Tradycyjna lewica a Grzegorz Braun

Tradycyjna lewica i Grzegorz Braun

Czy środowisko, które opiera swój światopogląd na monarchizmie i tradycjonalizmie katolickim jest w stanie iść ramie w ramie z marksistami i ludźmi, którzy władze w państwie chcieliby oddać w ręce zwykłych szarych obywateli? W teorii wydaje się to nieco egzotycznym połączeniem. Praktyka nie zawsze idzie jednak w parzę z teorią, czego najlepszym przykładem jest właśnie zawierany na naszych oczach dość niecodzienny sojusz.

Grzegorz Braun to na polskiej scenie politycznej postać, która od kilku lat wzbudza oburzenie wśród polityków i wyborców liberalno-establishmentowej części naszego społeczeństwa. Niechęć do lidera Konfederacji Korony Polskiej wynika zazwyczaj z jego „kontrowersyjnego” zachowania, które przez wyżej wymienionych odbierane jest między innymi jako zamach na demokrację. W ostatnich latach do całkiem pokaźniej listy zarzutów przeciw politykowi dołączono również rzekome wspieranie rosyjskiej agresji, które ma wynikać z faktu, że sprzeciwiając się wojnie na Ukrainie Braun działa tym samym na rzecz narracji prowadzonej przez Kreml.

Pomijając już pokrętną logikę – wedle której kto nie kibicuje warszawskiej Legii musi być automatycznie kibicem Lecha Poznań – ten medialny lincz, a następnie konsekwentne rugowanie z przestrzeni publicznej wszystkiego, co tylko związane z Grzegorzem Braunem i jego środowiskiem musiało w końcu doprowadzić do tego, że zacznie on przyciągać uwagę tych ciekawskich i niepokornych. I chociaż z początku nie dziwiło, że wokół polityka zaczęli pojawiać się niezadowoleni i zawiedzeni wyborcy Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, czy zwyczajnie osoby poszukujące w polityce jakiegoś powiewu świeżości, nikt nie przypuszczał, że do Szerokiego Frontu Gaśnicowego dołączą ludzie, którzy swoje poglądy deklarują jako tradycyjnie lewicowe i marksistowskie.

Wspólny wróg, potrzeba suwerenizmu i charyzmatyczny lider

Żyjemy w czasach, w których gołym okiem widać wszystkie negatywne następstwa wynikające z ciągle postępującej globalizacji. Niszczenie modelu tradycyjnej rodziny, promocja hedonizmu, czy multikulturalizm to zjawiska, z którymi bez wątpienia mamy do czynienia, a przeciw którym swój sprzeciw wyrażają głównie tradycjonaliści, osoby wierzące i ludzie o bardziej konserwatywnych poglądach, których wciąż wrzuca się jeszcze do jednego worka, nad którym figuruje napis prawica. Niezależnie od nazewnictwa i aktualności dawno przebrzmiałych już definicji, globalizacja dała się przecież również we znaki ludziom z przeciwnej strony sceny politycznej.

Chociaż w ostatnich latach pojęcie lewicowości bezlitośnie utożsamiane jest w Polsce wyłącznie z obyczajowym ekstremizmem i wszelkimi skrajnościami dotyczącymi różnej maści mniejszości, nie możemy zapominać, że poza tzw. lewactwem istnieje również inna lewica, ta tradycyjna, stara, czy jak kto woli nieliberalna. Ze względu na jej „niemodne” poglądy od lat lawiruje gdzieś poza głównym nurtem, a ludzi którzy się z nią utożsamiają spotkać można raczej w różnych mało popularnych stowarzyszeniach i inicjatywach, aniżeli w wielkiej polityce i na listach wyborczych. Mniej jednak to właśnie, to środowisko zdołał sobą zainteresować Grzegorz Braun. Dlaczego właśnie on?

Patrząc na polskojęzyczną scenę polityczną równie dobrze moglibyśmy zadać pytanie, a kto inny? Można powiedzieć, że obecnie to wyłącznie Braun otwarcie i bezpardonowo podnosi hasła, które dla tradycyjnej lewicy wydają się być właśnie atrakcyjne, a których nie uświadczymy z ust polityków, którzy określają się mianem lewicowych. Przynajmniej w jego retoryce – ale momentami przecież i w praktyce – hasła te i działania wypełniają niezagospodarowaną od długiego czasu próżnię. Zaliczyć do nich możemy między innymi jawne wystąpienie przeciw międzynarodowym koncernom farmaceutycznym i łamaniu praw obywatelskich w czasach pandemii, czy bezpośredni sprzeciw wobec napastniczej polityki Unii Europejskiej.

Z pewnością można by przytoczyć całą listę sprzeczności, o które ci bardziej tradycjonalistyczni zwolennicy Grzegorza Brauna byliby w stanie pokłócić się z tymi postępowymi, to pewne. Jednak ze względu na jego „czystą kartę” w polityce, charyzmę, bezpardonową działalność – ale i może również fakt, że ludzie widzą w nim, w końcu człowieka, który jest w stanie dosłownie walczyć o suwerenność Polski na arenie międzynarodowej, a w Polsce reprezentować ich własne interesy – jest on czymś na skale ewenementu. Wcale więc nie dziwi, że zwyczajnie może wydawać się interesujący i zrzeszać wokół siebie różne równie interesujące osobistości.

Do tego sam polityk w ostatnich tygodniach oficjalnie oświadczył, że w jego szeregach jest również miejsce dla ludzi, których inni już dawno wyklęli i wprost wyciągnął rękę do tego środowiska.

– Szanowni państwo, jeśli o mnie chodzi, to pochowajcie moje serce i pod Monte Casino i pod Lenino. Tam pochowajcie moje serce. Ponieważ i teraz jest właśnie czas, teraz jest właśnie moment, żeby to opowiedzieć sobie, napisać tę historię na nowo i żeby to usłyszeli nasi rodacy Polacy. Jest wspólny mianownik – mówił Grzegorz Braun podczas Konferencji Suwereni stów w Warszawie.

Upamiętnienie zwycięskiej Bitwy pod Lenino? Wspólny mianownik z tymi, którzy nie wstydzą się mówić głośno, kto i z kim wyzwalał Polskę od niemieckiego najeźdźcy? A wszystko to wypowiedziane przez uznawanego przez media za „skrajnie prawicowego” posła do Parlamentu Europejskiego? Trzeba przyznać, że jak na polskie realia to coś naprawdę niebywałego.

Inna, ale bardzo ważna sprawa to pokazowy sprzeciw Brauna wobec wojny na Ukrainie, który przez nieliberalną lewicę odbierany jest jako antyatlantyzm. W przeciwieństwie do większości polskiego społeczeństwa traktują oni zarówno tę wojnę, jak i sam neobanderyzm podnoszący głowę za naszą wschodnią granicą, nie jako specyfikę dzisiejszych czasów i zjawisko samo w sobie, a następstwo imperialistycznej polityki USA i NATO. Jest to kolejne spoiwo łączące ludzi, którzy, podobnie jak niegdyś w Zmianie, tak dziś w Koronie szukają swojego miejsca.

Wydaje się, więc logiczne, że osoby, które przez długi czas nie mogły odnaleźć się w świecie, gdzie „walka” toczona pomiędzy ugrupowaniami politycznymi w żaden sposób nie podważała panującego statusu quo, zaczną w końcu szukać jakiegoś oparcia w kimś, kto, chociaż stopniowo będzie oficjalnie legitymizował ich poglądy. Bez wątpienia w zupełnie innych warunkach, okolicznościach i z całkiem innym zapleczem ideowym, ale kimś takim był niegdyś Andrzej Lepper, który, podobnie jak dzisiaj Grzegorz Braun poza niewymagającym zbyt wiele elektoratem, zdołał skraść serca także tych politycznych sceptyków i pariasów.

Oczywiście nie można też wykluczyć kwestii czystej polityki, w końcu dieta poselska piechotą nie chodzi, a wszędzie znajdą się ludzie, którzy za pieniądze i trochę władzy są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Chcąc czy nie chcąc, w momencie gdy ktoś chce grać w tę grę musi się również liczyć z podobnymi zarzutami. Historia wielokrotnie pokazała, że takie przypadki niestety nie bywają odosobnione.

W związku z zaistniałą sytuacją i tym swoistym sojuszem ekstremów pojawiają się zarówno pytania, jak i głosy krytyki z obu stron. Ktoś ma za złe to, inny z kolei domaga się wyjaśnień tamtego, ale jak to się mówi karawana jedzie dalej. Czy to początek końca starych podziałów na polskiej scenie politycznej, czy może chwilowy romans, który zakończy huczny rozwód? Jak to już w życiu bywa odpowiedzi na zadane pytania przyjdą wraz z upływem czasu. Wystarczy poczekać.

Patryk Chruślak

Cynicy czy szaleńcy?

Engelgard: Cynicy czy szaleńcy?

„Apeluje do wszelkiej maści polityków i generałów, i pożal się Boże ekspertów, aby otworzyli swoje betonowe łby i zapamiętali, że są oni sługami narodu, którzy mają zapewnić społeczeństwu pokojowy rozwój i przetrwanie narodu! Polska – społeczeństwo i naród nie szuka wojny, lecz polscy politykierzy i generały, którzy swym rozwoju są na poziomie dowódcy plutonu, jak opryszki na wiejskiej zabawie, wydzierając się na wszystkie strony świata, że polska armia, pokona Rosję, wojny z nią szukają!” – napisał gen. Leon Komornicki, jeden z niewielu myślących rozsądnie.

Jego koledzy po fachu codziennie plotą bzdury, wymachują szabelką, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tabunowi nieodpowiedzialnych polityków, na czele których stoi Donald Tusk.
Jeśli ktoś w 2023 roku miał nadzieję, że po szaleństwach rządów Mateusza Morawieckiego i PiS-u, zapanuje zdrowy rozsądek, a polityka zagraniczna, w tym polityka wobec wojny na Ukrainie – zracjonalizuje się, ten się srodze zawiódł.

Donald Tusk wszedł właśnie na wysokie obroty agresywnej retoryki wojennej, straszy codziennie swój naród wojną, rzuca gromy na „wrogów”, którzy nie są skłonni podzielać jego histerii. Najpierw zastraszył swoich koalicjantów zapowiadając już na początku istnienia tej koalicji, że wypali gorącym żelazem tych, którzy poddadzą w wątpliwość politykę bezkrytycznego stania po stronie Ukrainy do końca. No i zastraszył, czego przykładem jest degradacja PSL-u, kiedyś partii rozsądku i umiaru, a obecnie ustami swojego lidera wpisującej się w chór najbardziej skrajnych podżegaczy wojennych.
Ale tego było Tuskowi za mało – zabrał się za opozycję. Uznaje ją za zdrajców i zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, grozi, żeby nie ważyła się „szczuć na Unię Europejską”. Posunął się nawet do tego, że powołał się na raport CIA, w którym ponoć ostrzegano Polskę przed zbliżającymi się rosyjskimi prowokacjami, a nawet atakiem. Okazało się szybko, że nikt tego raportu nie czytał i nie zna – łącznie z szefem MON.

