Wiceminister rodziny o demografii: Jest dramatycznie źle !!

26.09.2022 https://www.tvp.info/62971885/problemy-demograficzne-polski-polska-znika

Jest dramatycznie źle – powiedziała, odnosząc się do zmniejszającej się liczby Polaków wiceminister RiPS, pełnomocniczka rządu ds. polityki demograficznej Barbara Socha, która udzieliła wywiadu „Super Expressowi”. Dodała, że zły trend demograficzny dla Polski zaczął się 30 lat temu.

Socha została zapytana, czy zaskoczyły ją wyniki Narodowego Spisu Powszechnego, według których w ciągu dekady liczba ludności Polski skurczyła się o 1,2 proc., czyli ok. 0,5 mln osób. Wiceminister rodziny przyznała, że wyniki spisu nie są zaskakujące. Zaznaczyła przy tym, że w demografii zmiany nie następują z dnia na dzień.

„Jest dramatycznie źle. Natomiast ta dramatyczna sytuacja to ostatnie 30 lat. To nie jest tak, że coś się wydarzyło w ostatnim czasie. Oczywiście pandemia sprawiła, że mieliśmy więcej zgonów i przyhamowały urodzenia. Ale zły trend demograficzny dla Polski zaczął się 30 lat temu” – stwierdziła Socha.

„Mieliśmy transformację szokową, która zburzyła poczucie bezpieczeństwa Polaków. Skutki tego są odczuwalne do dzisiaj (…) Dzisiaj dorosło pokolenie Polaków urodzonych w latach 90. I ono tworzy mniejsze rodziny niż poprzednicy. Mamy mniej kobiet, które mogą urodzić dzieci. Stąd spadek urodzeń” – zauważyła.

Podkreśliła, że kiedy do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, na poważnie potraktowało wyzwania demograficzne: począwszy od programu 500 Plus, poprzez powołanie pełnomocnika ds. pracy nad strategią demograficzną. [hi, hi… md]

Na uwagę, że w ostatnich latach nie widać wzrostu dzietności, a wręcz przeciwnie, jej spadek, wiceminister rodziny odpowiedziała, że nie będzie widać wzrostu dzietności przez co najmniej 20 lat.
„Zmiany zauważalne są dopiero z pokolenia na pokolenie. Dlatego też w Strategii Demograficznej horyzont czasowy to 2040 r. Pracujemy nad tym, by młodzi ludzie, którzy dopiero myślą o zakładaniu rodziny, mogli swoje plany prokreacyjne realizować w dobrych warunkach” – powiedziała.

Jak zniszczono polskie górnictwo, czyli węglowe kłamstwo 30-lecia

… czyli jak niszczono górnictwo węgla kamiennego na Śląsku

Wojciech Błasiak https://pnp24.pl/jak-zniszczono-polskie-gornictwo

Sedno

Jednym z największych publicznych kłamstw III Rzeczpospolitej, a z pewnością największym kłamstwem dotyczącym Śląska, było i jest twierdzenie o nierentowności wydobycia węgla kamiennego i konieczności zamykania śląskich kopalń. To kłamstwo, stale obecne przez 30 już lat w przestrzeni publicznej, było i jest legitymizacją celowego i zaplanowanego niszczenie śląskiego górnictwa węgla kamiennego.

W latach 1989-2004 śląskie górnictwo węgla kamiennego było bowiem celowo niszczone ekonomicznie i technicznie. To celowe niszczenie, realizowane oficjalną polityką kolejnych rządów, dokonywało się w ramach polityki tzw. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Jego publicznie deklarowanym celem miało być dostosowanie górnictwa do warunków gospodarki rynkowej. Rzeczywistym zaś celem było zniszczenie ekonomiczne i techniczne zdolności wydobywczych górnictwa, tak aby Polska z wielkiego światowego eksportera węgla, stała się jego importerem netto. Faktycznym, a ukrywanym, celem było bowiem wyeliminowanie Polski jako wielkiego eksportera węgla kamiennego z rynków światowych. W interesie głównych konkurentów polskiego węgla czyli przede wszystkim USA, Australii, Kanady i RPA.

Efektem planu Balcerowicza był w latach 1990-1991 spadek produkcji przemysłowej o 33,6%. Była to klęska ekonomiczna porównywalna jedynie z największym w historii kapitalizmu Wielkim Kryzysem lat 1929-1933 w okresie II Rzeczpospolitej.

Był to program restrukturyzacji opracowany przez Bank Światowy, a realizowany przez kolejne polskie rządy, zarówno postsolidarnościowe, jak i postkomunistyczne, w latach 1989 – 2004. W rezultacie tej niszczącej restrukturyzacji Polska, z wielkiego światowego eksportera węgla kamiennego na poziomie ponad 30 mln ton w 1990 roku, stała się ostatecznie od 2008 roku jego importerem netto na poziomie ponad 10 mln ton.

Spirala zadłużania górnictwa

Rozpad imperium radzieckiego w latach 1989–1991 oraz ostateczne załamanie się gospodarki Polski Ludowej w latach 1988-1991, otworzyło proces szokowej transformacji polskiej gospodarki i samego górnictwa węglowego.

Z dniem 1 stycznia 1990 roku rozpoczęła się realizacja szokowej transformacji gospodarczej w wersji tzw. planu Balcerowicza. Szokiem było nade wszystko uwolnienie spod dotychczasowej kontroli rządowej cen prawie wszystkich produktów i usług. Spowodowało to natychmiastowy wybuch hiperinflacji. Metodą zwalczania tej hiperinflacji korekcyjnej stało się duszenie popytu rynkowego. Balcerowicz zwalczał wywołaną przez siebie uwolnieniem cen hiperinflację korekcyjną, dusząc realny popyt. Redukowano więc drastycznie popyt wewnętrzny pod pretekstem walki z hiperinflacją, a drastyczna redukcja popytu wewnętrznego oznaczała drastyczną redukcję możliwości zbytu rodzimej produkcji, której 85% wchłaniał rynek wewnętrzny.

Efektem planu Balcerowicza był w latach 1990-1991 spadek produkcji przemysłowej o 33,6%. Była to klęska ekonomiczna porównywalna jedynie z największym w historii kapitalizmu Wielkim Kryzysem lat 1929-1933 w okresie II Rzeczpospolitej.

W planie Balcerowicza górnictwo węgla kamiennego miało odegrać rolę tzw. „kotwicy inflacji”, dzięki temu, że z dniem 1 stycznia 1990 roku utrzymano urzędowe ceny węgla, a uwolniono prawie wszystkie pozostałe. Administracyjnie stała i niska cena węgla kamiennego miała być gwarantem ograniczania inflacji. Był to oczywisty nonsens ekonomiczny, gdyż w żaden istotny sposób niska cena węgla nie gwarantowała “kotwiczenia” hiperinflacji.

W ten sposób wyłączono wszakże górnictwo z urynkowienia gospodarki i uruchomiono zasadniczą dla jego ekonomicznej destrukcji spiralę zadłużania finansowego. Narzucone ceny urzędowe poniżej kosztów wydobycia uczyniły wydobycie węgla kamiennego nierentownym finansowo już na starcie, mimo obiektywnej wysokiej rentowności ekonomicznej. I tak w całym 1990 roku średni koszt wydobycia 1 tony węgla wynosił według ówczesnego kursu dolara 20 USD, a średnia cena węgla eksportowanego z Polski 50 USD. Kopalnie zaś zostały zmuszone do sprzedawania węgla po średniej cenie 12 USD. Ponieważ eksport był bardzo opłacalny, to rząd polski wprowadził 80 procentowy podatek eksportowy.

O wysokiej opłacalności wydobycia węgla kamiennego świadczy podstawowe kryterium porównawcze jakim jest cena parytetowa, czyli potencjalna cena węgla importowanego do Polski, jaką musieli by płacić krajowi odbiorcy, gdyby zdecydowano się zaprzestać własnego wydobycia. W 1991 roku najtańszy węgiel energetyczny z importu musiałby kosztować już w porcie polskim przed wyładunkiem od 42 do 52 dolarów za tonę, jak szacowali eksperci ekonomiczni firmy eksportowej węgla „Węglokoks”, przy ówczesnej średniej cenie węgla krajowego na poziomie nieco ponad 25 dolarów za tonę, a kosztach wydobycia 28,5 dolarów, zaś średniej cenie węgla eksportowanego z Polski na poziomie około 49 dolarów za tonę. W centrum kraju, w zależności od jakości i kierunku importu, a także po doliczeniu podatków, ta cena parytetowa wynosiłaby od 61,9 do 71,9 dolara za tonę.

W 1990 roku uruchomiono proces spiralnego zadłużania kopalń, aż po stan katastrofy finansowej całego górnictwa od połowy lat 90. Polityka sterowania cenami zbytu węgla poniżej kosztów ich wydobycia doprowadziła do sytuacji, gdy obiektywnie wysoce rentowny ekonomicznie sektor węgla kamiennego stał się nierentowny finansowo, stale powiększając wielkie zadłużenie. Ruszyła bowiem „kula śnieżna” zadłużenia górnictwa; od 4,5 bln starych zł w 1990 roku, przez 7 bln w 1991, 23 bln w 1992, po 13 mld nowych zł w 1998 i ponad 23 mld zł w 2002 roku.

Mechanizm sterowania przez kolejne rządy cenami węgla poniżej kosztów jego wydobycia utrzymano bowiem po 1990 roku. Po zniesieniu cen administracyjnych wprowadzono ceny kontrolowane przez podległe Ministerstwu Finansów Izby Skarbowe. Następnie zaś ceny zbytu węgla dla potrzeb zawodowej energetyki były określane przez faktyczny dyktat monopolistyczny państwowego sektora energetycznego, a faktycznie ustalane przez Ministerstwo Gospodarki. Dla przykładu; w 1997 roku ustalono cenę 32 USD za tonę węgla energetycznego, mimo iż węgiel importowany musiałby kosztować minimum 35 USD, a i tak w ciągu roku zmuszono spółki węglowe do sprzedaży węgla po 27 USD. Równocześnie limitowano i ograniczano administracyjnie eksport węgla, mimo iż aż do 1997 roku był on pod nawet pod ówczesnym względem finansowym opłacalny, a okresowo wysoce opłacalny.

Wszystko to działo się w sytuacji polityki Narodowego Banku Polskiego podwyższania wartości złotego w stosunku do walut krajów centralnych czyli aprecjacji złotego. I dlatego spadała opłacalność eksportu węgla. Z szacunków ekspertów Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej wynikało, że gdyby nie restrykcyjna polityka finansowa kolejnych rządów branża ta byłaby rentowna i generowała nie wielkie straty lecz wielkie zyski. Szacowali oni, że jeden tylko czynnik restrykcyjny czyli kształtowanie cen węgla kamiennego poniżej poziomu inflacji w latach 1990-1997, spowodowało straty dla górnictwa w wysokości 268 bilionów starych złotych ( 26 mld 817,6 mln zł).

Jeśli odejmiemy od tego sumy przeznaczone na dotacje dla kopalń oraz wszelkiego typu umorzenia zobowiązań wobec górnictwa w wysokości 68 bln starych zł ( 6 780 mln zł ), to górnictwo powinno było przynieść ponad 200 bln starych zł zysku brutto (20 037,6 mln zł), tj. ponad 20 mld zł, a zysku netto 17 mld 715, 6 ml zł.

Zadłużenie finansowe jako uzasadnienie fizycznej likwidacji i kopalń

Tworzona celowo spirala zadłużenia finansowego kopalń, stała się podstawą uzasadniania ich nierentowności ekonomicznej oraz konieczności likwidacji i zamykania kopalń. Ponieważ przyczyny zadłużenia finansowego kopalń były ukrywane przed opinią publiczną, łatwo było utożsamić to zadłużenie z ekonomiczną nierentownością. W okresie lat 1989 – 2004 polska opinia publiczna podlegała systematycznej manipulacji głównych mediów masowych, stale informujących o nierentowności wydobycia węgla, jego nadmiaru oraz narastających z winy górnictwa gigantycznych długów pokrywanych z budżetu państwa przez podatników.

Pod oficjalnymi hasłami likwidacji „trwale” nierentownych kopalń prowadzono faktyczną likwidację istniejącego fizycznego dostępu do złóż węgla. Prowadziło to do w istocie rabunkowej metody likwidacji kopalń mogących nadal prowadzić eksploatację i bezpowrotnej straty milionów ton zainwestowanego już do wydobycia węgla w zamykanych, a ściślej likwidowanych fizycznie i technicznie kopalniach oraz poszczególnych oddziałach wydobywczych.

Istotą tego „ograniczanie wydobycia” było bowiem fizyczne likwidowanie dostępu do złóż poprzez fizyczno-techniczną likwidację kopalń, zamulanie i zasypywanie już udostępnionych złóż, chodników i wyrobisk, aż po zasypywanie i wysadzanie materiałami wybuchowymi szybów wydobywczych. Była to celowa polityka trwałej likwidacji mocy wydobywczych polskiego górnictwa poprzez fizyczną likwidację zainwestowanej infrastruktury wydobycia. Przypominało to fizyczne niszczenie narzędzi tkaczy indyjskich przez Anglików w XVIII wieku dla wzmocnienia eksportowej konkurencyjności angielskiego przemysłu bawełnianego.

Dodam, iż jako ówczesny wydawca subregionalnego tygodnika wspierającego wysiłki na rzecz utrzymania tej kopalni, wykorzystałem swoje prywatne znajomości z jednym z ówczesnych wiceministrów w rządzie Jerzego Buzka, przedstawiając mu faktyczne dane o sytuacji. Po dwóch tygodniach otrzymałem od niego odpowiedź: „Wskażcie inną kopalnię do zamknięcia, to uratujecie …”.

I tak dla przykładu w Dąbrowie Górniczej zlikwidowano w 1993 roku rentowną ekonomicznie, chodź zadłużoną finansowo kopalnię „Paryż”, zamulając pyłami z pobliskiej elektrowni „Łagisza” zainwestowane i przygotowane dopiero do eksploatacji najgrubsze w Europie złoże „Reden” o 24 m grubości pokładu oraz zasypując i niszcząc 2 szyby wydobywcze. W pobliskim Sosnowcu w ten sam sposób zlikwidowano w 1999 roku rentowną ekonomicznie kopalnię „Niwka – Modrzejów”, również zamulając i zasypując przygotowane do wydobycia złoże. Na kopalnię tę zaś przerzucono wcześniej ze złamaniem prawa długi Katowickiego Holdingu Węglowego, czyniąc ją finansowo nierentowną.

Wszystko to działo się w sytuacji, gdy można przy tym było przeprowadzić okresowe ograniczanie wydobycia w zupełnie inny sposób, analogiczny do zamykanych przez zatapianie kopalń angielskich i walijskich, czy też polskich w latach 30. XX wieku, umożliwiający ponowną eksploatację w sytuacji polepszenia koniunktury. Ale tu chodziło o trwałą likwidację zdolności wydobywczych.

Likwidacja kopalń, zamulanie i zasypywanie udostępnionych złóż, chodników i wyrobisk, zasypywanie i wysadzanie materiałami wybuchowymi szybów wydobywczych – to była celowa polityka trwałej likwidacji mocy wydobywczych polskiego górnictwa.

Wojciech Błasiak

Rozstrzygający “plan Karbownika-Steinhoffa”

Najbardziej drastycznym i wyniszczającym programem likwidacyjnej restrukturyzacji górnictwa węglowego był tzw. program Andrzeja Karbownika i Janusza Steinhoffa, okresu rządów Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności rządu Jerzego Buzka w latach 1997-2001.

W ramach tego planu zlikwidowano ostatecznie 24 kopalnie węgla i zmniejszono wydobycie o 32 mln ton. Z górnictwa odeszło łącznie blisko 100 tys. pracowników, w tym około 37 tys. zwolniło się w zamian za odprawy w wysokości 44 tys. zł w 1998 roku i 50 tys. zł w 1999 roku. Były to pieniądze pochodzące ze specjalnej pożyczki w wysokości 600 mln dolarów, udzielonej polskiemu rządowi przez Bank Światowy. Odprawy te otrzymywali odchodzący górnicy w zamian za zgodę na zakaz ponownego zatrudnienia w górnictwie węglowym. Zakaz został zniesiony w 2006 roku z powodu drastycznego braku wykwalifikowanej siły roboczej w kopalniach, a górnicy którzy otrzymali odprawy mogli powrócić ponownie do pracy w górnictwie.

Mimo tego, zadłużenie górnictwa wzrosło między 1997 a 2001 rokiem blisko dwukrotnie, osiągając na koniec 2000 roku 22,9 mld zł. Była to kompletna porażka “planu Karbownika – Steinhoffa”, gdyż w planie tym w 1998 roku zakładano redukcję zadłużenia górnictwa i osiągnięcie jego rentowności operacyjnej od 2000 roku.

Trwała likwidacja eksportu węgla jako rzeczywisty cel restrukturyzacji górnictwa

Rzeczywistym a ukrywanym celem restrukturyzacji górnictwa węgla, była likwidacja polskiego eksportu węgla. Był to cel realizowany przez Bank Światowy, zgodnie z opracowanym na jego zlecenie planem restrukturyzacji ze stycznia 1991 roku. I dlatego jeszcze w 1986 roku Bank Światowy zalecił Polsce całkowite zlikwidowanie eksportu węgla, mimo że w ówczesnej gospodarce PRL-u nie było jakichkolwiek porównawczych analiz ekonomicznych.

Chodziło o przejęcie tradycyjnych polskich rynków zbytu, w tym nade wszystko w Europie, gdzie polski węgiel był konkurencyjny ze względu na rentę transportową. Gra szła o ówczesne 1 do 1,5 mld USD rocznie uzyskiwanych przez Polskę z eksportu węgla. I już minister przemysłu M. Wilczek w komunistycznym rządzie Rakowskiego jeszcze w 1989 roku zapowiedział całkowitą likwidację eksportu polskiego węgla energetycznego.

Naukowcem, który jako jedyny już w 1990 roku publicznie wysunął i uzasadniał tezę, iż rzeczywistym zamiarem restrukturyzacji nie jest poprawa efektywności ekonomicznej górnictwa, lecz wyeliminowanie Polski jako eksportera węgla z rynków światowych na rzecz zamorskich konkurentów, był doc. dr Gabriel Kraus. Jego analizy, wnioski i opracowania stały się intelektualną podstawą działań merytorycznych i politycznych wymierzonych w realizację rządowych programów

Program restrukturyzacji Banku Światowego śląskiego górnictwa został faktycznie zrealizowany. Od 2008 roku Polska stała się importerem węgla netto. O ile w 1997 roku eksport węgla wynosił 30,6 mln ton, to w 2007 roku spadł już do 12,1 mln ton, a w 2008 wyniósł 8,3 mln ton. Równolegle z powodu braków ilościowych i jakościowych węgla na rynku krajowym stale narastał jego import. W 2004 roku import węgla wynosił 2,4 mln ton, w 2005 osiągnął poziom 3,4 mln, w 2006 zaś 5,2 mln, w 2007 wyniósł 5,8 mln ton, a w 2008 aż 10,1 mln ton. W roku 2008 Polska stała się ostatecznie importerem węgla netto, sprowadzając go głównie z Rosji, ale i Czech oraz Stanów Zjednoczonych. A z reguły był to węgiel droższy od krajowego.

