Ministerstwo Prawdy

Ministerstwo Prawdy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Już czwarty rok toczy się wojna, rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich praca nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka – do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał, wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomoyskiego, ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie „Blitzkrieg” spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu.

W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje” – więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa, w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełeński nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90-tych, kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”.

Różnica między początkiem lat 90-tych, a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na którego czele stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli, również we własnych oczach, za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład, kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło” „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się uleganiu kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza – gdy Putin – na krzesło powie, że to krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika, głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie nie zatwierdzone rewolucyjną przez żaden urząd, ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii a Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną również w sytuacjach, gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń.

W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji. I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji. Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze, wraz z Janem Taturą, wydał książkę pod tytułem Polskie biesy, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Toteż nić dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki?

Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie. Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślo-zbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą cała „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie.

Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające. Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji, gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełeńskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje, jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

RTG czaszki Trumpa. MEM-y II.

—————————————-

—————————————————–

————————————-

——————————

———————–

———————————

———————————–

—————————————————————-

Black Rock na UPA-inie. MEM-y I.

——————————

—————————————–

———————————-

—————————–

———————————-

————————————–

————————————————–

————————-

—————————————————–

Rosja chce, aby Galicja Wschodnia wróciła do Polski

Rosja chce, aby Galicja Wschodnia wróciła do Polski

Niedawno z opublikowanego w jednym z proukraińskich dzienników (innych nie ma) dowiedzieliśmy się, że (jakoby) w czasach Polski Ludowej (czyli 1945-1989 roku) nie mówiono ani nie pisano o ukraińskich zbrodniach popełnianych na obywatelach II RP.

Powiedział to człek dość młody, choć tytuły i stopnie poprzedzające jego nazwisko uzasadniały większą dociekliwość w badaniu w końcu dość nieodległej przeszłości. Było akurat zupełnie odwrotnie: powstała na ten temat obszerna literatura faktu, publikowano wspomnienia tych nielicznych, którzy przeżyli, powstały filmy fabularne oglądane przez milionową widownię („Ogniomistrz Kaleń”, „Zerwany Most” – można je znaleźć w internecie). Nie było wówczas obecnej cenzury nakazującej „ważyć słowa” na ten temat a przede wszystkim nie zauważać antypolskiej tradycji odradzającego się banderyzmu: każda epoka ma swój indeks myśli i słów zakazanych. Ten grzech zaniechania (ogłupiania?) ostatniego trzydziestolecia skutkuje tym, że za wschodnią granicą przy naszym udziale odrodził się i umocnił antypolski ruch polityczny, który w dodatku jest przez nasze państwo (z naszej kieszeni) na co dzień finansowany.

Kijów nie chce z polskimi politykami nawet na ten temat rozmawiać, bo wie, że jesteśmy w ślepej uliczce, z istoty błędnej polityki. Teraz zwala się winę za tę porażkę na Giedrojciowe teorie nakazujące wspierać ukraińskie i litewskie nacjonalizmy, bo były jego zdaniem antysowieckie. Nasi drodzy politycy wychowani na tych wypocinach politycznych nie zauważyli, że od ponad trzydziestu lat NIE MA ZWIĄZKU SOWIECKIEGO, który stworzył obecną wersję Wielkiej Ukrainy, której obecna Rosja może nie chcieć bronić. Połączenie w jeden organizm postawy banderowskiej Galicji, lewobrzeżnej Ukrainy a nawet Krymu miało sens dopóki państwo to nie było antysemickie i antyrosyjskie. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że nacjonalizm wschodnio-galicyjski był nie tylko antysowiecki ale również antypolski a przede wszystkim ludobójczy.

Dziś znaleźliśmy się w możliwie najbardziej absurdalnej sytuacji: popieramy bezwarunkowo i bezzwrotnie sowiecki twór państwowy, którego wrogiem jest Rosja, która już oficjalnie przewiduje przywrócić status quo ante bellum, czyli… powrotu do Polski, Węgier, Rumunii tych części obecnej Ukrainy przyłączonych do ZSRR w latach 1939-1945.

Jeżeli dotąd Rosja faktycznie przegrywa wojnę z sowiecką wersją wielkiej Ukrainy więc nie chce podbijać jej zachodnich prowincji, a przede wszystkim matecznika banderyzmu. Chce nam podrzucić ten balast odwołując się do pewnego procederu z czasów II wojny światowej, gdy Trzecia Rzesza powiększyła terytorium tzw. Generalnego Gubernatorstwa (czyli ówczesnej wersji niemieckich porządków na wschodzie Europy).

Reasumując: nasz wróg (Rosja) chce reaktywowania naszej obecności prawno-politycznej w Galicji Wschodniej, my wspieramy banderowską Wielką Ukrainę w granicach sowieckich, która nawet oficjalnie lekceważy nasze uniżone prośby o przyzwoity pochówek pomordowanych Polaków, bo (słusznie) twierdzi, że obecnie gra w dużo wyższej lidze niż my. Jak się to skończy? Nie wiadomo. Wszystkie warianty są dla nas złe, ale najgorszym byłoby połączenie nas z banderowską wersją całości lub części Ukrainy. A takie pomysły kłębiły się jeszcze niedawno postsolidarnościowym politykom. Czy przyszło im do głowy, że przywrócenia wschodnich granic II RP będzie chciała Rosja?

Prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Kto posprząta po Ukrainie?

Kto posprząta po Ukrainie?

Posted by Marucha w dniu 2026-08-11 marucha/kto-posprzata-po-ukrainie

Prezydent Władimir Putin na spotkaniu w Sankt Petersburgu z marynarzami, w Dniu Marynarki Wojennej 26 lipca, zapowiedział, że regiony zachodnie, które Ukraina odziedziczyła po II wojnie światowej, powrócą do Polski, Węgier i Rumunii.

„Poza wszystkim innym, znajduje się tam zachodnia część Ukrainy – prezent, jaki Josif Wissarionowicz Stalin podarował Ukrainie po wojnie.

To właśnie Stalin podarował Ukrainie te ziemie. Ale podarował je w ramach jednego państwa. Najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że może dojść do takiej sytuacji, jaka ma miejsce dzisiaj. Nawiasem mówiąc, jestem przekonany, że prędzej czy później Ukraina utraci te zachodnie tereny. A to, co należało do Polski, do Węgier, do Rumunii, prędzej czy później – nie jutro, może nie pojutrze, za rok, dwa, 10, 15 lat – wszystko historycznie ułoży się na swoim miejscu.

Był tylko jeden gwarant integralności terytorialnej Ukrainy – Rosja. Uznali za konieczne, możliwe i korzystne dla siebie ogłoszenie Rosji swoim wrogiem, a Rosjan na Ukrainie – mniejszością narodową, co jest kompletną bzdurą i psim bełkotem, ale tak właśnie zrobili. To oni podjęli oficjalną decyzję, że Rosjanie na Ukrainie są mniejszością narodową. No to mamy. A co to w takim razie jest? Cóż, niech Bóg ma ich w opiece” – powiedział prezydent Putin

Umowność granic

Werbalne odrzucenie przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypowiedzi przywódcy Rosji Władimira Putina dotyczącej przyszłego podziału Ukrainy i udziału w nim Polski, wypowiedziane przez rzecznika resortu Macieja Wewióra, głosiło, że nasz kraj nie miał, nie ma i nie będzie mieć roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy. W istocie rzeczy jest ono bezzasadne, godzące w powagę MSZ.

Oświadczenie to jest przykładem ignorowania oczywistych faktów historycznych. Przypominam, iż od zarania dziejów świata z historii wojen wynika, że granice państw ulegały i ulegają zmianom. Granice poszczególnych państw są kwestią umowną. Chciejstwo „polskich”, pochodzących z anglosaskiego eksportu do Polski politykierów nie jest w stanie zapobiec naturalnej ewolucji naszych, polskich granic. Zmiany granic państw przeważnie były następstwem wojen, ich wyniku. Kto wygrał, ten dzielił.

Życie Polaków mniej warte?

Projekt globalistów utworzenia z Polski – Ukropolinu, forsowany w Polsce przez kręgi syjonistyczne, upadł z uwagi na ich stosunek do wrażliwości Polaków, ignorowanej przez przedstawicieli mniejszości wyznaniowej od wieków zamieszkałej w Polsce.

Spójrzmy na przykład wypowiedź w programie TVN24 prof. Barbary Engelking o innej specyfice śmierci Żyda i Polaka (kwiecień 2023 rok): „dla Polaków, to było po prostu kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć, a dla Żydów, to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka. To było spotkanie z Najwyższym”.

Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest projekt nadania tak zwanego Obywatelskiego Orderu Przyszłości, sygnowany w znaczącej części przez przedstawicieli syjonistycznego środowiska.

Nie mamy roszczeń

Polacy, pomimo potwornych krzywd wyrządzonych w XX wieku przez nacjonalistów ukraińskich w przeważającej części naszego społeczeństwa nie roszczą pretensji do terenów odebranych Polsce przez Stalina i przekazanych Ukrainie (o czym wspomniał prezydent Putin). Potwierdził to wybitny polski polityk i współczesny autorytet moralny, politolog Mateusz Piskorski w udzielonym wywiadzie przeznaczonym dla rosyjskojęzycznego widza.

W związku z wypowiedzią prezydenta Putina Piskorski kategorycznie zaprzeczył, jakoby Polska rościła pretensje terytorialne wobec Ukrainy! W przeciwieństwie do globalistów będących u władzy w Polsce, straszących Ukraińców polskim rewanżyzmem. Pomimo naszych wad narodowych, z których w pełni zdajemy sobie sprawę, jesteśmy przyzwoitymi ludźmi. Jesteśmy przyzwoitym narodem i nie życzymy niczego złego Ukraińcom i Ukrainie.

Natomiast bezsprzecznym jest, że Ukraina znajduje się w krytycznym stanie, jest na skraju upadku! Rozpadu państwa. Ktoś będzie musiał to, co pozostanie po Ukrainie, pozamiatać, posprzątać….

[Najlepiej buldożer – admin]

Joanna Zinkiewicz
https://myslpolska.info/

Przesłanie Matki Bożej z Gietrzwałdu: Jeśli w Gietrzwałdzie zaistnieje nieustający różaniec, to do końca czasów nic złego Polski nie spotka

Przesłanie z Gietrzwałdu: Co zrobić, by żyć w swoim państwie?

Autor: AlterCabrio, 11 sierpnia 2026

Takim dominującym motywem dla mnie były słowa Matki Najświętszej, że jeżeli stać nas będzie na to, nas Polaków, żeby tu w Gietrzwałdzie zaistniał nieustający różaniec, to do końca czasów nic złego Polski nie spotka. I teraz biorąc pod uwagę to, że było to powiedziane 150 lat temu i że do dzisiejszego dnia, nie zaistniało, to było dla mnie wystarczającym motywem, żeby spróbować. Jak mówię – głośno tego nie mówiłem, na czym mi naprawdę najbardziej zależy – mianowicie na tym, żeby ten nieustający różaniec zaistniał. Żeby mógł zaistnieć, to musi istnieć pomieszczenie, gdzie będzie można się modlić zimą, w deszcz, nocą, prawda? I dlatego to pomieszczenie zbudowałem. Drugą rzecz, jaką uważałem za absolutnie niezbędną, to żeby pokazać prawdę o tych objawieniach. No i pierwszy i najważniejszy eksponat, jaki trafił do tego muzeum, jeszcze raz podkreślę, to nie chodziło mi o, ja nie nazwałem to muzeum dlatego, ponieważ byłem świadom, że jeżeli powiem, że jest to miejsce, które służyć ma uwolnieniu Polski, odzyskaniu przez Polskę niepodległości, to nikt by mi nie pozwolił tego budynku tu postawić. I dlatego nazwałem to skromniutko muzeum. Ale muzeum jest wyposażone w no taką ilość klęczników, że tutaj spokojnie zmieści się, że tak powiem, z 50 osób może się modlić.

Przesłanie z Gietrzwałdu: Co zrobić, by żyć w swoim państwie?

Dlaczego tylko nieustający różaniec może uratować Polskę? Zapraszam na drugą część wywiadu z fundatorem i założycielem Muzeum Objawień Matki Bożej Królowej Polski i Różańca Świętego w Gietrzwałdzie, doktorem Kazimierzem Krawczykiem (polskim lekarzem z Norwegii).

