Wenezuela a sprawa polska.

Wenezuela a sprawa polska.

Mamy pewien luksus

17.01.2026 Adam Wielomski

NCZAS.INFO | Porwany przez amerykańskich komandosów Nicolas Maduro w towarzystwie agentów federalnych DEA w Nowym Jorku. Foto: X
NCZAS.INFO | Porwany przez amerykańskich komandosów Nicolas Maduro w towarzystwie agentów federalnych DEA w Nowym Jorku. Foto: X

W przypadku ataku amerykańskiego na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro mamy w Polsce pewien luksus. Sprawa ta nie dotyczy nas bezpośrednio i możemy wypowiadać się z moralnym poparciem dla jednej lub drugiej strony. Mimo to pośrednio wydarzenie to wpłynie na tytułową sprawę polską. Kształtuje się nam koncert mocarstw i nowe relacje między polityką mocarstw a prawem międzynarodowym.

Każdy z nas pamięta masową i stymulowaną przez media akcję „oburzania się” na Federację Rosyjską i osobiście na Władimira Putina, że dokonał agresji na suwerenne państwo i prowadzi wojnę, gdy agresja jest zakazana przez prawo międzynarodowe. Ja się nie oburzałem, traktując to jako konflikt numer 10.345 w historii ludzkości. Teraz Amerykanie zrobili na naszych oczach agresję numer 10.346, czyli własną „specjalną operację wojskową” w celu budowy „amerykańskiego miru” i „bliskiej zagranicy” pod nazwą Doktryny Monroe, wzbogaconej przez „Trump corollary”.

Co prawda niektórzy asceci intelektualni produkujący się w polskich mediach próbowali dowodzić, że to inna sytuacja („bo nielegalnie wybrany”), ale z punktu prawa międzynarodowego mamy ten sam przypadek. Zresztą Trump szybko ogłosił, że nie chodzi o żadną demokrację, tylko o wenezuelską ropę naftową, którą Wenezuelczycy podobno „ukradli” Ameryce. Zapewne wkrótce dowiemy się, że Duńczycy „ukradli” Amerykanom ich metale ziem rzadkich znajdujące się na Grenlandii. To identyczne przypadki, gdy mocarstwo napada słabszego sąsiada, łamiąc prawo międzynarodowe, a gdy świat zapyta, jakim prawem, to odpowiada: „Zrobiliśmy, bo mogliśmy i co nam zrobicie?”. W takiej sytuacji trzeba zapytać, jak zmieni się prawo międzynarodowe, gdy wielkie mocarstwa przestały je uznawać?

Dla wszystkich prawników zajmujących się prawem narodów, czyli prawem międzynarodowym, mam złą wiadomość. Otóż na naszych oczach stajecie się wybitnymi… historykami prawa międzynarodowego. System światowy powstały po rozpadzie ZSRR, oparty o hegemonię USA, globalizację i globalizm idzie w gruzy wspólną decyzją Moskwy i Waszyngtonu, którą mogą poprzeć też Chiny. Podstawową zasadą odchodzącego prawa narodów była formalna równość państw jako podmiotów prawa. Oczywiście w praktyce mieliśmy stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem weta, grupy G7 i G20, ale sama zasada istniała. Agresja była agresją bez względu na to, czy Rosja napadła na Ukrainę, USA na Wenezuelę, czy Polska na Litwę.

Wszystko wskazuje na to, że zasada ta dziś idzie do lamusa. Wracają teorie formułowane w okresie międzywojennym w Niemczech. Pierwszą jest koncepcja „wielkiej przestrzeni” Carla Schmitta, zakładająca zmierzch suwerenności mniejszych państw i skupianie się ich (lub skupienie ich siłą) przez mocarstwo-hegemona w swojej części świata jako przywódcy, suzerena, traktującego mniejszych jako klientów. Drugą jest doktryna Heinricha Triepla o uznaniu w prawie międzynarodowym pojęcia „hegemonii”. Regionalny hegemon kształtuje prawo międzynarodowe w swojej „wielkiej przestrzeni”, rozstrzyga spory między państwami, lecz sam temu prawu nie podlega i ma prawo brutalnie interweniować w sprawy państw-klientów.

Świat zostaje zatem podzielony na kilka „wielkich przestrzeni” rządzonych przez hegemonów swoich obszarów. O sprawach spornych świata rozsądza zaś tzw. koncert mocarstw, jak to kiedyś w Europie określano, czyli kilka mocarstw wiodących. Dopóki się dogadują, mamy światowy pokój, a gdy przestają się dogadywać, wtedy mamy wojnę.

Widać, że na naszych oczach mamy spór o podział światowego tortu. W imieniu Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił, że „półkula jest nasza”, mając na myśli Amerykę od Grenlandii po Ziemię Ognistą i nakazując innym mocarstwom wycofać się z amerykańskiej „półkuli” – na przykład Rosjanom i Chińczykom z Wenezueli, Duńczykom z Grenlandii i rezerwując sobie prawo najechania Kuby, Meksyku, Kolumbii i oczywiście Wenezueli.

W tym samym czasie Putin w imieniu Rosji naucza o „ruskim mirze”, czyli strefie wpływów w postaci byłych państw wchodzących w skład Związku Radzieckiego i zamieszkałych przez znaczny odsetek Rosjan. Chiny zapewne mają apetyt na własny „chiński mir” i zwierzchność na Azją Południowo-Wschodnią. Co ciekawe, żadne z tych trzech mocarstw nie uznaje Unii Europejskiej jako potęgi, z którą trzeba dzielić się sferami wpływów.

Trump, Putin i Xi są zgodni, że – mówiąc Trumpem – zdeprawowana do cna i pogrążona w marazmie zachodnia Europa „nie ma żadnych kart”. A ma jakieś?

To, czy świat pogrąży się w wojnie, czy też zapanuje pokój, zależy od tego, czy trzy mocarstwa dogadają się pomiędzy sobą. Trump i Putin wielokrotnie mówili, że rozmowy o pokoju na Ukrainie, poza samą Ukrainą, obejmują też podział linii wpływów na świecie, a więc zapewne w Europie wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Z kolei Stany Zjednoczone, odmawiając się uznania chińskiego prawa do zjednoczenia Tajwanu z macierzą, konsekwentnie odrzucają prawa Pekinu do kształtowania swojego „chińskiego miru”. Europa wschodnia, Bliski Wschód i Morze Południowochińskie to miejsce przepychanek mocarstw o strefy wpływów. W naszej części świata najprawdopodobniej najtrudniejszym problemem będą państewka nadbałtyckie, które należały do ZSRR, gdzie jest duża mniejszość rosyjskojęzyczna, a które przyjęto do NATO. Przewiduję, że mogą stać się miejscem wyjątkowo gwałtownego sporu o podział wpływów, co może spowodować zaangażowanie Polski w konflikt zbrojny.

Problemem Polski jest to, że skala zdarzeń na świecie przerasta poziom pojmowania i refleksji naszej autochtonicznej elitki politycznej. Donald Tusk postawił na Unię Europejską, wierząc, że stanie się czwartym mocarstwem na świecie, tak jak ciągle obiecuje Ursula von der Leyen, a co uważam za iluzję. Jarosław Kaczyński wypiera ze świadomości, że USA wycofują się z Europy, ograniczając się do zakończenia wojny na Ukrainie, i dalej gra kartą amerykańską. Polska musi znaleźć dla siebie miejsce w nowym systemie światowym pod groźbą zgniecenia przez mocarstwa lub przekształcenia w ich pole bitwy.

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Jerzy Karwelis 17 stycznia, wpis nr 1391 dziennikzarazy

Ostatnio przyłapałem się na pewnego rodzaju eskapizmie. Otóż wyszło, że coraz częściej uciekam od bieżączki zdarzeń w rozważania teoretyczne, acz oparte w realu o zdefiniowanie krążących pojęć, czy zjawisk, szczególnie kiedy ich znaczenie jest dekonstruowane. Pojęciom i zjawiskom nadaje się obecnie nowe znaczenia, co myli publiczność. Władztwo nad językiem jest potwierdzeniem tezy, że „jak się panuje nad definicjami, to nie trzeba już dbać o fakty”.

Dlatego wolę od czasu do czasu zająć się rozbiorem znaczeń i zjawisk, bo w obecnych czasach pomieszania z poplątaniem (i to wcale nie spontanicznym) warto rozłożyć wiele maszynek pojęciowych na części, nie tylko aby zobaczyć jak działają trybiki, ale by dotrzeć do sprężyny napędzającej cały mechanizm.

Dziś chciałbym się zająć polską rusofobią, którą, ponoć bardziej niż antysemityzm, podobno wysysamy z mlekiem matki. Jest to zjawisko, które podlegało historycznie ewolucji, dziś jest zaś używane w celach manipulacyjnych, i to aż do tego stopnia, że np. dwa przeciwne obozy obwiniają się o rusofobii zbyt mały poziom, co prowadzi do żenujących licytacji i polityków, i ich akolitów.

Krótki kurs historyczny rusofobii

Historycznie rzecz biorąc rywalizacja Rosji z Polską co do dominacji w naszym regionie (dla Rosji jednym z wielu, co nie jest bez znaczenia) jest jakimś fatum ciążącym na naszych tu losach. Stosunek do Rosji kształtował naszą geopolitykę, był odniesieniem wielu ruchów politycznych, lub tylko jednym, acz ważnym, bo rewidującym polski patriotyzm czynnikiem. Cień Rosji wisiał, i wisi, nad nami od wieków i jego intensywność ma wielki wpływ na nasze losy. Na początku nasz stosunek do Rosji był bardziej pragmatyczny, stał się bardziej romantyczny kiedy tę regionalną rywalizację przegraliśmy. Przed klęską trudno było zauważyć w naszym narodowym etosie jakieś większe pokłady rusofobii, ot – kolejny kraj, z którym toczyliśmy wojny o dominację na Międzymorzu. Potem, kiedy przegraliśmy w realu, zaczęła się okazywać ta niechęć właśnie w wymiarze fobicznym, czyli często irracjonalnej mieszaniny odrazy i strachu.

W etosie narodowym w wymiarze symbolicznym rusofobia miała być dość wygodną szansą na nie patrzenie na nasze winy i klęski, bo tworzyła z Rosji Czarnego Luda polskiej historii, którego bezwzględna i obca kulturowo naga siła zdeptała piękny polski kwiatostan. W końcu kulturowo, choć Słowianie, leżeliśmy po dwóch przeciwnych stronach szali quincunxów Konecznego – my Słowianie unurzani w łacińskiej kulturze, kontra Rosjanie – Słowianie turańscy, o dużym kulturowym kontekście Azji, w wydaniu „dopalacza” mieszanki rosyjskich urojeń wyższościowych i kompleksów. Piekielne starcie, o nierozwiązywalnych potencjałach konfliktu.

W okresie zaborów pojawiły się już pierwsze zjawiska dzielące praktyczną politykę polską na dwa obozy stosunku wobec Rosji – akomodacji oraz buntu, z małą przerwą na ich mieszaninę jaką stał się pozytywizm. Osią sporu był właśnie stosunek do Moskali: jedni uważali, że trzeba się jakoś dostosować, chronić substancję narodową, drudzy wzywali do eskalacji czynnego oporu. Już wtedy – po stronie buntowniczej – pojawiły się emocjonalne ekscesy (wzmagane również literaturą), które można nazwać dziś rusofobią.

Była to uzasadniona reakcja na przegraną, wzmacniana jednocześnie dezynwolturą kremlowskich okupantów. Ci się w różnym stopniu nakłaniali do ruchów akomodacyjnych i konia z rzędem temu, kto dziś rozstrzygnie „kto się zaczął”, czy polscy romantycy, czy carscy okupanci, którzy jednak nie chcieli dla Polski robić żadnych wyjątków w polityce imperialnej. „Boże coś Polskę”, hymn śpiewany do dziś w polskich kościołach, był pieśnią powitalną, wręcz dziękczynną dla cara Aleksandra, napisany i zaśpiewany przez wdzięczny naród wizytującemu królowi Polski.

Potem z rusofobią poszło jak po maśle. Zabory wyraźnie potwierdzały piekielną sprawczość Rosji w historii Polski, zaś tożsamościowym fundamentem nowej II RP stało się zwycięstwo, tym razem nad bolszewicką, Rosją. Widziano potęgę Rosji, ale – po zwycięstwie w 1920 roku – nie było mowy o większej rusofobii, ot jacyś dzicy się wyżynali za wschodnią granicą i w razie „W” damy im radę. Sporo to się zmieniło po 17 września, ale później – w czasie jałtańskiej zdrady Zachodu – okazało się, że musimy znowu wybrać przymusową akomodację, której rozmiar wykazał śladowy bunt beznadziei w postaci Żołnierzy Wyklętych.

Za PRL-u Rosja Radziecka stała się znowu Czarnym Ludem polskiej historii najnowszej, łatwą busolą do rozróżnienia Polaków pomiędzy „naszymi” i tymi „przywiezionymi do Polski na ruskich czołgach”, którzy stali się łże-elitą nowej Polski. Ale była to rusofobia bardziej prześmiewcza, przytłaczał ją kontekst naśmiewania się z prymitywnych kałmuków, żałosna satysfakcja kulturowego ostracyzmu pokonanych w realu. Oczywiście było parę momentów kiedy Polacy w PRL mieli powody obawiać się radzieckiej interwencji, ale raczej królowała tu wyższościowa pobłażliwość.

Rusofobia w III RP

Najciekawiej rusofobia rozwijała się w III RP. Falowała bezwzględnie – od mocnych wpływów na początku transformacji, ale po dociśnięciu przez Zachód zmieniły się polaryzacje. Już nie był to wybór między wpływami Rosji w smucie a Zachodem. Rosja odeszła (okazało się, że nie na długo), zaś w Polsce odbyła się (trwająca do dziś) mało romantyczna walka o dusze, kieszenie i ziemię Polaków pomiędzy USA a Niemcami. Jej najgorszym przejawem były momenty, w którym oba te czynniki, niemiecki i amerykański, zawierały ze sobą pakt o wspólnym interesie, w którym operacyjnie pilnował go Berlin, zaś strategicznie – Waszyngton. Rosja zniknęła na długo z Polskiej strategii, co było ciężkim grzechem polskiej polityki zagranicznej, gdyż zwrócenie się całkowicie na Zachód, w dobie „końca historii”, parasolu NATO czy Unii odsłoniło nam tyły, zaś polityka wschodnia stała się w polskim przypadku fatalnym przykładem spełniania straceńczych dla nas taktyczek zachodnich.

Po nastaniu Putina kwestia rusofobii, jeśli można tu wskazać na jedność tego pojęcia, zaczęła odgrywać rolę jednego z czynników różnicujących polską politykę. Niestety stosunek polskich polityków do Rosji był wypadkową czynników zewnętrznych. Również lud zawierzający któremuś z dwóch plemion łapał się tu na różne bajeczki, często zamieniające miejscami role Wilka i Czerwonego Kapturka. Za rządów postkomunistów kwestia stosunku do Rosji była delikatnie przesunięta przez obie strony (rządzącą lewicę i jeszcze wtedy w miarę zjednoczoną część postsolidarnościową) na drugi plan. Byli czerwoni się nie afiszowali swymi koneksjami z Rosjanami, już patrzyli na innych czerwonych w Brukseli, zaś styropianowa opozycja miała co innego na głowie – łykanie własnych porażek.

Najciekawiej kwestia zarządzania rusofobią wyglądała za czasów POPiS-u, zwłaszcza w wykonaniu partii Tuska. Wtedy argument rusofobii był zarzucany Kaczyńskiemu jako czynnik destabilizujący układanie się „poważnych państw” w zrównoważoną Europę. Z Rosją obłaskawioną pieniędzmi za surowce, w nadziej – płonnej jak wszystkie nadzieje liberałów – że pieniądze ucywilizują Rosję, stworzą rosyjską klasę średnią, która naturalnie będzie ciążyć ku demokracji. Warto przypomnieć Tuskowi ówczesne klipy telewizyjne, całe ciągi medialne pokazujące Kaczorów (bo to było jeszcze przed Smoleńskiem) jako nierozumnych rusofobów, którzy nie pojmują nowych czasów i na szkodę samej Polski wysadzają pociągi nowego ładu w wojnie na rozbiorowe resentymenty.

PiS obsadził więc, a właściwie pośrednio został obsadzony, w roli naczelnego rusofoba, co wtedy było zarzutem, choć dziś jest przedmiotem rywalizacji – kto bardziej. Wtedy ten ruch Tuska, to była realizacja interesów niemieckich wprost. Zbliżała się finalizacja wielkiego dealu Rosji i Niemiec i nie będzie tu jakiś „paliaczyszka” bruździł, grając zgranymi kartami w wojnę, kiedy tu się odbywa subtelny brydżyk. W Polsce miał być pod tym względem spokój i niech się Polacy cieszą, że tak w ogóle w tym dealu Niemcy nie oddały Polski Rosjanom. A ci tu jeszcze pyskują. I Donald miał tu zrobić porządek. I robił jak mógł.

Rusofobia a Ukraina

Po II wojnie ukraińskiej wszystko się zmieniło. Ale tu jest dowód na fenomen sterowalności zewnętrznej polskiej rusofobii. Ta przecież w ogóle nie wybuchła w 2014 roku, kiedy zaczęła się I wojna ukraińska. Nic takiego nie było. A czemu? Ano temu, że wtedy, po 2014 roku, Niemcy liczyły na to, że był to (zrozumiały) rosyjski „wypadek przy pracy”, który wcale nie zatrzymywał strategicznych planów rządzenia przez Niemcy Europą w ścisłej współpracy z Rosją. Rurociągiem Nord Stream I wciąż płynęła ropa, Unia dozbrajała Kreml, wojna na Ukrainie też nie przeszkodziła inwestycji w Nord Stream II. Wojska się biły, okupowały, ale business trwał as usual. A więc w Polsce z rusofobią było cicho, bo cicho miało być. Wszystko się zmieniło po rozpoczęciu II wojny ukraińskiej w 2022 roku. Zmieniło się z polską rusofobią, bo się Niemcom zmieniło z narracją.

Putin, niegdyś trudny przyjaciel, stał się Czarnym Ludem europejskich salonów. Ale tylko na pożytek maluczkich, bo dla elit (europejskich, a właściwie unijnych) sytuacja jest zupełnie inna. Jest teraz w Europie jak… w Polsce za zaborów: stosunek do Rosji jest podstawowym czynnikiem rozdzielającym dobro od zła, zdrajców od płomiennych wyznawców wolnościowych wartości. Putin stał się busolą europejskiej narracji na potrzeby suwerena, jakby ten miał zapomnieć w jednej chwili kto z kim kręcił korbą otwierającą rurociągi pragmatyzmu i deklarował współpracę „z Rosją taka jaka ona jest”. Wyciąga się tego Putina jako argument końcowy, dziennikarz, jak nie wie o co spytać, to pyta o stosunek do Putina i biada ci, jak nie zafundujesz jakiejś jeszcze bardziej eskalującej deklaracji wrogości. To dla ludu. Tym bardziej ludu polskiego, bo my, jako nuworysze w każdej europejskiej modzie politycznej zawsze jesteśmy spóźnieni, a więc musimy nadrabiać zaangażowaniem.

Nie jest też tak, że Niemcy mszczą się na Putinie, bo ten im popsuł piękny plan i trzeba teraz wyszywać publicznie inne ściegi, podjadając żabę własnej przegranej strategii. Niemcy mogą być oczywiście źli na Putina, bo jego ruch z wojną był dla nich kompletnie nielogiczny. Ale jest inaczej – oni, napuszczając lud na Czarnego Luda z Kremla, w rzeczywistości marzą o powrocie do starego business as usual.