Było to wynikiem stałego ograniczania mocy wydobywczych i spadku wydobycia węgla. I tak o ile w 1997 roku wydobyto jeszcze 132,6 mln ton, to w 2004 wydobyto 99,3 mln, w 2005 już 97,1 mln, w 2006 tylko 94, 4 mln, a w 2007 już tylko 87,4 mln ton.

Program restrukturyzacji Banku Światowego śląskiego górnictwa został faktycznie zrealizowany. Od 2008 roku Polska stała się importerem węgla.

Konsekwencje procesu likwidacyjnej restrukturyzacji

Niespodziewanie dla całego procesu likwidacyjnej restrukturyzacji polskiego górnictwa, w przeciągu zaledwie kilku miesięcy od końca 2003 roku doszło ostatecznie do olbrzymiego skoku światowych cen węgla. W okresie od sierpnia 2003 roku do kwietnia 2004 roku światowe ceny węgla energetycznego wzrosły o 63 proc., odnotowując najwyższy poziom od lat 80. Do 2004 roku, w ciągu 25 miesięcy, ceny węgla wzrosły aż trzykrotnie.

Ówczesny rząd rozpoczął powoli wycofywać się w 2004 roku z planów likwidacji wydobycia i zamykania kopalń, choć jeszcze z początkiem roku negocjował z Bankiem Światowym kolejne setki milionów dolarów pożyczki na odprawy socjalne dla zwalnianych górników. Rozpoczęło się nigdy oficjalnie nieogłoszone rezygnowanie z programu likwidacyjnej restrukturyzacji polskiego górnictwa.

Likwidacyjna restrukturyzacja górnictwa węglowego była działalnością wymierzoną w podstawowe interesy narodowe Polski. Trwała likwidacja zdolności wydobywczych węgla kamiennego na poziomie ponad 50 mln ton rocznie i przekształcenie Polski w importera węgla netto, w sytuacji krajowej elektroenergetyki opartej na spalaniu węgla, była znaczącym ograniczeniem narodowego bezpieczeństwa energetycznego. Likwidacja eksportu węgla na poziomie 30 mln ton rocznie oraz likwidacja możliwości takiego eksportu na poziomie 40 – 50 mln ton rocznie, w sytuacji wielkiego zadłużenia zagranicznego i wysokich kosztów jego obsługi, była niszczeniem ekonomicznego bezpieczeństwa walutowego. Doprowadzenie do kilkuset miliardów złotych strat gospodarczych z powodu ekonomicznego i technicznego niszczenia górnictwa było fundamentalnym naruszeniem narodowych interesów ekonomicznych Polski.

Gdyby nie ten planowy proces, górnictwo węglowe w Polsce okresu 1989 -2004 i lat następnych, byłoby wysoce rentowną i przynoszącą stałe zyski branżą, z kilkudziesięciomiliardową akumulacją finansową. Jak szacował G. Kraus, po niezbędnej racjonalizacji wydobycia i zatrudnienia, zapewniałoby opłacalne wydobycie węgla w tym okresie na poziomie średnio co najmniej około 140 mln ton rocznie i przy spadającym, ze względu na postęp techniczny wydobycia i transportu węgla, średnim zatrudnieniu około 200 tys. pracowników. Przy odejściu od neokolonialnej polityki aprecjacji złotego i jego realnym kursie walutowym, opłacalny eksport węgla mógł osiągać w tym okresie poziom 35 – 40 mln ton rocznie.

Dysponując wielomiliardowymi rezerwami finansowymi rządu 40 – 50 mld zł, górnictwo byłoby też w latach następnych odporne na wahania koniunktury światowej i spadki światowych cen i popytu na węgiel. Miałoby znaczne możliwości okresowego przystosowywania się i produkcyjnego reagowania na wahania koniunktury.


P.S. Muszę ze zdumieniem przyznać się Czytelnikowi, że choć wiem to wszystko już od trzech dziesięcioleci, stale obserwowałem jak to działa i kto w tym uczestniczy, jednak co jakiś czas nie mogę pojąć, jak to było i jest możliwe, aby w województwie śląskim, gdzie jest Uniwersytet Śląski, Politechnika Śląska i Uniwersytet Ekonomiczny, gdzie jest mnóstwo grup i grupek oraz poszczególnych osobników uważających się za elity i autorytety intelektualne, polityczne i moralne, było możliwe bezkarne niszczenie górnictwa w imię obcych interesów, a przy pełnym aplauzie własnym. I że przez 30 lat można było to węglowe kłamstwo utrzymywać w przestrzeni publicznej jako oficjalną prawdę. Rozumiem, choć pojąć nie mogę.

Tekst ten w lutym br. został odrzucony przez redakcję tygodnika “Do Rzeczy” i redakcję tygodnika “Sieci”.

Tak więc nic się w Polsce nie zmieniło od 30 lat i nie zmieni, jeśli to my nie zmienimy ustroju RP i nie wprowadzimy JOW. (Wojciech Błasiak)

Skąd się bierze nędza polskich polityków?

dr Wojciech Błasiak– 25 stycznia 2019

Gdyby dzisiaj drogą losowania, spośród blisko 30 mln Polaków uprawnionych do kandydowania do Sejmu, wybrać 460 przypadkowych posłów, to tak wybrany Sejm byłby z pewnością jakościowo lepszy od obecnego, a pewnie i kolejnego po wyborach w tym roku. Jakość ideowa, intelektualna i etyczna polskich posłów w swej sejmowej masie, odbiega bowiem negatywnie pod jakości przeciętnego Kowalskiego. Choć być może trafiliby się pojedynczy posłowie na poziomie Ryszarda Petru czy Grzegorza Schetyny, to z pewnością jednak nie mieliby szans na zostanie szefami parlamentarnych klubów partyjnych.

Geneza negatywnej selekcji polskich polityków

Obecny katastrofalnie niski poziom ideowy, intelektualny i etyczny tzw. polskiej klasy politycznej, której rdzeniem są posłowie na Sejm, nie jest przypadkowy. Ten poziom jest wynikiem blisko 30 lat negatywnej selekcji polskich polityków.

Tę negatywną selekcję rozpoczął Lech Wałęsa i jego grupa, z takimi czołowymi jej działaczami jak Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, Mieczysław Gil, Jarosław i Lech Kaczyńscy, który przy wsparciu komunistycznej policji politycznej w latach 1986 -1989 zbudował odgórnie nowy związek zawodowy, pod starą nazwą “Solidarności”. L. Wałęsa wyeliminował działaczy i przywódców “Solidarności” sprzeciwiających się porozumieniu z komunistami i na ich warunkach.

Całkowicie samozwańczym tworem był też Krajowy Komitet Obywatelski. Został faktycznie skooptowany przez Jacka Kuronia i jego grupę tzw. lewicy laickiej, wywodzącą się głównie z anarodowego skrzydła byłego KOR, uformowanego następnie w KSS “KOR”.

KKO, z kluczową rolą grupy lewicy laickiej J. Kuronia, stał się trzonem politycznym tzw. strony opozycyjno-solidarnościowej przy tzw. okrągłym stole. A następnie tenże KKO decydował o wystawieniu kandydatów w zakontraktowanych wyborach hybrydowych do Sejmu i Senatu w czerwcu 1989. Co przy tym najważniejsze, na listy wyborcze postsolidarnościowego Komitetu Obywatelskiego nie dopuszczono kandydatów antykomunistycznych i niepodległościowych, zarówno “Solidarności”, jak i ówczesnej opozycji politycznej.

Zadecydowało to o pierwotnym składzie polityczno-personalnym pozakomunistycznych grup politycznych, wyniesionych na scenę polityczną lat 1989-1991. Na tą scenę polityczną zostali wyniesieni, ugodowi wobec komunistów postsolidarnościowi politycy i działacze, o polskiej tożsamości społecznej głównie li tylko obyczajowej, silnie wypreparowanej z idei niepodległości narodowej i suwerenności państwowej.

Formacja komunistyczna zaś, a następnie postkomunistyczna w formule SLD i PSL, z właściwą jej anarodową, aż po antynarodową ideowo i kompradorską tożsamością społeczną, była drugim skrzydłem elit władzy politycznej po 1989 roku. I te dwa skrzydła zadecydowały o genezie nędzy polskich polityków ostatnich 30-tu lat.

Samoreprodukcja nędzy politycznej

Wtórna selekcja tych samozwańczych grup władzy politycznej rozpoczęła się wyborami parlamentarnymi w 1991 roku i trwa do dziś. Mechanizmem tej samoreprodukcji jest negatywna selekcja posłów w postaci proporcjonalnej ordynacji wyborczej do Sejmu. Dzięki tej ordynacji, wyłonione pierwotnie w latach 1987 -1991 samozwańcze grupy polityczne, uzyskały możliwość samodoboru. To one bowiem ustalają partyjne listy kandydatów do Sejmu i dobierają kandydatów oraz ustalają kolejność ich miejsc na listach wyborczych. Decydują o tym, kogo Polacy mogą wybierać.

Wraz z postkomunistyczną formacją polityczną o podległej i lojalistycznej, a w konsekwencji postkolonialnej tożsamości i mentalności, stworzone zostało polityczne przywództwo państwa III Rzeczpospolitej o silnie anarodowej, aż po antynarodowej ideowo tożsamości społecznej.

Najistotniejszą bowiem cechą ordynacji proporcjonalnej jest niemożność istotnej wymiany już zastanych składów partyjno-personalnych. W tej ordynacji bowiem Polacy są pozbawieni biernego prawa wyborczego, gdyż nie mogą kandydować do Sejmu jako obywatele. Mogą kandydować jedynie za zgodą kierownictw partii politycznych na partyjnych listach wyborczych. W tej ordynacji też obywatele mają fasadowe czynne prawo wyborcze, gdyż mogą głosować wyłącznie na już wybranych przez partyjne kierownictwa kandydatów na posłów. Głosują, ale nie wybierają.

Jak to ujął kilka już lat temu w rozmowie ze mną Stan Tymiński – “Polacy są jak Murzyni amerykańscy na południu USA w latach 50. Mają prawa wyborcze, ale nie mają na kogo głosować, a sami kandydować nie mogą”.

W konsekwencji tej negatywnej selekcji polityczne elity przywódcze pełniły rolę przedstawicieli na Polskę obcych centrów politycznych i kapitałowych. Własne zaś społeczeństwo narodowe traktowane było i jest z poczuciem większej lub mniejszej wyższości, aż po ukrywaną pogardę. Niewyartykułowanym, acz decydującym podziałem politycznym w III Rzeczpospolitej ostatnich 30 lat, nie był i nie jest podział na tzw. prawicę i tzw. lewicę, czy też na nurt neoliberalny i nurt neokonserwatywny, lecz podział na dominującą dotychczas antynarodową obiektywnie orientację kompradorską oraz zmarginalizowaną dotychczas ideową orientację patriotyczną.

Zmiana ordynacji wyborczej jako likwidacja nędzy polskiej polityki

Likwidacja negatywnego mechanizmu selekcji polskich polityków, to likwidacja samoreprodukcji ich nędzy ideowej, intelektualnej i etycznej. Jeśli nie zmienimy sposobu selekcji, wyłaniania i rozliczania posłów na Sejm, nie zlikwidujemy ustrojowego mechanizmu, który niszczy nam i pustoszy polską politykę, a w konsekwencji i nasze państwo.

Likwidacja ordynacji proporcjonalnej w wyborach do Sejmu, to zastąpienie jej na wzór angielski ordynacją większościową, opartą na jednomandatowych okręgach wyborczych. Z tym ustrojowym postulatem uzdrowienia polskiego państwa wystąpił jeszcze w 1992 roku świętej już pamięci prof. Jerzy Przystawa, założyciel i przywódca Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.

Wprowadzenie ordynacji opartej o regułę JOW, oznacza w praktyce wybory 460 posłów w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych, z pełną swobodą kandydowania wszystkich uprawnionych obywateli, z równym dla wszystkich kandydujących limitem wydatków finansowych i z jawnością liczenia oddanych głosów.

Pozwoli to nade wszystko na odblokowanie polskiej sceny politycznej i dopuszczenie do wyborów na równych warunkach faktycznych liderów obywatelskich i środowiskowych szerokich odłamów polskiego społeczeństwa. Pozwoli to na uruchomienie pozytywnego mechanizmu selekcji elit politycznych polskiego państwa. Pozwoli na rozpoczęcie procesu wyłanianie kompetentnych i patriotycznych elit przywódczych polskiego narodu i państwa.

W polityce w krótkim okresie czasu trzeba oczywiście posługiwać się zasadą mniejszego zła i chodzić na przeróżne kompromisy taktyczne. Ale w okresie dłuższym nie wolno tracić z oczu celów strategicznych. I tu kompromisy są niedopuszczalne. Tak jak w wypadku konieczności zmiany ordynacji wyborczej w Polsce i wprowadzenia reguły JOW w wyborach do Sejmu. Tu ustępstw być nie może, gdyż przegramy przyszłość.

Polska w czołówce świata. Brniemy od sukcesu do sukcesu.

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    25 września 2022

Już dawno nie było w Polsce tak uroczystej uroczystości. Inna rzecz, że nie było specjalnych powodów, bo wprawdzie rząd „dobrej zmiany” odnosił sukcesy, jednak nie były one specjalnie spektakularne, potem była epidemia, która oczywiście też dostarczyła rządowi „dobrej zmiany” mnóstwa okazji do sukcesów, ale miały one również liczne plusy ujemne, więc nie bardzo wypadało z takich powodów się nadymać. Poza tym w ogóle brniemy od sukcesu do sukcesu, więc przez te lata ludzie się do nich przyzwyczaili i byle sukces nikogo nie rajcuje. Teraz jednak była okazja wyjątkowa. Po pierwsze, „wstawiono klamkę na przystanku w Cisach”. Podobne uroczystości odbywały się również za sanacji, o czym zaświadcza powyższy fragment wierszyka, gdzie mówi się też, że „o Batorym grzmiały senatory”. Po drugie – uroczystość nawiązywała również do chlubnej tradycji PRL, kiedy to przecinano wstęgi nowych inwestycji nie byle jak, tylko w specjalnie wybranych momentach, nawiązujących do różnych historycznych wydarzeń. W związku z tym wykonawcy nie zawsze mogli zdążyć na czas, więc po uroczystym otwarciu inwestycyjny mozół był kontynuowany czasami nawet przez dłuższy czas – ale o tym nie trzeba było już głośno mówić.

Tym razem wprawdzie przekop przez Mierzeję Wiślaną – bo o nim tu mowa – już był wykonany, więc 17 września, w rocznicę „wkroczenia” Armii Czerwonej na terytorium Polski można było uroczystość rozpocząć, chociaż oczywiście to i owo pozostało jeszcze do zrobienia, przede wszystkim – pogłębienie toru wodnego do Elbląga, bez czego cała inwestycja miałaby znaczenie przede wszystkim symboliczne. Chodzi o to, że dzięki przekopowi polskie jachty i statki nie będą musiały z Zalewu Wiślanego płynąć na Bałtyk przez znajdującą się już pod dyktatem Rosji Cieśninę Pilawską, tylko bezpośrednio. Dzięki temu można było nadać uroczystej uroczystości rangę odpowiadającą odzyskaniu przez Polskę dostępu do morza, no i oczywiście przy tej okazji pokazać znienawidzonej Rosji gest Kozakiewicza. Oczywiście obóz zdrady i zaprzaństwa, zamiast poddać się ogólnemu entuzjazmowi, wynajął eksperta z Uniwersytetu Gdańskiego, który obficie sypnął piaskiem w szprychy rozpędzającego się parowozu dziejów wyliczając, że kosztująca dwa miliardy złotych inwestycja może się zwrócić po… tysiącu lat, a i to pod warunkiem, że port w Elblągu będzie uzyskiwał dochody na poziomie 2 mln złotych rocznie, na co chyba się nie zanosi. Ale – jak pisze poeta – „gdy władzę twórczy szał ogarnie, to nie ma dla niej rzeczy trudnej”.

Nie tylko zyski się liczą. Przede wszystkim liczy się sukces, zwłaszcza w sytuacji, gdy Niemcy zaczęły reagować na zaczepki w sprawie reparacji uruchomieniem agentury BND w tubylczej bezpiece, która natychmiast wykryła, że PiS jest ruską agenturą, a przy okazji wydobyła na światło dzienne rewelacje, jakoby Antoni Macierewicz ukrywał ekspertyzy niewygodne dla założonej tezy o zamachu, a w dodatku – ekspertyzy amerykańskie, co graniczy ze świętokradztwem. Ta zatajona ekspertyza ma głosić, że w Smoleńsku nie było żadnego zamachu, tylko zwyczajna katastrofa, a nietrudno się domyślić, że ujawnienie takiej konkluzji godziłoby z same podstawy kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który ma w Polsce chyba tyle samo pomników, co marszałek Piłsudski.

Niezależnie od tego niemiecki kanclerz zaczął robić aluzje do polsko-niemieckiej granicy. Czy w ten sposób nawiązał do wątku, jaki przewija się w uzasadnieniu sprawy reparacji – że mianowicie zrzeczenia się ich w roku 1953 dokonał rząd marionetkowy, taki sam, jak cała PRL, a więc te decyzje są ipso facto nieważne? Wyobrażam sobie, jak tego rodzaju rozumowanie musi cieszyć Niemcy – bo przecież uznanie granicy na Odrze i Nysie przez RFN, a konkretnie – przez kanclerza Brandta, miało miejsce w roku 1970, kiedy PRL trwała w najlepsze. Miejmy jednak nadzieję, że na te ultrademokratyczne i ultrapatriotyczne wątki argumentacji „reparacyjnej” Naczelnik Państwa nałoży surdynę tym bardziej, że jeden sukces już odniósł. Mianowicie podczas sejmowej debaty nad programem „dążenia” do reparacji, wszystkie kluby i koła parlamentarne głosowały za uchwałą w obawie, że w przeciwnym razie zostaną oskarżone o zdradę narodu polskiego, który tak wiele wycierpiał. Na razie to chyba Naczelnika udelektowało, bo dotychczas rząd nie wystosował pod adresem rządu niemieckiego żadnej formalnej noty, podobnie zresztą, jak nie uczynił tego przez ostatnie siedem lat. Co innego pan prezydent Duda. Najwyraźniej będąc pod wrażeniem uroczystej uroczystości nad przekopem Mierzei Wiślanej wyraził pogląd, że Polska mogłaby też „dążyć” do uzyskania stosownych reparacji również od Rosji, na co rosyjski rzecznik odpowiedział, że Rosja może zacząć rozliczenia od XVI wieku. Zwracam tedy uwagę, że ogłoszony przez Naczelnika program „dążenia” nie oznacza wcale pragnienia uzyskania reparacji. Myślę, że sam Naczelnik w głębi duszy w to nie wierzy, natomiast „dążenie” – aaa, to co innego! Można to robić przez całe lata, a – jak pokazało sejmowe głosowanie nad wspomnianą uchwałą – ten moralny szantaż na razie jest bardzo skuteczny, więc daje Naczelnikowi sporą swobodę manewru nawet w sytuacji, gdy stare kiejkuty zostały przez BND zmobilizowane do operacji odwetowej.

