Cejrowski o Franciszku: „Moim zdaniem, jest satanistą”.

Cejrowski OSTRO o papieżu Franciszku. „Ta konkretna osoba na tym stołku, moim zdaniem, jest satanistą”

ta-konkretna-osoba-jest-satanista

– Komunizm został ekskomunikowany nie dlatego, że ktoś go nie lubi, tylko dlatego że był systemem jak najbardziej szatańskim i zbrodniczym. I zawsze prowadzi do zbrodni, każda zabawa z komunizmem. Tak, jak każda zabawa z demonem zawsze prowadzi do nieszczęścia –

======================

W programie „Antysystem” Paweł Lisicki i Wojciech Cejrowski rozmawiali m.in. o wypowiedziach papieża Franciszka i komunizmie.

Lisicki stwierdził, że „złe duchy (…) najwyraźniej obsiadły nasz Kościół”. Dalej redaktor naczelny tygodnika „DoRzeczy” wskazał, że chodzi o „kolejne wypowiedzi papieża Franciszka”.

– Ja już pomijam tę jego wypowiedź sprzed paru tygodni, mówiącą o tym, że on się w ogóle czuje komunistą i że Pan Jezus był komunistą i że pierwsi apostołowie byli komunistami, chrześcijaństwo to była taka wczesna wersja komunizmu, jakieś bardzo dziwne gesty, jakieś bardzo dziwne zachowania, ale to co robi ostatnio, niemal już wspierając ruchy LGBT, błogosławiąc sodomię itd., to są rzeczy absolutnie koszmarne i po prostu nie do wytrzymania – podsumował.

– Ja się z kolei nie wsłuchuję w papieża Franciszka, szanuję instytucję, natomiast ta konkretna osoba na tym stołku, moim zdaniem, jest satanistą – odparł Cejrowski.

– Wcześniej mogliśmy mieć wątpliwości, kim on tam jest, że robi takie rzeczy kontrowersyjne, zwyczajne, niektórzy mówili rewolucyjne. Co jakiś czas był jakiś papież albo ważna postać w Kościele, tak jak św. Franciszek z Asyżu – nie zachowywał się standardowo, gdy na golasa latał po okolicy. No więc to były takie usprawiedliwienia wobec przeróżnych lapsusów, które wcześniej popełniał Franciszek – dodał.

– Natomiast konkretne działania i dokumenty, które podpisuje, oświadczenia, które zgłasza oficjalnie i z urzędu, a nie gdzieś tam przy okazji, jak na lody pójdzie, są groźne, zwyczajnie groźne. Przynoszenie bożka pogańskiego i stawianie na ołtarzu na Watykanie (Paczamama ), potem jakiś biskup czy kardynał to wynosi, wrzuca do rzeki [to byli dwaj chłopcy… MD] , a Franciszek dba o to, żeby wróciło na swoje miejsce – wyliczał.

– Pochwała komunizmu? Komunizm jest obłożony ekskomuniką w Kościele katolickim .

Jak przypomniał Lisicki, „była przecież oficjalna encyklika, oficjalna ekskomunika, lata 30. XX w.”.

– Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek, ktokolwiek cofnął tę ekskomunikę, bo system (komunistyczny – przyp. red.) jest zbrodniczy jak najbardziej. (…) W Laosie czy w Kambodży gdzieś tam pola śmierci były, to taki przykład, który każdego poruszy, nawet największego lewaka. Koreę sobie proszę obejrzeć, Rosję za czasów stalinowskich, zsyłki do Gułagów itd. – wskazał Cejrowski.

– Komunizm został ekskomunikowany nie dlatego, że ktoś go nie lubi, tylko dlatego że był systemem jak najbardziej szatańskim i zbrodniczym. I zawsze prowadzi do zbrodni, każda zabawa z komunizmem. Tak, jak każda zabawa z demonem zawsze prowadzi do nieszczęścia – wyjaśnił.

– A Franciszek się bawi z demonami, więc ja się nie wsłuchuję, wracając do początku, w jego wypowiedzi od pewnego czasu, gdyż egzorcyści uczą, by się nie wsłuchiwać np. w obrzędy satanistyczne, żeby nawet z ciekawości nie pójść na to, co oni nazywają mszą diabelską, gdzie są poodwracane do góry nogami krucyfiksy itd.

[VIDEO] w oryginale MD

=================================

teczowy-ryt-liturgiczny-mozliwy-dla-kilku

Witamina D zmniejsza ryzyko demencji o 40%. Cukrzycy też…

Witamina D zmniejsza ryzyko demencji o 40%

Dr. Jerzy Jaśkowski jjaskow@deportacje.eu

Badanie przeprowadzone na kohorcie 12 388 osób wykazało, że witamina D przyjmowana przez 10 lat może zmniejszyć ryzyko demencji o 40%; kobiety biorące udział w badaniu odniosły większe korzyści niż mężczyźni

  • Na świecie żyje 50 milionów osób z demencją, a eksperci szacują, że do 2050 roku liczba ta prawie się potroi. Niedobór witaminy D jest również szeroko rozpowszechnionym problemem, który występuje u około 1 miliarda ludzi na całym świecie
  • Witamina D ma działanie ochraniające układ nerwowy, może zmniejszyć odsetek osób, które przechodzą od stanu przedcukrzycowego do cukrzycy i może pomóc w zapobieganiu i/lub leczeniu niektórych nowotworów, chorób przewodu pokarmowego, mięśniaków macicy, tocznia, otyłości i chorób neurodegeneracyjnych, takich jak stwardnienie rozsiane
  • Jej działanie jest wzmocnione, gdy przyjmowana z magnezem, witaminą K2 i wapniem, a brak równowagi może zwiększać ryzyko zawału serca i udaru mózgu.
  • Jedynym sposobem określenia, ile ekspozycji na słońce lub jakiej suplementacji potrzebujesz, jest zbadanie poziomu witaminy D

zrodlo

Norma dla starszych ludzi to 100 ng +- 10 [4 000 IU]

Po 50 roku życia nie powinno się przyjmować witaminy D-3   zmieszanej z wapnem

Obowiązkowo natomiast trzeba przyjmować K-2  w ilości ok 100 mg na 5000 UI

Polska krowa. MEMy

[przesadził, ale… md]

=============================

[walczcie o JOW, chłopaki! md]

======================

[A o Łukaszu – idiocie – „profesorze” – zapomnieli?? MD]

============================

====================================

============================

==============================

Dziesięć błędów teologicznych zawartych w tzw. „teologii ciała” Karola Wojtyły

[przypominam… md]

Opracował: Ferdynand Dembowski – za wywiadem z Don Pietro Leone, autorem książki Atak na rodzinę (2015) oraz eseju Kościół i Asmodeusz (2017).


Karol Wojtyła nigdy nie odwołał tych błędów, co gorsza, powielał je jako papież w encyklikach i innych oficjalnych tekstach Kościoła.

Poniżej zestawienie nauczania Jana Pawła II (JPII) z tradycyjną doktryną Kościoła katolickiego (TDKK) w ujęciu Don Pietro Leone.

Całość wywiadu na portalu Rorate Caeli.


JPII. Miłość jest zasadą formalną i decyduje o kształcie etyki.

TDKK: Etyka decyduje o miłości. Rozum poprzedza miłość, znajomość obiektywnej rzeczywistości uczy nas, co kochać i jak kochać.

JPII. Traktuje miłość małżonków w oderwaniu od miłości rodzicielskiej.

TDKK: Traktuje nierozdzielnie te dwie formy miłości.

JPII. Małżeńska i seksualna etyka jest etyką miłości, dlatego miłość małżeńska jest szczególnym celem małżeństwa i seksualności. Akt małżeński to akt miłości z „możliwością prokreacji”.

TDKK: Celem małżeństwa jest prokreacja oraz wychowywanie dzieci na chwałę Bożą. Miłość małżonków, rozumiana jako wzajemne wsparcie, jest celem drugorzędnym.

JPII. Małżonkowie są umieszczeni w małżeństwie na tym samym poziomie.

TDKK: Mężczyzna jest głową rodziny.

JPII: Miłość jest całkowitym oddaniem samego siebie drugiej osobie.

TDKK: Miłość małżeńska to „miłość woli” polegająca na przyjaźni i wzajemnym wsparciu, aż do poniesienia ofiary za współmałżonka. Towarzyszy jej akcydentalnie miłość seksualna, ale nie ona jest podstawowym wyznacznikiem miłości małżeńskiej. Miłość seksualna (zmysłowa) z powodu grzechu pierworodnego musi być poskramiana, dlatego miłość małżeńska potrzebuje łaski, ażeby zostać wyniesiona do poziomu miłości nadprzyrodzonej (caritas). Tradycja katolicka nie może przyjąć definicji JPII z dwóch powodów: metafizycznego i moralnego. Pierwszy powód tłumaczy, że człowiek nie może się oddać w pełni drugiemu człowiekowi, drugi tłumaczy, że miłość do Boga bierze pierwszeństwo przed miłością ludzką: „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swych, a bliźniego swego, jak siebie samego”. Mamy co prawda nakaz Chrystusa: „kochajcie się nawzajem, jak ja was umiłowałem”, ale nie może to przecież dotyczyć miłości zmysłowej między małżonkami – jest to raczej zachęta do miłości ofiarnej, do miłości męczeńskiej. Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego TDKK nie może uznać miłości seksualnej jako „całkowitej ofiary dla drugiego człowieka”. Otóż istotą tej miłości jest wzajemność oparta o przyjemność.

JPII: Miłość jest formalną zasadą etyki małżeńskiej i etyki seksualnej.

TDKK: Doktryna zakorzeniona w rozumie, wyjaśniająca cel małżeństwa oraz uświęcona sakramentalnie przez KK jest formalną zasadą etyki małżeńskiej i seksualnej.

JPII. Miłość małżeńska jest równa miłości człowieka do Boga. Miłość zmysłowa jest tożsama z miłością człowieka do Boga.

TDKK: Miłość zmysłowa i miłość człowieka do Boga to dwie różne miłości.

JPII. Miłość małżeńska i seksualna jest miłością idealną, doskonałą samą w sobie.

TDKK: Miłość małżeńska i seksualna jest skażona grzechem pierworodnym.

JPII. Miłość małżeńska i seksualna jest równa miłości dziewic konsekrowanych i kapłanów żyjących w czystości.

TDKK: Miłość dziewicza (kapłańska i zakonna) przewyższa miłość małżeńską, gdyż tylko ona umożliwia całkowite poświęcenie się Bogu.

JPII. Miłość seksualna małżonków jest obrazem miłości Boga do człowieka (Chrystusa do Kościoła) i jest odbiciem miłości Boga w Trójcy Świętej.

TDKK: Miłość czysto naturalna nie może być obrazem miłości Boga do człowieka, a tym bardziej miłości w obrębie Trójcy Świętej. Ubóstwienie miłości małżeńskiej i seksualnej jest obce doktrynie katolickiej. Fizyczne płodzenie i rodzenie przez małżonków jest promowaniem dobra w świecie, ale na poziomie nadprzyrodzonym przekazuje też śmierć fizyczną i duchową, z czego wynika potrzeba chrztu dziecka i łaski uświęcającej w godzinie śmierci. Św. Grzegorz z Nysy definiuje konsekrowane dziewictwo jako triumf życia nad śmiercią.

Ubóstwienie ludzkiej seksualności jest częścią myśli gnostycznej, która jest wroga tradycji katolickiej. Została ona przejęte przez masonerię, która uważa człowieka za istotę boską, z czego wywodzi, że akt przekazania życia ludzkiego musi być aktem boskim.

Nie tylko Wyklęci walczyli o Polskę…

kresywekrwi.Jacek BOKI

1 marca 2010 roku Prezydent Lech Kaczyński, złożył na ręce Marszałka Sejmu projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, jako święta państwowego, które miało być odtąd obchodzone w dniu 1 marca każdego roku.

 

Jak napisano w ówczesnym projekcie ustawy dotyczącej tego święta:


,,Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” ma być wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji za świadectwo męstwa, niezłomnej postawy patriotycznej i przywiązania do tradycji niepodległościowych, za krew przelaną w obronie Ojczyzny. Święto to ma zarazem służyć upowszechnianiu, w szczególności wśród młodzieży, wiedzy o bohaterach, którzy nie pogodzili się z komunistycznym zniewoleniem Polski i z bronią w ręku walczyli o suwerenną i niepodległą Rzeczpospolitą. Ten Dzień, to także wyraz czci dla licznych społeczności lokalnych, których patriotyzm i stała gotowość ofiar na rzecz idei niepodległościowej pozwoliły na kontynuację oporu przez długie lata.”

 

Taką właśnie treść miał projekt ustawy wniesiony do Sejmu 1 marca 2010 roku przez Lecha Kaczyńskiego, który to szkic w/w wyższego aktu prawnego, po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, prezydent Bronisław Komorowski podtrzymał bez żadnych zmian i 3 lutego 2011 roku Sejm uchwalił ustawę o ustanowieniu dnia 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, w nie zmienionym brzmieniu. 

I dzięki tej ustawie przyjętej w takiej właśnie formie, osiągnięto cel bezcenny, na którym najbardziej skorzystały państwa odwiecznie wobec nas wrogie, takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Izrael, Niemcy, Francja, włącznie z obecną banderowską Ukrainą, jak również wiele innych. A straciliśmy wszystko, jako naród tylko my Polacy. Bo wszystko to co się stało od tego momentu na przestrzeni tych wszystkich lat  i czego obecnie ponosimy bolesne konsekwencje, było możliwe dzięki naszemu wrodzonemu, genetycznemu, narodowemu defektowi, któremu na imię… frajerstwo, dzięki czemu nasi wrogowie zyskali bezcenny dla siebie efekt, nie tylko trwałego podziału i skłócenia polskiego społeczeństwa, ale nade wszystko to, że skoczyliśmy sobie z tego powodu nawzajem do gardeł i w tym stanie upadku trwamy do dnia dzisiejszego. Jak zwykle zresztą w takich przypadkach, gdy zamiast kierować się zdrowym rozsądkiem i realizmem, daliśmy się wpuścić w kanał emocjonalnych manipulacji nami do woli tym, którzy dzięki temu prostemu zabiegowi, mogą sprawować nad nami całkowitą kontrolę, bez obawy, że kiedykolwiek zerwiemy im się z łańcucha i tym samym mogliby stracić nad nami władzę. A my nawet tego nie widzimy, zaślepieni jak w 1939 fałszywą propagandą mocarstwowości, której nie mamy za przysłowiowy psi grosz, tak jak wtedy. Dlatego mogą w wyznaczonym, dogodnym dla siebie czasie, skierować nas, jako naród w dowolnym kierunku i celu, który będzie zgodny z ich interesami, poświęcając nas bez wahania, bez reszty i jakichkolwiek wyrzutów sumienia, że jako naród zostaniemy raz na zawsze wytraceni do ostatka. I jak zwykle dostrzegli to co z nami się obecnie robi już wszyscy dookoła, oczywiście z wyjątkiem nas samych. Tak jak to było 24 sierpnia 1939 roku, gdy o postanowieniach Paktu Ribbentrop – Mołotow wiedzieli wszyscy tzw, nasi sojusznicy i nawet najbliżsi, graniczący z nami sąsiedzi, a jedynymi, którzy byli w tej kwestii zupełnymi ignorantami, byliśmy my Polacy. Historia znowu się powtarza, co widzą już wszyscy wokół, tylko jak zwykle nie My sami. Ale cóż, to widać taka nasza narodowa przypadłość, wyciągać zawsze z ogniska cudze kasztany, naszymi własnymi rękami. 

 

I tak to już od ponad dwunastu lat na podstawie w taki, a nie inny sposób pokrętnie skonstruowanej ustawy, o takiej, a nie innej treści, by pasowała ona do ideologicznych założeń i celów jej autorów, no i rzecz jasna nowej mądrości etapu, wdrukowuje się kolejnym rocznikom młodego pokolenia historię żywcem wziętą z bajek z mchu i paproci, będącą wyłącznie zbiorem półprawd, czyli odpowiednio dobranych przez obecnych inżynierów dusz treści, które pasowały do ich propagandowych koncepcji i założeń, ale z rzeczywistością tamtych czasów, nie miały i nie mają z nią zgoła nic wspólnego. Jak napisał o tych goebbelsowskich propagandystach i fałszerzach historii, z obecnych agend stojących na straży jedynie słusznych prawd obecnego układu władzy, i o tych wytworach ich bujnej wyobraźni na ten właśnie temat, śp. profesor Jacek Edward Wilczur, doskonale podsumowując w swojej książce pt. ,,Raport Wilczura”, te wszystkie brednie, jakie od ponad dekady sprzedaje się bez cienia najmniejszego nawet zażenowania całemu pokoleniu współczesnych Polaków, jako prawdy objawione, które z jakimkolwiek objawieniem nie mają nic wspólnego, a tym bardziej z rzetelnym przedstawieniem tej kwestii, który byłby również uczciwym ukazaniem tego tematu, a nie cyniczną realizacją propagandowego zamówienia.

 

,,Kłamliwe są głoszone dziś twierdzenia przedstawicieli prawicy i skrajnej prawicy, fałszerzy historii – tych nawiedzonych, wierzących w swoje kłamstwa – oraz fałszerzy cyników, znających prawdę i ukrywających prawdę o tym, kogo rozstrzeliwano i wieszano dniami i nocami. Według ich wersji ofiarami stalinowskich oprawców byli wyłącznie ludzie prawicy, chrześcijanie wierni Bogu i Ojczyźnie. W rzeczywistości tracono – inaczej mówiąc: mordowano na podstawie bandyckich wyroków sądowych ogłaszanych przez sądy wojskowe i powszechne – ludzi z prawa i z lewa: żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich, oficerów i podoficerów Ludowego Wojska Polskiego, komunistów oddanych polskiej sprawie narodowej, mordowano oficerów, podoficerów i szeregowych żołnierzy Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii i z francuskiego, czerwonego ruchu oporu, członków byłej Komunistycznej Partii Polski i Polskiej Partii Socjalistycznej, syndykalistów i byłych żołnierzy Gwardii i Armii Ludowej. Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej, prokuratorzy i sędziowie, często ludzie słabo znający język polski, emigranci z Francji i Belgii, ( a także Żydzi przywiezieni z ZSRR na sowieckich tankach – dopisek mój J.B.) realizowali bowiem cele nie polskich komunistów, nie przedwojennej Komunistycznej Partii Polski zgładzonej przez NKWD na polecenie Stalina, a cele strategiczne mongolsko – rosyjskiego ( czytaj chazarskiego ) modelu komunizmu i imperializmu, modelu zagłady europejskiej cywilizacji.


