Największy proces polityczny III RP. Stachanowskie tempo! Pato-prokurator.

Największy proces polityczny III RP. Stachanowskie tempo!

10.06.2026 Marek Skalski nczas/najwiekszy-proces-polityczny-iii-rp-stachanowskie-tempo

Grzegorz Braun
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP

W maju mieliśmy dwa kolejne terminy rozpraw w procesie przeciw polskiemu posłowi do euro-kołchozu, czyli prezesowi Konfederacji Korony Polskiej Grzegorzowi Braunowi. Od lutego bieżącego roku mieliśmy już tych terminów blisko dziesięć. Każda rozprawa – całodniowa, tempo iście stachanowskie!

Do największego zgrzytu doszło w trakcie posiedzenia, które w warszawskim sądzie rejonowym odbyło się w dniu 22 maja. Grzegorz Braun już na samym początku rozprawy po raz kolejny podniósł temperaturę i skalę emocji niemal do wrzenia. Po tym, jak sędzia Marcin Brzostko poinformował strony, że wniosek formalny o wyłączenie prokuratora Macieja Młynarczyka z postępowania został odrzucony, oskarżony Grzegorz Braun nie skąpił mu ostrych słów. „Dał on popis swojej bezczelnej, butnej skłonności do manipulacji i kłamstwa. Zaprezentował się Wysokiemu Sądowi jako skrajnie stronniczy, agresywny, napastniczy rzecznik nie interesu publicznego, nie sprawiedliwości, której wyroki mają być ferowane w majestacie Rzeczpospolitej”. Na koniec poseł Braun podkreślił bez cienia wahania: „Ten banderowski pato-prokurator reprezentuje reżim”.

Słowa o „pato-prokuratorze” bardzo zdenerwowały przewodniczącego składu sędziowskiego. Sędzia Brzostko ostrzegł oskarżonego Grzegorza Brauna, że jeśli po raz kolejny użyje sformułowania „pato-prokurator”, to nakaże opuszczenie przez niego sali rozpraw. Za chwilę tak się stało i poseł Braun został wyproszony z sali na 40 minut. Doszło przy okazji do sporego zamieszania, bo gdy poseł Braun zgodnie z ustaleniami wrócił na salę posiedzeń punktualnie o godzinie 10.00, to sędzia orzekł, że zakaz obowiązuje… do godziny 10.20. „Proszę zaprotokołować, że ja stawiłem się punktualnie” – protestował Grzegorz Braun.

W tak zwanym „międzyczasie” głos zabrał sam zainteresowany, który najwyraźniej poczuł się urażony słowami Grzegorza Brauna. „Oskarżony ma usta pełne mafii, służb i lóż, ale ja na tej sali reprezentuję interes Rzeczpospolitej Polskiej” – te słowa wyjątkowo rozbawiły zgromadzoną na sali sądowej publiczność. Spowodowało to nawet interwencję sędziego przewodniczącego, który mówił, że „prosi publiczność o nieokazywanie żywiołowych reakcji w sposób głośny, można się śmiać po cichu”.

Operacja „Choinka LGBT”

W czasie kiedy Grzegorz Braun został de facto wyrzucony z sali posiedzeń, sąd zajął się przesłuchaniem kolejnych świadków. Jak już pisaliśmy, prokuratura i obrona powołali łącznie około 90 świadków, tak że pracy przed sądem i pełnomocnikami jest naprawdę sporo.

Tym razem posiedzenie zdominowała operacja „choinka LGBT”. Sąd wezwał bowiem świadków związanych z tym incydentem. Przypomnijmy, w styczniu 2023 roku Grzegorz Braun powołany na świadka w procesie, który toczył się przed Sądem Okręgowym w Krakowie został poinformowany, że w holu tego sądu znajduje się choinka ustawiona i „ozdobiona” przez sędziów członków Stowarzyszenia „Iustitia” i „Temis”, którzy na drzewku umieścili bombki „przystrojone” takimi napisami, jak „LGBT”, „Konstytucja” czy „PL-UA”. Prezes Konfederacji Korony Polskiej w akcie spontanicznej interwencji poselskiej usunął choinkę i wyrzucił ją do kubła na śmieci na sądowym dziedzińcu. Incydent ten rozwścieczył sędziów-aktywistów, jedna z nich przybyła na miejsce i wezwała policję.

Po kilku latach prokuratura warszawska włączyła ten watek do swojego aktu oskarżenia. Co ciekawe, rzeczoznawca powołany przez prokuraturę wycenił początkowo wartość szkody (potłuczonych bombek i uszkodzonej plastikowej choinki) na około 400 zł. Prokurator Wantuch uznał jednak, że tak być nie może. Bo to by oznaczało, że można jedynie mówić o wykroczeniu, a nie przestępstwie, czyli to postępowanie byłoby bezprzedmiotowe, więc zamówił kolejną ekspertyzę. Rzeczoznawca właściwie odczytał intencję prokuratury i wycenił już szkodę na wartość około 1400 zł (sama praca eksperta natomiast została wyceniona na kwotę 2500 zł – [sic!]). W ekspertyzie podniesiono „wysoką wartość artystyczną ręcznie malowanych bombek”.

Magiel i pensjonarka

No i właśnie kwestia rzeczywistej wartości tej „szkody” zdominowała posiedzenie w dniu 22 maja br. Najpierw sędzia przesłuchał świadka, który wskazał oskarżonemu Grzegorzowi Braunowi sam obiekt, czyli choinkę. Był to krakowski przedsiębiorca, który podobnie jak poseł Braun był świadkiem w innym procesie. Jak sam przyznał, „był w szoku”, kiedy dostrzegł, jak polski poseł do „euro-kołchozu” potraktował to oczko w głowie sędziów ze stowarzyszenia „Iustitia”.

Potem przyszedł czas na przesłuchanie sędzi Marzeny Stoces, byłej przewodniczącej krakowskiego oddziału „Iustitii”. Wypowiedź sędzi była bardzo chaotyczna. Trajkotała ona jak automat, mówiąc tak szybko, że sędzia prowadzący kilkakrotnie musiał jej przerywać, bo protokolanci nie byli w stanie notować zeznań świadka. Najważniejszy przekaz, jaki płynął z tego swoistego strumienia świadomości, był taki, że choinka, która stała w holu krakowskiego sadu okręgowego, była swoistym fetyszem, „ukochanym dzieckiem” całego środowiska. „Zbieraliśmy się wokół niego, składaliśmy sobie życzenia, żeby w Polsce wróciła praworządność i szacunek dla Konstytucji” – mówiła wyraźnie wzruszona sędzia Stoces. Świadek przyznała, że członkowie „rozkminiali, jak sfinansować zakup ozdób choinkowych i założyli grupę na popularnym komunikatorze i zrobili zrzutkę dla pani mecenas Pauliny Bac, która pomalowała bombki”. Co ciekawe, świadek przyznała, że członkiem tej grupy był również obecny minister Sprawiedliwości Waldemar Żurek i jego zastępca”.

Kolejnym i ostatnim już świadkiem w tym dniu była adwokat Paulina Bac, która właśnie na prośbę sędziów z „Iustitii” i „Temis” malowała bombki. Tutaj przeszliśmy do clou, czyli faktycznego ustalenia kosztów, jakie poniosła pani mecenas, malując bombki. Już na wstępie pani mecenas na pytanie jednego z obrońców Grzegorza Brauna wyraźnie się rozmarzyła, mówiąc, że „zawsze marzyła, żeby zostać malarką, no ale została adwokatem”. Na samym początku zeznań wyceniła ona swój wkład finansowy w produkcję jednej bombki na 30 zł. Mimo wzmożonych wysiłków obrony nie mogła jednak przedstawić na to jakichś przekonywających dowodów.

Nie pamiętała bowiem, jak sama mówiła, w jakiej cenie kupowała tak zwane „gołe bombki”, które następnie malowała. Tłumaczyła bowiem, że nie każde bombki się nadawały, bo nie na każdych „dobrze siadła farba”. W jej wcześniejszych zeznaniach złożonych w procesie przygotowawczym przyznała jednak, że bombki kupowała w sklepach jednej z dużych sieci marketów budowlanych, w tak zwanej „promocji”. Dodatkowo okazało się, że niezwykle ciężko jej ustalić, czy zniszczeniu uległy bombki „świeżo wykonane”, czy może te z lat wcześniejszych. Jaka więc była wartość amortyzacji pomocy artystycznych (farb, pędzli czy rozpuszczalników do farb)?

Te żenujące lekko i w sumie ośmieszające powagę sądu Rzeczpospolitej spory i dywagacje ostatecznie podsumował sam Grzegorz Braun. „Wnioskuję, aby sąd zlecił biegłemu ustalenie tempa i stopnia amortyzacji choinek plastikowych, bombek z roku 2018, 2019, 2020, 2021, 2022 i 2023, dla porównania. Proszę wyliczyć, jaki był stopień tej amortyzacji i proszę przyjąć najbardziej korzystny dla oskarżonego wariant, że w obliczu niezdolności autorki tych bombek do ustalenia, jakie to właściwie bombki wisiały w dniu krytycznym na choince, która naruszała powagę sądu okręgowego w Krakowie, na co zareagowałem w trybie interwencji poselskiej. Ponieważ nie jest w stanie pani mecenas Bac powiedzieć, czy to były bombki z 2022 roku, czy może jednak z 2018 i czy były bardziej za 15,50 zł, a może jednak bardziej za 11,30 i na dodatek czas upływał, więc proszę, by biegły ustalił, w jakim tempie i na jakie kwoty ulegają amortyzacji bombki i choinki i proszę, żeby to po ustaleniu w najbardziej dla mnie korzystnym procesowo wariancie zostało przyjęte”.

Kolejny termin

28 maja br. odbyło się kolejne posiedzenie sądu. I tym razem nie zabrakło kontrowersji i ostrych sporów na linii prokuratura–oskarżony–obrona. Prokurator Maciej Młynarczyk po raz kolejny poprosił sąd o zrezygnowanie z listy świadków aż 11 osób pierwotnie wskazanych w akcie oskarżenia. „Zeznania tych osób niewiele wniosą, gdyż nie byli wystarczająco blisko sytuacji, w których dochodziło do sytuacji znamionujących popełnienie przestępstwa albo ich zeznania pokrywają się z wcześniejszymi zeznaniami już przesłuchanych przez sąd świadków” – mówił na sali rozpraw prokurator Maciej Młynarczyk.

Takie postawienie sprawy nie znalazło zrozumienia u obrońców Grzegorza Brauna. Dał temu wyraz w sposób dobitny mecenas Mariusz Ratajczak. „Wyłączenie przesłuchania przed sądem jest możliwe jedynie w sytuacji, gdy świadek na stałe przebywa zagranicą. Mamy wtedy do czynienia z przełamaniem zasady bezpośredniości i wtedy mamy uzasadnienie. Przeciw takim fundamentalnym zmianom stanowiska prokuratury my stanowczo protestujemy”.

Nawiązując do sprawy choinki z krakowskiego sądu mecenas Ratajczak zauważył: „Zdroworozsądkowo i tak obiektywnie ujmując sprawę, można było przyjąć wartość tej choinki, która miała wiele lat już, że to było mniej niż te 800 zł. Ale zwraca uwagę ekspresowe działanie prokuratury w tej sprawie. 27 stycznia dochodzi do zdarzenia i już tego samego dnia prokuratura wszczyna postępowanie przygotowawcze”.

W tym dniu sąd przesłuchał aż czterech świadków. Tylko i wyłącznie pracowników policji, bądź firmy ochroniarskiej wynajętej przez prezesa sądu w Krakowie. Jeden z nich wyraźnie miotał się i plątał w zeznaniach, co zauważył sam oskarżony, który wnioskował o przyjęcie przysięgi od świadka.

Był to funkcjonariusz, który podczas incydentu „choinkowego” naruszył nietykalność cielesną posła Brauna i w związku z tym miał nawet postępowanie przed prokuraturą, bronił go były poseł Paweł Śliz. „Charakterystyczne, że świadek odpowiada pytaniami na pytania. Ponieważ jest to proces nie tylko choinkowy, ale także i chanukowy, więc zwrócę uwagę na to, że to jest właśnie retoryka talmudu” – mówił poseł Grzegorz Braun komentując zeznania świadka: „Dyskurs, pytanie na pytanie”

„To tylko moja praca” – największa iluzja odpowiedzialności

„To tylko moja praca” – największa iluzja odpowiedzialności

8.06.2026 Zbigniew Jacniacki wolnemedia/to-tylko-moja-praca-najwieksza-iluzja-odpowiedzialnosci

Ile razy przeczytałeś lub usłyszałeś: „To nic osobistego. To tylko moja praca”? To jedno z najgroźniejszych zdań w historii. Mówili je poborcy podatków, żołnierze, cenzorzy i donosiciele. Dziś mówią je menedżerowie zwalniający ludzi dla wyników albo urzędnicy odsyłający człowieka z kwitkiem, bo brakuje jednego papierka. Sens zawsze jest ten sam: „Nie krytykuj mnie. Ja tylko wykonuję polecenia”.

Prawo czasem to akceptuje. Świadomość nigdy. Nie istnieje przełącznik „praca – życie prywatne”. Nie da się przez osiem godzin krzywdzić ludzi, a wieczorem wrócić do domu jako niewinna osoba.

Największe tragedie świata nie były dziełem potworów. Tworzyli je zwykli ludzie, powtarzający „Takie są procedury”, „Takie były rozkazy” czy „To jest moja praca”. Każde z tych zdań jest próbą zrzucenia odpowiedzialności na kogoś innego. Można przenieść władzę. Można przenieść polecenie. Można przenieść odpowiedzialność na papierze. Nie można przenieść skutków własnych czynów.

Europejska ucieczka: spowiedź bez naprawy

W naszej kulturze istnieje jeszcze jedna wersja tej samej ucieczki. Brzmi: „Wyspowiadałem się”.

Kościół naucza, że prawdziwa pokuta wymaga zadośćuczynienia. Ukradłeś – oddaj. Oszukałeś – napraw szkodę. Skrzywdziłeś – napraw krzywdę.

Proste? Proste. Problem polega na tym, że przez stulecia znacznie więcej mówiono o biciu się w piersi niż o zadośćuczynieniu. W praktyce wielu ludzi uwierzyło, że wystarczy wyznać winę, odmówić kilka modlitw i sprawa jest zamknięta. Naprawa szkody zniknęła. Został rytuał.

Co ciekawe, sama instytucja Kościoła często stosowała wobec siebie dokładnie tę samą zasadę. Gdy wybuchają skandale, słyszymy: „Przepraszamy”, „Wyrażamy ubolewanie”, „Popełniono błędy”.

A gdzie zadośćuczynienie? Gdzie naprawa szkód wyrządzonych przez stulecia prześladowań, przymusowej chrystianizacji, inkwizycji czy niszczenia rodzimych kultur? [tu już dał głos” propagandzie. md]

Przeprosiny są. Czy naprawa szkód się pojawiła?

