Najmłodsi sportowcy Kanady nagle umierają : Obowiązek szczepionek COVID dla dzieci był zbrodnią…

Najmłodsi sportowcy Kanady w wieku 6-13 lat umierają nagle: Obowiązek szczepionek COVID-19 dla dzieci uprawiających sport był zbrodnią…

Szczepionki COVID-19 są zakazane dla dzieci poniżej 18 roku życia w krajach skandynawskich

Dr William Makis Global Research, 26 III 2023 r. youngest-athletes-dying-suddenly-covid-vaccine

Kanadyjscy politycy, urzędnicy zdrowia publicznego i liderzy służby zdrowia popełnili wiele poważnych przestępstw podczas pandemii COVID-19, ale jednym z najbardziej haniebnych było przymusowe szczepienie COVID-19 mRNA zdrowych dzieci-sportowców w latach 2021-2022, aby mogły nadal uprawiać sport.

Oto niektórzy z najmłodszych sportowców Kanady, którzy zmarli nagle w ciągu ostatnich 3 miesięcy.

[Zdjęcia, opisy działań i dramatyczne zachorowania, odnośniki – w oryginale MD]

====================

Presley Clara Rose Wilchuck (lat 13) (zm. 13 stycznia 2023 r.)

Presley grała w piłkę nożną w Reginie, Saskatchewan. Zmarła nagle 13 stycznia 2023 roku.

Jak donosi Regina Leader-Post:

„Presley była zawodniczką Regina Victorias – Regina Minor Football’s pierwszy zespół dziewcząt. Presley pomogła jej drużynie wygrać mistrzostwo 2022 Prairie Girls Football League.

Na bankiecie rozdania nagród Victorias, który odbył się w listopadzie, Presley została uznana za najlepszą zawodniczkę drużyny. Presley należała do najmłodszej grupy wiekowej, gdy dołączyła do Victorias w 2021 roku, jako uczennica klasy 7.

===============================

Jeremy Riendeau (lat 10) (zm. 3 stycznia 2023)

Jeremy była hokeistą z Sainte-Martine w Quebecu. Zmarła nagle 3 stycznia 2023 roku. Była pasjonatką hokeja”

======================.

Slade Smith (7 lat) (zm. 29 listopada 2022)

Slade był hokeistą z Calgary w stanie Alberta. Zmarł nagle 29 listopada 2022 roku. W oświadczeniu rodziny czytamy:

„Slade odszedł nagle po zaledwie czterodniowej chorobie, a jego słodkie małe serce po prostu nie wytrzymało”.

===============================

Ayla Grace Loseth (lat 9) (zmarła 29 listopada 2022)

Ayla mieszkała w West Kelowna, British Columbia.

„Ayla była utalentowanym jeźdźcem, który kochał swoją poli Holly i konia Titanium”

Objawy grypopodobne w dniu 26 listopada 2022 roku, została wysłana do domu z pogotowia i zmarła trzy dni później z powodu powikłań infekcji Strep A .

Rodzina Ayli wyraziła obawy dotyczące opieki medycznej, którą otrzymała (kliknij tutaj): „Rodzina podniosła pytania o to, dlaczego Ayla nie została umieszczona na antybiotykach wcześniej”.

„Nic nie wydawało się wystarczająco pilne, dopóki nie było za późno”.

=================================

Danielle Mei Cabana (lat 6) (zmarła 26 listopada 2022)

Danielle mieszkała w Richmond, British Columbia. Była hokeistką, członkiem dziewczęcej drużyny hokejowej Richmond Ravens U7. Zmarła nagle 26 listopada 2022 roku.

Richmond News poinformowało :

„Według postu na Instagramie taty Denisa Cabana, Danielle złapała grypę w tym samym czasie co jej siostry w okolicach Dnia Pamięci.

Danielle została zabrana do szpitala , gdy okazało się, że nadal walczy z grypą po tym, jak jej siostry wyzdrowiały. Wkrótce została przeniesiona na oddział intensywnej terapii, gdzie zdiagnozowano u niej zapalenie mięśnia sercowego z powodu grypy.

Następnie otrzymała dwa zabiegi na serce i zaczęła oddychać samodzielnie, ale ostatecznie zmarła po doznaniu „masywnego udaru”.

========================

Eric Homersham (wiek 13 lat) (zmarł 9 listopada 2022 roku)

Eric był hokeistą, który mieszkał w Calgary, Alberta .

„Naturalny sportowiec, Eric uprawiał kilka sportów, ale jego głównym celem był hokej i golf”.

Jak donosi Calgary Herald :

„Eric Homersham, uczeń klasy 8 w West Island College, zmarł 9 listopada po upadku na szkolnej próbie koszykówki”.

„Eric, najmłodszy z trójki rodzeństwa, był związany z Calgary youth Wolverines Hockey Club przez osiem lat, dołączając do programu jako Timbit w 2014 roku. W tym sezonie rozpoczął pracę z drużyną U15 Division 1.”

========================

My Take…

Uważam, że szczepionki COVID-19 mRNA poważnie uszkadzają układy odpornościowe i serca małych dzieci. Uszkodzenie to może zająć 6-12 miesięcy, aby w pełni się ujawnić.

Nic dziwnego, że kanadyjskie władze zdrowotne próbują udawać, że te nagłe zgony najmłodszych sportowców Kanady nie mają miejsca.

Jak mogą one tak długo ignorować ten poważny problem??

Wykresy poniżej pokazują przyjęcie mRNA po 2 dawkach po lewej stronie i przyjęcie mRNA po boosterze po prawej, jako procent wszystkich kanadyjskich dzieci w wieku 5-11 lat, i 12-17 lat.

Rząd kanadyjski przestał publikować te wykresy w styczniu 2023 roku.

Ani „polska” ani „lewica”, ale chcą, żeby modlitwa stała się myślozbrodnią.

Ani „polska” ani „lewica”, ale chcą, żeby modlitwa stała się myślozbrodnią.

„Nie będziemy mogli spokojnie modlić się nawet w kościołach”

Na podst.: Goran Andrijanić zeby-modlitwa-stala-sie-myslozbrodnia

To wydaje się prawdziwą „obietnicą wyborczą“.

Katarzyna Kotula, posłanka Lewicy na Sejm, napisała, że jej partia, gdy dojdzie do władzy, zakaże modlitwy przed szpitalami i klinikami aborcyjnymi.

Wprowadzimy zakaz modlitw- pikiet z krwawymi banerami przed szpitalami w których są oddziały ginekologiczne, zaraz po wygranych wyborach—napisała Kotula , komentując wiadomość z Wielkiej Brytanii.

W Wielkiej Brytanii zakazano modlitw w okolicy budynków, w których przeprowadzane są aborcje. To bardzo „kontrowersyjna” decyzja, o którą cały czas toczą się zaciekłe dyskusje. [skandaliczna, panie Goran! MD].

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Nie” dla życia. „Ustawa wymierzona w organizacje katolickie uczestniczące w modlitwach przed hiszpańskimi szpitalami”

Na obszarze w odl. 150 metrów wokół klinik aborcyjnych zabronione jest wyrażanie uczuć religijnych. Nawet cicha modlitwa. Dwie osoby, które odważyły się zatrzymać na chwilę na tym „chronionym” terenie i pomodlić się, zostały już zatrzymane. Są to działacz pro-life Isabel Vaughan Spruce i ksiądz Sean Gaugh. Oboje zostali aresztowani w Birmingham za modlitwę, której nawet nie odmówili na głos.

W ten sposób modlitwa do  prawdxziwego Boga stała się pierwszą oficjalną „myślozbrodnią” na Zachodzie. Spełniła się wizja George’a Orwella z jego arcydzieła „1984”.

Długo zajęłoby nam wyliczenie wszystkich powodów, dla których decyzja władz w Wielkiej Brytanii jest błędna. Między innymi zagraża swobodom obywatelskim i religijnym oraz stanowi niebezpieczny precedens dla społeczeństwa demokratycznego.

Pani poseł Kotula jednak wcale się tym nie martwi. Wszystkie te wątpliwości rozwiązałaby w prosty sposób – zakazem. I zrobiłaby to zgodnie z tradycją polityczną partii, do której należy. Tradycja, w której represje wobec katolików są preferowaną metodą.

Polska według „totalsów”

I właśnie taka będzie [byłaby, panie Goran !! MD] Polska, którą obóz totalnej opozycji już dla nas przygotowuje, pewny swojego zwycięstwa w nadchodzących wyborach [co on pieprzy… Oni widzą, że nawet przy takiej gównianej ordynacji dostaną w dupe. MD.]

Polska, gdzie modlitwa w miejscu publicznym będzie przestępstwem. Jednocześnie nie będziemy mogli spokojnie modlić się nawet w kościołach, bo zawsze będzie istniała możliwość, że Msza św. zostanie przerwana przez jakiś „działaczy lewicowych.” Którzy, oczywiście, nie zostaną za to ukarani.

Tak jak ukarani nie zostali lewaccy „aktywiści” z Poznania.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Wdarli się do kościoła, zastawili ołtarz transparentami podczas Mszy Świętej, ale sąd ich uniewinnił! Powód? „Nie zrobili tego złośliwie”

Asia news: Władze Chin w walce przeciw Chrystusowi. Watykan kibicuje.

Asia news: Władze Chin w walce przeciw Chrystusowi. Watykan kibicuje.

Chiny: Komunistyczne władze oferują 162 euro za donos o „nielegalnej” działalności religijnej 

Na podst.: Chiny-wladze-a-nielegalna-dzialalnosc-religijna

Do 162 euro „premii” będzie mógł otrzymać każdy donosiciel, który zgłosi władzom „nielegalną” działalność religijną – postanowiła lokalna Administracja Spraw Religijnych w mieście Zhumadian we wschodnich Chinach. Potencjalni donosiciele są proszeni o dostarczenie „materiałów audiowizualnych, które mogą potwierdzić zgłaszane fakty”.

W prowincji Henan mieszka dziesięć procent chińskich katolików, a wspólnota nie uznawana przez władze jest silna – twierdzi agencja Asianews.

Nowe postanowienia wprowadzające „premię” dla donosicieli są częścią polityki Xi Jinpinga, polegającej na „sinicyzacji” religii – dodają dziennikarze.

Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy lokalne władze zachęcają do tłumienia wspólnot religijnych uznanych za niezgodne z dyktatem Komunistycznej Partii Chin, a więc postrzeganych jako zagrożenie dla stabilności społecznej. Zachęca się do „udziału społeczeństwa” w zwalczaniu nielegalnych działań religijnych. Ostatnio władze prowincji wprowadziły obowiązek rejestracji przez wiernych „wszystkich wyznań”[co za zakłamanie!! Tam są katolicy tradycji !! MD], aby móc uczestniczyć w nabożeństwach.

Przypomnijmy, że od prawie dwóch lat miejscowa policja bezprawnie przetrzymuje (bez wyroku i postawienia zarzutów) biskupa Josepha Zhang Weizhu z Xinxiang. Podpisanie w 2018 r. i odnowienie w październiku 2020 i 2022 r. chińsko-watykańskiego porozumienia o mianowaniu biskupów nie powstrzymało prześladowań katolików, zwłaszcza gromadzących się nieoficjalnie. W ostatnim okresie reżim w Pekinie wydał szereg zarządzeń ograniczających jeszcze bardziej wolność religijną – podaje agencja Asianews.

Źródło: KAI

=============================

MD: „Chińsko-watykańskie porozumienie o mianowaniu biskupów” było zgodą Watykanu na prześladowania silnego w Chinach „kościoła podziemnego”, czyli nie-komunistycznego. Kardynałowie i biskupi protestujący napotkali na wrogie milczenie Watykanu, a prześladowania w Chinach.


Unia w rękach sekty klimatystów – bez samochodów. Eurokraci chcą zrujnować gospodarkę Europy, sprowadzić na nią nędzę i chaos…

Unia w rękach sekty klimatystów – bez samochodów. Eurokraci chcą zrujnować gospodarkę Europy, sprowadzić na nią nędzę i chaos..

 unia-w-rekach-sekty-klimatystow

Eurokraci zdecydowali o zakazie rejestrowania samochodów z silnikiem spalinowym. To oznacza zniszczenie europejskiej gospodarki, pozbawienie nas wolności i odebranie nam naszego stylu życia. Europa wpadnie w nędzę i chaos. Polska powinna otwarcie i głośno oznajmić, że nie podporządkuje się tej obłąkańczej decyzji.

Co z tego, że Europa stoi na skraju wielkiego kryzysu gospodarczego, a co najmniej finansowego. Że inflacja niemal we wszystkich krajach kontynentu jest najwyższa od kilkudziesięciu lat. Że kontynent liże rany po pandemii, a miliony ludzi odbudowują swe zdewastowane biznesy. Furda, że Unia pogrążona jest w kryzysie energetycznym, a u jej bram toczy się wojna. Szaleńców nic nie powstrzyma, więc eurokraci właśnie uchwalili, że po 2035 roku w Unii nie będzie można rejestrować samochodów zarówno osobowych jak i dostawczych z silnikiem spalinowym. Decyzja podjęta przez Radę Unii Europejskiej ma być zweryfikowana w 2026 roku, co nijak nie zmienia faktu, że Unią i jej poszczególnymi krajami władają dziś szaleńcy, członkowie sekty klimatystów. Wcześniej decyzję przyklepały, jak łopatą ziemię na grobie, Parlament Europejski i Rada Europejska.

Ci ludzie wiodą Europę ku katastrofie. Swoją obłędną polityką klimatyczną doprowadzili do kryzysu energetycznego, ogromnej inflacji, umożliwili ruskiemu reżimowi rozpętać wojnę na Ukrainie, a teraz znów decydują jak ma podróżować i przemieszczać się 500 milionów Europejczyków. Jedynym państwem, które głosowało przeciw była Polska. Włochy, Bułgaria, Rumunia wstrzymały się. Nie ma znaczenia, czy mniejsze i słabsze kraje jak Nadbałtyckie, czy Węgry, które są teraz największym sojusznikiem Niemiec, głosowały za z powodu mniemanej troski o klimat, czy presji i strachu, że coś im z brukselskiego stołu nie skapnie. To głupia, krótkowzroczna, bardzo szkodliwa decyzja.

Gra Niemiec

Oczywiście Niemcy swoje próbują grać i knują jak załatwić używanie niby jakichś e-paliw, czy syntetycznych, które jakoby są czyste jak lelija. Nie da się wykluczyć, że niemieccy producenci samochodów, tak jak wcześniej, dopuszczą się oszustw na wielką skalę, by wykazać, iż ich silniki spełniają unijną normę emisyjności i z rur wydechowych wylatuje rumiankowy zefirek. W 2015 roku amerykańska Agencja Ochrony Środowiska wykryła, że Volkswagen montował w swych samochodach oprogramowanie pozwalającego na manipulację wynikami pomiarów emisji z układu wydechowego. Oszukańczy proceder trwał 6 lat.

Tak, czy owak eurokraci są opętani, oni nie mają bladego pojęcia co robią. Emisja CO2 przez wszystkie samochody w Europie nie ma żadnego wpływu na klimat, na atmosferę i minimalne na powstawanie smogu. Ten bowiem jest zjawiskiem lokalnym i niemal w ogóle nie zależy od emisji spalin przez samochody. Kiedy Trzaskowski opowiada, że ogranicza ich ruch w Warszawie, bo chce walczyć ze smogiem, to znaczy, że nie ma pojęcia o czym mówi, czym jest smog i z czego się bierze.

By uświadomić sobie szaleństwo eurokratów trzeba ustawić wszystko we właściwych proporcjach. Unia emituje ok. 3 miliardów ton gazów cieplarnianych liczonych w ekwiwalencie CO2. To ok 8% światowej emisji. Za 1/4 odpowiada transport z czego 70% tej wielkości to transport drogowy. W skali świata to 1,5% globalnej emisji – ok.500 milionów ton. Atmosfera Ziemi to 5 biliardów ton – 5 * 10^15, czyli – 50 000 000 000 000 000. Owa emisja samochodowa to tyle co 0,0000000000001% atmosfery. Do tego odwoływał się norweski laureata Nagrody Nobla z fizyki profesor Ivar Glaever, który mówił do zgromadzonych w wielkiej auli słuchaczy, że spalenie zapałki w tej sali ma większy wpływ na skład powietrza w niej, niż 3 lata emisji spalin przez wszystkie samochody świata na atmosferę kuli ziemskiej. My zaś jesteśmy ledwie Unią – w Europie największym emitentem jest Rosja, a eurokraci z powodu wydumanych szkód jakie przyniesie 0,0000000000001% stawiają na szali nasz dobrobyt, wolność, styl życia. Gotowi są to wszystko zniszczyć, by walczyć z jakimś fantomem, dać upust swym obsesjom.

Wszystko to dzieje się w chwili, gdy poddani Unii dopiero co przestali drżeć, że w zimie zamarzną z powodu braków energii, czy jej obłędnych cen. A także w czasie kiedy wśród 12 milionów elektryków na świecie, nie ma praktyczniej ani jednej ciężarówki. Chodzi o taką, która transportuje towary i może przewieźć np. śrutę rzepakową z Ukrainy do Niemiec na pyszne wegańskie wursty, a nie taką, co turla się po mieście, służy do opróżniania śmietników i całą noc się w garażu ładuje. Są prototypy, które od biedy nadają się do wożenia powietrza. Zbudowana na bazie ciągnika Volvo ciężarówka pobiła rekord zasięgu, bo na jednym ładowaniu pokonała 1099 km. Jechała pusta, średnio 50 km/h, po pozbawionym przeszkód, płaskim jak umysł przewodniczącej von der Leyen torze.

Nie ma dziś na świecie ani jednego dostawczaka, który załadowany toną materiałów budowlanych pokona 100 km i zimą podjedzie na rondo w Bukowinie Tatrzańskiej. Nie ma ani jednego takiego dostawczaka, czy busa, ani ciężarówki, które załadowane przejadą przełęcze karpackie, nie mówiąc o pirenejskich, alpejskich etc. Do Krynicy zimą nic nie wjedzie i to jest prawdziwy wymiar szaleństwa w jakie pchają nas eurokraci. Im się zdaje, że samochody są po to, by turlać się po Brukseli, Berlinie, czy Paryż i do wynajmowania w Cannes i Marbelli.

Choć od pomysłu do przemysłu droga długa i w 2023 roku nikt nie ma pojęcia jak zbudować sprawnego elektrycznego dostawczaka, to zaplanowano, że w 2035 będą one śmigały po Europie. Władcy i właściciele wiedzą już jakie wynalazki i odkrycia zostaną w przyszłości dokonane. Ci, którzy wariactwo forsują mniemają, że wiedzą, iż w 2037 roku samochody będą się ładowały tyle czasu ile dziś trwa tankowanie, bo przecież nie powstaną miliony stacji na parkingach pod blokowiskami Europy. „Wiedzą” jakie niedługo będą odkrycia, bo musieli oszacować pojemność i żywotność akumulatorów dla samochodów elektrycznych. Znają też ich ceny w roku 2035, bo przecież one mają zastąpić te spalinowe, więc muszą być równie dostępne. A może mają być nieosiągalne i ludzkość ma siedzieć w domu przed ekranem, a nie włóczyć po plażach czy górach i jaśnie państwu przeszkadzać?

Frans Timmermans, który wariactwa firmuje, wie jak będą pracować kopalnie kobaltu niezbędnego do produkcji akumulatorów, albo gdzie są jeszcze nieodkryte złoża. W 2014 roku UNICEF szacował, że w Demokratycznej Republice Konga, skąd pochodzi 60 procent wydobywanego na świecie kobaltu, 40 tysięcy dzieci przekopuje miliony ton rudy za 2 dolary dzienne, by ów metal wydłubać. Od tego czasu wydobycie wzrosło 2 razy. Samochodów elektrycznych jest dziś na całym świecie ledwie 12 mln, zaś 300 mln spalinowych jest tylko w samej Unii. Timmermans na pewno policzył ile kongijskich dzieci potrzeba do przekopywania miliardów ton rudy dla 300 mln nowych eko samochodów, które w rozsądnym czasie zastąpią spalinowce. A jak nie wie, to spyta Didiera Reyndersa komisarza od sprawiedliwości, bo oni w tej Belgii to mają jakieś własne opracowania o wykorzystywaniu niewolniczej pracy w Kongo.

Żeby nie wiem jak dzieci w Kongo się starały, jak je popędzano, to nie ukopią eurokratom dość litu czy kobaltu. Żaden elektryczny zbiorkom nie będzie wozić mieszkańców Przechlewka do Przechlewa, by w śniegu z tobołami zakupów taszczyli się kilometrami od przystanku do swego domu na skraju wsi. To brednie tzw aktywistów miejskich w studiach telewizyjnych się lęgnących.

