Co jezuici wiedzieli o księdzu Rupniku?

Co jezuici wiedzieli o księdzu Rupniku?

Rod Dreher https://www.theamericanconservative.com/what-did-jesuits-know-about-father-rupnik/

Podczas mojego zeszłotygodniowego pobytu w Rzymie, kilku księży, których spotkałem, wspomniało mi mimochodem, że pod rządami papieża Franciszka, który sam jest jezuitą, jezuici zostali mianowani na wiele wysokich stanowisk kurialnych w Watykanie, co daje zakonowi ogromny wpływ na przyszłość całego Kościoła katolickiego. Moim zdaniem, jest to zła wiadomość, i to nie tylko dlatego, że jezuici są, ogólnie rzecz biorąc, hiper-liberalni (są pojedyncze wyjątki). To zła wiadomość, ponieważ ten zakon sam nie jest w stanie się zreformować, biorąc pod uwagę, że jego członkowie wykorzystują seksualnie innych.Mam tutaj na myśli sytuację z wybitnym i wpływowym jezuitą, Marko Ivanem Rupnikiem, popularnym artystą kościelnym, który jest oskarżony o seksualne wykorzystywanie zakonnic, a który był traktowany z pobłażaniem przez jezuitów i Watykan. Biskup, który badał zarzuty wobec ojca Rupnika z ramienia Stolicy Apostolskiej, potwierdził ich prawdziwość, a milczenie Kościoła w tej sprawie, który znał prawdę, przyczyniło się do jeszcze większego bólu domniemanych ofiar Rupnika.

==============================

Oto, przetłumaczony z wersji angielskiej, wywiad z jedną z jego ofiar. To bardzo przykra lektura. Fragmenty:

Kiedy zdecydowała się Pani na przyjęcie duchowego przewodnictwa Rupnika?Latem 1986 roku, przed jego wyjazdem, spotkaliśmy się w jego pracowni. Odprawiliśmy razem Eucharystię ( Cooooo ?– dop. tłumacza), a potem oczekiwał, że jak zwykle rozbiorę się i pozwolę mu się dotykać.Tym razem jednak odmówiłam, a on zaatakował mnie bardzo ostrymi i przykrymi słowami, mówiąc, że jestem bezwartościowa, że nigdy nie zrobię nic dobrego; dodał, że dla niego liczą się tylko dwie inne kobiety, których imiona wymienił, i że chce zakończyć wszelkie relacje ze mną.Byłam zdesperowana, ponieważ byłam całkowicie uzależniona od jego akceptacji.

To nie była miłość, tylko strach przed popełnieniem błędu.Od tego czasu postanowiłam odłożyć na bok moje wątpliwości i całkowicie zdać się na niego. Wierzyłam, że to, co przeżyliśmy razem, uczyni mnie lepszą osobą w oczach Boga; zamiast tego był to początek wypaczenia mojej tożsamości i utraty samej siebie.Czyli to był przymus?Było to jawne łamanie sumienia. Jego obsesja seksualna nie była spontaniczna, ale głęboko związana z jego koncepcją artystyczną i myślą teologiczną.Ojciec Marko początkowo powoli i delikatnie przeniknął do mojego świata psychicznego i duchowego, odwołując się do moich wątpliwości i słabości, a jednocześnie wykorzystywał moją relację z Bogiem, aby skłonić mnie do relacji seksualnych z nim.I tak, czując się kochaną, opierając się na Mądrości o której napisano w Księdze Przysłów, przerodziło się to w prośby o coraz częstsze erotyczne swawole w jego pracowni w Collegio del Gesù w Rzymie, podczas malowania lub po odprawieniu Eucharystii czy spowiedzi.

=====================

Relacja innej ofiary:

Czy do nadużyć dochodziło tylko w Słowenii?

Nie, to też działo się w jego pokoju w  Aletti Centre w Rzymie.Tam ojciec Marko nakłaniał mnie do trójkątów seksualnych z inną siostrą z naszej wspólnoty, ponieważ seksualność musiała być, jego zdaniem, wolna od zaborczości, na podobieństwo Trójcy Świętej, gdzie, jak mówił, „trzecia osoba wchodzi w relację z pozostałymi dwoma”. Przy tych okazjach prosił mnie o przeżywanie mojej kobiecości w sposób agresywny i dominujący, a ponieważ nie mogłam tego zrobić, głęboko mnie upokarzał zwrotami, których nie mogę powtórzyć.Ostatnim krokiem w tej drodze do Piekła było przejście od teologicznych uzasadnień seksu do relacji wyłącznie pornograficznych.W 1992 roku, gdy byłam na czwartym roku filozofii na Gregorianie, zabrał mnie też dwukrotnie do kina pornograficznego  w Rzymie na Via Tuscolana, w pobliżu dworca Termini. Czułam się wtedy okropnie.

===============================

Była zakonnica mówi, że wie o co najmniej dwudziestu innych kobietach, które ojciec Marko wykorzystał. Jedna z nich złamała rękę, próbując go odepchnąć. Czy w tym czasie ktoś usiłował Pani pomóc? Nikt. Ani przełożona Ivanka Hosta, do której w końcu się zwróciłam, ani inne siostry ze wspólnoty,  nawet przełożeni jezuitów z Rupnika i Arcybiskup Šuštar.Ojciec Marko był chroniony przez wszystkich, a ja byłam zaledwie kozłem ofiarnym w żenującej sytuacji, słabym ogniwem w łańcuchu, które można było poświęcić dla „większego” dobra.Sztuka O. RupnikaSztuka tego księdza jest okropna, na dobrze znany nam sposób. Jest to rodzaj banalnego badziewia, które ozdabia tak wiele kościołów katolickich od czasu II Soboru Watykańskiego.

Oto krótki reportaż telewizyjny sprzed 13 lat o Rupniku i jego pracy.

  https://www.youtube.com/watch?v=IEBne8lKrV0

Сербія: освячено храм, прикрашений мозаїкою о. Івана Рупніка | CREDO

Najbardziej przerażającą rzeczą są te wszystkie czarne, wytrzeszczone oczy; wyglądają jak jakieś dziwne, karykaturalne połączenie sentymentalizmu i śmierci.Staram się teraz pomóc prawosławnemu przyjacielowi, który czuje się zdradzony przez duchownych – nie dotyczy to, nawet w najmniejszym stopniu, żadnego przestępstwa, ale doświadczył on podłego traktowania przez duszpasterzy, które zniszczyło jego zaufanie do księży. Przypomina mi to o ogromnej władzy, jaką mają księża, i o głębokich szkodach, jakie mogą wyrządzić, kiedy nadużywają tej władzy, nawet jeśli nie było to nadużycie w sensie opisanym powyżej.

T.S. Eliot napisał: „Jak można przebaczyć, przy takiej wiedzy?”. Myślę, że rzeczywiście, łatwiej jest wybaczyć niż odbudować zaufanie, ponieważ mogłoby to doprowadzić do sytuacji, w której można zostać  zranionym ponownie.

Rod Drehertłum. Sławomir Sojahttps://www.theamericanconservative.com/what-did-jesuits-know-about-father-rupnik/

===================

Another Vatican Sex Scandal… just in time for Christmas

https://remnant-tv.com/video/778/another-vatican-sex-scandal…-just-in-time-for-christmas?channelName=RemnantTV

36 minut

==================================

The mosaics of Fr Rupnik at San Giovanni Rotondo


Sekta Bergoglian prześladuje księdza Pavone, obrońcę dzieci. Czy takie prześladowanie nie ujawnia prześladowczego umysłu, który za tym stoi.

Sekta Bergoglian prześladuje księdza Pavone.

Czy takie prześladowanie nie ujawnia prześladowczego  umysłu, który za tym stoi.

+ Carlo Maria Viganò, Arcybiskup 22 grudnia, 2022

https://remnantnewspaper.com/web/index.php/articles/item/6299-vigano-s-declaration-on-the-canonical-sanctions-imposed-on-father-frank-a-pavone
Agere sequitur esse. Tak uczy nas filozofia scholastyczna: działanie każdego bytu zależy od natury tego bytu. Wynika z tego, że działania danej osoby są zgodne z tym, kim ona jest. Potwierdzenie tej zasady ontologicznej znajdujemy w sankcjach kanonicznych nałożonych ostatnio przez Stolicę Apostolską na księdza Franciszka A. Pavone, znanego i cenionego kapłana, obrońcy życia poczętego, który od dziesięcioleci angażuje się w walkę ze straszliwą zbrodnią aborcji. Rzymska dykasteria decyduje się na egzekucję tego kapłana i przeniesienie go do stanu świeckiego, oskarżając go  jednocześnie o bluźnierstwo i uniemożliwiając mu możliwość legalnej obrony w procesie kanonicznym.

Jednocześnie, ta sama Dykasteria nie podejmuje analogicznych decyzji w stosunku do notorycznie heretyckich, skorumpowanych i cudzołożących duchownych. W takiej sytuacji, nie od rzeczy będzie zapytać, czy takie prześladowanie nie ujawnia prześladowczego  umysłu, który za tym stoi i czy działanie przeciwko dobremu księdzu, który usilnie działał na rzecz sprzeciwu wobec aborcji, ujawnia nienawiść prześladowcy do Dobra i wobec tych, którzy o nie walczą. Ta niesprawiedliwa i bezprawna kara jest tym bardziej okropna, im bardziej zbliżamy się do Święta Bożego Narodzenia. Pamiętajmy, że zabijając niewinne dzieci, Nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego chce zabić Dzieciątko – Króla.

Sekta Bergoglian zasłoniła Kościół Katolicki swoją arogancką praktyką przejmowania stanowisk kierowniczych i skandalicznie nadużywa swego autorytetu w celach przeciwnych do tych, które nasz Pan, Głowa Kościoła Go powołał. Nie ma dziedziny w zakresie; doktryny, moralności, dyscypliny czy liturgii, która by uniknęła ich niszczycielskich działań. Nie ma już nic do uratowania z tego, co pozostało po sześćdziesięciu latach systematycznej dewastacji, spowodowanej przez Sobór Watykański II. Jeśli nawet coś przetrwało, jest to krucha pamiątka  chwały minionych dni i znajduję się pod stałą groźbą, nowej i jeszcze gorszej dewastacji.

Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy jezuita, ksiądz Marko Ivan Rupnik, na którego czeka wyrok za bardzo poważne przestępstwa kanoniczne, które niosą ze sobą karę ekskomuniki latæ sententiæ, ma umorzoną karę kanoniczną przez swojego przewodnika, współbrata jezuitę, który mieszka w Domu Świętej Marty.

Wszystko to w sytuacji, gdy Kuria Rzymska jest opanowana przez obrzydliwe typy, które są notorycznie skorumpowane, są heretyckimi sodomitami i cudzołożnikami. To właśnie charakteryzuje akolitów Bergoglia: im cięższe są ich zbrodnie, tym bardziej prestiżowe stanowiska zajmują.

W obliczu tego pogwałcenia najbardziej elementarnych zasad sprawiedliwości i roztropności przynależnej władzy, a także jawnej determinacji najwyższych szczebli Hierarchii do działania contra mentem legis(wbrew myśli prawa), konieczne jest, aby kardynałowie i biskupi zrozumieli bardzo poważne konsekwencje swojego milczenia, które oznacza współudział i aby odważnie podnieśli głos w obronie zdrowej części Kościoła. Obowiązek taki, nakłada na nich szacunek dla katolickiej Prawdy, która została naruszona, honor Świętej Matki Kościoła, która została upokorzona przez własnych Hierarchów, oraz wieczne zbawienie dusz, które zostało zagrożone przez słowa i działania złych pasterzy, uzurpujących sobie władzę, która nie należy do nich, ale do Chrystusa Króla i Najwyższego Kapłana, Głowy Mistycznego Ciała.

Jeśli służba Kościołowi i obrona życia niewinnych istot w czasach apostazji, stanowi przestępstwo godne usunięcia ze stanu duchownego, podczas gdy promowanie aborcji i ideologii gender oraz gwałcenie konsekrowanych dziewic nie jest uznawane za podlegające ekskomunice, to ksiądz Pavone powinien uznać tę haniebną decyzję Watykanu za powód do dumy, przypominając słowa naszego Zbawiciela: Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć będą i prześladować was będą, i mówić wszytko złe przeciwko wam. (Mt 5,11). A kto poczuwa się do współudziału w prześladowaniu dobrych, powinien drżeć na myśl o czekającym go sądzie. Deus non irridetur – nie da się Bóg z siebie naśmiewać. (Ga 6, 7).

+ Carlo Maria Viganò, Arcybiskup
22 grudnia, 2022

tłum. Sławomir Soja

Dlaczego dzisiejsi ludzie żyją w nieustannym lęku i co zrobić, aby ten lęk przezwyciężyć? Cz. IV.

Dlaczego dzisiejsi ludzie żyją w nieustannym lęku i co zrobić, aby ten lęk przezwyciężyć? Cz. IV.

Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl

zachęcam do zapoznania się z czwartą, ostatnią częścią rozważań przygotowanych z okazji Adwentu. Może Pan przeczytać tekst lub odsłuchać go, klikając w link.   Już za chwilę Święta Bożego Narodzenia. Jak to się stało, że współcześni mieszkańcy Zachodu stracili świadomość darów, które otrzymali i stali się niezdolni do radości? Zastanówmy się, dlaczego dzisiejsi ludzie żyją w nieustannym lęku i co zrobić, aby ten lęk przezwyciężyć?
Na zwiastowanie anielskie Maryja odpowiada fiat – niech mi się stanie według słowa twego. Staje się w ten sposób matką Syna Bożego. Nie traktuje tej godności jako okazji do prowadzenia wygodnego życia i odbierania hołdów. Wyrusza w trudną drogę przez góry, aby pomóc swojej krewnej Elżbiecie, która w podeszłym wieku znalazła się w stanie błogosławionym.   Maryja tajemnicy swojej godności nie zawierza nikomu, a jednak Elżbieta od pierwszej chwili rozpoznaje w Niej matkę Mesjasza. Jakim sposobem? Elżbieta wyjaśnia: Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Ojcowie Kościoła piszą, że to Jan w łonie Elżbiety, rozpoznał Jezusa w łonie Maryi i objawił swoją radość poruszeniem, które poczuła Elżbieta. 
Czyż to nie wspaniałe świadectwo godności ludzkiej od chwili poczęcia? Czy można się dziwić, że dysponując takim świadectwem chrześcijanie od samego początku stawali w obronie poczętych dzieci?   Maryja odpowiada wspaniałym hymnem: Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy. Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. 
Maryja, najwspanialsze ze stworzeń pokazuje nam, że nasza godność nie wynika z naszych zasług. Wszystko czym dysponujemy jest darem Tego, który nas stworzył i obdarzył wszelkimi łaskami.   Maryja, uboga dziewczyna z Nazaretu, zagubionego na peryferiach Cesarstwa Rzymskiego, promieniuje radością i miłością. Jak bardzo różni się do to od postawy wielu współczesnych mieszkańców Zachodu, prowadzących wygodne życie i przekonanych, że to inni powinni im służyć, zapewniać wygody i przyjemności. Jak to się stało, że zagubiliśmy świadomość darów, które otrzymaliśmy i staliśmy się niezdolni do radości? Co jest najgłębszym powodem naszej frustracji?   Kiedy patrzymy na znane z historii postacie możnych tego świata, widzimy, że mimo wielkiej władzy i olbrzymich dóbr, którymi dysponują, są ludźmi nieszczęśliwymi. Biblia wyjaśnia ten fenomen. Najgłębszym powodem smutku i niezadowolenia jest pycha, która odrywa nas od Boga. Człowiek pyszny nadzieję pokłada w sobie, ale w głębi serca zdaje sobie sprawę, że sam z siebie jest niczym. Pycha, która w minionych wiekach dotyczyła możnych tego świata, za sprawą mediów masowych stała się towarem powszechnie dostępnym.„Zasługujesz na więcej”, „Jesteś wspaniały” komunikują nam media w reklamach.   Iluzji ulegają zwłaszcza młodzi ludzie, którzy sądzą, że specjaliści od marketingu rzeczywiście ich podziwiają. 
Możni tego świata, sprawujący kontrolę nad mediami i nie tylko, świadomie nadymają pychę publiczności, ponieważ wiedzą, że z pyszałka łatwo można zrobić niewolnika. Za pochlebstwami idą groźby i strach, a człowiek współczesny żyje w lęku.   Czy możemy się od tego lęku uwolnić? Tak. Drogę pokazuje nam Maryja. Jeśli dostrzeżemy, że wszystko co mamy jest darem, a sami z siebie nic dobrego nie możemy uczynić, będziemy mogli dostrzec Boga, z którego łaski wszystko otrzymaliśmy. Choć w odróżnieniu od Maryi jesteśmy buntownikami, Pan Bóg pragnie nas uzdrowić. Aby mógł to zrobić, musimy stanąć przed Nim w pokorze i prosić o przebaczenie, a wtedy będziemy mogli skorzystać z darów Zbawiciela.   Uwolnieni od ciężaru pychy rozstaniemy się z iluzją własnej wspaniałości, a staniemy się zdolni do dostrzeżenia wspaniałości Boga. Bóg będzie mógł narodzić się w naszych sercach, a pokora poprowadzi nas do oddawania chwały Bogu i służby potrzebującym. Prawda nas wyzwoli i doprowadzi do pełnej radości.  
=====================================
Zachęcam też do przekazania adwentowej jałmużny na potrzeby ratowania dzieci zagrożonych aborcją i budowania świadomości Polaków na temat aborcji i deprawacji: Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunku,
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl

„Ucieczka od pańszczyzny”. Batiuszka – Ich punkt globalnego widzenia.

Ucieczka od pańszczyzny. Batiuszka – Ich punkt widzenia.

https://thesaker.is/the-road-from-serfdom/

Wstęp: Patologia

Podobnie jak syjonistyczni Żydzi ( często powtarzam, nie wszyscy Żydzi są syjonistami), zachodnia elita cierpi na patologiczny kompleks wyższości, który zakłada, że ma ona prawo bawić się w Boga. Tak więc zachodnia elita deprecjonuje  Chrystusa-Boga, sama ogłaszając się Wikariuszem Boga, czyli Zastępcą Boga na ziemi. Jako taka przypomina judaizm, a nawet islam, które również głoszą, że są cywilizacjami wyjątkowymi. Nie rozwinęły one jednak praktycznej technologii przemocy.[Czyżby?? Krótkowidz?? Mirosław Dakowski].

Ten wywodzący się z Izraela kompleks ma teologiczną nazwę i tysiącletnią historię samousprawiedliwienia, której szczegółami nie będę  zawracał głowy czytelnikom. Ten 'święty i rzymski’ kompleks imperialny był od początku ideologią, która mówi, że zachodnia elita jest Narodem Wybranym i dlatego wszystkie jej zbrodnie są usprawiedliwione. 'Gott mit uns’ (’Bóg z nami’), tak głosiła armia niemiecka, a ostatnio, tak stwierdził George Bush: 'Mam misję od Boga. Bóg powiedział mi: 'George, idź i walcz z tymi terrorystami w Afganistanie’. I tak zrobiłem. A potem Bóg powiedział mi, George, idź i zakończ tyranię w Iraku. I tak zrobiłem”. (1)

Kowboje i Indianie

Szkocko-amerykański historyk, Niall Campbell Ferguson (pewnie z tych „przeklętych” Campbellów – zapytajcie jakiegoś  Szkota, co to znaczy – zainteresowani niech sobie poczytają o masakrze pod Glencoe – dop. tłumacza) ) jest jednym z ich najbardziej wyszczekanych współczesnych rzeczników, dla których Zachód jest Najlepszy, a Reszta to śmieć (2). Ta patologia, bo tym właśnie jest, stała się dziedzicznym narcyzmem wśród dużej części, choć nie wszystkich, ludzi Zachodu. Ci narcyzi nazywają Nie-Zachód „zacofanym”, „niedorozwiniętym”, „złym” i „prymitywnym”. Dzieje się tak dlatego, że nie „awansowali” oni jeszcze do poziomu zachodniego barbarzyństwa. 

Problem polega na tym, że ci ludzie postrzegają świat przez pryzmat filmów kowbojskich, całkiem słusznie nazywanych „westernami”. Są w nich tylko białe i czarne charaktery, dobrzy i źli, innymi słowy, Zachód i Reszta. A reszta to „czerwonoskórzy”, „tubylcy”, „dzikusy” i muszą zostać oskalpowani (praktyka rozpowszechniona przez zachodnich osadników) i „wytępieni” jak dzikie zwierzęta, albo wysłani do „rezerwatów” na pustyniach lub innych jałowych ziemiach. Wszystko po to, aby mógł nastąpić „postęp”, a zasoby naturalne skradzionych ziem mogły zostać „zagospodarowane” przez „ludzi cywilizowanych”, którzy będą z nich czerpać zyski.

W rzeczywistości, to Kowboje, a nie Indianie, spowodowali wszystkie najważniejsze problemy naszej planety. Od eksploatacji przemysłowej po katastrofę ekologiczną, od broni jądrowej po „wojny światowe”, a może raczej po wojnę światową. Przypomnijmy, że kanibalizm pierwszej wojny światowej został spowodowany przez zamach w 1914 roku dokonany przez ateistę, zatrudnionego przez organizację masońską, na parę uczciwych ludzi, która chciała naprawić  straszliwe niesprawiedliwości. I właśnie ta zapowiedź przyniosła im śmierć (3).

Z kolei druga wojna światowa została spowodowana  wynikiem innego zamachu, który miał miejsce w Sali Lustrzanej w Wersalu w 1919 roku. ( Jest bardziej odpowiednie miejsce dla narcyzów od patrzenie na siebie nawzajem w Sali Lustrzanej?) Co do trzeciej wojny światowej, rozpoczęła się ona w Kijowie w 2014 roku, w setną rocznicę pierwszej wojny światowej. Być może, bardziej poprawnie powinniśmy nazwać tę III wojnę światową, I wojną światową – część III. Cały ten kanibalizm ma miejsce, ponieważ nie udało nam się jeszcze cofnąć niegodziwości, które zarówno spowodowały, jak i wynikały z I i II wojny światowej.

Ta elita manipulatorów, twierdzi, że ich zachodnie wartości (anty-wartości?) są jedynymi, które są „uniwersalne” i głoszą „prawa człowieka”, „wolność i demokrację”. Uzbrojeni w te 'Wartości’, przekonują, że świat zachodni ma wszelkie prawo do poniżania, niszczenia i negowania (’anulowania’, jak to się obecnie mówi) oraz podbijania, eksploatowania i kolonizowania wszystkich Cywilizacji Niezachodnich; od Prawosławnych chrześcijan do żydów, od muzułmanów do hinduistów, od Azteków do Zimbabwe, od Amazonii do Cahoki, od cywilizacji buddyjskiej do konfucjańskiej.
(Batiuszce jednak katolicy nie są w stanie przejść przez gardło, zapewne nadwyrężone nadmierna ilością Krwi Pańskiej, którą musiał spożyć, bo została po Komunii. Jak tu trafić do zakutego bizantyjskiego łba, co nie odróżnia przyczyny od skutku? – dop. tłumacza)

 Wszelki opór wobec zachodnich „wartości” musi zostać zdławiony zorganizowaną przemocą, czy to za pomocą broni, „sankcji”, czy propagandy, czy to w jedenastym wieku, czy w dwudziestym pierwszym, tak jak to się dzieje w tej chwili na Ukrainie. Rosja, naiwnie łykając zachodnie urojenia przez ponad 300 lat, zarówno urojenia kapitalistyczne, jak i komunistyczne – a to dokładnie ten sam destrukcyjny materializm – w końcu przeciwstawiła się zachodniemu kłamstwu. Jest to punkt zwrotny w tysiącletniej historii świata, który rozgrywa się teraz przed naszymi oczami.

Ucieczka od pańszczyzny

Dziś cały wolny (= niezachodni) świat patrzy, i z niepokojem obserwuje,  wspierając Rosję, ale niezbyt głośno – na wszelki wypadek, gdyby ten punkt zwrotny nie doszedł do skutku. Wolny świat wie, że jeśli Rosja przegra, to sprawa wolności i suwerenności na świecie jest skończona, niezależne Chiny Indie, też będą skończone. Wtedy koszmar w stylu Klausa Schwaba o Światowej Pańszczyźnie, przestaje być fantazją i zostaje wprowadzony w życie. Życie ludzkie straci sens, a  świat skończy się  Apokalipsą lub innym katastroficznym scenariuszem.

Chodzi o to, że Zachód nie cofnie się na Ukrainie i uczyni wszystko, w tym incydent nuklearny fałszywej flagi na Ukrainie, który przypisze Rosji, podobnie jak lot MH17. Zimny i głodny Zachód nie chce wojny nuklearnej i nawet jeśli niektóre elity są na tyle szalone, że jej chcą, to nie są to jeszcze wszyscy. Szalone elity można zawsze wymienić. Co do dziennikarzy, którzy do tej pory nieustannie kłamali, to po prostu wystarczy, by przyznali, że mówili i pisali tylko to, co im kazano.

Inaczej mówiąc, wojna atomowa nie jest nieuniknionym scenariuszem. Poza tym, jakim sposobem Rosja mogłaby przegrać? Wszyscy wierzymy, że Rosja wygra, ponieważ w Rosji nie nastąpi zdradziecka zmiana władzy, tak jak w lutym 1917 roku, a to był jedyny powód, dla którego w pełni uzbrojona i gotowa do zwycięstwa Rosja wtedy przegrała (4). Nawet handlarze bronią stojący za NATO, obawiają się jakiegokolwiek oficjalnego zaangażowania lub rozprzestrzeniania się wojny, a i sama Rosja pilnuje się, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia się wojny na jakiś kraj NATO. Komiwojażerom wojny chodzi tylko o napełnienie kieszeni, a nie o Apokalipsę. Mało tego, to właśnie przegrana  Zachodu, może  rozwiązać jego problemy.

Zmiana podejścia Zachodu musi mieć radykalny charakter, ponieważ, jak już powiedziano, złudzenia Zachodu mają tysiącletnią historię, leżą u samych jego korzeni (5). Ostrzeżenia były przekazywane od wieków, ale nikt ich nigdy nie słuchał. Przypomina to dziecko, któremu mówimy, żeby nie bawiło się zapałkami, ale które wciąż upiera się, żeby się nimi bawić, żeby zobaczyć, co się stanie, gdy zapali zapałkę, a potem podpali cały dom. I tak się właśnie się stało. Cały zachodni dom stoi teraz w ogniu, skutkiem samobójstwa.

Rozwiązaniem jest zmiana reżimu w UE i USA/UK, czyli zmiana elit. Teraz, wszystkie kraje zachodnie są zarządzane przez elity oraz ich licznych popleczników. Elity te tworzą dwupartyjne dyktatury. W swojej ironii, nazywają te dyktatury, sprawowane przez bogatych w imieniu bogatych, „liberalnymi demokracjami”, ale to tylko dygresja. Wątpię, czy zmiana reżimu może nastąpić w wyniku jakiegoś zbrojnego powstania i nie zachęcałbym do tego. 

Może raczej stać się tak, że rządy upadną pod ciężarem własnych kłamstw, niesprawiedliwości, korupcji, protestów, strajków i bankructw, zimna, biedy i głodu, doświadczanych przez ludzi, którym nigdy wcześniej nie było tak zimno, nie byli tak biedni i głodni. Innymi słowy, zachodnie reżimy upadną pod własnym ciężarem, ponieważ są zgniłe od środka.

Co upadnie pierwsze, UE czy USA/UK, Eurosodoma czy Gomerica? Podejrzewam, że raczej eurosyjoniści z UE, ponieważ te kraje ponoszą główny ciężar rozkazów elit z USA/UK, a już teraz pojawiają się wśród nich rozłamy.

Wniosek: Zwycięzca Śmierci i Piekła

Dopiero upadek państw europejskich w ich obecnej, narcystycznej formie, pozwoliłby mieszkańcom Europy na stanie się prawdziwymi Europejczykami. Zimno, bieda i głód mogłyby zniszczyć złudzenia jej bogatszej połowy (biedniejsza połowa nigdy ich tak naprawdę nie miała) polegające na tym, że Europa składa się z istot wyższych, mających prawo do globalnej dominacji, i że ludzkość nie jedzie na tym samym wózku (6)

 Tylko wtedy, Europejczycy mogliby zrozumieć, że Europa, to mała część przestrzeni afro-eurazjatyckiej, nie ma  Boskiego prawa do plądrowania wszystkiego co leży poza nią, a nawet wewnątrz tego północno-zachodniego kawałka ziemi. Mówimy o powrocie Europy do jej geograficznych i historycznych korzeni, a to byłaby radykalna zmiana. Mamy tutaj na myśli bogatszą połowę świata zachodniego, tę część, która powiewa ukraińskimi flagami, a nie biedniejszą, która została tak wessana we własne iluzje, że może się zmienić dopiero wtedy, gdy stanie w obliczu śmierci. Tylko Śmierć, która stanie u drzwi, może zmiękczyć ich zatwardziałe serca. Śmierć, wróg życia, nadciąga. Dla tych, którzy nie chcą Piekła, gdzie rządzi Diabeł, dotyczy to również Życia po Śmierci. Na tym właśnie polega ucieczka od pańszczyzny.

17 grudnia 2022 r.

Batiuszka 
tłum. Sławomir Soja

Przypisy

1. 

https://www.pbs.org/wnet/civilization-west-and-rest/about/

2. Na przykład: 

https://www.reddit.com/r/NoStupidQuestions/comments/8c7xri/did_george_w_bush_really_say_god_told_me_to/

3. Zamordowany, austriacki Arcyksiąże Franz-Ferdinand, był żonaty ze Słowianką. Było to małżeństwo z miłości. Rozważał przyszłość Cesarstwa Austro-Węgierskiego i zaoferował jego uciskanym narodom pewną dozę sprawiedliwości. W konsekwencji, opozycja określiła go jako „szaleńca”. Zobacz:

https://en.wikipedia.org/wiki/Trialism_in_Austria-Hungary

4.  Churchill powiedział 5 listopada 1919 roku: 'Bolszewicy za jednym zamachem ograbili Rosję z dwóch najcenniejszych rzeczy, pokoju i zwycięstwa – zwycięstwa, które było w zasięgu jej ręki i pokoju, który był jej najdroższym pragnieniem’.

5. Jak powiedział Św. Jan Chrzciciel: „Bo już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Przeto wszelkie drzewo, które nie daje owocu dobrego, będzie wycięte i w ogień wrzucone” Mt 3, 10

6. Indyjska prezydencja G20 i jej szczyt w New Delhi w dniach 9-10 września 2023 roku ma za swoje hasło: „Jedna Ziemia, jedna rodzina, jedna przyszłość”. O to chodzi Rosji, ale nie Zachodowi, który chce nieustającego zniszczenia,  wojny i podziału.

NA TEN NOWY ROK. Dobrnęliśmy do końca trzeciego roku operacji niewolenia globu.

NA TEN NOWY ROK. Dobrnęliśmy do końca trzeciego roku operacji niewolenia globu.

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/na-ten-nowy-rok,p1772887907

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl 2022-12-23

Dobrnęliśmy do końca trzeciego roku operacji niewolenia globu. W dużo mniejszej niestety  liczbie, aniżeli u jej początku.

Kiedy robi się tego typu roczne podsumowania, wyliczając porażki, błędy i to, czego zrealizować się nie udało, szczególnie eksponuje się, choćby nieliczne,  osiągnięcia, akcentując ich wagę, mając nadzieję na lepszy rok przyszły. Po raz kolejny, jest z tym coraz trudniej i ciężko sobie nawet wyobrazić, co będziemy musieli powiedzieć za rok o tej porze, i w jakim gronie. Wiele wskazuje na to niestety, że nie będziemy nawet mogli o tym mówić.

Z tego powodu, skoncentrujmy się na tym, co jeszcze jest możliwe i przyjrzyjmy się temu, jak widzą rok przyszły ludzie piszący dla nas scenariusze od wielu lat. Mam tu na myśli magazyn The Economist, który każdego roku, na początku grudnia, przedstawia okładkę, na której znajduje się przesłanie dla świata, dotyczące kolejnych 12 miesięcy. Oczywiście nie w oparciu o jakiś szczególny dar profetyzmu tak zwanych dziennikarzy, a na bazie przedłożonych im założeń do realizacji na rok przyszły, czyli zwykłej agendy, którą należy rozpropagować, by łatwiejsze było jej późniejsze wdrażanie. Jest to podprogowe wtłaczanie nam konkretnych klisz, byśmy mogli łatwiej je później uznać za oczywiste i nieuniknione.

W moich książkach, felietonach i nagraniach, staram się je rokrocznie analizować, bo lubię wiedzieć, co też nowego planują dla nas ci, u których żurnaliści The Economist robią za PR-owców.