Rugowano z życia publicznego, przenoszono w stan niebytu i mordowano na mocy wyroków stalinowskich sądów wszystkich bez wyjątku, tych z prawa i tych z lewa, którzy zachowali tożsamość narodową, wierność tradycjom i lojalność wobec swego narodu.”

 

Jednym z najgłośniejszych przykładów tych faktów, o których wspomina w powyższym tekście śp. profesor Jacek Wilczur, który obecna IPN-owska propaganda skrzętnie pomija i nie nagłaśnia, z oczywistych dla niej przyczyny, którą jest strach przed faktem, iż cała zbudowana przez tą agendę legenda o tzw. ,,Żołnierzach Wyklętych”, jako tych jedynych walczących z wrażą komuną o wolność Polski, mogłaby się tym samym rozlecieć jak domek z kart i cała ta budowla wzniesiona na fundamencie kłamstwa runęłaby z hukiem, obracając się w kupę gruzu i co stałoby się wtedy z nimi samymi i instytucją, której są funkcyjnymi kapo?

Przejdźmy więc do przedstawienia krótkiego szkicu zadającemu kłam baśniom z mchu i paproci stręczonym od ponad 12 lat przez obecnych propagandystów Czeciej Erpe, o wyjątkowości tzw. ,,Żołnierzy Wyklętych”, oraz, że byli oni jedynymi i niepowtarzalnymi, którzy walczyli rzekomo z komunistycznym zniewoleniem. A oto niewygodne dla tych kłamców fakty na ten temat, że i wśród żołnierzy LWP i tzw. komunistów, było bardzo wielu takich, którzy myśleli po polsku, tak samo, jak ci, których dziś sprzedaje się nam jako tych jedynych i słusznych ideowo.

 

Sygnałem do rozpoczęcia kolejnego etapu umacniania władzy komunistów. Jednym z jej przejawów miały być sfingowane procesy pokazowe oficerów Ludowego Wojska Polskiego o międzywojennym rodowodzie. Pierwszym krokiem było usunięcie z Biura Politycznego KC PZPR gen. Mariana Spychalskiego i oskarżenie go o „ślepotę” wobec rozwoju zachodniej agentury.

 

 „Warto w tym kontekście zauważyć, obok koniecznych stwierdzeń o absurdalności oskarżeń i sfingowanych dowodach, dostrzec niedostrzegalne jak widać dla obecnego pokolenia propagandystów z IPN, ziarenko prawdy kryjące się gdzieś na dnie, a mianowicie że, oskarżeni generałowie i oficerowie, wywodzący się z przedwojennej armii II RP, w naturalny sposób, bez żadnych spisków i w dobrej wierze, liczyli na nadanie »ludowej« armii możliwie polskiego charakteru. (..) Byli też zainteresowani ściąganiem do niej fachowców: lojalnych wobec ustroju, ale niekoniecznie godzących się na dominację sowieckich dowódców w polskim (choć komunistycznym) wojsku”, jak pisał o tym fakcie prof. Patryk Pleskot w książce „Sądy bezprawia. Wokół pokazowych procesów politycznych organizowanych w Warszawie (1944-1989)”.

Stalinowska czystka jaka rozpoczęła w Wojsku Polskim legendarnym procesem czterech generałów –  Tatara, Hermana, Kirchmayera i  dowódcy ,,Operacji Wisła”, która zakończyła ukraińskie ludobójstwo narodu polskiego, czyli Stanisława Mossora, którzy w procesie trwającym od 31 lipca do 13 sierpnia 1951roku, któremu towarzyszyła brutalna kampania propagandowa wymierzona przede wszystkim w środowiska, z którymi mieli być związani ci oficerowie. Przebieg tej farsy procesu transmitowało radio, pisano o nim agresywne artykuły w prasie, a kronika filmowa pokazywała twarze rzekomych „spiskowców”, z równie odpowiednią nawałnicą zawoalowanej nienawiści, skierowanej wobec oskarżonych oficerów.

 

W przypadku procesu czterech generałów należy podkreślić, że z największą brutalnością ze strony stalinowskich oprawców spotkał się były dowódca ,,Operacji Wisła”, chyba nieprzypadkowo, generał Stefan Mossor: 

 

 

 

Generał dywizji Stefan Mossor – dowódca Grupy Operacyjnej Wisła

 

 

,,13 maja 1950 aresztowany pod zarzutem antypaństwowego „spisku w wojsku” (m.in. wraz ze gen. Stanisławem Tatarem i Jerzym Kirchmayerem). Oskarżano go o to, że w czasie II wojny światowej działał na szkodę państwa i narodu polskiego, sporządzając memoriały, w których „nakreślił projekt faszystowskiej Polski pod protektoratem hitlerowskich Niemiec”, a po 1945 prowadził – wraz z gen. Tatarem, gen. Kirchmayerem, gen. Hermanem, płk. Utnikiem, płk. Jureckim, płk. Nowickim oraz kmdr ppor. Wackiem – działalność szpiegowską skierowaną przeciwko państwu ludowemu. 13 sierpnia 1951 w tzw. „procesie generałów” Najwyższy Sąd Wojskowy, w składzie ppłk Roman Waląg, ppłk Roman Bojko i mjr Teofil Karczmarz, uznał go winnym zarzucanych czynów i skazał na dożywotnie więzienie i degradację. W 1951 wszystkie jego prace zostały wycofane z polskich bibliotek oraz objęte cenzurą. W więzieniu poddawany brutalnym torturom, jednak śledczym nie udało się go złamać i zmusić do obciążenia zarzutami innych, przede wszystkim gen. Wacława Komara i marsz. Żymierskiego. ( Głównym oprawcą generała Stefana Mossora, który torturował go nawet osobiście, był jego zastępca z czasów ,,Operacji Wisła”, d/s wojsk KBW generał Juliusz Hibner, w późniejszych latach sześćdziesiątych wykładowca fizyki na jednym z uniwersytetów w Paryżu i Warszawie, a także o ironio autor kilku traktatów filozoficznych. Takiej to ,,duchowej przemiany”doznał ten przyjemniaczek, gdy chazaria po 1956 roku utraciła władzę w Polsce) Karę Mossor odbywał w Zakładzie Karnym we Wronkach. 10 grudnia 1955 Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła karę dożywocia na 15 lat więzienia. Najwyższy Sąd Wojskowy udzielił Mossorowi rocznej przerwy w odbywaniu kary i 13 grudnia 1955 opuścił więzienie. 24 kwietnia 1956 jego sprawa została wznowiona, w efekcie czego postępowanie zostało umorzone, a generała prawnie zrehabilitowano.”

Generałowie Tatar, Herman, Kirchmayer i Mossor zostali skazani na dożywocie, Jurecki, Utnik i Nowicki dostali po 15 lat więzienia, a Roman oraz Wacek usłyszeli wyrok 12 lat więzienia. Wyroki uchylono na fali odwilży w 1956 roku. Nie doczekał tego gen. Herman, który zmarł w mokotowskim więzieniu w 1952 roku na zawał serca.  

Dlaczego oficerowie skazani w procesie generałów uniknęli najwyższego wymiaru kary?

– Można postawić tezę, że jeśli zasądzono by najwyższy wymiar kary, to ubyłyby osoby, które można było wykorzystać w przygotowywanym procesie Gomułki i Spychalskiego – oceniał prof. Rafał Habielski.

W latach 1950-1953 Informacja Wojskowa zatrzymała pod zarzutem szeroko rozumianej wrogiej działalności 2115 żołnierzy różnych stopni oraz pracowników cywilnych wojska. Od 1949 do 1954 roku zwolniono z wojska około 10 tysięcy oficerów uznanych za „wrogich” komunistycznej Polsce. W procesach politycznych w Wojsku Polskim pod sfałszowanymi zarzutami komuniści skazali łącznie 94 oficerów. Wydano 40 wyroków śmierci, z których 20 wykonano.

  Zdrajcy ojczyzny przed sądem

 http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/6783

Ale o tych ŻOŁNIERZACH WYKLĘTYCH wywodzących się z Ludowego Wojska Polskiego, nigdy nie usłyszycie w oficjalnym przekazie reżimowych mediów, jak również w tych mieniących się patriotycznymi, które ponoć strasznie prześladuje obecna władza. Sami domyślcie się Państwo, dlaczego ci ostatni milczą o tych faktach jak zaklęci? Ich nazwiska nigdy też nie zostaną wymienione w żadnym z Apeli Pamięci w tzw. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych 1 marca, choć byli takimi samymi wyklętymi, jak ci z leśnych ostępów.

No bo jak widać z powyższych dowodów, nie tylko wyklęci byli poddani zbrodniczym prześladowaniom w czasach bierutowsko – stalinowskiego terroru.     I nie tylko oni walczyli o wolną, niepodległą i suwerenną, od obcego dyktatu Polskę.

 Jacek Boki – 25 Marzec 2023 r.

Źródła:  

Inicjatywa Prezydenta: Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”

https://www.prezydent.pl/kancelaria/archiwum/archiwum-lecha-kaczynskiego/aktualnosci/rok-2010/inicjatywa-prezydenta-narodowy-dzien-pamieci-zolnierzy-wykletych,13696,archive 

Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” 

https://www.prezydent.pl/aktualnosci/polityka-historyczna/zolnierze-wykleci/narodowy-dzien-pamieci-zolnierzy-wykletych

Prof. Jacek Edward Wilczur – Raport Wilczura – Wydawnictwo Technol – Kraków 2010 r. str 42 – 43

70 lat temu zakończył się tzw. proces generałów

https://dzieje.pl/wiadomosci/70-lat-temu-zakonczyl-sie-tzw-proces-generalow 

Proces generałów. Tak zaczęła się stalinowska czystka w Wojsku Polskim

https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/2787644,Proces-generalow-Tak-zaczela-sie-stalinowska-czystka-w-Wojsku-Polskim 

Stefan Mossor

https://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Mossor#cite_note-phw-42 

Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.

PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431

================================

Tym tekstem kończę swoja działalność. Pozdrawiam Wszystkich.

Jacek BOKI

Fauci kłamał a dzieci umierały: Tajne dokumenty CDC potwierdzają, że 120 tys. dzieci, nastolatków i młodych dorosłych „zmarło nagle” w USA do października 2022.

Fauci kłamał a dzieci umierały: Tajne dokumenty CDC potwierdzają, że 120 tys. dzieci, nastolatków i młodych dorosłych „zmarło nagle” w USA do października 2022 roku po „awaryjnym” dopuszczeniu do użytku szczepionek Covid

fauci-lied-120k-children-died 25 marzec 2023.

Raz po raz w ciągu 2021 roku, dr Anthony Fauci, stał na podium, jasne światła reflektorów dodawały mu prawdomówności,, gdy stawał przed narodem. Pewną ręką trzymał fiolkę ze szczepionką Covid-19 firmy Pfizer, obiecując, że będzie ona kluczem do ochrony Ameryki i jej dzieci przed „śmiertelną” chorobą Covid-19, która rzekomo miała spustoszyć kraj.

Jednak mało kto wiedział, że prawda o bezpieczeństwie szczepionki Covid została zakopana głęboko w kłamstwach i oszustwach Fauci’ego oraz w poufnych dokumentach rządu USA i firmy Pfizer.

Fauci używał propagandy, kłamstw i manipulacji, aby zmusić rodziców do zaszczepienia swoich dzieci.

Jednak ciężar utraconych istnień szybko spadł na niego i na naród, ponieważ tajny raport Centrum Kontroli Chorób (CDC) ujawnił, że prawie pół miliona dzieci i młodych dorosłych zmarło w ciągu roku od jego fatalnego ogłoszenia, a ponad 118 000 z tych zgonów podejrzewa się jako niebezpieczne skutki uboczne szczepionki Covid.

Raport CDC powinien wywołać powszechne oburzenie i znaleźć się na pierwszej stronie każdej większej gazety. Zamiast tego jednak, spotkał się i nadal będzie spotykał z głuchym milczeniem. Pomimo oszałamiającej liczby zgonów, raport zostanie pogrzebany i zamieciony pod dywan.

Media głównego nurtu, pochłonięte pracą w nadgodzinach, aby odwrócić uwagę opinii publicznej propagandą na temat wojny na Ukrainie, rzekomych zmian klimatycznych i kryzysu kosztów życia, nie zwróciły i nie zwrócą uwagi na niszczące konsekwencje oszustwa dr Anthony’ego Fauci.

Opinia publiczna będzie nadal utrzymywana w niewiedzy, a rząd Stanów Zjednoczonych będzie się zwijał, aby ukryć swój własny udział w tragedii. Dr Fauci po cichu ogłosił przejście na „emeryturę” w sierpniu 2022 roku.

To wszystko jest biznes jak zwykle i po prostu kolejny dzień w biurze. Ale jest to również szokująca porażka przejrzystości i odpowiedzialności, a mieszkańcy Stanów Zjednoczonych powinni być na zawsze prześladowani przez życie utracone w wyniku skandalu ze szczepionką Covid.

W porównaniu z innymi krajami rząd Stanów Zjednoczonych był fatalny w publikowaniu odpowiednich i aktualnych danych, które pozwoliły nam przeanalizować konsekwencje wprowadzenia zastrzyków Covid-.

W końcu jednak udało nam się na nie natknąć dzięki instytucji znanej jako Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OEC).

OEC to organizacja międzyrządowa zrzeszająca 38 krajów członkowskich, założona w 1961 roku w celu stymulowania postępu gospodarczego i światowego handlu. I z jakiegoś powodu przechowują one bogate dane na temat nadmiernej liczby zgonów. Dane te można znaleźć dla siebie tutaj.

Poniższy wykres został stworzony na podstawie danych znalezionych w bazie OEC. Dane te zostały dostarczone do OEC przez amerykańskie Centra Kontroli Chorób (CDC). I pokazuje nadmiar zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych w wieku 0-44 lat w całych Stanach Zjednoczonych według tygodnia w 2020 i 2021 roku.

Oficjalne dane ujawniają, że nastąpił niewielki wzrost nadwyżki zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych, gdy domniemana pandemia Covid-19 uderzyła w USA na początku 2020 roku.

Jednak wraz z wprowadzeniem zastrzyku Covid, można było oczekiwać, że zgony znacznie spadły wśród tej grupy wiekowej w 2021 roku. Zamiast tego jednak stało się coś zupełnie odwrotnego.

Nadmiar zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych był znacznie wyższy w każdym tygodniu w 2021 roku niż w 2020 roku, z wyjątkiem tygodni 29 i 30. Ale potem, w tygodniu 31, stało się coś drastycznego, co spowodowało, że nadmiar zgonów znacznie wzrósł wśród dzieci i młodych dorosłych.

A oficjalne dane przedstawione przez CDC, niestety pokazują, że trend ten utrzymał się w 2022 roku.

Najnowsze dane udostępnione przez CDC obejmują do 40 tygodnia, czyli tygodnia kończącego się 9 października, przy czym należy zaznaczyć, że ostatnie tygodnie danych mogą ulec zmianie. Ale jak widać z powyższego, 2022 był również znaczącym rokiem dla nadmiaru zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych.

Dla porównania, oto jak dotychczasowe dane za rok 2022 mają się do danych do 40 tygodnia w roku 2020 i 2021.

Dane źródłowe.

CDC potwierdziło, że w 2022 roku było do tej pory o 7 680 więcej nadwyżkowych zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych, niż w tym samym przedziale czasowym w 2020 roku w szczycie rzekomej pandemii Covid-19.

Rok 2021 był jednak zdecydowanie najgorszy, z 27,227 większą liczbą nadmiernych zgonów do 40 tygodnia po wprowadzeniu zastrzyku Covid, niż to, co miało miejsce w 2020 roku w szczycie rzekomej pandemii Covid.

Poniższy wykres przedstawia oficjalne dane CDC dotyczące wszystkich zgonów i nadmiaru zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych w całych Stanach Zjednoczonych przed wprowadzeniem szczepionki Covid-19 oraz po wprowadzeniu szczepionek Covid-19 14 grudnia 2020 roku.

Powyższe dane ujawniają, że w roku 2022 do tej pory odnotowano jedynie 1 352 mniej nadwyżkowych zgonów wśród osób w wieku 0-44 lat w 40. tygodniu niż to, co miało miejsce w 51. tygodniu 2022 r., mimo że rok 2020 był rzekomym szczytem pandemii COVID i obejmował również dodatkowe 11 tygodni zgonów.

Jednak najbardziej niepokojące liczby ujawnione na powyższym wykresie to ogólna liczba zgonów i nadwyżki zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych od czasu wprowadzenia zastrzyków Covid-19.

Prawie pół miliona osób w wieku od 0 do 44 lat niestety zmarło od 51 tygodnia 2020 roku, a to spowodowało zdumiewającą liczbę 117 719 nadmiarowych zgonów w stosunku do średniej pięcioletniej 2015-2019.

Średnia długość życia w USA od 2020 roku wynosiła 77,28 lat. Jeśli mamy wierzyć oficjalnej narracji, że Covid jest śmiertelną chorobą to być może moglibyśmy się zgodzić, że 231 987 dzieci i młodych dorosłych w wieku do 44 lat umierających w 2020 roku skutkujących 40 365 nadwyżkami zgonów było straszną konsekwencją tej choroby.

Ale jeśli mamy wierzyć oficjalnej narracji, że zastrzyki Covid są bezpieczne i skuteczne, to jak można wyjaśnić dalszy wzrost liczby zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych zarówno w 2021 jak i 2022 roku?

Wiemy, że miliony Amerykanów zostało zmuszonych do otrzymania zastrzyków i wiemy, że miliony rodziców zostało zmuszonych do zmuszenia swoich dzieci do otrzymania tych samych zastrzyków.

Odpowiedź leży w fakcie, że oficjalna narracja jest jawnym kłamstwem. Szczepionki Covid nie są ani jednym, ani drugim.

Dane dostarczone przez CDC, które niewiarygodnie trudno było znaleźć, dają nam jedynie wskazówki, że tak wiele zgonów wśród młodych Amerykanów miało miejsce. Ale dalsze dane opublikowane przez rząd Wielkiej Brytanii potwierdzają to.

Jednym z dowodów potwierdzających to jest raport opublikowany 6 lipca 2022 roku przez brytyjski Office for National Statistics, który jest agencją rządową Wielkiej Brytanii.

