Jakie korzyści da nam wystąpienie z UE

Tomasz Cukiernik: Polexit –

jakie korzyści da nam wystąpienie z UE?

15 lipca 2026 pch24/cukiernik-polexit-jakie-korzysci-da-nam-wystapienie-z-ue

ChatGPT Image 5 maj 2026 o 07_09_07.png
Polexit

Wyjście Polski z Unii Europejskiej przywróci naszemu krajowi suwerenność i niepodległość. To z kolei da szansę na pokierowanie spraw zgodnie z polską racją stanu i polskim interesem narodowym, a nie interesem grup wpływu, które z tylnego siedzenia rządzą unijnymi elitami.

Unia Europejska to nie towarzystwo wzajemnej adoracji, lecz klub krętaczy i oszustów. Przystępując do Unii, powinniśmy byli zdawać sobie sprawę, że Zachód nas zawsze oszuka i wyroluje. Po pierwsze dlatego, że ma zdecydowaną przewagę kapitału finansowego, a po drugie – zdecydowaną przewagę i doświadczenie w budowie kapitału narodowego. I jedno, i drugie kumulował w sposób nieskrępowany i ciągły przez ponad dwieście lat.

My natomiast w owym czasie mieliśmy najpierw zabory, kiedy tłamsiły nas trzy różne obce władze. Potem, w II RP sanacja, chociaż oficjalnie propolska, uprawiała szkodliwą politykę etatystyczną, która nie pozwoliła na szybki rozwój gospodarczy, tylko ten rozwój tłamsiła. Później przyszła druga wojna światowa, która początki rozwoju obu kapitałów zniszczyła do szczętu lub zostały one przejęte przez niemieckich i sowieckich okupantów. Polskie elity zostały wymordowane, a w najlepszym przypadku wywłaszczone.

Następnie Polska Ludowa przejęła cały pozostały prywatny majątek i w dużej mierze go zmarnotrawiła. Dopiero od niecałych czterech dekad Polacy mają szansę na odbudowę kapitału finansowego i zbieranie doświadczeń do budowy kapitału narodowego. Ale niestety ci, którzy to robią, czyli nastawieni patriotycznie polscy przedsiębiorcy, którym na sercu leży dobro Polski, są hamowani, ograniczani, tłamszeni przez kolejne rządy (przywołajmy choćby KSeF czy system SENT), które nie działają na rzecz polskiej racji stanu, tylko realizują interesy obcych agentur, i to z różnych kierunków, w tym przede wszystkim unijne polityki szkod­liwe dla naszego kraju.

W tej sytuacji sprawa jest oczywista, że Polacy i polska gospodarka nie mają szans w starciu z gospodarkami krajów Zachodu i tamtejszymi elitami, które na dodatek nami bezczelnie pogardzają jako kimś, kto należy do gorszego z definicji Wschodu. Jeśli więc ktoś uważa, że Unia Europejska to jedyna opcja, jedyna możliwość, jedyna szansa na dalszą budowę dobrobytu, to zwyczajnie nie rozumie sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

Polexit to przywrócenie suwerenności

W związku z tym powinniśmy budować nową Polskę poza strukturami unijnymi. W pierwszej kolejności musimy odciąć się od bardzo skomplikowanego i kaizuistycznego prawa unijnego. Ponieważ z tego powodu nie jest możliwa naprawa obowiązującego systemu prawnego, należy przyjąć opcję zerową – anulować wszystkie funkcjonujące przepisy i stworzyć całkowicie nowe prawo. Konieczne jest napisanie całego systemu prawnego korzystnego z punktu widzenia interesu narodowego, przy okazji objętościowo redukując go do ułamka tego, co jest obecnie. Dopiero wtedy pojawi się możliwość, żeby prawo było korzystne dla Polski, dla Polaków, dla budowy dobrobytu, dla rozwoju gospodarczego i społecznego. Trzeba przestać naśladować to, co robią na Zachodzie; przestać w ogóle myśleć kategoriami takimi, że u nas ma być tak jak na Zachodzie, a mieć na uwadze wyłącznie polską rację stanu. Konieczne jest uwolnienie energii naszych rodaków. Każdy projekt ustawy powinien być sprawdzany nie czy jest zgodny z prawem unijnym, tylko czy jest zgodny z interesem Polaków. Dopiero wtedy może być procedowany.

No, ale skoro teraz politycy polscy działają wbrew interesowi Polaków (przykład: głosowania polityków KO czy Lewicy w Parlamencie Europejskim), to skąd mamy mieć pewność, że po polexicie będzie inaczej, że zgodnie z tym interesem będą działać po wyjściu Polski z Unii Europejskiej? Nie mamy tej pewności. Natomiast jedno jest pewne. Tylko poza Unią Europejską można realizować polską rację stanu lub politykę sprzeczną z polityką unijną. Natomiast będąc członkiem Unii na sto procent wiemy, że nie jest realizowany polski interes narodowy.

Tymczasem Bruksela metodycznie i konsekwentnie buduje swoje superpaństwo i przejmuje kolejne kompetencje krajów członkowskich, co zdecydowanie nie jest dla nas korzystne. Ktoś poza naszymi granicami decyduje, co będziemy mogli robić, jakie zostaną wprowadzone zakazy, nakazy i podatki. Sama przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen twierdzi wprost, że prawo unijne ma prymat w stosunku do prawa krajowego, w tym także do przepisów konstytucyjnych oraz że wszystkie państwa członkowskie to zaakceptowały. Użyjemy wszystkich mocy traktatowych, aby to zapewnić. Więc o żadnej suwerenności Polski nie ma mowy.

Dlatego polexit oznacza jedną zasadniczą korzyść – przywrócenie suwerenności narodowej i niepodległości państwa. Wtedy można zacząć budować dobrobyt, biorąc pod uwagę wyłącznie własne korzyści, a nie poprzez wdrażanie unijnych regulacji, które w znacznym stopniu mają na celu blokowanie naszego potencjału rozwojowego (jak polityka energetyczno-klimatyczna, ale i dotacyjna) i drenowanie nas z wypracowanych dochodów (na przykład poprzez ETS, zielone euro-podatki, unijne kredyty KPO czy SAFE, wytransferowywanie zysków przez międzynarodowe korporacje czy kary finansowe Trybunału Sprawiedliwości UE).

Po polexicie Polska mogłaby dowolnie kształtować swoje relacje handlowe i inwestycyjne z krajami trzecimi, mając na uwadze tylko własny interes, a nie wyłącznie wdrażać pomysły Brukseli praktycznie bez prawa głosu i sprzeciwu, jak to jest obecnie (przykład: umowa z Mercosurem, sankcje na Rosję). Zostałby wstrzymany drenaż mózgów. Nie byłoby też nacisku na przyjęcie euro, co oznacza utratę kompetencji monetarnych i ich transfer do EBC we Frankfurcie nad Menem.

Ale odzyskanie suwerenności to nie tylko kwestie ekonomiczne. To także przywrócenie decyzyjności w kwestiach imigracyjnych, światopoglądowych czy obyczajowych.

Unijna okupacja

Unia Europejska nie gwarantuje nam dobrobytu, jak się Polakom wmawia od lat dziewięćdziesiątych. Bogactwo budujemy bynajmniej nie dzięki unijnym srebrnikom. Budujemy je wyłącznie sami ciężką pracą polskich przedsiębiorców i ich pracowników, a Bruksela trzyma nas na sztywnym holu, abyśmy nie zagrozili ekonomicznie Europie Zachodniej.

Unia Europejska umożliwia Niemcom budowę na wschód od ich granic Mitteleuropy, czyli kolonizowanie naszej części Europy dla jej podporządkowania niemieckim interesom gospodarczym. A z biegiem lat taka polityka realizowana przez Berlin na spółkę z Brukselą będzie nas coraz bardziej drenowała z naszych zasobów i ciągnęła w dół poprzez budowę coraz bardziej zcentralizowanej władzy i ręcznie sterowanej przez nią gospodarki (Wspólna Polityka Rolna, Polityka Spójności, Zielony Ład, Fundusz Odbudowy, Niebieski Ład). To już przerabialiśmy za Polski Ludowej w okresie bratniej przyjaźni ze Związkiem Sowieckim. Taki sam opłakany skutek będzie miała dalsza okupacja Polski przez unijnego Lewiatana.

W XIX wieku Niemcy przechodziły proces mediatyzacji, pozbawiając suwerenności małe twory państwowe, które były wchłaniane przez większe państwa. Teraz w podobnym procesie prawnym Niemcy przejmują kontrolę nad pozbawianymi suwerenności krajami członkowskimi Unii Europejskiej i zaprowadzają w nich własne porządki. Celem jest zbudowanie zcentralizowanego superpaństwa europejskiego, którego działania będą podporządkowane interesom Niemiec.

Polexit to sprzeciw wobec tak zdefiniowanej, tak zaplanowanej i tak realizowanej przyszłości Unii Europejskiej. Bez odzyskania niepodległości pozostaniemy w kleszczach tego planu bez możliwości jakichkolwiek ruchów.

W tym kontekście absolutnie skandaliczny jest pomysł najpierw prezydenta Andrzeja Dudy, a potem wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, aby członkostwo Polski w Unii Europejskiej wpisać do konstytucji. Taką myśl mógłby podpowiedzieć tylko ktoś, komu zależy na tym, aby całkowicie uzależnić nas od decyzji eurokratów. W takiej sytuacji bowiem w razie próby „dojechania” nas jakimiś kolejnymi absurdalnymi i kosztownymi regulacjami zostalibyśmy pozbawieni koronnego argumentu bezpieczeństwa, że wyjdziemy z Unii. O walce o własne interesy nawet nie wspominając…

Tomasz Cukiernik 

Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Polonia Christiana” (numer 111, lipiec-sierpień 2026)

Kliknij TUTAJ i zamów pismo

==================

mail:

komentarz:

czekam, kiedy publicyści przestaną używać pustego określenia „polska racja stanu”, bo nijak się ono ma do Polskiego Interesu Narodowego.

Za Wojtkiem Olszańskim powiem, że „polexit” też nie jest właściwym określeniem, bo niesie za sobą ogromne ryzyko, że musielibyśmy uni zapłacić odszkodowanie za opuszczenie jej struktur, natomiast Wojtek kilka lat temu ukuł hasło „Deunizacja” – czyli doprowadzić unię do białej gorączki tak bardzo, że sama nas porzuci nie domagając się niczego 😁)

Mamy wspólnego wroga?

Mamy wspólnego wroga?  

Jan Engelgard myslpolska/mamy-wspolnego-wroga

Mamy za sobą kolejny Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA. Tym razem głos zabrali praktycznie wszyscy wielcy aktorzy polskiej sceny politycznej, od Prezydenta, przez Premiera, po liderów partii politycznych.

Taki to czas, kiedy na ten temat wypada mówić i to ostro. To jest namacalny dowód na to, że zmiana nastrojów społecznych, czyli mówiąc jasno elektoratu – działa niczym czarodziejska różdżka. Ci sami politycy, którzy przez lata bagatelizowali problem, unikali go niczym diabeł święconej wody, a nawet rzucali kłody pod nogi tych, którzy dopominali się prawdy o zbrodniach UPA – dzisiaj stanęli w pierwszym szeregu czczących pamięć jej ofiar. Tak, za rok wybory, i nie można popełnić błędu, nie można dać sobie przyczepić łatki „sług Ukrainy”, bo to teraz niebezpieczne politycznie. Z jednej strony można by się cieszyć z tej zmiany postaw, z drugiej budzi to jednak odrazę, bo dobrze wiadomo jakie są przyczyny tej odmiany.

