Elon Musk ujawnił maile, w których pracownicy platformy Twitter rozmawiali o tym, jak wyciszyć aferę Huntera Bidena – syna Joego Bidena.
[Dziwkę zasłonięto. Nie chcą jej psuć klienteli. md]
W ostatnich tygodniach kampanii prezydenckiej wyciekły zdjęcia i informacje, z których mogło wynikać, że syn ówczesnego kandydata na prezydenta z ramienia Demokratów, a dzisiejszego POTUS-a, [President oftheUnited States] Hunter Biden, jest narkomanem, który regularnie spotyka się z prostytutkami. Syn Joego Bidena miał się także znajdywać w poważnych kłopotach natury finansowej.
Teraz dziennikarz Matt Taibbi zrobił to, co od dłuższego czasu zapowiadał Elon Musk, czyli ujawnił wiadomości mailowe, z których wynika, że pracownicy Twittera chcieli wyciszyć tę aferę.
Z udostępnionych wiadomości wynika, że m.in. zastanawiano się, czy informacje o Bidenie Juniorze nie wyciekły przez rosyjski atak hakerski. Część pracowników chciała ograniczyć dostęp do artykułów, w których informowano o sprawie. Niektórzy jednak zdroworozsądkowo nie chcieli godzić się na ten rodzaj cenzury.
Ostatecznie decyzję o ograniczeniu dostępu do informacji miała podjąć Vijaya Gadde, wówczas szefowa działu prawnego. Jej przełożony, dyrektor generalny, Jack Dorsey, miał źle ocenić ten ruch. Gadde została zwolniona z Twittera zaraz po tym, jak nowym właścicielem tej platformy mediów społecznościowych został Elon Musk.
Tymczasem Musk zapowiada, że już niedługo na Twitterze zostanie opublikowana kolejna porcja maili dotyczących tej oburzającej sprawy.
Sztylet Jakuba Clement. Przekleństwo, jakie rzucił umierający na stosie ostatni wielki mistrz templariuszy.
Kto pamiętał jeszcze, mimo upływu wieków, przekleństwo, jakie na swoich prześladowców rzucił umierający na stosie ostatni wielki mistrz templariuszy, spodziewał się, że już wkrótce nastąpi jego ostateczne wypełnienie.
Gdy bowiem de Molaya1 ogarniały płomienie, ten, zapewniając świadków egzekucji o swojej niewinności, zwrócił się do oprawców tymi słowy:
– Papieżu Klemensie i królu Filipie! Pozywam was na sąd Boży i zanim rok przeminie, spotkamy się na nim, a tam odpowiecie przed żyjącym i prawdziwym Bogiem, który jest w niebie, za swe zbrodnie!
Umierający miał ponoć jeszcze przekląć i cały ród Filipa, jego samego, synów i wnuki, a pozostałych krewnych sukcesorów aż do trzynastegoz tych, którzy będą zasiadać na tronie Francji…
A owym trzynastym był nie kto inny, tylko spadkobierca w tak potwornych okolicznościach zmarłego Karola IX, Henryk III, tytułujący się królem Francji i – bezprawnie – Polski…
Ponieważ Henryk III nie spłodził dziedzica tronu, a jego – wedle prawa salickiego – następca, najmłodszy z braci, Franciszek d’Anjou odszedł z tego padołu w 1584 roku, również nie zostawiwszy sukcesora, stało się jasne, że klątwa templariusza wypełni się na Henryku…
Nie wiedziano tylko, w jaki sposób.
Czy dane będzie mu przejść do wieczności po długim życiu, w dostojnej i spokojnej starości, czy może na polu walki, może w pojedynku, a może w wypadku na łowach, czy też raczej mniej szlachetny zgon go czekał?
* * *
Dzień 2 sierpnia 1589 roku zapowiadał się na piękny, dlatego król Henryk Walezy, chcąc nieco odpocząć, zamiast zajmować się wojną, tym razem zażywał wywczasu w Saint-Cloud, na odległych przedmieściach Paryża, gdzie mieścił się sztab jego armii i armii Henryka z Nawarry i skąd on i jego dowódcy dowodzili dobywaniem stolicy.
Na te parę godzin oddechu wystroił się wedle swego najnowszego, a zarazem najdziwaczniejszego, gustu, z którym już całkiem przestał się kryć, czy udawać, że to niby tak sobie tylko od czasu do czasu żartuje i się z nudów bawi.
Otóż przyodziany był w kobiecą suknię, z dużym dekoltem i z odsłoniętymi ramionami. Kolczyki z perłami dyndały mu w uszach, a smród odchodów, bo król akurat defekował, siedząc na krześle z dziurą, pod którą stał okazały urynał, mieszał się z ciężką słodką wonią drogich perfum i egzotycznych olejków. Ta mieszanina zapachów dawała odór nie do zniesienia. Wszakże gwardziści dzielnie mu asystowali. Zresztą, nie mieli innego wyjścia.
Monarcha stękał głośno, z całej mocy napinając powłoki brzuszne, i wypychając odbyt, by ulżyć już sobie do końca, kiedy mu przeszkodzono w sfinalizowaniu tej przyjemnej czynności, bo i owego dnia, a nawet w takiej mało stosownej chwili, nie zostawiono go w spokoju.
Oto bowiem zaanonsowano posła, który ponoć w sprawie nagłej, niecierpiącej zwłoki, na spienionym koniu przybył wprost spod murów stolicy, którą Henryk utracił, a teraz oblegając, chciał odzyskać.
– Widać, nie będzie mi dane odetchnąć, ni przez jeden dzień, ani nawet w spokoju opróżnić kiszek – westchnął król, a potem zapytał:
– A któż to taki?
– Jakiś młody mnich, dominikanin, Jacques Clément2, Sire.
– Nie przebieraniec?
– Nie, swobodny, umie się po mniszemu zachować, nic podejrzanego.
– Zatem dajcie go tu, może istotnie przynosi jakieś ważne wieści. Zresztą nazwisko mi nieobce, musiał tu już bywać.
– Tak, Sire, bywał – potwierdził jeden z gwardzistów.
– Skoro tak, to bez wątpienia człek pewny – rzekł król i głośno wypuścił wiatry. – Musiałem wczoraj zjeść coś wzdymającego – mruknął jakby na usprawiedliwienie.
Wprowadzono więc zakonnika przed oblicze władcy, siedzącego na krześle z dziurą, pod którym stało naczynie na ekskrementy, a ów, nie przerywając sobie przyjemności, nadal fajdał, równocześnie w głos, przypominający darcie starej bawełnianej poszwy, wypuszczając cuchnące gazy.
Nie mając innego wyjścia, chociaż z obrzydzeniem, to przecie mnich zmuszony był przed Henrykiem przyklęknąć, aby podać mu listy, które trzymał w lewej ręce. Starał się przy tym nie oddychać, iżby nie wąchać smrodów monarszych dobywających się z monarszego odbytu i ozdobnego porcelanowego wiadra. W momencie, gdy król po owe listy sięgał, dominikanin szepnął:
– Najjaśniejszy Panie, mam jeszcze wiadomość poufną, którą mogę wyjawić wyłącznie w cztery oczy.
Na skinienie króla gwardziści dyskretnie usunęli się do sąsiedniego pomieszczenia, a Henryk spytał:
– I cóż to za poufna wiadomość, ojczulku?
– A taka oto – odparł mnich z jakimś dziwnym błyskiem w oku i pochyliwszy się jeszcze bardziej w stronę władcy, mocno i jednym ruchem, wpierw wytrząsnąwszy sztylet z lewego rękawa habitu, prawą dłonią ująwszy go za rękojeść, z całych sił wbił mu go w podbrzusze. Celował w wątrobę, ale nóż ześlizgnął się po sztywnym jedwabiu sukni i utkwił nieco powyżej krocza, rozdzierając brzuch, pęcherz i jelita.
Król z okrzykiem bólu spadł z sedesu, krzycząc:
– Zamordował mnie! Zamordował! Ubijcież go zaraz! – Henryk powalony bólem, osunąwszy się z dziurawego krzesła, skulony legł na posadzce.
W tej samej chwili dopadło mnicha kilku dworzan, zwabionych do komnaty owym krzykiem i dobywszy szpad i sztyletów, rozsiekali go na miejscu.
Króla zaś ostrożnie przeniesiono do jego sypialnej komnaty i wezwano medyków. Ci, w swojej bezradności wobec srogiej rany zadanej w tak czułe miejsce, nie umiejąc wymyślić niczego lepszego, zaaplikowali Henrykowi lewatywę…
Po nocy straszliwych cierpień ostatni, trzynasty król z dynastii Walezjuszy zmarł… Nim jednak skonał, jako swego następcę wskazał Henryka z Nawarry3, Burbona, potwierdzając jego sukcesję i prawo do korony.
I tak oto tron Francji ostał się pusty, a klątwa ostatniego wielkiego mistrza templariuszy Jacquesa de Molaya wypełniła się na zgasłym bezdzietnie Henryku III.
Droga do władzy nad Francją stanęła otworem dla Nawarczyka. To prawda, był protestantem, hugenotem, ale chyba jego wiara nie była zbyt głęboka, a przywiązanie do nauk Kalwina dość liche, bo wypowiedziawszy słynne słowa:
Paris vaut bien une messe – Paryż wart jest mszy, 27 lutego 1594 jako katolik pozwolił się namaścić i nałożyć na skronie, w katedrze w Chartres, a nie w katedrze w Reims, która znajdowała się w rękach jego przeciwników, koronę królów Francji…
1Jacques de Molay (1243-1314) – ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy, oskarżony o herezję, magię i sodomię, aresztowany w piątek, 13 października 1307, spalony na stosie 18 marca 1314. Przed śmiercią przeklął swoich oprawców – króla i papieża.
2Jacques Clément OP (1567-1589) – francuski duchowny katolicki, dominikanin, morderca króla Henryka III Walezego.
3 Henryk z Nawarry (1503-1555) król Francji Henryk IV, pierwszy władca z dynastii Burbonów.
ukraińska flaga na miejscu gospodarza przy wejściu do Sejmu RP/ fot. Twitter
W czwartek (1.12.2022) Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie 90. rocznicy Wielkiego Głodu na Ukrainie. Jeden jedyny poseł głosował przeciw. Był to Grzegorz Braun. Czy to dobra decyzja? Tak, to bardzo dobra decyzja. W ukrainofilskim amoku, który ogarnął dużą część Polaków, ktoś musi bić na alarm, chociaż zostanie za to opluty, a nawet stratowany przez ogłupiałe stado pędzące ku przepaści. Tak jak poseł Braun był jedynym, który w czasie pandemicznego obłędu nigdy nie założył na twarz bezużytecznej maseczki, tak samo jest jedynym, który ma odwagę przeciwstawić się bezwarunkowemu popieraniu Ukrainy kosztem polskiego bezpieczeństwa, polskiej gospodarki i polskiej godności.
Zobaczmy najpierw, co znalazło się w uchwale, przeciw której głosował Braun. Oto jej treść w wersji zarekomendowanej przez sejmową Komisję Spraw Zagranicznych.
Jak widzicie, o Wielkim Głodzie jest w tej uchwale niewiele, ale to, co napisano, wpisuje się w politykę historyczną Ukrainy, która przedstawia Wielki Głód jako akcję skierowaną wyłącznie przeciw Ukraińcom. Tymczasem Wielki Głód był zbrodnią skierowaną przeciw chłopom w ramach przymusowej kolektywizacji przeprowadzonej w całym Związku Sowieckim. Faktem jest, że Ukraina została szczególnie dotknięta tym komunistycznym bestialstwem, które kosztowało życie ok. 4 milionów ukraińskich chłopów. Ale to nie kryterium etniczne leżało u podstaw tej zbrodni. To była kara za opór wobec komunistycznej wizji rolnictwa, której realizacja pochłonęła ok. 14,5 miliona ludzi w całym ZSRS. O tym w tej uchwale nie ma ani słowa. Jest natomiast bardzo wiele o obecnej wojnie na Ukrainie, która została zestawiona z Hołodomorem. I to jest ogromne nadużycie, bo bez względu na to, jak barbarzyńsko postępuje obecnie Federacja Rosyjska, ta sytuacja jest nie do porównania. Dziś Ukraińcy nie umierają milionami z głodu. Zestawianie ofiar Wielkiego Głodu z ofiarami obecnej wojny jest zwyczajnym nadużyciem i pomniejsza rozmiar tej komunistycznej zbrodni.
Zostawmy teraz na boku dywagacje historyczne i przejdźmy do polityki.
Uchwała Sejmu RP niewątpliwie jest aktem politycznym wyrażającym bezwarunkowe poparcie dla Ukrainy. W związku z tym warto przypomnieć, jaka była reakcja Rady Najwyższej Ukrainy, gdy w 2016 roku Sejm RP przyjął uchwałę w sprawie oddania hołdu ofiarom ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP w latach 1943–1945 i zdecydował, że 11 lipca (rocznica Krwawej Niedzieli) będzie Narodowym Dniem Pamięci Ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Polakach.
W rezolucji ukraińskiego parlamentu stwierdzono, że ustanowiony przez Sejm RP Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP jest „przejawem upolitycznienia tragicznych stronic ukraińsko-polskiej historii”. Rada Najwyższa podkreśliła, że debata na ten temat toczyła się w Polsce w warunkach „histerii antyukraińskiej”. Ukraińscy deputowani napisali, że uchwała Sejmu została przyjęta w czasie, gdy na wschodzie ich kraju trwa wojna z Federacją Rosyjską. Oświadczyli także, że decyzja Sejmu podważa dyplomatyczny dorobek dwóch krajów na rzecz porozumienia, wzajemnego przebaczenia i upamiętnienia niewinnych ofiar konfliktu, wśród których są Ukraińcy i Polacy.
Czy po lutowym ataku rosyjskim na Ukrainę coś zmieniło się w ukraińskim podejściu do Rzezi Wołyńskiej? Czy Ukraina, którą Polska wspiera w tym konflikcie, przyznała, że Ukraińcy dokonali ludobójstwa na Polakach? Czy Ukraina zrezygnowała z gloryfikacji banderowskich zbrodniarzy?
Nie! Stało się coś przeciwnego. Ukraina wykorzystuje obecną wojnę do umocnienia kultu Bandery i UPA. Mało tego! Doradca prezydenta Zełenskiego ogłosił niedawno, że „Polska zgodziła się zapomnieć Rzeź Wołyńską”. Nie było polskiego dementi w tej sprawie. Nie było noty protestacyjnej po mianowaniu banderowca Melnyka wiceszefem ukraińskiego MSZ. A prezydent Duda jak lew bronił prezydenta Zełenskiego negującego polskie oświadczenie w sprawie rakiety, która zabiła dwóch Polaków w Przewodowie.
Postępowanie polskich władz doprowadziło do tego, że Ukraińcy robią z nami, co chcą. A przecież to im powinno zależeć na tym, żeby utrzymać polskie poparcie. Tymczasem nasze władze zachowują się tak, jakby to nam było potrzebne poparcie Ukrainy. Wszystko zostało postawione na głowie. Hołodomor upamiętnić, Rzeź Wołyńską zapomnieć. Czy na tym mamy zbudować dobre relacje polsko-ukraińskie? Bez żartów. Efekt będzie wprost przeciwny. W myśl zasady „daj palec, wezmą rękę”, Ukraińcy będą coraz bardziej roszczeniowi. Już teraz pojawiają się po ich stronie głosy, że Polacy to tchórze, bo nie chcą walczyć z Rosjanami. Polscy ukrainofile myślą, że po wojnie Ukraińcy będą nam wdzięczni za pomoc. Nie będą.
Ukraińcy będą mieli pretensje, że Polacy nie umarli za Kijów. To jest oczywisty mechanizm emocjonalny, który już znamy z żydowskich oskarżeń. Polacy są przedstawiani jako współsprawcy Holokaustu, bo nie umarli za Żydów. I tak samo będzie z Ukraińcami.
Obowiązkiem polskich władz jest stawianie Polski na pierwszym miejscu. Tymczasem mamy sytuację, w której polskie władze stawiają na pierwszym miejscu Ukrainę, a propaganda wmawia Polakom, że jest to w interesie Polski. Nie jest. W interesie Polski jest postawienie Ukrainie warunków, które ta musi spełnić, aby otrzymywać pomoc od Polski.
