Podczas gdy niemiecki prawnik Reiner Fuellmich przebywa od 13 października 2023 roku w areszcie śledczym, co oznacza, że jest pozbawiony wolności od ponad 2,5 roku za kierowanie pozaparlamentarną komisją mającą na celu zbadanie zbrodni w związku z wprowadzeniem stanu pandemii w roku 2020 i związanymi z tym zbrodniami wobec ludzkości, w niemieckim Bundestagu pracuje tym razem parlamentarna komisja mająca wyjaśnić właśnie tę kwestię.
Ze swojej celi Reiner Fuellmich woła: „Potwory mnie nie dopadły… i zapłacą za to bezprawie!”
W piątek, 26 czerwca, od godz. 10:00 odbyła się w Poczdamie dyskusja poświęcona podsumowaniu pandemii koronawirusa. Tematami rozmów była kampania szczepień, obowiązkowe szczepienia w placówkach służby zdrowia oraz zasady dyskryminacji. Wśród zaproszonych ekspertów znaleźli się m.in. prof. dr Sucharit Bhakdi oraz adwokat Ralf Ludwig.
Bhakdi stwierdził, że szczepionka BioNTech nigdy nie została odpowiednio przetestowana pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności. Dowody przedstawione organom regulacyjnym określił jako „po prostu sfabrykowane”. Co więcej, powołując się na dokumenty, argumentował, że proces produkcyjny został po cichu zmieniony po tym, jak Komisja Europejska zamówiła już setki milionów dawek, ale przed oficjalnym zatwierdzeniem. Produkt ostatecznie podany nie był zatem identyczny ze szczepionką testowaną w badaniach klinicznych.
26 czerwca brandenburska komisja śledcza ds. koronawirusa, wezwała do zniesienia zalecenia dotyczącego szczepień przeciwko COVID-19 opartych na technologii mRNA. Dzisiaj, 09.07.2026 r., Stała Komisja ds. Szczepień zniosła to zalecenie dla wszystkich osób poniżej 75 roku życia. Źródło.
Cena za rozpowszechnianie prawdy o zbrodniach wojny biologicznej jest dla dr. Fuellmicha i wielu innych uczciwych i odważnych ludzi olbrzymia. Wolność jest podobnie jak zdrowie – niedocenianym dobrem, dopóki się je ma. Czasy, w których za krytykę ludobójstwa w Palestynie grozi więzienie – jak to ma miejsce aktualnie na Wyspach Brytyjskich – to są czasy totalitaryzmu i bezprawia.
Być znienawidzonym przez idiotów, to jest cena za to, że się nie jest jednym z nich.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Debaty na temat służby zdrowia, którą od czasu gdy „obaliliśmy komunizm” politycy III RP reformują, uzdrawiają i ciągle niczym dobrzy wujkowie hojnie do niej „dosypują”, sprawiają, że trudno oprzeć się skojarzeniom literackim i filmowym (tytuł tego tekstu to także tytuł głośnego filmu, w którym elity odwracają uwagę mas od nadchodzącej katastrofy, by po cichu szykować dla siebie możliwość jej bezpiecznego przeżycia) z bardzo różnych epok, co dowodzi, że ustroje się zmieniają, ale natura ludzka trwa w najlepsze, lub w najgorsze.
Wraz z ujawnianiem kolejnych pięter patologicznych zachowań i kryjących realne interesy prawem zadekretowanych absurdów, pierwsze co przychodzi na myśl to to, że „jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.” Błąd systemu jakim są jawne oświadczenia majątkowe radnych sprawił, że w zabezpieczonych przed podsłuchem gabinetach mają miejsce nerwowe kalkulacje kogo opinii publicznej i wyborcom wydać na pożarcie, jaką opowieść (zwaną modnie narracją) skonstruować żeby była w miarę wiarygodna, a nikomu naprawdę winnemu i ważnemu nie szkodziła. Trwa przerzucanie się winami poszczególnych frakcji rządzącego partiopolu. Jedni przyłapani na siedzeniu na SOR w wygodnych fotelach zamiast na plastikowych krzesełkach mających zniechęcić lud do nachalnego zawracania głowy służbie zdrowia, wypominają drugiej frakcji przypadek ichniej Marszałek Sejmu, która traktowała Oddział Intensywnej Opieki Medycznej niczym windę w Pałacu Kultury zajmowaną przez PRLowskiego dygnitarza, w genialnym „Polaków portrecie własnym” jaki stworzył Stanisław Bareja.
Mnożące się w grafikach i sprawozdaniach godziny pozwalające czerpać nieuzasadnione korzyści doktorowi K. i co bardziej obrotnym następcom Pawła Iwanowicza Cziczikowa, to wypisz wymaluj współczesne „martwe dusze”. W reakcji na żądania oburzonego ludu „lecą głowy”, w rzeczywistości wraz z ciałami przesuwane są po cichu i chwilowo na mniej eksponowane stanowiska, by za czas jakiś znowu dać o sobie znać w równie zadziwiających okolicznościach. Mnożą się kontrole, co do których jedno jest pewne, służą uspokojeniu oburzonych, minimalizacji strat po stronie bezpośrednio uwikłanych, a wszystko do czasu gdy jak oświadczył z aprobatą jeden z wytrawnych polityków III RP: „kolejna afera przykryje obecną aferę”.
Prawdziwe problemy i prawdziwi ich beneficjenci pozostają jak zwykle w cieniu. I tak tylko gdzieniegdzie przebija się informacja, że poprzednia minister chciała doprowadzić do zwiększenia liczby lekarzy i dlatego musiała odejść, bo skróciłoby to kolejki do specjalistów, zmieniłaby się także ich pozycja negocjacyjna wobec szpitali, NFZ i zapotrzebowanie na prywatne konsultacje. To, że bezpłatne studia mogłyby być połączone z obowiązkiem albo spłaty albo ich odpracowania w publicznej służbie zdrowia także nie jest szerzej rozpatrywane. Nikt nie zastanawia się i nie bada kto przeforsował w NFZ, a być może w Sejmie i w innych instytucjach przepisy i metody sprawozdawczości, które sprawiały, że rekordowe niczym w czasach legendarnych pięciolatek godziny pracy doktora K. ginęły anonimowo w bezosobowym, a więc za nic nie odpowiadającym „systemie”, w którym tabele nie rzucających się w oczy laika cyfr umożliwiały krycie interesów całej wpływowej grupy zawodowej.
A wszystko to w erze powszechnej inwigilacji, która pozwoliła ministrowi Niedzielskiemu w oka mgnieniu sprawdzić jakie leki zażywa medyk z którym był w sporze. Czy w NFZ pracowali ludzie mało inteligentni, czy też takich udawali, bo ich pensja i inne frukta zależały od tego żeby nie rozumieli rzeczy oczywistych? Jednak największym nieobecnym w aferze są samorządy, medyczna profesura i Izby Lekarskie, które powinny z założenia najlepiej wiedzieć co się dzieje w mitycznym „systemie”, a także z etyką jego beneficjentów do których ich członkowie sami należeli. Przecież we wstępie do Kodeksu Etyki Lekarskiej lekarze przyrzekają: „według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”.
Tymczasem Izby Lekarskie nadal w myśl zasady ani kroku w tył, bo jak się sprawa zacznie sypać, to może uruchomić lawinę, zajmują się prześladowaniem tych nielicznych lekarzy, którzy w czasach „walki z groźnym wirusem” mówili że dwa plus dwa równa się cztery i zgodnie z tym leczyli lub ratowali życie. Trwa też intensywny lobbing na rzecz wzmocnienia monopolu Big Pharmy, utrzymania medycznej omerty zwanej przewrotnie „walką z dezinformacją” oraz eliminacji konkurencji w postaci naturopatii, zielarstwa i wszystkich metod pozwalających leczyć się tanio i przede wszystkim poza kontrolą, bo chociaż gdy dzwonimy do rejonowej przychodni, to pyta się nas o zgodę na nagrywanie, to tajemnica lekarska stała się w ostatnich latach fikcją ze znamionami szyderstwa.
O tym wszystkim milczą także zajęci „dialogiem z judaizmem” hierarchowie polskiego Kościoła katolickiego. Będące pięknym i funkcjonalnym elementem polskiej kultury materialnej piece nazwano kopciuchami, dla tego co faktycznie powinno się nazywać lex Big Pharma upowszechniono nazwę lex szarlatan. Polska jest również liderem w ilości przymusowych szczepień, z których żadne nie zostało sprawdzone długofalowym (podłużnym) badaniem z użyciem placebo. Nie prowadzi się, a przynajmniej nie prezentuje jakichkolwiek badań porównujących ogólny stan zdrowia szczepionych i nieszczepionych na „groźnego wirusa”.
Niektóre leki dostępne w aptekach w krajach naszych sąsiadów są w Polsce tylko na receptę lub nie ma ich w ogóle. Plagą są pochopnie ordynowane i dobrze wyceniane często przynoszące więcej szkody niż pożytku zabiegi i inwazyjne procedury diagnostyczne ukryte pod rozciągniętym na nie terminem profilaktyki. Nieszczęsny dr K. uczył się postępowania z chorymi wirtualnie, i dlatego wielu absolwentów medycyny nie umie wykonać potrzebnych i często koniecznych np. w nagłych przypadkach zagrożenia życia rutynowych zabiegów. Zgłaszanie nieprawidłowości, błędów medycznych czy powikłań po szczepieniach jest obudowane tak skomplikowanymi kafkowskimi procedurami, że lekarze, którzy pomylili się w wyborze zawodu mogą czuć się zawsze bezkarni, ważne tylko by nie „szerzyli poglądów sprzecznych z aktualnym stanem wiedzy”. Jej fluktuacje przypominają do złudzenia to co dzieje się z aktualną wiedzą i narracją klasy politycznej w sprawie relacji z Ukrainą.
To wszystko w czasie gdy w USA wychodzą na jaw kolejne fakty i przestępstwa jakich dopuścił się tamtejszy, a więc i światowy establishment medyczny we współpracy z tamtejszymi – a jakże; „służbami”. Po potwierdzeniu przez Tulsi Gabbard prac nad tworzeniem sztucznie wzmocnionych wirusów czekają nas teraz przesłuchania pod przysięgą odpowiedzialnego za medyczne eksperymenty i być może wyprodukowanie wirusa c-19 dr Anthony Fauciego.
W Polsce od samego początku mówił o tym nieodżałowany lekarz epidemiolog, a przede wszystkim człowiek uczciwy i odważny jakim był przedwcześnie zmarły dr Zbigniew Hałat. Zamiast tego będziemy się jednak zajmować salonikiem dla vipów, tak jak w sprawie wykorzystania KPO interesował nas ekspres do kawy, a nie setki milionów wydawane na dewastujące krajobraz i przyrodę wiatraki.
