Czy Polska jeszcze istnieje?

Czy Polska jeszcze istnieje?

poll

31 stycznia, wpis nr 1393

Zaczynam z grubej rury, ale pytanie „czy Polska jeszcze istnieje?” jest alarmistycznie zasadne. Oczywiście nie chodzi mi o Najjaśniejszą, Rzeczpospolitą, ideę która przeplata się przez losy pokoleń Polaków, ale chodzi mi o państwo. Całym pokoleniom chodziło przecież w walce, by powstał, a właściwie wrócił konkretny byt państwowy. Ideą żyliśmy zbyt długo, tęskniliśmy za i walczyliśmy o rzeczywisty twór, już nie ideę. Czy po tym wszystkim, co ostatnio przechodzimy polskie państwo istnieje, a jeśli tak, to jaki ma kształt, w jaką stronę zmierza i w jaki sposób Polacy mogą mieć na ten trend wpływ? Dlatego proponuję odrzucić kłuszyńskie proporce husarii, męczeństwo pokoleń, nasze przewagi oraz klęski i brutalnie wskoczyć w pragmatyzm państwowy, daleki od patriotycznych, nawet ideologicznych, zaśpiewów.

Coś za coś

Po co ludziom państwo, tak w ogóle? Skąd się wziął ten trend, że narody o wyższych aspiracjach organizowały się w państwa, zamiast mieć wiele rzeczy z głowy pod rządami innych władców? Ci w różny sposób eksploatowali poddanych, czasem własny naród bardziej, niż niepaństwowy, inkorporowany, ale dawali coś w zamian. Ta wymiana, choć często nierównoważna (bo państwo ma tendencję do zabierania więcej w zamian za zmniejszanie swoich obowiązków wobec obywateli), była jednak na tyle przemożną wartością, że ład (?) światowy ułożył się w system państw pokrywających całą planetę. Na czym polegała ta wymiana?

W politologicznej i historiozoficznej optyce państwo polega na organizacyjnej wymianie części wolności obywatelskich za gwarancje bezpieczeństwa. Organizm państwowy miał tu gwarantować pewne, nowocześnie mówiąc, „usługi publiczne”, których ani sam obywatel, ani plemię czy mniejsze grupki nie były same w stanie ogarnąć. Poziom tej wymiany zależał od wielu czynników. Jedne były geopolityczne, np. jakieś plemię ze względów na swe położenie nie miało wielu wrogów i nie musiało się organizować w państwo, inne kryteria kształtowania się państwa legły w tradycji często osadzonej w religii: w wiarach bardziej personalistycznych, gdzie godność czy wolność jednostki były ważne, relacje państwo-naród kształtowały się w sposób zrównoważony, tak, by aparat państwowy zachowywał się tu subsydiarnie powściągliwie. W tradycjach kolektywistycznych czy autorytarnych układ władza-naród był prostszy: rządzi władca z nadania (najczęściej boskiego), naród zaś słucha się. Tu relacje polegały nie na tradycyjnych gwarancjach, tylko na zapobieganiu nieczęstym reakcjom na ewentualny sprzeciw ludu, kiedy władca się rozhulał.

Co ważne – w czasach ekspansji nadopiekuńczej roli państwa – spis „usług publicznych” podlegał ekspansji, niestety, kosztem jakości, zaś zakres zawłaszczanej wolności też się powiększał. Na razie skupmy się na tym drugim czynniku: wolność jest coraz bardziej zabierana systemem odkrawania plasterków salami. Ludowi najczęściej wmawia się, że nikt tu niczego nikomu nie zabiera, bo ludzie rozleniwieni w uprawianiu aktywnej wolności dawno zapomnieli na czym ona polega, nie widzą więc, że (i gdzie) jest im ona odbierana.

Czasami państwo idzie na skróty, kiedy chce przyspieszyć i ewidentnie zauważalne przejawy zawłaszczania wolności motywuje czynnikami wyższymi (pozornie) od wolności: jest to głównie wzmagany strach przed czterema jeźdźcami Apokalipsy. Widzieliśmy to za kowida (jeździec zarazy), widzimy to teraz – przy straszeniu konfliktem (jeździec wojny). Takie sztuczki zwalniają państwo z tłumaczenia się co do jakichś subtelnych czynników wolności – liczy się tylko przetrwanie. Ale czy jest ono dostarczane, to już inna sprawa.

Państwo minimum vs. państwo maksimum

Przejdźmy teraz do tego co państwo dostarcza lub ma dostarczać w zamian. Skoro już lud nie widzi dziś tej swojej strony wyrzeczeń, to popatrzmy co za to dostaje, choć – jak widać z powyższego – coraz bardziej dostawać nie musi. Państwo, jako tu się rzekło, rozpycha się jak może, wsadza swoje paluchy w obszary do tej pory mu obce, co zawęża przestrzeń spontanicznej aktywności społeczeństwa. Robi to co najmniej z dwóch powodów: jeden jest najprostszy, czyli chodzi o zwykły pociąg do władzy i w znaczeniu psychologicznym, i merkantylnym. Drugi powód – takie rozpychanie się jest rozprzestrzenianiem się kontroli nad społeczeństwem. Buduje też wierną armię skierowaną przeciwko społeczeństwu – administrację, która im więcej regulacji kontrolnych trzymających za twarz lud, tym bardziej rośnie. I koło zamyka się w coraz ciaśniejszym korkociągu.

W pierwszej części skupię się przede wszystkim na funkcjach państwa, które uważam za niezbędne, ale o wiele mniej liczniejsze niż uprawiane dzisiaj, gdyż państwo postrzegane jako monopol na przymus powinno być trzymane na krótkiej kompetencyjnej smyczy. Bezpieczniej dla obywatela, gdy może być silnym państwem minimum, inaczej rozpełznie się po narodzie jako wszędobylska płycizna sprawczości, za duża by być skuteczna, za szeroka, by nie przeszkadzać. Popracujemy z tymi kompetencjami na przykładzie Polski, bo to i wygodniej odwoływać się do widomych przykładów, i zarazem wypełnić zadanie, które sobie postawiliśmy na początku, odpowiedzi na pytanie: czy Polska istnieje, jako państwo oczywiście?

Można w państwie minimum, czyli w jego kompetencjach wykraczających poza możliwości pojedynczych grup, wymienić kilka kompetencji, które tylko państwo może zapewnić. Można oczywiście zauważyć wypełnianie tych zadań nie przez instytucje państwa, ale zawsze jest to nieszczęście. Te obszary to: polityka zagraniczna, sądownictwo, bezpieczeństwo i aparat skarbowy, by te pozostałe rzeczy opłacić z kasy obywateli. Więcej nie trzeba, by państwo funkcjonowało, czego dowiedziemy w następnej części, kiedy będziemy sprawdzać, czy i jak w tych „dodatkowych”, a zawłaszczonych kompetencjach państwo (polskie) „dowozi”. Należy też tu wspomnieć negatywne przykłady prywatyzowania nawet tych podstawowych funkcji państwa: mieliśmy wiele przykładów chociażby magnackiego uprawiania polityki zagranicznej poza, a często w sprzeczności, z polską racją stanu. Prywatyzacja sądów prowadziła do samosądów, gdzie nie aparat państwa wymierzał sprawiedliwość. Z kolei prywatne armie magnackie były jednym ze schodków prowadzących w głąb katakumb naszego upadku. O polityce skarbowej już nie będę wspominać, skoro jednym z powodów naszego upadku, a później braku rozwoju, były puste kasy państwowe. A więc popatrzmy jak się Polska ma dziś w czterech podstawowych funkcjach państwa.

Dyplomacja

Polityka zagraniczna jest obecnie najlepszym papierkiem lakmusowym do oceny stanu naszego państwa. Do jej uprawiania trzeba wielu rzeczy, ale podstawowe – własna, budowana siła i dobrze, ponadpolitycznie, zdefiniowana i uprawiana racja stanu – są w chronicznej zapaści. W dzisiejszych czasach dopiero wyszedł na jaw deficyt naszej siły, pokazując naszą wewnętrzną i zewnętrzną słabość. Polityka międzynarodowa w sensie zewnętrznym była funkcją podległości zagranicznym patronom w wykonaniu plemion wojny polsko-polskiej. A więc nie realizowaliśmy własnego scenariusza, tylko zewnętrznie koncesjonowany udział w czyichś rachubach. Zaś sama polityka stała się coraz częściej narzędziem do uprawiania jej na użytek wewnętrzny. Ot, żeby przywalić plemieniu konkurencyjnemu, że postawiło na innego patrona niż my. Zagranica to widzi i albo manipuluje nami kilkoma prostymi gałkami, albo w ogóle to olewa, bo kwestia rozkładu państwa w jego sprawczości jest na rękę czynnikom zewnętrznym.

Co do racji stanu, to wojna polsko-polska, skupiona na dojściu do i utrzymaniu taktycznej władzy oddalała nas od myślenia o Polsce w sposób zabezpieczający ciągłość realizacji naszych strategicznych interesów. Te dwa czynniki – zewnątrz-sterowność i doraźność plemiennej sceny politycznej – odstręczała nas od wyartykułowania swoich interesów długofalowych, innych, niż okazało się, że taktycznych, strategii zapisania się do jakichś sojuszy, czy to UE, czy NATO. Nie budując własnej siły w oparciu o interesy naszej, nie cudzej, racji stanu, kiedy te kotwice sojusznicze się zachwiały, nie wiemy co zrobić ze sobą, a raczej liczymy na to, co… z nami zrobią inni. Jest więc fatalnie, co widać, słychać i czuć, gdyż jest to grzech założycielski wszystkich politycznych plemion Polski.

System sprawiedliwości

Drugi aspekt: sądownictwo. Wiem, wszyscy aż się uśmiechacie Państwo, bo właściwie tu nie ma co tłumaczyć. A podobno „sądy są ostoją Rzeczpospolitej”, a więc mamy sytuację, że tej ostoi nie ma, nie istnieją fundamenty, więc cały gmach (podobno kartonowy) na nich postawiony – chwieje się. Grzech pierworodny zaczął się przy Okrągłym Stole i w genach przeszedł w zmutowane formy szarpaniny sądowniczej, jaką fundują nam kolejne ekipy. Wtedy umówiono się, że obszar sądowniczy nie będzie podlegał większym zmianom, zakonserwuje się na kooptacyjnej polityce, gdy nieświęci za komuny sędziowie będą na własnych zasadach dopuszczać do zawodu, albo i nie. Miało to za cel ochronę postkomunistów przed ewentualnym rewanżyzmem bardziej ochoczych części narodu, ale także szyło to płaszcz ochronny do prywatyzacyjnej demoralizacji postkomunistycznej nomenklatury.

Po wielu „reformach” sądownictwo jest obszarem strukturalnej zapaści: państwo strzeże monopolu sądzenia, ale tego zadania nie dowozi. Dla obywatela jest to koszmar, bo pozostaje – samosąd? Mamy tu „burdel i serdel”, nikt nie jest pewien ani procesu, ani obiegu ani rezultatu prawnego działania systemu sprawiedliwości. A to jest rozpacz dla narodu, bo nie ma się gdzie podziać. Nie widać też żadnej nadziei, gdyż, kolejny raz jak w dyplomacji, system sprawiedliwości jest używany prawie wyłącznie do celów wewnętrznej nawalanki, gnębienia przeciwników politycznych i zarezerwowaniu sobie przez władzę otwarcie deklarowanych sędziów obdarzonych zaufaniem – uwaga: zaufaniem władzy, nie sądzonych obywateli. A taka sytuacja – znowu – osłabia Polskę jako państwo, co jest kolejnym etapem i obszarem realizacji zewnętrznych interesów polegających na osłabianiu każdego przejawu siły Polski jako państwa.

Bezpieczeństwo

Bezpieczeństwo – też się pewnie uśmiechacie pod wąsem. W sumie to rozleniwiło nas to NATO kompletnie, okazało się, że do niedawna wielomiliardowe wydatki na zbrojenia można byłoby sobie podarować. Te albo poszły na Ukrainę za friko, albo służą do baletów rocznicowych defilad. Reszta pod względem bojowym jest mało użyteczna. Jeśli w ogóle, to nie jako gwarancja naszej siły i sprawczości, ale jako element „interoperacyjności” wschodniej flanki NATO, czyli rozpuszczenie się naszej sprawczości w zewnętrznych strukturach sojuszniczych. Zewnętrznych, a więc mogących mieć inne, coraz częściej sprzeczne interesy z naszymi  (przypomnę – wciąż z nie uzgodnionymi pewnikami racji stanu).

Widać to zwłaszcza teraz, kiedy nasza interoperacyjność nie ma żadnego znaczenia, gdyż sama wschodnia flanka NATO się zwija, a więc stoimy nad tym wszystkim jak żona rybaka nad rozbitym korytem: ze sprzętem przeznaczonym do innych wojen, z dowództwem wyszkolonym do innej sytuacji geopolitycznej, w końcu – z tak niskim morale narodu, że ponad 75% deklaruje, że w razie „W” będzie spylało, choć nie wie dokąd.

Unia Europejska, która nagle dołożyła do swoich z kolei rozpychań ambicje militarne niczego tu nie dowiezie, bo niczego do tej pory, oprócz chaosu – nie dowiozła. Politycy kłócą się o wszystko, tylko nie o to, jak się wydobyć na własną siłę i sprawczość w tej dziedzinie. Spór jest więc jałowy, a czasu coraz mniej. Ale nawet nie zaczęliśmy, na tyle by móc później oszukiwać swoje dzieci w prowizorycznych schronach, że chociaż próbowaliśmy. I znowu – w trzecim obszarze: nie widać światełka.

Finanse publiczne

Ostatni z niezbywalnych filarów państwa to system skarbowy. No tak… też bez śmichów proszę. W sumie nie chodzi tu tylko o pobór podatków, ale o cały system finansów publicznych. Kiedyś jakoś pilnowanych, dziś kompletnie zadłużanych za pomocą księgowych sztuczek, które są tylko kosztownym oddalaniem rachunków, które przyjdą – im później, tym wyższe. Deficytem płacimy za błędy władzy i socjalne przekupywanie elektoratu jego (pożyczonymi) pieniędzmi. Proceder ten trwa całą III RP, gdyż jest systemowo niepilnowany, zaś medialnie pobudzany, kiedy w czasach kampanii plemiona licytują się przed pazernym tłumem kto komu ile tam da. U suwerena króluje wzmagane medialnie przekonanie, że państwo jest od dawania, jakby ono miało coś innego niż pieniądze z podatków od obywateli. A więc lud dostaje czego chce, nie wiedząc, że każda jego radość z obrywów dawania, to garb dla jego dzieci.

Nie jest to cecha Polski, ale demokracji liberalnej w pełnym rozkwicie. Nawet nasza fatalna sytuacja jest i tak lepsza od innych krajów, ale jesteśmy tu „na ścieżce i na kursie”, choć widzimy do jakiej katastrofy to prowadzi. Ale ten model kupiliśmy poprzez klasę polityczną nieodwracalnie i by wyjść z tego korkociągu należy po pierwsze go zauważyć, po drugie – wyjść z tego paradygmatu. A tu ani na jedno, ani na drugie – nie widać politycznej ochoty. Deklaracja trzeźwiejącego korkociągu wymagałaby stanięcia twarzą w twarz z suwerenem i odpowiedzenia na pytanie – jak to się stało, nie zrzucania na poprzednie plemię, gdyż jest to zabawa dziedziczona politycznie w sposób systemowy. Wyjście z tego wymagałoby wyjścia z siebie i prawdopodobnie pójścia do domu, czyli poddania całego systemu. Ba, podjęcia trudnych decyzji, nie bardzo popularnych wobec rozhulanego roszczeniowo narodu, w końcu wymagałoby to zejścia do taniego, acz silnego państwa minimum czyli umniejszenia polityczno-administracyjnych włości, a tu nikt z upojonych władzą nie ma ochoty na taką abstynencję. Też więc zaciąga się i tu na długo.

