Rzeczpospolita babska

Rzeczpospolita babska

Zachwycająca w swojej widowiskowości afera wokół byłej już Pełnomocniczki Rządu do Spraw Marki Polska, pani Barbary Mróz-Gorgoń, w tragikomiczny sposób odsłoniła faktyczną jakość zaplecza politycznego obecnej władzy.

Poszło o „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska”, dokument, który wywołał burzę w mediach społecznościowych. Dodajmy: burzę całkowicie uzasadnioną. „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI” – czytamy w treści dokumentu. Podobnych kwiatków jest więcej. Z raportu możemy dowiedzieć się na przykład, że młode pokolenie Polaków płynnie mówi po mandaryńsku, Polska miała pięcioro noblistów, a Katowice znajdują się w centralnej części kraju.

Równie osobliwy jak treść jest język dokumentu. „Nie ma takiego słowa jak „chlebowość”, a „głębokie zakorzenienie w historii sufferingu” to sztuczny twór językowy, który będzie niezrozumiały zarówno dla Polaków, jak i osób, dla których angielski jest pierwszym językiem” – na leksykalnej stronie opracowania suchej nitki nie pozostawia znany językoznawca, prof. Jerzy Bralczyk.

Naciskana przez dziennikarzy Mróz-Gorgoń przyznała w końcu, w trakcie programu „Punkt widzenia Jankowskiego” na antenie Polsat News, że podczas przygotowywania raportu korzystała ze sztucznej inteligencji. Ta uderzająco wręcz profesjonalna „analiza” kosztowała nas – podatników  niemal 200 tysięcy złotych.

Ostatecznie, w atmosferze urażonej niewinności, Barbara Mróz-Gorgoń złożyła dymisję z funkcji Pełnomocniczki Rządu do Spraw Marki Polska. „Przy tej niewyobrażalnej skali hejtu niemożliwe jest pełnienie tak odpowiedzialnej roli” – napisała w oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych.

„To jest szczyt bezczelności tej Grażyny. Składa dymisję nie dlatego, że wypuściła ten fejkowy raport, tylko z powodu hejtu? Znikaj kobieto z życia publicznego i więcej nie wracaj!” – napisał lider Konfederacji Sławomir Mentzen.

Byłej pełnomocniczki nie oszczędziła nawet Anna Maria Żukowska. „Oczywiście nie znalazło się miejsce dla „przepraszam”. Pani Mróz-Gorgoń pomyliła zasłużoną merytoryczną krytykę z hejtem. (..) To nie był hejt, ta pani chyba w życiu prawdziwego hejtu nie widziała” – skwitowała posłanka Lewicy.

Dziś Polska się śmieje. Żenujący raport pani Barbary Mróz-Gorgoń i sama jego autorka stali się prawdziwą kopalnią mniej lub bardziej wysublimowanych żartów i memów. To dobrze. Wyszydzanie jest w tym przypadku w pełni uzasadnione i stanowi formę publicznego piętnowania, na które była pełnomocniczka rządu solidnie zapracowała. W tej michałkowej atmosferze umykają nam jednak dwie znacznie głębsze i bardziej ponure konkluzje.

W życiorysie pani Barbary Mróz-Gorgoń możemy wyczytać, iż jest ona „profesorem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, badaczką i praktykiem strategii marki. Naukowo zajmuje się brandingiem, rebrandingiem i komunikacją strategiczną. Od lat łączy dwa światy: naukę o marce i praktykę jej budowania”. Przedstawia się więc jako osoba ze znaczącym dorobkiem naukowym. Przeczytałem i wysłuchałem kilku jej wypowiedzi. Łączą one pustosłowie, makaronizmy i nieznośną korporacyjną nowomowę. Są przy tym intelektualnie całkowicie puste, pozbawione jakiejkolwiek treści.

Przykre wrażenie, jakie wywołują, świadczy nie tylko o pani Barbarze, ale i o całej współczesnej polskiej nauce. Polski świat akademicki zmienił się w jedno wielkie Collegium Humanum, gdzie samodzielni intelektualnie naukowcy, niejednokrotnie cechujący się gigantycznym i uznawanym międzynarodowo dorobkiem, są sekowani. Ich miejsce zajmują produkty profesoro-podobne, niewnoszące  nic istotnego do swoich dziedzin.

Druga konkluzja jest równie porażająca. Barbara Mróz-Gorgoń nie jest bynajmniej przypadkiem odosobnionym w skali polskiego rządu (funkcja Pełnomocnika Rządu do spraw promocji marki Polska jest stanowiskiem ministerialnym). Jest przecież także Paulina Hennig-Kloska, Marta Cienkowska, Urszula Zielińska, Barbara Nowacka, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i wiele, wiele innych. Wszystkie je łączy brak podstawowych kompetencji do wykonywania odpowiedzialnych zadań związanych z zajmowanymi przez nie stanowiskami.

Część z nich niekompetencję łączy także z mniej niż umiarkowanymi walorami intelektualnymi, czyniąc z każdego ze swoich publicznych wystąpień tragikomiczny spektakl. Czas nazwać rzeczy po imieniu. Jesteśmy ofiarami wymuszonej przez feministki perspektywy, której ukoronowaniem było narzucenie nam parytetów płci w życiu publicznym. Przyjęcie założenia, że nie kompetencje, a płeć decydować mają o obsadzie kluczowych dla funkcjonowania państwa stanowisk, nieuchronnie doprowadziło do skokowego obniżenia jakości. To samonapędzający się mechanizm. Zatem z każdą kadencją jest coraz głupiej, śmieszniej i bardziej kuriozalnie. A będzie jeszcze gorzej.

Nie jest to zresztą wcale wyłącznie polski trend. „Polityczki” Kaja Kallas i Sanna Mirella Marin niczym nie odstają od polskich koleżanek, a być może nawet je przewyższają. Niestety politycy pokroju Marine Le Pen czy choćby Giorgii Meloni stanowią na ich tle wyraźną mniejszość. Porównanie pomiędzy nimi dobitnie pokazuje, że istotą problemu w kwestii reprezentacji kobiet w organach przedstawicielskich od dawna nie jest przynależność do płci, lecz kompetencje lub ich brak.

W starożytnej Grecji słowo idiota (idiotes, od idios – prywatny) oznaczało człowieka prywatnego, który nie uczestniczył w życiu publicznym ani w polityce swojego polis. Choć jego pejoratywne znaczenie było oczywiste, nie była to stricte obelga. Raczej negatywnie nacechowane określenie kogoś, kto skupiał się wyłącznie na własnych, domowych sprawach i ignorował dobro wspólne.

Współcześnie definicja tego słowa zmieniła się. Obecnie idioci, a także (może nawet zwłaszcza) idiotki, ochoczo i masowo uczestniczą w życiu politycznym, wytyczając kierunki rozwoju Polski i Europy. I to jest prawdziwy dramat.

Przemysław Piasta

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

Krystian Kamiński

Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, zapytana o to, czy Polska ponownie przekaże Ukrainie pociski systemu Patriot, stwierdziła, że „ta decyzja musi być podjęta w kontekście bezpieczeństwa Polaków i wszystkie racje muszą być zważone”, dodając, że decyzja może zapaść w najbliższych dniach.

To „jeszcze” jest jak dzwonek alarmowy, którego dźwięk wzmacnia tylko stwierdzenie wiceminister, że jej resortowy pryncypał, Władysław Kosiniak-Kamysz, „dziś jest skłonny przekazać więcej, ponieważ wolałby, żeby taka rakieta została zestrzelona nad terytorium Ukrainy, niż żeby wpadła w nasze”. Koresponduje to z wypowiedzią Donalda Tuska, iż „będzie rozważał” z Kosiniakiem-Kamyszem „jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba”, ponieważ prezydent Ukrainy powiedział mu, że najbliższe sto dni może rozstrzygnąć o wyniku wojny.

Dobrze czytacie. Premier Polski podejmuje strategiczne decyzje (a przynajmniej tak przedstawia swój proces decyzyjny), bo prezydent Ukrainy mu coś powiedział.

Przekazanie Ukrainie kolejnych pocisków systemu Patriot będzie oczywiście radykalnym działaniem na niekorzyść naszego bezpieczeństwa. Dokonująca się rewolucja w sztuce wojennej, związana z taniością i masowością nowych środków napadu powietrznego, powoduje radykalny wzrost zużycia tradycyjnego uzbrojenia – drogich środków obrony. Skalę tego zjawiska pokazuje przykład USA, które przegrywają wojnę z Iranem między innymi ze względu na nierównowagę kosztową działań zbrojnych między walczącymi stronami.