Podróż samochodem stanie się luksusem niedostępnym dla większości ludzi. Wątpliwości co do tego nie mają nawet szefowie wielkich koncernów motoryzacyjnych, czyli ludzie, którzy w przeciwieństwie do unijnych urzędników mają jakąś zdolność przewidywania przyszłości. Mówił o tym w czasie swej wizyty w Stanach Zjednoczonych przy okazji anonsowania nowej, wartej 1,7 miliarda dolarów inwestycji prezes BMW Oliver Zipse. Według niego nic nie wskazuje na to, że silnik spalinowy stanie się w perspektywie 15 lat przeżytkiem.

Podobną opinię ma szef Renault Luca de Meo, który na targach motoryzacyjnych w Paryżu przypomniał, iż 8 lat temu wróżono, że w ciągu 5 lat nastąpi wielki spadek kosztów produkcji akumulatorów. Nic takiego się nie stało. W ciągu ostatniego pół roku ceny kobaltu wzrosły o 100%. 80 procent ceny akumulatorów stanowią dziś koszty surowców.

Obłąkańcza polityka eurokratów z sekty klimatycznej to jeden z powodów, dla których Unia Europejska jest praktycznie jedynym regionem świata, który nie rozwija się gospodarczo. Takie kraje jak Hiszpania, Włochy, Portugalia, Grecja, Francja, Cypr, mają PKB niższe niż w 2008 roku. Motorem napędowym Unii są jej nowi członkowie z dawnego obozu socjalistycznego. Skutki obłąkańczej decyzji nie pojawią się w roku 2035, ale już niedługo. Koncerny motoryzacyjne przestaną inwestować w badania i rozwój silników spalinowych. Powoli będą ograniczać produkcję, a samochody będą stawać się coraz droższe. Średni wiek samochodu w Polsce to 13 lat. Niedługo Europa stanie się wielkim złomowiskiem, bo ściągane będą do niej graty od Hanoi po Buenos Aires.

Historia samochodów elektrycznych, podobnie jak spalinowych liczy sobie ok. 120 lat. Nie zawojowały one świata. Do roku 2035 nie nastąpi żaden przełom choćby w budowie odpowiedniej infrastruktury dla elektryków. Po miasteczkach i wsiach Polski, Rumunii, Słowacji, Bułgarii, Grecji Portugalii etc nie będą się za 15 lat turlać cichutkie elektryki. Eurokraci zabiją transport w Europie i w konsekwencji całą gospodarkę. Za 20 lat nie pojedziemy z dzieciakami na wakacje, ani na weekend.

Najdalej po jesiennych wyborach, które – wszystko wskazuje na to, że wygra PiS, nowy rząd powinien jednoznacznie, bez żadnego krygowania się oznajmić, iż nie będzie realizował szalonej unijnej polityki, że Polska nie popełni samobójstwa z resztą Europy. Nie ma co czekać na rok 2026 i liczyć na ewentualną rewizję tej idiotycznej decyzji o samochodach. To musi być czytelne, że nie będziemy uczestniczyć w szaleństwie i nie rzucimy się nagle na instalowanie milionów pomp ciepła i nie będziemy obklejać milionów domów styropianem, czy czym tam, bo mamy znacznie ważniejsze rzeczy na głowie niż dogadzanie świrom sekty klimatycznej. Jeśli trzeba będzie, to Polska powinna stanąć na czele rebelii, która odsunie unijnych wariatów od władzy.

Człowiek walczy o byt, a tu jeszcze odbyt zagrożony…

[to co mamy w 2023?? md]

==========================

[A gdy red – Kania w marcu 2023 w TVP – wspominając FOZZ – unikała ISTOTY, tj. sposobu rabunku , mechanizmu rabunku – oglądałeś z aprobatą- „no, wreszcie się za to wzięli!!” ??

===================================

[Przedłuż sobie te liczby – POPiS – do 2023.. md]

[Przedłuż sobie te liczby – POPiS – do 2023.. md]

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

W „szpitalu” w Oleśnicy rekordowo mordują dzieci z podejrzeniem zespołu Downa!

W „szpitalu” w Oleśnicy rekordowo mordują dzieci z podejrzeniem zespołu Downa!

Kinga Małecka-Prybyło <pomagam@stopaborcji.pl>

Kolejne niepokojące wieści płyną do nas ze szpitala w Oleśnicy. W 2022 roku padł tam nie tylko rekord liczby aborcji, ale również rekord liczby aborcji dokonanych na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa! Jak to możliwe, skoro od 2021 na mocy wyroku Trybunału Konstytucyjnego nielegalna jest w Polsce aborcja eugeniczna na dzieciach podejrzanych o chorobę? Wyjaśniamy to poniżej. Proszę przeczytać i zobaczyć, jak bardzo sytuacja w Oleśnicy pokazuje pilną konieczność naprawy polskiego prawa, wprowadzenia skutecznego i egzekwowanego zakazu aborcji oraz dalszego kształtowania opinii społecznej.

Niedawno dowiedzieliśmy się, że w szpitalu w Oleśnicy w 2022 roku padł rekord liczby aborcji, które dokonywane są w tej placówce od 2016 roku. W 2022 r. abortowano tam aż 75 dzieci, wszystkie z formalnego powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego” ich matek. Teraz zażądaliśmy od tego szpitala podania w drodze dostępu do informacji publicznej tego, u ilu z tych 75 dzieci stwierdzono podejrzenie wad rozwojowych i jakiego rodzaju.   Okazało się, że pomimo tego, iż wszystkie aborcje dokonane były z powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego matek”, szpital prowadzi również dokumentację medyczną dotyczącą zdrowia dzieci, na których dokonywane są takie aborcje! Jak wynika z danych udostępnionych przez szpital, u 71 z 75 dzieci abortowanych z powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego matki” stwierdzono podejrzenie chorób lub wad rozwojowych. 19 z tych 71 aborcji dotyczyło dzieci podejrzanych o zespół Downa. Jest to najwięcej aborcji na dzieciach podejrzanych o zespół Downa od momentu, gdy w Oleśnicy dokonuje się aborcji.   W 2022 roku w Oleśnicy padł więc nie tylko rekord liczby aborcji w ogóle, ale również rekord liczby aborcji dokonanych na dzieciach, które były podejrzewane o zespół Downa. 
To wszystko w sytuacji, gdy formalnie zakazana jest w Polsce aborcja eugeniczna, gdyż taką możliwość zdelegalizowało orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w 2021 roku. Aborcji dokonanych na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa było od 2016 roku w Oleśnicy:   2016 rok: 2 aborcje na dzieciach z zespołem Downa, 19 aborcji ogółem,
2017 rok: 9 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 28 aborcji ogółem,
2018 rok: 5 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 19 aborcji ogółem,
2019 rok: 13 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 30 aborcji ogółem,
2020 rok: 1 aborcja na dziecku z zespołem Downa, 28 aborcji ogółem,
2021 rok: 0 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 11 aborcji ogółem,
2022 rok: 19 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 75 aborcji ogółem.
 
Proszę zobaczyć – w 2022 roku ponad dwukrotnie więcej aborcji ogółem niż w rekordowym wcześniej roku 2019 oraz najwięcej aborcji na dzieciach podejrzanych o zespół Downa. Wszystko to dokonuje się legalnie, gdyż w 2022 roku aborcje w szpitalu w Oleśnicy przeprowadzane były na podstawie „zagrożenia zdrowia psychicznego matki”, a ta przesłanka jest wciąż dopuszczalna przez polskie prawo.
To jednak nie wszystko. Niemal dokładnie w tym samym czasie, gdy dostaliśmy powyższe informacje ze szpitala w Oleśnicy, obchodzony był 21 marca Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa. Publicznie świętuje go m.in…. wicedyrektor szpitala w Oleśnicy Gizela Jagielska. 
Na prowadzonym przez siebie profilu w mediach społecznościowych Jagielska umieściła zdjęcie uśmiechniętego dziecka z zespołem Downa i zaapelowała o pokazywanie wsparcia dla takich osób. Jednocześnie, w tym samym wpisie, Jagielska informuje:   „Co dalej jeśli badania wykazały, że Twoje dziecko obarczone jest trisomią 21 [zespół Downa]? Przede wszystkim skontaktuj się z genetykiem, który szczegółowo opowie Ci z czym wiąże się to zaburzenie. Obecnie w Polsce nie możesz poprosić o zakończenie takiej ciąży, gdyż prawodawstwo polskie nie przewiduje możliwości aborcji z powodu wad u płodu. Czy masz jakieś inne możliwości? Skontaktuj się z organizacjami zajmującymi się pomocą kobietą w trudnej sytuacji np. z Federą.”  
„Federa” to jedna z największych w Polsce organizacji aborcyjnych, która prowadzi sieć lekarzy-psychiatrów wystawiających kobietom zaświadczenia o „zagrożeniu zdrowia psychicznego”. Jak wynika z relacji i wypowiedzi medialnych, takie zaświadczenia są wystawiane każdej chętnej kobiecie, niezależnie od jej faktycznego stanu zdrowia.
Jak podkreśla Federa, aborcja na podstawie takiego zaświadczenia jest legalna i możliwa w szpitalu na każdym etapie ciąży, również w 9 miesiącu tuż przed terminem porodu.   Nasza wolontariuszka Kasia skomentowała wpis Jagielskiej słowami: „Szczyt hipokryzji!!! Jak można świętować dzień dzieci z zespołem Downa przy jednoczesnym zabijaniu tychże dzieci przed ich narodzeniem?” Na co wicedyrektorka szpitala w Oleśnicy odpisała jej: „Jako lekarka towarzyszę różnym kobietom – tym, które decydują się urodzić, ale też tym, które chcą ciąże z trisomią 21 [zespołem Downa] zakończyć. Nie oceniam ani jednych ani drugich. I nie widzę nic niewłaściwego w pisaniu do dniu trisomii 21”.
W świetle tych informacji i faktów widać wyraźnie, że w Polsce AD 2023 de facto legalna jest w Polsce szpitalna aborcja na życzenie. Aby jej dokonać wystarczy jedynie załatwić sobie stosowny dokument, w uzyskaniu którego pomagają organizacje aborcyjne. Z kolei lekarze-aborcjonisci nie kryją się z tym, że dalej wykonują aborcję, a ich publiczne wypowiedzi mogą być interpretowane jako reklama usług aborcyjnych świadczonych w szpitalu.   Gdy w 2021 roku Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie o niezgodności aborcji eugenicznej z konstytucją, w wielu polskich środowiskach pro-life wybuchła ogromna euforia. Liderzy wielu organizacji i środowisk ogłosili, że oto teraz mamy w Polsce niemal doskonałe prawo, jedno z najlepszych na świecie, i już nie musimy starać się o jego dalszą naprawę. Zamiast tego, jak przekonują do dziś dzień, są ważniejsze sprawy i problemy niż aborcja, na których organizacje pro-life powinny się skupić.
Tymczasem stało się dokładnie to, co przewidywała już od początku nasza Fundacja: pomimo orzeczenia Trybunału, które było zaledwie małym krokiem w dobrym kierunku, w polskich szpitalach nie tylko dalej legalnie przeprowadza się aborcje, ale również liczba dokonywanych aborcji rośnie, w tym aborcji na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa. Równolegle mamy do czynienia z gigantyczną plagą aborcji nielegalnych, sięgającą kilkudziesięciu tysięcy ofiar rocznie.   To wina złego, wadliwego i dziurawego prawa, oraz zaniechania przez wiele środowisk nacisku na polityków, aby wprowadzić realny i dający się skutecznie egzekwować zakaz aborcji. W aktualnym stanie prawnym, oraz przy braku woli politycznej do podjęcia walki z aborcją, zwolennicy aborcji mogą swobodnie działać, reklamować aborcję i dokonywać szpitalnych aborcji de facto na życzenie, a zorganizowane grupy przestępcze są niemal bezkarne w dystrybucji nielegalnych pigułek poronnych na masową skalę.   Musimy działać i wywierać nieustanną presję na to, aby prawo w Polsce chroniło życie każdego dziecka, a aborcjoniści i przestępcy aborcyjni nie mieli możliwości działania. Długofalowym warunkiem powodzenia naszych akcji jest wywarcie wpływu na opinię publiczną i świadomość społeczną Polaków. Musimy dotrzeć do naszych rodaków z prawdą o aborcji i wytłumaczyć im, że jest to morderczy proceder, który trzeba natychmiast powstrzymać. Aby to się udało, konieczne są kolejne, niezależne kampanie społeczne. W ich organizacji próbują nam przeszkodzić zwolennicy aborcji.
Zniszczony billboard [foto]
Kilka dni temu aborcyjni bandyci zdewastowali wielkoformatowy billboard, który wywiesiliśmy przy jednej z tras w pobliżu Zielonej Góry. Wielki plakat, który ujawniał prawdę o barbarzyństwie aborcji został pocięty ostrym narzędziem. W ostatnim czasie aborcyjni chuligani zniszczyli również kilka innych tego typu instalacji. Musimy kontynuować naszą kampanię billboardową, naprawić zniszczone plakaty oraz powiesić nowe, aby dotrzeć do tysięcy kolejnych Polaków z prawdą o aborcji. W najbliższym czasie potrzebujemy na ten cel ok. 9 000 zł.   Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić organizację niezależnej akcji billboardowej i za jej pomocą ukształtować świadomość tysięcy osób, które zobaczą nasze plakaty i przekonają się o wielkim złu, jakim jest aborcja.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Liturgia Majów i bluźnierstwo Europy. Nowa rewolucja uderza w Mszę świętą

Liturgia Majów i bluźnierstwo Europy. Nowa rewolucja uderza w Mszę świętą

Paweł Chmielewski liturgia-majow-i-bluznierstwo-europy

Kościół katolicki może zostać wkrótce „ubogacony” o nowy ryt liturgiczny. Będzie to ryt Majański, oparty o inkulturację pogańskich wierzeń Majów. W sieci został opublikowany kilkudziesięciostronicowy projekt tego rytu. Wkrótce Stolica Apostolska będzie podejmować w tej sprawie decyzje. Jednocześnie w Europie wchodzi w użycie ryt „homoseksualny”, oparty na bluźnierstwie.  Dokąd zmierza nowa rewolucja liturgiczna?

Destrukcja Mszy świętej: to cel, który stawiają się sobie progresywni rewolucjoniści zarówno z Ameryki Południowej jak i z Europy. Właśnie wykonali kolejny ważny krok na drodze do zniszczenia tego, co w Kościele najświętsze. Wszystko zdaje się iść zgodnie z „synodalnym” planem postepowania. Dwoma „taranami”, jakich używa teraz rewolucja, są dwie „mniejszości” – Indianie oraz homoseksualiści.

Cele Synodu Amazońskiego

Synod Amazoński, który odbywał się jesienią 2019 roku, przyciągał uwagę z dwóch głównych przyczyn. Po pierwsze, debatowano na nim o zniesieniu obowiązku celibatu, najpierw dla Amazonii a później także w innych regionach; zastanawiano się też nad wprowadzeniem w Kościele sakramentalnego diakonatu kobiet.

Drugim sensacyjnym elementem Synodu Amazońskiego był bezprecedensowy w historii Kościoła rzymskiego kult Pachamamy, na jaki zezwolono na Watykanie, ba, który wręcz promowano. Pogańska boginka znalazła się w centrum tamtego Synodu, za co do dziś żaden z watykańskich oficjeli nie przeprosił ani nie odpokutował.

Takich kroków nie należy się, oczywiście,  spodziewać, bo kult Pachamamy nie znalazł się w centrum Synodu Amazońskiego przypadkiem, wskutek jakiegoś niedopatrzenia czy nawet jako element nieprzemyślany. Bynajmniej, był w centrum, bo w centrum miał się znaleźć, jako przygotowanie do wprowadzenia w Kościele katolickim nowych rytów liturgicznych, garściami czerpiących z pogaństwa. To sami ojcowie Synodu Amazońskiego poprosili papieża, by zgodził się na opracowanie rytu Amazońskiego, na co ten w swojej posynodalnej adhortacji Querida Amazonia rzeczywiście przystał.

Bystrzy obserwatorzy wskazywali wówczas, że ryt Amazoński nie jest celem samym w sobie: chodzi raczej o otwarcie liturgicznej puszki Pandory, o rodzaj ogólnego zezwolenia na nową decentralizację liturgii, tak, by lokalnie coraz bardziej nasiąkała różnymi ideologiami. Tak się właśnie teraz dzieje, między innymi za sprawą rytu Majańskiego.

Ryt Majański w praktyce

Na początku marca grupa biskupów z Meksyku spotkała się z biskupem Aurelio Garcia Maciasem, podsekretarzem Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie odbyło się w na terenie diecezji San Cristóbal de las Casas. Tematem było opracowanie liturgicznego rytu Majańskiego. Na terenie diecezji San Cristóbal de las Casas żyje duża społeczność Majów, podobnie jak w kilku innych miejscach Meksyku, a także w Gwatemali, Belize oraz Hondurasie. Łącznie za Majów uważa się dziś około 8 mln ludzi.

W diecezji San Cristóbal de las Casas w Meksyku eksperymenty z liturgią Majańską trwają już od bardzo dawna. Problem pojawił się na fali zmian posoborowych, zwłaszcza w kontekście dopuszczenia wyświęcania na diakonów żonatych mężczyzn. W diecezji takie wyświęcanie zaczęto praktykować w skali nieledwie masowej, a to między innymi ze względu na chęć silniejszego włączenia do liturgii kobiet. Żony diakonów stałych w diecezji San Cristóbal de las Casas pełnią różne funkcje, będąc traktowane w pewnym sensie jako współ-wyświęcone z diakonem. Nie ma to żadnej podstawy w prawie kanonicznym ani w teologii, ale taka jest lokalna praktyka, wspierana przez biskupów. Próbował ją zwalczyć Benedykt XVI, Franciszek poszedł w zupełnie drugą stronę, wspierając ten kreatywny „podwójny diakonat”. Ponadto w diecezji szeroko wykorzystywane jest posoborowe przyzwolenie na manipulowanie liturgią i samowolne wprowadzanie różnych elementów lokalnych tradycji. W San Cristóbal przejawia się to między innymi inkorporacją do liturgii różnych obyczajów pogańskich, związanych w sposób ścisły z przedchrześcijańskimi wierzeniami – kultem ziemi, kultem demonów, kultem przodków.

Plany rewolucjonistów w cieniu Sankt Gallen

Co ma zatem zawierać liturgia Majańska, tak, jak życzyliby sobie tego biskupi Meksyku wspierający jej formalne zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską? Byłyby to między innymi: okadzanie ołtarza przeprowadzane przez osoby świeckie, dowolnej płci; prowadzenie modlitw przez świeckich, dowolnej płci; wprowadzenie nowej posługi „przełożonego”, dowolnej płci, który odgrywałby quasi-kierowniczą rolę podczas Mszy; majańskie tańce; majański ołtarz. Głównym zwolennikiem wprowadzenia rytu Majańskiego jest kardynał Felipe Arizmendi Esquivel. To właśnie on przesłał ponad 30-stronicowy projekt rytu do portalu LifeSiteNews.com, który opisał jego treść.

„Przewodniczącym” ma zostawać osoba wybierana przez lokalną wspólnotę, na poziomie parafialnym lub odpowiadającym parafialnemu. „Przewodniczący” będzie jedynie zatwierdzany przez biskupa. Będzie głównym współpracownikiem księdza, prowadząc modlitwy w różnych momentach Mszy świętej. W czasie nieobecności księdza na terenie parafii/wspólnoty to on właśnie ma pełnić kierowniczą rolę. Ma mieć istotniejsze funkcje niż diakon. Jest tak prawdopodobnie dlatego, bo „przewodniczącymi” będą mogły być również kobiety.

Ponadto powołany ma zostać urząd okadzającego, który będzie okadzać ołtarz, kapłana, święte obrazy oraz wiernych, w różnych momentach Mszy świętej. Okadzającym może być zarówno mężczyzna jak i kobieta. Tego rodzaju posługa jest w niektórych Majańskich regionach praktykowana już od dawna.

Do rytu Mszy świętej ma zostać ponadto wprowadzony obrzęd zapalania rytualnych świec połączony ze wspólnym odmawianiem modlitwy, którą prowadzić ma przewodniczący. Ryt przewiduje, że będzie to jeden z centralnych momentów Mszy świętej, bez którego „wierny nie wszedłby odpowiednio w osobistą relację z Bogiem”.

Wreszcie w kościołach, w których sprawowana będzie liturgia Majańska, mają pojawić się oficjalnie tzw. Majańskie ołtarze. Chodzi o ułożony na posadzce, naprzeciwko stołu ołtarzowego, okrąg z kwiatów, gdzie zatknięte będą kolorowe świece o bogatej pogańskiej symbolice (4 strony świata, ziemia, woda, ogień, powietrze, duchy przodków etc.).

