
—————————————–

—————–

————————————–

—————————————————

a raka szyjki macicy miewają głównie stare , przechodzone prostytutki, nie nasz Jasio !
==========================

——————————-

————–

———————————–

———————————

——————————————————


—————————————–

—————–

————————————–

—————————————————

a raka szyjki macicy miewają głównie stare , przechodzone prostytutki, nie nasz Jasio !
==========================

——————————-

————–

———————————–

———————————

——————————————————


——————–

——————————————-

————————

——————————————————

———

——————-

————————————-

—————————

—————————

——————————————-
„Kiedy benzyna będzie kosztować 10 złotych?”
– Ugrupowanie Huti przejęło cieśninę Bab el-Mandab. Nie mogą tam teraz płynąć statki Arabii Saudyjskiej transportujące ropę. Na Ukrainie tuż przy polskiej granicy spadły rosyjskie(?) drony. Nie chodzi więc o to, czy paliwo będzie po 10 złotych – nie będzie go po prostu – mówi Piotr Szlachtowicz w 32-minutowym podcaście, w którym jego rozmówcą jest dr Leszek Sykulski:
Iran zdecydowanie wygrywa wojnę rozpętaną przez USA i Izrael – stwierdza dr L. Sykulski. – Napastnicy nie osiągnęli żadnych ze swych celów wyznaczonych w czerwcu ub.r. oraz w drugiej odsłonie 28 lutego. Jednym z tych nieosiągniętych celów było zniszczenie szyickiej osi oporu, tj. Iranu, Hezbollahu, Huti oraz milicji irackiej. Nie udało się.
W ostatnich dniach Hutis bardzo szybko zdobyli kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab oraz zniszczyli ropociąg Wschód-Zachód. Arabia Saudyjska straciła ostatni kanał eksportu ropy. No i pytanie „Kiedy benzyna po 10 złotych?” – Skutki już widzimy i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się coś zmienić.
Donald Trump jest w opałach – na początku listopada odbędą się w USA wybory połówkowe do Kongresu. Republikanie, zaplecze Trumpa, stracą zapewne większość. Trump nie wyjdzie chyba suchą nogą z sytuacji, którą sam stworzył.
Iran otrzymuje dane wywiadowcze od Chin, a Hutis mają wsparcie 200 specjalistów irańskich Strażników Rewolucji.
W sobotę i niedzielę obradowały państwa BRICS. Wzrasta rola globalnego Południa, wśród których wyłaniają się trzy największe mocarstwa: Chiny, Rosja i Indie. Tak więc Rosja nie była, nie jest i nie będzie izolowana na arenie światowej. Jest jednym z mocarstw, które układają nową architekturę porządku międzynarodowego.
W Polsce po staremu. Grzegorz Braun rozwalił pomnik UPA. Było trochę krzyku wokół tej sprawy, ale był ten krzyk jakby przytłumiony. Był to pomnik wystawiony bez administracyjnej zgody. Skąd w ogóle pomniki ludobójców w Polsce? – Dr Sykulski mówi o ogromnych wpływach ukraińskiego lobby. Wywiad, służby i lobby ukraińskie w naszym kraju sprawiają służbom kontrwywiadu liczne problemy, ale polityka rządzących III RP idzie w innym kierunku, w stronę zaostrzenia kar wobec Polaków, którzy krytyczni są wobec proukraińskiej polityki rządu. Zaostrzenie kar ma dotyczyć także tych, którzy zaprzeczają temu, że jest to napastnicza wojna Rosji.
Nastąpiło odwrócenie pojęć, pojawia się określenie ‚żołnierze UPA’, a przecież nie byli to żołnierze, lecz bandyci i ludobójcy. Widać, że politycy III RO są trzymani na ukraińskiej smyczy. Mówi dr Sykulski: „Nie mam wątpliwości, że nie ma w wykazach korzyści majątkowych wielu polityków, oficerów i samorządowców ‚prezentów’ uzyskanych od kijowskiego reżimu”.
No i drony przy polskiej granicy – następuje podbijanie bębenka wojennego pod amerykańskie dyktando. Władze III RP zdają się nie zauważać, że US-armia zaczyna się ulatniać z Europy. Poczucie, że ta armia nas obroni jest bardzo złudne. Jeśli powstałaby stała baza amerykańska, nie będzie ona straszakiem, lecz wabikiem, na co wskazują tegoroczne wydarzenia w Zatoce Perskiej.
I jeszcze parę słów o Rosji i jej zamierzeniach na Ukrainie. Mówił o tym ostatnio szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow: Ukraina (już okrojona lub podzielona) ma stać się dla Federacji strefą buforową, tzn. mieć mocno zredukowane siły zbrojne i nie być członkiem NATO. Wchodzi w rachubę podział Ukrainy na trzy części: wschodnie ziemie (cztery obwody oraz Krym) byłyby częścią Federacji Rosyjskiej. Środkowa Ukraina ze stolicą w Kijowie, z dostępem lub bez dostępu do morza, byłaby państwem niezaangażowanym, a zachodnia, neobanderowska radziłaby sobie sama.
Ogromne problemy mamy jak w banku. Będziemy zapewne sąsiadować z państwem, w którym szerzą się w największym stopniu neobanderowskie i szowinistyczne idee połączone z eksportem broni i terroryzmem. Polska i Unia Europejska znajdują się na równi pochyłej.
Mówi dr L. Sykulski: „Titanic uderzył już w górę lodową, teraz nabiera wody”.
Opracował: Zygmunt Białas
Wypowiedzi Radosław Sikorskiego w Kijowie, w których przekonywał, że w razie konfliktu zbrojnego – Rosja zostanie pokonana w sześć tygodni – odbiły się szerokim echem w Moskwie. Wypowiedział się na ten temat, na [portalu aif.ru, doradca prezydenta Władimira Putina Nikołaj Patruszew:
„Polski minister spraw zagranicznych Radsław Sikorski, przemawiając w Kijowie, powiedział, że jeśli Rosja zaatakuje Polskę, Warszawa pokona Moskwę, ponieważ ma ona przytłaczającą przewagę militarną. Co to jest, pusta brawura czy te słowa należy traktować poważnie?
————————————————————————————–
Na to pytanie aif.ru zwrócił się do asystenta prezydenta Rosji Nikołaja Patruszewa.
Witalij Cepljajew, aif.ru: Nikołaj Platonowiczu, spotkał się pan kiedyś z Sikorskim. Jak traktować jego słowa?
Nikołaj Patruszew: Tak, spotkałem się z Sikorskim wiele lat temu. Zaskoczył mnie swoją ignorancją w dziedzinie historii i Rosji. Z radością stwierdził, że nigdy nie był w Petersburgu, nie miał pojęcia o soborze św. Izaaka i innych ikonicznych miejscach miasta.
Dziś Sikorski i inni przedstawiciele polskiej elity twierdzą, że restytuują polską wielkość. W rzeczywistości reanimują niezdrowe ambicje, ogłaszając plany ożywienia „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji oraz ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Zafascynowany militaryzmem, Sikorski nie chce słyszeć słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża, a nasz kraj nie ma powodu, by prowadzić operacje wojskowe przeciwko Europie.
Wygląda na to, że polscy przywódcy zapomnieli lekcje historii. Zapomnieli, jak oddziały Minina i Pożarskiego na początku XVII wieku wyrzuciły ich przodków z naszego kraju. Zapomnieli, ile pieniędzy Imperium Rosyjskie inwestowało w Królestwo Polskie, które, nawiasem mówiąc, było znacznie bogatsze i wolne niż inne części imperium. Warszawa depcze także pamięć o roli Związku Radzieckiego w wyzwoleniu Polski spod okupacji nazistowskiej, w przywróceniu suwerenności i władzy oraz w powojennym dobrobycie.
Innymi słowy, w swoim rusofobicznym szaleństwie Sikorski, podobnie jak jego długoletni poprzednicy, raz po raz pokazuje niechęć do zapewnienia pokojowego istnienia Polski, dobrobytu jej mieszkańców, a zamiast tego depcze na tym samym historycznym bagnie.
Jeśli chodzi o ocenę siły Warszawy, szef polskiej dyplomacji wyraźnie dyletancko ocenia siłę militarną naszego kraju, nie chcąc zrozumieć, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne wcale nie wykorzystują pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku przystąpienia Polski do działań wojennych z Rosją nasz kraj wykorzysta cały arsenał sił i środków, które ma do dyspozycji, a państwowość Polska przestanie istnieć w ciągu 2-3 dni”.
Patrząc na ogłupianie społeczeństwa przez masowe media i władze, można z całą pewnością stwierdzić, że Polska i Polacy potrzebują wroga, wszystko jedno, realnego bądź urojonego.
Wmawia się ludziom, że ta potrzeba ma charakter egzystencjalny. Decyduje rzekomo o naszej dzisiejszej tożsamości, służy uzasadnieniom wszelkich racji, nawet najbardziej absurdalnych, wreszcie sprzyja konsolidacji społecznej wokół narodowej flagi i odwracaniu uwagi od rzeczywistych problemów.
W dzisiejszej Polsce kategoria wroga zewnętrznego determinuje nie tylko geopolityczną konceptualizację położenia państwa pośród innych uczestników stosunków międzynarodowych, ale ma decydujący wpływ na wybór strategii konfliktowej z Rosją, atlantyckie afiliacje sojusznicze oraz politykę intensywnych zbrojeń. Wróg zewnętrzny ma konkretne oblicze agresywnego imperium na Wschodzie, a jego charakterystyka nieodłącznie wiąże się z wojną i wrogimi działaniami na szkodę Polski.
Wojna bowiem – jak wskazywał Carl Schmitt – jest ostateczną formą urzeczywistniania wrogości. Przy czym wojna niekoniecznie musi mieć wymiar militarny. Od wielu lat trwają bowiem wojny psychologiczne, kognitywne, informacyjne, propagandowe, ideologiczne, gospodarcze, celne itd. Nie pozwalają one na udzielenie konkretnej odpowiedzi, co jest przedmiotem antagonizmów i takiej sprzeczności interesów, że nie da się ich usunąć przy pomocy środków pokojowych.
Powszechnie uznaje się, że wróg poprzez swoje działania zadaje przede wszystkim szkody drugiej stronie lub stronom w sferze integralności terytorialnej, bezpieczeństwa i tożsamości. To pozwala określać go agresorem, interwentem, napastnikiem, najeźdźcą czy okupantem. W Polsce trudno jest zastosować wobec współczesnej Rosji którekolwiek z tych określeń, jeśli uczciwie skoncentrujemy się nie na skojarzeniach z dawnej przeszłości i nie na sprzecznych jej interesach z państwami trzecimi. Większość znaczeń wroga w odniesieniu do Rosji jest nasycona afektywnie i emocjonalnie, głównie ze względu na zapośredniczenie przez rządy w Warszawie szkód i cierpień doznawanych przez Ukraińców oraz przedstawianie wizerunku Rosji jako państwa agresywnego i wrogiego wobec całego Zachodu. Ogromną rolę w takim postrzeganiu odgrywają negatywne, zaprawione rusofobią nastawienia, stygmatyzowanie i etykietowanie Rosji jako „wcielenia zła”.
Demoniczny obraz wroga
Mamy do czynienia ze wzmożoną demonizacją wrogiej strony, w odróżnieniu od heroizacji postaw własnych. Zauważono, że zjawisko to ma związek z mistyką percepcji quasi-religijnej. Edward Karolczuk, jeden z autorów „Myśli Polskiej, w swoich szkicach filozoficzno-historycznych o wrogu celnie zauważył, że pojmowanie wroga w polityce często przypomina definicję oraz rolę i znaczenie „diabła w religiach” („O wrogu”, Warszawa 2010, s. 158). Jego wizerunki mają charakter zredukowany do cech wyłącznie negatywnych, a uproszczenia poznawcze i atrybucje ocierają się o wulgaryzm i prymitywizm. Rosja nie może posiadać żadnych pozytywnych, ani nawet neutralnych cech. Jej oceny zastępują opis, opinie stają się faktami, konfabulacje rzetelnymi danymi. Negatywna stereotypizacja stanowi podstawę potępiania Rosji, ale i skupiania uwagi na jej uosobieniu w postaci przywódcy. Postponowanie Putina i przypisywanie mu cech „negatywnego demiurga” przybrało charakter karykaturalny. Zarzuty o perfidię w realizacji imperialnych aspiracji prowadzą do utrwalania się psychopatologicznych obsesji, chorobliwej podejrzliwości, ale i aberracyjnych fascynacji, o czym świadczy skala zainteresowania mocą sprawczą rosyjskiego dyktatora.