Według danych przytoczonych pod koniec lipca przez „Wall Street Journal”, powołujący się na wyliczenia Center for Strategic and International Studies, siły zbrojne USA, próbując odeprzeć odwet Irańczyków, zużyły podczas wojny rozpoczętej przeciw Iranowi co najmniej 1500 pocisków przechwytujących Patriot. W niespełna pięć miesięcy. I to nie zawsze skutecznie, bowiem Irańczycy zdołali zniszczyć szereg cennych instalacji wojskowych USA na Bliskim Wschodzie.

Nie ma przy tym widoków na szybkie uzupełnienie arsenału. W całym 2025 roku Lockheed Martin wyprodukował 620 pocisków PAC-3 MSE. Jestem przekonany, że zajmiemy dość odległe miejsce w kolejce po nieliczne schodzące z amerykańskich linii produkcyjnych antyrakiety. Z tych powodów zresztą uważam, że stanowisko rządu Tuska jest wynikiem presji protegujących Ukrainę Amerykanów i że stanowisko rządu Mateusza Morawieckiego byłoby takie samo albo jeszcze bardziej usłużne wobec Waszyngtonu i Kijowa.

Premier i wicepremier, rządzący państwem, którego system obrony pozostaje dalece niekompletny nawet w kategoriach tradycyjnych, szafując jednym z jego głównych środków, dowodzą swojej nonszalancji w dziedzinie bezpieczeństwa i strategii. Ale jeszcze bardziej dyskwalifikujące jest to, że dowodzą także swoich skrajnie niskich kompetencji w tym, na czym powinni się znać – polityce.

Takie publicznie wyrażane deklaracje utożsamiające interes Polski z interesem Ukrainy, takie manifestowanie przejęcia interesem, stanowiskiem i argumentami innego – przecież, jak się ostatnio okazało, z pewnością nie sojuszniczego – państwa już na starcie stawiają Polskę w pozycji przegranego w politycznym przetargu. Nawet gdyby bowiem uznać – przyjmijmy ten czysto teoretyczny scenariusz – że w interesie Polski leżałoby przekazanie Ukrainie jakiejś części naszego uzbrojenia, to przecież należałoby właśnie dla Polski jak najwięcej wycisnąć w zamian za ten ruch. Absolutnie pierwszym i podstawowym założeniem w takim przypadku byłoby niesprawianie przez rządzących Polską już na starcie wrażenia, że są gotowi uczynić to bezwarunkowo, przedstawiając taki ruch jako leżący w naszym własnym interesie. W ramach przetargu należałoby to przekonanie maskować do samego końca, by wytargować jak najwięcej. Ale o żadnych warunkach nie słychać. Po tym wszystkim, co Zełenski zrobił wobec Polski, znów staje się ona dla niego magazynem z szeroko otwartą bramą, w którym właściciele jeszcze cieszą się i poklepują go po plecach, że raczył przyjść i coś sobie zabrać.

Ten sam mechanizm nie dotyczy zresztą wyłącznie polskich magazynów uzbrojenia. Ukraina spogląda dziś także na nasze możliwości przeładunkowe i magazyny zbożowe. Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa poinformowało o rozmowach jego szefa Tarasa Wysockiego z polskim chargé d’affaires ad interim Piotrem Łukasiewiczem.

W czasie rozmów strona ukraińska sama przyznała, że z powodu systematycznych rosyjskich ataków na infrastrukturę portową i logistyczną Ukraina jest zmuszona szukać alternatywnych tras eksportu produktów rolnych. Przy czym, by dopełnić obrazu grożącego nam kryzysu, rząd Ukrainy otwarcie przekazał, że nie chodzi mu tylko o „korytarze solidarności”, czyli wykorzystanie części mocy przeładunkowych portów w Gdańsku, Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Według ukraińskiego Ministerstwa Rolnictwa niedobór zdolności magazynowych na Ukrainie w listopadzie może wynieść od 7,5 mln ton do 11 mln ton. W czasie rozmów z polskimi dyplomatami omawiano zarazem możliwość zapewnienia ukraińskim producentom dodatkowych zdolności magazynowych.

Można więc łatwo wyobrazić sobie, że podobnie jak w 2023 roku nie będziemy mieli do czynienia z żadnym tranzytem, lecz z lokowaniem ukraińskiej produkcji na polskim rynku, ze szkodą dla polskich rolników. Ukraińscy producenci rolni nie podlegają przy tym wszystkim tym samym wymogom produkcyjnym, środowiskowym i regulacyjnym, jakie obciążają producentów w Unii Europejskiej. Oznacza to również nierówne warunki konkurencji dla polskiego rolnictwa.

Blokada ukraińskiego eksportu morskiego jest faktem. Rosjanie niszczą instalacje portowe Odessy i atakują ukraińskie statki handlowe. Nie można jednak analizować tych działań w oderwaniu od tegorocznej eskalacji wojny na Morzu Czarnym. Ukraina sama zdecydowała się znacząco rozszerzyć ataki na rosyjskie porty, tankowce i inne statki handlowe, musiała więc brać pod uwagę, że Rosja odpowie nasileniem działań wymierzonych również w ukraińską żeglugę i infrastrukturę portową.

Wołodymyr Zełenski 25 czerwca gromko ogłosił „40-dniową operację służb mającą na celu wywarcie wpływu na państwo agresora, aby wywrzeć presję na zakończenie wojny”. Dziś rachunek za gospodarcze konsekwencje tej decyzji ma zostać przynajmniej częściowo wystawiony Polsce.

W tej eskalacji czuć zresztą rękę prezydenta Ukrainy, mającego przecież zawodową skłonność do pijarowskiego rozgrywania wojny. Tymczasem sytuacja strategiczna Ukrainy tylko się przez jego działania pogarsza. Polskie wojsko, polscy rolnicy i polscy konsumenci nie mogą płacić za błędy polityczne i strategiczne władz Ukrainy. Polskie magazyny uzbrojenia, polskie magazyny zbożowe i polski rynek nie są zasobami, którymi władze Ukrainy mogą kompensować skutki własnych decyzji strategicznych. Zadaniem polskiego rządu nie jest zaś ułatwianie im tego, lecz pilnowanie, by koszt tych decyzji nie został przerzucony na Polaków.

Krystian Kamiński

Autor jest członkiem władz Ruchu Narodowego

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Guliwery wśród Liliputów

Guliwery wśród Liliputów

Posted by Marucha w dniu 2026-08-25

Prezydent USA Donald Trump wpada na coraz to bardziej oryginalne pomysły zakończenia wojny ze złowrogim Iranem, w którą wkręcił Amerykę bezcenny Izrael – a który teraz po angielsku się z tej wojny wycofał, pozostawiając prezydenta Trumpa na pastwę losu. 

Wprawdzie według oceny amerykańskiego prezydenta Iran jest już całkowicie obezwładniony i skamle o „porozumienie”, czyli kapitulację – ale jest to ocena podobna do tej, jaką przedstawił Joachim Ribbentrop sowieckiemu [dyplomacie? – admin] Anglia jest już passe i tylko patrzeć, jak skapituluje.

Skoro tak, to dlaczego siedzimy w schronie? – zapytał Mołotow.

Więc jednym z oryginalnych pomysłów prezydenta Trumpa jest włączenie cieśniny Ormuz do terytorium państwowego Stanów Zjednoczonych. Na razie tylko na mapie – ale tylko patrzeć, jak zostanie włączona również w rzeczywistości. Nie da się ukryć, że to bardzo oryginalny pomysł, tym bardziej, że przecież na świecie jest mnóstwo innych miejsc, które też można by włączyć do terytorium USA. Skoro ze złowrogim Iranem poszło tak łatwo, to na co jeszcze czekamy?

Innym oryginalnym pomysłem amerykańskiego prezydenta jest wypowiedzenie wojny całemu światu – a konkretnie – wszystkim państwom, które będą podtrzymywały jakiekolwiek kontakty ze złowrogim Iranem. One też spotkają się z „miażdżącym” uderzeniem Stanów Zjednoczonych – nie militarnym, tylko gospodarczym.

Na razie odezwały się Chiny. Rzecznik tamtejszego rządu taktownie oświadczył, że takie metody na pewno nie przybliżą pokojowego rozwiązania sprawy. Ponieważ około 80 procent irańskich obrotów handlowych przypada na Chiny, to w tej sytuacji złowrogi Iran może chyba zachować spokój.

Wygląda na to, że prezydent Trump naprawdę chciałby zakończyć wojnę ze złowrogim Iranem, w którą Ameryka została tak sprytnie wkręcona – ale nie bardzo wie jak, zwłaszcza, że bezcenny Izrael właśnie pokazał, że nie zamierza go słuchać i na oczach całego świata odrzucił zbawienny amerykański plan pokojowy dla Strefy Gazy.

