„Szczepionki przeciw Covid spowodowały 20 razy więcej poważnych skutków ubocznych i 23 razy więcej zgonów niż wszystkie inne szczepionki w ciągu ostatnich 20 lat łącznie”.
−∗−
W menu na dziś danie przypominające. Zjawisko tzw. ‘pandemii’ oficjalnie się nie kończy, ale mutuje w kierunku ‘zagrożenia epidemiologicznego’. Nie przeszkadza to jednak, przynajmniej niektórym politykom, w zadawaniu pytań. Tym razem wystąpienie Christine Anderson z niemieckiej AfD w trakcie obrad komisji śledczej ds. COVID-19. Wypowiedzi tej eurodeputowanej były już wcześniej publikowane na łamach Portalu św. Ekspedyta.
Zapraszam do lektury (i oglądania).
____________***____________
Zobacz, jak eurodeputowana niszczy całą politykę Covid w 5 minut: „Czas na bardzo nieprzyjemne pytania”
„Szczepionki przeciw Covid spowodowały 20 razy więcej poważnych skutków ubocznych i 23 razy więcej zgonów niż wszystkie inne szczepionki w ciągu ostatnich 20 lat łącznie”.
W tym tygodniu eurodeputowana Christine Anderson (AfD) wygłosiła swoje pierwsze przemówienie przed nową „komisją śledczą ds. COVID-19” Unii Europejskiej. Niemiecka eurodeputowana potępiła politykę UE w sprawie Covid i zażądała dochodzenia w sprawie wyraźnych naruszeń praw człowieka pod pretekstem walki z wirusem.
Anderson sprzeciwiła się „fałszywym twierdzeniom dotyczącym bezpieczeństwa szczepionek, ich rzekomemu ostatecznemu zatwierdzeniu i tak zwanej skuteczności”. Posłanka zwróciła uwagę, że baza danych Europejskiej Agencji Leków (EMA) pokazuje, że w ciągu siedmiu miesięcy „szczepionki” przeciw Covid spowodowały 20 razy więcej poważnych skutków ubocznych i 23 razy więcej zgonów niż wszystkie inne szczepionki w ciągu ostatnich 20 lat łącznie.
„Dlaczego nie jest to przedmiotem dochodzenia” – pytała eurodeputowana. Wyjaśniła, że polityka rządów wobec Covid nie miała nic wspólnego ze zdrowiem publicznym. Zamiast tego, wydaje się, że była to „operacja zarabiania pieniędzy dla przemysłu farmaceutycznego”.
Dlaczego alternatywne metody walki z Covid nie były badane ani podane do wiadomości publicznej, pytała Anderson? Zamiast tego, jak wykrzyczała, wszystko w całej waszej polityce wobec Covid „sprowadzało się wyłącznie do: «szczepić, szczepić, szczepić»”.
[Wystąpienie w języku niemieckim, angielskie napisy]
Kwestie, którymi komisja musi się zająć
Anderson zwróciła uwagę na inne kwestie, które Komisja musi zbadać. Najpierw skupiła się na „wdrożeniu kontraktów szczepionkowych”. Niewiele jest dostępnych informacji na temat kontraktów producentów szczepionek, ponieważ komisja nie ujawnia tych informacji. Zapytała jak ma „odpowiednio wykonywać swoją pracę jako deputowana do PE” i informować swoich wyborców bez dostępu do danych.
Trzeba również zbadać masowe „ograniczenia praw podstawowych, które są niegodne demokracji”, wykrzyknął eurodeputowany. „Przez utratę pracy, dyskryminację i marginalizację doświadczyliśmy redefinicji praw podstawowych”. Zgodnie z nową definicją, nasze prawa są teraz przywilejami, o których rząd decyduje i wybiera komu je przyznać.
Eurodeputowana zażądała odpowiedzi, dlaczego komisja nie bada „marginalizacji i kryminalizacji krytyków”, którzy potępiali te „antydemokratyczne środki”.
Dodała, że niedopuszczalne jest podpisywanie przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) nowych umów z państwami członkowskimi UE. Jak wyjaśniła wcześniej Anderson, WHO de facto walczy o władzę nad państwami członkowskimi UE w przypadku pandemii.
[Poniżej ta sama wypowiedź, ale z możliwością włączenia napisów z automatycznym tłumaczem]https://www.youtube.com/embed/EwOu7ZbDNXQ
Ministerstwo Edukacji chce uczyć dzieci w szkołach o antykoncepcji i aborcji. W programie nowego przedmiotu pod nazwą edukacja zdrowotna znalazły się także wątki o tym, jak zostaje się LGBT i o różnych rodzajach związków. Oprócz tego nauka, że rodzice w wielu sprawach się mylą i trzeba umieć rozpoznać ich manipulacje (to cytat z dokumentów MEN).
Nie wolno ulec propagandzie. Bo aborcja to czyste zło, a lobby LGBT krzywdzi dzieci. Przesyłamy kolejne artykuły z portalu www.RatujZycie.pl, które dadzą Panu rzetelną wiedzę i argumenty. Myśl jest bronią. Używajmy jej bez strachu, bo Prawda i Dobro są po naszej stronie.
Aktywista LGBT gwałcił niepełnosprawną dziewczynkę
Aktywista LGBT gwałcił i torturował niepełnosprawną czteroletnią dziewczynkę. 32-letni członek francuskiej skrajnie lewicowej partii Francja Nieujarzmiona przyznał się także do posiadania dziecięcej pornografii. Grozi mu dożywocie.Czytaj dalej >
10 tysięcy Euro kary za normalne zaimki
Niemiecki rząd wprowadza ustawę, chroniącą interesy lobby LGBT. Za zwrócenie się do transseksualisty, biseksualisty lub deklarującego się jako niebinarny w formie niezgodnej z jego życzeniem grozi wysoka kara. Podobnie zresztą za upublicznienie jego prawdziwej płci. Ustawa wchodzi w życie 1 listopada. Genderowe zaimki będą musiały być honorowane przez wszystkich. A jeśli ktoś zastosuje zaimki zgodne z biologiczną płcią rozmówcy, może zapłacić nawet 10 tysięcy Euro.Czytaj dalej >
Welcome to sex. Porno dla dzieci
Welcome to sex to książka skierowana do młodszych czytelników. Przedstawia sceny seksu, uczy o masturbacji, stosunku analnym i oralnym. Jednym słowem – bulwersuje. Porno dla dzieci – oto program rzekomej edukacji wymyślony przez zwolenników gender.Czytaj dalej >
Promotorzy aborcji przegrali w Bielsku-Białej!
Aborcyjny Dream Team przyjechał do Bielska-Białej, aby instruować, jak zabijać dzieci. Planowali wielką manifestację, punkt informacyjny o aborcji, ustawili się na samym środku Placu Chrobrego – w głównym punkcie miasta. Jednak zainteresowanie ich materiałami było żadne! Ze stolicy Podbeskidzia promotorzy aborcji wyjechali z niczym.Czytaj dalej >
Astare coram Te et Tibi ministrare „Trwać przed Tobą i Tobie służyć”
Trwając przy Kościele katolickim , zjednoczeni wokół
Opolskiego Komitetu Obrony Gietrzwałdu
pytamy się Księdza Biskupa jako naszego duszpasterza, jak i członka Rady Stałej Episkopatu.
– Czy Episkopat Polski, którego Jego Ekscelencja jest członkiem, zamierzają podjąć rzeczową dyskusję jak i obronę Sanktuarium w Gietrzwałdzie, jedynego miejsca w Polsce, w którym Objawiała się Matka Boża i które zostały przez Kościół uznane za prawdziwe.
Dotyczy to skandalicznego planu utworzenia największego składowiska odpadów śmieci w Europie, w pobliżu tego Sanktuarium?.
Objawienia w Gietrzwałdzie zostały uznane przez najwyższe władze kościelne za prawdziwe.
Sieć sklepów wielkopowierzchniowych LIDL zapowiada, że do Gietrzwałdu ma trafiać 150 tysięcy ton odpadów rocznie, w tym 3,25 tys. ton klasyfikowanych jako niebezpieczne. Wśród niebezpiecznych będą m.in.:
-zużyte urządzenia zawierające freony HCFF, HFC – 500 ton rocznie;
-nieorganiczne odpady zawierające substancje niebezpieczne – 500 ton rocznie;
-organiczne odpady zawierające substancje niebezpieczne – 500 ton rocznie;
-baterie i akumulatory niesortowane – 300 ton,
-lampy fluorescencyjne i inne urządzenia zawierające rtęć – 250 ton rocznie;
-urządzenia zawierające freony – 300 ton rocznie;
-zużyte urządzenia, w tym urządzenia elektryczne i elektroniczne zawierające niebezpieczne składniki – 600 ton rocznie.
A to wszystko w odległości zaledwie 400 metrów od budynków Sanktuarium!
Księże Biskupie, czy mamy trwać przed Bogiem i Jego Matką pośród stert śmieci i niebezpiecznych odpadów?
Zaniepokojeni takim obrotem spraw jak i milczeniem naszych duchowych przywódców, jednocześnie biorąc pod uwagę nasze
Sensus Fidei, zwracamy się do Was z apelem, Czcigodni Biskupi:
Bądźcie odważni wobec Boga!
Bądźcie wierni Stolicy Piotrowej!
Papież Franciszek w Encyklice Laudato Si, skierował wezwanie do ludzi dobrej woli o naglącą ochronę środowiska naturalnego. Przypomina w niej:
„Nie jesteśmy Bogiem. Ziemia istniała wcześniej niż my i została nam dana”
Tym bardziej nasza piękna, ojczysta ziemia, przekazana nam w depozycie przez poprzednie pokolenia.
Nadto, ziemia ta została uświęcona obecnością Matki Boga!
Czy możemy być głusi na te zaistniałe fakty?
Czy ” trwanie przy Bogu” ma pozostawać bierne?
Papież Franciszek dodaje:
„Sojusz pomiędzy ekonomią a technologią prowadzi do odcinania się od wszystkiego, co nie należy do ich doraźnych interesów”
Katolicy nie powinni brać udziału w takich doraźnych sojuszach.
Tym bardziej, gdy negatywnie wpływają na nasz kościół.
Doprawdy, wysypisko śmieci w bliskim sąsiedztwie Bazyliki urąga Bogu i ludziom.
Od naszych hierarchów i duszpasterzy oczekujemy podjęcia konkretnych kroków w celu protestu przeciwko haniebnym zamiarom Lidla, jak i ratowania tak cennego Sanktuarium.
Kończąc, jeszcze raz posłużymy się papieską encykliką Laudato Si
„Nadzieja zachęca nas do uznania, że zawsze jest wyjście, że zawsze możemy zmienić kurs, że zawsze możemy coś uczynić dla rozwiązania problemów.
Jako ludzie wierzący lepiej rozpoznajemy wypływające z naszych przekonań zobowiązania w odniesieniu do środowiska naturalnego, które jest dobrem dla ludzkości i świata”
Ta wstrząsająca historia powinna obudzić świadomość wszystkich rodziców w Polsce. Kilka dni temu sąd w Kalifornii odebrał prawa rodzicielskie ojcu, aby matka jego dzieci, owładnięta ideologią LGBT, mogła wykastrować (!) 12-letniego chłopca w celu uczynienia z niego „dziewczynki”. To samo na systemową skalę ma się dziać w Polsce. Już od 1 września 2025 r. do szkół wchodzi przymusowa „edukacja seksualna”. Zgodnie z podstawą programową dzieci będą oswajane z „transpłciowością” polegającą m.in. na okaleczaniu się poprzez amputacje piersi i organów rozrodczych. Równolegle politycy KO forsują w Sejmie projekt ustawy, w świetle którego sprzeciw rodzica wobec „tranzycji” dziecka może zostać zakwalifikowany jako „przemoc” skutkująca odebraniem praw rodzicielskich! Trzeba się temu przeciwstawić i zmobilizować kolejne osoby do oporu.Jeff Younger od kilku lat toczył sądową batalię ze swoją żoną, z którą rozstał się w 2018 roku. Kobieta zainfekowała się ideologią LGBT i w porozumieniu ze szkołą rozpoczęła „tranzycję” ich wtedy 6-letniego syna Jamesa, chcąc uczynić z chłopca „dziewczynkę” o imieniu Luna. Kobieta przebierała synka w sukienki i wysyłała go tak ubranego do szkoły, gdzie przez nauczycieli James był traktowany jak dziewczynka. Na powyższych zdjęciach może Pan zobaczyć Jamesa z ojcem i z matką.