Dla zainteresowanych:

Czy można oddać całe życiowe oszczędności – pięć milionów złotych – po to, by szerzyć kult Matki Bożej i modlitwę różańcową? Dla większości to niewyobrażalne. Ale są ludzie, którzy zamiast spokojnej emerytury na norweskich fiordach wybierają drogę całkowitego zawierzenia Maryi.
W Gietrzwałdzie powstało Muzeum Objawień i Różańca Świętego – miejsce wyjątkowe, poświęcone przez biskupa, stworzone z miłości do Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, Królowej Polski. Kto stoi za tą inicjatywą? Co sprawiło, że człowiek sukcesu postanowił oddać resztę życia Maryi i Jej przesłaniu?
To historia, którą trzeba usłyszeć. Dziś w Forum Romanum gościmy fundatora i założyciela Muzeum Objawień i Różańca Świętego – doktora Kazimierza Krawczyka. Poznajcie człowieka, który postanowił, że jego życie będzie świadectwem.

Gietrzwałd zmienia ludzi. Ten człowiek jest dowodem 

Więcej:

Gietrzwałd

Kazimierz Krawczyk

Sponsorzy się wycofują. Obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie pod znakiem zapytania

Sponsorzy się wycofują, a Sikorski nie przyjdzie. Obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie pod znakiem zapytania

11.08.2026 nczas/sponsorzy-sie-wycofuja-obchody-dnia-niepodleglosci-ukrainy-w-warszawie-pod-znakiem-zapytania

Ukraińcy w Polsce.
NCZAS.INFO | Ukraińcy w Polsce. Zdjęcie ilustracyjne. / Fot. PAP

Polsko-ukraiński portal sestry ubolewa, że tegoroczne obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie stoją pod znakiem zapytania. Wszystko z powodu wycofywania się sponsorów.

„Firmy wycofują wsparcie, politycy nie przyjdą. Ukraińcy obawiają się świętować w centrum Warszawy” – czytamy. Ma to być rzekomo pokłosie „gróźb i agresji” wymierzonych w Ukraińców w Polsce.

Jak czytamy, polskie firmy nie chcą sponsorować wydarzenia w obawie przed groźbami, natomiast ukraińskie, działające w Polsce, mają obawiać się bojkotu i niszczenia mienia przez wandali. Wobec 20 sponsorów w roku ubiegłym, w tym miało zgłosić się zaledwie dwóch – pozostali odmówili.

Ponadto zaproszenia na obchody nie przyjął m.in. szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, co ma obrazować postawę polityków wobec rzekomej ukraińskiej krzywdy.

Zmniejszyć ma się także frekwencja „zwykłych uczestników”. W poprzednich latach na pl. Zamkowym w Warszawie było ich około 25-30 tys., w ubiegłym – 17 tys. Teraz Ukrainki mają wyrażać obawy o bezpieczeństwo swoje i swoich dzieci.

Według portalu, w mediach społecznościowych mają pojawiać się groźby pod adresem osób zapraszających na wydarzenie i organizatorów.

„Przedstawiciele inicjatywy «Ciepło z Polski», Akcji Demokracja oraz KOD apelują o wzięcie udziału w zbiórce i obchodach. 24 sierpnia ma pokazać, że groźby i agresja nie wyprą polsko-ukraińskiej solidarności z przestrzeni publicznej” – czytamy.

– Kiedy milczysz, stajesz się kimś, kto liczy na to, że „dobry Polak” sam się objawi w potrzebie. Prawda jest taka, że łatwo zamknąć oczy na zło. Nie tak powinno być w państwie, które doświadczyło koszmaru II wojny światowej, holocaustu, komunizmu. Nie w państwie, które ma świetnie działającą Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, którego obywatele zorganizowali fantastyczną zbiórkę dla dzieci chorych na nowotwory, gdzie działamy corocznie na rzecz drugiego człowieka. Nasze czasy wymagają zaangażowania, nie obojętności – grzmiał dziennikarz i jeden z inicjatorów „Ciepła z Polski” Jerzy Wójcik.

Dlaczego Ukraińcy świętują swoją niepodległość w Warszawie? „Polska jako pierwsze państwo na świecie uznała niepodległość Ukrainy w 1991 r. Od tego czasu Dzień Niepodległości Ukrainy jest co roku świętowany w wielu polskich miastach. Jeśli w tym roku obchody się nie odbędą, będzie to pierwszy taki przypadek od 35 lat” – czytamy.

O obecność na obchodach 24 sierpnia apelowała niedawno także ukraińska aktywistka Natalia Panczenko. Przy okazji mówiła o „swojej Polsce” i „demokracji”. – Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie, bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć. Moja Polska jest dzisiaj tutaj mówiła na wiecu w Warszawie.

Polacy mają dość Ukraińców

Polacy mają dość Ukraińców

Tomasz Jankowski

Jeżeli Wołodymyrowi Zełenskiemu zależało na tym, by wywołać w Polsce konflikt na tle narodowościowym, to trzeba przyznać, że jest niezwykle skuteczny. 

Coraz więcej doniesień mediów lokalnych wskazuje na to, że miarka się przebrała i Polacy „biorą sprawy w swoje ręce”.

Naród, który przestał się nabierać

W zwykły sobotni wieczór, w Kożuchowie w województwie lubuskim, doszło do awantury i bójki pomiędzy obywatelami Polski oraz Ukrainy. Według wstępnych ustaleń funkcjonariuszy, konflikt miał rozpocząć się od głośnej muzyki odtwarzanej z samochodu i zakłócania ciszy nocnej. Nie skończyło się jednak na klasycznym „wy…. na Ukrainę”, a na urazach głowy i koniecznej hospitalizacji. Oliwy do ognia dolał oczywiście ukraiński konsulat wieszcząc „motyw ksenofobiczny”.

Ale to już nie incydent, a prawidłowość. Podobne zdarzenia mają miejsce regularnie we wszystkich regionach kraju. Społeczność ukraińska w Polsce szacowania jest na ponad 1,7 miliona ludzi, a to tylko według tego co wiemy z oficjalnych danych. Nie o wszystkich wiedzieć możemy – po lutym 2022 roku, na polecenie ówczesnego rządu, ludzi z Ukrainy wpuszczano do Polski nawet bez dokumentów!

Wzrost zdarzeń typu opisanego wyżej jest wręcz wykładniczy. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy policja otrzymała o jedną trzecią więcej zgłoszeń o takich atakach, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych powołało nawet specjalne jednostki do ich badania.

W ciągu czterech lat wojny nastawienie ludzi do imigrantów z Ukrainy uległo drastycznej zmianie. Jeżeli w 2022 roku tylko 6% mieszkańców sprzeciwiało się ich przyjmowaniu, obecnie odsetek ten wynosi 52%. Ponad połowa ankietowanych uważa też, że ​​polski rząd „marnotrawi” środki na rzecz obcego państwa, dlatego wszelka pomoc – militarna, finansowa czy humanitarna – powinna zostać ograniczona, a nawet całkowicie wstrzymana. Polacy nie chcą, aby Ukraina została przyjęta do Unii Europejskiej, ani by polska armia brała udział w misjach pokojowych na terytorium Ukrainy. Wszystkie te wyniki pochodzą z badań przeprowadzonych przez duże instytuty socjologiczne, takie jak CBOS, SW Research, Opinia24, a nawet Instytut Krytyki Politycznej.

Ropień, który pękł

To jednak nie tak, że wszystkiemu winien jest Zełenski. Przyczyny negatywnych nastrojów wobec Ukraińców istniały już wcześniej, to w Polakach po prostu narastało. Ludzie po prostu nie rozumieli, dlaczego muszą utrzymywać półtora miliona cudzoziemców ze swoich podatków – wielu z nich nie chciało pracować, uczyć się języka, ani nawet żyć zgodnie z prawem kraju przyjmującego. Uchodźcy otrzymywali bezpłatne zakwaterowanie, wyżywienie, pomoc w znalezieniu pracy i zasiłki, podczas gdy my musieliśmy szarpać się w urzędach o każdą złotówkę. Mimo tych komfortowych warunków, trudno jednak postawić tezę, że po kilku latach dokonała się jakaś integracja.

Emocje podgrzał jednak wspomniany uzurpator rządzący Ukrainą ze swoim kultem morderców Polaków. Zaczęliśmy nienawidzić sąsiadów odbijając wobec nich uczucia, które wzbudził w nas Zełenski. Ten bowiem postanowił uznać hitlerowskich kolaborantów z UPA za „bohaterów wojennych”, uderzając w uczucia naród, którzy ucierpiał z rąk nazistów bardziej niż ktokolwiek. Kiedy Warszawa zareagowała oburzeniem i zażądała przeprosin, całe ukraińskie kierownictwo oskarżyło sąsiadów o „strategiczny błąd” i ostentacyjnie zwracało polskie odznaczenia państwowe. Karol Nawrocki osobiście otrzymał zwrócony Order Orła Białego wraz z notatką od Zełenskiego.

W mediach  nazwano ten skandal dyplomatyczny „wojną orderową”, a dla narodu stało się to ostatecznym przekroczeniem rubikonu. „Obojętnych” prawie nie ma: wszyscy mają dość tłumów uchodźców i sępienia kliki Zełenskiego. Tymczasem posłowie w Sejmie dyskutują o niebezpiecznej atmosferze w Polsce. Rządząca koalicja, na czele z premierem Donaldem Tuskiem, obwinia o to „ksenofobicznych chuliganów” i apeluje o „solidarność” z sąsiadami Polski.

Władza, która nie rozumie

Rząd ogranicza zasiłki i pomoc dla uchodźców, ale nadal dostarcza Ukrainie drogą amunicję – pociski do systemu obrony powietrznej Patriot. Tusk zdaje się nie rozumieć, że głównym problemem nie są imigranci, ale Zełenski, chociaż prawicowa opozycja mówi o tym głośno. Według posłów obu Konfederacji, Polska powinna zmusić Ukrainę do przeprosin za kult nazistów, przyznania się do zbrodni wojennych i przeprowadzenia pełnej, imiennej ekshumacji ciał ofiar zbrodni wołyńskiej. Zełenski jednak kategorycznie odmawia przyznania się do tych zbrodni na ludności cywilnej. Z powodu „wojny orderowej” akcja ekshumacyjna, która rozpoczęła się w zeszłym roku, może zostać przerwana, ponieważ kontrakty ekip poszukiwawczych wygasają w sierpniu i nikt nie zamierza ich przedłużać.

Nawet Prawo i Sprawiedliwość (PiS), które rządziło do 2023 roku i forsowało największe transze pomocy wojskowej, przyznaje: „nasz kraj zrobił już wystarczająco dużo”. Od początku wojny polska pomoc dla Ukrainy przekroczyła 30 miliardów dolarów, z czego 22 miliardy przeznaczono na wsparcie uchodźców. Nowy rząd nie chce przyznać, że Polska stoi na krawędzi niepokojów. Ludzie mają dość dawania pieniędzy Zełenskiemu, który ich upokarza.

Budżet notuje rekordowy deficyt w wysokości prawie 28 miliardów euro. Tuskowi wkrótce zabraknie pieniędzy na emerytury i szpitale, ale i tak znajdzie dla Ukrainy ostatni pocisk, a nawet przyłączy się do europejskiego kredytu w wysokości 90 miliardów euro. Czy można się więc dziwić reakcjom społeczeństwa?

Tomasz Jankowski

JAK POZBYĆ SIĘ POLAKÓW Z POLSKI

JAK POZBYĆ SIĘ POLAKÓW Z POLSKI

Krzysztof Baliński

Październik 2016 roku – ambasada Kijowa w Warszawie wydaje „Poradnik dla obywateli Ukrainy w Polsce”. Dwustu-stronicowa broszura rozdawana w konsulatach ukraińskich, cerkwiach i w biurach organizacji pozarządowych ma pomóc Ukraińcom, którzy chcą osiedlić się na stałe w Polsce. Podpowiada, jak zalegalizować pobyt i jak zdobyć polską emeryturę (po jednym dniu pracy). To także poradnik, jak pozbyć się Polaków z Polski, jak stworzyć z Podkarpacia ukraiński okręg autonomiczny i jak powołać „Wolne Miasto Wrocław”.