Powstaje jednak pytanie – a co to w zasadzie zmienia w polityce Polski wobec Ukrainy, czy poza gestami, paleniem zniczy i wzniosłymi przemówieniami – nastąpi jakaś poważniejsza refleksja nad tym z czym mamy do czynienia? No bo jeśli zgodzimy się z jednym, a tego nikt poważny już nie kwestionuje, że za naszą wschodnią granicą, w kraju, który prawem kaduka uznano za „wielkiego przyjaciela” i „strategicznego sojusznika”, buduje się tożsamość narodową na zbrodniczej i antypolskiej ideologii i tradycji – to dlaczego mimo to ci sami polscy politycy powtarzają z uporem – ale musimy Ukrainie pomagać i ją wspierać, bo MAMY WSPÓLNEGO WROGA.

Ta absurdalna teza nie spotyka się nigdy ze sprzeciwem, zamyka usta każdemu, nawet tym, którzy mogliby powiedzieć, że to nieprawda. Dlaczego nikt nie spyta – a niby dlaczego Rosja, bo rzecz jasna o nią tu chodzi, jest naszym WSPÓLNYM WROGIEM?

Z jakiego powodu, kto to ustalił i na jakiej podstawie? I niby dlaczego Rosja miałaby być naszym wrogiem i dybać na naszą niepodległość a nawet planować jakiś najazd połączony z eksterminacją ludności? Jaki miałaby w tym cel i jaki interes? O to nikt nie pyta, bo, po pierwsze, to „oczywista oczywistość”, a po drugie nie wypada nawet myśleć o zadaniu takich pytań.

Tak, Ukraina, ta rządzona przez neobanderowsko-złodziejską ekipę, jest wrogiem Rosji. Klasycy polskiej poważnej i realistycznej geopolityki (Roman Dmowski) zawsze twierdzili, że Ukrainy Rosja nie odpuści, bo to kwestia jej pozycji międzynarodowej, to kwestia dla niej egzystencjalna, przestrzegali, żebyśmy w ten konflikt się nie mieszali, bo nie tylko nie mamy w tym interesu, to w dodatku możemy na tym stracić.

Nauczka 1920 roku, która „wyleczyła” Józefa Piłsudskiego z ukraińskiej choroby – poszła na marne, bo jego współcześni wielbiciele nawet jego nie zrozumieli. Tak samo jak liberałowie nie zrozumieli Jerzego Giedroycia, który nigdy nie życzył sobie tego, żeby Ukraina była Anty-Rosją i żeby realizowała to przy pomocy skrajnego nacjonalizmu.

Prawda jest bolesna – to Polska po 1989 roku uznała Rosję za wroga, a nie odwrotnie. Było to realizowane systematycznie, raz szybciej raz wolniej, ale z premedytacją i na zimno. Dzisiaj znaleźliśmy się w ślepym zaułku – nie jesteśmy jako kraj w stanie uwolnić się od uścisku „bratniej” Ukrainy, bo sami siebie na nią się skazaliśmy.

Jan Engelgard 

Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)

Jak izraelski lobbing oplótł polski establishment

Tel Awiw pociąga za sznurki?

Jak izraelski lobbing oplótł

polski establishment

15.07.2026 nczas/tel-awiw-pociaga-za-sznurki-jak-izraelski-lobbing-oplotl-polski-establishment

Polscy politycy na jednej z
NCZAS.INFO | Polscy politycy na jednej z „wycieczek” do Izraela. Fotografią pochwalił się ELNET CEE. / Fot. FB/ELNETCEE

Warszawskie biuro ELNET CEE działa po cichu, ale z potężnym rozmachem. Ta organizacja, będąca w istocie profesjonalną machiną izraelskiego wpływu w Europie Środkowo-Wschodniej, dobitnie udowadnia, że wojna polsko-polska to często jedynie teatr dla naiwnych wyborców. Kiedy w grę wchodzą interesy Tel Awiwu, prominentni politycy od prawa do lewa chętnie zapominają o partyjnych animozjach, maszerując w jednym szeregu po izraelskiej orbicie.

Jak ustaliła krytykapolityczna.pl, od ponad dekady (początkowo jako ELNET-Poland, a od 2020 roku jako zarejestrowana w KRS fundacja) podmiot ten systematycznie buduje nad Wisłą gęstą sieć nieformalnych powiązań.

Cel jest jasny – urabianie decydentów, promowanie interesów obcego państwa i ocieplanie wizerunku Izraela. Metody? Zaprzyjaźnić się z elitami i przeniknąć do struktur bezpieczeństwa państwa.

Kogo znajdziemy na liście gości ELNET-u? Niemal całą pookrągłostołową „klasę” polityczną.

Na delegacje do Izraela, sponsorowane wyjazdy studyjne czy konferencje ochoczo stawiali się przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej – m.in. Michał Szczerba, Tomasz Grodzki, Klaudia Jachira czy Beata Małecka-Libera.

Z usług i zaproszeń korzystali także reprezentanci Prawa i Sprawiedliwości: Jarosław Sellin, Waldemar Kraska, Tomasz Latos czy były minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski. Lewica wysłała do Tel Awiwu Annę Marię Żukowską i Wojciecha Koniecznego, a Trzecią Drogę reprezentował wicemarszałek Senatu, Michał Kamiński.

Izraelskie lobby w Polsce.
Polscy politycy na „wycieczce” w Izraelu w marcu 2025 r. / Fot. ELNET CEE
Wyżerka dla polityków.
Wyżerka dla polityków przygotowana przez izraelską firmę lobbującą w Polsce. / Fot. ELNET CEE

Wniosek nasuwa się sam. Gdy w grę wchodzą wpływy izraelskie, rzekome podziały, tak chętnie zarysowywane nad Wisłą, przestają istnieć.

Organizacja nie ogranicza się jednak do fundowania wycieczek i wizyt w Knesecie. ELNET skutecznie infiltrował strategiczne dla państwa polskiego obszary. Lobbował za obecnością izraelskich panelistów podczas Warsaw Security Forum, szkolił personel polskich szpitali, a szczytowym osiągnięciem na tym polu była organizacja konferencji NexTech Warsaw w maju 2026 roku.

Pod szyldem nowoczesnych technologii obronnych promowano tam izraelski przemysł zbrojeniowy, a samo wydarzenie ściągnęło oficerów armii i decydentów MSZ. Nie obyło się bez masowych protestów. Kontrowersje budziła obecność izraelskich wojskowych rozwijających technologie dronowe, oskarżanych o współudział w działaniach militarnych mających charakter ludobójstwa w Strefie Gazy.

Bardzo ciekawe są też kwestie finansowania i jawności. Fundacja obracająca sporymi środkami i goszcząca najważniejsze głowy w państwie, przez lata ignorowała polskie przepisy. Wg ustaleń portalu krytykapolityczna.pl, ELNET nie złożył sprawozdań ze swojej działalności za lata 2022–2024. Uzupełniono je w popłochu dopiero 29 czerwca 2026 roku, gdy w mediach zaczęto zadawać niewygodne pytania. Równocześnie strona internetowa organizacji w Polsce „zniknęła” pod pretekstem przebudowy.

Co na to polskie państwo? Ministerstwo Spraw Zagranicznych tradycyjnie umywa ręce. Co więcej, w 2022 roku ten sam resort radośnie przelał fundacji ponad 100 tysięcy złotych z kieszeni polskiego podatnika na eksperckie opracowanie unijnej strategii zwalczania tzw. antysemityzmu. Szczegółów umowy jednak nie ujawniono.

Działalność ELNET CEE na naszej ziemi to podręcznikowy wręcz przykład cichego budowania zagranicznej strefy wpływów wewnątrz rzekomo suwerennego państwa.

Tolerowanie przez organy państwowe siatki, która zakulisowo urabia parlamentarzystów i nie przestrzega podstawowych zasad przejrzystości, zakrawa na skandal. Polscy politycy powinni wreszcie wytłumaczyć wyborcom, dlaczego tak chętnie jeżdżą po instrukcje do Tel Awiwu. Pytani jednak o swoich zagranicznych mocodawców albo wymownie milczą, albo wszystkiego się wypierają.

O różnicę łajdactwa

O różnicę łajdactwa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  14 lipca 2026 michalkiewicz

A to dopiero kij w mrowisko wsadził pan marszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji! Właściwie nie powiedział niczego, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli – bo od 2019 roku, kiedy to w „Monitorze Polskim”, po prawie trzech latach od jej podpisania, pod pozycją 50, ukazała się umowa między rządami polskim i ukraińskim, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – o czym traktował, a właściwie – o czym traktuje punkt 12 tej umowy – bo nie słyszałem, by została ona przez kogoś wypowiedziana – a ówczesny rzecznik warszawskiego MSZ, pan Łukasz Jasina, poinformował nas – jak się okazało – całkiem słusznie – że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego” – to żadne rewelacje nie powinny już nas dziwić.

Mimo to jednak ujawnienie przez pana marszałka Bosaka, że rząd obywatela Tuska Donalda, w tajemnicy przed panem prezydentem i Sejmem, przekazał Ukrainie zakupione wcześniej za ciężkie pieniądze w USA pociski do wyrzutni systemu „Patriot”, wzbudziła żywy rezonans opinii publicznej tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z napięciami w stosunkach polsko-ukraińskich w związku z nadaniem przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych, w związku z czym pan prezydent Karol Nawrocki ogłosił decyzję o odebraniu ukraińskiemu prezydentowi nadanego mu wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego.

Dodatkowym powodem wspomnianego rezonansu jest okoliczność, że – jak informują media – premier Tusk przekazał te pociski na żądanie niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, akurat w kwietniu, kiedy to Niemcy i Ukraina proklamowały „strategiczne partnerstwo”. Wprawdzie wicepremier i minister obrony w vaginecie obywatela Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział „odtajnianie” dokumentów związanych z polskimi donacjami dla Ukrainy „od 2022 roku” – ale obywatel Tusk niezależnie do tego schronił się za murami tajności, oświadczając, że „nie możemy” o tym „dyskutować”, w kontekście „jakiejś niemądrej walki politycznej”.

Ale może nie tylko o tajność tu chodzi, bo jeśli obywatel Tusk oznajmia, że dyskutować „nie możemy” to równie dobrze dlatego, że ktoś, a właściwie KTOŚ mógł mu tej dyskusji surowo zabronić. Gdyby tedy potwierdziły się pogłoski, że przekazanie pocisków Ukrainie dokonało się na polecenie władz niemieckich, to nie można by też wykluczyć, że to właśnie one mogły zabronić obywatelu Tusku Donaldu brania udziały w „dyskusjach” na ten temat, a o „kontekście” związanym z „niemądrą walką polityczną” , mógł sobie dośpiewać z własnej inicjatywy – bo przecież o niemieckim zakazie dyskutowania wspomnieć też mu nie było wolno – a jakiś pozór uzasadnienia wypadało podać. I tutaj, niczym prawdziwy dar Niebios, przydaje się Putin.

To ciekawe, że mimo transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszów , w następstwie czego zmieniło się podobno oblicze świata, władze naszego demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego w dodatku zasady sprawiedliwości społecznej, posługują się tym samym schematem, co za pierwszej komuny. Jak pamiętamy, wtedy też o wielu sprawach nie należało dyskutować, ani w ogóle – głośno mówić – bo była to woda na młyn zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, wśród których najgroźniejsi byli dwaj: „Hupka i Czaja”.

Teraz na rewizjonistów ani odwetowców powoływać się nie wypada, jako że świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, a może nawet czemuś gorszemu, prowadzi nas Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która z zagadkowych przyczyn w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to nie tylko uchroniła go od zguby, załatwiając mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem Mocną Ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła zeń człowieka – ale na szczęście Putin nie tylko rozpętał wojnę przeciwko sojuszniczej Ukrainie, więc możemy mu śmiało przypisać rolę Hupki i Czai.

Skoro tedy z uwagi na Hupkę i Cza… to znaczy – pardon – oczywiście nie ze względu na żadnego Hupkę, czy Czaję, tylko oczywiście – ze względu na Putina, każda dyskusja byłaby „wodą na młyn” – to my wszystko verstehen – ale pozostaje jeszcze owa „niemądra” walka polityczna”, która nawet i bez Putina jakąkolwiek dyskusję na ten temat by wykluczała. O co tu może chodzić?