Po raz kolejny okazuje się, że w dyscyplinie zamiatania istoty problemów pod upstrzony nieistotnymi detalami dywan sentymentalizmu lub moralnego oburzenia jesteśmy mistrzami. Różni nas to in minus od Mikołaja I, który po obejrzeniu Rewizora miał powiedzieć: „Dostało się wszystkim, a najbardziej ze wszystkich mnie”. W Polsce nie dostanie się „nikomu”, bo nikt za nic nie czuje się odpowiedzialny i dlatego o takim kraju obcy mogą pisać „nigdzie” i stosownie do tego nas traktować.
Jednym z najbardziej sprzecznych z polskim interesem narodowym działań elity w ostatnich latach była afirmacja odrodzenia ukraińskiego nacjonalizmu w jego nazistowskiej formie, określanej mianem neobanderyzmu.
Jego pierwszych świadectw szukać należy już w momencie rozpadu ZSRR i powstaniu Ukrainy jako suwerennego państwa, dla którego jej politycy szukali gwałtownie mitu założycielskiego i stojących na jego straży bohaterów narodowych. W sukurs ich poszukiwaniom przyszła głosząca kult Stepana Bandery zachodnia ukraińska diaspora z żyjącymi jeszcze członkami ludobójczych formacji OUN-UPA – troskliwie uratowanymi przez aliantów przed sądowym rozliczeniem ich zbrodni przeciwko ludzkości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Polskie władze i elity nie tylko ten probanderowski zwrot Ukrainy afirmowały, ale również wspierały na różne sposoby, m. in. poprzez przemilczanie ukraińskiego ludobójstwa i wyciszanie, a nawet represjonowanie tych osób i środowisk polskich, które domagały się upowszechnienia prawdy historycznej na ten temat. Za trwające od dziesięcioleci nieosądzenie tego ludobójstwa – brak drugiej Norymbergi – nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również na poziomie instytucji międzynarodowych odpowiadają zarówno władze PRL, jak i III RP.
W służbie neobanderyzmu
Jednocześnie należy mówić o odpowiedzialności elit za ten stan rzeczy – nie tylko mediów i centrów opiniotwórczych, ale również środowisk akademickich, kulturotwórczych, edukacyjnych. Nie należy pomijać odpowiedzialności kręgów kościelnych, reprezentowanych przez Konferencję Episkopatu Polski, która do tej pory ani razu nie podjęła kwestii osądzenia ukraińskiego nazizmu jako ideowego podłoża dokonywanych na Polakach czystek etnicznych w latach II wojny światowej. Nie odniosła się również do gwałtownego jej odrodzenia w świadomości współczesnych Ukraińców po rozpadzie ZSRR w 1991 roku. Warto w tym miejscu przywołać opartą na historycznej analizie religijno-kulturowej krytykę KEP, przedstawioną przez ks. prof. Andrzeja Kobylińskiego w „Dzienniku Polski” w związku z odebraniem przez Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego Wołodymirowi Zełenskiemu – za nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy „Bohaterów UPA”. Zdaniem księdza profesora pojednanie polsko-ukraińskie ma charakter nade wszystko moralny. „Dotyczy pamięci, sumienia, winy, grzechu, rozumienia dobra i zła. Dlatego podstawą autentycznego pojednania jest wymiar moralno-religijny. Dopiero później przychodzą elementy polityczne, gospodarcze czy militarne” [i].
Dlatego – według tego duchownego i zarazem filozofa oraz etyka – podpisane w 2023 roku przez przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego oraz zwierzchnika ukraińskiego Kościoła Greko-katolickiego abp. Światosława Szewczuka oświadczenie Przebaczenie i pojednanie było pustym gestem. Nie było bowiem przygotowane merytorycznie – w oparciu nie tylko o fakty historyczne dotyczące ukraińskiego ludobójstwa, ale również w oparciu o wymienione kategorie religijno-antropologiczne oraz moralne. Wypracowanie gotowości duchowej, religijnej, moralnej czy wreszcie politycznej do pojednania musi obejmować obydwa narody. Może trwać dłuższy czas – nawet kilkanaście i więcej lat – gdyż musi obejmować przemianę przenikniętej neobanderyzmem świadomości Ukraińców – z jednej strony. Z drugiej wyzwolenie świadomości Polaków z pęt narzuconej przez rodzime elity afirmacji tej ideologii dehumanizującej współczesny świat.
Nie boją się odpowiedzialności
Debanderyzacji Ukrainy musi towarzyszyć debanderyzacja polskiej polityki i kształtujących ją polskich elit. Elity bowiem – nie tylko polityczne i opiniotwórcze, ale również naukowe, edukacyjne, artystyczne – odmówiły nam prawa do prawdy o ukraińskim ludobójstwie i wywołanej nim traumy narodowej, a także prawa do ekshumacji jego ofiar oraz godnego ich pochowania. Odmówiły prawa do osądzenia wciąż jeszcze żyjących sprawców tej zbrodni przeciwko ludzkości, a nade wszystko jej ideologii – której odrodzenie zagraża nie tylko Polsce, ale również Europie. Elity, które promowały wszechstronną i bezzwrotną pomoc neobanderowskiej Ukrainie będą bronić swych antypolskich pozycji i szukać wszystkich sposobów, aby zdyscyplinować wymykające się spod ich kontroli umysły polskiego społeczeństwa, które nie tylko poparło – 74% – odebranie przez prezydenta Nawrockiego Orderu Orła Białego Zełenskiemu, ale oczekiwać będzie zwrotu długów zaciągniętych przez Ukrainę u Polski. Kijów 35 lat temu wybrał probanderowski kurs i nie ma zamiaru z niego zrezygnować, a to oznacza, że Polsce coraz bardziej zagraża nie Rosja – jak nam to wmawiały oderwane od polskiego społeczeństwa elity – ale Ukraina.
Jak się to stało, że dopiero odebranie polskiego odznaczenia Zełenskiemu ujawniło skalę tego autentycznego zagrożenia? Wina polskich elit politycznych jest tu bezsporna. Trzeba jednak zacząć mówić o winie środowisk opiniotwórczych – z elitami naukowymi na czele. To utytułowane pojedyncze osoby i całe gremia, które przez długie lata III RP nie tylko rugowały z problematyki naukowej prawdę o ukraińskim nazizmie i ukraińskim ludobójstwie, ale również nie dopuściły do jej przekazywania w programach szkolnych i uniwersyteckich, a także w debacie publicznej. Jak się to stało, że nie oni, ale wypowiedzi byłego premiera Polski Leszka Millera otworzyły oczy większości Polaków na prawdę o relacjach polsko-ukraińskich, dodały odwagi politykom Konfederacji i zmusiły PiS do „korekty” probanderowskiej polityki. Kiedy wyalienowane elity polskiej nauki dokonają takiej „korekty”? I tutaj będą się liczyć nie jakieś wymuszone zaistniałą sytuacją obietnice, ale konkretne działania. Parafrazując tytuł znakomitego radzieckiego filmu Moskwa nie wierzy łzom – musimy głośno powtarzać: Polacy nie uwierzą łzom – ani PiS-u, ani PO i ich przystawek partyjnych, ani antypolskich środowisk opiniotwórczych. Polacy czekają na uznanie ich winy politycznej i moralnej.
Szkodzą Polsce i Polakom
Dlatego musimy kuć żelazo póki gorące – wykorzystać zaistniałą sytuację, aby zdetronizować elity i wskazać im miejsce w szeregu – za nami. Współtwórcy „Myśli Polskiej” od pomarańczowej rewolucji na Ukrainie przestrzegali decydentów w Polsce – w sferze polityki, nauki, kultury, religii – przed neobanderowską Ukrainą. Teraz, gdy coraz większe i coraz bardziej realne staje się zagrożenie naszego państwa i narodu ze strony tak ukształtowanego wrogiego nam sąsiada, mamy nie tylko obowiązek, ale również moralne prawo pisać o polskich „sługach Ukrainy”. Mamy moralne prawo i patriotyczny obowiązek oskarżać o działalność wspierającą jej nazistowskie ukształtowanie tych wszystkich, którzy nie tylko odmawiali nam prawa do pisania prawdy o jej przeszłości i teraźniejszości, ale również piętnowali nas publicznie jako wrogów ludzkości, agentów Putina, „ruskie onuce”. Nie kieruje nami żaden resentyment wobec naszych probanderowskich wrogów Polsce, ale konieczność dawania świadectwa walki, jaką „sługi Ukrainy” prowadziły i prowadzą nadal z obrońcami polskiej racji stanu, polskiego honoru i polskich interesów.
Gdy Komisja Historycznoliteracka, a także Komisja Słowianoznawstwa PAN – Oddział w Krakowie potępiły mój artykuł Ukraina – wojna cywilizacji, opublikowany w „Myśli Polskiej” w 2022 roku – po wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę – krakowskie władze PAN zgodziły się na bezprecedensowe od czasów stalinizmu działanie: umieszczenie na głównej stronie internetowej Oddziału potępienia wymienionego artykułu, jego autora oraz „Myśli Polskiej”, która go opublikowała. Artykuł mówi, że rozpoczęta wówczas druga po euromajdanie faza wojny Zachodu z Rosją jest wojną z cywilizacją chrześcijańską, chronioną przez Federację Rosyjską i Moskiewski Patriarchat Cerkwi Prawosławnej. Przebieg tej wojny potwierdza zawartą w artykule tezę. Potępienie przez środowisko PAN tego tekstu i jednocześnie „Myśli Polskiej” widniało w internecie – tak długo, aby odpowiednie służby mogły zająć się nami, a ukraińscy wyznawcy banderyzmu mogli wciągnąć do spisu pod tytułem „rizat’ Lachiw”. Nagonkę na nas rozpoczęła „Gazeta Wyborcza”, w której pastwił się nad nami prof. Grzegorz Przebinda, domagając się m.in. postępowania prokuratorskiego za wyrażone w tekście poglądy. To, że gazeta Adama Michnika i jej środowisko są antypolskie, wie każdy Polak. Ale ludzie PAN?
Za stalinowskie działanie krakowskiego Oddziału z 2022 roku odpowiadają nade wszystko jego władze ówczesnej kadencji: prezes – prof. Andrzej Jajszczyk, wiceprezesi – prof. Barbara Bilińska, prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium Oddziału – prof. Jerzy Lis, prof. Wiesław W. Pawlik. Odpowiadają również władze kolejnej kadencji (2022 – 2026), które nie odcięły się od tego donosu. To w większości nowy skład osób popierających probanderowską politykę swoich poprzedników: prezes – prof. Karol Życzkowski, wiceprezesi – prof. Barbara Bilińska, prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium – prof. Grażyna Stochel, prof. Małgorzata Witko, prof. Stanisław Nagy. Jaki był skutek firmowanego przez te gremia donosu na nas?