Autorem projektu rytu jest Felipe Jaled Ali Modad Aguilar SJ. Jezuita od lat pracuje w diecezji San Cristóbal de las Casas w Meksyku. Był uczestnikiem prac przygotowawczych prowadzonych przed Synodem Amazońskim, zarówno jawnych jak i tajnych. Jezuita uzasadniając niektóre propozycje liturgiczne odwołał się do osoby… kardynała Carlo Marii Martiniego, wieloletniego arcybiskupa Mediolanu i przywódcy grupy z Sankt Gallen, która osadziła na tronie Piotrowym Jorge Mario Bergoglia. Odwołanie do Martiniego można uznać albo za próbę zjednania przychylności papieża (captatio benevolentiae) albo za sygnał wskazujący, z jakiego środowiska pochodzi autor projektu rytu.

Projekt rytu ma trafić pod obrady biskupów Meksyku w kwietniu, w maju ma zostać przedłożony w Watykanie.

Ryt tęczowy w Europie?

Podczas gdy w Ameryce Południowej opracowywane są ryty Majański czy Amazoński, nowa rewolucja liturgiczna trwa również w Europie. Na naszym kontynencie coraz częstsze są nieautoryzowane przez Stolicę Apostolską zmiany, które idą jednak w kierunku oczekiwanym przez ludzi sprawujących realną władzę na Watykanie, w tym samego papieża. Chodzi z jednej strony o zmiany w Belgii, z drugiej o przestrzeń niemieckojęzyczną.

Od około pół roku w Belgii funkcjonuje oficjalny ryt błogosławienia par jednopłciowych. Papież nieoficjalnie zgodził się na jego wprowadzenie, o czym powiedzieli sami biskupi belgijscy (zrobili to pośrednio kard. Josef de Kesel, prymas Belgii, a wprost bp Johan Bonny z Antwerpii).

Taki sam ryt opracowują teraz Niemcy na gruncie decyzji Drogi Synodalnej. Prawdopodobnie powstanie jeden homoseksualny ryt dla wszystkich krajów niemieckojęzycznych, bo to samo chcieliby zrobić u siebie Austriacy i część Szwajcarów. W przyszłości być może wspólny homoseksualny ryt europejski lub nawet „zachodni” – podobne ryty chcieliby wprowadzić również niektórzy biskupi Włoch albo USA.

Europejska „demokratyzacja” i Synod o Synodalności

Co więcej w Europie i Ameryce Północnej trwają też prace, a częściowo są już wprowadzane konkretne rozwiązania, nad szerszym dopuszczeniem do udziału w liturgii osób świeckich oraz zwłaszcza kobiet, które miałyby wygłaszać kazania, prowadzić modlitwy czy udzielać niektórych sakramentów. W tym miejscu cele rewolucji liturgicznej w Ameryce Południowej oraz w Europie zazębiają się, co zresztą jest wiadome już od czasów Synodu Amazońskiego: kiedy protagoniści tamtego synodu zapowiadali wprowadzenie nowych posług dla kobiet czy też zniesienie celibatu dla Amazonii, europejscy progresiści natychmiast deklarowali, że zrobią to samo u siebie.

Jednak kluczem do zrozumienia obecnej sytuacji nie jest tylko ta bezpośrednia zbieżność. Zasadniczym celem takich działań jak te, które podejmowane są w Meksyku czy Amazonii, jest faktyczne przeprowadzenie swoistej „decentralizacji liturgicznej”. To otworzy szerokie możliwości dekretowania „zdecentralizowanych” liturgii także w innych regionach. Kiedy w Kościele pojawią się ryty Majański, Amazoński i inne – europejskim rewolucjonistom będzie o wiele łatwiej przeprowadzać swoje zamierzenia. Wszystko może zostać spięte w całość na płaszczyźnie Synodu o Synodalności, który w swoich dokumentach założycielskich mówi bardzo wiele o zmniejszeniu roli kapłana (mniejszy „protagonizm liturgiczny”), otwartości na wykluczonych (LGBT, rozwodnicy, poligamiści, niewierzący) i tak dalej. Oczywiście decentralizacja liturgiczna nie dotyczy sprawowania Najświętszej Ofiary w przedsoborowym rycie rzymskim, którego duchowe bogactwo jest niekompatybilne z wizją Kościoła przyszłości.

II Rewolucja Liturgiczna

W ten sposób, 60 lat po II Soborze Watykańskim, dokonuje się druga rewolucja liturgiczna. Celem pierwszej było zniszczenie jednolitego rytu Mszy świętej, który zachowywał rzymski porządek i stawiał w centrum Najświętszą Ofiarę. Zgodnie z wizją heretyckich protestantów zrelatywizowano ofiarny charakter Mszy świętej na rzecz charakteru wspólnotowego i wprowadzono szereg niekorzystnych zmian, zaciemniających wiele elementów katolickiej doktryny wyrażanej w Tradycji liturgicznej. Wskutek tamtych zmian liturgia zmieniła się zewnętrznie w stopniu dramatycznym, a wewnętrznie została ogołocona.

W nowych rytach nie wprowadzono jednak treści, które byłyby jako takie wprost i oczywiście niezgodne z wiarą Kościoła. Wydaje się, że to jest celem drugiej rewolucji liturgicznej. W efekcie jej przeprowadzenia liturgia staje się skrajnie plastyczna i podatna na „inkulturację” już nie tylko co do lokalnej zewnętrznej obrzędowości, ale również co do treści – wiara katolicka będzie zamieniana na różne ideologie.

W efekcie w Ameryce Południowej możliwy staje się bałwochwalczy liturgiczny kult bogini-Matki Ziemi, a w Europie – na przykład – udzielanie w imię Boże błogosławieństwa grzechowi.

Być może emblematyczne dla tego strategicznego celu jest to, co wydarzyło się w jednym z kościołów Innsbrucka, gdzie biskup kazał zawiesić nad ołtarzem zdjęcie świńskiego serca w prezerwatywie, co bluźnierczo nawiązywało do obrazów Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Kult demonów, obrzydliwości i kłamstwa w przebraniu katolickiej Mszy świętej: cel antychrześcijańskiej rewolucji, która wdarła się do Kościoła i czyni w nim coraz bardziej przerażające spustoszenie.

Paweł Chmielewski

======================

============================

mail:

Majowie i Aztekowie przejęli rytuał składania ofiar z ludzkiego serca od Tolteków – Indian znanych z masowych rzezi na jeńcach wojennych. Majowie wierzyli w pakt z bóstwem, zobowiązujący człowieka do karmienia istot demonicznych ofiarami z ludzi w zamian za ich przychylność.

Czy ten element również znajdzie się w „rycie majańskim”?

Nowy „KOŚCIÓŁ KATOLICKI”: Pojednania, Porozumienia i Humanizmu – w BUDOWIE .

Nowy KOŚCIÓŁ KATOLICKI: Pojednania, Porozumienia i Humanizmu – w BUDOWIE 

[Malachi Martin, „Dom Smagany Wiatrem”, str. 344, Antyk, 2012 ]

WHO’S WHO IN „WINDSWEPT HOUSE”   

W przeciwieństwie do głównych protagonistów w globalnym procesie otwarcia na Nowy Porządek Świata kardynał Century City *) w niczym nie oglą­dał się na Rzym. W istocie jedyną rzeczą, jakiej oczekiwał od Watykanu – poza ogólnym poczuciem bezpieczeństwa – było to, by pozwolono mu bez prze­szkód kierować dobrze naoliwioną maszyną jego Kościoła.

Naturalnie od czasu do czasu zdarzały się wyjątki, jak choćby te konsul­tacje teologiczne, na które został zaproszony do Rzymu. Starzy przyjaciele Je­go Eminencji, kardynał Maestroianni i kardynał Pensabene, przekonali go do bliskiej współpracy, której owocem miało być utworzenie nowej doraźnej Ko­misji Spraw Wewnętrznych w ramach Konferencji Episkopatu USA.

Sam pomysł bardzo się kardynałowi Century City podobał. Umocowana w samym sercu Konferencji Episkopatu, ta nowa komisja Jego Eminencji ode­gra kluczową rolę w uformowaniu Wspólnej Opinii biskupów amerykańskich oraz biskupów całego Kościoła w nadzwyczaj ważnej kwestii jedności apostol­skiej między nimi a słowiańskim papieżem.

Po powrocie do Century City zabrał się od razu do tworzenia podstaw mającej powstać komisji, czyli wytypowania biskupów, którzy będą pełnili rolę „wyższych facylitatorów„. Każdy z tych pięciu biskupów rezydencjalnych zdawał sobie sprawę, dlaczego został wybrany przez Jego Eminencję. Pierwsze kryterium wyboru to charakter moralny. Jego Eminencja znał słabe strony każ­dego z nich i zamierzał je bez skrupułów wykorzystać. Na drugim miejscu wchodziły w grę poglądy tych ludzi w sprawach Kościoła.

Pierwszym przykładem pożądanego typu był biskup Kevin Rahilly. Jego celtycka szczerość w połączeniu z wrodzoną mu żółcią predestynowały go od początku na przywódcę w wysiłkach na rzecz deromanizacji oraz amerykanizacji życia kościelnego w podległej mu diecezji. To człowiek jak najbardziej odpo­wiedni.

Równie obiecujący był biskup nowojorski Manley Motherhubbe, który od dawna dał się poznać jako namiętny zwolennik oczyszczenia Kościoła od ­jak to nazywał -„żałosnego, przestarzałego romanizmu i innych przesądów„.

Inny biskup stanu Nowy Jork, prymas Rochefort, znany był z tego, że miał serce na dłoni. Najważniejsza cecha kwalifikująca go do tego zadania to nieposkromiona radość życia zaspokajana w miejscach uciech.

Wpływowy biskup Michigan Bruce Longbottham był figurą o większym ciężarze gatunkowym. Ten zdeklarowany przeciwnik ciągłych publicznych przeprosin za „grzechy seksizmu i patriarchalizmu Kościoła” chodził w spor­towych spodniach i niebieskich golfach. Grupę kardynała zamykał najbardziej efektowny z tych wszystkich potencjalnych „wyższych agentów zmiany„, ar­cybiskup Cuthbert Delish z Lackland City w stanie Wisconsin. Był on uosobie­niem sprawiedliwości i prawości.

         Szybkość, z jaką Jego Eminencja zdołał wyedukować tych pięciu człon­ków założycieli mającej powstać komisji, była zaiste godna uwagi. To prawda, że kardynał najlepiej się czuł, rządząc żelazną ręką w aksamitnej rękawiczce zdeprawowanymi duchownymi niższego rzędu. Pierwsze lody zostały zatem przełamane, nim kardynał udał się wraz z nowo obranymi „facylitatorarni” epi­skopalnymi do parafii Sto Olaf w diecezji Rosdale w stanie Minnesota na robo­czą naradę przed próbą generalną. Bezpośrednio po tej naradzie miał wraz z nimi wziąć udział w pierwszym posiedzenie plenarnym nowo utworzonej Ko­misji Spraw Wewnętrznych, które miało się odbyć w kościele dolnym.

Jakkolwiek wybór tak odludnego miejsca na planowane spotkanie wy­dawałby się dziwny, była w tym mądrość. Jasne było albowiem, że nie mogło się ono odbyć w kwaterze głównej Konferencji Episkopatu w Waszyngtonie, gdzie natychmiast przyciągnęłoby uwagę mediów. W istocie działania komisji miały już na zawsze zachować charakter poufny.

         Kardynał nie miał wątpliwości, że jego współpracownicy zdają sobie spra­wę z właściwych metod, jakich należy użyć, by urobić opinię każdego biskupa USA. Klarowność działań to klucz do sukcesu. Stąd też pierwszy punkt, jaki nale­żało omówić, to potrzeba kompartmentacji. Maestroianni i Pensabene przykładali do tego najwyższą wagę, a kardynał Century City był w tym z nimi zgodny.

         – Komisja będzie działała na poziomie episkopalnym – zaczął, przenosząc wzrok z jednego na drugiego. – Jakkolwiek należy poinformować wyższe władze, to jednak nikt powyżej biskupa nie powinien być bliżej zaangażowany w nasze prace – z wyjątkiem tu obecnych. Biskupom należy wpoić sposób myślenia Kevi­na Rahilly’ego – czy lepiej byłoby powiedzieć: przyzwyczaić ich do takiego my­ślenia. Muszą się nauczyć myśleć po amerykańsku. Wszelkie nasze działania w ramach komisji mają ten jeden zasadniczy cel. I w każdym momencie muszą być poruszane kluczowe kwestie eklezjalne i doktrynalne. Dam przykład: oto jeden z waszych biskupów pomocniczych opublikuje artykuł w dobrym, egalitarnym ame­rykańskim stylu, że czas najwyższy, by wyświęcać kobiety na księży. Powinien natychmiast uzyskać wsparcie w gazetach diecezjalnych, publicznych konferen­cjach, w głównych mediach. Biskup, który uruchomił tę lawinę, będzie oczywiście musiał – rozumie się, tylko nas jakiś czas – wycofać swoje stanowisko w wyniku nacisków urzędu papieskiego, które są oczywiście nieuchronne. Nie przejmujemy się tym, nie ma to większego znaczenia.

Znaczenie ma tylko to – ciągnął z naciskiem kardynał – jaki to będzie miało wpływ na Konferencję Episkopatu. Ponieważ propozycja wyszła od biskupa, któ­rego masowo poparły doły, nasza Komisja Spraw Wewnętrznych będzie musiała zająć się tymi ważkimi argumentami, które zostały podniesione. Będzie się tego od nas oczekiwać jako od oficjalnej komisji Konferencji Episkopatu.

Idźmy dalej: niektórzy nasi biskupi wciąż jeszcze mają skłonność do nie­potrzebnego ulegania dyrektywom papieskim. Muszę was uprzedzić, że inter­wencje z Rzymu będą się nasilały w miarę działań, jakie podejmiemy w przeciągu najbliższego roku. Dlatego pragnę podkreślić, że priorytetem tej na­szej Komisji Spraw Wewnętrznych jest dokładnie to, co zawarte jest w jej na­zwie: sprawy wewnętrzne . W granicach Stanów Zjednoczonych – to my jesteśmy Kościołem. Rzym leży poza granicami USA i nie ma tu nic do szukania. Konferencja Episkopatu jako całość będzie oczekiwała od naszej komisji określenia oficjalnego stanowiska episkopatu – zgodnego lub niezgod­nego ze stanowiskiem Stolicy Apostolskiej.

W tym miejscu twarze obecnych zwróciły się ku wchodzącemu sekreta­rzowi osobistemu Jego Eminencji, przystojnemu księdzu Oswaldowi Avonodo­rowi, który zakomunikował, że wszyscy zaproszeni na posiedzenie plenarne komisji czekają w sali. Zjawił się w samą porę, gdyż Jego Eminencja powie­dział już wszystko, co miał do powiedzenia.

Pięciu biskupów posłusznie podreptało za kardynałem do kościoła dol­nego, gdzie powietrze podgrzewało nie tyle skąpe centralne ogrzewanie, ile raczej zapał witających ich trzydziestu paru osobników zgromadzonych w sali. Wszystkich ich ożywiał duch krzyżowców, pionierów, awangardy. Zapał spi­skowców planujących wielkie dzieła. W każdym razie w najważniejszej kwe­stii najważniejszego postulatu spotkania – że słowiański papież musi odejść dla dobra Kościoła – ich serca biły zgodnym rytmem.

Formalnie rzecz biorąc wszyscy obecni – nie wyłączając kardynała Cen­tury City – byli gośćmi ordynariusza diecezji Rosedale Raymonda A. Luckenbilla. Jak należało się spodziewać, ten tolerancyjny biskup pojawił się w otoczeniu gromadki tolerancyjnych proboszczów jego diecezji oraz tolerancyj­nego kanclerza kurii diecezjalnej.

Mimo to nikt nie miał wątpliwości, kto tu gra pierwsze skrzypce. I jakby dla podkreślenia tego faktu Jego Eminencji kardy­nałowi Century City towarzyszył nie tylko ksiądz Oswald Avonodor **), lecz rów­nież dobrze wszystkim znany totumfacki kardynała, biskup pomocniczy Ralph E. Goodenough, krzepki, łysiejący, zwalisty mężczyzna z podwójnym pod­bródkiem i małymi, przebiegłymi oczkami knajpianego wykidajły.

Spotkanie przebiegało według z góry ustalonego planu. Jego Eminencja wymieniał po kolei nazwiska trzech najgłośniejszych przywódczyń amerykań­skich feministek w ruchu kobiet katolickich, które też po kolei podnosiły się z miejsc, by przyjąć pochwałę za wielki wkład w życie amerykańskiego Kościo­ła.

Siostra Fran Fedora z Zachodniego Wybrzeża wyglądała olśniewająco w czarno-fioletowych szatach liturgicznych. [To s. Fran Ferder. Użyte pseudonimy są rozwiązane w książce Malachi Martina, w Dodatku. MD].

Siostra Helen Hammentick z Nowe­go Orleanu bladła przy niej w swoim szarym biznesowym garniturze. Siostra Cherisa Blaine z Kansas City była znana obecnym z wprowadzania do obrzę­dów kościelnych elementów magii wicca.

         Następnie Jego Eminencja przedstawił reprezentantów największej ame­rykańskiej grupy „eks-księży” oraz prominentnego członka Dignity USA, rzymsko-katolickiej organizacji homoseksualnie aktywnych duchownych i świeckich. Po przedstawieniu oficjalnych gości siostra Fran Fedora została we­zwana do otwarcia obrad modlitwą. Siostra modliła się o matriarchalne błogo­sławieństwo Matki Ziemi i Sofii, bogini mądrości.

Skwitowawszy modlitwę siostry zdawkowym „amen„, Jego Eminencja zwrócił się do zgromadzenia biskupów ordynariuszy i pomocniczych z około dwudziestu diecezji w całym kraju. Każdego z nich kardynał wybrał na człon­ka komisji osobiście lub poprzez aprobatę wyboru przez jednego z pięciu członków grupy bazowej.

– Witam was – powiedział dziarsko Jego Eminencja, a na jego twarzy wykwitł uśmiech zawodowego biznesmena. – Witam – powtórzył – członków i gości Komisji Spraw Wewnętrznych Episkopatu USA.

W odpowiedzi usłyszał oklaski.

– Na moją prośbę arcybiskup Delish – tu wielkopańskim gestem wskazał na swego dostojnego towarzysza z Lackland City – przygotował referat wpro­wadzający, który was z pewnością zainteresuje.

Arcybiskup Cuthbert Delish podniósł się z miejsca niby uosobienie sprawiedliwości, gotów oddzielić ziarno od plewy.

– Można założyć dwie rzeczy jako pewne – oświadczył na wstępie. – Po pierwsze: obecnie w tym kraju nieco ponad połowa biskupów wątpi w możli­wość prawdziwej jedności z obecnym papieżem. Po drugie: tych, którzy otwar­cie przeczą zdaniu owej większości, jest garstka. Oto podstawa działań, do których przystępujemy.

Mówca przyznał, że „istnienie pewnej liczby dysydentów to zdrowy ob­jaw”. Rzecz w tym, dowodził, że lista tych, którzy przysparzają kłopotów, jest niewielka, o wiele dłuższa jest natomiast lista dysydentów, którzy tak napraw­dę są tylko „widzami”.

Tu arcybiskup przeszedł do kolejnego zagadnienia swego referatu wpro­wadzającego.

– Każdy z nas zdążył zapisać na swoim koncie sukcesy we wprowadzaniu nowych zwyczajów pośród kleru i laikatu. Trzeba ich teraz przyzwyczaić do sprzeciwiania się instrukcjom płynącym z Rzymu. Normalną cechą katolickie­go życia musi stać się to, że Kościoły lokalne nie zgadzają się z papieskimi dy­rektywami i spokojnie kroczą własną drogą.

Arcybiskup Delish podał jako przykład takich działań kazania, artykuły, wywiady, kółka dyskusyjne, działalność medialną.

– Pamiętajmy o jednym – podsumował mówca swoje wywody. – Na zwy­czaje, które się już przyjęły, na utrwalone postawy – Rzym nic już nie będzie mógł poradzić, prawda?

Odpowiedziały mu dyskretne, poufałe śmiechy. Tylko biskup Rahilly z Connecticut wtrącił swoje trzy grosze.

– Oto moja rada: nie należy ogłaszać zamiaru wprowadzania zmian czy innowacji. Trzeba je po prostu wprowadzać. W taki właśnie sposób zmoderni­zowałem mszę w mojej diecezji. Nie powiedzieliśmy ludziom, że będziemy coś zmieniać, tylko wprowadziliśmy zmiany. A ludzie posłusznie się dostoso­wali. To całkiem proste.

Arcybiskup Delish skinieniem głowy podziękował za to cenne uzupeł­nienie. Po czym, zwracając się do gości specjalnych, wezwał ich do „wytrwa­łości w działaniu” oraz zapewnił o poparciu nowej komisji. A członkom komisji i „agentom zmiany” rozdał listę biskupów dysydentów.

