Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.
Wakacyjne prace
To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku.
Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.
To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.
Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.
Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy.
Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.
Tuskowe opowieści
Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji (rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.
A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.
Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.
Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego?
Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?
Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.
Ukraina jako przykrywka
Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).
To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji z progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.
Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.
Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.
Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.
Pisowskie żaby
Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielojęzycznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.
A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.
PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu. Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła.
Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.
Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią. Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.
PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.
PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając.
A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie. Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.
Konfy obie
Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! – może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną. Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.
Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.
Morawieccy harcerze
No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – ja się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.
Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.
To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.
Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś
Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.
Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się apsztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.
Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?
Historyk prof. Jacek Bartyzel stanowczo skomentował słowa prezydenta Karola Nawrockiego o rzekomym wspólnym zwycięstwie Polaków i Ukraińców nad bolszewikami w 1920 roku. Zarzucił mu „fałsz historyczny” i „polityczny prezentyzm”.
Profesor Jacek Bartyzel odniósł się do słów prezydenta Karola Nawrockiego, który stwierdził w piątek, że w Bitwie Warszawskiej bolszewików pokonało Wojsko Polskie „wspólnie z Ukraińcami”. Swoją opinię profesor zamieścił we wpisie na Facebooku, cytowanym przez portal PCh24.pl. Według niego wypowiedź Nawrockiego „jest zadziwiająca i mówiąc delikatnie rozmija się w istotnych punktach z prawdą historyczną w imię doraźnego politycznego prezentyzmu”.
„Po pierwsze, stwierdzenie, iż bolszewików odparły wspólnie Wojsko Polskie i siły ukraińskie jest w najlepszym grubą przesadą, bo oczywiście po stronie polskiej faktycznie istniały jakieś oddziały uznające zwierzchnictwo tzw. Ukraińskiej Republiki Ludowej, z Petlurą jako jej przywódcą, ale stanowiły one mało znaczący militarnie margines i o niewielkiej wartości bojowej, a sama URL i Petlura byli ignorowani przez większość Ukraińców” – zaznaczył.
Profesor uznał za „groteskowe” przedstawianie roli Ukraińców jako równorzędnej z Polakami w Bitwie Warszawskiej. Porównał to do propagandowego eksponowania przez władze PRL rzekomego udziału „pułków smoleńskich” w bitwie pod Grunwaldem – zabiegu służącego gloryfikacji Armii Czerwonej jako spadkobierczyni tych oddziałów.
Zdaniem prof. Bartyzela, jeśli już mówić o sojusznikach w 1920 roku, to w pierwszej kolejności należałoby wspomnieć Białorusinów i białych Rosjan. Profesor odniósł się także do sposobu, w jaki Nawrocki interpretował historię – jako „narrację historiozoficzną opartą o fałszywe analogie”.
„Ta narracja jednak, mówiąc popularnie, kupy się nie trzyma. Już same podane przez prezydenta Nawrockiego dwa przykłady triumfu oręża polskiego: Orsza i Kłuszyn w jednym ciągu z Warszawą 1920 zupełnie do siebie nie pasują (…)” – napisał profesor, tłumacząc, że Bitwa pod Orszą była wynikiem rywalizacji litewsko-moskiewskiej, a nie rosyjskiego imperializmu. Dowodził nią zresztą Konstanty Ostrogski – prawosławny Rusin, którego trudno jednoznacznie utożsamiać z dzisiejszymi Ukraińcami czy Rosjanami.
Z kolei zwycięstwo hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem, jak podkreślił Bartyzel, trudno traktować jako przykład obrony przed imperializmem, gdyż było to działanie zaczepne, które zakończyło się okupacją Kremla przez wojska polskie. „Jest raczej symbolem «imperializmu polskiego» – czego zresztą, broń Boże, nie powinniśmy się wstydzić, wprost przeciwnie, powinniśmy się tym chlubić, że byliśmy do ekspansji zdolni” – zaznaczył profesor.
Na zakończenie wyjaśnił, że bolszewicki atak na Polskę w 1920 roku nie miał nic wspólnego z tradycyjnym rosyjskim imperializmem.
„Lenin to nie Katarzyna II, a Trocki to nie Suworow czy Paskiewicz. Na czele Komitetu Rewolucyjnego w Białymstoku stali rdzenni Polacy: Marchlewski i litewski szlachcic Dzierżyński.
To nie imperializm rosyjski stał w 1920 roku pod Warszawą, lecz armia czerwonego Antychrysta, niosąca groźbę zniszczenia każdemu narodowi, tak polskiemu, jak rosyjskiemu i jakiemukolwiek innemu w imię obłąkanej utopii komunizmu. To nie Rosja nam i światu wtedy zagroziła, lecz upiór ideologii wymyślonej zresztą przez europejskiego, niemieckojęzycznego Żyda” – podsumował.
Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych.
Kolejna rocznica „Cudu nad Wisłą” , a także wyprawy kijowskiej i wojny polsko-bolszewickiej stały się okazją dla obecnych władz w Kijowie do akcentowania ukraińsko-polskiego braterstwa broni. Realizowana przez nie kampania informacyjna ma przekonać, że tak dobrych i wiernych sojuszników jak Ukraińcy Petlury Polacy nie mieli. Tymczasem prawda jest bardziej złożona. Wyprawa kijowska skończyła się niepowodzeniem, bo właśnie „ukraińscy sojusznicy” całkowicie zawiedli. W szeregach bolszewików było też więcej Ukraińców niż w szeregach armii Petlury, która w znacznej mierze była tworem cokolwiek sztucznym. W wielu przypadkach biła się dzielnie, ale nie odegrała większej roli.
Podjęta przez Piłsudskiego wyprawa kijowska miała na celu wyparcie bolszewików z części Ukrainy wraz z Kijowem i osadzenie w jej stolicy rządu przyjaznego Polsce. Rząd ten miał uznać wschodnią granicę Polski, a także stworzyć państwo będące jej sojusznikiem we wszystkich sferach. Naczelnik państwa liczył, że stanie się ono jednym z buforów oddzielających Polskę od bolszewickiej Rosji. Wyprawa kijowska miała odbyć się pod hasłem „Za naszą i waszą wolność”. Józef Piłsudski liczył, że po błyskotliwych zwycięstwach militarnych, Ukraińcy przejmą inicjatywę z rąk polskich i Polacy będą mogli się wycofać. By plan ten zafunkcjonował, stojący na czele wojsk ukraińskich Symon Petlura musiał zostać poparty przez społeczeństwo ukraińskie. Piłsudski liczył, że tak się stanie. W swojej odezwie z 26 kwietnia 1920 r. skierowanej „Do wszystkich mieszkańców Ukrainy” pisał m.in.: „Wierzę, że naród ukraiński wytęży wszystkie siły, aby z pomocą Rzeczypospolitej Polskiej wywalczyć wolność i zapewnić żyznym ziemiom swej ojczyzny szczęście i dobrobyt, którym cieszyć się będzie po powrocie do pracy i pokoju”.
Rzeczywistość pokazała, że wiara Piłsudskiego w Ukraińców była cokolwiek naiwna, a nadzieje na ich poparcie złudne. Piłsudski, stawiając na Ukraińców, działał jako polityk, jako wódz naczelny wiedział, że przeciwnik czyli bolszewicy gros swoich sił gromadzą na Białorusi i z niej wyprowadzą ofensywę w kierunku Warszawy.
Sformowane w Polsce
Piłsudski musiał też liczyć się z faktem, że wyprawa kijowska zostanie potraktowana przez Ukraińców jako próba osadzenia w Kijowie kolejnego marionetkowego rządu przywiezionego w teczce. Wojska Petlury nie walczyły z bolszewikami na Ukrainie, ale zostały sformowane w Polsce. W lutym 1920 r. z polecenia Piłsudskiego została utworzona Ekspozytura d.s. Ukraińskich zajmująca się tworzeniem wojska ukraińskiego. Jej pracami kierował zaufany współpracownik Piłsudskiego kapitan Juliusz Ulrych. Z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego nad tworzeniem armii ukraińskiej czuwał kapitan Wiktor Czarnocki, który jednak nie wykazywał entuzjazmu do całego przedsięwzięcia. Obowiązki oficera łącznikowego przy Naczelnym Dowództwie Wojska Polskiego pełnił gen. Aleksander Osiecki
Nabór do ukraińskich oddziałów prowadzono w obozie internowanych w Łańcucie, który przemianowano na Ukraińską Stanicę Zbiorczą. Do tworzonej jednostki werbowano głównie jeńców. Niewielki odsetek stanowili ochotnicy z okolic Kamieńca Podolskiego. Ze względu na epidemię tyfusu ośrodek mobilizacyjny przeniesiono do Brześcia.
Dywizja Żelazna
W rejonie Kamieńca Podolskiego, znajdującego się pod polską kontrolą, formowano też 4 Strzelecką Brygadę. W powiatach jampolskim i mohylewskim powstało również kilka jednostek, z których później utworzono Samodzielną Strzelecką Brygadę, która w trakcie polskiej ofensywy została przemianowana na 3 Dywizję Żelazną.
Polacy na wyposażenie sił ukraińskich przekazali od lutego do listopada 1920 r. : 30 tys. karabinów, 298 karabinów maszynowych, 38 dział polowych, 6 ciężkich, 1 tys. pistoletów, 40 tys. mundurów, 29 tys. kompletów bielizny, 2 tys. namiotów i 17 samochodów. Ponadto sporo uzbrojenia przekazała petlurowcom 6 Armia Polska.
Z ilości przekazanego Ukraińcom sprzętu można by wnosić, że ich siły liczyły kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tymczasem nic z tych rzeczy. W wyprawie kijowskiej brało udział 60 tys. żołnierzy polskich i około 6 tys. żołnierzy i oficerów ukraińskich. Dane podawane przez historyków są rozbieżne. Z. Karpus pisze o 556 oficerach i 3348 szeregowcach. L. Wyszczelski szacuje siły ukraińskie na 4,5 tys. bagnetów, 2 tys. szabli. K. Grunberk i Bolesław Sprengel szacują zaś siły petlurowców na 795 oficerów i 5234 żołnierzy. Wydaje się, że można przyjąć, że w sumie Ukraińcy stanowili około 10 proc. sił polskich, które ruszyły na wyprawę. Ukraińcy byli podzieleni na dwie dywizje, chociaż dywizjami byli tylko z nazwy. Pod względem potencjału bojowego ukraińskie „dywizje” miały siłę pułków. Były one za słabe do prowadzenia samodzielnych działań i zostały operacyjnie podporządkowane armiom polskim. 6 Dywizja Strzelecka trafiła do 2 Armii. Została wzmocniona batalionem 1 Dywizji Piechoty Legionów. Wspólnie z poborowymi 1 DP Legionów i 15 DP miała wziąć udział w ataku na Kijów. Na wyznaczonym jej odcinku bolszewicy bardzo szybko się wycofali i dotarła do Kijowa bez walki. 9 maja 1920 r. dywizja wzięła udział w uroczystej defiladzie wojsk polskich na Kreszczatyku.
Ze względów propagandowych
Druga ukraińska jednostka, czyli 2 Dywizja Strzelecka brała udział w operacjach w rejonie Mohylowa Podolskiego. Nie toczyła tam jednak zaciętych bojów, bolszewicy nie stawiali bowiem większego oporu, wycofując się bez walki. Ukształtowanie terenu, jary i liczne koryta dopływów Dniestru utrudniały pościg za bolszewikami.
W sumie trzeba się zgodzić z Sebastianem Szajdakiem, który w swojej pracy twierdził m.in.: „Udział w walkach jednostek ukraińskich sformowanych w Polsce miał wymiar jedynie symboliczny. Obie dywizje ukraińskie nie były przygotowane do walki, a o ich użyciu zdecydowano przede wszystkim ze względów propagandowych. Zadbano przy tym , aby w trakcie wykonywania powierzonych im zadań ich siła nie została zbytnio naruszona. Jednostki ukraińskie otrzymały więc zadania o drugorzędnym znaczeniu, a sąsiadujące z nimi dywizje polskie otrzymały rozkazy udzielenia natychmiastowej pomocy Ukraińcom w razie wplątania się tych ostatnich w poważniejsze walki. Miało to uchronić dywizje ukraińskie przed nadmiernymi stratami. Ich kadrowy charakter przedstawiał dla strony polskiej większą wartość niż siła militarna. W oparciu o nie i uzupełnienie rekrutami z Ukrainy planowano utworzenie nowych pełnoetatowych dywizji ukraińskich. Miały one przejąć kontrolę nad zdobytym terytorium i zastąpić oddziały polskie”.
Nie było rekruta
9 maja Petlura wydał zarządzenie o poborze rekruta do armii ukraińskiej i powołał biura werbunkowe, nie ogłaszając jednocześnie mobilizacji. Liczył na zaciąg ochotniczy. Ten jednak nie przyniósł efektów. Mobilizacja powszechna też pewnie nic by nie dała, bo Petlura nie dysponował aparatem, który byłby w stanie ją przeprowadzić.
Polakom na początku wyprawy kijowskiej poddali się żołnierze z 2 i 3 brygady Strzelców Siczowych, nie chcąc podzielić losu1 brygady, która została rozbita pod Koziatynem. W sumie „siczowcy” , którzy złożyli broń, tworzyli stosunkowo pokaźną grupę liczącą 11500 ludzi. Wśród nich było sporo wyszkolonych żołnierzy, a zwłaszcza doświadczonych oficerów. Piłsudski chciał, by zasilili oni szeregi wojsk Petlury, ale strona ukraińska nieufnie podchodziła do tego pomysłu. Obawiała się przeniesienia do swojej armii ducha i idei bolszewickich. Ostatecznie zgodzono się na indywidualną akcję werbunkową, z której jednak „strzelcy siczowi” nie chcieli korzystać świadomie wybierając internowanie. Spośród 2400 jeńców z I Brygady akces do petlurowców zgłosiło tylko 330.
Wojsko czy banda?
Zaplecze werbunkowe dla armii Petlury mogły stanowić antybolszewickie oddziały partyzanckie. Niektóre z nich, jak grupa gen. Omelianowycza-Pawłenki były dość liczne. Składała się ona z 4 tys. ludzi. Sęk w tym, że w opinii II Oddziału dowództwa 6 Armii ugrupowanie to bardziej przypominało bandę, a nie regularne wojsko. Według oficera polskiego wywiadu, który sporządzał opinię, aby tę grupę przekształcić w regularne wojsko, należałoby większość jej szeregowców zdemobilizować ze względu na ich wysokie zdemoralizowanie. Na koncie tej grupy oprócz około 50 bitew i potyczek, były też liczne pogromy Żydów, rabunki i inne ekscesy
W grupie nie obowiązywały żadne regulaminy. Dowódca przypominał raczej herszta zbójów niż generała. Cała dyscyplina w oddziale opierała się na jego autorytecie i bezwzględnym egzekwowaniu posłuszeństwa. Grupa nie miała sztabu, była niejednolicie umundurowana i uzbrojona. Formalnie składała się z trzech dywizji piechoty i konnej brygady. Jej wartość bojową dodatkowo obniżał brak amunicji i nieufność, a nawet wrogość wobec Polaków i wizji sojuszu z Polską. Według gen. Krajowskiego dowódcy 18 DP tylko kawaleria oddziału nadawała się do natychmiastowego użycia na froncie. Polski generał wystawił jej wysoką ocenę. Polacy zdecydowali się na dostarczenie grupie gen. Omelianowycza-Pawłenki dostaw niezbędnego zaopatrzenia.
Oczekiwania na wyrost
Nie rozwiązywało to jednak sprawy. Strona polska domagała się od Petlury wystawienia w szybkim czasie 6 dywizji odpowiadających etatom polskim. Petlura w czasie od 6 tygodni do 3 miesięcy miał wystawić 60 tys. żołnierzy. Żołnierze ukraińscy mieli zastąpić polskich, którzy mieli zostać przerzuceni na Front Zachodni na Białoruś.
Sformowanie 6 dywizji było w krótkim czasie nierealne. I to nie tylko z braku ochotników do walki z bolszewikami, ale także braku broni, czego Piłsudski w ogóle nie wziął pod uwagę. Liczył on zapewne, że broń dla Ukraińców zdobędzie się na wrogu, przejmując jego magazyny. Tym można tłumaczyć jego rozkazy nakazujące, by wojsko poruszało się z „szybkością nadzwyczajną, bez względu na zmęczenie koni i ludzi”. Piechota przebywała dziennie do czterdziestu kilometrów, a jazda nawet do osiemdziesięciu. Wykorzystano też kolumny pancerno-samochodowe. Bolszewicy zrobili jednak Piłsudskiemu niespodziankę i odstępowali bez walki, nie dając się okrążyć i zniszczyć, zachowując zdolność bojowa. Piłsudski miał trudności z rozszyfrowaniem planów i rozmieszczeniem sił przeciwnika.
Realizując jego rozkazy, żołnierze polscy często atakowali próżnię. Założenia operacji opierające się na tezie, że Ukraina zawsze była dla Rosji zapleczem żywnościowym, dlatego bolszewicy bez walki jej nie oddadzą i będą jej bronić do upadłego, okazały się fałszywe. Piłsudski się pomylił. O ówczesnym nastroju Piłsudskiego świadczy najlepiej jego list do Sosnkowskiego, w którym pisał: „Te bestie zamiast bronić Kijowa, uciekają stamtąd; również uciekają i cofają się z południa ściągają ku Czerkasom i Kremieńczugowi”. List ten Piłsudski wysłał swojemu przyjacielowi 6 maja 1920 r. nie wiedząc, że w tym samym dniu na północ od Jekaterynosławia Dniepr przekraczały już oddziały 1 Armii Konnej – czerwona, kozacka formacja, na czele której stał kozacki watażka, typu sienkiewiczowskiego Bohuna, cieszący się dużym autorytetem wśród kozackiej braci. Miał on stopień starszego wachmistrza i nie był nawet oficerem, ale miał do dyspozycji „mózg”, kierujący działaniem formacji w postaci sztabu., Kierowali nimi były carski pułkownik Nikołaj Szczołkow i były podpułkownik Sztabu Generalnego Leonid Klujew.
„Konarmia” wchodzi do gry
Formacja ta byłą zaprawiona w bojach. To ona rozbiła m.in. wojska Wrangla nad Donem i Denikina pod Woroneżem. Siła „Konarmii” polegała nie tylko na tym, że jej żołnierze byli kozakami, walczącymi bezwzględnie i zdolnymi, co doskonale opisał Izaak Babel, do największych okrucieństw. Była to formacja na wskroś, jak na owe czasy, nowoczesna. Liczyła 30 tys. ludzi, z których konnica stanowiła tylko połowę. Dysponowała dużą ilością karabinów maszynowych i artylerii. W jej skład wchodziły też dywizjony samochodów pancernych, dywizjon czołgów, 4 pociągi pancerne i 3 eskadry lotnicze. „Konarmia” miała 30 radiostacji, więcej niż cała armia polska. Umożliwiało to jej sztabowi stałe utrzymywanie łączności z jednostkami i dowodzenie nimi w ruchu, który był jej największym atutem.
Nadzieje na dozbrojenie armii ukraińskiej przy pomocy broni zdobytej na bolszewikach niestety się nie sprawdziły. Najwięcej broni, co jest swoistym paradoksem, zdobyto na ukraińskich strzelcach siczowych. Po ich rozbrojeniu Polacy przekazali petlurowcom 7 tys. karabinów, 171 karabinów maszynowych i 43 armaty. Okazało się jednak, że większość sprzętu była niesprawna, bo chytrzy siczowcy przed złożeniem broni ją uszkadzali.