Opisałem ich już pięć w przeszłości („Covidowe Jeże”, 

TerraMar Utopia Elit”), a zatem, jako analityk-amator z pewną praktyką, przedstawiam najnowsze swoje spostrzeżenia dotyczące założeń światowej banksterki na rok 2023.

Jeśli porównamy ją z tą z roku ubiegłego, zauważymy natychmiast, że zachowana została podobna stylistyka. Logicznie, albowiem obie dotyczą świata zdeterminowanego toczącym się za naszą wschodnią granicą, konfliktem.

Te wcześniejsze miały zupełnie inny wygląd, odwoływały się do śmiercionośnego wirusa, którego likwidowanie przejawia się wzrostem tak zwanych zgonów nadmiarowych na wszelkie inne choroby, niż ta zwalczana. Jest to ponownie okładka zbudowana na dwóch kolorach – tym razem czarnym i czerwonym. O tej ubiegłorocznej, co przypominam w swej najnowszej książce „Rocznik sadystyczny 2020/2022”, pisałem, że: „jest szara, jak nasze życie w ostatnich latach, czyli zdaniem twórców magazynu nie stanie się ono nagle kolorowe, ale jest tam przecież jeden kolor. To barwa czerwieni, która ma jednoznaczne konotacje w świecie człowieka – to kolor nakazujący najwyższą uwagę, przestrzegający przed niebezpieczeństwem. Tym kolorem wyróżniono zresztą na okładce w samym tytule rok”. Tym razem szarość przeszła zdecydowanie w czerń, a więc nie ma już dwuznaczności, niedopowiedzeń – ma być bardzo źle. Cyfry 2023 pozostają i tym razem podkreślone barwą czerwoną, zatem wysoki poziom zagrożenia dotyczyć ma całego roku. 

Podobnie, jak poprzednio – całą grafikę zbudowano na planie koła. O ile jednak na tamtej dominował wzór oktagramu, na tegorocznej widzimy układ heksagonalny – głównymi jej elementami są postaci sześciorga polityków.

Co znamienne, znalazłem w sieci dwie okładki magazynu, skierowane do odbiorców w różnych krajach i są niemal identyczne, ale różni je umiejscowienie i wielkość fotografii prezydenta Joe Bidena. A to sugeruje że pozycja tego polityka może się w nadchodzącym roku zmienić. Z pewnością, wielkość i miejsce danej osoby na okładce, nie są przypadkowe. W centrum widzimy Władimira Putina, tuż obok Xi Jinpinga. Na obu okładkach sąsiadują z nimi prezydenci USA i Ukrainy, a choć umieszczone są wszystkie w półzbliżeniu, czyli eksponując postać wobec tła, różnią się wielkością kadru, co obrazować może rolę tych polityków, jaką mają odegrać w nadchodzącym roku. Kolejne dwie fotografie przedstawiają kobiety, ukazane w planie średnim, który w fotografii kadruje postać ludzką od pasa w górę, pozwalając jednak zwrócić uwagę na jej mimikę, mowę ciała. Te panie, to – na samej górze, Tsai Ing-wen, czyli prezydent Republiki Chińskiej, w dużym skrócie – Tajwanu oraz na dole lub w drugiej wersji, obok niej – 

Giorgia Meloni, czyli obecna premier Włoch. I znowu, panie pokazane są w planie średnim, ale postać Tsai jest odrobinę większa, co odbieram, jako zapowiedź zróżnicowania ich znaczenia w polityce nadchodzących miesięcy. Zgodnie z tym, uwaga świata powinna zostać skierowana wkrótce w stronę Tajwanu, który miałby przyjąć  przy tej okazji na siebie ciężar zaangażowania amerykańskiego, przesuwając go zza naszej wschodniej granicy.

Możemy pójść dalej w tej analizie i zwrócić uwagę na to choćby, w którym kierunku spoglądają politycy na okładce. Zarówno Putin, jak i Xi Jinping patrzą na zachód, podczas gdy Biden i Zelenski na wschód. Jednak prezydent Tajwanu ma wzrok zwrócony w stronę przywódcy Chińskiej Republiki Ludowej, co pozwala mieć nadzieję, że zaostrzenie relacji na linii Pekin – Tajwan nie zakończy się działaniami militarnymi. Jedyna Meloni patrzy na wprost, układając dłonie w geście uspokajającym, podkreślającym  jednocześnie przejrzystość zamiarów. Może zatem Europa odrobinę odetchnie od wojennego napięcia, choć osobiście uważam, że nowa pani premier nie spełni pokładanych w niej nadziei jej wyborców, ale to temat wybiegający poza niniejszą próbę analizy okładki.

Warto zwrócić uwagę na widoczne za plecami Bidena wiatraki, co wymownie potwierdza oczekiwania twórców grafiki, iż Stany Zjednoczone nadal będą zdecydowanie zmierzały w kierunku tzw. czystej energii. Oczywiście, nie przesadnie, skoro na dole obrazka umieszczono miniaturę zbiornikowca transportującego skroplony gaz, zapewne do krajów europejskich, którym skutecznie odcięto możliwość korzystania z paliw kopalnych, dostępnych do niedawna na starym kontynencie. Ktoś przecież na tym musi zarobić.

Co prawda, obok wizerunku Zelenskiego widoczny jest system wyrzutni pocisków rakietowych, który najbardziej przypomina SSM (Surface to Ship Missile) typ 12, japońskiego Mitsubishi, przeznaczonego  głównie do zwalczania statków i okrętów, ale jest on używany przez siły amerykańskie. Faktem jest, że kontrakt na ten typ rakiety wygasa właśnie w roku 2023, ale Japończycy przytomnie rozszerzyli jego możliwości w grudniu 2020 roku, zwiększając zasięg i umożliwiając przenoszenie pocisków przez samoloty F-15. Nie tak dawno umieszczono je zresztą w pobliżu Tajwanu właśnie, stąd obrazek tej wyrzutni należy raczej wiązać z tym rejonem. Wyrzutnia ta, pojawia się na tle rysunku przedstawiającego białe i czerwone krwinki, a więc krew najprościej mówiąc, co w świetle ostatnich doniesień może wskazywać na rosnący problem z nią związany, a ściślej z malejącą ilością tej, nie skażonej jeszcze żadnymi toksynami. Ta zbitka rysunków może jednak zapowiadać niedalekie kłopoty związane z naszym, naturalnym systemem obronnym organizmu. 

Postać przywódcy ukraińskiego widnieje na tle cząsteczki, której wiązanie przypomina do złudzenia związek chemiczny występujący pod nazwą metanu. Jest to główny składnik gazu ziemnego, którego ogromne pokłady znajdują się między innymi w południowo-zachodniej części Morza Czarnego. Ale, może też to oznaczać przewidywane zwiększenie oddziaływania przez Federację Rosyjską na infrastrukturę krytyczną Ukrainy, czego wykluczyć nie można.

Obrazek pomiędzy przywódcami Chin i Tajwanu, za głową prezydenta Rosji przedstawia teleskop Webba. Ten, między Xi Jinpingiem i Bidenem obrazuje satelity. Może to świadczyć o dalszym przenoszeniu wyścigu zbrojeń między dzisiejszymi mocarstwami, w obszar kosmosu, ale to, że fotografia pani Tsai „wchodzi” na obrazek teleskopu podpowiada, iż rola Tajwanu, jako głównego producenta mikroprocesorów, będzie istotna dla obu stron dzisiejszego sporu o hegemonię. Tym bardziej, że znajduje się tam także rysunek drona, który po bliższym przyjrzeniu, wygląda na rodzaj pojazdu przyszłości, w którym ja widzę potencjał do transportu osób. Zresztą, widoczny nieco wyżej wysięgnik jakiegoś robota, również podkreśla coraz większą rolę przewidywaną w najbliższym czasie dla półprzewodników i robotyki, jako takiej. Ta ostatnia, przełoży się naturalnie na rynek pracy i znaczną redukcję zatrudnienia dla ludzi na całym świecie. 

Nie było moim zamiarem pogrążać nikogo w rozpaczy, ani roztaczać czarnowidztwa, bo osobiście jestem przekonany, że ostatecznie wygra dobro nad złem. Niemniej jednak, przedstawiona tu wizja, jakkolwiek dla wielu osób może się wydać nierealną i opartą na naiwnym czytaniu z … okładki, powinna być brana przynajmniej pod uwagę w naszych rozważaniach o najbliższej przyszłości.

Wszystkim Czytelnikom życzę spokojnych i przede wszystkim zdrowych, Świąt Bożego Narodzenia. Do siego roku!

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

Paryski spadek. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (27)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (27)

Paryski spadek

Pan Białecki trzymał w ręku kartę welinową, na której starannym pismem, wcale nie przypominającym nerwowego pismo doktora, widniał taki oto łaciński tekst:

„W razie mojej śmierci albo też mojego zaginięcia, czy też zniknięcia, gdy rok minie od tego momentu, mój dom w Paryżu, przy rue de la Tannerie, ma przejąć na własność z całym jego wyposażeniem – pod warunkiem, o którym będzie niżej – uczeń mój, polski szlachcic, pan Jerzy Białecki herbu Leszczyc. Z tym że jeśli chciałby dom ów sprzedać, ma wpierw obowiązek opróżnić go ze wszystkiego – mebli, ksiąg oraz wszelkich innych sprzętów i ma być on całkowicie pusty, inaczej sprzedaż nie będzie mieć mocy prawnej i ma zostać uznana za niebyłą, spadkobierca utraci do owego domu prawo, dom zaś, jak i cała posesja, przejdą wtenczas w ręce aktualnie panującego króla”.

Ten sam tekst powtórzony był jeszcze dwukrotnie – po francusku i po polsku i opatrzony charakterystycznym podpisem zaginionego doktora Cadavera Illuminatusa. Wyglądało to tak, jakby Cadaverowi podsunięto gotowy tekst, a on był zmuszony go podpisać.

Tak czy siak, pan Jerzy pomyślał sobie, że zaginiony doktor nie powiedział prawdy, iż musiał uchodzić z Francji, bo rzekomo nie miał gdzie się podziać. Przecież posiadał dom i do niego – jeśli istotnie mieszkał w Luwrze – mógł się przenieść. Musiał być zatem inny zgoła powód jego powrotu do Polski. Tak czy inaczej, tkwiąc pod Sandomierzem, nie miał szans na rozwikłanie tej zagadki.

Siedział więc zamyślony, a pewna pokusa powolutku zaczęła mu się wgryzać w mózg i w serce…

* * *

– Kasiu – Jerzy przy kolacji odezwał się do żony. – Kasiu, powiedz mi, co mniemasz na temat owego tajemniczego przybysza, który zabrał ze sobą, na moich oczach, a trzeźwym był i przytomny, naszego doktora?

– Co mniemam? Ano to, iż doktor nie był takim świętoszkiem, za jakiego starał się uchodzić. Miałam czas i możliwości, by mu się dobrze przyjrzeć.

– I cóżeś wypatrzyła?

– A choćby to, że chociaż bywał w kościele, to ani razu się nie przeżegnał, nie ukląkł, nawet na Podniesienie, że o spowiedzi i Komunii świętej nie wspomnę. A widziałeś kiedyś u niego jaki przedmiot poświęcony? Nic – ściany puste. Ni krzyżyka, ni obrazka… Jakby był poganinem. A co się z nim stało? Myślę, że miał konszachty ze Złym i kiedy nadszedł czas, Zły przyszedł po niego, jako po swoją własność… Powiem ci, jeszcze, że kiedy „się zapodział” odczułam ulgę, iż nie będzie miał już żadnego wpływu na nasze dzieci.

– Nie przesadzasz aby, Kasiu?

– Nie, nie przesadzam. Był twoim nauczycielem. Niby niczego zdrożnego cię nie uczył, ale… ale zasiał w tobie wiele wątpliwości, które teraz każą ci wzdychać, zaprzątają głowę i zabierają spokój. Częściej bujasz myślami gdzieś w obłokach, niż jesteś nimi przy mnie i przy dzieciach. Smutne to i to mnie martwi.

– Ale przecie, gdyby nie on, nie jego intryga, to nie bylibyśmy małżeństwem…

– To fakt. Cieszę się z tego, iż jestem twoją żoną i matką twoich dzieci, ale jakiś robak mimo wszystko wgryza mi się w duszę.

– Przecie, zaraz jak wzięliśmy ślub, udaliśmy się z pielgrzymką do Krakowa, do grobu św. Jacka Odrowąża i tam przed ojcem dominikaninem, pod stułą, u kratek konfesjonału wyznaliśmy swoje przewinienie. To oszustwo, jakiego żeśmy się dopuścili… I przecie rozgrzeszył nas z tego, więc – uważam – sprawa już zamknięta!

– Ty może nie, ale przecie ja dalej tkwię w oszustwie, udając córkę człowieka, który nie był moim ojcem… – w oczach Kasi zaszkliły się łzy.

– Nie, moja kochana, nie masz racji, wszak on na łożu śmierci oficjalnie uznał cię za córkę. Nie prowadził w twojej sprawie żadnego śledztwa, a mógł przecie podejrzewać, iżeś dla niego kimś obcym, łasym – jeśli nie na majątek – to na nazwisko. Miałabyś go za durnia? O nie! Ja myślę, że on dobrze wiedział, bo powiedział mi o tym Cadaver, iż wyznał mu to w wieczór przed śmiercią, że rozgryzł intrygę, a mimo wszystko uznał cię za swoje dziecko, za swoją krew. Grał to przedstawienie do końca. Czemu? Tego się już nigdy nie dowiemy. Zatem możesz być w sumieniu spokojna.

Kasia, słysząc te słowa, odetchnęła z wyraźną ulgą.

– Ty naprawdę jesteś tego pewny, Jur, czy tylko mnie tak pocieszasz?

– Pewny, Kasiu, kochanie ty moje, pewny! Zresztą, jeśli masz wątpliwości, idźże raz jeszcze do spowiedzi, ujawnij kapłanowi te wątpliwości i uczyń tak, jak on orzeknie. Najwyżej nasze dzieci stracą szlachectwo i tyle. Majątku nikt ci nie odbierze, boś go legalnie otrzymała. A tego nikt się nie waży zakwestionować.

– Skoro tak radzisz, tak też i uczynię.

– Proszę cię tylko, nie wyznaj tego naszemu plebanowi! Ani też żadnemu z sandomierskich świeckich księży czy mnichów. Bo wszyscy nas przecie znają.

– To gdzie?

– Jak i poprzednio – w Krakowie. Wybieram się tam za parę dni, to możemy pojechać razem.

* * *

Pani Waleria Białecka, czyli dawniejsza Kasia, odeszła od kratek konfesjonału w krakowskim kościele ojców franciszkanów uspokojona i rozpromieniona.

Wszystko, co jej powiedział Jerzy, potwierdził spowiednik. Mogła wreszcie odetchnąć z ulgą i sypiać spokojnie, bo sumienie nie miało już powodu, by jej cokolwiek wyrzucać.

* * *

Po powrocie do rodzinnego dworu Białeckich Jerzy zaczął się jednak jakoś dziwnie zachowywać.

– Cóż ci to, mój panie mężu? – pytała Kasia.

Ale on tylko wzdychał ciężko i jakoś nie mógł zebrać się w sobie, żeby się jej zwierzyć ze swoich dusznych rozterek.

Ponieważ jednak kobieta nie ustępowała i naciskała coraz mocniej, w końcu, gdy odpoczywali w ogrodzie po obiedzie, wyciągnął zza pazuchy welinową kartę złożoną we czworo i podał żonie.

– Czytaj.

Kasia, wprawna w tej sztuce, szybko przebiegła oczami tekst i ze zdumieniem popatrzyła na męża.

– Coś podobnego!

– Ano właśnie: coś podobnego…

– I co zamierzasz uczynić?

– Sam nie wiem. Dom w Paryżu pewnie co nieco wart. Może pojadę? Może go spieniężę?

– A może pluń na to. Brakuje nam tu czegoś? Żyjemy w dobrobycie, bez tych paru talarów za dom spokojnie się obejdziemy. Nie przesadzając, ale dzięki skarbom hrabiego, mego niby-ojca, jesteśmy bogaczami!

Ale pan Jerzy się zasępił. Nie na domu mu zależało, na to mógłby machnąć ręką, chociaż i domu byłoby żal. W głowie miał ciągle to dziwne zastrzeżenie, że jeśli chciałby budynek sprzedać, to ma go ze wszystkiego opróżnić. Po co? To go zastanawiało. A może była to zaszyfrowana wskazówka – przeszukaj dom, a znajdziesz w nim coś ważnego albo wartościowego…

I to był jedyny powód, dla którego, mimo wszystko, chciałby pojechać do Paryża.

Kiedy zwierzył się z tego Kasi, ta zrobiła kwaśną minę, ostatecznie jednak, wzruszywszy ramionami, powiedziała:

– Skoro to, Jerzy, jest takie ważne dla ciebie, to jedź. Nie będę ci stawała na przeszkodzie.

– To może jedźmy razem?

– Razem? A dzieci? Chcesz je zostawić ze służbą. O! Co to, to nie!

Zamilkli. Minęła dłuższa chwila, zanim Kasia podjęła przerwaną rozmowę.

– A na jak długo chciałbyś się tam wybrać?

– Hm… a bo ja wiem? Pojęcia nie mam, gdzie ta posesja z domem, w jakim jest stanie, ile może być warta, czy prędko znajdę nabywcę, jak długo potrwa opróżnienie domu. Co z tymi sprzętami zrobię? Przecie ich tutaj nie przywiozę… Myślę, że najbiedniej całe to przedsięwzięcie zajmie mi ze 3-4 miesiące, oczywiście licząc z podróżą w jedną i drugą stronę.

– Niechże będzie… jedź, ale pamiętaj, że my tu będziemy za tobą bardzo tęsknić… – Kasia przytuliła swój policzek, do policzka męża.

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

Dlaczego ojcostwo budzi dziś przerażenie? Rozważania część 3

Dlaczego ojcostwo budzi dziś przerażenie? Rozważania część 3

Ojcostwo, które jest darem i powołaniem każdego mężczyzny, budzi u wielu współczesnych mężczyzn przerażenie. Dlaczego tak się dzieje? 

Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl

Dzisiaj trzecia część naszych adwentowych rozważań. Może Pan przeczytać tekst lub odsłuchać go, klikając w link.   Inspiracją dzisiejszych rozważań będzie postawa św. Józefa. Ojcostwo, które jest darem i powołaniem każdego mężczyzny, budzi u wielu współczesnych mężczyzn przerażenie. Dlaczego tak się dzieje? 
Bóg wybrał na rodzicielkę swego Syna Najświętszą Marię Pannę, zachowując Ją od zmazy grzechu pierworodnego i napełniając wszelkimi łaskami. Na ziemskiego ojca wybrał Józefa z Nazaretu, mężczyznę pełnego cnót. Józef jest roztropny i potrafi obserwować rzeczywistość. Dostrzega wspaniałość swojej Narzeczonej i raduje się głęboko, że będzie mógł spędzić swoje życie z tą Niewiastą u boku, choć zapewne wie, że złożyła ślub dziewictwa. Kontakt z rzeczywistością pozwala dostrzec Mu, że Maryja, zanim zamieszkali razem, jest w stanie błogosławionym. Z pewnością było to dla niego trudne. Józef nie wie co w tej sytuacji robić. Zmaga się z myślami i postanawia oddalić Ją potajemnie, aby nie narażać Maryi na zniesławienie.   Józef jest nie tylko człowiekiem sprawiedliwym i roztropnym. Jest człowiekiem pobożnym. Szuka kontaktu z Panem Bogiem i jest otwarty na Jego natchnienia, dlatego potrafi usłyszeć głos Anioła we śnie: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Uwolniony od rozterek Józef bierze na siebie z radością brzemię ojcostwa. Ojcostwo, które jest darem i powołaniem każdego mężczyzny, budzi u wielu współczesnych przerażenie. Dlaczego tak się dzieje? Brakuje nam ludzkich cnót świętego Patriarchy, stąd lęk przed odpowiedzialnością. Nie rozpoznajemy swojego powołania do ojcostwa, bo nie rozumiemy swojej natury, a często zaprzeczamy jej. Zdewastowani przez kulturę współczesną szukamy przyjemności, zamiast otworzyć się na wspaniałość, którą chce obdarzyć nas Bóg.   Braki współczesnych mężczyzn, istniejące zresztą od czasów grzechu pierworodnego, mogłyby zostać przezwyciężone przez pobożność i łaskę, którą chce nas obdarzyć Pan Bóg. Pobożność jest jednak towarem deficytowym w krajach dzisiejszego Zachodu. Modne teorie przedstawiają ją jako przejaw niedojrzałości, a media masowe ośmieszają.   Królewskie cnoty Józefa, pokora i miłość, ujawniają się w dramatycznych okolicznościach związanych z narodzeniem Jezusa. Józef potrafi znaleźć odpowiednie miejsce na narodziny Syna Bożego. Nie biadoli, że w jego rodzinnym mieście, a pochodzi z królewskiego rodu Dawida, nikt nie chce przyjąć brzemiennej Niewiasty i jego. Nie złorzeczy, że Pan Bóg nie troszczy się o Nich. Potrafi dostrzec, że skrajne ubóstwo, w którym rodzi się Syn Boży, stanie się świadectwem Jego królewskości. Józef jest wzorem dla nas, uzależnionych od wygód i zewnętrznych oznak prestiżu, że prawdziwa wielkość ujawnia się w pokorze i czystości. Być może Józef mógłby znaleźć w Betlejem wygodniejszy lokal, ale atmosfera tam nie była odpowiednia dla Świętej Rodziny, a nawet dla żadnej rodziny. Czy my potrafimy patrzeć w ten sposób na otoczenie, w którym wychowują się nasze dzieci?   Sytuacja materialna Świętej Rodziny poprawia się radykalnie po hołdzie Mędrców i przekazaniu przez nich darów. Bynajmniej nie oznacza to końca kłopotów Józefa. Tej samej nocy objawia mu się Anioł Pański i mówi: Wstań weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby je zgładzić. Józef nie odwleka wykonania polecenia do rana, jeszcze w nocy budzi Żonę i Syna i ucieka z Nimi do Egiptu. Nie paraliżuje go świadomość, że w rodzinie wszyscy przewyższają go godnością. Jest świadom odpowiedzialności i nie boi się jej przyjąć. Widząc zagrożenie dla najbliższych podejmuje działanie, które wypływa z inspiracji Bożej.   Święty Józef jest wzorem dla wszystkich ojców. Troska o najbliższych jest obowiązkiem każdego ojca. Czystość, pokora i pobożność pozwalają mu znaleźć wyjście z najtrudniejszych sytuacji, ponieważ słucha natchnień Bożych.   Jest wzorem dla wszystkich mężczyzn. Jesteśmy wezwani do obrony słabych. Dzisiaj najbardziej zagrożone są dzieci w łonach matek. Obrona ich to męska rzecz.   Módlmy się do Najświętszej Maryi Panny, aby mężczyźni zrozumieli swoje powołanie, a kobiety dostrzegły, że męskość nie jest dla nich zagrożeniem, tylko podporą.   Zachęcam też do przekazania adwentowej jałmużny na potrzeby ratowania dzieci zagrożonych aborcją i budowania świadomości Polaków na temat aborcji i deprawacji: Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunku,
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl

Przerażająca prawda o odpadach radioaktywnych ! USA siedzi na bombie. Niemożność zbudowania stałego zbiornika. Jeszcze tylko 25 tysięcy lat…

Przerażająca prawda o odpadach radioaktywnych! USA siedzi na bombie. Niemożność zbudowania stałego zbiornika.Jeszcze tylko 25 tysięcy lat…

[Mirosław Dakowski. Jestem profesorem fizyki jądrowej, połowę życia naukowego spędziłem badając rozszczepienie. To nie histeria.

23.9.2019 https://www.national-geographic.pl/artykul/czas-polowicznego-rozpadu-smiertelna-spuscizna-amerykanskich-odpadow-nuklearnych

Wszyscy dbają o to, by materiały promieniotwórcze nam nie zagrażały, prawda? Niestety, ale wcale nie…

II Wojna Światowa wciąż trwała na Pacyfiku w pierwszym tygodniu sierpnia 1945 roku, gdy mój ojciec i ja spędzaliśmy wakacje w Atlantic City, w stanie New Jersey, jedząc kraby i leniuchując nad oceanem. W salonie gier wkładałem drobne do modelu karabinu maszynowego i strzelałem w kierunku japońskich myśliwców Zero fruwających w poprzek ekranu. Na deptaku, żołnierze z karabinami na ramionach maszerowali i śpiewali:

Gwiazdy i pasy załopoczą nad Tokio,

Załopoczą nad Tokio, załopoczą nad Tokio,

Gwiazdy i pasy załopoczą nad Tokio,

Gdy 991-sza brygada trafi tam.
 

Pewnego poranka mój ojciec pokazał mi gazetę z czerwoną czołówką, gdzie informowano o zrzuceniu ogromnej bomby na Hiroszimę. Trzy dni później kolejna spadła na Nagasaki i Japonia poddała się. Bomby te były tak wielkie, że chłopcy z 991-tej nie musieli wcale wybierać się do Tokio.
 

Potęga atomu
 

Mocna siła jądrowa, energia sprawiająca, że jądra atomowe to najbardziej ścisłe elementy we wszechświecie, została zerwana, uwalniając ogromną moc – równowartość 15 000 ton trotylu w Hiroszimie – i rozpoczynając wyścig do stworzenia potężniejszych broni. Siedem lat później pierwsza bomba wodorowa, o nazwie kodowej Mike, spowodowała wybuch o mocy 9,4 mln ton trotylu. Mike zrównałby z ziemią wszystkie pięć dzielnic Nowego Jorku.
 

W połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, u szczytu zimnej wojny, USA zmagazynowało około 32 000 głowic jądrowych, a przy tym góry śmieci radioaktywnych z produkcji plutonu do tej broni. Wyprodukowanie jednego kilograma plutonu wymagało około 907 ton rudy uranowej. Pluton, generowany z uranu bombardowanego neutronami w reaktorze jądrowym, był oddzielany od uranu w piekielnych kąpielach w kwasach i rozpuszczalnikach, które nadal oczekują na utylizację.
 

Długo odkładane oczyszczanie właśnie trwa w 114 z obiektów jądrowych USA, które obejmują powierzchnię równą stanom Rhode Island i Delaware, razem prawie 10 000 kilometrów kwadratowych. Wiele z mniejszych obszarów, tych łatwych, zostało oczyszczonych, ale wielkie wyzwania pozostają. Co zrobić z 47 174 tonami niebezpiecznego, bo radioaktywnego, zużytego paliwa z komercyjnych i wojskowych reaktorów jądrowych? Jak postąpić z 344,5 mln litrów wysokoaktywnych odpadów, które pozostały z przetwarzania plutonu, dziesiątkami ton plutonu, 450 tys. ton zubożonego uranu, milionami metrów sześciennych zanieczyszczonych narzędzi, skrawków metalu, odzieży, olejów, rozpuszczalników i innych odpadów? Ponadto, co z 240 milionami ton odpadów z przeróbki rudy uranu, mniej niż połową z nich stabilizowaną, zaśmiecającymi krajobraz?
 Góra pełna śmierci
 

Aby zdać sobie sprawę ze skali: po załadowaniu odpadów do wagonów kolejowych, a następnie wlaniu 344,5 mln litrów odpadów do cystern, powstałby mityczny pociąg, sięgający wokół równika i jeszcze dalej.
 

Miejscem składowania dla wspomnianych materiałów miała być wybrana przez rząd USA góra Yucca w stanie Nevada, ale lokalizacja ta napotykała od początku na opór. Do tej pory nie wiadomo, czy dojdzie do realizacji projektu, pomimo znacznych, poczynionych już, nakładów finansowych.
 

Oprócz samego przechowywania odpadów, zanieczyszczone gleby i wody gruntowe muszą zostać przetworzone i ustabilizowane, reaktory jądrowe zamknięte, budynki rozebrane, część z zakopanych odpadów wykopana, posortowana i ponownie złożona w ziemi, ponieważ nie zostały od razu odpowiednio zakopane. Koszt całej operacji będzie oszałamiający – może nawet sięgnąć 400 miliardów dolarów przez 75 lat.
 

Zadanie podzielone zostało na kilka agencji federalnych. Departament Energii (DOE) prowadzi instalacje i nadzoruje czyszczenie wykonywane przez wybranych podwykonawców. Agencja Ochrony Środowiska (EPA) ustanawia standardy zdrowotne i środowiskowe dla długoterminowego składowania odpadów. Tymczasem Departament Transportu nadzoruje większość transportów materiałów jądrowych, korzystając ze standardów określonych przez Komisję ds. Energii Atomowej (NRC), która nadzoruje również wszystkie reaktory, z wyjątkiem wojskowych podlegających Departamentowi Energii.
 

Trudne pytanie 
 

Spędziłem sześć tygodni na podróżach do najważniejszych obiektów jądrowych w kilku stanach, gdzie rozmawiałem z kierownikami, naukowcami i inżynierami. Wielu z radością poświęciło czas na wyjaśnienie zagadnień z zakresu fizyki jądrowej i promieniowania, ale Departament Energii potrzebował ponad cztery miesiące, aby odpowiedzieć na ważne pytanie: ile odpadów radioaktywnych w różnych formach znajduje się w Stanach Zjednoczonych?
 

Rozmawiałem także z ekologami, którzy cieszą się z samego faktu, że oczyszczanie w końcu się odbywa, ale patrzą podejrzliwie, pełni wątpliwości, czy działania będą zrealizowane zgodnie z ich standardami. – Rząd po prostu będzie kłamał – podsumował jeden z nich.
 

Jak by nie patrzeć, amerykański „nuklearny establishment” odpowiedzialny za broń jądrową działał w ukryciu przez wiele lat, tworząc głębokie pokłady braku zaufania ze strony obywateli. W rezultacie, odpady jądrowe, broń i władza wzbudzają silne emocje. Od razu wyjawię swoją stronniczość – jako były oficer marynarki wojennej cenię to powołanie jako zajęcie honorowe i konieczne. Uważam broń jądrową za sprawdzony czynnik odstraszający przed wojną, nie jako zagrożenie dla pokoju. Ponadto, popieram rolę energetyki jądrowej w naszym bilansie energetycznym. Mimo to, podczas swojej pracy reporterskiej okazało się, że zgadzałem się z niektórymi stwierdzeniami ekologów, a nawet kwestionowałem rządowe plany trwałego składowania odpadów wysokoaktywnych.
 

Jak sprzątać by nie zginąć?
 

Sprzątanie śmieci nuklearnych byłoby o wiele łatwiejsze, gdybyśmy nie musieli się mierzyć z chemicznym i fizycznym chaosem groźnego dla zdrowia promieniowania, czyli emisji energii z materiału radioaktywnego.
 

Stworzone w reaktorze jądrowym pluton, cez i stront, a także inne pierwiastki z tego obszaru tablicy Mendelejewa, emitują niebezpieczne promieniowanie, które może dosłownie wybić elektrony z atomów w naszych komórkach, zaburzając lub uszkadzając ich funkcjonowanie, a nawet powodując mutacje. Promieniowanie występuje pod postacią drobnych cząstek alfa lub beta bądź podróżujących z wielką energią promieni gamma.
 

Pierwiastki promieniotwórcze emitują promieniowanie, ponieważ są niestabilne; chciałyby być czymś innym. Osiągają swój cel poprzez rozpad, dosłownie: wiele z nich emituje cząstki i fale miliardy razy na sekundę.
 

Każdy element promieniotwórczy ma swój czas połowicznego rozkładu, inaczej zwany też okresem półtrwania – tyle potrzeba, aby połowa jego atomów uległa rozkładowi. Wartości te wynoszą od ułamka sekundy do miliardów lat, na przykład 4,5 mld dla uranu 238. Paradoksalnie, im dłuższy czas półtrwania, tym mniej intensywne promieniowanie. Nieco radioaktywny uran nie stanowi zagrożenia dla zdrowia, jeśli obchodzić się z nim właściwie. Po dziesięciu okresach półtrwania, pierwiastek jest zazwyczaj nieszkodliwy.

Naukowcy zliczają promieniowanie przyjęte przez ludzi za pomocą jednostki zwanej „rem”. Pojedyncza dawka 400 remów na całe ciało, co odpowiada ponad 40 000 prześwietleniom klatki piersiowej, zabije połowę osób wystawionych na jej działanie. Maksymalna ekspozycja dozwolona dla pracowników elektrowni jądrowych to 5 remów na rok.

Wszędzie mamy do czynienia z promieniowaniem tła, zwanym tak, bo występuje cały czas, głównie pod postacią promieni kosmicznych i cząstek alfa z radonu. Inne źródła to promienie Roentgena stosowanie w medycynie, telewizory, a nawet cegły, które zawierają trochę uranu z gliny, z której je wypieczono. Nasze ciała są lekko radioaktywne, głównie w wyniku codziennego przyjmowania potasu.
 

Promieniowanie tła na smaganej wiatrem kotlinie w stanie Colorado o nazwie Rocky Flats wynosi około 450 milliremów rocznie (milirem to jedna tysięczna rema), ale istnieje tam problem w postaci zakładu produkcji broni o tej samej nazwie i związanej z nim znacznej radioaktywności różnych pozostałych cząsteczek, głównie plutonu. Od 1952 roku do końca zimnej wojny w 1989 roku, technicy kształtowali tam kawałki plutonu w dziesiątki tysięcy kul służących do budowy broni termojądrowej.
 

Postapokalipsa na żywo
 

Rocky Flats znajduje się pomiędzy Denver i Boulder oraz mieszkającymi w nich krytykami, którzy z religijnym wręcz ferworem prowadzili kronikę skażeń gruntu; beczek, z których sączyły się odpady; kanałów wentylacyjnych, rur i gleb skażonych plutonem. Pluton ma jeden paskudny nawyk, a mianowicie jest piroforyczny, czyli zapala się samorzutnie, co spowodowało dwa duże pożary i mnóstwo małych, przyczyniając się do reputacji Rocky Flats jako jednej z najbardziej znienawidzonych fabryk broni w USA.
 

Rockwell, właściciel fabryki, w końcu poszedł na ugodę w zakresie zarzutów przestępstw ekologicznych, w tym wycieków kwasu i czterech innych przestępstw, i zapłacił 18,5 mln dolarów grzywny.
 

Dziś krytykę zatrzymuje Barbara Mazurowski, kierowniczka DOE w Rocky, która nadzoruje liczącą 5000 osób ekipę oczyszczającą, kosztem dwóch milionów dolarów dziennie. Mazurowski staje przede mną, przyjmując postawę tak zdecydowaną, że wydaje się wyrastać wprost z granitu Gór Skalistych. Kiedy mówi, jej ręce fruwają wokół jak dwa myśliwce, skręcające, gdy chce podkreślić, co ma na myśli. – Zepsuliśmy ten teren i teraz go oczyszczamy. Obszar tej wielkości nigdy nie był zamykany. Kiedy skończymy będzie tutaj tylko trawa.
 

Patrząc na 1,6 kilometra kwadratowego budynków i dróg, które wchodzą w skład kompleksu, trudno mi w to uwierzyć. Jednak tu i ówdzie leżą zwały gruzu, pozostałości już zdemontowanych budynków.
 

Mazurowski zabiera mnie na wycieczkę po budynku 771, dawnym centrum produkcji plutonu, opisanym kiedyś jako „najbardziej niebezpieczny budynek USA”, który wciąż zagraża promieniowaniem pomimo częściowego czyszczenia. Wciskamy się do gumowej odzieży ochronnej, od butów po okrycia głowy. Wystawione na zewnątrz są tylko nasze twarze, bo prawdopodobieństwo wystąpienia zanieczyszczeń w powietrzu jest znikome.
 

Mijamy dziesiątki pudełek rękawiczek z mieszanki gumowych z ołowiem, chroniących techników przed promieniowaniem. Wyglądają jakby wciąż czekały na to, by ktoś wsunął do nich ręce, sięgnął w głąb stalowych skrzynek i zaczął formować pluton w kształt odpowiedni dla eksplozji.
 

Pracownicy tną palnikami skrzynie, leżące odłogiem od 1989 roku, na kawałki odpowiedniej wielkości do włożenia w beczki i przetransportowania do Waste Isolation Pilot Plant, czyli Pilotażowego zakładu izolacji odpadów w Carlsbad w Nowym Meksyku, gdzie zostaną na stałe zakopane w głębokich na ponad 650 metrów grotach wyciętych w starożytnej soli.
 

Pokój jest wilgotny i ciemny, a spod żaru palników wyfruwają iskry. Wycieram gołe czoło odzianą w gumową rękawiczkę ręką, zapominając, że zostało to zakazane, ponieważ na rękawiczkach mógł osiąść zagubiony kawałek plutonu, wypluwający promieniowanie w postaci miliardów cząstek alfa. To duży problem. Chociaż promieniowanie alfa zatrzymuje już kawałek papieru, jest one szczególnie niebezpieczne, jeśli jego źródło dostanie się do płuc lub zostanie połknięte. Przyznaję się do błędu. Technik rusza miernikiem promieniowania koło mojej twarzy w celu wykrycia alfa. Na szczęście, jestem czysty.
 

Powyżej kotłują się kilometry rur, z których usuwana jest radioaktywna ciecz. Kawałek po kawałku, rura po rurze, skrzynia po skrzyni, budynek 771 przemienia się w łąkę.
 

Zamiatanie pod trawę
 

Opuściłem tego dnia Rocky Flats całkiem pod wrażeniem profesjonalizmu i wysiłków wkładanych w porządkowanie przez Mazurowski i jej żołnierzy. Później, aby poznać inny punkt widzenia, odszukałem Lena Acklanda, dyrektora Centrum dziennikarstwa środowiskowego z Uniwersytetu Kolorado w Boulder, autora krytycznej książki o zakładzie: „Making a Real Killing” (w wolnym tłumaczeniu, „Morderczy zysk”). Zapytałem go, co myśli o przywróceniu Rocky Flats naturze. – A co kryje się pod trawą? – zapytał znacząco.
 

Odpowiedź: brud przeplatany z plutonem. Ekolodzy chcieliby usunięcia plutonu. DOE twierdzi, że promieniowanie będzie znikome, jeden millirem rocznie, dodając, że koszt wymiany gleby szedłby w miliony.
 

Rocky Flats może i jest pokazowym miejscem dla DOE i sukcesu oczyszczania, ale siostrzany zakład, o powierzchni ponad 1500 kilometrów kwadratowych w Hanford, w stanie Waszyngton, to zupełnie inna sprawa. Tu spoczywa największy wolumen wysokoaktywnych odpadów jądrowych w USA.
 

Co truje w Hanford?
 

Hanford obejmuje 200 mln litrów odpadów z przetwarzania plutonu przechowywanych w zbiornikach podziemnych, prawie 2100 ton wypalonego paliwa jądrowego, cztery tony plutonu, ponad 700 tys. metrów sześciennych odpadów stałych i 1,1 mld metrów sześciennych zanieczyszczonej gleby i wód gruntowych. W basenie do składowania przyglądam się najbardziej śmiertelnemu źródłu promieniowania poza samymi rdzeniami reaktorów – 1936 stalowym cylindrom zawierającym cez i stront, przykrytymi czterema metrami wody. Kiedy technik wyłącza światło, promieniowanie z cylindrów rozświetla na błękitno pomieszczenie.
 

Reaktory w Hanford przygotowywały pluton dla pierwszego wybuchu jądrowego, w pobliżu Alamogordo w Nowym Meksyku, w 1945 roku, a także do bomby zrzuconej na Nagasaki (w Hiroszimie użyto uranu). Do zamknięcia w 1989 roku zakład w Hanford wyprodukował około 53 tony plutonu odpowiedniego do zastosowania w bombie.
 

Od pierwszych dni, naukowcy z Hanford zaobserwowali, że radionuklidy – bardzo szeroki termin na radioaktywne atomy – dostawały się do środowiska. Jod 131, gaz powstający w wyniku przetwarzania plutonu, ulatywał z pozbawionych filtrów kominów. Woda pobierana z pobliskiej rzeki Columbia do chłodzenia reaktorów powracała do rzeki z radioaktywnym sodem, cynkiem, arsenem, a nawet pierwiastkami rozszczepialnymi.
 

Później przechowywane w zbiornikach podziemnych odpady wyciekły do gleby, a 170 mld litrów zanieczyszczonych zostało porzuconych na miejscu, niektóre w pobliżu przeciekających zbiorników. W ten sposób powstały podziemne „pióropusze” zanieczyszczenia, niektóre zagrażające rzece Columbia. Prasa zaczęła pisać o rosnącej liczbie zachorowań na raka i wad wrodzonych u ludzi oraz zwierząt na obszarach rolniczych w pobliżu Hanford.
 

We wrześniu 1985 roku Michael Lawrence, kierownik DOE dla zakładu, spotkał się z rolnikami w celu omówienia ich obaw. Fakt, że promieniowanie spowodowało chorobę u konkretnej osoby jest praktycznie niemożliwy do udowodnienia; ale Lawrence postanowił uwolnić wcześniej tajne informacje, począwszy od 19 000 stron dokumentów napisanych przez naukowców z Hanford sięgających 1943 roku. Lawrence był pierwszym urzędnikiem z DOE, który coś takiego zrobił, a jego decyzja wywołała „zainteresowanie”, jak wspomina, w Waszyngtonie D.C.
 

W Hanford inni też się interesowali, szczególnie Michele Gerber, gospodyni domowa, matka, historyk z wykształcenia, która przeglądała po kolei opublikowane dokumenty. – Naukowcy nie wierzyli, że ktokolwiek je przeczyta za ich życia – stwierdza. – Mnie zaskoczyła ich szokująca szczerość.
 

Dlaczego nic z tym nie zrobiliście?
 

Podczas pierwszych przypadków wydostawania się jodu 131 w 1940 roku, technicy nonszalancko zapisali, że radioaktywny gaz rozprzestrzenia się dalej, niż przewidywano.
 

– Po prostu powiększyli kręgi dla pobierania próbek – tłumaczy Gerber – do 40, 80, 160, 240 kilometrów, aż do Spokane i Walla Walla.
 

Jak w transie, Gerber czytała przez całą noc, aż do świtu. – Myślałam sobie, zrobiliście co? Dlaczego nie przestaliście? Dlaczego nie zmieniliście procesu produkcji tak, by zmniejszyć emisje?Wielu wątpiło w prawdziwość danych, aż zanieczyszczenia znaleziono na pustynnych kwiatach zdobiących biurko urzędnika. Troska rosła, ale Hanford musiało sprostać kwotom produkcji plutonu. Specjalne filtry oparte na srebrze w końcu zatrzymały 99 procent emisji jodu w 1952 roku.
 

„On the Home Front” (Na domowym froncie), książka Gerber szczegółowo opisująca zanieczyszczenia w Hanford, została opublikowana w 1992 roku i stanowi beznamiętny opis sytuacji, z dokładnymi przypisami, literacki odpowiednik wybuchu atomowego. Konkluzja: choć naukowcy w Hanford wiedzieli, że zanieczyszczają środowisko, nie powiedzieli o tym opinii publicznej.
 

Ta ostatnia poczuła się zdradzona. Roy Gephart, geohydrolog, który był zaangażowany w działalność Hanford przez 28 lat, z książki Gerber dowiedział się, jak stwierdził, „rzeczy, o których nigdy nie słyszał”. – Rozmawiałem z pracownikami, którzy poczuli się kompletnie zaskoczeni, gdy przeczytali książkę. Czuli się oszukani. Dlatego wielu Amerykanów wciąż nam nie ufa.
 

Gephart jest obecnie kierownikiem programu nauk środowiskowych w Pacific Northwest National Laboratory, federalnym zakładzie naukowym niedaleko Hanford. – Ważne jest to, aby właściwie wykonać rekultywację i odzyskać zaufanie opinii publicznej – mówi – ale to może potrwać kolejne pokolenie.
 

W tej chwili w Hanford konstruowany jest zakład do zeszklenia odpadów radioaktywnych do przechowywania – w olbrzymich dołach wyłożonych nieprzepuszczalnym plastikiem zakopywane są odpady niskoaktywne, wyszukiwany jest cez w zbiornikach reaktorów, konstruowane są stalowe stropy nad starymi reaktorami, pozwalające na wyczekanie 75 lat na spadek poziomu radioaktywności, a także instalowane są setki studni do monitorowania podziemnych pióropuszy. – Jeśli pióropusze kiedykolwiek zagrożą zdrowiu ludzi – tłumaczy Gephart – planujemy przerwać ich ruch, zbudować bariery i ustabilizować zanieczyszczenia. Jednak większość z nich pozostanie nietknięta ze względu na koszty, ryzyko i brak odpowiedniej technologii.
 

– Zimna wojna naprawdę była wojną – wspomina Michele Gerber – a Hartford było polem bitwy z innym rodzajem zniszczeń, radionuklidami przedostającymi się do środowiska. Nie można osiągnąć poziomu produkcji jak w Hartford i nie mieć odpadów. Jestem optymistką i wierzę, że zostanie to wszystko oczyszczone. Moje życzenie to od początku po prostu czysta rzeka.
 

Chmura plutonu
 

Innym polem bitwy o rodowodzie sięgającym zimnej wojny jest Idaho National Engineering and Environmental Laboratory (INEEL), czyli Krajowe Laboratorium ds. Inżynierii i Środowiska w Idaho, leżące na zachód od Idaho Falls. Swoją karierę rozpoczęło jako cel dla dział pancerników w czasach II Wojny Światowej. Potem ten ogromny teren porośnięty chwastami i krzewami stał się centrum badań reaktorów jądrowych, a przez pewien czas był używany jako stałe składowisko odpadów dla niektórych z nich.
 

Do INEEL przyjeżdżały z Rocky Flats tysiące beczek odpadów, do października 1988 roku, gdy gubernator Idaho Cecil Andrus polecił policji stanowej zablokowanie drogi ładunkowi. Pociąg wrócił do Kolorado, pośród wagonów jeden bordowy o numerze 6503, który można jeszcze zobaczyć na bocznicy w Rocky. Oczywiście odpady dawno już z niego usunięto.
 

Transporty szybko jednak wznowiono. W 1995 INEEL postanowiło spalić odpady skażone plutonem w najnowocześniejszej spalarni. Jak mi wyjaśniono, urządzenie miało oddzielać pluton podczas spalania PCB (polichlorowanych bifenylów) i innych substancji chemicznych. Minimalna część plutonu mogła uciec, stwierdzili eksperci z INEEL ale nie na tyle dużo, aby było to szkodliwe.
 

Około 160 kilometrów dalej, w Jackson w stanie Wyoming, modnym kowbojskim bastionie bogatych, a także punktu na drodze turystów zdążających do Yellowstone, ludzie nie podzielali zdania naukowców. – Martwiła ich „chmura cząstek plutonu wiejąca w naszą stronę” – tłumaczy Angus Thuermer, Jr., redaktor Jackson Hole News – Alarmy rozległy się po całej dolinie. Według INEEL było to bezpieczne, ale wiele osób tutaj nie ufa rządowi.
 

Jednym z nich był Gerry Spence, słynny adwokat, który często pojawia się w programach telewizyjnych w koszuli ze skóry jelenia. – INEEL działało tak, jakby te cząstki miały spaść na ziemię, gdy tylko trafią na granicę stanu Wyoming – stwierdził. Na spotkaniu tysiąca mieszkańców Jackson w 1999 roku, Spence przedstawił zagrożenie powodowane przez pluton. – To było jak ostatnie argumenty przed przysięgłymi – wspomina – a ludzie zwyciężyli.
 

Nuklearny śnieg
 

Harrison Ford zobowiązał się przekazać 50 tys. dolarów na rzecz sprawy. Inni dołączyli i pół godziny później Spence zebrał 500 tys. dolarów. Powstała organizacja „Keep Yellowstone Nuclear Free”, czyli „Yellowstone wolne od cząstek nuklearnych”.
 

W artykule redakcyjnym magazynu narciarskiego Powder spekulowano, że narciarze z Jackson będą szusowali po „nuklearnym puchu” podczas „zimy nuklearnej”, a światła nie będą im potrzebne, bo noc rozświetli blask materiałów jądrowych.
 

Pluton nie świeci jednak w ciemnościach i niektórzy obywatele Jackson podchodzili bardzo sceptycznie do wizji opadów popiołów z plutonu na ich miasto. – Nie ma dowodów, nawet najmniejszych, że pluton lub jakikolwiek inny materiał promieniotwórczy spadnie Jackson – powiedział Jerry Fussell, były profesor inżynierii jądrowej na Uniwersytecie Tennessee specjalizujący się w ocenie ryzyka systemów jądrowych. – Czy możecie sobie wyobrazić trąbę powietrzną w Idaho Falls podnoszącą i rozrzucającą materiały jądrowe po Jackson Hole? To niedorzeczne – dodał Fussell, który był też amerykańskim delegatem do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej zajmującym rozmowami na temat emisji radioaktywnych. – To będzie wstyd, gdyby Jackson uniemożliwiło działanie tej spalarni.
 

No i uniemożliwiło. Gerry Spence wystosował pozew, a po roku sporów zawarto umowę: INEEL miało zbadać alternatywy dla spalarni odpadów skażonych plutonem, które pozostawały na tym terenie. Spence zgodził się z kolei nie wnosić pozwów kwestionujących dysponowanie innymi odpadami. – To nie jest najmilsza rzecz mieć Gerry’ego Spence’a na ogonie – powiedział mi jeden urzędnik z INEEL.
 

Przekazałem tę uwagę Spence’owi, na co on się uśmiechnął. Siedzieliśmy na ganku jego ranczo na północ od Dubois w stanie Wyoming. Spence wygląda na żywo na wyższego i młodszego – a miał wtedy 71 lat – niż w telewizji. Radośnie ćwierkająca grupa rudzików i pokrzewek nie przerwała jego ponurej oceny składowania odpadów nuklearnych.
 

– Pomysł, że jesteśmy w stanie znaleźć bezpieczny sposób na poradzenie sobie z tymi odpadami to mit – stwierdził. – Najpierw trzeba je tu przywieźć. I ja mam uwierzyć, że nie zdarzą się żadne wypadki losowe? Tak samo mówili o Titanicu.
 

Inne osoby na szlaku odpadów nuklearnych rozmawiały równie szczerze – naukowiec, działacz, kierownik DOE, ekolog i przewodnik po rzece.
 

Jest tego znacznie więcej niż nam się wydaje
 

Arjun Makhijani, urodzony w Indiach dr elektrotechniki, inteligentny, poinformowany i miły od 20 lat krytykuje całą nuklearną scenę. Od jego skroni ciągną się najbardziej niesamowite bokobrody, jakie kiedykolwiek widziałem – białe, grube, ogromne. Z ośmiu pracownikami prowadzi Institute for Energy and Environmental Research, czyli Instytut badań nad Energią i Środowiskiem, think tank w Takoma Park w stanie Maryland, na przedmieściach Waszyngtonu D.C. Makhijani wyjaśnił mi, że wolałby robić coś innego, ale DOE wciąż daje mu zajęcie.
 

– Jestem konstruktywnym krytykiem – stwierdza. Jako przykład wskazuje na swoją iście detektywistyczną pracę dotyczącą ilości odpadów transuranowych zakopywanych w przypadkowy sposób w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy ciężarówki po prostu wrzucały zanieczyszczone plutonem odpady do rowów i dołów. Warstwa gleby była rozrzucana na odpadach, a następnie wyrównywana przez maszyny budowlane. Następnie proces ten powtarzano.
 

Starając się ocenić ilość odpadów w dołach, Makhijani przestudiował zapisy rządowe i stwierdził, że urzędnicy po prostu zgadywali. „Jakby rzucali lotkami”, stwierdza. Wysłał krytyczny artykuł do DOE. Departament Energii rozpatrywał dokument przez ponad dwa lata i w końcu zgodził się z nim, przyznając, że skażone plutonem odpady zakopane w dołach były dziesięć razy bardziej radioaktywne niż się wszystkim wydawało. – W samym Idaho jest mnóstwo plutonu – mówi Makhijani. – Część z niego przedostaje się przez glebę i zagraża warstwie wodonośnej rzeki Snake.
 

Makhijani postuluje wycofanie energii jądrowej i zastąpienie jej energią z wiatru. – W 12 stanach na środkowym-zachodzie USA jest wystarczający potencjał do generowania trzy razy zapotrzebowania na energię elektryczną całych Stanów Zjednoczonych – tłumaczy.
 

Marcus Page – buntownik w kapeluszu
 

W Las Vegas, poznałem tego aktywistę walczącego z energią nuklearną i działacza na rzecz pokoju. Został kiedyś aresztowany za protestowanie przeciwko programowi Gwiezdnych Wojen przy bazie lotniczej Vanderberg w Kalifornii. Regularnie pojawia się na protestach przeciw energii nuklearnej, gdzie rozpakowuje przenośną stację radiową i rozpoczyna nadawanie dla katolickiej społecznej stacji robotników. Na nasze spotkanie przyszedł z okrągłym kapeluszem z czarnego filcu z wąskim rondem, który wydawał się nieco za mały, dokładnie takim jakiego spodziewałbym się po baśniowym karle. Podziwiałem go, a Page natychmiast zdjął go i mi dał.
 

Chce wycofać broń jądrową i elektrownie, bo „po prostu tworzą więcej odpadów. Nie ma bezpiecznego sposobu ich przechowywania, więc jest nieodpowiedzialne, aby wygenerować materiały radioaktywne, które przetrwają setki pokoleń.”
 

Inna utalentowana kierowniczka DOE, Triay uciekła z rodzicami z Kuby w wieku trzech lat, a później uzyskała stopień doktora chemii na Uniwersytecie w Miami. Kieruje Pilotażowym zakładem izolacji odpadów w Nowym Meksyku, punkcie składowania, który spodziewa się otrzymać 850 tys. beczek odpadów transuranowych do 2035 roku. – Mam zamiar skrócić to o co najmniej 15 lat – mówi Triay, która mimo mnogości przepisów prowadzi zakład „jak biznes” — Istnieją dosłownie dziesiątki tysięcy wymagań, które muszę spełnić, a wiele z nich się pokrywa, co powoduje marnowanie czasu i pieniądzu.
 

Jeśli się jej uda, osiągnie koszty niższe o około 8 miliardów dolarów od oryginalnego szacunku 16 miliardów dolarów.
 

Joni Arends szuka dobrych rzeczy
 

Jest dyrektorem programów zarządzania odpadami w Concerned Citizens for Nuclear Safety, czyli Stowarzyszenia obywateli na rzecz bezpieczeństwa nuklearnego, grupy zajmującej się ochroną środowiska w Santa Fe w Nowym Meksyku. Późnym popołudniem w restauracji tex-mex przy drodze Cerrillos siedzieliśmy przy barze, a ja słuchałem jak Arends recytowała listę środowiskowych problemów rządu, od cząstek alfa po całą gamę innych niepokojących zjawisk. Po trzech Dr Peppersach zapytałem: – Joni, czy jest coś, co rząd Stanów Zjednoczonych zrobił w ciągu ostatnich 50 lat, co popierasz?
 

Odwróciła głowę w zamyśleniu, a po chwili spojrzała z powrotem w moją stronę. – Tak – powiedziała – prezydent Eisenhower zbudował układ dróg międzystanowych.
 

Śmiercionośne kaczątko
 

David Lyle to przewodnik po rzekach, który czuje się szczęśliwy, gdy pokonuje bystre prądy i „kiepsko”, gdy patrzy na ogromny kopiec odpadów uranu w pobliżu rzeki Kolorado koło jego domu w Moab w stanie Utah. „Kiepsko”, bo amoniak wypływa z odpadów do rzeki i zagraża już zagrożonym rybom, ponieważ rakotwórczy radon unosi się ze stosu i wisi jako radonowa „mgła”, a także przez to, że jest po prostu zmęczony patrząc na dziewięć milionów ton odpadów.

– Obywatele Moab krzyczą o tym od 25 lat – protestuje Lyle.
 

Stos w Moab jest jak brzydkie kaczątko wśród wspaniałej scenerii pustyni w Parku narodowym Arches i leżących niedaleko mokradeł im. Scotta M. Mathesona. DOE zastanawia się, czy je przenieść, kosztem 364 milionów dolarów, czy spróbować zatrzymać wycieki amoniaku i innych substancji zanieczyszczających wody podziemne.
 

Dla Spence’a, Makhijaniego, Arends i wielu innych, bezpieczeństwo transportu materiałów nuklearnych drogami i koleją stanowi największy problem. Blisko Chugwater w stanie Wyoming trafiłem na taki transport podczas powrotu z wyjazdu na ryby do mojego domu w Denver. Grupa wojskowych dżipów pełnych żołnierzy, duże vany Chevy Suburban z napisami „Ochrona” i krążący helikopter eskortowały dużą ciężarówkę z białą naczepą z logo lotnictwa USA. Cała grupa pełzała 80 km na godzinę na międzystanowej autostradzie, gdzie można jechać 120. Na drzwiach wiodącego pojazdu widać było znak „Stany Zjednoczone Ameryki”.
 

Jak dowiedzieć się, czy były to odpady nuklearne czy po prostu coś nuklearnego?
 

Postanowiłem być uciążliwy, więc wyprzedziłem konwój i zaparkowałem przy drodze, trzymając komórkę w podejrzany sposób, a przynajmniej taką miałem nadzieję, i mój laptop otwarty. Za trzecim razem, gdy zaparkowałem, było już ciemno. Przestałem już się łudzić, że przyciągnę uwagę.
 

Nagle moje drzwi otworzył wysportowany, wręcz kwadratowy, mężczyzna w niebieskim kombinezonie z pasem na naboje, który przedstawił się jako oficer U.S. Marshals. – Zastanawiamy się dlaczego pan to robi – powiedział. Podjechał blisko mojego samochodu z wyłączonymi światłami, a teraz zasłonił swoją prawą rękę, którą prawdopodobnie trzymał broń. Śmigłowiec zawisł nad nami, a jego reflektor skierowany był w moją twarz.
 

Zmieszany, odpowiedziałem, że piszę dla NATIONAL GEOGRAPHIC i pracuję nad artykułem o odpadach promieniotwórczych. – Wiemy, kim jesteś – odparł. W tym momencie minął nas konwój z przyczepą.
 

– Czy to odpady nuklearne? – zapytałem.

– Nie – odpowiedział.

– Czy może mi pan powiedzieć, co to jest?

– Nie.
 

Marshal Douglas Lineen zamknął drzwi mojego samochodu i odjechał. Helikopter odleciał, a ja postanowiłem przestać irytować tych ludzi i spróbować dowiedzieć się, czy podejrzany ładunek może być głowicą nuklearną.
 

– Przy takim poziomie zabezpieczeń, prawdopodobnie kompletna głowica – wytłumaczył mi Douglas Ammerman, inżynier w Sandia National Laboratories, czyli Krajowym laboratorium Sandia w Albuquerque w Nowym Meksyku, którego zapytałem o to później. Ammerman zarabia na życie testując zbiorniki w skali od 1/4 do 1/2 przeznaczone do przewozu odpadów nuklearnych.
 

Jego technicy zrzucają, palą, zanurzają, próbują przebić lub w jakikolwiek inny sposób wymęczyć pojemniki, aby sprawdzić ich integralność. W jednym, wyjątkowo spektakularnym przypadku, uderzyli lokomotywą poruszającą się z prędkością 130 km na godzinę w przestarzały, pełnowymiarowy zbiornik ustawiony na przyczepie, co uszkodziło lokomotywę, ale nie zbiornik.
 

Ammerman powiedział mi, że nie potrafi wyobrazić sobie sytuacji, która mogłaby spowodować pęknięcie zbiornika. – Może gdybyśmy przejeżdżali koło wulkanu St. Helens, gdy wybuchał – zaproponował.
 

Ekspert: Musimy wiedzieć, jaka katastrofa lub pożar spowodują przerwanie zbiornika
 

Don Hancock, dyrektor programu zarządzania odpadami nuklearnymi w Southwest Research and Information Center, czyli Centrum Badań i Informacji dla regionu południowo-zachodniego w Albuquerque, zakwestionował stwierdzenie Ammermana. Hancock przytoczył fakt, że pociąg towarowy przewożący odpady niebezpieczne rozbił się w zeszłym roku w tunelu w Baltimore, powodując pożar, który palił się przez pięć dni. – Musieli zamknąć tunel. Co gdyby był to transport zużytego paliwa? – zapytał.
 

Hancock zauważył, że propan pali się przy temperaturze ponad 1090 stopni Celsjusza. Nuclear Regulatory Commission, czyli Komisja ds. Uregulowań Nuklearnych określa, że pojemniki należy sprawdzać poprzez palenie przez pół godziny w temperaturze 800 stopni Celsjusza.
 

W biurach NRC w Rockville w stanie Maryland, zadaję pytanie E. Williamowi Brachowi, dyrektorowi Biura ds. wypalonego paliwa. Dlaczego 800 stopni Celsjusza? Brach spojrzał na mnie, po czym zwrócił się z pytającym wyrazem twarzy w stronę Marka Delligattiego, starszego kierownika projektu, który wzruszył ramionami.
 

Okazuje się, że NRC przyjęło standard w 1965 roku, przejmując go i inne z wymagań Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej opublikowanych w 1961 roku. Hancock uważa te 40-letnie normy za przestarzałe.
 

– Chciałbym zobaczyć pełnowymiarowe pojemniki testowane aż do momentu awarii – mówi – tak jak samochody. Musimy wiedzieć, jaka katastrofa lub pożar spowodują przerwanie zbiornika.
 

Wygląda to na istotną kwestię, ponieważ transporty wysokoaktywnych odpadów po drogach i szynach w całym kraju mogą w końcu przewozić dziesiątki tysięcy ton zużytego paliwa z elektrowni nuklearnych, statków marynarki wojennej i innych odpadów niebezpiecznych na składowiska. Samego wypalonego paliwa z elektrowni dochodzi 1800 ton rocznie. Już teraz kilka basenów do jego przechowywania jest pełnych, a nadmiarowe wypalone paliwo składowane jest nad ziemią w zbiornikach, które mogą być określone jako bezpieczne na co najmniej 20 lat. Niektórzy mówią, że należy te materiały przechowywać nad ziemią, a być może pojawi się nowa technologia, która posłuży rozwiązaniu problemu.
 

Znaczące i niedopuszczalne zagrożenie
 

Jeśli wszystko potoczy się po myśli rządu, transporty będą jechały do góry Yucca, 145 kilometrów na północny zachód od Las Vegas. To miejsce wybrane przez Kongres w 1987 roku jako potencjalne składowisko dla zużytych prętów paliwowych oraz innych odpadów wysokoaktywnych z całego kraju. DOE zainwestowało cztery miliardy dolarów w próby i wykonywanie tuneli w Yucca, pośród kontrowersji ścielących się tak grubo jak zagęszczony pył wulkaniczny, z którego zbudowany jest wysoki na ponad 450-metrów grzbiet.
 Stan Nevada stanowczo stwierdza „znaczące i niedopuszczalne zagrożenie” kryjące się niemal wszędzie przy górze Yucca, od geologii, przez wody podziemne, aż po pojemniki ze stopów niklu (na zużyte paliwo), które zdaniem DOE przetrwają co najmniej 10 tys. lat. Raczej 500 zdaniem stanu i wielu ekologów zgadza się z taką oceną.
 W styczniu, Spencer Abraham, Sekretarz ds. energii, oświadczył, że teren jest „właściwy z naukowego punktu widzenia” i „odpowiedni technicznie” do działań budowlanych, przekazując sprawę do Prezydenta, jak wymaga prawo, a jednocześnie atakując stanowisko stanu Nevada.Nevada odpowiedziała na to ogniem. Senator John Ensign odparł: – Departament Energii nieugięcie prze ku budowie w górze Yucca, bez względu na argumenty naukowe, etyczne i koszty. Gubernator Kenny Quinn zagroził wniesienie pozwu aż do Sądu Najwyższego.
 Po zatwierdzeniu lokalizacji przez prezydenta Busha, 15 lutego, Nevada wniosła w dniu 8 kwietnia wniosek wyrażający dezaprobatę, wysyłając sprawę do Kongresu, który może odrzucić weto Nevady większością głosów. Wokół terenu narosły ogromne kontrowersje i wciąż nie wiadomo, czy składowisko powstanie w od dawna określonym miejscu.
 Ale co będzie potem?
 

Jedną z ważnych kwestii jest to, że Agencja Ochrony Środowiska orzekła, że DOE musi wykazać, że góra Yucca może spełniać normy EPA dla zdrowia publicznego i środowiska przez 10 tys lat. Czy to oznacza, radioaktywność nie będzie zagrożeniem po 10 tys lat? Nie. Według DOE największa dawka promieniowania oddawana do środowiska pojawi się po 400 tys lat.
 

Niemniej jednak, pomimo sprzeciwów wielu naukowców, EPA zdecydowała się na okres 10 tys lat, ze względu na „ogromne wątpliwości” co do tego, co stanie się potem.
 