Przebieranie synka w damskie ubrania nie wystarczyło jednak matce Jamesa. Kobieta postanowiła uczynić z chłopca „dziewczynkę” poprzez chirurgiczną i chemiczną kastrację syna. W tym celu zabrała Jamesa i jego brata do Kalifornii, który to stan ogłosił się „sanktuarium” tranzycji i LGBT. Jeff Younger wynajął prawników i usiłował na drodze sądowej ocalić swojego syna. Kilka dni temu zapadł wobec niego ostateczny wyrok. Jak napisał Younger w mediach społecznościowych:
„Sędzia z Kalifornii udzielił mojej byłej żonie pełnomocnictwa do kastracji mojego syna, Jamesa (…) Straciłem wszelkie prawa rodzicielskie do moich synów.”
Zgodnie z przyjętymi niedawno w Kalifornii ustawami, sprzeciw rodzica wobec chęci „zmiany płci” przez dziecko jest formą przemocy i znęcania się nad dzieckiem. Sąd uznał na ich podstawie, że Jeff Younger działa na szkodę swojego syna i całkowicie odebrał mężczyźnie prawa rodzicielskie nad Jamesem oraz jego bratem.
Panie Mirosławie, na całym Zachodzie, przede wszystkim w USA ale także w Europie, lawinowo rośnie liczba tego typu tragedii. Całe rodziny są ofiarami przerażającej ideologii, która w błyskawicznym tempie rozprzestrzenia się za pomocą mediów społecznościowych oraz lekcji „edukacji seksualnej” w szkołach. Najbardziej poszkodowane są dzieci, nieodwracalnie okaleczane i oszpecane w makabrycznej procedurze „tranzycji” LGBT.
To wszystko z ogromną siłą wdziera się teraz do Polski. Już od 1 września przyszłego roku od 4 klasy szkoły podstawowej wszystkie dzieci zostaną objęte obowiązkową „edukacją seksualną”, która będzie się odbywać pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Wedle opublikowanej niedawno przez MEN podstawy programowej, w trakcie przymusowych lekcji deprawacji polskie dzieci mają być oswajane m.in. z „transpłciowością” – czyli właśnie z rzekomą „zmianą płci” dokonującą się poprzez przyjmowanie blokerów hormonalnych oraz okaleczanie, amputacje i kastracje.
Dlaczego ma się to dziać właśnie na obowiązkowych lekcjach „edukacji zdrowotnej”?
W języku angielskim proceder ten nazywa się „gender affirming care”, co na język polski możemy przetłumaczyć jako „opieka medyczna afirmująca tożsamość płciową”. Jak możemy przeczytać na stronie jednej z agencji rządu USA poświęconej temu zjawisku:
„Gender affirming care jest formą opieki zdrowotnej. Obejmuje szereg usług, które mogą obejmować usługi medyczne, chirurgiczne, związane ze zdrowiem psychicznym i usługi pozamedyczne dla osób transpłciowych i niebinarnych.”
Współczesna „medycyna” podaje kilka form takiej „genderowej opieki zdrowotnej”. Są nimi blokery hormonalne hamujące dojrzewanie, „kuracje” hormonalne polegające na przyjmowaniu w dużych dawkach testosteronu lub estrogenu, aż w końcu „operacje afirmujące tożsamość płciową” takie jak amputacja piersi lub genitaliów.
Panie Mirosławie, właśnie o tak rozumianym „zdrowiu” będą się uczyć polskie dzieci na obowiązkowych lekcjach „edukacji zdrowotnej” we wszystkich szkołach. To jednak nie wszystko.
Rząd Tuska szykuje tę systemową deprawację w „pakiecie” razem ze zgłoszonym niedawno do Sejmu projektem ustawy, wedle której dzieci od 13 roku życia będą mogły chodzić do psychologa bez wiedzy i zgody rodziców. A to właśnie opinia psychologiczna jest niezbędna, aby rozpocząć proces „tranzycji”. Jak już alarmowaliśmy, schemat działania deprawatorów jest następujący:
Polskie dzieci mają za pomocą mediów społecznościowych oraz obowiązkowych lekcji „edukacji zdrowotnej” w szkołach oswajać się z ideologią LGBT, rozwiązłością seksualną, masturbacją i „transpłciowością”. Propaganda ma wmówić dzieciom, że lekarstwem na wszelkie ich problemy, w szczególności trudności związane z okresem dojrzewania, jest „zmiana płci”. W trakcie „edukacji zdrowotnej” tak omamione dzieci zostaną następnie zachęcone do kontaktu z reklamującymi się w internecie tęczowymi gabinetami psychologicznymi, co jeśli ustawa KO wejdzie w życie, będzie możliwe bez wiedzy i zgody rodziców. W trakcie wizyty u psychologa LGBT dziecko dowie się, że powinno „zmienić płeć”. Po kilku takich wizytach zostanie to ujawnione rodzicom, którzy po fakcie dowiedzą się, że ich dziecko powinno kontynuować „terapię afirmującą płeć”. Wedle zgłoszonego do Sejmu projektu ustawy, jeśli rodzice nie wyrażą zgody na dalsze „leczenie” swojego dziecka, sprawa ma trafić do sądu rodzinnego.
Zjawisko „tranzycji” i „transpłciowości” już dzisiaj jest niezwykle rozprzestrzenione w Polsce, szczególnie wśród młodzieży. Aktywiści LGBT prowadzą specjalne kampanie propagandowe, głównie w mediach społecznościowych, wycelowane w dzieci i nastolatki. Wielokrotnie pokazywaliśmy już zdjęcia ofiar „tranzycji”, coraz częściej publikowane na polskich portalach społecznościowych. Ideologią zarażają się również rodzice. Jedną z takich wstrząsających fotografii wrzuciła do internetu matka nastoletniej dziewczyny, chwaląc się chirurgiczną amputacją piersi własnej córki, żeby mogła stać się „chłopcem”. To taki sam przypadek jak opisywana przez nas sprawa z Kalifornii, w której matka zamierza wykastrować własnego syna, aby uczynić go „dziewczynką”.
Intensywna propaganda LGBT sprawia, że takich przypadków jest w Polsce coraz więcej. Dostaliśmy niedawno informacje pochodzące z jednego ze szpitali, w którym wykonuje się coraz więcej „operacji afirmacji płci” takich jak kastracja genitaliów i amputacje piersi. „Pacjentami” są przede wszystkim młodzi dorośli, ale jednym z ostatnich miał być również nastoletni chłopak. Koszt takiej procedury wynosi od ok. 50 000 zł do nawet 150 000 zł, na co „pacjenci” i ich rodziny mają często zaciągać kredyty. Procedury te mają być również w niewystarczający sposób zabezpieczone medycznie, przez co miało prawie dojść m.in. do wypadku śmiertelnego, gdzie „pacjentka” była bliska wykrwawieniu się. Z przyczyn prawno-procesowych nie możemy jeszcze w tym momencie podać do wiadomości publicznej szczegółów, ale wkrótce podejmiemy działania w tej sprawie.Przymusowa „edukacja seksualna” w szkołach ma na celu domknąć system deprawacji i spowodować, że ideologia zacznie mieć praktyczne konsekwencje w postaci rozbitych rodzin, nieodwracalnie okaleczonych dzieci, destabilizacji psychiki milionów uczniów i dewastacji sumień kolejnych pokoleń Polaków. Te zagrożenia dotyczą każdej rodziny w Polsce. Dlatego należy się im zdecydowanie przeciwstawić. Do tego mobilizuje nasza Fundacja. Jak relacjonuje nasza wolontariuszka Marta: „Przez cały październik nasi wolontariusze organizowali w Rzeszowie uliczne kampanie informacyjne pod hasłem „Stop deprawacji i seksualizacji naszych dzieci. Zgromadzenia publiczne miały na celu szerzenie edukacji wśród Rzeszowian (i nie tylko) w temacie tzw. edukacji zdrowotnej i jej podstawy programowej. W czasie naszych pikiet rozmawialiśmy z przechodniami uświadamiając na temat zagrożeń i mobilizując rodziców do czynnego oporu. W czasie naszych zgromadzeń rozdaliśmy setki broszur, przeprowadziliśmy dziesiątki dyskusji (zarówno ze zwolennikami, jak i przeciwnikami naszego wydarzenia), ale jedno jest pewne. Nie pozostaliśmy niezauważeni. Nie pozostawiliśmy nikogo obojętnym.” Tego typu akcje odbywały się w ostatnim miesiącu również w wielu innych miastach i rejonach Polski, a także w internecie. W ten sposób nasza Fundacja działa już od ponad 10 lat, prowadząc ogólnopolską kampanię informacyjną „Stop pedofilii”. Szczególnie intensywnie działamy od kwietnia br., kiedy to rząd Tuska ogłosił pierwsze zapowiedzi wprowadzenia przymusowej deprawacji do wszystkich polskich szkół. Działania tego typu przynoszą owoce w postaci mobilizacji kolejnych osób i środowisk. W ostatnim czasie opublikowane zostało stanowisko Konferencji Episkopatu Polski, w którym biskupi zwracają uwagę, iż: „nie można zaakceptować deprawujących zapisów dotyczących edukacji seksualnej”, a obowiązkowy przedmiot edukacja zdrowotna: „narusza obowiązujące w Polsce prawo, godzi w prawa rodziców do decydowania o ich dzieciach oraz zagraża prawidłowemu rozwojowi dzieci i młodzieży.” Mobilizują się także rodzice – z inicjatywy Koalicji na Rzecz Ochrony Polskiej Szkoły 1 grudnia o godz. 12:00 na Placu Zamkowym w Warszawie odbędzie się manifestacja pod hasłem „Tak – dla edukacji, nie – dla deprawacji.” Trzeba kontynuować działania informacyjne i budzić sumienia kolejnych osób. Musimy walczyć, dopóki deprawatorzy nie wycofają się ze swoich planów i nie przerwą prac nad wdrażaniem deprawacji do polskich szkół. Nie spoczniemy, dopóki to się nie zrealizuje. Aby dalej walczyć, potrzebujemy na zbliżające się kampanie ok. 16 000 zł. Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam dotarcie do kolejnych osób z ostrzeżeniem przed przymusową deprawacją seksualną dzieci, która czeka wszystkie rodziny w Polsce już od 1 września 2025 roku.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunkuFundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszkówstronazycia.pl
O godzinie 15.00 w Lasku Cygańskim w kościele parafialnym Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata rozpocznie się w intencji Ojczyzny modlitwa różańcowa przed Najświętszym Sakramentem. O godzinie 18.00 złożona będzie Najświętsza Ofiara za Ojczyznę.
W Polsce prawie 2,5 mln osób żyje w skrajnym ubóstwie – wynika z raportu Szlachetnej Paczki
W Polsce prawie 2,5 mln osób żyje w skrajnym ubóstwie – wynika z raportu Szlachetnej Paczki. W „Biedańsku”, czyli fikcyjnym mieście złożonym z najbiedniejszych Polaków, mieszka ponad pół miliona dzieci i 400 tys. seniorów. „Tak źle w naszym kraju nie było od 2015 roku” – podkreślono w dokumencie.
Jak co roku Szlachetna Paczka publikuje „Raport o biedzie w Polsce„. By lepiej zobrazować skalę problemu, organizacja stworzyła fikcyjne miasto „Biedańsk„, w którym żyją osoby doświadczające skrajnego ubóstwa. Jego populacja jest wyższa niż w Warszawie – ma już 2,5 miliona mieszkańców, w tym pół miliona to dzieci, a ponadto 400 tys. stanowią seniorzy.
Codziennie towarzyszą im trzy lęki: brak możliwości robienia podstawowych zakupów, wykupienia leków oraz płynnego opłacania rachunków mieszkaniowych. Jako najpilniejsze problemy wskazuje się również brak prądu, czy ogrzewania, szalejąca inflacja, wykluczenie komunikacyjne i brak możliwości zakupu mieszkania.
Raport o biedzie w Polsce. Sytuacja najgorsza od niemal dekady
Z raportu Szlachetnej Paczki wynika, że blisko połowa Polaków żyje na progu tzw. minimum socjalnego, które wynosi 57 zł dziennie na jedną osobę w gospodarstwie domowym. W najgorszej sytuacji są seniorzy, którzy na przeżycie dnia mają około 29 złotych.
Prawie co dziesiąty Polak je codziennie mniej niż trzy posiłki, a co czwarta osoba przyznaje, że zdarza się to co najmniej raz w tygodniu. Średnio dochód członka rodziny włączonej do Szlachetnej Paczki w 2023 r., po odliczeniu kosztów utrzymania mieszkania i wykupienia leków, wyniósł około 533 zł miesięcznie.
