Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 2 sierpnia 2026 michalkiewicz
Wprawdzie to już tylko formalność, ale formalnościom też musi stać się zadość, więc chociaż o północy z czwartku na piątek upłynął termin ultimatum, jakie Naczelnik Państwa przedstawił Mateuszowi Morawieckiemu i jego pretorianom – żeby nie tylko zlikwidowali stowarzyszenie „Rozwój Plus”, ale i rewokowali w specjalnie sporządzonych lojalkach – że będą słuchać Naczelnika – ale gwoli zadośćuczynienia formalnościom, utrata członkostwa w PiS zostanie 28 lipca zatwierdzona przez Biuro Polityczne, to znaczy – pardon; nie żadne „Biuro Polityczne”, które było organem PZPR, tylko oczywiście Komitet Polityczny.
Nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że Biu… – ach, co ja piszę; nie żadne „Biuro”, tylko oczywiście – Komitet Polityczny wszystko zatwierdzi i w ten oto sposób „rozłam” w PiS stanie się faktem. Jak z kronikarskiego obowiązku wspominałem, część wyznawców Naczelnika Państwa uważa, że to tylko taka ustawka, której celem jest wciągnięcie obywatela Tuska w pułapkę: niech sobie myśli, że PiS się rozpadło, („Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje…”), a tymczasem na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami, Mateusz Morawiecki ponownie „zleje się” z Naczelnikiem Państwa i w ten oto sposób osiągnięte zostanie ostateczne zwycięstwo.
To jasne, że wyznawcy Naczelnika Państwa w coś przecież wierzyć muszą, więc dlaczego nie w ustawkę, która to wiara ufundowana jest zresztą na przekonaniu, iż Naczelnik jest wirtuozem intrygi? Może i jest – ale warto zwrócić uwagę, że nader często potyka się o własne nogi. Tak było w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza, tak było w przypadku Andrzeja Dudy i tak właśnie jest w przypadku Mateusza Morawieckiego.
Warto bowiem zwrócić uwagę, że stowarzyszenie Rozwój Plus powstało w kwietniu br. – to znaczy akurat wtedy, gdy Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą – co oznacza, że realizują politykę, jaką Cesarstwo Niemieckie prowadziło w Europie Środkowo-Wschodniej w roku 1917, zezwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by za pomocą tego narzędzia szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Ponieważ za sprawą Judenratu i innych ośrodków propagandowych, znaczna część Polaków jak ognia boi się posądzenia o „ruskie onuctwo” i szachowanie Rosji przez Niemcy przy pomocy Ukrainy uważa za wielkie osiągnięcie, to w cieniu tego wielkiego osiągnięcia już zupełnie nie zauważa, że Ukraina ma jeszcze jedno zadanie – mianowicie – trzymania w ryzach Polaków.
Z tych powodów wolę trzymać się teorii spiskowej, według której Mateusz Morawiecki właśnie realizuje trzecią część swego zadania w postaci neutralizacji PiS. Żaden listek figowy nie jest już w Polsce Niemcom do niczego potrzebny, no i właśnie to pokazują najnowsze sondaże. Na pozycji lidera plasuje się Volksdeutsche Partei z satelitami z poparciem ponad 28 procent. Na drugim miejscu PiS – ale z wynikiem niecałych 16 procent, na trzecim – Konfederacja z wynikiem 13,5 procenta, na kolejnym – Konfederacja Korony Polskiej z wynikiem 12,3 procenta, potem jeszcze Lewica (7,9 proc.) i wreszcie – grupa Mateusza Morawieckiego z wynikiem 7,5 proc. Nie zapominajmy jednak o innych następstwach rozłamu. Z Mateuszem Morawieckim wyszło z PiS 40 parlamentarzystów. Każdy z nich zdążył się jakoś tam ukorzenić w terenie, to znaczy – we własnym okręgu wyborczym. W tej sytuacji bardzo ważna jest okoliczność, czy taki parlamentarzysta będzie wyrywany z korzeniami, czy też przynajmniej część korzeni nadal będzie służyła Naczelnikowi Państwa, którego siła polega m.in. na przekonaniu, że każdy powinien się dla niego poświęcać.
Dopóki ta wiara jest podzielana przez część opinii publicznej, dopóty Naczelnik Państwa może swoich wyznawców uwodzić – ale w miarę rozwoju sytuacji, a zwłaszcza – w miarę topnienia wpływów PiS w terenie – również możliwości uwodzicielskie będą się kurczyły. Od razu bowiem między rozłamowcami rozpoczęły się tzw. potępieńcze swary. „Maślarze” zauważyli ze zgrozą, że Mateusz Morawiecki był doradcą Donalda Tuska – co im przedtem – to znaczy – ani w roku 2015, ani w roku 2017, kiedy Morawiecki zostawał premierem rządu „dobrej zmiany” z namaszczenia Naczelnika – absolutnie nie przeszkadzało – podobnie jak i to, że na stanowisku premiera rządu Mateusz Morawiecki podpisywał wszystko, co mu tam Niemcy podsunęli do podpisu.
Inni jednak mogą zacząć dociekać, dlaczego w takim razie Naczelnik Państwa upodobał sobie akurat w Mateuszu Morawieckim i do kogo jeszcze musi się akomodować – a wtedy uwodzicielskie możliwości Naczelnika mogą skurczyć się jeszcze bardziej. I o to właśnie w tej trzeciej części zadania, którą właśnie wykonuje Mateusz Morawiecki, chodzi.
Ale przebudowa sceny politycznej naszego bantustanu to jedna sprawa, bo drugą sprawą jest toczący się równolegle proces coraz mocniejszego chwytania za twarz tubylczych Polaków. Na wieść o strategicznym partnerstwie niemiecko-ukraińskim, główny cadyk warszawskiego Judenratu, pan red. Adam Michnik rzucił hasło – „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Z punktu widzenia „krajowych cudzoziemców”, za jakich uchodzą Żydowie, przynależność do tej czy innej z mniej wartościowych tubylczych nacji jest sprawą płynną. Toteż kiedy pan red. Michnik doszedł do wniosku, że wobec proklamowania strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego Polska już jest passe – rzucił wspomniane hasło – natychmiast zostało ono podchwycone przez funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, którzy natychmiast ruszyli ławą, by piętnować polską „ksenofobię” i inny tubylcze myślozbrodnie. Dodając tak zwanego „dramatyzmu” Judenrat „Gazety Wyborczej” zaczął lansować pogląd – donos, że w Polsce narasta „atmosfera przedpogromowa” wobec goszczących u nas 2 mln Ukraińców.
To bardzo poważna zastawka, która może stanowić podstawę do ewentualnej interwencji w Polsce, gdyby się okazało, że własnymi siłami tubylcza administracja nie jest w stanie tych wszystkich myślozbrodni stłumić. Jest oczywiście mało prawdopodobne, by za pacyfikowanie Polaków wzięli się bezpośrednio Niemcy – bo jeszcze swąd po Oświęcimiu do końca się nie rozwiał – ale od czego ukraińska diaspora? Ta mogłaby otrzymać nie tylko wolną rękę, nie tylko zachętę, ale i wsparcie w postaci broni i pieniędzy do urządzenia tubylczym Polakom „wołynki” – żeby raz na zawsze zrozumieli, że nie powinno się wierzgać przeciwko ościeniowi. Propagandową padgatowką do tego mogą służyć codzienne doniesienia o atakach – jak nie na ukraińskie dziewczęta, to na ukraińskich chłopców – aż przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, na łamach prowadzonej przez warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej”, dała wyraz swoim uczuciom wobec mniej wartościowego narodu tubylczego, a nawet „kraju”. Przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska wprost wije się ze wstydu za „mój kraj” w w ogóle – zalewa ją „gorycz”. Jeśli tedy mniej wartościowy naród tubylczy się nie opamięta, to nieuchronnie spadnie na niego surowa ręka sprawiedliwości ludowej. Doprawdy – ostatnia chwila do nawrócenia.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
3 sierpnia 1926 roku przed Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Guadalajarze, w meksykańskim stanie Jalisco, zagrzmiały wystrzały. Gromada katolików stanęła z bronią w ręku, chroniąc swą świątynię przed znieważeniem. Był to początek ogólnokrajowego zrywu – Cristiady.
Wykuwanie kajdan
Początki wojny z Kościołem katolickim na meksykańskiej ziemi można było dostrzec już w XVIII stuleciu, jeszcze w okresie panowania Hiszpanów, gdy zaczęły tu powstawać pierwsze loże masońskie.
Wpływy wolnomularstwa niepomiernie wzrosły po uzyskaniu niepodległości przez Meksyk (1821). Loże rozwijały się bujnie niczym chwast między innymi dzięki wsparciu dyplomacji Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, widzących w wolnomularskich stowarzyszeniach wygodny, a przy tym niejawny kanał do oddziaływania na środowiska polityczne młodej republiki.
W latach 40. XIX wieku prześladowania Kościoła oraz inne rewolucyjne inicjatywy liberałów inicjowanych w lożach doprowadziły do szeregu buntów, wojen domowych i obcych interwencji. Po trzech dekadach chaosu kraj zyskał nieco wytchnienia i stabilizacji pod rządami prezydenta Porfirio Diaza.
Czas krwawych prześladowań katolików powrócił podczas Rewolucji Meksykańskiej (1910-1920). Zaciekły konflikt wewnętrzny znowu spustoszył kraj. Pokój zawarty nad grobami półtora miliona ofiar walk bratobójczych nie okazał się trwały.
W roku 1917 ogłoszono Konstytucję Meksyku, która odbierała Kościołowi osobowość prawną. W zasadzie miał on ulec likwidacji, jego majątek miało zagrabić państwo, zaś księży zamierzano zdegradować do osób prywatnych „świadczących usługi wyznawcom religii”.
Obrady komisji przygotowującej ustawę zasadniczą były w istocie sabatem chorych z nienawiści fanatyków. Jeden z szacownych „ekspertów” podkreślał prawo Meksykanów do „eksterminacji hydry, zwanej klerem”. Drugi zabłysnął sentencją: „Jeśli braknie sznura do wieszania tyranów, moje ręce zaplotą wątpia zakonnika”. Trzeci ubliżał duchowieństwu od „plugawych i oszukańczych nietoperzy”, „ohydnych ośmiornic” i „inkwizytorów ludzkiego sumienia”.
Przez kolejne lata najbardziej radykalni rewolucjoniści, choć mocni w gębach, wstrzymywali się z wprowadzeniem w życie „antyklerykalnych” praw, słusznie przewidując, że doprowadzi to do ponownego rozdarcia kraju. W końcu jednak zjawił się człowiek, który nie oglądał się na nic, jako że walkę z Bogiem traktował jako swe osobiste posłannictwo.
Nadchodzi Antychryst
Nazywano go „Turkiem” (choć miał żydowskich przodków), albo bardziej pompatycznie „Meksykańskim Neronem”. On sam ogłosił się Antychrystem. Za swych politycznych idoli uznawał Lenina i Trockiego; po latach będzie z uznaniem wyrażał się także o Hitlerze.
El anticristoPlutarco Elias Calles, mason 33 stopnia z loży Helios, ateista (który jednak pod koniec życia zabawiał się spirytyzmem), był zawodowym politykiem – jednym z tych, którzy stanowią prawdziwy dopust Boży dla swoich krajów. Podczas Rewolucji Meksykańskiej, dzięki swoim koneksjom, wszedł do grona krwawych watażków, określających się mianem rewolucyjnych generałów. To wtedy wkradł się w łaski wszechpotężnego „pana wojny”, masona jak on, Alvara Obregona. W latach 1920-1924 generał Obregon dzierżył godność prezydenta kraju. Po zakończeniu kadencji, ponieważ meksykańskie prawo nie przewidywało możliwości reelekcji, Obregon wysunął na to stanowisko swego zausznika Callesa.
[Odznaczył się tam Józef Retinger, zwany później przez gen. Sikorskiego „kuzynkiem diabła” md]
W roku 1926 prezydent Calles postanowił wprowadzić w życie martwe dotąd antykatolickie artykuły Konstytucji. Ogłosił upaństwowienie całego majątku kościelnego (łącznie ze świątyniami), zamknięcie szkół katolickich, zakaz nauczania religii w szkołach państwowych i prywatnych, zakaz odprawiania nabożeństw poza murami kościołów. Kara więzienia lub grzywny groziła duchownym, którzy pojawiliby się w miejscu publicznym w sutannie. Zdelegalizowano nawet tradycyjne pozdrowienie Adios! (Z Bogiem!). W poszczególnych stanach zredukowano drastycznie liczbę kapłanów – w wielu jeden ksiądz miał przypadać na kilkadziesiąt tysięcy, a w stanie Vera Cruz jeden na sto tysięcy wiernych. Setki duchownych cudzoziemców wypędzono z kraju.
Calles w sposób nieskomplikowany rozwiązał (jak mu się wtedy wydawało) problem ewentualnych protestów przeciw jego polityce. Za słowną krytykę rządu, nie mówiąc już o krytyce prasowej czy w formie pism ulotnych, a nawet za wyrażenie swojej opinii w rozmowie prywatnej, groziło 5 lat więzienia! Prezydent zyskał oparcie w wojsku, policji i antyklerykalnych bojówkach, prowadzących od lat bezlitosny terror przeciw katolikom.
Opór
Wierni Kościoła długo próbowali opierać się opresji metodami pokojowymi.
Dwa miliony osób podpisało petycję do władz; zostali zignorowani. Organizowano demonstracje i wiece protestacyjne. Ogłoszono bojkot kin, teatrów, prasy, środków komunikacji państwowej i sklepów tytoniowych, uszczuplając w ten sposób dochody państwa. W końcu duchowieństwo ogłosiło swoisty strajk, wstrzymując się od posług religijnych. Reakcja szerokich rzesz społecznych zaskoczyła wszystkich swym rozmachem.
Tymczasem rząd kroczył drogą brutalnych represji. Mnożyły się aresztowania. Wojsko zajmowało kolejne kościoły, przekształcając je w koszary, więzienia i stajnie. Rabowano przy tym naczynia liturgiczne, rozbijano tabernakula, dewastowano wnętrza. Żołnierze z osobliwym upodobaniem rozstrzeliwali wizerunki Chrystusa, Matki Bożej i świętych.
Spontaniczne protesty parafian zaczęły się przeradzać w zamieszki. 26 kwietnia 1926 roku w Zitácuaro w starciach zginęło czterech cywilów i oficer wojska. 31 lipca w Oaxaca żołnierze zajęli kościół Santa María de los Ángeles; zginęło przy tym dwóch wojskowych i kilku parafian. 2 sierpnia stanęła do walki ludność Acámbaro, 3 sierpnia wierni w Cocula.
Owe pierwsze iskry jeszcze nie podpaliły nagromadzonych prochów wielkiego społecznego buntu. Wiadomości o nich były wyciszane przez władze lokalne. Reżim Callesa systematycznie dokręcał śrubę prześladowań.
Dzwony Guadalajary
3 sierpnia 1926 roku tłumy wiernych zaczęły gromadzić się wokół Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Guadalajarze. Niektórzy parafianie przewidująco zaopatrzyli się w strzelby i rewolwery. Wcześniej miasto obiegła wieść o planowanym przez wojsko zajęciu świątyni.
Konfrontacja zaczęła się od pozornie błahego zdarzenia. W pobliżu Sanktuarium gromada dzieciaków próbowała zablokować drogę przejazdu samochodowi generała, a zarazem ważnego urzędnika państwowego. Kierowca nie zatrzymał pojazdu, tylko jechał wprost na młodocianych demonstrantów. Wtedy podobno niektórzy z nich zaczęli rzucać kamieniami i patykami. Rozwścieczony generał kazał zatrzymać samochód, wysiadł z niego i kilkakrotnie wypalił z rewolweru. W odpowiedzi huknęły strzały od strony świątyni. Dzieci rozbiegły się, a wystraszony generał wsiadł do wehikułu i natychmiast odjechał. Podczas incydentu nikt nie ucierpiał, prawdopodobnie obie strony strzelały tylko na postrach.
Pół godziny później w Sanktuarium uderzono w dzwony. Pod kościół zajechała wojskowa ciężarówka. Dziś trudno ocenić, czy była to reakcja na wcześniejsze zdarzenie z dostojnikiem, czy wstęp do zaplanowanej wcześniej akcji zajęcia świątyni. Dwudziestu żołnierzy zajęło stanowiska w przykościelnym ogrodzie, a pięciu wraz z oficerem udało się do bramy głównej. Tutaj stanęło im na drodze dwóch nieuzbrojonych mężczyzn.
Oficer butnie zażądał otwarcia bramy i wpuszczenia wojska do środka. Dwaj strażnicy świątyni zawahali się. Na ich twarzach widać było lęk. Opodal stał niezdecydowany tłum parafian, a dramatyzm chwili podkreślał nieustanny grzmot dzwonów.
Widok uzbrojonego, karnego oddziału wojska podziałał na ludzi paraliżująco. Poczuli swą słabość; ogarnął ich strach. Byli przecież zbieraniną cywilów, w większości bezbronnych, co na chwilę oderwali się od swych codziennych obowiązków. Stali więc milcząc, a tylko dzwony huczały swą żałobną pieśń, śląc w miasto wołanie o pomoc.
Judyta
Wtedy, nie wiadomo skąd, pojawiła się młoda kobieta. Szybkim krokiem zbliżyła się do bramy Sanktuarium. Podeszła wprost do oficera. Nie próbowała przekonywać go, dyskutować, „dialogować”, błagać. Po prostu wbiła mu nóż w serce.
Czasem jeden człowiek wystarczy, by uruchomić sprężynę Historii; aby zmienić bieg dziejów. Żołnierze i cywile patrzyli w osłupieniu, jak oficer – ofiara rozkazów swoich przełożonych – osuwa się na bruk; jak kona na przykościelnej ulicy, u progu bramy, której nie zdołał sforsować. A meksykańska Judyta nachyliła się nad nim, odpięła od jego pasa rewolwer i szablę. Potem wręczyła oręż dwóm osłupiałym strażnikom bramy, mówiąc:
– Możecie się tu bronić!
Tłum zafalował i ruszył ku bramie. Piątka żołnierzy struchlała, ale usłyszeli tylko, że mają odejść, jeśli chcą zachować życie. Roztropnie posłuchali dobrej rady i dołączyli do dwudziestu kolegów w ogrodzie. Tam, niestety – pod wpływem emocji albo z premedytacją – ktoś podjął morderczą decyzję. Żołnierze otworzyli ogień do tłumu, nie bacząc, że przeważają w nim bezbronni, że pełno w nim kobiet i dzieci. Część zgromadzonych rozpierzchła się w panice. Wielu, uchodząc spod gradu kul, schroniło się w kościele.
Jednak nie wszyscy wierni szukali ratunku w ucieczce. Uzbrojeni parafianie stanęli do walki, odpowiadając strzałem na strzał. Rozpoczęła się bitwa o Sanktuarium.
Oblężenie
Pod świątynię przybywały wciąż nowe oddziały wojska. Ostrzał narastał.
Obrońcy odpowiadali jak mogli, prażąc z broni myśliwskiej i rewolwerów, z atrium, z wież i dachu kościoła. Zadziwiające, że dowodzenie nad nimi objął osiemnastolatek, Lauro Rocha Gonzales, rodem z Atotonilco. Miał widać chłopak charyzmę, albo może stosowne wojskowe przeszkolenie, bo starsi podporządkowali mu się natychmiast. Atakujący żołnierze, tłumacząc się potem z niepowodzenia szturmu, raportowali o doskonałym rozmieszczeniu stanowisk strzeleckich obrońców, które uniemożliwiły oblegającym zbliżenie się do świątyni.
Obustronna zacięta kanonada trwała godzinę. Wreszcie Niebiosa zesłały ulewny deszcz. Strugi wody nieco ostudziły rozpalone głowy po obu stronach. Wynegocjowano zawieszenie broni. Potem władze zezwoliły lokalnej prasie napisać o czterech ofiarach śmiertelnych bitwy; po latach historycy doliczyli się 18 zabitych i 40 rannych.
Wojsko otoczyło Sanktuarium żelaznym pierścieniem. Agenci federalni odcięli dostawy prądu. Gdy zapadła noc, kościół skrywały ciemności, z których dobywały się modlitwy, hymny i pieśni. Szczególne wrażenie na obserwatorach wywarła powtarzana raz po raz pieśń:
Oddziały Maryi, podążajcie za sztandarem!
Niech nikt nie zachwieje się,
Chodźmy na wojnę!
Chodźmy na wojnę!
Jednakże obrońcom skończyła się amunicja. W tej sytuacji kontynuowanie walki oznaczałoby zbiorowe samobójstwo. Nazajutrz rano rozpoczęły się negocjacje. Ustalono zwolnienie do domów wszystkich kobiet i dzieci. Mężczyźni w liczbie czterystu mieli udać się do więzienia. Poszli więc dumnie ulicami miasta w szpalerze uzbrojonych po zęby żołnierzy, a patrzyła na nich cała Guadalajara, cały Meksyk.
Lawina
Tego samego dnia ludność stanęła w obronie kościoła w Azuayo, w stanie Michoacán. Od kul wojska zginęły cztery osoby, w tym ośmioletni chłopiec.
Protesty mnożyły się, przybywało męczenników. 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, opodal Chalchihuites, agenci policji rozstrzelali księdza św. Luisa Batiza Sainza, opiekuna lokalnego oddziału Akcji Katolickiej Młodzieży Meksykańskiej oraz trzech jego współpracowników. Umierając wznieśli oni okrzyk dawnych katolickich powstańców z 1873 roku:
– Viva Cristo Rey! – Niech żyje Chrystus Król!
Ale lała się krew nie tylko katolików. Coraz częściej także ich oprawców zaczęła dosięgać doraźna sprawiedliwość. Między sierpniem a grudniem 1926 roku wybuchły 64 spontaniczne, lokalne powstania zbrojne, głównie w stanach Jalisco, Guanajuato, Guerrero, Michoacán i Zacatecas. Coraz potężniej rozbrzmiewał okrzyk:
– Viva Cristo Rey!
1 stycznia 1927 roku stanął do walki cały kraj.
Chwała cristeros
Władze nazwały powstańców chrystusowcami (cristeros), co miało być szyderstwem ze strony „oświeconych” liberałów w fartuszkach; co miało demaskować rzekomy „fanatyzm religijny” i „zacofanie” buntowników.
A dla zastępów spod znaku Chrystusa Króla tytuł cristeros, w intencji obelżywy, stał się najpiękniejszą, najczcigodniejszą formą nobilitacji. Ich boje zyskały miano Wojny Chrystusowej (Guerra Cristera) lub Cristiady (od połączenia słów cristeros oraz cruzada – krucjata). Wzorem krzyżowców, czas poświęcali na walkę i modlitwę. Obok uznanych hymnów i pieśni ogromną popularność zyskały wśród nich ludowe ballady (corrido), takie jak utwór Meksykanie, do boju!:
Meksykanie, wściekłe piekło rzuciło swe zastępy przeciw naszej ojczyźnie.Pokonamy całe piekło dzięki Królowej, którą dały nam Niebiosa. […]
Choć piekło i jego zastępy walczą,
by zniszczyć nasze świątynie, ci okrutni tyrani nie zdołają wyrwać Jezusa z naszych dusz.
Cristeros szli na śmierć nieulękle i z dziecięcą ufnością, na polach bitew i w miejscach kaźni, jak młody Horatio Lamas, który w drodze na egzekucję pocieszał zrozpaczoną matkę:
– Jakże łatwo jest dziś wejść do Nieba, mamo!
Straszliwa wojna domowa trwała trzy lata, do 1929 roku, aż masoński reżim jął chwiać się w posadach. Niestety, oszukani przez rząd biskupi zażądali przerwania walki, łudząc się, że pokój będzie lepszy. Cristeros posłusznie złożyli broń. Ich wódz, generał Jesús Degollado Guízar, pisał w ostatnim rozkazie:
– Bądź pozdrowiony, Chryste! My, którzy dla Ciebie idziemy na upokorzenie, na wygnanie, być może na chwalebną śmierć, my – ofiary naszych wrogów – z najgorętszą miłością witamy Cię i raz jeszcze składamy Ci hołd.
Zdradziecki rząd nie dotrzymał porozumienia. Nastąpiły kolejne fale prześladowań Kościoła, lata terroru, co niszczył tysiące istnień. Wtedy to, mimo sprzeciwu biskupów, garść desperatów znów chwyciła za broń i wykruszała się w straceńczej walce – ostatnie oddziały Niezłomnych biły się aż do 1941 roku!
***
Bilans zrywu zapoczątkowanego obroną Sanktuarium w Guadalajarze wydawał się opłakany. Być może nawet ćwierć miliona zabitych w walkach i represjach. Niezagojone krzywdy, prawdziwe morze łez matek i sierot. Bezgraniczna otchłań cierpienia i poświęcenia, co poszły – zdawałoby się – na próżno…
Ale nie, nic nie poszło na próżno. Rząd ostatecznie został zmuszony do odwołania najgorszych prześladowań Kościoła, mimo iż uciążliwe restrykcje antykatolickie przetrwały w przepisach jeszcze przez dziesiątki lat. Meksyk był zrujnowany, wykrwawiony, okaleczony, pokryty bliznami. Jednakże nie pozwolił sobie wydrzeć duszy.
W wyniku intensywnych czynności operacyjnych policjanci kryminalni z Komenda Miejska Policji w Gdyni zatrzymali 76- letniego mężczyznę- obywatela Polski, który przedwczoraj zaatakował 40-letnią obywatelkę Ukrainy. Sprawca dwukrotnie uderzył ją drewnianą laską spacerową w
Od worków na zwłoki po podsłuchiwanie spotkań na szczytach, od przymilania się do Franco po walkę z partyzantką: oto jak Mossad zbudował – i niemal zniszczył – prawdopodobnie najtrwalszą tajną relację między Izraelem a jakimkolwiek państwem arabskim
Artykuł z roku 2020
Sześć dekad tajnych powiązań wywiadowczych, wojskowych, politycznych i kulturalnych między Izraelem a Marokiem w końcu zaowocowało publicznym ogłoszeniem w zeszłym tygodniu normalizacji stosunków między tymi dwoma krajami. Każdy szef Mossadu od lat 60 XX wieku – Amit, Zamir, Hofi, Admoni, Shavit, Yatom, Halevy, Dagan, Pardo oraz obecny szef Yossi Cohen – odwiedził ten północnoafrykański kraj i spotkał się z jego przywódcami oraz szefami służb wywiadowczych.
Na czym jednak opierają się te długotrwałe relacje, być może najtrwalsze spośród wszystkich stosunków Izraela z krajami świata arabskiego?
U podstaw tego długotrwałego, nieoficjalnego sojuszu zawsze leżało proste, wzajemne przekonanie, że dzięki współpracy oba kraje najlepiej służą swoim interesom narodowym. Na przestrzeni lat stosunki te przechodziły wzloty i upadki; ulegały przemianom i przybierały różne, czasem sprzeczne formy, ale w swej istocie zawsze pozostawały solidne.
Już na początku lat ’50, Izrael utrzymywał kontakty z Marokiem znajdującym się pod panowaniem francuskim, ale stosunki te nabrały rozpędu dopiero po uzyskaniu przez Maroko niepodległości od francuskiego kolonializmu w marcu 1956 roku. Francuzi pozwalali marokańskim Żydom na swobodne przemieszczanie się (a 70 000 z nich opuściło kraj), ale nowy król Mohammad V ograniczył prawo Żydów do podróżowania i zakazał im emigracji do Izraela; W 1959 r. syjonizm został uznany za przestępstwo. Król, podobnie jak inni arabskici władcy, uważał, że każdy, kto przeniesie się do Izraela, nie tylko wzmocni państwo żydowskie, ale jako poborowy może ostatecznie walczyć przeciwko swoim arabskim braciom, a nawet przeciwko własnej armii marokańskiej i jej sojusznikom.
Mossad przystąpił do działania, aby znaleźć sposób na obejście blokady nałożonej przez króla. Zmobilizował zespół izraelskich szpiegów, z których wielu stanowili marokańscy Żydzi, wszyscy posługujący się językiem francuskim i arabskim, aby opracować sposoby ewakuacji pozostałych 150 000 Żydów z Maroka.
Zespół ten nosił nazwę «Misgeret» – „Ramy”https://en.wikipedia.org/wiki/The_Framework_(Zionist_organization) – i odpowiadał nie tylko za nielegalną imigrację do Izraela, ale także za organizowanie oddziałów mających chronić społeczności żydowskie przed zagrożeniami i prześladowaniami ze strony coraz bardziej wrogiej arabskiej większości muzułmańskiej. Oddziały samoobrony były uzbrojone. Shmuel Toledano, wieloletni agent Mossadu, został wyznaczony na dowódcę operacji, która trwała pięć lat.
W ramach operacji „Misgeret” zorganizowano transport taksówkami i ciężarówkami, aby wywieźć Żydów z Maroka. W razie potrzeby agenci wręczali łapówki różnym funkcjonariuszom w mundurach napotkanym po drodze. Ulubioną trasą ucieczki była droga przez Tanger, który w tamtym czasie był miastem międzynarodowym, a stamtąd statkami z tamtejszego portu do Izraela. Później jako bazy dla projektu wykorzystywano również dwa miasta na marokańskim wybrzeżu, które pozostawały pod kontrolą Hiszpanii – Ceutę i Melillę. Aby móc korzystać z tych terytorialnych enklaw, Mossad uzyskał pełną współpracę faszystowskiego przywódcy Hiszpanii, generała Francisco Franco.
Mossad uważał, że Franco działał z poczucia winy z powodu swoich powiązań z Hitlerem (które obejmowały przekazanie szczegółowych list hiszpańskich Żydów), a niektórzy sądzili nawet, że z powodu wypędzenia Żydów z Hiszpanii w 1492 roku. Mossad nabył dawny obóz wojskowy położony w brytyjskiej kolonii Gibraltar, na południowym wybrzeżu Hiszpanii. Teren i baraki przekształcono w ośrodek tranzytowy dla Żydów opuszczających Maroko.
Tragedia zmieniła charakter operacji. 10 stycznia 1961 r. łódź rybacka o nazwie „Egoz” (Ryby), wypełniona po brzegi nielegalnymi żydowskimi uchodźcami, wywróciła się podczas burzy między wybrzeżem Maroka a Gibraltarem. Utonęło 42 mężczyzn, kobiet i dzieci, a także operator radiowy Mossadu. Katastrofa wzbudziła współczucie za granicą, ale ujawniła tajną operację Mossadu, co rozgniewało władze marokańskie. https://simple.wikipedia.org/wiki/Egoz_(ship)
Cała operacja i jej uczestnicy znaleźli się w niebezpieczeństwie, ale na szczęście dla Izraela w marcu 1961 r. zmarł Mohammad V, a jego miejsce zajął syn Hassan II. Nowy król dążył do poprawy stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i dał się przekonać Amerykańskiemu Żydowskiemu Komitetowi Wspólnej Dystrybucji (Jewish Joint Distribution Committee) oraz Hebrajskiemu Towarzystwu Pomocy Imigrantom (Hebrew Immigrant Aid Society) – dwóm głównym amerykańskim żydowskim organizacjom humanitarnym – że wywrze dobre wrażenie, jeśli pozwoli Żydom ze swojego królestwa na swobodny wyjazd do Izraela.
W zamian za to organizacje Joint i HIAS przekazały łapówki nowemu władcy i jego najwyższym urzędnikom – w praktyce była to opłata od każdej osoby, której zezwolono na wyjazd, ale zamaskowana jako „rekompensata” dla rządu marokańskiego rzekomo inwestującego w lokalną edukację żydowską. Dzięki wsparciu w postaci darowizn od amerykańskich Żydów obie organizacje wypłaciły prawie 50 milionów dolarów, aby „nasmarować tryby mechanizmu” i umożliwić wyjazd około 60 000 marokańskich Żydów.
Rozpoczęto nowy etap projektu imigracyjnego, nazwany „Yakhin” na cześć jednego z filarów podtrzymujących Świątynię Salomona. Projekt ten ponownie był prowadzony przez Mossad. W ten sposób w latach 1961–1967 do Izraela przybyło kolejnych 80 000 Żydów w ramach tzw. aliji. https://en.wikipedia.org/wiki/Operation_Yachin
Niewielka społeczność żydowska, która pozostała w Maroku, od tamtej pory pełni rolę pomostu w stosunkach izraelsko-marokańskich, zwłaszcza w burzliwych czasach i w obliczu kryzysów. Projekt „Misgeret”, łączący imigrację z samobroną społecznościową i łapówkami, posłużył jako wzór dla przyszłych wspólnych i tajnych operacji Mossadu oraz Amerykańskiego Żydowskiego Komitetu Wspólnej Dystrybucji (Joint Distribution Committee) na rzecz innych społeczności żydowskich znajdujących się w trudnej sytuacji na całym świecie – od Argentyny po Irak, Europę Zachodnią, a później Jemen i Etiopię.
Okres panowania Hassana II uznaje się za złoty wiek tajnych stosunków między obydwoma krajami – stosunków pielęgnowanych zarówno przez Mossad, jak i jego marokańskiego odpowiednika, na czele którego stali dwaj oficerowie wywiadu i wojska: generał Mohamed Oufkir oraz pułkownik Ahmed Dlimi. Obaj oficerowie zostali później zabici na rozkaz króla, który oskarżył ich o spiskowanie przeciwko niemu.
Duet marokańskich służb wywiadowczych zezwolił Mossadowi na otwarcie placówki w kraju; mieściła się ona w willi w stolicy, Rabacie, i była obsadzona przez doświadczonych agentów, wśród których byli Yosef Porat i Dov Ashdot. Kiedy w 1965 roku Maroko było gospodarzem drugiego szczytu Ligi Arabskiej, jego służby bezpieczeństwa postanowiły podsłuchać pokoje hotelowe i sale konferencyjne w Casablance, w których przebywali wszyscy przywódcy arabscy – od królów, prezydentów i premierów po szefów sztabów wojskowych.
Chociaż mogła to być stosunkowo powszechna praktyka wśród służb bezpieczeństwa na całym świecie, działania Maroka wynikały również z nieufności wobec niektórych członków Ligi Arabskiej i były wspierane przez CIA, która utrzymywała dobre stosunki z królem Hassanem. Jednak tym, co było naprawdę niezwykłe, był udział w operacji podsłuchowej państwa oficjalnie wrogiego: Izraela.
Według zagranicznych doniesień na miejscu byli również agenci Mossadu, którzy pomagali lokalnym odpowiednikom w operacji podsłuchowej i dzielili się informacjami. Zgodnie z tymi doniesieniami Maroko pomagało Mossadowi w umieszczaniu agentów w wrogich krajach arabskich, takich jak Egipt, który był wówczas największym wrogiem Izraela. Mossad szybko jednak zdał sobie sprawę, że w świecie szpiegowskim nie ma nic za darmo. Marokańczycy oczekiwali rekompensaty – i to w szczególnie kłopotliwej formie, która niemal zniweczyła dziesięciolecia pracy nad budowaniem tajnego sojuszu między Izraelem a Marokiem.
W roku 1965, Oufkir i Dlimi zwrócili się do szefa Mossadu, Meira Amita, z prośbą o zamordowanie Mehdiego Ben Barki, charyzmatycznego przywódcy marokańskiej opozycji i zagorzałego przeciwnika Hassana II. Amit skonsultował się z premierem Levi Eshkolem; była to bez wątpienia niezwykła prośba: stanie się marokańskimi najemnikami w celu dokonania zabójstwa na tle politycznym.
Eshkol zawetował tę prośbę, ale zezwolił Mossadowi na pomoc Marokańczykom w ustaleniu miejsca pobytu Ben Barki. „Byłem zaskoczony, jak łatwo nam to przyszło” – powiedział mi kilka lat temu Rafi Eitan, ówczesny szef operacji Mossadu w Europie (Eitan zmarł w 2019 roku). „Marokańczycy powiedzieli nam, że Ben Barka przebywa w Genewie. Poprosiłem jednego z naszych współpracowników, a on znalazł adres w lokalnej książce telefonicznej”. Marokańscy agenci, wspomagani przez byłych francuskich policjantów i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa podających się za ekipę filmową, zwabili Bena Barkę do kawiarni Café Lippi w Paryżu i porwali go w biały dzień.
Dwaj najbliżsi marokańscy współpracownicy Mossadu, Oufkir i Dlimi, osobiście przesłuchiwali i torturowali Bin Barakę aż do spowodowania jego śmierci. Nie było jasne, czy zamierzali go zabić. Dlimi wpadł w panikę i pospiesznie poprosił Eitana o kolejną przysługę: pomoc w pozbyciu się ciała.
Prezydent Francji Charles de Gaulle zażądał od Izraela wyjaśnień i zagroził zamknięciem placówki Mossadu w Paryżu, która była wówczas głównym ośrodkiem operacji tej agencji w Europie. W Izraelu powołano komisję śledczą, aby odpowiedzieć na kluczowe pytanie: kto wydał rozkaz udziału w spisku. Szef Mossadu Amit i premier Eshkol wyjaśnili, że Izrael był zaangażowany w zabójstwo jedynie pośrednio, ale świat nie chciał uwierzyć w ich wersję wydarzeń.
Ta pamiętna prośba ze strony Maroka stała się precedensem określającym sposób, w jaki Mossad reagował, gdy wiele innych służb bezpieczeństwa zwracało się o pomoc w pozbyciu się swoich przeciwników politycznych. Od czasu porażki w sprawie Ben Barki, Mossad zawsze odrzucał takie prośby. Dwa lata później Izrael odniósł szybkie zwycięstwo w wojnie sześciodniowej z 1967 roku. Prestiż Izraela rósł, co przyczyniło się do poprawy stosunków z Marokiem. Nadwyżki wojskowe Izraela – czołgi i artyleria od francuskich producentów – zostały sprzedane armii marokańskiej.
Jednak owe przyjazne stosunki nie powstrzymały króla Hassana II przed wysłaniem swoich wojsk, by wesprzeć egipsko-syryjskie działania wojenne przeciwko Izraelowi w 1973 roku. W odwecie szef Mossadu Icchak Hofi nakazał wstrzymanie współpracy z Marokiem.
Spór nie trwał zbyt długo. W 1977 roku król Hassan był gospodarzem tajnych spotkań między Mossadem a Egiptem, które utorowały drogę do historycznego przemówienia Sadata w Knesecie oraz podpisania traktatu pokojowego między Jerozolimą a Kairem – pierwszego tego rodzaju porozumienia między Izraelem a światem arabskim. Stosunki izraelsko-marokańskie wkrótce wróciły na właściwe tory we wszystkich dziedzinach. Izraelski sprzęt wojskowy, doradcy i eksperci szkolili swoich marokańskich odpowiedników w zakresie taktyk przeciwpartyzanckich w walce z Frontem Polisario, który walczy o niepodległość Sahary Zachodniej – byłej kolonii hiszpańskiej zaanektowanej przez Maroko w 1976 roku.
W następstwie procesu pokojowego między Izraelem a Organizacją Wyzwolenia Palestyny (OWP) oraz porozumień z Oslo, idąc w ślady innych państw arabskich i muzułmańskich, Maroko otworzyło w Tel Awiwie placówkę dyplomatyczną o ograniczonym zakresie kompetencji. Po drugiej intifadzie król Mohammed VI, który w międzyczasie przejął tron po swoim zmarłym ojcu Hassanie, nakazał zamknięcie tej placówki w 2000 roku.