Nawet propisowski i rusofobiczny portal wpolityce musiał zauważyć: „To już kolejne takie przypadki, kiedy Tusk straszy wojną. Przypomnijmy także, że szef rządu już w kwietniu udzielił wywiadu m.in. brytyjskiemu „Financial Times”, w którym podważał sojusz polsko-amerykański, współpracę w ramach NATO i straszył atakiem ze strony Rosji, przekonując, że może zaatakować członka NATO w perspektywie „raczej miesięcy niż lat”.
Czemu to wszystko ma służyć? Są dwie wersje odpowiedzi. Jedna – „racjonalna”. Donald Tusk, podobnie jak liderzy Unii Europejskiej, cynicznie wykorzystują wojnę na Ukrainie do ratowania projektu integracji europejskiej w kierunku budowy w trybie przyspieszonym superpaństwa. Paramafijne metody rządów Ursuli von der Leyen są aż nadto widoczne. To ona i skupiona wokół niej kamaryla podżegaczy wojennych – zarządzą strachem i przy okazji realizuje swoje utopijne projekty. Jest też drugie wytłumaczenie – Donald Tusk jest w stanie psychicznej zapaści, boi się utraty władzy, i jest gotów na wszystko, aby temu zapobiec. Histeria wojenna może być wstępem do wprowadzenia stanu wyjątkowego i odłożenia wyborów. Obojętnie która z tych wersji jest bliższa prawdy – jako naród znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji.


Jan Engelgard
fot. KPRM (profil fb)
Myśl Polska, nr 39-40 (26.09-4.10.2026)

Polska państwem z dykty

Polska państwem z dykty

Izabela BRODACKA

Każdy z krajów z dykty, a jeszcze lepiej z papier mâché, charakteryzuje laksacja legislacyjna. Wydaje się bardzo wiele ustaw i zarządzeń, często sprzecznych ze sobą albo nawet, co gorsza, sprzecznych z Konstytucją. Wśród nich są ustawy głupie, martwe oraz kryminogenne. Ustaw głupich jest najwięcej. Ustawy martwe są to ustawy, których nikt w praktyce nie stosuje, lecz działają jako przysłowiowy kij na psa. Uruchamia się je, gdy chce się kogoś uderzyć, komuś wyrządzić krzywdę posługując się prawem.

Taką martwą ustawą jest przepis nakazujący płacić podatek od uzyskanej korzyści. Jeżeli pozwolisz kuzynce mieszkać w twoim mieszkaniu, powinna ona odprowadzać podatek od sumy, którą musiałaby płacić za wynajem podobnego mieszkania. Jeżeli sąsiad położy ci kafelki w łazience w zamian za dobre obiady, ty powinnaś zapłacić podatek od honorarium za kafelki, a on za cenę obiadów.

Pamiętna jest sprawa piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego, który rozdawał niesprzedane pieczywo, zamiast wyrzucać je na śmietnik. Odbiorcy tego pieczywa, osoby ubogie, miały według Urzędu Skarbowego odprowadzać podatek od uzyskanej korzyści. Gdyby Urzędy Skarbowe konsekwentnie pilnowały przestrzegania tej ustawy, niemożliwe stałyby się wszelkie umowy barterowe, a nawet przysługi sąsiedzkie czy pomoc humanitarna. Jeżeli na przykład pomagałabym bezinteresownie w matematyce dzieciom niezamożnej sąsiadki, z takim nauczaniem musiałybyśmy się ukrywać jak za okupacji niemieckiej.Istnieją również ustawy i rozwiązania prawne, które są po prostu kryminogenne. Prowokują do popełniania przestępstwa.

Takim rozwiązaniem prawnym jest dopuszczenie do posiadania tak zwanego kolekcjonerskiego dowodu osobistego. Taki dowód można sobie swobodnie zamówić na dowolne nazwisko i jest on praktycznie nieodróżnialny od zwykłego dowodu osobistego. Firma, która wytwarza takie dowody, w swojej reklamie pojawiającej się natychmiast w Internecie po wpisaniu jako hasło terminu „dowód kolekcjonerski” twierdzi, że przeznaczeniem kolekcjonerskich dokumentów są żarty. Ładne żarty, jeżeli, jak to kiedyś sprawdzili dziennikarze śledczy, można na taki dowód wynająć samochód, wziąć kredyt obciążający osobę, której skradziono personalia, a nawet sprzedać cudze mieszkanie. Nabywca w dobrej wierze nie musi mieszkania oddawać. Prawo nie chroni zatem obywatela przed kradzieżą jego tożsamości, wręcz przeciwnie, do takiej kradzieży prowokuje.

Trudno ustalić, po co i dlaczego toleruje się takie praktyki i oferujące kolekcjonerskie dokumenty firmy. Można zamówić sobie również fałszywe prawo jazdy, a jakie niebezpieczeństwo pociąga za sobą obecność na szosach kierowców bez prawa jazdy i odpowiednich kwalifikacji, nie trzeba chyba tłumaczyć.Kolejną cechą charakterystyczną polskiego państwa bezprawia jest brak ochrony właścicieli nieruchomości przed dzikimi lokatorami. Wręcz przeciwnie, to dzicy lokatorzy są chronieni, a właściciel, który chciałby wejść siłą do swego własnego mieszkania, jest ścigany za naruszenie miru domowego. Powoduje to – jak wielokrotnie pisałam – zastój na rynku wynajmu mieszkań i skrajnie wysokie ceny tego wynajmu. Ludzie wolą nie zarabiać na wynajmie, a za to mieć pewność, że nie stracą mieszkania na rzecz bezczelnego złodzieja chronionego przez system.Kolejną cechą charakterystyczną państw z dykty i tektury jest bierność organów ścigania wobec zgłaszanych przez obywateli przestępstw. Prokuratorzy najczęściej odmawiają zajęcia się zgłaszanymi sprawami albo umarzają postępowanie.

Wyjątkowo obraźliwy dla obywatela jest fakt, że uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania lub jego umorzenia są na ogół zupełnie bez sensu, są powielaniem jakiegoś szablonu dotyczącego zupełnie innych spraw. Mogłabym podać setki przykładów, ale z braku miejsca ograniczę się do kilku. Znajoma otrzymała na WhatsApp następującą informację: „Mamo, utopiłem swój telefon w ubikacji i muszę kupić nowy. Stoję w sklepie, ale nie mam dostępu do swego konta. Przekaż proszę 3997 złotych na konto sklepu, które podaję”. Znajoma, przekonana, że pisze jej syn, dokonała przelewu. Okazało się, że padła ofiarą oszustwa. Prokuratura ustaliła, że właścicielką rachunku bankowego, na który przelano pieniądze, jest niejaka Sylwia S., która jednak zaprzeczyła, że zakładała podany rachunek.

Jak stwierdził prokurator, postępowanie nie dało podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wobec czego zostało umorzone. Przecież to są kpiny z obywatela. Niech spróbuje nie zapłacić mandatu, to wejdą mu na konto i ten mandat pobiorą. Jeżeli Sylwia S. zaprzecza, że jest to jej konto, trzeba ustalić właściciela i doprowadzić do zwrotu pieniędzy. Inna znajoma pożyczyła komuś dużą sumę pieniędzy. Oficjalnie, z umową i opłaceniem podatku. Dysponuje dowodem przelewu. Dłużniczka twierdzi, że pieniądze oddała, nie ma jednak na to żadnego dowodu. Gdybym oddawała dużą sumę z ręki do ręki, żądałabym przecież potwierdzenia spłaty długu przez wierzyciela. Prokuratura odmówiła ścigania nierzetelnej dłużniczki, dając wiarę jej oświadczeniom.

Ja osobiście zeznawałam w sądzie w sprawie osoby oszukanej przez właściciela ogiera arabskiego. Na licytacji sprzedano jakiegoś siwego ogiera, na co istnieje dowód w postaci protokołu komornika, natomiast paszport wystawiono na skradzionego ogiera karego. Pomiędzy licytacją a datą wystawienia paszportu upłynęło kilka miesięcy. Otóż koń siwy nigdy nie stanie się kary, choć przeciwna zmiana maści jest możliwa. Dokumenty były więc dowodem oszustwa. Poza tym komornik zaniedbał sprawdzenia czipa konia. Sędzia nie rozumiała zupełnie wagi tego dowodu, odmówiła powołania biegłego zootechnika i ostatecznie sprawa została umorzona.

Otrzymałam kuriozalne pismo z sądu, w którym potraktowano mnie jako osobę poszkodowaną, podczas gdy byłam tylko świadkiem. Niezawisłość sędziowska sprowadza się zatem do orzekania według przekonań sędzi nie znającej przedmiotu sprawy; może ona dowody dowolnie dopuszczać lub nie oraz powoływać lub nie biegłych, co czyni z systemu sprawiedliwości farsę i prowokuje do oszustw.

Polityczne zwroty w Europie

Polityczne zwroty w Europie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    22 września 2026 michalkiewicz

Co prawda jeszcze nie wiadomo, czy Alternatywa dla Niemiec, po swoim wyborczym sukcesie, jaki odniosła 6 września br w wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt przejmie rządy w tym landzie, bo do większości rządowej brakuje jej jeszcze 3 mandatów – ale widać wyraźnie, że jest na fali wznoszącej, czemu wyraz dała jej przewodnicząca, pani Alicja Weigel. Po wyborach w Saksonii-Anhalt oświadczyła bowiem, iż ma nadzieję, że w najbliższych wyborach federalnych Jej partia też powinna uzyskać co najmniej 40 procent głosów – a to by oznaczało, że może objąć władzę nie tylko w kilku poszczególnych landach, ale w całej Republice Federalnej Niemiec.

Jak donoszą stamtąd niezależne media głównego nurtu, swoje zaniepokojenie tym sukcesem wyrazili już niemieccy Żydowie, którzy krzyknęli „gewałt” – no a skoro Żydowie, to zaniepokojenie wyrazili też niemieccy biskupowie. Wprawdzie w specjalnym oświadczeniu melancholijnie stwierdzili, że „muszą uznać” te wyniki, ale widać wyraźnie, iż targa nimi jaskółczy niepokój, czy przypadkiem AfD nie powstrzyma ich w marszu na drodze dostosowania religii katolickiej do wymagań nieubłaganego postępu. Co prawda jest światełko w tunelu, bo pani Alicja, chociaż ogólnie stoi na nieubłaganym gruncie tradycyjnego porządku, to w sprawach osobistych też idzie z postępem, prowadząc udane współżycie ze swoją partnerką w ramach związku gomoryckiego.