Lipiec 2026 roku – ambasada Ukrainy w Warszawie publikuje poradnik „Obowiązki i prawa obywateli Ukrainy w Polsce”. To swoiste vademecum instruujące koczujących w Polsce Ukraińców, jak zachować się w sytuacjach konfliktowych z Polakami, jak reagować na „agresję” i „mowę nienawiści”. Poradnik zaleca robienie zdjęć, „dla wykorzystania, jako dowodu w sądzie, prokuraturze lub na policji”. Krótko mówiąc – zachęca do prowokowania Polaków i nagłaśniania tego w mediach. Ambasada Kijowa informuje też (oczywiście przypadkowo) o tworzeniu w prokuraturach wyspecjalizowanych komórek zajmujące się przestępstwami z nienawiści wymierzonych w Ukraińców.

No i, jak z dziurawego wora, posypały się filmiki rejestrujące przypadki „agresji” na bezbronnych uchodźców („którzy schronili się w Polsce przed rakietami Putina”). Że o prowokacje chodzi, świadczy nagranie „trzech Polakach, którzy pobili we Wrocławiu mężczyznę i kobietę”. Pierwsze przekazy mediów mówiły, że „nie wiadomo, co dokładnie działo się, a o ataku na tle narodowościowym świadczą jedynie słowa brata pobitej Ukrainki”. Także pierwsze informacje podane przez ministra spraw wewnętrznych oraz dolnośląską policję nie traktowały incydentu, jako konfliktu o podłożu narodowościowym. Odezwał się natomiast Jacek Sutryk, ukraiński prezydent polskiego Wrocławia: „Chcę jasno powiedzieć: w naszym mieście nie ma i nie będzie przyzwolenia na przemoc motywowaną nienawiścią, ksenofobią czy uprzedzeniami narodowościowymi”. Jego słowa podchwycił konsul Ukrainy, oświadczając: „Niestety, w ostatnim czasie czyny przemocy i agresji przeciwko ukraińskim obywatelom mają miejsce w Polsce. Każdy taki przypadek wymaga dokładnego śledztwa”.

Do akcji dołączyły TVN, TVP, „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”. Ale nie tylko. Uchodzące za tubę patriotów Radio Wnet wyemitowało program „Bij Ukraińca!”, w którym banderowiec o mordzie rezuna wyzywa Polaków: „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”; „Rozwija się zdziczenie Polaków”; „Zezwierzęciałe emocje, które wobec Ukraińców ma coraz większa część społeczeństwa polskiego”, a na koniec pyta: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. Przypominając wszystkie krzywdy, jakie spotkały Ukraińców w Polsce, media potępiały „polską ksenofobię i nienawiść o podłożu narodowościowym”. I robiły to bez umiaru i bez uwzględnienia faktu, że podobne incydenty niekoniecznie wynikają z uprzedzeń narodowościowych oraz że prowodyrami i sprawcami są najczęściej Ukraińcy, jak w przypadku zamordowania w Bytowie 36-letniego Polaka.

Media wróciły do incydentu w Bielsku-Białej, gdzie pasażera autobusu, sprowokowanego zachowaniem dziewuch wychowanych w koczowniczej kulturze Dzikich Stepów, poniosły nerwy: „Ksenofobiczny atak. Mężczyzna zaatakował i wyzywał wulgarnie trzy nastoletnie obywatelki Ukrainy”. Jeszcze tego samego dnia straszy mężczyzna usłyszał zarzut znieważenia trzech obywatelek Ukrainy, naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich i „szerzenia mowy nienawiści”.

Do machinacji dołączyli politycy. „Brutalny akt przemocy” potępił Donald Tusk, apelując o natychmiastowe zgłaszanie wszelkich przejawów przemocy wobec Ukraińców i zwracając się bezpośrednio do prezydenta, „aby przestał milczeć w tej sprawie”. Marcin Kierwiński (szef MSWiA) zapewnił o natychmiastowych działaniach policji i bezwzględnym egzekwowaniu prawa oraz przyjęcie zasady zero tolerancji dla ataków na tle narodowościowym. Ostrzegł też, że publiczne nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym, rasowym lub wyznaniowym podpada pod paragrafy Kodeksu Karnego. Ujawnił też, że służby monitorują publikowane w internecie treści nawołujące do nienawiści wobec obywateli Ukrainy. Włodzimierz Czarzasty (marszałek Sejmu) mówił o „polowaniu na Ukraińców”. Barbara Nowacka (minister edukacji) wskazała, że agresywne zachowania na ulicach są konsekwencją wcześniejszej nagonki i hejtu w przestrzeni publicznej. Adam Szłapka (rzecznik Rządu) zaznaczył, że obóz rządowy nie zgadza się na jakąkolwiek akceptację nienawiści i zapowiedział zdecydowaną walkę z takimi postawami. Krzysztof Bosak (Konfederacja) „stanowczo potępił ataki na dzieci i słabszych, a uzasadnianie przemocy własnymi uprzedzeniami uznał za zachowanie sprzeczne z normami cywilizacyjnym.

Na prowokację dała się nabrać cała Polska. Wszyscy potępili pasażera autobusu. W całym kraju odbyły się pikiety solidarności z Ukraińcami. Krótko mówiąc, „zbrodnia” jednego starego Polaka, który nakrzyczał na ukraińskie pindy zrównana została z wymordowaniem na Wołyniu 100 tysięcy Polaków. MSWiA przytoczyło „zatrważające” dane mające świadczyć o wzroście liczby aktów przemocy na tle narodowościowym: Liczba pokrzywdzonych w sprawach dotyczących znieważenia, przemocy i gróźb z powodu przynależności narodowej wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat z 95 do 273 (przy kilku milionach Ukraińców w Polsce!). Nie podało natomiast, że w ciągu ubiegłych dwóch lat Ukraińcy popełnili w Polsce 42 tysiące przestępstw, w tym 65 zabójstw i że tylko w ubiegłym roku zabili 11 Polaków. Jak i podało, że wśród 3949 obcokrajowców poszukiwanych listem gończym jest 3253 obywateli Ukrainy.

Gdy Wołodymyr wezwał Donalda do Lublina (czyli do siebie), w sali tranzytowej tamtejszego lotniska obwieścił: „Omówiłem z Tuskiem bezpieczeństwo obywateli ukraińskich, którzy znaleźli schronienie w Polsce”. Obwieszczenie było nie tylko szczytem bezczelności, ale potwierdziło, że Zełenski wytoczył Polsce wojnę informacyjną i odniósł w niej kolejny sukces. Ile będzie to kosztować nasze państwo dowiemy się w najbliższych dniach. Na dziś widzimy to w dyrektywach dla Policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które mają okrutnie karać „zbrodnie z nienawiści”, czyli wszelkie złe słowa skierowane przeciw Ukraińcom.

W sukurs uciśnionym Ukraińcom rzuciło się nie tylko całe rządowe i pozarządowe lewactwo, ale także warszawski Judenrat, który zaczął lansować pogląd, że w Polsce narasta „atmosfera pogromowa” wobec „gości” z Ukrainy. O polskich nazistach, pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mówił w Kijowie Adam Michnik. Doszło do tego, że każda ukraińska łajza poczuła się uprawniona do wtrącania w polskie sprawy, pouczania, szantażowania, domagania się kolejnych przywilejów, a nawet grożenia, że jak nie spełnisz tych żądań, to ci podpali dom.

Zełenski wie, że może z Polską zwyczajnie pogrywać i skutecznie Polaków ogrywać, bo ma w Polsce proukraiński rząd i proukraińską opozycję, bo ma potężne proukraińskie lobby i wpływową probanderowską V kolumnę, która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego i głosi, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły”. Przy czy na takie postępowanie pozwala sobie prezydent na wpół zdechłego, uzależnionego od naszej pomocy, skorumpowanego i rozkradanego kraiku na Dzikich Stepach oraz utrzymywani przez nas uchodźcy-żebracy.

Szok i niedowierzanie. Ambasador Rzeczypospolitej uderza we własne państwo, popiera narrację państwa wrogiego. Uprawia pedagogikę wstydu, czyli coś, w czym do tej pory specjalizowała się „Gazeta Wyborcza. Podczas obchodów upamiętniających ofiary rzezi na Wołyniu, Piotr Łukasiewicz (bo tak zwie się osobnik tak haniebnie się zachowujący) powiedział: „Oddając hołd polskim ofiarom ukraińskiej przemocy na Wołyniu, nie może pominąć także ukraińskich ofiar państwa polskiego przed wojną i w jej trakcie”. Czyli „ofiarami państwa polskiego” nazywa niemowlęta nabite na sztachety, dzieci z gwoździami wbijanymi w główki, zgwałcone dziewczyny z kosami w pochwach, matki z wyprutymi brzuchami, chłopów pociętych piłami.

Ale to nie wszystko – jeszcze gorzej było, gdy Łukasiewicz wskazał na dwa kraje, które zaczęły wojnę: „Niemcy, Japończycy i ICH KOLABORANCI. Bo sformułowania „kolaboranci” używają regularnie Żydzi, co pozwala im na rozszerzenie odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polaków. Łukasiewicz powielił zatem argument zabójczy dla polskiej polityki historycznej, wpychający do roli kolaborantów także Polaków.Sprawę jeszcze pogorszył Radek Sikorski. Usprawiedliwiając swego wysłannika powiedział: „Przemawiał w duchu chrześcijańskiego pojednania i kierował się przesłaniem przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Czyli zadekretował ciszę nad dołami śmierci, do których wrzucono pomordowanych Polaków i zakończenie wszystkiego zawołaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ale nie tylko – 10 lipca zamieścił na portalu X wpis: „Dziś rocznica mordu w Jedwabnem, jutro krwawej niedzieli podczas Rzezi Wołyńskiej. Niech każdy naród zrobi swój rachunek sumienia tak, aby zbrodnie przeszłości już nigdy się nie powtórzyły”. Czyli polski minister zrównał stodołę w Jedwabnem z ludobójstwem na Wołyniu.