Mimo poważnych trudności, kosztem własnych zapasów, Polacy, wykonując dyrektywę Piłsudskiego, starali się przekazywać jednostkom Petlury broń i wszelkie zaopatrzenie. Uderzenie „Konarmii” i kontrofensywa bolszewicka przekreśliła wszystkie plany związane z wyprawę kijowską. Polacy i armia Petlury zaczęły odwrót. Do momentu odwrotu ta ostatnia zwiększyła swoje szeregi do około 20 tys. Tylko 10 tys. z nich służyło jednak w linii. Reszta znajdowała się taborach nadmiernie zdaniem historyków rozbudowanych, a także w jednostkach zapasowych. Choć zwiększyła ona znacząco swoje szeregi w porównaniu z okresem, gdy razem z Polakami wkraczała na Ukrainę, to jednak jej siły były znacząco mniejsze od samej tylko kozackiej „Konarmii”, w której służyli bracia petlurowców znad Donu. Nie byli to zaś jedyni Ukraińcy walczący w szeregach bolszewików. Ci na całej zadnieprzańskiej Ukrainie mieli sporo zwolenników, których pozyskiwali w czasie kampanii propagandowych, w trakcie której wzywali Ukraińców do walki z „bandami Piłsudskiego i polską soldateską”.
A więc, do broni!
Propaganda bolszewicka znajdowała niestety też posłuch po drugiej stronie Dniepru na terenach, na których miał panować Petlura. Zwrócił się on z dramatycznym apelem do swoich rodaków, kończącym się sowami: ”Jeśli nie chcecie pozostać niewolnikami, musicie i wy zabrać głos i czynami dowieść, żeście dojrzeli do wolności i życia samodzielnego. A wiec do broni!”. Jego wezwanie zostało zignorowane przez Ukraińców. Uaktywnili się też ukraińscy komuniści, kierowani przez Komitet Centralny Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy. 1700 żołnierzy z 5 Chersońskiej Dywizji tworzonej przez Petlurę i złożonej przede wszystkim ze strzelców siczowych do niej przyjętych, zdezerterowało i przeszło na Pokucie, gdzie wybuchło antypolskie powstanie.
Generalnie jednak większość sił należących do armii Petlury biła się z bolszewikami, wspomagając siły polskie w walkach odwrotowych. 6 DS. dowodzona przez płk Marka Bezruczkę cofała się razem z oddziałami polskimi, tocząc ciężkie walki. Kilkakrotnie bolszewicy usiłowali ją rozbić, ale mimo dużych strat udawało jej się utrzymać wyznaczone pozycje. Kryzys w jej szeregach nastąpił w nocy z 19 na 20 lipca, kiedy bolszewicy wdarli się między dywizję ukraińską i polską 7 DP. Groźba otoczenia zmusiła Bezruczkę do wydania rozkazu opuszczania zajmowanych pozycji. W trakcie jego wykonywania jedną z brygad dywizji ogarnęła panika i znad Styru wycofała się na linię Stochodu. Dywizja została wycofana do obwodu, by zregenerowała siły. Na dzień 1 sierpnia 1920 r. liczyła 2 tys. żołnierzy, ale w linii walczyło tylko około 500 z nich. Czterystu było piechurami, 100 kawalerzystami. Na ich wyposażeniu były 4 działa i 24 karabiny maszynowe. Realnie dywizja przedstawiała wartość bojową batalionu. Po przejściu na drugą stronę Bugu, dywizja brała udział w walkach z nacierającymi bolszewikami, ponosząc duże straty. Na dzień 14 sierpnia posiadała 300 bagnetów, wliczając w to sztab i 70 spieszonych kawalerzystów, dla których zabrakło już koni. Cztery armaty z braku koni ciągnęły woły.
Macanie wypadami
Następnie dywizja brała udział w obronie Zamościa, co było jej ostatnim zadaniem. Wchodziła ona w skład kombinowanych sił, które w ostatnim momencie wzmocniły dwa pociągi pancerne i 31 pp z 10 DP pod dowództwem kpt. Mikołaja Bołtucia, liczący 2300 żołnierzy. To im, a nie żołnierzom Bezruczki przypadło główne zadanie w trzydniowej obronie miasta. Dowódca „Konarmii” zrezygnował z jego frontalnego ataku. Macał je nagłymi wypadami, szukając słabych punktów obrony.
Na odcinku południowym wojskami ukraińskimi dowodził gen. Omelianowycz- Pawłenko. Starał się on cofać z nimi tak, by nie dopuścić do ich rozbicia przez bolszewików. Po osiągnięciu linii Zbrucza wojska Omelianowycza-Pawłenki obsadziły ją od Husiatyna aż do ujścia tej rzeki do Dniestru.
Na linii Strypy
W następnych dniach oddziały ukraińskie cofnęły się na linię Strypy, którą z powodzeniem bronili, przeprowadzając liczne kontrataki. Gdy północne skrzydło wojsk musiało się cofnąć, by bronić Lwowa, Ukraińcy zaczęli cofać się w stronę Dniestru, bo groziło im okrążenie. Otrzymała ona rozkaz obsadzenia linii Dniestru od Zaleszczyk do Żurawna. Następnie po bitwie warszawskiej zaczęły się one szykować do generalnej kontrofensywy.
W połowie września cała armia po uzupełnieniu strat liczyła 17 500 żołnierzy, ale w linii tylko 6400. Na ich wyposażeniu było 49 armat i 300 karabinów maszynowych. Z różnym powodzeniem brała udział w walkach aż do października 1920 r. , kiedy to Polska i bolszewicka Rosja podpisały zawieszenie broni.
Udział wojsk ukraińskich w wyprawie kijowskiej i wojnie z bolszewikami można oceniać różnie. Liczby same mówią za siebie. Jednostki ukraińskie były nieliczne i wielkiego strategicznego znaczenia nie miały. Walczyły dzielnie, ale było ich zbyt mało, by mogły zmienić bieg wojny.
Niechaj wodze spierają się i swarzą. To jest Cud nad Wisłą.
…Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna…
[Wstęp do książki płk. Franciszka Arciszewskiego„CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]
[ Ze zbioru kazań pt. NA PRZEŁOMIE, stronica 251. Nakład Księgarni Świętego Wojciecha. Poznań – Warszawa – Wilno ‹- Lublin, rok 1923. ]
[Jesteśmy dumni, że wiek temu mieliśmyTAKICH arcybiskupów i TAKICHżołnierzy. By się TERAZ przydali.. MD]
Wyciąg z kazania ks. arcybiskupa JÓZEFA TEODOROWICZA wypowiedzianego w katedrze warszawskiej w 1920 r., podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego.
===============
Ciężkie były zmagania się Izraela z Amalekitaini; bitwa rozgorzała wielka. Po jednej i drugiej stronie równy zapał ożywiał żołnierzy i wodzów. Nikt nie mógł rozróżnić, nikt rozpatrzyć, na która stronę przechyli się szala zwycięstwa. A wtedy Mojżesz odszedł, ażeby z dala od wrzawy i zgiełku bitwy do Pana się modlić. I wznosił obie dłonie w błagalnej modlitwie i jął zaklinać Boga, ażeby błogosławił orężowi Izraela. W tej samej chwili szyki wroga zachwiały się i cofać poczęły, a Izrael następował na nie. Lecz wysoko wyciągnione w górę ręce Mojżesza w zemdleniu poczęły opadać. Jak gdyby na dany znak, gdy osłabła modlitwa, wróg w lot poprawił trudne swoje położenie i odwrócił się, ścigany, jak gdyby czując słabość w Izraelu. I znowu losy bitwy poczęły być dla ludu wybranego wątpliwe. Jak fala zawrócona w biegu, odbita od twardej skały, tak duch Izraela cofał się i słabnął. A wtedy Mojżesz wznosił znów dłonie ku Panu i, o dziwo, Izrael na nowo poczynał brać górę. Az się spostrzegli i opatrzyli Mojżesza towarzysze, i wzięli jego ręce w swoje dłonie, i trz mali je wyciągnięte ku niebu. i juz szczęście wojenne trwale było przy Izraelu. I trzymali dłonie Mojżeszowe tak długo, aż ostatecznie zatryumƒował lud wybrany i w surmę zwycięstwa uderzył. (Ks. Wyjścia XVII, 8-16)
Patrzcie, jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajem wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej, czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, tj. gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.
I każdy historyk wojenny mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę, czy na tamta stronę. A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.
Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących, nie zsyła Aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały, bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy nie-doliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegrana albo też darzy zwycięstwem.
Ten obraz żywo mi staje przed oczyma, kiedy dziś wespół z wami wspominam przed Bogiem ciężkie dni oblężenia Warszawy. Wasze wielkie wysiłki i ofiary, złożone w obronie stolicy przed straszliwym wrogiem, ale tez i wasze gorące po świątyniach modlitwy, wasze nowenny, wasze spowiedzi i wasze Komunie św., na intencję wybawienia Polski przyjmowane.
Niechaj wodze spierają się i swarzą, niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają, by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa.
Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo -waha się niepewne, jeszcze zależnym jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj? – Tu, pod Warszawą, taka była pewność przegranej, że wróg telegramami światu oznajmił na dzień naprzód jej zajęcie. Sam zas wódz francuski, który tyle zasług niespożytych położył około obrony naszej stolicy, gdy go nuncjusz zapytał w przededniu bitwy. czy liczy na zwycięstwo – odpowiedział znacząco: „Dziś pomóc mogą więcej wasze modlitwy, niżeli nasza sztuka wojenna“. Istotnie modlitwy pomogły. Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły tez wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłą sprowadziły.
Dlatego cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisła, i jako cud przejdzie ona do historii.
Zupełnie podobny to cud do cudu pod Częstochową. Dzieje pisać o nim będą i takimiż złotymi upamiętnią, go w sercu narodu głoskami, jak pisały i wspominały obronę Częstochowy. Tu i tam czerń zalała Polskę, tu i tam od zdobycia jednego grodu losy Polski zawisły; tu i tam boje i zwycięstwo uwieńczone zostały cudem Pańskim. W niczym cud pod Częstochową nie obniży wartości męstwa broniących grodu żołnierzy; ni jednego nie uszczknie lauru ze skroni Kordeckiego. Bóg, czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia; owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić musza, cudem je wspiera zi cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko, bałwochwaląca siebie, zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie? Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? zali to nie geniusz wodzów ja zbawił?
Tylko tym, co się mienia bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy ze śmiesznej i zuchwalej nadętości tak mówią.
„Veni, vidi, Deus vicit” – Przyszedłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył – powiedział Sobieski pod Wiedniem. Pytam się was, czy te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza? czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego?
Nic, zaiste, raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, ze tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę, utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza.
Można więc śmiało powiedzieć, ze te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej, niż samo męstwo. W słowach jego tkwi prawdziwa filozofia ducha wojen, w których Bóg, rozrządzający losem narodów, przegraną lub zwycięstwem dla swoich posługuje się celów. Tkwi w nich obraz i symbol takich zwycięstw, które, jak zwycięstwo pod Warszawą, tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można. Deus vicit! – powtarzamy za naszym zwycięskim królem, kiedy dzisiaj wspominamy o naszych przejściach strasznych i wielkim zmiłowaniu Bożym. Deus vicit – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemska pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami.
Cóż tu mówić dużo o planach, skoro przejścia do Warszawy dla wroga, jak się pokazało później, podobne były do nici pajęczej, którą trochę silniejszy napór albo trochę słabsza obrona każdej chwili mogły przerwać? Nie plan strategiczny rozstrzygał o ocaleniu Warszawy, skoro pozostawiał punktu obrony niezabezpieczone. Plan to inny ocalenie przyniósł. Plan ten skreślony był ręką Bożą a tworzył go i wykonywał Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. Gdy za słaba była obrona na przedmościu warszawskim i wróg już począł zwycięsko napierać, wtedy, jak spod ziemi dobywa Duch Boży serca bohaterskie… Kiedy szeregi wojsk poczynają się łamać, coƒać i pierzchać, wtedy Wódz Niebieski odkomenderowywa poruszeniem wewnętrznym kapelana Skorupkę i ten pierzchających zawraca, a śmiercią męczeńską zwycięstwo zabezpiecza. Bóg to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez nie swoje przeprowadzał plany.
To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejszym w planie nadprzyrodzonym, Bożym… Bóg, który bohaterów wzbudził, który ich przewidział i wybrał, na właściwym miejscu- postawił i w chwili stosownej użył, czyż nie wsławia w nich imienia swojego? czyż przez nich chwały swej nie rozgłasza? A jak jedni papierowe plany, Bożej przeciwstawiają mocy, tak znowu inni twierdza, że zwycięstwo pod Warszawa było łatwe, bo wróg był wyczerpany. Wyczerpany? On przecież gonił, duchem zwycięskim ożywiony, naszego żołnierza aż pod Warszawę. Taka gonitwa wyczerpywała wojsko nasze, ale nie jego siły. Poczucie tryumƒu i zwycięstwa jest i w najsłabszej armii zadatkiem potęgi, podobnie jak poczucie przegranej jest i w najpotężniejszej zadatkiem jej słabości i rozgromu. I gdyby naprawdę wróg czuł się słabym, toć właśnie tutaj skupiłby wszystkie swe siły, ażeby ostatecznym uderzeniem zwycięstwo sobie zapewnić. Czy jednak czuł on naprawdę niemoc swoja? Czyżby rozgłaszał światu swoje zwycięstwo jako dokonane, i narażał tak siebie na ośmieszenie i poniżenie, gdyby zwycięstwa tego nie był sam pewien? A czyżby rozdzielał armie swoje najniepotrzebniej i jedne oddziały wysyłał ku Niemcom, a drugie ku Warszawie, gdyby co do obliczeń swoich nie był upewniony? Zapewne w takim rozdzieleniu sił był olbrzymi błąd strategiczny, który tylko oczywistemu zaślepieniu przypisać można.
Był to błąd podobny do tego jaki popełnił Absalon, ścigając wojsko Dawida. Zamiast uderzyć na oddziały jerozolimskie cała siłą, jak mu radził Ahitophel, poszedł on raczej za złą radą Chuzy i ociągał się, pewien, iż stanie się to, co ma Chuza zapowiadał: „Przypadniemy nań a okryjemy go, jako zwykła rosa padać na ziemię, a nie zostawimy z mężów, którzy z nim są, ani jednego” (Por. II Król. XVII, 12)
Tak samo myślał wróg o grodzie naszym; sądził on, że może swobodnie dzielić wojska, bo i tak stolica Polski, jak dojrzały owoc z drzewa, na pewno mu się dostanie. Bóg dopuścił, że nieprzyjaciel upoił się pycha i pewnością siebie i zaślepił się.
Mówił mi jeden z generałów: ,,Pod Warszawa Bog zdziałał cud”.
Pomijam już wszystko inne, ale podobnie szalony plan, jak rozdzielenie sił wojennych przez bolszewików w pochodzie na Warszawę, tylko jakiemuś szczególniejszemu zaślepieniu przez Boga przypisać się musi. Myśmy zaś wówczas, patrząc na to, mogli powtarzać za Prorokiem: Wypuścicie z piersi waszych okrzyk wojenny, a mimo to zniszczeni będziecie. Wnijdźcie w narady, a one będą rozerwane i unicestwione. Dawajcie jakie chcecie rozporządzenia, a one się staną bez skutku, albowiem Bóg jest z nami. (por. Iz. VIII, 9-10). Prawdziwie, kiedy się rozejrzymy w całym planie i dziele, wołamy z Prorokiem: „Oto Bóg Zbawiciel mój… moc moja i chwała moja Pan, bo stał się wybawieniem“ (Iz. XII, 2).
Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei. Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy hordy dzikie pod Warszawa ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmura czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. Ty to pośród ciemności rozpaliłeś światło, Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję, Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rak Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę. Bo żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę, żołnierz wyczerpany na ciele i na duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie w przegrana, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz tylko od Ciebie, tylko z serca Twojego mógł zaczerpnąć nowej wiary, nowej ufności i nowego zapału. Czym on był wówczas sam przez się, 0 tym świadczył ten oddział, który w chwili poczynającej się bitwy, wbrew zakazom, cofnął się z pola, oddając na pastwę wroga losy ostatecznej rozegranej. Oto czym był wówczas żołnierz sam z siebie, lecz w lwa się przemienił, gdyś Ty, o Panie, tchnął weń moc Twoją. « A kiedyś nas tak przemądrze wspierał i wspomagał, nie spuszczałeś jednocześnie i wroga. z oczu. – Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze, kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.
Teraz już rozumiemy, teraz już wiemy, teraz już czytamy plany Twoje, o Panie. Dziełami Twymi przemawiasz do nas tak, jak przemawiałeś do Izraela przez Izajasza Proroka, który o Tobie i w Twoim imieniu powiedział: Znam Ja me plany, którem powziął względem was – to plany na pokój, a nie na nieszczęście; aby wam przyszłość tworzyć i dać nadzieję (Jer. XXIX, 1,1).
-Jak zaś sama obrona Warszawy, tak i moralne jej skutki świadczą o zmiłowaniu Bożym i o dziele Bożym. Bóg przez swój cud pod Warszawa dał nam odpowiedź wymowną na nasze trwożne pytania, które rozpacz ciskała na usta. Patrząc na zwycięskie hordy, następujące na stolicę, pytaliśmy: Dlaczego dopuściłeś to wszystko na nas, Panie? Bóg odpowiada: Jam was na to nawiedził, ażeby mój lud poznał Imię moje; dlatego pozna on w ten dzień, iż to Ja jestem, który mu mówię.: otom tu jest (por. Iz. LII, 6).
Poznaliśmy Imię Pańskie w dzień wskrzeszenia Polski, ale dusze nasze wkrótce odbieżały od Jego świętego imienia, i pilno nam było imię własne wywyższać i wynosić. I Bóg dopuszcza na nas straszne nawiedzenie i ratuje nas z niego cudem swoim, ażebyśmy przez nowe przeżycie poznali, iż to On prawdziwie jest pośród nas. W odpowiedzi zaś swojej cudzie swoim Bóg nam ukazał przyszłość naszą.
Pod Warszawą zrozumieliśmy: albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu, a wtedy utracimy i byt nasz i duszę naszą, lub tez staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata.
Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego dniem dzisiejszym i jutrzejszym. I odzywa się do nas Bóg, jak się odzywał do Izraela przez Izajasza Proroka: Narodzie, oczy twoje patrzą na Mistrza twego, i usłyszą uszy twoje słowa napominającego: Ta jest droga, chodźcie po niej, a nie ustępujcie ani na prawo, ani na lewo (por. Iz. XXX, 20-21).
Cud pod Warszawą był też pochodnią, rozpaloną przez Boga, w której blasku ujrzały narody przeznaczenie Polski. Na co to – pytały – i dla jakich to celów Polska powstała i pośród nas stanęła? Na to odpowiada Bóg przez cud pod Warszawa – by murem ochronnym wam była, tarczą waszą i puklerzem waszym.
Bo ani wiedziały, ani się domyśliwały nawet narody, jak wielkie ma Polska dla nich znaczenie i przeznaczenie. Oprócz wiernej sojuszniczki Francji, wszystkie inne państwa zostawiły nas w chwili oblężenia pod Warszawą własnemu losowi. Były pośród nich i takie nawet, które utrudniały dowóz broni i amunicji do stolicy. Inne z uśmiechem sceptycznym na ustach wołały, wzruszając ramionami: Już przepadli, już zginęli! Ze szpalt zaś prasy narodów, nawet z nami sprzymierzonych, dolatywały nas nieraz docinki: Dobrze im tak, zasłużyli na ten los.