Zgodnie z zasadą, że idioci są szczerzy, w związku z czym wystarczy pozwolić im mówić, pewne światło na tę sprawę rzucił rzecznik vaginetu obywatela Tuska Donalda, Wielce Czcigodny pan minister Szłapka. Z jego wypowiedzi wynika, że chodzi o nic innego, jak o różnicę łajdactwa. O nic innego wszak walka polityczna między obecnym vaginetem obywatela Tuska Donalda, a ekipą powołaną wcześniej przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, toczyć się nie może. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to podczas majdanu w Kijowie Naczelnik Państwa wznosił kabotyńskie okrzyki „Sława Ukrainie” i „Herojam sława!” Cóż innego mógłby wykrzykiwać tam Donald Tusk, albo nawet – Aleksander Kwaśniewski, co to przy każdej okazji, a nawet i bez okazji demonstruje zadowolenie ze swego rozumu, nie tylko politycznego, ale w ogóle?

Wreszcie wypada przypomnieć, że w roku 2016 obywatel Tusk Donald był w opozycji, podczas gdy z nominacji Naczelnika Państwa premierem rządu była pani Beata Szydło, a ministrem obrony narodowej w jej gabinecie był Antoni Macierewicz. Parafa pod umową z 2 grudnia 2016 roku wskazywałaby, iż złożył ją właśnie Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, którego dzisiaj, na odcinku korupcyjnym, prześladuje Wielce Czcigodny Giertych Roman, podobnie jak złowrogiego Grzegorza Brauna prześladuje na odcinku eklezjalnym i właśnie ogłosił jego ekskomunikę. Co prawda nie ma pewności, czy decyzja Wielce Czcigodnego Giertycha Romana nie wymaga dla swej ważności jakiejś kontrasygnaty, a przynajmniej – potwierdzenia ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej” – ale jestem pewien, że wkrótce jakaś mieszana komisja wszystkie te wątpliwości rozwieje. Niewątpliwie bowiem wchodzimy w etap surowości, w którym zarówno Judenrat, jak i jego kolaboranci, będą „srogie głosić kary”. Nie tylko zresztą głosić, ale i stosować – bo jak jest rozkaz surowości, to żartów nie będzie.

Wracając do Wielce Czcigodnego obywatela Szłapki, to właśnie przypomniał on, ze poprzednia ekipa z nadania Naczelnika Państwa, przekazała – na pewno „nieodpłatnie” – aż 44 pakiety pomocowe dla Ukrainy, podczas gdy vaginet obywatela Tuska Donalda – tylko 5.

Jeśli jeszcze minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz prawidłowo będzie odtajniał dokumenty w sprawie donacji dla Ukrainy, to licytacja o różnicę łajdactwa może dla ekip kojarzonych z Naczelnikiem Państwa okazać się druzgocąca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Führeryzacja Ukrainy (część I)

Führeryzacja Ukrainy (część I)

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-fuhreryzacja-ukrainy-czesc-i

Były szef wywiadu wojskowego Ukrainy (GUR), Kyryło Budanow, obecnie szef kancelarii Zełenskiego, zarzucił polskiej stronie celowe dążenie do eskalacji konfliktu dyplomatycznego w związku ze zbliżającą się rocznicą tragedii wołyńskiej. 

Spór zaistniał po decyzji o nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej nazwy „bohaterów UPA”.

Nieprzypadkowy wywiad 

Zdaniem Jana Piekło, byłego ambasadora RP w Kijowie, czas i miejsce tej wypowiedzi nie są przypadkowe. Wywiad ukazał się w dniu rozpoczynającym szczyt NATO w Ankarze oraz na cztery dni przed stanowiącą kość niezgody dla obu narodów rocznicą rzezi wołyńskiej. Dodatkowy kontekst to przetaczająca się przez polską opinię publiczną dyskusja o donacjach sprzętu wojskowego dla Ukrainy, z interceptorami PAC-3 do systemu Patriot na czele.

Budanow porównuje naciski ze strony Warszawy do działań… Moskwy. Podkreślił, że strona ukraińska nie zamierza działać pospiesznie, ani podejmować błędnych kroków. Zapowiedział jednak, że – jak podała RBK-Ukraina – „każdy przejaw nieprzyjaznej polityki spotka się z reakcją”. 

Amerykanie wskazują na Kijów

Do lekceważenia Polski, przyczyniły się nierozważne działania prezydenta Andrzeja Dudy. Wiedząc o tym, że rakieta w Przewodowie, która spowodowała śmierć dwóch polskich obywateli 15 listopada 2022 roku, była rakietą wystrzeloną z terenu Ukrainy w kierunku Polski (co między innymi wynika z udzielonego Bogdanowi Rymanowskiemu wywiadu), po tym fakcie nie domagał się wyjaśnień i przeprosin od Wołodymyra Zełenskiego. Nadał mu Order Orła Białego 5 kwietnia 2023 roku. O tym donoszą amerykańskie media, w których analizowana jest prezydentura Andrzeja Dudy. Wspominają też, że po incydencie w Przewodowie prezydent Joe Biden zapewnił polskie władze, że rakieta została wystrzelona w kierunku Polski z Ukrainy. Prezydent USA zaangażował się w tej sprawie, ponieważ Polska wystąpiła do NATO z żądaniem natychmiastowego uruchomienia art. 5 NATO mówiącego o wspólnej obronie. Polsce chodziło o obronę przed rzekomym napastnikiem, którym w ocenie polskich władz miała być Rosja.

Operacje psychologiczne Ukraińców

Jak na terenie naszego kraju działa ukraińska propaganda i jakie są tego skutki, możemy przekonać się, wysłuchując krótkiej wypowiedzi młodej Ukrainki ze Szczecina, wyzywającej starszą Polkę od „polskiej k..wy”. Zarzuca Polce, że jej matka „zginęła tam na wojnie, przez was” – czyli przez Polaków, którzy de facto uratowali Ukrainę w 2022 roku. Mówi to do Polki, która przez ostatnich 10 lat pobytu tej Ukrainki w Polsce ze swoich podatków ją utrzymywała!

Jak działa ukraińskie Centrum Operacji Informacyjno-Psychologicznych działające pod dowództwem Sił Operacji Specjalnych ukraińskiej armii, miałem okazję niedawno się przekonać. Kilka dni temu pewien sympatyczny młody mężczyzna – obywatel Ukrainy, który zamieszkał wraz z rodziną w tym samym wielorodzinnym budynku, w którym spędziłem dużą część mojego życia – wyjaśnił mi, że opuścił Ukrainę, ponieważ pomimo posiadanego obywatelstwa ukraińskiego nie czuje się Ukraińcem, jest Rosjaninem.

W trakcie grzecznościowej wymiany powitań zagadnął mnie. Powiedział mi, że został zaczepiony przez pewnego mężczyznę w średnim wieku, który przedstawił się, że jest wnukiem powojennych przesiedleńców w ramach Akcji „Wisła” (1947 rok). Uważa się za Ukraińca i chciałby, ażeby Ukraińcy „trzymali się razem”. Przestrzegł go przed paroma Polakami zamieszkałymi w tym samym budynku. Chodziło o mężczyznę, wywieszającego w każde polskie państwowe święto, na swoim balkonie polską flagę. Ostrzegł też przed drugim – zagorzałym kibicem piłkarskim, który z kolei na swoim balkonie umieścił duży sztandar umiłowanej drużyny piłkarskiej. Określił ich jako „groźnych polskich nacjonalistów, których należy unikać”. Z dalszej rozmowy z Rosjaninem wywiodłem kim jest ten wnuk przesiedleńców. Roześmiałem się wówczas i poprosiłem Rosjanina, aby odczytał duży permanentnie zamazywany napis na elewacji budynku „Stryj konfident”. Prawdziwe jego nazwisko brzmi tak, jak pewnego pro ukraińskiego prokuratora, potępianego przez znanego polskiego polityka Grzegorza Brauna. Być może jest to ta sama rodzina?

Cichy front wojny

Znajdujemy się na cichym froncie wojny wytoczonym przeciwko nam za chęć upamiętniania ofiar Rzezi Wołyńskiej. Za chęć pochowania z godnością ofiar wdeptanych w ukraińskie błota. Za odwagę bronienia naszej godności.

Eugeniusz Zinkiewicz

Biedni Polacy patrzą na banderyzm

Biedni Polacy patrzą na banderyzm

Paweł Mościcki. [uwaga, to lewak, ale myślący. md] 13.07.2026 wolnemedia.net/

„Żeby dostrzec to, co i ślepy by dostrzegł, trzeba nieustannych wysiłków” – George Orwell.

Polska to piękny kraj. Kraj ludzi otwartych i tolerancyjnych. Najwyżej w tej hierarchii stoją oczywiście ludzie wykształceni i pełniący ważne funkcje społeczne. Ci bowiem są tolerancyjni nie tylko wobec grup upośledzonych, wykluczonych, prześladowanych. Potrafią na tyle wznieść się ponad prymitywne podziały i plemienne spory, że wykazują się tolerancją i otwartością również wobec faszystów. Mimo iż do niedawna w ogóle nie wierzyli w ich istnienie.

Nawiązuję tu oczywiście do burzy wywołanej przez Wołodymyra Zełeńskiego, który nadał jednej z jednostek wojskowych imię „bohaterów UPA”. Właściwie trzeba od razu powiedzieć, że to nie prezydent Ukrainy wywołał awanturę, ale reakcja Karola Nawrockiego, który wyrwał się z utrwalonej już przez lata omerty i odebrał Zełeńskiemu Order Orła Białego przyznany jeszcze w 2022 roku. Gdyby nie Nawrocki, nikt nie przejąłby się jedną więcej jednostką wojskową nawiązującą do banderyzmu, tak jak nieporównywalnie mniejszy szum wywołał wcześniejszy o tydzień ponowny państwowy pochówek Andrija Melnyka. Nie takie rzeczy przechodziły bez echa.

Zastanawiające jest to, że zwłaszcza wśród postępowej części polskiej inteligencji to nie gloryfikacja UPA, ale sprzeciw wobec niej wywołuje zbiorową reakcję, w której trudno nie rozpoznać oznak prawdziwej paniki. W jaki sposób znaleźliśmy się w tym miejscu? Jak to się stało, że lewicowcy i liberałowie – zjednoczeni na froncie walki o Fajnopolskę – bronią dziś prawa do upamiętniania oraz wynoszenia na sztandary morderców własnych przodków?

Rzecz to nie nowa, ale ja nie o historii tego procesu chciałbym pisać (choć należałoby), ale o pojawiających się przy tej okazji technikach sprzedawania nam ukraińskiego nacjonalizmu i neonazizmu, jego relatywizowania i rozmywania odpowiedzialności tych, którzy go kultywują. I o tym, jak to się rozchodzi po różnych kręgach polskiego politycznego piekiełka.

Kilka technik.

Technika pierwsza

„To rosyjska propaganda” – od lat w polskiej „debacie publicznej” tego rodzaju sugestia wcale nie oznacza, że dana wypowiedź jest nieprawdziwa. Opozycję między prawdą a fałszem już dawno odstawiono do lamusa a automatycznie wypowiadana fraza o „rosyjskiej narracji”, „powielaniu”, ”zbieżności” służy skutecznej odmowie wchodzenia w dyskusję na temat rzeczywistości. Polska inteligencja dawno zgodziła się w tym temacie na swoją instrumentalizację. Jest nawet dumna, że może być zadaniowana przez aparat państwowy, rodzimy lub niekoniecznie rodzimy. Wierzy przy tym, że w ten sposób przypodoba się a nawet upodobni do zachodniego mainstreamu, który wciąż wyznacza dla niej wzór, dostarcza prestiżu, organizuje zasoby, widzialność, itd. Warunkiem jest wywiązywanie się ze swych kompradorskich zadań, czyli skuteczne implementowanie w Polsce punktu widzenia imperialistycznego centrum. Postępowcy od lat są w Polsce rodzajami misjonarzy oddelegowanych do cywilizowania wschodnich rubieży autentycznej cywilizacji. Rosja nie dysponuje tutaj podobną infrastrukturą, więc tym łatwiej staje się tematem, przy którym tutejsza inteligencja wykazuje swoją przydatność.