Ta sytuacja przypomina opowieści o Liliputach, którzy potrafili skrępować i obezwładnić olbrzyma, więc wypadałoby sobie ten fenomen rozebrać z uwagą. W tym celu musimy przypomnieć opinię, która Liga Antydefamacyjna w Nowym Jorku z zagadkowych przyczyn uważa za „antysemicką” – że mianowicie środowiska żydowskie w USA mają nieproporcjonalnie do swej liczebności duży wpływ na amerykański sektor finansowy.

Przyczyny muszą być zagadkowe, bo przecież jest to opinia raczej dla środowisk żydowskich pochlebna, a skoro tak – to dlaczego niby miałaby być „antysemicka”?

Jedynym wyjaśnieniem tej zagadki jest, że Liga Antydefamacyjna stawia znak równości między antysemityzmem i spostrzegawczością. Dlaczego to robi – to sprawa osobna, na marginesie której odnotujmy spostrzeżenie, że w takiej sytuacji antysemitą może nie być tylko albo dureń, albo świnia. Skoro bowiem ktoś nie dostrzega tego znaku równości – no to dureń. Jeśli natomiast dostrzega, ale z jakichś powodów udaje, że nie dostrzega – no to świnia. Tertium non datur.

Wróćmy jednak do prezydenta Trumpa i wszystkich innych amerykańskich twardzieli, których Żydowie najwyraźniej wodzą za nos. Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone nie są jedynym państwem zdominowanym przez Żydów. W podobnej sytuacji jest również Wielka Brytania, czy Francja.

Jeśli chodzi o Niemcy, to wszystko zależy od etapu. Na jednym etapie nie pozwolą nikomu prześcignąć się w gorliwości w noszeniu Żydów na rękach, ale jeśli zmieni się etap, to też nikomu nie pozwolą wyprzedzić się w gorliwości.

Warto zastanowić się, czy wymienione wyżej państwa łączy jeszcze jakaś inna właściwość. Otóż zarówno Stany Zjednoczone, jak i Wielka Brytania, czy Niemcy, mają duże długi publiczne. Amerykański dług publiczny właśnie przekroczyć 40 bilionów dolarów, czyli 40 tysięcy miliardów dolarów. Dług publiczny Wielkiej Brytanii przekroczył 3 biliony funtów, zrównując się z tamtejszym Produktem Krajowym Brutto. Francuski dług publiczny przekroczył 3,5 biliona euro, co stanowi równowartość 115 procent tamtejszego PKB. Dług publiczny Niemiec zbliża się do 3 bilionów euro.

Okazuje się, ze nasz nieszczęśliwy kraj rządzony jest przy pomocy tej samej mądrości, co i tamte mocarstwa, więc nic dziwnego, że kiedy onegdaj Książę-Małżonek wezwał przed swoje zagniewane oblicze izraelskiego ambasadora, żeby go obsztorcować za umorzenie śledztwa w sprawie zastrzelenia przez izraelskie wojsko polskiego wolontariusza Damiana Sobola, ten – jak utrzymują fałszywe pogłoski – pokazał Księciu-Małżonku gest Kozakiewicza – i na tym obsztorcówa się skończyła.

„Zbawienie przychodzi od Żydów” – powtarzał tę opinię św. Pawła nasz król Stanisław August Poniatowski, ilekroć udało mu się uzyskać pożyczkę u jakiegoś lichwiarza. W takiej samej sytuacji znajdują się wrażliwe społecznie rządy wspomnianych mocarstw. Ich losy w znacznym stopniu zależą od żydowskiej życzliwości, która rzadko kiedy, a prawdę mówiąc – chyba nigdy nie jest bezinteresowna.

Toteż przywódcy tych wszystkich mocarstw wyrobili w sobie odruch warunkowy Pawłowa i skaczą przed Żydami z gałęzi na  gałąź. Kto tego odruchu jeszcze nie opanował, nie ma czego szukać na scenie politycznej demokratycznego państwa prawnego – co w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił nam pan ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża, mówiąc, iż „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna.

Jeśli tedy nawet w jakichś dramatycznych okolicznościach rządy wspomnianych mocarstw ośmielają się skrytykować Izrael, to zawsze tak, aby nic z tego nie wyniknęło. Zauważył to przed laty sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Anioł kardynał Sodano mówiąc, że „od jednych krajów wymaga się czegoś, od innych krajów nie wymaga się nic”.

Czyż w tej sytuacji możemy się dziwić, że nawet prezydent Donald Trump, teoretycznie stojący u steru najpotężniejszego państwa świata, wodzony jest za nos przez izraelskiego kacyka, który w dodatku pokazuje całemu światu, kto tu kim rządzi?

Pewne światło na tę sytuację rzucił w swoim czasie Patryk Buchanan, pół żartem, ale pół serio mówiąc, że Waszyngton, to terytorium okupowane przez Izrael? I on wie i my wiemy, że żaden „potężny władca Ameryki” długo by nie pociągnął bez żydowskiego kredytu – zwłaszcza w sytuacji rekordowego deficytu budżetowego i długu publicznego. Dziwić się temu nie możemy.

Za to możemy z rosnącym rozbawieniem obserwować coraz bardziej oryginalne pomysły amerykańskiego prezydenta, który – co tu ukrywać – znalazł się między młotem i kowadłem, więc się miota we wszystkie strony, niczym Guliwer spętany przez Liliputów.

Stanisław Michalkiewicz
https://prawy.pl/

Skala polskiej pomocy dla Ukrainy pod lupą ukraińskich ekspertów

gloria.tv/post Jan Cichocki

Skala polskiej pomocy

Skala polskiej pomocy dla Ukrainy pod lupą ukraińskich ekspertów!
Ukraiński portal ekspercki Militarnyi opublikował szczegółową analizę autorstwa Serhija Rudki, podsumowującą ogromne wsparcie, jakiego Polska udzieliła Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji.
Liczby te doskonale pokazują, że Polska stała się jednym z absolutnie kluczowych partnerów Ukrainy w sferze bezpieczeństwa.


Oto jak prezentuje się szczegółowy bilans polskiego wsparcia według ukraińskich wyliczeń:

Według danych Kiel Institute for the World Economy, Polska przeznaczyła na pomoc Ukrainie łącznie 5,864 mld euro [ponad 25 miliardów złotych] z czego aż 4,452 mld euro stanowiła pomoc ściśle wojskowa. Całość polskiego wsparcia odpowiadała 1,021% naszego PKB (sama pomoc wojskowa to 0,775% PKB).
Pod względem udziału pomocy w PKB plasuje to Polskę na bardzo wysokim, 9. miejscu na świecie wśród państw-darczyńców. Co ważne, Polska zaczęła wspierać Ukrainę militarnie jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny, zatwierdzając pierwszy pakiet (m.in. Pioruny i amunicję) już 1 lutego 2022 roku.

Polska przekazała Ukrainie setki pojazdów opancerzonych, w tym:

ponad 280 czołgów T-72 różnych modyfikacji (sama pierwsza partia ponad 200 sztuk pozwoliła Ukraińcom na wyposażenie dwóch pełnych brygad pancernych)
około 60 czołgów PT-91 Twardy

14 czołgów Leopard 2A4
ponad 250 bojowych wozów piechoty BWP-1 oraz kołowe pojazdy Dzik i Oncilla

około 200 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak (z czego 100 przekazano z zasobów Wojska Polskiego, a kolejnych 100 miało zostać zakupionych z finansowania unijnego i amerykańskiego)

Potężna artyleria i obrona nieba:

AHS Krab: Stał się jednym z symboli polskiej pomocy. Łącznie w ciągu ponad czterech lat pełnoskalowej wojny Ukraina otrzymała ponad 100 Krabów (zarówno przekazanych przez Polskę, jak i zakupionych). Do tego doszło ponad 100 haubic samobieżnych 2S1 Goździk, dziesiątki wyrzutni BM-21 Grad oraz moździerze samobieżne Rak

Pioruny i lotnictwo: Na front trafiło 287 zestawów przeciwlotniczych Piorun
oraz systemy S-125 Newa SC, Osa-AK/AKM i ZSU-23-4 Szyłka. Polska była też pierwszym państwem NATO, które przekazało Ukrainie myśliwce – oddaliśmy 14 samolotów MiG-29 (a wcześniej dostarczaliśmy do nich części zamienne), a także około 12 śmigłowców Mi-24W, dwa Mi-8 i po jednej sztuce Mi-2 i Bell 412

Do początku 2025 roku na terytorium Polski przeszkolono około 25 tysięcy ukraińskich żołnierzy (w tym ponad 14 tys. w ramach unijnej misji EUMAM Ukraine). Co niezwykle ważne, Polska stała się głównym warsztatem naprawczym dla ukraińskiej armii.
W naszych zakładach (m.in. Bumar-Łabędy) serwisowane są uszkodzone Kraby czy Leopardy 2. Ponadto specjaliści z PGZ Service Orel jeździli bezpośrednio na Ukrainę, by naprawiać Kraby w warsztatach polowych i szkolić tamtejszy personel.
Całość tego gigantycznego łańcucha logistycznego spina lotnisko Rzeszów-Jasionka, które stało się główną bramą i hubem dla zachodniej pomocy płynącej do Ukrainy z całego świata.
Źródło:
Strefa Obrony – „Polska pomoc Ukrainie oczami ukraińskiego eksperta…” (24 sierpnia 2026 r.)
mł. chor. Daniel Wójcik/16 Dywizja Zmechanizowana

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, przegrywasz

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, przegrywasz

[myśmy zawsze mówili: Jak nie staniesz, dupa z tyłu.md]

25. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam./jakkolwiek-na-to-nie-spojrzec-przegrywasz

Every way you look at this, you lose. Tytuł tego artykułu pochodzi z utworu Simon & Garfunkel – Mrs. Robinson.