Specyfika polskiego podejścia do Rosji jako wroga polega na postrzeganiu jej aktów niszczycielskich wobec Ukrainy, jakby były one jednocześnie skierowane przeciw Polsce. Jest to poszerzone pojmowanie negatywnych skutków antagonizmu ukraińsko-rosyjskiego, co w praktyce oznacza pośrednie zaangażowanie w wojnę przeciw Rosji. Wyraża się ono w pomocy zbrojeniowej, materiałowej i finansowej Ukrainie jako ofierze agresji, na skalę niespotykaną w historii. Niebagatelną rolę odgrywa wsparcie logistyczne, przenikanie na stronę wroga i udział najemników w bezpośrednich starciach na froncie.
Tymczasem brakuje diagnozy rzeczywistych przyczyn takiego zaangażowania. Rosja ani w sferze deklaratywnej, ani realizacyjnej nie występuje przeciw interesom Polski. Nie zagarnęła żadnej części terytorium, ani nie przejęła majątku narodowego, tak jak uczyniły to podczas grabieżczej prywatyzacji firmy zachodnie. Nie znajdziemy żadnych form podporządkowania w sferze politycznej czy gospodarczej, które przypominałyby czasy zależności satelickiej od ZSRR. Nie ma też sporów o charakterze kulturowym, językowym czy religijnym. Tymczasem można wymienić nieskończenie wiele przejawów uzależnień Polski od kapitału zachodniego, ograniczeń ze strony rządów i organizacji sojuszniczych bądź integracyjnych.
Wygląda jednak na to, że to nie uwarunkowania obiektywne mają w tych sprawach znaczenie. Liczy się przede wszystkim subiektywna i wyobrażeniowa wersja wrogości. Z tego powodu wróg jest „nierzeczywisty”, gdyż sytuacja antagonistyczna nie ma oparcia w rzeczywistym konflikcie interesów (Jacek Ziółkowski, „Wrogość w stosunkach politycznych”, Warszawa 2013, s. 64). To nie fakty, lecz prymitywne wizerunki wroga, przypisywanie mu podstępnych zamiarów, perfidnego knucia i zdradzieckich intencji, decydują o ofensywności dyfamacyjnej i zastraszaniu społeczeństwa.
Antyrosyjskie tyrady polityków wypełniają ich codzienny przekaz informacyjny, poprawiają samopoczucie i są źródłem osobliwego komfortu psychicznego z powodu demonstrowania napuszonej odwagi i wątpliwej skuteczności w tropieniu rosyjskich spisków czy podejrzanych akcji sabotażowych. Widać wyraźnie, że bez codziennego kreowania wroga politycy tracą grunt pod nogami.
Arbitralne uznanie czy też wyznaczenie Rosji jako wroga pozwala na formułowanie doktryny państwowej (w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa) w duchu wrogości. Oznacza to, że bez głębszych analiz czy uzasadnień, tym bardziej bez społecznych konsultacji czy debat, na podstawie dziedziczonych uprzedzeń, stereotypów i nastawień, a także insynuacji, instrukcji i podpowiedzi płynących z zewnątrz, polskie ośrodki decyzyjne przyjmują wrogość wobec Rosji za imperatyw swojego działania. Nietrudno zgadnąć, że taka postawa rodzi pewną reakcję drugiej strony, w rezultacie czego wrogość przybiera charakter relacyjny, dwukierunkowy, interaktywny. Wyhamowanie takich procesów czy też przerwanie narastania wrogości stają się niemożliwe z powodów ideologicznych, psychologicznych i wolicjonalnych.
Z tej drogi nie ma odwrotu?
Nie oznacza to, że eskalacja wrogości zawsze musi skończyć się katastrofalnym starciem. Wydaje się, że mimo wzajemnej niechęci strona rosyjska nie definiuje konfliktu z Polską w kategoriach antagonistycznych tak, jak czynią to polscy politycy. Asymetria dotyczy wzajemnych nastawień. Polskie władze są nastawione na konfrontację (ulegając presji kręgów natowsko-anglosaskich), a ich polityka zbrojeniowa – mimo oficjalnych deklaracji – ma charakter ofensywny, podczas gdy Rosjanie – mimo przypisywanych im prowokacji, stawiają na powściągliwość i nie-konfrontacyjność.
Konflikt między stronami przybrał jednak już tak intensywny charakter, że nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek porozumienie, czy choćby próbę stonowania napięć. Trwa eskalacja działań szkodliwych, którym towarzyszy dehumanizacja strony rosyjskiej. Rosji odmawia się wszelkich racji, ba, podważa się nawet jej prawo do egzystencji, gdyż jest ona nosicielem „antywartości” świata zachodniego. Negatywna etykietyzacja prowadzi do formowania z udziałem zachodnich sojuszników strategii „ostatecznego” zniszczenia Rosji. To oznacza, że arbitralnie i z premedytacją wyklucza się ją z konstelacji państw nawzajem się respektujących. Co jednak trwoży najbardziej, to sięganie do ideologizacji, w której starcie z Rosją przedstawia się w charakterze posłannictwa misyjnego czy konieczności dziejowej. Z tym łączy się gotowość do poświęceń i ofiar. Rządzący nie ukrywają swojej determinacji w przysporzeniu wrogowi takich strat, aby szkody stały się nieodwracalne.
W przypadku polskich polityków wrogość wobec Rosji przejawia się w deklaracjach o gotowości do konfliktu. Wygląda to tak, jakby Polska niecierpliwie czekała na jakikolwiek pretekst, żeby przystąpić do wojny i uderzyć we wroga. Nie wspomina się o żadnych awaryjnych zabezpieczeniach, w tym wykorzystaniu środków dyplomatycznych w celu uniknięcia największego nieszczęścia, jakim jest otwarta wojna. Przedstawianie społeczeństwu relacji z Rosją jako bezalternatywnych, czyli wyłącznie prowadzących do wojny, oznacza przyjęcie manichejskiego podziału między dobrem i złem, który nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek rozmowy, choćby z udziałem stron trzecich. A przecież wiele nieporozumień można wyjaśnić drogą pokojową, a nie tylko przy użyciu siły.
Każdego wroga otacza się aurą obcości. Służą temu rozmaite zabiegi propagandowe i edukacyjne, nie mówiąc o prowadzonej na szeroką skalę dezinformacji. Poza wąskimi kręgami ludzi, którzy śledzą wydarzenia związane z Rosją i jej polityką, społeczeństwo w swojej masie bazuje na przekazie mediów wewnętrznych, szerzących nienawiść, nieufność, pogardę, antypatię, awersję, odrazę, wstręt, napastliwość, zaczepność. To właśnie w sferze emocji negatywnych pozycjonuje się Rosję jako źródło irracjonalnego strachu, ale i obiekt pobudzający do radykalnych działań, od solidarnego wsparcia Ukrainy w wojnie z Rosją, przez kampanię dyfamacyjną, po zbrojenia i scenariusze wojenne.
Głupota i infantylizm
Zaciekła wrogość rządzących wobec Rosji przesłania wyobraźnię polityczną na temat następstw otwartego konfliktu. Polscy politycy nie antycypują stanów, jakie nastąpią po rozpoczęciu jakichkolwiek działań wojennych. Społeczeństwo nie wie, jak działa obrona cywilna, jak ma wyglądać ewakuacja z zagrożonych miejsc, jakie są kryzysowe źródła aprowizacji i zaopatrzenia, jak wygląda ochrona infrastruktury krytycznej. Dalej, jakie są zabezpieczenia dostępu do wody, energii, kolei czy komunikacji publicznej. Ufność, że „jakoś to będzie” jest najgorszym świadectwem politycznego infantylizmu. Brak gotowości na najgorsze wyzwania oznacza nic innego, jak skazanie mas ludzkich na poniewierkę, której nie zapobiegną zbrojenia warte miliardy złotych. Przede wszystkim trudno będzie pojąć, dlaczego i w imię czego kolejny raz w historii rządzący podejmują ryzyko, którego tragiczne koszty spadną na niewinnych obywateli.
Zamiast strategów, zdolnych sformułować racjonalne cele w konfrontacji z Rosją, mamy do czynienia z prowokatorami i podżegaczami wojennymi, którzy chcą uczynić z Polski przedłużenie obcego frontu. Rusofobia nie jest strategią, a jedynie ideologicznym taranem, przy pomocy którego mobilizuje się społeczeństwo do ewentualnego poparcia bezpośredniego zaangażowania w cudzą wojnę. Państwo polskie nie ma żadnego interesu, aby wojować z innymi państwami, tym bardziej z państwem dysponującym bronią jądrową. Doświadczenia historyczne nakazują tak decydentom, jak i opinii społecznej zachowanie roztropności i powściągliwości. Arbitralne wyznaczenie Rosji na wroga i przypisanie jej niemal metafizycznego, śmiertelnego zagrożenia powoduje przygotowywanie się na najgorsze. Na szczęście po stronie rosyjskiej nie ma tak silnych emocji negatywnych wobec Polski, co daje nadzieję na racjonalizację konfliktu. Polska dla Rosji nie jest podmiotem „dość ważnym”, aby darzyć go symetryczną wrogością.
Polska wpisuje się jednak w schemat wrogości wielostronnej, którą sojusz północnoatlantycki deklaruje wobec Rosji, a ta nie pozostaje pod tym względem dłużna. Wykształciła się między nimi relacja wzajemnej wrogości. Dla polskich polityków jest to element wzmacniający ich stanowisko, które w ramach NATO uległo instytucjonalizacji (w doktrynie, scenariuszach wojennych, polityce zbrojeń, interoperacyjności sojuszników). Warszawscy macherzy polityczni nie są w stanie odczytać, że uwikłanie Polski w wielostronną wrogość służy odwracaniu uwagi od rzeczywistych wrogów, traktujących nasze państwo instrumentalnie.
Sytuacja antagonistyczna między Polską a Rosją nie jest warunkowana rzeczywiście sprzecznymi interesami. Te przy dobrej woli stron można śmiało sprowadzić do rywalizacji i współzawodnictwa, na wielu płaszczyznach nawet do współzależności i wzajemnych korzyści. O wiele ważniejszą rolę w antagonizowaniu stron odgrywają czynniki ideologiczne i psychologiczne, poddanie się z jednej strony zaprojektowanej przez Amerykanów roli antyrosyjskiego bastionu Zachodu, a z drugiej niepowodzeń i frustracji z powodu niesymetrycznego stosunku sił i braku kompensacji za historyczne upokorzenia i krzywdy.
Rusofobia i polityka wewnętrzna
Wszystkie niemal siły polityczne posługują się straszakiem rosyjskiego wroga w walce wewnętrznej. Wrogość wobec Rosji stała się instrumentem zarządzania życiem publicznym. Paradoksalnie, to, co było elementem podtrzymywania społeczeństwa w stanie mobilizacji w okresie „realnego socjalizmu”, jest obecnie wykorzystywane na większą skalę w demokratycznym systemie politycznym. Intensywność wrogości wobec Rosji przekracza znacznie jej stopień z okresu „zimnej wojny” wobec zachodnich „imperialistów i militarystów”. Poza tym przenika wszystkie sfery życia społecznego, co powoduje, że negatywne emocje rzutują na sferę percepcyjną, aksjologiczną i poznawczą.
Szczególny problem polskiej kultury politycznej wiąże się z podsycaniem resentymentu, który nakłada się na odczucia współczesne. To zjawisko rodzi kumulację wrogości i rozkładanie jej na długi czas. Oznacza międzypokoleniowy przekaz na temat wroga i trudności z pozbyciem się takich obciążeń. Tym bardziej, że siła wrogiej Rosji, mimo buńczucznych retorycznych „wypraw na Moskwę”, ma skuteczną moc odstraszającą. Kolejne rządy składają więc deklaracje swojej determinacji i woli walki, ale na działania zaczepne nie mogą sobie pozwolić. Nie ma przecież żadnych gwarancji, że rozpoczęta wojna przeciw Rosji przez Polskę spotkałaby się ze zbiorową pomocą sojuszników z NATO i byłaby wojną zwycięską.
W świetle tych obserwacji należy się spodziewać przejścia różnych manifestacji wrogości w stan permanentny, co będzie oznaczać jej swoistą rytualizację. Wyrosną kolejne pokolenia, uznające wrogie usposobienie wobec Rosji za akt szczególnego patriotyzmu. Antyrosyjskie gesty są już częścią oficjalnych postaw i zachowań politycznych, podczas gdy realne działania są poddawane rozmaitym ograniczeniom. Manifestacje wrogości mogą stać się wręcz objawem braku możliwości zrealizowania gróźb. Mogą wszak przybrać formę ciągłego jątrzenia i drażnienia Rosji, służących rozeznaniu, jak daleko można się posunąć we wrogiej aktywności i dokąd sięga tolerowanie takich aktów przez nią samą, opinię publiczną czy inne państwa.