===============

mail:

Kiedy podobny raport zostanie ogłoszony w Polsce.
Tak przecież naśladują Amerykę.

Żydzi w Izraelu, z poparciem policji, rządu, pełni nienawiści prześladują chrześcijan. Brutalne napaści.

Żydzi w Izraelu, z poparciem policji, rządu, pełni nienawiści prześladują chrześcijan. Brutalna napaść na arcybiskupa w Jerozolimie

https://www.fronda.pl/a/Zydzi-przesladuja-chrzescijan-Brutalna-napasc-na-arcybiskupa-w-Jerozolimie,213192.html

Prawosławny patriarchat Jerozolimy, którego głową jest Teofil III, potępił napaść, do jakiej doszło w niedzielę w czasie porannej Mszy w Kościele Gestemani. „Dwóch izraelskich radykałów” [to nie „radykałowie”, lecz bezkarni bandyci, nienawistnicy md] usiłowało zniszczyć ikony i zaatakować arcybiskupa Joachima oraz drugiego duchownego. Napastników kilku mężczyzn obezwładniło i zatrzymało do przyjazdu policji.

Potępiając „ohydny atak terrorystyczny”, patriarchat stwierdza w wydanym oświadczeniu, że takie napaści „<radykalnych> ugrupowań izraelskich, których celem są kościoły, cmentarze i mienie chrześcijańskie, oprócz ataków fizycznych i wyzwisk wymierzonych w chrześcijańskie duchowieństwo, stały się niemal codziennym zjawiskiem, które ewidentnie się nasila w czasie świąt chrześcijańskich”.

W zeszłym miesiącu z takim oświadczeniem wystąpili franciszkanie z Kustodii Ziemi Świętej, podkreślając „narastającą serię poważnych aktów nienawiści i przemocy przeciwko chrześcijańskiej społeczności w Izraelu”. Powodem komunikatu franciszkanów była m.in. napaść „radykalnego Żyda” [znów we Frondzie wazeliniarskie sformułowanie; to bluźnierczy, pełni nienawiści bandyci. md]na Kościół Biczowania, w którym napastnik strącił figurę Jezusa usiłując ją zniszczyć, nim został unieruchomiony. Innym razem grupa Żydów zaatakowała turystów i zamieniła „siedzibę chrześcijan w pole bitwy” rzucając stołami krzesłami i szklankami. Poszkodowani musieli czekać godzinę na przyjazd policji.

Inne przykłady wrogości wobec chrześcijan to: profanacja cmentarza w Jerozolimie w styczniu tego roku, wandalski atak na centrum maronitów, strzały w kierunku katolickiej szkoły prowadzonej przez franciszkanki, graffiti „Śmierć chrześcijanom” na murach klasztoru. Jak przypomina Patrick Delaney z „Life Site News”, tego typu ataki, choć w ostatnim czasie się nasiliły, nie są niczym nowym w Ziemi Świętej.

Zdaniem publicysty władze Izraela w rzeczywistości „przyjęły celową politykę niszczenia, rabowania i profanowania kościołów w Palestynie w czasie wojny z 1948 i po niej”. A także dzisiaj zdarzają się przypadki, kiedy „radykalni Żydzi” plują na chrześcijan i zakłócają modlitwy. Delaney, przypominając m.in. słynne podpalenie Kościoła Rozmnożenia Chleba i Ryb w Tabdze w Galilei w 2015 r., podkreśla, że takie przestępstwa „praktycznie nigdy nie zostają wyjaśnione”.

W grudniu liderzy Kościoła katolickiego, prawosławnego oraz protestanci zwracali uwagę na „systematyczną próbę usunięcia” chrześcijan z Jerozolimy. W oświadczeniu zauważyli oni, że mimo deklaracji rządu Izraela, lokalni politycy nie dążą do tego, by położyć kres działaniom radykałów.

Na podobny problem w najnowszym oświadczeniu zwraca uwagę prawosławny patriarchat Jerozolimy, pisząc o braku „stosownej reakcji w skali lokalnej, jak i międzynarodowej, mimo apeli, próśb i protestów”. Wzywając społeczność międzynarodową do interwencji, a także domagając się „koniecznych środków prawnych” przeciw sprawcom, patriarchat jednocześnie zaznacza, że „jest boleśnie jasne teraz, iż autentyczna obecność chrześcijan w Ziemi Świętej jest w wielkim niebezpieczeństwie”.

LifeSiteNews.com

Amunicja ze zubożonym uranem podgrzewa groźnie wojnę na Ukrainie

Amunicja ze zubożonym uranem podgrzewa wojnę na Ukrainie

Na podst.: asiatimes/depleted-uranium

Decyzja Wielkiej Brytanii o dostarczeniu Kijowowi kontrowersyjnej amunicji przeciwpancernej może spotkać się z rosyjskimi taktycznymi atakami nuklearnymi

Stephen Bryen

Pociski przeciwpancerne przeznaczone dla Ukrainy zawierają zubożony uran.

Brytyjskie ogłoszenie, że dostarczy Ukrainie amunicję ze zubożonym uranem (DU) do swoich czołgów Challenger 2 nie jest jednorazowe. Zostało ono uzgodnione ze Stanami Zjednoczonymi. USA znalazły sposób na przyspieszenie dostaw czołgów Abrams M-1 do Rosji poprzez wykorzystanie starszych modeli.

Działo gładkolufowe Abrams 120 mm, podobnie jak Challenger, używa amunicji ze zubożonym uranem, gdy strzela pociskami przeciwpancernymi. Czołgi Abrams wysłane na Ukrainę będą uzbrojone w amunicję ze zubożonym uranem „rozwalającą czołgi”.

Amunicja, o której mowa, jest amunicją penetrującą typu long dart: wykorzystuje specjalny pręt penetrujący wykonany z DU z dodatkiem tytanu i molibdenu.

Jest on bardzo ceniony przez wojsko, ponieważ penetrator DU jest samo-ostrzący (co oznacza, że nie ulega deformacji) i powodujący pożar. Jest bardzo skuteczny przeciwko czołgom uderzonym z boku, z tyłu lub z góry, ale mniej z przodu, gdzie może być odbity przez pochylony pancerz.

Penetratory APFSDS mogą być wykonane z materiałów innych niż DU, takich jak tytan. Rosjanie nazywają amunicję DU „brudną” bronią.

Zubożony uran jest bardzo ciężkim metalem, pozostającym z wirówek wzbogacających rozszczepialny U-235 dla broni jądrowej.

Broń DU zawiera mniej materiału rozszczepialnego niż naturalny uran. JDU jest używany w bardzo zwartej formie, zazwyczaj w celu ułatwienia penetracji pancerza i innych utwardzonych struktur.

Przeciwnicy amunicji twierdzą, że fragmenty metalu DU w glebie i pył DU w powietrzu mogą powodować liczne problemy zdrowotne, w tym raka.

Aerozol wytwarzany podczas uderzenia i spalania amunicji ze zubożonym uranem może skazić szerokie obszary wokół miejsc uderzenia i może być wdychany przez cywilów i personel wojskowy.[Groźne jest promieniowanie alfa, wysoko-energetyczne [ok 5 MeV].

Amunicja DU odegrała rolę w tzw. syndromie wojny w Zatoce Perskiej, a także wpływa na gęstość szpiku kostnego u żołnierzy trafionych fragmentami DU.

USA jest światowym mistrzem wagi ciężkiej w używaniu amunicji DU w Iraku, Syrii, Afganistanie, Bośni i Kosowie. 782 tys. naboi DU zostało wystrzelonych podczas wojny w Iraku w 1991 roku. Ponad 300 000 pocisków DU zostało wystrzelonych w Iraku w 2003 roku.

Zarówno USA jak i Wielka Brytania odrzuciły wezwania do zakazania broni ze zubożonym uranem.

Oprócz pocisków do czołgów penetrujących pancerz, USA używa amunicji DU do 30-milimetrowego działa GAU-8 Avenger Gatling w myśliwcu A-10 Warthog. A-10 odgrywały znaczącą rolę w wojnach w Iraku i Afganistanie.

Ostatniej zimy Ukraina „zażądała” od Stanów Zjednoczonych 100 odrzutowców A-10 i potajemnie szkoliła się w używaniu tych samolotów w walce. Jeśli dojdzie do ofensywy na Krymie, A-10 mogą zostać przeniesione na Ukrainę i pilotowane przez kombinację ukraińskich pilotów i być może ochotników, byłych pilotów US Air Force.

USAF od jakiegoś czasu próbuje pozbyć się A-10, które uważa za relikt zimnej wojny i mało prawdopodobne, by przetrwały w gęstym środowisku obrony powietrznej. W najnowszym opracowaniu USAF powiedziało, że chce jak najszybciej pozbyć się wszystkich swoich A-10. Z perspektywy USAF przesunięcie ich na Ukrainę uwalnia je od niechcianego ciężaru.

USA stara się również zrównoważyć przewagę Rosji w artylerii, wysyłając nowe haubice 155 mm, które mają zastąpić artylerię utraconą w wyniku rosyjskich ataków lotniczych i artyleryjskich.

Ukraińska armia toczy obecnie walki w Bachmucie, Awdijiwce, Vuhledarze i w okolicach Zaporoża. Bachmut jest dla wojny istotny, ponieważ jest tam zabunkrowana duża liczba ukraińskich żołnierzy, niektóre elitarne jednostki.

Szacunki mówią o zaangażowaniu aż pięciu ukraińskich brygad, reprezentujących być może nawet 15 tysięcy żołnierzy, choć brygady te poniosły wysokie straty i część żołnierzy, ale nie sprzętu, została wywieziona z miasta. Rosyjskie siły paramilitarne Grupy Wagnera twierdzą obecnie, że kontrolują około 70% miasta i wznowiły walki po krótkiej przerwie.

USA straciły 14 marca drona MQ-9 Reaper, działającego zaledwie 37 mil od Krymu w rosyjskiej strefie zamkniętej. Reaper jest nie tylko dronem myśliwskim, ale posiada zaawansowane czujniki, które bez wątpienia były wykorzystywane do zbierania informacji o celach, ale także do zbierania ELINT (elektroniczne przechwytywanie) rosyjskich jednostek wojskowych.

Złapany na gorącym uczynku przez dwa rosyjskie Su-27, dron rozbił się w morzu. [—]

Wprowadzając DU na Ukrainie, NATO zwiększa ryzyko, że odpowiedzią Rosji może być taktyczna broń jądrowa. NATO, jak widzą to Rosjanie, otwiera atomową puszkę Pandory.

Diakon François de Pâris. Okrągły Stół i Czerwone Bractwo. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (17)

Diakon François de Pâris. Okrągły Stół i Czerwone Bractwo.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (17)

Z nowym nurtem

Florine de Louvigny

Początkowo wynajmowany, później jednakowoż zakupiony przez Mikołaja Białeckiego, podczas jego pierwszego paryskiego pobytu, dom przy rue de la Tannerie, stał opuszczony i powoli popadał w ruinę, a przynajmniej tak się z zewnątrz prezentował, tkwiąc pośród zarośniętego, uschłymi teraz, bujnymi chwastami, które nieplewione zarosły gładkie niegdyś trawniki, a teraz powciskały się nawet w szczeliny bruku podworca.

Gdy wyjeżdżał z Pauline do Polski, obiecał jej, że co jakiś czas będą odwiedzać Paryż. Dlatego więc nabył ten dom. Póki im się dobrze w życiu układało, raz w roku słał pieniądze konsjerżce, która trzymała nad nim pieczę, sprzątała, doglądała, dbała o otoczenie. Po nieszczęściu jednak, które go dotknęło, zaniechał tego, bo być może nawet o tym nie pamiętał.

Teraz jednak, mimo iż dom był opustoszały, dziękował Bogu, że się go nie pozbył, miał bowiem gdzie głowę zachylić, a nie kłopotać się o znalezienie naprędce jakiegoś lokum. O tym zaś, czy pozostanie dłużej w owym miejscu, czy też nie, miał zdecydować później, gdy już odszuka świątobliwego ascetę, poleconego mu przez Wielebną Pannę Krystynę Brzezińską, benedyktynkę sandomierską.

Wydobywszy klucze, pootwierał nimi zamki i skierował się wprost do sypialni. Musiał odpocząć po podróży. Był tak zmęczony, że nawet nie miał siły myśleć o tym, by się wpierw umyć.

Mocno go zdziwiło, że dom nie jest wewnątrz w tak złym stanie, jak się był spodziewał. Wyglądało na to, że rzadko, bo rzadko, ale czyjaś ręka sprzątała tu jednak i wycierała kurze oraz pajęczyny. A i pościel wyglądała na w miarę świeżą.

Leżąc, jął rozmyślać, jak ma się zabrać za poszukiwanie owego świętego męża, bo to, co mu rzekła Brzezińska, zdjąwszy wpierw swymi modlitwami najcięższy kamień z jego duszy i splątanie z umysłu było bardziej niż enigmatyczne.

„– Jedź do Paryża… odszukaj…” – ba! łatwo powiedzieć odszukaj! Ale kogo?

* * *

Mikołaja obudził chrobot klucza przekręcanego w drzwiach wchodowych. Był pewnym, że to złodzieje, mimo że takie przypuszczenie absolutnie racjonalne być nie mogło, albowiem była pełnia pięknego, pogodnego rozjarzonego blaskiem słońca, które już dość wysoko wpełzło na nieboskłon, styczniowego dnia 1721 roku.

Złodziej, nie złodziej, ktoś tu jednak wchodził. Mikołaj wstał z posłania, a że spał w ubraniu, zaledwie tylko bez butów, to i odziewać się nie musiał, przetarł jedynie zaspane oczy knykciami kciuków i przeczesał włosy palcami.

Na wszelki wypadek wziął jednak szpadę i lekko się na niej wsparłszy, czekał, kogo też ujrzy we drzwiach. Gdy te się uchyliły, krzepcej zacisnął dłoń na rękojeści, ale i też ją zaraz poluzował, w progu stanęła bowiem… konsjerżka.

– Oh, mon Dieu! Bonjour, monsieur le chevalier! Bonjour!1 Co za niespodzianka! Jakże się cieszę! A gdzie pani?

Mikołaj pobladł straszliwie i zachwiał się na nogach. I pewnikiem byłby runął na podłogę omdlały, gdyby nie młode, lecz silne już dziewczęce ręce nie podtrzymały go i nie posadziły na najbliższym fotelu okrytym białym płóciennym pokrowcem.

– Proszę wybaczyć, panie kawalerze… – powiedziała nieomal szeptem konsjerżka. – Z pańskiego zachowania domyślam się, że nie ma jej już na tym świecie… Proszę wybaczyć…

– Cóż… nie mogę was, dobra kobieto, winić… Tak, nie ma już mojej ukochanej Pauline… i moich córeczek także nie ma pomiędzy żywymi, lecz wybaczcie, opowiadanie o tym przechodzi moje siły… może później… może później…

– Rozumiem.

Mikołaj spojrzał teraz na młodziuchną, z wyglądu mogącą liczyć jakieś czternaście, najwyżej piętnaście lat dziewczynę.

– Dziękuję ci, demoiselle, za pomoc.

Dziewczątko się spłoniło i cofnęło, by skryć się za korpulentną dozorczynią.

– To wasza córka?

– Nie, panie kawalerze. To sierotka, z dobrego domu, krwi szlachetnej, ale sama niczym palec. Przybyła tu z Marsylii szczęścia szukać w stolicy. Wszyscy jej bliscy krewni wymarli, kiedy znów nawiedziła nasz kraj jako kara boska, plague2, dalsza familia znać jej nie chce, a majątek rozdrapali wierzyciele, bo ojciec dziewczęcia nie umiał się gospodarzyć, więc się zapożyczał. Dzieła zaś dopełnili i zwykli złodzieje także. Została się tedy sama i bez jednego sou, w tym ledwie co miała na sobie. Gdyby nie ja, skończyłaby na ulicy. A z jej urodą, łasych na ten smakowity kąsek, starych wyuzdanych capów pewnie by nie brakowało. Przygarnęłam ją więc. Chronię, karmię, odziewam, w co tam mogę, na co mnie tam stać, bo przecież i własne dzieci utrzymać trzeba… Ale pozwolić tej ptaszynie pójść na zatracenie, na zmarnowanie? Sumienie by mnie zagryzło, gdybym do tego dopuściła. Ponieważ już się zdeklasowała przez zły los, który ją dotknął, to wielkiej kariery dla niej nie przewiduję. Ot, zostanie pewnikiem najpewniej pokojową, bo śliczna niczym anioł i tyle. A do niedawna przecie sama pokojową miała… Tak to się dziwacznie kręci ów kołowrót życia…

– Dobra z was niewiasta, zacna…

Konsjerżka wzruszyła ramionami.

– A tobie, demoiselle, jak na imię?

– Florine, Florine de Louvigny, monsieur le chevalier.

– Powiadasz, demoiselle, de Louvigny? Stara to szlachta?

– Stara, panie kawalerze, nawet bardzo, normandzka. Ze czterysta lat by można udowodnić…

– Cóż, tym bardziej przykro… Ale usiądźcie obie, proszę, chciałbym się dowiedzieć co tam w Paryżu. Szmat czasu tu nie byłem.

– A teraz przyjechał pan?…

– W pewnej konkretnej sprawie, którą samemu trudno będzie doprowadzić do skutku.

– Może nam się uda choćby po trosze być pomocnymi? – zaofiarowała się konsjerżka.

– Może…

I pan Mikołaj, przełamując się, przełykając łzy, które dławiły mu gardło, opowiedział o wszystkim, co mu się przydarzyło od wyjazdu z Paryża w roku 1712.

– I nie wiem, jak mam odnaleźć tego ascetę, którego rzekomo w wizji ujrzała sandomierska mniszka – zakończył.

– W wizji? Może i w wizji, a może i nie… – dozorczyni z powątpiewaniem pokręciła głową. – A byłby pan łaskaw coś więcej o owej mniszce opowiedzieć?

Więc Białecki powtórzył dokumentnie wszystko to, czego od ojca rektora się dowiedział.

– I nie zdziwiło owo pana, panie kawalerze?

– Co niby?

– Ano te srogie pokuty…

– Wszak mniszki i mnisi umartwiają się, często ponad miarę i zwyczajną ludzką wytrzymałość.

– Tak, i owszem, ale to unikanie przyjmowania Komunii Świętej.

– Rzeczywiście! Na to nie zwróciłem uwagi! A przecie to tak bardzo charakterystyczne!