Powstaje więc wygodny podział: wierny ma naprawiać krzywdy, instytucja ma zwołać konferencję prasową. Przeprosiny nie są zadośćuczynieniem.

Irytacja jako mechanizm obronny

Ten sam mechanizm działa w codziennym życiu. Ktoś mówi: „Przepraszam”, „Wybacz”, „I’m sorry”. I często jest zdziwiony albo nawet oburzony, gdy słyszy, że to dopiero początek. Jakby samo słowo miało usunąć skutki wcześniejszych działań.

Przeprosiny są ważne. Ale nie naprawiają szkody. Nie odbudowują zaufania. Nie cofają tego, co się wydarzyło. Prawdziwa odpowiedzialność zaczyna się od pytania: „Co mogę zrobić, żeby to naprawić?”.

Rachunek, którego nie da się unieważnić

Świadomości nie interesują umowy, stanowiska, sutanny, pieczątki ani rozgrzeszenia. Interesuje ją tylko jedno: co zrobiłeś drugiemu człowiekowi.

Możesz powtarzać: „To była moja praca”, „Takie były rozkazy”, „Wyspowiadałem się”, „Przeprosiłem”. Ale jeśli nie naprawiłeś krzywdy, rachunek pozostaje otwarty.

Żaden autorytet, żadna instytucja i żaden przełożony nie mogą go unieważnić.

Jedno pytanie

Najważniejsze pytanie nie brzmi: „Czy miałem do tego prawo?”, lecz: „Czy chcę być człowiekiem, który robi takie rzeczy?”. To właśnie tego pytania najczęściej unikamy. Bo łatwiej powiedzieć: „Taki mam zawód”, „Tego ode mnie wymagano”, „Odmówiłem Zdrowaśkę”, niż spojrzeć w lustro i przyznać, że każda decyzja współtworzy nas samych.

Prawo może cię uniewinnić. Kościół może cię rozgrzeszyć. Szef może cię pochwalić. Ale konsekwencje i tak pozostaną twoje.

Umowa o pracę nie jest umową na wynajem sumienia. Spowiedź nie jest kasownikiem skutków. W polu świadomego istnienia nie ma ucieczki. Są tylko konsekwencje. I wcześniej czy później każdy spotyka własne.

Autorstwo: Zbigniew Jacniacki
Źródło: WolneMedia.net

Druga prowokacja Zełenskiego. Budanow.

Druga prowokacja Zełenskiego

Leszek Miller myslpolska/miller-druga-prowokacja-zelenskiego

Jeśli uznać decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” za świadomą prowokację, to wysłanie gen. Kyryła Budanowa do Warszawy było jej logiczną kontynuacją.

Budanow należy do ścisłego kierownictwa państwa ukraińskiego, które konsekwentnie rehabilituje tradycje OUN i UPA. Wielokrotnie publicznie wychwalał UPA, a kilka tygodni temu – uczestnicząc w uroczystości ponownego pochówku Andrija Melnyka – oddał hołd jednemu z liderów OUN, kolaborantowi nazistowskich Niemiec. Budanow nie wykonał żadnego gestu pojednawczego. Przekazał natomiast jasny sygnał: „rozmawiamy, ale nie zamierzamy rezygnować z gloryfikacji naszych bohaterów”.

Takie działania wzmacnia brak zdecydowanej reakcji Zachodu, a przede wszystkim Polski. Po uroczystym sprowadzeniu i państwowym pochówku szczątków Melnyka protest zgłosił jedynie Izrael. Tymczasem wypowiedzi niektórych polskich polityków w stylu „nie będziemy meblować Ukrainie historii” tylko zachęcają Kijów do kolejnych prowokacji.

Decyzja Zełenskiego nie jest wyjątkiem – to reguła stosowana od lat.

Prezydenci Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski i Andrzej Duda odznaczyli Orderem Orła Białego prezydentów Ukrainy: Wiktora Juszczenkę, Petra Poroszenkę i Wołodymyra Zełenskiego. Wszyscy trzej aktywnie uczestniczyli w procesie wybielania zbrodni UPA, uznawaniu jej członków za „bohaterów i kombatantów walki o niepodległość”, przyznawaniu im przywilejów oraz nagradzaniu ich działań zbrojnych. W Polsce przez długi czas panowało w tej sprawie kłopotliwe milczenie.

Na tym tle postawa prezydenta Karola Nawrockiego zasługuje na szacunek. Po raz pierwszy od wielu lat mamy wrażenie, że polskie państwo realnie stoi na straży pamięci o ukraińskim ludobójstwie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej i domaga się prawdy historycznej bez oglądania się na polityczną poprawność.

Strona ukraińska często powtarza, że UPA „walczyła przede wszystkim z Sowietami”. Fakty są jednak inne. Według dostępnych danych z rąk UPA zginęło około 8340 żołnierzy i funkcjonariuszy radzieckich. Jednocześnie ukraińscy nacjonaliści wymordowali ok. 100–150 tysięcy bezbronnych polskich cywilów – w tym dziesiątki tysięcy kobiet, dzieci i starców.

Gdy ktoś twierdzi, że UPA „bohatersko walczyła z Sowietami”, warto zadać proste pytanie: dlaczego z rąk tej formacji zginęło ponad dziesięciokrotnie więcej polskiej ludności niż radzieckich żołnierzy i funkcjonariuszy KGB? Ta dysproporcja najlepiej pokazuje prawdziwą naturę działań UPA i jej zbrodniczy charakter.

Leszek Miller

Fot. Kancelaria Prezydenta RP (X)

Pod rządami ignorancji

Pod rządami ignorancji

Prof. Stanisław Bieleń myslpolska/pod-rzadami-ignorancji

Porządki międzynarodowe zawsze mają przed sobą wiele niewiadomych. Nie bez powodu scenę międzynarodową uznaje się za najbardziej tajemniczą w życiu społecznym i trudno poznawalną.

Największym jednak źródłem niepewności i ryzyka nie jest sama natura tej sfery rzeczywistości, lecz ignorancja towarzysząca jej poznaniu. Dotyka ona szerokich kręgów politycznych, medialnego komentariatu, a nawet – o zgrozo – środowiska uniwersyteckiego Wielu obserwatorów stosunków międzynarodowych ulega rozmaitym presjom i koniunkturom. Zamiast poszukiwać prawdy, zajmują się oni w sposób świadomy tworzeniem fałszywych diagnoz, tendencyjnych rekomendacji i bałamutnych wizji. W odpowiedzi na zapotrzebowanie polityczne odrzucają niewygodną wiedzę, stosują rozmaite niejednoznaczności, eufemizmy, omijają tematy tabu. W rezultacie zanika rozróżnienie między wiedzą a ignorancją, prawdą a fałszem.

Najwięcej szkód wywołuje komentowanie bieżących zdarzeń międzynarodowych przez niekompetentnych, a ściślej mało rozgarniętych polityków. Samo zasiadanie w parlamencie nie czyni z wszystkich posłów i senatorów  wybitnych i wszechstronnych znawców czegokolwiek. Wieje grozą, gdy w rozmaitych przekazach medialnych popisują się samozwańcze pseudo-autorytety, które nie mają żadnego merytorycznego przygotowania,  ale mają tupet i niczym nieuzasadnione przeświadczenie o swojej amatorskiej mądrości. Nie rozumieją norm porządkujących rzeczywistość międzynarodową, ani nie kontrolują dysonansów między światem powinności i realnego bytu. Pretendują ponadto do krytycznych ocen i moralizatorskich pouczeń wobec innych – zwłaszcza Rosji i  Białorusi – co wynika z megalomanii i chełpliwości.

Całkowite oderwanie od realiów widać wyraźnie na przykładzie zawirowań wokół wiarygodności zobowiązań sojuszniczych NATO i Ameryki, wokół ukraińskich kampanii dezinformacyjnych, za które obwinia się wyłącznie Rosję, wokół zachodniej historycznej amnezji i licznych manipulacji medialnych, na przykład wokół Izraela. Promocja ignorancji  ułatwia zakłamywanie rozmaitych zjawisk i procesów.

Wystarczy przywołać polityczny, medialny i akademicki dyskurs o prawach człowieka, które funkcjonują w sferze ideologicznej i propagandowej, ale są całkiem oderwane od realiów. Tym postawom towarzyszy ślepota wobec imperialistycznych praktyk w przeszłości i obecnie, wybiórcze podejście do systemów opresyjnych, przemilczanie jaskrawych form dyskryminacji i wyzysku.

Anatomia manipulacji

Innym przykładem zakłamania jest wmawianie obywatelom, że Polska jest suwerenna i niepodległa jak nigdy dotąd, podczas gdy we współczesnym porządku międzynarodowym żadne państwo nie sprawuje prawdziwie najwyższego, niepodzielnego władztwa, jakiego wymagają definicje prawne i politologiczne. Nieprawdą jest także równość suwerenna państw, jak sugeruje Karta Narodów Zjednoczonych. Suwerenność państw istnieje więc jedynie dzięki ignorancji co do jej empirycznej rzeczywistości. Obrońcy pełnej suwerenności i niepodległości sami sobie zaprzeczają, gdyż w tym samym czasie respektują przemożną rolę sieci i rynków, klękają przed potęgą wielkich korporacji, a także uczestniczą w sposób pośredni lub bezpośredni w rozmaitych interwencjach w sprawy wewnętrzne innych państw.

Nadawanie sensu zjawiskom i procesom oznacza w wielu przypadkach ucieczkę od wiedzy i informacji. Dzieje się tak z dwu różnych powodów. Albo dana sfera rzeczywistości jest nierozpoznawalna z natury (ignorancja ontologiczna), albo poznawczo niedostępna (ignorancja epistemologiczna). Zasadniczy problem w nauce o stosunkach międzynarodowych polega na tym, że badacze z powodów obiektywnych (np. brak dostępu do danych) nie są w stanie wniknąć w „naturę rzeczy”, albo też świadomie lub mimowolnie podtrzymują niewiedzę, sięgając do mitów, uproszczeń, niedopowiedzeń i przemilczeń.

Najczęściej taka aktywność ma charakter celowy, zaprawiony stronniczością i wyrachowaniem. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że gdyby naprawdę zaczęto likwidować obszary ignorancji, choćby na temat charakteru reżimu politycznego na Ukrainie (korupcja, kradzież majątku narodowego, depopulacja, zamordyzm, haniebny kult zbrodniarzy), to mogłaby runąć cała konstrukcja fałszywej narracji, uzasadniającej ogromną pomoc udzielaną przez Zachód soldatesce ukraińskiej w Kijowie.

To  nieprawda, że każdy naród ma wyłączne prawo do kultywowania pamięci swoich bohaterów, nawet gdy byli zbrodniarzami. Wspólnota Zachodu wypracowała po II wojnie światowej wiele reguł, zinternalizowanych w różnych państwach i regionach świata, aby nigdy więcej nie dawać przyzwolenia ideologiom i reżimom, pochwalającym ludobójstwo. Choć ciągle nie udaje się zapobiec recydywie katastrof humanitarnych, to jednak dzisiejszy trzon Zachodu (państwa NATO i Unii Europejskiej) ciągle wyznaje – przynajmniej deklaratywnie – te wartości. Z tego względu ma rację prezydent Polski, że Ukraina nie ma szans na wejście do wspólnot zachodnich ze swoim  panteonem zbrodniarzy i kultem barbarzyństwa.

We współczesnych studiach międzynarodowych, wykorzystujących dorobek konstruktywizmu społecznego dowodzi się, że porządek międzynarodowy (a właściwie jego wyobrażenie) oparty jest na fabrykowaniu fałszywej wiedzy lub odwracaniu uwagi od faktycznych patologii i ukrywaniu niewygodnych faktów. Osławiony porządek liberalny, do którego z gorliwością neofity dołączały rządy państw pokomunistycznych, oparty był zawsze na subordynacji słabszych wobec silniejszych oraz na akceptacji ukrytych i jawnych form wyzysku. Robiono jednak wszystko po każdej ze stron, aby wizerunek zglobalizowanego kapitalizmu przedstawiać w jak najkorzystniejszym świetle. Mamiono ludzi postępem cywilizacyjnym, zatajając nowe formy zależności i podporządkowania.

W przedstawianiu struktury systemu międzynarodowego świadomie i celowo zacierano asymetrię władzy, a w rzeczywistości stosowanie dyskryminacji i podwójnych standardów wobec „późno-przychodzących”. W okresie ustrojowej transformacji ignorancja pozwalała na ucieczkę od nazywania źródeł społecznego zła (zawłaszczania majątku narodowego, ubóstwa, dehumanizacji, eksploatacji) i od wskazywania winnych tego stanu rzeczy. Spełniała zatem funkcję ochronną w procesie przemian. Z jednej strony celowe działania nowych elit kompradorskich, a z drugiej obojętność i naiwność gremiów społecznych powodowały, że procesy stowarzyszania się, a następnie integracji w ramach liberalnego porządku przebiegały w praktyce bez większego sprzeciwu. Opornych marginalizowano, a w skrajnych wypadkach eliminowano (w Polsce przypadek Andrzeja Leppera). Dopiero teraz  następuje powolne przebudzenie, ale straty są nie do naprawienia.

Ignorancja i jej skutki

Niewiedza łagodzi negatywne skutki dysonansu poznawczego na tle hipokryzji i sprzeczności między deklaracjami władz a realiami społeczno-gospodarczymi. Niewątpliwie sprzyja promowaniu interesów różnych uprzywilejowanych i wpływowych aktorów. Upowszechnienie wiedzy o faktycznych mechanizmach sprawowania władzy i procesach zewnętrznego sterowania mogłoby spowodować wzrost niepewności i sprzeciwu, a w rezultacie chaosu. Rządzący robią więc bardzo dużo, zwłaszcza za pomocą usłużnych mediów, aby niewygodną wiedzę o patologiach społecznych poddawać kontroli i reglamentacji. Stąd strategie urzędowego przemilczania i zinstytucjonalizowanej amnezji.

Wspólnikiem „produkcji ignorancji” jest współczesne dziennikarstwo, które odwraca uwagę od spraw naprawdę ważnych czy istotnych, zwalcza „niewygodną wiedzę” i jej eksponentów, upowszechnia „nowomowę”, odwracając znaczenia terminów i dezawuując racjonalną argumentację. Media masowe tworzą na skalę przemysłową „szum informacyjny”, rozpowszechniając bałamutne informacje i „alternatywne” fakty.