Konfrontacja bez końca
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt omawianego zjawiska. Otóż rządzący w Polsce nie wyobrażają sobie ani nie przewidują zmiany wrogiej kwalifikacji Rosji w przewidywalnej perspektywie. Ma na to wpływ mechanizm samospełniającego się proroctwa. Jeśli polska strona przypisuje Rosji najgorsze cechy, jakie tylko są możliwe w katalogu obelg i zarzutów, to uruchamia się mechanizm samo-podtrzymywania wrogości, jej swoista inercyjność. Samospełniająca się przepowiednia tworzy błędne koło reakcji i kontrreakcji. To, co na początku było tylko konstruktem wyobraźni, z czasem staje się rzeczywistością w wyniku eskalacji, prowadzącej do otwartego konfliktu.
Syndrom ofiary i prześladowań, ciągle żywy w oficjalnie podtrzymywanej martyrologicznej wersji historii, sprzyja żywotności „logiki prześladowczej”, ta natomiast czyni z Rosji osobliwego „kozła ofiarnego”, winnego wszystkich niepowodzeń i kompleksów narodowych. Sprowadzanie Rosji do takich ról oznacza powrót do „plemiennych atawizmów”, kiedy przyczyny wszelkich nieszczęść można było przerzucić na obcych, pogan, innowierców, heretyków czy na czarownice. Dzisiaj przyczyną rozmaitych kryzysów, stresów, frustracji i niepowodzeń jest Rosja. Takiej interpretacji sprzyjają media głównego nurtu, które sztukę przekazu informacji sprowadzają do manipulacji i uproszczeń, a także do podjudzania i szczucia przeciwko demonicznemu wrogowi.
W obliczu narastających zjawisk kryzysowych wrogość wobec Rosji sprzyja umacnianiu prawowitości władz. Rządzący zabiegają o poparcie społeczne dla swoich działań, przypisując sobie wyłączność na właściwe diagnozowanie źródeł zagrożeń i podejmowanie skutecznej ochrony. Póki utrzymuje się przyzwolenie społeczne dla ich diagnoz i preferowanych rozwiązań w sferze gospodarczej czy obronnej, póty rola Rosji jako wroga korzystnie wpływa na legitymizację władz.
Gdy jednak ulegają zmianie nastroje społeczne i zaczyna występować syndrom zmęczenia ciągłym straszeniem Rosją i Putinem, wówczas należy się spodziewać delegitymizacji dotychczasowego układu sił. Przyszłoroczne wybory parlamentarne będą oczywistym sprawdzianem zachodzących w społeczeństwie przewartościowań.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)
13.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/polska-to-nie-islandia
No nie, tego już za wiele! Zamiast pryncypialnie napiętnować ponad podziałami skandaliczny rezultat referendum na Islandii, w następstwie którego Islandczykowie nie tylko nie chcieli słyszeć o żadnym Anschlussie do „Europy”, ale nawet opowiedzieli się przeciwko jakimkolwiek negocjacjom na ten temat, nasi Umiłowani Przywódcy przyjęli to do wiadomości jako rzecz zwyczajną.
„Gdzie tu Wylizuch?! Felczak gdzie tu?!” – alarmuje poeta. Przecież w naszym bantustanie, podobnie jak w większości innych bantustanów Europy coś takiego uchodzi za potworną myślozbrodnię Niebu obrzydłą, z powodu której taki dajmy na to Grzegorz Braun co i rusz ciągany jest jak nie przed surowe oblicze prokuratury, to niezawisłych sądów – a tymczasem na Islandii wszyscy, nie wyłączając tamtejszego rządu, ukorzyli się przed „demokracją”.
Ale przecież wiadomo, że demokracja, a zwłaszcza – demokracja prawdziwa – nie polega na tym, by arytmetyczna większość decydowała według swego widzimisię, tylko na tym, by większość podejmowała decyzje jedynie słuszne, a w ostateczności – przynajmniej słuszne.
A jakie decyzje są jedynie słuszne, a przynajmniej – słuszne? Takie rzeczy każde postępowe dziecko wysysa z mlekiem każdej postępowej matki – że jedynie słuszne, a przynajmniej słuszne są decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty – te dwa najtwardsze jądra naszej młodej demokracji. Na tym opiera się „Prawo i Prorocy”, zarówno ci najwięksi, jak na przykład pan red. Michnik Adam, jak i prorocy mniejsi w rodzaju pana red. Jacka Żakowskiego czy pana red. Terlikowskiego Tomasza, którzy nie ustają w tłumaczeniu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, czego ma chcieć i jak ma myśleć, żeby było dobrze, a przynajmniej – poprawnie. Czyż nie dlatego właśnie pan dr Andrzej Olechowski podczas zebrania w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, pretensjonalnie zatytułowanego „Forum Dialogu”, tłumaczył, że jak tylko zostaniemy przyłączeni do Unii Europejskiej, to będziemy mogli „współdecydować o naszych sprawach”?
Przecież „współdecydowanie” dajmy na to o sprawach polskich do spółki z Maltą czy Cyprem jest lepsze od decydowania samodzielnego, to chyba jasne?
Tymczasem głównym argumentem zatwardziałych przeciwników negocjowania warunków Anschlussu Islandii do Brukseli był całkowicie odmienny, oczywiście absurdalny dla każdego osobnika przyzwoitego pogląd, że o własnych sprawach czy sprawach własnego kraju lepiej jest decydować samodzielnie. Poza „faszystami” w rodzaju Grzegorza Brauna, który jest „pies potępiony” zarówno przez Volksdeutsche Partei, jak również Naczelnika państwa Jarosława Kaczyńskiego, nie mówiąc już o przedstawicielu Naszego Najważniejszego Sojusznika JE ambasadorze USA w Warszawie, panu Tomaszu Róży, jak i przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, nikt tak nie myśli, nawet nie tyle dlatego, że jest to zabronione jako „mowa nienawiści”, tylko – że jest to głęboko niesłuszne z powodu jaskrawej i nieusuwalnej sprzeczności ze stanowiskiem Judenratu i starych kiejkutów. Raczej wszyscy biorą wzór z Pana Karola ze słynnego a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu wiersza pod tytułem „Pan Karol i Kostuś”: „Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw”.
Inna sprawa że z tym samodzielnym decydowaniem o własnych sprawach to nawet mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to – i tak dalej – mają same zgryzoty. Weźmy takie finanse. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak w roku 2003, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju odbywało się referendum w sprawie Anschlussu, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i Naczelnik Państwa stręczyli Polakom Anschluss pod pretekstem, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka, kiedy to Polska była 10 potęgą gospodarczą na świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło. Teraz o nasze finanse troszczy się Reichsführerin Urszula Wodęleje i w zależności od humoru albo zwalnia tubylczemu rządowi jakieś „transze”, albo nie zwalnia.
Mimo to jednak w finansach naszego bantustanu zieje coraz większa dziura, której niepodobna zasypać. Właśnie obywatel Domański Andrzej, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, przedstawił projekt budżetu na przyszły rok. Czytamy w nim, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych, a i to pod warunkiem że spełnią się „założenia”. Bo jak się nie spełnią, to może być jeszcze większy. Jak duży? Tego ma się rozumieć nikt nie wie, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji, w środowisku tak zwanych „elit politycznych”, czyli absolwentów Kolegium Tumanum albo innych Wyższych Szkół Gotowania Na Gazie co to pokończyli fakultety z „zarządzania” albo „politologii”, narasta pragnienie uwolnienia się od zmory samodzielnego decydowania w jakichkolwiek sprawach.
Podobny nastrój panował w wieku XVIII, kiedy to szerokie kręgi były już tak znudzone szarpaniną związaną z podtrzymywaniem w istnieniu naszego nieszczęśliwego kraju, co wymagało użerania się jak nie z Kozakami, to z Turkami, jak nie z Turkami, to z Prusakami, jak nie z Prusakami, to z Moskalami, jak nie z Moskalami, to z Rakusami – że „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – żeby wszystkim zajęła się Katarzyna, jawiła się jako znakomite wyjście z sytuacji. Jak chce, to niech się martwi – a tymczasem my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. No i w końcu tak się stało – ale okazało się, że to rozwiązanie wcale nie daje spodziewanego szczęścia.
Przeciwnie – nasz mniej wartościowy naród tubylczy nabawił się wskutek tego rozmaitych kompleksów, a przede wszystkim jednego – w postaci utraty pewności siebie. Obawiam się, że to jest podstawowa przyczyna, dla której wolimy „współdecydować o naszych sprawach”, niechby nawet z byle kim – byle tylko uniknąć brzemienia odpowiedzialności za decydowanie samodzielne. Oczywiście o tym nie trzeba mówić ani głośno, ani nawet wcale, a skoro tak, to trzeba głosić rozmaite karkołomne uzasadnienia ponownego powierzenia decyzji w ręce Katarzyny, czy jak tam akurat nazywa się aktualny Reichsführer.
W ten oto sposób spełnia się na nas spostrzeżenie Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Obawiam się tedy, że wiadomość o islandzkim referendum nie będzie w stanie wyrwać nas z letargu – bo niby po co, skoro jesteśmy niezmiennie zadowoleni z własnego rozumu?
15.09.2026 nczas/kutno-imigrant-zabil-polaka-od-lat-sprawiaja-problemy-w-tym-miescie
Imigrant ze wschodu, Gruzin zaatakował Polaka w Kutnie. Po kilku dniach Polak zmarł. „Gruzini w Kutnie sprawiają problemy od lat” – skomentował na X Adam Gwiazda.
=============================================
Do ataku doszło w piątek 4 września w centrum Kutna po godz. 22.
– Mogę potwierdzić, że wczoraj po godzinie 22 w Kutnie nietrzeźwy obywatel Gruzji spowodował ciężki uszczerbek na zdrowiu obywatelowi Polski. Sprawca został zatrzymany – poinformowała asp. Daria Olczyk, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Kutnie w rozmowie z „Panoramą Kutna”.
– Według świadków sprawca oddalił się z miejsca zdarzenia [co za język.. uciekł md] . Policjanci natychmiast przystąpili do ustalania jego tożsamości. Dzięki dobremu rozpoznaniu, rozpytaniu świadków oraz szybkim działaniom funkcjonariuszy ustalono dane mężczyzny. Okazał się nim 29-letni obywatel Gruzji. Jeszcze tego samego dnia policjanci zatrzymali go w miejscu zamieszkania – dodała.
Gruzin ma 29 lat. Jego ofiarą padł 41-letni Polak. W ciężkim stanie został przetransportowany do szpitala w Łodzi.
Sąd przychylił się do wniosku prokuratury o trzymiesięczny areszt. – Podejrzany odmówił składania wyjaśnień – przekazał rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Łodzi Paweł Jasiak.
Polaka nie udało się uratować. Mężczyzna zmarł.
Dotychczas sprawę prowadzono pod kątem art. 156 Kodeksu karnego, czyli spowodowania poważnego uszczerbku na zdrowiu. Grozi za to do 20 lat pozbawienia wolności. W wyniku śmierci klasyfikacja prawna czynu najpewniej zostanie zmieniona na art. 156 § 3 Kodeksu karnego. Wówczas minimalna kara to pięć lat pozbawienia wolności, a najwyższa to dożywocie.
Na X Adam Gwiazda informował zarówno o samej bójce i zatrzymaniu Gruzina jak również o śmierci Polaka. Przy pierwszej informacji zwrócił uwagę, że „kilka dni wcześniej w tym samym mieście 53-letni pijany Gruzin bez prawa jazdy spowodował kolizję”.
„Gruzini w Kutnie sprawiają problemy od lat” – podkreślił w najnowszym wpisie Gwiazda.
magnapolonia/niemcy-wlewaja-scieki-do-odry-gdzie-sa-ekolodzy