Niemcy nie mają w tym względzie żadnego planu B. Mają w rzeczywistości plan A2, który jest tylko przeczekaniem, aż wszystko rozejdzie się po pokojowych, niechby i choć rozejmowych, kościach. A w międzyczasie, jako państwo myślące do przodu – a nie jak my, patrzący nie tyle do tyłu, tylko wyglądający na to co nam przyniesie łaskawy patron –  Niemcy chcą ugrać strasząc Putinem jeszcze lepszą pozycję na drodze do federalizacji Europy pod rządami Berlina.

Tym narzędziem ma być strach, który uzasadnia strategiczne dla Niemców rzeczy – zgodę ludu europejskiego na federalizację w obliczu rosyjskiego podbijanego na wyrost zagrożenia militarnego, wymazanie koszmarnych błędów unijnych elit, ostateczną i formalną hegemonię Niemiec nad Europą, wreszcie odbudowanie niemieckiego przemysłu przeniesionego w obszary militarne, za co zapłacą wszyscy członkowie „koalicji chętnych”. I wtedy tak silne Niemcy będą mogły wreszcie jak równy z równym siąść do stołu z Putinem i wyjaśnić drobne nieporozumienia. A straszony dotąd lud przyjmie to z ulgą przynależną powojennemu spadkowi napięcia i wzrostowi nadziei na wieczny pokój.

Rusofobia a la polacca

Ale odeszliśmy od rusofobii, która jest niezbędnym czynnikiem tego procesu, zarówno jego początkiem, jak i koniecznym elementem jego kontynuacji. To Europa, ale u nas jest jeszcze śmieszniej. U nas MUSISZ być rusofobem, jak nim nie jesteś – stajesz się automatycznie ruską onucą. Nie ma nic po środku. Nie możesz ewidentnie imperialnej polityki Rosji oceniać pragmatycznie – to znaczy: myśleć i rozważać publicznie dlaczego robi to, co robi, kiedy przestanie i jak jej można w tym pomóc oraz na jakie sposoby. Tego robić nie wolno – jak o Rosji, to muszą to być zaraz akty strzeliste, znowu emocje, hipokryzja wartości, żadnego pragmatyzmu, świat czarno-biały na wielkim plazmowym ekranie polskiej bida-narracji. Inaczej nie ma.

Powoduje to żałosną licytację na stopień wzmożenia rusofobii. A efekt jest komiczny, bo przy ciągłym tropieniu z każdej polityczno-medialnej strony ruskich szpiegów, okazuje się, że prawdziwi szpiedzy, w tym głównie agenci wpływu, mogą spać spokojnie. Jest jak u Mrożka, kiedy policja sama się nawzajem wyaresztowała – wtedy złoczyńcy mogą już rozrabiać z pełną bezkarnością. Mamy więc popisową rusofobię, na którą coraz bardziej zaczynają się nabierać skołowani ludzie. Ale też rośnie opozycja – realizm w ocenie naszych perspektyw stosunków z Rosją, nie żadna fobia, jaką jest widzenie we wszystkim inspiracji Kremla, tym natręctwie myślowym, imperatywie jednostronnej oceny wszelkich przejawów rzeczywistości – zdarzeń, które w całości albo szkodzą, albo sprzyjają Putinowi. Tertium non datur. I z tego właśnie, że tak naprawdę to wszystko jest „tertium”, putiny tu sobie żyją, jak pączki w maśle. Zaś przy takim stosunku całej polskiej polityki do realiów nie ma co się dziwić, że nie ma nas – rusofobów praktycznych, nie narracyjnych – przy żadnym stoliku decyzji.

Jak to jest z tą Rosją, bo to sprawa zasadnicza? Odpowiedź na to pytanie stawia naszą przyszłość w rzeczywistym kontekście. Moskwa ma jedną cechę – liczy się tylko z silnymi, zaś każdy akt woli kooperacji ze strony słabszego odczytuje jako akt poddańczej słabości, odsłonięcie brzucha, manifest podległości. Z drugiej strony Rosja alergicznie reaguje na buńczuczne, zwłaszcza niepoparte realnymi zdolnościami, deklaracje wrogości. Te często sprawdza, z nienajlepszymi skutkami dla sprawdzanych.

Jak więc z nimi żyć, panie premierze? Jak będziemy z nimi na miękko, że „dogadajmy się”, to nas wezmą za słabeuszy i dogną. Jak się będziemy stawiać, to po pierwsze pokażą nas Zachodowi, żeśmy awanturnicy co się zaczynają, a potem będą płakać Zachodowi, że „d..a boli” i żeby się za nas odwinął. Po drugie – mogą nam coś wywinąć, bo zmieszany Zachód i tak nic nie zrobi w naszej obronie. A więc wychodzi, że jak się nie obrócisz, to zadek z tyłu. Na miękko – źle, na twardo – jeszcze gorzej. Wychodzi, że nie ma wyjścia, trzeba runąć choćby i w kontrproduktywną rusofobię, skoro nie ma rady, to chociaż się pobójmy – jak w płatnym horrorze, w nadziei, że drzwi tego kina geopolitycznej grozy jednak się kiedyś otworzą i wyjdziemy na światłość świata.

Tertium jednak datur

Jest jednak inne, trzecie i pragmatyczne wyjście. Niestety wymaga ono czasu, co tylko pokazuje, jak bardzo przespaliśmy w plemiennych sporach ostatnie trzydzieści lat. Skoro Rosja (okazuje się dziś, że już nie tylko ona) szanuje tylko siłę i wedle tej oceny kształtuje swój stosunek do świata, to zanim wpadniemy w dylemat „rusofobia czy rusofilia”, trzeba zrobić jedną rzecz – stać się silnym. Popracować nad własną sprawczą siłą, na miarę naszych możliwości. A jesteśmy dziś słabi, bo w swym państwowotwórczym lenistwie postawiliśmy kiedyś na rozpadające się dziś sojusze. Gdybyśmy mieli dziś własną moc, to i Rosja, ale i USA czy Unia rozmawiałyby z nami inaczej. W ogóle by rozmawiały.

W polityce zagranicznej nie musielibyśmy się napędzać dętą rusofobią, żenującą zabawą dla maluczkich, z której nic – oprócz bierności – nie wynika. Budowanie siły zabiera sporo czasu, ale – wreszcie – może pora to zacząć? Może zdążymy, może nie, ale nikt nie powie – jak dziś – że nie próbowaliśmy.

Aby to wyszło trzeba zrobić pierwszy krok – przestać szantażować lud i politykę wmuszaną rusofobią, która oddala nas nie tylko od prawidłowej oceny rzeczywistości, ale nie pozwala nam zrobić pierwszego kroku na trudnej drodze do własnej, spóźnionej podmiotowości. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Biskupi piszą, jakby ani Odwieczne Magisterium Kościoła, ani inspirowane nim teksty kultury dotąd w ogóle nie zaistniały. Cz. III.

Nieposzanowanie dla Sakr. Małżeństwa – analiza cz. 3

magnapolonia/marcin-drewicz-nieposzanowanie-dla-sakr-malzenstwa

Marcin  Drewicz:

NIEPOSZANOWANIE  DLA  SAKRAMENTU  MAŁŻEŃSTWA CZYLI  LIST  BISKUPÓW  „O  RODZINIE” Z  OSTATNIEJ  NIEDZIELI  ROKU  2025, część  trzecia.

   Stanąć w Prawdzie! Prawda to jest zgodność myśli (nazwy) z rzeczą. Nazywać rzecz po imieniu – właśnie to zawsze dotąd było zadaniem przede wszystkiem duszpasterzy na czele z biskupami. I dopiero wtedy podejmować ustalone przez Kościół Święty czynności duszpasterskie – wobec starannie rozpoznanej i nazwanej rzeczywistości. Atoli obecnie u nas już od dłuższego czasu dzieje się, niestety, inaczej.

   Jednocześnie jest w naszej przynajmniej opinii wyrazem nietaktu i arogancji (!), że „do jednego wora” są przez autorów i sygnatariuszy „Listu Episkopatu” ładowani zarazem ci rozmaitego typu, bywa że szczególnie rozwiąźli i rozpustni konkubenci i single żyjący „w różnego rodzaju sytuacjach nieregularnych” (1, co za mętny i przykry język, wybitnie nieteologiczny!), dla których nie ma wszakże żadnych kanonicznych przeszkód, aby możliwie jak najprędzej zawrzeć Sakrament Małżeństwa.

Oni tego jednak nie czynią, gdyż to dobrodziejstwo braku przeszkód lekceważą (sic!) lub go nawet nie dostrzegają (sic!); i wraz z nimi tamci, którzy – przeciwnie – świadomie pragną Sakramentu Małżeństwa, lecz może nigdy do niego nie przystąpią z powodu tejże kanonicznej przeszkody – skoro nadal żyje ów sakramentalny współmałżonek rozwodnika.

   Autorzy i sygnatariusze omawianego tu „Listu Episkopatu” bardzo daleko posuwają się w swoich, by tak rzec, językowych manipulacjach pisząc – że przypomnimy – „Każdy z nas jako uczeń Jezusa (24) został odkupiony za cenę Jego Krwi”.

Kto to się posłużył tym cytatem (i innymi, o czym dalej)? Prosta zamiana chronologii Zbawienia i jakiż wielki błąd! Czy to dopiero szeregowy teolog-amator musi objawiać, że:

    Najpierw Pan Jezus swoją męką krzyżową odkupił wszystkich ludzi, a ci są dla siebie nawzajem bliźnimi (jeśli nawet wielu z nich o tym jeszcze nie wie). Czym innym zaś jest poznanie nauczania Pana Jezusa, a jeszcze czymś innym jego przyswojenie w życiu praktycznym-codziennym i dopiero tym sposobem stanie się Jego praktykującym uczniem, w dowolnych czasach, w dowolnych krajach.

   Tak więc ci odkupieni to nie to samo, co uczniowie – aczkolwiek misjonarze wszystkich czasów (ci prawdziwi oczywiście) pracują nad tym, aby Jezusowe przesłanie dotarło do wszystkich ludzi. Ci, którzy wprawdzie znają nauki Pana Jezusa, lecz sobie je lekceważą i żyją nie według nich, przecież nie są żadnymi Jezusowymi uczniami. Ale… zawsze mogą się oni zacząć nimi stawać. Ot i różnica. „Od błędów i w godzinie śmierci można rewokować” – jak powiada Klasyk.

   Zresztą, owe trzy odnośniki do fragmentów z listów Św.Św. Piotra, Jana i Pawła zostały przez redaktora „Listu Episkopatu” dobrane, najłagodniej mówiąc, nieadekwatnie. Tak nie można! Zatem – w tych konkretnych przypadkach – ani nie „uczniowie”, ani nie „śmierć”, ani nie „zmartwychwstanie” – co każdy może sobie sprawdzić sięgnąwszy po domowy egzemplarz Nowego Testamentu.

Święte Teksty nie są po to, aby nimi żonglować jak się komu akurat zachciewa. Redaktor „Listu Episkopatu”, mówiąc językiem gier zespołowych, zagrał (podał piłkę) „na pamięć”, na zasadzie „trafi-nie-trafi”. Tak nie można! Mówimy tu przecież nie o dowolnie czym, lecz – przeciwnie – o Świętych Sprawach Najwyższej Wagi.

   Są jeszcze pozostałe cztery części (I-III, V) „Listu Pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny – 28 grudnia 2025” oraz krótki doń wstęp – całość, przynajmniej jak na naszą wrażliwość i spostrzegawczość, utrzymana w stylu owej nowomowy z anglosaskiej post-protestanckiej „komedii romantycznej” lub z bliskiej jej kozetki „u psychoterapeuty”. Naszym amatorskim zdaniem to już nie jest Święta Teologia, lecz tylko jakieś „dobroludziowe” i „samopoczuciowe” luźne gawędki.

   W „Liście Episkopatu” kilkakrotnie powtarzana jest fraza: „Bóg marzy o rodzinie, która jest domem dla miłości” (14), stanowiąca także jakby podtytuł dla całej tej wypowiedzi. Zatem: Pan Bóg „marzycielem”? Toż to chyba już podpada jako naruszenie Drugiego Przykazania Bożego. Ale miliony katolików w Polsce kilkakrotnie i tego zdania musiały wysłuchać w tysiącach kościołów w trakcie niedzielnych Mszy Św. w dniu 28 grudnia Roku Pańskiego 2025.

   Najbardziej naszym zdaniem pokrętny, pełen śmiałych ominięć i obciążony istotnymi przemilczeniami fragment „Listu Episkopatu” przedstawiliśmy powyżej. Czy zachęcać P.T. Czytelników do lektury i przemyślenia całości (dostępnej w Internecie)? Aby się dowiedzieć czegoś „o małżeństwie i rodzinie” to nie. Lepiej sięgnąć do encykliki papieża Piusa XI „Casti connubii” lub do innych prawdziwie (!) katolickich tekstów (określenie „prawdziwy” wprowadzili wszakże sami autorzy „Listu Episkopatu”).

   Lecz kto już osadzi się jakoś w zakresie katolickiego nauczania na dany temat, ten może poczytywać sobie teksty takie, jak ów „List Episkopatu” odczytywany w dniu 28 grudnia 2025 roku, aby rozpoznawać ów sposób, w jaki katolickie do niedawna nauczanie jest obecnie zniekształcane (sic!).

   Miejmy nadzieję, że tak jak w przypadku kilku innych „kontrowersyjnych” „Listów Episkopatu” w wieku XXI, ogół katolików w Polsce puści i ten mimo uszu, zatem bez szkody dla siebie. Piszemy wszakże to wszystko z wielką przykrością i z narastającym niepokojem.

   Coraz częściej stosowana to metoda: redagowanie dokumentów, także tych „kościelnych” (cudzysłów zachować lub zdjąć), jakby ani Odwieczne Magisterium Kościoła, ani w ten czy inny sposób inspirowane nim teksty kultury dotąd w ogóle nie zaistniały.

   To co poprzedza ich autorów to biała karta. Urodzili się „wczoraj”, najdalej tydzień temu, więc wypisują rozmaite dziwactwa, które im akurat teraz do głowy przychodzą. Za miesiąc do głowy przyjdzie coś innego, wszystko jedno co, to i wtedy to ogłoszą wszem i wobec – taką postawę zdają się prezentować autorzy i sygnatariusze owego Listu pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny”, odczytanego na Mszach Św. niedzielnych w dniu 28 grudnia 2025 roku.

   Grunt to konfidencjonalnie poklepać po ramieniu ludzi – wszystkich tak samo i wszystkim powiedzieć, że… „będzie dobrze, nie ma sprawy”, i na tym w zasadzie rzecz zakończyć. No i ta konfidencjonalna maniera wypowiedzi sięgająca także… Świętości. Po co to i czemu to ma służyć?

Autorzy „Listu” najwidoczniej nie sięgali ani do encykliki „Casti connubii” (o małżeństwie chrześcijańskim) papieża Piusa XI, ani do książek Marii Rodziewiczówny, ani do powieści „Bez dogmatu” autorstwa samego Henryka Sienkiewicza, ani do „Lalki” Prusa, ani do wydanej w roku 2018 książki zatytułowanej „Kobiety-Rewolucja-Kaznodziejstwo” autorstwa Sławomira N. Goworzyckiego, ani do opublikowanej dopiero co w mijającym już roku 2025 książki Bartosza Kopczyńskiego zatytułowanej „Rewolucja bachantek” (tej my też jeszcze nie przeczytaliśmy), ani do całego mnóstwa innych tekstów niosących pouczające i inspirujące treści.

Obserwacje co do bieżącego polskiego „życia rodzinnego” (cudzysłów nie bez powodu) owi autorzy i sygnatariusze „Listu pasterskiego” też mają najwidoczniej wybrakowane i już wykoślawione, czego przejawem jest używanie niewłaściwego nazewnictwa spraw, wydawało by się, najprostszych (co nie znaczy, że wszystkich koniecznie najprzyjemniejszych). A tak po prawdzie, to dla nas nie jest to żaden-tam „list pasterski”, gdyż my w oparciu o przygarść przemieszanych ze sobą przygodnych zdań prawdziwych i fałszywych wcale nie mamy zamiaru „pasać” naszej duszy.

Ów list jest to jakieś takie, by tak rzec, „duszpasterskie GMO”; nie pierwszy tego rodzaju w ostatnich czasach, że wspomnimy dla przykładu owe bełkoty (sic!) z takoż ostatniej niedzieli roku 2013 na temat tyleż tajemniczego, co dzisiaj już zamilczanego „gendera” (na jego miejsce zdążył w medialnym obiegu wstąpić ów niemniej tajemniczy „lgbt”); lub te z maja 2019 roku dotyczące jakiegoś „molestowania”, czy czegoś w tym rodzaju. Ech, ta neo-pseudo-teologia!

   Jak w poprzednich podobnych przypadkach liczymy na to – z przykrością przecież i z niepokojem – że ogół wiernych, jak to on, już nie pamięta (sic!), co też tam ksiądz z mównicy (z ambony) wyczytywał był na Mszy w niedzielę w dniu 28 grudnia 2025 roku. Wyczytywał, ponieważ zwierzchność kościelna mu to nakazała. I tyle. Wszystkich zaś, w tym tych zgorszonych zasłyszaną tam i wtedy lekturą ponownie zachęcamy do przeczytania owej encykliki „Casti connubii” lub fragmentów „o małżeństwie i rodzinie” z któregoś ze starszych, czyli „przedsoborowych” Katechizmów.

Teksty te, inaczej niż to było w bezbożniczym PRL-u, dzisiaj są dostępne w kilku książkowych wydaniach w języku polskim, a i w Internecie coś znaleźć też można. Osobne opracowania-rozprawki-poradniki o (prawdziwym!) małżeństwie katolickim też można dziś znaleźć.

   Skoro bowiem autorzy i sygnatariusze przywoływanego powyżej „Listu Episkopatu” akcentują, pomimo wszystko, ową „prawdziwość”, to my skwapliwie tą akurat dróżką za nimi podążamy. A działo się to w liturgiczne wspomnienie Rzezi Niewiniątek (28 grudnia), aczkolwiek w „Liście” o Świętych Młodziankach nie wspomniano ni słówkiem. Pomimo tematyki „Listu” te fundamentalne pojęcia – ani „narzeczeństwo”, ani „małżeństwo”, ani „rodzina”, ani „rodzicielstwo” – nie są w nim definiowane-przypominane. Dlaczego?

   Może dlatego, że dzisiaj „jest w obiegu medialnym wiele definicji”, więc autorzy „Listu”, co by było ze wszech miar kompromitujące… wahali się nad wyborem. Jeśli tak było rzeczywiście – czego my wszakże wiedzieć nie możemy – to na czym tak po prawdzie polega dziś pełnienie przez nich tego najwyższą odpowiedzialnością obarczonego Urzędu Nauczycielskiego?

   Niech sobie wszyscy wreszcie uzmysłowią, że dzisiaj mamy w „katolickiej Polsce” (w innych krajach podobnie) wyraźny procentowy wzrost liczby dziatwy i młodzieży spłodzonej i zrodzonej pozasakramentalnie, nieochrzczonej, bezreligijnej, zdepolonizowanej, nie mającej z domu wzorca życia małżeńskiego-rodzinnego, a często i wzorca elementarnych odniesień międzyludzkich, obecnie przemieszanej (kto do tego dopuścił?) z takoż bez właściwości dziatwą i młodzieżą nachodźczą, bezbożniczą, post-sowiecką, post-banderowską, post-bolszewicką („nic w przyrodzie nie ginie”) i z innych jeszcze narodów koniecznie (!) nie-katolickich.

   A w ogóle to w Polsce dzieci rodzi się coraz mniej, podobno najmniej pośród krajów Europy. Takie to są skutki także i owego „postępowego duszpasterstwa”.

   Co to będzie dalej z tą Polską?

