Niemcy ogłaszają, że będą odsyłać osoby ubiegające się o azyl na swoich granicach w ramach „ofensywy repatriacyjnej”

Daily Mail 12 kwietnia 2025 r.: Niemcy ogłaszają, że będą odsyłać osoby ubiegające się o azyl na swoich granicach w ramach „ofensywy repatriacyjnej”

Po raz pierwszy w historii antyimigracyjna partia AfD zajmuje pierwsze miejsce w sondażach opinii publicznej w kraju

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 14
Niemiecki rząd koalicyjny: (LR) premier Bawarii Markus Soeder, przewodniczący partii i frakcji Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) Friedrich Merz, współprzewodniczący Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) Lars Klingbeil i współprzewodnicząca SPD Saskia Esken

Przyszły rząd Niemiec złożony z konserwatystów i centrolewicowych socjaldemokratów uzgodnił szereg środków mających na celu ograniczenie nielegalnej migracji, w tym odmowę wjazdu osobom ubiegającym się o azyl, umożliwienie deportacji do Syrii i zawieszenie łączenia rodzin.

Jak czytamy w dokumencie, osobom ubiegającym się o azyl odmawiać się będzie wjazdu na wszystkich granicach Niemiec , a polityka „turbo-naturalizacji” – umożliwiająca niektórym imigrantom uzyskanie obywatelstwa już po trzech latach pobytu – zostanie zniesiona.

Partie chcą zawiesić na dwa lata program łączenia rodzin dla osób posiadających tzw. status ochrony uzupełniającej i zakończyć wszystkie federalne programy przyjmowania uchodźców.

Zgodnie z dokumentem umowy koalicyjnej rząd koalicyjny, na którego czele stanie przyszły kanclerz Friedrich Merz z konserwatywnego bloku CDU/CSU, rozpocznie także deportacje migrantów do Syrii i Afganistanu .

W porozumieniu stwierdzono, że program deportacji rozpocznie się od usuwania przestępców i osób potencjalnie niebezpiecznych.

Proponowane represje są konsekwencją zaciętej rywalizacji wyborczej , w której migracja była kluczowym tematem ze względu na wzrost znaczenia skrajnej prawicy i kilka głośnych ataków migrantów.

Wczoraj konserwatywny blok CDU/CSU Merza zawarł koalicję z socjaldemokratami (SPD), a skrajnie prawicowa partia AfD po raz pierwszy w historii zajęła pierwsze miejsce w dużym sondażu, co jest oznaką rosnącego niezadowolenia z głównych partii.

Według sondażu Instytutu Ipsos, poparcie dla CDU/CSU, która wygrała wybory 23 lutego, spadło o pięć punktów procentowych do 24%, podczas gdy Alternatywa dla Niemiec (AfD) zyskała trzy punkty procentowe i osiągnęła 25%.

AfD zajęła drugie miejsce w wyborach, co jest najlepszym wynikiem partii „skrajnie prawicowej” od czasów II wojny światowej.

Jego silne poparcie w sondażach jest porażką konserwatywnego sojuszu Merza, który chciał odzyskać wyborców od partii.

Sondaż Ipsos wykazał, że poparcie dla Socjaldemokratów (SPD) ustępującego kanclerza Olafa Scholza pozostało na niezmienionym poziomie 15%.

Liderka AfD Alice Weidel pochwaliła przełom swojej partii w sondażach w poście na X. „Ludzie chcą zmian politycznych, a nie «zwykłej» koalicji CDU/CSU i SPD” – napisała.

Na razie jednak AfD została odsunięta od władzy przez te partie.

Merz i jego nowy rząd najprawdopodobniej obejmą władzę na początku maja, a porozumienie między jego konserwatystami a SPD będzie zwieńczeniem tygodniowych targów między tymi dwiema grupami.

Oprócz twardego stanowiska w sprawie migracji, koalicja ma na celu ożywienie wzrostu w największej gospodarce Europy w momencie, gdy prezydent USA Donald Trump wydaje się być gotowy do wywołania globalnej wojny handlowej.

Podczas konferencji prasowej z partnerami koalicyjnymi Merz skierował wiadomość do Białego Domu w języku angielskim.

„Kluczowym przesłaniem dla Donalda Trumpa jest to, że Niemcy wracają na właściwe tory” – powiedział, obiecując zwiększenie wydatków na obronę i poprawę konkurencyjności gospodarki.

Wojna celna czy koniec globalizacji?

Wojna celna czy koniec globalizacji?

Data: 13 aprile 2025Author: Uczta Baltazara INFO: https://italiaeilmondo.com/2025/04/12/guerra-dei-dazi-di-michele-rallo/

Co się dzieje?Krach na rynkach?Recesja?Planetarna wojna handlowa?

Pomijając aroganckie zachowania Donalda Trumpa, propagandową buńczuczność i wreszcie niewłaściwą politykę komunikacyjną, odpowiedź brzmi NIE. Całkiem zwyczajnie, mamy do czynienia ze zmianą kierunku – radykalną, ekstremalną, o 180 stopni – amerykańskiej polityki gospodarczej oraz spazmatyczną reakcją przegrywających: przede wszystkim w samych Stanach Zjednoczonych, a następnie w reszcie świata.

Kim są przegrywający?Są nimi tzw. „rynki”, lub raczej duże międzynarodowe korporacje, które zdominowały rynki i które za rynkami się kamuflują i ukrywają. To przede wszystkim one zostaną ukarane przez cła Trumpa, ponieważ od tej pory nie będą mogły już więcej oddawać się swojej ulubionej zabawie: „delokalizacji”, czyli produkowaniu w Chinach lub krajach Trzeciego Świata przy śmiesznie niskich kosztach, a następnie sprzedawaniu gotowych produktów na rynku amerykańskim po cenach niebotycznie wyśrubowanych – nie tylko osiągając oszałamiające zyski, ale także powodując efekt uboczny w postaci powalania małych firm na kolana, nie będących w stanie konkurować z „chińskimi” kosztami produkcji.

Kiedy gazety i serwisy informacyjne mówią nam, że w tym i tym dniu biliony dolarów wyparowały z giełd, nie jest to wcale prawdą, ponieważ pieniądze nie „parują”, nie znikają, nie ulegają zniszczeniu. Zmieniają tylko właściciela. To, co ktoś traci, ktoś inny zyskuje. W szczególności, to głównie duże międzynarodowe korporacje z nałogiem relokacji straciły pieniądze poprzez deprecjację ich akcji. Pieniądze te zostały jednak w tym samym czasie pozyskane przez kogoś innego, na przykład poprzez zakup tychże samych akcji po korzystnych, a niekiedy bardzo korzystnych cenach, z konkretnymi perspektywami przyszłych (i znacznych) zysków. W grze rynków, „czarny dzień” dla kogoś prawie zawsze odpowiada „pomyślnemu dniu” dla kogoś innego.

Abstrahując jednak od kwestii niewyparowanych miliardów, to, co zapoczątkował Trump, jest zmianą o gigantycznych proporcjach, z pewnością pozytywną, ogromnie pozytywną. Naturalnie patrząc perspektywicznie, z zastrzeżeniem nieuniknionych negatywnych reperkusji krótkoterminowych. Podobnie, pozytywne tego skutki mogą być również w Europie, jeśli i w Europie, zamiast funkcjonować jak pudło rezonansowe dla żalów „rynków”, znajdzie się odwagę, by dokonać radykalnej zmiany kursu; jeszcze lepiej, jeśli zrezygnuje się z niektórych idiotycznych „reform” i powróci do współpracy gospodarczej z Rosją.

Ale na czym, poza środkami warunkowymi, polega zmiana Trumpa? – Krótko mówiąc, na odrzuceniu globalizacji i powrocie do starego i wypróbowanego protekcjonizmu. Oznacza to wyrzucenie za burtę całej amerykańskiej historii XX wieku i pierwszych dekad XXI wieku i powrót do głębokiej Ameryki XIX wieku, z (rosnącym) bogactwem, które rozlewało się na ludzi, a nie było zarezerwowane wyłącznie dla wielkiego kapitału spekulacyjnego, jak stało się później za sprawą globalizacji.

To wielki anglosaski kapitał spekulacyjny – co więcej, z siedzibą w Londynie, a nie w Waszyngtonie – doprowadził do końca amerykańskiego protekcjonizmu; a także do ustanowienia polityki „wolności handlu”, która zubożyła naród amerykański i wzbogaciła wielkie międzynarodowe korporacje oraz wielki kapitał. I to zawsze w imię „wolności handlu” Ameryka podjęła dwie wojny światowe, oraz kolejne, które po nich nastąpiły (ostatnio tę zakamuflowaną jako wojna rosyjsko-ukraińska) pod – kłamliwym – pretekstem chęci eksportu anglosaskiej demokracji do wszystkich zakątków globu ziemskiego.

Pamiętacie „Czternaście Punktów” https://en.wikipedia.org/wiki/Fourteen_Points, za pomocą których prezydent Wilson podyktował zasady, jakim miał podlegać świat po pierwszej wojnie światowej? – W szczególności, trzeci z owych punktów, który stwierdza: „Zniesienie, w największym możliwym stopniu, wszelkich barier gospodarczych i ustanowienie równych warunków handlu dla wszystkich narodów, które zgadzają się na pokój i stowarzyszają się w celu jego utrzymania.”  Był to manifest globalizacji ante litteramwytrych, który miał pozwolić anglo-amerykańskiej finansjerze na inwazję na świat za pomocą jej „handlowych” oraz finansowych machinacji. I nie dla dobra narodu amerykańskiego, ale dla własnego zysku, to znaczy dla zysku owego bardzo wąskiego kręgu macherów i spekulantów, którzy za sznurki światowego „handlu” pociągali tak wczoraj, jak i dziś.

Oczywiście, na krótką metę trudno jest ogarnąć skalę protekcjonistycznej rewolucji, która stawia właśnie pierwsze kroki. To, co się wyłania, to „wojna celna” z jej bezpośrednimi konsekwencjami dla gospodarek innych krajów. Aż do momentu, gdy inne kraje – poczynając od naszego własnego – zdadzą sobie sprawę, że powrót do protekcjonizmu z pewnością byłby dobry także dla nich. Że dobrze i słusznie byłoby przekazać owoce rozwoju gospodarczego własnym społeczeństwom, a nie pozwalać na to, by korzystali z nich znani potentaci należący do korporacji międzynarodowych oraz finansjery.

Przypominam, że taryfy celne istniały zawsze: jako instrument ochrony produkcji gospodarczej państw (dawniej także poszczególnych gmin) przed konkurencją ze strony innych krajów. Były instrumentem obrony interesów narodowych. Ich stopniowe osłabianie szło w parze z osłabianiem obrony interesów narodowych, na rzecz bardzo wąskiego kręgu macherów hiperkapitalizmu pasożytniczego.

Dlatego racjonalna rewaloryzacja ceł, ze szkodą dla wysokiej finansjery, będzie mile widziana, pod warunkiem, że taka rewaloryzacja nie będzie dotyczyć tylko jednego kraju. Pod warunkiem, że – żeby wszystko było jasne – zamiast szukać nierealistycznej „zemsty”, która połaskotałaby tylko Stany Zjednoczone, zaczniemy dążyć do powrotu do protekcjonizmu również w naszym kraju, po to, by chronić naszą produkcję, naszą gospodarkę, nasze interesy. Także za cenę niezadowolenia »rynków« oraz banków „inwestycyjnych”.

INFO: https://italiaeilmondo.com/2025/04/12/guerra-dei-dazi-di-michele-rallo/

Mieszko I autentycznie uwierzył Ewangelii. I diametralnie odmienił życie własne i całego narodu

14 kwietnia 2022

Mieszko I autentycznie uwierzył Ewangelii. I diametralnie odmienił życie własne i całego narodu

https://pch24.pl/mieszko-i-autentycznie-uwierzyl-ewangelii-i-diametralnie-odmienil-zycie-wlasne-i-calego-narodu

(Jan Matejko, Public domain, via Wikimedia Commons)

Mieszko I autentycznie uwierzył Ewangelii i diametralnie odmienił nie tylko własne życie, ale i życie całego narodu, którego fundamenty położył pod całe tysiąclecie – mówi profesor Krzysztof Ożóg, kierownik Zakładu Historii Polski Średniowiecznej w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektor Archiwum UJ, w rozmowie z Jaromirem Palką.

Mieszko I – Jan Matejko

Rozmowa pierwotnie ukazała się w magazynie „Polonia Christiana”, numer 48, styczeń-luty 2016

Polska otrzymała chrzest w wieku niemowlęcym, zaraz po urodzeniu – czy zdaniem Pana Profesora taka analogia jest uprawniona?

Państwo polskie stworzył Siemomysł, ojciec Mieszka I. Jego początek jest doskonale uchwytny poprzez źródła archeologiczne. Metodą dendrochronologiczną możemy bowiem z dużą precyzją określić datę ścięcia dębów, których pni użyto do budowy grodów stanowiących podstawę państwa wczesnopiastowskiego. I co się okazuje? W głównych grodach tegoż państwa – Poznaniu, Gnieźnie, Ostrowie Lednickim, Grzybowie, Gieczu, Moraczewie, Bninie i szeregu pomniejszych – dęby te ścięto w latach 920–940.

Przed rokiem 920 mamy do czynienia z małymi gródkami o charakterze plemiennym, typowym dla społeczności organizacyjnie rozproszonej. A potem nagle w ciągu krótkiego czasu wyrasta kilka wielkich grodów – co oznacza, że wówczas właśnie zostały stworzone podstawy państwa, i najpewniej stało się to za panowania Siemomysła, czyli wyprzedziło chrzest o zaledwie jedno pokolenie.

Chrzest Polski nastąpił niecałe jedno pokolenie od momentu rozpoczęcia budowy organizacji państwowej. Dla porównania, na Rusi tworzenie państwa zaczęło się około roku 862, a jego chrzest odbył się dopiero po ponad stu latach, za panowania Włodzimierza Wielkiego, w roku 987. Oba wydarzenia dzieli więc z górą wiek, gdy tymczasem w przypadku państwa piastowskiego przyjęcie chrześcijaństwa nastąpiło niemal natychmiast po jego utworzeniu. Dlatego uprawniona jest teza, iż chrześcijaństwo leży u początków budowy państwa polskiego.

Trochę też zdumiewa łatwość, z jaką się to dokonało.

Polski językoznawca, profesor Leszek Moszyński, w książce zatytułowanej Die vorchristliche Religion der Slaven im Lichte der slavischen Sprachwissenschaft (Przedchrześcijańskie wierzenia Słowian w świetle językoznawstwa słowiańskiego) zauważył – co zresztą podkreślał także inny wybitny językoznawca, profesor Stanisław Urbańczyk – że Słowianie mieli w swym języku pojęcie jednego świętego Boga. Oczywiście, w religii Słowian roiło się od różnego rodzaju pogańskich duchów, jednak takie właśnie pojęcie – świętego Boga – silnie funkcjonowało w ich umysłach i religijnym przeczuciu.

Moszyński dostrzegał w tych przedchrześcijańskich wierzeniach niejako naturalne podłoże dla szybkiego przyjęcia chrześcijaństwa. Niemniej nie należy zapominać, że ugruntowanie chrześcijaństwa w państwie pierwszych Piastów było procesem długim i żmudnym.

Jakie korzyści przyniósł chrzest Polski zarówno samemu Mieszkowi I, jak i państwu polskiemu?

Przede wszystkim korzyści duchowe dla ochrzczonych, wynikające z faktu przyjęcia przez nich wiary chrześcijańskiej. Sam Mieszko wstąpił na drogę ku osobistemu zbawieniu i wprowadził na nią, poprzez zaszczepienie wiary chrześcijańskiej w swoim państwie, również swych poddanych. Społeczeństwo Polan weszło na drogę, którą wyznacza wiara w Jezusa Chrystusa Zbawiciela – wiara, która jako jedyna prowadzi do zbawienia.

Ponadto należy tutaj wskazać cały szereg korzyści natury cywilizacyjnej. Chrzest był wejściem w świat cywilizowany i Mieszko doskonale wiedział, czego może się spodziewać po wkroczeniu w ten świat – związany przede wszystkim z cesarstwem, z kulturą niewątpliwie atrakcyjną dla świata słowiańskiego, choćby przez samą organizację sfery polityczno‑społecznej. Atrakcyjny był każdy materialny aspekt tej cywilizacji – wszystko, co Mieszko i jego ludzie, podróżując do cesarstwa czy do leżących w jego obrębie Czech, mogli widzieć i podziwiać.

Bo niewątpliwie podziwiali wielką, murowaną architekturę, zarówno rezydencji monarszych, chociażby rezydencji Ottona I Wielkiego, jak i wielkich świątyń. Mogli podziwiać cały sposób funkcjonowania społeczeństwa i poziom jego życia.

Wreszcie, przyjęcie chrześcijaństwa dawało Mieszkowi korzyści natury politycznej. Było to przecież wejście w krąg wielkiej polityki światowej. Bez wątpienia atrakcyjna była dla Mieszka sama organizacja władzy cesarskiej i cesarskiego dworu, stąd również musiał czerpać impulsy do lepszego urządzenia wewnętrznego własnej monarchii.

Jak widać, korzyści były liczne i mocno ze sobą powiązane. Mieszko mógł, oczywiście, pozostać przy pogaństwie i w kręgu tradycyjnej kultury, ale zrobił niezwykle odważny krok ku zmianie nie tylko wiary, ale także ku powolnej przemianie obyczajów. Przez cały okres swojego panowania po roku 966 z ogromnym zaangażowaniem wspierał budowanie struktur Kościoła i podstaw chrześcijaństwa na ziemiach polskich.

Czy Mieszko był człowiekiem wiary? Czy polityczne motywy przyjęcia chrześcijaństwa wykluczały prawdziwe nawrócenie? Co możemy na ten temat wyczytać w źródłach?

Moim zdaniem Mieszko był człowiekiem autentycznie wierzącym. Mamy na ten temat wyraźne przesłanki źródłowe, które pozwalają na stwierdzenie, że nie przyjął on chrztu tylko formalnie, wyłącznie dla pozoru i korzyści politycznej – po to, aby wobec świata zewnętrznego uchodzić za władcę chrześcijańskiego – a jego serce pozostało przy starej wierze.

Wręcz przeciwnie. Istnieją namacalne ślady, że Mieszko autentycznie uwierzył. Biskup merseburski Thietmar, piszący swą kronikę za panowania Bolesława Chrobrego, bardzo wyraźnie stwierdza, że Mieszko się nawrócił, uwierzył i przyjął chrzest za sprawą Dobrawy, która długo pracowała nad jego osobistym nawróceniem. Z kolei Gall Anonim pisze, że Dobrawa nie podzieliła z Mieszkiem łoża małżeńskiego, dopóki nie przyjął on wiary chrześcijańskiej. Oto dwa zbieżne świadectwa z epoki.

Ale to nie wszystko. To, że Mieszko prawdziwie uwierzył, możemy zobaczyć poprzez owoce jego dalszego panowania, kiedy z osobistym zaangażowaniem przyczyniał się do krzewienia chrześcijaństwa. Mieszko sprowadzał i bardzo konsekwentnie duchownych, wznosił i wyposażał świątynie w głównych grodach – i to był klucz chrystianizacji.

Zaledwie dwa lata po chrzcie Mieszko zdołał się wystarać o biskupstwo dla swojego władztwa, i to biskupstwo bezpośrednio zależne od Stolicy Apostolskiej (pierwszy polski biskup – Jordan – został wyświęcony w Rzymie).

Zauważmy tu, że Przemyślidzi w Czechach uzyskali własne biskupstwo później niż Mieszko, bo dopiero w roku 974. A przecież pierwszym ochrzczonym księciem czeskim był Borzywój, który przyjął chrzest z ręki świętego Metodego, czyli przed rokiem 885. Chociaż więc Czechy były bardziej zależne od cesarstwa, wcale nie przyspieszyło to otrzymania biskupstwa!

Kolejnym faktem, świadczącym o szczerości intencji Mieszka, było związanie jego państwa ze Stolicą Apostolską, która nie miała wówczas żadnego znaczenia politycznego, żadnej mocy oddziaływania na stosunki polskie czy dynastyczne – taki czyn nie mieścił się więc w żadnej politycznej rachubie. Jedyną władzą uniwersalną, która dominowała w sensie politycznymi i cywilizacyjnym było cesarstwo. Związanie się księcia Mieszka ze Stolicą Apostolską świadczy więc o jego wewnętrznym zaangażowaniu, a nie tylko formalnym przyjęciu chrztu.

A czy istnieje jakiś bardziej osobisty na to dowód, jakieś świadectwo dotyczące bądź to jego własnej osoby, bądź też jego bliskich?

Takim świadectwem może być, na przykład, fakt wysłania przezeń do Stolicy Apostolskiej pukla włosów po postrzyżynach syna Bolesława w roku 974. U władcy, który przyjąłby chrzest w sposób czysto formalny, oddanie swojego syna i pierworodnego potomka pod protekcję świętego Piotra – Księcia Apostołów – wydawałoby się niezrozumiałe. Okazuje się jednak w pełni zrozumiałe po dostrzeżeniu, że Mieszko przyjął wiarę głęboko, całym sercem. Polski władca chciał z pełną świadomością ugruntować wiarę chrześcijańską w swoim państwie, co świadczy, iż był chrześcijaninem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Dodajmy do tego fakt jeszcze bardziej znaczący. W roku 985 lub 986 Mieszko wspierał swoimi oddziałami wojska cesarskie małoletniego Ottona III w walkach przeciwko groźnym pogańskim Słowianom połabskim, którzy w roku 983 na trwałe powrócili do pogaństwa, niszcząc cały efekt wysiłków chrystianizacyjnych podejmowanych od czasów Ottona I (zniknęły dwa biskupstwa: w Brennie i Hobolinie).

Podczas tej wojny Mieszko odniósł bardzo groźną ranę – został ugodzony w ramię zatrutą strzałą. Skąd to wiemy? Z zapisu cudu, którego doświadczył. Ktoś z jego otoczenia poradził mu, żeby się modlił za wstawiennictwem świętego Udalryka z Augsburga, który niedawno zmarł otoczony kultem i wiele cudów działo się przy jego grobie. Mieszko poszedł za tą radą i doświadczył cudu, po czym jako wotum wdzięczności wysłał do Augsburga odlane ze srebra ramię. Jest to zapisane w miraculach, czyli w rejestrze cudów zdziałanych za przyczyną świętego Udalryka.

Z chrztu wynika obowiązek pielęgnowania otrzymanej wiary i przekazywania jej następnym pokoleniom, jak również sąsiadom. Jak z tego zadania wywiązali się następcy Mieszka?

Jak najlepiej. Piastowie wspierają Kościół i się nim opiekują. Od czasów Bolesława Chrobrego popierają misje u sąsiadów żyjących w pogaństwie. Bolesław Chrobry będąc chrześcijaninem zaledwie w drugim pokoleniu, znakomicie wykorzystał okazję, którą stworzył Wojciech Sławnikowic, biskup praski. Pokłosiem jego męczeńskiej śmierci w Prusach w 997 roku było przecież utworzenie polskiej prowincji kościelnej.

Dalej mamy Pięciu Braci Męczenników Polskich z eremu w Kazimierzu Biskupim, którzy planowali misję na Połabiu, oraz Brunona z Kwerfurtu głoszącego Ewangelię pogańskim Prusom i Jaćwięgom. Tym śladem idą także późniejsi Piastowie, na przykład, Bolesław Wstydliwy popiera misję jaćwięską, zabiega o utworzenie biskupstwa łukowskiego – co prawda istnieje ono bardzo krótko, ale jest to bardzo wyraźny ślad.

Ta ewangelizacyjna troska przechodzi poprzez Piastów na Jadwigę Andegaweńską. Chrystianizacja Litwy jest w istocie dziełem Kościoła polskiego i polskich elit politycznych.

Jednak nie mniej ważne od ewangelizacji pogańskich sąsiadów było formowanie własnego społeczeństwa w oparciu o Dekalog i wynikające z niego zasady moralności chrześcijańskiej.

Oczywiście. Już działania Bolesława Chrobrego, o których pisze Thietmar – niekiedy zresztą nazbyt brutalne w naszym rozumieniu – miały na celu wprowadzanie w życie i funkcjonowanie społeczeństwa norm Dekalogu, by zeń wywodzić chrześcijańskie obyczaje i zachowania społeczne. Długofalowym skutkiem przyjęcia wiary było więc przeniknięcie społeczeństwa zasadami życia chrześcijańskiego i moralności chrześcijańskiej.

Innym długofalowym skutkiem chrztu była recepcja całego przejętego przez Kościół dorobku greckiego i rzymskiego, we wszystkich aspektach. Polskie społeczeństwo weszło w strefę języka łacińskiego – wówczas języka międzynarodowej komunikacji – a tym samym w strefę łacińskiej kultury i cywilizacji.

I nie pozostało bierne, lecz włączyło się – już właściwie od XII wieku – we współtworzenie tej kultury i cywilizacji. Przy kościołach katedralnych powstają katedralne szkoły, których program opiera się na szkołach karolińskich, których program został stworzony w oparciu o program siedmiu sztuk wyzwolonych ze schyłku antyku – oto pas transmisyjny kultury starożytnej w jej najistotniejszych elementach do Polski. Później powstają także szkoły przy innych kościołach, na przykład, przy kolegiatach; od XIII wieku mnożą się szkoły w ośrodkach miejskich. Na świetnym poziomie rozwija się szkolnictwo zakonne, zwłaszcza w kręgu zakonów mendykanckich – dominikanów, franciszkanów, karmelitów, augustianów. Wreszcie powstaje uniwersytet…

Wcześniej jednak zaistniała literatura…

Tak jest – wspomnieć należy chociażby Kronikę polską biskupa krakowskiego Wincentego Kadłubka, która jest jednym z najświetniejszych dzieł renesansu XII wieku w sensie zarówno erudycji autora, jak i na poziomie literackim. Mistrz Wincenty – znakomicie wykształcony w starożytnych autorach, świetnie znający prawo rzymskie i kościelne – to również twórca podstaw polskiej myśli politycznej (państwo to res publica, czyli organizm współtworzony przez zatroskane o wspólne dobro społeczeństwo, w którym monarcha nie stoi ponad prawem, ale jest mu poddany, podobnie jak poddany jest osądowi moralnemu).

Zresztą cała polska kultura wyrasta z chrześcijaństwa – architektura i sztuki piękne nierozerwalnie przecież wiążą się z kultem. Na tym samym gruncie powstaje uniwersytet ufundowany przez Kazimierza Wielkiego w roku 1364 (i ponownie z fundacji Władysława Jagiełły w roku 1400) – jako wspólnota o charakterze stricte chrześcijańskim.

A skoro o wspólnocie mowa, to nie wolno zapomnieć, że w oparciu o Kościół zrodziła się również nasza tożsamość narodowa – także ugruntowana kulturą chrześcijańską.

Jan Paweł II podczas jednej z pielgrzymek do Francji zadał dramatyczne pytanie: „Francjo, co uczyniłaś z twoimi przyrzeczeniami chrztu?”. Jaką odpowiedź mógłby usłyszeć, gdyby dzisiaj zadał podobne pytanie Polakom? Czy Polska nadal pozostaje wierna przyrzeczeniom chrzcielnym?

– Niewątpliwie trzeba podkreślić, że żywa wiara była i jest nieustannie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Przez ponad czterdzieści pokoleń od generacji Mieszkowej aż po naszą. Oczywiście, kiedy społeczeństwo było chrześcijańskie, proces przekazywania był łatwiejszy. Ale pomimo trudności cały czas się dokonywał.

Zagadką jest obecne pokolenie. Co robimy z chrztem, w którym zostaliśmy zanurzeni? Co robimy z łaską sakramentu?

Z jednej strony, daje się zaobserwować nieprzerwana transmisja wiary, bo przecież wciąż istnieją żywe wspólnoty, żywe parafie, żywe środowiska, w których wiara przechodzi z pokolenia na pokolenie. Płomień wiary wciąż w nas goreje. Z drugiej jednak, mamy do czynienia z potężnym nurtem sekularyzacji, czyli w istocie podważaniem fundamentów społeczeństwa opartego na Dekalogu oraz poszanowaniu prawa naturalnego i Bożego.

Niewątpliwie stoimy wobec wielkiej, narastającej konfrontacji – i w tym okazuje się wartość naszej wiary, bo taka sytuacja zmusza nas do jednoznacznego opowiedzenia się po jednej ze stron. Zmusza nas do odpowiedzi na pytanie: czy wierzę autentycznie, czy tylko tradycyjnie, formalnie? W kogo wierzę, w co wierzę, komu wierzę? Czym jest dla mnie sakrament chrztu? Czy żyję jego łaską? Kim dla mnie jest Chrystus?

Współczesny czas domaga się takich deklaracji. W dawniejszych pokoleniach być może nie każdy stawał wobec podobnych dylematów, jednak obecnie każdy Polak powinien zadać sobie takie pytania i znaleźć na nie odpowiedź. Każdy Polak powinien szukać prawdy; szukać tego, co daje sakrament chrztu, a co prowadzi do zbawienia.

A obecna chwila jest decydująca, ponieważ od odpowiedzi na powyższe pytania zależy, czy następne pokolenie otrzyma (i w jakim zakresie) od naszego pokolenia żywą wiarę i zakorzenienie w tradycji oraz kulturze chrześcijańskiej. Czy nasze pokolenie ułatwi następnym pokoleniom odkrycie własnej tożsamości, która wyrasta z tysiącletniej kultury? Czy pomoże im znaleźć w niej swoje miejsce i odpowiedzieć na powołanie otrzymane od Boga?

Dziękuję za rozmowę.

Rozmowa pierwotnie ukazała się w magazynie „Polonia Christiana”, numer 48, styczeń-luty 2016

„Święto Chrztu Polski”. Wspominamy jeden z ważniejszych dni w historii Polski

„Święto Chrztu Polski”. Wspominamy jeden z ważniejszych dni w historii Polski

https://pch24.pl/dzis-swieto-chrztu-polski-wspominamy-jeden-z-wazniejszych-dni-w-historii-polski

(Jan Matejko, Public domain, via Wikimedia Commons)

Na mocy ustawy przyjętej przez Sejm w 2019 roku, 14 kwietnia obchodzimy „Święto Chrztu Polski”. To jedna z najważniejszych dat w historii Polski, która rozpoczęła chrystianizację naszej Ojczyzny i dała początek naszej państwowości.

14 kwietnia jest datą nieprzypadkową. Historycy oceniają, że właśnie z nią należy łączyć wielkie dla Polski wydarzenie, jakim było przyjęcie chrztu przez Mieszka I, a co za tym idzie – przyjęcie Chrztu Polski.

„Chrzest Polski to kluczowe wydarzenie w dziejach naszego Narodu i Państwa. Poza wymiarem religijnym miał również wymiar strategiczny i polityczny”, napisali zaś w uzasadnieniu projektu sejmowej uchwały, ustanawiającej Święto Chrztu Polski. Posłowie wyrazili też nadzieję, że 14 kwietnia stanie się okazją do „zadumy i refleksji nad odpowiedzialnością za przyszłość Polski” wszystkich obywateli, w tym szczególnie polityków.

Na wagę tego zadania wskazywał w swoich komentarzach ksiądz profesor Waldemar Chrostowski. Jak ocenił, wdzięczność wobec dziedzictwa pokoleń zobowiązuje nas do pracy dla ojczyzny i podkreślał, że szczególnie potrzebna jest organiczna, wytrwała praca, a także przywracanie zgody społecznej i pojednania.

Jak mówił, chrzest określał polską państwowość i tożsamość. – Polski innej niż chrześcijańska po prostu nie było, Polska zaistniała wraz z Chrztem i wraz z chrztem pojawiła się na mapach Europy – podkreślił duchowny w rozmowie z Polskim Radiem.

Jak zauważył, historia Polski bez chrztu byłaby radykalnie inna. Kto wie, czy w ogóle byśmy zaistnieli i kto wie, czy byśmy przetrwali – mówił. Jak dodał, w historii Polski było wiele „różnych kryzysów, z których wychodziliśmy w dużej mierze dzięki wierze chrześcijańskiej i zasadom”. I bardzo często nie zdajemy sobie sprawy „jak wiele zawdzięczamy Kościołowi, który konsolidował scalał naród w trudnych okresach historii”.

MA

Kibice Legii Warszawa wypominają Trzaskowskiemu popieranie aborcji, LGBT i nielegalnej imigracji

13 kwietnia 2025 https://pch24.pl/kibice-legii-warszawa-wypominaja-trzaskowskiemu-popieranie-aborcji-lgbt-i-nielegalnej-imigracji/

Kibice Legii Warszawa wypominają Trzaskowskiemu popieranie aborcji, LGBT i nielegalnej imigracji

(Kibice Legii Warszawa, fot. X

Kibice stołecznej Legii Warszawa rozwiesili wielki transparent, w którym przypomnieli Rafałowi Trzaskowskiemu jego poglądy polityczne. Wytykają mu jego poparcie dla aborcji, LGBT i nielegalnej imigracji i zauważają, że prezydent Warszawy od kilku miesięcy tajemniczo milczy na ten temat.

Podczas meczu Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok, kibice warszawskiej drużyny rozwiesili wielki transparent. Odwołali się na nim do trwającej kampanii wyborczej i poglądów jej faworyta – Rafała Trzaskowskiego. Polityk Platformy Obywatelskiej wielokrotnie „zachodził za skórę” środowiskom kibicowskim i patriotycznym – w tym także zakazując organizacji Marszu Niepodległości czy rozwiązując Marsz Powstania Warszawskiego.

Kibice postanowili przypomnieć obecnemu prezydentowi Warszawy jego lewicowe i liberalne poglądy polityczne, o których milczy od kilku miesięcy. Trzaskowski znany jest przecież ze swoich sympatii wobec homoseksualistów i aktywistów LGBT, chociażby poprzez maszerowanie na czele tzw. „parady dumy gejowskiej”.

„Trzaskowski popiera aborcję, nielegalną imigrację, LGBT. Zabraniał Marszu Niepodległości, popierał Nord Stream 2 i uważa, że lotnisko mamy w Berlinie!” – napisali na transparencie kibice stołecznej drużyny. „Czemu milczy o tym w kampanii wyborczej” – wskazali.

Kilka dni temu podczas meczu z Chelsea Londyn, kibice apelowali, aby podczas pierwszej i drugiej tury wyborów prezydenckich głosować na kogokolwiek, ale nie na Rafała Trzaskowskiego. „18.05.; 01.06. – byle nie Trzaskowski” – napisali na transparencie.

Źródło: X.com WMa

U krainy krwawy lud

U krainy krwawy lud

Stanisław Orda : outsider z wyboru, stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/u-krainy-krwawy-lud

Zamieszczam tekst autorstwa Janiny Przecławskiej, który ukazał się w kwartalniku „Przegląd Powszechny” w tomie  176 (październik – listopad – grudzień) z 1927 r., wydawanym w Krakowie, jako drugą część „tryptyku ukraińskiego”. Publikacja pod oryginalnym tytułem „ Krwawy lud” oraz podtytułem „Przyczynek do psychologji ludu na Ukrainie”, zawiera rozważania Autorki na temat dramatu Polaków na Kresach w trakcie wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920, którego była uczestnikiem i jednym z bardzo wielu Polaków dotkniętych jego skutkami.

Pierwszy tekst ww. Autorki zaprezentowałem  na tym blogu niemal 8 lat temu.
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/z-refleksji-okookresowych

Dla tych, którym nie chce się wracać do starych notek, przeklejam krótkie c.v. Autorki.

Janina Przecławska, urodzona w majątku Lubcza (którego współwłaścicielem był Kazimierz Przecławski), wówczas w powiecie radomyskim, w dobrach iwankowskich (miasteczko Iwanków). Nie znalazłem o Janinie Przecławskiej wszystkich danych, które mnie interesowały. Nie dotarłem w szczególności do daty jej urodzin ani do daty ślubu z Edmundem Berezowskim, inżynierem budownictwa (Mikołajewska Akademia Inżynieryjna w Petersburgu), oficerem armii rosyjskiej i oficerem w stopniu pułkownika Wojska Polskiego (od 1920 r. przydział na szefa inżynierii i saperów w Okręgu Białostockim, a od 1923 r. jako tytularny generał brygady przeszedł w stan spoczynku ze względu na kryterium wieku). Zmarł w lipcu 1924 r., natomiast żona Janina zmarła w marcu 1936 r. Małżeństwo miało dwie córki, jedną z nich była znana malarka, grafik i scenograf Maja (Maria) Berezowska, ur. 13.04.1893 r., – zm. 31.05.1978 r.
Janina Przecławska była autorką wierszy (znalazłem tytuły dwóch zbiorków poezji: „Dusza: fantazya dramatyczna w czterech aktach – wrażenia, myśli, obrazy” z 1905 r. oraz „O Jadwidze królowej. Poemat dawnych dni” z 1911 r.).
Ponadto zajmowała się organizacją nauki i wychowania dzieci polskich – głównie sierot uratowanych z pogromów ziemian i szlachty polskiej na Kresach w trakcie walk polsko-ukraińskich i polsko-rosyjskich w latach 1917-1920. Dwa linki dotyczące tego rodzaju aktywności:
http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/425258.html
http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/gdy-dom-byl-kuznia-polskosci/

.Wspomnienia i refleksje Autorki zamieszczone zostały w dwóch tekstach, które ukazały się w kwartalniku „Przegląd Powszechny”, w tomie 176 październik – listopad – grudzień) z 1927 r., wydawanym w Krakowie.
Przez cały okres PRL-u zarówno nazwisko jak i publikacje Autorki były objęte ścisłym zapisem cenzorskim przez żydokomunę posiadająca monopol  na „kulturę i oświatę” dla  nadwiślańskich katolików.

Pozostawiłem pisownię tekstu w wersji oryginalnej, poza poprawieniem oczywistych „przekłamań” wynikających z zastosowania techniki skanowania dla potrzeb zbiorów bibliotecznych, gromadzonych w formie cyfrowej. Dostosowałem również akapity do prezentacji w formie notki blogowej oraz uzupełniłem tekst kilkoma przypisami.

*************

Krwawy lud

Czy o tobie mówić mam, ziemio, na której Słowacki czuł Boga, Bohdan Zaleski [1] jak o łaskę najwyższą błagał, by mógł cię oglądać w niebie? Ukraino, o której tęskny poeta śpiewa:

„U nas – inaczej, inaczej, inaczej!”[2] bo słońce tam buja jak na morzu, a kłos złoty rodzi obficie, a myśl, goniąc z wiatrem w zawody, nabiera owego rozmachu szerokiego!

Kultura i marzycielstwo polskie różnemi czasy wydobywało twe czary, kołysząc serca do dumek i baśni. Dziś lud twój staje przede mną, ten z ciebie wyrosły, na gruncie twym od wieków osiadły.

Rusini, czy jak obecnie nazywają się sami – Ukraińcy.

Geneza ludu tego trudna do oznaczenia. Czy zrodziły go bandy wysiedlone buntowników, które ukrywały się na rubieżach Rzeczypospolitej przed gniewem królów polskich, czy też odstawieni tam jeńcy wojenni, turcy, tatarzy, kozacy? Czy zrodziła ich matka polka, ojciec tatarzyn, hodowała rodzina kozacka, czy odrębne ruskie plemię zmieszało się z krwią obcą, wydając ten lud krwawy? Rozmaite są wyobrażenia o źródłach, zgrupowaniach i związkach tych bądź co bądź rdzennych mieszkańców tej ziemi. W twarzy ich zarysowuje się często jasny typ słowiański o szczerem, prostem, do duszy idącem wejrzeniu, ale spotyka się niemniej często ostry dziki rys kałmucki w oczach skośnych, grubych wargach, nosie spłaszczonym… tęskne zadumy i okrucieństwo bezlitosne, poddanie i bunt, jad kipiącej nienawiści i poświęcenie bez granic równoważą szalę sprzeczności.

Staje on przede mną takim, jakim był przedewszystkiem w latach od 1905 i przedtem jeszcze aż do r. 1918 i do dni ostatnich w stosunku do polskiego społeczeństwa. Nieufny, zamknięty w sobie, podejrzliwy i łatwowierny zarazem, stosownie do tego, z kim ma do czynienia, lekceważący wszelki wysiłek „pana” odnośnie do prac rolnych i wszelkich rozporządzeń, idących ze dworu. Posiada silne poczucie własności, ale tylko swojej, której bronić będzie kłami i pazurami, jak dzikj zwierz. Duchowy rozwój i kulturę zewnętrzną, drobne zdobycze cywilizacji odpycha z całą pogardą pierwotnego człowieka, który, czując, iż nie dorówna, woli odeprzeć raz na zawsze, niż tentować o coś, co mu „niedostępne”. „U nas w mużyćtwi — mówi — tak buło i bude”, a dźwięczy w tem twierdzeniu jakby przewaga, zaznaczenie nieprzejednanego stanowiska, głęboki żal i niewyjaśniona krzywda i ból wyrzeczenia.

Takim cię widzę, biedny „mużyku” ukraiński, sam w swym chłopskim mózgu zaplątujący swój los, wiecznie w ciemności brodzący, w wiecznym wysiłku opierania się swej doli, po którym zapadasz w noc coraz głębszą. Widzę cię, „rozjuszoną bestję”, pod wpływem agitacji r. 1905, wołającego o zmianę, o jakieś prawo, które zdało ci się, żeś pojął i wiesz, o co wołasz! Niestety, nic nie pojąłeś i nic nie wiesz! Przedewszystkiem nie masz pojęcia, czego ci brakuje, potrzeb swoich nie znasz, zmian nie pragniesz.

Krzywda! Uczucie to tkwi w nim, jak rana wieczna! Przesuwają się w jego pamięci ciężkie dni pańszczyzny, praca źle opłacana, razy odbierane; przeszłość tę przywołuje, podnieca wrogi rząd, wyolbrzymiając polskie winy, zapominając, że „pańszczyzna” to było prawo czasu i obyczaju, stosowanego wszędzie w pewnej epoce. Jednak były wsie, W których pańszczyzna łączy się ze wspomnieniem dobrego „pana”, dbającego o szczęście podwładnych, życia bez troski pod opieką czujną i mądrą. Bierne natury radośnie przyjmują byt, w którym—jak się wyrażali — „o nic ich głowa nie bolała”.

Wśród polskiego społeczeństwa budziły się nieraz mocne pragnienia: współżyjąc z tym ludem trudno było wyrzec się pracy dla niego! Dusze gorętsze, szersze roiły o zbrataniach serdecznych, o podniesieniu moralnem tego ludu, o uświadomieniu narodowem, któreby ludowi temu ukazały drogi inne. Cel myśli polskiej tkwił w wiecznem marzeniu: „Jak odna mołytwa, tak u świti cia odyna Polsza, Ruś i Łytwa”. W myśl tego powiedzenia ukazywał się ów lud bratni złączony z Polską przeciw wspólnym wrogom. Lecz na straży stał żandarm moskiewski i polityka rządu, której celem była właśnie ciemnota tego ludu i odgrodzenie go wszelkiemi sposobami od „pana” — Lacha. Więc nie szczędzono barw jaskrawych, aby w oczach chłopa ukraińskiego wyolbrzymić wiekowe winy polskiego „pana”, obniżyć dzisiejszy jego autorytet. Od lat dziesiątków wsiąkało w lud ten przekonanie, że „pan” to jest uzurpator, zły i nieprawny władca, „krowopijca”, jak ochrzczono go w ostatnich latach, kiedy już wroga agitacja dosięgła miary. Rząd rosyjski natomiast, zawsze ustępliwy dla chłopa, zamykający oczy na wszelkie przewiny, usprawiedliwiający nawet zbrodnie, rozstrzygający przychylnie spory graniczne, dopomagający chłopu, kiedy chodziło o wykupienie ziemi z rąk polskich, pozostawał uosobieniem tej dobrej władzy, którą czcili z zabobonną trwogą i szacunkiem. Oczy wrogie strażników moskiewskich czatowały na wszelkie porozumienie między chatą i dworem polskim, gotowe każdej chwili przeciąć je brutalnie, groźbą zsyłki lub konfiskaty, bardziej czujne na owo zbliżenie się niż na stosunek do ludności polskiej, której znikoma garstka tonęła w morzu ludności ukraińskiej.

Dzieliły nas i ich wyznanie, język — a jednak sympatje polskie niepokonane wbrew przeszkodom szły do tego ludu. Panowie polscy brali udział pieniężnie w rozwoju teatru ukraińskiego, drużyn śpiewaczych, w zakładaniu warsztatów tkackich, kilimkarskich, jedwabniczych, przyczyniali się do wydawnictw książek ukraińskich i takich pism jak Światowa Zernycia, w większej części będąca pracą polskiego społeczeństwa, przez Polaków subsydjowana. Były dwory, które w „zuchwalstwie” swem szły dalej jeszcze. Ufne w siłę swego zapału i dobre stosunki z „prystawem” [3] i „urjadnikiem” [4], osobami urzędowemi, policyjnemi, których można było przekupić zbożem i pieniędzmi, organizowały formalną szkołę, ogródki dziecięce, bibljoteki ludowe, wchodząc w ów zabroniony kontakt z ludnością.

Działo się to mniej więcej w 1900 roku podczas lata. Już przed siódmą rano olbrzymią falą kołatały dzieci całej wsi do bram pewnego dworu, wołając natarczywie i nagląco: „Czy można wże pryjty?” (Czy można już przyjść?). Bez wątpienia była to duża ulga dla całej wsi; matki spokojnie szły do pracy pewne, że dzieci zajęte nie walają się w błocie, nie zapalą ognia w chacie, by jak się to nieraz podczas żniw zdarzało puścić ją z dymem. Dla dzieci była to olbrzymia atrakcja; zamiast bezmyślnych, niczem niezajętych godzin rannych — porządnie ułożony dzień pracy. Rozpierzchały się dzieci po całym ogrodzie, szukając swoich miejsc. Godziny, podzielone na naukę czytania, pogadanki, rysunek, roboty, śpiewy, zabawy i, gimnastykę upływały szybko. Gdyby praca ta mogła przetrwać, dałaby stanowczo ogromne rezultaty. Niestety nie przetrwała roku. Podobno sami rodzice donieśli władzy, iż dzieci ich chcą „opolaczyć”. Prystaw dał ostrzeżenie, uznając, że to wszystko jest bardzo ładne, ale tego robić nie wolno, bo pociągnąć może nieobliczalne skutki. W zimie jeszcze zorganizowano czytelnię, wybrano książki, na które na ręce „pani” przyniesiono zebrane pieniądze. Te wysiłki przekonały, że w ludzie tym są pierwiastki siły i dobra, leżące odłogiem lub, marnowane, że użyte stosownie, kierowane sercem i myślą stworzyć mogą naród. Dzieci szybko poddawały się wpływom cywilizacyjnym, organizowały się z łatwością. Umysły świeże, zdolne chwytały i przyswajały chętnie wiadomości, orjentując się i pojmując wlot. Niestety, trzeba było przerwać. Dzieci poszły do swych szkół parafjalnych, które prócz wiadomości cerkiewnych nie zdołały nawet po paru latach nauczyć ich czytać i pisać. Długo jednak jeszcze brzmiały na wsi piosenki, których uczono „W ogródku”: „Hej, hej idem w pole, hej, hromado ciła!” i długo jeszcze dzieci ze smutkiem stawały przed bramą dworu, pytając czy mogą wejść.

Pozostawała inna droga, droga pomocy samarytańskiej, opieki sanitarnej, dobroczynnej. I tej nie zaniedbano. Niepodobna było przezwyciężyć niechęci ludu do szpitala i lekarza. Szpital uważany był za miejsce katuszy i śmierci, doktor „nic nie wiedział”, wiedziała „pani” i w jej ręce z ufnością oddawano chore dziecko, opatrunki wszelkie. „Pani”, zwykle łącząc w swej osobie lekarza, aptekę i siostrę miłosierdzia, szybko działała na natury nieprzyzwyczajone do lekarstw. Pewna hygjena i czystość także miały swą wagę. Chorzy zwykle powracali do zdrowia, wówczas „pani”, słynęła jako cudotwórczyni i do takiej „pani” biegł chłop z urwanym przez maszynę palcem w kieszeni, wierząc, że mu go „pani” przyklei znowu. Kiedyś po wielu staraniach udało się umieścić w szpitalu ciężko chorego na rany w żołądku, po dwu dniach uciekł stamtąd, wyciągnąwszy dreny, zrzuciwszy bandaże, twierdząc, że tam w szpitalu nic nie umieją i tylko „pani” może go wyratować, byleby zechciała.

Tak się układał stosunek dworu polskiego, wynikający z wiary w misję polską i daleko idących marzeń na przyszłość. Znając owe wysiłki polskiego ziemiaństwa i prawdziwą sympatję, którą ono czuło dla miejscowej ludności, jak dziwnie brzmią słowa, iż gdyby wszyscy utrzymywali łączność z chłopem ukraińskim i wchodzili z nim w bliższy kontakt, zadawalniając jego potrzeby i wypełniając braki, to nie byłoby tej krwawej karty i tego tragicznego końca dla polskiego właściciela na kresach! Niestety, jedno jeszcze stwierdzić można, źe właśnie ów bliższy stosunek wywoływał większą zuchwałość i że najpierwsze padły dwory znane ze swej przyjaźni względem chłopa ukraińskiego, że tam, gdzie pan był surowy, srogi w obchodzeniu się, wahano się dłużej — powstrzymywał od gwałtów sam autorytet i obawa.

Chłop ukraiński, korzystając i przyjmując wszelkie ze strony „państwa” dobre chęci, patrzał ponuro, nieufnie i podejrzliwie. Długo nie mógł pojąć powodu dobrego postępowania, przyjaznych względów, w końcu zdawało mu się, że wpadł na właściwy domysł. Oto działo się to wszystko z rozkazu cara! Przychodził więc do dworu po lekarstwa jak do apteki, przyjmował wszelkie zabiegi i starania, jako z prawa sobie należne. Potem wytłumaczono mu to jeszcze inaczej; powiedziano mu, iż wiedzieli panowie, że wszystko do niego należy i dobrocią chcieli go przekupić. To pobudziło bardziej jego nienawiść i stłumiło w nim raz na zawsze wszelkie uczucie wdzięczności.

Już w roku 1905 krzyczano: „Nie trzeba nam waszej łaski, wszystko sami sobie zrobimy, bo to wszystko nasze!” Później nastąpiło chwilowe uspokojenie – zamilkł zdumiony chłop jeszcze na lat kilkanaście, bo go w owych niefortunnych usiłowaniach buntowniczych pierwszej rewolucji zatrzymano policyjnie. Powikłało mu się w głowie, w żaden sposób nie mógł sobie wyjaśnić dlaczego buntowano go przeciw „panom” ,w imieniu cara, a potem w imieniu tegoż cara otoczono go wojskiem, zmuszając do milczenia. Ukorzył się wnet, pozornie uległy, w głębi nieprzejednany, wzburzony.

Do zrozumienia przyczyn okrutnych przejść lat ostatnich, które odbiły się na dużej części naszego narodu, niszcząc gniazda polskie i wiekowy ich dorobek, trzeba rzucić kilka rysów, w których wystąpi jaśniej charakter ludu ukraińskiego. Popatrzmy jak wygląda on w życiu.

Oto ten chłop poruszający się leniwie, przesypiający zimę na piecu lub trwoniący czas w karczmie, gdzie upija się do nieprzytomności, budzi się z błyskiem wiosny cały przesiąknięty myślą o ziemi. Ponadto niema ukochania! Jak najwięcej ziemi, aby bez końca sadzić kartofle i siać zboże i być swym kawałku władcą, właścicielem bez zastrzeżeń. Żona, dzieci, sąsiad, rodzice, wszystko to nie ma dla niego wartości; zastyga w nim serce, gdy pomyśli, iż może być posiadaczem jedynym! O kawałek gruntu toczą się krwawe bójki, o prawo do swej części długie wiodą się spory, a bójki W tej rozpaczliwej żądzy kończą się nieraz śmiercią lub kalectwem. Na uczucie niema żadnego miejsca, kiedy występuje jasna, stanowcza chęć posiadania.

Opowiada jeden z sędziów przysięgłych, obecny podczas sądzenia chłopa, który chcąc pozostać sam w chacie i pozbyć się wszelkich współwłaścicieli i dziedziców, zamordował rodziców, żonę i dzieci. Na pytanie jak to uczynił, chłop odpowiada bez drgnienia, poprostu uważając swój okrutny czyn za racjonalny. „Ot tak, wziaw sokiru, perekrestywsia, taj po hołowońci, persz starych pośle żinki i ditki”. (Wziąłem siekierę, przeżegnałem się – i tak po główce, najprzód starych, potem żonę i dzieci). Opowiada o tem bez najlżejszego wyrzutu sumienia, nerwy jego spokojne nie dają mu widzieć krwawych widm pomordowanych, czuje się jakby po spełnieniu zwykłego czynu, który pomnoży mu dobrobyt. Jest to pewna atrofja moralna, nieczułość nerwowa, która może nam również wytłumaczyć dlaczego cierpienia fizyczne nie są tak przez nich odczuwane, jakby się to zdawać mogło ludziom bardziej wrażliwym.

Często się zdarza, iż kobieta rodzi w polu, nazajutrz już staje znowu do pracy; dzieci przechodzą najcięższe choroby, biegając w koszulach po mrozie, chociaż większość umiera, ale są takie, co przetrzymują. „Na toj bik, albo na toj”, (albo na tę, albo na tamtą stronę) powiadają ojcowie bez wzruszenia; jak wyjdzie z choroby, będzie zdrów i silny. Zdarzyło się, że młoda kobieta zmarła nagle – przy badaniu okazało się, że przeszła ciężki tyfus, chodząc codziennie do pracy w 40° gorączki. „Aż poczerniła ciła”, opowiada mąż, stwierdzając fakt z spokojem. Raz po zaciętej walce z sąsiadem, w której latały noże i siekiery, chłop uderzony w głowę wraca do domu, po drodze, zatrzymał się, by porozmawiać z „panem”, który mu czynił wymówki z powodu tego zajścia. Chłop stał wyprostowany, tylko czapką przyciskał głowę – dopiero w chacie okazało się, iż miał przez głowę tak straszne cięcie, iż mu kawałkami mózg wypływał z czerepu. W parę chwil skonał.

Obdarzeni w wysokim stopniu zmysłem praktycznym, poczuciem realności, chłopi ukraińscy umieją sobie zawsze zdać sprawę i wytłumaczyć każde dobrodziejstwo pochodzące ze dworu, lecz nigdy, a przynajmniej bardzo rzadko odczuwają wdzięczność, traktując podziękowanie jako grzeczność nie poruszającą nic w ich sercach; wracają do domu, roztrząsając przyczyny tego dobrodziejstwa. Nieraz budzą się w nich, zupełnie inne uczucia. Baba, otrzymawszy wór mąki od obywatela, idzie przez wieś i urąga mu bez ceremonji:

„Szob tobi tak łehko buło w świty żyty, jak ce meni’ nesti” (Oby ci tak lekko było żyć, jak mnie dźwigać ten wór!).

Na zezwierzęcenie i tak brutalnych instynktów wpływała ogromnie wódka, która także w agitacji 1917 i 1918 r. odegrała rolę niemałą. Rozjuszona bestja, tkwiąca w każdym chłopie ukraińskim, występowała ze zdwojoną potęgą, nie szczędząc niczego i nikogo. Rząd rosyjski rok rocznie zwiększał ilość monopoli, a poza tem handel wódką bezkarnie bywał uprawiany po chatach. Grosze zarobione szły na wódkę — dość powiedzieć, że dwie niewielkie wsie przepiły 36.000 rubli przez rok jeden, co w owych czasach było bardzo pokaźną sumą. Wódka, to był właściwy sens i cel życia, które poza tem nie posiadało żadnych pragnień, nurzając się bez miary w pijaństwie. Ani szkoła, ani duchowieństwo prawosławne nie pobudzały do podnioślejszych uczuć, nie wskazywały szerszych horyzontów. Religja nie uczyła moralności, bo to był zbiór ciasnych formułek, które chłop pełnił z tępą zaciętością ciemnego człowieka. Niewykonanie przepisów cerkiewnych było w jego pojęciu zbrodnią, więc na Wielkanoc tłumnie znoszono dzieci do cerkwi dla przyjęcia komunji, bez względu na gorączkę lub przebytą świeżo ospę lub szkarlatynę; ciężko chorzy woleliby umrzeć, niż złamać post ścisły na oleju przez wypicie szklanki mleka lub rosołu przepisanego przez lekarza. To wszystko nie przeszkadzało jednocześnie popełniać rabunki, zbrodnie, upijać się do upadłego.

Bóg, przystosowując się do ich pojęć, nie gniewał się o takie małostki; post i spowiedź wielkanocna rozgrzeszały z łatwością i człowiek czuł się wolny, sumienie nic mu nie wyrzucało. Dusza, pozostawiona w mroku i zaślepieniu, układała sama sobie pojęcia, nie wychodzące poza ciasne ramki chłopskich rozumowań, a „pasterz dusz”, bardzo obojętnie zwykle usposobiony, nie usiłował nawet z tem walczyć. „Pop” była to osoba najmniej wzbudzająca miłości i szacunku, a on sam bardzo zwykle pesymistycznie zapatrywał się na swe owieczki. Raz słysząc o staraniach podjętych przez pewną ziemiankę dla umoralnienia ludności, taki miejscowy kapłan powiedział wzgardliwie: „Proszę pani, to bydło”! Takie było wewnętrzne przekonanie „pasterza ludu”, który w tych słowach starał się zrzucić z siebie odpowiedzialność.

Istotnie, to był zbydlęcony, znieprawiony, niekultywowany człowiek, z którego jednak pomimo wszystko niekiedy przezierała dusza. Tak, dusza człowiecza, ale okrutna, ponura, mściwa, a nieraz zasnuta jakby mgłą zadumy nad własnym losem, niby żalem szczyptą poezji kraszonym, który dźwięczał w pieśni zawodzącej, który młodej dziewczynie kazał wpatrywać się z zachwytem w świerki owiane szronem i mówić tęsknie: „meni zdajetsia szo ony wse taki cwetut”. Albo w poczuciu nieznanej, a żywo odczutej krzywdy mówić: „ja nyczyho ne znaju, jak toj peniok”. Albo pomrukiwać przez zaciśnięte zęby: „ja muzyk temnyj i tra szob takim ostawsia”.

Zapewne były to tylko pojedyncze głosy, ale w nich tkwiło jakby poczucie tajonego żalu, niewysłowionej tęsknoty, skarga niemocy ducha. A ta siła ich świeża, radosna, dziecinna, porywająca się w tych wstęgach barwistych, w tych pieśniach weselnych, nastrojach świątecznych, ta młoda dusza wybłyskująca z gromady, kiedy pełni uroczystości rozpoczynali pracę na roli — czas orki, siewów, żniw. Zapominano wówczas o bójkach i pijaństwie, cała moc zdrowa, niewydana tego ludu wnikała w ten dzień pracy, w epokę stanowiącą o nadziei jutra.

Czy nie była to „dusza”, odzywająca się w przywiązaniu i oddaniu zacnej służby dobremu panu, ta umiejętność wierności do grobu przez tradycję całych pokoleń?

Rozumienie „narodowości” nigdy nie występuje u tego ludu wyraźnie; nazwa, którą sam sobie nadaje „mużyk” zaznacza tylko odrębność, z jaką się odgradzają od „pana” i od wszystkiego co „pańskie”, a więc przedewszystkiem nieprzejednana odraza do oświaty, kultury, wszelkich wprowadzonych ulepszeń, uprzedzenie niepokonane do pracy umysłowej i nawet pewna trwoga przed nią. Raz chłopak wiejski, dostawszy się do dworu, za staraniem „pani” wyuczył się czytać, pisać i skończywszy sześć klas dostał odpowiednią dobrą posadę. Po pewnym czasie zachorował na wrzód w uchu, trzeba mu było robić ciężką operację, po której umarł w szpitalu. Wieś osądziła, że te wszystkie nauki tak mu zaszkodziły; byłby zdrów, gdyby się nie uczył.

Bywają jeszcze wsie na Ukrainie, do których zupełnie nie dotarła cywilizacja nowoczesna; jeszcze do ostatnich czasów automobil witano ze strachem, jako „nieczystą siłę”, a kiedyś chłop po odmierzeniu przez geometrę przestrzeni między wsią a najbliższem miasteczkiem, po skonstatowaniu, że wedle obliczenia odległość wynosi nie jak liczono dotychczas 14 wiorst lecz 16, skonsternowany twierdził naiwnie: „Dobrze jeśli dobra droga, ale kiedy będą te szarugi jesienne, jak ja te dwie wiorsty jeszcze przejadę?”

Z podobną naiwnością traktowano też posiadanie ziemi i swobody. Ziemia, upragnione bogactwo, ale użycie jego przedstawiało się w wiecznęm pijaństwie i swobodnem, niekrępowanem niczem leżeniu na piecu, a gdy zabłyśnie słońce, machinalnem zasiewaniu tej samej roli, która zawsze wiernie powinna była dostarczać zapasów zboża i dlatego jedynie była tak pożądana! Choroba konia lub krowy bardziej wzruszała chłopa niż śmierć żony lub dziecka. Gdy się zdarzyło raz, iż chłop wyprzągł konia z pługa, aby pojechać po lekarza dla śmiertelnie chorej żony, opowiadano sobie o tem z najwyższem zdumieniem.

Nie na tle różnic plemiennych rozwijała się niechęć do „pana”, ale na podstawie ekonomicznej; widziano w „panu” jedynie posiadacza i właściciela. Rosjanin i Polak jednakową wzbudzali nieufność. Jeden i drugi był dla chłopa zawadą, tak jak w chacie przeszkadzał mu brat lub syn, mający pretensje do posiadania i władzy. Na dnie myśli może spoczywało nieokreślone marzenie, aby pozostać samemu; może to było nieobjawione dotąd pragnienie budzącej się indywidualności, przez wieki tłumionej i usuwanej, a jednak wyrywającej się bezwiednie, wszechmocnie, jako dusza powstającego do życia narodu? Kiedy raz w poufnej rozmowie pytano bardziej inteligentnego chłopa czy woli lacha, czy moskala, odpowiedział: „Szob toj utikał a tamtoj za nym pustywsia, my szczeb batohom dokłały” (Gdyby ten uciekał, a tamten puścił się za nim, tobyśmy im jeszcze batogiem dołożyli).

Kiedy jednak idea odrębności narodowościowych występować zaczęła silniej i rozeszły się wieści o wolności każdego narodu, wiadomości o szkole ukraińskiej, o prawie językowem, chłop ukraiński przyjął to obojętnie, nawet z niechęcią. Nie chciał zrozumieć, iż ma uczyć dzieci w tym języku, którym mówi w chacie. Nadsyłane broszurki i gazety, pisane obcym dialektem, odczytywał z triudnością i twierdził z uporem, że dzieci powinny chodzić do szkół polskich albo rosyjskich, bo on nie myśli pozostawić je na życie całe „mużykami”. Tyle narazie zdziałały nowe prądy.

Lud miejscowy nie dał sobie nigdy wytłumaczyć co to narodowość, co zwłaszcza organizacja państwowa, to była dla niego martwa litera. To też nigdy w zaburzeniach, które przyszły, sprawa plemienna nie grała żadnej roli. Trudno nie wspomnieć o owym dniu niezwykłym, kiedy to ogłoszono rząd rewolucyjny z Kiereńskim r. 1917. Wieś przejęta ważnością chwili, z której zupełnie nie zdawała sobie sprawy, z okrzykami dzikiego triumfu, z popem i całą paradą cerkiewną wypłynęła na ulice, gromadząc się naprzeciw dworu. Każda niemal wieś miała już wówczas swą polską szkołę, prowadzoną otwarcie i swój polski szkolny sztandar. Wysłana starszyzna wiejska przyszła do dworu prosić o ten sztandar dla dodania świetności tej uroczystej chwili. „Dajte nam waszu „Flaku„, tak harno bude„, wołano.

Zaprawdę dziwny był widok tego popa bijącego pokłony przed dworem polskim i dla podniesienia rewolucyjnych haseł wymieniającego w nabożeństwie całą rodzinę cesarską – a nad tem powiewający polski narodowy sztandar z białym orłem i Marją Częstochowską.

I przyszły te najgorsze chwile. Zwierz w duszy ludzkiej zawył strasznym głosem, pobudzony apetyt pożądaniem tego, co najbardziej było mu pożądanem, dzika zwierzęca chciwość prześwietlona ludzką chciwością. Okazała się w całej ohydzie ta bestja człowiecza, nie hamowana żadnem dobrem, nie łagodzona zasadami religji, promieniem wiary. Dusza ludzka, jeśli nie unosi się wyżej, upada niżej od zwierzęcia. Tak się też stało. Uderzono w najczulsze miejsce i ozwał się ryk bestji przeszywając drżeniem i męką. Zwierz rzucił się na zdobycz bez wahań. Reszty dopełniła wódka. Niech mi nikt nie mówi o wdzięczności, natura ludzka w ogóle posiada jej mało – być może, iż to wynika z tej natury ludzkiej właśnie, która chce czuć własną siłę – łaska, wdzięczność upokarza mocnego człowieka. Zawyło nieokiełznane, gwałtowne pożądanie samodzielności, nie oparte na żadnej podstawie, nie ujęte w karby prawa i umiejętnego działania. Projekty sypały się bezmyślnie. – Chciano odrzucić szpitale – chorzy i starcy niech umierają. Chłopi będą siedzieli w pokojach, jak panowie, jeździć powozami i t. p. Panowie, którzy, wedle insynuacyj wrogich, chcieli ich przekupić, wiedząc iż wszystko do nich należy, stawali w ich oczach jako ludzje niegodni, nie zasługujący na współczucie. Przywiązanych do dworu uważano za zdrajców i zemsta ludu straszna dosięgała ich. Nowy ład układał się chaotycznie, w rozpitych mózgach – mówiły tylko rozkiełzane apetyty, prawo bezprawia.

Nie chcę powtarzać tu obrazów krwawych, pożogi rozpętanej nad krajem stepów i mogił, obrazów, których niesamowita groza blednąc każe najbardziej wyuzdanym opisom mąk średniowiecza i Sienkiewiczowskiej trylogji, uczyniono to już nieraz. Historja nasza powtarza je niejednokrotnie…

Szukamy w tem głębszej przyczyny, pytając niespokojnie, czyja wina? Upornie stawiamy jedno rozwiązanie; jedynie tylko w postępowaniu „panów” względem „chłopów”, lub w dawnej jeszcze kozackiej tradycji szukamy rozwiązania problemu dziejowych nienawiści !… A jednak czyż nie inaczej sądzićby to wypadło!

Rozwój ducha i pojęć ludzkich, prawo człowieka i godność jego, idąc tu jednako, stopniowo przyjmują się wszędzie, niosąc złagodzenie praw, znosząc pojęcie przywilejów i nierówności społecznych – przyczyny tkwiły właściwie, gdzie indziej. Brak siły dla rozwoju odrębności narodowych, brak poczucia państwowości, wyzyskiwane przez państwa wrogie! Nie stawało tej siły nigdy, bo i wówczas w latach zespolenia z Polską, kjedy nic nie stawało na przeszkodzie, a obojętność Polski w tym względzie nie krępująca w niczem, wydająca prawa równe bez zastrzeżeń dla różnej nacji swych poddanych, czyż nie torowała drogi do rozwoju języka, literatury, świadomości narodowej? Zanik tego przyrodzonego uczucia poddaje lud ten wiecznie wpływom polskim lub rosyjskim. Obrządek wschodni religijny zdaje się pozornie łączyć go z Rosją, a jednak jest chwila, w której unoszą się ponad ubóstwo duchowe przez walkę unji z prawosławiem. Prześladowania podlaskie budzą na chwilę uśpione dusze, unosząc na szczyt męczeństwa i zwracają lud ten ku zachodowi, ku Polsce.

Położenie geograficzne między Polską a Rosją stawia ten naród w niepewnej przynależności, niepewność tę umiejętnie wyzyskuje jedyny wróg słowiańszczyzny, Niemcy. A kiedy rozbiory dzielą Polskę na trzy części wraz z włączonemi Litwą i Rusią, wrogie agitacje podburzają z podwójną siłą, kierując z dwu stron swe ostrza przeciw Polsce. Ta bierność i nieświadomość uczuć narodowych sprawiła zapewne, iż kiedy w pewnej fazie burzy bolszewickiej chciano obudzić w ludzie ukraińskim samopoczucie narodowe, spotkano się z odpornością i niechęcią, ze zdumieniem, które odrzucało z pogardą tę odrębność jako ubliżenie. Jedynie działać mogła nienawiść na tle ekonomicznem, przemawiająca zrozumiale do instynktów pierwotnego człowieka i to rzuciło ten lud w brutalną, zwierzęcą walkę bez godności i. sumienia. Więc nie działały tam pobudzone plemienne nienawiści, ale przystosowane do pojęć pierwotnych idee bolszewickie, dogadzające w swej brutalności niskiemu poziomowi dusz. Bezmyślne, bezduszne ofiary zbrodniczych namiętności bez ideału i celu wyższego pokazały światu czem stać się może istota ludzka, dla której jedynem pożądaniem jest zdobycie żerowiska. Ale i w tej ostatniej krwawej karcie czyż nie widzimy tychże powtarzających się rzezi, z poza których wysuwa się okrutna dłoń Carycy i słychać śmiech szatańskiego Fryderyka?

Wiecznie to samo. Historją się nie powtarza, ale jest w niej ciąg jednej myśli, idącej systematycznie, tym samym szlakiem wiążąc nici.

Deprawowany, utrzymywany rozmyślnie w ciemności po zaborach, nieświadomy siebie, szczuty na Polskę, w której widzi tylko nienawistnego „pana”, nie pobratymczy naród, z którym idąc ręka w rękę mógłby wspólną siłą uderzyć w tego wroga, lud ukraiński nie mający siły aby być narodem, staje się ślepą igraszką w ręku nieubłaganem. Czyż i w polityce rządów Rosji nie odczuwamy, iż zawsze każdym ruchem, każdem złowrogiem uderzeniem wymierzonem w Polskę, kieruje ta sama dłoń niemiecka? Dziś w bezstronnem spojrzeniu na lud krwią naszą obluzgany, w wejrzeniu w przeszłość naszą wspólną, słyszymy wyraźnie też same głosy nienawiści germańskiej. Polska mocna i wielka pozbawiona zachłanności, nie dążąca do wynaradawiań, umiejąca utrzymać władzę siłą wewnętrznej potęgi, skłonna do bratań, zniewalająca mocą swej idei, może być ową dłonią bratnią wyciągającą się do bratniego narodu. Polska przez wygórowaną miłość Ojczyzny powinna potrafić uszanować odrębność narodu pokrewnego. Wtedy też wiele osiągnie dążąc drogą pojednań bratnich przeciw nieprzyjacielskiej sile.

Jaką rolę przeznacza nam przyszłość w związku z tym ludem? Czy złączy jeszcze nasze ręce, jak już się wielokrotnie łączyły nasze kości i mieszała nasza krew we wspólnej przed wrogiem obronie? Przyszłość milczy, a Ukraina dzisiejsza to wielkie cmentarzysko, gdzie senne mogiły dumają o krwi tak strasznie przelanej. Lecz dzieje narodów nieskończone i Bóg je pisze.

*************

Przypisy:

[1] Józef Bohdan Zaleski – 1802gubernia kijowska, zm. 1886 Villepreux, obecnie miejscowość w regionie Île-de-France, w departamencie Yvelines. Pochowany został w grobie rodzinnym Zaleskich na cmentarzu Montmartre w Paryżu. Polski poeta okresu romantyzmu. Wraz z Antonim Malczewskim i Sewerynem Goszczyńskimzaliczany jest do „szkoły ukraińskiej” polskiego romantyzmu. Jego wiersze były pisane rzadko spotykanym w poezji polskiej tzw. sylabotonikiem melicznym, charakteryzującym się bardzo regularnym uporządkowaniem sylab akcentowanych i niezwykłą melodyką wiersza. Z tego powodu wiele jego utworów stało się bardzo popularnymi i uzyskało oprawę muzyczną, również ze strony wybitnych ówczesnych kompozytorów, m.in. Chopina.

*sylabotonik meliczny – rodzaj wiersza regularnego, odnoszący się do pieśni lirycznych; śpiewny, w którym podstawę rytmu tworzą: stała liczba sylab oraz stała pozycja sylab akcentowanych;

[2] leitmotive wiersza Józefa B. Zaleskiego pt: „U nas inaczej”. Wiersz opublikowany, m.in., w niedzielnym dodatku do pisma „Postęp”, wydawanego w Poznaniu w latach 1890-1925 (dodatek „Biesiada”, numer z 15.02.1914 r.). W całości do przeczytania w zdigitalizowanych zbiorach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej;
http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/plain-content?id=228265

[3] prystaw – w Rosji komisarz policji albo komendant posterunku(1837 – 1918),;

[4] uriadnik – w Rosji niskiej rangi funkcjonariusz policji, głównie na terenach wiejskich (jw.);

************

Wykaz moich wszystkich notek na portalu „Szkoła Nawigatorów” pod linkiem:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty

Najsmutniejsza ziemia – polskość na Ukrainie

Najsmutniejsza ziemia – polskość na Ukrainie

https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/najsmutniejsza-ziemia-polskosc-na-ukrainie#399167

======================================

Poprzednia część:

U krainy krwawy lud

===============================

Druga część dyptyku Janiny Przecławskiej opublikowanego w IV kwartale 1927 r. na łamach krakowskiego  kwartalnika „Przegląd Powszechny, tym razem pod oryginalnym tytułem.

Korekta do krótkiego biogramu Autorki, którą podał w komentarzu do poprzedniej notki jeden z komentatorów (jan-niezbendny):
Janina Przecławska z Różyckich. Była założycielką Towarzystwa Pomocy Dzieciom i Młodzieży Polskiej z Kresów i jego pierwszym prezesem w latach 1919-1921. Urodzona około roku 1869, wzięła ślub w 1889. z Kazimierzem Przecławskim. Przeżyli razem 54 lata. Zmarła 1 maja 1944 r., jej mąż został zamordowany w trzynastym  dniu PW ’44 w schronisku dla paralityków na rogu Żelaznej i Leszna. Była wujenką, a nie matką Maji Berezowskej.

Dygresja:
Kilka dni temu zamieściłem część pierwszą, która miała debiut na salonie kilka dni temu, ale całkiem niespodzianie spowodowała pewien niesmak ze względu na desperackie próby deprecjacji wspomnień Autorki, w  których opisała swoje przeżycia. Polemista uciekł się pod adresem Autorki do określeń w rodzaju „ta pani” oraz  „polska szlachcianka”. To już zupełnie blisko do stygmatyzacji o brzmieniu „ta Polka”. Jestem zdania, że „ten pan” wyraził na tyle jasno swój stosunek do „polskich szlachcianek”, iż wyklucza to z mojej strony chęć dysputy z nim w podobnych tematach. Koniec dygresji.
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/u-krainy-krwawy-lud

I krótkie wyjaśnienie.
Obecny tekst zaprezentowałem na swoim blogu w  „SN” z datą 25.06.2017 r., a więc niemal osiem lat temu, w początkowych tygodniach inicjatywy „Szkoła Nawigatorów”, a w moim przypadku była to dopiero trzecia w kolejności notka. (Dla porównania obecna ma numer 369, nie licząc czterech notek tzw. inwentaryzacyjnych). I,zapewne z tego powodu, została praktycznie niezauważona. Ale wówczas był także inny, znacznie mniej drażliwy, tzw. kontekst problematyki zawartej w notce. Na dodatek notce nadałem enigmatyczny tytuł w brzmieniu „Z refleksji okołokresowych”, który później zmieniłem na inny, czyli „Na dalekiej Ukrainie”, zdaje się, że niewiele mniej enigmatyczny. Tamta notka loguje się pod tym pierwszym tytułem. Ze względu iż zawiera treść będącą  kontynuacją problematyki z notki zamieszczonej kilka dni temu, a której przed ośmiu laty nie opublikowałem, zatem obecnie ją przypominam. Pozostawiłem oryginalną ortografię i stylistykę, natomiast dodałem kilka przypisów.

******************

Boście przybyli z najsmutniejszej ziemi,
Gdzie krwawą pieczęć położyły dzieje.

Temi słowy pozdrowił zmarły już poeta Kazimierz Gliński [1] przed laty delegację kresową polską, przybyłą na zjazd do Warszawy. „Najsmutniejsi”, więc z najsmutniejszej ziemi, ta nazwa charakteryzować może doskonale osiadłych tam Polaków. A więc najsmutniejsi, bo odsunięci od życia kraju, od wieków przeznaczeni do wartowania u rubieży ojczyzny, zaprawieni do Walki, nie znający spoczynku, twardzi dla siebie, bez miłosierdzia dla wrogów, czujni na wszelkie napaści – ten typ żołnierza kresowego stawia nam przed oczy Wincenty Pol, malując swego Mohorta [2].
Mohort na kłodzie powalonej siedział,
Tak jak na koniu, a choć sobie drzemał,
Lecz śpiąc, pistolet w prawem ręku trzymał.

W podobieństwie do tego typu mogą służyć słowa zasłyszane już w ostatnich dniach przejść pogromowych 1918 r., a wypowiedziane przez wieśniaczkę rusińską, chcącą wykazać różnicę między panem a chłopem. Mużyk, jak narobytsia, spyt, a pan choczaj spyt idnym okom, a druhym wse taki dumaje  (Chłop, jak napracuje się, śpi, a pan, chociaż jednem okiem śpi, drugim wciąż rozmyśla). Takby się więc zdawało, że dola kresowa szła, pozostawiając i w dalszym rozwoju rysy podstawowe, przekształcając się w miarę zachodzących przemian dziejowych. Przebrzmiały walki, kraj stał się własnością cudzą, ale Polacy na kresach to była zawsze owa warta strażnicza, przechowująca poczucie trwania i obrony na rubieżach Rzeczypospolitej, święcie piastująca miłość tradycji i wiarę, że Polska wymarzona „będzie”. Wiarę tę przekazywały pokolenia pokoleniom, w tych uczuciach rośli młodzi osadnicy na Wołyniu, Podolu, Ukrainie, zwartą siłą zgrupowani przy warsztatach pracy polskiej, wynosząc przekonanie, że duże obszary ziemi w polskiem ręku są Polską, która trwa. Nie mogąc mieć szerszego ujścia dla uczuć narodowych, odsunięci od prac państwowych, oddaleni od Polski; całą duszę skupili w tem jednem pojęciu, iż nie wolno sprzedawać ziemi. Ziemia sprzedana szła w obce ręce i tem samem waliły się środowiska polskie, które zgromadzone przy tych obszarach, stanowiły podstawę polskiego życia na kresach.

Z jakąś wzgardą i potępieniem obrzucano tego, kto lekkomyślnie ziemię swą sprzedawał obcemu, uważając go za zdrajcę i odstępcę! Tak rozumiały swój czyn ówczesny te pokolenia „najsmutniejszych”, którym sądzoną była epoka przymusowej bezczynności dla zachowania miejsc polskich pracowników, fachowców, inteligentów. W tem haśle pozornie skromnem była samoobrona przed wrogiem, była woła’ nieustępliwa, która milcząc protestuje. Dziadowie nasi mogli byli bronić ojczyzny w otwartej walce, orężnej i nie obronili jej; synom i wnukom przypadł inny obowiązek w udziale. Trzeba było walczyć o tę ojczyznę codziennie, w każdej jednostce, w domu, rodzinie, szkole, kościele – słowem, jak za dawnych mohortowskich czasów, „śpiąc pistolet w mocnej dłoni trzymać!”

Bo odkąd każda pierś musiała być warownią, każdy próg ojczyzną, każda dusza narodem, i tego dobra bronić trzeba było życiem całem. Z pozorem poddania i uległości prawom niewoli, z zatajeniem uczuć i myśli trzeba było stanąć do tej pracy trudnej, nieraz niemożliwej do wykonania, często tak zdradzieckiej, iż niepodobna było odkryć istotnych jej wartości – nieraz stawało się na niebezpiecznej pochyłości, w której jednak trzeba było zwyciężyć. Stokroć milej było może unieść się zapałem, zorganizować pracę szeroką, zgarnąwszy cały naród rozsiany w tem morzu obcem i nie bacząc na przeszkody zakładać ogniska polskiej kultury, tajne szkoły, bibljoteki. Byli tacy odważni tu i ówdzie i praca podziemna szła, rwąc się co chwila…

Byli tacy, co pod grozą zsyłki lub konfiskaty, rezygnując z własnego życia i mienia, nieśli pracę twórczą w miasteczkach i wsiach ukraińskich. Praca ta jednak rwała się wciąż, krępowana obawą, bo ostre oko żandarma rosyjskiego przenikało tendencje i częstokroć nawet wygórowane opłaty i świadczone usługi nic nie pomagały. Wykrycie zaś pracy takiej było już jednocześnie jej zgonem, narażając jej uczestników na daleko idące konsekwencje. Każda taka praca n jaw wydobyta budziła czujność policji i tamowała dalszy rozwój.

Dziś, patrząc bezstronnie na to życie polskie na kresach z perspektywy lat ubiegłych, trudno się dziwić lub oburzać, że bardziej spokojna i mniej zapalna część społeczeństwa dla zachowania swych stanowisk, majątku, swobody i możności wychowania dzieci wstrzymywała się od udziału w tej, pracy podziemnej, że na te młodzieńcze zapały rwących się bezsilnie a uparcie patrzano jak na szaleństwo.

Bezwarunkowo, rola poddanych warunkom ówczesnym, toczących swój byt szary była rękojmią utrzymania egzystencji polskiego żywiołu. Nawet i owe gdzie niegdzie powstające śmielsze prace polskie, dzięki usunięciu się od nich przeważnej liczby Polaków kresowych, mogły w cieniu rozwijać się i rosnąć. Nikomu nie przychodziło na myśl, ż e wśród tych zrezygnowanych i milczących, oddanych rodzinie i majątkowym zabiegom mogły się budzić myśli jakiejś nielegalnej roboty i ta obojętność pozorna jednych niejednokrotnie stanowiła mur ochronny dla powstających tu i ówdzie prac.

Milczano, ale w głębi nie sprzedano nigdy uczuć. Marzenia wykołysane przeszłością bohaterską, wiecznie drogie i święte, w zatajeniu czekały na taką chwilę – ale, że milczeć musiano, tem były najsmutniejsze. Na tle życia odsuniętego od prac państwowych i społecznych paczyły się nieraz charaktery. Przymusowy zastój spowodował wiele bolesnych i niepowrotnych odejść. System szkolny gwałtownie rusyfikował, wprowadzając do domów nawet przymusowo książkę rosyjską jako robotę wakacyjną, zadając olbrzymią ilość dzieł rosyjskich do przeczytania i tym sposobem rugując bezwzględnie polską lekturę. Historja Iłowajskiego [3], fałszywie komentująca historję polską, w umysłach młodych nieciła zamęt i ból, lub też ujemnie kształciła uczucia narodowe. Wpływ ducha rosyjskiego nieraz przenikał i przekształcał tak dalece polskie dusze, iż młodzież szukając ujścia dla burzącej się krwi młodej ginęła dla Polski na zawsze w szrankach rewolucyjnych związków rosyjskich.

Bolesny przykład jawnego terroru daje nam rok 1890, kiedy to 36 polskich uczniów szkoły w Żytomierzu nie dopuszczono do matury za to, że założyli koło samokształcenia się w języku ojczystym i że nie chcieli brać udziału w donosach i szpiegowaniu kolegów, do czego zmuszał ówczesny dyrektor, znany rusyfikator Sidorów [4].

Zamożniejsza inteligencja, ziemianie jeździli rok rocznie do Warszawy, by spojrzeć w dokonywującą się tam pracę polską, nacieszyć się polską mową, ujrzeć polską scenę… lub też do Krakowa, by się tam „najeść, napić ojczyzny”. Mając w oczach żywe obrazy Polski kontuszowej, odurzeni wolnością obchodów manifestacyjnych na wielkiej scenie „Dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż”, wracali do swej Pipidówki , pełni nowych wrażeń, lęków i protestów… A w głębi rosło jakieś ciche zamyślenie, jakaś modlitwa strażnicza ognisk rodzinnych, którą tak piętnuje poeta Wyspiański jako „zaprzysiężenie grobom”. A jednak ona to w kornem skupieniu ratowała Polskę, przez nią w owym czasie pokutnym Polska trwała i przetrwała, bo był to ów bój bezkrwawy, w którym „o duszę walczono duszą”.

Pałace, dwory i dworki to były ogniska kultury polskiej, rozsadniki polskiej myśli. To były przytułki podczas wakacyjnych urlopów dla niejednego uczonego, literata, poety, artysty, zmęczonego życiem miasta. Jakżesz spieszyli w te gościnne progi ziemian kresowych, spędzając tam nieraz długie miesiące, by w ciszy i spokoju w warunkach odpowiednich dla pracy ducha, wzbogacić polską sztukę, wiedzę, kulturę nowem dziełem, nową zdobyczą! A te arcydzieła malarskich mistrzów naszych, skupywane wystawach, zapełniające sale, te olbrzymie księgozbiory, zawierające nieraz bezcenne materjały dla uczonego, historyka, poety, czyż to nie były namacalne dowody pielęgnowania ducha narodowego i tej miłości tradycji przechowującej wiarę w jutro Polski? To były gwarancje trwania i budowania na przyszłość.

Odrzucano narazie pracę podziemną, nielegalną, na chwiejnych podstawach, aby trwać w całości, aby nie obalić tego, co istniało, aby przechować i utrzymać. Ilość ziemi w posiadaniu polskiem na Wołyniu, Podolu i Ukrainie wedle obliczeń dosięgała 3 miljonów hektarów, a to posiadanie rozwijało kulturę rolną, przemysł krajowy, utrwalało na tym zanikłym, zatęchłym ułomku wschodniego barbarzyństwa i dzikości tchnienie ducha i myśli. Uniemożliwione współżycie bliższe z ludnością miejscową i z pewnym odsetkiem polskiego włościaństwa i tak zwanej drobnej szlachty nie zatamowało jednak w zupełności pewnego dobroczynnego wpływu i pomocy, której ośrodkiem pozostawały zawsze dwory.

Wraz z zanikiem polskości na kresach, wraz z hasłem „śmierć panom, śmierć burżujom”, odeszło z ziem tych prawdziwe życie. Jednak przez lat dziesiątki pielęgnowany – ideał trzeźwości, trwania przy majątku jako jedynej ostoi polskiej, zacieśniał dusze i wyjaławiał myśli. Bezwzględne poddanie obcemu rządowi, który był uważany jako swój, ż tego względu, iż cesarz rosyjski tytułował się królem polskim i wielkim księciem litewskim, wywoływał przymusowy zanik dążeń i w wielu wypadkach wykoszlawiał serca. Wychodząc z tego założenia, iż przysięgłszy rządowi nie wolno było przeciw niemu występować, nie wolno było nawet pragnąć niepodległości, kurczono duszę, kaleczono język, zatracano indywidualność polską… Oficjaliści, drobni właściciele, dzierżawcy i pracownicy fabryczni i rolni, ci którym brakowało funduszów na wyjazdy i odwagi na wypowiedzenie swych uczuć, ci najbardziej skazani byli na poddanie się temu losowi.

A przecież, kiedy w latach 1905 i później zaczęły odzywać się głosy wolnościowe, kiedy już wolno było myśleć o narodowej swobodzie, najpierwsze właśnie, najżywiej czujące okazały się te z pozoru zanikłe dla polskości dusze – ci pracownicy, których synowie kuli w gimnazjach rosyjskich, przyjmując obojętnie wszystkie wpływy i poglądy dla karjery i przyszłości, te skromne panienki gimnazjalistki, których jedynem wyjściem były hasła rosyjskiej demagogji, te domy gdzie dla taniości kupowano rosyjskie książki i tworzono bibljoteki z wydawnictw „Niwy” [5], najpierwsze stanęły do apelu. Jakby jednej chwili opadł pokost zewnętrzny przymusowego marazmu i zamanifestował się Polak, patrjota żądny pracy polskiej. Cześć wam ubogie zagrody, szarzy pracownicy, iżeście tak zaraz, w tej chwili osobliwej, usłyszeli ów dzwon spiżowy dzwoniący na powstającą ojczyznę! Każdy wasz ciężko zarobiony grosz dany na wojsko polskie, czy też na szkołę polską stwierdzał ów tak długo hamowany wybuch żywiołowego odczucia i radości, którego już nie było potrzeby ukrywać i który rodził nadzieję, wiarę, iż „nie zginęła”.

Jeżeli zatrzymany w rozwoju, zachwiany w granicach dawnych duch Polski jednak trwał w pałacach i dworach, gorzej bywało z tą młodszą bracią, z tą, do której dostęp był wzbroniony, do których tylko czasami, ukradkiem dochodziło słowo otuchy i pokrzepienia. Na Podolu, Wołyniu, a nawet Ukrainie nierzadko spotykało się całe osiedla zajęte przez ludność czysto polską — chłopów mazurów całemi rodzinami różnemi czasy sprowadzanych przez ziemian polskich dla prac rolnych. Skupienia takie w większych ilościach ludu polskiego chroniły ich od wynarodowienia; złączeni życiem wspólnem przechowywali właściwości narodowe, obyczaj i język, nie dając się pochłonąć większości ludu ruskiego. Bronił ich kościół, usuwali się z pod obcego wpływu w ścisłem, rodzinnem złączeniu. Szkoła nie obowiązywała, więc dowolnie można było uniknąć nauki rosyjskiej, zato nierzadko spotkać można było ojca lub dziadka, uczącego polskiego pacierza i pokazującego na starym, wytartym elementarzu polskie litery…

Ale najsmutniejsi z najsmutniejszych, najbardziej wydziedziczeni i upośledzeni to byli ci zagonowi, małorolni lub bezrolni, szlachta z dziada pradziada, herbowni Polacy o pięknie brzmiących nazwiskach, gdzieś od Jagiellonów, lub Batorego ród swój wywodzący. Tendencją rządu było, aby spłynęli w jedną masę chłopów ruskich, zmieszali się z ludnością miejscową, co też stawało się powoli, przez ciągłe wspólne obcowanie, przystosowanie do wspólnych potrzeb, przez małżeństwa, przez to współżycie, w którem nie było żadnego powiewu, żadnej myśli wyróżniającej ich. Hasłem też ich było: „nie wyróżniać się”, aby nie drażnić dzikich instynktów. Podobni tym anemicznym, bezramiennym sosnom, wciśniętym w las szeroko rozrośniętych dębów i buków, zanikali.

Małżeństwa mieszane odrywały całe rodziny od Polski, zapisując je do ksiąg prawosławnych. Według prawa rosyjskiego dzieci takich małżeństw musiały być prawosławne. Ze zdumieniem rok rocznie spostrzegano zmniejszanie się elementu polskiego. Mówiono: „Jeszcze pięćdziesiąt, dwadzieścia lat temu cała Janiszówka-Bohatyrka, miejsce rodzinne Bohdana Zaleskiego [6], to były wsie katolickie, polskie, dziś ledwie kilka chat pozostało”. Przystosowywali się, wsiąkając niewidocznie w żywioł miejscowy, zapominali mowy, plącząc jeszcze zniekształcony pacierz polski, zachowując zwyczaj wielkanocnej spowiedzi, której już nawet po polsku odbyć nie potrafili. Stawali się żyjącem odbiciem owego Zabudy z „Pana Balcera” [7], który wszystko zapomniał. „Od swoich my odeszli, a tutaj nas nie chcą”, mówili żałośliwie. Niezatarte różnice pozostawały, drażniąc ruskiego chłopa, wywołując zawiść lub pogardę. Delikatniejsi, mniej zaprawieni do pracy, słabsi fizycznie, nieraz nie umieli, czy też nie chcieli sprostać robocie, szybciej i sprawniej wykonywanej przez chłopa Rusina, narażając się nieraz na jego lekceważenie. Znienawidzoną też bywała taka synowa „szlachcianka”,  „cia z chwostom”, jak ją zwali pogardliwie.

 W tem wszystkiem tkwiła ich tragedja. Coraz częściej od 1905 r. powtarzające się agitacje, burzące lud miejscowy przeciw „panom”, groźnie zwracały się przeciwko nim, tej pozostałej garstce drobnej szlachty, która się coraz bardziej kuliła, aby ujść niepostrzeżenie. „Was najprzód wyrżniemy, boście także „lachy” wołano. Nazwę ich „szlachta” tłumaczyli „szlajusyjsia” – włóczęgi. Takie warunki, takie uczucia, przeradzając się w bolesną trwogę, znieprawiały ten smutny odsetek polskiej ludności, która już tylko pragnęła’ spokojnego życia. Zdarzało się, iż zaniedbywano nawet chodzenia do kościoła. byleby nie zwracać na siebie uwagi. W chatach mówiono nawet między sobą po rusku, a na zapytanie dlaczego przynajmniej u siebie w domu nie starają się przechować język ojczysty, odpowiadali: „Tak my już przywykli! My tu jak mysz pod miotłą siedzimy – zabiliby nas inaczej! Nam straszno!” Czasem, czasem, stara jak świat babcia próbowała odezwać się po polsku, kiedy się ją tak zaszło niespodzianie, potrafiła wydobyć z zamierzchłej pamięci wspomnienia poległych pod Dubienką… Bywało, iż w poufnej pogawędce ośmielał się „Zabuda”, rozwiązywały się usta i oto opowiadał o ojcu – dziadku, którzy zginęli w powstaniach, o lasach, gdzie się kryli przed wrogiem… I wówczas z głębi kufrów wyciągano stare, zbutwiałe papiery, dowody szlachectwa, herbowne ślady zasług dla ojczyzny, nadania królewskie z XVII wieku jeszcze – i cicho z pietyzmem i łzą w oku układano je znowu w tychże miejscach. Tak się czasem udawało odsłonić rąbek tych dusz… Zabuda mówił i pamiętał.

Ale bywało gorzej. Kościół, jedyne miejsce, gdzie mogli słyszeć katolicką „pańską mowę” zbyt wielkiem, nieraz paromilowem oddaleniem utrudniał dostęp. Z konieczności nieraz, niedostatecznie poinformowani, dla chrztu lub pogrzebu udawali się do miejscowego popa, sami niebacznie tym sposobem wpisując się w księgi prawosławne. Złe wspominki targały nimi, nie umieli przebaczać, nie chcieli rozumieć. Jakieś dawne procesy graniczne o kawał gruntu dworskiego, te źle uświadamiane tendencyjne powstania polskie, o których nauczano, iż panowie chcieli powrotu „pańszczyzny” i tak nawet przekształcono pieśń narodową: „pańszczyznę racz nam wrócić, panie!” To stanowiło nieprzyjednanie i zaciśnięcie się coraz większe w status quo. Inteligencja ziemiańska, pragnąca przebić ten mur niechęci, wchodząc do ich chat z miłością ofiarną, nieraz narażona bywała na bolesne przyjęcie. Nieraz zatrzaskiwały się drzwi z groźbą i łajaniem. A kiedyś jasno i dokumentnie tłumaczył jeden ponury szlachcic na wzmiankę o polskiej nauce: że się oni nie dadzą dziś wciągnąć, już oni nie tacy i wiedzą dobrze za co to rząd więził i skazywał na wygnanie, wiedzą czemu to panowie chodzili po lasach… Nie, oni nie dadzą dzieci na żadną polską naukę… to na nic!” Inni z niedowierzaniem kiwali głową: „Niech się uczą po polsku, ale to im nic nie da!”

Najtrudniej było przezwyciężyć tę nieufność – nie szczędzono zapału, aby dopiąć celu. Byli tacy co potrafili pogodzić uczęszczanie na tajną naukę polską i oficjalne chodzenie do szkoły wiejskiej. W 1900 roku zorganizowano w najbardziej zapadłej części Ukrainy, w taraszczańskim powiecie [8], dwie formalne cztero klasowe szkoły polskie, które pod oficjalną nazwą szwalni i stolarni garnęły chłopców i dziewczęta, dzieci polskiej ludności wiejskiej – i dzięki przychylności ówczesnego prystawa [9], dobrze opłacanego, który w tych zakładach chciał widzieć tylko „stolarnię i szwalnię”, przetrwać zdołały lat dziesięć. Szkoły te przez szereg lat budziły ruch polski na wsi i garnąc polskie ziemiaństwo do współpracy, stały się podstawą dla przyszłych pionierów polskości wśród drobnej szlachty polskiej. Dzieci, wracając do chat, swych protestowały ostro przeciw mowie obcej z rodzicami i rodziną; wiadomości wynoszone ze szkoły imponowały rodzicom, którzy z większą ufnością powierzali dzieci opiece instruktorów polskich. Nadchodziły liczne prośby o przyjęcie na naukę tak, że szczupłe ramy zakładów nie były nieraz w stanie sprostać zadaniu, które się rozszerzało, rosło w oczach. Jednocześnie po 1905 roku poczęły się sypać błagania ludności ze wsi sąsiednich o zorganizowanie takiej szkoły u nich, zobowiązania przyjęcia na siebie wszelkich kosztów utrzymywania nauczycieli, ofiarowanie bezpłatnego mieszkania oraz miejsca dla szkoły. Rok 1911 – 1912 wniósł gwałtowne zmiany, rzucono się z zażartością na te zapoczątkowane zbożne prace; dzięki tylko uprzejmości niezwykłej „prystawa” oba zakłady cichutko, jak powstały tak też pokryjomu przestały istnieć.

Te same dzieci, które kilka lat temu kryły się przed opieką polską, które narazie uciekały jak dzikie stworzonka, nie rozumiejąc usiłowań pracy kulturalnej polskiej, po kilku latach starań usilnych zjednane, przeobrażone – oto w tej chwili okrutnej, gdy im zapowiedziano koniec, zamknięcie nauki, powrót do domu, z płaczem rzuciły się na kolana wołając: „Co my im zrobiliśmy, jacy ludzie są niedobrzy, czy oni wiedzą jaką krzywdę nam robią!” Wiele dworów przyjęło częściowo rozpierzchłą gromadkę dzieci, wedle możności dopełniając przerwaną naukę, w ukryciu dalej pod różnemi pozorami kształcąc dzieci i wysyłając je do Warszawy do seminarjów nauczycielskich lub zakładów gospodarczych. Takie próby ryzykowne pod różnemi pozorami powstawały w różnych częściach Wołynia, Podola i Ukrainy, przeważnie po miastach w Kijowie, Żytomierzu, Berdyczowie, Kamieńcu, Winnicy, tworząc tajne koła oświaty, które roznosiły na prowincje swe kosztowne dobroczynne ziarna. Nie chcę tu wymieniać nazwisk tych odważnych założycieli na polu narodowej twórczości, aby nie pominąć tych, którzy pozostali ukryci, nieznani do końca dzięki ostrożności swej mrówczej, podziemnej roboty, która właśnie dlatego dłużej i wydajniej działać mogła. Nazwiska się zamazują, pozostają plony.

W roku 1917 zawiązała się pierwsza oficjalna organizacja „Rady okręgowej”, a później „Polski Komitet Wykonawczy”, który gromadzić miał rozsianą polskość na kresach pod jedną naczelną władzę, która przedstawić miała potem w Warszawie siły polskie pozostałe na dawnych rubieżach Rzeczypospolitej. Kiedy olbrzymi pochód narodowościowy rozwinął się na ulicach Kijowa, pozdrawiając wolność ludów, ludność polska ze wszystkiemi  organizaciami swemi, szkolnictwem ludowem, bracią rzemieślniczą, pomocą polskim żołnierzom i wygnańcom, Komitetem wykonawczym, polską Macierzą szkolną przesunęła przed oczami zdumionych obywateli miasta. Szli długo, w porządku, sprawnie, z chorągwią, na której Orzeł Biały i Matka Najświętsza świeciły jak pochodnie wieczne, a śpiew za ojczyznę lał się w przestrzeń zgodnym chórem. Patrzano z niedowierzaniem i niechęcią; słychać było z różnych stron głosy nieprzyjazne; „Co to jest, skąd ich tu tyle się nabrało”. Wierzyć nie chciano, że ta ludność polska przetrwała w ciszy i skupieniu hodując naród. Jednak z liczby tych, którzy pracę swą ofiarną z poświęceniem życia całego nieśli, aby przechować Polskę w sobie cisną mi się pod pióro nazwiska dwa, które przemilczeć trudno. Pamiętam niewymowne chwile spędzone w ciasnych pokoikach na najniższem piętrze u tak zwanej powszechnie św. p. „babci” Ułaszyn w Kijowie [10].

Gromadka dzieci obsiadła duże podłużne stoły i sypią się pytania i odpowiedzi jasne, zwięzłe, śmiałe, świadczące o rozbudzonych sercach i dobrze przygotowanych, rozwiniętych umysłach. I ten dzień piękny, kiedy na sali polskiego klubu „Ogniwo”, w tymże Kijowie, w sali zapełnionej po brzegi polskimi obywatelami ukazała się drobna, nieco pochylona postać, Jozafata Andrzejowskiego, powracającego z wygnania, na które był skazany za tę robotę polską tajną, oświatową, za zorganizowanie narodowe całej rzeszy robotników swej fabryki ceramiki – za opiekę nad dziećmi ich, za całe umiejętne, długotrwałe ujęcie tej zbożnej pracy. Powstał tysięczny tłum i długo niemilknące oklaski witały powracającego pracownika, w głębokim hołdzie do stóp jego padając. I oto pod egidą i za przykładem tych ludzi krzewiła się oświata polska, aż zabłysła’ ową gwiazdą cudną 1917 roku, od której blasku śćmiły się oczy wrogów. Lata późniejsze, zupełnie swobodnie rozwijającej się polskości, kreśli Jan Kornecki w książce swej: „Dzieje oświaty na Rusi„, duże wspomnienie mieści się także w broszurce o Sejmie i Polskim Komitecie Wykonawczym z roku 1917 [11].

Znamienne jest, że od 1915 – 16 roku polska praca wybuchła lawą gorącą. Długo wstrzymane a niewygasłe uczucia przemówiły. Polska świtała… I na twarzach tych ludzi skupionych w jednej myśli, w jednej nadziei, w jednej bezprzykładnej pracy nad siły, odbił się naprawdę ogień Boży. Pewność, że „ta, co nie zginęła, powstanie z naszej krwi”, dodawała lotu. Od poddaszy do suteryn, chaty do chaty, cierpliwie, bez odpoczynku spisywano ludność polską wsi, miast i miasteczek – i dzień każdy przynosił swój plon.

Ten przegląd i stwierdzanie polskiej ludności to była podróż po nieznanej krainie nowych odkryć lub rozgoryczeń, codziennie rodziła się Polska lub padała w gruzy. Wielu wracało zapomnianych, wielu nie przyznawało się do polskości, kontentując się nazwą „katolik”, ale Polska rosła z dnia na dzień mocniejsza, pewniejsza, bardziej zwarta w sobie. Bywały sceny rozczulające, wrażenie, iż nareszcie wolno być Polakiem i wolno mówić o tem upajało, podniecało, więc wielu, ośmielonych i już pewnych, radośnie tłoczyło się do zapisów – powracało do katolicyzmu gremjalnie. Wyrwy bolesne i odstępstwa goiły te chwile serdecznych powrotów. W tem była wiara, otucha, przyszłość. Istotnie, zważywszy warunki i okoliczności nieprzyjazne, nie oburzać się należało, że ich tak mało już było, ale dziwić się i radować, że ich tak wielu zostało. I oto z tych serc najsmutniejszych szły nieraz rozrzewniające w swej prostocie hyperbolicznej słowa. Tak mówił Bratkowski [12], jeden z seniorów tej drobnej szlachty, wspominając czas ubiegły: „Było tu nas wielu, staliśmy na moście, nieraz zmuszano nas, aby przejść na tamtą stronę i nawet może trzeba było przejść, ale my staliśmy i stoimy dotąd i tak stać będziemy”.

Rodziły się nowe siły codziennie coraz mocniej rozbrzmiewało Polską. Przyjście wygnańców polskich w 1916 r., tego chłopa polskiego, wywarło ogromne wrażenie na ten lud polski z pod wiejskiej strzechy. Uwierzono nareszcie, że Polak to nietylko „pan”, ale to naród, który stanowi Polskę, że ona była naprawdę i stanie się jeszcze, jeśli o to dbać będziemy. Wołyń, Podole, Ukraina te ziemie przed rozbiorami stanowiące jedno z Polską, po zaborach powszechnie „zabranemi prowincjami” zwane, zakipiały, zabiły jednym tętnem, otworzyły się nagle ukryte głębie pragnień, w których widniała tylko Polska. Nie było dworu, dworku, pałacu, na wsi i w mieście, gdzieby zwarta praca pomocy wygnańcom, opieki moralnej, roboty oświatowej nie trwała szczerą myślą, nie organizowała nowych placówek, pociągających rzesze całe do czynu. Na całym obszarze Wołynia, Podola i Ukrainy zaroiło się od szkół, a szkoła polska i każda organizacja polska była wzorem ładu, sprawności, umiejętności, która imponowała obcym. Rusini ubiegali się o zaszczyt przyjęcia dzieci do polskiej szkoły. Żywioł polski rósł i potężniał; duży wpływ na rozwój języka miała ta napływowa ludność wygnańcza, już nie wstydzono się mówić po polsku, polska mowa z dumą i pewnością rozbrzmiewała we wszystkich chatach. A wielka burza zbliżała się hucząc i grożąc. Nadchodził rok 1917.

Zdawna tlejące iskry w chłopie ruskim, moskiewsko-bolszewicka propaganda wybuchła strasznym płomieniem, w którym spłonąć miała i wiara tego ludu i ci, którzy wiarą tą zawsze żyli. Pracy nie przerywano. Burza już zrywała dachy, podkopywała grunt pod nogami, a złączona w zapamiętałej pracy inteligencja polska nie odrywała oczu od tego co się rozpoczęło tak wspaniale – pracowano wśród wichru i burzy. I ktoby spojrzał na tę garstkę polską wśród wrogich fal obcych, wśród rozpadających się podstaw społecznych, z zaparciem się i oddaniem sił wszystkich budującą i tworzącą wśród rozpętań wściekłych żywiołów, wziąłby ją za garść szaleńców. Istotnie to była praca szaleńców, której co chwila groziła zagłada. Od tych szaraczków, od tych wczoraj jeszcze nieznanych, jeszcze dalekich, dziś już bliskich i swoich szła otucha, pociecha. Mówili: „Trzeba trwać, trzeba siedzieć, aż się dach zapali nad głową”. I trwaliśmy, aż się zapalił dach.  A kiedy się zapalił, kiedy w gruzach legł dobytek wiekowy, prace ostatnie, myśli, które karmiły pokolenia, kiedy runął „dom”; ognisko pogody, dobra idei twórczej, kiedy na głowy ziemian polskich każdego inteligenta naznaczono ceny, a terror jak dym dławiący zatruwał wszystkie oddechy, kiedy wszystko waliło się w krwawych ogniach i jękach męki okrutnej… kto mógł, biegł do Polski,… kto nie mógł…

Gdzie wy dziś? Gdzie wy, coście z błogosławieństwem rodzicielskiem, z piersią wzruszeń pełną stali u progu pierwszej oficjalnej szkoły polskiej, powtarzając nabożnie słowa polskiej narodowej pieśni; wy co zebrani w chatach, łowiliście chciwie opowiadania o Polsce w kajdanach i o tej drugiej już wolnej i niepodległej słuchali, iż ledwie wam serca z radości nie pękły! Czy źywiście, czyście umarli w męczarniach prześladowań, czy też zmożeni walką, torturami, przemocą, chylicie znękaną głowę pod nowe, straszliwsze jeszcze jarzmo? Te polskie dzieci nieszczęsne, skazane na bolszewickie zwyrodnienie, te nauczycielki ofiarne, które nie chciały ich porzucić,, by czuwać cichym wpływem nad duszą przeszłości polskiej. Te rodziny bez środków, te wsie obałamucone, ci zmuszani do pracy, od której z ochydą odwracały się serca, — a ręce i myśli przyjąć musiały, aby żyć. Ci kapłani święci, te dusze misyjne, wpatrzone w ducha ludzkości, niosące sztandar Boży? Wywieźć ich chciano, uratować, bezpiecznie w Polsce umieścić.

Kiedy z tem przyjechano do Kijowa, ksiądz Naskręcki [13] i ksiądz Skalski [14] odpowiedzieli: „Przyjdźcie jutro do kościoła!” A gdy nazajutrz weszli warszawscy posłowie do kościoła, uderzyła ich oczy zdumione świątynia po brzegi zapełniona ludem. To była odpowiedź czcigodnych kapłanów: tych potrzebujących, stroskanych, rozbitych nie mogli przecież, nie chcieli opuścić. I pozostali. Nie ulękli się prześladowań, mąk, tortur, które stały się udziałem nieskończonej ilości męczenników, których imiona ognistemi zgłoskami zapiszą się na krwawych kartach historji. Zostali, bo byli potrzebni. A ci, co dotarli, co przez wszystkie piekła bolszewickie dobili w końcu do ojczyzny, padli na kolana, całując proch, ziemi w ślubowaniu dozgonnem. Wszyscy stanęli do pracy. Jak kto mógł i umiał, odważnie, śmiało, bez fałszywego wstydu, z obawą jedynie, aby na zagonie ojczystym nie okazać się bezpożytecznym, byleby znaleźć miejsce, byle pracować. Ciasno było w ojczyźnie, rozpychano się, deptano wzajemnie. Dzień po dniu, cicho, z poddaniem zdobywać trzeba było szacunek i zaufanie rodaków. Walka o byt gorzką jest. W walce tej niejeden stawał bezsilny! Ale nikt, nigdy nie zaszemrał przeciw losom, które wzamian za byt niezależny, za dach swój własny, dały mu niepodległą własną ojczyznę. Za nią tylko dziękowali Bogu, mówiąc z dumą: „Mamy Polskę!” Szeregi bladych, smutnych kobiet, igłą lub szydełkiem zarabiających na chleb powszedni, dobijających się o najzwyklejszą pracę kuchenną lub pokojową, legjon nauczycielski, z uśmiechem witający dzień troski i głodu, mężczyźni w wytartych, wylatanych ubraniach, pędzeni z biura do biura, wyczekujący napróżno!…

A ta młodzież polska, te polskie dzieci, z ekstazą i nadzieją biegnące do Polski jak do matki. Jęk mordowanych rodziców, syk rozpadających się w płomieniach domów idzie za niem i znaczy się w sercach przerażającem odbiciem. Żywot każdy, to bezmiar rozwijających się cierpień, na które niema wyrazu. Wikłają się straszne sceny i zapadają w bezdeń głucho. Ból tam tkwiący dostarczyć może na długie lata tematów do nieprawdopodobnych powieści. Ludzie to przeżyli i przeżywają. Młodzieńcy, dzieci prawie, na pierwsze wezwanie stają na rozkaz Ojczyzny w obronie przed najściem bolszewickiem. Wielu ginie śmiercią walecznych, wielu przynosi zarodki nieuleczalnych chorób. Przejścia nas Ukrainie, praca nad siły, wojna, źle wychowują. Oni wychodzą z tego zwycięsko. Dzięki towarzystwu pomocy dzieciom i młodzieży polskiej z kresów, organizacji niedobitków kresowych, znajdują dach, opiekę, kończą szkoły. Potem w ubogich ogniskach akademickich, powstałych także za staraniem tychże kresowców, idą dalej. Uczą się i zarobkują, często upadając w pracy nad siły. Uczą się, by nie być ciężarem ojczyzny. I wrócić do swego kraju. Ojczyzna i kraj ojców, te dwa uczucia załamują się w sercach podwójnem ukochaniem. Cel jasny grzeje i przyświeca w tej drodze dalekiej jeszcze do przebycia. Trudno odwrócić wzrok od swej kolebki, nie odchodzi dusza od początku swego.

W wizjach prawdopodobieństw niemożliwe staje się możliwe. Nadchodzą wyczucia przemian, powrotów, zjednań, snują się nici misyjnych przeznaczeń. Huczą z dna Dniepru trąby Bolesławowe i strażnicy Złotej Bramy przynoszą wołania: „Do pracy zwartej na zostawionej placówce!” Nadzieją żyje młodzież stepowa.

Dla wykończenia jeszcze jeden obraz przesuwa się przed oczami. Jest potęga myśli, która przekracza ciasne ramy polityki ludzkiej — są czyny, będące owocem natchnień, nie osądzone przez ludzkie rozumowania. Znaczenie ich pogłębia się twórczo poza granicami świata realnego.

Wchodząc do Kijowa, wojsko polskie było objawem majestatu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Niema słów w ludzkiej mowie na oddanie wrażeń i przeżywań tych „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu!” Nie dziw, iż pękały serca radosne, iż oglądały zbawienie. Za to uniesienie niezapomniane serc „najsmutniejszych”, za potwierdzenie dziejowej przemiany, za ukazanie Polski żywej, działającej, niepodległej, za te nagle pobladłe twarze wrogów, niech będzie błogosławione szaleństwo. Niech będzie błogosławiony ten, który je spełnił, ożywił karty dziejów naszych blaskiem dawnym, wskrzesił i umocnił nadzieję, z za mgły ukazał-zarysy przyszłości. Zwycięstwo tym, którzy wierzą.

*********************************

Przypisy :

[1] Kazimierz Gliński (ps. Kazimierz Poroh) – ur. 1850 w Wasylówce k/ Kijowa, zm. 1920 w Nałęczowie. Polski poeta, dramaturg i powieściopisarz. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Był synem Ludwika Glińskiego oraz ojcem Mieczysława Glińskiego. Szkołę średnią ukończył w Berdyczowie. W 1868 r. rozpoczął studia na wydziale historyczno-filologicznym uniwersytetu Jagiellońskiego. Z Krakowa do Warszawy przeniósł się w 1873 r. Leczył się w Nałęczowie, gdzie zmarł i został pochowany na miejscowym cmentarzu, a na budynku zarządu Spółki Zakładu Leczniczego w Nałęczowie znajduje się tablica, która upamiętnia pisarza.
Bibliografia:

http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=3764

[2]Mohort. Pieśń o ziemi naszej”” – poemat napisany przez Wincentego Pola, którego fabułę stanowi historia kresowego rycerza, obrońcy ojczyzny i wiary. Poemat powstał w latach 1840-52, wydany został w 1855. Temat zaczerpnął poeta z opowieści swego przyjaciela, Ksawerego Krasickiego. W sześciu rapsodach, napisanych w konwencji gawędy, Autor nakreślił wzór chrześcijańskiego rycerza-patrioty, sytuując dzieje Mohorta na tle panoramy dziejów polskich poczynając od czasów Jana III Sobieskiego. Wizja ta inspirowała wielu wybitnych malarzy, m.in., Juliusza Kossaka, Piotra Michałowskiego, Januarego Suchodolskiego;
https://pl.wikisource.org/wiki/Mohort_(Pol,_1875)/ca%C5%82o%C5%9B%C4%87

[3] Dmitrij Iwanowicz Iłowajski ( 1832 – 1920 ), historyk rosyjski, autor podręczników dla szkół średnich
i podstawowych, obowiązujących w Królestwie Polskim, które zafałszowując historię Polski, używane były jako narzędzie rusyfikacji;

[4] W 1750 r. sejmik kijowski w Owruczu uchwalił żeby w Żytomierzu otworzono szkoły, a misję ich tworzenia powierzono jezuitom. Kazimierz Stecki, otrzymawszy godność senatora w kasztelanii kijowskiej, ufundował misję jezuicką, budując dla jej potrzeb budynki (murowane) wraz z kościołem. Ale postawił warunek, iż Jezuici będą utrzymywali szkołę trzyklasową. Zakres nauki w fundacji Steckiego rozszerzony został przez Józefa Andrzeja Załuskiego, biskupa kijowskiego, który do owych trzech klas dodał czwartą. Po kasacji zakonu jezuitów kwestie oświatowe przejęła nowo powstała Komisja Edukacyjna, która przekształciła dotychczasową szkołę zakonną w instytucję świecką. Szkoła otrzymała charakter „wydziałowy” dla województw kijowskiego i bracławskiego i była placówką szybko rozwijającą się ze zwiększającą się liczbą uczniów. Po dziesięcioletnim okresie istnienia szkoły „wydziałowej, która składała się z 6 klas (zakres gimnazjum – ówcześnie „matura”), liczba uczących się w 1784 r. wynosiła ok. 600 uczniów. Dodatkowo prowadzeniem polskiej szkoły zajmowali się w Żytomierzu Bernardyni.
W 1761 r. Jan Kajetan Iliński – starosta żytomierski, wzniósł drewniany kościół i klasztor dla Bernardynów, gdzie do 1832 r. zakonnicy prowadzili szkółkę elementarną dla ubogich dzieci z przedmieść Żytomierza. Żytomierz został oderwany od Polski po drugim rozbiorze (1793 r.), pozostał jednak silnym ośrodkiem kultury polskiej. Szkoły średnie w Żytomierzu, do rozbiorów podległe Szkole Głównej Koronnej – dawnej Akademii Krakowskiej, od 1797r. zostały podporządkowane Ministerstwu Skarbu. Gdy kuratorem okręgu został książę Adam Czartoryski, cały obszar do którego należał Żytomierz, objęty został siecią szkół średnich, które wychowywały uczniów w polskim duchu narodowym. Od 1853 r w Żytomierzu wraz z rodziną mieszkał i pracował Józef Ignacy Kraszewski, który był kuratorem szkół polskich oraz uczył w słynnym Kolegium Jezuickim, założonym w 1763 r. (kolegium mieściło się przy ul. Czerniachowskiego).

Piotr Sidorow – został mianowany dyrektorem szkoły średniej w Żytomierzu po upadku Powstania Styczniowego, gdy nastąpiły ostre retorsje odnośnie zakresu praw Polaków w Królestwie Polskim. Celem rosyjskiej administracji oświatowej było maksymalne zrusyfikowanie gimnazjum i w ten sposób selekcjonowało kandydatów-Polaków na uniwersytet. I to podobni jak Sidorow decydowali o tym, ilu uczniów polskich nie otrzyma matury.
informacje zebrałem w oparciu, m.in., o:
„ Z zapisków i ze wspomnień Żytomierzanina” . autor: ks. Kazimierz Naskręcki, oprac. Maria Dębowska.
http://www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/zytomierz:-potrzebna-polska-szkola
http://kresy24.pl/25269/dawny-zytomierz/
http://dir.icm.edu.pl/pl/Slownik_geograficzny/Tom_XIV/903  (str. 903 – 913)
http://dir.icm.edu.pl/pl/Slownik_geograficzny/Tom_XV_cz.2/729

[5]„Niwa” – dwutygodnik naukowy, literacki i artystyczny poruszający tematykę społeczno-kulturalną. Pismo wydawane w Warszawie w latach 1872-1905 (od . 1895 r. jako tygodnik , a od 1898 r. pn. „Niwa Polska”, propagowało przejściowo idee pracy pozytywistyczne (m.in. zamieszczała swoje teksty Eliza Orzeszkowa – „Listy o literaturze”, , Bolesław Prus – cykle felietonów pt.: „Z ustronia” – 1874 r., „Sprawy bieżące” od 1874 r., Henryk Sienkiewicz, Julian Ochorowicz), zaś po objęciu funkcji redaktora naczelnego przez Mścisława Godlewskiego (1898 r.) profil ideowy pisma zmienił się na konserwatywny;
http://pl.wikipedia.org/wiki/Niwa_(czasopismo)

[6] Józef Bohdan Zaleski – ur.1802 r. w Bohatyrce (d.Janiszówka), gubernia kijowska, zm.1886 r. w Villepreux, (obecnie miejscowość w regionie Île-de-France, w departamencie Yvelines). Pochowany został na Cmentarzu Montmartre w Paryżu. Polski poeta okresu romantyzmu. Wraz z Antonim Malczewskim i Sewerynem Goszczyńskim zaliczany jest do „szkoły ukraińskiej” polskiego romantyzmu. Jego wiersze były pisane rzadko spotykanym w poezji polskiej tzw. sylabotonikiem melicznym, charakteryzującym się bardzo regularnym uporządkowaniem sylab akcentowanych i niezwykłą melodyką wiersza. Z tego powodu wiele jego utworów stało się bardzo popularnymii uzyskało oprawę muzyczną, również ze strony wybitnych ówczesnych kompozytorów, m.in.,Fr. Chopina;

[7]Zabudajedna z postaci poematu Marii Konopnickiej zatytułowanego „Pan Balcer w Brazylii”.
(„Poezye, wydanie zupełne, krytyczne t. X , „Pan Balcer w Brazylji””, Gebethner i Wolff, 1915);
http://pl.wikisource.org/wiki/Poezye_wydanie_zupe%C5%82ne,_krytyczne_tom_X/Pan_Balcer_w_Brazylji

[8]powiat taraszczański (ujezd) – d. powiat w guberni kijowskiej (istniał do1918 r.), utworzony w 1800 r. z powiatów piatyhorskiego i lipowieckiego, którego stolicą była Taraszcza;
http://dir.icm.edu.pl/pl/Slownik_geograficzny/Tom_XII/160  (str. 160 – 163)

[9] prystaw – funkcja policyjna w carskiej Rosji (od 1837 r. do rewolucji w 1917r.), komendant albo komisarz posterunku policji w danej miejscowości;

[10] Stanisława Ułaszyn prowadziła w mieszkaniu Pasenkiewiczów w Kijowie nielegalne nauczanie (szkołę) polskich dzieci;

[11]http://bs.sejm.gov.pl/F?func=find-b&request=000000698&find_code=SYS&local_base=ARS10

[12]nie udało mi się „zidentyfikować” , o którego Bratkowskiego chodzi. Bratkowscy był to liczny ród szlachecki na Podolu, a także, m.in., w sieradzkiem i ziemi łowickiej;

[13] ks. Kazimerz Naskręcki, ur. 1878 r. Żytomierz, zm. 1950 r. Kwidzyn;
http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/Naskrecki.htm

[14] ks. Teofil Skalski, ur. 1877r. Kiryłówka na Podolu (powiat zwinogródzki, gubernia kijowska),
zm. 1958 r. Mszana Dolna;

http://katolicy1844.republika.pl/ZSRR/Skalski.htm

******

Wykaz moich notek na portalu „Szkoła Nawigatorów” pod linkiem:

http://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/troche-prywaty

Bruksela znalazła bat na polski drób. Będziemy gazować zdrowe zwierzęta?

Bruksela znalazła bat na polski drób. Będziemy gazować zdrowe zwierzęta?

12 kwiecień 2025

drób, komisja europejska, ptasia grypa

Krajowa Federacja Hodowców Drobiu i Producentów Jaj wystąpiła do ministra rolnictwa w sprawie planowanych przez Komisję Europejską działań mających ograniczyć ryzyko rozprzestrzeniania grypy ptaków w Polsce poprzez radykalne ograniczenie produkcji drobiu w naszym kraju. Trudno zrozumieć, dlaczego restrykcje miałyby objąć także najnowocześniejsze zakłady przetwórstwa. Czy Polska ma stać się kozłem ofiarnym unijnych regulacji i polityki epizootycznej, mimo że krajowi producenci należą do liderów pod względem jakości i bezpieczeństwa produkcji w Europie?

Planowane działania, polegające na objęciu całych regionów rygorami strefy zagrożonej, bez względu na realną sytuację epizootyczną w poszczególnych gospodarstwach, są nieproporcjonalne, niesprawiedliwe i ekonomicznie destrukcyjne. Ograniczenia mają bowiem dotknąć również producentów, którzy od lat wdrażają najwyższe standardy bioasekuracji, posiadają zintegrowany i w pełni kontrolowany łańcuch produkcji oraz nie mieli ognisk HPAI na swoich fermach. Ograniczenia te zagrażają ciągłości łańcucha produkcyjnego – ptaki na odchowalniach nie będą mogły trafić na fermy towarowe, co może prowadzić do dramatycznych dylematów dotyczących ich dalszego losu. Czy mamy zagazowywać zdrowe zwierzęta? – pyta Federacja.

Branża oczekuje jasnej i racjonalnej odpowiedzi. Dodatkowo, zapowiadane zakazy eksportu – zarówno jaj konsumpcyjnych, jak i przetworów jajecznych (w tym proszków i płynów) – mają zostać wdrożone w momencie rosnącego zapotrzebowania na produkty jajeczne, zarówno w Polsce, jak i na rynkach międzynarodowych. Trudno zrozumieć, dlaczego restrykcje miałyby objąć także najnowocześniejsze zakłady przetwórstwa, takie jak największa przetwórnia jaj w Polsce, zlokalizowana w Wielkopolsce, która właśnie rozpoczęła realizację strategicznych kontraktów eksportowych do USA – kluczowego sojusznika Polski.

To osłabi pozycje polskiego drobiarstwa

Jak dalej tłumaczy nasza Federacja:  Takie działania, jeśli zostaną wdrożone, mogą nie tylko zniszczyć dorobek całej branży, ale również podważyć zaufanie partnerów handlowych i osłabić pozycję naszego kraju na rynkach międzynarodowych. W sytuacji globalnych napięć handlowych i silnej merkantylizacji polityki międzynarodowej nie możemy sobie pozwolić na utratę strategicznych przewag konkurencyjnych.

 Budzi również poważne wątpliwości termin wprowadzenia omawianych obostrzeń – tuż przed tradycyjnym, wiosennym szczytem sprzedaży, w momencie nasilonych turbulencji podażowych i trwających negocjacji handlowych z Ukrainą oraz państwami Mercosur.

Czy Polska ma stać się kozłem ofiarnym unijnych regulacji i polityki epizootycznej, mimo że krajowi producenci należą do liderów pod względem jakości i bezpieczeństwa produkcji w Europie? – pytają drobiarze.

Sytuacja zawsze poprawia się wiosną

Podkreślamy również, że coroczna analiza przebiegu sezonu HPAI wskazuje na wyraźną poprawę sytuacji epizootycznej wiosną, a liczba ognisk w kwietniu i maju ulega znaczącemu ograniczeniu. Dlatego tym bardziej niezrozumiałe i nieakceptowalne są plany wprowadzenia wielomiesięcznych stref ograniczeń właśnie teraz – bez gwarancji, że nie zostaną one przedłużone w nieskończoność. W związku z powyższym apelujemy również o utrzymanie wszelkich ewentualnych obostrzeń wyłącznie na obszarach, które zostały jednoznacznie wskazane jako zagrożone w toku nadzoru epizootycznego, tj. w obrębie powiatów: szamotulskiego, nowotomyskiego, wolsztyńskiego, grodziskiego, rawickiego, bolesławieckiego, śremskiego, konińskiego, jaworskiego, poddębickiego i żagańskiego. To właśnie na tych terenach potwierdzono ryzyko lub ogniska choroby, co czyni zasadnym wprowadzenie ograniczeń. Tymczasem planowane rozszerzenie stref na całe województwa – bez analizy ryzyka oraz bez związku z faktyczną sytuacją epizootyczną – należy uznać za działanie nadmiarowe, nieuzasadnione i niezwykle kosztowne gospodarczo – czytamy w komunikacie Federacji.

To będzie paraliż polskiej branży drobiarskiej

Wprowadzanie restrykcji dla zdrowych, nadzorowanych i doskonale zabezpieczonych ferm może w praktyce oznaczać masowe uśmiercanie zdrowych zwierząt oraz paraliż eksportu i przetwórstwa w newralgicznym momencie dla całej gospodarki rolno-spożywczej. Apelujemy o racjonalność, proporcjonalność i dialog oparty na danych – nie o zbiorowe karanie całej branży.

Wobec powyższego Federacja apeluje:

– o podjęcie zdecydowanych działań dyplomatycznych w ramach Komisji Europejskiej oraz Rady UE ds. Rolnictwa i Rybołówstwa,

– zakwestionowanie skali i zakresu planowanych ograniczeń,

– ochronę krajowych interesów gospodarczych, zwłaszcza producentów, którzy spełniają najwyższe normy bioasekuracji,

– pilną analizę wpływu planowanych regulacji na eksport i bezpieczeństwo żywnościowe kraju,

– wystąpienie do Komisji Europejskiej z wnioskiem o wyłączenia lub derogacje dla zakładów o zamkniętym cyklu produkcyjnym lub bez historii ognisk HPAI.

Polski sektor drobiarski to jeden z filarów bezpieczeństwa żywnościowego Unii Europejskiej i fundament eksportu polskich produktów rolnych. Wprowadzenie niezróżnicowanych i nieelastycznych przepisów godzi w tę pozycję, narażając kraj na ogromne straty gospodarcze i reputacyjne.

RFK Jr. rozpoczyna „masowe testy i badania” nad epidemią autyzmu

RFK Jr. rozpoczyna „masowe testy i badania” nad epidemią autyzmu

„Szczepionkowi” zbrodniarze: przemysł farmaceutyczny, maszyna propagandy medialnej i byli funkcjonariusze reżimu Bidena, wpadają w panikę! 

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 14
https://childrenshealthdefense.org/defender/rfk-jr-hhs-launch-research-autism-epidemic/

Sekretarz Zdrowia i Opieki Społecznej USA (HHS) Robert F. Kennedy Jr. ogłosił na posiedzeniu gabinetu w czwartek, że rząd rozpoczął „szeroko zakrojone działania testowe i badawcze” w celu ustalenia przyczyn autyzmu.

Powiedział, że w wysiłek ten zaangażowane są setki naukowców z całego świata i że zostanie on ukończony do września. Gdy tylko zostaną zidentyfikowane środowiskowe przyczyny autyzmu, „będziemy w stanie wyeliminować te narażenia” – powiedział.

Na spotkaniu prezydent Donald Trump odpowiedział: „Nie będzie większej konferencji prasowej niż ta”. Dodał: „Jeśli potrafisz wymyślić taką odpowiedź, że przestajesz coś brać, przestajesz coś jeść, albo może to jest zastrzyk. Ale coś to powoduje”.

Doniesienia mediów głównego nurtu na temat ogłoszenia przedstawiały Kennedy’ego jako wieloletniego krytyka szczepionek, który wysunął „ zdyskredytowaną ” i „obaloną” teorię o powiązaniu między szczepionkami a autyzmem.

W rozmowie z Marthą MacCallum z Fox , która stwierdziła, że ​​badania nie wykazały związku między szczepionkami a autyzmem, Kennedy odpowiedział:

„Badania, które przeprowadzili, były bardzo, bardzo wąskie. Przeprowadzili około 17 badań, a Instytut Medycyny, który jest częścią Narodowych Akademii Nauk, stwierdził, że 14 z tych badań jest nieważnych. A największą słabością tych badań jest to, że nigdy nie badali zaszczepionych kontra niezaszczepionych , co jest jedynym sposobem, w jaki można naprawdę dokonać tego ustalenia.

„Co ważniejsze, żadna ze szczepionek podawanych dzieciom w ciągu pierwszych sześciu miesięcy życia nie została nigdy przebadana”.

Kennedy powiedział, że badanie autyzmu, koordynowane przez National Institutes of Health (NIH), nie koncentruje się wyłącznie na szczepionkach. „Wszystko jest na stole — nasz system żywnościowy, nasza woda, nasze powietrze — dowiemy się, co wywołuje tę epidemię. Wiemy, że to toksyna środowiskowa powoduje ten kataklizm. Dzięki badaniom w NIH znajdziemy odpowiedź na to pytanie”.

Powiedział również, że „epidemie nie są wywoływane przez geny” i że chociaż może istnieć podatność genetyczna, musi również istnieć toksyna środowiskowa.

Tego samego dnia w poście na X Kennedy powtórzył , że dzięki komisji Trumpa „Make America Healthy Again” „wkrótce zidentyfikujemy podstawowe przyczyny epidemii autyzmu”.

Od czasu ogłoszenia w zeszłym miesiącu, że agencje zdrowia publicznegoplanują przeprowadzenie szeroko zakrojonego badania na temat potencjalnych powiązań między szczepionkami a autyzmem , media głównego nurtu powtarzały twierdzenia, że ​​pomysł ten został „ obalony ”, i starały się zdyskredytować osoby badające ten związek.

W zeszłym miesiącu The Washington Post, powołując się na anonimowe źródła, poinformował, że HHS zwrócił się do badacza Davida Geiera — eksperta od związków między ekspozycją na substancje toksyczne a autyzmem — o przeprowadzenie badania możliwych powiązań między szczepionkami a autyzmem. The Post i inne media wykorzystały tę okazję, by zaatakować Geiera i potrzebę przeprowadzenia takiego badania.

W tym tygodniu czasopismo Journal of the American Medical Association(JAMA) również opublikowało krytykujący Geiera artykuł, w którym napisano, że eksperci są „zaniepokojeni” jego nominacją do pracy nad badaniem.

Komentując artykuł w JAMA, epidemiolog Nick Hulscher napisał na Substacku :

„Tak zwany 'alarm’ to tak naprawdę panika ze strony instytucji, które obawiają się, co może ujawnić prawdziwe, niezależne dochodzenie. Po raz pierwszy narracja o bezpieczeństwie szczepionek nie jest w pełni kontrolowana przez Big Pharma i ideologów szczepionkowych — obawiają się, że ich fałszywa religia Ideologii Szczepionkowej może się rozpaść”.

Mary Holland: Badanie jest „już dawno spóźnione”

Oświadczenie Kennedy’ego zbiegło się z Miesiącem Wiedzy o Autyzmie.

Wskaźniki autyzmu w USA rosną od dziesięcioleci. Według Centers for Disease Control and Prevention (CDC) w 2020 r. około 1 na 36 dzieci zdiagnozowano z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (ASD). Częstość występowania autyzmu w latach 90., która wynosiła 1 na 1000 dzieci, stanowiła już dziesięciokrotny wzrost w porównaniu z szacowaną częstością występowania tego schorzenia w latach 70 .

Od kiedy CDC zaczęło zbierać dane, szacunki częstości występowania choroby gwałtownie wzrosły z 1 na 150 dzieci w 2000 r. do 1 na 36 dzieci w 2023 r.

Kennedy powiedział, że CDC opublikuje swój najnowszy raport w przyszłym tygodniu, a liczby będą jeszcze wyższe — 1 na 31 dzieci, przy czym niektóre społeczności ucierpią jeszcze bardziej.

Sieć monitorowania autyzmu i zaburzeń rozwojowych CDC co dwa lata publikuje raport na temat częstości występowania autyzmu. Sieć śledzi wskaźniki autyzmu w próbie setek tysięcy 8- i 4-letnich dzieci w całym kraju. Szacunki częstości występowania opierają się na wskaźnikach wśród starszej kohorty, która z większym prawdopodobieństwem otrzymała diagnozę, ponieważ jest starsza.

Dyrektor generalna Children’s Health Defense Mary Holland świętowała wiadomość o poszukiwaniu przyczyny autyzmu. Biorąc pod uwagę alarmująco wysokie i rosnące wskaźniki autyzmu, powiedziała, że ​​badanie było oczekiwane od dawna.

„Już dawno powinniśmy usłyszeć prezydenta i gabinet mówiących o epidemii autyzmu” – powiedziała. „Współczynnik autyzmu u 8-latków wynosi około 1 na 31, a wśród młodszych dzieci musi być jeszcze wyższy. Ta prawdziwa epidemia zagraża przyszłości Stanów Zjednoczonych”.

Holland powiedział, że godne uwagi jest to, że Trump otwarcie powiedział, że szczepionki mogą powodować autyzm. „Cieszymy się z otwartości prezydenta i jego determinacji, aby dotrzeć do sedna przyczyn autyzmu w ciągu najbliższych miesięcy”.

Większość głównych mediów, w tym Newsweek i USA Today , relacjonując wczorajsze wydarzenia , zasugerowała, że ​​nie ma epidemii autyzmu, a jedynym powodem wzrostu liczby zachorowań na autyzm jest lepsza diagnostyka.

CNN podobnie poinformowało, że wzrost wskaźników jest spowodowany lepszą diagnostyką. Stacja przyznała, że ​​autyzm jest prawdopodobnie spowodowany czynnikami genetycznymi i środowiskowymi, które nie zostały w pełni określone. CNN stwierdziło, że jedyną definitywnie znaną rzeczą na temat autyzmu jest to, że nie jest on spowodowany szczepionkami.

Badania ekspertów w dziedzinie autyzmu , w tym autorów raportu CDC na temat autyzmu , wykazały, że twierdzenia, jakoby lepsza diagnoza sama w sobie odpowiadała za gwałtowny wzrost wskaźników, są błędne. Wskaźniki dzieci z ciężkim autyzmem rosną, a wskaźniki wśród dzieci mniejszości rosną nieproporcjonalnie.

„Wydaje się rozsądne, aby poprosić urzędników służby zdrowia publicznego, aby przestali bagatelizować trwający wzrost częstości występowania ASD w USA i zaczęli traktować poważnie swoje własne dane” – napisała o tych twierdzeniach dr Cynthia Nevison .

Wydaje się, że trwające badania, o których poinformował Kennedy, mają na celu udzielenie wreszcie prawdziwych odpowiedzi, których poszukiwali naukowcy.

Źródło: https://childrenshealthdefense.org/defender/rfk-jr-hhs-launch-research-autism-epidemic

Niedziela, Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę

13.04.2025 Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę

13. dnia każdego miesiąca

Króluj nam, Chryste!

W Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, w wałbrzyskiej kolegiacie Św. Aniołów Stróżów będzie comiesięczna Msza św. za Ojczyznę poprzedzona czuwaniem Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę od godz. 15 oraz nabożeństwem Gorzkich Żali o godz. 17:15.

            Jak zawsze modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu, oraz w intencjach szczegółowych, od których zależy pomyślność tej ziemi oraz tryumf Niepokalanego Serca Królowej Polski wniebowziętej!

Nasze jutrzejsze czuwanie wypada w Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej i w LXXXV rocznicę ogłoszenia przez hitlerowskie Niemcy informacji o odkryciu w lesie pod Katyniem masowych grobów polskich oficerów, co oczywiście wiąże się także ze wspominaną przedwczoraj XV rocznicą zbrodni smoleńskiej. Z tej racji modlić się będziemy o wyzwolenie tego pokolenia mówiących o sobie, że są Polakami, od propagandy ojca kłamstwa, przez sojusz Kościoła ze światem nauki, o co gorliwie zabiegał Papież Polak, mówiąc „o głębokiej i wielorakiej więzi, jaka istnieje pomiędzy powołaniem ludzi nauki a posługą Kościoła, która w swej istocie jest diakonią Prawdy”, co stanowi klucz do wolności w naszej epoce, którą socjologowie określili mianem „epoki post-prawdy” (J VIII, 32). Będziemy błagać o światło Ducha Prawdy i o Ducha męstwa dla uczonych, aby uznali za swą powinność, by naukowo udowodniona prawda o zbrodni smoleńskiej znalazła powszechne uznanie i aby zostały zburzone mury wrogości wzniesione przez kłamstwo smoleńskie, będące narzędziem intryg diabelskich. Albowiem nie jest to czczą ciekawostką, że katastrofa prezydenckiego samolotu Tu-154M wydarzyła się w przeddzień święta Miłosierdzia Bożego. Tragedia ta pokazuje ambiwalentny charakter cierpienia: najpierw zobaczyliśmy jego zbawczy wymiar: miłość wzajemną między Polakami oraz między Narodami polskim i rosyjskim (zupełnie podobną do tej, jaka nas wszystkich połączyła tuż po śmierci największego z rodu Słowian, która również miała miejsce w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego…). – To jest teza naszej wiary. Jednak wkrótce potem, gdy premier Tusk oddał śledztwo w ręce głównego podejrzanego, ojciec kłamstwa wzniósł mury wrogości tam, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej panowała miłość wzajemna. – To jest jakby antyteza. Ale gdy prawda, którą usiłowano zgładzić, zmartwychwstanie, doprowadzi nas do syntezy. O to stale modlimy się w Wałbrzychu, aby prawda o tej zbrodni zwyciężyła, wyzwalając nas z niewoli ojca kłamstwa, który mężobójcą był od początku (por. J VIII, 44).

Podczas naszego czuwania pamiętać będziemy także o XX rocznicy odejścia do chwały wiecznej Papieża, którego zawołaniem było: «Totus Tuus, Maria!». Niezapomniane chwile związane z Jego śmiercią i pogrzebem, który wedle wszelkich kryteriów był największym pogrzebem w dziejach świata,  na moment nie tylko wszystkich Polaków, ale i wszystkie narody uczyniły jakby jedną wielką rodziną, potwierdzając to, co On sam wyznał w Tryptyku Rzymskim, iż otrzymał od Boga imię «ojca wielu narodów». A to zaledwie zadatek tego, czego się spodziewamy, co ma być owocem maryjnego zjednoczenia narodów.

Przede wszystkim zaś podczas naszego czuwania modlić się będziemy za naszych Pasterzy, aby doszli do zrozumienia wagi i aktualności postulatu sług Bożego Augusta Kard. Hlonda: „Codziennie, we wszystkich kościołach ma być odmawiany różaniec za Ojczyznę. Jedyna broń, której Polska używając, odniesie zwycięstwo, jest różaniec”; i aby jubileusz 1000-lecia Królestwa polskiego stał się dla nich wezwaniem do wypełnienia I Ślubu Jasnogórskiego: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna…”; nadto, aby w łonie KEP dojrzało przekonanie, że najmocniejszym argumentem przeciwko rewolucji sodomskiej są Jasnogórskie Śluby Narodu, a najskuteczniejszym sposobem zażegnania tego zagrożenia jest Krucjata Różańcowa o ich wypełnienie.

Całemu zaś jutrzejszemu czuwaniu w wałbrzyskiej kolegiacie będzie przyświecać intencja comiesięcznej Mszy św., która dzisiaj była sprawowana w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha: „o nowy cud za przyczyną sługi Bożego o. Giulia Mancinellego SJ, potrzebny do wznowienia jego procesu beatyfikacyjnego”, albowiem zwycięstwo, jakie ma przyjść przez Maryję, zawiera się w obietnicy wielkich rzeczy, którą Królowa wniebowzięta odniosła do tej ziemi każąc nazywać siebie Królową Polski.

Wszystkich, którzy rozumieją obecną chwilę dziejową, kiedy los Ojczyzny jest złożony w ręku Współ-odkupicielki i w niebieskich obietnicach, za które Polska uiściła najwyższą cenę, gorąco zapraszam do użycia broni najbardziej niepozornej a najskuteczniejszej, jaką jest błogosławiony różaniec Maryi, słodki łańcuch łączący nas z Bogiem, do jednomyślnego modlitewnego szturmu o naszą wierność Królowi królów, którego Imienia nikt nie zna prócz Niego samego, który zwyciężył świat, a zwycięstwo odłożone w czasie zdeponował w mesjańskich obietnicach, aby się objawić jako BÓG Z NAMI, wierzącymi w Imię Jego!

Sursum corda!

MP

17-26.04 Łomża Różańcowy Szturm do Nieba za Ojczyznę

17-26.04 Łomża Różańcowy Szturm do Nieba za Ojczyznę

Krucjata Różańcowa za Ojczyznę prosi:
Z Maryją Królową Polski módlmy się o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu


Duchowe powstanie narodowe jest potrzebne… (ks. Marek Bąk)
RÓŻANIEC ŚW. i POKUTA orężem w walce o odnowę duchową i moralną narodu.
Matko Boża Łaskawa, połam strzały gniewu Boga na zaniechania nasze i…
o łaski z Przemienienia Pańskiego dla polskich serc i umysłów proś Jezusa, bo giniemy!
Wołanie z Ziemi Łomżyńskiej o NOWY CUD nad Wisłą
do Matki Bożej Łaskawej: Piątnica-Łomża 26 IV – 3 V 2025

  • 17-25 IV 2025 – NOWENNA do Matki Łaskawej o łaski Boże
  • 26 IV – uroczyste powitanie obrazu Matki Bożej Łaskawej
  • potem codzienne modlitwy wspólnotowe i indywidualne
  • podjęcie Duchowej Adopcji Dziecka Religijnie Zaniedbanego
  • 3 POKUTNE PROCESJE RÓŻAŃCOWE, o królowanie Chrystusa
  • Akt wołania z Ziemi Łomżyńskiej o NOWY CUD nad Wisłą – przemienienie polskich serc
    i umysłów dla królowania Chrystusa Króla w Ojczyźnie naszej, bo Polska ma trwać!
  • 3 V 2025 – pożegnanie obrazu Sprawczyni CUDÓW nad Wisłą
    UWAGA! Na przełomie lipca i sierpnia 1920 r. na fortach w Piątnicy 33 Pułk Piechoty z
    Łomży bronił przeprawy mostowej na Narwi. Przed czerwoną zarazą ze wschodu.
    Dziś zaraza czerwona atakuje zewsząd.

Święty Andrzeju Bobolo, oręduj za nami…
Króluj nam Chryste, na NOWY CUD nad Wisłą!

Krucjata Różańcowa za Ojczyznę
DOŁĄCZ: https://krucjatarozancowazaojczyzne.pl/

Share

Nikaragua. Jawne rządy satanistów.

Prześladowania Kościoła w Nikaragui nasilają się: zakaz Wielkiego Tygodnia

Basilica of the Assumption, León, Nicaragua

Już drugi rok z rzędu nikaraguański reżim skutecznie zakazał publicznych obchodów Wielkiego Tygodnia.

Podczas gdy 14 000 funkcjonariuszy policji i ponad 2000 pojazdów patrolowych jest rozmieszczonych w całym kraju – a imprezy i wydarzenia kulturalne są kontynuowane w nadmorskich kurortach – procesje religijne i drogi krzyżowe są surowo zabronione.

Według raportu opublikowanego w zeszłym tygodniu przez Christian Solidarity Worldwide (CSW), księża w kilku diecezjach zostali objęci „środkami ostrożności”. Muszą oni co tydzień osobiście zgłaszać się na lokalnych posterunkach policji i przedstawiać szczegółowe plany swojej działalności duszpasterskiej, w tym kopie kazań.

17 marca La Prensa poinformowała, że w innych diecezjach funkcjonariusze policji odwiedzają parafie, aby zażądać podsumowania cotygodniowych wydarzeń parafialnych.

Osobnym wydarzeniem było lutowe oświadczenie rządu Nikaragui, w którym wskazano, że reżim Ortegi może już nie uznawać nowych nominacji biskupich dokonanych przez Watykan.

Nikaragua ma tylko dziewięć diecezji, z których cztery mają biskupów na wygnaniu.

Obraz: Basilica of the Assumption, León, Nicaragua

Świat się męczy

Świat się męczy

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    13 kwietnia 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5805

Świat jeszcze się otrząsa po wprowadzeniu zaporowych ceł przez prezydenta Trumpa, więc nawet wojna na Ukrainie zeszła na drugi, a może nawet trzeci plan – bo co tam wojna, kiedy tu chodzi o to, by po staremu wypić i zakąsić? Toteż w Białym Domu urywają się telefony od Umiłowanych Przywódców, stąd i stamtąd, którzy próbują na własną rękę kombinować jakieś wyjątki. Podobno zadzwoniło już 50 spośród 185 krajów obłożonych cłami, więc wszystko wskazuje na dobry początek.

Warszawski Judenrat pod przewodem pana red. Michnika, dotychczas w dysonansie poznawczym, teraz odzyskał rezon i z satysfakcją donosi, że amerykańskiej żydokomunie udało się wreszcie poderwać pewną liczbę tamtejszych szabesgojów do demonstracji ulicznych. Inna rzecz, że był to ostatni moment, bo prezydent Trump zabrał się za „oszwiate”, przy pomocy której żydokomuna przez całe dziesięciolecia robiła młodym Amerykanom wodę z mózgu, urabiając ich na tak zwane „masy”, czyli – nawóz historii. Pomysł prezydenta jest taki, by zlikwidować federalny resort edukacji, a sprawy „oszwiate” pozostawić w gestii poszczególnych stanów. Takiego noża żydokomuna ścierpieć już nie mogła i poderwała do demonstracji tylu szabesgojów, ilu tylko mogła, co w warszawskim Judenracie przyjęte zostało z westchnieniem ulgi, że może amerykański eksport komunistycznej rewolucji jeszcze się utrzyma.

Nasi Umiłowani Przywódcy w sprawie ceł siedzą cicho – bo nie mają w tej sprawie nic do gadania. Czekają tedy, co tak naprawdę zrobi Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Ona, ma się rozumieć, odgraża się prezydentowi Trumpowi, że „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie” – ale słychać, że niemieckie firmy samochodowe przemyśliwują, czy w tej sytuacji nie przenieść by paru fabryk do Ameryki i w ten sposób uratować sytuację, nie czekając co tam Reichsfuhrerin wykombinuje. To są sprawy zbyt poważne, żeby pozostawiać je politykierom, więc ludzie interesu będą musieli wziąć sprawy w swoje ręce i w ten sposób ukształtuje się nowy porządek świata. Jak wspomniałem, nasi Umiłowani Przywódcy zamarli w oczekiwaniu – ale bo też nikt nie oczekuje od nich żadnych działań. Przeciwnie; im dłużej nic nie robią tym jest bezpieczniej. U nas też bowiem ludzie poważni wiedzą, że niczyje życie, zdrowie, ani mienie nie jest bezpieczne, gdy trwa sesja Sejmu.

Na szczęście Sejm zajmuje się pyskówkami, wśród których największym echem odbiła się pyskówka między Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim, a Wielce Czcigodnym Romanem Giertychem. Naczelnik Państwa nazwał Wielce Czcigodnego „sadystą” i „łobuzem”, a podobno nawet jeszcze gorzej, bo potem posłowie PiS, jeden przez drugiego, wołali do Wielce Czcigodnego Romana Giertycha „morderca” i tak dalej – aż wieczorem w „Kropce nad „i”” musiała go utulać resortowa „Stokrotka”.

Ale nie to zrobiło największe wrażenie, tylko przekazana przez Wielce Czcigodnego Romana Giertycha wiadomość, że obstalował sobie badanie swego drzewa genealogicznego. Od razu pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, że Wielce Czcigodny w prostej linii pochodzi od rzymskiego senatora imieniem Incitatus. Ten Incutatus był koniem, którego do rzymskiego Senatu wprowadził cesarz Kaligula i nawet przydzielił mu do towarzystwa klacz Penelopę, z która Incitatus dochował się potomstwa – aż skończyło się na Wielce Czcigodnym. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy, bo w przeciwnym razie Wielce Czcigodny musiałby być przynajmniej centaurem, a według narzuconego przez feministrę z vaginetu obywatela Tuska Donalda, Barbarę Nowacką światopoglądu naukowego, centaurów „nie ma”. Inna rzecz, że jeszcze w czasach stalinowskich ludzie widywali żywe centaury – ale czego ludzie wtedy nie widywali?

W tej sytuacji możemy spokojnie zająć się wyborami prezydenckimi. Zgłosiło się aż 52 prezydentów, co pokazuje, iż w opinii publicznej utrwala się przekonanie, że „każdy” może zostać prezydentem. Jednak tylko 17 spośród nich zebrało wymagane co najmniej 100 tys. podpisów – a najwięcej – bo aż 4 miliony zebrał podobno pan red. Krzysztof Stanowski – w każdym razie tak mówi. W ogóle mówi on bardzo interesujące rzeczy – na przykład, że gdy tylko w Polsce obejmie władzę, to zaraz wprowadzi aborcję do 14 roku życia.

Osobiście wiele sobie po zwycięstwie pana red. Stanowskiego obiecuję, bo od lat propaguję tzw. „aborcję opóźnioną”. Dlaczego mielibyśmy obejmować aborcją tylko osoby w stanie prenatalnym, wykluczając w ten sposób z radosnego przywileju bycia abortowanym osoby już urodzone? Taka wyrośnięta zygota zajmuje więcej miejsca w przestrzeni, zostawia ślad węglowy, no a poza tym – robi różne dziwne rzeczy – na przykład – wystawia swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich, czego żadna normalna zygota nigdy nie robi.

Jak tam będzie tak tam będzie – chociaż wszystko może rozstrzygnąć się w całkiem innych kategoriach. Przede wszystkim, w Unii Europejskiej mamy do czynienia z forsowaniem modelu demokracji kierowanej. Niezależnie od wypadków rumuńskich, mamy bowiem kolejny incydent z Maryną Le Pen we Francji. Maryna Le Pen w rankingach prezydenckich przoduje, więc nie było innej rady, jak zaangażować niezawisły sąd, których we Francji jest całe mnóstwo, podobnie jak i u nas. Więc niezawisły sąd zakazał Marynie Le Pen obejmowania funkcji publicznych aż przez 5 lat – a tymczasem wybory prezydenckie we Francji już za pasem, bo w roku 2027. Ona się oczywiście od tej „decyzji politycznej” odwołała do innego niezawisłego sądu – ale na wszelki wypadek zwołała liczne wiece protestacyjne. Czy doprowadzi to do kolejnej rewolucji francuskiej – tego nie wiemy, chociaż prezydent Trump określił tę sytuację, jako „poważną”, więc wszystko jest możliwe.

W jakich kategoriach wszystko rozstrzygnie się u nas – tajemnica to wielka i to nie tylko dlatego, że w sprawie wyborów prezydenckich w naszym bantustanie ma być zwołany unijny „okrągły stół”. Co tam uradzą – tego nikt jeszcze nie wie, ale z pewnością zostanie tam wsparta koncepcja demokracji kierowanej.

Niezależnie od tego, z więzienia, w którym odsiadywał dożywocie, został przez niezawisły sąd wypuszczony pan Cyba, który przed laty zamordował działacza PiS, pana Rosiaka. Podobno dokucza mu demencja, ale ja podejrzewam, że może mieć tylko żółte papiery na wypadek, gdyby trzeba było zlikwidować jakiegoś niezatwierdzonego prezydenta, żeby w ten sposób zrobić miejsce temu jedynemu, zatwierdzonemu: wiecie, rozumiecie, Cyba; załatwiliśmy wam żółte papiery, ale kiedy nieubłaganym palcem wskażemy wam obywatela do likwidacji, to niech wam nie zadrży ręka, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Celowe niszczenie edukacji – źródła i zagrożenia.

Celowa dekonstrukcja edukacji – źródła i zagrożenia. Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio , 12 kwietnia 2025

«To wszystko wchodzi do szkół. Właściwie już weszło. I zmieniło sposób myślenia części personelu szkół. Części środowisk nauczycielskich. Na Zachodzie bardziej niż u nas. U nas to tylko niektóre osoby mają na to podatność, inne osoby nie wiedzą. Większość nauczycieli nawet o tym nie wie. Coś tam słyszeli, ale nie zmienia to sposobu ich myślenia. Na szczęście. To jest dobra strona obojętności środowiska nauczycielskiego na to, co się dzieje. To znaczy są odporni na przyjmowanie prawdy, którą my głosimy, ale są również odporni na przyjmowanie fałszu. Są zajęci głównie dobrostanem.»

«Na przykład nie mają nauczycieli. I to piszą w tym monitorze. Nie ma nauczycieli w całej UE, nie tylko w Polsce. Nie mają. Nikt nie chce iść do takiej szkoły, gdzie przychodzą w ramach inkluzji z nożami, ci uczniowie i studenci z innych obszarów kulturowych. I to jest problem dla nich. Jak chcą sobie z tym poradzić? W ramach mobilności edukacyjnej po prostu zabierać nauczycieli z innych krajów. Oni to piszą wprost. Tak będą sobie radzić. Nauczyciele będą przejeżdżać z jednego kraju unijnego do drugiego. Tak będą rozwiązywać braki nauczycieli. Czy sobie rozwiążą? No, nie rozwiążą. To nie ma szans się udać. Co im się uda? Uda im się zdegenerować, zdezorganizować, a być może nawet zlikwidować szkołę, tę, którą jeszcze mamy. W różnych krajach unijnych już to zrobili. Jest teraz pralnia. I to, co będzie dalej się z tym działo będzie ściśle związane z UE i jej dalszymi losami. Jakie mogą być dalsze losy Unii Europejskiej? Jest jeden los Unii Europejskiej – rozpad. Tylko kwestia kiedy to nastanie i czy się to wydarzy w formule pokojowej.»

«Unia trzeszczy, Unia się rozpada. Unia ma w tej chwili jedną nitkę, na której wisi. Cała polityka unijna w tym roku została powieszona na jednej nitce. A ona się nazywa: zagrożenie rosyjskie.»

−∗−

Celowa dekonstrukcja edukacji – źródła i zagrożenia | Bartosz Kopczyński | Bytom 12.04.2025

Dlaczego edukacja jest dziś systematycznie niszczona? Kto za tym stoi i jakie są skutki tego procesu dla dzieci, rodzin i przyszłości narodu?

Bartosz Kopczyński przedstawi źródła, mechanizmy i cele stojące za destrukcją systemu edukacyjnego.

Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu pod wspólnym hasłem:
Destrukcja Europy – jak z niej wyjść? Czas na Program Wolnej Polski.

Poruszane tematy:
– Geopolityka
– Naród
– Rodzina
– Psychologia
– Edukacja

BONUS:

“NIE DLA PATOEDUKACJI! – KONFERENCJA

Zapraszamy na naszą trzecią konferencję o reformie edukacji. Tym razem poruszamy temat edukacji włączającej i projektowania uniwersalnego.

Indoktrynacja czy edukacja? – prof. Paweł Skrzydlewski

−∗−

Ostatnie podrygi BEKO: Pierniczki zamiast lodówek

„Szczepionka” Pfizera przeciwko COVID-19, wstrzyknięta miliardom osób, nie była tą samą szczepionką, którą stosowano w badaniach klinicznych

https://twitter.com/VigilantFox/status/1911127542477582694

1. „Szczepionka” Pfizera przeciwko COVID-19, wstrzyknięta miliardom osób, nie była tą samą szczepionką, którą stosowano w badaniach klinicznych Pfizera. Była „przynęta i podmiana”.

Badania kliniczne testowały „Proces 1”, podczas gdy społeczeństwo otrzymywało „Proces 2”. I nigdy nie powiedziano ci, że „Proces 2” został przetestowany tylko na około 252 osobach, a nie na 40 000.

Nie poinformowano również o tym, że fiolki były skażone DNA plazmidowym.

Nowe badanie przeprowadzone przez Kevina McKernana i współpracowników wykazało „obecność miliardów do setek miliardów cząsteczek DNA na dawkę w tych szczepionkach.

Przy użyciu fluorometrii wszystkie szczepionki przekraczają wytyczne dotyczące resztkowego DNA ustalone przez FDA i WHO na poziomie 10 ng/dawkę od 188 do 509 razy”. Mówiąc prościej, nie jest to 500%, ale ogromna ilość resztkowego DNA, która jest „akceptowalna” i wynosi do 500 razy więcej.

Szef Apple o obecności swojej i koncernu w Chinach. Imperium Materii.

Szef Apple o obecności swojej i koncernu w Chinach.

To jedna z najsłynniejszych a moim zdaniem najsłynniejsza wypowiedz zachodniego szefa koncernu w ostatnich latach w temacie Chiny i dlaczego tam jesteśmy i dlaczego nasza obecność będzie się tam zwiększać a nie zmniejszać I nie jakiegoś byle kogo, tylko samego Tima Cooka, szefa Apple.

Dla tych, którzy nie kojarzą: Tim Cook to człowiek, który kieruje Apple od 2011 roku, a od kilku lat jest twarzą najstabilniejszej i najpotężniejszej firmy technologicznej na świecie. W 2023 roku Apple sprzedało ponad 225 milionów iPhone’ów, a jego przychody przekroczyły 400 miliardów dolarów, z czego ogromna część to produkty zaprojektowane w USA, ale wyprodukowane, rozwinięte i doszlifowane w Chinach.

I to właśnie tam siedzi Tim Cook. I nigdzie się nie wybiera. Ludzie pytali go od lat: „dlaczego Apple nie wraca z produkcją do USA?”, „dlaczego tak twardo trzymają się Chin?” I kilka lat temu — dokładnie nie pamiętam czy to był 2020 czy 2021 — Cook odpowiedział prosto, jasno i bez politycznej waty. Powiedział: „Te tanie Chiny, o których wciąż się mówi, skończyły się dawno temu.” I dodał coś, co do dziś wybrzmiewa jak gong w pustej sali briefingowej Białego Domu:

Kiedy potrzebuję inżynierów w USA, mogę zapełnić nimi jedną salę. Kiedy potrzebuję inżynierów w Chinach — mogę nimi zapełnić całe stadiony.”

Chińskie uczelnie wypuszczają co roku około 10 milionów absolwentów, z czego prawie połowa to osoby z kierunków STEM — inżynierowie, matematycy, statystycy, informatycy, specjaliści od materiałoznawstwa, AI, nanotechnologii itd. Wśród nich jest zawsze jakaś grupa wybitnych, którzy popychają badania do przodu — co zresztą widać po tym, jak Huawei czy Xiaomi podnoszą się jak feniks z popiołów po każdej sankcji.

I Cook powiedział to otwarcie: „Powodem, dla którego Apple siedzi w Chinach, nie są tylko pieniądze. To jest dostęp do ludzi, ich umiejętności, infrastruktury i tego, co potrafią zrobić z naszymi pomysłami.” Apple w swojej siedzibie w USA zatrudnia 5000 osób wysoko opłacanych, kreatywnych, decyzyjnych. W Chinach nad doskonaleniem produktów Apple pracuje ponad 2 miliony ludzi. Nie tylko na halach montażowych ale w dziale badań, R&D, testów, prototypowania, optymalizacji.

To nie jest tylko produkcja To wspólna inżynieria na żywo Apple próbowało wyjść z Chin dla uspokojenia spokojnie administracji amerykańskiej bo Biden tak samo naciska, a może znacznie mocniej niż w tej chwili Trump.

Indie? Wciąż produkują mniej niż 10% wszystkich iPhone’ów, i to głównie z komponentów przywiezionych z Chin Hindusi pracownicy spalili fabrykę iPhonów w wielkim proteście gdyż stwierdzili że oni w rytmie chińskim pracować nie będą i nie będą pracować za te pieniądze więc Apple stracił zapał do przenoszenia produkcji

Wietnam? Okej, robi się tam akcesoria — zegarki, słuchawki, może część iPadów. Ale cała „chemia”, wszystkie istotne procesy, zaplecze inżynieryjne są nadal w Chinach. To jest logistycznie zszyty ekosystem, którego nie da się skopiować na szybko ani w USA, ani w Meksyku, ani tym bardziej w Indiach.

Więc jeśli ktoś się zastanawia, co Apple jeszcze robi w Chinach, to niech lepiej zapyta: „Jakim cudem ktoś inny jeszcze stamtąd wychodzi?” Bo Cook człowiek, który kieruje firmą wartą ponad 2 biliony dolarów, i który właśnie uratował Apple w czasach kryzysu łańcuchów dostaw nie zamierza stamtąd wychodzić Zawsze był pozytywnie nastawiony do Chin. Rozumiał ich sposób myślenia, doceniał kompetencje, ufał partnerom. Dlatego właśnie wbrew wszelkim naciskom z Waszyngtonu siedzi w Chinach jak skała. I sam to powiedział

Nie wszystko da się wyprodukować w Arizonie. Nie każdy chce iść na wojnę z Pekinem. Nie każdy da się wciągnąć w ten sam pomarańczowy show. Nie Apple. Nie Tim Cook.

Tekst tam zresztą dedykuję tym wszystkim którzy piszą czasami tu komentarze że nie będziemy robić jako Polacy interesu z tym zbrodniczym reżimem komunistycznym więc okej gratuluję gratuluję takiego podejścia.

=====================================

Mirosław Dakowski.

To chłodne, materialistyczne podejście. Ale poza tym stoi fakt, że Chiny to zimne królestwo Szatana, aktywnie nienawidzące Boga.