Skrajne ubóstwo dzieci wzrosło o 32 proc. To 125 tys. więcej dzieci żyjących w takich warunkach niż rok wcześniej. W 2023 roku 522 tys. dzieci żyło w rodzinach skrajnie ubogich. Jak podkreślają autorzy „tak źle w naszym kraju nie było od 2015 r.”.
Godne życie według Polaków. „Bezpieczny dom, bez głodu i bólu”
W raporcie przedstawiono również wnioski z badania, w którym zapytano Polaków „jak zdefiniować godne życie„. Okazuje się, że Polacy za godne życie uznają przede wszystkim realizację potrzeb, takich jak: podstawowe zakupy spożywcze (83 proc.), wykupienie niezbędnych lekarstw (82 proc.) oraz zdolność opłacania wydatków związanych z domem (81 proc.).
„Polacy są jednomyślni: godnym jest życie w bezpiecznym domu, bez głodu i bólu. Ubóstwo odbiera ludziom nim dotkniętym godność, czyli poczucie własnej wartości” – wskazano w raporcie.
Dla trzech czwartych Polaków o godnym życiu przestajemy mówić, gdy nie stać nas na obuwie dostosowane do pór roku, a dla 64 proc., gdy nie jesteśmy w stanie kupić ubrań w razie nagłej potrzeby.
„Newsweek” opublikował artykuł o tym, jakoby marszałek Sejmu Szymon Hołownia miał widnieć na liście studentów Collegium Humanum, a co więcej miałby otrzymać dyplom, pomimo braku obecności na zajęciach. Polska 2050 wydała oświadczenie, w którym odniosła się do tych doniesień.
„O tym, że Marszałek Sejmu Szymon Hołownia był studentem Collegium Humanum mówią wszyscy byli pracownicy tej prywatnej, warszawskiej uczelni. Widzieli jego nazwisko na liście studentów, widzieli jego podpis pod immatrykulacją, czyli przyrzeczeniem studenckim” – czytamy.
Tygodnik opisał także, że owi pracownicy mieli słyszeć, jak „słynnym studentem, wtedy byłym kandydatem na prezydenta i liderem powstającego ruchu Polska 2050, chwalił się ówczesny rektor Collegium Humanum”.
Według materiału „Newsweeka” Hołownia miał otrzymać dyplom ukończenia studiów magisterskich z psychologii, chociaż nigdy nie przychodził na żadne zajęcia. Oceny, pliki oraz dokumenty marszałka Sejmu miały znaleźć się w obsługującym dydaktykę systemie Sokrates.
„Podstawą do tego miały być zaliczenia i oceny otrzymane wcześniej podczas studiów na SWPS. A także życzliwość byłego rektora Pawła Cz., który na własną odpowiedzialność wpisywał oceny i zaliczenia” – możemy przeczytać. – Mówił, że robi to na podstawie doświadczenia życiowo-zawodowego studenta – powiedział rozmówca „Newsweeka”.
Rola Kobosko
Sprawę miał załatwić z rektorem uczelni inny ważny polityk Polski 2050, europoseł Michał Kobosko. „To on miał wynegocjować u rektora, by studia dla nich obu były bezpłatne. Bo Kobosko także chciał studiować na Collegium Humanum” – poinformował „Newsweek”.
W przesłanym tygodnikowi oświadczeniu, Kobosko stwierdził, że „byłego rektora tej uczelni spotkał w sumie dwa lub trzy razy w sytuacjach służbowych”, a poza tym „nie utrzymywał z nim prywatnych relacji”.
„Byłem zachęcany i zapraszany do aktywnego podjęcia płatnych studiów na CH. Nabrałem jednak dużych wątpliwości co do jakości tych studiów, na podstawie własnych obserwacji oraz na podstawie informacji, które otrzymałem ze środowisk akademickich i politycznych. Dlatego nie rozpocząłem studiów ani nie wniosłem żadnych opłat z tytułu czesnego. W związku z powyższym tym bardziej nie ukończyłem żadnych studiów ani nie odebrałem żadnego dyplomu CH” – napisał polityk.
Oświadczenie ws. Hołowni
Początkowo w mediach pojawiła się informacja, iż Hołownia nie odpowiedział na pytania tygodnika. Wpis w mediach społecznościowych, odnosząc się do podobnych doniesień dziennikarza Piotra Krysiaka, zamieściła na portalu X rzecznik marszałka Sejmu Katarzyna Karpa-Świerek.
„Marszałek Sejmu Szymon Hołownia nigdy nie studiował na Collegium Humanum, nigdy nie wniósł żadnych opłat na rzecz tej uczelni i nigdy nie uczestniczył w żadnych organizowanych przez nią zajęciach” – napisała Karpa-Świerek. [No właśnie – a „wyniki” i tak były.. md]
Później w mediach społecznościowych pojawiło się jednak dłuższe oświadczenie Polski 2050. „Na każde z pytań, które w przestrzeni publicznej stawiane są w kontekście Collegium Humanum odpowiedź jest jedna:
Szymon Hołownia nie studiuje i nigdy nie studiował na Collegium Humanum. Nigdy też nie spotykał się z jej władzami w oficjalny czy nieoficjalny sposób. Każdy, kto twierdzi inaczej – kłamie” – napisano.
Jak dodano, jedynym, co łączy go z tą uczelnią jest podanie na studia z psychologii złożone kilka lat temu. „Nie podjął ich jednak z uwagi na pozyskane w międzyczasie informacje o podejrzanej reputacji uczelni, oraz zmianą planów życiowych” – podkreślono.
„Oszczerczych ataków na niezależną kandydaturę Szymona Hołowni można się było spodziewać. Marszałek jest na nie przygotowany i jedynie wzmacniają one jego zdecydowanie, by właśnie taką brudną, opartą na fake newsach politykę zmieniać” – dodano twardo na koniec.
Sprawa Collegium Humanum
Sprawa Collegium Humanum dotyczy nieprawidłowości na tej niepublicznej uczelni. Dotychczas CBA zatrzymało ok. 30 osób – m.in. b. rektora Collegium Humanum Pawła C. i b. europosła Ryszarda C.[O jejku. od dawna wiadomo, że to kuzyni- Czarneccy. md]
Zatrzymanym przedstawiono łącznie 150 zarzutów (z których najwięcej Pawłowi C.). Collegium Humanum obecnie nosi nazwę Uczelnia Biznesu i Nauk Stosowanych Varsovia.
Prywatna uczelnia powstała w 2018 r. w Warszawie. Miała w ofercie znacznie szybsze i tańsze wobec konkurencji kursy, dzięki którym można było zdobyć dyplom MBA. Takie dyplomy pozwalają m.in. na ubieganie się o posady w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa.
O tym, że w PRL na bazarach można było kupić pożądane dyplomy, starsi wiedzą. Budującym najlepszy z ustrojów dawano dyplomy na przykład za 15 lat pracy pod ziemią, bez trudzenia się studiowaniem. Procesy te wspierał słynny Julian Haraschin (zbrodniarz sądowy, później akademik UJ), który zainstalował wytwórnię lipnych dyplomów, a jego innowacyjne metody twórczo zostały rozwinięte w III RP. Wielu celebrytów, artystów, sportowców takimi dyplomami się szczyci. Popyt na lipne dyplomy potęgował się wraz ze wzrostem wymagań tytularnych w wielu sektorach naszego życia, nie tylko akademickiego. Uczelnie starały się nadążyć z podażą, walcząc o studentów, którym by takie dyplomy można zaoferować i jeszcze na tym zarobić. Nieakceptujących takiej etyki nikczemnego postępowania trzymano z dala od domeny akademickiej. Niektórzy zręcznościowi rektorzy mają jednak z podażą lipnych dyplomów kłopoty, ograniczono im możliwości udyplomawiania społeczeństwa, ale nie do wszystkich taki stan rzeczy dociera. Ostatnio CBA zatrzymało trzy akademickie kurierki, i to zagraniczne, bo z Odessy, które zaopatrzone w spore środki płatnicze (40 tys. dolarów) usiłowały nabyć 60 dyplomów dla potrzebujących w swoim kraju. Szlak kurierski widać funkcjonował już wcześniej, kwoty za dyplomy ustalone, ale telefon od rektora-dostawcy nie odpowiadał, więc ruszyły do Polski, sądząc, że bazar z dyplomami nadal funkcjonuje. Dostawcą dyplomów miało być w tym przypadku Collegium Humanum, z rektorem Pawłem C., obecnie w areszcie za emisję lipnych dyplomów, o czym od miesięcy jest głośno w Polsce. W sieci można było sprawdzić, ale widocznie kurierki nie do końca są rozgarnięte i po pożądane dyplomy przedzierały się z walutą przez kraj ogarnięty wojną, szczęśliwie docierając do Polski, gdzie spotkała je jednak niemiła niespodzianka. Trafiły do Uczelni Biznesu i Nauk Stosowanych Varsovia, która po transformacji zastąpiła Collegium Humanum, ale bazar już nie funkcjonuje, dostawy dyplomów zostały przerwane, a zamiast kontaktu z dostawcą doszło do kontaktu z CBA i zatrzymania przestępczego procederu.
Realizowanej przez polski rząd polityki wobec branży energetycznej nie można nazwać inaczej niż sabotażem, który będzie miał katastrofalne skutki dla gospodarki i całego społeczeństwa – mówi z rozmowie z „Najwyższym Czasem!” redaktor Tomasz Cukiernik. Jego zdaniem nawet jeśli weźmiemy pod uwagę dwutlenek węgla emitowany łącznie przez procesy naturalne i przez człowieka, to Unia Europejska emituje 0,3 proc. całości, a Polska ledwie 0,03 proc. – Mamy zarżnąć całe gospodarki tylko po to, by tę niemającą właściwie żadnego znaczenia emisję ograniczyć? – pyta Cukiernik.
Redakcja NCZ!: – Wśród opinii publicznej – bombardowanej dezinformacją i zmanipulowanymi faktami – panuje błędne przekonanie na temat tzw. transformacji energetycznej. Mówi się, że to konieczność. Parafrazując przekaz mediów głównego nurtu, można powiedzieć, że to taka „gaśnica” na „płonącą” planetę.
Tomasz Cukiernik: – Takiej propagandy i dezinformacji medialnej jest mnóstwo. Toniemy wręcz w mitach dotyczących Europejskiego Zielonego Ładu, energetyki węglowej oraz odnawialnych źródeł energii.
– Jakie to mity?
– Od ich opisania zaczynam swoją najnowszą książkę pt. „Sabotaż klimatyczny”. Wskazuję na gigantyczne koszty realizowanej przez polskich polityków unijnej polityki energetyczno-klimatycznej, w tym Zielonego Ładu: niepotrzebne inwestycje na niewyobrażalną skalę, cała gama zielonych europodatków, które po części już płacimy, a następne będą stopniowo wdrażane, uderzenie w wolność wyboru i we własność prywatną oraz pozbycie się suwerenności i bezpieczeństwa energetycznego. W kolejnych rozdziałach tłumaczę, dlaczego farmy wiatrowe i fotowoltaiczne nigdy nie zastąpią energetyki konwencjonalnej – a to dlatego, że nawet Bruksela miliardami euro nie zmieni praw fizyki. Prostuję kłamstwa o dopłatach: państwo i Unia Europejska na olbrzymią skalę dotuje budowę i funkcjonowanie instalacji odnawialnych źródeł energii, a w przypadku górnictwa węglowego wspierana jest przede wszystkim redukcja mocy wydobywczych i likwidacja kopalni. Gdyby w górnictwie dotacje miały iść na rozwój, tak jak to jest w przypadku OZE, to byłyby wspierane inwestycje w otwieranie nowych ścian wydobywczych. Z kolei gdyby w przypadku OZE dotacje wydawano na to, na co idą w górnictwie, to powinny iść na demontaż i utylizację wiatraków i paneli słonecznych.
– Mówisz o górnictwie, a przecież, jak głosi jedno z ulubionych haseł eko-propagandystów, węgiel nie tylko truje, ale w Polsce wręcz się kończy!
– To nieprawda – w rzeczywistości starczyłoby go na 800 lat. Zafałszowaniem jest także to, że nikt nie chce inwestować w węgiel – w rzeczywistości to polskie rządy blokują takie inwestycje. Na przykład ostatnio australijska spółka GreenX Metals wygrała postępowanie arbitrażowe przeciwko polskim władzom w sprawie niezrealizowania projektu budowy kopalni węgla kamiennego i my jako podatnicy będziemy musieli zapłacić ponad 1,3 mld zł odszkodowania. Istotne jest też to, że cała ta tzw. transformacja energetyczna realizowana jest wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale i wbrew prawom ekonomii. Unia Europejska na siłę – depcząc zasady rynkowe i wykorzystując szczególnie nam bardzo źle kojarzące się centralne sterowanie i interwencjonizm państwowy – przekształca całą gospodarkę, by doprowadzić do urojonej zero-emisyjności. A tymczasem choćby pojęcie miksu energetycznego w skali roku czy miesiąca to rodzaj oszustwa wtłaczanego opinii publicznej. A to dlatego, że istotne jest jedynie to, ile energii elektrycznej produkuje się w danym momencie i to, że musi ono wypełnić zapotrzebowanie tego danego momentu.