Jego Eminencja kardynał Century City, który nie lubił tracić słów na darmo, klasnął w ręce, przypieczętowując to, co zostało powiedziane, jako wspólną decyzję i wyszedł z sali, a za nim podążył ksiądz Oswald Avonodor.

Tymczasem jego biskup pomocniczy, Ralph Goodenough, pozostał do­statecznie długo, by prześwidrować każdego wychodzącego swymi oczkami. Trzy siostry dzielnie zmierzyły go spojrzeniem od stóp do głów, biskup Luc­kenbill rzucił mu tolerancyjny uśmiech. Resztę biskupów potraktował jak po­wietrze. Kilka minut później opuścił kościół i w ślad za Jego Eminencją wsiadł do limuzyny. Wszystko było pod kontrolą.

==================

*)Wypisz – wymaluj Chicago…

**) Wiele z tych osób – to członkowie sieci pedofilii satanistycznej. Dowody są w archiwach prokuratury USA .

Herr Otto Sekuler – już na SĄDZIE. Oto teczka Otto Sekulera.

Herr Otto Sekuler – już na SĄDZIE

Świecki uczestnik Intronizacji Księcia tego Świata w kaplicy św. Pawła w Watykanie, 28-29 czerwca 1963 roku, zagorzały HUMANISTA, oddany Sprawie rycerz łączący wysiłki globalistów – humanistów Zachodu z wysiłkami przywódców z jego macierzystych organizacji Wschodu (m. inn. KGB), prekursor Planowego Rodzicielstwa, zmarł ostatnio na Hawajach – i  poszedł na Sąd Boży. Potem zapewne (nam nie wolno sądzić, ale można przypuszczać ), padł w nienawistne ramiona swego Księcia. Na wieczność.

 ——————————————

         Poniżej jego krótka charakterystyka (jej część) pióra Malachi Martina z książki „Dom Smagany Wiatrem”, str. 516, Antyk, 2012

Osobom zainteresowanym „rządami światowymi”, globalizmem – GORĄCO ją polecam („Dom smagany wiatrem”). M. Dakowski.

Oto teczka Otto Sekulera

– Robimy, co możemy – Vance popchnął ku niemu teczkę z materiałami. ­Stworzyliśmy specjalny zespół do śledzenia tych ludzi. Ale jak dotąd wygląda na to, że każdy pilnuje własnego nosa.

– Na to wygląda – Appleyard przebiegł oczami dokumenty. – A co sądzisz na temat tego pana Otto Sekulera? W zeszłym roku w Brukseli pojawił się jako specjalny oficer łącznikowy KBWE ze Wspólnotą Europejską. Ludzie, z któ­rymi rozmawiałem w Rzymie, wiążą jego nazwisko z UNESCO i Lożą Lipską. Jest także przewodniczącym WOSET, niewielkiej organizacji w ramach orga­nizacji pozarządowych związanych z ONZ. Ma coś wspólnego z etyką świec­ką. Z tym wszystkim raczej nie pasuje do tego towarzystwa.

– To wykładowca, powiedziałbym – rzucił Vance. – W każdym razie nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego.             .

– Być może.

Appleyard z obowiązku przejrzał dossier do końca.

Sekuler spędził sporo czasu w Stanach, czerpiąc hojnie środki z dwóch kont zagranicznych w dużych bankach pięciu amerykańskich miast. Mieszkał głównie w prywatnych hote­lach i pozostawał w bliskich stosunkach ze znanymi osobistościami, między innymi z kardynałem Century City i głośnym uczonym Ralphem S. Channin­giem. W istocie Herr Sekuler był też czymś w rodzaju znakomitości, występo­wał często na forum niezliczonych organizacji filantropijnych i organizacji kulturalnych, którym patronowali architekci, fizycy, inżynierowie, profesorowie uniwersyteccy i hierarchowie katoliccy, jak i protestanccy. Niektóre z tych organizacji były brane pod lupę przez władze publiczne, podejrzewano bo­wiem, że mają one charakter sekt.

      Tyle tylko dało się ustalić z niejaką pewno­ścią na temat działalności Sekulera w Ameryce.

Wiadomości z niepotwierdzonych źródeł dawały dużo ciemniejszy obraz. Nie było niczego specjalnie wyjaśniającego w fakcie, że Sekuler spotykał się na stopie prywatnej z szefami najważniejszych organizacji pro choice i że świadkowie tych spotkań uznają jego samego za działacza pro choice. Gibowi zaparło jednak dech w piersiach, gdy natrafił na raport z jednego z tych spo­tkań, podczas którego Niemiec zademonstrował przed gronem około dwudzie­stu pięciu specjalistów aborcjonistów, zgromadzonych w sali operacyjnej prywatnej kliniki, najnowszą metodę pozbywania się trupów usuniętych dzieci.

– „W krótkim wstępie do pokazu – czytał na głos Appleyard – obiekt ob­serwacji zapewnił słuchaczy, że nie będzie już kłopotów z zatkanymi przewo­dami kanalizacyjnymi czy nieprzyjemnymi odkryciami w pojemnikach na śmieci. Podczas demonstracji obiekt milczał. Przyniósł ze sobą walizkę oraz kilka metalowych pojemników. Z wyciągniętych z walizki części zmontował urządzenie, które okazało się nowym typem udoskonalonej technicznie ma­szynki do mięsa. Następnie wyjmował z metalowych pojemników usunięte płody w różnych stadiach rozwoju, demonstrując sprawną i higieniczną metodę przerabiania materiału na półpłynną masę, którą można wylać do zlewu i spłu­kać równie łatwo jak pastę do zębów.

Obiekt zapewnił słuchaczy – czytał dalej Appleyard – że nie proponuje rady­kalnych zmian w przebiegu zabiegów aborcyjnych. Nie ma mowy o pozbawianiu dochodów za dostarczanie badaczom żywych płodów do eksperymentów w zakre­sie tolerancji na ból czy badań nad takimi chorobami jak choroba Parkinsona i Alzheimera oraz cukrzyca. Nie chodzi też o odbieranie firmom kosmetycznym materiałów do produkcji kolagenu skóry ani uderzanie w sektor sekt potrzebują­cych tłuszczów do produkcji świec. Nowy system ma być tylko i wyłącznie sprawdzoną metodą pozbywania się niepotrzebnych resztek.”

Gibson zamknął teczkę Sekulera i popchnął ją ku Vance’owi.

– W ładne towarzystwo wpadłem.

Watykan. Wykonawcy PROCESU.

Watykan. Wykonawcy PROCESU.

Dom smagany wiatrem; Malachi Martin, str. 98 i nn. Wyd. ANTYK

Powieść watykańska. O Trzeciej tajemnicy z Fatimy. [fragment dotyczy 1990 roku md]

————————————-

[z Archiwum. Wchodźcie sami, warto! MD]

===========================

Wydarzenia tego poranka poranka, wywołane telefonem z Sainte Baume, po raz kolejny utwierdziły kardynała w przekonaniu o całkowitej nieprzydatności obecnego papieża, jeśli chodzi o wprowadzenie Kościoła w nadchodzący Nowy Porządek Światowy. Kardynał pielęgnował w pamięci postać innego papieża, Dobrego papieża. Kościół potrzebował nowego papieża, który, podobnie jak dobry papież Jan, posiadałby nie tylko dojrzałość duchową, ale i zdolności dyplomatyczne, i nadzwyczajną mądrość tego świata. Mądrość. Oto był klucz do wszystkiego. Nie mając na to najmniejszej ochoty, Maestroianni musiał się jednak zajmować obecnym papieżem. Przynajmniej na razie. 0, doskonale rozumiał myśli tego człowieka, w każdym razie potrafił przewidzieć strategię papieskich działań, a następnie jak nikt inny przeciwdziałać ich skutkom pośród hierarchii.

Rozumiał przede wszystkim, że papież obarczony jest bagażem dawnych rzymskokatolickich wyobrażeń o Chrystusie i jego boskim królowaniu, o Królowej Maryi, o przeznaczeniu człowieka w trójkącie piekło ziemia niebo Papież dostrzegał poza siłami historii rękę Chrystusa jako Króla rodzaju ludzkiego oraz Zbawiciela ludzi od grzechu i mąk piekielnych.

W rzeczy samej kardynał Maestroianni bynajmniej nie uważał się za zdrajcę i odstępcę od Kościoła katolickiego. Był przeświadczony, że wiara, jaką uzyskał w kurczącym się obecnie bastionie starego Kościoła, została obecnie oczyszczona i oświecona, została zhumanizowana. Urealniona w konkretnych warunkach dwudziestego wieku. A ileż to rzeczy, które niegdyś uważał za oczywiste, okazało się jedynie elementami różnych okresów kulturowych, przez które przeszedł Kościół w swojej historii.

Ten bagaż przeszłości nie miał nic wspólnego z bieżącą sytuacją. Nie miał nic wspólnego z Procesem. Kardynał nauczył się rozumieć historię i zbawienie rodzaju ludzkiego w sposób, którego ten słowiański papież nigdy nie pojmie. Rozumiał, że kategorie myślenia, jakimi kierował się obecny i papież, nie powinny mieć najmniejszego wpływu na życie i funkcjonowanie Kościoła.

Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby on, Maestroianni, na konferencji helsińskiej 1975 roku zaczął mówić do prezydentów i ministrów spraw zagranicznych o św. Marii Magdalenie adorującej zmartwychwstałego Chrystusa, jak to właśnie czyni w Sainte Baume papież Polak. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że wsadzono by go w kaftan bezpieczeństwa!

Albowiem prawdziwa rola Kościoła, jak to teraz wiedział, polegała na tym, by być jednym z graczy w warunkach szerszej ewolucji szerszego Procesu – którego słowiański papież najwyraźniej nie ogarniał. Chodziło o szeroki całkowicie naturalny proces, którego punktem początkowym było jasne rozpoznanie faktu, że najważniejszą przyczyną wszystkich nieszczęść rodziny ludzkiej nie było to, co ujmowano w prymitywnym pojęciu grzechu pierworodnego, lecz tylko i wyłącznie bieda, niedostatek i brak edukacji. Proces, który nareszcie uwolni ludzkość od tych kłopotów i wprowadzi harmonię między duchem ludzkim, Bogiem i Kosmosem. Kiedy się ten Proces zakończy i powstanie nowy polityczny porządek ludzkości, Kościół i świat będą stanowić jedno. Bo tylko wówczas Kościół będzie mógł zająć należne mu dumne miejsce w dziedzictwie ludzkości jako czynnik stabilizujący Nowy Porządek Świata. Jako prawdziwe i niezmącone lustro beztroskiej myśli Bożej. Kardynał bardzo żałował, że dobry papież tak szybko przeszedł do tego, 😮 sam dla siebie nazywał „zimnym milczeniem wieczności”.

A jeszcze bardziej Jego Eminencja żałował, że w ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku przychodzi mu pracować z zacofanym papieżem, który nie jest w stanie zrozumieć prawdziwej mocy ukrytej za siłami historii. Z drugiej strony, skupiwszy w swoim ręku, jako watykański sekretarz stanu, maksimum władzy, Maestroianni użył całej machiny administracyjnej Kościoła rzymskokatolickiego, by skierować go na tory zbieżne z Procesem. Wszystko, co schodziło z biurka papieża, przechodziło przez gabinet sekretarza stanu. Jego władza dawała się odczuć we wszystkich dykasteriach watykańskich. Jego wola szanowana była przez narodowe i regionalne konferencje episkopatów na całym świecie. Gdyż w rzeczy samej wielu jego kolegów duchownych przeszło tę samą transformację mentalną, co on sam.

Ten mężczyzna w wyścigu z KOBIETAMI, wygrał o długość [—].

Ten mężczyzna w wyścigu z KOBIETAMI, wygrał o długość [—].

man-emerged-from-a-race

Ten mężczyzna w wyścigu z KOBIETAMI, wygrał o długość…, powiedz mi teraz, co jest nie tak z tym zdjęciem?

Dlaczego kobiety milczą i nie wychodzą na ulice z tego powodu? Dlaczego ci zboczeńcy, gwałciciele i pedofile, tak, IMO to są pedofile, są tolerowani?? Tak, to są chorzy ludzie.

[Czyżby?

Wygrać wyścig, a potem se popierdolić.. Marzenie chyba każdego zboczeńca. MD].

Pożar elektrycznego mercedesa. Gaszono blisko dobę.

Pożar elektrycznego mercedesa. Gaszono blisko dobę.

pozar-elektrycznego-mercedesa

Ponad 21h trwała akcja gaszenia elektrycznego mercedesa w Tuchomiu na Kaszubach. By schłodzić baterie auta, samochód trzeba było umieścić w kontenerze z wodą. [Trzeba go bylo do Brukseli podrzucic.. I to palacego sie.]

=================

16 jednostek straży pożarnej gasiło przez 21 godzin pożar elektrycznego Mercedesa EQA . Akcja gaśnicza trwała ponad 21 godzin. Dlaczego? Baterie elektrycznego Mercedesa EQA wymagały schłodzenia – powiedział oficer prasowy Kom. Pow. Państwowej Straży Pożarnej w Kartuzach Marek Szwaba.

– Auto zostało umieszczone w kontenerze napełnionym wodą. Zgłoszenie pożaru otrzymaliśmy w niedzielę przed godz. 21, a wodę z kontenera odpompowano w poniedziałek o godz. 15.30. Później kontrolowano, czy temperatura baterii nie wzrasta. Łącznie minęło ponad 21 godzin – podsumował Szwaba.

Kłopotliwe pożary samochodów elektrycznych

Według strażaków minimalny czas schłodzenia baterii płonącego samochodu elektrycznego wynosi siedem godzin. To może jednak potrwać znacznie dłużej, tak jak było w przypadku Tuchomia. W tej miejscowości nie było odpowiedniego miejsca do schłodzenia ogniwa, więc to strażacy z Gdańska musieli przywieźć kontener, w którym zanurzono mercedesa.

Miejsce, poza terenem zabudowanym, gdzie doszło do pożaru, strażacy musieli przez cały czas trwania akcji gaśniczej zabezpieczać. Łącznie w gaszeniu „elektryka” brało udział 16 zastępów straży pożarnej. Na skutek pożaru nikt nie został ranny. Straty oszacowano na 190 tys. zł.

————–

Piotras

Interesuje mnie ile wody nalano do kontenera w celu schłodzenia akumulatorów Kolejny etap akcji gaśniczej to co zrobiono z wodą która wykorzystano do schładzania Ostatnie pytanie to skład chemiczny wody po schładzaniu.

Lol:

Trzeba go bylo do Brukseli podrzucic.. I to palacego sie.

Również w Australii „decydenci” znali wcześniej ogromne wady „szczepionki” Kowid. Dopiero teraz ujawniono.

Również w Australii „decydenci” znali wcześniej ogromne wady „szczepionki” Kowid. Dopiero teraz ujawniono…

Marek Sas-Kulczycki Raport z pozaklinicznej ewaluacji szczepionki Comirnaty

Linki na dole: bulwersujący dokument australijskiej agencji TGA (Therapeutic Goods Administration – odpowiednik naszego URPL) , który został wydobyty na światło dzienne dzięki determinacji jednej, dzielnej damy i komentarz do niego: dyskusja dr Johna Campbella z australijskim senatorem – Gerardem Rennickiem.

Jeśli ktoś myślał, że za przepychaniem na siłę programu szczepień stała niewiedza i strach przed skutkami pandemii – ten dokument temu wyraźnie przeczy. Niebezpieczne mechanizmy eksperymentalnej procedury (zwanej szczepionką mRNA) były dość dobrze znane. Istotne badania i testy, które należało przeprowadzić dla zapewnienia minimum bezpieczeństwa – jawnie pominięte.

O tym, że urzędnicy TGA mają za uszami, świadczą próby utajnienia tego raportu. Pierwsze jego wersje, wydobyte na podstawie Freedom of Information Act były ocenzurowane lub zmodyfikowane, aby ukryć niewygodne fakty. Uzyskanie aktualnej, wciąż częściowo zredagowanej wersji, zajęło dodatkowe 18 miesięcy starań.

Zastanawia, jak politycy, dziennikarze, społeczeństwo – dopuścili do tego, by agenda rządowa odpowiedzialna za bezpieczeństwo dopuszczanych do użytku leków była sponsorowana przez big pharmę (o tym konflikcie interesów jest mowa w wywiadzie)?

Kilka ważnych punktów dotyczących biochemicznych aspektów preparatu Pfizera:

Na stronie 4 raportu:

  • W badaniach na zakażonych małpach nie zauważono istotnych różnic w przebiegu stanu zapalnego w infekcji COVID19 pomiędzy grupą kontrolną i “szczepionymi”.
  • Poniższy fragment zacytuję w pełni, nie wymaga on moim zdaniem komentarza:
    “Nie przeprowadzono badań dotyczących ochrony starszych zwierząt przed zakażeniem SARS-CoV-2 ani czasu trwania ochrony po szczepieniu. Badania na zwierzętach były krótkotrwałe; nie oceniano odporności długoterminowej. Sponsor wskazał, że długoterminowa odporność zostanie zbadana na podstawie danych pochodzących od ludzi.”
  • Nie było danych na temat dystrybucji i degradacji mRNA kodującego antygen S. Na podstawie badań obrazowych z zastępczym białkiem założono, że preparat dostarczy mRNA głównie w miejsce wstrzyknięcia, do wątroby i węzłów chłonnych i ulegnie degradacji w ciągu 9 dni.

Na str. 5:

  • Poziom przeciwciał spadał gwałtownie w ciągu 5 tygodni od “szczepienia” (przed dopuszczeniem preparatów w Australii wiadomo było, że ew. ochrona będzie bardzo krótkotrwała).

Na str. 45:

  • Badanie dystrybucji lipidowych kapsuł preparatu zawierających mRNA za pomocą znacznika radioaktywnego wykazało ich obecność w m.in. szpiku kostnym, mózgu, oczach, nadnerczach, sercu, nerkach, płucach, węzłach chłonnych, jajnikach, jądrach, śledzionie itd. Sen. Rennick: “Badanie prowadzono tylko przez 48h, mimo, że poziom koncentracji cząstek preparatu w organach ciągle się podnosił po upływie tego czasu.”

Podsumowanie str 12-14:

  • Toksyczność preparatu LNP lub samych nowych substancji pomocniczych nie była oddzielnie badana
  • Nie oceniano bezpieczeństwa nowych substancji pomocniczych u drugiego gatunku.
  • Nie przeprowadzono badań genotoksyczności szczepionki. Jest to zgodne z odpowiednimi wytycznymi dotyczącymi szczepionek. Nie przeprowadzono również badań genotoksyczności nowych substancji pomocniczych. Sponsor stwierdził, że na podstawie analizy in silico nie oczekuje się, że nowe zaróbki lipidowe będą genotoksyczne.
  • Nie przeprowadzono badań rakotwórczości.
  • Nie przeprowadzono specjalnego badania immunotoksyczności.
  • BNT162b2 (preparat Comirnaty) nie jest proponowany do stosowania w pediatrii i nie przedstawiono żadnych szczegółowych badań na młodych zwierzętach.

Zamieszczony niżej film, 18:33: Kodon mRNA został zoptymalizowany aby produkować więcej białek S i wydłużony o dodatkowe 70 nukleotydów aby zwiększyć jego trwałość. Syntetyczna osłona lipidowa pozwala wniknąć preparatowi do typów komórek, które były naturalnie odporne na wirusa SARS-Cov-2. Dalej – kolejny problem: system dystrybucji preparatu powodował, że kolejne osoby mogły dostawać bardzo różne dawki aktywnego komponentu, nieskorelowane z ich wagą.

Podsumowując, wiele przemawia za tym, że rzekoma szczepionka jest w istocie bardziej niebezpieczna od infekcji.

https://www.tga.gov.au/sites/default/files/foi-2389-06.pdf

Xi Jinping: „Zachodzą dziś zmiany, jakich nie widziano od stu lat”. Chiny, Rosja, świat.

Xi Jinping powiedział: „Zachodzą dziś zmiany, jakich nie widziano od stu lat”.

Chiny, Rosja, świat. Rok Zero?

Konrad Rękas 2023-03-27 chiny-rosja-swiat-rok-zero

Sojusz rosyjsko-chińsko jest porozumieniem z gruntu pro-europejskim.

==============================

Żegnając się z Władimirem Putinem, Xi Jinping powiedział: „Zachodzą dziś zmiany, jakich nie widziano od stu lat”. Wiele już napisano (niestety, przeważnie nie w Polsce) o globalnych konsekwencjach sojuszu Moskwy i Pekinu, ale najważniejszym pozostaje pytanie co układ ten może oznaczać dla Europy, w tym zwłaszcza dla Polski i Ukrainy.