Jednak nieformalne więzi zawsze pozostawały nienaruszone. Szacuje się, że około miliona Izraelczyków może pochwalić się marokańskim pochodzeniem, a zarówno oni, jak i inni Izraelczycy od lat mogą przylatywać do Maroka i podróżować po tym kraju. Handel dwustronny stale rośnie. Stosunki wywiadowcze i wojskowe między obydwoma krajami są lepsze niż kiedykolwiek. Niedawne ogłoszenie normalizacji stosunków formalizuje publicznie to, co od dawna było tajnymi relacjami między Izraelem a Marokiem, zapoczątkowanymi i pielęgnowanymi przez Mossad.
Jest to klasyczny przykład działania Mossadu jako „cienia” izraelskiej polityki zagranicznej i nie byłoby zaskoczeniem, gdyby również relacje z innymi państwami – takimi jak Oman, Arabia Saudyjska i Indonezja, gdzie izraelskie służby specjalne również odgrywały wiodącą rolę – wyszły na jaw wraz z nawiązaniem formalnych stosunków dyplomatycznych.
Dlaczego Waszyngton nie może uwolnić się od fiskalnego napięcia nerwów
Artykuł Dirka Ellerbrocka.
Istnieje różnica między krajem, który utraciłeś, a krajem, którego nigdy tak naprawdę nie posiadałeś, ale mimo to wysysasz jego krew. Irak należy do tej drugiej grupy i właśnie to czyni go jednym z najniebezpieczniejszych otwartych frontów w obecnej sytuacji dla Waszyngtonu.
Państwo okupowane bez okupacji
Od ponad dwudziestu lat suwerenność Iraku funkcjonowała według osobliwego schematu: Bagdad ma wybieralny rząd, własną armię i własną konstytucję – a mimo to większość jego finansów publicznych funkcjonuje poza jego bezpośrednią kontrolą. Dochody z ropy naftowej, stanowiące dziewięć dziesiątych dochodów państwa, nie są pobierane bezpośrednio, lecz przekazywane za pośrednictwem systemu rozliczeniowego opartego na dolarze, który jest instytucjonalnie zakorzeniony od czasu okupacji w 2003 roku.
Zatem Irak nie jest okupowany w militarnym sensie tego słowa. Jest czymś mniej rzucającym się w oczy: jest uwięziony fiskalnie, a jednocześnie utrzymuje suwerenność polityczną.
Ta struktura nie jest ubocznym skutkiem lat okupacji, lecz ich prawdziwym dziedzictwem. Pozwala ona na uzyskanie w dużej mierze nierozwiniętej, a jednak zdeterminowanej z zewnątrz odpowiedzi na kluczowe pytanie: kto ma największe dochody z ropy naftowej w regionie? Właśnie dlatego reakcja rządu irackiego w obliczu kryzysu jest tak wąsko zdefiniowana: premier, który opowiada się przeciwko Iranowi, jest uważany za wiarygodnego. Ten, kto posunie się za daleko w przeciwnym kierunku, ryzykuje utratę zdolności rządzenia w ciągu kilku godzin – nie w wyniku zamachu stanu, ale po prostu dlatego, że dopływ pieniędzy, od którego zależy państwo, może zostać w każdej chwili odcięty.
Podwójna suwerenność jako objaw
Z tej opresji zrodziła się najbardziej osobliwa instytucja we współczesnym Iraku: Siły Mobilizacji Ludowej (PMF). Formalnie, od 2018/19 roku, zostały one dekretem premiera podporządkowane regularnemu łańcuchowi dowodzenia – nie są tworem milicji, lecz integralną częścią sił bezpieczeństwa. W praktyce działają z pewną autonomią, która pozwala rządowi zezwalać na represje bez oficjalnego brania za nie odpowiedzialności. Nie jest to manewr taktyczny, lecz jedyny dostępny mechanizm dla państwa, które posiada wystarczającą suwerenność, by się na niego powołać, ale niewystarczającą, by bezkarnie go stosować.
Ta podwójna państwowość jest formą przejściową. Istnieje tak długo, jak długo niewola fiskalna nie zostanie zerwana – i traci swoją funkcję w momencie, gdy albo gwarancja militarnego przymusu (obecność amerykańska, zdolność do destabilizacji niesfornego rządu), albo sama więź fiskalna znika.
Dlaczego Irak waży więcej niż Jemen czy Liban
Pomimo wieloletniej blokady, Jemen zbudował własne moce produkcyjne w zakresie pocisków rakietowych i dronów i jest obecnie w dużej mierze niezależny od dostaw z Iranu. Jego znaczenie wynika z jego pozycji geograficznej nad jedną z najważniejszych cieśnin świata, a nie z jego własnej struktury gospodarczej. Libański ruch oporu ma kluczowe znaczenie militarne i polityczne, ale brakuje mu własnej bazy surowcowej. Oba państwa, pomimo swojej znacznej siły, są uzależnione gospodarczo od czynników zewnętrznych.
Irak jest jedynym graczem na tym polu, który dysponuje jednymi z największych na świecie rezerw ropy naftowej, stanowi geograficznie most lądowy między Iranem a Lewantem i posiada siłę ekonomiczną, by stać się drugim filarem materialnym obok samego Iranu – nie tylko kolejnym uzbrojonym, ale zależnym bastionem. Irak, który przetwarzałby swoje dochody z ropy poza clearingiem dolarowym, nie tylko uwolniłby się od niewoli fiskalnej. Zapewniłby całej konstelacji, która coraz bardziej formuje się przeciwko amerykańskiej obecności w regionie, drugi, suwerenny przepływ kapitału – taki, który nie jest powiązany z irańską gospodarką bazową, a zatem nie może być objęty wyłącznie sankcjami wobec Teheranu. Stanowiłoby to jakościowy skok od struktury z objętym sankcjami centrum i kilkoma gospodarczo zależnymi peryferiami do struktury z dwoma niezależnymi centrami gospodarczymi.
Właśnie tego Waszyngton nie może stracić w Iraku – nie rozmieszczenia wojsk, nie symbolicznej obecności, ale kontroli nad mechanizmem fiskalnym, który zapobiega temu, by bogate w ropę państwo z silnym poczuciem autonomii stało się drugim, niezależnym ośrodkiem kontrwładzy.
Niebezpieczeństwo zwycięstwa Haszd asz-Szabi (PMF)
Co tak naprawdę oznaczałoby zwycięstwo PMF – rozumiane nie jako pojedyncze bitwy, ale jako skuteczne zniesienie amerykańskiej gwarancji egzekwowania prawa? Początkowo mniej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Suwerenność wojskowa i suwerenność fiskalna to dwa odrębne byty. Sam Iran stanowi studium przypadku: przez 47 lat bez wojsk amerykańskich na swoim terytorium, uwolnienie się od ograniczeń finansowych zajęło mu dekady – poprzez systemy barterowe, ominięcie banków i własne sieci eksportowe. Wycofanie wojsk otwiera okno możliwości. Nie zastępuje ono automatycznie infrastruktury, przez którą faktycznie przepływają dochody z ropy naftowej.
Dla Iraku stanowi to prawdziwe zagrożenie z perspektywy Waszyngtonu – a jednocześnie realną szansę dla drugiej strony: gdyby w tym okresie pojawiło się alternatywne rozwiązanie – kontrakty denominowane w juanach, nowe relacje bankowości korespondencyjnej z instytucjami irańskimi lub chińskimi – zerwanie byłoby nieodwracalne. I tu wchodzi w grę infrastruktura, która już istnieje i nie wymagałaby budowy: religijne i instytucjonalne powiązania między Nadżafem a Kom, gospodarka pielgrzymkowa wokół Karbali, która co roku przyciąga miliony ludzi i od dawna wspiera nieformalny, niezależny system transferów. Kanały te znacząco obniżają koszty transakcyjne reorganizacji gospodarczej – nie dlatego, że sekciarstwo z natury wymusza sojusze, ale dlatego, że istniejące kanały przyspieszają separację motywowaną materialnie, która i tak jest wpisana w logikę sytuacji.
Z amerykańskiej perspektywy to jest prawdziwy koszmarny scenariusz: nie kolejna porażka militarna w i tak już przeciążonym regionie, ale utrata ostatniej dużej dźwigni fiskalnej w kraju bogatym w ropę naftową – z euroazjatycką siecią bezpieczeństwa (Iran jako główny pośrednik, zapewniający dostęp do chińskich kontraktów naftowych denominowanych w juanach i rosyjsko-chińskiej infrastruktury rozliczeniowej), która już istnieje i którą trzeba po prostu połączyć.
Zakład saudyjski
Tym, co czyni saudyjski atak na pozycje PMF szczególnie godnym uwagi w tej sytuacji, jest jego krótkowzroczność. Rijad nie działa jedynie jako narzędzie w rękach Waszyngtonu, lecz realizuje własne, bezpośrednie interesy: chroni swoją infrastrukturę naftową przed dalszymi atakami, stwarza sytuację faktyczną przed terminem rozbrojenia pod koniec września i kupuje dalsze wsparcie amerykańskie w momencie, gdy to wsparcie wyraźnie słabnie. Nie jest to manipulacja z zewnątrz, lecz hazard pod presją czasu – hazard, który uruchamia właśnie dynamikę eskalacji, zmniejszającą szanse na stabilny, niewrogi Irak jako sąsiada w dłuższej perspektywie. Każdy, kto bombarduje regularne siły bezpieczeństwa sąsiedniego państwa i publicznie nazywa je milicjami, aby legitymizować własne działania, ryzykuje utrwalenie tej samej logiki odwetu, której tak naprawdę chciał zapobiec. Czy ostatecznie doprowadzi to do zerwania, którego Waszyngton obawia się najbardziej, dopiero się okaże.
Jedno jest pewne: jeśli sytuacja nie uspokoi się w ciągu kilku tygodni, Rijad w zamian za krótkoterminowe korzyści pozyska na stałe wrogiego sąsiada – złą umowę, choć krótkowzroczną.
Al Jazeera: „USA i Arabia Saudyjska atakują grupy „sprzymierzone z Iranem” w Iraku”, 29 lipca 2026 r.
Al Jazeera: „Irackie grupy zbrojne potępiają «niebezpieczną eskalację» po atakach USA i Arabii Saudyjskiej”, 29 lipca 2026 r.
The Times of Israel: „USA i Saudyjczycy odpowiadają na ataki irackich milicji proirańskich, podczas gdy Iran wznawiają ataki na siły USA w Jordanii”, 30 lipca 2026 r.
Al Arabiya English: „Jak Stany Zjednoczone kontrolują dochody Iraku z ropy naftowej”, 23 stycznia 2026 r. – o rozwoju, funkcjonowaniu i bieżącej kontroli Funduszu Rozwoju Iraku (DFI) w Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku
Reuters/US News: „Wyjaśniacz – jak USA kontrolują dochody z ropy naftowej w Iraku”, 23 stycznia 2026 r.
Od początku czerwca Ukraina systematycznie rozszerzała kampanię uderzeń dronowych na cele położone w głąb terytorium Federacji Rosyjskiej, co wywołało to falę niebywałej ekscytacji w Polsce i na Zachodzie. Czy rzeczywiście mają się z czego cieszyć?
3 czerwca, w dniu rozpoczęcia Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu ukraińskie drony uderzyły w terminal naftowy oraz infrastrukturę portową Petersburga. Był to przede wszystkim cios o wymiarze politycznym i wizerunkowym; wymierzony w taki sposób, by spowodować spektakularny efekt pirotechniczny w trakcie trwania elitarnego konwentyklu biznesowego, mający pokazać zagranicznym gościom, że nie są bezpieczni.
W kolejnych tygodniach kampania zaczęła nabierać tempa. 12 czerwca ukraińskie drony uderzyły w kompleks petrochemiczny TANECO w Niżniekamsku w Tatarstanie – jedną z największych rafinerii w Rosji. 16 czerwca zapłonęła rafineria Gazprom Nieft w południowo-wschodniej części Moskwy – największy dostawca paliw dla regionu stołecznego. Dwa dni później, ponownie trafiono ten obiekt. Początek lipca przyniósł kolejne uderzenia – 1 i 2 lipca zaatakowano zakłady Basznieft w Baszkortostanie oraz rafinerię w Kstowie pod Niżnym Nowogrodem, 6 lipca płonęły rafinerie w Omsku i Jarosławiu, a w kolejnych dniach pojawiły się doniesienia o trafieniach między innymi w Saratowie, Moskwie, Ilskim, Syzraniu, Afipskim i Saławacie. Kampania stopniowo ewoluowała od uderzeń w sektor paliwowy i przemysł ciężki do ataków wymierzonych również w rosyjską logistykę cywilną.
18 lipca ukraińskie drony uderzyły w centra logistyczne największej rosyjskiej platformy handlu internetowego Wildberries w Kotowsku – mieście położonym około 475 kilometrów na południowy wschód od Moskwy, w obwodzie tambowskim – oraz w Elektrostali, przemysłowym mieście około 50 kilometrów na wschód od stolicy Rosji. W samym Kotowsku zginęło siedmiu pracowników nocnej zmiany, a 25 osób zostało rannych. W Elektrostali obrażenia odniosły kolejne 24 osoby. Tego samego dnia ukraińskie drony doprowadziły również do pożaru bazy paliwowej w Nogińsku, około 35 kilometrów na wschód od Moskwy. W wyniku tego ataku ranne zostały dwie osoby, a z pobliskiego szpitala położniczego ewakuowano pacjentów
A i na tym nie koniec. 22 lipca celem stały się kolejne centra logistyczne Wildberries w Krasnodarze i Niewinnomyssku, a 24 lipca płonęły magazyny w obwodzie leningradzkim pod Petersburgiem. 29 i 30 lipca doszły następne uderzenia – między innymi na magazyny w Riazaniu, Penzie, Sarapule i Permie, równolegle z atakami na Riazańską Rafinerię Nafty i inne zakłady przemysłowe.
Według właścicielki Wildberries Tatiany Kim od 18 lipca ukraińskie drony zniszczyły ponad tuzin centrów logistycznych należących do jej przedsiębiorstwa. Reuters podaje, że w całej kampanii śmierć poniosło co najmniej dziewięć osób, a z użytku wyłączono około 10 proc. zdolności logistycznych największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Wildberries rozpoczęło wypłatę odszkodowań rodzinom ofiar i osobom rannym, zapowiedziało również rekompensaty dla tysięcy sprzedawców, których towary spłonęły w magazynach. Według rosyjskich mediów spółka prowadzi rozmowy z władzami na temat szerokiego programu wsparcia – obejmującego między innymi ulgi podatkowe oraz pomoc finansową dla przedsiębiorców korzystających z platformy. Tatiana Kim przyznała, że firma przebudowuje całą sieć logistyczną, aby utrzymać ciągłość dostaw, a państwowe banki mają uczestniczyć w finansowaniu działań naprawczych.
Trudno dziś oszacować ostateczny koszt tej kampanii dla rosyjskiej gospodarki. Wiadomo jednak, że Wildberries należy do największych prywatnych przedsiębiorstw w Rosji, obsługuje miliony zamówień dziennie, współpracuje z gigantyczną siecią podwykonawców i jest jednym z największych płatników podatków w rosyjskim sektorze handlu elektronicznego. Dlatego skutki ataków wykraczają z pewnością dalece poza same zniszczone magazyny.
Na całym Zachodzie, w mediach i na platformach anty-społecznościowych wybuchła euforia. Masowo pojawiły się stare zaklęcia: „Ukraina wygrywa”, „Rosja dłużej tego nie udźwignie”, itp.
Czy ktokolwiek przytomny naprawdę wierzy, że klientka Wildberries, platformy kojarzonej przede wszystkim ze sprzedażą damskich kosmetyków, galanterii i innych produktów codziennego użytku, która nie dostanie na czas zamówionej szminki, balsamu, torebki czy sukienki, nagle zwróci swój gniew przeciwko Putinowi? A może opóźniona dostawa zakupów stanie się impulsem do jakiejś masowej politycznej reorientacji?
Dokładnie tę samą logikę słyszeliśmy już na początku 2022 roku, gdy Zachód nakładał kolejne pakiety sankcji. Wówczas również przekonywano opinię publiczną, że wystarczy odciąć Rosjan od zachodnich marek, elektroniki użytkowej i odebrać im dostęp do artefaktów społeczeństwa konsumpcyjnego, a społeczne niezadowolenie ni chybił, jak raz, zwróci się przeciwko Kremlowi.
Szyderczym komentarzom przy wycofaniu się z Rosji sieci McDonald’s czy koncernu Apple nie było końca. Polski komentariat ryczał wówczas o „resowietyzacji” i przydawał sobie wszelkich przewag gdyż „u nas” można wszak wydać majątek na najnowszy model iPhone’a i zjeść kawałek sprasowanego ścierwa w syntetycznej bułce, której skład przypomina mąkę przetopioną z foliową torebką.
Minęły ponad cztery lata. Rosja nadal prowadzi wojnę, a żadna z tych prognoz się nie spełniła. Nie doszło ani do cywilizacyjnej implozji, ani do społecznego buntu, ani nawet do poważnego obniżenia wskaźników zaufania do Putina i jego administracji.
Czy aby rachunek zysków i strat rzeczywiście wygląda tak korzystnie, jak przedstawiają go najbardziej entuzjastyczni komentatorzy?
W odpowiedzi Rosja drastycznie podniosła intensywność ataków. Uderzenia stają się coraz bardziej niszczycielskie, a ukraińskie miasta tracą krytyczną infrastrukturę, zakłady przemysłowe, magazyny i zaplecze transportowe. Kolejne fale rakiet i dronów zamieniają całe obszary przemysłowe w ruiny, uszkadzają obiekty wojskowe, podwójnego zastosowania i cywilne. Każdy taki atak to fabryki, magazyny, drogi i linie kolejowe, centra zaopatrzenia w paliwo, rozdzielnie energii elektrycznej, hangary, lokomotywownie, garaże, a nawet stacje benzynowe, które przestają istnieć.
Już w nocy z pierwszego na drugi czerwca Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków. Setki dronów i dziesiątki rakiet spadły między innymi na Kijów, Dniepropietrowsk i Charków. Według ukraińskich władz zginęły co najmniej 23 osoby, a około 130 zostało rannych. Celem były przedsiębiorstwa przemysłu obronnego, natomiast zniszczenia objęły również budynki mieszkalne i infrastrukturę miejską.
Najbardziej niszczycielskie uderzenie na Kijów nastąpiło jednak miesiąc później, w nocy z pierwszego na drugi lipca. Rosja użyła setek dronów oraz dziesiątek pocisków manewrujących i balistycznych. Zginęło co najmniej 30 osób, rannych zostało ponad 90, a uszkodzeniu uległo ponad 150 budynków.
Kolejne masowe uderzenia następowały praktycznie przez cały lipiec. Pod koniec ub. miesiąca, w nocy z 29 na 30 lipca Rosja uderzyła w Kijów, Lwów, Krzywy Róg i kilka innych miast. Zaś z 30 na 31 lipca nastąpił ponowny atak na Kijów i jego okolice. Według relacji samego Wołodymyra Zełenskiego Rosja wystrzeliła 35 rakiet, w tym 27 balistycznych, oraz 185 dronów. Ukraińska obrona zdołała przechwycić zaledwie jedną rakietę balistyczną. Zginęło co najmniej 10 osób, uszkodzonych zostało 18 budynków mieszkalnych, szkoła, ambasada Litwy i infrastruktura w siedmiu dzielnicach stolicy. Najciężej ucierpiały dzielnice Darnycka i Sołomiańska.
Osobną tragedią jest sytuacja ukraińskich portów czarnomorskich. Od początku lipca Rosja niemal codziennie prowadziła operacje wymierzone w infrastrukturę portową Odessy, Czarnomorska i Piwdennego, a także w statki zmierzające do ukraińskich portów albo z nich wypływające. 13 lipca rosyjski atak na port w obwodzie odeskim trafił w zacumowany statek pod banderą Togo, przewożący nawozy. 19 lipca zaatakowany został płynący z Czarnomorska statek „Golden Leo”, przewożący kukurydzę w kierunku Rumunii. Zginęło dziewięciu członków załogi, kolejnych ośmiu udało się uratować. Uszkodzony statek zatonął tydzień później u wybrzeży Odessy. Dwa dni później, już w pobliżu rumuńskich wód, trafiony został statek pod banderą Liberii, który płynął z Egiptu do ukraińskiego portu Reni.
22 lipca Rosja poinformowała o kolejnych uderzeniach na Odessę i Czarnomorsk. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony zniszczono infrastrukturę przeładunkową, zbiorniki paliwowe, magazyny oraz kilka statków handlowych, których załogi Moskwa oskarżała o transport zaopatrzenia wojskowego.
Trudno na obecnym etapie o wiarygodną ewidencję strat. Strona ukraińska potwierdza, że cztery spośród 13 dużych terminali zbożowych wstrzymały zakupy, a Kernel – największy ukraiński eksporter zbóż – zawiesił działalność w porcie Czarnomorsk. Również duński koncern Maersk wstrzymał obsługę tego portu i zaczął przekierowywać część ładunków do Rumunii.
22 lipca ukraiński minister rolnictwa poinformował, że tego dnia do czarnomorskich portów Ukrainy nie wpłynął ani jeden statek handlowy. Formalnie porty pozostawały otwarte, ale armatorzy odwoływali rejsy ze względu na ryzyko kolejnych uderzeń i reakcje ubezpieczycieli. Ukraińska międzynarodowa żegluga handlowa została sparaliżowana. Dla państwa, które ponad 90 proc. eksportu zbóż i olejów roślinnych realizowało właśnie przez porty obwodu odeskiego, oznacza to potężną strategiczną stratę.
W tym kontekście doprawdy zdumiewa zaskoczenie ludzi, którzy jeszcze wczoraj z entuzjazmem udostępniali nagrania płonących magazynów i rafinerii w Rosji, a dziś z oburzeniem i żalem utyskują na podłość Rosjan, którzy mieli czelność odpowiedzieć na ukraińskie zaczepki falą zmasowanych nalotów.
Wojna ma swoją oczywistą logikę. Eskalacja rodzi eskalację; nie trzeba być Johnem Mearsheimerem czy Robertem Papem żeby to stwierdzić. Każda ze stron stara się zwiększać koszty ponoszone przez przeciwnika, odpowiadać mocniej i sięgać głębiej. Można oceniać to moralnie, ale nie można jednocześnie „jarać się jak ruSSkie rafinerie” i udawać kompletne zaskoczenie, kiedy druga strona odpowie pięknym za nadobne.
Dla przeciętnego polskiego cymbała z internetu płonące silosy z paliwem w Rosji są dowodem skuteczności i powodem do satysfakcji. Eksplodujące magazyny amunicji na Ukrainie zaś dowodem barbarzyństwa. Tymczasem oba obrazy są elementami tego samego mechanizmu – spirali wojennej eskalacji, która z każdym kolejnym tygodniem, miesiącem czy rokiem przynosi coraz więcej pożogi i śmierci.
Wszystkim tym, którzy z takim podnieceniem oglądali spektakularne pożary w Moskwie, Petersburgu i rosyjskich zakładach przemysłowych, wszystkim zachwyconym utrudnieniami, jakie ukraińskie drony spowodowały klientom Wildberries, ani przez chwilę nie przyjdzie oczywiście do głowy, żeby racjonalnie zastanowić się nad rezultatem tych śmiałych działań.
Ukraina nie zaczęła z tego powodu „wygrywać wojny”. Sytuacja na froncie nie uległa odwróceniu. Wojska rosyjskie nadal, bardzo powoli, lecz systematycznie, posuwają się naprzód. Rosyjskie społeczeństwo nie zmieniło swoich poglądów, nie pokochało Zachodu i nie porzuciło Putina. Doszło natomiast do drastycznej intensyfikacji rosyjskich ataków, której skutki ponosi Ukraina – jej szczątkowa i potwornie nadwyrężona przez wojnę gospodarka, infrastruktura portowa, przedsiębiorstwa oraz mieszkańcy wielkich ośrodków miejskich. Giną ludzie, płoną zakłady, niszczone są magazyny, porty i kolejne elementy infrastruktury krytycznej. Państwo, które już wcześniej funkcjonowało na granicy swoich możliwości, ponosi następne miliardy strat.
Taki jest realny bilans tej kampanii. Nie „rewolucja” w Rosji, nie bunt konsumentów, nie załamanie frontu i nie żadne wielki strategiczny przełom. Po jednej stronie kilka widowiskowych pożarów i kilka tygodni triumfalistycznej ekscytacji, po drugiej – jeszcze mocniejszy uderzenia w ukraińskie miasta, porty, przemysł i ludzi.
Kiedy przyjrzymy się debacie publicznej w III RP, czy też kiedy przeczytamy książki, wydane po 1989 roku, jeżeli chodzi o Powstanie Warszawskie, przewija się w nich nazwa przede wszystkim jednego kraju: Związku Sowieckiego. Kiedy przejdziemy się ulicami Warszawy w dniu 1 sierpnia dowolnego roku, czy to w Marszu Powstania czy też po prostu w jakichś zatłoczonych miejscach, usłyszeć możemy, że Stalin stał na rogatkach Warszawy i przyglądał się, jak Niemcy mordują kwiat polskiej młodzieży. W kontekście Powstania ’44 rzadko jednak pada nazwa jednego kraju: Wielkiej Brytanii. Nie znalazłem książki w języku polskim, która zawarłaby w sobie całokształt dostępnej wiedzy o roli Londynu w popchnięciu nas Polaków do Powstania Warszawskiego.
Powód tego jest oczywiście znany: geopolityka, układ sił. W okresie PRL-u nie pożądane było mówić o powstaniu bo Stalin faktycznie stał na rogatkach Warszawy i pozwalał Niemcom je tłumić. Poza tym sam fakt, że wywołał je Londyn był już dla komunistycznej nomenklatury dyskredytujący. W „Polityce” w 1957 roku ukazał się artykuł mówiący o tym, że brytyjski agent, zrzucony do Polski w kwietniu 1944 roku, wywierał wpływ na rzecz insurekcji przeciwko Niemcom. Ten agent to oczywiście Józef Retinger. I rzeczywiście prace wydawane po 1989 roku zdają się potwierdzać ten fakt, mimo iż szef wywiadu MSW na uchodźstwie Tadeusz Modelski w swojej pracy zdaje się to negować. Z pomocą przychodzą jednak historycy brytyjscy ale także polscy, którzy powtarzają „komunistyczną propagandę”. Jak to tak można!
Po 1989 roku przyjęto jednak na ogół ideologię odwrotną: ZSRR, Sowieci, Rosjanie byli winni katastrofy powstania, Zachód był ten dobry. To kłamstwo jest utrwalane w świadomości społecznej. Dlatego idąc ulicami Warszawy 1 sierpnia chyba od nikogo nie usłyszymy, że Wielka Brytania zaczęła przygotowywać powstanie przeciwko Niemcom już w maju 1939 roku, na 4 miesiące przed pierwszym wystrzałem z pancernika Szlezwig-Holsztyn. Co więcej, nie znalazłem książki o powstaniu polskiego autora, która zawarłaby w bibliografii pracę brytyjskiego historyka, która opisuje majowe przygotowania polsko-brytyjskie do powstania przeciwko Niemcom. Książka ta nosi tytuł „Pionierzy wojny nieregularnej” autorstwa Malcolma Atkina. Ale nie ona jedyna wskazuje nam kierunek londyński, kierunek brytyjski, jako tego głównego sprawcę rozpoczęcia 1 sierpnia 1944 roku warszawskiej katastrofy.
Jako punkt wyjścia w dyskusji o brytyjskiej prowokacji, jaką było Powstanie Warszawskie, dajmy sobie pracę historyka Piotra Zychowicza „Obłęd ’44”. Jest to dosyć dobra książka. Powiedzmy w skali od 1 do 6 dałbym jej 3, może 3,5. No dobra, niech będzie, że dostateczna, zgodnie ze szkolną skalą. Dlaczego jednak krytykuję zawodowego historyka, sam będąc skromnym publicystą, bez większych zasięgów? Otóż dlatego bo mogę – to po pierwsze. Oraz dlatego bo istnieją ku temu przesłanki. Silne przesłanki.
Dlaczego więc daję Zychowiczowi tylko 3-3,5? Spójrzmy na tytuł książki. Pełny tytuł: „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie”. Z tego tytułu jednoznacznie wynika, że powstanie było w interesie ZSRR. Skoro zrobiliśmy Stalinowi prezent, więc działaliśmy w jego interesie. A przynajmniej w interesie jego kraju. Jest to oczywiście z gruntu błędna interpretacja. Wynika ona oczywiście z braku dokładnego zapoznania się z pracami brytyjskimi oraz szerzej anglosaskimi odnośnie przygotowywania powstania w Polsce.
Wystarczy zajrzeć do pracy pt „Wyspa Ostatniej Nadziei” Lynne Olson, wydanej po angielsku w 2017 roku, a po polsku rok później, aby przekonać się, że Brytyjczycy chcieli nie dopuścić do zagarnięcia Polski przez komunistów. Był to jeden z głównych powodów wsparcia dla powstania ze strony Winstona Churchilla. Nie jakaś tam miłość do Polaków. Wszyscy wiemy co Churchill powiedział na początku 1945 roku do generała Andersa. Była to zimna kalkulacja. Churchill reprezentował antykomunistyczne skrzydło brytyjskiego establishmentu. To właśnie to skrzydło popchnęło nas do insurekcji. A więc jego celem, co wynika z kierowniczej roli kręgów antysowieckich, było uderzenie w interesy ZSRR a nie robienie im prezentu.
Powstanie Warszawskie nie było więc prezentem dla Stalina. Miało być jego zmorą. Przygotowali je ludzie oskarżani o bycie bardziej antykomunistycznymi niż antynazistowskimi. Ludzie którzy po wojnie wysługiwać się będą nazistami i faszystami w budowania tajnych struktur militarnych w krajach NATO. Byli to także ludzie Churchilla. Cały establishment brytyjski głównego nurtu ich nienawidził i najchętniej rozwiązałby ich struktury.
W 1940 roku, w połowie lipca, Churchill wydał rozkaz podpalenia Europy. Odbiorcą tego polecenia był minister wojny ekonomicznej, podległy mu Hugh Dalton. 6 dni później, 22 lipca 1940 roku powołano do życia Kierownictwo Operacji Specjalnych, tajną służbę brytyjską, która całymi latami wspierała nas w przygotowywaniu powstania powszechnego, ograniczonego jak wiemy ostatecznie do obszaru Warszawy z powodu szybkich postępów sowieckiej operacji „Bagration”. Tego samego dnia także Londyn odrzucił niemiecką propozycję porozumienia, skierowaną oczywiście ostrzem przeciwko ZSRR. Churchill już w 1934 roku zakomunikował, że w przyszłej wojnie w Europie Moskwa będzie sojusznikiem Anglików. W październiku 1939 roku, w komunikacie radiowym, dał Sowietom zielone światło na zagarnięcie polskich Kresów Wschodnich.
Decyzja, pomimo sprzeciwu Lorda Halifaxa, który preferował porozumienie, nie mogła być więc inna: najpierw Berlin, potem Moskwa. Przez Berlin do Moskwy – tak brzmiało motto Churchilla, autora pomysłu operacji „Unthinkable”, która miała wypchnąć ZSRR, z pomocą wojsk niemieckich, z Europy Środkowej.
Churchill więc powołał do życia tajną służbę, która popchnie nas ostatecznie do powstania. Kiedy w trakcie debaty polskiego prawicowego celebryty W. Olszańskiego z badaczem polskiego podziemia Leszkiem Żebrowskim, autorem pracy „Paszkwil Wyborczej. Michnik i Cichy o Powstaniu Warszawskim”, padła z ust tego pierwszego teza, że Churchill powiedział: a Polakom zrobimy powstanie, pan Żebrowski się oburzył. Nie ma na to dokumentów – sugerował. „Alianci zachodni byli przeciwko Powstaniu Warszawskiemu. Robili wszystko żeby do niego nie dopuścić” – dodawał pan Żebrowski. Niestety, albo nie zna faktów, albo celowo dezinformował.
Faktycznie, nie znalazłem „dokumentów” na to że Churchill coś takiego powiedział w Teheranie. Znalazłem jednak „dokumenty” na to, że ten brytyjski premier wspierał powstanie, wbrew całemu brytyjskiemu establishmentowi wojskowo-wywiadowczo-dyplomatycznemu. Wreszcie że tajna służba, którą powołał do życia, całymi latami przygotowywała razem z Polakami powstanie pomimo iż doskonale wiedzieli, że nie będzie brytyjskiej pomocy.
Dlaczego więc to robili? Podobno bo Polski wywiad był tak cenny, że potrzeba było podtrzymywać nas w złudzeniu, że angielska pomoc nadejdzie. To wersja oficjalna, podawana zwłaszcza przez anglosaskich historyków, jak Lynne Olson. Jednak polscy historycy, którzy coraz więcej piszą o brytyjskich interesach w powstaniu, twierdzą, że Anglicy powstaniem chcieli wiązać niemieckie dywizje na Wschodzie, odciążając front zachodni. Takie powody podawała Polska Sekcja Kierownictwa Operacji Specjalnych, która zajmowała się szkoleniem tzw. cichociemnych – żołnierzy zrzucanych do okupowanej Polski na spadochronach w celu prowadzenia działań antyniemieckich. W brytyjskim interesie rzecz jasna. Bo przecież to Brytyjczycy ich przygotowywali do misji.
SOE – owe Kierownictwo Operacji Specjalnych, było powszechnie znienawidzone – od brytyjskich wojskowych, przez polityków i dyplomatów, po regularny wywiad. Tylko Churchill darzył ich sympatią. Bo bezwzględnie rozprawiali się z nazistami.
Churchill miał zapewne swój prywatny w tym interes. Jego związki rodzinne z funduszami rodziny Rothschildów są dobrze znane.
Ale Churchill był nie tylko najbardziej antynazistowski z brytyjskiego establishmentu Partii Konserwatywnej owego okresu, lat 1939-1940. Był także najbardziej antykomunistyczny. Już w 1944 roku sprzeciwiał się zdecydowanie zagarnięciu Europy Środkowej przez ZSRR. I to był główny powód wsparcia jego oraz jego podopiecznych dla powstania. Aby siła polska zajęła terytorium kraju przed Sowietami. W grę jednak wchodzić mogą inne powody, o czym w dalszej części tekstu.
W książce Zychowicza „Obłęd ’44” nie pada ani razu nazwisko szefa operacji SOE – Colina Gubbinsa, którego służba odegrała kluczową rolę w podburzaniu nas do powstania. Jak można w książce o powstaniu ani razu nie zawrzeć nazwiska głównego sprawcy?
Gdyby tego dokonano, ktoś bardziej obyty w historii Wielkiej Brytanii zrozumiałby, że tytuł nie klei się kupy. To przecież służba Gubbinsa była oskarżana o to, że jest bardziej antysowiecka, antykomunistyczna, niż antynazistowska. Nie bez powodu.
SOE, jak wiemy z pracy Gilesa Miltona „Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych”, o której to pracy w bibliografii pracy Zychowicza nie ma ani słowa (gdyż została wydana 3 lata po wydaniu „Obłędu”), złożone było z dwóch ważnych elementów. Żadnym z nich nie było regularne wojsko. Dlatego byli nielubiani. Bo byli amatorami, poszukiwaczami przygód, krawaciarzami i do tego bandytami, którzy uczyli się podrzynania gardeł i kastrowania Niemców.
Tymi elementami byli bankierzy z londyńskiego City, brytyjska elita. Drugą częścią składową, dowódczą, byli wojskowi wywodzący się z ziemiaństwa. Nie wojskowi jako tacy. Lecz ci, którzy wywodzili się z najbardziej patriotycznej warstwy brytyjskiego społeczeństwa.
„Tego lata Dalton przyjął do pracy wielu mężczyzn, których znał dzięki osobistym kontaktom: bankierów, księgowych i prawników specjalizujących się w prawie międzynarodowym. Nie minęło dużo czasu – powiedział jeden ze zwerbowanych ludzi – a zatrudniliśmy jednego lub więcej przedstawicieli większości banków handlowych z City” – napisał Milton o SOE.
Czy jednak powodem werbowania ludzi z londyńskiej finansjery było to, że są oni także antykomunistyczni? Podobno robiono tak dlatego, bo SOE miało działać w Europie we współpracy z cywilami a nie wojskowymi więc potrzeba było do kontaktów z cywilami wykorzystywać także cywilów.
Nie zmienia to jednak faktu iż SOE reprezentowało najbardziej konserwatywne warstwy społeczeństwa brytyjskiego, a tym samym najbardziej antykomunistyczne. Churchill w lutym 1944 roku miał powiedzieć: „Wobec wkraczania Rosjan do Polski nasz interes polega na tym, że Polska powinna być silna i dobrze wspierana. Jeżeli będzie słaba i zostanie opanowana przez nacierające sowieckie armie, konsekwencje tego mogą przynieść wielkie zagrożenia dla przyszłości anglojęzycznych narodów”.
Słowa te są wielce wymowne i w zasadzie tłumaczą nam po co było przede wszystkim Powstanie Warszawskie i dlaczego Wielka Brytania je wspierała. Aby Sowieci nie zajęli całej Polski lecz jedynie jej wschodnie obszary.
Powstanie Warszawskie upadłoby po kilku pierwszych dniach prawdopodobnie gdyby nie jeden człowiek: Józef Retinger.
Retinger został w kwietniu 1944 roku zrzucony na spadochronie do Polski, startując samolotem z włoskiego Brindisi. Przy sobie miał kilkaset tysięcy dolarów w złocie i gotówce. Modelski, szef wywiadu MSW, w swojej pracy pt. „Byłem Szefem Wywiadu Naczelnego Wodza” pisze, że misja Retingera nie miała nic wspólnego z wybuchem powstania.
Pod datą 4 kwietnia 1944 napisał: „Misja dra Retingera polegała przede wszystkim na dokonaniu oceny politycznej i wojskowej wewnątrz kraju, ale nie miała żadnego bezpośredniego wpływu na wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku”.
Można te słowa interpretować na różne sposoby, wszak słowo „bezpośredniego” jest tutaj kluczowe. Evan McGilvray, brytyjski historyk, w swojej pracy z 2019 roku pt. „Polska i druga wojna światowa 1938-1948” napisał: „W krótkim czasie wybuchła wojna słowna dotycząca terminu i odpowiedzialności za powstanie. Ostatecznie polski rząd na uchodźstwie wysłał wysokiego rangą polityka, dr. Józefa Retingera, aby nawiązał kontakt z przywódcami podziemia i dostarczył pieniądze.”
Wiemy że polskie władze na uchodźstwie wydały na Retingera wyrok śmierci, podobnie jak chociażby zbuntowane wobec nich Narodowe Siły Zbrojne. Retingera z misją wysłały brytyjskie służby a pieniądze faktycznie były przeznaczone na ruch oporu. Modelski napisał: „Samolot, który wiózł dra Retingera, wystartował z Brindisi, wykonując misję na rozkaz Special Operations Executive (SOE).
Dlaczego więc McGilvray kłamie i przerzuca odpowiedzialność na Polskę? Cóż, nie wiem. Być może bo jest Anglikiem. Fakt faktem, że Retinger działał pod rozkazami SOE a więc pod rozkazami ministra wojny ekonomicznej, podporządkowanego Churchillowi. Churchill zapalił dla misji Retingera zielone światło.