– Dla kogo? – wtrąciła się do rozmowy panna Florine.

– Dla jansenistów, dla kogóż by innego.

– A skoro tak, to zagadkę mogę rozwikłać w jedną chwilę.

– Więc?…

– Więc owa mniszka bez wątpienia miała na myśli niejakiego François de Pâris, diakona, zagorzałego wyznawcę jansenistycznej doktryny, który porzuciwszy kościelną karierę, zamieszkał przy Rue des Bourguignons, w najnędzniejszej, najsmutniejszej i najbrzydszej dzielnicy, na przedmieściu Saint-Marceau czy też Saint-Marcel, które jest nazywane Faubourg Souffrant – Cierpiącym Przedmieściem.

– Tak – potwierdziła konsjerżka – ów diakon to znana postać. Wielu ma go za świętego, który chyba przerósł w zasługach przed Stwórcą samego nawet Franciszka Serafickiego3.

Pan Białecki się zamyślił. Już raz miał do czynienia z jansenistami, więc obudziły się w nim poważne wątpliwości, a nawet niepokój, czy może bardziej nawet strach. Na samą myśl o okrucieństwie jansenistów popełnianym pod pozorem oddawania czci Bogu się wzdragał. Ale… co w swojej obecnej sytuacji miał do stracenia? A może ten jest inny? Kto wie?

– Gdyby pan chciał, monsieur, to ja… za parę sou… mogę zaprowadzić… wiem, gdzie to jest, znam dom, w którym mieszka – nieśmiało zaproponowała Florine.

Mikołaj przez dłuższy czas milczał, ale w końcu się odezwał.

– No dobrze, zobaczyć owego człowieka nie zwadzi. W końcu taki szmat drogi i to jeszcze zimą zjechałem. Może nie wszyscy janseniści są tacy, z jakimi wcześniej miałem do czynienia. Ale zanim coś więcej postanowię, najpierw wypłacę waszą należność i wyrównam dług, jaki wobec was mam, dobra kobieto, chyba że wpierw napalicie w kominku, bo ziąb tu okrutny, a panna Florine będzie tak uprzejma i przyniesie z najbliższej oberży coś do zjedzenia. Dla wszystkich, bo śniadać możemy razem, ujmy mi to nie przyniesie ni plamy na honorze. Pamiętam bowiem, że i ja kiedyś byłem nędzarzem. Syty człowiek jaśniej myśli. Co prawda powiadają, że kto nie doje, nie dopije, ten mądrze i długo żyje! Ale ja tam o pustym brzuchu nie mogę jasno myśleć, a w głowie mam groch z kapustą.

– Tego ostatniego zdania nie zrozumiałyśmy, panie kawalerze. Jaki groch? Jaka kapusta? Na śniadanie?

Mikołaj się uśmiechnął.

– Et, nic ważnego, to takie polskie powiedzenie, takie określenie na zamęt w głowie.

– Aha – powiedziała konsjerżka, ale po minie widać była, że nadal nie wie, o co młodemu szlachcicowi chodziło.

* * *

Kiedy już podjedli, kiedy Mikołaj zapłacił dozorczyni i zapytał ją:

– Bardzom ciekaw czemuż to opiekowaliście się domem przez tak długi czas bez zapłaty? A jakbym nigdy się już tu nie pojawił, dom zaś sprzedał?

– Prawdę rzekłszy, to nie wiem. Jak widać, nadto się nie wysilałam, tyle com tam od czasu do czasu z grubsza ogarnęła w środku, na zewnątrz zostawiając wszystko naturze – stąd tyle chwastów. Miałam jednak przeczucie, że pan tu wróci…

– I tylko przeczucie?

– No, tak.

– Tedy za owo przeczucie dam wam o jedną czwartą więcej, niż jestem winien. A co do propozycji tej młodej osóbki, to powiem tak: zgoda, panno Florine przyjmuję ją. Wiem, że każde sou jest dla ciebie ważne, bo co zarobisz, to umniejszy ciężar, jaki stanowisz dla swej opiekunki.

Panna zarumieniła się. Po części ze wstydu, po części z radości, że będzie mogła uczciwie cokolwiek zarobić.

– Więc jakże, demoiselle? Jutro wyruszymy na owo przedmieście? Dziś, gdy się tylko ogarnę po podróży, wynajmę karetę, nie będziemy przecie po Paryżu biegać pieszo, a na moim wierzchowcu nie będziemy we dwoje jeździć, ani to wygodnie, ani też wypada.

– Oczywiście, panie kawalerze. O której mam się tutaj stawić?

– Jak najwcześniej, ale nie za wcześnie najlepiej, gdy już będzie całkiem jasno. Nie będę ukrywał, że byłbym ci też wdzięczny, jeślibyś jutrzejszego ranka również przygotowała mi jakieś śniadanie. Proszę – oto pieniądze na wiktuały.

Florine słysząc to wszystko, ze wszystkich sił pohamowała się przed tym, iżby nie podskoczyć z radości. „Och, gdyby ten smutny pan zechciał mnie przyjąć u siebie na służbę” – pomyślała. Ale to marzenie zdało się jej nadto zuchwałe i zgoła nierealne, więc go czym prędzej przegoniła precz ze swojej ślicznej główki.

Rue des Bourguignons

Gdy Florine i pan Mikołaj Białecki dotarli na Cierpiące Przedmieście, miało się już prawie pod południe. Rue des Bourguignons była to uliczka wąska, byle jak wybrukowana, nie płaska, ale uformowana z dwu stron łagodnie pochyło, dzięki czemu na styku owych pochyłości tworzył się wąski odpływ, czy może rodzaj płytkiego rynsztoka, który odprowadzał z ulicy i deszczówkę i nieczystości, które były wylewane wprost przed drzwi bynajmniej niepięknych i nieokazałych domostw.

Jak łatwo się domyślić w powietrzu unosił się odór nieczystości i gęsty opar wilgoci, mimo iż był to przecie styczeń, a dzień raczej dość chłodny. Brak jednak najmniejszego choćby podmuchu wietrzyku i to, że nie było mrozu, lecz odwilż, sprawiało, iż fetor był trudny do zniesienia dla kogoś, kto do niego nie przywykł.

– To tu. To ten dom – powiedziała przewodniczka, wskazując dłonią jedną z kamieniczek przylegających do tak wąskiego chodnika, że dało się nim iść co najwyżej gęsiego.

Budynek był piętrowy, z poddaszem, z trzema przylegającymi do siebie w jednym rzędzie lukarnami. Tynk był brudny, tu i ówdzie skruszały i mocno wypłowiały, barwy, którą nie do końca można było określić, ale chyba najbardziej zbliżonej do bladej ochry, czy może jednak raczej do mocno brudnej sieny palonej.

Po jego lewej stronie, gdy się stanęło twarzą do frontu, znajdował się mur z drzwiami prowadzący zapewne do skromnego ogródka, na co by mogły wskazywać wystające zza niego i lekko opuszczające się na ulicę gałęzie bezlistnych teraz drzew owocowych. Lecz nie tędy szło się do świątobliwego diakona. Ów mur należało minąć i wejść w następne drzwi, w drzwi domu, bo diakon na razie jeszcze nie mieszkał w ogródku. Drzwi te wiodły do ciemnej sieni, z której prowadziły na poddasze strome niewygodne i zniszczone przez czas i korniki sosnowe schody.

Florine i Mikołaj rozejrzeli się bezradnie, nie bardzo wiedząc, gdzie teraz mają się skierować. Zatrzymali się więc zdezorientowani, bo na parterze znajdowało się kilka pomieszczeń.

Ich wahanie nie trwało jednak długo, jakiś pędrak bowiem, liczący może osiem, może dziewięć lat, pędem zbiegający ze schodów na ich widok zawołał:

– Jeśli do wielebnego diakona, to tędy!

I wyskoczył na ulicę, gdzie dołączył do gromadki oczekujących go już rówieśników.

* * *

Diakon François de Pâris był niezwykłym człowiekiem, który raz obrawszy drogę, która wedle jego pojęć powinna go doprowadzić do Boga, przez wszystkie lata swego żywota, od momentu podjęcia najważniejszej w swym życiu decyzji, obrania drogi w kapłaństwie, był najpokorniejszym i najskromniejszym sługą Najwyższego, dla Którego poświęcił wszystko… odrzucił świecką karierę, odrzucił dobrobyt, jaki mógłby mieć w domu ojca, a gdy po jego śmierci przypadł mu w udziale spadek, natychmiast rozdał go biedakom.

Jego życie można streścić w czterech słowach: modlitwa, pokuta, miłość i pokora. Mimo iż miał szanse na karierę duchowną, także i z niej również zrezygnował. Po otrzymaniu świeceń diakonatu4 odmówił przyjęcia święceń o stopień wyższych – prezbiteriatu. Oddalił się od świata i żył w samotności i nędzy. I to w nędzy wprost nieopisanej…

Modlitwa, medytacje, niebywale srogie umartwianie ciała, kilkakrotna zmiana miejsca zamieszkania, aby zapewnić sobie całkowitą anonimowość… Ale podejmowanie znalezienia jeszcze głębszego odosobnienia, jeszcze bardziej skrytego miejsca, gdzie by mógł pozostać człowiekiem zupełnie nieznanym, kłóciło się z innym jego pragnieniem – utworzenia duchowej wspólnoty… I znalazł kilku pobożnych naśladowców, z którymi wiódł cichy i uświęcony żywot.

Zasady obowiązujące wspólnotę skreślone jego ręką były nadzwyczaj proste: modlitwa, odosobnienie i umartwienia ciała. I to wystarczało, bo – spoglądając na nie od końca, musi się zauważyć, iż umartwianie ciała uniemożliwia bunt przeciwko duchowi, odosobnienie odsuwa od człowieka wszelkie myśli, które by go mogły rozpraszać, a jeśli umysł jest wolny, serce szybuje ku Bogu przez modlitwę.

Owa mała gromadka zamieszkała w oddzieleniu od ludzi, w miejscu spokojnym, w maleńkim domku z niewielkim ogrodem, do którego można było się dostać, przechodząc przez nędzną kamienicę przylegającą do rue de Bourgogne.
Pokornemu diakonowi jednakowoż nie było dane, iżby całkiem skryć się przed ludzkim wzrokiem, a i przed wzrokiem swoim konfratrów także. Gdy zauważono, że owi pokorni biedacy z ubożuchnego domku bywają w kościele Saint-Médard, po naszemu Świętego Medarda, zaczęto się im baczniej przyglądać, a gdy kapłani odkryli, że jeden z nich to diakon François de Paris, przymusili go zajmowania miejsca w stallach, pośród duchowieństwa, a do nawet włączenia się w życie parafii, gdzie poruczono mu obowiązki nauczyciela.
A jakby tego było jeszcze za mało, przymuszono go również i do tego, iżby na nowo począł przystępować do Komunii św., do której przez nieomal dwa lata nie przystępował. Powstrzymywał się zaś od komunikowania z obawy, iż nie jest tego godzien, a jeśli nie jest godzien, to może dopuścić się zniewagi i zbezczeszczania Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie, a już sama myśl o tym wprawiała go w bojaźń i drżenie serca.
Lecz nie udało się diakonowi to, czego pragnął – uciec przed światem, bo sława jego świętości rozeszła się szeroko. Więc nie mógł dalej kryć się przed ludźmi, a przykład jego pokutniczego życia począł się rozprzestrzeniać. I przychodzili już odtąd potrzebujący po radę, po modlitwę, po ukojenie, po wsparcie. A on już przed nikim się nie zamykał, przyjąwszy to jako misję otrzymaną od Boga5.

* * *

Florine i Mikołaj odnalazłszy izbę, w której mieszkał ów skromny sługa Najwyższego, z ciekawością mu się przyglądali.

François de Pâris ubrany w mocno zniszczoną, wyszarzałą i pocerowaną, ale czystą sutannę, z niegdyś pewnie śnieżnobiałą, ale teraz już w zdecydowanie kredowym odcieniu befką6 pod szyją, twarz miał pociągłą, usianą odrażającymi bliznami po przebytej ospie, rysy wyostrzone, nos dość okazały, i raczej niezbyt kształtny, usta wygięte w podkówkę, włosy ciemne, przycięte w kacapkę i znacznych rozmiarów tonsura na wierzchu głowy dopełniały wizerunku. Diakon odmawiał modlitwy, bezgłośnie poruszając wargami, jednocześnie z niewyobrażalną chyżością robiąc na drutach pończochę.

– A cóż to takiego? – zdumiony pan Białecki szepnął do ucha dziewczynie.

– On te pończochy rozdaje ubogim, bo na inną jałmużnę już go nie stać – odpowiedziała, a potem ozwała się głośno:

– Laudetur Iesus Christus!

Duchowny przestał poruszać wargami, uniósł głowę i wyblakłymi, załzawionymi oczami o mocno popuchniętych powiekach, spojrzał na dziewczynę.

– Nunc et in aeternum7.

– Amen – dopowiedział Mikołaj.

Diakon milczał, przyglądając się przybyłym.

Białecki tymczasem nadal rozglądał się dyskretnie, niemniej dokładnie, lustrując zarówno samego de Pârisa, jak i też izbę, w której tenże mieszkał.

Zdumiało go nieopisane ubóstwo, bo skoro – jak go poinformowała Florine – brat (o czym wszyscy wiedzieli) wypłaca mu skromną, lecz przecie stałą roczną rentę, a ponadto przychodzą tu ludzie, czy to po pomoc duchową, czy też, by najzwyczajniej w świecie zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć żyjącego świętego, to bez wątpienia zostawiają mu jakieś datki, albo w naturze, albo w monecie. Tymczasem tu nie było nic, nic zgoła, poza najprymitywniejszymi i to absolutnie niezbędnymi sprzętami.

Rozwikłanie tej zagadki akurat nie było trudne – otóż wielebny diakon François de Pâris wszystko, co skądkolwiek dostawał, natychmiast rozdawał ubogim, sobie zostawiając zaledwie tyle, by podtrzymać w swym umęczonym ciele iskierkę życia, jadając wyłącznie jeden nader skąpy i postny posiłek dziennie, a często były to tylko surowe warzywa. Ten niedoszły – bo jego ojciec się na to absolutnie nie zgodził – benedyktyński mnich, po ukończeniu u oratorianów Seminarium św. Magloire’a8 i przyjęciu święceń diakonatu, odsunął się na ubocze i żył samotnie w niewyobrażalnej wprost nędzy.

Nawet w najbardziej dokuczliwe zimno nigdy nie rozniecił ognia, iżby się ogrzać, lecz heroicznie znosił chłód. Chadzał też boso przez rok okrągły, nie zważając czy jest upał, czy mróz. Posłanie urządził sobie na odwróconej plecami do wierzchu i położonej na płasko starej szafie, poza tym był jeszcze posiadaczem niewielkiego stołu, zydla, pulpitu do czytania i półki zawieszonej na ścianie, mieszczącej – na oko szacując – około czterdziestu woluminów. Oczywiście był też krucyfiks i brewiarz…

Chociaż bynajmniej tym się nie chwalił, to jednak powszechnie wiedziano (no bo przecież – jak głosi stare porzekadło: „wiedzą sąsiedzi, na czym kto siedzi”), iż na gołe ciało zakłada włosiennicę, na ramię metalowy ostry łańcuch, biodra zaś opasuje równie ostrym paskiem uplecionym z żelaznych ogniw, a nocami, kiedy inni ułożyli się już do snu, on w ciemności modląc się żarliwie i wylewając obfite ślozy, przepraszając Boga za własne grzechy i grzechy świata, smaga plecy żelaznym biczem, aż z poprzecinanej skóry tryska krew. A kiedy już kończy wieczorne praktyki pokutne, układa się do snu na owej szafie, wprost na surowych deskach, okrywając się tylko prostokątnym kawałem zgrzebnej materii najeżonym metalowymi kolcami, które gdy przysypia i traci czujność, mocno go kaleczą przy zmianie pozycji. I owo prześcieradło służy mu za całą pościel.

Widząc to wszystko, trudno było sobie wyobrazić, jakim cudem w tej ludzkiej istocie życie się jeszcze tliło i duch w niej kołatał. Ba! Jakim cudem odznaczał się jasnym i przenikliwym umysłem, a ludzi potrafił oceniać tak celnie, iż rady czy zalecenia, jakich udzielał proszącym, zawsze wychodziły im na dobre. Miał bowiem niezaprzeczalny dar czytania w ludzkich sercach i umysłach.

– Monsieur le Diacre… Panie Diakonie9… – odezwała się Florine.

– Tak, moje dziecko?

– Ten oto polski szlachcic, chciałby przed tobą serce otworzyć i o modlitwę poprosić.

Diakon skinął głową, wyrażając zgodę.

– Dobrze. Zostaw nas samych.

Florine wyszła więc na korytarz cuchnący starym moczem, zatęchłą wilgocią i grzybem wgryzającym się w tynki.

Mężczyźni zostali sami.

Diakon nic nie mówił. Przyglądał się tylko panu Białeckiemu.

Ten ostatni też milczał, bo nie wiedział jak zacząć. Ale gdy w końcu się przełamał i wypowiedział pierwsze słowa, de Pâris położył palec na ustach i szepnął.

– Nie trzeba, panie kawalerze. Zajrzałem do twego poranionego i przeżartego bólem serca. Ból oddaj Panu Bogu, rany przyschną, a ty żyj… wszak wiesz, że nie dla siebie samego jesteś stworzony… taaak… ty to wiesz… ty wiesz…

Mikołaj pokręcił głową.

– Nie, Monsieur l’Abbe, te rany nigdy się nie zabliźnią.

– Nie słuchałeś uważnie. Nie powiedziałem, że się zabliźnią, lecz że przyschną… Modlitwa… tak… będę się modlił w twojej intencji… ofiara… ofiaruję swój dzisiejszy obiad jakiemuś bardziej potrzebującemu niż ja…

– Panie! Wszak powiadają, że jadasz tylko raz dziennie!

– Cóż z tego?

– A ja? Co ja mam czynić? Oczywiście wiem… modlić się… umartwiać… to wiem… i to wszystko? To potom przejechał taki szmat drogi, by wysłuchać tego, com sam wiedział, zanim rozpocząłem podróż?

– A czegoś oczekiwał? Że dokonam cudu? To nie ja, to Pan Bóg cudów dokonuje. Gdyby uznał, że jest dla ciebie niezbędny, to by się wydarzył… a może cud się właśnie rozpoczyna i będzie trwał w czasie?

– Nie rozumiem…

– Przyjdzie chwila, kiedy zrozumiesz.

