Szwajcarska miejscowość Porrentruy wprowadziła zakaz wstępu dla cudzoziemców na odkryty basen. Wg oficjalnego komunikatu decyzję taką podjęto po serii „incydentów z udziałem młodych przyjezdnych”.
Od 1 lipca z kąpieliska na odkrytym basen w szwajcarskiej miejscowości położonej w pobliżu granicy z Francją korzystać wyłącznie obywatele Szwajcarii, osoby posiadające stały pobyt lub zatrudnione na podstawie szwajcarskiej umowy o pracę.
Turystom z zagranicy pozostaje jedynie furtka w postaci rezerwacji noclegu w hotelu bądź na kempingu, co po okazaniu specjalnej karty wstępu umożliwia jednorazowe wejście na teren basenu.
Jak tłumaczy magistrat w oficjalnym komunikacie, regulamin zaostrzono po serii incydentów z udziałem młodych przyjezdnych, głównie z pobliskich francuskich miasteczek. Według relacji cytowanych przez dziennik „Le Quotidien Jurassien” i portal Watson, cudzoziemcy mieli nagminnie łamać zasady porządku publicznego: nękać młode kobiety, używać wulgarnego języka, a po upomnieniach ratowników reagować agresją.
FLASH – Suite à des incivilités répétées (harcèlement, langage inapproprié, violences) venant principalement de jeunes Français frontaliers, Porrentruy (JU) limite l’accès de sa piscine aux Suisses, résidents et frontaliers munis d’un permis de travail, du 4 juillet au 31 août.
1,6 mln wyświetleń
—————————————
Od początku sezonu ratownicy oraz ochroniarze byli zmuszeni wielokrotnie wyrzucać z obiektu osoby, które nie stosowały się do regulaminu. Władze gminy podkreślają, że indywidualne zakazy nie powstrzymały eskalacji problemu.
Zakaz, który ma obowiązywać do 31 sierpnia, został wprowadzony w trybie pilnym, by – jak podkreślają urzędnicy – „zapewnić bezpieczeństwo i komfort stałym użytkownikom”.
(Bitwa pod Kłuszynem, fragment okładki książki Radosława Sikory pt. „Kłuszyn 1610. Rozważania o bitwie”.)
To jest okres najbardziej wyraźnej przewagi Rzeczypospolitej Obojga Narodów nad Moskwą: można śmiało powiedzieć, że od tego okresu interwencji w Rosji, w Moskwie przez nasze państwo do pokoju polanowskiego z 1634, który potwierdził rozejm dywiliński. Ale tak naprawdę to my się zaczynamy cofać i przegrywać z Moskwą dopiero od wydarzeń z lat pięćdziesiątych XVII wieku – w ten sposób prof. Marek Kornat mówi o krótkim czasie, w którym Polska stanęła przed szansą by stać się największym mocarstwem świata. Kluczowym wydarzeniem była tu brawurowo rozegrana bitwa pod Kłuszynem z 4 lipca 1610 roku.
Panujący na przełomie XVI i XVII wieku król Zygmunt III Waza bywa krytykowany przez historyków za uwikłanie Rzeczypospolitej w zbrojny konflikt ze Szwecją. – Szczerze powiedziawszy, ta wojna, która się potem przerodzi w walkę o dominację nad Morzem Bałtyckim, była nieunikniona, bo Szwecja coraz mocniej wchodziła na arenę dziejową jako państwo aspirujące do rangi mocarstwa – mówi prof. Marek Kornat, historyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w rozmowie z Franciszkiem Podlachą z Instytutu Hetmana Żółkiewskiego.
Zanim doszło do bitwy pod Kłuszynem, Polacy interweniowali podczas wewnętrznych zmagań o władzę w Wielkim Księstwie Moskiewskim, historycznie poprzedzającym Rosję. Po śmierci Iwana Groźnego w 1584 roku trwał tam chaos i kryzys nazywany przez tamtejszych badaczy dziejów wielką smutą.
Wcześniej car – despota toczył wojnę z Rzecząpospolitą. Dążył do starcia. Polski król Stefan Batory po zdobyciu twierdzy Wielkie Łuki bezskutecznie oblegał Psków. W 1582 roku, wskutek m.in. działań dyplomatycznych Stolicy Apostolskiej, podpisano rozejm w Jamie Zapolskim. Porozumienie zawierało obietnicę przystąpienia przez Iwana Groźnego do unii z Rzymem – później niedotrzymaną.
Podczas wspomnianej smuty w Moskwie ujawnił się aspirujący do tamtejszego tronu oszust, znany jako Dymitr Samozwaniec. Rosyjskie bojarstwo, czyli wyższa magnateria rosyjska w krytycznym momencie podzieliła się na trzy grupy.
Jedno ze stronnictw widziało przyszłość księstwa w sojuszu ze Szwecją. Inne – z Rzeczpospolitą, zaś kolejne chciało jedynie cementować tożsamość rosyjską na bazie prawosławia.
Bitwa pod Kłuszynem była jednym z elementów w sekwencji wydarzeń składających się na polską interwencję w politykę i ustrój Wielkiego Księstwa Moskiewskiego.
Zygmunt III Waza wahał się, czy wkraczać. Magnateria polska z ruskich ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego poparła Samozwańca, licząc głównie na własne korzyści.
Polityka polska podzieliła się na dwie opcje. Król zdecydował się w końcu na próbę wykorzystania kryzysu wewnętrznego monarchii moskiewskiej, aby odebrać utracony w 1514 roku Smoleńsk oraz ziemię siewierską i czernichowską.
Z kolei hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski uważał, że rolą Polski jest niesienie misji chrześcijańskiej na wschód, dążenie do okcydentalizacji Moskwy i jej elit politycznych, a następnie doprowadzenie do unii cerkwi prawosławnej z Rzymem.
W 1610 roku wojska polsko-litewskie wyruszyły pod Smoleńsk. Rozpoczęło się oblężenie. Król przyjechał by osobiście dowodzić armią.
Ponieważ miasto otrzymało wsparcie z Moskwy, hetman Żółkiewski dostał polecenie wyruszenia naprzeciw wojskom carskiego brata Dymitra Szujskiego. – Po forsownym marszu w lasach, zbliża się nasza armia, wykorzystując zaskoczenie nieprzyjaciela. O świcie atakuje siły moskiewskie i dochodzi do starcia zbrojnego 4 lipca 1610, zakończonego błyskawicznym zwycięstwem armii Rzeczypospolitej – opowiada historyk.
Wobec ogromnej dysproporcji sił na korzyść przeciwnika decydujące okazały się czynniki zaskoczenia, dobrego dowodzenia, wspaniałego udziału husarii i piechoty.
Według profesora, podawana przez część historyków liczba 36 tysięcy ludzi w oddziałach Szujskiego jest przesadzona. Jednak po stronie Moskwy walczyli m.in. żołnierze zaciężni z Europy Zachodniej, w tym Francuzi i Szwedzi. Dało to tamtej stronie aż siedmiokrotną przewagę liczebną.
Krótkie rządy w Moskwie
Konsekwencją polskiego triumfu był marsz na Moskwę. 27 sierpnia 1610 roku hetman zawarł układ z bojarami, którzy oddali koronę synowi naszego króla, czyli Władysławowi. Początkowo domagali się, by przeszedł on na prawosławie, na co raczej nie zgodziłby się ze względu na mocny katolicyzm Wazów.
Stanisław Żółkiewski liczył na zbliżenie moskiewskich elit z Zachodem oraz unię religijną dzięki m.in. takim czynnikom jak szlachecki przywilej mówiący, że przedstawiciele tej warstwy nie mogą być uwięzieni bez wyroku sądowego. Te ustrojowe zalety przyciągnęły wcześniej do Rzeczypospolitej możnowładców litewskich.
Do Moskwy, na zaproszenie, a nie przemocą, przybyli Polacy – początkowo 3 tysiące. Hetman przyjechał tam 10 października, by po kilku tygodniach wrócić do kraju. Jeden z wyższych dowódców Aleksander Gosiewski został komendantem w mieście i powołał urząd będący odpowiednikiem ministerstwa spraw wojskowych.
Według historyków, po wyjeździe Żółkiewskiego żołnierze polskiego garnizonu dopuszczali się nadużyć, w tym grabieży i gwałtów. Gosiewski słabo panował nad sytuacją, narastał sprzeciw ludności. W jego podsycaniu dużą rolę odgrywało wspomniane wcześniej rosyjskie stronnictwo narodowe oparte na cerkwi. Mocno protestowało ono przeciwko planom zawarcia unii. Już wiosną 1611 roku można było zaobserwować pierwsze symptomy rebelii. Wybuchła ona z dużą mocą latem i jesienią 1612 roku. W końcu polski garnizon został zmuszony do wycofania się z Moskwy.
Uzgodniony przez hetmana Żółkiewskiego układ, którego owocem miała być wschodnia ekspansja Rzeczypospolitej, nie doszedł do skutku. Polski monarcha nie zgodził się na objęcie tronu w Moskwie przez Władysława. Zapewne król obawiał się spisku i utraty życia przez syna, którego uważał za o wiele bardziej zdolnego niż drugi z potomków, Jan Kazimierz.
Polacy zdobyli natomiast ostatecznie Smoleńsk. Po kapitulacji twierdzy doszło do zwrotu akcji. W 1613 roku został ogłoszony carem Michał Romanow. Wznowił wojnę z Polską i bez efektu oblegał jeszcze raz Smoleńsk. Na mocy rozejmu zawartego w Dywilinie w 1619 roku ta twierdza, podobnie jak ziemie siewierska i czernichowska, wróciły do Polski. Nasze państwo zdołało więc istotnie powiększyć swoje terytorium.
– I to jest okres najbardziej wyraźnej przewagi Rzeczypospolitej Obojga Narodów nad Moskwą: można śmiało powiedzieć, że od tego okresu interwencji w Rosji, w Moskwie przez nasze państwo do pokoju polanowskiego z 1634, który potwierdził rozejm dywiliński. Ale tak naprawdę to my się zaczynamy cofać i przegrywać z Moskwą dopiero od wydarzeń z lat pięćdziesiątych XVII wieku – ocenił prof. Kornat.
Polsko-litewska interwencja zbrojna w Moskwie dała naszej stronie mniej więcej 50 lat wyraźnej przewagi w walce o urządzenie Europy Wschodniej. Cywilizacyjny program hetmana Stanisława Żółkiewskiego nie został zrealizowany. W życie wszedł natomiast pierwotny, minimalistyczny kierunek działania wyrażający się w poglądach Zygmunta III Wazy.
Kontynuacja projektu unii doprowadziłaby do powstania największego wówczas mocarstwa na świecie. Z drugiej strony hetman, snując swoje wspaniałe plany mógł nie doceniać rozmiarów nienawiści, jaką darzyły już wówczas Zachód i katolicyzm elity rosyjskie, duchowo formowane przez prawosławie.
Instytut Hetmana Żółkiewskiego wydał monografię bitwy pod Kłuszynem, której rocznica przypada 4 lipca. Ilustrowana, starannie wydana publikacja autorstwa Radosława Sikory, nosi tytuł „Kłuszyn 1610. Rozważania o bitwie”.
RoM
Źródła: Instytut Hetmana Żółkiewskiego
=======================================
Racjonalne wyjaśnienia dał dawno w swoich pracach Feliks Koneczny. Koniecznie przeczytać! Ludzie, w tym bojarzy z cywilizacji turańskiej i mieszanek zupełnie inaczej rozumieją pojęcia, niż ludzie cywilizacji łacińskiej. Więc nawet hipotetyczny „car polski” nie mógłby panować stabilnie, bo tam zmiana cywilizacji była niewykonalna. MD
Czas zacząć nazywać rzeczy po imieniu. Nie jest prawdą, że Polska przyjęła milion ukraińskich uchodźców, bo Polska przyjęła miliony ukraińskich imigrantów. Ustawa z 12 marca 2022 roku o „pomocy obywatelom Ukrainy” nie jest ustawą pomocową, ale osiedleńczą. Trwająca i nabierająca coraz większego tempa akcja ma wszelkie znamiona podmiany ludności i radykalnej zmiany struktury etnicznej Polski. Otwarcie 22 lutego 2022 roku na oścież granicy z Ukrainą, przez którą przedarło się 9 milionów Ukraińców, Azjatów, Żydów i Cyganów, to nie przypadek. To zaplanowana, przemyślana i doskonale skoordynowana akcja, wynik zakulisowych uzgodnień i tajnych planów.
No bo, kto wygenerował ruch na granicy? Kto nim sterował? Kto stworzył popyt na „uchodźców”? Kto robił wszystko, żeby zostali w Polsce na zawsze? Kto na miesiąc przed rosyjską inwazją oświadczył „Jesteśmy gotowi na przyjęcie 4-5 milionów uchodźców”? – Mateusz Jakub Morawiecki. „Obywatele Ukrainy zostaną z nami dłużej” – to słowa Michała Dworczyka, szefa kancelarii premiera. Kto na kilka tygodni przed wojną złożył deklarację: „Przyjmujemy wszystkich, kto będzie chciał”? – szef bezpieki Mariusz Kamiński. Kto powiedział: „Nas stać na ich (uchodźców) utrzymanie, bo jesteśmy 3 razy bogatsi od Ukrainy”? – Jarosław Kaczyński. Kto zapowiedział, że „Ukraińcy będą przyszłą elitą Polski”? – wicepremier Jarosław Gowin. Kto zniósł kwarantannę graniczną oraz obowiązek testowania i Ukraińcy wlewający się do Polski przez otwarte, jak wrota do stodoły, nie podlegali żadnym restrykcjom epidemiologicznym i nie umierali, jak polscy pacjenci, czekając na wynik testu? Kto oddał im szpitale zamknięte przez prawie dwa lata dla Polaków? – minister zdrowia Adam Niedzielski. Kto złożył zobowiązanie: „Polskie szkoły przyjmą 700 tysięcy ukraińskich uczniów”, i kto dopuścił do tego, że aby zostać studentem, profesorem, lekarzem, Ukrainiec nie musi spełniać żadnych warunków. Nie musi mieć matury, indeksu, dyplomu, nawet słowa umieć po polsku?
Zamysł z zalaniem Polski imigrantami ma dużo wcześniejszą historię. „Będę starał się, by nastąpiło przyjazne zaproszenie kilkuset tysięcy ukraińskich pracowników do Polski” – zadeklarował w 2016 roku, na Forum Ekonomicznym w Krynicy, Mateusz Jakub Morawiecki (i dodał: „Jeśli Ukraińcy tu przyjadą, to część z nich założy rodziny i zostanie tu”). Sekundował mu wiceminister Bartosz Marczuk: „Do 2050 r. musimy przyjąć 5 milionów emigrantów” (a wypowiedź tą skomentował bloger: „Marczuk to nazwisko UPAlińskie”). Swoje dorzucił Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, nawołując: „Należy umożliwić legalny, stały pobyt dla około 1 miliona Ukraińców, by ratować naszą demografię i gospodarkę”. Zarzucił też polskim placówkom dyplomatycznym i Straży Granicznej utrudnianie Ukraińcom pracy w Polsce, i ostrzegł, że jedyne, co Polska robi źle, to kopiuje modele państw, które korzystały z pracy cudzoziemców bez osiedlania ich u siebie na stałe.