O. Mikołaj Ferenc – kapucyn z Markowej

o-mikolaj-ferenc-kapucyn-z-markowej

O. Mikołaj Ferenc – kapucyn z Markowej

May 24, 2022 by vrs

“W podhajeckim powiecie odbyła się masowa rzeź Polaków we wsi Markowej. 15 I 1944 zamordowano administratora ks. Ferenca – otrzymał dwa strzały karabinowe i trzy uderzenia siekierą w szyję; zginęło tam również 30 Polaków, 6-ciu ciężko rannych” (z listu ks. Adama Łańcuckiego do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z 28.01.1944 r.)

“(…) W dniu 15 bm, o godz. 7 wieczorem, został zamordowany ks. Mikołaj Ferenc administrator w Markowie. Otrzymał 3 kule rew. w piersi i cięcie siekierą w szyi na głębokość 5 cm. Pogrzeb jutro tj. 19/I 44. Tej samej nocy zamordowano 32 osoby (…)” (z listu ks. Antoniego Kanii do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z 18.01.1944 r.)

“(…) Ks. Ferensa zabito w łóżku – mówił do katów w te słowa: Bracia w Chrystusie Panu, ja wam żadnej krzywdy nigdy nie zrobiłem. Ks. Ferens był dla nich niesłychanie grzeczny – nawet pozdrawiał ich w ich języku, czym parafianie jego gorszyli się bardzo, ale i to nic nie pomogło.

Tego samego dnia był u miejscowego ks. Szczurowskiego [proboszcz grekokatolicki Markowej – przyp. wł.] u spowiedzi, o czym sam na ambonie mówił (…) Ks. Szczurowski (…) ostatniej niedzieli tj. 30/I zapowiedział, że opuszcza wieś albowiem: nie chcę wśród bandytów umierać. Szkoda mojej 30-letniej pracy (…)” (z listu ks. Antoniego Kanii do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z 04.02.1944 r.)

“Na pogrzebie 31 ofiar w Markowej brało udział 7 księży z Ks. Jońcem z Monasterzysk na czele (od niego mam tę wiadomość)” (z listu ks. Kazimierza Bilczewskiego do ks. Z. Hałuniewicza z 26.01.1944 r.)

“(…) w sprawie zamordowania śp. ks. Mikołaja Ferensa przez tak zwanych banderowców podaję co następuje. Już od początku wojny zaznaczali ukraińcy wielką nienawiść do polaków. Działo się to zwłaszcza w tych miejscowościach, gdzie znajdowały się kościoły polskie, a które były solą w oku wspomnianych wrogów polskości. Hasłem do mordowania księży w tamtych stronach była tragiczna śmierć ks. Marcina Bosaka, proboszcza w Mariampolu. Nienawiść tę spotęgowały jeszcze bardziej ukraińskie manifestacje dokonywane przy sypaniu mogił w każdej prawie wsi, przy których nie obeszło się bez mów podburzających a często wygłaszanych przez ukraińskich księży. (…) Na ten czas został zamianowany administratorem w Markowej ks. Mikołaj Ferens. Był to człowiek spokojny a przy tym wielki ugodowiec. Sądził on, że tą polityką potrafi ułagodzić wzburzone umysły wśród ukraińców (…) Był częstym gościem u okolicznych księży ruskich. Kiedy zwracano mu na to uwagę, odpowiadał: Chcę być tą wodą, która by zgasiła ogień nienawiści. Jak szedł na rękę ukraińcom, najlepszym dowodem jest to, że zbierał rozmaite zioła lecznicze, kupował różne lekarstwa i dawał każdemu zgłaszającemu się choremu a szczególnie ukraińcom.

Nie znalazł jednak uznania u tych zbirów. 16/I 1944 roku, jak grom z jasnego nieba padła wiadomość o zamordowaniu ks. Mikołaja Ferensa. Zaraz po sumie pojechałem do Markowej. Cóż się dowiedziałem? W nocy z 15-go na 16-go [I] 1944 r. zebrali się bandyci z Markowej i okolicznych wiosek i na dany znak strzałami karabinowymi wpadli na probostwo rzym-kat. Ksiądz już spał. Wywaliwszy drzwi, weszło kilku do sypialni księdza. Kiedy ksiądz przebudziwszy się, z przerażeniem zobaczył co się dzieje, zaczął błagać: Wszystko bierzcie, tylko darujcie mi życie. Na to mordercy odpowiedzieli: Nam własne o toto żytie chodit!

Nagle jeden z siekierą w ręku rąbnął księdza tak silnie w kark, że głowę prawie całkiem odrąbał. Tymczasem inni bandyci zaczęli go rąbać siekierami po rękach i ogólnie po całym ciele. Krew tak się lała, że pod łóżkiem powstało wprost jezioro krwi. Świadkiem tego mordu była jego gospodyni (ukrainka), którą również zranili. Kiedy z trudem ubierano zamordowanego księdza, musiano przywiązać mu głowę. Dokonawszy tego mordu udali się bandyci do kuchni, gdzie mieszkał jeden biedny reemigrant z Ameryki i jego również w straszny sposób zamordowali. Równocześnie inni bandyci rozbiegli się po wsi, gdzie zamordowali, o ile sobie przypominam, 37 osób.

Pogrzeb Księdza i nieszczęśliwych ofiar odbył się 19/I w sam dzień Jordanu. W ceremoniach żałobnych tłumy ludności polskiej z okolicy. Wrażenie było straszne. W trumnach pomordowanych leżały obok korpusów poodrębywane bądź głowy, bądź ręce lub nogi. Na pogrzeb przyjechała milicja ukraińska i żandarmeria niemiecka, która bezustannie fotografowała zwłoki śp. Księdza i pomordowanych (…) Kondukt prowadził ks. Antoni Joniec (…) Żadnych mów nie było, gdyż płacz osieroconych zagłuszał wszelkie wyrazy (…)”

(z listu ks. Józefa Błotnickiego do Abp Metropolity z 24.01.1949 r.)

za: ks. J. Wołczański: Eksterminacja Narodu Polskiego i Kościoła Rzymsko-Katolickiego przez ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1945

z relacji Janiny Czubak:

“Jedna kobieta, może była to gospodyni księdza, mówiła do zebranych: »Ksiądz mógł żyć, gdyż ukraiński ksiądz [wspomniany już ks. Szczurowski – przyp. wł.] posyłał trzy razy swojego diaka, prosząc, żeby koniecznie przyszedł do niego, gdyż grozi mu niebezpieczeństwo«. Niestety, prośba ta nie odniosła skutku. Za trzecim razem przekazał przez diaka: »Wieś cała jest otoczona. Proszę ratować swe życie. Przechowam księdza. U mnie będzie bezpieczny«. Ale proboszcz z Markowej odpowiedział:
»Nie mogę opuścić moich parafian. Co ich czeka, to i mnie niech nie ominie«. (…) Podziękował ukraińskiemu księdzu za troskę o jego życie”.

Siekierka S. i inni w: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim podają następujący opis wsi: “Markowa, wieś sołecka, siedziba parafii, Toustobaby. W 1921 r. wieś miała 233 zagrody i 1047 mieszkańców, w tym: 599 Rusinów, 439 Polaków, 8 Żydów. W 1931 r. liczba zagród wzrosła do 280, a mieszkańców do 1164 osób. W nocy z 14 na 15 stycznia 1944 r. banderowcy zarówno z okolicznych wsi i miejscowi, dokonali napadu na wybrane zagrody polskie i po włamaniu się do domów mordowali przeważnie mężczyzn przy użyciu różnych narzędzi. Broni palnej nie używali ze względu na to, że mogłoby to wywołać alarm w samej wiosce i w okolicy m. in. obawiali się stacjonującego w Zawałowie posterunku niemieckiego.”

O. Mikołaj Ferens OFM Cap. urodził się w roku 1894, w roku 1927 uzyskał święcenia kapłańskie. Podczas okupacji ukrywał m.in. dwójkę Żydów. Wg relacji o. Ferens był ostrzegany przez greko-katolickiego księdza o grożącym mu niebezpieczeństwie, lecz nie chciał opuścić parafian.

Miliardy płyną na Ukrainę. Polska wydudkana.

Miliardy płyną na Ukrainę.

Rekordowa pomoc w 2025 r.

Agnieszka Łakoma wpolitycemiliardy-plyna-na-ukraine-rekordowa-pomoc-w-2025


Ukraina w ubiegłym roku otrzymała rekordową pomoc z zagranicy – ponad 52 miliardów dol. Choć liderem jest Unia, to jednak USA najskuteczniej zabiegają o swoje interesy gospodarcze.

Bank Centralny Ukrainy poinformował o stanie rezerw walutowych na koniec 2025 roku, wskazując na ich znaczący – ponad 30-procentowy wzrost. W 2026 rok Ukraina weszła z rezerwami w wysokości 57,3 mld dol., o czym informują ukraińskie media. Dzięki zagranicznemu wsparciu obecnie Ukraina ma najwyższe – od czasu odzyskania niepodległości – rezerwy walutowe.

USA głównym rozgrywającym

Tylko w grudniu ubiegłego roku kraj otrzymał 3,9 mld dol. z Banku Światowego i 2,7 mld dol. z Unii Europejskiej. Ponadto zdołał pozyskać niemal 304 mln dol. dzięki emisji obligacji. W całym 2025 roku Ukraina wyemitowała papiery dłużne na kwotę 3,3 mld dol. Bank Centralny poinformował również o rekordowo wysokiej pomocy finansowej, jaką otrzymał kraj w 2025 roku. Głównym źródłem były państwa Unii Europejskiej, które przekazały 32,7 mld dolarów, kolejnym Bank Światowy – 13,2 mld dol., i Międzynarodowy Fundusz Walutowy – 900 mln dol. Znaczące było także zaangażowanie Kanady – 3,4 mld dol. Co ciekawe, Bank Centralny nie wymienił Stanów Zjednoczonych. Unia Europejska najpewniej także w tym roku będzie liderem pomocy finansowej dla Ukrainy. Kraj ten otrzyma bowiem przynajmniej 45 mld euro czyli połowę tzw. pożyczki, o udzieleniu której w grudniu – przy wielu kontrowersjach – zdecydowało 24 z 27 przywódców państw Wspólnoty. Zgodzili się oni na kolejny wspólny unijny dług (w latach 2026-2027) dla Ukrainy w wysokości 95 mld euro, a jego spłatą obciążone zostaną 24 państwa UE, w tym Polska (chyba, że Rosja zapłaci po wojnie Ukrainie reparacje).

Gdy Unia oferuje największą pomoc finansową Ukrainie, to jednak głównym rozgrywającym w rozmowach pokojowych pozostają Stany Zjednoczone. Wspólnota przekazuje bezpośrednią pomoc finansową Kijowowi, ale także zobowiązała się do zakupu na jego rzecz sprzętu wojskowego – w dużej mierze z USA, co  wywołuje spór między Berlinem i Paryżem.

Polski nie widać

Choć niektóre firmy z UE próbują inwestować na Ukrainie, a wiele z zachodniej Europy liczy na lukratywne kontrakty na odbudowę po wojnie, to okazuje się, że w to Amerykanie uzyskać mogą największe korzyści gospodarcze. Do tzw. planu pokojowego, jaki Donald Trump omawia z przedstawicielami Kremla, wpisał bowiem cały szereg projektów zapewniających Stanom Zjednoczonym inwestycje (szczególnie surowcowe) na Ukrainie.

W ostatnich dniach media amerykańskie ujawniły z kolei, że  konsorcjum z USA już przejęło kontrolę nad największym złożem litu na Ukrainie (chodzi o Dobra Lithium Holdings – jest to  joint venture TechMet, firmy zajmującej się wydobyciem surowców z siedzibą w Dublinie, wspieranej przez rząd USA, i The Rock Holdings). Umowa dotyczy inwestycji w złoża Dobra w obwodzie kirowohradzkim. Spółka wygrała latem przetarg ogłoszony przez władze w Kijowie, a jego wartość to minimum 179 mln dol. Według ustaleń NYT, rząd w Kijowie jest bliski zatwierdzenia umowy z tymi partnerami, gwarantującej część zysków także Ukrainie. Umowa ma o tyle szczególny wymiar, że jednym z inwestorów jest Ronald S. Lauder, miliarder i przyjaciel prezydenta Donalda Trumpa. To niezwykle wpływowy biznesmen, który – według medialnych doniesień – miał być jednym tych, którzy „podpowiedzieli” Donaldowi Trumpowi, by zainteresował się Grenlandią.

Przypomnijmy, że w czołówce europejskich państw pomagających Ukrainie jest także Polska, która przyjęła 2 mln Ukraińców i  przekazuje nie tylko finansowe i wojskowe wsparcie, ale stworzyła także główny hub działający na rzecz Kijowa.

Tymczasem jednak nie ma żadnych informacji świadczących o tym, by któraś z polskich firm miała choćby cień szansy na inwestycję w złoża ukraińskie.

Elity III RP jak dzieci

Elity III RP jak dzieci – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio, 14 stycznia 2026

Polacy nie powinni więc mieć frustracji z tego powodu, że tacy ludzie ich reprezentują, bo elity III RP nie reprezentują Polaków, ale siebie same oraz swoich właścicieli spoza Polski. Podzielę tych ludzi na pięć głównych kategorii i w skrócie opiszę każą z nich, z kogo składa, jak działa i jakie ma motywacje. Będą to: celebryci ogólni, zwykle artystowscy; osoby naukowe; dowódcy; politycy; osoby mediów.

Elity III RP jak dzieci

W przypadku tego tytułu nie potrzeba słowa elity brać w cudzysłów, bo III RP nie jest Polską, ale nakładką na Polskę, ściśle dolegającą, tak, aby Polacy się nie zorientowali, że ich państwo zostało przed nimi zasłonięte przez coś w rodzaju kondomu, którego głównym składnikiem są owe elity.

W Poradniku świadomego narodu zwę je mównem, po wyjaśnienie odsyłam do książki. Polacy nie powinni więc mieć frustracji z tego powodu, że tacy ludzie ich reprezentują, bo elity III RP nie reprezentują Polaków, ale siebie same oraz swoich właścicieli spoza Polski. Podzielę tych ludzi na pięć głównych kategorii i w skrócie opiszę każą z nich, z kogo składa, jak działa i jakie ma motywacje. Będą to: celebryci ogólni, zwykle artystowscy; osoby naukowe; dowódcy; politycy; osoby mediów.

Czytaj też:

pisrael, czyli największy problem polski

taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

CELEBRYCI

Kazik stworzył nieśmiertelny song pod tytułem Artyści, i tam bardzo trafnie określił tą grupę. Kiedyś byli tam artyści, dysponujący jakimś rzeczywistym talentem, którzy za jego używanie otrzymywali zapłatę od tych, którzy mieli pieniądze i chcieli artystów wynagradzać. Tak było od zawsze, i w ciągu dziejów ludzkości nic się nie zmieniło pod względem wynagrodzenia. Zmiany zaszły gdzie indziej: artyści się sprofesjonalizowali i zdegenerowali. Dziś artystą może być kompletne beztalencie, albo ktoś, mający talent do czegoś obrzydliwego. Profesjonalizacja polega na zdolnościach marketingowych systemu zarządzania artystami do zarabianiu na ich osobach. Jeśli gawiedź to kupi, rzuca się jej taką osóbkę aż się znudzi, niezależnie, co sobą reprezentuje.

Dlatego dziś na rynku zasadniczo nie mamy już artystów, lecz celebrytów, a ich wartość mierzona jest nie talentem, ale zdolnością do zarabiania na nich. Zarządcy systemu korzystają z ich rozpoznawalności i rają nam ich jako wyrocznie we wszystkim, a ogłupiona gawiedź spija z ust i wzoruje się. Taki celebryta z celebrytką nie musi niczego umieć ani wiedzieć, ważne, że mówi to, czego chcą sponsorzy. Zwykliśmy przeceniać zarówno ich talent, jak też intelekt, traktując ich jako autorytety, a są to papugi, wyuczone skrzeczeć, sprzedające się każdemu, kto ma zdolność zapłacić i podtrzymać ich karierki. Pokazywani są dla odwracania uwagi od spraw istotnych oraz dla pośredniego potwierdzania tego, co z Polakami chcą zrobić politycy III RP.

OSOBY NAUKOWE

Nie nazywam ich naukowcami, gdyż ci poszukują prawdy obiektywnej dla dobra ludzkości, w zgodzie z interesami własnych narodów. Osoby naukowe mają te same tytuły, ale inne cele: działają na zlecenie sponsorów, niezależnie od prawdy. Nie muszą więc mieć rzeczywistej wiedzy, umiejętności i talentu, muszą za to być usłużni i sprawni. Od tytułów przed nazwiskami nazywam ich profderhabami. Takich w Polsce mamy pewną ilość, szczególnie w specjalnościach humanistycznych i społecznych. Wielu z nich to potomstwo judokomuny, która za Stalina podbiła polską naukę, usuwając uczonych i naukowców. Reprezentują żenująco niski poziom wiedzy i praktyczny brak samodzielnego myślenia, tak samo, jak niezdolność do przyjęcia prawdy obiektywnej. Są używani w mediach do potwierdzania kłamstw, głoszonych przez polityków III RP.

DOWÓDCY

Mowa tu nie o wszystkich, ale o niektórych, o pewnej szczególnej grupie, która lubi zabierać głos w mediach. Nie są dobierani pod kątem swojej wiedzy czy zdolności analitycznych, ale dla gwiazdek, aby potwierdzać w mediach to, co one głoszą, i czego chcą politycy III RP. Mam nadzieję, że stanowią oni margines kadry dowódczej, gdyż opinie tak tendencyjne, oderwane od rzeczywistości, logiki, interesu narodowego wskazują na brak elementarnych kompetencji intelektualnych.

Trzeba jednak w stosunku do nich o pewną wyrozumiałość, gdyż trudno oczekiwać od dowódcy na szczeblu związku taktycznego, czy nawet dowódcy sztabowego, że zna się na geopolityce. Powinien, ale cóż zrobić, skoro nie znają się główni politycy i główni analitycy z tytułami naukowymi, to nie oczekujmy tego od zupaków. Powinni się wobec tego powstrzymać od wypowiedzi, ale cóż, skoro proszą na główną antenę, któż odmówi, tym bardziej, skoro zaproszenie jest tego rodzaju, że nie można go odrzucić, ku chwale służby oczywiście.

Dowódcy mają wszelako jeszcze jeden rys charakterystyczny: marzenia o byciu wielkim wodzem. Takie możliwości daje im uczestnictwo w jakichś większych strukturach dowódczych, np. NATO, a wcześniej w Układzie Warszawskim. Zważywszy na potencjalny głód sukcesów bojowych, jakiś dowódca może nie być zainteresowany w podsycaniu konfliktów, aby mógł wystąpić w roli bohaterskiego wodza, gromiącego wroga na czele dzielnych zastępów. Niektóre opinie dowódców, które człowiekowi rozsądnemu mogą się wydawać wciąganiem Polski do wojny, rzeczywiście mogą mieć takie intencje. Wówczas taki wódz, jako wyższy oficer w ramach wielkiego sojuszu polityczno-wojskowego może marzyć o tym, że ten sojusz pogromi wroga, a on będzie na czele, i będą o nim pisać w książkach.

POLITYCY

Grupa najbardziej wdzięczna do żartów i niewdzięczna, jeśli chodzi o wierność prawdzie, dobru i interesowi narodowemu. Pisałem już wielokrotnie, że widzimy pewien wzorzec, wspólny dla całej Unii. Politycy, tworzące większości parlamentarne i rządy nie reprezentują swoich narodów, ale siły z zewnątrz, które nazywam gnostykami. Gnostycy, aby kontrolować politykę danego państwa tworzą układ polityczny, złożony z dwóch głównych sił politycznych, mających podobne poparcie, i trzeciej małej. Przy wyborach raz zwycięża jedna siła, raz druga, a trzecia zawsze jest w koalicji z grupą zwycięską. Dzięki temu przed wyborami gnostycy, którzy kontrolują też media mogą skupić się tylko na niewielkiej grupie niezdecydowanych, i w ten sposób sterują wynikami wyborów. Politycy wszystkich trzech sił są kontrolowani i składają się z trzech głównych grup: Obcy Udający Swoich, przysłani z zagranicy minimum dwa pokolenia wcześniej, zdrajcy i głupcy. Zdrajcy zostają zdrajcami na skutek korupcji, szantażu lub przekonania, a głupcy są tak głupi, że nie wiedzą, co robią, w czym i z kim. Układ ten zwę trójprostytucją alias tańcem trzech murew.