W dużej mierze „dzięki niemu” na opublikowanej 16 kwietnia 2025 roku przez „Gazetę Wyborczą” liście 25 osób, którą Komisja ds. Badania Wpływów Rosyjskich w Polsce skierowała do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego znalazły się nazwiska: Jana Engelgarda, Przemysława Piasty, Anny Raźny. Figurowała na niej również sama „Myśl Polska” jako pismo pozostające pod owymi wpływami. Na szczęście 31 lipca 2025 roku ta kuriozalna komisja została rozwiązana.
Bez honoru i godności
Powyższe personalne informacje są ważne z wielu powodów, nade wszystko dlatego, że ci sami ludzie – podobnie jak władze innych oddziałów PAN w Polsce – firmowali stworzenie dla Ukrainy i ukraińskich naukowców długoterminowego programu bezzwrotnej pomocy – o nazwie LPT – opiewającej na wiele milionów złotych wypłacanych z naszego budżetu.
I choć w programie tym uczestniczy w roli partnerów 7 zagranicznych akademii, ciężar jego realizacji spoczywa na PAN. Warto przytoczyć opublikowane w 2025 roku w internecie „efekty” probanderowskich działań PAN. * „355 naukowców z Ukrainy objętych pomocą indywidualną, * 88 naukowców z Ukrainy finansowanych w ramach 18 projektów długoterminowego programu wsparcia LTP Ukraina (LTP) o łącznym budżecie ponad 8 mln USD, pozyskanych od partnerów zagranicznych, w tym Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych (NAS), * około 40 mln PLN przeznaczonych łącznie na rzecz naukowców z Ukrainy, w większości pozyskanych od ponad 40 zagranicznych sponsorów, * 15 wydarzeń naukowych i popularno-naukowych zorganizowanych lub współorganizowanych na terytorium Ukrainy od początku wojny, * udział ponad 700 naukowców z Ukrainy w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN, * 28 jednostek naukowych PAN zaangażowanych w doraźne działania pomocowe.” [ii].
Te dane nie wymagają żadnych dodatkowych objaśnień. Potwierdza je bezprecedensowa wypowiedź prezesa PAN, z 12 września ubiegłego roku: „Podejmujemy nowe inicjatywy. Konferencja, podczas której łączymy siły z niemiecką nauką, pokazuje, że nie składamy broni. W okolicznościach wskazujących na przedłużanie się konfliktu chcemy pozyskiwać źródła finansowania i umożliwiać utrzymanie potencjału naukowego Ukrainy. (…) Głównie będzie nam zależało na podtrzymaniu zespołów badawczych, które już istnieją. (…) Kontynuowane będą też rozmaite szkolenia i działania z zakresu doradztwa. Do tej pory ponad 700 naukowców z Ukrainy wzięło udział w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN. (…) Nasza pomoc służy nie przejęciu, tylko uchronieniu potencjału naukowego Ukrainy. Pomagamy z myślą o tym, że wszyscy Ci, którym udzieliliśmy pomocy wrócą do kraju” [iii].
To jawne świadectwo probanderowskiej działalności PAN. Przy niedoinwestowaniu nauki polskiej ma ona charakter jej sabotażu. Jest także świadectwem realizowanego przez elity moralnego credo: dyskryminacji pozytywnej – dyskryminacji większości czyli polskiego społeczeństwa i jego interesów – dokonywanej przez mniejszość czyli wyalienowane elity na rzecz społeczeństwa wyznającego banderyzm. Dla takiej moralności nie ma miejsca w naszej cywilizacji, ukształtowanej przed wiekami przez chrześcijaństwo.
Prof. Anna Raźny
[i] Ks. prof. Kobyliński: Pojednania polsko-ukraińskiego nie da się zbudować na pustych gestach, „Dziennik Polski” nr 140 (24917), 19.06.2026.
[ii] https://pan.pl/projekty/ukraina/Te dane nie wymagają żadnych [dost. 25.06.2026].
To była wojna nowoczesna, bo w dużej mierze pozbawiona głębi i znaczenia. Robili to, co się robi podczas wojny, ale bez samej istoty. Bez jasnych celów i motywów, bez warunków zwycięstwa, bez taktyki. Tylko bomby i szowinizm bez sensu.
Wojna w Iranie zostaje więc wznowiona na drugi sezon. Dziś rano, na szczycie NATO w Ankarze, prezydent Trump powiedział dziennikarzom, że zawieszenie broni „się skończyło”, a irański reżim to „szumowiny”.
Krótki przegląd chronologiczny wojny:
– Rozpoczęła się 28 lutego. – Przeszła do fazy „zawieszenia broni” 8 kwietnia. – Zakończyła się 17 czerwca. – Wczoraj zaczęła się na nowo.
To była wojna nowoczesna, bo w dużej mierze pozbawiona głębi i znaczenia. Robili to, co się robi podczas wojny, ale bez samej istoty. Bez jasnych celów i motywów, bez warunków zwycięstwa, bez taktyki. Tylko bomby i szowinizm bez sensu.
No więc, co się stanie, kiedy to wszystko zacznie się od nowa?
Cóż, chyba ceny energii wzrosną. Znowu. Stany Zjednoczone najwyraźniej już wycofały zniesienie sankcji, które było częścią porozumienia o zawieszeniu broni, więc 63 miliony baryłek ropy „utknęło” w Zatoce Perskiej.
Każdy, kto wcześniej o tym wiedział, prawdopodobnie zarobił na giełdzie sporo pieniędzy. Ale jestem pewien, że takie rzeczy nie mają miejsca.
Trump obiecał dziś wieczorem „mocno uderzyć w Iran”, a Iran w odpowiedzi zagroził „sparaliżowaniem globalnego przepływu ropy naftowej” (czego nie może zrobić, ponieważ 80% globalnej ropy nigdy nie przepływa przez Cieśninę Ormuz) i rozszerzeniem wojny na Morze Czerwone.
Co oni dokładnie mają na myśli, dopiero się okaże. Przypuszczam, że chodzi o wzmożone walki w Libanie i Jemenie ze strony milicji „wspieranych przez Iran”, Hezbollahu i Huti.
Na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe, ale ta narracja o „wojnie” już na bardzo wczesnym etapie wyrzuciła racjonalność przez okno.
W pierwszym akcie wojna przypominała w zasadzie rundy tenisa z nalotami, z jasnym celem zamknięcia Cieśniny Ormuz. Czy będzie to po prostu więcej tego samego?
Czy „rozszerzą” wojnę na Morze Czerwone? Czy tym razem zobaczymy „żołnierzy w terenie”? Czy może w końcu zdecydują, co rzekomo próbują osiągnąć?
Wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki gospodarzy amerykańskich baz wojskowych, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Państwa Zatoki otwierają “Nowy Front Wojenny”Kuwejt i Bahrajn znajdują się w centrum nowych napięć na Bliskim Wschodzie po tym, jak wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki Perskiej goszczące amerykańskie bazy wojskowe, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Pojawiły się doniesienia o możliwej wspólnej operacji uderzeniowej wymierzonej w irański obiekt morski. Zgłaszane działania następują w czasie eskalacji stosunków irańsko-amerykańskich, napięcia, rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa w Zatoce oraz szerszy regionalny impas wojskowy. Według doniesień domniemane ataki były wymierzone w irańską infrastrukturę morską wzdłuż Zatoki Omańskiej, co dodaje potencjalnie nowy wymiar trwającemu konflikcie. Jednak szczegóły wciąż się rozwijają, a oficjalne potwierdzenia i niezależna weryfikacja wciąż pozostają w oczekiwaniu. Obejrzyj pełny raport (linki w podnapisach), aby poznać najnowsze informacje o Iranie, Kuwejcie, Bahrajnie, napięciach w Zatoce Perskiej, bazach morskich oraz narastającym kryzysie na Bliskim Wschodzie. Na froncie ukraińskim rosyjskie Siły Kosmiczno – Powietrzne nasilają ataki na infrastrukturę energetyczną, transportową & militarną Ukrainy & NATO. Brak jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej zwiększa skuteczność tych działań. Obłędna zachodnia propaganda nasila kłamstwa o “ukraińskich sukcesach” wprost proporcjonalnie do klęsk banderowców na polu walki.
Z punktu widzenia Polskiej Racji Stanu, taka sytuacja jest wysoce pozytywna. Kontynuacja oporu przez narkomana Zełenskego zmusza Rosjan do ostatecznej likwidacji tego, co jeszcze pozostało z państwa Bandery. Karykaturalną ilustracją, jak naprawdę NATO traktuje Ukrainę, jest decyzja z Ankary o przekazaniu Kijowowi “licencji” na produkcję platform Patriot. Ponieważ Zachód wystrzelał się już z nich wszystkich, a amerykański przemysł zbrojeniowy produkuje zaledwie kilkadziesiąt sztuk rocznie w sieci kilkuset fabryk podwykonawców, to Trump wspaniałomyślnie zezwolił Kijowowi na uruchomienie własnej produkcji na terenie Ukrainy. Ciekawe będzie zobaczyć gdzie & w jakim czasie rozmieści się fabryki systemów na terenie Banderowszczyzny. Kto będzie je produkować? W jaki sposób Kijów przekona Rosję o konieczności wstrzymania się z atakami na te nowe obiekty militarne? Teatr absurdu rozgrywający się na naszych oczach osiągnął nowe szczyty. Niepokojące jest to, że zachodnia opinia publiczna nie widzi w tym obłędnym cyrku niczego nienormalnego! Udowadnia to oczywistą tezę, że masowa narkomania na Zachodzie musi owocować delirycznymi rezultatami! Ignacy Nowopolski Jul 10 III Wojna Światowa ante portas!
Wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki gospodarzy amerykańskich baz wojskowych, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Państwa Zatoki otwierają “Nowy Front Wojenny” Kuwejt i Bahrajn znajdują się w centrum nowych napięć na Bliskim Wschodzie po tym, jak wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki Perskiej goszczące amerykańskie bazy wojskowe, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Pojawiły się doniesienia o możliwej wspólnej operacji uderzeniowej wymierzonej w irański obiekt morski. Zgłaszane działania następują w czasie eskalacji stosunków irańsko-amerykańskich, napięcia, rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa w Zatoce oraz szerszy regionalny impas wojskowy. Według doniesień domniemane ataki były wymierzone w irańską infrastrukturę morską wzdłuż Zatoki Omańskiej, co dodaje potencjalnie nowy wymiar trwającemu konflikcie. Jednak szczegóły wciąż się rozwijają, a oficjalne potwierdzenia i niezależna weryfikacja wciąż pozostają w oczekiwaniu. Obejrzyj pełny raport (linki w podnapisach), aby poznać najnowsze informacje o Iranie, Kuwejcie, Bahrajnie, napięciach w Zatoce Perskiej, bazach morskich oraz narastającym kryzysie na Bliskim Wschodzie.