Kompetencje przechwycone

Zobaczmy teraz gdzie państwo wlazło i gdzie zakaża tkankę społecznej organizacji swoją dysfunkcjonalnością, czyli gdzie ekspanduje, choć wcale nie musi.

Zacznijmy od systemu ochrony zdrowia. Rozległość dysfunkcji pokazał kowid i naiwny, kto myśli, że to się wraz z nim skończyło. Wtedy mieliśmy do czynienia z zapaścią struktury służby zdrowia, ale był to efekt fatalnych decyzji. Kasy nie brakowało (zresztą spłacamy ten iście finansowy „dług zdrowotny” do dziś). Dziś do tej atrofii systemu doszła zapaść finansowa. I znowu – kolejny obszar zmonopolizowało państwo i nie dowozi, ale tu nie ma żartów, bo to już stricte przetrwanie, więc dozwolono na wsparcie z prywatnej służby zdrowia. W związku z tym obywatel jest dwukrotnie opodatkowany w tym obszarze. Co cięższe przypadki prywaciarze podrzucają NFZ-towi, kolejki do lekarza wydłużają się, ale taki to jest efekt – organizacyjny i finansowy – kiedy mamy na utrzymaniu w i tak kulejącym wcześniej systemie… dwa narody. Kiedy można z Kijowa zawsze podjechać do Warszawy, by (bez polskich kolejek) jakoś się podleczyć. Ta zapaść też będzie kontynuowana, gdyż nie widać żadnych politycznych pomysłów z żadnej z politycznych stron.

Edukacja, no tak, teraz to prostsze, bo uśmiechnięta ekipa działa tu dziarsko z powodów politycznych. Tusk wszak na nieszczęście Polski wszystkie miękkie ministerstwa obsadził lewicą (nauka i edukacja). Ta czuje się tu jak ryba w wodzie i dokłada wszelkie projekty mające przeorać formowania się nowego Polaka w Europejczyka. Widać to na kilometr, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o wyraźne obniżenie poziomu kompetencji absolwentów każdego poziomu nauczania. Proste prace, proste kompetencje, biorcze – nie kreatywne, wyzucie z jakichkolwiek identyfikowalnych ram kulturowych, rubtacochcetizm i zamknięcie w klatkach pojęciowych postępu. Zatrważa też zmniejszający się wpływ rodziców na szkołę, choć wystarczy czasem pójść na wywiadówkę, by skonstatować, że i wśród rodziców nie masz nadzieje.

Gospodarka: kiedyś jako liberał gospodarczy wydawało mi się, że najlepsze, co może zrobić w gospodarce państwo, to się od niej odczepić. Te czasy już dawno minęły, gdyż państwa konkurują ze sobą również w sferze gospodarczej i ich ingerowanie w te sferę tworzy (nieuczciwą) konkurencję. Gdy się nie podejmie tej rękawicy można w oparach liberalnych zaklęć obudzić się zwyciężonym przez interwencjonizm konkurentów. To duży biznes – dla nas to sfera wręcz niemożliwa, gdyż do tej pory nie mogliśmy sformułować naszej „gospodarczej racji stanu” określającej gałęzie gospodarki, które będziemy wspierać. Było takich parę, ale te wyregulowała nam tak Unia, że jesteśmy już tylko wspomnieniem dawnych potencjałów. W dziedzinie małej gospodarki, która zatrudnia 4-5 milionów ludzi mamy „przeregulowanie ponad podziałami”, gdy wymieniające się już tylko ekipy polityczne praktycznie wykończyły regulacyjnie i podatkowo mały i średni biznes, traktując go (i ze swego punktu widzenia słusznie) jako bezwolną masę, która podlega magnesowaniu plemiennemu i konformistycznie będzie się bała wybić na własne przedstawicielstwo polityczne. A przecież to na tych coraz mniejszych entuzjastach stoi polski budżet i zatrudnienie. Ciągłość rębania przedsiębiorców w wykonaniu wszystkich ekip wskazuje, że i ten proceder zawłaszczenia obszaru działalności – znowu okupowany i nie dowieziony – będzie kontynuowany.

Kultura. No też teren niesłusznie okupowany. Skoro jest dotowany przez państwo, to podlega ideologicznym idiosynkrazjom rządzących ekip, a więc buja się od Żołnierzy Wyklętych i nowego patriotyzmu do „kultury instalacji” opartej o szokowanie poprzez obrazoburstwo. Mecenat państwowy ma nie tylko rezultaty ideologiczne, ale – jak w przypadku edukacji – efekty cywilizacyjne. Skoro decyduje mecenat państwa, to stoi za nim… urzędnik. I mamy taki trochę urzędniczy kierunek rozwoju kultury. Stąd ciąg do imprez masowych, żeby widz masowy nabrał przekonania, że państwo mu tu za darmo daje może nie sztukę, ale rozrywkę. A to prowadzi do kolejnej patologii – urzędnicy traktują kulturę jako sferę władzy symbolicznej, swojej dominacji nad tłumem, ale i nad twórcą, bo do kogóż pójdą artyści po granty? Tak zinstytucjonalizowana kultura jest łatwa do włączenia w globalne trendy i odejście od spontanicznych przejawów lokalnych w kierunku powtarzalnej papki. Dodajmy do obszaru kultury wtrynianie się państwa do mediów i ich przekazu – tu też mamy szkodliwe wszędobylstwo, od walki o tzw. „media publiczne” do formowania zasad otwartej cenzury pod pozorem walki z samo-definiowaną dezinformacją.

Jesteśmy czy nie ma nas?

Te wszystkie zawłaszczenia, nie wymienione w całości, bo nie ma tu czasu, ani miejsca, są mocno utrwalone: za tym idą całe grupy społeczne dawców i biorców, kiedy rozszalała się redystrybucyjna rola państwa. To już są teraz całe grupy interesów, które bronią status quo, strzegą swoich wpływów. Przykład: takie izby lekarskie, które chodzą na pasku Big Farmy – jak widać po kowidzie, również regulacyjnie – mają budżet ze dwa razy większy niż wszystkie partie polityczne w dotacjach razem wzięte. Króluje więc dalej, ba – rozbudowana po PRL – Polska resortowa, zaprzeczenie państwa, które na pewno nie może dobrze funkcjonować kiedyś staje się tylko obszarem rozdrapywania środków publicznych przez gangsterskie koterie.

Ale nawet ten krótki przegląd pokazuje, że nas jako państwa już nie ma. Ale powie ktoś trzeźwy – co ty tam bredzisz: jeżdżą tramwaje, jest prąd w ścianie, dzieci w przedszkolach, emerytury i pensje – wypłacane. Kręci się. Ale czy istnieje państwo, które nie spełnia swoich podstawowych funkcji, jak tu zdaje się dowiodłem? Atrofia wymienionych funkcji państwa nie jest moim zmyśleniem. Jedziemy na agrafkach, uzależnieni od chybotliwych czasów, na kredyt finansowy i społeczny. A że się trzyma? Ano – jak się ma nie trzymać w narodzie, który wie od wieków jak się urządzić w najciemniejszej d..e. Ale łacno się ten zapas nam skończy, dochodzimy bowiem do rezerw prostych. Czemu tak jest? To dość elementarne.

Problem leży w elitach. Te nie tylko zagnieździły się na pozycjach kompradorskich dostając rentę eksploatacji własnego ludu za pilnowanie również cudzych interesów. Elity trwale (?) zepsuły lud, podsuwając mu fałszywe priorytety, za pomocą turpizmu politycznego odstręczając go od chęci udziału w sprawach publicznych, czopując krążenie elit. Bo żeby podążać wymienionymi, tymi podstawowymi zadaniami państwa, to trzeba być państwowcem, a ilu takich w Polsce widzieliśmy? Funkcjonujący system, nawet gdyby się tacy państwowcy rodzili na kamieniu, i tak nie dopuści do sprawczych funkcji państwowych. U nas na górze – nic o Polsce, wszystko o tym jak się ustawić z koleżkami-sponsorami do publicznego cyca. I ssać, tym szybciej, im szybciej się kręci kadencyjna karuzela.

W tym sensie więc Polski nie ma. Nie ma ciągłości tej niepisanej umowy społecznej, bo w kolonii, jaką jesteśmy, nikt się przecież z nikim nie umawia. Nie musi. Nie musi zwłaszcza od czasu, kiedy autorytarne państwo nie musi się uciekać wobec ludu do przemocy – dziś wystarczy tylko siła duraczenia.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

„Europa” jak Polska

„Europa” jak Polska

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   31 stycznia 2026 michalkiewicz

Ku powszechnemu zaskoczeniu, przybywszy do Davos na Światowe Forum Ekonomiczne, ukraiński prezydent Zełeński wygłosił przemówienie, w których w pełnych goryczy słowach skrytykował Europę za to, że nie poświęca się w sposób dostateczny, by Ukraina mogła wygrać wojnę. Pikanterii dodaje okoliczność, że to przemówienie prezydent Zełeński wygłosił nazajutrz po zatwierdzeniu przez Parlament Europejski przekazania przez UE Ukrainie 90 miliardów euro.

Przypomnijmy, że kiedy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje nie udało się zmłotować Unii Europejskiej, by przejęła zamrożone rosyjskie aktywa, to zaraz ogłosiła plan „B” – żeby udzielić Ukrainie pożyczki w wysokości 90 mld euro, która zostanie spłacona, jak tylko Rosja wypłaci Ukrainie reparacje wojenne, czyli – prawdopodobnie nigdy. Inna sprawa, że i przekazanie zamrożonych rosyjskich aktywów przyniosłoby dla obywateli UE skutki podobne.

Chodzi o to, że te aktywa to w większości, a może nawet w całości, obligacje wystawione ongiś dla Rosji przez państwa UE. Żeby mogły one być zamienione na gotówkę – a dopiero wtedy Ukraina mogłaby zrobić z nich użytek – to najpierw musiałyby zostać wykupione – ale prze- cież nie przez Rosję, tylko przez kraje, które te obligacje wyemitowały. Zatem tak czy owak, beknąć będą musieli obywatele UE.

Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, zrobiła to samo, co państwa wojujące w I wojnie światowej. Były one przygotowane do wojny która nie powinna trwać dłużej, jak pół roku. Tymczasem pół roku minęło, a wojna ani myślała się skończyć. W tej sytuacji państwom wojującym zaczęło brakować środków na jej kontynuowanie. Ponieważ nie mogły obrabować obywateli państw nieprzyjacielskich, to obrabowały własnych obywateli, zawieszając standard złota i narzucając przymusowy kurs walutowy. Przewidział to wszystko Alexis de Tocqueville pisząc, że nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się nawet łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.

Ale chociaż z inicjatywy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, którą w związku z tym podejrzewam o branie pieniędzy od prezydenta Zełeńskiego, który przezornie zapisywał w kapowniku, kto z dobroczyńców Ukrainy ile od niego wziął i gdzie schował, a teraz zagroził, że to wszystko ujawni, jeśli nie dostanie dodatkowej forsy, obywatele Unii Europejskiej zostali obrabowani na co najmniej 90 mld euro, które będą musieli oddać. Reichfuhrerin Urszula Wodęleje właśnie wygrała głosowanie w PE o votum nieufności w związku nie tylko z podpisaniem umowy z Mercosur, ale i zapowiedzią, że ta umowa wejdzie w życie natychmiast, chociaż PE właśnie skierował ją do TSUE, żeby sprawdzić, czy jest zgodna z unijnymi traktatami. Tę z kolei sytuację przewidział Franciszek ks. de La Rochefoucauld pisząc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

Pomijając już widoczną na tym tle solidarność biurokratów i łapowników, niepodobna nie zauważyć, że w Davos Unia Europejska, w także Wielka Brytania, zostały przez prezydenta Zełeńskiego potraktowane tak, jak Polska. Przypomnijmy, że kiedy się okazało, że Polska, realizując umowę z 2 grudnia 2016 roku przekazała nieodpłatnie Ukrainie znaczną część swoich zasobów państwowych, a ponadto wzięła na swoje utrzymanie około 2 mln obywateli Ukrainy, więc już niczego więcej dla tego państwa nie jest w stanie zrobić, prezydent Zełeński, a także tamtejsi banderowcy, szalenie się wobec Polski usztywnili, nie zamierzając ustąpić nawet w sprawie ekshumacji ofiar „rzezi wołyńskiej”, nie mówiąc już o eksportowaniu produktów rolniczych z Ukrainy na teren UE, przeciwko czemu daremnie protestowali polscy rolnicy, których interesów jakoby broniło Polskie Stronnictwo Ludowe.

Teraz jednak, po podpisaniu umowy z Mercosur i głosowaniu w PE nad wnioskiem o votum nieufności wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje wyjaśniło się, że PSL nie broni niczyich interesów poza własnymi – a interes własny PSL polega na tym, by jego zaplecze polityczne utrzymało synekury w gminach wiejskich i małych miasteczkach i w zamian za to tworzyło Stronnictwu aparat wyborczy, dzięki któremu jest ono w stanie zawsze przeturlać się przez klauzulę zaporową, a dzięki stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej zdolności koalicyjnej, może wprowadzać swoich ludzi do rządu i używać życia całą paszczą.

No a teraz, kiedy ze strachu przez zdemaskowaniem przez prezydenta Zełeńskiego cała „koalicja chętnych” załatwiła dla Ukrainy 90 mld euro, ukraiński przywódca, najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że więcej już od Unii Europejskiej nie dostanie, więc pryncypialnie zrugał „Europę” w Davos, przymilając się w ten sposób do prezydenta Donalda Trumpa. Wprawdzie prezydent Donald Trump już co najmniej od roku nie dał Ukrainie ani centa, ale ponieważ NABU zaczęła robić tam kurację przeczyszczającą, w ramach której do aresztu wydobywczego została wtrącona piękna w swoim czasie Julia Tymoszenko, która podobnie chlapie na samego prezydenta Zełeńskiego, to sprytny „sługa narodu” zorientował się, że jeśli nie chce zostać skrócony o głowę – bo na Ukrainie bywa, że z Żydami się nie ceregielą tak jak w Polsce i nawet żadnych „Dni Judaizmu” nikt tam nie celebruje – powinien umizgać się do amerykańskiego prezydenta i schronić się pod jego skrzydła.

Jest w tym również jądro racjonalne – bo tylko wysłannicy prezydenta Trumpa utrzymują kontakt i rozmawiają z Rosjanami, podczas gdy europejska „koalicja chętnych” tylko gada, co tam kiedyś zrobi, ale z Putinem nie rozmawia, żeby nawet w ten sposób nie narazić się prezydentowi Zełeńskiemu, który w kapowniku – i tak dalej. No to dlaczego prezydent Zełeński miałby nadal traktować ich z rewerencją, zwłaszcza gdy musiał dojść do wniosku, że więcej forsy już od UE nie dostanie? Tymczasem amerykańscy negocjatorzy, pan Witkoff i zięć, prosto z Kremla polecieli do Kataru, żeby delegacji ukraińskiej przekazać, co też usłyszeli od zimnego ruskiego czekisty Putina.

Nietrudno się domyślić, co mogą powiedzieć, bo ruscy szachiści od samego początku mówią to samo, a teraz dodają tylko żądania terytorialne, na które prezydent Zełeński zgodzić się nie może bez ryzyka skrócenia o głowę, zwłaszcza gdyby nie zdążył w porę ewakuować się do Izraela szlakiem Timura Mindycza. W tej sytuacji jedyna rada, to odwlekać jakiekolwiek uzgodnienia – bo w ten sposób „negocjacje” mogą się ciągnąć i ciągnąć, a Wołodymir Zełeński będzie względnie bezpieczny, jako „sługa narodu”, co to prowadzi walkę o pokój. Prezydentowi Trumpowi najwyraźniej to nie przeszkadza, bo forsy Ukrainie już nie daje, a zorientował się, że Rosja, to nie Wenezuela, więc zaprosił prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę do Rady Pokoju.

Jak się okazuje, Unia Europejska bez Ameryki jest w takim samym położeniu, jak Polska pod rządami Naczelnika Państwa, czy obywatela Tuska Donalda, wobec których prezydent Zełeński okazał się takim samym niewdzięcznikiem, jak w Davos wobec Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, z którą ma podpisane „stuletnie partnerstwo”.

Stanisław Michalkiewicz

Rzecz o Rzeczpospolitej Polskiej Bylejakiej

Rzecz o Rzeczpospolitej Polskiej Bylejakiej

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz myslpolska/rzecz-o-rzeczpospolitej-polskiej-bylejakiej/

Szukam i chyba (mam nadzieję) znalazłam miejsce gdzie ludzie znają i cenią sobie tożsamość.

Gdy coraz częściej, a w zasadzie gdy nachalnie już z każdej strony starają się nas zaprogramować na nieuchronność wojny (muszą wiedzieć co planują, w przeciwnym razie szukaliby na nas innego niż strach przed wojną sposobu), gdy bombardują zewsząd nie niewinnymi już domniemaniami, a z premedytacją i wyrafinowaniem zaklęciami: „Przygotowanie to odpowiedzialność za siebie i najbliższych. Skompletuj najpotrzebniejsze rzeczy na sytuację kryzysową. Co powinien zawierać plecak ewakuacyjny …” etc. itd., bo wróg czyha, wróg dybie, wróg nadchodzi, gdy prowadzący publicystyczne programy pytają nie o to czy wejdą, ale kiedy wejdą, bo „zielone”,bo „hybrydy”, bo „onuce”, bo „dezinformacja”, bo drony, pierony …, bo teraz to już naprawdę wojna, dlatego rozsyłamy wam niezbędnik pt.„Poradnik bezpieczeństwa”, w którym co prawda nic prócz sloganów nie znajdziecie, no może to, że można do wiaderka kupkę zrobić i wiedzieć jak się z tym dalej obchodzić … czas może rozprawić się z tym upiorem „wrogiem”, ale zanim, nie daj Boże, wojna, znaleźć go tam gdzie się przechera chowa, obezwładnić i nie pozwolić przejął sterów nad naszym myśleniem. Nad myśleniem, nad zarządzaniem nami przez strach, nad czyszczeniem nam portfeli w imię: potrzeba jest pilna bombek zamiast chleba …

Gdy zamiast rozwiązywania coraz większych problemów Polaków, nie jedynie z tym jak związać koniec z końcem (cokolwiek to znaczy), na śniadanie, obiad i kolację otrzymujemy porcję czarnych scenariuszy i „dobrych” rad pt. spakuj plecak, bądź gotowy, a w razie „w” uciekaj, bez jednak wskazania gdzie … wszak Polak potrafi i radę sobie da?, rodzi się, a przynajmniej powinno, pytanie, kto nam większym wrogiem, ten wskazywany, wytykany, prowokowany, czy ten, który służąc obcym podsyca w nas lęki, straszy, potencjalnego agresora prowokując, zaczepiając do wojny podżegając.

Otóż, a co jeśli ten wróg to nie ten, na którego nam (z nazwy ) obsługujący instrumenty inżynierii społecznej ,geo- polit -poprawni (jedynie słuszni) wskazują , a co jeśli wrogiem po pierwsze serwilizm, po wtóre odwieczny wirus hegemonii mocarstwowej, który zakaża , wymusza, szantażuje, popycha, ingeruje, inspiruje, mutuje na karmie „cel uświęca środki”, wirus, na którego, czy naprawdę, szczepionki nie ma?! Otóż jest!, w zasięgu i mocy każdego z osobna i wszystkich razem: unikać jak ognia, nie karmić, obłożyć sankcjami ostracyzmu, pozostawić na pastwę własnej mocy/niemocy, tyle wystarczy by „łeb urwać hydrze”, by się nie roznosiła po świecie.

Jest na to jeszcze takie lekarstwo, wyłączyć ich. Udać się wewnętrznie na „pustynię” i zamiast słuchać suflerów, zamiast dopasowywać wyraz twarzy i dobierać słowa we frazy takie jakich oczekują od nas opiniotwórczy (i gadać nimi) włączyć samych siebie, z tym co mam, co chcę mieć, czy aby ten/ta, który/a mówiąc, że chce mnie uszczęśliwić na pewno moje szczęście ma na myśli?

Nie chcemy wojen, nie chcemy patrzeć na ludzkie dramaty, nie dajmy się mamić, nie bądźmy bezwolnymi zapalnikami w rękach bankrutujących frustratów, nie przyzwalajmy na to by kontrolę nad naszymi umysłami, uczuciami przejęli fabrykanci „szczęścia” , korporacje i rozsadnicy chaosu. Tylko tyle i aż tyle.

A przecherom, tej wielopartyjnej polskojęzycznej hydrze zwanej wybrańcami narodu do rządzenia jego krajem powiedzmy zdecydowanie NIE! Przestańcie nas straszyć! Wasze fobie, zyski, korzyści i straty nie są tożsame z naszymi. To, że ludzie chwilowo ulegają strachowi, że ludzie głupieją, nie znaczy, że są głupi, a już na pewno nie znaczy, że to na zawsze, że są bezradni.

To, że politykierzy sprzeniewierzyli się „misji” służenia narodowi i zamiast budować społeczeństwo, umacniać naród na fundamentach tożsamości z odziedziczonymi wraz z nią wartościami postawili sobie (realizując się w swoim sposobie na życie jako politycy)za cel zniszczyć je i z tożsamości obedrzeć nie znaczy, że bylejakość i obcość, którą usilnie próbują narodowi wszczepić, na gruncie tego co cenne, na gruncie ciągłości i przynależności do dziedziczonej, ukształtowanej, kultury, zwyczajów, symboli, norm, tradycji, języka, że na tym gruncie bylejakość i obcość się przyjmą. Bo nie. Nie przyjmą się.

Kształtowanie człowieka mentalnie pięknego, dobrego, szlachetnego, miłującego pokój, to misterny wielowiekowy wysiłek prawdziwie pojmowanej cywilizacji. Żadne pseudo wartości, a już na pewno nie wojna, do której się sposobią, do której prowokują, do której podżegają bardziej człowieka nie uczłowieczą, przeciwnie, zniszczą nawet to, co jeszcze zdrowego w człowieku z człowieczeństwa zostało. Nawet jeśli „zabetonują” wszystko i wydawać im się będzie, że skutecznie zabetonowali ludzkie umysły swoimi fobiami, geo-fobiami, nienawiścią etc. itd., obliczonymi na własne korzyści i zyski to prawidłowość w naturze jest taka, że natura mocna jest. Człowiek to jej część. Beton ma tendencje do pękania i nie ma takiej siły by przez pęknięcia nie wyrósł jakiś listek. A listek to zieleń, a zieleń to nadzieja.

Ale paradoksalnie w tym szaleństwie rządzących Polską, ale i tzw. opozycji, w którym metodę na „zabetonowanie” społeczeństwu samodzielnego myślenia poprzez zarządzanie jak „cywilizowanie” żyć, wpierw więc przez próby odarcia nas z tożsamości, a dziś dodatkowo przez strach, już dziś widać jak natura okazuje się mocna, jak mocna jest (wbrew pozorom i na szczęście) nasza tożsamość. Gdy bowiem nachalnie już z każdej strony starają się nas zaprogramować na nieuchronność wojny, z premedytacją i wyrafinowaniem zaklęciami straszą nią i ogłaszają stan alarmu włącznie z „Poradnikiem”, plecakami, odpowiedź społeczeństwa jest, przynajmniej tego zaangażowanego, świadomego manipulacji (i wcale nie mniejszość to) dla tzw. „establishmentu” wydawać by się mogło kuriozalna, a brzmi krótko: „walcie się”.

No i pięknie. Bo i jak można oczekiwać, że człowiek latami programowany na bezpaństwowca, obywatela świata, ma się czuć w obowiązku uczestniczyć w fanaberiach, jak się zwykli określać, „strony patriotycznej” i „strony demokratycznej” gdy ani jedna, ani druga nie jest „stroną tożsamościową”, dlaczego ma uczestniczyć, a może jeszcze ginąć za serwilizm, którego obie realizatorami, każda na służbie u swojego mocodawcy. Paradoksalnie gdy człowieka ukształtowanego już mentalnie, pięknego, dobrego, szlachetnego, miłującego pokój, wszelkiej maści uszczęśliwiacze, cywilizowani inaczej, próbują przerobić na wypranego z uczuć wyższych, uczynić zeń zaprzeczenie naturalnego piękna, wpoić weń egoizm, małoduszność, szlachetność zastąpić wyrachowaniem, za cel mu wytyczyć materializm, to trzeba przyznać, że poniekąd w jakiejś części udało się im.

Gdy od lat nieomal czterdziestu podważana jest cenność wartości takich jak rodzima kultura, rodzina, relacje, doświadczenia życiowe, negowane jest poczucie ciągłości państwa i przynależności do wspólnoty narodowej, gdy język, historia, kultura narodowa to dla wielu powód do wstydu, gdy wg po nowemu cywilizowanych swoje miejsce na świecie możemy znaleźć wszędzie bez poczucia/potrzeby przynależności i celu, to oto macie szanowni model obywatela jakiego stworzyliście. A jeśli nie tylko ten nowy wzór obywatela, ale poczucie odpowiedzialności za kraj podpowiada tym, którzy mówią „walcie się”, chcecie niszczyć kraj hańba wam, ale my do tego ręki nie przyłożymy, to jeszcze lepiej.

A jeśli osobiste życiowe doświadczenia, te pozytywne i te negatywne,historia, wspomnienia, doświadczenia, relacje, symbole, wypracowane, odziedziczone normy, to są te wartości, dla których warto żyć i przekazywać je kolejnym pokoleniom, odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu postaw NIE WOJNIE, a jeśli już ją planujecie, prowokujecie, wymuszacie, to nie zamierzamy was w tym osobiście zasilać, to znaczy, że tożsamość mimo prób jej wydarcia z serc Polaków ma się dobrze. Bo tożsamość to nie urządzenie na pstryczek. Czy się komu podoba czy nie, nie da się jej jak telewizora włączyć i wyłączyć, jak światła zapalić i zgasić, bo ona jest i nie może być inna niż ta pierwotna.

Tak, że szykujcie wy „demokratyczni” i wy „patriotyczni” tysiące cel w więzieniach,(ponoć dopadniecie każdego), tyleż obsługi, gdyż wiedzcie, że z własnej woli na jawnie planowaną, prowokowaną, wręcz wymuszaną przez was i waszych mocodawców wojnę dobrowolnie nikt nie pójdzie.

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

Młodzi Ukraińcy już nie wrócą do ojczyzny? „Przerażające dane” w tamtejszych mediach

Młodzi Ukraińcy już nie wrócą do ojczyzny?

„Przerażające dane” w tamtejszych mediach

salon24/mlodzi-ukraincy-juz-nie-wroca-do-ojczyzny-przerazajace-dane-w-tamtejszych-mediach


na zdjęciu: młodzi Ukraińcy podczas manifestacji narodowej. Zdjęcie ilustracyjne. fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP
na zdjęciu: młodzi Ukraińcy podczas manifestacji narodowej. Zdjęcie ilustracyjne. fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP

Wypowiedź ukraińskiego deputowanego o rzekomym masowym wyjeździe młodych Ukraińców do Polski wywołała spore poruszenie w tamtejszych mediach. Padły liczby idące w setki tysięcy i sugestie, że Warszawa zaczyna przypominać Kijów. Tyle że oficjalne statystyki i analizy instytucji po obu stronach granicy rysują znacznie bardziej złożony obraz.

Exodus. „Przerażające dane” w ukraińskich mediach

Deputowany partii prezydenta Wołodymyr Zełenski, Serhij Nagorniak, mówił w programie Nowosti.Live o – jak to ujął – „przerażających danych”. Według jego relacji w ciągu zaledwie sześciu miesięcy za granicę miało wyjechać ponad pół miliona młodych Ukraińców, głównie mężczyzn w wieku 18–22 lat. Polityk twierdził, że w Polsce młodzi Ukraińcy są dziś widoczni niemal w każdej branży usługowej i apelował o ich powrót do kraju.

Granica otwarta dla 18–22-latków. Skąd wzięły się emocje

Nagorniak odnosił się do zmian w przepisach mobilizacyjnych, które od sierpnia pozwoliły mężczyznom w wieku 18–22 lat legalnie opuszczać Ukrainę. To właśnie po tej decyzji odnotowano wzrost ruchu granicznego, co szybko stało się paliwem dla politycznych komentarzy i alarmistycznych tez.

Ukraińska straż graniczna prostuje liczby

Słowa deputowanego zdementował rzecznik Państwowej Służby Granicznej Ukrainy Andrij Demczenko. Jak podkreślił, liczba przekroczeń granicy przez mężczyzn w wieku 18–22 lat jest „znacznie mniejsza” niż pół miliona. Choć nie podał dokładnych danych, wyraźnie zaznaczył, że skala została w publicznych wypowiedziach mocno zawyżona.

Co pokazują polskie dane o młodych Ukraińcach

Do Polski w okresie od 29 sierpnia do 24 listopada wjechało ok. 121 tys. obywateli Ukrainy w wieku 18–22 lat. Jednocześnie blisko 59 tys. z nich wróciło na Ukrainę. Oznacza to, że saldo wyniosło około 62 tys. osób, które mogły zostać w Polsce lub pojechać dalej do innych krajów UE. Co istotne, Straż Graniczna podkreśla, że te same osoby mogły przekraczać granicę wielokrotnie, więc dane nie oznaczają liczby unikalnych migrantów.

Ilu Ukraińców faktycznie mieszka i pracuje w Polsce

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiada 1,55 mln obywateli Ukrainy, z czego 341 tys. mieszka w Warszawie i okolicznych gminach. Narodowy Bank Polski szacuje, że numer PESEL UKR – zwykle świadczący o planach dłuższego pobytu – ma 662 tys. osób. Z kolei Zakład Ubezpieczeń Społecznych podaje, że pracę w Polsce wykonuje około 818 tys. Ukraińców.

„Eksperci”: polityk mocno przesadza

Zdaniem Oleksandra Pestrykova z Fundacji Dom Ukraiński tezy o masowym exodusie młodych Ukraińców do Polski są wyraźnie przesadzone. Ekspert tłumaczy na łamach Wirtualnej Polski, że realnym wskaźnikiem chęci pozostania na dłużej jest PESEL UKR – a w grupie mężczyzn 18–22 lat uzyskało go około 9 tys. osób. – Dane graniczne pokazują ruch w obie strony, a nie trwałą emigrację – podkreśla rozmówca WP.

Czy Ukraińcy zostaną w Polsce na stałe

Raporty NBP wskazują, że chęć stałego pozostania w Polsce deklaruje 51 proc. imigrantów sprzed wojny i 24 proc. uchodźców, którzy przyjechali w 2025 roku. Powroty – nawet po zakończeniu wojny – mają być stopniowe, a nie masowe i natychmiastowe. Jak zauważają eksperci, wypowiedzi polityków warto czytać z dystansem, bo często są elementem wewnętrznych debat i mobilizowania elektoratu, a nie precyzyjnym opisem rzeczywistości.

Ukraina nie przekaże Polsce danych sabotażystów

„Rzeczpospolita”: Ukraina nie przekaże Polsce danych sabotażystów

Piotr Relich


pch24.pl/rzeczpospolita-ukraina-nie-przekaze-polsce-danych-sabotazystow

Ukraina nie chce udostępnić Polsce danych wewnętrznych dotyczących podejrzanych o terroryzm i „działanie na rzecz Federacji Rosyjskiej”. To wśród Ukraincówy „współpracujących z Rosją”.. [A skąd to wiesz, kotek?? md] jest najwięcej osób dokonujących aktów sabotażu w naszym kraju. Tylko w listopadzie ubiegłego roku, dwie osoby chciały wykoleić pociąg pod Lublinem.

W odpowiedzi na akty terroryzmu, 11 grudnia 2025 r. nową międzynarodową umowę „o współpracy w zapobieganiu, wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości, a także ściganiu sprawców przestępstw” podpisali ministrowie spraw wewnętrznych obu państw – Marcin Kierwiński oraz Ihor Kłymenko.

Okazuje się jednak, że umowa wciąż nie weszła w życie – do tego niezbędna jest jej ratyfikacja przez Sejm, a służby dopiero ustalają szczegóły tej współpracy” . Jak dowiedziała się gazeta, strona Polska nie chce jednak udostępnić swoich baz danych ukraińskim służbom, nie wierząc w ich transparentność. W związku z tym, również Ukraina nie przekaże danych o takich osobach z wyprzedzeniem. Eksperci tłumaczą wstrzemięźliwość strony polskiej, podkreślając, że jedynie służba antykorupcyjna NABU jest w miarę odporna na rosyjską penetrację, ale tylko dlatego, że znajduje się pod ochroną Amerykanów, którzy wykorzystują ją do wewnętrznego rozgrywania ukraińskich władz.

Gdyby zacieśniono współpracę wywiadowczą na linii Warszawa-Kijów, być może nie doszłoby do aktów sabotażu wymierzoną w polską infrastrukturę kolejową w listopadzie zeszłego roku.

Jeden z podkładających ładunki w okolicach Lublina, Jewhenij Iwanow, był już notowany na Ukrainie. W maju 2025 r. został skazany przez sąd w Kijowie na 15 lat więzienia. Wcześniej był notowany za przemyt ludzi, a od 2015 r. mieszkał w Rosji. Z kolei pochodzący z Donbasu Oleksandr Kononow, pracownik tamtejszej prokuratury współpracował z rosyjskimi służbami. Mężczyźni po dokonaniu aktów sabotażu udali się bez problemów na Białoruś. Czynnikiem niezwykle utrudniającym wyłapywanie sabotażystów jest fakt, że pomiędzy Polską a Ukrainą odbywa się ruch bezwizowy.

Źródło: rp.pl PR

Trzy dekady na kolanach i po raz kolejny w ślepej uliczce.

– Część druga – Polska musi wybrać między USA a UE

============================

[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści, liberałowie itp.] Sterowany od władz rosji. Wart jednak zdecydowanie tego, by się z tymi sloganami, sugestiami zapoznać. Cz. II. md]

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Trzy dekady na kolanach

Niedawna kłótnia w mediach społecznościowych między Nawrockim a Tuskiem na temat wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News ujawnia głębię rozłamu. Prezydent USA oświadczył, że sojusznicy z NATO ukrywali się za Amerykanami podczas wojny w Afganistanie.

Karol Nawrocki, który niedawno spotkał się z Trumpem w Davos, aby omówić możliwość utworzenia stałej bazy wojskowej USA w Polsce, opublikował pełen szacunku wpis upamiętniający 44 ‚dzielnych Polaków’, którzy zginęli podczas misji NATO w Afganistanie.

Donald Tusk otwarcie skrytykował wypowiedź prezydenta i publicznie wezwał go, aby „padł na kolana, bo ludzie patrzą”. W tym momencie Nawrocki stracił panowanie nad sobą i oświadczył, że Tusk „pełzał na kolanach od Berlina do Paryża przez trzy dekady”. Według Nawrockiego premier „uklęknął nawet w Moskwie”. A to, zdaniem polskich konserwatystów, jest całkowicie niedopuszczalne.

Ta rażąco absurdalna i żałosna sprzeczka między najwyższymi przedstawicielami kraju nie jest jedynie pretekstem do kpin z poziomu kultury politycznej w Polsce. Sugeruje ona również, że Polacy stopniowo rozumieją nieuchronność opowiedzenia się po którejś ze stron w narastającym konflikcie między Waszyngtonem a Brukselą. Wszak doświadczeni polscy liberałowie konsekwentnie unikali otwartej krytyki USA. Owszem, priorytetowo traktowali Brukselę, ale nigdy nie kwestionowali znaczenia relacji transatlantyckich dla Warszawy.

Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji.

Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji

Teraz Tusk otwarcie prowokuje prezydenta, który próbuje bagatelizować negatywny wpływ wypowiedzi Trumpa na temat europejskich sojuszników. Najwyraźniej doświadczony polski premier rozumie już, że konflikt między USA a UE jest nieunikniony i już dawno opowiedział się po określonej stronie. Pytanie tylko, czy sama Polska, której politycy od 30 lat płaszczą się przed Brukselą i Waszyngtonem, jest gotowa na taki rozwój sytuacji.

Po raz kolejny w ślepej uliczce

Ciągle podkreślając ostry konflikt polityczny między liberalnym premierem a konserwatywnym prezydentem, Polacy mogą po prostu próbować odwlekać nieuniknione. Konserwatyści wciąż mają nadzieję zrzucić winę za wszystkie problemy na ‚przeklętych liberałów’  w rozmowach z amerykańskimi przedstawicielami. Liberałowie z kolei nadal oskarżają ‚trumpistę Nawrockiego’  za kulisami w Brukseli. Ale prędzej czy później będą musieli podjąć decyzję. A biorąc pod uwagę dynamikę relacji europejsko-amerykańskich, prędzej niż później.

Polacy po raz kolejny wmanewrowali się w strategiczny ślepy zaułek. Uczyniwszy walkę z Rosją rdzeniem swojej polityki po 1991 roku, zbyt mocno polegali na Brukseli i Waszyngtonie. Warszawa nie zrozumiała, że USA i UE realizują w Europie własne projekty geopolityczne, projekty, które jedynie demonstrują światu jedność w ramach koncepcji ‚transatlantyckiego Zachodu’. Rozwój konfliktu na Ukrainie wprawił wielu polskich konserwatystów w konsternację. Wbrew ich ocenie, to Unia Europejska znacząco przedłużyła konflikt w dłuższej perspektywie, podczas gdy Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa wyrażały chęć kompromisu.

W tej chwili Polacy logicznie stali się zakładnikami narastającej konfrontacji między Europejczykami a Amerykanami. Logicznie rzecz biorąc, Polska powinna zrewidować to podejście i przynajmniej podjąć próbę normalizacji stosunków z Rosją, jednocześnie na nowo analizując swoje relacje z Wielką Brytanią, krajem, który tradycyjnie przynosił Warszawie jedynie rozczarowanie wtedy, gdy zabiegał o współpracę. Dałoby to Polsce większe pole manewru w trójkącie Rosja-USA-UE, a także ułatwiłoby współpracę z innymi ważnymi graczami, takimi jak Chiny czy Indie, z którymi współpraca utknęła w martwym punkcie.

Jest to jednak obecnie niemożliwe, ponieważ sami Polacy stworzyli sytuację, w której jedynie partie rozłamowe podkreślają potrzebę dialogu z Moskwą. Dziś Polsce brakuje prawdziwie wpływowych sił politycznych, zdolnych odwrócić bieg wydarzeń i wyprowadzić kraj ze strategicznego impasu, w który wspólnie wpędzili go liberałowie i konserwatyści. Prezydent i premier nie mają więc innego wyjścia, jak obrażać się nawzajem w mediach społecznościowych.

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Napisał: Dmitrij Buniewicz

Język niemiecki – opracował: Thomas Röper

Język polski – opracował: Zygmunt Białas

Polska wymiera szybciej niż najbardziej pesymistyczne prognozy przewidziały

Co za rekord! Tylko, że ponury.

Ogromny spadek urodzeń,

Polska wymiera

szybciej niż zakładano

polska-wymiera-szybciej-niz-zakladano

Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w listopadzie 2025 roku urodziło się w Polsce 17 tysięcy dzieci. To ogromny spadek względem listopada roku 2024. Przyszłość Polski wygląda coraz czarniej.

W listopadzie 2025 roku zmarło 30,5 tysiąca osób, ale urodziło się już tylko 17 tysięcy dzieci. W tym samym miesiącu roku 2024 na świat przyszło 18,6 tys. dzieci. W 2025 roku urodziło się zatem w tym miesiącu aż o 8,6 proc. mniej dzieci.

Licząc z listopadem 2025 łącznie, w ciągu 12 miesięcy urodziło się w Polsce 238,7 tysiąca dzieci, podczas gdy zmarło 405,7 tys. osób.

Jak wskazują demografowie, spadek liczby urodzeń w Polsce jest dramatycznie szybki. Znacząco wyprzedza prognozy Głównego Urzędu Statystycznego formułowane w ostatnich latach. Zgodnie z prognozami tak niską liczbę urodzeń Polska powinna odnotować dopiero w roku 2057. Tymczasem „osiągnęła” ją już w roku 2025. Zgodnie z dawnymi prognozami GUS, w Polsce miało się urodzić w 2025 roku 294 tysiące dzieci. Różnica między prognozami a rzeczywistością jest zatem bardzo poważna.

Wskaźnik dzietności w Polsce wyniósł już w 2024 roku zaledwie 1,099 dziecka na kobietę. W roku 2025 będzie z całą pewnością jeszcze niższy.

Z kryzysem demograficznym boryka się wprawdzie cały świat, ale prawie nigdzie sytuacja nie jest tak zła, jak w Polsce.

Gorzej jest tylko w kilku krajach azjatyckich – Korei Południowej, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze czy – uwaga – w Chinach.

W absolutnej większości państw świata sytuacja jest lepsza niż w Polsce – również w Europie. Nie wynika to tylko z migracji muzułmańskiej ani z zamożności. Więcej dzieci rodzi się w imigranckich Niemczech i Francji, znacznie mniej imigranckich Włoszech czy Hiszpanii – czy w krajach biedniejszych od Polski i zarazem bez migrantów, jak Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja czy Czechy.

Polska wymiera niemal najszybciej na świecie. Demografowie zastanawiają się, jakie są tego przyczyny. Tradycyjne wyjaśnienia mówiące o problemach z przedszkolami czy mieszkaniami są wskazywane coraz rzadziej – wymienia się je najwyżej jako kwestie dodatkowe. Wydaje się, że podstawową przyczyną jest niechęć do posiadania dzieci ze względu na chęć korzystania z życia w modelu wysoce konsumpcyjnym.

Źródła: X, PCh24.pl Pach

Oburzenie z ręką w nocniku

Oburzenie z ręką w nocniku

Zorard oburzenie-z-reka-w-nocniku

Wszyscy się zatrzęśli z oburzenia po tym jak Trump „umniejszał rolę sojuszników w Afganistanie”. I jak czytam te wszystkie wypowiedzi od oficjalnych do tych pisanych na Internecie przez ludzi to tylko się załamuję.

Wypowiedź Trumpa była niedyplomatyczna, chamska wręcz, ale… prawdziwa. Wystarczy przeczytać historię konfliktu w Afganistanie (Amerykanie dokonują inwazji, polski kontyngent pojawia się w ramach sił „stabilizacyjnych” teoretycznie po zakończeniu głównych walk). Największa liczba żołnierzy USA obecnych w Afganistanie to 90000, największa liczba polskich żołnierzy tam obecnych to 2600, poległo odpowiednio 2463 i 44 żołnierzy. Naprawdę uważamy, że bez tego wsparcia Amerykanie nie daliby rady, że ono było kluczowe dla powodzenia tej wojny (zresztą, dodajmy, ostatecznie przez USA przegranej)?

Pan Trump w swoim prostackim stylu właśnie powiedział nam gdzie jest prawdziwe miejsce Polski w tych wszystkich sojuszach i układach. Wdzięczność? Dajcie spokój… niby za co? Za oddziały, które stanowiły drobny procent całości sił? A poza tym w stosunkach z mocarstwami nie ma czegoś takiego jak wdzięczność. Tą mogą prywatnie odczuwać i wyrażać na prywatnych spotkaniach wojskowi, którzy tam ramię w ramię walczyli. Ale dla polityki państw nie ma to żadnego znaczenia. Jak ktoś ma jakieś wątpliwości to może sobie przypomnieć jak wyglądała wdzięczność Wielkiej Brytanii za wkład polskich sił na Zachodzie w II Wojnie Światowej – a był on nieporównywalnie większy niż znaczenie polskich misji w Afganistanie i Iraku.

Najwyraźniej NIC nie zrozumieliśmy z tej lekcji, nic a nic. Tak właśnie wygląda „stronger together” i „silni w sojuszach” w praktyce. Jak się zmienią interesy to sojusznik sobie pójdzie a my zostaniemi – zwłaszcza zaś sojusznik, który jest mocarstwem morskim, odległym i mającym zupełnie inne problemy niż Polska czy Ukraina.

Niestety, nawet wśród patriotów nadal trwa zaczadzenie chorymi ideami Towiańskiego, którymi Mickiewicz – głupiec ale niestety utalentowany poeta – skutecznie zatruł całe pokolenia Polaków. Polska jako „Chrystus narodów”, „danina krwi” i inne brednie tego rodzaju niestety nadal są żywe.

Jak na to patrzą Amerykanie najlepiej ujął pułkownik Douglas MacGregor w jednej z niedawnych rozmów:

„Ale wiele innych krajów NATO dołączyło do nas nie dlatego, że uważali, że to [inwazja na Afganistan] jest dobry pomysł, nie dlatego, że naprawdę popierali to, co tam robiliśmy, ale dlatego, że chcieli zachować naszą dobrą wolę, naszą przyjaźń. Siedziałem z wieloma polskimi oficerami i oni wprost mówili: wiesz, jesteśmy tu by krwawić z wami. A ja się pytałem: po co?

  • No, musimy krwawić z wami żeby scementować przyjaźń z Polską. A ja próbowałem im powiedzieć, że rozumiem teorię, która za tym stoi ale my jesteśmy bardzo daleko od Polski. I jeśli myślicie, że będziemy was ratować od przyszłych wrogów w regionie lub ludzi, których nie lubicie, nie ważne czy to będą Rosjanie czy Niemcy, Węgrzy czy ktokolwiek inny, to myślę, że cierpicie na urojenia. Nie sądzę żeby to nastąpiło. I do pewnego stopnia całe NATO jest w pułapce takiego myślenia.
  • Są w pułapce iluzji, że są jak Polska w 1939 roku i mówią „Nie lubimy Rosjan. Nie lubimy Niemców. Z nikim się nie będziemy dogadywać. Będziemy wrogiem dla obu. A będziemy tak postępować, bo Brytyjczycy obiecali nam pomóc.” Rozumiesz, to jest ta sama mentalność. Możemy zawsze pójść do Amerykanów a oni nam pomogą. My nie jesteśmy tym zainteresowani. Nigdy nie byliśmy. Nie jesteśmy teraz. I nie będziemy w przyszłości.”

Dla wyjaśnienia, emerytowany od 2004 roku pułkownik McGregor jest czołgistą, który osobiście brał udział w pierwszej wojnie w Iraku dowodząc jedną z większych czołgowych bitew. Jest typem żołnierza, którego jasność oglądu sytuacji sprawdziła się w boju ale niewyparzony język i mówienie wprost zamknęło możliwość awansu na stanowiska generalskie. Choć ewidentnie ma więcej klasy niż Trump i zdecydowanie mniejsze możliwości decyzyjne mówi co do zasady dokładnie to samo.

Zatem… nawet Amerykanin bez Polskich korzeni, patrzący niejako z boku widzi bezsens postawy i polityki jaką Polska uprawia. Ale nie Polacy. I martwią mnie tu nie tyle wypowiedzi zdrajców i marionetek pokroju naszych pożal się Boże mężyków stanu. Martwią mnie bardziej te spontaniczne, szczere wypowiedzi ludzi, które widzę w Internecie.

Ale czego się spodziewać po narodzie, który nadal czci idiotyczne Powstanie Warszawskie i który Józefowi Beckowi stawia pomniki zamiast zapisać go w pamięci powszechnej we frazie „głupi jak Beck”.

Pocieszać się można tylko, że Ukraińcy też okazali się głupcami i dali się wykorzystać w cudzym interesie ginąc setkami tysięcy – a teraz ich „sojusznik” sam im każde oddać Donbas i pewnie coś jeszcze.

Ale czy cudze nieszczęście może naprawdę pocieszać w obliczu własnej analogicznej głupoty? Przecież gdyby nasi zdrajcy dzierżący zewnętrzne znamiona władzy pogonili nas na Rosję to setki tysięcy poszłoby w to z pieśnią na ustach.

Módlmy się, żeby nam tego oszczędzono.

Pfizer żąda w sądach 6 miliardów za nieużyte, ale jawnie szkodliwe szpryce

Na zdjęciu: grupa prawników,

która w tym tygodniu

przez trzy dni przekonywała sąd,

Grzegorz Płaczek

25 stycznia 2026, ewinia neon24

Dlaczego Polska ma zapłacić amerykańskiej korporacji 6 miliardów złotych.

Pozew przeciwko Polsce złożył koncern Pfizer. Rozprawa nie była tajna – a mimo to żadne „niezależne” polskie media nie pojawiły się na sali. Szkoda, bo – jak wiadomo – Pfizer domaga się od Polski tej gigantycznej kwoty za zamówione, ale do dziś nieodebrane, szczepionki przeciw COVID-19. Na sali padło tyle zaskakujących informacji, że aż włosy stają dęba.

Oto kilka z nich:

Negocjacje bez poinformowania Polski?

W 2021 r. Ursula von der Leyen miała przystąpić do negocjacji z Pfizerem zanim w ogóle poinformowano polski rząd o ich rozpoczęciu. To tylko potwierdza, że Komisja Europejska potrafi traktować Polskę jak petenta czy idiotę– podejmować decyzje tak, jakby zarządzała naszą polityką zdrowotną i naszymi finansami. W Brukseli nikt nas o nic nie pytał; nie było nawet formalnego powiadomienia o rozpoczęciu rozmów. Absurd i skandal. Co bulwersujące, prawnicy Pfizera stwierdzili, że gdy już Polska została poinformowana o trwających negocjacjach – nie zgłosiła żadnego sprzeciwu wobec sposobu prowadzenia tych negocjacji. Dlaczego nie było sprzeciw? Do dziś nie wiadomo.

„Problemy z bezpieczeństwem” AstraZeneca i Johnson&Johnson – a komunikaty polskiego rządu

Pfizer przyznał, że w przypadku szczepionek AstraZeneca i Johnson&Johnson (Janssen) w 2021 r. (cyt.) „pojawiały się problemy z bezpieczeństwem” i że (cyt.) „szczepionki były niewłaściwe”. Tymczasem w tym samym czasie minister Dworczyk uspokajał opinię publiczną słowami:
gdyby pojawiły się jakiekolwiek przesłanki potwierdzone medycznie, że którakolwiek ze szczepionek może być niebezpieczna dla zdrowia pacjentów, podjęlibyśmy natychmiastowe działania; dzisiaj takich przesłanek nie ma”.
Z kolei minister Niedzielski przekonywał, że (cyt.) „jednodawkowa szczepionka Johnson & Johnson zapewnia 100% ochrony przed hospitalizacją i zgonem [sic !! zapewnia więc nieśmiertelność !! msd] od 28. dnia po szczepieniu”.
A przecież wiemy, że było inaczej – po zaszczepieniu ludzie ciężko chorowali i umierali na COVID-19. Czy to możliwe, że rząd kłamał? Gdzie było WHO ??!

„Nie ma szkody dla budżetu”

Pfizer zeznał, że w konsekwencji zakupu szczepionek przez Komisję Europejską (cyt.) „nie ma szkody dla budżetu Europy i Polski”. Brzmi to co najmniej dziwnie, bo eksperci wskazują, że marże przy cenie 19,5 EUR za dawkę miały być nadprzeciętne. Do dziś nie wyjaśniono afery wokół ustalania warunków zakupu przez Ursulę von der Leyen – w tym komunikacji z prezesem Pfizera przez komunikator. Wiadomości ostatecznie zniknęły z telefonu szefowej Komisji Europejskiej.
Opierając się na publicznych danych finansowych Pfizera, szacuje się, że zysk netto na jednej dawce szczepionki mRNA mógł wynosić minimum 4 EUR (a niektórzy wskazują na znacznie wyższy zysk!). Przy zamówieniu 900 mln dawek oznaczałoby to potencjalny zysk rzędu 3,6 mld EUR, czyli około 16–17 mld zł netto!

I to nadal ostrożna ocena. Pytanie – czy chodziło o ratowanie świata, czy o wielki biznes ? Pfizer zeznał, że przy przedłużaniu umowy, Komisja Europejska ustaliła kolejną cenę na poziomie… 19,5 EUR za dawkę, a Polska znała tę wyższą cenę i „nie sprzeciwiła się”. Dlaczego Polska milczała ? To pytanie również pozostaje bez odpowiedzi.

Oddawanie dawek do COVAX

Koncern potwierdził również w belgijskim sądzie, że Pfizerowi zależało (cyt.) „żeby wyszczepić ludzi”, a jeśli jakiś kraj nie chciał zakupionych szczepionek, mógł zapłacić i… oddać je bezpłatnie do COVAX.

I tutaj też zaczyna robić się ciekawie, bowiem COVAX to międzynarodowa inicjatywa działająca w latach 2020–2023, której głównymi filarami były: WHO, Gavi i CEPI. O WHO – organizacji, wokół której od lat toczy się dyskusja o wpływach wielkich korporacji farmaceutycznych – nie trzeba się tu rozwodzić. Gavi to sojusz, który skupia między innymi WHO oraz… Fundację Billa i Melindy Gatesów. Natomiast CEPI to partnerstwo publiczno-prywatno-filantropijne, które między innymi utworzyła… Fundacja Billa i Melindy Gatesów oraz World Economic Forum – znane z Davos.

Pozostawiam ten wątek bez komentarza – niech Polacy sami ocenią ten mechanizm.

Zerwanie umowy bez wiedzy Prokuratorii Generalnej ?

I wreszcie: minister Niedzielski miał podjąć decyzje prowadzące do złamania/zerwania umowy z Pfizerem bez konsultacji z Prokuratorią Generalną. Trudno jednocześnie uwierzyć, że mogło to się stać bez wiedzy i akceptacji ówczesnego premiera Mateusza Morawieckiego. Jak mogło do tego dojść – nie wiem. Może ktoś pomoże ten absurd wytłumaczyć ?

Jedno jest pewne: jeśli Polska realnie stoi dziś przed ryzykiem zapłaty 6 mld zł i ktoś powinien za to odpowiedzieć. Winni powinni stanąć przed polskim sądem za narażenie Skarbu Państwa na tak gigantyczne ryzyko finansowe.

Tymczasem premier Donald Tusk zachowuje się tak, jakby problemu nie było. Pytanie brzmi: dlaczego – i czyich interesów broni taką postawą ?

Grzegorz Płaczek

Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków

Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków

ukraincy-i-zurkowcy-tworza-poradnik-donoszenia-na-polakow

Zapowiedź opracowania poradnika dla obywateli Ukrainy przebywających w Polsce brzmi niewinnie: ma uczyć, jak reagować na „nienawiść” i rzekome akty agresji. Problem w tym, że w praktyce to nie wygląda jak kampania bezpieczeństwa, lecz jak instrukcja dla szmalcowników. Powstaje przy udziale prawników, ekspertów, a nawet polskiego (?) wymiaru sprawiedliwości i policji. Innymi słowy: obce państwo i jego obywatele, współtworzą narzędzie dla swoich obywateli, służące do niszczenia tubylców. To sytuacja zarówno groteskowa, jak groźna.

Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków. Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar powiedział, że kluczowym wyzwaniem dla Polski jest obecnie skala obecności Ukraińców w naszym kraju. Chodzi o ponad 2 miliony osób i „presję wewnętrzną” wywieraną na polskie społeczeństwo. Ma rację: masowa migracja w krótkim czasie nie jest normalną i neutralną sytuacją. Przeciąża usługi publiczne, destabilizuje rynek mieszkaniowy i pracy oraz generuje koszty, które ponoszą podatnicy.

Problem polega na czymś innym. Oto zamiast ograniczenia imigracji, a nawet zachęcaniu części przesiedleńców do powrotu do ojczyzny, ambasador proponuje coś innego. Chce, by wszelka krytyka tej sytuacji była zabroniona i ścigana karnie. Rosnąca niechęć Polaków do Ukraińców ma być według niego skutkiem przesuwania się sceny politycznej w prawo i „retoryki antyimigracyjnej”. To klasyczne odwracanie znaczeń.

Sprzeciw wobec przeciążenia systemu ochrony zdrowia, edukacji czy świadczeń socjalnych nie jest żadną „nienawiścią”. To elementarna reakcja na realne konsekwencje decyzji politycznych. Jeśli Polacy pytają, kto finansuje leczenie, edukację i transfery dla cudzoziemców, nie jest to agresja — tylko normalna debata o tym, jak działa państwo. Tymczasem zamiast rozmowy o granicach solidarności, ambasador buduje narrację, w której to obywatele polscy mają być zagrożeniem, a przybysze grupą wymagającą szczególnej ochrony i instruktażu. Zaproponował napisanie specjalnego poradnika dla ukraińskich donosicieli i szmalcowników.

Najbardziej niepokojące jest to, że poradnik powstaje we współpracy z polskim wymiarem sprawiedliwości i służbami. W praktyce oznacza to uprzywilejowanie jednej grupy narodowościowej w dostępie do wsparcia instytucjonalnego. Polscy obywatele nie dostają żadnych „poradników”, jak bronić się przed skutkami niekontrolowanej migracji, jak reagować na realne konflikty interesów na rynku pracy czy w usługach publicznych, wreszcie – jak dochodzić swoich praw w starciu z instytucjami. Za to cudzoziemcy mają otrzymać instrukcję, jak skutecznie reagować na każdy przejaw krytyki — nawet tej uzasadnionej.

To pokazuje szerszy problem: Polska z kraju goszczącego i pomagającego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są systemowo chronieni przed społeczną krytyką, a obywatele dyscyplinowani moralnie i straszeni etykietą „mowy nienawiści”. Wystarczy, że ktoś nazwie napięcia społeczne „ksenofobią”, a temat znika z debaty, choć koszty pozostają. Dokładnie tą drogą szły państwa Zachodu, gdzie lęk przed oskarżeniem o rasizm paraliżował instytucje — i kończyło się tym, że realne patologie zamiatano pod dywan.

Ta sprawa pokazuje, jak Polska za rządów Tuska traci kontrolę nad własnym terytorium. Z kraju goszczącego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są chronieni przed społeczną krytyką, a Polacy stają się grupą, którą można ścigać za „nienawiść”. Czy Polacy nie staną się wkrótce ofiarami własnej naiwności, podobnie jak rdzenni brytyjczycy? Jest to pytanie, na które odpowiedzi nie będziemy musieli czekać zbyt długo. Za moment skończy się bowiem wojna i przyjadą do nas ukraińscy weterani z PTSD. Wtedy już będzie za późno na przebudzenie polskiego społeczeństwa.

Jeśli państwo nie zacznie jasno stawiać granic, nie odzyska kontroli nad polityką migracyjną i nie przywróci równowagi między prawami gości, a prawami własnych obywateli, napięcia będą tylko narastać. Poradniki szmalcownictwa tego nie rozwiążą. Rozwiąże to tylko uczciwa polityka: twarde egzekwowanie prawa wobec cudzoziemców oraz prawo Polaków do zadawania pytań bez etykietowania ich jako zagrożenia dla skrajnie lewicowej ideologii multi-kulti.

Polecamy również: Rząd Tuska forsuje ekspresowe rozwody. To prawo, które uczy nietrwałości związków

Chiny, Rosja, USA i Europa. Jaki interes ma w tej układance Polska?

Chiny, Rosja, USA i Europa.

Jaki interes ma w tej układance Polska?

Grzegorz Świderski gps/chiny-rosja-usa-i-europa-jaki-interes-ma-w-tej-ukladance-polska

[Przewrotny, ale wart przemyślenia. MD]

W jed­nym z chiń­ski­ch por­ta­li uka­zał się tek­st au­tor­stwa Liu Sen­se­na, któ­ry na Za­cho­dzie funk­cjo­nu­je głów­nie ja­ko sen­sa­cyj­ny cy­tat. W rze­czy­wi­sto­ści je­st to znacz­nie cie­kaw­szy do­ku­ment: chłod­na ana­li­za pro­ce­su przej­mo­wa­nia re­al­nej kon­tro­li nad ro­syj­skim Da­le­kim Wscho­dem bez uży­cia si­ły mi­li­tar­nej. Liu opi­su­je coś, co w chiń­skiej my­śli stra­te­gicz­nej ucho­dzi za oczy­wi­sto­ść — że w XXI wie­ku im­pe­ria przej­mu­je się nie czoł­ga­mi, le­cz in­fra­struk­tu­rą, ka­pi­ta­łem, tech­no­lo­gią i wa­lu­tą.

  Ro­syj­ski Da­le­ki Wschód, ob­szar nie­mal sied­miu mi­lio­nów ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wy­ch, sła­bo za­lud­nio­ny i chro­nicz­nie nie­do­in­we­sto­wa­ny, ja­wi się w tej opty­ce ja­ko na­tu­ral­ne za­ple­cze go­spo­dar­cze Chin. Chiń­skie in­we­sty­cje w por­ty, dro­gi, mo­sty i lo­kal­ne przed­się­bior­stwa, eks­pan­sja ju­ana oraz włą­cze­nie re­gio­nu w chiń­skie łań­cu­chy do­staw po­wo­du­ją, że for­mal­na przy­na­leż­no­ść pań­stwo­wa tra­ci zna­cze­nie. Go­spo­dar­ka za­czy­na funk­cjo­no­wać w ob­cym eko­sys­te­mie — a to on wy­zna­cza re­al­ną wła­dzę.

  Ten opis bez­po­śred­nio uzu­peł­nia te­zę, któ­rą wcze­śniej po­sta­wi­łem w tek­ście „Ro­sja dą­ży do roz­pa­du”. Ro­sja nie roz­pa­da się dla­te­go, że ktoś ją roz­bi­ja z ze­wną­trz, le­cz dla­te­go, że nie je­st w sta­nie utrzy­mać spój­no­ści wła­sne­go im­pe­rium, gdy cen­trum zo­sta­je prze­cią­żo­ne woj­ną, sank­cja­mi i słab­ną­cą de­mo­gra­fią. Woj­na na Ukra­inie nie ce­men­tu­je Ro­sji — ona ją zu­ży­wa. A zu­ży­te im­pe­ria nie upa­da­ją z hu­kiem, le­cz są stop­nio­wo przej­mo­wa­ne przez bar­dziej efek­tyw­ny­ch gra­czy.

  Stąd klu­czo­wy wnio­sek: trwa­ją­ca woj­na ozna­cza fak­tycz­ną wa­sa­li­za­cję Ro­sji wo­bec Chin. Każ­dy mie­siąc kon­flik­tu po­głę­bia za­leż­no­ść Mo­skwy od chiń­skie­go ryn­ku, tech­no­lo­gii, kre­dy­tu i po­li­tycz­ne­go pa­ra­so­la. Part­ner­stwo stra­te­gicz­ne sta­je się eu­fe­mi­zmem dla re­la­cji, w któ­rej Ro­sja sprze­da­je su­row­ce po dys­kon­to­wy­ch ce­na­ch, a w za­mian tra­ci au­to­no­mię de­cy­zyj­ną. Da­le­ki Wschód nie je­st pierw­szym ob­sza­rem tej ci­chej ko­lo­ni­za­cji Chin — to sa­mo wi­dzi­my w Afry­ce czy w Pa­na­mie.

  W tym kon­tek­ście zro­zu­mia­łe sta­je się sta­no­wi­sko Do­nal­da Trum­pa. Je­go dą­że­nie do szyb­kie­go za­koń­cze­nia woj­ny na Ukra­inie nie wy­ni­ka z sen­ty­men­tu do Ro­sji ani z izo­la­cjo­ni­zmu, le­cz z chłod­nej kal­ku­la­cji geo­po­li­tycz­nej. Dłu­go­trwa­ły kon­flikt wzmac­nia Chi­ny, bo za­mie­nia Ro­sję w su­row­co­wy i te­ry­to­rial­ny do­da­tek do chiń­skie­go sys­te­mu go­spo­dar­cze­go. Woj­na dzia­ła jak ak­ce­le­ra­tor tej eks­pan­sji. Po­kój — na­wet nie­ide­al­ny — mógł­by ją spo­wol­nić.

  Tu ujaw­nia się za­sad­ni­cza róż­ni­ca in­te­re­sów mię­dzy Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi a Eu­ro­pą, w tym Pol­ską. Dla Eu­ro­py roz­pad Ro­sji je­st ko­rzyst­ny, na­wet je­śli ozna­cza wzmoc­nie­nie Chin. Ro­sja je­st za­gro­że­niem mi­li­tar­nym, re­wi­zjo­ni­stycz­nym i de­struk­cyj­nym. Chi­ny na­to­mia­st ni­gdy nie pro­wa­dzi­ły wo­jen na­past­ni­czy­ch w Eu­ro­pie i nie ma­ją ku te­mu ani in­te­re­su, ani tra­dy­cji. Ich na­rzę­dziem je­st ko­lo­nia­li­zm eko­no­micz­ny — a to nie je­st za­gro­że­nie eg­zy­sten­cjal­ne, le­cz for­ma zdro­wej i twór­czej kon­ku­ren­cji. Chi­ny bu­du­ją, Ro­sja nisz­czy.

  Ko­lo­nia­li­zm eko­no­micz­ny moż­na re­gu­lo­wać, rów­no­wa­żyć i kon­tro­wać. Woj­nę tyl­ko prze­trwać przy ży­ciu tra­cąc ca­ły ma­ją­tek. Chi­ny in­we­stu­ją, bu­du­ją i han­dlu­ją. Je­śli ro­bią to sku­tecz­niej niż in­ni, nie czy­ni ich to agre­so­rem, le­cz kon­ku­ren­tem. Dla Eu­ro­py, cy­wi­li­za­cji pra­wa, kon­trak­tu i ryn­ku, ta­ki typ eks­pan­sji je­st znacz­nie mniej de­struk­cyj­ny niż ro­syj­ska lo­gi­ka czoł­gu, ra­kie­ty i ma­fij­ny­ch stref wpły­wów.

  Z eu­ro­pej­skie­go punk­tu wi­dze­nia wnio­sek je­st bru­tal­nie pro­sty: roz­pad Ro­sji je­st pro­ce­sem po­żą­da­nym, a chiń­ska ko­lo­ni­za­cja eko­no­micz­na jej pe­ry­fe­rii je­st kosz­tem, któ­ry da się po­nie­ść. Im­pe­rium ro­syj­skie sta­no­wi za­gro­że­nie przez sa­mo swo­je ist­nie­nie. Chiń­ska eks­pan­sja go­spo­dar­cza je­st je­dy­nie wy­zwa­niem kon­ku­ren­cyj­nym. A na­wet je­śli je­st za­gro­że­niem mi­li­tar­nym, to prze­no­si ta­ki kon­flikt na Pa­cy­fik. Wresz­cie Eu­ro­pa mo­że stać się pe­ry­fe­ria­mi krwa­wy­ch kon­flik­tów, a nie ich za­rze­wiem!

  Z tej ukła­dan­ki wy­ni­ka jesz­cze je­den wnio­sek, naj­bar­dziej nie­wy­god­ny po­li­tycz­nie, ale za­ra­zem naj­bar­dziej ra­cjo­nal­ny z punk­tu wi­dze­nia War­sza­wy. W in­te­re­sie Pol­ski le­ży mak­sy­mal­ne wy­dłu­że­nie ro­syj­skie­go wy­krwa­wia­nia się na Ukra­inie, na­wet je­śli ozna­cza to dzia­ła­nia nie w peł­ni zbież­ne z krót­ko­ter­mi­no­wą kal­ku­la­cją USA.

  Dla Ame­ry­ki woj­na na Ukra­inie je­st jed­nym z wie­lu te­atrów glo­bal­nej ry­wa­li­za­cji. Dla Pol­ski — spra­wą eg­zy­sten­cjal­ną. Każ­dy mie­siąc, w któ­rym Ro­sja tra­ci lu­dzi, sprzęt i zdol­no­ść pro­jek­cji si­ły, to mie­siąc re­al­ne­go wzro­stu na­sze­go bez­pie­czeń­stwa. Każ­da dy­wi­zja zu­ży­ta pod Bach­mu­tem to dy­wi­zja, któ­ra ni­gdy nie sta­nie nad Bu­giem.

  Z pol­skiej per­spek­ty­wy woj­na na Ukra­inie peł­ni funk­cję, któ­rej nie da się ku­pić za żad­ne pie­nią­dze: roz­ła­do­wu­je ro­syj­ski po­ten­cjał mi­li­tar­ny po­za na­szym te­ry­to­rium. Ro­sja nie prze­sta­je być za­gro­że­niem wte­dy, gdy pod­pi­su­je trak­ta­ty, le­cz wte­dy, gdy tra­ci zdol­no­ść pro­wa­dze­nia woj­ny. A tę zdol­no­ść tra­ci dziś po­wo­li, sys­te­mo­wo i nie­od­wra­cal­nie.

  Dla­te­go pol­skie wspar­cie mi­li­tar­ne dla Ukra­iny nie je­st ro­man­tycz­nym ge­stem ani ide­olo­gicz­ną de­kla­ra­cją. Je­st zim­ną, re­ali­stycz­ną po­li­ty­ką bez­pie­czeń­stwa. Na­wet je­śli Wa­szyng­ton uzna kie­dyś, że dal­sze prze­cią­ga­nie kon­flik­tu wzmac­nia Chi­ny bar­dziej, niż osła­bia Ro­sję, Pol­ska nie ma luk­su­su ta­kie­go bi­lan­su. Dla nas li­czy się jed­no: by Ro­sja ni­gdy nie od­zy­ska­ła zdol­no­ści ofen­syw­ny­ch.

  Im dłu­żej Ro­sja krwa­wi, tym bar­dziej sta­je się pe­ry­fe­ryj­nym za­ple­czem Chin, a tym mniej je­st w sta­nie pro­wa­dzić sa­mo­dziel­ną, agre­syw­ną po­li­ty­kę wo­bec Eu­ro­py Środ­ko­wej. Wa­sal, na­wet nu­kle­ar­ny, je­st groź­ny głów­nie w re­to­ry­ce. Im­pe­rium od­bu­do­wa­ne po szyb­kim po­ko­ju by­ło­by groź­ne re­al­nie.

  Nie ma­my wpły­wu na glo­bal­ną grę mo­car­stw. Ma­my wpływ na to, gdzie Ro­sja prze­gry­wa swo­je woj­ny. I le­piej, by prze­gry­wa­ła je jak naj­dłu­żej — po­za te­ry­to­rium Pol­ski.

Polska? Polacy? „To nie jest mój problem”. Homo debilis. [Nie tylko SZCZERBA].

Polska? Polacy? „To nie jest mój problem”. Homo debilis

Autor: CzarnaLimuzyna, 21 stycznia 2026

AI

W wartkim nurcie głównego ścieku pojawiła się rozmowa z przedstawicielem Koalicji Olaków, europosłem Szczerbą, gorącym zwolennikiem procesu zniszczenia Europy i Polski określonego przez propagandę mianem „rozwoju i integracji”. Pan Szczerba ma wśród wielu komentatorów opinię „inteligentnego inaczej”. Pomimo widocznej ironii to nieadekwatne określenie.

Komentarz umieszczony na YouTube jest na tyle dosadny, że zwalnia mnie z nieprzyjemności wiwisekcji tego obrzydlistwa.

Autonomiczne źródło prądu europosła Szczerby:

Przerzucili przez granicę. 5,5 tys. ludzi, gł. Ukraińców.

Przerzucali nielegalnie przez granicę. Jest akt oskarżenia

[a czy można przerzucać legalnie?? md]


przerzucali-nielegalnie-przez-granice

Dziewięć osób – obywateli Ukrainy i Polski – odpowie przed sądem za organizowanie cudzoziemcom nielegalnego przekraczania wschodniej granicy Polski – poinformowała prokuratura. Sprawa dotyczy blisko 5,5 tys. osób, które w latach 2019-2023 przekroczyły granicę na podstawie wyłudzonych wiz.

Akt oskarżenia w tej sprawie Prokuratura Okręgowa w Zamościu skierowała do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Z ustaleń śledztwa wynika, iż w skład zorganizowanej grupy przestępczej wchodzili obywatele Polski i Ukrainy, a działalność prowadzona była w latach 2019-2023 – poinformował w komunikacie prasowym rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu prok. Rafał Kawalec.

Jak wyjaśnił, proceder polegał na wystawianiu i rejestrowaniu we właściwych urzędach pracy stosownych oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy dla cudzoziemców, co uprawniało ich do otrzymania wiz.

W większości byli to Ukraińcy

Według ustaleń śledczych wystawiający oświadczenia nie mieli zamiaru ani możliwości powierzenia cudzoziemcowi wykonywania wskazanej pracy, a wystawione dokumenty miały na celu wprowadzenie w błąd pracowników konsulatów i wyłudzenie na tej podstawie niezbędnych do przekroczenia granicy wiz uprawniających do wjazdu i pobytu w krajach Unii Europejskiej.

Jak podał prok. Kawalec, z ustaleń śledztwa wynika, że w ten sposób grupa przestępcza zorganizowała nielegalne przekroczenie granicy państwa dla co najmniej 5 tys. 427 osób. W większości byli to Ukraińcy.

Śledztwo w tej sprawie było prowadzone przez funkcjonariuszy Placówki Straży Granicznej w Hrebennem (Lubelskie) z Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej, którzy wpadli na trop przestępczej grupy.

Grupa przestępcza

Akt oskarżenia obejmuje sześcioro obywateli Ukrainy i troje obywateli Polski.

Pięć osób usłyszało zarzuty działania w ramach struktur zorganizowanej grupy przestępczej, w tym jedna osoba zarzut kierowania grupą. Ośmiu osobom przedstawiono zarzuty organizowania nielegalnej migracji. Trzy osoby usłyszały zarzut „prania brudnych pieniędzy” pochodzących z przestępstwa.

Prok. Kawalec powiedział, że śledczym nie udało się ustalić kwot, które podejrzani otrzymywali za organizowanie nielegalnego przekroczenia granicy. Niektórzy z nich mają zarzuty uczynienia sobie z przestępstwa stałego źródła dochodu.

Część podejrzanych, w toku przeprowadzonych przesłuchań przyznała się do popełnia zarzucanych im czynów i złożyła wyjaśnienia, w których opisali swój udział w przestępczym procederze, inni nie przyznali się lub przyznali się do części zdarzeń — prok. Kawalec.

Czworo podejrzanych złożyło wnioski o dobrowolne poddanie się karze bez przeprowadzenia rozprawy.

Wobec wszystkich podejrzanych zastosowano poręczenia majątkowe, dozory policji, zakazy opuszczania kraju. Wobec kobiety oskarżonej o kierowanie grupą prokuratora zastosowała także zabezpieczenie majątkowe poprzez ustanowienie hipoteki na jej nieruchomości do kwoty 750 tys. zł.

Za zarzucane podejrzanym przestępstwa grożą różne kary, maksymalna to 15 lat więzienia.

CZYTAJ TAKŻE: Wojna jako pretekst. Pod przykrywką ewakuacji z Ukrainy wielokrotnie łamali przepisy, by sprowadzać auta. 32 osoby usłyszały zarzuty

Robert Knap/PAP

Pierwszy dzień Karawany: Mróz i atak sodomity. Nie cofamy się.


maciejmaleszyk@polskakatolicka.org

Drogi Mirosławie, piszę do Ciebie z drogi. Dosłownie.

Wczoraj ruszyliśmy z Karawaną.

Wyruszyliśmy, by publicznie sprzeciwić się projektowi tzw. „statusu osoby najbliższej” – ustawie, która pod neutralną nazwą wprowadza związki partnerskie, także sodomskie, i podkopuje fundament małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny.

Temperatura: –11 stopni. Przenikliwy mróz, który szczypie w twarz i odbiera czucie w palcach. A jednak – nikt nie narzekał. Bo każdy z nas miał w sercu świadomość, że nie jedziemy sami. Że są z nasi darczyńcy zatroskani o los Ojczyzny.

Mróz szybko pokazuje, kto jest tu przypadkiem, a kto z przekonania. 

Zatrzymaliśmy się w Płocku. Stanęliśmy publicznie, spokojnie, jasno – w obronie małżeństwa, w obronie prawdy. Rozmawialiśmy z ludźmi, rozdawaliśmy materiały, zbieraliśmy podpisy pod petycją „Brońmy świętości małżeństwa – nie dla związków partnerskich”.
Na miejscu pojawiła się lokalna gazeta. Dziś artykuł o naszej obecności już krąży wśród mieszkańców. To ważne. To znaczy, że nasz głos nie ginie w ciszy. Że ktoś go rzeczywiście słyszy.

Potem pojechaliśmy do Włocławka.

To był moment, w którym każdy z nas jeszcze wyraźniej poczuł, jak bardzo ta Karawana jest potrzebna. Jak bardzo projekt „statusu osoby najbliższej” nie jest niewinną korektą prawa, ale elementem głębokiej rewolucji moralnej.

We Włocławku staliśmy się celem agresywnego ataku ze strony sodomity. Było napięcie. Ale była też szybka i zdecydowana reakcja – policja natychmiast interweniowała i zatrzymała napastnika.
To był moment, w którym każdy z nas jeszcze mocniej poczuł, dlaczego tu jesteśmy. Jak bardzo ta walka jest realna. Jak bardzo dotyka współczesnego świata.

Dziś jesteśmy już w drodze do kolejnego miasta.
Mróz nie odpuszcza. A jednak… jesteśmy zmotywowani bardziej niż wczoraj. Bo wiemy, że to, co robimy, ma sens.  Bronimy małżeństwa. Rodziny. Porządku Bożego, który służy całemu społeczeństwu. 

Wiemy, że ta Karawana powstała dzięki sympatykom naszej kampanii, gorliwym katolikom, którzy nie są obojętni na przyszłość naszego kraju. Także dzięki modlitwom oraz dzięki darowiznom – często bardzo hojnym, składanym z serca.

Chcę przekazać Ci właśnie teraz:
każdy kilometr, każdy postój, każda rozmowa z przechodniem jest także Twoim dziełem.

Specjalnie dla Ciebie dołączam kilka zdjęć z wczorajszego dnia. Zobacz prawdę obecną w przestrzeni publicznej.Z wdzięcznością i modlitwą,
Maciej Maleszyk
Polska Katolicka, nie laicka
P.S. Mirosławie, nadal możesz jeszcze wesprzeć Karawanę, byśmy mogli przejechać całą zaplanowaną trasę i zakończyć ją wspólnym sukcesem – każde wsparcie ma teraz realne znaczenie. Dzięki Tobie możemy iść do końca.
Wesprzyj Karawanę 2026
www.polskakatolicka.org

© 2026
Fundacja Instytut Edukacji Społecznej i Religijnej
im. Ks. Piotra Skargi

02-951 Warszawa,
ul. Rotmistrzowska 18

 kontakt@polskakatolicka.org

MERCOSUR, GRENLANDIA I OBŁUDA OWSIAKA

GADOWSKI, PALADE, KARPIEL: MERCOSUR, GRENLANDIA I OBŁUDA OWSIAKA

Mercosur i kontrowersyjna umowa UE – czy Polska zapłaci za decyzje Brukseli? USA, Grenlandia i milczenie polskiego rządu – kryzys polityki zagranicznej czy chłodny realizm? Upadek projektu Polska 2050 i polityczna przyszłość Szymona Hołowni. Na koniec: WOŚP i Jerzy Owsiak – spór, który co roku wraca na ulice.

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Jerzy Karwelis 17 stycznia, wpis nr 1391 dziennikzarazy

Ostatnio przyłapałem się na pewnego rodzaju eskapizmie. Otóż wyszło, że coraz częściej uciekam od bieżączki zdarzeń w rozważania teoretyczne, acz oparte w realu o zdefiniowanie krążących pojęć, czy zjawisk, szczególnie kiedy ich znaczenie jest dekonstruowane. Pojęciom i zjawiskom nadaje się obecnie nowe znaczenia, co myli publiczność. Władztwo nad językiem jest potwierdzeniem tezy, że „jak się panuje nad definicjami, to nie trzeba już dbać o fakty”.

Dlatego wolę od czasu do czasu zająć się rozbiorem znaczeń i zjawisk, bo w obecnych czasach pomieszania z poplątaniem (i to wcale nie spontanicznym) warto rozłożyć wiele maszynek pojęciowych na części, nie tylko aby zobaczyć jak działają trybiki, ale by dotrzeć do sprężyny napędzającej cały mechanizm.

Dziś chciałbym się zająć polską rusofobią, którą, ponoć bardziej niż antysemityzm, podobno wysysamy z mlekiem matki. Jest to zjawisko, które podlegało historycznie ewolucji, dziś jest zaś używane w celach manipulacyjnych, i to aż do tego stopnia, że np. dwa przeciwne obozy obwiniają się o rusofobii zbyt mały poziom, co prowadzi do żenujących licytacji i polityków, i ich akolitów.

Krótki kurs historyczny rusofobii

Historycznie rzecz biorąc rywalizacja Rosji z Polską co do dominacji w naszym regionie (dla Rosji jednym z wielu, co nie jest bez znaczenia) jest jakimś fatum ciążącym na naszych tu losach. Stosunek do Rosji kształtował naszą geopolitykę, był odniesieniem wielu ruchów politycznych, lub tylko jednym, acz ważnym, bo rewidującym polski patriotyzm czynnikiem. Cień Rosji wisiał, i wisi, nad nami od wieków i jego intensywność ma wielki wpływ na nasze losy. Na początku nasz stosunek do Rosji był bardziej pragmatyczny, stał się bardziej romantyczny kiedy tę regionalną rywalizację przegraliśmy. Przed klęską trudno było zauważyć w naszym narodowym etosie jakieś większe pokłady rusofobii, ot – kolejny kraj, z którym toczyliśmy wojny o dominację na Międzymorzu. Potem, kiedy przegraliśmy w realu, zaczęła się okazywać ta niechęć właśnie w wymiarze fobicznym, czyli często irracjonalnej mieszaniny odrazy i strachu.

W etosie narodowym w wymiarze symbolicznym rusofobia miała być dość wygodną szansą na nie patrzenie na nasze winy i klęski, bo tworzyła z Rosji Czarnego Luda polskiej historii, którego bezwzględna i obca kulturowo naga siła zdeptała piękny polski kwiatostan. W końcu kulturowo, choć Słowianie, leżeliśmy po dwóch przeciwnych stronach szali quincunxów Konecznego – my Słowianie unurzani w łacińskiej kulturze, kontra Rosjanie – Słowianie turańscy, o dużym kulturowym kontekście Azji, w wydaniu „dopalacza” mieszanki rosyjskich urojeń wyższościowych i kompleksów. Piekielne starcie, o nierozwiązywalnych potencjałach konfliktu.

W okresie zaborów pojawiły się już pierwsze zjawiska dzielące praktyczną politykę polską na dwa obozy stosunku wobec Rosji – akomodacji oraz buntu, z małą przerwą na ich mieszaninę jaką stał się pozytywizm. Osią sporu był właśnie stosunek do Moskali: jedni uważali, że trzeba się jakoś dostosować, chronić substancję narodową, drudzy wzywali do eskalacji czynnego oporu. Już wtedy – po stronie buntowniczej – pojawiły się emocjonalne ekscesy (wzmagane również literaturą), które można nazwać dziś rusofobią.

Była to uzasadniona reakcja na przegraną, wzmacniana jednocześnie dezynwolturą kremlowskich okupantów. Ci się w różnym stopniu nakłaniali do ruchów akomodacyjnych i konia z rzędem temu, kto dziś rozstrzygnie „kto się zaczął”, czy polscy romantycy, czy carscy okupanci, którzy jednak nie chcieli dla Polski robić żadnych wyjątków w polityce imperialnej. „Boże coś Polskę”, hymn śpiewany do dziś w polskich kościołach, był pieśnią powitalną, wręcz dziękczynną dla cara Aleksandra, napisany i zaśpiewany przez wdzięczny naród wizytującemu królowi Polski.

Potem z rusofobią poszło jak po maśle. Zabory wyraźnie potwierdzały piekielną sprawczość Rosji w historii Polski, zaś tożsamościowym fundamentem nowej II RP stało się zwycięstwo, tym razem nad bolszewicką, Rosją. Widziano potęgę Rosji, ale – po zwycięstwie w 1920 roku – nie było mowy o większej rusofobii, ot jacyś dzicy się wyżynali za wschodnią granicą i w razie „W” damy im radę. Sporo to się zmieniło po 17 września, ale później – w czasie jałtańskiej zdrady Zachodu – okazało się, że musimy znowu wybrać przymusową akomodację, której rozmiar wykazał śladowy bunt beznadziei w postaci Żołnierzy Wyklętych.

Za PRL-u Rosja Radziecka stała się znowu Czarnym Ludem polskiej historii najnowszej, łatwą busolą do rozróżnienia Polaków pomiędzy „naszymi” i tymi „przywiezionymi do Polski na ruskich czołgach”, którzy stali się łże-elitą nowej Polski. Ale była to rusofobia bardziej prześmiewcza, przytłaczał ją kontekst naśmiewania się z prymitywnych kałmuków, żałosna satysfakcja kulturowego ostracyzmu pokonanych w realu. Oczywiście było parę momentów kiedy Polacy w PRL mieli powody obawiać się radzieckiej interwencji, ale raczej królowała tu wyższościowa pobłażliwość.

Rusofobia w III RP

Najciekawiej rusofobia rozwijała się w III RP. Falowała bezwzględnie – od mocnych wpływów na początku transformacji, ale po dociśnięciu przez Zachód zmieniły się polaryzacje. Już nie był to wybór między wpływami Rosji w smucie a Zachodem. Rosja odeszła (okazało się, że nie na długo), zaś w Polsce odbyła się (trwająca do dziś) mało romantyczna walka o dusze, kieszenie i ziemię Polaków pomiędzy USA a Niemcami. Jej najgorszym przejawem były momenty, w którym oba te czynniki, niemiecki i amerykański, zawierały ze sobą pakt o wspólnym interesie, w którym operacyjnie pilnował go Berlin, zaś strategicznie – Waszyngton. Rosja zniknęła na długo z Polskiej strategii, co było ciężkim grzechem polskiej polityki zagranicznej, gdyż zwrócenie się całkowicie na Zachód, w dobie „końca historii”, parasolu NATO czy Unii odsłoniło nam tyły, zaś polityka wschodnia stała się w polskim przypadku fatalnym przykładem spełniania straceńczych dla nas taktyczek zachodnich.

Po nastaniu Putina kwestia rusofobii, jeśli można tu wskazać na jedność tego pojęcia, zaczęła odgrywać rolę jednego z czynników różnicujących polską politykę. Niestety stosunek polskich polityków do Rosji był wypadkową czynników zewnętrznych. Również lud zawierzający któremuś z dwóch plemion łapał się tu na różne bajeczki, często zamieniające miejscami role Wilka i Czerwonego Kapturka. Za rządów postkomunistów kwestia stosunku do Rosji była delikatnie przesunięta przez obie strony (rządzącą lewicę i jeszcze wtedy w miarę zjednoczoną część postsolidarnościową) na drugi plan. Byli czerwoni się nie afiszowali swymi koneksjami z Rosjanami, już patrzyli na innych czerwonych w Brukseli, zaś styropianowa opozycja miała co innego na głowie – łykanie własnych porażek.

Najciekawiej kwestia zarządzania rusofobią wyglądała za czasów POPiS-u, zwłaszcza w wykonaniu partii Tuska. Wtedy argument rusofobii był zarzucany Kaczyńskiemu jako czynnik destabilizujący układanie się „poważnych państw” w zrównoważoną Europę. Z Rosją obłaskawioną pieniędzmi za surowce, w nadziej – płonnej jak wszystkie nadzieje liberałów – że pieniądze ucywilizują Rosję, stworzą rosyjską klasę średnią, która naturalnie będzie ciążyć ku demokracji. Warto przypomnieć Tuskowi ówczesne klipy telewizyjne, całe ciągi medialne pokazujące Kaczorów (bo to było jeszcze przed Smoleńskiem) jako nierozumnych rusofobów, którzy nie pojmują nowych czasów i na szkodę samej Polski wysadzają pociągi nowego ładu w wojnie na rozbiorowe resentymenty.

PiS obsadził więc, a właściwie pośrednio został obsadzony, w roli naczelnego rusofoba, co wtedy było zarzutem, choć dziś jest przedmiotem rywalizacji – kto bardziej. Wtedy ten ruch Tuska, to była realizacja interesów niemieckich wprost. Zbliżała się finalizacja wielkiego dealu Rosji i Niemiec i nie będzie tu jakiś „paliaczyszka” bruździł, grając zgranymi kartami w wojnę, kiedy tu się odbywa subtelny brydżyk. W Polsce miał być pod tym względem spokój i niech się Polacy cieszą, że tak w ogóle w tym dealu Niemcy nie oddały Polski Rosjanom. A ci tu jeszcze pyskują. I Donald miał tu zrobić porządek. I robił jak mógł.

Rusofobia a Ukraina

Po II wojnie ukraińskiej wszystko się zmieniło. Ale tu jest dowód na fenomen sterowalności zewnętrznej polskiej rusofobii. Ta przecież w ogóle nie wybuchła w 2014 roku, kiedy zaczęła się I wojna ukraińska. Nic takiego nie było. A czemu? Ano temu, że wtedy, po 2014 roku, Niemcy liczyły na to, że był to (zrozumiały) rosyjski „wypadek przy pracy”, który wcale nie zatrzymywał strategicznych planów rządzenia przez Niemcy Europą w ścisłej współpracy z Rosją. Rurociągiem Nord Stream I wciąż płynęła ropa, Unia dozbrajała Kreml, wojna na Ukrainie też nie przeszkodziła inwestycji w Nord Stream II. Wojska się biły, okupowały, ale business trwał as usual. A więc w Polsce z rusofobią było cicho, bo cicho miało być. Wszystko się zmieniło po rozpoczęciu II wojny ukraińskiej w 2022 roku. Zmieniło się z polską rusofobią, bo się Niemcom zmieniło z narracją.

Putin, niegdyś trudny przyjaciel, stał się Czarnym Ludem europejskich salonów. Ale tylko na pożytek maluczkich, bo dla elit (europejskich, a właściwie unijnych) sytuacja jest zupełnie inna. Jest teraz w Europie jak… w Polsce za zaborów: stosunek do Rosji jest podstawowym czynnikiem rozdzielającym dobro od zła, zdrajców od płomiennych wyznawców wolnościowych wartości. Putin stał się busolą europejskiej narracji na potrzeby suwerena, jakby ten miał zapomnieć w jednej chwili kto z kim kręcił korbą otwierającą rurociągi pragmatyzmu i deklarował współpracę „z Rosją taka jaka ona jest”. Wyciąga się tego Putina jako argument końcowy, dziennikarz, jak nie wie o co spytać, to pyta o stosunek do Putina i biada ci, jak nie zafundujesz jakiejś jeszcze bardziej eskalującej deklaracji wrogości. To dla ludu. Tym bardziej ludu polskiego, bo my, jako nuworysze w każdej europejskiej modzie politycznej zawsze jesteśmy spóźnieni, a więc musimy nadrabiać zaangażowaniem.

Nie jest też tak, że Niemcy mszczą się na Putinie, bo ten im popsuł piękny plan i trzeba teraz wyszywać publicznie inne ściegi, podjadając żabę własnej przegranej strategii. Niemcy mogą być oczywiście źli na Putina, bo jego ruch z wojną był dla nich kompletnie nielogiczny. Ale jest inaczej – oni, napuszczając lud na Czarnego Luda z Kremla, w rzeczywistości marzą o powrocie do starego business as usual.

Niemcy nie mają w tym względzie żadnego planu B. Mają w rzeczywistości plan A2, który jest tylko przeczekaniem, aż wszystko rozejdzie się po pokojowych, niechby i choć rozejmowych, kościach. A w międzyczasie, jako państwo myślące do przodu – a nie jak my, patrzący nie tyle do tyłu, tylko wyglądający na to co nam przyniesie łaskawy patron –  Niemcy chcą ugrać strasząc Putinem jeszcze lepszą pozycję na drodze do federalizacji Europy pod rządami Berlina.

Tym narzędziem ma być strach, który uzasadnia strategiczne dla Niemców rzeczy – zgodę ludu europejskiego na federalizację w obliczu rosyjskiego podbijanego na wyrost zagrożenia militarnego, wymazanie koszmarnych błędów unijnych elit, ostateczną i formalną hegemonię Niemiec nad Europą, wreszcie odbudowanie niemieckiego przemysłu przeniesionego w obszary militarne, za co zapłacą wszyscy członkowie „koalicji chętnych”. I wtedy tak silne Niemcy będą mogły wreszcie jak równy z równym siąść do stołu z Putinem i wyjaśnić drobne nieporozumienia. A straszony dotąd lud przyjmie to z ulgą przynależną powojennemu spadkowi napięcia i wzrostowi nadziei na wieczny pokój.

Rusofobia a la polacca

Ale odeszliśmy od rusofobii, która jest niezbędnym czynnikiem tego procesu, zarówno jego początkiem, jak i koniecznym elementem jego kontynuacji. To Europa, ale u nas jest jeszcze śmieszniej. U nas MUSISZ być rusofobem, jak nim nie jesteś – stajesz się automatycznie ruską onucą. Nie ma nic po środku. Nie możesz ewidentnie imperialnej polityki Rosji oceniać pragmatycznie – to znaczy: myśleć i rozważać publicznie dlaczego robi to, co robi, kiedy przestanie i jak jej można w tym pomóc oraz na jakie sposoby. Tego robić nie wolno – jak o Rosji, to muszą to być zaraz akty strzeliste, znowu emocje, hipokryzja wartości, żadnego pragmatyzmu, świat czarno-biały na wielkim plazmowym ekranie polskiej bida-narracji. Inaczej nie ma.

Powoduje to żałosną licytację na stopień wzmożenia rusofobii. A efekt jest komiczny, bo przy ciągłym tropieniu z każdej polityczno-medialnej strony ruskich szpiegów, okazuje się, że prawdziwi szpiedzy, w tym głównie agenci wpływu, mogą spać spokojnie. Jest jak u Mrożka, kiedy policja sama się nawzajem wyaresztowała – wtedy złoczyńcy mogą już rozrabiać z pełną bezkarnością. Mamy więc popisową rusofobię, na którą coraz bardziej zaczynają się nabierać skołowani ludzie. Ale też rośnie opozycja – realizm w ocenie naszych perspektyw stosunków z Rosją, nie żadna fobia, jaką jest widzenie we wszystkim inspiracji Kremla, tym natręctwie myślowym, imperatywie jednostronnej oceny wszelkich przejawów rzeczywistości – zdarzeń, które w całości albo szkodzą, albo sprzyjają Putinowi. Tertium non datur. I z tego właśnie, że tak naprawdę to wszystko jest „tertium”, putiny tu sobie żyją, jak pączki w maśle. Zaś przy takim stosunku całej polskiej polityki do realiów nie ma co się dziwić, że nie ma nas – rusofobów praktycznych, nie narracyjnych – przy żadnym stoliku decyzji.

Jak to jest z tą Rosją, bo to sprawa zasadnicza? Odpowiedź na to pytanie stawia naszą przyszłość w rzeczywistym kontekście. Moskwa ma jedną cechę – liczy się tylko z silnymi, zaś każdy akt woli kooperacji ze strony słabszego odczytuje jako akt poddańczej słabości, odsłonięcie brzucha, manifest podległości. Z drugiej strony Rosja alergicznie reaguje na buńczuczne, zwłaszcza niepoparte realnymi zdolnościami, deklaracje wrogości. Te często sprawdza, z nienajlepszymi skutkami dla sprawdzanych.