Na ten właśnie utwór powołał się Edward Curtin socjolog, badacz, poeta, eseista, dziennikarz, powieściopisarz z Massachusetts / USA w doskonałym artykule wyjaśniającym związki amerykańskiej polityki z wojną biologiczną: Trwałość strategii USA, Anthony Fauci i ograniczone spotkania towarzyskie. Źródło.

Ciągłość programu od jednego amerykańskiego prezydenta do następnego jest uderzająca. Ponieważ Trump mówi i robi otwarcie to, co często podstępnie robili amerykańscy prezydenci, szokuje swoją zuchwałością. Popełnia przestępstwa w kraju i za granicą, jakby z uśmieszkiem zwalniał jakiegoś uczestnika swojego byłego reality show. Niektórzy uważają to za przewrotnie uczciwe, by uzasadnić swoje poparcie dla jawnego szaleńca w przeciwieństwie do ukrytego. Taka jest pułapka podwójnego wiązania, fałszywa binarność, którą Simon i Garfunkel kiedyś wykorzystali w swojej piosence „Mrs. Robinson”.

Ten artykuł gorąco polecam tym, którzy nadal nie wiedzą, w jaki sposób udało się cały świat oszukać na cyrkową sztuczkę z wirusem.

Lekcja historii antycznej…

Gdybyś miał wybór, to zdecydowałbyś się na śmierć przez powieszenie, czy utopienie? Taką decyzję muszą podjąć Amerykanie w listopadowych wyborach połówkowych. Podobnie jest w Europie, gdzie jest możliwy wybór pomiędzy partią zaprzedaną globalistom a drugą jedynie przez nich skorumpowaną. Deep State pracował nad tym przez ostatnie cztery dekady.

Jasne, że pojawiają się partie wyłamujące się z tego schematu jak AfD w Niemczech, FPÖ w Austrii, Front National we Francji czy Konfederacja Korony Polskiej. Z tym niekorzystnym dla „postępowych sił totalitarnych” zjawiskiem potrafią sobie one jednak świetnie poradzić. Przykład Rumunii i ostatnio Węgier pokazuje jaką drogą podąża „prawdziwa demokracja”.

Australijscy pracownicy służby zdrowia zorganizowali protest w formie okupacji w geście sprzeciwu wobec uprowadzenia palestyńskiego personelu medycznego przez siły izraelskie.
Źródło: Telegram 25.08.2026 r. 06:38.

Bez skoordynowanej kolaboracji mediów ze światowymi spiskowcami, nie byłaby możliwa żadna współczesna wojna. Także ta biologiczna sprzed sześciu lat. Zdecydowana większość ludzi idzie na łatwiznę i nie sprawdza wiarygodności sensacyjnych informacji spreparowanych specjalnie dla nich przez skorumpowanych dziennikarzy New York Timesa, BBC, czy niemieckiego dziennika (Tagesschau). Brakuje im nie tylko chęci, ale także umiejętności rozróżniania ziarna od plew.

Ewidentne oszustwa propagandowe doprowadziły do frustracji odbiorców tej wszechobecnej manipulacji i doprowadziły do znacznego wzrostu zainteresowania nowo powstałymi mediami niezależnymi. Naturalnie, że i tu można znaleźć nierzetelne wiadomości również manipulowane w celu wsparcia konkretnych poglądów politycznych. trudno tego uniknąć. Dziennikarze też mają własne przemyślenia, które przebijają się z ich tekstów.

Nie ma w tym niczego złego. Od czytelników należy wymagać zawsze przynajmniej krytycznego spojrzenia na wszelkie nowiny – również te ode mnie. Zawsze podaję źródła moich informacji, tak więc nawet nie znając obcych języków – bo są przecież darmowe narzędzia tłumaczące – łatwo można sprawdzić, czy dokumenty są rzeczywiście autentyczne.

Dzięki skutecznym działaniom Sił Obrony Ukrainy udało nam się całkowicie zablokować na YouTube trzy kanały z serii animowanej „Masza i Niedźwiedź” – Zełenski.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

„Adwokacki” zamach stanu?

Adwokacki” zamach stanu?

„Najwyższy Czas!”    25 sierpnia 2026; Stanisław Michalkiewicz michalkiewicz

Ci nigdy nie oszaleją. Świat się będzie już walił.

Wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali,

A oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych

Wyciągną z teczki paragraf i rozprostują na wytrych”.

Wygląda na to, że w dniach ostatnich (najwyraźniej zbliżają się zapowiadane „dni ostatnie”) Naczelnik Państwa jakby stopniowo schodził z linii strzału, natomiast jego miejsce zajmuje pan prezydent Karol Nawrocki. Judenrat „Gazety Wyborczej”, piórem pani red. Agnieszki Kublik, jednej z najbardziej zasłużonych funkcjonariuszek Propaganda Abteilung, co to chyba „samego jeszcze znała Stalina” („stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina” – tłumaczył szefowi milicji Maczudze generał Tumor przed decydującym szturmem na kombinat w stanie wojennym) nazwał go bowiem przy okazji rocznicy zaprzysiężenia „uzurpatorem” – a uzurpatorom, jak wiadomo, robi się „no pasaran”, więc umieszczenie pana prezydenta Karola Nawrockiego na linii strzału zamiast Naczelnika Państwa jest w tej sytuacji oczywiste, zwłaszcza, że tenże Judenrat alarmuje Europę, że „Polska brunatnieje”.

Tedy obywatel Tusk Donald podobno (piszę to tuż przed zapowiedzianą na 15 sierpnia defiladą naszej niezwyciężonej armii) nie pojawi się na defiladzie u boku prezydenta, tylko będzie odbierał defiladę konkurencyjną, w wolnym mieście Gdańsku, żeby w ten oto sposób „uzurpatora” pogrążyć na oczach całej Europy, a nawet świata – bo przecież świat z zapartym tchem będzie śledził rozwój wypadków w naszym bantustanie, dzięki czemu – kto wie? – może znowu staniemy się „natchnieniem narodów”. Ale to są gesty w sferze pozorów, podczas gdy towarzyszą temu coraz bardziej uporczywe, fałszywe pogłoski, ze szykuje się operacja poważniejsza. „Podbiły ceny podmiejskie jatki i bębny biją dziś wszędzie. Boże, jeśli coś knują, jak chodziły gadki, dzisiejszej nocy to będzie” – przestrzega inny poeta. Chyba trochę przesadza, bo „dzisiejszej nocy” nic jeszcze nie będzie – za to w styczniu – aaa, to co innego!

Właśnie gruchnęła wieść, że „na własną prośbę” odszedł z vaginetu obywatela Tuska Donalda pan Maciej Berek, będący w vaginecie „prawą ręką” obywatela Tuska Donalda. Fałszywe pogłoski utrzymują, że jego decyzja podyktowana jest „koncepcją” przesunięcia go z odcinka władzy wykonawczej na odcinek władzy sądowniczej, a konkretnie – do Trybunału Konstytucyjnego. Dopiero w świetle tych fałszywych pogłosek lepiej rozumiemy zagadkowe zapowiedzi obywatela Żurka Waldemara, że już „wkrótce” właśnie na odcinku władzy sądowniczej rozpocznie się „przełom”. Chodzi o to, że we wrześniu, w Trybunale Konstytucyjnym, kończy się kadencja jednego z tak zwanych „sędziów-dublerów”, to znaczy – pana sędziego Justyna Piskorskiego, który zasiada tam od roku 2017. I właśnie pan Berek ma go w Trybunale zastąpić, przywracając w ten sposób w naszym sądownictwie konstytucyjnym socjalistyczną praworządność. Pewnej wiarygodności tym fałszywym pogłoskom przydają lamenty pana prof. Matczaka, który obawia się, że ostentacyjne przesunięcie pana Berka z władzy wykonawczej do władzy sądowniczej wywoła niesmak w środowisku płomiennych szermierzy praworządności, co to przecież z tego właśnie powodu daliby się za obywatela Tuska pokroić w talarki.