Gdyśmy walczyli o byt nasz, ludy i narody patrzyły na nasze zmagania tak, jak się wpatruje widz z galerii w jakieś cyrkowe widowisko.
Nigdy nie uwidocznił się żywiej brak wszelkiej myśli politycznej w Europie, jak w tej pamiętnej chwili. Bo ci, którzy nam płacili obojętnością lekkomyślną, nie byli zdolni zadrżeć chociażby o swoje własne bezpieczeństwo. Jakżeż to więc chcemy, ażeby ludy te, państwa i narody wniknąć miały, pojąć i zrozumieć naszą misję dziejową -względem nich?
Dopiero gdy się rozległ po Europie i świecie okrzyk, iż Warszawa jest wolna, dreszcz przeszedł po wszystkich. Dopiero wtedy jęły się pytać narody: A cóż by to z nami się stało, gdyby Warszawa była padła, a dziki huragan przewalił się po niej i biegł, ażeby potem nam nieść zniszczenie? Dopiero wtedy z piersi narodów dobył się okrzyk: W zwycięstwie Warszawy jest zwycięstwo nasze, a wolność Polski poręcza i nam wolność.
Cud pod Warszawą był dopełnieniem cudu wskrzeszenia Polski. Powstanie narodu związał Bóg z wytrwałością jego w znoszeniu cierpień niewoli; ale cud nad Wisła wywołały nasze nowe przeniewierstwa.
Wskrzeszenie Polski było nowym tworem Bożym; ochrona zaś jej była dziełem zbawienia. Kiedy Polska stanęła pośród narodów, Bóg jeszcze nie wypisał na jej czole jej przeznaczeń. Ani ona sama nie wiedziała, czy ma powrócić do dawnych tradycji przeszłości, ani świat jej dawnego posłannictwa ku obronie świata od Wschodu nie pamiętał.
Cudem pod Warszawą Bóg głoskami krwawymi, ale chwalebnymi, posłannictwo Polski na drogach jej nowych zapisał. W dziele wskrzeszenia Polski Bóg posługuje się narodami, ażeby wespół z Nim, w myśl Jego, współdziałały ku jej powstaniu. Lecz w cudzie nad Wisłą, Bóg chce szczególniej stwierdzić, ze jednak On sam przede wszystkim dzierży naród nasz w ręce i kiedy chce, dopuszcza nań karę, a kiedy zechce, wybawia go.
Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królowa. Mówił mi kapłan, pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawa widzieli Najświętsza Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa; zupełnie jak pod Częstochową. I właśnie dzień 15 sierpnia dzień poświęcony czci Matki Boskiej, a dzień ostatni wielkiej nowenny narodowej, był dniem pamiętnym zwycięstwa. Na ten dzień wróg zapowiadał był swój tryumf; w tym dniu miał odbyć swój wjazd do stolicy sam naznaczył tę właśnie datę na upokorzenie i na rozgromienie nasze.
I to właśnie w tym dniu stało się coś zgoła nieprzewidzianego, niespodziewanego. Dzień 15 sierpnia, obwołany w biuletynach całego świata – jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla pysznego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. „Haec dies, quam fecit Dominus, Alleluja. (Ps. CXVII, 24)
To jest prawdziwy dzień Najświętszej Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki – dzień cudu nad Polska. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją. Cud pod Częstochowa prowadził króla i naród do ślubów świętych, złożonych przed ołtarzem Maryi w archikatedrze Lwowskiej i do obwołania Jej Królową Polskiej Korony.
Niechajże cud pod Warszawą zdziała to samo. Niechaj zwiąże naród cały w jedno bractwo wdzięcznych czcicieli Maryi. I niechaj bractwo to podejmie się dopełnienia zaciągnionych, a jeszcze nie wykonanych ślubów.
Seul, Południowa Korea — prezydent Lee Jae-myung zapowiedział skonfiskowanie majątków zgromadzonych przez japońskich kolaborantów i osoby działające na szkodę narodu koreańskiego w okresie kolonialnym (1910–1945).
Oświadczenie to padło m.in. w czerwcu 2026 roku podczas obchodów Dnia Pamięci w Seulu, w związku z ogłoszeniem specjalnej ustawy.
Rozliczenie po latach
Ustawa wchodzi w życie 3 grudnia 2026 roku, a w tym miesiącu rozpocznie pracę nowa komisja śledczych, która będzie śledzić takie aktywa pozyskane przez potomków. Cel działań, to namierzenie, zbadanie i odzyskanie nielegalnie przejętych dóbr oraz pociągnięcie do odpowiedzialności historycznej spadkobierców kolaborantów na podstawie specjalnej ustawy o konfiskacie majątków japońskich kolaborantów i osób antynarodowych (ogłoszona 2 czerwca 2026 roku). Środki z odzyskanych nieruchomości i aktywów mają zostać przeznaczone na wsparcie oraz uhonorowanie zasłużonych działaczy niepodległościowych i ich rodzin.
Z notatnika Brzezińskiego
Po upadku realnego socjalizmu w Polsce zgromadzony przez powojenne pokolenia Polaków majątek narodowy został rozgrabiony, bądź sprzedany za bezcen. Z zawłaszczonego społecznego majątku całego narodu powstały wielomiliardowe fortuny. To, czego nie dało się ukraść lub sprzedać, bez żadnych zahamowań było niszczone. Powstało piramidalne bezrobocie. Ponad 5 milionów Polaków ruszyło za chlebem. Zasługi za ten stan rzeczy ponoszą politycy z amerykańskiego nadania. Z notatnika Zbigniewa Brzezińskiego. Polska stała się częścią planów globalistów zmierzających do wojny z Rosją i jej podziału.
Interes Polski według Dudy 2.0
Duda 2.0, czyli Karol Nawrocki, w pierwszą rocznicę zaprzysiężenia 6 sierpnia 2026 roku, określił strategiczny interes Polski: „Jeśli chodzi o Ukrainę, to interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy radzili sobie jak najlepiej z postsowiecką Federacją Rosyjską, jak najdalej ich trzymali od Polski; to oczywiste, taka jest strategia państwa polskiego. Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli. W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski”.
Z głowy, czyli z niczego
W trakcie uroczystości związanej ze Świętem Wojska Polskiego 15 sierpnia prezydent RP Karol Nawrocki, wygłaszając z głowy, czyli z niczego, improwizowane przemówienie pełne tautologii parokrotnie podkreślał militarne sukcesy Polski międzywojennej: „cudu nad Wisłą” odnoszącego się do niespodziewanego i przełomowego zwycięstwa Polaków nad wojskami bolszewickimi w Bitwie Warszawskiej w sierpniu 1920 roku oraz bohaterskiej kampanii wrześniowej 1939 roku. W jego przemówieniu dominował duch walki z bolszewikami i bolszewizmem.
Po 100 latach o tym samym
Słuchając jego kolejnego wystąpienia i na jego podstawie próbując przypisać je do określonej osobowości znanej w psychologii, przyszła mi do głowy osobowość analna. Charakterystyczne cechy osobowości analnej skupiają się wokół uporu, uporządkowania i czystości. W jego wystąpieniu wyraźnie zauważalna jest tendencja do perseweracji polegającej na uporczywym powtarzaniu tych samych fraz, mimo zaniku wywołującej je przyczyny. Bo przecież od ponad 100 lat nie jesteśmy w trakcie wojny z bolszewikami!
[No, nie… byliśmy w 1945-49 czy trochę dalej, ale bojowników złapali i wymordowali. md].
Warto też zwrócić uwagę na jego zachowanie w trakcie tego wystąpienia. Na cykliczne przemieszczanie ciała z od lewej do prawej i z powrotem… Przez cały czas jego wystąpienia. I do tego eksponowanie garnituru śnieżno białego uzębienia.
Jak Macierewicz
Reasumując, patrząc na przemawiającego prezydenta RP Karola Nawrockiego, dostrzegam uderzające podobieństwo do wystąpień i zachowań Antoniego Macierewicza. Obsesyjna, chorobliwa nienawiść do Rosji niczego dobrego Polsce nie wróży. Wręcz odwrotnie – jest zapowiedzią kolejnej klęski. Szanowny Panie Prezydencie, drugiego cudu nad Wisłą nie będzie! Pańskie tromtadrackie przemówienia są w złym stylu. Są słabe! Pozbawione są głębszej treści. Polacy nie chcą wojny z mocarstwem nuklearnym, jakim jest współczesna Rosja.
Nadejdzie czas
Przyjdzie czas, że podobnie jak we wspomnianej na wstępie Korei Południowej w Polsce, pod nowymi rządami wprowadzone zostanie prawo, które pozwoli na osądzenie ludzi odpowiedzialnych za współcześnie prowadzoną politykę wpychającą Polaków w wojenną zawieruchę. Odpowiedzialnych za zniszczenie i grabież, której dopuściły się kolejne ekipy okrągłych stolarzy.
Stało się. Po wielokrotnie pomnażanych w mediach społecznościowych apelach rząd Donalda Tuska zdecydował się na powtórne zastosowanie protezy blokującej wzrost cen paliw, czyli programu Ceny Paliwa Niżej.
CPN 2.0 ma potrwać kilkanaście dni, co samo w sobie jest już kpiną, bo przecież przyczyny wysokich cen paliw nie ustaną wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Będą trwały, gdy zaczniemy wozić nasze dzieci do szkoły. Do tego tym razem rząd zdecydował się jedynie na obniżkę VAT, nie ruszając akcyzy, a to oznacza, że od wczoraj płacimy za paliwa wprawdzie o złotówkę mniej, ale są to ceny nadal horrendalne, pomimo ustanowienia ich górnego limitu.
Niekorzystne porównanie
Oczywiście, to wszystko wielomiliardowe koszty dla budżetu i wzrost jego deficytu. Gdy cztery lata temu poprzedni rząd wprowadzał program Tarczy Antyinflacyjnej, w szeregach ówczesnej opozycji z Koalicji Obywatelskiej podniósł się rejwach, że ekipa Mateusza Morawieckiego napędza inflację. Przypomnijmy, że w 2022 roku rząd zwolnił z podatku VAT artykuły spożywcze, zmniejszył stawkę VAT na paliwa z 23% do 8%, zredukował do minimum akceptowanego przez Unię Europejską podatek akcyzowy na paliwa. Do tego zdecydowano się na dotacje w wysokości 3000 złotych dla gospodarstw domowych używających pieców węglowych oraz zamrożono taryfy na energię elektryczną. Dzięki temu w 2022 roku w kieszeniach Polaków zostało 37 mld złotych, czyli połowa budżetu przeznaczanego na obronę narodową.
Złe wieści
Tymczasem CPN 2.0 to proteza, po której krótkotrwałym zastosowaniu będziemy mieli powrót z rozrywki. Ceny poszybują za kilkanaście dni znów w górę. Powrót z wakacji będzie dla Polaków niezwykle bolesny. Dlaczego? Bo realnie państwo polskie nie ma już pieniędzy. Nie powtórzy rozwiązań z 2022 roku, gdyż znalazło się w kryzysie, jak cała Europa. To kryzys, o którym media i politycy głównego nurtu wolą nie mówić. Ale od tego, że się go nie zauważa, z pewnością on nie minie. I premier Tusk boi się przy tym pewnych, narzucających się w sposób oczywisty pytań. Nikt przecież nie lubi być posłańcem złych wieści.
A wieści są jednoznaczne: mamy porażkę na trzech frontach jednocześnie. Mamy trzy deficyty: energetyczny, budżetowy i handlowy. Informuje o tym nie złośliwa opozycja, lecz analitycy międzynarodowi, na przykład w raporcie Allianz Trade. To właśnie jego eksperci wpisali Polskę na listę 11 najbardziej narażonych na kryzys w związku z blokadą Cieśniny Ormuz krajów świata. Wyliczyli spowolnienie wzrostu gospodarczego o 0,2 do 0,4 punkt procentowego, wzrost inflacji o 1,5 do 3,5% punktów procentowych, a do tego przekroczenie progu nadmiernego deficytu budżetowego dopuszczalnego w Unii Europejskiej. Czym zajmuje się Allianz Trade? To ubezpieczeniowy gigant, z którego usług korzystają również polskie firmy. Jego zadaniem jest zatem właściwą ocena ryzyka, bo to właśnie od niej zależą stawki ubezpieczeniowe, na przykład w przypadku ubezpieczanych transakcji handlowych. Analitycy takich korporacji muszą zatem dobrze liczyć pieniądze.
Front energetyczny
W 2025 roku Polska zapłaciła za surowce energetyczne i paliwo około 104 mld złotych, w tym 51 mld dolarów za ropę naftową i 30 mld złotych za gaz oraz 0,8 mld złotych za węgiel. W ciągu niecałej dekady zależność Polski od importu surowców energetycznych wzrosła z 29% (2014) do 46% (2024). Przy czym nie ma tu mowy o żadnej dywersyfikacji – uzależniliśmy się od kilku kierunków dostaw. Ponad połowa ropy naftowej pochodzi z Arabii Saudyjskiej, która od maja wprowadziła swoistą dodatkową marżę „wojenną” w wysokości 27 dolarów za baryłkę Brent.
Saudyjski gigant Saudi Aramco w 2022 roku podpisał z Orlenem umowę na dostawy około 45% (400 tys. baryłek na dobę) zapotrzebowania należących do niego rafinerii. Jednocześnie Saudyjczycy wykupili 30% udziałów w Rafinerii Gdańskiej. 75% gazu skroplonego pochodzi natomiast ze Stanów Zjednoczonych. Terminal LNG w Świnoujściu przyjął w ubiegłym roku 81 transportów gazu skroplonego, z czego 62 to gaz od amerykańskich korporacji. Drugim dostawcą LNG do Polski jest natomiast Katar. Z uwagi na wojnę w Zatoce Perskiej i blokadę Cieśniny Ormuz katarski surowiec nie dociera do Europy od 16 lipca i zapewne zawieszenie transportów obowiązywać będzie przynajmniej do końca września.
Front handlowy
Kryzys dodatkowo pogłębia osłabianie się naszej waluty. Wyraźny spadek złotego miał miejsce w lipcu. Złożyły się na niego różne przyczyny, ale przede wszystkim sytuacja geopolityczna zwiększająca ryzyko deficytu z pierwszego wspomnianego frontu, czyli energetycznego. Poza tym doszły do tego zapowiadane ruchy Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. Mają one polegać na zmniejszeniu stóp procentowych w sytuacji, w której banki centralne UE oraz Stanów Zjednoczonych (złoty uzależniony jest od kondycji dolara i euro) zmierzają w odwrotnym kierunku. „W ostatnich tygodniach złoty pozostawał pod presją rosnących oczekiwań na obniżki stóp NBP, przy jednoczesnym utrzymywaniu się wycen zacieśniania polityki pieniężnej przez EBC i Fed. Zawężenie oczekiwanego dyferencjału stóp ograniczało atrakcyjność PLN w strategiach carry trade. Dodatkowo w ostatnich dniach krajowej walucie ciążyły pogorszenie sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie i towarzyszący mu wzrost awersji do ryzyka oraz wyższe ceny ropy” – napisał niedawno analityk banku PKO BP Andrzej Kiedrowicz. Tani złoty byłby błogosławieństwem dla polskich eksporterów, gdyby nie fakt, że ich działalność uzależniona jest od cen importowanych surowców.
Front budżetowy
Deficyt budżetowy na ten i przyszły rok zakłada się na poziomie 6,8% PKB. To właśnie ta dziura budżetowa pozwalała na dotowanie cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i odbiorców indywidualnych, a także wspomniany program CPN i najnowszy CPN 2.0, o którym wyżej wspomniano. Ceny prądu elektrycznego nadal mamy nieco niższe od tych w Niemczech czy Włoszech, ale to dzięki generacji prądu z węgla kamiennego. Ta jest jednak – zgodnie z żądaniami Brukseli – całkowicie likwidowana (najnowszym przykładem jest właśnie dokonywane wygaszenie bloków węglowych Zespołu Elektrowni Dolna Odra).
Zamknięty krąg
Czy rząd w jakikolwiek sposób rozwiązuje wspomniane, splecione ze sobą wzajemnie problemy na owych trzech frontach? W zasadzie je dodatkowo pogłębia. Deficyt energetyczny pogłębia deficyt handlowy, subsydiowanie paliw i energii elektrycznej – pogarsza sytuację budżetową, zaś słabnąca waluta jeszcze bardziej nakręca tendencję inflacyjną. Można w tej sytuacji podnieść tylko podatki. Zwiększono podatek CIT dla banków z 19% do 30%, ale już na podwyższenie o 15% akcyzy na alkohol nie zgodził się prezydent, wetując proponowane przepisy.
Pieniędzy z Brukseli żadnych nie dostaniemy, bo już teraz uruchomiono wobec Polski procedurę nadmiernego deficytu i UE żąda od nas działań na rzecz konsolidacji budżetu. W marcu 2023 roku, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, które dały obecnej koalicji władzę, Tusk stwierdził w jednym z wywiadów: „dzisiaj najdroższym klientem socjalnym władzy jest ta władza… po raz pierwszy od 1989 roku mamy władzę, która wydaje na siebie tyle pieniędzy, że ma to wpływ na procesy makroekonomiczne, takie jak inflacja”. Niewiele się pod tym względem pod jego rządami zmieniło.
Pytanie o dotrzymywanie słowa
Od 1 kwietnia 2024 roku obecny rząd zrezygnował z zerowej stawki podatku VAT na podstawowe produkty żywnościowe. Gdy kilka tygodni wcześniej Donald Tusk informował na konferencji prasowej, że żywność obciążona będzie VATem na poziomie 5%, zaznaczył: „możemy wrócić w każdej chwili do stawki zerowej, jeśli będą powody do takiego rozwiązania”. W ciągu roku paliwa zdrożały o około 16%. Za wzrostem ich cen idą również wzrosty cen artykułów spożywczych. Na co zatem czeka polski rząd? Czy nie zaistniały okoliczności, które uzasadniają spełnienie przez Donalda Tuska jego obietnicy sprzed ponad dwóch lat?
Rzeczywistość a obietnice
Zamiast deklaracji trzymania cen i kosztów życia nas wszystkich w ryzach mamy krzyczące fakty. W ciągu roku paliwa podrożały o 15,8%, a tylko w ciągu kilku tygodni lipca aż o 13,9%. Rząd jeszcze niedawno szczycił się niską inflacją, podkreślając w grudniu ubiegłego roku, że jej wzrost wyhamowano do zaledwie 2,4%. Latem tego roku wróciła ona do 3%, zaś analitycy finansowi spodziewają się, że pod koniec roku powróci do wskaźników na poziomie 3,5-4%. Jej motorem napędowym będą rosnące ceny żywności, a te z kolei to przede wszystkim efekt szalejącej drożyzny na rynku paliwowym (cena każdego produktu to przecież również koszty logistyki, przede wszystkim oparte na cenie oleju napędowego), ale także kryzysu na rynku nawozowym oraz niskiego tegorocznego urodzaju. Zresztą wspomniane nawozy mają te same źródła kryzysu co i paliwa; około 30% światowego eksportu nawozów sztucznych trafia na rynki przez Cieśninę Ormuz. Natomiast produkcja własnych nawozów azotowych uzależniona jest od cen importowanego gazu.