Nic, dosłownie nic im nie wychodzi, ale w budowie skundlonej etnicznie Polski okazali się niezwykle sprawni. Po czerwcu 1989 mieliśmy szokową transformację gospodarczą Balcerowicza. Po lutym 2022 mieliśmy szokową transformację etniczną Morawieckiego. Do niedawna zajmował się tym Triumwirat Kaczyński-Duda-Morawiecki (pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”). Dziś (pod hasłem „Polska to nienormalność”) i przy błogosławieństwie Dudy, Triumwirat Tusk-Siemoniak-Bodnar. Krótko mówiąc – wszyscy biorą udział w tym przestępczym dziele. Wszyscy grają po tamtej stronie. Rozdzielili tylko między sobą role.
Od stanu wojennego do dziś, z Polski wygnali osiem milionów Polaków, 20% całej populacji. Straciliśmy więcej ludności, niż podczas II wojny światowej. Systemowa ekspatriacja Polaków rozpoczęła się w stanie wojennym, kiedy to Kiszczak, za namową Geremka i Michnika, wyrzucił z Polski ponad miliona młodych ludzi (i pamiętajmy, że to, a nie zatrzymanie na kilka godzin na posterunku MO młodego Morawieckiego było największą zbrodnią). Liczby porażają – z Polski, uciekając przed „Zieloną Wyspą” Tuska a potem „Dobrą Zmianą” Morawieckiego, wyemigrowało 4 miliony Polaków.
W 2007 roku Sejm uchwalił ustawę o Karcie Polaka z myślą o tych, którzy po wojnie zostali za wschodnią granicą lub w miejscach, dokąd trafili w wyniku sowieckich wywózek. Miała poświadczać ich narodowość, ułatwiać kontakty z Ojczyzną i stanowiła jasno: „Jest to dokument potwierdzający przynależność do Narodu Polskiego”. Tymczasem przy jej wydawaniu dochodzi do wielu nadużyć i dostają ją głównie Ukraińcy. Za korupcyjnym geszeftem stoją polscy konsulowie, czyli funkcjonariusze służb specjalnych, bo to oni faktycznie nadzorują i obsadzają konsulaty. Wśród posiadaczy Karty ponad 10% oficjalnie deklaruje inną narodowość niż polska. Są też odwołujący się publicznie do ideologii UPA.
Proceder opisała (z wyraźną satysfakcją) niemiecka „Die Welt”: „Ukraińcy otrzymują karty w przyspieszonym trybie. Mogą od razu złożyć wniosek o stały pobyt, a rok pobytu wystarcza, by mieć polskie obywatelstwo. Możliwość uzyskania Karty ma każdy, kto pochodzi z kraju wchodzącego kiedyś w skład Związku Radzieckiego i mówi trochę po polsku. Polskie korzenie nie zawsze są nieodzowne. A zatem kwalifikować może się niemal każdy i później sprowadzić swoją rodzinę”. Polski MSZ wystawił już kilkaset tysięcy takich dokumentów, służby konsularne pracują nad ponad milionem nowych wniosków, a zalecania MSZ dla konsulów są: żadnych utrudnień, żadnych sprawdzeń, brać wszystkich jak leci.
W sierpniu 2012 roku weszła w życie ustawa, która daje możliwość nabywania obywatelstwa tym, którzy mają przodka z polskim obywatelstwem. A więc także wnukowi Romana Szuchewycza i potomkom tych, którzy służyli w SS Galizien. Prawo do polskiego paszportu nabywają automatycznie ich dzieci i wnuki. Zgodnie z ustawą przyznanie obywatelstwa nie jest przywilejem, ale prawem, które można dochodzić przed sądem. Wcześniej o obywatelstwie decydował prezydent, teraz obywatelstwo „uznaje” każdy z 16 wojewodów, a jeśli odmówi, delikwent może odwołać się do sądu administracyjnego. Praktycznie każdy, komu przyznano kartę stałego pobytu, spełnia warunki i ma do obywatelstwa ustawowo zagwarantowane prawo. W rezultacie, Ukraińcowi łatwiej jest dziś zdobyć polski paszport, niż Polakowi prawo jazdy.
Gdy w lipcu 2022 r. Grzegorz Braun opublikował broszurę „Stop ukrainizacji Polski”, zwracając uwagę, że przybysze z Ukrainy będą mogli ubiegać się o prawo stałego pobytu, a wkrótce po tym o obywatelstwo, został oskarżony o antyukraińską fobię. Tymczasem Paweł Szefernaker, wiceminister spraw wewnętrznych ogłosił, że „Ukraińcy, którzy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji przybyli do Polski, mogą od 1 kwietnia występować o pobyt stały w Polsce”. Jeszcze bardziej złowieszczą zapowiedź złożył cytowany wcześniej Michał Dworczyk: „Rząd rozpoczyna prace nad rozwiązaniami, które pozwolą na uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej, którzy deklarują związek z Polską”. Wyraźnie mówił o „potomkach obywateli”, a nie potomkach obywateli narodowości polskiej, co jednoznacznie oznaczało, że celem jest ułatwienie masowego osiedlania się w Polsce Ukraińców i innych niepolskich nacji.
Za rządów Michała Dworczyka powstał projekt „Ustawy o cudzoziemcach”. Prowadzone nad nią w trybie pilnym prace były ściśle tajne. Ale coś nieco dowiedzieliśmy się z gazet. „Rząd chce zachęcać Ukraińców do osiedlania się w Polsce. Chodzi o zachęcanie do uzyskiwania kart stałego pobytu oraz obywatelstwa” – informował „Dziennik Gazeta Prawna”. „Nowa polityka migracyjna ma być nastawiona głównie na Ukraińców. Ułatwi im osiedlania się w Polsce” – ujawnił „Dziennik Gazeta Polska”. I wiadomość z ostatniej chwili – ustawa została miesiąc temu zatwierdzona przez Sejm i Senat i podpisana przez Dudę.
Kto jeszcze jest za przyjmowaniem wszelkiej maści imigrantów? Komu to służy? Prof. Jan Hartman, wnuk rabina Izaaka Kramsztyka i członek żydowskiej loży Synów Przymierza cieszy się, że „w Polsce za 20 lat może być więcej meczetów niż kościołów”. Tygodnik „Polityka”, organ prasowy uchodźców (ale tych przybyłych w taborach Armii Czerwonej, w większości niemówiących nawet po polsku) pisze: „Polska za 25 lat będzie normalnym europejskim krajem, z kosmopolityczną stolicą, pełnym cudzoziemców, a przez centra dużych miast przepływać będzie każdego dnia kolorowy, wielojęzyczny tłum”. A kto twierdzi, że „niechęć wobec imigrantów prowadzi do holocaustu”? – Agnieszka Holland. A kto oskarża niechętnych imigrantom: „Ohydne oblicze Polaków pochodzi jeszcze z czasów nazistowskich, czy Polacy nie mają w ogóle wstydu”? – Jan T. Gross. No i kto żądał „Wpuśćcie tych ludzi do Polski! Kim są, ustali się później”? – Iwona Hartwich.
W tym miejscu kilka refleksji:
1. Zarówno PiS jak i PO przemawiają w tych sprawach jednym głosem, manifestując jednomyślność nieznaną od czasów Okrągłego Stołu. Drobne animozje wynikają jedynie z licytowania się, kto jest bardziej proukraiński oraz w prześciganiu w deklaracjach o wielkości pomocy, jaką Polska powinna ukraińskim osadnikom udzielić. Krótko mówiąc, rząd Tuska sprowadza Azjatów z Zachodu czyli z Niemiec, a rząd Morawieckiego sprowadzał Azjatów ze Wschodu czyli z Ukrainy. Ot i cała różnica.
2. Dziwna wojna na Wschodzie toczy się też z Polską i o Polskę. Chodzi o ukrainizację naszego kraju, wepchnięcie go w strefę chaosu i charakterystycznych dla Dzikich Pół konfliktów etnicznych. No i – ponownie osadzenie Polski na Wschodzie.
Co robić?
Wbrew nakazom poprawności politycznej, mówić o narodowość polityków, i pytać: Kto podmienił stosunki polsko-ukraińskie na stosunki ukraińsko-ukraińskie? Jak to jest, że prezydentem RP jest wnuk dowódcy sotni UPA, że marszałek Sejmu domaga się, aby Niemcy w ramach reparacji dla Polski uzbroili Ukrainę, że koordynatorem służb specjalnych i przełożonym Policji Polskiej oraz Straży Granicznej został członek władz Związku Ukraińców w Polsce? W tym miejscu przypomnijmy, że uchwała Krajowego Prowidu OUN (podjęta 22.VI.1990, przesłana do Sejmu i MSZ przez Agencję Konsularną RP we Lwowie i opublikowana przez „Polskę Zbrojną”) zawiera postulat: Odbudować tajną sieć OUN i zacząć kontrolować wszystkie dziedziny życia Rzeczypospolitej. Pytajmy też, z jakich to tajemniczych powodów ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym został Adam Bodnar, który postuluje, aby ukraińscy przesiedleńcy mieli prawo głosu w wyborach (a na stopień generała brygady prezydent RP mianował płk. Mirosława Bodnara)? Bo informacja, że jest wychowankiem i pupilkiem Sorosa wszystkiego nie wyjaśnia.
Jak to jest, że „najbogatszym Polakiem” jest Michał Sołowiew. Co powodowało „ministrą” kultury i dziedzictwa narodowego, że powołała na stanowisko dyrektora Teatru Narodowego Jana Klatę, znanego ze skrajnie antypolskich inscenizacji Ukraińca? Czy przypadkiem było, że Morawiecki na szefa swej kancelarii dobrał sobie osobnika, który pierwotnie nazywał się Mychajło Dworczuk, a ten obsadził swymi ziomkami wszystkie konsulaty i fundacje ustawowo zajmujące się „pomocą Polakom na Wschodzie”, a środki przeznaczone na ten cel trafiały wyłącznie do Ukraińców na Wschodzie? Z innych zasług Mychajło: Przeprowadził proces uchwalenia w ekstraordynaryjnym tempie poprawionej ustawy o IPN, z której usunięto paragraf penalizujący gloryfikowanie ukraińskich zbrodniarzy z UPA; Kierując akcją „goszczenia” Ukraińców w Polsce robił wszystko, żeby zostali u nas na zawsze, bo to on stał za nadaniem przybyszom ogromnych przywilejów. I jeszcze jedno – w Wałbrzychu osiągnął b. dobry wynik w ostatnich wyborach do Sejmu.
Czy przypadkiem jest, że przewodniczącym Rady Współpracy z Ukrainą został obrzydliwie i ostentacyjnie proukraiński Paweł Kowal, dla którego liczy się tylko Ukraina, którego nazwisko pojawia się wszędzie tam, gdzie pojawia się interes Ukrainy i naruszany interes Polski (i który oświadczył: „Dla mnie nie ma, jeśli chodzi o kwestie wojskowe, różnicy pomiędzy interesem Polski i Ukrainy”). A wiedzieć przy tym trzeba, że wcześniej działał w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, był z ramienia PiS sekretarzem stanu w MSZ i deputowanym w PE, gdzie (też z ramienia PiS) głosował przeciw rezolucji potępiającej uhonorowanie Bandery tytułem „Bohatera Ukrainy”. A co do MSZ, pytajmy: Czy tylko przypadkiem, za czasów Geremka, sprawy wzięła w łapy (i trzyma do dziś) jednolita etnicznie ekipa dzieci i wnuków działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, a w jego słynnym notesie znalazła się mniejszość ukraińska? I czy nie dlatego polskie placówki dyplomatyczne na Wschodzie zamieniły się w obcoplemienne enklawy, większość dyplomatów jest – jak powiedział poeta – „Nie z Ojczyzny mojej”, a konsul generalny podaje się we Lwowie za Ukraińca, a w Warszawie za Polaka?
Co robić, żeby Polak i tym razem nie okazał się przed szkodą i po szkodzie głupi? Koniunktury na wypchnięcie z ośrodków, które powinny dbać o polski interes narodowy, zaprzańców oraz wymiecenie ich żelazną miotłą z wojska i policji, nie ma. Ale można uciec się do sprawdzonej podczas niemieckiej okupacji metody, kiedy to dziwkom zadającym się z okupantami podziemie goliło głowy:
Golić łby poprzez sporządzanie list z nazwiskami tych, którzy przyczynili się do upodlenia Polski. No i: Uczynić ukrainizację Polski tematem numer jeden w kampanii wyborczej. Pytać kandydatów na urząd prezydenta: Czy powstrzymają inwazję z Dzikich Pól? Czy odwojują podbity kraj? Czy oddadzą Ukrainie Ukraińców?
Albo, po prostu, oddać głos na tego, który głosi: „Stop ukrainizacji Polski” i nawołuje: Precz z komuną! Precz z eurokomuną! Precz z żydokomuną!
… czyli dlaczego lepiej ucinać stopy niż je leczyć.
Jedną z głównych przyczyn ogromnej ilości chorób i zgonów na choroby tak zwane cywilizacyjne, jest…. polityka zdrowotna poszczególnych państw narzucona im przez światowe lobby farmaceutyczne.
Polityka ta polega na uczynieniu z medycyny ogromnego biznesu obliczonego na maksymalizację zysku, podobnie jak to obowiązuje w każdej innej działalności gospodarczej!
Polityka ta prowadzi w prostej linii do ludobójstwa, czego apogeum stanowiła tak zwana pandemia kowida, czyli wywołana sztucznie panika w skali całego świata, pod pretekstem „nowej” choroby którą okazała się znana od stuleci… grypa. Ogólnoświatowa panika posłużyła mafii farmaceutycznej do „wyszczepienia” miliardów ludzi jakimś specyfikiem którego produkcja zapewniła jej niebotyczne zyski, a przy okazji poprzez zatrucie miliardów ludzi na całym świecie utworzyła ogromną ilość schorowanych ludzi którzy staną się dozgonnymi klientami koncernów farmaceutycznych.
Podam kilka przykładów pokazujących jak polityka zdrowotna państwa oparta na zasadach biznesowych, prowadzi do ludobójstwa.
Chęć maksymalizacji zysku przez personel medyczny całkowicie niszczy w nim ludzkie odruchy, czyniąc z nich żarłoczne, krwiożercze hieny!
Polska medycyna jest „liderem” w amputacji tak zwanych stóp cukrzycowych.
Według raportu OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) z 2019 r. Polska była jednym z krajów o najwyższym wskaźniku amputacji kończyn dolnych wśród 30 analizowanych państw, z wynikiem 7,5 amputacji na 10 tys. chorych na cukrzycę. Niestety, w 2023 r. wskaźnik ten wzrósł do 8,6 amputacji na 10 tys. chorych.
Opisany proceder amputacji stóp cukrzycowych, (bo za to dobrze płacą) jest tym bardziej skandaliczny, że cukrzyca (zwłaszcza typu II) jest łatwo uleczalna bez żadnych leków, poprzez zmianę diety na nisko węglowodanową. Tylko który lekarz powie o tym pacjentowi, skoro w wyniku takiej porady straci klienta, któremu może uciąć stopę za 5 tysięcy złotych?
W innych „działach” medycyny horror jest jeszcze większy!!
W kardiologii jest jeszcze gorzej! W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku podstawowym lekiem nasercowym (stosowanym w zawałach serca) była strofantyna. Podana dożylnie podczas zawału serca, w ciągu kilkunastu minut likwidowała zawał i jego skutki. Była na wyposażeniu lekarzy pogotowia, w przychodniach rejonowych i wszystkich szpitalach.