Nieubłaganym palcem wytknęła jej to na antenie „Polsatu” pani red. Gozdyra Agnieszka, oskarżając ją o „hipokryzję”, ale już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważył, że „hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – więc w tym kontekście wydaje się, że wszystko może być w jak najlepszym porządku. Pani Alicja sama hołduje nieubłaganemu postępowi, przynajmniej na tym odcinku, ale nie słychać, żeby zalecała to innym, jak to w naszym nieszczęśliwym kraju czyni Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, której udało się omotać nawet obywatela Tuska Donalda.

Ten cały obywatel Tusk Donald powiedział nawet, że z sukcesu AfD mogą się cieszyć „zdrajcy, albo idioci”. Nie bardzo wiadomo, kogo właściwie miał na myśli, bo u nas wszyscy akomodują się do „stołecznych życzeń od iks lat” – jak zalecał poeta w niezapomnianych „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa” – ale zabrzmiało to jak ostrzeżenie, zwłaszcza, że obywatel Żurek Waldemar z wielkim przytupem rozpoczął właśnie przedwyborczy sezon łowiecki, pracowicie wypychając na linię strzału samego pana prezydenta Karola Nawrockiego.

Czy uda mu się przed przyszłorocznymi wyborami wpakować do aresztu wydobywczego, a może nawet do turmy całą polityczną konkurencję – tego jeszcze nie wiemy, chociaż Wielce Czcigodny Giertych Roman uwija się wokół pana Przemysława Krala, jak w ukropie – no a ten, wabiony przez swego obrońcę, perspektywą uzyskania statusu świadka koronnego, co i rusz przypomina sobie, a to to, a to tamto, a to owamto – zaś obywatel Żurek Waldemar na tej podstawie „zatrzymuje”, „stawia zarzuty”, za pośrednictwem „naszych” sędziów umieszcza wybranych delikwentów w areszcie wydobywczym, porządkując w ten sposób polityczną scenę naszego bantustanu tak, aby przyszłoroczne wybory przyniosły wynik pożądany nie tylko przez stare kiejkuty, ale przede wszystkim – przez niemiecką BND, która wobec naszego bantustanu ma przecież swoje widoki.

Na wznoszącą falę AfD może mieć wpływ nie tylko – jak mawiano za pierwszej komuny – „utrata więzi z masami” przez zmurszałe partie niemieckiego establishmentu, które nie bardzo wiedzą, co przystoi im w tej sytuacji czynić – ale również wybory prezydenckie we Francji, które mają odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Faworytą tych wyborów wydaje się pani Maryna Le Pen, która w dzisiejszych sondażach otrzymuje ponad 60 procent głosów w drugiej turze. Maryna Le Pen na stanowisku prezydenta Republiki francuskiej niewątpliwie zapoczątkowałaby erozję dotychczasowej francuskiej, a tym samym – i europejskiej polityki – na czym AfD mogłaby tylko skorzystać i w ten sposób w roku 2029 spełnić oczekiwania pani Alicji, która liczy na co najmniej 40 procent.

Gdyby tak się stało, to ta erozja dotychczasowej polityki jeszcze bardziej by przyspieszyła – a jak reagowaliby na nią Nasi Umiłowani Przywódcy, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane? Tego jeszcze nie wiemy, bo obywatel Tusk, podobnie jak zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek, na razie tylko, na wszelki wypadek, wymyśla nie wiedzieć komu od „zdrajców” oraz „idiotów”. Odpowiedzi nie będzie łatwo uzyskać, więc w takim razie spróbujmy przypomnieć dotychczasowe zwroty w europejskiej polityce, bo może to dostarczy nam jakichś wskazówek, co do naszego przeznaczenia.

Jak pamiętamy, po proklamowaniu w roku 1871 przez kanclerza Bismarcka Cesarstwa Niemieckiego nakreślona została przezeń linia polityczna, według której Niemcy, które natychmiast objawiły ambicję kierowania Europą, kierują nią w porozumieniu z Rosją. Od tej linii kanclerza Bismarcka odstąpił narwany cesarz Wilhelm II, wdając się w wojnę z Rosją, chociaż wcześniej, to znaczy – w 1905 roku – co wypada przypomnieć – podpisał z nią porozumienie w Bjorko, o ostrzu antybrytyjskim. Car Mikołaj II, nie radząc się nikogo, ten układ podpisał, ale że wymagał on kontrasygnaty, zwrócił się do obecnego na jachcie „Hohenzollern” – bo rozmowy tam właśnie się odbywały – poczciwego ministra marynarki admirała Biriliewa: „Aleksy Aleksiejewiczu, czy pan mi ufa?” – Oczywiście, Wasza Cesarska Mość! – odparł służbiście admirał. – To niech pan kontrasygnuje ten układ bez czytania. I tak się stało, podobnie, jak w 2007 roku, kiedy to 13 grudnia obywatel Tusk wraz z Księciem-Małżonkiem podpisali bez czytania traktat lizboński. Ale na skutek stanowczego żądania innych ministrów rosyjskich, układ z Bjorko został anulowany.

Jak wiadomo, na skutek Wielkiej Wojny, która potem wybuchła Niemcy poniosły klęskę – ale – w odróżnieniu od Austro-Węgier, które już tego eksperymentu nie wytrzymały i przestały istnieć – Niemcy utrzymały się, jako jednolite państwo, chociaż Cesarstwo upadło. Toteż 20 lat później wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler podjął ponowną próbę opanowania Europy wbrew nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Rosji. Tym razem państwo niemieckie zostało zlikwidowane i podzielone na strefy okupacyjne i chociaż w roku 1949 zostało odtworzone z trzech okupacyjnych stref, to formalnie okupacja trwała aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem dwa plus cztery”. Okupacja Niemiec została zniesiona, a same Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, czyli – kierowania Europą w porozumieniu z Rosją.

Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przetrwało aż do 2022 roku, kiedy to Rosja rozpoczęła wojnę z Ukrainą, wspartą nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale i całe NATO, którego Niemcy są członkiem. Zerwaniu strategicznego partnerstwa z Rosją sprzyjało wysadzenie w powietrze bałtyckich gazociągów Nord Stream, o które podejrzani są Ukraińcy, Amerykanie i … Polska. Zanim jeszcze to nastąpiło, wydawało się, że sytuacja w Europie ustabilizowała się na dobre. 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę niemiecką i rosyjską. Jak pamiętamy, Polska też musiała się odnaleźć w tym strategicznym partnerstwie z Rosją, no i pod rządami obywatela Tuska Donalda się odnajdywała.

W sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wraz z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, abp Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. I nie wiadomo, jak daleko zaszlibyśmy na tej drodze, gdyby nie to, że w roku 2014 amerykański prezydent Obama zresetował swój poprzedni „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy. W ten sposób prezydent O bama wysadził strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, a wraz z nim – cały „porządek lizboński”. Wspominam o tym m.in. żeby pokazać, iż ówcześni Nasi Umiłowani Przywódcy nie mieli najmniejszego wpływu na rozwój tych wypadków, a tylko się do nich akomodowali twierdząc, że i jedno postępowanie i drugie jest realizowaniem polskiej racji stanu.

Pod wpływem wojny na Ukrainie, Niemcy, poddani zresztą amerykańskiemu naciskowi, odstąpili od strategicznego partnerstwa z Rosją, za co w marcu 2023 roku zostali wynagrodzeni przez amerykańskiego prezydenta Józia Bidena przyzwoleniem, by urządzały sobie Europę po swojemu. Zaraz tedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w myśl wskazówek sformułowanych jeszcze w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami zauważył, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Ta nowelizacji jest już rekomendowana przez Parlament Europejski, więc jak tylko nadejdzie odpowiedni moment, to zostanie przeforsowana.

Czy jednak odpowiedni moment nadejdzie? To zależy, w jakim kierunku pójdzie erozja dotychczasowej polityki europejskiej. W kwietniu br. Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą, co oznacza w polityce niemieckiej kolejny zwrot – ku linii prezentowanej w polityce wschodniej w Europie przez Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, Niemcy pozwoliły na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by przy jej pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Obydwa te cele okazały się aktualne również i teraz, ale…

Ale AfD, której nazwa – o czym Polacy powinni pamiętać – brzmi „Alternatywa DLA NIEMIEC” – a nie dla Polski. Zresztą pani Alicja Weigel nigdy nam nie obiecywała, że jej partia będzie się troszczyć o polskie interesy państwowe. Na czym zatem polega alternatywa dla Niemiec według AfD? W kwestii nas interesującej – na normalizacji stosunków niemiecko-rosyjskich, co może – chociaż oczywiście nie musi, przynajmniej w najbliższym czasie – doprowadzić do reaktywowania strategicznego partnerstwa z Rosją.

W podobnym kierunku, to znaczy – w kierunku normalizacji stosunków z Rosją, zamierza prowadzić Francję pani Maryna Le Pen, która – podobnie jak AfD w Niemczech, zamierza przywrócić realistyczne spojrzenie na Ukrainę. Jeśli dodać do tego pragnienie prezydenta Trumpa, by zakończyć jakoś ukraińską awanturę, rozpoczętą przez prezydenta Obamę i unormować stosunki z Rosją, to zapowiada to kolejny zwrot w polityce międzynarodowej. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej przyzwyczaili się już do mechanicznego wymyślania Putinowi i wysługiwania się Ukrainie, możliwe nawet w przekonaniu – bo w rządzie obywatela Tuska idiotów przecież, podobnie jak „zdrajców” nie brakuje – że w ten sposób uczestniczą w wielkiej polityce. Tymczasem nie jest to nawet statystowanie w tym widowisku, a jeśli nawet – to jako szczyt naszych możliwości. I co z tym fantem zrobić?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Tylko aplauz i zaakceptowanie

Tylko aplauz i zaakceptowanie

22.09.2026 wolnemedia/tylko-aplauz-i-zaakceptowanie

Staram się być zdyscyplinowanym, porządnym obywatelem. Zgodnie z zaleceniami najwyższych dostojników, aby nie dać się zwieść na pokuszenie dezinformacji, słucham wyłącznie oficjalnych komunikatów rządowych i mediów pierwszego obiegu. Egzemplarz „Konstytucji”, który trzymałem na szafce nocnej i czytałem codziennie, ocierając łzy wzruszenia, po zmianie władzy schowałem nieco głębiej do szuflady, a po bezprawnym, omijającym ścieżkę legislacyjną uchwaleniu kredytu wojennego SAFE, wyniosłem do pawlacza.

https://youtube.com/watch?v=1IHLQJ8bvik%3Frel%3D0

Moją jedyną wieczorną lekturą, poza „Ewangelią”, stał się odtąd „Poradnik bezpieczeństwa”. Oglądam publiczną telewizję w permanentnej likwidacji, więc uspokajam i melduję posłusznie, iż doskonale zdaję sobie sprawę, że duch praworządności taki, jakim my go rozumiemy, zwłaszcza w obliczu historycznych wyzwań, z którymi mamy się zmierzyć, wymaga kroków zdecydowanych i stoi powyżej najwyższego aktu prawnego i ani mi przez myśl nie przejdzie jątrzyć i kwestionować zasadność zaciągania kredytów wojennych zadłużających pokolenia Polaków, które jeszcze nawet nie są w planach swoich rodziców.