I o tym przypomina sprzeciw posła Brauna wobec sejmowej uchwały o Wielkim Głodzie na Ukrainie. Na litość boską, szanujmy się!
Stanisław Michalkiewicz 3 grudnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5293
Citius, fortius altius! – głosi wymyślone przez Piotra Coubertin hasło ruchu olimpijskiego, co się wykłada, że szybciej, mocniej, wyżej! Ta dewiza – jak przypuszczam – obowiązuje w sporcie w ogóle, bo w przeciwnym razie, czyż pierwszorzędni fachowcy z dziedziny fizjologii i medycyny nie kombinowaliby tak intensywnie nad metodami, pozwalającymi przekraczać granice wydolności organizmu ludzkiego? Poczciwy Coubertin sądził, że to będzie szlachetna rywalizacja, chociaż nawet w starożytnej Grecji, w której nawet czas liczono według igrzysk olimpijskich, musiały zdarzać się przekręty, skoro w ówczesnym regulaminie czytamy, że nie wolno podstawiać innym zawodnikom nogi. Ale wtedy nawet próby dyskretnej pomocy bogini Fortunie – bo zwycięzca w – dajmy na to – biegu – uchodził za faworyta tej bogini, na dowód czego otrzymywał wieniec oliwny z oliwki rosnącej w świętym gaju – nie dorównywały obecnym tym bardziej, że sport stał się jedną z głównych gałęzi przemysłu rozrywkowego, więc przy tak ogromnych pieniądzach o żadnej szlachetnej rywalizacji mowy już być nie może. Wiele, a może nawet wszystko zależy od odpowiedniego żywienia i tresury zawodnika, którego potem menażerowie wystawiają na arenę, ku uciesze gawiedzi, która zresztą równolegle rozwija własne obyczaje i w ogóle – tak zwane subkultury, które znakomicie przyczyniają się do nieustannego zwiększania obrotów tej gałęzi przemysłu rozrywkowego.
Zdarzają się jednak sytuacje zaskakujące, o których wspominał w swoich felietonach Janusz Głowacki. Akurat zdarzyło się, że w Monachium palestyńscy – wtedy, przynajmniej w tak zwanym „naszym obozie”, mówiło się „bojownicy”, bo w obozie jakimś takim nie naszym, używano już nowoczesnego przezwiska: „terroryści”, które to słowo („to takie słowa są”? – dziwili się ostentacyjnie gitowcy z poprawczaka na spotkaniu z pisarzem próbującym się im podlizać przy pomocy tzw. „grypsery” – co pięknie opisał Marek Nowakowski) zaczyna wypierać z wokabularza politycznego dotychczasowe przezwisko: „faszyści” – więc palestyńscy – niech im będzie – terroryści, wzięli izraelskich sportowców w charakterze zakładników. Od tamtej pory również sport znalazł się w służbie bezpieczeństwa, co doprowadziło do kłopotliwych sytuacji opisanych przez Janusza Głowackiego. Zawodnikom – w tym akurat przypadku – sprinterom, dla bezpieczeństwa, na torze towarzyszyli antyterroryści. I oto zdarzyło się, że antyterrorysta w pełnym oporządzeniu i z długą bronią przybiegł na metę przed zwycięzcą biegu. Zapanowała kłopotliwa sytuacja tym bardziej, że związek zawodowy antyterrorystów kategorycznie zażądał, by tego funkcjonariusza nie tylko uznać za zwycięzcę, ale w dodatku wypłacić mu wynagrodzenie przeznaczone dla złotego medalisty – przeciwko czemu gwałtownie zaprotestował związek zawodowy sprinterów argumentując, że ten antyterrorysta nie należał do związku sprinterskiego, więc żaden medal mu się nie należy, a wynagrodzenie – tym bardziej. Mniejsza o to, jak się to skończyło, bo ważne jest co innego: że wbrew oczywistym i powszechnie znanym faktom, wszyscy próbują podtrzymać w opinii publicznej przekonanie, jakoby związki sportowe były rodzajem kontemplacyjnych zakonów, gdzie „w skupieniu cnotliwem” sportowcy poddają się tresurze.
Ostatnio ofiarą tej hipokryzji padł prezes Polskiego Związku Tenisowego, który został oskarżony o – jakże by inaczej! – „molestowanie” zawodniczek. Składał im mianowicie rozmaite propozycje, albo prawił komplementy, które po latach i po gruntownym namyśle, przestały im się podobać. Ciekawe, że nie słyszałem, by żadna z jego ofiar zrezygnowała z tresury we wspomnianym związku, chociaż o ile mi wiadomo, nie ma jeszcze ustawy, która by nakładała na obywateli obowiązek przynależności do jakiegoś związku sportowego. Ale nie ma też ustawy, która nakładałaby na obywateli obowiązek zawierania małżeństw, a mimo to mnóstwo ludzi to robi, narażając się na straszliwe konsekwencje przewidziane w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Owszem, można się od nich wymigać, przeprowadzając w porę rozwód, którego przyczyną może być na przykład „okrucieństwo moralne”. Taki właśnie przypadek opisał Melchior Wańkowicz, przysłuchując się rozprawie rozwodowej w Reno, w stanie Nevada. Żona oskarżała męża właśnie o „okrucieństwo moralne”, ale dociekliwy sędzia domagał się konkretów – na czym ono polegało. – Ziewał w mojej obecności – po namyśle odpowiedziała żona. – Oooo, to rzeczywiście coś niebywałego – skomentował oburzony sędzia – ale może jeszcze coś pani sobie przypomni? – Naśmiewał się z wuja Jimmy’ego – odparła kobieta po jeszcze dłuższym namyśle. – Z wuja Jimmy’ego! Coś podobnego! – zawołał oburzony sędzia. Stuknął młotkiem i już było – jak to mówią – „po harapie”.
O ile jednak wokół związków sportowych panuje zmowa hipokryzji, o tyle w teatrach – odwrotnie. Tam obowiązuje pełny spontan i odlot, zwłaszcza w sytuacji, kiedy sztuka jest nudna jak flaki z olejem i żeby zwabić publiczność i wyłudzić od niej forsę za bilety, dyrekcja musi „dodawać dramatyzmu”, wzbogacając akcję o tzw. „momenty”, to znaczy – rozbierając aktorów na scenie do naga, nawet, gdyby grali w sztuce „O krasnoludkach i sierotce Marysi” – albo nakłaniając ich do symulowania na scenie ostrego seksu. Jedną z przyczyn jest nasilająca się konkurencja ze strony telewizji, w których pojawia się coraz więcej programów kuplerskich, czy wręcz sutenerskich, więc nic dziwnego, że teatry starają się, jak tam potrafiła, dotrzymać kroku. O ile jednak w związkach sportowych hipokryzję purytańską uzasadnia się ideą olimpijską, o tyle w przybytkach Melpomeny – odwrotnie. Pozorem moralnego, a nawet artystycznego uzasadnienia wprowadzania „momentów”, jest ideologia feministyczna, której bojowym sztandarem jest „vagina”. W imię swobodnej manifestacji sekrecji vaginalnych można wszystko, bo jakiekolwiek ograniczenie miałoby cechy wykluczenia, stygmatyzacji, albo innych, modnych obecnie myślozbrodni.
Ale i tu „nowe” walczy ze „starym”, podobnie, jak to było za Stalina w sprawie kołchozów. Ofiarą tej walki padła pani dyrektor Monika Strzępka, którą na zbitą głowę wywalił z rządowego teatru pan wojewoda Radziwiłł. Gdyby pani Strzępka kierowała teatrem prywatnym, wojewoda nie miałby nic do gadania w sprawie obsady dyrekcji. Ale właśnie o prywatyzacji teatrów nikt nie chce słyszeć, bo jużci – kto by nie wolał, żeby do płacenia za chałtury zmuszać Bogu ducha winnych podatników, którzy na ogół i tak tam nie chodzą, bo zwyczajnie wolą pójść na wódkę?
Co mają wspólnego Józef Piłsudski i Karol Wojtyła? A choćby to że pierwszy, jako czołowy polityk okresu międzywojnia, a drugi jako Biskup Krakowski spotkali się z „Boginią Umą” znaną też jako „Świetlista Dusza” czyli teozofką i synkretystką Wandą Dynowską.
Urodzona w roku 1888 Dynowska pochodziła z zamożnej rodziny mieszkającej na terenie dawnych Polskich Inflant, wówczas w carskiej Rosji. Jak pisze K. Tokarski w szkicu o życiorysie Dynowskiej (por.): „Panna Dynowska wiele czytała, m.in. Biblię, Bhagawadgitę i Koran, polską poezję romantyczną i dzieła polskich filozofów XIX w.” Skąd takie zainteresowania? „Matka zorganizowała dla córki prywatne nauczanie w ich domostwie, zapraszając do siebie nauczycieli. Jednym z nich był Tadeusz Miciński, związany z Warszawskim Towarzystwem Teozoficznym, który wówczas zainteresował Wandę teozofią i mistycyzmem.” (por.) Młoda Dynowska studiowała na uniwersytetach w Krakowie i Lozannie. Weszła w rosyjskie kręgi teozoficzne i zainteresowała „duchowością” dalekiego Wschodu. Teozofia rozpropagowana przez Helenę Bławatską pod koniec XIX wieku była prekursorem New Age – modernistyczną synkretyczną mieszanką, w której łączyły panteizm, reinkarnacja, karma i powszechne braterstwo, mieszanką będącą zatem wodą na młyn masonerii i chętnie w masońskich kręgach podejmowaną. Dynowska po kontaktach z teozofami w Rosji odwiedziła m.in. Francję i Włochy, gdzie zgłosiła akces do tamtejszego Towarzystwa Teozoficznego. Jak pisze Janusz Cisek w artykule Marszałek i teozofowie (Rzeczpospolita 1997, nr 284), gdy Polska w roku 1918 odzyskała niepodległość Dynowska postanowiła utworzyć miejscowe towarzystwo teozoficzne i przyjechała do Warszawy z pełnomocnictwami prezes Towarzystwa Teozoficznego Anny Besant. Pierwsze spotkanie teozofów odbyło się w Nowy Rok 1920 a od następnego roku Dynowska redagowała czasopismo „Przegląd Teozoficzny”, zostając też w roku 1923 sekretarzem generalnym Polskiego Towarzystwa Teozoficznego. W jednym z pierwszych numerów „Przeglądu” ukazał się manifest polskich teozofów, który głosił (por.):
„Trzy są zasadnicze cele Towarzystwa;
1) Utworzenie zawiązku wszechludzkiego Braterstwa bez różnicy rasy,
narodowości, płci, wyznania i t. d.
2) Prowadzenie studjów porównawczych nad religjami, filozofją i nauką.
3) Badanie nieznanych praw natury i ukrytych sił człowieka.
Towarzystwo nie posiada żadnych dogmatów (…), można nie przyjmować żadnej z teorji teozoficznych, oprócz idei wszechludzkiego Braterstwa, i zostać członkiem Towarzystwa – więcej
— być teozofem z Ducha. (…) Towarzystwo składa się z ludzi różnych ras, narodowości, wyznań;
z ludzi, którzy uczą się, studjują, badają głębokie prawa natury, rządzącej ewolucją jednostek, społeczeństw światów; i prawdy duchowe, ukryte w religijnych systemach. (…) Najszerszą tolerancję i szacunek dla wszystkich szczerych przekonań ludzkich uważają teozofowie za swój obowiązek, starają się je stosować zawsze, do wszystkich bez wyjątku. Nie potępiają ciemnoty, ignorancji i ciasnoty w poglądach, lecz starają się wnieść wszędzie światło wiedzy prawdziwej, rozpraszające mroki przesądów i fanatyzmu, bezstronność i rozumiejącą życzliwość. Pragną wszystkiemi siłami służyć ludziom, wnosząc we wszystkie dziedziny myśli i życia pierwiastek istotnego Braterstwa, pogody i wiary w moc ducha ludzkiego. Każdą religję, filozofję, naukę uważają za przejawienie Boskiej, nieskończonej, niewyczerpanej Mądrości. Tej Mądrości sługą jest całe Towarzystwo Teozoficzne.
Aby się stać teozofem, nikt się nie potrzebuje oddalać od religji, którą wyznaje. Gdy sięgnie w samą głąb swojej wiary, gdy szerzej zrozumie mistyczne piękno jej nauki i wniknie w’żywe znaczenie jej duchowych prawd, chcąc czynem własnego życia dać im świadectwo – stanie się teozofem. Można więc być teozofem, a zarazem dobrym Chrześcijaninem, Buddystą lub Machometaninem. Ale też można być dobrym teozofem, nie należąc do żadnego z wyznań. Teozofja przywraca światu zapomnianą Wiedzę Ducha, wedle której naszą indywidualnością najgłębszą jest Duch, zaś umysł i ciało są tylko jego narzędziami. Odkrywając ezoteryczne znaczenie Ksiąg Świętych (wszystkich religji), godzi je z nauką, a tem samem usprawiedliwia przed krytycyzmem intellektu, z równą siłą, jak czyniła to zawsze intuicja. Wskazuje cel najgłębszych dążeń i tęsknot ludzkiego serca, potwierdza i wzmacnia wiarę w moc ducha ludzkiego, dążącego nieustannie naprzód ku szczytom ewolucji — ku „nadczłowieczeństwu”.
Jak widać podpisałby się pod tym manifestem nawet dziś niejaki Juval Harari.
W cytowanym wyżej numerze Dynowska przedstawiła relację z „wszechświatowego” kongresu teozofów w Paryżu. Jak wskazywała: „Religje, nie dając odpowiedzi zadawalniaiącej na główne uporczywie dręczące pytania, nie rzucają światła, które by chaos dzisiejszy rozjaśnić mogło. Teozofowie, przyjmując wielkie Prawa Reinkarnacji i Przyczynowości, ewolucji ducha zarówno jak materji, posiadają klucz do szerokiego filozoficznego zrozumienia wielkich linji ludzkiej historji i tragicznych jej powikłań i węzłów.”
Plakat reklamujący jeden z odczytów Dynowskiej
Dynowska pisała okultystyczne i synkretyczne teksty np. antychrześcijańską (godzącą w Bóstwo Chrystusa) książkę Czy tylko raz żyjemy na ziemi : rzecz o reinkarnacji. Podjęła współpracę z angielską teozofką Arnold przysłaną do Polski przez Besant celem założenia szkoły ezoterycznej. Brała również udział w reaktywacji masonerii w Polsce. Jak wskazuje K. Tokarski: „Dynowska wraz z Tadeuszem Bibro i Michałem Tokarzewskim-Karaszewiczem tworzą, w oparciu o federację angielską, w 1925 pierwszy trójkąt “Le Droit Humain” i do czasu powstania samodzielnej polskiej federacji Wanda, nosząca w organizacji nazwisko Doboszówna, była przedstawicielem Masonerii Mieszanej w Radzie Najwyższej w Paryżu. (…)Wanda Dynowska uczestniczy we wszystkich europejskich kongresach Towarzystwa Teozoficznego i w zjazdach Zakonu Gwiazdy na Wschodzie. Przebywa w Austrii, Bułgarii, Czechosłowacji, Francji, Jugosławii, Rumunii, na Węgrzech i w Wielkiej Brytanii. (…)Podobnie jak wielu polskich teozofów należała do Zakonu Gwiazdy na Wschodzie, który u nas nosił nazwę Zakonu Jutrzenki (przewodniczyła mu Helena Bołoz-Antoniewiczowa). Zakon miał za zadanie przygotować ludzkość na pojawienie się na Ziemi kolejnej inkarnacji Wielkiego Nauczyciela Świata, co miało się dokonać w osobie Jiddu Krishnamurtiego. W 1927 r. Rada Zakonu ogłosiła, że inkarnacja już się dokonała i w związku z tym zmieniono nazwę na Zakon Gwiazdy (u nas od początku 1929 r. na Zakon Gwiazdy w Polsce) i przyjęto nowy program działania. W sierpniu 1927 r. przyjechała do Warszawy Sekretarz Generalny Wszechświatowego Towarzystwa Teozoficznego, Annie Besant. Odbyła szereg grupowych i indywidualnych spotkań z polskimi teozofami” (por.)