To co jeszcze warte jest dodania a o czym wspomina Modelski, to to, że wszyscy dowódcy SOE w okresie jej istnienia, byli członkami brytyjskiej misji wojskowej do Polski we wrześniu 1939 roku. Której członkowie najpierw popychali nas do insurekcji przeciwko Niemcom, by po wjeździe do Polski Armii Czerwonej 17 września 1939 roku udać się pospiesznie do Rumuni. Na alkohol i „kobiety do towarzystwa”.
Polacy – gińcie w wojnie z Niemcami. My Anglicy przyjrzymy się wojnie, zobaczymy jak walczą Niemcy, spiszemy raporty a potem na wódkę (podobno pili szampana) i dziewczyny. A wy sobie dalej walczcie frajerzy.
Pieniądze, które dostarczył Retinger miały trafił do skarbnika Mikołajczyka i Stronnictwa Ludowego. Inne źródła podają wprost, że poszły na ruch oporu. Jak wiemy Anglicy wraz z operacją „Overlord” zintensyfikowali zrzuty zaopatrzenia na Polskę, aby wzmocnić opór w naszym kraju. Tj. aby odwrócić uwagę Niemców od Zachodu i skierować ją na Wschód.
Pomimo iż Modelski twierdzi, że misja Retingera nie miała nic wspólnego z powstaniem, Zychowicz przyznaje, że Retinger „namawiał Polaków” do „nasilenia działań dywersyjnych wymierzonych w Niemców i powstania”. Było to zgodne z potrzebą odwrócenia uwagi od operacji „Overlord” i marszu aliantów przez Francję do Berlina.
Wiemy że Churchill oraz niektórzy brytyjscy generałowie chcieli przeciąć drogę Armii Czerwonej, aby ta nie zdobyła zbyt wielu terytoriów w Europie Środkowej. Przyspieszeniu marszu do Berlina oraz zdobyciu go być może przed Sowietami służyć miała m.in. operacja „Market Garden”. Dodatkowo Churchill chciał lądowania na Bałkanach, naciskano także na Amerykanów aby szybciej przeszli przez Włochy, aby przeciąć drogę Stalinowi gdzieś w Europie Środkowej. I odciąć Sowietów od przemysłowego serca Europy. Słowa Churchilla, z lutego 1944 roku, tutaj wspomniane, najlepiej wyjaśniają jego poglądy.
Retinger został więc bez żadnych wątpliwości wysłany do Polski z funduszami na ruch oporu, przez SOE, a podburzanie nas do powstania w zasadzie nie ulega już wątpliwości. To samo czyniło kierownictwo SOE, zwłaszcza dwie postacie: Colin Gubbins, dowódca SOE a wcześniej dowódca operacji SOE, oraz Peter Wilkinson. Ten drugi w książce wprost przyznał, że wiedząc iż brytyjska pomoc nie nadejdzie, przygotowywał Polaków do powstania po 1941 roku kiedy to Polska przestała być aliantem Londynu w Europie numer 1 a stał się nim Związek Sowiecki. Obniżenie rangi Polski automatycznie sprawiło, że Anglicy stracili zainteresowanie wybuchem powstania w Polsce. Jednak SOE kontynuowały działania zmierzające do wybuchu powstania. Podobno aby utrzymać wśród Polaków złudzenie brytyjskiego wsparcia, po to, aby dane polskiego wywiadu napływały do Londynu. Około 44% danych wywiadowczych z Europy dostarczał wywiad polski. Dla utrzymania napływu tych danych wspierano przygotowywanie powstania pomimo oczywistego braku wsparcia w insurekcji ze strony większych sił brytyjskich.
Colin Gubbins podburzał nas do powstania po raz pierwszy jednak nie w 1942 czy 1943 roku. Robił to w 1939.
Już w maju 1939 roku Gubbins wylądował w Polsce. Aby montować nam ruch oporu. Warto jednak wrócić do korzeni brytyjsko-polskiej współpracy. Czy też może najpierw brytyjskiej prowokacji Retingera z 1938 roku, która miała zakończyć się zamachem stanu w RP. Ostatecznie jak wiemy nie zakończyła się. Polski rząd sam, bez brytyjskiej pomocy, zdecydował się wepchnąć nasz kraj pod dwie rozpędzone wywrotki ze żwirem. Sowiecką i niemiecką.
Retinger już w 1938 roku przybywał do Polski aby napuszczać nas na Niemców. Robił to pierwszy raz już w okresie I wojny światowej. Jednak ten okres to temat na inną dyskusję. Skupmy się na II wojnie światowej a raczej jej przededniu.
Retinger był czołową postacią przy tworzeniu w 1929 roku tzw. centrolewu, sojuszu partii opozycyjnych wobec sanacji. Już wówczas miał on podburzać polskie kręgi lewicowe i centrowe przeciwko Piłsudskiemu, propagując chaos i anarchię. Przyjęcie radykalnej postawy przez sojusz sprawiło, że władze RP aresztowały 11 członków ugrupowania. Osadzono ich w twierdzy w Brześciu. Retinger starał się wpływać na kręgi brytyjskie, aby wspierały więźniów.
Retinger więc anarchizował Polskę już w 1929 roku. Jednak 1938 rok będzie tutaj kluczowy. Wówczas to Hitler dokona anszlusu Austrii oraz, za zgodą mocarstw zachodnich, w tym przede wszystkim Wielkiej Brytanii, rządzonej przez wyznawców appeasmentu, Kraju Sudeckiego, w większości zamieszkałego przez Niemców.
Retinger oprócz centrolewu związał się także z Frontem Morges, sojuszem stronnictw centrowych, który powstał w Szwajcarii w 1936 roku. Jego członkowie rozważać mieli przewrót wojskowy. Dla Retingera i jego planów odcięcia Polski od Niemiec i wepchnięcia w wojnę z Berlinem byli znakomitymi wspólnikami.
Retinger brał udział już w jednoczeniu członków ugrupowania. Jednak jego rola we froncie została silnie zaznaczona dopiero w roku 1938.
W lutym Retinger spotkał się z Witosem, aby wytłumaczyć mu, że wizerunek Polski na Zachodzie, w związku z funkcjonowaniem reżimu sanacyjnego, jest niezbyt dobry. Żydowi w brytyjskiej służbie nie podobała się polityka zagraniczna Józefa Becka. Beck przez ludzi centrolewu określany był „płatnym niemieckim agentem”. Po spotkaniu udał się do brytyjskiego kanclerza skarbu, aby wyjaśnić mu jak wygląda obecna sytuacja polityczna w Polsce.
Retinger komunikował więc polskiej opozycji, że Londyn życzy obie zmiany władzy w naszym kraju – obalenia sanacji i zastąpienia jej Frontem. Jak podaje Mieczysław Biskupski, autor pracy „Wojna i dyplomacja na Wschodzie i na Zachodzie”, „brytyjska skłonność do ingerowania w polską politykę sięgała czasów znacznie wcześniejszych niż II wojna światowa”.
Retinger wprost informował stronę polską, że Anglia potrzebuje czasu na dozbrojenie się. Sugestia wielce wymowna. Ktoś musiał wszak dać Brytyjczykom ten czas. W tych słowach nie chodziło jednak jeszcze o zajęcie Sudetenlandu lecz o marcowy anszlus Austrii.
Retinger, pomimo złamania rąk w 1938 roku, wciąż dążył do obalenia sanacyjnej władzy, aby ta nie weszła w sojusz z Niemcami. Wysyłał do naszego kraju polityków Partii Pracy, aby spotykali się z kręgami chłopskimi w celu wywołania rewolty. Retinger obiecywał polskim politykom na wygnaniu w Czechosłowacji, że wywołane zostaną masowe demonstracje.
Kiedy we wrześniu 1938 roku, w tym samym miesiącu w którym doszło do konferencji czterech mocarstw w Monachium, obalenie rządu polskiego stało się niemożliwe, Retinger jeszcze mocniej naciskał na polityków lewicowych, aby kontynuowali działania zmierzające do obalenia sanacji.
W listopadzie było jeszcze gorzej i brytyjski szpieg jeździł od Witosa do Korfantego, aby przekonywać ich do swoich racji.
Wzywał przy tym prezydenta II RP Mościckiego, aby zaakceptował rząd Korfantego-Witosa. Dodatkowo chciał, aby powiązać pożyczkę dla Polski z tym czy w Polsce będzie przychylny Londynowi rząd. A więc pożyczka miała być związana z odsunięciem od władzy sanacji, zwłaszcza Becka, który miał według Retingera popchnąć Polskę do sojuszu z Niemcami, przeciwko ZSRR. Anglicy chcieli aby Polska weszła w wojnę z Niemcami.
W grudniu 1938 roku wnioski Retingera, wobec nieprzeprowadzenia puczu w Polsce, były takie, że Polska może wejść w sojusz z Niemcami kosztem Gdańska a jedyną nadzieją pozostaje wywrócenie rządu. W połowie marca 1939 roku naciskał na zamach stanu w Polsce jeszcze mocniej. Nie było tutaj przypadku. Dokładnie w połowie marca Hitler anektował Czechy i Morawy a Słowację uczynił swoim wasalem. Wobec okrążania Polski przez Niemcy, Beck, znienawidzony przez Anglików, mógł albo wejść z Niemcami w wojnę, albo poddać się ich woli i wejść w sojusz. Anglików interesowała wojna polsko-niemiecka. Mówili o tym wprost.
„Brytyjczycy chcieli zyskać na czasie, gdyż zdaniem lorda Halifaxa, każdy miesiąc przysparzał im 600 samolotów. Ponadto liczyli, że po pobiciu Polski dojdzie do bezpośredniej styczności pomiędzy Trzecią Rzeszą a ZSRR, co prędzej czy później może doprowadzić do starcia między nimi oraz do powstania bardziej pożytecznego i trwałego frontu wschodniego” – napisał Jan Ciechanowski, polski historyk, uczestnik Powstania Warszawskiego.
Biskupski, w konkluzji rozdziału swojej pracy o zamachu stanu Retingera, pisze: „W przededniu wojny Retinger próbował obalić własny rząd z pomocą zagranicy”.
Brzmi to jednak jak usprawiedliwienie rządu brytyjskiego, dla którego Retinger pracował. Retinger nie mógł działać wszak w oderwaniu od interesów brytyjskich. Fakt, że najbardziej agresywny nacisk Retingera na przewrót w Polsce miał miejsce dokładnie w momencie kiedy Hitler złamał w połowie marca 1939 roku ustalenia układu monachijskiego najlepiej świadczy o tym, że działał na rzecz Londynu, o czym Biskupski bardzo nie chce wspomnieć. Wszak to właśnie 15 marca Wielka Brytania, po 20 latach braku zainteresowania Polską, nagle sobie o niej przypomniała.
„Ostateczne rozwianie tych nadziei przyniósł marzec 1939 roku, który zweryfikował metodę brytyjskiej polityki zagranicznej, czyniąc ją gotową do użycia siły” – napisał Marek Rudzik, autor pracy pt. „Polska a Wielka Brytania. Od kryzysu sudeckiego do 15 marca 1939 roku”.
Dopiero 15 marca 1939 roku Wielka Brytania ostatecznie porzuciła pokojowe metody dogadywania się z hitlerowskimi Niemcami. Dopiero wówczas ostatecznie zainteresowała się tym co dzieje się w Europie. To zainteresowanie, biorąc pod uwagę działania Retingera w 1938 roku, miało już miejsce wcześniej. Jednak brytyjski szpieg dopiero w marcu 1939 roku zaczął forsować agresywną agendę przewrotu w Polsce, poprzez współdziałanie z Frontem Morges. Dopiero aneksja Czech i Moraw oraz wasalizacja Słowacji sprawiła, że napór Londynu na pozbycie się zwłaszcza znienawidzonego przez nich „niemieckiego agenta” Becka, był najsilniejszy. 31 marca Chamberlain zakomunikował iż „na wypadek jakichkolwiek działań wojennych mogących wyraźnie zagrozić niepodległości Polski i które by Rząd Polski uznał zatem za konieczne odeprzeć przy użyciu swych narodowych sił zbrojnych, Rząd Jego Królewskiej Mości będzie się czuł zobowiązany do udzielenia Rządowi Polskiemu natychmiastowego poparcia, będącego w jego mocy”.
Jak wyglądała moc i potencjał brytyjski w 1939 roku? Cóż, zacytujmy Ciechanowskiego: „Anglicy byli przeświadczeni, że muszą koniecznie siłą powstrzymać dalszą ekspansję Niemiec, chociaż brakowało im do tego odpowiednich sił i środków. Dlatego zaczynali szukać sojuszników, którzy mogliby im w tym pomóc.” Tak, do wojen na kontynencie, do wojen w celu utrzymania brytyjskiej hegemonii oraz równowagi sił, najlepiej nadają się siły zastępcze. Na przykład Polacy.
Na początku kwietnia Beck udał się do Wielkiej Brytanii, aby zastąpić gwarancje brytyjskie trwałym zobowiązaniem o wzajemnej pomocy i współpracy. 6 kwietnia 1939 roku wydano obwieszczenie o takich właśnie ustaleniach. W tym momencie Retinger nie potrzebował już żadnego zamachu stanu. Polska złamała pakt o nieagresji z Niemcami który Hitler wkrótce wypowie i zacznie przygotowywać Niemcy na wojnę z Polską. Dopiero w kwietniu 1939 roku zaczęły powstawać niemieckie plany wojenne przeciwko Polsce. Anglosasi byli uratowani. Ich koncepcja wielkiej wojny w Europie Środkowej i Wschodniej, zderzenia Niemiec i Sowietów, o którym wspominał ambasador Roosevelta Bullitt jesienią 1938 roku w rozmowie z ambasadorem RP w Waszyngtonie Potockim, właśnie się realizowała.
Beck miał jeszcze możliwość pójścia z Niemcami przeciwko bolszewikom. Wszak Zachód i tak chciał zniszczenia ZSRR rękoma Niemiec o czym polskie ministerstwo spraw zagranicznych doskonale wiedziało. Polska wybrała jednak honor i zniszczenie kraju, zamiast dołączyć do czegoś co i tak było nieuniknione. Wojna z ZSRR musiała wybuchnąć. „Wciąż nam to proponowano. Ale czego Polska potrzebuje – to pokoju, a nie awantur wojennych i to w towarzystwie Niemców. Byłoby to sprzeczne z zasadniczymi założeniami naszej polityki” – stwierdzić miał Beck, mając do dyspozycji dokument o tym, że Anglosasi życzą sobie wielkiej wojny w naszej części Europy. Ale Francuzi zapewne również. Wszak podane tam było iż chodzi o „państwa demokratyczne”. „Państwa demokratyczne życzyły by sobie żeby konflikt zbrojny nastąpił tam na wschodzie pomiędzy Niemcami i Rosją” – brzmi treść dokumentu MSZ-u II RP, którego autentyczność potwierdził ambasador RP w Londynie Raczyński.
I tak doszliśmy do maja 1939 roku i do początku brytyjskich przygotowań Polaków do insurekcji przeciwko Niemcom.
W maju 1939 roku do Polski przybywa Colin Gubbins, brytyjski wojskowy, który kooperował z polskim wojskiem w Rosji w 1919 roku. Ambasador Londynu zakomunikował, że Polakom można bezgranicznie ufać (od zawsze byliśmy naiwni i łatwowierni) toteż Gubbins jako członek brytyjskiego wywiadu wojskowego MIR, który przekształcił się w strukturę paramilitarną, organizować miał w Polsce partyzancki ruch oporu. W czerwcu, miesiącu kolejnym, Anglicy zakomunikowali, że są gotowi udzielić wsparcia w organizowaniu partyzantki, polegającej zwłaszcza na sabotażu linii kolejowych, które miały służyć Niemcom do importu ropy naftowej z Rumunii.
Także w maju 1939 roku utworzono w Polsce organizacje partyzanckie na czele których stanął major Charaszkiewicz. Nazwano je „Tajną Organizacją Wojskową” lub też „Lotnymi Oddziałami Bojowymi”. Stały się one podstawą do tworzenia Związku Walki Zbrojnej, przemianowanego ostatecznie na Armię Krajową.
W lipcu 1939 roku Charaszkiewicz spotyka się w Londynie z brytyjskim wywiadem MIR oraz Sekcją D MI6 zajmującą się sabotażem i wojną nieregularną.
Charaszkiewicz utworzył z pomocą Anglików patrole wzdłuż granic z Niemcami, patrole kilkuosobowe, które miały zajmować się sabotażem na wypadek niemieckiej inwazji. Utworzono także kilkunastoosobowe grupy, które miały przenikać przez granicę i tam siać chaos wśród Niemców. Polacy szkolili się na książeczce Gubbinsa dotyczącej wojny nieregularnej nazwanej „Podręcznikiem dla przywódców partyzantki” dodatkowo biorąc od Anglików materiały wybuchowe na rzecz działań antyniemieckich. Brytyjczycy rozważali także pomoc na miejscu w Polsce, jakiej miała udzielić brytyjska misja wojskowa. Materiały propagandowe oraz sabotażowe napływały do Polski ze Skandynawii.
W sierpniu 1939 roku Gubbins ponownie udał się do Warszawy gdzie spotkał się z szefem biura wywiadu Sztabu Generalnego WP płk Smoleńskim. Jak podaje Atkin, strona polska doskonale zdawała sobie sprawę, że celem brytyjskim nie jest obrona Polski lecz stworzenie ruchu oporu, który będzie prowadzić sabotaż linii kolejowych do rumuńskiego Ploeszti, skąd pozyskiwano ropę naftową.
Sekcja D MI6 miała konkretny powód na obecność w Polsce. Chciała ona utrzymywać kontakty z ruchem oporu poza kontaktami ze sztabem generalnym. Chciała więc mieć tylne drzwi dostępu do polskiej partyzantki, niezależne od kontroli najwyższego dowództwa wojskowego.
Brytyjska misja wojskowa ostatecznie wyruszyła w drogę 25 sierpnia. Jej członkami byli przyszli przywódcy SOE oraz ważne postacie polskiej sekcji Kierownictwa Operacji Specjalnych. Na początku września dotarli do Polski. Kiedy przybyli do Lublina 3 września, Wielka Brytania właśnie wypowiadała wojnę Niemcom. Teoretycznie. W praktyce wykrwawiała Polaków zgodnie z ideą zyskania na czasie.
17 września, po 14 dniach obserwacji Polski, misja opuściła nasz kraj. Polska została celowo porzucona na rzecz Związku Sowieckiego. Anglicy tegoż dnia wydali jeszcze komunikat, obiecując, że Wielka Brytania będzie walczyć dopóki Polska nie zostanie wyzwolona a jej obszar okupowany przez agresorów nie zostanie nam zwrócony. Były to tylko puste słowa, które miały podtrzymać opór w Polsce. To właśnie Gubbins je wygłosił, człowiek, który będzie całymi latami podtrzymywał wsparcie dla ruchu oporu po to, aby dane polskiego wywiadu spływały do Londynu i aby Wielka Brytania mogła uratować swoje wpływy wobec negujących układ międzynarodowy Niemiec. „W związku z trudnościami w udzieleniu bezpośredniego wsparcia wojskowego Polakom przez brytyjskie siły zbrojne, kwestia wzbudzenia zaufania ma ogromne znaczenie i należy wykorzystać każdą okazję do wywarcia osobistego wpływu przez członków misji brytyjskiej” – brzmiały instrukcje Ministerstwa Wojny dla misji. To oszustwo maskowało brytyjską pogardę dla Polaków. W 1940 roku brytyjscy urzędnicy mieli powiedzieć: „bardzo rozsądny jak na Polaka… jedyny Polak, jakiego spotkałem, który jest zarówno uczciwy, jak i inteligentny”.
W nocy z 17 na 18 września misja opuściła Polskę. Polacy wykrwawiali się w wojnie z Niemcami i Sowietami, w wojnie na dwa fronty, a Anglicy, z Gubbinsem na czele, mogli wreszcie udać się do Rumunii na alkohol i dziewczyny.
W październiku, kiedy Churchill w audycji radiowej oddawał Kresy Wschodnie Stalinowi (tak to wyglądało dbanie o zwrot Polsce terytoriów zagrabionych przez totalitarnych sąsiadów), Gubbins odtwarzał Misję do Polski w celu przygotowania działań powstańczych przeciwko Niemcom. Strona polska a konkretnie Sztab Generalny WP na uchodźstwie zgodził się, aby to Gubbins kontrolował cały plan wojny partyzanckiej na okupowanych przez Niemcy terytoriach RP. Francuzi potwierdzili, że działalność wywrotowa w Polsce powinna pozostać w gestii brytyjskiego wywiadu wojskowego. Większość przemytu zaopatrzenia do polskiego ruchu oporu trafiło do zadań Petera Wilkinsona, prawej ręki Gubbinsa. Kiedy w czerwcu 1940 roku Gubbins otrzymał polecenie utworzenia tajnej armii pozostającej w cieniu, która miała sabotować niemieckie postępy na wypadek inwazji na Wyspy Brytyjskie, pierwszym jego krokiem w budowaniu tej armii było pozyskanie jako współpracownika Wilkinsona.
Peter Wilkinson został przez Normana Daviesa, poprawiacza wizerunku Wielkiej Brytanii w Polsce, określony „rzecznikiem polskich interesów”. Gubbinsa brytyjski historyk także gloryfikuje w kontekście stosunku do naszego kraju i Polaków. „Gubbins nie wstydził się swojego polonofilstwa” – pisze w książce „Powstanie ’44”. Jak jednak wyglądała prawda?
Cóż, Gubbins i jego prawa ręka Wilkinson byli funkcjonariuszami brytyjskich służb specjalnych którzy realizowali imperialne interesy brytyjskie. Obaj odznaczyli się podburzaniem Polaków do powstań przeciwko Niemcom, aby polski ruch oporu nie zgasł i aby Wielka Brytania, poprzez odwrócenie uwagi Hitlera od Zachodu i skierowania jej na Wschód, była chociaż trochę bezpieczniejsza. Do samego końca walk w Polsce byli odpowiedzialni za zużywanie polskiej tkanki demograficznej w celu podtrzymania nas w wojnie. Służyło to „podpalaniu Europy”, które Churchill zarządził Daltonowi 16 lipca 1940 roku.
Najbardziej interesujące jest jednak to co o tamtym czasie pisał sam Wilkinson. Oddajmy mu głos: „Latem 1941 roku analizy przeprowadzone przez SOE i Wspólny Sztab Planowania praktycznie wykluczyły możliwość udzielenia wsparcia siłom patriotycznym w Europie Wschodniej na jakąkolwiek znaczącą skalę, uznając, że wymagałoby to zbytniego odwrócenia uwagi od bombardowań Niemiec. Wniosek ten był politycznie nie do przyjęcia dla Polaków, którym groziła zagłada narodowa z rąk zarówno Niemców, jak i Rosjan. Sukces pierwszego lotu do Polski zachęcił Armię Krajową do myślenia w kategoriach wyzwolenia kraju poprzez wielką inwazję desantową, gdy tylko niemiecki opór zacznie się załamywać. Polska armia podziemna była wówczas najważniejszym atutem SOE, a Dalton i Gubbins, a także – co więcej – Perkins, Hazell i ja, byliśmy tak głęboko zaangażowani w sprawę polską, że baliśmy się skonfrontować ich z realiami ich sytuacji.
W każdym razie oficerowie sztabowi VI Biura nie ośmielili się przyjąć niczego poza najbardziej pozytywnym nastawieniem w kontaktach z Armią Krajową. Postanowiliśmy więc podążać za ich linią i, zgodnie z instrukcjami Gubbinsa, przez następne dwanaście miesięcy marnowałem godziny na pozorne wspólne planowanie z polskim sztabem generalnym, opracowując wymagania logistyczne pełnowymiarowej inwazji powietrznodesantowej na okupowaną przez Niemców Polskę, o której zarówno oni, jak i ja wiedzieliśmy, że nie ma szans, by doszła do skutku. Doświadczenia z Krety uświadomiły mi, że bez całkowitej przewagi powietrznej każda tego rodzaju operacja desantowa skazana jest na klęskę. Ten rozstrzygający argument był nie do przyjęcia dla Armii Krajowej, która mimo wszystko musiała podtrzymywać swoje nadzieje. Ze swojej strony było to dla mnie niewdzięczne zadanie i czułem głęboką frustrację oraz przygnębienie z powodu bezsensowności całego przedsięwzięcia.”
Jakby ktoś nie wiedział, powstanie powszechne w Polsce połączone miało być z inwazją z powietrza. Tym miały zająć się m.in. wojska generała Sosabowskiego, które ostatecznie rzucono na Holandię, aby przyspieszały drogę do Berlina – naczelny cel Churchilla – zamiast do Polski. Anglicy wiedząc, że do takiej operacji nie dojdzie, pomimo to ją przygotowywali.
Za tymi pięknymi słowami kryje się jednak to o czym już wcześniej wspomniałem. Od lata 1941 roku najważniejszym sojusznikiem Londynu w kontynentalnej Europie stawał się ZSRR. Polska została zepchnięta na dalszy plan i dlatego zmniejszano wsparcie dla ruchu oporu w Polsce. To wsparcie jednak było podtrzymywane aby polskie służby dostarczały dane wywiadowcze z okupowanego kraju.
„Zachodni sojusznicy nigdy nie wysłaliby żadnych swoich sił, by wyzwolić Polskę, tak jak zamierzali to teraz uczynić w przypadku Francji i krajów Beneluksu. Dręczony poczuciem winy Churchill nie był w stanie tego przyznać. Podobnie jak generał Colin Gubbins i inni wyżsi rangą oficerowie z SOE, którzy od samego początku wspierali Armię Krajową w jej planie przeprowadzenia zakrojonego na szeroką skalę powstania narodowego przeciwko Niemcom, zbieżnego z ofensywą aliantów w Europie Zachodniej. Zgodnie z polskim planem powstanie wymagałoby, by polskie eskadry bombowców i myśliwców, latające wówczas w ramach RAF, przetransportowały do ojczyzny tysiące polskich spadochroniarzy, również stacjonujących w Wielkiej Brytanii. Gubbins wiedział już od 1941 roku, że plan ten był niemożliwy do zrealizowania, ale jego własne głębokie przywiązanie do Polaków oraz, co ważniejsze, zależność aliantów od polskich akcji sabotażowych i wywiadowczych powstrzymały go przed powiedzeniem im prawdy. Biograf Gubbinsa ujął to wprost: „Ani SOE, ani polskie Główny Sztab [w Londynie] nie miały odwagi powiedzieć Armii Krajowej, że ze względu na niemożność zapewnienia odpowiedniego wsparcia lotniczego ich plany były zwykłą bzdurą” – napisała Lynne Olson w swojej „Wyspie Ostatniej Nadziei”.
I to właściwie zamykałoby temat brytyjskiej prowokacji jaką było Powstanie Warszawskie, które jak wiemy pierwotnie miało objąć obszar większy, jednak zostało ograniczone do stolicy z powodu postępów sowieckiej operacji „Bagration”. Nie tak szybko jednak. Wiemy już, że Kierownictwo Operacji Specjalnych Gubbinsa i Wilkinsona całymi latami podtrzymywało wśród Polaków duch oporu, aby wywiad otrzymywał dane z okupowanej Polski. Zacytujmy jeszcze kilka fragmentów książki Olson: „Sytuację pogorszył fakt, że Gubbins nakazał Peterowi Wilkinsonowi, pracownikowi polskiego oddziału SOE, aby zaangażował się – jak później zauważył Wilkinson – w „udawane wspólne planowanie z polskim sztabem generalnym, opracowując wymagania logistyczne pełnowymiarowej inwazji powietrznej na Polskę, o której zarówno oni, jak i ja wiedzieliśmy, że nie może się odbyć”.
Powyższy fragment częściowo pokrywa się ze wspomnieniami Wilkinsona. Zacytujmy dalszą część tego samego rozdziału, który wyjaśnia rzeczywiste przygotowania powstania połączonego z desantem, które Brytyjczycy nie mieli zamiaru wspierać: „Nawet brytyjscy szefowie sztabów, których opór wobec udzielenia pomocy polskiemu powstaniu był niezachwiany, w swoich publicznych wypowiedziach na ten temat byli znacznie mniej stanowczy niż w rozmowach prywatnych. Nie chcąc zrażać Polaków i narażać na szwank przepływ cennych danych wywiadowczych, które ci dostarczali, szefowie mówili niejasno o „celowości przygotowania Armii Podziemnej w Polsce do działań skoordynowanych z operacjami wojskowymi aliantów”. Polacy – dodali szefowie sztabów – „powinni otrzymać jak największą ilość sprzętu”, z zastrzeżeniem jedynie „dostępności odpowiednich samolotów”. Była to oczywiście sytuacja bez wyjścia: nigdy nie było dostępnych odpowiednich samolotów w ilościach, jakich potrzebowano”.
Kiedy jednak brytyjscy wojskowi doszli do wniosku, że pora powiedzieć Polakom prawdę: nie będzie żadnego wsparcia? Dopiero pod koniec 1943 roku Ministerstwo Wojny Londynu zakomunikowało, że zbliża się moment kiedy trzeba będzie nam Polakom powiedzieć, że żadnego większego wsparcia dla Armii Krajowej, na rzecz ogólnonarodowego powstania, nie będzie. Podano, że im szybciej strona polska zostanie poinformowana, tym lepiej. Nie została jednak poinformowano. Przygotowania trwały a zachodni alianci nie ostrzegli polskich sojuszników, że wszystko jest pozorowane aby tylko wywiad polski pracował na rzecz zachodniego wysiłku wojennego.
Jaka była rola w końcowym zwycięstwie aliantów ruchów oporu w całej Europie? Oddajmy głos generałowi Eisenhowerowi: „W żadnej poprzedniej wojnie ani na żadnym innym teatrze działań wojennych podczas tej wojny siły ruchu oporu nie były tak ściśle włączone w główne działania wojskowe” – napisał. „Uważam, że zakłócanie komunikacji kolejowej wroga, nękanie niemieckich przemieszczeń drogowych oraz ciągłe obciążanie niemieckiej gospodarki wojennej i służb bezpieczeństwa wewnętrznego w całej okupowanej Europie przez zorganizowane siły ruchu oporu odegrały bardzo znaczącą rolę w naszym całkowitym i ostatecznym zwycięstwie”.
Nam jednak nie dane było cieszyć się z końca wojny. Nie tylko nie odzyskaliśmy ziem, co cynicznie obiecywał nam Gubbins, kiedy 17 września 1939 roku opuszczał rozszarpywaną Polskę. Nie tylko Polska nie stała się suwerennym krajem. Nie tylko straciliśmy 2,5 do 3 milionów naszych rodaków. To jeszcze stolica Polski Warszawa została zburzona. Bo Wielka Brytania całymi latami mamiła nas wsparciem dla powstania powszechnego i podtrzymywała opór w Polsce, aby polski wysiłek wojenny służył ich interesom.
Kiedy jednak Anglicy zakomunikowali nam, zwłaszcza podżegacz Gubbins, że nie będzie żadnego wsparcia dla powstania powszechnego?
Jeszcze 29 lipca 1944 roku Gubbins w reakcji na polskie żądania co do wsparcia dla powstania powszechnego, poprzez m.in. zwiększenie zrzutów nad Warszawą, ataków bombowych na lotniska w pobliżu Warszawy, przerzut myśliwców do Polski czy też przerzut dywizji Sosabowskiego, odpowiedział pozytywnie. Na dwa dni przed wybuchem powstania SOE i Gubbins wciąż mamili nas że wsparcie nadejdzie., podtrzymując tą fałszywą iluzję.
Wszak 28 lipca Anthony Eden, szef brytyjskiej dyplomacji, zakomunikował hrabiemu Raczyńskiemu, polskiemu ambasadorowi w Londynie, że żadnego wsparcia nie będzie. SOE jednak pomimo to dzień później zakomunikowało stronie polskiej o przyznaniu polskiemu powstaniu „bezwzględnego priorytetu”. Gubbins bardzo szybko opuścił Londyn i udał się 10 sierpnia do Normandii gdzie trwały „właściwe” walki o brytyjskie bezpieczeństwo i interesy. 16 sierpnia jego zastępca Perkins, kolejny z „propolskich” Brytyjczyków – przed wojną właściciel fabryki w południowej Polsce, który mówił w naszym języku – po dwóch tygodniach wykrwawiania się Warszawy, stwierdził, że cała wina za powstanie leży po stronie polskiej.
Perkins dostawy zaopatrzenia dla walczącej Warszawy, wobec których entuzjastycznie wypowiadał się jeszcze 29 lipca jego szef Gubbins, nazwał zbrodniczymi. „Jako moje osobiste zdanie, przekazałem im, że jest z ich strony zbrodnią planować dostawy z pomocą dla Warszawy w ramach operacji tak ryzykownych jak te, które obecnie podejmują”.
Kluczowe dla wyprowadzenia strony polskiej w pole, w celu nie powstrzymania wybuchu powstania, tak przez Anglików jak i Amerykanów, były spotkania polskich elit w Waszyngtonie w czerwcu 1944 roku z Anglo-amerykanami. Polacy zakomunikowali Amerykanom, że polski ruch oporu współdziałać będzie w powstaniu ze stroną sowiecką. Anglosasi dopytywali się o szczegóły współpracy, po czym otrzymywali pozytywne odpowiedzi. Najwyższe władze wojskowe aliantów, w tym tajne służby OSS, zostały więc poinformowane, że Polska przygotowuje powstanie powszechne. Nikt nie zakomunikował, że przygotowania należy przerwać. „Nie podjęto jednak żadnych prób objęcia kontroli nad powstaniem lub zapobieżeniu jego wybuchowi” – napisał William Mackenzie, autor książki pt. „Tajna historia Kierownictwa Operacji Specjalnych”.
Wróćmy jednak do Retingera gdyż jego rola w podtrzymaniu powstania była kluczowa.
Retinger wyleciał z Polski, po kilku próbach zamachu na jego życie, 26 lipca 1944 roku. Po dostarczeniu władzom w kraju 220 tys. dolarów. 3 sierpnia, kiedy powstanie już trwało, przybył do Londynu.
5 sierpnia 1944 roku dowódca brytyjskiego lotnictwa we Włoszech, gen. Slessor, wydał rozkaz zaniechania dalszych zrzutów nad Warszawą. Głównodowodzący aliantów na Morzu Śródziemnym gen. Wilson podzielał opinię Slessora i wysunął wniosek o zaprzestanie lotów. Wniosek został przyjęty. I w tym momencie uaktywnił się Retinger, którego SOE wysłało w kwietniu z misją do Polski, aby wzmocnić po cichu ruch oporu. Brytyjski agent zabiegał u dowództwa wojskowego aliantów o wycofanie decyzji.
Działania Retinger przyniosły wymierne skutki. 8 sierpnia zarządzono kontynuację lotów. 10 sierpnia poinformowano, że brytyjscy lotnicy także będą brali udział w zrzutach zaopatrzenia dla walczącej stolicy. Retinger uratował więc Powstanie Warszawskie. Podtrzymał ogień w stolicy aby odciągać uwagę Niemców od frontu zachodniego i skupiać jej więcej na Wschodzie. „Sekcja Polska [SOE] oceniała, że powstańcy wiązali co najmniej cztery niemieckie dywizje i utrudniali konsolidację obrony na froncie wschodnim” – czytamy w pracy o pozycji Polski w brytyjskiej strategii oporu w Europie II wojny światowej.
Wsparcie dla powstania miało być jednak jedynie takie aby ono trwało. Brytyjczycy nie chcieli, aby odniosło ono zwycięstwo. Oprócz celów wojskowych, były także cele polityczne. Szybka klęska powstania wynieść mogła do władzy w Londynie prawicowe elementy. Retinger jako reprezentant tajnych kręgów brytyjskich elit starał się za wszelką cenę utrzymać Mikołajczyka, spolegliwego wobec ZSRR, na stanowisku premiera.
O roli SOE we wsparciu dla powstania warto także napisać w kontekście żądań z końca lipca 1944 roku. Wówczas to strona wojskowa Wielkiej Brytanii zdecydowanie odrzucała pomoc powstaniu. Gubbins jednak, o czym jeszcze w tym tekście nie wspominałem, popierał je, zanim udał się do Francji. Twierdził, że Polacy zasługują na symboliczny gest wobec wsparcia jakiego polski ruch oporu udzielał stronie brytyjskiej. 2 sierpnia SOE sugerowało odpowiedzieć pozytywnie na postulaty strony polskiej. Uczyniono to zanim jeszcze Anglicy dowiedzieli się o wybuchu insurekcji.
Alianckie dowództwo wojskowe było więc przeciwne wsparciu dla powstania, tajne służby Churchilla były za. Pora na dobitny dowód na to, że wiązało się to z celami antykomunistycznymi. A więc że SOE chciało zużywać Polaków, aby realizować plany niedopuszczenia do zagarnięcia Europy Środkowej przez Moskwę. „Wbrew silnym po dzień dzisiejszy w Polsce przekonaniom, Brytyjczycy bynajmniej nie zamierzali akceptować Rzeczpospolitej jako strefy wpływów ZSRR. Starano się unikać bezpośredniej konfrontacji z Kremlem w krajach Europy Środkowej ale równocześnie dążyć do umocnienia na tym obszarze brytyjskiej pozycji. Oznaczało to kontynuowanie wsparcia dla rządu polskiego, czego elementem były działania SOE”.
Słowa klucz w tym fragmencie: starano się unikać bezpośredniej konfrontacji z Kremlem. Konfrontacja miała być więc pośrednia. SOE działało na tym kierunku. Na kierunku niedopuszczenia do zagarnięcia Polski i krajów sąsiednich przez ZSRR.
Warto jeszcze skupić się na tezach historyka George’a Bruce’a który sugeruje, że Armia Czerwona, aby wyruszyć na Berlin, najpierw powinna uchwycić kluczowe punkty infrastruktury stolicy. A więc najpierw powinna opanować Warszawę.
„Z kolei dla nazistów i Sowietów miasto to stanowiło ważny strategiczny i taktyczny punkt kontrolny. Przebiegało przez nie siedem głównych szlaków komunikacyjnych, które przekraczały Wisłę za pomocą trzech mostów drogowych i dwóch kolejowych. Dla Niemców, toczących w tym rejonie bitwy obronne, mosty i drogi przebiegające przez miasto miały kluczowe znaczenie. Musiały one pozostać otwarte, aby zapewnić swobodny przepływ wojsk i zaopatrzenia na Front Wschodni. Z kolei dla Armii Czerwonej warszawska sieć komunikacyjna miała kluczowe znaczenie dla ofensywy na Berlin, choć mosty – o których wiedziała, że Niemcy je zniszczą – miały mniejsze znaczenie” – napisał Bruce.
Dzisiaj już wiemy, że Armia Czerwona na początku sierpnia 1944 roku została pobita metodami militarnymi i nie mogła kontynuować swojej ofensywy. Pod koniec sierpnia z kolei Stalin nie zdecydował się na natarcie, gdyż po pierwsze nie chciał walczyć na dwa fronty – front polski i bałkański – po drugie chciał, aby „londyńscy Polacy” zostali zniszczeni przez Niemców. Niemców, którzy aby to uczynić, ściągali dodatkowe siły na Wschód.
Jak jednak potoczyłaby się wojna gdyby powstanie nie wybuchło, Niemcy nie ściągali w związku z nim sił i środków na Wschód, oraz nie skierowali tam swojej uwagi, a Armia Czerwona zajęłaby Warszawę dużo szybciej, wobec braku powstańczych wystąpień? Czy przypadkiem Berlin nie zostałby zdobyty dużo wcześniej a Armia Czerwona, wyznająca regułę tam gdzie stoi sowiecki żołnierz tam jest ZSRR, w ramach faktów dokonanych, nie przesunęłaby sowieckiej strefy wpływów dalej na zachód w kierunku Zagłębia Ruhry? Cóż, alternatywnej historii pisać nie będę.
W kontekście powstania i Wielkiej Brytanii warto wspomnieć także o brytyjskiej misji wojskowej „Freston”.
Pomysł misji pojawił się wśród Polaków jednak to SOE posunęły tą kwestię do przodu, w lipcu 1944 roku. Trafiła ona jednak do Polski dopiero w grudniu tegoż roku. Jej celem było zbieranie informacji i zapewnianie łączności. Była ona ostatnim kontaktem SOE z Polską. W kraju jej osłoną zajął się najpierw obwód Częstochowa AK a później obwód Radomsko AK. Podczas walk z Niemcami strona polska straciła nawet jednego żołnierza. W istocie celem misji było sprawdzenie przez stronę brytyjską czy Polacy po hekatombie powstania gotowi są już oddać terytoria wschodnie Stalinowi.
„Polacy zbytnio zaufali Gubbinsowi. Jego strategia polegająca na powstaniu tajnych armii przeciwko nazistowskiej machinie wojskowej po przybyciu regularnej armii wyzwoleńczej okazała się błędna w przypadku Polski […]. SOE ponosi część odpowiedzialności za to, że Polacy nie zrozumieli konsekwencji brytyjskich planów wojskowych. […] Gubbins […] przewidywał zdradę Polaków przez Wielką Brytanię po 1945 roku. Podczas wojny powiedział Sue Ryder z SOE: „Oczywiście, że zostaną … po prostu wyrzuceni za burtę… My [Wielka Brytania] zamierzamy wycisnąć z nich wszystko, co się da, a potem ich porzucić” – napisał Edward Harrison, autor książki pt. „Tajne służby przeciwko nazistowskiemu reżimowi”.
1. Atkin M., „Pioneers of Irregular Warfare. Secrets of the Military Intelligence Research Department in the Second World War”, Yorkshire-Philadelphia 2021
2. Biskupski M. B. B., „War and Diplomacy in East and West. A Biography of Józef Retinger”, Londyn-Nowy Jork 2017
3. Bruce G., „The Warsaw Uprising: 1 August – 2 October 1944”, Leeds 1972
NCZAS.INFO | Ukraińscy kierowcy kazali Polakom „spier… do Polski”. Foto; print screen X
Banda Ukraińców obrażała i groziła polskim kierowcom ciężarówek na ukraińskim terminalu celnym. Używano wobec nich słów „pszeki”, co jest pogardliwym określeniem Polaków. Film udostępnił na TikToku Ukrainiec. Oryginał został już usunięty, ale udało się zachować nagrania ukazujące kolejny przykład agresji Ukraińców, który niestrudzenie będą ignorować politycy i wielkie media.
30 lipca użytkownik TikToka SV_VINNYTSIAUTO opublikował nagranie z Winnicy ukazujące sytuację na ukraińskim terminalu. Trzech Ukraińców podeszło do polskich kierowców z zaopatrzeniem. Ukraińcy zaczęli słownie atakować Polaków. Nazywali ich „pszakami”, kazali „wypierda**ć” i grozili, że „ich jest tutaj pełny terminal, a Polaków kilku”.
Portal kresy.pl zaznaczył, że w sobotę materiał zniknął z konta ukraińskiego użytkownika. Jednak w sieci zachowały się kopie.
Oddzielne nagranie z tego samego incydentu nagrał drugi z Ukraińców o nazwie Мішаня___0001. W sobotę konto użytkownika było niedostępne. W tym przypadku także internauci zarchiwizowali film dowodzący agresji Ukraińców wobec Polaków.
Według użytkownika X Codziennik z Mordoru, Polacy przywieźli na Ukrainę pomoc. W momencie ataku Ukraińców na nich byli w drodze do sklepu po zakupy. Taka to ukraińska wdzięczność.
Rzecz jasna, w TVN o tym wszystkim nie powiedzą ani słowem. Zamiast tego do spóły z politykami rządzącej koalicji i poprzedniego rządu będą rozczulali się nad rzekomą „polską agresją wobec Ukraińców”.
Donald Trump ocenił, że porozumienie dotyczące ukraińskich surowców zapewnia Stanom Zjednoczonym szeroki dostęp do złóż metali ziem rzadkich. Prezydent USA stwierdził, że korzyści wynikające z umowy mogą przewyższyć wartość amerykańskiej pomocy wojskowej przekazanej Kijowowi. Waszyngton ma w ten sposób odzyskać środki wydane na wsparcie Ukrainy.
W opublikowanym w piątek wywiadzie dla stacji Real America’s Voice prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump przedstawił swoją ocenę umowy zawartej z Ukrainą w sprawie zasobów mineralnych, wskazując na korzyści finansowe dla Waszyngtonu.
„Zawarliśmy umowę […]. Mamy podpisany kontrakt. Jeśli chodzi o surowce ziem rzadkich, możemy tam wejść w dowolnym momencie. Możemy zabrać praktycznie wszystko, co zechcemy. To była dość korzystna umowa” – powiedział Trump.
Dostęp do ukraińskich zasobów
Trump podkreślił, że Ukraina posiada bogate złoża metali ziem rzadkich. W jego ocenie podpisane porozumienie zapewnia Stanom Zjednoczonym szeroki dostęp do tych zasobów.
Amerykański prezydent stwierdził również, że wartość korzyści wynikających z umowy może przewyższyć wartość dotychczasowej pomocy udzielonej Kijowowi przez Waszyngton. Zasugerował, że dostęp do złóż może być wart ponad 300 mld dolarów.
Trump ocenił, że dzięki porozumieniu Stany Zjednoczone „odzyskają swoje pieniądze” przeznaczone wcześniej na wsparcie Ukrainy.
Umowę podpisano w 2025 roku
W maju 2025 roku porozumienie dotyczące ukraińskich surowców mineralnych podpisały ówczesna minister gospodarki Ukrainy Julia Swyrydenko oraz minister finansów Stanów Zjednoczonych Scott Bessent.
Umowa dotyczy dostępu do ukraińskich zasobów mineralnych, w tym metali ziem rzadkich. Trump przedstawił ją jako transakcję, która może zapewnić Stanom Zjednoczonym korzyści przekraczające wartość udzielonej wcześniej pomocy wojskowej.
Kolejno w kwietni Waszyngton i Kijów podpisały memorandum o utworzeniu Funduszu Inwestycyjnego. Celem funduszu jest wspieranie odbudowy Ukrainy poprzez wykorzystanie środków pochodzących z wydobycia surowców mineralnych. Zyski z projektów przez 10 lat będą reinwestowane w kraju, a kluczowym założeniem jest rozwój sektora wydobywczego i infrastruktury z preferencyjnym udziałem inwestorów z USA.
Ukraina posiada złoża litu, które zawierają około 1/3 zasobów tego surowca na kontynencie. Lit jest obecnie szczególnie pożądanym minerałem wykorzystywanym w produkcji baterii do pojazdów elektrycznych. Dotąd nie był wydobywany na terenie Ukrainy.
Autor: Peter Hanseler za pośrednictwem ForumGeopolitica.com
Iran i Rosja zdały sobie sprawę, że nie ma pokoju ze wspólnotą Zachodu. W rezultacie konflikty toczą się na polu bitwy i będą trwać jeszcze długo. Międzynarodowy porządek prawny umarł, pokój na świecie umarł – jest wojna. Wojna światowa. Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę.
Celem tego artykułu jest zwrócenie uwagi na najważniejsze trendy, które obecnie obserwuję – mają one skłonić do refleksji. Proszę wybaczyć, że tworzę trochę potwora, biorąc pod uwagę ogrom aspektów do rozważenia.
Oprócz licznych konfliktów w Afryce, obecnie toczą się dwa poważne konflikty – jeden w Europie, a drugi na Bliskim Wschodzie. Oba były starannie planowane przez dekady. Wśród bardziej krytycznych zachodnich obserwatorów pojawiają się pęknięcia w narracji Zachodu, co prowadzi do coraz bardziej agresywnej propagandy Zachodu, mającej na celu ponowne wpłynięcie na opinię publiczną.
Przykładem tego, jak propaganda skutecznie ogłupia ludzi w Niemczech, jest artykuł w gazecie „Bild” z 13 lipca zatytułowany „Putinowi kończy się benzyna – Rosjanie płacą prawie 4 euro za litr benzyny”.
Gazeta Bild, 13 lipca 2026 r.
I to pomimo faktu, że rzeczywiste ceny są wyraźnie widoczne na obrazku: na przykład 73,11 rubla (0,82 EUR). 29 lipca średnia cena benzyny 95-oktanowej w Rosji wynosiła 71,83 rubla (0,79 EUR).
——————-
Z drugiej strony, ważne informacje są tłumione, takie jak nałożenie przez Chiny sankcji na 14 europejskich firm (w tym Lafert SpA, Rheinmetall AG, Tatra Trucks, Vigo Photonics, Cavok UAS, Antraco Chemie-Handelsgesellschaft i Sindlhauser Materials). Są to firmy zbrojeniowe lub dostawcy dla przemysłu zbrojeniowego. Ta wiadomość ma ogromne znaczenie i znacznie utrudni rozbudowę potencjału militarnego Niemiec.
Te dwa zupełnie różne przykłady ilustrują naturę zachodnich mediów – dają one odbiorcom wrażenie, że na Zachodzie „wszystko idzie dobrze”, a wrogowie są na skraju upadku. Ma to swoje konsekwencje: kiedy rozmawia się z ludźmi w Europie, letnie upały i mistrzostwa świata w piłce nożnej wydają się najważniejszymi rzeczami w życiu.
Od dziesięcioleci zastanawiam się, jak to możliwe, że dotknięte nimi społeczeństwa nie zauważyły zbliżających się katastrof z 1914 i 1939 roku; bieżące wydarzenia dają mi wgląd w historię z niespotykaną dotąd jasnością. Media służą „rozrywce” i niczym więcej. Jednak czarne jak smoła chmury gromadzące się nad Europą są jak najbardziej realne, a destabilizacja oczywista.
Czynniki destabilizujące
Rozpad świata pod wpływem wielu nacisków
Katastrofa, z którą się obecnie mierzymy, jest wynikiem licznych czynników i wpływów, których niewielu ludzi dostrzega: katalizatorów rozpadu świata, jaki znaliśmy. Od pewnego czasu wśród analityków szerzy się poczucie przytłoczenia. Odczuwam je każdego dnia, ponieważ czynniki destabilizujące są liczne i wzajemnie na siebie oddziałują.
Co więcej, zachodni aktorzy, co zrozumiałe, zwracają uwagę i podkreślają tylko te czynniki, które sprawiają, że ich pozycja wydaje się silniejsza. Co więcej, działają przeciwko sobie, co oznacza, że coraz bardziej angażują się w walkę o władzę. Dlatego proszę o wybaczenie, że nie jestem w stanie omówić i opisać wszystkich – nawet nie wszystkich ważnych – czynników i wpływów.
Czynnik Donalda Trumpa
Mistrzem świata w zniekształcaniu rzeczywistości jest najwyraźniej Donald Trump, który już wykorzystał tę strategię, aby przetrwać liczne bankructwa kosztem inwestorów, zawirowania swojej pierwszej kadencji i aferę Epsteina. W obecnej kadencji prowadzi katastrofalną politykę gospodarczą, której jedynym celem jest jeszcze większe wzbogacenie najbogatszego 1% społeczeństwa. W tym celu wszczął liczne wojny. Nie przeszkadza mu to jednak w prezentowaniu się jako mediatora i przyjaciela świata.
Jednakże błędem byłoby zrzucanie winy za panujący chaos wyłącznie na Trumpa. Po Joe Bidenie miał on historyczną szansę na przywrócenie równowagi i złagodzenie presji w geopolitycznym tyglu. Zmarnował tę szansę, wierząc, że siejąc chaos, może ponownie odwrócić bieg wydarzeń na korzyść USA jako hegemona. Co więcej, amerykańscy prezydenci mają niewielki wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Opisywaliśmy ten fakt kilkakrotnie, w tym w odniesieniu do Noama Chomsky’ego, ostatnio w artykule „Wojna bez pokoju – strategia USA ma niewiele wspólnego z Trumpem”, w części „Amerykańscy prezydenci jako statyści – Trump nie jest wyjątkiem”. Ostatecznie Trump jest niczym więcej niż marionetką. I jako taki, biorąc pod uwagę jego charakter i liczne trupy w szafie, łatwo nim sterować i kształtować. Jego odpowiednicy w Europie nie różnią się pod tym względem.
Czynnik dyplomacji
W czerwcu 2025 roku napisałem artykuł „Dyplomacja na łożu śmierci – od prezydenta pokojowego do podżegacza wojennego”. To, czego obawiałem się ponad rok temu, stało się faktem. W międzyczasie Stany Zjednoczone po raz trzeci dokonały inwazji na Iran – w czerwcu 2025 roku i lutym 2026 roku, wspólnie z Izraelem, podczas przerw w negocjacjach dyplomatycznych – naruszając konwencje dyplomatyczne o nieprzewidywalnych konsekwencjach – a teraz po raz trzeci tego lata. Warto zauważyć, że nastąpiło to po podpisaniu porozumienia (Memorandum of Understanding), które miało służyć jako ramy dla pokoju; patrz również „Iran pokonuje USA – refleksje”. Izrael, jako siła napędowa u boku USA, odzyska znaczenie dyplomatyczne dopiero wtedy, gdy przestanie istnieć w obecnej formie; nie ma co więcej mówić o tych ludobójczych psychopatach.
„Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo”.
Co więcej, Stany Zjednoczone najwyraźniej nie mają żadnego interesu w pośredniczeniu w porozumieniu między Rosją a Europą. Po tym, jak w sierpniu 2025 roku wydawało się, że Trump i Putin osiągnęli „konsensus” – podstawowe porozumienie między stronami – w Anchorage, Trump robi teraz wszystko, co w jego mocy, aby sprowokować bezpośrednią wojnę z Rosją. Jego wsparcie dla Ukrainy, które obejmuje dostarczanie danych satelitarnych w celu ułatwienia ataków na cele cywilne głęboko w Rosji, nie jest już tajne, lecz jawne.
Europa z kolei składa się z dyktatury rządzonej przez dwie blondynki z Brukseli, które żywią patologiczną nienawiść do Rosji i otwarcie popierają ludobójstwo Izraela; „kieszonkowego Hitlera” w Berlinie, który chce dozbroić Niemcy, mimo że tylko 0,17% ankietowanej populacji jest gotowych odbyć służbę wojskową; maltretowanego męża z kompleksem „wielkiego imperium” wzorowanym na systemie francuskim; oraz londyńskiego City, które od wieków marzy o upadku Rosji.
Kanały dyplomatyczne zdają się być wyczerpane. Nawet rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, jeden z najzdolniejszych dyplomatów, jakich świat kiedykolwiek wydał, nie widzi obecnie możliwości owocnego dialogu.
Rosja „nie będzie już wierzyć, że Zachód liczy na rozwiązania negocjowane”, ponieważ „ten zapas dobrej woli i nadziei został całkowicie wyczerpany”.
Siergiej Ławrow, 9 lipca 2026
Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo.
Czynnik rynków finansowych
Muszę przyznać, że jak dotąd myliłem się co do załamania rynków finansowych. Mój timing jest fatalny, ale to nie znaczy, że sytuacja nie staje się z dnia na dzień coraz groźniejsza. Rynki akcji są obecnie kontrolowane przez zaledwie garstkę spółek. Pięć największych amerykańskich firm technologicznych ma łączną kapitalizację rynkową wynoszącą 17,6 biliona dolarów, co przewyższa łączne PKB Japonii, Indii, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch (17,1 biliona dolarów). To szaleństwo. Globalny dług wynosił 164 biliony dolarów w 2008 roku i został uznany za główną przyczynę kryzysu finansowego. Podejmowano wysiłki w celu rozwiązania tego problemu, ale bez znaczącego sukcesu: obecnie dług wynosi 363 biliony dolarów, co oznacza, że podwoił się, a nie zmniejszył o połowę.
Wreszcie, wyceny rynkowe – akcji, obligacji i towarów – opierają się na założeniu pokoju; jednak rzut oka na świat sugeruje co innego. Nigdy w całej historii rynków finansowych nie było tak gorącego powietrza w systemie – systemie napędzanym chciwością i towarzyszącą jej głupotą. Przykładem ilustrującym, jak bardzo wyceny rynkowe są oderwane od rzeczywistości, są publikowane ceny kontraktów terminowych na ropę naftową. Rzeczywiste ceny, które trzeba zapłacić na rynku spot, są od 20% do 30% wyższe niż sugerują notowania. Trump, który podpisał memorandum o porozumieniu w Wersalu, sam na to zwrócił uwagę, mówiąc: „[…] Nasze rezerwy wyczerpią się za około cztery tygodnie”, tylko po to, by kilka tygodni później zerwać to porozumienie i ponownie zaatakować Iran. Od kilku dni panuje cisza; Amerykanie ponownie wstrzymali ataki, ponownie obawiając się szoku naftowego.
Stanley Druckenmiller stwierdził już w 2018 roku, że przewidywany kryzys będzie bardziej katastrofalny niż ten z 2008 roku. Sytuacja w Cieśninie Ormuz – zaostrzona obecnie przez zamknięcie Bab al-Mandab, co – jak sama nazwa wskazuje – oznacza po arabsku „Bramę Łez” – może zatem stać się katalizatorem kolejnego kryzysu finansowego.
Czynnik zbrodni wojennych i ludobójstwa
Zbrodnie wojenne istniały zawsze – podobnie jak akty ludobójstwa. Tym, co odróżnia obecną sytuację od przeszłości, jest fakt, że zbrodnie wojenne i ludobójstwo są popełniane na oczach opinii publicznej, tuszowane, a tym samym milcząco akceptowane i wspierane – zarówno przez polityków, jak i media głównego nurtu. Jako obywatel Szwajcarii, poruszam ten problem w moim kraju i wielokrotnie podkreślałem, że tygodnik „Weltwoche” jest wiodącą publikacją w Szwajcarii, jeśli chodzi o gloryfikację ludobójstwa. Ta całkowicie bezkrytyczna, proizraelska postawa kosztowała czasopismo wiele prenumerat. Skupiając się obecnie na Rosji, co obejmuje liczne wywiady, tygodnik próbuje odzyskać te straty.
W przeciwieństwie do 1945 roku, osoby dotknięte – i ogół społeczeństwa – nie będą mogły twierdzić, że nie wiedzą. Oto strona internetowa poświęcona dokumentowaniu ludobójstwa w Strefie Gazy poprzez fotografie. Każdy, kto twierdzi, że ludobójstwo nie ma miejsca, powinien zajrzeć:https://archivegenocide.com/; nieprzespane noce gwarantowane.
„Przestańcie nazywać wszystko ludobójstwem”.
Roger Köppel, grudzień 2025
Oczywiście Zachód twierdzi, że Rosjanie i Irańczycy popełnili zbrodnie wojenne. Bucza nie była jedynym narzędziem propagandy używanym przez Zachód.
Jednak chronologia wydarzeń w Buczy sugeruje, że zbrodni tych nie popełnili Rosjanie. Scott Ritter opublikował kilka artykułów na ten temat: „Prawda o Buczy jest gdzieś tam, ale być może zbyt niewygodna, by ją ujawnić”; „Wojny na Twitterze – moje osobiste doświadczenia z ciągłym atakiem Twittera na wolność słowa”; „Bucza, ponowne rozpatrzenie”.
Kolejnym propagandowym błędem w tym kontekście był ostrzał placu publicznego w centrum Kramatorska, który wówczas znajdował się pod kontrolą Ukrainy. Odpowiedzialność Ukrainy za atak została niezbicie udowodniona numerem seryjnym użytego pocisku.
Zbrodnie wojenne Zachodu są niezliczone: Gaza, Liban, Zachodni Brzeg (ludobójstwo); Iran, Kursk i niezliczone cele cywilne w Rosji. Lista jest nieskończona. Co więcej, każda śmierć Rosjanina jest celebrowana w zachodnich mediach – nawet śmierć dzieci, kobiet i osób starszych.
Jak ludzie reagują na tę nieopisywalną postawę polityków i mediów? Odwracają wzrok – najprawdopodobniej po to, by nie zakłócać własnego spokoju. To zjawisko zaobserwowano w Niemczech już 90 lat temu. Jednak smartfony są dziś wszechobecne, co pozwala na skrupulatne dokumentowanie tych przestępstw. Nadejdzie dzień, gdy ludzie na Zachodzie staną przed pytaniem: Dlaczego milczeliście – tak jak wtedy? Będzie to miało katastrofalne konsekwencje dla zaangażowanych społeczeństw, które wszystkie znajdują się na Zachodzie.
Czy III wojna światowa już nadeszła?
Poniżej przedstawię przegląd przebiegu wojny na całym świecie.
Według Ukraine Support Tracker, oceniając strony w oparciu o fakty i obiektywnie, 41 krajów jest w stanie wojny z Rosją lub wspiera walkę z nią na różne sposoby, w tym Szwajcaria. Wśród stron zaangażowanych w wojnę z Rosją znajdują się między innymi: Ukraina (jako platforma), Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Polska, Belgia, Bułgaria, Dania, Finlandia, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg, Malta, Holandia, Portugalia, Słowacja, Czechy, Słowenia, Węgry, Cypr, Litwa, Estonia, Łotwa i Stany Zjednoczone.
W wojnie na Bliskim Wschodzie uczestniczy 11 następujących państw: Izrael, USA, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Syria, Katar, Oman, Arabia Saudyjska i Jemen.
Obecnie wojna toczy się w następujących krajach afrykańskich: Sudanie, Sudanie Południowym, Demokratycznej Republice Konga, Somalii, Etiopii, Mali, Burkina Faso, Nigrze, Nigerii, Kamerunie, Mozambiku, Republice Środkowoafrykańskiej i Libii – w sumie w 13 krajach.
Zaangażowane są kraje na czterech kontynentach: 64 kraje z Europy, Ameryki, Azji i Afryki. Wymienione powyżej kraje należy jednak traktować jedynie jako przybliżony przykład ilustrujący skalę problemu.
Nie można wykluczyć, że w to wciągnięte zostaną również kraje Ameryki Środkowej i Południowej. Z jednej strony Stany Zjednoczone mówią o walce z kartelami narkotykowymi na terytorium Meksyku; z drugiej strony prezydent Brazylii kilka dni temu oświadczył, że rozważa możliwą inwazję USA na swój kraj; ponadto Trump ma zamiar zająć Kubę.
Dla porównania: pod koniec 1944 r. w II wojnie światowej brało udział od 45 do 50 państw, w ostatnich dniach wojny liczba ta wzrosła do 61 państw.
Zdaję sobie sprawę, że lista ta zawiera nieścisłości, a udział niektórych krajów jest kwestionowany. Niemniej jednak, można śmiało powiedzieć, że III wojna światowa była faktem, jeśli weźmiemy pod uwagę kraje biorące w niej udział.
Nawet laik dostrzega, że państwa członkowskie NATO są zaangażowane w praktycznie wszystkie wymienione konflikty. Czy możliwe, że zdecydowana większość – a może nawet wszystkie – tych konfliktów nie istniałaby bez hegemonicznej polityki Zachodu? Konsekwencja: konflikty będą toczone do samego końca.
Koniec negocjacji
W moim ostatnim artykule zacytowałem wypowiedzi prezydenta Putina i ministra spraw zagranicznych Ławrowa: W przeciwieństwie do Amerykanów i Europejczyków, Rosjanie nie bawią się słowami. Kiedy mówią, że zaufanie jest bezpowrotnie utracone, to znaczy, że jest utracone. Po porozumieniu 2+4, Mińsku I i II, Stambule 2022 i formacie Anchorage, Rosjanie zdają sobie sprawę, że jednostronne opracowanie rozwiązania umownego byłoby czystą stratą czasu. Rosyjskie władze oczywiście będą kontynuować rozmowy z pozostałymi stronami, ale będzie to niewiele więcej niż dyplomatyczna kurtuazja.
Niemcy są szczególnie „bliscy sercom” Rosjan. Ostatnio niemieckie szaleństwo kosztowało Rosjan 27 milionów istnień ludzkich – ponad 50% z nich stanowili cywile – którzy zostali wymordowani jak bydło, podczas gdy Niemcy próbowali „doszczętnie zmieść” Aryjczyków poprzez „Generalplan Ost” (Generalny Plan Wschodni). W „Manifeście politycznego i intelektualno-moralnego regresu” René Zittlau dowiódł faktami, że Friedrich Merz w niczym nie ustępuje Adolfowi Hitlerowi, jeśli chodzi o komunikację i zbrojenia. Intencje dwóch rusofobicznych, pełnych nienawiści blondynek z Brukseli – obdarzonych dyktatorską władzą – są oczywiste, nie tylko wobec Rosji, ale także wobec własnego narodu.
To samo dotyczy Iranu, traktowanego przez USA i Izrael jako agresora. Jesteśmy obecnie w trakcie trzech wojen, z których każda została wywołana przez Trumpa i Netanjahu. Pytanie, czy Trump jest kontrolowany przez Netanjahu, czy też Stany Zjednoczone kontrolują Izrael, jest kwestią czysto akademicką, typowo amerykańską.
Faktem jest, że od 2023 roku te dwa kraje wspólnie dopuściły się ludobójstwa w Strefie Gazy i trzykrotnie zaatakowały Syrię, Liban i Iran. Ostatni atak, naruszający Porozumienie o Porozumieniu, uświadomił Irańczykom, że negocjacje są bezcelowe, ponieważ każde porozumienie jest łamane przez USA.
Ukraina
Eskalacja wojny na Ukrainie
Ponieważ nie uda się osiągnąć porozumienia, a Rosja, po wielu wojnach toczonych przez wieki, w końcu doprowadzi do trwałego rozwiązania problemu na swojej zachodniej granicy, należy się spodziewać, że nie ograniczy swojej kontroli wojskowej do czterech regionów, które wraz z Krymem już należą do Rosji. Zakładam, że rosyjskie władze przejmą pod swoją kontrolę całość lub znaczną część rosyjskojęzycznej Ukrainy i pozwolą ludziom podjąć decyzję.
Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy wszystkich tych rosyjskojęzycznych regionów chcą być częścią Rosji. Czas pokaże.
Źródło: Forum Geopolitica
Jest całkiem możliwe, że w tym scenariuszu Polska, Rumunia i Węgry odzyskają swoje dawne terytoria. Wszystkie te decyzje terytorialne z pewnością nie zostaną podjęte bez udziału Rosji.
Stworzyłem poniższą mapę w oparciu o aktualną sytuację językową. Jest to bardzo uproszczona reprezentacja grup etnicznych na Ukrainie.
Źródło: Forum Geopolitica
Poniższa mapa, przedstawiająca skład etniczny Austro-Węgier przed 1918 rokiem, ilustruje tę złożoność. Żółty obszar na mapie Austro-Węgier odpowiada mniej więcej zachodniej części dzisiejszej Ukrainy. Upadek Austro-Węgier nastąpił głównie z powodu problemów etnicznych, które stały się nie do opanowania. Sugeruje to, że rozwiązanie zapewniające trwały pokój w przyszłości można osiągnąć jedynie poprzez rozwiązanie kwestii etnicznych.
Źródło: https://kuk-xiv-korps.org/kuk-monarchie/
Podstawowa zmiana w prowadzeniu wojny
Ukraina jest drugim co do wielkości krajem w Europie po Rosji i ponad dwukrotnie większym od Niemiec. Czasy, gdy potężne kolumny czołgów posuwały się codziennie o 30 kilometrów lub więcej, definitywnie minęły. Tak jak technologia wojskowa przeszła fundamentalną rewolucję podczas dwóch ostatnich wielkich wojen, tak teraz jesteśmy świadkami całkowitej reorientacji. Nie jestem ekspertem wojskowym, ale codziennie śledzę raporty z frontu i zauważam, że pomimo miażdżącej przewagi liczebnej, rosyjskie siły zbrojne mogą wystawiać jedynie niewielkie grupy, a ich postęp jest zatem powolny, ale stały. Co więcej, Rosjanie zbliżają się obecnie do ostatnich głównych umocnień (Kramatorsk, Słowiańsk). Dalej na drodze do Kijowa nie ma już żadnych większych przeszkód, ale teren jest całkowicie płaski i nie oferuje żadnej osłony dla żadnej ze stron. Trudno powiedzieć, jak długo potrwa ta wojna, ale może ciągnąć się latami.
Wydaje się, że „eksperci” na Zachodzie albo są zaskoczeni nowymi realiami wojny, albo kłamią swoim słuchaczom, interpretując tempo dzisiejszych działań wojennych jako słabość rosyjskich sił zbrojnych.
Każdy, kto uważa, że Rosjanom ostatecznie brakuje wytrwałości w osiąganiu celów wojennych, powinien zajrzeć do podręczników historii. Na początku wojny w 1941 roku Związek Radziecki znajdował się w znacznie słabszej pozycji niż Rosja w 2022 roku, a mimo to w 1945 roku, pomimo astronomicznych strat, stanął w Berlinie. Rosyjskie dowództwo jak dotąd realizowało strategię militarną mającą na celu minimalizację strat po stronie rosyjskiej, co doprowadziło do stosunku strat między Rosją a Ukrainą wynoszącego około 1:10.
„Bardziej zdecydowane podejście”
W przemówieniu wygłoszonym przed Dumą 27 lipca 2026 roku prezydent Putin zasugerował, że rosyjskie wojsko zajmie bardziej zdecydowane stanowisko wobec Ukrainy. Ostrożnie dobierał słowa i spotkał się z gromkimi brawami za tę propozycję.
„Oczywiście, zdradzę wam sekret – mój kolega nie będzie miał mi tego za złe. Podczas ceremonii wręczenia nagród jeden z laureatów szepnął mi: »Wygramy. Ale musimy być odważniejsi. Naprawdę, naprawdę tego chcę«. Nasuwa się jednak pytanie: »Jeszcze odważniejsi?«. I tak jak w świecie biznesu, niesie to ze sobą ryzyko, którego ceną są straty po naszej stronie pola bitwy. Dlatego i tutaj będziemy postępować ostrożnie, ale będziemy wytrwale i konsekwentnie dążyć do celów, które wyznaczyliśmy dla naszego kraju. I je osiągniemy”.
Prezydent Putin, 27 lipca 2026 r.
Jego wypowiedzi są szeroko komentowane i interpretowane w rosyjskich mediach; społeczeństwo wydaje się popierać to podejście.
Dowódcę wojskowego zastępuje psychopata – to nawiązuje do Himmlera.
Zełenski odwołał dowódcę armii Sirskiego i mianował Mychajła Drapatego nowym dowódcą armii 21 lipca 2026 roku. Zgodnie ze stanowiskiem ukraińskiego kierownictwa, Drapaty złożył następujące oświadczenie dotyczące Rosji:
Ogólnie rzecz biorąc, jest to naród, którego przywódcy nie mają prawa istnieć. Przez tysiąclecia nie było tam niczego cywilizowanego – ani w mentalności, ani w imperialnych ambicjach.
Mychajło Drapaty, 22 lipca 2026 r
To bezprecedensowe oświadczenia nazistów, a historia lubi się powtarzać: natychmiast po nieudanym zamachu z 20 lipca 1944 roku Hitler zdymisjonował generała Friedricha Fromma i mianował Himmlera naczelnym dowódcą armii rezerwowej. Dało to Himmlerowi kontrolę nad szkoleniem wojskowym, oddziałami rezerwowymi i około dwoma milionami żołnierzy w Niemczech. Później, około 25 stycznia 1945 roku, Hitler mianował Himmlera dowódcą nowo utworzonej Grupy Armii „Wisła”, której misją było powstrzymanie sowieckiego natarcia na Berlin. Himmler nie miał praktycznie żadnego doświadczenia w dowodzeniu armiami konwencjonalnymi i został zastąpiony przez generała Gottharda Heinriciego 20 marca 1945 roku.
Himmler był doskonałym przykładem ludobójczego psychopaty i zawiódł w roli dowódcy wojskowego. Historia zdaje się teraz powtarzać na Ukrainie, sugerując, że zachodnia narracja rozpada się wraz z upadkiem frontu ukraińskiego. Zmiana w dowództwie wojskowym jest wyraźnym sygnałem beznadziejnej sytuacji militarnej, w jakiej znalazła się Ukraina – tak jak wówczas.
Ataki Europy głęboko w Rosji
Ataki Europy głęboko w Rosji trwają. Rosyjski rząd słusznie nazywa je atakami terrorystycznymi, które, choć powodują ofiary wśród ludności cywilnej, mają niewielki wpływ na postępy wojsk rosyjskich na Ukrainie. Prezydent Putin jak dotąd powstrzymuje się od podejmowania działań militarnych przeciwko Europie, mimo że ma ku temu wszelkie powody. Poruszyłem ten temat w moim niedawnym artykule „Europa na krawędzi”. Od tego czasu nie zaobserwowałem żadnej zmiany w polityce prezydenta Putina.
W jednym ze swoich ostatnich występów w programie „Sędzia Napolitano” Gilbert Doctorow wezwał do rosyjskiego ataku na Europę, argumentując, że w przeciwnym razie Rosja przegrałaby wojnę. Doctorow nie przedstawia żadnego uzasadnienia, dlaczego Rosja miałaby przegrać wojnę w takim scenariuszu. Otwarta wojna Europy z Rosją – która narusza wszelkie zasady prawa międzynarodowego – ma na celu sprowokowanie Rosji do ataku, tak jak miało to miejsce w 2014 i 2022 roku. Prezydent Putin nie dał się nabrać na taki podstęp – przynajmniej na razie. Doctorow albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo gra w haniebną grę.
Wojna z Iranem
Iran jest, obok Rosji, najbardziej niedocenianym krajem przez Zachód. Dzięki swoim pociskom hipersonicznym Persowie przewyższają Izraelczyków i Amerykanów nie tylko pod względem technologii wojskowej, ale także siły psychicznej. Społeczeństwo amerykańskie jest podzielone, a większość nie popiera wojny z Iranem. Różne sondaże pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów nie popiera wojny. Ostatnie sondaże ogólnokrajowe wskazują, że tylko około jedna trzecia społeczeństwa popiera działania militarne USA, podczas gdy mniej więcej połowa do dwóch trzecich jest im przeciwna (źródła: Washington Post, Silver Bulletin, Barron’s); według Gallupa, złotego standardu amerykańskich sondaży opinii publicznej, tylko 34% społeczeństwa popiera działania militarne przeciwko Iranowi. Sondaż przeprowadzono 15 czerwca i spodziewam się, że poparcie spadło jeszcze bardziej po zerwaniu Porozumienia o Porozumieniu i pogarszającej się sytuacji energetycznej – wyższych cenach benzyny i oleju napędowego w USA.
Naród irański stoi zjednoczony po stronie swojego rządu; wyraźnym tego dowodem był fakt, że ponad 15 milionów osób – niektóre źródła podają nawet 40 milionów – uczestniczyło w uroczystościach pogrzebowych zamordowanego byłego przywódcy Chameneiego. Zachodnia propaganda, głosząca słabe poparcie dla rządu, upadła. Po naruszeniu przez Trumpa Porozumienia o Porozumieniu, Irańczycy nie są obecnie skłonni do negocjacji. I dlaczego mieliby to robić, mając partnera w negocjacjach, który nie przestrzega umów?
Amerykanie stoją przed ogromnym dylematem. Według Larry’ego Johnsona, kończą im się nie tylko pociski przeciwlotnicze, ale także amunicja ofensywna. Co więcej, sytuacja w zakresie ropy naftowej i gazu uległa dalszemu pogorszeniu z powodu blokady Bab al-Mandab przez Huti.
Amerykańska inwazja lądowa to nic innego jak pusta retoryka Trumpa, która zakończyłaby się krwawą łaźnią dla Amerykanów. Prawdopodobnie to również powód, dla którego Amerykanie wstrzymali ataki na Iran w ostatnich dniach. Saudyjczycy sprowokowali nową wojnę z Huti kilka dni temu, a po blokadzie Bab al-Mandab infrastruktura giganta naftowego stała się celem ataku.
Ich trzecia próba – po tych z czerwca 2025 i lutego 2026 roku – również zakończyła się całkowitą porażką Amerykanów; przegrali wojnę, a prestiż najsilniejszej potęgi militarnej świata legł w gruzach. Co więcej, udowodnili światu swoją bezwartościowość jako partnerzy negocjacyjni i traktatowi. Będzie to miało kolosalne, długotrwałe konsekwencje dla USA. Istnieją powody do obaw, że USA, Europa i Afryka staną w obliczu katastrofalnych kryzysów energetycznych i że najpóźniej w przyszłym roku należy spodziewać się głodu w Afryce. Ucierpi również przemysł półprzewodników. Oprócz licznych zgonów w Afryce, inflacja będzie szaleć na Zachodzie – a to za sprawą USA.
Długoterminowe skutki
Konsekwencje militarne
Rosja nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko okupować większość Ukrainy, aby trwale rozwiązać problem na jej zachodniej granicy. Nikt nie wie, jak długo to potrwa. Europa i Stany Zjednoczone zrobią wszystko, co w ich mocy, aby temu zapobiec, a czas pokaże, czy i kiedy prezydent Putin dojdzie do wniosku, że może osiągnąć swój cel jedynie atakując państwa NATO. Biorąc pod uwagę nowe realia na polu bitwy, zdominowane przez drony, można rozsądnie założyć, że tempo rosyjskich postępów przyspieszy dopiero po załamaniu się ukraińskich sił zbrojnych. Obecnie wykluczam rozmieszczenie oficjalnych wojsk europejskich na terytorium Ukrainy.
Nie będzie pokoju na Bliskim Wschodzie, dopóki żądania Iranu nie zostaną spełnione. Izrael jednak będzie się temu sprzeciwiał. Można sobie wyobrazić, że w konsekwencji państwo Izrael nie przetrwa w obecnej formie, ponieważ Izrael w obecnym stanie nie jest zdolny do pokoju. Można również sobie wyobrazić, że wiele krajów zawrze dwustronne porozumienia z Iranem i Huti, aby złagodzić katastrofalny kryzys energetyczny.
Amerykanom i Izraelczykom udało się zatem uczynić Iran największą potęgą geopolityczną na Bliskim Wschodzie.
Konsekwencje ekonomiczne
Załamanie się zachodnich rynków finansowych to tylko kwestia czasu; dodatkowa presja ze strony Bliskiego Wschodu może być tego przyczyną. Powrót stabilności może zająć pięć, dziesięć, a nawet więcej lat. Dzieje się tak, ponieważ zachodnie banki centralne będą niezawodnie sięgać po swoje „lekarstwo na całe zło” i drukować pieniądze, aż do całkowitego załamania się walut fiducjarnych. Historia pokazuje, że takie katastrofy gospodarcze prowadzą do agresji militarnej. Skoro możemy już słusznie mówić o wojnie światowej, można jedynie spekulować, co się stanie: być może rozpad UE i wojna w Europie, a może wojna domowa w USA? – Wszystko jest możliwe.
Należy zdać sobie sprawę, że wojny te, początkowo skierowane przeciwko Rosji i Iranowi, ostatecznie będą skierowane przeciwko Chinom. Konflikty zbrojne w Afryce to nic innego jak zmagania między byłymi mocarstwami kolonialnymi – które eksploatują ten bogaty kontynent od wieków – a Chińczykami, którzy inwestują w Afryce od dziesięcioleci. Chińczycy zdają sobie z tego sprawę i od dziesięcioleci przygotowują się militarnie.
Powołane zostaną trybunały ds. zbrodni wojennych.
Wojna się skończy, a zbrodniarze nie zwyciężą. Ludzkość zwycięży, i to dobrze. Po drugiej wojnie światowej odbyły się liczne procesy o zbrodnie wojenne, z których najsłynniejszy odbył się w Norymberdze. Był to jedynie chwyt reklamowy, mający na celu przekonanie uciskanych narodów, że winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Garstka skończyła na szubienicach; większość uniknęła kary. Zobacz mój artykuł z listopada 2023 roku: „Nieodpokutowane zbrodnie Holokaustu”.
Na przykład Donald Trump zaledwie kilka dni temu pokazał, że jest w pełni świadomy swoich zbrodni wojennych. Zapytany przez reportera „New York Timesa”: „Mówisz o wysadzaniu cywilnych elektrowni i mostów. Większość cywilizowanego świata uznałaby to za zbrodnię wojenną. A ty?” , Trump odpowiedział, że nie będzie komentował tej sprawy.
Wygląda na to, że jego instynkt – a może raczej jego prawnicy i doradcy – mentalnie przygotowuje go na trudne czasy.
Liczba i skala dzisiejszych zbrodni wojennych i ludobójstw są bezprecedensowe w historii ludzkości, a dowody będą przytłaczające. Miliony filmów i zdjęć, nagranych smartfonami przez miliony ludzi, są publikowane w internecie – internet nigdy nie zapomina.
Spodziewam się, że w przyszłości procesy o zbrodnie wojenne będą się toczyć w najróżniejszych miejscach – prawdopodobnie bezpośrednio w miejscach zbrodni: w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu, w Libanie, Teheranie, Moskwie, Kijowie, Kursku i tak dalej. Profesor Mearsheimer powiedział kilka dni temu, że zarówno Netanjahu, jak i Trump zawiśliby na wisielcu, gdyby ich postępowanie zostało osądzone zgodnie z zasadami norymberskimi. Panie i panowie z zachodnich mediów powinni wkrótce zacząć planować ucieczkę. Nawet w Norymberdze ich nie oszczędzono.
Wniosek
Wybuchła III wojna światowa, załamanie gospodarcze jest nieuniknione, a ludzkość stoi w obliczu długiego i strasznego okresu cierpienia.
Rozmowa z Nikołajem Azarowem, premierem Ukrainy w latach 2010-2014
Czy Ukraina ma ideologię państwową?
– Gdybyśmy mieli krótko opisać historyczny proces kształtowania się ukraińskiej ideologii państwowej, należałoby go najpierw zdefiniować jako budowę demokratycznego społeczeństwa, szanującego podstawowe prawa człowieka, rozwój kompleksowych relacji z sąsiadami oraz, oczywiście, neutralny status bez broni jądrowej. Wszystkie te warunki, o których wspomniałem, są zapisane w Konstytucji Ukrainy.
Jednak od samego początku niepodległości Ukrainy znaczącą rolę w kształtowaniu ukraińskiego państwa i jego polityki zagranicznej zaczęli odgrywać mieszkańcy Ukrainy Zachodniej. To oni właśnie uformowali ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo ówczesny prezydent Krawczuk, sam pochodzący z Wołynia, okazał się prawdziwym banderowcem. To właśnie on zaczął formować organy odpowiedzialne za naszą politykę zagraniczną głównie z mieszkańców Ukrainy zachodniej, ponieważ biegle władali oni może nie językiem ukraińskim, ale galicyjskim dialektem ukraińskiego. Bo trzeba zaznaczyć, że prawdziwy ukraiński jest językiem obwodów czernihowskiego, połtawskiego i przede wszystkim centralnej Ukrainy.
Na południowym wschodzie dominuje w zasadzie tzw. surżyk, język hybrydowy, coś pośredniego między rosyjskim a ukraińskim. Począwszy od dojścia do władzy Juszczenki, zaczęliśmy dostrzegać jawny rozwój tendencji banderowskich, przede wszystkim nienawiści do języka rosyjskiego, nienawiści do historii Rosji i nienawiści do Polski. Trzeba otwarcie powiedzieć, że gdy tylko Bandera, Szuchewycz i inni tego rodzaju bohaterowie OUN i UPA stali się w oczach Juszczenki bohaterami narodowymi, natychmiast zaczął on wdrażać tę narrację, że jakoby przez całe swoje dzieje naród ukraiński walczył o niepodległość od Rosji i Polski. Juszczenko posunął się nawet do tego, że w lutym 2010 roku przyznał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy i zrobił to dosłownie tydzień przed złożeniem urzędu prezydenta.
Jego następca, Janukowycz, wniósł pozew, powołując się na zapisy w statucie Orderu Bohatera Ukrainy, o uchylenie prezydenckiego dekretu przyznającego Banderze ten tytuł, a sąd się do tego przychylił. Chcę powiedzieć, że od momentu, gdy zacząłem uczestniczyć w negocjacjach, w szczególności ze stroną polską, musiałem uczestniczyć w negocjacjach z prezydentem Kwaśniewskim, nieżyjącym już prezydentem Kaczyńskim, Komorowskim, Donaldem Tuskiem i innymi polskimi politykami.
Na wszystkich naszych spotkaniach polscy przywódcy zwracali uwagę przede wszystkim na konieczności rozwiązania problemu tzw. rzezi wołyńskiej. W latach 2002-2003, dzięki mediacji ówczesnych władz polskich i ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, udało nam się wypracować pewien kompromis. Zgodziliśmy się na ekshumację wszystkich ofiar zbrodni wołyńskiej, zorganizowanie godnego, chrześcijańskiego pochówku oraz postawienie tablic pamiątkowych. Poza tym, istniały pewne napięcia i nieporozumienia między Polską a Ukrainą związane z międzywojenną polityką Piłsudskiego oraz z okresem powojennym.
W latach 1945-1947 również istniały pewne problemy. Nie będziemy ich pomijać, ale uznajemy to wszystko za fakt historyczny, historyczną winę przywódców, którzy działali w tamtych latach. Połóżmy temu kres i budujmy dobre relacje sąsiedzkie. Takie było nasze stanowisko i ja, jako premier i pierwszy wicepremier, zawsze się go trzymałem. Pamiętam, że kiedy w 2010 roku Polska została zalana powodzią, byłem prawdopodobnie pierwszym premierem, który zadzwonił do Donalda Tuska i zaoferował niezbędną pomoc w postaci pomp, rur, ekip remontowych, odprowadzania wody itd. Tusk przyjął to z wdzięcznością. Za moich czasów stosunki między nami a Polską były, jak sądzę, bardzo dobre. Współorganizowaliśmy przecież Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. W 2012 roku połowa meczów odbywała się w Polsce, a połowa na Ukrainie. Organizowaliśmy je wspólnie, spotykaliśmy się bardzo często i rozwiązywaliśmy wszystkie niezbędne kwestie. Dlatego głęboko żałuję, że ukraińskie władze, które przyszły po zamachu stanu, obrały taką banderowską politykę.
Pamiętam naszą rozmowę z Kaczyńskim, spotkanie w Karpatach, gdzie zjedliśmy kolację z polską delegacją, której przewodził Kaczyński, i naszą delegacją, której przewodził Juszczenko, ówczesny prezydent. I wtedy Kaczyński ostrzegł go bardzo poważnie. Powiedział: – Wiktor – bo zwracali się do siebie po imieniu – popełniasz bardzo poważny błąd polityczny, podnosząc do rangi bohaterów narodowych tych ludzi, których ręce są we krwi, którzy dopuścili się okrucieństw nie tylko wobec Polaków, ale także wobec Rosjan, Żydów, dopuścili się czystek etnicznych na Ukrainie. Zresztą nie tylko wobec tych narodów, bo także wiele osób innych narodowości ucierpiało.
Warto zauważyć, że Dywizja SS „Hałyczyna”, będąca bezpośrednio pod rozkazami SS, wsławiła się także okrucieństwami na Białorusi, Słowacji i Ukrainie. Kaczyński, moim zdaniem, bardzo słusznie ostrzegał Juszczenkę przed tym. Ale Juszczenko nie był człowiekiem niezależnym. Kierowała nim jego żona, Kateryna, pochodząca z rodziny banderowskiej. A linia banderowska głosiła, że musimy wymordować wszystkich Moskali, to znaczy Rosjan, wszystkich Lachów, a więc Polaków, wszystkich Żydów i wszystkich niepełnowartościowych Ukraińców – a więc tych Ukraińców, którzy nie popierali tej ideologii.
Dlaczego opisuję to spotkanie tak szczegółowo? Bo już wtedy – a był to rok 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie – polskie kierownictwo ostrzegało ukraińskie kierownictwo o niedopuszczalności prowadzenia takiej polityki. My również zawsze sprzeciwialiśmy się tej polityce Juszczenki. A co się stało po zamachu stanu? Wszystkie siły autentycznie proukraińskie zostały zniszczone. To znaczy, zniszczona została Partia Regionów, unicestwiona fizycznie, bo wielu działaczy zostało uwięzionych, a wielu zmuszonych do wyjazdu. Moim zdaniem, największa, najbardziej ukraińska siła, narodowo zorientowana na rozwój Ukrainy, została po prostu zlikwidowana. Kto ją zastąpił? Zastąpiły ją siły jednoznacznie nazistowskie. I to one, oczywiście na polecenie swoich zachodnich patronów, ukształtowały tę politykę, która polegała przede wszystkim na wrogości wobec Rosji.
I, naturalnie, Polska zawsze była i pozostaje dla nich wrogiem, to nieodłączny element ich ideologii. Wystarczy przytoczyć kilka wypowiedzi. Na przykład kogoś takiego, jak Podoljak, doradca Zełenskiego, który publicznie nawołuje do eksterminacji wszystkich Rosjan. Albo Sternienko, doradca ministra obrony, który nawet ukuł termin „Ruso-rez”, oznaczający „rzeź Rosjan”. To nie są jacyś ludzie z marginesu, spoza sceny politycznej. To są ludzie, którzy są w kierownictwie kraju. Pytał Pan o ideologię państwową. Niestety, jest to ideologia samozniszczenia Ukrainy. Jest ona niebezpieczna dla wszystkich sąsiadów Ukrainy. Absolutnie dla każdego z nich.
W jakim stopniu ta ideologia została narzucona z zewnątrz? Mam na myśli fakt, że po II wojnie światowej wielu ukraińskich nacjonalistów znalazło schronienie w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i innych krajach.
– To oczywiste. Jak Zachód walczył ze Związkiem Radzieckim? Wyłapywał wszystkich bez wyjątku zdrajców, którzy udowodnili, że są kolaborantami nazistów. Weźmy na przykład Melnyka. Był jednym z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów po Konowalcu. Konowalec zginął w 1938 roku. Jego miejsce zajął właśnie Melnyk. Został dwukrotnie przyjęty przez samego Hitlera. Istnieją materiały z procesów norymberskich, a także dane samego niemieckiego wywiadu, głównie Abwehry, dotyczące werbowania zarówno Bandery, jak i Melnyka do prowadzenia wojny antypolskiej w tamtym czasie. Właśnie wtedy, kiedy Hitler przygotowywał się do inwazji na Polskę, w latach 1937-1938. Melnyk tworzył grupy dywersyjne do walki z Polakami. Prowadził działalność sabotażową w polskiej armii. Kiedy Polska została podbita, Hitler zaczął przygotowywać się do ataku na Związek Radziecki. Bandera i Melnyk otrzymali zadanie organizowania akcji sabotażowych w jednostkach terytorialnych Armii Czerwonej. Nie tylko powierzono im te zadania, ale także zaopatrzono ich w pieniądze, broń, instrukcje itd.
Dlatego nigdy nie byli niezależni. Kiedy w 1941 roku Niemcy zajęli Lwów, Bandera i jego towarzysze ogłosili powstanie niepodległego państwa ukraińskiego pod auspicjami Hitlera. Innymi słowy, natychmiast stworzyli państwo wasalne. Ale Hitler nie potrzebował wówczas niepodległej Ukrainy. Zareagował negatywnie na tę inicjatywę. Ale od 1941 roku naziści wspierali wszystkie ruchy nacjonalistyczne, dostarczając im broń, pieniądze i żywność. A kiedy Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeprowadzali akcje sabotażowe na tyłach. Najsłynniejszym aktem dywersji był zamach na dowódcę Frontu Ukraińskiego, generała armii Watutina. Był on znanym dowódcą, a zginął w wyniku tego aktu dywersji. Wszystkie te instrukcje, mające na celu przekształcenie Ukrainy w państwo antyrosyjskie, były i są nadsyłane z Londynu, Waszyngtonu oraz amerykańskich i londyńskich służb wywiadowczych. Ich głównym celem jest przecież przekształcenie Ukrainy w taran przeciwko Rosji, wyrządzenie jej szkód, zachwianie jej gospodarką, a przynajmniej jej osłabienie.
A nastroje antypolskie istniały od zawsze. Zauważyłem to, kiedy byłem na Ukrainie zachodniej. Za czasów, kiedy byliśmy u władzy, były one jakby skrywane w podziemiu. Kiedy zaś udało im się dokonać zamachu stanu, po prostu się ujawnili. Nie sądzę, żeby Amerykanie czy Brytyjczycy musieli ich nastawiać przeciwko Polsce, nie było takiej potrzeby. Takie jest ich banderowskie dziedzictwo. Nawiasem mówiąc, co roku organizują akademie Bandery, podczas których wygłaszają hasła o konieczności odzyskania tzw. odwiecznych ziem ukraińskich i odbicia ich od Rosji, Polski itd. Naziści kształtują i wspierają Zełenskiego i jego rząd. Sam Zełenski jest marionetką. Nie zwracajcie uwagi na to, co mówi. Działa ściśle według zachodnich instrukcji.
Gdyby Zachód jutro spojrzał na niego groźnie i powiedział: „Zatrzymajcie to – otwieranie panteonów i ponowne pochówki”, to on by przestał. Ale oczywiście zażądałby, aby przejęto kontrolę nad formacjami nazistowskimi. A właśnie te nazistowskie ugrupowania kontrolują armię. Istnieje już około 20 batalionów o orientacji nazistowskiej. I jest to realna siła. To oczywiste, że nacjonaliści zawsze słuchają swoich przełożonych. Jeśli więc Zachód chce wyeliminować wszystkie te antypolskie działania, to oczywiście potrzebny jest rozkaz z tegoż Zachodu. Jestem jednak pewien, że istnienie takiego trendu na zachodniej Ukrainie ma głębokie korzenie. Wyrwanie tych pędów z korzeniami jest możliwe tylko poprzez zmianę reżimu politycznego w Kijowie.
Chciałbym powrócić do roku 2014. Co może Pan powiedzieć, o roli mediatora, jaką odegrał polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas wizyty w Kijowie zimą 2014 roku?
– Była to rola skrajnie negatywna. Przede wszystkim dlatego, że Sikorski jest zaciekłym rusofobem. Nie pochwalam rusofobii głoszonej obecnie w Polsce. Dlaczego jestem jej przeciwny? Po pierwsze dlatego, bo uważam, że współpraca między Polską, Ukrainą i Rosją jest naturalną współpracą między krajami, które kiedyś żyły w tym samym państwie, a teraz w różnych, ale łączy je wspólny fundament rozwoju. Biorąc pod uwagę to, że Rosja dysponuje ogromnymi zasobami mineralnymi i surowcowymi – nadchodząca epoka będzie epoką rywalizacji o te zasoby. Wszystkie obecne konflikty, takie choćby jak wojna irańsko-amerykańska, to wojny o zasoby. Rosyjskie zasoby dobrze służyły Polsce i Ukrainie. Bo dostawy taniego rosyjskiego gazu i ropy rurociągami takimi, jak na przykład „Przyjaźń” pozwoliły Polsce znacząco się rozwinąć. Stabilne dostawy energii są fundamentem rozwoju każdej gospodarki. Dlatego zawsze uważałem, że utrzymanie przyjaznych relacji wymaga jasnego zidentyfikowania wszystkich dramatów, które wydarzyły się w naszej wspólnej historii, wygaszenia ich i pójścia naprzód. Na przykład, kiedy wspólnie organizowaliśmy Mistrzostwa Europy, Tusk i ja zaplanowaliśmy wiele wspólnych programów. W czym one przeszkadzały organizatorom przewrotu? Wszystkie te programy zostały porzucone.
Co więcej, uczynili oni z polskich rolników wrogą siłę polityczną względem rolników ukraińskich. Polska konsekwentnie sprzeciwiała się ukraińskiemu eksportowi rolnemu do Unii Europejskiej. Zamiast tego moglibyśmy się zgodzić na wspólne przedsięwzięcia, zwłaszcza że produkty rolne z Polski, Ukrainy i Rosji są szczególnie cenne. Dlatego kiedyś promowaliśmy ideę utworzenia unii zbożowej. Gdyby główne kraje produkujące zboże, zjednoczyły się, to przecież moglibyśmy dyktować ceny na rynku globalnym i generować zyski dla naszych krajów. Jednak te nieporozumienia – teraz to nie tylko nieporozumienia, ale wojna między Ukrainą a Rosją – komu one posłużyły? Posłużyły tym, którzy teraz stali się dominującymi graczami na tym rynku. W tej chwili obserwujemy spadek cen zbóż, bardzo znaczący.
Mogliśmy tego uniknąć, ale moglibyśmy też wskazać na inne programy współpracy, zwłaszcza w sektorze zaawansowanych technologii. Ukraina była kiedyś krajem wysoko rozwiniętym technologicznie, więc zawsze można było znaleźć obszary współpracy. Jaki jest więc skutek rusofobii, która obecnie szerzy się w Polsce? Oto kilka konkretnych danych. Myślę, że znacie je lepiej niż ja: Polska wydała już 65 miliardów dolarów na zakup uzbrojenia i planuje wydać 150 miliardów dolarów w najbliższej przyszłości. 215 miliardów dolarów wydano nie na rozwój gospodarki, podwyżki płac, emerytur, świadczeń socjalnych czy rozwój kultury i edukacji, ale na pociski i rakiety. Na co więc się szykujecie? Na wojnę? Wojna byłaby dla Polski zabójcza, bo z kim? Z Rosją? Rosja to mocarstwo nuklearne. Czy myślicie, że jeśli pojawi się zagrożenie dla Rosji, nie użyje ona broni jądrowej? Oczywiście, że użyje. W wyniku takiej wojny nic nie zostanie z Europy, a zwłaszcza z Polski.
Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że na przykład Szwecja, po 200 latach neutralności, przystąpiła do NATO. Byłem tam; to bogaty, zamożny kraj. Dlaczego, skoro nie znał wojny od czasów Napoleona – i dziesięć pokoleń żyło tam bez wojen – miałby teraz dołączyć do NATO i rozmieścić broń balistyczną, gwarantującą całkowitą zagładę w przypadku wojny nuklearnej? W głowie mi się to nie mieści, a jestem w polityce od dawna. Po prostu nie rozumiem takich antynarodowych, antyludowych decyzji. Dlatego moim zdaniem Polska również musi wprowadzić zmiany w polityce, które sprawią, że nie będzie wrogiem, a państwem przyjaznym, również dla Rosji.
Czy można było wtedy, w 2014 roku, uratować Ukrainę? Czy można było skutecznie przeciwstawić się tym siłom, które przygotowywały i z powodzeniem przeprowadziły zamach stanu?
– Moim zdaniem było konieczne. Byliśmy zobowiązani jako władze kraju, zgodnie z ukraińską konstytucją i ukraińskim ustawodawstwem, do podjęcia wszelkich środków w celu stłumienia i wyeliminowania źródeł tego zamachu. Po pierwsze, kwatera główna zamachu stanu znajdowała się w ambasadzie USA i wiedzieliśmy, że przywódcy Majdanu codziennie kontaktowali się z Departamentem Stanu i otrzymywali instrukcje. Ukrainę odwiedzali również senatorowie USA i zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland. Spotkałem się z nią. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdża zastępca sekretarza stanu i zaczyna dyktować premierowi, że musi mianować Jaceniuka wicepremierem albo jakiegoś tam Kliczkę. Wysłuchałem tego, zdziwiłem się i powiedziałem: „Wiktorio, czy ci się coś nie pomyliło? Co was obchodzi, kto będzie naszym wicepremierem w rządzie? Co was to obchodzi, że tak bezczelnie wtrącacie się w nasze sprawy?”.
Ambasador USA Pyatt zaczerwienił się po tym, co im powiedziałem. To była jawna, rażąca ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne. Tak jak i te telefony Bidena, wiceprezydenta do prezydenta Janukowycza: „Nawet nie myślcie o użyciu siły! Bo nałożymy na ciebie wszelkiego rodzaju sankcje, wydamy cię międzynarodowemu trybunałowi i tak dalej. Jeśli tylko użyjesz siły wobec pokojowych demonstrantów”. A jacy to byli pokojowi demonstranci? Przecież już doszło wtedy do zabójstw funkcjonariuszy organów ścigania i do zajmowania budynków rządowych.
Pokojowi demonstranci? Byliśmy wręcz obowiązani podjąć działania przeciwko temu zamachowi stanu. Albo na przykład poczynania waszego ministra Sikorskiego, który przekonał Janukowycza do przyjęcia propozycji zamachowców – przywódców Majdanu, i przeprowadzenia pokojowej transformacji. Na czym miałaby polegać ta pokojowa transformacja? Janukowycz zgodziłby się na przedterminowe wybory, wycofałby wojska wewnętrzne z Kijowa, a zamachowcy opuściliby zajęte budynki i place. Mieli się pokojowo rozejść. Kolejnym warunkiem była dymisja rządu, a więc i moja jako premiera. Zachodowi nie odpowiadała moja osoba. Janukowycz mnie zdymisjonował i zaufał tym gwarantom. Zaufał Sikorskiemu. Zaufał Steinmeierowi, czyli ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Niemiec. Podpisali porozumienie pokojowe, w którym zawarto punkty, o których wspomniałem. Janukowycz zastosował się do uzgodnień. Gdy tylko wojska wycofały się z centrum Kijowa, budynek rządu, budynek administracji prezydenckiej i parlament zostały zajęte. Natychmiast. Grupa zabójców wyruszyła, aby zlikwidować Janukowycza w jego rezydencji. Janukowycz wziął telefon, próbował dodzwonić się do Sikorskiego, do Steinmeiera, do Angeli Merkel. Nikt nie odbiera. Ile więc warte były te gwarancji Sikorskiego?
Od 2013 roku wielu obiecywało Ukrainie członkostwo w Unii Europejskiej. Jak Pan sądzi – czy jest ono prawdopodobne?
– To nie jest możliwe. Negocjacje w sprawie przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej rozpoczęły się już w 2008 roku. Wkrótce minie więc 20 lat od kiedy je podjęto. Zacząłem uczestniczyć w tych negocjacjach w 2010 roku, kiedy odziedziczyliśmy po poprzednim rządzie umowę stowarzyszeniową między Unią Europejską a Ukrainą. W jej ówczesnym kształcie była ona absolutnie niekorzystna dla Ukrainy. Zobowiązano nas do otwarcia naszego rynku na towary europejskie, co oznaczało wprowadzenie systemu wolnego handlu, zniesienie ceł itd. Ale podlegaliśmy pewnym ograniczeniom. Mogliśmy dostarczać na rynek unijny 20 000 ton zboża. A my produkowaliśmy około 40 milionów ton. To nasz główny produkt eksportowy. Po co nam więc taki rynek? Albo na przykład w kwestii mięs: 5000 ton, 10 000 ton. Kiedy to przeczytałem, powiedziałem moim negocjatorom, że to umowa nierównoprawna.
Drugim warunkiem, który został zachowany dla naszych towarów, było to, że musimy dostarczać towary zgodnie ze standardami i normami jakościowymi oraz przepisami technicznymi, ustanowionymi w Unii Europejskiej. Nie mamy żadnych przedsiębiorstw, z wyjątkiem przemysłu farmaceutycznego i mleczarskiego, które udało nam się dostosować do europejskich standardów. Wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa nadal działały według radzieckich norm GOST. To znaczy, że żaden z naszych produktów nie mógł formalnie wejść na rynek Unii Europejskiej właśnie z tych powodów. Żaden. Już wtedy mieliśmy deficyt handlowy z Unią Europejską. A po wejściu w życie tej umowy, deficyt znacznie by wzrósł. Dlatego właśnie, przygotowując umowę, prowadziliśmy uporczywe, długie negocjacje w tej sprawie. W trakcie tego procesu wielokrotnie poruszaliśmy kwestię przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. I nawet wtedy słyszeliśmy kategoryczne „nie” od ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej José Barroso i od absolutnie każdego przywódcy państw europejskich, z którym mieliśmy kontakt. Na przykład Angela Merkel, która powiedziała: „Musicie spełnić kryteria członkostwa w Unii Europejskiej w ciągu najbliższych 20 lat”. Kryteria kopenhaskie, których Ukraina nie spełnia. Ani wtedy, ani tym bardziej nie teraz.
Jednym z kryteriów kopenhaskich jest niezależność sądownictwa. O jakich niezawisłych sądach możemy teraz mówić na Ukrainie, skoro Zełenski dekretem zakazał prezesowi Sądu Konstytucyjnego wstępu do swojego biura, a potem go zwolnił? Potem zwolnił kilku sędziów Sądu Konstytucyjnego. Innymi słowy, zniósł Sąd Konstytucyjny. Wbrew ukraińskiej konstytucji. Pomimo ustawy o Sądzie Konstytucyjnym. Nie miał prawa tego zrobić, ale to zrobił. O jakim niezależnym sądownictwie możemy mówić, skoro prezes Sądu Najwyższego Ukrainy jest obecnie aresztowany, pod sfabrykowanym zarzutem korupcji?
Zełenski dekretuje zniesienie sądów, bo ich nie lubi, więc po prostu je znosi. O jakim niezależnym sądownictwie możemy w ogóle mówić? W kraju jest ponad 20 000 więźniów politycznych. Wszystkie opozycyjne partie polityczne zostały zlikwidowane. Zostały zlikwidowane wszystkie opozycyjne media. Jest tylko jeden kanał. Nazywa się maraton. Maraton telewizyjny. Weźmy kwestie społeczne. Ukraina jest najbiedniejszym krajem w Europie, a nawet na świecie. Ma najniższą średnią długość życia i najwyższą śmiertelność. Wskaźnik śmiertelności przekracza 570 000, nie licząc strat militarnych. A wskaźnik urodzeń spadł do 150 000. Innymi słowy, Ukraina jest fizycznie przez ten reżim niszczona. Jak wypadamy na tle Unii Europejskiej? Te Macrony, Merze i inni wiedzą o tym wszystkim. Ale są hipokrytami i oszukują naród ukraiński co do jego ewentualnego przyszłego przystąpienia do Unii Europejskiej. Moja polityka, gdy byłem premierem, była taka: powiedziałem, że musimy sami budować Europę u siebie. To znaczy, ustanowić standardy, które pokażą, że Ukraina będzie godnym członkiem Unii Europejskiej.
W internecie jest sporo tekstów i filmików o tym, jak międzynarodowe środowiska żydowskie niemalże utworzyły na Krymie osobną republikę dla współwyznawców. Wątek ten obecny jest także poza internetem, czy to w publikacjach prasowych, czy książkach. Spory rezonans wywołała publikacja autorstwa Wiktor Nikołajewicza Jeromina“Kalifornia na Krymie i mądrość Józefa Stalina” (The Crimean California Project and the Wisdom of Joseph Stalin”; 2016 r.), choć Google Books asekuracyjnie dodaje sygnaturę: fiction. Cóż takiego zatem napisał autor powyższego dzieła, bo ponad 1200-tu stronicowa publikacja to już chyba nie książka, że aż Google zdecydowała określić swój dystans wobec zawartych tam treści.
W latach 20-tych ub. wieku, w trakcie oraz po podboju Rosji przez bolszewików, realia wewnętrzne w Rosji Sowieckiej w postaci dewastacji dotychczasowej struktury społeczno-gospodarczej wywołały plagę katastrofalnych skutków dla ludności. Różne jej grupy etniczne stanęły na krawędzi zagłady biologicznej, a niektóre z nich granicę tę przekraczały. Również znaczna część populacji ludności żydowskiej znalazła się w podobnie krytycznej sytuacji. Z tego względu międzynarodowe organizacje żydowskie, ze swoimi centralami ulokowanymi głównie w USA, postanowiły uruchomić akcję dla ratowania „braci przymierza”. Wyciągnięta zza oceanu pomocna dłoń zawierała wszelako pewien warunek.
W listopadzie 1923 r. Abram Bragin, szef Sekcji żydowskiej Rosyjskiej Partii Komunistycznej i jednocześnie szef Wszechrosyjskiej Wystawy Rolniczej, opracował plan utworzenia do 1927 r. autonomicznego regionu żydowskiego na północnym Krymie, południowej Ukrainie i czarnomorskim wybrzeżu Kaukazu aż po Abchazję, w celu przesiedlenia pół miliona Żydów. Miesiąc później, wraz z zastępcą komisarza ds. narodowości Grigorijem Brojdo, przedłożył w Biurze Politycznym memoriał, w którym uzasadniał tę propozycję rzekomym “bezprecedensowym zainteresowaniem” organizacji żydowskich w Europie i Ameryce, deklarujących gotowość sfinansowania realizacji planu. Niezwłocznie została powołana specjalna komisja pod przewodnictwem zastępcy przewodniczącego rządu sowieckiego Aleksandra Ciurupy, która miała rozpatrzyć ideę autonomii żydowskiej. https://encyclopedia.yivo.org/article/814 https://pl.wikipedia.org/wiki/Grigorij_Brojdo https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksandr_Ciurupa
Autorstwo pierwszego planu żydowskiej kolonizacji w dużej skali na terenach północnego Krymu i południowej Ukrainy przypisywane jest Józefowi Rosenowi, dyrektorowi rosyjskiego wydziału organizacji opiekuńczej “Joint“. Od 1921 r. przebywał on w Rosji Sowieckiej i nakłaniał władze Krymu do przeznaczenia wolnych terenów na półwyspie na przesiedlenie Żydów, w zamian za pomoc materialną i techniczną ze strony USA. Ale nie jest znany, o ile takowy istniał, polityczny komponent tego planu https://en.wikipedia.org/wiki/Joseph_A._Rosen
W dniu 8 lutego 1924 r. komisja kierowana przez A. Ciurupę postanowiła powołać Komitet Organizacji Ziemskiej Robotników Żydowskich (KomZET), który miał zająć się rozprowadzaniem ziemi dla przyszłych osadników żydowskich. Aktywnymi zwolennikami tego projektu byli Lew Trocki i wielu innych przywódców sowieckich, głównie pochodzenia żydowskiego, a początkowo także ówczesny ludowy komisarz ds. narodowości Józef Stalin, który był przychylnie nastawiony do autonomii żydowskiej. Natomiast krytyczne stanowisko zajął Aleksander Smirnow, ludowy komisarz rolnictwa. 13 lutego oświadczył że (trzy poniższe cytaty pochodzą z książki Giennadija Wasilija Kostyrczenko “Stalin’s Secret Politics: Power and Anti-Semitism“; edycja w 2003 r.) : “Siłowe wypychanie mas żydowskich stanowiłoby jawną dyskryminacje w porównaniu do innych narodowości, a politycznie dawałoby ideowy oręż antysemitom.Tworzenie na obcym terytorium autonomicznej jednostki żydowskiej, złożonej z wygnańców, byłoby całkowicie sztuczne i pod tym względem ostro zaprzeczałoby ustalonej procedurze tworzenia regionów autonomicznych w ZSRR, która opiera się na zasadach samostanowienia narodów.” https://krotov.info/libr_min/11_k/os/tyrchenko_1.html Poparł go Nikołaj Skrypnik, komisarz sprawiedliwości Ukraińskiej SRR, a Emmanuel Quiring, sekretarz Komitetu Centralnego CP(b)U, powiedział w maju 1924 r.: “Nie mamy nic przeciwko tworzeniu tych czy innych republik mniejszości narodowych, ale specjalnie gromadzenie Żydów w jednym miejscu nie jest logiczne, pachnie syjonizmem“. Jednak na razie zwyciężali zwolennicy projektu. Chociaż KomZET został oficjalnie założony 29 sierpnia 1924 r., to jego członkowie, z Piotrem Śmidowiczem na czele, już 2 czerwca tegoż roku, postanowili: “wyznaczyć jako tereny dla osiedlenia żydowskich robotników przede wszystkim wolne tereny w rejonie istniejących kolonii żydowskich na południu Ukrainy, a także północny Krym“. https://panrus.com/books/details.php?bookID=11547&langID=2 https://berkovich-zametki.com/Nomer22/Lyass1.htm https://imobook.ru/kostyrchenko-gv-kostyrchenko-g-2 “Krym został zastawiony poprzez wyemitowanie akcji, a ich pokryciem były weksle z gwarancją państwową. Weksle te zostały wykupione przez 200 akcjonariuszy amerykańskich, w tym rodzinę Rockefellerów i innych żydowskich oligarchów oraz szefostwo Jointu z milionerem Louisem Marshallem na czele. Pożyczka miała być przekazywana przez Joint rządowi sowieckiemu przez10 kolejnych lat w transzach po 900.000 dolarów przy oprocentowaniu 5% rocznie. Zobowiązanie miało zostać spłacone do 1954 r. W przypadku niespłacenia Krym stałby się własnością właścicieli weksli. W USA projekt otrzymał nazwę “Krymska Kalifornia“. [Joint – American Jewish Joint Distribution Committee (JDC) – Wspólny Komitet Dystrybucyjny. Organizacja założona w 1914 r. w Nowym Jorku przez Jacoba Schiffa określana skrótem: Joint. Statutowo pomaga w potrzebie lub niebezpieczeństwie Żydom we wszystkich krajach, poza USA]
21 lipca 1924 r. w USA powołano do życia korporację AgroJoint, na czele której stanął wcześniej wspomniany J. Rosen, by zajmowała się sprawami ziem żydowskich. Pod koniec roku korporacja podjęła negocjacje z rządem sowieckim, reprezentowanym przez Piotra Smidowicza (herbu Suchekomnaty; ur. 1874 r. w Rogaczewie, zm. 1935, Moskwa), oferując 15 mln dolarów na zagospodarowanie ziemi na potrzeby Żydów, w zamian za zaprzestanie prześladowań judaizmu oraz pomoc w emigracji syjonistów do Palestyny. Natomiast autonomia Krymu nie była przedmiotem negocjacji, które rozpoczęły się 4 września 1924 r. I co ważne – wg badacza Dmitrija Karaiczewa, który pracował w Archiwum Państwowym Federacji Rosyjskiej z protokołami założycielskimi KomZET, – w zbadanych dokumentach: „nie ma mowy o żadnej republice czy autonomii na Krymie. Chodziło o zagospodarowanie dziewiczych terenów przez bezrolnych Żydów. Podkreślano, że członkowie tego narodu od kilku tysięcy lat nie mieli prawa do posiadania i uprawiania ziemi, a dopiero władza sowiecka dała im taką możliwość. Jakie terytoria były przeznaczone dla osadników? Głównie Ukraina i Białoruś. O Krymie wspomniano tylko kilka razy.”
17 stycznia 1925 r. w Moskwie powstało Wszechzwiązkowe Towarzystwo Zagospodarowania Przestrzennego Robotników Żydowskich (OZET) – organizacja publiczna zajmująca się promocją KomZET-u i Agro-Zespołu. OZET zbierał i rozdzielał fundusze na pomoc osadnikom, mobilizował opinię publiczną, prowadził propagandę, organizował szkolnictwo ogólne i zawodowe, życie kulturalne, medycynę dla osadników, współdziałał z międzynarodowymi organizacjami żydowskimi. Jeden z jej regionalnych oddziałów, KrymOzet, znajdował się w Simferopolu. Na czele organizacji stanął stary bolszewik i aktywny propagator autonomii żydowskiej Jurij Michajłowicz Łarin (urodz. jako Michaił Zalmanowicz Lurie)
18 stycznia 1926 r. członkowie KOMZET-u zwrócili się do Biura Politycznego z prośbą (poniższe cytaty pochodzą z cyt. książki G. Kostyrczenko): “podjąć zasadniczą decyzję o przyznaniu wystarczająco solidnego terytorium do zasiedlenia przez Żydów, z przewidywaniem jego ostatecznego przekształcenia w region autonomiczny“.
11 lutego 1926 r. powołano komisję rządową pod przewodnictwem Michaiła Kalinina – formalnego premiera Związku Sowieckiego – która miała rozpatrzyć propozycję. W dniu 18 marca 1926 r. Biuro Polityczne przyjęło rezolucję, której pierwszy punkt brzmiał: “Dążyć do możliwości zorganizowania autonomicznej jednostki żydowskiej z korzystnymi wynikami przesiedleń“. 15 czerwca 1926 r. zatwierdzono dziesięcioletni plan przeniesienia 100 tysięcy Żydów na Krym, a 16 listopada 1926 r., na Wszechzwiązkowym Zjeździe OZET, J. Łarin wezwał do: “poprzez organizowanie masowych osiedli żydowskich … aby ostatecznie stworzyć narodową republikę żydowską na Północnym Krymie“.
(Prezydent F. Roosevelt otwarcie przyznał, że Stany Zjednoczone były zmuszone do wstrzymania akcji dostaw dla ZSRR (lend-lease) podczas II wojny i nie mogły otworzyć drugiego frontu w Europie, ponieważ wszechpotężne lobby żydowskie w jego kraju domagało się od bolszewików wypełnienia zobowiązań wekslowych, tj. rozwiązania kwestii „Kalifornia na Krymie”. Czyli albo Sowieci ustanowią republikę żydowską na Krymie, albo zaczną spłacać swoje długi. W trakcie wojny Stalin nie mógł przeznaczyć środków na wykupienie weksli i został zagnany do narożnika, a w konsekwencji musiał zgodzić się na rozpoczęcie prac przygotowawczych do utworzenia republiki żydowskiej. Z tego powodu zainicjował deportację Tatarów krymskich, których obecność przedstawiciele strony żydowskiej wskazywali jako główną przeszkodę w przesiedleniu Żydów na ten półwysep). [Pozostały tam już tylko resztki uprzednio licznej ludności tatarskiej, gdyż ich większość opuściła Krym jeszcze w końcu XIX w., jako skutek wojen rosyjsko-tureckich, bowiem wówczas krymscy mahometanie byli prześladowani i traktowani jako „piąta kolumna” turecka]
W 1949 r. Związek Sowiecki stał się mocarstwem atomowym i już dłużej nie dało się go szantażować. Stworzyło to przekonanie, że problem Krymu nie musi być rozwiązany pod dyktando właścicieli weksli. Ale weksle te posiadały gwarancję rządu sowieckiego, dlatego Stalin musiał brać to pod uwagę swoich poczynaniach. Po śmierci Stalina, jego następca Nikita Chruszczow wykonał słynny manewr: 19 lutego 1954 r., w przeddzień wygaśnięcia terminu weksli, Krym został przekazany Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej, uznawanej przez społeczność światową za odrębne państwo (w ramach Związku Sowieckiego). Ukraina zaś formalnie nie figurowała jako strona zawartych zobowiązań. W ten sposób weksle mogły zostać anulowane bez odszkodowania, zaś projekt „Kalifornia na Krymie” zakończył się na niczym.
Istnieją spore różnice w ocenie, jakie były faktyczne aspekty tej sprawy. Cytowany wcześniej Wiktor Jeromin utrzymuje, że Averell Harriman, ambasador USA w Związku Sowieckim, działając w imieniu prezydenta Harry’ego Trumana, zażądał od Sowietów wycofania Floty Czarnomorskiej z Sewastopola i utworzenia żydowskiego niepodległego państwa obejmującego Półwysep Krymski, sowieckie wybrzeże M. Czarnego, w tym Soczi, a także obwody chersoński i odessyński. W przeciwnym razie zagroził zrzuceniem bomb atomowych na kilkudziesiąt miast w centralnej Rosji. Natomiast w tekście “depeszy” do Harrimana od szefa Jointu George’a Marshalla, w której zawarte jest żądanie dotyczące Floty Czarnomorskiej, ale nie dotyczące Chersonia, ani tym bardziej szantażu nuklearnego, czytamy: “W najściślejszej tajemnicy. Do Sekretarza Handlu USA A. Harrimana. Drogi Averell! Prezydent aprobuje twoje plany. Dodał do nich, co następuje. Współistnienie na terytorium Krymu bazy sowieckiej Floty Czarnomorskiej i republiki żydowskiej otwartej na swobodny napływ Żydów z całego świata wydawało się nieporozumieniem o nieprzewidywalnych konsekwencjach. To od początku budziło jego wątpliwości co do realności “projektu krymskiego”. Krym powinien stać się strefą zdemilitaryzowaną. Niech Stalin wie, że musi być przygotowany do przeniesienia floty z Sewastopola do Odessy i na czarnomorskie wybrzeże Kaukazu. Wtedy uwierzymy, że Żydowska Republika Krymu jest rzeczywistością, a nie mitem propagandowym. J. Marshall“.
Ale nie ma też zgody co do innych szczegółów, np. jaka sumę Związek Sowiecki był winien zwrócić, jak i to, czy Amerykanie domagali się niepodległości Krymu, lub czy zgodzili się na status republiki związkowej. A także czy Wiaczesław Mołotow prowadził przekręt “krymsko-kalifornijski” bez wiedzy Stalina, czy też może “Ojciec narodów” od początku w tym maczał palce. Wszystko to podniesiono jako argument przez kwestionujących fakt istnienia umowy związanej z projektem „Kalifornia na Krymie”, czyli na wiarygodność wersji przedstawionej przez W. Jeromina. Krytycy umieszczają ten projekt na tej samej półce, gdzie ulokowane zostały „Protokóły Mędrców Syjonu”. Ale oprócz kwestionujących, są jeszcze tacy, którzy w spójny logiczny łańcuch łączą daty, zdarzenia i dokumenty, a także publiczne oświadczenia.
Oto bowiem jawne stały się dokumenty władz sowieckich dotyczące trzech filarów projektu, czyli próby rozwiązania kwestii ziemi żydowskiej przez osadnictwo na Krymie, deportacji z półwyspu Tatarów krymskich oraz przekazania go Ukrainie. Nie sposób zaprzeczyć prawdziwości wymienionych zdarzeń. Czy jednak należy to połączyć w spójną całość? Można np. powołać się na wywiady i komentarze byłego ministra prasy i informacji oraz wicepremiera rządu rosyjskiego Michaiła Połtoranina (1990-1992), który powołuje się na wywiadMilovana Dilasa, przyszłego wiceprezydenta Jugosławii i przez długie lata najbardziej zaufanego doradcy Josipa Broz-Tito, dla gazety Argumenty i Fakty, w którym podał, że Stalin ponoć osobiście wyznał przywódcy Jugosławii, że wypędził Tatarów krymskich, ponieważ obiecał F. Rooseveltowi utworzenie państwa żydowskiego na Krymie.
Skoro nie udało się zakwestionować prawdziwości tego świadectwa, wówczas reszta szczegółów składa się niczym puzzle. Dlatego Wiktor Jeromin w swojej publikacji stwierdza: “Ponieważ, jak twierdzi Połtoranin, materiały projektu krymsko-kalifornijskiego są nadal tajne, nasze śledztwo będzie się opierać pośrednio na publicznie dostępnych danych… W jaki skuteczny sposób można nalegać na publiczne przedstawienie dokumentów utajnionych przez władze? Ostrzegając przed tajemnicą, narrator z góry wyjaśniał: “Wierzcie lub nie! Moim zadaniem jest mówić to, co wiem. A Połtoranin nie jest winien temu, że nie wolno udowodnić prawdziwości jego słów. Przynajmniej uświadomił nas o istnieniu takiego zakazu. Fakt istnienia dokumentacji na temat „Kalifornii na Krymie” kompromituje ich właścicieli w znacznie większym stopniu i pod znacznie większą liczbą aspektów niż przymusowych sprzedawców. Tak więc tylko dyletant w polityce może spekulować na temat ewentualnego pojawienia się akcji krymskich w domenie publicznej, a tym bardziej w USA lub jakimkolwiek sądzie międzynarodowym. Geopolityczne spory o tej skali nigdy nie są rozstrzygane publicznie“. Mocne. Ale, może znowu to cygan zawinił, a kowala wieszają. Czyli może to tylko czyjaś konfabulacja, która niczym kula śnieżna przybrała monstrualne rozmiary.
Być może prymat w kwestii stworzenia obrazu ” Kalifornii na Krymie” należy do pisarza Wiktora Lewaszowa. Na podstawie wspomnień jednego z najsłynniejszych sowieckich szpiegów, Pawła Sudopłatowa, Lewaszow napisał quasidokumentalną powieść “Zabójstwo Michoelsa“, wydaną w 1998 r. Najpierw powołał się na decyzję Harry’ego Trumana, który miał zażądać od Józefa Stalina demilitaryzacji Krymu jako dowodu na prawdziwość jego zamiarów utworzenia na półwyspie republiki żydowskiej. Kolejny kamień w tej układance dołożył Siergiej Gorbaczow, emerytowany kapitan 1-szej rangi z portu Floty Czarnomorskiej – Sewastopola. W 1999 r. w almanachu “Wyspa Krym” ukazał się jego artykuł “Krymska Kalifornia“, w którym zawarta była informacja o stricte naukowej pracy Aleksandra Jefimowa “Żydowska Socjalistyczna Republika na Krymie. O historii jednego projektu“, poświęconej żydowskiemu zarządzaniu ziemią na północy półwyspu w latach 20-30 XX wieku. Do tej informacji dołączone zostały cytaty z publikacji S. Lewaszowa i własnej beletrystyki autora. W ten sposób dwa nie powiązane ze sobą epizody (pierwszy dotyczy zdarzeń prawdziwych, drugi zaś odnosi się do projektu, który pozostał „na papierze”) zostały połączone w jedną całość.
W latach 2004-2005, jeden po drugim pojawiały się artykuły, które rozwijały idee S. Gorbaczowa, jak np. Borysa Gusiaczkina “Sprzedany półwysep“, Borysa Nikolina “Krym: od ukrainizacji do turkizacji” czy Borysa Sibirskiego “Półwysep zatrzymanego działania“. Ich autorzy dołożyli kolejny, ale kluczowy element – sprzedaż udziałów w ziemi na Krymie politykom amerykańskim i przekazanie półwyspu Ukrainie w celu uniknięcia spłaty długów. Uzasadnienie tego brzmiało następująco: “Postanowienie S. Chruszczowa o przekazaniu Krymu Ukrainie z okazji 300-lecia zjednoczenia Rosji i Ukrainy w Święta Zmartwychwstania było szczęśliwą okolicznością, która pozwoliła Związkowi Sowieckiemu na rozwiązanie trudnego problemu, z którym sowieckie władze borykały się od początku lat 20-ych. Chruszczow wykorzystał fakt, że przy sporządzaniu traktatu między Związkiem Sowieckim a JDC nie było zapisu o przekazaniu Krymu z RSFRS pod jurysdykcję ukraińską. Co więcej, decyzję o przesiedleniu Żydów na Krym podjął Wszechrosyjski Centralny Komitet Wykonawczy RSFSR, ale w takim przypadku jego decyzja nie była dla Ukrainy wiążąca. Tym samym, przekazując Krym Ukrainie, rząd sowiecki uzyskał formalne prawo do definitywnego zamknięcia kwestii swoich zobowiązań wobec organizacji żydowskich w USA odnośnie ustanowienia państwowości żydowskiej na Krymie. Problem w tym, że poza wnioskowaniem opartym na przesłankach prawdopodobieństwa nie przedstawiono na to dowodów z dokumentów.
W 2006 r. ukazała się książka kolejnego tropiciela sensacji, Aleksandra Szirokorada pt.: „Cztery tragedie Krymu“, w której wszystkie wątki – Jointu, Michoelsa i przekazania półwyspu – zostały połączone w jednolitą spójną narrację. A wraz z pojawieniem się w 2008 r. rewelacji Michaiła Połtoranina o “związku” między republiką żydowską a deportacją Tatarów krymskich, układanka uzyskała swój ostateczny kształt. Tylko ile jest w tym wszystkim prawdy?
*******
Należy mieć na uwadze, że nigdy nie powstała autonomiczna republika dla Żydów na północy Krymu, ponieważ ich ogólna liczba nie osiągnęła nawet połowy planowanej liczby. W 1926 r. na 40 tysięcy krymskich Żydów mieszkających w osadach wiejskich, gminach żydowskich i gospodarstwach kolektywnych, było ich zaledwie 4 tysiące, w 1930 roku – 10 tysięcy, a w 1941 roku – 17 tysięcy.
28 marca 1928 r., kiedy został wydany dekret “O przydzieleniu KomZETowi wolnych ziem w pasie amurskim Kraju Dalekowschodniego dla potrzeb masowego osiedlania pracujących Żydów“, idea krymskiej autonomii żydowskiej została zablokowana przez powstanie Żydowskiego Obwodu Autonomicznego w Birobidżanie.
W dniu 13 października 1930 r. na Krymie utworzony został Żydowski Okręg Narodowy Freidorf o pow. 240 tys. ha. Powiat liczył ok. 30 tys. mieszkańców, z czego ok. 35% stanowili Żydzi. W 1935 r. utworzono kolejny żydowski okręg narodowy – okręg Larindorf. Obejmował on północną i wschodnią część departamentu Freidorf, w którym mieszkało 63,5% ludności żydowskiej. Od 1936 r. dzielnica Freidorf określana jest w prasie sowieckiej jako dzielnica “wielonarodowościowa”. W 1941 r., podczas okupacji hitlerowskiej ww. powiaty przestały istnieć, zaś swoje nazwy zmieniły w 1944 r.
A zatem pomysł utworzenia żydowskiej autonomii na Krymie, mimo szumnych zapowiedzi, pozostał tylko pomysłem. I tu pojawia się zasadniczy aspekt – domniemana “sprzedaż” półwyspu Amerykanom w zamian za pomoc dla Żydów.
Konstrukcja tegoż jest następująca: Związek Sowiecki pożycza pieniądze na przesiedlenie Żydów i stworzenie dla nich republiki na Krymie, a teren półwyspu staje się zastawem w tej transakcji. Pożyczka musi zostać spłacona do 19 lutego 1954 r., w przeciwnym razie Krym trafi do posiadaczy akcji, ale półwysep wcześniej formalnie wczedłby w skład terytorium Ukrainy, po to aby Rosja nie ponosiła odpowiedzialności za umowę.
Na podstawie kopii umów z Agro-Joint przeanalizowane zostały ich najważniejsze zapisy. W pierwszej umowie między Agro-Jointem a Sowietem Komisarzy Ludowych zawartej 29 listopada 1924 r. i ratyfikowanej 16 grudnia tegoż, brakuje słowa “Krym”. W dniu 31 stycznia 1927 r. została zawarta druga trzyletnia umowa między Rosją Sowiecką a Agro-Joint, a 15 stycznia 1929 r. trzecia (zatwierdzona 15 lutego 1929 r.). I to właśnie wokół tej ostatniej umowy powstało wiele teorii spiskowych dotyczących losów Krymu, jako że ze względu na wybitnie specyficzny charakter rosyjskiego systemu archiwalnego, sowiecka kopia traktatu z 1929 r. nie została jeszcze opublikowana, co daje pole do najbardziej karkołomnych spekulacji.
Z dokumentów, które zostały udostępnione, wiemy, co następuje: (art. 1). Związek Sowiecki pożycza 9 milionów dolarów na okres 17 lat na 5% rocznie na pokrycie kosztów pracy KomZET-u w akcji osiedlania Żydów. (art. 2). Związek Sowiecki drukuje obligacje na okaziciela o nominale 1000 dolarów i całą ich kwotę i deponuje w Chase National Bank w Nowym Jorku.
Krym jest wymieniony w tekście trzykrotnie – w preambule i w art. 14 – ale za każdym razem jako część wyrażenia “Krym i Ukraina”, oznaczającego miejsca żydowskiej kolonizacji rolniczej. Tym samym wymóg ustanowienia strefy osadnictwa żydowskiego nie odnosił się wyłącznie do Krymu. Obligacje państwowe również nie przewidują żadnych udziałów w ziemi na półwyspie, wbrew narracji zwolenników projektu “Krymskiej Kalifornii”.
Umowa z 15 stycznia 1929 r. została zawarta przez Agro-Joint nie z rządem Rosji Sowieckiej, lecz z Komitetem Prezydium Rady Narodowościowej Centralnego Komitetu Wykonawczego. Natomiast 5 lutego 1929 r., sekretariat rządu sowieckiego, podpisał uchwałę o wejściu w życie ww. układu. A zatem przekazanie Krymu Ukrainie nie mogłoby pomóc Związkowi Sowieckiemu uniknąć odpowiedzialności finansowej, gdyby było to zapisane w umowie (a co nie miało miejsca).
W dniach 22 marca – 14 kwietnia 1933 r. zawarto dodatkowe porozumienie, które przewidywało radykalne zmniejszenie pomocy amerykańskiej do wys. 2 994 751 dolarów. Powodem tego były skutki Wielkiego Kryzysu.
W dniu 21 sierpnia 1938 r. Związek Sowiecki i Agro-Joint podpisały formalną umowę, na mocy której ulegały rozwiązaniu wszystkie poprzednie traktaty i ich uzupełnienia z 1927 r. W latach 1930-1933, a więc jeszcze przed zmniejszeniem kwoty pożyczki amerykańskiej, rząd sowiecki wyemitował 24 serie obligacji rządowych na łączną kwotę 5 mln 352 tys. dolarów należących do Agro-Joint. Termin wykupu ostatniej serii przypadał na dzień 1 stycznia 1953 r. Data ta najpewniej wywołała podejrzenie, że po jej upływie Krym musiałby być oddany Amerykanom jako zabezpieczenie spłaty, mimo iż w żadnej z umów półwysep ten nie występował jako zabezpieczenie pożyczek, zaś procedura rozliczeń została określona w tym samym 1938 r. “Agro-Joint” przekazał Chase National Bank wszystkie posiadane obligacje i zrzekł się wszelkich roszczeń wobec Sowietów. Z kolei w latach 1939-1940 Związek Sowiecki zapłacił 2 mln 852 tys. dolarów z tytułu wcześniej wyemitowanych obligacji. W dokumencie tym nie ma wzmianki o Krymie. W maju 1938 r. zlikwidowano KomZET i OZET, a wielu ich członków poddano represjom.
W związku z tym nie ma dowodów na to, że w którejkolwiek z umów między ZSRR a Agro-Joint Krym został wyznaczony jako zabezpieczenie spłaty pożyczek USA. Wersja, że Kreml deportował Tatarów krymskich, aby stworzyć na półwyspie republikę żydowską, a następnie przekazał Krym Ukrainie, aby uniknąć spłaty długu, jest pozbawiona nie tylko dowodów w postaci dokumentów, ale także jest alogiczna w kontekście dat zawarcia poszczególnych umów o pożyczki jak i ich treści.
ANEKS
Do 1924 r. sowiecka komisja rządowa, której zadaniem było znalezienie autonomicznego terytorium żydowskiego, była pełna sprzecznych pomysłów. Propozycje obejmowały Białoruś, Ałtaj, Baszkirię (Baszkorstan), a nawet pas ziemi od Dniestru do Abchazji, ze stolicą w Odessie. Ta ostatnia nawiązywała do sugestii Chaima Zytłowskiego z 1917 r., czołowego orędownika niesyjonistycznego budowania narodu żydowskiego, aby utworzyć republikę żydowskią ze stolicą w Odessie. Program budowy żydowskich osiedli rolniczych na Krymie cieszył się szczególnym zainteresowaniem zagranicznych sponsorów. Od 1924 r. Amerykańsko-Żydowski Połączony Komitet Dystrybucji (JDC) stał się głównym zagranicznym sponsorem sowieckich projektów kolonizacji żydowskiej. Już w 1926 r. na mapie sowieckiego Krymu pojawiła się żydowska wioska nosząca nazwisko jednego z jej najaktywniejszych sponsorów, czyli Juliusa Rosenwalda, amerykańskiego biznesmena i filantropa. https://en.wikipedia.org/wiki/Julius_Rosenwald
Nietrafne byłoby jednak postrzeganie różnych społeczności i organizacji żydowskich zainteresowanych Krymem jako monolitycznej całości. Na przykład, JDC nie uważał, że Karaimi krymscy zasługują na poparcie. Boris Boden, reprezentujący JDC w Rosji, pisał w marcu 1923 r. o „pewnych społecznościach karaimskich Krymu”, które jego zdaniem „nie stanowiły problemu specyficznie żydowskiego”. Jego wyjaśnienie ujawnia chęć wyrównania rachunków: „Do niedawna Karaimi, choć wyznający judaizm, nie uważali się za część rosyjskiej społeczności żydowskiej i mieli opinię jako najbardziej reakcyjny element antysemicki”. Ponadto, pisze, „mieli wiele przywilejów, których nie mieli inne społeczności żydowskie”.
Sowiecki projekt kolonizacji żydowskiej oraz zaangażowanie JDC i innych zagranicznych organizacji pomocowych odegrały główną rolę w zmianie żydowskiego wizerunku Krymu, tj. z krajobrazu orientalizowanego na wschodnio- europejski, postsztetlowy i pasterski. Komunistyczni ideolodzy podkreślali, że Żydzi, stając się rolnikami, zbliżali się do sowieckiego – co w praktyce oznaczało słowiańskiego – głównego nurtu, porzucając swój status outsiderów. Niemniej, żydowski rolnik, który osiedlił się na Krymie, był przedstawiany w literaturze czy publicystyce najczęściej jako postać egzotyczna.
W 1928 r. na Dalekim Wschodzie Rosji wyznaczona została lokalizacja dla sowieckiej republiki żydowskiej, która w 1934 r. otrzymała status Żydowskiego Obwodu Autonomicznego, a którego centrum administracyjnym była osada miejska (później przekształcona w miasto) Birobidżan.
Krymskie społeczności żydowskie jednak nadal istniały, a nawet przyciągały nowych migrantów z dawnej strefy osiedlenia żydowskiego. Społeczności te, czy też kolonie, jak je nazywano, były rozproszone po całym półwyspie, w tym dwa okręgi żydowskie, Frajdorf i Larindorf, które odgrywały istotną rolę w strukturze Republiki Krymskiej do 1938 r., kiedy to okręgi utraciły status żydowskich jednostek terytorialnych.
Według sowieckiego spisu powszechnego z 1939 r., żyło na półwyspie 65 452 Żydów, w tym ponad 7 000 Krymczaków, co stanowiło 5,8% ludności Krymu. Większość z nich (47 387) mieszkała w miastach, natomiast 18 065 mieszkało na wsi, głównie w kołchozach. Z kolei wg danych statystycznych z 1936 r. ponad jedna trzecia (35%) z 1370 nowożeńców krymskich Żydów r., zawarło związek małżeński z osobą innej narodowości, przeważnie rosyjską.
Wybitny polityk Mateusz Morawiecki rozpoczynając Kampanię Wyborczą 2027., zaprosił na swój piknik programowy wiele podobnych osobliwości. Jedną z gwiazd był Jan Rokita, który stwierdził wprost, że każda Ukraina, nawet Ukraina nazistowska czcząca SS Galizien powinna być traktowana jako nasz sojusznik.
Mogę dopytać? Chcę podostrzyć trochę. Czy Ukraina biorąca na sztandary SS Galizien, ale bijąca się z Rosją, jest w dalszym ciągu naszym sojusznikiem?
Każda Ukraina.
– odpowiedział Rokita
Dla Rokity Ukraina biorąca na sztandary SS Galizien nadal będzie naszym sojusznikiem.
Nazistowska szmata. Tfuu. – napisał Coolfon na X
Nazistowska szmata? Eee tam… od razu szmata. Onuca. Ukraińska. Ze starego zestawu, A te, jak wiadomo, śmierdzą tak samo albo gorzej od rosyjskich.
Jan Maria Rokita to wybitny asceta intelektualny, w oczach innych ascetów intelektualnych uchodzący za intelektualistę – stwierdził prof. Adam Wielomski.
Asceta? I tu prof. Wielomski się myli, Rokita intelektualistą nie jest, ale sroce czyli żydokomunie spod ogona nie wypadł. Poddany selekcji jako były członek lewicowej organizacji „Wolność i Pokój” przez wiele lat był na partyjnym piedestale UW , a potem w PO. Zwolennik sojuszu PO i PiS aż do czasu, gdy zmieniła się potworność etapu. Dziś podpora intelektualna „Gangu Pinokia”.
Najbardziej niewygodne pytanie zadał Tomasz Sommer:
A jakby tak Ukraińcy, jak w 1941 r., zaczęli mordować Żydów, to to też się »może nie podobać«, ale nadal trzeba będzie ich wspierać?
Co to, to już nie. Tu potworność etapu jest niezmienna. Wytłumaczyła to już Barbara Engelking, Według jej egzegezy śmierć Żyda miała walory metafizyczne, a śmierć Polaka była kwestią mniej skomplikowaną – „kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć”.
Na przykład śmierć polskiego dziecka porąbanego przez Ukraińca siekierą lub ciężkim młotem.
Zostawiając popaprańca Rokitę , przechodzimy do kolejnej gwiazdy „Gangu Pinokia”, do drogiego Bronisława, nie Geremka, lecz Wildsteina
Przerażenie ponad podziałami
Dokonując szybkiej kwerendy z Gazety Wyborczej, TVN-u, a nawet z Gnoma Sromotnika… [to Jarosław Kaczyński (lider PiS), podaje Grok md]. tak sądzę, bo nie podejrzewam, aby było to B’nai B’rith, ADL albo Chabad Lubawicz, a już na pewno nie minister Żurek albo Tusk…
Drogi Bronisław powiedział:
Zdumiewa mnie i przeraża…
Co takiego? Zdumienie rzecz ludzka, przerażenie też, ale żeby aż tak, na grillu u Pinokia, niepokoić poczciwą publiczność?
Jeżeli program partii wygląda tak dokładnie, literalnie, jakby był napisany na Kremlu, jakby przemyślany głęboko, tak po to, żeby Polskę skompromitować, żeby po prostu realizować politykę kremlowską…
…jeżeli bliżej tej partii jest do Iranu niż do Stanów Zjednoczonych i mógłbym wymienić i tak dalej, jeżeli wiemy o tej partii tylko tyle, że jest ufundowana na antysemityzmie i ukrainofobii…
Po tych słowach już wiadomo o kogo chodzi, a skandal jest podwójny, no bo jak nie można kochać USraela? Dodam tylko, że w kwestii antysemityzmu zapewne nie chodziło o mordowanie palestyńskich i libańskich semitów, bo w tym gronie jest to temat tabu.
„Jeżeli wiemy o tej partii tylko tyle”
Akurat w to nie uwierzę. Nie wierzę, aby jeden z bardziej inteligentnych imprezowiczów wiedział „tylko tyle”. Potworność etapu zobowiązuje.
Wszelkie oznaki rozpadu kultury dają o sobie znać w języku, jako podstawowym środku komunikacji, współtworzącej kulturę. Trudno mówić o rozpadzie języka w stosunku do języków naturalnych. Dla językoznawców język zdolny do obsługiwania kultur i społeczeństw rozwija się i żyje, podlegając rozmaitym wpływom, również destrukcyjnym, wynikającym z terroru działań politycznych lub z kryzysu kultury, bądź z kryzysu osobowości samych twórców.
Postprawda
Zjawisko kryzysu słowa, a nawet rozpadu języka, we współczesnym świecie wiąże się z tzw. postprawdą. Sam termin pojawił się z początku lat 90. XX wieku Steve Resich, w artykule opublikowanym w czasopiśmie „The Nation” (1992) stwierdził, że afera Irangate czy wojna w Zatoce Perskiej zostały łagodniej potraktowane niż słynna afera Watergate. Oceniając tę rzeczywistość zwrócił uwagę, że to sami Amerykanie, „jako wolni ludzie, dobrowolnie zdecydowaliśmy, że chcemy żyć w świecie post-prawdy”. Nie mówił o kłamstwie, lecz o słabnącym znaczeniu prawdy, o powszechnej niechęci do konfrontowania swych poglądów z rzeczywistością. W takim też znaczeniu termin ten pojawiał się później w różnych publikacjach, które wskazywały na pewną strategie rządzenia, która polegała na unikaniu nazywania rzeczy po imieniu, schodzeniu prawdzie z drogi.
Te praktyki zebrał i oceniał w 2004 roku Ralph Keyes w książce „The Post-Truth Era: Dishonesty and Deception in Contemporary Life”. Autor nie mówił wyłącznie o politykach, ale zbierał wiele przykładów z życia publicznego, które wskazywały na rozszerzanie się zjawiska mijania się z prawdą i tendencji do kłamania, jako stałej praktyce zachowań społecznych. Zjawisko to wytwarzało nową jakość. Wyznaczały je dwuznaczne wypowiedzi, nie będące ścisłą prawdą, które sytuowały się obok kłamstwa, nie będąc jednak zamierzonym kłamstwem. Proponowano je nazwać „ulepszoną prawdą” (Keyes), „neoprawdą”, „miękką prawdą”, „fałszywą prawdą”, „prawdą dietetyczną”, „prawdą lajt”. Miała ona ogromne znaczenie społeczne, gdyż pozwalała uniknąć powiedzenia „twardej prawdy”, np. o tym, że globalny kapitalizm wytwarza więcej chaosu niż porządku; że pogłębia nierówności, zamiast je znosić; napędza eksploatację planety; prowadzi do katastrofy ekologicznej; a państwa coraz mniej panują nad jego dynamiką”.
W rezultacie niemówienia prawdy powstało szereg jej zastępników, a granica oddzielająca prawdę od fałszu ulegała coraz większemu zatarciu. Wznoszono gmach zbudowany z języka powstałego z obaw i lęków, czyniąc prawdę jej ofiarą. Zatracono granicę między uczciwością i nieuczciwością. A to prowadziło, jak stwierdził Keyes: do „zagubienia piętna, jakim wcześniej obarczano kłamstwo (…). Kłamstwo stało się w zasadzie wykroczeniem, za które nie sposób kogokolwiek obwiniać”.
Redakcja słownika oksfordzkiego uznała termin „post-prawda” za słowo roku 2016. Jest ono pochodną zarówno manipulacji, świadomych i nieświadomych półprawd, jak też przekłamań i kłamstw, które funkcjonują w świadomości współczesnego człowieka oraz w subiektywistycznych postawach, które powtarzają, że „każdy ma swoją prawdę”. Gdy polski publicysta, Bronisław Wildstein, pisał o postprawdzie, odwołał się do opisu Friedricha Wilhelma Nietzschego, niemieckiego filozofa: „Prawda to ruchliwa armia metafor, metonimii, antropomorfizmów, które po długim używaniu wydają się ludowi kanoniczne i obowiązujące. Prawdy są złudami, o których zapomniano, że nimi są, metaforami, które się zużyły i utraciły zmysłową siłę wyrazu”.
Termin „postprawda” wykorzystuje prestiż sztandarowego pojęcia filozofii, jaką jest „prawda”, dodając do niego odpowiedni przedrostek („post”), który ma wskazywać na nową jakość i nowatorskie ujęcie znanego pojęcia. Funkcjonuje w obrębie zamkniętego obiegu informacji, w których jawne kłamstwa funkcjonują obok informacji zmanipulowanych i prawdziwych. Wszystkie razem nawzajem się uzupełniają, wzmacniają i potwierdzają. Do takich zamkniętych obiegów („baniek medialnych”) nie dopływa wiedza z zewnątrz, a czytelnicy czy słuchacze do zrozumienia i interpretacji informacji wykorzystują głównie wiedzę potoczną i to, co uważają za opinię większości. Postprawda uzyskuje więc jedynie i wyłącznie „społeczny dowód prawdy” (coś jest prawdziwe, bo większość lub wszyscy tak uważają), nie umożliwiając jakąkolwiek polemikę czy dyskusję zmierzającą do poznania prawdy. Powstają w ten sposób wzmacniające się i potwierdzające wzajemnie ciągi kłamstwa.
Postprawda więc to rodzaj kłamstwa, który wynika ze wzajemnego wzmacniania się informacji prawdziwych, półprawd i kłamstw zamkniętych w medialnych systemach („bańkach”). Ważniejsze od prawdy jest osobiste doświadczenie i subiektywne przekonanie. Jednostka pozbawiona jest wsparcia rozumu – świadomie pozbawia się ją rozróżnienia między tym, co posiada wsparcie intelektualne, a tym, co „się wydaje” – opisane dodatkowo zawiłym językiem, zrozumiałym dla niewielu.
Postprawda wskazuje na to, że w przestrzeni społecznej nie ma już miejsca na jakąkolwiek obiektywną prawdę. Poddające się powszechnej weryfikalności fakty są lekceważone, zastępowane przez tzw. narracje, budowane w oparciu i emocje i uprzedzenia, celowo potęgowane przez wspierające je media. W ten sposób odrzuca się jeden z fundamentów kultury europejskiej, opierającej się na poszukiwaniu prawdy. Ani jej poszukiwania, ani strzeżenie dorobku poprzednich pokoleń, a tym bardziej tworzenia dziedzictwa godnego przekazu na przyszłość, przestaje mieć racje bytu.
Postprawda jest nazwana też „bronią matematycznego rażenia” (Cathy O’Neill – amerykańska blogerka i matematyk). Podkreśla się przy tym powszechne stosowanie algorytmów, które dotyczą wielu ludzi, funkcjonują w oparciu o utajnione reguły, a mają destrukcyjne działanie, przynosząc negatywne skutki. Algorytm, analizujący aktywność użytkowników na portalach społecznościowych, można napisać tak, by zaskakiwał, odpowiadał temu, co subiektywnie dana jednostka lubi, podważał w wątpliwość jego poglądy lub wspierał społeczny dyskurs. Powstaje w ten sposób dodatkowy zarządzający strumieniem informacji ośrodek – sterujący automatycznie serwisami informacyjnymi, nie poddające się żadnej kontroli, a mające ogromny wpływ na wielu ludzi. Niemożliwe jest w tym strumieniu ochrona przed fake newsami, oddzielenie propagandy od faktów, poszukać wiarygodnych źródeł w zalewających społeczeństwo potoku informacji. Postprawda staje się nowym obliczem propagandy XXI wieku.
Niesprawdzone lub jawnie fałszywe informacje przedostają się do obiegu społecznego z różnych źródeł. A ponieważ sam przekaz argumentów i faktów „nie działa”, przekazy adresowane są do emocji odbiorców. I tak np. podczas debaty nad pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej głos zabrało 10 ekonomistów – laureatów Nagrody Nobla.
Komentarz, który był odpowiedzią na ich argumenty sprowadzał się do stwierdzenia: „Ludzie w tym kraju mają dość ekspertów”. A ekonomistów porównano do niemieckich naukowców, którzy byli posłuszni Hitlerowi. Podczas kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych, jak obliczał portal BuzzFeed, 20 najbardziej poczytnych fałszywych wiadomości o wyborach prezydenckich udostępniono 8,7 mln razy. Dla porównania: 20 prawdziwych doniesień miało 7,4 mln udostępnień. W ten sposób fałsz zdominował fakty. Sam kandydat brnął w absurdy, co nie przeszkadzało w efektywności jego kampanii. Obliczono, że 70 procent wypowiedzi przedwyborczych jednego z kandydatów w różnym stopniu mijało się z prawdą. Ale to wyborcy decydowali, które informacje są czytane, powtarzane i powielane. W ten sposób w rozbudowę postprawdy są zaangażowani wszyscy.
Postprawda bazuje na rzeczywistości, którą myśliciele postmodernistyczni opisują jako „simulacrum”. Oznacza ono kopię bez oryginału. Współczesny świat jest pełen symulakrów, pustych znaków, pojęć i symboli, które nie odsyłają do żadnej rzeczywistości. Już dawno utraciły walor autentyczności, pozostając kopią dawnych znaczeń i pojęć.
Hejt czyli nienawiść
„Hejt” (ang. „hate” = „nienawiść”) pojawił się w Internecie, wyrażany nie tylko za pomocą słów, ale też grafiki (memów, gifów), czy filmów – by łatwiej zapadał w pamięć odbiorców. Przekazywane w ten sposób treści nie mają żadnej wartości merytorycznej. To treści ukierunkowana wyłącznie przeciwko danej osobie lub grupie osób. To swoista „moda na nienawiść” – bezpodstawną, nieuzasadnioną, niepopartą żadnymi merytorycznymi argumentami. Stał się symbolem współczesnych komunikatów internetowych, dotykając głównie polityków – głównie ze znienawidzonych partii, celebrytów, ludzi bogatych. Sama nazwa „hejt” to spolszczona wersja angielskiego słowa „hate”, czyli „nienawidzić”, „nienawiść”.
Oznacza mówienie, pisanie o kimś lub o czymś źle, w sposób obraźliwy, najczęściej na portalach społecznościowych, forach dyskusyjnych, gdzie roi się od agresji, złości, awersji do drugiego człowieka. Coraz więcej ludzi twierdzi, że hejt działa jak narkotyk i wszystko, co z nim związane. To ślepa furia, która wypiera logiczne myślenie, wywołuje agresję i wrogość. Hejtujący odczuwają nieuzasadnioną potrzebę zaszkodzenia drugiej osobie, zmieszania jej z błotem, oczernienia jej – pojawia się często w ramach prowadzenia poważnych dyskusji na tematy społeczne, polityczne i kulturalne, w trakcie dialogu, który zderza się z wulgaryzmem. Hejter nie umie bowiem dyskutować i formułować logicznych i rzeczowych argumentów – obraża więc i ucieka przed zasadniczym problemem podjętym w dialogu.
Hejter (z ang. „hater” – „nienawistnik, przeciwnik, krytykant”) to określona osoba, która poświęca swój czas i zaangażowanie dla publikacji w internecie – najczęściej pod pseudonimem – agresywnych, obraźliwych i skrajnie krytycznych komentarzy. Te wystąpienia są postrzegane jako akty cyberprzemocy i psychicznego nękania (stalking). Często występuje w nich mowa nienawiści – adresowana najczęściej do osób publicznych.
Polskie badania w 2017 roku – wywiady z grupą 6,5 tys. internautów) – wykazały, że hejter w Polsce to mężczyzna (stanowią 53 % hejterów) w wieku od 16 do 24 roku życia (aż 73% hejtujących), który ma wykształcenie średnie ogólnokształcące (35 %). Co piaty ma wykształcenie wyższe. Publikuje swe negatywne posty kilka razy w tygodniu.
Psychologiczna analiza przyczyn hejtowania pozwalają sformułować tezy, że: hejtowanie przynosi ulgę (badania w Szwajcarii – oszukani w grze ekonomicznej w hejcie szukali uczucia ulgi, siły, poczucia sprawiedliwości); jest instrumentem pozwalającym każdemu podjąć czynienie zła (upowszechnia możliwość zemsty); zapewnia anonimowość i pośredniość, a tym samym bezkarność ; daje upust stereotypom i uprzedzeniom; niekiedy jest możliwą formą okazania zazdrości i niezadowolenia.
OCENA:
Hejt, jak każda inna forma nienawiści, spotyka się ze zdecydowaną negatywną oceną moralną. Świadczą o tym prawne obostrzenia związane ze stosowaniem hejtu. Najczęściej dotyczą one oskarżenia o zniesławienie, które wiąże się z pomówieniem skrzywdzonego o takie postępowanie lub właściwości cechy, które mogą poniżyć go w opinii publicznej lub narazić na stratę zaufania potrzebnego do wykonywania danego zawodu (np. oskarżenie lekarza o branie łapówek; duchownego o agresję słowną, czy nauczyciela o stronniczość w osądzie zachowania uczniów). Zniewaga to ciężka obraza, ubliżenie komuś czynem lub słowem, które ma na celu poniżenie godności pokrzywdzonego.
W sytuacji wystąpienia hejtu prawnicy proponują sięgnąć po instrumenty ochrony cywilnoprawnej, żądanej zapłaty zadośćuczynienia lub określonej sumy pieniędzy na wskazany cel społeczny, usunięcie wpisu z forum, nakaz publikacji przeprosin lub sprostowania. Jeśli wskutek szkalujących wpisów dana osoba straciła dochody (np. lekarz utracił pacjentów), poszkodowany ma prawo domagać się odszkodowania za doznany uszczerbek majątkowy.
Pierwszą trudnością w postepowaniu prawnym jest uzyskanych danych anonimowego hejtera. Możliwe są w tym względzie trzy drogi:
– zwrócenie się do portalu, na którym widniał szkalujący komentarz, o udostępnienie danych osobowych hejtera, który dopuścił się naruszenia dóbr osobistych – często jednak właściciele portali odmawiają udostępnienia danych osobowych, które związane są z adresem IP;
– można wnieść skargę do prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, gdy spotkamy się z odmową odtajnienia danych z adresu IP – prezes UODO może zobowiązać podmiot świadczący usługi drogą elektroniczną do udostepnienia właściwych danych;
– można skorzystać z dwóch instrumentów prawa karnego: złożyć prywatny akt oskarżenia zawierający wniosek o nakazanie przez sąd administratorowi strony internetowej podanie danych osobowych kryjących się za IP, lub sięgnąć po art. 488 par. 1 k.p.k., zgodnie z którym policja otrzymawszy ustną lub pisemną skargę pokrzywdzonego zabezpiecza dowody popełnionego przestępstwa na poczet przyszłego postępowania karnego.
Po uzyskaniu danych hejtera pokrzywdzony ma do dyspozycji postępowanie karne, w którym w trybie prywatnoskargowym (sam lub przez pełnomocnika) wnosi do sądu akt oskarżenia – może oskarżyć sprawcę o zniesławienie (art. 212 k.k.) lub znieważenie (art. 216 k.k.).
Pomocą są przepisy ustawy z 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Od strony moralnej ocena hejtu zawsze jest jednoznaczna i zdecydowana, a wiąże się z elementem kłamstwa i nienawiści, które z sobą niesie.
Już w 1982 r., w Coimbrze, w Portugalii, podczas spotkania z intelektualistami, Jan Paweł II wskazał na pięć obszarów, na których współcześnie prawda przegrywa z „zastępczymi wartościami”:
Nowoczesna kultura, która przez całe wieki była duszą cywilizacji zachodniej, przechodzi kryzys; nie jest już zasadą ożywiającą i jednoczącą społeczeństwo, rozproszona nie jest zdolna do podjęcia swego zadania, jakim jest przyczynianie się do wewnętrznego wzrostu człowieka (ta utrata mocy i wpływu wydaje się mieć swe źródło w kryzysie prawdy).
Obiektywne widzenie prawdy często jest zastępowane stanowiskiem subiektywnym, bardziej lub mniej spontanicznym.
Moralność obiektywna ustępuje miejsca etyce indywidualnej, w której każdy zdaje się być sam dla siebie normą działania i godzi się na wierność wyłącznie tej normie.
Miejsce wierności zajmuje skuteczność.
Człowiek odnosi wrażenie, że żyje w społeczeństwie, w którym brak stałych wartości oraz ideałów.
Działalność polityków, ze względu na zakres i siłę oddziaływania społecznego, ma bardzo duży udział w wytworzeniu się we współczesnej kulturze wymienionych przez Papieża „obszarów kłamstwa”. Polityka jako umiejętność zyskiwania poklasku, utrzymywania stanowisk i poszerzania obszarów wpływu stanęła w opozycji do obiektywnej prawdy, która nie ma dla niej zbyt wielkiej wartości.
Znany, nieżyjący już polski filozof, J. M. Bocheński, zwracał uwagę, że całe ludzkie poznanie trzeba pojmować albo jako ujmowanie, albo jako tworzenie przedmiotu. Gdy nie ma woli podjęcia wysiłku, by poznać dany przedmiot, to opisując go – tworzymy alternatywną rzeczywistość, coś podobnego, na wzór nieznanego w istocie przedmiotu. Tworzy się wówczas świat nierozpoznanych przedmiotów. A ponieważ tendencja „tworzenia” wyraźnie współcześnie dominuje nad trudem poznawania, powstał świat złożony z obcych w istocie części i elementów. Amerykański socjolog, George Ritzer (ur. 1940) w pracy pt. „Globalization of Nothing” (Globalizacja niczego), z 2006 roku, wskazuje, że człowiek współczesny „siedzi nigdzie, pije nic”. Różnica między „czymś” a „niczym” jest empiryczna, a nie aksjologiczna. Istotą globalizacji niczego jest wydajność, społeczna odmiana nowego rodzaju fordyzmu, który zamienił producentów z twórców na wykonawców, nieświadomych celu i sensu swej pracy. Podobnie proponowana konsumpcja niewiele ma wspólnego z zaspokajaniem potrzeb. Nie robi się zakupów, aby mieć co ubrać, tylko żeby coś kupić. Udziałem konsumenta jest „wieczne niezaspokojenie”. Podobnie dzieje się z innymi sferami życia społecznego: partie uprawiają „nie-politykę”; demokracja połączyła się z „nie-wybieraniem”; uczelnie coraz częściej są „nie-uniwersytetem”; wspólnoty religijne są często „nie-kościołami”; ludzie „nie-żyją”. Utrata istoty wielu pojęć stwarza świat obcy, tajemny, nie-nazwany. A język jest już za ubogi, aby ująć i opisać dokonujący się proces zaniku sensu i znaczenia wielu pojęć.
W związku z tym pojawiły się propozycje odrzucenia jakiejkolwiek „metanarracji”, w tym naukowej. Dokonuje się to pod hasłami uwolnienia człowieka od nieustannego poszukiwania prawdy, odrzucenia „zadufanego w sobie” realizmu, który domaga się bezzasadnie korespondowania z faktami. Do pierwszych zadań nauki powinna należeć wolność konwersacji, a nie szukanie prawdy. Nauka będzie mogła wówczas cieszyć się wolną, niczym nie skrępowaną grą własnych pomysłów. Celem ma być uwolnienie nauki od uwięzienia w dogmatach, gdyż „kto pragnie teorii poznania, ten pragnie przymusu”.
W ten sposób „uwolniona” nauka nie ma już języka, którym mogłaby się komunikować. Kolejnymi faktami, będącymi elementami dowolnej jej gry, stwarza nowy świat. Jest to świat pozbawiony ducha, a budowany najczęściej na nienawiści. Świat elektronicznych przekaźników stał się przestrzenią stwarzaną przez tzw. „hejt” – pełen nienawiści, pogardy, złości, adresowany do konkretnej osoby, jak i przedstawicieli danego narodu, płci, osób o innym światopoglądzie niż reprezentowany przez hejtera, wyznawców danej religii czy grupy politycznej.
Papież Franciszek w posynodalnej adhortacji apostolskiej „Christus vivit” (25 III 2019) napisał, że przymiotem współczesnego świata stało się środowisko cyfrowe, z którego zdecydowana większość społeczeństwa korzysta na co dzień. Dzięki szybkiemu i łatwemu dostępowi do Intenetu i sieci społecznościowych tworzy się nowy sposób komunikowania się, nawiązywania łączności, zawiązywania relacji osobowych, wymiany poglądów. Utożsamianie jednak komunikacji międzyludzkiej z kontaktem wirtualnym jest błędem, bowiem przestrzeń cyfrowa prowadzi w gruncie rzeczy do samotności, manipulacji, alienacji społecznej, narastającego strachu przed realnym życiem oraz wyzwaniami, jakie ono w sobie zawiera. Przetworzone słowo coraz częściej przybiera postać „fake newsa” , który podsyca uprzedzenia i nienawiść, stając się symbolem „kultury odartej z prawdy”. Technologie używane w ten sposób kreują złudną, równoległą rzeczywistość, która deprecjonuje godność osoby ludzkiej. Niekontrolowane korzystanie z ze świata wirtualnego prowadzi do „migracji cyfrowej”, a w konsekwencji do alienacji społecznej. Pilną potrzebą zatem staje się uświadamianie i uwrażliwianie – szczególnie młodych ludzi – że dobra i zdrowa komunikacja wymaga wyjścia ze świata wirtualnego do realnie istniejącego (por. p. 86 – 89).
Współczesny człowiek jest pełen nienawiści, a jeszcze częściej lęku i buntu. U podstaw jego nienawiści jest odmowa zaakceptowania siebie jako stworzenia, brak perspektywy teologicznej dla swego życia.
Papież Benedykt XVI 20 lutego 2009 roku wyraził tę prawdę słowami: „Człowiek nie jest absolutem, tak jakby ‘ja’ mogło się oddzielić i postępować jedynie według własnej woli. Jest to sprzeczne z prawdą o naszym jestestwie. Prawdą o nas jest przede wszystkim to, ze jesteśmy stworzeniami, Bożymi stworzeniami, i żyjemy w relacji ze Stwórcą. Jesteśmy istotami stworzonymi do relacji. I tylko akceptując tę naszą relacyjność, dochodzimy do prawdy, w przeciwnym razie popadamy w zakłamanie, a zatem jesteśmy zależni od Stwórcy. (…) Być stworzeniem oznacza być kochanym przez Stwórcę, pozostawać w relacji miłości, którą nas obdarza, która nas uprzedza”.
Ostatnia wizyta Netanjahu w Waszyngtonie odbywała się pod presją czasu, a według doniesień Trump sumiennie realizuje te rozkazy, planując rozpoczęcie wielkiej kampanii uderzeniowej przeciwko irańskiej infrastrukturze energetycznej.
Nie wiemy jeszcze na pewno, czy to się stanie, ale istnieją pewne przesłanki, takie jak ta relacja, która śledzi ruchy amerykańskich grup przewoźników i wskazuje, że przewoźnicy zawsze zaczynają oddalać się od irańskich wybrzeży tuż przed większymi atakami:
Ponownie zarejestrowano ucieczkę amerykańskiego lotniskowca w kierunku wschodnich wybrzeży Omanu, aby oddalić się doktrynalnie o ponad 300 km od irańskich wyrzutni przeciwokrętowych.
Za kulisami pojawiają się coraz liczniejsze doniesienia, że szalony Trump po prostu traci panowanie nad sobą, gdyż jego doradcy i pomocnicy nie są w stanie opracować żadnego wiarygodnego planu zwycięstwa nad Iranem:
Nawet podczas ostatnich konferencji prasowych Trump nie miał innego wyjścia, jak przyznać, że Iran jest znacznie bardziej stanowczy, niż oczekiwano, ale nadal twierdził, że ostatecznie skapituluje, jeśli USA będą nadal zrzucać bomby:
[Could not load video.]
Teraz cały establishment stara się znaleźć rozwiązanie trudnego kryzysu irańskiego, który niszczy resztki wiarygodności, jaką kiedyś cieszyła się budząca grozę amerykańska machina militarna.
Dwóch autorów z think tanku Atlantic Council przedstawiło realistyczną ocenę podejścia Trumpa w artykule dla FP:
Twierdzą, że błąd w rozumowaniu o utopionych [zmarnowanych md] kosztach wojny Trumpa doprowadzi jedynie do zmniejszenia siły negocjacyjnej USA, im dłużej będzie się ona przeciągać, co w zasadzie jest przyznaniem, że Iranowi udaje się teraz uciekać od zwycięstwa i USA powinny po prostu ograniczyć straty:
Administracja wielokrotnie padła ofiarą błędu utopionych kosztów. W obliczu tej strategicznej porażki prezydent Donald Trump zachowywał się tak, jakby problem dotyczył skali lub czasu trwania. W rzeczywistości siła negocjacyjna USA malała wraz z postępem wojny i prawdopodobnie będzie się nadal zmniejszać, w miarę jak Stany Zjednoczone wyczerpią swoje zapasy amunicji, a konsekwencje polityczne w kraju będą narastać. Nowe ataki Huti na saudyjski eksport ropy naftowej zwiększają niepewność wojny, która już wywołała globalne wstrząsy gospodarcze, podważyła wiarygodność USA i postawiła regionalnych sojuszników Ameryki w centrum konfliktu, przeciwko któremu się opowiadali.
To prawda, zwłaszcza w świetle niedawnych zapewnień admirała Brada Coopera, że USA nie mają już wartościowych celów do ataku nawet na wybrzeżu Iranu, a z powodu niedoborów broni dalekiego zasięgu nie są w stanie konsekwentnie atakować celów położonych głębiej w kraju.
Szczególnie istotny w tekście FP jest fragment mówiący o próbie złamania Iranu za pomocą „nacisku”, co Trump i jego izraelscy doradcy nadal uważają za skuteczną strategię:
W Waszyngtonie panuje mit, że sama presja może złamać Iran.Przez prawie pięć dekad Stany Zjednoczone stosowały wszelkie dostępne formy nacisku militarnego, ekonomicznego i politycznego, aby nagiąć Iran do swojej woli. To się nie sprawdziło. Presja czasami wpływała na irański proces decyzyjny, ale tylko wtedy, gdy towarzyszyły jej inne narzędzia, takie jak zachęty, koalicje, wzajemny szacunek i cierpliwość. Jeśli Trump nadal będzie wierzył, że Iran po prostu podda się potędze USA, poniesie porażkę.
Autorzy Atlantic Council proponują zaskakująco inteligentne i polityczne rozwiązanie konfliktu. Słusznie przyznają, że jedynym sposobem na jego zakończenie byłoby zapewnienie obu stronom wystarczającej przestrzeni do ogłoszenia zwycięstwa przed własną publicznością, co osłabiłoby ego i polityczną potrzebę dalszego dążenia do nieosiągalnego coup de grace:
Kluczem do każdego trwałego porozumienia jest to, że obie strony muszą mieć możliwość legalnego ogłoszenia zwycięstwa. Obie strony mogą to najlepiej osiągnąć, dążąc do małych, konkretnych rezultatów. Dla Stanów Zjednoczonych oznacza to odwrócenie aktywnej, jednostronnej kontroli Iranu nad przepływem statków przez Cieśninę Ormuz i realną drogę do przyszłego porozumienia nuklearnego. Dla Iranu oznacza to znaczną rekompensatę finansową i uznanie jego nowej pozycji w cieśninie.
Autorzy udzielają wielu szczegółowych zaleceń dotyczących tego, jak można to osiągnąć, ale wszystkie te rekomendacje prawdopodobnie trafią w próżnię, ponieważ polityka zagraniczna Trumpa i tak opiera się na Tel Awiwie. Dlatego też zaraz po wizycie Bibiego Trump zaczął natychmiast domagać się rozszerzenia kampanii nowych ataków.
Jeszcze bardziej zdumiewające wyznanie pojawiło się w nowym artykule „WaPo”, w którym szef europejskiego dowództwa sił zbrojnych USA stanowczo oświadczył, że brak środków wkrótce zmusi go do wyboru między obroną „ojczyzny” a Izraelem:
Jak donoszą źródła, „problemy z konserwacją” doprowadziły do odsunięcia na boczny tor wielu amerykańskich statków, które zostały zniszczone przez kampanię przeciwko Iranowi:
Marynarka Wojenna dysponuje pięcioma niszczycielami, które mają zostać wypłynięte z amerykańskiego portu w Rota w Hiszpanii, a szósty ma tam dotrzeć jeszcze w tym roku, poinformowali przedstawiciele Pentagonu.Jednak problemy z konserwacją narastają z powodu tempa wojny z Iranem, co komplikuje sytuację Grynkewicha, poinformowali urzędnicy. „Washington Post” ukrył szczegółowe informacje na temat dostępności okrętów na prośbę przedstawicieli wojskowych, którzy powoływali się na względy bezpieczeństwa.
Jak donosił „The Post” w maju, oceny Pentagonu przeprowadzone wcześniej w trakcie wojny wykazały, że siły amerykańskie ponoszą główny ciężar obrony Izraela przed irańskimi pociskami balistycznymi. Oceny wykazały, że amerykańska broń, w tym system obrony przeciwrakietowej Terminal High Altitude Area Defense [THAAD] i morskie pociski przechwytujące wystrzeliwane ze wschodniej części Morza Śródziemnego, były używane znacznie częściej niż izraelska obrona powietrzna.
Jak zauważono powyżej, siły USA „wzięły na siebie ciężar” obrony Izraela, ponieważ mądrzejsi sojusznicy USA postanowili uniknąć dokładnie takiego rodzaju jadowitego, niekończącego się bagna, na które narzeka generał Grynkewich.
Prawie wszyscy na świecie, z wyjątkiem Trumpa, widzą w debaklu irańskim właśnie to: bezmyślną i bezsensowną, egocentryczną krucjatę.
WaPo odnotowuje gwałtowny spadek zainteresowania wojną opinią publiczną:
Wojna z Iranem cieszy się coraz większą niechęcią wśród amerykańskiej opinii publicznej, a członkowie Kongresu – z obu partii politycznych – są coraz bardziej sfrustrowani administracją, ponieważ czołowi urzędnicy mają trudności z przedstawieniem planu zakończenia konfliktu na warunkach uznanych za korzystne dla Stanów Zjednoczonych. Wśród wielu Republikanów narastają obawy, że wpływ wojny na ceny gazu, żywności i innych dóbr będzie kosztować partię straty w listopadowych wyborach uzupełniających.
Źródła wciąż donoszą, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ma teraz pełną kontrolę, a ludzie Trumpa rozmawiają jedynie z „figurantami”, nie mając realnej władzy:
Oczywiście, wszystko, co pochodzi z mainstreamowych szmatławców, należy traktować ze sceptycyzmem, ale prawdą jest, że Stany Zjednoczone i Izrael desperacko poszukują sposobów na dotarcie do osoby o autorytecie, z którą można by porozmawiać. Haczyk? Przez „rozmów z” Stany Zjednoczone zazwyczaj rozumieją osobę uległą żądaniom USA, jak to miało miejsce w Wenezueli; ale już wielokrotnie widzieliśmy: Iran to nie Wenezuela.
W przededniu kolejnej nieszczęsnej eskalacji, którą Trump, głęboko w skostniałych grobowcach swojej otępiałej główki, musi wyczuć, że doprowadzi ona jedynie do kolejnej katastrofy, istnieje desperacka potrzeba wyjaśnienia tego, co stało się nieprzeniknioną zagadką dla amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego. Legendarna irańska doktryna mozaiki kompletnie zdezorientowała imperium, które obrasta w prostaków i karłowate narody pochlebców.
W powyższym artykule w „The Times” ostrzega się, że nowy najwyższy przywódca może wkrótce zostać zmuszony do opuszczenia ukrycia, aby stłumić publiczne żądania dotyczące jego miejsca pobytu – fakt ten jest ironią losu i stanowi jaskrawy kontrast w porównaniu z sytuacją jego amerykańskiego odpowiednika, którego społeczeństwo w tym momencie o wiele prędzej odetchnęłoby z ulgą, gdyby już go nigdy nie zobaczyło:
W pewnym momencie naród irański zażąda spotkania z nowym przywódcą. Nie pojawił się on w tym miesiącu na pogrzebie ojca. Jedynym dowodem na jego istnienie są liczne oficjalne oświadczenia dotyczące wojny wydane w jego imieniu.
W chwili pisania tego tekstu krążyły pogłoski o rozproszeniu przez Irańczyków urzędników i Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej w Hormozganie i innych prowincjach sąsiadujących z wybrzeżem, w ramach przygotowań do potencjalnych ataków ze strony USA.
Inne doniesienia wskazują, że Iran wysyła ciężki sprzęt na zachód, najwyraźniej przygotowując się do czegoś większego:
Najnowsze plotki głoszą, że Trump chce całkowicie odciąć dopływ prądu do Teheranu, karząc w ten sposób naród irański, którego tak dzielnie bronił przed „reżimem”, którego Ameryka teraz nie potrafi nawet zlokalizować.
Ale to właśnie to niezrozumienie narodu irańskiego nieuchronnie prowadzi Trumpa do jego „momentu Waterloo”. Artykuł w „The Times” dał wgląd w to, co mieszkańcy Teheranu już czują wobec tego niezdarnego starca, nawet bez jego dalszego podsycania gniewu:
Odcięcie im prądu z pewnością tym razem obróci ich przeciwko „reżimowi” !
W przededniu kolejnej bezsensownej eskalacji Imperium Amerykańskie asymptotycznie pozostaje „jeszcze tylko jeden nalot bombowy” od całkowitego zwycięstwa.
Co się na tym świecie porobiło? Tak mawiał pół wieku temu, znany polski kabarecista Jan Pietrzak. Przed wojną, nie do pomyślenia. Można by zapytać, o której wojnie jest mowa – tyle ich już było? W innym kabarecie słyszeliśmy, że nie powinno się mieć więcej niż troje dzieci. Dlaczego? Bo co czwarty człowiek na Ziemi to Chińczyk.
Chiny oficjalnie popierają przyjęcie Palestyny do grupy BRICS. Po tym, jak Autonomia Palestyńska złożyła formalny wniosek o pełne członkostwo we wrześniu 2025 roku, chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że z zadowoleniem przyjmuje przystąpienie „partnerów o podobnych poglądach” w celu stworzenia bardziej sprawiedliwego porządku międzynarodowego. Ponieważ nowi członkowie BRICS muszą uzyskać jednomyślność, rola gościa lub obserwatora dla Palestyny jest uważana za najbardziej prawdopodobny pierwszy krok.
Jak podaje agencja Reuters, Iran ma w ciągu kilku tygodni otrzymać pierwszą dostawę obejmującą do 400 chińskich przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych (MANPADS) – poinformowały agencję trzy źródła. Źródło: Telegram 29.07.2026 r. 16:26.
W geopolityce nie działają sentymenty ani moralność. Nie zamierzam umniejszać tej inicjatywy Państwa Środka. Biorąc pod uwagę wsparcie zarówno Chin, jak i Rosji dla amerykańskiego dolara – bierne wsparcie, ponieważ już dawno kraje BRICS mogłyby dobić ten zielony papier napędzający większość działań wojennych na świecie. Celem Chin jest ograniczenie roli Indii jako fałszywego „obrońcy” praw Palestyńczyków.
Nagranie z Deir al-Balah pokazuje skutki izraelskiego ataku na magazyn leków w szpitalu im. Męczenników Al-Aksa w centrum Strefy Gazy, w wyniku którego dziesiątki rodzin szukających schronienia zostały zmuszone do opuszczenia tego miejsca. Źródło: Telegram 01.08.2026 r. 09:48.
Przepraszam, jeśli pozbawiam kogoś złudzeń, ale po kilku latach wojny totalitarnej przeciwko ludzkości (kowid, Ukraina, Gaza, Iran, migracja, klimat i cała reszta Agendy 2030), gdy ktoś uważa, że moralność i politykę można pogodzić, to sam jest sobie winien.
Bezzałogowe pojazdy dostawcze szybko zyskują w Chinach na popularności. Nie ma ograniczeń dotyczących czasu jazdy, nie trzeba płacić wynagrodzeń ani opłacać ubezpieczeń dla kierowców – a dane wkrótce potwierdzą, że pojazdy te są bezpieczniejsze. To czwarta rewolucja przemysłowa. Źródło: Telegram 23.07.2026 r. 09:34.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Stanisław Michalkiewicz: Nikt nam nie zrobi nic magnapolonia
Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy. Nawet nie dlatego, że rakieta, która spadła na Lubelszczyźnie w gminie Turobin, została najpierw „przechwycona” ale mimo to spadła, wybiła w ziemi lej o średnicy 10 metrów, więc prawdopodobnie mogła nawet wybuchnąć, ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z tym, że od samego początku wszystko było pod kontrolą. Tak w każdym razie zapewniają nas nasze władze, więc nie wypada zaprzeczać. Obywatel Tusk Donald twierdzi nawet, że mogliśmy ją zestrzelić, ale widocznie ze względu na jakieś wyższe konieczności tego nie zrobiono.
Złośliwcy, których nigdzie, a już zawłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju nie brakuje twierdzą, że owszem, „mogliśmy” ale tak naprawdę nie mogliśmy, bo wcześniej pociski do baterii systemu „Patriot” Ministerstwo Obrony przekazało Ukrainie, Jak zatem widzimy czarno na białym, wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale przecież nie dlatego, a zwłaszcza – nie przede wszystkim dlatego możemy uważać się za szczęściarzy.
Za szczęściarzy możemy się uważać dzięki temu, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców mamy człowieka na miarę czasów w osobie Księcia-Małżonka, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra spraw zagranicznych. Nie chodzi o to, by Książę-Małżonek prowadził jakąś zagraniczną politykę, bo przecież każde dziecko wie, że prowadzenie polityki zagranicznej władze naszego nieszczęśliwego kraju mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – ale dlatego, że jest on postacią wybitną.
Nie tylko jest zadowolony ze swego rozumu, czemu nieustannie składa dowody na Twitterze i gdzie tylko może, nie tylko dlatego, że w sztuce wiązania krawatów ociera się o genialność, ale przede wszystkim dlatego, że – jak się właśnie okazało – wspierają go proroctwa.
Dlatego tak jest – tajemnica to wielka, bo formalnie rzecz biorąc, Książę-Małżonek jest – jak to mówią starsi i mądrzejsi – „głupim gojem” – ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że „Spiritus flat ubi vult” – co się wykłada, że Duch tchnie, kędy chce – a poza tym ludowe przysłowie powiada, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. „Z kija” – a cóż dopiero – z Księcia-Małżonka, który choćby ze względu na bycie Księciem-Małżonkiem powinien cieszyć się specjalnym względami Stwórcy Wszechświata. I chyba się cieszy – bo czyż w przeciwnym razie wspierałyby go proroctwa?
Prawdę na tym odcinku spenetrowali już dawno władcy Cesarstwa Austriackiego, o czym świadczy znana sentencja: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” – co się wykłada, że niech inni toczą wojny, a ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa. Nic więc dziwnego, że ostatnio pojawiły się na mieście pogłoski, że nie ma lepszego kandydata na przyszłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, jak Książę-Małżonek zwłaszcza gdyby został on przekształcony w Generalną Gubernię – a to przecież tylko kwestia czasu.
Zwracam uwagę, że mimo iż te pogłoski od pewnego czasu krążą po mieście, pan ambasador Tomasz Róża nie wyraził wobec tej kandydatury żadnych zastrzeżeń, podczas gdy w przypadku Grzegorza Brauna od razu wszedł zaporowo, że sobie „nie wyobraża”. Widać zatem jak na dłoni, że Księcia-Małżonka wspierają nie tylko Moce niebieskie, ale i Różne Inne, których z ostrożności procesowej wolę nie wymieniać.
Wyjaśnienia w tym względzie dostarcza Pismo Święte głosząc, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie nie ma przed sobą przyszłości, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik czasami sprawia wrażenie królestwa podzielonego, to najwyraźniej musi spajać je jakiś najtwardszy rdzeń, który to wszystko utrzymuje w całości ponad podziałami.
A co się tyczy proroctw, jakie wspierają Księcia-Małżonka, to wszyscy pamiętamy, jak przestrzegał nas przez ruskimi prowokacjami, w których mogą być wykorzystane ukraińskie rakiety, czy drony. Putin – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego, więc dlaczego nie do posłużenia się w zbrodniczych prowokacjach ukraińskimi rakietami, albo choćby dronami?
Okazuje się jednak, że chyba nawet nie musiał, bo przecież z ukraińskich rakiet albo dronów trzeba by się było tłumaczyć – jak w przypadku Przewodowa, gdzie – zgodnie ze słowami piosenki Bułata Okudżawy – „jeszcze dziś winnych szuka świat” – więc w tej sytuacji rozsądek nakazuje posłużyć się rakietą ruską.
Oczywiście – jak poucza nas Pismo Święte – „z obfitości serca usta mówią” – i pewnie dlatego ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha nie tylko od razu spenetrował prawdę, że w gminę Turobin uderzyła ruska rakieta, ale nawet oznajmił to światu zanim jeszcze nasza niezwyciężona armia natrafiła na jej ślad – żeby świat wiedział, czego się trzymać i jak nawijać.
Warto tedy dodać, że prezydent Zełeński w drodze powrotnej z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie, gdzie na audiencji przyjął obywatela Tuska Donalda, informując go, że teraz Ukraina dostanie licencję na produkcję pocisków do „Patriotów” – a poza tym przestrzegając go przed dalszym tolerowaniem „pogromów” obywateli ukraińskich w Polsce, o których każdego dnia donosi Judenrat oraz inne niezależne media głównego nurtu.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać; skoro strategiczny partner Republiki Federalnej Niemiec kieruje taką przestrogę obywatelu Tusku, to on powinność swej służby rozumiejąc, wyda już odpowiednie rozkazy. Toteż obywatel Żurek Waldemar ma początek utworzył specjalny zespół prokuratorów, który wszystkim, wskazanym przez Judenrat, albo przedstawicieli diaspory ukraińskiej, pogromowcom pokaże ruski miesiąc, wybijając im ze łbów wszelką „nienawiść”, gdy będzie trzeba – to razem z mózgami.
To jest zresztą dla obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu ważny egzamin. Albo potrafi on opanować „przed-pogromową” sytuację własnymi siłami, albo sprawę wezmą w swoje ręce starsi i mądrzejsi, którzy już tam będą wiedzieli co robić, by w Warszawie zapanował porządek. Wprawdzie swąd po Oświęcimiu jeszcze całkiem się nie rozwiał – ale od czego wiadoma, dwumilionowa diaspora, którą na wieści o „pogromach” z pewnością mogą świerzbieć ręce? W tej sytuacji Putin jest oczywiście na wagę złota, bo wcale nie jest wykluczone, że rakieta, która spadła w gminie Turobin, rzeczywiście była wystrzelona z Rosji.
I to jest dodatkowy powód, byśmy mogli uważać się za szczęściarzy – chociaż najważniejszy jest oczywiście ten, że jest z nami Śmig… to znaczy – pardon; nie żaden „Śmigły-Rydz”, tylko oczywiście – Książę-Małżonek.
W 1972 roku podczas remontu Wielkiego Meczetu w stolicy Jemenu – Sanaa – robotnicy budowlani natknęli się na poddaszu na zamurowane pomieszczenie, w którym odnaleziono wielką ilość starych manuskryptów. Powiązane w węzełki rękopisy zapakowano do dwudziestu parcianych worków i upchano pod wiodącymi na górę schodami minaretów. Na znalezisko zwrócił uwagę dopiero po dłuższym czasie Qadhi Ismaii al-Akwa, szef jemeńskiego urzędu do spraw zabytków. W 1973 roku zainteresował tym odkryciem niemieckich naukowców, którzy po pierwszych oględzinach stwierdzili, że manuskrypty są najprawdopodobniej wczesnymi kodyfikacjami Koranu, pochodzącymi z IX, VIII, a nawet VII wieku – a więc z tych kluczowych stuleci, w których formował się islam.
Głównym problemem badaczy religii muzułmańskiej jest brak źródeł pochodzących właśnie z VII-VIII stulecia. W swojej pisanej przed dwudziestu laty biografii Mahometa jeden z najwybitniejszych znawców islamu na świecie, prof. Michael Cook wzdychał: „Wspaniale byłoby odnaleźć jaskinię pełną dokumentów lub zapisków współczesnych Mahometowi, lecz czegoś takiego nie mamy i pewnie nigdy nie będziemy mieli”. Kreśląc te słowa Cook nie przypuszczał zapewne, że jego westchnienia zostaną tak szybko wysłuchane, zaś doniosłość znaleziska w sanaańskim meczecie porównać będzie można z najważniejszymi XX-wiecznymi odkryciami rękopisów – gnostyckich papirusów w Nag Hammadi (w Egipcie) i esseńskich zwojów z Qumran (w Izraelu). Być może nawet znaczenie manuskryptów odnalezionych w Jemenie będzie jeszcze większe – ponieważ to, co się w nich znajduje, podważa ortodoksyjną tradycję na temat pochodzenia Koranu obowiązującą w całym świecie islamu.
Naukowcy czy bluźniercy? W 1981 roku jako pierwszy badacz do rękopisów z Sanaa dopuszczony został niemiecki profesor Gerd Riidiger Puin z Uniwersytetu Kraju Saary w Saarbrücken, wybitny specjalista w dziedzinie kaligrafii arabskiej i paleografii Koranu. Już po wstępnej analizie stwierdził on, że ma do czynienia z bezcennym zjawiskiem. Zwrócił uwagę m.in. na pojawiające się w manuskryptach niekonwencjonalne iluminacje wersetów, częste odmienności od kanonicznego tekstu, rzadko występujący wczesny typ pisma arabskiego – tzw. hijazi czy też niespotykane często odmiany ortografii. Wiele z rękopisów okazało się też palimpsestami, tzn. zawierały wersje ajatów koranicznych napisane na wersjach wcześniejszych, częściowo usuniętych lub wyblakłych. Po tych badaniach profesor Puin nie ma wątpliwości, że tekst Koranu ewoluował w czasie, nie powstał zaś w całości za jednym razem. Już samo to stwierdzenie jest w islamie zamachem na świętość, ponieważ muzułmanie wierzą, że Koran jest słowem w całości objawionym przez Boga Mahometowi i nigdy nie podlegał żadnym zmianom czy ewolucjom.
’W swoich dyskusjach ż chrześcijanami przedstawiciele islamu z jednej strony nie pozwalają na żadną krytyczną lekturę Koranu, z drugiej zaś zachęcają do jak najbardziej krytycznych studiów nad Biblią, która – jak utrzymują – została zafałszowana przez żydów i chrześcijan. Wróćmy jednak do odkryć. Na początku lat 80-tych trwało w Sanaa sortowanie, czyszczenie i restaurowanie odnalezionych fragmentów pism. Władzom jemeńskim nie zależało jednak – jak twierdzi prof. Puin – na dogłębnej analizie krytycznej oraz interpretacji owych wersetów, lecz raczej na zbadaniu ornamentyki zapisów i estetyki pisma. Tylko dwóch naukowców – oprócz wspomnianego już Puina także profesor Hans Caspar Graf von Bothmer, również z uniwersytetu w Saarsbrücken – otrzymało zezwolenie na bliższe zaznajomienie się ze znaleziskami. O wynikach swoich badań informowali jedynie na łamach specjalistycznych czasopism naukowych, bojąc się, że upublicznienie efektów ich pracy w wysoko-nakładowych mediach spowodowałoby cofnięcie zezwolenia ze strony władz jemeńskich. W 1997 roku profesor von Bothmer zakończył dokumentowanie odkrytych zbiorów i wywiózł do Niemiec 35.000 mikrofilmów. Od tej pory w Instytucie Badań Koranicznych na Uniwersytecie w Saarsbrücken rozpoczęły się poważne prace naukowe nad znalezionymi tekstami. Profesor Andrew Rippin z Uniwersytetu w Calgary uważa, że manuskrypty z Sanaa staną się przełomem w badaniach nad islamem. Jego zdaniem, odnaleziony materiał jest na tyle duży i reprezentatywny, że teza, iż Koran powstawał w dłuższym okresie czasowym i ewoluował pod wpływem różnych źródeł, stanie się nie do obalenia. Kłopot polega na tym, że dla miliarda muzułmanów na całym świecie takie twierdzenie jest bluźnierstwem. O tym zaś, jak islam traktuje bluźnierców, przekonał się chociażby Salman Rushdie, ukrywający się od 1989 roku przed wydanym na niego wyrokiem śmierci. Żeby przekonać się, dlaczego odkrycia z Sanaa mogą mieć dalekosiężne implikacje dla samego islamu, musimy najpierw poznać jego naukę na temat Koranu. Koran jak Chrystus Koran jest uważany przez muzułmanów nie za dzieło Mahometa, lecz objawienie Allaha przekazane ludziom za pośrednictwem Proroka. Owo samo-objawiające się Słowo Boga jest jedyne, doskonałe, niezmienne, ostatecznie skończone. Wyznawcy islamu wierzą, że ich święta księga nigdy nie była poprawiana i nie ewoluowała w czasie. Profesor Stephen Humphreys z Uniwersytetu w Santa Barbara uważa, że historyzacja Koranu spowoduje delegalizację całego wspólnego doświadczenia społeczności islamskiej, którą powołał do istnienia i kształtował właśnie Koran. Według niego, jeśli okaże się, że święta księga muzułmanów nie jest niezmiennym Słowem Boga, lecz tylko podlegającym ewolucji historycznym świadectwem epoki, wówczas czternaście wieków islamskiej historii okaże się bezsensowne. Wydana w 1981 roku „Encyklopedia islamu” stwierdza, że roli Koranu w mahometanizmie nie da się porównać do roli Biblii w chrześcijaństwie. Jest ona znacznie donioślejsza i jeśli na miejscu byłyby jakieś porównania, to należałoby powiedzieć, że Koran dla islamu jest tym samym, kim Chrystus dla chrześcijaństwa. Tak jak Chrystus był Słowem, które stało się ciałem, tak Koran jest Słowem Boga, które stało się tekstem. Analfabetyzm Mahometa pełni tą samą rolę, co dziewictwo Maryi – podkreśla objawiony charakter Słowa. Forma i treść Koranu są jakby odpowiednikiem ciała Chrystusa. Dlatego też największym grzechem dla muzułmanów jest właśnie podważanie autorytetu Koranu, o czym przekonał się nie tylko Salman Rushdie, lecz również Nadżib Mahfouz, egipski pisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla, który w 1994 roku został pchnięty nożem, gdyż napisał powieść, której kompozycja przypominała Koran, lecz treść została uznana za heretycką. Za bluźnierców uważani są także ci naukowcy, którzy próbują badać Koran, wykorzystując osiągnięcia hermeneutyki, metody krytycznej czy historycznej interpretacji tekstów. Takie podejście do świętej księgi jest w świecie islamskim równoznaczne z profanacją i świętokradztwem, ponieważ niedopuszczalne jest zgłębianie myśli Boga przez historyczną i spekulatywną myśl człowieka.
O ile Nowy Testament, zwłaszcza od początku XX wieku, stał się obiektem intensywnych badań metodami historyczno-krytycznymi, wśród których wymienić można Formgeschichte (historię form), Redaktionsgeschichte (historię redakcji) czy Wirkungsgeschichte (historię efektów) – i wyszedł z tego egzaminu zwycięsko, tzn. jego historyczna wiarygodność nie została podważona, a przesłanie chrześcijańskie nie uległo na skutek tych badań reinterpretacji, o tyle Koran nie został jeszcze poważnie poddany takiej próbie. Trudno powiedzieć zresztą, czy by ją wytrzymał, biorąc pod uwagę zwłaszcza obowiązujące w islamie podejście do tej księgi (notabene przypominające stosunek członków fundamentalistycznych sekt protestanckich do Biblii). Nie bezzasadnie pyta więc Vittorio Messori:„Co stanie się z Koranem. kiedy w tym zbiorze wzniosłej poezji i głębokiego uczucia religijnego, a także przepisów higienicznych do użytku nomadów na pustyni, oraz różnych niepokonalnych sprzeczności zanurzy się lancet krytyki? Kiedy – podobnie jak to się dzieje od wieków i z ogromnym zaangażowaniem z Pismami chrześcijan – także wobec Pism muzułmańskich dokona się krytyczny egzamin? Od samego początku, od pierwszej sury. Chodzi o pierwszy rozdział, ten, o którym wierzący zapewniają, że objawił się płonącymi literami na posłaniu wobec Mahometa przerażonego głosem i spojrzeniem biblijnego archanioła Gabriela. Co się stanie, kiedy muzułmanin z ludu – a nie tylko specjalista – dowie się, ilu cytatom, nawarstwieniom, wtrąceniom z tekstów żydowskich i z ewangelii apokryficznych został poddany Koran, który – jak stwierdza wiara – był ’słowo w słowo’ podyktowany przez samego Boga?” Zdaniem niektórych specjalistów, jeśli rolę Koranu w islamie przyrównać do roli Chrystusa w chrześcijaństwie, to odkrycia z Sanaa mogą wywołać w świecie muzułmańskim trzęsienie podobne do tego, jakie powstałoby w świecie chrześcijańskim, gdyby odkryto grób Jezusa z Jego ciałem w środku.
Twarda skała czy lotny piasek? Jak już zostało powiedziane, poważne badania nad islamem są bardzo utrudnione ze względu na skąpą liczbę źródeł z pierwszego okresu tej religii. Najstarsze pisane źródła na temat życia Mahometa, który zmarł w roku 632, pochodzą z II połowy VIII i początków IX wieku. Do najbardziej znanych należą dzieła Al-Wakidiego (zm. 823) czy Ibn Hiszama (zm. 833), który powołuje się na zaginione pisma Ibn Ishaka (zm. 767). Podobnie zaginęła biografia Proroka napisana przez Mamara Ibn Raszida (zm. 770), cytowana przez autorów późniejszych.
Tak więc najstarsze pisma dotyczące życia Mahometa, jakimi dysponujemy, zostały napisane około 200 lat po jego śmierci, a powołują się one na dzieła powstałe 150 lat po zgonie Proroka. Obowiązująca w świecie islamskim historia życia Mahometa i objawienia Koranu wywodzi się więc ze źródeł od połowy VIII do połowy X wieku.
W porównaniu z Nowym Testamentem jest to kolosalna różnica – opowieści o życiu Chrystusa czyli Ewangelie spisane zostały przez apostołów lub ich uczniów stosunkowo niedługo po śmierci Jezusa. Egzegeci przyjmują, że najstarsze pisma chrześcijańskie – listy św. Pawła i ewangelia św. Marka powstały już około 20 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa.
Wiedza o Mahomecie przez ponad stulecie przekazywana była więc ustnie i istnieje duże prawdopodobieństwo, że mogła ulec w tym czasie poważnym zmianom. Tym bardziej, że jeśli porówna się relacje na ten sam temat (np. okoliczności śmierci ojca Proroka – Abd Allaha), to widoczna jest wyraźna ewolucja – od niepewności do obfitości szczegółów – i tak biografowie w IX wieku wykazują się znacznie większą znajomością różnych detali niż ich poprzednicy pół wieku wcześniej. Maxime Rodinson, współczesny biograf Proroka, pisze, że „nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wątpienia z czasów Mahometa„. Badacze tacy, jak Gaudefroy-Demombynes czy Noldeke, uważają, że powstałe dwa wieki po śmierci Mahometa hadisy (mowy Proroka) i sira (żywot Proroka) nie stanowią wystarczającego dowodu historycznego, ale ich odrzucenie spowodowałoby znalezienie sięw punkcie zerowym. Podobnie sądzi wspomniany już Michael Cook, który pisze wprost, że gdyby odrzucić wszelkie źródła historyczne na temat islamu, których nie jesteśmy bezwarunkowo pewni, to wówczas zamiast skalnej opoki pozostanie nam tylko lotny piasek. Profesor Stephen Humphreys twierdzi, że ze źródeł muzułmańskich da się zrekonstruować sposób, w jaki wyznawcy Allaha na przełomie VIII i IX stulecia rozumieli narodziny swojej społeczności, nie da się jednak odtworzyć, jak te narodziny wyglądały rzeczywiście w VIl wieku. Co ciekawe, badania egipskiego profesora Tahy Husseina, który w latach międzywojennych analizował przed-islamską poezję arabską, doprowadziły go do wniosku, że większość tej literatury została w rzeczywistości sfabrykowana już po pojawieniu się islamu po to, by uwiarygodnić koraniczną mitologię.
Mekki nie ma na mapie Nie istnieje także zbyt wiele zachowanych źródeł nie-muzułmańskich z czasów współczesnych Mahometowi. Najstarszy zapis o jego życiu pojawia się w ormiańskiej kronice z lat 60-tych VII wieku. Poza tym naukowcy dysponują niewielką liczbą materiałów w języku greckim i syryjskim, pochodzących również z VII stulecia. Ze źródeł tych wynika, że pierwsi muzułmanie modlili się zwróceni twarzą nie w kierunku Mekki, lecz jakiegoś miejsca położonego znacznie dalej na północy, co wskazywałoby, że ich sanktuarium pierwotnie znajdowało się gdzie indziej. Co zastanawiające zresztą, nie ma żadnych historycznych dowodów na istnienie Mekki w VII wieku. Wybitny kartograf Vidal de la Blanche, specjalista w dziedzinie wielkich szlaków handlowych starożytności, opierając się na przed-islamskich mapach świata, wykazał, że w VII stuleciu Mekka nie istniała. A przecież w tym mieście i w tym czasie – według muzułmańskiej ortodoksji – miały się dziać najważniejsze rzeczy w życiu Proroka… Współczesny Mahometowi VII-wieczny kronikarz ormiański opisuje jego działalność zupełnie inaczej niż podaje to tradycja muzułmańska, co ma zresztą dla islamu poważne implikacje doktrynalne. Otóż pisze on, że pierwotnie Prorok założył społeczność obejmującą dziedziców Abrahama – potomków Izmaela czyli Arabów oraz potomków Izaaka czyli Izraelitów – którzy razem ruszyli na podbój Palestyny (zerwanie Izmaelitów z Żydami nastąpić miało dopiero po arabskim podboju Jerozolimy). Podobne wiadomości podaje źródło greckie, w którym wyczytać możemy o arabskim Proroku głoszącym żydowskiego Mesjasza i o „Żydach, którzy mieszają się z Saracenami [czyli Arabami]”. O sojuszu arabsko-żydowskim wspomina też hebrajska apokalipsa z VII stulecia. W świetle źródeł nie-muzułmańskich to Jerozolima, a nie Mekka, odgrywa dla wyznawców islamu pierwszoplanową rolę. Muzułmańskie biografie Mahometa podają, że planował on wysłanie ekspedycji na rzymskie terytorium w Palestynie, ale śmierć Proroka przerwała te plany. Zdobycie Jerozolimy przez muzułmanów nastąpiło dopiero po zgonie Mahometa, za panowania kalifa Omara. Podbój ten, według źródeł nie-muzułmańskich, miał charakter religijny. Zdaniem ormiańskiego kronikarza, Prorok uzasadniał prawo Arabów do Palestyny tym, że jako potomkowie Izmaela mają również prawo do ziemi, którą Bóg obiecał Abrahamowi i jego potomstwu. Mekki nie ma w Koranie Jeszcze więcej niepewności rodzi się przy studiowaniu Koranu w jego oryginalnym języku – arabskim. Jest to tekst bardzo trudny nawet dla ludzi wykształconych, pełen niekonsekwencji i sprzeczności – miejscami z wersu na wers zmienia się zarówno treść historii, jak i jej styl; w tym samym zdaniu Bóg występuje raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie; te same zdarzenia opowiedziane są w różnych wersjach; Boskie rozporządzenia są sprzeczne ze sobą; pojawiają się opuszczenia, czyniące całe partie tekstu niezrozumiałymi; pewne zwroty wyglądają na zwyczajne błędy gramatyczne. Teologowie islamscy zdają sobie sprawę z tych trudności i tłumaczą je niewspółmiernością między Boskim posłannictwem a ludzkim odbiorcą. Według Seyyeda Hosseina Nasra, niespójność tekstu koranicznego jest tylko pozorna i wskazuje raczej na niespójność ludzkiego wnętrza. Kiedy Denise Masson, tłumaczka księgi na język francuski, próbowała zasugerować, że „niektóre wersy Koranu są niejasne”, została upomniana przez Najwyższą Radę Islamu we Francji, która to Rada zabroniła jej głoszenia podobnych opinii. Co charakterystyczne, Koran nie może być traktowany jako źródło wiedzy na temat Mahometa, ponieważ ledwie wspomina o niektórych wydarzeniach z jego życia. Prorok wymieniony jest w księdze zaledwie cztery razy lub pięć, jeśli przyjąć, że Ahmad i Mahomet to ta sama osoba. Nie pojawia się natomiast w całym Koranie ani razu słowo Mekka. Zaledwie raz wymieniona jest Bakka, o której tradycja (spisana ok. 200 lat po Mahomecie) mówi, że to wcześniejsza nazwa Mekki.
W ogóle w porównaniu z Biblią, która pełna jest zawsze konkretów, Koran operuje raczej ogólnikami. O ile w Biblii Żydzi zawsze walczą z konkretnymi przeciwnikami – Filistynami, Jebusytami czy Amalekitami – o tyle w Koranie naprzeciw wiernych stają zazwyczaj „niewierni”, „hipokryci”, „wrogowie Boga” lub „przyjaciele Szatana”. Islamska księga ucieka od podawania konkretnych nazw geograficznych, grup etnicznych czy religijnych lub imion własnych. Jak twierdzi Michael Cook – „identyfikacja tego, o czym mówi Koran w kontekście mu współczesnym, jest zwykle niemożliwa bez interpretacji, która (…) zależy głównie od Tradycji”. Bez tej Tradycji, polegając jedynie na Koranie, nie można nawet stwierdzić, że Mahomet pochodził z Mekki, i że w mieście tym znajdowało się główne sanktuarium. Rozwój zaś owej Tradycji, zwłaszcza jej pierwsze stulecie, giną dla badaczy w mroku dziejów. Dlatego tak wielkiego znaczenia nabierają odkrycia z Sanaa. Zawierają one bowiem najstarsze zapisy Koranu, z jakimi nie zetknęli się dotąd żadni badacze na świecie – i podważają całkowicie obowiązującą w islamie tezę o pochodzeniu Koranu. Czy Mahomet był mesjaszem? Zanim przejdziemy do omówienia wyników badań profesora Puina, zatrzymajmy się przez chwilę na pracach innych naukowców, którzy – nie dysponując tak obfitym materiałem badawczym starali się już wcześniej przedstawić interesujące nas kwestie w innym świetle niż ortodoksja muzułmańska. Kiedy na początku XX wieku Jerozolimska Szkoła Biblijna rozpoczynała krytyczne studia nad Starym i Nowym Testamentem, kilku uczonych postanowiło podjąć podobne badania nad tradycją islamu. Do najbardziej znanych należał jezuita o. Henri Lamers, który w 1910 roku w swej pracy „Koran a Tradycja” pisał: „Twierdzenia zawarte w świętych pismach muzułmańskiej tradycji ani nie tworzą prawa, ani też nie są źródłem dalszych informacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu hadisy tworzą legendy, z zadowoleniem wymyślają imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełniają treścią koraniczne schematy.” Jako pierwszy studiami islamistycznymi wstrząsnął jednak nie katolicki duchowny (można go było podejrzewać o stronniczość), lecz świecki naukowiec, brytyjski profesor John Wansbrough, który był jednym z prekursorów zastosowania wobec Koranu instrumentów krytyki biblijnej. Jego zdaniem, Koran ewoluował stopniowo od VII do VIII wieku – w okresie, kiedy żydowskie i chrześcijańskie sekty toczyły na Półwyspie Arabskim zażarte spory teologiczne – i zawierał w sobie ślady owych kontrowersji. Wansbrough uważał, że muzułmańska księga składa się z nakładających się na siebie logii, naznaczonych piętnem mozaizmu i przystosowujących obraz biblijnego proroka do realiów arabskich. Twierdził też, że opowieść o początkach Koranu oraz islamu powstała znacznie później, a następnie rzutowana była na przeszłość. W 1994 roku w czasopiśmie Jerusalem Studies in Arabie and Islam ukazał się pośmiertny tekst profesora Yehudy D. Nevo z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, który zbadał pochodzące z VII i VIII wieku arabskie napisy na kamiennych tablicach na Pustyni Negev i doszedł do wniosku, że cytaty koraniczne na tych inskrypcjach różnią się od tekstu kanonicznego. Podobne rozbieżności pojawiają się też na arabskich monetach z VII stulecia. Profesor Patricia Crone, historyk wczesnego islamu z Uniwersytetu w Princeton, uważa, że wytłumaczenie owych różnic w napisach przestanie stanowić problem, jeżeli tylko odrzuci się tradycyjny pogląd muzułmański na powstanie Koranu. To właśnie Patricia Crone wspólnie z Michaelem Cookiem opublikowała w 1977 roku książkę, która całkowicie zanegowała kanoniczną interpretację dziejów wczesnego islamu. Jej tytuł „Hagaryzm. Powstanie świata islamskiego” nawiązywał do biblijnej postaci niewolnicy Hagar, od potomstwa której z Abrahamem wywodzili swój ród Izmaelici czyli Arabowie. Dwójka naukowców postanowiła odrzucić jako niemiarodajne źródła muzułmańskie, powstałe dwa wieki po Mahomecie – i skoncentrować się na źródłach nie-muzułmańskich, lecz współczesnych Prorokowi.
Po przeanalizowaniu tego materiału doszli oni do wniosku, że tekst Koranu powstał później niż się powszechnie uważa, Mekka nie była od początku głównym sanktuarium islamu, wyznawcy Allaha nie nazywali siebie „muzułmanami” (termin ten nie był w ogóle używany we wczesnym okresie islamu), mit hidżry (czyli emigracji Mahometa z Mekki do Medyny) pojawił się dopiero po śmierci Proroka, zaś arabskie podboje poprzedzały instytucjonalizację islamu. Najciekawszy w „Hagaryzmie” jest jednak wątek pierwotnych założeń doktryny Mahometa. Otóż zdaniem autorów misja Proroka miała swoje źródło nie w pragnieniu zapewnienia sobie ochrony przed plemieniem Kurajszytów przez sojusz z mieszkańcami Medyny – jak utrzymuje tradycja islamska – ale w głoszeniu przez niego idei odkupienia dla Żydów. Wiele wskazuje na to, że Mahomet uważał się za oczekiwanego przez nich odkupiciela. Z VII-wiecznych źródeł niemuzułmańskich wynika, że został zaakceptowany przez Żydów, którzy zawarli sojusz z mahometanami. Rozejście się Arabów z Izraelitami nastąpiło dopiero po zdobyciu Jerozolimy. „Hagaryzm” spotkał się na całym świecie nie tylko z atakiem teologów muzułmańskich, co jest w pełni zrozumiałe (niedopuszczalne było dla nich zwłaszcza opieranie się na świadectwach „niewiernych” czyli źródłach ormiańskich, greckich, syryjskich i hebrajskich), spotkał się jednak również z krytyką wielu zachodnich uczonych. Debata, jaka rozgorzała wokół książki, pokazała stopień uzależnienia zachodnich naukowców od islamskich wpływów interpretacyjnych. Zdaniem niektórych publicystów, wpływy te wynikają nie tyle z nieodpartej siły argumentów, co raczej z bardziej prozaicznego uzależnienia. Otóż wiele instytucji badawczych na Zachodzie, zajmujących się islamem, powstało i rozwija się dzięki pomocy krajów muzułmańskich (np. Instytut Studiów Islamskich na Uniwersytecie w Berkeley został wybudowany za pieniądze Arabii Saudyjskiej). Większość specjalistów może prowadzić swoje badania dzięki stypendiom, dotacjom czy grantom z państw arabskich. Publiczne podważenie przez naukowca muzułmańskiej ortodoksji – nawet z powołaniem się na źródła historyczne – oznacza narażenie się ze strony owych krajów na odmowę wizy wjazdowej, zamknięcie archiwów, wycofanie się z dotychczasowych umów itd. Grozi to paraliżem całej działalności naukowej takiego śmiałka.
„Zbrodnia przeciw samym sobie” W jeszcze gorszej sytuacji są naukowcy z państw muzułmańskich, których prace stanowią wyzwanie dla tradycyjnych poglądów islamskich. Na przykład egipski teolog Abu Zaid został w 1995 roku uznany za apostatę, gdyż ośmielił się zaprezentować inną od obowiązującej wykładnię Koranu. W 1996 roku Sąd Najwyższy Egiptu podtrzymał to orzeczenie i na tej podstawie wymusił rozwód Abu Zaida z jego żoną, gdyż muzułmańskim kobietom nie wolno przebywać w związku małżeńskim z „niewiernymi„. Teolog utrzymywał, że jest pobożnym muzułmaninem, ale rozumie posłanie Mahometa w sposób bardziej mistyczny niż islamska ortodoksja, która – jego zdaniem – zredukowała przesłanie Proroka. Nękany i zastraszany Abu Zaid, w obawie o własne życie, wyemigrował do Holandii. Za swojego patrona uważa on XIX-wiecznego myśliciela Muhammada Abduha, który dążył do wskrzeszenia w islamskiej teologii tradycji mutazylizmu. Była to znacząca w świecie muzułmańskim szkoła interpretacji Koranu, która zanikła jednak ostatecznie w X wieku i jest uważana dziś za heretycką. Kładła ona nacisk na metaforyczne a nie literalne rozumienie tekstu. W 1936 roku egipski pisarz Ahmad Amin napisał, że „odrzucenie mutazylizmu było największym nieszczęściem, jakie dotknęło muzułmanów; popełnili oni zbrodnię przeciw samym sobie”. W tym kierunku zmierzała też refleksja kilku wybitnych teologów XX-wiecznych (m.in. Paki stańczyka Fazlura Rahmana czy Irańczyka Ali Dashtiego), byli oni jednak wyjątkami. Profesor Mohammad Arkoun, Algierczyk wykładający na paryskim uniwersytecie, uważa, że odejście od literalnego rozumienia Koranu z jednej strony może co prawda zdemistyfikować tekst, lecz z drugiej przez podkreślenie prawdziwości ogólniejszych intuicji islamu dopomoże jego duchowemu pogłębieniu. Muzułmańscy teologowie odrzucają jednak wszelkie rewizjonistyczne teorie na temat powstania islamu oraz Koranu, uważając, że są one motywowane ideologicznie i nie mają nic wspólnego z prawdziwą nauką. Islamski apologeta Parvez Manzur pisze wprost o „wybuchu psychopatycznego wandalizmu” i „dyskursie nagiej siły”. Trzeba przyznać, że muzułmanie mają już doświadczenie obcowania ze zideologizowaną pseudo-nauką wymierzoną w islam. Wystarczy wspomnieć prace sowieckich orientalistów, np. Tołstowa czy Morozowa, który potrafił utrzymywać, że Mahomet i pierwsi kalifowie nie istnieli realnie, lecz byli tylko figurami symbolicznymi. Nie sposób jednak na podobnej płaszczyźnie traktować dociekań zachodnich naukowców, którzy odkryli, że Koran ma swoją historię, tak jak wszystkie inne pisma. Patricia Crone mówi, że nie zamierza nikomu odbierać jego wiary. Problem polega tylko na tym, że to, co ona przedstawia jako naukowo udowodnione, kłóci się z islamskim wyznaniem wiary. Wszystko wskazuje na to, że jeszcze większe zamieszanie może wywołać wkrótce ogłoszenie przez profesora Puina wyników jego badań. Żeby lepiej zrozumieć ich znaczenie, warto zatrzymać się chwilę przy islamskiej tradycji dotyczącej powstania (a właściwie – jak utrzymują muzułmanie – objawienia) Koranu. „Cocktail różnych tekstów” Zgodnie z islamską tradycją Mahomet otrzymywał od Allaha, za pośrednictwem Archanioła Gabriela, objawienia, które słowo w słowo zachowywał w pamięci. Przekazywał je swoim towarzyszom, a ci przechowywali je w stanie nienaruszonym „na liściach palmowych, płaskich kamieniach i w sercach ludzkich”. Wkrótce po śmierci Proroka (zmarłego, przypomnijmy, w 632 roku), za panowania trzeciego kalifa Usmana (644-656) Koran został spisany i od tego czasu obowiązuje jedyna i niezmienna kanoniczna formuła świętej księgi. Trzy najstarsze egzemplarze Koranu, jakie istnieją dziś na świecie, znajdują się w Muzeum Topkapi w Stambule, w Bibliotece w Taszkiencie oraz w British Library w Londynie. Tymczasem w meczecie w Sanaa odnaleziono wiele manuskryptów Koranu starszych od najstarszych znanych do tej pory. Te najbardziej unikalne pochodzą z VII wieku. Napisane zostały rzadką odmianą arabskiego pisma z Hijaz, a więc z okolic, z których pochodzić miał Mahomet. Do tej pory niemal wszyscy badacze islamu przyjmowali jako oczywistość muzułmańską wersję powstania i pochodzenia Koranu – również dlatego, że zbyt mało było źródeł historycznych, na których można się było oprzeć. Wszystko wskazuje na to, że jemeńskie odkrycia, znane na razie wąskiemu gronu fachowców, zmienią to powszechne nastawienie. Ocena profesora Puina, który najlepiej poznał manuskrypty z Sanaa, jest druzgocąca dla obowiązującej w islamie tradycji. Otóż z jego badań wynika, że Koran stanowi swego rodzaju cocktail różnych tekstów, z których najstarsze powstały nawet sto lat przed Mahometem. Jemeńskie odkrycia przeczą też muzułmańskiej tezie, że od czasu kodyfikacji dokonanej za czasów kalifa Usmana treść Koranu nie podlegała zmianom. W tym kontekście Puin cytuje zdanie Hajjaja bin Jusufa, panującego w Iraku w latach 694-714, który był dumny z tego, że dodał do Koranu ponad tysiąc alifów (alif to pierwsza litera arabskiego alfabetu). Profesor Allen Jones z Uniwersytetu w Oxfordzie uważa, że Hajjaj miał znacznie większy wpływ na ostateczny kształt Koranu niż kolegium redaktorskie powołane wcześniej przez kalifa Usmana. Co ciekawe, w 1991 roku profesor James Bellamy z Uniwersytetu Michigan na łamach Journal of the American Oriental Society – nie znając odkryć z Sanaa, lecz opierając się innych źródłach – zamieścił wykaz tych fragmentów Koranu, które jego zdaniem uległy zmianie, co przez muzułmanów nie może być odbierane inaczej niż jak poprawianie Pana Boga. O tym, że do Koranu wkradły się tekty przed-islamskie, pisał wcześniej również profesor Cook, podając przykład zamieszczonej w Surze 12 opowieści o Józefie i żonie Putyfara. Otóż jest ona zupełnie niezrozumiała bez znajomości tradycji żydowskiej. W Koranie jest opis jak żona Putyfara zaprasza na ucztę swoje przyjaciółki, każdej z nich daje nóż, a kiedy zjawia się Józef, wszystkie one kaleczą sobie ręce. Ten dziwny opis nabiera sensu dopiero po zaznajomieniu się z post-biblijną legendą żydowską, która opowiada, że kobiety kroiły owoce i plotkowały, a kiedy wszedł Józef, zapatrzone w niego, nie przestawały kroić owoców i niechcący się pokaleczyły. Zdaniem profesora Cooka na materiale koranicznym bardzo mocno odcisnęło się piętno tradycji judaistycznej. Koresponduje to z opiniami wielu teologów żydowskich, którzy na przestrzeni wieków uważali islam za judaistyczną herezję, czy też z sądami niektórych religioznawców określających islam jako „judaizm dla gojów”. Podróż z Raju do Piekła
Równie spektakularne i w wielu punktach zbieżne z dociekaniami Patricii Crone i Michaela Cooka są wyniki badań francuskiego mnicha br. Bruno Bonnet-Eymarda, teologa specjalizującego się w studiach porównawczych chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, a zarazem językoznawcy biegle władającego hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim. Rozpoczął on monumentalne dzieło przekładu Koranu na język francuski wraz z dokładnym opracowaniem krytycznym. Do tej pory przetłumaczył i opatrzył komentarzami pierwszych pięć sur Koranu, co zajęło około 1000 stron w trzech tomach. Przeprowadzona przez niego egzegeza dowodzi, że „alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym przekształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski”. Modlitwę otwierającą świętą księgę muzułmanów br. Bonnet-Eymard identyfikuje jako starą modlitwę żydowską o subtelnym zabarwieniu anty-trynitarnym. W świetle badań francuskiego egzegety, początki islamu jawią się zupełnie inaczej niż w muzułmańskiej teologii. W VII stuleciu Półwysep Arabski był miejscem teologicznych konfliktów pomiędzy chrześcijanami a wyznawcami judaizmu, zarówno w ich ortodoksyjnych nurtach, jak też heretyckich. W odróżnieniu od współczesnego judaizmu ówcześni Żydzi aktywnie poszukiwali konwertytów wśród innych narodów. Z Arabami umieli znaleźć wspólny język, gdyż łączyło ich wspólne pochodzenie od Abrahama i zawarte przez tego patriarchę przymierze z Bogiem. Znakiem owego przymierza było obrzezanie, któremu jako pierwszy z potomków „ojca wiary” poddał się nie Izaak, lecz Izmael – syn Abrahama i niewolnicy Hagar. Abraham i jego syn Izmael nie byli ani Żydami, ani chrześcijanami, lecz pierwszymi „doskonałymi” (po hebrajsku: slm, po arabsku: aslim – według br. Bonnet-Eymarda od tego właśnie słowa, a nie od „poddania się” wywodzi się nazwa islam). Autor Koranu, zgorszony starciami między chrześcijanami a Żydami, zaczął wzywać do „doskonałości”, jaka była udziałem Abrahama i Izmaela. Według niego interpretacja Tory przez Żydów oraz Ewangelii przez chrześcijan były błędne i wprowadzały tylko podziały między Narody Księgi. Br. Bonnet-Eymard pisze: „Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej religii, lecz obalenie dwóch poprzednich – żydowskiej i chrześcijańskiej – poprzez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną 'tradycją’ (giblat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama”. Odbudować prawdziwą religię Abrahama można przez powrót do Jerozolimy czyli miejsca, w którym stoi dom owego patriarchy. Właśnie w kontekście powrotu do domu Abrahama (który, jak mówi tradycja, znajdował się w ruinach Świątyni Jerozolimskiej) pojawia się słowo Bakka. Tą właśnie nazwę, jak pamiętamy, muzułmanie uważają za stare określenie Mekki, która w Koranie nie występuje. Zdaniem br. Bonnet-Eymarda, słowo to odnosi się raczej do „doliny Baka”, znajdującej się na zachód od Jerozolimy. W ogóle lektura Koranu nie daje nam żadnego pojęcia o położeniu i układzie Mekki, natomiast dostarcza wiele szczegółowych informacji o Jerozolimie jako kolebce przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i Izmaelem. Na przykład w Surze 2 występuje słowo as-safa (po hebrajsku: ha-sophim, po grecku: skopos) oznaczające „wartownię” – tak nazywało się wzgórze połączone z Górą Oliwną. Sura 4, gdy mówi o „wejściu do ogrodów„, gdzie „płyną podziemne rzeki„, nie używa figur literackich, lecz wiernie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy. Otóż obszar położony na północny zachód od murów miasta był nazywany Ogrodami. Po aramejsku mówiono na nie: Pordesaya, po grecku: Phordesa, po hebrajsku: Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczały „raj„. W tym właśnie miejscu zbudowano podziemny ciąg zbiorników, które pełniły rolę systemu irygacyjnego. W tej samej Surze 4 aż siedem razy pojawia się słowo jahannam, na określenie „doliny gniewu”, w której płonie ogień wiecznego potępienia. Otóż słowo to po hebrajsku brzmi gehenna i jest nazwą doliny położonej na południe od Jerozolimy i graniczącej na zachodzie z doliną Baka. Gehenna pełniła rolę jerozolimskiego wysypiska śmieci – było to opustoszałe miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający nieczystości wywożone z miasta. Br. Bonnet-Eymard zauważa, że podróżując przez miejsca opisane w Surze 4 – z Ogrodów Pordesaya do Doliny Gehenna – nie odbywamy wcale zaświatowej podróży z „raju” do „piekła”, lecz poruszamy się w okolicach Jerozolimy. Francuski egzegeta pisze też o kamiennej świątyni zwanej Kaba. Według muzułmanów chodzi o ich główne sanktuarium znajdujące się w Mekce. Samo słowo Kaba jest tłumaczone na dwa sposoby: albo jako sześcienna świątynia (w formie kostki – po grecku: kubos), albo jako dziewica. Brat Bruno zidentyfikował dwa istniejące w VII wieku sanktuaria w kształcie sześcianu pierwsze znajdowało się w Petrze, drugie zaś u wrót Jerozolimy i poświęcone było Najświętszej Maryi Pannie. Br. Bonnet-Eymard ma przed sobą jeszcze wiele pracy – zostało mu do przetłumaczenia i skomentowania jeszcze ponad sto sur, ale wyniki jego dotychczasowych badań już teraz stanowią przełom w naukach islamistycznych. Kanon czy stenogram? Na podstawie analizy sanaańskich manuskryptów profesor Puin tłumaczy, dlaczego Koran pełen jest niekonsekwencji i sprzeczności. Otóż w swej pierwotnej wersji zapis koraniczny w języku arabskim, w którym brakuje samogłosek i znaków diakrytycznych, mógł być rozumiany w pełni jedynie przez tych, którzy dobrze rozumieli tradycję ustną. Powstał więc nie tyle jako tekst kanoniczny, lecz raczej jako pomoc czy przewodnik dla tych, którzy znali tekst na pamięć. Był więc czymś w rodzaju stenogramu. To tłumaczyłoby, dlaczego tak wiele sur zaczyna się od tajemniczych kombinacji arabskich liter, niezrozumiałych zupełnie dla współczesnych komentatorów. Z czasem jednak odczytanie Koranu stało się niejasne, gdyż – w miarę upływu czasu i rozprzestrzeniania się islamu – malała liczba osób znających tradycję oralną. Następowała więc standaryzacja tekstu, która – zdaniem Puina – zakończyła się ostatecznie w IX a nie w VII stuleciu. Inna teza niemieckiego profesora, nie do przyjęcia dla muzułmanów, kwestionuje panujące powszechnie przekonanie, że Koran napisany został w najczystszym języku arabskim. Jego badania wykazały, że w księdze znalazło się wiele wyrażeń obcego pochodzenia. Samo słowo Koran – Puin wywodzi nie tak, jak w obowiązującej wersji muzułmańskiej od arabskiego określenia oznaczającego „recytację”, lecz od aramejskiego odpowiednika słowa „lekcjonarz„. Uściślając, że lekcjonarz był zbiorem fragmentów Pisma Świętego, przeznaczonych do czytania podczas liturgii i przedstawiających w skróconej wersji historię biblijną, Puin zwraca uwagę, że Koran w dużej mierze stanowi również skrót biblijnych dziejów Adama i Ewy, Noego, Abrahama, Mojżesza, Dawida, Salomona i Jezusa. Co ciekawe, podobna teza pojawiła się już w badaniach nad islamem. W swej pracy „Ocena islamu” z 1957 roku dominikanin o. Thery, publikujący pod pseudonimem Hanna Zakarias, po porównaniu świętej księgi muzułmanów z hebrajską Biblią i rabinackimi midraszami, doszedł do wniosku, że Koran to „Biblia dostosowana do mentalności Arabów” oraz uzupełniona o pisma nazwane przez niego „Aktami islamu”.
Konkluzja profesora Puina po zbadaniu sanaańskich manuskryptów jest jednoznaczna: „Prawie jedna piąta Koranu musi zostać odczytana na nowo!” Enerdowski zecer jako islamski teolog Niemiecki naukowiec obawia się, że jego bluźniercza teza o tym, że Koran był zmieniany i rewidowany, ściągnie na niego akty przemocy ze strony muzułmańskich aktywistów. Obecnie pracuje on nad książką, w której opublikuje wyniki swoich badań. Boi się jednak, że publikacja może rozpętać piekło. Ze wstępnych sondaży wynika, że kilka prestiżowych wydawnictw uniwersyteckich odmówiło druku podobnych treści, bojąc się zamachów islamskich fundamentalistów. Jako ostrzeżenie można traktować list niejakiego Abula Kasima do Yemen Times z listopada 2000 roku, zatytułowany „Konspiracja przeciw islamowi„. Autor nie ma wątpliwości, że działalność profesora Puina nie ma charakteru naukowego, lecz chodzi mu o zniszczenie islamu. Abul Kasim apeluje do jemeńskich władz, aby nie udostępniały znalezisk żadnym naukowcom, a jeśli rękopisy z Wielkiego Meczetu okażą się niekanoniczne, to należy je niezwłocznie spalić. Władze Jemenu zakazały już naukowcom dostępu do manuskryptów. Badań jednak nie da się zahamować, gdyż istnieją mikrofilmy.
Jeśli odkrycia profesora Puina zostaną przez muzułmanów potraktowane jako wypowiedzenie wojny religijnej, będzie to zasługą również niektórych polityków zachodnich, takich jak np. przewodniczący niemieckiego Bundestagu Wolfgang Thierse z SPD, który w grudniu 2001 roku powiedział, że Europejczycy powinni zająć się ucywilizowaniem islamu zgodnie z tradycją oświeceniową i stworzyć na swoich uniwersytetach nową islamską teologię, inną od obowiązującej w Arabii Saudyjskiej, Iranie czy Sudanie, opartą za to na tolerancji i pluralizmie. Jak zauważył jeden z komentatorów: „Trudno sobie wyobrazić, żeby wyznawcy islamu (…) przyjęli z entuzjazmem ideę, aby były zecer, a potem historyk literatury NRD Wolfgang Thierse interpretował dla nich na nowo Koran.” Być może do uszu działacza SPD doszły wieści o badaniach profesora Puina i od razu w jego głowie powstał śmiały plan przeorientowania całej myśli muzułmańskiej. Jednak zaangażowanie się polityki po stronie teologii i to w z góry określonym celu może spowodować tylko to, że wyniki badań nad Koranem nie zostaną w świecie islamskim odebrane jako rezultat rzeczywistych dociekań naukowych, lecz jako instrument ideologicznego nacisku. Stephan Olschovsky (tłumaczył Norbert Jankowski) PS. Chętni, którzy chcą zaznajomić się z wynikami badań profesora Puina, mogą je znaleźć na stronach internetowych Uniwersytetu w Saarsbrücken: idw-online.de/public/pmid-16522/zeige-pm.html www.uni-saarland.de/…/20-UdS_neues_ze…
Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje! Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką. Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski – fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej”.
Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej”.
Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego getta.
Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.
Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!
Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powiedział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wykonania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w miesiącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.
3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla Warszawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.
W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad Warszawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.
W okresie międzywojnia sytuacja moralna społeczeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji! Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.
Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim].
Świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki).
Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.
W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]
Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.
Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.
Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierwszej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!
Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików! Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.
Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]
Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bowiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym przeciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.
Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście. Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!
Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!
Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.
Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.
Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża.
Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypytywali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana. Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłowskiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.
Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wybuchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia:
W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].
Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.
Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przekazała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…
Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.
Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego –jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej [—-]
„Zawsze jest tak, że gdy Bóg zamierza upomnieć świat, przed wymierzeniem kary proponuje, z pewną obawą, ostatnią drogę ocalenia: Swoją Najświętszą Matkę. Jeśli zlekceważymy i odepchniemy ten ostatni środek ocalenia, wtedy nie będzie już dla nas ratunku.” s. Łucja z Fatimy
Podczas 2 Wojny Światowej, w sierpniu 1943 r. Matka Boża zaczęła objawić się w Warszawie na Siekierkach dwóm osobom: 13-letniej Władysławie Fronczakównie (później Papis) i 36-letniej Bronisławie Kuczewskiej. Bogurodzica chce, by ludzie mieli świadomość, że nieszczęście które im grozi, nie będzie „przejawem gniewu Boga wobec swego ludu, ale samozniszczeniem narodu poprzez grzech”.
Legalna aborcja w Polsce
9 marca 1943 r. po raz pierwszy w dziejach narodu zezwolono polskim kobietom na praktycznie nieograniczone „przerywanie ciąży”. Zrobili to hitlerowcy w czwartym roku okupacji, przy czym samym Niemkom było to nadal zabronione pod karą śmierci. Podczas okupacji, szczególnie w Warszawie, w obliczu ciągłego śmiertelnego zagrożenia życia wielu miało postawę „żyje się raz” i korzystało z każdej chwili życia. Konsekwencją takiego trybu życia były niechciane ciąże. Gabinety ginekologiczne podczas II wojny światowej nie próżnowały i od czasu ogłoszenia ustawy aborcyjnej, już nie w pokątnych gabinetach, ale oficjalnie w szpitalach i prywatnych klinikach można było przerwać ciążę.
Objawienia Matki Bożej w Warszawie
Dwa miesiące później, 3 maja 1943 roku, Matka Boża objawi się w Warszawie, mieście, któremu patronuje od 291 lat. Objawia się w osadzie Siekierki, mając nadzieję, że uchroni Warszawę od losu jaki jest udziałem żydowskiej dzielnicy miasta (16 lutego 1943 r. hitlerowcy wydali rozkaz likwidacji getta i wymordowania całej ludności). Z Siekierek widać kłęby czarnego dymu unoszące się z palącej się dzielnicy. W jakże innej scenerii ukazuje się Matka Boża [na Siekierkach]. Pojawia się na kwitnącym drzewie obsypanym białymi, słodko pachnącymi kwiatami. Mimo sielskiej scenerii słowa Bogurodzicy zapisane przez 13-letnią Władysławę Fronczakównę są poważne i brzmią złowieszczo:
„Módlcie się, bo idzie na was kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia”.
Dlaczego Warszawa miała być ukarana?
Skąd tak twarde słowa pod adresem warszawian? Otóż w okresie międzywojennym społeczeństwo polskie zaczęło coraz powszechniej lekceważyć prawa Dekalogu. Żony zmieniali politycy, wielu artystów prowadziło bujne życie erotyczne z wieloma partnerami, następowało coraz większe rozluźnienie obyczajów, również nie krępowano się związków jednopłciowych i biseksualnych. Konsekwencją rozwiązłego życia były niechciane ciąże, a co za tym idzie aborcje. Tuż przed II wojną światową Chrystus Pan zapowiedział Rozalii Celakównie: „Nastaną straszne czasy dla Polski. Polska ma być ukarana za to […], że naród odwrócił się od Boga, […] popełnia straszne grzechy i zbrodnie, a najgłośniejsze z nich są grzechy nieczyste”. „Moje dziecko, za grzechy: zbrodnię zabijania dzieci poczętych i rozpustę, popełniane przez ludzkość na całym świecie, ześle Bóg straszna karę. Sprawiedliwość Boża nie może znieść dłużej tych występków”.
Matka Boża prosi o modlitwę, ale jest to lekceważone
Maryja prosi o powszechną modlitwę, taką jak w pamiętnym sierpniu roku 1920, gdy do bram Warszawy dochodziła bolszewicka Armia Czerwona. Niestety, po 23 latach atmosfera w stolicy jest diametralnie różna i w niczym nie przypomina modlitewnej mobilizacji narodu z 1920 r.
Wydawało się oczywiste, że księża pełniący posługę na Siekierkach (…) upowszechnią te orędzia. Tak się jednak nie stanie. Lekceważenie objawień i brak współpracy duchowieństwa Kościoła [z władzami Podziemnej Polski – przyp. Ł] będą główną przyczyną niepowodzenia tej misji.
Wybuch Powstania Warszawskiego
1 sierpnia 1944 r. wybucha Powstanie Warszawskie. Młodych warszawiaków rozpiera chęć walki.
„Pomścimy wreszcie lata zgrozy / […] i egzekucje i obozy. / Dzielności naszej się poszczęści / Gdy Sprawiedliwy, Wielki Bóg / pobłogosławi naszej pięści”.
Nie zawierzono Powstania Warszawskiego Bogu ani Maryi
Bóg nie pobłogosławił pięści, ponieważ dowódcy akcji zbrojnej o to nie prosili. Nie było żadnego oficjalnego zawierzenia Powstania Warszawskiego Bogu, a tym bardziej Bogurodzicy, Patronce Warszawy.
Matka Boża przez 15 miesięcy poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego wielokrotnie powtarzała, że „jedynym sposobem na zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta”. Nic nie wspominała o „pięściach” i „butelkach z benzyną”. Natomiast młodzi warszawianie bezgranicznie ufali w „moc pieści” i swoje siły, i nie widzieli powodu aby w swoje ambitne plany wtajemniczać Boga.
W roku 1944 nie pamiętano, że to co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły, czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga! W roku 1920 (…) hierarchowie wraz z władzą świecką dokonali aktu poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a ludność w całej Polsce rozpoczęła gorące modlitwy w intencji Ojczyzny. [Natomiast] 1 sierpnia 1944 r. o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału i młodzieńczych wizji z realnymi możliwościami i brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna podjęta bez jej oficjalnego zawierzenia Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się niewyobrażalną klęską. Warszawa została niemalże zrównana z ziemią, zginęło pół miliona mieszkańców.
Rok wcześniej, przed Powstaniem
[Druga wizjonerka] Bronisława Kuczewska na rok przed wybuchem powstania miała objawienie [w którym] „Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą się liczyć z nami”.
Prorocze słowa zostały zlekceważone. I oto co się wydarzyło z tym miejscem: „Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób”. [Chodzi najpewniej o krwawą “pacyfikację” Woli przez oddziały niemieckich i ukraińskich zbrodniarzy pod dowództwem Dirlewangera – przyp. PL].
Obietnica Matki Bożej
W jednym z orędzi na Siekierkach w listopadzie 1943 roku, Matka Boża powiedziała przez W. Fronczakównę do Warszawian: „Jeśli wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i NIC się wam nie stanie!”. Dowódcom Armii Krajowej, z pewnością nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło wiary i zaufania aby Powstanie oficjalnie, przez ręce Bogurodzicy, powierzyć Bogu. Nie byli z Matką Bożą, dlatego [Jej] obietnica nie mogła zostać spełniona.
Gdyby orędzia Matki Bożej zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (tak jak w sierpniu 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej.
Ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za grzechy. Oni mieli zaledwie czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku.
Opracowano (z niewielkimi skrótami – PŁ) na podstawie książki „Przepowiednie Maryi o losach Polski” Ewy J.P. Storożyńskiej i Józefa Marii Bartnika SJ (Wydawnictwo AA 2012 r.)