatyzm Gruzinów
Gruzją od 2012 roku rządzi ugrupowanie Gruzińskie Marzenie. Ugrupowanie te prowadzi pragmatyczną, suwerenistyczną politykę zagraniczną. Gruzja ma dobre relacje z Ankarą, Baku, Erywaniem. Pod rządami Gruzińskiego Marzenia kontynuuje integrację europejską, jednak na partnerskich zasadach. Wbrew bajkom polskojęzycznych „ekspertów”, Gruzińskie Marzenie nie jest prorosyjskie. Gruzja nie utrzymuje z Federacją Rosyjską stosunków dyplomatycznych, nie zamierza pod rządami rezygnować z walki dyplomatycznej o integralność terytorialną. Tbilisi nie zamierza prowadzić polityki rusofobicznej, na której stratne byłoby państwo gruzińskie. Iraklij Garibaszwili (premier Gruzji w latach 2013-2015 i w latach 2021-2024) mówił, że kolektywny Zachód domagał się, żeby Gruzja otworzyła drugi front przeciwko Federacji Rosyjskiej.
W 2024 roku miała miejsce nieudana próba kolorowej Rewolucji, różni politykierzy z POPiS ingerowali w procesy polityczne w Gruzji. Następcą Garibaszwiliego na stanowisku premiera Gruzji został Iraklij Kobachidze. Kobachidze kontynuuje dotychczasową politykę poprzedników. Premier Gruzji wziął udział w europejskiej edycji CPAC. Władze Gruzji mają bardzo dobre relacje z obecnym jeszcze rządem Węgier i władzami Słowacji. Prowadzą politykę wielowektorową, starają się współpracować z SZA, jak i zachowywać pragmatyczne relacje z Federacją Rosyjską.
Kundlizm wobec Zachodu
Bardzo dobrze, że doszło do wymiany ze stroną białoruską. Strona białoruska pokazała, że jest wiarygodnym partnerem dotrzymującym umów. Niestety w naszej ojczyźnie nadal rządzą oderwani od rzeczywistości ludzie i do wymiany doszło tylko dlatego, że strona amerykańska domagała się tego od swoich nadwiślańskich wasali. Warszawskie rządy finansujące omawiany projekt na odcinku gruzińskim pokazują, że w nosie mają interesy Polski i prowadzą politykę kundlizmu wobec kolektywnego Zachodu i amerykańskich neokons. W komunikacie piszą, że podobne projekty medialne będą realizowane na Kaukazie Południowym i w Azji Środkowej.
Polacy będą umierać w kolejkach do lekarzy, nie ma pieniędzy na porodówki, za to POPiS ma pieniądze na kijowski reżim i omawiane projekty medialne.
Późnym poniedziałkowym wieczorem na Florydzie dowiedziałem się o masowym przelocie tankowców KC-135 nad Półwyspem Arabskim. Ruch ten był zgodny z operacjami tankowania w powietrzu amerykańskich myśliwców. Dowiedziałem się również, że Stany Zjednoczone „przygotowują się” – wojskowe określenie na wejście w tryb walki. Spodziewałem się, że naloty na Iran rozpoczną się wczesnym rankiem we wtorek.
————-
Tymczasem Iran zaatakował terminal naftowy Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Fudżajrze nad Zatoką Omańską – obiekt, który Emiraty wykorzystały do częściowego obejścia irańskiej blokady Cieśniny Ormuz. Uważam, że w ten sposób Iran wyraził dezaprobatę dla otwartego stanowiska Zjednoczonych Emiratów Arabskich wobec Izraela. Warto zauważyć, że Izrael dostarczył ZEA system Żelazna Kopuła, który spowodował jednak, że irański atak przeszedł całkowicie bez przeszkód.
Znajomy mieszkający w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – ktoś z dobrymi znajomościami – wysłał mi wiadomość, w której poinformował, że jego źródło w rządzie Emiratów poinformowało go, że działania wojenne rozpoczną się w czwartek 7-go. Wiem jednak również, że wśród kierownictwa CENTCOM panuje niewielki entuzjazm dla nowych ataków.
Pomimo przeciwnych zapewnień Trumpa, Cieśnina Ormuz pozostaje całkowicie pod kontrolą Iranu, a amerykańskie okręty utrzymują bezpieczną odległość. Jedynym realistycznym rozwiązaniem umożliwiającym otwarcie Cieśniny Ormuz są negocjacje z Iranem. Stany Zjednoczone nie mają realnej opcji militarnej, aby zagwarantować swobodę żeglugi, ponieważ wymagałoby to oczyszczenia z min i unieszkodliwienia irańskich miniaturowych okrętów podwodnych, dronów podwodnych, dronów nawodnych, łodzi Boghammer (załogowych łodzi motorowych), dronów Geran, pocisków manewrujących obrony wybrzeża oraz pocisków balistycznych krótkiego i średniego zasięgu. Wszystkie te elementy musiałyby zostać zneutralizowane i opanowane, aby umożliwić tankowcom i statkom towarowym bezpieczny przepływ przez Cieśninę Ormuz.
Jeśli Trump nie zmieni kursu lub nie nastąpi nieoczekiwany przełom dyplomatyczny, sądzę, że zarządzi nową, intensywną rundę nalotów na kluczową infrastrukturę Iranu. Jeśli to nastąpi, Iran bez wahania przeprowadzi zmasowane ataki odwetowe na Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabię Saudyjską, Jordanię, Izrael oraz miejsca, w których stacjonują siły zbrojne i sprzęt USA.
Iran wejdzie w kolejną rundę konfliktu przy pełnym poparciu Rosji i Chin. Chiny zrobiły coś bardzo nietypowego w odniesieniu do sankcji USA: chiński rząd zadeklarował, że NIE będzie z nimi współpracował. 2 i 3 maja chińskie Ministerstwo Handlu (MOFCOM) wydało nakaz blokujący, powołując się po raz pierwszy na swoje „Zasady blokowania” z 2021 roku w formie zakazu. Nakaz ten wyraźnie zabrania chińskim firmom uznawania, egzekwowania lub przestrzegania amerykańskich sankcji wobec pięciu chińskich firm – w tym dużych rafinerii, takich jak Hengli Petrochemical (Dalian) Refining Co. i kilku rafinerii „tekowych kotłów” w prowincji Szantung – oskarżonych o zakup irańskiej ropy naftowej. Celem nakazu jest „ochrona suwerenności narodowej, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych” oraz ochrona chińskich firm.
Rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (np. Lin Jian) wielokrotnie stwierdzał, że Chiny „odrzucają bezprawne, jednostronne sankcje bez podstawy w prawie międzynarodowym” i wezwał Stany Zjednoczone do „powstrzymania się od arbitralnych sankcji i wykonywania jurysdykcji zdalnej”. Chiny potwierdziły, że będą „zdecydowanie bronić uzasadnionych praw i interesów chińskich firm”.
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.
Iran wygrał wojnę. Bycie po złej stronie równowagi sił ma swoje konsekwencje – rzeczywistość, której Stany Zjednoczone i ich sojusznicy z Zatoki Perskiej uczą się na własnej skórze.
To zły czas dla arabskiego państwa Zatoki Perskiej.
Stany Zjednoczone i Izrael podjęły ryzyko, przeprowadzając niespodziewany atak na Iran 28 lutego tego roku. W zakresie, w jakim konsultowano się z nimi wcześniej, dotyczyło to również arabskich sojuszników Ameryki w Zatoce Perskiej.
Przegrali.
Sprawcy tej zdrady nie osiągnęli żadnych dostrzegalnych celów politycznych ani militarnych – ani zmiany reżimu, ani tłumienia ostrzału rakietowego, ani kontroli nad Cieśniną Ormuz.
Zamiast tego, antyirańska klika została zmuszona do ubiegania się o zawieszenie broni, które zapewniło Iranowi pełną kontrolę nad strategiczną Cieśniną Ormuz, paraliżując tym samym gospodarki regionalne i globalne poprzez zablokowanie tranzytu energii, od której są one zależne. Jednocześnie irańska armia pozostała nienaruszona, sprawna i nieugięta, zdolna do przeprowadzania niszczycielskich ataków na kryjówki wrogów.
40-dniowa wojna między spiskiem USA, Izraela i państw Zatoki Perskiej a Iranem uwypukliła rzeczywistość trudną do zaakceptowania dla wielu: amerykański potencjał militarny do projekcji siły na Bliski Wschód został nadszarpnięty do granic możliwości, a pierwotna, zdominowana przez USA architektura bezpieczeństwa, istniejąca przez dekady, nie zdołała powstrzymać Iranu przed uzyskaniem faktycznej kontroli nad zasobami energetycznymi, które Stany Zjednoczone miały chronić. Ta nowa rzeczywistość zmusi region i świat do porzucenia koncepcji odstraszania militarnego, skoncentrowanych na USA, i przejścia na wielobiegunowe ramy bezpieczeństwa, oparte na realiach gospodarczych, uwzględniających Rosję, Chiny i relacje podobne do tych w BRICS.
Stara doktryna wojskowa, na której opierały się dotychczasowe stosunki bezpieczeństwa, nie jest już wykonalna, a wszelkie próby jej ożywienia byłyby niezwykle kosztowne i ostatecznie nieosiągalne.
Krótko mówiąc: USA przegrały, ponieważ ich fundamentalne podejście do rozwiązywania problemów regionalnych, oparte na sile militarnej, okazało się nieskuteczne i żadne wydatki na obronność nie odwrócą tej sytuacji.
Będzie to bardzo trudne do zaakceptowania dla państw takich jak państwa Zatoki Perskiej i Indie, które oparły swoją strategię na akceptacji i obietnicy amerykańskiej dominacji militarnej.
Narody te ostrzegają teraz świat przed osłabieniem rządów prawa w wyniku utraty kontroli nad Cieśniną Ormuz, wskazując, że liczne podobne wąskie gardła mogą być zagrożone, jeśli precedens z Ormuz zostanie utrzymany, co grozi szerszymi konfliktami i zakłóceniami globalizacji. Ci sami przywódcy promują obecnie ideę, że pokój zależy od wspólnego dobrobytu, rurociągów, handlu i zrównoważonych sieci gospodarczych, a nie od okupacji wojskowej czy eskalacji.
Oczywiście, była to dokładnie ta sama polityka, którą Iran promował przez dziesięciolecia, tylko po to, by spotkać się z odrzuceniem przez jego arabskich sąsiadów, którzy czuli się bezpiecznie pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa – parasolem, który okazał się iluzją.
Indyjscy urzędnicy również żyją w świecie fantazji, dążąc do powrotu do status quo sprzed wojny. Jednak na to jest już za późno. Indie notorycznie opowiadają się po złej stronie w sprawie Iranu, opowiadając się po stronie Izraela (który premier Narendra Modi odwiedził w przededniu wojny) oraz Stanów Zjednoczonych w odniesieniu do Iranu i jego strategicznych partnerów, takich jak Chiny. Zaangażowanie Indii w Quad również nie pozostało niezauważone, podczas gdy Stany Zjednoczone popierają morską blokadę irańskiej żeglugi.
Rzeczywistość dla państw Zatoki Perskiej jest taka, że Cieśnina Ormuz jest praktycznie zamknięta, a ich wcześniejsze założenia o automatycznym ponownym otwarciu militarnym przez Marynarkę Wojenną USA są już nieaktualne. Podczas gdy państwa regionu produkujące energię poszukują konkretnych środków nadzwyczajnych, takich jak zwiększone wykorzystanie rurociągów Wschód-Zachód w Arabii Saudyjskiej oraz propozycje budowy dodatkowych rurociągów i zwiększenia przepustowości w Janbu i Fudżajrze, rzeczywistość pozostaje taka, że większość mocy produkcyjnych regionu jest uwięziona w Zatoce Perskiej i nie może trafić na rynek. Nawet gdyby wojna zakończyła się dzisiaj, ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz i odbudowa regionalnej infrastruktury zajęłyby miesiące.
Arogancja państw Zatoki Perskiej pozostaje jednak oczywista. Państwa te zachowują się tak, jakby nie musiały dostosowywać się do Iranu i czekają na dobrą wolę Iranu, zanim zaangażują się w rozwiązywanie dzisiejszych problemów.
To tak, jakby państwa Zatoki Perskiej nie współpracowały z USA i Izraelem przeciwko Iranowi przez dziesięciolecia, w tym nie udostępniały infrastruktury i terytoriów wykorzystywanych przez oba kraje do dostarczania zasobów wojskowych, wywiadowczych i logistycznych na potrzeby niespodziewanego ataku z 28 lutego. Państwa Zatoki Perskiej były współwinne tej zdrady, a dziś chcą odegrać rolę ofiary.
Iran im nie wierzy.
Ostatecznie państwa Zatoki Perskiej w rzeczywistości utraciły każdą strategiczną pozycję, jaką zajmowały przed wojną. Zamiast dążyć do powrotu do czasów, gdy ich współudział trwał, ale nie był otwarcie przyznawany, państwa Zatoki Perskiej – jeśli mają wyjść obronną ręką z obecnego kryzysu – muszą zaakceptować strategiczną porażkę antyirańskiego sojuszu regionalnego pod przewodnictwem USA i uznać trwałość i znaczenie Republiki Islamskiej. Aby to zrobić, państwa Zatoki Perskiej muszą nauczyć się myśleć poza paradygmatem zdominowanym przez USA i zaakceptować nową rzeczywistość, w której Rosja, Chiny i mocarstwa wschodnie odgrywają rolę w planowaniu przyszłego bezpieczeństwa.