W istocie rozstrzygnięcie owego dylematu zależy od tego czy Polska, Ukraina, a przede wszystkim Europa Zachodnia odnajdą swoje naturalne miejsca wśród sił reorganizujących porządek światowy, czy też wbrew własnym interesie będą próbowały spowalniać i utrudniać nieuniknioną transformację.
Inicjatywa Pasa i Drogi, która Anglosasi starają się zablokować wywołując kolejne wojny, jest przecież klasycznym przykładem strategii win-win, korzystnej obustronnie dla wszystkich partnerów: Chin, jako zaplecza przemysłowego i kapitałowego, Rosji z jej potencjałem energetycznym, Europy, której model konsumpcyjny zbliża się obecnie do kresu, ale która jednak nadal pozostaje atrakcyjnym wielkim rynkiem, o znaczących możliwościach również kapitałowych.

Sojusz rosyjsko-chińsko jest zatem porozumieniem z gruntu pro-europejskim, szczególnie jednak korzystnym dla podmiotów najbardziej pokrzywdzonych w ramach obecnego globalnego układu sił, czyli także Europy Środkowo-Wschodniej.

Kto straci na kapitalistycznym Transformismo

Na naszych oczach realizowana jest wizja zamrożenia kapitalizmu, jego przejścia w formę stazy, z zerowym wzrostem gospodarczym, przy ponownym ograniczeniem konsumpcji dla ogółu i przy wręcz jej wzroście dla klas wyższych. Realizacja tego scenariusza jest wymuszana ograniczeniem możliwości dalszego rozwijania akumulacji kapitalistycznej.

Dzięki strategii Transformismo (wg terminologii Gramsciego), czyli formalnej adaptacji treści i metod zmiany, utrwalającej zastany porządek rzeczy – interesy dotychczasowych beneficjentów świata jednobiegunowego, globalizmu, neoliberalnego ładu światowego będą zabezpieczone. Oczywiście ma to być cios w gospodarki i społeczeństwa skutecznie odbudowujące się i aspirujące dzięki własnym kluczowym niszom Systemu-Świata, chodzi bowiem o odprawienie Rosji z jej surowcami i Chin z ich produkcją.

Oba te organizmy półperyferyjne są jednak w stanie przetrwać nawet wbrew całemu Zachodowi, tak stopniowo odtwarzając własne rynki wewnętrzne, jak i operując poza 13 procentami ludzkości, do których ogranicza się rdzeń anglosaskiej hegemonii.

Znacznie gorsze perspektywy mają jednak średnie i małe narody wyspecjalizowane dotąd jako dostarczyciele taniej siły roboczej i wykonawcy półproduktów dla gospodarki kapitalistycznej. Pomijając już, że wizja „doścignięcia Zachodu” jest od początku do końca propagandową fikcją, kółkiem, w którym biegają chomiki i marchewką wieszaną przed oczami osłów – mamy do czynienia ze zdjęciem dekoracji.

Nie, będąc peryferiami anglosaskiego systemu ani Polska, ani Ukraina, ani żadne inne społeczeństwo aspirujące nigdy nikogo nie dogoni, pozostaniemy na zawsze w pułapce średniego wzrostu, a z czasem nasza sytuacja będzie się pogarszać, bo przestaniemy być potrzebni już nawet jako rolnicy, sprzątaczki czy robotnicy.

Wybór więc wydaje się oczywisty. Nieodmiennie, Europa może być albo zaatlantycką kolonią USA, albo organiczną częścią Eurazji, ze wszystkimi jej składowymi, tj. Rosją. Chinami, Indiami, Pakistanem, Iranem. Niestety, równie oczywiste jest to dla ludzi postawionych u władzy w naszych państwach właśnie po to, byśmy korzystnych dla Polaków czy Ukraińców wyborów nie dokonywali.

Nowy Jedwabny Szlak szansą dla Polski

Z polskiego punktu widzenia warto zauważyć, że nasz kraj pozostaje jednym z ważnych elementów Nowego Jedwabnego Szlaku, to właśnie przez granicę polsko-białoruską przechodzi większość tranzytu kolejowego z Chin do Europy. Pytanie o zagrożenia dla tego ruchu jest więc dla nas kwestią naszego umiejscowienia w nowym ładzie transkontynentalnym.

Niestety też oczywistym jest, że prędzej czy później tranzyt ten MUSI zostać zablokowany. Czy to w drodze jednostronnych decyzji politycznych, czy też poprzez wyłączenie Białorusi, w drodze kolorowej rewolucji, zamachu stanu albo wojny. Tak jak do wojny z Rosją Zachód musiał się przygotować wychładzając gospodarkę w czasie COVIDa, szykując infrastrukturę do przyjmowania częściowej substytucji energetycznej ze strefy amerykańskiej, ograniczając potrzeby konsumpcyjne, w tym zwłaszcza paliwowe – tak potrzebny jest pewien okres przejściowy dla odcięcia się od Azji. Nie można jednak mieć wątpliwości, że taka próba zostanie podjęta, rzecz jasna ze szkodą przede wszystkim dla Polski i całej Europy.

Warto przy okazji zastanowić się jednak kto na tym może skorzystać. Samonarzucająca wydaje się kandydatura Turcji, która już przecież zadeklarowała gotowość przejęcia roli pełnowymiarowego hubu gazowego dla południowej Europy. Ponieważ ze względu na dotychczasowe próby destabilizowania Ankary i Stambułu, w tym właśnie kontekście należy rozumieć powtarzające się próby eskalacji na Zakaukaziu, w Gruzji i na pograniczu ormiańsko-azerskim, a także uparte dążenie już to do kolorowej rewolucji w Iranie, już do izraelsko-amerykańskiej bezpośredniej agresji na to państwo.

Analizując złożoność globalnej szachownicy musimy też jednak być świadomi fundamentalnego spostrzeżenia, które niegdyś za Antonio Gramscim rozwinął prof. Robert W. Cox: jeśli dla obrony hegemonicznego ładu światowego hegemonia coraz częściej odwołuje się do siły militarnej, wówczas słabnie globalne posłuszeństwo wobec hegemonii, a świat staje się tym samym coraz mniej hegemoniczny. I to, mimo wszystko, pozostaje naszą szansą.

Konrad Rękas https://chart.neon24.org

Jak rosyjska ropa umknęła nagonce

Jak rosyjska ropa umknęła nagonce

Andrzej Szczęśniak 2023-03-27 jak-rosyjska-ropa-umknela-nagonce

Zachód przystąpił do polowania na grubego zwierza. Na największego światowego eksportera ropy i paliw. Chciał uczynić Rosję naftowym pariasem, którego nie przyjmuje na salonach. I któremu przede wszystkim odbiera się pieniądze.

Po wybuchu ukraińskiej wojny, Ameryka przystąpiła do wojny handlowej z Rosją. Wprowadziła błyskawicznie embargo na import rosyjskiej ropy, to samo zaleciła Europie. Ta wykonała polecenie, choć szło to boleśnie i długo. Później nastąpił kolejny etap odbierania Moskwie dochodów z eksportu. Zachód wprowadził „pułap cenowy” – zakaz kupowania i transportu ropy rosyjskiej powyżej pewnej ceny (na początek ustalono ją na 60 USD). Głównym wykonawcą tego zlecenia były europejskie floty tankowców, banki, ubezpieczyciele. Tak rozpoczęło się polowanie na rosyjską ropę po całym świecie. Miało ono zagłodzić niedźwiedzia, a jakie przyniosło efekty?

Warto wspomnieć, że to polowanie na grubego zwierza: w 2021 r. Rosja wydobyła 13% światowej ropy (536 mln ton), więcej wydobyły tylko Stany (711 mln). Wyeksportowała z tego 264 mln ton ropy (13% globalnego eksportu), a produktów 150 mln ton (12%).

Rosja na samym początku została uderzona finansowo, po pierwsze zabraniem jej pieniędzy złożonych w zachodnich bankach, po drugie rosyjska ropa była wyceniana o 25-35 USD na baryłce taniej niż Brent. To dla budżetu rosyjskiego miesięczne straty rzędu 2 miliardów dolarów. Wszyscy chcieli zarobić na zagonionym do narożnika eksporterze. Rosyjska strategia utrzymania rynku i dochodów miała swoją cenę i kazali ją sobie płacić tak nabywcy – obniżając cenę zakupu, jak i wszyscy po drodze – transport, podwyższający piekielnie opłaty za przewóz, i ubezpieczyciele, którzy windowali w górę stawki, o ile w ogóle chcieli ubezpieczyć cargo. A bez tego – nie wejdziesz do żadnego portu. A wcześniej, latami różnica między rosyjską ropą a globalną ceną Brent wynosiła zaledwie 1,5 dolara.

Jedną ścieżką ucieczki niedźwiedzia przed nagonką były układy państwowe z państwami Azji, gdzie Rosja przekierowała dostawy, głównie do Indii i Chin. Zachód naciskał, by nie kupowali, ale te nie podporządkowały się. Jak zadeklarował Hardeep Singh Puri, minister ds. ropy, „Indie są suwerennym państwem i egzekwują swoje prawo zaopatrywania się w ropę tam, gdzie ceny są najkorzystniejsze”.

Ten model się rozwija – właśnie ruszają rosyjskie dostawy do Pakistanu, gdzie można dostarczyć kilka milionów ton ropy rocznie, a rozliczane będą w walutach „krajów zaprzyjaźnionych”. W ten sposób powstanie jeszcze jedna drobna kreska na diamentowej kolumnie dominacji dolara w światowym handlu, dającej bogactwo i władzę Ameryce.

Ale nie tylko państwa, także biznes. Ktoś mający wystarczająco dużo odwagi i sprytu, no i zasobów oczywiście, może w takiej sytuacji niezwykle się wzbogacić. I właśnie w szarej strefie globalnego ładu, mieści się pewna część odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że ten potężny Zachód, skupiający ponad 60% światowego bogactwa przeciwko Rosji, nie mógł zagonić niedźwiedzia do narożnika tam, gdzie to najważniejsze – w światowym handlu ropą?

Jak tylko zaczęto mówić o sankcjach, rozpoczął się ruch w interesie w handlu tankowcami. Kupowali je Rosjanie (nie zawsze rejestrowani w Rosji), ale także Emiraty, Indie, Bliski Wschód i Azja, nie kryjąc nawet, że to dla przewozu rosyjskiej ropy. Run na tankowce był potężny, szybko sprzedawano Suezmaxy, Aframaxy, tankowce klasy MR.

Przed wojną 70% morskiego eksportu rosyjskiej ropy było obsługiwanych przez kraje zachodnie (dzisiaj: недружественные), a niecałe 20% obsługiwały rosyjskie statki i instytucje. Teraz krajobraz wygląda zupełnie inaczej: kraje nieprzyjazne dalej obsługują 40% przewozów, Emiraty 15% i Chiny 13%.

Reszta (jedna trzecia) to firmy rosyjskie albo nieznanej własności. To oczywiście zwiększa koszty transportu i eksportu, ale przy coraz większej własnej flocie, coraz więcej też zarabiają na tym Rosjanie, a coraz mniej – Zachód. Floty europejskie, które przewoziły wcześniej 2/3 rosyjskiej ropy, biorąc udział w tej nagonce, utraciły już prawie połowę przewozów.

Malowniczą, taką prawie piracką, ścieżką wyślizgiwania się niedźwiedzia z obławy jest szmuglowanie rosyjskiej ropy i produktów. Zaczynało to się zwykle od wyłączenia transpondera systemu AIS, umożliwiającego lokalizację tankowca. Potem odbywała się operacja STS (ship-to-ship), czyli przeładunek towaru na morzu. Przy rosyjskich portach eksportowych po wejściu w życie sankcji utworzyły się huby przeładunków morskich.

Ekspansja zjawiska jest zaskakująca, jeśli na Morzu Śródziemnym jesienią nie przeładowywano jeszcze nic, a w lutym ’23 przeładunki przekroczyły 22 miliony baryłek. To 20 dużych Aframaxów, to 15% całego rosyjskiego eksportu. Takie centra przeładowcze utworzyły się błyskawicznie przy wybrzeżach Grecji, Malty, Gibraltaru, tak jak kilka lat wcześniej dla obsługi szarego eksportu wenezuelskiej i irańskiej ropy powstały przy emiratach, Omanie czy Malezji.

Sprawność rosyjskich nafciarzy zadziwiła, o jej efektach już w najbliższym numerze Myśli Polskiej.

Andrzej Szczęśniak https://myslpolska.info

Wesele w Atomicach

Wesele w Atomicach
Stanisław Mrożek, przed 1959 r.
Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko…
Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu nieduży, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, że młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na małżeństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele.
Akurat żem walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł.
Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz też któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił.
— Ano, wydajemy ją za mąż — westchnął gość. — Ino żeby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony.
— Bo co by miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie?
Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem pożegnał się i poszedł.
Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmeliorowano, zaś pustynię zalesiono. Rzekę zawrócono, żeby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o poważnym znaczeniu gospodarczym, tak że drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością można było wyjść z domu.

Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały:
Jak cię będą czepić,
spojrzyj do powały,
żeby twoje dzieci
czarne oczka miały.

Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień.
Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nałożonych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym już się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały.
Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa.
Stałem na przyzbie, żeby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły różne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami.
Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu:

Już się przed wsią naszą

jasna przyszłość mości,

przez szczęście społeczeństwado

szczęścia ludzkości!

Oj, dana, oj, dana!


Bardzo się to wszystkim spodobało. Powstał śmiech i głośne brawa. Ale już młody Pieg odbił się, wyciął hołubca, czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi:
Najpierw trzeba zacząć

od spraw moralności:

do szczęścia społeczeństw

przez ducha czystości!

Hop, dziś!
Na to znowu śmiech i brawa. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę, żeby Piegowi się odciął.
Ale ten nic nie rzekł, jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową, co ją miał schowaną za pazuchą. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować, ale zdążył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni, co ją miał ukrytą w prawej nogawce, rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył, gdyby nie to, że mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu.

Cofnął się Smyga, zakołysał i oparł o barierę cieplną, ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury, przy stale wzrastającym jej współczynniku.
— Ludzie, co robita?! — zawołał ojciec panny młodej, wskazując na staroświecki, ścienny licznik Geigera.
Ale już gwałt się podniósł i rwetes, i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie – zwyczajna rzecz przy wzmożonej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu.

Już i inne rakiety latać zaczęły, jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie rżnął nożem.

Wtem gwizd ostry się rozległ. To gospodarz, widząc, że inaczej gości nie uspokoi, skoczył do domowego rezerwuaru, odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając, rozpoczął zakażanie.
Rzucili się wszyscy do kombinezonów, ale mój okazał się nieszczelny, ponadto śpiący już trochę byłem, więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać.
Noc była jasna, bo od zagrody, gdzie odbywało się wesele – takie promieniowanie biło, że bez trudu drogę znajdywałem. Szło się rześko, bo deszczyk radioaktywny też skropił raz i drugi.
Trochę mi tylko to przeszkadzało, że czułem ssanie w organizmie, no, ale po zabawie – to rzecz zwyczajna – no i to, że zaczęły mi wyrastać dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy, przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą, z dala od pająków – zasnąłem spokojnie, rozpamiętując, jak to było na tym hucznym weselisku

Pozostał po nim tylko, rozsmużając się w powietrzu, odór trupi, zapach asafetydy, ziela bagna, gnijącego zielska i siarki, mułu, pleśniejących wodorostów, końskiego potu i starego moczu.

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (18)

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (18)

Nicolás Bialecki conde d’Urgel y d’Osona

Było upalne lipcowe przedpołudnie. Na szczycie potężnego kopca mającego kształt ostrosłupa o trójkątnej podstawie, odwiecznego miejsca kultu najrozmaitszych ludów, które od pradawnych czasów, od samego bodaj Potopu Noego, zamieszkiwały tę ziemię, nazywanego teraz przez miejscowych Salve Regina1, ku czci Błogosławionej Maryi, matki Pana naszego Jezusa Chrystusa tkwił nieruchomo, niczym posąg wyrobiony z bryły czarnego marmuru, jakiś mężczyzna.

Odziany był w dość długi, bo sięgający do kolan czarny jedwabny surdut, czy może rodzaj fraka à la española, zwany casaca, a po naszemu szustokor, przypominający habit à la française, niezwykle bogato ozdobiony srebrnymi i złotymi galonami i kunsztownym haftem. Spod spodu wyzierała chupa – kamizela ciepłej bladomorelowej barwy, również przepięknie zdobiona srebrem i biała koszula. Krótkie spodnie – calzón – ledwo zakrywające kolana były dość obcisłe, ale tak skrojone, aby nie krępować ruchów. Zgrabne łydki uwypuklały białe pończochy, a całości stroju dopełniały skórzane półbuty z klamrami oraz tricornio – trójgraniasty kapelusz, który mężczyzna trzymał w prawej ręce, lewą dłoń opierając o pysznie zdobioną rękojeść szpady znakomitej francuskiej roboty.

Dzień był, jak już się rzekło upalny. Wokół świętego kopca, hen aż po horyzont, rozciągały się łany dojrzewających zbóż. Zdawało się, iż całą naturę ogarnęła jakaś przedziwna martwota. Pola, zioła, trawy, kwiaty trwały w bezruchu. Ptaki zamilkły, a do ludzkich uszu nie dolatywał najlżejszy nawet szmer czy szelest. W tym bezwładnym odrętwieniu lał się tylko żar z nieba…

Zdawało się, że owa drętwota objęła również tajemniczego osobnika w stroju hiszpańskiego szlachcica. Ale ów bezruch był tylko pozorny. Oto bowiem jakiś bezdomny kundel, podkradłszy się na tyle blisko, że znalazł się w zasięgu wzroku mężczyzny, jednym susem dopadł poruszającego się kopczyka luźnej żółtej lessowej ziemi i schwycił w zęby czarne stworzonko o aksamitnym futerku. I wnet się dało słyszeć przejmujące skrzeczenie, przechodzące w chropawy pisk kreta miażdżonego psimi zębami.

Mężczyzna drgnął i wstrząsnął się, jakby mimo tego upału po plecach spłynęła mu stróżka lodowatej wody, a potem ruszył w kierunku miasta.

* * *

Sandomierz powitał go taką samą martwotą i ciszą jak owe pola rozciągające się wokół Salve Reginy.

Dotarłszy do Rynku, przystanął, a łzy zaszkliły mu się w kącikach oczu. Znał bowiem zasobność i piękno miasta z opowieści przekazywanych przez miejscowych z pokolenia na pokolenie i znał jego nędzę z własnych obserwacji, ale i jedne i drugie zblakły podczas zagranicznych wojaży przybysza. Dopiero teraz, stanąwszy u wylotu ulicy Panny Maryi, prowadzącej od Rynku ku Farze, przypomniał sobie wszystko i zarazem uświadomił, jak straszna jest rzeczywistość. Nie było niczego, co z nostalgią wspominano, przekazując przychodzącym na świat nowym pokoleniom i było jeszcze tragiczniej, niż sam zapamiętał z lat, które tu ongi spędził. Przecudne renesansowe kamienice gdzieś poznikały, te zaś, które jakowymś cudem się ostały były odrapane, obite i niejednokrotnie mocno zrujnowane, innych w ogóle nie ujrzał, bo ich miejsce pozajmowały byle jakie chatki, nico może tylko lepsze niż wiejskie chałupy. A i sporo było parceli niezabudowanych w samym nawet Rynku, parceli porosłych łopuchem, bylicą i pokrzywą. Było jeszcze nędzniej niż po jego pierwszym powrocie z Francji.

Pamiętał z opowieści matki nieboszczki – Panie świeć nad jej duszą – iż po szwedzkim potopie miasto niezmiernie wolno, niemniej jednak zaczynało podnosić się z ruin. Ale drugi najazd germańskich barbarzyńców, tym razem Niemców, pod wodzą ich herszta, który podstępem przybrał zaszczytny tytuł króla Polski, sprawił, iż Sandomierz popadł już w tak skrajną ruinę, iż nie leżało to w mocy jego mieszkańców, ani w ogóle w ludzkiej mocy, iżby się z niej wydźwignął.

Ogromne kontrybucje wojenne nakładane na miasto w latach 1702-1704, gdy pomieszkiwał tu August II, zrujnowały finansowo nie tylko mieszczan, ale i przedmieszczan. Jakby tego było mało, wojska stacjonujące w Sandomierzu dla zabawy podczas licznych hulanek porozwalały sporą liczbę kamienic.

Tę ich jedną z ulubieńszych rozrywek na chwilę przerwała zaraza, która nawiedziła miasto w roku 1706, dziesiątkując ludność i kosiła wszystkich, nie wybierając – Szwed, Polak, Niemiec, Moskal… i chociaż w tym się pokazała jakaś sprawiedliwość… Kiedy się już zdawało, że nastanie kres klęsk, w roku 1711 to, co zostało z miasta, strawił okrutny pożar.