– Możemy więc mówić o sabotażu…
– Sabotażem określam proces likwidacji przez kolejne władze górnictwa i energetyki węglowej pod dyktando Brukseli. A to dlatego, że doprowadzi on do katastrofalnych skutków: ruiny gospodarki i ubóstwa obywateli. Odczuwamy to już teraz wzrostem cen energii elektrycznej i cieplnej. Z tego powodu zamykane są dziesiątki tysięcy małych firm, które nie wytrzymują tych wzrostów. Ale to początek. Armagedon drobnej działalności gospodarczej dopiero przed nami. Z kolei zwykłych ludzi nie będzie stać na ogrzanie własnego domu, nie wspominając o niepotrzebnych, ale obowiązkowych inwestycjach w panele fotowoltaiczne i pompy ciepła. Należy głośno mówić o sabotażu klimatycznym. Słowo „klimatyczny” odnosi się do pretekstu, pod jakim przeprowadzana jest cała ta rewolucja. Ja tylko powiem, że jeśli weźmiemy pod uwagę dwutlenek węgla emitowany łącznie przez procesy naturalne i przez człowieka, to Unia Europejska emituje 0,3 proc. całości, a Polska – 0,03 proc. I mamy zarżnąć całe gospodarki tylko po to, by tę niemającą właściwie żadnego znaczenia emisję ograniczyć. Czyż to nie jest sabotaż? Dodam, że w Chinach wydobywa się 53 razy więcej węgla niż w Polsce, a chińskie elektrownie węglowe emitują 33 razy więcej CO2 od polskich, ale to Polska, która odpowiadała zaledwie za… 1 proc. światowej produkcji węgla, ma ratować klimat, a nie Chiny.
–Rzekoma obrona klimatu to pretekst do przeprowadzenia rewolucji. Kto za nią odpowiada? Jakie będą jej skutki?
– Społeczeństwo zmanipulowane dezinformacją medialną i propagandą polityków nie zdaje sobie sprawy, że aktualnie w Polsce – na rozkaz płynący z Brukseli – odbywa się bardzo głęboka rewolucja. Jej efektem będzie to, że Polska, która u progu tej rewolucji była krajem suwerennym i bezpiecznym energetycznie, stanie się krajem uzależnionym energetycznie od czynników i sił zewnętrznych. W rezultacie przekłada się to również na całą gospodarkę – najpierw dojdzie do rosnących cen energii eklektycznej i cieplnej – z czym już mamy do czynienia, a wkrótce czekają nas braki energii i blackouty. A żadna współczesna gospodarka nie może funkcjonować bez energii. Oznacza to, że realizacja tej polityki prowadzi do destrukcji całej polskiej gospodarki. To jednocześnie poskutkuje tym, że narazimy się na utratę choćby możliwości poprawy bezpieczeństwa militarnego – zniszczona gospodarka nie wytworzy nadwyżek, które można by przeznaczyć na żołnierzy i uzbrojenie, nie wspominając o tym, że w kraju nie będzie nawet hut, które mogłyby wytwarzać stal do produkcji uzbrojenia.
– No ale czy jednak ta polityka klimatyczna nie spowoduje, że będziemy żyli w czystszym środowisku? To argument często podnoszony przez zwolenników „zielonej” transformacji.
– Polityka klimatyczna nie ma nic wspólnego z ochroną środowiska. To dwie całkowicie odmienne sprawy. Aktualnie w powietrzu jest około 0,04 proc. dwutlenku węgla i jest to jedna z niższych wartości w historii geologicznej. CO2 jest konieczny do procesu fotosyntezy i wszystko wskazuje na to, że przy aktualnym poziomie rośliny są na głodzie węglowym. Właściciele szklarni tłoczą do środka ten gaz, aby było go czterokrotnie więcej. Wtedy hodowane rośliny szybciej rosną. Naukowcy obliczają, że gdyby poziom dwutlenku węgla w powietrzu spadł o połowę, to przestałby zachodzić proces fotosyntezy, a to oznacza koniec życia na Ziemi w postaci, jaką znamy. Czy o to chodzi tym, którzy promują całą tę ideologię klimatyzmu?
– No to może chociaż po zrealizowaniu całej tej transformacji energetycznej dojdziemy, o ile nie do darmowej, to może chociaż do bardzo niskich cen energii?
– To kolejne kłamstwo. Badanie zlecone przez BusinessEurope wykazało, że do 2050 roku w ramach scenariusza, w którym cele klimatyczne są osiągane bez większych zakłóceń, koszty wytwarzania energii elektrycznej w Unii Europejskiej będą co najmniej o 50 proc. wyższe niż w USA i Chinach. Z kolei w scenariuszu „trudności transformacyjnych” koszty te mogą być nawet trzykrotnie wyższe niż u głównych konkurentów.
– W książce „Sabotaż klimatyczny” nie zostawiasz suchej nitki na polityce klimatycznej m.in. UE. Pytanie czy jesteś wstanie wskazać jakąś pozytywną alternatywę dla działań rewolucjonistów?
– Na ten temat jest cały ostatni rozdział. Porównuję koszty produkcji energii elektrycznej z różnych źródeł i wychodzą bardzo ciekawe wnioski. Okazuje się, że nawet z podatkiem ETS w Polsce najtańsza jest energia produkowana z węgla brunatnego. Z kolei moja rozmowa z dr. Grzegorzem Chocianem pokazuje, w jaki sposób Polska mogłaby zablokować ten skrajnie szkodzący nam Europejski Zielony Ład.
– Czy nie obawiasz się hejtu ze strony osób, które wierzą w całą tę ideologię klimatyzmu?
– Jestem przyzwyczajony do hejtu, który na mnie spadł, choćby po wydaniu mojej poprzedniej książki „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”. Pisząc „Sabotaż klimatyczny”, zrobiłem wszystko, by nikt nie mógł się do niczego przyczepić. Przede wszystkim opieram się na autorytetach w tej dziedzinie: wykładowcach akademickich i praktykach z branży. Przedmowę do mojej książki napisał prof. Wojciech Naworyta z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a konsultację merytoryczną przeprowadził dr inż. Mirosław Gajer z tej samej uczelni (teksty pana profesora często goszczą na naszych łamach – dop. red.). Z kolei na końcu książki czytelnik znajdzie bogatą bibliografię, z której korzystałem przy pisaniu.
– Zdecydowana większość organizacji ekologicznych wspiera działania proklimatyczne. A tymczasem na okładce tak wywrotowej książki, pokazującej problem z odmiennego punktu widzenia, poza logotypem między innymi „Najwyższego Czasu!”, znalazły się także logotypy organizacji ekologicznych…
– Trzeba odróżnić organizacje ekoterrorystyczne wspierane finansowo przez różne fundacje mniej lub bardziej bezpośrednio powiązane z możnymi tego świata, takimi jak ci od Wielkiego Resetu czy rządy niektórych państw, których celem jest zamiana Ziemi w obóz koncentracyjny, od organizacji prawdziwie ekologicznych, które właśnie objęły patronat nad moją książką: Fundacja Konstruktywnej Ekologii EcoProBono, Polski Klub Ekologiczny 80 i Międzynarodowy Instytut Polityki Strategii Ekologicznej.
Książka red. Tomasza Cukiernika „Sabotaż klimatyczny. Jak transformacja energetyczna rujnuje nasze życie” jest do nabycia w oficjalnej księgarni Najwyższego Czasu: sklep-niezalezna.pl.
Zapraszamy też na spotkania otwarte z naszym Autorem:
28.11.2024 – godz. 18.00, Kraków, ul. Św. Filipa 7.
01.12.2024 – godz. 15.00, Warszawa, wystąpienie podczas XV Konferencji Prawicy Wolnościowej, ul. Freta 39.
Nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara – głosi rosyjskie przysłowie. Skoro tak, to trzeba grzeszników wykrywać i demaskować, a potem obwinionych zaciągać przed niezawisłe sądy, które, powinność swej służby rozumiejąc, przysolą im piękne wyroki i w ten sposób grzesznicy zostaną ukarani, najpierw na tym świecie, a potem również na tamtym. Taki jest bowiem ten najlepszy ze światów, to znaczy – tak właśnie jest urządzony i nic na to poradzić nie można. Jedną z plag trapiących ten świat jest na przykład korupcja. Występuje ona na styku sektora publicznego z sektorem prywatnym i jest tym większa, im większy jest ten styk.
Nasi Umiłowani Przywódcy oczywiście dostrzegają ten problem, ale rewolucyjna teoria rozchodzi się z rewolucyjną praktyką. Rewolucyjna teoria bowiem głosi, że korupcję trzeba jak najszybciej wyeliminować, a jeśli takie zadanie okaże się zbyt trudne, to przynajmniej ją ograniczyć – żeby na przykład nie pleniła się w najbardziej szlachetnych dziedzinach życia publicznego, za jaką uchodzi wymiar sprawiedliwości. Zapewne to miał na myśli św. Tomasz z Akwinu pisząc, że „corruptio optimi pessima”, co się wykłada, że zepsucie najlepszego jest najgorsze. Ale w myśl rewolucyjnej praktyki, korupcja sama się nie zlikwiduje, toteż Umiłowani Przywódcy, przyzwyczajeni do tego, że problemy rozwiązuje się poprzez powołanie odpowiednich urzędów, tworzą służby do zwalczania korupcji, na przykład – Centralne Biuro Antykorupcyjne. Działa ono na podstawie ustawy z czerwca 2006 roku, przeforsowanej przez pierwszy rząd „dobrej zmiany” i obejmuje 23 jednostki organizacyjne, zatrudniające ponad 1300 funkcjonariuszy. Ale to dopiero początek rewolucyjnej praktyki, która zaczyna rozwijać się niekoniecznie według dynamiki nadanej jest przez ustawę, tylko według dynamiki własnej.
Wprawdzie zgodnie z rewolucyjną teorią, zlikwidowanie korupcji powinno nastąpić możliwie jak najszybciej, ale rewolucyjna praktyka do tej rewolucyjnej teorii wprowadza stosowne korekty. Skoro bowiem Biuro już powstało, objęło 23 jednostki i zatrudniło ponad 1300 funkcjonariuszy, to nietrudno zauważyć, że zarówno ono, jak i wszystkie 23 jednostki, które mają swoich szefów, a ci szefowie mają swoje biura, sekretarki, komputery i samochody, nie mówiąc już o owych 1300 funkcjonariuszach – wszystko to przecież istnieje dzięki korupcji. Korupcja bowiem jest jedyną racją utrzymywania tego Biura. W tej sytuacji podejście Biura do korupcji jest trochę inne, niżby to wynikało z rewolucyjnej teorii. Z korupcją, owszem, trzeba walczyć, bo tak nakazuje prawo – ale ostrożnie, żeby przypadkiem nie wylać dziecka z kąpielą, to znaczy – żeby na skutek zbytniej gorliwości korupcji przypadkiem nie zlikwidować. Gdyby bowiem została ona zlikwidowana, to co by się stało z Biurem, co by się stało z 23 jednostkami organizacyjnymi, co to mają swoich szefów – i tak dalej – nie mówiąc już o tych ponad 1300 funkcjonariuszach, którzy na walce z korupcją zarabiają na swoje i swoich rodzin utrzymanie?
Dlatego właśnie rewolucyjna praktyka zaczyna rozchodzić się z rewolucyjną teorią i działalność Biura, podobnie jak 1300 jego funkcjonariuszy, zaczyna koncentrować się nie tyle na zwalczaniu korupcji, co na jej dokumentowaniu. Nie znaczy to oczywiście, że od czasu do czasu, tu i ówdzie, Biuro korupcjonistów zdemaskuje, a nawet zaciągnie przed niezawisły sąd – ale wydaje się, że tego rodzaju działalność pozostaje na marginesie głównego nurtu aktywności Biura, czyli dokumentowaniu przypadków korupcji – oczywiście również korupcjonistów, którzy się korumpują. Nie po to, by ich zaraz zdemaskować i zaciągnąć przed niezawisły sąd, tylko żeby walka z korupcją również i dla nich zaczęła przynosić rozmaite korzyści, zarówno finansowe, jak i polityczne. Mechanizm uzyskiwania korzyści finansowych jest prosty, jak budowa cepa. Wystarczy bowiem przekazać takiemu jednemu z drugim delikwentowi wiadomość – ale nie taką, że „uciekaj, wszystko wykryte!” – tylko całkiem inną: wiecie, rozumiecie delikwencie, my tu dowiedzieliśmy się, że nie tylko się korumpujecie, ale że w dodatku chcecie wszystko zjeść samemu. Ładnie to tak? Więc wyciągnijcie z tego wnioski, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. Wtedy delikwent zaczyna negocjować i w rezultacie wszyscy są zadowoleni. Z kolei korzyści polityczne wynikają wprost z roztropności rządzenia. Nie jest przecież tajemnicą, że celem Biura, skoro już raz powstało, jest położenie trwałych fundamentów własnego istnienia – a ono zależy od tego, ile kompromatów i na kogo zostało zgromadzonych. Umiejętne gospodarowanie kompromatami daje rękojmię trwałości i mocy Biura.