Uroczysta uroczystość na Mierzei Wiślanej była jakby wstępem do najważniejszego wydarzenia towarzyskiego w skali światowej, jakie miało miejsce dwa dni później. Mówię oczywiście o pogrzebie królowej Elżbiety II, na który zjechali wszyscy ważniacy z całego świata – oczywiście z wyjątkiem zimnego ruskiego czekisty Putina, który wraz z innymi rosyjskimi dygnitarzami, został z pogrzebu odproszony. Pewną dla niego pociechą może być to, że tej goryczy nie przeżywał sam, tylko dzielił ją z członkiem królewskiej rodziny, księciem Harrym, którego król Karol III odprosił z uroczystej kolacji z udziałem wszystkich światowych ważniaków. Monarchia znowu pokazała swoje plusy dodatnie, podobnie jak podczas wizyty królowej Elżbiety II w Warszawie. Wydała ona przyjęcie, na które zaprosiła m.in. wszystkich byłych premierów, z wyjątkiem Józefa Oleksego, będącego świeżo po przejściach z aferą „Olina”. Józef Oleksy po tym afroncie zaczął objawiać nasilające się skłonności republikańskie.

Ciekawe, jak będzie w przypadku księcia Harry’ego, a zwłaszcza – jego małżonki, bo – jak przypuszczam – to właśnie z jej przyczyny pojawiły się te wszystkie towarzyskie zawirowania. Na szczęście dla nas pan prezydent Duda podczas uroczystości pogrzebowych został posadzony nawet przed amerykańskim prezydentem Bidenem.

Wprawdzie przekop Mierzei Wiślanej nie miał nic wspólnego ze śmiercią i pogrzebem królowej Elżbiety II, ale to może być tylko powierzchnia zjawisk, bo przecież jakaś przyczyna takiego wywyższenia pana prezydenta Dudy musiała być.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nauka a Początek

Krystian Zawistowski

1 Wstęp

W książce „Science and Creation” kosmolog Stanley L. Jaki postawił następujące pytania: Jak to się stało, że postęp tylu starożytnych kultur naraz utknął w martwym punkcie mimo osiągnięć w technice, matematyce, medycynie, czy astronomii? Dlaczego nie udało się w starożytności wytworzyć nauki prawdziwego zdarzenia? Dlaczego później stało się to akurat w Europie?

Filozofia nauki dzieli badanie nauki na kontekst odkrycia i uzasadnienia. To drugie, kontekst uzasadnienia tyczy się tego, jak poznać czy wiedza naukowa powinna być uznana. Jest to proste, zwłaszcza w wyrafinowanych metodologicznie dziedzinach, jak fizyka. Należy testować hipotezy przez istotne predykcje – jest to podstawa falsyfikacjonizmu. Ten prosty pomysł towarzyszył pewnie ludziom od bardzo dawna, być może od czasów starożytnych. Gdy natrafili oni na problem techniczny w rodzaju podtrzymanie ognia czy wytworzenie jakiegoś narzędzia czy ubrania mogli testować pomysły przez doświadczenie i eliminować te, które nie działają. Być może tak właśnie zaczął się postęp techniczny w neolicie, po to by później pojawiło się pismo, obróbka metali, wozy i wiele innych wynalazków.

Ten postęp kończył się jednak nieuchronnie w martwym punkcie i schemat ten powtórzył się w wielu kulturach. By otrzymać naukę trzeba jeszcze czegoś wiecej, niż falsyfikacjonizm. On jedynie pokazuje schemat przy pomocy którego jest możliwe, że rozwinie się nauka.

W praktyce przestrzeń pomysłów opisu rzeczywistości jest szeroka, a jej większość to ślepe uliczki (co zaraz zobaczymy na przykładach). Po pierwsze trzeba jakimś sposobem wpaść na te dobre, a po drugie wytrwale nad nimi pracować, do czego trzeba wiary, że wydadzą owoce. By wyprodukować rewolucję naukową trzeba było najpierw na poważnie uwierzyć, że znane nam dziś sposoby badań rzeczywistości mogą być jakkolwiek produktywne.

Dla nas w obecnych czasach jest to oczywiste, ale wielkim błędem jest sądzić, że to samo stosuje się do starożytnych, dowodzi w szczegółach Jaki. Okazuje się, że tam zalążki nauki nieuchronnie rozbijały się o mur pogańskiej wizji świata, gdzie człowiek był zakładnikiem fatum, a wszystkie jego wysiłki musiały prędzej czy później obrócić się w pył.

U podstaw tej wizji leżą poglądy na kosmologię i metafizykę, która u większości dawnych pogan była zbliżona. Łatwo dostrzec, że niektóre schematy w przyrodzie są wysoce cykliczne. Dzień i noc, zima i lato, przypływy i odpływy mórz. Ważne, że wszystko to ma rzeczywisty związek z ciałami niebieskimi, Słońcem i Księżycem. Umysł, który nie zna nowożytnej nauki może łatwo znaleźć o wiele więcej schematów pozornie-cyklicznych – katastrofy, susze, wojny, upadki wielkich kultur – wszystko to powtarzało się w starożytności nie raz. Następnie, widząc takie podstawowe zjawiska astronomiczne jak cykl dzienny czy roczny, łatwo szukać w niebie wskazówek dla wszystkich innych wydarzeń. Stawka jest duża, bo jeśli nieszczęście ma nadejść, to dobrze o nim wiedzieć zawczasu, jeśli tylko istnieje na to jakiś sposób. Nieuchronnie więc starożytne kultury poważały bardzo wróżbiarstwo z gwiazd – astrologię. Przez cały antyk traktowano ją jako poważną naukę i prestiżowe zajęcie dla mędrców. Najpopularniejszą księgą Klaudiusza Ptolemeusza nie był za jego czasów Almaghest – podręcznik astronomii matematycznej, tylko Tetrabiblos – podręcznik astrologii.

Jedno notabene było istotnym narzędziem drugiego, bo astrologowie do swoich horoskopów potrzebowali precyzyjnych predykcji ruchu planet. Co więcej, ten paradygmat szukania cyklicznych schematów dziejących się pod wpływem ciał niebieskich rozciągnęli oni do granic możliwości. Efektem jest koncepcja Wielkiego Roku – chodzi o to, że po długim czasie niebo powróci ponownie do tego samego stanu co kiedyś, i wszystkie rzeczy na świecie, wliczając w to losy ludzkie, wrócą do punktu wyjścia i rozegrają się ponownie. U Greków do obliczenia czasu Wielkiego Roku zaprzęgnięto astronomię, by wskazać, kiedy niebiosa powracają do tego samego stanu, zależnie od wersji mogło być to 50 tys lat, albo 15 tys lat albo też inna liczba.

Powyższe poglądy miały ogromny wpływ na ludzkiego ducha tamtych czasów. Pod wiecznymi niebiosami Greków znajduje się wieczny świat, tak jak niebiosa wykonują idealnie powtarzalne ruchy, tak świat odgrywa w koło tą samą historię. Wszelki postęp, wszelka wiedza musi obrócić się w popiół, po to by 50 tysięcy lat później być odkryta raz jeszcze, przez identyczne kopie Ptolemeusza, Erastotenesa czy Archimedesa – i tak raz po raz przez wieczność. Człowiek w takiej wizji świata jest bezwolnym zakładnikiem fatum – prawie nic od niego nie zależy i nie może odmienić swojego losu na swoją korzyść. Cokolwiek mu się przytrafia, przytrafi się ponownie i przytrafiło się w przeszłości. Postęp jest możliwy tylko w ramach cyklu – uda się osiągnąć to co w kolejnych cyklach i uda się na darmo, bo wszystko będzie zniweczone i zapomniane. Na przykład stoik Cyceron pod koniec dzieła „Republika”, nalega, że ze względu na Wielki Rok nawet żaden mąż stanu nie powinien oczekiwać wiecznej sławy za swoje zasługi bo cykliczne katastrofy rujnują także pamięć i sławę.

Wpływ tego na wysiłki przyrodnicze omówimy na przykładzie dwóch ważniejszych filozofii przyrody klasycznego antyku. Stoicy zbudowali czysto jakościową (opisową) fizykę zajmującą się w wielkich szczegółach zjawiskami, które dziś zaliczylibyśmy do termodynamiki fenomenologicznej. Pierwiastki Empedoklesa (ogień, powietrze, ziemia, woda) zostały powiązane z własnościami naprężenia i ciśnienia. Z obsesji na punkcie cykliczności następnie wyłoniła się opisowa wersja dynamiki drgań i fal. Wszystko było jakiegoś rodzaju falą, wliczając w to sam wszechświat, oscylujący między ognistą zagładą, a okresami wielkiej wilgoci (pewnie w praktyce chodzi tu o coś w rodzaju potopu). Trzeba tu wskazać, że cykliczność była tu mocno związana nawet z pojmowaniem czasu, przyklejonym nieuchronnie do wielkiego zegara na niebie. Stoicy nie byli w stanie pojmować czasu w atomowych jednostkach typu godzina czy sekunda. Rzymska „godzina” to pora dnia w oparciu o pozycje słońca, więc bezsensownym jest mówić o długości godziny – z resztą długość i tak będzie różna, zależnie od pory roku. W nocy czas dzielono na „straże”, w oparciu o zmiany warty wojsk, ogłaszane trąbami. Zauważmy tutaj, że dokładność absolutna tych „straży” była niezbyt wielka, ale można było je wykorzystać w sensie relatywnym. Np spotkać się w ustalonym miejscu po drugiej trąbie, niezależnie od tego, czy akurat będzie to 11 czy 1 w nocy wedle naszej miary.

Jeśli ktoś chce uzyskać dramatyczne potwierdzenie prawdziwości problemu z abstrakcją interwałów czasowych, może sobie obejrzeć w Japonii zegar Tanaki zbudowany w 1851 roku. Ogromny mechanizm składający się z tysięcy części udało się zreplikować z wielkim trudem w XXIw, a trzeba było do tego pół roku pracy 100 inżynierów. Wszystko to zaś potrzebne tylko po to, by liczyć zmiennej długości godziny, podobnie jak to robili Rzymianie. Dopiero 20 lat później w Japonii zaadaptowano stałe interwały czasu, zgodnie z wskazaniami prostych europejskich zegarów, które mieli oni od 200 lat.

Starożytnym Grekom i Rzymianom niemożność postrzegania interwałów czasowych uniemożliwiała (wskazuje Jaki) rozwikłanie problemów dziś uważanych za bardzo proste. Jednym z nich był paradoks strzały (wymyślony przez Zenona) – głosi, że dla lecącej strzały, w każdym ustalonym punkcie w czasie strzała ma jakieś położenie, dokładnie tak, jakoby spoczywała, a mimo to między dwoma punktami w czasie jej położenie się zmienia. Dla nas to prosta zagadka, bo rozwiązanie jej jest wbudowane w nasze typowe schematy myślenia, wystarczy zastąpić podział czasu na punkty podziałem go na interwały (na sekundy itd). Wyrwanie się z tych okowów myślenia nie było jednak wcale proste, a były one wyjątkowo mocno krępujące. Bez pojęcia czasu nie sposób stworzyć spójnej ilościowej kinematyki i dynamiki, jaką wytworzyli Buridan, Oresme, a potem Galileusz, Newton i inni (o czym za chwilę).

Drugi ważny filozof, Epikur miał (jak to Jaki określił) „naprawdę schizofreniczne podejście do nauki”, co ma związek z wysoce depresyjnym fatalizmem tejże filozofii o cyklach i Wielkim Roku. Jeśli bowiem do fatum zapisanego w gwiazdach, dorzuci się powiązanie zjawisk fizycznych racjonalnymi prawami, można dojść do wniosku, że wszystko jest kontrolowane przez fatum. Epikur więc podkreślał bardzo swoją zasadę wielu możliwych wyjaśnień, co z kolei było przez niego wykorzystane by ratować resztki pocieszenia jakie można było znaleźć w greckiej religii pogańskiej. Bożkowie tej religii musieli być postawieni poza nieubłaganym mechanizmem cykli, by ofiary i modlitwy mogły być jakkolwiek skuteczne, gwarantując Starożytnym Grekom odrobinę psychicznego komfortu. Zakusy filozofów natury mogły ten wątły porządek tylko zburzyć i zostawić człowieka w beznadziejnych ciemnościach. Widzimy tutaj, że nauka Stoików i innych naturalistów niekoniecznie była uważana za coś godnego pochwały, mogła być też logicznie uznana za działalność wrogą ludzkiemu dobrostanowi.

Oto dwa przykłady niszczącego wpływu idei wiecznych powrotów na naukę, które też powtórzyły się nie raz w innych kulturach. Z resztą stoicy i ogólnie Grecy wskórali na naukowym polu więcej, niż jakakolwiek inna antyczna kultura. Można to powiązać z wiarą w Logos – racjonalny porządek twórczy świata. Wiara w Logos implikuje, że świat może rządzić się racjonalnymi prawami i można te prawa odkryć. Ta idea jednak natrafiła na znaczny opór ze strony pogańskiego otoczenia (np. Epikur wyżej). W późnym antyku Grecka i Rzymska nauka usunęła się w cień, nie znaleźli się na czas następcy, którzy mogliby napisać kolejną kartę, albo chociaż przechować bez błędu, to co im przekazano.

Jaki wskazuje, że inne kultury były nawet słabsze pod względem naukowego zacięcia od wymienionych Greków i Rzymian. Niezmiennie powodzeniem cieszyło się wróżbiarstwo z gwiazd, a badanie przyrody miało jeszcze mniej zwolenników, niż w basenie Morza Śródziemnego. Wieczne cykle, fatalizm i przekonanie o otaczającym chaosie nadawały intelektualny ton.

Jednym z bardziej intrygujących przypadków są kontynuatorzy myśli antycznej, islamscy Arabowie, a to dlatego, że religia Mahometa zakłada między innymi, że Wszechświat został stworzony przez islamskiego Boga i ma też definitywny koniec. Mogłoby to dać lepszą szansę by wyzwolić się z przekleństwa wiecznych cykli, niż stoicki Logos. Tak jednak się nie stało i wśród uczonych przeważał wpływ antycznej filozofii, czy też utrzymywano, że tak filozofia jak i islam mogą współistnieć bez istotnej sprzeczności, zarazem twierdząc jednocześnie co innego. Słynny tamtejszy uczony Awerroes na przykład utrzymywał, że jeśli dociekania filozofii stoją w sprzeczności z księgami islamu, to znaczy, że nie rozumiemy odpowiednio tych drugich (nietrudno znaleźć dobre argumenty za takim podejściem, gdyż Koran zawiera wersety sugerujące rzeczy w oczywisty sposób nieprawdziwe, np że słońce wschodzi w bagnistym stawie, albo, że gwiazdy są bliżej Ziemi niż Księżyc). Paradoksalne, że Awerroes sam był jednym z najwybitniejszych lekarzy średniowiecza i stosował z sukcesami badania empiryczne do medycyny, jednocześnie podchodząc służalczo do Arystotelesa w filozofii. Podobnie inny słynny lekarz Awicenna który zdaniem Jakiego zarazem zrobił więcej, niż jakikolwiek inny Muzułmanin by zgasić płomyk nauki w świecie Islamu.

W efekcie bardzo bezkrytycznie przyjęto grecką filozofię, na czele z Arystotelesem – zarówno w tym co u niego było wartościowe, jak i w jego zabetonowanej na postęp i na ogół mało efektywnej nauce. Od przyjrzenia się tej ostatniej zaczniemy kolejny rozdział.

2 Średniowieczna rewolucja w fizyce

Arystoteles ze Stagiry, najbardziej szacowny logik, przyrodnik i filozof starożytności, położył też istotne zasługi na polu fizyki. Skazą jednak na tych ostatnich kładą się „zamaszyste i często błędne uogólnienia”, które w niej wprowadzał, czysto a priori. Zakładał na przykład, że ruch potrzebuje przyczyny, przyłożenia stale (czegoś w rodzaju) siły motorycznej. Nie jest to zły pomysł, jeśli zauważymy, że większość poruszających się przedmiotów w jego czasach podlegała znacznym oporom ruchu: statki, wozy, zwierzęta juczne itd. Problem oczywiście z tym, co do tego schematu nie pasuje, a co trzeba było zamieść pod dywan ad hoc.

Oto więc strzała wypuszczona z łuku zdaniem Stagiryty była poruszana również przez stałą siłę motoryczną i ta siła miała być przenoszona przez „zaburzone powietrze”. „To powietrze, uderzone ręką albo przez maszynę balistyczną, podtrzymuje i popycha pocisk” pisze Jaki. Jest to blisko związane z innym poglądem Arystotelesa, że ruch w próżni jest niemożliwy. Jak trafnie zauważy dalej Jean Buridan, łatwo udowodnić błąd tego rozumowania doświadczeniem. Otóż gdy nabierzemy rozpędu i wykonamy długi skok, to będziemy czuli opór powietrza z przodu, a nie jego popychanie z tyłu.

Innym problemem był ruch ciał niebieskich – Arystoteles stwierdził, że są one uwięzione w krystalicznych sferach otaczających Ziemię i te sfery dla odmiany muszą rotować ze stałą prędkością, bo są zrobione z innego rodzaju materii. Jedne sfery są umieszczone w innych, co sprawia, że „gwiazdy wędrujące” (znane starożytnym 5 planet Układu Słonecznego) poruszają się nieregularnie.

Ważną starożytną innowacją powyższego systemu było zastąpienie koncentrycznych sfer niekoncentrycznymi przez wspomnianego Ptolemeusza (epicykle, deferenty), co pozwoliło stworzyć wysoce precyzyjny system predykcji planet – nie spowodowało to jednak większych zmian w podanym rozumieniu fizyki ruchu.

Przewija się tu błąd nadmiernego dodawania złożoności, by uzgodnić teorię z rzeczywistością – problem w tym, że postępując w ten sposób zawsze można uzgodnić system z rzeczywistością. Arystoteles nie miał powodu by szukać czegoś prostszego, jego następcy przez 1500 lat również. Dopiero w późnym średniowieczu naukowcy będą wiedzieli, czego szukać (jak zaraz zobaczymy).

W V-VI. wieku pierwszą i przez długi czas jedyną krytykę tych poglądów napisał chrześcijanin Jan Filopon. Na temat problemu strzały z łuku napisał on, że strzała porusza się bez żadnej siły, bo struna luku wygenerowała energię, „wielkość ruchu” – co jest poprawnym opisem. Jaki wynotował więcej jego rewolucyjnych na jego czasy tez. ([SC], s. 186) „wszystkie ciała poruszają się w próżni z taką samą prędkością niezależnie od ich wagi”. „ciała o bardzo różnej masie spadają z tej samej wysokości w tym samym czasie”. Co więcej ([SC] s. 187) zaatakował pogańską Arystotelesową kosmologię, „rzekomą boskość niebieskiej materii i wieczny ruch w panteistycznym kosmosie”. Napisał na przykład „Czyż słońce, księżyc, gwiazdy nie mogłyby przez Boga, ich Stwórcę, być obdarzone pewną energią kinetyczną, w ten sam sposób jak ciężkie i lekkie przedmioty są obdarzane tendencją ruchu?„. Podał również argumenty przeciwko wieczności wszechświata. Zdumiewające może się wydawać, że Filopon, który odgadł jako jedyny te fakty, zrobił to z jawnym odniesieniem do Chrześcijańskiego Objawienia. Widać, że w tej epoce było ono niezbędne by rozwinąć taką ideę – Filopon znany był też filozofom arabskim, natomiast brali oni stronę Greków.