=========================================
Niemcy wlewają ścieki do Odry. W Ognicy znajduje się betonowy wylot po niemieckiej stronie rzeki, z którego bez żadnych filtrów wypływa ciemna, niemal czarna ciecz, tworząca smugę o szerokości około pięciu metrów, ciągnącą się wzdłuż brzegu przez prawie kilometr. Miejscowi Polacy twierdzą, że przy większych zrzutach nieprzyjemny zapach dociera również na polskie nabrzeże, znajdujące się ponad 350 metrów od wylotu, a jego intensywność jest na tyle duża, że powoduje szczypanie w oczach. Rura ma prowadzić z papierni LEIPA w Schwedt, a więc dużego niemieckiego zakładu przemysłowego.
Sprawą 11 sierpnia zainteresował się Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, którego pracownicy pojawili się na miejscu, jednak napotkali zasadniczą przeszkodę: nie mogli pobrać próbki bezpośrednio z betonowego wylotu, ponieważ znajduje się on na terytorium Niemiec. To właśnie ten szczegół jest w całej sprawie najbardziej bulwersujący, ponieważ nawet jeżeli uznamy, że sama czarna barwa cieczy nie świadczy jeszcze o jej szkodliwości, to bez pobrania próbki w miejscu zrzutu trudno o jednoznaczne ustalenie, co właściwie trafia do Odry.
20 sierpnia Główny Inspektorat Ochrony Środowiska zwrócił się więc do właściwego urzędu środowiskowego Brandenburgii z pytaniami dotyczącymi kontroli niemieckiego zakładu od 2023 roku, wyników badań odprowadzanych ścieków oraz norm określonych w pozwoleniu na ich zrzut. Standardowo polska strona nie otrzymała żadnej odpowiedzi, a dziennikarzom nie odpowiedziała również sama papiernia. Polakom będą się tłumaczyć? Też coś. Przecież nadal są „rasą panów”!
Co ciekawe, głos w tej sprawie nieoczekiwanie zabrał dyrektor niemieckiego parku narodowego Dirk Treichel, który wprawdzie nie jest specjalistą w tym zakresie, ale przekonywał, że kolor ścieków może zależeć od tego, co w danym momencie produkuje papiernia, oraz że pod względem chemicznym na pewno „nie są one groźne”. W tym miejscu pojawia się jednak pytanie, na jakiej podstawie ten człowiek może zapewniać o nieszkodliwości substancji, skoro chwilę później przyznał, że jego urząd nie prowadzi badań tego zrzutu i nie sprawuje nad nim jakiegokolwiek nadzoru.
Jest jednak jeszcze jedna kwestia, która szczególnie rzuca się w tej sprawie w oczy, a mianowicie całkowite milczenie środowisk ekologicznych, które po słynnym śnięciu ryb na Odrze w 2022 roku bardzo chętnie alarmowały o każdym potencjalnym zagrożeniu dla rzeki i domagały się zdecydowanych działań polskiego państwa. Gdzie są dziś ci wszyscy zieloni aktywiści? Gdzie są organizacje, które tak stanowczo domagały się ochrony Odry? Czy troska o środowisko kończy się na granicy państwa, a przemysłowy zrzut staje się mniej interesujący tylko dlatego, że znajduje się po niemieckiej stronie? Na to wygląda.
Jeżeli ścieki są całkowicie bezpieczne i zgodne z normami, niech niemieckie instytucje pokażą wyniki badań i zamkną sprawę. Jeżeli natomiast normy są przekraczane, należy oczekiwać zdecydowanej reakcji. W obu przypadkach Polska ma prawo domagać się odpowiedzi, a skoro oficjalne pisma pozostają bez odpowiedzi, sprawą powinno zająć się Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
NASZ KOMENTARZ: Jak zwykle okazuje się, że przestrzeganie unijnych wytycznych ekologicznych jest tylko dla mniejszych i gorszych krajów, a nie Niemców. Ta sprawa po raz kolejny pokazuje też, że organizacje pseudoekologiczne mają charakter czysto polityczny. Ich działalność polega na atakowaniu na niemieckie zamówienie wybranych polskich inwestycji gospodarczych, w celu spowolnienia naszego rozwoju. Gdy środowisko trują bowiem Niemcy, wówczas żadnych działań z ich strony nie ma.
Dlatego też, organizacje te powinny zostać zdelegalizowane lub po prostu oficjalnie wpisane na listę niemieckich lobbystów.

