Ukraińskie zboże nie dla UE?

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Łukasz Jastrzębski

„Ukraina nie zgodzi się na członkostwo w Unii Europejskiej, jeśli obowiązywałyby ją limity sprzedaży produktów rolnych” – powiedział ukraiński minister rolnictwa Taras Wysocki. W oświadczeniu dla portalu POLITICO minister podkreślił, że Kijów widzi „fundamentalną różnicę między okresem przejściowym a stałym ograniczeniem”. O ile ten pierwszy model jest dla Ukrainy akceptowalny, o tyle stałe limity handlowe według niego byłyby sprzeczne z samą logiką i ideą pełnego członkostwa.

Bruksela swoimi oświadczeniami próbuje uśpić obawy rolników z Francji, Włoch i Polski dla, których masowy import towarów z bardzo wydajnego ukraińskiego sektora rolniczego oznaczałby dorżnięcie i tak wykastrowanego przez Brukselę rodzimego rolnictwa. Rolnicy znając los hutników i górników nie powinni dać się nabrać na te czcze obietnice. Bruksela musi również uspokoić Kijów. Właśnie dlatego zaraz usłyszmy deklaracje ze strony Brukseli, że Komisja Europejska dołoży wszelakich starań by pomagać państwu Wołodymyra Zełenskiego w działaniach na rzecz powrotu ukraińskiego rolnictwa na rynki zbytu w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Rolnicy w Europie próbują walczyć o przyszłość swoją i swoich dzieci. Prounijne i cyniczne rządy w Unii Europejskiej dbają przede wszystkim o swój własny prywatny i koteryjny interes. Odrealnieni brukselscy biurokraci i politykierzy walczą nie tylko o swoje przywileje, ale również stoją na straży obyczajowych i gospodarczych szaleństw. Chcą za wszelką cenę, zachować jedność kolosa na glinianych nogach. Wojująca z Rosją Ukraina z swoimi oligarchami walczy o przetrwanie, pieniądze i wpływy. Do tego dochodzą interesy Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej, Chin, Kościoła katolickiego, lobbystów i korporacji bankierskich i zbrojeniowych. Pajęczna jawnych i tajnych sitw. Zapewne tym razem znów uda się UE i Ukrainie uzyskać jakiś rodzaj zgniłego kompromisu – odsuwającego problemy na później – ale całość układu mocno trzeszczy.

Nie dzieje się nic niespodziewanego. Nikt poważny tak na serio nie chciał Ukrainy w Unii Europejskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to jak wpuszczenie lisa do kurnika – konkurencyjność wynikająca z braku unijnego kagańca jest dla wysoce niebezpieczna dla państw unijnych. Opowieści o konieczności przynależenia Ukrainy do zachodnich struktur politycznych i wojskowych były tylko i wyłącznie sloganem reklamowym. Nikt z poważnych graczy nie ma interesu w tym był Ukraina była pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, nie mówiąc już o NATO. Zasady i tradycje tego kraju są zupełnie dalekie od tych wyznawanych w Starej Europie.

USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy deklarują konieczność europeizacji i atlantyzacji Ukrainy. Ale moim zdaniem chodziło właśnie tylko i wyłącznie o deklaracje. Bo te deklaracje hartują ducha Ukraińców. Waszyngton chciał przy pomocy Ukrainy osłabić Rosję, ale nie chce jej upadku – ponieważ doskonale wie, kto jest jego głównym rywalem.

To różni Stany Zjednoczone, od Wielkiej Brytanii. Londyn, Paryż i Berlin potrzebują Kijowa w swoim aktualnym układzie, by wzmocnić swoją pozycję w Europie i usprawiedliwić gigantyczne zadłużenie państw poszczególnych państw. Władze i oligarchowie na Ukrainie zwęszyli na wojnie z Rosją możliwość pomnożenia kwot na swoich kontach dzięki specyficznie pojmowanej tam uczciwości.

Inna jest sytuacja Polski. U nas znaczna część polityków głównego nurtu rzeczywiście wierzy w to, że Ukraina przynależy do Świata Zachodniego. I nie ma tu znaczenia fakt, że prawie wszystko temu przeczy. To dziwna i niebezpieczna mieszanka romantycznych ramot, chciejstwa, bezrozumnego zaufania dla zachodnich struktur i prymitywnego poczucia wyższości, które w rzeczywistości ma podłoże rusofobiczne. Ten stan rzeczy ma różnorakie przyczyny – ale główną jest to, że znaczna część sceny politycznej i medialnej składa się z brojlerów wyhodowanych przez różnorakich Sorosów.

Stawiam tezy, że w fazie końcowej Waszyngton umyje ręce – a symbolem tego będzie spotkanie Trump-Putin w Rosji. Stara Europa będzie odkładać terminy europeizacji Ukrainy „na święty nigdy”. Federacja Rosyjska pozostanie na swoim stanowisku względem Ukrainy. Oligarchowie na Ukrainie dogadani z zachodnimi biznesmenami, rozpoczną interesy z rosyjskimi oligarchami. Nowe władze na Ukrainie, będą nabierać coraz większego dystansu i w końcu machną rękę na Brukselę. I tylko Warszawa wraz z kilkoma bardziej lub mniej prowincjonalnymi stolicami w Europie dalej będzie bredzić o post-turańskiej Ukrainie jako części naszej kultury i cywilizacji.

Łukasz Jastrzębski

Pożegnanie z Międzymorzem

Pożegnanie z Międzymorzem

Jan Engelgard

W prowadzonym przez  prof. Andrzeja Nowaka (już jako redaktora emeritusa) periodyku „Arcana”, który od samego początku propagował różne prometejskie i mesjanistyczne koncepcje polskiej polityki wschodniej, czytam:

„Obalenie  prorosyjskiego  prezydenta Ukrainy, Wiktora Janunkowycza, otworzyło przed Warszawą wielką okazję do zbliżenia z Kijowem. W chwili obecnej jest oczywiste, że te nadzieje się nie spełniły. Piszemy to z żalem, albowiem idea Intermarium była i jest nam bliska, czego daliśmy niejednokrotnie wyraz, także na tych łamach. Osią Intermarium, które obejmuje całą przestrzeń post-Jagiellońską, czyli Kraje Bałtyckie, Białoruś, Ukrainę i Polskę, siłą rzeczy muszą być te dwa ostatnie państwa. Bez ścisłej współpracy Warszawy i Kijowa o żadnym Intermarium mowy być nie może”.

I dalej: „Naszym zdaniem, przyjmując to stanowisko [gloryfikacji OUN-UPA] rząd w Kijowie nie tylko grzebie możliwości ścisłej współpracy z Warszawą, ale wyłącza się poza nawias narodów cywilizowanych, w zachodnim tego słowa znaczeniu”. Sam prof. Andrzej Nowak w tym samym numerze „Aracanów” ubolewa, że nie mamy sensownego traktatu  Ukrainą, a jej elity są zapatrzone w Brukselę i Berlin.

A więc – odwrót od „wielkiej” koncepcji budowy potężnego antyrosyjskiego bloku zwanego Międzymorzem, którego osią miał być sojusz polsko-ukraiński? To miało dać Polsce pozycję niemal mocarstwa regionalnego. Dzisiaj politycy i publicyści lansujący tę utopię – albo milczą, albo tak jak tutaj wylewają swoje żale. Myśl narodowa od zawsze przestrzegała przed ukraińskimi mirażami. Owszem, byli też tacy w obozie narodowym, którzy temu mirażowi ulegali, ale zawsze stanowili mniejszość i traktowani byli jako odstępcy od linii zasadniczej. To zdumiewające, że mimo tylu nauczek i lekcji – ta chora idea wciąż się tli i rozpala umysły a zwłaszcza emocje tak wielu ludzi, wydawać by się mogło poważnych.