Jak wspomniałem, CBA zostało utworzone przez pierwszy rząd „dobrej zmiany”, no a teraz, kiedy mamy podmiankę na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, vaginet utworzony przez Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, dąży do likwidacji CBA, to znaczy – nie tyle likwidacji, co wcielenia go do Centralnego Biura Śledczego Policji i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Miało to być przeprowadzone w ramach tak zwanych ”rozliczeń” – ale okazało się, że bez ustawy zrobić się tego nie da, więc vaginet obywatela Tuska Donalda musi zaczekać z tym do wyborów prezydenckich, które mają się odbyć w drugiej połowie maja przyszłego roku. Skoro my to wiemy, to wiedzą to jeszcze lepiej szefowie Biura, szefowie 23 jednostek organizacyjnych, nie mówiąc już o ponad 1300 funkcjonariuszach, z których każdy zgromadził tyle kompromatów, ile tylko zdołał, traktując je jako polisę ubezpieczeniową.
I właśnie w dniach ostatnich, kiedy to zarówno Książę-Małżonek, jak i pan Rafał Trzaskowski, zamierzają stanąć do „prawyborów” w Volksdeutsche Partei, nie mówiąc już o panu marszałku Szymonie Hołowni, który próbuje uwodzić swoich wyznawców, że będzie „kandydatem i prezydentem niezależnym”, gruchnęła wieść, że CBA zatrzymało nie byle kogo, tylko Umiłowanego Przywódcę, prezydenta Wrocławia, pana Jacka Sutryka, który coś tam miał kombinować z Collegium Humanum. Krążące po Wrocławiu fałszywe pogłoski utrzymują, że tytuły z Collegium Humanum ułatwiały zarówno jemu, jak i innym Umiłowanym Przywódcom, zajęcie miejsc w radach nadzorczych rozmaitych samorządowych spółek, w których pieniądze są już prawdziwe. Ale to zaledwie powierzchnia zjawiska, a my spróbujmy zastąpić do głębi. I cóż tam widzimy? Ano – że CBA, nad którym zawisł miecz Damoklesa, właśnie wystosowało pierwsze poważne ostrzeżenie pod adresem swoich prześladowców: wiecie, rozumiecie, prześladowcy. Zanim wy nas rozparcelujecie, to my do maja przyszłego roku wszystkich was skompromitujemy. Więc albo się w porę opamiętacie, albo będzie z wami brzydka sprawa.
Ponieważ nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara, to takie poważne ostrzeżenie może zrobić ogromne wrażenie na Umiłowanych Przywódcach z vaginetu obywatela Tuska Donalda, który zapewne wie, że w takiej na przykład sprawie Amber Gold ujawniony został zaledwie czubek góry lodowej.
Dokument Finalny Synodu o Synodalności wyraża wolę Franciszka i trzeba go wdrażać w życie. Najważniejszym tego elementem jest różnorodność: Kościół ma mieć wprawdzie tę samą doktrynę, ale jej „interpretacja” będzie różna.
25 listopada Stolica Apostolska opublikowała „Notę” papieża Franciszka w sprawie Dokumentu Finalnego Synodu o Synodalności. Dokument, o którym mowa, został przyjęty 26 października 2024 roku przez zgromadzenie synodalne w Rzymie, a papież Franciszek uznał go za swój: złożył pod nim podpis i polecił tekst w całości opublikować. Portal PCh24.pl analizował treść dokumentu TUTAJ.
W „Nocie” papież napisał, że przedkłada teraz całemu Kościołowi „wskazania” zawarte w dokumencie finalnym. Wskazania te, jak się wyraził, mają stanowić „autorytatywny przewodnik dla życia i misji” Kościoła.
Wdrażanie synodalności to obowiązek
Franciszek zaznaczył, że Dokument Finalny – z racji na to, że złożył pod nim swój podpis – stanowi wyraz zwykłego nauczania następcy św. Piotra i powinien zostać jako taki zaakceptowany. Zgodnie z Katechizmem (par. 892) nie chodzi tu o nieomylne nauczanie, ale tak czy inaczej wierni powinni okazać mu „religijną uległość ich ducha”, która nie jest „uległością wiary”, ale stanowi „jej przedłużenie”. Nie mówimy zatem o nieomylnej woli Ojca Świętego, niemniej jednak biskupi i wierni na całym świecie są w zwykłym kościelnym porządku zobowiązani do wdrażania postanowień tekstu w życie.
Nie ma zatem wątpliwości, że papież Franciszek oczekuje realizacji postanowień Dokumentu Finalnego. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nastręczy to biskupom bardzo poważnych problemów, jako że dokument ten rzadko jest konkretny. Owszem, mówi wiele o „synodalności” czy „synodalnym nawróceniu”, ale jeżeli ktoś chciałby wydobyć z niego twarde zalecenia, może mieć z tym znaczący problem. Tekst – dotykając rzeczywistości Kościoła powszechnego – w gruncie rzeczy tonie w ogólnikach, a różne szczegółowe kwestie pozostawia do dalszego omówienia przez specjalne grupy eksperckie, które powołał do życia Franciszek. Dokument jest raczej „podłożem”, na którym mają zostać przeprowadzone gruntowne reformy wypracowane przez tamte grupy.
Kto tu będzie decydować?
Nie oznacza to jednak, że nic się nie zmieni już teraz. Jak każdy doskonale rozumie, teksty ogólnikowe są bardzo wadliwe z perspektywy człowieka, który chce je samodzielnie interpretować i musi zastanawiać się, czy na pewno o to chodzi. Z drugiej strony są niezwykle wygodne z perspektywy tych, którzy mają władzę ich dookreślenia. Taka władza w tym wypadku istnieje.
W swojej nocie Franciszek napisał:
„W raporcie przewidzianym dla wizyty ad limina każdy biskup powinien zatroszczyć się o wskazanie decyzji, jakie podjęto w powierzonym mu Kościele lokalnym w odniesieniu do tego, co zaleca Dokument Finalny, a także jakie napotkał trudności i jakie osiągnął rezultaty”.
Kuria Rzymska, jako podmiot odpowiedzialny za rozmowy z biskupami w trakcie wizyt ad limina, będzie przyglądać się postępom synodalności w każdej z diecezji; dla wygody w większości przypadków będzie się pewnie oczekiwać postępów w danym kraju.
Franciszek wskazał też konkretnych nadzorców w ramach samej Kurii Rzymskiej:
„Zadanie towarzyszenia fazie implementacji podróży synodalnej, na bazie wytycznych przedstawionych przez Dokument Finalny, zostało powierzone Sekretariatowi Generalnemu Synodu razem z Dykasteriami Kurii Rzymskiej” – napisał.
Innymi słowy, jeżeli jakiś biskup czy też w ogóle biskupi w danym kraju chcą się dowiedzieć, co tak naprawdę powinni przedsięwziąć, żeby ich raport składany przy okazji wizyty ad limina został uznany za satysfakcjonujący, powinni zasięgnąć języka nade wszystko w Sekretariacie Synodu. Tym sekretariatem kieruje maltański kardynał Mario Grech; jego wiceszefem jest luksemburski kardynał Jean-Claude Hollerich. Ich poglądy są czytelnikom PCh24.pl dobrze znane: obaj są zwolennikami diakonatu kobiet, a Hollerich jest otwarty również na żeńskie kapłaństwo, zmiany w celibacie oraz zmianę Katechizmu odnośnie homoseksualistów. W przypadku Kościoła katolickiego w Polsce opinia Hollericha może być bardziej istotna, jako że to jego pieczy Franciszek powierzył kształtowanie procesu synodalnego w Europie. Nie musi to jednak działać automatycznie: jako że Franciszek powierzył zadanie towarzyszenia implementacji synodalności Sekretariatowi razem z Dykasteriami Kurii Rzymskiej, w praktyce realnym nadzorcą synodalnych zmian w Kościele w Polsce może być ktoś inny, w zależności od stosunku sił w całym tym układzie.
Na konferencjach prasowych po rzymskim synodzie w październiku tego roku polscy biskupi wskazywali zasadniczo na jeden kierunek zmian synodalnych: odnowienie funkcjonowania rad diecezjalnych oraz rad parafialnych, zarówno ekonomicznych jak i duszpasterskich. Dodatkowo abp Józef Górzyński wskazywał na możliwość rozbudowy szkół dla katechistów – posługa katechisty to nowa instytucja stworzona przez Franciszka w 2021 roku w motu proprioAntiquum ministerum, otwarta zarówno dla mężczyzn jak i kobiet. Sprawę budowania w Polsce synodalności biskupi omawiali podczas listopadowego zebrania plenarnego Episkopatu na Jasnej Górze. Nie podano publicznie żadnych szczegółów. Być może proces ożywiania rad diecezjalnych i parafialnych oraz rozbudowa sieci szkół dla katechistów będą tymi zmianami, które zadowolą watykańskiego nadzorcę.
Różnorodność jako podstawa Kościoła
Synodalna przebudowa Kościoła może wyglądać w różnych krajach bardzo odmiennie. W dokumencie finalnym Synodu o Synodalności mówi się wiele o różnorodności, kontekście kultury lokalnej, specyficznej kontekstowo implementacji ogólnych prawd doktrynalnych i moralnych, wreszcie nawet o różnym tempie Kościołów lokalnych na świecie. Papież Franciszek ze wszystkich zaleceń Dokumentu Finalnego wydobył na wierzch właśnie ten motyw, wskazując, że bardzo mocno zależy mu na umacnianiu różnorodności w Kościele. W nocie zacytował samego siebie, pisząc:
„Z przekonaniem przytaczam tutaj to, na co wskazałem na końcu drogi synodalnej, która doprowadziła do ogłoszenia Amoris laetitia (19 marca 2016): Nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygnięte interwencjami Magisterium. Oczywiście, w Kościele konieczna jest jedność doktryny i działania, ale to nie przeszkadza, by istniały różne sposoby interpretowania pewnych aspektów nauczania lub niektórych wynikających z niego konsekwencji. Będzie się tak działo, aż Duch nie doprowadzi nas do całej prawdy (por. J 16, 13), to znaczy, kiedy wprowadzi nas w pełni w tajemnicę Chrystusa i będziemy mogli widzieć wszystko Jego spojrzeniem. Poza tym, w każdym kraju lub regionie można szukać rozwiązań bardziej związanych z inkulturacją, wrażliwych na tradycje i na wyzwania lokalne (AL 3)”.
Decentralizacja pełną parą
Co ma to oznaczać w praktyce, teoretycznie nie wiadomo. Sam Dokument Finalny postuluje powołanie specjalnej grupy eksperckiej, która zbada zakres kompetencji episkopatów, tak, żeby rozstrzygnąć, jakie konkretne decyzje mogą podejmować biskupi, a jakie są zarezerwowane dla papieża. Wydaje się jednak, że Franciszkowi wcale nie chodzi o jakieś odgórne teoretyczne ustalenia; stawia na praktykę. Zwracam uwagę na przywołanie przez papieża cytatu z Ewangelii św. Jana 16, 13. Sugeruje to następujące przekonanie: Boskie tajemnice są wielkie, a ludzki rozum ograniczony, stąd możemy mieć tylko ogólne pojęcie na temat obiektywnej prawdy i rzeczywistych oczekiwań Bożych wobec ludzi; w związku z tym należy postawić na dowolność interpretacyjną w bardzo wielu obszarach, uznając, że trzeba zgadać się tylko w kilku punktach. To wizja pełnej anglikanizacji Kościoła katolickiego, gdzie zależnie od kraju i kultury lokalnej wiara jest inaczej rozumiana i przeżywana.