Gdy Rosja coś powiedziała, Polakom definiuje to świat. Negatywnie, ale wciąż. Trzeba więc nieustannie określać własną pozycję wobec, w obliczu, na przekór Rosji. Jest to wtórna symboliczna podległość, która sprawia, że z założenia Polacy nie mogą mieć własnego, autonomicznego stanowiska zanim nie sprawdzą czy przypadkiem „na Kremlu nie strzelają korki od szampana”. A dlaczego nie mogą? Bo nie mogą mieć autonomicznej i własnej polityki międzynarodowej. Dlaczego? Bo wówczas Polska wpadłaby w szpony Rosji. I tak w kółko.

Warianty poboczne: „to wszystko operacja dezinformacyjna Rosji”, względnie: „element sowieckiej mentalności”. Oznacza to, że ukraiński ultranacjonalizm, instrumentalizowany przeciw Rosji (wówczas jeszcze ZSRR) co najmniej od lat 50. ubiegłego wieku, jest tak naprawdę wymysłem rosyjskiej propagandy, ale gdy okaże się jednak realny, znów to Rosja odpowiada za jego wyprodukowanie. Widać w tym mechanizm działania tabu, wokół którego można wyprodukować najdziwniejsze opowieści byle nie przyznać rzeczy oczywistej i wyciągnąć z niej wnioski.

Technika druga

„Przeszło im” – według tej wersji Ukraina, owszem, miała grupy i partie żywiące sentyment do nazistowskich kolaborantów z UPA i OUN, ale to już było, minęło i teraz cała ta strona politycznego spektrum uległa deradykalizacji. Jak do tego doszło? Otóż stało się to dzięki włączeniu ochotniczych grup o faszystowskich ciągotach (jak Azow, Aidar, Tornado i inne) w szeregi regularnej ukraińskiej armii. To oczywiste, prawda? Aż dziwne, że wcześniej nikt nie wpadł na to, żeby problem ekstremistycznych ugrupowań rozwiązać dostarczając im broń, zapewniając polityczne wpływy i podporządkowując ich symbolice oficjalne państwowe instytucje. I to mimo iż znamy przecież podobne pozytywne przemiany z historii, gdy Republika Weimarska poradziła sobie z Hitlerem oddając mu urząd kanclerza.

Wariant poboczny: „oni nie traktują tej symboliki poważnie”, „to takie trollowanie”. Tu chyba wystarczy cytat z Groucho Marksa: „Jeśli wygląda na idiotę i mówi jak idiota, nie daj się zwieść. Naprawdę jest idiotą”. Nie ma powodu stosować innej metody do skrajnej prawicy.

Technika trzecia

„Mają małe poparcie w parlamencie”. Niestety, przykład Ukrainy pokazuje właśnie, że nie trzeba mieć wielkiego poparcia wyborczego, żeby skutecznie wpływać na kształt ideologiczny kraju. Wystarczy mieć wpływ w kluczowych wymiarach tego państwa, a ten ukraińska skrajna prawica uzyskała najpierw w pomajdanowym rządzie (resorty siłowe i policyjne należały do partii Swoboda), a następnie wypełniła lukę po dezerterach, gdy w ramach Operacji Antyterrorystycznej ukraiński rząd postanowił pacyfikować rebelię na Donbasie.

Uzyskane w ten sposób narzędzia nacisku, skrajne ugrupowania wykorzystują skutecznie, co pokazują ich sukcesy w torpedowaniu pokojowych inicjatyw Żeleńskiego z początków jego prezydentury. W dzisiejszym pejzażu politycznym Ukrainy nie ma kandydata na nowego lidera kraju, który nie byłby przychylny banderowskiej ideologii. Wśród najczęściej wymienianych (np. przez Jarosława Hrycaka) jest Budanow, Bilecki i Załużny. Pierwszy uznał Banderę za postać nieśmiertelną i porównywał się do niego, drugi założył ruch Azow, trzeci zasłynął wywiadem online, w którym udało mu się zmieścić w komputerowym kadrze wielki portret przywódcy OUN.

Zresztą weźmy przykład z własnego podwórka. Czy poparcie dla partii Zbigniewa Ziobry przekraczało kiedyś 3%? Nie, a mimo to np. kobiety w tym kraju wciąż żyją w rzeczywistości zdefiniowanej przez jego antyaborcyjne obsesje.

Technika czwarta

„Może kult UPA jest zły, ale Ukraińcy bronią nas przed Rosją”. To być może punkt ciężkości całej ideologicznej konstrukcji, bo bez wiszącej nad nami groźby rosyjskiej inwazji, tego rodzaju emocjonalne wzmożenie nie byłoby możliwe. Zrozumiały lęk przed wojną został skanalizowany w celu jej dalszego podsycania, czemu narracja o planowanej inwazji Rosji na NATO ma właśnie służyć. Poza tym zdejmuje całkowicie odpowiedzialność z państw zachodnich za jakiekolwiek działania eskalujące sytuację, włącznie z tymi, które samą wojnę poprzedzały. Pozwala to też zatrzeć fakt, że obecność banderyzmu na Ukrainie, jego rosnący wpływ, był również jedną z przyczyn tej wojny, a nie jedynie przesadzoną reakcją na jej wybuch, którą musimy tolerować w imię wyższych wartości. Inwazja rosyjska doprowadziła oczywiście do zwiększenia popularności, a nie osłabienia, tej linii politycznej.

Swoją drogą to bardzo ciekawe, że najpotężniejszy sojusz militarny na świecie, czyli NATO, potrzebuje do swojej obrony kraju, który nie jest jego członkiem. Ciekawe, że sojusz obronny broni się też poza granicami własnego terytorium przed państwem, które go nie zaatakowało.

Rosja postanowiła zresztą zaatakować nas Polaków (bo to wszystko oczywiście o nas) i resztę NATO w sposób dość osobliwy. Nie wprost i przez najdłuższy lądowy pas, który ją od nas oddziela. Aż szkoda, że nie postanowiła zrobić tego w ogóle od drugiej strony świata, wówczas mielibyśmy wreszcie szansę być bronieni przed Rosją przez USA.

Niestety polska bańka informacyjna nie jest skłonna do podjęcia żadnej poważniejszej analizy genezy tej wojny, ponieważ nauczono ją traktować wszelkie nie pasujące do schematu pytania i argumenty za część operacji dezinformacyjnej i dowód na obce wpływy. Zadowala się więc sloganami, nawet jeśli nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością a niekiedy wręcz całkowicie odwracają ją do góry nogami.

Timothy Snyder, historyk o tak wybitnych kompetencjach, że zdołał w Putinie dojrzeć kiedyś zarówno Hitlera, jak i Stalina (sic!), stwierdził nawet, że bezwzględne popieranie Ukrainy jest warunkiem zachowania polskiej niepodległości. To ciekawa definicja niepodległości, skoro zależy ona od bezwzględnego popierania polityki innego państwa. I jeszcze określana jest z zewnątrz przez amerykańskiego członka Council on Foreign Relations.

Wariant poboczny: „może UPA było straszne, ale walczyło z Sowietami”. No cóż, III Rzesza też walczyła z Sowietami. Nawet chyba skuteczniej niż UPA. Czemu więc polska opinia publiczna nie chwyci się i tego faktu, żeby wymazać ze zbiorowej pamięci inne rzeczy, które robili naziści? Poczekajmy, dajmy szansę. Jeszcze wszystko przed nami. Te argumenty pokazują co przynosi długotrwały trening w historycznym rewizjonizmie i jego podporządkowanie bieżącym potrzebom geopolitycznym. One same z kolei, jak w błędnym kole, wyrastają często ze zideologizowanej i zinfantylizowanej wersji historii. Najpierw mieliśmy symetryzm totalitaryzmów, potem pranie reputacji Zachodu, a następnie systematyczną rehabilitację nacjonalizmów.

Dziś pętla ta weszła już w taką fazę, że nawet liberałowie i lewicowcy dzielą to samo imaginarium historyczne, co skrajni nacjonaliści. A jego punktem archimedesowym jest bezwzględna kryminalizacja komunizmu i socjalizmu, z której powoli wyłączany jest natomiast faszyzm i nazizm. Postępowcy i nacjonaliści mają tego samego wspólnego wroga, więc zaczynają mieć powoli tych samych przyjaciół. I nie zmienia tego fakt, że tylko nieliczni i niechętnie są w stanie się do tego przyznać.

Dygresja

Tu mała dygresja teoretyczna. Chantal Mouffe dokonuje w swojej teorii politycznej rozróżnienia między antagonizmem a agonizmem. Ten pierwszy to relacja z wrogiem, w której nie sposób znaleźć żadnej płaszczyzny porozumienia, nie można przezwyciężyć wzajemnej wrogości. W przypadku agonizmu jednak, pomimo skrajnych różnic lub sprzecznych interesów, istnieje wspólny mianownik choćby w kwestii tego jak prowadzić ze sobą walkę. To relacja nie z metafizycznym wrogiem, ale z politycznym przeciwnikiem.

Osobliwość dzisiejszej architektury ideologicznej w Polsce jest taka, że to komunizm (i Rosja wraz z nim jako jego spadkobierca) są uznawane za wrogów metafizycznych (Nawrocki sam stwierdził, że Rosja jest naszym „odwiecznym wrogiem”), podczas gdy Ukraina, nawet z kultem nazistowskich kolaborantów, pozostaje naszym metafizycznym (patrz: Snyder) sojusznikiem. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie sposób nawet wyartykułować pozycji agonistycznej, która przywracałaby polityczny realizm i uzależniała własną strategię od rzeczywistych działań naszych sąsiadów.

W ogólniejszym sensie nasze państwa mają ideologiczny profil, który w sposób całkowity i bezwzględny odrzuca komunizm, natomiast faszyzm i nazizm coraz częściej odrzuca (jeśli odrzuca) jedynie względnie. Na łaskę ważenia zasług i przewin łapią się tylko ci ostatni.

Technika piąta

„To odosobniony incydent”. Skutkiem ubocznym rozpętanej w polskiej przestrzeni publicznej awantury o nadanie oddziałowi armii nazwy „bohaterów UPA”, jest koncentracja na pojedynczej decyzji, zamiast na szerszym procesie. Komentatorzy chętnie przyznają, że Zełeński popełnił błąd, faux pas, zapomniał się i nie wziął pod uwagę wrażliwości Polaków.

Tyle tylko, że to nie jest odosobniony przypadek, ale zwieńczenie długiego procesu rehabilitacji UPA i OUN oraz budowania ideologicznych fundamentów państwa ukraińskiego po Majdanie na tej polityce historycznej. Jest to fenomen doskonale opisany i zanalizowany, a obejmuje setki podobnych decyzji, gdy ukraińscy faszyści stawali się patronami szkół, ulic, instytucji, bohaterami podręczników, pomników, itd. Doskonale potwierdzają to reakcje ukraińskich polityków na gest Nawrockiego. Okazuje się, że dla nich kult UPA i OUN jest już nieodróżnialny od ukraińskiej państwowości jako takiej. Gdyby było inaczej, gdzie byłby problem? Gdyby chodziło o pojedynczą sprawę, w ogóle nie byłoby sprawy.

Tymczasem teraz polska klasa polityczna konfrontuje się – przyznać trzeba: niechętnie – z konsekwencjami własnej politycznej ślepoty oraz tego, jak głęboko zinstrumentalizowana została pamięć historyczna naszego regionu na rzecz interesów amerykańskiego imperializmu. Bez banderowców – co przyznają chętnie oni sami – nie byłoby „rewolucji godności” na Majdanie, a poparcie politycznych ekstremistów stanowiło konieczny element strategii osłabiania Rosji przez NATO, co też nie jest już tajemnicą dla każdego, kto słucha uważnie choćby wypowiedzi amerykańskich polityków.