15 września 2026 kresy/rosyjski-dyplomata-o-wypowiedziach-sikorskiego-powinni-je-komentowac-ludzie-w-bialych-fartuchach
Wiceminister spraw zagranicznych Rosji, Aleksandr Gruszko odniósł się do niedawnych zdecydowanych wypowiedzi Radosława Sikorskiego na temat zdecydowanego odstraszania Moskwy.
„Szczerze mówiąc, nie chcę komentować wypowiedzi Sikorskiego, ponieważ uważam, że powinni je komentować ludzie w białych fartuchach” – zauważył Gruszko. „To zaskakujące, że minister spraw zagranicznych wygłasza takie oświadczenia, które, po raz kolejny, eskalują napięcia i stwarzają zagrożenia dla samej Polski. Wyglądało na to, że jako minister spraw zagranicznych był opłacany za robienie wszystkiego, co w jego mocy, aby wzmocnić [osłabić?? md] bezpieczeństwo Polski” – dodał rosyjski wiceminister.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wezwał NATO do organizowania bardziej intensywnych ćwiczeń wojskowych w pobliżu rosyjskiego obwodu królewieckiego. Wypowiedź padła podczas dorocznego konferencji Yalta European Strategy w Kijowie organizowanej przez fundację ukraińskiego oligarchy Wiktora Pinczuka.
„Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my podjęlibyśmy rękawice, uważam, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu” – powiedział Sikorski.
Szef polskiej dyplomacji oszacował, że państwa NATO dysponują łącznie około 2,5 tys. samolotów. Podkreślił, że przewaga nad rosyjskim lotnictwem pozostałaby znacząca nawet bez uwzględnienia sił Stanów Zjednoczonych. Wspomniał również o myśliwcach F-35, pociskach manewrujących JASSM i innych środkach pozwalających na atakowanie celów na dużych odległościach.
Te wypowiedzi skomentowała również rzeczniczka rosyjskiego MSZ, Maria Zacharowa, która stwierdziła, że wypowiedź szefa polskiej dyplomacji jest przykładem „rusofobii, która uderzyła do głowy”.
tass.ru/kresy.pl
Rosyjskie rakiety uderzyły w kilka celów na Ukrainie niedaleko granicy z Polską. Mówi o tym Tomasz Piekielnik w 56-minutowym podcaście zatytułowanym „Rosja uderza 800 metrów od Polski. Co naprawdę trafiono”:
Pod filmem-wideo znajduje się dość szczegółowy opis przedstawionych problemów:
Rosyjskie drony uderzyły wyjątkowo blisko polskiej granicy. Po ukraińskiej stronie, w rejonie przejścia Dorohusk–Jagodzin, trafiona została stacja paliw. Straż Graniczna informowała początkowo o odległości około 800 metrów od przejścia, a wybuch był słyszalny i odczuwalny po polskiej stronie. Czasowo wstrzymano odprawy, uruchomiono syreny oraz alerty RCB, a wojsko poderwało lotnictwo.
Ale już kilka godzin później pojawiły się bardzo istotne sprostowania.
Media początkowo informowały o uderzeniu w ciężarówkę lub kolumnę ciężarówek oraz o trafieniu lokomotywy pociągu pasażerskiego Kijów–Warszawa. Donald Tusk po odprawie służb powiedział wprost, że Polska tych informacji nie potwierdza. Potwierdzono natomiast uderzenie w stację benzynową lub jej bezpośrednie okolice oraz atak na infrastrukturę kolejową. Nie stwierdzono również żadnego naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
Na naradzie premiera Tuska pojawił się także wątek cystern z paliwem jadących z Polski na Ukrainę. Sam transport paliwa tym korytarzem jest faktem — Dorohusk–Jagodzin jest ważnym szlakiem logistycznym, którym przewozi się także paliwa.