Szczególny przypadek z polskiego podwórka dotyczy podważania zaufania opinii publicznej do realizmu politycznego. Trwa bezmyślne etykietowanie jego zwolenników, oparte na mechanizmie naznaczenia, dyskredytacji i stygmatyzacji. Silne reminiscencje historyczne i panująca rusofobia kierują ten nurt myślenia, którego nazwę pisze się celowo w cudzysłowie, albo ze skrótem „tzw.”, w stronę zdradzieckiej formacji prorosyjskiej („targowicy”). W ten sposób zawęża się jego przydatność analityczną i wartość wyjaśniającą w odniesieniu do  gry wielkich potęg na przestrzeni dziejów. Tymczasem jest to jedna z najstarszych konceptualizacji stosunków międzynarodowych, której źródła sięgają antycznego histora Tukidydesa i jego „Historii wojny peloponeskiej”. Teoretyczny dorobek realizmu politycznego jest niezaprzeczalny.

Polscy politycy i publicyści najczęściej nie znają schedy XX-wiecznych realistów anglosaskich, począwszy od Edwarda H. Carra, Hansa Morgenthaua czy Kennetha Waltza. Wydają  natomiast jednoznacznie negatywne  opinie o myśleniu realistycznym, będąc faktycznie ignorantami w tej dziedzinie. Polski świat akademicki także unika sięgania po konstrukcje teoretyczne i założenia metodologiczne realizmu politycznego, aby nie stać się obiektem prymitywnej krytyki ze strony ignorantów. Chwalebnym wyjątkiem jest publikacja profesora W. Juliana Korab-Karpowicza pt. „Realizm polityczny. Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych” (SCHOLAR, 2026). Sprowokowanie dyskusji wokół niej mogłoby zapobiec  utonięciu dzieła w „produkcji ignorancji”.

Porządek międzynarodowy w sferach koncepcyjnej i realizacyjnej funkcjonuje zawsze dzięki temu, że dominujące mocarstwa, poddając uniwersalizacji swoje partykularne interesy, dążą do utrzymania systemu międzynarodowego we względnej równowadze. Ich hipokryzja i cynizm polegają na tym, że wykorzystują dla egoistycznych celów całe wspólnoty państw, podporządkowując je sobie w imię bezpieczeństwa, dobra wspólnego, pokoju czy ochrony praw człowieka. Liberalne demokracje nie różnią się pod tym względem od reżimów niedemokratycznych.

Wiara w kapryśnego hegemona

W polskiej wyobraźni politycznej na temat stosunków międzynarodowych istnieje ciągła tęsknota za ustanowionym raz na zawsze porządkiem międzynarodowym, który zapewniałby trwałe zakotwiczenie państwa w bezpiecznych i niezawodnych sojuszach. Takie myślenie ma charakter ahistoryczny i jest niestety produktem ignorancji. Każdy bowiem porządek społeczny, w tym międzynarodowy, jako zamknięty zespół wartości, norm i instytucji, które zapewniają stabilność i przewidywalność, istnieje jedynie w teorii. W praktyce mamy do czynienia ze stale zmieniającym się środowiskiem, w którym dynamika układów sił geopolitycznych determinuje mobilizację strategiczną, skierowaną na maksymalne zaspokojenie egoistycznych interesów.

Zwłaszcza państwa o rangach niemocarstwowych nigdy nie są pewne osiągniętego etapu konsolidacji porządku, do którego należą. Po latach względnego spokoju i stabilności zazwyczaj dochodzi do kumulacji sytuacji kryzysowych, które podważają skuteczność przywództwa i obniżają funkcjonalność sojuszy. Aby zaradzić negatywnym zjawiskom, przekierowuje się uwagę uczestników na zagrożenia zewnętrzne, a powszechna militaryzacja staje się zjawiskiem pierwszoplanowym. I znowu daje o sobie znać ignorancja, której efektem są potężne, często nietrafione wydatki na zbrojenia i przywiązanie do „bezalternatywnych” strategii rywalizacyjnych.  W przypadku Polski jedynie przywrócenie normalności w stosunkach z Rosją może ograniczyć negatywne skutki irracjonalności w zachowaniach  decydentów.

Oddawanie swojego losu i bezpieczeństwa w ręce kapryśnego hegemona świadczy nie tylko o braku mądrego wnioskowania z historii. Jest także dowodem samooszukiwania się i głębokiego upodlenia. Wyścig polskich notabli o łaskawość zaoceanicznego protektora w sprawie stacjonowania amerykańskich legionów jest objawem „zbiorowego infantylizmu”. Nie trzeba przecież specjalnego dowodu na to, że uzależniając się całkowicie od obcej „polisy ubezpieczeniowej”, polscy politycy pchają Polskę we wspieranie wszelkich awantur inicjowanych przez USA.

Poza polityką zbrojeń ignorancja połączona z brakiem wyobraźni rządzi także bezpieczeństwem energetycznym i żywnościowym, migracjami i zarządzaniem granicami. Doprawdy trudno pojąć logikę barykadowania Polski od strony Rosji i Białorusi, gdy tymczasem granica z Ukrainą, będącą w stanie wojny, jest miejscem wielu przemilczanych nadużyć, a państwo jest otwarte na imigrację jak nigdy przedtem. Brakuje ponadto debaty na poziomie politycznym i eksperckim na temat szkodliwych skutków jednostronnych uzależnień, a dogmatyzacja lojalności sojuszniczej „na dobre i złe” wobec Ukrainy uodparnia „reżim ignorancji” na zmiany i przewartościowania dotychczasowej strategii.

Ignorancja stoi na przeszkodzie właściwemu rozpoznaniu natury liberalnego porządku międzynarodowego. W istocie opiera się on na wspólnocie interesów dawnych potęg kolonialnych i brutalnych imperiów, których praktyki wobec podbijanych ludów miały charakter haniebny. To tam zrodził się rasizm i wszelkie możliwe formy opresji. Polska, która w swoim dziedzictwie historycznym powołuje się na własne wartości  tolerancji, humanitaryzmu i solidarności, zamiast dystansować się od  nikczemności idei i instytucji wymyślonych na Zachodzie, przyjmuje je bezkrytycznie, co jest niewątpliwie skutkiem głębokiej ignorancji. Nie wiadomo, czy rządzący zdają sobie sprawę z tego, że biorą na siebie odium za czyny nigdy niepopełnione przez Polaków.

Pułapka narracji historycznej

Będąc przez wiele dekad pryncypialnym uczestnikiem rozliczania zbrodni reżimów totalitarnych – nazizmu i stalinizmu – Polska afirmuje zachodnią narrację zwycięstwa w II wojnie światowej. Skutkuje to przyzwoleniem na włączenie do uznanej pamięci historycznej ukraińskich zbrodniarzy wojennych, winnych czystek etnicznych na Polakach Wołynia i Galicji Wschodniej.  Wizja porządku międzynarodowego opartego na heroizacji zbrodniarzy ma zawsze charakter jątrzący i konfliktogenny. Prędzej czy później doprowadzi do kolejnej katastrofy w stosunkach między zwaśnionymi stronami. Szkoda, że polskie elity polityczne III RP, ogłupiane przez lata rusofobiczną propagandą, doprowadziły do zhańbienia pamięci o ofiarach banderowskiego ludobójstwa poprzez obojętność wobec oficjalnego na Ukrainie kultu zbrodniarzy, ale na domiar złego, brną dalej we wspieranie skorumpowanego reżimu kijowskiego, nieliczącego się z wrażliwością Polaków.

W związku z ludobójstwem Izraela w Gazie oraz odkryciem ogromnej korupcji w ukraińskich kręgach władzy, niemal na całym Zachodzie przyjęto tworzenie „prawdy alternatywnej”. Odwracanie uwagi i lekceważenie niewygodnej wiedzy bazuje na podkreślaniu „prawa Izraela do obrony”, a w przypadku Ukrainy wyolbrzymianiu jej roli w obronie wartości „wolnego świata”, których sama Ukraina nigdy nie przestrzegała i nie przestrzega.  Każdy krytyk Izraela jest napiętnowany jako „antysemita”, a oskarżający Ukrainę z automatu nabywa miano „agenta Putina”. To tylko dwie ilustracje tego, jak liberalny porządek wykorzystuje umyślną ignorancję dla zaciemniania prawdy o przestępczej działalności rządów i armii.

Gdy dzięki prezydentowi Donaldowi Trumpowi zrezygnowano z idealizacji liberalnego porządku, okazało się, że nie obowiązują w nim żadne „wartości ani zasady”, którymi „czarowano” przez lata swoich i obcych. Nie oznacza to jednak, że populizm Trumpa nie sięga do podobnych praktyk ignorancji, które rażą swoją nachalnością i brakiem skrupułów. Przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii wytwarzania wiedzy (przy zastosowaniu sztucznej inteligencji) dochodzi do algorytmicznego dobierania treści i zacierania w oczywisty sposób granic między prawdą a kłamstwem. W połączeniu z porażającą niekompetencją funkcjonariuszy publicznych prowadzi to do demontażu demokratycznych podstaw ustrojowych – rządów prawa i kontroli władz.

Kłamstwa i tupet

W oficjalnej propagandzie sięga się do jawnych zmyśleń i przeinaczeń, co obrazują wypowiedzi najwyższych funkcjonariuszy z prezydentem USA na czele, na przykład w odniesieniu do Iranu. Odwoływanie się w wielu sprawach do spiskowych tropów służy ignorantom do unikania dowodów empirycznych. Język debaty publicznej nie sięga do wyszukanych retorycznych popisów, ale celem wywołania emocjonalnych odruchów w społeczeństwie – do pospolitych obelg, inwektyw i zniesławień.

Na szczęście, są jeszcze przyzwoici ludzie, którzy ujawniają szkodliwe manipulacje i nadużycia władz. Dzięki wysiłkowi intelektualnemu i cywilnej odwadze amerykańskich dziennikarzy doszło na przykład do ujawnienia, że wojnę z Irakiem w 2003 roku oparto na sfabrykowanych dowodach i fałszywych zarzutach przeciw Saddamowi Husajnowi posiadania broni masowej zagłady. Warto przypomnieć najsłynniejszego sygnalistę i demaskatora w historii, Edwarda Snowdena, który w 2013 roku obnażył na łamach prasy bezprawne praktyki inwigilacji i prześladowań obywateli USA. W związku z kryzysem migracyjnym  w Europie wielu uczciwych ludzi ujawniło głęboki rozdźwięk między retoryką humanitarną rządów państw unijnych a utrzymywaniem brutalnych reżimów granicznych.

Konkludując, można pokusić się o twierdzenie, że współczesny porządek międzynarodowy, będący mieszaniną dezynwoltury i chaosu, jest rezultatem świadomie konstruowanej ignorancji, systematycznej produkcji niewiedzy. Wielkim potęgom ciągle udaje się pod szyldami moralnej wyższości i cywilizacyjnego posłannictwa  maskować sprzeczności między głoszonymi postulatami a faktycznymi, często haniebnymi i szkodliwymi zachowaniami.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)

Czy Grupa Wyszehradzka ma wciąż potencjał?

Czy Grupa Wyszehradzka ma wciąż potencjał?

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-czy-grupa-wyszehradzka-ma-wciaz-potencjal

Format współpracy środkowoeuropejskiej przeżywał wzloty i upadki. Ostatnio, w związku z wewnętrznymi animozjami politycznymi, był praktycznie martwy, a co najmniej uśpiony. 

Wiele wskazuje jednak na to, że – wbrew licznym pesymistycznym prognozom – współpraca środkowoeuropejska wciąż zachowuje potencjał, i to na kilku płaszczyznach. 

Ukraina – wspólny problem?

Stanowisko poszczególnych krajów z wyszehradzkiej czwórki (Polska, Słowacja, Węgry, Czechy) w sprawie najbardziej przepełnionej aktualną treścią, czyli wobec konfliktu na Ukrainie, nie było i nadal nie jest jednolite. Warszawa na przestrzeni ostatnich lat w sposób ewidentny blokowała rozwój współpracy w naszym regionie. „Musimy się przyznać do tego, że polskie rządy w latach 2022-2024 były tymi, które psuły relacje wewnątrz Grupy Wyszehradzkiej. To właśnie Polska sprawiała wrażenie, że nie chce współpracować z Węgrami, czy również w pewnym sensie ze Słowacją” – mówi nam poseł Roman Fritz (Konfederacja Korony Polskiej) z sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Mamy jednak pewne obiektywne, wspólne interesy, które łączą Warszawę, Bratysławę, Budapeszt i Pragę. Tym obiektywnym interesem jest w pierwszej kolejności powstrzymanie dalszej eskalacji, również przestrzennej, toczącej się wojny. Nieuchronnie to właśnie nasze cztery kraje (trzy spośród nich mają z Ukrainą bezpośrednią granicę) narażone są najbardziej na skutki i ryzyka dalszego trwania konfliktu. To również my (w przeważającej mierze Polska) przyczyniamy się do trwania owego niekorzystnego i ryzykownego dla nas konfliktu poprzez sprowadzenie naszego terytorium do roli tranzytowej dla przerzutów broni do Kijowa. Ewentualne odcięcie dostaw przez nasze terytorium, uzupełnione jeszcze o stosowne porozumienie w tej sprawie z Rumunią, właściwie w ciągu kilku miesięcy przyniosłoby kres krwawemu konfliktowi zbrojnemu u naszych granic. 

Po zakończeniu wojny staniemy jednak znów przed obliczem wspólnego zagrożenia dla całego naszego regionu Europy. Tym zagrożeniem będzie geograficzne sąsiedztwo z rozsadnikiem przestępczości (handlu bronią, przemytu ludzi i substancji zakazanych), któremu będziemy musieli stawić wspólnie czoła, nie doprowadzając jednocześnie do zamknięcia wolnego ruchu granicznego między naszymi krajami. 

Tradycja ochrony mniejszości

Europa Środkowa to tradycyjnie obszar przenikania się kultur. Jednocześnie to przestrzeń, na której ośrodkom zewnętrznym bardzo łatwo rozniecić konflikty etniczne i narodowościowe, prowadzące do podziałów i hamujące nie tylko integrację, ale wszelką współpracę w regionie. Problem liczącej około 100 tysięcy populacji węgierskiej na ukraińskim Zakarpaciu nie jest zatem sprawą do rozwiązania wyłącznie dla Budapesztu. Jest raczej wspólnym wyzwaniem, choć społeczności pozostałych narodów środkowoeuropejskich na Ukrainie są mniejsze (wspólnota polska uległa praktycznemu zanikowi wskutek prowadzonej najpierw przez Związek Radziecki, a później przez Kijów polityki). Nie zmienia to faktu, że wykazanie przez kraje naszej części Europy solidarności z Węgrami leży w interesie każdego z państw Grupy Wyszehradzkiej z osobna. 

A z realizacją zawartych ostatnio przez Budapeszt i Kijów ustaleń w sprawie ochrony praw mniejszości mogą być poważne problemy. „Kijów nie będzie w stanie nad tym panować. Straszliwy konflikt zbrojny na terenie Ukrainy i de facto postępująca dekompozycja tego kraju pozwalają jednoznacznie stwierdzić, że trzeba poczekać na pokój i na okrzepnięcie jakiejś przyszłej administracji” – obawia się Roman Fritz .