Na froncie ukraińskim rosyjskie Siły Kosmiczno – Powietrzne nasilają ataki na infrastrukturę energetyczną, transportową & militarną Ukrainy & NATO. Brak jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej zwiększa skuteczność tych działań. Obłędna zachodnia propaganda nasila kłamstwa o “ukraińskich sukcesach” wprost proporcjonalnie do klęsk banderowców na polu walki. Z punktu widzenia Polskiej Racji Stanu, taka sytuacja jest wysoce pozytywna. Kontynuacja oporu przez narkomana Zełenskego zmusza Rosjan do ostatecznej likwidacji tego, co jeszcze pozostało z państwa Bandery. Karykaturalną ilustracją, jak naprawdę NATO traktuje Ukrainę, jest decyzja z Ankary o przekazaniu Kijowowi “licencji” na produkcję platform Patriot.Ponieważ Zachód wystrzelał się już z nich wszystkich, a amerykański przemysł zbrojeniowy produkuje zaledwie kilkadziesiąt sztuk rocznie w sieci kilkuset fabryk podwykonawców, to Trump wspaniałomyślnie zezwolił Kijowowi na uruchomienie własnej produkcji na terenie Ukrainy. Ciekawe będzie zobaczyć gdzie & w jakim czasie rozmieści się fabryki systemów na terenie Banderowszczyzny. Kto będzie je produkować? W jaki sposób Kijów przekona Rosję o konieczności wstrzymania się z atakami na te nowe obiekty militarne? Teatr absurdu rozgrywający się na naszych oczach osiągnął nowe szczyty. Niepokojące jest to, że zachodnia opinia publiczna nie widzi w tym obłędnym cyrku niczego nienormalnego! Udowadnia to oczywistą tezę, że masowa narkomania na Zachodzie musi owocować delirycznymi rezultatami!
Budżet się nie domyka, ale rząd-nierząd ma to w… głębokim poważaniu. Unia Europejska mogłaby to zauważyć, ale dopiero gdyby Polakom zamarzył się własny rząd. Na razie spoko, bo ten rząd się wyżywi, jak mawiał niewysoki, ale wielkouchy klasyk systemu.
Wystarczy każdego Polaka obwinić o cokolwiek i nałożyć grzywnę, od której będą naliczane codzienne odsetki za zwłokę. Taki dług dla większości obywateli naszego kraju będzie nie do spłacenia. Europejczycy polskiego pochodzenia będą oczywiście zwolnieni z takiej powinności. Miejmy na uwadze, że w każdej chwili tak może zadziałać prawo, jak Tusk je chce rozumieć.
Co bym zrobił, gdybym był wrogiem Polski? Takie pytanie zadał sobie i na nie odpowiedział 100 lat temu Roman Dmowski. To co on rozważał teoretycznie, ekipa Tuska wprowadza w życie. Czy jest to coś nowego, czy też powinniśmy przywyknąć do braku własnego państwa? Jeden rozbiór więcej, co to za różnica? Potem będą oczywiście powstania i zrywy narodowe, aby naprawić głupotę i popełnione, albo wymuszone przez zdrajców Polski błędy.
Drugie dno ‒ Dlaczego tylko drugie? – spytała Małgorzata. – W bezdennej demokracji, jak sama nazwa wskazuje, żadnego dna nie ma.‒ Ale nie wiadomo jak Donald je rozumie – powiedział DUCH CZASU. ‒ Jest więcej słów zaczynających się na literę d, których Donald zdaje się nie rozumieć. ‒ Na przykład? ‒ Detoksykacja kraju z drani i durni. ‒ Jeśli dra nie i Dur nie, to co pozostaje? ‒ Niezawodny Covid. ‒ Myślisz, że jeszcze zadziała?
***
Na koniec przesyłam projekt okładki książki, którą zamierzam wydać. Proszę o opinię czy się Państwu podoba.
Włochy coraz wyraźniej mówią „dość” niekontrolowanej migracji. Według sondażu Euromedia Research, na który powołuje się Breitbart.com, aż 73% Włochów uważa, że nielegalni imigranci powinni zostać deportowani do krajów swojego pochodzenia.
57% postrzega nielegalną migrację negatywnie, zaledwie 14% pozytywnie. Szeroka zgoda ponad podziałami politycznymi pokazuje, że problem masowej migracji islamskiej dotyka większości społeczeństwa – także części elektoratu centrolewicy.
Migracja i rosnące wyzwania
W latach 2024–2025 do Włoch przybywało morzem około 66 tysięcy migrantów rocznie. To głównie młodzi mężczyźni z krajów muzułmańskich i afrykańskich. Liczba muzułmanów w kraju przekracza już 1,5–2 miliony. Przy braku formalnego uznania islamu przez państwo oficjalnych meczetów jest bardzo mało, jednak mnożą się prowizoryczne miejsca kultu w garażach i magazynach.
Taka sytuacja budzi obawy o przyszłość włoskiej kultury, tradycji i chrześcijańskiego dziedzictwa. Integracja w wielu przypadkach postępuje zbyt wolno, a niektóre środowiska tworzą zamknięte społeczności.
Dramatyczny przykład – brutalny atak w Mediolanie
W ostatni weekend w Mediolanie doszło do bestialskiego ataku. 22-letni Lamin Saidilly, urodzony we Włoszech w rodzinie imigrantów z Gambii, bez żadnego powodu zaatakował nożem 55-letniego Gerardo Pastore. Mężczyzna jadł śniadanie w kawiarni La Giada razem ze swoim starszym ojcem. Napastnik zadał ofierze około dwudziestu ran kłutych w głowę, szyję, klatkę piersiową i brzuch. Nie doszło wcześniej do żadnej kłótni – mężczyźni się nie znali.
Saidilly został obezwładniony przez trzech obywateli Egiptu, którzy przebywali w lokalu. Po aresztowaniu miał powiedzieć policji: „Dobrze się bawiłem, jak tylko wyjdę, zrobię to znowu”. Ofiara przeszła kilka operacji i choć nie jest już w stanie krytycznym, jej stan nadal budzi obawy. Włoskie media, w tym Rai News, opublikowały nagranie z monitoringu pokazujące całe zdarzenie.
Takie incydenty pokazują realne konsekwencje braku kontroli nad migracją i nie bez powodu podsycają społeczny niepokój.
Bezpieczeństwo i przestępczość
Chociaż ogólny poziom przestępczości spada od lat, cudzoziemcy są nadreprezentowani w statystykach. Przy 8–10% populacji popełniają około 30% przestępstw – szczególnie rozbojów, kradzieży i handlu narkotykami. W więzieniach obcokrajowcy stanowią 30-34% osadzonych. Te dane przekładają się na realne poczucie braku bezpieczeństwa wśród mieszkańców.
Polityka rządu i dalsze oczekiwania
Rząd Giorgii Meloni osiągnął częściowe sukcesy – dzięki porozumieniom z Libią i Tunezją liczba migracji spadła niemal o połowę, a deportacje wzrosły. Mimo to napływ islamskich migrantów nadal przewyższa liczbę deportacji (ok. 6 tys. deportacji wobec ponad 66 tys. przybyłych). Wygląda na to, że nowe rozwiązania, takie jak ośrodki w krajach trzecich (np. Albania), idą we właściwym kierunku.
Po stronie prawicy rosną głosy domagające się więcej – m.in. szerszej remigracji nielegalnych migrantów oraz tych, którzy nie potrafią dostosować się do włoskich realiów, a także silniejszego wsparcia dla dzietności rdzennych Włochów. Jak podaje Breitbart.com, te nastroje prowadzą do powstania nowych ugrupowań na prawicy.
Potrzeba zdecydowanych działań
Włosi jasno komunikują swoje oczekiwania: chcą ochrony granic, porządku i zachowania charakteru swojego kraju. Niekontrolowana masowa migracja islamska niesie ryzyko dalszego wzrostu napięć społecznych, kosztów oraz zmian w codziennym życiu.
Kluczowe będą:
Skuteczne deportacje nielegalnych migrantów;
Wymagająca integracja osób legalnie przebywających na terenie Włoch, z poszanowaniem włoskiego prawa i norm;
Nadzór nad miejscami kultu i ograniczenie obcego wpływu finansowego.
Ponad 70 % włoskiego społeczeństwa popiera twarde działania. Politycy powinni to uszanować i działać konsekwentnie – zanim problemy przybiorą jeszcze większą skalę, jak ma to miejsce w krajach Europy Zachodniej.
Stanisław Michalkiewicz miesięcznik „Magazyn Polonia” 9 lipca 2026michalkiewicz
1 lipca w szwajcarskim Econe wyświęconych zostało czterech biskupów. Nie byłoby może w tym nic osobliwego, gdyby nie okoliczność, że ci biskupi zostali wyświęceni wbrew stanowisku Stolicy Apostolskiej oraz samego papieża Leona XIV, który dwa dni wcześniej osobiście prosił władze Bractwa św. Piusa X, by wstrzymały się z tą czynnością. Ale rozpędzonego parowozu dziejów już nie udało się zatrzymać, święcenia się odbyły, w związku z czym zarówno konsekrowani biskupi, jak i ci, którzy ich wyświęcili, a także przewielebne duchowieństwo, biorące udział w uroczystości – wszyscy zostali objęci ekskomuniką. Jeśli chodzi o cywilów, to znaczy – zwykłych uczestników uroczystości, to ich sytuacja nie jest jasna. O ile przystąpili do Bractwa formalnie [prostuję: Członkowie Bractwa to księża, zakonnicy i zakonnice. Reszta – to wierni. md], to ekskomunika ich również obejmuje, a jeśli nie – to nie – z tym jednak, że uczestnicząc w nabożeństwach odprawianych przez duchownych z Bractwa, nie tylko popełniają grzech ciężki, ale w dodatku takie sakramenty, jak spowiedź, czy małżeństwo „nie są ważne”. W ten sposób Bractwo św. Piusa X dołączyło do 50 tysięcy tzw. „denominacji” chrześcijańskich. Najliczniejszą wśród nich stanowią oczywiście katolicy (1,2 miliarda), a według szacunkowych danych, liczba katolików skupionych wokół Bractwa wynosi około 300 tysięcy i stale rośnie [uczciwe oceny podają na 2025 ok. 600 000 md] .
Historia Bractwa sięga II Soboru Watykańskiego, na którym wyraźnie zarysowały się dwa nurty – postępowy i tradycyjny. Z książki Roberta de Mattei o II Soborze Watykańskim wynika, że te stronnictwa uformowały się niemal od początku Soboru, przyjmując z czasem charakter coraz bardziej konspiracyjny. O ile jednak konspiracja „tradycjonalistyczna” zakończyła się wraz z Soborem, o tyle konspiracja postępowców przetrwała po Soborze w postaci tzw. „ducha Soboru”. Ów „duch Soboru” na przykład sprawił, że np. praktyka liturgiczna poszła w stronę zupełnie inną, niż przewidywały soborowe konstytucje. Na przykład jeśli chodzi o języki narodowe, to konstytucje soborowe mówiły o wyjątkowym ich dopuszczeniu w liturgii, a nawet tam, gdzie zostały one dopuszczone, wierni powinni znać modlitwy i śpiewy po łacinie.