Mikołaj najwyraźniej nosił w sercu ów wyidealizowany obraz Sandomierza, który wymalowała tęsknota, podczas jego zagranicznych wojaży, a który teraz zestawił z rzeczywistością, zadrżał i poczuł gorzki ucisk w gardle. Hic transit gloria mundi2 – przemknęło mu przez myśl.

– Hic transit gloria mundi – powiedział półgłosem sam do siebie.

– Istotnie – posłyszał za plecami jakiś męski głos.

Obejrzał się zaskoczony. Duchowny w stroju jezuity mijając przybysza, potwierdził po łacinie, to jego spostrzeżenie.

– To przykre – odpowiedział po polsku.

– Rzeczywiście – przytaknął jezuita i przyjrzał się bacznie rozmówcy. – Pan… pan…

– Pozwólcie, ojcze, że się przedstawię. Jestem don Nicolás conde3 d’Urgel y d’Osona.

– A tak naprawdę? – zapytał kapłan, słysząc czystą polszczyznę rozmówcy.

– A tak naprawdę, to Mikołaj Białecki. Nie poznaje mnie ojciec?

Jezuita przyjrzał się twarzy Mikołaja z bardzo bliska.

– Och! Rzeczywiście! Głos zdał mi się znajomy, ale wzrok już nie ten… zaćma mi oczy zarasta… Mów, mów chłopcze, co tam u ciebie. Nie lękałeś się tu przybyć?

– Lękałem się, stąd to przebranie i stąd to nazwisko.

– Jakże to? Czyżbyś teraz zechciał naśladować jakże licznych w obecnych czasach oszustów i awanturników, z których każdy hrabią być musi?

– Może po części, lecz nie do końca. Nazwisko i tytuł przyjąłem po swojej odległej babce, hrabiance d’Urgel y d’Osona, która wyszła za mąż za mojego naddziada, a że jego teść był ostatnim z rodu, przyjąłem ten tytuł i nazwisko może nie całkiem legalnie, ale i też nie do końca nielegalnie. W końcu coś mnie z ostatnim hrabią łączy…

– A jeśli ktoś zacznie dociekać?

– A któż by się odważył? Wszak jestem zamożny.

– Istotnie, bogactwo zwykle chroni przed nieprzyjemnościami. To, co bogatemu uchodzi bezkarnie, biedaka zawiodłoby na szubienicę.

– Nie sposób się z wami, ojcze rektorze nie zgodzić.

– Poznałeś mnie! – księdza Franciszka Kowalickiego najwyraźniej to ucieszyło.

– No jakże by nie? Wszak całkiem niedawno widziałem ojca po raz ostatni, a ileż to lat spędziliśmy pod jednym dachem… i ile ojcu zawdzięczam. No i wzrok mam dobry i dobrą też pamięć.

– No tak… tyle że rektorem już nie jestem. Byłem nim do 1723 roku. To trudne stanowisko, odpowiedzialne, a mnie zdrowie przestaje już służyć. Lecz dosyć pogwarek. Co zamiarujesz? Udajesz się dokądś?

– Owszem. Obszedłem miasto dokoła polnymi drogami i ścieżynami, chcąc się nasycić urodą i zapachami tego, co memu sercu tak bliskie, co mi przypomina dzieciństwo, matkę. Nawet na szczyt Salve Reginy się wspiąłem. A teraz chcę odwiedzić rodzinne przedmieście, potem zajdę na cmentarz, a pod wieczór do mojej Alma mater.

– Dobrze. Uprzedzę ojców. Tymczasem bywaj! – Kowalicki się uśmiechnął i poszedł w swoją stronę.

* * *

Mikołaj zajrzał po kolei do tych kilku chatek, które niczym jaskółcze gniazda przylepione były do ścian parowu zbiegającego chyżo aż ku płaszczyźnie, z której rozchodziły się drogi prowadzące ku Krakowowi, Zawichostowi i Lublinowi, a także i do Lwowa.

Nie ominął żadnej z chałup. Zajrzał do każdej i w każdej zostawił po jednej złotej monecie. Z trudem tamował łzy…

I żaden z mieszkańców go nie rozpoznał… za to uznali, iż to jakiś anioł ich nawiedził, wydobywając z niewyobrażalnej wprost nędzy, z której niejednemu najczarniejsze myśli przychodziły do głowy, nieraz nawet myśli o stryku i mocnym konarze… bo tak jak dotąd żyć się nie dawało… a przecie żyli i żyć musieli.

* * *

Stał milczący, z suchymi oczami, zaciśniętymi ustami, pobladły na twarzy nad grobami swoich najbliższych. Słońce skłaniało się już ku zachodowi, jaskółki śmigały po bezchmurnym niebie tak wysoko, że ledwie wyjątkowo bystre oko mogło je wypatrzeć. Mikołaj mimo woli pomyślał: „Jutro będzie pogodny dzień”.

Raz jeszcze pochylił się nad grobami, nabrał pełną garść ziemi z mogiły żony i córeczek i zawinąwszy ją w batystową chustkę, skrył na sercu.

Na koniec westchnął ciężko i ruszył w stronę cmentarnej bramy… Oczy nadal miał suche…

* * *

– Źle, źle się dzieje panie Mikołaju – jeden z jezuitów, którzy byli wtajemniczeni w spisek, mający na celu uratowanie mu gardła, smutno kiwał głową. – Idą jeszcze gorsze czasy niż były dotychczas.

– Jeszcze gorsze? To mogą być jeszcze gorsze? – ze smutkiem ozwał się Białecki.

– A i owszem, mogą, hrabio.

– Może jednak ojcze darujcie sobie ów przybrany dla bezpieczeństwa tytuł.

– I po cóż? W jakimś sensie ci się należy, a dla szlachetności serca wart go jesteś.

– Szlachetności serca? O czym ojciec opowiada?

– Ja? Całe miasto o niczym innym nie mówi. Ta twoja, hrabio, ofiara na rzecz ubogich, dawnych twoich sąsiadów. Chociaż co prawda cię nie poznali, ale wzięli za anioła. Co może i lepiej.

– Gdym jako dziecko znalazł się w potrzebie, nikt mi nie odmówił wsparcia. Później, kiedy tu powróciłem jako zamożny człowiek z piękną żoną, różnie już bywało, ale też się i nie dziwię. Mnie się – nie wiedzieć czemu udało – im nie. Zawiść to może i zła cecha, niemniej tak bardzo ludzka. Niezbyt wiele im dałem, ale chociaż przez jakiś czas brzuchy mieć będą pełne, może jakiś najpilniejszy przyodziewek dzieciom sprawią… przecie Niemcy ich ze wszystkiego ograbili…

– Szlachetne to bardzo, hrabio, ale zbyt głośno się o tobie zrobiło, o tajemniczym cudzoziemcu, zatem bezpieczniej będzie, jeśli się stąd czym prędzej oddalisz. I nie tylko z Sandomierza, ale i z Polski.

– Sameś przyjechał? – zapytał rektor.

– Nie, z panną do towarzystwa, z lokajem i stangretem.

– Panną?! Do towarzystwa?! A cóż to za obyczaje?! Nie chcesz chyba rzec, iż kochankę trzymasz?! Takeśmy cię wychowywali?!

– Na pozór tak to wygląda, ale jest inaczej – i tu opowiedział o wszystkim, co się wydarzyło w Paryżu. I o konsjerżce i o pannie Florine i o świątobliwym diakonie… a nawet i o jego dziwacznej radzie…

– Mój synu, ozwał się na to ksiądz Kowalicki. Nawet jeśli z tym dziewczęciem nie żyjesz w grzechu, to sam osądź, jakże to z boku wygląda? No jak? I kto w to uwierzy?

Mikołaj milczał, bo nie wiedział, co mógłby na to odpowiedzieć. Kowalicki miał absolutną rację.

Zapadła cisza, która ciągnęła się przez znaczny kęs czasu, aż wreszcie Białecki, a właściwie teraz już hrabia d’Urgel y d’Osona, unikając wzroku duchownych, zapytał:

– To, co mi wypada czynić? Odprawić dziewczynę? Jeśli odprawię, to zginie.

– Wszak stać cię na wiano. Wydaj ją za mąż.

– Ba! Tak z dnia na dzień? To raz, a dwa, pieniądze mi się nie lęgną, choć żyję oszczędnie, to przecie ich ubywa, a nie przybywa.

– Sprzedaj dom, któryś zbudował w Sandomierzu i co za niego weźmiesz, przeznacz na jej wiano. Zechce, to się za kogoś wyda, nie zechce, to może pójść do klasztoru.

– Może to i myśl dobra. Chciałem się tego domu pozbyć jak najrychlej, bo ja tu nie wrócę, a pieniądze za niego i tak zamiarowałem na jakiś zbożny cel przeznaczyć. To mogą być i na wiano… Tyle że on opuszczony stoi i niszczeje.

– Nie do końca, Bartuszowie mają go w pieczy.

– Skoro tak, to na wartości nie stracił. Ale cud to jakiś, iż Sasi nie puścili go z dymem po tym… po tym… nieszczęściu…

– Właśnie – podchwycił rektor – tym bardziej że nigdy się z nikim i niczym nie liczyli. W samym mieście, intra muros4, ze trzydzieści posesji – Tyszyńskiej, Złowodzkiego, Zielińskiego, Chrzanowskiego, Kaczkowskiego, Zaboklickiej, Pełczyńskiego i inszych złupili i do ruiny przywiedli. A i ani żydom, ani duchowieństwu nie odpuścili. Samiśmy my, jezuici, znaczne straty ponieśli, a i duchaków obdarli i dominikanów i mansjonarzy i benedyktynki… A co extra muros5 wyczyniali?! Ileż to rodzin do skrajnej, głodowej nędzy doprowadzili?! W samym Nadbrzeziu trzydzieści domów ci sascy bandyci ze szczętem, aż do fundamentów rozebrali6, jakby im to jakąś szczególną przyjemność sprawić miało. A co po inszych przedmieściach? A co po folwarkach miejskich wyczyniali? O wsiach okolicznych już nie wspomnę. Boże zachowaj!

– Macie ojcze racje, tylko kto zechce legalnie odkupić ode mnie dom? Musiałbym się ujawnić…

– A to jest wykluczone!

– Właśnie. Więc choć jest to pomysł dobry, to – delikatnie rzekłszy – niełatwy do realizacji.

– Chyba żebyś go sprzedał pośrednikowi.

– Czyli komu?

– A choćby nam, zakonowi.

– I cóż owo zmieni?

– Wiele. Dokument kupna-sprzedaży możemy antydatować, a pieniądze dostaniesz do ręki.

– Potrzebny wam, ojcowie ten dom?

– Prawdę rzekłszy, panie hrabio, by się przydał, ale i na pośrednictwie coś tam by można zyskać. Grosz jakiś. A teraz każdy się przyda.

– Więc niech tak będzie. Wybawiacie mnie z kłopotu. No i… jeszcze jedno…

– Nie trap się, depozyt już przygotowany, w każdej chwili możesz go odebrać. Gdy cię tylko ojciec Kowalicki spotkał i doniósł, iżeś Sandomierz nawiedził, zaraz żeśmy co twoje narychtowali. Problem jest tylko taki: złoto mało nie waży, więc któż go poniesie, na dodatek niepostrzeżenie, do stancji, kędyś stanął.

– To może zróbmy tak. Ja napiszę bilecik do panny Florine, a ona wyprawi tu do nas stangreta. W karocy mam sprytnie urządzone i znakomicie zamaskowane skrytki, to się tam złoto ukryje, a skoro świt zabierzemy demoiselle i lokaja i wyjedziemy z Sandomierza.

– Niechże tak będzie. Dobra to myśl – przytaknęli jezuici. – Chociaż… chociaż może jednak nie do końca dobra. Może lepiej by było, gdyby i panna i sługi się tu zjawili? Takie jeżdżenie karocą w te i we wte, i to jeszcze nad ranem, będzie dość mocno podejrzane.

– A to czemu?

– Kogoś wścibskiego może to zainteresować, to raz, a dwa, czy stangret to twój zaufany?

– Raczej nie. Ot, najęty sługa i to wszystko.

– A tajemnice skrytek na złoto mu powierzyłeś?

– Uchowaj Boże! Nie!

– No to jak chcesz to złoto w nich umieścić, aby tego stangret nie widział?

Mikołaj się zasępił i milczał, bo nie wiedział co na to rzec. Żaden mądry pomysł nie przychodził mu do głowy.

W końcu Kowalicki zabrał głos:

– Jeśli panna Florine i służący tu przybędą, to gdy już się ułożą na spoczynek, wonczas sami, nocą, ukryjemy złoto. Nikt prócz ciebie i nas nie będzie o tym wiedział, to i pokusy nie będzie. Co ty na to?

– Może i racja.

Mikołaj podarł bilecik, który już miał wręczyć jednemu z ojców, iżby go zaniósł pannie Florine i przygotował inny.

– A dopisz, hrabio, niech się pospieszy, bo wkrótce będziemy wieczerzać i miło by nam było przy naszym stole ją ugościć.

Więc Mikołaj dopisał, co mu zasugerowano.

Demoiselle Florine de Louvigny

Gdy Mikołaj wyruszył śladami lat minionych, Florine zostawszy sama, oddała się marzeniom. A imaginowała sobie, że Mikołaj ją w końcu zauważy, że zwróci ku niej serce, a ona z radością odda mu rękę i będą żyli długo i szczęśliwie…

Bo młoda Francuska zapłonęła swoją pierwszą dziewczęcą romantyczną miłością do tego poważnego i zawsze smutnego polskiego pana już w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzała go na oczy. I ta jej miłość miast stygnąć, by z czasem wygasnąć, trwała… choć łzy wyciskała jej z oczu, łzy niespełnionych marzeń, to przecie wciąż trwała…

Tak było i owego dnia. Rojenia o nieziszczalnym i smutek i bolesny skurcz gardła i słona łza, co zaszkliła się w kąciku oka…

Serce Florine tęsknie wyrywało się ku Mikołajowi, chociaż nadziei nie miało żadnej… nadziei na ziszczenie się na poły słodkich, na poły bolesnych rojeń…

Słońce powoluśku zsuwało się z wysokości zenitu ku zachodowi i widno było jeszcze, chociaż już przedwieczorne zorze pokrwawiły obłoki. Za oknem łagodny wietrzyk delikatnie poruszał pokryte szorstkimi liśćmi sztywne gałązki starego wiązu rosnącego tuż przed domem zajezdnym.

I oto naraz posłyszała delikatne pukanie do drzwi.

Wstała zza stołu, ujęła za klamkę i wyjrzała przez szparę. W ciasnej sionce wypatrzyła duchownego. Elementy jego stroju – płaszcz zarzucony na barki i pas, którym obwiązywał sutannę, którego końce zwieszały się na prawą stronę, mówiły, że to jezuita. Zdziwiło ją to, ale nie przestraszyło, a gdy jeszcze zagadał do niej po francusku, zaprosiła go do środka.

Ksiądz podał jej liścik skreślony przez Mikołaja:

– To od pana hrabiego.

– Dziękuje monsieur abbé – wskazała krzesło, a sama zagłębiła się w lekturze.

Kiedy skończyła czytać, powiedziała:

– Dobrze, zaraz się spakujemy i pojedziemy do Akademii.

– Znakomicie, demoiselle. To ja poczekam na was, żeby wskazać drogę.

Zrządzenie Boskie?

Wieczerza nie była wystawna, ale bardzo smaczna. Służba została nakarmiona w oddzielnym pomieszczeniu, Mikołaj zaś i Florine w refektarzu, ale przy oddzielnym stole, w towarzystwie rektora i ojców wtajemniczonych w delikatne sprawy pana Białeckiego.

Do kolacji podano niezgorsze wino pochodzące z resztek niegdyś nader przyzwoitej i niemałej winnicy ojców, teraz umierającej przez wojny i brak doświadczonych winogrodników, których albo wybiła zaraza, albo pouciekali przed niemieckimi zbójami.

Nie był to trunek nazbyt szlachetny, niemogący się równać z dostałym węgrzynem, ale swój, sandomierski, który ojcowie otaczali sentymentem, bo przywodził im na myśl czasy dawnej świetności, teraz chyba już bezpowrotnie utraconej…

Mikołaj wypił zaledwie jeden kieliszek, Florine poszła w jego ślady, inni ojcowie takoż, z wyjątkiem ojca Murczyńskiego, który sobie owego winka nie pożałował.

Siedział teraz dość swobodnie, podpierając brodę pięścią i przypatrywał się gościom.

– Oj, jakaż z was piękna para! Niczym z obrazka.

Mikołaj się żachnął:

– Co też ojciec wygaduje?!

Florine natomiast się spłoniła, oblewając rumieńcem aż po samo czoło.

Rektor syknął i dyskretnie trącił ojca Murczyńskiego nogą pod stołem, ale ten, podchmieliwszy sobie z lekka, absolutnie na to nie zwrócił uwagi i perorował dalej:

– Kęs czasu już pod jednym dachem mieszkacie, panna nie odchodzi, pan o ożenku ani pomyśli.

– No właśnie – Mikołaj burknął niezbyt grzecznie. – I cóż ojcu do tego?

– Ja się tam nie chcę wtrącać, ale nic dobrego z tego nie będzie. Panna, gdyby była zwykłą służką, to nikt by na owo uwagi nie zwracał, ale jest – tak Bogiem a prawdą – nie wiadomo kim. Zerknij waszmość na to z boku, tak bez emocji, bez uprzedzenia.

Mikołaj się nie odzywał, Florine nie rozumiała, o czym mowa, bo jezuita z francuskiego przeszedł na polski, więc siedziała cichuśko, mocno spłoszona. Jedno tylko umiała ocenić, iż Mikołaj jest coraz bardziej poirytowany.

Tymczasem Murczyński, mimo że rektor kopał go po goleni już prawie z całej siły, ciągnął dalej:

– Otóż patrząc na to z boku, każdy średnio rozgarnięty człowiek uzna, że to dziewczątko jest twoją utrzymanką. No i poniekąd jest, tyle że to – jak zapewniasz – związek non consumatum7, ale kto o tym wie? I przede wszystkim kto w to uwierzy? Gdybyś, waszmość, był królem, to z czasem komuś byś ją wmusił na małżonkę, ale królem nie jesteś. Towar używany, tak sobie ewentualny amator wdzięków panny Florine pomyśli, to co najwyżej na kochankę. I to raczej z tych tańszych i niewymagających zbytnio. A czas płynie… kiedyś pojawią się u niej zmarszczki… to i co jej zostanie? Żebracza miseczka?

– Przecie nie myślę jej odprawiać – burknął Mikołaj.

– Na razie, waszmość panie, na razie. Jednakowoż rozmaicie się może w życiu przydarzyć. A w ogóle co masz przeciwko niej? Szpetna? Nie! Wręcz przeciwnie – śliczna. Głupia? – nie zdaje mi się, bo byś ją już dawno przegnał. Wierna? To po oczach widać, nieomal taką psią wiernością. No i przede wszystkim zakochana w panu, panie Mikołaju. Bez pamięci!

– Tego to już ojciec wiedzieć nie może.

– I ba! A czemuż to niby nie mogę? Starczy poobserwować chwilę, iżby dostrzec te miłosne powłóczyste spojrzenia, te rumieńce, wykwitające na jej policzkach, gdy waszmość do niej zagadujesz.

– Niechże mi ojciec da pokój.

Ale Murczyński najwyraźniej dopiero unosił się zapałem w przekonywaniu Mikołaja do ożenku z Florine. Aż wreszcie pan Białecki, na odczepne, powiedział.

– Zatem dobrze, ożenię się z nią, ale pod dwoma warunkami.

– Jakimiż to, panie Mikołaju? Jakimi?

– Primo, że mnie panna zechce, bo przymuszać jej nie mam zamiaru, secundo, iż ojciec udzieli nam ślubu dziś jeszcze, nim ratuszowy zegar północ wybije.

– Hm… byłoby to do zrobienia, gdyby waszmość odstąpił od tego drugiego warunku.

– A czemuż to? Albowiem zegar północy nie wybije, ponieważ Niemcy ukradli jego mechanizm. Nie wystarczy waszmości nasz zegar?

Mikołaj nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

– A to filut z ojca! Zgoda, niechże będzie wasz zegar! No a co dalej?

– A dalej zapowiedzi.

– Jakimż cudem? Czyżby wszystkie hurtem, tu w refektarzu? – zażartował pan Białecki.

– To znaczy, że dyspensujemy od zapowiedzi.

– Kto? Ojciec?

– Ależ! – żachnął się jezuita. – Traf chciał albo-li też zrządzenie Boskie, iż właśnie przez ulicę, w jednym domków kanonickich, mamy tu dzisiaj przewielebnego archidiakona i oficjała sandomierskiego, księdza Mikołaja Złotnickiego. A to mój druh serdeczny.

– To przez sympatię do ojca prawo kościelne nagnie? – prychnął Mikołaj, a cała sytuacja coraz bardziej zaczynała go bawić.

Natomiast pozostali jezuici zachowywali powagę i milczenie, bo cóż innego im w tej sytuacji pozostawało.

– Niech więc ojciec działa!

– Najpierw waszmość pan, panie Mikołaju!

– Niech będzie.

Przez chwilę zbierał się w sobie, aż w końcu nabrawszy odwagi, zwrócił się do Florine po francusku:

– Demoiselle…

– Tak?

– Demoiselle… czy… zechciałabyś mnie za męża?

– Nie rozumiem… – z trudem wykrztusiła z siebie te słowa. – Pan raczy żartować?

– Ależ nie, bynajmniej. Pytam z pełną powagą, z pełną odpowiedzialnością za słowo.

Słysząc to, dziewczątko omal nie zemdlało z przejęcia.

– Jeśli pan nie żartuje, monsieur, to tak. Tak! Chcę zostać pańską żoną!

– No! Toś się bratku złapał we własne sidła! W zasadzie moglibyśmy na tym poprzestać, boś się publicznie oświadczył, więc, jako szlachcic, winieneś teraz pannę poślubić. Przecie verbum nobile8 zobowiązuje.

– Ojcze?! – krzyknął poirytowany Białecki.

– Nie trap się, waszmość. I jam też szlachcic, więc słowa dotrzymam. Poczekajcież tu na mnie, za niedługo wrócę.

Dość gwałtownie podniósł się zza stołu, głośno odsuwając krzesło i ruszył ku drzwiom.

* * *

Nie minęły i dwa pacierze, a do refektarza, którego żaden z ojców, ciekaw co też dalej będzie, nie opuścił, a przełożony na to im zezwolił, wkroczyli – przodem ksiądz Murczyński a tuż za nim ksiądz archidiakon i oficjał sandomierski doktor obojga prawa Mikołaj Złotnicki9.

Gdy to ujrzał rektor, rzekł:

– Darujcie ojcowie, ale dalej rzecz cała musi się już odbyć w dyskrecji i skinąwszy na przybyłych kapłanów oraz na Mikołaja i Florine poprowadził ich do swojej izby klasztornej.

– A zatem, macie oboje wolną i nieprzymuszoną wolę wejść w związek małżeński? – zapytał archidiakon po polsku, bo nie znał francuskiego.

Rektor przetłumaczył.

Panna potwierdziła, nie zawahawszy się ni przez sekundę, bo oto w jakiś czarodziejski sposób, z nagła i całkiem niespodzianie, ziszczało się jej najskrytsze marzenie. Mikołaj jednak, zanim przytaknął, przez pewien czas milczał.

– Jakiż to powód, że prosicie o dyspensę od zapowiedzi?

Nie bardzo wiedzieli co na to odrzec. Z kłopotu wybawił ich ksiądz Murczyński:

– Pozwól wielebny archidiakonie, że może ja rzecz całą wyłuszczę. Bo i sprawę znam i prawo też znam.

– Niech ojciec mówi.

– Więc tak. Pan Mikołaj i panna Florine zamieszkują wspólnie, pod jednym dachem już od trzech lat. Panna nie jest jego służącą, a utrzymanką, z tym że jak oświadczył, a ja mu wierzę, nie żyją w grzechu, lecz cnotliwie. Niemniej jednak pozory wskazują na coś przeciwnego i wskutek tego panna ucierpiała na swej czci niewieściej. Niezasłużenie, ale jednak. Zatem chodzi o dobro duchowe narzeczonych i o to by nie było zgorszenia.

– Nie jest to powód, dla którego dyspensuje się od zapowiedzi. Gdyby w oczach świata uchodzi za poślubionych sobie małżonków, to i owszem, lecz tu ów przypadek nie zachodzi. Mogą się pobrać w normalnym trybie.

– Otóż, księże archidiakonie, nie mogą.

– A czemuż to?

– Ponieważ – tak po ludzku sądząc – jakby na to nie patrzeć, istnieje przecie niebezpieczeństwo, iż zaczną żyć w konkubinacie… ja… z trudem ich przekonałem, by się pożenili… Ostatecznie narzeczony się zgodził, lecz uparł się, iż muszą pobrać się tutaj, w Sandomierzu w rodzinnej parafii narzeczonego i to już, jak najrychlej, bo inaczej się wycofa z całego przedsięwzięcia.

– To też nie powód. Na dodatek szantaż. Ślub można odłożyć w czasie.

– Pozwolę sobie nie zgodzić się z księdzem archidiakonem, bo już niebezpieczeństwo życia w konkubinacie może być wystarczającym powodem. A jest jeszcze i powód drugi… ujawnienie nazwiska narzeczonego byłoby dla niego tak niebezpieczne, iż mógłby przez to nawet i życie postradać. Dlatego ta prośba o dyspensę od zapowiedzi. I cały ów pośpiech.

– Rzeczywiście, to są już dostateczne powody. Ale jaką mam gwarancje, iż oboje są bezżenni?

– Pana Mikołaja Białeckiego znam osobiście i wiem, że jest wdowcem, i słowem za niego ręczę, co zaś do panny… – tu się Murczyński zaciął i nie wiedział co dalej rzec.

Ale Florine wybawiła go z kłopotu.

– Monsieur le Archidiacre, posiadam metrykę chrztu, którą na wszelki wypadek wzięłam od swojego proboszcza, bo udając się w tak daleką drogę, chciałam mieć niepodważalny i wiarygodny dokument, gdybym przed kimś, z jakiegoś powodu, musiała dowodzić, kim jestem…

Mikołaj przetłumaczył.

– Bardzo rozsądnie postąpiłaś. Pokaż dziecko tę metrykę.

* * *

O dziesiątej wieczorem niewielka gromadka ludzi weszła do mrocznego kościoła św. Piotra stojącego na placu przed gmachem Akademii. Przodem szedł brat laiczek, przyświecając ogarkiem, który trzymał wysoko uniesiony w górę.

Laiczek wszedł do kaplicy świętych Mikołaja i Stanisława i od owego ogarka zapalił dwie świece na ołtarzu.

Ojciec Murczyński założył komżę i stułę, które wziął z jednego z konfesjonałów i stanąwszy przed ołtarzem, skinął na młodych, by się zbliżyli.

– Może ja was, księże, zastąpię? – półgłosem ozwał się archidiakon. – Podchmieliliście sobie… nie godzi się…

– Racja, niechże będzie, co by potem nikt nie wyciągnął tego faktu, zamiarując legalność i ważność onego świętego związku małżeńskiego podważyć.

Zdjął więc stułę i komżę, przekazując je Złotnickiemu.

* * *

– Drogie dziecko, w klasztorze nawet małżonkowie nie mogą spać w jednym łożu i w jednej izbie.

– Jakże to? – zapytała zawiedziona Florine.

– Ano tak to – zbył ją rektor, jednocześnie otwierając przed panią Białecką drzwi do komnatki. Do Mikołaja zaś porozumiewawczo mrugnął.

Odeszli na stronę.

– Posłuchaj. Jeśli cię Murczyński wpędził w kłopot, to zawsze będę mógł zaświadczyć, iż małżeństwo nie zostało skonsumowane. Przynajmniej tej nocy, a co zrobisz potem, to już twoja sprawa. To jedno, a po drugie, musiałbyś się dziewczynie tłumaczyć, czemu nie udajesz się z nią do łoża.

– No właśnie. Czemuż to?

– Już zapomniałeś? Przecie teraz najlepszy czas upchać złoto do schowków w karocy.

– Rzeczywiście!

Zrujnowane gniazdo hrabiów

d’Urgel y d’Osona

Ponury listopadowy poranek mżył drobnym deszczem. A właściwie to trudno byłoby ten wodny pył, miotany podmuchami zimnego wiatru, deszczem nazwać. Stromą, oślizgłą od wilgoci ścieżką ku szczytowi wzniesienia, zwieńczonego rozwalinami zamku, spomiędzy których wznosiły się ku niebu potrzaskane i skruszone przez czas resztki wieży, która wyraźnie najdłużej zachowała się nienaruszona, mozolnie wspinała się czwórka wędrowców.

Przodem szło potężnie zbudowane chłopisko w liberii stangreta, za nim trzydziestoparoletni mężczyzna odziany w bogaty strój hiszpańskiego szlachcica wysokiego rodu oraz piękna młodziutka brunetka o harmonijnych rysach twarzy i nadzwyczaj proporcjonalnej budowie ciała, wskazujących na przynależność do rodu o krwi błękitnej, podtrzymywana przez pannę służebną, iżby nie straciła równowagi i broń Boże się nie przewróciła.

Musieli iść na piechotę, bo w te rejony nie dało się dotrzeć powozem. Była tu kiedyś co prawda bardzo przyzwoita brukowana droga, która poprzednim właścicielom zamczyska umożliwiała wszelką komunikację – i pieszą, i konną i na wozach, ale poszła w ruinę i rozsypkę. Może latem, przy suszy i ładnej pogodzie, jakiś doświadczony woźnica zaryzykowałby dotarcie do zamku solidną i stabilną bryką, ale nie w taki dzień i nie przy takiej aurze.

Wlekli się tedy noga za nogą, bacząc, aby sobie tych nóg na nierównościach nie poskręcać.

Kiedy wreszcie dotarli na szczyt, z nieskrywanym rozczarowaniem stwierdzili, że owa pielgrzymka ku gniazdu przodków szlachcica, a był nim nie kto inny tylko don Nicolás Bialecki conde d’Urgel y d’Osona, daremną była i całkiem zbyteczną.

Hrabia złościł się sam na siebie, iż nie posłuchał alkada10 pobliskiego miasteczka i uparł się, by obejrzeć swój zamek. Zamek… wielkie słowo… Jedyne co z owego zamku się ostało jako tako nieruszone, to były piwnice.

Teraz jednak było zbyt późno, aby wracać na dół, bo listopadowy zmierzch rozsnuwał się już nad ziemią. Należało zatem rozpatrzeć się w owych lochach, w których może jakaś z podziemnych komnat byłaby zdatna do przenocowania.

I tak też uczynili.

Służba wymościła legowiska z płaszczy, a następnie z rozsianych u wchodu do podziemi ułomków zbutwiałego drewna, pochodzących z pozawalanych pował zamkowych, roznieciła ognień, który dawał więcej swądu niż ognia. Niemniej i tak zaraz się zrobiło i weselej i cieplej.

A gdy się jeszcze przybysze posilili wiktuałami, które ze sobą przynieśli, to się wszystkim humor poprawił.

Mimo iż od ślubu aż do dzisiejszego dnia pan Mikołaj ani razu nie spał z żoną, która w związku z tym była nią raczej z nazwy tylko, tym razem, ze względu na chłód i szczupłość miejsca sam zległ obok niej, w ubraniu. Ale ponieważ służba spała o dwa kroki dalej, nie obawiał się żadnych miłosnych prowokacji ze strony pięknej Florine, ani też, że może ulec ich pokusie.

Miał świadomość, że sprawia dziewczynie ogromną przykrość, lecz nie mógł się przełamać, by spełnić wreszcie powinność małżeńską. Po pierwsze, wciąż pamiętał najdroższą Pauline i córeczki, a po drugie jakoś tego ślubu zawartego w Sandomierzu u Świętego Piotra wieczorową porą, nie traktował do końca poważnie, jakby nawet nie uważając go za ważnie zawarty. Wszak wszystko wzięło się z niezbyt stosownych żarcików, które na koniec przemieniły się w tragikomiczną farsę. I on tak to widział, lecz Florine na pewno całkiem inaczej.

Prawdę powiedziawszy, miałby powód do podważenia legalności zawarcia tego związku, lecz nie miałby serca, żeby dziewczynę przepędzić. I tak to trwało.

„No nic, pomyślał Mikołaj, w końcu będę musiał coś postanowić. Nie może taka nienormalna sytuacja trwać w nieskończoność”. Po czym zamknął oczy i zapadł w ciężki sen.

* * *

Ranek, w przeciwieństwie do minionego wieczora, był pogodny, słoneczny, bezwietrzny, zatem w miarę ciepły.

Państwo Białeccy w asyście służby rozpatrzyli się po okolicy, stwierdzając, iż może tu i pięknie, ale nic ponadto, a dobrze się tu wiedzie co najwyżej dzikim kozom.

– Wracamy – powiedział Mikołaj.

– Do Paryża? – zapytała Florine z nadzieja w głosie, obawiała się bowiem, że będą mieszkać w podziemiach aż do wiosny.

– Można by i do Paryża, a można by i nie śpieszyć się do powrotu… Nie zechciałabyś, pani, zobaczyć Hiszpanii? Spędzilibyśmy tam zimę, a wiosną wrócilibyśmy do Francji.

– Jak pan sobie życzy, drogi mężu – odparła na to Florine, ale i ucieszyła się, bo była z natury ciekawa świata.

– Zatem ruszajmy!

Mikołaj wydobył mapę.

– Proponuję więc, byśmy ruszyli na Saragossę, z Saragossy do Madrytu, z Madrytu przez Avilę do Salamanki, następnie przez Meridę do Kordoby i wreszcie z Kordoby do Malagi. Napić się wina, które smakuje mi najbardziej z wszystkich win, jakich dotychczas próbowałem.

Hiszpania niesamowita

Im dłużej pan Mikołaj i Florine przebywali blisko siebie – jednakowoż w miarę, nie za blisko – tym on się coraz bardziej uspokajał, a bolesne wspomnienia, chociaż już nigdy nie miały opuścić jego serca, to jednak blakły nieco i nie powodowały tak nieznośnego bólu. Ona natomiast cierpliwie czekała, aż w ich związku nastąpi odmiana, nastanie normalność, bo teraz jej nie było. I nie traciła na owo nadziei.

Chociaż przyszła już późna jesień, to pogoda dopisywała. Nie było co prawda przesadnie ciepło, ale lepsze było to niż nieznośne upały, jakie zdarzały się tu latem.

Saragossa zrobiła na Białeckich miłe wrażenie. Szarobłękitny nurt rzeki Ebro, w którym odbijały się promienie jesiennego słońca, budząc w wodzie złociste refleksy, wspaniała bazylika Nuestra Señora del Pilar, niemniej wspaniała katedra La Seon, czyli Świętego Salwatora, Aljaferia, czy wreszcie tajemniczy most Puente de Piedra, a właściwie bezdenna przepaść w jego pobliżu – zwana Studnią San Lázaro11 – to wszystko robiło wrażenie i pobudzało wyobraźnię.

Małżonków jedno tylko, jak dotąd, wyjątkowo mocno łączyło – ciekawość rzeczy nadzwyczajnych, toteż, gdy trafili na ubogiego studenta, który zaczepiony przez pana Mikołaja pytaniem, który teraz się cieszył, że kiedyś markiz przymusił go do nauki hiszpańskiego, czy mógłby pokazać im miasto i uraczyć jakimiś niezwykłymi opowieściami o nim, nie omieszkał skorzystać z okazji zarobienia kilku monet i skwapliwie się zgodził.

– Och! Panie hrabio, pani hrabino – przybrał dramatyczną pozę, gdy stali na moście – spójrzcie w dół, na tę rzekę spokojnie toczącą swój nurt ku morzu, o tam – wskazał dłonią miejsce pomiędzy pierwszym a drugim filarem. O, tam, w dnie Ebro, znajduje się niezgłębiona przepaść nazywana Studnią San Lázaro. Och! Ileż jest o niej niebywałych i mrożących krew w żyłach opowieści! Na przykład ta, mówiąca o nieszczęśliwej miłości dwojga młodych kochanków, którzy nie mając nadziei na to, by się pobrać, a żyć bez siebie nie umieli, zespoleni gorącym uczuciem, przepełnieni goryczą zawodu, doprawioną rozpaczą, trzymając się za ręce, skoczyli w tę przepaść, z której już nigdy nie wypłynęli na wierzch… Czy Bóg im wybaczył?… Kto wie?… Powiadają, iż przepaść ową zamieszkują monstra niebywałe, które pochłaniają trupy samobójców… ale nie tylko… gdy oto przed wiekami ojcowie lazaryści w tamtym klasztorze – tu wskazał dłonią starożytny budynek – urządzili leprozorium i kiedy kolejny nieszczęśnik umierał na trąd, to jego zwłoki również wrzucano w tę otchłań. I tylko jeden, jedyny raz, jak pamięć ludzka sięga, czeluść oddała zwłoki, ale bynajmniej nie trędowatego.

– Czemuż to? I czyje? – zapytał pan Białecki.

– Czemu? Iżby zbrodnia popełniona w mroku ujrzała światło dnia. Było to srodze pokaleczone ciałko męczennika, siedmioletniego chłopczyny, ministranta z La Seo, imieniem Dominguito de Val12, którego żydzi w makabrycznym rytualnym mordzie, mającym miejsce 31 sierpnia 1250 roku ukrzyżowali, przybijając go do gwoździami do ściany, przekłuli bok, a na koniec odcięli głowę, dłonie, stopy, korpus poćwiartowali i szczątki wrzucili w Otchłań San Lázaro. Tym razem wszelako, Studnia owe szczątki wyrzuciła z siebie na brzeg Ebro i rzecz cała się wydała…

Panią Białecką wstrząsnął dreszcz.

– A nie znasz, chłopcze, jakichś zdumiewających, ale mniej makabrycznych opowieści związanych z tym miastem?

– I owszem. Choćby i ta, którą państwu chce opowiedzieć... ale może udajmy się do bazyliki Nuestra Senora del Pilar? To zaledwie parę kroków. Nim jednak dojdziemy do tej świątyni, to aby czasu nie mitrężyć, pozwolicie dostojni państwo, że uraczę ich jeszcze jedną historią, zanim opowiem tę wcześniej przyobiecaną?

– Niech będzie, posłuchamy – zgodziła się pani Białecka.

– A zatem… W katedrze La Seo w roku 1458 miejscowi marrani13 bestialsko zamordowali ojca Pedro Arbués de Épila, inkwizytora. I nie myślcie dostojni państwo, iż był on łasy na owo stanowisko, broń Boże! A z tego, co wiadomo, gdy król Ferdynand II, ze wskazania Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii Tomása de Torquemady, nakazał mu, wespół z ojcem Pedro Gasparem Juglarem14 tropienie żydów fałszywie i nieszczerze nawróconych na katolicyzm, dla zysków tylko i zaszczytów, mocno się przed tym wzdragał. Ci zaś marrani, rekrutujący się spośród znamienitych i bogatych rodów, obawiając się utraty przywilejów, majątków, a nawet i życia, zawiązali na inkwizytorów spisek. Pierwszy z nich, Juglar, zmarł – jak się domyślano – otruty, ale niczego nikomu nie udowodniono, ojciec Pedro zaś będąc ostrożniejszy i roztropniejszy, nie jadał byle gdzie i z byle kim, pod habit natomiast przywdziewał kolczugę, a na głowie nosił stalową misiurkę. Zabójcy, wiedząc o tym, nie mieli odwagi zaatakować go na ulicy, dopadli go więc w ośmiu, gdy na klęczkach modlił się w katedrze i po wielokroć ugodzili w jedyne odsłonięte wrażliwie miejsce, to jest w szyję. Skonał po dwóch dniach.

– Wcale ta nowa opowieść nie jest przyjemniejsza od poprzednich, ale skoroś ją, chłopcze zaczął, to i dokończ. Musiał być ów inkwizytor jakimś wyjątkowo krwiożerczym człekiem, jeśli dopuszczono się na nim tak niebywałego mordu i w takim miejscu na domiar! Wieleż to miał wyroków na sumieniu?

– Trzy. Dwa skazujące żyjących i jeden osobę zmarłą.

– Słucham? Ile? Trzy? A tak po prawdzie to zaledwie dwa? Przedziwne, zdumiewające!

– Tak, tym bardziej przecie – przytaknął student – że u nas w Aragonii, żydom wolno było legalnie wyznawać swoją religię aż do roku 1492, a więc od tego mordu licząc ponad trzydzieści lat jeszcze! A ścigano wyłącznie fałszywie nawróconych dla jakowegoś profitu, dla jakowychś korzyści.

– I to już koniec tej historii?

– W zasadzie koniec. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, zbrodnia owa pociągnęła za sobą nieprzyjemne konsekwencje... Ale oto i bazylika.

Spojrzeli na okazałą świątynię umurowaną na poły z kamienia, a na poły z dość cienkiej, ale za to wyjątkowo długiej cegły aragońskiej o bladej czerwonawobrązowej barwie z lekko szarym odcieniem. Dach bazyliki po części pokryty był zielonymi, żółtymi, niebieskimi i białymi dachówkami azulejo15, a po części zwykłą dachówką i blachą bodaj ołowianą. Z zewnątrz był to gmach na wpół gotycki, na wpół mudéjar16.

Weszli. Wnętrze, którego ściany zdobiły stiuki i sztukaterie, sprawiało zarazem dostojne, jak i radosne wrażenie, albowiem jego wystrój był w przeważającej mierze barokowy, chociaż nie brakowało w nim także i elementów innych stylów.