Obok „Poradnika” trzymam długopis i kajecik, w którym notuję różne przestrogi miłościwie nam panującej władzy, a także własne uwagi i spostrzeżenia, by stać się lepszym obywatelem i moc kognitywnych & hybrydowych ataków złego Mzimu ze Wschodu móc zmóc. Bo ja Państwu powiem, że ja się cały czas czegoś uczę, bez przerwy, nieustannie.

W minionym tygodniu nauczyłem się na przykład od Wielce Czcigodnego Posła Treli z Lewicy, iż nad Łodzią przelatywały z prędkością światła nasze orły białe w samolotach F35, a hurkot był tak donośny, że ludność nie wiedziała, co się dzieje. Jestem głęboko przekonany, że skoro popisy podniebnej husarii zrobiły wrażenie nawet na mieszkańcach centralnej Polski, bądź co bądź przedstawicielach cywilizowanego Zachodu, to orki i mużycy nieznający toalet pierzchać będą w popłochu, nie podejmując nawet walki.

Zamiast liczyć barany, przed snem policzyłem, że nasza Wunderwaffe w dwie sekundy jest w stanie piętnastokrotnie okrążyć całą kulę ziemską i to wokół równika. Czuwaj!

Ktoś nieżyczliwy i czepialski mógłby mi wytknąć, że określenie Wunderwaffe nie przystoi do opisu naszej niepokonanej floty napowietrznej, bo kojarzy się z nazistami, ale dla mnie to słowo jak słowo, wszak hitleryzm to historia, a dzisiejsze Niemcy są naszymi sojusznikami w najsilniejszym obronnym pakcie militarnym świata sformowanym przeciw naszemu odwiecznemu wrogowi.

Świadomych naszej ogromnej siły i gotowości nie może dziwić oburzenie Wielce Czcigodnego Posła Kropiwnickiego z Koalicji Obywatelskiej na pewnego łajdaka-parlamentarzystę, którego niestety nie wymienił z nazwiska, a który opowiadał bzdury, jakoby pokój był najważniejszy i że on nie chce żadnej wojny. I co jeszcze, może żeby rakiety nie spadały na polskie miasta? Może nie jest dla niego piękną rzeczą, gdy w pierwszym szeregu ginie człowiek odważny? Może – aż boję się pomyśleć – jego zmysłu estetycznego nie nasyca widok spadającego z konia ułana? To jest nie tylko ruska narracja, ale i zdrada, jak słusznie zauważa niekwestionowany tytan intelektu, Poseł Kropiwnicki.

Defetystów traktowałbym bardzo surowo, a takich wypowiedzi zakazał. To za komuny nam wpajano, że nigdy więcej wojny i takie tam bzdury dla ludzi bojaźliwych, przepełnionych sowieckością konformistów obawiających się szczęku oręża. Ja osobiście pokładam ufność we władzy i głęboko wierzę, że gdy wojna nareszcie wybuchnie, będzie krótka i zwycięska. Bez kozery powiem, że gdy przez Bramę Smoleńską ruszymy na Ruskich, na podbicie Pandemonium wystarczą nam 4 tygodnie. A jeśli któremu z naszych kanonierów wraża kula oberwie obydwa ramiona, to on nadal będzie stał niewzruszony przy armacie, nabijał ją i raził ogniem nieprzyjaciela. Nawet głowicę termojądrową weźmiemy na klatę, tym bardziej, iż nie mamy schronów, ale spieszę posłusznie zameldować, że to nic, bo ten trudny czas to nie jest odpowiedni moment na krytykę zaniedbań sterników naszej ojczyzny, zwłaszcza że prawie nie padało. Niech no tylko zdejmiemy rękawiczki.

Innym razem, po obejrzeniu audycji prowadzonej przez Panią Redaktor Gozdyrę, nauczyłem się, jakich pytań nie wolno zadawać i zanotowałem skrzętnie w moim trzymanym na szafce nocnej notesiku, że absolutnie nie wolno pytać, dlaczego Putin miałby do nas wejść. Czy wiecie, o zacni braciszkowie, krajanie współcierpiący w ucisku, po co jest ten czyhający na Polskę Putler? No właśnie. Nikt nie wie, więc jak dotąd nikt nie ważył się zapytać. To jest Putler odpowiadający żywotnym potrzebom naszej miłościwie panującej nam władzy, która na fundamencie tegoż Putlera zbudowała misternie ogromną, obowiązującą ideologiczną konstrukcję. Jeśli go spod niej wyciągniemy, cała runie z łoskotem.

Ja też nie wiem, do czego Putinowi miałaby się przydać Polska. Nie pamiętam dokładnie, kto to powiedział, ale zdaje się, że albo Jego Ekscelencja Minister Sikorski, albo dzielny wojak Szwejk: gdyby wszyscy byli mądrzy, to na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłupiałby od tego. Dlatego nie wstydzę się, że nie wiem. Wiem już za to, że pytać nie wolno, bo w demokratycznym kraju samo pytanie jest porażające i przerażające, hańbiące, ocierające się o zdradę i pisane cyrylicą.

U Andersena, kiedy dziecko krzyknęło, że król jest nagi, zgromadzeni poszli po rozum do głowy, ale życie w Polsce to nie baśń. To coś znacznie lepszego.

To, że nikt z oburzonych na Panią Wiadrowską, mdlejących i rwących włosy z głów nie potrafi odpowiedzieć na jej pytanie, tylko dobrze świadczy o miłościwie nam panujących. Bo oznacza, że tajemnica państwowa zostaje zachowana.

Autorstwo: Michał Węgrzynek
Źródło: Strajk.eu

Świat się zmienia, ustroje upadają, a w Polsce jedna rzecz pozostaje niezmienna jak dług publiczny: sprytnie podpięty pod koryto cwaniak

Czar6wnica com/p/Czar6wnica

Świat się zmienia, ustroje upadają, a w Polsce jedna rzecz pozostaje niezmienna jak dług publiczny: sprytnie podpięty pod koryto cwaniak zawsze znajdzie sposób, by za pieniądze podatnika zafundować sobie bąbelki w jacuzzi. Zmienia się tylko narracja – kiedyś kradło się na chwałę ojczyzny i krzewienie cnót niewieścich, dziś ściga się to przed kamerami w imię praworządności, dbając przede wszystkim o odpowiednie oświetlenie na konferencji prasowej.
Poprzednicy z PiS doprowadzili sztukę dojenia państwa do poziomu niemal metafizycznego. Przepis był genialny w swojej prostocie: rejestrujesz fundację z nazwą brzmiącą jak połączenie encykliki z podręcznikiem do historii oręża polskiego, w zarząd wpisujesz losowe fantomy w stylu „JanKowalski1”, a na stronie wklejasz bełkot o etyce. Następnie idziesz do zaprzyjaźnionego instytutu, bierzesz 405 tysięcy złotych na „rozwój instytucjonalny”, „popularyzację nauki” oraz absolutny hit sezonu – „estetykę”.


W praktyce ta narodowa estetyka zmaterializowała się pod postacią apartamentu w centrum Krakowa z wanną z hydromasażem i skrzyneczką na kod przy drzwiach, żeby turyści z zagranicy mogli za 350 złotych za dobę krzewić polską myśl patriotyczną między jednym a drugim piwem.
A państwowa tablica pamiątkowa? Skitrana na szafie pod starym kartonem. Bo przecież prezes z rozbrajającą szczerością wyjaśnił, że „być może zdjęto ją do czyszczenia”. Wiadomo – tablica miała kryzys tożsamości, potrzebowała urlopu na szafie, a w apartamencie i tak zasłaniała widok na minibar.
I wtedy na białym koniu wjeżdża Koalicja Obywatelska ze swoim wielkim, bezlitosnym, hollywoodzkim spektaklem pod tytułem „Rozliczamy!”.
Nowa władza rzuca się do mikrofonów. Nowy dyrektor instytutu z groźną miną pręży pierś, pompuje muskuły i zapowiada prokuratora, ogłaszając zdemaskowanie potwornego układu. Jest tylko jeden drobny, przezabawny szczegół,
o którym zapomniano wspomnieć na slajdach: ten sam nowy, uśmiechnięty zarząd chwilę wcześniej bez mrugnięcia okiem podpisał i klepnął sprawozdanie finansowe rzeczonej fundacji. Dopiero gdy smród wybił w mediach, w trybie natychmiastowym odkurzono szable sprawiedliwości. Mechanizm jest wieczny – dziś robimy pokazówkę na poprzednikach, a za cztery lata kolejna zmiana warty będzie dokładnie tak samo ścigać fundacje zakładane przy kawie przez naszych znajomych.
W tym całym narodowym teatrze zemsty i audytów najpiękniejszy jest jednak casting na kluczowych świadków i „ofiary”. Szczytem operacyjnej niemocy i politycznej farsy staje się dramat poszkodowanego Dawida.
Zamiast konkretnych zarzutów, twardych przesłuchań i odzyskiwania publicznej kasy, mamy telenowelę, w której nikt nie kwapi się, by faceta wreszcie konkretnie przetrzepać. Zresztą sam Dawid cierpi na najcięższą chorobę polskiej elity: jedyny ból egzystencjalny, jaki rozrywa jego serce, to fakt, że nie może w tym sezonie polansować się swoim Porsche. Całą resztę – prawo, państwo, podatników, etykę i tę całą hecę z rozliczeniami – ma dokładnie tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Mamy więc państwo z kartonu w pełnej krasie:
Prawicowy wizjoner z dotacji funduje sobie apartament na Airbnb, tłumacząc, że wanna z bąbelkami realizuje cele statutowe.
Liberalni szeryfowie urządzają igrzyska z rozliczania, choć sami najpierw przybili pieczątkę, a teraz boją się wezwać na dywanik gościa, bo jeszcze popsują narrację.