Dlaczego nie będzie taniej
Wbrew obietnicom, na pomoc ze strony rządu liczyć nie możemy. Państwo wyczerpało swe możliwości finansowe w ciągu ostatnich kilku lat i dodatkowo wpadło w niebezpieczną spiralę zadłużenia. Każda interwencja to (rządowi politycy mają rację) miliardy złotych mniej, czyli jeszcze większy deficyt. Polski już na to nie stać. Rząd milczy na temat ewentualnych pomysłów ulżenia doli zwykłych obywateli, bo tych pomysłów już najzwyczajniej w świecie nie ma. Wybory w przyszłym roku, więc pewnie jeszcze będziemy mieli do czynienia z zastosowaniem kilku krótkotrwałych protez w rodzaju CPN 2.0. Ale chwile wytchnienia to nic w porównaniu z zapaścią finansową, jaka czeka większość polskich rodzin. Lepiej już było. Teraz czas, by było coraz gorzej. To konsekwencje lat błędnej polityki i fałszywych paradygmatów.
Zgodnie z przewidywaniami kolejne rozdanie tragikomicznych ról w polskim teatrze politycznym może utrudnić realizację niektórych scenariuszy.
Co zrobią reprezentanci “silnych razem”?
Czy “nienawidzący razem” zdadzą egzamin z ochlokracji?
Adam Wielomski zapomniał doprecyzować “po udanej prowokacji”, bo ostatnia prowokacja nie wyszła idealnie, wzbudzając podobno poważne wątpliwości saperów. Krater im. Kosiniaka Kamysza był zbyt symetryczny jak na rakietę, i został natychmiast zasypany, aby nie wzbudzać kontrowersji. Bardziej złośliwi sugerowali, że zamiast ruskich onuc ślady wskazywały na onuce ukraińskie.
Radosław Sikorski chce wprowadzić na teren unijny – na teren Polski? – obce wojska składające się m.in. z Ukraińców
Zdecydowanie opowiadam się za utworzeniem “Legionu Europejskiego”, oddanej, stałej jednostki, która mogłaby rekrutować doświadczonych profesjonalistów z szerszej rodziny europejskiej, w tym zaprawionych w boju ukraińskich weteranów po wojnie.
Nic bardziej nie zwiększy poczucia bezpieczeństwa Polaków jak świadomość, że na terenie Polski mają przebywać uzbrojeni po zęby banderowcy z bratnią armią niemiecką. A propos nazizmu- temat wciąż aktualny:
Niemiecki sąd uniewinnił kobietę, która porównała działania Izraela do nazistowskich Niemiec. Uznał, że jej wypowiedź mieściła się w granicach chronionej prawem wolności słowa./link/
Ta informacja w kontekście wielu opinii, które coraz częściej pojawiają się w internecie, wzywających do zaprzestania okradania Polski na rzecz neonazistowskiej Ukrainy pod szyldem bezczelnej bredni o “naszej wojnie”.
Do ataków używa się pułków o ideologii banderowskiej i neonazistowskiej…
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 16 sierpnia 2026 michalkiewicz
W pierwszą rocznicę zaprzysiężenia pan prezydent Karol Nawrocki wystąpił na jubileuszowej uroczystości przed Pałacem Namiestnikowskim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, na którą przybyły rzesze obywateli – ale nie wszystkich. Wśród uczestników uroczystości znalazł się na przykład Mateusz Morawiecki, który podczas przemówienia pana prezydenta bez przerwy tkwił z nosem w telefonie. Naczelnika Państwa natomiast nie było. Zwolennicy byłego premiera rządu „dobrej zmiany” twierdzili, że nie ustaje on w kaptowaniu zwolenników przyszłej partii, która ma poprowadzić nasz mniej wartościowy naród tubylczy ku świetlanej przyszłości – ale jego przeciwnicy, których też nie brakuje, twierdzili z kolei, że odpiera on ataki „hejterów”, czyli nienawistników, którzy atakują go przy pomocy „mowy nienawiści”.
Tymczasem obywatel Żurek Waldemar nie podejmuje w tej sprawie żadnych stanowczych kroków. Inna rzecz, że może dlatego, iż podjął stanowcze kroki w związku z powołaniem przez pana prezydenta Nawrockiego ponad 200 asesorów sądowych. Obywatel Żurek Waldemar zwietrzył okazję do przygwożdżenia pana prezydenta za „złamanie konstytucji” Chodziło mu o to, że pan prezydent mianował tych asesorów bez kontrasygnaty premiera Tuska. Najwyraźniej zapomniał przeczytać, co na ten temat mówi konstytucja. Otóż w art. 144 formułuje ona zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta dla swej ważności wymagają kontrasygnaty premiera, który w ten sposób odpowiada przed Sejmem za to, co podpisał. Jednak ust. 3 art. 144 enumeratywnie wylicza wyjątki, kiedy taka kontrasygnata nie obowiązuje i w punkcie 17 stanowi, że nie obowiązuje ona przy „powoływaniu sędziów”. Najwyraźniej jednak obywatel Żurek dopuścił sobie do głowy, że skoro punkt 17 mówi tylko o „sędziach” – ale o „asesorach” – ani słowa – to nieomylny to znak, że w przypadku asesorów kontrasygnata obowiązuje. Pozornie trzyma się to kupy, bo punkt 17, podobnie jak cały ust. 3 art 144 konstytucji, ma charakter wyjątku od zasady kontrasygnowania, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco.
Z drugiej jednak strony obowiązują pewne zasady wykładni prawa, których studenci uczą się już na pierwszym roku studiów. Jest mianowicie zasada a maiori ad minus, która mówi, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej. Skoro prezydent może bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – również Sądu Najwyższego – to tym bardziej może mianować asesorów sądowych – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej, niż stanowisko sędziego. Toteż pan minister Bogucki z Kancelarii Prezydenta wyśmiał „doradców” obywatela Tuska, że wsadzili go na minę, w dodatku wiedząc, że Trybunał Konstytucyjny wcześniej potwierdził, że nominacje sędziowskie i asesorskie kontrasygnaty nie wymagają. Oczywiście obywatel Żurek Waldemar Trybunału Konstytucyjnego „nie uznaje” – ale wygląda na to, że zapomniał również o zasadzie a maiori ad minus – o ile w ogóle cokolwiek zapamiętał z okresu studiów. W tej sytuacji możemy tylko ubolewać, że nasz nieszczęśliwy kraj administrowany jest przez zadowolonych ze swego rozumu hebesów.
Wracając do uroczystości z okazji rocznicy zaprzysiężenia pana prezydenta, to w przemówieniu wspomniał on o ponad 20 swoich inicjatywach ustawodawczych, które marszałek Sejmu, obywatel Czarzasty Włodzimierz, umieścił w sejmowej zamrażarce. Tę wiadomość zebrani skwitowali okrzykami: „precz z komuną” i w ogóle stwarzali wrażenie, że vaginetem obywatela Tuska Donalda pogardzają. W związku z tym działacze Volksdeutsche Partei natychmiast podnieśli klangor, ile ta uroczystość kosztowała i kto będzie za to płacił.
Pan minister Szefernaker z Kancelarii Prezydenta wyjaśnił, niczym chłop krowie, że z budżetu Kancelarii – ale działacze nie przyjmowali tego do wiadomości, pragnąc zademonstrować troskę o pieniądze podatników. Kto to widział, żeby prezydent wydawał pieniądze z budżetu Kancelarii? „A pula nie jest do kradzieży; pula się cała nam należy” – pisał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”, który za rządów vaginetu obywatela Tuska Donalda nabiera nieoczekiwanej aktualności. Najdalej w potępieniu pana prezydenta posunęła się madame Agnieszka Kublik z Judenratu, która nazwała pana prezydenta Nawrockiego „uzurpatorem”. Najwyraźniej jeszcze nie ochłonęła z euforii, jaka ogarnęła sympatyków Volksdeutsche Partei po tym, jak na skutek przeszacowania sondażowych wyników wyborów prezydenckich, Rafał Trzaskowski przez całe dwie godziny myślał, że to on został prezydentem.
Pana prezydenta Nawrockiego ofuknął również Książę-Małżonek, który przez jakiś Sanhedryn typowany jest na przyszłego prezydenta. Książę-Małżonek, który dotychczas ocierał się o genialność przy wiązaniu krawatów i puszczaniu złotych myśli nie tylko w fotel, ale udostępniając je również w mediach społecznościowych, z wysokości wieży z kości słoniowej, przy okazji mianowania wspomnianych 200 asesorów, zarzucił panu prezydentowi uzurpowanie sobie konstytucyjnych kompetencji. Wypadałoby w związku z tym rozebrać z uwagą, czy Książę-Małżonek czerpie z krynicy mądrości bijącej w Judenracie, czy może odwrotnie – czy Judenrat czerpie z mądrości Księcia-Małżonka?
Ja bym zasobów krynicy mądrości Księcia-Małżonka nie przeceniał, a okazji dostarczyła ruska prowokacja w Tarnawie Dużej, gdzie – jak wiadomo – spadła rakieta. Nie tylko spadła, ale i wybuchła wybijając dół o średnicy 10 metrów i głębokości metrów 5. Według komunikatów z czeluści vaginetu obywatela Tuska Donalda, wszystko było w jak najlepszym porządku, bo „procedury zadziałały prawidłowo”. Tak w każdym razie zapewniła obywateli pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, piastująca w vaginecie fuchę wiceministra obrony.
Co prawda syreny zawyły ze zgrozą, gdy już było po wszystkim, ale wiadomo przecież, że lepiej późno, niż wcale. Za to dół sprawnie zasypano – „żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało” – jak pisał poeta: „Przychodzimy, odchodzimy, cichuteńko na paluszkach, żeby śladów nie zostawiać, żeby śladu nie zostało. (…) Miasta nasze, domy nasze na uwięzi się kołyszą; tuż nad ziemią, ledwo-ledwo – jak wiatr mały, to nie widać.”
Wracając tedy do Księcia-Małżonka, to przypomniał on o swojej inicjatywie, żeby Polska zestrzeliwała ruskie rakiety jeszcze nad Ukrainą. Wprawdzie starsi i mądrzejsi, na przykład sekretarz generalny NATO Mark Rutte przestrzegał, że w ten sposób NATO zostałoby wciągnięte do wojny z Rosją – a właściwie nie tyle NATO, co Polska i to w sposób nie rodzący żadnych zobowiązań Sojuszu z art. 5, który przewiduje uruchamianie procedur sojuszniczych tylko w przypadku „zbrojnej napaści” na państwo-członka NATO – ale nie w przypadku, gdy to państwo samo na kogoś napadnie, albo samowolnie włączy się do toczącej się wojny – ale Książę-Małżonek najwyraźniej wie swoje. Więc już lepiej, żeby wiązał krawaty – bo tu naprawdę ociera się o genialność.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Od redakcji PP: Na oficjalnej stronie rządowej poświęconej Bitwie Warszawskiej 1920 roku [bitwa1920.gov.pl] wciąż jest, mimo upływu 100 lat, mowa o planie Marszałka Piłsudskiego zwanego tym razem „Wielką Kombinacją”.
Jak skrótowo przedstawialiśmy to już TUTAJ, autorem planu Bitwy Warszawskiej 1920 roku był gen. Tadeusz Jordan Rozwadowski, który wydał symboliczny rozkaz nr 10.000, gdy tymczasem Marszałek Piłsudski 12 sierpnia opuścił Warszawę i udał się w okolice Tarnowa do p. Aleksandry Szczerbińskiej na ok. 2 dni, po czym zagościł w Puławach oczekując na rezultat potyczki polsko-bolszewickiej. Następnie wykonał opóźniony w stosunku do planów manewr znad rzeki Wieprz i dlatego nieskuteczny.
Polacy, czas po 100 latach stanąć w prawdzie i odkłamać mity i legendy stworzone przez sanację i „chłopców Piłsudskiego”, którzy bohaterów Bitwy Warszawskiej 1920 roku, szczególnie po zamachu 1926 roku, skazywali na zapomnienie, więzienia, a nawet śmierć (gen. Włodzimierz Zagórski i prawdopodobnie gen. Tadeusz Rozwadowski i inni). W PRL nie było nam to dane, w III RP ponownie zakwitł, na nasze polskie nieszczęście, „kult Piłsudskiego”, dyktatora i niszczyciela demokracji parlamentarnej.
Niech Maryja Królowa Polski nam w tym dopomoże !
Przedstawiamy w odcinkach, dzień po dniu, wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń.
ODCINEK II. WSPOMNIENIA PREMIERA WINCENTEGO WITOSA
Urywki wybrane przez Romana Galińskiego z książki Wincentego Witosa „Moje wspomnienia”, tom II, Paryż 1964, Instytut Literacki i ogłoszone w „Komunikatach Tow. im. R. Dmowskiego w Londynie, tom I, rok 1970/71, str. 388-397. Podtytuły Galińskiego, podkreślenia moje – J.Giertych. Witos był w owym czasie premierem (prezesem rady ministrów).
„Wojną polsko-bolszewicką jak i jej przebiegiem zajmowałem się bardzo gorliwie. (…) Starając się w granicach możliwości robić wszystko, co się mogło przyczynić do szczęśliwego przebiegu walki i zapewnienia zwycięstwa, nie mieszałem się nigdy do tego, na czym się nie znałem i co było obowiązkiem i prawem fachowców, przed państwem i rządem odpowiedzialnych. Moja więc ocena większych czy mniejszych zasług poszczególnych osób, w tej wojnie wybitniejszy udział biorących może być podyktowana obiektywną oceną chłopskiego, a sądzę i zdrowego rozumu. Nie przeczę, że w tych sprawach może on się okazać niewystarczający.
Wiem, że wielu opinię moją potraktuje wzruszeniem ramion, inni zapewne ze świętym oburzeniem. To mnie jednak niewiele obchodzi wtenczas, gdy trzeba dać świadectwo prawdzie i uznać rzeczywiste zasługi ludzi, o których tak łatwo zapomniano, a którzy nie chcieli, czy nie umieli się reklamować”. (Witos, ibid., str. 354).
ZAŁAMANIE PSYCHICZNE ARMII I SPOŁECZEŃSTWA
„Sprawą niezwykle wielkiego znaczenia było przywrócenie zaufania w wojsku i społeczeństwie tak do Naczelnego Dowództwa jak i do dowództw poszczególnych części armii, gdyż i tam nie było wcale dobrze. Gen. Rydz-Śmigły zawiódł zupełnie na południu, mimo użycia znacznych sił i doskonałej sposobności. Szef sztabu, gen. Stanisław Haller, sumienny, prawy i dobry człowiek, nie miał żadnej własnej koncepcji, będąc lojalnym, a często ślepym wykonawcą rozkazów Naczelnego Wodza. Nie dopisał także dowódca pomocnego frontu, gen. Szeptycki, złamany niepowodzeniami, które przewidywał, ale którym nie mógł zapobiec.
Należało przeprowadzić zmiany, by z nowymi ludźmi przyszło zaufanie. Tak się też stało. Szefem sztabu w miejsce gen. St. Hallera został mianowany 22 lipca gen. Tadeusz Rozwadowski, który nie tylko, że odznaczał się wielką odwagą i niewyczerpanym bogactwem pomysłów operacyjnych, ale pewnością siebie i wprost bezgranicznym optymizmem. Dowództwo zaś po Szeptyckim objął gen. Józef Haller, który przyniósł z sobą pomiędzy innymi zaletami entuzjazm, religijną wiarę w zwycięstwo, osobiste męstwo i zdolność porywania żołnierzy.
Na skutek bardzo poważnych zarzutów, podnoszonych przeciw Piłsudskiemu, odbyło się kilka poufnych konferencji, ale znaczna większość przedstawicieli stronnictw oświadczyła się za utrzymaniem go na dotychczasowym stanowisku, żeby nie drażnić jego dość licznych i zaciętych zwolenników, a przy tym uniknąć walki kandydatów na stanowisko po nim”. (Ibid., str. 273)
NOWY SZEF SZTABU PRZYWRACA WIARĘ W ZWYCIĘSTWO
„Po kilku dniach po objęciu swego urzędu gen. Rozwadowski przedstawił Radzie Ministrów plan obrony, mający na celu co najmniej zatrzymanie pochodu wojsk bolszewickich. Plan ów nazywał on swoim. Nie przyszło mi nawet na myśl zapytać, czy on wyłącznie od niego pochodzi, czy też był wynikiem pracy wspólnej.
Nowy szef sztabu, zupełnie pewny siebie, zapewniał kategorycznie wpatrzoną w niego Radę Ministrów, że jest w możności wstrzymania bolszewików, przynajmniej nad brzegami Bugu, gdyż wojska polskie zajęły tam bardzo silne, świeżo umocnione pozycje. Dostały też rozkaz nie opuszczania ich za żadną cenę.
Rada Ministrów zarówno plan jak i oświadczenie gen. Rozwadowskiego przyjęła do wiadomości zadowolona, że znalazł się przecież ktoś, co ma głowę na karku i wiarę w zwycięstwo. Osobno i poufnie informował mnie gen. Rozwadowski, iż polecił, żeby linię tę specjalnie umocniono i jest w stu procentach pewny, że sobie tam bolszewicy karki na dobre połamią. Wierzyłem mu zupełnie.
Minęły dwa dni na dość niespokojnym oczekiwaniu, gdyż różne wieści dostawały się do Rady Ministrów. Przekonaliśmy się wkrótce, że nie były one w zupełności pozbawione podstawy. Na posiedzenie Rady Ministrów, które odbywało się prawie w permanencji, przy szedł zaproszony przeze mnie gen. Rozwadowski. Obserwowałem go bardzo pilnie i zauważyłem, że ma minę nieco strapioną. Niestety, nie pomyliłem się wcale.
Zabrawszy głos, zakomunikował zdziwionej i przerażonej Radzie Ministrów że bolszewicy linię Bugu przekroczyli i to bez większych trudności, bo woda w rzece niemal że wyschła, a zresztą z punktu widzenia wojskowego obrona tej linii byłaby zupełnie bezcelowa.
Po jego całkiem spokojnym oświadczeniu nam się zrobiło zupełnie gorąco. Pierwotny optymizm uległ miejsca głębokiej trosce i niedowierzaniu. Nastąpiło też dłuższe przykre milczenie. Ministrowie pytającym wzrokiem spoglądali to na siebie, to na szefa sztabu. Wcale tym nie zrażony gen. Rozwadowski, zabrawszy powtórnie głos, dowodził z widocznym przekonaniem i przejęciem, że się nic złego nie stało, bo walkę z bolszewikami należy przenieść na nowe, skrócone linie, a już najlepszym ze wszystkiego byłoby ściągnąć ich w okolice Warszawy i tu do jednego wystrzelać. Tego planu musi jednak na razie zaniechać, mimo że go uważa za wykonalny.
W czasie jego przemówienia obserwowałem poszczególnych ministrów, widząc jak jego argumenty, nie opuszczająca go pewność siebie, wiara i szczerość zaczęły ich znowu przekonywać, a kiedy zaręczył, że obecnie jest zdolny wojska bolszewickie zatrzymać na szereg tygodni, wiara u wszystkich odżyła prawie zupełnie na nowo. Nie przekonany został tylko minister Skulski”. (Ibid., str. 282-283).
JEDEN GEN. ROZWADOWSKI NIE TRACI NADZIEI
Za dalsze dwa dni Rada Ministrów dowiedziała się znowu od tego samego szefa sztabu, że wojska bolszewickie postępują znowu naprzód, przeszły już pomiędzy innymi linię Osowiec-Grajewo i zagrażają Łomży, zaś gen. Sikorski, który się długo trzymał w Brześciu, zmuszony będzie przez wojska bolszewickie się przebijać, gdyż mu przecięły odwrót. Na południu bolszewicy przekroczyli rzekę Zbrucz.