Z konsekwencjami tej strategii zostaniemy oczywiście sami. Jak wcześniej mieszkańcy innych regionów świata (choćby Bliskiego Wschodu), gdzie USA też bez żadnych skrupułów rehabilitowały najbardziej reakcyjne i brutalne ruchy oraz ugrupowania, o ile tylko mogły posłużyć do realizacji ich celów.

Technika szósta

„My też mamy swoje grzechy” – to, trzeba przyznać, specyficzny rodzaj whataboutyzmu. Taka asertywność w cudzym imieniu. Stanowi to zresztą część szerszego zjawiska, które występuje szczególnie silnie w środowisku Fajnopolaków, dla których Ukraina stała się okazją do ucieczki od własnych kompleksów wobec symbolicznej hegemonii polskiej prawicy. Powstał w ten sposób rodzaj pożyczonego, kompensacyjnego patriotyzmu, patriotyzmu z drugiej ręki. Dla tych środowisk polski patriotyzm pachnie od razu faszyzmem. Ale Ukraina to co innego. Tam wszystko jest jakieś inne, lepsze, autentyczniejsze. Nawet faszyzm jest de facto emancypacją.

Ale jeśli to nazistowska symbolika i kult nagiej siły stanowią dla jakiejś grupy platformę wyzwolenia, to może jej głęboka jaźń jest bardziej skażona faszyzmem niż świadczyłoby o tym urządzane przez nią na co dzień polowanie na polskich patriotów? Może ci, którzy nieustannie ostrzegają, że „idzie faszyzm”, powinni wreszcie usłyszeć: „tak, z wami pod rękę”? To oni poprzez swoją ukraińską kompensację, którą chronicznie mylą z autentyczną empatią, zrobili więcej niż prawica dla normalizacji i legitymizacji ukraińskiego faszyzmu.

W ramach tej przepychanki zupełnie znika z pola widzenia możliwość krytyki zarówno własnych, jak i cudzych przewin w imię uniwersalnych zasad i przekonań. Do tego trzeba jednak jakieś zasady i przekonania posiadać, a tu jak widać rządzą raczej bezwarunkowe odruchy dostosowane do bierzących potrzeb medialnych cykli, niż postawy wynikające z jakichkolwiek głębszych przemyśleń.

Argument o tym, że przecież w Polsce też czci się nacjonalistów i faszystów mających krew na rękach jest zarazem historycznie trafny i politycznie nierelewantny. Przewiny polskich faszystów nie zmywają przewiń faszystów innych krajów. Choć przyznać trzeba, że środowisko Nawrockiego zyskało siłę i widoczność dzięki podobnym mechanizmom do tych, które na Ukrainie rehabilitują UPA i OUN. Spór dwóch prezydentów jest w tym sensie mimo wszystko kłótnią w rodzinie, co nie zmienia faktu, że odsłania o wiele głębsze problemy i zaniedbania.

Pozycja Fajnopolaków jest tu znów bardziej złożona niż pozycja Ortopolaków. Ci ostatni mają swoich nacjonalistów i bez wahania będą ich wystawiać na historyczną potyczkę z tymi ukraińskimi. W sporze między nacjonalizmem polskim a nacjonalizmem ukraińskim Fajnopolacy wybiorą natomiast ten drugi, żeby broń Boże nie wyjść na… nacjonalistów. Sami dawno już przekonali samych siebie, że nie posiadają żadnego innego politycznego języka, który mógłby im pomóc w tej sytuacji. Zwłaszcza, że ich pozycja w społeczeństwie zależy od kontaktu z imperialistycznym centrum, a stamtąd nie przychodziły apele o konsekwentny antyfaszyzm.

Technika siódma

„Oni po prostu inaczej postrzegają historię” – to część strategii osiągania konsensusu przez relatywizację. Sprowadza się w ten sposób zbrodnie banderyzmu do jakiejś polskiej obsesji. Ale zbrodnie UPA i OUN nie są odrażające, bo Polacy mają taką narrację i pamięć. Faszyzm ukraiński nie jest godny potępienia dlatego, że jest ukraiński, tylko dlatego, że jest faszyzmem. Podobnie jest z polską czy jakąkolwiek inną jego odmianą. I każdy w miarę myślący człowiek, nie powinien mieć w ogóle problemu ze stwierdzeniem tego faktu. Hitleryzm nie jest godny potępienia, bo tak mówią Polacy czy Żydzi, tylko dlatego, że planowo mordował całe narody w imię własnej rasistowskiej ideologii.

To, że podobna postawa nie jest ani w Polsce, ani na Ukrainie oczywistością, stanowi efekt długotrwałej ideologicznej transformacji, której fundamentem jest oczywiście kryminalizacja komunizmu, a wraz z nim usunięcie ze zbiorowej świadomości powojennej religii cywilnej jaką był zresztą po obu stronach żelaznej kurtyny (choć w różnych formach) antyfaszyzm. Dziś religią cywilną Europy jest antykomunizm, a jego najnowszym wcieleniem – rusofobia. I one uzasadniają coraz bardziej radykalne transgresje w manipulowaniu historią.

Wariant poboczny: „Każdy ma prawo sam sobie wybierać bohaterów”. To też relatywizacja, ale odwołująca się, paradoksalnie, do rzekomo uniwersalizującej figury „prawa”. Prawo do faszyzmu staje się w ten sposób niemal prawem do samostanowienia. A w polskiej przestrzeni publicznej znów pojawia się ciekawe pęknięcie. Fajnopolacy byliby skłonni przyznać: „tak, wszyscy, ale nie Polacy”, bo inaczej musieliby pogodzić się z miejscowym kultem żołnierzy wyklętych, któremu w jakiś sposób patronuje teraz Nawrocki. On sam i reszta Ortopolaków też nie do końca wierzy w to zdanie, ale użyje go w taki sam sposób jak Fajnopolacy, gdy tylko ktoś zaatakuje jego panteon bohaterów. Ciekawe czy jak w Niemczech władzę obejmie ktoś, kto ma sentyment do niespełnionego bawarskiego malarza też obejmie go to prawo?

Technika ósma

„To było dawno temu, po co to wywlekać” – jest to w sumie wariant narracji o odosobnionym incydencie, tyle że przeniesiony w wymiar czasowy. Pomijam istotną kwestię ekshumacji. Bo to tylko element pewnej całości. I problem z tą całością polega na tym, że państwo ukraińskie właśnie teraz stawia na pomnikach zbrodniarzy i ludobójców, aby w ten sposób wychować w kulcie banderyzmu nowe pokolenia swoich rodaków. I sprzeciw wobec tej polityki dotyczy przede wszystkim jej efektów w najbliższej przyszłości.

Wariant poboczny (też związany z czasem): „Dajmy im trochę czasu”. Okażmy cierpliwość. Pomijając ukryty protekcjonalizm tej postawy, który czyni z Ukrainy kraj małych dzieci, które w swojej narodowej świadomości są dopiero na etapie raczkowania, jest to po prostu argument bezsensowny. Gdy ostatni raz Ukraińcy przeżywali fascynację ideami Doncowa wymordowali tysiące Polaków, Żydów, Rosjan i własnych rodaków. Teraz, gdy takie wzmożenie jest budowane ponownie mamy mu się dać w pełni rozwinąć? W końcu co może pójść nie tak, prawda?

Ten współczesny wymiar problemu jest często pomijany również przez tych, którzy krytykują politykę historyczną Ukrainy. Są w stanie potępiać przeszłość, tylko wobec teraźniejszości są nad wyraz wyrozumiali. To o tyle dziwne, że jeśli coś nam zagraża to raczej współczesny a nie historyczny banderym. Sam Bandera, choć nie wiem czy i to nie jest dziś w Polsce poglądem kontrowersyjnym, już nie żyje.

Kilka uwag

Jak pewnie zauważyliście używam tu dość często argumentu o marnej reputacji – ad hitlerum. Cóż, staram się korzystać póki jeszcze można. Jest symptomatyczne, że tabu odpowiadające za bezbłędną skuteczność tego zabiegu retorycznego właśnie upada na naszych oczach. Antyfaszyzm przestał być najmniejszym wspólnym mianownikiem, moralnym minimum w życiu publicznym. Może nigdy nie był nim naprawdę, albo w wystarczającym stopniu? Dziś, gdy w obronie czci nazistowskich kolaborantów staje najbardziej postępowa część inteligenckiej elity, można uznać, że padł ostatni bastion historycznej przytomności. Można już wszystko, nie ma żadnych ograniczeń. Za chwilę okaże się (co ja mówię, już się okazało), że to Polacy powinni przeprosić za Wołyń.

„Gazeta Wyborcza” uruchomiła już nawet hasło: „Auschwitz nie spadło z nieba”. Bezpośrednio odnosi się to do nacjonalistycznego wzmożenia prawicy, która teraz chce sprawdzać narodowość posłów w sejmie. Jednak w kontekście tego, co jest treścią i istotą tego sporu, powiedzieć, że tego rodzaju moralne akty strzeliste wypadają jak niezamierzona karykatura, to nic nie powiedzieć. Zresztą nie tylko Auschwitz nie spadło z nieba. Wołyń też. Gaza też. To raczej redaktorzy GW wydają się czasem spadać z jakichś nierealnych wysokości i w konfrontacji z realnym światem wyglądają na mocno poturbowanych.

Jak to się stało, że kapłani cnotliwości nie są w stanie wykazać się cnotą tak minimalną jak jednoznaczne i konsekwentne potępienie nazizmu (bo banderym był jego odmianą)? Skąd u tych moralnych maksymalistów aż taka wybiórczość? Odpowiedzi są jak się wydaje dwie.

Po pierwsze: uwarunkowania geopolityczne. Od dawna elementy najbardziej reakcyjnych i niebezpiecznych ideologii znajdowały swoje miejsce w pakiecie postaw dopuszczalnych, a nawet cool. Kultywowanie nacjonalizmów w krajach bloku socjalistycznego to ABC amerykańskiej strategii od początku zimnej wojny. Po upadku ZSRR przemilczanie sojuszy USA ze skrajną prawicą było koniecznym elementem pro-zachodniej narracji. Celowała w tym „Gazeta Wyborcza”, zakochana od pierwszego wejrzenia w każdej zachodniej nielegalnej wojnie, interwencji, zamachu stanu czy ekonomicznej grabieży. Jugosławia, Irak, Afganistan, Libia, Syria – do wyboru do koloru. Polskie autorytety za każdym razem stawały na baczność, żeby reprezentować moralne racje handlarzy bronią i globalnych mafiozów. Wymagała tego ich pozycja w systemie głęboko spenetrowanym przez interesy krajów zachodnich z USA na czele.

Po drugie: wewnętrzna ewolucja kompradorskiej inteligencji. Dzierżąc przez jakiś czas rząd dusz, elity liberalne oduczyły się toczyć jakiekolwiek spory, bo wszystkie wygrywały siłą swej instytucjonalnej przewagi zawczasu. Pokłosiem wypracowanego w ten sposób habitusu jest dzisiejsze flagowanie oponentów za pomocą kategorii dezinformacji, teorii spiskowych, kremlowskich narracji, itd. Zabieg ten skutecznie zastępuje konieczność angażowania się w merytoryczne dyskusje, ponieważ w ich wyniku spójność dominującej narracji siłą rzeczy by słabła. A przecież kompradorska inteligencja ma stać na jej straży, a nie wdawać się w niuanse. Stąd też bierze się kicz moralnego uniesienia, który w kontekście sporu o UPA zahacza czasem o groteskę. O ile kicz estetyczny można określić jako wzruszenie własnym wzruszeniem, o tyle kicz moralny to poczucie wyższości wynikające z poczucia własnej wyższości. Po co tracić tak korzystną pozycję?