A w centrum tego wszystkiego stoi pomnik współczesnej Rzeczypospolitej: zablokowane Porsche, którego właściciel patrzy na ten cały polityczny cyrk z absolutnym politowaniem.
Rządzący zmieniają się co parę lat, wymieniają tabliczki na gabinetach, zmieniają logotypy na rządowych stronach i obrzucają się błotem w programach publicystycznych. Ale bilans pozostaje ten sam: podatnik dalej sponsoruje czyjś wypoczynek w bąbelkach, a jedyną realną karą w tym kraju jest chwilowy brak możliwości wyjechania luksusową furą na miasto.


Czar6wnica

Minister Tuska podważa historię Polski. Chce się przypodobać Ukrainie

Minister Tuska podważa historię Polski. Chce się przypodobać Ukrainie

magnapolonia/minister-tuska-podwaza-historie-polski-chce-sie-przypodobac-ukrainie

Ukrainiec Andrij Szeptycki, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie warszawskim napisał, że państwo Mieszka I miało tyle wspólnego z dzisiejszą Polską, co Ruś Kijowska z Ukrainą. Tego typu hasła, wypowiadane przez wysokiego rangą przedstawiciela teoretycznie polskiego rządu, siłą rzeczy dotykają kwestii znacznie szerszej niż tylko terminologia używana przez historyków. To faktyczne działania V kolumny, niszczącej naszą historię i tradycję państwową od środka. Skorzystają na tym Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie.

Minister Tuska podważa historię Polski. To oczywiste, że współczesna III Rzeczpospolita nie jest organizacyjnie tym samym państwem, którym było państwo pierwszych Piastów. Polska przechodziła przez okres demokracji szlacheckiej, rozbiory, okupacje, wojny, zmiany ustrojowe i katastrofy polityczne, a jej granice wielokrotnie przesuwano. Czy jednak tylko z tego faktu wynika, że polska wspólnota polityczna nie ma prawa mówić o swojej historycznej ciągłości? Czy może powinniśmy przyjąć niezwykle wygodną zasadę, zgodnie z którą każde państwo po zmianie granic albo ustroju traci swoją historię i zaczyna wszystko od nowa?

Jeżeli tak, byłaby to rzeczywiście niezwykle interesująca wiadomość dla całej Europy, bo można by wówczas z powodzeniem uznać, że większość współczesnych państw jest historycznie zupełnie nowymi tworami, a ich mieszkańcy powinni czym prędzej zapomnieć o swoich poprzednikach. Przykładowo dzisiejsza Francja nie miałaby nic wspólnego ze swoim przedrewolucyjnym odpowiednikiem, podobnie jak Rosja z okresem carskim.

Na szczęście normalne rozumienie historii nie wygląda tak, jak roją sobie w główkach polskojęzyczni Ukraińcy. Narody i wspólnoty polityczne mogą przechodzić przez katastrofy, zmiany granic i ustrojów, a mimo to zachowywać pamięć o własnym państwie, kulturze i poprzednich pokoleniach. Owszem – ciekawie wygląda to w kontekście średniowiecza, gdzie ciągłość państwa wiązała się stricte z ciągłością dynastii panującej. Tak było zresztą na całym świecie i to nie tylko w tej epoce.

W przypadku wypowiedzi Szeptyckiego szczególnie zastanawiające jest usadowienie jej w szerszym kontekście jego działalności publicznej. Nie jest on przypadkowym komentatorem historii, czy głupawym, internetowym influencerem lecz członkiem polskiego (?) rządu. Tym bardziej trudno nie zadać pytania, czy przedstawiciel polskich (?) władz powinien z taką swobodą formułować wypowiedzi, które mogą być odczytywane jako podważanie oczywistego dla Polaków związku między współczesną Polską a jej wielowiekową historią.

Jeszcze większe zdziwienie budzą wcześniejsze wypowiedzi Szeptyckiego dotyczące UPA, zwłaszcza jego porównywanie ukraińskiej formacji z polskimi Żołnierzami Wyklętymi. Można oczywiście tłumaczyć, że chodziło o podobieństwo polegające na walce o niepodległość, ale problem polega na tym, że UPA nie jest wyłącznie symbolem ukraińskich aspiracji niepodległościowych, lecz również organizacją, której działalność wiąże się z masowymi mordami na ludności cywilnej.

Próba przedstawiania obu zjawisk za pomocą jednego schematu „walczących o niepodległość partyzantów” pomija więc fundamentalną różnicę doświadczeń obu narodów. Co więcej, idąc logiką Andrija Szeptyckiego, za podobny ruch walczący o niepodległość należałoby uznać hitlerowski Werwolf [„wilkołak”] , walczący z Polakami na „Ziemiach Odzyskanych” po II Wojnie Światowej. Doszłoby nie tylko do rehabilitacji tej konkretnej organizacji ale uznania, że naziści w zasadzie niczym nie różnią się od antynazistów.

Niestety, od 2022 roku, dzięki ogarniętej ukro-amokiem klice POPiS w Polsce zaczyna działać zasada, według której nasza historia ma być opowiadana zgodnie z prawdą, dopóki nie koliduje z aktualnymi potrzebami relacji z kijowskimi banderowcami Zełenskiego. Jeśli polska historia nie zgadza się z ich linią, wtedy okazuje się, że Mieszko I to właściwie ktoś trochę odległy, polska ciągłość państwowa jest kwestią dyskusyjną, a UPA można analizować przede wszystkim jako ruch niepodległościowy. Cóż za zbieg okoliczności!

Żeby było jasne: rzucającym w oczy problemem jest ukraińskie pochodzenie Andrija Szeptyckiego. III RP jest niestety nadgniłym państwem dyzmokratycznym, w którym ludzie o różnym pochodzeniu mogą pełnić najwyższe funkcje publiczne, kpić i opluwać polską historię i tradycję.

Sojusz polityczny III RP z Ukrainą nie może oznaczać obowiązku przepisywania własnej historii pod oczekiwania wątpliwego partnera. Polska ma prawo do własnej narracji o Mieszku I, Rzeczypospolitej, rozbiorach, II Rzeczypospolitej i zbrodniach dokonanych na Polakach przez ukraińskich szowinistów. Zwłaszcza, że ta narracja jest zasadniczo zbieżna z faktami historycznymi, przekazami kronikarskimi oraz wykopaliskami.

Wypowiedź Szeptyckiego zasługuje na krytykę dlatego, że jest Ukraińcem i przedstawicielem teoretycznie polskiego państwa i właśnie z tego powodu powinien szczególnie uważać, aby w imię bieżącej polityki nie relatywizować fundamentów naszej pamięci historycznej. Z niewiadomych względów usilnie chce doprowadzić do tego, aby ponownie wzrosła niechęć Polaków do Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy w nieodpowiedzialny sposób otrzymali dostęp do najwyższych stołków w krajowej polityce i administracji.

Można być zwolennikiem bliskiej współpracy z Ukrainą, można wspierać ją politycznie i militarnie, można nawet cierpliwie znosić rozmaite dyplomatyczne zawirowania, ale trudno wymagać od Polaków, żeby w pakiecie z pomocą dla Ukrainy kupowali również fałszowanie naszej własnej historii.

Bo jeśli okaże się, że państwo Mieszka I ma z dzisiejszą Polską mniej więcej tyle wspólnego, co Ruś Kijowska z Ukrainą, to być może najwyższy czas zapytać, czy następna korekta historii nie obejmie przypadkiem również samego Mieszka. W końcu skoro można zakwestionować ciągłość, to czemu zatrzymywać się w połowie drogi i nie stwierdzić np. że był Ukraińcem albo Żydem?

Polecamy również: Ukraińcy twierdzą, że uratowali Polskę w 1920 roku

Jeśli POPiSowcy odpalą stan wojenny, będą musieli UCIEKAĆ – Bartosz Kopczyński

Jeśli POPiSowcy odpalą stan wojenny, będą musieli UCIEKAĆ – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio , 21 września 2026

Piotr Ślusarski w rozmowie z Bartoszem Kopczyńskim. Tematem programu jest najnowsza książka Bartosza Kopczyńskiego i dra Stanisława Krajskiego pt. “Potęga świadomej Polski”.

Czym jest świadomość? Czy Polacy – i szerzej – Europejczycy się budzą? Jakie są zagrożenia dla Polski w Europie? Czy AfD to dla Polski zagrożenie czy szansa? Czy jedność na polskiej prawicy jest możliwa? Szokującą prawdę poznacie oglądając dzisiejszy odcinek programu Bastion Prawdy. Zapraszamy do oglądania!

Jeśli POPiSowcy ODPALĄ STAN WOJENNY, będą musieli UCIEKAĆ – Bartosz Kopczyński

00:06 Początek
00:27 Kopczyński na YT
01:43 Potęga świadomej Polski
15:51 Czym jest świadomość?
18:12 Przebudzenie Europejczyków?
30:48 Polska vs. Niemcy
34:26 Kaczyński, PiS i Rozwój+
38:56 Jedność prawicy?
42:06 Stan wojenny?
47:37 Delegalizacja Korony?

Niniejszy program ma charakter publicystyczny. Wypowiedzi gościa odzwierciedlają jego osobiste poglądy i nie muszą być tożsame ze stanowiskiem redakcji. Zachęcamy do krytycznej analizy i wyciągania własnych wniosków.

Polacy znów sługami reżimu ukraińskiego

Polacy znów sługami narodu ukraińskiego

magnapolonia/polacy-znow-slugami-narodu-ukrainskiego

W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.

Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.

Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny: (…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].

W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].

O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.

Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.

Źródła:

[1] https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32985046,zurek-zlozyl-ukraincom-nietypowe-zyczenia-zeby-zaden-polak.html

[2] https://kresy.pl/wydarzenia/pracownik-mzk-mial-zniewazac-ukrainskie-dziewczynki-w-autobusie-policja-zatrzymala-mezczyzne/

[3] https://www.gov.pl/web/po-bielsko-biala/dochodzenie-w-sprawie-pobicia-na-ul-broniewskiego-w-bielsku-bialej

[4] https://www.radiomaryja.pl/informacje/wroclaw-18-letni-ukrainiec-probowal-zabic-polke/

[5] https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art44925761-wojna-w-polsce-sondaz-co-czwarty-polak-bronilby-kraju-co-dziesiaty-zdecydowanie-ucieka

Ja stawiam, ty płacisz. MEM-y VI.

———————————————–

————–

———————————

———————————

——————————————

————

———————————

—————————————————–

—————————————–

———————————————

———————————

Tusk czyta Tajny Raport CIA. MEM-y V.