Atakowany pytaniami, czasem nawet bardzo nieprzyjemnymi, odpowiedział spokojnie i niemal dobrodusznie, że to są drobne uchybienia, które się wnet odrobi. Bolszewicy zaś wcale nie zwyciężyli w bitwie, ale tylko tak sobie «podstępem podleźli». On już zresztą wydał rozkazy, aby ich z powrotem wyrzucić. Kiedy to powiedział, wśród ministrów odezwały się przyciszone śmiechy. Dalszym naradom towarzyszył bardzo ponury nastrój.
Gen. Rozwadowski opuścił posiedzenie wcześniej, wywołany do sztabu dla jakiejś ważnej sprawy, a późnym wieczorem przyszedł znowu do mnie. Zauważyłem, że był nieco zmieniony. Okazywał znacznie mniej optymizmu, choć nie tracił wiary w zwycięstwo, a ostatnie niepowodzenia przypisywał rozkazom Piłsudskiego, które niweczyły jego zamierzenia, a którym musiał się podporządkować.
«Nie mogę taić przed panem, – mówił – że wojska bolszewickie postępują wciąż jeszcze bardzo szybko naprzód, nie trafiając przy tym na poważniejszy opór, gdyż nieraz uciekają przed nimi całe nasze nawet silne oddziały, rzucają broń z takim trudem nabytą, nie chcąc stawić czoła nieprzyjacielowi».
Wielu nawet wyższych oficerów całkowicie zawiodło. Na Radzie Ministrów wszystkiego nie mówił, gdyż miał obawę, aby niepotrzebne wiadomości nie rozszerzały się zbytnio i nie dawały powodu do popłochu i depresji. Ministrom raczej należy zakomunikować pojedynczo, co będzie potrzebne”. (Ibid., str. 283-284).
PIŁSUDSKI PARALIŻUJE SKUTECZNOŚĆ AKCJI
„Skarżył się znowu szeroko, że Piłsudski, nie mając ani nauki, ani potrzebnego doświadczenia, a uważając się za wszystko wiedzącego, przeszkadza w celowej akcji. Bolszewicy nauczyli się bardzo wiele i stali się groźnymi przeciwnikami. Twierdził, że z winy Piłsudskiego bitwa pod Brodami z Budiennym nie przyniosła pełnego zwycięstwa, gdyż na wiadomość o upadku Brześcia kazał ją przerwać zupełnie niepotrzebnie. Siły wycofane stamtąd nie mogą już zdążyć, żeby wziąć udział w walce nad Bugiem, a Budienny pozostaje w dalszym ciągu dla nas groźną potęgą, mając możność odpoczynku i przegrupowania. W końcu zaznaczył, że jakkolwiek się dzieje, to on jest pewny zwycięstwa”. (Ibid., str. 284).
KTO OPRACOWAŁ PLAN BITWY POD WARSZAWĄ
„W rządzie panowało ogólne przekonanie, że cały plan operacyjny, mający się przeciw bolszewikom przeprowadzić, zostanie opracowany wspólnie przez Piłsudskiego, gen. Rozwadowskiego i gen. Weyganda; Czy był on dziełem ich wspólnej pracy, czy jednego z nich, nie wiedział nikt z nas dokładnie. Wiem, że tak Piłsudski jak i Rozwadowski przypisywali sobie jego autorstwo i nieraz o tym mówili, natomiast generał Weygand uparcie milczał. Kiedy raz zapytałem ministra spraw wojskowych, gen. Sosnkowskiego, odpowiedział mi wzruszeniem ramion i słowami: «Weygand się niczym nie chwali, choć się dość napracował». Niewiele znowu z tego wiedziałem.
Istota planu polegała początkowo na wycofaniu wojsk frontu północnego nad Wisłę i utworzeniu nowej armii manewrowej pod nazwą «frontu północnego». Zadaniem frontu północnego gen. Hallera było nie dopuścić do oskrzydlenia wzdłuż granicy niemieckiej i osłabić rozmach uderzenia ewentualnego na przyczółek warszawski. Zadaniem zaś frontu środkowego miało być uderzenie na bok i tyły nieprzyjaciela atakującego Warszawę i rozbicie go przy współdziałaniu wojsk frontu północnego. Ażeby te plany i prowadzoną stosownie do nich koncentrację wojska utrzymać w tajemnicy, nawet na posiedzeniu Rady Obrony Państwa Piłsudski był bardzo wstrzemięźliwy, dając informacje nie zdradzając w szczegółach zamierzonych planów”. (Ibid., str. 287-288).
PIŁSUDSKI PODAJE SIĘ DO DYMISJI
„W dniu 10 lub 11 sierpnia 1920 r. na kilka dni przed rozpoczęciem ofensywy przeciw bolszewikom Piłsudski zaprosił mnie, wicepremiera Daszyńskiego i ministra Skulskiego na osobną, a jak mówił, bardzo ważną i poufną konferencję. Odbyła się ona w prezydium Rady Ministrów. Naczelny Wódz był mocno skupiony i poważny, a jak mi się wydawało, przybity, niepewny, wahający się i mocno zdenerwowany.
W rozmowie, którą sam rozpoczął, był niesłychanie ostrożny, a dotykając spraw bieżących, stawiał raczej bardzo smutne horoskopy. Twierdził, że stawia na ostatnią kartę, nie mając żadnej pewności wygranej. Poza sprawami ogólnymi mówił także dość długo o swojej osobie. W ciągu rozmowy wyjął z kieszeni niezapieczętowany list i odczytał go głosem ogromnie niewyraźnym i zmienionym. Na czterech kartkach małego formatu mieściła się dość obszernie umotywowana jego dymisja ze stanowiska Naczelnika Państwa.
W piśmie tym zaznaczał między innymi, że nie wiedząc, czy i kiedy będzie mu dane wrócić z placu boju, którego losy uważa za niepewne, mnie prosi i upoważnia do zastępowania go na jego urzędzie. Co zaś do samej rzeczy i pisma, prosi o zachowanie bezwzględnej tajemnicy tak długo, jak tego będą wymagały stosunki, i ja sam uznam za potrzebne. Treść więc tego pisma była znana ministrom Daszyńskiemu i Skulskiemu, a wydaje mi się, że także i Sapieże, choć dobrze tego szczegółu nie pamiętam.
Nigdy nie miałem zupełnego zaufania do Piłsudskiego, czułem jakieś niezrozumiałe może nawet uprzedzenie, byłem zadowolony jak nie musiałem się z nim stykać. Poza tym uprzedzeniem nie mogłem się pogodzić z jego posunięciami politycznymi, szczególnie z okresu rządów Moraczewskiego, musiało mnie razić jego stanowisko w sprawie obrony Małopolski Wschodniej, upór przy swoim sposobie tworzenia armii, stare, często bardzo niesympatyczne praktyki z Legionów, błędy szczególnie w ostatnich czasach popełnione, tak wyraźne i tak bardzo kosztowne – to jednak wtenczas widząc u niego wielką troskę odbijającą się wprost na twarzy, szczerość w rozmowie, głęboką obawę o wolność i całość Ojczyzny, miałem wrażenie, ze się grubo mylą ci wszyscy, którzy mu robią zarzuty lekkomyślności, a nawet zdrady i że ja sam byłem także czasem w błędzie, posądzając go o osobiste ambicje i brak dobrej woli. Prawda, że pod ciężarem tych wielkich wypadków trudno było nieraz należycie zebrać biegające myśli.
Jeszcze w obecności Piłsudskiego pismo jego zamknąłem do kasy ogniotrwałej w prezydium Rady Ministrów, zaglądając codziennie, czy go kto przypadkiem nie ukradł albo nie naruszył. Kiedy zaś minęły ciężkie dni wojenne, pojechałem do Belwederu i oddałem pismo jego autorowi, będącemu wówczas w innym zupełnie nastroju. Biorąc je ode mnie i dziękując za solidne, jak mówił, postępowanie, twierdził, że o tym zupełnie zapomniał.
Opiekując się troskliwie tym dokumentem przez parę tygodni, miałem pewne skrupuły co do zrobienia sobie z niego odpisu. Ciekawość jednak zwyciężyła, odpisu dokonałem. Niewiele mi jednak z tego przyszło, gdyż w czasie wypadków majowych w r. 1926 nieznani sprawcy ukradli mi go, zabierając przy tym i inne dokumenty.
Moje zachowanie się wobec Piłsudskiego było chyba zupełnie bez zarzutu, niestety, pan Naczelnik wcale się wobec mnie dżentelmenem nie okazał. Mimo wszystko swego postępowania nie żałuję, choć nieraz gorycz przychodzi”. (Wincenty Witos „Moje wspomnienia”, tom II, Biblioteka „Kultury”, tom XCIX, Paryż 1964, Instytut Literacki, str. 289-291).
Komentarz Jędrzeja Giertycha. Tekst złożonej na ręce Witosa dymisji Piłsudskiego zachował się jednak. Podaję go niżej.
Witos przytoczył w swoim wspomnieniu treść dymisji Piłsudskiego w sposób niepełny (a może w sposób niepełny zapamiętał), była to bowiem dymisja nie tylko ze stanowiska Naczelnika Państwa, ale i Wodza Naczelnego.
Pierwsza rzecz, nad którą się tu trzeba zastanowić, to jest pytanie, jakie znaczenie miał akt dymisji Piłsudskiego. Czy był to akt na wypadek jego śmierci w boju? Nie potrzeba było na ten wypadek jego dymisji: zakończenie się jego roli jako Naczelnika Państwa i Wodza Naczelnego byłoby wtedy automatyczne. A nie był to także rodzaj testamentu: nie ma w tym akcie dymisji żadnych zarządzeń co do tego, kto ma w razie jego śmierci zająć jego miejsce.
Jest oczywiste, że akt dymisji Piłsudskiego był aktem nie związanym z przewidywaniem śmierci i dotyczył sytuacji, jaka istnieć będzie wciąż jeszcze za jego życia. Narzuca się tu od razu przypuszczenie, że chodzi tu o zabezpieczenie sobie możności nie ponoszenia odpowiedzialności za mogącą nastąpić klęskę.
Witos zapewne myli się, pisząc że rozmowa jego z Piłsudskim w obecności Daszyńskiego i Skulskiego odbyła się 10 lub 11 sierpnia. Akt dymisji nosi datę 12 sierpnia. Jest mało prawdopodobne, by Piłsudski doręczał Witosowi akt, podpisany z datą o jeden lub dwa dni późniejszą. Jest więc prawdopodobne, że pamięć Witosa zawiodła i że owa rozmowa odbyła się dopiero 12 sierpnia. Jest to zresztą okoliczność bez większego znaczenia.
Z listu Weyganda do Focha pod datą 13 sierpnia wiemy, że „Naczelnik Państwa wyjechał tej nocy ku rejonowi Wieprza”. (Vide „La guerre polono-sovietique de 1919-1920”, Collection Historique de rinstitut d’Etudes Slaves”, XXII Paryż 1975, Institut d’Etudes Slaves, str. 120-121). „Tej nocy” – to znaczy w noc z 12 na 13 sierpnia. J.G.
AKT DYMISJI PIŁSUDSKIEGO
Belweder, 12.VIII.1920 r.
Wielce Szanowny Panie Prezydencie!
Przed swym wyjazdem na front, rozważywszy wszystkie okoliczności nasze wewnętrzne i zewnętrzne, przyszedłem do przekonania, że obowiązkiem moim wobec Ojczyzny jest zostawić w ręku Pana, Panie Prezydencie, moją dymisję ze stanowiska Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Wojsk Polskich.
Powody i przyczyny, które mnie do tego kroku skłoniły, są następujące:
1) Już na jednym z posiedzeń R.O.P. (Rady Obrony Państwa – przypisek wydawców) miałem zaszczyt wypowiedzieć jeden z najbardziej zasadniczych powodów. Sytuacja, w której Polska się znalazła, wymaga wzmocnienia poczucia odpowiedzialności, a przeciętna opinia słusznie żądać musi i coraz natarczywiej żądać będzie, aby ta odpowiedzialność nie była czczym frazesem tylko, lecz zupełnie realną rzeczą. Sądzę, że jestem odpowiedzialny zarówno za sławę i siłę Polski w dobie poprzedniej, jak i za bezsiłę oraz upokorzenie teraźniejsze. Przynajmniej do tej odpowiedzialności się poczuwam zawsze i dlatego naturalną konsekwencją dla mnie jest podanie się do dymisji. I chociaż R.O.P., gdy tę sprawę podniosłem, wyraziła mi pełne zaufanie i upoważniła w ten sposób do pozostania przy władzy, nie mogę ukryć, że pozostają we mnie i działają z wielką siłą te moralne motywy, które wyłuszczyłem przed R.O.P. parę tygodni temu.
2) Byłem i jestem stronnikiem wojny „a outrance” z bolszewikami dlatego, że nie widzę najzupełniej gwarancji, aby te czy inne umowy czy traktaty były przez nich dotrzymane. Staję więc z sobą teraz w ciągłej sprzeczności, gdy zmuszony jestem do stałych ustępstw w tej dziedzinie, prowadzących w niniejszej sytuacji, zdaniem moim, do częstych upokorzeń zarówno dla Polski, a specjalnie dla mnie osobiście.
3) Po prawdopodobnym zerwaniu rokowań pokojowych w Mińsku pozostaje nam atut w rezerwie – atut Ententy. Warunki postawione przez nią są skierowane przeciwko funkcji państwowej, którą od prawie dwu lat wypełniam. Ja i R.O.P., rząd czy sejm, wszyscy mieliby do wyboru albo zostawić mnie przy jednej funkcji, albo usunąć zupełnie. Co do mnie wybieram drugą ewentualność. Jest ona bardziej zgodna z godnością osobistą i jest praktyczniejsza. Pozostawienie mnie na jednym z urzędów zmniejsza mój autorytet i tak silnie poderwany i doprowadza z konieczności do powolnego zniszczenia tej siły moralnej, którą dotąd jeszcze reprezentuję dla walki i dla kraju. Biorę następnie pod uwagę mój charakter bardzo niezależny i przyzwyczajenie do postępowania według własnego zdania, co z warunkami, postawionymi przez ententę nie zgadza się. Wreszcie przeczy to systemowi, któremu służyłem w Polsce od początku swojej pracy politycznej i społecznej, której podstawą zawsze była możliwie samodzielna praca nad odbudowaniem Ojczyzny, ta bowiem wydawała mi się jedynie wartościową i trwałą. Obawiam się więc, że przy pozostawieniu przy funkcjach przodujących oraz przy moim charakterze i przyzwyczajeniach wyniknąć mogą ze szkodą dla kraju tarcia mniejsze i większe, które nie będąc przyjemne dla żadnej ze stron, wszystko jedno skończyć by się musiały moim usunięciem się.
Wreszcie ostatnie. Rozumie (sic) dobrze, że ta wartość, którą w Polsce reprezentuję nie należy do mnie, lecz do Ojczyzny całej. Dotąd rozporządzałem nią jak umiałem samodzielnie.
Z chwilą napisania tego listu uważam, że ustać to musi i rozporządzalność moją osobą przejść musi do rządu, który szczęśliwie skleciłem z reprezentantów całej Polski.
Dlatego też pozostawiam Panu, Panie Prezydencie, rozstrzygnięcie co do czasu opublikowania aktu mojej dymisji. Również Panu wraz z Jego Kolegami z Rządu pozostawiam sposób wprowadzenia w życie mojej dymisji i wreszcie oczekiwać wówczas będę rozkazu Rządu co do zużytkowania moich sił w tej czy innej pracy. Co do ostatniego proszę tylko nie krępować się ani wysoką szarżą, którą piastuję ani wysokim stanowiskiem, które posiadam. Nie chciałbym bowiem mnożyć swoją osobą licznej rzeszy ludzi, nie układających się w żaden system, czy to z powodu kaprysów i ambicji osobistej, czy to z powodu słabości charakteru polskiego, skłonnego do wytwarzania najniepotrzebniejszych funkcji dla względów osobistych.
Proszę Pana Prezydenta przyjąć zapewnienie wysokiego szacunku i poważania z jakim pozostaję.
(-) Józef Piłsudski
=========================================
Fragment komentarza J. Giertycha:
Czy generał Rozwadowski wiedział o tym, że Piłsudski podał się do dymisji? I że wobec tego, jako Szef Sztabu staje się automatycznie pełniącym funkcje Naczelnego Wodza?
Nie wiemy o tym. Nie posiadamy żadnego dokumentu, czy relacji, które dawałyby na to pytanie odpowiedź.
Z treści relacji Witosa zdaje się wynikać, że chyba Rozwadowskiego o dymisji Piłsudskiego nie powiadomił. Choć nie jest to zupełnie pewne. Ostatecznie, mogło się zdarzyć, że w następnych godzinach i dniach mógł o tym Rozwadowskiemu powiedzieć, ale wzmianki o tym w swoich pamiętnikach nie uczynił. Natomiast bardziej możliwe jest, że sam Piłsudski mógł przy jakiejś okazji w owym dniu Rozwadowskiego o tym powiadomić.
Jest jednak również możliwe, że Rozwadowski o tej dymisji nie dowiedział się nigdy. Nie dowiedział się nawet post factum, już po bitwie, lub po latach.
Ale był on Szefem Sztabu, a więc automatycznym zastępcą Wodza Naczelnego. A Piłsudski wyjechał z Warszawy. Już od szeregu dni czynności Wodza Naczelnego nie spełniał, ale wyjazdem swoim zamanifestował w sposób ostateczny że kierować całością toczących się operacji nie zamierza. Dla Rozwadowskiego stwarzało to oczywisty obowiązek przejęcia w sposób ostateczny i całkiem formalny odpowiedzialności za dalszy bieg wojny i za zaczynającą się wielką bitwę.
Rozwadowski był faktycznym wodzem naczelnym, bo formalny wódz naczelny wyjechał i tym samym przerzucił całkowitą odpowiedzialność na niego jako zastępcę. Rozwadowski kierował bitwą, bo uważał to jako zastępca Wodza Naczelnego za swój obowiązek, oraz bo wiedział dobrze co ma teraz robić i bo bitwę wygrać chciał i uważał, że potrafi. Nawet i bez dymisji Piłsudskiego jego faktyczne kierowanie bitwą byłoby faktem oczywistym i nieuniknionym. Ale od strony Piłsudskiego, doręczona Witosowi na piśmie dymisja była nadaniem wodzostwu Rozwadowskiego cechy formalnej. Była zrzeczeniem się odpowiedzialności samemu po to, by ją dźwigał Rozwadowski. – J.G.
GENERAŁ ROZWADOWSKI WPROWADZA PLAN W CZYN
„Wśród ciągłej niepewności i rosnącego naprężenia gen. Rozwadowski przyszedłszy do mnie powiedział poufnie, że rozpoczęcie naszej wielkiej ofensywy zostało wyznaczone na dzień 12 sierpnia, o ile nie zajdą jakieś wielkie i nieprzewidziane przeszkody. Kiedy dzień ten przyszedł, a ofensywy nie rozpoczęto, przybył znowu nazajutrz do mnie, usprawiedliwiając niedotrzymanie terminu spóźnieniem przy załadowaniu ciężkich dział na jakiejś małej stacyjce kolejowej nie doszkoloną jeszcze dostatecznie obsługą i postanowieniami Nacz. Wodza, którego on nie może często zrozumieć, ale musi się podporządkować. Wyraził też obawę, że ofensywa Piłsudskiego może być spóźniona, gdyż ciężar walki przenosi się na północ od Warszawy. Akcja Piłsudskiego znad Wieprza będzie bardzo efektowna, ale dla wojny ma jego zdaniem znaczenie drugorzędne.
Powodem odłożenia terminu rozpoczęcia ofensywy miały być także nieukończone prace fortyfikacyjne w okolicy Warszawy. (…)
Zniecierpliwienie i obawy jeszcze się wzmogły, gdy nadeszły sprawdzone wiadomości, że dowództwo bolszewickie przygotowuje wielkie uderzenie w okolicy Modlina, mające na celu złamanie polskiego oporu i przejście Wisły w tych okolicach. Gen. Rozwadowski miał duże obawy, czy słabe polskie oddziały mogą uderzenie zwycięsko odeprzeć, o ile Piłsudski nie ruszy się prędzej od południa. (Ibid., str. 296-297).
„Na drugi dzień gen. Rozwadowski oznajmił Radzie Ministrów, że bolszewicy napierając coraz mocniej na stolicę, zajęli Radzymin i zbliżają się do miejscowości Marki, położonej zaledwie 12 kilometrów od Warszawy, przeszli też bez dużego oporu naszych wojsk przez dwie linie obronne, świeżo zbudowane i niesłychanie słabe. Dalej przyznał, że i na innych frontach nie jest dobrze, gdyż doszli oni prawie pod Toruń, zajęli Płock i kilka innych miejscowości, bardzo ważnych pod względem wojskowym. Na froncie południowym posunęli się pod Zamość i Lwów. Trzymający się najmocniej odcinek frontu pod dowództwem generała Sikorskiego zmuszony był się cofnąć i przejść na inne pozycje.
Niespodziewane przez nikogo te wiadomości wywołały w Radzie Ministrów chwilowo przygnębiające wrażenie, gdyż szef sztabu przed paru godzinami mówił zupełnie co innego, a teraz zapowiada tak wielkie i niebezpieczne zmiany w sytuacji. Zaczęto go obsypywać pytaniami. Generał Rozwadowski; jakby zupełnie zapomniał o tym; co dopiero mówił, z zupełną pewnością siebie opowiadał, że on wykonywa swój plan sprowadzenia bolszewików pod Warszawę i rozprawienia się z nimi przy bramach stolicy.
Gdy to jego oświadczenie w przerażoną Radę Ministrów uderzyło jak piorun, on śmiejąc się dodał, że wszystkich bolszewików wystrzela «na sztrece». Ten jego optymizm trudno już było zrozumieć”. (Ibid., str. 298-299).
Po wycieczce na front „do Warszawy powracaliśmy w ciężkim nastroju (…) Oczekujący mnie gen. Rozwadowski miał natomiast twarz rozpromienioną, dowodząc mi dość długo, że najgroźniejsze niebezpieczeństwo minęło, jeżeli ono w ogóle istniało, a pełne zwycięstwo nad bolszewikami jest co godzina bliższe.
Nie mogłem pojąć, na czym opierał te swoje nadzieje, gdyż dopiero sam mi mówił, ze Radzymin dostał się w ręce bolszewików w tych godzinach, a przeciwdziałanie dywizji litewsko-białoruskiej zostało złamane, wojska zaś bolszewickie zaczęły podchodzić pod Jabłonnę i Nieporęt. Kiedy go zapytałem, czy w związku z wytworzoną sytuacją nie należy poczynić potrzebnych zarządzeń, gdyż bolszewicy mogą nas wziąć jak do saka, odpowiedział mi lekko uśmiechnięty, że nie ma do tego żadnej potrzeby bo gen. Haller da bolszewikom za to zuchwalstwo porządną nauczkę.
Stosunek sił w okolicy Warszawy jest dla naszych wojsk bardzo korzystny, a można by bolszewików zupełnie połamać, gdyby Piłsudski był już uderzył znad Wieprza. Skutkiem jego zwlekania stan wytworzył się taki, że ofensywa Piłsudskiego ma zapewnione zupełne powodzenie, gdyż przed nią stoją bardzo słabe siły bolszewickie. Niesłusznie też jego zdaniem zaniepokoiło się Naczelne Dowództwo i gen. Weygand, gdyż do zajęcia Warszawy przez bolszewików on bezwarunkowo nie dopuści, mając do tego potrzebną siłę i ducha w narodzie. W wojsku następuje także bardzo korzystna zmiana. Jeżeli Piłsudski uderzy ze swoją armią na bolszewików dopiero 17 sierpnia, jak to zamierza, to przed sobą prawie nic mieć nie będzie, bo całe siły bolszewickie zwalą się na Warszawę, a wtenczas dopiero mogło by być złe. Spodziewając się tego, tak on jak i gen. Weygand starają się nakłonić Piłsudskiego do wcześniejszego wystąpienia i mają nadzieję, że jego niezrozumiały upór uda się przełamać”. (Ibid., str. 302).
NAJTRUDNIEJSZE ZADANIE PRZYPADŁO GEN. SIKORSKIEMU
„Według raportu, jaki świeżo otrzymał, gen Sikorski usiłując atakować, natrafił zupełnie niespodziewanie na główne siły dwóch armii sowieckich, nie wiedząc, że inna armia i korpus Gaja wymijają go od strony północnej, wkraczając w obszar tyłowy. «Ma on tam do czynienia z ogromną przewagą wroga, ale jestem pewny, że da sobie radę, bo ma głowę na karku, a zresztą dziś mu posłałem potrzebne posiłki». Jemu przypadło w tym czasie najtrudniejsze, ale i najważniejsze zadanie do spełnienia.
Na drugi dzień o godzinie 9-tej rano rozpoczęła Rada Ministrów swoje posiedzenie. Gen. Rozwadowski złożył krótkie sprawozdanie z sytuacji wojskowej, nie tając, że jest ona bardzo ciężka, jednak nie ma powodu do obaw, bo zmieni się ona na lepsze, może nawet w najbliższych godzinach. Gorąco przemawiał w obronie Piłsudskiego, usprawiedliwiając spóźnienie jego ofensywy”. (Ibid., str. 303). „Gen. Sikorskiego bardzo mało znałem. (…) W służbie dla państwa polskiego miał już wtedy dobre i zasłużone imię, a gen. Rozwadowski mówił, że w walkach i odwrocie zachował się on najlepiej ze wszystkich polskich dowódców w tej wojnie. Twierdził, że mimo iż wytrwał najdłużej, najmniejsze poniósł straty. On go uważa za prawdziwie mądrego i zdolnego oficera, z którym mało kto mógł się mierzyć.
Przybywszy do Modlina, zastaliśmy gen, Sikorskiego. (…) Twierdził, że silny nacisk rosyjski mógłby tu zostać zupełnie złamany, co by miało rozstrzygające znaczenie dla całej wojny, gdyby rozporządzał większymi siłami i gdyby jazda. gen. Dreszera była spełniła poruczone jej zadanie. Ciężar walki jego zdaniem znajduje się na froncie północnym szczególnie zaś na odcinku, który on zajmuje. (…) Mówiąc o oficerach francuskich do jego armii przydzielonych, gen. Sikorski wyrażał się o nich z największym uznaniem, twierdząc, że oni okazują niesłychaną odwagę i pracują tak pilnie i gorliwie, że oficerowie polscy powinni z nich brać przykład”. (Ibid., str. 304-305).
„Zaraz po moim powrocie do Warszawy przybył gen. Rozwadowski. Obawiając się znowu niepomyślnych wiadomości, patrzyłem na niego z dużym niepokojem, starając się poznać po jego twarzy. Był jak zawsze pewny siebie, uśmiechnięty. Zaznaczył szybko, że dziś przynosi mi same dobre wiadomości.
A to: Piłsudski, nalegany przez niego, gen. Weyganda i innych, zdecydował się na rozpoczęcie ofensywy o jeden dzień wcześniej i już jest w pełni akcji, która postępuje nadzwyczaj szczęśliwie. Gen. Sikorski po bardzo ciężkich walkach z ogromną przewagą nieprzyjacielską nie tylko zdołał przerwać otaczającą go już obręcz sił bolszewickich, ale zmusił je do puszczenia zajętych stanowisk i zupełnej zmiany pierwotnych planów. Wielkie odciążenie nastąpiło także na froncie gen. Hallera. Obecnie Rozwadowski ma tylko jedno zmartwienie, ażeby bolszewicy zbyt szybko nie uciekali. Ja tego zmartwienia nie miałem”. (Ibid., str. 316).
Po podróży do Poznania „przybywszy do Warszawy, zastałem znacznie, zmienione położenie. Gen. Rozwadowski zakomunikował mi, że według umówionego planu pomiędzy nim a Piłsudskim i gen. Weygandem, rano w dniu 17 sierpnia wyszło spod Warszawy uderzenie kilku batalionów, zaopatrzonych w pociągi pancerne i czołgi w stronę Mińska Mazowieckiego, który też wieczorem został zajęty. Generał Haller wszedł do Mińska z czołowymi oddziałami.
Wojska frontu środkowego już w pierwszym dniu walki pod komendą Piłsudskiego rozbiły grupę mozyrską [ bo jej nie było, jak później pisze Piłsudski.. md] , która im stanęła na drodze, a następnie znosząc liczne mniejsze oddziały bolszewickie, postępowały z niesłychaną szybkością, tak, że już 17 sierpnia, w walce z 16 armią bolszewicką, prawie równocześnie z gen. Hallerem dotarły do Mińska. Opowiadając mi to wesołe i wielkie zdarzenie, gen. Rozwadowski z miną tryumfującą nie omieszkał mi przypomnieć, że on przecież miał rację; Nie mogłem mu tego rzecz prosta odmówić”. (Ibid., str. 323).
POWODZENIE PLANU ZMNIEJSZONE UPOREM PIŁSUDSKIEGO
„Po przyjeździe do Warszawy przybył do mnie gen. Rozwadowski z wiadomością, że Lwów znajduje się znowu w dużym niebezpieczeństwie, choć on jest pewny, że się to w ciągu kilku godzin zmieni. Przedstawiając mi sytuację szczegółowo podkreślił, że skutki opóźnienia ofensywy Piłsudskiego mają już teraz fatalne następstwa, gdyż znaczna część pobitej armii bolszewickiej uratuje się w odwrocie. Gdyby jego rad posłuchano, byłoby zupełnie inaczej. Uporu niezrozumiałego nie dało się przełamać a szkoda, niepowetowana szkoda. Powtarzając wielokrotnie te wyrazy, jakby dla utrwalenia w pamięci, gen. Rozwadowski wyszedł”. (Ibid., str. 341).
„Gen. Rozwadowski stale niezadowolony i zarazem zmartwiony, gdyż Piłsudski jakoby znowuż przekreślił jego plany. Dążył on do zniszczenia sił bolszewickich, pobicia Litwinów i przez Wilno i Białystok wkroczenia na Litwę kowieńską, ażeby tą drogą dotrzeć do Bałtyku i tam pozostać. (…) Wbrew temu Piłsudski poszedł nad Niemen z zamiarem rzucenia wojsk bolszewickich na błota pińskie. Gen. Rozwadowski zawsze był zdania, że to posunięcie chybiło celu, gdyż wojska bolszewickie nie zostały zniszczone natomiast wojskom litewskim dało możność wycofania się bez strat i zatrzymania w swoim ręku Wilna”. (Ibid., str. 353).
FRONT PÓŁNOCNY ZADECYDOWAŁ O ZWYCIĘSTWIE
„Wbrew urabianej tendencyjnie i stale opinii, rozstrzygnięcie polskie w bolszewickiej wojnie r. 1920 zapadło nie na południu, lecz na północy, a więc nie na froncie dowodzonym przez Piłsudskiego bezpośrednio, ale na froncie gen. Hallera. Szale zwycięstwa i klęski w naszej rozprawie z bolszewikami zdecydowały się w kilkudniowej, bardzo ciężkiej i krwawej bitwie, jaka się toczyła na północ od Modlina, od 14 sierpnia począwszy. Stwierdzały to zresztą komunikaty Naczelnego Dowództwa, przyznawali także bolszewicy.
Dostępne obecnie ich komunikaty i publikacje głoszą bez ogródek, że przesilenie wojny w r. 1920 nastąpiło na odcinku piątej armii prowadzonej przez gen. Sikorskiego i to jeszcze wtenczas zanim ofensywa znad Wieprza dała się odczuć na polach bitew nad Wisłą i Wkrą. O ile wiem, Nacz. Dowództwo o ugrupowaniu wojsk bolszewickich miało zupełnie fałszywe wiadomości. Usiłował je też sprostować gen. Weygand, widać lepiej zorientowany w tym, że ogromna większość wojsk bolszewickich zgromadzona była na północ od Bugu i Narwi. Piłsudski jednak nie chciał się dać przekonać. Przecież jeszcze w swojej książce stwierdza, że dnia 17 sierpnia, a więc po przełomowej bitwie pod Nasielskiem, poszukiwał on większości wojsk bolszewickich na drodze swego pochodu, a więc na północ od Wieprza”. [czyli na południe od Warszawy] (Ibid., str. 358-359).
GENERAŁ SIKORSKI
„Jak wynikało z relacji gen. Sikorskiego w czasie rozmowy ze mną, miał on przeciw sobie ogromną przewagę wojsk bolszewickich, gdy rozpoczynał uderzenie na północ od Modlina. Nie należy zapominać przy tym, że przeciw niemu stały wojska bolszewickie, upojone zwycięskim pościgiem już od Dźwiny, gdy większość oddziałów gen. Sikorskiego miała za sobą wiele klęsk i ciężki, długi odwrót.
Toteż w tych warunkach tym silniejszej trzeba było woli, energii i uporczywej konsekwencji ażeby tak wyczerpane wojska rzucać do ataku i z nimi zwyciężać. Wola została narażona na bardzo ciężką próbę pomiędzy innymi, gdy bolszewicy wielkimi siłami, zebranymi pod Płockiem i Płońskiem rozpoczęli uderzenie na odsłonięte zupełnie tyły armii gen. Sikorskiego.
Na wynik tej walki oczekiwaliśmy z niesłychanym niepokojem, mimo zaufania żywionego do gen. Sikorskiego. Nie małą obawę miał także i gen. Rozwadowski widząc że wojska stojące pod Radzyminem nie mogły obronić Warszawy. Mimo, że sam uważał to za bardzo ryzykowne, gdyż oddziały tej armii były za mało skupione, a żołnierze pozbawieni środków walki i żywności, zwożonych dopiero pospiesznie do rejonów Modlina, polecił on akcję Sikorskiego na gwałt przyspieszać. Nie widział bowiem innego wyjścia, zwłaszcza gdy pod Radzyminem zaczął się front łamać daleko prędzej niż można się było tego spodziewać.
Armia ta musiała rozpocząć nierówną walkę w czasie, kiedy znaczna część sił w skład jej wchodzących nie przybyła jeszcze na miejsce przeznaczenia. Toteż w początku było jej bardzo ciężko. Pomimo tego zdołała nie tylko ulżyć Warszawie, zatrzymać bolszewików, którzy pod Modlinem chcieli przekroczyć Wisłę, ale spowodowała dalszą i to znaczną ulgę pod Radzyminem. Kiedy razem z innymi ministrami składałem gen. Sikorskiemu, gratulacje w zdobytym Nasielsku, mogliśmy być niemal pewni zwycięstwa, chociaż liczne dywizje bolszewickie w tym samym czasie szturmowały zawzięcie tak niedaleko położony Płock. W przekonaniu tym utwierdzały nas i pewność wodza i znakomite nastroje i postawa jego żołnierzy. Zasługi gen. Sikorskiego wszyscy uznawali i wszyscy też milczeli, gdy Piłsudski wywierając na nim jak na wielu innych swoją zemstę, odsunął go nawet od służby w wojsku, do której ma lepsze od wielu kwalifikacje.” (Ibid., str. 359-360).
USUNIĘCI Z WIDOWNI
„Nie mogę wiedzieć z dokumentami w ręku, czy się to stało rozmyślnie, czy tylko dzięki przypadkowi, że konkurenci do zasług po zwycięstwie nad bolszewikami pod Warszawą zostali z widowni zupełnie usunięci. Z gen. Rozwadowskim skończono na wieki, starając się nakryć potwarzą jego imię, generałów Hallera i Sikorskiego odstawiono, nie pozwalając im pracować dalej w uratowanej przez nich ojczyźnie. Nie wymieniam już tej wielkiej i skrzywdzonej gromady ludzi.
Ponieważ Piłsudski nie mógł unicestwić gen. Weyganda, swoją niechęć do niego przeniósł na Francję. Znając jego niepohamowaną pychę, mogę śmiało wnioskować, że jego nieprzyjazny stosunek do niej był w dużej mierze także i tymi przesłankami podyktowany.” (Ibid., str. 362).
GENERAŁ ROZWADOWSKI
„Cokolwiek się będzie pisać i mówić, kogo się będzie chciało ubierać w laury i zasługi, to rok 1920, 'Cud nad Wisłą’ i zwycięstwo nad bolszewikami odniesione pozostać muszą na zawsze z nazwiskiem gen. Rozwadowskiego związane.
Ja osobiście nie znałem go zupełnie aż do czasu objęcia przez niego obowiązków szefa sztabu. Raz tylko słyszałem o nim na posiedzeniu krakowskiego Naczelnego Komitetu Narodowego, kiedy przy jakiejś sposobności z jednej strony przedstawiono go jako wykształconego i bardzo zdolnego oficera, a przy tym gorącego Polaka, z drugiej strony zwalczano zawzięcie jako zapalonego endeka i reakcjonistę o wstecznych niesłychanie poglądach. Na czym miała polegać ta jego reakcyjność, tego nie mówiono.
Na moim urzędzie prezydenta ministrów, zwłaszcza z początku, sprawił on mi przykry zawód, kiedy jego bardzo stanowcze zapowiedzi, dotyczące postępów naszego wojska wręcz się nie spełniły, a niebezpieczeństwo zwiększało się gwałtownie z godziny na godzinę.
Według mego niefachowego zdania nie rozwinął on wcale swojego talentu w czasie przewrotu majowego. (…) Każdemu jednak może się powinąć noga, a wojna domowa nie dla wszystkich jest walką z nieprzyjacielem, którego należy tępić wszelkimi środkami. (…)
Co innego r. 1920 i walka z bolszewikami. Tam miałem co dzień możność i sposobność widzieć i podziwiać jego niczym nie naruszony spokój, nadludzką wytrwałość, optymizm nie opuszczający go nawet w najcięższych chwilach, bezgraniczne oddanie się sprawie i wiarę w zwycięstwo, którą umiał przenieść w swoje otoczenie.
Mnie się wydawał czasami trochę nieopatrznym, choć zawsze prostolinijnym i zupełnie bezinteresownym. Toteż zarzuty natury moralnej, stawiane mu przez Piłsudskiego po przewrocie majowym, naruszające jego cześć osobistą, uważałem za rozmyślne oszczerstwo, potrzebne naonczas Piłsudskiemu do wykonania na gen. Rozwadowskim nieludzkiej zemsty i zdeptania go moralnie i fizycznie.
Jeśli byłyby bodaj nikłe podstawy dla stawianych zarzutów, wytoczono by mu proces. Tego Piłsudski nie zrobił, choć mógł być pewny uległości sądów, lecz zamęczał Rozwadowskiego więzieniem i wyszukanymi torturami, które zniszczyły jego zdrowie i przybliżyły śmierć. Tej poniewierki byłby nie wytrzymał żaden człowiek, uległo jej też zdrowie gen. Rozwadowskiego, tym bardziej, gdy widział, że nikt nie stanął w jego obronie.
Ja opinię te powtarzałem, gdzie należało, nie mogłem jednak nic zrobić, gdyż sam byłem obezwładniony, ludzie zaś do których się zwracałem, oburzali się na bezecne postępowanie, ale się nie chcieli narażać. Toteż przeważnie zachowywali milczenie nawet i wtenczas, gdy nastąpią śmierć gen. Rozwadowskiego, otoczona dziwnym urokiem tajemniczości. Lewicowych polityków wypadki te nie poruszyły.
Niezwykła jego lojalność wobec Piłsudskiego ujawniła się w całej pełni szczególnie wtenczas, gdy w dniu 12 sierpnia 1920 r. Piłsudski niespodziewanie opuścił Warszawę, a jego funkcje wojskowe objął Rozwadowski. Miałem sposobność nieraz patrzeć na to, jak na każdym kroku i przy każdej sposobności z niezwykłą otwartością, poświęceniem się i odwagą bronił nie tylko zamierzeń, ale autorytetu i osobistej czci Piłsudskiego. A przecież nie było to rzeczą łatwą, ani popularną bo ciężkie zarzuty przeciw Piłsudskiemu sypały się jak z rogu obfitości.
Jego wielkie zasługi i charakter przecież sam Piłsudski uznał, dając temu mocny wyraz w publicznym rozkazie. No, ale było to w czasie walki, która nie pozwalała na przemyślane kombinacje. Od Piłsudskiego różnił się gen. Rozwadowski tym, że pozostawiając swoją osobę na boku, wierzył w naród i armię i stale to powtarzał. Idąc niezachwianie z tą wiarą naprzód, w bardzo wielkiej mierze przyczynił się też do uchronienia narodu od hańby, nie zarobiwszy jak dotąd na jego wdzięczność, gdy inni niezasłużenie hołdy zbierają.” (Ibid., str. 356-357).
GENERAŁ HALLER
„Niepoślednia rola w tych decydujących o losie państwa momentach przypada gen. Józefowi Hallerowi. Opierała się ona u niego przede wszystkim na czynniku moralnym. (…) Świeżą, nie nadwyrężoną żadnymi zarazkami wolę przynieśli na front ochotnicy, stanowiący przeszło sto tysięcy ludzi. Stało się to w największej mierze dzięki niezmordowanej i wprost nadludzkiej pracy generała Józefa Hallera. On stał się wyrazicielem tego ożywczego prądu w dowództwie i niejako gwarancją trwałej pod tym względem odmiany.
Mianowany dowódcą północnego frontu, od pierwszego momentu starał się cofające w pośpiechu wojska opanować i ustabilizować rozbity front. Tego nie można było dokonać bez zmiany nastrojów i powrotu wiary w zwycięstwo, która opuściła zdziesiątkowane i rozbite szeregi. Na to potrzeba było i trochę czasu. (…) Sprawić to jeno mógł nowy duch, który z czasem wstąpił w osłabione zwątpieniem szeregi i to jest wielką, historyczną zasługą gen. Hallera. Niestrudzony w pracy, był on zawsze na podległym mu froncie, gdzie się tylko decydował jego los, nie ograniczając się do pracy sztabowej. W chwilach najcięższych stał obok żołnierza dręczonego głodem i pościgiem, dodając mu otuchy i starając się przelać w niego gorącą wiarę w zwycięstwo, do którego sam się w wielkiej mierze przyczynił, nie reklamując tego nigdy”. (Ibid., str. 358).
PIŁSUDSKI
„Nigdy nie miałem zupełnego zaufania do Piłsudskiego, czułem jakieś niezrozumiałe może nawet uprzedzenie. Byłem zadowolony, jak nie musiałem się z nim stykać. Poza tym uprzedzeniem nie mogłem się pogodzić z jego posunięciami politycznymi, szczególnie z okresu rządów Moraczewskiego, musiało mnie razić jego stanowisko w sprawie obrony Małopolski Wschodniej, upór przy swoim sposobie tworzenia armii, stare, często bardzo niesympatyczne praktyki z Legionów, błędy szczególnie w czasach ostatnich popełnione, tak wyraźne i tak bardzo kosztowne – to jednak widząc u niego wielką troskę, odbijającą się wprost na twarzy, szczerość w rozmowie, głęboką obawę o wolność i całość ojczyzny, miałem wrażenie, że się grubo mylą ci wszyscy, którzy mu robią zarzuty lekkomyślności a nawet zdrady i że ja sam byłem także czasem w błędzie, posądzając go o osobiste ambicje i brak dobrej woli. Prawda, pod ciężarem tych wielkich wypadków trudno było nieraz należycie zebrać biegające myśli”. (Ibid., str. 290).
„Jako szef rządu w czasie zmagania się z bolszewikami czułem się w obowiązku solidarnej odpowiedzialności z tymi z którymi współpracowałem. Stąd też w czasie największej nagonki na Piłsudskiego broniłem go z całą siłą, na jaką mogłem się zdobyć, mimo że ludzie znający go lepiej, radzili mi być ostrożniejszym tak ze względu na opinię, jak i na postępowanie Piłsudskiego. Tak gen. Rozwadowski jak Roja i inni, którzy go lepiej ode mnie znali, twierdzili że Piłsudski prawie zawsze i wszystko zaczynał i robił z myślą o sobie, choć się to starał jak najbardziej ukrywać. Z bardzo też dużą łatwością przerzucał odpowiedzialność na innych, zapominając rychło, że on był autorem popełnionej winy. Zawsze też umiał znaleźć świadków powolnych jak i wielbicieli jego talentu, których rozmachu nie tylko nie powstrzymywał, ale swoim postępowaniem zachęcał. Bez wszelkiego wahania poświęcał tak życie ludzkie, jak i najbliższych przyjaciół, jeżeli tego wymagały jego plany, nie zawsze idące po drodze publicznego dobra. W takich razach potrafił być nieugięty, bezwzględny, a nawet okrutny.
Bardzo wiele opowiadał mi na ten temat poseł dr. Lieberman w więzieniu brzeskim, oburzając się na te straszne praktyki. Szkoda, że tak późno. Swoimi metodami musiał też górować nad wszystkimi, którzy tak postępować nie umieli, albo nie chcieli. Zostali też zepchnięci i wyrzuceni przez niego jak sprzęt nieużyteczny, odarci nie tylko z zasług i czci, ale jak gen. Rozwadowski nawet pozbawieni życia. Jest to tym bardziej znamienne i przykre zarazem, że niektórzy z nich byli nie tylko jego wiernymi towarzyszami broni, ratowali państwo i swoimi wysiłkami naprawiali błędy przezeń popełnione, ale – mogę to stwierdzić – byli mu szczerze oddani.
Do sporu, czyją zasługą były plany, na podstawie których osiągnięto zwycięstwo, 'Cud nad Wisłą’, wiele nie umiem dorzucić, gdyż oprócz bardzo dyplomatycznej i dla mnie nie zrozumiałej opinii ministra spraw wojskowych gen. Sosnkowskiego i wstrzemięźliwego nadzwyczaj zachowania się gen. Rozwadowskiego, który to uważał za bardzo delikatną materię, od nikogo więcej nic miarodajnego nie starałem się dowiedzieć. Między urzędnikami moimi panowało przekonanie, że plan byt dziełem gen. Weyganda, mimo że do tego nigdy się nie przyznał, nie chcąc drażnić ambicji Piłsudskiego, a podobno także i gen. Rozwadowskiego. To jednak nie było miarodajne”. (Ibid., str. 355-356).
GENERAŁ WEYGAND
„Gen. Weygand przebywał w Polsce od 25 lipca do 24 sierpnia 1920r. (…) Przybył on do Warszawy w momencie, w którym wojska polskie cofały się po kilkadziesiąt kilometrów na dzień i w którym większość frontu była w zupełnej rozsypce. Warszawę zaś opuścił po rozgromieniu bolszewików nad Wisłą i wyrzuceniu ich za Niemen i Bug.
Nie dziw więc, że się w Polsce utarła opinia, iż do wygrania bitwy nad Wisłą on się nie mało przyczynił, a świetny manewr znad Wieprza uważano powszechnie za jego pomysł.
Jaka istotnie była jego rola? Już od dnia 4 lipca rozpoczął się odwrót wojska polskiego z północnego frontu. Fałszywy obrachunek sił bolszewickich dokonany przez Piłsudskiego na północy sprawił, że wojska gen. Szeptyckiego walcząc z olbrzymią przewagą poniosły w tym dniu bardzo ciężką, prawie że decydującą klęskę. O naprawieniu jej nie mogło być mowy, gdyż na południu, po stracie Kijowa uwaga nasza była całkowicie zaprzątnięta armią konną Budiennego. Wtenczas też wyszły jaskrawo na wierzch popełnione błędy. Wojsko ustawione jak nagonka na polowaniu nigdzie nie było [w stanie] stawić prawie żadnego oporu. (…)
Misja gen. Weyganda nie była określona. Pierwotnie miał on tylko zbadać sytuację i zdać sprawę konferencji międzysojuszniczej w Spa, a w pierwszym rzędzie marszałkowi Fochowi. Bezład, jaki panował wówczas w Naczelnym Dowództwie i załamanie się widoczne Naczelnego Wodza, skłoniły rząd do zwrócenia się do gen. Weyganda z prośbą o pomoc. Sytuacja była drażliwa i delikatna zarazem. Gen. Weygand nie przybył bowiem z dywizjami francuskimi, czego się spodziewał i o co go interpelował Piłsudski, nie mógł też objąć faktycznego dowództwa. Stanowisko zaś jego jako doradcy technicznego było bardzo trudne, odpowiedzialne i delikatne zarazem. Mimo to gen. Weygand stanowisko to przyjął i oddał na nim ogromne usługi naszej ojczyźnie w tak ciężkich czasach.
Gruntowny, metodyczny, jasny w ocenie i postanowieniach, a przy tym nieugięty, od razu uczynił wszystko ażeby do działań polskich wprowadzić ład i celowość. Zwrócił uwagę na brak rezerw i konieczność radykalnej zmiany dotychczasowych sposobów wojowania. Podkreślił bardzo silnie konieczność oderwania się od bolszewików, przegrupowania sił i dopiero przejścia wtedy do poważnej akcji. Wskazywał na każdy błąd, sprzeczności i niedokładności. Jego naprawdę mądre i fachowe wskazówki wydały pełny plon, szczególnie w bitwie nad Wisłą. Zasługi tak gen. Weyganda jak i oficerów francuskich, których znaczna ilość znajdowała się w szeregach naszego wojska, są bardzo wielkie tak ze stanowiska moralnego jak i wojskowego. W czasach, w których Polska była całkowicie izolowana, a defetyzm w kraju panował niemal ogólny, stanęli oni obok naszych żołnierzy i oficerów ramię w ramię porywając ich do walki nieugiętej, zawstydzając często swoją odwagą i niepospolitym męstwem.
Te zasługi gen. Weyganda potraktowano u nas w sposób co najmniej małostkowy. Zrobili to szczególnie ci, którzy wcześnie i przezornie budowali sobie bożka i szukali dla niego jak najwięcej powodów do kadzidła. Z mojego stanowiska, uważałem dociekanie tego, kto był autorem planu zwycięskiej bitwy pod Warszawą za rzecz mniejszej wagi. Jeżeli to zrobił Piłsudski czy Rozwadowski, nie stało się nic nadzwyczajnego, bo to należało do ich praw i obowiązków. Inaczej by się sprawa przedstawiała, gdyby gen. Weygand był jego autorem. Dla mnie ważniejsze od tych dociekań było zachowanie się tak gen. Weyganda jak i oficerów francuskich. Nie można zapomnieć nie tylko o ich męstwie i poświęceniu, ale także i o tym, że tak ofiarnie narażali się nie za swoją sprawę, a mimo to nie zgłaszali żadnych pretensji.
Jeżeli nie chce wiedzieć o tym nadęta i pijana obcymi zasługami piłsudczyzna, to powinna wiedzieć i pamiętać trzeźwa i przyzwoita opinia polska”. (Ibid., str. 360-362).
Komentarz Jędrzeja Giertycha. Relacja Witosa jest bardzo cenna, gdyż jako prezes Rady Ministrów był w okresie bitwy warszawskiej w codziennym kontakcie z generałem Rozwadowskim i z innymi osobistościami, odgrywającymi w tej bitwie i w przygotowaniu do niej wybitną rolę. Jego informacje są więc informacjami z pierwszego źródła. Szczególnie cenne są zanotowane przez niego wypowiedzi generała Rozwadowskiego. Są to wypowiedzi, których Rozwadowski poza tym nigdzie nie powtórzył, a więc najwidoczniej uczynione były pod wrażeniem chwili, w nastroju zupełnej szczerości. Dowiadujemy się z tych wypowiedzi co Rozwadowski w czasie bitwy i tuż po bitwie naprawdę myślał. Dowiadujemy się przede wszystkim jak bardzo krytycznie patrzał na Piłsudskiego, a zwłaszcza na opóźnienie przez niego kontrofensywy znad Wieprza. W okresie późniejszym najwidoczniej wolał nie wypowiadać się w tej sprawie tak szczerze.
Relacja Witosa daje nam żywy i przekonywający obraz tego, jak sytuacja wojenna wyglądała w krytycznych dniach, oglądana od strony cywilnego rządu ale będącego w codziennym kontakcie z najwyższymi władzami wojskowymi. Wiemy zresztą z tej relacji, że Witos jeździł w owym czasie także i na front i stykał się np. z generałem Sikorskim w miejscu jego postoju.
Sylwetki ludzi, jakie swoją relacją narysował – generałów Rozwadowskiego, Hallera, Sikorskiego i innych – są bardzo cenne, uzupełniają bowiem w sposób żywy to co o tych ludziach wiemy z dokumentów. Ciekawe są jego informacje o tym, jak generał Rozwadowski w rozmowach z cywilnymi politykami wykazywał jeszcze przed bitwą optymizm może przesadny. Trudno się oprzeć podejrzeniu, że może i trochę i umyślnie wprowadzał ich chwilami w błąd, chcąc podnieść ich na duchu, oraz chcąc ukryć przed nimi sekrety, o których plotkarskie rozszerzenie się żywił obawy. Co jest istotne w tym, co o rozmowach z Rozwadowskim Witos pisze, to jest niezłomna wiara Rozwadowskiego w zwycięstwo i jego siła ducha. W relacji Witosa Rozwadowski rysuje się jako postać naprawdę o cechach wielkości. Witos zresztą z całą stanowczością stwierdza, że to co będzie w przyszłości wypowiadane o bitwie warszawskiej, będzie „na zawsze z nazwiskiem Rozwadowskiego związane.”
Witos przywiązuje także bardzo wielką wagę do roli Weyganda. Podkreśla przede wszystkim, że cokolwiek zrobione było przez Rozwadowskiego i Piłsudskiego, było wykonywaniem przez nich ich obowiązków, natomiast wszelka pomoc i współpraca okazana Polsce przez Weyganda, była aktem bezinteresownej pomocy i darem.
Relacje Witosa o Weygandzie nie robią zresztą wrażenia relacji opartych na własnej obserwacji, czy własnych rozmów z nim. Są to relacje z drugiej ręki. Budzą one o wiele mniej zaufania niż jego relacje o wodzach Polakach. Niektóre z podanych przez niego informacji, dotyczących Weyganda, nie są prawdziwe. Witos zdaje się nic o tym nie wiedzieć, że Weygand jechał do Polski z nałożonym na niego przez rządy alianckie zadaniem objęcia dowództwa, a więc rzeczywistej władzy nad polską armią. Wydaje mi się także, że Witos się myli, przypisując Weygandowi postulat „oderwania się od bolszewików”. Myślę, że chyba nie jestem w błędzie, twierdząc, że to właśnie Rozwadowski miał taki plan: oderwać się od bolszewików, wycofać się, przegrupować, wyłonić potrzebne rezerwy – i wtedy z całym impetem, planowo, na bolszewików uderzyć. Weygand przeciwnie, radził bolszewików zatrzymać, nie odrywając się od nich, stworzyć mocny front, umocnić wojsko długą kampanią obronną i dopiero wtedy zacząć myśleć o ofensywie. Pas avant.
Wnioski zresztą Witosa dotyczące ustosunkowania się Polaków do Weyganda są bardzo słuszne i szlachetne.
Piłsudski w relacji Witosa rysuje się bardzo źle. Znajdujemy w tej relacji potwierdzenie tego, co wiemy z innych źródeł, że Piłsudski uparcie, a bez rzeczowego powodu odwlekał rozpoczęcie swojej ofensywy z nad Wieprza, przez co spowodował wybitne zmniejszenie skutków polskiego zwycięstwa, bo pozwolił znacznej części armii bolszewickiej wymknąć się z osaczenia, w jakim się znalazła. Dlaczego tak zwlekał? Widocznie na coś czekał: Na co?
Relacja Witosa umacnia nas w przeświadczeniu, że Piłsudskiczekał na wyjaśnienie się sytuacji na froncie północnym. Liczył się z możliwością, że Rozwadowski, Haller, Sikorski, Latinik, a wraz z nimi także i Weygand bitwę warszawską przegrają. A w takim wypadku lepiej dla niego będzie do bitwy tej się nie mieszać – i szybko wycofać się pod Częstochowę, po to, by oddać się ze swoimi sześciu dywizjami pod opiekę Anglików i być może Niemców dla dalszej walki z bolszewikami w roli wodza Polski zredukowanej do roli małego państewka-satelity. Relacja Witosa umacnia mnie w przeświadczeniu – jest to oczywiście tylko wrażenie subiektywne – że bitwa warszawska wzmocniła rządy Piłsudskiego w Polsce, a przez to utorowała mu drogę do zwycięskiego zamachu stanu w 1926 roku. Zarówno splot okoliczności, jak zręczna i pozbawiona skrupułów propaganda pozwoliła Piłsudskiemu zdobyć sobie pozycję wodza zarówno narodu, jak armii; wprawdzie uznawanego nie przez cały naród i nie przez całą armię, ale jednak mającego po swojej stronie potężny obóz, zarówno jak potężną mafię.
Bez wyprawy kijowskiej i bez bitwy warszawskiej Piłsudski byłby tylko jednym z głów państwa – mało co wybitniejszym jako postać historyczna, niż prezydenci Wojciechowski i Mościcki – oraz tylko jednym z polskich generałów, nie większym od Hallera, Dowbor-Muśnickiego, Szeptyckiego i innych. Bitwa warszawska w której potrafił sobie przypisać główną rolę, uczyniła z niego postać epicką, trochę przypominającą takich samych laików w sprawach wojskowych a jednak mających reputację wielkich wodzów, jak Stalin, Hitler i Mussolini. W dużym stopniu przyczyniła się do tego Francja, traktując Piłsudskiego jako taką właśnie, wyjątkową, nietykalną i czcigodną postać i w praktyce go podpierając. Przyczynił się do tego osobiście Weygand.
Ale przyczynili się także Rozwadowski i Witos, broniąc go przed krytyką i opozycją, jak to sami stwierdzają, Witos w swej relacji, a Rozwadowski w rozmowach, które Witos przytacza.
Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.
Wakacyjne prace
To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku. Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.
To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.
Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy. Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.
Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.
Tuskowe opowieści
Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji(rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.
A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.
Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.
Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego? Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?
Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.
Ukraina jako przykrywka
Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).
To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji a progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.
Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.
Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.
Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.
Pisowskie żaby
Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielo-języcznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.