Z dużym opóźnieniem wybór spuścizny antyku dotarł na Zachód Europy i wzbudził prędko wielki spór. Scholastycy, interpretując chrześcijańskie Objawienie metodami logiki ustalili, że musi wynikać z niego początek wszechświata w czasie. Z drugiej strony cała rzesza zwolenników filozofii Arystotelesa i Awerroesa (stąd nazwa Awerroiści), utrzymywała, że według dowodu logicznego wszechświat musi być wieczny. Spór zakończył się tak, że przekonująco obalił ten dowód Św. Tomasz z Akwinu. Według samej filozofii, zdaniem Tomasza, nie da się rozstrzygnąć, czy Wszechświat jest wieczny, czy nie. Z objawienia jednak wynika, że nie. Tak oto po raz pierwszy europejski człowiek na dobre przekonał się, że wszechświat wieczny nie jest – a wraz z wiecznym wszechświatem zniknęło też przekleństwo wielkich cykli. W 1277 biskup Paryża Tempier potępił oficjalnie listę poglądów typowych dla tejże filozofii pogańskiego antyku: o uniwersalnym intelekcie (wszyscy ludzie mają ten sam intelekt), o wiecznym wszechświecie, o tym, że niebiosa są ożywione boską mocą, że ciała niebieskie są żywymi organami jak np ludzkie oczy i uszy, o tym, że wszystkie wydarzenia wiecznie powtarzają się co 36 tysięcy lat. Cóż za przewrotna odmiana losu. Średniowiecze dziś uchodzi za wieki ciemne pośród liberalnych akademików także przez takie sytuacje, gdzie ograniczano „wolność akademicką”. Niezbitym faktem jednak jest, że wtedy to właśnie katolicka teologia i kościelne klątwy popchnęły ogromnie ludzkość do przodu. Uderzono w błędy pogańskie, które krępowały wszelkie innowacje i których nie udało się przezwyciężyć przez tysiące lat w żaden inny sposób żadnej innej kulturze.

Z poglądów na stworzenie wszechświata wynika prosto kolejna, bardziej nawet istotna kwestia. Otóż Wszechświat stworzony przez Mądrość Przedwieczną powinien rządzić się racjonalnymi prawami i powinno dać się te prawa odkryć. Dobrze ujął to wybitny filozof i logik XX wieku, A.N. Whitehead (cyt. [SC] 231.):

„Nie sądzę abym wspomniał największy wkład mediewalizmu do formacji ruchu naukowego. Mam na myśli niewymazywalne przekonanie, że każde szczególne wystąpienie można skorelować z jego poprzednikami w idealnie zdefiniowany sposób, ilustrując ogólną regułę. To instynktowne przekonanie, żywo postawione przed oczami wyobraźni, które jest motywem badań, to jest sekret”.

„Gdy porównamy ten ton myśli w Europie z podejściem innych cywilizacji, o ile były zostawione samym sobie, wydaje się być jedno źródło jego powstania. Musi to pochodzić ze średniowiecznego nacisku na racjonalność Boga”

„Moje wyjaśnienie jest takie, że wiara w możliwość nauki, wytworzona jako poprzednik nowoczesnej nauki, jest nieświadomą pochodną średniowiecznej teologii”.

Powyższy fakt został po raz pierwszy w wielkich szczegółach udowodniony przez francuskiego fizyka Pierre Duhema i jest znany jako teza Jakiego-Duhema. Za ’Systeme du Monde’ tego pierwszego stwierdzić należy nawet więcej niż Whitehead ([SC], s.231):

  • „wiara w możliwość zrozumienia natury ma logiczne uzasadnienie w średniowiecznej teologii o Stwórcy i stworzeniu.”
  • „wiara w możliwości nauki”, konieczna by skupić na niej ludzkie wysiłki, jest „najbardziej świadomym skutkiem zasad średniowiecznej teologii”.

Dalej wypiszemy co istotniejsze postępy, które podłożyły konieczne podwaliny pod rewolucję naukową XVI-XVII wieku.

Jan Buridan (zm. 1359-1362), ksiądz i profesor Uniwersytetu Paryskiego, wymyślił bliskiego poprzednika dynamiki Newtona – teorię impetu. Impet był wielkością wprost proporcjonalną do prędkości ciała, dostarczano go przez popychanie ciała, a wytracano przez opory ruchu. Buridan pisze [SC] (s. 233) „(impet także tłumaczy dlaczego) ktoś kto chce skoczyć dalej cofa się by nabrać prędkości, aby przez bieg nabrać impetu, który poniesie go dłuższy dystans podczas skoku. Toteż osoba tak biegnąca i skacząca nie czuje by powietrze ją poruszało ale czuje powietrze z przodu mocno stawiające opór”.

Buridan uderzał też w arystotelesową astrofizykę: „Co więcej, gdyż Biblia nie twierdzi by stosowne inteligencje poruszały ciała niebieskie, nie wydaje się koniecznym zakładać żadnych inteligencji tego rodzaju, bo Bóg mógłby, podczas stwarzania świata, poruszyć każde z ciał niebieskich jak chciał, a ruszając je nadał im impety, które poruszały nimi (…)”

Biskup Robert z Lincoln (Grosseteste) ([SC], s. 222), pierwszy kanclerz Uniwersytetu W Oksfordzie pierwszy dostrzegł siłę matematycznego (geometrycznego) opisu natury. Głównym jej przedmiotem było światło – rozchodzące się po liniach prostych i podlegające załamaniu i odbiciu najłatwiej zdradzało matematyczny charakter. Biskup Lincoln zajął się więc optyką – pozwoliło mu to trafnie stwierdzić, że tęcza jest zjawiskiem refrakcyjnym, (w przeciwieństwie do Arystotelesa), co „było niezastąpionym krokiem do trafnego rozwiązania, które podał niecały wiek później Teodoryk z Freibergu (zm. 1311)”. Ta obserwacja jest niezmiernie ważna, jeśli rozpatrzymy poprzednie 2000 lat. W antyku istniały, i to na zdumiewającym stopniu zaawansowania, geometria, matematyczna astronomia i inżynieria. Grecy dowiedli, że Ziemia jest okrągła, zmierzyli jej obwód w oparciu o pozycję słońca i stworzyli system predykcji ruchów planet równie precyzyjny, co ten Kopernika. Jednak rozszerzenie tego na otaczającą przyrodę nie budziło zainteresowania, a intelektualną niszę tego typu badań zajęło wróżbiarstwo z gwiazd. Tak jak późnośredniowieczny myśliciel szukał korelacji efektu z jego poprzednikami, tak starożytny szukał korelacji zjawiska z ruchami „gwiazd wędrujących” (planet). Jedno jest podejściem stricte naukowym, drugie dusi naukę w zarodku.

Przejdźmy do początków ilościowej kinematyki i dynamiki – takiej jak poznajemy obecnie w szkole. Pierre Duhem ([D] s. 59) wskazuje, że reguła kwadratowej zależności w ruchu przyspieszonym [s=a*t^2 md] została odkryta w Paryżu lub Oksfordzie i znaleźć ją można w pracy biskupa Oresme (zm. 1382) o geometrii analitycznej. Do XVI wieku powtórzono ją w wielu traktatach. Po raz pierwszy zastosowanie jej do ciał spadających podaje hiszpański dominikanin Soto w 1545, nie twierdząc bynajmniej, że ją wynalazł.

Oresme udowodnił też, że ciało poruszające się w ruchu jednostajnie przyspieszonym porusza się ze średnią prędkością równą średniej prędkości początkowej i końcowej. Wprowadził przy tym wczesną formę całkowania.

Należy tu podkreślić, że prawo spadku swobodnego przypisywane Galileuszowi nie zostało po raz pierwszy wymyślone przez Galileusza. Co więcej, sama reguła matematyczna była powszechną wiedzą naukową dużo wcześniej i Galileusz musiał o tym dobrze wiedzieć.

Wcześniej na temat metodologii nauki i eksperymentów pisali Robert Bacon, Św Albert Wielki i wspomniany bp Grosseteste. Skupmy się ponownie na tym ostatnim i jego roli jako filozofa nauki, który wyprzedził bardzo swoje czasy dokonując poniższych innowacji.

  1. Pierwszy opis kontrolowanego eksperymentu.
  2. Zasadę demonstracji poprawności hipotezy naukowej przez metodę falsyfikacji.
  3. Wskazanie na matematykę, jako aparat do opisu przyrody.

Można do tego dodać wyrafinowaną teorię pomiaru, o której wspomina Jaki. Ci, którzy znają filozofię nauki, mogą się w tym momencie mocno zdziwić – poruszono tu problemy, które filozofia nauki rozwiązywała po omacku aż do połowy XX wieku. Głównie pod wpływem Francisa Bacona uznano, że metodą nauki jest indukcja: wyprowadzenie ogólnej zasady z obserwacji wielu podobnych wypadków (bez żadnego pokrycia w rzeczywistości). Potem Hume zauważył, że indukcja nie daje żadnego logicznego uzasadnienia czy weryfikacji hipotez, co nazwano problemem indukcji. Przez kolejne 150 lat usiłowano ten problem bezskutecznie rozwiązać, po czym w XXw. pojawił się Karl Popper i stwierdził, że indukcja nie ma żadnego znaczenia dla nauki i metoda naukowa opierać się musi na testowaniu i falsyfikacji. Tak oto historia zatoczyła ogromne koło.

Predyktywne testowanie było standardem na długo przed Popperem. Stosowali je różni wybitni uczeni: na przykład w XVIw. Tycho Brahe, do stwierdzenia (na podstawie m.i. prób obserwacji paralaksy gwiezdnej), czy Ziemia jest stacjonarna względem gwiazd stałych (wedle ówczesnego mu stanu wiedzy odpowiedź była twierdząca). Potem zaś Lavoisier, Le Verrier, Mapertuis (słynna ekspedycja do Ekwadoru), Kepler i wielu innych.

Podnosi się czasem dyskusja, czy nauka naprawdę potrzebuje filozofii. Ja odpowiadam, że gdyby nauka opierała się na świeckiej filozofii, to dalej siedzielibyśmy przy świecach i jeździli furmankami. Pierwszy powód jest taki, że ci filozofowie uznawali za metodę empiryczną (za Baconem, Millem i innymi specami od indukcji) jej wypaczoną wersję. Mówię tu o tej bardziej światłej i wyrafinowanej stronie tejże filozofii, która reprezentowali Hume, Russell, Carnap, czy Mach a u nas np Kotarbiński, nie o kontynuacjach opisanego wyżej zabobonu pogańskiego jak Hegel, Nietzsche czy Marks.

Po drugie, kontekst odkrycia jest tu jeszcze gorszą porażką niż kontekst uzasadnienia, przez zaciekłe zwalczanie jedynej sensownej odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ogóle miały być jakiekolwiek prawa naukowe, tzn racjonalnego Stwórcy. Za czasów rewolucji naukowej od XVI do XIX wieku prawie wszyscy naukowcy wierzyli w Stwórcę i to bardziej żarliwie niż większość populacji. Ojciec chemii Lavoisier, jeden z najwybitniejszych matematyków Cauchy i najwybitniejszy astronom XIXw Le Verrier – wszyscy ci byli dobrymi katolikami w rewolucyjnym klimacie przełomu XVIII/XIXw. Le Verrier i Cauchy bronili odważnie wiary i katolickiej wizji świata. Wyjątkowo wyraziste poglądy na ten temat miał Issac Newton, niezmiennie uznawany za jednego z najwybitniejszych fizyków. Nawet jego czysto naukowe prace nie mogą obejśc się bez odniesień do Stwórcy i Jego nadrzędnej roli w istnieniu praw natury. Prywatnie Newton wyznawał formę nieortodoksyjnego chrześcijaństwa i miał wielką obsesję na punkcie wertowania Biblii, w której jego zdaniem kryły się jakieś sekrety. Dalej można wymienić wielu innych wierzących chrześcijan, katolików i protestantów: Galileusza, Leibnitza, Keplera, Voltę, Faradaya, Maxwella, Mendla, Brache, Eulera, Boyle’a, Riemanna. Jeśli usunąć tych ludzi, to z podręczników podstaw fizyki niewiele zostanie.

Zauważmy z resztą, że nawet w wolnomyślicielskich kręgach oświecenia wiara w stwórcę była trudna do uniknięcia, w sytuacji, gdy główną inspiracją „mechanicznej filozofii” Voltaire’a był Newton. Być więc ateistą w XVIII wieku to wyrzucić do śmieci jedyną odpowiedź na najbardziej palące pytania epoki. Voltaire, d’Alembert, Montesqieu, Trembecki, Jefferson, Franklin, E. du Chatelet czy Robbenspierre byli deistami (wierzyli w Stwórcę, ale generalnie nie w to, że będzie On sądził żywych i umarłych). Ateizm w XVIII wieku pojawia się u takich ludzi jak d’Holbach, de Sade, Diderot (pod koniec życia) czy Casanova – łączy tych panów niewielka wiedza naukowa w parze z niskim poziomem moralnym, zwłaszcza pod względem rozpustności.

Naukowcy-ateiści pojawili się później. Notabene, jeśli nie można odpowiedzieć na pytanie „skąd prawa naukowe” w sposób zgodny z naszymi przekonaniami, to trzeba wymyślić coś innego, na przykład, że pytanie jest bez sensu. Tak oto dochodzimy do filozofii pozytywistycznej, wedle której nauki stanowią najdoskonalszy wzór dochodzenia, a to, z czym nie są w stanie sobie poradzić, jest bez sensu. Wśród fizyków jednym z wczesnych głównych proponentów był Ernst Mach. Jego ideologia (np o tym, że dopuszczalna wiedza składa się z tego, co obserwowalne) doprowadziły do wściekłych ataków na Ludwiga Boltzmanna i jego statystyczną termodynamikę. Boltzmann miał jednak rację – nie tylko dlatego, że wszyscy fizycy dziś się zgadzają z jego teorią, ale także dlatego, że sam poprawnie zastosował metodologię empirycznego testowania. Widzimy więc, że pozytywistyczny zabobon wchodził w paradę nauce nie tylko przez indukcjonizm, ale także przez poglądy na to jaka wiedza jest dopuszczalna (program by uspójnić z rzeczywistością to ostatnie przy pomocy filozofii języka zawalił się w połowie XX wieku). Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dalej naukowcy odpływali od lampy Objawienia, tym bardziej po omacku musieli poruszać.

Co do indukcji, natrafiłem na ciekawy epilog pod postacią teorii inferencji indukcyjnej Raya Solomonoffa z lat 60. XX wieku. Jest to złożony model znajdujący zastosowanie w teoretycznej informatyce i nie będę dyskutował go szerzej, natomiast chcę zauważyć jeden szczegół.

Otóż metoda ta przyjmuje jako założenie, że jeśli dany zbiór obserwacji jest wygenerowany przez algorytm – wtedy można odkryć ten algorytm. Tak właśnie powróciliśmy do punktu wyjścia – metoda ta musi więc przyjąć, że wszechświat rządzi się racjonalnymi prawami, by móc go badać. Dlaczego więc mielibyśmy to robić? Większość wybitnych naukowców miała prostą odpowiedź – bo tak został stworzony przez Stwórcę. I tylko dzięki tej odpowiedzi nauka mogła się narodzić w późnym średniowieczu.

3 Epilog: Multiverse

Popper i jego następca Imre Lakatos precyzyjnie wyjaśnili kontekst uzasadnienia nauki. Dzieje się to niezmiennie przez testowanie hipotez poprzez istotne predykcje i poprawianie, zastępowanie tych, które nie działają. Myślałby kto, że postęp ten powinien być przywitany w świecie naukowym z otwartymi ramionami. Problem jednak nie w odkryciu metody – wszak jej prymitywną wersję odkrył już dawno temu bp Lincoln. Przyjrzyjmy się, dla przykładu, fizyce teoretycznej – tradycyjnie jednej z najbardziej wyrafinowanych metodologicznie dziedzin. Od ponad 40 lat jednym z głównych pomysłów w teorii oddziaływań fundamentalnych jest teoria superstrun. Ostatnio popularna jej wersja, Multiverse, postuluje istnienie wielkiej liczby wszechświatów równoległych. Mimo tych znaczących wysiłków możliwości jej przetestowania nie ma i na razie nie będzie, a 40 lat to akurat tyle by ludzie, którzy robili z tego pierwsze dyplomy zdążyli się mocno zestarzeć. Co dalej? Prawowierny falsyfikacjonista (w sensie teorii programów badawczych Lakatosa), Peter Woit grzmi, że teoria strun jest „nawet nie błędna”, a nawet gorzej, i dalsze zajmowanie się nią bez przyznania się do porażki tylko hamuje postęp:

„Wiele pomysłów ’nawet nie błędnych’ w sensie braku opcji by je przetestować może być nadal owocna np otwierając nowe pola badań (…). Ale problem z takimi rzeczami jak teoriostrunowe teorie Multiverse jest taki, że „Multiverse” jest nie tylko nietestowalny, ale też wymówką dla fiaska. Zamiast otworzyć postęp nauki w nowym kierunku, takie teorie są stworzone by go zgasić przez usprawiedliwianie przegranego programu badawczego. „

Opozycja względem tego pomysłu jest jednak znaczna, zarówno od strony badaczy teorii strun, jak i na zewnątrz fizyki. Ci pierwsi (np. S. Carroll, R. Dawid) uważają, że empiryczna testowalność jest „przeceniana” i teoria strun może być „potwierdzona” również w sposób nieempiryczny. Sprowadza się to do pewnego rodzaju metafizyki postawionej na piedestale nauki.

Znaczenie Multiverse jest jednak większe na zewnątrz fizyki jak za chwilę zobaczymy. Po dziś dzień można udowodnić istnienie Stwórcy ze świata stworzonego, postrzegając porządek celowy we Wszechświecie, a także złożoność Kołmogorowa w świecie biologicznym. Parametry fizyczne Wszechświata są akurat takie by umożliwić powstanie życia (fine tuning), pierwsze żyjące komórki nie mogły powstać bez udziału inteligentnego architekta (abiogeneza). Ludzki inteligentny umysł nie mógł powstać w sposób przypadkowy i nie ma po nim śladu w DNA. To wszystko jest właśnie dowodem teleologicznym – nic z tego nie mogło wydarzyć się przez przypadek. Nawet jeśli będziemy czekać 9 mld lat na jednej z trylionów planet, to będzie ogromnie za mało. Musi więc istnieć Stwórca.

Na rozwiązanie jednego i drugiego problemu zaproponowano teorię Multiverse właśnie, to znaczy dowolne niemożliwości mogą się zadziać, jeśli wyobrazimy sobie bardzo wiele równoległych wszechświatów. Eugene Koonin, znany biolog, w „Logic of Chance” wyliczył prawdopodobieństwo abiogenezy na poziomie 10 do -1000 i podsumował, że normalnie to niemożliwe, natomiast założenie teorii Multiverse rozwiązuje problem. W niedawnym artykule „Physical Origins of Biological Complexity” wskazuje inne odległe analogie do teorii strun (np zasadę holograficzną) na wyjaśnienie złożoności Kołmogorowa w świecie biologicznym. Podobnie na rozwiązanie problemu teleologii przez Multiverse wskazuje etnolog Dawkins i fizyk Stenger (obydwaj wojowniczy naukowi ateiści).