Lek ten miał jedną wadę: był tak tani, że nie sposób było na jego produkcji i stosowaniu cokolwiek zarobić. Więc jego produkcja została w Europie zakazana, na rzecz „nowoczesnego” leczenia zawałów, poprzez procedury wszczepiania stentów, z których każdy kosztuje ok 10 tysięcy złotych. 40% pacjentów tak leczonych nie dożywa 10 lat, ale jest to wystarczająco długi okres aby każdego „wydoić” z kasy!
Onkologia to już ludobójstwo w pełnej krasie. Narzucone przez farmację procedury leczenia chorób nowotworowych ( operacja, chemioterapia, radioterapia) prowadzą prawie do 100 % śmiertelności. Tylko 3 % pacjentów dożywa 5 lat, pozostali giną zabici „nowoczesną procedurą”. Jest ona najbardziej dochodowym biznesem w medycynie, przynoszącym szpitalom i lekarzom dochód w granicach ok 300 tysięcy złotych od zabitego nieszczęśnika.
Grozę sytuacji potęguje fakt, że średni okres przeżycia pacjentów z chorobą nowotworową, nie leczonych w żaden sposób wynosi 12, 5 roku!
Czy z przedstawionej matni „zdrowotnej” jest wyjście?
Zauważmy, że największe wydatki na świecie na ochronę zdrowia ponoszą Amerykanie, jednocześnie stan zdrowia tej populacji jest jednym z najgorszych na świecie!
W społeczeństwie amerykańskim istnieje jedna grupa społeczna, będąca na tle całego społeczeństwa okazem zdrowia! Tą grupą społeczną są Amisze, którzy odrzucają medycynę Rokefelerną, co zapewniło im zdrowie na poziomie nieznanym pozostałym Amerykanom. ŻADNE dziecko Amiszów nie ma raka, cukrzycy ani autyzmu. Wśród Amiszów wskaźnik przeżywalności COVID-19 był 90 razy wyższy niż wśród reszty Ameryki. (więcej na temat zdrowia Amiszów tutaj: https://www.dakowski.pl/zadne-dziecko-amiszow-nie-ma-raka-cukrzycy-ani-autyzmu/ )
Jak wyjść z przedstawionej matni?
Drogę wyjścia pokazali Amisze! Odrzucić medycynę opartą na biznesie i powrócić do „korzeni”, czyli medycyny naturalnej naszych babć. Kto tego nie zrozumie, zginie „leczony” nowocześnie, wcześniej ograbiony z oszczędności!
Tragedia kielecka – tak zatytułowaną informację autorstwa Tadeusza Szturm de Sztrema, działacza Polskiej Partii Socjalistycznej – Wolność, Równość, Niepodległość, można znaleźć w aktach powojennego mordu sądowego na rtm. Witoldzie Pileckim. Antysowiecka grupa Pileckiego dzięki kurierom przekazała ją do sztabu II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa we Włoszech.
Kamienica w Kielcach przy ul. Planty 7 / Wikipedia CC BY 2,5 Grzegorz Pietrzak
Szereg prowokacji
W informacji dotyczącej tzw. pogromu kieleckiego 4 lipca 1946 roku czytamy m.in.:
„Z całego przebiegu zajść wynika, że inicjatywa wyszła od czynników rządowych, które po faktycznym przegraniu referendum [sfałszowane przez komunistów referendum „3 x TAK”] stworzyły w ten sposób pretekst do represji w stosunku do wszelkiej opozycji, przylepiając do zajść etykietkę «reakcyjną» i antysemicką. […] Stwierdzić trzeba stanowczo, że zajścia kieleckie nie były pogromem antysemickim, lecz był to odruch rewolucyjny tłumu przeciw obecnemu reżimowi terroru i przywilejów klasowych”.
Szturm de Sztrem pisze dalej, że „znaczna część Żydów – mieszkańców domu przy ulicy Planty 7 – była tajnymi agentami UB”, a „w następnych dniach usiłowano sprowokować zajścia antysemickie w kilku innych miastach i osiedlach. […] W Częstochowie rozsiewano pogłoski o «uprowadzeniu dzieci przez Żydów, o zamordowaniu dziewczynki w życie, o oddaniu kościoła św. Zygmunta na bóżnicę» i tym podobne bzdury.
Ludność przekonawszy się, że działa tu czyjaś ręka, mająca na celu wyłapanie tzw. reakcjonistów, przepędzała z miejsca prowokatorów. W Częstochowie i okolicy, w fabrykach miały miejsce strajki demonstracyjne przeciw wydaniu i wykonaniu wyroków śmierci na «winowajcach i sprawcach kieleckiego pogromu»”.
Szturm de Sztrem
Tadeusz Szturm de Sztrem, działacz niepodległościowy PPS swoją wiedzę przypłacił wieloletnim więzieniem. To w dużej mierze „zasługa” prominentnego ubeka Adama Humera. Ten komunistyczny oprawca torturował w śledztwie również bp. Czesława Kaczmarka. Dlaczego? Powołana przez ordynariusza kieleckiego komisja uznała, że „pogrom” kielecki to naprawdę prowokacja UB, a nawet NKWD. Aresztowanie, tortury i haniebny proces biskupa Kaczmarka były właśnie karą za Kielce. Na jego zlecenie powstał bowiem raport, przekazany następnie ambasadorowi USA w Warszawie Arthurowi Bliss Lane’owi. Czytamy w nim m.in.: „Cała polska prasa rządowa poświęciła temu faktowi mniejsze lub większe ustępy, zgodnym chórem stwierdzono, że chodziło tu o przygotowany przez organizacje podziemne, których nici sięgają aż generała Andersa, pogrom Żydów, że był to ruch o charakterze faszystowskim”.
Kilka zdań dalej mamy diagnozę kieleckiej prowokacji:
„Powody tej niechęci ogólnej [do Żydów] są powszechnie znane, w każdym razie nie wynikają one ze względów rasowych. Żydzi w Polsce są głównymi propagatorami ustroju komunistycznego, którego naród polski nie chce, który mu jest narzucany przemocą, wbrew jego woli”.
Propagandy komunistycznych władz i stosowania konwejera wobec bp Kaczmarka bronił… Tadeusz Mazowiecki. Wcześniej ten sam Mazowiecki atakował Żołnierzy Niezłomnych. Może ułatwi to zrozumienie, dlaczego ten „pierwszy niekomunistyczny” premier po 1989 r. prowadził politykę grubej kreski, której filarami byli ministrowie: Czesław Kiszczak i Florian Siwicki, dbający o palenie akt bezpieki i uwłaszczenie nomenklatury.
Antypolska propaganda
Wracając do prowokacji kieleckiej. Prócz krajowych represji miała też pokazać światu, że Polacy są w swojej masie antysemiccy, dlatego światła, postępowa komunistyczna władza musi ciemny polski motłoch trzymać za twarz. Z tego powodu czerwoni uzurpatorzy sfałszowali wspomniane referendum „3 x TAK” (30 czerwca 1946 roku) i wybory do Sejmu Ustawodawczego (19 stycznia 1947 roku). Obie te akcje na polecenie Moskwy przeprowadziła ekipa sowieckiego płk. Arona Pałkina. Były możliwe w dużej mierze dzięki propagandzie nazywającej prowokację kielecką UB-NKWD pogromem.
„Pogrom kielecki miał miejsce w Polsce, która nie była wolna. W której rządzili komuniści, wbrew woli Polaków. I to obca, narzucona siłą władza, władza komunistyczna, nie Polska, odpowiada przede wszystkim za tę tragedię” – tak w 70. rocznicę wydarzeń w Kielcach mówił ówczesny minister kultury prof. Piotr Gliński. Dodawał również: „Niestety, niektórzy polscy politycy i niektóre ośrodki medialne tu, w wolnej Polsce, próbują znowu budować swoją pozycję polityczną na odgrzewaniu rzekomo antysemickiego wizerunku naszego społeczeństwa i państwa”.
Szanowni Państwo, Oleśnica to symbol. W tym roku właśnie tam przebiega front cywilizacyjnego starcia, którego rozstrzygniecie może rozlać się szeroko poza granice miasta.To tam doszło do mrożącego krew w żyłach zabójstwa Felka.To tam na podstawie orzeczeń wystawianych przez psychiatrów regularnie morduje się nienarodzone dzieci, a statystyki prowadzone przez szpital dokumentują ciągły wzrost śmiercionośnych procedur. Tylko w zeszłym roku w tej placówce na tej podstawie dokonano ponad 150 aborcji. Niemal co drugi dzień uśmierca się tam dziecko w oparciu o opinię psychiatry. Wiele z tych dzieci było zupełnie zdrowych, mogło urodzić się i szczęśliwie dorastać, mogło w przyszłości uczyć się, pracować i zakładać swoje rodziny.Jednak po dramacie „Felka”, którego śmierć poruszyła tysiące Polaków coś się zmieniło.Najpierw – próba obywatelskiego zatrzymania Gizeli Jagielskiej, która miała wbić igłę w serce Felka. Potem – regularne pikiety i modlitwa pod szpitalem. Wreszcie, 22 czerwca, dzięki zaangażowaniu inicjatywy Wrocław za Życiem, Dolnośląskiej Młodzieży Wszechpolskiej i Centrum Życia i Rodziny po raz pierwszy ulicami Oleśnicy przeszedł Marsz dla Życia i Rodziny. Upomnieliśmy się o życie tych, którzy sami nie mogą się bronić. Aby wyrazić nasz sprzeciw wobec barbarzyństwa dokonywanego w oleśnickim szpitalu. Aby dać świadectwo, że obrońcy cywilizacji życia nie składają broni, stojąc naprzeciw instytucjom, rządom czy finansowanym z zagranicy aktywistom. „Mamo, tato – nie zabijaj” skandowaliśmy w imieniu niemych pacjentów szpitala w Oleśnicy.Walka o życie to także obecność na ulicach.To osobiste świadectwo, które mobilizuje innych i dodaje im odwagi wobec narracji największych mediów i polityki prowadzonej przez rządzące Polską partie. Nasza obecność jest potrzebna, aby podtrzymywać ducha – bez niej, bez tej napiętej struny sumienia społecznego nie będzie projektów broniących życia nienarodzonych i nie będzie polityków, który będą je prowadzili. Nikt nie będzie zajmował się sprawami, o których obywatele milczą.Momentem, który najbardziej zapadł mi w pamięci było oczywiście przejście pod oleśnickim szpitalem. Trudno było wówczas uciec od myśli, czy jakieś bezimienne dziecko nie traci tam właśnie życia…Proszę mi wierzyć, nie był to przyjemny spacer. Od obserwujących Marsz dochodziły nas szydercze okrzyki. Jeden z radnych zarzucił nam „epatowanie przemocą” i drwił, że robimy to po to, aby bronić swoich przekonań, a nie dzieci. Obruszał się na eksponowanie plakatów dokumentujących krwawe okrucieństwo aborcji, choć nie przeszkadza mu najwyraźniej, że prezentowane tam rzeczy dzieją się pod nosem i z błogosławieństwem lokalnych urzędników.
Ale mimo pojawiającej się wokół niechęci uczestnicy – mieszkańcy samej Oleśnicy, ale również i okolicznych gmin, a także przybyli z innych miejsc Polski – przeszli głównymi ulicami, symbolicznie przejmując we władanie aborcyjną stolicę Polski.Nie mam złudzeń, że nasz czerwcowy Marsz i poprzedzające go wydarzenia doprowadzą do nagłej i strukturalnej zmiany. Nasze zaangażowanie – poprzez różne formy działań społecznych – jest ciągle niezbędne. Musimy uzbroić się w cierpliwość, wytrwałość i determinację. Ale proszę zobaczyć – Gizela Jagielska, główna promotorka i wykonawczyni zabójczych procedur w Oleśnicy, złożyła wypowiedzenie ze stanowiska wicedyrektora ds. medycznych szpitala, choć wciąż będzie kontynuowała pracę na oddziale ginekologiczno-położniczym. Zastrzega, że nie ma to nic wspólnego z działaniami organizacji broniących prawa do życia, ale jednocześnie przyznaje, że nie spodziewała się, że „będzie to news na cały kraj”. Ja jednak uważam, że nieustająca presja ma sens. A nasze działania możemy prowadzić wyłącznie dzięki Państwa ofiarnej pomocy, za którą serdecznie dziękuję i o którą pokornie proszę. Sezon Marszów dla Życia i Rodziny w pełni. Głos w obronie wybrzmiał w ostatnich dniach nie tylko w Oleśnicy.TAK DLA RATOWANIA, NIE DLA ZABIJANIA!Po raz pierwszy Marsz odbył się również w Wadowicach, w mieście, „gdzie się to wszystko zaczęło”, jak to ujął św. Jan Paweł II.Marsz miał głęboki wymiar duchowy. To nie było tylko przejście ulicami miasta – to była pielgrzymka pamięci i sumienia, w trakcie której w sercach uczestników wybrzmiewały wypowiedziane w Kaliszu słowa Ojca Świętego: „Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”.W ostatnich tygodniach Marsze dla Życia i Rodziny przeszły również przez Leszno, Nową Sól, Blizanów, Rudnik nad Sanem, Szczekociny, Tomaszów Lubelski, Wyszków i Śrem. W te wakacje odbędą się w Gnieźnie i Bielsku Podlaskim. Udowadniamy niezbicie, że w żadnym zakątku Polski nie brakuje osób gotowych publicznie wystąpić w obronie najbardziej fundamentalnych wartości!Nie byłoby to możliwe bez odwagi i ogromnego zaangażowania lokalnych organizatorów, którym należą się ogromne brawa i wdzięczność za serce, czas i pracę, które wkładają w to dzieło! WSPIERAM CENTRUM ŻYCIA I RODZINY Ale podkreślę raz jeszcze:te wydarzenia nie mogłyby się odbyć bez Państwa wsparcia. Koordynacja ruchu i wsparcie udzielane organizatorom Marszów dla Życia i Rodziny to dla nas realne obciążenie finansowe. I nie są to małe sumy. Łączna kwota z kilkunastu faktur za przygotowanie materiałów na Marsze to 21 300 zł. Ci z Państwa, którzy uczestniczą w Marszach, doskonale wiedzą, ile gadżetów się tam pojawia. Są to banery, plakaty, ulotki, wiatraczki marszowe, balony…W ostatnich dwóch miesiącach – w maju i czerwcu – Centrum Życia i Rodziny koordynowało 45 Marszów w całej Polsce, co daje średnio 5 marszów tygodniowo. To oznacza, że w każdą sobotę i niedzielę minionych miesięcy gdzieś w Polsce obrońcy życia dawali publiczne świadectwo przywiązania do wartości życia i szacunku dla rodziny. W sumie odbyło się już 60 Marszów. Niektórzy robią to od lat, inni dopiero zaczynają. Poza wspomnianymi wcześniej Oleśnicą i Wadowicami, debiutowały (również wspomniane) Blizanów, Szczekociny czy Nisko. Jak widać, marsz to nie tylko sprawa wielkich metropolii.Jako koordynator pomagamy, opracowując projekty graficzne i finansując druk plakatów, produkujemy i dystrybuujemy banery czołowe, gadżety dla dzieci i pomagamy w promocji i nagłośnieniu wydarzenia.Można do nas zatem napisać, a my przeprowadzimy Państwa przez cały proces organizacyjny. Gdyby zatem w Państwa środowisku pojawiły się osoby, pragnące zorganizować Marsz w swoim mieście jeszcze tej jesieni, to serdecznie zachęcam do kontaktu – jesteśmy gotowi udzielić niezbędnej pomocy w przygotowaniu wydarzenia.Ma to naprawdę ogromne znaczenie w toczonej przez nas walce o obronę podstawowego prawa człowieka – prawa do życia.Pisałem już o wymiarze osobistego świadectwa, ale Marsze to również doskonały wehikuł inicjatyw społecznych. W ich trakcie zbieramy podpisy pod ważnymi projektami społecznymi, m.in. w 2016 r. zebraliśmy 450 tys. podpisów pod projektem „Stop aborcji”.Dodatkowo, tworzą przestrzeń dla organizacji z obszaru pro-life, aby w trakcie pikników i innych wydarzeń towarzyszących prezentować swoją działalność, pozyskiwać wolontariuszy i współpracowników. To także przestrzeń do działań charytatywnych – np. w Warszawie przez lata organizowaliśmy kwestę na rzecz Domu Samotnej Matki w Chyliczkach. Wreszcie, dzięki Marszom powstają lokalne struktury osób zaangażowanych w walkę o prawo do życia, autonomię rodziny, wartościową edukację i obronę chrześcijańskiego dziedzictwa narodu. Tworzy się sieć liderów i organizacji, która profesjonalnie i z zaangażowaniem podejmuje działania w tych obszarach. Drodzy Przyjaciele Życia, jeśli pragną Państwo wesprzeć organizację kolejnych Marszów i przyczynić się do wywierania jeszcze skuteczniejszego nacisku na opinię publiczną, bardzo proszę o datek dowolnej wysokości, na przykład 50 zł, 100 zł, 200 zł, 500 zł lub inny. Dzięki Państwa wsparciu będziemy mogli rozwijać ruch marszowy, co przełoży się na realne sukcesy w walce o obronę życia ludzkiego!SKŁADAM DATEK NA ORGANIZACJĘ MARSZÓW DLA ŻYCIA
Zapewniam Państwa, że robimy co w naszej mocy, aby zmieniać rzeczywistość, walcząc o to, co jest dla Państwa ważne.W Sejmie czekają cztery projekty ustaw w sprawie aborcji. Jeden z nich przewiduje częściową depenalizację aborcji, drugi umożliwia przerwanie ciąży do 12. tygodnia praktycznie na życzenie, bez żadnego uzasadnienia, a kolejne – przywrócenia „kompromisu” aborcyjnego sprzed wyroku Trybunału Konstytucyjnego w 2020 r. oraz rozszerzenia przesłanek do aborcji po terminie 12 tygodni.Spodziewamy się intensywnej debaty. Po raz kolejny będziemy organizowali społeczny sprzeciw i naciskali na polityków, a Marsze przygotowują grunt pod te wszystkie działania.W trakcie przemówienia w Wadowicach z 1999 r. św. Jan Paweł II mówił: „Jestem wdzięczny za ten wielki dar Waszej miłości do człowieka i troski o życie”. Bardzo Państwa proszę o to, byśmy przejęli pałeczkę w międzypokoleniowej sztafecie i kontynuowali praktykowanie „troski o życie”. Nie tylko w życiu osobistym, ale również w wymiarze społecznym, angażując się w wartościowe inicjatywy i wspierając ich rozwój.I nie zapominajmy – Marsze dla Życia i Rodziny to po prostu tysiące uśmiechniętych twarzy, wspólnota ludzi szczęśliwych, to wdzięczność i radość z drogi, którą się obrało. Warto być w tym gronie. Liczę na Państwa pomoc i serdecznie Państwa pozdrawiamWSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY! Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”SWIFT: PKOPPLPW IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa tel. +48 22 629 11 76
Wbrew narastającej krytyce Trumpa ze strony MAGA za „zdradę ideałów”, a syjonistów, za niedostateczne wsparcie Izraela, kontynuuje On swą misję!