Za pontyfikatu Franciszka anglikanizacja stała się faktem: w praktyce istnieje w Kościele wielka różnorodność w podejściu do takich zagadnień jak rola świeckich, rozwód, antykoncepcja, homoseksualizm, ekumenizm czy dialog międzyreligijny. Dotąd można było powoływać się na różne dokumenty kościelne i twierdzić, że taka różnorodność jest wypaczeniem albo patologią i pojawia się tylko tam, gdzie mamy do czynienia z buntem wobec Stolicy Apostolskiej. Pontyfikat Franciszka pokazał, że – przynajmniej w jego ocenie – sytuacja różnorodności nie jest patologią, ale stanem pożądanym. Głoszenie kazań przez świeckich, w tym kobiety; przystępowanie do Komunii świętej przez rozwodników i protestantów; błogosławienie par LGBT i akceptowanie homoseksualizmu; zgoda na uznawanie innych religii za ścieżki prowadzące do Boga – to wszystko występuje już w różnych miejscach w Kościele i według Franciszka tak po prostu ma być. Przypomnienie o „różnorodności” doktrynalnej i moralnej przez papieża w jego „Nocie” jest mocnym głosem wsparcia dla tych, którzy biorą sprawy w swoje ręce i nie czekają na decyzje Watykanu, na przykład dla Niemców, ale przecież nie tylko dla nich.
Warto też podkreślić zasadniczą kwestię. Wielu konserwatystów wyjechało z październikowej sesji Synodu o Synodalności z uczuciem zadowolenia, bo udało im się zablokować wpisanie do Dokumentu Finalnego słów o „decentralizacji doktrynalnej”. Franciszek w „Nocie” pokazał, co o tym myśli: doktryna będzie wprawdzie jedna, ale interpretujcie ją sobie, jak chcecie. I tyle by było gdy idzie o „zwycięstwo”.
Nasza perspektywa
Co mogą zrobić zwykli wierni? Możliwości są w sposób naturalny bardzo ograniczone. Dokument Finalny został przyjęty, papież kolejny raz ogłosił decentralizację. Jeżeli jego pontyfikat jeszcze potrwa, a następca nie będzie miał radykalnie innej wizji przyszłości, atomizacja Kościoła powszechnego będzie rzeczą absolutnie nieuchronną. Nawet gdyby nowy papież postanowił zaprowadzać szerszą jedność w Kościele, wszystkiego już nie uratuje: wydarzyło się zbyt wiele. W tej sytuacji w przypadku Kościoła powszechnego pozostaje nam modlitwa i ufność w Bożą Opatrzność. Mamy natomiast realne możliwości oddziaływania na płaszczyźnie naszego własnego kraju. To także od nas, zwykłych wiernych, zależy, czy wiara katolicka będzie w Polsce nauczana w sposób zgodny z Tradycją, czy też raczej zostanie poddana Rewolucji. Nie sądzę, by dało się „uratować” wszystko: niewątpliwie ten czy inny biskup, zachęcony Franciszkowym pędem naprzód, będzie bardziej skłonny do liberalizowania katolicyzmu w swojej diecezji. W skali ogólnokrajowej, jak myślę, możliwe jest jednak zachowanie ortodoksji. Wszyscy musimy się zaangażować na rzecz realizacji tego celu, zaczynając od własnej parafii. Bez tego zaangażowania – katolicyzm w Polsce zaniknie. Do dzieła zatem!
Radykalne feministki z USA zainspirowały się swoimi siostrami z Korei: po wygranej Trumpa w ostatnich wyborach chcą trzymać się celibatu! Zapowiadaną wstrzemięźliwość seksualną nazywają „4B” – ma ona być zemstą za to, że Ameryka nie chciała rządów Kamali Harris, a zamiast niej wybrała na prezydenta krytyka nieograniczonego dostępu do aborcji! Czy Amerykanie muszą spodziewać się czterech lat bez seksu?
Ruch 4B to radykalne zjawisko feministyczne, które zyskało na (pozornej) popularności w Korei Południowej i wywołało zdziwienie zarówno w kraju, jak i za granicą. Przyjęty przez ruch model życia oznaczał odrzucenie tradycyjnych ról płciowych – nie tylko rezygnację z małżeństwa i macierzyństwa, ale także odrzucenie związków romantycznych z mężczyznami. Była to rzekomo reakcja na patriarchalną kulturę oraz dyskryminację kobiet.
Początki ruchu 4B sięgają lat 2010., kiedy to wzrosła liczba koreańskich kobiet oburzonych dotychczasowym porządkiem w kraju. Przełomowym momentem było morderstwo dziewczyny w toalecie na stacji kolejowej w Seulu w 2016 roku, popełnione przez mężczyznę, którego dzisiaj nazwano by pewnie incelem. Incele to mężczyźni, którzy „chcieliby, ale nie mają z kim” – brak im partnerek do życia intymnego.
Mimo tego, że tragedia była pojedynczym wydarzeniem wynikającym z indywidualnych problemów, morderstwo wywołało falę feministycznego wzburzenia. W tym samym okresie w Korei popularność zdobywały radykalne grupy feministyczne, takie jak Tal-Corset, nawołujące do odrzucenia obowiązujących standardów piękna. Mieszanka już istniejących nastrojów i atak na kobietę na stacji kolejowej przerodziła się więc w ruch 4B, prowadząc do sformułowania jego czterech podstawowych zasad. Bihon (żadnego małżeństwa), bichulsan (żadnych dzieci), biyeonae (żadnych randek) oraz bisekseu (żadnego seksu) – zaczęły grozić koreańskie działaczki!
Feminizm w Azji
Podobnie jak nasze rodzime lewaczki, koreańskie feministki argumentowały konieczność promowania 4B rzekomym patriarchatem. W ich opinii kobiety w Korei były jak dotąd postrzegane jako maszyny do rodzenia dzieci lub opiekunki domowe. „Moja macica to nie własność narodowa” – głosiły zwolenniczki 4B.
Feminizm na całym świecie wykorzystuje te same argumenty: działaczki z Korei uzasadniały więc też istnienie 4B rzekomą luką płacową między płciami, czyli różnicą między zarobkami kobiet i mężczyzn. Nie interesowało je to, że kobiety i mężczyźni decydują się wykonywać różne zawody, luka płacowa zawsze będzie więc istnieć w tych kategoriach. Jeżeli istnieje wolność wyboru zawodu, to istnieją też większe i mniejsze zarobki.
Inną motywacją dla ruchu miała być „przemoc cyfrowa” i wykorzystywanie wizerunku kobiet bez ich zgody. Ruch 4B krytykował bowiem „epidemię szpiegowskich kamer”, które nagrywały kobiety podczas intymnych chwil, często bez ich zgody, oraz rozpowszechnianie takich nielegalnych materiałów, jak pornografia typu deepfake. Większość podobnych nagrań była w Korei rozpowszechniana za pomocą aplikacji Telegram – na messengerze, który ostatecznie usunął te materiały ze swojej platformy.
Deepfake’i, generowane za pomocą sztucznej inteligencji, często łączą twarz rzeczywistej osoby z wygenerowanym sztucznie ciałem. Szpiegowskie kamery znajdowały się natomiast w publicznych toaletach albo próbowały uchwycić tzn. upskirting, czyli zdjęcia i filmiki „spod spódniczki”. W Korei Południowej osoby winne dystrybucji takich materiałów mogą liczyć się z grzywną do 50 milionów wonów (około 37 500 dolarów) lub wieloletnim więzieniem – rząd bierze więc i brał sprawę na poważnie. Możliwe nawet, że władze przejęły się sprawami nagłaśnianymi przez ruch 4B o wiele bardziej niż problemami, które zasługują na większą uwagę.
Korea Południowa ma bowiem jeden z najniższych współczynników dzietności na świecie, wynoszący obecnie 0,78 na kobietę. [a minimum przeżycia narodu – to 2.2.md] Jest to więc kraj znajdujący się od dawna w dramatycznej zapaści demograficznej, który o zastępowalności pokoleń może jedynie marzyć. Ruch 4B pogarszał zatem szkodliwe dla narodu trendy.
Albo raczej: tak by było, gdyby ruch ten naprawdę istniał. Jeżeli bowiem sprawdzi się dane obliczające jego popularność, to 4B włączał u szczytu swojej aktywności jedynie kilka tysięcy kobiet w całej Korei, wybrzmiewając głównie w Internecie. To zachodnie media, licząc na tanią sensację, rozdmuchały prawdopodobnie dziwaczny trend feministycznej sekty do rangi zrywu narodowego i prawdziwej, lewicowej rewolucji. Poza feministycznymi forami 4B nie miał jednak pewnie żadnego wpływu na i tak wymierające społeczeństwo Korei.
Druga szansa
Ktoś mógłby zapytać: co to wszystko ma wspólnego z USA i Trumpem?
Odpowiedź jest rozbrajająco prosta: nic. Absolutnie nic, no, może poza tym, że feministki wszędzie są podobne. Myślą (sic!) podobnie, argumentują w zbliżony sposób i rzucają – dzięki pomocy mediów – ogromny cień na wiele krajów, nawet gdy ich radykalne frakcje to niszowe grupy i kropla w morzu każdej cywilizacji. Kiedy więc wybory w USA wygrał Trump, feministki z USA zaczęły grozić, że zrobią to samo, co ich siostry z Korei. Że przestaną chodzić na randki z mężczyznami, że przestaną wchodzić z nimi w związki i rodzić im dzieci.
Amerykańskie lewaczki, które wcześniej liczyły na sukces Kamali Harris, zapowiedziały więc – mówiąc wprost – strajk seksualny. Tak długo, jak Trump (lub jego wiceprezydent Vance) będzie u władzy, one nie zbliżą się do mężczyzny. Najgłośniejsze groźby wybrzmiewają na TikToku i z ust fanatycznych działaczek.
Dla przykładu: Ashli Pollard, jedna ze zwolenniczek 4B z USA, podkreślała w ostatnich tygodniach, że Amerykanki zaczynają dostrzegać, że mogą być szczęśliwe i spełnione bez konieczności opierania swojego życia na mężczyznach. Działaczki, które przystąpiły do ruchu, często wspominają rzekomo o negatywnych doświadczeniach w związkach, takich jak przemoc czy brak wsparcia ze strony partnerów. W ich oczach i według słów Pollard 4B to droga do samodzielności i wolności. To lepszy poziom życia dla Amerykanek!
Inna z promotorek ruchu Alexa Vargas ogłosiła natomiast, że jej decyzja o odcięciu się od relacji z mężczyznami przyniosła jej poczucie wewnętrznego spokoju. „Celem tego ruchu nie jest niszczenie relacji między płciami, ale wyzwolenie kobiet z toksycznych schematów” – mówi Vargas. Jej sojuszniczki podkreślają, że 4B to nie tylko manifest polityczny, ale także wybór osobisty i filozoficzny.
Inne, mniej znane feministki z USA idą o krok dalej, albo raczej pozbywają się warstwy intelektualnej, pod którą Pollard i Vargas prezentują kopiowanie 4B na amerykańską ziemię. Te niezliczone, mniej wysublimowane działaczki krzyczą do kamery, golą swoje głowy (dosłownie) i deklarują nienawiść do wszystkich, którzy wsparli Trumpa w ostatnich wyborach. Niektóre grożą nawet, że przestaną się myć, farbować swoje włosy i elegancko ubierać. Zgolona czupryna ma natomiast być znakiem dla sióstr i sposobem na ostrzeżenie mężczyzn, których feministki oskarżają o rzekome zabranie im praw.
Dyktator Trump
Jakie jednak prawa Trump feministkom odebrał? Odpowiedź może być rozczarowująca: dokładnie żadne. Trump nie został nawet jeszcze ponownie zaprzysiężony na prezydenta i władzę w USA sprawuje Biden i jego administracja. Administracja, podczas której cofnięto federalny przymus przyzwolenia na aborcję, czyli tzw. „Roe v. Wade”.
„Roe v. Wade” było orzeczeniem Sądu Najwyższego USA z 1973 roku, które sprawiło, że prawo do aborcji zinterpretowano jako prawo do prywatności zagwarantowane przez konstytucję USA. Decyzja ta gwarantowała aborcję na poziomie federalnym przez prawie 50 lat, zabraniając stanom wprowadzenia pełnego zakazu zabijania dzieci nienarodzonych.
Jednak 24 czerwca 2022 roku Sąd wydał orzeczenie obalające „Roe v. Wade” i decyzja o tym, czy aborcja jest legalna, czy nie, powróciła na poziom stanowy. Niektóre stany prawo do aborcji podtrzymały (wspierając nawet aborcjonistki dodatkowymi funduszami), a inne aborcji zakazały. Sąd Najwyższy obradował natomiast w składzie, który podczas swojej pierwszej kadencji zmienił Trump – to dlatego feministki go nienawidzą. Innego powodu wszak nie mają – Trump nie ma zamiaru delegalizować aborcji w całych Stanach. Po pierwsze były i przyszły prezydent nie ma nawet takiej mocy, a po drugie Trump jest zadowolony z powrotu do uprzedniej, tradycyjnej interpretacji konstytucji.