Cóż za niefortunna odmiana losu, albo też niedźwiedzia przysługa, jaką zrobili kolegom naukowcy od teorii Multiverse, od wielu lat wszczynając wokół niej wielki aplauz i harmider i zapominając przy tym poinformować, że doktryna ta jest pseudonaukowa i raczej taka już zostanie. Skutkiem tego Dawkins („God Delusion”) czy Stenger („God: Failed Hypothesis”) budowali swoje systemy światopoglądowe, tylko po to, by oprzeć je na fundamencie Multiverse, co z kolei pozwala z łatwością je zwalić – wystarczy kopnąć w ten fundament z dykty.

Warto wspomnieć jeszcze o reperkusjach tego rodzaju pomysłów jak Multiverse. Dziś argument teleologiczny uderza z siłą o większą, niż za czasów Cycerona czy Św. Tomasza. Po pierwsze od około 100 lat wiemy, że średniowieczna teologia katolicka miała cały czas rację co do tego, że Wszechświat został stworzony w czasie, i że nie jest wieczny. Gdy stworzenie w czasie było artykułem wiary – wynikało z Objawienia, a nie z dowodu – tylną furtką dla strony przeciwnej jest założyć, że część teleologicznych niemożliwości mogło się zadziać przypadkiem, o ile wszechświat jest wieczny – kosztem pułapek fatalizmu i wiecznych cykli. Po drugie niemożliwości teleologiczne dawniej tyczyły się głównie organizmów żywych i widzialnej przyrody nieożywionej, więc istotnie można by tak przyjąć.

Gdy jednak stworzenie w czasie wynika z dowodu naukowego, a jednym z komponentów argumentu teleologicznego jest dostrojenie parametrów samego wszechświata to wyjście oparte o wieczny wszechświat jest już niemożliwe. Multiverse jest wykrętem podobnego rodzaju, tyle, że gorszym. Żeby dostać substytut wieczności Wszechświata, trzeba znacznie skomplikować – założyć nieznaną liczbę wszechświatów równoległych. Światopogląd oparty o Multiverse musi utrzymywać, że nasze istnienie jest zbiorem ogromnych przypadków, które zadziały się bez żadnego przyczyny i w ogóle powinno się zarzucić szukanie przyczyny, bo Multiverse jest rzekomo wystarczającą. Pseudonaukowość par excellence i duszenie rozwoju nauki o której pisał Peter Woit wynika samo przez się i nie ogranicza się do falsyfikowalności i kontekstu usprawiedliwienia. Myślę, że Woit trafia w to odpowiadając jednemu z krytyków:

„On (Carroll) usiłuje usprawiedliwić programy badawcze Multiverse, których modele zawodzą w naiwnych kryteriach bezpośredniej testowalności (bo innych wszechświatów nie widać). To jednak strach na wróble, problem z tymi programami nie jest problemem bezpośredniej testowalności, ale tego, że nie ma żadnego pośredniego dowodu, ani żadnego wiarygodnego planu by jakiekolwiek dostać. Carroll i inni o podobnych zainteresowaniach mają w ręku poważny problem: wydają się gadać komunały i uprawiać pseudonaukę, gdzie ’multiverse to zrobił’ nie bardziej testowalnym wyjaśnieniem niż ’Wesoły Zielony Olbrzym to zrobił’. „

Co mają wspólnego Arystoteles w późnym antyku, pozytywizm i Multiverse? Pewne pytania o przyczynę są uznane jako niedopuszczalne, bezsensowne, zbyteczne, nieciekawe i po prostu nie należy ich stawiać. Tak oto rodzi się stagnacja. Przeciwieństwo światopoglądu europejskiego średniowiecza, jak ujął go Whitehead „niewymazywalne przekonanie, że każde szczególne wystąpienie można skorelować z jego poprzednikami w idealnie zdefiniowany sposób, ilustrując ogólną regułę”.

Science and Creation” – Stanley L. Jaki

Parisian precursors of Galielo” – Pierre Duhem

„Why String Theory is still not even wrong”, Scientific American, interview w. P. Woit

Szczepionki za 2,5 mld złotych trafią do kosza

Szczepionka  firmy Moderna, zdjęcie ilustracyjne
Szczepionka firmy Moderna, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Shutterstock / Giovanni Cancemi

Ponad 25 mln szczepionek pozostaje w magazynach. Będą musiały zostać zutylizowane, bo nie uda się ich wykorzystać.

Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, szanse na wykorzystanie zalegających w magazynach szczepionek są niewielkie, bo od kilku dni w punktach szczepień dostępne są nowe preparaty, udoskonalone pod kątem zwalczania wariantu Omikron. Starych szczepionek już nikt nie zamawia.

Według informacji DGP, w magazynach Rządowej Agencji Rezerw jest 25,3 mln dawek. Termin ich przydatności upływa pod koniec roku, więc jeśli nie uda się ich wykorzystać, będą musiały zostać zutylizowane. Jak podaje DGP, trwają jeszcze negocjacje z innymi krajami, którym można przynajmniej część zapasów sprzedać.

2 5 mld do kosza

[—]

Całkowitą ciemność widzę w Nowym Targu !! Koszt energii wzrósł 7 RAZY. Raj dla złodziei.

Dramatyczne skutki wzrostu kosztów energii. Nocą Nowy Targ ogarnie całkowita ciemność

https://nczas.com/2022/09/25/dramatyczne-skutki-wzrostu-kosztow-energii-noca-nowy-targ-ogarnie-calkowita-ciemnosc/

W związku z drastycznym wzrostem kosztów energii elektrycznej, Urząd Gminy Nowy Targ podjął decyzję o wyłączaniu oświetlenia ulicznego w godzinach od 22 do 5. Rachunki wzrosły o 700 proc. – powiedział wójt gminy Nowy Targ Jan Smarduch.

Ciemna ulica. / Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay

„W związku z ogromnym wzrostem kosztów energii elektrycznej oraz regulacjami prawnymi nakładającymi na organy administracji publicznej obowiązek ograniczenia jej zużycia, Urząd Gminy Nowy Targ informuje o planowanym wyłączeniu w godzinach nocnych oświetlenia ulicznego” – brzmi komunikat Urzędu Gminy Nowy Targ.

Jak wyjaśnił Smarduch, w 2021 roku gmina Nowy Targ płaciła 0,34 zł za 1 kW energii elektrycznej, a obecnie cena ta wynosi 2,3 zł.

„Rozstrzygnięty przetarg opiewał na jeszcze większą kwotę, ale go unieważniliśmy ponieważ nie byliśmy w stanie podjąć takiego zobowiązania na trzy lata. W ubiegłym roku za zużycie energii elektrycznej zapłaciliśmy 700 tys. zł, natomiast obecnie przeliczyliśmy, że rachunek wyszedłby 4,9 mln zł.

Skalkulowaliśmy, że dzięki czasowemu wyłączeniu oświetlenia ulicznego zaoszczędzimy w granicach od 60 – 70 tys. zł, ale za to krótsze oświetlenie ulic i tak zapłacimy trzy razy więcej, niż w całym ubiegłym roku, gdy oświetlaliśmy ulice bez nocnej przerwy” – powiedział PAP wójt gminy Nowy Targ.

Gmina Nowy Targ obejmuje 21 sołectw. Oświetlenie uliczne w poszczególnych wsiach będzie wyłączone sukcesywnie począwszy od 3 października. Latarnie będą wyłączone w godzinach 22. – 5., natomiast będą świeciły od zmierzchu do godz. 22. oraz od godz. 5. do świtu.

SYN CIENISTEJ STRONY - okładka [FRONT].jpg

Zaszczepieni są czterokrotnie bardziej narażeni na Covid.

Ludzie, którzy otrzymują „szczepionki” przeciw Covid, są czterokrotnie bardziej narażeni na Covid,

95% osób przebywających na OIOM-ach jest w pełni „zaszczepionych”

Czwarta porcja czyli co obraca się w pył

Wśród dzieci podwójnie zaszczepionych odsetek zgonów był 52 razy wyższy niż wśród dzieci niezaszczepionych. AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/09/24/czwarta-porcja-czyli-co-obraca-sie-w-pyl/

Były członek zespołu ds. reagowania na covid we wschodnim Ontario, dr Chris Alan Shoemaker, wygłosił przemówienie do setek osób na Wzgórzu Parlamentarnym w Ottawie na temat bezpieczeństwa związanego z preparatami zawierającymi mRNA, trzymając flagę narodową Danii

−∗−

Tłumaczenie tekstów z dwóch serwisów RAIR Foundation USA oraz Rebel News z wypowiedziami dr Chrisa Alana Shoemakera na temat szczepionek zawierających mRNA. /AlterCabrio/

____________***____________

Lekarz ujawnia: „Ludzie, którzy otrzymują „szczepionki” przeciw Covid, są czterokrotnie bardziej narażeni na Covid, 95% osób przebywających na OIOM-ach jest w pełni „zaszczepionych” (wywiad)

„Szczepionka” przeciw covid zabija 2 na 1000 dzieci w ciągu roku. Chcesz, żeby twoje dziecko było jednym z tych dwojga, które umrą?” – dr Chris Alan Shoemaker

Lekarze mówią otwarcie.

Były członek zespołu ds. reagowania na Covid we wschodnim Ontario, dr Chris Alan Shoemaker, wygłosił przemówienie do setek osób na Wzgórzu Parlamentarnym w Ottawie na temat śmiertelnych niebezpieczeństw związanych z eksperymentalnymi zastrzykami z użyciem mRNA. Trzymając flagę narodową Danii, aby potwierdzić niedawne wycofanie się tego kraju ze szczepień przeciw covid dla osób poniżej 50. roku życia. Udzielił też wywiadu na wyłączność dla RAIR Foundation USA.

Dr Shoemaker, licencjonowany lekarz Ontario z 45-letnim doświadczeniem, pracował w medycynie ratunkowej, jako lekarz rodzinny, a także w bazach wojskowych. W latach 2020-2022 pracował w bezpośredniej opiece nad pacjentami w klinice West Ottawa Covid Care Clinic i był członkiem zespołu reagowania na Covid-19 we wschodnim Ontario. Jego doświadczenie ze szczepionkami przekonało go, że „szczepionka jest bardziej toksyczną wersją niż sam wirus. Bardziej toksyczną, bardziej szkodliwą i śmiertelną, zwłaszcza na dłuższą metę, ponieważ uszkadza komórki T” – wyjaśnia. „Twoje komórki T są ważną częścią układu odpornościowego w walce z wirusami i rakiem. Zabije cię to szybko lub powoli”.

Dr Shoemaker, który przyjechał do Ottawy z Londynu w Ontario na weekendową demonstrację, wzywa kanadyjski rząd do zaprzestania wszelkich zastrzyków na dzieci. „Trzymajcie igły z dala od ramion naszych dzieci. Fakty medyczne na ten temat są bezsporne. Te szczepionki w żaden sposób dzieciom nie pomagają” – powiedział. „Zabijają dwie osoby na 1000 w ciągu roku. Chcesz, żeby twoje dziecko było jednym z tych dwojga, które umrą?”

Wydaje się, że szczepionki przeciw Covid zabijają również młodych lekarzy i to w rekordowej liczbie. W ostatnich tygodniach w Kanadzie zmarło 38 lekarzy. „Wielu z nich zmarło w ciągu dziesięciu dni od czwartej dawki. Po prostu przestrzegali zasad. To byli dobrzy ludzie” – powiedział dr Shoemaker.

Dane już są, a statystyki dotyczące zgonów są zbyt obciążające. Według tego uczciwego lekarza szczepionki po prostu nie działają. „Sprawiają, że jesteś cztery razy bardziej podatny na covid. W ostatnich ośmiu miesiącach 95 procent osób przebywających na OIT to w pełni zaszczepieni. Zaszczepionym wyrządzono krzywdę. Ich układ odpornościowy jest uszkodzony. Przestańcie uszkadzać swoją odporność. W ten sposób tylko utrwalicie pandemię”.

I zabijają też dzieci. Brytyjskie Office for National Statistics opublikowało niedawno raport pokazujący przerażające skutki, jakie szczepionki wywierają na dzieci. Po przestudiowaniu pierwszych ośmiu miesięcy szczepień dzieci istniała nadzieja na zmniejszenie śmiertelności o 10%. Stwierdzono coś wręcz przeciwnego. Dr Shoemaker stwierdził, że wśród dzieci podwójnie zaszczepionych odsetek zgonów był 52 razy wyższy niż wśród dzieci niezaszczepionych. „Twój 10-14-latek jest teraz, według sprawdzonych statystyk z Wielkiej Brytanii, 100 razy bardziej narażony na śmierć w ciągu następnych sześciu miesięcy niż dziecko niezaszczepione. To okropna liczba. Dlatego z dumą trzymam w tym momencie duńską flagę”.

Dr Shoemaker porównał również dane dot. covid w RPA, gdzie wskaźnik szczepień wynosi zaledwie sześć procent, a zachorowania z powodu covid są minimalne, z tymi z Izraela i Nowej Zelandii, gdzie wskaźniki szczepień są niezwykle wysokie i wskaźniki zachorowań rosną, a kraje te mają do czynienia z zespołem nabytego poszczepiennego niedoboru odporności [VAIDS]. „To wszystko to jakiś chłam. Zawiera jakieś złe rzeczy. Toksyczność tego zaprojektowanego przez człowieka genomu wstrzykiwanego w ramię jest 100 razy gorsza niż zarażenie wirusem. Zastrzyki trafiają prosto do krwiobiegu, szpiku kostnego, mózgu, mięśnia sercowego, jajników, jąder”.

Podczas gdy osoby zaszczepione stają się coraz bardziej świadome niebezpieczeństwa dla ich zdrowia, dr Shoemaker wskazał na ciągłe ryzyko wzrostu produkcji białka kolczastego u zaszczepionych. „Wpływ na uogólniony układ odpornościowy (jest zły), fakt, że układ odpornościowy obraca się w pył, jeśli przyjąłeś cztery dawki – to nie sprzyja twojej długości życia. Zasadniczo oznacza to, że 50 to nowe 70. Pięćdziesięciolatkowie będą umierać w tempie 70-latków”.

Potwierdzają to już właściciele zakładów pogrzebowych na całym świecie. Ostatnie raporty od balsamisty z Alabamy, Richarda Hirschmana, ujawniają, że wiek dla zgonu spada, a on i jego koledzy odkrywają powstawanie dziwacznych, przypominających kalmary skrzepów w żyłach i tętnicach zaszczepionych pacjentów. „Przed wystąpieniem efektów tych szczepień nigdy nie znajdywano ich w ludzkich tętnicach. Tych skrzepów białkowych, zatorów białkowych, nigdy nie znaleziono w ludzkich tętnicach przez ostatnie 100 lat. Tak więc dzieje się to tylko w tętnicach osób zaszczepionych. I dzieje się to dopiero od kwietnia, maja czy czerwca 2021 roku” – powiedział dr Shoemaker. „Ludzie umierają z powodu czegoś, co się w nich rozprzestrzenia. I jest rozmnażane z powodu reakcji organizmu na szczepionkę. Dzieje się to dopiero odkąd w grę weszły szczepienia”.

W swoim mocnym przemówieniu na Wzgórzu Parlamentarnym [Parliament Hill] dr Shoemaker poruszył kwestie zagrożeń ze strony szczepionki dla kobiet w ciąży, gdzie sama toksyczna zawartość przekazywana z każdym zastrzykiem to 40 bilionów nici mRNA, oraz upowszechnienie zapalenia mięśnia sercowego, zespołu nagłej śmierci dorosłych i nosicielstwo różnych chorób u osób, które byłyby w innym przypadku zdrowe. Mówił o celowym tłumieniu skutecznego, bezpiecznego leczenia Ivermectyną i zaapelował bezpośrednio do rządu.

„Są zabójcze dla ludzi, zarówno na krótką, jak i na dłuższą metę. Muszę powiedzieć naszemu premierowi [prowincji -tłum.], panu Fordowi, i naszemu premierowi [kraju -tłum.], panu Trudeau, proszę, aby te szczepienia były zakazane w Kanadzie, tak jak zakazano ich w Danii. Zróbcie to jeszcze przed 1 października i uratujcie życie kanadyjskim dzieciom. Zabijacie dzieci w Kanadzie, narzucając im te szczepienia”. Dr Shoemaker błagał zgromadzony tłum: „Przestańcie wierzyć w ten rząd. Karmią was oszustwem. Utrwalają jakieś mity. Nie zapewniają wam bezpieczeństwa”.

______________

Doctor Reveals: ‘People Who Receive Covid ‘Vaccines’ Are 4x More Likely to Get Covid’, 95% of People in ICU are Fully ‘Vaccinated’ (Interview), Miranda Sellick, September 20, 2022

______________

BONUS – wywiad z dr Chrisem Alanem Shoemakerem z lipca br.

______________

Lekarz z Ontario dołącza do rosnącej listy lekarzy dysydentów

Licencjonowany lekarz z Ontario potępia szczepionki przeciw COVID, podkreśla alarmujące sygnały o bezpieczeństwie i potępia wstrzymanie wczesnych opcji leczenia.

Dołączając do rosnącej listy dysydentów, kolejny licencjonowany lekarz z Ontario dołączył do krytyków procedur związanych z COVID-19.

Dr Christopher Alan Shoemaker to lekarz z 45-letnim stażem, który większość swojej kariery medycznej spędził na praktykowaniu medycyny rodzinnej i ratunkowej. Ostatnio Shoemaker pracował w latach 2020-2022, sprawując bezpośrednią opiekę nad pacjentami na oddziale covidowym kliniki w Ottawie i był częścią zespołu reagowania na COVID-19 we wschodnim Ontario.

Niechętnie nazywając zastrzyki przeciw COVID szczepionkami, dr Shoemaker dołącza do innych światowych ekspertów, którzy wzywają do globalnego zakazu wstrzykiwania tych preparatów.

Alarmuje ze względu na dokumenty Pfizera – opublikowane dopiero na podstawie nakazu sądowego po tym, jak FDA próbowała ukryć dane na 75 lat – które pokazują, że na 29 wyników u kobiet w ciąży, 28 wykazało utratę/śmierć dziecka.

Shoemaker generalnie nazywa całą reakcję „parodią”, którą dodatkowo potęguje fakt, że lekarze są pozbawieni możliwości ordynowania wczesnych opcji leczenia. Mówi, że „lekarze dla swoich pacjentów mogliby wypróbować lek niezatwierdzony, jak to bywało przed 2020 rokiem”.

Odwołując się do amerykańskich dokumentów wojskowych odkrytych w ramach Projektu Veritas, które potwierdzają bezpieczeństwo i skuteczność leków wczesnej terapii, dokumenty pokazują również niepokojące odkrycia dotyczące rozwoju Sars-Cov-2.

Zapytany o jego niedawne sprzeciwy, Shoemaker przerywa, by przypomnieć mi: „Jestem lekarzem, próbuję ratować ludzkie życie i wiem, że te pseudoszczepionki, te genomowe bioczynniki powodują jedynie uszkodzenie układu odpornościowego. Widziałem to, czytałem. Widziałem, co dzieje się w Izraelu, gdzie w ich populacji rozwija się VAEDS [Vaccine Associated Enhanced Disease State – stan pogłębionej choroby związany ze szczepionką -tłum.], z którym ludzie trafiają na szpitalny oddział ratunkowy i na OIOM i umierają z powodu podobnej do AIDS utraty funkcji odpornościowych, pasożyty podobne do AIDS przejmują ich ciała, mamy następstwa neurologiczne, a wszystko dlatego, że szczepionki są tak toksyczne”.