Moim zdaniem poczciwy pan pan prof. Matczak niepotrzebnie martwi się na zapas. W naszym fachu nie ma strachu. Dotychczasowe afery, czy to w Kotlinie Kłodzkiej, czy to w Szpitalu Południowym i w ogóle – w sektorze ochrony zdrowia, podobnie jak na odcinku powodziowym, spływają po Volksdeutsche Partei niczym woda po kaczce, potwierdzając trafność spostrzeżenia niemieckich „nazistów”, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty. Nawet przewielebni ojcowie jezuici twierdzili ponoć, że cel uświęca środki, a czy można wyobrazić sobie świętszy cel, jak przywrócenie socjalistycznej praworządności? Świętszego celu wyobrazić sobie niepodobna, a skoro tak, to – co, mówiąc nawiasem, przewidział Sławomir Mrożek w historii o niegrzecznym chłopczyku – z umiłowania praworządności można nawet łamać prawo – „bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia”. Wystarczy tedy, że Judenrat wyperswaduje mikrocefalom, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie można – i wszystko będzie gites tenteges.

Więc we wrześniu pana „sędziego-dublera” Justyna Piskorskiego zastąpi znany z nieskazitelnego charakteru pan Maciej Berek – ale na tym nie koniec podchodów pod Trybunał Konstytucyjny, bo w styczniu przyszłego roku kończy się kadencja drugiego „sędziego-dublera”, pana Jarosława Wyrembaka, który jest ostatnim w „sędziów-dublerów”. Jestem pewien, że będzie zastąpiony kandydatem, który zadowoli nie tylko Judenrat, nie tylko stare kiejkuty, ale nawet samą Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, która z okazji udanej operacji może obywatelu Tusku Donaldu nadać nawet Order Krzyża Zbolałego. W ten bowiem sposób w Trybunale Konstytucyjnym będzie już 9 sędziów z prawdziwego zdarzenia, cieszących się zaufaniem Judenratu, starych kiejkutów, no i oczywiście – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Ta dziewiątka zdominuje pozostałą resztę spośród 15 sędziów Trybunału Konstytucyjnego – no a wtedy będą mogły wreszcie posypać się piękne wyroki, które vaginet obywatela Tuska Donalda w podskokach będzie publikował w „Gazecie Wyborczej” i innych dziennikach urzędowych naszego bantustanu.

W ten sposób może zostać rozwiązany problem Konfederacji Korony Polskiej, a być może również jej lustrzanego odbicia w postaci drugiej Konfederacji. I jedna i druga może zostać w tak zwanym „majestacie prawa” zdelegalizowana, bo jużci – „brunatnienie Polski” musi mieć jakieś przyczyny, a gdzie mamy szukać przyczyn, jak nie w Konfederacjach obydwu obrządków?

Nie brak świadków na tym świecie” – mawiał Rejent Milczek, więc jestem pewien, że zarówno Żydowie, którzy swoją sprawność w werbowaniu świadków wykazali już podczas procesu Jezusa z Nazaretu, jak i stare kiejkuty, co to naocznych świadków mogą wyprodukować każdą ilość, dostarczą niezawisłym sędziom materiał dowodowy w takiej obfitości, że będzie można w nim wybierać-przebierać – ku chwale socjalistycznej praworządności. W dodatku niezawisły sąd rejestrowy dostanie instrukcję: wiecie, rozumiecie niezawisły sędzio. Wy prowadźcie postępowanie rejestracyjne porządnie, znaczy się – skrupulatnie, tak, żeby żadna następczyni, ani jednej, ani drugiej konfederacji nie została zarejestrowana aż do dnia wyborów – bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa. A jeśli jeszcze w tak zwanym międzyczasie złowrogi Grzegorz Braun znajdzie się w lochu, to chyba jasne, że nie tylko praworządność, ale i demokracja zostanie uratowana. Co na ten temat mówił klasyk demokracji Józef Stalin – że jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest przygotowanie suwerenom prawidłowej alternatywy wyborczej.

Jak wiadomo, alternatywa wtedy jest prawidłowa, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Rozumie to nawet zimny ruski czekista Putin, który w tym celu przy pomocy niezawisłego sądu właśnie wymanewrował partię „Jabłoko” – a przecież nasi szermierze demokracji też sroce spod ogona nie wypadli.

Ale Konfederacje – to jedna sprawa, a sprawa druga i nawet ważniejsza, to „uzurpator”, czyli pan prezydent Karol Nawrocki, piętrzący przed vaginetem obywatela Tuska Donalda przeszkody w rządach nienagannie sprawowanych. Tedy po prawidłowym obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego zaufanymi sędziami, można będzie przeprowadzić procedurę opisaną w art. 131 konstytucji, kiedy to prezydent „nie może” sprawować swego urzędu. Co wtedy robi? Ano – zawiadamia o tym marszałka Sejmu, który przejmuje obowiązki prezydenta. Ale może zdarzyć się i tak, że prezydent nie może zawiadomić marszałka Sejmu, ze „przejściowo” nie może pełnić swoich obowiązków, na przykład z tej przyczyny, że nic o tym nie wie. Co się wtedy dzieje? Wtedy właśnie wkracza na polityczną scenę prawidłowo obsadzony Trybunał Konstytucyjny, który „rozstrzyga o przeszkodzie” i powierza prezydenckie obowiązki marszałkowi Sejmu. Jak widzimy, konstrukcja jest prosta, jak budowa cepa, więc przy odpowiednim obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego pozbycie się „uzurpatora” może okazać się łatwiejsze, niż myślimy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sondaże, łże-sondaże…

„Łże prawica” – 16% ; „Gang Pinokia” poniżej progu wyborczego

Autor: Redakcja, 25 sierpnia 2026

AIX

W najnowszym sondażu nazywanym przez niektórych sondażem badającym aktualny stan ogłupienia Polaków, do przyszłego Sejmu III RP „wchodzą” cztery partie.

Języczkiem uwagi są niezdecydowani ze strefy propagandowego zgniotu. Jeżeli posłuchają apeli o bojkot wyborów, to w zależności od wariantu:

  1. Absencji – do Sejmu mają szansę dostać się jeszcze pozostałe lewicowe ugrupowania.
  2. Oddania nieważnego głosu – Wynik wyborów będzie zbliżony do wyników sondażu.
  3. Gdyby niezdecydowani, w akcie buntu, zagłosowali na obydwie Konfederacje, po raz pierwszy w historii III RP prawica uzyskałaby większość.

W wariancie uwzględniającym tylko „zdecydowanych” wygląda to tak:

Jak widać, “Rozwój plus” – Polska minus, również nie dostałby się do Sejmu.

Dylematy. To oni. MEM-y III.

[MD: To przejęzyczenie AM. Piłsudskiego dziwaczny pogląd dotyczył Powstania Styczniowego]

——————————————-

————————————–

——————————————-

——————————

——————————-

——————————–

————————————————————

——————————

———————————————————–

—————————–

————————————–

MeRdia uczą !! MEM-y II

————————–

——————————————

—————————————–

—————————————

———————————————-

———————————————————-

———————————–

——————————–

——————————-

—————————————

———————-

——————————————

MEM-y poranne

—————————–

————————————————-

——————————

—————————-

———————————————–

————————————

—————————————

—————————–

—————————————————–

„Wyborcza” wini Polaków za ludobójstwo na Wołyniu

„Wyborcza” wini Polaków za ludobójstwo na Wołyniu

24.08.2026 Andrzej Kumor wolnemedia/wyborcza-wini-polakow-za-ludobojstwo-na-wolyniu

Nie ucisk, lecz ideologia. Rzeź wołyńska nie była „odwetem” za politykę II RP, lecz realizacją programu nacjonalizmu integralnego Dmytra Doncowa.

———————————————-

W najnowszym „Magazynie Wyborczej” Adam Michnik publikuje tekst pod wymownym tytułem „Dobrzy ludzie z Ukrainy”. Już na okładce pojawia się teza, która ma tłumaczyć zbrodnie OUN-UPA: jeśli ruch wyzwoleńczy narodu uciskanego dopuszcza się zbrodni na narodzie panującym, to przyczyną jest ucisk narodowy, a nie wola wyzwolenia. Innymi słowy – winna jest przede wszystkim Polska i jej polityka narodowościowa. To klasyczna figura, która od lat wraca w części polskiej debaty publicznej: zbrodnia ma być konsekwencją, a nie wyborem ideologicznym.

To twierdzenie jest fałszywe zarówno historycznie, jak i moralnie.