Obecnie mainstream medialny chroni już dwa faszyzmy: izraelski i ukraiński. Oba zresztą z tych samych powodów geopolitycznych i przy jednoczesnych próbach wymazania tego politycznego kontinuum. Warto się może jednak zastanowić jak właściwie określić ogólny projekt polityczny, w którym uczestniczymy, skoro wymaga on nieustannego wchodzenia w tego rodzaju alianse?

Jaki budujemy świat, skoro dziś w dobrym towarzystwie niedelikatne jest wypominanie izraelskim i ukraińskim faszystom, że są, albo stają się, faszystami? Czemu na siłę czyni się z tego gest równoznaczny z samym faszyzmem, motywowanym przez antysemityzm lub ukrainofobię? Jak to się stało, że ten, wydawałoby się, zupełnie naturalny moralny odruch stał się tak kosztowny?

Wszystko to dzieje się oczywiście ponad głowami i wbrew żywotnym interesom nie tylko znakomitej większości polskiego społeczeństwa, ale również ukraińskiej diaspory w Polsce. Polonobanderyzm – jak określił kiedyś to zjawisko Bronisław Łagowski – knebluje bowiem również Ukraińców, który nie podzielają fascynacji UPA i OUN, a którzy niekiedy sami padali już ofiarą ich rehabilitacji. Najpierw byli kneblowani u siebie, teraz knebluje się ich po raz drugi u nas. A to ci Ukraińcy, podobnie jak Polacy chcący trzymać się jak najdalej od kultu wyklętych i innych nacjonalistycznych jasełek, są szansą na życzliwe współżycie, wzajemną pomoc i przyszły pokój. Oportunizm klasy politycznej właśnie wrzuca ich wszystkich na minę i składa na ołtarzu własnych interesów.

Ortopolacy najpierw zrobili z nazioli normalsów, żeby teraz zrobić z normalsów nazioli i w ramach odwetowej „walki z UPA” (spóźnionej o jakieś 12 lat), walczyć również z nimi. Fajnopolacy będą z kolei do znudzenia umierać za przyjaźń polsko-ukraińską, włączając w nią banderowców, którzy tę przyjaźń z powodów dla swej doktryny fundamentalnych traktują najwyżej jak zło konieczne. Jedni mają wrogów a drudzy przyjaciół nie tam gdzie trzeba. I jedni i drudzy w praktyce podtrzymują znak równości między ukraińskością a banderyzmem. I jedni i drudzy nie potrafią mieć normalnych politycznych sojuszników lub przeciwników, bo to wymaga jakiejś „kultury strategicznej” – jak to się dziś mówi – a tej u nas nie wypracowano, bo po co podwykonawcy komplikować robotę?

Tymczasem jednoczącym mitem dla Polski i Ukrainy (a w dalszej kolejności dla całego regionu) mógłby być właśnie antyfaszyzm. Byłby może mitem i jak każdy mit upraszczałby relacje, historie, itd., ale miałby przynajmniej pozytywny, pokojowy, solidarnościowy potencjał. To, że dziś taka propozycja brzmi jak scenariusz science-fiction, pokazuje jedynie głębię mentalnej, politycznej i instytucjonalnej niesamodzielności, w którą popadły kraje byłego bloku socjalistycznego. Brak konsekwentnej, lewicowej postawy antyfaszystowskiej sprawia, że będziemy skazani na tożsamościowe wyścigi, które nie tylko kryzysu nie uleczą, ale wręcz go utrwalą. Klucz do problemu jest bowiem daleko poza ich zasięgiem.

Autorstwo: Paweł Mościcki
Źródło: Strajk.eu

Otrzeźwienie ??? … MEM-y IX.

Jakiej narodowości są ci mili chłopcy?

=====================================

————————————-

——————————-

————————————-

————————–

—————————————-

————————————

———————————————

——————————–

—————————————————-

Armia nasza jest zwycięska. Nad Polakami…

HANNA KRAMER  gloria 

Cicha wojna z własnymi ludźmi. Jak militaryzacja pożera wschodnią Polskę

W Polsce, która bije rekordy wydatków na obronność i chełpi się rolą „pierwszej linii frontu” NATO, rozgrywa się cichy, ale wyjątkowo bolesny dramat. Na Warmii, Mazurach, Podlasiu i w okolicach Przesmyku Suwalskiego zwykli mieszkańcy żyją w stałym napięciu. Budzą się z pytaniem: czy dzisiaj nie przyjdą po naszą ziemię, dom albo działkę?

Ćwiczenia NATO – „Dzielny Dzik 26”, Dragon czy kolejne odsłony Steadfast Defender – oficjalnie mają odstraszać wroga. Transporty sprzętu, rozbudowa poligonów i program „Tarcza Wschód” są przedstawiane jako święta konieczność. W rzeczywistości stały się wygodnym narzędziem brutalnej militaryzacji, w ramach której władza i armia przejmują ziemię i burzą życie lokalnych społeczności. Priorytet wojska jest dziś tak absolutny, że interes zwykłego obywatela po prostu przestał się liczyć. Dowódcy wojskowi oraz lokalne władze traktują mieszkańców jak element krajobrazu, który można przesunąć lub usunąć, gdy tylko wymaga tego „interes strategiczny”.

Zgodnie ze specustawą o inwestycjach obronnych „Tarcza Wschód” została zaliczona do inwestycji kluczowych, a nie strategicznych. Chodzi o to, że dla inwestycji kluczowych nie ma możliwości procedury przymusowego wywłaszczenia nieruchomości, co dotyczy tylko inwestycji strategicznych. Ministerstwo Obrony Narodowej wielokrotnie podkreślało, że wojsko chce kupować tylko te tereny, które uzna za niezbędne z punktu widzenia efektywności projektu, a nie te, które zostaną mu zaoferowane szybciej lub na korzystniejszych warunkach. Jednak TVP Olsztyn i Radio Olsztyn opublikowały serię reportaży o protestach rolników z Borków, Świętajna i okolic. Rolnicy mówili wprost o mocno zaniżonych odszkodowaniach.

„Armia zachowuje się jak państwo w państwie – mówi z goryczą Janusz, rolnik z Podlasia, którego rodzina od pokoleń uprawia te pola. – Najpierw manewry niszczą nam uprawy, potem przychodzą po ziemię pod magazyny i poligony. A my mamy się cieszyć, bo to dla bezpieczeństwa?”

Ostatnie kilka lat pokazało wyraźny kierunek polityki rządu. Już niedługo główne hasło naszych polityków będzie brzmiało następująco: „Wojsko ponad wszystko”. Z roku na rok wydatki na bezpieczeństwo rosną w tempie, jakiego nie osiągają wydatki na programy socjalne, edukację i służbę zdrowia.

W 2022 roku na obronność przeznaczano 2,4% PKB (ok. 57–60 mld zł). W 2025 roku wskaźnik ten sięgnął 4,5–4,7% (blisko 187 mld zł), a w 2026 planowane jest prawie 4,8% PKB – około 200 miliardów złotych. To najwyższy poziom w całym NATO. W tym samym czasie edukacja utrzymuje się na poziomie ok. 4,8–5% PKB, a ochrona zdrowia z trudem zbliża się do ustawowych celów. Wojsko pożera budżet w tempie, jakiego nie widziano w żadnej innej kluczowej dziedzinie.

Oczywiście, kontekst geopolityczny jest poważny. Jednak władze wykorzystują „niestabilną sytuację” i „zagrożenie ze Wschodu” jako pretekst, by bezkarnie ograniczać prawa własnych obywateli. Ustawa z lipca 2025 roku o strategicznych inwestycjach obronnych dała władzy potężne narzędzia: przyspieszone procedury, decyzje wojewodów w ekspresowym tempie i tworzenie stref zamkniętych. Teoretycznie ma obowiązywać „dialog”. W praktyce rolnicy dostają ultimatum: podpisuj albo i tak weźmiemy.

Pani Maria z okolic Suwałk nie kryje łez: „Przyszli z papierami i powiedzieli, że to już nie nasze. Dom po rodzicach, sad, całe życie – wszystko pod strefę strategiczną. Oferują grosze. Ale kto mi odda to, co tu zbudowałam?”

Takich historii są dziesiątki. Rolnicy, emeryci i wielopokoleniowe rodziny czują się jak przeszkoda w wielkim militarystycznym projekcie. Władze przejmują działki, wprowadzają ograniczenia w użytkowaniu nieruchomości, a wojsko dostaje zielone światło niemal na wszystko.

Ministerstwo Obrony publikuje uspokajające broszury, ale rzeczywistość jest inna – przyspieszona militaryzacja odbywa się kosztem tych, którzy najmniej skorzystają na wielkich kontraktach zbrojeniowych.

Nikt rozsądny nie twierdzi, że Polska nie powinna się zbroić. Zagrożenie ze Wschodu jest realne [ale z południowego wschodu, rybko.. md] . Pytanie jednak brzmi: czy budując bezpieczeństwo zewnętrzne, trzeba niszczyć poczucie bezpieczeństwa zwykłych obywateli we własnym kraju? Czy interes NATO i wielkich graczy musi zawsze przeważać nad prawem Polaków do spokojnego życia na ziemi, którą uprawiali ich dziadkowie?

Dziś, w cieniu natowskich czołgów, na wschodzie Polski słychać nie tylko huk silników. Coraz głośniej słychać gniew i rozgoryczenie ludzi, których własne państwo traktuje jak element krajobrazu do usunięcia. Czas zadać pytanie wprost: dla kogo właściwie jest ta „Tarcza”, jeśli pod nią ginie zwykła Polska?

HANNA KRAMER

Ukraina bez różowych okularów

Ukraina bez różowych okularów

Łukasz Jastrzębski myslpolska/jastrzebski-ukraina-bez-rozowych-okularow

Polacy zaczynają patrzeć na Ukrainę bez różowych okularów.

Temat okrutnych ukraińskich mordów na ludności polskiej stał się powszechny i pierwszoplanowy w naszym kraju. W dziesiątkach, jak nie setkach miejscowościach w całej Polsce odbyły się uroczystości rocznicowe. Czas wspomnień rozpoczął się 4 lipca Marszem Pamięci w Warszawie zorganizowanym przez Fundację Wołyń Pamiętamy, a symbolicznie zakończył 11 lipca pod Pomnikiem „Rzeź Wołyńska” w Domostawie.

O tragedii, która wydarzyła się na polskich Kresach usłyszał praktycznie każdy Polak. Stało się tak dzięki długotrwałej mrówczej pracy działaczy kresowych i narodowych. Okna Overtona zostało wreszcie przesunięte. Ukraina przestała być „złotym cielcem”, który należy wielbić, a nie można go krytykować. Ma w tym zasługi „Myśl Polska”, na łamach której przez dziesięciolecia przypominano kim byli i uczynili banderowcy. Na szerokie wody temat ukraińskich zbrodni wypłynął jednak dzięki internetowemu pokoleniu działaczy kresowych, przebiegu wojny rosyjsko-ukraińskiej, roszczeniowej postawy znacznej części ukraińskich uchodźców i butnemu zachowaniu władz ukraińskich względem naszego kraju.

Banderyzm.

Banderyzm na Ukrainie, nie jest żadną nowością. Heroizacja polakożerców, zbrodniarzy i kolaborantów III Rzeszy jest na Ukrainie normą przynajmniej od czasów „euromajdanu”. W kolejnych miastach Ukrainy jak grzyby po deszczu stawiono pomniki Stepana Bandery. Ulice, place, skwery nazywano na cześć Szuchewycza, Melnyka, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Obchodzono rocznice związane z działaniami 14 Dywizja Grenadierów Waffen SS. Tak było od 2014, tak było w 2022 roku i trwało to, aż do 2026 roku. Władze państwowe, władze kościelne i media w Polsce udawały, ze problem nie istnieje. Dopiero decyzja przywódcy Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek imienia „Bohaterów UPA” spowodował powszechną zmianę patrzenia na kwestię ukraińską przez media i polityków głównego nurtu. A przez to przez społeczeństwo. Symbolem zmiany była decyzja prezydenta Polski Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu.

Przypadek?