Nieakceptowalne odwołania historyczne

Problem z mniejszościami wzmacnia ostatnio kwestia polityki historycznej Kijowa. Kolejne odwołania do tożsamości nacjonalistycznej, a właściwie etnocentrycznej, zarówno w duchu Stiepana Bandery, jak i innych nurtów ukraińskiego nacjonalizmu, tworzą grunt pod konfrontację ze wszystkimi sąsiadami, również tymi środkowoeuropejskimi. Warto pamiętać, że ofiarami ludobójstwa dokonanego przez UPA padali nie tylko Polacy, ale również inne grupy mniejszościowe, przede wszystkim Czesi. Wybór tożsamości politycznej przez Kijów niejako w naturalny sposób stawia go w opozycji wobec całej Grupy Wyszehradzkiej. 

Słabość centralnego aparatu władzy na ogarniętej wojną Ukrainie sprawiać będzie jednak, że wiele zależeć będzie od czynnika samorządowego różnych szczebli. „W tej chwili dużo będzie zależało od samorządów na Ukrainie, w tym wypadku samorządów miast znajdujących się na terenie Zakarpacia, czyli Użhorodu i tak dalej. Jak tam będą postrzegane wzajemne relacje i kto tam będzie zarządzał? Mamy oczywiście w Polsce doświadczenia nieciekawe, jeżeli chodzi o samorządy ukraińskie, chociażby takie miasta jak Stanisławów, czyli obecnie Iwano-Frankiwsk, jak gdyby nigdy nic kultywują pamięć o pseudobohaterach przez nadawanie honorowego obywatelstwa miasta ludobójcom – Banderze i Szuchewyczowi” – mówi nam Roman Fritz.

Korzyści z dialogu

Trzy spośród czterech państw Grupy Wyszehradzkiej (Słowacja, Czechy, Węgry) w mniejszym lub większym stopniu spoglądają pragmatycznie na relacje z Rosją, przede wszystkim na ich wymiar gospodarczy. Węgry i Słowacja w dalszym ciągu importują rosyjskie surowce energetyczne, a ich władze otwarcie deklarują, że nie zamierzają z nich rezygnować, dopóki jest to opłacalne ekonomicznie. Polska i Czechy obiektywnie mogłyby zyskać na wznowieniu współpracy z Rosją, obniżając ceny paliw. Wizja traktowania Europy Środkowej jako hubu służącemu importowi i dystrybucji węglowodorów zza oceanu okazała się zbyt optymistyczna. Po prostu cena surowca amerykańskiego jest zbyt wysoka, by można było oprzeć na nim rozwój środkowoeuropejskich gospodarek. „Działania Magyara służą głównie kreacji lepszego wizerunku. Natomiast oczywiście twarde osie geopolityki pozostają bez zmian. Kraje leżą tam gdzie leżą, wyspy leżą tam gdzie leżą, rzeki płyną, tak jak płynęły i szlaki handlowe również. Mogę tylko uzupełnić, że wcale nie jest tak, że Węgry są skazane na najściślejszą współpracę z Niemcami, czy z Unią Europejską” – zauważa Roman Fritz. Wielowektorowość polityki węgierskiej to jednak nie tylko pragmatyczne podejście do stosunków z Rosją. To również współdziałanie z innymi liczącymi się graczami globalnymi, często wbrew naciskom tzw. Zachodu. W tej kwestii rząd Pétera Magyara zapewne niewiele zmieni. „Węgry mają znakomite relacje przede wszystkim z Chinami. Inwestycje chińskie na Węgrzech są naprawdę bardzo imponujące, stąd należy traktować ten kraj jako przyczółek chińskiej ekspansji na Unię Europejską” – ocenia poseł Konfederacji Korony Polskiej. Dodaje też, że w Budapeszcie spory nacisk kładzie się także na kierunek południowy polityki zagranicznej – współpracę z Rumunią czy Chorwacją. 

Wspólny front w Europie?

W interesie wszystkich krajów Grupy Wyszehradzkiej leży wypracowanie wspólnego stanowiska wobec Brukseli, i to w co najmniej dwóch sprawach. Pierwsza to polityka Zielonego Ładu narzucana przez Brukselę, obok innych, nieracjonalnych ekonomicznie agend unijnych. Wyszehradzka czwórka mogłaby z powodzeniem koordynować swoje działania wobec Brukseli, od czasu do czasu pozyskując również wsparcie innych krajów członkowskich, przede wszystkim Rumunii i Bułgarii. Nowy rząd węgierski ma też jednak inne priorytetowe kierunki polityki zagranicznej. „Péter Magyar zapowiada ściślejszą współpracę z państwami niemieckojęzycznymi. To przeniesienie środka ciężkości; zacieśnia relacje i z Austrią i z Niemcami i wręcz zaprasza Niemcy do bycia czymś w rodzaju piątego koła tego wozu, który nazywamy Grupą Wyszehradzką. Świadczą o tym jego intensywne wyjazdy zagraniczne zapoczątkowane w Warszawie, ale potem przecież były Austria, Niemcy i Bruksela” – zauważa Roman Fritz. 

Czy rzeczywiście są szanse na realną reaktywację formatu wyszehradzkiego? Poseł Fritz zauważa rolę innych, nie do końca zależnych od nas czynników: „Ja bym na to w ogóle spojrzał szerzej. To nie zależy nawet od Budapesztu czy od Warszawy, od Pragi i Bratysławy. To zależy od samej kondycji Unii Europejskiej, jej centrali i oczywiście głównego rozgrywającego, czyli Niemiec. Jeżeli sprawy już poszły za daleko i Unia Europejska ugina się pod własnym ciężarem, pod ciężarem przeregulowania gospodarki, tego neokomunizmu, który przejawia się we wspieraniu ruchów antytradycyjnych, tak to nazwijmy delikatnie – to siłą rzeczy następują jakieś tam pęknięcia. Do tej pory Grupa Wyszehradzka była jak gdyby taką małą jamą w tym wielkim konglomeracie unijnym, która pokazywała, że jest możliwa współpraca krajów mających bardzo zbliżony do siebie zarówno poziom gospodarczy, jak i wspólne, podobne pamięci historyczne, bo wszystkie te cztery kraje przecież pamiętały doskonale komunizm, satelickie zarządzanie przez Związek Sowiecki. Na tym tle doszło do naturalnej współpracy. Grupa Wyszehradzka jest rozgrywana jednak przez innych już od wielu lat i te pęknięcia są duże”.

Poseł Konfederacji Korony Polskiej jest sceptykiem co do rozszerzenia formatu współdziałania w naszym regionie. Dostrzega jednak obszary potencjalnej aktywności: „Pewnie pozwolą nam współpracować w Grupie Wyszehradzkiej na zasadzie wizerunkowej, drobnej współpracy przygranicznej, czy projektu Via Carpatia. Natomiast to nie będzie skutkowało niczym poważniejszym” – prognozuje.

Czy zatem wspólnota interesów ustąpi przed wpływami zewnętrznymi? Czas pokaże, jednak nasz region wciąż ma szansę, której może do końca nie zmarnować. 

Mateusz Piskorski

Kto zyskuje przewagę w naszej „zimnej wojnie” z Rosją?

Kto zyskuje przewagę w naszej „zimnej wojnie” z Rosją?

prof. Witold Modzelewski myslpolska/kto-zyskuje-przewage-w-naszej-zimnej-wojnie-z-rosja

Istotą tej „wojny” jest jak dotąd strach: klasa polityczna uwierzyła, że grozi nam nieuchronnie „agresja rosyjska”, przez co zmusza się nas do nadzwyczajnych wydatków na zbrojenia na koszt obecnych i przyszłych pokoleń.

Jest rzeczą oczywistą, że robimy to również (głównie?) poprzez redukcję wydatków na cele cywilne: nie tylko o charakterze rozwojowym, ale również bieżącym – nawet  na wydatki ochrony zdrowia (w NFZ zabrakło ponad 20 mld zł, zamykane są oddziały w szpitalach, a być może i całe szpitale); budżet nie dołoży tych pieniędzy, bo realizujemy wyśrubowany program zbrojeniowy. W podobny sposób reagują niektóre inne państwa NATO, ale nie wszystkie. Rosja podtrzymuje skrzętnie ten strach (głównie poprzez tzw. wrogą narrację). A może dajemy się okpić? Bo przecież dzięki tym wydatkom głównie finansujemy nierentowne fabryki przemysłu zbrojeniowego, zwłaszcza w USA, bo to mocarstwo jako eksporter (poza kilkoma surowcami) nie ma już nic więcej do zaoferowania. To jest system naczyń połączonych: nasze pieniądze, wydawane głównie za granicą, podtrzymują byt w sumie pasożytniczych branż, czyli ktoś się bogaci (nasze „przywództwo”), a my biedniejemy.

Kto więc obiektywnie zyskuje w naszej „zimnej wojnie” z Rosją: my, czy nasz „odwieczny wróg” (tu posługuje się językiem obowiązującym po to, aby nie spotkać się z zarzutem „siania dezinformacji”)? Poprawność nakazuje wskazywać nas jako „zwycięzców” (przynajmniej jak dotąd), bo, po pierwsze, mamy coraz więcej sprzętu wojskowego i możemy się trochę mniej bać „rosyjskiej agresji”; po drugie, możemy dalej słownie pomiatać „ruskimi”, a zwłaszcza do woli nazywać „zbrodniarzem” prezydenta Rosji; i, po trzecie, dalej kupować dużo droższą ropę oraz gaz ziemny od innych państw na złość Rosji. To wielkie przewagi a nawet zwycięstwa – może jeszcze nie na miarę „cudu nas Wisłą” i Odsieczy Wiedeńskiej, ale jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa.

Rosja w tym czasie również wydaje krociowe sumy na wojsko (nawet dużo większe), wciąż nam „zagraża” i „niedługo zaatakuje jedno z państw NATO” (tak informują nasi oficjele). Ni mniej, ni więcej – oznacza to, że nie uzyskujemy jakiegokolwiek efektu odstraszenia. Rosja nie tylko nie chce kapitulować, nie prosi o pokój, nie deklaruje wypłaty odszkodowania „walczącej Ukrainie” (jej oligarchom?) oraz nie zapowiada „wydania Putina w ręce międzynarodowej sprawiedliwości”, a przede wszystkim nie chcę wycofać się ze wszystkich okupowanych ziem ukraińskich, łącznie z Krymem. Takie są przecież cele naszej polityki zagranicznej.

Jeśli wydatki publiczne w wysokości 5% na obronność są zbyt małe, aby Rosja po dobroci zrealizowała nasze żądania, to mamy dwa wyjścia: albo jeszcze wyżej podnieść kwoty tych wydatków, zwiększając nasz dług, lub wprowadzić nadzwyczajny podatek wojenny na kwotę kolejnych 5% PKB; albo – wyegzekwować nasze żądania siłą, bo jak wiemy (inaczej nam myśleć nie wolno) Rosja jest „słoniem na glinianych nogach” i tylko patrzeć jak zegnie kolana. Mamy więc do wyboru: dalej wykrwawiać się ekonomicznie, albo zarówno ekonomicznie, jak i być może bezpośrednio.

Można więc zadać retoryczne pytania: gdzie się znaleźliśmy po ponad 10 latach polityki proukraińskiej i czy to jest sukces czy porażka? Czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że oczekiwane zwycięstwo Ukrainy będzie dla nas największym zagrożeniem; będzie to przecież regionalne mocarstwo, o dużo silniejszej od naszej armii, które nie będzie „wdzięczne” za naszą bezinteresowną pomoc, lecz wejdzie (już weszło?) w sojusz z RFN. Jest to wysoce prawdopodobne.

Może więc czas na zmiany po to, aby oddalić złe scenariusze.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)

Nowe przygody Murzynka Bambo

Nowe przygody Murzynka Bambo

Autor: CzarnaLimuzyna , 5 czerwca 2026

Murzynek Bambo w Polsce dziś mieszka

czarną ma skórę i też „koleżka”

Polaka w głowę od tyłu bije

albo próbuje złapać za szyję

w ramach kultury i bez agresji

z wielkiej przyjaźni i w wyobraźni –

tak piszą media z syndromem znanym

niezbyt przejrzystej, zamglonej jaźni

=======================================================

Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.

Bo im szersza strona mego ducha żyje życiem zbiorowym narodu, tym jest mi ono droższe, tym większą ma ono dla mnie cenę i tym silniejszą czuję potrzebę dbania o jego całość i rozwój.

– Roman Dmowski, „Myśli nowoczesnego Polaka”

=========================================================

Mógłbym poprzestać na cytacie z Dmowskiego, bo kto go nie rozumie, nic nie zrozumie. Ludzie, którzy przedstawiają niższy typ człowieka, upodlając się do poziomu przeciwników cywilizacji zawsze będą przeciwko Polsce, popierając barbarzyńców kosztem własnego narodu – własnego tylko teoretycznie, bo identyfikują się przecież nie z Polską tylko z jakąś inną fikcyjną wspólnotą. Za czasów pierwszego Eurokołchozu była to wspólnota krajów komunistycznych, a dziś krajów unijnych – w jednym i w drugim przypadku narodów zdominowanych i zniewolonych, niszczonych na poziomie kultury i tożsamości.

Opis wydarzenia: “Sprawca powinien opuścić nasz kraj”…

Do zdarzenia doszło w nocy z soboty na niedzielę w jednym z lokali przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Według relacji świadków 41-letni obywatel Zimbabwe najpierw odepchnął stojącego przy barze 40-letniego mieszkańca Lublina. Po krótkiej wymianie zdań wydawało się, że sytuacja została zażegnana.

Po chwili napastnik wrócił jednak do mężczyzny i niespodziewanie uderzył go szklanką z piwem w okolice głowy. Świadkowie podkreślali, że atak nastąpił nagle i od tyłu. Poszkodowany trafił do szpitala z rozległą raną wymagającą szycia. Według informacji przekazywanych przez media stwierdzono u niego również obrażenia kręgosłupa. Sprawcę ujęli pracownicy ochrony lokalu i przekazali policji. Ponieważ był pod wpływem alkoholu, trafił najpierw do izby wytrzeźwień.

Bosak: Być może nawet usiłowanie zabójstwa

W przedmiotowej sprawie według dostępnych opisów mamy do czynienia co najmniej z pobiciem przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, a być może nawet z usiłowaniem zabójstwa” – napisał. Jego zdaniem osoba atakująca człowieka ostrym przedmiotem w okolice głowy, karku i szyi powinna przewidywać możliwość spowodowania śmierci ofiary. /link/

Maccabi Tel Awiw. Właściciel Pogoni Szczecin odmówił Żydom. Nie gryzł się w język.