Jej współpracownikiem w różnych wywrotowych dziełach był generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Został m.in. on „kapłanem” utworzonego przez Dynowską „Liberalnego Kościoła Katolickiego”, który miał na celu forsowanie masońskiego założenia rozmywania religii na bazie „wolności religijnej” i działań „ekumenicznych”. Powstało również teozoficzne wydawnictwo „Adyar” oraz społeczno-polityczne ramię – organizacja Służebnicy Polscy.
Swoimi działaniami w służbie postępu Dynowska zainteresowała też Józefa Piłsudskiego przebywającego w roku 1924 w Sulejówku. Jak wskazuje autor biografii Karaszewicza-Tokarzewskiego D. Bargiełowski (Po trzykroć pierwszy. Michał Tokarzewski-Karaszewicz, generał broni, wolnomularz, kapłan Kościoła liberalno–katolickiego) Dynowska zwróciła się do Piłsudskiego w kwestii utworzenia Zakonu Wolnomularstwa Zjednoczonego, „pytając o zdanie, radę, niemal pozwolenie.
Bargiełowski cytuje też wspomnienia Aleksandry Piłsudskiej dotyczące Dynowskiej: „[Karaszewicz-Tokarzewski] zainteresował Piłsudskiego organizacją kobiecą, prowadzoną przez panią Dynowską, organizacją teozofów, której dobór personalny odpowiada wszelkim wymogom konspiracji. Uważa, że jeżeli zajdzie potrzeba, Piłsudski może się nią posłużyć bez obawy, gdyż pani Dynowska ręczy za solidarność członkiń”. Faktycznie, gdy nastąpił zamach majowy teozofowie i służebnicy pomagali siłom Piłsudskiego (por. np.). Piłsudski odwdzięczał zaufanie Dynowskiej – Bargiełowski cytuje jej list wspomnieniowy, wskazujący że w latach 1925/26 Piłsudski odwiedzał jej wspólnotę i nawet nocował tam kilka razy. J. Cisek cytuje z kolei list Dynowskiej z roku 1958 do Władysława Poboga-Malinowskiego, w którym pisze ona że: „Komendant interesował się okultyzmem, przekazywaniem myśli na odległość, przeczuciami, itd. Do Towarzystwa Teozoficznego miał stosunek b. pozytywny głównie jako dla siły pracującej dla odrodzenia moralnego (…) Nieraz prosił mnie o opowiadanie o jego pracach. W 1925 Piłsudski zetknął się z prezesem światowego Towarzystwa Teozoficznego dr Arundal(e)”.
Odnośnie tej wizyty Arundala oddajmy znów głos K. Tokarskiemu: „Pod koniec pierwszego pięciolecia działalności PTT, kiedy Dynowska utworzyła wspólnotę podobną do paryskiej, w której przez jakiś czas mieszkała na zaproszenie Pasqualine Mallet, postanowiła zaprosić do Polski dra George’a Arundale z żoną Rukmini Devi. Dwukrotne ich odwiedziny były wydarzeniem wielkiej miary, w ich wyniku kilku polskich teozofów, a wśród nich bohaterkę niniejszego szkicu, przyjęto do Zakonu Służebników.”
Sierpień 1927. Pożegnanie Anny Bessant – szefowej „Wszechświatowej” Teozofii na lotnisku w Warszawie. W I rzędzie : M. Karaszewicz-Tokarzewski (w mundurze), A. Bessant, W. Dynowska (obie z kwiatami)
Śmierć Marszałka wywarła wielkie wrażenie na Dynowskiej. „Jesienią 1935 r. pożegnała się z Polską, odwiedzając w Krakowie Wawel i Kopiec Piłsudskiego” (por.) Wyjechała do Indii, do aszramu jednego z miejscowych guru, poznając hinduizm i jogę. Dalej prowadziła działalności „filantropijną” – także na rzecz tych Polaków, którzy podczas II wojny światowej dotarła do Indii. Po wojnie działała na rzecz niepodległości Indii i Tybetu. Formalnie wystąpiła z Towarzystwa Teozoficznego, ale przy pisaniu swoich dzieł m.in. Antologii indyjskiej korzystała z gościnności biblioteki Towarzystwa Teozoficznego w Adyarze, zaś wśród wydanych przez nią dzieł znalazły się pisma wspomnianych Arundala i Anny Besant.
W sierpniu 1960 przyjął ją na audiencji w Krakowie Biskup Karol Wojtyła, któremu podarowała Antologię indyjską. Potem Dynowska wyjechała znów do Indii, gdzie zamieszkała w Dharamsali, siedzibie Dalaj Lamy na wychodźstwie. Uważano ją nawet za „przybraną matkę dalajlamy”. Dalej pisała. „W 1962 r. ukazuje się Nauka Buddy Paula Carusa. Książka ta była podstawą do nauczania religii w opowiadaniach, kiedy młodzi Tybetańczycy przebywający w Madrasie (porą zimową) w każdy wolny dzień przychodzili do adyarskiego mieszkania – jak ją nazywali – Babci Moli. W 1965 r. ukazuje się Buddyzm mahajana, a w 1967 uroczy tomik Wianuszek drogocenny o Dharmie Buddy wśród Ptaków – Ludowa Pieśń Tybetańska.” (por.)
To co potem następuje doskonale obrazuje posoborowy zamęt.
W październiku 1969 w piśmie Kurii Metropolitalnej kard. Wojtyły – „Tygodniku Powszechnym” ukazał się wywiad ks. Adama Bonieckiego z Wandą Dynowską pt. „Gandhi, aszramy i Tybetańczycy”. Po udzieleniu wywiadu Dynowska nie wyjeżdża jednak z Krakowa, lecz czeka aż wróci do niego Karol Wojtyła już jako Kardynał. Podczas audiencji Wojtyła obiecał Dynowskiej, jak pisze Boniecki, odprawić Msze w intencji zamordowanych Tybetańczyków (buddystów i animistów). Dynowska miała z kolei zapowiedzieć że „Kardynał Wojtyła będzie pierwszym słowiańskim papieżem”.
W roku 1970 Dynowska zapadła na zdrowiu i zamieszkała w katolickim klasztorze w Mysore. Odwiedzali ją jednak z pociechą duchową lamowie. Jak pisze K. Tokarski spotykała się też z ks. Marianem Batogowskim (por.): „Dzięki katolickiemu arcybiskupowi Mysore nawiązał z nią kontakt ks. Marian Batogowski. Długie były rodaków rozmowy, czytali wiersze Konopnickiej, dyskutowali, ksiądz przyniósł jej okruchy polskiego chleba (…)20 marca 1971 r. przyjęła Sakramenty św., odprawiła wspólnie z ks. Batogowskim medytację i krótko przed północą umarła. Zgodnie z jej ostatnią wolą i za zgodą arcybiskupa Mysore tej samej nocy jej zwłoki Tybetańczycy zabrali do Bylakuppe , gdzie następnego dnia lamowie, przy współudziale tamtejszej społeczności, dokonali obrzędów pogrzebowych. Pamięć Wandy Dynowskiej uczczono bardzo znaczącym gestem, budując w pobliżu Bylakuppe stuppę Tenzin Chodon”.
Jak należy dodać przyjęcie Komunii Świętej nie sprzeciwia się w żaden sposób podejściu synkretycznemu a ciało Dynowskiej „katolicki” klasztor wydał, zgodnie z jej ostatnią wolą, by pochowano ją według pogańskich obrzędów buddyjskich zaś zwłoki spalono. Jak podaje anglojęzyczna „Encyklopedia Teozoficzna” epitafium dla niej głosi:
„Tu spoczywa Dusza Uniwersalna – polska teozofka – urodzona jako katoliczka, przyjęła hinduizm i zajęła się służbą na rzecz praktycznego altruizmu buddyjskiego”
W Polsce ks. Boniecki posunął się nawet do tego że w „Tygodniku Powszechnym” z 9 maja 1971 (nr 19) zamieścił tekst o zmarłej pod bluźnierczym tytułem „Wanda Umadewi-Dynowska” (dewi oznacza boginię)
Teozofowie nadwiślańscy: gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski, Wanda Dynowska i Helena Bołoz-Antoniewiczowa
Przykładem arbitralnego i opresyjnego charakteru tego, co Bugnini nazwał „uproszczeniem” kalendarza, jest zniesienie w 1960 r. święta o dużym znaczeniu w życiu Kościoła czyli Objawienia Św. Michała (8 maja).
Przez wieki, aż do roku 1960, w Kalendarzu Ogólnym istniały dwie uroczystości Św. Michała: 8 maja i 29 września. Zostały one jednak rozpoznane przez Komisję Liturgiczną jako niepotrzebne „dublowanie”, i Objawienie Św. Michała zostało wyrzucone z Kalendarza wraz z innymi „niechcianymi” świętami.
Podobnie jak inne święta likwidowane w tym samym roku, wiązało się ono z upamiętnieniem cudownych wydarzeń. Według Brewiarza Rzymskiego, święto to zostało ustanowione w podzięce Panu Bogu za zwycięstwo militarne odniesione pod Monte Gargano we Włoszech 8 maja 663 r. za wstawiennictwem Św. Michała. Bitwa ta została opisana przez benedyktyńskiego historyka z VIII wieku, Pawła Diakona, w ten sposób:
„Gdy Grecy przyszli splądrować sanktuarium Świętego Archanioła [Michała] znajdujące się na górze Garganus (Gargano), Grimuald [król Lombardów], przybywając na nich ze swoim wojskiem, pokonał ich bez trudu”. (1)
Znamienne w tym zdarzeniu jest to, że Archanioł obiecał chronić sanktuarium – obecnie najstarsze na Zachodzie sanktuarium poświęcone Św. Michałowi, kiedy objawił się tam w 492 roku.
Brewiarz sprzed 1960 roku podaje pełną relację o tych wydarzeniach. (2) Dowiadujemy się z niego, że Św. Michał ukazał się pod koniec V wieku biskupowi pobliskiego miasta Siponto z przesłaniem dotyczącym groty na Monte Gargano: (3) mianowicie, że grota ta powinna stać się sanktuarium poświęconym Św. Michałowi, który weźmie ją pod swoją opiekę.
Ponieważ takie cudowne wydarzenia po prostu nie mają znaczenia w postępowych kręgach Kościoła Katolickiego, Bugnini odrzucił je jako „niehistoryczne”, sugerując, że nie są wiarygodne. Zamiast tego, „eksperci” liturgiczni postanowili uwierzyć w coś, co sami wymyślili: mianowicie, że Objawienie Św. Michała, podobnie jak wiele innych „drugich świąt” pojedynczego świętego, zagraca rok liturgiczny i nie powinno już zajmować miejsca w Kalendarzu Ogólnym.
Nie można zlekceważyć zasadniczej przyczyny usunięcia tego święta. Od roku 1960, Kościół zaczął bagatelizować nadprzyrodzony charakter liturgii, aby uczynić ją bardziej akceptowalną dla protestantów, którzy odrzucają cuda i objawienia.
Marcin Luter rozpuścił absurdalną plotkę, jakoby podczas objawienia, Św. Michał zrzucił część swoich piór, które stały się przedmiotem poszukiwań katolickich łowców relikwii jako „obiekty kolekcjonerskie”. (4)
Opowieść o piórach pobudziła protestancką fantazję do tego stopnia, że do dziś wywołuje wesołość. Wspomnijcie o objawieniu Św. Michała, a prawdopodobnie zapytają was, czy macie jego pióro. Jest to nawet używane przez liturgistów katolickich (5) i księży, którzy w swoich homiliach kpią z tradycyjnych wierzeń.
Wystarczy krótkie spojrzenie na historię tego święta i jego traktowanie przez Kościół aż do 1960 roku, aby przekonać się, jak szokujące są te preteksty w swojej duchowej tępocie.
Jak ważne było święto Objawienia Św. Michała?
Znaczenie tego święta wynika z jego miejsca w Historii. (6)
Po pierwsze, upamiętnia ono pierwsze z kilku znanych w zachodnim chrześcijaństwie objawień Św. Michała Archanioła (7) i odegrało decydującą rolę w rozwoju kultu Św. Michała w rycie rzymskim.
Po drugie, sanktuarium w Gargano było w średniowieczu ważnym ośrodkiem pielgrzymkowym o międzynarodowym statusie i, wraz z Jerozolimą, było uważane za jedno z najświętszych miejsc w chrześcijaństwie. Było ono niekiedy wykorzystywane jako punkt etapowy dla pielgrzymów zmierzających drogą morską do Jerozolimy. Odwiedzali ją papieże, cesarze (w tym Karol Wielki), królowie i królowe, biskupi i opaci, święci, duchowni i świeccy wierni szukający ochrony Św. Michała przed mocami szatana i jego sług.
Po trzecie, papież Św. Pius V uznał to starożytne święto za tak ważne dla życia duchowego wiernych, że w 1568 roku umieścił je w Kalendarzu Kościoła powszechnego. Nie była to żadna innowacja: Pius V po prostu przekazał potomnym obchodzone od wieków święto i nadał mu nazwę; Apparitione S. Michaelis, pod którym było ono później znane.
Wiemy, że Pius V był szczególnie oddany Św. Michałowi, ponieważ przyjął imię Michele, gdy jako nowicjusz wstępował do zakonu dominikanów. Naśladując swojego niebiańskiego patrona, papież również okazał się obrońcą Kościoła Chrystusowego na ziemi.
Po czwarte, o powszechnym charakterze nabożeństwa do Św. Michała świadczą święta, kalendarze i martyrologia, Msze i modlitwy, patronaty, (8) pielgrzymki, cechy i bractwa jemu poświęcone, które wszystkie były w jakiś sposób związane z objawieniem z V wieku.
Zanik nabożeństwa do Św. Michała rozpoczął się w 1960 r.
Gdy rozważymy znaczenie Św. Michała w kulcie publicznym przed 1960 r., zobaczymy, kiedy robak zaczął wchodzić do jabłka: Stało się to wraz z reformami papieża Jana XXIII.
Przed rokiem 1960, Św. Michał był przywoływany siedem razy w Mszy Św.(10) cichej i śpiewanej, ale dwa razy mniej w obu przypadkach po 1960 r., co było konsekwencją usunięcia Confiteor przed Komunią.
W dniu jego święta, 8 maja, wspomina się go 9 razy, w tym dwa odniesienia w Propriach Mszy Świętej: jedno pośrednio w wersecie Offertorium, (11) drugie imiennie w Postkomunii. (12) Tak więc, chociaż odniesienia te pozostały we wrześniowym święcie Św. Michała w Mszale z 1962 r., dodatkowa okazja dla całego Kościoła do oddania liturgicznej czci Św. Michałowi została usunięta z kalendarza, gdy zniesiono święto majowe.
Modlitwa – egzorcyzm do Św. Michała, obowiązkowa po każdej cichej Mszy Św. jako część Modlitw Leonowych (13) – była zagrożona usunięciem już w roku 1960. Jej wyeliminowanie znajdowało się w programie każdej międzynarodowej konferencji liturgicznej w latach 50-tych.
Nie dziwi więc fakt, że w 1962 r. istniały już przepisy pozwalające w szerokim zakresie na pomijanie Modlitw Leonowych po Mszy Św. ,a przykładami mogą być:
– Gdy Msza Święta jest poprzedzona jakąś funkcją np. posypanie głów popiołem;
– Gdy w niedziele lub święta Msza Św. odprawiana jest w formie „dialogowanej”;
– Gdy po Mszy Św. następuje Adoracja lub Nowenna
Następnie, w 1964 roku, modlitwy Leona XIII zostały całkowicie zniesione przez Instrukcję Inter Oecumenici opracowaną przez Consilium Bugniniego.