——————————-

———————————

———————-

———————————–

——————-

—————————————-

——————————————–

—————————————

—————————————————

——-

———————

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

Włodzimierz Kowalik

W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.

Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.

Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.

Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.

Kielnie i fartuszki

Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”.  A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).

Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy.  „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.

„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.

Późne wnuki

Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.

To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w  PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).

Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.

Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej.  Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”.  Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?

Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.

Trony i ołtarze

Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.

Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.

Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).

Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).

Powszechna religia człowieka

Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.

Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).

Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.

Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.

W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.

Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne  – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.

Włodzimierz Kowalik    

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Kierwiński przejęty. MEM-y IV.

———————————————-

—————

——————-

————————————–

—————————————

———————————-

————————————-

————————–

—————————————-

———————————–

————————————–

Kasprzyk. Lekarz Schrödingera. MEM-y III.

————-

——————————————

—————————————-

—————————-

————————————————

————

——————————————-

——————–

——————————

——————————————————-

Kontrapunkt, czyli co jest grane z tą wojną?

Kontrapunkt, czyli co jest grane z tą wojną?

drrr

20 września, wpis nr 1426

Zacytuję Państwu kilka ostatnich kawałków, które obiły się pewnie Państwu o uszy, ale obijały się w oderwaniu, osobno, tak jakby pojedyncze instrumenty narracyjnej orkiestry ćwiczyły w solo swoje kwestie. Ja spróbuję złożyć je w jeden utwór, by obnażyć pewną manipulację. Otóż tak właśnie tworzy się narracyjną manipulację: aby nie wyszło, że mamy do czynienia z całą orkiestrą, z rozpisanym na instrumenty zwartym utworem, nagrywa się w ludzkim umyśle pojedyncze ścieżki. Te mocą kognitywnych procesów scalają się w ludzkim mózgu w jeden utwór narracyjny i nagranie jest zakończone. Pacjent jest nagrany. Ale ponieważ nie dzieje się to naraz, przy całej orkiestrze, nie tylko nie widać jej samej, nie tylko nie widać, że to wielościeżkowy i rozpisany utwór, ale nie widać też… dyrygenta. Pozwólcie, że teraz rozczytam tę partyturę, najpierw po instrumencie, a potem spróbuję z Wami przysłuchać się tak zdekonstruowanej melodii.

Po pierwsze – jaki jest tytuł tej melodii: oficjalny i ten prawdziwy i ukryty, czyli co jest grane? Grana jest wojna. Co jest do uzyskania? Ano mnóstwo rzeczy: przykrycie nieudolności rządu prowadzącej do zapaści finansów publicznych, chęć skupienia ludu pod flagą atakowanego państwa, bez względu na jakość rządzących, zakłócenie niekorzystnego procesu wyborczego, pognębienie opozycji wciskaną jej niefrasobliwością, czy zrobienie ogólnopolskiego karnawału tropienia onucyzmu. Do tego dochodzą, najczęściej zlecone, cele globalistyczno-unijne, z których chyba najważniejszym jest użycie wrażenia zagrożenia, powtarzam – wrażenia, wojennego do przyspieszenia procesu centralizmu Unii i kontynentu pod osłoną cenzury na wzór czasów wojennych. Już tu wiele razy mówiłem, że po jeźdźcu Apokalipsy Zaraza przygalopował obecnie jeździec Wojna. Wszyscy zaś jadą na szkapach karmionych strachem. To jest główne paliwo tych obu procesów, z czego jeździec Zaraza zdaje się był tylko testem jak daleko można zajechać na obroku paniki. Testem zdaje się, że udanym, widząc teraz rącze cwały następnego konia – Wojny. Ten jest dźgany do galopu medialnymi ostrogami w dawkach o wiele bardziej przekraczających te promujące zabawnego wirusa z nie wiadomo skąd wziętymi przyssawkami.

Uwertura

A więc uwertura tego koncertu jest napisana na pięcioliniach strachu. Ale, jak to w uwerturze, pojawiają się tu pierwsze sygnały, wariacje przyszłych tematów. Tu, po pierwsze, trzeba – dla uproszczenia, ale i urealnienia – spersonifikować odgrywany temat. Mamy więc go – Putina. Tu jest centrum całego zła. Gdyby Putin wpadł pod walec w wieku dziecięcym – wszystko na świecie potoczyłoby się inaczej, czyli lepiej, bo gorzej już być nie może. Czasami jego, Putina, przywary rozlewają się na jego naród: ruskie, kacapy, zawsze z małej litery, pogarda do wschodnich ćwoków.

Ale bez przesady – nagrany globalnie widz musi być przygotowany na przyszłe zmiany, jeśli chodzi o stosunek do Rosji, nie może więc być nagrany na twardo i przeciwko każdemu kacapowi. No bo jak Niemcy – zaraz i to zimą? – będą chcieli wrócić z Rosją do business as usual, to nie mogą być spalone dziś wszystkie mosty, po których będą niedługo jeździć europejskie euro w jedną stronę, zaś paliwko z gazem – w drugą. Muszą też – odwrotnie – być hodowani dobrzy bojarzy i zły car, tak by któregoś z nich móc wyciągnąć w przyszłości za uszy, by z nim robić interesy.

W tej putinowskiej uwerturze pojawiać się zaczynają pewne elementy, rozwinięte później w części allegro i andante: jest to kontrapunkt. W sumie brzmi w całości jako całkiem sensowny akord, choć złożony jest z kognitywnego oksymoronu, odgrywanego w różnych tonacjach. Ten kontrapunkt polega na jednoczesnym naciskaniu wydawałoby się gryzących się dźwiękowo, a właściwie pojęciowo, klawiszy: jeden to klawisz strachu, drugi to klawisz zadowolenia z naszego przygotowania na niebezpieczeństwo. Wydawałoby się, że ten drugi niweluje brzmienie tego pierwszego, ale tak nie jest – to właśnie musi wybrzmieć razem: strach i tromtadractwo.

I tak jest z Putinem i Rosją. W tym samym dniu w narracyjnych rewelacjach raz jest ci on na ostatnich nogach i grozi nam śmiertelnie. Może nam zrobić kuku, ale my się nie boimy i tak potrząśniemy swoją kartonową szabelką, że kacapom walonki pospadają jak będą pociesznie uciekać za Ural. Z drugiej strony, w tym samym zdaniu, boimy się Putina i pogardzamy nim, nie tylko z powodów wyższości kulturowej, ale i pewności, że jak przyjdzie co do czego, to damy mu bobu. Tylko tym wciskanym mu w brzuch strachem przed nami motywujemy fenomen, że się jeszcze z nami nie zaczął. Po pierwsze – zbłaźnił się przegryw i utknął na Ukrainie, po drugie nie ma sił walczyć, bo gdyby miał, to… by nas zaatakował. Ma to przecież w genach ruskiego imperializmu.

I tak ten gryzący się akord mieszania sprzecznych rzeczy brzmi dumnie na chwałę naszej potęgi. Dlatego to się trzyma kupy – Putin jest słaby, ale i niebezpieczny. Ktoś kiedyś użył argumentu z „tamtej strony”, że choć słaby może w desperacji ugryźć, bo jest przyparty do muru. Trzeba się więc strzec przed zębami, ale nikt z tych „analityków” nie wyjaśnił jednego – skoro słaby, acz niebezpieczny, bo samobójczo zdesperowany, może dziabnąć przyparty, to po co go… przypierać?

A co, że my go nie przypieramy? No, jak – piszemy przecież, że dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi wojennemu właśnie go przyparliśmy i ledwo dyszy! To jest tak, albo siak. Jak by nie było w tej uwerturze, mamy dwa elementy – upostaciowienie tematu przyszłych wariacji i podstawowy akord dwóch sprzecznych motywacji naszych działań: strachu i lekceważenia jego źródła.

Allegro

Pora na allegro, a więc symfonia tu przyspiesza. Straszymy. Posłuchajmy Radka Sikorskiego:    „Wojna jest już kinetyczna, jeżeli mamy wybuch rakiety manewrującej, na posterunku straży granicznej drżą szyby, a w województwach wyją syreny, to już nie jest jakieś tam blokowanie stron internetowych”. A dwa dni wcześniej – tu mamy już pełny kontrapunkt zaznaczony w uwerturze – tromtadracka pogarda: „Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu, nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich. Jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w ciągu sześciu miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni.”

Już na następny dzień po tej wypowiedzi dron rozwalił pociąg obok pociągu z  VIP-ami wracającymi z kijowskiej konferencji, gdzie podobne dęcie w pustą dętkę swoich urojeń było na porządku dziennym. Na następny dzień miał więc Sikorski „sprawdzam”, ze strony Putina jak słyszymy, bo przecież to na bank on był z tymi dronami na przejściu granicznym. (Choć szury rozprawiają o dętej prowokacji, widowisku dla VIP-ów, które to Ukraińcy zgotowali, by jeszcze raz podkręcić termometr wojennej temperatury. O piątej rano Ukraińcy wiedzieli gdzie uderzy dron, który walnął dokładnie tam gdzie ostrzegali, tyle, że pół godziny później. Ale pal licho, może tam mają taki wywiad, że wiedzą gdzie celują Rosjanie zanim ich dron wystartuje). Czyli Rosja, jak słyszymy od samego Radka, zaatakowała kinetycznie, i to – też Radek – nie pierwszy raz, a my co? Nie zdjęliśmy rękawic? Nie odgryźliśmy się na rafineriach w sześć tygodni? Bez Amerykanów? To jak – jesteśmy tak silni i nie reagujemy, choć obiecaliśmy? Na drugi dzień zweryfikowano te nasze groźby i okazało się, że to zwykłe tromtadractwo.

Andante

Teraz andante, czyli część wolniejsza. Skoro postraszyliśmy, to teraz kontrapunkt: nie ma się czego bać bośmy silni, zwarci, gotowi. Następny cytat: „Absolutnie jesteśmy gotowi [do wojny]. To, co robimy, to tylko wzmacniamy naszą siłę, naszym pierwszym zadaniem jest odstraszanie.” – to wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. Pani wiceminister „od SAFE” jest kolejnym, wręcz systemowym przykładem, rządu Tuska, który dowodzi prawdziwości tezy, w której palce maczał nasz Mikołaj z Fromborka: słabszy pieniądz wypiera lepszy. Wystarczy, okazuje się, parę grantów i stypendium w Niemczech, by stać się w Polsce bezpośrednim pasem transmisyjnym kasy z Najjaśniejszej do niemieckiej Najciemniejszej. A pas – jak to pas – nie musi nawet wiedzieć co po nim lata, ma tylko kręcić w jedną stronę.