Mówiąc wprost, wznowienie wojny nie jest opcją, którą państwa Zatoki Perskiej mogą rozważać – choćby dlatego, że nie przetrwałyby takiego rozwoju wydarzeń. Rząd Iranu ujawnił strategiczną infrastrukturę energetyczną, która zostałaby zniszczona w przypadku ataku Iranu. Jeśli Iran spełni swoje groźby – a wcześniejsze precedensy zdecydowanie na to wskazują – państwa Zatoki Perskiej odczułyby trwałe osłabienie swojego potencjału gospodarczego opartego na energii, co byłoby wyrokiem śmierci dla tych państw jako nowoczesnych, zdolnych do przetrwania państw.
Dyplomacja to jedyna droga naprzód, która nie prowadzi do niechybnego zniszczenia państw Zatoki Perskiej. Nie ma opcji militarnej. A biorąc pod uwagę, że Iran ma wszystkie karty w ręku (pomimo słów prezydenta Donalda Trumpa), państwa Zatoki Perskiej muszą zrozumieć, że każde dyplomatyczne rozwiązanie obecnego kryzysu musi uwzględniać i spełniać żądania Iranu dotyczące wycofania wojsk amerykańskich z regionu.
Ostatecznie wszystkie strony zaangażowane w konflikt na Bliskim Wschodzie muszą uznać, że Stany Zjednoczone są problemem, a nie rozwiązaniem, a każdy kraj, który nadal będzie polegał na USA, aby wydostać się z obecnej sytuacji, spotka się jedynie ze smutkiem i rozpaczą.
Obecnie na Bliskim Wschodzie obowiązuje nowy paradygmat władzy.
Okres przedwyborczy charakteryzuje niepohamowany wykwit czy może raczej wyciek prawdy. Ja jednak mam wątpliwości czy faktycznie ujawnianie wszystkiego co jest prawdą jest sensowne i godne polecenia. Oczywiście mając świadomość roli jaką odgrywa prawda jako oręż w politycznej walce, albo co gorsza w politycznej wendecie.
Czy warto na przykład ujawniać, że pewien prominentny działacz, guru kontraktowej opozycji, zginął w wypadku samochodowym w dość szczególnych okolicznościach. Z racji wieku i wychowania miałabym kłopoty z ich opisaniem. Napisz – „ umarł szczęśliwy albo jeszcze lepiej uszczęśliwiony i będzie git” – poradził mi znajomy, świetny tłumacz. Ten polityk był niewątpliwie obleśnym staruchem lecz jaki to ma związek z jego polityczną i społeczną działalnością?
Jego działalności też nigdy nie popierałam, ale nie byłoby słuszne zastąpienie wnikliwej analizy jego szkodliwej dla naszego kraju roli (naszego kraju – a nie tego kraju) przytaczaniem drastycznych szczegółów wypadku.
Czy warto ujawniać, że dziadek pewnego znanego polityka był komendantem obozu niemieckiego przeznaczonego dla Niemców, przeciwników hitleryzmu? W czasie II Wojny Światowej dziadek polityka był jako Niemiec bezspornie naszym wrogiem. Dla Niemców, którzy nie chcieli hajlować też zapewne był wrogiem, ale oni załatwili swoje porachunki w Norymberdze. Dziadek niewątpliwie był faszystą i to w dosłownym sensie tego słowa.. Ale czy istnieje coś takiego jak gen faszyzmu i czy jest on dziedziczny? A może dziadek był po prostu podły. Ale czy podłość się dziedziczy?
Czy warto ujawniać, że ordynator pewnego szpitala psychiatrycznego sam cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Poza tym jest on czynnym homoseksualistą, korzysta z usług młodocianych męskich prostytutek, a nieustanna obawa przed zarażeniem HIV może być przyczyną wahań jego nastroju o sporej amplitudzie i okresie wynoszącym mniej więcej dwa tygodnie. Trudno uwierzyć, że pomaga on swoim pacjentom lecz być może, wręcz przeciwnie, lepiej ich rozumie niż inni lekarze. Za Hipokratesem można mu tylko powiedzieć– „medice cura te ipsum”.
To co można by ujawnić to nie są prawdy, to są jak mawiał mój ojciec „ prawdule”. Chyba że na historię i politykę patrzy się z perspektywy dziurki od klucza. Jak na łączenie kropek jak to mówią współcześni komentatorzy karier politycznych. A może tak jak opisywał czasy stanisławowskie Karol Zbyszewski w prześmiewczej, niedoszłej pracy doktorskiej, pod tytułem „Niemcewicz od przodu i tyłu”.
Z drugiej strony nie sposób nie doceniać wpływu prywatnych relacji ludzi polityki i kultury z pewnymi tajemniczymi osobistościami i sposobu w jaki zaważyły ta kontakty na ich postrzeganiu rzeczywistości, oraz zapewne wpływu na bieg wydarzeń. Taką tajemniczą postacią był niejaki Henryk Krzeczkowski, guru Marcina Króla i Wojciecha Karpińskiego. Krzeczkowski urodził się w Stanisławowie w rodzinie żydowskiej jako Herman Gerner, jako ateista, agent NKWD nazywał się Henryk Meysztowicz, a zmarł jako katolik, Henryk Krzeczkowski pochowany w Tyńcu gdzie grzebią się redaktorzy Tygodnika Powszechnego zwanego nie bez przyczyny „ Obłudnikiem Powszechnym”. Wojciech Karpiński opisał swego mentora w książce pod tytułem „ Henryk”. Jest ona dowodem jak pewne demoniczne postacie wpływają na życie innych ludzi, na kulturę, a nawet na historię. Swego czasu na temat Krzeczkowskiego niewiele wiedziałam. Były jednak pewne znaki. Oto ktoś z dalekich znajomych otrzymał w latach pięćdziesiątych dla rodziny dwa sąsiednie domy w prestiżowej dzielnicy Żoliborza. W tych czasach było to praktycznie niemożliwe. Warszawa była ruiną, dekret Bieruta pozbawił własności prawowitych właścicieli, cudze mieszkania zajmowali ruscy agenci i partyjni aparatczycy. Zwykli ludzie gnieździli się w piwnicach. Po kilkudziesięciu latach dowiedziałam się od córki tego człowieka, że częstym gościem w ich domu był Krzeczkowski. Przy czym córka go praktycznie nie znała i zupełnie nie kojarzyła znaczenia jego postaci. Nic więcej nie wiem, czy ma tu jakiś sens łączenie kropek?
Inną jeszcze bardziej tajemniczą postacią był Józef Retinger. James Bond niech się przy nim schowa. Trudno wyliczyć osobistości, które znał i wydarzenia historyczne w których uczestniczył. Kropki które nieudolnie łączę to fakt, że w czasie okupacji niemieckiej AK kilkakrotnie skazywało go na śmierć, że był podejrzewany o związek z zamachem na generała Sikorskiego, że był zwolennikiem czy jednym z twórców koncepcji rządu światowego i zjednoczonej Europy no i że miał kontakt ze Zdzisławem Najderem, agentem bezpieki, występującym pod pseudonimem „ Zapalniczka” Warto wysłuchać spotkania poświęconego „Zapalniczce”, które odbyło się niedawno w Sali IPN „ Przystanek Historia” w Warszawie przy ulicy Marszałkowskiej.
Najder jako jeden z nielicznych przyznał się do swojej agenturalnej działalności. To go różni od innych artystów- aktorów, pisarzy czy malarzy, którzy w większości byli zwykłymi donosicielami a w najlepszym przypadku agentami wpływu. Wspólna z innymi kapusiami jest natomiast motywacja jaką zwykle oni podają aby usprawiedliwić swoje postępowanie. Otóż kapusie na ogół twierdzą, że prowadzili z SB grę, że przeciągali funkcjonariuszy na dobrą stronę mocy. Twierdzą jak Wałęsa, że ich donosy były nieistotne, że oszukiwali oficerów prowadzących.
Tymczasem większość z nich, w tym Najder, donosiła tylko dla kariery. Dla paszportu, zagranicznych stypendiów i stanowisk w IBL czy na Uniwersytetach. Najder był człowiekiem twórczym. Jego upadek dowodzi, że wśród ludzi utalentowanych zdarzali się kapusie. Jeżeli jednak prześledzimy jakąkolwiek trudną do innego wyjaśnienia karierę pisarza, malarza czy aktora w tle zawsze pojawia się funkcjonariusz komunistycznych organów albo donosiciel SB. Co nam pozostawili? Czy kogokolwiek dziś interesuje „Pamiątka z celulozy” czy zmagania Woroszylskiego z pokąsaniem go przez Hegla? Wbrew temu co sądzi o sobie ta samozwańcza elita zostawili po sobie intelektualną pustynię.
Takiego określenia użył wczoraj Seyed Abbas Araghchi irański Minister Spraw Zagranicznych, opisując nowy projekt Trumpa siłowego przejęcia kontroli nad Cieśniną Ormuz, zwanego Project Freedom.
„W miarę jak rozmowy posuwają się naprzód dzięki życzliwym staraniom Pakistanu, Stany Zjednoczone powinny uważać, by nie dać się wciągnąć z powrotem w bagno przez osoby o złych zamiarach. To samo dotyczy Zjednoczonych Emiratów Arabskich” – powiedział czołowy irański dyplomata. Araghchi ostro skrytykował również szeroko nagłośniony przez Waszyngton „Projekt Wolność” – inicjatywę morską, mającą na celu wywarcie presji militarnej w Cieśninie Ormuz – nazywając go „Projektem Impasu”.Źródło.
Pierwszy bezpośredni atak na armię USA. Iran opublikował pierwsze nagranie pokazujące dwa irańskie pociski wymierzone w kilka amerykańskich okrętów wojennych i fregat w pobliżu wyspy Jask.Źródło.
Media zachodniej propagandy przedstawiają konflikt na Bliskim Wschodzie jako walkę z islamskim terroryzmem, podczas gdy prawdziwym celem agresorów jest kontrola nad szlakami naftowymi, strefami wpływów oraz zapobieganie powstaniu niezależnego bloku regionalnego. To USA w zmowie z Izraelem stosują terroryzm.
Wydarzenia w Cieśninie Ormuz stanowią dobitny dowód dla wszystkich stron, a zwłaszcza dla Waszyngtonu i jego regionalnych sojuszników, że era dyplomacji kanonierkowej dobiegła końca i Republika Islamska nie ulegnie presji. Teheran nadal wspiera dyplomację, jednocześnie pozostając w pełnej gotowości do obrony swoich uzasadnionych praw i interesów narodowych w obliczu jakiejkolwiek prowokacji. Źródło.
Pożar w porcie Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich w poniedziałek, 4 maja 2026 r.
Kolejna operacja fałszywej flagi. Według doniesień ogromny pożar w obiektach naftowych w porcie Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA) w poniedziałek był bezpośrednią konsekwencją „amerykańskiego awanturnictwa” w strategicznej Cieśninie Ormuz. Telewizja Islamskiej Republiki Iranu (IRIB), powołując się na wysoko postawione źródło wojskowe, podała, że irańskie siły zbrojne nie miały żadnego zaplanowanego planu ataku na wspomniane obiekty naftowe. Źródło.
W taki sposób próbuje Waszyngton przekształcić katastrofalne skutki agresywnej wojny z Iranem w wyimaginowany sukces made in Trump-Fantasy. On ma przecież wszystkie karty i cokolwiek zrobi, zawsze zakończy się sukcesem. Takie wmawianie światu upragnionej wizji triumfu jest zwyczajnym mijaniem się z rzeczywistością i nie można tego nazwać pozytywnym myśleniem. Prędzej pozytywną bezmyślnością.
Zbliżające się spotkanie Chiny – USA pokaże, jak daleko zmienia się układ sił geopolitycznych. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ramach dealu Trump oddałby w prezencie Chinom Tajwan. Tak przecież zawsze postępowały Stany Zjednoczone z przyjaciółmi, kiedy sytuacja polityczna takie rozwiązania preferowała. W zamian za to Chiny i kraje BRICS wstrzymają się z dobijaniem dolara – ten sam siebie dobije – i Waszyngton będzie dominował na zachodniej półkuli oraz porzuci swoje militarne bazy odstraszania – czytaj rozśmieszania – na bliskim i dalekim wschodzie. W takim układzie interesujące będą losy Korei Południowej i Japonii.
Według greckiej mitologii na początku był chaos. Obserwując kierunek, w jakim podąża Unia Europejska, odnosi się wrażenie, że chaosu dotychczas jeszcze nie było i wszystko właśnie do niego zmierza. Dlatego dla mitologii unijnej lepszym hasłem będzie: na końcu przyszedł chaos.
Lekcja historii jest oczywista: Imperia i sztuczne twory nie mogą trwać w nieskończoność w obliczu realiów ekonomicznych. UE nie jest już naturalnym bytem dobrowolnej współpracy, lecz biurokratycznym monstrum, które podważa suwerenność i dobrobyt jej narodów. Czas spojrzeć na to uczciwie. UE, pacjent hospicjum, nie potrzebuje dalszych środków przedłużających życie. Potrzebuje godnego końca – i szansy na odbudowę i poprawę dla narodów europejskich. Przedłużanie jej agonii jedynie wydłuża cierpienie jej obywateli.
Czy Europa może nadal ustanawiać własne (?) zasady – czy też pozostaje jedynie pionkiem na obcej szachownicy?
Unia Europejska, podobnie jak większość europejskich rządów prowadzi politykę dla upadającej sekty globalistów. Interes Europejczyków stoi w ich priorytetach na szarym końcu lub jeszcze dalej. Miała być rękojmią polityki pokoju. Miała dbać o wzrost gospodarczy kontynentu. Miała gwarantować zasady demokracji i przejrzystości podejmowanych decyzji. Miała też jakieś wspólne zachodnie „wartości” – przynajmniej na pokaz. Dzisiaj polityka Unii to polityka wojny, upadku gospodarczego, cenzury i grabieży resztek majątku europejskich narodów.
Były pozytywne strony działalności unijnej. Wolność przekraczania granic wewnętrznych stała się również wolnością ataku na Europę przez 12 milionów imigrantów. To są często nieświadomi żołnierze globalistycznej idei zniszczenia tożsamości narodowej krajów Europy. Czynne wspieranie wojny na Ukrainie jest realizacją jednego z kroków wielkiego resetu zapowiadanego przez Klausa Schwaba w jego książce. 20 pakietów sankcji gospodarczych miało osłabić Rosję. Osłabiło przede wszystkim Europę.
Dostawy potajemnie kupowanego od Rosji przez Kazachstan gazu zostały kilka dni temu wstrzymane. Wojna w Zatoce Perskiej odcięła Europę od surowców z tamtego regionu. Następnym krokiem będzie wstrzymanie pod jakimkolwiek pretekstem dostaw energii z USA. Nasz kontynent nie jest w stanie sam zadbać o stabilność energetyczną.
Jak to się skończy? Nietrudno przewidzieć: załamaniem się gospodarki recesją i Europą bezpodstawnie liczącą na dziurawy parasol ochronny ze strony USA. Europa przecież pragnie wojny z Rosją. To ją otrzyma. Na własne życzenie. Wcześniej niż sobie zaplanowała. Putin nie będzie przecież czekał do czasu, gdy słaba Europa zmilitaryzuje się, by choć w części stawić czoła przyjaznej do niedawna Rosji. Sami stworzyliśmy sobie wroga, którego nie pokonamy. A co na to NATO? Po prostu przestanie istnieć bez aktywnego wsparcia USA.
Obraz UE jako pacjenta hospicjum utrzymywanego przy życiu przez sztuczne zabiegi jest najlepszym opisem znaczenia obecnej Europy na arenie międzynarodowej. Europa czeka, aż ktoś odłączy urządzenia sztucznie podtrzymujące ją w końcowej fazie wegetacji.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Analiza Larry’ego Johnsona i pułkownika Lawrence’a Wilkersona
W niedawnym odcinku programu Joe Danny’ego Higha, były analityk CIA Larry Johnson i emerytowany pułkownik armii Lawrence Wilkerson, który był również byłym szefem sztabu Colina Powella, omawiają najnowsze eskalacje na Bliskim Wschodzie.
Rozmowa koncentruje się na irańskich atakach na amerykański okręt patrolowy w Zatoce Ormuz oraz ataku dronów i rakiet na port i strefę przemysłową Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA). Eksperci interpretują te wydarzenia jako bezpośrednią reakcję Iranu na „Projekt Wolność” Trumpa i sygnał ostrzegawczy, że konflikt jest daleki od zakończenia.
Wydarzenia ostatnich godzin i dni
Według doniesień irańskich mediów, Iran zaatakował patrolowiec Marynarki Wojennej USA, który – jak twierdzi – naruszył nowe zasady żeglugi w Cieśninie Ormuz. Zaledwie kilka godzin później u wybrzeży Zjednoczonych Emiratów Arabskich zapalił się statek towarowy, a w strefie przemysłowej Fudżajra odnotowano potężny pożar – spowodowany dronami lub pociskami manewrującymi.
Iran przedstawia te działania jako wyraźne ostrzeżenie dla USA: „Projekt Wolność” Donalda Trumpa, mający zagwarantować wolność żeglugi, narusza zawieszenie broni i stanowi prowokację.
Goście są zgodni: wojna rozgorzała na nowo. Larry Johnson opisuje działania Trumpa jako podstępny manewr mający na celu obejście ustawy o uprawnieniach wojennych (War Powers Act). Po 60 dniach Kongres powinien był podjąć decyzję o kontynuacji wojny. Zamiast tego Trump ogłosił zakończenie poprzedniej operacji („Operacja Epic Fury”) i natychmiast rozpoczął nową.
Johnson krytykuje to jako „parodię” i prawnie wątpliwe, ponieważ wojska są już rozlokowane od ponad 64 dni.
Dlaczego „Projekt Wolność” jest skazany na porażkę
Eksperci szczegółowo wyjaśniają, co oznaczałoby faktyczne utrzymanie Cieśniny Ormuz „otwartą”. Iran posiada miny, podwodne drony, okręty podwodne, drony nawodne, drony powietrzne, pociski obrony wybrzeża oraz pociski krótkiego i średniego zasięgu. Wyeliminowanie tych zagrożeń wymagałoby ogromnych sił lądowych i morskich, co wiązałoby się ze znacznymi stratami. Ofensywa lądowa musiałaby wniknąć na 150–200 mil w głąb Iranu – scenariusz militarnie nierealny.
Pułkownik Wilkerson dodał, że ruch odbywał się wcześniej głównie pod irańskim „monitoringiem”. Deklaracja USA o zrobieniu czegoś, czego nie są w stanie zrealizować, poważnie szkodzi ich wiarygodności i światowej gospodarce (ceny ropy naftowej, globalne łańcuchy dostaw). Podobno J.D. Vance przedstawił podobnie trzeźwą ocenę wewnętrzną.
Siła Iranu i zjednoczone przywództwo
Wbrew zachodnim narracjom o wewnętrznym podziale, Johnson podkreśla silną jedność irańskich przywódców. Prezydent Pezeshkian, minister spraw zagranicznych Araghchi, przewodniczący parlamentu i ajatollah Chamenei – wielu z nich pochodzi z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i wspólnie doświadczyło krwawej wojny iracko-irańskiej (1980–1988). Ta „więź braterstwa” tworzy silniejszą spójność niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu 46 lat istnienia Republiki Islamskiej.
Iran rozszerzył i zaostrzył swój 10-punktowy plan do 14 punktów: żadnych negocjacji w sprawie programu nuklearnego bez solidnego porozumienia pokojowego. Iran zastrzega sobie wszelkie prawa jako sygnatariusz Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Goście uważają, że Iran ma wyraźną przewagę: de facto kontroluje drogę i może decydować, kto może przejechać.
Propaganda amerykańska i rzeczywistość na miejscu
Johnson i Wilkerson ostro krytykują doniesienia CENTCOM-u. Twierdzenia o zniszczeniu sześciu irańskich motorówek zostały zdemaskowane jako propaganda – irańska marynarka wojenna i tak była już poważnie osłabiona. Stany Zjednoczone zaprzeczają własnym stratom (np. uszkodzeniom USS Abraham Lincoln, pożarom na okrętach, awariom systemów nawigacyjnych), jednocześnie wyolbrzymiając swoje sukcesy.
Sam Trump napisał na Twitterze, że wszystko jest „w 100% sprawne”, a Iran został „całkowicie zniszczony”. Rzeczywistość: brak darmowej wysyłki, rosnące napięcia i zbliżający się wstrząs gospodarczy.
Konsekwencje ekonomiczne – nadchodzi tsunami
Goście wydali surowe ostrzeżenie dotyczące globalnego wpływu na gospodarkę:
Utrata około 20% światowych zasobów ropy naftowej. Niedobory nawozów (mocznik 35%), skroplonego gazu ziemnego (25%), helu i kwasu siarkowego. Ceny benzyny już zauważalnie rosną (na Florydzie o 50 centów w ciągu kilku dni, w Kalifornii do 6,60 dolara za galon). Ceny spot ropy naftowej na rynku rzeczywistym są znacznie wyższe niż ceny manipulowanych kontraktów terminowych.
Larry Johnson porównuje sytuację do tsunami: Początkowy „spokój” (opadająca linia wody) jest zwodniczy – fala tsunami już nadciąga. Administracja Trumpa drastycznie niedoceniła reakcji łańcuchowej.
Sytuacja w Izraelu i rola Netanjahu
Pułkownik Wilkerson opisuje Netanjahu jako człowieka schodzącego z klifu, wiszącego w powietrzu. Izrael ponosi ogromne straty w Libanie (w ludziach, sprzęcie i morale), a wskaźniki PTSD i samobójstw są niezwykle wysokie. „Siły Obronne” Izraela ukrywają te straty. Jednocześnie na Zachodnim Brzegu narasta przemoc. Wilkerson postrzega Izrael i Stany Zjednoczone jako uwięzione w samoizolacji.
Czy imperium USA chyli się ku upadkowi?
Obaj goście postrzegają obecną politykę jako oznakę upadku imperium:
Brak sojuszników (nawet Korea Południowa jest proszona o pomoc na próżno). Wyczerpane zapasy broni (rakiety Patriot, minerały ziem rzadkich z Chin). Eksplozja długu publicznego. Izolacja od Chin i Rosji, które otwarcie wspierają Iran. Wewnętrzne rozczarowanie w Pentagonie.
Chiny jawnie ignorują sankcje USA. Putin ostrzegał przed wysyłaniem wojsk lądowych do Iranu. USA produkują drogie, gorszej jakości systemy uzbrojenia (np. Dark Eagle), podczas gdy ich przeciwnicy działają wydajniej. Wilkerson wskazuje na korporacyjny przemysł zbrojeniowy od czasów II wojny światowej – „złe produkty w wysokich cenach”.
Trump „nie ma żadnych kart”, jak podkreśla Johnson: USA potrzebują od Chin więcej niż odwrotnie. Co więcej, irańskie memy i operacje wywiadowcze pokazują, jak bardzo tracimy kontrolę nad narracją.
Zakończenie dyskusji
Rozmowa kończy się trzeźwiącą perspektywą: Stany Zjednoczone i Izrael tkwią w strategicznym ślepym zaułku, który ryzykują zaostrzeniem poprzez dalszą eskalację (możliwe nowe ataki w ciągu 24 godzin). Zamiast deeskalacji, wisi w powietrzu spirala trudności gospodarczych, strat militarnych i izolacji politycznej. Dla Amerykanów oznacza to przede wszystkim wzrost cen i spadek jakości życia – w połączeniu z erozją wiarygodności międzynarodowej.
Johnson i Wilkerson pośrednio opowiadają się za uczciwą oceną sytuacji i uporządkowanym wycofaniem, zamiast kolejnych błędnych decyzji o kosztach utopionych.
Czy administracja Trumpa jest do tego zdolna, czas pokaże. Nadchodzące dni i tygodnie będą prawdopodobnie kluczowe – nie tylko dla Bliskiego Wschodu, ale i dla porządku globalnego.
Wczoraj [4.V.] o godz. 20:35 UTC prezydent USA Donald Trump zdawał się zapowiadać amerykańską ochronę militarną dla statków przepływających przez Cieśninę Ormuz:
Dla dobra Iranu, Bliskiego Wschodu i Stanów Zjednoczonych poinformowaliśmy te [neutralne] kraje, że będziemy bezpiecznie eskortować ich statki z tych zamkniętych szlaków wodnych, aby mogły swobodnie i skutecznie wznowić działalność. Ten proces, Projekt Wolność, rozpocznie się w poniedziałek rano czasu bliskowschodniego. Jeśliten proces humanitarny zostanie w jakikolwiek sposób utrudniony, niestety, należy temu zaradzić stanowczo. Dziękujemy za uwagę.
———————————-
Jasna deklaracja. Centralne Dowództwo USA, armia amerykańska w regionie, nadało temu jeszcze większy nacisk:
Amerykańskie wsparcie wojskowe dla Projektu Wolność obejmuje niszczyciele rakietowe, ponad 100 samolotów bazujących na lądzie i morzu, wielo-domenowe platformy bezzałogowe i 15 000 żołnierzy.
Iran ostrzegł przed takim krokiem:
Irańskie media państwowe poinformowały, że generał dywizji Ali Abdollahi, dowódca Centralnego Dowództwa Wojskowego Chatam Al Anbija, ostrzegł zagraniczne marynarki wojenne przed wpływaniem do Cieśniny Ormuz w celu eskortowania statków handlowych. Stwierdził, że taka obecność mogłaby zaostrzyć napięcia na tym strategicznym szlaku wodnym, którym przepływa znaczna część światowego zaopatrzenia w ropę naftową. Ostrzeżeniepojawiło się po ogłoszeniu przez prezydenta USA Donalda Trumpa misji morskiej o nazwie Projekt Wolność, mającej na celu ewakuację statków utkniętych w Cieśninie Ormuz.
W ten sposób, po długich przygotowaniach, amerykańska góra urodziła mysz:
Nowa inicjatywa, którą Trump nazwał „Projektem Wolności”, to proces, w ramach którego kraje, firmy ubezpieczeniowe i organizacje żeglugowe mogą koordynować ruch przez cieśninę, jak twierdzi wysoki rangą urzędnik amerykański. Dodał on, że obecnie żaden okręt wojenny Marynarki Wojennej USA nie bierze udziału w eskortowaniu statków przez cieśninę.
Żaden rozsądny właściciel ani firma ubezpieczeniowa nie pozwoli statkom na przepływanie przez cieśninę za „koordynacją” ze strony USA, dopóki Iran odrzuca takie kroki.
Seyed Mohammad Marandi @s_m_marandi – 9:44 UTC · 4 maja 2026 r.
Iran ogłosił strefę kontroli w Cieśninie Ormuz, zgodnie z wytycznymi swoich sił zbrojnych: od południa linią między górą Mubarak w Iranie a Południową Fudżajrą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a od zachodu linią między krańcem wyspy Keszm w Iranie a Umm al-Kajwajn w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Można spekulować, że Trump rzeczywiście zamierzał otworzyć drogę, ale Marynarka Wojenna odwołała ten krok, bo groził krwawy chaos, jaki spowodowałaby każda próba siłowego otwarcia. Niemniej jednak, przeprowadzili kilka testów.
W ciągu ostatniej godziny okręt marynarki wojennej USA najwyraźniej próbował wpłynąć do cieśniny w pobliżu Jask, ale został zawrócony po tym, jak irańskie wojsko wystrzeliło w jego kierunku dwa pociski. Dowództwo Centralne zdaje się potwierdzać atak, twierdząc, że żaden pocisk nie trafił w cel.
W ciągu kilku godzin ostatnia próba Donalda Trumpa, aby w jakiś sposób zmienić sytuację na ulicy, zakończyła się niepowodzeniem.
Ma nadal trzy możliwości:
Utrzymywanie blokady Iranu (a tym samym Ormuzu), podczas gdy stan światowej gospodarki nadal się pogarsza;
Ponowne zastosowanie siły militarnej przeciwko Iranowi, co prawdopodobnie doprowadzi do jeszcze gorszej sytuacji;
Ogłoś zwycięstwo i odejdź.
Podejrzewam, że Trump przynajmniej spróbuje podjąć krok nr 2, zanim się podda i przejdzie do kroku nr 3.
Amerykańsko-izraelski atak na Iran był czymś więcej niż złym pomysłem; przekształcił się w przełom w upadku imperium amerykańskiego. Niektórzy woleliby słowo „hegemonia”, aby opisać porządek świata, któremu przewodzą Stany Zjednoczone, ponieważ ich flaga na ogół nie powiewa nad ziemiami, które chronią lub wykorzystują. Ale zasady są takie same: systemy imperialne, jakkolwiek je nazwiesz, trwają tylko tak długo, jak ich środki są adekwatne do ich celów. A wraz z wojną w Iranie prezydent Trump niebezpiecznie nadmiernie rozciągnął Imperium.
Nieszczęście wojskowe USA na Bliskim Wschodzie jest jednym z ostatnich sposobów, w jaki przypadkowy obserwator spodziewałby się, że prezydentura Trumpa się nie powiedzie. Problemy, o których wspominał we wszystkich trzech swoich kampaniach prezydenckich, wynikały głównie z rządzenia naszych przywódców ponad ich możliwości. W polityce wewnętrznej zwolennicy wokeness nie docenili kosztów i trudności związanych z mikrozarządzaniem interakcjami między grupami interesów. Za granicą potężne amerykańskie siły zbrojne okazały się nie mieć szczególnego talentu do promowania demokracji, a niedawna klęska w Iraku to udowodniła. Nadmierne napięcie było niebezpieczeństwem, które prezydent Joe Biden z pogardą odrzucił. „Jesteśmy Stanami Zjednoczonymi Ameryki”, mawiał ,” i nic nie możemy zrobić.”
Pan Trump, ludzie myśleli, byłby inny. Mimo całej wspaniałości wyrażenia „Spraw, by Ameryka znów była wielka”, wyborcy Trumpa nie spodziewali się, że podejmie on nowe problemy. Wielkość dotyczyłaby głównie psychologicznej aury wielkości, a nie awanturnictwa. Stany Zjednoczone mogłyby stać się większe, nawet gdyby wycofały się do mniej ekspansywnej strefy wpływów. Kiedy Trump ogłosił zaktualizowaną doktrynę Monroe, skupiając amerykańską uwagę na półkuli zachodniej, większość ludzi myślała, że dostają oczekiwaną satysfakcję. W listopadowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego dodał: „dni, w których Bliski Wschód zdominował amerykańską politykę zagraniczną zarówno w długoterminowym planowaniu, jak i codziennej realizacji, na szczęście się skończyły.”
To był logiczny, a nawet godny podziwu plan polityki zagranicznej. Co równie ważne, historia pokazała, że jest to wykonalne. Wielka Brytania musiała zrezygnować z rozległego systemu kolonii i protektoratów po II Wojnie Światowej. Zwijanie imperium było często niezręczne i czasami pozostawiało po sobie przemoc. Ale z wyjątkiem niefortunnej próby przyłączenia się do Francji i Izraela w przejęciu Kanału Sueskiego od Egiptu w 1956 roku, Wielka Brytania nie próbowała utrzymać terytoriów, na które nie mogła sobie pozwolić. Skończyło się na dość dobrych stosunkach z dawnymi posiadłościami kolonialnymi. Jej wycofanie zakończyło się sukcesem, choć może to być trudne do zauważenia, ponieważ zarządzano spadkiem. Pan Trump miał szansę na coś podobnego. Założenie w Waszyngtonie w ciągu ostatniej dekady było takie, że świat jest zaangażowany w grę geostrategicznych krzeseł muzycznych, a muzyka wkrótce się zatrzyma. Chiny mogą wkrótce wyprzedzić USA nie tylko pod względem zdolności wojskowo-przemysłowych, ale także technologii informatycznych. Świat wejdzie w nową, mniej korzystną konfigurację geostrategiczną. To ostatnia chwila, aby zmienić to na korzyść Ameryki.
Początkowo Pan Trump dążył do wyparcia Chin z ich twierdz na półkuli zachodniej. Niemal gdy tylko wrócił na urząd, Stany Zjednoczone naciskały na CK Hutchison, Międzynarodowy konglomerat z siedzibą w Hongkongu połączony z Chinami, aby sprzedał dwa porty w Strefie Kanału Panamskiego. Wenezuela, zależna od Chin jako rynku 80 procent eksportu ropy, doświadczyła, jak wojska amerykańskie porwały jej przywódcę Nicolása Maduro zeszłej zimy. Trump ostrzegł, że Kuba, miejsce docelowe chińskich inwestycji, „jest następna.” Będzie też lepiej, jeśli Stany Zjednoczone będą miały bezpieczniejszy przyczółek w pobliżu bieguna północnego (przyczółek taki jak Grenlandia), gdy nadejdzie czas na podział zasobów energetycznych i mineralnych, które globalne ocieplenie tam odblokowuje. Niezależnie od tego, czy ta półkulista polityka jest możliwa do obrony, istnieje spójność.
Atak na Iran był inny. To nie była konsolidacja obronna; to było założenie niebezpiecznej, otwartej odpowiedzialności. Tak, byłoby lepiej, gdyby mułłowie upadli. Ale dla Stanów Zjednoczonych, niezależnego od importu energii kraju wycofującego się na własną półkulę, nie jest to żywotny interes. Wojna z Iranem nie była na ekranie radaru nikogo w administracji zaledwie kilka miesięcy temu. Dlatego, że Stany Zjednoczone nie mają środków wojskowych, aby narzucić swoją wolę Iranowi w długim konflikcie. W 1991 roku milion żołnierzy z ponad 40 krajów było potrzebnych do usunięcia inwazji na Kuwejt przeprowadzonej przez Irak Saddama Husajna, kraj mniej wyrafinowany niż Iran i stanowiący ułamek jego wielkości. Kiedy Iran i Irak walczyły ze sobą w latach 80., śmierć poniosły setki tysięcy z każdej strony. Stany Zjednoczone musiałyby wysłać znaczną część swoich sił zbrojnych – mając w sumie tylko 1,3 miliona żołnierzy – aby mieć szansę na podbicie Iranu, a ta siła, jeśli by się powiodło, musiałaby pozostać tam przez długi czas.
Można argumentować, że Stany Zjednoczone nie są już uzależnione od gromadzenia ogromnych armii: mają wyrafinowane pociski i inną broń dystansową. Ale ta broń jest potrzebna do obrony sojuszników i interesów w innych rejonach, a Stany Zjednoczone ją wyczerpują. Według doniesień w The Times, użyto już 1100 rakiet manewrujących dalekiego zasięgu, przeznaczonych na potencjalne konflikty w Azji, pozostawiając zaledwie 1500 w zapasach i wystrzelono dodatkowe 1000 pocisków manewrujących Tomahawk, około 10 razy więcej niż wojsko kupuje w przeciętnym roku. Amerykańscy przywódcy od lat besztają swoich europejskich sojuszników za nieadekwatność ich sił bojowych. Ale jeśli ktoś mierzy potęgę militarną Ameryki wobec naszych pretensji, a nie naszego G. D. P. (PNB) jest to równie nieodpowiednie. Błędem byłoby twierdzenie, że Stany Zjednoczone są uwięzione w rozpoczętej wojnie. Mają opcje, ale teraz zapłacą bardzo wysoką cenę, bez względu na to, którą z nich wybiorą. Mogą zrezygnować w Iranie – wykazując, że ich siły zbrojne są znacznie mniej dominujące, niż zakładał świat. Albo mogą czerpać zasoby z teatrów, które mają żywotny interes narodowy, takich jak Europa i Azja Wschodnia, aby sfinansować to, co prezydent nazywa swoją irańską „wycieczką”. Albo mogą uciekać się do skrajnych opcji wojskowych. Mr. Trump mrocznie nawiązał do postów w mediach społecznościowych od początku kwietnia, co przerodzi się w wieczny wstyd kraju, który on prowadzi. Stany Zjednoczone mogą stracić swoją reputację, przyjaciół lub duszę.
Premier Izraela Benjamin Netanjahu wezwał do tej wojny pana Trumpa, ponieważ on również rozpoznał logikę muzycznych krzeseł w obecnym czasie. Gdy muzyka się zatrzyma, Stanom Zjednoczonym może brakować siły ognia, aby chronić Izrael przed sąsiadami w tradycyjny sposób i prawdopodobnie będzie brakować do tego chęci. Jak na ironię, katastrofalny wynik wojny pokazuje, że podstawowe rozumowanie Netanjahu było rozsądne: perspektywy Izraela na zaciągnięcie Stanów Zjednoczonych do tak anachronicznych przygód malały. Łatwowierność Trumpa dała Netanjahu ostatnią szansę.
Kuszące jest pytanie, gdzie w procesie imperialnego upadku znajdują się teraz Stany Zjednoczone? Z pewnością mają elementy wspólne z Wielką Brytanią sto lat temu: deindustrializacja, nadmierne zaangażowanie, samozadowolenie. W przededniu I wojny światowej Wielka Brytania była zależna od Niemiec w zakresie technologii przemysłowej, a nawet wojskowej — i nie chciała ponownie zbadać systemu wolnego handlu, na którym zbudowano niemiecką supremację. W przededniu II Wojny Światowej Wielka Brytania była zasadniczo bankrutem. Istnieją podobieństwa w zależności Ameryki od Chin dzisiaj.
Sceptycyzm wobec amerykańskiej hegemonii, który skłonił Amerykanów do zwrócenia się do pana Trumpa, był zdrowy. Jeśli globalistyczny system zbudowany na wolnym handlu, promocji demokracji i masowej migracji jest tak wielki, pytali wyborcy Trumpa, to dlaczego musieliśmy pożyczyć 35 bilionów dolarów, odkąd go podjęliśmy? To naprawdę dobre pytanie. Pan Trump był idealnym kandydatem dla Amerykanów, którzy podejrzewali, że coś poszło nie tak z ich elitami. Jego argumentem było w zasadzie to, że globalizm kierowany przez Amerykanów był tak korzystny dla polityków, że mając władzę, bronili go nawet przed swoimi wyborcami, bez względu na to, co powiedzieli podczas kampanii. Wydarzenia, niestety, dowiodły, że to wyborcy mieli rację.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 5 maja 2026 michalkiewicz
Ostatnio przetacza się przez nasz nieszczęśliwy kraj „czarny protest”. Uczestniczą w nim zadłużone po uszy szpitale powiatowe, oraz te, które są bankructwem zagrożone. Protest polega na wywieszeniu czarnych flag oraz oklejeniu szpitalnych wejść czarnymi plakatami z napisem, że łóżko poczeka, ale choroba – nie. Oczywiście vaginet obywatela Tuska Donalda tym protestem się nie przejmuje, bo znacznie ważniejszy z punktu widzenia vaginetu i jego przyszłości, jest zatarg miedzy dwiema vaginessami: Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz oraz Pauliną Hening – Kloską, które w vaginecie mają fuchy ministerialne. W Knesejmie pojawił się bowiem wniosek o votum nieufności wobec Pauliny Hening-Kloski, za którym zaciekła we wrogości swojej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie tylko sama zamierza zagłosować, ale również skłonić do tego kompanionów z lazaretu po rozpadzie partii jednorazowego użytku pana Szymona Hołowni – oczywiście Wielce Czcigodnego.
Tymczasem vaginessa, której obywatel Tusk powierzył w swoim vaginecie fuchę ministra zdrowia, żadnymi protestami się nie przejmuje – bo niby dlaczego miałaby się przejmować, skoro w stosunku do niej nikt nie składa żadnych wniosków o votum nieufności? A dlaczego nikt nie składa? Tego oczywiście nie wiem, ale podejrzewam, że dlatego, iż pozostali Wielce Czcigodni posłowie skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, bo nie wiedzą, jakie właściwie remedium mieliby zaproponować. Tymczasem remedium jest – ale jego zastosowanie wymagałoby nie tylko od Wielce Czcigodnych podjęcia decyzji, czyim dobrem powinni się kierować – czy dobrem obywateli, czy interesem własnym i biurokratycznego gangu, który pasożytuje na ciele narodu i państwa, a z Wielce Czcigodnymi żyje w symbiozie – ale również od obywateli naszego nieszczęśliwego kraju – czy bliższe są im ich własne interesy, czy też interesy wspomnianego biurokratycznego gangu.
Niestety bowiem, zdecydowana większość naszych współobywateli stoi na nieubłaganym gruncie utrzymania tak zwanych socjalistycznych zdobyczy ludu pracującego miast i wszy – i dopóki tak jest, dopóty nasi Umiłowani Przywódcy mogą wszystkie tego rodzaju protesty olewać ciepłym moczem. Żeby się o tym przekonać, warto przypomnieć historię reform, zapoczątkowanych w tej i w innych dziedzinach przez charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka, co to rządził Polską w latach 1997-2001, początkowo pod kuratelą Leszka Balcerowicza, a potem już siłą inercji. Pieniądze idą „za pacjentem”
Za pierwszej komuny i nawet w początkach sławnej transformacji ustrojowej, sektor ochrony zdrowia funkcjonował po staremu. Obywatele płacili podatki, rząd rozdzielał forsę i ile tam przypadło na ochronę zdrowia, tyle przypadło. Aliści środowisko władzy zaczęło puszczać nowe wiatry, że to niby trzeba również tę dziedzinę „urynkowić”, co w ówczesnych warunkach oznaczało tylko tyle, żeby – podobnie jak inne dziedziny życia publicznego – również i tę uczynić obfitym żerowiskiem dla bezpieki i konfidentów, rozparcelowanych równomiernie w poszczególnych partiach establishmentu.
Tego zadania podjął się charyzmatyczny premier Jerzy Buzek, rządzący z ramienia „fabrycznych hersztów” – jak nazywał ich Kol. Rafał Ziemkiewicz – którzy doszli do wniosku, że nie będą wozić na własnych plecach jakichś tam panien Suchockich, tylko sami przejdą do polityki i umoczą usta w melasie. Ponieważ jednak rząd SLD-PSL w latach 1993-1997 „zawłaszczył państwo”, to znaczy poobsadzał wszystkie synekury w sektorze publicznym albo podsuniętymi mu konfidentami bezpieki, albo własnym faworytami, charyzmatyczny premier Buzek, ani nawet Leszek Balcerowicz nie miał gdzie wcisnąć swoich faworytów, żeby oni też mogli sobie pochłeptać. Tak narodziła się „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – przeprowadzenia wiekopomnych reform.
Tu muszę zwrócić uwagę, że wiekopomne reformy mają dwojakie cele. Cele deklarowane i cele rzeczywiste. Cele deklarowane bywają z reguły bardzo podniosłe i sprowadzają się do tego, by obywatelom przychylać nieba. Mają one jednak to do siebie, że albo się pojawią, albo nie. Z reguły się nie pojawiają. Natomiast cele rzeczywiste pojawić się muszą i to natychmiast. Tak właśnie było i w tym przypadku. Ponieważ w ramach „urynkowienia” sektora ochrony zdrowia pieniądze – po staremu zrabowane obywatelom – miały „iść za pacjentem”. Oczywiście nie samopas, co to, to nie! Kto to widział, żeby tyle zrabowanych pieniędzy pozostawić bez nadzoru? Toteż zapobiegliwy – i oczywiście charyzmatyczny – premier Buzek wykombinował, żeby gwoli nadzorowania zrabowanych obywatelom pieniędzy, utworzyć 16 terenowych Kas Chorych oraz 17 – „mundurową”. W ten sposób stworzone zostały synekury w sektorze publicznym, gdzie można było umieścić nie tylko bezpieczniaków – ale również zaplecze polityczne koalicji rządowej AWS-UW.
Premier Buzek, nauczony doświadczeniem poprzedniego rządu, co to „zawłaszczył państwo”, zadbał o to, by beneficjentom synekur stworzyć takie gwarancje prawne, żeby nawet zmiana rządu nie mogła wysadzić ich z siodła. Oznaczało to, że wprawdzie deklarowane cele reformy ochrony zdrowia w postaci przychylenia nieba pacjentom nie zostały osiągnięte – ale za to zostały osiągnięte cele rzeczywiste – w postaci skokowego zwiększenia liczby synekur w sektorze publicznym oraz skokowego wzrostu kosztów funkcjonowania państwa – o ok. 100 mld złotych rocznie – bo skoro tylu filutów, którzy przecież byle czego nie zjedzą, Rzeczpospolita wzięła na swoje utrzymanie, to musiało to odpowiednio kosztować. Tedy pieniądze „szły za pacjentem” ale w takiej odległości, że wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, ale każdy inny – został natychmiast utracony. Jeszcze raz sprawdziło się spostrzeżenie księcia Saliny z powieści „Lampart”, że trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Reforma reformy.
Zostało po staremu – ale nie na długo, bo kiedy już „fabryczni hersztowie” objęli swoje synekury, zainteresowanie Akcją Wyborczą Solidarność zmalało do zera i w roku 2001 ta formacja w ogóle ze sceny politycznej zniknęła. Formacja zniknęła – ale biurokratyczny aparat Kas Chorych, jako żerowisko dla wybranych pozostał. Nowy premier Leszek Miller, który w ramach rządu SLD-PSL powrócił do władzy, chciał w tych Kasach usadzić swoich protegowanych i protegowanych PSL – ale okazało się, że na skutek zastosowanych przez charyzmatycznego premiera Buzka blokad prawnych nie jest to możliwe.
W tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak zreformować poprzednią reformę. I tak się stało; Kasy Chorych zostały zlikwidowane, a na ich miejsce został powołany Narodowy Fundusz Zdrowia, z 16 oddziałami terenowymi. Była to zupełnie nowa instytucja, więc stare gwarancje już jej nie dotyczyły, toteż została ona już obsadzona prawidłowo, jak się należy, przez nowych totumfackich. Podobnie jak Kasy Chorych, również Narodowy Fundusz Zdrowia nawet nie udaje, że kogoś leczy, czy będzie to robił. Jedyną rzeczywistą racją jego istnienia jest stworzenie żerowiska dla bezpieki i jej konfidentów, a pretekstem, dla którego beneficjenci mogą sobie umoczyć usta w melasie, jest administrowanie pieniędzmi zrabowanymi obywatelom pod pretekstem wyświadczania im przez państwo usług medycznych.
„My tutaj rządzim i my dzielim, bez nas by wszystko diabli wzięli” pisze poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. I tak właśnie się to odbywa. Prześledźmy tedy drogę, jaką pieniądze zrabowane obywatelom podążają, „idąc za pacjentem”.
Otóż najpierw trafiają do vaginetu, gdzie vaginessy je rozdzielają, a to na to, a to na tamto – co przybiera postać ustawy budżetowej. Stamtąd forsa przeznaczona na ochronę zdrowia trafia do biurokratycznego gangu czyli NFZ. Ten najpierw odejmuje od ogólnej sumy to, co ma sam przejeść, a resztę rozpisuje według rozdzielnika między poszczególne komórki ochrony zdrowia – szpitale i przychodnie. Tam forsa jest rozdzielana ostatecznie – na koszty, na płace oraz inwestycje. Oczywiście już w ilości znacznie zmniejszonej – bo przecież NFZ nie pracuje za darmo, co to, to nie! Ta reszta dzielona jest – według skomplikowanego rozdzielnika, opracowanego przez biurokratów. Oczywiście na nic już nie starcza, toteż nie ma innej rady, jak się zadłużać. Ale zadłużanie ma swój kres, bo jeśli dostawcy zaopatrujący szpitale w leki, energię, żywność itd. nie dostają pieniędzy, to wstrzymują dostawy. I właśnie z taką sytuacją mamy już do czynienia, a jej symbolem była zrzutka pracowników jakiegoś szpitala na sfinansowanie technicznego przeglądu urządzenia, bez którego nie można by prowadzić operacji chirurgicznych.
Nie „za pacjentem”, tylko razem z nim
W jakim kierunku powinno iść poszukiwanie dróg wyjścia z tej pułapki? Trzeba by przywrócić normalność, to znaczy – sytuację, w której pieniądze nie idą „za pacjentem” w takiej odległości, że wszelki kontakt z nimi został bezpowrotnie utracony, tylko Z PACJENTEM. W tym celu należałoby zmodyfikować system podatkowy w ten sposób, by państwo przestało rabować obywateli pod pretekstem, że będzie ich leczyć, to znaczy – by odpowiednio zmniejszyło podatki. W tej sytuacji pacjent przychodziłby do przychodni, czy szpitala z pieniędzmi, którymi płaciłby za usługę medyczną. Teraz bowiem mamy sytuację taką, że jeśli – dajmy na to, – usługa medyczna kosztuje 100 złotych, to NFZ i inne biurokratyczne gangi zabierają z tego połowę i dopiero ta pozostała połowa jest rozdzielana między szpitale, przychodnie, doktorów, pielęgniarki i salowe.
Gdyby zatem wyeliminować z tego tych biurokratycznych pośredników, którzy nawet nie udają, że kogoś leczą, to ta sama usługa medyczna mogłaby kosztować nie 100, a tylko 75 złotych, które w całości rozdzielane byłoby między tych, którzy pacjentami rzeczywiście się zajmują. Oni mieliby więcej, a pacjent płaciłby mniej. Poszkodowane byłyby tylko wspomniane biurokratyczne gangi – no ale przecież one nawet nie udają, że kogoś leczą. Zatem wszystko sprowadza się do tego, czy obywatele udzielą politycznego poparcia dla likwidacji biurokratycznego żerowiska na sektorze ochrony zdrowia, czy nie. Na to jednak się nie zanosi.
Wprawdzie Józef Stalin mówił, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło do krowy – ale najwyraźniej przez okres pierwszej komuny i jej kontynuacji obecnie, zdążył się dopasować.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Marcin Palade, w pigułce, podaje przerażający Raport Najwyższej Izby Kontroli z lipca 2024 r. w którym przyjrzano się realizacji w ostatnich latach programu repatriacji Polaków ze wschodu do Rzeczpospolitej Polskiej. Danych tych niestety, nie znajdzie się w TV Republice, w Gazecie Polskiej czy innych piso- oraz ukro-lubnych szmatławcach.
Okazuje się, że po 1989 r. aż do 2024 (danych za rok 2025 jeszcze nie ma) Rzeczpospolita Polska zdołała sprowadzić do kraju zaledwie 9 % Polaków zamieszkałych w dawnej sowieckiej Rosji, głównie na przedwojennych Kresach polskich oraz w Kazachstanie.
Oblicza się, że tym czasie zamieszkiwało sam Kazachstan 125 tys. Polaków, z których przytłaczająca większość marzyła o powrocie do kraju. Niestety, zarówno postkomuniści jak i obóz “prawdziwych patriotów” – o który gorzko mówi Palade, że “bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę” nie zdobył się na nic, poza paroma pokazowymi “ułatwieniami” formalnymi dla starających się o przesiedlenie Polaków, pozostającymi jednak głównie na papierze i mających charakter propagandowy, gdyż nie towarzyszyło temu udawaniu realne wspomożenie tych programów realnymi środkami finansowymi na zasiedlenie, remonty domów do zamieszkania, opiekę medyczną, naukę języka, przyuczanie zawodowe itp.
W tym samym czasie, z mniejszości niemieckiej zamieszkującej również Kazachstan i tereny Powołża (po likwidacji przez Stalina Niemieckiej Republiki Autonomicznej w 1941 r. ) i liczącej prawie 1 mln osób, zdołało DO DZIŚ wrócić do Niemiec 99 %!
[My jechaliśmy trzy dni z Nowosybirska na wschód – podobnymi ciężarówkami, ale na Holtz-gaz, bo Niemcy dostarczali. Co jakiś czas obstawa szła z siekierami i wycinała nowe paliwo. Dalej, do lagry „Krasnyj Oktjabr’ ” -3 dni saniami. MD]
Wywózka Polaków odkrytymi ciężarówkami na Syberię, 1940 r.
Jednocześnie, w tak zwanej “wolnej Polsce” zdołano wydać w Tel Aviwie aż do dzisiejszego dnia w sumie ok. 100 tys, polskich paszportów, co czyni całkowicie jasną tę podmiankę ludności: usraelczycy, jak najbardziej! prosimy, prosimy do Polski! Na miejsce niechcianych a starających się powrócić do kraju Polaków.
Polska rodzina wysiedlona z Kresów w śniegi Kazachstanu, luty 1940s.
Słuchając tej przerażającej opowieści Paladego o tym, kto naprawdę rządzi nami – jacy “Polacy” jedynie z nazwy i polskojęzyczni, bo NIE CZUJĄCY po polsku. Gdyby mieli polskie serca, to na głowie by stawali aby dopomóc rodakom! Za to, na przykład, wymowny wielce pan minister kultury Gliński, gorąco wzywając Polaków do “uczynienia wszystkiego, aby wzmocnić więź z rodakami mieszkającymi za granicą” (jednak o setkach tysięcy byłych zesłańców z II Rzeczpospolitej – ani słowa) przez dwie swoje kadencje nie znalazł ANI grosza by realnie wesprzeć te programy, choć na pstryknięcie palcami znalazł 100 milionów na renowację cmentarza żydowskiego w Warszawie.
Palade podaje nazwiska tych renegatów, znów pchających się do władzy, a najwyraźniej noszących polskie nazwiska tylko od parady – głównie pis-owskich, bo szczyt podań o powrót do Polski przypadł na okres pisowskich rządów w Polsce. Jednak nie uczynili oni literalnie nic, by umęczonych dekadami prześladowań rodaków objąć choćby w części takim programem repatriacyjnym , jaki w tym samym czasie bez mrugnięcia okiem wyszykowano od ręki dla rzekomych “uchodźców” z “objętej wojną” Upainy.
Oto nazwiska hańby tych ministrów Spraw Wewn. i Administracji, głównie odpowiedzialnych za tę antypolską zbrodnię: Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Elżbieta Witek i Mariusz Kamiński.
A także nazwiska będących wtedy na urzędach ministrów Spraw Zagranicznych, winnych wspierania z urzędu tych programów, którzy jednak – też od 2017 r. – NIE UCZYNILI ABSOLUTNIE NIC w tej sprawie. To Witold Waszczykowski, Jacek Czaputowicz, Zbigniew Rau i Szymon Szynkowski vel Sęk.
Na koniec – rzecz najtragiczniejsza. Wielu Polaków w Kazachstanie, widząc, że Polska ich nie chce – gdy tymczasem inne mniejszości dziesiątkami tysięcy opuszczały ziemię zesłania, by wrócić do swych ojczyzn – przyjmowało ofertę rosyjską, przesiedlenia do Rosji, by choć w jakiejś części, opuszczając muzułmański kraj, wrócić do swego chrześcijańskiego rodowodu.
Hańba, hańba, hańba!
==========================================
To z Białowieży, gdy już nasi żydowscy szewcy i krawcy założyli czerwone opaski
Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje nagłęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski
===================================
Przejęcie w Polsce z fanfarami Andrieja Poczobuta, białoruskiego opozycjonisty pochodzenia polskiego, wymienionego w ramach wymiany więźniów zainicjowanej przez Stany Zjednoczone, wydaje się na pierwszy rzut oka sukcesem.
Wszak władze w Warszawie od lat domagały się wyjścia na wolność białoruskiego aktywisty. Sukcesem jednak nie jest. Jest raczej ilustracją porażki, jaką była i pozostaje polska polityka wschodnia.
Po pierwsze, Poczobuta zaangażowano w rozrysowane niekoniecznie w Warszawie plany obalenia władz białoruskich, względnie ich wizerunkowego osłabienia. Gdyby nie on i jego sprawa, należałoby go wymyślić. Poczobut od lat stawał przed sądami w sprawach karnych. Władze białoruskie dawały się, nawiasem mówiąc, wciągać w zastawianą na nie pułapkę. Zatrzymywały bowiem rzeczonego aktywistę za wszystkie, najdrobniejsze nawet wykroczenia. Skazywały go na wyroki w sprawach ewidentnie politycznych. Patroni Poczobuta, niekoniecznie ci z Warszawy, wyznaczyli mu pewną role do odegrania, a on – chcąc, nie chcąc – przez lata ją odgrywał. Niektóre jego działania i wypowiedzi były ewidentnie obliczone na to, by stanąć przed sądem, a najlepiej stać się więźniem politycznym. Poczobuta-więźnia i represjonowanego wykreowały nie tylko władze w Mińsku. Stał się gwiazdą również w mediach polskich i na arenie międzynarodowej (ukoronowaniem jego kariery opozycyjnego „celebryty” było przyznanie mu w ubiegłym roku nagrody im. Andrieja Sacharowa przez Parlament Europejski).
Po drugie, Andriej Poczobut owszem – był więźniem politycznym, ale nie przebywał za kratami w związku ze sprawami dotyczącymi mniejszości polskiej. Władze w Warszawie konsekwentnie zresztą robiły niedźwiedzią przysługę Polakom mieszkającym na Białorusi, czyniąc ich twarzą politycznego aktywistę opozycji. Tymczasem Poczobut sprawami mniejszości polskiej zajmował się jedynie sporadycznie, preferując otwarte wystąpienia przeciwko władzom białoruskim. Przez operację medialną pokazującą na niego jako na istotnego działacza Związku Polaków na Białorusi powstało mylne wrażenie, jakoby owa mniejszość polska popierała określone poglądy polityczne, zdecydowanie sytuując się w opozycji wobec urzędującego prezydenta. A to dla jej interesów szkodliwe (wyobraźmy sobie, że podobną postawę wykazywaliby na przykład przedstawiciele mniejszości niemieckiej w naszym kraju).
Po trzecie – i może najważniejsze – Andriej Poczobut nie został zwolniony na wniosek władz polskich prowadzących jakiś dialog na ten temat z władzami białoruskimi.
Jego uwolnienie miało za to bezpośredni związek z polityką amerykańską w naszym regionie Europy. Nieprzypadkowo tuż przed wymianą więźniów w Warszawie pojawił się wysłannik prezydenta Stanów Zjednoczonych ds. białoruskich, John Coale. I to właśnie on wynegocjował wolność dla Poczobuta, a właściwie wymianę więźniów w formacie 5 na 5. Rozmowy w tej sprawie 79-letni amerykański prawnik prowadził zapewne również ze stroną rosyjską. Mamy zatem sytuację, w której przedstawiciel obcego mocarstwa negocjuje na prośbę strony polskiej (takowa miała zostać przekazana Donaldowi Trumpowi przez Karola Nawrockiego) kwestię dotyczącą w zasadzie stosunków bilateralnych Warszawy z Mińskiem. A to oznacza, iż takowe stosunki w rzeczywistości nie istnieją i w efekcie oddajemy naszą politykę wschodnią w obce ręce.
Oczywiście ze szczęścia i wolności samego Andrieja Poczobuta i jego rodziny można się jedynie cieszyć. Pamiętajmy jednak, że do jego uwolnienia doszło nie dzięki staraniom władz polskich, lecz raczej wbrew nim, za sprawą Waszyngtonu. Polska pokazała zatem swą całkowitą niemoc. Żadne z jej apeli wygłaszanych przez lata publicznie i ze świętym oburzeniem nie wywołały najmniejszego nawet skutku. Stało się tak w związku z całkowitym praktycznie zerwaniem przez nas realnych stosunków politycznych oraz dialogu z Mińskiem.
Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje na głęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski. Brak samodzielności jest nie kwestią podporządkowania nas na siłę jakiejś zewnętrznej potędze, lecz efektem wyboru dokonywanego przez kolejne rządy w Warszawie. Ich wyborem bowiem jest zerwanie kanałów łączności z sąsiadami: Białorusią, ale także Rosją.
Ich wyborem jest zdawanie się w sprawach geograficznie nam najbliższych na pomoc Wielkiego Brata zza oceanu. Przedstawiciele polskiego rządu witający Andrzeja Poczobuta na polsko-białoruskiej granicy powinni zacząć od przeprosin białoruskiego opozycjonisty za własną nieudolność, która kosztowała go kilka lat życia w kolonii karnej.
Miejmy nadzieję, że jego los będzie nauczką dla tych, którzy czują, że za plecami mają Warszawę i za zajmowanie się działalnością polityczną nic im nie grozi. Warszawa nie jest żadnym gwarantem niczyjego bezpieczeństwa. Z prostej przyczyny: geopolitycznie nie istnieje. Sprawa przyjazdu Poczobuta do Polski (z której nie pochodzi) powinna być zatem traktowana jak kompromitacja, a nie polityczny triumf nad Wisłą.
Po wycofaniu się z OPEC i OPEC+ Zjednoczone Emiraty Arabskie mogą wystąpić z Ligi Państw Arabskich, a nawet z Rady Współpracy Zatoki Perskiej.
Dlatego MbZ – jedyny władca ZEA – podjął decyzję o wycofaniu się z OPEC i OPEC+.
[Szeik Mohamed bin Zayed Al Nahyan, znany jako MbZ ]
Ludzie z syndykatu Epsteina przedstawiają to jako wyrafinowane posunięcie w ramach „Nowego Porządku Energetycznego”.
Nie bardzo
Na pierwszy rzut oka posunięcie wydaje się rozsądne. ZEA wydało fortunę, aby zwiększyć swoje moce produkcyjne do 5 milionów baryłek ropy dziennie. Jednak zgodnie z zasadami OPEC+ ich kwota była znacznie niższa i wynosiła ok. 3,4 mln baryłek dziennie.
Skupili się więc całkowicie na monetyzacji. Teoretycznie mogą teraz sprzedawać, ile chcą, o ile popyt ze strony azjatyckich klientów, takich jak Chiny, Japonia i Indie, pozostanie wysoki.
Z drugiej strony Arabia Saudyjska – największa potęga OPEC i, obok Rosji, jeden z dwóch wiodących krajów OPEC+ – będzie zmuszona utrzymać produkcję na niskim poziomie, aby zapobiec załamaniu cen.
Relacje między Abu Zabi a Rijadem są niekontrolowanie napięte. W końcu oba państwa konkurują o te same źródła inwestycji zagranicznych.
Abu Zabi założyło, że irański przemysł energetyczny znajduje się w rozpaczliwej sytuacji (co nie jest prawdą: Teheran ma doktorat z „Oporu pod presją” i zawsze znajduje alternatywne rozwiązania). Dla MbZ Iran przestał być zatem znaczącym konkurentem na rynku – i to na długo. W tym miejscu ZEA wkraczają do gry jako stabilny dostawca o dużej przepustowości.
Wreszcie pojawia się „imperium piractwa”. Trump jest opętany ideą, że zwiększona podaż prowadzi do niższych cen ropy. Mamy tu MbZ, bezpośrednio powiązane z Trumpem. Dzieje się tak od czasu Porozumień Abrahama; obietnicy 1,4 biliona dolarów na inwestycje w gospodarkę USA i centra danych w Zatoce Perskiej; oraz jako partner w IMEC: błędnie nazwanym Korytarzu Indie -Bliski Wschód, który w rzeczywistości jest Korytarzem Izrael (ze szczególnym uwzględnieniem Hajfy) -Arabia Saudyjska-ZEA-Europa-Indie.
Nagrodą dla ZEA za dalsze zacieśnianie więzi z pirackim imperium – wszak to dwa mafijne przedsiębiorstwa – są wzmocnione „gwarancje bezpieczeństwa USA”.
Problem w tym, że imperium piratów nie jest już w stanie zaoferować tych korzyści, co pokazała wojna z Iranem. I szczerze mówiąc, Trumpa to po prostu nie obchodzi.
Katastrofalna polityka zagraniczna, jakiej nie było
Terminal w Fudżajrze został okrzyknięty „przełomem” Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Omija on bowiem Cieśninę Ormuz – a tym samym punkt poboru opłat zbudowany przez marynarkę wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Rurociąg Habszan-Fudżajra umożliwia Abu Zabi pompowanie ropy bezpośrednio do brzegów Oceanu Indyjskiego.
[to ten w lewo, do Morza Czerwonego md]
—————————————-
A jednak MbZ mógł źle ocenić sytuację na szachownicy energetycznej. Po zakończeniu wojny – zakładając, że tak się stanie – ropa eksportowana z Zatoki Perskiej znajdzie się zasadniczo pod kontrolą Iranu. Wpływ „imperium piractwa” nad Zatoką Perską jest skazany na zanik.
Znamienne jest, że ZEA nie znalazły się wśród czterech państw sunnickich, które jako pierwsze spotkały się w Islamabadzie – we wstępnej fazie negocjacji wojennych, które ostatecznie nie przyniosły rezultatu. Były to Pakistan, Turcja, Egipt i Arabia Saudyjska.
Tłumaczenie: Arabia Saudyjska, przynajmniej nominalnie, dąży do pokojowego porozumienia z Iranem. Abu Zabi jest praktycznie w stanie wojny z Iranem.
ZEA straciło fortunę z powodu poboru opłat w Cieśninie Ormuz. Teheran uważa je za państwo wrogie, więc żaden tankowiec nie może przez nie przepłynąć. Szybko zapanowała rozpacz.
Początkowo Abu Zabi odmówiło udzielenia Pakistanowi pożyczki w wysokości 3,5 miliarda dolarów. Następnie zwrócili się do Rezerwy Federalnej USA z prośbą o zawarcie umowy swapowej.
Ucieczka kapitału przerodziła się w lawinę. W końcu wszyscy giganci międzynarodowego świata finansowego są – lub byli – reprezentowani w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Początkowo preferowanym kierunkiem była Tajlandia – z jej doskonałą jakością życia. Teraz jednak większość funduszy płynie do Hongkongu, w wysokości około 40 miliardów dolarów tygodniowo.
ZEA to w rzeczywistości odnoga. Wydzielone z Omanu w 1971 roku: kolejny brytyjski plan, cóż innego? 11 milionów mieszkańców, z czego tylko milion to Arabowie obcego pochodzenia. Większość kraju to pustynia. Armia – licząca 60 000 żołnierzy – składa się z najemników zagranicznych.
W Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie ma żadnego przemysłu. Żadnego przemysłu zbrojeniowego. Żadnego rolnictwa. Źródłami dochodu są ropa naftowa, handel finansowy i – jak na razie – turystyka, która przemawia do zdezorientowanych mas, bezradnie zaślepionych blichtrem i przepychem.
Teoretycznie imperium piratów i syndykat Epsteina miały zapewnić bezpieczeństwo. Ups, nie do końca – jak pokazała wojna.
A jeśli chodzi o politykę zagraniczną, mało kto może się równać ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi w kwestii złośliwości.
Byli głęboko zaangażowani w wojskowy zamach stanu w Egipcie, wspierali próbę zamachu stanu w Turcji, ingerowali w wojnę domową w Libii i późniejszą politykę „dziel i rządź”, działali ramię w ramię z kultem śmierci w Azji Zachodniej, aby podzielić Somalię, wspierali separatystów w wojnie domowej w Sudanie i podejmowali wyjątkowo agresywne działania przeciwko Ansarallah i Huti w Jemenie.
Kim więc są ich sojusznicy? „Kult śmierci” [tak Pepe nazywa Izrael md] w Azji Zachodniej. I to wszystko. W szczytowym momencie wojny z Iranem Abu Zabi otrzymało „Żelazną Kopułę” – wraz z personelem Sił Obronnych Izraela.
ZEA rozwściecza praktycznie wszystkich swoich sąsiadów. Ostatnią kroplą jest inwestycja w wojnę energetyczną z Rijadem.
Czy ten rak ma realną przyszłość? Raczej nie. Mądrzy iraccy uczeni – z silnym poczuciem historii – już zaczęli rozważać różne scenariusze.
Fikcja „emiratów” może wkrótce runąć: Republika Szardży, na przykład, jest już bardzo realną możliwością. Abu Zabi może zostać wchłonięte przez Saudyjczyków – a gangster MbZ szuka azylu na Zachodzie. W krótkiej perspektywie Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej może zadać ostateczny cios, jeśli Trump wznowi wojnę, biorąc pod uwagę, jak jego terytorium i bazy były wykorzystywane do ataków na Iran.
W ślad za OPEC i OPEC+, ZEA mogłyby opuścić Ligę Państw Arabskich, a nawet Radę Współpracy Zatoki Perskiej. Nie jest nierozsądne założenie, że mogłyby całkowicie wycofać się z rozmów.
Oto w moim przekładzie miniatura rosyjskiego literata-emigranta Jurija Drużnikowa z 2001 r. Oryginalny tytuł w brzmieniu „Kompas” zmieniłem na bardziej adekwatny do aktualnej konstytucyjnej idee fixe. Dodałem cztery przypisy. Dla dociekliwych wyjaśniam, iż jest to powtórzenie mojej notki zamieszczonej w początkach stycznia 2025 r. na innym portalu („SN” – „Kilka podróży do Erewania”), a to z prozaicznego względu, iż jej tekst wydał mi się nadzwyczaj trafnie korespondujący z ostatnią inicjatywą aktualnego Prezydenta RP odnośnie powołania przezeń rady dla przygotowania projektu nowej konstytucji.
Voilà.
************
Wydarzyło się to w czasach, kiedy Związek Sowiecki jeszcze oddychał, ale dla niektórych uporczywie nieprzystosowanych obywateli miejsca w nim już brakowało. Ja również znalazłem się w szeregach takich odmieńców, a nawet w gronie odrębnych również i od nich. Dawali nam tyle, aby egzystować, ale nie tyle, aby żyć – choćbyś na głowie kołki ciosał. Przeganiali, ale wyjechać nie pozwalali – taką obmyślili udrękę. Polecali składać co pół roku podanie o wyjazd, po czym z sadystyczną satysfakcją dawali odmowę. Krótko mówiąc, zdarzyło się, że mnie również wypchnęli już na drogę do Ameryki, ale nadal trzymali na krótkiej smyczy w Moskwie.
Mój przyjaciel, stary pisarz i były łagiernik, ślepy na jedno oko i może dlatego wielki przyjaciel wszelakich bezdomnych kotów, psów i innych zwierząt, podśmiewał się ze mnie z tego powodu. Pewnego razu zaszedłem do niego i zapytałem: – A ty nie masz chęci stąd wyjechać? – Dokąd miałbym pojechać – odrzekł. – Przecież mnie i tutaj źle. Po czym dodał: – a ty wciąż tylko wyjeżdżasz, wyjeżdżasz i wyjeżdżasz. Mija już dziesięć lat jak tak wyjeżdżasz. Ja zaś nigdzie nie wyjeżdżam, to jaka między nami różnica? – To może powinienem spróbować uciec?? – Niby jak? – Zwyczajnie: przeczołgam się nocą przez granicę i …
Stary „zek” przyjrzał mi się uważnie. („zek”; ros. – zakliuczonnyj; pol. – pensjonariusz zakładu karnego; ZK.) – Spieszy ci się? Jak nie, to siadaj w rogu kanapy. Zaraz przyjdzie taki jeden, co w tej kwestii wszystko ci wyjaśni. – A skąd on? – Przecież, że nie z Łubianki! Zabrałem go z podjazdu, gdzie siedział na krawężniku, bo nie ma gdzie przenocować.
Na dzwonek do drzwi gospodarz otworzył je, a wtedy wszedł nieduży chłopina około 35 lat, mizerny i marnie ubrany, ostrzyżony na łyso, który trzymał pod pachą bochenek czarnego chleba. I przedstawił się: – Iwan Iwanycz Iwanow. – Żartujesz sobie z nas? – Mówię prawdę, przysięgam!
I z wprawą człowieka, któremu często zdarzały się podobne sytuacje, pokazał swój paszport, abyśmy mogli stwierdzić prawdziwość jego personaliów. Następnie zaczął opowiadać historię swojego życia. Iwanycz pracował jako elektryk. W podmoskiewskich skupiskach dacz wchodził na trakcyjne słupy i naprawiał przewody elektryczne zrywane przez wichury. Razem z partnerem Ormianinem wynajmowali pokój 3 na 4 metry, w którym mieli dwa łóżka i dwie nocne szafki. Kiedy definitywnie zbrzydła mu monotonia pracy i życia, powiedział sobie; „Chcę odmiany swojego losu”. Ormianin opowiedział mu, że trasa pociągu relacji Moskwa – Erewań prowadzi miejscami przy samej granicy z Turcją. Granica jest tam dosłownie na wyciągnięcie ręki, jak też jest doskonale widoczna z okien pociągu i dlatego łatwo znaleźć to miejsce, w którym należy zeń wyskoczyć.
Iwanycz wybrał się do sklepu z papeterią, kupił dziecinny kompas za rubel i dwadzieścia kopiejek oraz mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Współlokator zaznaczył mu na mapce miejsce, gdzie trasa kolejowa przebiega najbliżej granicy. Udał się Iwanycz na dworzec, nabył bilet do Erewania. Nocą, gdy tylko zamierzał wyskoczyć ze stopnia wagonu w miejscu zaznaczonym na mapce, przytrzymali go za rękaw: – Dokąd to? – Jak to dokąd? zdziwił się Iwanycz. – Do Turcji. Powiedzieli mi, że stąd będzie najbliżej. – A kto ci tak powiedział? – Tego wam nie zdradzę! Pogranicznicy zatrzymali Iwanycza. Na rozprawie sądowej prokurator demonstrował narzędzia, które posłużyły obwinionemu do przestępstwa: dziecięcy kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Wspólnik Ormianin także był nękany, grozili mu wyrokiem za to, że nie doniósł na Iwana. A darowali mu karę, gdy zgodził się informować o tym, kto go będzie pytał w sprawie przebiegu granicy z Turcją.
Jacy to pomysłowi spryciarze nie siedzieli w łagrze razem z Iwanyczem! Np. jeden z nich wykombinował, że jeśli zakupi czterysta dwadzieścia baloników i napompuje je helem, to gdy uniosą go w górę, wtedy przy sprzyjającym wietrze przeleci z Batumi do Turcji. Ale akurat w chwili, gdy dolatywał do granicy, wiatr ucichł, pogranicznicy przestrzelili czterysta, zaś pozostałych dwadzieścia baloników wystarczyło akurat na tyle, aby śmiałka dostarczyć wprost do łagru w Mordowii. Inny wymyślił podwodny rower: nałożył maskę z rurką do oddychania, a gdy zaczął pedałować, to za chwilę pogranicznicy na wodnym kutrze wyrwali rurkę i śmiałek był zmuszony wypłynąć samodzielnie spod wody. Jeszcze kolejny postanowił wykopać tunel pod Bałtykiem do Szwecji, wprost ze swojego ogródka na Łotwie, ale gdy się zaklinował, to musieli wyciągnąć go stamtąd za nogawki od spodni. O czwartym nie warto szczegółowo opowiadać, bo i tak nikt nie dałby wiary: ten bowiem chciał siłą woli zamienić się w górskiego orła i dopiero za granicą powrócić do poprzedniej postaci. Wszyscy ci spryciarze odsiadywali wyroki w mordwińskim łagrze z tego samego paragrafu: zdrada ojczyzny przez zamiar przekroczenia granicy Związku Sowieckiego. Udało się tylko temu czwartemu; górskiego orła zamknięto na oddziale psychiatrycznym. Wciąż tam przebywa, gdzie stojąc przy oknie ciągle powtarza „Lećmy już” .
Iwanycz, co wieczór leżąc na pryczy, czytał na głos krótki słownik rosyjsko-angielski i z tego powodu bywał bijany przez współwięźniów, którzy nie chcieli słuchać obco brzmiących wyrażeń. Za dobre sprawowanie został zwolniony przedterminowo. Pod koniec terminu odsiadki znał na pamięć angielskie słowa od litery A do E. Po wyjściu z łagru przyjechał do Moskwy i natychmiast skierował się do sklepu z papeterią, gdzie kupił kompas za rubel dwadzieścia oraz konturową mapkę dla trzecioklasistów za siedem kopiejek, po czym niezwłocznie nabył w przedsprzedaży bilet na pociąg do Erewania. Na nowej mapce sam zaznaczył miejsce, gdzie powinien wyskoczyć z pociągu. – A dokąd to! – zawołali pogranicznicy. – Nie wasza sprawa! – odciął się Iwanycz. – Nic nie powiem, choćbyście mieli język uciąć.
Na pryczy kontynuował naukę na pamięć dalszej części małego słownika rosyjsko-angielskiego, czyli od litery E do K. Współwięźniowie z celi już go za to nie billi, bo w międzyczasie przywykli.
Recydywista Iwanycz odsiedział swój wyrok w całości, a gdy wyszedł na wolność, pojechał do Moskwy, niezwłocznie skierował się do sklepu z papeterią, w którym kupił kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek, potem nabył bilet na pociąg relacji Moskwa – Erewań i pojechał. Dojechał z powrotem do łagru, który dopiero co opuścił. Pozwoliło mu to wyuczyć się na pamięć słówek ze słownika od litery K do litery O. Tym razem cały barak razem z nim recytował chórem słówka z pamięci.
Po odsiedzeniu trzeciego wyroku Iwanycz przyjechał do Moskwy, co sił w nogach pomknął do sklepu z papeterią i kupił wiadomo co. Po wyjściu ze sklepu chciał udać się na dworzec, ale nie zdążył, bo zatrzymali go, łapiąc pod łokcie, jacyś nieznajomi. Przy rewizji osobistej znaleźli kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Tym razem nie trafił pod sąd, ale załadowali go do czarnej „Wołgi”, którą powieźli go w nieznane.
W piwnicy Łubianki położyli przed nim czarny garnitur, mocno znoszony, białą koszulę, choć nie pierwszej świeżości oraz krawat nieokreślonego koloru w niebieskie ciapki z gumką i haczykiem (dla tych, którzy nie potrafią zawiązywać węzła). Kazano mu podpisać, że zobowiązuje się w komplecie i w stanie nienaruszonym zwrócić własność państwową, a następnie zakomunikowano, że chce się z nim widzieć i szczerze porozmawiać pewien towarzysz, а konkretnie towarzysz Andropow. I to osobiście. Dlatego ma nie zrobić żadnych głupstw! Bo inaczej to … i pociągnęli palcem w poprzek jego gardła. (Jurij Andropow – szef KGB w latach 1967 -1982;)
Doprowadzili Iwanycza do gabinetu, w którym przy długim stole siedzieli generałowie. Zostawili go przed nimi i polecili czekać. Zza tajnych drzwi wyszedł tow. Andropow. Wszyscy generałowie powstali, ten zaś nie oglądając się na boki, usiadł i zaczął łyżeczką mieszać herbatę. Upił łyk, potem podniósł jedną ręką kompas, drugą mapkę konturową i po przyjacielsku zwrócił się do Iwanycza: – Powiedz mi, Iwanycz, co to takiego? – Jak to co?- zdziwił się Iwanycz. – No przecież to kompas i mapka konturowa. – Wiem! Ale pytam, co to za brewerie wyczyniasz?! Dlaczego psujesz piękny wizerunek naszego kraju, w którym wszyscy, poza tobą, skutecznie się reedukują. I co ty chcesz zobaczyć za granicą? Weź przykład choćby ze mnie; nigdy tam nie byłem i nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby tam uciekać. Andropow zwrócił się do stojących wzdłuż stołu generałów: – A wy, towarzysze, chcecie uciekać za granicę? – Ależ skąd! Nigdy! W żadnym wypadku! – zabuczeli generałowie. – Nо widzisz! Doceń to, Iwanow, bo wcześniej takich jak ty rozstrzeliwali za zdradę ojczyzny. Obecnie zaś działamy prewencyjnie. Chcemy, abyś stał się pełnowartościowym obywatelem w humanitarnym systemie sowieckim. Rozumiesz!? – Czego tu nie rozumieć? – przytaknął ochoczo Iwanycz i poprawił przekrzywiony krawat. Zrozumiałem. – Odbyliśmy naradę na wasz temat i postanowiliśmy darować wam winę. Jesteś świadomy wagi tego gestu? – Jestem, dlaczego miałbym nie być. – Otóż to! Teraz możesz odejść. Wychodząc Iwanycz niespodzianie przystanął w drzwiach i zapytał:: – Obywatelu naczelniku, to jest towarzyszu Andropow – gdzie tu jest najbliższy sklep z papeterią? Usłyszawszy to, Andropow splunął do herbaty, rzucił w Iwanycza kompasem, zgniótł konturową mapkę i posłał ją w ślad. Zatupał towarzysz Andropow tak, że aż portret towarzysza Dzierżyńskiego zakołysał się na ścianie, i wykrzyknął: – Zabierzcie go natychmiast! Zróbcie z nim co chcecie, ale tak żebym o nim już więcej nie słyszał! Pozamykać wszystkie sklepy i magazyny z papeterią, skonfiskować wszystkie kompasy i mapki konturowe, od Moskwy po Władywostok! Za trzy dni zameldować o wykonaniu polecenia!