Ambasador Ukrainy w Warszawie daje wykłady o polityce historycznej Ukrainy, a ambasador RP w Kijowie wygłasza mowy popierające politykę historyczną Ukrainy. Ukraińcy koczujący w Polsce mają ambasadora, który ich broni. A Polacy na Ukrainie mają ambasadora, który im nakazuje pogodzenie się z pomnikami Bandery. Konsul Ukrainy w Warszawie opiekuje się swoimi obywatelami, a konsul RP w Kijowie szczyci się ukraińskim pochodzeniem, paraduje w ukraińskiej wyszywance, w Kijowie podaje się za Ukraińca, a w Warszawie za Polaka.Ukraińcy mają poradnik, jak pozbyć się Polaków, a Polacy mają poradnik (od ministra obrony), jak spierdalać z Polski i jak zrobić sracz z wiadra. Mają też Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, która za pieniądze od Sorosa i z dotacji Fundacji Batorego wydała broszurę „Poradnik obywatela”, swoiste „Vademecum kapusia”, bo to prawniczy instruktaż dla adeptów trudnej sztuki donosicielstwa. Stowarzyszenie założyło też portal zglosnienawisc.otwarta.org, na którym domorośli konfidenci zgłaszają zawiadomienia o wychwyconych przypadkach „mowy nienawiści”, a administratorzy portalu, na tej podstawie składają doniesienia do prokuratury.Wróćmy do „Polowania na Ukraińców”. Epizod wart, co najwyżej, odnotowania w kronice wybryków chuligańskich osiedlowej gazetki, zdominował scenę polityczną, a media reagowały jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Z marginalnego incydentu zrobiono wydarzenie polityczne roku i sprawę wagi państwowej. Cała Polska żyła nimi, ku rozbawieniu pomysłodawców machinacji. Przynętę złapali wszyscy politycy, jeden za drugim, ambasador Ukrainy przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo Polacy dali się podpuścić przy pomocy prymitywnego, wielokrotnie już przećwiczonego na Polakach modus operandi. Prowokacja z „wrzucaniem” do sieci filmików o prowokowanych i tracących cierpliwość Polakach była tak groteskowa, że nie trudno było odgadnąć, co się za nią kryje. Było oczywistym, że z Kijowa padł rozkaz: Wytropić Polaków, którzy biją Ukraińców!Nie pamiętali przy tym, że Ukraińcy już wielokrotnie przećwiczyli na nas takie metody. Kiedy w Legnicy doszło do kradzieży krzyża z kopuły cerkwi. Oburzenie wyraził prezes Związku Ukraińców w Polsce Mirosław Skórka (Мирослав Скірка): „To nas po prostu przeraża. To gest ewidentnie symboliczny, pokazujący narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej”. Tymczasem „przerażającego” czynu dokonali miejscowi złomiarze. Skórce wtórował ambasador Ukrainy: „Zwracam się publicznie do organów ścigania – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca – wyroków sądu zgodnie z prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Zauważmy przy tym, że na opisanie incydentu użył słowa „zbrodnia” a o rzezi wołyńskiej mówi „wydarzenia”. Ukraiński minister, po tym jak w „Wyborczej” pojawiły się informacje o 15-letniej Ukraince, która miała doświadczyć przemocy psychicznej w formie obraźliwych wiadomości głosowych, wezwał Polskę do ukarania „przejawiających ksenofobiczną postawę wobec Ukraińców”. Na FB napisał: „Szkoda, że trzeba wracać do spraw haniebnego traktowania Ukraińców w Polsce. „Nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce. Uważam, że takie zachowanie nie może i nigdy nie będzie normą w cywilizowanym społeczeństwie europejskim”.Machinacje takie łatwo można było łatwo rozszyfrować, wiedząc, że Ukraińcy naśladują Żydów. Przykład pierwszy z brzegu: Po emisji reportażu TVN o polskich neonazistach pijących toast za Hitlera, „polskich neonazistów” potępił premier, marszałek Sejmu zarządził debatę o neonazizmie w Polsce, a minister spraw wewnętrznych z sejmowej trybuny podziękował „dziennikarzom śledczym TVN”. Tymczasem śledztwo wykazało, że „naziści” działali z polecenia TVN i byli przez nią opłaceni. I nie trudno było odgadnąć, co się za prowokacją TVN kryło. Było oczywiste, że padł rozkaz – wytropić polskich nazistów i że rządzący Polską to idioci skwapliwe odgrywający rozpisane z góry role, tańczący tak, jak im zagra antypolska orkiestra. Jest i druga strona medalu – przepraszają za antysemitów, za nazistów, za Polaków bijących Ukraińców i każdy przypadek traktują, jako sprawę wagi państwowej. A ci, którzy takie afery wywołują kalkulują sobie: Przepraszajcie, a my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy, jak nie o rasiście w autobusie w Bielski-Białej, to ciemiężycielu sprzątaczki ukraińskiej. A gdyby takich zabrakło, zawsze „nazistowską” można będzie nazwać pielgrzymkę wiernych do Częstochowy.Dlaczego Polaków nie oburza rząd, który wystąpił przeciwko prezydentowi własnego państwa i wsparł prezydenta państwa, który gloryfikuje morderców Polaków i pluje Polakom w twarz? Dlaczego nie oburzają się na ministra o chazarskiej mordzie, który popiera ambasadora Ukrainy w polowaniu na Polaków? Dlaczego nie roznoszą w pył rządu, którzy sekuje własnych obywateli?

Co robić i czego nie robić? Przestrzegać podstawowej zasady – nie przyjmować bitwy na warunkach przeciwnika. Żadnego kajania się. Nie bronić się, ale atakować. Nie liczyć na rząd, bo to banda nieudaczników sparaliżowanych strachem. Działać mądrze, spokojnie, konsekwentnie, aż ludzie na całym świecie dowiedzą się, że są tacy, którzy wstali z kolan i chodzą z podniesioną głową. A na koniec powiedzmy głośno: Nie ma żadnego polowania na Ukraińców – jest polowanie na Polaków. Nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich” – jest erupcja nienawiści Ukraińców do Polaków, i reakcja Polaków.

Krzysztof Baliński

============================

Ukraińska aktywistka: Nie oddam Polski. Miller: To nie jest twoja Polska

Natalia Panczenko, źr. X

Ukraińska aktywistka: Nie oddam Polski. Miller: To nie jest twoja Polska [+VIDEO]

10 sierpnia 2026 Paweł Król

Leszek Miller odpowiedział na słowa Natalii Panczenko o „jej Polsce”. Były premier stwierdził wprost, że „to nigdy nie będzie twoja Polska”, a jego wpis szybko zaczął krążyć w mediach społecznościowych.

Leszek Miller skomentował w mediach społecznościowych wystąpienie Natalii Panczenko wygłoszone podczas niedzielnej manifestacji w Warszawie pod hasłem „Nie bądź obojętny”.

Działaczka i prezes fundacji Stand with Ukraine mówiła w trakcie wydarzenia o swoim przywiązaniu do Polski.

„Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie. Bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć. Moja Polska jest dzisiaj tutaj” – powiedziała Panczenko.

W dalszej części przemówienia podkreśliła, że Polskę tworzą również ona sama, jej sąsiedzi oraz współpracownicy.

Nagranie z wypowiedzią Panczenko zostało szeroko udostępnione w internecie i dotarło także do byłego premiera Leszka Millera.

Polityk udostępnił na platformie X wpis jednego z użytkowników odnoszący się do słów aktywistki i odpowiedział własnym komentarzem. „To nigdy nie będzie twoja Polska. Moja Polska leży na polach i w lasach Wołynia. Idź, poszukaj i zwróć nam kości pomordowanych” – napisał Miller. W swojej odpowiedzi były premier bezpośrednio nawiązał do polskich ofiar zbrodni wołyńskiej oraz wciąż nierozwiązanej kwestii poszukiwań i ekshumacji szczątków części pomordowanych.

Natalia Panczenko jest ukraińską aktywistką i szefową fundacji Stand with Ukraine. Panczenko wzbudzała kontrowersje także wcześniej. W lutym 2025 roku, komentując dla ukraińskiego Kanału 5 sytuację polityczną w Polsce i postulaty ograniczenia świadczeń dla obywateli Ukrainy, ostrzegała przed konsekwencjami pogarszania się stosunków polsko-ukraińskich. Mówiła wówczas, że przy wzroście wzajemnej wrogości „na terytorium Polski zaczną się walki” oraz „rozpoczną się podpalenia sklepów, domów i tak dalej”.

Po nagłośnieniu tej wypowiedzi aktywistka przekonywała, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Twierdziła, że nie zapowiadała takich działań, lecz ostrzegała przed możliwymi skutkami podsycania konfliktów narodowościowych. Zachęcała również, aby zapoznać się z pełnym wywiadem, zamiast – jak mówiła – opierać się na „przekręconych cytatach”.

Powstał Myrotworec 2.0. Na liście polscy politycy prawicy

Powstał Myrotworec 2.0. Na liście polscy politycy prawicy

magnapolonia.org/myrotworec-2-0-na-liscie-polscy-politycy-prawicy

W Polsce rozpoczęła działalność organizacja, która w ramach projektu finansowanego ze środków europejskich monitoruje polską przestrzeń informacyjną i tworzy listy proskrypcyjne polskich polityków pojawiających się w określonych, uznawanych przez nią za prorosyjskie, kanałach Telegrama. Chodzi o Fundację „Alians Młodzieży Ukraińskiej 24 sierpnia” i jej projekt „Obserwatorium Nienawiści”, którego celem ma być monitorowanie „mowy nienawiści” wobec Ukraińców oraz rosyjskiej propagandy.

Powstał Myrotworec 2.0. ale w Polsce. Na stronie projektu znajdziemy jednak również nazwiska konkretnych polskich polityków, między innymi Krzysztofa Bosaka, Anny Bryłki, Pawła Usiądka czy Konrada Berkowicza. Powstaje więc pytanie, czy rzeczywiście mamy tutaj wyłącznie do czynienia z walką z nienawiścią, czy też z próbą stworzenia katalogu polskich polityków szczególnie niewygodnych dla Ukrainy.

Jak widzimy, pod hasłem zwalczania „mowy nienawiści”, tym razem pojawia się systematyczne monitorowanie polityków, których poglądy dotyczące Ukrainy są krytyczne, a następnie zestawianie ich działalności z aktywnością kanałów określanych jako rosyjskie. Granica pomiędzy analizą propagandy a politycznym piętnowaniem przeciwników staje się tym samym bardzo cienka, szczególnie gdy cały projekt otrzymuje finansowanie z europejskiego, opanowanego przez lewicę systemu grantowego.

Autorzy „Obserwatorium Nienawiści” analizują między innymi cztery polskojęzyczne kanały Telegrama: „Niezależny Dziennik Polityczny”, „NewsFront PL”, „Polska Grupa Informacyjna” oraz „Układ Warszawski”, które uznają za kanały rosyjskiej propagandy. Następnie sprawdzają, którzy polscy politycy są tam przywoływani, cytowani lub prezentowani w pozytywnym kontekście. Wśród wymienionych znajdują się między innymi Bosak, Bryłka, Usiądek i Berkowicz, czyli politycy reprezentujący środowiska zdecydowanie bardziej krytyczne wobec polityki Ukrainy niż dominujący nurt polskiej polityki z kliki POPiS.

Pojawia się zasadnicze pytanie: co właściwie oznacza fakt, że rosyjski lub prorosyjski kanał publikuje wypowiedź polskiego polityka? Sam fakt cytowania polityka przez rosyjski kanał nie oznacza przecież, że polityk współpracuje z Rosją, otrzymuje od niej pieniądze albo świadomie uczestniczy w rosyjskiej operacji informacyjnej. Propagandysta może wykorzystać praktycznie każdą wypowiedź, która pasuje do jego narracji. Można więc stwierdzić, że Rosja wykorzystuje czyjąś wypowiedź, ale czymś zupełnie innym jest twierdzenie, że autor tej wypowiedzi działa na rzecz Rosji.

To rozróżnienie jest fundamentalne, ponieważ inaczej otrzymujemy niezwykle wygodny mechanizm politycznej dyskwalifikacji: wystarczy znaleźć rosyjski kanał, który opublikuje czyjąś wypowiedź, a następnie można umieścić jej autora w projekcie dotyczącym rosyjskiej propagandy. Brzmi niemal jak instrukcja obsługi współczesnego „antyrosyjskiego” indeksu.

Jeszcze bardziej problematyczne jest utożsamianie krytyki Ukrainy z rosyjską dezinformacją. Rosja rzeczywiście prowadzi intensywną wojnę informacyjną i wykorzystuje autentyczne konflikty społeczne oraz prawdziwe problemy występujące w państwach europejskich. Nie oznacza to jednak, że każdy człowiek, który mówi o tych problemach, staje się elementem rosyjskiej operacji informacyjnej.

Jeżeli polski polityk krytykuje politykę Ukrainy, sprzeciwia się określonym formom pomocy albo domaga się twardszego stanowiska Warszawy w kwestiach gospodarczych czy historycznych, jest to legalne stanowisko polityczne. Rosyjska propaganda może później taką wypowiedź wykorzystać, ale odpowiedzialność za jej wykorzystanie ponosi propagandysta, a nie automatycznie jej autor. W przeciwnym razie wystarczyłoby poczekać, aż rosyjski propagandysta pochwali kogoś, kogo chcemy politycznie zdyskredytować. Resztę zrobią już raporty, granty i poważnie brzmiące nazwy kolejnych „obserwatoriów”.

Nie mniej interesujący jest fakt, że „Obserwatorium Nienawiści” nie jest przedsięwzięciem finansowanym wyłącznie przez jego organizatorów. Z informacji opublikowanych przez Alians wynika, że projekt realizowany jest dzięki „Dotacji szybkiego reagowania” w ramach Programu Równych Praw Fundacji im. Stefana Batorego, natomiast środki pochodzą z programu CERV — „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości” — finansowanego przez Komisję Europejską.

Nikt nie wyjaśnił jakie kryteria decydują o przyznawaniu pieniędzy inicjatywom, które zajmują się szczuciem i oznaczaniem łatkami konkretnych polskich polityków jako powiązanych z rosyjską propagandą.

Podejrzane jest zwłaszcza to, że operatorem programu jest Fundacja Batorego, od lat kojarzona ze skrajnie lewicowym nurtem ideowym i była wielokrotnie krytykowana przez środowiska konserwatywne jako fałszująca informacje i siejąca propagandę. Warto więc pytać, gdzie dokładnie kończy się walka z nienawiścią, a zaczyna monitorowanie niewygodnych poglądów politycznych. Oraz co będzie kolejnym krokiem.

Jak widzimy, mamy tutaj kolejną sytuację, w której pod (rzekomo) szczytnym hasłem „walki z nienawiścią” powstaje system klasyfikowania uczestników debaty publicznej według ich stosunku do Ukrainy, a następnie finansowanie tego systemu ze środków europejskich.

NASZ KOMENTARZ: Jeżeli zaczniemy traktować każdą krytykę Ukrainy jako potencjalną „prorosyjską narrację”, a następnie finansować organizacje zajmujące się katalogowaniem osób, których wypowiedzi rosyjska propaganda uznała za przydatne, stworzymy kopię systemu działającego w Związku Sowieckim, gdzie każdy przeciwnik komunizmu miał problemy z prawem i przyszywano mu łatkę imperialistycznego agenta. Oczywiście wszystko działo się pod hasłem troski o bezpieczeństwo, zupełnie jak w przypadku omawianego Myrotworca 2.0.

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

magnapolonia.org/o-roztropnosci-w-polityce-zagranicznej-kilka-uwag-do-przemowienia-prezydenta

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

6 sierpnia 2026 roku, w pierwszą rocznicę zaprzysiężenia, Prezydent Rzeczypospolitej Karol Nawrocki wygłosił przemówienie, w którym sporo miejsca poświęcił polityce zagranicznej i bezpieczeństwu Polski. Przyjrzyjmy się tym fragmentom w świetle nauki Świętego Tomasza o roztropności.

W polityce zagranicznej dobre intencje i mocne słowa nie wystarczą. Potrzebny jest trafny sąd, umiejętność przewidywania skutków i zabezpieczenia własnego państwa. Zobaczmy więc, czy tej miary w przemówieniu dochowano.

Święty Tomasz mówi o szczególnej prudentia regnativa – roztropności właściwej rządzącemu. Człowiek stojący na czele państwa odpowiada nie za własną korzyść, lecz za dobro całej wspólnoty, dlatego musi umieć patrzeć dalej niż na doraźny zysk. Do części roztropności Tomasz zalicza między innymi memoria – pamięć doświadczenia, providentia – przewidywanie, circumspectio – ogląd wszystkich istotnych okoliczności oraz cautio – ostrożność wobec możliwego niebezpieczeństwa. Władcy szczególnie potrzebne są zaś dwie cnoty: roztropność i sprawiedliwość.

Polska posiada przy tym rzecz bezcenną – doświadczenie. Zapłaciliśmy za nie tak wysoką cenę, że nierozumnie byłoby z niego nie korzystać.

Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱

W sierpniu potrzebujemy: 16 500 zł, zebraliśmy: 1351 zł.

Państwa wsparcie jest niezbędne dla funkcjonowania Fundacji Magna Polonia.

8%

30 zł50 zł100 złInna kwota

Zobacz kto wparł nas tym miesiącu: Tutaj

A zatem przypatrzmy się, jak ta nauka wygląda w zetknięciu z konkretnymi słowami Prezydenta.

  1. „Ze szczytu w Ankarze wróciliśmy z zagwarantowaniem jedności sojuszniczej i przez Amerykanów, i przez wszystkich członków Sojuszu Północnoatlantyckiego”.

Błąd: zbyt wielka pewność wobec rzeczy, która z natury pozostaje zależna od cudzej woli.

Nie ma nic nierozumnego w szukaniu sojuszników. Przeciwnie, państwo położone między większymi potęgami powinno ich mieć. Prezydent słusznie zabiega też o dobre stosunki regionalne (pytanie czy z wszystkimi) i o silną pozycję Polski wobec Stanów Zjednoczonych. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityczna deklaracja sojusznika zaczyna w języku państwowym nabierać cech pewnika. W przemówieniu obok „jedności sojuszniczej” pojawia się przecież również stała obecność wojsk amerykańskich i projekt Fortu Trump.

Tutaj Święty Tomasz postawiłby przed Prezydentem memoria. Bo pamięć wg. św. Tomasza nie jest  sentymentalnym oglądaniem dawnych fotografii. Jest doświadczeniem, z którego trzeba wyciągać wniosek dla przyszłości. Św. Tomasz pisze wprost, że przeszłość jest potrzebna do dobrego radzenia o rzeczach przyszłych.

W 1939 roku konwencja wojskowa z Francją przewidywała rozpoczęcie ofensywy głównymi siłami w ciągu piętnastu dni od mobilizacji. Polskie rachuby wojenne uwzględniały tę pomoc. Rzeczywistość okazała się inna. Potem Polacy przez lata bili się u boku aliantów, a w Jałcie o przyszłości Polski rozmawiali Roosevelt, Churchill i Stalin.

Nie wynika z tego, że sojusz jest nic niewart. Wynika z tego  coś dojrzalszego: sojusz jest narzędziem polityki polskiej, a nie fundamentem istnienia Polski. Państwo może korzystać z cudzej siły. Nie wolno mu pod żadnym pozorem własnego losu powierzyć cudzej woli.

  1. Interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy […] jak najdalej ich trzymali od Polski, taka jest strategia państwa polskiego”.

Błąd: zbyt prosty obraz naszego położenia i brak pełnego oglądu okoliczności – circumspectio
Polska już graniczy z Federacją Rosyjską. Lądowa granica z obwodem królewieckim liczy 210 kilometrów. Od wschodu, na odcinku 430 kilometrów, graniczymy również z Białorusią – bliskim sojusznikiem Rosji, z którą tworzy ona Państwo Związkowe i pozostaje ściśle związana w dziedzinie obronności. Oba państwa tworzą wspólną przestrzeń obronną, a na terytorium Białorusi działa wspólne regionalne zgrupowanie wojsk. Ukraina może wiązać rosyjskie siły i osłabiać rosyjski potencjał wojskowy, ale nie jest ścianą oddzielającą Rzeczpospolitą od Rosji. Rosja już stoi przy naszej granicy, a kierunku białoruskiego nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od rosyjsko-białoruskiego układu wojskowego.

Circumspectio oznacza właśnie spojrzenie na całość. Roztropny władca nie może oprzeć bezpieczeństwa własnej wspólnoty na jednym korzystnym układzie okoliczności. Musi brać pod uwagę również jego zmianę: załamanie frontu, pokój rosyjsko-ukraiński, zmianę władzy w Kijowie, zmianę polityki Waszyngtonu, odbudowę rosyjskich sił. Polska ma być bezpieczna także wtedy, gdy Ukraina przestanie „trzymać Rosjan daleko od Polski”.

Pełny ogląd wymaga także uwzględnienia genezy obecnej wojny. Konflikt rosyjsko-ukraiński trwa od 2014 roku. Jeszcze w 2008 roku NATO przyjęło perspektywę przyszłego członkostwa Ukrainy, a po 2014 roku państwa NATO szkoliły ukraińskie siły zbrojne; Jens Stoltenberg wymieniał między innymi szkolenia prowadzone przez Amerykanów, Brytyjczyków i Kanadyjczyków w Jaworowie. Te fakty nie rozstrzygają jeszcze, kto miał rację w całym sporze ani jak należy rozłożyć odpowiedzialność za jego kolejne etapy. Pokazują jednak, że obecna wojna nie rozpoczęła się w politycznej próżni. Polski przywódca nie jest od prostych opowieści o świecie. Jest od rozumienia całej gry. Powinien przede wszystkim zapytać: skoro Rosja jest naszym bezpośrednim sąsiadem, jak silna jest sama Polska i ile zrobiliśmy, aby nasze bezpieczeństwo nie zależało od tego, kto akurat walczy na Ukrainie?

  1. „Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli”.

Błąd: pomieszanie mordu z zabiciem przeciwnika w sprawiedliwej walce oraz odejście od recta intentio.

Tu Święty Tomasz zatrzymałby Prezydenta od razu.

Mord i zabicie przeciwnika w sprawiedliwej wojnie to nie jest to samo. Mord jest niesprawiedliwym odebraniem życia i zawsze jest złem. Żołnierz, który w sprawiedliwej wojnie, działając z rozkazu prawowitej władzy, zabija w walce żołnierza przeciwnika, nie popełnia przez sam ten fakt morderstwa

Jeśli więc Ukraińcy rzeczywiście „mordują Sowietów”, katolik nie może tego pochwalać. Jeżeli natomiast zabijają rosyjskich żołnierzy w ramach sprawiedliwej obrony, należy mówić o zabijaniu w walce, a nie o mordowaniu.

Święty Tomasz stawia wojnie sprawiedliwej trzy warunki: prawowitą władzę, sprawiedliwą przyczynę i recta intentio – prawą intencję. Nawet wojna prowadzona w słusznej sprawie może zostać moralnie skażona, gdy zaczyna nią rządzić żądza odwetu, pragnienie zadawania szkody czy nieprzejednana wrogość. Tomasz, idąc za św. Augustynem, mówi o tym jasno.

Prezydent Polski może uznać osłabienie i klęskę rosyjskich sił za korzystne dla Rzeczypospolitej. Nie powinien jednak zacierać granicy między sprawiedliwą walką a mordem ani mówić o śmierci przeciwnika tak, jakby sama w sobie była czymś dobrym.

Katolicka polityka zna miecz. Święty Tomasz nie był pacyfistą. Miecz ma jednak służyć sprawiedliwości. Wolno zabić przeciwnika w sprawiedliwej walce. Nie wolno mordować. Wolno chcieć odparcia agresora. Nie wolno cieszyć się z jego śmierci dlatego, że jest przeciwnikiem.

  1. „W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc”.

Błąd: Prezydent udziela odpowiedzi, zanim postawi najważniejsze pytanie.

A tym pytaniem jest: dlaczego Polska w ogóle ma pomagać Ukrainie?

Nie jest to pytanie cyniczne. Jest to pytanie dokładnie należące do prudentia regnativa. Święty Tomasz przypomina, że rządzącym powierzona została troska o rzeczpospolitą i jej obrona przed zagrożeniami zewnętrznymi. Władca ma odpowiadać za dobro wspólnoty, którą mu powierzono.

Ukraina, owszem toczy wojnę, więc udzielenie jej pomocy może być moralnie godziwe. Ale z tego jeszcze nie wynika bezwarunkowy obowiązek państwa polskiego dostarczania pieniędzy, broni czy innych zasobów.

Najpierw trzeba odpowiedzieć: co konkretnie Polska przez tę pomoc osiąga? Czy środek jest proporcjonalny do celu? Czy nie osłabiamy własnych możliwości? Czy ten sam cel można osiągnąć mniejszym kosztem? Jak długo istnieje zbieżność interesów?

Dopiero po takim rachunku przychodzi „tak” albo „nie”.

Słowo „zawsze” w polityce jest nierozważne. Państwa zmieniają interesy, rządy i sojusze. To, co dziś służy Polsce, jutro może jej szkodzić. Prezydent nie może więc z góry przyrzekać Ukrainie pomocy niezależnie od tego, jaka będzie sytuacja Rzeczypospolitej.

  1. Tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga”.

Błąd: Rosja zostaje uczyniona kompasem polskiej polityki.

To nie jest racja stanu. To jest odruch historycznej niechęci ubrany w język geopolityki. Polski interes nie może zależeć od tego, kto akurat bije Moskala.

U Świętego Tomasza sprawiedliwość wojny nie zależy od narodowości przeciwnika. Gdyby jutro jakieś państwo bezprawnie napadło Federację Rosyjską, fakt, że „bije Moskala”, nie dawałby Polsce najmniejszej podstawy moralnej do jego wspierania. O wojnie rozstrzygają sprawiedliwa przyczyna, prawowita władza i prawa intencja.

Polska polityka nie powinna więc działać według mechanizmu: Rosja jest naszym historycznym przeciwnikiem, zatem każdy, kto z nią walczy, staje się naszym naturalnym partnerem.

Wróg naszego przeciwnika pozostaje przede wszystkim państwem mającym własną rację stanu. Ukraina prowadzi politykę ukraińską. I słusznie. Dziwne byłoby tylko, gdyby Polska w odpowiedzi nie prowadziła równie stanowczo polityki polskiej. Czy prowadzi?