Wyjaśniając ten punkt. Pojawiają się niepokojące wyniki, ponieważ coraz więcej danych jest gromadzonych na temat profilu bezpieczeństwa (lub jego braku) zastrzyków przeciw COVID w Wielkiej Brytanii. Analiza oficjalnych danych rządowych wykazała, że ​​dzieci były 52 razy bardziej narażone na zgon po szczepieniu na COVID. Shoemaker nadaje temu kontekst, porównując to z rachunkiem za media: „Jeśli twój rachunek za internet wzrośnie o 5200%, z 200 USD miesięcznie do 10 400 USD — to nie najlepszy przykład — ale to ogromna liczba, przerażająca liczba”.

„Rodzice chowają swoje 16- i 17-letnie dzieci, ponieważ ta szczepionka powoduje zapalenie śródbłonka naczyniowego, a dzieci umierają we śnie lub podczas gry w piłkę nożną czy w hokeja”, ostrzega Shoemaker.

W połączeniu ze skutecznością ~1%, jak wynika z analizy bezwzględnej redukcji ryzyka, Shoemaker pyta „jeśli leczenie wyrządza tak wiele szkód, jak można to kontynuować?”

_____________

Ontario physician joins growing list of dissenting medical professionals, Tamara Ugolini, July 12, 2022

−∗−

Powiązane tematycznie:

Agresywne i niespotykane czyli co się dzieje po zastrzyku
„Zmiany, które opisuję, a które najprawdopodobniej są związane ze szczepieniem przeciwko Covid-19, to najwyraźniej tylko ułamek tego, co dzieje się w ciele” – mówi dr Kruger. „Studiowałam medycynę, ponieważ chciałam […]

_____________

VAIDS czyli skąd się bierze erozja immunologiczna
„Niektórzy wykorzystali wyniki tego badania do poparcia powszechnego stosowania tak zwanych zastrzyków «wzmacniających» [boosters]. Trzeba powiedzieć jasno: nikt nie ma żadnych danych dotyczących bezpieczeństwa takiego planu. Jeśli erozja immunologiczna występuje […]

_____________

Słabość hybrydy czyli dokąd ucieka naturalna odporność
Badanie ujawnia, że ​​zaszczepione dzieci, które wyzdrowiały z infekcji COVID, po sześciu miesiącach mają 0% odporności, w przeciwieństwie do dzieci niezaszczepionych, które nadal mają 50% ochrony przez naturalnie nabytą odporność. […]

_____________

Wirus w krzemionce czyli zagrajmy w trzy kubki
Niektórzy wysoko wykwalifikowani ludzie twierdzą, że ten „nowy wirus” istnieje tylko jako teoria. W krzemionce – czyli we wnętrzu komputera. Cyfrowo wyrażona koncepcja myślenia o tym, jak DNA rzekomego nowego […]

_____________

Gotowi na czwartą kolejkę? [2021r.]
Rażąca porażka szczepionki wyziera z każdej strony, a mimo to wiele osób wciąż nie jest w stanie tego rozpoznać. Nie mogą tego dostrzec, ponieważ zostali wystraszeni, a covidowy establishment wyprał […]

Mysi raj – eksperyment Calhoun’a i co z niego wynika

Mysi raj – eksperyment Calhoun’a i co z niego wynika

Kategoria: Archiwum, Nauka, Polecane, WażneAutor: piko, 24 września 2022

To znany eksperyment przeprowadzony w latach 1968-1972, który nikogo specjalnie nie oświecił. Być może dlatego, że pewnym wpływowym środowiskom na tym nie zależało a nawet nie chciały dopuścić do szerszej dyskusji oraz do formułowania wniosków.

Na czym polegał eksperyment?

Czterem mysim parom stworzono bardzo dobre warunki życia.
1.    Woda, jedzenie i materiał do budowy gniazd dostępne były zawsze i bez ograniczeń.
2.    Wyeliminowano zagrożenie ze strony drapieżników.
3.    Myszom zapewniono opiekę lekarską.
4.    Jedynym ograniczeniem było ograniczenie przestrzeni – wielkość siedliska została przewidziana dla 3840 myszy.

Przebieg eksperymentu:

Dzień 1-104. Faza (A) społecznego dostosowania się
Urodził się pierwszy miot. Był to okres kiedy myszy musiały się przyzwyczaić do siebie, wydzielić/wywalczyć terytorium, zbudować gniazda.

Dzień 105-314. Faza (B) najszybszego wzrostu
•    Szybki wzrost populacji, podwojenie co ok. 55 dni.
•    Wykształca się struktura socjalna, rodzenie koncentruje się w boksach z samcami dominującymi, u pozostałych samców potomstwo jest nieliczne lub go nie ma wcale.
•    W miarę wzrostu populacji coraz większej liczbie myszy nie przeszkadzała podczas jedzenia i picia obecność innych osobników. W niektórych boksach dochodziło do zatłoczenia.
•    Pod koniec tego okresu było trzykrotnie więcej niedojrzałych społecznie myszy niż dojrzałych. Co więcej dojrzałymi były głównie te starsze.

Dzień 315-559 Faza (C) stagnacji
•    Spadek wzrostu populacji, podwojenie następuje co ok. 145 dni
•    U samców maleją zdolności do obrony gniazd.
•    Karmiące samice stają się agresywne, przejmując tym samy rolę obrończyń terytorium od samców. Agresja ta kierowana jest również przeciw własnemu potomstwu. Jest ono atakowane, ranione i zmuszane do opuszczania gniazd jeszcze przed odstawieniem od piersi.
•    Przemoc stała się powszechna. Samce, którym nie powiodło się zdobycie samic “wycofały się”. Zaburzenia zachowań społecznych – wycofany samiec atakuje innego pasywnego, który z kolei atakuje jeszcze innego pasywnego. Niektóre osobniki stają się celem powtarzających się ataków.
•    Społecznie wycofany samiec nr 29 składa propozycję seksualna samcowi nr 16, który niedawno był atakowany. Można zauważyć, że jeden z nich przyjmuje rolę żeńską. Coraz więcej starszych samców zaleca się do młodszych – w ten sposób pojawia się mysi homoseksualizm.
•    Obserwuje się spadek zapłodnień i wchłanianie płodów (w niedogodnych warunkach zewnętrznych organizm myszy może uruchomić wewnątrzmaciczne wchłonienie płodów – taka samoistna antykoncepcja organizmu)
•    Obserwuje się zanikanie instynktów matczynych. Doprowadziło to do pojawienia się “bezdzietnych” samic.
•    W połowie fazy C praktycznie już wszystkie młode były przedwcześnie odrzucane przez matki. Rozpoczynały one samodzielne życie bez wykształcenia odpowiednich reakcji emocjonalnych.
•    Biorąc pod uwagę, że w 16 boksach stworzono 256 miejsc do budowy gniazd, należało się spodziewać, że brak terytorium zacznie być czynnikiem ograniczającym gdy liczba mieszkańców przekroczy 3840. Zaobserwowano skłonność wielu zwierząt do nadmiernego tłoczenia się, w gniazdach przebywało więcej osobników niż planowano (przewidziane były one dla 15 sztuk). Gdy populacja osiągnęła swoje maksimum czyli 2200 myszy, 20% gniazd było pustych. Tak więc, samica zawsze, jeśli by tylko chciała, miała możliwość zajęcia wolnego gniazda do urodzenia i wychowania młodych.
•    Zaburzenia społeczne polegające na tym, że wycofany samiec atakuje innego nieagresywnego wycofanego samca, który z kolei atakuje kolejnego stają się powszechne.

Dzień 560-1588 Faza(D) wymierania
•    W 560 dniu po zasiedleniu zakończył się wzrost populacji.
•    Przypadki zachodzenia w ciążę są coraz rzadsze, a nielicznie rodzone młode nie przeżywają.
•    Do ostatniego poczęcia doszło w 920 dniu.
•    Męskimi odpowiednikami “bezdzietnych samic” były “samce pięknisie”, nie zalecające się do samic i nie walczące. Ich repertuar zachowań sprowadzał się wyłącznie do jedzenia, picia, spania i czyszczenia futerka.
•    Populacja utraciła zdolność do reprodukcji.
•    Ostatni tysiąc myszy nigdy ani nie nauczył się, ani nie wykształcił odpowiednich dla reprodukcji zachowań społecznych. Nieznana im była agresja niezbędna do ochrony gniazd i potomstwa. Nie angażowały się w żadne inne działania poza dbaniem o siebie, wyglądały zatem całkiem ładnie.
•    Myszy wchodzące w dorosłość kompletnie zmieniły zwoje zachowania. Dr Calhoun nazwał je “pięknisiami”. Swój czas poświęcały wyłącznie na dbanie o futro, jedzenie i spanie. Nigdy nie interesowały się innymi osobnikami, nie miały ochoty ani na seks ani na walkę. Wszystkie były pięknymi okazami, o przenikliwych i czujnych oczach osadzonych w zdrowym i zadbanym ciele. Jednak nie potrafiły one poradzić sobie z nietypowymi bodźcami. Choć wyglądały na ciekawe życia w rzeczywistości były bardzo głupie.

Wnioski Johna Calhouna:
•    Wymarcie badanej populacji przeczy wcześniejszej wiedzy, zgodnie z którą w populacji, która zmniejsza się do kilku szczątkowych grup, niektóre osobniki ponownie inicjują jej wzrost.

•    Dr Halsey Marsden (1972) pobrał kilka myszy w połowie fazy D (wymierania) i umieścił w nowych warunkach – w populacji o bardzo niskim zaludnieniu. Wszystkie wykazywały prawie całkowitą utratę zdolności do rozwijania tej populacji, jak również do angażowania się w jakiekolwiek zachowania rozrodcze.

•    Dla zwierzęcia tak prostego jak mysz, najbardziej złożone zachowania obejmują powiązane ze sobą elementy zalotów, matczynej opieki, obrony terytorialnej, oraz hierarchicznej wewnątrz- i międzygrupowej organizacji społecznej. Gdy zachowania związane z tymi rolami nie są wykształcane, nie ma rozwoju organizacji społecznej, ani rozmnażania. Jak wykazały powyższe badania, wszyscy członkowie populacji zestarzeją się i ostatecznie umrą. Gatunek wymrze.
Dla „zwierzęcia” tak złożonego jak człowiek, nie ma logicznego powodu, dla którego porównywalna sekwencja zdarzeń również nie miałaby doprowadzić do wymarcia gatunku. Jeśli możliwości odegrania roli w dużym stopniu nie sprostają zapotrzebowaniu tych, w których są pokładane nadzieje, i którzy są w stanie je odegrać, to skutkiem będzie jedynie przemoc i zakłócenia w organizacji społecznej. Jednostki urodzone w takich warunkach będą tak bardzo oderwane od rzeczywistości, że nie będą w stanie być nawet wyobcowane. Ich najbardziej złożone zachowania staną się fragmentaryczne. Nabywanie, tworzenie i wykorzystywanie pomysłów, potrzebnych do życia w postindustrialnym, kulturalno-koncepcyjno-technologicznym społeczeństwie, zostanie zablokowane.
Biologiczna rozrodczość myszy zawiera najbardziej złożone zachowania charakterystyczne dla tego gatunku, podobnie rzecz ma się z zachowaniami prowadzącymi do rozrodu u ludzi. Utrata tych szczególnych, złożonych zachowań oznacza śmierć gatunku.

Wnioski zdroworozsądkowe (poza akademickie)
•    Głównym czynnikiem wymarcia populacji jest brak edukacji społecznej u młodych.

•    Z powodu nieograniczonej dostępności pożywienia i braku drapieżników, nie ma potrzeby podejmowania zachowań mających na celu pozyskanie zasobów lub uniknięcia niebezpieczeństwa. Młode nie mają okazji do obserwowania takich zachowań, nauczenia się ich  i późniejszego skutecznego ich stosowania.

•    Warunki, w których ma się wszystko, w każdej chwili, bez żadnych kosztów i zobowiązań powodują zanik odpowiedzialności, skuteczności i świadomości współzależności społecznej, a także, jak wykazały badania dr Calhouna, prowadzą do samozagłady.

•    W przeciwieństwie do tego, trudne warunki powodują lepszy rozwój mechanizmów radzenia sobie z nimi, co prowadzi do wzrostu liczebności populacji oraz wzmocnienia fizycznego i psychicznego jej członków.

Brak wyzwań stopniowo pogarsza zachowanie kolejnych pokoleń populacji. Ta degeneracja jest nieunikniona i kończy się wymarciem populacji.

Refleksje końcowe.

Na pewno poziom zdurnienia w kręgu naszej zdychającej cywilizacji pasuje do fazy D. Również destrukcja normalnych struktur społecznych ma miejsce. Proces wymierania, jak opisano w eksperymencie, już pomału zachodzi. Nie znaczy że będzie bezludzie. Przyjdą inni.

Eksperyment mysi przebiegał samorzutnie i naturalnie. Jedynie warunki początkowe zostały sztucznie wprowadzone. W przypadku społeczności ludzkich mamy inny ważny czynnik – świadome sterowanie procesami społecznymi. Jak widać np. po Szwecji da się “zaprogramować” ludzi tak, że pewne postawy, pojęcia są poza ich pojmowaniem.

Pojawienie się działań typu BLM czy wyłączenie hamulców zapobiegających profanacjom wskazuje że wchodzimy w następny etap “pierestrojki”.

Tekst z lipca 2020.

Niewolnik w Rzymie miał lepiej od podatnika w Polsce?

Niewolnik w Rzymie miał lepiej od podatnika w Polsce? Korwin-Mikke liczy.

Na podst.: https://nczas.com/2022/09/25/niewolnik-w-rzymie-mial-lepiej-od-podatnika-w-polsce-korwin-mikke-liczy-foto

Czytając o historii tak bardzo potępiamy niewolnictwo, a tymczasem Janusz Korwin-Mikke udowadnia, że obecnie podatnicy w Polsce mają gorzej od niewolników w Rzymie.

Niewolnictwo (servitudo) w starożytnym Rzymie było zjawiskiem zupełnie powszechnym. Niewolnikiem (servi) można było zostać przez urodzenie, jako jeniec lub zdobycz wojenna. Można było również zostać sprzedanym do niewoli przez własną rodzinę lub stać się niewolnikiem przez niespłacanie długów.

Dzisiaj, gdy nie potrafimy wyobrazić sobie takiego systemu, przyjęło się uważać, że niewolnicy żyli w strasznych warunkach, a ich sytuacja była niezwykle ciężka. Może w przypadku osób pracujących przy wyjątkowo wymagających fizycznie zadaniach tak, ale jeśli chodzi o niewolników prowadzących warsztaty, będących nauczycielami, fryzjerami etc. to mogli oni sobie pozwolić na życie na całkiem niezłym poziomie.

Co więcej – nie jest prawdą, że pracowali za darmo. Niewolnik dostawał pieniądze za swoją pracę i z czasem mógł się nawet wykupić od swojego pana.

JKM przekonuje, że niewolnicy w Rzymie mieli lepiej od podatników w Polsce. Liczy, ile sługa musiał oddawać swojemu panu, a ile Polacy muszą oddawać państwu.

„Niewolnik pracujący poza domem musiał oddać swemu panu aż 90% zarobku (pewno oszukiwali…). Dziś podatki wynoszą tylko 85%, ale Rzymianin musiał niewolnikowi zapewnić jedzenie, odzież i łóżko. I nie kazał mu na ośle jeździć w zapiętych pasach. I mógł się wykupić, a my nie bardzo”.

Nawet premier Morawiecki staje się klimato-realistą? Pewnie czuje, że wyleci.

https://nczas.com/2022/09/25/premier-morawiecki-staje-sie-klimato-realista/

Odnotujmy całkiem rozsądny głos premiera w sprawie klimatu i jego rzekomego ocieplenia. Szkoda tylko, że „mądry Polak po szkodzie” i ów głos pojawi się, kiedy „mleko się już rozlało”.

W sobotę 24 września premier Mateusz Morawiecki spotykał się z mieszkańcami powiatu ryckiego na Lubelszczyźnie. Oświadczył, że i owszem „chcemy dbać o klimat”, ale dodał, że „z drugiej strony Europa odpowiada za 8-9 proc. emisji CO2”.

Była to odpowiedź na pytanie, kiedy Polska i premier podejmą zdecydowane kroki w kierunku odejścia od pakietu klimatycznego Unii Europejskiej?

„Nawet, jak my się strasznie wysilimy, to oni w Chinach, Rosji czy Indiach otworzą dwie-trzy wielkie elektrownie i cały europejski wysiłek idzie wniwecz. Jest tutaj rzeczywiście zaszyty głęboki absurd tego podejścia” – ocenił Morawiecki.

„Jednak prawdą jest, że niemiecko-rosyjska polityka polegająca na tym – my Niemcy, Austriacy i inni w Europie Zachodniej kupimy od Rosji bardzo tani gaz, wyłączymy elektrownie atomowe, wyłączymy elektrownie węglowe i będziemy się transformować energetycznie w kierunku nowych nośników – to legło w gruzach. Ta koszmarna polityka oparta o wiele błędów Unii Europejskiej legła w gruzach” – powiedział premier i szkoda tylko, że dopiero teraz Polska „wstawia się za tym, aby zmienić te zasady gry”.

Najprościej było w „zielone” nie grać od początku. Wielkość emisji CO2 w Europie była znana od zawsze, a unijne „pakiety klimatyczne” od początku były ideologiczną hucpą i w globalnej polityce niczego nie zmieniają. Teraz pozostało już tylko opatrywanie ran… [a może próba reanimacji jedynie?? MD]

GLOBALNE OCIEPLENIE ? 96 % STACJI METEO PODAJE BŁĘDNE ODCZYTY !

[Cóż, muszę powtarzać „te same wyrazy po kilka razy”:… MD]

https://gloria.tv/post/VxNgCozwDXMK3Gz2XHFZWB32B

Okazuje się, że prawie każda stacja pomiaru temperatury obsługiwana przez National Oceanic Atmospheric Administration (NOAA) jest skorumpowana, aby sprawiać, że kraj wydaje się „gorętszy” niż jest w rzeczywistości, skutecznie wzmacniając mistyfikacje „globalnego ocieplenia” .

Według badań opracowanych przez Heartland Institute, 96% stacji temperaturowych NOAA nie spełnia standardów agencji dotyczących „nieuszkodzonego umieszczenia”. Większość z nich znajduje się w pobliżu obiektów, które zatrzymują lub wytwarzają ciepło, fałszując w ten sposób ich odczyty.

Pozostałe zlokalizowane są na terenach, które od czasu ich lokacji zostały silnie zurbanizowane. To również zwiększa odczyty ciepła i sprawia wrażenie, że „zmiana klimatu” jest rzeczywista. (Patrz też: Największym grzejnikiem na planecie jest słońce, a nie wzdęcia krów czy pojazdy napędzane gazem).

„Przy 96% odchyleniu od ciepła w pomiarach temperatury w USA niemożliwe jest użycie jakiejkolwiek metody statystycznej, aby uzyskać dokładny trend klimatyczny dla Stanów Zjednoczonych”, mówi Anthony Watts, starszy pracownik Instytutu Heartland i dyrektor badania.

„Dane ze stacji, które nie zostały uszkodzone przez wadliwe umieszczenie, pokazują, że tempo ocieplenia w Stanach Zjednoczonych zmniejszyło się o prawie połowę w stosunku do wszystkich stacji. »

W komunikacie prasowym Heartland Institute wyjaśniono standardy, których NOAA ma stosować, aby decydować, czy stacja temperatury jest prawidłowo umieszczona w celu uzyskania optymalnej dokładności — norm, których agencja obecnie nie przestrzega.