„Gdybym żył w czasach nazistowskich Niemiec…”. Właściciel Pogoni Szczecin odmówił Żydom. Nie gryzł się w język

5.06.2026 nczas/gdybym-zyl-w-czasach-nazistowskich-niemiec-wlasciciel-pogoni-szczecin-odmowil-zydom-nie-gryzl-sie-w-jezyk

Alex Haditaghi, właściciel Pogoni Szczecin.
NCZAS.INFO | Alex Haditaghi, właściciel Pogoni Szczecin. / Fot. PAP

Gdybym żył w czasach nazistowskich Niemiec, jednego z najczarniejszych rozdziałów historii, nie nawiązałbym współpracy biznesowej z żadnym klubem sportowym reprezentującym nazistowskie Niemcy. (…) Dziś muszę zastosować tę samą miarę moralną – odpisał izraelskiemu klubowi właściciel Pogoni Szczecin Alex Haditaghi.

Izraelski klub Maccabi Tel Awiw złożył oferty za dwóch piłkarzy Pogoni Szczecin. Chodzi o Dimitriosa Keramitsisa i Leo Borgesa.

Właściciel Pogoni, choć mógłby zarobić spore pieniądze, nie chce w ogóle wchodzić w negocjacje z klubem żydowskim. Haditaghi, mający korzenie irańskie, jako powód odmowy wprost podaje cierpienie cywilów w regionie oraz „gwałtowne, ludobójcze i nieludzkie działania państwa izraelskiego”.

Haditaghi ujawnił treść odpowiedzi, jakiej udzielił izraelskiemu klubowi. Cytujemy ją poniżej w całości:

Dziękuję za zainteresowanie współpracą biznesową z Pogonią Szczecin oraz za zainteresowanie naszymi zawodnikami, Léo Borgesem i Dimitriosem Keramitsisem.

Zawsze wierzyłem, że sport powinien jednoczyć ludzi. Piłka nożna powinna być większa niż polityka, większa niż granice i większa niż podziały. Powinna reprezentować nadzieję, szacunek, jedność i człowieczeństwo.

Jednakże są momenty w historii, kiedy milczenie staje się współudziałem, a kiedy pieniądze, interesy biznesowe i okazje muszą ustąpić miejsca sumieniu.

Biorąc pod uwagę trwające cierpienie niewinnych cywilów w Gazie, Libanie, Iranie i w całym regionie, oraz biorąc pod uwagę gwałtowne, ludobójcze i nieludzkie działania państwa izraelskiego, nie uważam, aby było moralnie słuszne, by nasz klub kontynuował jakiekolwiek transakcje biznesowe z klubem reprezentującym Izrael w obecnej chwili.

Moja odpowiedzialność jako Przewodniczącego i Właściciela nie ogranicza się jedynie do ochrony interesów finansowych naszego klubu. Polega również na ochronie wartości, zasad i człowieczeństwa, za które nasz klub musi się opowiadać.

Gdybym żył w czasach nazistowskich Niemiec, jednego z najczarniejszych rozdziałów historii, nie nawiązałbym współpracy biznesowej z żadnym klubem sportowym reprezentującym nazistowskie Niemcy – reżim odpowiedzialny za masowe morderstwa i zbrodnie popełnione na milionach niewinnych ludzi.

Dziś muszę zastosować tę samą miarę moralną.

Są momenty, kiedy etyka musi być silniejsza niż zysk i pieniądze. Są momenty, kiedy człowieczeństwo musi być ważniejsze niż interesy biznesowe i pieniądze. To jeden z takich momentów.

Z tego powodu, z szacunkiem, nie będziemy kontynuować negocjacji w obecnej chwili.

Mam nadzieję, że pewnego dnia piłka nożna i sport znów będą wyłącznie o piłce nożnej. Ale dopóki niewinni ludzie nie będą chronieni, dopóki człowieczeństwo nie będzie szanowane, a świat nie przestanie akceptować nieakceptowalnego, musimy stanąć po stronie sumienia.

Będziesz Kowalem naszego szczęścia. MEM-y V.

———————————-

Dać im!! Bo czym będą wywozić dolary z Ukrainy??

—————————————————

——————————————————

—————————————–

—————————

—————————————

——————————–

————————————

Ukraińcy lubią duże sumy. MEM-y IV.

————————-

————————————–

—————————

———————————————–

————————————————-

———————————

ściślej: Policjanci z Pragi-Południe zatrzymali 57-letniego obywatela Ukrainy w sprawie wyłowienia dużego suma z jeziorka Balaton na Gocławiu.

—————————-

Jaką rolę odegrały Niemcy w przekształceniu Ukrainy w państwo antypolskie?

Jaką rolę odegrały Niemcy w przekształceniu Ukrainy w państwo antypolskie?

Andrzej Korybko 3 czerwca 2026 r. korybko-substack

Zarówno antyrosyjskie, jak i antypolskie przejawy nacjonalizmu ukraińskiego służą interesom Niemiec.

Trwający tydzień skandal, który wybuchł po tym, jak Zełenski gloryfikował sprawców ludobójstwa wołyńskiego , co skłoniło jego polskiego odpowiednika Karola Nawrockiego do ogłoszenia planów cofnięcia mu Orderu Orła Białego nadanego mu przez poprzednika, nadał Polakom napięte więzi międzyludzkie. Bezprecedensowe ataki ukraińskich trolli na Polaków na portalu X, które wielu uważa za skoordynowane z niesławnymi farmami trolli w tym kraju, pokazały Polakom, jak wielu Ukraińców ich zaciekle nienawidzi.

Publiczne świętowanie ludobójców przez Zełenskiego ośmieliło jego naród do pójścia w jego ślady, nie pozostawiając tym samym wątpliwości żadnemu obiektywnemu obserwatorowi, że Ukraina jest teraz nie tylko państwem antypolskim (co nie było jej pisane ), ale także faszystowskim. Polacy są, co zrozumiałe, zbulwersowani tą transformacją, która trwa od czasów „EuroMajdanu”, ale wielu z nich zaprzeczało jej istnieniu aż do zeszłego tygodnia. Niemcy są jednak znacznie bardziej powściągliwi. Jest to szczególnie widoczne, ponieważ Zełenski gloryfikuje kolaborantów Hitlera.

Podczas gdy wielu Polaków było trzymanych w niewiedzy przez elity co do wspomnianej transformacji Ukrainy, a sympatycy Ukrainy w swoim społeczeństwie oczerniali każdego, kto o tym mówił, nazywając go „„Ruską onucą”, (w istocie „rosyjskim pożytecznym idiotą”), w przypadku Niemców było inaczej. Ich media zwracały znacznie większą uwagę na gloryfikację faszyzmu na Ukrainie po „Majdanie”, w tym kolaborantów Hitlera, ale ich elity nadal ignorowały to ze względu na strategiczną wygodę w stosunku do Rosji.

Podobnie jak „elity” polskie, „elit”y” niemieckie kalkulowały, że ten trend społeczno-polityczny można wykorzystać przeciwko Rosji, przekształcając Ukrainę w to, co Kreml obecnie uważa za „antyrosję”, której celem jest wykorzystanie jej jako narzędzia do osłabiania Rosji i rozszerzania NATO. Niezależnie od tego, co myślimy o zaletach i moralności tej polityki, właśnie tym ona jest i rzeczywiście odniosła pewien sukces, jeśli chodzi o status Ukrainy jako cienia NATO .

Niemcy nie dostrzegały żadnych negatywnych skutków tej makiawelicznej polityki, ponieważ to Germanie, tacy jak Austriacy, a następnie sami Niemcy (imperialne, weimarskie i nazistowskie Niemcy), wykorzystali ukraiński nacjonalizm jako broń, gdy Rosjanie i Polacy przestali to robić po rozbiorach Polski. Z rosyjskiej perspektywy, międzywojenna Polska krótko próbowała wykorzystać ukraiński nacjonalizm przeciwko bolszewikom, ale nie udało się to, gdy niewielu Ukraińców przyłączyło się do wspólnych działań Józefa Piłsudskiego i Symona Petlury.

Tak czy inaczej, sednem sprawy jest to, że współczesny nacjonalizm ukraiński został ukształtowany w znacznie większym stopniu przez wpływy germańskie, a konkretnie niemieckie, niż cokolwiek innego, stąd też współczesne Niemcy po raz kolejny wykorzystały tę ideologię jako broń, tym razem przeciwko Federacji Rosyjskiej. Polska przyłączyła się do tego, naiwnie wierząc, że ukraiński nacjonalizm przedłoży swoje tendencje antyrosyjskie nad antypolskie, pomagając w ten sposób Zachodowi jako całości zadać strategiczną klęskę Rosji.

Pomiędzy sukcesem „EuroMajdanu” w 2014 roku a wybuchem zakrojonych na szeroką skalę działań wojennych między Rosją a Ukrainą w 2022 roku, a z pewnością tuż po tym ostatnim, Polska mogła uzależnić udzielenie wszechstronnej pomocy Ukrainie od korzystnego dla siebie rozwiązania sporu o ludobójstwo wołyńskie. Warunki te mogły przewidywalnie obejmować zezwolenie na ekshumację i pochówek wszystkich ofiar, formalne uznanie tej zbrodni wojennej oraz kryminalizację gloryfikacji jej sprawców.

Nikt poważnie nie oczekiwał, że Niemcy będą wiązać swoją deklarowaną pomoc po 2022 roku z warunkami politycznymi, które zapobiegłyby transformacji Ukrainy w państwo faszystowskie, ponieważ taki scenariusz nie zaszkodziłby Niemcom, jak to tłumaczono, a jedynie wzmocniłby ich interesy wobec Rosji. Polska zawsze miała zasadniczo inny stosunek do ukraińskiego nacjonalizmu, a wojna polsko-bolszewicka była jedynym wyjątkiem ze względów taktyczno-strategicznych, ze względu na historię ludobójstwa Polaków przez Ukraińców.

Jeszcze przed ludobójstwem wołyńskim z czasów II wojny światowej, Ukraińcy dokonali ludobójstwa na Polakach (i Żydach) podczas powstania Chmielnickiego w połowie XVII wieku , a następnie na „ Koliszczyźnie ” wiek później, ale Polska naiwnie wierzyła, że ​​ukraiński nacjonalizm „wyrósł” ze swoich antypolskich korzeni. To był poważny błąd w kalkulacji i pokazuje, dlaczego Polska nie powiązała pomocy wojskowej z Wołyniem, w tym, co najważniejsze, ciężkiego uzbrojenia, którą przekazała Ukrainie od 2022 roku.

Cynicznie rzecz biorąc, jednym z powodów, dla których Niemcy zwlekały z wysłaniem równoważnej pomocy Ukrainie, mogło być to, że Polska najpierw wyczerpała swoje zapasy, wiedząc, że polski kompleks militarno-przemysłowy jest daleko w tyle za niemieckim i jest zależny od importu z USA i Korei. W związku z tym, gdy Polsce zabrakło dostaw, Niemcy zintensyfikowały swoje działania, co przyniosło dramatyczny efekt, równolegle z kampanią informacyjną, która głosiła, że ​​Niemcy intensyfikują działania, podczas gdy Polska się wycofuje.

Zamierzonym efektem było dalsze zaostrzenie antypolskich tendencji ukraińskiego nacjonalizmu, aby manipulować postrzeganiem Polski i w ten sposób przejąć lukratywne kontrakty od Warszawy. Ostatnio przybrało to formę zawartej w zeszłym miesiącu umowy o koprodukcji obronnej „deep-strike” .

Mówiąc wprost, zarówno antyrosyjskie, jak i antypolskie przejawy ukraińskiego nacjonalizmu służą interesom Niemiec, dlatego nie będzie on ganić Zełenskiego za gloryfikowanie sprawców ludobójstwa wołyńskiego.

Nieuchronna transformacja Ukrainy w państwo antypolskie po tym, jak Polska odmówiła powiązania pomocy wojskowej z Wołyniem w 2022 roku, mogła być tym, czego Niemcy oczekiwały, planowały, a nawet kierowały nią przez cały ten czas. Polska może teraz nie tylko stracić lukratywne kontrakty, ale także Niemcy zwiększają możliwości i tak już największej i najbardziej zaprawionej w bojach armii Europy, stojącej za Rosją, co może ośmielić Ukrainę do zastraszania Polski po zakończeniu konfliktu.

Główny doradca Zełenskiego, Michaił Podolyak, już latem 2023 roku zadeklarował : „Po zakończeniu [konfliktu], oczywiście, będziemy utrzymywać (z Polską) konkurencyjne stosunki, oczywiście, będziemy konkurować o różne rynki, konsumentów itd. I oczywiście, będziemy wyraźnie zajmować proukraińskie stanowiska, chronić te interesy, zaciekle ich bronić”. W najgorszym przypadku Ukraina poprze separatystyczną rebelię terrorystyczną w południowo-wschodniej Polsce, dowodzoną przez jej traumatyzowanych weteranów.

Pomijając spekulacje na temat tego, jak to się przejawia, polska opinia publiczna nie powinna mieć wątpliwości, że powojenna rywalizacja ich kraju z tym, co obecnie jest jawnie antypolskim państwem ukraińskim, będzie „zacięta” i może zbiec się z podobnie zaciętą rywalizacją z Niemcami. Choć mało prawdopodobne, nie można wykluczyć, że Rosja nawiąże powojenne zbliżenie z Niemcami , co z kolei mogłoby doprowadzić do względnej (słowo klucz) poprawy stosunków rosyjsko-ukraińskich.

W tym, co prawda, mało prawdopodobnym scenariuszu, którego jednak nie da się łatwo wykluczyć z patriotycznego punktu widzenia Polski, Niemcy, Ukraina i Rosja (oczywiście wliczając w to ich sojuszniczkę, Białoruś) mogłyby skoordynować kampanię nacisków na Polskę, której konsekwencje mogłyby być katastrofalne. Bardziej realistycznie rzecz biorąc, taka kampania ograniczałaby się do Niemiec i Ukrainy, ale to i tak byłoby wystarczająco złe dla Polski. Dlatego najlepiej byłoby, aby Polska rozpoczęła już teraz planowanie awaryjne.

Antypolska polityka historyczna Ukrainy

Antypolska polityka historyczna Ukrainy

Łukasz Jastrzębski myslpolska/antypolska-polityka-historyczna-ukrainy

Polityka historyczna władz ukraińskich staje się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej nieprzychylna Polsce. Ogromne zdziwienie wywołała w naszym kraju seria nieprzyjaznych gestów ze strony władz Ukrainy w ostatnim czasie. Najboleśniejszym ciosem było jednak nadanie jednej z jednostek ukraińskich Sił Zbrojnych przez Wołodymyra Zełenskiego imienia „Bohaterów UPA”.

Na Narodowym Cmentarzu Wojskowym w Kijowie z pełnymi honorami pochowano ponownie jednego z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Andrija Melnyka. OUN była stronnictwem polityczno-wojskowym o jawnie zbrodniczym i skrajnie antypolskim obliczu. W pogrzebie przywódcy OUN wziął udział Wołodymyr Zełenski, były prezydent Wiktor Juszczenko, szef kancelarii przywódcy Ukrainy Kyryło Budanow i inni znaczący ukraińscy politycy. Msza pogrzebowa odbyła się w katedrze Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego w Kijowie – Patriarchalnego Soboru Zmartwychwstania Pańskiego.