Diakon przymknął oczy. Nie wiadomo, czy dlatego, iż był mocno zmęczony, czy też chciał w ten sposób dać Mikołajowi do zrozumienia, żeby już sobie poszedł.

– I to już wszystko?

– Nie, jeszcze jedno – odpowiedział mu de Pâris – ożeń się, monsieur le chevalier.

– Co? Co mam zrobić? – Mikołajowi aż zakręciło się w głowie, bo te słowa poczuł jakby uderzenie obuchem i zarazem jak rozdzierające serce szpony krogulca, odnawiające ledwie zasklepiającą się ranę.

– Ożeń się.

– Ojcze!

– Ożeń się.

– Dlaczego? Z kim?

– Masz tę osobę na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? Abyś uratował swoją duszę nieśmiertelną, na którą diabeł zasadzkę zgotował.

– Żeniąc się? – wykrztusił zdumiony Mikołaj.

–Miej syna… gdy odchodzimy bezpotomnie, nie ma komu modlić się za nas…

– Wszak pan, panie diakonie, nie masz dzieci!

Ale François de Pâris już mu na to nie odpowiedział.

Pan Białecki postał jeszcze przez parę chwil, a w końcu sięgnął do sakiewki, wydobył z niej sztukę złota i kręcąc głową po części ze zdziwieniem, po części z dezaprobatą, a po części z niedowierzaniem, położył monetę przed diakonem. Ów zaś w żaden sposób nie zareagował i tym razem pokazując, że z jego strony rozmowa jest definitywnie zakończona, znów zaczął poruszać ustami w cichej modlitwie i powrócił do przerwanego dziergania pończochy…

* * *

– Panie kawalerze – konsjerżka, krzepka jeszcze wdowa, która na dobre wprowadziła się do oficyny domu przy rue de la Tannerie, bo bez jej pomocy trudno byłoby Mikołajowi utrzymać dom w jakim takim porządku, z natury będąca osobą dość bezczelną, mówiła: – Radzę naszej sroczce, żeby znalazła sobie jakiegoś starego kochanka między szlachetnie urodzonymi, wszak sama ma błękitną krew, to nijak się jej nie godzi być gdzieś za służącą. Ale ona się wzdraga. A taki staruch, z pękatą sakiewką mógłby jej zapewnić znośną przyszłość. No niechże pan powie, czy nie mam racji?

Ale Mikołaj ją ofuknął:

– Też coś! Raczej o zamęściu powinna myśleć.

– A pewnie, pewnie, tylko kto ją zechce? Goła jest, więc choćby i najpiękniejsza nie ma widoków ni na zamążpójście, ni na klasztor nawet, bo i tu, i tu potrzebny przecie posag! Zostaje jej więc tylko kochanek. Najlepszy oczywiście byłby król – zachichotała – niestety to całkiem nierealne.

– Będę się starał jakoś jej pomóc. Przecie mając świadomość, że tylko droga grzechu dla niej się otwiera, bo inne się pozamykały na głucho, wziąłbym ów grzech po części i na własne sumienie.

– To co? Wywianuje ją pan, panie kawalerze?

– A wiecie co, dobra kobieto? A może to jest i pewna myśl! Muszę owo rozważyć. Biedny nie jestem, rodziny nie mam żadnej… a tak i dziewczynie bym pomógł i Pana Boga pewnie takim postępkiem uradował… rozważę to, na pewno rozważę…

Okrągły Stół i Czerwone Bractwo

Król August II, któremu Niemcy nadali przydomek der Starke, a Polacy Mocny, może był i mocny, bo i podkowę w rękach złamał i niejedną tęgą – zda się – pijacką głowę przetrzymał i nie padł nieprzytomny pierwej, nim już wszyscy inni nie popadali. I w rozpuście prym wiódł. I to nie lada jaki, bo przypisywano mu spłodzenie coś koło trzystu dzieci (chociaż się do tylu nigdy nie chciał przyznać), ale ilu mu się nie dało przypisać? Może drugich trzystu? Tego nikt nie wiedział.

Zatem ów mocny król schodził wygodnymi schodami, z komnat zamkowych drezdeńskiego zamku ku wykwintnie urządzonym pomieszczeniom piwnicznym. Gdzie od 1708 roku regularnie zbierało się przy Confidenztafel, przy „zaufanym” Okrągłym Stole, nader doborowe towarzystwo – noszące nazwę Bractwa Wrogów Wstrzemięźliwości, będące po części lożą różokrzyżowo–masońską i stowarzyszeniem „przyrodników” oraz „filozofów”, po części zaś zgrają niegodziwców, hultai, pijaków, plugawych łajdaków oraz wysoko urodzonych ladacznic i wywłok, ale nigdy podczas zaufanych i tajnych zebrań nieprzekraczających liczby dwunastu, w proporcjach ośmiu mężczyzn na cztery niewiasty.

To zapewne tu, wiosną roku 1709, poważnie radzono nad unicestwieniem Rzeczypospolitej, nad rozbiorami Polski, bo pomysł ów, który po raz pierwszy przyszedł Augustowi II do głowy już w roku 1703, kiedy to proponował go w Berlinie Fryderykowi I pruskiemu i Karolowi XII szwedzkiemu, już go nigdy nie opuszczał. To tu zajmowano się czarami i alchemią i to tu odbywano orgie pijackie i seksualne, na ogół zresztą ze sobą połączone. A nie było żadnej, najbardziej nawet wyuzdanej rozpusty, której by tu się nie oddawano, której by tu nie uprawiano, której by tu się nie dopuszczano…

Contubernium, czyli stowarzyszenie owo złożone w swym wyższym, bo „oświeconym” stopniu wtajemniczenia, a nie w swej najniższej pijacko-łajdackiej warstwie, zajmowało się zagadnieniami filozoficznymi, przyrodniczymi i duchowymi, czyli magią (a jakże), geomancją, kabalistyką, alchemią i astrologią. I to wszystko sub rosa...10

Dzięki temu, iż przy Auguście kręciły się nieliche umysły ówczesnej doby, takie jak „przyrodnicy i filozofowie”, a w rzeczywistości przede wszystkim alchemicy i okultyści – Pauli, Tschrinhaus czy Leibniz, Mocny, dzięki opiniom, jakie na jego temat ów ostatni rozgłaszał, uchodził w Europie za tęgą i wyjątkowo oświeconą głowę. A to, co się w podziemiach zamkowych drezdeńskiego zamku działo po uczonych dysputach i magicznych obrzędach, nie było w ogóle brane pod uwagę. Wszak tak spracowanemu politycznie, umysłowo i twórczo monarsze należało się też i trochę rozrywki i odprężenia…

Ale sprawiedliwie nadmienić należy, iż mieszkając w roku 1702 w Sandomierzu i mając u swego boku Tschrinhausa, snuł wespół z nim chwalebne plany utworzenia Akademii Umiejętności, ale saskiej, nie zaś polskiej bynajmniej. Jednakowoż, na planach się tylko skończyło.

I tak się jedno z drugim, a drugie z trzecim przeplatało…

Król, wszedłszy do tajemnej komnaty, tej z okrągłym stołem na dwanaście osób, a nie tej gdzie się upijano i oddawano wszelkim możliwym do wyobrażenia cielesnym rozkoszom, ani nie tej, w do której wynoszono pijanych do nieprzytomności mężczyzn i kobiety, ze zdumieniem zauważył, iż nie jest sam, chociaż wybrał się tu, będąc pewnym, że pomieszczenia są puste, bo chciał nieco odpocząć i przemyśleć kilka ważnych kwestii w cichości, oto bowiem ujrzał siedzącego tam markiza Balletti, hrabiego de Montferrat, hrabiego Bellamarre, hrabiego de Saint-Germain i diabli wiedzą, jak on się tam jeszcze nazywał…

August skrzywił się na jego widok, jakby octu się napił.

– Czy nie ma przed tobą, hrabio, żadnych zamknięć, zamków żadnych?

– Jak widzisz… Auguście.

– Jakeś mnie nazwał? Warto by cię wybatożyć! – monarcha był wyraźnie wściekły.

– Spróbuj…

Król się zamachnął na przybyłego, ale ów siedział, nie drgnąwszy nawet, nie mrugnąwszy powieką, pięść zaś Sasa jakby powstrzymana jakąś niewidzialną mocą zawisła unieruchomiona, jakby ściśnięta w potężnym imadle, tuż nad głową Ballettiego, na którą, gdyby spadła, roztrzaskałaby ją bez wątpienia jak pustą skorupę orzecha.

Ten ostatni zmienił się na twarzy, która upodobniła się w pewnej mierze do wężowej maski, z prostopadłymi źrenicami i zasyczał:

– Ty śmieciu, ty grudko psiego łajna, wyniosłem cię na tron, to i strącić z niego mogę…

– Ty?… ty?… – August odzyskał mowę, lecz wciąż nie mógł się poruszyć. – Kimże więc jesteś – pytał teraz już wyraźnie wylękniony, ale jednocześnie wciąż jeszcze bezczelny – czyż nie zaledwie jednym z braci? Bracia mnie na tron wynieśli, a nie ty… szlachetko!

Markiz nie zareagował na obelgę.

– Jednym z braci? A cóż oni dzisiaj mogą? Może za jakiś czas… jeszcze lata muszą upłynąć… całe dekady… Ale kimże są ci bracia beze mnie? Takim samym psim łajnem, jako i ty.

Król bacznie wpatrywał się w zmienioną twarz i przerażające oczy markiza.

– Ty… jesteś… diabłem…

Ale Balletti nic na to nie odrzekł, uniósł tylko prawą dłoń i wykonał gest mano cornuta11, a król natychmiast zwiotczał.

– Siadaj pan! – polecił Augustowi markiz.

August posłusznie usiadł.

Widzę, iżeś zapomniał, skąd ci nogi wyrastają. Czyżbyś naprawdę zapomniał naszej nocnej rozmowy w tym po trzykroć przeklętym Sandomierzu, w tym najbardziej polskim z polskich miast? A może ją zlekceważyłeś? Więc ci – i to już po raz ostatni – przypominam: po to żeś podstępem przywdział polską koronę, iżby państwo to zniszczyć, a nie roić swoje idiotyczne plany. Za mało przesz ku temu, co ci wyznaczono, co dla cię zaplanowano. Zrozumiałeś?

Sas bezwolnie skinął głową.

Markiz ciągnął więc dalej.

– Niby jesteś adeptem… niby… ale nie patrzysz szerzej, zajmujesz się błahostkami…

– Jeśli ja się zajmuję błahostkami, to co, panie markizie jest tak naprawdę ważne? Wszak przed chwilą twierdziłeś, że unicestwienie Polski… bo jej, choć naiwna, to przecie szczera wiara stoi nam na przeszkodzie… tyle że ja nie bardzo wiem do czego…

– Taaak… unicestwienie… ale to tylko jeden ze środków do celu… a co naprawdę jest ważne i jaki to cel? Przemiana człowieka.

– Cóż to znaczy? Na czym ma polegać? Na oświeceniu go chyba?… Czyż nie? I czyż nie o to zabiegam… zabiegamy? – poprawił się czym prędzej.

– Na oświeceniu?… żałosne… Musimy stworzyć człowieka nowego i doskonałego… taaak… a właściwie to człowieka-nieczłowieka… istotę, która by w sobie łączyła cechy różnych bytów… by łączyła w sobie przeciwieństwa…

– Czyli?

– Ma to być i człowiek i zwierzę i byt anielski zespolone w jednej istocie. Ma to być kobieta, mężczyzna i jednocześnie istota zdolna do amagogenezy12, mieszcząca w sobie wszystkie możliwe i niemożliwe do wyobrażenia płcie, ma w niej tkwić jednocześnie ciemność i światłość, ale ma też tryskać i błękitnym płomieniem – symbolizującym nieskończoność i wieczność, rozpacz i cierpienie, i bezmiar światłości zarazem – wykwitającym z ciemienia wybrańców, z którego trzeba wreszcie zdjąć kipę13, by od owego płomyka zgorzał cały świat, a z jego popiołów zrodził się świat nowy. Ma to być istota łącząca to, co niskie, z tym, co wysokie, ma to być istota, która ma moc solve et coagula – rozwiązywania i związywania, rozpuszczania i ścinania… Wreszcie osoba ma się przemienić w osobnika, w bezwolnego, bo stanowiącego tylko część roju. Właśnie tak… nie społeczności, a roju…

August pokręcił przecząco głową.

– To jest niewykonalne.

– I owszem, jest. Najpierw uderzyliśmy w rozum, przyjdzie czas, że uderzymy w wolę, a na samym końcu w uczucia.

– Toż to nadludzkie przedsięwzięcie. Jak tego dokonać?

– A skąd ten pomysł, że ma być ono ludzkie? Ty zniszcz Rzeczpospolitą, a my zdziałamy resztę… Bo teraz, jak już wcześniej rzekłem, tylko ten kraj stoi nam na przeszkodzie… Gdyby nie twój przygłupi, nierozumny poprzednik… Sobieski… tam… pod Wiedniem… już by Znienawidzony otrzymał srogi cios w samym sercu oddającej Mu cześć papistowskiej części Europy… Ale stało się… chociaż… chociaż… tamten plan tylko odwlecze się w czasie… tylko odwlecze… on nie umarł ani nie został poniechany, lecz jedynie odłożony na przyszłość… a my, choć czasu mamy niewiele14, to względem was, dwunożnych bydląt i tak aż nadto… To tyle. Przypomniałem ci się.

Markiz, rzekłszy to, podniósł się zza stołu i niespiesznie skierował do innego z podziemnych pomieszczeń, gdzie nie było żadnych drzwi, ani żadnych okien. Król zaciekawiony po cóż gość tam zmierza, podążył za nim, ale kiedy wszedł do owego ślepego zakamarka, nikogo w nim nie było.

Sas stanął jak wryty. Zdumienie, ale i lęk straszny jakiś go sparaliżowały. „Nie mógł inaczej stąd się wydostać, jak tylko przeniknąwszy przez ścianę” – przeleciało mu przez głowę… zadrżał i cofnął się do pierwszej z komnat.

* * *

August II Mocny, po zniknięciu markiza usiadł przy stole, oparł głowę na pięści i się zamyślił…

Czuł się po trosze skonfundowany, a po trosze upokorzony… słowa markiza nie do końca były dlań zrozumiałe. A może nawet całkiem niezrozumiałe?… Miał zamęt w głowie…

Rzeczpospolita… on jej król, ale i nie-król zarazem. Podstępny oszust, który nie tylko zdradził (no, może nie tak do końca) swoją dotychczasową luterską wiarę, ale przy pomocy intryg, spisków i tajnych układów nałożył na swoje skronie polską koronę, pierwej ją zrabowawszy, wdzierając się do skarbca koronnego przez dziurę wybitą w ścianie, początkowo nie chciał bynajmniej zniszczenia tego ogromnego państwa. Ostatecznie jednak jego niemiecki ciasny pragmatyzm skłonił go do tego, by bardziej zadbać o własne prywatne interesy w takim zakresie, w jakim jest to możliwe i osiągalne, niż o jakiekolwiek interesy kraju, który teoretycznie mógł doprowadzić do niewyobrażalnej wprost potęgi i być królem nad cesarzami…

I co mu teraz zostało? Tajemniczy markiz uprzytomnił mu, że nie ma wyjścia, że musi płynąć z prądem rzeki, w którą go wrzucono… Co prawda obeznany we wszelkiego rodzaju wieszczbach, przepowiedniach, prognostykach, wróżbach, czy jak to tam zwać wiedział, że słowa proroctwa zapisane niegdyś przez saksońskiego profetę Grebnerusa15 w Sericum Mundi filum, czyli Jedwabnej nici świata, nie muszą się odnosić bynajmniej do władców Brytanii, ani tym bardziej Szwecji, lecz do Augusta z rodu Wettinów… a on i do rodu tego przynależał i August mu było na imię…

Niestety teraz markiz ostatecznie już rozwiał jego nadzieje… Lata przemijały, niesnaski, niepokoje, wojny, spiski i konfederacje, szarpanie się z Leszczyńskim o koronę na podobieństwo psa, który drugiemu chce wyrwać z pyska smaczną kość szpikową. I to ustawiczne uzależnienie od innych… od Rosjan, Szwedów, Turków, Żydów… od fochów polskich królewiątek-karmazynów.

I na diabła mu to wszystko było? Nie tylko, że zdradził Lutra, formalnie przechodząc na katolicyzm, chociaż tak naprawdę nigdy się katolikiem nie stał, ani tym bardziej nie czuł, ale jeszcze i Maryi, tej częstochowskiej Maryi w 1717 roku ufundował koronę… wchodząc tu w alians z papieżem… czy dla protestanta mogła być większa zbrodnia? Większy grzech?

No i czy nie dlatego, że przeszedł na stronę papistów, wszystkie jego ambitne plany brały w łeb? Jeden po drugim? A jedyne co mu naprawdę perfekcyjnie wychodziło to opilstwo i rozpusta…

Jak to pisał Grebnerus? Król przywołał w pamięci jego złowieszczo brzmiące słowa:

„O podziwu godne przemiany narodu polskiego, które nastąpią, o ile Polska nie obierze sobie polskiego lub niemieckiego księcia, jakiego jej narzucą sąsiednie Prusy i Niemcy ewangelickie… Polacy, wskutek niewczesnych rozruchów, utracą granice swoje od strony Inflant, Prus, aż po Kaszuby i Pomorze, po kresy Marchii brandenburskiej i po pola śląskie…”16

Mroczne proroctwo już w roku 1582 wieszczyło upadek i rozbiór Polski, która to przecie była wówczas u szczytu swej potęgi i chwały…

I August przypomniał sobie jeszcze jedną przepowiednię, przepowiednię króla Jana Kazimierza, który, zgorzkniały i opuszczony, takie wyrzekł słowa: „Bo to złe – to jest rozbiór Polski – coraz bardziej zagraża. Obym był fałszywym prorokiem, ale to wam powiadam, że… pójdzie Polska na rozszarpanie narodów. Kozak i Moskal zagarną ludy językiem bliższe do siebie i nawet Wielkie Księstwo Litewskie sobie wezmą, Wielkopolskę i Prusy Brandenburczyk zajmie, a dom austriacki o Krakowie i Rusi pomyśli”17.