Nie wierzę w takie przypadki. Moim zdaniem w realnych ośrodkach władzy zapadła decyzja o tym, że należy mocno przytemperować cierpiącego na syndrom zbawcy narodu Wołodymyra Zełenskiego. W niedalekiej przyszłości zaś najprawdopodobniej zakończyć jego karierę polityczną.

Motorem sprawczym zmiany narracji może być Londyn, który zdecydowanie wolałby na stanowisku przywódcy Ukrainy wiedzieć Wałerija Załużnego. Myślę, że właśnie w tym kontekście należy odczytywać nagłe zdymisjonowanie premier Ukrainy Julii Swyrydenko, jak i rezygnację z funkcji ambasadora Ukrainy w USA Olgi Stefanishyny. Sam Zełenski i jego w znacznej części skorumpowane środowisko stało się mocno problematyczne nie tylko dla Londynu, ale również Waszyngtonu i Tel Awiwu.

Londyn gra na długotrwałą wojnę Ukrainy z Rosją. Jest przekonany, że era Wołodymyra Zełenskiego się kończy i może on zostać obalony przez własnych obywateli. Takiego rozwoju sytuacji moim zdaniem nie chcą Brytyjczycy. To podważyłoby i tak mocno zachwianą w krajach zachodu pozycję władz w Kijowie. Dla Londynu optymalnym rozwiązaniem byłaby rezygnacja z funkcji przywódcy Ukrainy Zełenskiego i zastąpienie go mającym pełne zaufanie Załużnym. Obecnego przywódcę Ukrainy nie chce również bronić Waszyngton. Bezczelny i próbujący rozgrywać samego prezydenta USA Donalda Trumpa Zełenski stał się zupełnie nieakceptowalny dla podchodzącego biznesowo do polityki obecnego prezydenta USA i jego ekipy. Zełenski ze względu na swoje pochodzenie, a dzisiejszą postawę gloryfikującą szowinistów i kolaborantów III Rzeszy stał się zbędnym balastem dla Izraela.

Bruksela i Warszawa.

Dzisiaj za Zełenskim stoi Bruksela – głównie Niemcy i Francuzi. Przywódca Ukrainy jeszcze ma oparcie w dwóch głównych państwach Unii Europejskiej. Ale ze względu na swoja roszczeniowość i sytuację skomplikowaną wewnętrzną Ukrainy również dla Berlina i Paryża staje się on coraz mniej przydatny. Bo bez poparcia ukraińskich mas nie ma szansy na prowadzenie wojny z Rosją i utrzymanie na Ukrainie kursu, jeśli już nie euroatlantyckiego, to przynajmniej proeuropejskiego. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz i prezydent Francji Emmanuel Macron to zimni gracze, którzy dzisiaj poklepują po plecach Wołodymyra Zełenskiego, by nazajutrz moc zachować się jak Brutus względem Juliusza Cezara.

Władze w Polsce chociaż nie są samodzielne, również w znacznej części czekają na koniec kariery przywódczej Wołodymyra Zełenskiego. Arogancja i buta tego człowieka sprawiły, że stał się on w Polsce powszechnie uważany za nieprzyjaciela. Coraz trudniej społeczeństwu tłumaczyć, dlaczego rząd popiera kijowskie władze. Dzisiaj już nie tylko uważana za suwerenistyczną opozycja jak Konfederacja Mentzena czy Korona Brauna, ale również ukrainofilskie PiS Kaczyńskiego i obrotowy PSL Kosiniaka-Kamysza widzą w Zełenskim nie przyjaciela a wroga Polski. Mimo wrodzonej rusofobii i nakazanemu ukrainofilstwu przedstawicielom rządu jak i samemu premierowi Donaldowi Tuskowi coraz trudniej tłumaczyć nieprzyjazne względem Polaków posunięcia przywódcy Ukrainy. Opozycja skupiona wokół Jarosława Kaczyńskiego dobrze odczytała nastroje społeczne i przetwarza się z radykalnie pro-ukrainskiego stronnictwa w partię ukraino-realistyczną. Ściga się w tym z Konfederacją oraz Koroną. Moim zdaniem opozycja jawnie, zaś koalicja po cichu liczy na upadek powszechnie znienawidzonego w Polsce Zełenskiego.

Biden & Soros

Stronnikami obecnego przywódcy Ukrainy pozostają amerykańscy demokraci i zbiorowy Georg Soros. Amerykańskie jastrzębie wojny skupione wokół prowojennej części Partii Demokratycznej oraz liczne fundacje rozsiane po Europie a powiązane z Sorosem, będą bronić Zełenskiego jak źrenicy własnego oka. Spowodowane jest to zarówno kwestiami ideologicznymi czyli wiarą w konieczność demokratyzacji świata na modłę amerykańską, jak również ochroną własnych tyłków. Nie chcą by na światło dzienne wyszły kulisy związane z wydarzeniami poprzedzającymi i samą wojną na Ukrainie. Nie mogą sobie pozwolić na to, by argumentacja prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, a tym bardziej prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina okazał się prawdziwa i stała się przekazem medialnym. To byłby ogromny cios dla tych wpływowych z różnorakich względów środowisk. Jednak nawet w środowisku demokratyczno-liberalnym, które stoi za wsparciem dla Ukrainy rodzi się opozycja, która chciałaby zakończyć „operacje Zełenski”.

Putin

Chichotem historii jest fakt, że obecny przywódca Ukrainy stał się wygodny dla prezydenta Federacji Rosyjskiej. On sam jak i jego środowisko ze względu na heroizację banderyzmu, powszechną korupcję i nastroje społeczne na Ukrainie stał się niechcący sojusznikiem narracji Władimira Putina. Każdy krytyczny obserwator sceny politycznej dzisiaj wie kim stał się Zełenski i jego koteria. Najbardziej zagorzali wrogowie Rosji w Polsce – jak Karol Nawrocki, Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i Przemysław Czarnek – muszą dzisiaj przyznać, że słowa Władimira Putina o brunatnieniu Ukrainy były faktem, zaś banderyzm jest realnym problemem a nie propagandowym wymysłem moskiewskiej propagandy. Same władze na Ukrainie mówią o wielkich problemach korupcyjnych, a media w Polsce informują raz za razem o kolejnych skandalach uderzajacych w otoczenie Zełenskiego. Dochodzą do tego problemy demograficzne, mobilizacyjne i religijne na Ukrainie.

Źle nie tylko na Ukrainie

Sytuacja Federacji Rosyjskiej również nie jest różowa, co opisuje w swoim reportażu pozbawiony rusofobii znakomity polski Maciej Wiśniowski. Jego relacje można znaleźć na stronie Strajku i Tygodnika NIE. Ale o tym w kolejnym tekście. Parafrazując słowa wypowiedziane przed wieloma laty przez seniora Obozu Narodowego Władysława Wójciak – sytuacja Ukrainy jest zła, sytuacja Rosji jest zła, ale mnie interesuje dlaczego to Polska znów dostanie w tyłek.

Łukasz Jastrzębski 

Bandycki napad na Obrońców Życia w Sopocie. Ranna starsza Pani, wolontariuszka. Wroga bierność „stróżów porządku”.

Bandycki napad w Sopocie. Ranna wolontariuszka.

Mariusz Dzierżawski


Fundacja Pro-Prawo do Życia Dzień dobry Panie Mirosławie. Nasi wolontariusze zostali napadnięci w trakcie ulicznej akcji informacyjnej w Sopocie. 

Tuż po rozpoczęciu akcji, agresywny mężczyzna ukradł dwa zwinięte bannery leżące na chodniku i zaczął się oddalać. Wolontariusze dogonili go i odebrali mu banery.

Po chwili banery zostały wyposażone w stelaże i przygotowane do postawienia na chodniku. W tym momencie wrócił napastnik i po raz kolejny usiłował ukraść bannery.

Wywiązała się szarpanina, w wyniku której pani Eugenia, 70-letnia wolontariuszka naszej Fundacji, została przewrócona na chodnik i mocno uderzyła głową o granitowe płyty.

Wszystko działo się na oczach patrolu Straży Miejskiej, który nie podjął żadnych działań wobec napastnika. Dopiero policja, która zjawiła się na miejscu po telefonie naszych wolontariuszy, spisała agresora.

Po akcji nasi działacze pojechali na policję, aby złożyć zeznania. Przyjmująca sprawę funkcjonariuszka utrudniała nam dochodzenie swoich praw.

Następnie nasi wolontariusze udali się z panią Eugenią do szpitala, gdyż jeszcze 5 godzin po ataku odczuwała ból głowy.
Z powodu paraliżu tzw. „służby zdrowia” nasz koordynator Marek był z panią Eugenią na SORze do 3 w nocy. Na szczęście pani Eugenia nie doznała trwałego urazu.

Teraz Centrum Prawne naszej Fundacji będzie działać, aby pociągnąć sprawcę napadu do odpowiedzialności karnej.

Pomimo prześladowań, represji i utrudnień, planujemy już kolejne akcje, aby dotrzeć do Polaków z prawdą. Chcemy to robić szczególnie teraz, w wakacje, gdyż już za półtora miesiąca dzieci wrócą do szkół, gdzie czekać na nie będzie przymusowa „edukacja zdrowotna” oswajająca z masturbacją, rozwiązłością seksualną, LGBT i „zmianą płci”.

Jeszcze w tym tygodniu (13-20 lipca) chcemy być m.in. w: Gdyni, Łodzi, Bytomiu, Olsztynie, Myślenicach, Dynowie, Gliwicach, Koszalinie, Rudzie Śląskiej, Lublinie, Warszawie i Puławach. 

Aby było to możliwe, potrzebujemy Pana pomocy.

Nasi wolontariusze są gotowi do wyjścia na ulice kolejnych miast, ale potrzebują paliwa, transportu, nowych banerów, megafonów, wydrukowanych ulotek, koszulek, baterii do sprzętu elektronicznego oraz wielu innych akcesoriów. 

Pan poprzez wsparcie finansowe może zapewnić im sprzęt i logistykę niezbędną do działania. Pana pomoc to także dalsze utrzymanie naszego Centrum Prawnego, które sprawuje ochronę prawną nad wolontariuszami w trakcie akcji.

Liczymy na Pana zaangażowanie.
WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667

Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz DzierżawskiPodpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP

Kosiniak – Patriot; a Kamysz w szale… MEM-y VIII.

——————————————

—————————————————–

———————————-

————————————————

————————————

————————————————–

—————————————————

————————————-

——————————————–

Banknoty Euro. MEM-y VII.

——————————-

—————————————–

——————————————————

——————————–

——————————————————–

————————————————–

————————————-

————————————-

————————————-

————————–

Trump bombarduje Islamską Republikę Japonii. MEM-y VI.

—————————————-

—————————————–

——————————–

———————————-

———————————

[dość głupawe – co ma leśnik do decyzji „z góry”?? ]

——————————————

————————————

Raczej odwracanie uwagi od ważniejszych rabunków…

—————————————–

———————————————–

————————————————–

——————————————————–

———————————-


Lekarz ważniejszy, zdrowie poczeka. MEM-y V.

————

————————–

————————————————

———————————————————

——————————————-

—————————————————–

——————————————————

—————————————————————–

————————————–

————————————————

To radykalni ateiści. MEM-y IV.

———————————————

——————————————–

——————————————————-

——————————————–

——————————————–

=————————————-

—————————————————————

———————————————-

——————————

——————————————-

——————————————————-

Zorganizowane Kłamstwo górą? MEM-y IV.

——————————————-

—————————————

——————————————–

=====================================================

———————————–

——————————————-

————————————-

——————————–

———————————————————————

—————————–

Wiara sprawą prywatną !! MEM-y III.