Ten schemat został uzupełniony specyficzną unijną hodowlą polityków. Obcy, zdrajcy i głupcy dodatkowo są szkoleni w kabale, aby zawsze byli eunuchami, należącymi do kogoś z zewnątrz, a nigdy nie zechcieli być mężami stanu swoich narodów. Rozwija się najpodlejszą służalczość, a skutecznie zabija się nie tylko autonomiczne myślenie, ale również cnotę męstwa i honor.

Układ polityczny dla Polski i główni politycy zostali określeni w Magdalence, i trwa to z grubsza do dziś. Wybrano takich, aby nigdy nie poważyli się lub nie byli w stanie podjąć działań dla dobra narodu, który reprezentują, lecz by zawsze wykonywali instrukcje zewnętrznych ośrodków wpływu. Politycy nadwiślańscy zostali wybrani ze szczególną starannością, aby umożliwić gnostykom traktowanie narodu polskiego ze szczególnym okrucieństwem. Nie ma takiej niegodziwości, takiej zdrady i takiego łajdactwa, jakiego ludzie ci nie byliby skłonni się dopuścić, aby tylko zasłużyć na uznanie swoich panów. Poza wyjątkami, ludzie ci nie są w stanie ani też nie mają najmniejszej ochoty się zmienić. Oznacza to, że próżne są są nadzieje, że ludzie, tworzący polityczny układ magdalenkowy zrobią coś dobrego dla Polski sami z własnej woli.

Po pierwsze, zawsze będą czekać na wskazówki od swoich właścicieli, którzy są zaciekłymi wrogami Polski i Polaków. Po drugie, nawet, gdyby zostali bez swoich panów, gdyby ich właściciele z jakiegoś powodu nie byliby w stanie ich kontrolować, zaraz udaliby się na poszukiwanie nowego pana, bo tylko tak potrafią. Nie mają dobrej woli, ani przymiotów charakteru, ani potencjału intelektu, aby móc prowadzić sprawy polskie. Co do zasady wszyscy są szabesgojami, albo w ogóle nie są gojami.

LUDZIE MEDIÓW

Mowa tu o tych, którzy wpływają na opinię publiczną poprzez media, głównie mainstreamowe. Mainstream to nie tylko media lewicowo-liberalne, ale również prawackie. Te pierwsze są zagraniczne wszystkie, te drugie w większości. Nie reprezentują interesów narodu polskiego, ale swoich właścicieli, zwykle małoczapeczkowych. Poza mediami głównego nurtu są media, głównie internetowe, uważane za niezależne. Część z nich, szczególnie te, które dysponują dużymi pieniędzmi i szybko wzbijają się do wysokiej oglądalności to też mainstream, tyle, że udający antysystem. Charakterystyczne jest, że media te nie są blokowane i ograniczane przez algorytmy swoich platform. Większość ludzi, którzy tam występują należy do kogoś spoza Polski i prezentuje poziom wiedzy i mentalność, podobne do profderhabów i polityków. Obrzydliwe, oślizłe, zakłamane typy, które będą sobie gęby wycierać najbardziej szlachetnymi sloganami, w rzeczywistości będąc medialnymi prostytutkami. Różnica rangi między nimi polega na tym, że ci ze szczytu mainstreamu odpowiadają prostytutkom stacjonarnym, przyjmującym klientów w warunkach komfortu i pewności, a ci niżej są jak prostytutki uliczne, chodzące, polujące na klientów takich, jacy się nawiną.

Medialne prostytutki uliczne bardzo chcą zostać prostytutkami stacjonarnymi, i na tym głównie polegają różnice między osobistościami mediów III RP. Ludzie ci, których odbiorcy traktują jako autorytety tak są zajęci codzienną rywalizacją prostytucyjną i zabieganiem o przychylność swoich alfonsów, że nie mają czasu, aby zająć się prawdą. O interesie narodowym, choć każdy ma go na ustach, nie wiedzą nic, tak samo o sprawach, o których się wypowiadają, zadowala ich bowiem to, czego dowiadują się od alfonsów. Można dostrzec jeszcze jeden podział tej grupie: ci główni są szabesgojami, ci chodzący mogą być szabesgoistami. Różnica jest taka, że szabesgoj musi mówić to, czego chcą jego panowie, a szabesgoista na co dzień może mówić, co chce, nie może tylko pewnych tematów poruszać. Czasem jednak, w sprawach dużej wagi nawet szabesgoiści zmuszeni są do określonych zachowań, np. w sprawie plandemii, ukradliny lub rytualnego potępienia Grzegorza Brauna.

Czytaj też:

magia Brauna i strach szabesgojów

kiedy Polacy się obudzą

Wiemy, że dziś jeszcze na wszystko, czego ci ludzie nie rozumieją, czego się boją lub czego nie lubią, powiedzą: agent Putina i ruska propaganda. To charakterystyczne i po tym właśnie najłatwiej rozpoznać figurynki z kategorii, o których piszę. Z taką menażerią mamy do czynienia w kraju nad Wisłą. Nie można więc od tych ludzi spodziewać się prawdy ani działań dla dobra ludzi, żyjących tutaj, a tylko tego, co zlecą i na co pozwolą ich właściciele. Dotąd nie było światła w tunelu, teraz jednak pojawia się różanopalca jutrzenka. Oto porządek Zachodu, który nauczono nas czcić jako bóstwo, uosobiony w dwóch instytucjach UE i NATO rozpada się, a spomiędzy kawałów pękającego betonu wygląda gleba. Mogą z niej wyrosnąć kwiaty dla nas trujące lub wyzwalające. Jaki zbiór nas czeka, to już zależy w głównej mierze od Polaków, bo możliwości pojawiają się wielkie.

Jeśli więc Polacy okażą się inni od elit III RP, jeśli wykażą się choć minimum zdolności intelektualnych, dobrej woli, honoru i zdolności organizacyjnych, pozbędziemy się tego szamba III RP, tych ludzi niegodnych miejsc, które zajmują, sami zajmiemy ich miejsce i skierujemy naszą nawę państwową na taki kurs, jaki zechcemy.

========================================

Więcej takich treści w kolejnych księgach Poradnika świadomego narodu:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

_______________

Elity III RP jak dzieci, Bartosz Kopczyński, 14 stycznia 2026

Grenlandia nadzieją na wyzwolenie wschodnich członków UE z kolonialnego uzależnienia

Grenlandia nadzieją na wyzwolenie wschodnich członków UE z kolonialnego uzależnienia

Ostatnie działania Waszyngtonu, a w szczególności groźba anszlusu Grenlandii przez USA, daje iskrę nadziei na wyzwolenie wschodnio-unijnych kolonii: Polski, Węgier, Rumunii, itd., 

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 14

Ostatnie działania Waszyngtonu, a w szczególności groźba anszlusu Grenlandii przez USA, daje iskrę nadziei na wyzwolenie wschodnio-unijnych kolonii: Polski, Węgier, Rumunii, itd.,

Sytuacja w jakiej znalazły się państwa tego regionu, jest najtragiczniejsza od ponad tysiąca lat ich sąsiedzkiej historii.

Region ten jest zakładnikiem konającego Zachodniego Imperium Kłamstwa, znajdując się na dodatek na linii frontu z mocarstwową Rosyjską Federacją, która wykazuje coraz mniej cierpliwości w tolerowaniu bezczelnych zachodnich prowokacji i poniżającej to Mocarstwo nuklearne, pogardliwej retoryki.

Niedawne zniszczenie pod Lwowem polskiego eszelonu ze sprzętem wojskowym i likwidacja hipersonicznym Oresznikiem ogromnego zbiornika przy polskiej granicy, to tylko najnowsze ostrzeżenia dla warszawskiego globalistycznego reżimu.

Tak jak obecnie Ukraina zostaje wymazywana z mapy politycznej świata, tak Polska i Rumunia stoją w kolejce po ten sam los.

Nasi „niezależni przywódcy”, jak Prezydent Polski, zmuszeni są lizać stopy swych zachodnich panów, oblizując się przy tym z zadowoleniem (wideo nr 1 poniżej artykułu).

Jednakowoż moment decyzji Waszyngtonu do włączenia duńskiej posiadłości zamorskiej do Stanów Zjednoczonych, powoduje poważne rozbieżności w łonie zachodnich kolonizatorów (patrz wideo nr 2 poniżej).

Dalsza eskalacja napięć wewnątrz sojuszu przyspieszy jego następujący upadek, który pociągnie za sobą ostateczny rozpad zgniłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zwanego w skrócie Unią Europejską.

Nie trzeba być wybitnym mężem stanu, by pojąć, że uczestniczenie we wspólnych strukturach (UE & NATO), takich państw jak Polski i Niemiec, jest równoznaczne z umieszczeniem lisa w kurniku.

Niestety „nasi globalistyczni przywódcy”, wszyscy be wyjątku agenci Zachodu, na tyle byli sowicie opłacani, że przeoczyli ten „drobiazg” przez ostatnie 30 lat funkcjonowania w ramach tego „ekskluzywnego klubu bogatych”!.

Dopiero ewentualna walka wewnątrz kolonialnej kliki, może dać szanse wyrwania się z tej pułapki i stworzenia analogicznych struktur politycznych i militarnych, ale już we własnym gronie. Bowiem tylko wspólne interesy i zagrożenia mogą być spoiwem dla regionu. A dziś już nie tylko Węgry to zauważają!

Miejmy więc cichą nadzieję, że Trump dokona inwazji Grenlandii, zanim rozpocznie się jego impeachment!

1.Prezydent III RP Karol Nawrocki na Downing Street

Putin Will Take The Cake If We…’: NATO Nation Alarms As Trump ‘Prepares’ For Greenland Invasion

2.Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte pod obstrzałem zbulwersowanych Europejczyków

“WE ARE SCARED”: Greenland Confronts NATO, Rutte Refuses Answer

Polska – dylematy marionetki

Polska – dylematy marionetki

Jerzy Karwelis hdziennikzarazy./polska-dylematy-marionetki/

linki

10 stycznia, wpis nr 1390

Europa cały czas myśli o sobie, że jest ważna. Pierwsza kwestia w tym stwierdzeniu, która wymaga wyjaśnienia brzmi: Europa, czyli kto? No, na pewno establishment unijny tak myśli. Tam są wyższościowe urojenia na poziomie wręcz psychiatrycznym. Mania wyższości bierze się z przekonania o odwiecznym trwaniu europejskiego prymatu. Stary Kontynent cywilizacyjnie wypączkował na świat, ale to przeszłość. I, o dziwo, te progresywne elity unijne, lewaccy prorocy przyszłości biorą swe poczucie wyższości z przeszłej roli, którą de facto kontestują. Siła Europy, tego w końcu półwyspu Eurazji, brała się z niesamowitej energii do zdobywania świata, podporządkowania go sobie wedle wzorców własnego modelu, który okazał się – wtedy – mocno dominujący, agresywny, ale i skuteczny. Te czasy już minęły, ale o przyczynach tego procesu nie będziemy tu mówić. Skupmy się na pierwszym wniosku – europejscy przywódcy wciąż przeszacowują swoje znaczenie, co zostało ostatnio poddane przez Trumpa próbie niszczącej. Z niszczycielskimi skutkami.

W ramach „propagandy sukcesu” unijnego projektu w wyższościowe zapędy uwierzył również lud europejski. Ten też ma poczucie wyższości nad innymi kontynentami. Staje się powoli, jak mesjanistyczna ideologia Polski, depozytariuszem wartości w świecie najeżonym przeciwnymi przykładami skuteczności siły. Wypiera fakty, jest kompensacyjną reakcją na przegraną. Oddala się w dziedzinę ułudy, ale na pożytek narracyjny. Mamy widzieć tylko pięknego łabędzia wartości, pływającego po aksjologicznym jeziorze, podczas gdy pod jego powierzchnią czarne łapy korporacjonizmu mielą korupcyjną wodę. Jest to więc pokazówa. Lud ma wierzyć, że jest o poziomy wyżej od głupich Jankesów, co dopiero od jakichś tam egzotycznych skośnookich. I wierzy.

W internecie pełno pogardliwych porównań wskazujących na wyższość europejskiego modelu – Europejczycy mają lepsze życie, krócej pracują, mają lepszy socjal i służbę zdrowia od zapieprzających Amerykanów. Tyle, że te wyliczenia widzą także Amerykanie i Trump zadał pytanie – kto za to płaci? Wyszło, że za tę labę, przynajmniej w kosztach bezpieczeństwa Europy, płacą Stany. Zaś zaoszczędzone na tym kwoty Europejczycy przeznaczają na suty socjal, przekupując swoich wyborców, by ci głosowali za tym rozleniwiającym, bo na cudzy koszt, modelem. Ale na końcu tego rachunku są zapracowani Amerykanie, nie dziwota więc, że Trump wyciąga z tego konsekwencje. Biden tego nie robił, bo wtedy to był transatlantycki projekt globalistyczny, ale od kiedy Trump go rozprzęgł cała sprawa pokazała się w świetle faktów w sposób demaskacyjnie widoczny. 

Należy tu jednak poczynić jedno zastrzeżenie do wcześniejszych tu rozważań – w Europie nie jest to de facto „czyste” unijne przywództwo. Od czasu, kiedy zaczęły się zabawy z wojną na Ukrainie okazało się, że w unijnym działaniu uczestniczy i Wielka Brytania, co dowodzi słuszności powiedzenia, że Wielkiej Brytanii łatwiej jest wyjść z Unii, niż Unii z Wielkiej Brytanii. Chodzi o to, że globalistyczne zapędy europejskich elit nie są połączone z unijnym projektem do końca. Mimo decyzji Brytoli w referendum o opuszczeniu Unii i tak Wielka Brytania jedzie ramię w ramię z Brukselą. Łączy ich jedno – projekt globalistyczny, który jest realizowany bez względu na to, czy ktoś należy do Unii czy nie.

Europą rządzi więc bardziej projekt globalistyczny, którego jak widać podzbiorem jest Unia jako taka. Wszak to nie członek Unii – premier Wielkiej Brytanii Borys Johnson – przekonać miał Ukraińców do odrzucenia możliwości pokoju zaraz po przegranej Rosji w pierwszej fazie wojny. Czynił to co prawda za czasów Bidena i w jego – globalistycznym – imieniu, ale wtedy projekt globalistyczny obejmował zarówno USA, jak i Europę. Teraz po antyglobalistycznym resecie Trumpa Europa została z tym globalizmem sama, jak Himilsbach z angielskim. Taką mamy sytuację wyjściową Europy, która jeszcze bardziej uwypukliła się po upublicznieniu dwóch raportów dotyczących strategii Stanów Zjednoczonych.

Czy Europa potrzebna jest Ameryce?

Właśnie – czy Europa w ogóle potrzebna jest Ameryce? Zarysowany w obu dokumentach stan interesów strategicznych USA może wskazywać, że nie bardzo. Stary Kontynent wychodzi w niej na trzeciorzędny obszar strategicznych interesów Stanów. Ważny jest kierunek chiński, bliskowschodni, ostatnio nawet afrykański. Kwestia amerykańskiej dominacji na zachodniej półkuli została już praktycznie zdefiniowana od początku, czego dowodem są ostatnie wydarzenia w Wenezueli.

Zadeklarowany rewolucyjny zwrot w stosunkach z Rosją z odwiecznego wroga na potencjalnego partnera przewraca cały układ prewencyjnego zainteresowania Stanów obroną Europy i zapewnieniem jej bezpieczeństwa. To nie „zemsta” Trumpa na lekceważonych europejskich elitach, ale logiczna konsekwencja zmiany amerykańskiej strategii. Nie dość, że Trump miałby dopłacać do tego wątpliwego interesu – wątpliwego gdyż Europa bierze jego pomoc, ale nie kwituje go poparciem dla Ameryki, wręcz przeciwnie – to jego kalkulacje na zbliżenie z Putinem by odciągnąć go od Chin są sprzeczne z europejskim podżegactwem wojennym, które może doprowadzić do upadku jego subtelnych kalkulacji.

Trump ostrzega, że nie da się wciągnąć w żadne europejskie awantury przeciwko Rosji, Europa z tym zostanie sama. Daje jej gwarancje parasola nuklearnego, ale to wszystko. Ma to otrzeźwić Europejczyków, by nie fikali, bo to oznacza, że w razie W będą mieli do czynienia z wojną konwencjonalną bez Ameryki, a w te klocki Europa jest bezradna. Np. plany zwiększenie armii niemieckiej na 2026 rok wynoszą powiększenie jej składu o 1750 żołnierzy.

Trump w swej strategii zadeklarował sporą wrogość nie wobec Europy jako kontynentu, ale wobec unijnego projektu dla Europy. Ta instytucja bowiem jest powodem osłabienia Europy. Nie to, żeby się tam losami Europy przejmował Trump aż tak by budować jej siłę, ale takie awanturnictwo jak unijne tworzy z Europy obszar nadający się do zwiększenia wpływów Chin, co jest strategicznie nie po drodze Ameryce w jej rywalizacji z jej zadekretowanym wrogiem nr 1. Dlatego zrozumiałe jest, że Ameryka nie jest w stanie do końca odpuścić kontroli Europy. Ale nie będzie to powtórka z rozrywki, że jednak Amerykanie będą stacjonować np. w Niemczech, czy niestety w Polsce – nie. Militarną, a właściwie „konwencjonalną” obecność w Europie Trump sobie może odpuścić. Zostawi sobie pewnie jakieś wysunięte kasztelanie, ale polityczne. Sam zadeklarował, że będą to Węgry, Włochy, Austria i… Polska. Ich dalekosiężnym celem miałby być wewnętrzny demontaż Unii, nie jakieś militarne Międzymorze, bo te miało by być skierowane przeciw Rosji, a ta została zadeklarowana przez Stany jako potencjalny partner.

Co z tą Polską?

Takie usytuowanie partnerów amerykańskich w Europie wymaga jednego – w tych wymienionych krajach mają rządzić przywódcy sprzyjający temu projektowi. Od dawna już wiemy, że żyjemy w czasach kiedy mocarstwa mają wpływ na wybory w prowincjach. Działa to w obie strony – przykład rumuński to nie tylko domena europejskich wpływów. USA też wpływają na różne wybory, tak by wygrał w „demokracjach” ten co trzeba. Jak nie da rady tego zrobić, to wysyła się tam komandosów i porywa wybrańca demokracji, która akurat tutaj nie zrozumiała mądrości etapu i źle wybrała. (Oczywiście z zastrzeżeniem, że np. taki porwany prezydent Wenezueli nie miał nic wspólnego z demokracją, ale jeszcze niedawno był uznawany przez USA, ale być uznawany nagle przestał).

W wymienionej czwórce europejskich krajów mamy raczej nie tyle proamerykańskich przywódców, co raczej antyestablishmentowych w stosunku do projektu unijnego – bardziej niezależnych, realizujących interes narodowy, niż globalistyczny. Taka kalkulacja jak amerykańska zakłada, że ten stan się utrzyma i Amerykanie powinni dbać o to, by tak było. Pierwszą próbę będziemy mieli w kwietniowych wyborach na Węgrzech. Tyle, że w tej czwórce jest jeden wyjątek – Polska.