I August jeszcze bardziej posmutniał… Wiedział, że losu tego kraju skazanego na zagładę nie zmieni… więc przynajmniej go dobije, niczym dogorywającego tytana w akcie miłosierdzia, wbijając mu mizerykordię w gardło… choć marzyło mu się zostać królem papieży i cesarzy w królestwie mesjańskim, jakie miało nastać, gdy imperium tureckie runie, a żydzi do Ziemi Świętej powrócą i tam państwo swoje ustanowią… lecz to nie za jego czasów i nie za jego przyczyną miało nastać owo tysiącletnie królestwo, w którym będą wszelkie rozkosze dostępne… ale skoro nie tam, to tu i teraz będzie ich zażywał…

Tym bardziej że markiz swą wizytą i swoimi słowy tym razem już ostatecznie rzecz całą przypieczętował i sprawił, iż August wszelkie swoje wielkomonarsze ambicje porzucił, bo w końcu wreszcie pojął, iż nie takie zadanie mu wyznaczono i nie taką ani władzę, ani chwałę dlań przewidziano. A wręcz przeciwnie, żadnej władzy i żadnej chwały, a wyłącznie może i ważnego, może niezbędnego, niemniej tylko trybiku w machinie świat ten doczesny tworzącej i jego dzieje…

Choć jeszcze kilka miesięcy temu zdawało mu się, że tajny układ (o którym mu szpiedzy donieśli) zawarty, w minionym 1720 roku, w Poczdamie między Prusami a Rosją, iżby Polskę w stanie bezsilności utrzymać, pilnując, żeby nic się w jej ustroju nie zmieniło, ni obieralność monarchów, ni wszechwładza sejmów (o ile nie byłyby zrywane) i owo nieszczęsne liberum veto, to tylko jeden ze spisków, przeciw któremu można zawiązać kontrspisek, to teraz zobaczył wszystko w zupełnie nowym świetle…

Rzeczpospolita gniła…

– I niechże zgnije… trzeba tylko dla nas co nieco z niej wyszarpać – powiedział sam do siebie król. Po czym podniósł się zza stołu i przeszedł do drugiej z komnat piwnicznych. Zbliżył się do kredensu z mahoniowego drewna inkrustowanego macicą perłową, otworzył drzwiczki, wyjął największy z pucharów, jakie tam stały, wydobył flaszę armaniaku i napełnił nim ów kielich. Wypił duszkiem. Napełnił kielich po raz drugi i znów wypił duszkiem. Armaniak palił go w gardło. Osunął się na zydel, ujął głowę w dłonie i czekał, aż lęk zmieszany z irytacją go opuszczą. Zdało mu się, że zbyt długo to trwa, więc po raz trzeci nalał po wręby trunku do kielicha i wlał go sobie do gardła. Minął niespełna kwadrans, gdy wreszcie poczuł miłe drętwienie mięśni twarzy, szmer w głowie i napływ pewności siebie i animuszu…

Wstał gwałtownie, przez co zachwiał się lekko na nogach, ale złapawszy równowagę, ruszył w stronę swoich apartamentów.

– To na teraz tyle, a wieczorem będziemy ucztować… tak… wieczorem będziemy ucztować… i to jak!

* * *

Widzieliśmy już, jak ważne rzeczy działy się w Dreźnie i jakby momentami równolegle w Sandomierzu. Dziwnym by było, gdyby nie mniej ważne nie działy się w Warszawie. I oto nim rok 1721 dobiegł końca, w mieście tym zapalono światła pierwszej polskiej masońskiej loży, która, choć powiązana z lożami angielskimi przybrała nazwę francuską – La Confrérie Rouge, co się wykłada jako Czerwone Bractwo, a która działała wedle siedmiostopniowego Rytu Różokrzyża. Poza karmazynami, takimi jak Czartoryski czy Ossoliński, zasiadali w niej i pomniejsi magnaci, w tym również i niewiasty, co było osobliwe, albowiem do lóż angielskich ich nie dopuszczano, no, ale tu na razie jeszcze była Polska…

I tak oto nastawał ostatni już etap w dziejach wolnej Rzeczypospolitej – etap jej unicestwiania, strącania najpotężniejszego europejskiego mocarstwa, najobszerniejszego i najzasobniejszego kraju przynależącego do cywilizacji Zachodu, w ognistą przepaść, w której miała zgorzeć, a jej popioły kędyś, het, w nieznane miał ponieść czarny rwący nurt podziemnej rzeki piekielnej, spadającej w bezdenną otchłań z hukiem potężnego, spienionego ludzką posoką wodospadu…

I krew i łzy, rozpacz i ból i knut i kazamaty, i kibitki i niezmierzona głusza zmrożonej tajgi, i śmierć szczerząca się drwiąco wypróchniałymi zębami i robak-niszczyciel, który wgryzał się w serca, dopadły Polaków…

Czerwone Bractwo przy Okrągłym Stole dopadło Polaków…

Rozterki

Pan Mikołaj Białecki nie poprzestał na jednej wizycie u świątobliwego diakona, ale żadna z nich w znaczący sposób nie odbiegała od tej pierwszej. W końcu zatem zrezygnowany przestał tam bywać.

Pobyt w Paryżu był dlań niełatwy. Zbyt wiele miejsc przypominało mu ów okres platonicznego zakochania i zarazem ową nadzieję na spotkanie tej, która zamieniła z nim kilka zdań na balu karnawałowym w Wenecji i przez posłańca podesłała liścik-intrygę markiza. Cierpiał na wspomnienie tej nadziei, jaka ongiś tu właśnie żyła w jego sercu, a teraz bezpowrotnie umarła… i nie tylko w przenośni.

Teraz więc pozostało mu tylko pielęgnować wspomnienia, choć były gorzkie, ale była to jakaś gorycz zaprawiona pewną nutką słodyczy bolesnej…

Każdego ranka, ledwo tylko szarość nieco rozjaśniła czerń nocnego nieba, bez względu na pogodę udawał się wciąż w tę samą stronę. Najpierw wędrował brzegiem Sekwany ku Pont Notre-Dame, przechodził przez ów most, a znalazłszy się na Île de la Cité, powoli, spokojnym krokiem podążał najpierw ulicą de la Lanterne i następnymi, by na końcu dotrzeć do ulicy Cloître-Notre-Dame. Tu, dotarłszy do kamienicy opatrzonej numerem ósmym, stawał na wprost niej i z bólem malującym się na twarzy wpatrywał w okna mieszkania, w którym kiedyś bywała jego ukochana, chociaż nigdy się tam z nią nie spotkał, ani nigdy w nim nie gościł. Niemniej był to jakiś jej ślad, który urastał do rangi nieomal jej symbolu.

Mijały miesiące, minął rok, a może i więcej? Chociaż czuł ból w sercu, to jednak powolutku już on blakł. I jeszcze tylko pamięć tego, co się wydarzyło ciągle była w pełni żywa…

* * *

Mikołaj przejęty cierpieniem i wspomnieniami nawet nie zauważył, iż konsjerżka pojawia się w jego domu coraz rzadziej, aż w końcu całkiem przestała tam bywać. Ponieważ jednak jakaś ręka dbała o ład i śniadanie zawsze było na stole o ustalonej porze, nie zauważył tego nawet.

Do czasu jednak.

Przyszedł taki moment, iż wreszcie to dostrzegł.

Konsjerżkę zastąpiła bowiem Florine, jej podopieczna.

Panu Białeckiemu zrobiło się głupio. Zdawał sobie bowiem sprawę, czym jest bieda dla osoby krwi błękitnej, zdawał sobie sprawę, że zdeklasować można się tylko raz, a wrócić do swojego stanu… cóż to się zdarzyło chyba tylko jemu… no i może zdarza się owo jeszcze w baśniach…

– Florine, Florine de Louvigny, powiedział półgłosem bardziej do siebie niż do dziewczyny, która przygotowywała stół, aby podać śniadanie.

– Słucham, panie kawalarze.

– Wybacz, że cię nie zauważałem…

– Nic nie szkodzi. Może to i lepiej. Zawsze się starałam, nie wchodzi panu w oczy.

– A to czemu?

– Obawiałam się bowiem, żeby mnie pan nie odprawił… przecie ze mną się pan nie umawiał, tylko z moją opiekunką…

– Rzeczywiście. Nie z tobą.

– Tedy?…

– Tedy nie mogę pozwolić, iżby moją służącą miała być panna ze szlachetnego rodu!

– Dobrze, monsieur le chevalier… podam tylko śniadanie i pójdę się spakować…

– A dokąd to? Gdzie, demoiselle, mieszkasz?

– W oficynie, w podwórzu. Jest tam jedna przyzwoita izdebka i ją zajęłam.

Florine, skłoniła głowę przed Mikołajem i ruszyła w kierunku drzwi.

– Demoiselle! Zaczekaj!

Zatrzymała się, ale nie odwróciła. Stała, oczekując być może jakichś ostatnich słów przy tym rozstaniu, albo kilku monet jako wynagrodzenia za posługiwanie Białeckiemu.

– Florine… zbliż się do mnie.

Podeszła do stołu. Twarz miała białą jak papier, czego Mikołaj nie omieszkał zauważyć.

– Florine, idź, spakuj swoje rzeczy i wracaj tu co rychlej. Będziesz mieszkała ze mną.

Dziewczątko zadrżało.

– Nie musisz się lękać. Nie chcę cię upokorzyć jeszcze bardziej, niż los cię upokorzył. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by zrobić z ciebie swoją kochankę.

– Zatem nie rozumiem, panie kawalerze.

– I ja też, szczerze powiedziawszy, nie za bardzo rozumiem tej decyzji, którą w tej chwili podjąłem. No nic… to nieważne… Posłuchaj, dziewczyno. Mam pieniądze, na niczym mi nie zbywa, mogę cię potraktować jak kogoś z rodziny, jak rezydentkę. Tak wiem – uniósł palec – powstrzymując Florine przed próbą powiedzenia czegokolwiek. – To niezbyt zręczna dla ciebie sytuacja, ale służącą nie będziesz! Zatrudnię bowiem wreszcie służbę – kucharkę, pokojową, lokaja, stangreta, ogrodnika i kogo tam jeszcze będzie trzeba.

– A jaka będzie moja rola?

– Będziesz mi towarzyszyć, przy stole, w teatrze, na spacerach… nic nadto… chyba że taki układ ci nie odpowiada, to nie będę cię zatrzymywał.

Nic nie odpowiedziała, tylko bladość zniknęła z jej twarzy zastąpiona silnym rumieńcem.

* * *

I tak upływały kolejne dnie… Aż wreszcie nadszedł taki, którego pan Mikołaj uznał, że Paryż go męczy i dłużej w tym mieście żyć już nie chce.

W pierwszej chwili pomyślał, iż może powinien wrócić do Sandomierza, ale miasto owo obmierzło mu ponad wszelką miarę. I miejsce i ludzie głupi i zawistni. Owszem, musiał tam zajechać z dwóch powodów – by pomodlić się na grobach matki, żony i córeczek, oraz iżby odebrać resztę pieniędzy złożonych w depozycie u jezuitów. Ale po załatwieniu tych spraw chciał od tego miejsca znaleźć się jak najdalej.

I wtedy przyszło mu na myśl, iż przecie jego naddziad, Jur Białecki, który poślubił Walerię-Katarzynę-Małgorzatę hrabiankę d’Urgel y d’Osona, na pograniczu francusko-hiszpańskim, w górskiej okolicy, po teściu odziedziczył był kęs kamienistego gruntu i starożytny zamek. A jeśli ktoś do tej pory nie zajął go prawem kaduka, to teraz on jest zamku owego właścicielem. Może by więc tam się udać? Gdzie inny świat, inni ludzie, obyczaje, widoki… więc może?…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1O mój Boże! Dzień dobry, panie kawalerze! Dzień dobry! (fr.).

2Zaraza, czarna śmierć, dżuma. Grande peste de Marseille, która nawiedziła Marsylię w roku 1720, była już ostatnią, jaka pojawiła się we Francji.

3Franciszek Seraficki, inaczej Franciszek z Asyżu (1181-1226), święty Kościoła Katolickiego.

4W Kościele katolickim najniższy z trzech stopni kapłaństwa.

5Adrien Borel, Les convulsionnaires et le diacre Pâris. Extrait de L’Evolution psychiatrique, Paris 1935, pp. 5-7.

6Befka – rodzaj wypustki pod szyją zakładanej na sutannę lub togę składającej się z dwóch rozdzielonych, lub nierozdzielonych prostokątnych białych płatów materiału długich na około 15-20 cm. Dziś poza Braćmi Szkolnymi nieużywana przez duchowieństwo katolickie. Dawniej w powszechnym użyciu. Nie jest poprzedniczką koloratki, a dawniej mogła być nawet używana razem z tą ostatnią.

7Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus… Teraz i na wieki. (łac.).

8Św. Magloire (?-575) walijski święty misjonarz i biskup Dol-de-Bretagne. Paryskie seminarium imienia tego świętego utworzono 1618. Była to nadzwyczaj prestiżowa uczelnia duchowna, a w wieku XVIII matecznik jansenizmu w stolicy Francji i kolebka duchowieństwa konstytucyjnego po rewolucji 1789 r.

9Monsieur le Diacre – Panie Diakonie, we Francji do duchownych zwracano się nie tak jak w Polsce „proszę księdza”, lecz albo ogólnie: Monsieur l’Abbe – Panie Ojcze, albo zgodnie z wykonywaną funkcją – do proboszcza Monsieur le Curé, do wikarego Monsieur le Vicaire.

10Sub rosa (łac.) – pod różą, w znaczeniu w tajemnicy.

11Dłoń rogata (wł.), diabelskie rogi, gest wykonywany na cześć szatana przez jego wyznawców, dziś bezmyślnie (albo i nie) demonstrowany szczególnie przez młode osoby i osoby życia publicznego – prezydentów, papieży, co tłumaczy się, że znak ten w angielskim języku migowym oznacza również „kocham cię”.

12Rozmnażanie bezpłciowe organizmów żywych.

13Kipa – jarmułka, to mała okrągła czapeczka, którą ortodoksyjni żydzi zakładają na głowę, zakrywając ciemię.

14Odniesienie do Objawienia św. Jana, rozdziału 12, wersetu 12.

15Grebnerus – Paul Grebner (1560-1590) autor słynnego proroctwa dotyczącego dziejów Europy.

16Kazimierz Marian Morawski, Bractwo wrogów wstrzemięźliwości. Studium historyczne z czasów Augusta II, s. 12-13, Sandomierz 2018.

17Józef Chociszewski, Księga sybillińska o przyszłości, Inowrocław 1895, s. 244.

POSTĘPOWA RODZINA

POSTĘPOWA RODZINA rodzina


– Jak to się stało, że delegowano właśnie ciebie tu na sam szczyt? – zapytał Borys
– Tata załatwił – odparła dziewczyna.
– Nie dosłyszałem twojego nazwiska.
– Nazwisko nie ma tu nic do rzeczy. Tatą nazywam drugiego męża trzeciej żony pierwszego męża mojej mamy.
– Nie chwytam. Ty się możesz w tym połapać?
– Czasami – przyznała Jasiunia. – Najtrudniej jest spamiętać kto jest moim bratem, albo siostrą, a z kim nie łączą mnie żadne więzy rodzinne.
– No proszę! – powiedział Borys. – A konserwatystom się zdaje, że to oni popierają duże rodziny.
– Są w mylnym błędzie,
– Cytujesz naszego nobli­stę?
– Kogo?
– Mniejsza z tym. Masz bardzo postępową rodzinę.
– Starzy tacy postępowi nie są. Moja mama czte­ry razy wychodziła za mąż i cztery razy się rozwodziła, za­nim zrozumiała, że związku nie należy pieczętować nawet w Urzędzie Stanu Cywilnego.
– Zapewne.
– Są jednak wyjątki. Moi dwaj bracia chcieliby zostać małżeństwem i założyć rodzinę.
– Jak przystało na prawdziwych Europejczyków.
– Kiedy dojdziemy znowu do władzy, to będą mogli sobie dzieci adoptować.
– Pragną mieć samych synów, jak się domyślam.
– Skąd wiesz? – zdziwiła się Jasiunia.

 

Grabienie grantów

Grabienie grantów

Małgorzata Todd grabienie  
           Szanowni Państwo!
           Czy 2+2 to tyle samo, co 2×2, czyli 4? Matematyk odpowie twierdząco i doda, że jest to jedyne zestawienie cyfr, których suma jest tożsama z ich iloczynem.  Humanista będzie zastanawiał się nad punktem widzenia problemu, albo czymś podobnym. Prawnik wyłączy komórkę i zapyta, patrząc ci w oczy „a ile chcesz, żeby było”? Która z tych postaw jest dla społeczeństwa najkorzystniejsza?
           Kiedyś informacja prowadziła do wiedzy, a ta z kolei do mądrości. Dlaczego używam czasu przeszłego? Bo taka zasada przestała obowiązywać w natłoku internetowych sensacji, z których trudno wyłowić ziarno prawdy. Takiego zagracenia przestrzeni medialnej zbędnym balastem nikt przy zdrowych zmysłach nie wytrzymuje, a co dopiero wydobywanie z tego ścieku rzetelnej wiedzy! Teraz wiedza, kojarzy się raczej z wiedźmą, jak przed wiekami, kiedy to stare wiedźmy wiedziały najlepiej, udzielały porad wszelakich, bo w ciągu długiego życia mogły zebrać więcej informacji, niż młodzież. Współczesnej młodzieży mądrość, kojarzy się zapewne z wymądrzaniem się różnych dupków na dowolne tematy.
           Naukowcy poszukiwali jednak od zawsze prawdy o otaczającym ich świecie, a przynajmniej czynili to przez dwadzieścia ostatnich wieków. W wieku XXI zaniechali zbędnego wysiłku. Obecni „naukowcy” poszukują już wyłącznie grantów, a tych za dociekanie prawdy sponsorzy przecież nie dają.
           Przeróżne wynalazki leżą sobie opatentowane w sejfach, żeby nie psuć interesów tym przy żłobach. Tu należałoby przytoczyć jakichś spektakularny przykład, ale pojawia się sprzeczność wewnętrzna, bo gdybym taki przykład mogła przytoczyć, to by znaczyło, że ktoś żłobu nie dopilnował i tajemnica wyciekła, przestałby być tajemnicą. Przed wojną opowiadano sobie taką anegdotkę, że ktoś wynalazł zapałkę wielokrotnego użytku, ale monopol zapałczany zniszczył projekt, który by go zrujnował.
           Do sprawy warto by podejść od innej strony. Zamiast demaskować „zamrażaczy” patentów, należałoby patenty objąć bezwzględnym prawem polegającym na tym, że ten, kto patent kupi, musi go wdrożyć do produkcji i to w konkretnie przewidzianym terminie. Jeśli nie, to patent wraca do pierwotnego właściciela, który może go ponownie sprzedać. Proste? Zbyt proste, żeby mogło doczekać się realizacji. Już prawnicy, odpowiednio wynagradzani, przez kogo trzeba, do tego nie dopuszczą.