Ta więc persona zapewniła nas głosem lekko drżącym (organizm jeszcze się broni przed wypowiadaniem najcięższych głupot z przekonaniem, pani nowa jest, uczy się dopiero) o naszym całkowitym przygotowaniu się do wojny. Zobaczmy więc, zaglądając do części tematów z części allegro – Radek mówił, że jak nas zaatakują, to się odwiniemy. To nie jest mistrzostwo odstraszania. Ono zaczyna się od publicznych gwarancji, nie deklaracji, że pierwszy cios w ogóle ustaniemy. Bo dopiero wtedy można się odwinąć, a więc popatrzmy:

Dzień po „deklaracji Sikorskiej” kiedy drony walnęły w przejście graniczne odezwały się syreny (hura!) w kilku wschodnich powiatach. Syreny informują o tym, że jest zagrożenie i żeby coś ze sobą zrobić. Inaczej nie miałoby to sensu i używalibyśmy ich tylko raz do roku, na 1 sierpnia. Jednocześnie (hura! hura, bo w przypadkach poprzednich ani syren, ani smsów nie było, albo były po fakcie) odezwało się RCB i przesłało esemesami ostrzeżenie. Ostrzeżenia brzmiało mniej więcej tak: „Zagrożenie atakiem powietrznym. Znajdź bezpieczne schronienie.” No, przy braku schronów i miejsc ukrycia i nawet wiedzy gdzie takie miejsca są, jeśli w ogóle są, to taki komunikat można przyrównać do dobrej rady, typu: na chłodny spacer weź szalik, albo – wojenne – trzymaj głowę nisko.

Scherzo, czyli część żartobliwa

No, ale gdyby nas zaatakowali to byśmy im wszystko zbili i nie trzeba byłoby się cywilom chować, taką mam (ich) koncepcję. Tak? No to popatrzmy. Panie Radek – w poprzednich przypadkach nic nie strąciliśmy, oprócz jednego dachu jakiemuś nieszczęśnikowi, zaś po każdym wypadku zbierał się na miejscu rząd i robił konferencję prasową, z której wynikało, że wszystko jest w porządku – tak miało być, miało wlecieć, walnąć gdzie Bóg da, bo my wiemy (może od Ukraińców?), że to spadnie na rzepak.

A jak dronów i rakiet będzie (jak na Ukrainie) atakować ze 200-300 na raz? Będzie tyle konferencji? Rząd się powieli? Bilokuje? Wyleci 300 odrzutowców i walnie w toto cały nas zasób z naszych wszystkich szesnastu patriotów? W 300 rakiet i dronów? Tak wytrzymamy napad, by się odwinąć?

No dobra – powiedzmy, że cywile się gdzieś tam upchali i odpowiedzieliśmy im naszymi „środkami napadu powietrznego”. Ok. Nawet nie chce porównywać potencjału obu stron – Rosji i NATO, tego bez USA, jak słyszymy. Nie mam zapędów sadystycznych porównywania przetrzepanych magazynów europejskich na fazę „długiej ręki” wojny ukraińskiej i rozhulanej od lat machiny rosyjskiego przemysłu pracującego w reżymie wojennym od czasu, kiedy zawaliła się Kremlowi koncepcja szybkiej operacji specjalnej. Proszę zajrzeć do doktryny rosyjskiej – Rosja zagwarantowała sobie reakcję nuklearną na wszelkie działania mogące zachwiać jej suwerennością lub kluczową i strategiczną infrastrukturą. Może więc do tej kategorii zaliczyć i atak na rafinerie. A to, że nie robi tego w stosunku do Ukrainy, to już jej suwerenna decyzja. I trzeba raczej zaglądać w oczy Putinowi i modlić się, by tego nie robił. I paradoksalnie – Putin moim zdaniem prędzej walnie nukiem w NATO, niż w Ukrainę. W Ukrainę nie może, bo surowo mu tego zabronił chiński partner. A jak NATO walnie Radkiem w rafinerie, to Putin nie będzie się musiał Xi tłumaczyć z odwinięcia, bo ten zrozumie.

No i same rafinerie, jako cel. Wiadomo – Rosję boli, bo to jej dochody. A czy zaboli świat i Polskę? No, zaboli i to śmiertelnie. No bo może pan Radek nie wie, że nasza ropa to w wielu przypadkach chrzczona przez marże pośredników ropa rosyjska. Ormuz stoi i stać będzie i jak jeszcze stanie Rosja, to nawet amerykańskiej ropy z Wenezueli może nie starczyć, a jak starczy to po paskarskich cenach. A więc te groźby to strzał w Radka, ale i w nasze kolano, za pomocą rakiety dalekiego zasięgu.

Grande Finale

Pora więc na finał. No i rozbrzmiał akord na całego, teraz już nie w pojedynczych liniach melodycznych, ale złożonych tu w jeden utwór. Jedni grają na strach, inni na lekceważenie jego źródeł, najgorsze, że są to czasami ci sami ludzie. I to jest całe clou. Wydaje się to niespójne: z jednej strony ten sam gość straszy wojną, z drugiej kłamie na żywca, przekonuje żeśmy gotowi i im pokarzemy, które to kłamstwo widzi dziecko w przedszkolu, które ostatnio musiało zbiegać do piwnicy, bo tak. Nic nie latało, nic nie świstało, nikt nawet nie ogłosił, że to ćwiczenia.

To jest ten kontrapunkt, który jest grany w celu wywołania zamieszania. Mamy się i bać, i olewać, czyli być podatni na bujanie od ściany do ściany. Przy takim bujaniu nikt nie spyta o podstawowe rzeczy: to gdzie mam biec na esemes z RCB, gdzie jest mój schron? Czy polskiego nieba będziemy bronić nad Ukrainą, wyprztykując się z naszych i tak rachitycznych zasobów środków obrony powietrznej? O czym dowiadujemy się od ukraińskiego MON-u, bo nam to nie honor się przyznać przed swoimi. Czy nasze dywizje – ile ich jest? – w ogóle wyjdą z koszar? Kiedy przyjdą nam z pomocą ci z NATO, jak słyszymy bez USA? Ilu ich będzie i czy będą chcieli umierać za Jasionkę?

Tylko bujanie, oliwione groźbą onucyzmu i wojenną cenzurą, jest w stanie powstrzymać lud od zadawania takich pytań. Drogi polityczne są zagwożdżone, nawet opozycja milczy w tej śmiertelnej ciszy współsprawstwa w nieprzygotowaniu. System przedstawicielski sam się wybrał, naród nie ma żadnego przełożenia na swoich reprezentantów.

A może to wszystko przygotowanie do wersji „pobite gary”, czyli: nikt nie chce pokoju? Takiemu Zełenskiemu rządzi się (i kradnie) pod parasolem wojny całkiem fajnie. Można się nauczyć lub/i brać przykład. Sytuacje ekstraordynaryjne są dla władzy najlepsze – znikają ostatki kontroli politycznej, systemowej i społecznej. Nikt władzy nie weryfikuje wyborczo – ba, można złapać kogo się chce za mordę za szpiegostwo lub tylko pożyteczny onucyzm. Mnożna przeciągać, wstrzymywać, przyspieszać wybory wedle woli, bankrutować kraj. Prowadzić komisaryczny nadzór nad państwem – w naszym przypadku chyba już tylko jako likwidator polskiej masy upadłościowej.

Koncertmistrz

Do tego potrzebna jest ta cała orkiestra, którą trzeba słyszeć na raz. Ale jest jeden wyjątek – nie dyrygent Tusk, ale koncertmistrz, pierwsze skrzypce: Radek Sikorski. Mam niepowstrzymaną pewność, że jego rewelacje to odreagowanie kompleksu atencjusza. Po prostu musi zabłysnąć, a więc wyrywa się do solówek, swoich własnych interpretacji tematów, by zawrócić w głowach zaskoczonej brutalną prostolinijnością przekazu publiczności. Ma mówić mało i mądrze – do cytowania. To, co ten gościu wygaduje wyzwala w rzeczywistości efekt odwrotny – wzbudza śmiech pogardy. Albo sypnie coś tajnego, a więc go (go! – Polskę!) nie zapraszają, albo walnie jaką tromtadracką bzdurę, z której nawet nie wiadomo jak się później inni mieliby tłumaczyć. Zachód to obśmiał z zażenowaniem, Putin popukał się w głowę swej rzeczniczki, choć część polskiego komentariatu zawyła z zachwytu jak to (słownie) Radek przywalił Putinowi, który się (jak Donek?) wściekł. Tak – poszło Putinowi w pięty i teraz nie wie, co ze sobą zrobić. Polska mu pokazała – na twitterze.

Radek chce zwrócić na siebie uwagę. Tak, polska dyplomacja, ba – racja stanu jest w rękach zakompleksionego typka, zakochanego w sobie z wzajemnością, którego skuteczność liczy sobie sam za pomocą zasięgów na platformach społecznościowych. Wicepremier, tak – wicepremier polskiego rządu, może i konkurent wobec Nawrockiego na najbliższą kadencję. Daleko zajechaliśmy panowie i panie. Ale samiście (samiśmy?) sobie winni i nie wyrzekać później mi (i wnukom), że wszystko przez jakiś marginalny dziś PiS, że miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Atencjusz z kompleksami w polską racją stanu w ręku.

Samiście go tam postawili.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Teoria względności Epsteina. MEM-y II.

———————-

——————————————–

———————————-

————————————

——————————-

——————————

—————————

————————————————-

——————–

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

wpisał: AlterCabrio, 20 września 2026

W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa..

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem?

Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl

W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:

– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo?
– Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport?
– Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo?
– Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom?
– Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać?
– Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku?
– Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?

Kiedy i dlaczego AI kłamie. O „rehabilitacji weteranów”.

Kiedy AI kłamie

20.09.2026 wolnemedia.net/kiedy-ai-klamie

Informacja, jaka dotarła drogą pantoflową, skłoniła mnie do konieczności weryfikacji. Chodziło o ustalenie obiektu szczególnego znaczenia, związanego z adresem warszawskim – według AI adres nie istnieje, albo budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Jednak odmiennie sformułowanie pytanie, przyniosło potwierdzenie kojarzące się paskudnie.

Rzecz idzie o instalowanie na terenie Polski Ukraińców w ośrodkach deklarowanych jako ośrodki wypoczynkowe, które mają stać się miejscami „rehabilitacji weteranów”. Na zdrowy rozum – kraj wysyłający ludzi na wojnę powinien zapewnić im opiekę, skoro przeżyli, ale ponieśli uszczerbek na zdrowiu. Trudno akceptować, że znowu my mamy naprawiać to, co ktoś inny z premedytacją i z wyboru zmarnował.