Oskarżenia o nieświadome uleganie wpływom Netanyahu są mym zdaniem bezpodstawne. Trump doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że Jego „szefem” jest nie kto inny jak wspomniany premier Izraela i na podobieństwo żaglowca płynącego pod wiatr, stara się dochodzić do celu „zygzakami”.
Zadziwiająca jest zwłaszcza krytyka amerykańskich patriotów, którzy jak małe dzieci zdają się nie zauważać oczywistego faktu, że USA od stuleci jest niczym innym, jak żydowską kolonią, a od dekad kolonią państwa Izrael.
Cały waszyngtoński establishment i jego stanowe odpowiedniki są całkowicie pod kontrolą żydostwa. Nawet tak prominentna osoba jak Prezydent USA, ryzykuje wymieceniem z Białego Domu, przy każdej próbie przeciwstawienia się plemieniu żmijowemu.
Po kilkudziesięciu latach prowadzenia działalności przedsiębiorczej, Trump zdaje sobie z tego klarownie sprawę. Gdyby tego nie pojmował, nie zostałby ani milionerem, ani dwukrotnie prezydentem.
Będąc praktycznie bezsilnym wobec wszechpotężnego żydostwa, stara się on realizować swe cele takimi metodami, jakie są możliwe.
Nie wiem czy machina propagandowa III RP donosiła swym „owieczkom”, o fakcie, że Trump poinformował 2 godziny przed nalotem Teheran, o planowanym ataku i jego celu? Również Iran „zrewanżował” się Trumpowi, informując go z wyprzedzeniem, o planie ataku na bazę US Army w Bahrajnie, co umożliwiło amerykańskiej stronie uniknięcie ofiar. Taka “współpraca” pomiędzy “śmiertelnymi wrogami” daje dużo do myślenia!
W charakterze dygresji, należy tu podkreślić, że nawet „satrapa kremlowski” Włodzimierz Putin, stosuje podobną politykę w stosunku do „swego żydostwa”, które jak muchy świeże odchody, obsadza wszelkie możliwe i niemożliwe stanowiska w jego administracji. Aby nie zbaczać z głównego wątku, przytoczę tylko jeden przykład.
Rosyjska generalicja i obiektywni analitycy zachodni, od ponad 3 lat nie mogą dojść sedna przyczyny, dla której potężne siły powietrzne Rosji, nie zniszczyły ani jednego mostu przez ogromną przeszkodę wodną, jaką stanowi Dniepr. Odcięłoby to ukraińską armię od dróg odwrotu na zachód i umożliwiło metodyczne jej zniszczenie podczas próby pontonowej przeprawy, a także możliwości jej zaopatrzenia z zachodnich tyłów państwa, w trakcie 3,5 rocznych działań kinetycznych.
Przyczyna jest trywialnie prosta: zarówno oligarchowie rosyjscy, jak i ukraińscy (obie grupy z plemienia żmijowego), nie wyraziły zgody na utrudnienie przepływu towarów pomiędzy oboma wojującym państwami, czy to w ruchu docelowym, czy tranzytowym.
To, że wojna pomiędzy gojami przedłuża się z tego powodu, powodując coraz to większe straty ludzkie, nie obchodzi ich, a nawet wręcz przeciwnie, cieszy!
Wracając do głównego nurtu, niemaskowany niczym „slalom” Trumpa, w związku z Jego drugorzędną rolą w ZIK (zachodnim imperium kłamstwa), zupełnie już odkrywa zasłonę globalnej sceny politycznej, pokazując BRICS i całemu „Południu” prawdziwą sytuację globalną.
Jeśli „mocarstwo” USA jest bezsilne wobec swego żydowskiego zarządcy, to czemu my nie możemy się wyzwolić spod jego okupacji?- słusznie rozumują i proces „odłączania się Globu od dyktatury ZIK”, nabiera tempa.
Proces ten nie umknął też uwadze europejskich globalistycznych „elit”. Dotyczy to przynajmniej „świeżej” grupy oficjeli jak Prezydenta III RP Nawrockiego, który w przeciwieństwie do swego poprzednika Dudy i „szefa” Kaczyńskiego, zaczyna artykułować poglądy bardziej zbliżone do interesu narodowego i państwowego III RP.
Być może „poczuł miętę przez rumianek” i zaczął zdawać sobie sprawę, że dalsze wysługiwanie się globalistycznym zbrodniarzom, może okazać się dlań niebezpiecznym.
W odróżnieniu od Kaczyńskiego, Dudy i reszty ferajny, nie ma on krwi obywateli III RP na swych rękach, związanej z pełną kolaboracją w okresie „PLANdemii” covida, za którą to zarówno PiS , jak i pozostałe „rządy” państw unijnych , wcześniej czy później znajdą się na ławie oskarżonych.
Warto mu więc zacząć śpiewać z nowego śpiewnika.
Podobna sytuacja zaistniała, lub może zaistnieć, w najbliższym czasie, w innych państwach unijnych.
Do tej pory próby wyzwolenia się spod okupacji ZIK nie przyniosły rezultatu w Rumunii, gdzie dwukrotnie sfałszowano wybory prezydenckie, ale w III RP nie udało się doprowadzić do „poprawnego ich wyniku”, czego dowodem jest sam Nawrocki.
Innymi słowy „brutalna prawda” zaczyna docierać do „elit” ZIK i to pomimo ich permanentnego narkotycznego odurzenia. Grunt zaczyna się palić pod ich nogami, co zmusiło Macrona, do zrewidowania swej pozycji w stosunku do Kremla i zaśpiewania na nową nutę. Czas pokaże, czy ten trend się utrzyma. Jak na razie to z „żelaznej czwórki koalicji chętnych” pozostała już tylko trójka: merz, starmer i tusk. Ale tym dwu pierwszym „analitycy polityczni” nie wróżą przetrwania całej kadencji.
Wszystko wskazuje na to, że ZIK doszedł już do stanu krytycznego, w którym jedynym rozwiązanie, jest jego „rozwiązanie”, jak to miało miejsce w przypadku ZSRR. Oby tylko śladem tego ostatniego, odbyło się to pokojową drogą!
Po latach bagatelizowania obaw opinii publicznej jako teorii spiskowych, FDA przyznała[mRNA COVID-19 Vaccines: FDA Safety Communication – FDA Approves Required Updated Warning in Labeling Regarding Myocarditis and Pericarditis Following Vaccination] teraz , że istnieje niepokojący związek między szczepionkami mRNA przeciwko COVID-19 a globalnym wzrostem liczby zatrzymań akcji serca – potwierdzając to, przed czym ostrzegali krytycy i niezależni lekarze od czasu, gdy po raz pierwszy wprowadzono szczepionki.
To, co kiedyś określano mianem „dezinformacji”, stało się teraz oficjalną polityką, ponieważ FDA nakazała umieszczenie nowych etykiet ostrzegawczych na wszystkich produktach szczepionkowych mRNA firm Pfizer i Moderna, wyraźnie wskazujących na ryzyko długotrwałego uszkodzenia serca i zatrzymania akcji serca.
W centrum zaktualizowanych ostrzeżeń znalazły się: znaczne ryzyko zapalenia mięśnia sercowego, zwłaszcza u młodych mężczyzn, oraz niepokojące nowe dane sugerujące długotrwałe, prawdopodobnie nieodwracalne uszkodzenie serca związane ze szczepionkami.
Zmienione wymagania FDA dotyczące etykiet są następstwem niedawno przeanalizowanych danych, które pokazują, że młodzi mężczyźni w wieku od 12 do 24 lat nadal cierpią na zapalenie serca po szczepieniu w wyższych niż oczekiwano częstotliwościach. Pomimo powtarzających się twierdzeń, że takie przypadki były „rzadkie i łagodne”, dowody malują teraz o wiele bardziej ponury obraz — a establishment jest zmuszony to przyznać.
Ale być może najbardziej druzgocące przyznanie się nastąpiło w postaci danych z MRI serca. W jednym badaniu finansowanym przez FDA Prasad zauważył, że 60% pacjentów z zapaleniem mięśnia sercowego po szczepieniu nadal wykazywało oznaki uszkodzenia serca pięć miesięcy po diagnozie, z tym, co jest znane jako późne wzmocnienie gadolinowe (LGE).
LGE, marker trwałego bliznowacenia serca, często wiąże się z długoterminowymi powikłaniami — Kennedy od dawna zarzucał urzędnikom służby zdrowia ukrywanie tego faktu.
Oficjalne oświadczenie FDA brzmi następująco:
„FDA zażądała i zatwierdziła aktualizacje informacji o przepisywaniu szczepionek Comirnaty (szczepionka przeciwko COVID-19, mRNA) produkowanej przez Pfizer Inc. i Spikevax (szczepionka przeciwko COVID-19, mRNA) produkowanej przez ModernaTX, Inc. w celu uwzględnienia nowych informacji o bezpieczeństwie dotyczących ryzyka zapalenia mięśnia sercowego i zapalenia osierdzia po podaniu szczepionek mRNA przeciwko COVID-19”.
Wymagane aktualizacje obejmują:
Szacunkowa niekorygowana częstość występowania zapalenia mięśnia sercowego i/lub zapalenia osierdzia związana ze składem szczepionki na lata 2023–2024
Wyniki finansowanego przez FDA badania MRI wykazujące trwałe uszkodzenie serca po szczepieniu
Ponadto zaktualizowano sekcje dotyczące działań niepożądanych oraz karty informacyjne dotyczące obu szczepionek — w tym szczepionek zatwierdzonych do stosowania w nagłych wypadkach u dzieci już od 6. miesiąca życia .
Dla Kennedy’ego i rosnącego ruchu domagającego się rozliczenia firm farmaceutycznych i przejętych agencji federalnych, nie jest to tylko aktualizacja biurokratyczna — to dowód na to, że mur milczenia zaczyna pękać.
Podczas gdy główne media starają się manipulować informacjami, fakty pozostają takie same: FDA uznała, że poważne, trwałe uszkodzenia serca mogą być skutkiem szczepienia mRNA przeciwko COVID-19 — dokładnie tak, jak ostrzegał Kennedy.
A dla Big Pharma dni nieograniczonej władzy i immunitetu prawnego mogą być wreszcie policzone.
Robert Bąkiewicz szerzy „spiskową narrację”, prezydent elekt Karol Nawrocki chwali „ultraprawicowych ekstremistów”, a rząd w Warszawie „chce rozprawić się z grupami strażniczymi, które organizują patrole” — piszą media w Niemczech.
Niemieckie media piszą o Ruchu Obrony Granic / fot. PAP/Lech Muszyński
Niemcy piszą o Polsce. Dostało się prezydentowi elektowi
3 lipca 2025 r. w niemieckim„Tagesspiegel” czytamy, że Karol Nawrocki, prezydent elekt z poparciem PiS, „podziękował prawicowym ekstremistom” z Ruchu Obrony Granic na czele z organizatorem „prawicowym radykałem” Robertem Bąkiewiczem za „obywatelskie zaangażowanie na granicy”.
Na granicy z Niemcami ultraprawicowi ekstremiści organizują nieautoryzowane kontrole w sąsiednim kraju. Grupy strażnicze chcą przechwytywać migrantów. Wyznaczona głowa państwa wyraża zgodę.
n-tv.de o „ultraprawicowych grupach strażniczych”
W środę, 2 lipca 2025 r., serwis n-tv.de także pisał o sytuacji na polsko-niemieckiej granicy i członkach Ruchu Obrony Granic. Według niemieckiego portalu „odrzucanie imigrantów z Niemiec to gorący temat w Polsce i pożywka dla skrajnej prawicy”.
n-tv.de pisze również o tym, że przed wprowadzeniem kontroli na polskiej granicy rząd w Warszawie „chce rozprawić się z ultraprawicowymi grupami strażniczymi, które organizują tam patrole”. Powołują się na słowa szefa MSWiA Tomasza Siemoniaka, który na platformie X oświadczył, że „nikt kto narusza prawo na granicy nie pozostanie bezkarny”.