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

E-lektyki dla E-ludków.

E-lektyki dla E-ludków

mgr inż. Zbigniew Dworakowski 2023.03.24

Są tzw „egzemplarze ludzkie”, dla których przekonującym argumentem do zasadności stosowania samochodów z silnikami elektrycznymi jest to, że „jednak wielu ludzi te E-lektyki kupuje i są z ich użytkowania zadowoleni”.

Kupują te śmieszne E-lektyki (rozkraczające się masowo na autostradach z powodu rozładowania akumulatorów) ludzie nowocześni, mający pieniądze na wyrzucenie, ale za to potrafiący pokazać się innym jacy to są … no właśnie nowocześni i postępowi. A wychodzą na pospolitych postępaków. Akumulatory po 5, 6 latach eksploatacji w tych śmiesznych pojazdach tracą połowę swojej pojemności (na jednym ładowaniu można przejechać już nie np. 150 km, a tylko 75 km). Wymiana tychże akumulatorów kosztami dorównuje połowie nowej E-lektyki. Do gaszenia tych E-lektyk potrzebny jest specjalny kontener z tysiącami litrów wody, a po ugaszeniu neutralizacja tej mocno skażonej wody jest bardzo problematyczna i słono kosztuje. Samo gaszenie tego mocno toksycznego pożaru trwa od kilku do kilkunastu godzin. Są w sieci www stosowne relacje kompetentnych strażaków. W zasadzie nikt nie chce podejmować się serwisu tych E-lektyk, bo to jest dość skomplikowane i mocno ryzykowne. Po prostu jak coś się popsuje to trzeba wozić do serwisu setki… jeśli nie tysiące km.

E-lektyki dla E-ludków – śmieszny pojazd dla jeszcze śmieszniejszych ludzi. Nie jest mi żal tych ludzi w rozkraczonych swoich E-lektykach na autostradach i stacjach benzynowych czekających godzinami na doładowanie. Szkoda, że nie szarych komórek. Nie żal mi ich, ponieważ są w awangardzie tego oszukańczego światowego geszeftu dla … E-ludków.

Bardzo obrazowo cały bezsens stosowania E-lektyk przedstawia żart [to nie żart, sprawdziłem.. MD] pokazujący ten egzemplarz samochodu ze spalinowym agregatem prądotwórczym na bagażniku rowerowym z tyłu samochodu.

Oczywiste wnioski nasuwają się same. Zastępowanie samochodów z silnikiem spalinowym samochodami z silnikiem elektrycznym to zabieg czysto marketingowy, podrzucany przez cwaniaków od tzw. geszeftu mało wykształconym ludziom, lub ludziom (jak mawia Stanisław Michalkiewicz) wykształconym w „akademiach gotowania na gazie”.

Emisja z samochodów osobowych to jaka część ogólnej emisji z transportu ? Niewielka. Wybuch jednego wulkanu równa się emisji całej EU przez wiele lat ? Człowiek ze swoją emisją jest jeszcze za „mały”, by móc wpływać globalnie na klimat na Ziemi => ponad 2/3 powierzchni naszej przepięknej planety to woda, czasami głębsza od najwyższej góry. Ale oświeceni oszuści wmawiają nam, że ta 1/3 i to kiepsko – jednak zaludniona ma globalny wpływ na resztę – O trochę logiki … jest taka prośba…..

Ten oszukańczy ekologizm nie jest oparty na żadnej logice i nauce. To czysty[ no, bardzo brudny, panie Optymisto.. MD] geszeft w wielu wymiarach. A o odwiertach Duńczyków w wiecznej zmarzlinie na Grenlandii i oczywistych wnioskach z tego płynących … cisza. Te ekologiczne indywidua rozkazały nawet dwukrotnie zrobić te odwierty, bo z tych pierwszych były niezadowolone. Te drugie zrobione w innych miejscach potwierdziły pierwotne wnioski, że na przestrzeni mln lat na Ziemi jeśli idzie o temperaturę i zawartość gazów cieplarnianych było wielokrotnie „gorzej”, lub podobnie jak dzisiaj, a człowieka przecież wtedy na Ziemi nie było.

Przyczepili się tylko jak „pijany do płota” do wyników z ostatnich kilkudziesięciu tyś. lat historii i nazwali to nawet „efektem kija hokejowego”. To wszystko nie ma nic wspólnego z nauką. Tacy krętacze zawsze na pytanie ile jest 2 x 2 odpowiedzą bezczelnym pytaniem „a ile ma być ?”. A absolwenci tzw. „akademii gotowania na gazie”, których jak widać trochę jest, łykają te „mądrości” bez jakichkolwiek intelektualnych oporów.

================

MD:

Sądzę jednak, że są to problemy wzrostu.

Słyszałem z grona wiarygodnych wynalazców, że opatentowano ogniwo paliwowe na wodór i tlen z powietrza. Sprawność jego wynosiła około 80%. Jednak musieli sprzedać patent firmie, która produkuje obecne baterie elektryczne. A ona oczywiście ten patent schowała. Jednak mam nadzieję, że rozwiązania racjonalne oraz prawda zwyciężą.

Coraz większy problem z samochodami elektrycznymi.

Coraz większy problem z samochodami elektrycznymi. Ale politycy wciąż ulegają eko-lobby

coraz-wiekszy-problem

Eko-wariaci usilnie wciskają nam drogie samochody elektryczne jako remedium na „walkę z globalnym ociepleniem”.

Tymczasem produkcja samochodu elektrycznego wiąże się z większą emisją CO2 niż produkcja samochodu spalinowego. I to dwukrotnie!

==================

Według badań, emisja dwutlenku węgla powstającego podczas wytworzenia pojazdu elektrycznego jest nawet dwukrotnie wyższa niż w przypadku pojazdu na paliwo kopalniane. Głównym czynnikiem wpływającym na tę różnicę jest produkcja akumulatorów litowo-jonowych, która jest bardzo energochłonna i szkodliwa dla środowiska, o które tak rzekomo walczą eko-lewacy.

Eko-aktywiście przekonują wprawdzie, że w dłuższej perspektywie elektryk jest bardziej eko, bo nie emituje spalin w trakcie jazdy. Ale trzeba do tego spełnić szereg warunków. Chociażby ładować auto energią ze 100% OZE (którego produkcja też wcale nie jest taka eko), ale infrastruktura energetyczna nie jest do tego kompletnie przystosowana. To, przynajmniej obecnie, po prostu nierealne.

Lobbyści często zgrabnie pomijają jeszcze jeden bardzo ważny argument świadczący na ich niekorzyść – elektryki, a ściślej mówiąc baterie do nich, są znacznie mniej żywotne, po kilku latach trzeba kupić nową (bardzo drogą, kosztującą kilkadziesiąt tysięcy złotych, lub wymienić całe auto), czyli proces produkcji i emisji dwutlenku węgla zaczyna się od nowa.

A jeśli samochód byłby stosunkowo rzadko użytkowany, to już w ogóle jego wpływ na środowisko – biorąc pod uwagę moment od rozpoczęcia produkcji – jest znacznie gorszy niż spalinowy.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem związany z elektrykami. Jak czytamy w serwisie interia.pl: „Problem polega na tym, że nawet niewielka stłuczka najczęściej kończy się decyzją o zezłomowaniu samochodu. Wystarczy niewielkie nawet uszkodzenie podwozia, zarysowanie obudowy baterii, by ubezpieczyciel podejmował decyzję o wymianie całego akumulatora. A ponieważ jest on drogi (często na rynku wtórnym kosztuje więcej niż płacą producenci) naprawa samochodu staje się nieopłacalna. W efekcie ubezpieczyciel pokrywa kosztu zakupu nowego samochodu, który oczywiście trzeba wyprodukować, emitując przy tym CO2. Z kolei uszkodzony samochód, często młody i z niewielkim przebiegiem, trafia na złomowisko”.

Podejmujący decyzję i wpływający na nasze życie politycy, ulegający eko-lobby, są najwyraźniej głusi na powyższe argumenty. Tworzą nierówne przepisy, nakładają horrendalne podatki na spalinowe samochody, w ten sposób próbując nas pośrednio zmusić do przejścia na elektryki. A w przyszłości, od 2035 roku, chcą w ogóle zakazać sprzedaży spalinówek. Kogo nie będzie stać na elektryka, a takich osób będzie bardzo dużo, pozostanie mu komunikacja zbiorowa. Pozostawiająca także wiele do życzenia.

A jak w praktyce wygląda jazda autem elektrycznym i ile dłużej zajmuje pokonanie dłuższej trasy? Sprawdził to niedawno Łukasz Kotkowski z portalu chip.pl. Wnioski są zatrważające.

Zjeżdżanie z trasy, liczne postoje, niepewność do samego końca. Prawda o jeździe samochodem elektrycznym w Polsce

Fizyczny, w efekcie ekonomiczny brak podstaw stosowania samochodów elektrycznych.

MD: Publikuję w związku z unijnym projektem zakazu produkcji samochodów z silnikiem spalinowym po 2035 roku. 

Fizyczny, w efekcie ekonomiczny brak podstaw stosowania samochodów elektrycznych.

2021.11.27 mgr inż. Zbigniew Dworakowski

Przy obecnym stanie techniki i technologii samochody elektryczne wykorzystują energię elektryczną zgromadzoną w akumulatorach. Jedynym prawdziwym i rzetelnym z punktu widzenia ekonomicznego i fizycznego porównaniem samochodu z silnikiem spalinowym i elektrycznym jest porównanie ich rzeczywistej sprawności energetycznej. Sprawność energetyczną mierzy się za pomocą określenia stosunku energii uzyskanej do energii dostarczonej do określonego układu, w tym przypadku dla obu typów silnika.

Dla dokładniejszego porównania wybieram silnik Diesla, ponieważ w elektrowniach produkujących energię elektryczną mogą pracować tego typu silniki, czy też turbiny. Współczesne turbiny parowe najczęściej stosowane w elektrowniach spalających paliwa kopalne mają podobne sprawności do silnika Diesla. Paliwem źródłowym dla obu samochodów jest więc paliwo kopalne czyli np. olej napędowy, tylko wtedy porównanie jest rzetelne. Przy zastosowaniu energetyki jądrowej to porównanie będzie jeszcze bardziej niekorzystnie dla silnika elektrycznego, bo realne koszty wytwarzania energii tym sposobem są wyższe, o czym pisze w swojej książce „O energetyce dla użytkowników oraz sceptyków” specjalista od energetyki jądrowej prof. Mirosław Dakowski.

Do wyliczenia w/w sprawności potrzebne będą następujące dane składowe:

– sprawność silnika Diesla to ok. ssd=0,5,

– sprawność generatora prądu elektrycznego to ok. sge=0,96,

– sprawność transformacji i przesyłu energii elektrycznej do odbiorcy to ok. stp=0,85,

– sprawność ładowania akumulatora w samochodzie to ok. sla=0,9,

– sprawność odzyskania energii elektrycznej z akumulatora to ok. soe=0,95,

– sprawność inwertora elektrycznego (sterowanie silnikiem elektrycznym) to ok. sie=0,95,

– sprawność silnika elektrycznego to ok. sse=0,9,

Dla samochodu z silnikiem spalinowym Diesla mamy sprawność energetyczną równą ssd=0,5. Dla samochodu elektrycznego mamy sprawność energetyczną równą ssd x sge x stp x sla x soe x sie x sse = 0,3.

Wniosek jest prosty, samochodem z silnikiem Diesla na tej samej ilości paliwa źródłowego przejedziemy o ok. 40 % dłuższą drogę (1 – 0,3/0,5). Gdyby wziąć pod rozwagę samochód z silnikiem benzynowym, to jego sprawność wynosi ok. 0,36, a więc nadal góruje on pod względem sprawności nad samochodem z silnikiem elektrycznym.

Ponadto nasuwa się pytanie, dlaczego eliminuje się samochody z silnikami Diesla na rzecz samochodów z silnikami benzynowymi, biorąc pod rozwagę sprawność energetyczną?

W/w różnica w sprawności energetycznej wynika z zastosowania przemiany adiabatycznej w silniku Diesla. Natomiast twierdzenie, że silniki Diesla bardziej zanieczyszczają atmosferę jest nieprawdziwe, ponieważ współczesne silniki tego typu z różnorakimi udoskonaleniami i filtrami mniej emitują szkodliwych substancji niż silniki benzynowe, co można sprawdzić np. w dokumentacji producentów podających emisję CO2 tych silników.

Silnik Diesla ma jeszcze następujące przewagi nad silnikiem benzynowym: jest dużo bardziej trwały, a paliwo do niego stanowi znacznie większą część ich źródła (ropy naftowej) niż to jest w przypadku silnika benzynowego.

Ciśnie się na usta kolejne pytanie, tym razem o uzasadnienie różnicy w cenie oleju napędowego i benzyny. W sytuacji ekstremalnej silnik Diesla będzie pracował np. z olejem roślinnym, a benzynowy … ze spirytusem – to chyba ostateczny argument dla „czytelników”, bo czytelnictwo w narodzie nie ginie.

Nie będę tutaj poruszał innych problemów jakie sprawiają samochody z silnikami elektrycznymi, np. niewielki zasięg, długi czas ładowania, stopniowa utrata pojemności akumulatorów prowadząca do bardzo drogiej operacji ich wymiany, czy też gigantyczny problem z gaszeniem palącego się samochodu elektrycznego. W tej sprawie warto posłuchać druzgocących opinii strażaków. Ponadto z badań prowadzonych np. przez Szwedzki Instytut Środowiska (IVL) i brytyjski Low Carbon Vehicle Partnership wynika, że wytworzenie i utylizacja samochodu z silnikiem elektrycznym są bardziej szkodliwe dla środowiska naturalnego niż samochodu z silnikiem spalinowym.

Można zastanowić się nad eliminacją strat energii powstających na skutek dostarczenia energii elektrycznej do silnika elektrycznego w samochodzie i zastosować ogniwa paliwowe, które w samym samochodzie zamieniają paliwo w energię elektryczną. Sprawność takich ogniw to 0,4 – 0,6, no i jeszcze trzeba ją pomnożyć przez sprawność inwertora (0,95) i silnika elektrycznego (0,9). Ponadto jest to jednak technologia dalekiej przyszłości do skutecznego zastosowania w samochodzie elektrycznym. Ale i tutaj jak na dłoni widać problem z wytworzeniem paliwa do takich ogniw, bo nie ma ich w naturze. W rzetelnym rozliczeniu należy porównać koszty (włączając w to zużycie energii) potrzebne do wytworzenia np. wodoru i oleju napędowego.

Oczywiste wnioski nasuwają się same. Zastępowanie samochodów z silnikiem spalinowym samochodami z silnikiem elektrycznym to zabieg czysto marketingowy, podrzucany przez cwaniaków od tzw. geszeftu mało wykształconym ludziom, lub ludziom (jak mawia Stanisław Michalkiewicz) wykształconym w „akademiach gotowania na gazie”. No i jeszcze jedno oczywiste spostrzeżenie zawsze prawdziwe: Bóg jest stwórcą idealnym, perfekcyjnym pod każdym względem, a człowiek zawsze polegnie, jeżeli będzie chciał naprawiać to co On stworzył. Dostaliśmy od naszego stwórcy wielkie dobra na ziemi i we wszechświecie, nie marnotrawmy ich (o zgrozo cała ta „ekologia” właśnie prowadzi do oczywistego marnotrawstwa). Człowiek może jedynie próbować ułatwiać sobie życie wykorzystując racjonalnie dzieło stworzenia, nigdy nie powinien próbować naprawiać tegoż dzieła, bo to zawsze kończy się porażką lub tragedią.

A każde kłamstwo wcześniej czy później zostanie obnażone… ale ci kłamcy to chyba już nawet nie potrafią się wstydzić. Nie dość, że w tych kłamstwach są wyjątkowo bezczelni to jeszcze bezwstydni.

Likwidacja gotówki? Najpierw w Nigerii, zaraz potem w Polsce?…

Likwidacja gotówki? Najpierw w Nigerii, zaraz potem w Polsce?…

likwidacja-gotowki

Bez gotówki nie kupisz tego, co chcesz, a jak pójdziesz i będziesz chciał, to władza to zablokuje, bo np. wykorzystasz „swój limit”. Te pomysły w połączeniu z pieniądzem cyfrowym są wykonalne – mówi w programie „Antysystem” Wojciech Cejrowski.

W Nigerii ludzie zostali odcięci od gotówki. Wcześniej w ramach „zachęty” do korzystania z bezgotówkowych form płatności, dostęp do waluty był stopniowo limitowany. Wybuchły protesty. Potrzebę przeprowadzenia tej operacji bank centralny argumentował licznymi fałszerstwami krajowego pieniądza, tłumacząc jednocześnie, że transformacja na walutę cyfrową zagwarantuje, że nawet jedna Naira nie będzie wyprowadzona poza system bankowy. Oficjalnie regulacje miały też na celu zachęcenie do płatności kartą, a także korzystania bankowości internetowej i aplikacji mobilnych. Wcześniej media informowały o uruchomieniu od października 2021 roku cyfrowej waluty o nazwie eNaira. Niedługo później władze Nigerii rozpoczęły przymusowe ograniczenie obywatelom płatności gotówką. Ostatecznie, pod wpływem protestów prezydent Nigerii Muhammadu Buhari 16 lutego zezwolił na przedłużenie terminu używania starych banknotów do 10 kwietnia, jednak banknotów szybko zaczęło brakować.

Ograniczenia dot. gotówki w Polsce. Lisicki i Cejrowski dyskutują

Z kolei w Polsce za niespełna rok w życie wejdą przepisy ograniczające możliwość płatności gotówką. Nowe limity płatności gotówką wejdą w życie 1 stycznia 2024 r. (rząd pierwotnie chciał zmianę wprowadzić już w 2023 r.). Wyniosą one 8 tys. zł w przypadku transakcji pomiędzy przedsiębiorcami oraz 20 tys. w przypadku transakcji na linii konsument-przedsiębiorca.