– Czy myślisz, że wciąż będzie istniał Departament Energii za 300 tys lat? – zostałem zapytany przez Steve’a Page’a, dyrektora Biura ds. promieniowania i powietrza wewnętrznego w EPA.
 – Nie wiem. Nie ma jednak wątpliwości, co do tego, jak długo potrzeba, by radioaktywność ustąpiła. Jest to koło dziesięciu okresów półtrwania, czyli przypadku plutonu 239 do 240 tys lat.
 Nie ma podręcznikowych rozwiązań. Niektórzy ekolodzy zgodziliby się na okres zgodności od 250 tys do 500 tys lat. Szwedzi celują wyżej. Do przechowywania swoich odpadów wysokoaktywnych planują używać pojemników stalowych pokrytych miedzią, która nie ulegnie korozji w przypadku braku tlenu, osadzonych na głębokości 550 metrów w granicie (opcja odrzucona w USA) i otoczonych nieprzepuszczalną gliną, co zahamuje przenoszenie wilgoci. Oczekują, że taka struktura zatrzyma radioaktywność na milion lat.
 To mnóstwo czasu na to, by Homo sapiens doświadczył zmian ewolucyjnych. Być może zmienimy się w Homo furioso, zastanawiających się głośno, co ci starożytni Amerykanie myśleli, gdy zakopali te rzeczy w ziemi i postanowili, że 10 tys lat to wystarczająco długi czas na ich przetrzymywanie?
 Według Yoon Chang, eksperta w dziedzinie technologii reaktorów i dyrektora w Argonne National Laboratory, czyli Laboratorium krajowym Argonne, w pobliżu Chicago, może istnieć lepszy sposób. Dzisiejsze nieefektywne reaktory spalają tylko 3 procent paliwa. Pozostałe 97 procent uważa się za „zużyte” i nadające się tylko do góry Yucca.
 W ramach ambitnego projektu recyklingu, Chang chce używać tego paliwa w zaawansowanym „szybkim” reaktorze, który na papierze spalałby 99,9 procent paliwa, pozostawiając wyłącznie 0,1 procent plutonu i jego radioaktywnych przyjaciół wymagających długoterminowego składowania. – Większość odpadów zostanie spopielona i będzie nieszkodliwa w ciągu zaledwie 300 lat – przewiduje Chang, choć niektórzy się z nim nie zgadzają. [On KŁAMIE: Bowie, że użyć można paliwo jądrowe – ale 99% odpadów to produkty, fragmenty rozszczepienia. Ich nie da się „wypalić”. Mirosław Dakowski]
 Nawet Homer Simpson nie dałby rady sprowokować katastrofy szybkiego reaktora – mówi Chang. W porównaniu z dzisiejszymi reaktorami chłodzonymi wodą, sodowe chłodziwo ma wysoki punkt wrzenia i pochłonęłoby nadmiar ciepła. Tymczasem paliwa rozszerzałyby się i oddzielały, zatrzymując reakcję łańcuchową „bez interwencji człowieka”. Jak tłumaczy Chang, podstawy technologii szybkiego reaktora zostały pokazane, a kolejnym krokiem jest przygotowanie w pełni sprawnej zaawansowanej konstrukcji, co stanowi ogromny projekt, który wymagałby „około dziesięciu lat i dwóch miliardów dolarów funduszy federalnych”.
 Szybki reaktor brzmi zbyt dobrze, by mógł być prawdziwy i może tak właśnie jest. Sceptycy pytają, czy obietnice można faktycznie zrealizować, zwracając uwagę na fakt, że sód łatwo się zapala. Chang pozostaje jednak jest optymistą.
 Co powiecie na wart dwa miliardy dolarów zakład na rozwianie wątpliwości? Czy może lepiej budować składowisko jak w górze Yucca co mniej więcej 50 lat i naprawdę rozzłościć Homo furioso? A może lepiej rzucić wszystko co nuklearne i przenieść pieniądze na energię z wiatru lub słoneczną.
 Są to pytania, z którymi USA i inne kraję będą musiały się zmierzyć, tak samo jak z nadal nierozwiązanymi problemami z odpadami. Mnie męczy pięć zakładów przetwarzania plutonu w Hanford. Trzy z tych obskurnych szarych sarkofagów mają ponad 300 metrów długości i żelbetowe ściany grube na prawie trzy metry. Rozebrać te potwory i gdzie umieścić gruz?
 Niektórzy sugerują, by ich nie rozbierać. Lepiej wypełnić je niskoaktywnymi odpadami i przykryć czystą ziemią. Podoba mi się taki pomysł, harmonijne rozwiązanie dla kontrowersyjnego rozdziału w historii kraju – radioaktywność wracająca do łona, w którym powstała.
 Autor: Michael E. Long

Decontamination work to start in more parts of Fukushima in FY 2023

Decontamination work to start in more parts of Fukushima in FY 2023

https://www3.nhk.or.jp/nhkworld/en/news/20221217_01/ Friday, Dec. 16, 17:57

The Japanese government says decontamination work will start next fiscal year in more parts of Fukushima Prefecture that remain off limits following the March 2011 nuclear accident.

Authorities designated the areas as „difficult-to-return zones”, and evacuation orders remain in effect.

除染

On Friday, Reconstruction Minister Akiba Kenya said the decontamination work includes parts of Okuma and Futaba towns.

A detailed schedule remains undecided, but the work will begin in the fiscal year starting next April.

The government plans to fund the work with 6 billion yen, or nearly 44 million dollars, from the state budget.

Illustration of post-accident state of 1–4 reactors, all but 2 display obvious damage to secondary containment

Some parts of the „difficult-to-return zones” have already been cleaned up so that people can return.

The ruling coalition has been urging the government to decontaminate more areas.

Tanks storing treated radioactive water are lined up at the Fukushima No. 1 nuclear power plant in Fukushima Prefecture. | KYODO

Fukushima: La décontamination des sols n’ont pas concerné les forêts, qui recouvrent „les trois quarts de la zone affectée”. A coûté 24 milliards d’euros”

Fukushima: La décontamination des sols n’ont pas concerné les forêts, qui recouvrent „les trois quarts de la zone affectée”.

L’enlèvement de la partie superficielle de la couche arable „a coûté à l’Etat japonais 24 milliards d’euros”

https://www.geo.fr/environnement/fukushima-la-decontamination-des-sols-a-fortement-reduit-la-radioactivite-199024

Les travaux de décontamination des sols entrepris après l’accident nucléaire de Fukushima au Japon, essentiellement par décapage, ont permis de réduire de 80% les concentrations de césium radioactif, mais le problème des forêts reste entier, selon une synthèse d’études scientifiques.

Ces travaux, décidés par les autorités japonaises après la catastrophe de mars 2011, ont été menés sur plus de 9.000 kilomètres carrés, une région qui va de la zone située à proximité de la centrale nucléaire (11 municipalités évacuées) à une zone plus vaste de 40 municipalités, touchées à des niveaux plus faibles, mais significatifs, de radioactivité.

Ils sont aujourd’hui quasiment achevés et, pour la première fois, des chercheurs en tirent les leçons dans une synthèse d’une soixantaine de publications scientifiques, parue dans la revue Soil de l’Union européenne des géosciences.

Selon cette synthèse, „le décapage de la couche superficielle du sol sur une épaisseur de 5 centimètres, principale méthode retenue par les autorités japonaises pour assainir les terres cultivées, a permis de réduire les concentrations en césium d’environ 80% dans les zones traitées”.

Cet travail d’assainissement – qui n’avait pas été fait après la catastrophe de Tchernobyl – s’est donc avéré „efficace” et a permis de „vérifier sur le terrain que le radiocésium reste bien dans les couches superficielles du sol”, a affirmé à l’AFP Olivier Evrard, chercheur au Laboratoire des sciences du climat et de l’environnement (CEA/CNRS/Université de Versailles St-Quentin-en-Yvelines), et coordinateur de la publication.

Le chercheur rappelle que le Césium 137 „constitue le risque le plus élevé pour la population à moyen et long terme, car on peut estimer qu’il subsistera environ trois siècles dans l’environnement en l’absence d’action de décontamination”.

Le coût est néanmoins extrêmement élevé: l’enlèvement de la partie superficielle de la couche arable „a coûté à l’Etat japonais environ 24 milliards d’euros”, soulignent les auteurs de la synthèse dans un communiqué.

La technique génère en outre une quantité importante de déchets (20 millions de m3), „difficiles à traiter”.

Mais surtout, ces travaux n’ont pas concerné les forêts, qui recouvrent „les trois quarts de la zone affectée”. Intactes, elles constituent donc „un réservoir potentiel à long terme de radiocésium”, alertent les scientifiques.

Or ces forêts sont soumises à l’érosion des sols, avec les typhons, crues et glissements de terrain, ce qui peut entraîner une contamination du réseau hydrographique.

Une autre méthode de décontamination la „phytoextraction” (déjà testée à Tchernobyl), a été évaluée: elle consiste à planter des végétaux qui pompent le césium du sol. „Mais les études nous montrent que le rendement n’est pas bon”, selon Olivier Evrard.

Warszawa: Oblacje w Bractwie św. Piusa X

Warszawa: Oblacje w Bractwie św. Piusa X

  • 15 grudnia 2022 https://news.fsspx.pl/2022/12/warszawa-oblacje-w-bractwie-sw-piusa-x/

8 grudnia 2022 r. trzech polskich kapłanów wstąpiło do Bractwa św. Piusa X

W czwartek 8 grudnia 2022 r., w święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, w warszawskim kościele noszącym to wezwanie oblacje złożyło trzech kapłanów, wstępujących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X – ks. Piotr Dzierżak, ks. Piotr Świerczek oraz ks. Michał Wierzejewski (do tej pory o. Bonawentura). Solenną Mszę św. celebrował przełożony Dystryktu Europy Środkowo-Wschodniej ks. Karol Stehlin FSSPX, w asyście warszawskiego przeora ks. Konstantyna Najmowicza FSSPX jako diakona oraz ks. Szymona Bańki FSSPX jako subdiakona.

Podczas kazania ks. Stehlin podkreślił fakt, że abp. Marceli Lefebvre nieprzypadkowo wybrał akurat to święto na dzień, w którym nowi członkowie założonego przezeń Bractwa składają oblacje. Arcybiskup chciał w ten sposób podkreślić oddanie całego Bractwo pod opiekę Najświętszej Maryi Panny – Tej, która jako jedyna była bez grzechu, także pierworodnego – oraz postawić Ją nowo przyjmowanym kandydatom za wzór wierności. Przełożony dystryktu dodał, że obecnie bardziej niż kiedykolwiek świat potrzebuje świętych kapłanów, mających władzę odpuszczania lub zatrzymywania grzechów oraz ponawiania ofiary naszego Zbawiciela przez odprawianie Mszy św., aby dzięki temu Jezus Chrystus mógł nawracać dusze.

Wszystkim Czytelników prosimy o pobożne westchnienie w intencji nowych polskich członków Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X.

Nachalna promocja Chanuki przez Chabad-lubawicz to działalność celowa, zaplanowana, mocno finansowana.

Mirosław Dakowski

…aby przykryć, lub zlekceważyć normalną przecież w Polsce katolicką radość, katolickie święto Bożego Narodzenia, radość z przyjścia obiecanego Mesjasza na Ziemię.

Bezczelne a chamskie czerwone krasnale z Laponii ze swoimi reniferami mają zastąpić świętego biskupa z Miry – Mikołaja [IV wiek]. Mrugające sklepy z błyskotkami – mają zastąpić nastrój skupienia adwentowego, podniosłość i piękno Rorat…

Przykro, że od lat w tej anty-katolickiej propagandzie biorą udział „wybrani” w farsach wyborczych [„proporcjonalnie” – w ordynacji narzuconej przez rebe Geremka] rząd, sejm, p.rezydent.

==============

Oni, ich przodkowie, przed sądem Piłata odrzucili i skazali na haniebną śmierć swojego przecież, zapowiadanego od stuleci przez Proroków Mesjasza, którym był i jest Jezus Chrystus.

Teraz, od wielu wieków promują swoich mesjaszy: Sabataja Cwi, jakiegoś Franka, teraz jakiegoś zboczonego Harari.

sabataj_cwi_en_face_zw.jpg [488.96 KB]

Ogromne jest ich niezadowolenie, że prawdziwy Mesjasz odbiera uwielbienie na całej planecie.

Te bezczelne próby narzucenia „wesołej Chanuki” są skoordynowane z innymi zaplanowanymi działaniami.

Od kilku lat zdziwieni byliśmy, ci naiwni, czemu Trzaskowski w Warszawie każe sadzić 30-letnie obce drzewa sprowadzono za ogromne pieniądze z obcych krajów, czemu zamiast rozszerzać ulice, to je każe zwężać przy pomocy drzew i trawników ustawianych na jezdni w jakiś brzydkich, wielkich skrzynkach.

Wydawało nam się to działalnością anty-racjonalną, ale zgodną z dyrektywami Zielonego Ładu i 15-minutowego podziału miast. Zielone piekło: „15-minutowe miasta”. „Pionierskie”: Kraków, Warszawa, Łódź, Rzeszów i Wrocław. Poligony doświadczalne dla Agendy 2030.

Śródmieście ma być dla tych, którzy potrafią wycisnąć „głupich gojów” podatkami, cenami najmu, cenami elektryczności i gazu czy miejskiego ciepła – na obrzeża, skąd będą musieli „wykonywać usługi” dla Panów.

To jest spójne.

To plan – czy się uda? Zależy od naszej świadomości, od naszej determinacji.

==========================

Mail:

Boże Narodzenie: porządek nabożeństw

BajerzeBiałystokBielsko-BiałaBolesławiecBydgoszczChorzówGnieznoHerbyJarosławJózefówKrakówLubatowaLublinNowy SączOpoleOstrołękaPoznańRadomRzeszówSuwałkiSzczecinTarnówToruńWarszawaWrocławZamośćŁódź

Izraelska sieć aptek Super-Pharm odnotowała miliardowe zyski w Polsce! Nie zapłaciła ani grosza podatku dochodowego.

Izraelska sieć aptek Super-Pharm odnotowała miliardowe zyski w Polsce! Nie zapłaciła ani grosza podatku dochodowego.

Związek Aptekarzy Pracodawców Polskich Aptek opublikował raport dotyczący przychodu sieci aptecznych prowadzących działalność gospodarczą na terenie Rzeczpospolitej. Wnioski są przerażające!

Raport obejmuje działalność sieci w latach 2017-2020. Wynika z niego, że odprowadzane przez sieci apteczne podatki są blisko 5 razy mniejsze od tych, które płacą apteki indywidualne i to pomimo znacznie większych obrotów. Największe sieci nie płacą prawie nic, a izraelska Super-Pharm nie wpłaciła ani grosza podatku dochodowego do polskiego budżetu. Sieci apteczne, które odnotowały obrót wynoszący 65 mld zapłaciły w podatkach tylko 137,2 mln złotych.

Z raportu dowiadujemy się, że polski rynek generuje ogromne zyski sieci aptecznych. Zwrócił na to uwagę m.in. dyrektor generalny izraelskiej sieci Super-Pharm Nitzan Lavie: – Poświęcamy nasz zysk operacyjny i brutto w celu obniżenia cen w Izraelu, podczas gdy nasze źródła zysku znajdują się w Polsce i Chinach – dla izraelskiego portalu Haaretz mówił Lavie. Raport podaje, że izraelska sieć według raportu w latach 2017 i 2019 (brak danych za 2018) odnotowała łączny przychód 2,330 mld zł. Od tego zapłaciła okrągłe 0 zł podatku dochodowego.

Niewiele więcej w latach 2017-2019 zapłaciła sieć aptek DOZ – przy dochodzie 1,395 mld. zapłaciła trochę ponad pół miliona, co stanowi zaledwie 0,04 proc. obrotów.
100 procent udziałów w DOZ SA ma spółka prawa holenderskiego, CEPD NV – czytamy w raporcie.

Nieco więcej, wszak równie minimalne sumy w ramach podatku dochodowego odprowadziła sieć aptek Dr. Max, która należy do funduszu inwestycyjnego Penta Investments, zarejestrowanego na Cyprze, wokół której rodzą się liczne wątpliwości.
Założycielami funduszu są absolwenci moskiewskiego instytutu stosunków międzynarodowych – kuźni dyplomatów czasów ZSRR – wynika z ustaleń Biura Bezpieczeństwa Narodowego, które cytuje portal Dziennik.pl. Na tym nie koniec. Portal Forsal.pl wskazuje także, że sieć Penta, do której należy sieć aptek Dr. Max uchodzi za podręcznikowy przykład korporacji, która zawładnęła elitami politycznymi Słowacji.
Takie wnioski wypływają ze stenogramów z operacji o kryptonimie „Gorila”, która polegała na założeniu podsłuchu w mieszkaniu Jaroslava Haszczaka, jednego z właścicieli firmy. Jeśli są autentyczne, Penta przejdzie do historii jako koncern, który skutecznie przejął kontrolę nad państwem. Państwem, które nie jest prowincjonalną republiką bananową, tylko członkiem UE i strefy euro – czytamy na portalu Forsal.pl.

Wnioski. Po pierwsze, apteki indywidualne są znacznie bardziej dochodowe i generują znacznie niższe straty niż apteki sieciowe, czyli funkcjonowanie aptek w tym modelu jest korzystniejsze dla budżetu państwa.

Po drugie, apteki indywidualne płacą ponad 4,5 krotnie wyższe podatki, niż sieci apteczne. Po trzecie, sieci apteczne (w Polsce są to sieci zagraniczne) odpowiadają za zmniejszenie wpływów do budżetu państwa o około 500 milionów złotych w badanym okresie.

Konkluzja, a w zasadzie pytania bez odpowiedzi. Dlaczego rząd Mateusza Morawieckiego wielokrotnie chwalący się łataniem luk budżetowych i kojarzony z natrętnych kontroli skarbowych, nie podejmuje się tematu izraelskiej i wyrosłej na moskiewskim chowie siec aptecznej, których działalność w Polsce nie przynosi realnego dochodu do budżetu państwa? Dlaczego apteki indywidualne płacą kilkukrotnie wyższe podatki dochodowe od ich sieciowych, zagranicznych konkurentów generujących o wiele większe przychody? O czyj interes zabiega polski rząd: polskich obywateli czy zagranicznych kolosów farmaceutycznych?

Źródło informacji: Raport ZAPPA, Dziennik.pl, Forsal.pl, Haaretz.com

Advocatus diaboli w sprawie o beatyfikację ś.p. Ulmów

Advocatus diaboli w sprawie o beatyfikację ś.p. Ulmów

Stanisław O. Wujek

SANCTI NUMQUAM

Przeciwko beatyfikacji rodziny ś.p. Ulmów

Krótkie wprowadzenie

Pewien kapłan mający jakieś związki z procesami beatyfikacyjnymi polskich męczenników okresu drugiej wojny światowej wyznał, że mianowicie w celu ogłoszenia błogosławionych „szukaliśmy także osób świeckich, skoro dziś, na przełomie XX/XXI wieku tak duży nacisk kładzie się na rolę świeckich w Kościele”.

Takie spojrzenie na sprawę zdumiewa. Zawsze bowiem było w Kościele tak, iż za opinią świętości – także o kimś, kto przez bliźnich objęty był taką opinią jeszcze za życia – postępował kult, tyleż spontaniczny, co w pewnej mierze porządkowany przez duchowieństwo. Tak to trwało, nierzadko poprzez pokolenia, aż wreszcie po nieśpiesznym lecz gruntownym dochodzeniu Stolica Święta publicznie i uroczyście wynosiła daną osobę na ołtarze. W tym wszystkim chodziło o to, aby nowy święty lub błogosławiony, stawiany ludziom za wzór do naśladowania i jako ich orędownik przed Bogiem, nie wywoływał swoim życiorysem żadnych wątpliwości ani kontrowersji. Aby można się było od tej pory ufnie modlić do niego, czy też za jego pośrednictwem w tej błogiej pewności, iż się oddajemy w dobre ręce. „Chwalcie Pana w Świętych Jego” – napisano na fasadzie świątyni pod wezwaniem Wszystkich Świętych.

Lecz nie w odwrotnej kolejności: że mianowicie z pobudek takiej czy innej bieżącej polityki planujemy oto wskazać na jakąś grupę społeczną, po czym poszukujemy, kogo my to w tej uprzednio przez nas wybranej grupie mamy świętego. W powyższym przypadku świeckich męczenników drugiej wojny światowej owe poszukiwania dały co do liczby wyniki niewielkie – jak wiemy – a to z prozaicznego powodu niewystarczających danych, jakie się zachowały o poszczególnych osobach. O Świętym mianowicie wiedzieć chcemy wszystko – od kołyski aż po grób – lecz w odniesieniu do jakże niewielu osób te postulaty naszej wiedzy i ciekawości mogą być spełnione.

Aczkolwiek wierzymy i pocieszamy się, że przecież sam Pan Bóg wie dobrze, jak wielu potępionych i jak wielu świętych, ze wszystkich grup społecznych, przyniósł na przykład ten zaledwie kilkuletni, lecz jakże obfitujący w traumatyczne wydarzenia okres w dziejach, zwany drugą wojną światową. I nam przecież przekonanie, że Bóg to wie, w naszej wierze wystarczy. Tak zawsze było: niekończący się orszak świętych, lecz niewielu z nich ogłoszonych świętymi przez Kościół, tu na ziemi.

Atoli niniejsza prezentacja, czyniona niestety z wieloletnim opóźnieniem – bo dopiero w roku 2018 – ma na celu przestrogę przed nową herezją, jaka przeciwko Kościołowi Świętemu się szykuje. Ważnym lub może nawet milowym krokiem w postępie tej herezji ma być szykowana od kilkunastu już lat beatyfikacja ś.p. członków polskiej rodziny Ulmów z Markowej k/Łańcuta, którzy w dniu 24 marca 1944 roku zostali zastrzeleni przez niemiecką żandarmerię za to, że w swoim chłopskim obejściu przechowywali grupę Żydów, którzy także zostali wtedy zastrzeleni, w pierwszej kolejności. Zanim do tego doszło, owi Żydzi przebywali w domu ś.p. Ulmów przez aż półtora roku.

Obecnie – wiosna 2018 r. – nie ma tygodnia, aby w polskojęzycznych telewizjach Ulmowie nie byli wspominani. „Historii Ulmów”, podawanej już w formie swoistej pseudo-hagiografii, ani niuansów przewodu beatyfikacyjnego, opowiadać tu szczegółowo nie będziemy, gdyż internetowe, więc łatwo dostępne na ten temat publikacje idą już chyba w setki. Są i druki, a nawet i „święte obrazki” z wizerunkiem całej rodziny: ojca Józefa, ciężarnej matki-Wiktorii oraz sześciorga kilkuletnich dzieci.

Bodaj żadna beatyfikacja w historii Kościoła Katolickiego, przynajmniej Kościoła w Polsce, nie była poprzedzona tak potężną „kampanią promocyjną”, którego to określenia używamy dlatego, że czynniki świeckie są w nią zaangażowane wyraźnie bardziej (i z użyciem większych nakładów materialnych), aniżeli duchowne.

Przecież wszelkie medialne wzmianki o tzw. „Sprawiedliwych wśród narodów świata” grają na rzecz beatyfikacji ś.p. Ulmów. Samym ś.p. Ulmom władze izraelskie przyznały ten tytuł wszakże późno, bo dopiero w roku 1995. Na rzecz owej beatyfikacji grają zresztą wszystkie wzmianki, publikacje, czy produkcje, także filmowe i telewizyjne o jakiegokolwiek rodzaju stosunkach polsko-żydowskich, zwłaszcza tych z owego kilkuletniego okresu drugiej wojny światowej. Skoro wszystkie, to wszystkie, skądkolwiek pochodzące, zatem i te antypolskie pochodzące od dzisiejszych Żydów, i te przeciwne pochodzące od dzisiejszych Polaków.

Porzekadło powiada: „Kto włada językiem, ten włada wszystkim”, a pokrewne mu dodaje: „Kto się tłumaczy, ten się samooskarża”.

Uwaga! To nie ten, kto komuś coś tłumaczy, jak nauczyciel uczniowi, dla rozwoju wiedzy i umiejętności tegoż ucznia; lecz ten, kto utracił był inicjatywę, ten przeciwko któremu kierowane są zarzuty, i któremu pozostało już tylko improwizować kruchą obronę, więc tłumaczyć się na zawołanie.

Zjawisko ekspansji tematyki żydowskiej w polskojęzycznych massmediach tu jedynie sygnalizujemy, gdyż poświęcone są jemu inne opracowania. Sekwencja przekazu docierającego do przeciętnego odbiorcy massmediów jest mniej-więcej następująca:

  1. Żydzi głoszą wyjątkowość swojego własnego męczeństwa pośród umęczonych narodów okresu drugiej wojny światowej, nazywają rzecz z grecka Holokaustem (pisanym dużą literą), czyli ofiarą całopalną, w nawiązaniu do ofiar składanych niegdyś w Świątyni Jerozolimskiej;
  2. Zatem Żydzi pilnują, aby masowe męczeństwo Polaków-katolików, którego sami wszakże byli świadkami, nie konkurowało w światowym dyskursie o drugiej wojnie światowej z ich żydowskim męczeństwem;
  3. Najlepszym ku temu sposobem jest przekonywanie, że Polacy wcale nie są tacy czyści i niewinni, gdyż wobec męczeństwa Żydów byli oni w najlepszym razie bierni, a w najgorszym współuczestniczyli z Niemcami w stanowiącej punkt zwrotny w dziejach świata zbrodni Holokaustu; a ostatnio pojawiają się głosy, że Polacy nawet w tym dziele Niemców prześcignęli poprzez m.in. zakładanie owych „polskich obozów koncentracyjnych”, bo to przecież Niemcy, jak ów „filmowy” i „dyżurny” Oskar Schindler, ryzykowali aby Żydów ratować;
  4. Stronie polskiej, jakkolwiek definiowanej, pozbawionej inicjatywy w omawianym tu dyskursie, wobec takich ewidentnych kłamstw pozostaje tylko co raz to zaprzeczać… i przedstawiać na dowód prawdziwości tych zaprzeczeń niezliczone fakty historyczne, na które strona żydowska ani chce spoglądać, a wraz z nią tzw. media międzynarodowe;
  5. Skoro zaprzeczenie i w ogóle rzeczowe uprawianie historii drugiej wojny światowej nie wystarczy, tzw. strona polska, a widzimy, że wraz z nią tzw. strona kościelna postanowiła tamtą żydowską narrację przelicytować. Lecz Żydom, paradoksalnie, właśnie o to szło. Przypomnijmy sobie owe, dostępne w przekazie internetowym i na nośniku papierowym, treści i obrazy z odbytej w niedzielę, w dniu 26 listopada 2017 roku w Toruniu, polsko-żydowskiej konferencji „Pamięć i nadzieja”. Transmitowane przez radio i telewizję spotkanie z udziałem najwyższych polskich czynników państwowych, kościelnych oraz wysokiej rangą delegacji Państwa Izrael oraz diaspory żydowskiej toczyło się – uwaga! – w kaplicy „poświęconej pamięci Polaków ratujących Żydów”. I chociaż natychmiast pojawiły się głosy żydowskie, także polskojęzyczne, piętnujące tamtych rodaków, którzy przyjęli gościnę u katolików i poważyli się wziąć udział w konferencji, niech nas to nie myli. Rezultatem takiej krytyki ma być zwiększenie po stronie katolicko-polskiej sympatii i uznania dla żydowskich uczestników owego spotkania, tak brutalnie za tę swoją „otwartość” potraktowanych przez niektórych spośród swych rodaków, lecz przecież uznania także dla uczestników polskich i katolickich, jako „partnerów w dialogu” – a wszystko wedle zasady „dobrego i złego milicjanta”. I nie jest to jakiś chwyt specyficznie „żydowski”, lecz rutynowy zabieg socjotechniczny.
  6. Ważąc każde słowo ośmielamy się z żalem i oburzeniem zauważyć, że narzędziem (sic!), czy też materiałem przetargowym (sic!) przyjętym przez tzw. stronę polską i katolicką do prowadzenia owej gorszącej licytacji są właśnie nieszczęśni ś.p. Ulmowie oraz liczne inne osoby, Polacy-katolicy, w tym także małe dzieci, których wojenne i okupacyjne losy potoczyły się podobnie tragicznie, co losy Ulmów. Piszemy o „narzędziu” i „materiale” „przyjętym”, a więc przez kogoś stronie katolickiej i polskiej podsuniętym, do czego jeszcze powrócimy.

Tak więc być musi, dopóki owa strona polska i katolicka nie przypomni sobie o własnej tożsamości oraz o tym, że obowiązana jest samodzielnie i suwerennie formułować swoje cele i sposoby ich osiągania. Uleganie albowiem jakimkolwiek wpływom, naciskom, czy sugestiom pochodzącym spoza katolicyzmu, w omawianym zaś przypadku z judaizmu rabinicznego, czy z tzw. judeochrześcijaństwa, prowadzi wprost do herezji, która pociąga za sobą apostazję tych, którzy jej ulegną.

Powyższe sześć punktów ilustruje przecież sytuację, kiedy to kto inny – w tym przypadku Żydzi – ustala czas, miejsce, tematykę, sposoby prowadzenia i wszelkie inne okoliczności debaty, czy raczej walki, a strona polska i katolicka poddaje się jedynie inicjatywie tamtej strony, sukcesywnie – jak to się mówi – spychana do narożnika.

Pomijamy tu towarzyszące tamtemu duchowo-religijnemu naciskowi, a nie mniej obszerne naciski pozareligijne – polityczne, gospodarcze, finansowe, paszportowe, roszczeniowe; te ostatnie związane z podejmowanymi przez podmioty żydowskie próbami restytucji mienia bezspadkowego na terenie Polski i innych krajów naszego regionu. Wiąże się to z przyjętą niedawno przez Kongres USA ustawą 447/1226, na który to temat istnieją już inne opracowania. Aktywność zatem Państwa Izrael oraz żydowskiej diaspory jest dziś w świecie bardzo rozwinięta. My jednak poprzestańmy na zagadnieniu wszakże katolickim i polskim, jakim są usiłowania zmierzające do przeprowadzenia beatyfikacji ś.p. Ulmów.

Kto jest moim bliźnim?

Jak już powiedziano, inspiracja do podjęcia przez władze Kościoła w Polsce procesu beatyfikacyjnego ś.p. Ulmów nie pochodzi z katolicyzmu, lecz z judaizmu rabinicznego. Powstała ona na bazie owego ciągnącego się już przez dziesięciolecia, gdyż zapoczątkowanego na Soborze Watykańskim Drugim „dialogu katolicko-żydowskiego”. Skoro coś przedstawiane jest jako katolickie, lecz nie z katolicyzmu pochodzi, jest to po prostu herezją, i to jakże podstępną.

Ś.p. Ulmowie mają być ogłoszeni Męczennikami za Wiarę Chrystusową. Czy zatem Polak (lub inny nie-Żyd), który w czasie wojny stracił życie za to, że uratował był innego Polaka (lub człowieka innej, lecz nie żydowskiej narodowości lub religii), też jest z tego powodu męczennikiem za Świętą Wiarę Chrystusową, którego uroczyście należy wynieść na ołtarze i uczynić tym samym naszym orędownikiem u Boga?

Najwidoczniej nie jest, bo gdyby był, to liczba ogłoszonych uroczyście błogosławionych i świętych szła by już w miliony. Lecz Kościół tego rodzaju liczbowym „biciem rekordów” się nigdy nie zajmował, zadowalając się przekonaniem, że przecież to Pan Bóg zna prawdę o każdym człowieku, lecz także zawsze stojąc – na co już wskazywaliśmy – wobec niedostatku wiarygodnych danych dotyczących jakże licznych osób cieszących się szacunkiem bliźnich za życia i po śmierci.

Druga wojna światowa i uczestniczące w niej miliony żołnierzy różnych armii (i religii). Ile to razy jeden drugiego – Polak Polaka, Niemiec Niemca, Rosjanin Rosjanina, Amerykanin Brytyjczyka i wzajemnie, zdrowy rannego wynosił spod ostrzału w bezpieczne miejsce. Bywało, że to owemu rannemu niosło ratunek, ale tego zdrowego dosięgała w ostatniej chwili jakaś zbłąkana kula niosąca mu śmierć. Bywało, że ginęli obydwaj, bywało że obydwaj ocaleli. Lecz przecież lekarz wojskowy, a na pierwszej linii sanitariusz mieli nawet regulaminowy obowiązek nieść taką pomoc, gdyż ich służba wojenna na tym właśnie polegała. Obydwaj zbierali z pobojowiska rannych własnych, lecz nierzadko także rannych żołnierzy przeciwnika. Ale to nie był i nie jest teologiczny powód, aby jakiegoś lekarza wojskowego, albo i wszystkich lekarzy wojskowych, oraz sanitariuszy, nawet tych, którzy stracili na wojnie życie lub zdrowie, uroczyście ogłaszać aż „Męczennikami za Wiarę Chrystusową” i wynosić ich wszystkich na ołtarze jako błogosławionych i świętych Kościoła Katolickiego.

W czasie pokoju też mamy groźne sytuacje – nieszczęśliwe wypadki; katastrofy komunikacyjne, budowlane, czy górnicze; tonące statki, spadające samoloty; klęski żywiołowe; bohaterskie akcje strażaków, ratowników medycznych, wodnych czy wysokogórskich, policjantów oraz straży granicznej; można wymieniać w nieskończoność. Pytamy więc, acz z na pewno niewłaściwym dla powagi omawianego tu tematu przekąsem, dlaczego tego wszystkiego nie zamieniono dotąd na beatyfikacje?!

Bo wedle zwolenników, nie dość że samego czynu, ale beatyfikacji – podkreślamy! – beatyfikacji rodziny Ulmów owi ludzie uratowani (a w tym konkretnym przypadku właśnie nie uratowani, bo zastrzeleni razem z Ulmami) muszą być koniecznie i tylko Żydami, aby ich nieszczęśni dobroczyńcy goje-Polacy zostali ogłoszeni przez Kościół w naszych czasach błogosławionymi Męczennikami.

Zagorzali zwolennicy beatyfikacji ś.p. Ulmów bez wahania odpowiadają na to, że przecież każdy człowiek, więc także Żyd, jest naszym bliźnim, zatem nikt nie może być a priori wykluczony z obszaru czynionego przez nas Miłosierdzia.

Właśnie tak! Nikt! Lecz przecież w omawianym przypadku wykluczeni, zmarginalizowani i zamilczani zostają wszelkiej narodowości dobroczyńcy, oprócz tych tylko, którzy udzielali byli pomocy beneficjentom jednej tylko narodowości, właśnie żydowskiej. Tak więc akurat Żydzi są tu traktowani przez stronę tzw. katolicką i polską jako bliźni uprzywilejowani (sic!), wyższej rangi (sic!), skoro pomoc im udzielona ma wyższą wartość (sic!) od identycznej pomocy udzielonej komuś innej niż żydowska narodowości, chociażby polskiej; i to nawet pomocy skutecznej, gdyż ta udzielana przez ś.p. Ulmów okazała się w końcu nieskuteczna.

Owa zatem zasada wyższości, czy też szczególnego wybraństwa narodu żydowskiego, jest sprzeczna z katolicyzmem, z chrześcijaństwem, ale leży ona u podstawy judaizmu rabinicznego, tego powstałego już w erze chrześcijańskiej, a zarazem po zburzeniu w roku 70 po Chr. Świątyni Jerozolimskiej i po ustaniu żydowskiego kultu świątynnego.

Zwolennicy beatyfikacji ś.p. Ulmów wychodzą z judaistycznego, więc nie-katolickiego założenia, że pomiędzy Żydami a pozostałymi ludźmi zachodzi różnica na korzyść Żydów, w następstwie czego Żydzi mają prawo żądać dla siebie od pozostałych nieograniczonego uznania, a nawet czynnej pomocy za wszelką cenę.

Natomiast Chrystus naucza, i czyni to Kościół, że wszyscy ludzie są równi w swoim człowieczeństwie, więc że wszyscy jesteśmy bliźnimi sobie nawzajem.

Z tego wynika – co powtarzamy – że liturgiczne wyróżnianie Polaków (i innych gojów) ratujących Żydów, jako „Męczenników za wiarę w Jezusa Chrystusa”, wywiedzione jest z przesłanek judaistycznych, a nie katolickich; daleko wykracza ono nawet poza standardy dotychczasowego „posoborowego ekumenizmu” i nosi znamiona herezji.

W widocznym miejscu na ścianie wspomnianej tu już toruńskiej kaplicy widnieje napis „Męczennicy polscy módlcie się za nami”. Pomysłodawcy, inwestorzy i budowniczowie tego obiektu najwyraźniej nie czekają nawet na procesy beatyfikacyjne, gdyż oni już sprawę na swój sposób rozstrzygnęli i na ścianie ogłosili. W jakim celu? W czyim (duchowym?) interesie? I to w liczbie mnogiej! A na ścianach owej kaplicy umieszczono setki nazwisk „Polaków ratujących Żydów”, zebranych przez kilka zaledwie lat przez pewnego księdza pracującego „z bratem”, jak to często podkreślano w audycjach pewnej rozgłośni radiowej. Przez kilka lat, we dwie osoby, chociaż przez z okładem siedemdziesiąt lat dzielących nas od zakończenia drugiej wojny światowej całe zespoły badawcze takiej kwerendy, jako żywo, przeprowadzić nie były zdołały.

Samej tej kaplicy należałoby się dokładniej przyjrzeć, czego my już tu nie będziemy rozwijać. Lecz – dla przykładu. Wiadomo, że religijnym Żydom-judaistom nie wolno wejść do chrześcijańskiej świątyni. Ale wtedy, w dniu 26 listopada 2017 liczni Żydzi do owej kaplicy, będącej częścią dużego kościoła, weszli i tam przebywali, a nawet przemawiali. Czy wszyscy oni byli bezreligijni? Jest to wątpliwe, aczkolwiek na ten temat nie mamy żadnej wiedzy. Lecz jeśli owi Żydzi byli religijni, to może właśnie owa wybudowana ze składek wiernych radiosłuchaczy kaplica ma charakter bardziej „ekumeniczny”, aniżeli katolicki, więc dla religijnych judaistów jest dzięki temu dostępna? A może na okoliczność konferencji „Pamięć i nadzieja” ludzie ci od swojej rabinackiej zwierzchności otrzymali jakąś dyspensę? Mnożą się pytania bez odpowiedzi.

Ktoś w związku z tym wszystkim zauważył trzeźwo: „Daliśmy się wkręcić w 'sprawiedliwych wśród narodów świata’, których istnienie oznacza, że cała reszta jest 'niesprawiedliwa’. A teraz judeochrześcijanie zaczynają robić z nich świętych. O tempora! O mores!”.

Inny autor stwierdza: „Jesteśmy zakleszczeni w judeocentrycznej narracji o historii, w której wszystko zmierzało do holokaustu i z niego wypływa, jak 'przed’ i 'po’ Chrystusie, którą to historię zbawienia hagada ta ma w oczywisty sposób unieważnić i zastąpić”.

Jakie zatem korzyści odniosło szerzenie Świętej Wiary Chrystusowej z męczeńskiej śmierci owej rodziny polskiej i katolickiej oraz rodziny żydowskiej (której członkowie się przecież na katolicyzm nie nawrócili), ostatecznie na próżno ukrywanej przez tamtą? Gdyby nawet tamci nieszczęśni katolicy, z jakichś nieznanych nam powodów, solidaryzowali się ze swymi żydowskimi podopiecznymi we wszystkim, to – znowu pytamy – jakie to by miało przełożenie na wzrost Kościoła Powszechnego?

Samego aktu dopomagania bliźnim, którym grozi niebezpieczeństwo, jako takiego oczywiście nie kwestionujemy. Lecz jest on zawsze osadzony w jakimś kontekście. W omawianym przypadku ten kontekst jest zdeterminowany przez okupacyjne niemieckie prawo nakazujące natychmiastową karę śmierci dla zarówno ukrywanych Żydów, jak i ukrywających ich Polaków. Kwestionujemy więc narażanie na śmierć osób trzecich, w tym zwłaszcza najbliższej rodziny, a w niej bezbronnych małych dzieci. Najbardziej nas – powtarzamy – niepokoi i wręcz oburza, że taka właśnie postawa ma być wpleciona aż w doktrynę katolicką i skutkować wyniesieniem na ołtarze ludzi, których szczególna – powtarzamy – szczególna zasługa dla rozkrzewienia Świętej Wiary Chrystusowej jest co najmniej wysoce wątpliwa. My zaś mielibyśmy podążać drogą ku wiekuistemu zbawieniu modląc się odtąd także do i za przyczyną tych ludzi (wśród nich nienarodzonego dziecka!), więc także ich uznawać za naszych orędowników przed Bogiem?

Ś.p. Ulmowie i inni Polacy dzielący ich los nie zginęli przecież za Wiarę Chrystusową, lecz za Żydów. Oni oraz wszyscy inni goje niosący w czasie wojny Żydom jakąś posługę, pomoc, czy zwłaszcza ofiarę, są dla dzisiejszych żydowskich zwolenników omawianej tu beatyfikacji warci akurat tyle i tylko tyle, ile to korzyści przyniosło Żydom i sprawie żydowskiej.

W tym kontekście dobór właśnie przypadku ś.p. Ulmów z Markowej jest niefortunny, gdyż przechowywani przez nich Żydzi bynajmniej nie ocaleli, lecz wszyscy zginęli razem ze swymi polskimi dobroczyńcami.Ważniejsze jest wszakże to, że ich polscy i katoliccy opiekunowie posłużyli im aż do końca, aż do ofiarniczej śmierci własnej i ich własnych polskich chrześcijańskich dzieci. I nie byli oni wcale nieskuteczni w swej posłudze Żydom, skoro dzisiaj, po upływie tak wielu lat, cała ta historia, i jej podobne, mogą być i są z takim powodzeniem wykorzystywane dla sprawy żydowskiej w massmediach całego świata.

Swoisty zaś kult własnego narodu, wybranego, wywyższonego, a w nowych czasach w pewnej części wyniszczonego w ramach tzw. holokaustu, jest właściwy Żydom, także tym deklarującym swoją bezreligijność (sic!). Natomiast beatyfikacja ś.p. Ulmów ma posłużyć jako element tego żydowskiego kultu umiejętnie wszczepiony w katolicyzm; przy czym Żydzi do ś.p. Ulmów modlić się przecież nie będą, gdyż to nie należy do ich religii. Modlić się mają Polacy i inni katolicy – do męczenników za Wiarę Chrystusową, którzy tak naprawdę nimi nie są. Zatem, w łonie samego już katolicyzmu – na co wskazywaliśmy – ofiara poczyniona dla Chrystusa ma być zamieniona na ofiarę poczynioną dla Żydów; ale to już nie jest katolicyzm, który wyznając i praktykując pragniemy dostąpić Zbawienia Wiecznego. I o to chodzi owym nieznanym i dalekim, ale pierwotnym pomysłodawcom całego „beatyfikacyjnego przedsięwzięcia”, o jakim tu mówimy; tu zaś na miejscu mamy czynne całe zastępy owych firmujących i wspierających to przedsięwzięcie „pożytecznych współpracowników”.

Czy to są Miłosierni Samarytanie?

Ś.p. Ulmów nazywa się w massmediach „Samarytanami z Markowej”, co jest kolejnym teologicznym i nie tylko teologicznym nadużyciem popełnianym powszechnie w omawianej tu sprawie.

Otóż miłosierny Samarytanin, pomimo przekraczania owych, zresztą ważnych, rytualnych barier i zakazów dzielących go od Żyda, któremu udzielał był pomocy (pomocy medycznej, a także w zakresie pielęgnacji), i który łożył na to dobrowolnie ze swojej kiesy, nie dokonywał czynu heroicznego (będącego wszak jednym z warunków beatyfikowania męczennika), ale czyn, co do którego Pan Jezus pragnie, aby był on pospolity, więc rozpowszechniony jak najszerzej pomiędzy wszystkimi ludźmi.

Miłosiernemu Samarytaninowi za udzielenie pomocy owemu Żydowi nie groziła ani śmierć, ani więzienie, ani żadne inne szykany; w Ewangelii nie ma o tym wzmianki. Ponadto Samarytanin działał sam, na swoją osobistą odpowiedzialność, nikogo w swoje postępowanie nie wikłając; owszem, całkiem jawnie, gdyż bez potrzeby konspirowania, opłacił on karczmarza, aby ten zajmował się poturbowanym Żydem aż do powrotu owego Samarytanina. Działo się to zresztą w Judei, czyli w kraju właśnie żydowskim, w którym ów Samarytanin był przybyszem i gościem (odwrotnie, aniżeli w przypadku ś.p. Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów).

Natomiast w czasie drugiej wojny światowej w Polsce pod niemiecką okupacją – jak powszechnie wiadomo – żaden z tych powyższych warunków swobody, w jakich działał był ów Ewangeliczny Samarytanin, nie był, bo i nie mógł być spełniony. Warto sięgnąć do świadectw uczestników tamtych wydarzeń, jak np. do sławnego „Protestu” Zofii Kossak-Szczuckiej, więźniarki Oświęcimia-Auschwitz. Toteż opieranie przesłanek beatyfikowania rodziny Ulmów na przywołanej przypowieści jest – jak już powiedzieliśmy – teologicznym nadużyciem.

Pomiędzy Jezusową przypowieścią a przypadkiem ś.p. Ulmów wspólne są tylko trzy wątki: i tu, i tam osobą korzystającą z pomocy jest Żyd (lub kilkoro Żydów); i tu, i tam osobą (osobami) udzielającą pomocy jest nie-Żyd; i tu, i tam ów nie-Żyd udziela bliźniemu, czyli Żydowi, pomocy dobrowolnie, z własnej inicjatywy i, przynajmniej Samarytanin, na własny koszt.

Żydom to wystarczy; reszta zgadzać się nie musi i rzeczywiście się nie zgadza.

Rozumiemy i przyjmujemy, że w przypadku ś.p. Ulmów rzecz działa się właśnie dobrowolnie. Natomiast pomiędzy bajki trzeba włożyć to, że łącznie bodaj szesnaście osób utrzymywało się przez półtora roku z bodaj pięciohektarowego gospodarstwa rolnego; w tym miejscu „historia Ulmów” także nie została „dopięta” przez jej dzisiejszych propagatorów. To oczywiste, że tym i innym swym ubogim dobroczyńcom Żydzi musieli coś płacić na swoje własne utrzymanie, gdyż owych Polaków-dobroczyńców, obciążonych pod karą śmierci lub wywózki do obozu zagłady obowiązkowym kontyngentem dostaw żywności dla Niemców, częstokroć nie stać było na utrzymanie swoich dzieci i siebie, a co dopiero dodatkowych osób w obejściu. Dodatkowa opłata od Żydów – za kwaterę, za opał i zwłaszcza za nieustające ryzyko ponoszone przez gospodarzy, a poprzez nich przez całą wieś – też nikogo nie gorszyła1.

Lecz przecież – co już wyżej powiedziano – Pan Jezus opowiedział o Miłosiernym Samarytaninie w innym celu, aniżeli ten, w jakim szykowana jest beatyfikacja ś.p. Ulmów. A to już świadczy o popełnieniu przez jej promotorów nie tylko błędu teologicznego (także i logicznego), ale wręcz bluźnierstwa.

Pan Jezus chce – przypomnijmy wspomnienie z odbywanych w dzieciństwie lekcji religii – aby ludzie sobie pomagali, „jeden drugiego brzemiona nosili”, bez względu na owe liczne występujące pomiędzy nimi podziały, ponieważ wszyscy oni są dziećmi Bożymi, więc dla siebie wzajem bliźnimi.

Co zaś tyczy starań o beatyfikację ś.p. Ulmów, to nie chodzi w nich o tę bezwzględną powszechność człowieczeństwa, dziecięctwa Bożego, ani pojęcia bliźniego, ale o wywyższenie jednej grupy ludzi ponad inną, mianowicie Żydów ponad pozostałych – Yehudim ponad goim.

Bluźnierstwo sięga także samej Cnoty Miłości-Miłosierdzia, stanowiącej bazę, kolumnę i zwieńczenie chrześcijaństwa. Tą cnotą się mianowicie manipuluje, na niej żeruje i czyni ją narzędziem moralnego szantażu, przekonując mianowicie, że każdy chrześcijanin jest wręcz zniewolony do tego, aby bez względu na okoliczności bezustannie praktykować Miłosierdzie koniecznie wobec osób mu obcych, poprzez co staje się on bezbronny, gdyż tamci obcy do odpłacenia chrześcijaninowi takoż Miłosierdziem bynajmniej nie czują się zobowiązani.

Ale Cnót jest więcej, i wszystkie je trzeba praktykować jednocześnie – bo to jest spójny system. A więc także Wiara i Nadzieja, ale zarazem: Roztropność, Sprawiedliwość, Umiarkowanie, Męstwo. Czy owi nieszczęśni Polacy, dorośli rodzice małych dzieci, jak ci z Markowej, rzeczywiście wyróżnili się także pielęgnowaniem tych cnót? Czy ś.p. Józef Ulma był roztropny? Czy, będąc ojcem rodziny, w trudnych czasach, wykazał się męstwem w chronieniu swoich dzieci i żony przed rozlicznymi zagrożeniami, i przed tym w doczesnym wymiarze najwyższym – nagłą śmiercią z ręki okupanta? Jeśli nawet nie dbał on o własne życie, jeśli z jakichś powodów bez oporów stawiał je na szali, to nie upoważniało go to do tego, aby cudze życie, i to najbliższych sobie, bezbronnych osób traktować równie beztrosko.

My, powodowani właśnie Cnotami, oczywiście modlimy się za zbawienie dusz ś.p. Ulmów – rodziców i ich dzieci, jak i za wszystkich innych wiernych zmarłych, pomordowanych, poległych w walce. Lecz nie ma powodu, abyśmy modlili się do Ulmów, czy też za ich wstawiennictwem.

Ów Żyd, jakiemu pomógł był Ewangeliczny Miłosierny Samarytanin, wyzdrowiawszy poszedł zaś swobodnie w swoją stronę. Lecz sam ów Samarytanin także udał się w swoją stronę, bezpieczny, przez nikogo nie nagabywany. Co jego postać ma wspólnego z męczeństwem? Nic. Nie należy jej więc przywoływać w kontekście „historii Ulmów”.

Czy rzeczywiście w służbie rodzinie i czy rzeczywiście przeciwko aborcji?

Te dwa tematy są w dzisiejszym okołokatolickim piśmiennictwie i w takichże massmediach szczególnie często podnoszone, ale teraz już prawie wyłącznie przy użyciu narracji świeckiej. Więc nawet na niedzielnych kazaniach nie przypomina się już ludziom, że na straży pomyślności rodziny stoją po prostu Przykazania Boże, jak zwłaszcza „IV Czcij ojca swego i matkę swoją”, „VI Nie cudzołóż” oraz „IX Nie pożądaj żony bliźniego swego (ani męża bliźniej swojej)”; a kwestię m.in. tzw. aborcji reguluje przykazanie „V Nie zabijaj”. Rodzinę chronią też Sakramenty Święte, wśród nich Małżeństwo i Chrzest.

W sprawach konkretnych i szczegółowych w sukurs chrześcijaninowi przychodzi nauka o sumieniu i w ogóle aretologia (nauka o Cnotach), o czym już tu było wzmiankowane. Z nauki tej wynika sławny Ordo Caritatis, czyli Porządek Miłosierdzia, dający chrześcijaninowi siłę i obronę w sytuacjach konfliktowych, kiedy to trzeba decydować, jakiego to bliźniego należy bronić przed agresją innego bliźniego. Piszemy „decydować”, chociaż matka w sytuacji zagrożenia swego dziecięcia nad niczym nie deliberuje, lecz instynktownie rzuca się w jego obronie, bo to wynika po prostu z jej macierzyństwa. Zauważmy, że u zwierząt jest podobnie, co wszystko razem ma służyć rozwojowi przez Boga samego stworzonych gatunków, wśród nich szczególnie wyróżnionego gatunku ludzkiego, więc przekazywaniu życia z pokolenia na pokolenie i na chronieniu tego życia, aby całe stworzenie, na czele z człowiekiem, nieustannie chwaliło Boga Stwórcę swego.

My natomiast z przerażeniem słuchamy kazań i homilii, wygłaszanych i utrwalanych w internecie nawet przez pewnego wysokiej rangi duchownego, w których ten i inni dzisiejsi kapłani katoliccy wskazują polskiej młodzieży, przystępującej właśnie do Sakramentu Bierzmowania (lecz także w rozmaitych innych okolicznościach), aby naśladowała „bohaterskie czyny rodziny Ulmów” – „Idź i czyń podobnie!”.

Tak więc okazuje się, że w ujęciu tych kaznodziejów rodzina katolicka, jej materialne oraz duchowe bezpieczeństwo i pomyślność, wcale nie jest najważniejsza. Bo ona ma być jakąś nową żertwą dla ludzi obcego plemienia i obcej cywilizacji, co z religią Chrystusową, jako żywo, nie ma nic wspólnego.

Rozwinięcie tych oburzających zadań jest następujące: Ojcze rodziny, igraj z losem i wystawiaj swoją żonę i dzieci przez długie miesiące na śmiertelne niebezpieczeństwo; że nie wspomnimy już o niedostatku wynikającym ze wzrostu liczby ludzi do wykarmienia. Matko rodziny, cierpliwie wspieraj w tym dziele męża swego. Wrodzy żandarmi przyjeżdżajcie i ojca, ciężarną matkę-Polkę oraz wszystkie ich niewinne, małe, polskie, katolickie, ochrzczone dzieci zabijajcie. A ty, naiwny Narodzie Polski, i wy wszyscy katolicy, zachwycajcie się tym wspaniałym zdarzeniem i w dodatku jeszcze módlcie się „do” tych pomordowanych, gdyż w takich właśnie etapach zadana im śmierć ma być podobno ofiarą szczególnie Bogu miłą.

Nie pozwolilibyśmy sobie na sarkazm przy opisywaniu tej tragedii, gdybyśmy wprzódy nie usłyszeli bardzo podobnego kazania wygłaszanego w katolickiej wszakże świątyni do zgromadzonych tam w dobrej wierze wiernych – dzieci, młodzieży i dorosłych.

„Miłuj bliźniego swego jak siebie samego” – mówi Pismo. Ale na ścianie wzmiankowanej już toruńskiej kaplicy wypisano inny biblijny cytat: „Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J, 15, 13). Pomiędzy „bliźnim” a „przyjacielem” zachodzi wszakże różnica. Bliźnim jest każdy człowiek, więc nawet ten obcoplemienny Samarytanin. Natomiast sam Pan Jezus przyjaciółmi swoimi nazywa ludzi sobie bliskich, wierzących w Jego Boskość, w pierwszym rzędzie Apostołów; nawet Judasza, jeszcze wtedy, gdy ten szedł wskazać Pana szukającym Go siepaczom.

Zaraz po wypowiedzeniu cytowanego wyżej zdania Pan Jezus mówi do swoich uczniów następująco: „Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J, 15, 14-15).

Zatem wedle narracji zmierzającej ku beatyfikacji ś.p. Ulmów to nie własne rodzone dzieci miały być dla ich rodziców tymi „przyjaciółmi”, za których oddaje się życie z miości do nich. Jak tam naprawdę było, to było, lecz nam się dziś pokazuje i wmawia, że ś.p. Józef i Wiktoria ponad własne polskie i katolickie dzieci umiłowali swoich „braci” Żydów. Że zatem rzekomo ewangeliczny heroizm ś.p. Józefa i Wiktorii opiera się na tym, że oni życie przede wszystkiem własnych małych dzieci, nie mogących ani o niczym zadecydować, ani się ratować, ani się gdzie indziej schronić, lecz także życie swoje własne, dorosłych osób, ryzykowali by pomóc Żydom, w tamtym przypadku niemal wyłącznie dorosłym osobom, w tym kilku silnym mężczyznom (którzy podobno „pomagali w gospodarstwie”, co jest wszakże sprzeczne z wymogami ukrywania się przed Niemcami).

Jaka to „wiara” żądała męczeństwa i w ogóle narażania na niebezpieczeństwo tych małych katolickich dzieci? – pytamy retorycznie. Przecież nie katolicka, nie Chrystusowa!

Ktoś słusznie zauważył to, co chciałoby owo dziecko nienarodzone, które tak po prawdzie zostało wyabortowane, albowiem zmarło w łonie matki, w czasie poronienia, czy może już porodu wywołanego tym, co się właśnie z jego nieszczęsną matką działo. Ono mianowicie „chciało urodzić się, żyć, być ochrzczone, rosnąć, rozwijać się i Pana Boga chwalić”. Pozostałe dzieci też. A co z tego wszystkiego wynikło? Żydzi także zostali przez Niemców zastrzeleni, starzy i młodzi, wszyscy.

Czy nie jest to klasyczny przykład funkcjonowania owej „cywilizacji śmierci”, przed jaką jesteśmy od pewnego czasu przez duchowieństwo ostrzegani?

No więc co to jest, skoro jedni księża mówią tak, a inni przeciwnie? To jest herezja, w którą popada jedna z tych kapłańskich zbiorowości i nas za sobą usiłuje pociągnąć.

Czy oni są jak Święci Młodziankowie?

Ktoś poddał pomysł, aby poprzestać na beatyfikacji samych tylko ś.p. dzieci Ulmów (sic!). Takie atoli posunięcie zupełnie odmienia sens owej beatyfikacji nadany jej przez środowiska filosemickie, gdyż ją „katolicyzuje”, natomiast ś.p. rodziców – Józefa i Wiktorię – stygmatyzuje jako kogoś w rodzaju dzieciobójców. Pomagając Żydom owych dwoje dorosłych Polaków zagrało swoim własnym życiem. Można się spierać, czy i do tego mieli prawo w świetle Katolickiej Wiary i Moralności. Zresztą akcent pada na ś.p. Józefa, jako ojca rodziny, którego decyzjom podporządkowana była także jego ś.p. żona; aczkolwiek stosunków domowych panujących w tej rodzinie przecież nie znamy. Mogło być też odwrotnie; a mogli także oboje współdecydować.

Jednakże ś.p. Ulmowie, oraz wszyscy inni „sprawiedliwi” znajdujący się w podobnej do nich sytuacji, zagrali także życiem swoich własnych małych dzieci, z wiadomym skutkiem. To trwało długie półtora roku.

W takim kontekście beatyfikowanie samych tylko ś.p. dzieci Ulmów wnosiłoby do życia Kościoła niepokój, zatem rozmijałoby się z samą istotą beatyfikacji. W Świętych Ewangeliach czytamy o licznych osobach, które w różnym stopniu miały udział w zadaniu Panu Jezusowi przykrości, zniewagi, udręki, męki i śmierci, także poprzez bierne zachowanie się. Nawet Święci Apostołowie, którzy ze strachu się poukrywali. Nawet Święty Piotr, który trzykrotnie zaparł się Pana i którego pod Krzyżem już nie było.

Tu mielibyśmy winnych ś.p. rodziców-Polaków, którzy długo ryzykowali, aż wreszcie poprzez stworzenie określonych okoliczności wydali swoje własne dzieci na śmierć. I mielibyśmy, lecz przecież mamy, po wsze czasy, owe niewinne ś.p. dzieci, do których męczeńskiej śmierci doprowadzili wszyscy: Żydzi, bo ośmielili się ukrywać właśnie w domu tych dzieci; rodzice Ulmowie, bo tych Żydów gościli, i to długo; donosiciel, jaki tam i wtedy się pojawił; i wreszcie niemieccy żandarmi, którzy dopełnili zbrodniczego dzieła, wykonując wszakże ówczesne prawa obowiązujące w Państwie Niemieckim, w którego służbie ochoczo pozostawali.

Kogo i co, jakie wartości, my odtąd mielibyśmy czcić w związku z tym wszystkim na Ołtarzach Pańskich? Doprawdy, najlepiej to wszystko samemu Bogu pozostawić i nie próbować Go „wyręczać”, siląc się na budowanie „naciąganych” scenariuszy mających posłużyć do przeprowadzenia beatyfikacji, zwłaszcza że inspirowanej spoza katolicyzmu.

Pewien katolicki kapłan na wzmiankę o tragicznej śmierci ś.p. Ulmów zareagował przywołaniem Ewangelicznych Świętych Młodzianków – ofiar zawiści króla Heroda. Jest to kolejny Biblijny przypadek, do którego „historia Ulmów” nie przystaje. Przecież Święci Młodziankowie ginęli, a ich rodzice z tego powodu cierpieli wprost za Jezusa Chrystusa, choćby nawet o tym nie wiedząc. Dzięki tej krwawej ofierze On mógł przetrwać, ocaleć i wzrastać w celu spełnienia swojego zbawczego posłannictwa. Natomiast ś.p. Ulmowie, jak już tu powiedziano, nie zginęli za Wiarę Chrystusową, a tym bardziej „wprost” za tę Wiarę.

Kto jednak z góry wskazuje określone zbiorowości, w których następnie zamierza wynaleźć nowych błogosławionych i świętych – taką praktykę przywoływaliśmy na początku niniejszych rozważań – niech się szerzej rozejrzy po naszych polskich dziejach wojennych.

Co do ś.p. dzieci Ulmów, to nikt ich nawet z domu rodzinnego nie wyrzucał, nikt im przed świtem nie kazał się pakować dając na to pół godziny (bywało, że mniej), nikt ich nie zsyłał do takich czy innych obozów lub więzień, ani nie oddzielał od rodziców. Zestawmy to z owymi najpewniej setkami tysięcy katolickich i polskich dzieci, jakie wyginęły w czasie samej choćby drugiej wojny światowej – m.in. dzieci Zamojszczyzny, dzieci Wołynia i Galicji, dzieci z „pacyfikowanych” polskich wsi i z bombardowanych miast, z Warszawą na czele, dzieci pomarłych w wyniszczających transportach, w rozmaitych obozach przejściowych, zesłanych na Sybir, do Kazachsatnu, na Kołymę, do łagrów Północy, do Oświęcimia, na Majdanek, do Sztuthofu i wielu, wielu innych miejsc męczeństwa. One wszystkie zostały zgładzone, rozmaitymi sposobami, za to że były ochrzczonymi, niewinnymi, katolickimi i polskimi dziećmi, tak jak i dzieci Ulmów. Aczkolwiek tragiczny przypadek małych Ulmów bynajmniej nie wyróżnia się przecież na tym makabrycznym tle bezmiaru dziecięcego cierpienia.

Lecz były też całe rzesze polskich dzieci, które wprawdzie wojnę i okupację przeżyły, ale w stanie czy to fizycznego, czy psychicznego, lecz i moralnego okaleczenia; co dotyczy i dorosłych. Były przecież dzieci, które oglądały, jak złoczyńcy okrutnie mordują ich rodziców i rodzeństwo, a one same ocalały jako jedyne z całej rodziny. I żyły z tym ciężarem dalej, poprzez lata komunistycznego PRL-u, stawały się ludźmi dorosłymi; obecnie tamto pokolenie „dzieci wojny” już wymiera – czas robi swoje.

I tamtych setek tysięcy małych polskich Męczenników – tych nowoczesnych Świętych Młodzianków – nikt jakoś nie myśli beatyfikować. Może to i lepiej? Ale to wszystko Bóg widzi; i sprawę Ulmów też. Jemu to pozostawmy, a sami dbajmy usilnie, aby tamte historie były jak najlepiej zbadane, jak najlepiej i jak najszerzej poznane i zrozumiane, i aby jak najbardziej celne wnioski na przyszłość były z nich w Kościele oraz w Narodzie wyciągnięte.

Módlmy się za zbawienie dusz ś.p. Ulmów i wszystkich innych wiernych zmarłych. I aby Dobry Bóg wybaczył ś.p. Józefowi i Wiktorii ów grzech, jaki oni popełnili przeciwko własnym dzieciom.

Wokół dnia 24 marca – wspomnienia Św. Szymona z Trydentu

Mówiliśmy wyżej o wybieraniu osób spełniających pewne z góry przyjęte warunki spośród uprzednio dobranych zbiorowości. Znajdą się w takiej zbiorowości dane osoby, w tym przypadku spełniające wymogi świętości, czy nie znajdą?

Teraz przyjrzyjmy się praktyce podobnej – dobierania osób do z góry przyjętego dnia, z jakim biografie tychże osób powinny być w jakiś szczególny sposób powiązane. Stawiamy tezę – bo przecież nikt nam stosownego sprawozdania nie składał – że przypadek ś.p. Ulmów został mozolnie, bo – jak widzimy – dopiero kilkadziesiąt lat po zakończeniu drugiej wojny światowej dopasowany do innych okoliczności powiązanych z uprzednio przyjętym dniem 24 marca, gdyż w tym właśnie dniu, w roku 1944, rodzina ta została wymordowana.

Lecz w roku 1475, zatem ponad cztery i pół wieku wcześniej, takoż w dniu 24 marca, w dalekim Trydencie (w którym później obradował sławny Sobór Powszechny) zostało pozbawione życia niespełna trzyletnie dziecko katolickie – mały Szymonek (wł. Simonino), znany i od tamtych czasów przez stulecia czczony w Kościele jako Męczennik – Św. Szymon z Trydentu.

Otóż tenże Św. Szymon jest ofiarą żydowskiego mordu rytualnego, motywowanego nienawiścią do chrześcijaństwa. Oprawców małego Szymonka schwytano, osądzono i zgładzono. Pisał o nim m.in. ksiądz Piotr Skarga w swoich poczytnych „Żywotach Świętych”. W dzisiejszej internetowej epoce dotarcie do szerszych informacji na temat tego świętego nie powinno nastręczać trudności.

Jak wynika z owych informacji, w następstwie Soboru Watykańskiego Drugiego i w ramach „dialogu katolicko-żydowskiego” Św. Szymon z Trydentu po blisko pięciu wiekach kultu, został wykreślony (sic!) z katalogu Świętych Kościoła.

Kto zatem ma być wprowadzony na jego miejsce w dniu 24 marca? Oto Polacy, ś.p. Ulmowie, rodzice i zwłaszcza dzieci – ofiary swoistego mordu rytualnego „inaczej”, ponieważ popełnionego nie rękami żydowskimi, lecz przez gojów-Niemców, ale przy swoiście pojmowanej asyście żydowskiej. Feliks Koneczny w swojej „Cywilizacji żydowskiej” zauważa, że owych mordów dopuszczała się na przestrzeni dziejów pewna tajemnicza sekta żydowska, a więc wyznawcy li tylko pewnego odłamu judaizmu rabinicznego.

Uwaga! My tu nie opisujemy tego, co sądzili i do czego zmierzali uczestnicy i ofiary – żydowskie i polskie – tamtych tragicznych wydarzeń, jakie się rozegrały w podkarpackiej Markowej w dniu 24 marca 1944 roku, choćby z tej przyczyny, że tego po prostu nie wiemy.

My tylko łączymy wydarzenia w celu odkrycia motywów, wedle których postępują dzisiejsi (sic!), lecz nawet nam nieznani i zapewne daleko od Polski przebywający inicjatorzy beatyfikacji ś.p. Ulmów. No bo jeśli inicjatorzy są jednak znani, mieszkają w Polsce, gdyż z internetowych przekazów wynika, że są nimi Ich Ekscelencje poprzedni oraz obecny Arcybiskup Przemyski, to nam braknie śmiałości, aby te osoby zapytać. Bo też w takich sprawach powinna by od samego początku obowiązywać pełna jasność i otwartość, oraz postępująca za nimi kompletna i ogólnodostępna informacja skierowana do ogółu wiernych, tak aby nie pojawiały się już żadne wątpliwości. Ale wątpliwości jednak narastają i nas coraz bardziej nurtują, i to poważne wątpliwości.

W połowie marca 2018 roku Senat RP z inicjatywy Prezydenta RP ogłosił nowe doroczne święto państwowe: „Narodowy Dzień Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod Okupacją Niemiecką” (taka jest pełna nazwa tego święta).

Święto ma być celebrowane (i w roku 2018 było po raz pierwszy) właśnie w dniu 24 marca, w każdorazową rocznicę śmierci ś.p. Ulmów; lecz przecież także śmierci Św. Szymona z Trydentu, która to treść oczywiście nie jest w ogóle podnoszona ani przez obecne władze kościelne, ani świeckie. Zauważmy, że inicjatorzy omawianej tu beatyfikacji nie wyjaśnili publicznie, dlaczego chcą ogłosić błogosławionymi właśnie ś.p. Ulmów, dzieci i rodziców, a nie jakąś inną polską rodzinę, która została wymordowana przez niemieckich okupantów w podobnych okolicznościach i z tych samych powodów. Na okolicznościowej monecie wydanej przez NBP już w roku 2012 widnieją nazwiska trzech takich rodzin; o jednej z nich, ale nie o ś.p. Ulmach, Telewizja Polska nakręciła i wyemitowała dokument fabularyzowany.

Możemy się wszakże domyślać, że tenże sam dzień 24 marca planowany jest jako liturgiczne wspomnienie nowych błogosławionych męczenników, na wypadek gdyby mieli być oni jednak beatyfikowani. Co jeszcze wiemy o dniu 24 marca?

Przyjmujemy tezę, że mianowicie przez cały okres drugiej wojny światowej, na wszystkich ziemiach polskich, mordu takiego, jak na ś.p. Ulmach i z tego powodu, co na nich, nie dokonano ani w żadne większe święto katolickie, ani w wigilię takiego święta.

Tu zaś mamy jednocześnie mord na polskich i katolickich dzieciach, także na dziecku pozostającym jeszcze w łonie matki, a zarazem Wigilię tego – by tak rzec – bardzo „dziecięcego”, a wręcz „niemowlęcego”, i zwłaszcza „macierzyńskiego” katolickiego święta, jakim jest Zwiastowanie Pańskie, zwane też Zwiastowaniem Najświętszej Maryi Pannie, a także Wcieleniem Pańskim, przypadające na dzień 25 marca; obecnie w Kościele nieco – przyznajmy – zapomniane, chociaż w tradycyjnym kalendarzu widniejące jako święto pierwszej klasy. Oczywiście, nie mniej „niemowlęcym” i „macierzyńskim” świętem, Świętem Świąt, jest późniejsze o dziewięć miesięcy Boże Narodzenie. Ale widocznie – jest to tylko nasze przypuszczenie – akurat w Boże Narodzenie, ani w poprzedzającą je Wigilię nie zdarzyły się, znane nam dziś, mordy dokonywane na Polakach akurat za to, że ukrywali oni Żydów; podobnie musiało być w owe wojenne i okupacyjne Święta Wielkanocne (walki toczone w warszawskim getcie wiosną roku 1943 objęte są inną narracją). Niedziela Wielkanocna najwcześniej przypaść może na dzień 21 marca. Tak więc co pewien czas na sam dzień 24 marca przypada a to sama Wielkanoc – chrześcijańskie Święto Świąt – a to któryś z dni Triduum Paschalnego, to znowu któryś z dni Oktawy Wielkanocnej.

„Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi… Oto ja, Służebnica Pańska…” – te słowa Pozdrowienia Anielskiego miliony ludzi wypowiadają w codziennym pacierzu. „Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna, Pan z Tobą…” – chrześcijańskie dziecko jeszcze samo mówić nie umie, a już mamusia, tatuś czy babcia szepcze mu do uszka te właśnie słowa. Samo zaś Święto Zwiastowania traktowane zawsze było w Kościele jako przypomnienie godności i wielkiego powołania każdej chrześcijańskiej niewiasty, dla której wzorem jest Najświętsza Maryja Panna. „Co było przepadło przez nieposłuszeństwo Ewy, to naprawiła Maryja”.

Wierni śpiewają starą dobrą pieśń: „Archanioł Boży Gabryjel posłan do Panny Maryjej…”, bo też ów dzień 24 marca, poprzedzający święto Zwiastowania Pańskiego, jest poświęcony Świętemu Archaniołowi Gabrielowi – zwiastującemu Wolę Bożą i Zbawienie Świata. Tenże sam dzień – zauważmy – wybrali zabójcy Św. Szymona z Trydentu, aby temu bezbronnemu dziecku zadać męczeńską śmierć.

Tak więc w dzień Św. Gabriela i zarazem w Wigilię Zwiastowania – które to święta Kościół dzisiejszy wiernym ostatnio mniej przypomina – mamy także gromko akcentowany dziś przez władze świeckie „Narodowy Dzień Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod Okupacją Niemiecką”, jako wspomnienie masakry, jaką polskim dzieciom i ich rodzicom urządziła w roku 1944 niemiecka żandarmeria, za pomaganie Żydom.

Otwiera się tu przestrzeń do rozważań prowadzonych na polu teologii, takoż katolickiej, jak też judaistycznej, oraz do badania splatanych w ostatnich czasach przez niektóre środowiska związków pomiędzy tymi dwiema; aczkolwiek my owych rozważań tu akurat nie podejmiemy. „Po owocach ich poznacie” – mówi Pismo.

Zauważmy atoli jedynie, że nazajutrz po tym nowym państwowym święcie przypada wspomniane już Zwiastowanie Pańskie, zwane też w Polsce z dawna dniem Matki Bożej Otwornej, Zagrzewnej lub Ożywiającej, gdyż w tym właśnie dniu Najświętsza Maryja Panna pokornie i posłusznie mówi: „Niech mi się stanie według Słowa Twego”, a zarazem otwiera kolejną doroczną wiosnę; bo też dzieje się to wkrótce po astronomicznym przesileniu wiosennym.

Ale w dniu bezpośrednio poprzedzającym ma być odtąd wspominana prosta wiejska Matka-Polka żyjąca w pierwszej połowie XX wieku, niczego niestety nie otwierająca, ani nie rozpoczynająca, lecz przeciwnie – mordowana razem ze wszystkimi swoimi dziećmi i z mężem za pomaganie Żydom. Zauważmy – na ile uprawnione jest takie porównanie – że ofiara posłuszeństwa i całego życia Matki Przenajświętszej (25 marca – Zwiastowanie/Wcielenie) oraz ofiara w ostateczności życia ś.p. Wiktorii Ulmowej i jej całej rodziny (24 marca – Narodowy Dzień Pamięci) składane są każda z innego powodu, w innym celu i za kogo innego. Przy czym nas tu wykorzystywanie przypadku nieszczęsnych ś.p. Ulmów (także ś.p. Baranków, ś.p. Kowalskich oraz innych) do celów dzisiaj przez określone środowiska wskazywanych interesuje bardziej, aniżeli sama tamta okupacyjna historia.

Jeśli – jak sądzimy – dobierano okoliczności do upatrzonego uprzednio dnia, z uwagi zwłaszcza na Wielkanoc i na męczeństwo Św. Szymona z Trydentu, to dysponowano z natury rzeczy tylko tym, co znajduje się – by tak rzec – po prostu w zasobach historii. Przypadek zatem ś.p. Ulmów nie jest doskonały, skoro ukrywani przez nich Żydzi też jednak zginęli. Aczkolwiek o te wszystkie sprawy najlepiej będzie zapytać znawców współczesnego judaizmu rabinicznego (talmudycznego). Jakkolwiek by było, przypadku bardziej nad „historię Ulmów” użytecznego najwidoczniej nie znaleziono, skoro nam się wciąż mówi o tej tylko historii, a nie o żadnej innej podobnej.

W czyich to głowach i w jakim celu powstała ta makabryczna „judeochrześcijańska” zbitka teologiczna? Bo inicjatorzy nowego polskiego państwowego święta na wspomnienie wydarzeń z 24 marca 1944 r. głoszą, iż stanowią one „wzór bohaterstwa dla nas dzisiaj (sic!) i wzór dla przyszłych pokoleń”. Dla przykładu – na początku stycznia 2018, a zatem jeszcze przed rozpętaniem afery związanej z nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, w jednym z poczytnych warszawskich tygodników można było przeczytać: „Nie ma najmniejszej wątpliwości, że nasi Sprawiedliwi wśród Narodów Świata są największymi herosami naszej historii. (…) Oni ryzykowali życie własne i życie całej swojej rodziny. Sprawiedliwi są świętymi (sic!) naszej historii, którym powinniśmy wznosić pomniki, robić dla nich muzea i stawiać ich za przykład kolejnym pokoleniom naszych dzieci i wnuków”. W wielu innych polskojęzycznych czasopismach i portalach pisało się i nadal pisze podobnie, że wszystko do cna trzeba oddać Żydom.

Tak więc dla tychże naszych polskich przyszłych pokoleń przeznaczona jest już nie wiosna, nie nowe życie, lecz śmierć i totalne unicestwienie!!!

Dodajmy jeszcze tylko, że w starodawnej tradycji Kościoła, mającej przecież swoje Starotestamentowe przesłanki, dzień 25 marca był pojmowany jako data wszelkiego początku: stworzenia świata, stworzenia człowieka, rozpoczęcia odkupieńczego wszakże potopu, narodzenia Mojżesza, a także owej życiodajnej zbawczej Śmierci Krzyżowej Pana Jezusa (dopóki nie ustalono sposobu datowania Wielkiejnocy, przypadającej wszakże zawsze wczesną wiosną).

Bo też wiosna oznacza przecież narodziny, odrodzenie, początek, wzrost, dobrą nadzieję na przyszłość, a nie – przeciwnie – śmierć, upadek, koniec. Jak widać, w tej nowo w Kościele i w Państwie wprowadzanej interpretacji przesłania dnia 24 marca mamy wyraźną kolizję owych przeciwnych wektorów. Treści związane ze śmiercią wydobywa się, aby one przygłuszyły to radosne Wielkanocne „Alleluja” – afirmujące życie i Zbawienie Wieczne, pomimo lecz i w następstwie Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty. Ma być więc, z pozoru po dawnemu, Pascha, ale Pascha „inaczej”, bo i nowi beatyfikowani też są wyłonieni „inaczej”, a przyczyny nowej beatyfikacji mają być już „inne” od dotychczasowych, odwiecznych. To wszystko oznacza nic innego, jak po prostu herezję.

Skoro o kluczowym dla chrześcijaństwa święcie Wielkiej Nocy mowa, nasuwa się też pewna dygresja, i zapytanie. Czy mianowicie owo przez kolejne katolickie parafie w Polsce realizowane porzucanie uroczystej Mszy Św. i Procesji Rezurekcyjnej odprawianej tradycyjnie o godzinie szóstej w Poranek Wielkanocny, i przesuwanie tego świętego obrzędu o kilka godzin wstecz, na środek ciemnej nocy, jest jakoś skorelowane z tym, co tu przywołujemy w sprawie planowanej beatyfikacji ś.p. Ulmów? Tak, wiemy że ta wieczorna, bogata w znaki i obrzędy liturgia Wielkosobotnia jest odprawiana już na chwałę Zmartwychwstania, ale jednak poranna Rezurekcja to jest wartość szczególna, tak bardzo cenna dla każdego Polaka-katolika, jeśli nawet nie co roku w niej uczestniczy. Zresztą, stosowne wersety wszystkich Czterech Ewangelii nie pozostawiają w tej mierze wątpliwości, że uczestnicy porannej Procesji naśladują tamto poranne podążanie Świętych Niewiast i Świętych Apostołów do Grobu Pańskiego.

Pewne jest i to, że zarówno sprawa Ulmów, wspomnienie Św. Szymona z Trydentu, jak i likwidacja porannej Rezurekcji, mają ścisły związek ze Świętami Wielkanocnymi.

Są przecież w „posoborowym” Kościele także wspólnoty, które liturgię Wielkanocną kończą w środku nocy z Wielkiej Soboty na Wielką Niedzielę, a ich członkowie w tęże Niedzielę do kościoła na Mszę Świętą już nie idą, ani w żadną inną niedzielę w roku! No bo oni czczą najwyraźniej żydowski szabes, czyli szabat.

I jeszcze o katolickiej obrzędowości i obyczajowości, tu zwłaszcza o jej aspekcie wizualnym. Procesja, jak i podobne zgromadzenia, z dawna została pomyślana jako – również – widowisko. O tak! Po to Pan Bóg dał człowiekowi zmysły, aby również za ich pomocą człowiek mógł wychwalać Swego Stwórcę.

Uroczyste stroje, święty baldachim, kościelne chorągwie z wyhaftowanymi świętymi wizerunkami i sentencjami, szarfy, girlandy, figury, feretrony, dostojne chóralne pieśni, huki radosnych wystrzałów, małe bielanki sypiące na ziemię przed Najświętszym Sakramentem ubiegłoroczny susz z płatków kwiatowych (na Boże Ciało sypie się świeże płatki). To wszystko, dobrze widoczne (i słyszalne) w blaskach wschodzącego słońca, lecz nawet w poranek pochmurny i dżdżysty, w środku nocy znika i milknie, wedle tej nie z kościelnego słownika wziętej zasady, że oto „w nocy wszystkie koty są czarne”; i nawet sukienki owych bielanek też są w nocy czarne, a treści wyrażonych na chorągwiach w ogóle nie widać. Cofnięcie ze światła w mroki! Ruch przeciwny do tego, jaki Pan nasz Jezus Chrystus wykonał był z martwych powstając. Komu na tym zależy?

Co zaś tyczy państwowego święta 24 marca, ktoś zaproponował – niewątpliwie z pewną dozą celnej przekory, aby – skoro z przyczyny faktów dokonanych już nie można inaczej – poszerzyć formułę nowego polskiego święta państwowego, bardzo atoli wydłużając jego nazwę. Jest to, powtórzmy: „Narodowy Dzień Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod Okupacją Niemiecką”.

Niechże będzie to zarazem: „Narodowy Dzień Pamięci Polaków Ratujących Polskie Dzieci pod Każdą Okupacją”.

Lecz może nie tylko Polaków, ale ludzi różnych innych narodowości; nie tylko polskie dzieci, ale w ogóle chrześcijańskie (dzisiaj: Syria, Irak i inne kraje); nie tylko „pod każdą okupacją”, lecz i poza okupacją, w ogóle. My jednak skupmy naszą uwagę zwłaszcza na sprawie polskiej, oczywiście. I żeby w Polsce więcej dzieci się rodziło; a te już urodzone aby były dobrze chronione, wychowywane i nauczane, a nie wykorzystywane jako to „podglebie” do osiągania czyichś obcych nam celów.

Zrezygnujmy więc otwarcie z zamiarów beatyfikowania ś.p. Ulmów oraz innych osób, jakie poniosły śmierć w podobnych co Ulmowie okolicznościach; a także tych, które żyły i działały w podobnych okolicznościach, lecz śmierć z cudzej ręki je ominęła.

Owszem, to co już zostało wzniesione – pomniki, tablice i nagrobki – niech pozostanie, oczywiście, na świadectwo historycznym wydarzeniom. Pozostać może nawet owo naprędce wyszykowane Muzeum w Markowej (aby tylko nie za dużo kosztowało jego utrzymywanie). I już. I ani jednego kroku w kierunku naruszania Świętej Religii Katolickiej!

Niech promotorzy omawianej tu beatyfikacji, duchowni i świeccy, pogodzą się z tym, że beatyfikacja nigdy (!) nie obejmie ś.p. członków rodziny Ulmów.

Akcja promocyjna i świecki kult

Na obszarze co najmniej Archidiecezji Przemyskiej od lat prowadzone są działania, które można by nazwać „propagandą beatyfikacyją” lub nawet „przemysłem beatyfikacyjnym”. My dotąd o męczennikach drugiej wojny światowej informowani byliśmy przez duchowieństwo dopiero w trakcie i po beatyfikacji, jak n.p. o owych 108. beatyfikowanych przez Jana Pawła II. Tymczasem w południowo-wschodniej części kraju odbywa się m.in. przeznaczona dla uczniów szkolnych coroczna impreza o nazwie Olimpiada Wiedzy o Wielkich Polakach (sic!) – Rodzinie Ulmów z Markowej. Nagrodą dla zwycięzców są wyjazdy „na pielgrzymkę do Włoch”. W roku 2016 powstało w Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów; dociera tam już młodzież izraelska, jeszcze do niedawna ograniczająca swoje wizyty na polskiej „ziemi śmierci” do łatwiej dostępnych Auschwitz i warszawskiego Umschlagplatz, która żydowskim obyczajem kładzie kamyki na grobie Ulmów. Polskie władze zapowiedziały, że filię tego muzeum otworzą w… Nowym Jorku (sic!).

Jakiegoś miejscowego człowieka bolało kolano, to – uwaga! – przyłożył był sobie obrazek z wizerunkiem Ulmów do tego kolana, a ono zaraz przestało go boleć, po czym ten ozdrowieniec czym prędzej zgłosił tę rewelację do przygotowanej zawczasu na takie okazje parafialnej „księgi łask za przyczyną Sług Bożych rodziny Ulmów”. I o tym piszą katolickie portale należące do znanych katolickich tygodników! Atoli w procesie o męczeństwie podobno „cud nie jest potrzebny”. Co za cyniczne manipulacje i szyderstwa ze Świętej Wiary Rzymsko-Katolickiej! „Oni” sprawę już przesądzili. Co na to my?

Zachęcamy do przejrzenia oficjalnej strony internetowej Archidiecezji Przemyskiej, w tym tamtejszego Radia Fara. Zachęcamy do wnikliwego wysłuchania nagrania homili nowego Arcybiskupa Przemyskiego na temat rodziny Ulmów, wygłoszonej w marcu 2017 r. w Markowej przy okazji udzielanego tamtejszej młodzieży Sakramentu Bierzmowania!!! W czym to aby, o młody katoliku XXI wieku, masz się utwierdzić? Czy aby podstawa tegoż utwierdzenia należy akurat do katolicyzmu właśnie?

Zwracamy uwagę na postać ks. dr Adama Szala, nowego JE Arcybiskupa Metropolity Przemyskiego i zwłaszcza na jego działania prowadzone w celu ogłoszenia Ulmów błogosławionymi Męczennikami. Nie mamy potwierdzenia, czy JE ks. Arcybiskup jest spokrewniony z niektórymi uczestnikami wydarzeń z roku 1944 i czy ta okoliczność nie wpływa na jego obecne zaangażowanie w promowanie beatyfikacji ś.p. Ulmów.

Przy grobie Ulmów odbywają się uroczyste apele, a także modlitwy z udziałem m.in. harcerzy oraz pocztów sztandarowych rozmaitych polskich organizacji. Na zdjęciach przypomina to, jako żywo, rozmaite spędy organizowane w czasach PRL-u mniej lub bardziej otwarcie przeciwko Świętej Religii Katolickiej, lecz wówczas nie pod kościelnymi, lecz pod czerwonymi sztandarami. Pamiętamy. A teraz, jak mawiał Pan Zagłoba, ponownie „diabeł się w ornat ubrał i ogonem na Mszę dzwoni”. I niech nam Pan Bóg Miłosierny wybaczy, jeśli się mylimy. I niech nas Duch Święty oświeci i wskaże drogę wyjścia z tej pułapki, i niech dopomoże się nam z niej wydostać!

Natomiast daleko stąd, bo aż w Parlamencie Europejskim (sic!) była w roku 2017 zorganizowana wystawa prezentująca życie i śmierć rodziny ś.p. Ulmów – aby „cały świat” się dowiedział, skoro jeszcze tego nie wie, że Polacy Żydów wcale nie mordowali, ale za nich ginęli z niemieckiej ręki. I może aby ten „cały świat” naśladował takie heroiczne postępowanie owych Polaków, prostych chłopów z dalekiej wsi?

Już nieco dawniej, bo w roku 2012 Narodowy Bank Polski – o czym wyżej wzmiankowano – wydał okolicznościową monetę na cześć „Sprawiedliwych wśród narodów świata”, z wyszczególnieniem polskich chłopskich rodzin ś.p. Ulmów, ś.p. Kowalskich oraz ś.p. Baranków, jakie spotkała z ręki niemieckiej okrutna śmierć za ukrywanie Żydów.

Od kilku lat funkcjonuje w Rzeszowie Dom Opieki dla ludzi w starszym wieku imienia właśnie Sług Bożych – rodziny Ulmów. Pamięta się tam o urodzinach wszystkich członków tej patronackiej rodziny, a więc rodziców oraz kolejnych ich dzieci.

Ostatnio zaś – o czym też już była mowa – ustanowiono państwowe święto 24 marca, w rocznicę mordu na ś.p. Ulmach.

Przyznajmy, że wywołana z dniem 27 stycznia 2018 roku tak zwana afera dotycząca nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, jak i wszystkie medialne wątki o treści polsko-żydowskiej, także działa na korzyść wypromowania beatyfikacji ś.p. Ulmów, wedle sześciopunktowego schematu przywołanego na początku niniejszej prezentacji.

Mamy przecież produkowane i emitowane od wielu lat, nieodmiennie za pieniądze polskiego podatnika, rozmaite publikacje i prezentacje na różnych nośnikach, w tym fabularno-wojenne filmy i seriale poświęcone w części lub w całości losom Żydów na obszarze ziem polskich okupowanych przez Niemcy w okresie drugiej wojny światowej (o roli Żydów pełnionej w Związku Sowieckim i na obszarach pod sowiecką okupacją prawie się nie mówi).

Wspólną cechą tej obfitej twórczości – na którą nigdy pieniędzy nie brakuje – jest głębokie, a niekiedy wręcz nachalne sięganie do sfery uczuć, wywoływanie żałości, ckliwości, zwłaszcza w kontekście udzielania Żydom pomocy przez Polaków, a szczególnie w przypadkach, kiedy jest mowa o żydowskich dzieciach. Lecz przecież wspomnienie małych gojów, czyli dzieci polskich pełniących w tych opowieściach rolę taką, jak mali ś.p. Ulmowie, też ma wywoływać ckliwe reakcje.

Produkcja ta idzie nadto w dwóch kierunkach, z których jeden śmiało można nazwać antypolskim (i zarazem antykatolickim) – jak m.in. takie obrazy jak „Pokłosie” czy „Ida” – a drugi bezrefleksyjną pochwałą „Sprawiedliwych wśród narodów świata”, czyli tych Polaków, którzy ukrywali Żydów. Prezentacje antypolskie są z reguły wyposażone w fabularną, fałszywą – by tak rzec – podpórkę, na jakiej budowana jest takoż fałszywa narracja. Lecz i te drugie, z pozoru tylko „propolskie”, cechują się fałszywymi założeniami, że mianowicie naczelnym, o ile nie wyłącznym zadaniem Polaków w okresie drugiej wojny światowej było nic innego, jak tylko spontaniczne i absolutnie bezinteresowne „pomaganie Żydom”, za wszelką cenę, więc także za cenę bezpieczeństwa, zdrowia i życia własnego i własnych polskich dzieci włącznie, że o życiu krewnych, znajomych czy sąsiadów już nie wspomnimy.

I tak na przykład w dniu 21 kwietnia 2018 r. w godzinach wieczornych Program 1 TVP wyemitował fabularny film polski, oparty „na faktach”, nakręcony w roku 2015, a zatytułowany „Sprawiedliwy”. Jest to fabuła w rodzaju „Ulmowie inaczej”. Cała historia skupia się wokół małej Żydóweczki, w której ofiarnym ukrywaniu bierze udział łącznie kilkadziesięcioro Polaków, w różnym wieku, różnych stanów i płci obojej. I niczym jest krwawa okupacja, nędza, wojna, tortury na Gestapo, rekwizycje, obławy, zesłanie na Syberię, następująca po wojnie komuna oraz to, że owi najwidoczniej nierozgarnięci Polacy-goje w walce o małą Żydóweczkę mordują się między sobą używając broni palnej oraz noży i siekier. Byleby Żydóweczka odczuwała dobrostan i aby odwiedzając jako dorosła już panna Polskę po wojnie nie zaznała żadnego dyskomfortu; fabuła filmu prowadzona jest bowiem na zasadzie retrospekcji.

Torturowany jest w filmie przez Niemców „dobry” Polak, ale śmierć, i to nie z ręki niemieckiej, lecz z ręki rodaków ponoszą tylko ci „źli” Polacy, co jest odmienne od „historii Ulmów”. Niemiec w filmie zabija tylko łańcuchowego psa w chłopskim obejściu – tylko to jest pokazane; bo sam mord na prowadzonych przez Niemców leśną drogą Żydach już nie.

Z „historią Ulmów” są jednak zbieżne filmowe wątki religijne-katolickie, dość silnie wyeksponowane. Na „beatyfikacyjną trajektorię” widzowie wjeżdżają atoli pod koniec filmowej opowieści, kiedy to prezentowany jest obraz Matki Bożej Wniebowziętej, czyli tak po prawdzie portret owej młodej Żydówki przybyłej w odwiedziny z Izraela, namalowany po wojnie przez tego spośród jej wojennych polskich opiekunów, którego najbardziej lubiła i który najbardziej dla niej wycierpiał, a który pożegnał był ją jako kilkuletnią dziewczynkę, więc jej dorosłej postaci, ani jej młodzieńczych panieńskich rysów nigdy nie widział. Filmowy przeor klasztoru mówi o „cudzie serca” – i oto widzowie już są zanurzeni w narracji nie tylko fabularnej-filmowej, lecz już w tej jak najbardziej „beatyfikacyjnej”, dotyczącej także i zwłaszcza owej realnej historycznej rodziny ś.p. Ulmów.

Dodajmy, że młoda panna z izraelskiego kibucu nie przybyła do Gomułkowskiej Polski aby odwiedzić swoich wojennych wybawców, bynajmniej. Ona przybyła z inspiracji władz izraelskich, aby tych Polaków przekonać do przyjęcia medalu „Sprawiedliwi wśród narodów świata”, przed czym ci się wzbraniali. Najwyraźniej Izraelczykom zależało na tym bardziej niż Polakom. Natomiast dzisiaj – czy to aby nie Żydom bardziej zależy na doprowadzeniu do beatyfikacji ś.p. Ulmów, aniżeli owym filosemickim środowiskom polskim i katolickim?

Film „Sprawiedliwy” streściliśmy tu tylko dla przykładu, zakładając, że wedle deklaracji jego autorów jego fabuła jest oparta „na faktach”, czyli bardziej na historii konkretnego przypadku, aniżeli fabuły innych, jakże licznych ostatnio produkcji o tematyce polsko-żydowsko-wojennej. Niemniej sądzimy, że jak ów przypadek został przez filmowców wybrany i przysposobiony dla celów filmowych, tak przypadek ś.p. Ulmów został wybrany i przysposobiony przez określone gremia dla celów „beatyfikacyjnych”.

* * * * *

Zaprotestujmy, póki jeszcze nie jest za późno! To nie jest przypadek „zwykłej beatyfikacji”, do przygotowywania której nie ma potrzeby wtrącać się ludziom spoza grona duchownych nad nią pracujących. Lud mógł w pewnych okolicznościach wołać „Santo subito!” (wł.), to w innych może on zawołać: „Sancti numquam!” (lat.).

Potrzebny tu jest, jak w dawniejszych czasach, rzetelny (a najlepiej zbiorowy) „advocatus diaboli” (sic!), ten przez długie wieki stały i aktywny uczestnik procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych. Niniejsza prezentacja stanowi właśnie głos takiego „adwokata”, który przyjął był za zadanie wykazać, że jednak nie ma podstaw do ogłoszenia nieszczęsnych ś.p. Ulmów błogosławionymi Męczennikami Kościoła Świętego.

Z tym może iść w parze przypomnienie postaci Św. Szymona z Trydentu. Będzie nie od rzeczy stwierdzić, że nasi bliźni prawosławni rozwijają ostatnio kult innego chłopca, który zginął w analogicznych okolicznościach, mianowicie Św. Gabriela (Gawriła) Zabłudowskiego, co dzieje się zwłaszcza na ziemiach polskich (sic!), na Podlasiu i sąsiedniej Grodzieńszczyźnie.

Za Ulmów, jak i za wszystkich innych wiernych zmarłych, modlimy się chętnie, bo to należy do naszej Świętej Wiary. Ale ani do Ulmów, ani za ich przyczyną modlić się nie możemy właśnie dlatego, że nasza Święta Wiara Katolicka nam na to nie pozwala. Kult bowiem Ulmów jest herezją, nie pierwszą w długich dziejach Kościoła, a polegającą na wprowadzaniu elementów judaizmu rabinicznego (talmudycznego) do katolicyzmu, i przez to na niszczeniu samego katolicyzmu, oczywiście. A że do tej herezji skłaniają się także duchowni, również ci wysokiej rangi, to także w dziejach Kościoła nie jest żadna nowość.

Jeśli się mylimy, niech nam wybaczy Pan Bóg Miłosierny!

I niech nas Duch Święty oświeci! Ktokolwiek znajduje się w szatańskiej pułapce, niech mu Duch Święty wskaże drogę wyjścia z tej pułapki i niech dopomoże mu się z niej wydostać!

Warszawa, w Oktawie Wielkiejnocy AD 2018

1Jeszcze inaczej: Niejeden polski ubogi, a w następstwie ciężarów okupacyjnych jeszcze uboższy chłop z tych oczywistych powodów traktował instrumentalnie i utylitarnie ukrywanie Żydów, ludzi wszakże majętnych, zwłaszcza w porównaniu z samym tym chłopem. To był po prostu zwykły kontrakt na udostępnienie lokalu mieszkalnego, acz zawierany w niezwyczajnych warunkach okupacyjnych, kiedy to władzę sprawował i prawa stanowił „ten trzeci”, czyli Państwo Niemieckie: „Żydzi, dopłacajcie na utrzymanie mojej licznej rodziny i na wywiązanie się przeze mnie z przymusowych kontyngentów na rzecz niemieckiego okupanta. Płaćcie też, oczywiście, na utrzymanie waszych osób (choćby dlatego, że mnie przecież na to nie stać), a ja w zamian będę was ukrywał w moim obejściu, ryzykując życiem własnym i mojej rodziny”.

Tak więc: Ryzyko bycia wykrytym – z Żydami – przez zadających śmierć Niemców w zamian za ryzyko popadnięcia – bez Żydów – wraz z dziećmi w niedostatek lub nawet głód (aczkolwiek w relacjach z czasów drugiej wojny światowej nie znajdujemy wzmianek o rozprzestrzeniającym się w jakimś regionie Polski głodzie; inaczej aniżeli w relacjach z ostatniej fazy pierwszej wojny światowej).

Ponieważ wielu polskich chłopów było w takiej sytuacji i wielu praktykowało takie jej rozwikłanie, ludzie nie szkodzili sobie nawzajem i dzięki temu owa konspiracyjna równowaga mogła się utrzymywać długo, w omawianym przypadku aż półtora roku. Aż wreszcie, jak w omawianym przypadku, coś „nie zagrało”, ktoś powziął inne zamiary, czego następstwem był donos do niemieckiej żandarmerii; otwartą pozostawiamy tu kwestię łapówek branych przez Niemców za udawanie, że nie wiedzą o rozpowszechnionym na danym terenie ukrywaniu Żydów przez chłopów. Żandarmeria musiała się wszakże przed swoją komendą co jakiś czas wykazać skutecznym działaniem, i stąd bierze się tragedia rodziny Ulmów oraz zdarzenia podobne.

Zwróćmy uwagę na stan permanentnego ówczesnego materialnego niedostatku. Po zabiciu Żydów oraz Ulmów-rodziców niemiecki żandarm zwracając się do obecnych przy tym miejscowych polskich chłopów stawia pytanie o to, na kogo w tej nowej sytuacji spadnie ciężar utrzymania tak licznej gromadki osieroconych dzieci; po czym żandarmi zabijają także te dzieci. Następnie zaś rabują, czyli biorą co chcą z obejścia Ulmów.

Gdyby nie przedwojenne, i przeniesione w nowe okupacyjne czasy, dość ścisłe kontakty (i kontrakty) pomiędzy ową polską chłopską społecznością, a Żydami, równoczesne wszakże z tym srogim niemieckim okupacyjnym prawodawstwem, do tych zdarzeń by nie doszło.

Oto najbardziej przemilczane, fałszowane i ocenzurowane przemówienie Putina. WAŻNE.

Oto najbardziej przemilczane, fałszowane i ocenzurowane przemówienie Putina. WAŻNE.

[Mam nadzieję, że przez tłumacza czy jakiegoś „redaktora” nie jest przekręcone. Обращение Президента Российской Федерации • Президент России (kremlin.ru) . Więc publikuję. Mirosław Dakowski]

https://gloria.tv/post/b89nDpTStBME3svdcn1jf3eG1

Oto najbardziej ocenzurowane przemówienie Putina – KIEDYKOLWIEK!

Prezydent Rosji Władimir Putin:

Uważam, że konieczne jest dziś ponowne wypowiedzenie się na temat tragicznych wydarzeń w Donbasie i kluczowych aspektów zapewnienia bezpieczeństwa Rosji.

Zacznę od tego, co powiedziałem w moim przemówieniu 21 lutego 2022 r. Mówiłem o naszych największych obawach i zmartwieniach oraz o fundamentalnych zagrożeniach, jakie nieodpowiedzialni zachodni politycy tworzyli dla Rosji konsekwentnie, niegrzecznie i bezceremonialnie z roku na rok. Mam na myśli ekspansję NATO na wschód, które przesuwa swoją infrastrukturę wojskową coraz bliżej granicy z Rosją.

Faktem jest, że przez ostatnie 30 lat cierpliwie staraliśmy się dojść do porozumienia z wiodącymi państwami NATO w sprawie zasad równego i niepodzielnego bezpieczeństwa w Europie. W odpowiedzi na nasze propozycje niezmiennie spotykaliśmy się albo z cynicznym oszustwem i kłamstwem, albo z próbami nacisku i szantażu, podczas gdy Sojusz Północnoatlantycki nadal się rozwijał pomimo naszych protestów i obaw. Jego machina wojskowa porusza się i, jak powiedziałem, zbliża się do naszej granicy.

Dlaczego tak się dzieje? Skąd wziął się ten bezczelny sposób mówienia z wysokości ich wyjątkowości, nieomylności i wszech pobłażliwości? Jakie jest wyjaśnienie tego pogardliwego podejścia do naszych interesów i absolutnie uzasadnionych żądań?

Odpowiedź jest prosta. Wszystko jest jasne i oczywiste. Pod koniec lat 1980-tych Związek Radziecki osłabł, a następnie rozpadł się. To doświadczenie powinno być dla nas dobrą lekcją, ponieważ pokazało nam, że paraliż władzy i woli jest pierwszym krokiem w kierunku całkowitej degradacji i zapomnienia. Straciliśmy pewność siebie tylko na chwilę, ale to wystarczyło, aby zakłócić równowagę sił na świecie.

W rezultacie stare traktaty i umowy przestają obowiązywać. Prośby nie pomagają. Wszystko, co nie pasuje do dominującego państwa, władzy, która jest, jest potępiane jako archaiczne, przestarzałe i bezużyteczne. Jednocześnie wszystko, co uważa za użyteczne, jest przedstawiane jako ostateczna prawda i narzucane innym bez względu na koszty, obraźliwie i wszelkimi dostępnymi środkami. Ci, którzy odmawiają podporządkowania się, są poddawani taktyce silnej ręki.

To, co teraz mówię, nie dotyczy tylko Rosji, a Rosja nie jest jedynym krajem, który się tym martwi. Ma to związek z całym systemem stosunków międzynarodowych, a czasem nawet z sojusznikami USA. Upadek Związku Radzieckiego doprowadził do ponownego podziału świata, a normy prawa międzynarodowego, które rozwinęły się do tego czasu – i najważniejsze z nich, podstawowe normy, które zostały przyjęte po II wojnie światowej i w dużej mierze sformalizowały jej wynik – stanęły na drodze tych, którzy ogłosili się zwycięzcami zimnej wojny.

Oczywiście praktyka, stosunki międzynarodowe i regulujące je zasady musiały uwzględniać zmiany, jakie zaszły na świecie i w układzie sił. Należało to jednak zrobić profesjonalnie, sprawnie, cierpliwie, z należytym poszanowaniem i poszanowaniem interesów wszystkich państw oraz własnej odpowiedzialności. Zamiast tego widzieliśmy stan euforii stworzony przez poczucie absolutnej wyższości, rodzaj nowoczesnego absolutyzmu, w połączeniu z niskimi standardami kulturowymi i arogancją tych, którzy formułowali i forsowali decyzje, które odpowiadały tylko im samym. Sytuacja przybrała inny obrót.

Jest na to wiele przykładów. Najpierw przeprowadzono krwawą operację wojskową przeciwko Belgradowi, bez sankcji Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale z użyciem samolotów bojowych i pocisków rakietowych używanych w sercu Europy. Bombardowania pokojowych miast i niezbędnej infrastruktury trwały przez kilka tygodni. Muszę przypomnieć te fakty, ponieważ niektórzy zachodni koledzy wolą o nich zapomnieć, a kiedy wspominaliśmy o tym wydarzeniu, wolą unikać mówienia o prawie międzynarodowym, zamiast tego podkreślają okoliczności, które interpretują tak, jak uważają za konieczne.

Potem przyszła kolej na Irak, Libię i Syrię. Nielegalne użycie siły militarnej przeciwko Libii i zniekształcenie wszystkich decyzji Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Libii zrujnowało państwo, stworzyło ogromną siedzibę międzynarodowego terroryzmu i popchnęło kraj w kierunku katastrofy humanitarnej, w wir wojny domowej, która trwa tam od lat. Tragedia, która została stworzona dla setek tysięcy, a nawet milionów ludzi nie tylko w Libii, ale w całym regionie, doprowadziła do masowego exodusu z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej do Europy.

Podobny los przygotowano także dla Syrii. Operacje bojowe prowadzone przez zachodnią koalicję w tym kraju bez zgody rządu syryjskiego lub sankcji Rady Bezpieczeństwa ONZ można określić jedynie jako agresję i interwencję.

Ale przykładem, który odróżnia się od powyższych wydarzeń, jest oczywiście inwazja na Irak bez żadnych podstaw prawnych. Wykorzystali pretekst rzekomo wiarygodnych informacji dostępnych w Stanach Zjednoczonych o obecności broni masowego rażenia w Iraku. Aby udowodnić ten zarzut, sekretarz stanu USA publicznie trzymał fiolkę z białą siłą, aby cały świat mógł ją zobaczyć, zapewniając społeczność międzynarodową, że jest to chemiczny środek bojowy stworzony w Iraku. Później okazało się, że wszystko to było fałszywe i fikcyjne, a Irak nie miał żadnej broni chemicznej. Niesamowite i szokujące, ale prawdziwe.

Byliśmy świadkami kłamstw wygłaszanych na najwyższym szczeblu państwowym i wypowiadanych z wysokiej mównicy ONZ. W rezultacie widzimy ogromne straty w życiu ludzkim, zniszczenia i kolosalny wzrost terroryzmu.

Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się, że prawie wszędzie, w wielu regionach świata, gdzie Stany Zjednoczone wprowadziły swoje prawo i porządek, stworzyło to krwawe, nie gojące się rany i przekleństwo międzynarodowego terroryzmu i ekstremizmu. Wymieniłem tylko najbardziej rażące, ale dalekie od tego samego, tylko przykłady lekceważenia prawa międzynarodowego.

Ta tablica zawiera obietnice, że nie rozszerzy NATO na wschód nawet o cal. Powtarzam: oszukali nas lub, mówiąc prościej, ograli nas. Jasne, często słyszy się, że polityka to brudny biznes. Może być, ale nie powinien być tak brudny jak teraz, nie w takim stopniu.

Tego typu zachowania oszustów są sprzeczne nie tylko z zasadami stosunków międzynarodowych, ale także i przede wszystkim z ogólnie przyjętymi normami moralności i etyki. Gdzie tu jest sprawiedliwość i prawda? Po prostu kłamstwa i hipokryzja dookoła.

Nawiasem mówiąc, amerykańscy politycy, politolodzy i dziennikarze piszą i mówią, że w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych powstało prawdziwe “imperium kłamstw”. Trudno się z tym nie zgodzić – tak jest naprawdę. Ale nie należy być skromnym: Stany Zjednoczone są nadal wielkim krajem i potęgą tworzącą system. Wszystkie jego satelity nie tylko pokornie i posłusznie mówią “tak” i papugują je pod najmniejszym pretekstem, ale także naśladują jego zachowanie i entuzjastycznie akceptują zasady, które im oferuje. Dlatego można powiedzieć nie bez powodu i pewności, że cały tak zwany blok zachodni utworzony przez Stany Zjednoczone na swój własny obraz i podobieństwo jest w całości tym samym “imperium kłamstw”.

Jeśli chodzi o nasz kraj, to po rozpadzie ZSRR, biorąc pod uwagę całą bezprecedensową otwartość nowej, nowoczesnej Rosji, jej gotowość do uczciwej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i innymi zachodnimi partnerami oraz jej praktycznie jednostronne rozbrojenie, natychmiast próbowali nas ostatecznie ścisnąć, wykończyć i całkowicie zniszczyć. Tak było w latach 1990. i na początku lat 2000., kiedy tak zwany kolektywny Zachód aktywnie wspierał separatyzm i gangi najemników w południowej Rosji. Jakie ofiary, jakie straty musieliśmy ponieść i jakie procesy musieliśmy przejść w tym czasie, zanim złamaliśmy kręgosłup międzynarodowego terroryzmu na Kaukazie! Pamiętamy o tym i nigdy nie zapomnimy.

Właściwie rzecz biorąc, próby wykorzystania nas we własnym interesie nigdy nie ustały aż do niedawna: starali się zniszczyć nasze tradycyjne wartości i narzucić nam swoje fałszywe wartości, które zniszczyłyby nas, naszych ludzi od wewnątrz, postawy, które agresywnie narzucali swoim krajom, postawy, które bezpośrednio prowadzą do degradacji i degeneracji, ponieważ są one sprzeczne z ludzką naturą. Tak się nie stanie. Nikomu nigdy się to nie udało, ani nie odniosą sukcesu teraz.

Mimo to w grudniu 2021 r. podjęliśmy kolejną próbę osiągnięcia porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami w sprawie zasad bezpieczeństwa europejskiego i nierozszerzania NATO. Nasze wysiłki poszły na marne. Stany Zjednoczone nie zmieniły swojego stanowiska. Nie uważają za konieczne uzgadnianie z Rosją w sprawy, która jest dla nas krytyczna. Stany Zjednoczone dążą do własnych celów, zaniedbując nasze interesy.

Oczywiście ta sytuacja nasuwa pytanie: co dalej, czego mamy się spodziewać? Jeśli historia jest jakimkolwiek przewodnikiem, wiemy, że w 1940 i na początku 1941 roku Związek Radziecki dołożył wszelkich starań, aby zapobiec wojnie lub przynajmniej opóźnić jej wybuch. W tym celu ZSRR starał się nie prowokować potencjalnego agresora do samego końca, powstrzymując się lub odkładając najbardziej pilne i oczywiste przygotowania, jakie musiał podjąć, aby bronić się przed zbliżającym się atakiem. Kiedy w końcu zadziałał, było już za późno.

W rezultacie kraj nie był przygotowany do odparcia inwazji nazistowskich Niemiec, które zaatakowały naszą Ojczyznę 22 czerwca 1941 r., nie wypowiadając wojny. Kraj zatrzymał wroga i pokonał go, ale wiązało się to z ogromnymi kosztami. Próba uspokojenia agresora przed Wielką Wojną Ojczyźnianą okazała się błędem, który przyniósł naszym ludziom wysokie koszty. W pierwszych miesiącach po wybuchu działań wojennych straciliśmy ogromne terytoria o strategicznym znaczeniu, a także miliony istnień ludzkich. Nie popełnimy tego błędu po raz drugi. Nie mamy do tego prawa.

Ci, którzy aspirują do globalnej dominacji, publicznie określili Rosję jako swojego wroga. Robili to bezkarnie. Nie popełnijcie błędu, nie mieli powodu, aby działać w ten sposób. Prawdą jest, że mają znaczne możliwości finansowe, naukowe, technologiczne i wojskowe. Zdajemy sobie z tego sprawę i obiektywnie patrzymy na zagrożenia gospodarcze, o których słyszeliśmy, podobnie jak nasza zdolność do przeciwdziałania temu bezczelnemu i niekończącemu się szantażowi. Pozwolę sobie powtórzyć, że nie mamy złudzeń w tym względzie i jesteśmy niezwykle realistyczni w naszych ocenach.

Jeśli chodzi o sprawy wojskowe, nawet po rozpadzie ZSRR i utracie znacznej części swoich zdolności, dzisiejsza Rosja pozostaje jednym z najpotężniejszych państw nuklearnych. Co więcej, ma pewną przewagę w kilku najnowocześniejszych broniach. W tym kontekście nikt nie powinien mieć wątpliwości, że każdy potencjalny agresor spotka się z porażką i złowieszczymi konsekwencjami, jeśli bezpośrednio zaatakuje nasz kraj.

Jednocześnie technologia, w tym w sektorze obronnym, szybko się zmienia. Jednego dnia jest jeden przywódca, a jutro kolejny, ale obecność wojskowa na terytoriach graniczących z Rosją, jeśli pozwolimy na to, pozostanie przez dziesięciolecia, a może na zawsze, tworząc stale rosnące i całkowicie niedopuszczalne zagrożenie dla Rosji.

Nawet teraz, wraz z ekspansją NATO na wschód, sytuacja Rosji pogarsza się i staje się z roku na rok coraz bardziej niebezpieczna. Co więcej, w ostatnich dniach przywódcy NATO byli dosadni w swoich oświadczeniach, że muszą przyspieszyć i zintensyfikować wysiłki na rzecz zbliżenia infrastruktury Sojuszu do granic Rosji. Innymi słowy, zaostrzają swoją pozycję. Nie możemy pozostawać bezczynni i biernie obserwować tych wydarzeń. Byłoby to dla nas absolutnie nieodpowiedzialne.

Dalsza rozbudowa infrastruktury Sojuszu Północnoatlantyckiego czy trwające starania o militarny przyczółek ukraińskiego terytorium są dla nas nie do przyjęcia. Oczywiście pytanie nie dotyczy samego NATO. Służy jedynie jako narzędzie amerykańskiej polityki zagranicznej. Problem polega na tym, że na terenach sąsiadujących z Rosją, które muszę zauważyć, że są naszą historyczną ziemią, kształtuje się jako wrogie, “antyrosyjski”. W pełni kontrolowana z zewnątrz, robi wszystko, aby przyciągnąć siły zbrojne NATO i zdobyć najnowocześniejszą broń.

Dla Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników jest to polityka powstrzymywania Rosji, z oczywistymi geopolitycznymi dywidendami. Dla naszego kraju jest to kwestia życia i śmierci, kwestia naszej historycznej przyszłości jako narodu. To nie jest przesada; to jest fakt. Jest to nie tylko bardzo realne zagrożenie dla naszych interesów, ale dla samego istnienia naszego państwa i jego suwerenności. Jest to czerwona linia, o której mówiliśmy przy wielu okazjach. Przekroczyli ją.

To prowadzi mnie do sytuacji w Donbasie. Widzimy, że siły, które zorganizowały zamach stanu na Ukrainie w 2014 roku, przejęły władzę, utrzymują ją za pomocą ozdobnych procedur wyborczych i porzuciły drogę pokojowego rozwiązania konfliktu. Przez osiem lat, przez osiem niekończących się lat robiliśmy wszystko, co możliwe, aby uregulować sytuację pokojowymi środkami politycznymi. Wszystko poszło na marne.

Jak powiedziałem w moim poprzednim przemówieniu, nie można patrzeć bez współczucia na to, co się tam dzieje. Stało się niemożliwe, aby to tolerować. Musieliśmy powstrzymać to okrucieństwo, to ludobójstwo milionów ludzi, którzy tam mieszkają i którzy pokładali swoje nadzieje w Rosji, w nas wszystkich. To ich aspiracje, uczucia i ból tych ludzi były główną siłą motywującą naszą decyzję o uznaniu niepodległości republik ludowych Donbasu.

Chciałbym dodatkowo podkreślić, co następuje. Koncentrując się na własnych celach, wiodące kraje NATO wspierają skrajnie prawicowych nacjonalistów i neonazistów na Ukrainie, tych, którzy nigdy nie wybaczą mieszkańcom Krymu i Sewastopola swobodnego wyboru ponownego zjednoczenia się z Rosją.

Niewątpliwie będą próbowali sprowadzić wojnę na Krym, tak jak to zrobili w Donbasie, aby zabić niewinnych ludzi, tak jak członkowie karnych jednostek ukraińskich nacjonalistów i wspólników Hitlera podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Otwarcie zgłaszali również roszczenia do kilku innych rosyjskich regionów.

Jeśli spojrzymy na sekwencję wydarzeń i napływające raporty, nie da się uniknąć starcia między Rosją, a tymi siłami. To tylko kwestia czasu. Przygotowują się i czekają na odpowiedni moment. Co więcej, posunęli się nawet do aspiracji do zdobycia broni jądrowej. Nie pozwolimy na to.

Powiedziałem już, że Rosja zaakceptowała nową rzeczywistość geopolityczną po rozpadzie ZSRR. Traktujemy wszystkie nowe państwa postsowieckie z szacunkiem i nadal będziemy działać w ten sposób. Szanujemy i będziemy szanować ich suwerenność, o czym świadczy pomoc, jakiej udzieliliśmy Kazachstanowi, gdy stanął w obliczu tragicznych wydarzeń i wyzwania w zakresie jego państwowości i integralności. Rosja nie może jednak czuć się bezpieczna, rozwijać się i istnieć w obliczu permanentnego zagrożenia ze strony terytorium dzisiejszej Ukrainy.

Pozwolę sobie przypomnieć, że w latach 2000-2005 użyliśmy naszego wojska, aby odeprzeć terrorystów na Kaukazie i staliśmy w obronie integralności naszego państwa. Zachowaliśmy Rosję. W 2014 roku wspieraliśmy mieszkańców Krymu i Sewastopola. W 2015 roku wykorzystaliśmy nasze Siły Zbrojne do stworzenia niezawodnej tarczy, która uniemożliwiła terrorystom z Syrii penetrację Rosji. To była kwestia obrony. Nie mieliśmy innego wyjścia.

To samo dzieje się dzisiaj. Nie pozostawili nam żadnej innej opcji obrony Rosji i naszego narodu, poza tą, którą jesteśmy zmuszeni dzisiaj wykorzystać. W tych okolicznościach musimy podjąć odważne i natychmiastowe działania. Ludowe republiki Donbasu zwróciły się do Rosji o pomoc.

W tym kontekście, zgodnie z art. 51 (rozdział VII) Karty Narodów Zjednoczonych, za zgodą Rady Federacji Rosji oraz w wykonaniu traktatów o przyjaźni i wzajemnej pomocy z Doniecką Republiką Ludową i Ługańskią Republiką Ludową, ratyfikowanych przez Zgromadzenie Federalne 22 lutego, podjąłem decyzję o przeprowadzeniu specjalnej operacji wojskowej.

Celem tej operacji jest ochrona osób, które od ośmiu lat spotykają się z upokorzeniami i ludobójstwem dokonanym przez reżim w Kijowie. W tym celu będziemy dążyć do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy, a także postawienia przed sądem tych, którzy popełnili liczne krwawe zbrodnie przeciwko ludności cywilnej, w tym przeciwko obywatelom Federacji Rosyjskiej.

Nie jest naszym planem okupacja ukraińskiego terytorium. Nie zamierzamy nikomu niczego narzucać siłą. Jednocześnie słyszymy coraz więcej oświadczeń płynących z Zachodu, że nie ma już potrzeby przestrzegania dokumentów przedstawiających wyniki II wojny światowej, podpisanych przez totalitarny reżim sowiecki. Jak możemy na to zareagować?

Skutki II wojny światowej i poświęcenia, jakie nasz naród musiał ponieść, aby pokonać nazizm, są święte. Nie stoi to w sprzeczności z wysokimi wartościami praw człowieka i wolności w rzeczywistości, która pojawiła się w powojennych dziesięcioleciach. Nie oznacza to, że narody nie mogą korzystać z prawa do samostanowienia, które jest zapisane w art. 1 Karty Narodów Zjednoczonych.

Przypomnę, że ludzie żyjący na terenach, które są częścią dzisiejszej Ukrainy, nie byli pytani, jak chcą budować swoje życie po utworzeniu ZSRR lub po II wojnie światowej. Wolność kieruje naszą polityką, wolnością samodzielnego wyboru naszej przyszłości i przyszłości naszych dzieci. Wierzymy, że wszystkie narody żyjące na dzisiejszej Ukrainie, każdy, kto chce to zrobić, musi mieć możliwość korzystania z tego prawa do dokonywania wolnego wyboru.

W tym kontekście chciałbym zwrócić się do obywateli Ukrainy. W 2014 roku Rosja została zobowiązana do ochrony ludności Krymu i Sewastopola przed tymi, których sam nazywasz “nats”. Mieszkańcy Krymu i Sewastopola dokonali wyboru na rzecz bycia ze swoją historyczną ojczyzną, Rosją, a my poparliśmy ich wybór. Jak już powiedziałem, nie mogliśmy postąpić inaczej.

Obecne wydarzenia nie mają nic wspólnego z chęcią naruszenia interesów Ukrainy i narodu ukraińskiego. Są związani z broniącą się Rosją przed tymi, którzy wzięli Ukrainę jako zakładników i próbują ją wykorzystać przeciwko naszemu krajowi i naszemu narodowi.

Powtarzam: działamy, aby bronić się przed zagrożeniami, które dla nas stworzono, i przed gorszym niebezpieczeństwem niż to, co dzieje się teraz. Proszę was, jakkolwiek trudne by to nie było, abyście to zrozumieli i współpracowali z nami, aby jak najszybciej odwrócić tę tragiczną stronę i iść naprzód razem, nie pozwalając nikomu ingerować w nasze sprawy i nasze relacje, ale rozwijając je niezależnie, aby stworzyć sprzyjające warunki do przezwyciężenia wszystkich tych problemów i wzmocnić nas od wewnątrz, jako jedną całość, pomimo istnienia granic państwowych. Wierzę w to, w naszą wspólną przyszłość.

Chciałbym również zwrócić się do personelu wojskowego ukraińskich sił zbrojnych.

Towarzysze oficerowie, wasi ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie nie [po to]walczyli z nazistowskimi okupantami i bronili naszą wspólną Ojczyznę, aby pozwolić dzisiejszym neonazistom przejąć władzę na Ukrainie. Przysięgę wierności narodowi ukraińskiemu, a nie juncie, przeciwnikowi ludu, który plądruje Ukrainę i upokarza naród ukraiński.

Wzywam was, abyście odmówili wykonania ich przestępczych rozkazów. Wzywam was, abyście natychmiast złożyli broń i poszli do domu. Wyjaśnię, co to oznacza: personel wojskowy ukraińskiej armii, który to zrobi, będzie mógł swobodnie opuścić strefę działań wojennych i wrócić do swoich rodzin.

Chcę jeszcze raz podkreślić, że cała odpowiedzialność za ewentualny rozlew krwi będzie w pełni i całkowicie spoczywać na rządzącym ukraińskim reżimie.

Chciałbym teraz powiedzieć coś bardzo ważnego dla tych, którzy mogą ulec pokusie ingerowania w te wydarzenia z zewnątrz. Bez względu na to, kto próbuje stanąć nam na drodze, a tym bardziej stworzyć zagrożenie dla naszego kraju i naszego narodu, musi wiedzieć, że Rosja zareaguje natychmiast, a konsekwencje będą takie, jakich nigdy nie widzieliście w całej swojej historii. Bez względu na to, jak rozwiną się wydarzenia, jesteśmy gotowi. Wszystkie niezbędne decyzje w tym zakresie zostały podjęte. Mam nadzieję, że moje słowa zostaną usłyszane.

Obywatele Rosji, kultura i wartości, doświadczenie i tradycje naszych przodków niezmiennie stanowiły potężną podstawę dobrobytu i samego istnienia całych państw i narodów, ich sukcesu i żywotności. Oczywiście zależy to bezpośrednio od zdolności do szybkiego dostosowywania się do ciągłych zmian, utrzymania spójności społecznej oraz gotowości do konsolidacji i przywołania wszystkich dostępnych sił, aby iść naprzód.

Zawsze musimy być silni, ale ta siła może przybierać różne formy. “Imperium kłamstwa”, o którym wspomniałem na początku mojego przemówienia, w swojej polityce opiera się przede wszystkim na szorstkiej, bezpośredniej sile. To wtedy stosuje się nasze powiedzenie o byciu “całym dzielnym i bez mózgu”.

Wszyscy wiemy, że sprawiedliwość i prawda po naszej stronie jest tym, co czyni nas naprawdę silnymi. Jeśli tak jest, trudno byłoby nie zgodzić się z faktem, że to nasza siła i nasza gotowość do walki są podstawą niezależności i suwerenności oraz stanowią niezbędny fundament do budowania niezawodnej przyszłości dla twojego domu, twojej rodziny i twojej Ojczyzny.

Drodzy rodacy, jestem pewien, że oddani żołnierze i oficerowie sił zbrojnych Rosji będą wykonywać swoje obowiązki z profesjonalizmem i odwagą. Nie mam wątpliwości, że instytucje rządowe na wszystkich szczeblach i specjaliści będą skutecznie pracować nad zagwarantowaniem stabilności naszej gospodarki, systemu finansowego i dobrobytu społecznego, i to samo dotyczy kadry kierowniczej korporacji i całej społeczności biznesowej. Mam nadzieję, że wszystkie partie parlamentarne i społeczeństwo obywatelskie zajmą skonsolidowane, patriotyczne stanowisko.

Ostatecznie przyszłość Rosji jest w rękach jej wieloetnicznego narodu, jak to zawsze miało miejsce w naszej historii. Oznacza to, że decyzje, które podjąłem, zostaną wykonane, że osiągniemy wyznaczone cele i rzetelnie zagwarantujemy bezpieczeństwo naszej Ojczyzny.

Wierzę w wasze wsparcie i niezwyciężoną siłę zakorzenioną w miłości do naszej Ojczyzny.


Tekst/Klub Inteligencji Polskiej

„Obowiązki względem Ukrainy” ważniejsze od polskich rolników? Skandaliczna wypowiedź wicepremiera Kowalczyka.

„Obowiązki względem Ukrainy” ważniejsze od polskich rolników? Skandaliczna wypowiedź wicepremiera Kowalczyka.

21 grudnia 2022 https://pch24.pl/obowiazki-wzgledem-ukrainy-wazniejsze-od-polskich-rolnikow-skandaliczna-wypowiedz-wicepremiera/

Rolnicy zrzeszeni w „Solidarności” przygotowują protesty w odpowiedzi na zagrożenie dla polskiego rynku spowodowane „niekontrolowanym” napływem produktów rolnych z Ukrainy, związanym z ich eksportem przez nasz kraj. Jak zapewnił wicepremier i minister rolnictwa, Henryk Kowalczyk, władze rozumieją postulaty rolników, ale nie wszystkie mogą spełnić, ze względu na „obowiązki” względem wschodniego sąsiada.

– Musimy pamiętać, że mamy pewne obowiązki wobec Ukrainy, obowiązki pomocowe – mówił członek rządu podczas wtorkowej konferencji prasowej. W swoim wystąpieniu polityk oświadczył, że jest przekonany o możliwości osiągnięcia porozumienia ze związkowcami. – Jestem przekonany, że wszystkie argumenty, które są po naszej stronie, zostaną przyjęte – mówił Kowalczyk, zapowiadając swoją wizytę na kolejnym zebraniu Rady Krajowej.

Jak zapowiedział minister, resort otwarty jest na dyskusję, a żądania rolników są „do uzgodnienia z solidarnością”. Szef resortu rolnictwa oświadczył także, że władze będą starały się minimalizować negatywne konsekwencje przedostawania się ukraińskiego zboża na krajowy rynek.

Według ustaleń Rady Krajowej Rolników Indywidualnych NSZZ Solidarność do protestu ma dojść w skali całego kraju 17 stycznia przyszłego roku. „Sytuacja gospodarcza w rolnictwie przechodzi kryzys spowodowany między innymi (przez- red.) niekontrolowany napływ zbóż z Ukrainy, co zagraża dalszemu funkcjonowaniu gospodarstw rodzinnych w Polsce” – czytamy w komunikacie instytucji, towarzyszącym ogłoszeniu daty strajku.

Do słów ministra rolnictwa odniósł się na Twitterze publicysta Łukasz Warzecha. „Nie, nie mamy żadnych obowiązków pomocowych wobec Ukrainy, Panie Premierze. Obowiązki polska władza ma wyłącznie wobec polskich obywateli”, zauważał „Wobec Ukrainy możemy najwyżej podejmować jakieś zobowiązania dobrowolnie, o ile nie stoi to w sprzeczności ze wspomnianymi obowiązkami”, dodawał komentator.

Źródła: rp.pl, Twitter

Zielony komunizm szaleje w UE. To chyba przedśmiertny taniec św. Wita. System kartkowy na powietrze.

Zielony komunizm szaleje w UE. To chyba przedśmiertny taniec św. Wita. System kartkowy na powietrze.

ETS dla transportu i budownictwa, 2000 kg CO2 dla każdego! Czy Unia Europejska pozbawi nas domów podatkiem od powietrza?

Totalitaryzm klimatyczny, forsowany przez unijnych Zielonych Khmerów, będzie czymś dużo gorszym od dwudziestowiecznego komunizmu jaki znamy i jaki jawi nam się jako coś strasznego.

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/ets-dla-transportu-i-budownictwa-2000-kg-co2-dla-kazdego-czy-unia-europejska-pozbawi-nas

W zeszłą sobotę w parlamencie UE doszło do porozumienia w zakresie kontroli emisji CO2 będzie to miało wielkie znaczenie dla naszej przyszłości bo wprowadzony zostanie handel powietrzem ETS II, który tym razem obejmie emisję nie tylko Elektrowni ale również z budynków i z transportu. 

Oprócz ETS II premier Mateusz Morawiecki zgodził się na budowę „węglowego kredytu społecznego”, co w praktyce oznacza wprowadzenie powszechnego podatku osobistego od emisji dwutlenku węgla.

Zielony komunizm nigdy nie był tak blisko wdrożenia jak po sobotnim głosowaniu w Parlamencie Europejskim. Zdecydowano, że wszystkim zostanie narzucony tak zwany ETS czyli Emission Trading System, a po polsku system handlu emisjami  dwutlenku węgla. Będzie to pierwszy krok a drodze do stworzenia systemu „kredytu społecznego”, w którym wszyscy będziemy płacić za każdą emisję gazów CO2.

 Już od przyszłego roku każdy budynek będzie musiał mieć tak zwany certyfikat energetyczny i za jego brak grozić będzie kara finansowa. Wcześniej spisywano źródła ciepła, czyli robiono inwentaryzację pieców, kominków i pomp ciepła. Innymi słowy czyniono przygotowania do tego co właśnie objawiono. Obowiązek posiadania certyfikatu energetycznego jest tylko częściowo związany z prądem elektrycznym, jak postrzegają to ludzie, choć konsumpcja energii elektrycznej jest jednym z elementów oceny tego jak bardzo ekologiczny jest budynek. Na podstawie tych danych będą wyliczane dozwolone emisje. To samo dotyczyć będzie również ruchu samochodów ciężarowych i osobowych, które także zostaną objęte system ETS ll.

 „Opłaty za powietrze”, które w tej chwili płacą elektrownie, wkrótce będą musieli płacić wszyscy i to już od 2027 r. Nie jest to zatem jakaś bliżej niesprecyzowane przyszłość tylko nasza rzeczywistość za kilka lat. Nie wiadomo w tej chwili jakie limity CO2 zostaną przyznane dla budynków, w tym domów jednorodzinnych, ale można podejrzewać że utrzymanie domu i samochodu będzie jeszcze trudniejsze i droższe po wdrożeniu unijnego zielonego komunizmu. Konstruktorzy tego dyktatu nie ukrywają że chodzi im o powstaniu świata w którym nikt nic nie będzie posiadał a emisje dwutlenku węgla będą minimalne,

 Dla zwolenników marksizmu klimatycznego, ważne jest aby ograniczyć działalność ludzi. Mimo że ostateczne decyzję co do tego jeszcze nie zapadły to już teraz zaproponowano, że każdy będzie dysponował rocznym limitem 2000 kg CO2 do wykorzystania. Np. lot samolotem będzie liczony na 500 kg CO2, a jeden stek 6 kg, zatankowanie 50 l paliwa PB 95 ma kosztować 50 kg CO2 i tak dalej.

 Cały ten system kartek na powietrze będzie bardzo przypominał paszporty szczepionkowe i być moze zostanie użyta ta sama infrastruktura, czyli stanie się czymś w rodzaju systemu kredytu socjalnego. Każda nasza transakcja będzie automatycznie przeliczana na CO2 a zajmą się tym banki, które już to robią w ramach testów, na przykład polski oddział Santandera. Oczywiście warunkiem koniecznym wdrożenia tego typu rozwiązania jest też likwidacja gotówki i zastąpienie jej cyfrową walutą banków centralnych tak zwanym CBDC. Po takim uszczelnieniu systemu ucisku, w świecie marksizmu klimatycznego to inni będą decydować za nas czy możemy zakupić dane dobra. Bank będzie wiedział czy mamy nie tylko odpowiednią sumę pieniędzy ale też czy nie brakuje nam  specjalnych punktów CO2 i jeśli zużyjemy nasz limit transakcja nie będzie możliwa chyba że odkupimy CO2 od tych, którzy zużywają go mniej niż 2000 kg rocznie.

 Obraz systemu jaki chce nam wprowadzić Unia Europejska może przerażać zwłaszcza tych, którzy przeżyli komunizm. Wygląda na to że ten poprzedni marksizm nie był perfekcyjny i dlatego upadł, bo nie miał jeszcze tak doskonałych narzędzi kontroli ludzi jakie dała informatyzacja. Niestety w związku z tym można oczekiwać, że totalitaryzm klimatyczny, forsowany przez unijnych Zielonych Khmerów, będzie czymś dużo gorszym od dwudziestowiecznego komunizmu jaki znamy i jaki jawi nam się powszechnie jako coś strasznego.=======================

mail:

Od wieków na świecie toczy się wojna o pieniądz. Banki i bankierzy kształtują świat, są „elitarnym klubem”, co rządzi światem. Bankierzy w swoich działaniach są bezwzględni. Ludzkie tragedie nie mają nic do rzeczy, gdy bankierzy „strzygą owce”. 

Na liście narzędzi bankierów są spekulacje, zamachy, kryzysy i konflikty zbrojne, w których  ten sam bank wspiera obie strony konfliktu. Obecnie ze względu na możliwość całkowitej zagłady nuklearnej, wojna światowa „nie jest wskazana”. Dlatego wymyślili globalną wojnę o klimat

Dr Zbigniew Martyka: Czy szczepienia na Covid-19 to „święta krowa”? I czemu??

Dr Zbigniew Martyka: Czy szczepienia na Covid-19 to „święta krowa”? I czemu??

https://www.fronda.pl/a/Dr-Zbigniew-Martyka-dla-Frondy-Czy-szczepienia-na-Covid-19-to-swieta-krowa,208953.html

– Warto przypomnieć, że w czasach kiedy były masowe zachorowania grypowe, lekarze przyjmowali po kilkudziesięciu pacjentów dziennie. Co ciekawe, nikt nie kazał im robić testów, nikt się nie izolował i nie wymagał od tych ludzi potwierdzenia, że byli zaszczepieni. Ci chorzy byli wtedy traktowani z godnością, jak ludzie. Oczywiście, że jakiś lekarz mógł się zakazić, ale dzięki kontaktom z wieloma chorymi nabierał naturalnej odporności – mówi w rozmowie z serwisem Fronda.pl ordynator oddziału zakaźnego Dąbrowie Tarnowskiej, internista, specjalista chorób zakaźnych dr Zbigniew Martyka.

======================

Mariusz Paszko, portal Fronda.pl:

Po zapoznaniu się ze stawianymi Panu doktorowi zarzutami i skonsultowaniu ich z kilkoma fachowcami, a także na bazie powszechnie już dostępnych badań naukowych, w tym wielu randomizowanych, wygląda na to, że wszystkie Pana wypowiedzi są zgodne z prawdą i oparte na rzetelnej wiedzy naukowej. Z czego więc może wynikać oskarżanie Pana i postawienie przed Sądem Lekarskim?

Dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału zakaźnego Dąbrowie Tarnowskiej, internista, specjalista chorób zakaźnych: 

W moim odczuciu jest to związane z niepopularnością tego, o czym mówiłem. Z psychologicznego punktu widzenia, jeśli ktoś przedstawia informacje fałszywe albo sam dał się zmanipulować, to ciężko jest mu się do tego przyznać i jest bardzo niezadowolony, jeśli ktoś te manipulacje obnaża i wykazuje, że on mijał się z prawdą. I to samo dotyczy grupy ludzi. Wtedy opór jest nawet silniejszy. To, że mijano się z prawdą jest bardzo niewygodne dla tych, którzy kreują rozsiewanie nieprawdziwych informacji, jak też dla tych, który dali się zmanipulować.

Ja mówiłem o tych sprawach w sposób bezkompromisowy, obnażałem te kłamstwa i mówiłem jak to wszystko wygląda naprawdę. To właśnie było solą w oku tych osób. Ludzi mówiących prawdę natomiast stara się w takich sytuacjach w jakiś sposób uciszyć.

Prawdę mówiąc byłem zdziwiony, kiedy otrzymałem to wezwanie do sądu. Chodzi o to, że na początku tego całego zamieszania, każdy mógł mieć wątpliwości, czy ja mam rację czy nie i czy to się potwierdzi w badaniach. Teraz natomiast, kiedy to wszystko jest potwierdzone wieloma badaniami naukowymi, sprawą co najmniej dziwną jest, że ktoś takie oskarżenia podtrzymuje. To brzmi po prostu bardzo niepoważnie.

MP: Jeden z postawionych Panu zarzutów dotyczy kwestionowania przez Pana skuteczności noszenia maseczek. Jak już wiadomo, tylko jedno i do tego nie do końca rzetelne badanie przeprowadzone w Bangladeszu wykazało skuteczność maseczek. W 14 randomizowanych badaniach natomiast wykazano, że noszenie maseczek nie tylko jest nieskuteczne, ale w bardzo wielu przypadkach wręcz szkodliwe. Jak bardzo szkodliwe są zatem maseczki?

ZM: Podstawowym mankamentem jest ograniczenie dopływu tlenu do organizmu, w tym przede wszystkim do mózgu. Ma to też bardzo duży wpływ na psychikę człowieka, ponieważ ludzie, którzy zostali zmuszeni do noszenia maseczek czuli się trochę jak niewolnicy. Pomijam tych, którzy się do tego stopnia przestraszyli, że chodzili w nich nawet po domu. Osobiście miałem też okazję widzieć osobę kierującą samochodem – kierowca jechał bez pasażerów, a mimo to miał na sobie maseczkę i do tego jeszcze przyłbicę. Brzmi to trochę kuriozalnie, ale takie sytuacje miały miejsce.

Co szczególnie ważne, samo niedotlenienie organizmu jest bardzo szkodliwe przy tych schorzeniach, przy których wymagane jest bardzo dobre natlenienie organizmu – jak na przykład poważne choroby serca (w tym sinicze wady serca), astma, POChP (Przewlekła Obturacyjna Choroba Płuc), ale też w takich stanach fizjologicznych jak ciąża, gdzie dziecko powinno mieć w łonie matki jak najlepsze dotlenienie.

Na początku po wprowadzeniu restrykcji były uwzględnione wyjątki, a więc osoby, które chorowały na wymienione przeze mnie wyżej choroby, były zwolnione z ich noszenia. Następnie jednym rozporządzeniem został wprowadzony obowiązek noszenia maseczek przez wszystkich, z wyjątkiem osób cierpiących na schorzenia psychicznie.

Początkowo mówiono więc, że są choroby, które wymagają dobrego dotlenienia organizmu, na następnie temu zaprzeczono jednym dokumentem.

To mniej więcej tak, jakby ktoś wprowadził przepis, że od dzisiaj nie ma cukrzycy. Jest to więc całkowicie bezsensowne, ponieważ badania wykazały nawet, że noszenie maseczek materiałowych (a swego czasu były dopuszczone) zwiększa trzykrotnie możliwość zachorowania na infekcje dróg oddechowych. To zupełnie urąga mądrości klinicznej, jeśli jesteśmy zmuszani robić coś, co nie tylko nie pomaga, ale wręcz szkodzi.

Poza tym było wiele obserwacji i badań dotyczących różnych regionów na świecie. Brano w nich pod uwagę nie tylko maseczki, ale też lockdowny i inne obostrzenia. Wykazano, że tam gdzie były bardzo restrykcyjne obostrzenia wcale nie spadła ilość zakażeń. Co więcej, ich ilość była zupełnie podobna do tych regionów, gdzie restrykcje były całkowicie poluzowane. To też pokazuje, że maseczki nie miały żadnego wpływy na ochronę przed zachorowaniami. Tych badań jest obecnie bardzo dużo, więc każdy logicznie myślący widzi, że to nie miało sensu.

Niektóre badania podają, że wirusy są nawet 7-8 tys. razy mniejsze niż przestrzenie w maseczkach.

Obrazując to nieco humorystycznie, można powiedzieć, że ktoś zakłada nową siatkę na ogrodzenie, żeby komary nie wlatywały do jego ogródka.

MP.: Kolejnym elementem jest chyba też to, że wirusy na świeżym powietrzu czy w wodzie rozpuszczają się bardzo szybko, a więc przestają też być zagrożeniem dla życia i zdrowia ludzi. Jaki zatem był sens noszenia maseczek na zewnątrz?

ZM: Absolutnie żaden. Mnie się to kojarzy z obrazami pokazującymi, jak niewolnikom zakładano maski jako symbol zniewolenia. Z medycznego punktu widzenia – przywołam tu jeszcze raz badania, o których wyżej mówiłem – nie ma to absolutnie żadnego uzasadnienia.

MP.: Kolejnym postawionym Panu zarzutem jest to, że zwrócił Pan uwagę na marginalne zagrożenie Covidem u dzieci i młodzieży.

ZM: Już są dostępne oficjalnie dane statystyczne, które mówią, że niebezpieczeństwo poważnego zachorowania przez małe dziecko to 0.17 na 100 tys. dzieci, a więc jest to rzeczywiście marginalne zagrożenie. My nie mamy oddziału dziecięcego, ale znam przypadki, kiedy dzieci miały pozytywny wynik testu i żadne typowe objawy covidowe u nich nie występowały. Kiedy zapoznawałem się z tymi danymi jakiś czas temu, to w całej Polsce były to 1 czy 2 przypadki ciężkich zachorowań. Jeśli więc niebezpieczeństwo jest tak znikome, to pojawia się zasadne pytanie, po co te dzieci szczepić?

Ja osobiście zajmuję się szczepieniami przeciwko wściekliźnie. Kiedy człowiek zostanie ukąszony i nie wiemy, czy dane zwierzę było chore na wściekliznę czy nie, to na wszelki wypadek my tego człowieka szczepimy, ponieważ w razie czego to ratuje człowiekowi życie. Czy jednak należałoby szczepić wszystkich ludzi, nawet tych żyjących w aglomeracjach miejskich, którzy nawet nie mają kontaktu z dzikimi zwierzętami? To przecież byłby nonsens, ponieważ możliwość zakażenia jest znikoma.

MP.: Kolejny zarzut dotyczy Pana wypowiedzi, że szczepienie dzieci poniżej 12 roku życia stwarza dużo większe zagrożenie, niż samo zakażenie Sars-Cov-2. Z czego to wynika?

ZM: Jak już wspominałem, zakażenie u dzieci przebiega najczęściej bezobjawowo albo z bardzo łagodnymi objawami infekcyjnymi i praktycznie nie odnotowuje się żadnych poważnych następstw, w tym zgonów. Oczywiście mogą się zdarzyć pojedyncze przypadki, tak jak to się dzieje w przypadku każdej innej infekcji wirusowej, jak grypa lub coś innego. Wtedy powinniśmy wyważyć ryzyko w stosunku do potencjalnych korzyści.

Któryś z polityków powiedział tak: o szczepionkach można mówić albo dobrze albo wcale. To ja się pytam, dlaczego albo dobrze albo wcale? A jeśli oficjalnie się dowiemy, że jest coś negatywnego w jakimś danym preparacie, to – ponowię pytanie – dlaczego nie wolno powiedzieć o tym i udostępnić tej prawdy? Czy szczepionka to święta krowa? Ja osobiście nie znam żadnego medykamentu, który nie miałby potencjalnych skutków ubocznych. Jeśli weźmiemy ulotkę jakiegokolwiek leku, który stosujemy w dobrej wierze u pacjentów, to czasem mamy tam wymienionych kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt możliwych działań niepożądanych. Na tym właśnie polega specyfika leków chemicznych. Ponadto, nawet najbardziej bezpieczny zabieg operacyjny może się skończyć śmiercią pacjenta. Nawet przy stosunkowo prostym zabiegu, jakim jest usunięcie wyrostka może się to zdarzyć.

Trzeba jednak zwracać uwagę na to, jakie jest prawdopodobieństwo tych powikłań, a w tej chwili już wiadomo, że tych powikłań po szczepieniach na Covid-19 jest coraz więcej. Sami zresztą ich producenci tego nie ukrywają, że pod wieloma względami te preparaty nie zostały jeszcze przebadane. Nie było też długofalowych obserwacji, ponieważ nie mogło ich być przy tak szybkim procedowaniu. Na przykład widnieje zapis, że nie przebadano możliwości działań rakotwórczych, czy też wpływu na płodność.

MP.: Na oficjalnych stronach producentów, jak ma to miejsce na przykład w przypadku firmy Pfizer, ciągle widnieje informacja, że ich preparat na Covid-19 jest nadal w 3 fazie testów klinicznych i gromadzone są na ten temat dane.

ZM: No więc skoro są testy kliniczne, to znaczy, że jest to faza badań, a więc jest to eksperyment i spełnia kryteria eksperymentu. Jeśli zatem więc ktoś u nas mówi, że to już nie jest eksperyment, to po prostu mija się z prawdą. Albo nie wie, co to jest eksperyment medyczny albo chce ludzi świadomie wprowadzić w błąd. Ponadto lista działań ubocznych w tym przypadku rozszerza się coraz bardziej. Mówiło się już o zmianach zakrzepowych, zapaleniach mięśnia sercowego, czy polineuropatii. Ponadto, odnoszę się tu do ulotki, na której czytamy: „nie wykazano negatywnego wpływu na płodność”. Czyli producent nie wiedział. Po pewnym czasie okazało się jednak, że nigdy wcześniej nie było takiej liczby poronień u kobiet zaszczepionych. Okazuje się ponadto, że to białko kolca jest znajdowane w gonadach, w sercu, w mózgu. Nie jest więc prawdą, że ono przebywa w organizmie człowieka tylko krótkotrwale, a okazuje się, że może być bardzo długo produkowane i może znajdować się w różnych narządach. Jeśli zatem wykrywa się je w gonadach, to na jakiej podstawie można powiedzieć, że nie będzie to miało wpływu na płodność? Tego po prostu nie da się powiedzieć. Co więcej, jeśli producenci tego nie wiedzą, to na jakiej podstawie lekarze informują o całkowitym bezpieczeństwie?

MP.: Czyli z jednej strony mieliśmy to, że producenci mówią w zasadzie prawdę, czasem nie dopowiadają, ale nie kłamią. Natomiast przekłamania i podawanie nieprawdy były po stronie lekarzy i polityków?

ZM: W jednym przypadku producent przyznał się do przekłamania – Pfizer początkowo publikował zapewnienia dotyczące braku transmisji wirusa Sars-Cov-2. W Parlamencie Europejskim firma przyznała jednak, że nie zostało to przebadane. To się oczywiście potwierdziło, ponieważ widzimy, że osoby zaszczepione normalnie przenoszą wirusy.

MP.: Wygląda jednak na to, że koncerny farmaceutyczne zabezpieczyły się prawnie pod tym względem. Natomiast przekłamania, podawanie nieprawdy i wprowadzanie ludzi w błąd było już po stronie lekarzy i polityków. Czy tak?

ZM: Taki wniosek się nasuwa, ale oczywiście nie dotyczy to wszystkich lekarzy. Znam wielu, którzy zachowują ostrożność i rozwagę. Mnie z kolei zarzuca się, że postępuję wbrew kodeksowi etyki lekarskiej, ponieważ narażam pacjentów na niebezpieczeństwo, ale… poprzez otwieranie im oczu na prawdę.

Kodeks etyki lekarskiej mówi tak: lekarz jest zobowiązany przedstawić pacjentowi wszystkie za i przeciw proponowanej terapii. Tego właśnie ten kodeks wymaga. Jeśli więc ktoś ukrywa przed pacjentem możliwości innego leczenia czy niebezpieczeństwa związanego z proponowanym leczeniem, to odpowiada za to i wprowadza pacjenta w błąd.

My co prawda nie prowadzimy szczepień przeciwko Covid-19 na naszym oddziale, ale gdyby pacjent mnie zapytał, czy to jest w pełni bezpieczne, to nigdy w życiu nie odważyłbym się na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. Bo na jakiej podstawie mógłbym udzielić takiej odpowiedzi, jeśli już są udokumentowane tak liczne dowody działań negatywnych ubocznych? W bazie danych VAERS w USA, gdzie zgłasza się różne choroby, to w ubiegłych latach na mniej więcej podobnym poziomie były zawały serca, a w roku 2021 roku, kiedy wprowadzono szczepienia liczba zawałów serca wzrosła aż o 8000 procent.

MP.: Jest jeszcze jedna kwestia. W ostatnim czasie uzyskałem materiały zebrane przez Pana dr Witczaka. Wykazują one, że liczba udokumentowanych zgonów w USA związanych ze szczepieniami p-SARS-CoV-2 jest czterokrotnie większa, niż liczba zgonów poszczepiennych w ciągu 10 poprzednich lat związanych z wszystkimi pozostałymi szczepionkami razem wziętymi.

Nie można więc powiedzieć, że to jest przypadek. Byłoby to zwyczajnie niepoważne i kompromitujące.

W mojej bliskiej rodzinie mam taki przypadek, że lekarz zapewnił pacjentkę, że szczepionka nie posiada żadnych działań ubocznych. Tymczasem ta osoba na drugi dzień straciła przytomność. Ponowię więc mojej pytanie: na jakiej podstawie lekarz zapewnił, że nie ma ona żadnych działań szkodliwych? On przecież bierze za to odpowiedzialność.

ZM: Każdy kto przed pacjentem ukrywa możliwe negatywne działania i wprowadza go w błąd mówiąc, że na pewno jest wszystko w porządku, powinien ponieść odpowiedzialność. To jest oszukiwanie ludzi i jest to sprzeczne z kodeksem etyki lekarskiej.

MP.: Zarzucono jeszcze Panu, że krytykował Pan skuteczność dystansu społecznego. Jakie negatywne skutki na wprowadzanie takiego dystansu?

ZM: Gdybyśmy chodzili w odległości 5 metrów od siebie, to ryzyko zakażenia na dowolną chorobę było by może rzeczywiście mniejsze, ale – nie dajmy się zwariować. My przecież cały czas żyjemy zanurzeni w morzu bakterii i wirusów. Jest to nasze normalne naturalne środowisko. Poprzez kontakt z ludźmi i innymi patogenami nabieramy odporności. Warto zwrócić uwagę, że jeśli jakieś dziecko jest wychowywane w sterylnych warunkach, bo rodzice są przewrażliwieni i wszystko dezynfekują, to kiedy to dziecko spotyka się ze swoimi rówieśnikami, to znacznie łatwiej i szybciej zapada na różne choroby. To dziecko bowiem nie miało szansy nabyć naturalnej odporności. Kontakt z innymi patogenami w nabywaniu tej odporności jest kluczowy. Często nawet dzieci wychowywane w gorszych warunkach są dużo bardziej odporne. Oczywiście nie mam na myśli skrajnych przypadków.

Z dorosłymi jest zupełnie podobnie. Jeśli do przesady są oni izolowani, to w efekcie narażamy ich na łatwiejsze zachorowania. Ponadto ten dystans społeczny jest zahamowaniem i niszczeniem relacji międzyludzkich, a to jest przecież podstawowa potrzeba człowieka. Ludzie powinni się ze sobą spotykać i rozmawiać – nie przez internet czy telefon, ale osobiście.

Doszło nawet w pewnym momencie do absolutnej skrajności, kiedy zakazano rodzinom odwiedzania bliskich w szpitalach, czy nawet rodzicom zabraniano odwiedzania ich dzieci, kiedy ta potrzeba psychiczna jest tak ogromnie ważna. Czy też wprowadzono zakaz odwiedzania ludzi umierających, którzy nie mogli się pożegnać ze swoimi bliskimi. Dla mnie to było po prostu koszmarne.

Rozumiem, że na początku wiele osób mogło być poważnie przestraszonych, ale później, kiedy już się okazało, że to nie jest aż tak straszne, że jest to choroba jak każda inna? Będziemy mieli kolejne wirusy, ponieważ taka jest naturalna kolej rzeczy. Ale dlaczego niektórzy lekarze w dalszym ciągu się obawiają, to jest to już dla mnie zupełnie zagadkowe. Albo dlaczego wyrzucają pacjentów bez maseczki, czy też niezaszczepionych? Dla mnie osobiście to jest już karygodne i nie umiem sobie wyobrazić, że taki człowiek posiada jakąkolwiek etykę lekarską.

Jeśli taki lekarz boi się pacjenta, który może być potencjalnie chory, to w jakim celu on został lekarzem? Równie dobrze można byłoby powiedzieć, że strażak boi się pojechać do pożaru, bo może się poparzyć. I takie absurdy możemy mnożyć.

Warto przypomnieć, że w czasach kiedy były masowe zachorowania grypowe, lekarze przyjmowali po kilkudziesięciu pacjentów dziennie. Co ciekawe, nikt nie kazał im robić testów, nikt się nie izolował i nie wymagał od tych ludzi potwierdzenia, że byli zaszczepieni. Ci chorzy byli wtedy traktowani z godnością, jak ludzie. Oczywiście, że jakiś lekarz mógł się zakazić, ale dzięki kontaktom z wieloma chorymi nabierał naturalnej odporności.

Tak więc wprowadzenie tego dystansu społecznego, zamykanie ludzi w domach, pozbawienie aktywności społecznej, czy pozbawianie słońca, a więc i mniejszy poziom witaminy D, która jak się okazało wpływa bardzo pozytywnie na wzrost odporności, były bardzo niekorzystne. Następnie stres, którym karmiono ludzi, przez który układ odpornościowy człowieka też znacznie gorzej funkcjonuje. Wszystko, co było robione, prowadziło do tego, że ludzie stawali cię coraz bardziej podatni na choroby.

Jest przecież nauka psycho-neuro-immunologia, która wyraźnie wykazuje wpływ naszych myśli i samopoczucia na funkcjonowanie organizmu. Człowiek jest przecież istotą psych-fizyczną, stres osłabia odporność organizmu, a ostatnia faza stresu prowadzi wprost do śmierci.

Jest to całkowita prawda, że stres pogarsza odporność fizyczną organizmu. Jako przykład można podać taniec śmierci w kulturze indiańskiej, kiedy osoba starsza wie, że zbliża się jej koniec życia, wykonuje wtedy tzw. tanieć śmierci, po zakończeniu którego pada na ziemię martwa. Ta osoba wie i wierzy w to, że kiedy ten tanieć śmierci zakończy to umrze. Jej psychika jest tak właśnie nakierowana.

To samo działa też w drugą stronę. Jeśli pacjent ma silną wolę przeżycia, to nawet w bardzo skomplikowanych sytuacjach czy chorobach przeżywa. Inny natomiast, nawet przy wydawałoby się banalnym schorzeniu jest zdołowany i nie wierzy w możliwość wyleczenia, to umiera.

Tak więc nasza ludzka psychika jest naprawdę potężnym narzędziem w walce z chorobami.

W USA, ale też w wielu innych krajach w profesjonalnych szpitalach przed przeprowadzeniem operacji u pacjenta przeprowadzane jest rozeznanie psychologiczne – czy pacjent jest religijny, czy jest pogodzony z rodziną, czy na przykład był u spowiedzi. Okazuje się bowiem, że osoby stabilne emocjonalnie przez operacją, po jej wykonaniu szybciej wracają do zdrowia.

Jest to jak najbardziej logiczne i zasadne w kontekście togo, o czym już powiedziałem.

MP.: Ostatnim stawianym Panu zarzutem jest to, że mówił Pan o tym, że podjęcie programu szczepień przeciwko COVID-19 jest eksperymentem medycznym na niespotykaną dotąd skalę.

ZM: Producenci szczepień – o czym już rozmawialiśmy – podawali i nadal podają oficjalnie, że są prowadzone badania i wiele elementów jeszcze nie zostało przebadanych. Skoro więc badania nie zostały zakończone, to jest to prowadzone – nazwijmy to – w trybie awaryjnym. Nie mamy więc żadnej pewności, jeżeli chodzi o odległe następstwa, ale z drugiej strony widzimy coraz więcej tych wczesnych następstw, które początkowo nigdzie opisywane nie były. Warto tu podkreślić, o czym już wcześniej mówiłem, że lista tych działań niepożądanych się powiększa. Okazuje się więc, że jest to eksperyment, ponieważ wszystkiego nie wiemy, a dopuszczenie tych preparatów do użytku było przecież warunkowe.

MP.: W poniedziałek Sąd Lekarski w Krakowie wydał wyrok w Pana sprawie zawieszając prawo do wykonywania zawodu na okres jednego roku. Jak Pan to skomentuje?

ZM: Ponieważ sąd wyłączył jawność postępowania, więc nie wolno mi przekazywać informacji na temat przebiegu procesu sądowego.

Ale mogę powiedzieć o moich odczuciach: uczestnicząc w procesie jako obwiniony miałem wrażenie, że przyszedłem po gotowy wyrok.

Tymczasem mówiąc z punktu widzenia mojego doświadczenia jako przewodniczącego Okręgowego Sądu Lekarskiego, (którą to funkcje pełniłem uczciwie przez 8 lat) – gdyby proces był w pełni obiektywny, zgodny z prawem, sprawiedliwością i uczciwością – to wyrok mógłby być jedynie uniewinniający.

Tymczasem orzeczono zawieszenie prawa wykonywania zawodu lekarza na okres jednego roku.

Oczywiście nie godzę się z tym wyrokiem i będę korzystał z możliwości odwołania.

MP.: Uprzejmie dziękuję za rozmowę.

Spadek po Illuminatusie. ABC numerologii. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (26)

ABC numerologii.

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (26)

Spadek po Illuminatusie

Pan Białecki od dnia, w którym zniknął stary Cadaver Illuminatus, nie mogąc odnaleźć spokoju, dręczony wciąż i wciąż wracającym obrazem cienistej lipowej alei, w której, na jego oczach, rozpływają się dwaj mężowie… a potem ten krzyk niewątpliwie doznającego męczarni doktora… usiłował dociec zarówno przyczyny, jak i tego, w jaki sposób mogło dojść do budzącego grozę tajemniczego zjawiska.

Pierwsze, co przychodziło na myśl Jurowi, to owo, że Cadavera porwał diabeł i zawlókł go w czeluści piekielne. To, czego był świadkiem było jednakowoż nie tylko dziwne, lecz i przerażające, a na dodatek tak nieprawdopodobne, iż nie sposób było w to uwierzyć. I to nawet nie dając wiary własnym oczom i uszom!

Lecz kto mu to mógł wytłumaczyć, objaśnić? Miejscowy pleban na kazaniu, nieudolnie, własnymi słowami, streszczający perykopę ewangeliczną, którą przed chwilą przeczytał, ani tego nie potrafił, ani nie chciał niczego przekazać, niczego nauczyć, niczego rozświetlić, bo i sam nic nie umiał.

Dla plebana było dobrze tak, jak było. Po mszy czekały go kluski z rosołem i obsmażona na masełku zacnych rozmiarów kurza noga albo pół kaczki, które mu przyrządziła dorodna i urodziwa gospodyni i to mu za cały ziemski raj i krynicę mądrości starczało.

Ale pan Białecki się dręczył.

Odczekawszy czas jakiś, albowiem mu się zdawało, iż Cadaver jeszcze powróci, ostatecznie – po dłuższym czasie – uznawszy, że jednak nie, wszedł do jego izby i rozejrzał się po niej. Niewiele tam było. Nawet książek – tych ledwie kilka. I każdą z nich znał, ale grzebiąc po kątach, natknął się na skrytkę w szafie, gdzie zza ruchomej deski zaplecka wyciągnął plik papierów, zapisanych nerwowym charakterem swego byłego preceptora.

Zaczął je przeglądać, a im bardziej zagłębiał się w ich treść, tym większej pewności nabierał, iż jego nauczyciel miał o wiele większą wiedzę, niźli ta, do której się przyznawał. Tak… musiał być adeptem. To nie ulegało najmniejszej nawet wątpliwości. Ze zdumieniem zauważył, że z tych zapisków dowiaduje się o rzeczach i sprawach, które go od dawna już nurtowały. Może nie było tam jasnych, prostych i ostatecznych odpowiedzi, ale wskazanie kierunku, w którym winien podążać, chcąc posiąść gnostyckie oświecenie… a może i te odpowiedzi były, tylko on ich nie potrafił odczytać?… Tak czy inaczej – znalazł jednakowoż punkt zaczepienia.

Pan Jerzy Białecki z ogromnym zainteresowaniem począł więc studiować owe szkice i notatki, jakie zostały po starym Cadaverze i ze zdumieniem spostrzegł, iż w jednym z dokumentów są przedstawione jakby w skrócie pewne sprawy: dzieje ludzkości, które stary doktor odnosił do wydarzeń ze swojego życia, jakby był co najmniej nadczłowiekiem, jeśli nie… samym wręcz bogiem. Tyle że według pewnego klucza, notacji, czy też kodu, który od razu rzucił mu się w oczy. W kodzie owym bowiem dominowała liczba 17.

Być może Cadaver, czyli po polsku trup, wydarzenia te porównywał i w jakiś niepojęty dla Jura sposób odnosił do siebie, bo z siedemnastki zapisanej cyframi rzymskimi w formie XVII, da się utworzyć anagram VIXI, co zapisane małymi literami, aby łatwiej nam było to przeczytać, nie myląc z cyframi, przybiera formę łacińskiego słowa vixi, będący czasem przeszłym czasownika żyć, czyli żyłem, a w domyśle i uzupełnieniu: lecz teraz już nie żyję. Ergo – jestem trupcadaver.

Ale… przecie wcale nie tak się musiało tę siedemnastkę interpretować, bo równie dobrze mogła ona oznaczać – żyłem, lecz w innym sensie – istniałem, a teraz już nie istnieję, skończyłem się – skończyłem się jako pewien period, pewien przedział czasowy, a może… inkarnacja? Ale ponownie się odrodzę w nowym ciele i znów na ten świat powrócę, mniej czy bardziej zaznaczając się na jego dziejach?

Pan Jerzy ostatecznie jednak doszedł do wniosku, że jest zbyt głupi, iżby snuć takie dociekania i zagłębiać się w obliczeniach, bez żadnego, najskromniejszego nawet przygotowania, wyłącznie na podstawie skąpych i schematycznych notatek Illuminatusa.

Uznał zatem, że lepiej zrobi, jeśli na razie zostawi to wszystko, a zajmie się dokładniejszym przeszukiwaniem izby opuszczonej przez doktora. A nuż jeszcze coś ciekawego w niej znajdzie?

Do odłożonego na razie pasjonującego tematu zamierzał jednak jeszcze kiedyś powrócić. Nie planował, kiedy, ale miał taki zamiar… Całą tę numerologię pozostawił w zawieszeniu… Dopóki się z nią gruntownie nie zapozna. O ile, oczywiście, będzie mu to dane.

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/