Ideologia powstała wcześniej i niezależnie od „ucisku”

Dmytro Doncow sformułował swoją doktrynę „nacjonalizmu czynnego” (integralnego) już w latach 20. XX wieku, a kluczową książkę Nacjonalizm wydał w 1926 r. – na długo przed największymi napięciami polsko-ukraińskimi drugiej połowy lat 30. i przed „pacyfikacją” 1930 r. Jego myśl czerpała z faszyzmu włoskiego, nietzscheanizmu, elitaryzmu i darwinizmu społecznego. Naród miał być organizmem biologicznym, którego przetrwanie usprawiedliwia wszelkie środki. Moralność, prawo, humanitaryzm – to przesądy słabych. Potrzebna była „mniejszość inicjatywna” zdolna do bezwzględności, nienawiści jako siły twórczej i „kamiennego serca”.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), założona w 1929 r., przyjęła tę ideologię niemal jako kanon. Bandera i jego frakcja (OUN-B) poszli jeszcze dalej w kierunku totalitarnego, etnicznie czystego państwa. Program „oczyszczenia” ziem z „obcych elementów” – Polaków, Żydów, Rosjan – nie był spontaniczną reakcją na polską politykę. Był konsekwencją przyjętego światopoglądu. Polskie władze międzywojenne prowadziły politykę asymilacyjną, czasem represyjną (pacyfikacje po ukraińskich sabotażach, ograniczenia szkolnictwa, faworyzowanie osadników), ale nie planowały fizycznej likwidacji narodu ukraińskiego. OUN od początku głosiła rewolucję narodową i dyktaturę, a nie reformę w ramach demokracji.

Rzeź była planowaną czystką etniczną

Masakry na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w 1943–1944 r. nie były „eksplozją nienawiści” wywołaną polskim uciskiem. Były operacją przygotowaną. Latem 1943 r., zwłaszcza w „krwawą niedzielę” 11 lipca, sotnie UPA (często z udziałem miejscowej ludności) systematycznie atakowały polskie wsie. Szacunki ofiar polskich wahają się od około 50–60 tys. na samym Wołyniu do 100 tys. łącznie z Galicją. Metody były celowo bestialskie: siekiery, piły, noże, gwałty, tortury – nie chodziło tylko o zabicie, lecz o zastraszenie i wymazanie śladów obecności.

Decyzje zapadały na poziomie dowództwa OUN-B. Dmytro Kłaczkiwśkyj („Kłym Sawur”) wydał rozkazy o „generalnej fizycznej likwidacji całej polskiej ludności”. To nie był odwet za konkretne polskie działania w 1943 r. – to była realizacja wcześniejszego programu etnicznego oczyszczenia terytorium, które uważano za „ukraińskie etnograficznie”.

Ofiarami nie byli tylko Polacy

Jeśli rzeź miała być jedynie „reakcją na polski ucisk”, to dlaczego ginęli również inni? UPA i oddziały OUN mordowały Żydów, którzy przeżyli niemiecką Zagładę i ukrywali się w lasach. Mordowano Czechów (szacunki mówią o około 350 ofiarach wśród mniejszości czeskiej na Wołyniu, poza niemiecką zbrodnią w Czeskim Malinie), Ormian, Rosjan, Gruzinów, a także Ukraińców, którzy ratowali Polaków, byli w mieszanych małżeństwach albo po prostu nie podporządkowali się „lini partii”. Źródła polskie i zachodnie zgodnie wskazują na setki ofiar spośród tych mniejszości. To nie wygląda na „odwet za politykę narodowościową państwa polskiego”. Wygląda na realizację programu etnicznej homogeniczności.

Niebezpieczeństwo zamiatania pod dywan

Dziś, gdy Ukraina broni się przed rosyjską agresją, łatwo ulec pokusie, by „nie drążyć” tematu Bandery, OUN i UPA. Część ukraińskiej pamięci oficjalnej uczyniła z nich bohaterów walki o niepodległość, a krytykę tej legitymizacji traktuje się jako „rosyjską propagandę” albo „polski nacjonalizm”. To błąd.

Ideologia Doncowa i praktyka OUN-UPA zawierały wyraźne elementy nazistowskie i totalitarne. Współpraca części OUN z Niemcami w 1941 r., udział w pogromach, a później samodzielna czystka etniczna – to fakty, nie „narracja”. Zamiatając je pod dywan, nie buduje się trwałego pojednania. Buduje się fałszywy fundament, na którym łatwo odradzają się skrajne nurty. W warunkach wojny i kryzysu to szczególnie niebezpieczne. Prawda historyczna nie jest „szkodzeniem Ukrainie”. Jest warunkiem, by Ukraina – i relacje polsko-ukraińskie – nie nosiły w sobie ziarna przyszłych konfliktów.

Polityka II RP wobec mniejszości ukraińskiej była niedoskonała, a miejscami krzywdząca. Nie była jednak przyczyną ludobójstwa. Przyczyną była ideologia, która uczyniła z nienawiści i bezwzględności cnoty narodowe. Tego faktu nie da się wymazać żadną „perspektywą ukraińskich okularów”.

Historia nie lubi usprawiedliwień, które zamieniają sprawców w ofiary okoliczności. Rzeź wołyńska była wyborem. Wyboru ideologicznego. I właśnie dlatego nie wolno go dziś relatywizować.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

Szarlatani i biurokraci

Stanisław Michalkiewicz

   Nieubłaganie zbliża się termin wyborów do Sejmu i Senatu, które według wszelkiego prawdopodobieństwa powinny się odbyć w okolicach października przyszłego roku. Czasu – jak widzimy – zostało niewiele, więc jest to ostatnia okazja, by ambicjonerzy polityczny pokazali, w jaki sposób zamierzają obywatelom przychylać nieba. Te sposoby są dwojakie; jedni ambicjonerzy zapowiadają, ile to pieniędzy przeznaczą gwoli przychylenia obywatelom nieba, a inni z kolei deklarują, że pieniędzy wprawdzie nie będą dawali, ale też nie będą ich obywatelom zabierali.

Sęk bowiem w tym – czego zdecydowana większość obywateli naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju nie rozumie – że rząd nie wytwarza żadnego bogactwa, więc jeśli zapowiada, że będzie rozdzielał pieniądze, to znaczy – że najpierw będzie musiał skądś je wziąć – a skąd, jeśli nie od obywateli? Jeśli rządowi brakuje pieniędzy – a chyba nie ma rządu, któremu by ich nie brakowało – no, może z wyjątkiem Arabii Saudyjskiej, która rzeczywiście sama nie wie, co robić z pieniędzmi – to ma trzy możliwości. Po pierwsze – może podnieść podatki.

Ale tu litościwa natura wprowadziła hamulec w postaci tzw. „efektu Laffera”. Polega on na tym, że podniesienie podatków przysparza rządowi dochodów tylko do pewnego momentu. Jeśli rząd podniesie podatki ponad pewien poziom, dochody zaczynają mu się gwałtownie zmniejszać. Wyjaśnienie tego paradoksu jest proste. W każdej gospodarce jest pewna liczba podmiotów bardzo rentownych, większość – na średnim poziomie rentowności i pewna liczba podmiotów na pograniczu rentowności – ale przy określonym poziomie opodatkowania.

Jeśli poziom opodatkowania wzrośnie, to podmioty, które były na pograniczu rentowności, przestają być rentowne i od nich nie ma nie tylko większego podatku, tylko w ogóle żadnego. Z kolei podmioty, będące uprzednio na średnim poziomie, spadają na pogranicze rentowności i instynkt samozachowawczy skłania ich do oszukiwania. Od nich też nie ma większego podatku, tylko raczej mniejszy. Wreszcie podmioty wcześniej bardzo rentowne, spadają do poziomu średniego i jeśli nawet jeszcze nie oszukują, to osiągają mniejsze dochody i płacą odpowiednio mniejsze podatki.

Zatem kolejnym sposobem zdobycia przez rząd pieniędzy jest sprzedanie czegoś, co ktoś chce kupić. Nasz nieszczęśliwy kraj już chyba wszystko wyprzedał, może z wyjątkiem Lasów Państwowych, więc tu większej możliwości manewru już nie ma.

Trzecim sposobem pozyskania przez rząd pieniędzy jest pożyczenie ich. I to jest właśnie ten sposób, z którego wrażliwe społecznie rządy naszego nieszczęśliwego kraju korzystają ponad podziałami. W rezultacie dług publiczny przekroczył już 3 biliony złotych i rośnie z szybkością 1800 mln zł dziennie.

Ale musimy zdawać sobie sprawę, że rząd pożyczając pieniądze od  lichwiarskiej międzynarodówki, musi dawać jakieś zabezpieczenie pożyczki. Tytułem zabezpieczenia rząd po prostu zastawia dochody z przyszłych podatków. Oznacza to jednak, że zdobywa pieniądze kosztem sprzedawania własnych obywateli w niewolę lichwiarskiej międzynarodówce. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy  – płacić procenty.