————————————————-

———————————-

————————————-

————————————————————

——————————————–

—————————————–

—————————————————

——————————–

Światowy Dzień MEM-ów

———————————

——————————————

———————————————

—————————

—————————————-

————————————–

——————————————————————–

To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz

To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz

Dziś obchodzą Polacy Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Ludobójstwa dokonanych przez OUN /UPA. Wspomniał o tym redaktor naczelny tygodnika ‚Myśli Polskiej’ Jan Engelgard w podcaście zatytułowanym „Budanow atakuje Polskę”:

Wzrosło napięcie w kręgach politycznych i medialnych na Ukrainie. Szef kancelarii Zełenskiego Kyryło Budanow napisał: „Oni  [tj. Polacy] przygotowują cały szereg działań prowadzących do eskalacji. […] Ostatnio Rosja próbowała postawić nam ultimatum, ale Rosja jest nieco potężniejsza niż Polska, a my i tak go nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś z innej strony. Nie należy z nami rozmawiać za pomocą ultimatów. […] Każdy przejaw nieprzyjaznej polityki spotka się z naszą reakcją”.

Brzmi to groźnie, szczególnie w sytuacji, gdy na liście ludzi do odstrzału, na ‚Myrotworcu’, znaleźli się następni polscy politycy: szef kancelarii prezydenta Nawrockiego Zbigniew Bogucki oraz czołowy polityk Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik. Tak więc już kilkudziesięciu Polaków znalazło się w tym zabójczym zestawieniu. Dr Mateusz Piskorski zaapelował do władz III RP, by zadziałały w tej obrzydliwej sprawie.

Kyryło jest człowiekiem Waszyngtonu, czuje się mocny – kontynuuje dr Piskorski. – I Kijów będzie tę eskalację rozwijał. Widać wzmożoną aktywność Ukraińców w Polsce, a w retoryce kijowskiej jesteśmy w czołówce wrogów Ukrainy. Problem będzie narastał. W końcu może się zdarzyć, że na liście ‚Mirotworca’  znajdzie się prezydent RP Karol Nawrocki [tu dodam, że byli na niej przez pewien okres papież Franciszek, Viktor Orban czy Michaił Gorbaczow – przypis ZB].

Miasto Lwów ogłosiło nagle rok 2027 rokiem Szuchewicza – mówi Jan Engelgard. – Jest to jawna demonstracja przeciw Polsce. Skąd ta pewność siebie? – Szef ‚Myśli Polskiej’  twierdzi, że istotny jest czynnik amerykański. Jest przyzwolenie USA i tak Polska znalazła się w bardzo trudnej sytuacji [w kleszczach między neobanderowską Ukrainą i zbrojącymi się na potęgę Niemcami – przypis ZB].

08 lipca 2026 – Kijów po rosyjskim ataku

Polacy nie mają już kart wobec Ukrainy – mówi Olaf Swolkień. – Nie mamy już co dać, bo wszystko daliśmy. Według Ukraińców batalię Nawrocki- Zełenski wygrał ten drugi. Zełenski uwolnił się przy tym z niewygodnej sytuacji miłości z Polską i może teraz jawnie czcić nazistów. Polacy niewiele mogą, bo tkwią w ramach mentalnych, które sprawiają, że nie potrafią wyciągnąć wniosków i zastosować twardych i skutecznych działań.

Polscy politycy tkwią w micie, że mamy wspólnego wroga, i teraz poza symbolicznymi gestami czy pojękiwaniem, że nasza wrażliwość jest urażona, niewiele możemy. Gdybyśmy powiedzieli, że przestajemy dotować Ukrainę, że nie płacimy za starlinki, a potem krok za krokiem ograniczylibyśmy bezpłatne usługi dla ukraińskich emigrantów, to inaczej śpiewałby kijowski reżim. 

Czy tylko USA narzucają nam antyrosyjską i proukraińską politykę? – pyta Olaf Swolkień. – Nie tylko. Część polityków III RP naprawdę wierzy w to, że Rosja jest naszym odwiecznym wrogiem i lada chwila na nas napadnie, a Ukraina jest naszym przyjacielem.

„Filozofię” tych fantastów odzwierciedla wypowiedź wysokiego urzędnika MSZ, że ‚najważniejsze jest to, że Ukraińcy zabijają Rosjan’. Ci ludzie powinni się leczyć – podsumowuje Olaf Swolkień.

Zygmunt Białas

Jedno światełko w tunelu

Jedno światełko w tunelu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    12 lipca 2026 michalkiewicz

Gdyby obywatel Tusk Donald nie był taki nadzwyczajny i pełnomocny, to nawet można by mu współczuć – tyle zgryzot ostatnio rzuciło mu się na szyję. W dodatku otoczył się vaginessami w takiej liczbie, że nikt tego nie wytrzyma. Żeby chociaż którakolwiek się do czegoś nadawała, ale próżnio marzyć o tem – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa. Taka pani Nowacka Barbara narobiła tyle bałaganu w „oszwiate”, że trudno znaleźć kogokolwiek na jej miejsce. Z kolei pani Pełczyńska-Nałęcz drze koty z panią Hening—Kloską, że aż się od tego rozleciała partia jednorazowego użytku ojczyka Hołowni Szymona – a tymczasem klimat wygrywa z Ludzkością na odcinku temperatury. Raz jest za wysoka, w związku z czym zbierają się sztaby kryzysowe, ale zaraz potem robi się niska i znowu trzeba zwoływać sztaby kryzysowe. Nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald nie ma już głowy do tego całego rządzenia i chętnie przeszedłby na jedną i drugą emeryturę – ale nie wiadomo, jak zareagowałaby na coś takiego Reichsfuhrerin. Bardzo możliwe, że podobnie, jak Nikita Chruszczow, gdy pewnego razu rozżalony Fidel Castro też zwierzył mu się, że chętnie rzuciłby tę całą władzę i poszedł do klasztoru. – „Nie nada, Fiedia” – powiedział wtedy towarzysz Chruszczow.

No bo popatrzmy. Afera ze Szpitalem Południowym każdego dnia obrasta aferami odpryskowymi, chociaż obywatel Tusk dał pani minister zdrowia czas do wtorku 7 lipca, by uzdrowiła sytuację w resorcie – ale przecież wiadomo, że do 7 lipca to pani minister prochu nie wymyśli, a tymczasem pojawią się nowe wątki aferalne. W dodatku podszczuwanie opinii publicznej na doktorów – że za dużo zarabiają, wprawdzie daje zatrudnienie funkcjonariuszom Propaganda Abteilung, co to dwoją się i troją – ale co z tego, skoro coraz mniej ludzi im wierzy? Co gorsza, pojawiają się złowrogie głosy, że gdyby w tej dziedzinie przywrócić normalność, tzn. najpierw obniżyć fiskalne haracze z ponad 80 do najwyżej 20 procent, rozgonić NFZ, wszystkie rady nadzorcze i dodatkowe szczeble samorządów i zlikwidować państwową służbę zdrowia – to wtedy jedni doktorzy zarabialiby więcej, inni mniej – ale nikogo by to nie rajcowało, bo nikomu nic do tego, ile z własnych pieniędzy pacjent płaci doktorowi.

Tymczasem likwidacja żerowiska dla partyjnych gangów przekracza kompetencje obywatela Tuska, bo Reichsfuhrerin wyznaczyła mu zadania na całkiem innym odcinku. Toteż na wszelki wypadek niezależna prokuratura szerokim łukiem omija pana doktora Dawida Kacprzyka i nie ośmiela się niepokoić go jakimiś przesłuchiwaniami, chociaż „sygnalistów”, co go wystawili, magluje po 10 i więcej godzin. Diabli wiedzą, co ten cały pan doktor Kasprzyk wie i co by w razie czego wychlapał, więc na wszelki wypadek pan prezydent Warszawy Trzaskowski Rafał, z warszawskiej pirogi na pożarcie krokodylom wyrzuca coraz to nowe murzyńskie dziewczęta, a członkom partii daje propozycje nie do odrzucenia; albo partia, albo pyski w melasie w radach nadzorczych. Tedy działacze i radni mają potężny dysonans, bo melasa kusi, ale bez partii przecież niebezpiecznie. W tej sytuacji do melasy ruszyły stare kiejkuty, bo na kogo można się spuścić w tych ciężkich terminach, jak nie na nich? Kto ochroni i uspokoi?

A tu jeszcze, niczym grom z jasnego nieba, z dnia na dzień wybuchła kolejna afera – tym razem za sprawą wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka z Konfederacji. Połączył on umiejętnie rozmaite kropki i okazało się, że vaginet obywatela Tuska Donalda oddał Ukrainie zakupione za ciężkie pieniądze w Ameryce pociski do systemu „Patriot”, a ukraińscy oligarchowie, jeśli nawet nikomu ich nie sprzedali, to wystrzelili Panu Bogu w okno.

Niby wszystko się zgadza z umową z 2 grudnia 2016 roku – ale to pozbawienie Polski ochrony przeciwlotniczej zaniepokoiło nawet niektórych generałów, chociaż większość tylko pilnuje, żeby jakoś dosłużyć do emerytury, kiedy to dopiero zaczyna się prawdziwe życie. Żeby pokazać, jak to nieugięcie stoi na nieubłaganym gruncie polskiego interesu państwowego, wicepremier, minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław zapowiedział „odtajnianie” donacji dla Ukrainy – poczynając od roku 2022. Najwyraźniej liczy na to, że tyle ich było, iż odtajnianie tylko pierwszych dwóch lat, kiedy to Ukrainę futrował rząd premiera Morawieckiego, przeciągnie się aż do wyborów w przyszłym roku – a potem się zobaczy.

Ale rzecznik interesu ukraińskiego w warszawskim establishmencie, Wiece Czcigodny Paweł Kowal przestrzegł przed igraniem z ogniem tym bardziej, że Judenrat „Gazety Wyborczej” właśnie ujawnił, że ukraińskie demonstracje w Polsce były obstalowywane przez Putina. Jak tam było naprawdę – tego nie dojdzie, bo niedawno minister Siemoniak Tomasz ujawnił, że ukraiński wywiad hula po Polsce jak tornado – a na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że te pociski do amerykańskich „Patriotów” kazali obywatelu Tusku Donaldu przekazać Ukrainie Niemcy. Si non e vero e ben trovato, co się wykłada, że jeśli nawet to nieprawda, to dobrze wymyślone. Dlaczego jednak ma to być nieprawda, skoro w kwietniu Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą? W ramach tego partnerstwa Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc dlaczego nie zacząć wymiksowywania Polski z polityki europejskiej od wpuszczenia w kanał vaginetu obywatela Tuska Donalda?

Właśnie do Warszawy przyjechał z Kijowa pan minister Sibiha, by postawić do pionu przynajmniej Księcia-Małżonka. Oczywiście Książę-Małżonek się nie pochwalił, jak został obsztorcowany, ale z ukraińskich niedyskrecji możemy się dowiedzieć, że już wkrótce zabiorą się za nas „historycy” i „duchowni”, którzy wyjaśnią, jak było i czego mamy się trzymać. Jakże inaczej – skoro znajdziemy się pod skoncentrowanym obstrzałem zarówno ze strony „historyków”, jak i „duchownych”? Na historykach -wiadomo – każdy może polegać, podobnie, jak na „duchownych”. Tak właśnie uważał książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”. Bał się on duchów, więc za szlafkamrata przybrał sobie przewielebnego ojca Idziego, że to niby on „i oświeci i uspokoi”.

Teraz, kiedy Stolica Apostolska właśnie ekskomunikowała „lefebrystów”, uspokoić każdego będzie znacznie łatwiej. Czyż nie dlatego Wielce Czcigodny Giertych Roman, nawet nie próbując udawać członka przewielebnego duchowieństwa, właśnie ekskomunikował złowrogiego Grzegorza Brauna? Wprawdzie Judenrat jeszcze tego nie zatwierdził, ale gdyby tak Wielce Czcigodny obiecał, że podda się drobnej operacji chirurgicznej, to jestem pewien, że sprawa zostałaby przepchnięta na Biurze Politycznym. I to jest to światełko w tunelu – bo na ekstradycję złowrogiego Zbigniewa Ziobry, na którego zagiął parol obywatel Żurek Waldemar, wypadnie chyba jeszcze trochę poczekać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).