Aborcja postnatalna: śmierć 4B
Wszystko też wskazuje obecnie na to, że założenia 4B raczej nie przyjmą się na stałe w USA – to tylko chwilowy trend internetowy. Powodów, by tak przypuszczać, jest kilka.
Przede wszystkim 4B nie sprawdzi się w amerykańskim kontekście kulturowym, bo ma swoje korzenie w specyficznych, miejscowych warunkach rozwijającej się Azji i z Ameryką nie ma per se nic wspólnego. W Ameryce nie było żadnej tragedii, która mogłaby 4B napędzać, prawdziwa pornografia wygrywa z tą wygenerowaną komputerowo, a Amerykanie nie muszą posiłkować się filmikami z podnoszenia koleżankom sukienek do góry.
Amerykanki lubią też Trumpa: prawie połowę głosów, które dostał biznesmen, zagwarantowały mu kobiety. Różnica w proporcjach między obiema płciami istniała, to prawda, ta nie była jednak tak dramatyczna, jak chciałyby feministki. Jedyną grupą kobiet, która prawie w całości głosowała na Harris, były Murzynki, które tworzą około 6 proc. populacji. Latynoski i białe kobiety nie były już tak fanatycznie po stronie Demokratki!
Żeby też czymś straszyć, trzeba mieć nad tym kontrolę: trudno więc oczekiwać, że 4B stanie się krajowym zrywem w Ameryce. Feministki – szczególnie te niedomyte, ogolone i krzykliwe – nie są symbolem seksu w USA. Ani w żadnym innym kraju. Perspektywa czterech lat bez takich pań nie jest chyba żadną groźbą dla większości mężczyzn?
I na koniec: nawet gdyby feministki z amerykańskiej wersji 4B wytrzymały te cztery lata i dotrzymały swoich obietnic, to osiągną tym samym jedynie to, do czego i tak namawiała je strona konserwatywna, religijna. Osiągną życie w czystości, ograniczając liczbę zabitych dzieci. Nie będzie seksu? Nie będzie niechcianych ciąż. Nie będzie puszczalstwa, nie będzie aborcji!
Firma Pfajzer udowodniła to szczepiąc nimi… 8 myszy. Wszystkie zdechły!
Teraz gdy opadł już kurz bitewny globalnej wojny biologicznej mafii syjonistycznej z resztą świata o nazwie „pandemia covid-19, można już pokusić się o wyjaśnienie tego fenomenu psychologicznego, którym faktycznie była ta wojna.
Miliardy ludzi na całym świecie pobiegło na złamanie karku aby się „zaszczepić” na nie istniejącą chorobę, nie mając pojęcia jaki jest skład chemiczny owych szczepionek. Im bardziej był wykształcony dany osobnik, tym prędzej biegł po szprycę, co do dzisiaj intryguje badaczy głupoty ludzkiej!
Dzisiaj już wiemy w jaki sposób „szczepionka” trafiła do ciał miliardów otumanionych ludzi i kto tą biologiczną wojnę zorganizował.
Początek akcji zorganizowała armia amerykańska, a konkretnie laboratoria Pentagonu. Wiemy o tym z zeznań jednego z dyrektorów Pfajzera w amerykańskim sądzie. Dyrektor poinformował, że firma Pfajzer została za sowitym wynagrodzeniem wykorzystana do wprowadzenia „szczepionki” na rynek, natomiast nie była i nie jest jej producentem. Pfajzer ograniczył się tylko do sprawdzenia skuteczności „szczepionki” na …8 myszach. Test na myszach wypadł zgodnie z deklaracjami Pentagonu, to znaczy wszystkie myszy pozdychały. Wobec takiego potwierdzenia skuteczności „szczepionek” Pfajzer mógł już z czystym sumieniem wprowadzić je na rynek, co też uczynił!
Test „myszowy” przeprowadzony na miliardach ludzi daje podobne rezultaty jak na 8 myszach, z tą tylko różnicą, że ludzie okazali się bardziej odporni i umierają „nagle i niespodziewanie” nie jak myszy od razu, tylko w dłuższym czasie. Nie wiadomo kiedy ostatni „szczepan” podzieli los każdej z 8 myszy. Tutaj opinie naukowców są podzielone. Niektórzy z nich sugerują nawet, że część Szczepanow przeżyje, gdyż mieli szczęście trafić nie na „szczepionkę” tylko na placebo, które co poniektórym Szczepanom podano, aby inni przekonali się, że „nie taki diabeł straszny…”
Trzeba oddać sprawiedliwość firmie Pfajzer, że zainwestowała ona pewną sumę w test „myszowy”, a konkretnie Pfizer wydał w sumie 391,28 dolarów, na zakup myszy, (plus tyle, ile kosztowało jedzenie dla myszy i małą butelkę z wodą z metalowym korkiem).
W ramach oszczędności zwłoki myszy nie zostały poddane autopsji, więc Pfizer wydał ZERO dolarów na bezpieczeństwo. Czyż powyższe nie brzmi jak jakiś ponury, surrealistyczny żart? Czy za jakiś czas, ci co ten „żart” przeżyją będą w stanie zrozumieć głupotę swoich przodków, którzy sami poddali się „zaszczepieniu” preparatem przetestowanym na …8 myszach, z których żadna „szczepienia” nie przeżyla!?? ———————————
Test „myszowy” został dokładnie opisany przez dr. Toby Rogersa tutaj: uTobian – Substack dr. Toby Rogersa („Thinking Points, September 4, 2022”), zaś jego streszczenie tutaj: https://www.dakowski.pl/8-myszy-a-dochod-pfizera-i-moderna-54-miliardy-dolarow/
Jeszcze nigdy od lutego 2022 roku nie byliśmy tak blisko wojny światowej.
Ponieważ jednak i tak nie wiemy co dzieje się za kulisami, możemy się tylko domyślać jak ważone są losy świata, zgadując bliskość atomowej zagłady, albo co najmniej poważnej dewastacji znanego nam świata – wyjaśnijmy lepiej najpierw kilka kwestii tyleż zaciemnionych, co zupełnie podstawowych, o znaczeniu przede wszystkim i ponad wszystko dla Polski i Polaków.
To nie są ukraińskie rakiety
Sformułowanie „czy pozwolić Ukrainie na użycie zachodnich rakiet przeciw Rosji” nie pozwala Polakom zrozumieć istoty problemu. Strzelać mogą sobie Ukraińcy w co zechcą, byle nie w Przewodów ani jakąś inną polską wieś. W końcu prowadzą działania wojenne (bo formalnie wciąż nawet nie wojnę). Sęk w tym, że Ukraińcy nie obsługują ani nawet nie decydują o użyciu sprowadzonych na ich terytorium zachodnich systemów rakietowych średniego i dalekiego zasięgu. W przypadku tego sprzętu nikt im tam nawet nie pozwala krzyknąć „Вогонь!”, namiary celów, kody, ochrona wyrzutni (w końcu swoje kosztują) jest w rękach tzw. ekspertów z państw NATO, Amerykanów, Brytyjczyków, zapewne także Francuzów. Jeśli więc już nie tylko najemnicy, ale żołnierze NATO, obsługujący NATO-wski sprzęt prowadzą ostrzał rakietowy Rosji – to dla Rosjan jest to dołączenie tych wojsk i państw do wojny.
Rzeszów i Lublin w odwecie za Briańsk?
I nawet, jeśli celami są jakieś mniej ważne cele, z daleka do rosyjskich centrów życiowych, w pobliżu teatru wojny – to przecież rosyjski odwet może być adekwatny. Nie będą przecież strzelać w Waszyngton czy Londyn, ale już czemu nie w jakieś nikomu w Stanach i UK niepotrzebne Rzeszów czy Lublin? Amerykański, a wkrótce zapewne brytyjski bezpośredni udział w wojnie z Rosją – to zatem większy problem nie dla Amerykanów, Anglików czy nawet Rosjan, ale niemal na pewno dla Polaków.
Nawet ci z nas, którzy coś nie coś pojmują i odczuwają nieprzyjemny ucisk dołku w związku ze spodziewaną eskalacją konfliktu Zachód – Rosja wciąż jednak mogą się pocieszać, że wprawdzie może i NATO nas naraża, ale „przecież jednocześnie na pewno nas obroni”. Nie wdając się w analizy polityczne, ani nie przypominając po raz kolejny treści osławionego artykułu 5 Paktu Północno-Atlantyckiego, który w istocie nikogo do niczego nie zmusza, a nawet gdyby zmuszał, to co z tego, wszak artykuły tym się różnią od wyrzutni rakiet, że same nie strzelają, zastanówmy się raczej nad praktycznym aspektem owej oczekiwanej obrony polskiego terytorium.
Skutki uboczne
Oto bowiem jeśliby Rosjanie zdecydowali się na odwet, a jego przedmiotem uczynili Polskę – to przecież nasze niebo ochronią NATO-wskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe, czyż nie? Cóż, może tak, może nie, ale jak wyglądają praktyczne skutki takiej obrony zobaczyliśmy 18 listopada w Odessie. Około południa baterii Patriot PAC-3 udało się tam zestrzelić rosyjski pocisk balistyczny 9K720 Iskander, którego celem była miejscowa infrastruktura wojskowa i portowa. Niestety, jak przyznała nawet strona ukraińska – w wyniku trafienia rosyjskiego pocisku jego część wraz z odłamkami NATO-wskiej / ukraińskiej rakiety MIM-104F spadła na odeską dzielnicę mieszkalną, zabijając, jak stwierdzono „około dziesięciu osób”.
Kto z Państwa zgłasza do takiej ochrony własne osiedle w Polsce? Jest może jakiś chętny mieszkaniec Wilanowa? Co tam macie w Rzeszowie blisko lotniska oprócz Jasionki, może od razu Baranówkę? Na kogo wypadnie na Lubelszczyźnie, Felin czy Świdnik? W końcu się ustali czyje to lotnisko… No, kto się zgłasza pod parasol Patriotów? Kto chce być skutkiem ubocznym, przypadkową ofiarą tej wojny? Przecież wszystkim będzie przykro i tym co strzelą, i tym co zestrzelą, tak tylko jakoś głupio wyjdzie, no ale jakieś ofiary muszą być! Aha, i nie bójcie się, infrastrukturę służącą dalszym dostawom dla Kijowa uratują. A co z naszymi bliskimi?
I mało pocieszające będzie, że być może ich ostatnie chwile życia będą wyglądać jak ta scena z Polowania na Czerwony Październik, gdy sowiecki podwodniak (grany przez polskiego aktora) rzuca dowódcy: „Ty arogancki dupku, zabiłeś nas!”. My też mielibyśmy komu się tak odciąć, ale może nie starczyć nam czasu.
Kto zapłaci za „zieloną” komunikację miejską? Elektro-mobilne szaleństwo uderzy w samorządy i portfele pasażerów
„Miasta powyżej 100 tys. mieszkańców od 1 stycznia 2026 roku będą mogły nabywać wyłącznie autobusy elektryczne i wodorowe. Tak wynika z uchwalonej nowelizacji ustawy o elektro-mobilności. Wyjątkiem od tej reguły mają być pojazdy, które obsługują linie podmiejskie”, informuje na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” Krzysztof Śmietana.
Publicysta zwraca uwagę, iż obecnie za autobus z silnikiem Diesla trzeba zapłacić ok. 1,5 mln zł. „Elektryk kosztuje zaś ok. 3 mln zł, a wodorowiec ok. 4 mln zł. W przypadku tego ostatniego znacznie droższe jest jednak paliwo”, czytamy.
Według szacunków Związku Miast Polskich w dużych miastach jeździ teraz 700 autobusów zeroemisyjnych. Do wymiany będzie zaś 6,5 tys. pojazdów. Resort klimatu zakłada, że to potrwa 16 lat.
Z wyliczeń Ministerstwa Klimatu wynika, że łączna kwota, jaka zostanie przeznaczona na wsparcie miast w perspektywie najbliższych 10 lat, to ponad 10 mld zł.
– Spodziewam się, że w 2025 r. kto żyw będzie kupował diesle. Prawdopodobnie skończy się możliwość ich zakontraktowania z powodu braku mocy przerobowych. W konsekwencji trzeba się też liczyć z napływem dużej liczby pojazdów używanych z Zachodu – zaznacza Marcin Żabicki z Izby Gospodarczej Komunikacji Miejskiej (IGKM). Jako przykład podaje Wrocław i Kraków.