A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.
PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu.
Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła. Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.
Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią.
Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.
PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.
PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając. A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie.
Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.
Konfy obie
Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! –może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną.
Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.
Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.
Morawieccy harcerze
No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – jak się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.
Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.
To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.
Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś
Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.
Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się absztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.
Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?
Klinika przy ulicy Hożej 80 w Warszawie, róg Emilii Plater powstała około 1910 roku dla Sanatorium Towarzystwa Pielęgnowania Chorych pod wezwaniem Świętego Józefa. W skład zespołu wchodził pawilon dla chorych oraz dwupiętrowy pawilon chirurgiczny.
W latach 1931-32 klinikę przebudowano według projektu Ludwika Tokara. Nadbudowano budynek narożny oraz rozbudowano go wzdłuż ulicy Hożej. Budynek przetrwał okupację niemiecką. W czasie Powstania Warszawskiego mieścił się tam szpital polowy dla walczącego Śródmieścia.
Natychmiast po “wyzwoleniu” w budynku urządzono szpital rządowy. Urządzono zamkniętą klinikę dla partyjnej komunistycznej nomenklatury wyposażoną w najnowszy sprzęt, zatrudniającą najlepszych lekarzy i oferującą wybranym luksusowe warunki. Leki stosowane przy leczeniu uprzywilejowanych pacjentów były niedostępne w aptekach i zwykłych szpitalach. Na przykład pacjenci kliniki rządowej dziury w zębach mieli wypełniane amerykańskimi plombami kompozytowymi podczas gdy zwykli śmiertelnicy szczerzyli zęby zeszpecone czarnym amalgamatem. Podobno właśnie po plombach rozpoznawano na Zachodzie przy autopsji zwłoki ofiar pochodzących z krajów Europy Środkowo Wschodniej.
Bodajże w 1964 roku usuwała sobie w tej klinice wrastające paznokcie pani Tomiła Blinowska, słynna Mizia żona Franciszka Blinowskiego członka czy zastępcy członka KC PZPR, posła na sejm i wówczas przewodniczącego PKPG. Mizia była znana mojej matce i ciotce z Kresów. Była z nimi po prostu na tej samej pensji. Wówczas to Franciszek Blinowski komunizujący gołodupiec emablował poleskie panny i szukał żony w odwiedzanych dworach oraz mieszczańskich zamożnych domach. Wśród nich była Tomiła Luberadzka i ją właśnie udało mu się upolować. Rodzina Tomiły zapewniła mu wygodne życie na Kresach.
Zrewanżował się zapewniając jej luksusowe życie, godne komunistycznej partyjnej nomenklatury, w powojennej Polsce. W tym usuwanie wrastających paznokci (miał rację stary Marks mówiąc, że historia powtarza się jako farsa) w rządowej klinice przy Emilii Plater gdzie zajmowała w tym celu dwupokojowy apartament. Wiem, bo odwiedziłam ją tam z konieczności. Miałam za zadanie oddać jej jakąś książkę. Chciała poczęstować mnie kawą z ciasteczkami serwowaną przez pielęgniarką w fikuśnym fartuszku. Wybiegłam zbulwersowana. W tych czasach, dokładnie jak obecnie, wepchnięcie się do szpitala graniczyło z cudem. Trzeba natomiast przyznać, że chorych już przyjętych wówczas leczono a nie poddawano protokołowi terapii daremnej. Dlatego niektórzy uważają, że za komuny ze Służbą Zdrowia było lepiej.
W sobotę 26 kwietnia 1986 roku, gdy poprzedniej nocy wybuchł reaktor w Czarnobylu, byłam z synkiem w Rokicinach Podhalańskich w pensjonacie sióstr zakonnych. Tego samego dnia wróciłam do Warszawy. Dowiedziałam się, że młodsze dziecko spędziło cały upalny dzień w przedszkolnym ogródku, a pozostałe były ze szkołą na wycieczce po Warszawie. Nikt nie powiadomił wychowawców o zagrożeniu, usiłowano utrzymać katastrofę w tajemnicy.
Tymczasem w klinice rządowej podawano specjalnie wezwanym prominentom i ich rodzinom w najgłębszej tajemnicy płyn Lugola. Płyn Lugola to wodny roztwór jodu i jodku potasu. Sporządzenie go nie wymaga szczególnej wiedzy ani trudno dostępnych składników. W warunkach awaryjnych można skorzystać ze sporządzonego w domu roztworu zwykłej jodyny. Komunistyczne władze wolały jednak narazić swoich obywateli, w tym małe dzieci, na poważne choroby niż przyznać się do katastrofy elektrowni należącej przecież do sąsiada, a nie do Polski.
Przypadki śmierci pacjentów, którym nie udzielono pomocy nie są także niczym nowym. Wszyscy pamiętamy zapewne „łowców skór” czyli grupę pracowników łódzkiego pogotowia ratunkowego (lekarzy, sanitariuszy i dyspozytorów), którzy handlowali informacjami o zgonach pacjentów z właścicielami zakładów pogrzebowych i celowo uśmiercali chorych Pavulonem aby nie stracić zysku z prowizji. Ten zysk to horrendum – 300 złotych od „skóry” czyli od zabitego w okrutny sposób człowieka. Pavulon to środek zwiotczający mięśnie, w tym oddechowe. Kiedy duszący się pacjent umierał pan doktor spokojnie palił papierosa.
Nie pamiętam daty ale już w tak zwanej wolnej Polsce w pogotowiu przy Hożej zmarła wybitna działaczka Związku Niewidomych pani Siekierzyńska. Czekając na pomoc spadła w korytarzu z krzesełka i skonała w kałuży krwi. Wezwany do jej domu lekarz pogotowia stwierdził (sic!) histerię choć był to wylew. Ordynator pogotowia odmawiał jakiejkolwiek informacji na ten temat, lekarz czy nie lekarz, (nie udało się tego ustalić) wyjechał pospiesznie na Ukrainę.
Saloniki dla vipów, operowanie wrastających paznokci. Jak w tytule- to nic nowego pod słońcem. Życie społeczne wraca dokładnie w stare błotniste koryto. Przemoc ideologiczna- przecież wszystko jedno czy pod czerwonym czy pod zielonym sztandarem. Przemoc fiskalna. Przemoc prawna. Wyroki pisane przez polityków, wydawane przez dyspozycyjnych sędziów i egzekwowane przez aparat władzy wobec niewinnych osób takich jak choćby ksiądz Olszewski. No i zwierzęta – równe i równiejsze. Te równiejsze wobec prawa, w kolejce do lekarza, a nawet na oddziale ratunkowym. Optymiści twierdzą, że jest to efekt bezwładności zjawisk społecznych. Twierdzą, że zmiana starych nawyków i stereotypów to tylko kwestia czasu. Ja to widzę bardziej pesymistycznie.
Uważam, że trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie. Tak zwana transformacja ustrojowa była to перестройка или передышка? Po rosyjsku bo przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej były realizowane dokładnie według „modelu Andropowa” to znaczy według koncepcji kontrolowanej transformacji ustrojowej, zapoczątkowanej w ZSRR. Zakładała ona przeprowadzenie ewolucyjnych reform gospodarczych i politycznych pod ścisłą kontrolą aparatu bezpieczeństwa. Miało to na celu dominację ekonomiczną starych oraz na nowo wykreowanych elit. Ekipa Tuska i on sam należą do tych elit wystruganych ze zgniłego banana. Ich podstawową cechą jest służalczość i oportunizm.
trwają przygotowania do debaty „Czy Polska ma szansę uniknąć stania się ‘strefą zgniotu’ w konflikcie z Rosją prowokowanym przez trzy państwa: Francję, Wielką Brytanię i Niemcy?”
Odbędzie się ona 21 września (poniedziałek, początek godz. 19), w lokalu Praskiego Centrum Aktywności Kocham Pragę, przy ulicy Targowej 32 w Warszawie.
W tej chwili obsługę medialną zapowiedziały cztery telewizje internetowe: Centrum Edukacyjne Polska, Chrobry Szlak Tv, Reduta.tv i wRealu24.tv. Lista mediów zaangażowanych w promowanie przekazu Debaty nie jest wyczerpana.
Pomysł przeprowadzenia Debaty zrodził się w wyniku zagrożenia Polski, jakie niosą prowokacyjne wobec Rosji działania Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec oraz zaangażowania szefa polskiego rządu Donalda Tuska w realizacje tych prowokacyjnych działań.
Kulminacją prowokacji wobec Rosji mają być manewry wojsk Francji. Wielkiej Brytanii i Niemiec na terenie Polski w listopadzie 2026. Cele manewrów dotyczą symulowanych ataków samolotów Rafale, zdolnych do przenoszenia pocisków nuklearnych, na rosyjskie cele w Petersburgu i w Obwodzie Kaliningradzkim. Jest to kolejna prowokacja polegająca na przekraczaniu „czerwonych linii” wyznaczonych przez Putina, który powiedział, że w przypadku zagrożenia, bezpieczeństwo obwodu królewieckiego będzie bronione przy użyciu wszelkich dostępnych w Rosji środków.
Jacek Frankowski, pomysłodawca i organizator spotkania wyjaśniając ideę debaty pisze:
Nie muszę dopowiadać, jaki kraj zagrożony jest użyciem przez Rosję wszelkich dostępnych środków, w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa Obwodu Kaliningradzkiego, które wywołują listopadowe militarne manewry na terenie Polski.
Chciałbym, żeby paneliści uczestniczący w Debacie wyrazili opinię, jakie wg nich Polska powinna podjąć działania, żeby nie stać się „strefą zgniotu”.
Punktem wyjścia dla dyskusji będzie rozmowa z doktorem Markiem Laskiewiczem, politologiem mieszkającym w Wielkiej Brytanii, który przewiduje zagrożenie przeniesienie się działań wojennych z terytorium Ukrainy na teren Polski. Dr Laskiewicz w programie wyraża swoją opinię w kwestii działań, jakie powinna podjąć Polska, żeby nie stać się ofiarą prowokacyjnych działań państw podżegaczy. Nagranie dostępne jest TUTAJ.
Marek Laskiewicz w koncepcji Debaty, pełnić będzie rolę „prowokatora” dyskusji, przedstawiając przewidywania zagrożenia Polski nuklearnym konfliktem z Rosja i wygłaszając receptę na uniknięcie zagrożenia przez stworzenie „strefy buforowej” oddzielającej polskie terytorium będącego strefą NATO, od Obwodu Kaliningradzkiego.
Liczę, na twórcze podejście panelistów do zagadnienia zagrożonego bezpieczeństwa Polski, którego jednym z wywoływaczy jest niezdolność myślenia o ułożeniu konstruktywnych relacji z Rosją.
Rusofobia, wbrew narracji post-piłsudczyków, nie jest wyrazem patriotyzmu. Rusofobia to gotowość rzucenia losu Ojczyzny na ofiarny stos w imię wrogiego nastawienia do innego narodu. Patriotyzm, wg kultywujących myśl Romana Dmowskiego, to miłość do Ojczyzny i konsekwentna troska o byt i trwanie Narodu.
W chwili obecnej udział w Debacie zadeklarowali: Jacek Frankowski jako moderator, Marek Laskiewicz, Roman Fritz, Marek Skalski, Arkadiusz Miksa, Dariusz Rozwadowski, Rafał Mossakowski, Sławomir M. Kozak i Kamil Klimczak.
Zaproszenia do udziału w Debacie zostaną wysłane także do Kancelarii Prezydenta, KPRM, Prezydium Sejmu i Konferencji Episkopatu Polski.
Liczymy także na odniesienia do tematu Debaty europosłów w formie filmowych wypowiedzi, wyrażających w dotychczasowych wystąpieniach sprzeciw wobec działań podżegaczy wojennych. Grono, chociaż nieliczne, ale znaczące potencjałem intelektualnym.
W miarę postępu działań organizatorskich będę przekazywał zainteresowanym informacje na bieżąco.
Działo się to 105 lata temu. A jakby wczoraj. Lub jutro.
[Matko Boża, Regina Poloniae, spraw, by pękły złowrogie bariery – i ta książka stała się dostępną dla Polaków. Mirosław Dakowski]
========================
Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków”str. 212 i nn.
=================
IDZIE ŻOŁNIERZ, BOREM, LASEM… [dzień niedzielny 1 sierpnia 1920 roku]
O Panie Boże! Przyjmij tę ofiarę młodzieńczą, niewinną, acz złożoną z bronią w ręku! Bo dzieje niewiele znają spraw tak czystych i świętych jak ta, za którą ci junacy legli n a owym błoniu. „Z prochu powstałeś, człowiecze, iw proch się obrócisz”. I młodzieńcy owi, pod ciosami zdziczałych hord, przylgnęli martwi do łona świętej ziemi ojczystej, która ich była wykarmiła, na której wzrośli, na której zeszedł im wiek Sielskiego dzieciństwa i nieledwie rozkwitłej młodości, a która tuliła ich teraz bezgłośnie. Byli tam i starsi, co wiek swój męski położyli na szali oswobodzenia Ojczyzny.
O Matko Najświętsza! Wynagródź cierpienia matkom i ojcom owej dziatwy, bolesnym rodzicom tamtego pokolenia, którzy to dawno już pomarli, a których życie upłynęło było na żałobnych wspomnieniach tej wielkiej straty zadanej im owego czasu ręką wroga. Pociesz braci, siostry, żony, pociesz osierocone dzieci. Ulżyj i tym odeszłym, i tym dziś jeszcze żyjącym.
Polsko! Upomnij się o swych bohaterów, o swoich męczenników i męczennice, z ofiary których wciąż czerpiesz swe soki żywotne; o tych z roku 1920, i tych dawniejszych, i tych nowszych… i tych niedawnych, czasu niemalże ostatniego! Pamiętaj to wciąż żywe a nieme przesłanie z mogił znanych i nieznanych, z lasów, łąk i pól owej rozległej, od morza do morza połaci świata, w których zagrzebane sa częstokroć bezimienne, ofiarne, męczeńskie szczątki. Pamiętaj też o owym wołaniu dobiegającym z krain odległych od Ojczyzny.
Święci Patronowie Polskiego Królestwa! Przyczyńcie się o nagrodę naszym wodzom tamtej wojny dawno już pomarłym i wodzom innych naszych wojen. Ubłagajcie o błogi, niebieski spokój sumienia dla ludzi, którzy musieli wysyłać na śmierć setki i tysiące, aby ocalić miliony. Wskażcie zasługę tak wielu, częstokroć niewidoczną i niedostrzegalną, lecz przecie rzeczywistą. Nie pozwólcie, aby umknął uwadze potomnych dobry przykład tych, co nie wzbraniali się brać na siebie przytłaczająca odpowiedzialność za losy tak wielu bliźnich.
Ciężki był dla nas ów dzień niedzielny 1 sierpnia 1920 roku, dzień, w którym Kościół Święty wspomina uwięzienie Apostoła Piotra w okowach. Na południu, na podejściach do Lwowa, w okolicach Brodów i Radziwiłłowa naszym pułkom wciąż jeszcze nie udawało się zamknąć owej fatalnej wyrwy w linii frontu, w której od bodaj dwóch miesięcy grasowały dywizje Budionnego, wciąż wychodząc naszym na skrzydła i zmuszając do ciągłego wycofywania się. W nocy na 2 sierpnia padła twierdza w Brześciu, co przekreślało dotychczasowe plany oparcia polskiej obrony na rzece Bug. Bolszewicy byli już na jej lewym brzegu.
W tym pierwszym swym dniu walki ochotnicze oddziały, których szlakiem podążamy, poniosły wielkie straty – wieluset zabitych, rannych oraz zagarniętych przez bolszewików do niewoli. Niektórzy spośród jeńców wnet uciekli do swoich, inni dłużej musieli niewolę znosić, jeszcze innych spotkał najgorszy los.
Jak się później dowiedziano, kolumnę pojmanych ochotników gnali bolszewicy przez Nowogród, za Narew. Na moście czerwoni bojcy urządzili sobie zabawę polegającą na zrzucaniu bezbronnych do rzeki i strzelaniu do żywych jeszcze a usiłujących utrzymać się na powierzchni wody. Jak widać, rozkazy o oszczędzaniu amunicji zostały z tej okazji uchylone.
Kto skręcił kark, uderzając wlocie o podpory mostu? Kto utonął? Kogo zastrzelono? Kto został zadźgany bagnetem, czy ścięty kozacką szablą, gdy w porywie gniewu rzucił się był z gołymi rękami na oprawców, by do owych zbrodni nie dopuścić? Kogo z dzikiej wściekłości czy dla koszmarnej zabawy zarąbano szablami? Kto spychany za mostowe bariery bronił się zawzięcie i ginął pod ciosem wrażej broni? Kogo męka i śmierć wywołana prześladowaniami sowieckich oprawców. szalejącymi chorobami i dojmującym głodem dosięgły później, w dramatycznym pochodzie na wschód i w czasie pobytu tamże?… Ilu jeńców powróciło do swoich z tej koszmarnej tułaczki, z tej poniewierki?… O ilu jakakolwiek wiadomość dotarła do bliskich i przyjaciół?… Ilu zaginęło bez wieści?…
Wiemy to, że tysiące Polaków pojmanych przez bolszewików w tamtej wojnie nigdy do Ojczyzny nie powróciło. Ilu nie przeżyło okrutnej niewoli? Ilu zostało wywiezionych w głąb Rosji? Ilu zagnano jako żołnierzy -niewolników na front krymski przeciwko „białym” wojskom barona Wrangla lub przeciw podnoszącym wciąż broń antybolszewickim powstańcom?
Ilu wreszcie uległo sowieckiej agitacji, niesłychanie perfidnej, bo prowadzonej wobec ludzi zniewolonych, egzystujących na granicy śmierci głodowej? Chleba jeńcom nie dawano, lecz bezustannie męczono gadaniną o wyższości nowego ustroju nad wszystkim, co dotąd było im znane. Lecz to samo czyniono z nieprzeliczoną rzeszą Rosjan, Ukraińców i ludzi ze stu innych ludów i narodów składających się na to rozległe imperium. Niejeden z pojmanych za obietnicę otrzymania ubrania, butów i dziennej porcji żywności mógł zgodzić się na wszystko, pozostając wszak nadal niewolnikiem. To tam właśnie, w niewoli, toczyła się owa ostateczna walka o zachowanie zdrowia ducha i ciała, o zachowanie życia i ludzkiej godności.
Okrucieństwa bolszewickich siepaczy, cierpienia bezbronnych ofiar, i jeńców, i cywilnej ludności, to sama istota tamtego nieszczęścia, jakie W owym czasie przygniotło naszą Ojczyznę swoim przerażającym ogromem. Za mali my dziś i za słabi, aby ogarnąć ten bezmiar grozy i ukazać go rodakom. Oby nie zdarzyło się tak, iż ten i ów wzruszy ramionami słuchając owej historii i skwituje ją jakże częstym dziś na polskich twarzach lekceważącym uśmieszkiem. Biada! Skoro więc nie my, może potomni okażą dość siły, by swoim i obcym wieszczyć bez wahania o tych czasach dawniejszych, czasach naszych pradziadów i o owej dobie, co to niedawno minęła, i o tej, co dziś właśnie przemija. Lecz przecież niemało o tym dotąd powiedziano.
Pojmanych w nowogródzkiej bitwie popędzono dalej. Sowieci ruszyli w pościg za wycofującymi się naszymi wojskami. A Narew płynęła, znowu cicho, spokojnie, zaś kształty nadbrzeżnych topoli odbijały się wyraziście w jej czystym zwierciadle.