  1. „Strategicznym interesem Polski jest też to, żeby […] nie powiewały banderowskie flagi”.

Błąd: Prezydent dostrzega problem, ale oddziela go od zasadniczego rachunku pomocy.

Zaraz po zapewnieniu Ukrainy o pomocy Prezydent sam porusza problem banderowskiej symboliki i mówi o konieczności stawiania wymagań. Problem w tym, że nie chodzi już tylko o uliczną flagę. Niespełna dwa miesiące wcześniej, sam obóz prezydencki wszedł w poważny spór z Kijowem po nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”; Kancelaria Prezydenta określała tę decyzję jako niedopuszczalną gloryfikację formacji odpowiedzialnej za zbrodnię wołyńską.

Circumspectio każe włączyć tę sprawę do całego rachunku politycznego, a cautio – wyciągnąć z niej praktyczne konsekwencje.

Jeżeli Wołyń, kult UPA i polska pamięć są rzeczywiście częścią interesu Rzeczypospolitej, muszą mieć realne miejsce w politycznym rachunku. Nie można oznajmić Kijowowi, że dana sprawa jest dla Polski fundamentalna, a zarazem zapewnić, że niezależnie od niej pomoc będzie trwała.

W przeciwnym razie wymaganie przestaje być warunkiem. Staje się życzeniem.

Państwo polskie ma obowiązek pamiętać także wtedy, gdy pamięć staje się dla dyplomacji niewygodna. Wołyń, kult UPA i stosunek władz ukraińskich do polskich ofiar nie są dodatkiem do polityki zagranicznej. Są częścią polskiej racji stanu. Jeżeli uznajemy je za sprawy poważne, muszą wpływać na nasze decyzje. Inaczej słowa o pamięci pozostają tylko pustymi słowami.

  1. „Naszym interesem jest to, żeby bili się jak najdłużej i jak najsprawniej”.

Błąd: pomylenie korzyści ubocznej z celem polityki.

Jeżeli rosyjska armia traci na Ukrainie potencjał (choć roztropnie byłoby rozważyć, czy rzeczywiście go traci), Polska może uznać ten fakt za strategicznie korzystny. Ale z tego nie wynika, że polskim interesem jest, aby sama wojna trwała możliwie długo

Święty Tomasz mówi jasno: wojna ma doprowadzić do sprawiedliwego pokoju. Nie wolno więc czynić z jej przedłużania celu polityki. Jeśli Prezydent mówi, że naszym interesem jest, aby walczyli „jak najdłużej”, odwraca porządek celu i środka.

Tutaj szczególnie potrzebna jest providentia. U Tomasza jest ona najważniejszą spośród integralnych części roztropności, ponieważ pozwala właściwie podporządkować dzisiejsze środki przyszłemu celowi.

Polski przywódca powinien więc pytać nie tylko, ile rosyjskich czołgów zostanie zniszczonych tego lata. Powinien zapytać, jaki porządek pozostanie po tej wojnie. Jaką Rosję będziemy mieli za granicą? Jaką Ukrainę? Jak silne będzie państwo ukraińskie, jaka będzie jego ideologia państwowa, jego armia, jego stosunek do Polski? I wreszcie – czy sama Polska wykorzystała te lata, aby wzrosnąć w siłę?

Polskim interesem nie jest długa wojna sąsiadów. Polskim interesem jest taka siła Rzeczypospolitej, aby długość ich wojny nie rozstrzygała o naszym bezpieczeństwie.

  1. „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”.

Zasada słuszna, jeśli rozumieć ją we właściwym porządku.

Święty Tomasz nie wymaga od rządzącego jednakowej troski o wszystkie narody. Władcy powierzono konkretną wspólnotę i za jej dobro odpowiada w pierwszej kolejności. Polski prezydent odpowiada więc przede wszystkim za Rzeczpospolitą, a nie za Ukrainę, Rosję czy jakiekolwiek inne państwo.

Z tego zdania powinny jednak wynikać konkretne konsekwencje. Jeżeli naprawdę „po pierwsze Polska”, to każdą pomoc dla obcego państwa trzeba mierzyć polskim dobrem wspólnym. Można odmówić. Można ograniczyć pomoc. Można i należy postawić warunki. Można ją zakończyć, kiedy przestaje służyć Polsce albo zaczyna jej szkodzić.

Tu pojawia się sprzeczność z wcześniejszym zapewnieniem, że Ukraina „zawsze może liczyć na naszą pomoc”. Jeżeli pomoc jest „zawsze”, to Polska nie jest już pierwsza. Pierwsze staje się zobowiązanie złożone Ukrainie.

Po Tomaszowemu kolejność jest odwrotna: najpierw dobro Rzeczypospolitej, potem ocena okoliczności, a dopiero na końcu decyzja, czy i w jakim zakresie pomagać.

  1. „Nie ma innego wyznacznika w polityce międzynarodowej niż dbanie o interes własnego państwa”.

Błąd: interes państwa zostaje podniesiony do rangi najwyższego prawa.

I tu Święty Tomasz też nie zgodziłby się z Panem Prezydentem.

Rządzący ma obowiązek troszczyć się o dobro własnej wspólnoty, ale nie wolno mu czynić interesu państwa jedyną miarą działania. Nad interesem państwa stoi sprawiedliwość, prawo naturalne i prawo Boże.

Państwo może mieć interes w czymś niesprawiedliwym. Może odnieść korzyść z niedotrzymania umowy, oszustwa, krzywdy słabszego czy niesprawiedliwej wojny. Sama korzyść nie czyni jednak takiego działania dobrym.

Dlatego katolicka racja stanu nie brzmi: „dobre jest wszystko, co służy Polsce”. Brzmi: „rządzący ma służyć Polsce wszystkimi środkami, na które pozwalają sprawiedliwość i prawo moralne”.

Całą tę część przemówienia można ostatecznie osądzić przez cztery pojęcia, które Święty Tomasz zalicza do roztropności.

Memoria – pamięć. Polska ma z czego czerpać. Rok 1939, zawiedzione rachuby na realną pomoc sojuszników, później Jałta i decyzje podejmowane ponad naszymi głowami – to nie są tylko rozdziały historii. To doświadczenie państwowe. Naród, który za tę naukę zapłacił krwią, powinien umieć z niej korzystać.

Providentia – przewidywanie. Polityka nie kończy się na tym, co daje korzyść dzisiaj. Trzeba pytać, jaki będzie skutek za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat. Ilu rosyjskich żołnierzy i ile rosyjskiego sprzętu ubyło na Ukrainie, to jeden rachunek. Ważniejszy brzmi: jaka Polska, jaka Ukraina i jaka Rosja wyjdą z tej wojny.

Circumspectio – ogląd całości. Rosję trzeba oceniać bez złudzeń. Ukrainę tak samo. Podobnie Stany Zjednoczone i każdego innego sojusznika. Wszystkie te państwa mają własne interesy i będą ich broniły. Polski rządzący ma obowiązek dostrzegać nie tylko wspólnego przeciwnika, ale również rozbieżność interesów, własne położenie, własną siłę, Wołyń, kult UPA, sytuację wewnątrz Polski i to, co może nastąpić po zakończeniu wojny.

Cautio – ostrożność. To, co dzisiaj przynosi Polsce korzyść, jutro może mieć swoją cenę. Święty Tomasz przypomina, że w sprawach ludzkich dobro bywa zmieszane ze złem. Roztropny władca korzysta więc z tego, co służy państwu, ale równocześnie zabezpiecza je na wypadek zmiany okoliczności. Dlatego w polityce tak niebezpieczne jest słowo „zawsze”.

Sojusze mogą wzmacniać Polskę, lecz nie zastąpią własnej siły. Pomoc obcemu państwu może być słuszna, ale najpierw trzeba wiedzieć, jakiemu polskiemu celowi służy i gdzie leży jej granica. Wspólny przeciwnik może na pewien czas zbliżyć interesy dwóch państw, lecz nie tworzy wiecznej przyjaźni. Wojna sąsiadów może przynieść Polsce doraźną korzyść strategiczną, ale jej przedłużanie nie może stać się celem polskiej polityki. Polska racja stanu obowiązuje Prezydenta, lecz sama pozostaje pod władzą sprawiedliwości i prawa moralnego.

Prezydent Rzeczypospolitej nie został postawiony na straży tego, by ktoś możliwie długo bił za nas Rosjan. Został postawiony na straży Rzeczypospolitej.

Dopiero państwo, które pamięta, przewiduje, widzi całość i zawczasu zabezpiecza się przed zmianą cudzych interesów, może z pełnym prawem powiedzieć:

„Po pierwsze Polska”.

Panie Prezydencie, prosimy wrócić do Świętego Tomasza!

=================================================

Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.

Teksty Świętego Tomasza, do których odwołuję się w artykule

Wszystkie wskazane niżej teksty Świętego Tomasza przywołuję według tekstu edycji Leoniny udostępnionego w serwisie Corpus Thomisticum. Dostęp do podanych stron: 10 sierpnia 2026 roku.

O roztropności rządzącego:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 50, a. 1, in corp.; ad 1um et 2um. Tomasz przedstawia tam prudentia regnativa jako szczególną postać roztropności właściwą temu, kto kieruje wspólnotą polityczną. W ad 1um wskazuje, że roztropność i sprawiedliwość są dwiema cnotami szczególnie właściwymi rządzącemu, natomiast w ad 2um wyjaśnia, że pod nazwą regnativa obejmuje także inne prawidłowe formy rządów.
Thomas de Aquino, Summa Theologiae, IIª-IIae q. 47-56

O pamięci, przewidywaniu, oglądzie okoliczności i ostrożności:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 49, pr.; a. 1, in corp. et ad 3um; a. 6, in corp. et ad 1um; aa. 7 et 8, in corp. Tomasz wyjaśnia tam znaczenie pamięci przeszłych doświadczeń dla namysłu nad przyszłością, właściwego podporządkowania środków celowi, uwzględniania istotnych okoliczności oraz ostrożności wobec zła, które w sprawach ludzkich bywa zmieszane z dobrem lub przybiera jego pozór. Providentia zostaje przez niego określona jako główna spośród wszystkich części roztropności.
Thomas de Aquino, Summa Theologiae, IIª-IIae q. 47-56

O wojnie sprawiedliwej:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 40, a. 1, in corp.; ad 3um. Tomasz wymienia trzy warunki wojny sprawiedliwej: prawowitą władzę, sprawiedliwą przyczynę oraz prawą intencję (intentio bellantium recta). Za św. Augustynem przestrzega zarazem przed żądzą szkodzenia, okrutną zemstą i nieprzejednanym usposobieniem. W ad 3um wyraźnie wskazuje, że także prowadzący sprawiedliwą wojnę zmierzają do pokoju.
https://www.corpusthomisticum.org/sth3034.html

O władzy publicznej i przykładzie żołnierza działającego z jej upoważnienia:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 64, a. 3, in corp.; ad 1um. W in corp. Tomasz wyjaśnia ogólną zasadę, że użycie władzy karzącej dla ochrony dobra wspólnego należy do tych, którym powierzono władzę publiczną, nie zaś do osoby prywatnej. W ad 1um posługuje się przykładem żołnierza zabijającego nieprzyjaciela z upoważnienia władcy: miles interficit hostem auctoritate principis.
corpusthomisticum

========================================

https://www.magnapolonia.org/men-nie-walczy-z-religia

Nawrocki w butach Piłsudskiego?

Nawrocki w butach Piłsudskiego?

Jan Engelgard 

Słuchając przemówienia Pana Prezydenta na dziedzińcu Pałacu Namiestnikowskiego dniu 6 sierpnia, kiedy raczył był poinformować naród o swoim stosunku do wojny na Ukrainie – i kiedy wykrzyczał: „Niech sobie mordują tych sowietów tam, gdzie ich napadli i w ogóle nas Polaków to nie boli. W tym zakresie zawsze mogą na nas liczyć, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski” – nasunęła mi się taka scena z listopada 1919 roku.

Wysłannik Józefa Piłsudskiego na rozmowy z Rosja radziecką, hr. Michał Kossakowski, podczas rozmowy w Belwederze, zapytał go – jaki jest właściwie cel polskiej polityki na Wschodzie. Poirytowany Piłsudski odrzekł: „Zarówno bolszewikom, jak i Denikinowi jedno jest tylko do po­wiedzenia: Jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej języ­kiem żołnierskim: dławcie się, bijcie się, nic mię to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone (…) Lekceważę, pogardzam wami. Jesteście pogrążeni w rękach Żydów i junkrów niemieckich, nie wierzę wam, waszemu gatunkowi ludzkiemu”.