„Sueddeutsche Zeitung” pisze o „spiskowej narracji Bąkiewicza”
W podobnym tonie pisze także 2 lipca 2025 r. „Sueddeutsche Zeitung” nazywając Ruch Obrony Granic „samozwańczymi grupami patrolującymi granicę polsko-niemiecką”. Według gazety informacje o przerzucaniu imigrantów do Polski przez niemieckie służby to „spiskowa narracja o tym, że Niemcy chcą zalać Polskę przestępcami”.
[Grupy patrolujące granicę – przyp. red.] zostały powołane przez „Ruch Obrony Granic” radykalnie prawicowego Roberta Bąkiewicza. Szerzy on spiskową narrację, że Niemcy chcą „zalać” Polskę przestępcami ubiegającymi się o azyl. Prawicowo-nacjonalistyczna partia PiS i Karol Nawrocki, który został wybrany na nowego prezydenta w czerwcu, wspierają ten ruch– grzmi „Sueddeutsche Zeitung„.
[—]
Rzecznik BMI Mehmet Ata przekazał, że po zarządzeniu z 7 maja 2025 r. policja federalna może także odsyłać osoby, które złożyły wniosek o azyl. Od 8 maja odesłano około 1300 osób, w tym 130 wnioskodawców azylowych. Policja deklaruje, że stara się minimalizować utrudnienia w ruchu.
– Policja federalna zapewnia w jak największym stopniu swobodę transgranicznego ruchu osób i towarów oraz stale sprawdza odpowiednie środki, aby ograniczyć do minimum ewentualne utrudnienia w ruchu – zaznaczył Ata.
Ruch Obrony Granic
Ruch Obrony Granic to ogólnopolska inicjatywa społeczna powołana przez Roberta Bąkiewicza, której celem jest obrona Polski przed masową migracją i zagrożeniami z nią związanymi. Chodzi nie tylko o ochronę granic fizycznych, ale również o obronę naszej tożsamości narodowej, kultury i wspólnoty społecznej poprzez wywieranie presji na terenie całej Polski.
Jak czytamy na stronach organizacji, ROG sprzeciwia się planom, które mogłyby prowadzić do przymusowego osiedlania migrantów w Polsce i zmiany struktury naszego społeczeństwa. Ruch ma za zadanie budować świadomość społeczną, organizować obywateli oraz wywierać wpływ na politykę państwa, zawsze w sposób zgodny z prawem i w duchu patriotyzmu.
– Muszę liczyć się z próbami zatrzymania mnie, rozbicia naszych patroli oraz delegalizacji obywatelskiego sprzeciwu. W przeszłości już to przerabiałem – oświadczył.
– Nie wykluczam, że dojdzie do fałszywych oskarżeń, spreparowanych dowodów, mistyfikacji, które miałyby stworzyć pozory legalności ewentualnego zatrzymania mnie i osadzenia w areszcie. To wszystko już było – dodał.
Sataniści, aborcjoniści, ludzie-psy, transwestyci – to część uczestników parad homoseksualnych, które przechodzą przez Polskę. „Tygodnik Powszechny” przedstawia je tymczasem jako wesołe imprezy, które umacniają szacunek i miłość. Trudno o większą perwersję.
Na łamach „Tygodnika Powszechnego” ukazał się artykuł pod tytułem „Katolicy pod tęczową flagą”. Jego autorem jest Dawid Gospodarek, dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej, skądinąd znany też z zaangażowania w upowszechnianie wiedzy o tradycyjnym rycie rzymskim (sic). Gospodarek nie prezentuje w artykule własnych opinii, ale zbiera uwagi tych członków Kościoła katolickiego, którzy uczestniczą w tzw. paradach równości organizowanych w miastach Polski w okresie od późnej wiosny do końca lata. Publikacja ma formę apologii politycznego ruchu homoseksualnego oraz zaangażowania w ten ruch katolików.
W artykule Dawida Gospodarka można znaleźć cały szereg argumentów uzasadniających afirmatywne podejście Kościoła do tego ruchu albo nawet do fenomenu aktywności homoseksualnej. Większość argumentów opiera się na emocjach. Próżno szukać w tekście spojrzenia teologicznego.
Czytamy na przykład, że symbole religijne są „ważne” dla osób homoseksualnych, bo są to „osoby wierzące”. To miałoby pozwalać zrozumieć fakt prezentowania Matki Bożej w tęczowej aureoli. Dowiadujemy się, że podczas gdy homoseksualne manifestacje są pokojowe i kolorowe, to kontrmanifestacje są agresywne. To miałoby z kolei sugerować, że Jezus szedłby dziś właśnie w paradach LGBT. Słyszymy o „dumie z walki o bezpieczną tranzycję”, co miałoby „zapobiegać samobójstwom transpłciowych nastolatków” (uwaga! Chodzi o fenomen chemicznego i/lub chirurgicznego okaleczania się młodych ludzi, którzy uważają, że są innej płci, niż są faktycznie). Zapoznajemy się z historią Adama, który od lat żyje „w szczęśliwym związku” z mężczyzną i chodzi na parady, bo zdenerwował go arcybiskup Marek Jędraszewski.
W sumie – cała litania zalet homoseksualnych parad. Bronią wolności i sprawiedliwości, są wesołe, radosne i kolorowe, pozwalają okazać solidarność. Nie brakuje bardzo mocnych stwierdzeń. Jedna z rozmówczyń Gospodarka mówi na przykład: „Wierzę, że najpełniejszym objawieniem Boga jest Jego wcielenie. A to znaczy, że wszystko, co ludzkie, musi być dla Boga ważne i ukochane, również orientacja seksualna i tożsamość płciowa, oraz to, co się z tym wiąże”. Ktoś inny postuluje, by „ludzie uśmiechali się” na widok pocałunków homoseksualistów. Jeszcze inny przekonuje, że jego córka, która jest „bi”, weszła w związek z kobietą i jest w nim bardzo szczęśliwa; rodzice martwią się jednak, że związku nie da się zalegalizować – powinno być inaczej, sądzą.
Artykuł w „Tygodniku Powszechnym” przedstawia zatem w jednoznaczny sposób tzw. nowe podejście do fenomenu homoseksualizmu. Zgodnie z nim aktywność homoseksualna jest akceptowalna moralnie albo nawet dobra, bo sam homoseksualizm jest przez Boga chciany i należy go rozpatrywać jako dar. Pismo Święte nie mówi na temat relacji homoseksualnych nic, co byłoby istotne dla zrozumienia homoseksualizmu w świecie współczesnym. Pismo miałoby potępiać jedynie pożądliwe relacje oparte o wykorzystywanie drugiego człowieka, ale milczeć na temat miłości między osobami tej samej płci. Stąd należałoby uznać, że taka miłość jest dobra, a w pewnym sensie nawet płodna – wprawdzie nie biologicznie, ale społecznie.
Dawid Gospodarek nie próbował argumentować ani biblijnie, ani teologicznie. Większość wypowiedzi, które przytoczył, jak widział Czytelnik, to po prostu emocje, wrażenia, odczucia i wewnętrzne przekonania. Można powiedzieć, że jego tekst jest próbą wytworzenia „dobrej atmosfery” wokół homoseksualnych parad.
Nie trzeba nikogo przekonywać, że rzecz jest niezgodna z nauczaniem Kościoła katolickiego – takim, jakie ono jest rzeczywiście, a nie takim, jakim chcieliby go widzieć promotorzy nowego podejścia do homoseksualizmu. W związku z tym jeżeli mielibyśmy traktować poważnie auto-definicję „Tygodnika Powszechnego” jako „katolickiego” pisma społeczno-kulturalnego, artykuł Dawida Gospodarka nie powinien ukazywać się na jego łamach; o poważnym traktowaniu tej auto-definicji nie może być jednak mowy już od dawna, czego ten tekst jest tylko dowodem.
Zastanawiam się jednak, czy można ten tekst uznać w ogóle za odpowiedzialny w kategoriach rzetelnego dziennikarstwa. Obraz „parad równości”, który przedstawia Dawid Gospodarek – niezależnie od moralnej oceny aktywności homoseksualnej – jest bardzo pozytywny.
Można zatem skonfrontować go z rzeczywistością, porównując na przykład „wesołość” opisywanych przez rozmówców Gospodarka parad z tym, jak wyglądała główna polska parada w Warszawie w czerwcu tego roku.
W paradzie uczestniczyli mężczyźni przebrani za kobiety, odziani w bardzo obcisłe stroje, co stanowiło widok ściśle kojarzący się z wulgarnymi materiałami pornografii homoseksualnej, a nie jakąkolwiek miłością czy relacyjnością. Byli też mężczyźni w maskach psów i łańcuchach, co odnosiło się prawdopodobnie do sadomasochistycznych aktów podejmowanych przez adherentów ruchu homoseksualnego. Wreszcie pojawili się i sataniści. Jeden z nich miał na głowie maskę z dziecięcymi nogami, co miało stanowić wyraz aprobaty dla legalnego mordowania dzieci nienarodzonych.
W „Tygodniku Powszechnym” Dawida Gospodarka mamy zatem miłość, czułość i odpowiedzialność. Na paradzie równości – quasi-pornografię, wulgarność, sadyzm, satanizm i aborcjonizm. Nie twierdzę, że to cały obraz warszawskiej parady równości lub innych parad tego rodzaju – ale trudno zaprzeczyć, że jest to istotny element całości. Prezentowanie na łamach – nawet tylko nominalnie – katolickiego czasopisma wyraźnie wybrakowanego obrazu parad homoseksualnych byłoby zatem smutne, gdyby nie było tak charakterystyczne dla tego konkretnego tytułu.
Nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić krótko i lapidarnie: homoseksualne parady nie są katolickie i żaden katolik nie powinien w nich uczestniczyć.
To w każdym przypadku manifestacja głębokiego nieuporządkowania moralnego, a często również poważnej i świadomej niegodziwości.
Z perspektywy katolickiej i naturalnej parady homoseksualne należy zdecydowanie i kategorycznie potępić.
Stąd działalność „Tygodnika Powszechnego” jest w dosłownym sensie tego słowa – perwersyjna.
(21 marca 2016 roku. Przemówienie kandydata na fotel prezydenta USA Donalda Trumpa podczas konferencji amerykańsko-żydowskiej organizacji AIPAC. Fot. Joshua Roberts / Reuters / Forum)
Władze Izraela, prowadząc walkę z Hamasem, który zaatakował ten kraj w październiku 2023 roku, wszczęły szeroko zakrojoną ofensywę. Uderzyły nie tylko we wrogich bojowników na terenie Gazy. Zwróciły się także przeciwko innym organizacjom militarnym mającym jakikolwiek związek z władzami w Teheranie, a także w sam Iran. Decydenci polityczni na czele z premierem Benjaminem Netanjahu wstrząsnęli całym Bliskim Wschodem. Wciągnęli w „wojenne awanturnictwo” – jak się o ich polityce wyrażają niektórzy amerykańscy eksperci – między innymi Stany Zjednoczone. Uruchomili przy tym siejący agresywną propagandę szeroki ruch syjonizmu chrześcijańskiego.
Obecnie, gdy wzmaga się krytyka heretyckich z punktu widzenia katolicyzmu mesjanistycznych ideologii, którymi kieruje się rząd w Tel Awiwie, bezkrytycznie wspierające go środowiska uruchamiają inicjatywy legislacyjne zakazujące kwestionowania polityki tego państwa jako przejawu antysemityzmu. Jednak, jak zwykle w takich przypadkach, gdy próbuje się narzucić cenzurę państwową, efektem będzie jeszcze więcej zła i wzmożenie niechęci do Żydów. A przecież na jej rozbrojeniu powinno zależeć izraelskim politykom oraz ich sprzymierzeńcom.
W niedzielę 22 czerwca, gdy już wiadomo było o zbombardowaniu przez Amerykanów kilku obiektów nuklearnych Iranu, papież Leon XIV mówił podczas modlitwy Anioł Pański: „Ludzkość woła i błaga o pokój”. Ojciec Święty zaapelował o zakończenie „tragedii wojny”, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, przypominając, że wojna jedynie wzmacnia problemy i zadaje głębokie rany, nie przynosząc trwałych rozwiązań.
Wyjaśnił, że wołanie o pokój „wymaga odpowiedzialności i rozsądku, i nie może zostać zagłuszone przez ryk broni lub retoryczne słowa, które podżegają do konfliktu”.
Jednak, następca świętego Piotra nie ograniczył się jedynie do kierowania apeli o pokój. Wezwał każdego członka społeczności międzynarodowej do podjęcia moralnej odpowiedzialności za „powstrzymanie tragedii wojny, zanim stanie się ona nieodwracalną otchłanią”. Stawką jest bowiem – jak wskazał, godność człowieka – a „żadne zwycięstwo militarne nie zrekompensuje bólu matki, strachu dziecka ani skradzionej przyszłości”.
Leon XIV podobnie jak niegdyś Benedykt XV wyraził nadzieję, że zgiełk broni ucichnie. Wezwał do podjęcia zabiegów dyplomatycznych, które „uciszą broń”, by narody mogły budować swoją przyszłość „dziełami pokoju, a nie przemocą i krwawymi konfliktami!”.
Po bombardowaniach USA i atakach Izraela, 23 czerwca prezydent Donald Trump ogłosił – w imieniu Izraela i Iranu – zawieszenie broni, które jeśli przetrwałoby 24 godziny miałoby ostatecznie zakończyć 12-dniową wojnę.
Czy w obecnej sytuacji jest możliwe pokojowe ułożenie relacji Izraela z innymi państwami i narodami? Nawet, gdyby twierdzono, że byłoby to niemożliwe dopóty, dopóki nie zostaną zabici wszyscy „terroryści”, to jednak politycy powinni dołożyć wszelkich starań, aby ucywilizować te stosunki, by były one przynajmniej znośne – a nie angażować całego świata w kolejną rzeź.
Krytyka Izraela to antysemityzm
Póki co, Tel Awiw mierzy się z ogromną krytyką. Zwolennicy Izraela w niektórych państwach chcą ją uciszyć, walcząc za pomocą regulacji zakazujących „antysemityzmu”. Przykładowo, brazylijski deputowany Eduardo Pazuello właśnie zaproponował projekt ustawy 472/2025, który poważnie zaniepokoił dziennikarzy, naukowców, organizacje pozarządowe. Ma on bowiem na celu włączenie do prawa krajowego roboczej definicji tego zjawiska sformułowanej przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA). Generalnie propozycja jest przedstawiana jako narzędzie do walki z nienawiścią. Sceptycy obawiają się jednak, iż zrówna wszelką krytykę polityki rządu Izraela z antysemityzmem. Przewiduje, że każdy akt, który „bezpośrednio lub skrycie kwestionuje prawowitość państwa Izrael lub minimalizuje powagę Holokaustu, będzie surowo karany”. Jak ostrzegają eksperci, ten niejasny zapis może stać się instrumentem dla uciszania krytyki izraelskich działań wojskowych, szczególnie w obliczu trwającego „ludobójstwa” w Strefie Gazy. Chodzi o kampanię wojskową IDF w Gazie, która polega na bezładnym bombardowaniu, przymusowych przesiedleniach i systematycznych atakach na ludność cywilną oraz infrastrukturę palestyńską. Międzynarodowy Trybunał Karny, który wydał m.in. nakaz aresztowania premiera Izraela, uważa, że zarzuty dotyczące „ludobójstwa” w Gazie są wysoce uprawdopodobnione.
Uciszanie krytyki Izraela w Brazylii już się odbywa poprzez prześladowania sądowe i kampanie oszczerstw w mediach. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, tak w Brazylii próbuje się wyciszyć i osłabić ekspresję polityczną na kampusach i wszelkie głosy solidarności z Palestyńczykami wyrażane przez ideologicznie zaangażowanych artystów, ale nie tylko.
Luciana Genro, brazylijska deputowana stanowa (PSOL-RS) i potomkini ocalałego z Auschwitz, została pozwana za „antysemityzm” po potępieniu działań Izraela w Strefie Gazy. Straciła pracę w TV Pampa i wezwano ją przed Komisję Etyki Zgromadzenia Ustawodawczego Rio Grande do Sul po naciskach ze strony lokalnych grup syjonistycznych oraz skrajnie prawicowych parlamentarzystów.
Podobnie, profesor Salem Nasser, krytycznie odnoszący się do polityki Izraela, jest celem liderów biznesu i przedstawicieli CONIB oraz Federacji Izraelitów w São Paulo od 2023 r., którzy wywierają naciski na jego rodzimą uczelnię, aby go ocenzurowała lub usunęła.
Radna Kurytyby Ângela Machado również została pozwana przez prawicowego kolegę, któremu nie spodobała się krytyka zbrodni wojennych w Palestynie. Sprawa została oddalona i kobieta wykorzystała „incydent” do obrony otwartej debaty na temat skutków ideologii syjonistycznej. Mówi, że „syjonizm to ideologia etnicznej supremacji, której nie można zaakceptować nigdzie na świecie”.
Cláudia Assaf, brazylijska dyplomatka, która potępiła „czystki etniczne Palestyńczyków”, także mierzyła się z oskarżeniami. Ostatecznie sąd federalny oddalił sprawę, wskazując, że w kraju próbuje się narzucić cenzurę.
Dopiero co zaproponowana ustawa 472/2025 wprowadza daleko idące ograniczenia prawne dotyczące wypowiedzi na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Potencjalnie może usytuować Brazylię wśród krajów, w których ze względu na priorytety dyplomatyczne rządzących, może dojść do podważenia podstawowych praw obywateli.
Jednak, jak przekonuje Brazylijska Konfederacja Izraelitów (CONIB), ustawa jest konieczna w celu zwalczania rosnących nastrojów antyżydowskich. Argumentują, że krytyka Izraela często przeradza się w jawne uprzedzenia i dlatego muszą pojawić się zabezpieczenia prawne, aby rozgraniczyć „uzasadniony dyskurs polityczny od mowy nienawiści”.
Niebezpieczny ruch „chrześcijańskiego syjonizmu”
Znacznie poważniejsze niż nawet wprowadzanie ustaw zakazujących krytyki Izraela – w tym w szczególności syjonizmu, co zaproponowała amerykańska Heritage Foundation, inicjując w 2024 roku projekt „Estera” – jest przekonywanie ludzi jakoby wszczynanie agresji motywowane chęcią przyspieszenia przez Izrael Armagedonu miało być zgodne z chrześcijańską nauką.
Obecny konflikt Izraela z Hamasem, działania w odniesieniu do Libanu czy Iranu unaoczniają, jak bardzo niebezpieczny jest ruch teologiczny chrześcijańskiego syjonizmu i budowana równocześnie i skrupulatnie sieć politycznego wsparcia Izraela. Poprzez krzewienie mesjanistycznych idei prowadzi ona na manowce ludzi wierzących.
Oto amerykańscy ewangelikanie – po ataku Izraela i USA na cele irańskie – głoszą, iż nadchodzi właśnie kres czasów. „Niektórzy chrześcijańscy przywódcy uważają, że atak Izraela na Iran, zwłaszcza jego uderzenie z 13 czerwca i zaangażowanie Ameryki w wojnę, przygotowały grunt pod dni ostateczne. Dni ostateczne od dawna są powszechnie akceptowaną chrześcijańską wiarą w ostateczny globalny konflikt z udziałem Izraela, który poprzedzi powrót Mesjasza, Jezusa z Nazaretu” – donosił portal Newsmax.com tuż po bombardowaniu przez Amerykanów domniemanych obiektów nuklearnych w Iranie.
„Wkraczamy w ostatnie dni ostateczne” – ogłosił ewangelista i prezenter telewizyjny Sid Roth w wywiadzie dla Newsmax. Program Rotha „It’s Supernatural!” jest oglądany przez chrześcijan na całym świecie.
Bibliści i powołujący się na swą wiarę chrześcijańską komentatorzy, tacy jak pastor James Kaddis i Greg Laurie sugerują, że konflikt między Izraelem a Iranem jest zgodny z treścią Księgi Ezechiela (38–39), opisującej koalicję dowodzoną przez Magoga. Ten ostatni często utożsamiany jest z Rosją, zaś wspomniane wrogie porozumienie obejmować miało Persję, atakującą w dniach ostatnich Izrael.
Portal dodał, że „Teleewangelista John Hagee od dawna twierdził, że irański program nuklearny jest punktem zapalnym”, a w bestsellerowej książce pastora Hagee z 2005 roku pt. „Jerusalem Countdown: Prelude to War” można przeczytać, że „nadchodzące starcie nuklearne z Iranem jest pewne”. Dwie dekady temu pastor ostrzegał: „Bitwa o Jerozolimę już się rozpoczęła. Ta wojna wpłynie na każdy naród na Ziemi, w tym Amerykę i wpłynie na każdego człowieka na planecie Ziemia”.
Innym często cytowanym przez chrześcijańskich syjonistów wersetem jest zapis z Księgi Zachariasza (12, 2–3). Opisuje on Jerozolimę jako „upijającą czarę” i „ciężki głaz” dla wszystkich sąsiadujących z nią narodów, które wszystkie zwrócą się przeciwko Izraelowi w czasach ostatecznych.
Chrześcijańscy syjoniści mówią o globalnej opozycji wobec Izraela, mającej być preludium do ogromnego konfliktu. Mieszkający na terenie „państwa położonego w Palestynie” poczytny autor i komentator Joel Rosenberg sugeruje, że obecnie spełniają się proroctwa Ezechiela i można spodziewać się dwóch scenariuszy: zjednoczenia Iranu z Rosją lub sojuszu narodów w celu ataku na Izrael.
Inni przewidują wielki konflikt między Izraelem a Iranem, a kolejni sugerują, że dojdzie do pełnowymiarowej wojny światowej z udziałem m.in. USA, Chin i Rosji.
Ewangelikalni judeo-entuzjaści przekonują, że gdyby nie doszło do zbombardowania irańskich obiektów, „rak rozprzestrzeniłby się na cały świat”.
Tego typu „proroctwa”, wygłaszane przez różnych zaangażowanych politycznie syjonistów chrześcijańskich, powodują ogromne szkody i są niebezpieczne.
„American Diplomacy” o groźnym sojuszu konserwatywnych chrześcijan i stronników Izraela
Już w kwietniu 2004 roku magazyn „American Diplomacy” opublikował artykuł na temat „wpływu chrześcijańskiego syjonizmu na politykę amerykańską” emerytowanego starszego oficera Foreign Service, Billa Dale’a. Spędził on trzydzieści lat w zagranicznej służbie dyplomatycznej. Pełnił między innymi obowiązki w Kopenhadze, Ottawie, Paryżu, Londynie, Ankarze czy Tel Awiwie. Był wysłannikiem USA w Republice Środkowoafrykańskiej w latach 1973 – 1975.
Wspomniane tu pismo wydawane jest dzięki współpracy redakcji z University of North Carolina – Chapel Hill’s College of Arts and Sciences i Curriculum in Peace, War and Defense oraz z Triangle Institute for Security Studies. Pisują tam praktycy i naukowcy zajmujący się stosunkami międzynarodowymi oraz dyplomacją.
Publikując tekst Dale’a, redakcja „American Diplomacy” nie tylko zastrzegła, iż są to prywatne opinie autora i nie ponosi za nie odpowiedzialności. Zamieściła jednocześnie krótkie zdanie o tym, że Dale „przygląda się polityce tego, co wydaje się mało prawdopodobnym sojuszem konserwatywnych chrześcijan i stronników interesów Izraela. Zwraca uwagę na starożytne korzenie nowego ruchu”.
Rzeczywiście, mniej więcej od tego czasu, gdy ukazała się publikacja, władze izraelskie zintensyfikowały „dyplomację opartą na wierze” (faith-based diplomacy). Starały się pozyskać poparcie osób wierzących dla swojej bezprawnej polityki w Strefie Gazy. Chodzi m.in. o okupowane od 1967 r. tereny Zachodniego Brzegu. Tel Awiw zainicjował tworzenie tak zwanych kaukusów, czyli grup lobbystycznych, których obecnie naliczyć można ponad 50 w parlamentach różnych krajów na świecie. Akcja objęła polityków różnych partii bezwzględnie popierających działania tego państwa.
Następnie Izrael zajął się ruchem „chrześcijańskiego syjonizmu”, który rozwija się „w dużej mierze wśród chrześcijan pochodzenia nieżydowskiego, popierających prawo narodu żydowskiego do powrotu do Ziemi Obiecanej…”.
Jak zaznaczył Dale, „ostatnio uznane źródło poparcia dla Izraela w Stanach Zjednoczonych pomaga w tworzeniu politycznej potęgi o takiej sile, że wraz z organizacjami żydowskimi wyniosło amerykańską politykę poparcia dla Izraela niemal ponad publiczną dyskusję. Mam na myśli chrześcijańskich syjonistów, konserwatywnych chrześcijan, w dużej mierze protestantów, którzy całym sercem popierają Izrael i sprawę tego narodu”. Autor sam zadał sobie pytanie, jak to jest możliwe, że powstało tak „pozornie nieprawdopodobne partnerstwo”? Przypomniał o filozoficznych korzeniach chrześcijańskiego syjonizmu. Mają one sięgać czasów starożytnych i wiązać się z „odwieczną wiarą w epicką walkę między siłami dobra i zła oraz przeczuciem, że świat wkrótce się skończy”. Przypomniał wczesnych hebrajskich proroków, nauczanie Jezusa Chrystusa, „mieszkańców Qumran, których pisma przepowiadały straszliwą walkę dobra ze złem. Jasnowidze uważali, że świat ich czasów jest grzeszny, ale po wielkiej walce wyłoni się wiek dobroci rządzony przez boga. Uważali, że nie ma szarej strefy, która pozwalałaby na kompromis między dobrem a złem. Trwałość tych przekonań jest tak wielka, że są z nami nadal po 2000 latach i stanowią system korzeniowy przekonań dzisiejszych chrześcijańskich syjonistów”.
Autor prześledził te idee na przestrzeni wieków, mieszając nauczanie Kościoła katolickiego z późniejszymi nurtami odrodzenia, w tym z nauczaniem Girolamo Savonaroli z XV wieku z Janem z Lejdy z XVI wieku czy z ideami Sabbataja Cwi i Natana z Gazy z XVII wieku, którzy wspominali o tym, że świat żydowski wrze w oczekiwaniu na przyjście Mesjasza i ponowne pojawienie się świątyni.
Jednak, to angielscy osadnicy, purytanie, którzy przybyli do Ameryki Północnej z przekonaniem, że nawrócenie Żydów na chrześcijaństwo będzie błogosławieństwem dla całego świata, rozwijali mesjanistyczne koncepcje, głosząc rychły koniec świata i powrót Chrystusa. Niektórzy sugerowali, że miał on nastąpić 21 marca 1843 roku, a ponieważ nic takiego nie miało miejsca, zwolennicy niejakiego pastora Millera doświadczyli „wielkiego rozczarowania”.
Autor nie ma wątpliwości, że „wiodącym źródłem” chrześcijańskiego syjonizmu była Anglia i ogromne zasługi w tym zakresie ma John Nelson Darby, który „stworzył doktrynę „dyspensacjonalizmu”, w której powrót Żydów do Palestyny odgrywał główną rolę. Często podróżował do Stanów Zjednoczonych i pomógł ukształtować poglądy takich przywódców ewangelikalnych, jak Dwight Moody, James Brookes i William Blackstone”.
„Ruch syjonistyczny mógłby jednak nigdy nie odnieść sukcesu, gdyby grupa brytyjskich polityków nie podjęła sprawy powrotu Żydów do Palestyny. Lord Shaftsbury promował tę sprawę w XIX wieku. Po nim czynili to: Lord Palmerston, David Lloyd George i wreszcie Lord Balfour, który zapewnił oficjalną podstawę dla żydowskiej imigracji do ojczyzny przodków, wydając słynną Deklarację z 1917 roku. W działaniach tych mężów stanu odmiana idealizmu łatwo mieszała się z praktyczną polityką” – czytamy.
Chrześcijański syjonizm rozwijał się szybko pod koniec XIX wieku, a największe znaczenie zyskali premilleniści, którzy „postrzegają przyszłość w kategoriach apokaliptycznych, z walką dobra ze złem i powrotem Chrystusa, po którym nastąpi tysiąclecie jego panowania”. Z kolei postmilleniści „wierzą jednak, że drugie przyjście Chrystusa nastąpi dopiero po tysiącleciu. Niektórzy koncentrują się szczególnie na odbudowie świątyni i przywróceniu kapłaństwa”.
Dale komentuje następnie: „Najbardziej przekonujące punkty chrześcijańskiego syjonizmu zakładają, że Izrael ma pierwszorzędne znaczenie; że Żydzi ostatecznie nawrócą się na chrześcijaństwo i że przyszłość świata nie dopuszcza żadnych stanowisk pośrednich, które wskazują na kompromis. Nie może być żadnych półśrodków, a ci, którzy opowiadają się za kompromisem, stają po stronie wroga” – podkreślał były dyplomata w 2004 r.
I wydaje się, że właśnie to jest źródło dzisiejszego kryzysu na Bliskim Wschodzie. Władze Izraela nie chcą słyszeć o żadnym kompromisie i robią wszystko, by storpedować wszelkie dyplomatyczne /„kompromisowe” rozwiązania kryzysu na Bliskim Wschodzie.
Pierwszą prezydenturę Donalda Trumpa chwalono – nie tylko po prawej, ale i po lewej stronie sceny politycznej w USA – za doprowadzenie do zawarcia Porozumień Abrahamowych, które inicjowały proces pokojowego ułożenia stosunków Tel Awiwu z państwami islamskimi. Jednak, jak się można dziś przekonać, najbardziej zajadłe grupy chrześcijańskich syjonistów w Izraelu oraz najbardziej radykalni spośród tamtejszych rządzących nigdy nie pogodzili się z takim rozwiązaniem. Dzisiejsze elity nie chcą słyszeć o żadnym kompromisie.
Dale kontynuował analizę, przypominając, że powstanie państwa Izrael w 1948 roku dało „ogromnego [pozytywnego] kopa” chrześcijańskim syjonistom, którzy uważali to za spełnienie biblijnych proroctw. Z kolei zwycięstwo Izraela w wojnie sześciodniowej 1967 roku wydawało im się triumfem dobra nad złem; trumfem, dzięki któremu całe miasto Jerozolima znalazło się pod kontrolą Żydów. „Wielu skrajnie prawicowych konserwatystów dołączyło do chrześcijańskich syjonistów i żydowskich syjonistów, aby utworzyć potrójny sojusz polityczny o rosnącej sile, ponieważ wydarzenia zdawały się potwierdzać ważną rolę, jaką Izrael odegra w przyszłości ludzkości, jak przewidziano w Starym Testamencie” – czytamy.
Jednak – i to należy podkreślić – „chrześcijańscy syjoniści nie akceptują wypowiedzi Chrystusa i innych wczesnych przywódców chrześcijańskich, którzy krytykują praktyki Starego Testamentu. Zamiast tego projektują praktyki i proroctwa Starego Testamentu na dzisiejszy świat. W związku z tym czczą Żydów jako wybrany lud Boży z boskim prawem do wszystkich ziem obiecanych Żydom w Starym Testamencie. Terytorium Wielkiego Izraela, całe miasto Jerozolima i odbudowana świątynia stały się głównymi obiektami uwagi chrześcijańskich syjonistów. Odbudowana świątynia wymagałaby zainstalowania starożytnego kapłaństwa i wznowienia praktyk takich jak składanie ofiar ze zwierząt. Hal Lindsey, najpopularniejszy chrześcijański autor syjonistyczny naszych czasów, napisał, że spodziewa się, że Żydzi przejmą Wzgórze Świątynne i rozpoczną odbudowę świątyni bardzo szybko” – napisał Dale.
Wydaje się, że w 2004 roku właściwie przewidział on przebieg zdarzeń. Wspomniał najbardziej znanych chrześcijańskich przywódców syjonistycznych, do których należał Jerry Falwell, pastor i twórca Baptist Liberty University w Lynchburgu w stanie Wirginia, z ponad 10 tysiącami uczniów. Protestancki lider sponsoruje kanał telewizyjny Liberty Broadcasting Network i Old Time Gospel Hour z 350 stacjami. Jest założycielem Moral Majority, a ponieważ „bardzo przyciągał uwagę opinii publicznej”, to „rząd Izraela wyposażył go w odrzutowiec Lear, aby pomóc mu szerzyć jego orędownictwo na rzecz Izraela”. Falwell miał obiecać „zmobilizowanie 70 milionów Amerykanów do promowania sprawy Izraela”.
Także Pat Robertson, prezes Christian Broadcasting Network i lider Christian Coalition oraz Hal Lindsey to „prominentni liderzy chrześcijańskiego syjonizmu, którzy wykorzystują religię do celów politycznych. Drugi z wymienionych w 1970 roku opublikował bestsellerową książkę „The Late Great Planet Earth”, mówiącą o pojawieniu się antychrysta, powstaniu Izraela, powrocie Chrystusa, Armagedonie, zwycięstwie dobra nad złem, odbudowie świątyni i nadejściu ery pokoju oraz sprawiedliwości. Przewidywał, że kulminacja tych wydarzeń miała nastąpić w 1988 roku. Dale komentuje: „Na szczęście główna siła zła, Związek Sowiecki, upadł mniej więcej w tym czasie, więc walka ustała”. Ale „świat arabski zastąpił ZSRS jako główną siłę zła, a walka trwa nadal, z nowym antagonistą. Przejście z drugiego do trzeciego tysiąclecia wyznacza kolejną pomyślną datę końca naszego świata. Niektóre grupy prawdziwych wyznawców apokaliptycznej interpretacji historii wspięły się na szczyty wzgórz, by oczekiwać tego wydarzenia. (…) Chrześcijańscy syjoniści wierzą, że będziemy żyć w okresie wzrastającej przemocy w miarę postępu epickiej walki. Ludzie, którzy naprawdę wierzą i prowadzą moralne życie, mogą jednak uniknąć tej przemocy i zostać porwani do nieba. Pozostali będą cierpieć, gdy przemoc się nasili. Środki łagodzące, takie jak proponowana przez prezydenta Busha „Mapa drogowa” w celu rozwiązania konfliktu arabsko-izraelskiego, ich zdaniem jedynie zaciemni jasną sprawę dobra i zła, i może odebrać terytorium, które legalnie należy do Izraela. Przywódcy chrześcijańskich syjonistów zachęcają do osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu wbrew długotrwałej polityce USA. Organizują Żydom z innych krajów przeprowadzkę do osiedli i pomagają finansować zakładanie nowych osiedli. (…) Podobnie, chrześcijańscy syjoniści sprzeciwiają się propozycjom uczynienia Wschodniej Jerozolimy stolicą Palestyny lub zorganizowania wspólnej czy międzynarodowej administracji miasta” – wskazywał Dale.
Autor uważał, że „kampanie chrześcijańskich syjonistów mające na celu wpłynięcie na politykę prezydencką rozpoczęły się w dużym stopniu od kampanii Ronalda Reagana w 1980 r., kiedy to przyłączyli się oni z dużym rozgłosem do wysiłków na rzecz wypromowania go (…). Nowy prezydent szybko wprowadził chrześcijańskich syjonistów, takich jak Falwell, Robertson i Hal Lindsey, do Białego Domu, w tym na przywódców kongresu i kraju. Sponsorował grupy dyskusyjne, które dały chrześcijańskim syjonistom okazję do reklamowania swoich przekonań i swojej władzy”.
Dale dodaje, że „prezydenci Bush Senior i Clinton nie mieli takich samych stosunków z chrześcijańskimi syjonistami jak ich poprzednicy, chociaż różne pro-izraelskie lobbies pomogły im utrzymać się na ścieżce ogólnie korzystnej dla Izraela”.
Co istotne, rozwój opisywanego tu nurtu przyspieszyła konferencja polityczna AIPAC (American Israel Public Affairs Committee) z 1995 roku. Tam właśnie „wykuto ważne ogniwo w rozwoju chrześcijańskiego syjonizmu”. „Do tego czasu wielu ewangelicznych chrześcijan sprzeciwiało się organizacjom żydowskim, ponieważ uważali, że Żydzi są zbyt liberalni i przyczyniają się do obniżenia standardów moralnych narodu. Stare przekonanie, że Żydzi są odpowiedzialni za śmierć Chrystusa, przetrwało również w niektórych kręgach ewangelicznych. Jednak w tym momencie żydowscy przywódcy i zwolennicy Izraela zdali sobie sprawę, że aby realizować własne, dotyczące go cele, potrzebują pomocy organizacji ewangelikalnych. W związku z tym zaprosili do wzięcia udziału w konferencji Ralpha Reeda, dyrektora wykonawczego Christian Coalition, oraz Pata Robertsona. Obie grupy stwierdziły, że mogą osiągnąć zgodność poglądów na podstawie promowania dobrobytu Izraela. Relacje między dwoma ruchami stały się od tego czasu stopniowo bliższe i współpracują one, aby zapobiec wszelkim działaniom rządowym, które uznają za sprzeczne z interesami Izraela” – zaznaczył były dyplomata.
Robertson, który wcześniej potępił żydowskie wpływy w Ameryce, w owym czasie oświadczył, że stanie po stronie Izraela i będzie sprzeciwiał się utworzeniu państwa palestyńskiego. „Gdy w maju 2002 roku prezydent Bush wezwał do wycofania izraelskich czołgów z palestyńskich miast na Zachodnim Brzegu, Biały Dom otrzymał ponad 100 tysięcy gniewnych wiadomości e-mail od chrześcijańskich środowisk sprzeciwiających się jego apelowi. Jak wspomniano wcześniej, chrześcijańscy syjoniści głośno sprzeciwiają się prezydenckiej Mapie Drogowej mającej prowadzić do pokoju na Bliskim Wschodzie, a zakładającej utworzenie państwa palestyńskiego na ziemi, która według syjonistów, syjonistów chrześcijańskich i innych, powinna na zawsze pozostać częścią Izraela. Być może ich sprzeciw stanowi jeden z powodów, dla których administracja Busha nie promowała Mapy Drogowej z większym zapałem w ostatnich miesiącach i niedawno wykazała chęć zatwierdzenia planu premiera Szarona, aby uwzględnić główne izraelskie osiedla na Zachodnim Brzegu” – czytamy.
Dale uznał także, że „chociaż ich przekonania są z pewnością błędne, chrześcijańscy syjoniści wraz z żydowskim lobby, które zyskało znaczny wpływ w kongresie USA, osiągnęli wielką siłę polityczną” w USA. Jednak tego typu ruch był znacznie słabszy w Europie Zachodniej, gdzie – przynajmniej jeszcze dwie dekady temu – nie było możliwe „przeprowadzenie poważnej, szeroko zakrojonej publicznej dyskusji na temat zalet amerykańskiej polityki dotyczącej udzielania wsparcia Izraelowi”. Autor analizy dodał, że powstała przepaść między postrzeganiem polityki zagranicznej wielu Amerykanów a postrzeganiem europejskich sojuszników, a także krajów islamskich. I ostrzegał, że „jeśli nie rozwinie się siła przeciwna, Waszyngton nie będzie w stanie konsekwentnie wspierać polityki na Bliskim Wschodzie obejmującej kompromis – jedyne rozwiązanie, które może przynieść pokój”.
Dzisiaj wraz z upowszechnieniem szeregu działań prowadzonych zwłaszcza przez środowiska protestanckie i „konserwatywne”, aby pozyskać dla sprawy Izraela jak najwięcej osób wierzących oraz konserwatywnych, „sprzedając” idee o „biblijnych proroctwach” – przeinaczonych i zafałszowanych, a co najważniejsze, niezgodnych z nauką Kościoła katolickiego, na co wskazuje Katechizm Kościoła w artykułach 675, 676 i 677 – chrześcijańscy syjoniści w gruncie rzeczy mogą tylko pogłębić niechęć do przynajmniej tej części Żydów, którzy wierzą i chcą w swym kraju żyć w spokoju z sąsiadami różnych wyznań. To właśnie takie działania mesjanistycznych protestantów, żydów czy katolików będą szkodzić religii i wiernym narażając ich na prześladowanie. Będą oni zaciągać na siebie wielką winę za podżeganie do „bezsensownej rzezi”, sprowadzającej „świat cywilizowany” do „obozu zagłady” – jak się niegdyś wyraził Benedykt XV w swojej adhortacji z 1917 r. „Do przywódców narodów walczących”. Papież ten wielokrotnie podejmował próby doprowadzenia do zaprzestania walk zwaśnionych narodów świata w czasie I wojny światowej.
Dzisiaj jesteśmy świadkami próby podzielenia nas na dwa obozy: tych, którzy będą dalej wspierać globalizm na modłę liberalną i postępową oraz tych, którzy będą wspierać globalizm pod dyktando chrześcijańskiego syjonizmu, łączącego walkę o „konserwatywne wartości” z bezwarunkowym wsparciem Izraela. Zupełnie tak, jak by nie było dla nas innej drogi: prawdy i sprawiedliwości, które każdy powinien wybierać.
Żydowska krytyka chrześcijańskiego syjonizmu
Liberalni Żydzi tacy jak Jim Sleeper, amerykański autor i dziennikarz, były wykładowca nauk politycznych na Uniwersytecie Yale od 1999 do 2020 roku, pisał sześć lat temu na stronie Open Democracy – organizacji założonej przez liberalnego Żyda z Węgier George’a Sorosa – że „dzisiejszy sojusz chrześcijańsko-żydowskich syjonistów zagraża amerykańskim Żydom”.
„Długotrwałe bezpieczeństwo Żydów w Stanach Zjednoczonych – podkreślił w swojej obszernej analizie zamieszczonej 20 sierpnia 2019 r. na stronie OD – opierało się na ciężko wywalczonym konsensusie, który jest teraz podważany przez nieświęty sojusz”.
Autor przypomniał w artykule pt. Today’s Christian-Jewish Zionist alliance imperils American Jewry, że w 1947 r. Federalne Biuro Śledcze domagało się, by założona w 1897 r. Syjonistyczna Organizacja Ameryki (ZOA) w celu wsparcia ustanowienia „żydowskiej ojczyzny w Palestynie”, została zarejestrowana jako zagraniczny agent. ZOA nie zastosowała się do nakazu i zmieniła statut, aby tego nie robić.
„ZOA ma swoich krytyków w amerykańskiej społeczności żydowskiej i poza nią. Ale nawet najsilniejsi z nich nie przewidzieli obecnej i coraz intensywniejszej współpracy organizacji z przywódcami 40 milionów amerykańskich ewangelikalnych chrześcijańskich syjonistów, których teologia predestynuje wszystkich Żydów, wzywając do Armagedonu w Palestynie, aby tam przyjąć Chrystusa jako swojego Mesjasza lub zginąć w czasie Porwania do nieba [oryg. rapture] w związku z Jego Drugim Przyjściem. Ta dziwna współpraca (…) odzwierciedla i zapowiada znacznie więcej niż tylko sprytną taktykę ZOA; taktykę mającą na celu zwiększenie amerykańskiego wsparcia dla Izraela. Jakiekolwiek by to nie było dla polityki rządowej i koalicyjnej premiera Izraela Benjamina Netanjahu, gambit ZOA ma złowieszcze implikacje dla poczucia przynależności i bezpieczeństwa amerykańskich Żydów w Ameryce”.
Były wykładowca Yale podaje niezwykle wiele ciekawych faktów dotyczących źródeł historycznych syjonizmu chrześcijańskiego, powiązań dawnych i obecnych prezydentów z kongregacjami wywodzącymi się od purytańskich osadników z Nowej Anglii, którzy „zreinterpretowali predestynację Żydów w ich ewangelicznej teologii, aby zostali wezwani do Ziemi Świętej na Armagedon”.
Skrytykował gwiazdy chrześcijańskiego syjonizmu od Pata Robertsona, przez Jerry Falwella po pastora Johna Hagee, który kieruje organizacją Christians United for Israel. Zaznaczył, że przygotowywanie elit do pełnienia wysokich funkcji w USA i Izraelu poprzedza kształcenie w duchu purytańskich tradycji. Nawet obecnie niezwykle krytykowany król Jordanii Abdullah był uczniem Deerfield Academy, a premier Izraela Benjamin Netanjahu uczęszczał do Cheltenham High School w Filadelfii.
Sleeper przypomina: „Bez względu na to, co purytanie myśleli o Żydach swoich czasów (i nie było to zbyt miłe), czcili starożytnych Hebrajczyków, których język umieścili na pieczęciach uczelni Brewster’s Yale oraz Dartmouth i Columbia. Stary Testament nauczył ich, aby opierali swoją żądną zbawienia wiarę na przymierzu, przyziemnych społecznościach prawa i świeckiej pracy. Nawet wieki później niektórzy potomkowie jankesów, tacy jak Miss Smith, okazywali nam, Żydom, więcej uznania niż swoim współwyznawcom, irlandzkim katolikom, takim jak klan Johna F. Kennedy’ego, którego oskarżali o korumpowanie ich protestancko-amerykańskiego Syjonu z Bostonu”.
Autor naszkicował podstawy „drażliwego wzajemnego szacunku między protestantami z Nowej Anglii a Żydami; szacunku, który ukształtował łagodny amerykański konsensus „żydowsko-chrześcijański”” i wskazał, dlaczego dziś niebezpieczny jest sojusz „apokaliptycznych chrześcijańskich syjonistów ze strategicznymi żydowskimi syjonistami”.
Opisał też zjawisko „hebraizacji kalwińskiego chrześcijaństwa” i odrodzenia „ewangelikalnej teologii chrześcijańskiej z nową pilnością pastora Hagee i innych”.
Nie ma wątpliwości, że polityka George’a W. Busha i jego neokonserwatywnych sojuszników z jednej strony, a także polityka Baracka Obamy oraz „strażników ruchu praw obywatelskich” z drugiej strony, były „osadzone na hebrajskim i purytańskim podłożu, które pielęgnowało charakterystyczny, amerykański obywatelsko-republikański styl życia”.