Ogrom podłości w tej wojnie, jak i bliskowschodniej, podpowiada pytanie, gdzie jeszcze w Polsce są takie „ośrodki rehabilitacyjne” z przeznaczeniem dla weteranów batalionu posługującego się nieco zmodyfikowanymi symbolami podwójnego „S”.

Odpowiedź nadeszła w mig. Rząd, który odmawia, lub ogranicza polskim szpitalom wykonywania pełnego zakresu świadczeń, chwali się łaskawością dla żądań władz ukraińskich na stronie Gov.pl.

Kolejne źródła: DoRzeczy.pl i Kresy.pl, potwierdzają szczegóły roztaczanej szeroko opieki nad Ukraińcami, wymieniając fundację-patrona zwanego „Korpusem Weteranów”, działającego w Warszawie. Placówka powstająca w Warszawie (w rejonie Mokotowa) ma adres ul. Obrzeżnej 7 i „służy jako miejsce wsparcia dla byłych ukraińskich wojskowych oraz członków ich rodzin”. Zatem, adres istnieje i nie jest obiektem przeznaczonym do rozbiórki. „Korpus” w zestawieniu z weteranami, ma znaczenie kwatery głównej.

Źródła potwierdzają, że inicjatywa wiąże się ze środowiskami skupionymi wokół 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej oraz dawnego pułku Azow, co w mediach i debacie publicznej wywołało zarówno dyskusje o zasadności pomocy dla weteranów, jak i kontrowersje związane z historią oraz symboliką tych formacji.

Informując o zakresie pomocy, ujawniają się podobne ośrodki, oferujące wsparcie psychologiczne, doradztwo zawodowe (?!) oraz pomoc socjalną dla osób powracających z frontu. Nie ma raczej mowy o inwalidach, operacjach, rekonwalescencji, skoro głównym zakresem działania jest psychologia. Całkowicie podważa deklarowany charakter pomocy fakt współpracy organizacji pozarządowych z tymi ośrodkami, o jakim mówi strona rządowa.

Organizacje pozarządowe przejęły od dawna stery rządzenia Polakami, wnosząc forsowane przez nie ideologiczne ustawy krępujące nowym ładem rządy i samorządy lokalne. Krzycząc o prawach człowieka, odbierają wolność w każdej dziedzinie życia. Rząd afirmując ich rolę skapitulował przed odpowiedzialnością za rozległe szkodnictwo.

Rehabilitacja i inne formy wsparcia?

Prowadzone w Polsce również mniejsze, wyselekcjonowane programy medyczne i rehabilitacyjne dla żołnierzy z Ukrainy, często organizowane są w mniejszych grupach we współpracy z organizacjami pozarządowymi, głosi oficjalna strona.

Kiedy powstawały na Ukrainie laboratoria medyczne, tylko wtajemniczeni wiedzieli, że są to zakłady produkujące broń biologiczną. Jedną z pierwszych istotnych nowin w tej wojnie było przejęcie 27 takich obiektów z dokumentacją. Odkryte w nich zapisy potwierdzały pełną świadomość Amerykanów o nastąpieniu zbrojnej reakcji Rosji, dlatego już od stycznia 2022 roku, likwidowano, bądź wywożono zasoby laboratoriów z Ukrainy.

Kwestią jest więc nie tylko zaistnienie „Korpusu Weteranów” w Warszawie, roztaczającego wyłącznie opiekę nad członkami batalionu Azow, ale kontrola polskich władz nad nimi. Chyba, że ma być odwrotnie.

Skoro o bieżącym stanie państwa posługującego się nazwą własną „Ukraina”, Scott Ritter, w najnowszej wypowiedzi diagnozuje jego kondycję jako „będącego na wymarciu”. Z najnowszych danych z frontu wynika, że straty w ludziach na linii walk, liczone są w kolosalnej dysproporcji 36:1. Po co Polsce pozostałości niechlubnego Azowa, wyglądające na adopcję OUN/UPA. Gorzka ocena Rittera wynika z drastycznie prowadzonej „mobilizacji do walki”, która dosłownie sprowadzona jest do łapanki mężczyzn, a kobiety usiłują bronić ich ( matki, żony, siostry) brutalnie traktowane przez werbowników. Wiedzą one, że wysłanie na front jest gwarantowaną śmiercią. Tym bardziej niejasne jest kim są weterani poddani psycho-zabiegom i dlaczego ośrodki Azowców, rozproszone po naszym kraju leczą ich ze skutków wojny, do kontynuacji której politycy Polaków przekonują. Jakie zawody będą wykonywać po kursie reorientacji ze strzelca wyborowego, czy werbunkowego na …nauczyciela języka ukraińskiego, czy szkoleniowca w klasach, lub szkołach o profilu wojskowym?

Strona sprawdzamto.pl/artykul/2026-09/azow-osrodek-warszawa-korpus-weteranow, opisuje efekty swojej weryfikacji: „Ośrodka nie otwiera ukraiński Azow, a organizacja pozarządowa powiązana z ruchem azowskim. Placówka ma, według zapowiedzi, prowadzić działalność społeczną, nie militarną. Nie znaleźliśmy podstaw do nazwania Korpusu Weteranów organizacją faszystowską”.

Inne miejsca przeznaczone na ten sam cel, to na ogół ośrodki wypoczynkowe, takie jak Mrzeżyno (ośrodek SUS Travel) które gościły w ramach projektów rehabilitacyjnych grupy weteranów, oraz rodzin (228 osób w turnusie). Fundacja „Uniters” z prezes Viktorią Batryn, wspiera ukraińskich weteranów i ich rodziny. Finansującym przedsięwzięcie jest korporacja Lockheed Martin.

„Pobyt w Mrzeżynie nie ogranicza się jednak wyłącznie do rehabilitacji. Uczestnicy aktywnie włączają się także w życie lokalnej społeczności i wydarzenia patriotyczne organizowane w regionie. Już jutro polscy i ukraińscy weterani wspólnie wezmą udział w obchodach 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Trzebiatowie. Później staną również na starcie III Trzebiatowskiego Biegu Pamięci Powstania Warszawskiego” – chwalą się organizatorzy. Czyli z wojny wyszli, by przypominać im inną wojnę; perwersja w rodzaju leczenia alkoholizmu klinem.

Zapomniana prewencja

Od początku trwania wojny, mądrzy wiedzą czym ona skutkuje. Kto na nią godzi się jako brutalną bijatykę międzynarodową, powinien zdawać sobie sprawę, jak uniknięcie wojny na drodze dyplomacji jest racjonalne i nie pochłania ofiar w ludziach, ani ich nie okalecza. Wojna jest wyborem polityków, ale dlaczego pokojowe społeczeństwo państwa sąsiadującego ma ponosić niekończące się koszty bijatyki idiotów?

„Defence 24” informuje w swoich analizach o skali strat zwycięskiej Ukrainy przyznając, jak ogromna jest skala zjawiska. Na Ukrainie liczba żołnierzy z doświadczeniem frontowym szacowana jest na 1,5 do 2 milionów osób, a systemowe wsparcie (w tym leczenie i protezowanie) zmaga się z ogromnym obciążeniem i brakiem wystarczających mocy medycznych.

Eksperci „Defence 24” wskazują na konieczność budowy głębokiego systemu opieki psychologicznej nad żołnierzami cierpiącymi na stres bojowy i traumę wojenną. 
Wokół środowisk weteranów pojawiają się projekty zagraniczne i lokalne (np. zapowiedzi tworzenia placówek wsparcia, lub ośrodków reintegracji), które w przestrzeni publicznej bywają również przedmiotem kontrowersji i debat geopolitycznych.

Tak dzielnie i programowo zagrzewać do atakowania potrafili wcześniej eksperci artykułami, by uzasadniać maczanie palców w skutkach wojennego bagna. Zgodnie z nazwą własną portalu, przydałoby się wydobyć z zapomnienia, że prewencja przynosi dużo lepszy skutek, a jest efektywniejszym mechanizmem obrony.

Po wojennych dokonaniach Azowców, aktualnej polityce polskich speców i ukraińskich, zamiast fałszywego miłosierdzia wobec skutków, do jakich doprowadzili, najwyższa pora na rozmowy o pokoju, by Ukraińcy wrócili do własnych rodzin i domów, by tam doznać błogości życia i odbudowy.

Wydaje się rozbieżny z intencją rehabilitacji, proces integracji weteranów z lokalną społecznością i współobecność polskich weteranów wojskowych misji zagranicznych na tychże turnusach. Wolałabym się mylić, ale suma zjawisk wokół inicjatywy bardziej przypomina szkolenia i wymianę doświadczeń pod chytrym zabiegiem rehabilitacji. Jeśli ktoś działa fałszywie jak zdrajca, kłamie jak zdrajca i wygląda jak zdrajca, to zdrajcą być musi. Wisienką na torcie jest w całym przedsięwzięciu Lockheed Martin, który „przejął” PZL Mielec włączając go w strukturę Sikorsky Aircraft Corporation w 2007 roku. Jego kwaterą główną jest siedziba w Stratford, stanie Connecticut USA. Jaką korzyść miałby plutokrata z rehabilitacji ludzi niezdolnych do zadań?

Przypadkowa zbieżność

Korpus Weteranów jest kolejną wrzutką migracyjną mającą oswoić Polaków z drwiną ekipy rządzącej i upokorzeniem, zarzucając ludowi rzekomy brak poczucia miłosierdzia. Napływ niedawnej fali migrantów w Ceucie zdestabilizował nie tylko lokalną ludność, ale odmienił hiszpańską politykę. Bazy amerykańskie, które nie dały gwarancji bezpieczeństwa krajom arabskim, nie dają także Hiszpanom, dlatego kontyngent w Hiszpanii został zakwalifikowany do redukcji i wyjazdu; podobnie zdecydowano o tym we Włoszech. Tym bardziej, że Izrael rozbrajająco szczerze przyznał, że stał za procederem chaosu w Ceucie.

Osadnicy w Palestynie pojawili się tylko po to, by z gwarancją posiadania broni przejmować pustostany i gospodarstwa po wypędzonych siłą palestyńskich właścicielach, dając tymczasową możność pobytu w obozach dla uchodźców. Uciekający przed wojną obywatele Izraela, starają się głównie zajmować atrakcyjne obiekty wypoczynkowe na Cyprze.

Kto jeszcze nie odkrył, że organizacja pozarządowa działa w sposób niezgodny z wolą społeczeństwa, co więcej – kodeksem karnym przewidującym karę za popieranie, propagowanie symboliki totalitarnej, nadal wierzy w charyzmat postaci filantropa z kręgów producentów broni. Należy tylko współczuć. [ Ale i przeciwdziałać ! md]

Opracowanie: Jola
Na podstawie: Gov.pl, YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net