Kosssakowski był wstrząśnięty, zapisał w dzienniku: „Pogarda i lekceważenie zarówno bolszewików, jak też Denikina, czyli całej Rosji… czy można mieć program polityczny redukujący się do słów: „pogarda, lekceważenie”? Czy w rzeczywistości nic więcej od Rosji nie potrzebujemy…”.

Nie wiem, czy Nawrocki inspirował się tą wypowiedzią Piłsudskiego. Być może, przecież praktycznie cała polska „klasa polityczna” to właśnie jego i jego koncepcje wschodnie bierze za wzór. Tyle tylko, że zapomina się, albo chce się zapomnieć o jednym – ta polityka zakończyła się klęską i Polska tylko cudem uratowała swój świeży niepodległy byt. Ta polityka pogardy i lekceważenia wszystkich na Wschodzie – sprawiała, że byliśmy znienawidzeni nie tylko przez „Moskali” (czerwonych i białych), ale także przez Ukraińców, nawet tych od Petlury, którzy niby byli naszymi sojusznikami. Polacy ciężko zapłacili ze tą bezrozumną fanfaronadę i skrajną megalomanię podczas II wojny światowej.

Jaka jest wobec tego różnica między Piłsudskim i Nawrockim? Ano taka, że ten pierwszy przyznał się do tego, że jego ukraiński plan zakończył się fiaskiem, zweryfikował stanowisko wobec Moskwy, był w latach 30. gotów do rozważenia taktycznego a może nawet strategicznego sojuszu z nią przeciwko Niemcom, wreszcie przestał grać kartą ukraińską. Tymczasem Nawrocki jest na etapie przeżuwania i podniecania się retoryką Piłsudskiego z roku 1919, tyle tylko, że Piłsudski głęboko skrywał swoje emocje i ujawnił je tylko sam na sam z Kossakowskim, a Nawrocki wykrzyczał je na cały świat. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak skierować do Pana Prezydenta i jego otoczenia słów tegoż właśnie Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.

Jan Engelgard 

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Ukropolin w budowie

Zinkiewicz: Ukropolin w budowie

Mateusz Piskorski i Tomasz Jankowski w audycji na YouTube „Kto chce zamieszek w Polsce” analizowali przyczynę nasilających się prowokacji na terenie Polski. Od ponad dwóch lat cyklicznie, trywialnie zwracam uwagę na omawiane problemy w audycji obu wyżej wymienionych panów. Pierwszy raz felietonem W co gra amerykańska propaganda?. Natomiast ostatnio w najnowszym felietonie Filmowcy. 

W przeciwieństwie do mojej Małżonki nie posiadam zdolności profetycznych wzmocnionych umiejętnościami analitycznymi i obszerną wiedzą z zakresu psychologi stosowanej. Posługuję się zupełnie inną metodologią. Polega ona na wyciąganiu wniosków z pozornie mało istotnych sygnałów docierających do mnie. Konfrontuje je ze spektrum wydarzeń. 

Zdrowy dystans

W przeszłości w zamierzchłych czasach PRL-u, po przyjeździe do Polski z Wiednia pozwoliło mi to na uniknięcie aresztowania i bezpodstawnego oskarżenia o szpiegostwo. Stąd też identyfikuje się z traumatycznymi przeżyciami polskiego patrioty Mateusza Piskorskiego. Staram się nigdy nie lekceważyć sygnałów wywołujących refleksję. Jest to moja indywidualna forma instynktu samozachowawczego. Do tego w trakcie mojego życia, po szeregu koszmarnych przeżyć, utworzył się we mnie dystans do ludzi. Pewna doza braku zaufania, sceptycyzmu, cecha, którą nabywa się wraz z wiekiem. 

„Stare trupy” 

Wypowiedź Żydówki Anny Marii Żukowskiej o ekshumacjach ofiar ukraińskiego ludobójstwa brzmiała: „Jeżeli to jest dla pana rodzaj transakcji, żeby bardziej starymi trupami handlować, za takie bardziej świeże, to po prostu jest obrzydliwe naprawdę”.

Słowa te wywołały dużą debatę publiczną w lutym 2025 roku. Wypowiedź ta padła w kontekście dyskusji o relacjach polsko-ukraińskich i warunkach stawianych Ukrainie. W trakcie dyskusji z wicemarszałkiem Sejmu Krzysztofem Bosakiem na antenie TVN24. Słowa o „starych trupach” spotkały się z ostrą krytyką ze strony polityków różnych opcji oraz komentatorów, którzy uznali je za brak szacunku dla pamięci bestialsko pomordowanych Polaków, których doczesne szczątki, wdeptane są w ukraińskie błota. Zgodnie z polską, katolicką tradycją, wymagają godnego pochowku. A dla niej są to tylko „stare trupy” (sic!). Posłanka nie przeprosiła – w rozmowie z RMF FM powiedziała, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Groźby ambasadora

Z kolei w lutym i marcu 2026 roku ambasador USA w Polsce, Tom Rose, wygłosił krytyczne wypowiedzi pod adresem Grzegorza Brauna. Stwierdził, że udział formacji Brauna w polskim rządzie byłby dla USA poważnym problemem, a w marcu ostro skrytykował wpis polityka w księdze kondolencyjnej w ambasadzie Iranu po śmierci Alego Chameneiego, ostrzegając, że „Amerykanie i prezydent Trump tego nie zapomną”.

Wypowiedź amerykańskiego ambasadora uruchomiła lawinę serwilistycznych artykułów prasowych atakujących środowisko posła Brauna, uderzających bezpośrednio w Mateusza Piskorskiego i Tomasza Jankowskiego. Wychwycił to publicysta i były poseł na Sejm RP Piotr Gadzinowski i opisał w artykule Pożegnanie z Marią („Fakty po Mitach”, nr 31 z 31 lipca 2026 roku). Wcześniej pisałem w podobnym duchu, jako odpowiedź na krytykę, która po wystąpieniu ambasadora USA Rose’a znalazła się w „Gazecie Polskiej”, zamieściłem ją w felietonie Sało w Czekoladzie.

Mógłbym przytoczyć parę innych przykładów, rozbijackiej działalności nakierowanej na środowisko Grzegorza Brauna wraz z podstępnymi działaniami wobec polityków z nim związanych. Ograniczę się do banału, jakim jest dostrzeżone przeze mnie wybudzanie ukraińskiego śpiocha stryja-konfidenta, startującego w nowej roli: filmowca-prowokatora w duecie z pewną panienką. O tym mowa w felietonie Filmowcy

Lęki architektów Ukropolin

Bardzo wiele na temat budowy w Polsce Ukropolinu napisał Krzysztof Baliński. Jego książki są dostępne w sprzedaży. Zgadzam się z zawartymi w nich tezami, że w Polsce budowany jest Ukropolin, natomiast sprowadzenie do Polski blisko 2 milionów Ukraińców to zaplanowana w tym celu akcja globalistów amerykańskich, autorów wojny na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. Jedynie Grzegorz Braun i jego środowisko polityczne przeciwstawiają się przebudowie Polski w Ukropolin.

Interesującą analizę na temat Brauna przeprowadził Paweł Lisicki w audycji na YouTube Prawicowej koalicji bez Brauna nie będzie. Morawiecki skazany na Tuska. Wynika z niej, że Grzegorz Braun jest politykiem godnym zaufania, ponieważ od lat konsekwentnie wypowiada te same poglądy, spełniające oczekiwania Polaków, zmęczonych PiS-em, jak i Koalicją Obywatelską, rządzącymi pod dyktando USA i Izraela. Lisicki wyjaśnia przyczynę lęku ludzi, którym od dziesięcioleci wydaje się, że są właścicielami Polski. Zafascynowani są odrodzonym faszyzmem za naszą wschodnia granicą. Obawiają się oni, że ich projekt budowanego z mozołem Ukropolinu upadnie gdy do władzy dojdzie Braun wraz z towarzyszącymi politykami, przeciwnikami dalszej wasalizacji Polski oddanej obecnie w pacht globalistom. 

Eugeniusz Zinkiewicz 

Myślimy pozytywnie

Myślimy pozytywnie

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po upadku i wybuchu rakiety na terenie gminy Turobin w województwie lubelskim pojawiły się krytyczne opinie na temat sposobu, w jaki nasza niezwyciężona armia zareagowała na tę rosyjską prowokację. Tak w każdym razie określił ten incydent ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha, który spenetrował prawdę jeszcze zanim nasza niezwyciężona armia i lubelscy prokuratorzy dotarli na miejsce, żeby sprawdzić – co i jak. Uprzejmie tedy zakładam, że musiały go wspierać proroctwa, bo w przeciwnym razie pojawiłaby się przestrzeń do brzydkich podejrzeń, że we wspomnianym incydencie maczała palce strona ukraińska. Byłaby to jednak myślozbrodnia, a jest rozkaz, by od myślozbrodni, zwłaszcza wymierzonych w naród ukraiński trzymać się z daleka, bo z myślozbrodniarzami rozmowa będzie krótka w ramach walki z mową nienawiści. Zgodnie bowiem z aktualną mądrością etapu nienawiść musi zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

Skoro tedy już wiemy, czego się trzymać, to nie pozostaje nam nic innego, jak oddać się myśleniu pozytywnemu, zgodnie z ludowym przysłowiem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O ile tedy ruska prowokacja ma wszelkie cechy zła w postaci czystej, to jednak, dzięki myśleniu pozytywnemu, my to zło potrafimy przekuć w dobro – zgodnie ze spostrzeżeniem bohatera powieści „Gubernator” Roberta Penn Warrena, który zauważył, że dobro najlepiej robić ze zła. Najwyraźniej wzięli to sobie do serca gorejącego nie tylko przedstawiciele naszej niezwyciężonej armii, ale przede wszystkim – nasi Umiłowani Przywódcy – chociaż oczywiście nie wszyscy, tylko uczestnicy koalicji 13 grudnia, która zrzesza kolaborantów Volksdeutsche Partei. Rada w radę uradzili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a najlepszą ocenę wystawiła wiceministrowa obrony, pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, według której „wszystkie” procedury krajowe i zagraniczne „zadziałały prawidłowo”. W ramach myślenia pozytywnego spróbujmy tedy rozwinąć tę – jakże krzepiącą ocenę – żebyśmy i my doznali z tej okazji pokrzepienia serc. Zacznijmy od rakiety. Od razu widać, że zimny ruski czekista Putin też się podciągnął w prowokacjach, przynajmniej od incydentu w Przewodowie, gdzie zginęli dwaj polscy obywatele.

Tym razem nie tylko nikt nie zginął, ale w dodatku rakieta nie spadła ani na oddalony o 50 km Lublin, ani nawet na oddalone o 500 metrów zabudowania, tylko taktownie eksplodowała w szczerym polu. Towarzyszący temu huk spowodował uruchomienie syren alarmowych, które – zgodnie z przepisami, najpierw wydały z siebie sygnał pulsujący – jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, a potem – jak powiadają – również sygnał o odwołaniu alarmu. Utwierdza nas to w przekonaniu o słuszności „przepisów drogi na morzu”, które – czerpiąc natchnienie z „Odysei” – zakazują zmieniania kursu statku na podstawie głosu syreny. Nawiasem mówiąc, średniowieczny poeta Dante Alighieri w „Boskiej komedii” pisze, że syreny wprawdzie charakteryzowały się czarującym głosem, ale z bliska śmierdziały zdechłymi rybami.

Ale to bynajmniej nie koniec dobrodziejstw, jakie spadły na nasz nieszczęśliwy kraj razem z ruską rakietą. Cały świat, a jeśli nawet nie cały, to jego najważniejsze części nadesłały nam wyrazy solidarności i poparcia, podobnie jak w 1939 roku. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak w miarę rozwoju sytuacji zostaniemy „natchnieniem narodów” – jak w roku 1940, kiedy to dostąpiliśmy radosnego przywileju braterstwa broni z Naszymi Sojusznikami – zanim jeszcze zostali oni sojusznikami naszego sojusznika. Akurat dobrze się składa, że Narodowy Bank Polski nakupił złota, podobno ponad 600 ton, więc w razie czego będzie można z tego pokryć koszty naszego korzystania z radosnego przywileju braterstwa broni – jak to było po zakończeniu II wojny światowej.