Jak więc z nimi żyć, panie premierze? Jak będziemy z nimi na miękko, że „dogadajmy się”, to nas wezmą za słabeuszy i dogną. Jak się będziemy stawiać, to po pierwsze pokażą nas Zachodowi, żeśmy awanturnicy co się zaczynają, a potem będą płakać Zachodowi, że „d..a boli” i żeby się za nas odwinął. Po drugie – mogą nam coś wywinąć, bo zmieszany Zachód i tak nic nie zrobi w naszej obronie. A więc wychodzi, że jak się nie obrócisz, to zadek z tyłu. Na miękko – źle, na twardo – jeszcze gorzej. Wychodzi, że nie ma wyjścia, trzeba runąć choćby i w kontrproduktywną rusofobię, skoro nie ma rady, to chociaż się pobójmy – jak w płatnym horrorze, w nadziei, że drzwi tego kina geopolitycznej grozy jednak się kiedyś otworzą i wyjdziemy na światłość świata.

Tertium jednak datur

Jest jednak inne, trzecie i pragmatyczne wyjście. Niestety wymaga ono czasu, co tylko pokazuje, jak bardzo przespaliśmy w plemiennych sporach ostatnie trzydzieści lat. Skoro Rosja (okazuje się dziś, że już nie tylko ona) szanuje tylko siłę i wedle tej oceny kształtuje swój stosunek do świata, to zanim wpadniemy w dylemat „rusofobia czy rusofilia”, trzeba zrobić jedną rzecz – stać się silnym. Popracować nad własną sprawczą siłą, na miarę naszych możliwości. A jesteśmy dziś słabi, bo w swym państwowotwórczym lenistwie postawiliśmy kiedyś na rozpadające się dziś sojusze. Gdybyśmy mieli dziś własną moc, to i Rosja, ale i USA czy Unia rozmawiałyby z nami inaczej. W ogóle by rozmawiały.

W polityce zagranicznej nie musielibyśmy się napędzać dętą rusofobią, żenującą zabawą dla maluczkich, z której nic – oprócz bierności – nie wynika. Budowanie siły zabiera sporo czasu, ale – wreszcie – może pora to zacząć? Może zdążymy, może nie, ale nikt nie powie – jak dziś – że nie próbowaliśmy.

Aby to wyszło trzeba zrobić pierwszy krok – przestać szantażować lud i politykę wmuszaną rusofobią, która oddala nas nie tylko od prawidłowej oceny rzeczywistości, ale nie pozwala nam zrobić pierwszego kroku na trudnej drodze do własnej, spóźnionej podmiotowości. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Ja, dusigrosz

Ja, dusigrosz

dzierzba


salon24/u/dzierzba/ja-dusigrosz

Jestem zwyczajnym biedakiem skoro nie stać mnie na bezstresowe ogrzewanie mieszkania. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej, bo to normalna oszczędność w naszej niezbyt upalnej części globu. Jestem typowym bieda prolem, skoro nie stać mnie na rozpustę swobodnego odkręcania kaloryferów i koniec.

Dość mocno dają mi się we znaki anomalie w funkcjonowaniu globalnego ocieplenia. Potwierdzające jego dramatyczne skutki dla planety mrozy kosztują mnie sporo pieniędzy za ogrzewanie. Skręcam kaloryfery, jednego pokoju w ogóle nie używam i generalnie mocno się staram, żeby nie przekraczać akceptowalnej jeszcze dla mojej rodziny temperatury dziewiętnastu stopni Celsjusza, a i tak wysokość rachunków mocno mnie dołuje.

Plus tego jest taki, że wreszcie pozbyłem się złudzeń, że należę do średniej klasy średniej, bo nie ukrywam, że z racji wyższego wykształcenia, własnego mieszkania, pracy na etat i zarobków przekraczających minimum sądziłem, że mam powody uważać, że do niej przynależę.

Teraz już wiem, że to mrzonki, ułuda i bzdury.

Jestem zwyczajnym biedakiem skoro nie stać mnie na bezstresowe ogrzewanie mieszkania. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej, bo to normalna oszczędność w naszej niezbyt upalnej części globu. Jestem typowym bieda prolem, skoro nie stać mnie na rozpustę swobodnego odkręcania kaloryferów i koniec. Gdy dodam sobie do tego, że także zakupy podstawowych produktów spożywczych robię wolniej niż wcześniej starannie sprawdzając ceny i wybierając to co aktualnie jest w promocji, wszelkie ewentualne wątpliwości co do tego, czy mogę mianować się obywatelem na tyle zasobnym w środki, by pozwolić sobie o troszczenie się o sprawy mniej elementarne i podstawowe niż ciepło i jedzenie, zostały skutecznie rozwiane.

Czy ja piszę teraz o tym, żeby się żalić?

Nie, ja już się pogodziłem, że żyję w kraju rządzonym przez autentycznych głuchych i ślepych na wszystko co się wokół nich dzieje wariatów wgapionych jak świnia w gnat w treści utrzymujące ich w uwłaczającym rozumowi i godności stuporze. Poruszam dzisiaj tę kwestę tylko z tego powodu, że naszym obowiązkiem jest mieć cały czas pełną świadomość tego, że w dwa lata sprowadzono nas do tak żałosnego poziomu. Zwłaszcza, że nie jest to wcale ostatnie słowo włodarzy tego kraju. Nie, to dopiero początek autentycznej biedy, której cuchnący oddech już czujemy na karku.

I żadną pociechą jest to, że wtedy nawet ośmiogwiadkowe prostactwo zawyje dostrzegając, że satysfakcją z dorwania Ziobry się nie wyżywi i nie ogrzeje.

Chińska populacja kurczy się i starzeje czwarty rok z rzędu

Grok:

Stan na styczeń 2026: Najbardziej prawdopodobna i najczęściej cytowana wartość to obecnie około 1,0–1,05 dziecka na kobietę.Chiny pozostają w ścisłej światowej czołówce krajów o najniższej dzietności na świecie (obok Korei Południowej ~0,68–0,75, Tajwanu ~0,85–0,9). [Polska: 1,1. Potrzeba co najmniej 2,2 – 2,3… md]

===============================================

Kolos na glinianych nogach? Chińska populacja kurczy się czwarty rok z rzędu

pch24.pl/kolos-na-glinianych-nogach-chinska-populacja-kurczy-sie

Populacja drugiego najludniejszego kraju świata zmniejszyła się w 2025 roku o 3,39 mln osób i spadła do poziomu 1,405 mld — podało w poniedziałek Narodowe Biuro Statystyczne. To czwarty z rzędu rok, kiedy więcej Chińczyków umiera niż się rodzi.

Urzędowe statystyki pokazują, że w zeszłym roku w Chinach na świat przyszło 7,92 mln dzieci, podczas gdy liczba zgonów wniosła 11,31 mln, najwięcej od 1968 roku.

Kraj boryka się również z gwałtownym starzeniem się społeczeństwa. Osoby powyżej 60. roku życia stanowią już 23 proc. ogółu mieszkańców. Prognozy mówią, że do 2035 roku ta grupa wiekowa powiększy się do 400 mln, co stanowi poważne wyzwanie dla chińskiego systemu emerytalnego i kurczących się zasobów siły roboczej.

Władze Chin bezskutecznie próbują zatrzymać kryzys, odchodząc od restrykcyjnej polityki jednego dziecka, która obowiązywała od 1979 do 2016 roku. W 2021 roku zezwolono małżeństwom na posiadanie trojga potomstwa, jednak nie przyniosło to oczekiwanego wzrostu dzietności. Eksperci wskazują, że główną barierą pozostaje ogromne obciążenie finansowe, z jakim wiąże się wychowanie dzieci w miastach.

Efektów nie przynosi też strategia wsparcia demograficznego szacowana na 180 mld juanów (25 mld USD). Obejmuje ona m.in. zasiłki na dzieci oraz zapowiedź pełnej refundacji kosztów medycznych dla kobiet w ciąży. Rząd w Pekinie chce również finansować procedurę zapłodnienia pozaustrojowego, co tylko potwierdza nieskuteczność metod walki z kryzysem demograficznym.

Choć liczba małżeństw spadła drastycznie w 2024 roku, ułatwienia w ich rejestracji przyniosły pod koniec 2025 roku pierwsze sygnały odbicia. Mimo to wskaźnik dzietności w Chinach pozostaje jednym z najniższych na świecie i wynosi zaledwie jedno urodzenie na kobietę.

Z danych ONZ wynika, że w 2023 r. Indie przejęły od Chin miano najludniejszego kraju świata. Rok wcześniej populacja Chin kontynentalnych odnotowała pierwszy spadek od ponad sześciu dekad.

Wenezuela a sprawa polska.

Wenezuela a sprawa polska.

Mamy pewien luksus

17.01.2026 Adam Wielomski

NCZAS.INFO | Porwany przez amerykańskich komandosów Nicolas Maduro w towarzystwie agentów federalnych DEA w Nowym Jorku. Foto: X
NCZAS.INFO | Porwany przez amerykańskich komandosów Nicolas Maduro w towarzystwie agentów federalnych DEA w Nowym Jorku. Foto: X

W przypadku ataku amerykańskiego na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro mamy w Polsce pewien luksus. Sprawa ta nie dotyczy nas bezpośrednio i możemy wypowiadać się z moralnym poparciem dla jednej lub drugiej strony. Mimo to pośrednio wydarzenie to wpłynie na tytułową sprawę polską. Kształtuje się nam koncert mocarstw i nowe relacje między polityką mocarstw a prawem międzynarodowym.

Każdy z nas pamięta masową i stymulowaną przez media akcję „oburzania się” na Federację Rosyjską i osobiście na Władimira Putina, że dokonał agresji na suwerenne państwo i prowadzi wojnę, gdy agresja jest zakazana przez prawo międzynarodowe. Ja się nie oburzałem, traktując to jako konflikt numer 10.345 w historii ludzkości. Teraz Amerykanie zrobili na naszych oczach agresję numer 10.346, czyli własną „specjalną operację wojskową” w celu budowy „amerykańskiego miru” i „bliskiej zagranicy” pod nazwą Doktryny Monroe, wzbogaconej przez „Trump corollary”.

Co prawda niektórzy asceci intelektualni produkujący się w polskich mediach próbowali dowodzić, że to inna sytuacja („bo nielegalnie wybrany”), ale z punktu prawa międzynarodowego mamy ten sam przypadek. Zresztą Trump szybko ogłosił, że nie chodzi o żadną demokrację, tylko o wenezuelską ropę naftową, którą Wenezuelczycy podobno „ukradli” Ameryce. Zapewne wkrótce dowiemy się, że Duńczycy „ukradli” Amerykanom ich metale ziem rzadkich znajdujące się na Grenlandii. To identyczne przypadki, gdy mocarstwo napada słabszego sąsiada, łamiąc prawo międzynarodowe, a gdy świat zapyta, jakim prawem, to odpowiada: „Zrobiliśmy, bo mogliśmy i co nam zrobicie?”. W takiej sytuacji trzeba zapytać, jak zmieni się prawo międzynarodowe, gdy wielkie mocarstwa przestały je uznawać?

Dla wszystkich prawników zajmujących się prawem narodów, czyli prawem międzynarodowym, mam złą wiadomość. Otóż na naszych oczach stajecie się wybitnymi… historykami prawa międzynarodowego. System światowy powstały po rozpadzie ZSRR, oparty o hegemonię USA, globalizację i globalizm idzie w gruzy wspólną decyzją Moskwy i Waszyngtonu, którą mogą poprzeć też Chiny. Podstawową zasadą odchodzącego prawa narodów była formalna równość państw jako podmiotów prawa. Oczywiście w praktyce mieliśmy stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem weta, grupy G7 i G20, ale sama zasada istniała. Agresja była agresją bez względu na to, czy Rosja napadła na Ukrainę, USA na Wenezuelę, czy Polska na Litwę.

Wszystko wskazuje na to, że zasada ta dziś idzie do lamusa. Wracają teorie formułowane w okresie międzywojennym w Niemczech. Pierwszą jest koncepcja „wielkiej przestrzeni” Carla Schmitta, zakładająca zmierzch suwerenności mniejszych państw i skupianie się ich (lub skupienie ich siłą) przez mocarstwo-hegemona w swojej części świata jako przywódcy, suzerena, traktującego mniejszych jako klientów. Drugą jest doktryna Heinricha Triepla o uznaniu w prawie międzynarodowym pojęcia „hegemonii”. Regionalny hegemon kształtuje prawo międzynarodowe w swojej „wielkiej przestrzeni”, rozstrzyga spory między państwami, lecz sam temu prawu nie podlega i ma prawo brutalnie interweniować w sprawy państw-klientów.

Świat zostaje zatem podzielony na kilka „wielkich przestrzeni” rządzonych przez hegemonów swoich obszarów. O sprawach spornych świata rozsądza zaś tzw. koncert mocarstw, jak to kiedyś w Europie określano, czyli kilka mocarstw wiodących. Dopóki się dogadują, mamy światowy pokój, a gdy przestają się dogadywać, wtedy mamy wojnę.

Widać, że na naszych oczach mamy spór o podział światowego tortu. W imieniu Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił, że „półkula jest nasza”, mając na myśli Amerykę od Grenlandii po Ziemię Ognistą i nakazując innym mocarstwom wycofać się z amerykańskiej „półkuli” – na przykład Rosjanom i Chińczykom z Wenezueli, Duńczykom z Grenlandii i rezerwując sobie prawo najechania Kuby, Meksyku, Kolumbii i oczywiście Wenezueli.

W tym samym czasie Putin w imieniu Rosji naucza o „ruskim mirze”, czyli strefie wpływów w postaci byłych państw wchodzących w skład Związku Radzieckiego i zamieszkałych przez znaczny odsetek Rosjan. Chiny zapewne mają apetyt na własny „chiński mir” i zwierzchność na Azją Południowo-Wschodnią. Co ciekawe, żadne z tych trzech mocarstw nie uznaje Unii Europejskiej jako potęgi, z którą trzeba dzielić się sferami wpływów.

Trump, Putin i Xi są zgodni, że – mówiąc Trumpem – zdeprawowana do cna i pogrążona w marazmie zachodnia Europa „nie ma żadnych kart”. A ma jakieś?

To, czy świat pogrąży się w wojnie, czy też zapanuje pokój, zależy od tego, czy trzy mocarstwa dogadają się pomiędzy sobą. Trump i Putin wielokrotnie mówili, że rozmowy o pokoju na Ukrainie, poza samą Ukrainą, obejmują też podział linii wpływów na świecie, a więc zapewne w Europie wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Z kolei Stany Zjednoczone, odmawiając się uznania chińskiego prawa do zjednoczenia Tajwanu z macierzą, konsekwentnie odrzucają prawa Pekinu do kształtowania swojego „chińskiego miru”. Europa wschodnia, Bliski Wschód i Morze Południowochińskie to miejsce przepychanek mocarstw o strefy wpływów. W naszej części świata najprawdopodobniej najtrudniejszym problemem będą państewka nadbałtyckie, które należały do ZSRR, gdzie jest duża mniejszość rosyjskojęzyczna, a które przyjęto do NATO. Przewiduję, że mogą stać się miejscem wyjątkowo gwałtownego sporu o podział wpływów, co może spowodować zaangażowanie Polski w konflikt zbrojny.

Problemem Polski jest to, że skala zdarzeń na świecie przerasta poziom pojmowania i refleksji naszej autochtonicznej elitki politycznej. Donald Tusk postawił na Unię Europejską, wierząc, że stanie się czwartym mocarstwem na świecie, tak jak ciągle obiecuje Ursula von der Leyen, a co uważam za iluzję. Jarosław Kaczyński wypiera ze świadomości, że USA wycofują się z Europy, ograniczając się do zakończenia wojny na Ukrainie, i dalej gra kartą amerykańską. Polska musi znaleźć dla siebie miejsce w nowym systemie światowym pod groźbą zgniecenia przez mocarstwa lub przekształcenia w ich pole bitwy.