„Wymagania i standardy dotyczące obserwacji klimatu [National Weather Service]” NOAA stwierdzają, że przyrządy do pomiaru temperatury powinny być umieszczone „na równym podłożu (ziemia lub trawa) typowym dla obszaru otaczającego stację i co najmniej 30 metrów od rozszerzonego betonu lub utwardzonej nawierzchni powierzchni”, czytamy w oświadczeniu.

I że „dołożymy wszelkich starań, aby uniknąć obszarów, o których wiadomo, że nierówny teren lub drenaż powietrza generują niereprezentatywne dane o temperaturze”.



Gdyby NOAA postępowała zgodnie z własnymi wytycznymi, średnie temperatury w Stanach Zjednoczonych byłyby znacznie niższe niż zgłoszono. Ujawniłoby się też, na podstawie dokładnych danych, że kraj w rzeczywistości nie ociepla się.

Badanie z 2009 r. wykazało również, że zdecydowana większość stacji temperatury NOAA podaje niedokładne odczyty temperatury.
Artykuł w Heartland jest następstwem innego badania opublikowanego w 2009 roku, w którym również podkreślono błędne dane ze stacji temperatury NOAA.

Badanie zatytułowane „Czy amerykański rekord temperatury powierzchni jest wiarygodny” dotyczyło ponad 1000 stacji i wykazało, że 89% z nich miało problemy z odchyleniem termicznym.

Innymi słowy, od co najmniej 13 lat wiadomo, że dane dotyczące temperatury NOAA są niedokładne i niewiarygodne, ale narracja o zmianie klimatu jest kontynuowana w imię „nauki”.

Komunikat prasowy Heartland Institute odnosi się do tego wcześniejszego badania, zauważając, że sytuacja ze stacjami temperatury NOAA tylko się pogorszyła na przestrzeni lat. I wydaje się, że nie ma żadnych planów rozwiązania problemu.

„Początkowy projekt stacji powierzchniowej z 2009 roku wykazał jednoznacznie, że system monitorowania temperatury powierzchni rządu federalnego był wadliwy, a zdecydowana większość stacji nie spełniała własnych standardów NOAA dotyczących niezawodności i jakości” – napisano w oświadczeniu.

H. Sterling Burnett, dyrektor Centrum Arthura B. Robinsona ds. Polityki Klimatycznej i Środowiskowej w Heartland Institute, powiedział, że po osobistej inspekcji stacji powierzchniowych NOAA zeszłej wiosny, może potwierdzić wyniki raportu z 2009 roku.

„To nowe badanie udowadnia dwie rzeczy” – powiedział Burnett.

„Po pierwsze, rząd jest albo nieudolny, albo uparcie odmawia uczenia się na swoich błędach z powodów politycznych. Po drugie, nie można ufać oficjalnym rządowym odczytom temperatury. Odzwierciedla to wyraźny efekt odchyleń od ciepła w miastach, a nie krajowych trendów temperaturowych. »

Najnowsze wiadomości klimatyczne są dostępne na Climate.news.

Źródła tego artykułu obejmują:

Breitbart.com NaturalNews.com

Władza się wyżywi. „Podwyżki” w poselskiej restauracji. Dwudaniowy obiad kosztuje aż… 18 zł

2022-09-20 Na podst.: https://www.bankier.pl/wiadomosc/Podwyzki-w-poselskiej-restauracji-Dwudaniowy-obiad-kosztuje-az-18-zl-8408671.html

Zupa kosztuje 5 zł, drugie danie 13 zł – to cennik nie przed, a po podwyżce w restauracji sejmowej. Choć skok cenowy dla parlamentarzystów jest wyższy od inflacji, ale i tak dalej za obiad zapłacą znacznie mniej niż poza budynkiem Sejmu.

Z danych przekazanych przez GUS wynika, że inflacja w Polsce w sierpniu br. wyniosła w relacji rocznej 16,1 proc.

Ceny, które obowiązują posłów, senatorów oraz osoby odwiedzające budynek Sejmu – należy wspomnieć, że takie wizytacje są wcześniej umawiane, nikt „z ulicy” nie wejdzie do parlamentu.

Ceny w restauracji poselskiej wyglądają następująco:

  • kompot kosztował 1 zł, teraz kosztuje 1,5 zł;
  • pączek kosztował 2,5 zł, teraz kosztuje 3,5 zł;
  • zupa kosztowała 3 zł, teraz kosztuje 5 zł;
  • herbata kosztowała 3 zł, teraz kosztuje 4 zł;
  • kawa kosztowała 4 zł, teraz kosztuje 5,5 zł;
  • surówka kosztowała 4 zł, teraz kosztuje 5 zł;
  • twarożek 200 g kosztował 4 zł, teraz kosztuje 5 zł;
  • pasta jajeczna 200 g kosztowała i kosztuje nadal 4 zł;
  • sałatka jarzynowa kosztowała 6 zł, teraz kosztuje 8 zł;
  • sałatka z łososiem kosztowała 10 zł, teraz kosztuje 13 zł;
  • drugie danie kosztowało 12 zł, teraz kosztuje 13 zł;
  • zestaw obiadowy (zupa, drugie danie, kompot) kosztował 14 zł, teraz kosztuje 18 zł.

Cennik poselskiej restauracji nadal odbiega od cen w restauracjach w okolicy Sejmu. Dla przykładu w kawiarni „Czytelnik”, tuż przy budynku parlamentu, kawa czarna kosztuje już 9 zł, herbata 10 zł, śniadanie od 13 do 22 zł, ceny dań obiadowych wahają się od 20 do 38 zł, a porcja pierogów ruskich kosztuje 22 zł. Należy dodać, że ul. Wiejska to samo centrum Warszawy. W innych lokalach ceny dań obiadowych wahają się nawet od 50 do 70 zł.

Zarobki posłów

Po rozporządzeniu prezydenta RP na 30 lipca 2021 r., zarobki parlamentarzystów wynoszą: marszałkowie Sejmu i Senatu oraz premier 15 532zł brutto; wicemarszałkowie obu izb, wicepremierzy oraz prezes NIK zarabiają 14 280 zł brutto; podsekretarze stanu 12 600 zł brutto.

Do tego dochodzą również dodatki funkcyjne, które w przypadku marszałków oraz premiera wynoszą 5010 zł brutto, a dla sekretarzy stanu wynoszą 3436 zł brutto.

Wynagrodzenie ostatnich z wymienionych jest o tyle kluczowe, że wpływa bezpośrednio na pensje samych posłów. Ci bowiem zarabiają 80 proc. uposażenia podsekretarza stanu. Oznacza to, że otrzymują pensję podstawową wraz z dietą i dodatkami na poziomie 12 826,57 zł brutto.

“Nigdy więcej” – zamordyzmu !

23.09.2022 Stanisław Michalkiewicz https://prawy.pl/122218-stanislaw-michalkiewicz-nigdy-wiecej-zamordyzmu-felieton/

Może to nie jest jakiś specjalny powód do dumy, ale rzeczywiście, przez całe swoje dorosłe życie walczyłem z cenzurą. Kiedy w latach 70-tych przystąpiłem do konspiracji, z przyjacielem wydawaliśmy podziemne pismo “Gospodarz” – pierwsze podziemne pismo drukowane techniką typograficzną, na drukarni mojego pomysłu.

Potem związałem się z podziemnym wydawnictwem “Krąg” kierowanym przez Wojciecha Fałkowskiego, obecnie profesora i dyrektora Zamku Królewskiego w Warszawie i w ramach tej współpracy, w pierwszych miesiącach stanu wojennego wydrukowałem i zorganizowałem produkcję książki Andrzeja Alberta, czyli prof. Wojciecha Roszkowskiego “Najnowsza historia Polski”. Wkrótce udało mi się jeszcze wydrukować pierwszy numer pisma “Wezwanie”, kierowanego przez red. Tomasza Jastruna, w po wyjściu z obozu internowanych, wraz z kolegą Miszalskim zorganizowaliśmy i uruchomili podziemne wydawnictwo “Kurs” , w ramach którego wydaliśmy 40 numerów 62-stronicowego miesięcznika pod tym tytułem i 25 książek, wśród których znalazła się nawet książka dla dzieci, autorstwa Bronisławy Ostrowskiej “Bohaterski miś”. Nie wspominam o tym wszystkim, by się chwalić, tylko – by pokazać, że w walce z cenzurą o wolność wypowiedzi mam pewne doświadczenie i dokonania. Może nie tej rangi, co pan Tomasz Strzyżewski, którego miałem przyjemność osobiście poznać w Szwecji, a który w latach 70-tych wywiózł za granicę czarną księgę zapisów cenzorskich. Dopiero z jej lektury można się było bowiem zorientować, w jakich cęgach reżym komunistyczny trzymał każdą myśl.

========================

Wbrew pozorom walka o wolność słowa, o swobodę wypowiedzi, nie jest jakąś fanaberią inteligentów, tylko sprawą zasadniczą dla życia narodu. Chodzi o to, by naród tworzył żywą kulturę, bo to jest warunek sine qua non jego trwania właśnie jako narodu. Jeśli naród przestaje tworzyć żywą kulturę, zaczyna powoli zamierać, uwsteczniając się do poziomu narodowości, albo i głębiej. Warunkiem tworzenia żywej kultury jest autentyzm publicznego dyskursu. Jeśli z publicznego dyskursu zaczyna sie eliminować jakieś poglądy, czy jakieś tematy, dyskurs ten przestaje mieć sens, bo nie zachodzi w nim żadna wymiana myśli, a wszyscy tylko powtarzają jakieś mantry, zatwierdzone przez Panią Wychowawczynię. W rezultacie dyskurs publiczny staje się własną karykaturą, przestaje być autentyczny, a w związku z tym nie może już być inspiracją dla żywej kultury. Wskutek tego naród, jako wspólnota kultury, zaczyna zamierać, bo coraz mniej go spaja. I dlatego walka o swobodę wypowiedzi jest taka ważna nie tylko dla ludzi zajmujących się twórczością, ale i dla wszystkich pozostałych, nawet jeśli nie zdają sobie oni z tego sprawy.

Wydawało się, że kiedy “upadł komunizm”, a cenzura została zakazana przez art. 54 ust. 2 konstytucji, sprawa cenzury jest już zamknięta. Niestety okazało się inaczej. Jak słusznie zauważył ś.p. prof. Bogusław Wolniewicz, komunizm wcale nie “upadł”, tylko mutuje, przybierając rozmaite barwy ochronne. Komuniści zresztą zawsze to robili i dlatego nazywani byli “złodziejami szyldów”, bo albo podszywali się pod szermierzy wolności, albo – co zresztą zalecał Antoni Gramsci, autor nowej strategii komunistycznej rewolucji, w której pierwszym krokiem do zwycięstwa będzie uzyskanie panowania nad językiem mówionym – opatrywali tradycyjne i dobrze kojarzące się rzeczowniki przymiotnikami wypaczającymi ich sens pierwotny; np. wolność i “wolność prawdziwa”, demokracja i “demokracja socjalistyczna” krzesło i “krzesło elektryczne” – i tak dalej. Jak zauważył Sławomir Mrożek, “wolność prawdziwa” pojawia się tam, gdzie nie ma wolności zwyczajnej.

Programem pilotażowym obecnej strategii rewolucyjnej była młodzieżowa rewolta w roku 1968. Jak pamiętamy, odbywała się ona pod hasłem: “zabrania się zabraniać”, co niestety ograniczało się do bezładnego bzykania. Ale kiedy zapowiadany wtedy “długi marsz przez instytucje” zakończył się zdominowaniem ich przez komunistów, albo “pożytecznych idiotów”, którzy myślą, że to wszystko naprawdę, etap permisywizmu, czyli przyzwalania na wszystko, zaczął powoli ewoluować w stronę etapu surowości. Zwiastunem tej ewolucji była coraz większa liczba tematów i opinii zakazanych, aż wreszcie niektóre z nich stały się przedmiotem represji sądowej. Dzieje się to – co warto zauważyć – przy niezmienionym formalnie systemie prawnym, który swobodę wypowiedzi proklamuje z wielkim namaszczeniem, jako jedną ze zdobyczy wolności.

Tymczasem “pospolitość skrzeczy” i to coraz bardziej. Na przykład internetowa telewizja W Realu 24 została całkowicie wymiksowana z tak zwanych “mediów społecznościowych” i to nie na podstawie decyzji jakiegoś niezawisłego sądu, tylko anonimowego dobroczyńcy ludzkości. Tak całkiem anonimowy to on nie jest, bo wcześniej telewizją W Realu24 zainteresowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod pretekstem zimnego ruskiego czekisty Putina, który jest dobry na wszystko, nawet “na ładną niewinna panienkę” – więc tak całkiem nie musimy błądzić.

Nawiasem mówiąc, jest to taki sam mechanizm jak w Stanach Zjednoczonych, przez które rewolucja komunistyczna przewala się w pełnym natarciu. Całkiem niedawno tamtejsza bezpieka, czyli FBI, została wykorzystana przez tamtejszą komunę do wyeliminowania z życia publicznego byłego prezydenta Donalda Trumpa. Za komuny bywało tak samo, a nawet jeszcze gorzej, bo taki delikwent z reguły nie przeżywał takiego eksperymentu, ale nie możemy zapominać, że Stany Zjednoczone znajdują się dopiero na początku drogi. Cenzurowanie mediów społecznościowych przez cukerbergów i ich tubylczych kolaborantów staje się standardem, mimo konstytucji – na co jej płomienni obrońcy, te wszystkie Rzeplińskie i inne Kukuńki – boją się zwrócić uwagę, podobnie, jak rząd “dobrej zmiany”. Nietrudno to zrozumieć. Niechby tak który zwrócił uwagę, to “dałaby świekra ruletkę mu!” Ponieważ nie wiadomo, kto konkretnie to robi na zlecenie cukerbergów, to wszystkie supliki trafiały w próżnię.

Wydarzył sie atoli wypadek przy pracy, który pozwala na zidentyfikowanie organizacji przestępczej, która inspiruje krajowych kolaborantów cukerbergów. Oto pewien obywatel chciał w tubylczym oddziale międzynarodowej firmy OLX zamieścić ogłoszenie o mojej książce “Herrenvolk po żydowsku”. Niestety firma odmówiła, ale ów obywatel niezrażony odmową, zaczął tubylczych kolaborantów tej firmy molestować co do przyczyn odmowy. I oto odpisali mu, że “nie można oferować książek o takiej tematyce w serwisie”. Jak wskazuje tytuł, jest to książka o żydowskim szowinizmie.

Ale na tym korespondencja się nie zakończyła, bo “zespół OLX” poinformował swego korespondenta, że “więcej szczegółów, dlaczego owa książka nie może być zamieszczana w serwisie, znajdzie pan po kontakcie z Fudacją “Nigdy Więcej”. Wynika z tego, że owa fundacja jest inspiratorką, podżegaczem do przestępstw przeciwko wolności słowa i swobody wypowiedzi i to nie z upoważnienia jakieś państwowej władzy, tylko z własnej uzurpacji. Mamy więc do czynienia ze spiskiem przeciwko porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej Polskiej, którego uczestnikiem – jak wynika z zacytowanego fragmentu korespondencji – jest wspomniana fundacja.

Czy rząd “dobrej zmiany” a zwłaszcza Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro odważy się podjąć w tej sprawie stosowne kroki prawne, czy też okoliczność, że fundacja ta, podobnie jak, kierowane przez pana Rafała Pankowskiego, stowarzyszenie o tej samej nazwie, znajduje się pod żydowską protekcją, podziała na niego paraliżująco?

Miliony wypadków śmiertelnych w Europie i w USA. PZH „ma związane ręce”.

Miliony wypadków śmiertelnych w Europie i w USA. Interwencja poselska w Instytucie Zdrowia Publicznego

Redakcja [Legionu] https://www.ekspedyt.org/2022/09/21/miliony-wypadkow-smiertelnych-w-europie-i-w-usa-interwencja-poselska-w-instytucie-zdrowia-publicznego/

Podczas Interwencji poselskiej posła Grzegorza Brauna w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego PZH okazało się, że Instytut

  • nie zna danych dokumentacji Pfizera ujawnionej wyrokiem sądowym w USA.
  • nie zna składu rekomendowanych szczepionek.
  • nie bada preparatów “szczepionkowych”, bo ma “związane ręce”.

Na pytanie Grzegorza Brauna o definicje prawną “związanych rąk” Dyrektor nie potrafił odpowiedzieć.

A co odpowiedziała dyrekcja na pytanie, dlaczego do tej pory nie zwróciła się do Ministerstwa Zdrowia o wstrzymanie podawania preparatu powodującego tyle zgonów i powikłań?

Zapraszamy do odsłuchania [w oryginale. MD]

Interwencja poselska w związku z udziałem Polski w pracach nad nowym traktatem/konwencją/umową WHO

dot. postępowania w czasie pandemii oraz w związku z udziałem Polski w pracach nad zmianami międzynarodowych przepisów zdrowotnych

Francis’s Responsibility Facing Homosexual Heresy and the Transgender Dictatorship. A Sin of Revolt against God.

by Luiz Sérgio Solimeo September 22, 2022 https://www.tfp.org/franciss-responsibility-facing-homosexual-heresy-and-the-transgender-dictatorship/?PKG=TFPE22287

Starting this spring, Villanova University near Philadelphia adopted “inclusive language” that promotes “transgenderism.” It calls itself a Catholic university. Founded and run by the Augustinian order, Fr. Peter M. Donohue, OSA, PhD. is the current president.

Its Mission Statement reads: “Villanova University is a Catholic Augustinian community of higher education, committed to excellence and distinction in the discovery, dissemination and application of knowledge. Inspired by the life and teaching of Jesus Christ, the University is grounded in the wisdom of the Catholic intellectual tradition and advances a deeper understanding of the relationship between faith and reason.”1

Last August, the university issued a new guide titled “Gender Inclusive Practices Guide,” which reads:

“Be intentional about how you introduce yourself and address others. This includes using gender-inclusive language like ‘everyone,’ ‘people,’ or ’folks’ rather than gender binary language like ‘ladies and gentlemen.’”

It further says: “This guide introduces Villanova faculty and staff to best practices for being gender inclusive in our work spaces, laboratories, and classrooms—especially for those who identify within transgender, nonbinary, gender nonconforming, and/or gender questioning communities. How can we cultivate gender-inclusive teaching and work environments? How can we invite full participation from people of all genders and respond to the harmful effects of gender stereotyping or misgendering?2

“Transgenderism,” a Scientific Impossibility

This change of language to encourage “transgenderism” is absurd (especially in a university claiming to be Catholic), but it also clashes with scientific data.

Indeed, sex reassignment is a scientific impossibility. Through surgery and hormone treatments, one can be made to look like the opposite sex. However, despite the externals, both men and women retain the sex of their birth, which is determined by their chromosomes, not whims or fantasies.