Obecny przywódca Ukrainy powiedział: „Andrij Melnyk powrócił do innej Ukrainy – nie tej, którą był zmuszony opuścić, lecz tej, o której marzył on i tysiące innych znaczących ukraińskich postaci. Powrócił do Ukrainy wolnej, silnej, dumnej, do Ukrainy, która wie, czego chce, do Ukrainy, która trzyma się razem bez wewnętrznego rozbratu i właśnie dzięki swojej jedności utrzymuje silne pozycje”. Melnyk, jak powszechnie wiadomo, był przewodniczącym Prowodu Ukraińskich Nacjonalistów (prowidnykiem OUN). Znawca kwestii ukraińskiej prof. Edward Prus pisał, że był nie tylko antypolsko nastawionym szowinistą, ale również agentem niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego (Abwehry) o pseudonimie Konsul.

Dzień później wiceprzewodnicząca Kancelarii Zełenskiego Iryna Wereszczuk poinformowała dziennikarzy, że Kijów przygotowuje się do ponownego pochówku antypolskiego ukraińskiego terrorysty Jewhena Konowalca. W polityce historycznej Ukrainy przedstawia się go jako szlachetnego bohatera, w rzeczywistości był fanatycznym antypolskim nacjonałem. W latach 1920–1929 Konowalec był działaczem a później przywódcą Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), której celem było organizowanie dywersji i sabotażu na polskich Kresach, a następnie poprzez działania terrorystyczne doprowadzenie do masowej walki zbrojnej Ukraińców z Polakami i Rosjanami. Miało to na celu powołanie czystej etnicznie Ukrainy na terenie Galicji Wschodniej i Wołynia. Konowalec, jak całe UWO, utrzymywał bliskie kontakty z reprezentantami Rzeszy Niemieckiej, przez którą był finansowany. Utrzymywał stały kontakt z kolejnymi szefami niemieckiego wywiadu wojskowego. Od 1929 roku do śmierci czyli do 1939 roku pełnił funkcję przewodniczącego zarządu złowrogiej Polsce Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Został zlikwidowany przez NKWD.

Ciekawostką jest to, że już w 2011 decyzjami Lwowskiej Rady Obwodowej i Tarnopolskiej Rady Obwodowej rok ten został ogłoszony w obwodach lwowskim i tarnopolskim rokiem Jewhena Konowalca. Dodatkowo w tym samym roku Tarnopolska Rada Obwodowa uczciła w ten sam sposób zbrodniarza wojennego Dmytra Klaczkiwskiego „Kłyma Sawura”. Człowiek ten był pułkownikiem UPA, dowódcą grupy Ukraińskiej Armii Powstańczej – Północ i członkiem Prowidu OUN. Był współodpowiedzialny za masowe i okrutne mordy na ludności polskiej na Wołyniu.

Kolejnego dnia przywódca Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy miano „Bohaterów UPA”. Chociaż prawdziwość informacji budziła na początku wątpliwości, rozwiał ją oficjalny komunikat strony ukraińskiej. Decyzja została ogłoszona w dekrecie opublikowanym na stronie ukraińskiego przywódcy. W dokumencie Zełenskiego czytamy: „W celu przywrócenia historycznych tradycji armii narodowej, biorąc pod uwagę wzorowe wykonanie powierzonych zadań w czasie obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy, postanawiam: Nadanie Oddzielnemu Centrum Operacji Specjalnych «Północ» Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowego tytułu «imienia Bohaterów UPA» i nadanie mu odtąd nazwy – Oddzielne Centrum Operacji Specjalnych «Północ» im. Bohaterów UPA Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy”.

Pochodzący z polskich kresów sędziwy Antoni Jośko powiedział: „Na początku maja we Lwowie odbył się „Marsz Wyszywanek”, czyli uroczystości upamiętniające 83. rocznicę utworzenia 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien”. Podczas przemarszu pojawił się transparent z napisem „Banderowców nie da się zatrzymać”. Kilka tygodni później odbyła się w Kijowie nazistowska demonstracja, na której młodzi ludzie wznosili hasła Sława Ukrajini i Sieg Heil.

Przypomniały mi się lata dzieciństwa. Jestem przerażony. Nie tyle tym co dzieje się na Ukrainie, bo dobrze znam mentalność mieszkańców tego kraju – przerażony jestem brakiem zdecydowanej reakcji polskich władz. W moim kraju jedynie był działacz znienawidzonego przeze mnie PZPR-u Leszek Miller ma odwagę nazywać nazistów nazistami. Reszta zamyka oczy i zapomina o pomordowanych noworodkach, dzieciach, kobietach, starcach. Zapomina o polskich kapłanach, rolnikach, urzędnikach, żołnierzach. Wstyd mieć takie władze. Codziennie Pana Boga przepraszam za głosowanie na Dudę i Nawrockiego”.

Rzeczywiście, były premier Polski Leszek Miller w zdecydowany sposób zareagował na politykę historyczną Ukrainy rządzonej przez Wołodymyra Zełenskiego. Dawny lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej napisał: „Zełenski nadał jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”. To jest otwarte plucie w twarz każdemu Polakowi, którego dziadkowie, babcie, wujowie i ciotki zostali wyrżnięci siekierami, widłami i piłami na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To jest kopniak w twarz dla pamięci o tysiącach zamordowanych dzieci, kobiet i starców – rzezi, którą UPA przeprowadziła z premedytacją, z takim bestialstwem, że nawet Niemcom robiło się niedobrze. Wyobraźcie sobie, że ktoś w Niemczech nazwałby jednostkę wojskową imieniem „Bohaterów Einsatzgruppen”. Świat by eksplodował. A tu? Cisza. To nie jest uhonorowanie walczących o niepodległość. To jest uhonorowanie rzeźników, którzy mordowali bezbronnych ludzi tylko dlatego, że mówili po polsku i chodzili do kościoła. I Zełenski, zamiast odcinać się od tego bandyckiego dziedzictwa, świadomie wali nim w twarz Polsce. Czuję obrzydzenie i palący wstyd za tych wszystkich, którzy to będą bagatelizować i mówić „nie czas na protest”. Bo jest czas. Zawsze jest czas, żeby nie pozwolić, by mordercy zostali bohaterami.

Działania państwa ukraińskiego w tej kwestii jednak nie powinny nikogo dziwić. Ukraina w tej sprawie jest konsekwentna. Kijów nie chciał i nie chce się zgodzić na powszechne i niezależne ekshumacje wymordowanych przez Ukraińców Polaków. I nie tylko Polaków.

Na całej Ukrainie stoją liczne pomniki Stepana Bandery i mniej liczne, ale obecne Romana Szuchewycza. Tablice i obeliski upamiętniają Andrija Melnyka i Dmytro Doncowa. Spowszechniały ulice, place i skwery sławiące imiona przywódców i dowódców organizacji szowinistycznych, programowo antypolskich oraz kolaborujących z niemieckimi formacjami politycznymi i wojskowymi. Odbudowywane jest muzeum naczelnego dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii w tak drogim dla każdego Polaka Lwowie. Obserwujemy marsze upamiętniające Organizację Nacjonalistów Ukraińskich i 14. Dywizję Grenadierów SS „Galizien”. Tworzony jest ukraiński panteon bohaterów narodowych z tych, których nazwiska często były tym co ostatnie usłyszeli w przeszłości Polacy na byłych naszych Kresach.

Banderyzmu jawnie bronią między innymi były i obecny szef ukraińskiego IPN-u Wołodymyr Wiatrowycz i Ołeksandr Ałfiorow. Stronnikiem banderyzmu jest lwowski arcybiskup ukraińskiego „kościoła greckokatolickiego” Ihor Woźniak. W przedszkolach i szkołach urządza się apele ku czci UPA. Na całej zachodniej Ukrainie, w tym na grobach poległych na froncie ukraińskich żołnierzy, łopoczą czerwono-czarne flagi. Niepojęta wręcz kwestią jest fakt, że wnuk żołnierza Armii Czerwonej urodzony w żydowskiej rodzinie Wołodymyr Zełenski czci jawnie antysemicką formację jaką była bez wątpienia Ukraińska Powstańcza Armia. Banderyzm to nie tylko historia, ponieważ stał się na Ukrainie częścią państwowej polityki historycznej. I jest to dla naszego narodu bardzo niebezpieczne. Bo szowinizm bardzo często prowadzi do chęci rewizji historii i zmiany układu granic. Polską racją stanu jest stanowisko antybanderowskie, które zresztą jest również w interesie tej części Ukraińców, którym obcy jest zbrukany krwią integralny nacjonalizm (moim zdaniem szowinizm) ukraiński.

Pomimo tego, że Ukraina deklaruje chęć przynależności do świata euroatlantyckiego i ciągle prosi o wsparcie ze strony Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych w wojnie toczonej z Federacją Rosyjską, to nie potrafi wyrzec się szowinistycznej tradycji UPA, OUN czy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien”. Nie ma na Ukrainie powszechnego potępienia eksponowania symboliki kojarzonej jednoznacznie z masowymi mordami polskiej ludności w latach 1939-1947 na naszych dawnych Kresach Wschodnich. Nie ma niestety również z polskiej strony stanowczego stanowiska w tej sprawie.

Łukasz Jastrzębski

KTO I W JAKIEJ WALUCIE ZAPŁACI ZA UKRAIŃSKĄ POLITYKĘ HISTORYCZNĄ?

KTO I W JAKIEJ WALUCIE

ZAPŁACI ZA UKRAIŃSKĄ

POLITYKĘ HISTORYCZNĄ?

Pytanie retoryczne, bo od 2005 roku wiadomo, że zapłaci Polska i wiadomo, że klęską własnej polityki historycznej. Można powiedzieć, że pierwszą ofiarą w wojnie z ukraińską polityką historyczną  będzie mit założycielski III RP w całości zbudowany z kłamstw, przemilczeń i kompilacji. Obnażenie prawdy, tak w przypadku polskich mitów, jak i ukraińskich, będzie tym, czym jest usunięcie taboretu spod nóg stojącego na nim faceta z pętlą na szyi.

Miejsce akcji "Kutschera"– Aleje Ujazdowskie przy skrzyżowaniu z ul. Chopina

Miejsce akcji „Kutschera”– Aleje Ujazdowskie przy skrzyżowaniu z ul. Chopina – Dodam tutaj [ZB], że po zamachu na Franza Kutscherę Niemcy aresztowali kilkaset osób. Około 300 Polaków zostało rozstrzelanych. Zamknięto polskie restauracje, teatry, kina, rozszerzono godzinę policyjną oraz nałożono karę pieniężną (kontrybucję) na wszystkich mieszkańców Warszawy.

Czy można było tego uniknąć? Od momentu, w którym zdecydowano się na budowanie polskiego mitu założycielskiego na fundamencie kultu II RP i jego kontynuacjach w formie mitu AK, mitu żołnierzy wyklętych  i walce z PRL-owską komuną, już nie można było uniknąć nieuchronności.

To oczywiste, że architekt kształtującego się po 1989 roku porządku, aby po czterdziestu czterech latach odzyskać władzę nad kordonem sanitarnym  musiał zaszczepić w nim lokalne ideologie izolujące go od reszty świata. Ukraiński szowinizm wyrósł w początkach XX wieku z dezaprobaty dla polskiego imperializmu, więc wiadomo było, że te dwie ideologie skazane są na czołowe zderzenia.

Dziś szumowiny podające się za polskie elity  usprawiedliwiają swoją tolerancję względem banderyzmu tym, że wprawdzie jest on jaki jest, ale przez to stanowi naturalną przeciwwagę dla rosyjskiego zagrożenia. Udają, że nie wiedzą o tym, że nim OUN-owcy zanim zaczęli walczyć z sowietami, to najpierw walczyli z Polakami. I nim zaczęli zabijać ruskich czynowników, to najpierw zabijali polskich. A emigracyjna ukraino-języczna propaganda w latach 20-tych i 30-tych XX wieku donosiła o głodowej klęsce na obszarach zachodniej i zakarpackiej Ukrainy czyli na wschodnich obszarach II RP, z taką samą pasją, z jaką donosiła o hlodomorze na obszarach należących do ZSRR (link 1).

Odrodził się banderyzm na Ukrainie

Banderyzm jest ze swej natury antypolski i nic tego nie zmieni. Banderyzm bez polakożerstwa nie istnieje, tak jak nie istnieje zupa grzybowa bez grzybów. Żeby o tym wiedziieć, wystarczy mieć podstawową wiedzę na ten temat. Nawiasem mówiąc, owe minimum w roku 2022 zostało zakazane, bo scharakteryzowano je jako wpisywanie się w retorykę Kremla. Aż tu nagle i niespodziewanie w zeszłym tygodniu cały polski mainstream zatrząsł się z gniewu, bo oto ukraiński Zełenski nadał jakiejś jednostce dumny tytuł „Bohaterów UPA”

Nie wiem, o co chodzi, ale nie dam złamanego szeląga za szczerość tego gniewu. Być może właśnie rozpoczęty wyścig w potępianiu UPA to świeży pomysł na zbliżającą się kampanię wyborczą do Sejmu, ale też nie wykluczam, że idzie o jakiś powód globalny, na co wskazywałoby oburzenie Izraela, które wyprzedziło polskie oburzenie o całe cztery dni. Dwa oburzenia równie obłudnych ośrodków to nie przypadek.

22 maja 2026 odbyła się ceremonia pogrzebania prochów (wcześniej wydobytych z luksemburskiej mogiły) Andreja Melnyka i jego żony na Narodowym cmentarzu pamięci (link 2). Obiekt powstał w 2023 roku i pełni funkcję narodowego panteonu (link 3). Podczas ceremonii głos zabrał prezydent Zeleński i zapowiedział:

„Już rozpoczęliśmy pracę nad sprowadzeniem Jewhena Konowalca do domu. I wielu innych Ukraińców. To niezwykle symboliczne, że nasi dzisiejsi ukraińscy bohaterowie, którzy wyrwali Ukrainę z rąk Rosji w dzisiejszej pełnowymiarowej wojnie, będą na zawsze spoczywać obok Ukraińców z poprzednich pokoleń, którzy również działali na rzecz tego, by Ukraina była dokładnie tym, czym jest, by Ukraina była sobą, by Ukraina była wolna”. (Kto to Melnyk i Konowalec proszę poczytać na boku, bo nie chce mi się pisać o rzeczach powszechnie wiadomych).