Zanim jednak do tego dojdzie, ukraiński prezydent Zełeński, po powrocie z Waszyngtonu zatrzymał się w Lublinie, gdzie przyjął na audiencji obywatela Tuska Donalda, któremu przekazał wiadomość, że prezydent Trump obiecał mu udostępnienie licencji na produkcję pocisków do systemu „Patriot”. Podobno „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”, że ze względów bezpieczeństwa Polska tę licencję od Ukrainy odkupi i będzie produkowała pociski u siebie, a potem – zgodnie z umową z 2 grudnia 2016 roku – nieodpłatnie przekaże je Ukrainie, która już będzie wiedziała, co dalej z nimi zrobić – ot na przykład – odsprzedać je Polsce.

Dzięki temu i oligarchowie będą zadowoleni i Polska bezpieczna – na wypadek, gdyby ruskiemu czekiście Putinowi znowu strzelił do głowy pomysł jakiejś prowokacji. Żeby tedy uniknąć nieporozumień, vaginet obywatela Tuska Donalda odda ukraińskim oligarchom na własność odnośne polskie zakłady produkcyjne, a oni w rewanżu zainstalują tam „saloniki VIP-ów”, gdzie nasi Umiłowani Przywódcy będą mogli bez konieczności oczekiwania w jakichś kolejkach wypić i zakąsić. Kto wie – może bracia Rysiczowie sprowadzą tam znowu panienki, żeby nasi Umiłowani Przywódcy mogli się przyjemnie zrelaksować po tylu poświęceniach, jakich codziennie dokonują dla Polski?

Na tym przykładzie od razu widać, ile korzyści daje przestawienie się na myślenie pozytywne. Najwyraźniej nie mogą tego pojąć działacze futbolowi, zorganizowani w gangu UEFA. Uradzili oni, żeby zbojkotować Mistrzostwa Świata z futbolu na znak protestu przeciwko projektowi odsprzedania 20 czy nawet 25 procent udziałów w Mundialu zięciowi prezydenta Donalda Trumpa, panu Jaredowi Kushnerowi. W ten sposób Gianni Infantino, szef futbolowego gangu o zasięgu światowym, czyli FIFA, zamierza wkraść się w łaski amerykańskiego prezydenta. Co z tego będzie miał – to osobna sprawa – ale my, w ramach myślenia pozytywnego odnotujmy, że jeśli nawet prezydent Trump nie podporządkowuje wszystkiego polityce prorodzinnej, to w każdym razie cały czas o niej pamięta.

Podobnie postępował francuski prezydent Juliusz Grevy, wybrany na to stanowisko w grudniu 1885 roku. Podobnie jak Donald Trump swego, tak i Julisz Grevy kochał swego zięcia Daniela Wilsona, który nawet mieszkał z nim razem w Pałacu Elizejskim i nie przepuszczał żadnej okazji, by czerpać z tego profity. Toteż paryska ulica wyśpiewywała, jeśli nie: „Quel bonheur d’avoir un beau-pere” (jakie to szczęście mieć teścia), to dla odmiany: „Quel malheur d’avoir un gendre” (co za nieszczęście mieć zięcia). Nie skończyło się to dobrze, bo ostatnia piosenka, jaką paryska ulica skomponowała francuskiemu prezydentowi brzmiała: „Mon pauvre vieux, il faut partir” (no stary, wynoś się). Oczywiście Ameryka to nie Francja, a poza tym amerykański zięć ma pierwszorzędne korzenie, więc dopóki prezydent Trump go wspiera, nic złego go nie spotka – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński pisząc, że „mówiła żony ciotka: tych co płacą, nic nie spotka.

Stanisław Michalkiewicz

How to survive Europe in 2026. MEM-y VIII.

Bonus:

=================================

——————————–

—————————————-

—————————————–

———————————-

—————————-

————————————

———————————————

Marsze KOD-u przeciw „hejtowi”. Polacy je olali

Marsze KOD-u przeciw „hejtowi”. Polacy je olali

magnapolonia/marsze-kod-u-przeciw-hejtowi-polacy-je-olali

Komitet Obrony Demokracji po raz kolejny postanowił uratować Polskę przed wielkim zagrożeniem. Tym razem przeciwnikiem okazał się „hejt, nienawiść i przemoc wobec Ukraińców”, dlatego 9 sierpnia w 22 miastach zorganizowano demonstracje pod hasłem „Nie bądź obojętny”. Wszystko wyglądało jak powrót do najlepszych czasów KOD-u: były zapowiedzi ogólnopolskiej mobilizacji, transparenty, przemówienia, naklejki i apele o solidarność. Był tylko jeden problem — Polacy najwyraźniej nie poczuli potrzeby masowego ruszenia na ulice.

W całym kraju odbyły się marsze KOD-u przeciwko „hejtowi”. W Rzeszowie zainteresowanie demonstracją wyniosło 20 osób, natomiast w Krośnie frekwencję oszacowano na rekordowe 50 osób. Jedna z organizatorek marszu w Krośnie, witając uczestników, miała powiedzieć: „Cieszę się, że jest nas sporo osób”. To bardzo elastyczna definicja słowa „sporo”, jak na 50-tysięczne miasto. Dość powiedzieć, że w odpowiednio dobranej perspektywie aparatu fotograficznego, nawet większe spotkanie rodzinne można przecież nazwać „obywatelskim przebudzeniem”.

Organizatorzy mogą oczywiście podkreślać, że akcja odbyła się w 22 miastach, co na papierze wygląda imponująco. Tyle że liczba miast, w których ktoś zorganizował demonstrację, nie jest tym samym co liczba ludzi, którzy chcieli na nią przyjść. Można zorganizować protest w 22, 42 albo 666 miejscowościach, ale jeśli w każdej pojawia się kilkadziesiąt osób, trudno mówić o masowym społecznym sprzeciwie, szczególnie gdy przypomnimy sobie czasy, kiedy KOD potrafił rzeczywiście przyciągać na ulice tysiące otumanionych ludzi, szczerze wierzących, że PiS buduje w Polsce totalitaryzm.

Problem KOD-u jest zresztą znacznie szerszy niż jedna nieudana demonstracja. Organizacja najwyraźniej nadal próbuje korzystać ze starego schematu: wystarczy wskazać zagrożenie, podzielić społeczeństwo na „dobrych” i „złych”, użyć odpowiednio mocnych słów — demokracja, faszyzm, nienawiść, mowa nienawiści — a ludzie powinni natychmiast ruszyć na ulicę. Tyle że ten mechanizm już nie działa tak jak dawniej, a społeczeństwo jest znacznie bardziej sceptyczne wobec prób przedstawiania każdego sporu politycznego jako walki dobra ze złem. Co więcej, grupa najbardziej aktywnych KODomitów (UB, SB, PZPR) już wymiera.

Widać to szczególnie w kwestii Ukraińców, czyli tematu omawianych spędów. Nie można udawać, że rosnąca niechęć części Polaków do dalszego przyjmowania ukraińskich pseudo uchodźców wzięła się wyłącznie z działalności „hejterów” i nacjonalistycznej propagandy obu Konfederacji. Najnowszy sondaż CBOS pokazuje wyraźną zmianę nastrojów: w lipcu 2026 roku po raz pierwszy w historii tych badań przeciwnicy przyjmowania ukraińskich uchodźców przeważyli nad zwolennikami — 52 proc. wobec 42 proc. Jednocześnie 54 proc. respondentów uznało pomoc udzielaną banderowskiej Ukrainie przez Polskę za zbyt dużą.

To nie oznacza oczywiście, że Polacy masowo stali się przeciwnikami Ukraińców. Oznacza natomiast, że po ponad czterech latach wojny początkowa fala entuzjazmu i bezwarunkowej solidarności wyraźnie osłabła. Część Polaków ma poczucie, że skala świadczeń i przywilejów dla obywateli Ukrainy stała się zbyt duża, inni zwracają uwagę na konflikty dotyczące rynku pracy, mieszkań, szkół czy butne i roszczeniowe zachowania przybyszów, a jeszcze inni mają zwyczajnie dość sytuacji, w której każda krytyczna uwaga dotycząca Ukrainy jest natychmiast kwalifikowana jako „hejt” i ruski „onucyzm”.

Do tego dochodzi kwestia przestępczości cudzoziemców oraz pamięci historycznej. Dla wielu Polaków szczególnie drażliwa pozostaje systemowa gloryfikacja przez Kijów Stepana Bandery i środowisk związanych z OUN-UPA, odpowiedzialnych za zbrodnie na polskiej ludności, które na Ukrainie są bagatelizowane i zakłamywane. Nie jest to wyłącznie temat historyczny, skoro aż 84 proc. badanych przez CBOS uważa, że państwo polskie powinno reagować, gdy inne państwo gloryfikuje postaci historyczne odpowiedzialne za zbrodnie na Polakach.

W tej sytuacji coraz trudniej przekonywać Polaków, że istnieją tylko dwie możliwości: albo popierasz bez zastrzeżeń obecną politykę wobec Ukrainy, albo jesteś „hejterem” i „ruskim agentem”. Można przecież jednocześnie potępiać pobicia, wyzwiska i przemoc wobec Ukraińców, a także uważać, że Polska powinna ograniczyć część świadczeń dla cudzoziemców, konsekwentnie egzekwować od nich przestrzeganie prawa, reagować na przestępczość oraz stanowczo sprzeciwiać się gloryfikacji ukro-nazistów. Próba wrzucenia wszystkich takich opinii do worka z napisem „nienawiść” jest wygodna, ale niekoniecznie skuteczna.

I właśnie tutaj KOD wpada we własną pułapkę, ponieważ organizacja próbująca pouczać Polaków o standardach moralnych i obywatelskich sama ma za sobą historię, której trudno nie przypominać przy okazji kolejnych akcji.

Jej pierwszy lider, Mateusz Kijowski, przez długi czas był twarzą całego ruchu, przedstawianego jako symbol obywatelskiej obrony demokracji. Tymczasem w 2024 roku został prawomocnie skazany przez Sąd Okręgowy w Warszawie za poświadczenie nieprawdy w siedmiu fakturach dotyczących obsługi informatycznej KOD. Sąd wymierzył mu osiem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz utrzymał grzywnę w wysokości 4 tys. zł; faktury wystawione przez byłego lidera KOD opiewały łącznie na ponad 121 tys. zł.

Trudno więc nie dostrzec ironii sytuacji, w której organizacja od lat występująca w roli moralnego arbitra, pouczająca innych o demokracji, uczciwości i standardach życia publicznego, miała na czele człowieka prawomocnie skazanego w sprawie dotyczącej nierzetelnych faktur związanych z działalnością tej organizacji. Rzeczywistość dostarczyła tutaj satyrycznego materiału sama i właściwie nie trzeba jej specjalnie pomagać.

Podobnie wygląda sytuacja innych lewicowych organizacji, np. OMZRiK, którego lider, Rafał Gaweł jest oszustem i przestępcą, a sama organizacja przegrała kilka spraw sądowych za hejt.

Przed kolejną wielką akcją KOD powinien zadać sobie proste pytanie: nie przed czym należy dziś „bronić demokracji”, ale dlaczego coraz mniej ludzi chce tej demokracji bronić właśnie pod jego sztandarem. Bo jeśli demonstracja pod hasłem „Nie bądź obojętny” przyciąga garstkę starych ubeków, to być może problemem nie jest obojętność Polaków wobec Ukrainy, lecz ich obojętność wobec skompromitowanego KOD-u.

Pierre d’Olnique. I selfie z rekinem. MEM-y VI.

—————————-

————————————–

—————————

———————

————————————————————–

—————————–

——————————–

————————————————-

—————————

—————————————-

Na wakacje ! Z własnymi chmurami !! MEM-y II.

——————————–

———————————————–

—————————————————————–

——————————————

——————————————

————————————–

—————————————-

—————————–

——————————-

————————-

Wreszcie bez telefonu, bez internetu, bez ludzi… MEM-y I.

—————————————–

—————————————

———————————

————————————————

————————————

———————————-

————————————-

———————————

———————————————-

————————————