The National Human Genome Research Institute is entirely clear in this matter: “A sex chromosome is a type of chromosome involved in sex determination. Humans and most other mammals have two sex chromosomes, X and Y, that in combination determine the sex of an individual. Females have two X chromosomes in their cells, while males have one X and one Y.”3

Michelle Cretella, M.D., president of the American College of Pediatricians, explains: “Sex is determined at conception by our DNA and is stamped into every cell of our bodies. Human sexuality is binary. You either have a normal Y chromosome, and develop into a male, or you don’t, and you will develop into a female. There are at least 6,500 genetic differences between men and women. Hormones and surgery cannot change this.”4

Rare cases of sexual organ deformation can be corrected licitly by hormones or surgery. However, that is to correct a disorder, not to change a person’s sex.

A university that boasts of being a “community of higher education, committed to excellence in the discovery, dissemination and application of knowledge” should at least respect scientific data. Its denial of evidence and science can only be explained by ideological or religious reasons.

A Sin of Revolt against God

Any attempt to change one’s sex (at any rate, bound to fail) signals revolt against God, Who created us male or female.5 In His wisdom, God did what was best for every individual, man or woman, to give Him glory in the condition He determined.

Fr. Terrance Chartier of the Franciscan Friars of the Immaculate underlines the moral gravity of transgenderist ideology and its implementation:

“As an ideology, [transgenderism] contradicts natural law and divine revelation, so to affirm it would be sinful, would be actually a sin against the First Commandment, so a sin against the virtue of faith, against the divinely revealed truth about human sexuality.”

He adds that “sex change” is also a sin against the Fifth Commandment when it involves mutilations or ingesting drugs; against the Eighth, for lying to others, by appearing as one sex when one is of the opposite sex.6

A Pro-homosexual Catholic University

Villanova University’s stance supporting homosexuality was already notorious before imposing “inclusive language.”

In a section titled LGBTQIA+ RESOURCES, its website states: “As a Catholic university, Villanova respects the dignity and sacredness of each person.”

Just what is that “dignity” and “sacredness”?

In this context, the statement appears to refer to people who take pride in the sin against nature since that section is followed by a sub-section dedicated to a group within the university that participates in homosexual “pride” parades. It reads:

“V[illanova] U[niversity] Pride is a group of students, faculty, and staff working together to foster awareness and celebration of LGBTQIA+ identities on campus.”7

Heretical Religious Motivation

In its Mission Statement, Villanova University affirms that its activities are “inspired by the life and teaching of Jesus Christ.”8

However, by promoting homosexuality, the university preaches and does the opposite of the Divine Master’s most pure life and teaching.

One can only explain this contradiction if the university’s conception of “the life and teaching of Jesus Christ” are against perennial Church teaching based on the Scriptures, Tradition and the natural law. In short, it is based on a heretical religious motivation.

Heresy appears clearly in the commentary contained in the Statement Affirming LGBTQ+ Villanovans on the Villanova University website:

“We as students, faculty and staff of Villanova University are dismayed by the recent statement from the Vatican that names same-sex unions as a ‘sin.’…It is especially hurtful considering the Catholic Church’s longstanding exclusion of LGBTQ+ people.”9

For his part, in a message to the members of the Villanova Community, University President Fr. Peter M. Donohue, OSA, affirms the same heresy.

He begins by showing solidarity with homosexuals facing a Vatican statement that supposedly jeopardized their safety by claiming that same-sex “marriage” is sinful:

“There is another community today feeling hurt and invalidated. A recent Vatican statement has left members of the LGBTQAI+ community and their allies at Villanova wondering whether their place on campus is safe and secure. Without equivocation, Villanova affirms that all people are welcomed on our campus, especially those who suffer from exclusion.”

He further states that he believes the homosexual community has intrinsic value, negating the Catholic doctrine that homosexuality is sinful:

“We believe deeply in the humanity and intrinsic worth of the LGBTQAI+ community.”10

“A Prayer for All Marriages”

Rather than consider the act against nature a sin, this heresy affirms it is a reason for pride. The said Statement Affirming LGBTQ+ Villanovans ends with a prayer for all “marriages,” including adulterous and so-called “same-sex marriage”:

“A Prayer for All Marriages

Loving God,

“… We thank You for all the different types of marriages in our world:

young couples beginning a life together, as well as couples celebrating decades of love, re-married couples and those who found each other later in life, couples whose marriages are recognized by our state and our Church, and same-sex couples who are denied that recognition

but who continue to bravely model love and commitment in the face of discrimination.

We ask You to pour Your blessings onto every marriage regardless of gender or sexual orientation.”11

Francis’s Support of Homosexuality and Transgenderism

Sadly, this heresy is favored by those obliged before God and the Church to condemn error and reject sin.

Indeed, from the beginning of his pontificate, Francis has shown sympathy for homosexuality and transgenderism through acts, gestures, attitudes and omissions.

The most spectacular of these manifestations happened in 2015. He invited two women to come and visit him. One of them, having undergone surgery and used hormones, presented herself as a man, and the other as a woman, supposedly “his wife.” A photograph of the Vatican meeting was published throughout the world.

Later, on October 2, 2016, the Argentine Pope told this story to journalists on the plane returning from Baku, Azerbaijan to Rome. He said a Spaniard wrote him saying she was a woman who had become a man and married and would like him to receive them. Francis most naturally referred to the “transgender” woman as “he” as if she were a man, and to the other person as “his wife”:

“Then (the man) got married, he changed his civil identity, got married and wrote me a letter saying that for him it would be a consolation to come with his wife, he who was she, but him! I received them.”12

Homosexual Heresy and Transgender Dictatorship

Like the homosexual movement, transgenderism (a part of the movement) attempts to force everyone to accept a deviant lifestyle and prevent any criticism of it. This is done through legislation, regulation or pressure from public opinion.

The case of Villanova University shows how this dictatorship advances. In Catholic environments, this dictatorship would be unfeasible without Francis’ support of the movement. It now imposes itself using religious motives. History has shown that religious motivation is an extremely powerful force, even when heretical.

Never be discouraged

However, this terrible crisis spreading in society and, above all, in the Church must not discourage us.

Confident in the Immaculate Virgin, let us continue fighting this dictatorship using every peaceful and legal means to unmask the error and evil it strives to impose.

The Church has weathered other storms.

List gen. Pattona wzbudza nienawiść żydowskich pismaków. Napisany krótko przed śmiercią „w wypadku”.

List gen. Pattona wzbudza nienawiść żydowskich pismaków. Napisany krótko przed śmiercią „w wypadku”.

https://www.bibula.com/?p=136326

Na aukcji specjalizującej się w rzadkich dokumentach i listach, pojawił się list-maszynopis podpisany przez generała George’a Pattona.

W liście napisanym na oficjalnym urzędowym papierze dowództwa Trzeciej Armii i datowanym 4 października 1945 roku, gen. Patton pisze do swojego przyjaciela, ppłk. Charles’a Codmana, m.in. o atakach na niego, przez – jak to określa – „nie-aryjskią” prasę, czyli przez pismaków żydowskich mających już wtedy dominujący wpływ na dyskurs publiczny i polityczne decyzje.

W krótkim liście gen. Patton najpierw odpisuje, że w obliczu kłamliwych artykułów prasowych dopuszcza myśl, że „Twoja [ppłk Codmana] naturalna lojalność została poważnie nadszarpnięta przez obrzydliwe ataki” tejże prasy. Sprytni dziennikarze tzw. amerykańskiej prasy umieścili bowiem „cytaty [które] były tak bliskie kłamstwa, jak to tylko możliwe, bez narażania sprawców na pozew.” Jak widać, strategia pismaków od dawna polegała na takim manipulowaniu faktami, aby zniechęcić opinię publiczną do swoich niewygodnych przeciwników, a jednocześnie ustawić się w pozycji obronnej.

Gen. Patton, któremu przydzielono funkcję wojskowego gubernatora Bawarii, został zaatakowany przez prasę żydowską, że nie stara się o zapewnienie odpowiednich warunków dla Żydów przebywających w obozach przesiedleńczych. W prywatnym liście do przyjaciela Patton pisze, że „Jeśli chodzi o Żydów, to oni nie chcą być umieszczeni w komfortowych budynkach. Oni właściwie preferują zamieszkanie, upakowani w jednym w pokoju do granic możliwości. Nie mają pojęcia o warunkach sanitarnych, higienie czy przyzwoitości i są, jak wiesz, tymi samymi podludzkimi typami, które widzieliśmy w obozach internowania.

W liście padają również określenia co do ludzi ze Związku Radzieckiego, prawdopodobnie mając na myśli wcielanych przez Stalina do armii niepiśmiennych i prymitywnych typów, o których każda starsza osoba wspominająca czasy wojny opowiada z przerażeniem większym niż mówiąc o „nazistach”. Gen. Patton o tych ludziach pisze jako o „zdegenerowanych potomkach Czyngis-chana” i dopowiada, że zawiść, nienawiść, złośliwość i brak miłosierdzia w Europie „przechodzi wszelkie pojęcie”.

Generał Patton, legendarny dowódca II wojny światowej, z doświadczeniem kapitana jeszcze z okresu I wojny światowej, kiedy to był adiutantem samego generała Johna Perhinga, z zacięciem sportowym (pięciobój nowoczesny na Olimpiadzie w Sztokholmie w 1912 r.), został w wyniku machinacji i krytyki prasy „amerykańskiej” (czytaj: wydawanej w Stanach Zjednoczonych), pozbawiony dowództwa i przeniesiony do tzw. 15 Armii, czyli w praktyce do zespołu literatów mających opisywać okres wojenny. List napisany został na trzy dni po tym jak gen. Eisenhower pozbawił gen. Pattona dowództwa nad Trzecią Armią, i na 2 miesiące przed tragiczną śmiercią w wyniku wypadku samochodowego.

Dzisiejsze pismaki, list gen. Pattona określają jako „mroczny i niepokojący”. Nie przeszkodziło to właścicielom żydowskim – kolekcjonerom Ira i Barbarze Lipman – sprzedaniu go w kwietniu br. na aukcji w Nowym Jorku. Obecny nowy właściciel również chce na nim zarobić i wystawił list na aukcję w cenie 64 tysięcy dolarów.

Oprac. www.bibula.com
2022-09-23 Wesprzyj naszą działalność [BIBUŁY md]

Doctor Reveals: 'People Who Receive Covid 'Vaccines’ Are 4x More Likely to Get Covid’, 95% of People in ICU are Fully 'Vaccinated’ (Interview)

Doctor Reveals: 'People Who Receive Covid 'Vaccines’ Are 4x More Likely to Get Covid’, 95% of People in ICU are Fully 'Vaccinated’ (Interview)

[ICU – intensywna opieka medyczna md]

Chcącemu dzieje się krzywda

Izabela Brodacka 24 IX 2022

Volenti non fit iniuria czyli chcącemu nie dzieje się krzywda to zasada, którą sformułował w II wieku nowej ery rzymski jurysta Gnaeus Domitius Annius Ulpianus.

Gorącymi wyznawcami tej zasady są wszelkiej maści   liberałowie,  libertarianie i anarchiści. Stawiają oni wolność jednostki ponad jej własnym dobrem a także ponad dobrem społeczności. Dobrym przykładem zastosowania tej zasady jest zgoda prawa na uprawianie boksu czy alpinizmu. Zarówno bokser jak i alpinista zdają sobie sprawę, że uprawiając wybrany sport ryzykują utratę zdrowia a nawet życia. Czynią to rzekomo w pełnej świadomości i na własną odpowiedzialność. Przeciwnicy alpinizmu argumentują, że w akcjach ratunkowych giną ratownicy a poza tym to społeczeństwo ponosi na ogół koszty akcji ratunkowych i leczenia szpitalnego poszkodowanych. To samo dotyczy bokserów, którzy doznają ciężkich urazów mózgu, alkoholików których leczy się z marskości wątroby czy narkomanów, którzy zniszczywszy sobie na własne życzenie zdrowie dostają potem dożywotnią rentę.

Gdyby chciało się zatem konsekwentnie stosować liberalną zasadę, że każdy sam ponosi konsekwencje własnych wolnych wyborów  należałoby odmówić bezpłatnego leczenia również otyłym bo nie pilnując wagi doprowadzają do licznych chorób, osobom na eksponowanych stanowiskach, bo dla pieniędzy czy dla kariery doprowadzają się do zawału, dżokejom bo upadek z konia grozi ciężkimi urazami, a przede wszystkim lekarzom bo kontakt z chorymi naraża ich na zakażenie.

W ten sposób dochodzimy do absurdu i takie stosowanie prawa sparaliżowałoby życie społeczne. Co więcej poglądy na etiologię chorób i czynniki ryzyka  jak wiadomo się zmieniają i naprawdę trudno przewidzieć co może nam zaszkodzić a co pomaga w unikaniu chorób. W ciągu mego życia na przykład przynajmniej trzykrotnie zmieniały się poglądy lekarzy na skutki spożywania margaryny. Jedni nadal reklamują margarynę jako produkt chroniący przed chorobami serca, inni uważają ją za bardzo szkodliwą.

Wśród populacji żyjących na terenach, na których obowiązuje zakaz sprzedaży produktów zawierających tłuszcze trans, odnotowuje się mniej hospitalizacji z powodu zawałów serca i udarów w porównaniu z mieszkańcami terenów, na których nie obowiązuje taki zakaz”.To wniosek z badań opublikowanych rok temu m.in. na znanym naukowym portalu www.sciencedaily.com przez grupę naukowców z Uniwersytetu w Chicago i Uniwersytetu Medycznego w Yale w Stanach Zjednoczonych.

Poza tym większość ludzi jest dobrowolnie (jak w USA) czy przymusowo ( jak w Polsce) ubezpieczona medycznie i mają w związku z tym prawo do bezpłatnego korzystania z systemu opieki zdrowotnej.

Z drugiej strony niewątpliwie skrzywdził starszą osobę spryciarz, który odkupił od niej kamienicę w śródmieściu Warszawy za 50 złotych pomimo, że jak oświadczyła w sądzie sama wyznaczyła taką cenę. Krzywdzi małoletnią prostytutkę klient korzystający z jej usług pomimo, że do stosunku doszło za jej zgodą a nawet zachętą.. Nowoczesne prawodawstwo wykluczyło powoływanie się na  zasadę „Volenti non fit iniuria”  w odniesieniu do osób małoletnich oraz niepełnosprawnych umysłowo.

Z całą pewnością powinni być zatem ukarani za spowodowanie ciężkiego i nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu angielscy lekarze i psychologowie z lecznicy prowadzonej przez Tavistock and Portman Foundation Trust.  Kontrola przeprowadzona przez zespół National Health Service pod kierownictwem dr Hilary Cass ujawniła, że w tej klinice bez całkowitej pewności co do diagnozy kierowano dzieci do terapii hormonalnej i okaleczających operacji, a niezgodność „płci odczuwanej” z biologiczną stwierdzano nawet u pacjentów z autyzmem

NHS podjęło kontrolę w wyniku wyroku Sądu Najwyższego,  który w grudniu 2020 roku orzekł, że klinika Tavistock zaniedbała przeprowadzenie dokładnej oceny psychiatrycznej Keiry Bell, skutkiem czego szesnastoletnia dziewczyna przeszła operację usunięcia obu piersi i zaczęła przyjmować męski hormon testosteron. Dziewczyna zbyt późno doszła do wniosku, że popełniła błąd i niepotrzebnie okaleczyła się na całe życie. Podobny błąd popełniła być może Angelina Jolie  decydując się na profilaktyczną podwójną mastektomię czyli amputację piersi po stwierdzeniu że jest nosicielką genu BRCA1 czy BRCA2.  Złośliwi i jak  zawsze niezawodni internauci stwierdzili, że Angelina powinna poddać się amputacji głowy gdyż to właśnie głowa najbardziej zagraża jej życiu i zdrowiu. Natomiast córka Angeliny, zamiast -jak chciała -zmienić płeć zmieniła zdanie i funkcjonuje jako piękna dziewczyna. Na szczęście nic sobie nie urżnęła. 

Jak wykryli dziennikarze liczba skierowań do kliniki Tavistock wzrosła przez ostatnią dekadę aż dwudziestokrotnie. Prawdopodobnie jest to skutek presji wywieranej na lekarzy przez aktywistów genderowych.  Lekarze zgłaszający zastrzeżenia wobec podobnych praktyk byli stygmatyzowani, prześladowani a nawet zagrożeni utratą praw zawodowych. 

Londyńska kancelaria prawna wniosła  przeciwko klinice pozew w imieniu około tysiąca rodzin poszkodowanych pacjentów. Tom Goodhead, szef kancelarii oświadczył, że dzieci i nastolatki były w tej lecznicy pospiesznie poddawane kuracji bez odpowiedniej terapii psychologicznej  i zaangażowania właściwych klinicystów, a przede wszystkim bez zgody rodziców.

To paradoks, że bez zgody obydwojga rodziców szesnastoletnia dziewczynka nie może wyjechać za granicę i nie może jeździć konno na wyścigach natomiast może amputować sobie obie piersi skazując się w ten sposób na dożywotnie kalectwo. To paradoks, że bez zgody obydwojga rodziców nie można wyciąć dziecku wyrostka robaczkowego a można usunąć mu narządy płciowe i faszerować hormonami.  Jeszcze bardziej zdumiewające jest, że za wymierzenie dziecku klapsa rodzic może utracić prawa rodzicielskie natomiast okaleczenie dziecka wbrew woli rodziców może być traktowane jako pełnoprawne działanie dla jego dobra.

Miejmy nadzieję, że sprawa lecznicy Tavistock stanie się precedensem w walce z szaleństwami naszego zwariowanego świata.

Dziesięciokrotnie wzrosły koszty energii dla przedsiębiorców. „Bankructwa piekarni albo chleb po 12 złotych”

https://nczas.com/2022/09/23/niewyobrazalne-koszty-energii-spektakularne-bankructwa-albo-chleb-po-12-zlotych/

Rosnące w ekspresowym tempie ceny energii realnie uderzaćją w przedsiębiorców. Piekarnie wskazują, że po takich kosztach produkcji, nie ma innej możliwości niż chleb powyżej 10 złotych.

Chleb, pieczywo. Obrazek ilustracyjny. Foto: pixabay

Przed nami spektakularne bankructwa albo chleb po 12 złotych – mówi w rozmowie z „Business Insider” Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Od maja wzrosła cena gazu o 760 %. W sierpniu kolejne ciosy. Wzrost w porównaniu z marcem to 947 %. To są niewyobrażalne koszty. Ile musiałaby kosztować bułka, drożdżówka czy chleb? 10 złotych? 12 złotych? – tak z kolei sytuację przedstawia Wiesław Żelek, właściciel piekarni m.in. w Kamieniu Pomorskim.

Szczeciński piekarz Andrzej Wojciechowski rachunki za energię ma o tysiąc procent wyższe niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Takie są realia i skutki następstwa m.in. tzw. zielonej polityki. Leżąca na węglu Polska, zamiast tanio produkować energię z własnych zasobów, od lat w imię „walki z globalnym ociepleniem” ogranicza wydobycie surowca i zamyka kopalnie.

Teraz Polacy drogo za to zapłacą.

Północna Izba Gospodarcza uważa, że jedynym wyjściem w tym momencie jest zamrożenie cen prądu dla piekarni i cukierni rzemieślniczych. Na takich samych zasadach, jak firmom energochłonnym – hutom, producentom nawozów czy ceramiki.

W przeciwnym razie gros biznesów upadnie, a reszta podniesie ceny do poziomów, które jeszcze jakiś czas temu nikt sobie nawet nie wyobrażał. Chleb powyżej 10 zł to coraz bardziej prawdopodobny scenariusz.