Tymczasem pod wpływem „ducha Soboru” praktyka poszła w całkiem innym kierunku i łacina została praktycznie z liturgii wyrugowana. Ponieważ pamiętam czasy przedsoborowe, to mogę potwierdzić, że tradycyjna liturgia miała swoje dobre strony. Miedzy innymi taką, że katolik, gdziekolwiek by się nie znalazł – był u siebie – ponieważ w każdym kościele modlono się po łacinie. Dzięki temu nawet w zapadłej, wiejskiej parafii, było grono osób, ministrantów, i członków parafialnego chóru, które kościelną łacinę musiały znać.
Kiedy zapisałem się do ministrantów, zanim wolno było nam nałożyć komżę, musieliśmy zdać egzamin z ministrantury – a nie była to formalność, bo opiekujący się nami ks. Tadeusz Szyprowski, był pod tym względem wymagający. Nawiasem mówiąc, wtedy klerycy w seminariach musieli uczyć się też języka hebrajskiego, w związku z tym ks. Szyprowski wspominał ówczesną przyśpiewkę: „kto się uczy hebrajskiego, musi być chłopak nie kiep. Albo musi dobrze wkuwać, albo mieć żydowski łeb”. Widocznie jednak ta dość powszechna, chociaż oczywiście – powierzchowna – znajomość łaciny wśród parafian, komuś przeszkadzała, więc „duch Soboru” zrobił, co, do niego należało.
W reakcji na działalność „ducha Soboru” arcybiskup Marcel Lefebvre zainicjował ruch przywiązania do tradycji katolickiej, początkowo kładąc nacisk przede wszystkim na liturgię, ale z czasem również obejmując inne, nie tyle może ustalenia II Soboru Watykańskiego, co następstwa działania „ducha Soboru”. W rezultacie coraz więcej katolików, którzy zaczęli nabierać wątpliwości, czy przypadkiem Kościół nie jest sprowadzany na manowce, zaczęło szukać ratunku w przywiązaniu do tradycji.
Jest to szczególnie widoczne w seminariach; o ile w „zwyczajnych” seminariach często brakuje kandydatów i albo trzeba je zamykać, albo łączyć, o tyle w seminariach prowadzonych przez Bractwo nie ma problemów z kandydatami do stanu duchownego. Najwyraźniej tradycja dostarcza ludziom poczucia pewności, podczas gdy wysocy przedstawiciele Kościoła posoborowego zaczynają dostarczać parafianom rozterek. Mogliśmy się o tym przekonać całkiem niedawno, gdy Episkopat przed Wielkanocą ogłosił „List” – ponoć inspirowany przez JE Grzegorza kardynała Rysia. Mogliśmy tam przeczytać, że „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe” interpretacje Ewangelii. Chodziło o interpretacje, które nie podobały się Żydom. Skoro, tak czy owak, te „niewłaściwe interpretacje” się jednak zdarzały, to skąd można mieć pewność, że interpretacje dzisiejsze są na pewno prawidłowe? Takiej pewności już nigdy nie odzyskamy, więc w ten sposób Kościół, a konkretnie – przedstawiciele hierarchii, już nie dostarczają katolikom pewności, tylko rozterek.
Czy jednak Kościół dostarczający swoim wyznawcom rozterek, będzie im do czegokolwiek potrzebny? Rozterek ludzie mają wystarczająco dużo i bez Kościoła, więc jeśli również on zacznie im te rozterki mnożyć, to przestanie być potrzebny tym bardziej, że już dzisiaj można zauważyć malejącą liczbę ludzi naprawdę pragnących żyć wiecznie. Coraz więcej pragnie tylko żyć długo – co widać choćby po zainteresowaniu rozmaitymi cudownymi dietami – ale perspektywa życia wiecznego jak gdyby traciła na atrakcyjności. Tymczasem – jeśli podejść do sprawy od strony komercyjnej – nadzieja życia wiecznego jest głównym, a może nawet jedynym towarem, który Kościół ma do zaoferowania. Toteż nic dziwnego, że w samym Kościele, to znaczy – wśród przewielebnego duchowieństwa – możemy zauważyć dwa nurty; albo skupienie się na władzy i dyscyplinie, albo – na rozmaitych socjotechnikach, między innymi – na schlebianiu sodomczykom i gomorytkom, których związki wolno przewielebnemu duchowieństwu „błogosławić” – cokolwiek by to miało znaczyć.
No a w naszym nieszczęśliwym kraju mamy jeszcze i ten problem, że niektóre środowiska katolików zawodowych, jak na przykład – środowisko „Dygotnika Powszechnego” – ale nie tylko – ćwierkają z klucza nastrojonego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, który wobec tubylczych katolików ma swoje plany, niekoniecznie natury zbawiennej. Właśnie trzy Eminencje skierowały do parafian przestrogę, by nie praktykowały „złej” pamięci, tylko tę „dobrą”. Chodzi oczywiście o stosunki polsko-ukraińskie.
Pikanterii tej przestrodze dodaje okoliczność, że jej sygnatariuszami są nie tylko trzy Eminencje tubylcze, ale również – JE abp. Szewczuk, zwierzchnik Kościoła Grekokatolickiego na Ukrainie, który asystował prezydentowi Zełeńskiemu, gdy ten ogłaszał swoją decyzję o utworzeniu Panteonu z ukraińskimi herojami, wśród których prawie na pewno znajdzie się Stefan Bandera.
[Przeczytałem : Drastyczny wzrost cen pelletu w środku lata. Wszystko przez rząd Tuska.
[Ponieważ to ja wprowadziłem kotły ogromnej sprawności na odpady drewna, więc na b. tanie paliwo w latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku, a „władze” to bardzo blokowały, chciałem się dowiedzieć, jak jest teraz. Tłumaczyłem , też na kursach dla „ekologów”, że to najtańsze paliwo dodatkowo powoduje zero emisji netto CO2, i zero emisji SO2. Chyba szatan ich oślepia. Mirosław Dakowski]
Szacunkowo 1,5–2,5 mln kotłów/pieców na drewno kawałkowe, gałęzie, odpady drewna i podobną biomasę (znacznie więcej niż na pellet).
Kotły na pellet: Według Twojego pytania i aktualnych doniesień z 2025/2026 – ok. 450 tys. gospodarstw domowych (głównie nowoczesne, automatyczne kotły, często z programu Czyste Powietrze). Liczba szybko rośnie od kilku lat dzięki dotacjom. [ano właśnie gnojki kolektywistyczne.. Nie lubicie rozwoju naturalnego. MD]
Kotły/palniki na drewno kawałkowe (kawałki, gałęzie, odpady drewna): Dane z Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków (CEEB, głównie z 2022–2023, ale struktura zmienia się powoli) wskazują na:
Ponad 1,8 mln kotłów wykorzystujących drewno kawałkowe (w tym wiele wielopaliwowych /”wszystko-palnych”, które spalają też gałęzie, odpady drewna, czasem inne rzeczy).
Drewno kawałkowe dominowało w starszej bazie kotłów na paliwa stałe (ok. 37% deklaracji paliwowych w kotłach).
Nowe instalacje (zwłaszcza zgazowujące drewno klasy 5/Ekoprojekt) są mniej liczne niż pelletowe, ale baza starych i średnio-nowych kotłów na drewno jest ogromna – wiele z nich nadal działa, szczególnie na wsiach i w mniejszych miejscowościach.Dlaczego różnica jest tak duża?
Kotły na drewno (kawałkowe, zasypowe, zgazowujące) to tradycyjna, tańsza opcja – często starsze instalacje lub wielopaliwowe „janusze” (oficjalnie na drewno/pellet, w praktyce na co popadnie). Wiele gospodarstw ma dostęp do własnego drewna z lasu, sadu czy odpadów.
Pellet wymaga kupna paliwa i nowocześniejszego (droższego) kotła automatycznego – dlatego boom jest nowszy i napędzany dotacjami.
W programie Czyste Powietrze kotły na biomasę (pellet + drewno kawałkowe) dominują (nawet 70–80% wniosków w niektórych okresach), ale pellet rośnie szybciej. businessinsider.com.pl
Dodatkowe szacunki
Razem kotłów na paliwa stałe w CEEB: kilka milionów (w tym węglowe jako większość).
Kominki, kozy, piece kaflowe na drewno: dodatkowe 1–1,5 mln+ (nie zawsze liczone jako główne źródło ogrzewania).
„Inna biomasa” (gałęzie, zrębki, odpady) – setki tysięcy, często w tych samych wielopaliwowych urządzeniach.
Podsumowując: Kotłów na drewno/odpady drewniane jest 3–5 razy więcej niż na pellet (raczej bliżej dolnej granicy po wymianach kopciuchów, ale baza jest ogromna). Dokładna aktualna liczba nie jest publicznie precyzyjna (CEEB nie jest w 100% kompletny), ale drewno kawałkowe nadal mocno dominuje w polskim ogrzewaniu indywidualnym.
Przerywamy program, aby ogłosić, że kotka objęta porozumieniem MoU wybudziła się ze śpiączki i praktycznie nie wykazuje oznak życia.
To było całkowicie przewidywalne.
Barbarzyński Pawian i jego poplecznicy złamali obietnicę zawieszenia sankcji naftowych wobec Iranu. Zobowiązanie to zostało anulowane przez Ministerstwo Finansów.
Złamali kruche zawieszenie broni, atakując bazy na południowym wybrzeżu Iranu; Iran zareagował; to samo zrobiły Stany Zjednoczone; i drabina eskalacji znów zaczęła działać.
Złamali porozumienie w sprawie przepłynięcia przez Cieśninę Ormuz, dokonując poważnych prowokacji tankowcami. Marynarka IRGC odpowiedziała w ten sam sposób.
Za pośrednictwem kultu śmierci złamali obietnicę zawartą w porozumieniu, zakładającą zakończenie wojny „na wszystkich frontach, w tym w Libanie”.
Barbarzyński Pawian z wielką pompą podpisał memorandum o porozumieniu w Wersalu i złamał je w typowy dla siebie okrutny i podły sposób podczas długich ceremonii żałobnych po zamordowanym przywódcy ajatollahu Chameneim – podczas gdy dziesiątki milionów Irańczyków, wraz z Irakijczykami w Nadżafie i Karbali, wykazały się całkowitą jednością narodową.
Całkowita kontrola Iranu nad Cieśniną Ormuz powróciła.
A Bab el-Mandab może być następny.
Wszystko to działo się równolegle ze szczytem NATO w Ankarze, gdzie Trump, kipiąc z wściekłości i histerycznie wściekły, ogłosił zakończenie zawieszenia broni i, w stylu neo-krassusa, nazwał irańskich polityków „szumowinami” i „kłamcami”, „złymi, brutalnymi ludźmi”. Nie wspominając o jego narcystycznej auto-projekcji.