Tak więc ględzenie polskiego mainstreamu, zwłaszcza politycznego, że Zełenski popełnił gafę, że tym razem przesadził, a nawet że strzelił sobie w kolano, należałoby którymś z naturalnych otworów ciała, wcisnąć z powrotem do gardła owemu mainstreamowi. A bo to nie pamiętamy, że odkąd Ukraina obrała już ewidentnie banderowski kurs, czyli od pomarańczowej rewolucji, uzyskała pełne poparcie polskiego establishmentu? Nie pamiętamy, że w 2005 prezydent Kwaśniewski odznaczył orderem Orła Białego prezydenta Juszczenkę – syna obozowego kapo rodzinnie związanego ze środowiskiem amerykańskich organizacji post-banderowskich Postanowiliśmy zapomnieć o upokorzeniu, jakiego doznali Polacy, kiedy uroczystości związane z obchodem 65. rocznicy wydarzeń w Hucie Pieniackiej ‚imprezę przejęli’  ukraińscy szowiniści zagłuszając tę oficjalną z Lechem Kaczyńskim?

Zapomnieliśmy, że prezydent Komorowski w/w orderem udekorował prezydenta Poroszenkę, który przy światowym aplauzie wiosną 2014 zainicjował wojnę z własną  rosyjskojęzyczną ludnością? 

Zełeński wygrał prezydenckie wybory dzięki antywojennej retoryce z dość widocznym odrzuceniem banderyzmu. Jeszcze kilka miesięcy po zaprzysiężeniu usiłował kontynuować tę linię, ale jako mądry żydowski młodzieniec zrozumiał skąd wiatry wieją,  więc pospiesznie zszedł z błędnej obranej drogi. Zełeński doskonale wie, co robi, a polski establishment doskonale wie, że Zeleński wie. My też wiemy, żepolski mainstream wie o tym, że Zeleński wie.   Wszyscy wiedzą, ale z jakiś powodów udają zaskoczenie.

Jakiekolwiek nie byłyby prawdziwe cele tego powszechnego oburzenia decyzjami Zeleńskiego,  już dziś wiadomo, że strona ukraińska oburzona polskim oburzeniem gwoli usprawiedliwienia własnej polityki historycznej zacznie walić w polskie mity historyczne. A że Ukraina ma na świecie o niebo, a może dwa nieba, lepsze notowania niż Polska, cały świat dowie się, że II RP była państwem znacznie bardziej faszystowskim niż Włochy Mussoliniego, w których przecież nie było placówki porównywalnej z więzieniem w Berezie Kartuskiej, które Ukraińcy i Białorusini zasłużenie nazywają obozem koncentracyjnym. Sama tylko publikacja więziennych statystyk dotyczących narodowości skazanych dowiedzie, kto był docelową grupą tej instytucji.

‚Świat’  dowie się też o urządzanych przez warszawski sanacyjny reżim akcjach pacyfikacyjnych wymierzonych w mniejszości narodowe, których najmniejszy sprzeciw interpretowany był i zwalczany  jako bolszewizm. Nie przymierzając jak dzisiejszy reżim  każde słowo prawdy zwalcza jako przejaw kremlowskiej propagandy. Jak widać wielka jest siła tradycji. Świat dowie się też o prawdziwym obliczu, tym mniej eksponowanym i zasłanianym wzruszającą klechdą o szlachetnym i rycerskim AK i  męczeństwie  żołnierzy wyklętych.

Oczywiście żaden z wymienionych faktów nie jest dla historyków tajemnicą, ale aktualna sytuacja stworzyła doskonałą okazję do tego, aby wydobyć je, odkurzyć i przedstawić światowej opinii publicznej. Jeśli tylko trzecia część z tego, co piszą ukraińscy i białoruscy historycy o AK jest prawdą, to poziom zrozumienia dla Polski i wiecznej żebraniny o współczucie dla jej martyrologii  spadnie do poziomu dzisiejszego współczucia dla Żydów i Izraela.

U mnie nic się nie zmieni, moja opinia o II RP jako o faszystowskim reżimie łamiącym cywilizacyjne normy jest niezmienna, rezerwa względem całokształtu militarnych poczynań AK, nie mówiąc o anty PRL-owskiej opozycji, pozostanie na tym samym poziomie. Nie wiem tylko, jak sobie poradzi większość tak zwanych ‚normalnych Polaków’. Czy na gruzowisku narodowych mitów zdołają się zebrać w sobie i budować rzeczywistość już  tym razem opartą na prawdzie? Nie wiem. Ale mam nadzieję, w końcu  będzie tokatastrofa z kategorii wspaniałych.

1  reibert.info/threads/golodomor-v-zaxidnij-ukrajini

2  nv.ua/ukraine/events/perezahoronenie-andreya-melnika-i-sofii-fedak-melnik-nacionalnyy-memorial

3  https://uk.wikipedia.org/wiki

Napisał: Ikulalibal

Los sojusznika

Los sojusznika

Andrzej Szczęśniak myslpolska/szczesniak-los-sojusznika

Henry Kissinger powiedział, że „źle jest być wrogiem Ameryki, ale bycie jej sojusznikiem jest zgubne”. Dzisiejsza wojna irańska dowodzi, że tak właśnie jest.

Relacje Ameryki z państwami arabskimi można było kiedyś nazwać najpotężniejszym globalnym sojuszem naftowym. Jednak po rewolucji łupkowej w Stanach, gdy rodzime wydobycie ropy zaczęło gwałtownie rosnąć, coś się tu psuje. Sojusznicy z ich ropą i gazem nie jest już tak niezbędny, jak kiedyś, jest wręcz konkurentem Szczęśniak: Dobrze wykorzystany kryzys | Myśl Polska.

Zrodził się ten sojusz w latach 30-tych XX wieku, gdy na Półwyspie Arabskim amerykańskie koncerny odkryły potężne złoża ropy. Przypieczętowany został w Kanale Sueskim na niszczycielu USS Quincy w lutym 1944 roku, gdzie prezydent Roosevelt spotkał się z królem Arabii Saudyjskiej – Abdul Aziz ibn Saudem. Wzmocniony został 30 lat później układem o petrodolarze – fundamencie światowego porządku walutowego. Jednak jak to bywa, sukces niesie w sobie też ziarna klęski, pierwszym bowiem interesem ubitym na pokładzie USS Quincy była zgoda na osiedlenie 10 tysięcy Żydów w Palestynie.

Dzisiaj arabskie monarchie Zatoki doświadczają gorzkich owoców tamtej zgody, choć to wzorcowi sojusznicy. Układ o petrodolarze przewidywał powrót wydawanych przez Amerykę dolarów do ich właściciela. W formie zakupów towarów, inwestycji w starannie wybrane biznesowe aktywa amerykańskie, a może przede wszystkim – w ogromne pożyczki rządowe. Stany w ten bowiem sposób importują towary, a eksportują dolary. Wracają one do ojczyzny, zasilają jej gospodarkę i budują dobrobyt. I są bardzo intensywnie wysysane z zasobnych skarbców arabskich – tylko na ubiegłorocznym szczycie w Rijadzie podpisano porozumienia arabsko-amerykańskie na dwa tysiące miliardów dolarów, a fundusze naftowego bogactwa Zatoki zainwestowały kolejne 70 miliardów dolarów w amerykańskie aktywa.

Wydają też krocie, setki miliardów dolarów na zakupy uzbrojenia od sojusznika. Są największymi i najlepszymi klientami amerykańskiego kompleksu zbrojeniowo-przemysłowego. To co dzisiaj rozpoczyna się w Europie, a Polska jak zawsze w takich sprawach jest liderem, czyli militaryzacja terenów konfliktów, w Zatoce trwa od dawna. Od 1990 zakupiono tam amerykańskiego uzbrojenia za ponad 500 miliardów dolarów. A jak wiadomo, to świetna forma uzależniania do siebie sojuszników, którzy nawet myśleć nie powinni o zakupie alternatywnych środków obrony (jak Turcja choćby).

Więc arabscy sojusznicy płacą, płacą i jeszcze raz płacą. Co w zamian? Obietnica bezpieczeństwa. No i dzisiaj mają. Amerykanie realizują przede wszystkim interesy Izraela, a te bardzo różnią się od arabskich. Od trzech miesięcy praktycznie totalnie odcięci zostali od eksportu swoich jedynych źródeł dochodu – ropy i gazu. Tylko Saudowie dzięki rurociągowi do Janbu uratowali część eksportu. I na dodatek, nie patrząc na ponoszone przez nie straty, sojusznik żąda kategorycznie, by zapłaciły za tę wojnę dziesiątki, a nawet setki miliardów dolarów. Mają też podporządkować się żądaniom Izraela, a przypomnieć należy, że z krajów Zatoki jedynie Emiraty uznały istnienie państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie. Wszystkie pozostałe je bojkotują.

Państwa Zatoki mają otwarte pretensje do USA, że w ogóle nie zawiadomiono ich o planowanej agresji, wystawiono na ataki odwetowe, koncentrując siły na obronie Izraela przed kontratakami Iranu, a nie chroniąc ich, nie dając nawet uzupełnić zapasów uzbrojenia. Generalnie są traktowani jako sojusznicy drugiej kategorii, a ich interesy gospodarcze – nawet gorzej niż irańskie. Potencjał obronny Ameryki skoncentrowany został bowiem na ochronie Izraela.

Arabowie (podobnie jak i Europejscy) są intensywnie wciągani w tę wojnę, czasami także poprzez prowokacje, jednak nie dali się wepchnąć w konflikt z Iranem. Choć i tutaj widać rysy w jednomyślności świata arabskiego. Zjednoczone Emiraty Arabskie już potajemnie przeprowadzają ataki na Iran we współpracy z USA i Izraelem.

Państwa arabskie mają podobny sojuszniczy problem, jak i Polska. Sojusznicze bazy nie są po to, by chronić Saudów czy Polaków. Służą amerykańskiej projekcji siły w regionie i realizacji imperialnych celów osłabiania wrogów i konkurentów. A przy okazji sojuszników także.

Andrzej Szczęśniak

Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)

Stojąc u bram piekielnych.

3 Czerwca 2026 magnapolonia.org/michalkiewicz-stojac-u-bram-piekielnych

Stanisław Michalkiewicz: Stojąc u bram piekielnych

   Już czwarta osoba została zatrzymana w związku z wysyłaniem fałszywych alarmów do straży pożarnej i policji. Z wcześniejszych deklaracji prokuratury i pana ministra Kierwińskiego wiedzieliśmy, że sprawa jest „rozwojowa”, ale tempo zatrzymań pokazuje, że jest wyjątkowo rozwojowa. I słusznie – bo jak jest rozkaz, żeby zatrzymywać, to policja zatrzyma każdego, kto akurat się nada. Wykona plan i pokaże, że nie bierze pieniędzy za darmo. Z kolei z komunikatu prokuratury wyłania się zagadkowy obraz „organizacji przestępczej”, która właśnie przy pomocy wspomnianej fali zatrzymań, jest rozgramiana.

Przyzwyczailiśmy się bowiem, że celem organizacji przestępczych jest osiąganie jakichś korzyści materialnych – a tu nic z tych rzeczy. Z fałszywych alarmów, po których policja wchodzi do mieszkania razem z drzwiami i futryną, żadna organizacja przestępcza korzyści materialnych nie odniesie, nawet, gdyby składała się ze stolarzy i cieśli. Tymczasem z przecieków wynika, że żadnych stolarzy, ani cieśli w tej organizacji przestępczej nie ma.

Składa się ona z 20-latków, którzy podobno nawet się wzajemnie nie znają, ale mimo to przestrzegają „ścisłej hierarchii” i nawet „kontrolują wykonywanie zadań”, które chyba sami sobie nawzajem stawiają – chociaż z ostatnich komunikatów wynika, że prokuratura dostała rozkaz skierowania energicznego śledztwa  w kierunku wykrycia powiązań wspomnianej organizacji przestępczej z „obcymi służbami”.

Czegoś takiego się spodziewałem od samego początku, tylko w naiwności swojej myślałem, że energiczne śledztwo od razu, po nitce do kłębka, wykaże, że do straży pożarnej i na policję dzwonił Putin – ale rozumiem, że napięcie trzeba dozować stopniowo, jak w filmach Hitchcocka – najpierw wybucha bomba atomowa, a potem napięcie narasta. Poza tym, natychmiastowe wykrycie Putina jako sprawcy fałszywych alarmów,  mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to aby na pewno prawda, podczas gdy w sytuacji, gdy energiczne śledztwo będzie posuwało się po nitce do kłębka, to jest szansa, że żadne wątpliwości się nie pojawią.

Inna sprawa z tą zagadkową organizacją przestępczą. Gdyby nie to, że śledztwo jest energiczne, a policja wykonując rozkaz zatrzymywania, wykazuje nadzwyczajną gorliwość, to można by powiedzieć, że przypomina ona opis dziwnego samochodu w pijackim monologu Antoniego Słonimskiego: „Wsiadam na rogu do samochodu – ale to jakiś dziwny samochód, Kierownicy nie ma, kół nie ma, nie ma nawet karoserii, tylko stoi jakiś facet i bije mnie po mordzie.” Któż jednak może na pewno wiedzieć, czy w epoce sztucznej inteligencji nie pojawią się takie dziwne organizacje przestępcze?

Podejrzliwcy, którzy nie brakuje, zwłaszcza w opozycji – bo mikrocefale stanowiące środowisko entuzjastów Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda i formacji kierowanych przez jego aktualnych kolaborantów, wierzą we wszystko, co powie pan minister Kierwiński, a nawet – obywatel Żurek Waldemar – więc wspomniani podejrzliwcy wysuwają podejrzenia, że skoro pan minister Kierwiński dostał od obywatela Tuska Donalda rozkaz wyłapania nieznanych sprawców, to policja od razu łapie tych, co są akurat pod ręką, a dopiero potem niezależna prokuratura będzie musiała sprokurować im jakieś powiązania.

Z kim? Niechby nawet i z Putinem. Tak było za pierwszej komuny, więc dlaczegóż by nie powtórzyć tego tricku i teraz  tym bardziej, że Putin jest dobry na wszystko, a już specjalnie – na przykrycie operacji podjętej przez stare kiejkuty, gwoli przekonania pana prezydenta Karola Nawrockiego, by nie dopuszczał się „antypaństwowego” czynu w postaci publikacji „Aneksu”?

Obywatelską odpowiedzialnością wykazał się Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który – po ostrzeżeniu ze strony pana generała Marka Dukaczewskiego, że publikacja „Aneksu” byłaby czynem „antypaństwowym” – na wszelki wypadek nawet nie otworzył worka z Pandorą, żeby nie padło nań jakieś podejrzenie, podobnie też zachowała się posągowa pani Kidawa-Błońska Małgorzata – co pokazuje, że jak ktoś w młodości nasiąknął świadomą dyscypliną, to trąci nią również w wieku dojrzałym.

Ani w jednym, an i w drugim przypadku nie trzeba było organizować żadnych fałszywych alarmów, ani wchodzenia do mieszkania razem z drzwiami i futryną – podczas gdy w przypadku pana prezydenta Karola Nawrockiego takiej pewności widocznie nie było – bo o panu redaktorze Tomaszu Sakiewiczu nawet nie ma co wspominać.

Wprawdzie Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław dawał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” to nie ma żadnych rewelacji, tylko kiepska „publicystyka” – ale wypadki pokazały, że niestety jego też trzeba dyscyplinować – bo w przypadku mianowania pana sędziego Zbigniewa Kapińskiego na I Prezesa Sądu Najwyższego, czynił panu prezydentowi gorzkie wyrzuty – chociaż nominacja ta została ogłoszona już po fałszywych alarmach.

Tymczasem okazało się, że pan prezes Kapiński wcale nie należy do Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w dodatku uważa go za „neosędzię” – chociaż trudno powiedzieć, dlaczego właściwie,  bo przy orzekaniu w sprawie oświadczenie lustracyjnego „Kukuńka” zachował się na poziomie – co na tamtym etapie musiał przyznać nawet Judenrat „Gazety Wyborczej”. Jak pamiętamy, niezawisły sąd uznał wtedy, że Kukuniek złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, że nie był konfidentem SB i że to SB produkowała na niego fałszywe kompromaty.

Wprawdzie trochę to kolidowało z wcześniejszymi przechwałkami Kukuńka, że „kupił sobie same oryginały”, ale niezawisły sąd tym przechwałkom nie dał wiary i w rezultacie zaordynował Kukuńkowi taką kurację przeczyszczającą, jakby go ktoś skropił hyzopem. Zatem teraz już chyba można ujawnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i trzeba tylko sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, żeby można było odprawować pełną  liturgię przywracania praworządności z obywatelem Żurkiem Waldemarem, jako głównym celebransem.

Wstępem mogłoby być zdemaskowanie rozgramianej właśnie zagadkowej organizacji przestępczej, że działała na rozkaz Putina, nawet gdyby nie udało się udowodnić, że to on osobiście dzwonił do straży pożarnej i na posterunki policji. Zresztą – dlaczego właściwie nie można by tego udowodnić?

Liturgia praworządności przewiduje różne procedury, przy pomocy których można każdemu udowodnić wszystko, a odpowiednio pouczony niezawisły sąd już tam będzie wiedział, czemu dać wiarę, a czemu nie. W tej sytuacji nie ma rady, jak poczekać najpierw na wyniku energicznego śledztwa, no a potem – na konfesaty podejrzanych, którzy w całej rozciągłości ujawnią powiązania ze złowrogim Putinem, dzięki czemu stare kiejkuty pozostaną poza wszelkim podejrzeniem, a „Aneks” nie ujrzy światła dziennego – bo i po co go publikować, skoro wiadomo, że ciekawość, to pierwszy stopień do piekła?

Myśli robota ateisty. MEM-y II.

—————————-

——————————

——————————————-

———————————–

—————————–

——————————————

——————————————–

——————————————–

——————-

Ważne słowa premiera. Ryży u szczytów swego intelektu.

Ważne słowa premiera

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-wazne-slowa-premiera

Przed wylotem do Wielkiej Brytanii polski premier objaśnił przyczynę podpisania w Londynie traktatu, pomiędzy Polską a Wielką Brytanią. 

Oto najważniejsze słowa premiera Tuska wyjaśniające powody jego zawarcia: „zagrożeniem strategicznym, także długoterminowym, dla Polski i dla Wielkiej Brytanii, dla NATO jest Rosja”. Premier (od 4 minuty 27 sekundy wyjaśnia), do czego, w jakim celu Polsce potrzebne są traktaty dwustronne: „otóż, rzeczą bardzo ważną jest, i tak czytamy oba traktaty (z NATO i z Wielką Brytanią – Traktat z Northolt), że niezależnie od reakcji NATO jako całości, będzie można liczyć i na Francję, i na Wielką Brytanię. Na szybkie reakcje dwustronne. W przypadku zagrożenia zanim zapadnie decyzja wszystkich 32 członków NATO”.

Traktat prowojenny 

Przekładając ten histeryczny, ezopowy język premiera Donalda Tuska na język polski, znaczy to tyle, że po pierwsze – Polska z powodu rosyjskiego zagrożenia (stosując pewne określenie medyczne) niemalże jest w stanie terminalnym! Po drugie, w przypadku gdyby państwa zrzeszone w NATO, nie wsparły tych działań „obronnych” Polski z Rosją i nie uruchomiły art 5 NATO, rozpoczętą wojnę z Rosją, bezzwłocznie wesprze Francja i Wielka Brytania.

Obawa premiera o reakcje NATO jest słuszna, albowiem w przypadku, gdyby to Polska swoim działaniem sprowokowała wojnę z Rosją, wówczas wdrożenie art. 5 NATO byłoby bezpodstawne. Ponadto współczesne USA pod rządami Donalda Trumpa, będące głównym filarem NATO, nie chcą wejść głębiej w wojnę z Rosją. Chcą się wycofać z uczestnictwa w wojnie z nią prowadzonej na Ukrainie. Natomiast nowo zawarty traktat z Wielką Brytanią – traktat z Northolt – ma za zadanie kontynuowanie tej wojny, aż do czasu pełnej kapitulacji Rosji na Ukrainie!

Dla Ukrainy

Jego artykuł 1 „Współpraca w dziedzinie polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa” brzmi: „4. Strony podkreślają, że Federacja Rosyjska stanowi zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Strony potwierdzają swoje zaangażowanie w przeciwdziałanie i powstrzymywanie rosyjskiej agresji oraz wszelkich form ingerencji z jej strony. Strony są zdeterminowane wywierać odpowiednią presję na tych, którzy umożliwiają rosyjskie wrogie działania i agresję oraz działać wspólnie, także na forach międzynarodowych, aby pociągnąć Federację Rosyjską (w tym jej przywódców politycznych i wojskowych) do odpowiedzialności za naruszenia prawa międzynarodowego popełnione w tym kontekście, w tym międzynarodowego prawa humanitarnego i międzynarodowego prawa praw człowieka. Strony będą kontynuować współpracę z Ukrainą i innymi partnerami, aby zapewnić zgodne z prawem wywiązanie się przez Federację Rosyjską z obowiązku zapłaty za szkody wyrządzone Ukrainie. 5. Kierując się trwałym zaangażowaniem na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej międzynarodowo uznanych granicach, Strony potwierdzają swoje niesłabnące wsparcie wojskowe dla bezpieczeństwa i niepodległości Ukrainy oraz pomoc w jej odbudowie i rekonstrukcji, polegającą między innymi na wspieraniu Ukrainy w budowie odpornej gospodarki, tworzeniu silniejszych instytucji demokratycznych i pogłębianiu integracji euroatlantyckiej”.

Szyderstwo z Polaków

Dostrzegam podobieństwo do sytuacji z sierpnia 1939 roku. Zawarte traktaty z Francją i Wielką Brytanią nie pomogły Polsce. Wręcz odwrotnie, zaszkodziły jej. Polska, biorąc na siebie ściągnięcie niemieckiej nawałnicy, poniosła ogromne straty. Po zakończeniu wojny na paradach zwycięstwa w Wielkiej Brytanii zapomniano o polskich pilotach z Northolt. Walczących o niebo nad Wielką Brytanią.

W tym stanie rzeczy, nazywanie tego zgniłego traktatu traktatem z Northolt jest szyderstwem z Polski i Polaków.

Eugeniusz Zinkiewicz

Piłsudski, Jaruzelski i… Konstytucja 3 Maja. Czy obecnie w Polsce potrzebny byłby zamach stanu?

Piłsudski, Jaruzelski i… Konstytucja 3 Maja.

Andrzej Szlęzak konserwatyzm.pl/szlezak-pilsudski-jaruzelski-i-konstytucja-3-maja

Czytam i rozmyślam o setnej rocznicy zamachu majowego z 1926 roku. Tydzień temu minęła kolejna rocznica uchwalenia konstytucji 3 maja. To de facto również był zamach stanu. Wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku także było zamachem stanu. Do wniosków z tych faktów wrócę niebawem, a teraz kilka uwag nad tym czy obecnie w Polsce potrzebny byłby zamach stanu. Pisałem przed kilku laty o tym problemie, ale trzeba do niego wrócić.

Swoje uwagi zacznę od oczywistego – przynajmniej dla mnie – stwierdzenia, że Polska jako organizacja państwowa gnije. Procesy gnilne toczą niemal wszystkie najważniejsze instytucje i systemy decydujące o funkcjonowaniu państwa. Żeby cokolwiek zmienić na lepsze, żeby cokolwiek uratować przed rozpadem potrzeba szybkich, zdecydowanych i daleko idących zmian. Zmiany te powinny być przemyślane, czyli ich wprowadzaniu powinna towarzyszyć wizja państwa wolnego od plag, które je niszczą obecnie. Nie będę ukrywał, że nie widzę innej możliwości koniecznej i radykalnej naprawy państwa niż zamach stanu. Zamach stanu ze swej istoty, to właśnie zmiany szybkie, zdecydowane i daleko idące. Niestety obecny kształt systemu politycznego i prawnego Polski wyklucza możliwość owych koniecznych zmian.

Żadna siła polityczna czy społeczna nie jest w stanie zdobyć takiej przewagi, żeby na drodze zmian zgodnych z obecnym systemem prawnym – na czele z konstytucją – doprowadzić do tego, żeby Polska odzyskała możliwości decydowania o sobie w swoim interesie narodowym. Wrócę jeszcze do sensu zamachu stanu w obecnym kształcie państwa. Teraz chcę nawiązać do uwag o zamachach stanu w przeszłości.

Celowo wizję przemyślanych zmian jako celu zamachu stanu wymieniłem na końcu, ponieważ we wszystkich powyżej wspomnianych zamachach było z tym najgorzej. Konstytucja 3 maja z 1791 roku wydawała się taką przemyślaną zmianą, ale faktycznie nią nie była. Okazała się zbiorem postulatów w tamtych realiach niemożliwych do realizacji, a nawet paradoksalnie przyspieszających zagładę I Rzeczpospolitej.

Przewrót majowy miał w zasadzie jedną ideę, czyli cała władza w ręce Józefa Piłsudskiego. Nie stała za tym żadna wizja nowoczesnego państwa, przygotowanego na konfrontację z którymkolwiek z rosnących w siłę sąsiadów, a taka konfrontacja coraz szybciej stawała się nieuchronną.

Z kolei wprowadzenie stanu wojennego również pozbawione było jakiejkolwiek wizji naprawy upadającego PRL-u. Wszystkie te zamachy skończyły się katastrofą. Konstytucja 3 maja skończyła się rozbiorami.

Zamach majowy skończył się katastrofą września 1939 roku, a stan wojenny skończył się upadkiem PRL-u, co jednak paradoksalnie okazało się w dużej mierze błogosławionym skutkiem. Zatem jak widać zamachy stanu w naszej historii nie owocowały niczym dobrym dla Polski w sensie przemyślanych zmian. W tym kontekście paradoksalnie również o III RP, jako efekcie upadku PRL-u, trudno powiedzieć, że jest efektem przemyślanych zmian.

Wracam teraz do uwag na temat sensu zamachu stanu obecnie. Napisałem, że obecny system prawny i kształt życia politycznego wykluczają przeprowadzenie szybkich i daleko idących zmian. Jestem przekonany, że jeśli to się nie zmieni, to Polska zgnije od wewnątrz i zostanie rozdeptana od zewnątrz. Jaką sytuacją polityczną to się skończy pewności nie mam. Nawiążę tu do obrazu Petera Breugela „Upadek Ikara”, który traktuję jako metaforę tego, co stanie się z Polską. Na obrazie flamandzkiego mistrza wielkie wydarzenie jakim jest lot Ikara, kończy się katastrofą upadku do morza, ale cały świat wokół w ogóle tego nie zauważa i żadna z postaci na obrazie nie przerywa swoich codziennych czynności.

Innymi słowy Polska stanie się jak zgnieciona puszka po piwie. Niby to jeszcze nazywa się puszka – Polska, ale całkowicie zniekształcona i pozbawiona zawartości.

Po lewej stronie obrazu widać skały, które nadają namalowanej scenie głębi i podkreślają wrażenie przestrzeni. Dopiero na końcu zauważa się wystające z wody nogi tonącego człowieka – macha nimi, co wzburza wodę, a dookoła opada jeszcze kilka piór.

=================================

Co najgorsze, to nie widać żadnej siły, która mogłaby taki zamach przeprowadzić i uchronić nas przed losem Ikara z obrazu Breugela i staniu się zgniecioną puszką po piwie. Bardzo mnie to przygnębia i chciałbym, żeby choć ci, którzy przeczytają moje uwagi mieli jakąkolwiek świadomość tej sytuacji. To odrobinę zmniejszyłoby moje poczucie niemocy. To dla mnie ważne w kontekście sensu mojego pisania.

Andrzej Szlęzak

Wcale nie  „przeterminowane”. Mem-y I.

————————

————————————

—————————————-

—————————————

—————————–

——————————

———————————————-

——————————————–

———————————————————–

Kierwa to jednak nie jest taki gapa. Żona w spółce kolejowej zarabia fortunę.

Kierwa to jednak nie jest taki gapa.

Żona ministra w spółce kolejowej

zarabia fortunę

1.06.2026 nczas/kierwa-to-jednak-nie-jest-taki-gapa-zona-ministra-w-spolce-kolejowej-zarabia-fortune

Marcin Kierwiński
NCZAS.INFO | Marcin Kierwiński. / foto: screen TVN24

Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska, radna oraz żona ministra Marcina Kierwińskiego, jako dyrektorka ds. strategii i rozwoju Kolei Mazowieckich zarabia ponad 340 tys. zł rocznie, czyli więcej niż prezydent Warszawy — donosi „Gazeta Wyborcza”.

Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska to radna Koalicji Obywatelskiej, która od 2002 r. działała w Śródmieściu, przez dziewięć lat przewodnicząc radzie dzielnicy. W 2024 r. została wybrana do Rady Warszawy z pierwszego miejsca na liście.

Gierzyńska-Kierwińska w swoim biogramie na stronie Rady Warszawy przedstawia się jako samorządowiec, politolog i menedżer oświaty, specjalizujący się w pozyskiwaniu środków europejskich na projekty edukacyjne. Zapytana o swoje kompetencje do pracy w Kolejach Mazowieckich, podkreśla, że od wielu lat zajmuje się pozyskiwaniem i wykorzystywaniem funduszy unijnych, co — jak twierdzi — jest umiejętnością niezależną od branży.

Wyjaśnia, że wie, jak przygotować wniosek o dofinansowanie z UE i skutecznie go poprowadzić. Z oświadczeń majątkowych Agnieszki Gierzyńskiej-Kierwińskiej wynika, że jej wynagrodzenie w Kolejach Mazowieckich systematycznie rośnie. W 2023 r. zarobiła 270,1 tys. zł, w 2024 r. — 295,3 tys. zł, a w 2025 r. — już 342,7 tys. zł.

Oprócz pensji dyrektorskiej, Gierzyńska-Kierwińska w ubiegłym roku otrzymała także dietę radnej miejskiej w wysokości 55,6 tys. zł, z czego część była nieopodatkowana.

źródło:onet.pl