O planach dot. ograniczenia płatności gotówką rozmawiali w nowym odcinku programu „Antysystem” Paweł Lisicki, red. naczelny „Do Rzeczy” oraz Wojciech Cejrowski. – Bez gotówki nie kupisz tego, co chcesz, a jak pójdziesz i będziesz chciał, to władza to zablokuje, bo np. wykorzystasz swój limit. Te pomysły w połączeniu z pieniądzem cyfrowym są wykonalne. Jak zlikwidują gotówkę, co moim zdaniem jest niewykonalne, to już się nie da kupić niczego na rynku wtórnym. Musimy wtedy cofnąć się do wymiany towarowej – wskazywał Cejrowski.

– Pan powiedział, że to niemożliwe, ale ja bym chciał wierzyć, że to niemożliwe. Tylko zobaczmy, jak kiedyś funkcjonował system finansowy. Ludzie kiedyś dostawali pieniądze do ręki, a teraz wszyscy dostają pieniądze na konta bankowe. Zresztą jeden z banków przygotował nawet kalkulator węglowy, który miał pokazać, że Ziemia zniknie, jak ludzie będą żyli jak do tej pory.

To pokazuje, że te zakusy na limity używania gotówki są coraz większe, nawet w Polsce. Chciano drastycznie ograniczyć możliwość posługiwania się gotówką – mówił Paweł Lisicki. – Uważam, że to wprowadzono w Davos i zwolennikiem tego jest premier Mateusz Morawiecki, bywalec w Davos – dodał Cejrowski.

Krach SVB wymierzony w dolara – ostatni element amerykańskiej jedności. Przed nami burzliwe dni.

Krach SVB wymierzony w dolara – ostatni element amerykańskiej jedności. Przed nami burzliwe dni.

John Horvat II meltdown-targets

W spolaryzowanej Ameryce zaufanie do dolara jest jedyną rzeczą, która wciąż łączy ludzi. Jako prawny środek płatniczy dla wszystkich długów, publicznych i prywatnych, każdy musi zaakceptować ten środek wymiany niezależnie od ideologii. Jak na ironię, powszechne użycie dolara ułatwia szaloną kulturę, która rozbija kraj.

Krach Silicon Valley Bank (SVB) i innych banków pokazuje kruchość systemu bankowego, który jest podstawą kultury, którą generuje. Panowanie dolara może stanąć pod znakiem zapytania.

Kryzys zaufania

Amerykański system „fiat money” zależy od ważnego dobra, cenniejszego niż złoto: zaufania. Złożony system kontroli, równowagi i zabezpieczeń pieniądza musi przekonać ludzi, że dolary są godne zaufania, a zatem stabilne i wartościowe. Jednak system ten może się rozpadać, gdy zaufanie słabnie. W SVD i Signature Bank wystraszeni deponenci, wyczuwając brak bezpieczeństwa, pobiegli odzyskać swoje pieniądze.

W miarę rozprzestrzeniania się kryzysu, spadek zaufania zagraża teraz całej bankowości. Nikt [z postronnych md] nie wie, jak głębokie są problemy. Jeśli kłopoty w SVD, szesnastym co do wielkości banku w kraju z ponad 200 miliardami dolarów w aktywach, prześlizgnęły się pod radarem regulacyjnym, to nikt nie zgadnie, jakie inne chore giganty finansowe również uniknęły wykrycia.

Jeśli Barney Frank, współautor niesławnej ustawy Dodda-Franka, która miała zreformować Wall Street po kryzysie kredytów hipotecznych sub-prime z 2008 roku, zasiadał w zarządzie upadłego nowojorskiego Signature Bank, to kto może ufać w wiedzę zarządu jakiejkolwiek instytucji finansowej?

Duch burzliwego nieumiarkowania

Specjaliści twierdzą, że SVB i inne banki, takie jak upadły Credit Suisse, to tylko wierzchołek góry lodowej. Ten kryzys sięga głęboko. To tak, jakby wewnątrz systemu uwolnił się jakiś wzburzony duch, który sieje spustoszenie i wywołuje niepokój.

Prawdziwa przyczyna kryzysu wskazuje na problem moralny, a nie na brak zasad regulacyjnych. Ten moralny nieład można nazwać frenetyczną nieumiarkowaniem – niespokojnym i lekkomyślnym duchem wewnątrz ponowoczesnej gospodarki i kultury, który podsyca popęd do zrzucania uzasadnionych ograniczeń i zaspokajania nieuporządkowanych namiętności.

Do tej pory ten burzliwy nurt frenetycznego nieumiarkowania służył do rozdrobnienia amerykańskiej kultury na tysiąc kierunków, gdy Amerykanie podążali za swoimi nieuporządkowanymi pasjami. Pieniądze – wolne od niskich stóp procentowych, pieniądze stymulacyjne, pieniądze deficytowe, pieniądze z helikoptera, pieniądze z zysku, pieniądze z luzowania ilościowego – utrzymują wszystko w jednym miejscu.

Doskonała burza

Teraz 15-letnie panowanie Fedu nad łatwą gotówką dobiega końca. Nie ma już bilionowych łatek, którymi można by przykryć panujący wszędzie nieporządek i niepokój.

Duch burzliwego nieumiarkowania przenika każdy zakamarek świata finansów. Instytucje bankowe znajdują nowe ekspozycje i lewarowane ryzyka, które mogą wysłać fale uderzeniowe falujące przez system i niszczące go. Wszystko jest skalibrowane tak, aby prosperować w czasach łatwego pieniądza, ale żałośnie nieprzygotowane na trudności finansowe.

Wściekłość tego szalonego nieumiarkowania jest teraz uwalniana przeciwko infrastrukturze finansowej, która pomogła wytworzyć spolaryzowane społeczeństwo. Wokół dolara tworzy się oczywista burza. Ameryka może wkrótce stanąć w obliczu drastycznych konsekwencji rosnących stóp procentowych, destrukcyjnych strategii inwestycyjnych ESG, które przyspieszają udzielanie pożyczek sub-prime na projekty „budzące zaufanie”, rządowych rachunków za nadmierne stymulowanie inflacji, lekkomyślnych federalnych wydatków na deficyt i zbliżającego się apokaliptycznego niewypłacalności rządu z powodu walki o pułap zadłużenia. Ten destrukcyjny duch może zniszczyć światowe zaufanie do dolara.

Moralny wybór

Rozwiązaniem nie jest więcej zhańbionych regulacji Barneya Franka. Frenetyczne przywary świata finansów są takie, że ludzie za każdym razem znajdą sposoby na ich obejście. Podobnie jak stare, nowe regulacje będą tylko karać uczciwych, rozbijać małe i średnie banki i konsolidować te „zbyt duże, by upaść”.

Amerykanie stoją przed moralnym wyborem. Muszą albo powściągnąć swoje nieuporządkowane namiętności, albo zmierzyć się z dramatycznymi konsekwencjami dalszej fragmentacji i ruiny. Siatka bezpieczeństwa w postaci zaufania do dolara nie będzie już służyła do stłumienia bólu. Dolar będzie dzielił, a nie jednoczył.

Przez tak długi czas dolar był siłą napędową szalonego nieumiarkowania. Teraz może stać się ofiarą własnych ekscesów. Niestety, przejście od frenetycznego nieumiarkowania do ostrożnej powściągliwości nie jest łatwe. Czasami tylko szkoła ciężkiego uderzenia pozwala przekazać właściwe przesłanie.

Przed nami burzliwe dni.

Zielone ludziki. Nieszkodliwe brednie, których nikt nie będzie wcielał w życie. Potem jest już za późno, żeby się wycofać.

Zielone ludziki. Nieszkodliwe brednie, których nikt nie będzie wcielał w życie.Potem jest już za późno, żeby się wycofać.

Izabela Brodacka

W polskich mediach szerokim echem odbił się raport przygotowany dla organizacji C-40, która zrzesza największe miasta świata, w tym Warszawę. Czytamy w nim, że w imię walki ze zmianami klimatu należy do 2030 r. drastycznie ograniczyć konsumpcję mięsa i nabiału, dostęp do prywatnych samochodów, zakupy ubrań i loty samolotem. 

Programom pozornej dbałości o środowisko towarzyszy zdecydowana propaganda antynatalistyczna. Badacze ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund i kanadyjskiego uniwersytetu w Vancouver obliczyli, że każde dziecko obarcza planetę rocznie liczbą 58,6 ton CO2, samochód to tylko 2,4 tony CO2 rocznie, a mięso w diecie to tylko 0,82 tony CO2 rocznie na osobę. Wnioski nasuwają się same.

 Jednocześnie inicjatorzy radykalnych, globalnych projektów środowiskowych przyznają wprost, że te wszystkie ograniczenia ich samych nie dotyczą. Bill Gates, ojciec czwórki dzieci i promotor aborcji w Afryce, zapytany przez BBC, czy nie powinien zrezygnować z latania prywatnymi odrzutowcami, z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że „nie jest częścią problemu”, a „częścią rozwiązania”, bo przeznacza miliardy na ekologiczne technologie. W podobnym tonie wypowiedział się poseł Platformy Obywatelskiej Sławomir Nitras, który zapytany o to, czy jako wyznawca i realizator programu C-40 nie powinien ograniczyć liczby lotów samolotem, których tylko w latach 2019-2020 odbył ponad 260  odpowiedział, że „lata do pracy”, bo „traktuje swoje obowiązki bardzo poważnie”.

Wielokrotnie przypominałam, że utopię od programu odróżnia się sprawdzając jakie miejsce w tej utopii widzi dla siebie jej twórca. Na ogół twórcy utopii widzą siebie w roli  wodza czy przewodnika duchowego, nigdy w roli szeregowego członka zaprojektowanej przez siebie, rzekomo idealnej, społeczności.

To bardzo typowe, że absurdalne rojenia jakiegoś psychopaty takiego jak Hitler czy Stalin przez dłuższy czas traktowane są jako nieszkodliwe brednie, których nikt nie będzie wcielał w życie. Gdy zaczynają być wcielane w życie jest już za późno żeby się wycofać. Zwykli ludzie uczestniczą więc, często mimo woli, w zbrodniczym systemie i wcale tego nie chcąc uczestniczą w zbrodni. Jedni są zwykłymi oportunistami, których interesuje tylko osobista korzyść, inni są tchórzami, jeszcze inni nie chcą się przyznać do swego błędu, do swojej głupoty i krótkowzroczności.

Rojenia Gatesa choć wyjątkowo głupie, też nie są nieszkodliwe, są niezwykle groźne. Co gorsza stoją za nim ogromne pieniądze co oznacza dużą liczbę akolitów. Akolici podlegają wspomnianym mechanizmom psychologicznym a poza tym są przekonani, że ze względu na bliskość centrum przemian sami, podobnie jak ich guru, nie będą podlegać proponowanym drastycznym ograniczeniom.

Przykładów można mnożyć tysiące. Komuniści ograniczali powierzchnię budowanego przez obywatela za własne pieniądze domu do 110 metrów kwadratowych. Tylko naiwni mogliby sądzić, że partyjni aparatczycy stosowali się do narzucanych społeczeństwu ograniczeń. Partyjnicy bez żenady okupowali ogromne, kilkusetmetrowe, dodajmy zrabowane przedwojennym właścicielom, mieszkania i domy. W towary luksusowe zaopatrywali się w sklepach za żółtymi firankami, podczas gdy społeczeństwo w ogromnych kolejkach zdobywało żółty ser i papier toaletowy. Leczyli się w rządowej lecznicy przy ulicy Hożej w Warszawie, gdzie na czas kuracji otrzymywali dwupokojowe apartamenty, gdy nieustosunkowani chorzy umierali na korytarzach szpitali. To wszystko robili tak zwani ideowi komuniści, nie tylko zwykli komunistyczni bandyci, którzy w gmachu KC rozdrapywali dla swoich żon i kochanek zrabowane w Niemczech precjoza.

Natychmiast po wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu w nocy z piątku na sobotę 25 kwietnia 1986 roku w klinice przy Hożej podawano rodzinom prominentów płyn Lugola. Zakazywano mówić o  tym komukolwiek, rzekomo dla uniknięcia paniki. Dodajmy, że płyn Lugola  nie jest to żaden rarytas, ani drogi preparat. To zwykły roztwór jodku potasu o odpowiednim stężeniu. Od jodyny różni go tylko stosowany rozpuszczalnik. W przypadku płynu Lugola rozpuszczalnikiem jest woda destylowana podczas gdy jodyna to roztwór jodku potasu w alkoholu etylowym. Płyn Lugola potrafi wykonać każdy farmaceuta, można go także bez trudu sporządzić w domu. Dzieciom w warszawskich przedszkolach podano płyn Lugola dopiero w następną środę.

Piszę o tym tak szeroko, bo to najlepszy przykład bezmyślnej komunistycznej zbrodni wynikającej wyłącznie z przeświadczenia, że partyjny aparat i jego akolici podlegają zupełnie innym prawom niż reszta społeczeństwa. Jak pisał Orwell: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”.

A Max Scheler zapytany dlaczego nie realizuje propagowanych przez siebie ideałów odpowiedział: „ Nikt nie oczekuje od drogowskazu aby podążał w kierunku, który wskazuje”. To zabawne, że w publicystyce nadużywano tego hasła w czasach tak zwanego „festiwalu Solidarności”. Wtedy gdy naiwnym wydawało się, że Solidarność wygrywa. Widać, że przygotowywano grunt do wcielenia w życie zasad całkowicie sprzecznych z głoszonymi.

Kiedy posłanka Spurek publicznie rozczulała się nad losem krów gwałconych w celu otrzymywania od nich mleka, słuchacze tych bredni zastanawiali się w jaki sposób tak niezrównoważona osoba wydostała się z Tworek. Nie rozumieli, że jest to klasyczna „подготовка”, oswajanie publiczności z idiotyzmem, który stanie się wkrótce oficjalną agendą Unii Europejskiej, zatem również agendą rządową.

Podobne działania można  porównać do znanej metody leczenia alergii jaką jest odczulanie czyli immunoterapia swoista polegająca na podawaniu systematycznie rosnącej dawki alergenów, na które pacjent jest uczulony.

Po wypowiedziach Spurek, Jachiry i innych przedstawicieli swoistego panopticum jakim jest nasz Sejm, przeciętny obywatel przestaje reagować grozą na wypowiedzi Billa Gatesa czy na propagowany „ zielony ład”. Tymczasem wyznawcy i głosiciele „zielonego ładu” są równie groźni jak rosyjskie „зелёные человечки” czyli zielone ludziki .  

To nie kryzys – to rezultat. Spada IQ Amerykanów. Oj tam, oj tam…

To nie kryzys – to rezultat. Spada IQ Amerykanów. Oj tam, oj tam….

spada-iq-amerykanow

Wyniki tzw. testów na inteligencję wśród Amerykanów systematycznie rosły począwszy od 1932 roku, jednak w latach 2006-2018 doszło do odwrócenia tego trendu w prawie wszystkich kategoriach poznawczych.

Na łamach pisma „Intelligence” naukowcy z Northwestern University omówili wyniki najnowszego badania, z udziałem blisko 400 tys. Amerykanów, które wykazało, że od 2006 r. w społeczeństwie tym obserwuje się odwrócenie tzw. efektu Flynna. Efekt ten polega na wzroście ilorazu inteligencji obserwowanym od początku XX wieku w państwach zachodnich, o ok. 0,3-0,5 punktu rocznie, czyli ok. 3-5 punktów w ciągu dekady.

Spadek wyników testów na inteligencję nastąpił we wszystkich – poza jedną – badanych kategoriach. Gorsze wyniki Amerykanie osiągają w badaniach umiejętności rozumowania werbalnego (logika, słownictwo), rozumowania matrycowego (rozwiązywanie problemów wizualnych, analogie) oraz rozumowaniu obliczeniowym (matematycznym). Jedynie wyniki w kategorii „rozumowania przestrzennego” wzrosły między 2012 a 2018 rokiem.

Wszystkie te różnice występują niezależnie od wieku, wykształcenia i płci, choć największe były wśród osób w wieku od 18 do 22 lat oraz osób bez wykształcenia wyższego.

Pomimo spadku wyników autorka badań – dr Elizabeth Dworak – zastrzega, że nie chce, aby ludzie zinterpretowali je jako „Amerykanie stają się coraz mniej inteligentni”. [no, nie chce – i już… md]

„Takie wyniki nie oznaczają, że ich zdolności umysłowe są niższe lub wyższe; oznaczają jedynie różnice w wynikach testów – podkreśla badaczka. – Może być tak, że współczesne społeczeństwo gorzej radzi sobie z testami w ogóle lub z tym konkretnym typem testów”.

Chociaż badanie nie zajmowało się przyczynami spadku wyników IQ, to – jak wyjaśnia dr Dworak – niektóre dowody sugerują, że mogą być one spowodowane m.in. stale pogarszającą się dietą, zbyt dużą ekspozycją na media i zmianami w edukacji. Poza tym – zauważa – istnieje coś takiego jak efekt pułapu: ludzka inteligencja nie może rosnąć bez końca i w końcu musi osiągnąć plateau.[I tak mocno się od tego „pułapu” odbić?? MD]

Zdaniem autorki może być też tak, że zmieniający się system wartości wpływa na wyniki testów IQ. W dzisiejszych czasach przykłada się bowiem większą wagę do zdolności wizualno-przestrzennych, a mniejszą do różnych form rozumowania, co może znajdować odzwierciedlenie w badaniach ilorazu inteligencji.

„Np. w ostatnich dziesięcioleciach kładzie się większy nacisk na edukację metodą STEM (ang. science, technology, engineering, mathematics), a na rozumowanie abstrakcyjne poświęca się nieco mniej uwagi w szkołach” – mówi.

=======================

Zaszufladkowano do kategorii O Świat | Otagowano

ING Bank Śląski zmniejsza dwukrotnie limity przelewów.

ING Bank Śląski zmniejsza limity przelewów.

Na podst.: bank-zmniejsza

ING Bank Śląski poinformował swoich klientów o zmianie limitów na przelewy, które można wykonać za pośrednictwem bankowości internetowej i aplikacji mobilnej. Nie jest zaskoczeniem, że limit został zmniejszony.

Od 24 marca 2023 r. maksymalny limit dzienny dla przelewów zleconych w systemie Moje ING spadł z 400 000 zł na 200 000 zł, a dla przelewów zleconych w aplikacji mobilnej – z 100 000 zł na 50 000 zł.

====================

[??? Oczywiście bez związku z plajtą trzech banków w USA, o przejęciu w Szwajcarii Credit Suisse przez UBS… ]

================================

Do wyboru masz: