Śpieszymy z przypomnieniem, że już dziś bardzo ważny pokaz filmu o aborcji „Miało nie żyć” – tuż pod ośrodkiem aborcyjnym w Oleśnicy. Jeśli tylko może Pan być na projekcji lub zna kogoś, kto może tam być – zapraszamy. Godzina 17:30, Oleśnica, Sala Konferencyjna w budynku przy ul. Mikołaja Reja 10, szczegóły na plakacie na dole niniejszej wiadomości.
O sytuacji w szpitalu, który nie chce oficjalnie napisać, ile razy zabił dzieci zastrzykiem z chlorku potasu – w poniższym mailu, którego wysyłał niedawno do Pana nasz Członek Zarządu Krzysztof Kasprzak.
Serdecznie pozdrawiamy,
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci,
Szpital w Oleśnicy zabija nawet te dzieci, które w innych szpitalach w Polsce dostały szansę na życie. Ten problem staje się coraz bardziej palący. W ostatnim czasie zabito tam 9-miesięcznego chłopczyka, który był gotowy do porodu i można było wydobyć go i natychmiast oddać do adopcji. Dostał zastrzyk z chlorku potasu wprost w maleńkie serduszko i zmarł na zawał zanim wyjęto go na zewnątrz organizmu matki.
Mało tego, oleśnicki szpital niechętnie odpowiada na pytania o to, jakie metody aborcji są tam stosowane. Proszę wyobrazić sobie, że wciąż nie odpisali na zapytanie, które Fundacja Życie i Rodzina wysłała do nich przeszło miesiąc temu.
Na 155 aborcji wykonanych w 2024 roku, 155 wyraportowali jako przeprowadzone poprzez farmakologiczne wywołanie poronienia. Nie wspomnieli ani słowem ani o chlorku potasu, który wstrzykują dzieciom w serduszka, ani o aborcji próżniowej, czyli rozrywaniu dzieci żywcem na kawałki za pomocą pompy ssącej pod ogromnym ciśnieniem. Tymczasem w mediach notorycznie chwalą się tymi metodami aborcji.
Po otrzymaniu prostych pytań kombinują, jak nie odpowiadać albo jak przedłużać w nieskończoność odesłanie odpowiedzi.
Jak Pan uważa, czego się boją…?
Podczas ostatniej Rady Miasta Oleśnicy radni pytali przedstawicieli szpitala o wspominane wyżej rozbieżności w raportowaniu. Także nie usłyszeli jasnej odpowiedzi, ale polecenie, aby pytania zadali w formie pisemnej.
A przecież pisma w tej sprawie już dawno trafiły do szpitala…
Szanowny Panie,
Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji odbywa się pod oleśnickim szpitalem przy ul. Armii Krajowej 1 w każdą 3. niedzielę miesiąca o 14:30. Gromadzi on coraz więcej ludzi i jest znakiem sprzeciwu wobec nieludzkich praktyk dr Gizeli Jagielskiej i jej zespołu.
W Prokuraturze toczy się obecnie sprawa z zawiadomienia, jakie Fundacja Życie i Rodzina złożyła w sprawie bezprawnej aborcji wykonanej przez Jagielską lub jej współpracowników.
Tymczasem pragnę podzielić się z Panem bardzo ważną wiadomością. Dotarliśmy z filmem dokumentalnym o aborcji „Miało nie żyć” właśnie do Oleśnicy.
Projekcja odbędzie się w najbliższą niedzielę 6 kwietnia o godz. 17:30 przy ul. Mikołaja Reja 10 w budynku Biblioteki Publicznej w Sali Konferencyjnej. Jest ona częścią kampanii edukacyjno-informacyjnej o tym, co dzieje się w polskich ośrodkach aborcyjnych – takich jak Oleśnica.
Wstęp na film jest wolny i bezpłatny. Wystarczy przyjść. Zapraszamy na niego wszystkich, którzy tego dnia mogą być na pokazie.
Jednocześnie proszę Pana o wsparcie działań przeciw aborcji w oleśnickim szpitalu.
Wszystkie pokazy filmu organizujemy w taki sposób, aby wejście na projekcję nie było płatne. Oznacza to, że ponosimy koszty logistyczne związane z tournee filmu po Polsce.
Wydatki związane z walką z aborcją w Oleśnicy obejmują także np.
– działania prawne (zawiadomienia, pisma, skargi),
– logistykę związaną z organizacją akcji ulicznych pod szpitalem,
– produkcję, druk i dystrybucję materiałów informacyjnych
oraz wiele innych.
Czy może Pan wesprzeć akcję?
Czy może Pan przekazać kwotę, o której wysokości sam Pan zdecyduje, aby pomóc nam w ratowaniu życia dzieci?
Wpłat można dokonać na numer rachunku:
Fundacja Życie i Rodzina
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kod SWIFT: BIGBPLPW
Lub skorzystać z systemów przelewowych pod linkiem:
PS – Jeszcze raz proszę o wsparcie akcji w Oleśnicy – to obecnie największe centrum aborcyjne w Polsce. Przynosi hańbę całej naszej Ojczyźnie.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA
Obok istniejącego w państwie polskim porządku społeczno-prawnego jaki znaliśmy, a którego już prawie nie ma, mamy nowy, który ujawnił się od tzw. katastrofy smoleńskiej, czyli od momentu kiedy państwowy statek powietrzny przez ówczesną władzę zamieniony został na statek prywatny, pozbawiając w ten sposób Polskę możliwości oficjalnego wyjaśnienia przyczyn śmierci 96 osób z Delegacji Katyńskiej 2010. Jak pamiętamy, rząd Tuska zrobił wszystko, by udaremnić w tej sprawie możliwość wyjaśnienia komukolwiek i czegokolwiek przerzucając odpowiedzialność prawną na Rosję – tj. tzw. komisję MAK płk. Anodiny, której „ustalenia” potem tylko skopiowano przez komisje. Jak wiemy, w Rosji nic nie jest takie jakie nam się wydaje, tak więc i dotąd nie wiadomo co z „wrakiem” tupolewa.
Zjawisko nihilizacji wszystkiego od tamtego czasu przybrało na sile i nabrało zasięgu na wszystkie sfery życia w Polsce. Podmieniano nam władze państwowe, podmieniono samoloty, podmieniono sędziów, podmieniono nauczanie w szkołach, podmienia się pamięć i tożsamość narodową, podmienia kulturę polską na obcą, a religię sprowadza się do kultu dziury ozonowej i walki z klimatem (sic!) a statut rodziny na genderyzm. Mamy do czynienia z siłą nie przebierającą w środkach, która burzy i niszczy wszystko co stoi jej na drodze. Jako polityczni barbarzyńcy przejmują siły zwyciężonego np. patriotyzm i religię. To etyka nowych postmodernistycznych praw ubrana w szaty ekumenizmu i usuwanie krzyża z przestrzeni publicznej. Dla tej grupy ludzi wróg jest konieczny, podtrzymywanie stanu napięcia, wywoływanie strachu i pogarda, gdyż jak w marksizmie – bez wroga nie mają oni racji bytu. Jak widzimy dynamizm niszczenia polskich struktur przybiera z każdym dniem na sile.
„…owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności” Ef 5
By pokazać Państwu na czym polegało oszustwo smoleńskie pokażę dwa duże fragmenty samolotowe, które miały według sprawców uwiarygodnić tragedię smoleńską jako wypadek.
Będzie to najkrótsza definicja oszustwa i dowód zamachu smoleńskiego – 00003≠71.
Co oznacza skrót i dlaczego taki zapis?
00003 to numer jaki nadali Rosjanie prawej burcie przy-salonkowej z napisem w języku angielskim Republic Of Poland. Ten sam napis, ale w języku polskim znajdował się na lewym boku kadłuba samolotu. To rozróżnienie jest ważne dla dalszej analizy.
Ścianka ta jest powszechnie znana z mediów, jak wizytówka zniszczonego samolotu, fotografowana na bocznej płycie lotniska Siewiernyj, gdyż tam ją skądś przywieziono i na razie nie wiemy definitywnie skąd. Nie ma żadnego filmu i fotografii, które by pokazały ten fragment tupolewa w miejscu „wypadku”. Nikt, żadna z komisji dotąd nie była w stanie tego uczynić. Pokazać tę burtę w miejscu „katastrofy”. Także nie mogła tego uczynić żadna ze stacji telewizyjnych, ani producenci filmów dokumentalnych, a także prasa. Nikt. Także „oko wielkiego brata” czyli jakikolwiek satelita.
71 z kolei, to numer – jakim oznaczono inny kawałek złomu na zdjęciu mapy satelitarnej tzw. katastrofy z 12 kwietnia 2010. Ten duży fragment w przeciwieństwie do 00003 został dostrzeżony na pobojowisku przez „wielkiego brata”, lecz gdzieś zaginął i przepadł, bo nie ma go na miejscu gdzie zwożono złom, czyli pod budą na bocznym Siewiernym. Technicznie co może być szokujące, nr 71 choć inaczej zniszczony pochodzi z tego samego miejsca w kadłubie i konstrukcji samolotu. Zlokalizowane po analizach fragmenty – niestety dublują się. Mają część wspólną. Żaden inżynier lotnictwa, uczestnik którejkolwiek komisji nie jest w stanie temu zaprzeczyć.
Jak dwa identyczne dzbany – rozbite – by je na nowo skleić – każda skorupka będzie wołała o swój egzemplarz, gdyż niemożliwe jest, by rozbiły się identycznie.
„Odmawiajcie codziennie Różaniec!” powtarzała Matka Najświętsza podczas każdego ze swoich sześciu objawień w Fatimie w 1917 roku.
Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort tak opisuje apostołów Maryi w czasach ostatecznych: „Na barkach nieść będą zakrwawiony sztandar krzyża, w prawej ręce krucyfiks, różaniec w lewej, święte Imiona Jezusa i Maryi w sercu, a skromność i umartwienie Chrystusa w całym swym postępowaniu”.
Najskuteczniejszą bronią Rycerza Niepokalanej są kulki różańcowe, którymi bombardujemy wroga dusz, aż się nawróci – mówił św. Maksymilian Kolbe.
=======================
Istnieje całe mnóstwo pism Świętych, podkreślających wagę Różańca świętego. Począwszy od XV wieku papieże zachęcali wiernych do odmawiania tej cudownej modlitwy, a bractwa różańcowe powstawały szczególnie licznie zwłaszcza w chwilach najpoważniejszych dla Kościoła zagrożeń. Sam tylko papież Leon XIII napisał dwanaście listów apostolskich o Różańcu, co samo w sobie jest wydarzeniem bez precedensu w historii Kościoła, nigdy bowiem żaden papież nie napisał tylu encyklik na jeden temat.
Już w swojej pierwszej encyklice „różańcowej” Supremi Apostolatus, Papież przypominał, że św. Dominik „mocą Boskiego światła dostrzegł, że na zło jego wieku nie ma lepszego lekarstwa niż powrót ludzi do Chrystusa, który jest «drogą, prawdą i życiem», przez częste rozważanie zbawienia, które nam zapewnił oraz wypraszanie orędownictwa u Boga tej Dziewicy, której dane jest niszczyć «wszystkie herezje».
Podstawą cudownej skuteczności Różańca św. jest fakt, że Najświętsza Maryja Panna jest pośredniczką wszystkich łask. Dlatego należy stwierdzić, że Różaniec (po Mszy św. i Boskim Oficjum) jest najbardziej skuteczną modlitwą, aby wyjednać nasze osobiste nawrócenie i uświęcenie, a także jest najmocniejszym schronieniem przeciw wrogom katolicyzmu”.
Z kolei w encyklice Laetitiae sanctae Leon XIII uczył, że „tajemnice radosne są dla nas przykładami pokory, cierpliwości w pracy, dobroci względem bliźniego, oraz sumiennego wykonania licznych obowiązków prywatnego życia. Tajemnice bolesne uczą nam cierpliwość w trudach i cierpieniach, a tajemnice chwalebne nam odkrywają nam szczęśliwość, którą Bóg przygotował tym, którzy go miłują”. Każda chwila naszego życia może znaleźć swoje odbicie w jednej z tajemnic różańcowych, które w taki sposób staną się towarzyszami naszych dni. Całe nasze życie może stać się „różańcem”.
Różaniec ma także wymiar społeczny, a nawet polityczny. Przypomnijmy kilka wydarzeń historycznych, przeważnie mało znanych, które pokazują wpływ żarliwej modlitwy różańcowej na losy ludów chrześcijańskich.
Zwycięstwo nad katarami (XIII wiek)
Na początku XIII wieku w Langwedocji, niedługo po objawieniu Matki Bożej św. Dominikowi, Różaniec okazał się zarówno skuteczną bronią w walce z wrogami Kościoła, jak też niezwykle efektywną pomocą dla apostolatu:
Bernard Gui opisał pierwsze zwycięstwo Różańca świętego odniesione nad wrogami Kościoła w Muret niedaleko Tuluzy 12 września 1213 roku. 800 rycerzy katolickich, dowodzonych przez hrabiego Szymona de Montfort, walczyło wówczas przeciwko ok. 34 000 katarów. Tego dnia św. Dominik razem z duchowieństwem i wiernymi udał się do kościoła w Muret i nakazał wszystkim odmawiać Różaniec. Po bitwie kronikarz miasta zapisał: „Zwycięstwo było cudowne: wrogowie padali jeden po drugim jak drzewa w lesie, pod ciosem armii drwali”, a powodem porażki katarów były „róże, które pokorny Dominik przywiózł i zrobił z nich koronki [różańcowe], dzięki którym rycerze odnieśli zwycięstwo”. W ten sposób został przywrócony ład społeczny.
Św. Dominik, pouczony przez samą Matkę Bożą, nie tylko głosił tajemnice Wiary, a także kazał rozważać je przez odmawianie Ojcze Nasz i 10 Zdrowaś Maryjo. Wiedział bowiem, że sama nauka nie wystarczy do nawrócenia – jedynie łaska Boża potrafi kruszyć opór dusz, a łaskę tę można wyjednać tylko przez modlitwę. Św. Tomasz uczył, że jeśli grzesznik sam zaczyna się modlić, to przez modlitwę usuwa, przeszkodę swego nawrócenia[1]. Katarzy wierzyli, że cielesny i zmysłowy świat jest dziełem szatana, dlatego Bóg nie mógł przyjąć ludzkiego ciała w łonie Dziewicy i umierać dla naszego zbawienia. Uznawali za jedyną dopuszczalną modlitwę Ojcze nasz. Jednak św. Dominik zdołał ich przekonać, aby odmawiali także Zdrowaś Maryjo. Skutki były cudowne: w XIII wieku zostało założone w Langwedocji 118 klasztorów, i prawie cały rejon powrócił do wiary katolickiej.
Zwycięstwa nad islamem[2]
Gdy w przeciągu wieków od XVI do XVIII chrześcijańska Europa stanęła w obliczu zagrożenia islamskiego, miała jeszcze dość wiary, by walczyć i zwyciężać, trzymając w rękach różaniec: pod Lepanto (7 października 1571 r.), pod Wiedniem (12 września 1683 r.) i w Peterwardein (26 lipca 1716 r.). Te zwycięstwa stały się również źródłem świąt liturgicznych: Najświętszego Imienia Maryi (12 września) i Matki Bożej Różańcowej (7 października). Już w starożytności Kościół stosował do Najświętszej Maryi Panny słowa 12 rozdziału Apokalipsy: „Luna sub pedibus eius” – „księżyc pod Jej stopami”. Słowa te zrealizowały się dosłownie: islam, walczący pod znakiem półksiężyca, został pokonany przez Tę, która na końcu świata „zetrze głowę węża”.
Zwycięstwa nad protestantyzmem
Rewolucja protestancka z 1517 roku była pierwszym etapem na drodze narodów europejskich ku apostazji. Drugim było utworzenie na początku XVIII wieku masonerii, która wywołała rewolucję 1789 roku, trzecim zaś rewolucja komunistyczna. Protestantyzm odrzucił Kościół, rewolucja francuska zdetronizowała Chrystusa Króla, komunizm usiłował całkowicie usunąć Boga ze świata.
La Rochelle: 1 listopada 1628 roku.
Gdy w XVII wieku protestantyzm zagroził królestwu Francji, po raz kolejny znalazło ono ratunek w Różańcu. Dowodzący silną armią król Ludwik XIII oblegał wówczas wspierane przez Anglię miasto La Rochelle, które stało się bastionem protestantyzmu we Francji. Przed szturmem w dominikańskim klasztorze w Paryżu, w obecności całego dworu, odmówiono uroczyście Różaniec z prośbą o zwycięstwo. Następnie król wezwał znanego kaznodzieję o. Louvet OP, by wygłosił misje wśród wojska. Żołnierzom rozdano 15 tysięcy różańców i każdego wieczora oblężeni widzieli katolickie oddziały, obnoszące tryumfalnie figurę Matki Bożej wokół miasta, odmawiające Różaniec i śpiewające pobożne pieśni. Po zdobyciu La Rochelle król rozkazał, by pierwsi weszli do niego dominikanie. Nieśli oni wielki sztandar koloru białego, na którym błękitnymi literami wypisano: „Raduj się, Dziewico Maryjo, wszystkie herezje sama zniszczyłaś na całym świecie”. Jako dziękczynienie król Ludwik kazał wybudować kościół pw. Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu, a w 1638 roku poświęcił Matce Najświętszej całą Francję.
Filipiny: Matka Boża Różańcowa z Naval[3]
Zwycięstwo to uratowało katolicyzm w całej Azji.
Kiedy na kontynencie fałszywe religie pogańskie stawiały zazwyczaj gwałtowny opór prawdziwej Wierze, a krew męczenników płynęła szerokim strumieniem, nawrócenie Filipin odbyło się w sposób jedyny w historii. W ciągu czterdziestu lat (od 1565 do 1605) misji katolickich nie została przelana na Filipinach nawet jedna kropla krwi, a pod panowaniem Hiszpanii narodziło się wzorowe chrześcijańskie społeczeństwo. Stały się one wówczas dla Kościoła opatrznościową bazą, z której wyruszały legiony misjonarzy, by ewangelizować inne kraje Azji.
15 marca 1646 roku holenderska flota protestancka, silnie uzbrojona, pojawiła się u nadbrzeży Manili. Zaskoczeni Hiszpanie i Filipińczycy mieli do dyspozycji jedynie dwa statki handlowe (Incarnacion i El Rosario), które uzbroili pośpiesznie w miarę swych skromnych możliwości. Wówczas o. Jan de Conca OP zaczął głosić marynarzom kazania o Różańcu i wezwał wszystkich do modlitwy. Marynarze uczynili ślub, że w razie zwycięstwa odbędą boso pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w klasztorze dominikańskim w Manili. Pięć kolejnych ataków holenderskich, od marca do października 1646 r. zakończyło się druzgocącą porażką protestantów, ich okręty zostały rozbite, podczas gdy katoliccy stracili jedynie 15 ludzi. Filipiny pozostały katolickie. Od tego czasu w całym kraju rozpowszechniło się niezwykłe nabożeństwo do Różańca, a same Filipiny nazwane zostały przez papieża Piusa XII „królestwem Różańca świętego”[4]. Każdego roku w Manili ma miejsce procesja z cudowną statuą Matki Bożej Różańcowej, a pod koniec tej ceremonii odnawia się akt poświęcenia kraju Najświętszej Dziewicy[5].
Tryumf Różańca św. w Japonii
W historii Japonii widzimy dwa ważne owoce nabożeństwa różańcowego: dodawało ono odwagi męczennikom i pozwalało zachować wiarę w sytuacji, gdy katolicy pozbawieni zostali wszelkiej pociechy duchowej.
Męczennicy
15 sierpnia 1549 roku św. Franciszek Ksawery dotarł do Kagoshimy na południu Japonii. Pomimo przeszkód ze strony wyznawców buddyzmu, pierwsza akcja ewangelizacyjna przebiegła bez poważniejszych zakłóceń. System feudalny osłabiający centralną władzę cesarza pozwalał misjonarzom szukać oparcia w przychylnych panach. Jezuici zaprowadzili w Japonii nabożeństwo różańcowe, które popularyzowali przez rozdawanie broszurki nt. piętnastu tajemnic. Jednak w 1582 roku nowy cesarz, wrogo nastawiony wobec chrześcijaństwa, wspierany i wspomagany przez bonzów, rozpoczął gwałtowne prześladowania. 5 lutego 1597 roku 23 franciszkanów i 3 braci jezuitów zostało ukrzyżowanych w Nagasaki. W 1607, korzystając z chwilowego uspokojenia sytuacji, przybyli z Filipin dominikanie i na prośbę wikariusza prowincjalnego Japonii bł. Alfonsa Navarette OP (1571-1617), założyli liczne bractwa różańcowe na terenie całego kraju. Na czele bractw ustanowili przełożonych, których zadaniem było regularnie gromadzić wiernych na odmawianie Różańca, przypominać im naukę o 15 tajemnicach, czytać nauki pozostawione przez wielebnego Ludwika z Grenady OP, oraz przypominać rady i wskazówki ojców misjonarzy.