Jednocześnie pojawia się obawa, ze część miast będzie ciąć rozkłady jazdy.
Barbara Nowacka – minister edukacji narodowej Fot. PAP/Paweł Supernak
Ludzkość obywała się przez wieki bez „edukacji seksualnej” i jakoś się rozmnażała bezproblemowo. Lewica, która jest pusta ideowo jak dzban, szuka sobie różnych poletek na swoje eksperymenty i włączyła do tego także intymne sprawy ludzkie. Szkoły zaczęły „edukować seksualnie”…
W sumie chodzi o seksualizację dzieci, a we wszystkich krajach schemat działania jest podobny. U nas niedawno zakończyły się „konsultacje publiczne”, a do Ministerstwa Edukacji trafił apel „NIE dla deprawacji seksualnej w szkołach” podpisany przez 76 tysiące osób. „Ministra” Barbara Nowacka i tak robi swoje.
1 grudnia na Placu Zamkowym w Warszawie o godz. 12:00 odbędzie się manifestacja przeciwko „edukacji zdrowotnej” organizowana przez Ruch Ochrony Szkoły oraz Koalicję na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły. Nie inaczej jest w innych krajach.
Ostatnio francuski system szkolnictwa dokonał dalszej „rewizji” swojego modułu dotyczącego edukacji na rzecz życia emocjonalnego i seksualnego (Evars) i naszpikował go jeszcze większą porcją „wokizmu” i treści niezbyt pasujących zwłaszcza dla dzieci.
Moduł narzuca „uczenie szacunku dla różnorodności i tożsamości płciowych”, teorie genderowe, „zwalcza stereotypy związane z płcią” itd. Takie tematy są powtarzane w module nauczania kilkunastokrotnie. Zachęca się uczniów, aby „uświadomili sobie, że tożsamość płciowa danej osoby może nie odpowiadać jej płci biologicznej” itd.
Od klasy piątej, dzieci w wieku od jedenastu do dwunastu lat będą uczone, aby „rozpoznawać i szanować różnorodność ciał (morfologia, wygląd itp.), tożsamości płciowej, orientacji seksualnej”. Bycie kobietą lub mężczyzną ma być jedynie konstruktem społecznym. Dzieciom wpaja się teorię gender w najbardziej skrajnej formie.
Pod wpływem protestów, ministerstwo trochę się cofa w opracowywaniu tego programu. Program jest krytykowany przez wielu specjalistów, ale też związki rodziców. Na przykład Ludovine de La Rochère, prezes Związku Rodzin, potępiła „szokujące treści, nieodpowiednie dla wieku uczniów, naznaczone aktywizmem ideologicznym, niezgodne z okólnikiem Edukacji Narodowej i oderwane od misji edukacyjnej szkoły”.
Taka edukacja przynosi też dzieciom konkretne szkody. Odnotowano kilka przypadków dzieci, które przeżyły po takich lekcjach traumę.
Przychody Pfizera ze szczepionki Covid-19: 33 miliardy dolarów.
Przychód ze szczepionki Moderna Covid-19: 21 miliardów dolarów.
Zaliczkowe zamówienie od administracji Bidena na przeformułowane zastrzyki: 3,2 miliarda dolarów.
Całkowita kwota, którą byli gotowi wydać na badania skuteczności zmienionej szczepionki? 8 gównianych myszy.
Możesz kupić takie laboratoryjne myszy (BALB mice) na wolnym rynku. Najdroższa? $48,91. Więc Pfizer wydał w sumie 391,28 dolarów, żeby zmierzyć odpowiedź przeciwciał na te zastrzyki (plus tyle, ile kosztowało jedzenie dla myszy i małą butelkę z wodą z metalowym korkiem). Myszy nie zostały poddane autopsji, więc Pfizer wydał ZERO dolarów na bezpieczeństwo. Oto jak bardzo nas nienawidzą.
Toby Rogers uzyskał tytuł doktora ekonomii politycznej na Uniwersytecie w Sydney w Australii. Jego praca doktorska „The Political Economy of Autism”, bada historię regulacji pięciu klas toksycznych substancji, które zwiększają ryzyko autyzmu. Rogers pokazuje, że problem zdrowia publicznego, jakim jest autyzm, w rzeczywistości zaczyna się od problemu ekonomii politycznej, jakim jest przechwycenie systemu regulacji produktów medycznych, przez elity polityczno-biznesowo-medyczne. Posiada również tytuł magistra polityki publicznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, gdzie był badaczem byłego sekretarza pracy USA Roberta Reicha. Rogers obecnie zajmuje się oddolnym organizowaniem politycznym z grupami wolności medycznej w całym kraju, pracując nad powstrzymaniem epidemii autyzmu.
Współpracuje m.in. z Children’s Health Defense, kierowaną przez Roberta F. Kennedy’ego Jr, oddolną organizacją ostrzegającą przed niebezpieczeństwami wszelkich szczepionek, które w znacznej mierze są przyczyną autyzmu, alergii, zespół nadpobudliwości ADHD, chorób autoimmunologicznych i innych schorzeń. Prowadzi blog uTobian na Substacku.
Zapraszamy na wielką manifestację rodziców, nauczycieli, młodzieży, wszystkich, którym zależy na dobru polskich uczniów i którzy chcą wyrazić sprzeciw wobec tego, jak niszczona jest polska szkoła.
Tysiące Polaków wiedzą już o bezprecedensowym ataku rządu na niewinność naszych dzieci i radykalnym programie obowiązkowej seksedukacji we wszystkich szkołach – od podstawówki po liceum. To nasz wspólny sukces. Jednak to dopiero początek długiej wojny z gorszycielami z Ministerstwa Edukacji.
Nie udało się minister Barbarze Nowackiej przemycić skandalicznego programu zmian niepostrzeżenie. Stąd nie dziwią jej emocjonalne wybuchy i okrzyk: „nie interesuje mnie, co boli Ordo Iuris!”, którymi dała wyraz wściekłości z powodu upowszechnienia treści projektu rządowego rozporządzenia.
W ostatni czwartek zakończyły się rządowe konsultacje. Z woli minister Nowackiej były nadzwyczaj krótkie i pierwotnie skierowane głównie do organizacji LGBT i seksedukatorów. Dzięki naszemu zaangażowaniu oraz dzięki wielkiej koalicji obrońców dzieci i szkoły, którą współtworzymy od wielu miesięcy, ministerstwo zostało jednak zarzucone tysiącami uwag, zastrzeżeń, protestów i analiz. Pisali je zatroskani rodzice, pełni obaw nauczyciele, eksperci przedmiotowi, autorzy podręczników, pedagodzy, psychologowie dziecięcy i rozwojowi, lekarze i eksperci ds. zdrowia.
Wszyscy są zaszokowani, że ta szkolna deprawacja ma być obowiązkowa, a promocja do kolejnej klasy będzie uzależniona od przyswojenia wiedzy o masturbacji, homoseksualnych praktykach i „różnych rodzajach rodzin”… W toku rozpalającej się dyskusji ministrowie rządu Donalda Tuska porzucili już nawet fałszywą i wprowadzającą w błąd nazwę nowego przedmiotu! Minister ds. równości Katarzyna Kotula wprost nazwała nowy, obowiązkowy przedmiot „edukacją seksualną”.
Nasz głos nie jest osamotniony. Poza stanowiskami i opiniami Koalicji na rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, otrzymaliśmy wielkie wsparcie w postaci jednoznacznego stanowiska całej Konferencji Episkopatu Polski. Biskupi upominają się w nim o poszanowanie praw rodziców, a projekt rozporządzenia nazywają wprost „deprawującymi zapisami dotyczącymi edukacji seksualnej”.
Na razie, pomimo potęgujących się protestów, Ministerstwo Edukacji brnie w skandaliczne rozwiązania. Gdy dwa dni przed zamknięciem konsultacji na temat rozporządzenia dyskutowały sejmowe komisje do Spraw Dzieci i Młodzieży oraz Edukacji i Nauki, kierownictwo komisji uparcie blokowało udział naszych ekspertów w posiedzeniach…
Ale nie możemy dać sobie zamknąć ust, bo na szali jest dobro naszych dzieci!
W jednej z ostatnich wiadomości pisałem do Pani o szczegółach ministerialnego rozporządzenia, związanych z nim zagrożeniach dla naszych dzieci i wszystkich działaniach naszych ekspertów, zmierzających do zatrzymania wulgarnej seksualizacji i ideologicznej indoktrynacji naszych dzieci.
Mowa tu nie tylko o wspomnianej analizie, ale także między innymi o internetowej petycji „Stop Seksualizacji Dzieci”, którą podpisało już ponad 40 000 Polaków, wzorach pism do ministerstw, udostępnionych naszym sympatykom, spotkaniach z rodzicami i nauczycielami z całej Polski, konferencjach eksperckich czy udostępnianych na naszej stronie internetowej poradnikach prawnych i raportach.
Zachęcając do przeczytania załączonej wiadomości, chciałabym jednocześnie zaprosić Panią do wzięcia udziału w manifestacji sprzeciwu wobec genderowej, wulgarnej seks-edukacji w szkołach.
Manifestację organizujemy – wraz z naszymi partnerami z Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły – już w najbliższą niedzielę, 1 grudnia o godz. 12:00 na Placu Zamkowym w Warszawie. Pikieta odbędzie się pod hasłem „Tak dla edukacji, nie dla deprawacji”.
Zachęcamy do udziału w manifestacji wszystkich, którym zależy na dobru naszych dzieci. To prawdziwy bój o pokolenie, które będzie wkrótce decydować o losach naszego Narodu. Podczas manifestacji będzie można złożyć podpis pod obywatelską inicjatywa ustawodawczą chroniącą dzieci przed dostępem do pornografii w internecie, o której pisaliśmy Pani kilka dni temu.
Jednocześnie serdecznie zachęcam Panią także do finansowego wsparcia działalności Instytutu Ordo Iuris, bo tylko dzięki temu wsparciu możemy prowadzić w Pani imieniu walkę w obronie naszych dzieci.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
Producent z brytyjskimi korzeniami jest w trakcie realizacji prawdziwej rewolucji produktowej. Wkrótce z jego oferty znikną wszelkie hybrydy i napędy spalinowe na rzeczy tych akumulatorowych.
Czy to dobre posunięcie? Większość fanów marki twierdzi, że marka podejmuje przesadne ryzyko. Poza tym, może ucierpieć nie tylko sprzedażowo, ale też wizerunkowo. Teraz Jaguar odkupuje od klientów wadliwe auta, co również nie pomaga.
Z jednej strony można mówić o godnym poczuciu odpowiedzialności wobec nabywców, a z drugiej – o nieodpowiedzialności, bo ktoś takie samochody wypuścił do sprzedaży. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że podczas masowej produkcji zdarzają się takie sytuacje.
Zacznijmy od tego, że problem dotyczy rynku amerykańskiego. Firma zbadała problem i ustaliła, że 2760 egzemplarzy elektrycznego crossovera może mieć „problem cieplny”, które poskutkuje pożarem. Aby nie ryzykować, podjęto jedyne słuszne działanie.
Jaguar odkupuje elektryczne auta klientów
W czym tkwi problem. Jak zazwyczaj w takich przypadkach, chodzi o akumulator trakcyjny. Posiadacze potencjalnie wadliwych sztuk modelu I-Pace zostali pierwotnie poproszeni, by ograniczyć ładowanie do 80 procent.
Jak wynika z oficjalnych informacji, wszystkie lub większość egzemplarzy pochodzi z roku modelowego 2019. Może w nich wystąpić przegrzanie baterii, którego konsekwencją będzie samozapłon.
Poprzednie akcje serwisowe oparte na zmianach konfiguracji oprogramowania nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Okazuje się, że przeciążenie termiczne wciąż jest możliwe, dlatego konieczna jest kolejna reakcja.
Jaguar I-Pace
Oprócz prośby na temat ładowania, Jaguar powiedział użytkownikom, by parkować na zewnątrz i daleko od budynków. W międzyczasie pracowano nad rozwiązaniem, które miało przynieść oczekiwane rezultaty – bezpieczną eksploatację.
W końcu producent uznał, że najlepiej jest odkupić samochody. Teoretycznie, nie jest to najlepsze rozwiązanie dla marki, ale dla klienta – zdecydowanie tak. Nie dość, że uda się uniknąć niepożądanej sytuacji, to jeszcze będzie można zaoszczędzić. W jaki sposób?
To proste. Auta elektryczne sporo tracą na wartości – tym bardziej takie, które mają poważne problemy. Klienci nie będą więc musieli borykać się z odsprzedażą za ułamek pierwotnej ceny. Wszystko spadnie na producenta.