Jakże trafne było to, że „Bawian z Barbarii” zaostrzył wojnę bezpośrednio ze szczytu Północnoatlantyckiej Organizacji Terrorystycznej. Celami CENTCOM-u są irańska infrastruktura cywilna i korytarze komunikacyjne. Potwierdzona taktyka terrorystyczna.
Należy zawsze podkreślać, że wojna NATO przeciwko Rosji i amerykańska wojna przeciwko Iranowi są pochodnymi tej samej wojny imperialnej przeciwko suwerennym państwom cywilizacyjnym, które są głęboko osadzone w integracji euroazjatyckiej.
Kluczowa kwestia dotycząca tego okropnego Sekretarza Generalnego NATO, Tutti Frutti al-Ruttiego, który wygadał się, opisując Europę jako „świetną platformę do projekcji siły dla Stanów Zjednoczonych”: w końcu „5000 samolotów wystartowało z europejskich lotnisk”, aby wesprzeć amerykańską wojnę z Iranem.
Oto, co każdy na Zachodzie, którego IQ przekracza 50, powinien zrozumieć: NATO to nic więcej niż zwasalizowana platforma startowa dla imperium chaosu, grabieży i piractwa.
Pawian z Barbarii nie był pod wrażeniem holenderskiego błazna. Wręcz przeciwnie, ostro skrytykował Włochy – „bardzo źle” – za nieotwieranie baz; Wielką Brytanię za otwarcie zaledwie kilku; zagroził Hiszpanii bojkotem handlowym, ponieważ Madryt zamknął swoją przestrzeń powietrzną na czas wojny w marcu ubiegłego roku; i dodał, że „potrzebuje” pożreć Grenlandię.
Tak oto Imperium traktuje wasalną „platformę”: jako „śmieci”.
NATO do Europejczyków: „Niech jedzą drony”
Zwięzły nagłówek opisujący szczyt NATO w Ankarze brzmi: „Niech jedzą drony”. Przesłanie to jest skierowane do każdego europejskiego podatnika, ze wszystkich klas społecznych.
NATO chce, aby każde państwo członkowskie przekształciło się w gospodarkę wojenną, w której każdy kraj będzie wydawał oszałamiające 5% swojego PKB na goszczenie baz USA, które służą do atakowania przysłowiowych „zagrożeń egzystencjalnych” dla imperium: Rosji, Iranu i Chin.
Podążaj za pieniędzmi. Nie ma pieniędzy. Żadne z tych bezbronnych państw członkowskich nie jest nawet bliskie osiągnięcia progu 5% PKB dla wydatków na zbrojenia. Żadne z nich nie jest na tyle głupie, by wierzyć, że musi iść na wojnę z Chinami. Są kompletnie zdezorientowane, jak zareagować na ogromną strategiczną porażkę Iranu zadaną Stanom Zjednoczonym.
Ale wszyscy byli w dobrych nastrojach, gdy chodziło o kontynuowanie wojny z Rosją – o której każdy przytomny umysł wie, że jest przegrana – i o wpompowanie kolejnych 70 miliardów dolarów w czarną dziurę Ukrainy, aby trwała ona do ostatniego Ukraińca.
Porównajmy teraz całą tę zachodnią, złożoną demencję z zadziwiającym widokiem milionów ludzi na ulicach Teheranu, Kom i Meszhedu – a także Nadżafu i Karbali w Iraku – oddających hołd zmarłemu, zamordowanemu przywódcy ajatollahowi Chameneiemu.
Nie można wyobrazić sobie bardziej trafnego obrazu walki cywilizacji z barbarzyństwem.
Ceremonia pożegnalna w sanktuarium Abbash w Karbali podkreśliła głęboką więź łączącą kluczowe ośrodki religijne/duchowe w Iranie i Iraku: krótko mówiąc, jedność szyitów, która jest również demonstracją miękkiej siły, ponieważ sunnici i chrześcijanie również oddali mu hołd.
Tłumaczenie: Skraj salafitów i dżihadystów został zepchnięty na śmietnik historii. I to jest główny powód, dla którego zwykli podejrzani musieli spanikować i wznowić swój kinetyczny atak na Persję. Po prostu nie mogą sobie pozwolić na regionalne odrzucenie ich barbarzyństwa w całej Azji Zachodniej.
To prowadzi nas do typowych podejrzanych, którzy wykorzystują bazy i przestrzeń powietrzną Kataru (Al Udeid) i Arabii Saudyjskiej (Prince Sultan) do atakowania celów irańskich i wzniecania na nowo podziałów i dominacji arabsko-perskiej oraz szyicko-sunnickiej.
Kilka tygodni temu Teheran osiągnął porozumienie zarówno z Katarem, jak i Abu Zabi: Iran nie zbombarduje ich w zamian za uwolnienie zamrożonych irańskich funduszy. To samo dotyczyło Rijadu – w zamian za poprawę stosunków dyplomatycznych. Pakistańscy mediatorzy pracują teraz na najwyższych obrotach, próbując poskładać Humpty Dumpty z powrotem do kupy.
Ostatni niezwykły czyn Chameneiego
Będziemy musieli raz po raz wracać do znaczenia wielomilionowego, rozległego marszu na rzecz zjednoczenia narodu, zapoczątkowanego rytuałami/ceremoniami związanymi z zamordowaniem ajatollaha Chameneiego.
Nie był to jedynie hołd – złożony przez przedstawicieli wszystkich środowisk – jednemu z najważniejszych intelektualistów/polityków końca XX i początku XXI wieku.
Ponad 100 krajów wysłało na uroczystości delegacje wysokiego szczebla. Reprezentowano najwybitniejsze osobistości Globalnego Południa. Rosja wysłała drugiego w swoim rządzie przedstawiciela Miedwiediewa Unpluggeda jako osobistego wysłannika Putina. Chiny wysłały swoich wysoko postawionych przedstawicieli parlamentu. Pakistan wysłał swojego premiera wraz z potężnym feldmarszałkiem Asimem Munirem.
Azja Środkowa, Kaukaz, Azja Zachodnia, a nawet wiceminister spraw zagranicznych talibów – wszyscy tam byli. Żaden wasal NATO nie wysłał delegacji. Cóż, irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie zaprosiło żadnego kraju zachodniego, który poparł wojnę amerykańską.
Co więcej, każdy rozsądny człowiek na Globalnym Południu wie, że zachodnie „liberalne demokracje” są pogrążane w najgłębszym dole nihilistycznego upadku moralnego przez swoje niewypowiedzianie mierne elity.
Iran, przynajmniej jako wschodząca, odradzająca się potęga regionalna i mocarstwo Globalnego Południa, z w pełni potwierdzoną spójnością wewnętrzną, nawet w obliczu ogromnych wyzwań, nie potrzebuje tego. Rosja, Chiny, Pakistan, Turcja, państwa Azji Środkowej – to właśnie ta rodząca się wielobiegunowość uczestniczyła w pogrzebie i pozowała do jednego z ostatnich zdjęć Nowej Wielkiej Gry.
Zatem tak: powinniśmy postrzegać niezwykłe wydarzenia tego tygodnia w Iranie i Iraku jako ostatni – niezwykły – akt Chameneiego. Bunt. Odporność. Suwerenność. Godność. Jakby intuicja podpowiadała mu, że to nieuniknione; jakby pocieszała go myśl o ogromnym znaczeniu, jakie jego zabójstwo będzie miało dla Iranu.
Pomijając całą podłość, kłamstwa i wściekłą wściekłość, jaką wykazało to barbarzyńskie imperium, ten tydzień przejdzie do historii jako tydzień, w którym Iran umocnił swój status niezachwianego państwa cywilizacyjnego – dumnego ze swojej bogatej historii i jedności narodowej.
Nic dziwnego, że Barbarzyńcy tak bardzo boją się Persów.
No i oczywiście są jeszcze Chiny, które od samego początku popierały praktycznie martwe porozumienie, a teraz zdają sobie sprawę, że Teheran nie jest już w stanie się nim zająć.
Podczas gdy nikt nie patrzył, Pekin powiększył swój zasób płynności w juanach do 500 miliardów dolarów (podwajając kwoty Bond Connect), uruchomił centrum rozliczeniowe złota w Hongkongu i ogłosił wprowadzenie kontraktów terminowych na złoto denominowanych w juanach.
Bank Chin wyraźnie dostrzega, że globalny popyt na juana wykracza poza handel, obejmując „inwestycje, finansowanie, ustalanie cen” i, co najważniejsze, „zasoby rezerwowe”. Innymi słowy: przyspieszona dedolaryzacja. Barbarzyństwo powinno przygotować się na brutalne przebudzenie.
Wiele mówi się o nowych oświadczeniach Rubia podczas szczytu NATO dotyczących ukraińskich ataków dalekiego zasięgu. Zarówno on, jak i Trump wydawali się popierać ideę ataku Ukrainy na głęboko położone cele rosyjskie, zauważając, że ta kampania tworzy „przestrzeń” dla Rosji, która może zostać wciągnięta w negocjacje.
Bardziej fascynująca jest jednak historia stojąca za tym przekonaniem, która ujawnia tajne, zakulisowe działania USA, mające na celu umożliwienie Ukrainie wywierania większego nacisku na Rosję w celu stworzenia sobie nacisku na Putina.
Sześć miesięcy temu NYT opublikował artykuł śledczy , w którym opisano, jak CIA kontynuowała działalność na Ukrainie „z pełną mocą”, nawet po tym, jak Pentagon administracji Trumpa, za pośrednictwem Hegsetha, zaczął ograniczać swoją rolę:
Pod wieloma względami partnerstwo się rozpadało. Ale istniała kontrnarracja, rozpowszechniana w dużej mierze w tajemnicy. W jej centrum znajdowała się CIA.
Podczas gdy pan Hegseth marginalizował swoich generałów wspierających Ukrainę, dyrektor CIA, pan Ratcliffe, konsekwentnie chronił działania swoich oficerów na rzecz Ukrainy. Utrzymywał pełną obecność agencji w tym kraju; finansowanie jej programów nawet wzrosło. Kiedy pan Trump w marcu nakazał zamrożenie pomocy, armia amerykańska natychmiast wstrzymała wszelką wymianę informacji wywiadowczych. Ale kiedy pan Ratcliffe wyjaśnił ryzyko, na jakie narażeni są oficerowie CIA na Ukrainie, Biały Dom zezwolił agencji na dalsze udostępnianie informacji wywiadowczych na temat rosyjskich zagrożeń na Ukrainie.
Teraz agencja dopracowała plan, który ma przynajmniej zyskać na czasie i utrudnić Rosjanom wykorzystanie niezwykłego momentu słabości Ukraińców.
Podczas gdy uniemożliwiono użycie głównych amerykańskich systemów, takich jak ATACMS, przeciwko celom wewnątrz Rosji, CIA mogła ułatwiać misje namierzania ukraińskich dronów głęboko w Rosji:
Jedno z potężnych narzędzi, z którego w końcu skorzystała administracja Bidena – dostarczanie ATACMS i danych wywiadowczych dotyczących ataków wewnątrz Rosji – zostało skutecznie wycofane. Pozostała jednak równoległa broń – zezwolenie dla CIA i wojskowych na wymianę danych wywiadowczych dotyczących ataków oraz udzielanie wsparcia ukraińskim atakom dronów na kluczowe komponenty rosyjskiego przemysłu obronnego. Obejmowały one fabryki produkujące „energetykę” – substancje chemiczne używane w materiałach wybuchowych – a także zakłady przemysłu naftowego.
Po początkowych niepowodzeniach CIA zaczęła jeszcze ściślej współpracować z ukraińskimi odpowiednikami, co zaowocowało większymi sukcesami. I tu pojawia się sedno sprawy: CIA przyznaje, że to CIA była w zasadzie odpowiedzialna za stworzenie nowej strategii, i to za przyzwoleniem Trumpa , z uwagi na doniesienia o jego irytacji wobec Putina, który, jak sądził, go prowokował:
W czerwcu osaczeni oficerowie armii amerykańskiej spotkali się ze swoimi odpowiednikami z CIA, aby opracować bardziej skoordynowaną kampanię na Ukrainie. Miała ona koncentrować się wyłącznie na rafineriach ropy naftowej i, zamiast na dostawach zbiorników, celować w piętę achillesową rafinerii: ekspert CIA zidentyfikował typ sprzęgła, którego wymiana lub naprawa była tak trudna, że rafineria pozostawałaby wyłączona z użytku przez tygodnie. (Aby uniknąć negatywnych reakcji, nie dostarczali broni i innego sprzętu, którego sojusznicy pana Vance’a potrzebowali do realizacji innych priorytetów).
Gdy kampania zaczęła przynosić rezultaty, pan Ratcliffe rozmawiał o tym z panem Trumpem. Prezydent zdawał się go słuchać; często spotykali się w niedzielę na tee.Według amerykańskich urzędników,pan Trump chwalił ukrytą rolę Ameryki w tych ciosach dla rosyjskiego przemysłu energetycznego. Dało mu to możliwość zaprzeczenia i przewagę, powiedział panu Ratcliffe’owi, podczas gdy prezydent Rosji nadal go „oszukiwał”.
Co istotne, CIA otrzymała wówczas upoważnienie do udzielenia pomocy także w atakowaniu rosyjskich tankowców:
NATO w pełni popiera tę kampanię, mającą na celu jak największe uderzenie w rosyjskie cywilne „tyły”.
Prezydent Finlandii Alexander Stubb powiedział w wywiadzie dla FT:
„Naszym zdaniem Rosja nie zakończy tej wojny z powodu strat na polu bitwy, które oczywiście są kolosalne” – powiedział Stubb. „Nie chodzi o recesję gospodarczą. Chodzi o zmianę opinii publicznej. A opinia publiczna w Rosji właśnie się zmienia”.
Przeczytaj to jeszcze raz: NATO najwyraźniej uznało, że Rosji nie da się już pokonać militarnie , a nawet gospodarczo. Jedynym sposobem, w jaki uważają, że możliwe jest teraz skłonienie Rosji do negocjacji, jest zadawanie bólu ludności cywilnej , co – jak sądzą – odbije się negatywnie na elitach politycznych, wywierając presję na Putina, by zakończył wojnę. Wydaje się, że to zawsze będzie ostatecznym rozwiązaniem dla Imperium – jego ostatniej, ulubionej pozycji.
Problem polega na tym, jak niedawno omawialiśmy, że społeczeństwo rosyjskie jest o wiele bardziej świadome rzeczywistych konturów wydarzeń globalnych niż propagandowo propagowane społeczeństwo Zachodu. Rosjanie wiedzą, że toczą wojnę egzystencjalną pod wodzą Zachodu, której celem jest całkowite zniszczenie Rosji. W związku z tym Rosjanie nie są w żaden sposób „radykalizowani” przeciwko własnemu rządowi, a przynajmniej nie w sposób, w jaki myśli Zachód.
To mówi wszystko: „Obwinia władze rosyjskie za kryzys paliwowy – nie za to, że rozpoczęły wojnę z Ukrainą, ale dlatego, że uważa, że są „zbyt łagodne” wobec Kijowa”.
Jest to powszechny pogląd większości Rosjan.
W rzeczywistości, niedawno nawet czołowy oligarcha „rosyjskiej opozycji”, Michaił Chodorkowski, mówił o tym, jak rosyjskie społeczeństwo podzieliło się na trzy główne grupy: 15% zwolenników Zachodu, 15% „beneficjentów wojny”, którzy chcą, aby Putin jeszcze bardziej zaostrzył działania przeciwko Ukrainie, oraz 70% głównej masy, która chce zakończenia wojny, ale tylko na warunkach Rosji . Nawet ten zaciekle antyrosyjski propagandysta przyznaje teraz, że zdecydowana większość Rosjan to w gruncie rzeczy ludzie miłujący pokój, którzy nie zaakceptują kapitulacji, ani nawet pozorów kapitulacji.
„Wywieramy ogromną presję na prezydenta Putina. Nie sądzę, żeby podobało mu się to, co się dzieje” – powiedział Trump. „Ale dużo rozmawiałem z prezydentem Putinem. On chce zakończyć wojnę”.
Możemy wnioskować, że Trump chce działać przy zachowaniu maksymalnego prawdopodobieństwa zaprzeczenia, aby uzyskać wpływy na Putina i Rosję, jednocześnie zachowując ostrożność i udając, że USA nie są w pełni zaangażowane.
W najnowszym artykule FT cytowani są również ukraińscy urzędnicy, którzy twierdzą, że amerykańskie wsparcie wywiadowcze pomaga Kijowowi w wyznaczaniu najlepszych tras dla dronów na głębokie terytorium Rosji, omijając rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej i elektronicznej:
Niedawno ujawniono, że ukraińskie rakiety Flamingo po prostu wykorzystywały główne rosyjskie systemy rzeczne, aby ominąć wykrycie, ponieważ wszystkie ataki ciężkich rakiet Flamingo miały miejsce wzdłuż rzeki Wołgi:
Podczas ostatniej próby ataku zauważono rosyjski samolot A-50U AWACS, który miał odegrać kluczową rolę w wykryciu flamingów z góry i umożliwieniu ich zestrzelenia.
Jednak nawet ukraińscy eksperci nie są tak przekonani, jak sugerują popularne media, że Ukraina uzyskała tak dużą przewagę dzięki najnowszej kampanii uderzeń dalekiego zasięgu.
To obecnie przełom i staramy się maksymalnie wykorzystać tę okazję.Jednak wróg aktywnie temu przeciwdziała, i nie bezskutecznie. Niektóre sektory są już zablokowane przed Starlinkiem przez systemy walki elektronicznej (EW) i – w przeciwieństwie do nagrań pokazujących otwarcie zaparkowane przyczepy z antenami, które są atakowane – są teraz zakamuflowane.Ponadto „podziemne kompleksy”, które Rosjanie budują obecnie w dwóch poziomach, wyraźnie posiadają doły, w których będą rozmieszczać ten sprzęt walki elektronicznej. Do tej pory Rosja ma tylko kilka takich systemów i są one bardzo drogie, ale stopniowo je gromadzi.Z czasem stanie się to problemem, ponieważ jeśli Starlink zostanie zniszczony, ile naszych dronów będzie w stanie przelecieć 100 km za pomocą łączności radiowej i skutecznie trafić w cel? Niewielu.Weźmy na przykład Horneta [drona szturmowego]: aby mieć takie możliwości bez Starlinka, potrzebuje modułu komunikacyjnego, który kosztuje około 15 000 dolarów. To tylko moduł komunikacyjny – bez samego drona. Czy zamawiamy potrzebną liczbę modułów radiowych w ramach programu Współpracy Wojskowo-Technicznej? Nie wiem. Mam jednak nadzieję, że w tym zakresie zachowana zostanie równowaga.
Załogi przeciwlotnicze wroga zwiększają swoją skuteczność, a ich zdolność do przeciwdziałania naszym atakom na logistykę rośnie.Ale to nie wystarczy, aby zablokować nasze możliwości. Poza tym, logistyki jest teraz po prostu mniej i trudno trafić w cel, który nie znajduje się na drodze. Aktywność w sektorze logistycznym spadła, a liczba dronów potrzebnych do zniszczenia pojedynczego celu rośnie, ale na razie nadal dominujemy w powietrzu. Wszystko to ma znaczący wpływ, który powinien wpłynąć na punkt 1 powyżej.
Co ważniejsze, twierdzi on, że w przeciwieństwie do AFU, która wszystkie swoje siły postawiła na zagraniczny Starlink, który teoretycznie może zniknąć w każdej chwili, Rosja rozwija własną, rodzimą infrastrukturę komunikacyjną.
Przeczytaj uważnie:
3) Czynniki decydujące o losach przeciwnika.
W przeciwieństwie do nas, którzy stajemy się coraz bardziej uzależnieni od Starlinka, wróg zaczął rozwijać własną infrastrukturę komunikacyjną. Trzeba przyznać, że poczynili znaczne postępy w budowaniu sieci mesh z wykorzystaniem dronów.I to stanowi problem, ponieważ nie rozwinęliśmy się tak szybko w dziedzinie walki elektronicznej (która, nawiasem mówiąc, jest nie mniej ważna dla naszej obrony powietrznej niż drony przechwytujące).Po prostu skala inwestycji w walkę elektroniczną i bezzałogowe statki powietrzne jest zupełnie inna, więc okazało się, że jeśli bezzałogowe statki powietrzne są mieczem, a walka elektroniczna tarczą, to nasz miecz stał się ogromny, podczas gdy nasza tarcza – cóż, bardziej przypomina tarczę, żeby użyć tej analogii. Pracują nad rozwiązaniem tego problemu imam nadzieję, że przeciwdziałanie wrogim sieciom mesh dronów wkrótce osiągnie nowy poziom. W przeciwnym razie jesteśmy w kropce. Bo strzelają do nas wszelkiego rodzaju gównem – jeśli sieć mesh może choć trochę zwiększyć skuteczność tego, co do nas strzelają, to cóż.Ponadto coraz częściej na dronach pojawiają się systemy nawigacji optycznej, systemy identyfikacji obiektów i systemy przechwytywania/naprowadzania; z każdą iteracją wróg czyni je prostszymi i skuteczniejszymi, dlatego nie możemy lekceważyć najnowszych zmian ewolucyjnych w rosyjskich dronach.
Podobnie, były ukraiński naczelny dowódca Walerij Załużny napisał nowy felieton dla Telegraph, który nawet czołowi zwolennicy UA nazwali „trzeźwiącą” konfrontacją z rzeczywistością:
W swoim artykule Załużny od razu skupia się na najnowszej ukraińskiej kampanii uderzeniowej i na tym, jak doprowadziła ona do całkowitego błędnego odczytania obecnej dynamiki wojny:
Coraz większa liczba zachodnich analityków twierdzi, że Rosja de facto przegrała wojnę.