Jednak wkrótce kapitan holenderskiego statku, Anglik Wilhelm Adams, zadenuncjował katolickich misjonarzy u nowego cesarza, oskarżając ich o szpiegostwo na rzecz Hiszpanii i zachęcanie do najazdu na Japonię. W 1614 roku rozpoczęło się kolejne prześladowanie, zakonnicy zostali wymordowani, kościoły zniszczone, a praktykowanie chrześcijaństwa zabronione pod karą śmierci. Lecz nic nie zdołało zniszczyć bractw różańcowych. Ich członkowie szli na stracenie jak na święto, przywdziawszy biały habit i czarną pelerynę bractwa i niosąc różaniec na szyi lub w ręku. Kiedy w 1638 roku Japonia odcięła się od reszty świata, Rzym był przekonany, że w tym kraju nie ma już katolików.
Katolicy bez kapłanów
Dopiero w roku 1858 Japonia otworzyła ponownie granice obcokrajowcom. Nowa misja katolicka powstała w Nagasaki 10 stycznia 1865 roku. Ku wielkiemu zdumieniu ojca Petitjean, 17 marca 1865 zobaczył on w swym nowo wybudowanym kościele 15 Japończyków, którzy oświadczyli, że są katolikami. Stopniowo odkryto, że są ich tysiące w całym kraju. Pozbawieni kapłanów w czasie prześladowań, spotykali się pod przewodnictwem przełożonych bractw różańcowych. Przekazywali sobie Wiarę przez Różaniec i sakramenty, których mogą udzielać świeccy: chrzest i małżeństwo. Pokazali misjonarzom paciorki różańca ze czcią zachowane przez dwa stulecia oraz książki nt. tajemnic Różańca w dawnym języku japońskim.
Dwa lata wcześniej protestanci zbudowali w Nagasaki zbór, lecz nie widząc w nim ani krucyfiksu, ani obrazów świętych, japońscy katolicy zrozumieli, że nie była to prawdziwa religia. Rozpoznali katolickich misjonarzy po trzech znakach: po nabożeństwie do Matki Bożej, posłuszeństwie papieżowi oraz celibacie. „Są dziewicami, Bogu niech będą dzięki!” wołali padając na kolana, gdy ojciec Petitjean powiedział im, że katoliccy kapłani się nie żenią. Na pamiątkę tego odkrycia, co rok w Japonii 17 marca obchodzone jest liturgiczne święto Matki Bożej de Inventione Christianorum (Matki Bożej od Odkrycia Chrześcijan).
Wandea
Jest niezaprzeczalnym faktem, że wandejski ruch oporu z lat 1793-1795, który poprowadził Wandę jeżyków do chwały męczeństwa i uratował katolicyzm we Francji, roku czerpał siłę z nabożeństwa różańcowego. Był to owoc misji św. Ludwika Marii Grignon de Montfort i jego zakonu. „Prawdziwą przyczyną powstania była religia. Pieśni, modlitwy, oznaki, nazwa armii «katolicka i królewska», nadają mu od pierwszych dni charakter religijny. Przez cały XVIII wiek rejon ten korzystał z intensywnej ewangelizacji dzięki misjom parafialnym ojców montfortanów, uczniów św. Ludwika Marii. Kronika montfortańskich misji mogłaby udowodnić, że wielka liczba parafii zasilających powstanie, co najmniej raz w tym stuleciu gościła misjonarzy. To właśnie oni zakorzenili w sercu ludności trzy nabożeństwa: do Krzyża, do Najświętszego Sakramentu i do Różańca św. Bez tego apostolatu i wynikającego z niego ducha ofiary nie można zrozumieć fenomenu Wandei”[6].
W zredagowanym w 1818 roku opisie wojny wandejskiej, Jan Aleksander Cavoleau napisał: „W czasie marszu i w obozie oddawali się wszelkim praktykom pobożności. Spotkałem liczna grupę na kolanach odmawiającą Różaniec z wielką gorliwością”[7]. We swych wspomnieniach markiza de la Rochejaquelein pisała po zdobyciu Bressuire (2 maja 1793 r.): „Byliśmy zaskoczeni i zbudowani, kiedy wieczorem widzieliśmy w każdym pokoju wszystkich żołnierzy na kolanach odmawiających Różaniec i dowiedzieliśmy się, że czynili to trzy razy dziennie”[8].
Zwycięstwa nad komunizmem
Rewolucja październikowa nie była zwykłym zamachem stanu, mającym na celu obalić rząd, jej celem było „rozpowszechnienie na całej planecie instytucji i zwyczajów ateizmu”[9] „i Szatan rozpoczął decydującą walkę, walkę ostateczną, z której tylko jedna z [walczących] stron wyjdzie zwycięska”, powiedziała Matka Boża w Fatimie siostrze Łucji. Na progu tej walki, Najświętsza Maryja Panna, która przedstawiła się jako Matka Boża Różańcowa (objawienie z 13 października 1917 roku), przekazała „ostatnie środki (ratunku – przyp. K. S.) dane światu, którymi są: Różaniec święty i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. «Ostatnie», to znaczy, że już nie będzie innych”[10]. Co do Różańca, „Najświętsza Dziewica w ostatecznych czasach, w których żyjemy, nadała mu nową skuteczność”. Przytaczamy dwa charakterystyczne przykłady:
Austria
Pod koniec ostatniej wojny Austria została podzielona na cztery części, zajmowane przez Amerykanów, Anglików, Francuzów i Rosjan. Rosjanie zajmowali część ze stolicą – Wiedniem, najbogatszą w surowce naturalne i najbardziej uprzemysłowioną. Pomimo klęski komunistów w wyborach 1946 roku stawało się coraz bardziej oczywiste, że Moskwa zechce formalnie anektować okupowaną przez siebie strefę. Wówczas pewien franciszkanin, o. Piotr Pavliczek, po powrocie z niewoli odbył dziękczynną pielgrzymkę do Mariazell. Pytając Matkę Bożą, co należałoby uczynić, by uratować kraj, usłyszał wewnętrzny głos: „Odmawiajcie codziennie Różaniec, a nastanie pokój”. 2 lutego 1947 r. o. Pavliczek zaczął głosić krucjatę różańcową w duchu Fatimy, jako zadośćuczynienie za zniewagi wobec Boga, w intencji nawrócenia grzeszników, pokoju i ratunku dla świata, a szczególnie Austrii. Wierni zobowiązywali się do odmawiania Różańca w swych domach w intencji wyzwolenia kraju, w kościołach zostały zorganizowane publiczne modlitwy, procesje kilkuset, a czasem kilku tysięcy osób odmawiających Różaniec przeszły przez miasta i wioski. W 1949 roku sytuacja stała się krytyczna: po sfałszowanych wyborach Czechosłowacja i Węgry wpadły definitywnie w ręce komunistów i rozpoczęły się tam prześladowania Kościoła (np. kardynał Mindszenty, prymas Węgier, został osądzony i skazany na więzienie).
Zbliżały się nowe wybory w Austrii. W tej sytuacji o. Petrus postanowił zintensyfikować krucjatę: ogłosił pięć dni publicznych modlitw. Rezultat był taki, że komuniści uzyskali w wyborach jedynie 5 mandatów. Jednak w Berlinie sowiecki minister spraw zagranicznych Mołotow powiedział do kanclerza Figla: „Nie miejcie złudzeń. Tego, co raz zajęliśmy, nie oddamy nigdy”. Kanclerz poprosił wówczas o. Piotra o jeszcze usilniejszą modlitwę. W kwietniu 1955 roku krucjata Różańcowa objęła 500 000 członków. Nowy kanclerz Raab został wezwany do Moskwy, gdzie przyjęto go 13 maja. Wieczorem tego dnia zanotował: „Dziś dzień Fatimy. Rosjanie jeszcze bardziej zatwardziali. Modlę się do Matki Bożej, aby pomogła narodowi austriackiemu”. Po ludzku wszystko było stracone, jednak właśnie w tej chwili interweniował Bóg: wbrew wszystkim oczekiwaniom, Moskwa uznała niepodległość Austrii. Ostatni żołnierz rosyjski opuścił Austrię 26 października 1955 roku. We Wiedniu zorganizowana została wielka ceremonia dziękczynna, a w swych politycy i duchowni zgodnie twierdzili, że przyczyną zwycięstwa było wstawiennictwo Matki Bożej Różańcowej.
Brazylia
W 1964 roku prezydent Goulart zamierzał wprowadzić w Brazylii komunizm według modelu kubańskiego. 13 marca ogłosił zmianę konstytucji oraz nacjonalizację przemysłu i majątków ziemskich. Ludwik Karol Prestes, szef partii komunistycznej Brazylii, wołał tryumfalnie: „Przejęliśmy władzę!”. Jednak wówczas na terenie całego kraju zorganizowane zostały tzw. „marsze różańcowe”. Kilka tygodni później, prezydent i komuniści zmuszeni zostali do ucieczki z Brazylii. 2 kwietnia cała ludność Rio de Janeiro dziękowała Matce Bożej Różańcowej za ten cud, uczestnicząc w gigantycznym marszu modlitwy. W lipcu o. Alberton, odpowiedzialny za bractwa maryjne w Brazylii, udał się do Fatimy, aby podziękować Najświętszej Dziewicy za wyzwolenie kraju. „Zwyciężyliśmy dzięki Matce Bożej Różańcowej – powiedział. – Brazylię uratowało wierne praktykowanie nabożeństw fatimskich. Potęga Boża sprawiła, że cały aparat wojskowy, cierpliwie i z szatańską wytrwałością budowany przez wiele lat, rozsypał się jakby od niechcenia, niczym pałac z kart. Przełożeni wojskowi i cywilni kontrrewolucji byli prawie jednomyślni w przypisywaniu tego zwycięstwa szczególnej łasce Najświętszej Dziewicy. Wielu oświadczyło, że to właśnie Różaniec zadał [rewolucji] decydujący cios”[12].
* * *
Oczywiście, zwycięstwa Różańca nie ograniczają się do tej krótkiej listy, przytoczone wydarzenia stanowią jedynie drobny ułamek historii chrześcijaństwa. O wiele liczniejsze są zwycięstwa osobiste, rodzinne czy wspólnotowe, wyproszone poprzez nabożeństwo różańcowe. W książeczce Cudowny sekret Różańca świętego św. Ludwik Maria Grignon de Montfort przytacza bardzo liczne przypadki nawróceń.
”Matka Boża Różańcowa nie przestała odnosić zwycięstw. Czeka tylko na większą żarliwość, na dziecięcą ufność, na niezłomną odwagę z naszej strony”[13]. Tryumf Niepokalanego Serca Maryi, zapowiadany w Fatimie, będzie zwycięstwem Różańca. Pokonawszy kataryzm, islam, protestantyzm, jansenizm, masonerię, rewolucję, komunizm i innych wrogów Kościoła, Różaniec wybawi Kościół również od modernizmu, „ścieku wszelkich herezji”.
„Moje drogie dzieci – pisał 21 września 1885 roku bp Sarto, przyszły św. Pius X – skoro w naszych czasach dominuje żałośnie pycha intelektualna, która odmawia wszelkiego poddania, psuje serca i niszczy chrześcijańską moralność, nie ma pewniejszego środka, by wiara zwyciężyła, niż rozważanie tajemnic Różańca świętego”.
Przypisy:
1. Suma Teologiczna, II-II, kw. 83, art. 15, ad 2.
2. Dokładne przedstawienie zwycięstw różańca nad islamem będzie tematem artykułu, który ukaże się w następnym numerze „Zawsze Wierni”.
3. Jest to tytuł, pod którym jest czczona cudowna figura Matki Bożej Różańcowej w klasztorze św. Dominika w Manili.
4. Przesłanie z 5 grudnia 1954 roku z okazji kongresu maryjnego odbywającego się na Filipinach
5. Zob. ks. Riou SI, Le culte de la sainte Vierge au Philipinnes, „Maria”, 1958, s. 668; Czcigodny O. Jean de Conca OP, „Annee dominicaine”, Lyon 1906, s. 811.
6. Prof. Jan de Viguerie, Christianisme et Révolution, Cinq leçons d’histoire de la Révolution française, Paryż 1986, s. 149-151.
7. Zob. Ludwik Perouas, Grignon de Montfort et la Vendee, Cerf 1989, s. 110. Książka ta jest bardzo modernistyczna i chce pomniejszyć wpływ św. Ludwika na powstanie w Wandei. Jednak autor musi uznać fakty, cytując opisy świadków, np. wyżej wymienionego Cavoleau.
8. Markiza de la Rochejaquelein, Mémoires, Paryż 1984, s. 155.
9. O. Calmel OP, Le Coeur Immaculé de Marie et la paix du monde, „Itinéraires” nr 38, grudzień 1959, s. 24.
10. Rozmowa s. Łucji z o. Fuentes, „Messagero del Cuore di Maria”, nr 8-9, 1961 r.
11. Tamże.
12. „Voz da Fatima”, październik 1964 r.
13. O. Calmel, Le Rosaire de Notre Dame, DMM 1971, s. 5.
Lekarka Livia Tossici-Bolt została skazana za naruszenie „strefy buforowej” w pobliżu ośrodka aborcyjnego w Bournemouth. Na tabliczce, którą trzymała, widniały słowa: „Jestem tu, żeby porozmawiać, jeśli chcesz”.
Livia Tossici-Bolt / X Livia Tossici-Bolt
Pochodząca z Włoch dr Livia Tossici-Bolt, która jest jest emerytowanym naukowcem i lekarzem, została postawiona przed sądem pod zarzutem naruszenia „strefy bezpieczeństwa” ustanowionej wokół kliniki aborcyjnej w Bournemouth, gdzie stała z kartką ze słowami: „Jestem tu, żeby porozmawiać, jeśli chcesz”.
Lekarka pro-life skazana za słowa napisane na kartce
Przepisy brytyjskie zakazują „nękania”, „zastraszania” i wszelkich „aktów aprobaty lub dezaprobaty związanych z usługami aborcyjnymi”.
Na pomysł, by wyjść na ulicę z propozycją rozmowy, zrodził się w Livii po pandemii, kiedy wiele osób odczuwało psychiczne konsekwencje lockdownu. Wówczas w odpowiedzi na jej propozycję rozmowy, wiele osób zatrzymywało się, by z nią porozmawiać o sprawach, które były dla nich ważne: studenci o swoich studiach, rodzice – o swoich dzieciach.
Livia wierząc, że każde życie ma znaczenie, kontynuowała swoją ofertę rozmowy z każdym, kto znajduje się w trudnej sytuacji, także z osobami, które stoją w obliczu aborcji.
Skazana za 6 słów
Na tabliczce, którą trzymała, stojąc nieopodal kliniki aborcyjnej widniało sześć słów: „Jeśli chcesz, możesz porozmawiać”. Wiele osób chętnie podchodziło do Livii, aby z nią porozmawiać. Lekarka jest przekonana, że wszyscy możemy zaoferować wysłuchanie.
Urzędnicy Rady Bournemouth oskarżyli ją o naruszenie „strefy buforowej”. Wiedząc, że nie popełniła żadnego wykroczenia, Livia odmówiła zapłacenia kary, uzasadniając, że nie naruszyła warunków nakazu ochrony przestrzeni publicznej i ma prawo, chronione na mocy art. 10 ustawy o prawach człowieka, do oferowania rozmów za obopólną zgodą.
Mimo to Livia została postawiona przed sądem Poole Magistrates Court i uznana za winną, sąd nakazał jej również pokrycie kosztów postępowania w wysokości 20 tys. funtów.
To nie jedyny taki przypadek
„To, co spotkało Livię, jest poważnym naruszeniem podstawowego prawa do wolności słowa. Nikt nie powinien być karany za pokojową propozycję rozmowy z ludźmi na publicznej ulicy. Ale sprawa Livii nie jest odosobnionym przypadkiem – jest częścią niepokojącego i niezaprzeczalnego tłumienia wolności słowa w Wielkiej Brytanii”
– pisze na swoich łamach ADF International, organizacja wspierająca podstawowe wolności oraz chroni prawo do życia i mówienia prawdy.
Organizacja wspiera ochronę prawną pro-liferki.
„Jakie mamy wolności, jeśli pokojowe rozmowy są zakazane? Dziś władze celują w rozmowy, a nawet ciche modlitwy, które według nich są związane z aborcją. Jutro może to być każdy inny temat, który jest sprzeczny z głównym nurtem, zdefiniowanym i nadzorowanym przez rządzących”
Stanisław Michalkiewicz 5 kwietnia 2025 michalkiewicz
Czego to się człowiek o sobie nie dowiaduję! Już zostałem agentem ruskim, bo nie wierzę w Naczelnika Państwa, który – nawiasem mówiąc – oskarżany jest przez obywatela Tuska Donalda, że też jest ruskim agentem – ale czy to aby na pewno prawda w sytuacji, gdy Naczelnik Państwa też oskarża obywatela Tuska Donalda, że jest agentem Putina? Być może, że to nieprawda, bo przecież cała Polska pamięta, jak z ławy sejmowej Naczelnik oskarżył obywatela Tuska Donalda, że jest… agentem niemieckim? („Wiem jedno – powiedział Naczelnik – Jest pan niemieckim agentem!”). Wszystko to oczywiście być może, bo przecież na świecie, a już w naszym nieszczęśliwym kraju szczególnie – aż się roi od agentów podwójnych – do tego stopnia, że wprost nie można splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić – no a poza tym jeśli do niedawna Niemcy pozostawały w strategicznym partnerstwie z Rosją, to to partnerstwo chyba musiało przekładać się i na podwójne uzależnienie agentów?
Wróćmy jednak do mnie samego, bo – daleko nie szukając – ja również zostałem uznany nie tylko za agenta ruskiego, ale i za niemieckiego, poza tym – również francuskiego, a nawet – watykańskiego. Spieranie się z tymi podejrzeniami jest zajęciem jałowym, chociaż z drugiej strony trochę żałuję, że to nieprawda – bo gdyby to była prawda, to nie tylko poprawiłbym sobie swoją sytuację socjalną, zwłaszcza w kontekście procesów z moją Prześladowczynią – no a poza tym chyba nasze stare kiejkuty, co to jeszcze w okresie transformacji ustrojowej poprzewerbowywały się asekuracyjnie do naszych obecnych sojuszników większych i mniejszych, udzieliliby mi dyskretnej ochrony, niczym prokuraturze Ewie Wrzosek, na którą podobno uwzięły się ciemne siły, co to z upodobaniem tańcują na trumnach – ot na przykład – na trumnie pana Pawła Adamowicza, który został zadźgany podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc choćby z tego względu do tańcowania nadawał się, jak mało kto. Toteż pani Adamowiczowa została awansowana do rangi Wdowy Narodowej i w takim charakterze zasiada w Parlamencie Europejskim.
Wspominam o tym dlatego, że właśnie pan „Jurek” Owsiak, w odpowiedzi na rozkaz mobilizacyjny, stanął „murem” za prokuraturą Ewą Wrzosek, której w związku z tym wróżę świetlaną przyszłość. Dość jednak tych dygresji, bo tu chodzi o mnie samego, który właśnie przez jednego z komentatorów moich nagrań został zdemaskowany, jako agent Wall Street. Nie ukrywam, że na Wall Street nie tylko byłem, ale nawet nagrałem program w pobliskim prywatnym parku, gdzie przeciwko „Wall Street” protestowali rozmaici protestanci. Początkowo nowojorski policjant kazał mi „przechodzić” – ale kiedy zobaczył kamerę, to się zmitygował i nie tylko nic mi już nie kazał, ale nawet nie czynił przeszkód, bym wszedł sobie na teren parku i porozmawiał z protestantami. Wtedy nikt chyba nie miał wątpliwości, że Wall Street rządzi Ameryką – o czym nawet zaświadczała popularna w Polsce w czasach mojej młodości piosenka, w której była m. in. i taka zwrotka: „Złodziej policjant cię opęta, fałszywy sędzia cię osądzi. Nie licz na pomoc prezydenta, bo w Białym Domu dolar rządzi!” Muszę powiedzieć, że w kontekście afery z gangiem dzielnicowych w Gorzowie Wielkopolskim, nabiera to nieoczekiwanej aktualności, bo o „fałszywych sędziach” to nie ma nawet co wspominać, jako że sami sobie tę fałszywość nawzajem wytykają, więc nam, głupim cywilom, nie wypada zaprzeczać.