Jeszcze ciekawszy jest drugi atak na infrastrukturę kolejową. Z rejonu wracała grupa zachodnich polityków i ekspertów po konferencji w Kijowie. Byli wśród nich były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, były premier Szwecji Carl Bildt oraz wysoki rangą doradca kanclerza Niemiec Günter Sautter. Inny skład w regionie przewoził byłego dyrektora CIA Davida Petraeusa.
Donald Tusk zwołał pilną naradę i zapowiedział przejście państwa w ‚tryb bardzo wzmocniony’. Premier mówi, że polskie i zagraniczne służby wcześniej ostrzegały przed możliwymi rosyjskimi próbami dezorganizowania przejść granicznych i że w kolejnych tygodniach należy oczekiwać zwiększonej aktywności Rosji (Tomasz Piekielnik).
** * * * * *
ZB: Warto wysłuchać wypowiedzi Tomasza Piekielnika, bo powyższe streszczenie jest tylko bladym odbiciem przedstawionej treści. Prelegent twierdzii m.in., że jest w opisanych sprawach mnóstwo dziwnych okoliczności i pyta: „Co tam na Ukrainie robili Borys Johnson i inni europejscy notable ewakuowani z pociągu?”

Wczoraj na popołudniowej naradzie rządowego sztabu Donald Tusk sprostował niektóre doniesienia. Nie potwierdził medialnych informacji, jakoby został trafiony pociąg osobowy, natomiast zaatakowany był pociąg towarowy znajdujący się na bocznicy. Premier III RP przewiduje (od dawna zresztą), że eskalacja przeniesie się niebawem na teren Polski.
Co może nas niepokoić? – Otóż politycy, jak i dziennikarze straszą nas rosyjską agresją. Nikt nie poddaje analizie tego, że konfrontacyjna polityka rządu naraża nas na wejście do nie swojej wojny. Nikt nie pyta, jakie korzyści mamy z angażowania się w poparcie kijowskiego reżimu i co uczynili politycy III RP, by odsunąć widmo nieszczęścia.
Pyta prelegent, które z niedzielnych wydarzeń były operacjami fałszywej flagi. Nie udało mu się znaleźć dowodów wykluczających Rosję. Trzeba wziąć pod uwagę ewentualność, że mogły to być rosyjskie ataki. Być może Kreml ma już dość licznych ukraińskich ataków w głąb Rosji i niezliczonych prowokacji ze strony Zachodu i postanowił atakować bardziej zdecydowanie.
Opracował: Zygmunt Białas
14.09.2026 wolnemedia.net/kaliber-troski-o-czlowieka
Generał dywizji WOT Maciej Urbańczyk wyjaśnia, co oznacza bezpieczeństwo w sytuacji zagrożenia: „Na bezpieczeństwo składają się 4 sektory. Sektor pierwszy to wojsko, odmieniane przez wszystkie przypadki, pokazywane i omawiane w telewizjach, mediach wszelkiego nurtu, internecie i tak dalej. Generalnie skupiamy się tylko na tym, co jest ostrzem działania w warunkach wojny. Nic więcej. Wojsko bez zaplecza przeżyje 7–8 dni, góra. Drugim elementem poza wojskiem jest rezerwa, czyli ci, którzy nie są w czynnej armii, ale powinno ich być co najmniej dwa razy więcej. Mówiąc, że na przykład wojska jest 150 tysięcy, to powinniśmy mieć od razu w zapleczu gotowych około 300 tysięcy rezerwistów. Trzecim elementem jest obrona cywilna, której w ogóle nie ma w Polsce. Nie chodzi o panią czy pana, którzy wskażą: tu może pan wziąć wodę, tam opatrunek, ale mówimy o militarnej obronie cywilnej, w której powinno być milion osób. To milion, który ma broń, jest umundurowany, by w razie »W« był informacją, że to są ludzie, którzy bronią mojej ulicy, dzielnicy, miasta. To są ludzie wyłączeni z powszechnej mobilizacji, bo są przeszkoleni, znają topografię terenu, wiedzą, jak opóźniać ruch wojsk, jak zabezpieczyć swoje rodziny i miasto. Taki milion osób na wzór Finlandii albo Szwajcarii spowoduje, że nie jesteśmy atrakcyjni jako państwo, które można okupować”.
My nie mamy z tego nic.
Generał Polko udziela rad, gdzie uciekać, gdy dojdzie do wojny, minister odpowiedzialny za obronę kraju zapewnił już dawno, że ma przygotowany plecak ucieczkowy. W tempie przyspieszonym przysłano nam „poradniki bezpieczeństwa”, a więc pozostaje liczyć na to, że wojny nie będzie, o co trzeba usilnie starać się, temperując zakusy beznadziejnie panikujących polityków.
W światku dziennikarskim krystalizują się opinie o niecelowości wojen, które są marzeniem garści polityków. Zbierając informacje o nastrojach w Azji, Europie i Ameryce, dziennikarz z Moskwy potrafi rozmawiać sensownie z kolegą w USA.
„Nie ma mowy o demokracji, kiedy ludzie, widząc, jak państwo brnie szkodliwą drogą wiecznej wojny, dostrzegają błędy polityków, by po kolejnych wyborach wszystko znów było robione tak samo. Tak niezmienna jest tylko totalitarna dyktatura, skoro zmiana personalna nie zmienia systemu. Budżet wojskowy, stale usprawiedliwiany zagrożeniem bezpieczeństwa państwa, przez lata z kilku milionów dolarów urósł do 3 trylionów. Idiotycznymi wojnami wywoływane są kolejne fale migracji ludzi do niej zupełnie nieprzygotowanych. Do destabilizacji potrzeba wojny domowej, którą celowo wywołuje się, by zmobilizować fale uciekinierów” – mówi z Moskwy Rick Sanchez – dziennikarz w rozmowie z jego kolegą Tuckerem Carlsonem.
Ten ostatni rozwija wątek: „Jest jeszcze gorzej, bo oparte to jest na kłamstwie i przekrętach, przez co człowiek żyje w iluzji, że ma jakiś wybór. Najwyraźniej widać, że w identyczny sposób jak USA degradowane są cała Europa, Kanada, Australia z Nową Zelandią. Taka sama zapaść demograficzna, zmniejszająca się statystyka urodzin, oficjalnie ateistyczne rządy z problemem masowej migracji, przy bogaceniu się i uprzywilejowaniu niewielkiej grupy osób i równoczesnym ubożeniu reszty społeczeństw. Cały anglojęzyczny Zachód jest zniszczony. Od zakończenia II wojny światowej jej zwycięzcy zostali zniszczeni według tego samego wzorca: cierpienie mas ludzkich i trwoga o pokój”.
Z analizy negatywnych zjawisk Tucker Carlson poddaje krytyce wypowiedzi polityków, którzy: „Mówiąc o bezpieczeństwie, nie dostrzegają liczby 50 milionów migrantów (głównie mężczyzn) przybyłych do USA. Bezpieczeństwo obywateli i granic przestało być istotne, zastąpione zostało kosztowną wojną. Za wojnę najwyższą cenę płacą cywile. Bezpieczeństwo oznaczać powinno obronę kobiet i dzieci. Tymczasem dokonujemy (jako Amerykanie) inwazji na jakiś odległy kraj, by importować wojnę na własny grunt, bo przybysze są niezadowoleni z obiecanego im raju na emigracji”.
Opisując najnowszy przykład zalewu Hiszpanii przez migrantów, Tucker Carlson przytacza oficjalne przyznanie się Izraela do roli sprawcy procederu, gdyż dla Izraela migracja jest rodzajem broni. „Stary Testament” zawiera ideę migracji jako narzędzia wojny. Historycznie zamierzchłym przypadkiem był najazd Mongołów na Rosję.
Bezpośrednie kontakty Ricka Sancheza z mieszkańcami Rosji świadczą, że nigdy nie rozważali oni wojny z Ameryką, dlatego nie rozumieją, dlaczego są obiektem podjudzania i finansowania przez Amerykę wielu państw ościennych do wojny przeciwko Rosji. NATO jako pakt obronny odmówiło członkostwa, gdy z propozycją o nie wystąpił Władimir Putin. Przy aktywnej postawie Condoleezzy Rice wspólnota z Rosją została wykluczona. Było to odkryciem kart, gdyż chodziło o uzyskanie kontroli nad Rosją poprzez stopniowe rozdrobnienie i przejmowanie surowców. Świadomi tego Rosjanie nie mogą zgodzić się na ustępstwa terytorialne.
Przy całej niedoskonałości, jaką jest Rosja, to kraj, gdzie buduje się więcej kościołów niż w Ameryce, pełnej sloganów o chrześcijaństwie i wartościach. Rosyjskie wspólnoty religijne jednoczą ludzi wokół parafii, sprzyjają rodzinom pod patronatem życzliwych zjawisku duchownych.
Tucker Carlson, który bywał w Rosji, przyznaje: „Jako Amerykanin jestem bardzo zaniepokojony, jak popychamy świat w kierunku tej wojny, która zbliża nas do konfliktu światowego. Martwi jeszcze bardziej, jak dalece Amerykanie nie mają o tym wiedzy. Chce mi się krzyczeć, kiedy patrzę i słucham przebiegu wojny na Ukrainie, która jest nielegalna, a dzieje się wbrew interesom Ameryki i jej obywateli. Rząd Ameryki jest największą instytucją, jaką sformowano w historii ludzkości, a został przejęty przez ludzi wykorzystujących siłę i pozycję, dlatego klasa rządząca jest zepsuta. Mamy relacje podobne jak w rodzinie, w której zawiódł ojciec – obrońca i żywiciel. Dzięki silnemu ojcu rodzina rozwija się. W procesie wyborczym, gdy dwie partie czynią to samo, skutkiem czego ludzie nienawidzący się jako elektoraty z pozoru różnych partii są zdradzeni. Winić za to zjawisko należy zgodę wybrańców, jako zwycięzców wyborczych, bo ustawiając wyborców przeciwko sobie pozorowanymi animozjami, postępują identycznie, by zwyciężał interes partyjny, a nie – społeczny czy państwowy”.
Polskie rozważania o wojnie wśród komentatorów polityki nie biorą pod uwagę wykorzystania starań o to, by do wojny nie doszło. Amerykańska grupa przeprowadziła przez ostatni tydzień szereg wartościowych rozmów (w tym 3-godzinną z ministrem Siergiejem Ławrowem), utwierdzając siebie i odbiorców nagranych materiałów, że rozmowy bezpośrednie z Rosjanami dają więcej nadziei na pokój niż ograniczenie się do słuchania krakania kruków wietrzących interesy w wojnie.
Republikanie są za wojną z Iranem, gdy Demokraci wcale jej nie oponują. Jeśli państwa BRICS jednoczą się, to zasadniczym motywem jest sposób uniknięcia konsekwencji wynikających z relacji z Ameryką. Rządzący narzucają wojnę, bo nie myślą o przyszłości, w przeciwieństwie do przeciętnego obywatela, któremu potrzebny jest spokój zamiast strachu przed niszczącą wojną czy siłowym wcieleniem i posłaniem na front. W desperacji i przy braku sukcesów konfrontacja nuklearna jest bliska, a podstawą – nihilizm władzy – nie liczy się nikt i nic. Mentalność rządzących, którzy wciąż siebie przekonują, że Rosja nie odpowie na atak nuklearny, jest złudzeniem. Przekonanie, że Rosja jest słaba i przegrywa wojnę na Ukrainie, zgodnie z tą logiką, nie powinno być powodem do mobilizacji społeczeństwa przeciwko słabej Rosji.
Bezwzględny cel realizowany bezwzględnymi środkami miał swój epilog w II wojnie światowej. Sposób siłowej rekrutacji na Ukrainie dowodzi słabości Ukrainy. Ataki amerykańskimi dronami na skupiska ludzkie w supermarketach czy na plaży nie przynoszą chluby armii ukraińskiej. Człowiek wyciągnięty z autobusu, zakuty w kajdanki i wysłany na front wie, że to jego koniec. Członek ukraińskiego parlamentu nazywa proceder „brutalną mobilizacją”, przez którą na ulicach przemoc werbujących rodzi przemoc werbowanych. To już zakrawa na apogeum wojny proxy z domową.
Opracowanie: Jola. Na podstawie: YouTube.com [1] [2] [3]
Źródło: WolneMedia.net

magnapolonia/zus-bedzie-doplacal-do-emerytur-brazylijczykow
ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków. Opanowane przez aktywistów skrajnej lewicy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej potwierdziło, że negocjacje zostały zakończone, a Polska i Brazylia prowadzą obecnie procedury wewnętrzne poprzedzające podpisanie porozumienia. Rząd tłumaczy, że umowa ma ułatwić funkcjonowanie osobom, które pracowały w obu państwach, a także polskim przedsiębiorcom prowadzącym działalność w Brazylii.
Problem polega jednak na tym, że podobne rozwiązania mają poważny wagomiar finansowy. I właśnie o ten aspekt pytają krytycy rządu. Największe kontrowersje dotyczą możliwości wykorzystania zagranicznego stażu pracy przy ustalaniu prawa do świadczeń w Polsce. Krzysztof Bosak wskazuje, że w przypadku przyszłej umowy z Brazylią osoba posiadająca odpowiednio długi staż ubezpieczeniowy w Brazylii może – przy spełnieniu warunków określonych w porozumieniu – uzyskać prawo do polskiej emerytury minimalnej po bardzo krótkim okresie opłacania składek w Polsce. Jako przykład podaje nawet jedną składkę.
Istnieją już przykłady działania podobnych mechanizmów. Z danych przywoływanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że dopłaty do minimalnych emerytur cudzoziemców wzrosły z 27,7 mln zł w 2020 roku do 123,5 mln zł w 2025 roku. Liczba osób objętych takimi dopłatami zwiększyła się w tym czasie z około 4,2 tys. do 11,4 tys. To oznacza wzrost kosztów ponad czterokrotny w ciągu zaledwie pięciu lat.
Polska ma już dwustronne umowy o zabezpieczeniu społecznym m.in. z Ukrainą, Białorusią, USA, Kanadą, Australią, Turcją, Izraelem, Indiami i Koreą Południową. ZUS wyjaśnia, że tego rodzaju porozumienia opierają się m.in. na zasadzie sumowania okresów ubezpieczenia oraz zachowania praw do świadczeń.
Samo istnienie takich umów nie musi być problemem. Kontrowersje zaczynają się wtedy, gdy polski system gwarantuje świadczenie minimalne osobie, która zdecydowaną większość swojej kariery zawodowej przepracowała poza Polską, a różnicę pomiędzy wypracowanym świadczeniem a polską emeryturą minimalną są znaczne i musi je pokryć polski budżet.
Rząd warszawski powinien przed podpisaniem umowy przedstawić opinii publicznej szczegółowe wyliczenia: ilu osób może ona dotyczyć, ile świadczeń może zostać wypłaconych z Polski oraz ile będzie wynosiła potencjalna dopłata z pieniędzy polskich podatników. Tymczasem takich danych nadal nie przedstawiono. Ekspertka cytowana przez „Rzeczpospolitą” zwraca uwagę, że bez informacji o liczbie potencjalnych beneficjentów, skali zatrudnienia transgranicznego i przewidywanej liczbie świadczeń nie sposób rzetelnie ocenić, czy korzyści gospodarcze z umowy przewyższą jej koszty.
Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców w 2025 roku w Polsce mieszkało 1716 obywateli Brazylii. Rząd argumentuje, że Brazylia jest największym partnerem handlowym Polski w Ameryce Łacińskiej, a umowa ma ułatwić współpracę gospodarczą i sytuację pracowników delegowanych. Trudno jednak nie zadać pytania, czy interes gospodarczy rzeczywiście wymaga tworzenia potencjalnych zobowiązań emerytalnych wobec kolejnej grupy cudzoziemców.
Polska ma przecież własny, narastający problem z finansowaniem systemu emerytalnego. ZUS nie wypłaca przecież emerytur każdemu ze zgromadzonego przez niego prywatnego subkonta. Bieżące składki pracujących finansują w dużej mierze bieżące świadczenia innych osób. Jeżeli więc państwo rozszerza krąg osób uprawnionych do świadczeń finansowanych z polskiego budżetu, powinno jednocześnie wskazać, skąd będą pochodziły pieniądze na te zobowiązania.
Niestety, lewicowi politycy POPiS najpierw tworzą nowe uprawnienia, a dopiero później zastanawiają się nad ich długoterminowym finansowaniem. Dziś kwota 123,5 mln zł może wydawać się niewielka w porównaniu z całym budżetem państwa. Problem polega jednak na dynamice. Jeżeli liczba cudzoziemców korzystających z dopłat rośnie z kilku tysięcy do kilkunastu tysięcy, a następnie system jest rozszerzany na kolejne państwa, koszty mogą systematycznie rosnąć.
Nie oznacza to, że umowa z Brazylią sama w sobie doprowadzi ZUS do bankructwa. Tego na podstawie obecnie dostępnych danych nie można uczciwie stwierdzić. Można natomiast wskazać realne ryzyko: każde dodatkowe zobowiązanie emerytalne państwa zwiększa presję na system, który już w przyszłości będzie wymagał znacznego finansowania z budżetu.
W tym kontekście krytyka ze strony Konfederacji zasługuje przynajmniej na poważną debatę. Krzysztof Bosak określił planowaną umowę mianem kolejnego elementu programu wsparcia imigrantów na emeryturze. Konfederacja domaga się odejścia od mechanizmu, w którym bardzo krótki okres pracy w Polsce może – przy spełnieniu określonych warunków dotyczących zagranicznego stażu – prowadzić do prawa do polskiego świadczenia minimalnego finansowanego z budżetu. To fundamentalne pytanie o sprawiedliwość systemu.
Polak przez kilkadziesiąt lat płaci składki, podatki i finansuje funkcjonowanie państwa. Tymczasem państwo nie powinno tworzyć sytuacji, w której osoba, która znaczną część swojej kariery zawodowej spędziła poza Polską, może uzyskać świadczenie wyższe od tego, które wynikałoby wyłącznie z jej składek zapłaconych w Polsce – a różnicę pokrywa polski podatnik.
NASZ KOMENTARZ: System emerytalny, który zamiast ograniczać przyszłe zobowiązania otwiera kolejne kanały ich powstawania, może w długim okresie stać się jeszcze większym ciężarem dla następnych pokoleń. Zanim więc Brazylia zostanie objęta kolejnymi przywilejami emerytalnymi, władze powinny odpowiedzieć ile będzie to kosztowało polskich podatników – dziś, za 10 lat i za 30 lat?
Niestety, nikt z POPiS o tym nie myśli. Warszawkę interesuje tylko perspektywa najbliższych wyborów i dorwania się do koryta.
Przedstawiciel Zakładu Ubezpieczeń Społecznych potwierdził Sławomirowi Mentzenowi, że obywatel Ukrainy, który posiada wymagany staż ubezpieczeniowy wypracowany na Ukrainie, może po opłaceniu w Polsce składki nabyć prawo do polskiego świadczenia emerytalnego. W określonych przypadkach, po spełnieniu dodatkowych warunków, łączna wysokość świadczeń może zostać podniesiona do poziomu obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej.
Podczas spotkania z przedstawicielami ZUS Sławomir Mentzen przedstawił hipotetyczny przykład dotyczący obywatela Ukrainy. Założył, że mężczyzna przez 35 lat pracuje na Ukrainie, a następnie przyjeżdża do Polski na miesiąc, podejmuje zatrudnienie za minimalne wynagrodzenie i opłaca jedną składkę na ubezpieczenie społeczne.
Po osiągnięciu wieku emerytalnego miałby ponownie przyjechać do Polski i ubiegać się o świadczenie. Polska część emerytury, wyliczona na podstawie krótkiego okresu ubezpieczenia w Polsce, byłaby bardzo niska. Przy ustalaniu prawa do świadczenia uwzględniane mogą być jednak również okresy ubezpieczenia przebyte na Ukrainie, zgodnie z zasadami wynikającymi z obowiązujących przepisów i umów międzynarodowych.
„Do końca życia będzie dostawał dopłaty do minimalnej polskiej emerytury. To znaczy to, o czym mówimy, to tak?” – pytał Mentzen przedstawiciela ZUS.
Ten potwierdził, że przedstawiony mechanizm wynika z obowiązujących regulacji dotyczących koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego.
„Czyli potwierdza pan, że tak jest?” – dopytywał polityk.
Mentzen podsumował następnie, że w przedstawionym przez niego scenariuszu „ta jedna składka daje prawo do polskiej emerytury”. Przedstawiciel ZUS odpowiedział: „No właśnie”.
Polityk zaznaczył przy tym, że odpowiedzialność za obowiązujące rozwiązania nie spoczywa na ZUS, ponieważ Zakład jedynie stosuje przepisy przyjęte przez ustawodawcę.
„Mamy zgodę, że ten mechanizm istnieje. Wynika głównie z polskiej ustawy. W połączeniu z naszą umową sprawia, że dochodzi do takiej sytuacji” – stwierdził Mentzen.
Polityk ocenił jednocześnie, że przepisy powinny zostać zmienione, aby ograniczyć możliwość korzystania z takiego rozwiązania w sposób, który jego zdaniem może być nieproporcjonalny do rzeczywistego okresu opłacania składek w Polsce. Przedstawiciel ZUS podkreślił natomiast, że Zakład jest wykonawcą regulacji ustanowionych przez ustawodawcę.
Samo opłacenie jednej składki w Polsce nie oznacza, że cudzoziemiec otrzyma wysoką emeryturę. Polska część świadczenia jest ustalana na podstawie okresów ubezpieczenia w polskim systemie, dlatego przy bardzo krótkim okresie pracy w Polsce będzie odpowiednio niska.
W przypadku państw, z którymi Polska ma odpowiednie umowy o zabezpieczeniu społecznym, przy ustalaniu prawa do świadczenia możliwe jest jednak uwzględnienie również okresów ubezpieczenia przebytych za granicą. Dotyczy to także Ukrainy.
Aby spełnić wymóg stażowy, można więc uwzględnić okresy ubezpieczenia przebyte w obu państwach. Łącznie wymagane jest co najmniej 20 lat stażu w przypadku kobiet oraz 25 lat w przypadku mężczyzn.
Nie oznacza to jednak, że każdemu cudzoziemcowi posiadającemu polskie świadczenie automatycznie przysługuje dopłata do poziomu minimalnej emerytury w Polsce. Aby otrzymać takie wyrównanie, trzeba spełnić określone warunki, w tym dotyczące miejsca zamieszkania.
Jeżeli osoba uprawniona do świadczenia mieszka w Polsce, a suma polskiej emerytury oraz świadczenia wypłacanego przez zagraniczną instytucję emerytalną jest niższa od obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej, w określonych przypadkach polski system może pokryć powstałą różnicę.
Mechanizm, na który zwrócił uwagę Sławomir Mentzen, polega więc na możliwości wykorzystania okresów ubezpieczenia przepracowanych na Ukrainie do spełnienia wymogu stażowego w Polsce, przy jednoczesnym uwzględnieniu polskiej części świadczenia oraz świadczenia zagranicznego przy ustalaniu ewentualnego wyrównania do minimalnej emerytury.
Komentarz: Przykro o tym pisać, ale takie doniesienia jasno wskazują na to, że stajemy się „fundatorami dobrobytu” innego, a na dodatek wrogiego nam narodu.

——————————

—————————————-

——————————

————————————-

—————————————–

——————–

———————————–

——————–

—————————————

————————

13 września 2026 pch24falszywy-alarm-tusk-nie-potwierdzamy-ataku-na-kolej-pasazerska

W niedzielę 13 września doszło do ataku rosyjskich dronów na zachodnią Ukrainę. Część z trafionych celów znajdowała się blisko polskiej granicy. Komentując te wydarzenia, Donald Tusk podkreślił, że polskie wojsko nie potwierdza wszystkich informacji dotyczących ataku, jakie pojawiły się w mediach.
Premier wskazał, że nie ma dowodów na naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej, ani ataku na lokomotywę pociągu pasażerskiego.
W niedzielę nad ranem polskie systemy wykryły atak kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej Ukrainie. Polskie wojsko poderwało myśliwce, a służby ostrzegały przed zagrożeniem mieszkańców regionów przygranicznych. Nie odnotowano naruszenia granicy RP.
– Jesteśmy pewni, że została zaatakowana stacja benzynowa lub jej pobliże, dwa kilometry od naszej granicy, od naszego przejścia oraz skład pociągu towarowego na bocznicy – powiedział premier Tusk podczas niedzielnej odprawy służb z udziałem ministrów w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Podkreślił, że „ważna jest precyzyjna informacja”.
– Informacje o zaatakowaniu kolumny ciężarówek lub lokomotywy z pociągu pasażerskiego na trasie Kijów-Warszawa, które się pojawiały nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej, nie mogę powiedzieć, że one są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń – zaznaczył Tusk.
Polityk odniósł się także do twierdzeń, że została naruszona polska przestrzeń powietrzna.
– Spekulacji, że coś wleciało od strony ukraińskiej, czyli rosyjskiej w tym znaczeniu, też nie potwierdzamy. Nic nie naruszało tej nocy polskiej przestrzeni powietrznej – powiedział premier.

————————————–

————————————————–

———————————————

———————————————————————–

—————————

—————————————–

———————————-

——————————–

———————————-

—————————

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA
Krzysztof Baliński
Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.
Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski – Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.
Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.
„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.
Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).
Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury.
Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy.
A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.
Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.
Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.
To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.
Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.
Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).
„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym. „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.
A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!
Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.
To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.
Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.
Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?
Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?
Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.
To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?
Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele. Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.
Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.
Krzysztof Baliński
=========================================


————————————–

——————————————–

[a ja mam kocioł na drewno. Mam je za darmo. 50 kW. Pelet też by spalił, ale po co płacić? MD]
—————————-

——————-

——————————–

———————–

———–

———————————-

——————————


—————————————

——————————

—————————

——————————————————–

[5,96 zł za litr ]
=============================

—————

———————-

————————–


To na Litwie…
————————————–

———————————————————————

———————————————–

—————————

——————-

—————————

———————————————

————————————–