Jako dowody na to, że konflikt zbliża się do końca, wskazują na udane ukraińskie ataki na logistykę, ataki na krytyczną infrastrukturę i stałą erozję pozycji militarnej Rosji.
To niebezpieczne, błędne rozumienie wojny.
Jednym z kluczowych stwierdzeń jest to, że „skuteczne” ataki Ukrainy wiążą się z dużymi kosztami dla samej Ukrainy — nie tylko same ataki są bardzo wymagające i kosztowne dla Ukrainy, ale Rosja odpowiada jeszcze ostrzejszymi atakami:
To samo dzieje się poza linią frontu. Coraz skuteczniejsze ataki Ukrainyna rosyjską logistykę i infrastrukturę krytycznąnałożyły na Moskwę realne koszty. Ataki te są jednak kosztowne, wymagają dużego nakładu technologicznego i ostatecznie przynoszą odwet. Rosja zachowuje możliwość kontrataku z równą lub większą siłą. Żadna ze stron nie może liczyć na to, że ta forma wojny przyniesie decydujący wynik strategiczny.
Słusznie ujmuje konflikt jako wojnę na wyniszczenie, a nie jako taktyczne postępy czy ataki wizerunkowe na jakieś przedsiębiorstwo. W tej wojnie na wyniszczenie Rosja ma znaczącą przewagę:
Moskwa to rozumie. Jej strategia w coraz większym stopniu opiera się nie na szybkich postępach, ale na wyniszczeniu Ukrainy pod względem gospodarczym, militarnym i psychologicznym. Rosja wciąż dysponuje większymi rezerwami siły roboczej i potencjału przemysłowego w kilku kluczowych sektorach, w tym w produkcji pocisków balistycznych. Sama obrona powietrzna nie jest w stanie w pełni zniwelować tej przewagi.
Słusznie zauważa, że wszystkie wysiłki Ukrainy opierają się na wsparciu Zachodu i że istnieją „niepokojące oznaki napięcia” – co jest bagatelizowaniem sprawy.
Załużny nieco przeciąga słowa, ale w istocie sugeruje, że wojna toczy się teraz o całkowitą wytrzymałość społeczną i że jedynym realnym sposobem na zwycięstwo Ukrainy jest solidarność całego zjednoczonego Zachodu za pośrednictwem NATO. To prawda, co jest jednym z powodów, dla których Putin nie miał problemu ze spowolnieniem tempa wojny na polu bitwy, aby zrównoważyć ekonomiczne i społeczne aspekty szerszej walki na dłuższą metę , zakładając, że Europa nie przetrwa Rosji politycznie i gospodarczo.
Jak dotąd wydaje się to słuszne, ale nie powstrzymuje Zachodu przed skorygowaniem swojego podejścia i teraz skupia się na szkodzeniu Rosji właśnie w tym kluczowym punkcie: jej gospodarce i społeczeństwie, zamiast koncentrować się na stratach na polu bitwy, z czego Zachód już zrezygnował, gdy zdał sobie sprawę, że wszystkie jego „wunderwaffen” okazały się bezużyteczne i niewiele zmieniły w wojnie.
W przypadku Ukrainy sytuacja na polu bitwy stale się pogarsza, a jedyną rzeczą, jaka jej pozostała, jest kampania mająca na celu „zmusić rosyjskie społeczeństwo do poczucia bólu”.
Antyrosyjski portal Meduza ujawnił dziś, że sytuacja terytorialna nadal zmienia się na korzyść Rosji, a siły rosyjskie ponownie nabierają tempa na froncie:
3 odpowiedzi Replies· 23 reposty Reposts· 79 polubień Likes
Zachód stoi teraz przed trudnym wyborem: aby uratować Ukrainę, musi w pełni zaangażować się w pomoc Ukrainie w osiągnięciu bezprecedensowego poziomu „cierpienia” dla rosyjskiego społeczeństwa i gospodarki. Jednak każda eskalacja zbliża Ukrainę do przepaści, a Putin jest coraz bardziej naciskany, by zdjąć rękawice.
Niektórzy uważają teraz, że rządzą „siłowicy”, a Putin stracił wpływy. To pobożne życzenie, ale gdyby to była prawda, oznaczałoby to, że Ukraina będzie miała trudny koniec roku. A biorąc pod uwagę, że wojna między USA a Iranem znów się rozpoczęła, Patriotów będzie brakowało w czasie, gdy Rosja produkuje Iskandery jak nigdy dotąd.
Ostatni, aktualny film, który pokazuje, jak daleko są gotowi posunąć się Europejczycy. Rosyjscy agenci GRU, „komicy” Vovan i Lexus – podszywający się pod byłego ministra obrony Ukrainy, Rustema Umerowa – niedawno oszukali estońskiego doradcę prezydenta, Madisa Rolla, i zmusili go do przyznania, że Estonia jest gotowa pomóc Ukrainie w jej atakach na Rosję.
Trudno co prawda stwierdzić na pewno, co miał na myśli, oferując pomoc w „koordynowaniu” takich działań, ale jest oczywiste, że za kulisami Europejczycy są o wiele bardziej chętni i tolerancyjni wobec Ukrainy, niż przyznają publicznie.
Dlaczego Rosja nie „atakuje Europy” w odpowiedzi?
Istnieje wiele możliwych powodów, ale jednym z bardziej prawdopodobnych jest to, że Rosja jest przekonana o swojej zdolności do pokonania Ukrainy bez konieczności eskalacji konfliktu w kierunku III wojny światowej. Wewnętrzni eksperci rosyjskiego Ministerstwa Obrony prawdopodobnie przewidują upadek Ukrainy na długo przed tym, zanim Rosja zostanie doprowadzona do takiego stanu wyniszczenia, że będzie musiała przeprowadzić „desperacki” atak nuklearny lub atak na NATO.
Tekst dedykowany wszystkim tym, których ktoś nazwał „nostalgikami zupy pierwotnej”.
Po długich dyskusjach z zwolennikami darwinizmu uznano, że teoria ewolucji pozostaje całkowicie słuszna i zasługuje na pełen szacunek każdego inteligentnego umysłu.
Oto krótkie jej podsumowanie, na podstawie tego, co udało się zrozumieć:
Pierwsze cząsteczki istniały po prostu dlatego, że tam były, zgodnie ze znaną zasadą antropiczną (gdyby ich nie było, nie wiedziałbyś o tym, ale skoro o tym wiesz, to znaczy, że istniały). Stworzenie pierwszego białka poprzez trafne ułożenie precyzyjnej sekwencji 238 aminokwasów we właściwej kolejności było, jak przyznano, pewnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności; ale od tego momentu do powstania pierwszych form życia jednokomórkowego wystarczyła zaledwie chwila.
Wiadomo bowiem, że w takich warunkach – gdzie wszędzie pełno błyskawic, grzmotów i magmy – wystarczy, że kazeina przejdzie obok rodopsyny, a od razu powstaje ameba. Aby przejść do rozmnażania płciowego, wystarczyło, że ameba spojrzała w lustro, spodobała się sobie i postanowiła zaprosić się tego wieczoru na kolację. DNA powstało przez przypadek, w niedzielne popołudnie, podczas zderzenia dwóch autokarów wiozących zasady nukleotydowe, które wracały z nostalgicznej wycieczki do pierwotnego stawu. Wszystkie adeniny zderzyły się z tyminami, a guaniny z cytozynami. Biedne zwłoczki były tak splątane ze sobą, że inspektorzy RNA (Road National Assistance) zrezygnowali z ich rozdzielania. Sfotografowali całość w dwóch egzemplarzach i wysłali do centrali.
Od owego dnia, wraz z DNA kontrolującym ewolucję, wszystko zaczęło przebiegać we właściwym tempie. W końcu do pojawienia się Busha brakowało jedynie trzystu milionów lat i nie było już więcej czasu do stracenia na przypadkowe próby.
Przez jakiś czas wszystko szło dobrze, a „przypadkowe mutacje” za każdym razem dawały dokładnie to, czego potrzeba było aby ewoluować, ale po pewnym czasie, w obawie, że może się nie udać, DNA zdecydowało się na wielokrotny rzut kostką, który na szczęście zakończył się sukcesem: za jednym zamachem pojawiło się dwadzieścia różnych rodzajów glonów, konik morski, trzy rekiny, szesnaście sardynek, ryba młot i wspaniała tybetańska puma.
Na pytanie rekina, który zapytał ją: „Przepraszam, ale czym ty właściwie jesteś?”, puma odparła zirytowana: „Pilnuj twojego nosa, nie widzisz, że jestem skokiem kwantowym?”.
Wieść rozeszła się szybko po Ziemi, a od tamtej chwili przyspieszenie stało się nieodwracalne (znane jako słynne przyspieszenie kambryjskie). Wszyscy zaczęli walczyć o przetrwanie gatunku, wykorzystując mrożące krew w żyłach mutacje genetyczne. Krokodyle, które ryzykowały wszystko, by stać się hipopotamami (czyż dla stworzeń wodnych nie jest ogromną zaletą widok z góry?), krępe osły i muły, które prosiły, by kładziono im jedzenie na najwyższych półkach, by wydłużyć szyję i stać się wspaniałymi żyrafami. Wiewiórki, zmęczone upadkami na ziemię za każdym razem, gdy skakały z gałęzi na gałąź, wykształcały nowe tkanki pod pachami i stawały się nietoperzami.
Kiedy potem ryba-młot zamieniła się w żabę, przemiana nastąpiła tak szybko, że nikt tego nie zauważył, a zanim reszta zdążyła wyskoczyć z wody (w niektórych przypadkach mutacje można wywołać samodzielnie, nawet trzysta naraz – wystarczy wypełnić odpowiedni formularz), ta już stała się dinozaurem.
„O kurczę” – powiedziała sardynka, która w międzyczasie zamieniała się w orła cesarskiego – „ten tam, ależ on szybko ewoluuje!».
Dinozaur, oszołomiony swoją popularnością, podjął wówczas próbę niespotykanego dotąd skoku kwantowego i postanowił od razu zostać księgowym w IBM: utknął jednak w połowie drogi i stał się nędznym Africanus Affarensis (autor łączy i parodiuje https://en.wikipedia.org/wiki/Australopithecus_africanushttps://en.wikipedia.org/wiki/Australopithecus_afarensis, tworząc coś w rodzaju “Afrykańczyka Byznesmena” (affare – interesy)), podczas gdy jego gatunek nagle wyginął (niektóre osobniki znaleziono z jedzeniem w żołądku jeszcze niestrawionym)
W każdym bądź razie od Affarensis’a do Leonarda da Vinci droga była krótka, i oto mamy wyjaśnienie ewolucji gatunków.