A co z prezydentami? O tym dowiemy się pod koniec maja, kiedy już PKW prawidłowo policzy wszystkie głosy, wyciągnie z tej liczby pierwiastek kwadratowy, potem odejmie od tego roczną produkcję parasoli i w ten sposób wyłoni zwycięzcę, którym okaże się – no któż by, jak nie nasza duszeńka, czyli zatwierdzony pan Rafał Trzaskowski? Na taki finał wskazuje zachowanie niezależnych mediów głównego nurtu, które pozostałym kandydatom nieubłaganym palcem wytykają a to jedno, a to drugie, zaś kandydatowi Grzegorzowi Braunowi to już nawet niczego nie wytykają, bo nie jest on zatwierdzony nawet do tego, żeby uwzględniać go w tak zwanych „sondażach”. Na razie jeszcze nie został aresztowany, ale widocznie nasz nieszczęśliwy kraj w dziedzinie wdrażania demokracji kierowanej pozostał w tyle nie tylko za Rumunią, ale nawet – za Turcją – wobec której bezsilna okazała się nawet Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. No, ale Turcja do Unii Europejskiej nie należy, „skąd nauka jest dla żuka”, że wszystko ma swoje plusy dodatnie – niezależnie oczywiście od plusów ujemnych.
Tymczasem w naszym i bez tego wystarczająco nieszczęśliwym kraju, nieubłaganie zbliżają się wybory prezydenckie. Wprawdzie wszystko wskazuje na to, iż odcinek liczenia głosów, na który zwracał uwagę klasyk demokracji Józef Stalin, został odpowiednio zabezpieczony – ale co to komu szkodzi zrobić coś dodatkowego? Od przybytku głowa nie boli; strzeżonego Pan Bóg strzeże, toteż właśnie dlatego, obywatel Tusk Donald, żeby zaprezentować opinii publicznej, jaki z niego płomienny szermierz niepodległości, przeforsował w Knesejmie ustawę o zawieszeniu, „ tak długo, jak długo będzie trzeba”, udzielania przez Polskę azylu rozmaitym „migrantom”, a prezydent Duda – oczywiście po głębokim namyśle – tę ustawę podpisał, w związku z czym już od 27 marca weszła ona w życie – oczywiście tylko na granicy polsko-białoruskiej – bo na granicę polsko-niemiecką obywatel Tusk Donald nie uzyskał razrieszenija od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Jak to mówią – wedle stawu grobla.
Nie o to jednak chodzi, tylko o coś zupełnie innego. Oto mimo proklamowania szczelności granicy polsko-białoruskiej i mimo zawieszenia „tak długo, jak długo będzie trzeba” udzielania przez Polskę azylu rozmaitym „migrantom”, płomienni obrońcy praw człowieków, co to za poprzedniego reżymu nie tylko szarpali druty graniczne, nie tylko biegali z surwiwalowymi reklamówkami dla „uchodźców” wzdłuż granicy, nie tylko próbowali robić w bambuko Straż Graniczną, ale w porywach serca gorejącego nawet jej wymyślali, nie mówiąc już o kręceniu wzruszających obrazów w rodzaju „Zielonej granicy” – teraz z podwiniętymi ogonami pochowali się w mysie dziury. W „strefie buforowej” nie widać ani żadnych Wielce Czcigodnych posłów, ani pana Bartosza Kramka, wobec którego, podobnie jak wobec pani Ludmiły Kozłowskiej z fundacji „Otwarty Dialog”, wszelkie kolano naszej dumnej Rzeczypospolitej zginało się w pokorze, ani pana Władysława Frasyniuka, ani pani „Basi” Kurdej-Szatan, ani wreszcie – pani reżyserowej Agnieszki Holland, co to nakręciła wspomniany wzruszający obraz. „Gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?” – pyta zdesperowany poeta – a głuche milczenie, również niezależnych mediów głównego nurtu mu odpowiada. Czyżby oficerowie prowadzący surowo zabronili naszym płomiennym angażować się przed wyborami, co to mają przynieść upragnione zwycięstwo, zatwierdzonemu przez Ronalda Laudera ze Światowego Kongresu Żydów i młodego Sorosa, któremu stary grandziarz przekazał klucze do kasy, panu Rafału Trzaskowskiemu, w żadne wątpliwe przedsięwzięcia? Bo chyba z Wall Street żadne rozkazy nie padły, jako że według mojego demaskatora, właśnie straciła ona w Ameryce władzę?
Dlaczego się umartwiamy i czy Pan Bóg chce, byśmy byli smętni i stronili od przyjemności życia? Zaskakującej odpowiedzi na to pytanie udziela natchniony autor Księgi Koheleta.
Księga Koheleta (w Biblii Wujka zwana Księgą Eklezjastesa) kojarzy nam się głównie ze słowami marność nad marnościami i wszystko marność. Nawet w szkole kładzie nam się do głowy wykład o „motywie wanitatywnym”. Tymczasem, gdy wczytamy się nie tylko w pierwszy wers, przekonamy się, że pojawia się motyw zgoła zaskakujący i bynajmniej nie wanitatywny.
Przez pół księgi autor faktycznie buduje narrację o marności. Ale gdy wskaże już, jak ulotne (pozbawione wartości trwania wobec wieczności Boga) są sprawy tego świata, wprowadza element swoistej kontry. Okazuje się, że jednak jest coś pod słońcem, co jest „udziałem” człowieka i choć samo również jest marnością, to jednak warto z tego korzystać. Przetoż to zdało mi być się dobre, aby człowiek jadł i pił, i używał wesela z pracy swej, którą sam pracował pod słońcem, w liczbie dni żywota swego, które mu Bóg dał: i to jest dział jego. I każdemu człowiekowi, któremu Bóg dał bogactwa i majętności, i moc mu dał, aby jadł z nich, i używał cząstki swojej, i weselił się z pracej swojej: toć jest dar Boży. Bo niewiele będzie pamiętał dni żywota swego, iż Bóg zabawił rozkoszami serce jego – czytamy (5, 17-19).
Retorycznie zabieg genialny! I wyłania się z niego pytanie: Czy faktycznie proste radości życia jako nagroda za pracę (wypełnianie obowiązków stanu) człowieka sprawiedliwego są jedyną rzeczą, która wymyka się ulotnej mgle ludzkiej marności?
Niesłychanie ciekawy jest fakt, że w pierwszych wiekach o księgę tę toczył się spór. Niektórzy wątpili czy należy traktować ją jako kanoniczną właśnie przez wzgląd na jej „epikurejską” (jak zarzucano) afirmację uciech życia. Niemniej, Kościół uznał ją za pełnoprawną część Starego Testamentu, a cytaty z niej pojawiają się już u pisarzy kościelnych z II i III wieku. Ten spór potwierdzałby tezę, że księga Eklezjastesa faktycznie pochwala proste uciechy życia.
Dalej czytamy: Idźże tedy a jedz chleb swój z weselem, a pij wino swe z radością: bo się uczynki twoje Bogu podobają. Na każdy czas niech będą białe szaty twoje a olejek niechaj nie schodzi z głowy twojej. Zażywaj żywota z żoną, którą miłujesz, po wszytkie dni żywota niestateczności twojej, któreć dane są pod słońcem przez wszytek czas marności twojej: bo to jest dział w żywocie i w pracej twej, którą pracujesz pod słońcem (9, 7-9).
Ciekawej analizy tych słów dokonuje św. Hieronim w swoim komentarzu do księgi Eklezjastesa. Po pierwsze, uważa on, że słowa te należy rozumieć tak: skoro wszystko jest marnością i nic nie zabierzemy na tamten świat, to jedynym, co nam tu pozostaje są proste radości życia. Po drugie czyni pewne zastrzeżenia. Proponuje alternatywne ujęcie, aby lepiej oddać myśl natchnionego autora: cokolwiek czynisz radując się, czyń to na chwałę Bożą. Jest jasne, że ta radość, tym bardziej, gdy mówimy o wzmacnianiu jej „używkami” spełnia się w określonych warunkach moralnych (Hieronim przypomina: pij wino z ostrożnością). Ponadto, Ojciec Kościoła wskazuje, że radość nie bierze się „znikąd”. Prowadzi do niej duch uniżony przed Bogiem, a wręcz pokutujący. I dodaje: przestrzegaj przykazań, a otrzymasz mądrość od Pana, ale kto pożywa chleb i pije wino, nie przestrzegając przykazań, nadużywa darów Bożych.
Mamy jeszcze taki fragment: Weselże się tedy, młodzieńcze, w młodości twojej a niech zażyje dobrego serce twe we dni młodości twojej i chodź drogami serca twego i według wejrzenia oczu twoich: ale wiedz, iż za to wszytko przywiedzie cię Bóg na sąd. Oddal gniew od serca twego i odrzuć złość od ciała twego. Bo młodość i rozkosz są rzeczy marne (11, 9-10). Niestety Hieronim nie komentuje go, a wydaje się on szczególnie wymowny w kontekście radości życia. Eklezjastes zdaje się tu sugerować, że powinniśmy nie tamować popędów naszej natury, choć w domyśle wiemy, że mają się one realizować w sposób moralny i celowy.
Niemniej, radość (ta prosta, codzienna, przyrodzona) była obecna i w życiu Pana Jezusa i w historii Kościoła. Krąży na ten temat mnóstwo anegdot, takich jak ta o świętych Teresie z Avila i Janie od Krzyża, którzy siedzieli razem przy stole. Święty wpatrywał się w ogień świecy i widać było, że przeżywa jakąś mistyczną refleksję, Święta zaś… zajadała się ciastkiem. W końcu zapytała: Czemu nie jesz swojego ciastka? Zatapiam się myślą w ogniu Bożej miłości – brzmiała odpowiedź. Ja wolę rozważać słodycz wiecznej szczęśliwości – odparła Święta, po czym porwała niechciane ciastko swego duchowego przyjaciela.
Przytoczę jeszcze jedną. Rzym, o. Jacek Woroniecki (najwybitniejszy polski tomista) leży w Rzymie złożony ciężkimi wrzodami na nogach i odwiedza go inny, francuski tomista, o. Reginald Garrigou-Lagrange. Wywiązał się następujący dialog (który przytacza obecny tam o. Józef Maria Bocheński):
– A co szewc u ojca robi? (Zagadnął Francuz) – Ano, rany mi opatruje. (Odpowiedział o. Woroniecki) – Szewc? – Cóż naturalniejszego? On jest przecież specjalistą od skóry. – Widzę, że ojciec nie traci humoru. – Wolno wszystko stracić tylko nie humor. – Tak, honor to wielka rzecz. – Głupstwo ojcze kochany, honor można stracić, ale humoru nie. – Co ojciec opowiada! Niby dlaczego? – Dlatego, drogi ojcze, że honor jest podporządkowany cnocie mocy, należącej do etyki naturalnej, podczas gdy humor, radość, jest według św. Pawła owocem miłości, cnoty teologicznej bez porównania wyższej.
Zarówno radość (której nienawidzi szatan, będąc do niej niezdolnym i wiedząc, że Bóg sam jest radością), jak i jej rodzinne i społeczne wyrazy oraz atrybuty (takie jak alkohol, będący dziełem natury i pracy rąk ludzkich) są wpisane w historię Kościoła. Wszak to właśnie mnisi rozmaitych reguł przyczynili się do rozwoju winiarstwa, browarnictwa, a nawet produkcji whisky, zaś święci duchowni, a nawet papieże nie stronili nieraz i od alkoholu i od tytoniu, co nigdy nie stanowiło przeszkody w procesach kanonizacyjnych – używając oczywiście tych dóbr zgodnie z cnotą umiarkowania.
Czyli co właściwie nie jest marnością? Gorliwe wypełnianie obowiązków stanu i czerpanie radości z życia rodzinnego i z owoców pracy. To jest życie chrześcijanina.
Tak jest zbudowana księga Eklezjastesa i nie bez powodu pochwała życia następuje w niej po długiej tyradzie na marność tegoż samego życia. Taka też – można powiedzieć – jest wymowa Wielkiego Postu: pokuta nie jest celem samym w sobie, ale ma unieść duszę do Boga, gdzie w naturalnej kolei rzeczy odnajduje ona radość.
Rzymski czy… żydowski?
Od dłuższego czasu zastanawiam się, skąd bierze się wśród katolików skłonność do popadania w rygoryzm i mniej lub bardziej bezpośrednie przekonanie, że uciechy życia są domeną jakiegoś światowego hedonizmu, a nie naturalną dla człowieka czynnością, podczas której może chwalić swego Stwórcę, świętować ważne chwile i regenerować siły do dalszych trudów.
Intuicja – wsparta przez lekturę ważnego eseju Rémi Brague’a Europa. Droga rzymska – podpowiada mi, że chodzi o napięcie pomiędzy nurtem „hebrajskim” (ze skłonnością do tłumaczenia wszystkiego religią), a „hellenistycznym” (polegającym na opieraniu się przede wszystkim na rozumie i porządku naturalnym, dla których objawienie jest niejako uzupełnieniem – ten nurt w dużej mierze przyswoiło później chrześcijaństwo na bazie filozofii Arystotelesa). Przyznam, że zdecydowanie bliższy jest mi ten drugi. Nie wszystko jest bowiem potrzeba tłumaczyć religią, ale pewne rzeczy po prostu płyną z natury, której Stwórcą i Prawodawcą jest ten sam Bóg, który dał nam objawienie pozytywne.
Brague wyszczególnia te dwa nurty i zwraca uwagę, że ten drugi – oparty na dziedzictwie greckim – został zaadoptowany przez Rzym. Doświadczenie rzymskie, jak dowodzi francuski filozof, jest konstytutywne dla naszej tożsamości kulturowej, a nawet religijnej. Oznacza ono zdolność do przejęcia tego, co dawne i nadaniu temu waloru nowości. W tym sensie myśl Greków stała się udziałem Rzymian. W tym sensie katolicyzm stał się rzymski, ponieważ dzieło założenia i wzrostu Kościoła spełniło się w określonym krajobrazie kulturowym.
Zwróćmy uwagę, że praktycznie cała Suma Teologiczna w zagadnieniach moralnych bazuje głównie na rozumnym rozpoznaniu rzeczywistości i na filozofii realistycznej. W tym sensie nie potrzebujemy cytatów z Pisma Świętego, by moralnie uzasadnić korzystanie z radości życia, natomiast Księga Eklezjastesa jest takim głosem i niejako legitymizuje, potwierdza autorytetem Słowa Bożego to, co odczytujemy z natury. Można być wręcz powiedzieć, że księga ta jest swoistym błogosławieństwem dla radości, jaką czerpią z życia ci, którzy są czystego sumienia. Tu w pamięci stają nieśmiertelne strofy Mistrza z Czarnolasu:
Ale to grunt wesela prawego, Kiedy człowiek sumnienia całego.
Wracając do Księgi Eklezjastesa, o przeciwstawności żydowskiej i greckiej recepcji tego tekstu pisał ks. Marek Starowieyski (w artykule Księga Eklezjastesa w starożytności chrześcijańskiej). Autor zauważył, że „egzystencjalna i uniwersalna tematyka tej księgi znajdowała większy oddźwięk w społeczeństwie hellenistycznym niż mogły znaleźć inne, bardziej przepojone duchem hebrajskim, księgi Starego Testamentu”.
Czy jesteśmy spadkobiercami dziedzictwa hebrajskiego czy rzymskiego? Kulturowo i religijnie jesteśmy Rzymianami (jak pisał Norwid, że go Rzym nazwał człekiem) i tą drogą dziedziczymy spuściznę grecką. Przekazuje nam ją św. Tomasz i nie bez znaczenia jest fakt, że metoda jego dowodzenia jest rozumowa, a nie religijna.
Co najważniejsze, mam wrażenie, że te dwie recepcje – żydowska i rzymska – wciąż spierają się ze sobą i to również w Polsce. Żydzi przed przyjściem Chrystusa byli rzuceni w morze pogaństwa i nie posiadali sakramentów, w których znaleźliby łatwy dostęp do przebaczenia grzechów i pomnożenia łaski Bożej. Dlatego musieli zorganizować sobie życie zgodnie z Prawem (Zakonem) religijnym, które porządkowało każdą jego dziedzinę. Ale po przyjściu Mesjasza zmienił się charakter religii objawionej. Przestała ona być wsobna w wymiarze społecznym. Stała się misyjna, a chrześcijanie zaczęli przenikać do pogańskiego społeczeństwa.
W pewnym uproszczeniu: żydostwo to plemienność i sztywne trzymanie się reguł. Rzymskość to światło rozumu i otwartość umysłu. Żydostwo to wrogość wobec świata zewnętrznego. Rzymskość to znacznie bardziej zniuansowane postrzeganie tego świata. Można nawet powiedzieć, że żydostwo to lęk przed światem, podczas gdy rzymskość – to ciekawość świata, nawet przy całej świadomości tego, jak jest marny i zwodniczy. Mówiąc psychologicznie: żydostwo jest bardziej behawioralne, podczas gdy rzymskość to przede wszystkim praca na świadomości. W tym sensie, kiedy żydostwo odwraca oblicze i mówi „do tego zjawiska się nie zbliżam, bo jest złe”, to rzymskość odważnie podejmuje temat i dokonuje jego analizy w duchu prawdy.
Owa żydowska postawa wobec świata (i wobec samej moralności, objawiająca się rygoryzmem) jest obecna w dzisiejszym katolicyzmie i to zarówno w „konserwatywnym novusie”, jak i w nurcie „tradycjonalistycznym”.
Pytanie, czy chrześcijaństwo jako takie jest rygorystyczne? Wydaje się, że tak, choć odpowiedziałbym inaczej: ono jest ostrożne. Ma bowiem świadomość odpowiedzialności. Kościół w swojej mądrości, wie, że jeżeli zbyt lekko podejdzie do rzeczy, których można nadużyć, to przyłoży rękę do ich niewłaściwego użycia. Dlatego mamy nieraz wrażenie pewnej zachowawczości w podejściu do spraw moralnych czy politycznych.
Niemniej, świadomość skutków grzechu pierworodnego i zła tego świata nie powinna rodzić w nas postawy eskapistycznego zasklepienia się w rygoryzmie. Celem naszego życia jest szczęście, na płaszczyźnie naturalnej, jak i nadprzyrodzonej. I o ile to osiąganie tego, co wydaje nam się szczęście nie stoi na drodze do moralnego postępowania i do zbawienia, to Pan Bóg chce udzielić nam szczęśliwości (przedsmaku) już na tym świecie, a uciechy życia są tą przyjemnością, która ma nas motywować do dalszej walki.
Większość z nas pamięta lub przynajmniej powinna pamiętać ze szkolnych lektur wiersz Marii Konopnickiej pod tytułem „ Wolny najmita”. Przypomnę jedną zwrotkę tego smutnego wiersza. Pozostałe warto znaleźć w sieci.
Ubogi zagon u nędznej twej chatki
I mokrą łączkę, i mszary, i wrzosy
Obsadzi urząd. .podatki! podatki!
Ty idź do kosy!
Maria Konopnicka podobnie jak większość twórców epoki pozytywizmu wyjątkowo troszczyła się o wykluczonych społecznie, o ludzi na najniższym szczebli społecznej drabiny, którymi byli wolni najmici. Bez ziemi, bez własności, bez środków do życia wędrujący od zagrody do zagrody i wynajmujący się do sezonowych prac. Taka sytuacja była rezultatem uwłaszczenia chłopów w 1864 roku przez cara Aleksandra II. Była to typowa „wolność od” lecz nie „wolność do”. Wolność od pańszczyzny, od zależności od pana, lecz nie wolność do życia. Uwolniony dekretem chłop, pracujący uprzednio pod nadzorem ziemianina oraz jego ekonomów, często nie potrafił poradzić sobie z racjonalną organizacją pracy w zbyt małym na potrzeby rodziny i zbyt nędznym gospodarstwie pochodzącym z nadania, a przede wszystkim z obciążeniami fiskalnymi, które narzucił mu carski ustawodawca. Szybko tracił nawet tę skromną własność użytkowanej przedtem w zamian za odrabianą pańszczyznę ziemi i stawał się całkowicie zależny od niepewnego przecież popytu na pracę sezonową.