W piwnicy Łubianki zdjęli z Iwanycza garnitur, białą koszulę i krawat i polecili podpisać dokument potwierdzający ich zwrot. Na powrót założył swoją starą kurtkę i obozowe spodnie. W celu profilaktycznym pieniądze przeznaczone na zakup biletu do Erewania ulotniły się z kieszeni w spodniach. Ledwie udało mu się ocalić kompas i zmiętą mapkę konturową, które złapał w gabinecie towarzysza Andropowa i niepostrzeżenie przekładał z kieszeni do kieszeni. To w łagrze nabył tak bardzo przydatnych umiejętności, czyli nie siedział tam po próżnicy. I zawieźli go znowu w nieznane mu miejsce. Prowadzili długo, aż doprowadzili. W gabinecie siedział pułkownik. – Sprawa wygląda następująco – pogładził dłonią pękatą teczkę i po chwili mocno ją przycisnął. – Wyjedziesz do Izraela. – Do tego potrzebne jest zaproszenie, a ja nie mam tam żadnych krewnych. I tak się składa, że nie jestem Żydem. – Krewnych już ci dobraliśmy. I nawet już dzisiaj przysłali zaproszenie. To twoja ciotka w trzecim pokoleniu. Bierz! Pułkownik wyjął z teczki kopertę i wyekspediował ją kierunku Iwanycza po szklanym blacie stołu. – O, nie! – odpowiedział Iwanycz i odesłał kopertę tą samą drogą. – W łagrze opowiadali mi, że w Izraelu gorąco. Ja zdecydowałem się na Amerykę. – Bierz, bierz – zmęczonym głosem powiedział pułkownik – Nie ty pierwszy i nie ostatni. Potruchtaj w OWIR, ja do nich przedzwonię. Jak by nie patrzeć, Izrael lepszy od Erewania, do którego ty nigdy nie dotrzesz. Pułkownik wykazywał spore poczucie humoru. (ОВИР /OWIR – Oddział Wiz i Rejestracji😉 Iwanycz odebrał zaproszenie i udał się do OWIR, tam w kolejce odczekał co swoje i w okienku podał zaproszenie. Po czym usłyszał: – Biegusiem przynieście siedemset rubli, bo tyle należy się za odebranie obywatelstwa. – A niby skąd wytrzasnę tyle pieniędzy? – zdumiał się Iwanycz. – Ostatni rubel i dwadzieścia siedem kopiejek wydałem na kompas i mapkę konturową. -To wasz problem, usłyszał w odpowiedzi. I dodali – Idźcie tam skąd was tu przysłali. Dziwne, ale Iwanycza zaprowadzili znów do pułkownika. – Skąd mam wziąć taką sumę – pożalił się Iwanycz – skoro na kompas i mapkę konturową wydałem ostatni rubel i dwadzieścia siedem kopiejek? Wyjął kompas, rozprostował na stole zmiętą mapkę i wywrócił kieszenie na dowód, że niczego więcej w nich nie ma. Pułkownik po cichu zabrał kompas i mapkę i schował je do biurka. Może i on miał chęć pojechać do Erewania? Na zaproszeniu zaś napisał: „Pozbawić nieodpłatnie obywatelstwa obywatela Iwanycza I.I.. Pułkownik ….”. I złożył niewyraźny podpis.
Z powodu takiego zakrętu losu Iwanycz nie zdążył nauczyć się na pamięć krótkiego słownika rosyjsko-angielskiego poza literę O. Gdy o tym opowiadał mi wówczas w Moskwie, pokazał bilet. Tym razem nie do Erewania, ale do Wiednia. I to na koszt KGB. A niektórzy nadal nie chcą uwierzyć, że to jest solidna, troszcząca się o ludzi instytucja.
W tej historii ani jedno słowo nie zostało zmyślone. Jeśli ktoś wątpi, mam na to świadka.
Jakiś czas temu spotkałem Iwana Iwanycza w Brighton Beach, w Nowym Jorku. Przebywał tu już od dwudziestu lat. Po angielsku znał słówka tylko w kolejności alfabetycznej od litery A do O. Mieszkańcy Brighton Beach proszą go, aby mówił po rosyjsku, bo sami nie znają zbyt wielu słów angielskich. Nawiasem mówiąc, nie jest im to do niczego potrzebne. (Brighton Beach; nowojorska dzielnica skupiająca emigrantów ze Związku Sowieckiego i terenu byłych republik sowieckich. Tzw. „mała Odessa”)
Iwan Iwanycz pracuje jako elektryk, W skupiskach dacz na obrzeżach Long Island wchodzi na trakcyjne słupy i naprawia przewody elektryczne pozrywane przez wichury. Razem z partnerem z Filipin wynajmują po pokoju, 3 na 4 metry, a w każdym stalowe łóżko i nocna szafka. Iwanycz podsumował: – Haruję, haruję, i co? Zbrzydła mi taka monotonna praca i życie. Chcę odmiany swojego losu.
Próbuję zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w wojnie z Iranem. Stany Zjednoczone twierdzą, że blokują Cieśninę Ormuz, aby zniszczyć irańską gospodarkę, ale robiąc to, ryzykują zniszczeniem gospodarki światowej – w tym swojej własnej. Przyjrzyjmy się temu i zobaczmy, czy uda nam się to jakoś zrozumieć. Zapraszam do dyskusji w komentarzach.
Wyobraź sobie: jest koniec kwietnia 2026 roku, a świat wstrzymuje oddech, gdy beczka prochu w Zatoce Perskiej kipi. Po serii nalotów, starć morskich i tajemniczych bitew zastępczych, sytuacja przekształciła się w kruche zawieszenie broni, ale w powietrzu wisi groźba eksplozji. To, co zaczęło się 28 lutego jako potężny atak USA i Izraela, przerodziło się w grę o władzę o wysoką stawkę, na którą nikt nawet nie mrugnie okiem. Zachodnie nagłówki krzyczą o poskromieniu „reżimu zbójeckiego”, irańskie głosy buntu, a mocarstwa takie jak Rosja, Indie i Chiny kręcą głowami na widok chaosu szerzącego się na całym świecie. W centrum? Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa obecnie zaledwie około dziesięciu statków dziennie – mniej niż jedna dziesiąta normalnego ruchu.
A jaka właściwie jest strategia Donalda Trumpa? Czy chce zniszczyć Iran? A może Chiny? Czy tworzy nowy porządek świata pod hegemonią USA? A może daje elitom globalistycznym na Światowym Forum Ekonomicznym (WEF) i w ramach Agendy ONZ 2030 niepowtarzalną okazję do przekształcenia świata w globalną tyranię rządową, której pragną?
Wróćmy do początku. Wojna wybuchła, gdy Trump – po 60-dniowym ultimatum postawionym Iranowi, by porzucił ambicje nuklearne i porzucił sojuszników, takich jak Hezbollah i Huti – rozpoczął wspólne ataki z Izraelem. Teheran został zbombardowany, a Najwyższy Przywódca Ali Chamenei zginął. Strategia Trumpa, jak powiedział, była jasna jak słońce: zmiana reżimu, zniszczenie irańskich rakiet, zatopienie marynarki wojennej, zniszczenie sił powietrznych, likwidacja siatki terrorystycznej i ostatecznie porzucenie wszelkich ambicji nuklearnych. Iran jednak nie zastosował się do scenariusza, skutecznie odpowiadając i – co przewidywalne – zamykając Cieśninę Ormuz.
Na początku kwietnia weszło w życie kruche, dwutygodniowe zawieszenie broni, a 7 kwietnia Iran ułatwił ruch tankowców przez Cieśninę. Stany Zjednoczone wstrzymały ataki, a Trump przedłużył je na czas nieokreślony 21 kwietnia, chwaląc się, że zniszczono 75% celów. A potem, po tym jak nazwał irański reżim „gangsterami” za zamknięcie cieśniny, same Stany Zjednoczone nałożyły blokadę, drastycznie ograniczyły ruch, nakazały zawrócenie około 40 statkom i ostrzelały co najmniej jeden z nich. Niemniej jednak, nie widać żadnego poważnego porozumienia. Iran odrzuca amerykańskie żądania dotyczące surowych ograniczeń nuklearnych, a rozmowy, takie jak te w Islamabadzie, załamały się po tym, jak Teheran odmówił kapitulacji, a Trump nagle wycofał swojego wysłannika.
Zachodnie źródła malują obraz przedłużającego się impasu. „Niewygodna ziemia niczyja, gdzie nie ma wojny, nie ma pokoju”, jak to ujmuje „New York Times”, z nieudaną dyplomacją i obiema stronami okopanymi jak we współczesnej Sommie. „Guardian” opisuje „narastający impas”, pomimo gorączkowej dyplomacji wahadłowej w regionie. Trump utrzymuje otwartą linię telefoniczną z Teheranem – „Zadzwoń, jeśli chcesz rozmawiać” – ale nalega na całkowity zakaz broni jądrowej. Liczba ofiar? Jak zawsze niejasna, chociaż amerykańscy wojskowi przyznają, że Iran nadal dysponuje znacznym potencjałem w zakresie rakiet i dronów.
W Teheranie historia opowiadana jest jako opowieść o duchu walki i niesprawiedliwości. PressTV i IRNA przedstawiają wojnę jako brutalny amerykańsko-izraelski buldożer niszczący suwerenne ziemie – 25 kwietnia był już 57. dniem inwazji. Iran przedstawia „realne ramy” dla pokoju, ale z warunkami: żądaniami reparacji wojennych od państw Zatoki Perskiej za zniszczoną infrastrukturę, taką jak mosty i sieci energetyczne, w tym połączenie Karadż-Teheran.
Ich 10-punktowy plan? Otwarcie Cieśniny Ormuz, zniesienie blokady morskiej USA – ale tylko z rzeczywistymi gwarancjami bezpieczeństwa ze strony Zachodu. Żadnych dalszych ustępstw w sprawie programu nuklearnego bez czegoś w zamian. A ostrzeżenia są druzgocące: Teheran grozi chaosem Izraelowi i Stanom Zjednoczonym w przypadku zerwania zawieszenia broni i zapowiada „nowe niespodzianki” w swoim arsenale. Nawet amerykańscy senatorowie nazywają sytuację „katastrofalną”, a próby ograniczenia uprawnień militarnych Trumpa kończą się fiaskiem.
Perspektywa Rosji, jak donoszą RT i Sputnik, to schadenfreude. Ta wojna, jak twierdzą, obnaża piętę achillesową Ameryki, pokazuje ograniczenia amerykańskiej potęgi i przyspiesza rozwój wielobiegunowego porządku świata.
Niezależnie od tego, czy konflikt zakończy się szybko, czy wciągnie wszystkich w otchłań, handlarze bronią i tak na tym skorzystają, a Europa mocno ucierpi z powodu rosnących cen energii. Dmitrij Miedwiediew określa zawieszenie broni jako „zdrowy rozsądek”, ale zauważa, że Stany Zjednoczone przesadziły. Państwa Zatoki Perskiej? Wstrzymują się, zbyt wstrząśnięte skutkami gospodarczymi.
W Indiach „The Hindu” i „Times of India” donoszą w sposób zrównoważony. Trump krytykuje Iran za omijanie kwestii nuklearnej, koncentrując się na Ormuz. Teheran grozi ostrą retoryką, podczas gdy amerykańskie okręty ścigają podejrzane jednostki. Według Trumpa nie ma broni jądrowej, ale mnóstwo bomb, jeśli rozmowy zakończą się fiaskiem. Zjednoczone Emiraty Arabskie przyznają: „Iran uderzył nas mocno, ale nic nie zrobiliśmy”.
Chiny, reprezentowane przez Global Times i Xinhua, krytykują tę sytuację jako przejaw amerykańskiej arogancji. Miesiąc wojny, której końca nie widać. Iran odrzuca słabe zawieszenia broni i proponuje własne rozwiązania. Protesty skierowane są przeciwko „imperialistycznym” atakom, a opór trwa.
Ale uwaga skupia się na Cieśninie Ormuz. Normalnie przepływa przez nią około 20 milionów baryłek ropy naftowej, LNG i innych towarów dziennie – około 120 do 140 statków dziennie. Jednak od czasu irańskiej blokady, którą obecnie wzmacniają Stany Zjednoczone, ruch spadł do 3-6 statków dziennie – co stanowi spadek o 95%. ONZ ostrzega przed poważnymi konsekwencjami dla światowego handlu, od energii po nawozy. Ceny ropy rosną, a bezpieczeństwo żywnościowe jest zagrożone.
Dlaczego więc USA nałożyły blokadę? Oficjalnie po to, by zniszczyć irańską gospodarkę. Ale to wpływa na całą gospodarkę światową. Krytycy mówią o samo-sabotażu: zamiast ukierunkowanych sankcji, rozpętuje się globalny chaos. Czy to rzeczywiście strategia – czy też stawka jest wyższa?
Cel Trumpa jest jasno określony: militarne zniszczenie Iranu. Rezultat jest jednak zmienny. Irańskie władze utrzymują swoją pozycję, armia jest osłabiona, ale nie pokonana. Dyplomacja pozostaje trudna. Rezultat: zerwane sojusze i przyspieszona transformacja w kierunku świata wielobiegunowego.
A teraz pytanie spekulacyjne: Czy ta wojna nieświadomie wspiera cele Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) i Agendy ONZ 2030? Rosnące ceny energii, niedobory dostaw i presja ekonomiczna mogą wymusić właśnie zmiany, które te programy przewidują – mniej własności, więcej kontroli, większą centralizację.
Ostatecznie świat stoi na rozdrożu. Zawieszenie broni jest kruche; jeden błąd może doprowadzić do eskalacji konfliktu. Strategia USA okazuje się skuteczna, ale jej długoterminowe konsekwencje mogą doprowadzić do nowego porządku globalnego – z dalekosiężnymi reperkusjami dla wszystkich.