W rezultacie obywatele z tytułu „obsługi” długu publicznego muszą oddawać lichwiarskiej międzynarodówce coraz większą część bogactwa, jakie swoją pracą wytwarzają – a więc popadają w niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Istotą niewolnictwa jest bowiem to, że niewolnik musi pracować na swojego pana – no a taki właśnie los wypadł nam. W tych warunkach demokracja polityczna sprowadza się do tego, że obywatele mogą sobie wybrać albo jednego, albo drugiego poborcę podatkowego w służbie lichwiarskiej międzynarodówki – a i to nie zawsze.

   Dotychczasowe wyniki wyborów pokazują, że zdecydowana większość obywateli naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju tych prostych zależności nie rozumie ani w ząb – toteż nic dziwnego, że polityczni ambicjonerzy obiecują im złote góry – ile to pieniędzy między nich rozdzielą – i to „za darmo” – a ci, niczym stado baranów, udzielają im poparcia – i w ten sposób „biznes sze kręczy” – ku uciesze lichwiarskiej międzynarodówki. Czasami jednak taki jeden z drugim polityczny ambicjoner próbuje pokazać, że troszczy się o obywateli również w inny sposób.

Tak właśnie zrobił obywatel Tusk  Donald, kierując do Sejmu rządowy projekt ustawy o Rzeczniku Praw Pacjenta, potocznie zwaną „lex szarlatan”, z uwagi na zawarte tam przepisy, godzące w samozwańczych lekarzy „z bożej laski”, którzy za pieniądze przyjmują pacjentów, zalecając im rozmaite „cudowne” terapie.

Pan prezydent Nawrocki skierował tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego z uwagi na to, że Sejm wrzucił do jednego worka z „szarlatanami” również zielarzy, fizjoterapeutów i podobnych przedsiębiorców.

Prezydent uznał, iż może to godzić w konstytucyjną zasadę swobody działalności gospodarczej i stąd decyzja o skierowaniu ustawy do TK. Niezależnie od tego skierował do Sejmu własny projekt „lex szarlatan”, sprowadzający się w gruncie rzeczy do proklamowania nowego przestępstwa w postaci „nakłaniania  do niebezpiecznych decyzji zdrowotnych”. Drugą istotną różnicą między projektem prezydenckim i rządową ustawą „lex szarlatan” jest to, że na podstawie tej ustawy, decyzję w sprawie „szarlatana” podejmowałby urzędnik, a nie sąd, przed którym – przynajmniej teoretycznie – obowiązuje zasada kontradyktoryjności.

Teoretycznie – bo w praktyce naszego – pożal się  Boże – „wymiaru sprawiedliwości” ostatnie słowo mają raczej oficerowie prowadzący to znaczy – stare kiejkuty, czy ABW – niż strony procesowe. Niezależnie od tego niezwiśli sędziowie nie są też niewrażliwi na brzęczące argumenty, dlatego opinie, że w naszym nieszczęśliwym kraju pan Marcin Romanowski, czy Zbigniew Ziobro nie mogą liczyć na uczciwy proces, są całkowicie uzasadnione. Dodałbym, że nie tylko oni, ale w ogóle NIKT na uczciwy proces w naszym bantustanie liczyć nie powinien.

   Wróćmy jednak do „lex szarlatan” i krytyki decyzji pana prezydenta ze strony obywatela Tuska Donalda. Właśnie oznajmił on, ze jego vaginet przeznaczy dodatkowe 17 mld złotych na „ochronę zdrowia”. Dzieje się tak w sytuacji, gdy np. szpital w Miastku właśnie ogłosił upadłość, a wiele innych, jeszcze bardziej zadłużonych, też powinno to zrobić – ale się wstrzymuje, bo nikt nie wie, co w tej sytuacji robić dalej.

Pani Jolanta Sobierajska-Grenda piastująca w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra zdrowia, wymyśla rozmaite cudowne terapie, które – na zasadzie  dalszego doskonalenia tego biurokratycznego żerowiska – miałyby przynieść znakomite rezultaty – ale to jeszcze większa szarlataneria, niż działalność rozmaitych szamanów i cudotwórców medycznych. Oni działają detalicznie, podczas gdy pani Sobierajska-Grenda – hurtowo.

Powrót Nord Stream

Powrót Nord Stream

Jeśli ktoś w Polsce uważa, że sprawa Nord Stream jest już definitywnie zamknięta – to się myli. Nie jest zamknięta z dwóch powodów.

Po pierwsze, niemieckie śledztwo zostało zakończone i wskazało na sprawców grupę ukraińskich płetwonurków posługujących się jachtem „Andromeda” (na zdjęciu). Po drugie, także rola gospodarcza Nord Stream nie jest już przeszłością. Są gotowe plany, także amerykańskie, ponownego uruchomienia tego gazociągu po zakończeniu wojny na Ukrainie. A więc, jak mawiał klasyk, „ta czaszka może się jeszcze uśmiechnąć”.

Ale zanim do tego dojdzie czeka nas proces Ukraińców, którzy wysadzili Nord Stream we wrześniu 2022 roku. Jeden z nich, Wołodymyr Ż., do niedawna ukrywał się w Polsce korzystając z ochrony politycznej i sądowej. Mimo wydania przez Niemcy Europejskiego Nakazu Aresztowania – sąd polski pod przywództwem Dariusza Łubowskiego nie tylko odmówił wydania Ukraińca, ale ustami pana sędziego uczynił zeń wręcz bohatera całej ludzkości.

Co ciekawe, ale także najbardziej „europejski” premier w historii Polski, Donald Tusk, pochwalił pisowskiego sędziego, mimo że z punktu widzenia czysto prawnego nie miał on żadnych podstaw do podjęcia takiej a nie innych decyzji. Wydawało się więc, że sprawa jest zamknięta. Nic z tych rzeczy. Wołodymyr Ż., skuszony pieniędzmi jako ekspert kręconego w Chorwacji filmu amerykańskiego na kanwie jego wyczynu – został zatrzymany. Teraz sąd chorwacki prawie na pewno wyda go Niemcom.

Wołodymyr Ż.

I co wtedy? Wtedy wyjdzie na jaw udział Polski w tym akcie terroru. Na czym on polegał? Czy na operacyjnej pomocy grupie ukraińskich terrorystów, którzy mieli swoją bazę w Polsce, którzy pod szyldem firmy zarejestrowanej w Polsce  przygotowali zamach, i którzy korzystali z portu w Kołobrzegu? Czy też „tylko” na usilnym zacieraniu śladów już po zamachu i dezinformowaniu śledczych niemieckich, którzy zwracali się do władz polskich z prośbą o pomoc.

Proceder ten ujawnił w wydanej także u nas książce pt. „Wysadzić Nord Stream” amerykański dziennikarz śledczy Bojan Pancevski. Książka jest u nas przemilczana, czemu trudno się dziwić. No bo jak czytamy tam, że kiedy Niemcy zwrócili się do Polski o nagrania monitoringu z portu w Kołobrzegu, najpierw przez parę miesięcy strona polska milczała, a potem odpowiedziała, że takich nagrań nie ma. Odmówiła też danych z telefonów, którymi posługiwali się w Polsce Ukraińcy. Mało tego, Stanisław Żaryn, wówczas pełnomocnik rządu ds. Bezpieczeństwa Przestrzeni Informacyjnej Rzeczypospolitej Polskiej w rządzie PiS-u – świadomie dezinformował stronę niemiecką przekonując, że cała sprawa jest „rosyjską prowokacją”, a tak naprawdę to sami Rosjanie wysadzili swój gazociąg. To było wtedy oficjalne stanowisko Polski.

Donald Tusk wszedł w buty Stanisława  Żaryna i w komentarzu na temat zatrzymania Wołodymyra Ż. stwierdził, że to nie on powinien być ścigany, ale… twórcy Nord Stream! Zapomniał chyba, że był to projekt nie tylko rosyjski, ale europejski. Przypomnijmy. Akcjonariuszami Nord Stream AG były następujące firmy: Gazprom International Projects LLC, spółka zależna Gazprom – 51%, Wintershall Dea AG – 15,5%, PEG Infrastruktur AG, spółka zależna E.ON Beteiligungen – 15,5%, N.V. Nederlandse Gasunie – 9%, Engie (Francja) – 9%. Przestępstwo jest przestępstwem, straty są stratami – i w wypadku skazania Ukraińców firmy te mogą wystąpić o odszkodowanie nie tylko pod adresem Ukrainy, ale i Polski. Trudno nie nazwać postawy Polski w tej sprawie innym terminem jak obłęd.

Jan Engelgard  

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Twój kraj jest młodszy, niż mój brat. MEM-y VIII.

——————————–

——————————————

——————————–

——————————————–

————————————

—————————-

———————————————————

————————————-

———————————————-

Prężnie działające lobby. MEM-y VI.