„Amerykańscy historycy, tacy jak Perry Miller, John Schaar, Edmund Morgan, Sacvan Bercovitch, John Demos, Daniel Rodgers i Eric Nelson pokazali, jak amerykańscy purytanie walczyli o ugruntowanie swojego chrześcijaństwa w hebrajskiej dyscyplinie wspólnotowej jako tarczy przed tym, co uważali za bałwochwalcze zepsucie Rzymu i Kościoła Anglii. William Bradford, pierwszy gubernator kolonii Plymouth (a zarazem przodek mojej koleżanki z Longmeadow, Barbary Hubbard) oraz Cotton Mather, mędrzec kolonii Massachusetts Bay i elegista jej purytanizmu, uczyli się hebrajskiego, chcąc „oczyścić” swoje chrześcijaństwo z jego rzymskich, łacińskich naleciałości. W 1778 roku prezydent Yale, Ezra Stiles, faktycznie napisał swoje przemówienie inauguracyjne po hebrajsku. Nawet w 1787 roku, długo po tym, jak purytanizm stracił żelazny uścisk w kraju, John Adams, potomek purytanów, główny architekt i przyszły prezydent republiki napisał: „Będę nalegał, by Hebrajczycy zrobili więcej dla cywilizowania ludzi niż jakikolwiek inny naród”. Rozwinął to dość obszernie, twierdząc, że nalegałby na tę historyczną prawdę, nawet gdyby był ateistą”” – czytamy u Sleepera, który opisuje, w jaki sposób purytanom udało się „zrównoważyć chrześcijańskie duchowe samouwielbienie z hebrajskim zobowiązaniem społecznym oraz osobistą wolnością sumienia i działania we współpracy z władzą publiczną”.
Jest to pewien rodzaj „równowagi” – która, jak przyznaje autor, „czasami pobudzała represje, inkwizycje i sekciarską nienawiść” – ale pozwalała trwać republice we względnym spokoju. Wiara z jednej strony pozwalała „przeciwstawić się ogromnym skupiskom władzy”, jednak „gdy wiara przekracza granice, republiki słabną, ale jeśli znika całkowicie, są stracone”.
„Po raz pierwszy dowiedziałem się, że można pielęgnować te stare tradycje, nawet nie wierząc w nie, w 1988 roku, kiedy to zostałem przez przypadek pierwszym redaktorem gazety, który opublikował odkrycie uczonego Shaloma Goldmana, że pradziadek George’a W. Busha (…), pastor George Bush był pierwszym nauczycielem hebrajskiego na Uniwersytecie Nowojorskim. Pastor Bush napisał pierwszą amerykańską książkę o islamie, „Życie Mahometa”, nazywając proroka oszustem, ale co ważniejsze dla naszego celu, w 1844 roku napisał „Dolinę wizji, czyli odrodzone suche kości”, interpretując starotestamentową księgę Ezechiela, aby przepowiedzieć powrót Żydów do Palestyny w szybko nadchodzącym czasie. Nie wiem, czy George W. Bush czytał egzegezę swojego przodka lub zna Księgę Ezechiela, ale Barack Obama z pewnością zna. W swoim przemówieniu na temat rasy w Filadelfii podczas kampanii prezydenckiej w 2008 r. przypomniał, że w jego własnym kościele Trinity Church w Chicago (czarnej gałęzi Kościoła Kongregacjonalnego, pierwotnego kościoła purytanów Nowej Anglii) „pole Ezechiela z suchymi kośćmi” było jedną z „historii – przetrwania, wolności i nadziei”, która „stała się naszą historią, moją historią; krew, która została przelana, była naszą krwią, łzy naszymi łzami”. Podobnie jak wielu innych przed nim, Obama wydawał się wierzyć, że republika musi nadal wplatać w swój liberalny gobelin mocne, stare nici wiary Abrahama (…)”.
Sleeper uważa, że obecny sojusz Syjonistycznej Organizacji Ameryki z ewangelikalnymi chrześcijanami zagraża amerykańskiemu obywatelsko-republikańskiemu rozumieniu Księgi Ezechiela, ponieważ sytuuje los amerykańskich Żydów całkowicie w Palestynie. A ponadto zagraża mitowi – co prawda „pękającemu pod ciężarem swoich sprzeczności w XVIII wieku” – a który „zainspirował pokolenia Amerykanów do zintegrowania osobistego zbawienia z postępem społecznym”.
Autor naszkicował, czego amerykańscy chrześcijanie i Żydzi nauczyli się od siebie nawzajem, a o czym obecnie zapominają. Istotne przy tym jest podkreślenie, iż „konstytutywnym aktem judaizmu było bezprecedensowo surowe oddzielenie ducha od natury, które przekształciło ludzką samoświadomość” i „wywołało niespokojne tęsknoty za poznaniem i wypełnieniem woli Bożej na ziemi”. „Podczas gdy hellenizm, który znamy ze starożytnych tekstów greckich, zjednoczył miłość i naturę w ponadczasowych cyklach i objął świat takim, jaki jest, judaizm zmusza wyobraźnię do (…) skierowania jej ku działaniu w celu osiągnięcia celów, które na Ziemi jeszcze nie zostały osiągnięte. Znajduje piękno w działaniu, dążąc do osiągnięcia sprawiedliwości w czasie. Jak ujął to zmarły Yirmiyahu Yovel, izraelski filozof, biograf Spinozy, współpracownik Tikkun i były oficer wywiadu armii izraelskiej w „Dark Riddle: Hegel, Nietzsche, and the Jews”, ludzcy poddani zaczęli utożsamiać swoje własne cele z transformacją świata, który nie był całkowicie obojętny na ich wysiłki, ale tylko wtedy, gdy działali poprzez przymierze z często ukrytym Bogiem (…)” – czytamy.
„Religia hebrajska wykorzystała nacjonalizm ludu wybranego” , a „naród żydowski jest narodem czasu, w sensie, którego nie można powiedzieć o żadnym innym narodzie” – pouczał autor. Hebraizm odrzuca „skłonność hellenizmu do poznawania świata, a nie do jego zmieniania”. „Judaizm domaga się tikkun olam, naprawy tego świata”. „Większość amerykańskich Żydów przyjęła świeckie przymierze obywatelskie, które splata osobistą odnowę z publicznym postępem. Chociaż mniejszość amerykańskich Żydów – wśród nich neokonserwatyści – nosiła żydowskie historyczne blizny jako świeże rany, które pchały ich do bezpodstawnie bombastycznego nacjonalizmu i militaryzmu, większość była strażnikami obywatelskiej i republikańskiej równowagi między publicznym obowiązkiem a wewnętrzną integralnością”. Uznając to, amerykański teolog luterański z połowy XX wieku Reinhold Niebuhr rozwijał tę koncepcję.
Jednak Sleeper przestrzegł, że „amerykańscy potomkowie nieugiętych starożytnych Hebrajczyków i nieustraszonych purytanów z XVII wieku mogą potrzebować trochę czasu, aby dowiedzieć się, że społeczeństwo, które pochłonięte jest prowadzeniem wojen za granicą lub na własnych ulicach, osłabia się w sposób, który potencjalni wojownicy mają tendencję ignorować. Reżimy i populacje uzbrojone po zęby dość często przegrywają wojny, w których walczą, a przegrywając je, kończą na szukaniu kozłów ofiarnych, nawet w grupach, które zdecydowanie i w dobrej wierze starały się do nich dołączyć”.
Skrytykował „dzisiejszych rozpalonych chrześcijańskich i żydowskich kolaborantów syjonistycznych”, którzy dążą do realizacji „proroczych wizji”. Jego zdaniem, niesie to ze sobą ogromne niebezpieczeństwo, „biorąc pod uwagę, że proroczy scenariusz może się zmienić (szczególnie jeśli Żydzi nie odgrywają przypisanych im przez chrześcijan ról)”.
Autor wspomniał o tym, jak felietonista „New York Times’a” Bret Stephens (absolwent London School of Economics, a także University of Chicago), który był redaktorem naczelnym neokonserwatywnego „Jerusalem Post” w 2003 r. scharakteryzował chrześcijańskich syjonistów jako „ogromne źródło wsparcia”, które Żydom „głupio byłoby odrzucić, zwłaszcza gdy nie mają tylu przyjaciół i sojuszników”.
Napisał też dalej:„Jeszcze w 2015 r., jako felietonista The Wall Street Journal, Stephens przyjął zlecenie od Christians United for Israel pastora Hagee, aby przeprowadzić wywiady z amerykańskimi kandydatami na prezydenta w wyborach 2016 roku”. Stephens był tak „poprawny politycznie” i wykazywał się tak dużym zapałem cenzorskim, broniąc syjonizmu, że „nawet Jeffrey Goldberg, sam zagorzały syjonista (a teraz redaktor magazynu The Atlantic) skrytykował go za oskarżenie, iż element zapachowy, który pojawił się w uwadze senatora Chucka Hagela skierowanej do byłego amerykańskiego negocjatora ds. Bliskiego Wschodu Aarona Davida Millera, a dotyczący tego, że lobby żydowskie zastrasza wiele osób na Kapitolu sugeruje, iż Hagel ma problem żydowski. Ta insynuacja została całkowicie zdyskredytowana przez Żydów i chrześcijan, którzy ściśle współpracowali z Hagelem. Stephens poparł przeniesienie przez Trumpa amerykańskiej ambasady do Jerozolimy i wycofanie się z porozumień nuklearnych – z Kioto oraz z Iranem. Ale Trump go zmartwił, kiedy Organizacja Syjonistyczna Ameryki zaprosiła doradcę i alt-prawicowego zapalczywca Steve’a Bannona na swoją konferencję w 2017 roku i zgotowała mu owację na stojąco, Stephens najwyraźniej w końcu zrozumiał, że fantazyjne tańce z brzydkimi, oportunistycznymi układami muszą się skończyć” – komentował Sleeper.
„Kiedy prawicowa grupa żydowska, taka jak ZOA, decyduje się zignorować dobrze udokumentowane powiązania Bannona z antysemickimi białymi nacjonalistami, stawia się na równi moralnej z JVP, czyli skrajnie lewicowym Jewish Voice for Peace, której radę doradczą tworzą Tony Kushner, Noam Chomsky, Naomi Klein i Wallace Shawn” – czytamy.
Zgodnie z danymi raportu International Gas Union (IGU), Polska ma najwyższe ceny gazu ziemnego na świecie – średnie ceny hurtowe surowca w 2024 r. wynosiły u nas ponad 15 USD/MMBTU. [1 MMBtu = 1055 MJ ≈ 293 kWh]
Za nami plasują się kolejno: Czechy, Austria i Niemcy.
Gaz ziemny w Polsce był ponad trzy razy droższy w porównaniu do globalnej średniej i niemal siedem razy droższy niż w USA.
Niechlubna czołówka
Zgodnie z raportem IGU, w 2024 r. hurtowe ceny gazu ziemnego w Europie były najwyższe na świecie, podobnie jak średnie ceny na rynku spot wynoszące 11,52 USD/MMBTU. Z kolei najniższe ceny można było zaobserwować w krajach byłego Związku Radzieckiego.
Najwyższe ceny hurtowe w 2024 r., podobnie jak w trzech poprzednich latach, odnotowano w Europie, a nie na głównych rynkach importujących LNG w regionie Azji i Pacyfiku, chociaż w 2024 r. ceny ponownie się zmniejszyły. Pięć najwyższych cen odnotowano w Europie [Polska, Czechy, Austria, Niemcy i Słowacja – przyp. red. Energetyka24], ale spadły one znacznie poniżej 20 USD za MMBtu. International Gas Union, „Wholesale Gas Price Survey 2025 Edition”>
Autor. IGU
Tak wysokie ceny w Europie wynikają m.in. z nadal odczuwalnych skutków zrezygnowania z dostaw taniego, rosyjskiego gazu, od którego wysoce były uzależnione m.in. Niemcy i Austria. Jeszcze w lutym ubiegłego roku austriacka ministra energetyki Leonore Gewessler wskazywała, że ze względu na powiązania kontraktowe Wiedeń stał się zależny od Moskwy w 98 proc. w zakresie dostaw niebieskiego paliwa. Z kolei w kontekście Niemiec, obserwujemy skutki wieloletniej polityki zacieśniającej współpracę energetyczną między Berlinem a Moskwą, m.in. poprzez gazociągi Nord Stream 1 i 2.
W przypadku Polski i Czech, wpływ na ceny również miała przede wszystkim wojna na Ukrainie oraz odcięcie się od dostaw ze wschodu. Praga mierzy się z wysokimi opłatami tranzytowymi nakładanymi przez Niemcy, dodatkowo czeski przemysł jest dużym konsumentem surowca.
Z kolei ceny polskiego gazu są ściśle powiązane z trendami na europejskich rynkach – głównie mowa tu o rynku holenderskim i niemieckim. Dodatkowo sytuację Polski pogarsza całkowite odcięcie od dostaw surowca z Rosji, a malejące zapasy nie wystarczyły na rosnący popyt, który pojawił się po pandemii Covid-19
Europa – najwyższe ceny na świecie
Jak zaznaczono w dokumencie, najniższe ceny hurtowe występują na rynkach silnie regulowanych, ale także na bogatym w zasoby rynku USA. „Ceny powyżej 10 USD za MMBTU występują zazwyczaj w Europie oraz na rynkach zależnych od LNG, takich jak Japonia, Korea i Chińskie Tajpej, a także Brazylia” – dodano.
Warto pamiętać, że niemal 82 proc. cen gazu w Europie jest ustalana obecnie w oparciu o konkurencję rynkową między dostawcami gazu (tzw. gas-on-gas, GOG), na podstawie podaży i popytu na rynku gazu i giełdach. Jak zaznaczono w raporcie, prawie cała produkcja krajowa, 80 proc. importu rurociągowego i 78 proc. importu LNG jest wyceniane według GOG.
W lutym 2023 r. na TTF cena gazu osiągnęła minimum na poziomie poniżej 30 euro/MWh, jednak w lutym bieżącego roku zbliżała się do 55 euro/MWh. Wynikało to m.in. z malejących zapasów w magazynach.
Problemy dla polskiego przemysłu
Jak wskazuje Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu (FOEEiG), polski sektor przemysłowy wykorzystujący gaz ziemny, od dwóch lat boryka się z wysokimi cenami tego surowca na rynku.
„Dane nie pozostawiają złudzeń – dla największych krajowych odbiorców niebieskiego paliwa, czyli firm zużywających powyżej 4 000 000 GJ (105 mln m3) gazu ziemnego rocznie, jego koszty są zdecydowanie wyższe niż m.in. w Niemczech, Francji, Hiszpanii, Holandii czy Włoszech” – podaje FOEEiG.
Niestety, wysokie ceny surowca zagrażają konkurencyjności polskiego przemysłu, który pozostaje silnie energochłonny.Sektor ten wytwarza ponad 20 proc. krajowego PKB.
Pod koniec czerwca Komisja do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych zajęła się projektem proponującym wprowadzenie dodatkowej opłaty, która obciąży odbiorców przemysłowych – tzw. opłatą gazową. W efekcie jej wprowadzenia, jak podaje FOEEiG najwięksi konsumenci gazu ziemnego (duże zakłady przemysłowe) zapłacą najwięcej, a dodatkowe koszty za przykładową wysokość opłaty na poziomie 10 zł/MWh mogą wynieść rocznie nawet ponad 11 mln zł.
mnie to się nasuwa taki mem na podsumowanie tej informacji [KZ]:
Jak ktoś nie zna mema – film Poranek Kojota, łysy gangster dziwi się co za „przypadek” dopadł żonę szefa . Szef na to – „a kto powiedział że to był przypadek?”