Dzisiaj problem polega nie na tym, jak z Ukrainą iść na Moskwę i zbudować wielki blok Międzymorza pod naszym przewodem, ale jak zneutralizować wielkie zagrożenia dla Polski z racji istnienia zbyt silnej i szowinistycznej Ukrainy. Im szybciej to epigoni idei Międzymorza zrozumieją, tym lepiej. W naszej tradycji politycznej były koncepcje i projekty, które skutecznie, całymi latami, były usuwane z polskiej świadomości. Teraz widać jak nigdy przedtem, że są one wciąż aktualne i bardziej przydatne niż miraże rusosfobicznych obsesjonatów. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.

Jan Engelgard

Multikulti. MEM-y III.

———————————–

————————–

———————————————–

————————————————–

————————————————————————–

—————————–

————————

—————————–

——————————–

——————————–

Diabeł utkwił w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach

Tomasz Jankowski

Tym niezbyt oryginalnym tytułem zapraszam Państwa na salę posiedzeń Sądu Rejonowego Warszawa – Praga Południe, gdzie, tym razem w nieco poszerzonym towarzystwie, miałem możliwość obserwowania procesu politycznego wytoczonego prezesowi Konfederacji Korony Polskiej, Grzegorzowi Braunowi.

Bohaterem pozytywnym tego odcinka miał być „nieskazitelny i niezależny” historyk, Jan Grabowski, wsparty równie „nieskazitelną i niezależną” świtą z „Gazety Wyborczej”.

Roztwór historyczny

Na pozór sprawa wydaje się być nawet oczywista. Grzegorz Braun, zasłaniając się immunitetem posła, wparował na wykład historyka i w wyjątkowo brutalny sposób wyrwał mu mikrofon oraz zniszczył nagłośnienie, by uniemożliwić swobodne przedstawienie wyników badań naukowych.

Tyle tylko, że w zasadzie nic z tego nie jest prawdą. Lider KKP przecież zdaje sobie sprawę jak niewiele znaczy immunitet poselski, gdy idzie o walkę polityczną. Tu potrafią się nawzajem chronić np. posłowie KO z posłami PiS, ale innych to nie dotyczy.

Po drugie, Braun nie konspirował się w żaden sposób tylko z otwartą przyłbicą siadł w pierwszym rzędzie (a więc się nie „przedzierał” jak to za Grabowskim relacjonowały media). Mikrofonu też nie „wyrwał”, bo był on na stojaku, a „poszkodowanemu” włos z głowy nie spadł. Lubujący się w „weryfikowaniu informacji” ostatnio uparcie do swoich artykułów „dodają kontekst”, więc zróbmy to samo i w tym przypadku.

Po pierwsze, bo to naprawdę ma znaczenie, wykład miał się odbyć w Niemieckim Instytucie Historycznym, czyli działającej w Warszawie placówce, zajmującej się głoszeniem konkretnych narracji historycznych – jak się nietrudno domyślić – sprzyjających RFN. Wykładać zaś miał Jan Grabowski. Tytułowany „profesorem”, choć w Polsce posiadający uprawnienia doktora habilitowanego (taki zabieg ma zwiększyć u odbiorców autorytet). Mówić miał oczywiście o wynikach swoich „badań”, których główną tezą jest odpowiedzialność Polaków za holokaust. Efektem takich publikacji jest więc (moim zdaniem, wcale nie „mimowolnie”) przynajmniej częściowe zdejmowanie winy z Niemców, którzy w ten sposób konsekwentnie przesuwają się na linii zbrodniarz-ofiara w tym drugim kierunku.

Coraz częściej przecież słyszymy o „nazistach” zamiast Niemców, więc finalną wersją tego projektu będzie upowszechnione przekonanie, że oto w 1933 roku Niemcy dostali się pod okupację nazistów z Nazistowa, a po zajęciu terenów Rzeczypospolitej robili wszystko, by chronić Żydów przed polskimi antysemitami. Grabowski tworzy ku temu podatny grunt, pytanie jakimi metodami.

Zanim jednak przejdziemy do tych metod, które obrona Grzegorza Brauna sądowi przedstawiła, przyjrzyjmy się temu jakże subtelnemu przykładowi manipulacji stosowanej przez rządzące Polską stronnictwo kompradorów, które próbuje nam od dziecka narzucić wstyd, by utrzymywać nas jak najdalej od postulowania własnej suwerenności. Chodzi o „odpowiedzialność zbiorową”. Otóż ci sami ludzie, którzy w ciągu kilku ostatnich dni zaklinają Polaków, by nie oceniali Ukraińców przez pryzmat mordercy księdza w Jarosławiu, katują nas na każdym kroku rzekomą winą narodu polskiego za rozmiar ludobójstwa Żydów w latach okupacji niemieckiej. Czyli to nie tak, że jawią się nam jacyś obrońcy cywilizacji mówiący o autonomii jednostki, ale raczej naprzeciwko mamy całą korporację, której celem nadrzędnym jest wmówienie nam poczucia winy za coś, co stało się totalnie wbrew naszej woli i bez najmniejszego naszego udziału na poziomie decyzyjnym.

Operacja „wstyd”

Obrona Grzegorza Brauna na 92 stronicach dokumentu zebrała krytykę, jaka pojawiła się na przestrzeni lat wobec publikacji Grabowskiego. Sąd tego słuchać nie chciał. Nie chciał także, by „poszkodowany” odpowiadał na pytania dotyczące charakteru jego publikacji. Grabowski ma status świętego. Po to właśnie przyszedł Jarosław Kurski, do niedawna zastępca nadredaktora Adama Michnika (rodzony brat „tego” Kurskiego, jakby ktoś nie wiedział), po to też między demonstrantami przed sądem przechadzał się i prowokował Wojciech Czuchnowski, inny funkcjonariusz tego frontu. Może to miało wywierać dodatkową presję na sąd. W każdym razie efekt był taki, że na sali sądowej nie mogliśmy usłyszeć niczego o motywacji Brauna, a przecież to istotne, o czym jednak w następnej części tekstu.

We wspomnianych dokumencie, który być może zostanie także wydany jako publikacja, możemy zapoznać się z podsumowaniem krytyki prac Grabowskiego, autorstwa historyków, takich jak Piotr Gontarczyk, Bogdan Musiał, Tomasz Roguski. Nie są to moi bohaterowie, ale to tym lepiej, bo przynajmniej mogłem do tej lektury przystąpić z odpowiednim dystansem.

Nie sposób zreferować całej pozycji, ale pokażmy tylko co lepsze kwiatki, jakie tam się znajdują. Grabowski do swoich tez potrafi bardzo wybiórczo stosować zeznania świadków. Nawet wtedy, gdy świadek na pewnym etapie zmienia zeznania, powtarza cudze opowieści (czego Grabowski nie zaznaczy), ustalenia sprawy są przeciwne do zeznania, a gdy pojawiają się między nimi ewidentne sprzeczności, to urzędowy historyk oczywiście rozstrzyga je na korzyść tezy naczelnej. Dokładnie to samo jest ze źródłami. Jeżeli Grabowski ma „do wyboru” dwie liczby ofiar, to za obowiązującą uzna tę większą. By stworzyć wrażenie, że Polacy w jakiejś zbrodni mają większy udział niż „powszechnie uznany”, nasz wykładowca potrafi nawet zmienić kolejność zdarzeń. Nawet sama obecność ludzi narodowości polskiej w danym miejscu i danym czasie może posłużyć tezie o współsprawstwie w zbrodni, chociaż najprawdopodobniej wyniknęła z przymusu stosowanego przez okupanta.

No i chyba najważniejsze: Grabowski skrzętnie pomija właśnie ten kontekst, czyli charakter niemieckiej okupacji, będącej od samego początku nastawioną na zagładę mieszkańców Polski, nie tylko Żydów przecież. Tak hołubiony przez „Gazetę Wyborczą” „badacz” rozumie przecież doskonale, że działania Polaków w warunkach niemieckiego terroru były podyktowane najczęściej wolą okupanta, wymuszaną najsurowszymi karami, ze śmiercią włącznie. Grabowski to rozumie, więc o tym nie wspomina, dlatego mamy wręcz obowiązek podejrzewać jego złą wolę.

Ilość manipulacji, jakich dopuszcza się Grabowski w swoich „badaniach”, każe to ostatnie słowo brać w cudzysłów. A przecież to powinno być istotne dla rozstrzygnięcia sądu. Tymczasem organy sądowe Rzeczypospolitej starają się stworzyć wrażenie, jakoby nie miało to znaczenia w procesie. Oto wykład Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym ma być przecież chroniony od wszelkiej ingerencji w ramach „wolności słowa”. Tyle tylko, że autorytet naukowca zawierać w sobie musi także jego odpowiedzialność. Zwłaszcza, gdy mowa o państwowym mecenacie dla nauki, a o takim przypadku mowa. Grabowski nie mówił do grupy znajomych w prywatnej salce wykładowej, ale pod auspicjami Uniwersytetu Warszawskiego, który wydarzeniu udzielił własnego patronatu. I tu tkwi właśnie klucz do zrozumienia reakcji Brauna.

Ściganie ścigającego

Dopiero po takim naświetleniu całego zdarzenia możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy Grzegorz Braun w rzeczonej sytuacji nie znalazł się w „stanie wyższej konieczności” i czy odpowiednio na niego zareagował. Braunowi przy każdym odcinku tego serialu sądowego próbuje się zarzucić wyrządzenie jakichś szkód osobistych rzekomym poszkodowanym. Jagielska miała być „bezprawnie zatrzymana”, choć prawo ujęcia jest powszechnie znane i przysługuje każdemu. Nawet późniejsze uznanie braku odpowiedzialności karnej przez ujętego, czy np. niskiej szkodliwości czynu, nie implikuje odpowiedzialności ujmującego. Prawo zna bowiem art. 28 Kodeksu Karnego, który reguluje kwestię błędu co do znamion czynu zabronionego, czyli sytuacji, w której sprawca mylnie ocenia rzeczywistość w odniesieniu do elementów przestępstwa opisanych w ustawie. Problem polega jednak na tym, że w przypadku interwencji Brauna organy ścigania uporczywie zaniedbują własne obowiązki, a więc nie przeprowadzają nawet formalnego sprawdzenia działania ujętych przez niego osób.

Dzieje się nawet proces odwrotny. Sądzeni są ludzie za „publiczne pochwalanie przestępstwa” w odniesieniu do czynów Brauna, których nikt jeszcze prawomocnie za bezprawne nie uznał. Natalia Ruś ma już z tego tytułu wyrok, a Konradowi Rękasowi właśnie odwieszono postępowanie. Grzegorz Braun działa więc w warunkach, w których to państwo nie wypełnia swoich podstawowych funkcji. Czy jednak można go za to winić?

Chyba jednak wypadałoby zbadać, czy człowiek korzystający z zasobów obcego państwa (jakim jest Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie), głoszący być może (to powinny rozstrzygać wspomniane organy!) na zamówienie tezy godzące w dobre imię narodu polskiego, posługujący się w tym wypadku ewidentnymi manipulacjami, nie popełnia jednak przestępstwa określonego w art. 257 kk, który to artykuł zobowiązuje zresztą do reakcji właśnie państwo? I czy poseł podejmujący się w takim wypadku interwencji, powinien być sądzony w pierwszej kolejności, nawet gdy nie zostaje rozstrzygnięta kwestia pierwotna, która określony stan wytworzyła? Naprawdę powinniśmy skupić się na przechodniu, który zatrzymuje złodzieja czy czasem go zbyt mocno nie uszkodził, gdy złodziejowi państwo odpuszcza? Nie przesądzam o winie Grabowskiego, bo nie taka moja rola. Zauważam tylko niewspółmierną reakcję instytucji państwowych w odniesieniu do uczestników zdarzenia.

Wreszcie jednak pięknoduchy będą nam mówić o metodach. Że może Braun powinien tylko krzyczeć, a może po prostu napisać polemikę do tez Grabowskiego. To równie poważna propozycja jak te, które padały w czasach protestów ŚP. Andrzeja Leppera – „Niech rolnicy nie blokują dróg!”. No pewnie, niech w ramach protestu rzucą grabie na pole i stoją w nieskończoność. Otóż prawo do protestu nie jest pustym hasłem, a skoro istnieje, to musi z niego wynikać także prawo do podejmowania działań ponadnormatywnych, takich właśnie jak wysypywanie zatrutego zboża, czy przerwanie wykładu wraz z uniemożliwieniem jego prowadzenia. To wbrew pozorom są bardzo podobne sytuacje. Grabowski swoją działalność prowadzi ponad 20 lat. Jeżeli w tym czasie państwo zareagować nie potrafiło, to Braun ma prawo do właśnie takiej reakcji, która może przykuć czyjąś uwagę. I ten cel akurat został osiągnięty. Jak wielu ludzi nabrałoby się na tę pedagogikę wstydu wspieraną przez RFN, a kierowaną do narodu polskiego, gdyby nie interwencja Brauna? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale to powinien wziąć pod uwagę człowiek, który nosi łańcuch z polskim orłem na szyi.

Tomasz Jankowski

Bandycki atak w Jarosławiu to „efekt wojny Putina”!

Bandycki atak w Jarosławiu to „efekt wojny Putina”!

Eugeniusz Zinkiewicz

Po dramatycznym wydarzeniu, jakim był bandycki atak w wykonaniu Ukraińca Ihora M. w Opactwie Benedyktynek w Jarosławiu, pod koniec września 2026 roku, w trakcie którego nożownik ranił czterech mężczyzn i kobietę, poszkodowani trafili do szpitala.

Jedna z ranionych osób zmarła. Minister Marcin Bosacki, występując przed kamerami TVP i komentując to dramatyczne wydarzenie, spuentował je, twierdząc „to jest też efekt wojny wywołanej przez Putina”.

Wszystko wina Putina

„Jeśli prawdą jest to, że ten człowiek przyjechał do Polski po służbie w okopach przez jakiś czas, no to prawdopodobnie mamy do czynienia z tym, co wielokrotnie np. żołnierze amerykańscy mieli po powrocie z Iraku czy Afganistanu. Czyli zespół traumy pourazowej, po ogromnych stresach bycia na froncie, no człowiek traci kontrolę nad tym, co robi i to jest efekt tej wojny i musimy się do tego przygotować, bo takich ludzi wracających najpierw do Ukrainy, a potem pewnie wjeżdżających do Europy z doświadczeniem tym okropnym bycia na froncie czasem miesiącami albo latami będzie niestety coraz więcej. To jest też efekt wojny wywołanej przez Putina” – powiedział Bosacki.

PTSD

Zespół PTSD nie jest licencją na zabijanie. Amerykańscy weterani z Iraku i Afganistanu, do których minister Bosacki się odwołuje, po popełnieniu przestępstwa odpowiadali przed sądami. W USA z Departamentu Stanu nikt nie wychodził przed kamery z komunikatem „przygotujcie się, będzie ich więcej!”. Amerykanie nie obciążali też efektami PTSD swoich przeciwników politycznych. Zespół stresu pourazowego (PTSD) to zaburzenie psychiczne, które rozwija się po doświadczeniu lub obejrzeniu skrajnie traumatycznego wydarzenia, takiego jak wypadek, napaść, katastrofa czy działania wojenne. Wydarzenie to przekracza zdolności psychiki określonego człowieka do radzenia sobie ze stresem. Innymi słowy, zależne jest od indywidualnej odporności psychicznej danego człowieka. Ma charakter indywidualny. U jednego zespół PTSD się rozwinie, u drugiego – o silnej, zintegrowanej psychice – nie wystąpi.

Stres nie tłumaczy wszystkiego

Akurat tak się składa, że mój śp. Ojciec był żołnierzem frontowym. Był snajperem. Spóźnił się do Andersa. Służąc w Ludowym Wojsku Polskim, na własnych nogach przeszedł od Lenino do Berlina. Doskonale pamiętam jego zachowanie, jak próbował sobie radzić z traumatycznymi przeżyciami. Ojciec, oglądając film w TV o tematyce wojennej zmieniał się na moich oczach. Tężała mu twarz, szkliły się oczy. Po filmie wychodził z mieszkania, szedł do restauracji. Nad ranem wracał pijany. Nie miał ochoty nikogo zabijać. Siadał w kąciku, przy piecu na krześle i płakał….

Nie lubiłem mojego Ojca, ponieważ był oschły, smutny, pozbawiony poczucia humoru. Matka mówiła, że przed wojną był zupełnie kimś innym. Chodząc do szkoły, miałem kontakt z nauczycielami, którzy byli więźniami niemieckich obozów zagłady. Pamiętam, że byli to ludzie cisi, skromni, pełni pokory wobec cierpień innych ludzi. Miałem nauczycielkę obowiązkowego wówczas języka rosyjskiego, której udało się repatriować z sowieckiego gułagu do Polski. Była to osoba opanowana, bardzo ciepła w kontaktach z uczniami. Każda z tych osób miała za sobą traumatyczne przeżycia. Lecz żadna z nich nie szalała. Nie traciła kontaktu z rzeczywistością, nie traciła kontroli nad tym co robi.

Wołyń 2.0

W tym stanie rzeczy, wypowiedź wiceministra Marcina Bosackiego odbieram jako skrajnie nieodpowiedzialną. „Musimy się do tego przygotować, bo takich ludzi wracających najpierw do Ukrainy a potem pewnie wjeżdżających do Europy” – do czego musimy się przygotować, Szanowny Panie Ministrze? Do straumatyzowanych Ukraińców, którzy będą się zachowywali wobec nas jak Ihor M. w stosunku do bezbronnych ludzi na terenie opactwa w Jarosławiu przy ulicy Benedyktyńskiej. Co Pan sugeruje? Wołyń 2.0?

Eugeniusz Zinkiewicz

W Klubie Trzeciego Miejsca

W Klubie Trzeciego Miejsca

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  6 października 2026 michalkiewicz

Za pierwszej komuny Chińczycy formułowali pod adresem Ameryki tak zwane „poważne ostrzeżenia”. Kiedy ich liczba doszła do ponad 400, nie robiły już na nikim żadnego wrażenia, a jeśli już – to przede wszystkim humorystyczne. Dzisiaj Chiny – o ile mi wiadomo – nie formułują pod adresem Ameryki żadnych ostrzeżeń – ani „poważnych”, ani zwyczajnych. Przeciwnie – właśnie gdy to piszę, do USA wybiera się obecny chiński przywódca, by nie tylko wziąć udział w sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ale również – spotkać się z prezydentem Trumpem, który w związku z tym przerwał wypoczynek i zameldował się w Białym Domu.

Jakby tego było mało, Amerykanie „w trybie pilnym” odwołali też wizytę wicepremiera, ministra-ministrowicza, obywatela Kosiniaka-Kamysza Władysława, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra obrony. Miał on spotkać się z amerykańskim sekretarzem wojny Hegsethem, ale ten prawdopodobnie będzie towarzyszył prezydentu Trumpu w rozmowach z Xi Jinpingiem, więc minister-ministrowicz będzie musiał trochę poczekać. Poza tym pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby sekretarz Hegseth wcale się nie palił do pomysłu utworzenia w Polsce stałej bazy amerykańskiej. Utworzenie takiej bazy oznaczałoby kres obowiązywania amerykańsko-rosyjskich porozumień z Paryża z roku 1997.

Jak pamiętamy, Rosja nie wyraziła zastrzeżeń wobec planów przyjęcia państw Europy Środkowej do NATO, ale wcześniej Amerykanie porozumieli się z Moskwą co do „środków budowy zaufania”. Obejmowały one m.in. zobowiązanie, że zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, a na terytoriach państw nowo przyjętych do NATO nie będą zakładane stałe bazy Sojuszu. Dlatego dotychczas obecność wojsk amerykańskich w Polsce miała charakter „rotacyjny”: w Noc Świętojańską miały być w jednym miejscu, w Noc Walpurgii – w jakimś innym, a w Noc Sylwestrową – jeszcze gdzie indziej. Stała baza byłaby czymś nowym, a ponieważ nie wiadomo, co w sprawie Rosji postanowi prezydent Trump, to nic dziwnego, że w tej sytuacji również sekretarz Hegseth zachowuje wstrzemięźliwość i nie miałby do zakomunikowania ministru-ministrowiczu niczego konkretnego.

Ale zaczęliśmy od wspomnień o „poważnych ostrzeżeniach” chińskich nie bez kozery. Oto bowiem Agencja Moody’s, po raz pierwszy od 24 lat, obniżyła Polsce tzw. „rating” z drugiego na trzecie miejsce, uzasadniając ten krok narastającym lawinowo zadłużeniem państwa no i narastającymi kosztami obsługi długu publicznego, które podobno przekroczyły już 111 miliardów złotych rocznie. Jaka jest wysokość tego długu – tego dokładnie nie wiadomo, bo jeszcze za poprzedniego vaginetu obywatela Tuska Donalda, jego minister finansów, poddany brytyjski, pan Jacek „Vincent” Rostowski bodajże trzykrotnie zmieniał sposób naliczania długu publicznego, a poza tym, za firmowanych przez Naczelnika Państwa rządów „dobrej zmiany”, rozmaite wydatki rządowe finansowane były – podobnie jak i teraz – z funduszy pozabudżetowych. Na przykład Bank Gospodarstwa Krajowego emituje obligacje np. na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Ponieważ NBP nie może kupować obligacji bezpośrednio w Banku Gospodarstwa Krajowego, bo konstytucja zabrania finansowania deficytu budżetowego kredytem NBP, to najpierw obligacje wyemitowane przez BGK skupują banki komercyjne, a dopiero od nich, te obligacje skupuje NBP – ma się rozumieć – nie za darmo – i wszystko jest gites, tenteges.

Oczywiście gwarantem obligacji emitowanych przez BGK jest Skarb Państwa, a więc – w ostatecznym rachunku – nieświadomi niczego podatnicy, którzy tylko potem się dziwują, dlaczego wszystko tak drożeje. Ale na tym właśnie polega mechanizm sławnej „wrażliwości społecznej”, która jest tak upragniona przez liczne rzesze zadowolonych ze swego rozumu, postępowych obywateli, których w tej skłonności wspiera również znaczna część przewielebnego duchowieństwa, a dyskretnego wsparcia udziela całemu przedsięwzięciu lichwiarska międzynarodówka, do której trafiają miliardy z tytułu „obsługi” długu publicznego. Wszyscy zatem są zadowoleni, może z wyjątkiem tych obywateli, którzy już skapowali, na czym rzecz polega – ale kto by się tam liczył z ich zdaniem? Najwyżej pani red. Gozdyra ich ofuknie, że to „ruskie onuce”, sługusy Putina, z którymi sługusy Zełeńskiego nie mogą się pospolitować w jakichś dyskusjach, tylko pryncypialnie ich napiętnować z wysokości wieży z kości słoniowej, gdzie przebywają sławni redaktorowie. Nie po to bowiem zadaje ona pytania, by było przyjemnie, tylko przeciwnie – by było nieprzyjemnie – ale nie wszystkim, tylko „wrogom ludu”, no i sługusom Putina. Takim mówimy nasze stanowcze „NIE” – oczywiście do czasu, aż od Naszych Sojuszników dostaniemy rozkaz, by odtąd ćwierkać z innego klucza.

Więc chociaż agencja Moody’s zdegradowała „rating” Polski, spychając nasz i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwy kraj do „klubu trzeciego miejsca”, pan minister Andrzej Domański, podobnie jak obywatel Tusk Donald, który ostatnio zaczął nawet doznawać objawów, jakoby CIA przysyłała mu „raporty”, twierdzi, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „rośnie” i w ogóle – jest „stabilna”. Podobnie było również za Edwarda Gierka, a nawet lepiej, bo wtedy gospodarka polska znajdowała się nie na 20, tylko na 10 miejscu w świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło i gwoli opanowania sytuacji trzeba było wprowadzać stan wojenny. Jak zatem widzimy, wszystko dopiero przed nami – ale zanim nie padnie salwa, humory wszystkim, a już zwłaszcza – Naszym Umiłowanym Przywódcom, dopisują znakomicie, dzięki czemu są oni pełni wigoru i planów na przyszłość.

Ciekawe tedy, w jakiej straszliwej postaci objawią się następstwa wtrącenia Polski do „klubu trzeciego miejsca”, to znaczy – co powiedzą „inwestorzy”, których musimy się słuchać co najmniej tak samo, jak Naszych Sojuszników. Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, nakazała przekazać ukraińskim oligarchom ponad 6 mld euro, żeby nie stracili animuszu do wojny i nadal tolerowali, a może nawet – popierali – prezydenta Zełeńskiego, zatwierdzonego na naszą Duszeńkę. Zgodnie z ustawą o zasobach własnych UE, Reichsfuhrerin te miliardy tylko „pożycza”, natomiast spłacać je muszą już członkowskie bantustany – w proporcjach, jakie tam na poszczególny bantustan przypadają.

W tych warunkach musimy cieszyć się z tego, co jest – a jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – jak to w klubie trzeciego miejsca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Pasożyd. MEM-y IV.

———————————–

—————————————–

——————————————————————————————

————————–

———————-

————————–

———————————–

Radku, Mocarstwo atomowe nie da się sprowokować

Mocarstwo atomowe nie da się sprowokować

A dąży do tego usilnie minister spraw zagranicznych III RP Radosław Sikorski.

Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych III RP, należy do grona najbardziej zagorzałych europejskich podżegaczy wojennych nastawionych antyrosyjsko – wspierany przez swoją żonę Anne Applebaum, która publikuje teksty głównie w USA, na łamach ‚The Atlantic’. Przed wysuwanymi przez nich propozycjami politycznymi i militarnymi można jedynie ostrzegać!

W 1962 roku w USA ukazała się książka amerykańskiego analityka ds. bezpieczeństwa Hermana Kahna pt.„Thinking about the Unthinkable” („Myśleć o tym, co nie do pomyślenia”). W cieniu nadciągającego kryzysu kubańskiego i w okresie apogeum zimnej wojny pozycja ta niemal natychmiast stała się bestsellerem, gdyż zawierała rozważania autora na temat dotąd niewyobrażalny i moralnie nieakceptowalny: w jakich okolicznościach i na jakich warunkach mocarstwa atomowe mogą zostać wciągnięte w konflikt nuklearny oraz jakie błędy polityczne i strategiczne w polityce mocarstwowej mogą doprowadzić do wojny o katastrofalnych skutkach. Książkę niemal natychmiast przetłumaczono na wiele języków.

Od czasu publikacji tej książki minęło ponad sześćdziesiąt lat, a w myśleniu politycznym i strategicznym wiele się zmieniło. Mimo to pewne przemyślenia Kahna (które szczegółowo opisał jako kluczowy etap ‚drabiny eskalacji’) pozostają aktualne: jak zareagowałoby mocarstwo atomowe, gdyby przeciwnik dysponujący bronią jądrową zepchnął je do sytuacji, w której czułoby się poważnie ograniczone w podejmowaniu decyzji dotyczących własnej przyszłości? Do sytuacji, w której miałoby poczucie, że jego egzystencja jest poważnie zagrożona? Czy w takim przypadku nie sięgnęłoby po broń jądrową?

Wrzesień 2026 roku. W Kijowie odbywa się konferencja poświęcona bezpieczeństwu pod nazwą „Yalta European Strategy”, zorganizowana przez ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka. Głównym mówcą był Radosław Sikorski. Podobnie jak w przeszłości, wygłosił on niezwykle wojownicze i agresywne przemówienie. Oświadczył między innymi, że „gdyby Rosja zdecydowała się nas zaatakować, pokonalibyśmy ją bardzo szybko”; chwalił się, że „mamy nad Rosją ogromną przewagę w siłach powietrznych, nawet nie licząc sił amerykańskich”; groził, że „skoro Ukraina w ciągu sześciu miesięcy wyeliminowała z użytku połowę rosyjskich rafinerii, my wyeliminowalibyśmy drugą połowę w sześć tygodni”; wzywał też do działań polegających na „bombardowaniu rosyjskich zasobów, dzięki czemu wojna sama wygaśnie”. Sikorski nie omieszkał oczywiście wtrącić drwiącej uwagi, stwierdzając, że „pierwotne ambicje Putina, by odwrócić skutki rozpadu Związku Radzieckiego i… stworzyć swego rodzaju Jałtę numer dwa… okazują się niemożliwe do zrealizowania”.

Sikorski nie jest osobą prywatną. Nie jest on zwykłym mówcą, który utrzymuje się z podróżowania na dobrze płatne konferencje, gdzie otrzymywałby tym wyższe honoraria, im bardziej skandaliczne byłyby głoszone przez niego poglądy. Sikorski jest ministrem spraw zagranicznych państwa, które jest znaczącym członkiem NATO w Europie. Powtarzające się wypowiedzi, w których Sikorski podjudza Sojusz Północnoatlantycki przeciwko Rosji, są zatem niezrozumiałe i nieodpowiedzialne w ustach człowieka, którego zadaniem i misją powinno być poszukiwanie rozwiązań dyplomatycznych i pojednawczych.

I w tym miejscu wracam do punktu wyjścia mojego dzisiejszego tekstu oraz rozważań Hermana Kahna. Czy Sikorski naprawdę wierzy, że groźby wojny z Rosją i „zaganianie tego kraju w kozi róg”  nie mogą doprowadzić do fatalnej w skutkach eskalacji? Czy nie obawiamy się, że mocarstwo atomowe – upokarzane przez nieustannie eskalujące ‚pomysły’  i groźby wszystkich tych Sikorskich, Merzów, Macronów i Starmerów (których liczba na Zachodzie zatrważająco rośnie) – mogłoby zdecydować się na użycie tak niszczycielskiej broni? Kahn odpowiada na to jednoznacznie: użyłoby jej.

Stworzenie swego rodzaju „Jałty numer dwa”  jest dziś niemożliwe. Choćby dlatego, że mocarstwa, które pod koniec II wojny światowej zebrały się w Jałcie, albo już nie istnieją (ZSRR), albo znacząco straciły na międzynarodowym znaczeniu (Wielka Brytania), albo z trudem radzą sobie z własnym osłabieniem (USA) w obliczu rosnącej roli innych potęg. Przede wszystkim jednak dlatego, że dynamika geopolityczna przenosi się dziś w inne rejony świata. Straszenie przez Sikorskiego powrotem do układu jałtańskiego jest zatem całkowicie oderwane od rzeczywistości.

Bombastyczne wypowiedzi ministra spraw zagranicznych i groźby wojny, która miałaby zniszczyć Rosję, mogą wprawdzie zadowalać obecne władze Ukrainy (choć z pewnością nie zwykłych Ukraińców, którzy jako pierwsi ucierpieliby na takiej eskalacji napięcia) czy odpowiadać niektórym politykom w krajach bałtyckich – a może nawet niemieckiemu kanclerzowi Merzowi, dla którego polityka kreowania zewnętrznego wroga jest ostatnią szansą na ukrycie rozpaczliwej sytuacji w rządzonym przez niego kraju; wezwanie Sikorskiego do wojny jest też na rękę Ursuli von der Leyen, jeśli sądzić po jej zdumiewających słowach wygłoszonych kilka dni temu w orędziu o stanie Unii.

Ulrich Siegmund podczas wieczoru wyborczego AfD w Magdeburgu

Ulrich Siegmund podczas wieczoru wyborczego AfD w Magdeburgu. Viktor Orban skomentował: ‚Zapnijcie pasy – to dopiero początek’

Jednakże tym, kto wojny nie chce – co jest zrozumiałe – jest opinia publiczna w krajach europejskich. Ludzie słusznie przeczuwają, że to oni najbardziej ucierpieliby wskutek ewentualnych działań wojennych i dają wyraz swoim obawom. Najnowsze wyniki wyborów do parlamentów krajowych w trzech niemieckich landach stanowią swoisty raport nie tylko o tym, jak kończą się rządy szalejących Zielonych wspólnie z progresywistami i zwolennikami wielokulturowości, ale także o lękach i obawach zwykłych ludzi przed eskalacją wojny, która może łatwo wymknąć się spod kontroli i zakończyć katastrofą.

Współczesne europejskie elity polityczne – do których zalicza się również Sikorski – zdają się nie traktować zbyt poważnie obaw swoich obywateli. Niezdolność polityków do zrozumienia rzeczywistości aż nazbyt przypomina tragiczną historię, jakiej Europa doświadczyła w XX wieku. Wygląda na to, że po raz kolejny nie wyciągnięto z niej żadnych wniosków.

Eine Atommacht lässt sich nicht provozieren

globalbridge.ch/eine-atommacht-laesst-sich-nicht-provozieren

Napisał: Ivo Strejček

Opracował: Zygmunt Białas

Chicagowskie zmienne nastroje

Stanisław Michalkiewicz:

Chicagowskie zmienne nastroje

magnapolonia

Szerokokadłubowy dreamliner „Lotu” z Warszawy do Chicago leci najpierw w kierunku Poznania, ale nad Poznaniem bierze kurs na północny zachód i leci po loksodromie, to znaczy – po łuku, przecinającym wszystkie południki pod tym samym kątem. Tak samoloty latały i przed wojną, a świadectwem tego jest wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wówczas już żony lotnika Jasnorzewskiego, który służył w Dęblinie. „Skrzyżowały się drogi lotnika i kaczek. Zamęt powstał na ich loksodromie” – czytamy w wierszu.

Ale dreamlinery latają na wysokości znacznie większej, dokąd kaczki już nie docierają, więc w przypadku wspomnianego lotu do Chicago żadnego „zamętu” z kaczkami na loksodromie nie było.  Zatem za Szczecinem leciał już nad Bałtykiem w kierunku cieśnin duńskich, potem wyleciał nad Morze Północne, Szkocję zostawił po lewej stronie i w ten sposób znalazł się nad Morzem Norweskim. Przeleciał potem nad Islandią i nad południową częścią Grenlandii, a następnie, po godzinnym, a może trochę dłuższym locie nad Atlantykiem, dotarł nad Półwysep Labrador i kierował się w stronę Wielkich Jezior.

Nad jednym z nich, konkretnie – nad Jeziorem Michigan, leży Chicago. W ten sposób, po blisko 10 godzinach od wylotu z Warszawy, dotarliśmy do Chicago, które powitało nas deszczem.  Deszcz rzadko kiedy nastraja optymistycznie, więc i tym razem przystąpiły do nas czarne myśli tym bardziej, że przed odlotem przyjaciel zdążył nas poinformować, że politykowie z Volksdeutsche Partei, na szczęście nie wszyscy, ale niektórzy, już otwartym tekstem perorują o plusach dodatnich jeśli nie wojny z Rosją, to przynajmniej – stanu wojennego, dzięki któremu udałoby się uniknąć ryzyka wyborów.

Więc chociaż przyjaciel życzył nam tyle samo udanych startów, co lądowań, to jednocześnie zauważył, że może nie być już do czego wracać. Tak samo mówił starszy pan, Anglik, w swoim czasie, to znaczy – w czasie „zimnej wojny”, pilot bombowca Vulcan, przeznaczonego w RAF do uderzenia jądrowego na państwa Układu Warszawskiego. Każdy z tych bombowców miał zrzucić bomby jądrowe na wyznaczone cele, a potem wrócić do Anglii. – Nie byliśmy jednak pewni, czy będziemy mieli dokąd wrócić – wspominał po latach ów pilot.

„Mała, zwycięska wojna” bowiem wygląda korzystnie tylko  dopóty, dopóki nie wybuchnie – o czym przekonałby się rosyjski minister Plehwe, gdyby nie zginął w zamachu. On też uważał, że Rosji przydałaby się „mała, zwycięska wojna” i wojna rzeczywiście wybuchła, z Japonią, tylko że nie okazała się wcale zwycięska. Kiedy Japonia militarnie rozgromiła Rosję, z inicjatywy amerykańskiego prezydenta Teodora Roosevelta, Rosja  zawarła z Japonią pokój w Portsmouth, z którego w Warszawie naigrawano się, że jest to „pokój z japońskim obiciem”.

Tymczasem o wojnie z Rosją ćwierkają nie tylko wszystkie wróbelki drobniejszego płazu, ale również rozmaici europejscy urzędnikowie, a w tej sytuacji wszystko staje się możliwe. Jedyna nadzieja w tym, że rosyjski prezydent Putin, któremu od rana do wieczora wymyśla cały chór – nie powiem, że wujów, bo w tym chórze są też osoby wyglądające na zacne, które się tylko dostrajają do tych głupszych, bo wiadomo, że w kupie raźniej, bo kupy nikt nie ruszy – więc że rosyjski prezydent Putin jaki tam jest, to jest – ale że nie jest wariatem.

Myślę bowiem, że tylko wariat, po kilkuletnich doświadczeniach z wojną na Ukrainie, która jest dla Rosji tak samo trudna, jak dla Stanów Zjednoczonych wojna w Wietnamie, nie będzie otwierał sobie drugiego frontu. Jak pamiętamy, Ameryka w Wietnamie nie wojowała przecież z Wietnamem, bo z nim by sobie jakoś poradziła – ale z całym Układem Warszawskim i z Chinami na dodatek.

Jak wiemy, Ameryka tę wojnę przegrała, a ściślej – nie mogła jej wygrać – więc się w końcu zniechęciła, zostawiając wietnamskich sojuszników na pastwę losu. Rosja na Ukrainie prowadzi wojnę z całym Sojuszem Atlantyckim oraz innymi wasalami Stanów Zjednoczonych, więc nie ma co się dziwić, że jest to dla niej trudna wojna. Pewnie dlatego Książę-Małżonek, który uchodzi u nas za wyjątkowo tęgą głowę, publicznie ogłosił, że  NATO by Rosję pokonało, co niewątpliwie musiało zachęcić jegomościów znacznie od Księcia-Małżonka głupszych do propagandy wojennej.

Że taką uprawia Wielka Brytania, to ani nic nowego, ani nic dziwnego. Wielka Brytania, nawet gdy rzeczywiście była jeszcze wielka, chętnie wysuwała do walki narody głupsze, nie troszcząc się specjalnie o ich los, byle tylko konflikt odpowiadał jakimś brytyjskim interesom.

Podobnie jest z Niemcami, które od kwietnia tego roku pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, to znaczy – gotowe są za pośrednictwem Unii Europejskiej zmusić członkowskie bantustany, żeby ukraińskich oligarchów  futrowały i w ten sposób podsycały ich wojenny animusz – no a potem się zobaczy, czy z tej Ukrainy coś będzie, czy nie – bo jak nie, to zawsze będzie można ponownie nawrócić się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją.

Rozlanie się ukraińskiej wojny na państwa Europy Środkowej byłoby dla Ukrainy prawdziwym darem Niebios – czego prezydent Zełeński nigdy przecież nawet nie próbował ukrywać. Tyle, że wtedy ukraiński Sztab Generalny de facto musiałby przejąć dowodzenie niezwyciężonymi armiami, nie tylko mocarstw bałtyckich, ale również niezwyciężoną armią polską – bo chyba nikt nie ma złudzeń, że dowodzenie nią można by pozostawić tubylczym generałom.

   Na szczęście następnego ranka zapanowała w Chicago piękna, słoneczna pogoda, więc pogodnego nastroju nie była w stanie zmącić nawet wiadomość, że pan prezydent Karol Nawrocki właśnie podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, za pomocą której obywatel Tusk Donald próbował go szantażować groźbą  oskarżenia o maszerowanie na pasku koncernów ze szkodą dla interesów „Polaków”.

Ci prawda pan prezydent próbuje się obywatelu Tusku odgryzać, wytykając mu nieubłaganym palcem zadłużanie państwa i wpędzanie w ten sposób tubylczych obywateli w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki, ale na obywatelu Tusku takie rzeczy nie robią żadnego wrażenia, bo niby dlaczego miałyby robić, skoro pan prezydent informuje go o czymś, o czym on przecież nie może nie wiedzieć. Wygląda tedy, jakby pan prezydent po raz pierwszy cofnął się przed obywatelem Tuskiem.

Skoro raz się cofnął, to co będzie dalej? Czy będzie się cofał i cofał, aż zostanie wysadzony w powietrze „adwokackim” zamachem stanu, czy też poczeka, aż mu wyrośnie „wielka piącha” – jak to zrobił generał Jaruzelski? Ale z czego panu prezydentowi miałaby ta „wielka piącha” wyrosnąć?  Obawiam się, że ani on, ani nikt inny tego w ogóle nie wie, a skoro tak, to nic dziwnego, że obywatel Tusk może w takiej sytuacji podjąć próbę odzyskania inicjatywy strategicznej?

Kurwiszon. MEM-y III.

—————————

——————————–

——————————————-

————————–

——————————

———————————-

———————————–

[odp.: Gaza…]

——————-

————————

—————————

————–

Czy pętla zaciska się na niejakim Żurku?

Żurek o zaciskającej się pętli wokół Brauna. Sąd ubolewa, ale nie wzywa Żurka

4 października 2026

Grzegorz Braun: Wysoki Sądzie, mówiłem tutaj dzisiaj w odniesieniu do zeznań jednego ze świadków, że toczą się różne akcje równoległe i w ramach tej równoległości czytam, że przechodzący w sprawie w zeznaniach świadków, obecny minister niesprawiedliwości, Żurek mówi o mnie publicznie w dniu dzisiejszym:

Nie ma zmiłuj, pętla wokół tego człowieka zaciska się.

Ja wnoszę o wezwanie Waldemara Żurka na świadka w tej sprawie.

Dzisiaj ten człowiek ma władzę i dzisiaj ten człowiek prezentuje się w mediach jako sprawujący władztwo, pełniący rolę kierowniczą w jakichś zorganizowanych, jak rozumiem, działaniach, których celem jest zaciśnięcie się pętli.

(…) bo jeżeli minister mówi, że pętla zaciska się, to może wysoki sąd samemu o tym nie wiedząc podlega jakimś działaniom, ciśnieniom, nie daj Boże naciskom. Wnioskuję formalnie o zawezwanie Żurka przed Sąd.

Sędzia: Mogę powiedzieć się w ten sposób, że ubolewam nad tym, że minister, jeśli w kontekście tego postępowania formuje takie uwagi, to pozostaje mi tylko wyrazić ubolewanie nad tym oraz stanowisko, że jest to niedopuszczalne oraz ewentualnie mogę również zaapelować o niewypowiadanie takich uwag. Tym bardziej, że wypowiadanie opinii co do rozstrzygnięcia przed zapadnięciem wyroku w pierwszej instancji również ma swoje, zakaz czynienia tego ma swoje umocowanie w ustawie.

To jest to, co mogę zrobić. No i chyba tyle na ten temat po prostu. I zapewnić, że sąd jest na to odporny.

Grzegorz Braun: Bardzo dziękuję. Wyrażam z tego tytułu satysfakcję jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, ale chciałbym zwrócić uwagę na to, że jeśli sąd konstatuje, cytuję, niedopuszczalność tego typu wypowiedzi, to mamy sytuację,

w której coś niedopuszczalnego robi ktoś, kto w znacznej mierze dyktuje kryteria dopuszczalności lub niedopuszczalności w Rzeczpospolitej Polskiej.

A zatem mamy sytuację niebezpieczną dla porządku publicznego, dla wymiaru sprawiedliwości w całości i dla wszystkich obywateli.

Bo nikt nie jest bezpieczny i jeżeli wymiar sprawiedliwości jest pod kontrolą kogoś, to się wypowiada w sposób niedopuszczalny. I jak sąd zauważył, po prostu sprzeczny z normą prawa. Cytując naszego późnego wiersza…

“Zaiste wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”

Proszę wezwać Żurka i poddać go badaniom, czy to wariat, czy to cynik.

Feliks Koneczny. ODKRYŁ PRAWDĘ O UKRAINIE 100 LAT TEMU.

ODKRYŁ PRAWDĘ O UKRAINIE 100 LAT TEMU. DOKŁADNIE TO SIĘ TERAZ DZIEJE

ksiegarniamiles.pl/koneczny-feliks/o-ukrainie-i-ukraincach-wybor-tekstow-feliksa-konecznego

45.00 zł

| LESZEK ŻEBROWSKI ekspedytodkryl-prawde-o-ukrainie-100-lat-temu-dokladnie-to-sie-teraz-dzieje-leszek-zebrowski

Jak to u nas – momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi

Sceny myśliwskie

Stanisław Michalkiewicz; „Goniec” (Toronto)  •  4 października 2026 michalkiewicz

Jak już wielokrotnie pisałem, obywatel Tusk Donald i – jak się okazuje – Główny Łowczy Rze… – ach co ja takiego piszę!? Jakiej tam znowu „Rzeszy”? Nie żadnej „Rzeszy”, a co najwyżej – Generalnej Guberni – czyli obywatel Żurek Waldemar, dla zmylenia zwierzyny mający w vaginecie obywatela Tuska fuchę „ministra sprawiedliwości”, jeszcze przed nadejściem kalendarzowej jesieni, otworzyli w naszym nieszczęśliwym kraju sezon łowiecki. Nie chodzi przy tym o dziki, które tak się rozdokazywały, że w biały dzień terroryzują mieszkańców Warszawy, tylko o otoczenie pana prezydenta Karola Nawrockiego oraz współpracowników prezesa Trybunału Konstytucyjnego, pana Bogdana Święczkowskiego.

Taktyka jest taka, żeby krok po kroku, pod różnymi pretekstami, wyaresztować wszystkich współpracowników, zarówno pana prezydenta, jak i pana prezesa, a potem – jak to publicznie wyjaśnił obywatel Żurek Waldemar – „dobrać się” do nich samych. Pan prezydent na razie nie skomentował tej łowieckiej inicjatywy, natomiast pan prezes Święczkowski wyjaśnił w telewizji, że nie jest sodomczykiem, w związku z czym zapowiedź „dobierania się” do niego jakiegoś mężczyzny, zwłaszcza obywatela Żurka Waldemara, wcale mu się nie podoba. I słuszna jego racja, bo rzeczywiście – obywatel Żurek sprawia wrażenie jakiegoś osobnika z „Atlasu Typów Przestępczych” Cezarego Lombroso, zwłaszcza, gdy się nie ogoli.

Ale nie jest to jedyne łowieckie przedsięwzięcie obywateli Tuska i Żurka, chociaż pod względem ciężaru gatunkowego – oczywiście najważniejsze. Są jeszcze inne odcinki na których – jak to u nas – momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi. Oto nasz Kukuniek, w którym Judenrat, kiedyś przedstawiający go jako wariata z siekierkami – na tym etapie upodobał sobie w charakterze jasnego idola. Niestety na jasnym idolu brzydkim cieniem kładły się podejrzenia o tajną współpracę z SB za pierwszej komuny, które odżyły ze zdwojoną siłą zwłaszcza po przekazaniu przez panią Kiszczakową do IPN dokumentów dotyczących Kukuńka, nad którymi osobiście czuwał generał Kiszczak.

Tedy nie było rady; trzeba było zaaplikować Kukuńkowi kurację przeczyszczającą, której podjął się pan prokurator Wojciech Sitek z warszawskiej prokuratury. Nie wdając się w żadne ceregiele, „umorzył” śledztwo w sprawie fałszywych zeznań Kukuńka na temat tych kwitów, dzięki czemu Kukuniek w jednej chwili stał się bielszy od śniegu, jakby czyjaś Niewidzialna Ręka skropiła go hyzopem. Nie to jednak stanowi element komiczny, bo to tylko potwierdza, iż niezależna prokuratura zdolna jest do wszystkiego.

Element komiczny pojawia się w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu. Otóż okazało się, że Kukuniek popadł we „wtórny analfabetyzm”, wskutek czego pojawiły się wątpliwości, czy własnoręcznie pisał donosy i podpisywał pokwitowania, skoro zapomniał sztuki pisania? Co ciekawsze – sam Kukuniek chętnie się z tą diagnozą zgadza, a w tej sytuacji nie ma rady – musimy przyjąć, że miał wyjątkowe szczęście w totolotka, bo kiedy tylko potrzebował forsy, to zawsze wygrywał. Jużci – z dwojga złego już lepszy „wtórny analfabetyzm”, niż tajna współpraca z bezpieką.

W ogóle wypada odnotować wzmożoną aktywność Judenratu w tym sezonie łowieckim. Nie dość, że bierze on udział prawie w każdej nagonce, ale w dodatku, na marginesie wspominków pana red. Michnika ze szczęśliwego dzieciństwa, Judenratowcy przypomnieli sobie o taktyce UB-owców podczas procesów w czasach stalinowskich. Polegała ona na tym, że na sali sądowej rozsiadali się ubowcy, hipnotyzując świadków, oskarżonych, a nawet – niezawisłych sędziów, chociaż ci i bez tego przecież powinność swojej służby rozumieją.

Toteż kiedy rozpoczęła się kolejna odsłona procesu Grzegorza Brauna – tym razem z powodu uszkodzenia mikrofonu panu prof. Grabowskiemu, co przeszkodziło mu w kontynuowaniu oskarżania Polaków, że wymordowali „co najmniej 200 tysięcy” Żydów – na sali sądowej zasiadła liczna delegacja Judenratu. Na ten widok niezawisły sędzia Marcin Brzostko, który wcześniej nawet czasami wielkodusznie dopuszczał Grzegorza Brauna do głosu, tym razem zachował się na poziomie, niczym pani sędzia Maria Gurowska (nee Sand) na procesie generała Emila Fieldorfa i uchylał wszystkie pytania jego obrońców i jego samego, aż w końcu wyrzucił go z sali, pod pretekstem, że jego wypowiedzi jeszcze pogłębiają traumę pana profesora Grabowskiego, który wtedy tak się przejął, że według krążących na mieście fałszywych pogłosek, do dziś moczy się w nocy. Okazuje się, że taktyki wypracowane w czasach stalinowskich znakomicie sprawdzają się również na etapie przywracania w naszym nieszczęśliwym kraju socjalistycznej praworządności.

Ale to jeszcze nic w porównaniu ze scenami myśliwskimi, jakie rozegrały się w Jarosławiu, w tamtejszym opactwie przewielebnych Panien Benedyktynek. Ale incipiam. Oto z Niemiec w kierunku przejścia granicznego z Ukrainą w Korczowej, jechał samochodem, podejrzewam, że skradzionym, niejaki Igor M. Podejrzewam, że skradzionym, bo nie miał polisy ubezpieczeniowej. Toteż na przejściu w Korczowej pod tym pretekstem celnikowie zaraz mu ten samochód „skonfiskowali”. Słowem – „grab nagrabliennoje!” W tej sytuacji Igor M. autostopem podjechał do Jarosławia, gdzie pomaszerował do opactwa, w którym nawet i dzisiaj przebywają jacyś ukraińscy „uchodźcy”, a kiedyś były ich tam całe chmary.

Ponieważ przebywający tam księża nie dość skwapliwie wypełniali wobec niego obowiązki „sług narodu ukraińskiego”, chwycił za nóż i jednego zariezał od razu na śmierć, dwóch poważnie podźgał, a jednego dźgnął powierzchownie. Ponieważ został schwytany, zorientował się, że nie ma innej rady, jak tylko zacząć świrować. Zdaje się, że robi to z wprawą, toteż wracze z jarosławskiego psychiatryka co prawda nie zdiagnozowali u niego „schizofrenii bezobjawowej”, tylko jakieś głębokie „psychozy” – ale tak czy owak przesłuchiwać go w tym stanie nie można.

Inna sprawa, że też nie mieli wyjścia, bo natychmiast po incydencie w jarosławskim opactwie pan red. Tomasz Terlikowski, będący kimś w rodzaju pełnomocnika Judenratu na odcinku kościelnym, natychmiast surowo przykazał biskupom, by profilaktycznie przeciwstawili się wszelkim obawom „nienawiści”. Jak bowiem wiadomo, na obecnym etapie nienawiść, nawet ta „klasowa”, ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

W tej sytuacji również personel tamtejszego psychiatryka przyjął postawę wyczekującą – może w nadziei, że Igor M. szczęśliwie ucieknie i w ten sposób wybawi ich z kłopotu – no bo nie wyobrażam sobie, żeby umarł w tym szpitalu jako symulant. Żeby jednak pozorom stało się zadość, w Jarosławiu odbył się „marsz milczenia”, zorganizowany „przeciw przemocy”. Ponieważ podczas marszu obowiązywało milczenie, to nie wiadomo, przeciwko czyjej przemocy maszerowano, ani – co z tego ma wynikać. I o to właśnie chodzi.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Cztery kolory kartek na mięso armatnie. MEM-y I.

——————–

———————————————

—————————–

————-

————————

———————-

—————————————-

—————————–

———————————-

——————————

——————————

————————–

——————————-