———————————-

—————————-

—————————————

——————————————–

——————————————

—————————

—————————————-

————————————–

———————

Świat jest mały, ręka rękę myje. MEM-y V.

——————————–

———————————

———————————

———————————–

—————————————-

—————————-

————————–

——————————————————————-

———————————–

Tradycyjna chlebowość. Dr. hab. Barbara Mróz-Gorgoń. MEM-y IV.

—————————–

—————————————–

—————————————————

——————————-

———————–

———————————–

——————————————-

———————————

———————–

————————————–

-=———————————–

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

23.08.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/o-dalszy-rozwoj-socjalistycznej-praworzadnosci

Jak wynika z potępieńczych swarów, które nie ucichają nawet w okresie, kiedy nasz Parlament zgodnie z demokratyczną tradycją na cały sierpień rozpełza się ad aquas, jedną z największych bolączek trapiących nasz nieszczęśliwy kraj jest sytuacja na odcinku praworządności.

Najgorzej wygląda sytuacja na odcinku władzy sądowniczej, gdzie nie wiadomo do końca, którzy sędziowie są sędziami, a którzy – przebierańcami – w zależności od tego, kto ich rekomendował do mianowania na urząd sędziego – czy „stara” Krajowa Rada Sądownictwa, która została powołana „nieprawidłowo” przez „upolityczniony” Sejm, czy nowa, do której kandydatury wysunęły zatwierdzone przez Judenrat i służby organizacje sędziowskie, a które apolityczny Sejm skwapliwie przyklepał, rozumiejąc, że próżno byłoby wierzgać przeciwko ościeniowi.

W dodatku pan prezydent Nawrocki wręczył nominacje delikwentom, wśród których obywatel Żurek Waldemar dopatrzył się też nieprawidłowości, więc nie wiadomo, co właściwie z tym fantem teraz zrobić.

Ale to drobiazg niewątpliwy w porównaniu z torującą sobie drogę nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale i w Unii Europejskiej zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Jak pamiętamy, w czerwcu 2021 roku Naczelnik Państwa przy pomocy klubu Lewicy przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, na podstawie której Komisja Europejska uzyskała dwa nowe uprawnienia; do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i do nakładania „unijnych” podatków.

Dzięki temu w końcowej fazie epidemii zbrodniczego koronawirusa Reichsführerin Urszula Wodęleje zamówiła w firmie Pfizer wielkie ilości szczepionek. Aliści w roku 2022 zimny ruski czekista Putin rozpoczął „specjalną operację wojskową” przeciwko Ukrainie. Wskutek tego przez przejścia graniczne do Polski runęła z Ukrainy fala uchodźców, którzy nie tylko nie mieli maseczek, ale nawet certyfikatów, że zostali prawidłowo wyszczepieni – co było ponoć niezbędne dla stawiania czoła zbrodniczemu koronawirusowi.

W tej sytuacji utrzymywanie tych zbawiennych nakazów stało się za bardzo śmieszne, więc zostały one uchylone – i w ten sposób z dnia na dzień zimny ruski czekista Putin położył kres epidemii. Ale za zamówione szczepionki, których nasz nieszczęśliwy kraj nie chciał już odbierać, Pfizer zażądał zapłaty – jednak nie od Reichsführerin Urszuli Wodęleje – tylko od członkowskich bantustanów. Reichsführerin bowiem mogła tylko „zamawiać”, natomiast płacić miał już kto inny – podobnie jak w przypadku „pożyczek” zaciąganych przez Komisję Europejską – które muszą spłacać członkowskie bantustany.

Tedy niezwisły sąd w Belgii nakazał Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej zapłacić Pfizerowi prawie 6 mld złotych i zajął jej wierzytelności, obejmujące należności od linii lotniczych za usługi w zakresie kontroli ruchu lotniczego w polskiej przestrzeni powietrznej. Wyrok nie jest prawomocny i polski rząd złożył apelację – ale apelacja nie wstrzymuje egzekucji. Agencja sprzeciwia się zajęciu, wskazując, że ani nie jest polskim rządem, ani nie zawierała z Pfizerem żadnej umowy, ale – jak to z niezawisłym sądem – nie wiadomo, czy to coś da. Jak tam będzie – tak tam będzie, ale przykład ten pokazuje, że w Unii Europejskiej triumfuje zasada odpowiedzialności zbiorowej: kto inny zaciąga pożyczki czy zawiera umowy, a kto inny musi za to płacić – chociaż na dobry porządek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.

Jednak nie możemy zapominać, że zasada odpowiedzialności zbiorowej legła u podstaw praworządności socjalistycznej, zarówno w wydaniu bolszewickim – gdzie podstawą represji była na przykład przynależność do rodziny skazańca – jak i w narodowo – socjalistycznym wydaniu, gdzie np. podstawą represji była przynależność delikwenta do narodu żydowskiego. Ponieważ od wejścia w życie traktatu z Maastricht w roku 1993 budujemy IV Rzeszę, to wydaje się, że Rzesza IV nie może w sposób istotny różnić się od Rzeszy III, a skoro tak, to nic dziwnego, że ze skarbnicy praworządności socjalistycznej wydobyto zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

Ale triumfuje ona nie tylko w sprawach zwanych „biznesowymi”. Jak wiadomo, jedną z dynamicznie rozwijających się dziedzin gospodarki socjalistycznej jest przemysł molestowania. Ogólnie polega on na tym, że niezależne media, zwłaszcza te zaangażowane w socjalistyczne przemiany, molestowanie bardzo potępiają, nie tylko stając po stronie ofiar, wśród których, ma się rozumieć, dominują panie – chociaż zdarzają się wyjątki – a w razie potrzeby, nawet „dodają dramatyzmu”, żeby historia lepiej się medialnie sprzedawała, między innym dzięki tak zwanym „dreszczykom”.

Warto zwrócić uwagę, że na przestrzeni lat doszło do pewnej ewolucji tej gałęzi przemysłu. O ile przedtem ofiary molestowania kierowały swoje oskarżenia byle jak, bez żadnej myśli przewodniej, o tyle w miarę rozwoju branży sprawę wzięli w swoje wypróbowane ręce promotorzy rewolucji komunistycznej i nadali oskarżeniom wyraźny kierunek. Głównym podejrzanym o skłonności do molestowania stało się duchowieństwo katolickie ze względu na utrzymujący się w tym środowisku celibat, który i wcześniej budził rozmaite podejrzenia. Niestety poziom zamożności poszczególnych przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa bywa zróżnicowany, to znaczy – obok księży zamożnych są też księża ubodzy, a już tacy zakonnicy, to nawet składają śluby ubóstwa – i tu właśnie pojawiła się pokusa zastosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej.

Chodzi o to, by – niezależnie od osobistej zamożności delikwenta oskarżanego o molestowanie – odpowiedzialność majątkową egzekwować od Kościoła, to znaczy – od diecezji, do której delikwent jest inkardynowany. Diecezje – w odróżnieniu od wielu parafii – bywają zasobniejsze. W ten sposób na jednym ogniu można upiec dwie, a nawet trzy pieczenie: po pierwsze oskarżyciel może liczyć na profity, co sprzyja stałemu dopływowi delatorów do systemu, po drugie – można w ten sposób szlamować Kościół katolicki, który zawsze był solą w oku dla promotorów czy choćby zwolenników rewolucji komunistycznej i wreszcie – po trzecie – sprzyja to ugruntowaniu zasady odpowiedzialności zbiorowej, która dla praworządności socjalistycznej ma znaczenie fundamentalne.

Na tym jednak zasada odpowiedzialności zbiorowej się nie wyczerpuje. Na końcu kościelnego łańcucha pokarmowego są bowiem parafianie. Nie należą oni do stanu duchownego, więc nikomu nie przychodzi do głowy, by przeciwko nim kierować nawet podejrzenia o molestowanie – ale to właśnie oni w ostatniej instancji są obciążeni obowiązkiem spłacania odszkodowań czy „zadośćuczynień” orzeczonych przez niezawisłe sądy, których funkcjonariusze często czy może nawet nigdy nie zdają sobie sprawy, że stanowią zbrojne ramię komunistycznej rewolucji.

Podrabianie moczu. MEM-y II.

A co to?? Cookie stuffing (nadziewanie ciasteczek) to nieuczciwa praktyka w marketingu afiliacyjnym. Polega na potajemnym wstrzykiwaniu plików cookie partnera (afilianta) do przeglądarki użytkownika

————————

——————————–

——————————————

————————-

—————————

———————————————

[iiiii… tam… Głupiemu wrogowi trza dokopać, by się obudził…]

————————————————-

————————————-

————————————————–

Aferoteka. MEM-y I.

————————————

—————————————————-

—————————————————————————————-

————————————–

——————————————————–

———————————

—————————-

—————————————–