„Ostateczne” pożegnanie ze Św. Michałem
Pięć lat później, kiedy Consilium opracowało Mszę Novus Ordo, Św. Michał został zupełnie usunięty z tekstu. Jedynie w dniu jego święta 29 września, jego imię jest wymieniane jako opcja w lekcjonarzu, ale nawet to ustępstwo jest wycofywane, jeśli jego święto przypada w niedzielę. Ponadto, Książę Zastępów Niebieskich, najwyższy w hierarchii anielskiej, dzieli teraz swój tytuł w dniu swojego święta, z innymi Archaniołami.
Kto by pomyślał w 1960 roku, że Archanioł, który bronił Izraelitów w Starym Testamencie i jest szczególnym obrońcą Kościoła, sam będzie potrzebował obrony przed próbami obniżenia jego rangi i ignorowaniem przez Kościół?
Kto by pomyślał, że tym, który zainauguruje kampanię przeciwko Św. Michałowi będzie papież, choć zgodnie z Tradycją, Św Michał jest Aniołem Stróżem każdego z suwerennych papieży (15)?
Papież Jan XXIII stwierdził kiedyś, że „musimy mieć żywe i głębokie nabożeństwo do naszego własnego Anioła Stróża… i nigdy o nim nie zapominać” (16), ale wygląda na to, że jego entuzjazm dla Św. Michała uleciał przez słynne okno, które otworzył, gdy na horyzoncie pojawił się „ekumenizm”.
Ekumenizm kontratakuje
Uroczystość Objawienia Św. Michała było szczególnie delikatną kwestią, ponieważ stała na skrzyżowaniu objawień prywatnych i publicznej liturgii. Sam pomysł interwencji anielskiej, tego aby Św. Michał pojawiał się osobiście, udzielał instrukcji poszczególnym osobom lub interweniował w ludzkie sprawy, była odrzucana przez protestantów i postępowych katolików jako mitologia.
Reforma ta była częścią stopniowej sekularyzacji Wiary. Święty Michał przez wieki był utrzymywany w świadomości wiernych poprzez liturgię, ale od 1960 roku wiara w rzeczywistość nadprzyrodzoną zaczęła znikać ze świadomości katolików.
Niewielu katolików ma dziś świadomość potrzeby modlitwy się do Św. Michała, aby „bronił nas w walce”. To tak, jakby ten silny, męski symbol Kościoła Walczącego stał się zbędny, zamieniwszy swój miecz na białą flagę i przyjąwszy „dialog” jako listek figowy i symbol poddania się siłom zła.
c.d.n.
Dr Carol Byrne
tłum. Sławomir Soja
1. Paweł Diakon, Historia Langobardorum (Historia Lombardów), w tłumaczeniu W. D. Foulke, New York, Longman, Green & Co., 1906, rozdział XLVI, s. 200. Paweł Diakon, sam z pochodzenia Lombardczyk, był w VIII wieku skrybą i historykiem na dworze Karola Wielkiego.
2. Byk, należący do pewnego człowieka, mieszkającego na górze, zbłądził ze stada i został znaleziony zakleszczony u wejścia do jaskini. Jeden z jego tropicielił wypuścił strzałę, chcąc pobudzić zwierzę. Strzała jednak odbiła się i uderzyła tego, który ją posłał. Ta okoliczność wzbudziła tak wielki strach w okolicznej ludności, że nikt nie odważył się zbliżyć do jaskini. Mieszkańcy Siponto skonsultowali się więc z biskupem, który odpowiedział, że aby poznać wolę Boga, muszą spędzić trzy dni na poście i modlitwie. Po upływie tych trzech dni Archanioł Michał ukazał się biskupowi i poinformował go, że miejsce to znajduje się pod jego ochroną i że to, co się wydarzyło, jest oznaką jego woli, że należy tam czcić Boga, ku czci jego samego i aniołów. Biskup udał się więc do groty wraz ze swoim orszakiem. Okazało się, że ma ona kształt kościoła i zaczęli używać jej do odprawiania nabożeństw. Później dokonało się tam wiele cudów.
3. Co ciekawe, wykopaliska archeologiczne przeprowadzone w tej jaskini odkryły ruiny chrześcijańskiego miejsca kultu z końca V wieku, pod późniejszym sanktuarium zbudowanym w VII wieku przez królów lombardzkich. (Zob. Nicholas Everett, „The Liber de Apparitione S. Michaelis in Monte Gargano and the Hagiography of Dispossession”, Analecta Bollandiana, vol. 120, Issue 2, 2002, s. 372).
4. Marcin Luter, Dzieła, t. 54, s. 247
5. Np. wpływowy filipiński liturgista, Anscar Chupungco O.S.B., stwierdził: „Czczenie ciał lub relikwii świętych jest smutnym rozdziałem w historii liturgii… Kiedy byłem studentem w Europie, jedną z moich rozrywek było poszukiwanie niektórych z najbardziej zabawnych rodzajów relikwii: pióra Św. Michała Archanioła…” w swojej książce What, Then, is Liturgy? Musings and Memoir, Quezon City: Claretian Publications, 2010, s. 48.
6. Najwcześniejszym zachowanym zapisem tego wydarzenia jest Liber de apparitione Sancti Michaelis in Monte Gargano (Księga objawienia Św. Michała na Monte Gargano), napisana najprawdopodobniej w VII wieku, która zawiera odniesienie do zaginionej relacji z VI wieku.
7. Tradycja kultu Świętego Michała wywodzi się z I wieku z Azji Mniejszej w pobliżu miasta Kolosy (obecnie na terenie Turcji). W IV wieku Konstantyn wybudował na jego cześć wspaniały kościół, Michaelion, w pobliżu Konstantynopola.
8. Św. Michał jest m.in. patronem sił zbrojnych i policji.
9. Dwa razy w każdym z 3 Confiteor i raz w Modlitwach Leonowych po Mszy Św.
10. Jak wyżej w Confiteor i raz przy błogosławieniu kadzidła na Offertorium, gdzie kapłan modli się, aby „za przyczyną Świętego Michała Archanioła, stojącego po prawej stronie ołtarza kadzenia, i wszystkich wybranych swoich, niech to kadzidło raczy Pan pobłogo+sławić i jako miłą woń przyjąć”
11. Apokalipsa 8: 3-4.p
12. „Wsparci wstawiennictwem Św. Archanioła Twego Michała, kornie błagamy Cię, Panie, abyśmy pojęli umysłem to, cośmy spożyli ustami”
13. Modlitwy te zostały po raz pierwszy promulgowane przez papieża Leona XIII w 1884 r. (z dodaniem Św. Michała w 1886 r.) do stosowania po cichej Mszy Św., ale nie są, ściśle rzecz biorąc, częścią Mszału Rzymskiego.
14. J. B. O’Connell, The Celebration of Mass, Milwaukee: Bruce Publishing Company, 1963, s. 210-11. O’Connell powołuje się na różne dekrety Świętej Kongregacji Obrzędów: SCR 3705, 3855, 3936, 3682, 3505.
15. Na frontispisie Mszału z 1570 r. przedstawiony jest Św. Pius V klęczący w szatach pontyfikalnych przed Archaniołem Michałem. Zob. Natalia Nowakowska, „From Strassburg to Trent: Bishops, Printing and Liturgical Reform in the Fifteenth Century”, Past & Present, vol. 213, Issue 1, November 2011, s. 27.
16. Papież Jan XXIII, Medytacja o Aniele Stróżu, Discorsi, Messaggi, Colloqui del Santo Padre Giovanni XXIII, Libreria Editrice Vaticana, t. II: 28 października 1959- 28 października 1960, s. 762.
17. Nie sposób wyolbrzymić głębię kryzysu moralnego w Kościele po 50 latach „łagodnego” podchodzenia do zła, czyli „medycyny miłosierdzia” papieża Jana. Niektórzy biskupi, zaalarmowani stanem rzeczy, ale niepomni na swój udział w kryzysie, polecili Modlitwę do Św. Michała po mszy Novus Ordo, a papież Franciszek przeprowadził 5 lipca 2013 r. w Ogrodach Watykańskich chaotyczną ceremonię, w której poświęcił Państwo Watykańskie patronatowi Św. Michała. Niemniej jednak, kryzys nadal wymyka się spod kontroli pod przewodnictwem papieża, który, według autorytatywnych głosów w Kościele, aktywnie podsyca ogień, który nadal produkuje dym szatana, o którym wspominał Paweł VI.
================================
Głęboko wstrząśnięty tym co usłyszał, papież Leon XIII ułożył następującą Modlitwę do św. Michała (która jest także proroctwem) i nakazał odmawianie jej po wszystkich cichych Mszach jako ochronę dla Kościoła przed piekielnymi atakami.
Modlitwa pochodzi ze “Zbioru” [The Roccolta], 1930, Benziger Bros., s. 314-315. “Zbiór” jest kolekcją oficjalnych i błagalnych modlitw posiadających imprimatur Kościoła.
Modlitwa
O chwalebny św. Michale Archaniele, Książę wojska niebieskiego, bądź naszą obroną w straszliwej wojnie, którą toczymy z księstwami i mocami, z władcami tego świata ciemności, duchami zła. Przyjdź z pomocą człowiekowi, którego Bóg uczynił nieśmiertelnym, stworzył na swój obraz i podobieństwo, i wykupił za wielką cenę od tyranii szatana.
Tocz dzisiaj tę bitwę Pana, razem z aniołami świętymi, jak już walczyłeś z wodzem pysznych aniołów, Lucyferem i jego odszczepieńczym wojskiem, którzy byli bezsilni by oprzeć się Tobie, a nie było już dla nich miejsca w niebie.
Ten okrutny, starodawny wąż, którego nazywa się diabłem lub szatanem, który zwodzi cały świat, został rzucony w otchłań ze swoimi aniołami. Oto ten prastary wróg i morderca ludzi nabrał odwagi. Przekształcając się w anioła światłości, wędruje z całym tłumem złych duchów, atakuje ziemię w celu wymazania imienia Boga i Jego Chrystusa, by schwytać, zabić i rzucić na wieczną zgubę dusze przeznaczone do korony wiecznej chwały. Ten niegodziwy smok wylewa jak najbardziej nieczystą powódź, jad swojej złośliwości na ludzi o zdeprawowanym umyśle i skorumpowanym sercu, ducha kłamstwa, bezbożności, bluźnierstwa, i zgubny oddech nieczystości i wszelkiego występku i bezprawia.
Ci najsprytniejsi wrogowie są przepełnieni i upici goryczą wobec Kościoła, małżonki niepokalanego Baranka, i położyli swoje bezbożne ręce na tym co ma najświętsze.
W samym Świętym Miejscu, gdzie ustanowiono Stolicę św. Piotra i Tron Prawdy jako światło świata, wyniosą na tron swoją ohydną bezbożność, z niecnym planem, że kiedy uderzą w Pasterza, rozpierzchną się owce.
Pokaż się, niezwyciężony Książę, udziel pomocy przeciwko atakom zagubionych duchów na lud Boży, i daj mu zwycięstwo.
Lud czci Cię jako swojego opiekuna i Patrona; Tobą chlubi się Kościół Święty jako obroną przed złośliwą mocą piekła; Tobie Bóg powierzył dusze ludzi, które mają być doprowadzone do niebiańskiej szczęśliwości. Oh, módlcie się do Boga pokoju, żeby położył szatana pod naszymi stopami, jak dotąd podbitych, by już nie mógł trzymać ludzi w niewoli i szkodzić Kościołowi. Ofiarujmy nasze modlitwy przed oczyma Najwyższego, żebyśmy mogli szybko zjednać sobie miłosierdzie Pana; i pokonując smoka, starodawnego węża, który jest diabłem i szatanem, byś Ty znowu zniewolił go w otchłani, żeby już nie mógł zwodzić narodów.
mail: mapa została wydana już w 1942 roku w Filadelfii. Co więcej w lewym górnym rogu mapy odbito pieczęć z napisem „COMPLETED OCTOBER 1941″. Oznacza to, że mapa została stworzona jeszcze przed przystąpieniem USA do wojny, co nastąpiło w grudniu 1941.
Wielokrotnie już ostrzegałem przed obecną kadrą zarządzającą instytucjami, nad którymi tak zwany nadzór sprawują zastępy laików, promowanych z kolei przez obsadzonych na stanowiskach biernych, miernych, ale wiernych, adeptów szkół liderów, wylęgarni szwabskich i sorosowskich uczelni gotowania na gazie. Jedyne, co ich łączy i po czym rozpoznać ich można bez ryzyka pomyłki, to ignorancja sięgająca poziomu doskonałości (zgodnie zresztą z uwielbianym przez nich mottem – sky is the limit), najdroższe garnitury, sprawiające wrażenie o numer za małych i przekonanie o swojej wyjątkowości. Ich zadufanie jest przy tym odwrotnie proporcjonalne do wiedzy, która wydawałaby się być wymogiem niezbędnym na zajmowanych przez nich stanowiskach, ale obecnie jej brak uchodzi za powód do dumy, podobnie jak leżący na nocnym stoliku sypialni tomik najnowszych wypocin któregoś z ich guru, obiecujących im nieśmiertelność. Oczywiście, nikt tych bzdur nie czyta i nie próbuje zrozumieć, ponieważ jak pisze prof. Adam Wielomski, sami autorzy tego typu „dzieł” na to nie liczą, bo „oczekują kamer, fleszy, zachwytów, nie debaty. To celebryci ideologii globalizmu, a nie merytorycznie przygotowani do dyskusji profesjonaliści”
[1]. To, że tego nie czytają, to akurat zrozumiałe, ale obawiam się, że oni nie czytają niczego, poza poleceniami wyjmowanymi w wyznaczonych dniach, z zalakowanych kopert. Podejmują wówczas decyzje, jedynie słuszne, by dany ukaz bezzwłocznie wdrożyć w życie. I może lepiej, że na tym poprzestają, bo efekty w każdym przypadku są opłakane. Bardzo często – dosłownie.
Tacy właśnie geniusze, z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA, polecili niedawno, by wszystkich agentów ochrony linii lotniczych, tak zwanych powietrznych szeryfów (Federal Air Marshal Service), skierować na przejścia graniczne, aby kontrolowali przekraczających je, tamtejszych nachodźców. Pilnują szpitali, wykonują proste prace związane z transportem cudzoziemców, opieką społeczną, kierowani są nawet do zajęć czysto porządkowych.
Poza tym, że urzędnicy przyznali tym samym, iż potencjalne zagrożenie terrorystyczne w lotnictwie jest od dawna znikome, jest to kolejny przykład degradowania przez system obowiązujących dotychczas zasad opartych na rozsądku i logice. Powielany zresztą ślepo przez urzędników wszystkich państw tej współczesnej międzynarodówki komunistycznej.
Mimo, że porwania samolotów już się nie zdarzają, okazuje się, że w locie mogą się przytrafić zdarzenia nieoczekiwane, co zresztą także sygnalizowałem, jako coś, z czym będziemy się zderzali w efekcie psychicznej opresji, której ludzie podlegali w ostatnim czasie, ale być może również eksperymentów stosowanych wobec nich w tym okresie.
25 listopada tego roku, pijany pasażer lecący na pokładzie samolotu linii JetBlue, z Nowego Jorku do Salt Lake City, wyciągnął nieoczekiwanie brzytwę i przyłożył ją do gardła siedzącej obok kobiety. Zmusił ją do wstania i trzymając nadal ostrze przy jej szyi zaczął krzyczeć, że „wszystko będzie dobrze, nikomu nic się nie stanie”. Kobiecie udało się wyrwać napastnikowi, który próbował ją jeszcze złapać, a wtedy do akcji wkroczył przypadkowy pasażer, który obezwładnił szaleńca. Po lądowaniu, agresora przejęli policjanci, ale w świetle tego, co napisałem wcześniej, dwa pytania nasuwają się w sposób naturalny. Jak udało się wnieść na pokład samolotu brzytwę i co by było, gdyby w tym samolocie zabrakło owego samarytanina, którym to mianem od razu okrzyknięto bohaterskiego pasażera?