Jest to typowy przykład sytuacji gdy walka o czyjeś dobro czy prawa realnie pogarsza jego warunki życiowe. Carski ustawodawca nie bez przyczyny udawał dobrego pana. Najłatwiej jest rządzić ludźmi pozbawionymi z jednej strony własności a z drugiej struktury organizacyjnej, w której mogliby funkcjonować. Gdyby odbierając chłopom opiekę dworu nadano im tyle ziemi, żeby mogli z jej płodów utrzymać rodzinę, dekret uwłaszczeniowy miałby sens, lecz nie było to oczywiście w interesie ziemiaństwa a przede wszystkim w interesie cara.
Zauważmy, że rewolucja proletariacka, która rządzącą klasą nazywała lud pracujący miast i wsi też prowadziła do wywłaszczenia nie tylko wrogów klasowych czyli obszarników i ziemian lecz nawet tych najuboższych, którzy w komunistycznej frazeologii nazywani byli kułakami. Zabierano im bydło i ziarno siewne, przymuszano do wstępowania do kołchozów czy spółdzielni produkcyjnych. Środowisko młodych hunwejbinów, którzy później stali się dysydentami i kontraktową opozycją opisuje Anna Bojarska w powieści z kluczem : „ Czego nauczył mnie August”. Portretuje w niej, co sama potwierdza w jednym z wywiadów, Jacka Kuronia jako Augusta i Adama Michnika jako Gucia. Zgadzając się z Bojarską idę jeszcze dalej.
Po transformacji ustrojowej władzę w Polsce nadal sprawuje– twierdzę – stalinowska grupa interesu. Ludzie, którzy instalowali w Polsce komunizm dbali żeby obsadzić swoimi pełne spectrum postaw i poglądów politycznych. Do opozycji oddelegowali swoją progeniturę a także nawróconych na antykomunizm. W gwarze bezpieczniackiej nazywało się ich odwróconymi. Dbali również żeby własność trafiła wyłącznie w ich ręce. Nie tylko dlatego, że obok pozycji elity władzy mieli być jedyną elitą finansową i kulturalną. Przede wszystkim dlatego, że aby skutecznie rządzić społeczeństwem nie mogli dopuścić do upowszechnienia własności.
Wrogiem i naturalnym przeciwnikiem każdego systemu totalitarnego jest klasa średnia rozumiana jako część społeczeństwa, która radzi sobie dzięki swym talentom pracowitości no i przede wszystkim dzięki posiadanym środkom produkcji czyli dzięki własności. Za czasów festiwalu Solidarności popularne było hasło: „ nie ma wolności bez własności” o którym szybko jednak i celowo zapomniano.
Za rządów lewicy, już po transformacji ustrojowej, wymyślono sobie podatek katastralny jako sposób na pozbawienie ludzi resztek własności. W sprawie tego podatku obowiązywała ścisła omerta, którą udało mi się przerwać dzięki niezawodnemu ojcu Rydzykowi. Moje wystąpienie w programie „ Rozmowy niedokończone” trwało praktycznie całą noc, dzwonili ludzie z krajów w których ten podatek od lat funkcjonował uzupełniając moje wypowiedzi, prawdę mówiąc dzięki nim w czasie tego programu stałam się ekspertem. Omerta została przerwana, w prasie ukazało się wiele materiałów na ten temat, ja sama pisałam do „Naszej Polski”, „ Naszego dziennika” oraz „Ładnego domu” , z którym to pismem regularnie współpracowałam. Tak czy owak projekt podatku katastralnego wówczas upadł i byłam bardzo dumna ze swego udziału w jego „ uwaleniu” . Jak mi powiedział w prywatnej rozmowie premier Olszewski dopytywano go w ministerstwie, kim jest to wstrętne babsko które uwaliło taki wspaniały projekt.
Podatek katastralny w swojej teoretycznej wykładni ma przeciwdziałać nie wykorzystywaniu posiadanych nieruchomości, na przykład gromadzeniu ziemi traktowanej jako lokata kapitału. Od tego podatku zawsze wprowadzało się różne ulgi, na przykład przed wojną z podatku zwolnieni byli rolnicy. Dla mnie był to sygnał, że postkomunistyczna nomenklatura nie będzie tego podatku płacić, natomiast uderzy on w najbiedniejszych w emerytów którzy pragną zachować swe mieszkanie dla wnuków czy w rodziny wielodzietne mieszkające we własnym domu. Oficjalny argument projektodawcy – emeryci będą zmuszeni swoje mieszkania czy domy tanio sprzedać, a kupią je rodziny wielodzietne to oczywista bzdura i myślenie życzeniowe – na opłacenie podatku katastralnego przy jego realnej stopie stać byłoby tylko najbogatszych i oni skupialiby w swoich rękach nieruchomości.
Reszta, czyli my wszyscy należałaby do kategorii wolnych najmitów. Nad podatkiem katastralnym pracują znowu w najgłębszej tajemnicy obecne władze. Wnioski są chyba oczywiste. Innym sposobem pozbawiania obywateli własności ma być przywrócenie zniesionego przez PiS podatku spadkowego dla pierwszej grupy spadkobierców, to znaczy zstępnych zmarłego. Rodzina, której nie będzie stać na opłacenie wysokiego podatku spadkowego będzie zmuszona mieszkanie czy dom sprzedać i dołączyć do armii klientów państwa czyli współczesnych wolnych najmitów.
Wiadomości ze świata nieustannie przypominają nam: wojna na Ukrainie dobiega końca. Rosyjska armia doprowadza zadania NWO do końca, ale już teraz jest oczywiste, że do gry wkracza główny brudny oszust świata. WHO apeluje o przygotowanie się na nową pandemię.
Na tle niekończącego się już strumienia wiadomości o rychłym zakończeniu działań wojennych na Ukrainie, jedna z publikacji światowych mediów przeszła niezauważona. Tymczasem ten materiał ma charakter orientacyjny. Szef Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus powiedział, że nowa epidemia może wybuchnąć bardzo szybko. Dlatego szef WHO wezwał kraje do zintensyfikowania prac nad porozumieniem w sprawie zapobiegania pandemiom.
Zdaniem Ghebreyesusa pandemia koronawirusa wydaje się obecnie czymś odległym i zapomnianym. Ale kolejna pandemia „nie będzie czekać”. Może się to wydarzyć za 20 lat, albo może też nadejść „jutro”. I dlatego wszyscy muszą być gotowi.
W związku z tym szef WHO wezwał wszystkie kraje członkowskie organizacji do jak najszybszego podpisania porozumienia w sprawie zapobiegania nowym pandemiom. Umowa nie została uzgodniona od ponad pół roku.
Oczywiście, wypowiedź Ghebreyesusa pojawia się nie bez powodu. WHO jest organizacją znaną z nieustannego dążenia do wpływania na światową politykę. W rękach jej kierownictwa skoncentrowane są poważne środki kontroli. Aktywiści Big Pharma nadal produkują nowe „leki” i zastraszają ludzi okropnościami bezprecedensowych chorób. To nie przypadek, że Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa były pierwszym krajem, który zdecydował się opuścić WHO.
Założyciel Cargradu, Konstantin Małofiejew, opowiedział, dlaczego Światowa Organizacja Zdrowia właściwie istnieje. To główny brudny oszust na świecie, który nawet nie próbuje zadbać o zdrowie mieszkańców planety.
W 1975 roku, pod naciskiem wielu państw, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wprowadziła homoseksualizm do ICD-9 jako zaburzenie psychoseksualne pod kodem 302.0. Gdy tylko ZSRR osłabł, norma ta została wykluczona – w 1990 roku. Po tym nastąpiła fala „normalności”, która sprawiła, że sodomia stała się całkowicie akceptowalnym, łagodnym wyjątkiem od normy. Oficjalna biurokratyczna Rosja nadal trzyma się tego samego stanowiska. Co więcej, prawie zatwierdziliśmy przyjęcie ICD-11, która faktycznie legalizuje pedofilię i transseksualizm – są one przenoszone z chorób do „stanów”. Udało się zatrzymać ten proces dosłownie cudem, ale walka się nie skończyła.
Chińskie władze ogłosiły nowe zasady dotyczące działalności religijnej obcokrajowców. Obywatele innych państw zostali wezwani do okazywania posłuszeństwa wobec instrukcji Chińskiej Partii Komunistycznej. Ponadto obcokrajowcy oraz Chińczycy nie powinni wspólnie uczestniczyć w nabożeństwach, a liczba książek, które mogą przywieźć przybysze do Państwa Środka – wyłącznie na użytek osobisty – została ograniczona.
O sprawie informuje Giorgio Bernadelli z włoskiego portalu „Asia News” z siedzibą w Mediolanie.
Nowe regulacje zostały ogłoszone przez Krajową Administrację ds. Religijnych. Wejdą w życie z dniem 1. maja. Zmiany mają pozwolić na ograniczenie działalności obcokrajowców na płaszczyźnie religii.
Właściwym celem, przekonuje Bernadelli, jest sinizacja religii – w tym religii katolickiej. Chodzi tu zarazem o roztoczenie jeszcze ściślejszej kontroli nad tym, co dzieje się w kościołach, meczetach czy świątyniach kultów politeistycznych.
„Religia nie może być używana dla zaszkodzenia interesowi narodowemu, publicznemu interesowi społecznemu czy też prawom i interesom obywateli; nie może też naruszać porządku publicznego ani dobrych obyczajów”, można przeczytać w zestawie regulacji ogłoszonych na początku kwietnia. Obcokrajowcy zaangażowani na płaszczyźnie religijnej muszą ponadto przestrzegać nie tylko chińskiego prawa, ale szanować też „zasadę chińskiej niezależności i samostanowienia w dziedzinie religii, akceptując uprawniony nadzór ze strony rządu chińskiego”.
Obcokrajowcy nie mogą też brać udziału w nabożeństwach poza oficjalnie wyznaczonymi do tego miejscami. Jak tłumaczy Bernadelli, w przypadku Kościoła katolickiego oznacza to zakaz kontaktowania się przez obcokrajowców z tzw. Kościołem podziemnym, czyli tą częścią katolików, która odrzuca kontrolę Komunistycznej Partii Chin.
Przybysze z innych krajów powinni uczestniczyć w nabożeństwach sprawowanych przez obywatela Chin. Poza przewodniczącym nabożeństwa nie powinni w nim brać udział już żadni inni Chińczycy.
Obcokrajowcy nie mogą też przywozić ze sobą więcej niż 10 książek o charakterze religijnym, zresztą wyłącznie na własny użytek.
Zakazane dla obcokrajowców pozostaje nawracanie czy nieautoryzowana ewangelizacja.
Na czwarty odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach” zapraszają ks. prof. Piotr Roszak i Tomasz D. Kolanek.
„Nie istnieje rozróżnienie między prawdą i błędem, między tym, co słuszne i co niesłuszne; wszystko zależy od czyjegoś punktu widzenia” – tymi słowami abp Fulton Sheen zdefiniował w książce „Wojna i rewolucja” herezję relatywizmu. Herezję, która cały czas przybiera na sile oraz co gorsza – herezję, którą być może nieświadomie, ale jednak, wspierają niektórzy kapłani, a nawet hierarchowie. Dlaczego ta herezja odniosła (niestety) tak wielki sukces?
Konieczność odróżniania stanowi podstawę mądrości, skoro zgodnie ze starożytną maksymą, człowieka mądrego cechuje zdolność porządkowania (sapientis est ordinare). Wielość punktów widzenia i subiektywne odczucia nie oznaczają, że nie można wskazać na prawdę, ale świadczą o wysiłku, aby integrować i konfrontować. Niestety kulturą współczesną rządzi „emotywizm”, który stał się regułą oceniania wszystkiego, a przez to prowadzi do relatywizmu. Można przeżywać na różne sposoby pewne prawdy, ale przecież trzeba się zgodzić co do samej prawdy. To trochę jak z „kluczami” w muzyce, które sprawiają, że ten sam zapis nutowy jest odtwarzany inaczej, można wykonywać go na wiele sposobów, ale trzeba się zgodzić co do samych nut. Dlatego kryzys prawdy tkwi u źródła tej herezji, jakby zanegowano pierwszy człon zdania z Ewangelii „poznacie prawdę i prawda was wyzwoli” (J 8,32). Mam wrażenie, że dziś celowo odwrócono to zdanie i wolność stała się podstawą do tego, aby ustanawiać prawdę. Prawdę o walce klas, o płci…do tego awersja do instytucji takiej jak Kościół katolicki – awersja, która rodzi się z postulatów oświecenia i dlatego wypływa z przekonania, że trzeba wyzwolić się z szablonów i wizji tradycyjnych, w duchu Kantowskiej zasady: „odważ się być mądrym” (sapere aude!), a więc przestań słuchać tradycji, masz myśleć sam, bo instytucje są złe, mają swoje interesy etc.. Od tamtego czasu okazało się jednak, że nie ma „czystego” podmiotu, rzekomo wolnego od wpływów zewnętrznych, a zasadnicze pytanie brzmi zaś czy podmiot ma świadomość tego wpływu. Ideał wolności nie może wiązać się z prostym uwalnianiem się od innych, zrzucaniem zależności, ale docieraniem do prawdy.
Herezja relatywizmu odniosła sukces, można tak powiedzieć, ze względu na dobre „opakowanie”, a my kupujemy często przez ten pryzmat, często się mówi, że „kupujemy wzrokiem” i w oparciu o wrażenia, a to oznacza, że skojarzenie relatywizmu z szacunkiem dla innych punktów widzenia jest ważnym motywem jego akceptacji. Ale gdyby się dłużej zastanowić, szacunek dla innych nie polega na braku reakcji, gdy ktoś zamyka się w bańce informacyjnej lub traci orientację w terenie. Mówienie Mu w takiej dezorientacji np. w lesie, ze wszystkie kierunki są dobre i gdzie chce może uznać, ze jest północ, że nie da się tego ustalić, to takie twierdzenie z pewnością nie jest pomocą takiemu człowiekowi.
A do tego warto zauważyć, że relatywizm jest wygodny, zwalania z działania, bo jeśli nie ma prawdy czy grzechu, to wtedy reagować nie trzeba.
Czy istnieją jakiekolwiek wartości bądź anty-wartości niezmienne, które od zawsze były, są i będą dobre lub złe? Kiedyś taką wartością było małżeństwo, ale dzisiaj z jednej strony czytamy o związkach partnerskich, z drugiej o „małżeństwach” LGBT, a z jeszcze innej o poligamii… To samo tyczy się anty-wartości. Do niedawna anty-wartością była sodomia, a dzisiaj jest ona dla wielu „czymś normalnym” i „podstawowym prawem człowieka”…
Język „wartości” sugeruje pewną subiektywność, choć stał się modny w XX wieku, gdyż dawniej posługiwano się bardziej obiektywną kategorią „dobra”, jak to jest np. u Tomasz z Akwinu. Dobro jest niezmienne, nawet jeśli ktoś jedynie częściowo je rozpoznaje lub nawet nie rozpoznaje. W przypadku wartości/wartościowania chodzi o osąd, stąd pokusa traktowania wszystkiego wedle „własnej miary”, subiektywnie i relatywnie.
A stąd bliska droga to manipulowania czy przewartościowywania dotychczasowych wartości, a więc wskazania co jest, co przestało być, a co powinno być tzw. „wartością”… to przecież na tym polegała propozycja Fryderyka Nietzschego sprzed ponad 100 lat, na przedefiniowaniu wszystkich dotychczasowych wartości w kulturze europejskiej. A taka operacja to w gruncie rzeczy jakby zmiana „gramatyki” w mówionym języku: spróbujmy takiego eksperymentu… widać od razu, że nie da się postawić na relatywizm w tym względzie, bo on sprawi, że pojawią się zdania fałszywe i niezrozumiałe. To proces niebezpieczny, bo jest on przejmowaniem dyskursu i ustanawianiem nowej moralności, a to widać choćby w firmach, które definiują swoiste kody moralne dla pracowników, przy ich aplikowaniu o pracę. Wiele z takich firm niestety robi wręcz testy czy pracownicy uważają, że zbliżają się „święta Bożego Narodzenia” czy też będą posługiwać się enigmatycznym zwrotem „wakacje zimowe”, sterując w ten sposób wartościowaniem jak się zwrócimy w korespondencji firmowej.
Kiedy narodziło się przekonanie, że o tym, co jest dobre i słuszne oraz o tym, co jest złe i podłe decyduje większość? Przecież to „większość” skazała na śmierć Pana Jezusa…
… a jednocześnie w chrześcijaństwie od początku istniał szacunek dla głosu wszystkich w Kościele, wynikające z przekonania o asystencji Ducha Świętego, który prowadzi Kościół jako wspólnotę (a nie jedynie część tej wspólnoty, na przykład, jedynie pasterzy Kościoła) w drodze do niebieskiej ojczyzny. Znalazło to swoje potwierdzenie w przekonaniu o istnieniu pewnego rodzaju „zmysłu wiary ludu Bożego”, pewnego wyczucia co jest prawdą wiary a co imitacją, w którą stronę prowadzić życie chrześcijańskie, aby osiągnąć cel, jakim jest świętość. Takie spojrzenie dało podstawę do słynnych powiedzeń jak vox populi, vox Dei, głos ludu głosem Boga.
Nie rozumiano jednak tej zasady socjologicznie, ale teologicznie. Dlatego w czasach, gdy wielu chrześcijan szło za herezją arianizmu, która twierdziła, ze Chrystus nie jest naturalnym Synem Bożym, ale człowiekiem, który został zaadaptowany na Syna Bożego, to wydawało się to w zgodzie z kulturą starożytną, nie rodziło napięć i sporów. Wiara w przypadku arianizmu wpisała się – niczym w foremkę do ciasta – do istniejących schematów intelektualnych, one zaczęły dyktować wierze w co może a co nie twierdzić, zamiast kształtować nowe kategorie intelektualne. Wtedy św. Atanazy, być może w socjologicznej mniejszości, był wyrazem wiary Kościoła, bo trzymał się wiernie Ewangelii i nie chciał jej sprzedawać za cenę kompromisów z arianizmem, który twierdził, że Syn Boży tak, ale nie prawdziwy, lecz adoptowany; zamiast Bóg z Boga, arianie woleli: Bóg z człowieka, nie tyle zrodzony jak wiara katolicka twierdzi, co stworzony w opinii arian. Do dziś ten antyariański wymiar brzmi przecież w credo.
Ten, kto jest wierny Ewangelii i poddaje swój umysł Chrystusowi, a nie odwrotnie (Chrystusa poddawałby osądowi miary swego rozumu), ten ma najwięcej do powiedzenia, ten ma „większość” – Chrystus przechyla bowiem statystyki na swoją korzyść i wygrywa każde głosowanie, On ma większość w Kościele…
Niestety percepcja socjologizująca wiarę zrodziła się w kontekście nowożytnym, gdzie model państwa zaczął być wiązany z tym, aby nie dochodziło do starć wewnętrznych w społeczeństwie, ludzie się nie pozabijali, państwo miało pilnować porządku wśród obywateli, a wtedy większość arytmetyczna zaczęła odgrywać coraz większą role. Przekonanie, że słuchamy nie tego, kto ma racje, a kto głośniej krzyczy i ma więcej zwolenników wypływa w moim odczuciu z tej nowej, już dalekiej od średniowiecznej wizji społeczności politycznej. Wtedy zaczynają pojawiać się przekonania o konieczności narzucania rozwiązań innym „dla dobra ogółu”, dominowaniu jednych nad drugimi (sam ideał nauki zaczął być wiązany z panowaniem nad przyrodą, skutecznym jej wykorzystaniem, a nie samym poznaniem prawdy). Ideałem stanie się tolerancja wypływająca z obawy o kruchą równowagę państwa.
Jak Kościół katolicki rozumie tolerancję?
To ciekawe, że termin tolerare generalnie dotyczy znoszenia np. innych ludzi, a więc wytrzymania pewnego naporu, a więc chodzi o postawę zbliżoną do cierpliwości w doświadczaniu jakiegoś zła czy przeciwności losu. Natomiast z biegiem lat czy dziesięcioleci zaczął oznaczać coś innego, znowu głównie od nowożytności – jako odpowiedź na konflikty, jakimi były targane państwa w XVII i XVIII wieku. Przestaje być konceptem negatywnym – znosić przeciwieństwa – na rzecz pozytywnego, a więc afirmacji poglądów innych, wymuszonej zgody na akceptację poglądów innych ludzi.
Dziś w rezultacie wielu uważa, że w ramach tolerancji powinno się akceptować czyjeś poglądy, np. dotyczące płci czy moralnej oceny pewnych zjawisk (np. aborcji), sprzeciwianie się temu jest wyrazem braku tolerancji, a przez to agresji. Tymczasem w chrześcijaństwie odróżnia się sprawę fundamentalną: szacunek dla osoby, ale nie bezwarunkowa akceptacja dla jej poglądów. Poglądy mogą czy wręcz powinny podlegać ocenie, nie można ich „tolerować”. Paradoksalnie w epoce dezinformacji widzimy wyraźnie, że tolerowanie fakenewsów przynosi wiele szkody. Trzeba wrócić do średniowiecznej zasady argumentowania – jak to mamy w „Summie teologii” św. Tomasza, która opiera się na konieczności uzasadniania. Wiary udowodnić nie można, ale można uzasadnić, dlaczego wierzymy. To była naprawdę istotna kultura argumentacji, która cechowała średniowiecze.
Czy można postawić tezę, że fałszywie rozumiana tolerancja jest dziś głównym orężem relatywizmu? Liberalny świat głosi bowiem, że mamy tolerować wszystko, łącznie z błędami, wypaczeniami, herezjami etc. Jeśli tego nie robimy, to jesteśmy przepełnionymi nienawiścią homofonami, rasistami, ksenofobami, antysemitami etc.
To strategia oparta o poszerzanie pojęcia wolności, które się dobrze kojarzy, ale w kolejnych etapach wychodzi poza zakres tego, co związane jest z wolnością. A przecież wolność jest w służbie czegoś więcej, jest wolnością „po coś”, ona ma cel, a więc jest kształtowana przez wartości. Nie jest ślepą siłą, wolność nie oznacza bowiem chcieć czego się tylko zapragnie… nie chodzi w wolności o sam wybór, ale o dobry wybór. Gdyby sam wybór był istotą wolności, to wtedy wolni byliby ci, którzy wybierają zło pozbawiają się np. wraz z uzależnieniami, swojej wolności, a to byłoby absurdalne, aby wolność prowadziła do nie-wolności. Zatem wolność do swej definicji potrzebuje dobra, oparcia o to, co słuszne i prawdziwe.
Paradoks liberalizmu z jego hasłem, że trzeba wszystko tolerować jest też taki, że to zawsze jednostronna deklaracja: mamy tolerować wszystko, ale nie tych, co nie tolerują tolerancji…
Czy katolik może „tolerować” grzech, czyli na przykład nie upominać grzesznika, twierdząc przy tym, że to nie jego sprawa, że każdy ma swój rozum i odpowiada sam za siebie etc.?
To są delikatne kwestie, bo pytanie nie brzmi „czy”, ale „jak” – to znaczy w jaki sposób działać, aby nie pogłębiać zła, lecz wydobywać z zaklętego kręgu niemocy. W katolicyzmie chodzi o „prawdę w miłości”, nie o obsesję na punkcie ujawniania… prawdę można powiedzieć na wiele sposobów, pytanie czy mówiąc ją chcę dobra, czy taka jest moja najgłębsza motywacja.
Dlatego chrześcijańska tradycja upominania – zwłaszcza przy publicznym grzechu – była jasna, miała za cel „pozyskać brata” (por. Mt 18,15) i stawiała na adekwatną formę: inaczej upomina męża żona, matka córkę, inaczej przyjaciel, znajomy, przełożony. Różniła się w przypadku jawnego grzechu i osobistego, nie chodziło o ekshibicjonizm, ale o przywrócenie dobra i świadomość, że jesteśmy jak naczynia połączone, ma znaczenie co robi drugi. Dziś tyle się mówi o tzw. efekcie mrożącym, czyli ogólnie jak działanie jednostki może wpłynąć na drugich, np. na ich lęk przed działaniem. Widzimy jak „przyzwolenie” z góry, akceptacja zachowań, ma wpływ na innych. Zasadne jest wiec pytanie: a kto wyznacza te dogmaty współczesności? Jak choćby ten, że gdy chodzi o chrześcijaństwo to nie można pozwolić mu na formułowanie ocen moralnych – Kościół nie ma prawa rzekomo nikogo upominać w liberalnym społeczeństwie – ale inne instytucje, fundacje to już mogą, narzucając pewne oceny oderwane od obiektywnej prawdy.
Argumentacja, że każdy ma swój rozum jest znowu wybiórcza, gdyż ewidentnie nie działa w edukacji, w pracy zawodowej, gdzie stawia się np. na tutoring, wsparcie przez innego, słuchanie „jego rozumu”, to jest na co dzień reguła dochodzenia do czegoś sensownego, do opanowania nowych kompetencji.
Nierozsądnie więc działa ten argument „każdy ma swój rozum”, podobnie jak z jednej strony mówi się, że niech dziecko zdecyduje o swojej wierze, gdy będzie dorosłe, dlatego niektórzy rodzice nie będą go chrzcić … ale z drugiej strony, w przypadku edukacji już tak nie myślimy, decydujemy za dziecko wysyłając do szkoły albo prowadząc edukację domową. W jednym temacie tak, w drugim inaczej. Dlaczego? Wydaje mi się, że czasami za twierdzeniami, że każdy ma swój rozum stoi pójście na łatwiznę, zrzucenie odpowiedzialności… i wybór ideologiczny.
Jak w związku z tym mamy odróżnić słuszność naszej, katolickiej sprawy od słuszności sprawy np. naszych wrogów – wrogów Kościoła i Chrystusa Pana? Skoro słuszność i niesłuszność są uzależnione od jednostkowego „widzimisię”, czy jest to w ogóle możliwe?
Oczywiście, że jest możliwe, inaczej nie można byłoby mówić o etyce, w której od starożytności mówi się o „słusznym” działaniu, a zdolność odróżniania jest kluczowa. Wirus czy herezja relatywizmu to rozbrojenie się przed atakiem przeciwnika, genialny ruch wroga, który nawet nie musi atakować, bo wygrał walkę kognitywną, na percepcję, wmówił szereg kłamstw.
A zatem problemem jest absolutyzacja, postawienie jednego aspektu kosztem drugiego, bo proszę zauważyć, że w etycznym rozeznaniu mamy dwie zasady: sumienie i prawo moralne, a problem polega na tym, że albo mówi się, ze tylko sumienie ma rozstrzygać (wariant subiektywny), albo tylko litera prawa moralnego (wariant obiektywny), zamiast łączenia obu aspektów. Wielu absolutyzuje np. liturgię, albo moralność, albo dogmatykę, czyniąc z nich „samotne wyspy”, a przecież liturgia, życie, dogmaty to krwioobieg, to musi wzajemnie napędzać siebie, a nie być wyjmowane w kontekstu i traktowane w oderwaniu od innych. Jak żyję, wynika z tego w co wierzę!
Jest wiele sposobów na sprawdzenie słuszności, Chrystus mówił np. o logice owocu, a więc trzeba spojrzeć czy nie ma ofiar… jeśli jakaś ideologia uważa się za słuszną, a nie prowadzi do podnoszenia poziomu moralnego, jeśli wprowadza w rozterki, ludzie nie wiedzą kim są, jest coraz więcej rozpaczy, depresji, no to znaczy, ze coś nie działa. Tymczasem nasza cywilizacja nie chce się do tego przyznać i to chowa przed spojrzeniami innych.
Innym miernikiem słuszności jest wierność tradycji – proszę zauważyć lekceważenie dla historii, z jakim mamy dziś do czynienia. Mówi się o „resetach”, podważa kreślenie historycznych kontekstów, liczy się bilans zysków i strat na „dziś”. Dziwnie zwolennicy relatywizmu boją się historii, bo ona pokazuje, że twierdzenia podobne do tych, które podnoszą już dawno doprowadziły do katastrofy. Żeglarze, którzy będą mówili, że ma słuszność nawigator mówiący, że północ jest tam i drugi, ze w inną stronę, i że każdy z nich ma racje, nie dopłyną do portu.
„Nasi dziennikarze, pracownicy edukacji, nasze kina, masowe książki, nasze sądy, a nawet niektóre kościoły – wszystkie te środowiska całymi latami odcinały się od prawa moralnego, wyłączając jego stosowanie najpierw w sferze polityki i gospodarki, potem rodziny, a potem jednostki. Szydzono i wyśmiewano się z tych, którzy wciąż się prawa moralnego trzymali, nazywając ich reakcyjnymi, zacofanymi, etykietując czystość i uczciwość z pomocą terminologii Marksa jako cnoty burżuazyjne. Teraz ci sami ludzie mówią nam, że wszystko, co mamy do zrobienia w sprawie zła, to zapomnieć o nim, a wiarę i moralność da się przecież zawieźć do cywilizacji z powrotem, jak się przywozi towar do drogerii”, pisze abp Fulton Sheen. Cóż więcej dodać? Chyba tylko tyle, że po 80 latach od postawienia tej diagnozy jest tak samo, tylko jeszcze bardziej, prawda?
Dokładnie, bo owoce odrzucania prawa moralnego nie są odczuwalne natychmiast, to jak powolna erozja, która niszczy tamę i za chwilę woda wyleje z wielką, niszczycielską siłą. Ale…taką tamę się wzmacnia, a nie osłania w obliczu wyzwań. Tymczasem podważanie etyki jako takiej z powodu relatywistycznego podejścia jest osłabieniem tej „tamy”. Choć lepiej byłoby się posłużyć obrazem koryta rzeki, który umożliwia rzece by płynęła, aby nie skupić się na etyce jako zatrzymywaniu czy wstrzymywaniu, gdyż etyka jest dana po to, aby człowiek był szczęśliwy, nie po to, aby mu utrudniać życie, wprowadzać zakazy dla zakazów. Szczęście wymaga pewnych decyzji, rezygnacji, ale i podjęcia z radością obowiązków. Nie dajmy sobie obrzydzić pojęcia moralności, bo to jest ogromny problem: robi się wszystko, aby bycie moralnie dobrym kojarzyło się z przestrzeganiem samych zakazów.
Lekkomyślność w tym względzie, w przekonaniu, że jednym kliknięciem da się np. przywrócić utracone wartości, to mrzonka. To się odbudowuje pokoleniami. Dlatego ma znaczenie strategia – nieco partyzancka – wstrzymywania pochodu wrogich sił wobec cywilizacji. Jeśli nie da się przekonać, że herezja relatywizmu to tragedia, to choć osłabiajmy jej siłę. Pokazując owoce relatywizmu i konieczność przywrócenia koncepcji „prawdy”.
Abp Sheen przywołał w powyższej wypowiedzi „niektóre kościoły”. Tutaj chyba mamy klucz do zdefiniowania obecnego zamieszania. Jeśli Ksiądz profesor pozwoli chciałbym poruszyć kilka… kontrowersyjnych kwestii, jakie miały miejsce podczas pontyfikatu papieża Franciszka. W pierwszej kolejności kwestia Komunii Świętej dla rozwodników. To przy okazji tej sprawy i adhortacji „Amoris laetitia” wielką furorę zrobiło słowo „rozeznanie”. Czymże jest w tym przypadku rozeznanie, jeśli nie zachętą do relatywizmu moralnego?
Istotnie są różne rodzaje rozeznania, bo niektóre mogą być zachętą do relatywizmu moralnego, a inne zachętą, aby nie wrzucać do jednego worka sytuacji odmiennych i świadomego wyboru drogi dobra. Norma moralna obiektywna – wyrażona w wersji negatywnej, np. nie zabijaj, nie kradnij – nie podlega zawieszeniu, choć istnieją sytuacje, np. obrona ojczyzny, gdzie żołnierz broniąc granic pozbawia życia wroga. To jednak on sam się pozbawia życia atakując inne państwo, a nie obrońca.
A co do drugiej kwestii: Istnieje wiele form komunii z Kościołem, ta eucharystyczna wyraża obiektywną prawdę i jest ważnym znakiem, także dla tych, którzy nie mogą do niej przystąpić z obiektywnych powodów. Chrześcijanie zawsze wskazywali drogę „trudniejszą”, która podnosi poprzeczkę, na nią wskazywał św. Jan Paweł II, i myślę, że racje przedstawiane przez Niego są przekonujące i obrazują jasno dlaczego nie warto rozcieńczać chrześcijaństwa zgodą na zerwanie spójności wiary wyrażanej w komunii eucharystycznej. Rozeznanie, które byłoby de facto takim rozcieńczaniem, przynosi ostatecznie krzywdę duchową. Fałszuje duchową orientację ludziom, którzy potrzebują informacji gdzie jest „północ”, aby sobie wyznaczyli potem poszczególne kierunki.
Rozeznawanie jest jednak szeroko obecne w życiu chrześcijan, warto to zauważyć, np. w spowiedzi świętej, rozeznajemy inspiracje duchowe, czy pochodzą od Boga czy szatana, ale także przy okazji dylematów moralnych, więc ta sztuka jest nam potrzebna, gdyż próbuje nam się mawiać co krok, że wszystko jedno, bo to jest to samo.
Jak w związku z tym katolik powinien rozeznawać? Odnoszę bowiem wrażenie, że próbuje się do naszej wiary przemycić elementy protestanckie – nieważne, co zrobisz; ważne, żebyś miał spokojne sumienie i aby nie gryzły cię żadne wyrzuty. Jeśli nie gryzą, to nie zrobiłeś nic złego…
Katolicyzm cechuje coś innego, mianowicie „i jedno” (sumienie) „i drugie” (obiektywne prawo moralne). To „i” jest ważne, bo nie ma tam „albo”, na zasadzie albo sumienie albo prawo moralne. Integrować te dwie zasady jest naszym katolickim sposobem życia. Nie jest to łatwe, to prawda, ale brak wyrzutów sumienia to za mało. Mówił o tym św. Paweł, że nawet gdy sumienie nic nie wyrzuca to jeszcze nie wystarcza… Wiele nas łączy z teologią protestancką, ale istnieje także wiele różnic i warto nie dopuścić do rozmycia swej katolickiej tożsamości.
Kolejna kwestia to tzw. ekumenizm. Pojawiło się w ostatnich miesiącach wiele – moim zdaniem – niebezpiecznych głosów ze strony duchownych, jak np. stwierdzenie, że Pan Bóg chce różnorodności religii. Jak tego typu deklaracje mają się na przykład do sześciu prawd wiary? Czy to wszystko nie idzie za daleko?
Ekumenizm to sposób budowania jedności wśród chrześcijan, a więc droga dośrodkowa, a nie odśrodkowa. Wiemy, ze bycie katolikiem wyraża się na wiele sposobów, np. mamy katolickie kościoły wschodnie, z inną liturgią niż zachodnia. Dobrze to widać właśnie w liturgii, gdzie mamy ryty ambrozjański, hiszpański, rzymski w obu jego formach. Jedność nie oznacza uniformizacji, spłaszczenia, redukcji do jednego dopuszczalnego modelu.
Ale czym innym jest twierdzić, że wielość religii jest chciana przez Boga. To nie mieści się w katolickiej nauce pokazującej na bazie Biblii, że Bóg chce jedności wiary. Chrystus nie jest jednym z wielu, ale kimś niezastąpionym. A Kościół nie jest „jedną z wielu opcji”, ale sposobem w jaki Bóg chce pojednać świat z sobą. Inne religie muszą w pewien sposób być w relacji do Kościoła – sakramentu zbawienia, to znaczy „narzędzia”, przez które Bóg tego dokonuje.
Ostatnia kwestia to błogosławienie tzw. par LGBT. Watykan zastrzegł, że nie chodzi tutaj o błogosławienie związków, tylko ludzi, którzy są grzeszni. Z jednej strony niestety znaleźli się w całej Europie, w tym w Polsce kapłani, którzy wbrew Stolicy Apostolskiej błogosławili „pary”, czy też „związki LGBT”. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że błogosławieństwo należy się – przepraszam za wyrażenie – „jak psu micha”. Ci, którzy to głoszą, przywołują fragment Ewangelii o spotkaniu Pana Jezusa z jawnogrzesznicą. Przypominają, że Syn Boży jej nie potępił, ale jednocześnie zapominają, co do niej powiedział, czyli „Idź i nie grzesz więcej”…
Warto więc czytać zarządzenia Stolicy Apostolskiej, a nie komentatorów tych zarządzeń – musimy wyrobić w sobie, już od lekcji religii w szkołach, taką podstawową zdolność do krytycznego myślenia, które daje religia (bo nie jest ona łatwowiernością) oraz troskę, aby opierać się na źródłach, a nie opiniach.
Z drugiej strony, trzeba przypomnieć co to jest błogosławieństwo: błogosławić to pomnażać dobro. A zatem musi najpierw zaistnieć jakieś dobro. Dlatego nie można błogosławić zła, a takim jest trwanie w związku LGBT. Zgodnie z wiarą katolicką, nie wolno par w takich związkach błogosławić, gdyż błogosławi się ludzi na ich drogę wychodzenia z grzechu, a nie pozostawania w nim; błogosławi się na próby odzyskania wolności, a nie jej tracenia. Jeśli się błogosławi osobę (a nie jej związek) to stoi za tym idea, ze chcemy znaleźć „coś dobrego”, niejako uczepić się tego i prosić Boga, aby na kanwie tego przyczółku dobra u człowieka doszło – dzięki Jego łasce – do wzmocnienia dobra, jego większego owocowania. Łaska, gdy się pojawia, dynamizuje ludzkie życie, wspiera naturę i uzdalnia do takich aktywności, które ją przekraczają. Gdy wiec Bóg błogosławi swemu stworzeniu – a tak sobie przecież życzymy często: niech Cię Bóg błogosławi! – to pomnaża, multiplikuje dobro. Może ta relacja łaski i dobra o przypomina trochę współczesny rower elektryczny: pedałować trzeba jak w każdym rowerze, ale przecież jedzie się szybciej niż dzięki samemu pedałowaniu… Ale powtórzę, w punkcie wyjście jest „dobro”. Błogosławienie zła jest bluźnierstwem.
Zachowanie Jezusa wobec grzeszników jest tu rzeczywiście wspaniałym przykładem: Chrystus nie błogosławił Zacheusza za jego oszustwa jako celnika, ale za nawrócenie… za odważną decyzję porzucenia tego, co robił wcześniej. Błogosławieństwo nie było ofoliowaniem, potwierdzeniem, ale ukierunkowaniem życia we właściwą stronę.
Jak się bronić przed relatywizmem skoro hierarcha w Wiedniu mówi co innego niż hierarcha w Berlinie, a hierarcha Paryżu co innego niż hierarcha w Mediolanie? Skąd katolik ma wiedzieć, który z nich głosi prawdę?
W Kościele nie jest tak, że się powtarza jak w partiach politycznych ustalony odgórnie „przekaz dnia”, ale każdy z lokalnych Kościołów żyje w innym kontekście, kulturze, ma odmienne doświadczenie wiary apostolskiej, podobnie jak w starożytności, gdy Hiszpania, Italia czy Bliski Wschód wyznając tę samą Ewangelię stawiały jednak inne akcenty, prezentowały tę samą wiarę z różnych perspektyw, często w odmiennej terminologii filozoficznej, którą potem uzgadniano. Te uzgodnienia były znakiem komunii Kościołów, ale podstawą była ta sama, jedna Ewangelia.
Z odmiennością formy przekazu Ewangelii jest nieco jak z muzyką polifoniczną, rozpisaną na głosy i różne instrumenty, które są zharmonizowane ze sobą i szybko wychwycisz fałszywy dźwięk, który nie pasuje do danej symfonii, jest w niej ciałem obcym, dodanym niezgodnie z regułą, tutaj, w kontekście tematu naszej rozmowy, z regułą wiary.
Co więc robić w takich przypadkach? Jak sama nazwa ‘katolicki’ sugeruje, trzeba głoszoną prawdę odnosić do całości nauczania Kościoła wypływającej z Ewangelii, a nie porównywać ze sobą jedynie małe części czy zakresy nauczania. Trzeba pytać o spójność, bo co po nowatorskich teoriach, które przeczą prawdom moralnym i wypaczają życie chrześcijan?
Gdy słyszymy takie „nowatorskie” nauczanie niektórych osób w Kościele, które podważa dotychczasowe nauczanie, ale nie w sensie rozwijania go, lecz gdy widzimy sprzeczności – to trzeba odnieść się do wiary Kościoła, do nauczania, a przecież dziś mamy to niemal na kliknięcie. Myślę o Katechizmie Kościoła Katolickiego, który to w przystępny sposób przedstawia nauczanie Kościoła. Wymaga to od nas wszystkich, nie tylko teologów, wyrobienia w sobie nawyku sięgania do takich źródeł, wsłuchiwania się w racje, w argumentacje. Gdyby Kościół szedł drogą „przekazów partyjnych”, to nie rozwijałby wiary: powtarzano by zgodnie wyuczone formuły, ale rozumiałoby się to inaczej, nie byłoby przyswojenia tej prawdy, a w chrześcijańskiej wierze o to chodzi.
Apostołowie głosili jedną Ewangelie, ale w różny sposób, jedni szli do pogan, inni do Żydów… to samo głosili, ale w różny sposób. A i tak pojawiały się w pierwszych gminach stronnictwa, jeden uważał się za należącego do grupy Apollosa, inny św. Pawła…
Czy herezja relatywizmu, to tak jak herezja scjentyzmu – pokłosie pychy? A może jest to po prostu pokłosie postawy Piłata, który zapytał Pana Jezusa „Czym jest Prawda?”, po czym nie czekając na odpowiedź zabrał się i poszedł?
W przypadku tej herezji stawiałbym nie tyle na pychę, która prowadzi do nadmiaru optymizmu, co widać w scjentyzmie, ale w moim odczuciu relatywizm to pokłosie rozpaczy, braku zaufania do prawdy. Chodzi o brak wiary, że kiedyś dojdę do jasnego poznania sytuacji i że poznanie prawdy jest dla mnie dobre… bo choć góry mogą być zakryte chmurami, to jednak kiedyś wiatr je przegoni i znowu zobaczę owe góry przed sobą. To, że ich w danym momencie nie widać, albo że prawda o nich jest trudno dostępna, nie znaczy, że ich nie ma.
Najgorzej jak ktoś z takiej wady jaką jest rozpacz zrobi „cnotę” i postawę godną pochwały, jako rzekomy wzór do naśladowania. Ileż razy człowiek, gdy sobie z czymś nie radzi wykrzykuje, ze się nie da, a robi to tylko dlatego, ze ma trudność, że nie chce isć dalej, nie szuka… Relatywizm to pogodzenie się z rozpaczą… zamiast walka o to, aby się jej nie poddać.
No i „last but not least”, choć może od tego powinienem był zacząć. Pan Jezus powiedział: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą; ale raczej bójcie się tego, który i duszę, i cało może zatracić w piekle” (Mt 10, 28). Czy te słowa Zbawiciela były przestrogą przed relatywizmem?
To przestroga przed „otruciem” duchowym, które skupia się nie na tym, co najważniejsze, ale odwraca uwagę od kluczowych kwestii.
Św. Piotr pod Cezareą próbował „relatywizować” proroctwa o Mesjaszu, mówiąc do Jezusa: „Ciebie to nie spotka etc.” To nie do końca tak. Chrystus reaguje zdecydowanie: „Zejdź mi z oczu szatanie”. Warto sobie przypomnieć, że w raju – jak czytamy w Księdze Rodzaju – też było „Ciebie / Was to nie spotka”, jak to próbuje wmówić pierwszym ludziom szatan w postaci węża zachęcając po sięgnięcie po owoc z drzewa rajskiego. To w jakiejś mierze konsekwencje relatywizacji drzewa życia… was to nie spotka, mówi wąż, a jednak spotkało. Piotr mówi do Chrystusa podobne słowa i dlatego ta identyfikacja jest tak mocna. Ale to przestroga, aby nie relatywizować prawdy, słów Ewangelii, lecz przyjmować je z całym radykalizmem.
W odpowiedzi na wniosek o informację publiczną złożony przez działacza Konfederacji Korony Polskiej, Pawła Wyrzykowskiego, Mazowieckie Centrum Polityki Społecznej ujawniło kwoty jakie wydaje na promocję integracji cudzoziemców w lokalnych mediach. Poznaliśmy także pokaźną kwotę przeznaczoną na program „Mazowieckie Mosty Międzykulturowe”.
Na 90 lokalnych portalach na Mazowszu Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego zamieścił artykuły sponsorowane przybliżające ideę Centrów Integracji Cudzoziemców. Na Mazowszu takie centra mają znajdować się w Warszawie, Płocku, Ciechanowie, Radomiu, Siedlcach i Ostrołęce. Plany te budzą szeroki sprzeciw społeczny.
Na artykuły sponsorowane Urząd Marszałkowski wydał 25 tysięcy złotych. Natomiast cały program „Mazowieckie Mosty Międzykulturowe” opiewa na aż 105 485 555,55zł (105,5 mln zł).
Podobnie sytuacja może rysować się w pozostałych województwach. W całym kraju Centrów Integracji Cudzoziemców ma powstać aż 49. Liczne środowiska i osoby prywatne organizują protesty, składają petycje i zapytania. Dzięki jednemu z takich zapytań poznaliśmy właśnie wspomniane kwoty.
Minął właśnie prima aprilis, który dla Tuska trwa okrągły rok i jeszcze dzień dłużej… Naiwni stale czekają na premierę premiera, jako prawdomówcy. Na razie zajęty jest ważniejszymi sprawami, takimi jak karanie za „mowę nienawiści” i losem „biednych uchodźców”, co to ich miało nie być w naszym kraju. Zostali jednak ulokowani w ośrodkach, na razie z dala od dużych miast i zaczynają właśnie pokazywać, po co ich tu sprowadzono. Gwałty i rabunki są tylko małym odegraniem się, za krzywdy, których doznali ich przodkowie kolonizowani przez Europejczyków. Że co? Że Polacy kolonii nie mieli? A gdzie solidarność z Francuzami, co to za Gdańsk ginąć nie zamierzali, o Niemcach, którym zawdzięczamy rozbiory i dwie wojny światowe, nie wspominając?
Generalny folksdojcz ewentualnie przyszłej Generalnej Guberni akceptuje zwożenie kolorowych rzezimieszków z Niemiec i lokowanie ich w wygodnych ośrodkach dla nich przeznaczonych, w małych miejscowościach, licząc na bezbronność okolicznej ludności.
Co to ma wspólnego z mową nienawiści, skoro ci barbarzyńcy nie znają nawet języka polskiego? Ma! Nie chodzi bowiem o nich. Dopiero ewentualne relacjonowanie ich wyczynów będzie surowo karane, jako mowa nienawiści. Nam nie wolno kogokolwiek nienawidzić! Nas można, bo przecież „polskość, to nienormalność” według DT.
There was a great article published in the Daily Signal today – it is worth everyone’s time to read:
“I once stood within the halls of academia, benefiting from the generous funding of the National Institutes of Health. I was part of the system, a researcher fueled by grants that were supposed to propel scientific progress.
But after years inside the machine, I have come to a sobering conclusion: The NIH is fundamentally broken and morally corrupted. Corruption, waste, and fraud are not occasional lapses but systemic failures. The agency must be gutted and reformed if we are to salvage scientific integrity.
One of the most damning indictments against the NIH is the reproducibility crisis. Science is supposed to be built on verifiable, repeatable results, yet the vast majority of research funded by the NIH fails this basic test.
A widely cited survey in the journal Nature found that a staggering 70% of scientists surveyed reported failing to reproduce published research. Worse still, in a landmark study by Dr. Glenn Begley, only 11% of oncology studies that were reviewed could be replicated—meaning that 89% of these supposedly groundbreaking cancer studies were essentially worthless.
[Nie mogę znaleźć własnego artykułu o dziewięciu zwycięstwach różańcowych na świecie. Podobno w internecie nic nie ginie – może ktoś to znajdzie?Telegimelka, pomóż ! Tymczasem przypominam, bo to obecnie bardzo ważne. Mirosław Dakowski]
Bitwa pod Lepanto.
Było to w roku 1571. Olbrzymia flota turecka wyruszyła na podbój Europy. Żadne państwo chrześcijańskie nie miało tyle okrętów, żeby stawić czoło nieprzyjaciołom. Siły tureckie były zaś tak wielkie, że zdawało się, że to nie okręty, ale całe olbrzymie miasta wypłynęły na otwarte morze w pobliżu Lepanto, w zatoce korynckiej. Sułtan był pewien zwycięstwa. Mówił że z bazyliki Świętego Piotra zrobi stajnie dla swoich koni.
Co było robić w obliczu tak strasznego niebezpieczeństwa, zagrożenia całej chrześcijańskiej Europy? Papież Pius V postanowił zarządzić wielką błagalną modlitwę różańcową. Żołnierze przystępowali do sakramentów i przygotowywali się do bitwy przez trzy dniowy post i modlitwę różańcową. Hasłem do walki były słowa: „Królowa Różańca Świętego”. Na sztandarze zawieszono ogromny różaniec. W całej Europie zorganizowano procesje różańcowe.
Szczególnie uroczyście odbywała się ona w Rzymie. Śpiewając różaniec niesiono po ulicach obraz Matki Bożej Śnieżnej.
I wtedy wbrew przewidywaniom wojskowych, 7 października , niewielka flota hiszpańska i wenecka [byli też genueńczycy i okręty, żołnierze Papieża md] odniosły druzgocące zwycięstwo nad wrogiem. Dla wszystkich stało się jasne, że to była interwencja Królowej Nieba. Papież Pius V zadecydował wtedy, ze ten fakt nie powinien być zapomniany i dlatego ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które nazwano potem świętem Matki Bożej Różańcowej , od tego czasu październik jest miesiącem różańca świętego.
Wiadomo że dobry dowódca potrafi mniejszą armia pokonać silniejszego wroga. Maryja Królowa Świata chce także dzisiaj dokonywać wielkich zwycięstw wybierając szczególnie na swych rycerzy; dzieci, ludzi skromnych, ukrytych, chorych…
Bitwa pod Chocimiem.
W XVII wieku Turcja była najpotężniejszym militarne państwem stanowiącym ogromne zagrożenie dla chrześcijańskiej Europy . W 1621 roku młody sułtan Osman II ruszył w kierunku wschodnich granic Polski. Marzył, że „połknie całą Polskę” a potem podbije inne chrześcijańskie kraje. Nigdy dotąd tak wielka siła zbrojna nie stawała u progów Polski: czterysta tysięcy żołnierzy, sto pięćdziesiąt większych dział, dwieście sześćdziesiąt dział polowych, dziesięć tysięcy wielbłądów, i dwa razy tyle bawołów . Naprzeciw tej rzeszy wyruszył hetman Karol Chodkiewicz, który zdołał zebrać zaledwie trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy. Na pomoc przyszło jeszcze trzydzieści tysięcy Kozaków zaporoskich.
Drugiego września 1621 roku rozbito obóz pod Chocimiem. Osman pienił się że taka szczupła garstka urąga jego olbrzymim wojskom i zaklinał się że nie weźmie pokarmu do ust , dopóki tych zuchwalców w pień nie wytnie. Tymczasem Polacy ufni w pomoc Bogarodzicy z pierwszej walki wyszli zwycięsko. Jednak 21 września dotknął ich straszny cios; umarł z powodu ran hetman Chodkiewicz. Po nim dowództwo objął Stanisław Lubomirski. Powstało zamieszanie. Do decydującej bitwy nie doszło. Polacy bronili tylko zaciekle okopów. Jak się to jednak stało że między 6 a 9 października zawarto pokój na bardzo korzystnych dla nas warunkach? Co skłoniło sułtana, wiodącego tak ogromną armie, że dążył do rozejmu w momencie, kiedy w obozie polskim nie było ani amunicji ani żywności , a zaraza dziesiątkowała żołnierzy? Odpowiedź na to pytanie możemy dać dopiero wtedy, gdy dowiemy się, co działo się w tym czasie w Krakowie.
Kiedy tragiczna wiadomość o śmierci hetmana dotarła do królewskiego grodu, trwoga ogarnęła mieszkańców miasta. Gdzie szukać ratunku? Tylko u Tej, która jest Matką Boską Zwycięską, naszym Wodzem i Tarczą dla naszej Ojczyzny. Biskup Marcin Szyszkowski zarządził procesje różańcową. Wyniesiono na ulice z kościoła Dominikanów obraz Matki Bożej Różańcowej. Była to kopia tego wizerunku Maryi, który był niesiony procesjonalnie w czasie zwycięstwa pod Lepanto. Odezwał się huk armat z baszt i bram miasta. Rozbrzmiały dzwony wszystkich kościołów, zwołując na tę uroczystość okoliczną ludność. Nie sposób było pytać, kto na niej był. Należało raczej pytać, kogo tam nie było?
Trzysta świec płonęło dokoła obrazu, stu śpiewaków królewskich intonowało różaniec. Kto tylko mógł, modlił się o ratunek dla wiary i ojczyzny! Było to 3 października. W kilka dni później podpisano pomyślne dla Polski traktaty. Nikt nie wątpił o tym, że to Matka Boża odniosła zwycięstwo. Stwierdził to sam hetman Lubomirski. (…)
„Już przez sześć dni pertraktowaliśmy o pokój z Turkami, ale przystać na ich warunki nie można było, bo mniejsza już o stratę, jaką poniosłaby Rzeczpospolita, ale pokój ten byłby hańbiący. Wtem w nocy z 3 na 4 października, gdym nie spał, bo nieszczęścia Ojczyzny sen odegnały ode mnie, a nawet śpiąc czuwałem, pojawiła mi się Matka Boża, bo kto by Jej nie rozpoznał po otaczającym Ją świetle z wszystkich barw, od których noc zajaśniała mi jasnością nawet w życiu moim nie widzianą wśród dnia i usłyszałem od Niej to jedno słowo: „WYTRWAŁOŚĆ”.
Znikła, a ja w zachwyceniu ukląkłem, lecz potem dopiero odzyskałem wiedzę, co mi czynić należy: podniósłszy oczy, ręce i serce w niebo, złożyłem dzięki Bogu, że mnie niegodnemu tem napomnieniem dał poradę. I dzięki złożyłem Najświętszej Maryi …
O! To pojawienie taką ufnością i pewnością natchnęło mnie, że na drugi dzień dałem sułtanowi odpowiedź, że jedynie zapewnienie z jego strony o dotrzymaniu dawnych umów z Polską wstrzyma mnie od dalszej wojny, do której prowadzenia mieliśmy, jak mi Bóg miły, tylko jedną już beczkę prochu w obozie. I tą odpowiedzią tak mu zaimponowałem, iż teraz wielki wezyr Dylawer słał nam łagodniejsze warunki, ale ich nie przyjąłem obstając przy pierwszych, które podałem; a tak po trzydniowych rokowaniach, mając na pamięci święte słowo: „WYTRWAŁOŚĆ” przywiodłem pogan do tego, że zrobiłem pokój, jaki sam chciałem”.
– Pod Chocimiem Matka Boża posłużyła się małą garstką rycerzy, aby uratować Polskę i Europę przed zalewem pogaństwa – (…) – Dzisiaj także nasza Królowa pragnie okazać potęgę. Przygotowuje więc swoją armię i rozdziela broń. Każdy, także dzieci, może być rycerzem w tym zwycięskim wojsku, jeśli tylko wybiera Maryję na Wodza i chce być posłuszny Jej rozkazom. […]
O bitwach króla Jana III Sobieskiego.
(…) Wspomnienie o bitwach króla Jana III Sobieskiego, wielkiego pogromcy Turków. Był to genialny wódz, jednak nigdy nie przypisywał sukcesów sobie, ale Bogu i Najświętszej Panience. Świadczą o tym nie tylko jego wypowiedzi, ale także liczne wota, jakie składał w sanktuariach maryjnych, i fundowane przez niego kościoły jako znak wdzięczności za zwycięstwa.
Rodzice Jana już od wczesnych lat zaszczepiali w synach głęboką wiarę i przekonanie, że o własnych siłach nie można niczego wielkiego dokonać, lecz należy ufać bezgranicznie wszechmocy Bożej. Swoim życiem i czynami uczyli dzieci kochać Maryję – Królową Nieba i Ziemi, u Niej szukać pomocy we wszystkich trudnych sprawach. Także pradziad króla Jana, hetman Żółkiewski, bohater spod Cecory, pozostawił po sobie wielkie świadectwo miłości do Matki Bożej.
Nosił on pierścień z napisem „Mancipium Mariae” – to znaczy – „Niewolnik Maryi”, aby w ten sposób wyrazić swoje całkowite zawierzenia i oddanie.
Nic też dziwnego, że Jana Sobieski był nadzwyczaj religijnym człowiekiem. Należał do bractwa różańcowego, pościł w soboty o chlebie i wodzie, nie zaczynał żadnej ważniejszej pracy bez modlitwy. Gdy wyruszał na wyprawę wojenną, to poprzedzał ją zawsze procesją. Pobożność nauczyła go bezinteresowności i cenienia bardziej Boga i dobra Ojczyzny niż swojego własnego. Jako hetman wielokrotnie wspierał i finansował wyprawy wojenne przeciw Turkom i Tatarom.
W 1675 roku Sobieski został wybrany królem. Trwał właśnie sejm koronacyjny, Gdy nad Lwowem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Około trzystu tysięczna armia turecko-tatarska pod dowództwem Nuradyna zbliżała się do miasta. Król natychmiast przerwał uroczystości, by wyruszyć na odsiecz. Za nim podążyła jego żona Marysieńka, aby modlitwami wspierać męża. Wykazała wielką odwagę, bo wówczas, kiedy mieszkańcy Lwowa uciekali w popłochu z miasta, ona zorganizowała wielką modlitwę różańcową w kościołach.
Sobieski zdołał zebrać tylko sześć tysięcy żołnierzy. Sytuacja wydawała się beznadziejna, ale ufano, że Matka Boża przyjdzie na ratunek. 25 sierpnia podjazdy polskie dały znać o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Na odgłos dzwonów wypełniły się kościoły. Tłumy modliły się na klęczkach przed wizerunkiem Matki Bożej Zwycięskiej w kościele jezuickim. Wkrótce zawrzała walka. Lewe skrzydło polskie cofnęło się pod naporem wroga. Wtedy to gromadzące się od samego rana obłoki zebrały się nad miastem i wojskiem Sobieskiego w jedną, ogromną, ciemną, ciężką chmurę. Zagrzmiały polskie działa. Zawtórował im huk pierwszych piorunów. Równocześnie król rzucił resztę sił do ataku.
Z okrzykiem: „Żyje Jezus, żyje Maryja!” ruszyła husaria i chorągwie pancerne, a wraz z rzeszą ludzi i koni gnała pędzona huraganem straszna burza. Na armię najeźdźcy lunęła ulewa, sypał grad. Niemilknące pioruny ogłuszały hukiem, oślepiały błyskawicami, a siła wichury obalała jeźdźców. Starcie było krótkie. Armia turecka w popłochu rzuciła się do ucieczki. Tego wieczoru nad Lwowem długo biły dzwony i rozbrzmiewały triumfalne okrzyki: „Żyje Jezus, żyje Maryja!” Wkrótce potem odebrano Turkom niemal całą Ukrainę Kijowską.
(…..) Król Władysław IV jeszcze za panowania swojego ojca Zygmunta III przybył na Jasną Górę z darami dziękczynnymi za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 roku. Przed cudownym wizerunkiem kazał poświęcić sztandar husarii polskiej. Ustanowił także „Order Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny” z wezwaniem skierowanym do Maryi: „Zwyciężyłaś – zwyciężaj”. Był to pierwszy polski order. Miał być wręczany szczególnie zasłużonym. Odznaczeni mieli tworzyć rodzaj zakonu rycerskiego, walczącego o królowanie Matki Bożej w naszym narodzie.
Potem w 1656 roku inny król, brat Władysława IV, Jan Kazimierz uroczyście, w obecności nuncjusza papieskiego i przedstawicieli wszystkich stanów, dokonał ofiarowania korony polskie Pani Nieba i Ziemi. Podobnie jego następca Michał Korybut Wiśniowiecki, prawie zaraz po swoim wyborze, udał się na Jasną Górę i tam złożył szczerozłote serce. Wewnątrz umieścił, napisany na pergaminie, akt całkowitego oddania siebie, a także swej królewskiej władzy w świętą niewolę Matce Bożej.
Również hetmani wyrażali często swoje poświęcenie Maryi. Wspomniałem wam już o Stanisławie Żółkiewskim, który nosił pierścień z napisem: „Niewolnik Maryi”. Może zaciekawi was fakt, że kiedy wielki kanclerz królewski Jerzy Ossoliński w 1650 roku ufundował ołtarz na Jasnej Górze w kaplicy cudownego obrazu (do dzisiaj istniejącego), kazał u góry umieścić łańcuch jako symbol oddania się Maryi i napisać po łacinie: „Wielkiej Matce Dziewicy Jej najnędzniejszy niewolnik, Jerzy, pan na Ossolinie”. Hetman Karol Chodkiewicz, który bronił Polski przed Turkami i Tatarami oraz hetman Stefan Czarniecki, który wsławił się w walkach ze Szwedami, zapragnęli jeszcze bardziej oddać się Matce Bożej. Złożyli ślub czystości, nie zakładali własnych rodzin, ale pozostając na służbie Niepokalanej, poświęcili całe życie w obronie Ojczyzny i chrześcijaństwa. (…)
Ważny rozkaz Królowej Nieba. Sobieski pod Wiedniem.
(…) W 1683 roku nawała turecka znowu groziła całej Europie. Wojska mahometańskie posunęły się aż pod Wiedeń. Wydawało się, że nie ma już ratunku ani dla oblężonego miasta, ani dla całego chrześcijaństwa. W tym ciężkim położeniu wyprawił papież Innocenty XI posła do Jana III Sobieskiego z prośbą, aby król pośpieszył na odsiecz. Także od cesarza austriackiego przybył poseł, aby błagać o pomoc. Jednak sejm polski, mając na uwadze pusty skarb i wyczerpany wojnami kraj, wahał się …
Wtedy to szalę przechylił świątobliwy ojciec Stanisław Papczyński, spowiednik króla. Na modlitwie błagał on Maryję o radę. Matka Boża ukazała się swemu czcicielowi i zapewniła zwycięstwo. Kazała iść pod Wiedeń i walczyć. Ojciec Papczyński wystąpił wobec króla, senatu, legata papieskiego i przemówił tymi słowami: „Zapewniam cię, królu, Imieniem Dziewicy Maryi, że zwyciężysz i okryjesz siebie, rycerstwo polskie i ojczyznę nieśmiertelną chwałą”. Sobieski słysząc, że sama Królowa wyraziła swą wolę, wyruszył na odsiecz Wiednia, zabierając ze sobą około dwudziestu siedmiu tysięcy wojska. Przedtem jednak zatrzymał się na Jasnej Górze.
Przez cały dzień gorąco modlił się i służył do Mszy świętej. Wstępował też po drodze do innych sanktuariów maryjnych, aby błagać Najświętszą Pannę o pomoc. W Krakowie król odbył pielgrzymkę do siedmiu kościołów i 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi, opuścił miasto, aby dołączyć do wojska, które wyszło wcześniej pod dowództwem hetmanów Sieniawskiego i Jabłonowskiego. Królowa Marysieńka odprowadziła męża do Będzina, a potem powróciła do królewskiego grodu. Tutaj, jak zaświadczają opisy z tego okresu, mieszkańcy miasta trwali na nieustannej modlitwie, towarzysząc w ten sposób wojsku. Nawet w nocy dzwony budziły ich, aby według zaleceń biskupa uklękli i odśpiewali pieśni Ojcze nasz i Święty Boże.
Budującym dla wszystkich przykładem była sama królowa Marysieńka. Każdego ranka udawała się ona do innego sanktuarium krakowskiego na specjalne nabożeństwo. O północy zaś wraz z całym dworem udawała się do kaplicy kazimierzowskiego pałacu w Łobzowie, aby błagać o zwycięstwo. 10 września (właśnie w czasie nocnej modlitwy) dotarł do królowej kurier z wiadomością, że wojska polskie przekroczyły granicę austriacką. Nowina ta lotem błyskawicy obiegła Kraków. Opuszczano domy, pogaszone ognie, wypełniły się kościoły. Ludność poszcząc o chlebie i wodzie modliła się przez cały dzień.
W tym czasie Sobieski stanął na szczycie kalemberskiej góry, naprzeciw Wiednia. Na widok ponad stutysięcznej armii nieprzyjacielskiej znużeni i wygłodniali rycerze polscy zadrżeli. Król jednak wprawnym okiem dostrzegł błędne rozporządzenia wodza nieprzyjaciół i uznał to za pierwszy znak pomocy Bożej.
Nazajutrz 12 września Sobieski uczestniczył w trzech Mszach świętych. Przystąpił do Komunii świętej i leżąc krzyżem, wraz z całym wojskiem ufnie polecał się Matce Najświętszej. Chcąc, aby wszystko działo się pod Jej znakiem, dał rycerstwu hasło: W Imię Panny Maryi – Panie Boże, dopomóż!
O godzinie drugiej po południu ruszono do ataku, śpiewając Bogurodzicę. Sobieski stał na wzgórzu, błogosławił walczących drzewem Krzyża świętego i relikwiami świętych, a w rozstrzygającym momencie sam dowodził husarią.
I co się stało? Rozsypała się w proch potęga muzułmańska. Tego dnia zginęło dwadzieścia pięć tysięcy Turków, a Polaków tylko jeden tysiąc.
Tak jak wcześniej przepowiedział Pan Jezus św. Małgorzacie, nasz pokorny władca nie przypisał sobie tego zwycięstwa, lecz Bogu i Jego Matce, wypowiadając pamiętne słowa: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył”. Wysłał też list do papieża z prośbą, aby ustanowił dzień 12 września świętem Imienia Maryi. Miał to być znak wdzięczności i świadectwo dla wszystkich pokoleń, że mocą tego Imienia osiągnięto tak wielkie zwycięstwo. To święto do dzisiejszego dnia obchodzone jest w całym Kościele.
Warto poznać jeszcze jeden ciekawy fakt. W tym czasie, kiedy nasi rycerze walczyli pod Wiedniem, w Krakowie wyruszył z katedry na Wawelu w kierunku kościoła Mariackiego procesjonalny pochód „wojska duchowego”. Ze śpiewem różańca niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej z kościoła Ojców Dominikanów (ten sam, z którym odbyła się procesja w czasie zwycięskiej bitwy pod Chocimiem).
Po drodze przy ustawionych specjalnie ołtarzach, wygłaszano kazania. Nieprzeliczone rzesze ludzi brały udział w tej uroczystości. Za Najświętszym Sakramentem szła królowa w czarnej pokutnej sukni, a za nią dwór składający się z przeszło tysiąca osób. Następnie około sześciuset zakonników niosło relikwie różnych świętych, a pięćdziesięciu patrycjuszów z płonącymi świecami otaczało obraz Matki Bożej. Tego dnia wszyscy mieszkańcy Krakowa zmobilizowali się do gorącej modlitwy różańcowej. Ustał handel, nie myślano o pracy zarobkowej ani nawet o przygotowaniu posiłków. Ważne było tylko jedno: wymodlić zwycięstwo! Nie dziwimy się więc, że ówczesne opisy mówią: „ nie ma o tym dubium ( tzn. wątpliwości), że Kraków wymodlił to zwycięstwo …!
Dużo jeszcze można powiedzieć o wiktorii wiedeńskiej, o wotach dziękczynnych, jakie składał król w sanktuariach maryjnych, o kościołach przez niego ufundowanych. Są one świadectwem, że to Bóg zwyciężył i Jego Matka. (….)
Cud nad Wisłą.
Było to w 1920 roku. Niepodległość Polski, odzyskana po wielu latach niewoli, znowu została zagrożona. Od frontu wschodniego napływały straszne wieści. Armia polska cofała się pod naporem wojsk bolszewickich. Opuszczano kolejne linie obrony. Stracono Wilno i Grodno. W Białymstoku zatrzymali się Marchlewski z Dzierżyńskim, którzy mieli z woli Lenina sprawować rządy w okrojonej Polsce (bez Wielkopolski, Śląska i Pomorza). Lęk i zwątpienie ogarnęły naród polski. Czy obronimy się? Armia nasza, złożona przeważnie z rekrutów, cofając się na przestrzeni kilkuset kilometrów, była w stanie „zupełnego rozkładu” (jak pisał Adam Grzymała-Siedlecki we Wspomnieniach korespondenta wojennego). Powstał popłoch. Z kraju dochodziły wieści nie najlepsze. W rządzie i sejmie niezgoda. Wśród bezrobotnych i rolników agitowano na rzecz bolszewików. A sytuacja międzynarodowa? Dla nikogo nie było tajemnicą, że Niemcy oczekują niecierpliwie zdobycia Warszawy. Miało to stać się hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska. Mówiło się o końcu państwowości polskiej. Zrewolucjonizowana armia niemiecka oczekiwała zwycięstwa czerwonych. Kto myślał głębiej, wiedział, że to rozprawa o wielką stawkę.
Gdzie szukać ratunku? W tym czasie młody dwudziestosześcioletni katecheta ksiądz Ignacy Skorupka, jak drugi ojciec Kordecki, budził wiarę w pomoc Maryi. 31 lipca wołał:
Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony Polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie dzień 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity.
Słowa te zapisał jego biograf Stanisław Helsztyński. Podobną przepowiednię księdza Skorupki zanotował kapral Seweryn Dzik z 236. pułku piechoty armii ochotniczej:
Najświętsza Panna Patronka i Królowa ludu polskiego nie dopuści, by naród zginął, lecz modlitwą swą i prośbą uzyska u Boga łaskę cudu! W dniu 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, Polacy przestaną się cofać i rozpoczną się dni triumfu polskiego.
W lipcu, celem zasilenia wyczerpanych oddziałów liniowych, zaczęto organizować Armię Ochotniczą pod komendą generała Józefa Hallera. Do jej szeregów przyjęto sto pięć tysięcy chętnych. Przeważała młodzież, a właściwie dzieci do osiemnastego roku życia. Ksiądz Ignacy jako jeden z pierwszych zgłosił się do armii. Otrzymał zgodę, aby zostać lotnym kapelanem garnizonu stołecznego. We dnie i w nocy udzielał posługi idącym na front i rannym w szpitalach. Zachęcał młodzież, gimnazjalistów i uczniów szkół rzemieślniczych, aby wstępowała do batalionów ochotniczych, z których w przyszłości miała powstać dywizja ochotnicza. Widziano go, jak na dworcach kolejowych i placach przekonywał wahających się, że wysiłek jest konieczny, a pomoc Królowej Polski zapewniona. Sam przygotowywał się głęboko do decydującej bitwy. 12 sierpnia odbył spowiedź generalną z całego życia u ojców kapucynów na ulicy Miodowej. Ofiarował też swoje życie przez ręce Maryi w intencji Ojczyzny.
Ta sama wiara ożywiła wielkiego apostoła różańcowego z Neapolu bł. Bartolo Longo, budowniczego sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompei.
Wystosował on list otwarty do katolików całego świata, by się modlili za Polskę. W pierwszych dniach sierpnia 1920 roku powiedział do księdza Stanisława Mystkowskiego:
Przekonany jestem święcie, że Matka Boska Różańcowa, która jest Królową Korony Polskiej, nie pozwoli, by Jej ukochany naród jęczał ponownie w niewoli rosyjskiej …. Polska ma świetlaną przyszłość przed sobą…
Tymczasem nieprzyjaciel zbliżał się do Warszawy. Mieszkańcy stolicy przejęci trwogą, wypełnili świątynię. Na Placu Zamkowym postawiono ołtarz polowy, na którym umieszczono relikwie świętych. Około trzydzieści tysięcy ludzi modliło się w tym miejscu gorąco na różańcu, leżało krzyżem. Generał Weygand napisał, że nigdy nie widział ludzi tak modlących się jak w Warszawie.
W tym samym czasie Episkopat Polski zgromadzony na Jasnej Górze ofiarowywał ojczyznę Maryi Królowej.
Wreszcie bitwa warszawska zaczynała się. Na szyki polskie nadciągała XVI armia Tuchaczewskiego, naczelnego wodza sowieckiego, zwanego „demonem wojny”. 14 sierpnia miała zająć Pragę. Walka zaczęła się w nocy z 13 na 14 sierpnia. Ksiądz Ignacy Skorupka wziął w niej udział na odcinku Ossów, w I Batalionie wchodzącym w skład 236. Ochotniczego Pułku Piechoty. Ciemna noc, liczne łuny, odgłosy walki, to wszystko robiło wstrząsające wrażenie na młodych chłopcach. Ksiądz Ignacy krążył między plutonami i dodawał otuchy. Zapewniał o bliskim zwycięstwie za przyczyną Maryi. Odwiedził szpital polowy, spowiadał rannych.
14 sierpnia o godzinie 3.30 Ossów znalazł się w zasięgu ostrzału sowieckiej artylerii. Wisiała gęsta mgła. Dowódcy szykowali batalion do ataku. Ksiądz Ignacy wyszedł naprzód, przed żołnierzy i na cały głos wypowiedział następujące słowa:
Pamiętajcie chłopcy, nasze jest zwycięstwo, bo z nami jest Matka Boża, zaufajcie Jej!
Następnie pobłogosławił żołnierzy krzyżem. Dowódca prosił go, aby został wśród rannych, lecz on poszedł przed batalionem z krzyżem wzniesionym wysoko. Budząc wiarę, dawał przykład odwagi i męstwa. Poległ, trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Dowódca batalionu porucznik Słowikowski stwierdził:
Własne życie oddał za cenę zwycięstwa Polski. Ofiarował je Maryi jeszcze w Warszawie.
W napisanym na krótko przed śmiercią wierszu ksiądz Skorupka wyraził prośbę:
Prowadź me kroki Chryste na bój,
niech polegnę,
lecz niech ze zwycięstwem Polski
w niebo Twe wbiegnę!
Zwycięstwo zdobywane na stukilometrowej linii frontu dokonało się w dniu 15 sierpnia, dwadzieścia cztery godziny po śmierci księdza. Jednak 14 sierpnia był dla społeczeństwa szczytem największego napięcia. W tym momencie ofiara bohaterskiego kapelana stała się impulsem nadprzyrodzonym, który miał wielki wpływ na ducha narodu i wojska. W święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny załamała się potęga wroga i rozpoczął się szybki odwrót.
Spełniły się słowa Matki Bożej, powiedziane 15 sierpnia 1873 roku do Sługi Bożej Wandy Malczewskiej.
Dzień dzisiejszy będzie uroczystym świętem moim, gdy Polska znów wolną będzie… W tym dniu mój naród odniesie świetne zwycięstwo nad wrogiem. Skoro Polska otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciw niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić, ale moja młoda armia, w Imię moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę.
(….)
Powstał w Polsce ruch, aby skłonić rząd Polski do oficjalnego wystąpienia z prośbą do papieża, o ustanowieniu dogmatu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Kobiety polskie złożyły przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej jako wotum złote berło i jabłko. Od 1936 roku 15 sierpnia zaczęto obchodzić także jako święto armii (po wieloletniej przerwie w 1992 roku znowu powrócono do tej tradycji). Papież Pius XI, który w 1920 roku przebywał w Warszawie jako nuncjusz i był świadkiem tego cudu, kazał wykonać dwa malowidła przedstawiające to wydarzenie. Polecił, aby w sanktuarium w Loreto umieszczono wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, po lewej jego stronie postać księdza Skorupki, a po prawej kardynałów: Kakowskiego, Dalbora i siebie jako nuncjusza. Podobnie urządzono kaplicę w Castel Gandolfo, w rezydencji papieskiej. Malarz polski Jan Rosen wykonał, na zamówienie Piusa XI, wielkie malowidło ścienne wyobrażające bitwę pod Ossowem z księdzem Skorupką jako figurą centralną. Malarze polscy: Jerzy Kossak, Roman Bratkowski i inni upodobali sobie tę scenę jako symboliczną dla całej bitwy warszawskiej. Przedstawiono w niej Maryję, ukazującą się nad wojskiem polskim i zsyłającą promienie łask.
Historia nauczycielką życia? – jeszcze jeden dowód, że nigdy, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, nie należy się załamywać, ale ufać i chwytać za broń najpotężniejszą.
Niewidzialna linia obrony (Austria).
Austria w 1945 roku została podzielona na cztery strefy okupacyjne. W roku 1947 franciszkanin ojciec Piotr Pawlicek założył w Wiedniu Krucjatę Ekspiacji Różańcowej (ekspiacja to znaczy wynagrodzenie). Krucjata miała na celu spełnienie próśb Matki Bożej z Fatimy. Około dwóch milionów ludzi ze stu siedmiu państw zgłosiło gotowość modlitwy za cały świat. Raz w miesiącu gromadzono się na czuwanie modlitewne. W Wiedniu 12 września odbywała się zawsze procesja błagalna. Na jej czele szedł ojciec Piotr i najwyższe władze państwowe. Ojciec Pawlicek pewnego dnia wezwał także Austriaków, aby odmówili wraz z nim różaniec wynagradzający za swoją ojczyznę. Wtedy stała się rzecz niezwykła. 15 sierpnia 1955 roku, został niespodziewanie podpisany traktat pokojowy, w następstwie którego wycofały się z kraju wszystkie wojska okupacyjne, w tym także radzieckie. Austria odzyskała suwerenność i niepodległość. Ówczesny kanclerz republiki Julius Raab, komentując to wydarzenie, powiedział:
Matka Boska pomogła nam w uzyskaniu traktatu pokojowego … Jesteśmy wolni, dziękujemy Ci, Maryjo.
Jeszcze wiele lat później dziwili się komunistyczni przywódcy w Moskwie, jak mogło dojść do tak szkodliwego dla nich politycznie i strategicznie kroku, do tak „niemarksistowskiej” decyzji.
Ojciec Pawlicek wzywał przez radio Austriaków, aby połączyli się we wspólnej modlitwie.
Senat Florydy przyjął w czwartek ustawę większością głosów 28 do 9, która zakazuje geoinżynierii i modyfikowania pogody. Ustawa SB-56, nazywana przez media „Chemtrails Act”, zakazuje „wstrzykiwania, uwalniania lub rozpraszania jakichkolwiek substancji chemicznych, związków chemicznych, substancji lub urządzeń do atmosfery w granicach tego stanu w wyraźnym celu wpłynięcia na temperaturę, pogodę, klimat lub intensywność światła słonecznego”.
Prawo nakłada na Departament Ochrony Środowiska Florydy (FDEP) obowiązek utworzenia systemu, za pośrednictwem którego mieszkańcy będą mogli zgłaszać „podejrzenia działań geoinżynieryjnych”. Jak podaje WFLA, FDEP również otrzymało polecenie zbadania tych doniesień.
Geoinżynieria, czyli inżynieria klimatu, jest definiowana jako „celowa, zakrojona na szeroką skalę zmiana środowiska planetarnego w celu [rzekomo] przeciwdziałania antropogenicznej zmianie klimatu”.
Teraz projekt ustawy musi zostać uchwalony przez Izbę Reprezentantów Florydy, która jednak przedstawiła znacznie osłabioną wersję.
Jeśli ustawa wejdzie w życie, Floryda będzie drugim stanem w USA po Tennessee, który prawnie zakaże geoinżynierii. Tennessee uchwaliło podobne prawo już w 2024 roku.
Ponad dwa tuziny innych stanów — w tym Kentucky, New Hampshire, Rhode Island, Dakota Południowa, Pensylwania, Minnesota, Arizona, Iowa, Missisipi, Dakota Północna, Karolina Południowa, Utah, Wyoming, Alabama, Idaho, Indiana, Montana, New Jersey, Karolina Północna, Oklahoma, Teksas, Vermont, Wirginia Zachodnia, Missouri i Maine — przedstawiło podobne inicjatywy ustawodawcze na rok 2024 lub 2025 i obecnie czekają na dalsze działania.
Prawo stanu Tennessee weszło w życie 1 lipca 2024 r., a na Florydzie ma wejść w życie 1 lipca 2025 r.
Senator Partii Republikańskiej Ileana Garcia, która przedstawiła projekt ustawy, stwierdziła, że prawo stało się konieczne po tym, jak liczni wyborcy wyrazili obawy dotyczące „nieznanych aktorów” zmieniających atmosferę na Florydzie bez zgody obywateli.
„Wielu z nas, senatorów, regularnie otrzymuje uwagi i skargi dotyczące smug kondensacyjnych, znanych również jako smugi chemiczne” – powiedział Garcia na przesłuchaniu w zeszłym miesiącu. „Jest dużo sceptycyzmu”.
W czwartek kontynuowała: „Już mam problem z ludźmi rozpylającymi perfumy w moim otoczeniu – więc jak można nie mieć problemu z rozpylaniem do atmosfery substancji, o których nie wiemy, kto je uwalnia ani co robią?”
Główny lekarz Florydy, dr Joseph Ladapo, publicznie opowiedział się za tą ustawą w środę.
„Serdeczne podziękowania dla senator Garcii za jej wysiłki na rzecz ograniczenia działań geoinżynieryjnych i modyfikacji pogody na Florydzie” – napisał Ladapo na X (dawniej Twitter). „Samoloty te uwalniają aluminium, siarczany i inne związki, których wpływ na zdrowie człowieka jest nieznany i szkodliwy. Musimy nadal walczyć o czyste powietrze, czystą wodę i zdrową żywność”.
Gubernator Ron DeSantis wyraził poparcie dla ustawy Senatu, lecz skrytykował Izbę Reprezentantów za jej znaczne osłabienie.
„Popieram ustawodawstwo, ale Izba Reprezentantów Florydy odrzuciła projekt ustawy senatora Garcii — i faktycznie skodyfikowałaby praktykę geoinżynierii i modyfikacji pogody” — powiedział DeSantis w filmie opublikowanym na X.
W rzeczywistości projekt ustawy Izby Reprezentantów zabrania jedynie modyfikowania pogody bez rządowej licencji. Kary również zostały złagodzone.
Podczas gdy projekt ustawy Senatu wprowadzałby daleko idący zakaz, a naruszenia uznawałby za zbrodnię trzeciego stopnia, za którą groziłaby grzywna w wysokości do 100 000 dolarów, projekt ustawy Izby Reprezentantów uznawałby jedynie naruszenia bez licencji lub składanie fałszywych oświadczeń za wykroczenie drugiego stopnia, za które groziłaby grzywna w wysokości do 10 000 dolarów.
„Niektórzy ludzie naprawdę wierzą, że mogą umieścić w atmosferze substancje blokujące słońce i uchronić nas przed zmianą klimatu” – powiedział DeSantis. „Ale na Florydzie nie gramy w tę grę”.
Senator Garcia podziękował gubernatorowi na X: „Dziękuję za wsparcie, gubernatorze. Nie depcz po naszym ☀️słońcu!”
Kalifornijska prawniczka Nicole Shanahan również przyjęła projekt ustawy X z zadowoleniem. „Zakaz geoinżynierii na szczeblu stanowym to dobry początek, ale prawdziwa zmiana nastąpi tylko wtedy, gdy ujawnimy aktorów, którzy finansują te projekty — i którzy mają silny interes w zapobiegnięciu federalnemu zakazowi” — napisała.
Podziękowała również swojemu byłemu koledze, obecnemu Sekretarzowi Zdrowia i Opieki Społecznej USA Robertowi F. Kennedy’emu Jr. za „nazwanie geoinżynierii tym, czym jest: przestępstwem”.
Kennedy już w zeszłym roku oświadczył, że Światowe Forum Ekonomiczne i Bill Gates przejęli kontrolę nad geoinżynierią. Gates finansuje tego typu projekty na całym świecie.
„Pogarszają problem, a potem sprzedają nam rozwiązanie” – powiedział Kennedy. „A rozwiązaniem, którego pragną, jest większa kontrola społeczna”.
„Geoinżynieria to zagrożenie, którego ruch ekologiczny musi być świadomy – i my wszyscy również” – powiedział.
Dowódca sił USA w Europie (znany również jako USEUCOM), generał Chris Cavoli, zeznawał dziś na Kapitolu przed komisją ds. Sił Zbrojnych Senatu. Jego oświadczenie otwierające jest niezwykłą mieszanką szczerości, fantazji i czystych, nieskażonych odchodów bydła płci męskiej ( MBE ). [Taki amerykański dowcipasek: „it serves as a lovely way to say „Bullshit” md]
Podkreśla ono moje wcześniejsze twierdzenie, że wysocy rangą urzędnicy obrony USA będą ukrywać prawdę (eufemizm oznaczający „ kłamstwo ”), aby zachować nienaruszoną istniejącą politykę, nawet jeśli ta polityka zawodzi. Widzieliśmy to w wojnie w Wietnamie, a później w paradzie generałów, którzy wielokrotnie mówili Kongresowi, że wygrywamy w Afganistanie.
Przytoczę kilka akapitów z jego wypowiedzi, które ilustrują, co mam na myśli. Cavoli niechętnie przyznaje na początku swoich uwag, że Rosja nie jest w trudnej sytuacji militarnej:
Rekonstrukcja Rosji Pomimo rozległych strat na polu bitwy na Ukrainie, rosyjska armia rekonstruuje się i rośnie w szybszym tempie, niż większość analityków przewidywała. W rzeczywistości armia rosyjska, która poniosła ciężar walki, jest dziś większa niż na początku wojny — pomimo poniesienia szacunkowych 790 000 ofiar. W grudniu 2024 r. Moskwa nakazała armii zwiększenie jej liczebności do 1,5 miliona aktywnych członków służby i rekrutuje około 30 000 żołnierzy miesięcznie. Siły rosyjskie na liniach frontu Ukrainy przekraczają obecnie 600000, co jest najwyższym poziomem w trakcie wojny i prawie dwukrotnie większym od początkowej liczebności sił inwazyjnych.
Pomimo powtarzania kłamstwa, że Rosja poniosła 790 000 ofiar, Cavoli przyznaje, że armia rosyjska jest obecnie większa niż w 2022 r. i że Rosjanie co roku dodają do swoich szeregów co najmniej 360 000 nowych żołnierzy. Chcę przypomnieć, że w ciągu ostatnich 70 lat armia USA konsekwentnie przeceniała straty wroga. Najbardziej jaskrawym przypadkiem była wojna w Wietnamie, o której wspomniałem w poprzednim artykule. Podczas sowieckiej okupacji Afganistanu analitycy CIA i DIA twierdzili, że Rosja straciła ponad 30 000 ludzi. Oficjalne dane Rosji stanowiły połowę tej liczby. Przyznaję, że Cavoli przyznał, że „ armia rosyjska odbudowuje się i rośnie w szybszym tempie, niż przewidywała większość analityków ”.
Następny akapit jest naprawdę oszałamiający:
Rosja nie tylko rekonstruuje żołnierzy, ale także wymienia pojazdy bojowe i amunicję w niespotykanym dotąd tempie. Rosyjskie siły lądowe na Ukrainie straciły szacunkowo 3000 czołgów, 9000 pojazdów opancerzonych, 13 000 systemów artyleryjskich i ponad 400 systemów obrony powietrznej w ciągu ostatniego roku — ale jest na dobrej drodze, aby wymienić je wszystkie. Rosja rozszerzyła swoją produkcję przemysłową, otworzyła nowe zakłady produkcyjne i przekształciła komercyjne linie produkcyjne na cele wojskowe. W rezultacie oczekuje się, że rosyjska baza przemysłowa obronna wypuści w tym roku 1500 czołgów, 3000 pojazdów opancerzonych i 200 pocisków balistycznych i manewrujących Iskander. (Dla porównania, Stany Zjednoczone produkują tylko około 135 czołgów rocznie i nie produkują już nowych bojowych wozów bojowych Bradley). Ponadto przewidujemy, że Rosja będzie produkować 250 000 pocisków artyleryjskich miesięcznie, co stawia ją na dobrej drodze do zbudowania zapasów trzykrotnie większych niż Stany Zjednoczone i Europa razem wzięte.
Kluczową kwestią nie są ogromne SZACUNKOWE straty rosyjskich czołgów, pojazdów i artylerii. Pomimo strat Rosja „ jest na dobrej drodze, aby zastąpić je wszystkie ”. Cavoli przyznaje również, że Rosja produkuje 11 czołgów na każdy, który mogą wyprodukować Stany Zjednoczone. A ta liczba jest myląca. Amerykańskie czołgi, do których odwołuje się Cavoli, to w większości odnowione wersje istniejących już konstrukcji. Stany Zjednoczone nie produkują zupełnie nowych czołgów. Wisienką na torcie jest ostatnie zdanie: Rosja produkuje trzy razy więcej pocisków artyleryjskich niż Stany Zjednoczone i Europa razem wzięte. Mimo to wielu urojonych zachodnich ekspertów upiera się, że gospodarka Rosji zmaga się z problemami, jest na skraju załamania. To kwalifikuje się jako MBE [Bullshit md]
Pierwsze zdanie Cavoliego w następnym akapicie jest prawdziwą zagadką, ponieważ sugeruje, że część potencjału militarnego Rosji została zdegradowana. Naprawdę? Właśnie przyznał, że armia Rosji gwałtownie rośnie, a przemysł zbrojeniowy Rosji działa pełną mocą. Myślę, że po prostu próbuje nałożyć trochę szminki na zdychającą świnię, jaką jest Ukraina.
Nie wszystkie zdolności militarne Rosji zostały zdegradowane przez wojnę. Rosja nadal posiada największy na świecie arsenał broni jądrowej. Rosyjski arsenał nuklearny składa się z około 2500-3500 głowic o dużej i małej mocy, które można dostosować do użycia na polu bitwy lub wykorzystać strategicznie. Niedawno Kreml zaktualizował swoją politykę nuklearną, która ma na celu zakomunikowanie niższego progu nuklearnego i określenie zakresu ewentualności, które mogłyby uzasadnić użycie broni jądrowej. Rosja utrzymuje również solidne programy broni chemicznej i biologicznej i wielokrotnie używała broni chemicznej chloropikryny i środków kontroli zamieszek jako metody walki na liniach frontu Ukrainy, naruszając swoje zobowiązania wynikające z Konwencji o broni chemicznej. W zakresie swoich zdolności powietrznych i morskich Rosja poniosła jedynie niewielkie straty na Ukrainie. Rosyjskie Siły Powietrzno-Kosmiczne obecnie posiadają ponad 1100 samolotów zdolnych do walki, w tym myśliwce stealth Su-57 oraz bombowce strategiczne Tu-95 i Tu-160. Pomijając straty we Flocie Czarnomorskiej, rosyjska marynarka wojenna pozostaje nienaruszona, dysponując ponad 60 okrętami podwodnymi i 42 okrętami nawodnymi, zdolnymi do wystrzeliwania pocisków manewrujących Kalibr z głowicami nuklearnymi.
W ostatnich kilku zdaniach ukryte są pewne sensacyjne rewelacje — tj. rosyjskie siły powietrzne poniosły jedynie niewielkie straty, a rosyjska marynarka wojenna jest w bardzo dobrej kondycji. Więc, która część rosyjskiej armii została zdegradowana? A co z wynikami rosyjskiej armii:
Rosyjskie formacje zdobywają doświadczenie bojowe. Wojsko wykazało swoją zdolność do uczenia się na polu bitwy, rozpowszechniania nowych koncepcji w organizacjach i przeciwdziałania ukraińskim taktycznym i technicznym przewagom. Wdrożyło szybkie cykle adaptacji i rozwija nowe zdolności w celu przyspieszenia modernizacji sił. W listopadzie 2024 r. rosyjskie wojsko przeprowadziło swój pierwszy atak na ukraiński obiekt wojskowy za pomocą nowego pocisku balistycznego średniego zasięgu Oreshnik. Rosyjscy urzędnicy stwierdzili, że pocisk ten może być wyposażony w głowicę nuklearną. Widzieliśmy, jak rosyjskie siły stosują nowe, produkowane w kraju elektroniczne środki zaradcze przeciwko ukraińskiej technologii zakłócania w celu zwiększenia skuteczności uderzenia. Ponadto rosyjskie siły lądowe integrują rozpoznawcze i jednokierunkowe drony szturmowe do swoich ofensyw na polu bitwy. Rosja rozszerza również swoje możliwości podmorskie poprzez dodanie okrętów podwodnych z napędem jądrowym klasy Siewierodwińsk-II, okrętów podwodnych z napędem jądrowym klasy Dołgorukij II i innych zdolności rozpoznania podmorskiego zarówno na teatrach działań w Europie, jak i na Indo-Pacyfiku. Te nowe możliwości pokazują, że armia rosyjska zamierza zdobyć przewagę taktyczną i operacyjną na przyszłym polu bitwy.
Innymi słowy, rosyjscy przywódcy wojskowi nie są grupą niekompetentnych głupców, a wojska rosyjskie wykazują godny pozazdroszczenia poziom wyrafinowania w swoich działaniach. Pytam ponownie: Jakie poniżenie?
W razie gdybyście zapomnieli, artykuł Adama Entousa w New York Times z poniedziałku ujawnił Cavoliego jako anty-słowiańskiego rasistę i głównego planistę nieudanych ataków Ukrainy na Rosję. Oto próbka odpowiednich cytatów z tego artykułu:
Brytyjczycy ze swej strony twierdzili, że jeśli Ukraińcy i tak mieli iść, koalicja musiała im pomóc. Nie musieli być tak dobrzy jak Brytyjczycy i Amerykanie, powiedziałby generał Cavoli; musieli być po prostu lepsi od Rosjan. . . .
Jeśli koalicja nie przeorientuje swoich własnych ambicji, generał Donahue i dowódca US Army Europe and Africa, generał Christopher G. Cavoli, doszli do wniosku, że beznadziejnie słabsi pod względem liczebności i uzbrojenia Ukraińcy przegrają wojnę. Innymi słowy, koalicja musiałaby zacząć dostarczać ciężką broń ofensywną — baterie artyleryjskie M777 i pociski. . . .
Generałowie Cavoli i Aguto zalecili więc kolejny skok kwantowy, wyposażenie ukraińskiej armii w taktyczne systemy rakietowe — pociski znane jako ATACMS, które mogą pokonać odległość do 190 mil — aby utrudnić siłom rosyjskim na Krymie obronę Melitopola. . . .
Ale najpierw, pilne sprawy w Wiesbaden: generałowie Cavoli i Aguto wyjaśnili, że nie widzą żadnej sensownej drogi do odzyskania znaczącego terytorium w 2024 r. Koalicja po prostu nie była w stanie dostarczyć całego sprzętu na poważną kontrofensywę. Ukraińcy nie byli w stanie zbudować armii wystarczająco dużej, aby ją wystawić. . . .
Ukraińcy poprosili o pozwolenie na użycie broni dostarczonej przez USA za granicą. Co więcej, generałowie Cavoli i Aguto zaproponowali, aby Wiesbaden pomógł pokierować tymi atakami, tak jak zrobił to na Ukrainie i na Krymie — podając punkty zainteresowania i precyzyjne współrzędne. . . .
Stało się to momentem, w którym administracja Bidena zmieniła zasady gry. Generałowie Cavoli i Aguto otrzymali zadanie stworzenia „ops box” — strefy na rosyjskiej ziemi, w której Ukraińcy mogliby strzelać z broni dostarczonej przez USA, a Wiesbaden mogłoby wspierać ich ataki.
Gdyby rosyjski generał, działający z Meksyku, dopuścił się takiego zachowania na terytorium USA, czy myślisz, że prezydent, Kongres i naród amerykański by się tym przejęli? Założę się, że tak. Trump i jego negocjatorzy powinni o tym pamiętać, gdy będą mieli do czynienia z Putinem i jego zespołem. Nie uwolnią USA od odpowiedzialności za ułatwienie śmierci ponad miliona Ukraińców i wielu tysięcy Rosjan. [por. powyżej: szacunkowych 790 000 ofiar. md]
Ludzie nie wiedzą, co się dzieje… Organy ścigania będą konfiskować ich telefony, przeszukiwać prywatne maile, sprawdzać połączenia w Internecie, czytać, co piszą do znajomych przez komunikatory.
Ustawa zakazująca krytyki LGBT przeszła przez Sejm i Senat, a teraz czeka już tylko na podpis Prezydenta Andrzeja Dudy.
Równocześnie Adam Bodnar wydał dokument pt. „Wytyczne Prokuratora Generalnego w zakresie prowadzenia postępowań o przestępstwa motywowane uprzedzeniami”. Treść dokumentu jest szokująca. Jeśli Prezydent podpisze nową ustawę, wytyczne będą wraz z nią stanowiły nowy standard zaprowadzania w Polsce terroru LGBT wobec ludzi takich jak Pan.
Więcej o sprawie mówię w nowym odcinku videobloga „Prolife bez cenzury”. Proszę obejrzeć i pomóc mi rozpowszechniać go dalej – żeby ludzie otworzyli oczy.
Trzeba pilnie działać, aby nowe prawo nie weszło w życie.
Dlatego proszę Pana o zaapelowanie do Prezydenta Andrzeja Dudy, aby KONIECZNIE zawetował tę ustawę w całości.
Na pewno nie chce Pan skończyć w więzieniu. Teraz tylko od Prezydenta zależy, czy Polacy będą bezpieczni. Jeśli lobby LGBT dostanie swoją ustawę, rozpocznie się terror, jakiego jeszcze w Polsce nie było. Ze szkodą dla nas wszystkich, przede wszystkim dla dzieci.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Polska przekazała Ukrainie kolejne 5000 terminali Starlink Enterprise, co daje łącznie 29 500 takich urządzeń, najwięcej ze wszystkich krajów. Zełenski potrzebuje wszelkiej możliwej pomocy, ponieważ obie strony wciąż wydają się dalekie od jakiegokolwiek trwałego zawieszenia broni, a na granicy z Rosją toczą się walki.
Kijów szczególnie podziękował polskiemu ministrowi cyfryzacji Krzysztofowi Gawkowskiemu, a także całemu polskiemu rządowi, za terminale. „Jesteśmy wdzięczni ministrowi cyfryzacji Krzysztofowi Gawkowskiemu, polskiemu rządowi i wszystkim partnerom za wsparcie Ukrainy!” – czytamy w komunikacie prasowym.
„Polska nadal wspiera Ukrainę w zapewnianiu stabilnej komunikacji — dostarczyła 5000 terminali Starlink Enterprise. Pomogą one Ukraińcom utrzymać kontakt nawet w najtrudniejszych warunkach” — stwierdziła, cytowana przez Wydarzenia .
W ogłoszeniu podkreślono, że terminale Starlink zapewniają Ukrainie „nieprzerwaną łączność nawet w najtrudniej dostępnych miejscach”, umożliwiając szpitalom, szkołom i obiektom infrastruktury krytycznej funkcjonowanie bez zakłóceń.
„Te terminale pomagają wojsku, pracownikom energetyki, lekarzom, ratownikom i firmom pracować nawet podczas przerw w dostawie prądu i awarii łączności” – czytamy w komunikacie.
Do tej pory Ukraina otrzymała ponad 50 tys. terminali Starlink od „międzynarodowych partnerów i darczyńców”, ale największą liczbę przekazała Polska.
Podczas gdy prezydent USA Trump naciska na pokój, pojawiają się ciągłe obawy o dalsze wsparcie w zakresie sprzętu i innej pomocy, a Trump w pewnym momencie nawet odciął wszelkie informacje wywiadowcze i powiedział, że USA całkowicie zaprzestaną wszelkiej pomocy. Te groźby zostały wycofane, a kanały wywiadowcze ponownie połączone, zwłaszcza gdy Zełenski był w zgodzie z potencjalnym porozumieniem pokojowym.
Tymczasem jednak doszło do wojny na słowa między polskim ministrem spraw zagranicznych a Elonem Muskiem, po tym jak prezes Starlink najwyraźniej powiedział, że odetnie swoje terminale od kraju.
30-dniowe zawieszenie broni przeciwko infrastrukturze energetycznej, ostatecznie osiągnięte między Ukrainą a Rosją, zostało złamane przez obie strony. Wiele osób zastanawia się, czy w najbliższej przyszłości możliwy jest pokój.
Putin powiedział swoim żołnierzom, że chce, aby Kursk, okupowany przez wojska ukraińskie od sierpnia ubiegłego roku, został wyzwolony tak szybko, jak to możliwe. Raport Reutersa cytuje blogerów wojennych, którzy twierdzą, że setki żołnierzy Zełenskiego są teraz „ukryte w klasztorze” w zachodnim Kursku.
Tymczasem Wion News informuje, że Kijów rozpoczął kolejną ofensywę w obwodzie biełgorodzkim w Rosji „po stracie Kurska”, twierdząc, że Rosjanie „ustalają dominację na polu bitwy”.
Od maja 2015 roku w każdy Pierwszy Czwartek miesiąca jest w Nowym Jorku na Manhattanie Msza Święta w rycie tradycyjnym (trydenckim) za naszą Ojczyznę Polskę.
Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej z Góry Karmel, godz. 19.00
Pół godziny przed Mszą Świętą modlimy się jedną część Różańca Świętego za Ojczyznę.
Przychodzą na tą Mszę Świętą również obcokrajowcy różnych nacji, podtrzymują nas na duchu modlitwą szczerze podziwiając Polskę. Po Mszy Świętej mamy zawsze spotkanie w salce przy kościele, mały poczęstunek, zawsze wszystkich zapraszamy i zawsze prosimy o wsparcie modlitewne dla Polski atakowanej ze wszystkich stron. Mamy ufność, że – z pomocą Bożą – będzie dobrze