Nad Wisłą, z woli ludu rządzi wierny uczeń unijnego projektu, w dodatku z potężnym przechyłem nie tyle na unijne interesy, co na interesy niemieckie – Tusk. Ten amerykański plan polskiej kasztelanii jest nie do zrealizowania przy obecnej władzy. Pytanie – co zrobią Amerykanie? Będą czekać dwa lata czy wywiną coś wcześniej. A może oleją Polskę? A jak poczekają dwa lata, to na kogo będą stawiać? Albo kogo też wybudują przez ten czas? Popatrzmy na obecną scenę polityczną pod takim względem: kto by się tam nadawał dla Amerykanów na zmiennika?

Tuski – wiadomo, nie ma co nawet patrzeć w tę stronę. Satelity – nawet nie wiadomo czy się dostaną do Sejmu w wymiarze o czymkolwiek decydującym. Ideologicznie i strategicznie – bezużyteczni. A więc popatrzmy w prawo. PiS – ten się zakiwał, bo nie przewidział, że stawianie na Amerykanów i głoszenie jednocześnie wrogości wobec Rosji może być dla Trumpa nieprzekraczalną sprzecznością. Dlatego teraz PiS siedzi w kącie, bo nie wie co zrobić. Wymagałoby to kompletnej zmiany strategii partii Kaczyńskiego, odszczekania antyrosyjskich dogmatów. A to trudne, zwłaszcza dla twardego elektoratu partii, a tylko taki powoli PiS-owi zostaje. A więc to będzie ciężko.

Konfederacja – też niełatwo. Ostatnie enuncjacje Bosaka na temat krytyki amerykańskiej akcji w Wenezueli pokazują, że też nie bardzo się tam rozumie epokę końca prawa międzynarodowego, które ustępuje przed prymatem siły. Bosak aksjologicznie ma rację, ale znowu – lądujemy w aksjologii, nie w pragmatyzmie dzisiejszych czasów.

Pozostaje więc Braun, ale to dla Amerykanów niepewny interes, też. I to nie dlatego, że może nie przejść przez sito wyborcze. Nawet jak przejdzie skromnie, to może odegrać rolę „języczka u wagi”, z tym, że na tyle kontrowersyjnego, że reszta, tym razem polskiego establishmentu politycznego, nie będzie chciała z nim pójść na koalicję. Ale nie to jest najważniejsze w tej kalkulacji dotyczącej Korony. W sumie postulaty Brauna są zbieżne z intencjami USA, ale mają jeden mankament – nieprzekraczalny dla Amerykanów zarzut antysemityzmu. Nie miejsce tu na roztrząsanie czy to prawda, czy nie. Czy to otwarta wrogość, czy – jak to nazywa Braun – judorealizm? Ważne, że to argument zabójczy w stosunku do potencjału współpracy. Rodzi się w Stanach co prawda rosnący właśnie „judorealizm”, ale nie jest on, przynajmniej na teraz, czynnikiem, który ten dogmat bezwarunkowego kredytowania Izraela – politycznie i finansowo – przez Stany Zjednoczone będzie w stanie zmienić w najbliższym czasie. Tak więc z Braunem będzie ciężko, gdyż akurat na niego, wychodzi, że zgadają się dwie strony – europejska i amerykańska. Na kogo więc mogą w Polsce liczyć Amerykanie?

Wyjście poza paradygmat?

Oczywiście, jeśli do wyborów Amerykanie „wytrzymają” jeszcze te dwa lata, to jest sporo czasu na skonstruowanie jakiegoś nowego podmiotu. To i tak się odbędzie, bo widzieliśmy to praktycznie przy każdych polskich wyborach w XXI wieku. Pisałem i mówiłem o tym fenomenie wiele razy. Powstaje coś nowego, co inkorporuje nadzieję na zmiany, skupia tam naiwnych wierzących, ci głosując „przeciw” systemowi de facto go umacniają, bo nowy wybraniec od razu wchodzi w stary układ plemienny jako przystawka i kolejne nadzieje na zmiany upadają.

A trzeba nam wiedzieć, że cały ten układ III RP pracuje na obniżanie poziomu nadziei na zmiany, a więc wszelkie rachuby na takowe ma systemowo pacyfikować. I tak właśnie – systemowo to robi. Mamy całe ciągi – Palikoty, Biedronie, Petru, Kukizy, ostatnio Polska 2050. Mamy sezonowe partie, które zaraz rozpuszczają się w plemionach. I napięcie społeczne, po eksplozji w akcie wyborczym, zanika, zaś nadzieja na zmiany pada, petryfikując energię kolejnych pokoleń wyborców. Ten model jest wciąż do odtworzenia i zobaczymy tu jeszcze nie jedno, pytanie tylko czy w wykonaniu Amerykanów, skoro, jako dowiedliśmy wyżej, w istniejącej klasie polskiej polityki potencjał jest niewielki.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. To wszystko Amerykanom może załatwić… prezydent Nawrocki. Jest popularny, rośnie mu, jest proamerykański, niesie jakiś powiew potencjału nowości. Nawrocki mógłby w Pałacu stworzyć centrum nowego ruchu politycznego, ale byłaby to duża trudność, bo musiałby odciąć się pośrednio od koneksji z PiS-em. Ale popularność Nawrockiego jest większa niż PiS-u, jest tu więc potencjał, jednak sam skład kancelarii prezydenta wskazuje na duże wpływy Kaczyńskiego w jego otoczeniu. Ma jednak Nawrocki dla Amerykanów jedną podstawową wadę – w kwestii antyrosyjskości reprezentuje samobójczą postawę nieprzejednania wobec Rosji. Te deklaracje, że Polska nie powinna mieć relacji z Rosją (pytanie, to co robi polska ambasada w Warszawie?), odwołanie spotkania z Orbanem, bo ten podał rękę Putinowi, powodują duży zgrzyt i zawód w Waszyngtonie.

Znowu – dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami – nic. A byłoby tak blisko.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że Amerykanie postawią na Nawrockiego i dlatego jest zapraszany do Waszyngtonu, gdzie cierpliwie wytłumaczy się mu, żeby sobie z tym PiS-em i Rosją trochę odpuścił. Namagnesuje się go kolejną wersją „mądrości etapu”, tak by zrozumiał perspektywę Ameryki. Program Brauna w ustach prezydenta, minus „antysemityzm” rzecz jasna, byłby strawialny dla Waszyngtonu, bo u Brauna nic nie słychać przeciwko USA, tylko dominują głosy krytyczne wobec wpływów żydowskich w Waszyngtonie. Końcową kwestią jest jak z tego chaosu stworzyć większość w Sejmie, ale – jak to w polityce – trzeba walczyć o swoje mandaty, a potem układać z tego możliwe puzzle.

Czasy

Wiem, to co tu napisałem jest straszne, bo pokazuje cyniczność dzisiejszych czasów dominacji siły. Wybory się organizuje innemu państwu, porywa jego przywódców, podmiotowość państw jest notorycznie wasalizowana. Ale tak jest i trzeba to wziąć pod uwagę. Nie piszę, żeby to bezwarunkowo akceptować, ale na pewno nie udawać, że tak nie jest. Nawet gdyby się chciało z tym walczyć, to i tak wymaga to pragmatycznej diagnozy, nawet, a właściwie przede wszystkim, jeśli jest ona porażająco smutna. Wtedy dopiero można przewidzieć swoją optymalną rolę w tym układzie. I próbować ją wyegzekwować. Bez tego będziemy pobywać „w dziedzinie ułudy, kędy zapał czyni cudy i w nadziei obleka złote malowidła”. A obok będzie się toczyć zwykłe, pragmatyczne życie, które zawsze wygrywa z marzeniami. A taki upadek, z tak coraz większej wysokości złudzeń, boli coraz bardziej. Zwłaszcza jeśli niczego nie uczy na przyszłość.  

W swej historii czasy swej wielkość zawdzięczaliśmy narodowemu pragmatyzmowi uosabianemu w silnym przywództwie, dziś rządzą nami lokajskie cwaniaczki wywindowane na swe stanowiska przez patologiczny system demokracji. Nie jesteśmy potęgą, ale mamy potencjał o wiele większy, niż ten z którego korzystamy. Jak podejdziemy do tego pragmatycznie, to coś z tego będzie. Możemy skorzystać, ale nasz wewnętrzny system, który nam tu zafundowano lata temu jest na tyle dysfunkcjonalny, że nie jest w stanie sam z siebie wyłonić skutecznego przywództwa.

Nie dziwmy się więc, że może chcieć to zrobić ktoś inny, z zewnątrz, nawet dla własnej korzyści. Skoro innej drogi nie ma, to wypadałoby chyba z niej skorzystać, kiedy na tym możemy i my coś ugrać. Tak nisko upadliśmy, ale jest to dno, które ma tę zaletę, że można się od niego odbić, wypływając na powierzchnię własnej podmiotowości.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

BEZKARNE POŁAJANKI Polski przez UKRAIŃCÓW

BEZKARNE POŁAJANKI UKRAINCÓW

krzysztof mielewczyk salon24/kmiel/bezkarne-polajanki-polski

Minister Żurek buduje prokuratorskie zespoły ścigające niechęć do Ukraińców. Tymczasem rządowa tuba propagandowa gloryfikuje pogardę Kijowa dla wszystkiego co polskie. Mamy być mięsem armatnim spalonej ziemi Donbasu – oczekuje Zelensky i kasta Ciamajdanu

 Portal ONET drukuje dziś wywiad z ukraińskim generałem, który twierdzi, że Polska popełnia błąd nie chcąc wysyłać swoich żołnierzy na tereny, które Ukraina chciałaby zawłaszczyć. Świadomie nie używam określenia ,,utrzymać,, , bo tylko w budowanej latami świadomości bezczelnej deformacji faktów można Ukrainie przypisywać niezbywalne prawo do regionów, które łaskawie im ofiarowano. Koalicja Chętnych i centrala w Brukseli są ślepe na prawdę historyczną i krwawy nacjonalizm, bo to wbrew wizjom ich biznesów. Głupota z tego tytułu płynie oczywiście więc nie z Warszawy, ale to tu od pokoleń mają miejsce orgie społecznej destrukcji, zawsze bardzo chwytnie nazywane.

Kiedy minę w podnoszonym powyżej medialnym tytule, klasyczną brukselską ,,gadzinówką,, pojawia się kolejny wywiad, opinia, komentarz, artefakt i inne bzdety, które każą Polakom wkuwać mądrości nacji, która nigdy nie była w stanie dostroić się swoimi skrajnościami do naszej tolerancji, to są lepsze jaja od proklamowanej w lipcu 1944-ego roku wolności w Lublinie.

Ukraina w kształcie obecnie rozszarpywanym przez nich samych powstała tak jakoś w 1954ym roku i czego socjalizm tam nie zbudował albo zmiana stalinowskich granic nie zostawiła, np. polskiego Lwowa, to sukcesów więcej nie ma. Jeśli czytamy, że polskie władze wydadzą Ukrainie ruskiego archeologa, bo prowadził nielegalne wykopki na Krymie, zatem Żurek minister nie sięgnął nawet wikipedii, żeby powziąć wiedzę, kto i kiedy tam historię budował. Zatrzymanie w Polsce dyrektora petersburskiego ERMITAŻU, który gościł u nas w drodze i zadość żądaniom państwa terrorystów nie skończy się dobrze. U Żelenskiego cokolwiek by znaleźli od razu trafiłoby pod młotek na czarnym rynku. Ukraińcy, którzy zawinęli się do Polski mówią otwarcie, że nigdy tam nie wrócą i nie dlatego, że wojna. Po prostu to cywilizacja wykluczająca normalność w naszym rozumieniu.

Zapowiadany na marzec koniec specustawy będzie narzędziem Żelenskiego do kolejnego szantażu.Trzeba się liczyć, ze rękami milionów Ukraińców osadzonych w naszym kraju. Poza przestępczą patologią Ukraina ulokowała nie tylko w Polsce siatki terroryzmu i wywiadu, ale też rezydentów ośrodków propagandy określanych ,,blaskiem wolności”. Jak wielką dezinformację sieją i usiłują przekonywać o tej jedynej prawdzie pokazuje rzeczywistość na rosyjsko-ukraińskim froncie.

Oni tą wojnę przegrali gdy jeszcze się nie zaczęła. Ale czy potrafią żyć pokojem? Polacy z każdym dniem bardziej negują jakąkolwiek symbiozę z ciamajda nem, co potwierdzają sondaże i ulica. Latem byłem w luksusowym ośrodku wypoczynkowym, który udostępniono również Ukraińcom. Podczas słonecznej kąpieli w parku wodnym cała ich grupa głośno i radośnie twierdziła, że Polacy będą się za nich na froncie łomotać. Nie precyzuję  reakcji naszych ziomków. Mniej więcej na to samo teraz zasługuje wspomniany portal, ciekawe przez kogo finansowany? Ciekawe pod co podciągnąłby to  Żurek.

Kiedy w Polsce powróci obowiązek wizowy dla Ukraińców ?

Kiedy w Polsce powróci obowiązek wizowy dla Ukraińców ?

goralo-baca123 salon24/kiedy-w-polsce-powroci-obowiazek-wizowy-dla-ukraincow


Proste pytanie. Związane z naszym bezposrednim bezpieczenstwem , ktore stawiaja miliony Polakow na ten jakze wazny temat a nadal nie ma zadnej oficjalnej odpowiedzi ze strony Rzadu czy Kancelari Prezydenta nie mowiac o Ukrainskiej Partii w Polsce PIS..

Jestesmy zaniepokojeni faktem , ze tzw ” ukraincy ” z Ukrainy i bylych Sowieckich Republik , ktorzy zakupili Paszporty Ukrainskie w Kijowie ( proceder ten trwa od 2020 po dzisiaj ) wjezdzaja do Polski bez potrzebnej i ciagle obowiązującej Wizy Schengen , ktorej to potrzebe posiadania Polska zniosla..

Z niejasnych komunikatow Rzadu i Prezydenta wynika , ze jest nieznany termin od kiedy obowiazek posiadania Wizy na wjazd go Polski zacznie znowu ich obowiazywac..

Jest sie czego obawiac  powiem brak potrzeby posiadania Wizy stworzyl okazje zdemobilizowanym zolnierzom ” ukrainskim ” w liczbie 700 000 tysiecy , ktorzy  „walcza „? na froncie ( nikt nie wie jak tam naprawde jest ) z Rosjanami pod Czarno-Czerwona Narodowa flaga i insygniami SS jak np SS-mani i ” ukrainscy ” neo-nazisci z formacji militarnej Azov ( okolo 80 000 tys ) wraz z różnymi międzynarodowymi „ochotnikami” w liczbie circa 15 000 nieograniczonego wjazdu do Polski..

Nie potrzeba wielkiej wyobrazni aby przewidziec co sie stanie jak obowiazek posiadania Wizy nie zostanie ponownie przywrocony.

Od czerwca ub. roku Militarny Dwor Zelenskiego zniosl zakaz wyjazdu z Ukrainy osobom miedzy 18-21 rokiem zycia.

Od tego czasu po dzien dzisiejszy trwa inwazja przyjazdow wymienionych 

Ocenia sie ze wjechalo do Polski okolo 120 000 mlodych ” ukraincow ” niektorzy z nich Afrykanskiego i Latyno-amerykanskiego pochodzenia..

Mafijne przyczolki sa juz w Polsce utworzone i pracuja pelna para..od przemytu narkotykow, broni , nielegalnych migrantow po Cyber-crime zwiazanych z call-center w Kijowie, Lwowie, Odessie , Charkowie..oraz  handlem i przerzutem do Ukrainy kradzionych samochodow i dobr z Zachodniej Europy..

Zorganizowane ” ukrainskie ” grupy przestepcze w Polsce zajmuja sie rowniez aktami sabotazu i terroru na zlecenie..

Mozna wiele pisac na ten temat..Rozwiazanie jest bardzo proste i darmowe

Ustawa o przywróceniu Obowiązku Wizowego dla wszystkich bez wyjątków..

Gdzie jest Panstwo ? gdzie jest Prezydent ? jakie sa powody ? ze takiej ustawy nadal nie ma ? 

Czy potrzebne beda kolejne trupy , ofiary przestepstw , gwaltow , kradziezy ? aby w koncu zabezpieczono nam Polakom bezpieczenstwo we wlasnym kraju  za ktore to  my Polascy podatnicy placimy ..

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Ruina geopolityki Kaczyńskiego

Adam Wielomski konserwatyzm.pl/ruina-geopolityki-kaczynskiego/

Po ogłoszeniu przez administrację amerykańską nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego mamy pogrzeb. Będzie miał miejsce cichy pochówek geopolityki Jarosława Kaczyńskiego, choć politycy i propagandyści PiS, póki co udają, że Strategia świetnie się w tę geopolitykę wpisuje.

O cóż chodzi? Na stronach 25-26 interesującego nas dokumentu czytamy o Europie: „Ten (europejski – A.W.) brak pewności siebie jest najbardziej widoczny w relacjach Europy z Rosją. Europejscy sojusznicy cieszą się znaczącą przewagą sił zbrojnych nad Rosją niemal pod każdym względem, z wyjątkiem broni jądrowej. W wyniku wojny Rosji na Ukrainie stosunki europejskie z Rosją są obecnie głęboko osłabione, a wielu Europejczyków postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne. Zarządzanie stosunkami europejskimi z Rosją będzie wymagało znaczącego zaangażowania dyplomatycznego USA, zarówno w celu przywrócenia warunków strategicznej stabilności na całym lądzie Eurazji, jak i ograniczenia ryzyka konfliktu między Rosją a państwami europejskimi. Podstawowym interesem Stanów Zjednoczonych jest negocjowanie szybkiego zakończenia działań wojennych na Ukrainie, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zapobiec niezamierzonej eskalacji lub rozszerzeniu wojny oraz przywrócić strategiczną stabilność z Rosją, a także umożliwić powojenną odbudowę Ukrainy, która umożliwi jej przetrwanie jako państwa. Wojna na Ukrainie miała swój tragiczny skutek w postaci zwiększania zewnętrznych zależności Europy, zwłaszcza Niemiec. Obecnie niemieckie firmy chemiczne budują jedne z największych na świecie zakładów przetwórczych w Chinach, wykorzystując rosyjski gaz, którego nie mogą zdobyć w kraju”.

Z ujawnianych przez media zachodnie niejawnych załączników do Trumpowskich 28 punktów mających stanowić podstawę przyszłego pokoju wynika, że Amerykanie chcą przejąć Nord Stream, odbudować go za swoje pieniądze i pompować rosyjskie węglowodory do Europy.

Z całej Strategii wynika dość jednoznacznie, że Donald Trump traktuje Rosję jako partnera, podczas gdy obecną Europę, w postaci monstrualnego socjalistycznego i globalistycznego potworka, jakim jest Unia Europejska, jako wroga. Strategia jednoznacznie przyznaje rację moim analizom – uchodzącym dotąd za „onucowe” i „zbieżne z narracją Kremla” – o amerykańskiej chęci zbliżenia z Rosją, aby spróbować odciągnąć Federację Rosyjską od ścisłego sojuszu z Chinami. Dla tego celu Trump jest gotowy poświęcić interesy Kijowa, realistycznie uznając, że Ukraina wojnę przegrała i musi uznać nową terytorialną rzeczywistość.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego to całkowita ruina geopolityki Jarosława Kaczyńskiego. Ten prawie osiemdziesięcioletni polityk – mentalnie tkwiący w czasach Zimnej Wojny, toczącej się w latach jego młodości – przyjmował dwa aksjomaty. Pierwszym była wrogość do Rosji, postrzeganej jako prosty spadkobierca Związku Radzieckiego i oczywiste zagrożenie dla Polski. Drugi aksjomat głosił, że strategicznym sojusznikiem Polski (i rzekomo istniejącego Trójmorza) są Stany Zjednoczone, które pozostają wierne paradygmatowi z czasów Zimnej Wojny, iż największym wrogiem „wolnego świata” jest i będzie neokomunistyczna Rosja, autokratycznie rządzona przez Putina. Przy okazji, utrzymując strategiczny sojusz z Waszyngtonem, Warszawa może sobie pozwolić na luksus delikatnego eurosceptycyzmu. Nie jest nam potrzebna federalizacja Unii Europejskiej i wspólna polityka obronna, gdyż gwarantem naszej suwerenności przez rosyjskim zagrożeniem jest NATO z dominującą pozycją USA.

Ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego czarno na białym wynika, że świata geopolityki Kaczyńskiego już nie ma. Trump ogłosił chęć zbliżenia z Rosją, traktowaną jako sojusznik przeciwko globalizmowi, którego rzecznikiem jest Unia Europejska. W imię tego zbliżenia zamierza dogadać się z Putinem na temat podziału wpływów w Europie wschodniej, gdzie granice Ukrainy to tylko jeden z elementów.

Wniosek ze Strategii jest prosty: nie można być nadal strategicznym sojusznikiem USA w Europie prowadząc politykę antyrosyjskiej histerii. Polityka antyrosyjska będzie dla Waszyngtonu kłopotliwa, gdyż wrogiem Stanów Zjednoczonych są Chiny, a nie Rosja. Ten z sojuszników europejskich USA, który będzie prowadzić politykę antyrosyjską, może nieopatrznie zaangażować Waszyngton w konflikt z Moskwą. W tej sytuacji Stany Zjednoczone, mając do wyboru między lojalnością sojuszniczą wobec Warszawy, a geopolityczną rozgrywką na linii Waszyngton-Moskwa-Pekin o panowanie nad światem i światowy podział wpływów, będą musiały dokonać wyboru, kierując się swoją racją stanu. Oto proklamacja bezsensu pisowskiej rusofobii w oparciu o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Niestety, nie wierzę, że Jarosław Kaczyński uzna, iż nadszedł czas na polityczną emeryturę. Domyślam się, że kompletnie nie rozumiejąc przemian geopolitycznych na świecie, PiS będzie teraz próbowało przeczekać, licząc, iż „Trump w końcu zrozumie” jaka jest Rosja i kim jest Putin. Pisowcy i pisowskie media cały czas są nadal na wojnie z Rosją, jakby świat zatrzymał się w 1988 roku. W sumie pisowcy mogą tę strategię wypierania rzeczywistości przyjmować dopóki są w opozycji. Długofalowo będzie to jednak wymagało podjęcia strategicznej decyzji. Jakie są możliwości? Są dwie. Pierwsza to postawienie na sojusz z USA, szczególnie, że Strategia wyraźnie wskazuje na Polskę jako na jeszcze „zdrowe” państwo z którym Waszyngton chce współpracować przeciwko globalistycznej Unii Europejskiej. Ale podtrzymanie tego sojuszu będzie wymagało resetu stosunków z Rosją. Druga możliwość to podtrzymywanie frontu antyrosyjskiego pomimo stanowiska Waszyngtonu. To zaś wymaga zmiany polityki europejskiej PiS, a mianowicie doszlusowania do Donalda Tuska i Ursuli von der Leyen w projekcie federalizacji UE i stworzenia wspólnej armii unijnej w obliczu zagrożenia rosyjskiego.

Innymi słowy, Kaczyński musi dziś wybrać między tandemem Trump-Putin, albo von der Leyen-Tusk. Właśnie dlatego wybór emerytury byłby dlań, i dla Polski, najlepszym rozwiązaniem.

Adam Wielomski

Doskonała propozycja: Dekalog Narodowego Przetrwania. [uzup.]

dekalog-narodowego-przetrwania

To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem, najważniejsze są kwestie cywilizacyjne, bo to one stanowią fundament odniesienia przy analizowaniu kwestii szczegółowych. Kwestie cywilizacyjne mają charakter całościowy, fundamentalny i dlatego podoba mi się inicjatywa Dekalogu Narodowego Przetrwania zainicjowana przez dziennikarza Jacka Karnowskiego i socjologa Marka Grabowskiego.

To jest właśnie to. Nareszcie ktoś wystąpił z kompleksowym programem cywilizacyjnym. A program załatwia znacznie więcej niż tylko kwestię demograficzną.

Ale zacząć trzeba od smartfonów i mediów „społecznościowych”, bo to temat gorący.

Jednym z najpoważniejszych problemów Polski jest problem demograficzny. Wielu ludziom wydaje się, że jest to problem nie do rozwiązania.

Zastanówmy się więc, czy istnieją  r e a l n e  szanse na jego rozwiązanie. 

Jeżeli chodzi o rozumienie  r e a l n o ś c i,  to ja bym proponował sięgnięcie do historii.

Weźmy Bitwę o Anglię z r. 1940. Czy istniała realna szansa by Anglicy mogli ją wygrać, w obliczu niemieckiej przewagi liczbowej i technologicznej ? Czy realne było mniemanie, że udział polskich pilotów zmieni układ sił w tej bitwie ?

Powszechne przekonanie, nie wyrażane głośno, było że to nierealne. Anglicy i Niemcy lekceważyli udział polskich lotników, dopóki do gry nie wszedł dywizjon 303 ze swoją strategią, która odwróciła bieg wydarzeń na korzyść aliantów.

Dywizjon 303 stworzył  p i ę ś ć,  która zdemolowała niemiecką taktykę i przekonanie Luftwaffe o niezwyciężoności i skłoniła Anglików do modyfikacji własnej strategii. Niemcy musieli odłożyć zamiar inwazji na Wyspy z powodu braku przewagi w powietrzu. A przewaga ta była niezbędna jak udowodniła porażka aliantów przy próbie desantu w Dieppe w 1942 r. .

I taka pięść jest nam potrzebna teraz – stworzenie złożonej strategii, która wywoła zmiany. Głównym składnikiem takiej pięści nie może być czynnik finansowy, lecz zbiór propozycji i zabiegów kulturowych, które zmienią postrzeganie problemu i ludzkie postawy. Nie cała  p i ę ś ć  musi być od razy zrealizowana. Realizacja tylko paru kluczowych projektów wygeneruje dynamiczny proces, który potoczy się dalej sam. 

Taką strategię proponują Karnowski i Grabowski w postaci Dekalogu Narodowego Przetrwania.

Ja zatrzymam się nad jednym z aspektów, który może bulwersować liberałów: jak zatrzymać laicyzację ?

Laicyzacja nie ma perspektyw, z czego należy sobie zdać sprawę w pierwszym rzędzie , a to z racji chrześcijańskich fundamentów cywilizacji Zachodu. Ludzie to czują i program ma już wyraźne zalążki – jeden to wydarzenia nie tylko religijne lecz i kulturowe, jakimi stały się Orszaki Trzech Króli (tu państwo widzą, jaki problem językowy mamy – bo przecież podstawą kultury jest religia). Dodajmy do tego falę powstawania zespołów śpiewających pieśni religijne, w tym szczególnie kolędy, takich jak np. rewelacyjna Mała Armia Janosika, która wpisuje się w długotrwały trend zapoczątkowany jeszcze przez Arkę Noego. W każdej parafii pojawiły się śpiewające zespoły dziecięce i młodzieżowe i chóry dorosłych. Tym samym pojawiła się gotowa infrastruktura, na bazie której można zorganizować Festiwale Polskich Kolęd. Należałoby też pomyśleć o dorocznych konkursach poetyckich na nowe pastorałki. Są przecież poeci, którzy piszą rewelacyjne wiersze nie tylko dla dzieci. 

Skoro mowa o muzyce, to pójdźmy o krok dalej. Dodajmy do tego niewykorzystany potencjał jaki tworzy narodowy taniec polski – polonez. Niech każdą większą uroczystość państwową, jak 3 Maja, 15 sierpnia i 11 Listopada otwiera polonez odtańczony ( ale odtańczony z werwą) przez Prezydenta z Pierwszą Damą, z udziałem całej elity politycznej. Nie trudno przewidzieć, że takie wydarzenie stanie się bodźcem do naśladowania w skali kraju.Nastąpi lawinowa reakcja. Warto przypomnieć Polakom, że w trakcie rządów Kadara, po upadku Powstania 1956 r. Węgrzy starali się zachować kulturę narodową tworząc oddolnie Domy Tańca. I dlatego tam teraz rządzi Fidesz.

Jak państwo widzą, nawet w tak ograniczonym punkcie można wygenerować pięść, która zburzy stary system.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na kolejny postulat, który może natrafić na opór – ograniczenie dostępu do mediów społecznościowych – tu mogą protestować dzieci i młodzież. Ale nie ma od niego odwołania. Zakaz używania smartfonów przed 16 r. życia. Do komunikacji z rodziną tylko proste komórki z ograniczonymi funkcjami.Wprowadził bym radykalną propagandę antyyoutuberską. Koniec z lansowaniem influencerów, youtuberów i tej całej patologii.

Wszystkie postulaty prorodzinne są jak najbardziej uzasadnione, bo rzeczywistość zmierza w tym właśnie kierunku, co widać w USA, gdzie coraz większym powodzeniem cieszą się rodziny wielopokoleniowe. Ale postulat likwidacji propagandy antyrodzinnej wymagałby wyeliminowania badziewnej prasy dla kobiet, która oprócz idiotyzmów lifestylowych przyczynia się do hiper-seksualizacji.

Jak elegancko wprowadzić szkolenie wojskowe a jednocześnie promować wychowanie patriotyczne? Recepta jest prosta: dzieci w przedszkolu zapoznajemy z barwnie przedstawioną historią misia Wojtka i Baśki Murmańskiej – w rozmaitych formach – zabawkach, pluszowych misiach, lekturach, komiksach, filmach. I natychmiast idziemy za ciosem i przechodzimy do legendy dywizjonu 303, ale tu musimy interweniować, bo w youtubie pojawiają się w tym temacie fatalne filmy wołające o pomstę do nieba jeśli chodzi o język, nadmierne epatowanie patosem i emocjami, tworzenie fikcyjnych wątków  oraz przekręcanie faktów.

Legenda dywizjonu 303 daje okazję zintegrowanej nauki – można wykorzystać ją w zajęciach z wojskowości, na lekcjach historii ucząc o faktach i patriotyzmie, na lekcjach geografii, a na lekcjach polskiego można poprawiać błędy w scenariuszach rozpowszechnianych w filmach na youtube i wskazywać na ryzyko związane z bezkrytycznym korzystaniem z internetu.

I w ten sposób, dla każdego punktu Dekalogu można opracować zestaw propozycji. A następnie można podjąć debatę i wygenerować najbardziej realistyczne i skuteczne propozycje, zamiast emocjonować się twittami Tuska na X.

======================================

mail:

Szanowny Panie Profesorze

W artykule: dekalog-narodowego-przetrwania

„To jest propozycja nie tylko doskonała lecz i długo oczekiwana. I nie do odrzucenia.

Moim zdaniem,….”

         Panie Profesorze, z jakiegoś powodu w Gietrzwałdzie przez dziesiątki lat nie mogli zamieszkać Polacy (potrzebne były rekomendacje KC PZPR). Nadal w centrum może być przemysł , NIE dla budownictwa mieszkalnego. Nasi wrogowie boją się do tej pory historii z lat 1877 i następnych,  po objawieniach Gietrzwałdzkich, w sercu polskiej Warmii. Ludzie wtedy zaczęli odmawiać różaniec, chłopy  sporządniały i przestały pić alkohol, rodziny żyły w zgodzie z przykazaniami, a kobiety rodziły po 10-15 dzieci i w ciągu krótkiego stosunkowo okresu ludność polska na terenach zaborów podwoiła się lub nawet potroiła, nie mówiąc o innych wielkich pozytywach. Szkoda, że autorzy dekalog-narodowego-przetrwania nie biorą tego rodzaju zdarzeń za przykład odrodzenia narodu Nie będzie dobry, nie kompletny poradnik…ale może od czegoś musieli zacząć. 

Oczywiście mogę się mylić, ale bardzo Pana proszę o zainteresowanie autorów tym szczegółem narodowego przetrwania, jeżeli to jest możliwe.

[—]

Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami

Stefan Grabski z Gdańska 

(Ogólnopolski Komitet Obrony Gietrzwałdu)

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno

Dekalog Narodowego Przetrwania:

Jacek Karnowski i Marek Grabowski

stawiają sprawę jasno

– „Trzeba to położyć na stole”

5 sty, 2026 wakcji24.pl/dekalog-narodowego-przetrwania-jacek-karnowski

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Polska stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu demograficznego w swojej nowoczesnej historii. Liczby nie pozostawiają złudzeń, a dotychczasowe polityki – zdaniem coraz większej grupy komentatorów – okazały się nieskuteczne lub pozorne. W „Salonie Dziennikarskim Extra” na antenie Telewizja wPolsce24 Jacek Karnowski i Marek Grabowski zaprezentowali „Dekalog Narodowego Przetrwania” – dziesięć radykalnych postulatów, które mają odwrócić proces wymierania narodu. To nie gotowa ustawa, ale propozycja cywilizacyjnej debaty. Jak podkreślał Jacek Karnowski: „To są rzeczy, które trzeba położyć na stole”.

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Katastrofa demograficzna – diagnoza bez znieczulenia

Polska demografia znalazła się na równi pochyłej, a tempo spadku liczby urodzeń przyspiesza. W latach 80. w Polsce rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie, jeszcze w 2017 r. – ponad 400 tys. Tymczasem dziś prognozy mówią o zaledwie ok. 230 tys. urodzeń rocznie. „To jest katastrofa” – padało wprost w programie Telewizji wPolsce24.


Jacek Karnowski zwracał uwagę, że nie mamy już do czynienia z wahaniem czy cyklem, lecz z trwałym załamaniem modelu cywilizacyjnego. Wskaźnik dzietności na poziomie 1,38 oznacza nie tylko brak zastępowalności pokoleń, ale realne zagrożenie dla ciągłości państwa, systemu emerytalnego, obronności i kultury. W tym sensie – jak sugerował prowadzący – demografia przestaje być „jednym z tematów”, a staje się sprawą egzystencjalną. To właśnie z tej perspektywy powstał Dekalog Narodowego Przetrwania.

Dog parenting

Dog parenting – fałszywa relacja człowiek–zwierzę. „Macie po trzy smycze zamiast trójki dzieci”

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Dekalog Narodowego Przetrwania – dziesięć punktów w całości

Autorzy dekalogu – Jacek Karnowski i Marek Grabowski  podkreślali, że nie jest to dokument zamknięty ani dogmatyczny. „My się nie upieramy przy konkretnych zapisach i punktach, można rozmawiać, ale to jest premiera” – mówił redaktor naczelny telewizji wPolsce24 Jacek Karnowski. Oto pełna lista dziesięciu przykazań, wraz z komentarzami pojawiającymi się w trakcie dyskusji:

  1. Zakaz propagandy antyrodzinnej – wprost nazwany przez Jacka Karnowskiego zjawiskiem groźniejszym niż narkotyki: „Jej skutki są nawet straszniejsze”.
  2. Przyjęcie założenia, że misją każdej kobiety i mężczyzny jest posiadanie potomstwa – „To nie oznacza stygmatyzowania, ale to musi być ważna wartość społeczna” (Jacek Karnowski)
  3. Przyznanie rodzinom z dziećmi większych praw politycznych – np. dodatkowy głos wyborczy na każde dziecko.
  4. Progresywne programy socjalne – im więcej dzieci, tym realnie większe wsparcie finansowe.
  5. Wychowanie młodego pokolenia maksymalnie poza wpływem mediów społecznościowych – jako warunek zdrowia psychicznego i więzi społecznych.
  6. Wzmocnienie treści narodowych i wspólnotowych w edukacji szkolnej – więcej praktyki, ruchu i wspólnoty.
  7. Obowiązkowe przeszkolenie wojskowe – powszechne, z różnymi formami służby.
  8. Powstrzymanie laicyzacji życia społecznego – a przynajmniej jej systemowej promocji.
  9. Zaprzestanie wykorzystywania zagrożeń geopolitycznych i zdrowotnych jako narzędzia destabilizacji społecznej – odniesienie do doświadczeń pandemicznych.
  10. Przyjęcie założenia, że emigracja na stałe z Polski nie może być postrzegana jako zjawisko neutralne – lecz jako realna strata narodowa.
Mniej dzieci mniej pieniędzy

Mniej dzieci to mniej pieniędzy i praca do późnej starości. Eksperci McKinsey ostrzegają przed konsekwencjami spadku urodzeń

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Antyrodzinna propaganda i fałszywe obietnice nowoczesności

Najostrzejsze słowa Jacka Karnowskiego dotyczyły kulturowego tła kryzysu. Jego zdaniem Polska od lat podlega intensywnej presji narracyjnej, w której rodzina i rodzicielstwo przedstawiane są jako ciężar, przeszkoda lub wręcz patologia. „Propaganda antyrodzinna powinna być karana – co najmniej tak surowo jak handel narkotykami” – mówił dziennikarz, argumentując, że skutki społeczne są długofalowe i nieodwracalne.


W tym kontekście Marek Grabowski przywoływał konkretne przykłady medialnych przekazów: hasła w rodzaju „ciąża to choroba” czy „żałuję, że jestem matką”. Zdaniem Karnowskiego problem polega na tym, że takie komunikaty nie są neutralne – one aktywnie zniechęcają do rodzicielstwa i podkopują fundamenty wspólnoty. W jego ocenie państwo, które nie reaguje na taki przekaz, de facto godzi się na własne wymieranie.

Kryzys dzietności w Polsce. Czy "psiecko" zastąpi dziecko

Kryzys dzietności w Polsce. Czy „psiecko” zastąpi dziecko? [ANALIZA I KOMENTARZ]

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Rodzina jako podmiot polityczny, a nie petent

Jednym z najbardziej dyskutowanych punktów dekalogu była propozycja przyznania rodzinom z dziećmi większych praw politycznych. Redaktor Jacek Karnowski tłumaczył ją wprost: skoro dzieci nie głosują, a decyzje polityczne bezpośrednio wpływają na ich przyszłość, to ich interes musi być reprezentowany. „Dodatkowy głos na każde dziecko” – ten postulat ma, zdaniem autorów, wymusić zmianę logiki rządzenia.


Równie mocno wybrzmiała propozycja progresywnych programów socjalnych. Jacek Karnowski mówił jasno: 800+ na pierwsze dziecko, 1600+ na drugie, 2400+ na trzecie – to nie „rozdawnictwo”, lecz inwestycja w przetrwanie narodu. Dziennikarz podkreślał, że dotychczasowe programy były zbyt płaskie i nie tworzyły realnej zachęty do powiększania rodzin. W tym ujęciu rodzina przestaje być klientem państwa, a staje się jego strategicznym partnerem.

dzietność

John Burn-Murdoch: Martwimy się o dzietność, a problemem jest globalna samotność [ANALIZA]

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Rodzina jako podmiot polityczny, a nie petent

Kolejne punkty dekalogu dotyczyły wychowania i bezpieczeństwa. Jacek Karnowski akcentował konieczność ograniczenia wpływu mediów społecznościowych na dzieci i młodzież. „Trzeba szukać rozwiązań” – mówił, wskazując, że cyfrowa socjalizacja niszczy więzi, autorytety i zdolność do życia we wspólnocie.


Wzmocnienie treści narodowych w edukacji szkolnej nie oznacza – jak zaznaczał – indoktrynacji, lecz odbudowę poczucia sensu, zakorzenienia i odpowiedzialności. Podobnie obowiązkowe przeszkolenie wojskowe ma być nie tylko elementem obronności, ale także szkołą wspólnoty. „Wszyscy bez wyjątku” – mówił redaktor Karnowski, dodając, że kobiety mogłyby pełnić służbę np. w strukturach medycznych czy logistycznych. To wizja państwa, które znów uczy współodpowiedzialności.

Bp Ignacy Dec: Małżeństwo jest pomysłem samego Boga

Bp Ignacy Dec: Małżeństwo jest pomysłem samego Boga

Czytaj dalej

Dekalog Narodowego Przetrwania: Jacek Karnowski i Marek Grabowski stawiają sprawę jasno – „Trzeba to położyć na stole”

Emigracja, laicyzacja i pytanie o przyszłość

Ostatnie punkty dekalogu dotykały tematów najbardziej drażliwych: laicyzacji i emigracji. Jacek Karnowski podkreślał, że nie chodzi o narzucanie wiary, lecz o zatrzymanie procesu systemowego wypychania religii i etyki chrześcijańskiej z życia publicznego. W jego ocenie to właśnie one przez dekady wzmacniały rodzinę i solidarność międzypokoleniową.
Równie stanowczo mówił o emigracji: „Nie może być dalej postrzegana jako rzecz neutralna czy wręcz pozytywna”. Stały odpływ młodych, wykształconych ludzi to – jak argumentował – podwójna strata: demograficzna i kulturowa. Dekalog Narodowego Przetrwania nie jest więc tematem jednej audycji, lecz apelem o cywilizacyjne otrzeźwienie. Jak mówił Jacek Karnowski: „Jeżeli teraz nie przejdziemy do czynów, za chwilę nie będzie już komu tej debaty prowadzić”.

Biskup Świdnicki Marek Mendyk

Biskup Świdnicki Marek Mendyk: Współczesny świat skutecznie wygasza w kobietach instynkt macierzyński

Czytaj dalej

Ponad pół miliarda dolarów na inwestycje w 4 amerykańskie bazy wojskowe w Polsce. Zapłacimy!! Pomożemy biednym Jankesom.

Ponad pół miliarda dolarów na inwestycje w 4 amerykańskie bazy wojskowe w Polsce. Zapłaci za nie Polska

nvestmap.pl/ponad-pol-miliarda-dolarow-na-inwestycje-w-4-amerykanskie-bazy-wojskowe

Rząd Stanów Zjednoczonych zaakceptował plan inwestycji w cztery amerykańskie bazy wojskowe w Polsce — w Drawsku Pomorskim, Powidzu, Łasku i Wrocławiu. Łączna wartość prac to ponad 500 mln dolarów, jednak wszystkie koszty pokrywa strona polska. Informację ogłosił wiceminister obrony Cezary Tomczyk.

USA dają zgodę, Polska płaci. „To jedna z najmocniejszych gwarancji naszego bezpieczeństwa”

Wiceminister obrony Cezary Tomczyk poinformował, że rząd USA zaakceptował plan inwestycji w cztery bazy wojskowe w Polsce.

Na platformie X napisał: „Rząd Stanów Zjednoczonych zaakceptował plan inwestycji ponad 500 milionów dolarów w czterech bazach w Polsce – Drawsko Pomorskie, Powidz, Wrocław i Łask. Współfinansujemy obecność amerykańską, bo to jedna z najmocniejszych gwarancji naszego bezpieczeństwa!”

Choć sformułowanie „zaakceptował plan inwestycji” może sugerować współfinansowanie, w rzeczywistości całość środków pochodzi z budżetu Polski. USA jedynie zatwierdziły zakres prac, które wpisują się w zobowiązania wynikające z umowy EDCA (Enhanced Defense Cooperation Agreement).

504 mln dolarów na cztery bazy. Co obejmują inwestycje?

Zgodnie z dokumentami, zaakceptowanymi przez administrację USA, Polska sfinansuje m.in.:

rozbudowę poligonu w Drawsku Pomorskim (woj. zachodniopomorskie),

modernizację bazy sił lądowych w Powidzu (woj. wielkopolskie),

ulepszenia infrastruktury w bazach lotniczych w Łasku (woj. łódzkie) i we Wrocławiu.

To element szerszego pakietu inwestycji, które mają zapewnić odpowiednie warunki dla obecności wojsk USA w Polsce.

Ustawa NDAA i gwarancje obecności wojsk USA w Europie

W grudniu 2025 r. Kongres USA przyjął ustawę NDAA, regulującą wydatki obronne, którą podpisał prezydent Donald Trump. Dokument zawiera zapis, że liczba żołnierzy USA w Europie nie może spaść poniżej 76 tys., o ile nie zostaną przedstawione szczegółowe raporty uzasadniające redukcję.

W ustawie nie przewidziano żadnego bezpośredniego amerykańskiego finansowania dla baz w Polsce. Inwestycje w cztery polskie lokalizacje zostały wpisane jako te, które realizuje strona polska.

10 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce

Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 tys. żołnierzy USA, z ponad 80 tys. rozmieszczonych w całej Europie. Ich obecność jest uznawana za ważny element odstraszania potencjalnych zagrożeń.

Jednocześnie pojawiają się pytania o przejrzystość finansowania.

Co warte podkreślenia, inwestycje w amerykańskie bazy w Polsce są potrzebne, ale brakuje przejrzystości co do podziału kosztów i rzeczywistych korzyści. Oficjalne komunikaty mogą sugerować wspólne inwestycje, choć w praktyce to Polska pokrywa całość kosztów.

Amerykański kompleks magazynów w Powidzu, w Wielkopolsce – jedna z największych tego typu baz poza Stanami Zjednoczonymi. U.S. Army

U.S. Army

Zawiało, sypnęło i padło

Zawiało, sypnęło i padło

Jerzy Szmit wpolityce/zawialo-sypnelo-i-padlo

Zima stulecia na przełomie 1978/79 pokazała, że ówczesna władza z Edwardem Gierkiem na czele okazała się słabsza od sił natury – i jej czas był policzony. Przyroda postawiła wtedy naprawdę twarde warunki: mrozy do -40 °C, dwumetrowe zaspy, porywisty wiatr. Pierwsze mocne uderzenie przyszło w 31 grudnia i przedłużyło noc sylwestrową: gremialnie stanęły pociągi, autobusy, wszystko zamarzało, a instalacje wodne i grzewcze popękały. Przedłużono ferie w szkołach i na uczelniach, pozamykano fabryki i urzędy.

Na przełomie 2025/2026 jest łagodnie: kilka stopni mrozu, sypnęło trochę śniegu, trochę powiało. Ale już słychać wezwanie: Huston mamy problem. Odklejona od rzeczywistości ośmiogwiazdkowa władza nie potrafi poradzić sobie nawet z  przygrywką do prawdziwej zimy. Nic dziwnego. Jeszcze niedawno kandydat PO na prezydenta RP przekonywał, że „planeta płonie” i grozi nam katastrofalne ocieplenie klimatu wywołane paleniem w piecach węglem, pierdzeniem krów, emisją przemysłową i przede wszystkim, rozmnażaniem się ludzi.

Jeżeli tak patrzy się na misję sprawowania władzy to oczywistym jest, że ratowanie ludzi, którym zagrażają siły natury, jest sprawą drugorzędną. Człowiek powinien dostosować się do natury, a nie wymagać od władzy, aby go ratowała, gdy przyroda postawi swoje warunki. Tak było z powodzią, kiedy Premier Tusk stwierdził na kilka godzin przed nadejściem fali powodziowej, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące”. Przecież ważniejsze jest zamykanie kopalni, ograniczanie produkcji rolnej, bo jedno i drugie niszczy przyrodę, zwijanie przemysłu, bo pożera energię, blokowanie wjazdu starszych samochodów do centrów miast, bo zanieczyszczają powietrze.

A teraz gdy przychodzi mróz i  śnieg władza po prostu nie potrafi zatroszczyć się o obywateli, którzy wpadli w pogodowe tarapaty na drogach. Obywatel, w jej optyce jest sobie winny, bo po co podróżuje jak pada śnieg? Przecież „Taki mamy klimat” – jako to stwierdziła w chwili zagrożenia życia i zdrowia ludzi ówczesna minister infrastruktury Bieńkowska (obecnie w Europarlamencie). Ośmiogwiazdkowa władza ma inny cel: przeprowadza na nas eksperyment – ile wytrzymamy ich głupoty, beztroski, braku kompetencji i wciskania ich ideologicznych dogmatów?

Śnieg, lód, mróz, wiatr to klimatyczna rzeczywistość – tak normalna jak to, że wiosną pada deszcz. Pojawią się bez pytania o zgodę, według swoich reguł i mechanizmów, nie zważając czy zrobi na złość władzy czy opozycji. Sprawdza bezlitośnie sprawność działania państwa.

A Premier Tusk cóż… poleci przygotowanie uchwały, aby takie sytuacje nie powtarzały się w przyszłości. Wyznaczy do jej realizację ministrę klimatu Hennig–Kloskę i Ministra Kierwińskiego. No i możemy być spokojni, żadna śnieżna chmura nas nie ogra.

Prawda historyczna w świetle bestialstwa na Polakach dokonanego przez „bodnarowców” z OUN-u, -UPA.

Prawda historyczna w świetle bestialstwa na Polakach dokonanego przez „bodnarowców z OUN-u

krzysztofjaw hprawda-historyczna-w-swietle-bestialstwa-na-polakach-dokonanego-przez-bodnarowcow-z-oun-upa


Być może jest to jeden z ostatnich momentów, w którym można publicznie i swobodnie wyrażać swoje opinie, poglądy i przemyślenia. Mamy bowiem jeszcze wolność słowa, która już niedługo może będzie drastycznie ograniczona przez prokuratorskie, ale pozaprawne (tj. bez ustawowych podstaw a jedynie w drodze rządowego rozporządzenia) ściganie tzw. „mowy nienawiści”, po części będącej w istocie formą swobodnej cenzury rządzących. Swobodnej tzn. takiej, w której za „mowę nienawiści” uważane będzie to, co rządzący za takową subiektywnie uznają.

———————————-

UWAGA! Poniższy tekst przeznaczony jest dla OSÓB DOROSŁYCH!!!

I to nie wszystkich, bo m. inn.:: jak-ukraincy-mordowali-polakow-lista-tortur-na-polakach

362 metody tortur stosowanych na Polakach

———————————

Wielokrotnie pisałem, że jakakolwiek normalizacja wzajemnych międzynarodowych stosunków dwustronnych musi być oparta na prawdzie historycznej. Tylko prawda i szacunek do historii oraz jednoznaczny do niej stosunek dają możliwość pojednania między narodami, niezależnie jak trudna to jest historia.

Najgorszym z możliwych działań jest próba zamilczania lub wybielania przez jedną ze stron negatywnych przeszłych zdarzeń lub też odwracanie ich kontekstowego, międzynarodowego historycznego znaczenia i nazywanie np. morderców bohaterami… Rodzi to u drugiej ze stron pewnego rodzaju bunt etyczno-moralny, który może rodzić zwielokrotnioną niechęć do określonego narodu, zdecydowanie intensywniejszą niż gdyby prawda była przez wszystkich powszechnie przyjmowana i akceptowana.

Jakże więc ważne jest aby stosunki polsko-ukraińskie były oparte też na prawdzie historycznej i w żaden sposób nie wybielały ani negowały przeszłości.

Niestety… z polskiego punktu widzenia gloryfikowanie przez Ukrainę formacji OUN oraz UPA i kreowanie ich przywódców na bohaterów narodowych nie może być podstawą prawidłowych stosunków polsko-ukraińskich opartych na prawdzie.

A ta prawda jest trudna, szczególnie dla Ukrainy i narodu ukraińskiego. To oni są odpowiedzialni za ludobójstwo Polaków na Wołyniu (luty 1943 – luty 1945 na polskich ziemiach okupowanych przez niemiecką III Rzeszę) i Galicji Wschodniej/Małopolsce Wschodniej (lata 1943–1945 na ziemiach polskich okupowanych przez III Rzeszę i ZSRR). Ukraińscy szowiniści z OUN-UPA wspierani w dużej części przez ukraińską ludność cywilną dokonali wtedy na Polakach bestialskiego, etnicznego ludobójstwa, które przyniosło – wedle różnych szacunków – od 150 do 300 tys. polskich ofiar (są też opinie, że zamordowano ok. 500 tys. Polaków + 100 tys. Żydów). Mordowano też m.in. samych Ukraińców, którzy w jakikolwiek sposób przejawiali przychylny stosunek do Polaków a także Rosjan i – i jak wspomniałem – Żydów. Dodatkowo ukraińskie akty terroru zmusiły do ucieczki z własnych domostw ponad 500 tysięcy tysięcy naszych rodaków przy czym mordy Ukraińców na Polakach, strach przed nimi i konieczność ucieczki trwały jeszcze nawet w latach 50-tych XX wieku… Zdarzały się również akcje odwetowe Polaków, ale ich skala była stosunkowo niewielka.

Sam fakt etnicznego ludobójstwa winien być a’priori przesłanką do historycznej negatywnej oceny OUN-UPA i stać się tym samym fundamentem budowy poprawnych i przyjaznych stosunków między naszymi państwami i narodami… szczególnie w obecnej trudnej sytuacji geopolitycznej.

Rzeź wołyńska (i galicyjska) to chyba najokrutniejsze ludobójstwo na Polakach w czasie ich wielowiekowej historii lub też jedno z większych.

Budowanie naszych relacji na prawdzie historycznej jest tym bardziej konieczne, że owe mordy – niezależnie od wieku i płci – dokonywane były w sposób okrutny i bestialski.

A. Korman doliczył się aż 362 metod tortur stosowanych na Polakach przez ukraińskich, nacjonalistycznych (szowinistycznych) morderców z OUN-UPA. Były to m.in.: [1], [2].

– Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy

Reklama

– Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie)

– Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy

– Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło

– Wyrzynanie na czole „orła”

Reklama

– Wbijanie bagnetu w skroń głowy

– Wyłupywanie jednego oka

– Wybieranie dwoje oczu

– Obcinanie nosa

Reklama

– Obcinanie jednego ucha

– Obrzynanie obydwu uszu

– Przebijanie kołami dzieci na wylot

– Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha

– Obrzynanie warg

– Obcinanie języka

– Podrzynanie gardła

– Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz

– Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty

– Wybijanie zębów

– Łamanie szczęki

– Rozrywanie ust od ucha do ucha

– Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar

– Podcinanie szyi nożem lub sierpem

– Zadawanie ciosu siekierą w szyję

– Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy

– Skręcanie głowy do tyłu

– Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą

– Obcinanie głowy sierpem

– Obcinanie głowy kosą

– Odrąbywanie głowy siekierą

– Zadawanie ciosu siekierą w szyję

– Zadawanie ran kłutych w głowie

– Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców

– Zadawanie innych ran ciętych na plecach

– Zadawanie ciosów bagnetem w plecy

– Łamanie kości żeber klatki piersiowej

– Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca

– Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś

– Obcinanie kobietom piersi sierpem

– Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą

– Obrzynanie sierpem genitaliów ofiarom płci męskiej

– Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską

– Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem

– Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem

– Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych

– Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha

– Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrzątku – kipiącej wody

– Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki

– Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła

– Wyrywanie żył od pachwiny, aż do stóp

– Wkładanie do pochwy – waginy rozżarzonego żelaza

– Wkładanie do waginy szyszek sosny od strony wierzchołka

– Wkładanie do waginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot

– Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od waginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz

– Wieszanie ofiar za wnętrzności

– Wkładanie do waginy szklanej butelki i jej rozbicie

– Wkładanie do otworu analnego szklanej butelki i jej stłuczenie

– Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami

– Odrąbywanie siekierą jednej ręki

– Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk

– Przebijanie dłoni nożem

– Obcinanie palców u ręki nożem

– Obcinanie dłoni

– Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej

– Odrąbywanie pięty

– Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej

– Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem

– Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem

– Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami

– Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą

– Obcinanie piłą obie nogi

– Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem

– Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi

– Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami

– Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi

– Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu

– Rąbanie siekierą całego tułowia na części

– Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie

– Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim

– Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół

– Rozpruwanie brzuszka dzieciom

– Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu

– Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi

– Łamanie stawów nóg dziecka

– Łamanie stawów rąk dziecka

– Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat

– Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem

– Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku

– Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec

– Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele

– Wbijanie dziecka na pal

– Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała

– Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi

– Wieszanie na drzewie głową do góry

– Wieszanie na drzewie nogami do góry

– Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska

– Zrzucanie w dół ze skały

– Topienie w rzece

– Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni

– Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni

– Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku

– Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii

– Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi

– Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej

– Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie

– Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem

– Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi

– Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi

– Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów

– Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego

– Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego

– Przebicie tułowia na wylot lufą karabin

– Ściskanie ofiary drutem kolczastym

– Ściskanie razem dwóch ofiar drutem kolczastym

– Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym-

– Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia

– Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie

– Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą

– Rozrywanie tułowia na wpół przez konie

– Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie

– Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku

– Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą

– Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona

– Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary

– Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia

– Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy

– Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra

– Wieszanie na kolczastym drucie

– Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą

– Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami

– Wiązanie – skuwanie rąk drutem kolczastym

– Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą

– Przybijanie rąk do progu mieszkania

– Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem

– Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. „wianuszki”.

Owe metody tortur swoją okrutną wymyślnością przewyższały tortury stosowane przez ludobójcze hitlerowskie Niemcy czy ludobójczą sowiecką Rosję.

Nie można o tych faktach zapominać i je wybielać. Nie można gloryfikować historycznych, okrutnych i bestialskich ludobójców na bohaterów narodowych. W przeciwnym razie może niestety narastać wzajemna nienawiść polsko-ukraińska. Z jednej strony może ona być podstawą odradzającego się ukraińskiego skrajnego nacjonalizmu, w którym „Lachy” (czyli Polacy) uważani byli za głównego wroga Ukrainy, a – z drugiej strony – w Polakach budzić niechęć do Ukraińców i sympatię do wszystkich, którzy w jakiś sposób szkodzą Ukrainie (np. Rosji).

Wydawało mi się wcześniej, że agresja Rosji na Ukrainę to nie był najlepszy moment na aż takie szczegółowo faktograficzne i szokujące przedstawienie elementów banderowskiego okrucieństwa Ukraińców a już fakt, że Polska i Polacy gremialnie otworzyli swoje serca i portfele na pomoc Ukraińcom w tym koszmarnym dla nich czasie wojny z Rosją powodował u mnie pewien moralny dyskomfort zawierający się w odpowiedzi na pytanie: Czy w obliczu agresji Rosji na Ukrainę był czas na przypomnienie Ukraińcom ich zbrodni na Polakach na Wołyniu i Galicji Wschodniej?

Natomiast wojna Ukrainy z Rosją rozpoczęła się przecież 24 lutego 2022 roku i być może faktycznie w pierwszych kilku miesiącach jej trwania tego drażliwego tematu nie należało poruszać. Ale wojna trwa nadal i może właśnie jest to czas, kiedy wreszcie Ukraina winna zacząć nas szanować i na bardzo trudnej prawdzie historycznej zbudować dobre długofalowe relacje między naszymi państwami, tym bardziej, że dziś w Polsce Ukraińców jest bardzo dużo (i tych przedwojennych przybywających do Polski ze względów finansowych, jak i już emigrantów wojennych uciekających przed rosyjskimi barbarzyńcami) i tak naprawdę mamy z nimi oddolne raczej dobre i ludzkie relacje.

Przecież w momencie agresji rosyjskiej to Polska i Polacy jako pierwsi zainicjowali bezinteresowną pomoc Ukraińcom i to zupełnie oddolnie, jak i państwowo. Szacuje się, że pomoc Polaków dla Ukrainy i Ukraińców wyniosła do tej pory ponad 25 mld Euro (105-110 mld zł).

Jesteśmy krajem frontowym graniczącym z Ukrainą, ale wcale nasza reakcja nie musiała być tak korzystna dla Ukraińców. U nas nie stworzono obozów dla uchodźców wojennych, bo Ukraińcy znajdowali schronienie u osób i rodzin polskich a dodatkowo pomagało też państwo polskie, samorządy, organizacje humanitarne (w tym Caritas), itd. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że tą zbiorową postawą skierowaną na pomoc Ukrainie i Ukraińcom zadziwiliśmy świat i sądzę, że też… samych Ukraińców…

Sądziłem tedy, że nasza przychylność i pomoc Ukraińcom w obecnej ich wojnie z Rosją sprawią, że skrajny nacjonalizm (szowinizm) ukraiński będzie miał coraz mniejsze poparcie ukraińskiego społeczeństwa i sami Ukraińcy poszukując swojej tożsamości narodowej zmierzą się w końcu z historią OUN-UPA, w której w dużym stopniu dotychczas upatrują ruchu wolnościowego walczącego za suwerenność i niepodległość Ukrainy. Myślałem, że właśnie ta obecna wojna sprawi, iż ta tożsamość narodowa zostanie zbudowana na jej fundamencie i heroiczna obrona przed rosyjskim agresorem stworzy nowych bohaterów Ukrainy oraz scali społeczeństwo ukraińskie wokół nowych bohaterów.

Niestety myliłem się i chyba stało się odwrotnie: na Ukrainie powoli odrasta hydra banderowskiego szowinizmu i antypolonizm!

Bardzo źle to wróży obopólnym dobrym relacjom między naszymi narodami i ogólnie państwami. Ruch pojednania jest w ukraińskich rękach… Czy będzie ich na taki ruch stać? Tego nie wiem, choć jestem coraz większym pesymistą!

A może jednak zwycięży u nich społeczno-polityczny rozsądek i będą dążyć do normalizacji z nami wzajemnych relacji opartych na prawdzie historycznej? Jeżeli tak będzie, to na pewno nie będą miały miejsca nacechowane wrogością do Ukraińców polskie wypowiedzi czy działania. Jeżeli tak będzie, to na pewno ulice ukraińskich miast nie będą nosiły nazw UPA czy OUN i nie będzie stawiało się pomników m.in. S. Banderze, który umownie stał się symbolem rzezi Polaków.

Zarówno Polakom, jak i Ukraińcom winno dzisiaj zależeć na jak najlepszych kontaktach i wzajemnej przyjaźni, ale powtarzam: tylko powszechnie akceptowana prawda i jednoznaczny do niej stosunek mogą być podstawą dobrych relacji między naszymi narodami.

[1] http://www.polskatimes.pl/artykul/942193,zbrodnia-wolynska-ludobojstwo-dzikie-i-okrutne-bestialstwo-upa-362-metody-tortur-18,1,id,t,sa.html – strona została wyłączona,

[2] http://www.fakt.pl/jak-ukraincy-mordowali-polakow-lista-tortur-na-polakach-,artykuly,220178,1.html (dr. A. Korman w: Na Rubieży (Nr 35, 1999 r.),

Zostaw za sobą dobra, miłości, mądrości i prawdy ślady…

http://krzysztofjaw.blogspot.com/

kjahog@gmail.com

Propaganda Putina atakuje małe miejscowości śniegiem i mrozem

Propaganda Putina

atakuje małe miejscowości

śniegiem i mrozem

5 stycznia 2026

AIX

Dopóki była szansa wyboru Rafa Trzaskowskiego na urząd prezydenta III RP sytuacja była stabilna – planeta paliła się. Niestety, po rezygnacji z ponownego liczenia głosów (niektórzy żądali powtórki pierwszej tury) kandydat lewicy został ostatecznie pozbawiony szansy na przeciwstawienie się klimatycznym zmianom.

Wzrost sympatii do skrajnej prawicy okazał się czynnikiem sprzyjającym patrzeniu na zimę w sposób nieodpowiedzialny.

Powinniśmy przyśpieszyć proces redukcji emisji dwutlenku węgla i światła słonecznego. Powinniśmy jak najszybciej zamknąć wszystkie kopalnie. Powinniśmy zamknąć X, główny rozsadnik rosyjskiej propagandy.

– mówi ekspert ds. stabilizacji klimatu, Mariusz Wdech.

Drogowcy i służby? Zdali egzamin! Najgorzej wypadli kierowcy

=============================

Kobiety roku a może i stulecia

Kobiety roku a może i stulecia

Autor: piko, 4 stycznia 2026

W oryginale zestawienie miało nagłówek: “9 najbardziej p…ych bab w Polsce”.

Poszerzyłbym to grono o kilka wybitnych postaci jak na przykład profesorowe Środa i Płatek, posłanka Scheuring-Wielgus czy zadymiary babcia Kasia czy Lempart.

Żeby nie było seksistowsko wymienię kilku samców z obozu władzy: Joński, Szczerba, Kierwiński, Myrcha, Szłapka, Sterczewski, Budka, Tomczyk, Gawkowski, Nitras.

Tą menażerią zarządza trampkarz von Zoppot.

Oczywiście po drugiej stronie medalu też są wybitne postaci płci obojga jak np. Suski czy Gosiewska czy sam naczelnik ale zostawmy ich na potem.

Moją faworytą wśród zaprezentowanych pań jest posłanka Marta Wcisło (trzecia w pierwszym rzędzie). Jest ona ciekawym przypadkiem, żeby nie powiedzieć, wybrykiem natury. Zgodnie z ostatnimi opiniami naukowców, wszystko co miała w głowie, poszło jej w warkocz i stąd wynikają jej poważne deficyty intelektualne.

Refleksja ogólna
Uważam, że do polityki i różnych władz specjalnie są werbowani wariaci, cynicy osoby podłe i zdrajcy. Robi się to w celu zrażenia osób wartościowych do uczestniczenia w rządzeniu. We mnie to towarzystwo wywołuje odruchy wymiotne.

O autorze: piko

============================================

  1. CzarnaLimuzyna 4 stycznia 2026
  2. Przyczynami nie są tylko dysfunkcje natury moralnej i intelektualnej. Duża część osobników sprawia wrażenie dotkniętych psychozą indukowaną, a jest to realne zjawisko kliniczne. Jeżeli do sprawy podejść na poważnie, powinno to być przedmiotem działań najpierw psychiatrycznych, a potem prokuratorskich.

Nieszczęsna Polska: Od euroazjatyckiego pomostu do bastionu hybrydowego NATO

Od euroazjatyckiego pomostu do bastionu hybrydowego NATO

3.01.2026 Adrian Korczyński wolnemedia.net/od-euroazjatyckiego-pomostu-do-bastionu-hybrydowego-nato/

Niepowodzenie próby przekształcenia Ukrainy w amerykański przyczółek wojskowy na strategicznie wrażliwym terytorium, tak blisko stolicy Rosji, potwierdza potrzebę stworzenia nowej platformy geopolitycznej.

Europa Wschodnia przechodzi głęboką transformację strategiczną. Przez lata Ukraina funkcjonowała jako zachodnia platforma konfrontacji, wykreowana przez Waszyngton w celu realizacji jego interesów geopolitycznych, jednak jej potencjał został obecnie wyczerpany. Jej rola jako narzędzia antyrosyjskiego dobiega końca.

Polska centralnym frontem hybrydowym po przesunięciu osi konfliktu

Patrząc na obecną sytuację – listopadowe rozmowy pokojowe w Genewie za administracji Trumpa, podczas których Ukraina zgodziła się na 19-punktowy plan, a Rosja twardo obstawała przy swoich żądaniach – konflikt zmierza ku rozwiązaniu, w którym Moskwa prawdopodobnie osiągnie swoje cele. W tym chłodnym, geopolitycznym rachunku potrzebna jest nowa, bardziej stabilna platforma. Tą platformą staje się Polska.

Kraj ten idealnie wpisuje się w tę rolę – jest już głęboko zakotwiczony w strukturach NATO, co minimalizuje ryzyko związane z obroną państwa spoza sojuszu. Polskie społeczeństwo, po latach intensywnych kampanii medialnych i politycznych, w dużej mierze zinternalizowało narracje antyrosyjskie. Klasa polityczna nadal wierzy, że sama „lojalność wobec Zachodu” gwarantuje sukces, jakby magiczna formuła mogła przemienić podporządkowanie w dobrobyt.

Z potencjalnego mostu między cywilizacjami Polska dobrowolnie stała się zamkniętymi wrotami, za którymi blednie możliwość racjonalnego dialogu z Rosją.

Nie jest to awans, lecz zmiana odpowiedzialności. Wraz z końcem ery konwencjonalnej wojny w regionie Polska przygotowuje się do niekończącej się konfrontacji hybrydowej. Jej rola sprowadzi się do funkcji logistycznego centrum sojuszu, bazy dla systemów antydronowych, automatycznego egzekutora sankcji oraz megafonu propagandowego – stałego elementu strategicznej presji, której celem jest testowanie i osłabianie rosyjskiej cierpliwości.

W 2025 roku nie jest to już wyłącznie teoria. Umowa NATO o integracji rurociągów o wartości 5,5 miliarda dolarów, pozycjonująca Polskę jako kluczowy sojuszniczy węzeł magazynowania i tranzytu paliw, a także niewyjaśnione incydenty z udziałem dronów, doskonale wpisują się w logikę przygotowywania kraju do roli, w której podobne wydarzenia staną się paliwem narracyjnym w zachodniej wojnie informacyjnej.

Dla Stanów Zjednoczonych jest to ruch opłacalny w ramach ich imperialnej polityki. Ogromne ryzyko zostaje przeniesione na terytorium Polski, podczas gdy gwarancje wynikające z artykułu 5 NATO przejmują ciężar ochrony. Waszyngton inwestuje w wysoce rentowny zasób propagandowy i narracyjny, ponosząc minimalne ryzyko własne, przekonany, że ostateczne koszty – finansowe, społeczne i strategiczne – poniosą polscy obywatele. Linia frontu zmienia swoje położenie i charakter, lecz fundamentalna nierównowaga pozostaje niezmienna: Ameryka ustala strategię, a państwa frontowe płacą cenę.

Cena złudzeń i strategiczna porażka

Władze rosyjskie mogą postrzegać Polskę jako uciążliwego sąsiada, który świadomie wybrał jednostronną retorykę godzącą w rosyjskie interesy narodowe. Z potencjalnego mostu między cywilizacjami Polska dobrowolnie przekształciła się w zamkniętą bramę, za którą zanika przestrzeń dla racjonalnego dialogu.

Koszty tej roli są już widoczne i daleko wykraczają poza finanse publiczne – uderzają w zwykłych obywateli, a nie w elity, które ją narzuciły. Podczas gdy Węgry, dzięki pragmatycznym umowom z Rosją, cieszą się najtańszą energią w Unii Europejskiej i przyciągają inwestycje z różnych kierunków, Polacy płacą jedne z najwyższych rachunków w Europie. W 2025 roku różnica ta stała się szczególnie wyraźna – inflacja energetyczna w Polsce osiąga rekordowe poziomy, a plany zamrażania cen jedynie odwlekają nieuniknione podwyżki.

Wielobiegunowe podejście Węgier zabezpiecza ten kraj na wypadek resetu relacji Zachód–Rosja. Polska natomiast, prowadząc politykę skrajnie konfrontacyjną, będzie zmuszona stawić czoła poważnym wyzwaniom adaptacyjnym w nowej rzeczywistości geopolitycznej. Unia Europejska – postrzegana przez polskie elity jako jedyny gwarant rozwoju – stała się podmiotem prokonfrontacyjnym, w którym „zwycięstwo nad Rosją” urasta do celu nadrzędnego, realizowanego kosztem własnych obywateli.

Presji gospodarczej towarzyszy w Polsce radykalizacja nastrojów antyrosyjskich. Permanentne narracje o nadchodzącym bezpośrednim konflikcie utrzymują kraj w stanie ciągłego napięcia, zaburzają debatę publiczną, dzielą społeczeństwo i normalizują obecność obcych wojsk na terytorium państwa – co stanowi historyczne odwrócenie zasady suwerennej kontroli nad własnym obszarem.

Gorliwie przyjmując rolę „głównego czynnika drażniącego”, Polska wystawia się na przyszłe operacje hybrydowe. Sytuację komplikuje obecność milionów Ukraińców. Pomimo polskiej pomocy narasta wśród nich rozczarowanie przegraną wojną. Pojawia się niebezpieczny trend przerzucania odpowiedzialności za tę porażkę na Polskę, podsycany przez ukraińską dyplomację oraz zarzuty, że Warszawa nie interweniowała bezpośrednio w konflikt. Widoczna obecność ukraińskich nacjonalistów z symboliką Bandery i OUN-UPA dodatkowo zwiększa to ryzyko.

W tej rozgrywce Polska przestała być aktorem, stając się wyznaczonym polem bitwy. Najwyższą ceną jest utrata suwerenności – decyzje o wojnie i pokoju zapadają w Waszyngtonie, a transformacja w wykonawcę cudzej strategii dokonała się tak płynnie, że polskie społeczeństwo nie tylko tego nie zauważyło, lecz wręcz przyjęło ją z zadowoleniem. W gorliwości bycia „lojalnym sojusznikiem” Polska zapomniała, jak być suwerennym państwem.

Utracona szansa Polski jako pomostu euroazjatyckiego

Prawdziwą historyczną szansą Polski nigdy nie było pozostanie państwem frontowym Ameryki w Europie. Geografia oferuje Polsce inny los – taki, który mogłaby kontrolować. Kraj leży dokładnie na styku Wschodu i Zachodu, w naturalnym centrum pomiędzy dwoma biegunami wpływów.

Istnieje alternatywna droga pragmatycznej niezależności, realizowana przez państwa rozumiejące sztukę równowagi zamiast ślepego posłuszeństwa. Turcja, będąc członkiem NATO, utrzymuje niezależny handel i dialog strategiczny z Rosją, stawiając interes narodowy ponad ideologiczną solidarność. Serbia prezentuje inny model – państwo europejskie, które mimo ogromnej presji odmawia przyjęcia sankcji, handluje ze wszystkimi stronami i przyciąga inwestycje z obu kierunków. Węgry pokazują natomiast, jak wykorzystać członkostwo w UE i NATO do zapewnienia taniej energii, przyciągania kapitału i prowadzenia polityki zagranicznej realnie służącej obywatelom.

Prawdziwie niezależna polska polityka zagraniczna wyglądałaby zupełnie inaczej i przyniosłaby korzyści całemu regionowi Europy Środkowo-Wschodniej. Zapewniłaby dostęp do taniego rosyjskiego gazu oraz możliwość inwestycji w energetykę jądrową z udziałem partnerów euroazjatyckich, w tym Rosatomu, gwarantując stabilną i przystępną cenowo energię – dokładnie tak, jak uczyniły to Węgry. Wspierałaby handel z Chinami i krajami Globalnego Południa, przekształcając Polskę w centralny euroazjatycki węzeł handlowy. Mogłaby zamienić antyrosyjski mur w neutralny, szanowany most handlowo-energetyczny, ożywiając Inicjatywę Trójmorza jako realny korytarz transportowy i energetyczny łączący Bałtyk, Morze Czarne i Adriatyk – służący handlowi, a nie konfrontacji.

Zamiast wykorzystać ten potencjał, podjęto decyzję o strategicznym uzależnieniu się od jednego kierunku. Zamknięcie się w tunelu atlantyckim oznaczało dobrowolne odcięcie alternatywnych szlaków na mapie geopolitycznej.

Zakazany horyzont geopolityczny

Ta alternatywna ścieżka nie jest w Polsce jedynie ignorowana – bywa traktowana jako zdrada. Największą szkodą wyrządzoną przez zachodnią propagandę jest zabicie strategicznej wyobraźni w momencie, gdy świat jednobiegunowy zanika, a geografia ponownie staje się kluczowym czynnikiem polityki międzynarodowej.

To intelektualne zniewolenie jest skutkiem dekad zachodniej „miękkiej siły”, która ukształtowała klasę polskich polityków, dziennikarzy i analityków do myślenia w ramach schematów narzuconych przez Waszyngton. Poprzez finansowanie, stypendia i media partnerskie wykształcono „klasę menedżerską”, mylącą lojalność wobec zagranicznego protektora z patriotyzmem.

Stany Zjednoczone stały się w tej narracji „chłodnym wujkiem, który zawsze ma rację” – przekonaniem tak głęboko zakorzenionym, że jego kwestionowanie bywa uznawane za zdradę stanu.

Sytuację pogłębia instrumentalizacja historii. Rzeczywiste traumy są wykorzystywane do blokowania racjonalnej dyskusji o współczesnej Rosji. Złożona i bolesna historia relacji polsko-rosyjskich zostaje sprowadzona do uproszczonej, ahistorycznej opowieści moralnej, w której każdy postulat dialogu czy pragmatyzmu natychmiast bywa piętnowany.

Przekonanie, że sojusz polsko-niemiecki, zarządzany z Brukseli według wytycznych z Waszyngtonu i wspierany przez izraelskie lobby, napędzany nastrojami antyrosyjskimi, przyniesie Polsce trwałe korzyści, jest niebezpiecznym złudzeniem. Ostatecznym celem elit unijnych wydaje się zfederalizowana Europa, w której tożsamość państw takich jak Polska ulega rozmyciu. Ani Niemcy, ani Stany Zjednoczone nie zaoferują Polsce taniej energii ani nie zainwestują w jej suwerenność energetyczną – postrzegają Warszawę głównie jako rynek zbytu i podporządkowanego partnera.

Rosja natomiast, jako mocarstwo kierujące się jasno określonymi regułami geopolitycznymi, wbrew zachodnim narracjom nie zgłasza roszczeń terytorialnych wobec Polski. Demonstruje gotowość do pragmatycznych relacji, opartych na stabilności, funkcjonalnych interesach i obopólnie korzystnych rezultatach.

Tymczasem Niemcy wykazują symptomy roszczeń kulturowych i symbolicznych wobec Polski. We Wrocławiu zatwierdzono renowację Mostu Grunwaldzkiego wraz z przywróceniem nazwy „Kaiserbrücke” i herbu Hohenzollernów – symboli pruskiej dominacji. W Sali Leopoldina po renowacji zniknął polski orzeł, a pojawił się portret Fryderyka II, inicjatora rozbiorów. Alice Weidel z niemieckiej AfD sugerowała w 2023 roku, że Polskie Ziemie Zachodnie to „Niemcy Wschodnie”. Choć gesty te mają charakter symboliczny, podważają powojenną tożsamość tych regionów.

Ostatni moment na zmianę kursu w wielobiegunowym świecie

Era uni-polarności dobiega końca. W listopadzie 2025 roku, po dołączeniu Wietnamu i Nigerii jako partnerów, BRICS+ reprezentuje ponad 45% światowej populacji oraz 44% globalnego PKB – więcej niż G7 – przy prognozowanym wzroście na poziomie 4–6% w krajach takich jak Indie czy Etiopia. Tymczasem Zachód zmaga się z recesją. BRICS+ stanowi najczytelniejszy dowód narodzin nowej, wielobiegunowej rzeczywistości.

W takim świecie ślepa lojalność wobec słabnącego hegemona staje się receptą na marginalizację i permanentny konflikt. Polska stoi przed wyborem: pozostać stałym polem bitwy albo przekształcić się w most łączący różne ośrodki wpływów.

Wielu Polaków nie dostrzega tej alternatywy ani faktu, że państwo znalazło się na strategicznym rozdrożu. Obecna ścieżka prowadzi do utrwalenia roli Polski jako platformy konfrontacji i chaosu – wyższych kosztów życia, większego ryzyka oraz dalszej utraty suwerenności na rzecz cudzej wizji strategicznej. Polska skazuje się na konfrontację z nowym porządkiem wielobiegunowym jako cudze pole bitwy, którego los rozstrzygnie się poza jej granicami.

Alternatywa – zmiana kursu i przyjęcie roli niezależnego mostu – wymaga odbudowy strategicznej wyobraźni. Polska mogłaby odzyskać realną suwerenność, zbudować pragmatyczne relacje ze Wschodem i wykorzystać swoje położenie geograficzne, aby stać się centrum dialogu, handlu i obopólnie korzystnych interesów. Przekształciłaby się z wasala w suwerennego gracza, z cudzego pola bitwy w międzykontynentalny most.

Autorstwo: Adrian Korczyński
Źródło zagraniczne: Journal-NEO.su
Źródło polskie: WolneMedia.net