Czy ten akt przemocy otworzy komuś oczy? Wątpię, bo to, co dzieje się dookoła, jest celowym postawieniem wszystkiego na głowie, przyzwyczajaniem społeczeństw do bezprawia i pogodzenia się z tym, że sprzeciw nie ma szans powodzenia. Oprawcy liczą na psychiczne wyczerpanie traktowanych w ten sposób ludzi, a skuteczność tej metody testowali przez ponad trzy lata wmawiając światu, że to dla bezpieczeństwa obywateli pozamykali ich w domach i stręczyli środki powodujące kalectwo, a w wielu przypadkach śmierć. O tym, że bezpieczeństwo ludzi, którym powinni służyć, znalazło się na ostatnim miejscu ich priorytetów, świadczą przykłady objawiające się na całym globie, każdego dnia. Pisałem i mówiłem wielokrotnie o tym choćby, że pomysł, aby w transporcie lotniczym redukować liczbę pilotów do jednego, jest zbrodniczy, bo zagraża ludzkiemu życiu. A, mimo to, brak w tej sprawie jakiejkolwiek debaty, a nad kolejnymi przypadkami potwierdzającymi zasadność tych obaw, przechodzi się do porządku dziennego. Oczywiście, nie ma to być może większego znaczenia przy założeniu, że obecny Komintern będzie dążył do likwidacji transportu lotniczego w ogóle,
15 sierpnia ubiegłego roku, Boeing 737-800, rejs ET343, etiopskich linii lotniczych, lecący z Chartumu w Sudanie do Addis Abeby w Etiopii znajdował się na poziomie lotu 370 (37 000 stóp), gdy obaj piloci zasnęli. Maszyna lecąc na autopilocie, kontynuowała lot do pasa na lotnisku docelowym, utrzymując wysokość. Kontrola ruchu lotniczego próbowała wielokrotnie skontaktować się z załogą, ale bez powodzenia. Po przelocie nad pasem, autopilot odłączył się i dopiero sygnał dźwiękowy odłączenia obudził załogę, która po 25 minutach posadziła samolot na ziemi.
23 sierpnia, pilot samolotu linii Jet2, rejs LS1239, lecącego z Birmingham w Anglii do miejscowości Antalya w Turcji, lądował awaryjnie w Grecji, kiedy jego kolega stracił przytomność na wysokości 30 000 stóp.
We wrześniu, dowódca samolotu Boeing zmarł nagle podczas lotu z Nowokuźniecka do Petersburga w Rosji. Drugi pilot wykonał awaryjne lądowanie na lotnisku w Omsku, ale kapitan zmarł, zanim udzielono mu pomocy. „Zespół karetki reanimacyjnej przybył na lotnisko dziesięć minut przed lądowaniem samolotu. Zespół stwierdził śmierć pilota przed udzieleniem pomocy medycznej” – podało Ministerstwo Zdrowia Obwodu Omskiego.
19 listopada tego roku, kapitan zemdlał za sterami samolotu Embraer E175, linii Envoy Air, rejs 3556, który leciał z lotniska Chicago do Columbus w Ohio. Lot odbywał się dla linii American Eagle, która – podobnie jak Envoy Air – jest częścią American Airlines. Wkrótce po starcie kapitan zdążył tylko zgłosić się do kontroli ruchu lotniczego i po chwili łączność przejął już drugi pilot, mówiąc „musimy zawrócić, kapitan jest niezdolny do pracy”. Tak się akurat złożyło, że był to szkoleniowy lot nowego w tej linii kapitana, a nadzór nad jego pracą pełnił siedzący obok instruktor, również w randze kapitana, którego doświadczenie, a nie wiara w Matkę Ziemię, pozwoliło zawrócić i bezpiecznie na tej ziemi wylądować, ratując 57 pasażerów i maszynę. Pilot, odwieziony do szpitala, zmarł nie odzyskawszy przytomności. Instruktor wykonał swoją pracę po mistrzowsku, choć kiedy odsłuchiwałem nagranie z jego konwersacji z kontrolerami, których działania były zresztą równie perfekcyjne, odniosłem dwa wrażenia. Przede wszystkim dumę z tego, że miałem szczęście doświadczyć w swoim życiu pracy w lotnictwie, ale i żal, że ten świat odchodzi już w przeszłość. Czułem też bezsilność, czytelną także przez chwilę w głosie owego pilota, który robił wszystko, by jak najszybciej dotrzeć do gate’u, z umierającym obok kolegą.
Tego typu przypadków jest wokół nas coraz więcej, choć zaprzedane media i tak zwani politycy nie załamują nad nimi rąk.
Jeden z kontrolerów pracujących w Madrycie, poinformował, że w maju 2022 roku, w Hiszpanii miało miejsce 28 lądowań awaryjnych związanych z utratą przytomności, w porównaniu z zaledwie jednym lub dwoma w latach poprzednich.
Uwielbiana przez system noblistka Wisława Szymborska, pisała w czasach nie tak dawno minionych wiersze, o których wszyscy woleli taktownie już zapomnieć. Niemniej jednak, nie da się ich wykreślić z jej dorobku tylko dlatego, że czasy nastały inne. W jednym z nich pisała o Włodzimierzu Leninie, że to „nowego człowieczeństwa Adam”. Obawiam się, że te wszechobecne wokół patyczaki w rurkach, zbudowały nowego człowieczeństwa całą rodzinę Adam(s)ów.
Sławomir M. Kozak
[1] „Wielomski: Dlaczego napisałem książkę o Hararim?”, Redakcja Konserwatyzm.pl, 20.11.2022.
Wiele lat temu ważna postać styropianu Wiesław Walendziak w przypływie szczerości powiedział „Polityka, którą widzą wyborcy, jest jak chiński teatr cieni. W niewielkim stopniu odnosi się do tego, co się dzieje naprawdę w gospodarce i wielkich procesach społecznych. Najważniejsze rozstrzygnięcia zapadają poza Sejmem, a nawet rządem. Sejm jest miejscem głośnych i gorszących sporów – ale tylko teatrem”.
Prawda jest bardziej brutalna. Te decyzje zapadają nie tylko poza Sejmem, ale również poza Polską, a nawet Europą. Przedstawienie musi jednak trwać, więc Przeciwnik – jako reżyser i producent – obstawia scenę polityczną swoimi formacjami. Przyczyna tego jest prosta – zawsze coś się może wymknąć spod kontroli.
Jako kibic lubię rozkminiać co aktualnie rozgrywają. I jak ustawiają aktorów tego teatru. Od dłuższego czasu jestem przekonany że – PiS się kończy po prawej stronie. Nie tak zupełnie – bo pozostanie w parlamencie, ale już niekoniecznie jako siła samodzielnie rządząca. Wystąpiła więc potrzebna drugiej formacji po „prawej” stronie. Taki PiS jeszcze bardziej PiS-owski. W tej formacji może się znaleźć Bąkiewicz, Ziobro, Jaki, Warchoł czy nawet Macierewicz. Mogą do niej oddelegować Andruszkiewicza albo Chruszcza. Nie jest przypadkiem pojawienie się na Marszu Niepodległości pewnych polityków obozu rządzącego.
Twór ten będzie głośno suwerenistyczny, antyunijny i teatralnie patriotyczny. Bedzie walczył z aborcją i mocno atakował szaleństwa w sferze obyczajowości. Będzie zapewne domagał się jeszcze większej lustracji i dekomunizacji. Wspierał cenzurę i większy zamordyzm. Historycznie promował będzie wyklęcizm, insurekcyjność i radykalny antykomunizm. W swojej niechęci do Rosji, Białorusi czy Niemiec przebije nawet szaleńców PiS-owskich. Będzie oczywiście proukraiński.
Będzie to jednak formacja bezpieczna geopolitycznie. W pełni będzie popierać a właściwie realizować atlantycki czyli amerykański kurs styropianowej prawicy. Będzie ważnym elementem stronnictwa wojny. Stronnictwo to będzie jednym z gwarantów zwiększenia wojsk amerykańskich na naszym terytorium. Umocnienia znaczącej własności korporacyjnej. Po co im taka formacja? To ma oczywiście głęboki sens i to w kilku warstwach : tratwy, piorunochronu i wymówki. – Tratwa. W formacji wiekowego i schorowanego Kaczyńskiego nie ma pewności co się z nią stanie gdy go zabraknie. Część osób chce mieć alternatywę polityczną. Chce zapewnić sobie kierunek i miejsce ucieczki w czasie pokaczyńskim. Dzisiaj tylko żoliborski Machiavelli trzyma część z tych osób w PiS-ie. Gdyby go zabrakło jego otoczenie pozbyłoby się obciachowców i konkurencji przy najbliższej okazji. – Piorunochron. W czasach niespokojnych burz politycznych i gwałtownych protestów przydaje się formacja, w którą będzie można łatwo i bezkarnie walić. Już widzę komentarze w różnorakich TVN-ach – „Oczywiście PiS jest formacją niebezpieczną, ale zobaczcie na alternatywę na prawej stronie. To już taliban”. – Wymówka. Socjal będzie cięty i jest pożerany przez inflację. To się nie zmieni i nie ma co do tego wątpliwości. Kaczyści potrzebują usprawiedliwienia dla swojego twardego elektoratu. Putin i Tusk to za mało. Nawet wyznawcy dostrzegają, że to z jednej strony bujda a z drugiej przeszłość. Zdrada w własnym obozie jest znakomitą narracją. „Byłoby dobrze ale widzicie co się dzieje. Musimy być jeszcze bardziej zdyscyplinowani i jednomyślni”.
Dodatkowo taka formacja topi Konfederację i w pewnych aspektach niewygodnych dla atlantystów polityków jak Brauna, Smuniewskiego[?? a któż to? MD] , Kamińskiego (Krystiana) czy sędziwego Korwina-Mikke.
Dla nas jest to niewielka różnica. Zamiast jednaj wrogiej Polsce i nam formacji będą dwie. W tym jedna niebezpieczniejsza – bo bardziej obłudna i radykalniejsza. Niebezpieczna również z powodu, że będzie stronnictwem „świeżym” więc dającym złudne nadzieje uczciwym ale mało wyrobionym politycznie rodakom. Nie jest to dobra perspektywa. Ale w III RP, trzeba było już przywyknąć.
Sejm uchwalił w czwartek ustawę o zaniechaniu ścigania za przekazanie przez niektóre samorządy danych wyborców w związku z korespondencyjnymi wyborami prezydenckimi zarządzonymi na 10 maja 2020 r. Wcześniej Sejm nie zgodził się na odrzucenie projektu w całości.
Za uchwaleniem ustawy głosowało 223 posłów: posłowie PiS, a także 2 posłów koła Kukiz’15 oraz Agnieszka Ścigaj z Polskich Spraw. Przeciw było 218 posłów z Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej-PSL, Konfederacji, Polski 2050, Porozumienia oraz PPS, a także posłowie niezrzeszeni. Wstrzymał się poseł Andrzej Sośnierz z koła Polskie Sprawy; 18 posłów nie głosowało.
Wcześniej Sejm nie zgodził się na wniosek o odrzucenie projektu; za odrzuceniem głosowało 219 posłów, przeciw – 225.
Pierwsze czytanie projektu o zaniechaniu ścigania za przekazanie przez niektóre samorządy danych wyborców w związku z korespondencyjnymi wyborami prezydenckimi zarządzonymi na 10 maja 2020 r. odbyło się w Sejmie w środę. Posłowie nie przyjęli wniosku KO o odrzucenie projektu. Został on skierowany do komisji sprawiedliwości i praw człowieka. W czwartek podczas drugiego czytania projektu klub KO ponownie złożył wniosek o odrzucenie.
Uchwalona w czwartek ustawa przewiduje niewszczynanie postępowań i umorzenie niezakończonych prawomocnym wyrokiem postępowań karnych o przekroczenie uprawnień przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast za przekazanie poczcie spisu wyborców podczas wyborów prezydenckich w trakcie lockdownu w 2020 r. Ustawa zakłada, że nie wszczyna się postępowania, a wszczęte umarza „o czyn popełniony w czasie obowiązywania stanu epidemii” polegający na przekazaniu operatorowi pocztowemu spisu wyborców w związku z zarządzonymi wyborami na urząd prezydenta.
Kolejny artykuł mówi, że orzeczone prawomocnie środki karne, środki kompensacyjne oraz środki związane z poddaniem sprawcy próbie, niewykonane w całości lub w części, nie podlegają wykonaniu. Nie podlegają również wykonaniu orzeczone prawomocnie nieuiszczone w całości lub w części koszty postępowania.
„Skazania za te czyny ulegają zatarciu z mocy prawa, a wpis o skazaniu i warunkowym umorzeniu postępowania o te czyny usuwa się z Krajowego Rejestru Karnego”, głosi ustawa. Koszty i opłaty związane z wykonaniem ustawy ponosi Skarb Państwa.
Na wstępie ustawy podkreślono, że „podstawowym obowiązkiem organów władzy publicznej w państwie demokratycznym jest zachowanie ciągłości działalności państwa, a konstytucja zobowiązuje organy władzy publicznej do przeprowadzenia wyborów w konstytucyjnie zakreślonym terminie.” Zwrócono też uwagę, że organy władzy ustawodawczej, wykonawczej oraz organy jednostek samorządu terytorialnego znalazły się w 2020 r. w nieznanej wcześniej sytuacji zagrożenia życia i zdrowia obywateli, przy czym ich konstytucyjnym obowiązkiem jest troska o życie i zdrowie obywateli.
Wobec samorządowców, którzy przekazali wtedy spisy wyborców Poczcie Polskiej, składano zawiadomienia do prokuratury, w których wskazywano na możliwe przekroczenie uprawnień przez organy wykonawcze gmin. W marcu br. Sieć Obywatelska Watchdog Polska poinformowała, że zapadł pierwszy wyrok w jednej z rozpoczętych w ten sposób spraw – Sąd Rejonowy w Wągrowcu uznał, że wójt gminy Wapno przekroczył uprawnienia i działał bez podstawy prawnej, przekazując dane wyborców.
Teraz ustawa trafi do dalszych prac w Senacie. (PAP)
Profesor Uniwersytetu w Kioto ostrzega, że życie miliardów zaszczepionych osób jest zagrożone.
[Do przedstawiciela Ministerstwa Zdrowia: „Ty idioto! Dosyć tego! … Nie wolno dopuścić do powtórzenia tych błędów”. ]
https://www.bibula.com/?p=137256
Japoński profesor Masanori Fukushima, wybitny ekspert i autor wielu naukowych publikacji, emerytowany profesor Uniwersytetu w Kioto (Kyōto), specjalista badań biomedycznych i medycyny translacyjnej, dyrektor i przewodniczący Translational Research Center for Medical Innovation oraz Foundation for Biomedical Research and Innovation w Kobe, podczas gorącej debaty z urzędnikami publicznymi przedstawił swoją opinię na temat zagrożeń związanych z tzw. szczepionką przeciwko tzw. Covid-19.
Prof. Fukishima powiedział przede wszystkim, że głosy naukowców zostały stłumione i ocenzurowane i dał się słyszeć tylko jeden przekaz, który niestety był naukowo błędny.
Ten znakomity profesor, jak również ekspert w zakresie onkologii powiedział, że szkodliwość szczepionek jest obecnie problemem ogólnoświatowym.
Prof. Fukushima w ostrych słowach powiedział:
„Skończcie ze złą nauką i zajmijcie się prawdziwą nauką. Zaszczepiliście tak wiele osób, a jednak tylko 10% członków Ministerstwa Zdrowia, Pracy i Opieki Społecznej, którzy prowadzą kampanię szczepionkową, zostało zaszczepionych. Co to ku**a jest, jakiś żart sobie robicie?… Róbcie to co należy, prawidłowo, bo inaczej czekają was procesy sądowe. Dosyć tego! … Musicie przyglądać się danym klinicznym, danym medycznym, bo tu chodzi o życie ludzkie! I musicie to robić właściwie i uważnie, patrzeć indywidualnie na każdy przypadek. … Patrząc na tak wielką liczbę rodzajów skutków ubocznych szczepionek, miliardy ludzi są w niebezpieczeństwie. … Jeśli po zaszczepieniu się wzrosło komuś [trwale] ciśnienie, to u każdej z tych osób przyczyną są szczepionki. … Ale wy ignorujecie celowo badanie tych przypadków, za to wydajecie tryliony Yenów na import szczepionek. … I jeszcze jedno: połowa z nich po szczepieniu zmarła z powodu problemów z układem krążenia i sercem. Jestem pewien, że znacie to aż za dobrze. A wy dalej z jakimiś Alpha, Beta, Gamma…co za idiotyzm…banda niekompetentnych uczonych, których nie można nazwać uczonymi…całkowite lekceważenie nauki i medycyny!”