Podróżnicy obeszli trójnawową świątynię nader dokładnie, zaglądając do kaplic, podziwiając detale, aż nareszcie student delikatnie pociągnął Mikołaja za rękaw i szepnął:

– Pójdźmyż teraz zobaczyć najcenniejszy skarb kościoła.

Posłusznie udali się za nim.

– Oto Matka Najświętsza na Kolumnie.

Pokrótce opowiedział im dzieje łaskami słynącej figury, a na koniec rzekł:

– A teraz posłuchajcie dostojni państwo o największym cudzie, jaki za sprawą Matki Bożej z Pilar kiedykolwiek się wydarzył. To cud większy od wszelkich innych cudów, jakie gdziekolwiek i kiedykolwiek wydarzyły się na całym świecie.

– Dobrze, dobrze. Mów – ponaglił go Mikołaj.

– Było to tak. Niejaki Miguel Pellicer, urodzony w roku 1617, rolnik, mieszkaniec Calandy, w poszukiwaniu zarobku, licząc sobie wieku lat dziewiętnaście, udał się do Castellón do domu wuja swego imieniem Jaime Blasco, brata matki swojej. Tam zasię doznał niezwykle groźnego wypadku, w którego wyniku tak nieszczęśliwie poranił prawą nogę i połamał w niej kości, iż nieodzownym się stało – wedle wiedzy chirurgów – nogi tej odjęcie.

Początkowo, nader krótko, przebywał w szpitalu w Walencji. Potem poprosił o przewiezienie go do Saragossy, a gdy tylko tutaj przybył, wyraził życzenie, iżby mógł się pomodlić przed cudowną figurą Matki naszego Pana, zapewne mając nadzieję na cudowne wyleczenie. Ale cud się nie dokonał.

Ze świątyni przewieziono go tedy do szpitala Matki Bożej Łaskawej. I tutaj w strzaskaną kończynę, wdała się zgorzel, a więc nie było już dla niej żadnego ratunku, a dla samego Miguela życie zawisło na włosku. Dlatego to więc w październiku 1637 roku amputowali ją znakomici mistrzowie w swoim fachu, chirurdzy Juan de Estanga i Diego Millaruela, w asystencji dwóch jeszcze innych mistrzów tego fachu.

Odjętą nogę pogrzebano na miejscowym cmentarzu szpitalnym, a asystował przy tym jeden z chirurgów obecnych przy amputacji, niejaki Juan Lorenzo Garcia. Po zaleczeniu się rany młody człowiek nie wrócił do domu, lecz pozostał w Saragossie, gdzie imał się różnych zajęć, ale głównie utrzymywał się z żebractwa. Ostatecznie jednak w marcu 1640 roku zdecydował się powrócić do Calandy.

I tu stało się coś niebywałego. Wieczorową porą 29 marca tegoż 1640 roku w obecności rodziny i sąsiadów biedny kaleka odpiął drewnianą kulę i położywszy ją obok posłania, sam zległ na nim. Obecni z zaciekawieniem oglądali sinoczerwony poodgniatany kikut, a nawet go dotykali.

Gdy sąsiedzi się rozeszli, Miguel zapadł w sen, w którym nawiedził go majak. Oto zdało mu się, iż Madonna z Pilar namaszcza mu kikut olejem z lampy płonącej przed jej wizerunkiem. A potem? Potem najpierw rodzice, a i on sam zauważali, iż przed ponad dwoma laty amputowana noga znów przynależy do ciała! Nie ma już kikuta, lecz kompletna kończyna, na dodatek ta sama, którą mu odjęto, bo są na niej nawet blizny, które zostały po wypadku!

Jak nietrudno się domyślić Kościół nie od razu bynajmniej uznał to wydarzenie za cudowne, lecz zarządził śledztwo i proces przed sądem duchownym. Ciągnął się on aż do 27 kwietnia 1641, kiedy po uznaniu za wiarygodne zeznań aż dwudziestu czterech świadków, w tym wszystkich chirurgów biorących udział w zabiegu ostatecznie ogłoszono werdykt, uznający zdarzenie owo za rzeczywisty cud.

I to już wszystko, co miałem do opowiedzenia – rzekł student-przewodnik i zamilkł.

Mikołaj milczał i stojąc w absolutnym bezruchu niby ogarnięty martwotą, wpatrywał się w postać Matki Najświętszej. Przez głowę przelatywały mu setki myśli, ale jedna z nich była najbardziej natrętna. „Trzeba odprawić Florine… trzeba odprawić Florine… jak najprędzej trzeba odprawić Florine…”. Wpatrzył się w twarz posągu i zdało mu się, iż usta Maryi skrzywiły się leciuchno, z wyraźną dezaprobatą, lecz Mikołaj uznał, iż to tylko gra świateł i cieni. Westchnął ciężko, przeżegnał nabożnie i oparłszy o jedną z kolumn, nadal trwał w bezruchu.

Florine natomiast upadła na kolana, wsparła się o balustradę oddzielającą ołtarz od nawy, skryła twarz w dłoniach i w bezgłośnej modlitwie poruszała wargami…

* * *

Smolista czerń nocy nierozświetlonej ni księżycową bladą poświatą, ni jedną gwiazdką nawet zalegała sypialnię Florine.

Nie wiedziała, dlaczego się przebudziła. W pomieszczeniu panowała głucha cisza. Lecz oto naraz skądś ode drzwi jakaś sylwetka odrobinę jaśniejsza od lepkiego mroku jęła rosnąć, przybierając męskie kształty.

Florine – nie mając pojęcia w jaki sposób, bo czerń nocy ni odrobinę się nie rozproszyła, doskonale wyraźnie, jakby w pełnym świetle, ujrzała jakoweś obce indywiduum. Z ubioru sądząc, był to arystokrata odziany w czarny i skromny, lecz wytworny szustokor, z wywiniętymi białymi mankietami, takimiż obramieniami jego brzegów i białym muślinowym fularem wystającym sponad stójki pod szyją i luźno opadającym na piersi. Jedyny, ale za to niebagatelny, luksus stanowiły wysadzane wyjątkowej czystości i piękności brylantami spinki z białego złota, a i jeszcze i z tego samego metalu wyrobione sprzączki u pantofli uszytych z delikatnej giemzy, w odcieniu lśniącego i polerowanego smoliścieczarnego hebanu. Bladobursztynowej barwy nicią, również z białego złota usnutą, miał przyozdobiony kunsztownym haftem przód szustokoru, jak również kamizelę, którą nosił pod nim.

Obcisłe jedwabne spodnie sięgały ledwie do kolan, a zgrabne i wspaniale umięśnione łydki okrywały również jedwabne białe pończochy.

Florine chciała go zapytać, kim jest, lecz głos ugrzązł jej w gardle. Wpół siedziała, a wpół leżała w bezruchu wsparta na łokciu. Lękała się… nie źle powiedziane… była straszliwie, nieludzko wręcz przerażona, będąc pewną, iż nieznajomy uczyni jej krzywdę… może nawet zabije?

Lecz on, podszedłszy do łoża, najpierw przyłożył palec do warg, nakazując milczenie, a następnie ściągnąwszy z leżącej przykrycie, położył na jej brzuchu dłoń ciężką i zimną niczym granit obrośnięty igiełkami lodu.

Trwało to zaledwie chwilę, a potem… potem zniknął… rozpłynął się w ciemności… pozostał po nim tylko, rozsmużając się w powietrzu, odór trupi, zapach asafetydy, ziela bagna, gnijącego zielska i siarki, mułu, pleśniejących wodorostów, końskiego potu i starego moczu.

I dopiero teraz Florine odzyskawszy głos, zaczęła krzyczeć tak strasznie, tak przeraźliwie, iż Mikołaj, porwawszy się na nogi, nie bacząc na konwenanse, w samej nocnej koszuli, ale ze szpadą w dłoni, wbiegł do sypialni żony.

Tuż za nim pojawiła się służebna i drżącymi rękami skrzesawszy ognia, zapaliła świece.

Pomieszczenie było puste. Pan Białecki odetchnął z ulgą.

– No już dobrze… cichutko… uspokój się… to tylko zły sen, majak jakiś straszliwy – i zapominając się do końca, nie bacząc na to, co sobie postanowił w Saragossie, że tę małżonkę-nie-małżonkę odprawi, przysiadłszy na łożu, przygarnął ją do siebie i, głaszcząc po włosach, uspokajał.

Florine przywarła do niego z całej mocy i energicznie potrząsając głową, przeczyła tej jego diagnozie.

– Nie… nie… to nie był senny koszmar… to nie majak… on tu był!

– Kto? – chrapliwym, nieswoim głosem zapytał hrabia, jakby przeczuwając, o kim zaraz usłyszy.

– Mężczyzna. Arystokrata.

– Potrafisz go opisać?

– Tak…

Mikołaj, wysłuchawszy opisu, skrył twarz w dłoniach i począł dygotać, jakby wstrząsany febrą.

Florine objęła go ramionami i przytuliła do siebie. Tym razem to ona jego gładziła po włosach…

Przyciągnęła go jeszcze bardziej, jednocześnie odsuwając się na przeciwległy skraj łoża, robiąc miejsce dla Mikołaja, który jakby do reszty się zapomniawszy, legł obok żony.

Służebna, patrząc na tę scenę z nieopisanym zdumieniem, zdmuchnęła świece i wyszedłszy na palcach na korytarz, delikatnie zamknęła za sobą drzwi…

* * *

– Nie, nie najdroższy, proszę… – Florine błagalnym wzrokiem wpatrywała się w twarz Mikołaja, który zawstydzony tym, co stało się w nocy, a może bardziej dlatego, że sam sobie nie potrafił, nie wiedział jak, poradzić, umykał jej wzroku.

– Dlaczego?

– Lękam się. Straszliwie się lękam…

– Sądzisz, że jeśli natychmiast stąd wyjedziemy, to uciekniemy przed kimś, czy może przed czymś, co może przenikać do naszych sypialń? Czy to powód, by czmychać z Madrytu, nie zerknąwszy nawet na miasto?

– Wiem, że masz racje, ale każda następna chwila tu spędzona przyprawia mnie o drżenie. Proszę… – złożyła ręce w błagalnym, nieomal modlitewnym geście.

Pan Białecki po tym, jak już naprawdę stała się jego żoną, nie potrafił odmówić.

– Niechże i tak będzie.

Rzuciła mu się na szyję, a on siedział sztywny, zakłopotany, speszony…

* * *

Dalsza podróż przez Hiszpanię nie cieszyła już małżonków. Mikołaj nawet rozważał, czy nie zawrócić do Francji, lecz przeprawa przez Pireneje zimową porą była zbyt niebezpieczna, by taką podróż ryzykować.

Dlatego pojechali dalej.

Ávilę zwiedzili pobieżnie, chociaż było to miasto bogate tak historią, jak i zabytkami. Odwiedzili Klasztor de la Encarnación17, świętej Teresy od Jezusa, posłuchali o jej niezwykłym życiu, lecz bez zainteresowania. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiła na nich Bazylika San Vicente, ale tak naprawdę, to co utkwiło małżonkom w pamięci to była opowieść o niezwykłej miłości, która jednocześnie wyciskała łzy i budziła dreszcz grozy, którą posłyszeli z ust jednego z mnichów, w klasztorze, którego to klasztoru rzecz owa się tyczyła.

A było to tak:

W Ávili, w pałacu Núñez Vela mieszkała urocza Lucinda, córka możnego pana, która wyróżniała się niezwykłym pięknem i ciała i duszy.

Jak nietrudno się domyślić, miała licznych adoratorów, bo przecie wszystko ku niej pociągało – i uroda i charakter i zamożność ojca też… Jednak na żadnego z owych adoratorów nie raczyła zwrócić swej uwagi. Do czasu wszelako.

Oto bowiem spostrzegła, iż podczas spacerów po mieście ustawicznie jej towarzyszy, w pewnym oddaleniu oczywiście, pewien zachwycający młodzieniec. A był on tak przystojny, iż serce na jego widok za każdym razem, a to tajało, a to biło mocniej i aż podchodziło do gardła. Z czasem, gdy kawaler owo zauważył, odważył się podkradać w pobliże balkonu sypialni dziewczęcia, z którego rozciągał się wspaniały widok na Valle de Amblés18.

Po jakimś czasie panna zauważyła tajemniczego młodzieńca, stającego, gdy tylko słońce zachodziło, najbliżej jak się tylko dało naprzeciwko owego balkonu. Powodowana ciekawością zaczęła z nim prowadzić nocami długie rozmowy i chociaż nigdy nie zbliżyli się do siebie nawet na wyciągnięcie reki, zakochali się w sobie bez pamięci.

Tajemniczy młody człowiek okazał się wysoko urodzonym szlachcicem nazwiskiem Enrique Blazquez Dávila, lecz dla ojca dziewczęcia nie był dobrą partią. Oskarżył go tedy o spisek przeciwko zwierzchniej władzy i chłopak, aby ratować głowę, musiał salwować się ucieczką.

Zdążył jednak przed wyjazdem z miasta pożegnać się z ukochaną, przysięgając jej miłość już nie tylko dozgonną, ale i poza grób nawet.

Czas płynął. Lucinda każdego dnia wypatrywała kochanka, lecz Enrique nie wracał… Aż któregoś poranka, gdy ptaki po ogrodach kląskały upojnie, znaleziono ją, opierającą się o balustradę balkonu, ale już martwą, bo żyć bez swojej miłości ani nie umiała, ni też nie chciała… I pochowano ją w krypcie klasztornego kościoła…

Nadszedł jednak dzień, kiedy Enrique mogąc już bezpiecznie powrócić do miasta, pierwsze kroki skierował pod balkon kochanki. Na próżno jednak jej wypatrywał… aż wreszcie jakiś przechodzień powiedział mu, co się stało.

Młodzieniec z rozpaczy oszalał i zapragnąwszy zobaczyć kochankę po raz ostatni, nocą zakradł się do klasztornego kościoła, gdzie spoczywały jej szczątki i próbował otworzyć jej grób. Lecz jakaś przedziwna siła sprawiła, iż jego dłonie przyrosły do wieka sarkofagu… Przez długi czas się mocował z zimnym niczym ciało trupa granitowym wiekiem, aby uwolnić ręce, a gdy mu się to na koniec udało, przerażony wybiegł ze świątyni. Znalazłszy się na zewnątrz, uświadomił sobie, iż owa nieziemska moc uniemożliwiła mu zbezczeszczenie grobu, a i także przerażający obraz zwłok w rozkładzie, który zapewne towarzyszyłby mu już do końca życia.

Rankiem jednak powrócił do klasztoru i poprosił o przyjęcie go do grona mnichów. I spędził tam resztę swych dni, żyjąc w bliskości swej umiłowanej zmarłej…

Florine wzdrygnęła się i chwyciła męża za ramię.

– Dość, dość już tego. Nicolás, proszę, ruszajmy zaraz w drogę. I nie zatrzymujmy się już nigdzie, nigdzie. Ta Hiszpania mnie przeraża. Choć z drugiej strony to dzięki temu, żeśmy tu przybyli jesteśmy nareszcie razem… ale już dość, dość…

– Niechże będzie.

I nie zwlekając, ruszyli zaraz przez Toledo do Malagi, nie zwiedzając już niczego po drodze, by jak najśpieszniej dotrzeć do portu, wsiąść na statek i ruszyć do Marsylii…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Salve Regina, czyli Witaj Królowo to pierwsze słowa pieśni poświęconej Najświętszej Maryi Pannie.

2Tak przemija chwała świata. (łac.).

3Conde – hrabia (hiszp.).

4Wewnątrz murów [miasta]. (łac).

5Poza murami [miasta]. (łac.).

6Za: Malchior Buliński, Monografija miasta Sandomierza, Warszawa 1879, s. 137.

7Nie skonsumowany. (łac.).

8Słowo szlachcica. (łac.).

9Piastował te funkcje w latach 1715-1725.

10Alkad, z hiszp. alcade – odpowiednik burmistrza.

11Bazylika Najświętszej Maryi Panny na Słupie, katedra La Seon, czyli Świętego Salwatora, Aljaferia, most Puente de Piedra, czyli Most Kamienny i Studnia San Lázaro, czyli św. Łazarza – znakomite i najbardziej znane zabytki Saragossy.

121243-1250 – święty Kościoła katolickiego do Soboru Watykańskiego II. Kult został trwale wygaszony w roku 1965 po zastąpieniu Mszy trydenckiej przez Novus Ordo Missae.

13Żydzi nawróceni na katolicyzm.

14Król Ferdynand II Katolicki (1452-1516), Tomasz Torquemada, O.P. (1420-1498), Pedro Gaspar Juglar, O.P. (1441-1485).

15Cienkie płytki ceramiczne, glazurowane, w różnych barwach, czasem gładkie albo przyozdabiane rozmaitymi elementami dekoracyjnymi.

16Styl architektoniczny charakterystyczny dla Półwyspu Iberyjskiego, będący połączeniem stylów muzułmańskiego, romańskiego i gotyckiego, a w schyłkowym okresie także i renesansowego.

17Klasztor Wcielenia Syna Bożego.

18Dolina Amblés – około 12,5 km na południowy zachód od pałacu.

Chłop był spełnioną „trans-kobietą”. Popełnił samobójstwo. 40 % tej odmiany zboków podejmuje te próby…

W propagującej LGBT reklamie grał spełnioną „trans-kobietę”. Popełnił samobójstwo .

40 % tej odmiany zboków podejmuje próby odebrania sobie życia.

spelniona-trans-kobieta

Plaga samobójstw wśród osób deklarujących „tożsamość płciową” sprzeczną z ich organizmem, to jedna z wielu wstydliwych kart ruchu LGBT. Aktywiście przekonują, że autoagresja i rozpacz tzw. transseksualistów jest wynikiem prześladowań – ignorując uderzający związek między odrzuceniem własnego życia i własnej tożsamości. Ze Stanów Zjednoczonych napływają właśnie doniesienia o kolejnej tragicznej śmierci mężczyzny, który poddawszy się okaleczeniu zwanym tranzycją, agitował na rzecz ideologii gender. W słynnej reklamie linii lotniczych United, Kyle Scott przedstawiał się jako spełniona „kobieta” – tydzień temu odebrał sobie życie.

– Do dziś żyję pewnie, jako moje prawdziwe ja. Mogłem rozbłysnąć i pożegnać się z przeszłością. Kyle musiał przejść przez cały ten ból, by Kayleigh mogła dziś żyć. Jestem transem i jestem dumny – mówił w demagogicznym spocie promującym ideologię LGBT wyemitowanym w 2020 roku młody mężczyzna. Jak zapewniał, po poddaniu się okaleczeniu narządów płciowych i chirurgicznej zmianie aparycji jego życie zmieniło się na lepsze…

Od czasu emisji agitacyjnego materiału nie minęło wiele czasu – a do mediów dotarły wieści o samobójczej śmierci twarzy kampanii lotniczego przedsiębiorstwa. Transseksualista został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. W ostatnich godzinach życia Scott wstawił na swoje profile w mediach społecznościowych wpisy, wyjaśniające powody jego samobójstwa.

„Do wszystkich, których kocham, przepraszam, że nie potrafiłem być silniejszy. Do tych, którzy dali mi wszystko, co mogli, przepraszam, że moje starania tego nie odwzajemniły. Proszę zrozumcie, że moje odejście nie jest oceną was, ale skutkiem mojej niezdolności by stać się lepszym”, brzmiały „ostatnie słowa” transseksualisty.

Ta zmiana nastawienia, jak czytamy na łamach portalu lifesitenews.com, odzwierciedla widoczny w badaniach naukowych trend krótkotrwałej poprawy samopoczucia osób odrzucających swoją tożsamość płciową po poddaniu się chirurgicznej operacji. Z czasem jednak problemy wracają, a z przedstawianej przez ruchy LGBT jako rozwiązanie „tranzycji” zostają jedynie tragiczne skutki uboczne.

Jak podkreśla anglojęzyczny portal, tendencje samobójcze są wyjątkowo częste wśród osób odrzucających swoją płeć biologiczną. Według wyników badania opublikowanego w marcu 2022 roku 82 proc. „transseksualistów” boryka się z myślami samobójczymi a 40 proc. podejmuje faktyczne próby odebrania sobie życia. Mimo tego, popkulturowy mainstream i agitatorzy ruchów LGBT robią co mogą, by wmówić opinii publicznej, że transseksualizm nie jest groźnym zjawiskiem. Jak podkreśla medium, przytaczając wnioski z szeregu przeprowadzonych badań, wiedza naukowa nie potwierdza, by przejście operacji „dostosowania płci” łagodziło skłonności samobójcze. Twierdzenie to jest raczej ideologicznym narzędziem aktywistów, niż tezą potwierdzoną przez specjalistów.

Źródło: lifesitenews.com