Na to odpowiedział przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia tłumacząc, że oni przecież „podejmują wszelkie działania…”
Prof. Fukushima nie wytrzymał i wykrzyknął do niego:
„Ty idioto! Dosyć tego! … Nie wolno dopuścić do powtórzenia [tych błędów]. Powinniście od samego początku postępować tak jak pokazuje to nauka. Zatem natychmiast rozwiążcie ten absurdalny Komitet Ewaluacji Ofiar Szczepionek i zamiast niego powołajcie komitet śledczy prawdziwie badający każdy przypadek. I aby on mógł działać, powołajcie odpowiednich statystyków i porządnych ekspertów. Czy rozumiesz mnie?! Potem, zróbcie testy i przeprowadźcie śledztwo. Tak jak powiedział wcześniej dr Sano, jeśli macie próbki tkanki, to badajcie je pod kątem białka kolca. Ludzie już robią takie badania na całym świecie i prestiż Japonii wisi tutaj na włosku. … Musicie zidentyfikować każdy zgon, również te, które nie zostały w śledztwie uwzględnione. Życie tysięcy, dziesiątek tysięcy ludzi jest zagrożone. I jeszcze jedno: Nie macie pojęcia jak przedstawiają się długofalowe skutki tych szczepionek. Nanocząstki przyjęte przez organizm w tak dużych ilościach bezustannie produkują białka kolca. Ludzie chorują, cały czas źle się czują, niektórzy z jakichś powodów nagle zaczynają chorować, dostawać egzemę… Musimy natychmiast zatrzymać wyszczepianie i zająć się chorymi. I to właśnie mówi ta publikacja naukowa. (prof. Fukushima pokazuje tutaj dokument).
A wy zatrudniacie ludzi, którzy nie mają pojęcia o prawdziwej nauce, i media pokazują ich w telewizji. Ci sami idioci ciągle promują szczepionki. Wszystko co robicie jest absurdalne, super idiotyczne. Ja nie przyszedłem tutaj wysłuchiwać jakichś bzdur, które próbujecie wyjaśniać, ja przyszedłem dzisiaj aby skorygować i pokazać prawidłowo te rzeczy.”
Jak widać, prawdziwi i odważni naukowcy na całym świecie zaczynają coraz dobitniej ostrzegać polityków o nadciągającym niebezpieczeństwie i zagrożeniu dla zdrowia zaszczepionych.
Tak jak mówił prof. Fukishima: dosyć z tymi idiotyzmami wyszczepiania, udawania że nie ma skutków ubocznych. Mówcie prawdę, zajmijcie się chorymy, wypłaćcie należne odszkodowania.
Trzeba zatem natychmiast odsunąć (i ukarać!) odpowiedzialnych za wyrządzone szkody polityków; ukarać lekarzy (koniecznie!), którzy nie tylko stracili resztki reputacji i autorytetu, ale stali się czołowymi przedstawicielami profesji zagrażającej życiu i zdrowiu; należy odseparować się od głównych mediów, wspierać media niezależne; tworzyć sieć niezależnej lokalnej pomocy.
Dosyć z idiotyzmem wyszczepiania preparatem „przeciwko Covid-19”, ale i koniec ze WSZYSTKIMI szczepionkami, które są zagrożeniem dla zdrowia i życia!
[Odnośniki do oryginalnych zapisów Video – w Bibule. MD]
[Ależ odwaga: Nawet na czas swego wystąpienia zsunął namordnik na szyję.. A co to za potworek– nowotworek: „medycyny translacyjnej” ?? Ale wypowiedź świetna. MD]
Rozpędzający się kryzys, szalejąca drożyna – oto, z czym mierzą się Polacy. Rząd przekonuje, że wszystko to „wina Putina”, tymczasem Krzysztof Szczawiński przypomina, że taki scenariusz przewidywał już dwa lata temu. „Nie dawajcie sobie wciskać, że to wina wojny” – apeluje.
Dwa lata temu, 30 listopada 2020 roku, Szczawiński zamieścił na Facebooku obszerny wpis, w którym wyjaśniał, czym skończy się szalona polityka „walki z covidem”.
„Czy my serio myślimy, że możemy tak sobie z jednej strony zamykać gospodarki, a z drugiej rozdawać ludziom pieniądze? Czyli że rządy, już i tak strasznie zadłużone, nagle przestały „zarabiać”, a zaczęły dużo więcej wydawać? Czy serio myślimy że tak można i jakoś to będzie? No więc NIE MOŻNA i NIE BĘDZIE…” – przestrzegał.
Następnie w kilku punktach wymieniał, jak wygląda sytuacja, co będzie następstwem lockdownów, duszenia przedsiębiorców i dodruku pieniądza.
państwa świata zachodniego już są zadłużone na poziomie bankrutów
pieniądze które trzymamy w bankach, na kontach, czy na lokatach, są przez te banki pożyczane tym państwom
tylko że przy takich, zerowych lub realnie ujemnych, stopach procentowych, i przy rosnącej inflacji, to za chwilę nikt już się nie będzie godził na takie warunki…
więc coraz bardziej rządom „pożyczają” już tylko banki centralne – świeżo „wydrukowaną”(elektronicznie) gotówkę…
a ludzie, zamiast je tracić przez inflację, to wyjmą pieniądze z lokat i zaczną chcieć za nie coś kupić… (więcej inflacji)
w normalnej sytuacji urosłyby wtedy stopy procentowe, tylko że to nie może mieć miejsca, bo wtedy państwa (rządy) pobankrutują (bo nie stać ich na wyższe odsetki)
no więc albo zbankrutują, czyli nie spłacą np. połowy swojego długu, przez co zbankrutują wszystkie główne banki, które im pożyczały (w rzeczywistości zostaną znacjonalizowane), a ci, którzy trzymali w nich oszczędności, stracą znaczną ich część…
albo stopy procentowe nie urosną, bo banki centralne będą dalej, i wtedy już jako jedyne, pożyczać rządom pieniądze na stopy procentowe bliskie zeru, a rząd będzie te nowo-„wydrukowane” przez banki centralne pieniądze dalej wydawać, co oznacza dalszą inflację, i ci, którzy trzymali w bankach oszczędności, stracą znaczną ich część…
tak czy tak, wyjdzie na to samo – są to jedynie dwa różne mechanizmy księgowe, dające z grubsza ten sam efekt: ci którzy mają oszczędności stracą je – tak to jest jak się pożycza bankrutom, pozwalając im wydawać bez zarabiania – i to jest właśnie ten Wielki Reset… (reset Waszych kont)
„Stracą zatem ci którzy mają stałe dochody, emeryci, i wszyscy, którzy mają oszczędności w bankach… I w jednym i drugim przypadku będzie to bardzo niemiłe, pytanie tylko czy będzie tak jak w Libanie, czy tak jak w Wenezueli… W każdym razie cała klasa średnia i mali przedsiębiorcy zostaną spauperyzowani (A, no bo po przejedzeniu naszych oszczędności, to będą jeszcze musiały urosnąć podatki) – zostaną tylko rządy i wielkie korpo – i to jest ta druga część Wielkiego Resetu…” – pisał pod koniec listopada 2020 roku Szczawiński.
Właśnie ten proces obserwujemy. Dziś rząd PiS-u próbuje swoją nieudolność zrzucić na barki na Putina, a szalejącą inflację propagandowo nazywa „putinflacją”. Tymczasem Szczawiński – patrząc na rządowe poczynania – taki scenariusz przewidział już dwa lata temu.
„Dwa lata temu już było jasne, że będzie inflacja, spauperyzowani klasa średnia (właśnie nawet GW zaczęła o tym pisać…) i przedsiębiorcy (masowo upadają) – więc nie dawajcie sobie wciskać że to wina wojny” – pisze.
„Nie, to wina tych rządów – złych, głupich, ale przede wszystkim kłamliwych i amoralnych, zresztą nie tylko w Polsce” – podsumowuje Szczawiński.
„Mamy już dobrze udokumentowany związek między szczepionkami mRNA COVID-19 a zakrzepami krwi, zapaleniem mięśnia sercowego, zawałami serca i udarami. Do tego dochodzi wzrost liczby przypadków pogorszenia się stanu zdrowia pacjentów onkologicznych, którzy zmuszeni zostali do przyjęcia szczepień przeciw koronawirusowi” – ostrzega londyński onkolog z St. George’s University prof. Angus Dalgleish.
Medyk w specjalnym liście skierowanym do dr. Kamrana Abbasiego, redaktora naczelnego British Medical Journal wskazał, że należy przerwać program szczepień przeciw Covid-19, „biorąc pod uwagę, że średni wiek śmierci z powodu Covida w Wielkiej Brytanii wynosi 82 lata, a ze wszystkich innych przyczyn 81 lat i spada”.
Lekarz dodał, że w sytuacji, gdy „związek z zakrzepami, zapaleniem mięśnia sercowego, atakami serca i udarami jest obecnie dobrze udokumentowany, podobnie jak związek z zapaleniem rdzenia kręgowego i neuropatią (przewidzieliśmy te skutki uboczne w naszym artykule QRBD z czerwca 2020 r., Sorensen et al. 2020, ponieważ analiza blastów wykazała 79% homologii z ludzkimi epitopami, zwłaszcza PF4 i mieliną)”, do tego dochodzi teraz „kolejny powód, aby wstrzymać wszystkie programy szczepień. Jako praktykujący onkolog obserwuję, jak u osób ze stabilną chorobą szybko postępuje pogorszenie stanu zdrowia po tym, jak zostały one zmuszone do przyjęcia dawki przypominającej, zwykle po to, by móc podróżować” – czytamy.
Lekarz zwrócił uwagę, że u jego pacjentów nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia w ciągu kilku dni lub tygodni po przyjęciu dawki przypominającej przeciwko koronawirusowi. U innych wystąpiły choroby nowotworowe. Na przykład „u jednego z pacjentów rozwinęła się białaczka, u dwóch kolegów z pracy – chłoniak nieziarniczy, u starszego przyjaciela, który czuł się, jakby miał długiego covida od czasu otrzymania dawki przypominającej i który odczuwał poważny ból w kościach, zdiagnozowano liczne przerzuty rzadkiej choroby limfocytów B”.
„Mam wystarczająco dużo doświadczenia, aby wiedzieć, że nie są to przypadkowe anegdoty, jak wielu sugeruje, zwłaszcza że ten sam schemat obserwuje się w Niemczech, Australii i USA” – przekonywał prof. Dalgleish, apelując o wszczęcie pilnej debaty w tej kwestii.
Patolog dr Ryan Cole z Idaho także zgłosił znaczny wzrost przypadków nowotworów. Zasugerował, że z danych otrzymanych od onkologów wynika, iż szczepionki mRNA zaburzają pracę układu odpornościowego, a lekarze donoszą, że obserwują „najdziwniejsze nowotwory i nowotwory, które do tej pory byli w stanie kontrolować, leczyć, a obecnie bardzo szybko przechodzą one do etapu drugiego, trzeciego, czwartego”.
Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, umysł ludzki niepokoi się na wieść o istnieniu wiecznej kary piekła. Już sama myśl o tej ewentualności wzbudza drżenie serca i sprzeciw tych, którzy nie chcą słuchać wspominających o tym głosów. Tymczasem piekło jest rzeczywiste. Milczenie o nim nie sprawi, że przestanie istnieć. Szaleństwem byłoby więc udawanie przewrotnego lekarza, który pozwala umrzeć choremu pod pretekstem oszczędzenia mu bolesnej terapii. Lepiej pójść za przykładem nauczającego o karach i wiecznym cierpieniu Chrystusa. Co zatem powinien wiedzieć każdy o tej przerażającej rzeczywistości?
Niedorzecznością byłaby próba przekonywania kogokolwiek, że można zażegnać tę koszmarną alternatywę, odwracając od niej swoją uwagę. Lepiej uczynić wszystko, by wielu mogło uwierzyć, że więzienie bez wyjścia, zewnętrzne ciemności, ogień, który nie gaśnie, płacz nieustający i zgrzytanie zębów są realną możliwością.
Gdy w doczesności łamany jest ustanowiony porządek, ziemskie sądy wymierzają sprawiedliwość, budując szafot w miejscu publicznym, aby ukarać tam nieszczęśnika. Czynią to również dla przykładu i jako postrach dla chcących ulec karygodnym pokusom. Podobnie czynił Jezus Chrystus, ukazując słabym ludziom zawieszony nad ich głowami miecz sprawiedliwości, by tak ostrzeżeni nie łamali prawa i czynili dobro. Kontynuując Bożą wolę przestrzegania człowieka przed zgubnymi konsekwencjami jego decyzji, św. Ignacy Loyola mawiał, że nie zna bardziej owocnej i praktycznej prawdy od tej, która dotyczy piekła.
Słodycz Boskiej Miłości nie jest zazwyczaj przedmiotem pożądania ludzi zmysłowych, oddanych przyziemnym przyjemnościom. Groźba piekła jest czasem jedynym hamulcem zdolnym powstrzymać ich przed grzechem, odstępstwem czy pożądaniem, do których są kuszeni, żyjąc wśród zgiełku rozrywek, pułapek i gorszących przykładów. Co zatem powinien wiedzieć każdy o piekle, by chcieć uniknąć rzeczywistego tam zstąpienia?
1.Piekło istnieje naprawdę
Łucja dos Santos, wizjonerka z Fatimy, jako dziesięcioletnia dziewczynka, wraz z dwójką młodszych od siebie kuzynów, doświadczyła cyklu sześciu objawień Matki Bożej. Po gruntowanym przebadaniu treści objawień Kościół w 1930 r. uznał ich autentyczność, nie odnajdując w nich niczego, co mogłoby godzić w katolicką doktrynę. Znajdziemy tam m.in. wizje piekielnych czeluści.
Łucja we wspomnieniach z 1941 r. opisuje widzenie, jakiego doświadczyła podczas objawień fatimskich wiele lat wcześniej: „Pani nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi, widzieliśmy w tym morzu demony i dusze, jakby były przeźroczystymi czarnymi lub brunatnymi, żarzącymi się węglikami w ludzkiej postaci. Unosiły się w pożarze, unoszone przez płomienie, który wydobywały się z nich wraz z kłębami dymu. Padały na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, bez wagi, w stanie nieważkości, wśród bolesnego wycia i rozpaczliwego krzyku. Na ich widok można było ogłupieć i umrzeć ze strachu. Demony miały straszne i obrzydliwe kształty wstrętnych i nieznanych zwierząt. Lecz i one były przejrzyste i czarne”.
Przerażone dzieci skierowały swoje oblicze w stronę Matki Bożej, szukając w ten sposób u niej pomocy, Ona zaś pełna dobroci i smutku rzekła: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników”. Na tym jednak nie poprzestała, wyjawiając warunki ratowania grzesznej ludzkości, której realnie zagraża wieczne potępienie.
2.Wiecznie cierpią tam demony i dusze potępione
Pismo Święte jasno mówi o wiecznym trwaniu piekielnych mąk. Ewangeliści św. Mateusz i św. Jan podają, że cierpienie tam obecnych trwać będzie bez końca: a dym ich katuszy na wieki wieków się wznosi (Ap 14,11). Św. Marek i Izajasz wskazują natomiast, że ogień ich nie gaśnie, a robak ich nie umrze. Nawiązujący do tego św. Augustyn zauważy, iż nie sposób powiedzieć coś pewnego o naturze tego robaka lub materialności lub niematerialności tego ognia. Pewnikiem jest natomiast to, że – jak wskazuje jasno prorok – żar ognia nigdy nie osłabnie, a męczarnie zadawane przez robaka nie ustaną. Jezus, mówiąc o Sądzie Ostatecznym, wypowiada to, co nastąpi: I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego (Mt 25,46). Skoro sprawiedliwi będą żyć bez końca, analogicznie śmierć wieczna musi trwać na wieki wieków. Grzegorz Wielki dopowie, że będzie to śmierć, która nigdy się nie dopełni. Jest to koniec, po którym zawsze następuje nowy początek, rozkład, który nigdy nie doprowadzi do całkowitego zaniku
Dlaczego cierpiące w piekle dusze nie mogą odwołać się do Bożego Miłosierdzia? Wolą potępionych jest całkowite poddanie się złu. Ich przerażenie i nienawiść do cierpienia nie wiąże się ani z zadośćuczynieniem, ani ze skruchą. Z tego powodu nie mogą uczestniczyć w zasługach i modlitwach żyjących. Skazani słusznym wyrokiem na wieczne kary nie mają nadziei na zbawienie.
3.Piekło jest częścią ładu Bożego
Trudno wyobrazić sobie, by Bóg, który stał się człowiekiem, miał umrzeć haniebną śmiercią na krzyżu bez wyraźnej przyczyny. Boskim lekarstwem na niedający się po ludzku naprawić upadek człowieka była śmierć Jezusa. Podważenie wiary w istnienie wiecznego piekła wypacza sens Wcielenia i Odkupienia, jako że pomniejsza Ofiarę Syna Bożego, który wykupił człowieka od kary wiecznej.
Jeśli nie ma piekła, nie sposób mówić o ładzie moralnym, u podstawy którego istnieje podział na dobro i zło. Różnią je zarówno dążenia do odmiennych celów, jak i różne konsekwencje. Zanegowanie prawdy o niekończącym się cierpieniu prowadzi do zakwestionowania podziału na występek i cnotę. W następstwie wytchnienie i radość w Bożej obecności staje się udziałem tak samo niegodziwców, jak i sprawiedliwych. Wieczność zatwardziałego grzesznika nie różniłaby się od wieczności tego, który służył Bogu i kochał Go aż do śmierci. Z takiego założenia wynika wniosek, że zarówno życie splugawione, jak i najczystsze są alternatywą do wyboru. Upada wówczas moralność, znika z powierzchni ziemi wszelki porządek. Cnota pozbawiona zostaje nagrody, a niesprawiedliwość kary.
Układ ten przeczy jednak doświadczeniu ludzkości. W rzeczywistości, jakiej żyjemy, musimy dokonać wyboru między – jak ktoś napisał – „Bogiem a rewolwerem”. „Jeśli nie ma żadnej kary w życiu przyszłym, siła przezwycięży prawo, tyran stanie się łącznikiem i podporą ładu społecznego, sprawiedliwość głoszona będzie w imię śmierci, a błędy życia w imię Boga” – czytamy w jednej z konferencji o. Charles’a Arminjon.
W prawdę o przyszłej karze lub nagrodzie wierzyli już poganie. W „Fedonie” Platona czytamy: „Nikczemni zbrodniarze o duszach nie do uleczenia dotknięci są wstrząsającym cierpieniem, które ich nie uzdrowi. Dusze, które popełniły wielkie zbrodnie, wrzucone są w otchłań zwaną piekłem. Taki jest wyrok Bogów zamieszkujących niebo: dobrzy dołączą do dobrych, źli do złych”.
4.Piekło jest wieczne
Wszystkie dogmaty teologii katolickiej próbowano kwestionować, z wyjątkiem jednego. Nikt nie podważał istnienia piekła. Jean-Baptiste Henri Lacordaire w dziele pt. „De la Sanction du Gouvernement divin” pisał: „Protestanci, którzy odrzucili tyle prawd, nie zanegowali prawdy o istnieniu piekła. Kwestionujący spowiedź, prześmiewcy dziewictwa i skuteczności dobrych uczynków, burzyciele wszystkiego, co mogło zaniepokoić sumienie, nie ogołocili piekła z jego przerażających właściwości. Ta ręka, która zbezcześciła drzwi tabernakulum, miejsce odpoczynku Ciała Boga-Człowieka, zatrzymała się na progu tego wielkiego cierpienia…”. Kiedyś tylko człowiek niespełna rozumu mógł negować słuszność i konieczność sprawiedliwej kary. Współcześnie Sprawiedliwość Boga przeciwstawia się Jego Miłosierdziu. Czy święty, tak bardzo bezinteresowny Bóg chciałby przytłoczyć ogromem swej mocy, i to na całą wieczność, tak nędzne stworzenie, jakim jest wystawiony na pokusy, namiętności i własne słabości człowiek? Czy nie byłaby to zemsta i prześladowanie niegodna Jego chwały i świętości?
Na tak stawiane dzisiaj pytania należałoby odpowiedzieć innym: czy Bóg byłby dalej naszym rzeczywistym i ostatecznym celem, do którego ma zmierzać pragnąca służyć mu ludzkość, gdyby w Królestwie Bożym panował taki nie-porządek? Czy w końcu uparte wzgardzenie Bogiem nie domaga się kary, którą jest nieskończony ból z powodu Jego utraty? Trzeba nie znać ludzkiego serca, tak skłonnego do buntu i niezależności, by negować istnienie wiecznej kary. Koniecznym jest, aby człowiek, który znieważył Boga, okazując mu swój bunt, został wydany na największe, trwające bez końca i niewypowiedziane cierpienia, równe zniewadze okazanej Majestatowi Bożemu. Boża wielkość, której zaprzeczał, domaga się uznania. Skoro nie chciał złożyć Bogu hołd pod wpływem Jego dobroci, to powinien zakrzyknąć niczym umierający Julian Apostata: „Zwyciężyłeś, Galilejczyku”.
5.Na wieczność oddziela od Boga
Największą ze wszystkich i niemożliwą do wyrażenia karą jest pozbawienie duszy ludzkiej możliwości oglądania Boga. Nie ma większego cierpienia niż w piekle, w którym nie ma Boga. Świadomość nieodwracalnej Jego utraty wywołuje w potępieńcu tak okrutny ból, iż sam w sobie wystarczyłby do rozpalenia płomienia, które go palą. Dla piekłoszczyka nie ma już przyszłości. Prawdę tę wyrażają słynne słowa Dantego Alighieri z Boskiej Komedii: „Wchodzący tutaj porzućcie wszelkie swe nadzieje”.
Pogrążeni w ciemnościach dotknięci zostają nieuleczalną ślepotą, pozbawieni są wszelkiego nadprzyrodzonego światła. Suarez doda do tego: „potępieni są praktycznie pozbawieni zdrowego rozsądku, w tym, co dotyczy sposobu ich myślenia, ich pragnień oraz roztropności w podejmowanych czynach”. Pozostaje im karmić się już tylko iluzjami i kłamstwem, gdyż nie są w stanie dążyć do prawdy.
W próbie lepszego zrozumienia tego godnego pożałowania stanu wyobraźmy sobie miasto, w którym żyje cała masa Kainów, Neronów i największych znanych historii zbrodniarzy. Z ich woli splamiono ziemię krwią niewinną, a sądy wydawały bezprawne wyroki, wysyłając do więzień bezbronnych ludzi. I w takim mieście żyją ci nikczemnicy bez policji wojska i jakiejkolwiek władzy publicznej, która zabroniłaby im się wzajemnie zabijać i torturować. Takie właśnie jest piekło, o którym czytamy w Księdze Hioba: „miejsce chaosu, wiecznego strachu” (por. Hi 10, 21-22), czyli miejsce pozbawione ładu i gdzie króluje wieczne przerażenie.
Czy wobec tego (miedzy innymi) skarby Krwi Syna Bożego nie domagają się od nas jeszcze większej wdzięczności i niepodzielnej do Niego miłości? A i to nigdy nie będzie wygórowanym żądaniem i niezasłużoną pretensją.
Anna Nowogrodzka-Patryarcha
Tekst powstał w oparciu o zebrane konferencje o. Charles’a Arminjon pt. „Koniec świata doczesnego i tajemnice życia wiecznego”.
Jedna, jedyna, niezbyt gruba i na wpół już wypalona woskowa świeczka ledwo co rozpraszała mrok dość obszernej izby w domu przy rue de la Tannerie na przedmieściu Paryża, w którym mag w piwnicach urządził swoje laboratorium.
Chociaż co prawda miał mieszkanie w Luwrze, ale tam się bał zajmować owymi niebezpiecznymi sprawami, więc nie przeniósł pracowni do królewskiego pałacu, ponieważ na starym miejscu było zdecydowanie bezpieczniej. A przynajmniej tak mu się zdawało, bo przecie i tak każdy wiedział, kim jest i czym się para. A że stała za nim królowa Katarzyna, nikt go nie zaczepiał, ani nie próbował atakować. On jednakowoż wolał dmuchać na zimne.
Co prawda miał świadomość, że tak monarcha, jak i jego dwór tylko nominalnie są katolikami, bo czary i alchemia nie stanowiły dla nich najmniejszego nawet moralnego problemu i z zapałem nie tylko w nie wierzyli, ale kiedy zachodziła – wedle ich mniemania – taka potrzeba, ochoczo się im oddawali w praktyce, czy to czynnie, czy biernie uczestnicząc w mrocznych i przerażających rytuałach, ale… ale zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jeśli ktoś zapała jakąś szczególną nienawiścią do naszego alchemika i uprze się, by go zniszczyć, to nie zawaha się oskarżyć go o oddawanie czci diabłu, iżby maga posłać na stos, a chętnych do układania i podpalania stosów w Paryżu nie brakowało! Bo to była kulturalna Francja, a nie barbarzyńska Polska, w której to stosy nie płonęły ani obficie, ani regularnie, a nader rzadko, jakby od przypadku.
Wolał tedy Illuminatus pracować jak najdalej od dworu. I to było zrozumiałe.
Ckniło mu się jednak trochę za nieboszczykiem panem Jakubem Białeckim, bo chociaż dzięki niemu, a właściwie jego wątrobie, udało mu się pozyskać niezbędny składnik dla sporządzenia niezawodnej trucizny i jednocześnie także antidotum na ów toksykant, to zżył się z młodzieńcem i teraz mu go brakowało.
Sam, w opustoszałym obszernym domostwie, nie czuł się najlepiej, toteż się uradował, kiedy posłyszał echo kroków na dziedzińcu, a potem odgłos kołatki u drzwi.
Uchylił je i zerknął przez szparę.
– Otwieraj, otwieraj – usłyszał głos Atanasa. – Długo masz zamiar trzymać mnie na progu?
Rozwarł tedy Illuminatus pospiesznie podwoje na całą szerokość, skłonił się głęboko, z szacunkiem, przybyłemu i gestem zaprosił go do środka.
Atanas wyminął go obojętnie i od razu skierował się do laboratorium.
– Może potrzebujecie czegoś, ojcze? – zapytał mag.
Diuk wszakże wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział. Rozglądał się za to bacznie po pracowni Cadavera i z podziwem kiwał głową.
– Widzę, że nie próżnowałeś. Widzę, żeś poczynił ogromne postępy. Należy ci się uznanie. I cóżeś zdziałał nowego? Pochwalże się!
– Uzyskałem ów toksykant i antidotum nań. Ten sam, nad którym tak długo pracowałem.
– Zatem należy ci się wyjątkowa, specjalna pochwała!
Illuminatus uśmiechnął się z zadowoleniem, skłonił jeszcze niżej i ucałował dłoń przybyłego.
– Staram się, jak mogę, ojcze. Służę ci, jak mogę.
– Widzę, widzę i doceniam.
– Ckni mi się tu wszelako samemu…
– To znajdź sobie jakowegoś towarzysza, do pogawędki i do łoża.
– Towarzysza? Do łoża? Do łoża to wolałbym, ojcze, towarzyszkę…
Hrabia z pogardą pomieszaną z obrzydzeniem odął wargi.
– Pfe! Nie pochwalam, ale… skoro masz taką potrzebę? Tylko która cię zechce? Bardzoś paskudny, a na domiar niemłody już i skąpy. Po dobrawoli żadna z tobą nie zamieszka.
– Po dobrawoli i owszem, ale są i inne sposoby, co by dziewkę przy sobie zatrzymać.
– Ba! Najpierw taką znajdź, pochwyć i przymuś – zaśmiał się chrapliwie Atanas.
– Więc dajesz mi na to, ojcze, swoje błogosławieństwo?
– Tak, masz je. Bo to zabawne, bo to grzeszne, bo to okrutne. Byle bez ślubu! Nakłonisz ją do ślubu – to cię odtrącę, ale wpierw będziesz musiał spłacić wszystkie długi, jakieś u mnie zaciągnął. Zrozumiałeś?
– Tak, ojcze… tak… zrozumiałem… bez ślubu…
– To zaczynaj łowy. Ja tu zabawię ze dwa-trzy dni i ruszę w dalszą drogę.
– Może mnie, ojcze, zabierzesz ze sobą?
– A po co? Przecież kobiety ci się zachciało, a ja mam przeczucie, iż niedługo trafi ci się i młoda i ładna.
– Prawdę, ojcze, prawicie, czy kpicie ze mnie?
– Nie, nie kpię. Rzeczywiście mam takie przeczucie. A właściwie pewność. Szukaj jej w pobliżu Luwru. Wasze ścieżki rychło się skrzyżują. I odmieni to twoje dotychczasowe życie.
– A jak ją rozpoznam? – zapytał Illuminatus.
– Et, daj mi spokój. Głupiś, widzę, jak but. Znasz się może na formułach, na miksturach, na ewokacjach i inwokacjach, na procesjach i recesjach, na mieszaniu ingrediencji, na jadach i odtrutkach, na lubczykach i urokach, ale marny z ciebie samiec. A właściwie żaden tam samiec, ot kapłon i tyle. Ty nawet zapiać nie umiesz, nie mówiąc o czymś więcej.
Cadaver zgryzł w sobie to szyderstwo, nie okazując na zewnątrz, jak go słowa Atanasa ubodły i w duszy poprzysiągł sobie, że udowodni i sobie i jemu, iż wcale tak nie jest, że będzie miał kobietę, choćby nie wiadomo co!
* * *
Ludka Białecka nabożnie wysłuchała mszy świętej, a potem przemodliła całe przedpołudnie w kościele Saint Germain l’Auxerrois nieopodal Luwru, błagając Stwórcę, iżby tak pokierował jej krokami, aby trafiła na ślad brata. Nie winiła go za to, co się wydarzyło, miała bowiem świadomość, iż czar jakiś na nich rzucono, tak że grzechu w tym, co uczynili, nie było żadnego. I chociaż się wstydziła na samą myśl o tym, co to będzie i jak to będzie, kiedy się wreszcie spotkają i spojrzą sobie w oczy, to rozumiała, iż w Jakubie już tylko cała jej nadzieja. Bez niego nie uda się jej jakoś w miarę normalnie ułożyć sobie dalszego życia.
Wyszła z kościoła i jęła się przechadzać w pobliżu Luwru, darmo jednak wypatrywała oczy, bo brata nie zobaczyła. Przysiadała w Tuileriach, posiliła się skibką chleba i posmutniała. Jadąc tutaj taki szmat drogi, zdawało się jej, że skoro tylko znajdzie się w Paryżu, od razu spotka Jakuba i wszystkie problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… niestety, tak się nie stało… ot nazbyt bujna dziewczęca wyobraźnia…
Pierwszy dzień jej pobytu w stolicy Francji dobiegał kresu. Niebo ubarwiły przedwieczorne zorze i pora było pomyśleć o jakimś noclegu. Nie bardzo wszakże wiedziała jak się za to zabrać. Co prawda po francusku mówiła całkiem znośnie, ale wszystko tu było dla niej obce, a na dobitkę była kobietą… a właściwie to nawet nie kobietą, a niedojrzałą w pełni dziewczyną. Łakomym kąskiem dla podłego człowieka. I co najgorsze uświadomiła to sobie właśnie.
Gdy takie przykre myśli krążyły jej po głowie, starała się je tłumić, pamiętając, iż przecie bez szwanku, bez uszczerbku udało się jej przebyć całą długą drogę z Sandomierza do Paryża. Musiał więc być w tym widomy znak Boży. Dopiero wówczas uspokoiło się nieco strwożone serce dziewczyny. I oto naraz, nieomal w tej samej chwili, posłyszała, że ktoś ją woła:
– Kogo moje oczy widzą? Toż to panna Białecka!
Ludka obejrzała się zaskoczona i dostrzegła znajomego już jej z Sandomierza doktora Cadavera Illuminatusa. Zdrętwiała na jego widok i przemożny strach ścisnął ją za gardło, osobnik ten bowiem kojarzył się jej tylko z jednym – z owym nieszczęściem, które dotknęło i ją i brata i rodziców… i to dzieciątko, które gdzieś tam, hen daleko, u wujostwa porzuciła…
Przygarbiła się, wtuliła głowę w ramiona i przyspieszywszy kroku, ruszyła przed siebie. A że nie znała okolicy, to w krótkim czasie znalazła się nie między ludźmi, na gwarnej i ruchliwej ulicy, gdzie mogłaby się poczuć bezpiecznie, lecz na opustoszałym przed wieczorem nabrzeżu Sekwany.
Cadaver widząc, dokąd zmierza, zachowując pewien dystans, szedł uparcie za nią. W końcu, gdy rzeka przegrodziła jej dalszą drogę, a do mostu było jeszcze daleko i dziewczyna uświadomiła sobie, że nie uda się jej pozbyć natręta, zatrzymała się, odwróciła i zapytała groźnie, a przynajmniej zdawało się jej, że groźnie:
– Czego chcecie, doktorze? Małom to wycierpiała przez was?
– Przeze mnie? – Illuminatus udał zdziwienie.
Ludka zbita z tropu, bo nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, zapytała prawie z płaczem:
– Czego wy chcecie ode mnie?
– Hm… po prawdzie to niczego… ja tak z dobroci serca… widzę, że waćpanna nie bardzo wie, co ze sobą począć, pomyślałem, że jakoś wesprę, pomogę…
– A to niby jak?
– Ma waćpanna jakiś nocleg?
– A jeśli bym i nie miała, to co wam do tego? Poradzę sobie – odparła niegrzecznie i hardo.
– Taki pewny to ja na miejscu waćpanny bym nie był. Miasto duże, ludne… niebezpieczne – to ostatnie słowo wypowiedział dobitnie głośnym szeptem.
Ludka spuściła oczy i milczała.
– Znamy się przecie. Jesteśmy krajanami. Mogę zaproponować nocleg. Dom mam obszerny i dość wygodny na przedmieściu. Znajdzie się pokoik i dla panienki.
– Ja sama z wami? A cóż to za nieskromna propozycja!
– Nie mieszkam sam. Uspokójże się waćpanna. Mam współlokatora.
– I kogóż to?
– Uczonego diuka Atanasa.
– Diuka?
– Diuka.
– I mieszka z wami? To i książę i jakiś mędrzec zarazem?
– A owszem.
– Może raczej powiedzcie mi, gdzie mogę znaleźć brata, to u niego przenocuję. Przecież po to tu przybyłam, aby go odszukać.
– Niestety, nie mam dobrych wieści…
– To znaczy?
– To znaczy, że wyjechał w baaardzo, baaardzo daleką podróż, w którą wyprawił go osobiście sam król.
– A kiedy wróci?
Doktor zrobił stropioną minę i bezradnie rozłożył ręce.
– A któż to wie? Ponieważ brata waćpanny tu nie ma, najuprzejmiej ponawiam swoją wcześniejszą propozycję.
– No nie wiem… – Ludka czuła głód i coraz większe zmęczenie. Propozycja wydała się jej bezpieczna i kusząca, bo chyba w obecności osoby szlachetnej, uczonej Cadaver nie ośmieliłby się popełnić żadnego łajdactwa, pomyślała w naiwności swojej?
– Tedy chodźmy, bo coraz później się robi!
Ludka skinęła głową i podążyła za doktorem, który szedł przodem, nawet się na nią nie oglądając.
* * *
– No widzisz, jak rychło się moje przeczucie ziściło? – powiedział Atanas do alchemika, zerkając przy tym na Ludkę.
– Rzeczywiście ani bym się nie spodziewał.
– No, ale my tu konwersujemy, a panna głodna. Zapraszam na wieczerzę.
Diuk ruszył przodem w stronę pokoju stołowego, otworzył prowadzące do niego drzwi na oścież i wpuścił dziewczynę do środka.
Kiedy tam weszła, to aż dech w niej zaparło. Oto bowiem ujrzała stół zastawiony najbardziej wyszukanymi potrawami, z których większości nawet nie umiałaby nazwać. A sama zastawa! Nawet i król nie jadał na lepszej. Nie podejrzewała, iż alchemik jest tak zamożny.
Zresztą i alchemik, wybałuszywszy na zastawiony stół oczy, otwarł gębę ze zdziwienia, bo czegoś takiego się nie spodziewał.
Owa wieczerza to była taka zaskakująca niespodzianka, jaką im zafundował książę. Wyglądała niczym uczta weselna.
Atanas, mimo iż on tu był najważniejszy, usiadł skromnie u końca stołu, na talerz nałożył sobie kilka listów sałaty, ale nawet na nie nie patrzył, jakby nie miał zamiaru ich jeść. Na pierwszym miejscu natomiast usadowił pannę Białecką, a po jej lewej ręce Illuminatusa.
Dziewczyna najpierw poczuła się niezręcznie, skrępowana całą tą niezwykłą, ba! wręcz niebywałą sytuacją, ale powoli się uspokoiła. Była bardzo głodna, toteż z wdzięcznością, toteż skwapliwie, przysunęła do siebie talerz, który podał jej alchemik. Już, już miała zacząć jeść, gdy przypomniała sobie o tym, od czego zawsze rozpoczynano posiłek w domu rodzinnym – przeżegnała się, dodając przy tym:
– Niechże Waszą Książęcą Mość Pan Bóg w Trójcy Świętej Jedyny i Matka Najświętsza, wespół ze świętym Archaniołem Michałem, mają w swej opiece. Za waszą hojność i szczodrobliwość.
I oto naraz ujrzała coś, co ją zarazem przeraziło, jak i wprawiło w osłupienie. Twarz Atanasa dziwnie jakoś pociemniała. Blada i delikatna dotychczas cera stała się ciemna, jak u mumii a wąskie sinawe wargi skurczyły się tak bardzo, iż praktycznie zanikły odsłaniając pożółkłe i poczerniałe zęby, zaś na miejscu oczu i nosa pokazały się puste otwory. Osobliwy diuk gwałtownie powstał i uciekł. Tak, nie można znaleźć lepszego określenia. Uciekł w głąb domu, miotając najohydniejsze przekleństwa. Jednocześnie po jadalni rozniósł się obrzydliwy smród – jakby pomieszanych woni ziół wrotyczu, bagna i asafetydy, końskiego potu, zgniłych jaj i jeszcze rozkładającego się trupa.
Illuminatus zbladł i nie mniej przerażony od swego mentora, plącząc nogi w przydługiej todze, pobiegł za nim.
– Jezus, Maria, Józef! – wyszeptała Ludka i również porwawszy się od stołu, ruszyła w kierunku sieni.
Na szczęście główne drzwi nie były zamknięte na klucz tylko na zasuwę, którą dziewczyna odciągnęła, rozwarła podwoje i wybiegłszy na zewnątrz, popędziła co sił w nogach w stronę ulicy. Chociaż była przerażona, nie krzyczała, bo strach tak ścisnął jej krtań, że nie mogła wydobyć z siebie głosu…
Biegła środkiem zapylonej drogi, byle dalej od tego strasznego miejsca i od tych strasznych istot… byle dalej. Modliła się w duchu, przyzywając boskiej opieki i zmiłowania. Biegła, a całe dotychczasowe życie jawiło się jej niczym obrazy, przesuwające się jeden za drugim, jeden za drugim… i wszelkie dobro, które uczyniła i wszelkie zło, jakiego się dopuściła… od najwcześniejszych lat swojego niedługiego przecież żywota. I dziękowała Bogu za dobro i żałowała zła – z całego serca i szczerze, wciąż gnając przed siebie na oślep.
Naraz spoza zakrętu w wielkim pędzie wyjechała kareta zaprzęgnięta w czwórkę koni. Stangret za późno zauważył biegnącą wprost pod ich kopyta dziewczynę. Ściągnął cugle, z całych sił je ściągnął, lecz rumaki nie zdołały wyhamować pędu…
Mgnienie oka… sekund parę…
Na pokrytej kurzem drodze legła bez ruchu niczym szmaciana lalka, o pokracznie porozrzucanych kończynach ta, która w niczym i nikomu nie zawiniła… a wokół jej głowy jęła rozlewać się coraz szerzej i szerzej kałuża krwi… jakby męczeńska aureola…
Kareta stanęła. Konie nerwowo biły kopytami w ziemię. Stangret zeskoczył z kozła i podbiegł do leżącej. Przyklęknął nad nią, przyjrzał się bacznie, a potem pokręcił głową, powstał z kolan i zdjął czapkę.
Przez okienko w karecie wychyliła się głowa jakiejś damy. Twarz miała zaokrągloną, czoło wysokie, nos dość wydatny, podobnie uszy, usta duże, ale o szlachetnym wykroju, a ciemnoblond włosy ufryzowane w gęste drobne loczki.
Dama przyjrzała się bacznie leżącej i zapytała:
– Czy żyje?
– Niestety… martwa…
Dama jeszcze baczniej wpatrzyła się w twarz zabitej dziewczyny i bardziej do siebie niż do towarzyszącej jej niewiasty powiedziała:
– Skądś mi owa twarz znajoma.
– Niby skąd?
– Nie, nie ona sama… ona tylko kogoś mi bardzo przypomina, kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam… jest niezwykle podobna… ten podbródek, oprawa oczu, wykrój ust…
Stangret odciągnął ciało ze środka ulicy na pobocze i ułożył je pod murem domu Atanasa.
– Margot! Droga kuzynko, dajże już pokój. Przytrafił się nieszczęśliwy wypadek, ale to nie znaczy, że masz zaraz wpadać w melancholię! Jedźmy!
Stangret strzelił z bata, konie ruszyły galopem.
A potem niebo ostatecznie pociemniało i rozbłysły na nim pierwsze gwiazdy. Jakiś słowik śpiewał swojej wybrance, przepieką serenadę. Nagrzana przez dzień ziemia stygła i oddychała cudownym aromatem lata, rosa jęła siadać na źdźbłach traw… Cudowna, spokojna noc rozpostarła się nad Paryżem…
* * *
Atanas stał przy oknie, w zamyśleniu wpatrując się w ciemność. Milczał. Na koniec zaś zwrócił się do maga i rzekł:
– Wyjeżdżam.
– Kiedy, panie?
– Natychmiast.
– Ale koń nieosiodłany.
– Cóż z tego? Żadna to przeszkoda.
Atanas ruszył w kierunku drzwi.
– Kiedy, panie, tu powrócisz?
– Gdy się będziesz mnie najmniej spodziewał.
Trzasnęły drzwi frontowe i z podworca dobiegło klaskanie sandałów o granitowe płyty.
Cadaver w sercu czuł mróz i przerażenie. Bał się, coraz bardziej się bał Atanasa. Chętnie by się od niego uwolnił, ale wiedział, że to niemożliwe…
Aby stłumić lęk, który go porażał, schwycił sporą flaszę palonego wina, czystego destylatu, przyłożył szyjkę do ust i pił, pił, pił. Aż w końcu poczuł ulgę, wróciła mu odwaga i zaczęła rozpierać energia.
Przyodział się, przeliczył monety w sakiewce i chwiejnym krokiem ruszył na miasto w poszukiwaniu jakiejś niedrogiej ulicznicy. A niech tam! Skoro i tak jest już skończony, to niechże ma coś od życia, odrobinę szczęścia, miłości… choćby i nawet i za tę przygarść miedziaków…
Wędrował skrajem ulicy, potykając się o nierówności bruku i recytując w głos:
Nawet nie musiał daleko chodzić. Stara kokota zwiędła i niedomyta, sokiem z zielonych łupin niedojrzałych orzechów maskująca pojawiającą się siwiznę, grubo przypudrowana owsianą mąką, z ustami i policzkami zabarwionymi na ciemnoczerwono sokiem z buraka, zaraz za rogiem ulicy, stojąc na skraju zdziczałego ogrodu, zaczepiła Illuminatusa:
– Chcesz się, panie dobrze zabawić?
– A i owszem, i owszem!
Objął kokotę wpół i pociągnął w kierunku najbliższych zarośli.
Polska wkroczyła w okres kryzysu demograficznego, do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln osób – napisał GUS w opracowaniu poświęconym sytuacji demograficznej Polski.
„Odnotowany w 2021 r. spadek liczby urodzeń potwierdza, że Polska wkroczyła w okres kolejnego kryzysu demograficznego (który miał już przejściowo miejsce w latach 1997–2007), ale obecny prawdopodobnie może mieć charakter dłuższej tendencji” – napisał GUS.
Ruch naturalny i migracje w latach 1980–2021 (GUS)
GUS podkreśla, że nie należy oczekiwać powrotu do wysokiego poziomu dzietności sięgającego istotnie ponad wartość 2. [Minimum dla utrzymania narodu – to 2.2 M. Dakowski]
„Utrzymywanie się przez długi czas niskiej dzietności grozi wejściem w tzw. pułapkę niskiej płodności, z której wyjście jest bardzo trudne” – napisał GUS.
GUS podaje, że do 2050 r. liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,4 mln osób.
„Największy wpływ na ten stan rzeczy będzie miała umieralność (przewiduje się, że w 2050 r. liczba zgonów sięgnie blisko 430 tys.). Będzie to konsekwencją między innymi tego, że w wiek największej umieralności systematycznie będą wchodzić roczniki należące do wyżu demograficznego z drugiej połowy lat 50. XX wieku – czyli obecni około 60-latkowie. Natomiast wiek emerytalny zaczną osiągać obecni 30/40–latkowie” – napisano.
GUS podaje, że mediana wieku ludności wyniesie ponad 52 lata, czyli o ok. 11 lat więcej niż obecnie, co oznacza, że ponad połowa mieszkańców Polski będzie miała ponad 50 lat.
Prognoza nie przewiduje wzrostu liczby urodzeń, co prawda zakłada wzrost współczynnika dzietności, ale liczebność potencjalnych matek (obecnie są to kilkuletnie dziewczynki) spowoduje, że liczba urodzeń będzie stosunkowo niska (ok. 255 tys. w 2050 r.).
map/ asa/
=======================
mail:
Data analyst suggests COVID jabs linked to steep birth rate drop in Europe
A comprehensive data analysis of birth rates across European countries shows a decline in the first half of 2022 by up to 19 percent.
– The picture is the same worldwide: there was a significant decline in live births among 18–49-year-olds nine months after the start of COVID vaccinations, especially in countries with high vaccination rates.
Na posiedzeniu sejmowej komisji finansów publicznych Prawo i Sprawiedliwość przegłosowało poprawkę do ustawy budżetowej, która zwiększa finansowanie TVP i innych mediów publicznych z 1 mld 995 mln zł do 2 mld 700 mln zł. Poprawkę złożył szef komisji finansów poseł PiS Andrzej Kosztowniak.
Oznacza to, że w 2023 roku TVP może liczyć na 700 mln zł więcej niż do tej pory. Poprawka zakłada zmiany w art. 8 ustawy budżetowej, który upoważnia ministra finansów do: „przekazania, na wniosek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jednostkom publicznej radiofonii i telewizji skarbowych papierów wartościowych jako rekompensaty z tytułu utraconych w roku 2023 wpływów z opłat abonamentowych z tytułu zwolnień, o których mowa w art. 4 ust. 1 ustawy z dnia 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 1689), w ramach limitu określonego w art. 5 ust. 3, z tym że wartość nominalna nowo wyemitowanych skarbowych papierów wartościowych na ten cel wyniesie 1 995 000 tys. zł, z przeznaczeniem na realizację przez jednostki publicznej radiofonii i telewizji misji publicznej, o której mowa w art. 21 ust. 1 ustawy z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji (Dz. U. z 2022 r. poz. 1722) (…)”.
Na czym polega poprawka? Jest bardzo krótka: „1 mld 995 mln zł” zostaje zastąpione „2 mld 700 mln zł”.